Page 1

kwartalnik małopolskiego instytutu kultury issn 1730–3613 indeks 362816

15 zł [w tym vat 5%]

4 [51] 2015

ARCHITEKTURA WSPÓLNOTY


w autoportrecie:

W zamierzeniu temat tego wydania „Autoportretu” – Architektura ­wspólnoty – miał przynieść konstruktywne odpowiedzi na pytania o współczesne ist­ nienie albo możliwości tworzenia przestrzeni, których głównym spoiwem są relacje międzyludzkie; o architekturę, która ma potencjał wzmacniania obywatelskiej podmiotowości i poczucia bezinteresownej przynależności; o sposoby naprawy miasta, które nie owocowałyby kolejnymi społecznymi podziałami. Wiele odpowiedzi, które uzyskaliśmy od zaproszonych przez nas Autorek i Autorów, odwołuje się do zauważalnego w ostatnich latach w skali całego globu odrodzenia idei „dobra wspólnego”. W jego kontekście dostępna przestrzeń jest rozumiana jako jeden z najważniejszych elementów determi­ nujących życie społeczności. Mapowanie miejskich pustostanów, będących publiczną własnością, w celu nadania im nowych, społecznych funkcji jest jedną ze strategii poszerzania obszarów owego „dobra wspólnego”. Silvia Bodei opisuje tego typu praktyki w odniesieniu do Barcelony, a Levente Polyák przedstawia w tym kontekście sytuację Rzymu. W obydwu przypad­ kach uczestnikami nierównej walki o przestrzeń są marginalizowane grupy społeczne, które utraciły dostęp do mieszkań lub infrastruktury społecznej w wyniku trwającego od wielu lat kryzysu, spekulacji na rynku nieruchomo­ ści czy masowej prywatyzacji publicznych zasobów. Wyłaniająca się jednak z wielu tekstów zamieszczonych w tym numerze „Autoportretu” niepokojąca diagnoza kondycji współczesnych wspólnot – ­począwszy od wiejskich, poprzez społeczności miejskie, na wspólnocie państwowej i europejskiej skończywszy – raczej podmywa niż umacnia wiarę w możliwość budowania w większej skali społeczności, które byłyby podmiotem zdolnym przezwyciężyć globalne mechanizmy rynkowe czy przetasować obowiązujące hierarchie społeczne, mające realne przełożenie na otaczającą nas przestrzeń. W konieczności zbudowania podmiotu poli­ tycznego będącego w stanie wziąć odpowiedzialność za wspólnotę i bronić „dobra wspólnego” tkwi niebezpieczeństwo przejęcia szlachetnych idei przez siły, które będą je definiować na swój sposób, na przykład wykluczający tych, którzy nie pasują do określonej wspólnotowej wizji. Walcząc o bycie czymś więcej niż tylko wspólnota konsumentów, uważajmy, by nie ocknąć się w koszmarze zinstrumentalizowanego „dobra wspólnego”. Marta Karpińska

muzea 1 (2002) biblioteki 2 (1/2003)

ISSN 1730–3613, kwartalnik, nakład: 1000 egz. WYDAWCA:

dworce 3 (2/2 003) rewitalizacja 4 (3/2003) przestrzenie dźwięku 5 (4/2003) ulice i place 6 (1/2004) ogrody 7 (2/2004) społeczności lokalne 8 (3/2004) przestrzenie dziecięce 9 (4/2004)

Małopolski Instytut Kultury ul. 28 Lipca 1943, 17c, Kraków tel.: 012 422 18 84 www.mik.krakow.pl instytucja kultury Województwa Małopolskiego

przestrzenie komunikatu 10 (1/2005) wokół funkcjonalizmu 11 (2/2005) przestrzenie sakralne 12 (3/2005) blokowiska 13 (4/2005) przestrzenie starości 14 (1/2006) przestrzenie handlu 15 (2/2006) architektura organiczna 16 (3/2006) przestrzenie książki 17 (4/2006) przestrzenie pustki 18 (1/2007) przestrzenie sceny 19 (2/2007) przestrzenie zdrowia 20 (3/2007) przestrzenie prywatne 21 (4/2007) przestrzenie władzy 22 (1/2008) przestrzenie niczyje 23 (2/2008) śmierć w Europie Środkowej 24 (3/2008) przestrzenie światła – światło w przestrzeni 25–26 (4/2008–1/2009) przestrzenie wirtualne 27 (2/2009) bezkres 28 (3/2009) przestrzenie kolonialne 29 (4/2009) nowoczesności 30 (1/2010) dom w Polsce 31 (2/2010) wyobrażanie narodów 32 (3/2010) język i przestrzeń 33 (1/2011) utopie 34 (2/2011) zmysły/percepcja 35 (3/2011) tożsamość po '89 36 (1/2012) partycypacja i partycypacja 37 (2/2012) postciało 38 (3/2012) wieś 39 (4/2012) przemysłowe poprzemysłowe 40 (1/2013) przestrzeń jako taka 41 (2/2013) zrównoważony rozwój? 42 (3/2013) ograniczenie 43 (4/2013) przestrzenie wiedzy 44 (1/2014) ruch 45 (2/2014) wojna 46 (3/2014) niesamowitość 47 (4/2014) materiał/materialność 48 (1/2015) krajobraz 49 (2/2015) mity modernizmu 50 (3/2015) architektura wspólnoty 51 (4/2015) człowiek w sieci 52 (1/2016) konserwacja 53 (2/2016)

www.autoportret.pl

autoportret. pismo o dobrej przestrzeni

...

RADA PROGRAMOWA: Adam Budak, Andrzej Bulanda, Wojciech Burszta, David Crowley, Ewa Kuryłowicz, Maciej Miłobędzki, Agostino de Rosa, Ewa Rewers, Tadeusz Sławek, Łukasz Stanek, Magdalena Staniszkis, Dariusz Śmiechowski, Gabriela Świtek, Štefan Šlachta REDAKTORKA NACZELNA: Dorota Leśniak­‑Rychlak PROJEKT: Anna Zabdyrska ZASTĘPCA REDAKTORKI NACZELNEJ: Emiliano Ranocchi SEKRETARZ REDAKCJI: Marta Karpińska SKŁAD I ŁAMANIE: Marcin Hernas KOREKTA: Ewa Ślusarczyk, Agnieszka Stęplewska PRENUMERATA: Marta Karpińska STALE WSPÓŁPRACUJĄ: Michał Choptiany, Paweł Jaworski, Dorota Jędruch, Krzysztof Korżyk, Piotr Winskowski, Michał Wiśniewski, Jakub Woynarowski, Marcin Wicha KONTAKT: autoportret@mik.krakow.pl OKŁADKA: s. 1: projekt Kacper Kępiński s. 100: Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, Warszawa: Iskry, 2013, s. 193–194 PRZYGOTOWANIE DO DRUKU: Wojciech Wilczyk DRUK: Drukarnia Leyko Redakcja zastrzega sobie prawo do nadawania tytułów i redagowania nadesłanych tekstów. Redakcja dołożyła wszelkich starań, żeby dotrzeć do autorów materiałów ilustracyjnych zamieszczonych w tym wydaniu „Autoportretu”. W wypadku błędnej atrybucji prosimy zainteresowane strony o kontakt, stosowne sprostowanie zostanie opublikowane w kolejnym numerze. Kwartalnik dostępny w sprzedaży internetowej (www.mik.krakow.pl), salonach empiku, w prenumeracie oraz w wersji na tablety. PRENUMERATA: Najprościej zamówić prenumeratę w e­‑sklepie Małopolskiego Instytutu Kultury: http://e­‑sklep.mik.krakow.pl/ autoportret­‑prenumerata/ Cena prenumeraty czterech kolejnych numerów „Autoportretu” wynosi 50 zł (koszty wysyłki pokrywa wydawca). Wpłaty prosimy kierować na konto Małopolskiego Instytutu Kultury: Bank BPH 31 1060 0076 0000 3310 0016 4770. W tytule wpłaty prosimy wpisać „Autoportret – prenumerata” oraz podać adres do wysyłki i dane kontaktowe (telefon lub e­‑mail). Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


SPIS TREŚCI POZA WSPÓLNOTĘ – BUDUJĄC TO, CO WSPÓLNE Krzysztof Nawratek4 JEŻELI BRAKUJE WŁASNEJ FORMY rozmowa z Andrzejem Lederem10 NOWE MODELE MIESZKANIA I WSPÓLNOTY W BARCELONIE Silvia Bodei18 SPOŁECZNY DOSTĘP DO PRZESTRZENI PUBLICZNYCH Levente Polyák

22

LABORATORIA REGENERACJI MIASTA I TERYTORIUM Matteo Trincas

29

SIEĆ JAKO NADMIEJSKOŚĆ Mario Perniola 

36

LIVE IN YOUR WORLD Dominika Wilczyńska

40

WSPÓLNOTA, KTÓRA NADCHODZI Paweł Krzaczkowski

42

PRZODEM DO LUDU Kuba Snopek, Iza Cichońska

46

NIE JESTEM SAM DLA SIEBIE PROJEKTANTEM  rozmowa ze Stanisławem Niemczykiem

52

MY TERAZ GRAMY DOŚĆ INDYWIDUALNE ROLE  rozmowa z Piotrem Nowakiem i Magdaleną Zych

60

MIASTO I WSPÓLNOTA Peter Michalík68 TRZY LEKCJE Giulio Giovannoni

74

PIEŚŃ DLA MACHNÁČA Martin Zaiček

82

PRZESTRZEŃ PUBLICZNA JAKO WYZWANIE SPOŁECZNE  Katarzyna Sadowy, Marlena Happach

86

MIEJSKA WSPÓLNOTA NIE DLA KAŻDEGO Łukasz Drozda

93


Krzysztof Nawratek

POZA WSPÓLNOTĘ – BUDUJĄC TO, CO WSPÓLNE ilustracje Kacper Kępiński


Obrona niewielkich części naszego terytorium – czyli projektowanych budynków – pozwoliła innym przejąć większe sieci1. nishat awan, tatjana schneider,  

jeremy till

Działające w Polsce partie i organizacje polityczne można ogólnie podzielić na dwa obozy – te, które odwołują się do indywi­ dualnego egoizmu jednostek, oraz te, które odwołują się do – różnie definiowanego – pojęcia wspólnoty. Indywidualistyczna antropologia jest niezwykle skuteczną zaporą przeciwko wszelkim rodzajom (auto)totalitary­ zmów – pomaga dysydentom w opresyjnych społeczeństwach bronić swej odrębności, prawa do nieprzynależności (owo prawo do nieprzynależności nie musi być jednak ugruntowane jedynie w ideologii libe­ ralnego indywidualizmu – do tej myśli jeszcze wrócę w dalszej części niniejszego tekstu); jednak jako dominująca politycz­ nie, państwotwórcza siła jest absurdem, a praktyka takiego działania może być tylko destrukcyjna. Przez ostatnie lata rządy w Polsce sprawowała formacja traktują­ ca idee wspólnotowe z dużą nieufnością. Niszczenie tego, co wspólne i społeczne, musiało się skończyć powrotem do tego, co przednowoczes­ne – do prostackiego nacjonalizmu i plemiennej religijności. To nie przypadek, że program gospodarczy nacjonalistów z Ruchu Narodowego wyglą­ da na bardziej radykalną wersję programu .Nowoczesnej Ryszarda Petru – antropolo­ giczne fundamenty tych dwu ugrupowań, wbrew pozorom, nie są od siebie tak bardzo różne. Indywidualistyczna antropologia neoliberalnego kapitalizmu postrzega ludzi N. Awan, T. Schneider, J. Till, Spatial Agency. Other Ways of Doing Architecture, London: Routledge, 2011.

1

jako konkurujące z sobą jednostki – liberal­ ny indywidualizm naiwnie wierzy, że suma egoizmów jest korzystna dla społeczeństwa; nacjonaliści wiedzą, że w zatomizowa­ nym społeczeństwie liczy się tylko naga siła – i oni tę siłę chcą zachować dla siebie. Miasto zbudowane na takiej wizji świata i człowieka to okrutna „miejska dżungla”. Obóz odwołujący się do różnie definio­ wanego pojęcia wspólnoty jest o wiele bardziej zróżnicowany – mamy tu takich, co odwołują się do wspólnoty ufundowanej na tożsamości narodowej (czasem wręcz plemiennej), mamy takich, co fundamentu wspólnoty szukają w religii. Można również wyobrazić sobie wspólnotę ufundowaną na innym zestawie odniesień – „słabą” wspólnotę ludzi, wspólnotę mieszkańców Polski, wspólnotę pracowników czy preka­ riuszy. Można r­ównież wyjść poza kwestie tożsamościowe i myśleć o wspólnocie codziennego doświadczenia. Czy można jednak wyjść poza dychotomię wspólnota (masa) – jednostka? Czy można pomyśleć taką zbiorowość ludzką, która gwarantowałaby ontologiczne bezpieczeń­ stwo nie zmuszając jednakże do jedno­ znacznych deklaracji tożsamościowych? O takim „mieście werbusów” pisał Paweł Jaworski2. Próbę opisania takiej struktury na przykładzie metropolii górnośląskiej podjąłem dwa lata temu na łamach „No­ wych Peryferii”3. Wierzę, że miasto z samej swojej natury stwarza możliwość zaistnie­ nia (czy raczej zbudowania) takiego bytu społecznego (nie mamy jeszcze języka, by taki byt prosto zdefiniować, ja będę się http://miastoprojekt.blogspot.co.uk/2015/01/miasto­ ‑werbusow.html [dostęp: 10 października 2015]. 3 http://nowe­‑peryferie.pl/index.php/2013/05/ metropolia­‑ducha­‑metropolia­‑ciala­‑przyszlosc­‑slaska­‑a­ ‑ekonomia­‑mocy/ [dostęp: 10 października 2015]. 2

autoportret 4 [51] 2015 | 5

odwoływał do idei radykalnego inkluzy­ wizmu), który jest nieindywidualistyczny i przekracza ekskluzywizm oraz wsobność tradycyjnej wspólnoty. Czego trzeba, by można było pomyśleć społeczną podmiotowość? Wydaje mi się, że społeczny podmiot, by zaistnieć, potrze­ buje trzech czynników: • terytorium, rozumianego jako infra­ struktura zapewniająca trwanie i repro­ dukcję owego podmiotu; • wewnętrznego języka (wspólnych sys­ temów wartości i pojęć – przynajmniej jako punktu odniesienia), pozwalają­ cego trwać podmiotowości jako wielo­ ści (podmiot społeczny jest z definicji wielością – składa się z odrębnych osób/ jednostek); • interfejsu/infrastruktury (granicy) z jednej strony oddzielających wnętrze od zewnętrza, pozwalając się ukształto­ wać podmiotowości (czyli na przykład regulacji dotyczących funkcjonowania określonych obszarów – jak specjalne strefy ekonomiczne, ale też zasady „miru domowego”), z drugiej pozwa­ lających porozumiewać się z tym, co na zewnątrz (podmiotowość, o której mówię, jest zawsze kontekstowa, nigdy nie jest zamkniętą całością – istnieje raczej jako węzeł/zgęszczenie niż jako wydzielony byt). Ten podział na trzy elementy nie powinien być traktowany zbyt dosłownie – istnieją i działają one raczej jako zintegrowany mechanizm, niż jako zestaw warunków. Terytorium (infrastruktura) jest (może być?) elementem granicy (interfejsu/in­ frastruktury). Również wewnętrzny język musi być raczej wielością języków, które są również częścią interfejsu, pozwalając


uniwersalności jest «uniwersalne społeczeń­ stwo», które zawiera całą ludzkość…”4. Niewspólnotowa miejska społeczna podmio­ towość (którą w innych swoich tekstach okre­ ślam jako społeczność radykalnie inkluzywną5) jest budowana na podstawie doświadczenia wspólnego życia, wspólnego korzystania z tej samej przestrzeni6 – ale niekoniecznie w tym samym czasie. Owo wspólne doświadczenie wyprzedza jakiekolwiek sądy moralne – a więc wyprzedza tożsamość, wyprzedza ideologie czy religie7.

wejść w kontakt z zewnętrzem. Mielibyśmy więc do czynienia z maszyną wytwarzającą podmiotowość, której działanie polega na rów­ noczesnym wydzielaniu i łączeniu. Każdy z wymienionych elementów maszyny jest istotny, lecz ważne jest, jak maszyna działa i co wytwarza – wytwarza warunki, w których społeczna podmiotowość może się bezpiecz­ nie rozwijać, rosnąć, wchodzić w interakcje z innymi podmiotowościami. Proces ten jest jednak zróżnicowany zarówno w przestrze­ ni, jak i w czasie. Podmiotowość powstaje i rozwija się w pulsującym, zmieniającym swój kształt i położenie „blobie”. Podmiotowość jest dialogiczna, musi posiadać swoje zewnętrze – które jednak wcale nie jest po Schmittiańsku definiowane jako wrogie. Raczej – jak pisze Leszek Koczanowicz – dobrze byłoby powrócić do pragmatycznej i dialogicznej myśli Georga Herberta Meada, opisującego „kolejne etapy rozwoju uniwersalności, na których komu­ nikacja między jednostkami staje się coraz bardziej inkluzyjna. [ … ] punktem dojścia

W książce Drach Szczepan Twardoch posłu­ guje się ciekawym zabiegiem – kompresuje czas, nakładając na siebie różne wydarzenia, które dzieją się w tym samym miejscu, ale w innym czasie. Ten zabieg pokazuje czas jako odstęp – umożliwia on wykorzystywanie tej samej przestrzeni w maksymalnie efektyw­ ny sposób. Owa wspólna przestrzeń nie jest neutralną, pustą płaszczyzną – jest infrastruk­ turą, społeczno­‑materialnym konstruktem, powstałym w splocie tego, co materialne (drogi, powietrze, rzeki, sieci energetyczne i tak dalej, i tym podobne), oraz czynników niematerialnych (regulacji, konwencji, este­ tyk). Infrastruktura – również taka jak rzeki czy powietrze – nie jest dana („naturalna”),

4 L. Koczanowicz, Polityka Dialogu, Warszawa: Wydawnic­ two Naukowe PWN, 2015, s. 29. 5 Przede wszystkim tutaj: http://wladzasadzenia. pl/2014/3/o­‑denerwujacej­‑niemozliwosci­‑inkluzywnej­ ‑architektury.pdf [dostęp: 11 października 2015]. 6 O takim rozumieniu przestrzeni jako i­ nfrastruktury pisałem w kontekście kurdyjskiego regionu Rojava w północnej Syrii: http://kurdishquestion.com/index. php/kurdistan/tag/Krzysztof%20Nawratek.html [dostęp: 11 października 2015]. 7 L. Koczanowicz, dz. cyt., s. 27: „Mead ostrzega przed dedukowaniem rozwiązań problemów społecznych na podstawie zasad etycznych. Przekonuje, iż odpowiada­ jąc na konkretne trudności, powinniśmy polegać raczej na doświadczeniach życia codziennego. I, co istotne, na metodach naukowych”.

autoportret 4 [51] 2015 | 6

jest konstruktem. O rzeki trzeba dbać i starać się, by nas nie zatapiały, powietrze wymaga monitorowania i ochrony. Rzeki i powietrze (nie mówiąc już o chodnikach czy sieciach energetycznych) są więc produktem określo­ nych praktyk – zarówno w skali makro (plano­ wania przestrzennego, polityki gospodarczej, ochrony środowiska etc.), jak i w skali mikro – indywidualnych aktywności ludzi jeżdżących samochodami, palących w piecach. Miejska infrastruktura jako konstrukt nie jest wymysłem współczesnej postmoderni­ stycznej myśli (choć współczesne zrozumienie społeczno­‑politycznego kontekstu istnienia wszelkich materialnych artefaktów zdecy­ dowanie pomaga) – jej genezy należy szukać w dwu modelach starożytnych miast – greckiej polis oraz rzymskiej urbs8. Civitas to wspólnota zamieszkująca urbs, miasta rzymskiego imperium. Była to wspól­ nota „skonstruowana”, natomiast grecka polis to wspólnota „naturalna” – ludzie niepocho­ dzący z polis nie mieli prawa uczestniczyć w jej życiu politycznym. To jest rozróżnienie o fundamentalnym znaczeniu, ponieważ jego istota bierze się z tego, czym dla Greków była polis, a czym dla Rzymian urbs. Te dwa pojęcia oznaczają miasto, lecz jest to miasto rozumia­ ne zupełnie inaczej. W wielkim skrócie – polis dotyczy wspólnoty, która kształtuje miasto; urbs jest natomiast przestrzenną i material­ ną infrastrukturą, w której funkcjonują mieszkańcy. Bardzo ciekawy trop pozosta­ wia nam Marek Siemek, pisząc „Państwo

W drugim tomie wykładów profesora Marka Siem­ ka (­Wykłady z klasycznej filozofii niemieckiej, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012) pierwszy rozdział dotyka kwestii miejskich. Na s. 7 możemy znaleźć takie zdanie: „Civitas to Polis”, z którym nie mogę się do końca zgodzić. Istnieje ważna różnica pomiędzy rzymskim civitas a greckim polis (pisze o tym sporo Pier Vittorio Aureli w The Possibility of an Absolute Architecture, London: MIT 2011).

8


Boże [Civitas Dei św. Augustyna] nie jest już miastem, przypomina raczej imperium, to, co z miasta, z greckiej polis uczynili Rzymianie”9. Odniesienie do imperium (czy idei impe­ rialnej) jest ciekawe o tyle, że imperium nie jest tu tożsame z narzuconą opresją, lecz z transcendentną ideą, która nadaje sens temu, co istnieje tu i teraz. Paradoksalnie – to właśnie produkcja zewnętrza jest tu klu­ czowym mechanizmem umożliwiającym wyj­ ście poza narracje ekskluzywnej wspólnoty. Z dzisiejszego punktu widzenia – zglobali­ zowanego świata – miasto rzymskie wydaje się znacznie ciekawszym obiektem namysłu niż miasto greckie. Urbs brała swą formę z zewnątrz, to imperium kształtowało formę, którą następnie wypełniali treścią obywatele. Polis jest „prostsza” – „wyrasta” ze swoich mieszkańców (oczywiście nie wszystkich – elitarność greckiej polis jest powszechnie znana). Mimo tego, wciąż częściej odwołujemy się do „greckiej demo­ kracji”, a polis jest chętnie przywoływanym archetypem miasta. Do miasta rzymskiego chętnie odnosił się jednak Czesław Bie­ lecki (najbardziej chyba świadomy polski urbanista będący równocześnie politycz­ nie zaangażowanym konserwatywnym liberałem) w swej klasycznej pracy Gra w miasto10 – urbs w pewnym sensie zdejmuje ze swoich mieszkańców odpowiedzialność za warunki gry, za strategię, pozostawia im tylko przestawianie figur, jedynie taktyczne negocjacje. Urbs jest formułą wartą namysłu również wtedy, gdy nie jest się konserwa­ tywnym liberałem, dotyka bowiem dwu O imperium (albo idei imperialnej) pisałem więcej tu­ taj: http://www.plugincitizen.com/blog/796­‑imperium­ ‑i­‑imperializm [dostęp: 10 października 2015]. 10 Cz. Bielecki, Gra w miasto, Warszawa: Fundacja Dom Dostępny, 1996. 9

ważnych kwestii – po pierwsze zewnętrzne­ go impulsu/ramy, która pozwala kształto­ wać się polityczności, po drugie zaś kwestii funkcjonalnej (a nie politycznej) wspólno­ ty. Jeśli więc przyjmiemy polis i urbs za dwa horyzonty, w jakich myślimy miasto, mamy z jednej strony tożsamościową, ekskluzyw­ ną wspólnotę, która sama siebie kształtuje, z drugiej zaś (inkluzywną?) wspólnotę, której odebrano „moment założycielski”, możliwość pierwotnej tożsamościowej au­ todefinicji, do pewnego stopnia ją ubezwła­ snowolniono. To rozróżnienie wydaje mi się decydujące, pozwala bowiem przenieść cię­ żar z tego, co społeczne i polityczne, na to, co materialne i przestrzenne. Urbs jest do­ wodem, że można pomyśleć (i praktykować) wspólnotę, która nie jest oparta na tożsa­ mości, nie jest zdefiniowana pochodzeniem jej członków, lecz warunkami, w jakich przyszło im żyć. Namysł nad urbs pozwala więc wyjść poza idee wspólnoty i zastano­ wić się nad tym, co wspólne, nad warunka­ mi pozwalającymi ukształtować się i istnieć niewspólnotowej miejskiej społecznej pod­ miotowości. Dzisiejsze miasta, w których coraz więcej jest mieszkańców niebędących obywatelami (turyści, imigranci, studenci etc.), których polityczna sprawczość jest ograniczana przez państwa narodowe oraz międzynarodowe korporacje, właśnie jako infrastruktura, a nie wspólnota, mają szan­ sę stać się przestrzeniami inkluzji. Pisząc o tym, co wspólne w kontekście miejskim, nie można pominąć sformuło­ wanej przez Lecha Merglera (i rozwijanej przez Kacpra Pobłockiego) idei narracji konkretnej11. Z mojego punktu widzenia P. Pluciński, O roszczeniach pozaparlamentarnej (post?)polityki. Przypadek miejskich ruchów społecznych w Polsce, „Władza Sądzenia” 2014, nr 3, s. 67–76, ­ www.wladzasadzenia.pl [dostęp: 10 październi­ ka 2015]: „Sama idea narracji konkretnej ma sie

11

autoportret 4 [51] 2015 | 8

należy jednak spojrzeć na tę ideę raczej jak na obserwację ontologiczną, a nie jak na program polityczny (który – moim zda­ niem – okazał się porażką). Prawdą jest, że różne grupy i narracje miejskie mogą się spotykać w określonym punkcie/pro­ blemie miasta; owo spotkanie jednak albo staje się wyrwanym z kontekstu fenome­ nem, nieistotnym, a wręcz „otorbionym” i wyrzuconym na zewnątrz przez owe grupy i narracje, albo podlega próbie za­ ssania do wewnątrz owych grup i narracji, doprowadzając do nieuchronnego konflik­ tu. Można jednak potraktować ów lokal­ ny i cząstkowy fenomen jako element mediującego interfejsu. Punkt spotkania z narracji konkretnej staje się środkiem, a nie celem. Środkiem, który umożliwia komunikację – staje się zatem elementem składowym infrastruktury miejskiej. Infrastruktura/interfejs, jak napisałem powyżej, jest równocześnie wewnątrz i na zewnątrz tożsamościowych wspól­ not. Narracja konkretna musiałaby więc polegać na kształtowaniu uniwersalistycz­ nego wymiaru miasta. Punkt wspólny jest równocześnie punktem spornym. Pozostaje na zewnątrz – bo ktoś inny interpretuje go na swój własny sposób, oraz wewnątrz – bo staje się ważnym elementem umacnia­ jącym fragmentaryczną tożsamość. Taka niewspólnotowa społeczność miejska nie odrzuca tożsamościowych czy lokalnych wspólnot, zakłada jedynie, że istnieją mechanizmy wymiany, komunikacji oraz oddalenia. Taka społeczność miejska byłaby wielością wspólnot, które z jednej zatem realizować poprzez rzekomą, moim zdaniem, możliwość (a)ideologicznej neutralności, zdolność do abstrahowania od politycznych partykularyzmów. Czy obietnica potencjalnie unifikującej mocy uni­ wersalizującego pluralizmu nie jest tu sofizmatem? Czy nie jest, innymi słowy, zawoalowaną postacią ruchomych piasków postpolityki?”


strony zachowywałyby możliwość schro­ nienia się we własnej przestrzeni i czasie (rytmie), a z drugiej, poprzez sam fakt bycia społecznością miejską (a więc opartą na współużytkowanej infrastrukturze) byłaby „przymuszana” do nieustannych mediacji. W tym procesie mediacji/komu­ nikacji wytwarzana jest uniwersalność, która jest swego rodzaju emanacją miasta jako całości. Wspominałem wcześniej, że narracja liberalno­‑indywidualistyczna nie jest jedyną, która pozwala na ochronę autono­ mii. Wydaje mi się, że znacznie ciekawszy od liberalnego jest trop personalistyczny – nie jednostka, lecz osoba staje w centrum refleksji. Osobnicze istnienie zakłada naszą osobność. Nie musimy się „jednoczyć”, wręcz przeciwnie – jesteśmy różni i to jest dobre. Istnieje przestrzeń, w której wszyscy istniejemy, ona nas otacza, ona nas łączy, to poprzez nią się porozumiewamy. Istnieje niezliczenie wiele mechanizmów pozwala­ jących nam z sobą współpracować również wtedy, gdy się nie lubimy, gdy nie możemy na siebie patrzeć. Osobnicze istnienie w tej przestrzeni pozwala nam się z sobą nie komunikować albo komunikować tylko troszkę. Albo bardzo. Jesteśmy w niej razem i tego akurat nic nie zmieni. Polityka jest więc budowaniem sojuszy, jest zawsze opar­ ta na mechanizmie inkluzji (CERN istnieje, bo wielu ludzi dzieli te same marzenia i ra­ zem pracują, by się one ziściły – nie potrze­ bują wrogów – ani klasowych, ani żadnych innych) – nigdy całkowitej, zawsze pozo­ stawiającej kogoś i coś „na zewnątrz”, ale to nie konflikt, lecz marzenie o konwergen­ cji jest głównym motorem istnienia świata. Taki inspirowany personalizmem radykalny inkluzywizm jest więc raczej niechętny marksistowskiej interpretacji świata.

Bez wymiaru przestrzennego nie byłby on jednak możliwy – przestrzeń w najbar­ dziej oczywisty sposób staje się mechani­ zmem gwarantującym „odstęp”, oddziele­ nie, pustkę, przez którą można przerzucać mosty. Zarówno narracja indywidualistyczna, jak i wspólnotowa jest w kontekście miasta niekonstruktywna, a wręcz może być dla miasta szkodliwa. Takie stwierdzenie wymaga jednak doprecyzowania tego, jak rozumiemy miasto. Widziałbym je tu jako splot tego, co społeczne, materialne oraz niematerialne; a więc jako mieszkańców miasta wraz z materialnością i kulturą. Taka perspektywa jest oczywiście bardzo wygodna z mojego punktu widzenia, poka­ zuje bowiem zbędność definiowania miasta poprzez granicę (terytorium miasta) lub opozycje (na przykład miasto – wieś). Takie widzenie miasta pozwala zobaczyć je raczej jako splot niż wydzielone terytorium, pozwala też rozciągnąć bieżący namysł nad miastem w czasie – analizując zarówno przyczyny, jak i skutki wszelkich aktywno­ ści. Tak widziane miasto jest ze swej defi­ nicji inkluzywne – jest definiowane przez proces wchodzenia w relacje, poszerzania splotu. Z tego powodu perspektywa indywiduali­ styczna, ale też wspólnotowa są anty­ miejskie, fiksują się bowiem na tym, co wyjątkowe, na odrębności. Równo­ cześnie jednak radykalnie inkluzywna narracja miejska nie jest narracją totali­ zującą – wspomniana wyżej przestrzen­ ność pozwala różnym aktorom miejskim zachowywać odrębność, własną autono­ mię, pozwala im – jeśli chcą – unikać kontaktu, albo definiować ten kontakt w dowolny sposób. Przestrzeń wraz z ma­ terialną i niematerialną (na przykład

autoportret 4 [51] 2015 | 9

prawną) infrastrukturą równocześ­ nie pozwala chronić jednostkowe czy grupowe tożsamości i interesy i zmusza do ciągłego negocjowania właśnie tego, co dzieli poszczególne byty. Kształtowa­ nie tego, co wspólne, jest więc produko­ waniem swego rodzaju zewnętrznej – wobec poszczególnych wspólnot – ramy. Ponieważ wspólnoty potrzebują różnicy, by się zdefiniować (jesteśmy tu, nie tam, jesteśmy tacy, a nie inni), proces samo­ określania się miejskich, fragmenta­ rycznych tożsamości może być z łatwości połączony z procesem kształtowania mechanizmu granicy – infrastruktury/ interfejsu; który jest równoznaczny z tym, co wspólne. Okno w budynku z jednej strony oddziela wnętrze od ze­ wnętrza, z drugiej mediuje – poprzez ilość wpuszczanego światła czy widok z okna – z tym, co na zewnątrz. Pełna ściana z jednej strony całkowicie odcina wnętrze od zewnętrza, z drugiej strony umożliwia swobodne „doklejanie” dowol­ nych przybudówek do budynku. Każdy akt ustanowienia granicy, oddzielenia jest równocześnie wyciągnięciem dłoni, zaproszeniem do dialogu. Budowanie tego, co wspólne, nie wymaga odrzucenia indywidualnych czy grupo­ wych tożsamości, nie wymaga zaniku wspólnoty – wymaga jedynie lekkiego przekrzywienia głowy, zmiany sposobu widzenia tego, jak funkcjonuje miasto i jak chcielibyśmy w nim wszyscy razem żyć. Budowanie tego, co wspólne, odbywa się cały czas – problem w tym, że nie chcemy tego dostrzec, nie chcemy wy­ korzystywać możliwości, które się przed logiką „i to, i tamto” otwierają – wciąż wybieramy „albo – albo”. Inne miasto, miasto wspólne, choć nie wspólnotowe, jest możliwe.


JEŻELI BRAKUJE WŁASNEJ FORMY

ilustracje Kacper Kępiński

Z Andrzejem Lederem rozmawiają Dorota Leśniak­‑Rychlak i Marta Karpińska

DOROTA LEŚNIAK­‑RYCHLAK: Wspomniał Pan o fascynacji psychoanalizą przestrzeni miejskiej. Czy możemy – na początek – po‑ prosić o próbę psychoanalitycznego zaryso‑ wania tego, co nasza przestrzeń mówi o nas samych? ANDRZEJ LEDER: Psychoanaliza jest teorią

konkretu, więc na tak ogólnie postawio­ ne pytanie trudno odpowiedzieć. Trzeba najpierw zapytać: która przestrzeń jest nasza? Napisałem kiedyś tekst, w któ­ rym przećwiczyłem ten rodzaj myślenia na przypadku Warszawy. Zygmunt Freud, ojciec psychoanalizy, uważał, że można traktować miasto jak osobę, która jest trwającym bytem z własną historią. W wizualnym charakterze miasta można odtwarzać jej dzieje, opierając się na śla­ dach w przestrzeni, które częściowo mogły zostać unicestwione, wyparte albo – wręcz przeciwnie – wyeksponowane. Na pod­ stawie nawarstwiania tych elementów można spróbować zrozumieć, jak one się mają do aktualnej struktury miasta. Freud odnosił się akurat do Rzymu, ale ten rodzaj

myślenia można zastosować właściwie wo­ bec każdego miasta jako zwartej struktury z dużą gęstością owych dziejowych nawar­ stwień. Nie wiem zresztą, czy potrafiłbym w taki psychoanalityczny sposób podejść do struktury pozamiejskiej. Warszawa jest w moim odczuciu typową przestrzenią po traumie. Bardzo wiele cech jej tkanki miejskiej, a także sposób, w jaki ujawniają się jej formy, budynki i ich sąsiedztwo, kontekst, ruch, przepły­ wy znaczeń, ludzi czy maszyn, są bardzo silnie uwarunkowane traumatycznym doświadczeniem. Pisząc wspomniany tekst, byłem pod wrażeniem tego, jak bardzo pewne opisy funkcjonowania osób po traumie pasują do struktury architek­ tonicznej Warszawy – jej dysproporcjonal­ ności, nieciągłości kontekstu, tworzenia wyspowych przestrzeni i tak dalej. Warsza­ wa przedtraumatyczna była raczej bliższa stanowi, który w psychoanalizie określa się mianem melancholijno­‑maniakalnego czy dwubiegunowego; zresztą jego ślady można odnaleźć także w dzisiejszej tkance

stolicy. Wracając jednak do Pani ogólnego pytania, co „o nas”, czyli – jak rozumiem – o narodowej wspólnocie, mówi przestrzeń, kontynuowałbym tę warszawską metaforę. Odcięcie od kontekstu, brak wewnętrznej spójności, dysharmonia, nieproporcjonal­ ność, niedostrzeganie najbliższego otocze­ nia stanowią bowiem charakterystyczne cechy nie tylko miejskich przestrzeni Warszawy, ale także przestrzeni polskiej w ogóle – tam, gdzie nie ma ona czysto historycznego uwarunkowania. Kraków jest inny pod tym względem… DLR: Nie licząc tego, co otacza historyczną zabudowę miasta, czyli w zasadzie właściwego miasta mieszkańców. AL: Tak, te suburbia krakowskie też rosną

w sposób typowy dla polskiego organizowa­ nia przestrzeni. DLR: Rozumiem, że mówimy tutaj o traumie II wojny światowej, która jest bardzo czytelna w przestrzeni Warszawy i mocno w niej opo‑ wiedziana. Czy jednak w wypadku przedmieść,


dajmy na to, średniej wielkości miasta mamy do czynienia z tym samym źródłem traumy? AL: Momentem traumatycznym jest okres

opisanej przeze mnie „prześnionej rewo­ lucji”, lata 1939–1956, w którym nastąpi­ ło unicestwienie tradycyjnej struktury polskiego społeczeństwa, wyrwanie go z ram, w jakich wcześniej funkcjonowało, i uruchomienie pewnego procesu przejścia społeczności agrarnej w społeczność miej­ ską. Specyfika tej rewolucji polega na tym, że nie dopracowała się ona własnego porządku symbolicznego. To spowodowało, że po 1989 roku, kiedy możliwe stało się skonsumowanie energii tej rewolucji – do tej pory skrępowanej gorsetem dyktatury i zależności politycznej – twory tej energii mają tak chaotyczny, nieuporządkowany charakter. Zaczynając od dzieł architektu­ ry, a kończąc na (nie)porządku politycz­ nym. Mieszczaństwo uzyskało rzeczywistą hegemonię polityczną; niewątpliwie jest to okres olbrzymiej dynamiki w polskim społeczeństwie, która znajduje swoje przeło­ żenie również na dynamiczną i chaotyczną organizację przestrzeni. I znów – odwołując się do języka psychoanalizy – jest to dyna­ mika posttraumatyczna. Możemy się też odwołać do teorii opisujących powstawanie świadomości politycznej. Ów brak pewnego porządku symbolicznego, który w jakiś spo­ sób organizowałby wyobraźnię tej nowej, najbardziej dynamicznej, a jednocześnie hegemonicznej klasy społecznej, powoduje chaos. Dla przykładu: w wypadku Francji rewolucja mieszczańska wykreowała cały zespół symboli, które organizowały nie tylko życie polityczne czy obyczaj, ale także sposób zagospodarowania przestrzeni. Moż­ na powiedzieć, że ponapoleoński klasycyzm odzwierciedla, jak zorganizowana była Francja w kontekście ładu przestrzennego. Wydaje mi się, że tego w Polsce nie ma.

Nazwałbym symptomem posttraumatycz­ nym tę niezdolność ujęcia olbrzymiej dyna­ miki wyzwolonej „prześnioną rewolucją” w jakiś projekt porządku. DLR: Na ile jednak klasa średnia w Polsce jest hegemonem i podmiotem, a na ile przedmio‑ tem globalnych projekcji rynkowych narzuca‑ nych z zewnątrz? AL: Myślę, że nie ma żadnego podmiotu,

który funkcjonowałby poza pewnym polem symbolicznym, czyli systemem zależności. Jeżeli brakuje własnej formy, która jest zor­ ganizowana według jakiejś zasady, to przyj­ muje się istniejące formy związane z okre­ ślonymi wzorcami rozwoju, powiedzmy, dynamiki miejskiej, bo rozumiem, że Pani nawiązuje do kapitału, deweloperów i tego, w jaki sposób oni organizują przestrzeń. DLR: Tak. Przykładem tego mogą być centra handlowe wypierające podstawowe funkcje dworców kolejowych. AL: Takie praktyki związane są z tym,

że hegemon polityczny nie ma własnej koncepcji, którą byłby gotów przeciwstawić wizji funkcjonowania wspólnoty oferowa­ nej przez rynek. Rynkowa wizja wspólnoty to wspólnota konsumentów, podporządko­ wana jej przestrzeń jest tak zorganizowana, żeby jej użytkownicy zajmowali się konsu­ mowaniem. Gdyby wspólnota polityczna miała swoją wizję – jak w krajach z istnieją­ cą silną symboliczną legitymizacją wspólno­ ty politycznej – to byłaby w stanie odeprzeć rynkowe zakusy na przestrzeń. We Francji, na przykład, zadaniem przestrzeni jest wy­ rażanie wielkości republiki, czyli francuska administracja może powiedzieć: nie można zrobić w tym miejscu centrum handlowego, bo ta przestrzeń służy podkreślaniu siły republiki. Ponieważ jednak w Polsce nikt

autoportret 4 [51] 2015 | 11

nie uważa, że siła państwa powinna być symbolicznie podkreślana, wręcz przeciw­ nie, to rynek jest traktowany jak symbol naszego wyzwolenia, a zatem budujemy świątynie rynku, które legitymizują jego symboliczną hegemonię. Ta część społe­ czeństwa, która się temu przeciwstawia, nie ma zdolności wypracowania własnej symboliki. Odwołuje się więc do nostal­ gicznej, tradycjonalistycznej symboliki z przeszłości, co w wymiarze prywatnym wyraża się w formie słynnych dworków, które sobie budują różni nowi drobni burżuje. Na poziomie wspólnoty miejskiej ów sprzeciw znajduje natomiast odzwiercie­ dlenie w próbach restauracji i wskrzeszania różnego rodzaju obiektów, których w sensie urbanistycznym w ogóle nie ma sensu odbu­ dowywać. Efekty są absurdalne, jak choćby wzniesiona przed Teatrem Wielkim przez jakiś bank betonowa konstrukcja, która ma udawać XVIII­‑wieczny pałac. Powstała hybryda – odzwierciedlająca presję prze­ ciwstawnych sił: z jednej strony komercji, a z drugiej czysto nostalgicznego przywoły­ wania przeszłości – stanowi, moim zda­ niem, typowy efekt braku podmiotowości. MARTA KARPIŃSKA: W kategorii tego typu hybryd mieści się pomysł, który pojawił się parę miesięcy temu, żeby autostradę A4 na‑ zwać imieniem „Żołnierzy Wyklętych”. Każdy zjazd z autostrady miałby nosić dodatkowo imię kolejnych postaci mieszczących się tej kategorii bohaterów narodowych. Mamy tu zatem spełnioną aspirację modernizacyjną w postaci kawałka drogowej infrastruktu‑ ry i próbę nałożenia na to tożsamościowej warstwy symbolicznej. Czy jakimś rodzajem architektury wspólnoty nie są te wszystkie współczesne obiekty muzealne – Muzeum Powstania Warszawskiego, Centrum Solidar‑ ności, Muzeum II Wojny Światowej, budowane obecnie Muzeum Polaków Ratujących Żydów


i tak dalej – będące nośnikiem polityki histo‑ rycznej? Do czyich potrzeb odwołują się tego typu przedsięwzięcia? Klasy średniej, która daje się w coraz większym stopniu uwodzić tym narracjom? AL: Z pewnością. Powiedziałbym, że symbole

są elementem nie tyle reprezentującym po­ glądy, ile objawiającym potrzeby i prag­ nienia, na przykład legitymizacji i uspra­ wiedliwienia własnej pozycji. Ogromna część polityki historycznej ma właśnie taki charakter, to znaczy stanowi próbę legitymi­ zowania różnego rodzaju pozycji i struktur społecznych. Polska klasa średnia ma ogrom­ ny problem z uprawomocnieniem swojej pozycji, chociażby wobec tradycji niepodle­ głościowej, XIX­‑wiecznej tradycji bohater­ skiego cierpienia, tradycji zaangażowania społecznego. Za swoją obojętność w tych ob­ szarach jest poddawana druzgocącej krytyce ze strony inteligencji. Inteligencji, która mówi: „wszyscy teraz gonią za tym pienią­ dzem”, „kiedyś to był etos” i tym podobne rzeczy. Moim zdaniem, jest to w gruncie rze­ czy krytyka konstruowana z pozycji kultury ziemiańskiej, z której polska inteligencja się wywodzi, wobec mieszczaństwa. Ziemiań­ stwo nigdy nie lubiło tego, co jest istotą mieszczańskości, czyli pogoni za zyskiem. Szlachta zawsze poddawała krytyce tego typu postawy. Kiedy była hegemonem poli­ tycznym, to ta krytyka wyrażała się poprzez ograniczanie praw mieszczan. W momencie, gdy przestała być hegemonem politycznym, a stała się hegemonem kulturowym, to in­ teligencka krytyka mieszczaństwa realizuje się na poziomie dewaluowania wartości pracy w imię sukcesu indywidualnego. Nowe polskie mieszczaństwo nie uzyska­ ło swojego uprawomocnienia, w związku z czym cały czas musi się tłumaczyć z tego, że ma pieniądze, że chce je posiadać i że tyl­ ko to je interesuje. Jednym ze sposobów

tłumaczenia się jest wpisywanie się w róż­ nego rodzaju historyczne narracje – od­ najdywanie ciągłości: byliśmy wspaniali i wciąż jesteśmy wspaniali. W tym sensie polityka historyczna jest w gruncie rzeczy grą o pozycję polityczną w ramach struk­ tury społecznej. I te różnego rodzaju nowe obiekty, które powstają, są rezultatem walki politycznej, kolejnymi ruchami w sporze, który ma swoje autonomiczne bieguny: albo wiążemy się z nowoczesnym światem zachodnim i jego wszystkimi pozytywnymi wartościami, albo nawiązujemy do naszej wielkiej, narodowej tradycji cierpienia i klę­ ski. Warszawa skupia w sobie silnie te spory i oddziałuje na ogólnopolską debatę. I to nie jest tak, że tylko jedna strona prowadzi politykę historyczną. Weźmy na przykład POLIN – Muzeum Historii Żydów Polskich, które jest ewidentnie projektem politycz­ nym, mającym charakter pewnego rodzaju manifestu. Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej też jest tego rodzaju strukturą, tamtejsze wystawy stanowią pewien głos w tym sporze o legitymizację. Oczywiście, są ono organizowane inteligentnie i mnie się podoba program MSN, ale nie będzie­ my udawać, że jesteśmy poza tym sporem. W tym sensie każdy tego rodzaju obiekt, któ­ ry operuje w przestrzeni symbolicznej, jest głosem opowiadającym się w debacie po tej czy innej stronie. Muzeum Polaków Ratu­ jących Żydów, POLIN, Muzeum Powstania Warszawskiego z jego siłą oddziaływania, a także planowane Muzeum Historii Polski (i trudności, jakie towarzyszą jego powsta­ waniu) – składają się na kolejne głosy w tym długofalowym konflikcie.

konserwatyzmu. Jeśli ktoś pozwala sobie mówić z pozycji moralnej prawomocności, to są to zazwyczaj konserwatyści. Bardzo długo było tak, że opcja modernizująca bała się używać argumentów dotyczących „wartości” – słynny slogan o ciepłej wodzie w kranie jest tego najlepszym przykładem. Ale to niestety spowodowało – bo uważam, że to ma niedobre konsekwencje dla pol­ skiej polityki – sytuację głębokiej nierów­ nowagi. Jedna strona mogła się odwoływać do bardzo silnych emocji i ideałów, a druga strona nie dała sobie tego prawa. Politykę robi się nie przez „ciepłą wodę w kranie” – choć sam postulat, żeby ona była, jest słuszny – tylko za pomocą uruchamiania bardzo silnej mobilizacji moralnej, która tak naprawdę projektuje pragnienia ludzi, umieszczone w obszarze ideowym. DLR: W takim razie, gdzie możemy być razem? Gdzie mamy szukać tych wspólnych miejsc i przestrzeni? AL: „Czy chcemy być razem?” – to raczej jest

pytanie, które trzeba zadać hegemonowi, czyli klasie średniej. Duża część klasy śred­ niej tak bardzo razem być nie chce. Woli pozostawać w małej rodzinie, z niechęcią poddając się przymusowym rytuałom rodzi­ ny wielkiej, bo jednak władza „amoralnego familiaryzmu” obowiązuje. Oczywiście, dzieci tej pierwszej klasy średniej zaczynają szukać pewnych możliwości bycia razem, ale jakie to możliwości i co miałoby z nich wynikać, tego do końca nie wiem. DLR: Myślałam o takich miejscach, w których przebywamy razem, chcąc tego czy nie. Przyj‑

DLR: A jakie skutki dla wspólnoty ma ten brak

mujemy, że nie chcemy się wzajemnie zabijać,

legitymizacji klasy średniej?

żyjemy razem i korzystamy z przestrzeni wspól‑ nych: przychodni, szpitali, szkół. Zazwyczaj nie

AL: Słabością wewnętrznej legitymiza­

wybieramy tych miejsc, powiedzmy, że przed‑

cji klasy średniej żywi się siła polskiego

stawiciele klasy średniej mają może większy

autoportret 4 [51] 2015 | 12


wybór. Kolejne wspólne przestrzenie na liście to: zajazd, remiza, plac zabaw, kościół. Jak zmienia się dynamika używania tych miejsc?

radzą. Przezwyciężenie tego wymaga siły politycznej, która wynika z mobilizacji, a mobilizację uruchamia w ludziach bardzo mocna warstwa symboliczna.

AL: Nowa klasa średnia trochę odchodzi

od skrajnego indywidualizmu, z którym łączy się bardzo często funkcjonalne podej­ ście: jeśli już mamy mieć przestrzeń wspól­ ną typu przychodnia, to po to, abym ja mógł szybko załatwić swoją sprawę, na moich warunkach, i żebym z nikim innym nie mu­ siał mieć za bardzo do czynienia. Zaczyna się pojawiać inny rodzaj rozumienia potrzeb ludzkich w tej nowej klasie średniej – i to może rzutować na to, jak będą organi­ zowane te przestrzenie. Natomiast mam obawę, że dopóki ta grupa nie wypracuje sobie ogólnej wizji, tego, kim jest i czego chce, to przestrzeń pozostanie chaotyczna. DLR: Co w tym złego? AL: To jest bardzo dobre pytanie, sam się

nad tym zastanawiałem. Odpowiedź szłaby w takim kierunku: przestrzeń publiczna nie jest przestrzenią pustą, w którą się wchodzi i robi to, na co ma się ochotę, generując przyjemną, multikulturalistycz­ ną różnorodność. Przestrzeń publiczna jest miejscem pewnego sporu, walki, próby sił. Jeżeli jedna strona jest słaba, to zostanie wyparta przez inne siły. Jeżeli zwolenni­ kom modelu miejskości otwartej zabraknie konsekwencji i mobilizacji, to zostaną zwyciężeni przez dwie potężne siły: z jednej strony rynek, który chce mieć przestrzeń podporządkowana potrzebom konsumpcyj­ nym, a z drugiej: konserwatywną i tradycjo­ nalistyczną część klasy średniej, która chce budować społeczeństwo na różnego rodzaju hierarchiach, przede wszystkim hierarchii pieniądza. Konsekwencją tego jest podział przestrzeni pomiędzy bardzo bogatych i średnio zamożnych, a biedni niech sobie

MK: W ostatnich miesiącach, w związku z kry‑ zysem uchodźczym, w debacie publicznej nie brakuje mobilizacji opartej na emocjach. AL: W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni

do tego, żeby mobilizację opartą na emo­ cjach wiązać przede wszystkim z pra­ wicowymi, często nacjonalistycznymi ruchami pałającymi resentymentem. Ale każda mobilizacja polityczna, polityczne upodmiotowienie, jest oparta na emo­ cjach. Również rewindykacje równościowe i emancypacyjne, czyli te, które charakte­ ryzują lewicę, żywią się różnymi emocja­ mi. Czasem dobrymi, jak współodczuwa­ nie i empatia, a czasem mniej dobrymi, jak poczucie krzywdy. Imigranci to jest nowa sprawa…

jest pozbawiona tego rodzaju mobilizacji. Choć od czasu objęcia władzy przez PiS rodzi się ona zadziwiająco szybko. Przyj­ mując jednak, że ta ksenofobiczna reakcja jest symptomatyczna i dość powszechna, to dla mnie świadczy ona przede wszystkim o tym, że polskie społeczeństwo nadal nie dojrzało do funkcjonowania jako podmiot odpowiedzialności politycznej – to znaczy taki, który w trudnościach widzi proble­ my do rozwiązania i czuje się na siłach, żeby je podjąć, również w imieniu innych. Wydaje mi się zatem, że reakcja dużej części społeczeństwa na uchodźców świadczy o tym, że nie chce ono przyjąć żadnej odpowiedzialności za coś, co wykracza poza bezpośredni horyzont „swojskości”. Niech inni – Niemcy, Austriacy, Francuzi czy Bry­ tyjczycy – czują się za to odpowiedzialni. DLR: Nasza narracja: „bo my już tyle razy zostaliśmy skrzywdzeni…”. AL: Tak, my za takie rzeczy nie chcemy

MK: Właśnie, czy to tak do końca jest świeża

tożsamości?

odpowiadać, to nie jest nasza sprawa, jesteśmy raczej słabi niż silni, silni zawsze robili nas w konia i teraz znowu chcą to zrobić. I to jest ten wyraźny odruch, któ­ ry się uruchomił. Nazwałbym go ucieczką od odpowiedzialności.

AL: Świeża sprawa w tym sensie, że obec­

MK: Czy w tym wszystkim reprodukują się

ny kryzys uchodźczy pozwolił na nowo ujawnić coś, co, moim zdaniem, jest trwałą cechą jakiejś części polskiego spo­ łeczeństwa. Nie do końca wiemy jednak, jakiej części. Nie mamy żadnej pewności co do tego, jak naprawdę jest z tą silną reakcją przeciw uchodźcom – czy to jest powszechne stanowisko, czy raczej ta po­ stawa reprezentuje pogląd bardzo obecnie aktywnej opcji politycznej. Problem polega na tym, że konserwatywno­‑narodowa część społeczeństwa ma swoje legiony, a reszta

jednak postawy wcześniejsze? Do jakiego

sprawa, czy nie? Do jakiego stopnia te odruchy plemiennej wspólnotowości zostały nakręcone przez polityków i media, a do jakiego nakładają się one na to, co wcześniej tkwiło w naszej

autoportret 4 [51] 2015 | 13

stopnia te głęboko zakorzenione w świadomości społecznej odczucia wobec określonej grupy etnicznej czy religijnej mogą być kalką postaw czy języka z okresu II RP czy opisanego przez Pana czasu „prześnionej rewolucji”? Międzywo‑ jenna Polska żyła z w tym rozdarciu pomiędzy utopijnym dążeniem do jednolitej struktury narodowej („Polska byłaby wspaniała, gdyby nie ci Żydzi i Ukraińcy”) a realnymi konfliktami et‑ nicznymi i społecznymi. Teraz mamy to samo – już prawie jesteśmy po tej samej stronie,


co Zachód, i znowu ktoś chce nam zepsuć ten

DLR: Ale problemem jest moim zdaniem to,

idealny obraz nas samych.

że ta klasa średnia nie mówi, iż uczestniczymy w tym, co jest wyzyskiem.

AL: Tak, to jest właśnie to poczucie, że już

sobie tę naszą chałupę zrobiliśmy, tak jak Niemcy, a chcą nam tu wpuścić jakichś psujów, którzy nam to wszystko znisz­ czą. To także jest jeden z elementów tej postawy ucieczki, na którą składają się lęki i niechęć do wzięcia odpowiedzial­ ności za sytuację. Jeszcze nie zdążyliśmy się tym wszystkim nacieszyć, a zaraz popsują nam zabawę. Jeżeli natomiast poszukiwać związku obecnej sytuacji z historią, to w fakcie, że dominująca, mimo szlacheckiego sztafażu, chłopsko­ ‑pańszczyźniana genealogia polskiej men­ talności nie wytworzyła w społeczeństwie przyzwyczajenia do myślenia o sobie jako o podmiocie silnej, politycznej i instytu­ cjonalnej wspólnoty w wymiarze państwa, nie mówiąc już o wspólnocie międzynaro­ dowej. To powoduje, że ogólnie w Polsce zaufanie do instytucji i zaufanie wzajem­ ne są bardzo niskie. I ten brak zaufania też generuje lęk, że jak nasze instytucje zajmą się uchodźcami, to więcej będzie z tego nieszczęść niż pożytku.

AL: Cała historia LPP SA i tej wielkiej

fabryki w Bangladeszu trochę sprawę otwo­ rzyła, choć dotyczy to, powiedzmy, 0,05% polskiego społeczeństwa świadomego tych kwestii…

to było państwo, które w określonej sytuacji potrafiło rozwiązać pewien trudny problem, co najmniej bez bardzo kosztownych konsek­ wencji dla własnego społeczeństwa. A takie konsekwencje poniosło społeczeństwo fran­ cuskie po wojnach w Indochinach i Algierii. Takiego rodzaju doświadczenia odkładają się w zbiorowej świadomości społecznej. W Polsce brakuje wiary w to, że publiczne instytucje potrafią rozwiązywać problemy.

DLR: I to tego bardziej otwartego, ­prawda? Gdybyśmy przyznali, że tak ­skonstruowany

DLR: Nasze instytucje też nieszczególnie po‑

jest świat, my w tym uczestniczymy i jesteś­my

magają w krzewieniu tej wiary.

razem z tymi, którzy wykorzystują, to wtedy może zdobylibyśmy się na współodpowie­‑

AL: Abstrahując od tego, czy to pań­

dzialność?

MK: Jatka zrobiła się po ich wyjściu.

stwo działa, to powiedziałbym, że ono od 1989 roku nie musiało się konfrontować z aż tak ­wielkim problemem, jakim jest obecny kryzys. Nie było takiej sytuacji, jak zmiana granic czy dekolonizacja. Oczywiś­ cie, jest sprawa Ukrainy, ale Polska w grun­ cie rzeczy nie jest ważnym graczem w tej rozgrywce. W tym sensie kwestia uchodźców to pierwszy problem, który wykracza poza wewnętrzne sprawy Polski. Wydaje mi się, że jest to też poważna próba dla polskiego społeczeństwa, które chciałoby wierzyć, że państwo potrafi się skonfrontować z tym kryzysem, i jednocześnie sprawdzian dla klasy politycznej, która musiałaby pokazać, że ma jakiekolwiek kompetencje.

konflikty zostały wyeksportowane? Ci, którzy

AL: Oczywiście, ale zawsze, kiedy rozma­

MK: A wspólnota krajów wyszehradzkich?

nadal są wyzyskiwani, zostali po prostu usu‑

wiam o tego typu sprawach, mówię, że nie należy patrzeć tylko na tych, którzy zostali zabici. Trzeba też patrzeć na tych, którzy nie zostali zabici, a mogli. Gdyby Anglicy chcieli się utrzymać w Indiach, tak jak Francuzi się utrzymywali w Indochinach, to tam byłoby dużo gorzej. Oczywiście z jednej strony można powiedzieć, że postąpili nieodpowie­ dzialnie, bo zostawili tych skonfliktowanych z sobą muzułmanów i hindusów, którzy rzucili się sobie do gardeł. Z drugiej strony

AL: Zgadzam się z tym rozumowaniem.

Wygłosiłbym przy tym nieco paradoksalną obronę epoki kolonialnej. Ona, oczywiście, była okropna, Europejczycy robili ludom poza­ europejskim rzeczy straszne, ale dla Europej­ czyków była to też szkoła odpowiedzialności, dokładnie w tym sensie, o którym mówiłem przed chwilą, to znaczy państwowe instytucje różnego rodzaju były zdolne do rozwiązywa­ nia różnych problemów. W różnych krajach przebiegało to rozmaicie, ale to, że Anglicy potrafili bez jatki wyjść z Indii…

DLR: Czy nie jest też tak, że zachodnie społe‑ czeństwa mają do pewnego stopnia przepraco‑ waną kwestię kolonialną, ale wynikające z niej

nięci z pola widzenia, sytuują się poza Europą. I my, polskie społeczeństwo, także bierzemy udział w tym wyzysku krajów globalnego połu‑ dnia, tylko nie chcemy sobie tego uświadomić, ta kwestia w ogóle nie pada w debacie. MK: Owszem, padła – pojawiły się głosy, że my nie mamy z tym nic wspólnego, nie mieliśmy żadnych kolonii, to nie nasza wojna i tak dalej.

autoportret 4 [51] 2015 | 14

AL: Moim zdaniem nie ma tu żadnej

wspólnoty… MK: Nie chodzi mi o obecne mniej lub bardziej urojone polityczne sojusze, ale pewne podo‑ bieństwa, które wynikają z historii. Zarówno po I wojnie światowej, jak i po upadku bloku wschodniego państwa Europy Środkowej, w tym kraje z tak zwanej grupy wyszehradzkiej, musiały na nowo definiować swoją wspólnotę


narodową. Jakie to ma przełożenie na obecne

DLR: Chcę jeszcze zapytać o te miejsca,

narracje? Polska, Węgry, Słowacja i Czechy

które sobie wydzielamy: osiedla ogrodzone,

w sprawie uchodźców mówią jednym głosem.

płoty otaczające domy, ale także o ten dwór. Wszyscy się dziwią, że polskie społeczeń‑

AL: To są państwa i społeczeństwa, które

stwo – wywodzące się z chłopstwa – aspiruje

dotychczas nie musiały podejmować jako podmioty polityczne, czyli jako wspólnota instytucjonalna, decyzji wykraczających poza rozwiązywanie ich wewnętrznych spraw. Poza Węgrami, bo Węgrzy w Impe­ rium Austro­‑Węgierskim byli jednak jakimś podmiotem politycznym. W tym sensie my­ ślę, że problem krajów Europy Środkowo­ ‑Wschodniej polega na tym, że one ten ro­ dzaj współodpowiedzialności traktują jako coś narzuconego i ich reakcją jest zawsze ucieczka lub pozycja obronna.

do dworu. Ale skoro dwór stanowił naturalny

DLR: Czy na te odczucia nie nakłada się wspo‑ mnienie Układu Warszawskiego, zdominowa‑ nego przez Związek Radziecki, i jakieś pod‑ świadome odczuwanie paralelności sytuacji? AL: Na pewno. Okupacja sowiecka wzmoc­

niła i utrwaliła ten typ postaw. Zmiotła wyższe klasy, w ich miejsce zapewniając obszar awansu, ale nie tworząc warun­ ków do tego, aby ta nowa klasa mogła się naprawdę ukształtować i zdobyć pewnego rodzaju wewnętrzną legitymizację, która by ją uprawomocniła w oczach własnego społeczeństwa. Wszystkie te kraje borykają się z tym problemem. Ciekawa jest przy tym historia Czech. Czechy miały swoją burżuazję, która politycznie była bardzo niesamodzielna i, poza krótkim okresem międzywojennej Czechosłowacji, politycz­ nie dyspozycyjna najpierw wobec Austria­ ków, czyli imperium Habsburgów, a potem całkowicie stłamszona przez okupację rosyjską. W związku z tym tam też ujaw­ nił się bardzo wyraźnie syndrom braku podejmowania zbiorowej, instytucjonalnej odpowiedzialności.

wzorzec tych aspiracji, to w zasadzie dlaczego jest to dla nas takie dziwne? AL: Właśnie, nie powinniśmy się dziwić. DLR: Ale się dziwimy. AL: Kto się dziwi? Ustalenie podmiotu tego

zdziwienia wydaje mi się kluczowe w całej zagadce. Dziwi się ta część wielkomiej­ skiej klasy średniej, która aspiruje z kolei do wzorca europejskiej inteligencji z prze­ łomu XX i XXI wieku, czyli elit intelektual­ nych, mających w Europie władzę społeczną charakteryzującą się taką aksamitną konte­ stacją, która nas też cechuje. I z tej pozycji my się dziwimy, bo naszą bajką są te Paryże i Nowe Jorki. Ale pragnienie posiadania dworku jest zupełnie zrozumiałe. Jeżeli ktoś w uniwersum agrarnym przestaje być poddanym, to staje się panem, a co ma pan? Pan ma dwór. I tego typu aspiracja, z mojego punktu widzenia, jest równie uzasadniona intelektualnie jak zamówienie sobie nowo­ czesnej willi u jakiegoś superarchitekta. DLR: Jednocześnie pojawia się mocno dyskre‑ dytujący dyskurs wymierzony w klasę średnią i jej sposób funkcjonowania, kopiowanie wzorców i tworzenie nowoczesnego wizerunku opartego na tych wzorcach. Istnieje jakiś rodzaj społecznego przyzwolenia na to, żeby pisać potępiające przedstawicieli tej grupy artykuły o tych ich paliwożernych SUV­‑ach i płotach, którymi się otaczają. AL: Moim zdaniem grzech pierworodny

klasy średniej ukonstytuowanej w latach

autoportret 4 [51] 2015 | 15

90. jest taki, że ona zaabsorbowała wzorce konsumpcji materialnej, ale nie przyjęła pewnego etosu współodpowiedzialności za całość społeczeństwa, który ukształtował się po II wojnie światowej w zachodniej klasie średniej. Nie wiadomo, czy ten etos nie znajduje się teraz w kryzysie, ale przez długi czas był bardzo silny. Wielkie par­ tie, które rządziły Europą przez niemal pięćdziesiąt lat po wojnie, głosiły: „jeste­ śmy partiami masowymi, w których jest miejsce dla silnych i słabych”. To dotyczy zarówno szeroko pojętej chadecji, jak i socjaldemo­kracji. Mamy tu czynienia z pewnym ideałem równości i niezależnie od tego, czy jest on realizowany bardziej w wersji konserwatywnej, na bazie ideałów religijnych, czy w opcji lewicowej, na bazie ideałów socjalistycznych, to był bardzo rozpowszechniony w powojennej Europie. Polska klasa średnia przyjęła styl konsump­ cji, ale w ogóle nie przyjęła tego ideału, to wręcz znalazło wyraz w ideologicznym deprecjonowaniu projektu europejskiego. MK: Czy kryzys tego wielkiego politycznego projektu nie związał się z upadkiem komuni‑ zmu? Czy nie było tak, że on w ogóle powstał jako przeciwwaga dla komunizmu? AL: Uważam, że jest inaczej. Podstawowym

niebezpieczeństwem, z którym zmagali się ojcowie założyciele projektu europej­ skiego, były nacjonalizmy europejskie. Oni stworzyli ten projekt głównie po to, żeby zapobiec sytuacji, w której państwa europejskie rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście zagrożenie komunizmem istniało, ale Europejczycy bardzo chytrze – a każde chytre posunięcie jest kosztowne i teraz za nie płacimy – scedowali problem Związku Sowieckiego na Amerykanów. Powiedzieli: „To wy będziecie powstrzymy­ wać Sowietów, a my stworzymy taki rodzaj


systemu politycznego, aby komuniści nie zdobyli większości parlamentarnej”. Jedną z konsekwencji tej polityki jest to, że w Pol­ sce po upadku komunizmu w latach 90. ide­ ałem państwa stały się Stany Zjednoczone. Ten model usankcjonował egoizm klasowy. O ile polska klasa średnia wzorce stylu życia i konsumpcji przejęła z Europy, o tyle na po­ ziomie ideałów społecznych i politycznych stanęła po stronie indywidualistycznego modelu anglosaskiego. Za ten pierworodny grzech polityczny płacimy ogromną cenę. W polskim społeczeństwie, które jest w swo­ ich aspiracjach wspólnotowe i wywodzi się z tradycji katolicko­‑konserwatywno­ ‑chłopskiej, a także z tego, co wniosła ideologia socjalistyczna („wszyscy mamy równe żołądki”), od dwudziestu pięciu lat moralną legitymację zyskuje egoizm społeczny – i ma to raczej koszmarne konsekwencje.

podmiotowości w tym obszarze i zanie­ chaniu aktywnej polityki międzynarodo­ wej. Poza tym zaniedbane zostały procesy demokratyzacji Europy. Być może Europa się rozpadnie. Jeśli do tego dojdzie, to stanie się marginalnym i prawdopodobnie nie­ bezpiecznym obszarem, przylądkiem Azji. Natomiast jeżeli się nie rozpadnie, to być może powstanie w Europie nowa hegemonia polityczna. Optymistyczne jest to, że – cho­ ciaż wszyscy obecnie narzekają na Unię Europejską – to jakoś żadne państwo człon­ kowskie, może poza Wielką Brytanią, nie jest zdecydowane, żeby ją opuścić.

MK: Czy nie jest tak, że projekt europejski

AL: Po pierwsze żadne płoty nigdy nigdzie

słabnie? Czy ciągle możemy się odwoływać

nie powstrzymały imigrantów. Może Izrael potrafi powstrzymać takimi konstrukcjami przepływ ludzi, ale to jest malutki kraj. Ogro­ dzenie jest jednak wymownym symbolem. Europa przez prawie pięćdziesiąt powojen­ nych lat bardzo dbała o swój wewnętrzny ład, ale kompletnie zaniedbała odpowie­ dzialność wobec krajów pozaeuropejskich, właśnie nie prowadząc aktywnej polityki…

do tego powojennego ideału, zgodnie z którym przez kilka dziesięcioleci funkcjonowały pań‑ stwa zachodnioeuropejskie? Przecież on też zaczął być rozsadzany przez siły neoliberalne i obecne kryzysy. AL: Czy projekt europejski jest skazany

na ­klęskę? Tego nie wiem. Moim zdaniem te kryzysy, które dotknęły go ostatnio, czyli kryzys ekonomiczny po 2008 roku, obecny kryzys uchodźczy oraz kryzys polityczny związany z Rosją, ujawniły głębokie słabości i zaniedbania europejskiej klasy politycznej, która osiadła na laurach w latach 60. i 70. XX wieku i od tego czasu nie zrobiła żadnego poważnego kroku politycznego. Do tego doszło: scedowanie hegemonii politycznej na Amerykanów, hegemonii związanej również z militarną siłą, co wiąże się z kon­ sekwencjami w postaci braku europejskiej

DLR: Europa zaczyna się okopywać w zamk‑ niętej twierdzy. Architekturę wspólnoty europejskiej zaczynają tworzyć coraz wyższe mury. W Polsce wiele osób jest dumnych, że Frontex – taka ważna europejska instytu‑ cja – ma siedzibę w Warszawie.

MK: Amerykanie prowadzili aktywną politykę i chyba właśnie odczuwamy tego skutki. AL: Każdy się uczy na swoich błędach,

Amerykanie uczą się na swoich błędach, a Europejczycy na swoich. Europejczycy lepiej niż Amerykanie rozumieją świat pozaeuropejski, a zwłaszcza ten bliskow­ schodni. Europejczycy świetnie wiedzieli, że jak się wjedzie czołgami do Iraku, to z tego będzie tylko pasztet. Francuzi

autoportret 4 [51] 2015 | 16

wiedzieli to od razu i mówili o tym na swój arogancki sposób. Anglicy wie­ dzieli to równie dobrze, choć wysłali swoje wojska. Niemcy też zdawali sobie z tego sprawę. Czyli mówimy o krajach z trady­ cjami brania odpowiedzialności, które jednak z tej odpowiedzialności zrezygno­ wały. Już w latach 60. Europa wyrzekła się hegemonii politycznej, a kiedy Ameryka­ nie wjechali do Iraku, to co mogli zrobić Europejczycy? Mogli powiedzieć „my się w to nie bawimy”. Kiedy zaczęła się Arab­ ska Wiosna, to wszyscy się cieszyliśmy, że młodzież arabska chce wolności, choć kilku analityków przestrzegało, że to, jak każda rewolucja, doprowadzi do wojny domowej. A co zrobili Europejczycy? Nic – poza tym, że pomogli obalić Kaddafiego. Ta nieodpowiedzialność skutkuje tym, że mamy olbrzymi problem. Na południe od nas, bardzo blisko, rzesze ludzi żyją w nędzy i w rzeczywistości ciągłej wojny, dlaczego więc nie mają podejmować prób przeniesienia się do Europy? Nie ma szans z wielu różnych względów przyjąć wszyst­ kich potrzebujących, więc nieuchronnie będą te płoty na granicach europejskich powstawać. Moim zdaniem te płoty to świadectwo wielu dziesięcioleci nie­ odpowiedzialności europejskiej. A teraz trzeba będzie sobie z tym wszystkim jakoś poradzić. To dotyczy Europejczyków, ale także Amerykanów, którzy muszą stawiać płoty na granicy z Meksykiem. W dodatku żyjemy w świecie łatwej komunikacji – także w rozumieniu środków ułatwiają­ cych przemieszczanie się. Mieszkańcy Konga za czasów króla Leopolda – znajdu­ jący się w tragicznym położeniu – nie mie­ li w ogóle świadomości, że można gdzieś pójść, wsiąść na jakiś statek, popłynąć do tej Belgii i zostać tam nielegalnym imi­ grantem. I to nie dlatego, że ci Belgowie i tak pozabijaliby ich po drodze, ale przede


wszystkim dlatego, że brakowało wyobra­ żenia, że jest to możliwe. Dzisiaj wszyscy mieszkańcy Afryki Subsaharyjskiej mogą zobaczyć w telewizji, jak wygląda życie w Niemczech, mogą dostać sms do kolegi, który już tam dotarł, po drodze są jeepy, autobusy, statki... Oni w jakiś sposób zdobędą pieniądze na podróż i potem jadą. Bo dlaczego mieliby tego nie robić? Ta sytuacja dotyczy przede wszystkim krajów dotkniętych wojną. W tym sensie Europejczycy muszą się pogodzić z tym, że będą budować płoty, a imigranci czy uchodźcy będą przez te płoty przełazić, bo jeszcze żadne ogrodzenie nikogo nie powstrzymało.

DLR: Tyle że autonomia państwa jest utopią

DLR: Otóż to. Przypadek?

w kontekście siły globalnych korporacji… AL: Nie sądzę. Minęły czasy, kiedy przed­ AL: Wiadomo, że obecnie państwa narodo­

stawiciele niezbyt zamożnej europejskiej klasy średniej mogli wykształcić dziecko na w miarę przyzwoitej uczelni i było to czymś naturalnym, a zarazem nie bardzo kosztownym. Dzisiaj to jest dra­ matyczny wysiłek. To jest konsekwencja przemieszczenia produkcji i siły politycz­ nej poza miejsce, w którym się podejmuje decyzje. Kapitał i klasy najsilniejsze w spo­ łeczeństwie nie muszą się w ogóle liczyć z innymi, bo i tak swoje interesy zabez­ pieczają poza obszarem, gdzie ci inni mają wpływ polityczny. Dawniej trzeba było wyedukować Europejczyków z najniższych klas społecznych, chociażby po to, aby oni umieli pracować w fabryce. Dzisiaj nie ma takiej potrzeby, bo w fabryce pracują Chińczycy, więc lepiej niech Europejczycy edukują się w piłce nożnej, to jest wielki biznes, a jednocześnie namiętność, swoje­ go rodzaju igrzyska, które zastępują nam aktywność polityczną.

MK: Czyli silne państwo?

we, poza Stanami Zjednoczonymi, Chinami czy Indiami, są zbyt słabymi bytami, by ra­ dzić sobie z potęgą kapitału korporacyjnego. W związku z tym zadaniem, przed którym stajemy, jest tworzenie takich organizmów politycznych, które będą w stanie przeciw­ stawić się tego typu siłom. Unia Europejska jest takim organizmem, choć także ona ulega różnym lobbystom narzucającym roz­ wiązania sprzyjające korporacjom. To jest gra sił, musimy się z tym liczyć, i dopóki społeczeństwa europejskie nie będą miały takiej siły politycznej, która będzie mówiła: „jesteśmy ludem europejskim, który musi walczyć o pewne rozstrzygnięcia polityczne na poziomie europejskim”, dopóty korpo­ racje będą silniejsze. Myślę, że nasze czasy wciąż naznacza katastrofalny upadek uto­ pii, ale spójrzmy na to z innej perspektywy. Społeczeństwo demokratyczne też było uto­ pią. Gdyby ktoś w XVIII wieku opowiedział, jak funkcjonuje społeczeństwo zachodnio­ europejskie w XX wieku, to zostałby pewnie wyśmiany. Jeszcze w XIX wieku powszech­ ne prawo wyborcze było absolutną utopią. Trudno odpowiedzieć, czy dzisiejsze modele demokracji deliberatywnej i inne formy nowych demokracji są utopiami czy nie – to się dopiero okaże.

AL: Silne państwo, konfederacje państw,

DLR: Przygotowaliśmy kiedyś numer „Auto‑

organizmy polityczne. Silne państwo to – dodajmy dla jasności – demokratyczny byt polityczny, który potrafi egzekwować równość wobec prawa w sposób w miarę konsekwentny. W opozycji do tego jest dezinstytucjonalizacja społeczeństwa, która grozi powrotem do atawistycznej wspólnoty pierwotnej, w której ludzie raczej robią sobie krzywdę, a nierówności rosną.

portretu” na temat utopii. Pytaliśmy w ankiecie

DLR: Niesamowite, że to może być jeszcze

redakcyjnej o kryzys utopii różne osoby i ob‑

aktualne.

DLR: W rozmowie z Bogną Świątkowską opublikowanej w zbiorze My i oni mówił Pan o niemożności wygenerowania wspólnego, europejskiego projektu wobec dominującej doktryny indywidualistycznej, neoliberalnej. Nie ma światełka w tunelu? AL: Od czasu tej rozmowy jeszcze mocniej

wykrystalizowało się we mnie przekonanie, że póki ktoś nie wymyśli czegoś lepszego, to trzeba realizować projekt uniwersalizmu praw, który głosi, że ludzie mają równe prawa, że gwarantem tego jest pewna insty­ tucjonalizacja polityczna.

MK: Stadion jako architektura wspólnoty. AL: Owszem, to jest architektura wspól­

noty, i to w tym samym znaczeniu, jakim były areny w czasach rzymskich – lud rzymski nikomu niepotrzebny, a jedno­ cześnie groźny, dostawał igrzyska, które rozładowywały napięcia.

serwowaliśmy ich reakcje. Bardzo ciekawy był głos Marca Augégo, który napisał, że ostatnią

AL: To jest aktualne. Studiowanie

utopią jest powszechna edukacja.

schyłku cywilizacji rzymskiej i tego, jak społeczeństwo się wtedy degra­ dowało, bardzo wiele mówi nam o tym, co się dzieje w naszym świecie współczesnym.

AL: I od razu przychodzi mi do głowy, jak

bar­dzo współczesna cywilizacja podmywa tę utopię.

autoportret 4 [51] 2015 | 17


W

Silvia Bodei

http://afectadosporlahipoteca.com/

NOWE MODELE MIESZKANIA I WSPÓLNOTY W BARCELONIE

2008 roku, na skutek po­ ważnego kryzysu ekono­ micznego oraz pęknięcia bańki na rynku nieru­ chomości, powstała duża dysproporcja pomiędzy cenami mieszkań (na sprzedaż lub pod wynajem) a płacami obywate­ li w Hiszpanii. Wiele osób znalazło się w dramatycznej sytuacji. W samym tylko obszarze gminnym Barcelony w 2014 roku przeprowadzono 2436 eksmisji (90,4% z powodu niewywiązania się z umowy czynszowej oraz 9,6% z powodu niewy­ wiązania się z umowy kredytowej), przy czym Katalonia jest regionem Hiszpanii o najwyższej liczbie eksmisji (22% wszyst­ kich w kraju)1. Są to bardzo niepokojące dane, skalą nieporównywalne do żadnego innego europejskiego państwa. Wynikają one częściowo z polityki budowlanej ostat­ nich dziesięcioleci, kiedy to skupiono się głównie na projektowaniu i rewitalizacji przestrzeni, co przyczyniło się do kreowa­ nia tak zwanego efektu Barcelony. Rynek mieszkaniowy został niemal całkowicie sprywatyzowany. Stworzono w ten sposób korzystne warunki dla nabycia nierucho­ mości przez osoby prywatne (w 2014 roku 59,6% mieszkań było własnościowych i tyl­ ko 30,3% wynajmowanych), zaprzestano natomiast inwestowania w budownictwo socjalne (do dziś to zaledwie 2% budownic­ twa mieszkaniowego, podczas gdy średnia UE­‑15 oscyluje między 20 a 30%)2. Koniecz­ ność zmiany kierunku w dziedzinie poli­ tyki mieszkaniowej potwierdził niedawny wybór na prezydentkę miasta Barcelony Ady Colau, pierwszej aktywistki stowa­ rzyszenia PAH (Plataforma de Afectados Dane podawane przez Trybunał Barcelony (Servei d’Actes de Comunicació SAC­‑Civil Barcelona, Jutjat Degà de Barcelona). 2 PAH, Emergencia Habitacional en el Estado Español, Barce­ lona: Observatorio DESC, 2013. 1

Rysunek z ulotki hiszpańskiego stowarzyszenia PAH zajmującego się pomocą osobom eksmitowanym z mieszkań


por la Hipoteca), zajmującego się pomocą osobom wyeksmitowanym3. Potrzeba rozwiązania kłopotów mieszkanio­ wych tej części ludności, która nie ma moż­ liwości nabycia mieszkania, uruchomiła w mieście procesy przemiany podejścia do użytkowania i zajmowania mieszkań i związanych z nimi przestrzeni. Ogólna tendencja polegająca na rozmywaniu granic pomiędzy czasem wolnym i aktywnością zawodową, pomiędzy domem i miejscem pracy, powodowana toczącymi się zmia­ nami społecznymi, prowadzi do zmiany funkcji tradycyjnych mieszkań, sprzyja­ jąc tworzeniu przestrzeni elastycznych, tymczasowych, do użytku mieszanego i/lub wspólnotowego. Wśród mieszkańców miast daje się ponadto zauważyć pewien opór wobec planowania urbanistycznego, odbieranego jako zbyt technokratyczne i odległe od ich potrzeb, natomiast toruje sobie drogę potrzeba samo­ zarządzania i oddolnych inicjatyw. Ekspery­ mentuje się z propozycjami mieszkaniowy­ mi bliskimi idei dzielenia się przestrzenią, promowanymi często przez działające na podstawie ekonomii społecznej organizacje pozarządowe, ściśle powiązane z dzielni­ cami, które stosują partycypacyjne meto­ dy realizacji, zarządzania i użytkowania nieruchomości. Własność spółdzielcza, umowa użyczenia, prawo zabudowy, współwłasność, optymalizacja zasobów poprzez samozarządzanie i wspólne usługi to najczęstsze rozwiązania4. Są to, póki co, Inteview with Ada Colau, „Quaderns” 2013, no. 265, s. 9–12. 4 W specyficznym przypadku Barcelony publikacje na temat mieszkalnictwa w ciągu ostatnich dziesięciu lat ograniczają się do katalogowania projektów budow­ nictwa socjalnego realizowanych przed i po kryzysie gospodarczym 2008 roku, bez wchodzenia w problem 3

drobne inicjatywy – choć jest ich coraz więcej – nie zawsze doceniane na poziomie instytucjonalnym5. Pogłębienie mieszkaniowego kryzysu skło­ niło jednak także urząd miasta Barcelona do tego, by znaleźć i wdrożyć strategie adekwatne do potrzeb najbardziej po­ szkodowanych mieszkańców. Wobec tego do części wybudowanych w ciągu ostatnich lat mieszkań komunalnych zastosowano de‑ recho a superficie, formułę pośrednią między mieszkaniem własnościowym a czynszo­ wym, która umożliwia użytkownikom nabycie lokalu mieszkalnego w ciągu 75 lat za bardzo korzystną cenę, płatną w stałych ratach nieodbiegających od przeciętnej kwoty wynajmu mieszkania komunalnego. Gmina za to utrzymuje własność gruntu, ale zobowiązuje się odkupić od właściciela nieruchomość w razie, gdyby ten postano­ wił ją sprzedać w ciągu pierwszych 15 lat użytkowania. Obecnie istnieje już ponad 630 mieszkań funkcjonujących według tej formuły, w różnych dzielnicach miasta (między innymi Sants, Montjuic, Ciutat Vella), kolejnych 106 jest w budowie6. Z punktu widzenia projektanta rozwią­ zanie to nie jest nowatorskie w stosunku do standardów projektowania budow­ nictwa socjalnego, także pod względem typologicznym. niedoborów lokalowych i ewentualnych niedociągnię­ cia w stosunku do realnych potrzeb mieszkańców. Nowe spojrzenie rzuca praca realizowana przy okazji wystawy „Piso Piloto” pokazywanej w Centro de Cultu­ ra Contemporanea di Barcellona (kurator: Oriol Bohi­ gas, czerwiec–październik 2015), która poprzez zesta­ wienie Barcelony z Medellin (Kolumbia) prezentowała mieszkaniowe eksperymenty oraz kilka przykładów związanych ze spółdzielniami i co­‑housingiem, uwydat­ niając ogromny potencjał działań w tym zakresie. 5 Future Possible: Cooperatives from Ownership to Use. A Conversation with Sostre Civíc, Francesc, Magrinyà, Raons Públiques and Celobert, „Quaderns” 2013, no. 265, s. 9–12. 6 Dane z wystawy „Piso Piloto”.

autoportret 4 [51] 2015 | 19

Przypadkiem szczególnym jest spółdziel­ nia La Borda, która – razem ze stowarzy­ szeniem architektów LaCol – proponuje bardziej przystępne cenowo mieszkania, a jej działalność nie jest nastawiona na zysk. Inicjatywa opiera się na regule określonej przez Stowarzyszenie Koope­ ratywnego Zamieszkiwania (Modelo de Cooperativa de Uso, MCU), zgodnie z którą własność przestrzeni mieszkaniowych jest wspólna. Ich współwłaściciele mają prawo do bezterminowego użytkowania nierucho­ mości (derecho de uso) po wpłacie zaliczki i regulowaniu miesięcznej kwoty najmu według preferencyjnej stawki. Projekt, opracowany w 2012 roku, zakłada wybudo­ wanie 32 mieszkań, tak zwanych jednostek współmieszkania, dla około 60 współwła­ ścicieli w dzielnicy Sants, nieopodal byłych XIX­‑wiecznych zakładów przemysłowych Can Batlló. Urząd miasta Barcelony, zachowujący dla siebie derecho de superficie, oddał spółdzielni w użytkowanie grunty publiczne. Dzięki bankom spółdzielczym, które funkcjonują, opierając się na ekono­ mii społecznej, wspólnicy mogli zaciągnąć kredyt. U podstaw projektu stoi kilka wytycznych: partycypacja współwłaścicieli w całym procesie, stworzenie elastycznej infrastruktury przystosowanej do zmienia­ jących się w czasie warunków, aktywizacja społeczności poszczególnych dzielnic oraz zwrócenie uwagi na równouprawnienie płci. Żeby sprzyjać poprawie warunków życia wspólnoty i podnieść jakość usług, włączając przestrzenie wspólne, podjęto kilka decyzji architektonicznych, takich jak zaprojektowanie wewnętrznego podwór­ ka, przestrzeni wspólnych na środkowych piętrach oraz usługowych na parterze, bezpośrednio połączonych z ulicą. Spółdzielnia Sostre Civíc, działająca według tego samego systemu, wypromowała projekt


„Princesa 69”, polegający na ­rewitalizacji już istniejącego budynku w centrum miasta (dzielnica Born), przeznaczonego dla potrzebujących rodzin, wśród których znalazły się także te stowarzyszone w PAH. Budynek zostanie wyposażony we wspólne usługi, instalacje ekologiczne i źródła ener­ gii odnawialnej, rozmieszczone na różnych piętrach i na tarasie. W tym celu stworzono kilka pracowni partycypacji projektowej, dzięki którym każda rodzina może wziąć udział w projektowaniu i współpracować z technikami przy wypracowaniu włas­ nego modelu współmieszkania, włączając w to przestrzenie produkcji dla wspólnoty, takie jak ogródki miejskie i świetlice. Doświadczenia te są jednak nadal ograni­ czone, jednostkowe i mało znaczące, także dlatego, że brakuje stosownego ustawo­ dawstwa sprzyjającego zarządzaniu tego typu inicjatywami i pozyskiwaniu na nie dotacji. Przede wszystkim jednak niewy­ starczające są narzędzia urbanistyczne i ar­ chitektoniczne potrzebne do ich realizacji. Zjawisko samo w sobie zaś niewątpliwie nie jest nowe, niektóre idee eksplorował w architekturze już ruch modernistycz­ ny. Ponadto najciekawsze rozwiązania w projektowaniu nowych zespołów mieszkaniowych czerpią z historii archi­ tektury, w szczególności wykazują powią­ zania z XIX­‑wiecznymi utopiami (Charles Fourier, Robert Owen etc.) oraz z rozma­ itymi formami XX­‑wiecznej spółdzielczości (np. co­‑housing lat 60. w Danii i w Stanach Zjednoczonych, system spółdzielczy wy­ pracowany we Włoszech w latach 70.–80.). Najważniejszymi wreszcie punktami odniesienia dla projektowania i budowa­ nia różnych form „wspólnego” mieszkania są systemy własności spółdzielczej zrze­ szone w stowarzyszeniach (tenant­‑owner’s association), bardzo popularne w Danii

(Andel), Holandii (Vereniging van Eigena­ ren) i Szwecji (bostadsrättsförening)7. Niektóre nowsze eksperymenty na południu Europy stosują metody cooperative housing, w szczególności duński co­‑housing, uznany za sprawiedliwszą alternatywę dla nabycia pierwszego mieszkania8. W Hiszpanii, także we Włoszech i w innych krajach Europy Południowej, przeprowadzane są pewne doświadczenia pośrednie pomiędzy co­ ‑housingiem (vivienda colaborativa w Hiszpanii) a „eko­wioskami”, opartymi na partycypacji projektowania i wspólnym podziale prze­ strzeni i dóbr. Ich ograniczeniem jest jednak to, że często nie wyróżniają się jakością architektoniczną i przedstawiają się jako rozwiązania elitarne, przeznaczone dla wąskich grup odwołujących się do tematów ekologicznych, do ideału „odejścia od wzro­ stu” (decroissance) i izolujących się od miasta. Temat dzielenia się przekracza jednak defini­ cję budynku mieszkalnego i obejmuje także inne doświadczenia przestrzeni i procesów partycypacyjnych rozproszonych w prze­ strzeni miejskiej. Mieszkanie odgrywa w ten sposób również rolę czasowej przystani; w mieście mnożą się usługi oraz przestrzenie „partycypowane” zewnętrzne i rozproszone: miejsca zbiorowego żywienia i pracy (co-wor‑ king), usługi pralnicze – to tylko te należące do nowych typologii, które zmieniają powoli dynamikę dzielnicy i percepcję przestrzeni publicznej, odbieranej poniekąd jako prze­ dłużenie domowej i prywatnej. S. Moreau i in., Profiles of a Movement: Co­‑operative Hous‑ ing around the World, „ICA Housing” 2012. 8 E. Narne, S. Sfriso, L’abitare condiviso.Le residenze col‑ lettive dalle origini al co­‑housing, Venezia: Marsilio, 2013; K. McCamant, Ch. Durrett, Cohousign. A Contemporary Approach to Housing Ourselves, ­Berkeley: Ten Speed Press, 1994; K. McCamant i in., Creating Cohousing, Gabriola Island (Canada): New Society Publishers, 2015. 7

autoportret 4 [51] 2015 | 20

Inicjatywa „Buits Urbans” (Miejskie Pustki), realizowana w ostatnich latach w Barce­ lonie, sytuuje się właśnie w tej perspekty­ wie, gdyż instytucjom i stowarzyszeniom oddaje niekomercyjnie do czasowego użytku (na okres od jednego do trzech lat) grun­ ty oraz przestrzenie puste i nieużywane, mapowane za pomocą Plan de Buits (mapy pustostanów), mają one być wykorzystywa­ ne na usługi dla wspólnoty. Do dziś 147 in­ stytucjom oddano 45 895 m2 powierzchni do wykorzystania dla stworzenia ogródków miejskich, rewitalizacji przestrzeni dla ini­ cjatyw kulturalnych i związanych ze sztuką, sportem, dla działalności społecznej i edu­ kacyjnej skierowanej do młodzieży i dzieci. Wśród 19 uruchomionych inicjatyw znajduje się na przykład Bicipark w Carrer Numància, parking strzeżony dla rowerów zarządzany przez osoby z grup społecznie wykluczonych w ramach działalności prywatnej funda­ cji Formació i Treball. Z kolei projektem „Espai Gardenyes” zarządza stowarzyszenie kulturalne Casa Orlandai, które utworzyło w dzielnicy Sarrià ogródki miejskie i punkt spotkań pełniący funkcję sąsiedzkiej agory. Wśród projektów, które wygrały ostatni konkurs grantów urzędu miasta w 2015 roku, najciekawszy jest chyba ten składa­ ny przez Associació de Veïns i Veïnes de la Sagrada Família, który przewiduje realizację dzielnicowej stołówki socjalnej, wyposażo­ nej w obszerne podwórko, ogródek miejski i wielofunkcyjną bieżnię sportową. We wszystkich tych inicjatywach najważ­ niejsze jest dzielenie się i bycie razem. Cele te, przełożone na język architektury, zakła­ dają projektowanie i realizo­wanie: • praktyk mieszkaniowych nastawio­ nych nie na zysk, ale na budowanie wspólnoty; • alternatywnych modeli własności i mieszkania (spółdzielnie, co­‑housing


Mapa miejskich pustostanów w Barcelonie

Wśród najbardziej znamiennych aspek­ tów projektowych należy wymienić nowe relacje między strefą publiczną a prywatną. Definicja tego, co domowe, zmienia się, przekraczana jest granica między prze­ strzenią indywidualną a publiczną, między domem a miastem. Ludzie od zawsze pragną mieć do własnej dyspozycji przestrzeń prywatną, mogąc jednocześnie kontakto­ wać się ze swoim społecznym otoczeniem w stały i bezpieczny sposób. Właśnie do tego zmierzają niektóre rozwiązania budowla­ ne. Rozkład mieszkań, połączone z nimi przestrzenie kolektywne i usługowe, wejścia do budynków i tarasy są tak projektowane lub przeprojektowywane, by dostosować je do nowych warunków i otworzyć na prze­ strzeń publiczną. Podważana jest idea domu jako miejsca zamkniętego, zastrzeżonego, faworyzowana jest natomiast przestrzeń zbiorowa, która staje się punktem odniesie­ nia dla „jednostek współmieszkania”. Poczucie bycia „między swoimi” staje się ważne w pośredniej przestrzeni mię­ dzy sferą publiczną a prywatną9, gdzie 9 C. Bianchetti, Gli spazi della condivisione sono in grado di ricostruire la città?, „Scienze del Territorio” 2015, nr 3, s. 52­–58.

nabierają znaczenia „pro­ gi” i granice między tym, co zewnętrzne i wewnętrzne. Taras na przykład, typowy dla do­ mów miejskich w krajach śród­ ziemnomor­ skich, w wy­ padku projektu „Princesa 69” staje się waż­ nym elementem architekto­ nicznym, który pełni wspólnotowe funkcje produkcji (ogródki miejskie i system energetyczny) czy przestrzeni zgromadzeń (zebrania, warsztaty). Prze­ strzeń ta może być wykorzystana nawet jako miejsce publiczne dostępne bezpośrednio z ulicy. Przedsionek i strefy pośrednie między mieszkaniami nadają się do nowych funkcji użytkowych, tworząc różne typologie wspólnych, elastycznych i różnorodnych przestrzeni, które działają czasowo i wy­ miennie w zależności od zmieniających zapotrzebowań (jedzenie, praca, odpoczy­ nek i tak dalej). Tak dzieje się w projekcie La Borda i LaCol, w którym nawet ele­ menty konstrukcyjne są tak pomyślane, by dostosowały się do potrzeb mieszkańców i ich rytmu życia. Wspólnotowe zamiesz­ kiwanie i użytkowanie budynków oraz przestrzeni przynosi ewidentną korzyść społeczeństwu, szczególnie w sytuacji kryzysu, może bowiem sprzyjać tworzeniu typologii mieszkaniowych przyczyniających się do poprawienia jakości życia i integracji

autoportret 4 [51] 2015 | 21

mieszkańców miasta – to warunek podsta­ wowy dla kreowania autentycznych postaw obywatelskich. W definicji elastycznego, opartego na party­ cypacji projektu zmieniają się odpowiednio także praca i wizerunek projektanta. Ar­ chitekt nie powinien być tylko tym, który rysuje budynek lub projektuje określone rozwiązania, musi być także zdolny do tego, by odegrać bardziej złożoną rolę. Musi brać pod uwagę szereg aspektów: techniczne, es­ tetyczne, finansowe i społeczne, powinien także umieć znaleźć i wybrać rozwiązania architektoniczne i projektowe najbardziej adekwatne do potrzeb społecznych. TŁUMACZENIE Z WŁOSKIEGO: EMILIANO RANOCCHI

strona miasta barcelona: http://ajuntament.barcelona.cat/ca/

oraz eksperymentalne modele budowla­ ne współmieszkania); • powiązanych z zespołami mieszkaniowy­ mi struktur i przestrzeni przeznaczonych na cele socjalne i wspólną pracę; • nowych relacji między przestrzenią publiczną a prywatną (w kategoriach przestrzennych i zarządzania); • sprawiedliwej partycypacji w kosztach i korzyściach (poprzez stworzenie no­ wych form architektonicznych, zarzą­ dzania i dostępu do wspólnych przestrze­ ni mieszkaniowych).


Levente Polyák

SPOŁECZNY DOSTĘP DO PRZESTRZENI PUBLICZNYCH Debata o dobrach wspólnych w Rzymie

„Ani publiczne, ani prywatne, dobro wspól­ ne”. Takie graffiti na ścianach rzymskich budynków w różnych dzielnicach miasta odzwierciedlają uczucia wielu mieszkańców stolicy Włoch. Czuli się opuszczeni przez stołeczną administrację, zaczęli więc szukać możliwości tworzenia przestrzeni wspól­ nych. Wzajemny brak zaufania pomiędzy lokalnymi społecznościami, podmiotami prywatnymi i instytucjami publicznymi jest obecny we wszystkich aspektach życia społecznego. Doświadczywszy klęski usług publicznych, lokalne stowarzyszenia zaczęły praktycznie „troszczyć się o wszystko, czego ich okolica potrzebuje, w miejsce usług oferowanych przez centralną czy lokalną administrację”1. Odniesienia do dóbr wspólnych nie są specyficzne dla stolicy Włoch. Renesans idei dobra wspólnego – wykraczającego poza sferę prywatną i publiczną – jest od kilku lat widoczny na całym świecie. To reakcja mniej lub bardziej marginalizowanych grup społecznych na rosnące ceny, spekulacje na rynku nieruchomości i masową prywatyza­ cję, które wypchnęły je z zajmowanych do tej pory dzielnic czy gruntów. Rzucając wyzwanie logice rozwoju urbani­ stycznego (w ramach której sektor prywat­ ny kontroluje rozwój miast), opartej na przekonaniu, że jest to „biznes jak każdy inny”, wiele społeczności wyraziło swoje prawo do miasta, czyli do „umieszczania istotnej części nadwyżki pod państwo­ wą kontrolą”2. Wspólny interes stał się C. Cellamare, Autorganizzazione e vita urbana, [w:] Re‑ cinti Urbani. Roma e I luoghi dell’abitare, C. Cellamare, R. De Angelis, M. Ilardi, E. Scandurra, Roma: Manifes­ to, 2014, s. 74. 2 D. Harvey, Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja, przeł. A. Kowalczyk i in., Warszawa: Bęc Zmiana, 2012, s. 46. 1


Squat w rzymskiej dzielnicy Ostiense

głównym hasłem tych żądań, jednak samo pojęcie jest bardzo płynne: wiele spośród projektów rozwoju miasta głoszących społeczny zysk przynosi korzyści wyłącznie uprzywilejowanym właścicielom nieru­ chomości. Brak zaufania cechujący relacje między administracją publiczną i lokalny­ mi społecznościami, zwłaszcza w Europie Południowej, zaczął narastać wraz z wpro­ wadzeniem cięć budżetowych i wymuszo­ nych prywatyzacji. DEBATA O DOBRACH WSPÓLNYCH

Pojęcie dóbr wspólnych zaczęło się na nowo wyłaniać w ostatniej dekadzie jako możliwa odpowiedź na ten kryzys zaufania. Jak można myśleć o interesie społecznym i sferze publicznej, kiedy powołane do sprzyjania im instytucje służą w rzeczywistości prywatnym interesom? W jaki sposób można myśleć o mieście i rozwoju urbanistycznym, aby możliwe było ominięcie problemu podziału na sferę publiczną i prywatną? Wraz z „ponownym odkryciem” dóbr wspólnych, współdzielonych własności i zarządzania znajdujących się poza sferą publiczną i prywatną Elinor Ostrom za­ proponowała rozwiązanie dla tych, którzy poszukiwali rozstrzygnięć sprzyjających przetrwaniu wspólnego interesu. W książce zatytułowanej Governing the Commons Ostrom przywołała dobra wspólne jako szeroko rozpowszechniony w wielu częściach świata do XX wieku model funkcjonowania społecznego, który zaczął tracić rację bytu wraz z równoległą ekspansją przedsięwzięć publicznych (państwowych) i prywatnych3. E. Ostrom, Governing the Commons: The Evolution of Institutions for Collective Action, Cambridge: Cambridge University Press, 1990.

fot. l. polyák

3

Sprzeciwiając się zdecydowanie twierdze­ niu Garretta Hardina, że udziałowcy dóbr wspólnych szybko wyczerpią swoje zasoby4, Ostrom opisała wydajny i zrównoważony model zarządzania dostępem do zasobów przez członków wspólnoty. Argumenty Ostrom zaczęły docierać do głównego nurtu debaty o podstawowych zasobach i interesach społeczności. Oprócz tego, że podejmowano próby opisywania „dóbr wspólnych” jako „swego rodzaju wspól­ nego zasobnika środków, rozumianego jako niekomercyjny sposób zaspokajania ludzkich potrzeb”5, stopniowo zaczęto je także uważać za synonim demokracji. „Mówienie o dobrach wspólnych oznacza mówienie, że obywatele (lub społeczności użytkowników) są pod­ stawowymi udziałowcami, przed i ponad inwestorami, i że interesy społeczności nie są na sprzedaż”6. Chociaż dobra wspólne są często opisywane jako typologia podstawowych praw, w ramach której „każdy proces prywatyzacji, o którym decyduje władza polityczna, wywłaszcza oby­ watela z jego części dóbr wspólnych”7, nie są one prawami nabytymi: są „z konieczności tworzone i podtrzymywane przez społecz­ ności, to jest przez społeczne sieci wzajem­ nej pomocy, solidarności i międzyludzkiej wymiany, których nie można zredukować do reguł rynkowych”8. Postaram się pokazać 4 G. Hardin, The Tragedy of the Commons, [w:] The Question of the Commons: The Culture and Ecology of Communal Resources, eds. B. McCay, J. Acheson, Tucson: University of Arizona Press, 1987. 5 M. De Angelis, Reflections on Alternatives, Commons and Com‑ munities, „The Commoner” 2003, no. 6, s. 1. 6 D. Bollier, The Growth of the Commons Paradigm, [w:] Un‑ derstanding Knowledge as a Commons: From Theory to Practice, eds. Ch. Hess, E. Ostrom, Cambridge: Cambridge University Press, 2007, s. 29. 7 U. Mattei, Beni comuni. Un manifesto, Roma: Editori Laterza, 2014, s. V. 8 M. De Angelis, dz. cyt.

autoportret 4 [51] 2015 | 23

demokratyczne procesy tworzenia się wspól­ not w Rzymie oraz to, w jaki sposób walczą one o swoje prawa do miejskich przestrzeni w mieście. NIERUCHOMOŚCI JAKO DOBRA WSPÓLNE

Pojęcie „dóbr wspólnych” było w pierwszej kolejności używane w walce z procesami prywatyzacji tak podstawowych zasobów, jak woda czy usługi publiczne o pierwszorzęd­ nym znaczeniu: Jeśli zapewniane przez państwo dobra publiczne zanikają lub stają się zwykłym motorem prywatnej akumulacji (jak dzieje się to w wypadku edukacji), państwo natomiast wycofuje się z ich dostarczania, wówczas istnieje tylko jedna możliwa odpowiedź. Ludność musi się samoorganizować i zapewniać sobie własne dobra wspólne9.

Kiedy w 2011 roku administracja publicz­ na podjęła próbę prywatyzacji publicznych udziałów w Acei, publiczno­‑prywatnej spółce zajmującej się zarządzaniem dostawami wody, przedsięwzięcie to zostało zablokowane przez krajowe referendum, w którym odwołano się do obywatelskiego prawa do dóbr wspólnych. Inicjatywa referendalna odniosła sukces, a prawo promujące prywatyzację zarządza­ nia wodą i innymi publicznymi zasobami zostało zablokowane. Znaczenie publicznej kontroli nad podstawowymi zasobami było zagadnieniem poruszanym regularnie w ciągu ostatnich kilku lat – za sprawą ponownego przejęcia przez miasto spółek wodociągowych w Paryżu i Berlinie oraz niedawnej próby prywatyzacji publicznych wodociągów w Sa­ lonikach, która stanowiła wymóg postawiony greckiemu państwu przez międzynarodowych kredytodawców. 9

D. Harvey, dz. cyt., s. 127–128.


Idea „dóbr wspólnych” nie odnosi się jednak wyłącznie do usług komunalnych i podsta­ wowych zasobów. Jest ona również rozumia­ na jako: plastyczna i niestabilna relacja społeczna pomiędzy konkretną samookreśloną grupą społeczną i pewny­ mi aspektami jej środowiska. Środowisko to może zarówno już istnieć lub dopiero być stworzone, może być społeczne i/lub fizyczne, ale istotne jest, że zostało uznane za kluczowe dla życia i środków utrzymania danej grupy społecznej10.

Dostępna przestrzeń jest jednym z aspektów środowiska fizycznego, który ma decydujące znaczenie dla życia społeczności. Przestrzeń wspólna była jednym z podstawowych żądań ruchu wspólnotowego. Podkreślając istnie­ nie dużej liczby znajdujących się w rękach publicznych, ale nieudolnie zarządzanych nieruchomości, orędownicy prawa do miasta argumentowali przeciwko prywatyzacji publicznych zasobów nieruchomości na rzecz kierowanego lub nastawionego na dobra wspólne wtórnego wykorzystania pustych nieruchomości w wielu miastach. Jeżeli – co sugeruje David Harvey11 – nierucho­ mości stanowiły źródło wszystkich wielkich kryzysów ekonomicznych, to wzrost cen nieru­ chomości, napędzany przez podporządkowanie rynków z tego sektora spekulacjom finanso­ wym, sprawił, że nieruchomości publiczne stały się bardzo atrakcyjne dla inwestorów. W wyniku tego procesu budynki „nie pełnią już funkcji użytkowej, [są] tylko czymś, co będzie się posiadać (w nadziei na stopniowy, następujący z upływem czasu wzrost [ich] wartości inwestycyjnej, nie zaś użytkowej)”12.

Tamże, s. 111. Tamże, passim. 12 R. de Graaf, Architektura jako narzędzie kapitału, przeł. M. Choptiany, „Autoportret” 2014, nr 3(50), s. 88.

Kiedy wartość wymienna budynków zyskuje przewagę nad ich wartością użytkową, tracą one jakikolwiek związek z rzeczywistymi potrzebami i zaczynają funkcjonować „podob­ nie do tego, w jaki sposób tworzone i sprzeda­ wane są produkty finansowe, które utraciły jakikolwiek związek z rzeczywistą produkcją i ekonomią”13. Stając się przedmiotem spekula­ cji, wiele dotychczasowych miejsc związanych z realizacją programów społecznych i kultu­ ralnych (szpitale, szkoły, parki, teatry, kina) stało się zagrożonymi gatunkami, względem których zaczęto stosować kalkulację opartą na dającym się zabudować metrażu, a nie ich potencjalnym znaczeniu dla jakości życia mieszkańców. Walka o ochronę zasobów publicznych i prze­ kształcenie ich w dobra wspólne nabrała mocy w miastach o słabym potencjale gospodar­ czym, znajdujących się pod silnym naciskiem inwestorów na prywatyzację ich dóbr. Podczas gdy berlińscy działacze społeczni z sukcesem zakończyli kampanię na rzecz zmiany polityki prywatyzacyjnej miasta, przesuwając akcent w procesie prywatyzacji z najwyższej stawki na najlepszą koncepcję spełniającą oczekiwa­ nia społeczności, wiele innych miast pozostało polami bitewnymi w walce toczonej między administracją szukającą sposobów na ograni­ czenie budżetu za pomocą wyprzedaży nieru­ chomości i przerzucania usług na zewnątrz a wspólnotami domagającymi się prawa do usług i przestrzeni publicznych. PRYWATYZACJA I WALKA O DOBRA WSPÓLNE W RZYMIE

Tak jak inne elementy polityki radykal­ nych cięć budżetowych, prywatyzacja dóbr

10 11

W. Vanstiphout, The Historian of the Present, [w:] Future Practice: Conversations from the Edge of Practice, ed. R. Hyde, New York–London: Routledge, 2012, s. 94.

13

autoportret 4 [51] 2015 | 24

publicznych rozpoczęła się w Rzymie na długo przed kryzysem finansowym z roku 2008. Dopełniając neoliberalne przepisy modelu rzymskiego, administracja burmistrza miasta Francesca Rutellego zaczęła prywatyzację znajdujących się w rękach publicznych firm w ramach liberalizacji usług, a kolejne władze pod przewodnictwem Waltera ­Veltroniego, Gianniego Alemanno i Ignazia Marino konty­ nuowały te działania. W roku 2002 utworzono publiczną spółkę mającą zarządzać prywaty­ zacją. Patrimonio S.p.A. miała odpowiadać za sprzedaż zabytkowych budynków – w tym znaczących kompleksów zaliczanych do dzie­ dzictwa historycznego – zarządzanych do tej pory przez urzędy miejskie. Lista nierucho­ mości przeznaczonych do prywatyzacji objęła budynki o łącznej wartości 230 milionów euro, wśród których znalazły się porzucone składy transportowe, węzły infrastrukturalne i budynki biurowe pozbawione swojej funkcji. Utrzymywanie ich wszystkich stanowiło istot­ ną pozycję w miejskim budżecie. Sprzedaż została ułatwiona przez proces waloryzacji, zmiany parametrów budowlanych oraz przekształcenie użytkowego przeznacze­ nia gruntów z przemysłowego na umożliwia­ jący budowę zespołów mieszkaniowych i par­ kingów, co miało podnieść ich atrakcyjność inwestycyjną. Zmiana przeznaczenia gruntów wywołała jednak wiele dyskusji na temat zdol­ ności Rzymu do wchłonięcia nowych jednostek mieszkaniowych i parkingów bez rozwijania podstawowej infrastruktury i usług socjal­ nych. Francesco Erbani wyraził tę wątpliwość w książce poświęconej upadkowi Rzymu jako miasta publicznego: Dlaczego nie pójść w innym kierunku i, zamiast budować drogie mieszkania lub centra handlowe, nie zacząć używać niektórych z tych zaniedba­ nych miejsc jako obiektów świadczących usługi rzeczywiście potrzebne w danej dzielnicy (zielone


przestrzenie, biblioteki, ośrodki zdrowia), jako biur organizacji pozarządowych, rezerwując również część mieszkań na wynajem za przystępną cenę?14

Cięcia budżetowe oraz perspektywa prywaty­ zacji wywarły również silny wpływ na scenę kulturalną Rzymu. Wiele spośród elementów rozwijającej się poza oficjalnym obiegiem sceny kulturalnej narodziło się w próżni pozostawionej przez zlikwidowane instytucje, zamknięte obiekty kulturalne oraz sprywa­ tyzowane nieruchomości miejskie. Kursy teatralne, pokazy filmowe, koncerty i warsz­ taty organizowane w zajętych nielegalnie kinach, muzeach położonych w peryferyjnych kompleksach przemysłowych, sportowe i edu­ kacyjne działania w opuszczonych budynkach szkolnych były ważnymi i odpowiadającymi na lokalne potrzeby elementami tej nieformalnej infrastruktury. Tworzenie tak funkcjonującej społecznej i kulturalnej infrastruktury wymaga dostępu do przestrzeni. W Rzymie, mającym długą tradycję zakładania squatów, podjęto w ostat­ nich latach wiele prób powołania prawnych, organizacyjnych i ekonomicznych ram mają­ cych na celu regulację nielegalnego statusu zajmowania opuszczonych przestrzeni. Jedną z takich prób jest debata o dobrach wspól­ nych, to znaczy o prawie dostępu wspólnot do pewnych przestrzeni, zazwyczaj zarządzanych przez instytucje publiczne, ale w ostatecznym rozrachunku należących do „ludu”. OKUPACJA JAKO OCHRONA DÓBR WSPÓLNYCH

W maju 2010 roku cięcia strukturalne w budżecie włoskiego ministerstwa kultu­ ry zmusiły państwową firmę zarządzającą F. Erbani, Roma. Il tramento della cittá pubblica, Roma: ­Editori Laterza, 2013, s. 99. 14

czterema teatrami narodowymi we Florencji, Bolonii i Rzymie do zawieszenia działalności. W rezultacie owe cztery sceny, w tym Teatro Valle położony w historycznym centrum Rzy­ mu zostały zamknięte. Miejskie środowisko kulturalne zaalarmowała możliwość sprywa­ tyzowania budynku teatru, który od roku 1712 ma status chronionego dziedzictwa histo­ rycznego. 14 czerwca 2011 roku Teatro Valle został zajęty przez grupę aktorów, autorów, reżyserów i tancerzy na trzy dni w prote­ ście przeciw cięciom w kulturze. 15 czerwca państwo przekazało miastu budynek teatru. Okupacja została przedłużona do jesieni 2011 roku. W tym czasie Teatro Valle Occupato stał się rozpoznawalną instytucją na kulturalnej mapie miasta, miejscem licznych aktywno­ ści, warsztatów i spektakli, które zdobyły kilka krajowych i międzynarodowych nagród teatralnych. W styczniu 2012 roku „okupanci” teatru po­ wołali komitet zbierający środki na fundację, która miałaby chronić Teatro Valle jako dobro wspólne. Z pomocą prawnika Ugo Matteiego teatr stał się jedną z aren publicznej debaty o dobrach wspólnych. Używając hasła „Od­ bierzmy kulturę tak jak wodę i powietrze”, zespół okupujący teatr uznał kulturę za część dóbr wspólnych – zasobu wartości, które nie są ani prywatne, ani publiczne (w sensie admi­ nistracji publicznej), tylko należą do społecz­ ności. Prawna strategia dotycząca sprawy Fun­ dacji Dobra Wspólnego Teatro Valle stanowiła rozwinięcie naukowego opracowania pojęcia dóbr wspólnych i wprowadzenie go do włoskie­ go kodeksu cywilnego, co zostało zainicjowane przez ministerstwo sprawiedliwości w 2007 roku. Łącząc te wątki, konstytuanta wspólnot, promowana przez Ugo Matteiego, pozwalała spojrzeć na inne przypadki zarządzanych oddolnie bądź okupowanych przestrzeni na terytorium Włoch, mając na celu integrację wynikających z tych praktyk doświadczeń

autoportret 4 [51] 2015 | 25

w formie zrewidowanych przepisów prawnych dotyczących dóbr wspólnych. Reakcje na inicjatywę związaną z Teatro Valle były zróżnicowane. Podczas gdy liczne głosy chwaliły organizatorów teatru za ocalenie budynku, jego kulturowej funkcji oraz stwo­ rzenie horyzontalnego mechanizmu decyzyj­ nego na potrzeby zarządzania instytucją, inni krytykowali klientelistyczną strukturę teatru oraz nadużywanie finansów publicznych, które miało przybrać postać nieopłaconych rachunków za energię elektryczną w wysoko­ ści 90 tysięcy euro rocznie. Po negocjacjach z miejskim departamentem kultury oraz międzynarodowym apelu o ochronę Fundacji Teatro Valle, policja przeprowadziła eksmi­ sję teatru w lipcu 2014 roku, a zajmujący go działacze zostali zmuszeni do prowadzenia negocjacji z władzami miasta jako wspólnota działająca już poza teatrem. Inne przypadki okupacji dotyczyły przestrzeni dla sportu i edukacji. Inicjatywa Scup (Scuola e Cultura Popolare) powstała w budynku poło­ żonym w San Giovanni – rejonie Rzymu słyną­ cym z gęstej zabudowy mieszkaniowej i wyso­ kich cen. Do roku 2004 budynek przy via Nola 5 należał do włoskiego ministerstwa transpor­ tu, służąc jako archiwum i urząd wydający prawa jazdy. W 2004 roku został przekazany Funduszowi dla Publicznych Nieruchomości (Fondo Immobili Pubblici – FIP), powołane­ mu przez państwo przy udziale prywatnych firm do „zainicjowania procesu waloryzacji publicznych nieruchomości, racjonalizacji zajmowanych przestrzeni i redukcji kosztów operacyjnych”15. W celu uczynienia budynku dostępnym dla publicznej administracji, wy­ najęto go Narodowej Agencji Nieruchomości za Y. Sina, Chi comanda Roma. Palazzinari, banche e stampa: un sistema di potere che tiene in pugno la Capitale, Roma: Castelvec­ chi Rx, 2013, s. 31.

15


Plakat propagujący stworzenie nowej biblioteki imienia Moby Dicka w dawnym budynku łaźni publicznej na terenie Garbatelli – części dzielnicy Ostiense w Rzymie

260 tysięcy euro rocznie. W roku 2010 budynek sprzedano fikcyjnej firmie za jedną trzecią jego szacunkowej wartości w stosunku do cen obowiązujących w okolicy. Dochodzenie wyka­ zało, że za fikcyjną firmą stało UNIECO, gigant w dziedzinie nieruchomości i budownictwa. W maju 2012 roku, po dziesięciu latach porzuce­ nia, budynek przy via Nola został zajęty przez grupę instruktorów sportowych, nastolatków i mieszkańców okolicy San Giovanni. Ich celem było stworzenie centrum kultury i sportu, któ­ re byłoby dostępne tylko dla lokalnej społecz­ ności. Jak podano w komunikacie, w wyniku działań osób związanych ze Scup przestrzeń zo­ stała przywrócona miastu poprzez stworzenie w niej centrum kultury i sportu, dostarczanie usług socjalnych dla dzielnicy, których lokalna administracja, na skutek masowych cięć w bud­ żecie w ciągu ostatnich lat nie była w stanie zapewnić. Otwierając salę gimnastyczną, bibliotekę, pokój edukacyjny, przestrzeń dla prób teatralnych, seminariów i zgromadzeń, pracownię fotograficzną i boisko oraz organi­ zując kursy językowe, pomoc psychologiczną, targi rolnicze i artystyczne, Scup stworzyła samoorganizującą się przestrzeń dla lokalnych społeczności, oferując mieszkańcom dzielnicy usługi zaspokajające ich społeczne i kultural­ ne potrzeby. Jak ujęli to sami aktywiści, Scup „pragnęła dać konkretną, opartą na kooperacji odpowiedź na powszechny kryzys, który pozba­ wił całe pokolenia przyszłości”. Scup została wyeksmitowana w maju 2015 roku w ramach prowadzonej przez władze miasta kampanii mającej racjonalizować kwestię okupacji bu­ dynków miejskich. W innych przypadkach obywatelskie inicja­ tywy działały jako katalizatory miejskiej innowacji, zmuszając administratorów do podejmowania kroków prowadzących do za­ pewnienia pożądanych usług lub przestrzeni. W marcu 2014 roku lokalne stowarzyszenia

zajęły dawną łaźnię publiczną w Garbatelli, aktywnym kulturalnie obszarze miasta poło­ żonym na południe od centrum, domagając się przekształcenia go w centrum kultury zorga­ nizowane wokół nowej biblioteki publicznej imienia Moby Dicka. Aktywiści opowiadali się za biblioteką, podkreślając pustkę pozostawio­ ną po zamknięciu jedynej biblioteki publicznej w dzielnicy. Jak podkreślali, doświadczenie Moby Dicka jest mocnym znakiem zerwania z polityką drastycznych cięć. Szerszy udział lokalnej społeczności w oddolnym uruchomie­ niu budynku i jej aktywność w zarządzaniu publicznymi zasobami wskazuje na upragnio­ ny powrót „wspólnego interesu” jako głównego przedmiotu uwagi obywateli. UWSPÓLNIONY DOSTĘP DO WŁASNOŚCI PUBLICZNEJ: WYZWANIA WSPÓŁDZIELONEJ ADMINISTRACJI

Teatro Valle wraz z innymi zajmowanymi w podobny sposób rzymskimi nieruchomo­ ściami wprowadził problem dóbr wspólnych do mediów głównego nurtu i sprawił, że stały się one tematem publicznej dyskusji. Ponadto doprowadził do wypracowania innowacyjnego, opartego na uwspólnianiu modelu zarządza­ nia, którego znaczenie zyskało międzynarodo­ we uznanie. W konflikcie z władzami miej­ skimi nie udało mu się jednak zaproponować bazującego na konsensusie modelu, w ramach którego zarządzanie byłoby współdzielo­ ne przez sektor publiczny i społeczeństwo obywatelskie. Jak jednak poszerzyć zasięg eksperymentu za­ rządzania dobrem wspólnym ze skali jednego budynku teatralnego do większych komplek­ sów, usług lub całego miasta? Jak stworzyć mo­ del zarządzania, w ramach którego własność publiczna znajdowałaby się pod polegającym na kooperacji nadzorem organizacji wspól­ notowych i grup obywatelskich? Dylemat

autoportret 4 [51] 2015 | 26

skali znajdował się w samym centrum debat poświęconych dobrom wspólnym. Ponieważ przeanalizowane przez Ostrom przypadki były ograniczone do grup co najwyżej 15 tysięcy lu­ dzi, wielu komentatorów wyraziło wątpliwości co do możliwości przeniesienia tych modeli na większą skalę: To, jak uwspólnianie może działać na poziomie lo­ kalnych dzielnic, jest względnie jasne. […] W jaki sposób radykalna decentralizacja – cel z pewno­ ścią wart zachodu – działa bez ukonstytuowania pewnej hierarchicznej władzy wyższego rzędu? Przekonanie, że policentryzm czy inna forma decentralizacji może działać bez silnego hierar­ chicznego przymusu i aktywnego egzekwowania, jest zwyczajnie naiwne16.

Współdzielona administracja jako sposób dzielenia publicznej odpowiedzialności (a w idealnej sytuacji również zasobów) z organizacjami wspólnotowymi i grupami obywatelskimi stanowiła w ostatniej deka­ dzie ważną dziedzinę politycznej innowacji. Kryzys gospodarczy i radykalne oszczędno­ ści, które zmusiły władze miast do znacz­ nych cięć budżetowych i ograniczenia usług, uczyniły je w ostatecznym rozrachunku bardziej otwartymi na współpracę: w coraz większym stopniu rozpoznawały one fakt, że obywatelska partycypacja niesie z sobą alter­ natywną siłę napędową, energię oraz środki do projektowania i zarządzania miejskimi przestrzeniami publicznymi. Co więcej, wła­ dze były zmuszone do poszukiwania wielu partnerów w celu ustanowienia na nowo swojego zanikającego mandatu politycznego, a ponadto kurczące się zasoby pchnęły wiele administracji publicznych w całej Europie do outsourcingu usług, czasami na podstawie kontraktu, czasami na zasadzie spontanicz­ nych porozumień. Przykładowo brytyjski 16

D. Harvey, dz. cyt., s. 118, 124.


Localism Act z 2011 roku, a zwłaszcza zawarte w nim „prawo do wyzwania”, stanowił ważny bodziec do zaangażowania wspólnot. Prawo to ułatwia organizacjom charytatywnym, pozarządowym i wolon­ tariackim oraz grupom lokalnym skła­ danie ofert na świadczenie usług, co do których mają przekonanie, że są w stanie prowadzić je lepiej od instytucji z sektora publicznego. Chociaż „prawo do wyzwa­ nia” jest szeroko dyskutowaną inicjatywą, którą wdrożono w wielu miastach Europy, stanowi ono w gruncie rzeczy oparte na konflikcie narzędzie, które jako siłę na­ pędową wykorzystuje brak zgody, nie zaś opartą na konsensusie współpracę.

fot. l. polyák

Władze Aten obrały inną ścieżkę: uzna­ jąc znaczenie obywatelskich inicjatyw dla poprawiania jakości życia obywateli w okresie kryzysu, miejska platforma Synathina zaczęła gromadzić inicjatywy i śledzić to, w jaki sposób możliwe jest udzielenie im pomocy poprzez usuwanie barier regulacyjnych i administracyjnych, zaoferowanie instytucjonalnego wsparcia, mobilizację sieci współpracy i pozafinan­ sowych zasobów. Platforma ta demonstru­ je uznanie przez władze faktu, że w celu odnowienia swoich praktyk muszą one odebrać lekcję od inicjatyw obywatelskich, uznać wartość oddolnych przedsięwzięć i dostosować regulacje w taki sposób, aby otrzymały wsparcie od instytucji publicz­ nych. Aby utrzymać przywództwo, władze miejskie muszą pomagać w równoważeniu popytu i podaży, uwidoczniając nierozpo­ znane do tej pory zasoby i umożliwiając współpracę pomiędzy różnymi aktorami. Aby spełnić swoje obowiązki publiczne, lokalne władze powinny umożliwić orga­ nizacjom wspólnotowym rozwijanie usług sąsiedzkich. Aby zaangażować swoich obywateli, administracja musi otworzyć

drzwi swoich nieużywanych nieruchomo­ ści i oswoić się z innowacyjnymi forami współpracy. REGULACJA DÓBR WSPÓLNYCH W RZYMIE

Chociaż władze Rzymu nigdy otwarcie nie zaakceptowały i nie wsparły planu Teatro Valle w zakresie rozumienia dóbr wspól­ nych, wprowadziły to pojęcie do swojego prawniczego słownika. Uchwała numer 66 z 18 lipca 2013 roku przyjęta przez radę miasta określa własność publiczną jako dobro wspólne i stwierdza, że wszyscy obywatele muszą mieć możliwość troszcze­ nia się o nią. W teorii uchwała ta powin­ na otworzyć drzwi dla dóbr wspólnych i partycypacyjnego zarządzania nierucho­ mościami publicznymi, co prowadziłoby do przekwalifikowania przestrzeni dla moc­ niejszej społecznej spójności oraz rozwoju innowacyjnego pod względem kulturowym i sprzyjającego przedsiębiorczości. Praktycz­ ne wdrożenie tych celów okazało się jednak trudne do zrealizowania. W Rzymie – mieście, w którym istnieją autentyczne społeczne ruchy stawiające za cel dostarczanie opieki społecznej tym, którymi nie zajmuje się administracja publiczna – różne organy władz miejskich zaczęły tworzyć ramy mające umożliwić mieszkańcom i grupom wspólnotowym do­ stęp do nieużywanych przestrzeni i zarzą­ dzania nimi. Ograniczona cięciami budżeto­ wymi podyktowanymi przez rząd i władze regionalne oraz presję ze strony przemysłu budowlanego administracja burmistrza Ignazia Marino, wybrana w kwietniu 2013 roku, podkreśliła znaczenie ponownego użycia pustych miejskich nieruchomości w miejsce promowania nowych inwestycji budowlanych.

autoportret 4 [51] 2015 | 27

W 2013 roku władze Rzymu rozpoczęły inwentaryzację swojego majątku, tworząc bezprecedensową bazę publicznych nieru­ chomości. Proces mapowania ujawnił stałą obecność opuszczonych nieruchomości, które łączy wspólna historia: zarzucone tereny przemysłowe i obszary zielone, zamknięte szkoły, kina, teatry i targowi­ ska, wiele z nich nieczynnych z powodu problemów administracyjnych, złożonych procedur związanych z cesją czy wresz­ cie ze względu na brak pomysłów na ich nowe funkcje czy modele zarządzania. Pomimo tych wszystkich komplikacji oraz wybuchających regularnie skandali korupcyjnych w administracji, departa­ menty miejskie konkurowały z sobą przy wypracowywaniu progresywnych ram politycznych dla ponownego użycia porzu­ conych gruntów i nieruchomości. Projekt Terre Publiche był konkursem na przeka­ zanie porzuconych terenów publicznych pod zarząd młodej kooperatywy rolników,


zainicjowanej przez okupację Borghetto San Carlo. „Delibera per spazi Verdi” to z kolei promowany przez miejski wydział środowi­ ska projekt, którego celem było powierzenie nieużywanych terenów zielonych dziel­ nicowym stowarzyszeniom, aby te mogły utworzyć na nich boiska i ogrody. „Delibera Patrimonio di idee” – inicjatywa stołecznego departamentu nieruchomości – polegała na powierzeniu porzuconych nieruchomości stowarzyszeniom sąsiedzkim, które miały stworzyć przestrzenie twórczości kulturalnej, inkubatory przedsiębiorczości, stanowiska co­‑workingowe i pracownie artystyczne oraz sceny w publicznych dzielnicach mieszkanio­ wych. Finansowany przez Unię Europejską program „Użycie tymczasowe jako narzędzie miejskiej regeneracji” był ze strony miejskie­ go wydziału planowania próbą ustanowienia agencji odpowiedzialnej za tymczasowe użyt­ kowanie, która pomagałaby w nastawionej na wspólnotę rewitalizacji pustych publicz­ nych obiektów. Równoległy, nieskoordyno­ wany rozwój tych inicjatyw stanowi oznakę niezdolności administracji do stworzenia międzysektorowego modelu zarządzania; terytoria jednak nie odzwierciedlają granic administracyjnych i rzeczywistych podziałów obszaru zarządzanego przez różne urzędy.

praca na rzecz przywrócenia opuszczonych obiektów do użytku wspólnoty.

Społeczeństwo obywatelskie nie czekało, aż władze miejskie wypracują mechanizmy wspólnego zarządzania i uregulują sposób, w jaki publiczne przestrzenie i usługi mają być zarządzane przez organizacje wspólnotowe. Bazując na doświadczeniu Teatro Valle, sieć stowarzyszeń, nieformalnych grup i organiza­ cji „troszczących się o nieużywane przestrze­ nie i zarządzających samoorganizującymi się świadczeniami opieki społecznej, edukacyj­ nymi i promocją kultury, które powinny być przedmiotem działania instytucji publicz­ nych”, powołała w lutym 2014 roku koalicję Pa­ trimonio Comune, której celem była wspólna

Pomimo klęski programu Patrimonio Comune oraz przerwania okupacji Teatro Valle, debata o dobrach wspólnych zainspirowała wiele obywatelskich inicjatyw oraz propozycji, za­ równo oddolnych, jak i ze strony administracji publicznej. Podczas gdy wspomniana wyżej propozycja oczekiwała jeszcze na głosowanie w radzie miejskiej, kolejny związany ze wspól­ notami projekt został złożony w miejskim wydziale planowania. Inspirując się regulacją dóbr wspólnych przyjętą przez władze Bolonii w roku 2014, Rzym chciał stworzyć podobny dokument. Dyrektywa bolońska, naśladowa­ na przez kilkanaście mniejszych i większych

Czerpiąc z doświadczenia swoich członków w zajmowaniu przestrzeni i zarządzaniu nimi, koalicja ta ustanowiła model partycypa­ cji dla skutecznego zarządzania publicznymi nieruchomościami i stworzyła dla niej ramę prawną. Poprzez warsztaty i konsultacje koalicja naszkicowała uchwałę umożliwiającą wspólne użytkowanie budynków publicznych oraz prywatnych nieruchomości, odwołując się do artykułu 42 konstytucji, w którym sformułowane są obowiązki właścicieli w zakresie utrzymywania swojej własności. Wiosną 2015 roku, po eksmisji Teatro Valle i wielu innych nieformalnych centrów kul­ tury i życia społecznego, propozycja uchwały została zgłoszona do rady miasta – udało się zebrać 500 wspierających ją podpisów, co zobligowało radę do zajęcia się dokumentem. W lipcu 2015 roku rada oddaliła propozycję, w szczególności zaś odrzuciła zawarty w niej plan wstrzymania prywatyzacji, projekt me­ chanizmu desygnowania, który umożliwiałby powierzanie nieruchomości organizacjom, które już zainwestowały w nie pracę, oraz pomysł wywłaszczania źle utrzymywanych nieruchomości.

autoportret 4 [51] 2015 | 28

włoskich miast, oferuje strukturę współpra­ cy pomiędzy administracją i mieszkańcami w użytkowaniu i zarządzaniu nieruchomościa­ mi publicznymi. Z innego punktu widzenia od­ niosła się do tego samego problemu i zapropo­ nowała rozwiązania podobne do wielu spośród tych zgłoszonych przez mieszkańców. Latem 2015 roku, po serii spotkań między urzędni­ kami miejskimi i prawnikami z Labsus, think tanku zajmującego się polityką publiczną, który był odpowiedzialny za stworzenie doku­ mentu dla Bolonii, wprowadzenie regulacji dla Rzymu zostało wstrzymane wskutek politycz­ nych turbulencji oraz odejścia ze stanowiska szefa departamentu, który był główną siłą napędową całego przedsięwzięcia. Zawieszenie procesu wprowadzania tej regu­ lacji było przez wielu postrzegane jako klęska w ustanawianiu współdzielonej struktury administracyjnej w ramach większej metro­ polii. Może to jednak sprawić, że decydenci i grupy obywateli dostrzegą doświadczenia związane z dobrami wspólnymi w innych miastach i spróbują znaleźć odpowiedzi na najbardziej palące kwestie związane z miastem rozumianym jako zbiór takich dóbr. W jaki sposób zbliżyć teorię i regulacje dotyczące dóbr wspólnych do codziennej praktyki? W jaki sposób nadać bardziej zrównoważony charak­ ter modelowi opartemu na uwspólnionym zarządzaniu przestrzeni i usług? W jaki sposób alokować zasoby w przestrzeniach i usługach, których zarządzanie i dostarczanie może być zlecone przez władze miasta wspólnotom obecnie działającym wyłącznie dzięki swojej dobrej woli? W jaki sposób skanalizować pro­ fesjonalne doświadczenie w ramach procesu uwspólnionego zarządzania? Jakie są prawne i ekonomiczne modele rządzenia i zarządzania dobrami wspólnymi? TŁUMACZENIE Z ANGIELSKIEGO: MICHAŁ CHOPTIANY


LABORATORIA REGENERACJI M   IASTA I  TERYTORIUM Matteo Trincas

U ŹRÓDEŁ SĄSIEDZTWA

Wspólnota, definiowana przez Erwina ­Antona Gutkinda1 jako byt, którego lo­ kalizacja i zasięg gwarantują największą możliwość realizacji programu społeczne­ go, zawsze była skutecznym narzędziem zarządzania i projektowania miasta i te­ rytorium. Ideałem wspólnoty zajmowali się niemal wszyscy reformiści w epokach przejściowych i kryzysowych, mniej lub bardziej realistycznie podważając ówczesne układy wartości i wysuwając propozycje or­ ganizacji przestrzennej i miejskiej oparte na potencjale zbiorowości. Szczególnie na przełomie XIX i XX wieku idea wspólnoty zajmowała ważne miejsce w praktyce urba­ nistycznej, ważne też były jej skutki.

E.A. Gutkind, The Expanding Environment. The End of Cities, the Rise of Communities, London: Freedom Press, 1953

Jednostka mieszkalna w Gröndal, dzielnicy Sztokholmu, która miała dopełnić układ urbanistyczny miasta i przemienić stolicę Szwecji w poli‑ centryczny organizm miejski, lata 50.

il. archiwum autora

1

Pierwsze przykłady, powstałe raczej spon­ tanicznie niż jako rezultat świadomego planu, mają swoje korzenie w zamierzchłej przeszłości i do dziś są widoczne w tkance wielu miast. Ślepa ulica, charakterystycz­ ny element ośrodków śródziemnomor­ skich, nadal pozostaje traktem komunika­ cyjnym, choć pełni też funkcję podwórka. Często tak właśnie była projektowana w przeszłości: rozszerzała się na końcu, tworząc mały placyk, na którym znajdowa­ ły się wejścia do poszczególnych domów. Ślepa ulica jest bowiem przeznaczona do użytku „stacjonarnego” przez miesz­ kańców, którzy znajdują na niej rodzaj przedłużenia własnej przestrzeni. Tam przenoszą się nie tylko relacje społeczne, lecz także większość czynności związanych z gospodarstwem domowym i z działal­ nością zawodową (uprawianie rzemiosł, często wspólnie z sąsiadami). W udoskona­ laniu modelu fundamentalną rolę odgry­ wa równowaga przestrzeni: prywatnej,

półpublicznej i publicznej. W tej ostatniej rozgrywa się dynamika wspólnoty. Dom jest wyposażony w przestrzenie ze­ wnętrzne, często ogrodzone, które mogą być użytkowane wyłącznie przez mieszkańców lub też być dzielone z sąsiednimi doma­ mi. Podwórka komunikują się z miastem przez filtr bramy lub zwężenie ulicy i łączą z miejscami publicznymi, które – niejed­ nokrotnie podkreślane za pomocą uszla­ chetniających elementów architektonicz­ nych – są wyrazem tożsamości lokalnej. Place, fontanny, miejsca kultu były tymi elementami, w które wspólnota inwesto­ wała najwięcej energii, gdyż tam toczyło się jej życie i często stanowiły one rodzaj przestrzennej rekompensaty w czasach, w których większość ludności mieszkała w skromnych warunkach przestrzennych. Jeśli takie rozwiązania wchodziły w no­ wożytności w zakres dobrej praktyki, to dopiero podczas drugiej epoki industrialnej


wiedza ta została wykorzystana do tworzenia teorii socjologicznych opierających się na naj­ bardziej rozwiniętym planowaniu miejskim ostatnich dziesięcioleci XIX wieku. WKŁAD UTOPISTÓW

Ferdinand Tönnies2 w dziele Wspólnota i stowa‑ rzyszenie, usystematyzował opis relacji między­ ludzkich, wprowadzając znane rozróżnienie na „wspólnotę”, opartą na spontanicznym poczuciu przynależności i partycypacji, i „spo­ łeczeństwo”, w którym współżycie mieszkań­ ców reguluje racjonalna logika indywidualnej korzyści i wymiany. Według Tönniesa kraje rozwinięte od dłuższego czasu regulują swoje relacje według modelu społeczeństwa, odcho­ dząc od wspólnoty i związanych z nią form współżycia: pokrewieństwa, sąsiedztwa i przy­ jaźni. W tej perspektywie Tönnies ­wskazuje na wieś jako formę wspólnotowego posiadania i korzystania z przestrzeni i dóbr. Kultura wsi wyraża i organizuje idee „dystrybucji natu­ ralnej” (a zatem sprawiedliwej i koniecznej) dóbr: „­samowystarczalne gospodarstwo domo­ we, wspólnotowo żyjący organizm”. Na podstawie podobnych pojęć, popularnych wśród inteligencji drugiej epoki industrialnej, opracowywano teorie urbanistyczne z jednej strony głoszące konieczność odzyskania war­ tości współżycia, z drugiej zapewniające racjo­ nalne użycie przestrzeni i zabudowy. Wyko­ rzystując zatem wiekowe doświadczenia tego modelu myślenia oraz refleksje XIX-wiecznych utopistów i reformistów, pod koniec epoki industrialnej formy architektoniczne dojrzały do użycia ich w postaci powtarzalnego osiedla, elastycznego i nadającego się do zaspokajania zróżnicowanych potrzeb. Dzięki tym cechom F. Tönnies, Wspólnota i stowarzyszenie. Rozprawa o komunizmie i socjalizmie jako empirycznych formach kultury, przeł. M. Łuka­ siewicz, Warszawa: PWN, 1988, 2011; pierwsze wydanie: 1887.

2

architektura wspólnoty zajmie zaszczytne miejsce w nowoczesnej architekturze. Złe warunki bytowe przeważającej części ludności brytyjskiej na początku XIX wieku oraz gwałtowny wzrost produkcji na szeroką skalę i wynikające z niego konsekwencje dla infrastruktury miast sprawiają, że to w tym kraju po raz pierwszy pojawiła się świado­ mość konieczności zapewnienia niezbędnego minimum mieszkalnego dla higieny i zdrowia także obywateli najniższych klas społecznych za pomocą ściśle określonych standardów. Pierwsza próba narzucenia prawnie usankcjo­ nowanych standardów od razu jednak natra­ fiła na silny opór. Postrzegano ją bowiem jako chęć ograniczenia wolności przedsiębiorstwa oraz, w ostatecznym rozrachunku, jako nie­ dopuszczalną ingerencję w interesy właści­ cieli nieruchomości. Z tego powodu pierwsze doświadczenia tego, co stanowi fundament nowoczesnej urbanistyki, były prawie wyłącz­ nie związane z inicjatywą prywatną kilku oświeconych przemysłowców, którzy w ten sposób o kilka dekad wyprzedzili pierwsze działania instytucjonalne. Wiele spośród tych najwcześniejszych modelowych osiedli dla przyszłych miast było właśnie osiedlami po­ myślanymi dla pracowników i robotników fa­ bryk, których właściciele kierowali się ideami filantropijnymi lub, w kilku przypadkach, wręcz ideałami ­utopii społecznej. Choć bardzo różne, wszystkie te eksperymenty mają pewne wspólne elementy wynikające z intencji od­ zyskania wymiaru życia w solidarnej wspól­ nocie, integracji człowieka ze środowiskiem oraz, często, z hołdowania ideałom zdrowia. Jednym z manifestów tego nowego prądu jest niewątpliwie wspólnota założona w New La­ nark przez Roberta Owena. Wszedłszy w posia­ danie przędzalń w New Lanark, Owen posta­ nowił stworzyć dla swoich robotników system społeczny mogący zagwarantować najlepsze

autoportret 4 [51] 2015 | 30

możliwe otoczenie dla rozwoju osoby. Wypo­ sażył wioskę w organ zwany „Instytucją dla Kształcenia Charakteru”, który jest prekurso­ rem obecnej opieki społecznej, ­troszczący się o dzieci i ludzi starszych, zapewniający pomoc w gospodarstwie domowym, podstawy wy­ kształcenia oraz wiele innych zajęć mających służyć wzmocnieniu poczucia przynależności do wspólnoty wioski, usytuowanej skądinąd w korzystnym położeniu naturalnym. Idea ekonomiczna i społeczna realizowana w ob­ rębie New Lanark przekłada się na bardzo konkretną politykę urbanistyczną i program wykorzystywania terytorium prezentowany w eseju A New View of Society. Esej Owena powstał prawie trzydzieści lat przed bardziej znanym esejem ­Fryderyka ­Engelsa o warunkach życia robotników i mieszkańców industrialnych miast angiel­ skich, który wpłynął na poszukiwanie nowych form budownictwa socjalnego. Według propo­ zycji Owena rezydencje dla wspólnoty miały być ustawione wokół obszernego prostokątne­ go placu; domy mieć od jednego do czterech ­pięter i być otoczone rozległą przestrzenią. ­Zgodnie z rozkładem mieszkań okna sypialni ­miały wychodzić na ogród, okna bawialni zaś – na ­ulicę. Kuchnia została całkowicie pominięta – z­ astąpiono ją wspólną stołówką usytuowaną w dużym budynku na środku placu, w którym miały się mieścić wszystkie usługi wspólnoty. Uderzająca jest niesłychana świadomość i precyzja propozycji wypraco­ wanych na podstawie badań ilościowych oraz zawierających przepisy, które w takiej samej formie kilka dekad później będą tworzyć plany miejskie ostatniej ćwierci XIX wieku. Tylko dwadzieścia lat wcześniej Charles Fourier stworzył swoją utopię „nowego świata przemysłu”, w którym wyobrażał sobie spo­ łeczeństwo składające się z idealnych wspól­ not zamieszkujących wiejskie rezydencje,


Tony Garnier, wizja cité industrielle z początku XX wieku odzwierciedlająca

o gospodarce bazującej wyłącznie na rolnictwie i przemyśle lekkim. Fourier zawdzięcza swoją popularność idei kolek­ tywnego zamieszkiwania, falansterowi, który w istocie jest zaledwie końcowym etapem znacznie bardziej złożonej reflek­ sji, dzielącej ludzką historię na siedem epok o postępującym stopniu doskonałości społecznej. Schemat falansteru był oparty na centralnym założeniu przypominającym pałac w typie entre cour et jardin, którego centralna część pełniła funkcje publiczne, a w skrzydłach mieściły się pracownie. Siódma epoka, epoka falansterów, jako najbardziej rozwinięta, jest epoką „harmo­ nii uniwersalnej”. Najbardziej brzemienna w skutki, najbardziej owocna dla dyscypli­ ny była jednak szósta epoka, w której pa­ nuje drobiazgowy porządek. Miasto, jakie Fourier opisuje w związku z tą epoką, jest ośrodkiem o planie ściśle uregulowanym za pomocą stref – porządkujących miasto w koncentryczne kręgi, oddzielone jeden od drugiego szerokimi pasmami zieleni i przeznaczone kolejno dla najważniejszych instytucji, dla fabryk i dla rezydencji – ze ściśle określonymi normami zdrowot­ nymi. Ujęcie to, dokładne i organiczne, które – abstrahując od utopii – aspiruje do znacznie ambitniejszego celu, jakim jest reorganizacja całego krajobrazu miejskiego i wiejskiego, będzie stanowiło podstawę dla narodzin nowego industrialnego miasta XX wieku. Z wyjątkiem przypadku cité industrielle (miasta przemysłowego), które Tony Gar­ nier wyobraził sobie w 1904 roku i które sta­ nowi rodzaj łącznika między XIX-wieczny­ mi manifestami reformy społecznej a nową racjonalną dzielnicą XX wieku, następne doświadczenia, choć nie noszą już znamion utopii, realizują jednak niektóre kluczowe zasady tamtych wizji i zapoczątkowują to,

co Bernardo Secchi nazwał „moralizacją” wielkiego miasta3. Ruch Garden Cities, zapo­ czątkowany przez słynny esej Ebenezera Howarda Tomorrow: A Peaceful Path to Real Reform, usiłował zatamować miejską eks­ pansję za pomocą nowego przestrzennego porządku, opartego na zasadzie decentrali­ zacji. Idea polegała na łączeniu zalet życia w mieście ze zdrowym życiem na wsi, prze­ nosząc mieszkańców z przeludnionych me­ tropolii do nowych, mniejszych jednostek, z których dojeżdża się do pracy do miasta centralnego. Zarządzanie terytorium opiera się na podziale na dzielnice lub neighbourho‑ ods, niepodzielna własność gruntu należy do spółki społeczności, która wydzierżawia obszary na czas określony i przewiduje obecność gminnych spółdzielni. Nowator­ stwo i nowoczesność miasta­‑ogrodu polegają nie tyle na schemacie autonomicznego osiedla czy też powtarzalności modelu na szeroką skalę, choć to ten właśnie element zadecydował o jego niezwykłej popularno­ ści, ile na połączeniu procedur założenia i zarządzania tak pomyślanych, by pozba­ wić inicjatywę logiki zysku i zapewnić wspólną kontrolę nad różnymi etapami jej realizacji. XIX-wiecznym utopiom należy się za to chwała, późniejsza urbanistyka utraciła ów dystans do kwestii społecznych, który ce­ chował tamte wizje, póki pozostawały w ge­ stii władzy absolutnej4. Utopijne „miasta idealne” stają się wspólnotami idealnymi, w wielu wypadkach wprowadzając nauko­ we podejście do definiowania standardów i wyposażeń potrzebnych dla nowych osiedli. Ruch miast­‑ogrodów realistyczniej

B. Secchi, La città del ventesimo secolo, Bari: Laterza, 2005. 4 L. Benevolo, Le origini dell’urbanistica moderna, Bari: Laterza, 1963.

zaspokaja owe potrzeby w obrębie teryto­ rium, wprowadza miejską decentralizację i w ramach tej nowej praktyki zarządzania terytorium kształtuje komponent spół­ dzielczy oraz poczucie przynależności do zbiorowości zakorzenionej w bardzo konkretnym miejscu. Poczucie to popadło w zapomnienie na skutek gwałtownego i niekontrolowanego wzrostu i wynikającej stąd degradacji. CLARENCE PERRY I FORMALIZACJA JEDNOSTKI SĄSIEDZKIEJ

Formalna kanonizacja owego elementar­ nego modułu, który sam autor nazwie jednostką sąsiedzką (neighbourhood unit) i który zachwyci urbanistów XX wieku, jest owocem badawczych poszukiwań Clarence’a Perry’ego podczas jego współ­ pracy przy sporządzaniu planu zago­ spodarowania przestrzennego Nowego Jorku w roku 1929. Studium Perry’ego5 określa strukturę i organizację stanowiące

3

autoportret 4 [51] 2015 | 31

C. Perry, The Neighborhood Unit, New York Regional Survey, vol. 7, New York: Russel Sage Foundation, 1929.

5

fot. archiwum autora

w swojej strukturze ideę wspólnoty


Clarence Perry, schemat jednostki ­sąsiedzkiej

il. archiwum autora

KRAJE SOCJALISTYCZNE I MIKRORAJON

o jednostce sąsiedzkiej, podaje niektóre jej wymiary, lecz nie zawiera precyzyjnych standardów, gdyż propozycja w założeniu nie była pomyślana jako projekt przeznaczony do bezpośredniej realizacji, lecz – po raz kolejny – jako wytyczna oraz teoretyczna podstawa, na której należy dopiero oprzeć przyszły plan. Najciekawszym elementem jest studium socjologiczne – solidny fundament, na którym zostanie następnie wypracowana ściśle planistyczna wytyczna. Perry opracował profil wspólnoty mającej zamieszkać w jed­ nostce w taki sposób, by zaznaczyć nie tylko jej fizyczne granice, lecz przede wszystkim namacalny, choć niematerialny, charakter odróżniający każdą jednostkę od sąsiednich. Nie znaczy to oczywiście, że miał się tu pojawiać jakiś antagonizm lub brak komuni­ kacji, lecz że powinien powstać symbiotyczny system tworzący wielkomiejskie dynami­ ki. W systemie tym sąsiedztwo jest częścią mechanizmu, ba! – jest jak żywy organizm, w którym każda część pełni swoją funkcję.

Ta idea miasta, a następnie, przez rozszerze­ nie, całego terytorium, odniesie olbrzymi suk­ ces szczególnie w Europie, gdzie skomplikuje się dodatkowo, stając się podstawą dla nowego modelu zarządzania opartego na szerokiej wolności działania na poziomie dzielnicy lub gminy oraz na zarządzaniu „federalnym” na poziomie ponadlokalnym, z planami strefo­ wymi o imponującej skali, specjalnie pomy­ ślanymi po to, by sprzyjać związkom między wszystkimi komórkami tworzącymi organizm terytorialny. Model doskonale nadawał się do wspierania propozycji funkcjonalistycznej urbanistyki wysuniętej na przykład przez Kartę Ateńską. Uwiarygodniony wartością zbiorowego doświadczenia, ale z pewnym przesunięciem w stronę dystopii, w okresie międzywojennym odniósł wielki sukces także w ustrojach totalitarnych ze względu na drze­ miący w nim potencjał kontroli społecznej. Najdalej idące eksperymenty, wykorzystujące możliwości nowego przemysłu budowlane­ go i dążące do stworzenia przestrzeni tak doskonale zorganizowanej, by mogła w niej zamieszkać nowa wspólnota i opiewać ducha zbiorowości, są podejmowane oczywiście w młodym Związku Radzieckim, który w la­ tach 20. jest bulgocącą pracownią artystycz­ nego i społecznego nowatorstwa. Rzecz jasna za takim zaangażowaniem kryje się nie tylko intencja utworzenia i zademonstrowania no­ wej przestrzeni i architektury miejskiej, które byłyby manifestem nowej sytuacji w kraju, lecz także chroniczny brak mieszkań i wola kontroli nad życiem obywateli. Za kluczowe rozwiązanie obrano wymóg redukcji kubatury i korzystania ze wspólnych usług zintegro­ wanych w bloku mieszkalnym w taki sposób, by zaoszczędzić na budowie tychże usług dla każdej osobnej komórki. Owa kolektywizacja życia zatem nie tylko przynosiła niewątpliwe

autoportret 4 [51] 2015 | 32

korzyści ekonomiczne, ale także była celem ostatecznym przemiany społecznej. Budynek nie miał już być czystym zestawem mieszkań, lecz powinien dostarczyć wielu zbiorowych urządzeń, kompensujących redukcję przestrze­ ni i usług dokonaną w obrębie pojedynczej komórki mieszkalnej. Eksperymenty posunęły się jeszcze dalej, pro­ ponując mieszkania kolektywne, które de facto uczyniły życie codzienne całkowicie zbioro­ wym. Mieszkając wspólnie, wolna od trosk materialnych dzięki wspólnocie jednostka powinna była mieć wszelkie możliwości, by się doskonalić, uczyć, przyczynić do ­polepszenia życiowych standardów. Choć w roku 1928 realizowano Narkomfin jako paradygmatycz­ ny model tego, czym mogłaby być zbiorowa rezydencja, ideologiczne ekscesy stają się coraz bardziej zuchwałe, prowadząc do delirycznych projektów, których ewidentnie nie dało się już wprowadzić w życie, podczas gdy społeczeń­ stwo pozostawało raczej wierne tradycyjnym formom zamieszkania. Wrogość ludności sprawi, że już w latach 30. próby te zostaną zarzucone. Powojenne osiedla będą się kiero­ wać bardziej umiarkowanymi i tradycyjnymi zasadami, łącząc wysokie wieżowce z niski­ mi pawilonami z usługami publicznymi, rozrzuconymi w obrębie dzielnicy, przenosząc na poziom kwartału tworzenie wspólnoty, zgodnie z modelem jednostki sąsiedztwa, która z radziecka nazwie się mikrorajonem. ODBUDOWA I PLANY LONDYNU

Teoretyczny przepis zrównoważonego i sku­ tecznego tworzenia minimalnej jednostki wspólnoty, komórki miejskiego planu, osiągnie swoją dojrzałość dopiero po II wojnie światowej w Europie i wyniknie właśnie z potrzeby radykalnej reformy systemu terytorialne­ go dla przygotowania go do tego, by stał się katalizatorem odbudowy. Wyzwanie podjęto


w planie zagospodarowania hrabstwa Londy­ nu, a następnie w planie Wielkiego Londynu, przedstawianych kolejno w latach 1943 i 1944 przez Patricka Abercrombiego i Johna Forsha­ wa. Wspólnota jest wymieniona jako jednostka podstawowa planowania. Każda jednostka prowadzi własne życie i ma własne, oryginal­ ne wyznaczniki, jednak jej indywidualność powinna być w zgodzie z kształtem, życiem i charakterem całego regionu. W zakończeniu dokumentu6 towarzyszącego planowi Wielkiego Londynu znajdujemy informację, że reorgani­ zacji terytorium przyświecała idea wspólnoty, za pomocą której można będzie zaspokoić wszystkie potrzeby uwzględniane przez plan. Właśnie jednostkom sąsiedztwa przypadło w udziale zadanie podniesienia społecznej jakości miasta.

dla mieszkańców. Nie jest zaskoczeniem, że w sytuacji konieczności wybudowania jak największej liczby mieszkań w możliwie najkrótszym czasie przy zachowaniu możli­ wie najwyższych standardów oraz otoczenia sprzyjającego dla państwa opiekuńczego wy­ bór padł na model miasta satelity bazującego na jednostce sąsiedzkiej.

niskie, domy przeludnione i w złym stanie technicznym. By temu zaradzić, szwedzki rząd zastosował dwa poniekąd uzupełniające się programy: „Miljonprogrammet”, czyli ambitny program realizacji miliona mieszkań w ciągu dziesięciu lat, oraz (dużo ciekawszy dla ­naszego tematu) program realizacji tak zwanych ABC­‑städerna (miast ABC).

SUKCES MODELU: KRAJE SKANDYNAWSKIE

Abercrombiemu zarzucono, że nadużywał arbitralnej dyslokacji ludności oraz technik inżynierii społecznej, jednak jego praca ma fundamentalne znaczenie zarówno z punktu widzenia metodologii, jak i zasięgu jej kon­ kretnej realizacji. W porównaniu z planem Londynu, plan regionalny Nowego Jorku był skrajnie niedookreślony. Tok argumentacji na rzecz utworzenia jednostek sąsiedztwa nie tylko o charakterze mieszkalnym, lecz także dla zaspokajania potrzeb służbowych, edukacyjnych i opieki społecznej, znacznie przyspieszył postęp dyscypliny i uczynił z pla­ nu Wielkiego Londynu wielki paradygmat wszystkich programów wzrostu i restruktu­ ryzacji miejskiej w czasach odbudowy. Okres powojenny jest także epoką rozkwitu modelu państwa opiekuńczego, różnie realizowane­ go w zależności od kraju, jednakże zawsze mającego na celu bezpieczeństwo i stabilność społeczną. Narzędziami do osiągnięcia tego celu miały być gwarancja mieszkania i usługi

W latach 50., aż do początku 60., także w Szwe­ cji dawał się odczuć dotkliwy niedostatek mieszkań, standardy lokali były ogólnie

W ramach tego ostatniego dofinansowano dodatkowymi funduszami dzielnice zaprojek­ towane, by pomieścić ponad 1000 mieszkań, co dowodzi skali tej rządowej operacji. Miesz­ kania były przestronne, położone w budynkach trzy­‑ i czteropiętrowych, czasem wyższych, wyróżniały się ścianami z czerwonych cegieł, postawionymi tradycyjną metodą. Dopiero później doszły elementy prefabrykowane, nie odniosły one jednak większego sukce­ su – nie spotkały się z aprobatą mieszkańców, którzy preferowali techniki tradycyjne. Jako rozwiązanie dla tak rozległych osiedli obrano bardzo tradycyjny plan o schemacie regularnej kratownicy. W jego ramach stosowano jednak wszystkie przepisy funkcjonalizmu, na skalę wcześniej niespotykaną w Europie: starano

Jeśli Wielka Brytania rozpoczęła proces w tym kierunku, opierając się na planach Abercrom­ biego, to kraje skandynawskie, w szczególności Szwecja, stanowią drugi wielki model welfare state, który za pomocą organizacji miasta na­ dał fizyczny kształt państwu socjalnemu7.

7 P. Clark, The European City and Green Space: London, Stockholm, Helsinki and St. Petersburg, 1850–2000, Burlington: Ashgate Publishing Company, 2006.

P. Abercrombie, The Greater London Plan, London: His Majesty Stationery Office, 1945.

Patrick Abercrombie, John Henry Forshaw, plan struktury organicznej Wielkiego Londynu, 1943–1944

fot. archiwum autora

6


Jedno z centrów usługowych dla wspólnot wiejskich

fot. archiwum autora

realizowanych na Sardynii

się, by wszystkie mieszkania były pełne naturalnego światła, by było dużo zielonej przestrzeni dla rekreacji, ażeby obsługa linii miejskiej komunikacji była bardzo sprawna. Właśnie w tym zakresie szwedzkie programy zmierzały zdecydowanie w stronę przeło­ mu, o którym modernistyczni architekci i urbaniści mogli do tej pory tylko poma­ rzyć. Ogólny plan Sztokholmu, który wszedł w życie w 1952 roku, przedstawiał się już jako plan nie tyle na skalę ściśle miejską, ile tery­ torialną, i przewidywał realizację czterech nowych jednostek podmiejskich, które dopełniłyby układu urbanistycznego stolicy. Jednostki te miały w założeniu przemienić miasto w policentryczny system, który re­ dystrybuowałby po całym terytorium pracę i rynek, usiłując zintegrować w ten sposób obszar mieszkania z obszarem pracy. Nowe osiedla miały się cieszyć pewną autonomią, uniezależnić od głównego miasta, zatem nie być też tylko jego sypialniami. By lepiej zrozumieć, skąd bierze się wielki sukces tych inicjatyw (także ze względu na to, iż zamieszkała tam wspólnota okazała się z czasem bardzo spójna), warto podkreślić, że realizację tych wielkich kompleksów, choć

finansowaną przez państwo, powierzano spółdzielniom mieszkańców (niektóre z nich nadal istnieją i działają), które wnosiły w projekt ducha wspólnoty i dobrego zarzą­ dzania przestrzenią publiczną dzielnicy, nie­ mającego sobie równych w innych planach różnych krajów pod bezpośrednim kierun­ kiem państwa. Szwedzki wpływ daje o sobie znać w krajach sąsiedzkich, ale wykracza też poza granice półwyspu skandynawskiego. Propozycja skandynawska staje się źródłem inspiracji, szczególnie w strukturze pierw­ szych eksperymentów sprzed planu sztok­ holmskiego, łatwiejszych do zastosowania w krajach o mniej rozbudowanym zapleczu pod kątem opieki społecznej i spółdzielni. DZIELNICA I WSPÓLNOTA WE WŁOSZECH: INA CASA ORAZ WKŁAD ADRIANA OLIVETTIEGO

Jednym z większych programów przedsięwziętych w Europie według zasad architektury wspólnoty jest włoski ekspe­ ryment INA Casa, rozpoczęty w 1949 roku. Program ten wiele zawdzięcza szwedzkim planom rozszerzenia miasta, powstałym kilka lat wcześniej. Ze skandynawskiej

autoportret 4 [51] 2015 | 34

dzielnicy przejęto charakterystyczną autonomię osiedla, samowystarczalnego i zamkniętego. Szczególną wagę przywią­ zywano do zaprojektowania przestrzeni tak, by sprzyjała ona powstaniu wspólnoty wewnątrz czegoś, co pod każdym względem spełnia wszystkie wymogi podręcznikowej jednostki sąsiedzkiej. Serie podręczników8 zawierających przepisy, wskazówki oraz normy na użytek projektantów i gminnych komisji budowlanych do realizacji poje­ dynczych mieszkań, budynków i dzielnic, nie pozostawiają wątpliwości co do stra­ tegii, nawet jeśli strategia ta nie została przeprowadzona do końca, ponieważ mu­ siano się dostosować do prywatnej polityki spekulacji gruntami, dla której dzielnice INA Casa pozostają marginesem. Właśnie z nich można jasno wyczytać strukturę osiedla, jego podstawowe ogniwo, z którego niezaprzeczalnie wynika intencja uczynie­ nia z każdej dzielnicy wspólnoty. Plan INA Casa, mimo iż stanowi najbar­ dziej reprezentatywny przykład włoskiego podejścia do modelu jednostki sąsiedzkiej, teoretycznie i konceptualnie nie jest jednak jeszcze najlepiej rozpracowanym przypad­ kiem. Wynalazcą bowiem i promotorem modelu wspólnoty był Adriano Olivetti. Intelektualne dziedzictwo Olivettiego wpłynęło na niektóre programy budownic­ twa publicznego, choć w istocie niewiele było tych realizowanych pod jego oficjal­ nym patronatem. Olivetti rozpoczął swoją karierę już w latach 30. XX wieku; prowa­ dząc własną firmę, stosował prekursorskie polityki opieki i kształcenia dla swoich pracowników. Polityki te przeniósł po wojnie do organów, których był członkiem, W ich redagowaniu uczestniczyli wybitni włoscy architekci XX wieku, między innymi Mario Ridolfi i Adalberto Libera.

8


między innymi UNRRA Casas. Otoczył się także takimi osobowościami, jak Ludovico Quaro­ ni, który przyjął jego idee i stał się czynnym budowniczym wspólnoty w kilku z najbardziej znanych planów okresu odbudowy. Wypró­ bowawszy swoją politykę najpierw w obrębie własnej firmy, Adriano Olivetti postanowił się zmierzyć z bardziej ambitnym i rozbudowa­ nym przedsięwzięciem, kiedy stał się promoto­ rem planu zagospodarowania przestrzennego doliny Aosty i Ivrei, opracowanego w latach 1936 i 1937, który – z racji niesprzyjających oko­ liczności historycznych – nie został przyjęty i wprowadzony w życie. Realizacja koncepcji przyszła po wojnie – ­Olivetti został mianowany komisarzem wielu organów odbudowy, za pośrednictwem których mógł łatwo wcielić w życie swoją ideę wspól­ noty w terytorium. Jedna z pierwszych takich realizacji powstała w Borgo La Martella, wiosce przy Materze, przeznaczonej dla mieszkańców słynnych Sassi. Ludovico Quaroni, włączony w projekt w 1949 roku, miał tu możliwość wcielenia w praktykę swoich refleksji na temat wspólnoty miejskiej i dzielnicy rozumianej jako paradygmat relacji między architekturą i urba­ nistyką, przestrzenią otwartą i zabudowaną, miastem fizycznym i społecznym. Dolina Aosty i terytorium wokół Ivrei były zatem pierwszym laboratorium planu społeczno­‑ekonomicznego i osadniczego sformułowanego przez Olivettiego i współpracowników. Inicjatywy jak ta w Borgo La Martella były wprawdzie bardzo cenne, ale odosobnione. Brakowało jeszcze ekspery­ mentu bardziej organicznego, zintegrowanego i zakrojonego na szerszą skalę. Z coraz większą nadzieją patrzono na Sardynię jako miejsce najlepiej nadające się do tego, by przeprowadzić radykalną reformę, do której dążył Movimento Comunità (Ruch Wspólnota)9. Movimento Comunità (Ruch Wspólnota) był włoską partią polityczną o orientacji liberalno­‑demokratycznej, 9

Plan wypracowano tak, by wyposażyć obszar wybrany dla eksperymentu w najważniejsze centra usługowe, wokół nich konstruując sieć drogową i uzupełniając funkcjonalną dystry­ bucję usług podstawowych poprzez ich usytu­ owanie w pomniejszych wioskach i miastecz­ kach. W centrum wioski miały się znaleźć wszystkie usługi potrzebne do życia społecz­ nego i ekonomicznego wspólnoty znacznie większej niż ta zamieszkująca samą wieś. Wioski wyróżniają się na tle ortogonalnej kra­ townicy pól i dostosowują do ukształtowania terenu, sytuując się wzdłuż kilku podstawo­ wych osi lub linii wybrzeża, tworząc w ten sposób projekty niemal mimetyczne, jak w przypadku wioski w Porto Conte, autorstwa Luigiego Figiniego i Gina Polliniego, którzy już współpracowali przy company town samego Olivettiego w Ivrei. Szczególną wagę przywiązywano do obsza­ rów wspólnych, zaplanowanych, by ułatwić spotkanie i społeczne relacje pomiędzy rodzinami – to nowoczesna synteza mode­ lu architektonicznego wypracowanego na podstawie badań nad tradycyjnymi lokalny­ mi wsiami ­pasterskimi. Tak przeprowadza­ ne doświadczenia kolonizacji powtarzano na całej wyspie. Była to konkretna próba zrównoważenia terytorium, znosząca pola­ ryzację ekonomii, usług i ludności, która od zawsze działała na korzyść jedynie najwięk­ szych ośrodków. Niezależnie od tego, że nie wszystkie poszczególne programy, na skutek później podjętych decyzji, zostały zrealizowa­ ne do końca, obecny układ regionalny wiele zawdzięcza wizji Olivettiego. Przedsięwzięcie Olivettiego jest jednym z naj­ bardziej rozbudowanych i przeprowadzonych powstałą w Piemoncie w 1947 roku jako ruch kulturowy, zamieniony następnie przez Adriana Olivettiego w organi­ zację polityczną.

autoportret 4 [51] 2015 | 35

na szeroką skalę planów o otwartym powoła­ niu wspólnotowym i swoją inwencją o kilka dziesięcioleci wyprzedza najbardziej aktu­ alne zagadnienia związane z odkrywaniem na nowo wartości osadnictwa. Długa epoka kolektywistycznych wizji, następujących po sobie niemal bez przerwy od początku wieku, w ostatniej ćwierci XX wieku na skutek globalizacji i afirmacji neoliberalizmu prze­ chodzi głęboki kryzys i zdecydowany zastój. Ustaje wsparcie inicjatyw o charakterze spółdzielczym ze strony instytucji. Pozostaje tylko kilka okazjonalnych epizodów, które po raz kolejny, w zmienionym układzie, mają raczej charakter manifestu aniżeli pospoli­ tej praktyki, jak to dawniej bywało. Upadek jakości terytorium, ogólne przebudzenie świadomości i poczucia odpowiedzialności oraz kryzysy, które naznaczyły, szczegól­ nie w Europie Zachodniej, schyłek lat 90. i pierwszą dekadę XXI wieku, na nowo roz­ nieciły zainteresowanie modelem rozwoju ro­ zumianym jako sieć współpracujących z sobą wspólnot. Szkoły francuska i włoska na tej koncepcji opierają swoją definicję terytorium rozumianego jako produkt interakcji między środowiskiem i zamieszkującą je wspólnotą. Plany wypracowane w ciągu ostatnich lat pokazują tę zmianę myślenia. Ogromny urok modelu, który miał najrozma­ itsze odmiany realizacji aż do tych ostatnich, polega na wielkiej zdolności społecznej i środowiskowej, którą zakorzeniona w swoim kontekście wspólnota zawsze wykazywała. Model ten osiągnął chyba już wystarczającą dojrzałość, by pokonać ostatnie podejrze­ nia o wernakularyzm i oderwany od życia idealizm, pokazując się właśnie jako rozstrzy­ gające narzędzie do rozwiązania problemów współczesności. TŁUMACZENIE Z WŁOSKIEGO: EMILIANO RANOCCHI


Mario Perniola ilustracje Kacper Kępiński

SIEĆ JAKO NADMIEJSKOŚĆ MIASTO I METROPOLIA

Debata o fenomenie miejskim przez dziesięciolecia toczyła się między innymi wokół opozycji miasta i metropolii. Te dwa pojęcia na początku XX wieku opisy­wali klasycy socjologii miasta, Max Weber i Georg Simmel. Pierwszy z nich, w swoim dziele Gospodarka i społeczeństwo1, dostrzegał we wspólnotowym braterstwie opartym na umowie społecznej istotę zachodniego miasta. Pierwotną różnorodność i wzajem­ ną obcość mieszkańców pokonuje powsta­ nie organicznej społeczności utożsamiają­ cej się z obszarem miasta, która – na skutek uzurpacji uznającej siebie za prawomocną władzę – jest gotowa do zbrojnej obrony własnego terytorium. Z kolei Simmel w eseju Mentalność mieszkańców wielkich M. Weber, Gospodarka i społeczeństwo. Zarys socjologii rozu‑ miejącej, przeł. D. Lachowska, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2002.

1

miast2 badał procesy psychologiczne i spo­ łeczne, poprzez które tworzy się wielko­ miejski sposób bycia, oparty na postępują­ cej funkcjonalnej specjalizacji pracy, na au­ tonomii i wolności w życiu prywatnym, na nieustającej walce o afirmację jednostki. W jego rozumieniu metropolia ma też swój aspekt anonimowości, prywatności oraz zblazowanej postawy, co oznacza, że miesz­ kańcy różnią się od siebie i pozostają sobie obcy we wszystkim, co wykracza poza ich funkcjonalne relacje. Z tych dwóch różnych koncepcji miasta jako zjawiska, wzorowanych kolejno na tradycyjnym mieście zachodnim i na nowoczesnej europejskiej metropo­ lii, wypływa wiele dalszych konsekwen­ cji. W pierwszej koncepcji miasto jest G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast, [w:] tenże, Most i drzwi. Wybór esejów, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa: Oficyna Naukowa, 2006, s. 114–134.

2

pojmowane jako miejsce przynależności i partycypacji, jako organizm, jako Gemein‑ schaft, jako wspólnota miejska; w drugiej koncepcji metropolia jest rozumiana jako miejsce wybijania się i awansu, jako funk­ cja, jako Gesellschaft, jako wyemancypowa­ ne społeczeństwo3. Wspólnotowe miasto i funkcjonalna metropolia są przedmiotem obszernej literatury, w której pochwała jednej łączy się z reguły z krytyką drugiej. W pierwszej koncepcji miasto było rozu­ miane jako objaw życia wspólnego i orga­ nicznego, w którym człowiek może w pełni realizować własną naturę, jak to ujmował Lewis Mumford4. Christopher Alexan­ M. Weber, dz. cyt., s. 232–233, 675–681. Por. F. Tön­ nies, Wspólnota i stowarzyszenie. Rozprawa o komunizmie i socjalizmie jako empirycznych formach kultury, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2008, s. 27–122. 4 L. Mumford, The City in History: Its Origins, Its Transfor‑ mations, and Its Prospects, New York: Harcourt, Brace & World, 1961. 3


Sieć transportu morskiego

W rzeczywistości nie można się oprzeć wrażeniu, że cała utarczka między organi­ cyzmem i funkcjonalizmem, naturalizmem A. Mitscherlich, Unwirtlichkeit unserer Städte, Frankfurt 1965; Ch. Alexander, Język wzorców. Miasta, budynki, konstrukcja, przeł. A. Kaczanowska, K. Maliszewska, M. Trzebiatowska, Gdańsk: GWP, 2008. 6 H. Van Lier, Nowy wiek, przeł. R. Gomulicki, Warszawa: PIW, 1970; Ch. Norberg­‑Schulz, Bycie, przestrzeń i architektu‑ ra, przeł. B. Gadomska, Warszawa: Murator, 2000. 7 P. Davidoff, T. A. Reiner, A Choice Theory of Planning, „Journal of the American Institute of Planners” 1962, 28/2, s. 103­–115. 5

i racjonalizmem należy już do przeszło­ ści. Nieprzypadkowo refleksja nad mia­ stem próbowała się wyzwolić spod presji sztywnej opozycji miasta i metropolii: a najciekawsze owoce tej refleksji, estetyka metropolii pochodząca od Waltera Benjami­ na oraz poetyka miejskiego spektaklu, dają się sprowadzić do wspólnego zamierzenia analizowania fenomenu miasta w nowych kategoriach. Estetyka metropolii, która w Benjaminie ma swojego najważniejszego inspiratora, nie neguje nieprzyjemnych i alienujących aspektów metropolii, lecz wskazuje na to, że właśnie z ich zgłębiania może powstać nowy walor, że nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje się nadwyrężone, w istocie ukrywa drzemiące możliwości. Stroni­ ce, które Benjamin poświęcił paryskim pasażom (owym dziewiętnastowiecznym galeriom, które łączyły ulice i były wypo­ sażone w sklepy i inne atrakcje), stanowią przykład takiej postawy8. Pasaż z jednej strony jest miejscem alienacji, świątynią, w której kapitał święci swoje triumfy: pasa­ że są centrum handlu artykułami zbytku, prekursorami galerii handlowych, prze­ strzenią miejską, w której sztuka wstępuje do służby handlowca. Z drugiej zaś strony są one także miejscem odnalezionej ojczy­ zny: nie przypadkiem Charles Fourier – ­obserwuje Benjamin – dostrzegł w pasażach architektoniczny kanon falansteru, krainy obfitości, domu par excellence, i wyobraził sobie idealne miasto jako miasto pasaży9. Pasaż jest zatem dla Benjamina obrazem zamierzchłej przeszłości i miejską metaforą przyszłości zarazem, ewokacją łona matki i rezultatem walki o emancypację. W. Benjamin, Pasaże, red. R. Tiedemann, przeł. I. Ka­ nia, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2010, passim. 9 Tamże. 8

autoportret 4 [51] 2015 | 37

To dialektyczne rozwiązanie opozycji miasta–metropolii jest jednak, jeśli dobrze się temu przyjrzeć, niezadowalające właśnie dlatego, że jest za mało radykalne: ograni­ cza się bowiem do postrzegania metropolii, jakby ona była miastem; społeczeństwa, jak­ by ono już zawierało w sobie zarodki wspól­ noty, ale nie zadaje sobie pytania o właści­ wości obu pojęć i podstępnie zakłada, że oba pojęcia miasta i metropolii są zdolne także wytłumaczyć aktualną sytuację. Pewnej mediacji między miastem a metro­ polią próbuje natomiast poetyka miejskie­ go spektaklu. Poetyka ta w zamierzeniu odrzuca alternatywę miejskiej partycypacji: metropolitalny indywidualizm, poprzez wy­ odrębnienie trzeciego elementu – miejskiego widowiska – który z jednej strony zakłada obecność szerokiej publiczności, tłumu, z drugiej zaś nie tworzy iluzji co do rzeczy­ wistego wspólnotowego charakteru tego ko­ lektywu. Fakt, że fenomen miejski w całości (miasto i metropolia) może być przedmiotem operacji, która za pośrednictwem techniki oddaje je swoim mieszkańcom pod cudowną postacią, odpowiada na zamiar przedstawia­ nia jako niesamowite i obce tego, co w zało­ żeniu jest zwykłe i znane. Poetyka ta tworzy efekt miejskiego „wyobcowania”, którego celem jednak powinno być ponowne odzy­ skanie fenomenu miejskiego w jego napięciu między miastem a metropolią. W rzeczywistości elementy negatywne i destrukcyjne zyskują przewagę nad po­ zytywnymi i afirmatywnymi. W miejskim spektaklu zarówno miasto, jak i metropolia są pozbawione swoich podstawowych cech i redukowane do czystej dekoracji. Niemoż­ liwe jest pogodzenie miejskiej solidarności z wielkomiejskim indywidualizmem, każda próba będzie tylko bierną kontemplacją formalnego wymiaru fenomenu miejskiego,

hengl, wikimedia

der postrzegał je jako strukturę „pół­ ‑elastyczną”, gwarantującą harmonijne połączenie poszczególnych elementów życia społecznego, a Alexander Mitscher­ lich jako biotopos, czyli miejsce, w którym najróżniejsze formy życia osiągają równo­ wagę i w niej trwają5. Z kolei Henri van Lier uważał miasto za matkę, matrycę, będącą gwarancją identyfikacji i bezpie­ czeństwa, autoregulacji i wzrostu, jako wyraz genius loci, doświadczenia znaczenia miejsc, proponowany później przez Chri­ stiana Norberg­a‑Schulza6. Według wymie­ nionych perspektyw nadejście nowoczesnej metropolii oznaczałoby mniej lub bardziej nieodwracalną utratę tej szczęśliwej relacji z otoczeniem oraz początek nowego stanu wyobcowania i uprzedmiotowienia. Obroń­ cy metropolii podkreślają jednak, że „sto­ sunek sąsiedztwa”, na którym opierało się średniowieczne miasto, nie powoduje wyłącznie pozytywnych relacji, lecz także napięcia i konflikty (Thomas A. Reiner)7; tylko wielkie miasto umożliwia emancy­ pację, postęp, pełny rozwój innowacyjnego napędu. Co więcej – funkcjonalność jest tutaj synonimem „przydatności do miesz­ kania”, a racjonalne zarządzanie środo­ wiskiem i planowanie na skalę miejską i terytorialną stanowi zadanie polityczne nie do pominięcia.


Rozkład połączeń lotniczych

NADMIEJSKOŚĆ

Poradzenie sobie się z tymi aporiami wy­ daje się niemożliwe dopóty, dopóki wy­ miar miejski (miejskość) jest nierozłączny z określonym i geograficznie ograniczonym miejscem, nieważne czy małym (jak w wy­ padku tradycyjnego miasta), czy dużym (jak w wypadku metropolii). Doświadczenie współczesne zmierza w dokładnie odwrot­ nym kierunku: gwałtowny wzrost indywi­ dualnej mobilności i rozwój relacji między­ ludzkich, rozpowszechnienie na globalną skalę tych samych modeli kulturowych, rozproszenie po całym świecie przedmiotów i problemów lokalnych, współpraca tech­ nologii telekomunikacyjnych i internetu w tworzeniu sieci otaczających cały świat sprawiają, że jakakolwiek próba opisu feno­ menu miejskiego według klucza terytorium jest przestarzała. Owa sieć bowiem oddziela się od miasta i od metropolii, ­nabierając autonomicznego znaczenia, wolnego od przestrzennych określeń. Pierwszą intuicję miasta nieutożsamiające­ go się z terytorium zawdzięczamy praw­ dopodobnie świętemu Augustynowi. Jego Civitas Dei jest rozciągnięte na cały świat: ma jednak swój fundament w wierze. Au­ gustiańskie „miasto Boga” dąży oczywiście do pokonania zróżnicowania swoich człon­ ków w duchowym braterstwie wykraczają­ cym poza przestrzeń, w Kościele. W obrębie miejskiej socjologii tego stulecia to Louis Wirth w swoim ­eseju Urbanism as a Way of Life (1938)10 jako 10 L. Wirth, Urbanism as a Way of Life, „American Journal of Sociology” 1938, 44, s. 1­–24.

pierwszy rozpatrzył miejski sposób życia jako coś pozbawione granic i nieustannie rozprzestrzeniające się dzięki środkom przekazu. Według Wirtha humanizm cechuje zanik jednostki terytorialnej jako podstawy solidarności społecznej oraz poszukiwanie nowych form łączenia, opartych na aspiracjach jednostki: wzrost indywidualizmu i możliwości zrzeszania się stanowią jego zdaniem podstawowy aspekt miejskości. Uwagi te mają tę zaletę, że uniezależ­ niają zjawisko miejskie od terytorium, są jednak niewystarczające, by zrozumieć współczesną nadmiejskość. Powstaje ona nie z nieograniczonego rozszerzenia klasycznego i średniowiecznego pojęcia miasta, ani też nie z nieograniczonego rozszerzenia dziewiętnastowiecznego po­ jęcia metropolii, lecz z dekonstrukcji obu tych pojęć. Nadmiejskość zatem nie wyni­ ka ze wspólnotowej więzi opartej na prze­ strzeni, ale też nie z relacji funkcjonalnej abstrahującej od przestrzeni. Jeśli już – jak pisze Melvin Webber w swoim eseju The Urban Place and the Non­‑Place Urban Realm (1964)11 – nadmiejskość to „zbiór heteroge­ nicznych grup indywiduów komunikują­ cych się za pomocą przestrzeni”. Zjawiska pola, bardziej niż zjawiska przestrze­ ni – pisze Webber – będą nam pomocne w traktowaniu problemu coraz większej bezogniskowości miejskiego życia12. Jeśli istotą miejskości jest relacja społeczna między rozmaitymi ludźmi, nie może ona już zostać zlokalizowana w jednym punkcie w przestrzeni, w jakimś centrum, na jakimś M. Webber, The Urban Place and the Non­‑Place Urban Realm, [w:] M. Webber et al., Explorations into Urban Structure, Pennsylvania: Unniversity of Pennsylvania, 1964, s. 79­–153. 12 Tamże. 11

autoportret 4 [51] 2015 | 38

terytorium, ale nie może też być rozumiana jako idealna wspólnota światowa albo jako międzynarodowe stowarzyszenie osób wy­ specjalizowanych w określonej dziedzinie lub połączonych z sobą jakimś wspólnym celem czy projektem, jakikolwiek by on był. Nadmiejskość nie obejmuje Kościoła ani korporacji, które są zbiorami osób dążących do homogeniczności. Więź wspólnotowa i relacja funkcjonalna są tu zbyt określone i jednoznaczne w swoich treściach. Dzisiaj natomiast powstaje stosunek bardziej wieloznaczny i nieokreślony – ten, który mógłby nabie­ rać za każdym razem nawet najbardziej sprzecznych z sobą określeń, w zależności od okoliczności, okazji czy konkretnej sytuacji. Istotą nie jest już braterstwo (jak w miejskości tradycyjnego miasta i w Ko­ ściele) ani użyteczność (jak w miejskości metropolii i w zrzeszeniu zawodowym), lecz bycie częścią systemu relacji i sieci komunikacji. Drugorzędne znaczenie ma, która część wchodzi w grę w obrębie nad­ miejskości: zależy to od kairós, od „woli bożej”. Zachowanie nadmiejskie cechuje plastyczność: można zostać przyjacielem albo wrogiem kogokolwiek; a można też odnieść pożytek lub ponieść szkody z czegokolwiek. Wszystko to ma znaczenie względne. Ważne jest natomiast, by nie wypaść z gry, nie zostać wykluczonym z sieci i pozostać w obrębie ­interesu. Nadmiejskość jest horyzontem osób zainteresowanych, powiązanych intere­ sem w etymologicznym znaczeniu słowa inter­‑esse: bycie­‑pomiędzy, bycie­‑w­‑środku. Nie przypadkiem „interes” pierwotnie oznaczał zarówno korzyść, jak i nieko­ rzyść. Pojęcie interesu powinno zostać ogo­ łocone ze swoich aspektów subiektywnych i egoistycznych i rozumiane w wymiarze

josullivan.59, wikimedia

podobnego do tej promowanej przez tak zwa­ ny postmodernizm architektoniczny.


społecznym, relacyjnym, międzyludzkim, jako przystąpienie do struktury dyna­ micznej, której elementy nie mogą zostać arbitralnie wymienione przez jednostkę. Interes nie oznacza skłonności do zaspo­ kojenia własnych pragnień (jak myśleli francuscy materialiści XVIII wieku), lecz ustawienie­‑się­‑pomiędzy zakładające porzucenie wszelkich subiektywnych pra­ gnień wraz z gotowością do przemieszcze­ nia się od tego samego do tego samego.

[na następnych stronach:]

Dominika Wilczyńska

LIVE IN YOUR WORLD

Ostatnimi czasy to przemieszczanie/tran­ zyt pojmowano jako zabłądzenie i noma­ dyzm. Różnica między tranzytem i tymi pojęciami polega na tym, że one nadal zachowują pewien subiektywny wymiar. Ten, kto się przemieszcza, jest w ruchu, nie jest podmiotem, jest kimś, kto uczynił się nikim, by móc potencjalnie iść wszędzie. Owo doświadczenie nikogości, pożądane nie jako przemyślność Ulissesa ani też jako mistyczny symbol ludzkiej nicości, lecz jako miejsce zewnętrzności i publiczności, sta­ nowi fundamentalny aspekt nadmiejskości. Bezpośrednie zaczepienie w społeczeństwie i historii nie przechodzi przez niemożliwą już restaurację miasta i metropolii, lecz poprzez gotowość do przebicia niczym igła owej tkaniny bez środka i obrzeży, jaką w istocie jest nadmiejskie społeczeństwo. A jeśli ktoś będzie chciał za wszelką cenę uznać ją za niejasną, jest ona nie jak owa noc, w której wszystkie krowy są czarne (by zacytować Heglowskie powiedzenie), lecz jak noc „zszywająca gwiazdy” (wedle słów Heideggera)13. TŁUMACZENIE Z WŁOSKIEGO: EMILIANO RANOCCHI

M. Heidegger, Wyzwolenie, przeł. J. Mizera, Kraków: Baran i Suszczyński, 2001.

13

autoportret 4 [51] 2015 | 39


Paweł Krzaczkowski

WSPÓLNOTA, KTÓRA NADCHODZI

N

iedawno przeprowadzone bada­ nia nad mrówkami wykazały, że większość z nich wcale nie pracuje, co więcej – doskonale udaje, że jest czymś zajęta. W ten sposób upadło jedno z ważnych dla konserwatyw­ nej wyobraźni wierzeń o naturze, która pracuje, a zarazem też o niebie, które odpoczywa. W naturalistycznej wyobraźni funkcjo­ nowały dwa modele biologicznego życia: zwierzę dzikie, niezdolne do współpracy, które samotnie toczy wieczną walkę o prze­ trwanie i zwierzę kolektywne, któremu jest obiecane przetrwanie za cenę pełnego poświęcenia na rzecz zbiorowości. Zbioro­ wość – całość dysponuje przy tym suweren­ nym prawem oceny, czy dany wysiłek stano­ wi dostateczną przesłankę dla zachowania określonej części przy życiu. Indywidua nie mają zatem gwarancji przetrwania, dlatego że całość oddzieliła się od subiektywności,

czyli bytu jednostkowego, ustanawiając osobną ontologię obiektywności. Subiektyw­ ność może w tym modelu zapewnić sobie pewność jedynie poprzez uzyskanie statusu całościowego, a więc poprzez wejście w rolę dominacyjną. Władza nad innymi stanowi zatem jedyny obszar, w którym subiektyw­ ność może wyjść z niepewności podlegania niezrozumiałej władzy suwerennej całości (poprzez mimikrę i zespolenie). Reszcie, czyli temu, co podlega, przypada w udziale odmienna strategia obiektywizacji. Tam, gdzie podleganie nie może się bezpośred­ nio zespolić z całością poprzez dominację, nawet jeśli dysponuje resztką władzy nad jeszcze słabszymi, ze względów osmozy systemu było potrzebne ontologiczne uprzy­ wilejowanie obietnicy, która stała się przez to bardziej realna od stanu niepewności i przypadkowości suwerennej władzy. Obiet­ nica została w ten sposób wyniesiona ponad faktyczność, stanowiąc namiastkę transcen­ dencji w immanencji. Tam zaś, gdzie ostaje

autoportret 4 [51] 2015 | 42

się niepewność, obietnica odświeża swoje formy, na nowo stabilizując jej ontologiczne uprzywilejowanie. Innymi słowy, nie tylko władza na nowo wymyśla lud, ale też w nie­ pewności jego wyobrażeń na temat sensow­ ności jego życia rewiduje swoje strategie. Wspomniane modele biologicznej wyobraź­ ni produkują dwie moralności – przetrwal­ nikowego odosobnienia oraz całościowego poświęcenia, które w nowoczesności ulegają różnym formom kontaminacji. Idealnym modelem koniunkcji jest ciało społeczne, które jest harmoniczne poprzez całkowite oddzielenie od siebie ekwiwalentnych czą­ stek. Odniesienia do innych są tutaj tylko momentami solipsystycznej gry, z której ro­ dzi się realna produkcja prezentowana sa­ mej cząstce jako kolejny element gry, a więc nic docelowego. Stawką jest bowiem i to, żeby pozbyć się tego, co docelowe w struktu­ rze pragnienia, i by uczynić ją nieskończe­ nie otwartą i produktywną. W ten sposób


Ilustracje pochodzą z książki: King Champ Gillette, The Human Drift, Boston: New Era Publishing Co., 1894. Reprint: Delmar, N.Y.: Scholars’ Facsimiles & Reprints, Inc., 1976, s. 88–112.

dokonuje się koniunkcja mrowiska i samotne­ go wilka. Stan społeczny doskonałej harmonii poprzez całkowite oddzielenie. Zadanie to było wielkim wyzwaniem i tema­ tem dla architektury, szczególnie od momen­ tu, kiedy pod koniec XIX wieku ściśle zespoliła się z urbanistyką, w czym można widzieć triumf dyskursu inżynieryjnego nad architek­ tonicznym. Obie te dyscypliny rywalizowały od schyłku XVIII wieku – jako osobne porząd­ ki wiedzy – o względy władzy. Jako że inżynie­ ria odnosiła się do szerszych zakresów władzy i obszerniejszego terytorium, wygrała ten po­ jedynek. Nie tylko obiecywała tańsze rozwią­ zania, rezygnując z symboliki architektonicz­ nej na rzecz eksponowania poprzez poznanie techniczne praw natury, ale też wypracowy­ wała swój dyskurs w obszarze problematyki wydajności. Podsuwała zatem władzy „lepsze” strategie zarządzania populacją niż niewydol­ ne modele symboliki z porządku architektury monumentalnej. Stawką było uczynienie władzy niewidoczną, a zarazem skuteczną i wydajną. Architektura mogła być ramą dla władzy, ale niekoniecznie jej struktu­ rą. Urbanistyka z kolei jako dziecko inżynierii pozwalała w planowaniu architektonicznym dostrzec nowy wymiar panowania – w ujęciu maszyny. Władza jest bowiem skuteczna wtedy, kiedy populacja nie dostrzega jej obecności, stając się jej elementem. Dla porząd­ ku feudalnego istotne było to, by władza była wyeksponowana po­ przez symbolikę mo­ numentalną, w daw­ niejszych epokach na przykład poprzez narzędzia wymiaru sprawiedliwości, jak

szubienica czy pręgierz. Inżynieria nauczyła zatem władzę, w jaki sposób architektura może się stać panowaniem jako takim, a nie tylko jego symbolem. Znamienny w tym kontekście wydaje się projekt Kinga Gillette’a, wynalazcy bezpiecz­ nej maszynki do golenia, który w 1894 roku w książce The Human Drift przedstawił model całościowej reorganizacji życia społeczne­ go poprzez architekturę. Wyjątkowość tego przedsięwzięcia polegała na tym, że przybrało ono skalę totalną i globalną. Jest to koncepcja założenia gigantycznego miasta nad wodospa­ dem Niagara, który dostarczałby dostatecznie dużo energii, by zapewnić działanie jego me­ chanizmowi. Mamy tu do czynienia z nałoże­ niem marzeń o automatyzacji pracy, równości społecznej i idealnej wydajności miasta­ ‑maszyny. Koncepcja wychodzi od konstatacji, że konkurencja, która stanowi o kondycji współczesnego społeczeństwa, niweczy ludzki

potencjał. Dlatego w miejsce konkurujących z sobą kapitałów Gillette proponuje powołanie do życia jednej korporacji, która zarządza­ łaby wszystkim. Dla zachowania społecznej równowagi potrzebna jest w przekonaniu Gillette’a równa dystrybucja przestrzeni. Dlatego jego miasto składa się z identycznych komórek, które stanowią wielokondygnacyjne konstrukcje blokowe – połączenie familiste­ ru Jeana Godina i panoptykonu Jeremy’ego Benthama. Każdy taki blok, a właściwie zespół bloków skupionych wokół wspólnego dziedziń­ ca, stoi na identycznej, heksagonalnej działce i otoczony jest zawsze sześcioma innymi super­ blokami. Za każdym razem dystans pomiędzy budynkami jest identyczny. Dystrybucja materii i populacji jest tutaj idealnie horyzon­ talna. Metropolia ma być docelowo jedynym, horyzontalnym obszarem urbanistycznym. Architektura jako jednocześnie plan urbani­ styczny w koncepcji Gilletta zastępuje politykę monumentu, stając się biowładzą. Za zasłoną przezroczystego konceptu urbanistycznego ukrywa się tu pełną kontrolę nad życiem populacji. Pełne zintegrowanie stanowi zarazem całkowitą anomię. Pojednanie sprzeczności jako koncept nowego planu politycznego. Późniejsze nieco koncepcje miasta­‑ogrodu czy ville radieuse Le Corbusiera wyrastają z podobnego rozpoznania rzeczywi­ stości, w których należy widzieć działanie biowładzy jako inży­ nierii społecznej. Życie społeczne jest tutaj zdezorganizowanym ruchem widzianym z perspektywy lotu ptaka, w którym

autoportret 4 [51] 2015 | 43


wytwarza się na mocy nowej perspektywy widzenia stan społeczny jako chaos. Architekt staje się wówczas narzędziem ­całościowego oglądu, którego architektura wcześniej nie znała, a miasto – obszarem zagęszczenia populacji, dla którego trzeba narysować nowe tory ruchu. Powstaje w związku z tym pytanie o społeczny punkt wyjścia takiego przekształ­ cenia i profesję, która mogłaby ustalić jego formę. Dlatego architekci wymyślają dla archi­ tektury lud. Nie jest to wyłącznie ich odkrycie, ale też szerszych aparatów władzy, dla których lud staje się politycznie nie tylko poddanym, lecz także instancją, z którą należy się komu­ nikować dla uzyskania legitymacji swojego prawa do panowania. Lud staje się tutaj tym, co wytwarza, ale może również uczestniczyć w wytwarzaniu kapitału poprzez konsumpcję.

Chodzi zatem o rozszerzenie takiego modelu, w którym wynagrodzenie za wykonaną pracę wraca do kapitału poprzez konsumpcję jego to­ warów. Praktyka taka była rozpowszechniona w XIX wieku choćby w prywatnych kopalniach w Stanach Zjednoczonych, gdzie górnicy, kiedy już otrzymywali wynagrodzenie, mogli je wy­ dać wyłącznie w sklepach należących do wła­ ścicieli kopalni, które zazwyczaj znacząco pod­ wyższały z tej okazji marże. Pomysł Henry’ego Forda na akumulację polegał właśnie na tym, by kapitał jako wynik pracy najemnej wracał do kapitalisty poprzez konsumpcję robotnika. W wypadku projektowania urbanistycznego chodziło zatem o stworzenie nowych prze­ strzeni, które przyspieszałyby cyrkulację, zapewniając tym samym kapitałowi szybszy wzrost i nowego rodzaju kontrolę społecz­ ną, w której pozór wolności jest regulowany poprzez strukturę urbanistyczną. Skrajny wyzysk w typie XIX­‑wiecznym zostaje tutaj skontrowany konceptem higieny życia spo­ łecznego, gwarantującym niższą śmiertel­ ność niemowląt, a tym samym większą liczbę bagnetów i rąk do pracy. Stopnio­ wo – także wzrost konsumpcji. Kilka dekad później architektura osiąga społeczną kontrolę poprzez wytwa­ rzanie pragnienia posiadania włas­ nego mieszkania. Żeby pozyskać mieszkanie, potrzebny jest bowiem znaczący kapitał pozyskiwany i od­ dawany jako kredyt, jak w przypad­ ku kredytu studenckiego w Stanach Zjednoczonych, który wyklucza po­ tencjalny bunt poprzez związanie populacji celowym jej zadłużeniem. Awans oznacza w obu tych przypad­ kach zadłużenie i wynikające stąd wycofanie z ofensywnego modelu polityczności na rzecz strategii indywidualnego przetrwania. W ten sposób architektura znacząco

autoportret 4 [51] 2015 | 44

przyczynia się do społecznej pasywności, jak również społecznego oddzielenia. Nie ulega wątpliwości, że właśnie oddzielenie było jed­ nym z głównych motorów w rozwoju moder­ nistycznej architektury władzy. Jak pisał Guy Debord, celem urbanistyki od XIX wieku było rozwiązanie problemu zagęszczenia populacji proletariatu na ograniczonym terenie. Naiwne byłoby bowiem twierdzenie, że przekształcenie struktury urbanistycznej miast, gdzie biedne dzielnice proletariackie częstokroć wymykały się aparatom kontroli państwowej, wynikało z troski o lud. Koncepcja miasta­‑ogrodu nie tylko była odpowiedzią na koszmarne warunki życia proletariatu, co samo w sobie definiowa­ ło się według nowego modelu biopolitycznego, ale też przywracała kontrolę nad utraconym obszarem. Skojarzenie miasta­‑ogrodu z panop­ tykonem wydaje się w tym sensie całkowicie na miejscu. Łączyły się tutaj w jedno dawna problematyka kontroli poglądów, które lud wytwarza, oraz kwestia zapewnienia systemo­ wi społecznemu wydajnego ciała społecznego, tym lepszego, im bardziej zdrowego i mnogie­ go. Jako taki, lud nie tylko lepiej realizuje cele akumulacyjne, ale też zapewnia kapitałowi poprzez politykę międzynarodową ekspansję. W tym obszarze architektura jako przedłu­ żenie urbanistycznej władzy inżynierii była najbardziej wydolnym narzędziem. Rozpo­ wszechnienie się prywatnego transportu samochodowego rozpisało nowy rozdział politycznego planu kształtowania urbanistyki jako narzędzia oddzielenia. Docelowym moto­ rem takiego procesu było uczynienie władzy wszechwidzącą niewidzialnością, z zachowa­ niem prawa suwerena do przywrócenia swojej widzialności tam, gdzie uzna to za konieczne, poprzez tworzenie transparentnych sieci komunikacyjnych. Miasto funkcjonalne było właśnie realizacją tego planu biopolitycznego rozpisania miasta jako obszaru sprawowania biowładzy. Urbanistyka jest na tym etapie


władzą par excellence. Istotą operowania wła­ dzy i stanowienia nowej relacji z populacją jako poddanym. Współczesne miasto neoliberalne można uznać za kontynuację tego projektu, ze zna­ czącą różnicą wynikającą z rozwoju techno­ logii kontroli i wiedzy dotyczącej zachowań ludzkich, jak również przeniesienia się wła­ dzy do nowych obszarów wirtualnych, a za­ razem rozwinięcie kontroli poprzez wpisanie życia w struktury obrazowe. Jest projektowa­ niem życia na podstawie indywidualnych wy­ obrażeń jednostki lub na podstawie poleceń aparatów władzy. Najczęściej to pomieszanie jednego z drugim. Pozostaje w związku z tym pytanie o miejsce architektury w świecie wielkiego oddzielenia, w kształtowaniu in­ nego porządku społecznego i zadanie pytania o taki porządek. Zamiast świata opartego na dominacji prywatnego kapitału, świata wertykalnego, wielu myślicieli przywołuje kategorię dobra wspólnego jako obszar zysku kolektywnego i egalitarnego. Można więc zapytać, czy w architekturze jako praktyce można wydzielić dzisiaj taki obszar. Zakłada to z pewnością odejście od ideologii archi­ tektonicznej, która rościła sobie szczególne prawo do ingerowania i efektywnego wpły­ wania na rzeczywistość, i odejście od koncep­ cji architektury jako obszaru, który działa samoistnie jako planowanie całości. Oznacza to zarazem rezygnację z roli architekta jako eksperta od życia społecznego, który posiada szczególnie uprzywilejowaną perspektywę pozwalającą oddzielić w życiu konieczność od wolności, kogoś, kto wyjątkowo dogłębnie poznał życie oraz potrzeby ludzkie i w re­ zultacie może ustanowić idealne połączenie dla wspomnianych biegunów. Jest to zatem odejście od ideologii architektonicznej jako holistycznego idealizmu, dlatego że archi­ tektura pojęta jako organizowanie struktury przestrzennej życia przez eksperta nigdy nie

nada mu właściwego wyrazu jako obszaru wolności i równości. Sytuacjoniści wyraźnie przedstawili swoje zdanie na ten temat, zarysowując pewną alternatywę. Nie wychodzili od architektury do życia ani od życia do architektury. Zakła­ dali przede wszystkim, że jest w życiu coś wartego tego słowa. Nazywali to „życiem fa­ scynującym” albo też „czasem przeżywanym”, w miejsce „czasu odebranego”. Jest to z jednej strony samowładza życia, czyli radykalnie horyzontalny wymiar polityki, a z drugiej obietnica życia jako powszechności szczęścia bez Kantowskiego obostrzenia zasługiwania na szczęście. Ta prosta konstatacja wyraża zupełnie radykalne z punktu widzenia dzisiej­ szej moralności, a zarazem zgodne z nią, jej zakwestionowanie. Oznacza to zatem świat bez pana, gdzie życie rozwija się spontanicznie. Architektura powinna być obszarem sponta­ niczności samowładzy, a nie ramą życia i jego treścią jako wydelegowanym na zewnątrz zarządzaniem. Na tym tle można pytać o kwestie kształtowa­ nia dobra wspólnego jako tego, co kształtuje samowładzę ludzi jako wspólnotę. Ze wzglę­ du na afirmatywny, a nie resentymentalny i reaktywny charakter takiej wspólnoty nie może ona być wykluczająca. Wynika stąd

autoportret 4 [51] 2015 | 45

zatem, że jedyna wspólnota, która zasługuje w tym planie politycznym na swoją nazwę, to wspólnota radykalnie egalitarna wewnętrz­ nie i radykalnie inkluzywna zewnętrznie. Dlatego trudno byłoby jej szukać w modelu kapitalistycznym, który w najlepszym wypad­ ku może przejawiać odruchy filantropijnego pudrowania urzeczowienia. Na poziomie państwowym z kolei – pudrowania urzeczo­ wienia peryferii. Szukając takiego miejsca dla wspólnoty, należałoby widzieć ją w ludz­ kości i całościowym przekroczeniu lokalnych obszarów konserwatywnych wspólnot. Pytanie o architekturę wspólnoty jest zatem pytaniem o to, w jaki sposób architektura może przyczy­ nić się do tworzenia globalnej, inkluzywnej i egalitarnej wspólnoty ludzkiej, która nie określa się agresywnie do swojego innego, czyli natury i zwierzęcia. Jest to zadanie dla praktyki, która będąc architektoniczną, nie musi być szczególnie architektoniczna w sen­ sie, w jakim nad pojęciem architektury ciąży jej historyczna rola jako sprawowania władzy. Sądzę, że myśląc o takiej wspólnocie, archi­ tektura może się dzisiaj jej przysłużyć przede wszystkim poprzez samokrytykę i odmowę. Poprzez odmowę projektowania tego, co produ­ kuje rozwarstwienie, co je symbolicznie sank­ cjonuje, co wspiera infrastrukturę wyzysku i przemocy. Oznacza to przedefiniowanie roli architekta i architektury, gdzie stanowi ona jeden z elementów wiedzy i pragnienia ciała społecznego w jego samowładzy. W sieci relacji określających produkcję środowiska społecz­ nego architekci funkcjonują jako egalitarna część całości społecznej samowładzy, a nie czynnik determinujący warunki brzegowe, w jakim ciało społeczne może się określać, czy być określane. Mowa jest zatem o oddol­ nym kształtowaniu architektury poprzez tworzenie oddolnych i inkluzywnych w swojej treści praktyk kolektywnych, o definiowaniu się wobec konkretnych wyzwań praktycznych i pragnień.


Wnętrze kościoła Świętego Wojciecha Biskupa i Męczennika w Częstochowie, proj. Antoni Mazur, realizacja: 1978–1985

PRZODEM DO LUDU Kuba Snopek, Iza Cichońska

Czy można sklasyfikować je stylistycznie? Zanim odpowiemy na to pytanie, trze­ ba zrozumieć okoliczności historyczne, w jakich kościoły te zostały wzniesio­ ne. ­Reforma Soboru Watykańskiego II (1962–1965) odnowiła liturgię i wprowadziła bardziej liberalne zasady kształtowania świątyń. Sytuacja polityczna w Polsce – większość kościołów wzniesiono w okresie wrogiego wobec religii PRL – wpłynęła zaś na ludowy, antysystemowy charakter ich powstawania. Oba uwarunkowania miały niebagatelny wpływ na styl powstałych obiektów. Tę ­specyficznie polską ludową ar­ chitekturę sakralną nazwaliśmy Architek­ turą VII Dnia, w opozycji do PRL­‑owskiego modernizmu, skupionego na rozwiązywa­ niu problemów ludzi pracy (sześciu robo­ czych dni tygodnia). REFORMA SOBOROWA

W

powojennej Polsce zbudo­ wano ponad trzy tysiące kościołów. To architektura, której wartość społeczna zdecydowanie przewyższa jej aspekt este­ tyczny. Wzniesione po 1945 roku świąty­ nie stanowią aż jedną trzecią wszystkich kościołów tworzących nieodłączny element polskiego pejzażu. Tysiące betonowych, zwieńczonych krzyżami wież kościelnych dominują nad miastami i wsiami, wystają

Dokładnie 50 lat temu – w grudniu 1965 roku – swoje trzyletnie obrady zakoń­ czył Sobór Watykański II. Sobór postawił sobie dwa cele – po pierwsze, wzmocnić więzi wspólnoty; po drugie, zachęcić wier­ nych do świadomego i czynnego udziału w obrzędach. Reforma liturgii będąca rezul­ tatem tych celów wpłynęła na architekturę. Większość zaleceń dotyczących jej kształto­ wania znajdziemy w dwóch dokumentach: Konstytucji o liturgii świętej1 i Instrukcji o należytym wykonywaniu Konstytucji o liturgii świętej Inter Oecumenici2. ponad bloki, kamienice i podmiejskie domy. Występują we wszelkich możliwych kształ­ tach, rozmiarach i kolorach. Powojenne ko­ ścioły to również oryginalny, polski wkład w architekturę XX wieku – nigdzie w Euro­ pie (i prawdopodobnie nigdzie na świecie) nie powstało tak wiele świątyń katolickich, a ich architektura nie była tak różnorodna.

Dokumenty te pozostawiają dużą swobo­ dę kształtowania architektury samym architektom. Konstytucja… skupiła

Sobór Watykański II, Konstytucja o liturgii świętej, Sacrosanctum Concilium (1964), s. 32–37, 123–124. 2 Święta Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Inter Oecu‑ menici (26 września 1964), s. 91–99. 1


się głównie na funkcjonalności wnętrza. Zalecano skierowanie uwagi zgromadzonych na ołtarz – to on miał podporządkować sobie przestrzeń. Dużą zmianą było prowadzenie celebry przez kapłana twarzą do wiernych – z tego względu ołtarz główny nie mógł być zintegrowany ze ścianą, powinien być łatwy do obejścia. Jeżeli w danym kościele znajdo­ wały się inne ołtarze, zalecano umieszczenie ich w kaplicach tak, by nie odwracały uwagi uczestników nabożeństw. Celebrans i asysta powinni mieć możliwość ogarnięcia wzro­ kiem całego zgromadzenia. Strefa liturgii eucharystycznej, podobnie jak strefa liturgii słowa, powinna być zewsząd dobrze widocz­ na. W tym celu proponowano wywyższenie ołtarza bądź układ amfiteatralny. Ławy lub krzesła dla wiernych powinny swoim ukła­ dem potęgować wrażenie jedności wnętrza. Architekt mógł wybrać uporządkowanie liniowe lub centralne. Trzeba jedynie pamię­ tać, że miejsca powinny być równorzędne, gdyż „w liturgii nie należy okazywać żadnych szczególnych względów osobom lub stano­ wiskom prywatnym ani w ceremoniach, ani w zewnętrznej okazałości”. Program uległ rozszerzeniu z kościoła i pleba­ nii do „zespołu parafialnego”. Obok świątyń powstały sale przeznaczone na działalność charytatywną, kulturalną, katechizacyjną, dostosowane do rozmiaru i charakteru parafii. Miało to na celu wzmocnienie poczucia obec­ ności Kościoła w życiu wiernych. Sobór nie wprowadził żadnych ograniczeń co do bryły, ustalono jedynie pojęcie „zaprasza­ jącego” wejścia. Nie został stworzony również żaden plan idealny – możliwości zastosowania programu jest wiele, w zależności od potrzeb konkretnej wspólnoty. Dokumenty soborowe postulowały również „szlachetną prostotę”, zarówno w obrzędach, jak i w dekoracjach. Elementy wnętrza o mniejszym znaczeniu dla

fot. m. lulko/architektura vii dnia

Wnętrze kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Boskiej Uzdrowienia Chorych w Katowicach, proj. Henryk Buszko, Aleksander Franta, realizacja: 1979–1991

samej mszy powinny zostać ukryte; należało się pozbyć nadmiernej liczby ornamentów – dziedzictwa kontrreformacji. Ogólne zalecenia, skupiające się na uprosz­ czeniu liturgii, i swoboda twórcza, jaką dawano architektom, doprowadziły do erupcji brył i kształtów. Nowy sposób kształtowania wnętrza (wynikający z nowych zasad liturgicz­ nych) zachęcał do eksperymentów z planami świątyń. Wpływ na artystyczną odwagę archi­ tektów miała też na pewno epoka dojrzałego modernizmu – lata 60. Kilka lat po Soborze kilku znakomitych naukowców (Jan Zachwa­ towicz, Andrzej K. Olszewski, Konrad Kucza­ ‑Kuczyński, Maria Ewa Rosier­‑Siedlecka)3 przedstawiło swoje propozycje opisu i klasy­ fikacji architektury, będącej jego wynikiem. Świątyń, które zostały wybudowane w Polsce, nie da się jednak trafnie sklasyfikować tylko z punktu widzenia architektury. Wpływ na nią miał bowiem drugi, równie ważny jak reforma soborowa czynnik – wyjątkowa sytu­ acja polityczna.

J. Zachwatowicz, Wstęp [w:] oprac. T. Dobrzeniecki, Ko‑ ścioły w Polsce odbudowane i wybudowane 1945–1965, Warszawa 1969; A.K. Olszewski, O współczesnej architekturze sakralnej w Polsce, „Życie i Myśl”, 1980, R. XXX, nr 5 (311), s. 81 – 91; K. Kucza­‑Kuczyński, Kamienie Węgielne 1975 – 1985, 1987, nr 2, s. 250–255; M.E. Rosier­‑Siedlecka, Inspiracje w polskiej architekturze. Stan i potrzeby, „Ateneum Kapłańskie”, 1989, R. 81, t. 113, z. 2 – 3 (483 – 484), s. 180 – 195.

3

autoportret 4 [51] 2015 | 47

HISTORIA W LICZBACH

Historię Architektury VII Dnia najlepiej opowiada statystyka4. Od roku 1945 w Polsce wzniesiono 3593 kościoły. Wielka budowa rozłożyła się nierównomiernie w czasie i w przestrzeni. Geograficznie przewaga należy do południowo­‑wschodniej Polski. Dla przy­ kładu, w metropolii krakowskiej powstało 559 kościołów, wobec zaledwie 257 w metropolii szczecińsko­‑kamieńskiej. Metropolia przemy­ ska to 405 kościołów, wrocławska zaś – tylko 133. Jak można się domyślić, na południowym wschodzie królują niewielkie kościoły wiej­ skie, na zachodzie – duże obiekty miejskie. Rozłożenie kościołów w przestrzeni Polski niespecjalnie zaskakuje, pokrywa się ze ste­ reotypowymi wyobrażeniami o bogobojnym wschodzie, o granicach zaborów itd. Trochę mniej oczywista jest chronologia. Okazuje się, że intensywność budowy kościołów jest dość dokładnym barometrem wydarzeń po­ litycznych. We wczesnych latach powojennych dochodziło do budowy co najwyżej kilkudziesię­ ciu kościołów rocznie; to niewiele jak na duży europejski kraj. W czasach odwilży 1956–1960 wartości te przekraczają 150 kościołów rocznie, aby znów spaść wraz z umocnieniem się władzy Władysława Gomułki. Dalszy spadek wyznacza 4

Badania zespołu Architektura VII Dnia.


podjęcie przez władze PRL rywalizacji z ko­ ściołem o rząd dusz Polaków, czego przejawem było ukonstytuowanie obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego – przeciwwagi do ogłoszo­ nych przez kardynała Stefana Wyszyńskiego obchodów milenium chrztu Polski.

jak i z przedstawicielami ówczesnych władz. Ci pierwsi zdobycie pozwolenia na budowę utożsamiają zazwyczaj z sukcesem w walce z komunistami; ci drudzy przyznają, że przymy­ kanie oczu na budowę kościołów było sposobem skanalizowania energii buntu przeciw państwu.

Stagnacja w budowie kościołów pokrywa się z obradami Soboru Watykańskiego. Od 1966 roku (roku milenium i tysiąclecia państwa) liczba bu­ dowanych kościołów będzie regularnie rosnąć (zwłaszcza w następującej po okresie rządów Gomułki dekadzie przywództwa Edwarda Gier­ ka), aby pod koniec lat 70. osiągnąć liczbę około 200 rocznie. W tym miejscu warto zauważyć, że w latach 1945–1975 te wahania dotyczą jedy­ nie kościołów w parafiach wiejskich – w para­ fiach miejskich liczba trwających budów w tym okresie utrzymuje się na niskim poziomie, wynoszącym około 30 nowych świątyń na rok.

ARCHITEKTURA PROTESTU

Boom budownictwa sakralnego rozpoczyna się tuż przed powstaniem „Solidarności”, a w 1980 roku się nasila. Lata 80. i 90. to okres najbardziej intensywnego wznoszenia kościo­ łów. Wtedy też powstaje większość dużych świątyń (powyżej 1500 m2 powierzchni). Statystyki dotyczące budowania kościołów w parafiach wiejskich (które są mniejsze i szybsze w realizacji) pokazują, że nasilenie tego procesu nastąpiło w latach 80.; lata 90. to najczęściej kończenie inwestycji rozpoczę­ tych w poprzedniej dekadzie. Z tych danych płyną dwa wnioski: po pierwsze, znakomita większość Architektury VII Dnia to kościoły posoborowe; po drugie, większość tych kościo­ łów to architektura „Solidarności”. Ma to olbrzymie znaczenie dla stylistyki tych budowli – okazuje się bowiem, że akt wzno­ szenia kościoła nie był jedynie sposobem zaspokojenia duchowej potrzeby, był również aktem politycznego sprzeciwu. Potwierdzają to rozmowy zarówno z budowniczymi świątyń,

Fakt budowania kościołów na fali entuzjazmu nie pozostał bez wpływu na ich wygląd, proces realizacji świątyń był bowiem zupełnie inny niż w „normalnych” warunkach. Setki tysięcy zaangażowanych parafian pomagało w budo­ wie – projektowali, kładli cegły, „załatwiali” materiały. Instytucje państwa albo przeszka­ dzały w budowie, albo – w najlepszym wypad­ ku – nie zapewniały żadnej pomocy. Pozwole­ nia na budowę były wydawane ślamazarnie, nie udostępniano maszyn, mnożono trudności z pozyskaniem materiałów budowlanych. Budowniczym stwarzano problemy, które ci ostatni próbowali ad hoc rozwiązywać. Odbywało się to w sposób spontaniczny i nie­ skoordynowany centralnie – przebieg każdej z tysięcy budów wyglądał trochę inaczej. Sposób organizacji tego procesu miał zaś bezpośrednie przełożenie na jakość powstałej architektury. Dlatego jakąkolwiek kategoryza­ cję stylistyczną Architektury VII Dnia należy koniecznie uzupełnić o informacje, w jakim trybie dany kościół budowano – bez tego nie­ możliwe jest zrozumienie tej architektury. Za prototyp Architektury VII Dnia uznajemy kościół Arka Pana w Nowej Hucie zaprojek­ towany przez Wojciecha Pietrzyka. Projekt kościoła dla idealnego stalinowskiego miasta został wyłoniony w konkursie dopiero za dru­ gim razem – pierwszy, autorstwa architekta Zbigniewa Solawy z 1957 roku, utonął wraz z końcem odwilży. Ostatecznie nowohucka świątynia została zrealizowana w latach

autoportret 4 [51] 2015 | 48

1967–1977 według projektu Wojciecha Pietrzyka. Kościół utrzymany w stylu modernistycznym i respektujący soborowe wytyczne przeszedł do historii polskiej architektury XX wieku. Jednak to nie nawiązania do kaplicy w Ron­ champ Le Corbusiera są w jego przypadku naj­ ważniejsze, ale pospolite ruszenie wiernych, które umożliwiło jego wzniesienie. Unaocznia to fasada, złożona z tysięcy kamieni, otocza­ ków zgromadzonych przez wiernych, a także wieńcząca krzyż korona, powstała dzięki przekazanym przez parafian klejnotom. Archi­ tektura Arki Pana – choć charakteryzuje się prostotą i eleganckimi proporcjami moderni­ zmu – wykracza poza tę kategorię stylistyczną. Mieniąca się kamieniami z Dunajca i znad morza fasada dodaje kościołowi projektu Pietrzyka charakteru, którego nie odnajdzie­ my we francuskim pierwowzorze. Fasada Arki odzwierciedla również dramatyczną historię powstania świątyni, która tworzy niematerial­ ny komponent architektury, równie ważny jak ściany budynku. Arka Pana to najbardziej zna­ ny przykład realizacji sakralnej z okresu PRL, a jednocześnie wierzchołek góry lodowej tego typu budownictwa. To, co na przełomie lat 60. i 70. było sytuacją wyjątkową, w czasach poso­ lidarnościowego boomu budowlanego stało się zasadą. Proces budowy kościołów był kształto­ wany oddolnie, a od struktury wznoszącej go wspólnoty zależała zrealizowana ostatecznie forma architektoniczna. Projekt Kościoła NMP Królowej Pokoju na wrocławskich Popowicach został wyłonio­ ny na podstawie oddolnie zorganizowanego konkursu w 1982 roku. Do realizacji wybrano awangardowy, jak na tamte czasy, projekt trzech trzydziestoletnich architektów: Wojciecha Jarząbka, Wacława Hryniewicza i Jana Matkowskiego. Jak wspomina Wojciech Jarząbek, do budowy kościoła zatrudniono emerytowanych murarzy, pamiętających przedwojenne rzemiosło. I znów – fasada


lewe górne: kościół Matki Bożej Królowej Polski (Arka Pana) w Krakowie, proj. Wojciech Pietrzyk, realizacja: 1967–1977; lewe dolne: kościół NMP Królowej Polski w Głogowie, proj. Marian Fikus, Jerzy Gurawski, realizacja: 1984–1989; prawe górne: kościół NMP Królowej Polski we Wrocławiu, proj. Wacław Hryniewicz, Wojciech Jarząbek, Jan Matkowski, realizacja: 1982–1994; prawe dolne: bazylika Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu, proj. Barbara Bielecka, realizacja: 1994–2004 fot. m. lulko/architektura vii dnia


Kościół Matki Bożej Królowej Polski (Arka Pana) w Krakowie, proj. Wojciech Pietrzyk, realizacja: 1967–1977

Kościół św. Maksymiliana Kolbego w Ciścu to z kolei przykład realizacji rekordowej pod względem tempa budowy. Mimo braku oficjalnego pozwolenia, ówczesny proboszcz parafii, Władysław Nowobilski, postanowił ruszyć z budową. Wiosną roku 1972 kościół za­ częto budować – oficjalnie jako dom. Pod ko­ niec czerwca urzędnicy nakazali wstrzymać prace ze względu na odstępstwa od zatwier­ dzonych planów. Wtedy proboszcz Nowobil­ ski na rekolekcjach poznał księdza Mariana Przewrockiego, który wsławił się budową kaplicy w ciągu zaledwie doby (na wcześniej przygotowanych fundamentach). Proboszcz postanowił zrobić to samo. Jesienią tego sa­ mego roku przystąpiono do budowy. W ukry­ ciu zgromadzono materiały budowlane i przygotowano elementy więźby. W ostatniej chwili wezwano mieszkańców wsi na mszę świętą na fundamentach przyszłego kościoła i zaraz po niej zabrano się do pracy. Miejsco­ we władze próbowały nakłonić mieszkańców do przerwania budowy – bezskutecznie. Nawet po wyłączeniu we wsi prądu, budowa trwała nadal, podświetlona reflektorami samochodów, pochodniami i płonącymi opo­ nami. Więźba została ułożona zaledwie dobę po rozpoczęciu prac. W przypadku kościoła NMP Królowej Polski w Świdnicy powstały dwa projekty architek­ tów o tym samym nazwisku. Roman i Ma­ rian Tunikowscy – ojciec i syn – przedłożyli dwa konkurujące projekty parafianom, nie

fot. wikipedia, art libre license

kościoła, z fenomenalną ceglaną rozetą i pięk­ nym detalem – opowiada historię wyjątko­ wego procesu budowy, gdzie wizję młodych architektów uzupełniło doświadczenie starych mistrzów murarskich. Przyciężkawe mury wrocławskiej świątyni opowiadają również inną historię – braku maszyn budowlanych i konieczności wznoszenia murów metodami „średniowiecznymi”.

mówiąc, który z nich kryje się za którym projektem. Parafianie wybrali awangardo­ wy projekt Tunikowskiego młodszego, który dopiero co ukończył studia. To nie koniec perypetii – podczas budowy okazało się, że aby lepiej wyeksponować kościół, trzeba zmienić projekt przylegającego doń Osiedla Młodych – autorstwa Tunikowskiego starszego. Zadecydo­ wano, aby przerwać budowę jednego z bloków mieszkalnych (gotowe były już fundamenty) i w jego miejscu przeprowadzić oś wizualną

autoportret 4 [51] 2015 | 50

na świątynię. Kościół budowano jeszcze prawie dwie dekady – do 2001 roku. Przykładem zaskakującego wykorzystania twór­ czych talentów jest kościół NMP Królowej Polski w Głogowie. Jednym z jego autorów jest Jerzy Gurawski, wieloletni współpracownik Jerzego Grotowskiego z czasów eksperymentalnego teatru „Laboratorium”. Forma kościoła, pełna nawiązań do architektury wschodnich terenów II Rzeczypospolitej, utraconych po II wojnie


Kościół św. Maksymiliana Marii Kolbego w Ciścu, 1972

fot. j. opioła, wikimedia commons, cc-by-3.0

hangaru z opuszczonej radzieckiej bazy (ko­ ściół św. Józefa Oblubieńca w Zielonej Górze). Wiele było również adaptacji już istniejących budynków na obiekty sakralne. Poczynając od najbardziej standardowych lokalizacji, jak przedszkola czy świetlice, do tak niezwykłych przestrzeni jak wieża ciśnień (kościół Matki Bożej Jasnogórskiej w Szczecinie) czy radzieckie kino (kościół Świętej Rodziny w Wiechlicach). Znane są opowieści o kościołach budowanych nocą, powstałych na fundamentach budynków gospodarczych czy „prefabrykowanych” – zło­ żonych naprędce z przygotowanych wcześniej elementów. Bez zbadania i zrozumienia tych oddzielnych historii opisanie stylistyki tych kościołów jest zupełnie niemożliwe, dlatego kolejnym etapem naszego projektu badającego fenomen powojennej architektury sakralnej w Polsce będzie zebranie jak największej liczby wspomnień z budów. Narzędziem do zbierania tych informacji jest strona internetowa: archi­ tektura7dnia.pl. NOWY PARADYGMAT

światowej, tworzy architektoniczną scenografię dla nostalgii parafian – tęskniących za Kresa­ mi głogowskich górników. Także dramatyczne wnętrza niosą w sobie, typowy dla scenografii teatralnej, ładunek emocjonalny. Wielka budowa kościołów to kopalnia wiedzy na temat różnych sposobów oddolnego realizo­ wania parafialnych inwestycji. Różnią się one sposobem wyłaniania projektanta: wspomnia­ ne kościoły powstały w wyniku konkursu, ale

na przykład kościół św. Maksymiliana Marii Kolbego w Godowie zaprojektował po prostu sam proboszcz. Różne było zaangażowanie parafian – realizacja kościoła Niepokalanego Serca NMP w Milczy, ze względu na ich uczest­ nictwo w budowie, przebiegała w różnym tempie. Niezwykle są historie „załatwiania” materiałów – słyszeliśmy (niepotwierdzone) legendy o wykorzystaniu elementów z budowy żarnowieckiej elektrowni atomowej (kościół św. Izydora w Lubkowie) czy elementów

autoportret 4 [51] 2015 | 51

Architektura VII Dnia to zbiór budynków, ­których styl nadany przez architekta jest równie ważny jak okoliczności budowy. To obiekty, gdzie wartości materialna i niema­ terialna się przeplatają, a aspekt niematerial­ ny – ­niewidoczny i abstrakcyjny – niekiedy ma o wiele większe znaczenie. Architekturę VII Dnia można również odczytywać w kon­ tekście globalnym. Przy coraz większej akcep­ tacji dla architektury budowanej oddolnie, przypadkowej, tymczasowej – takiej jak favele czy architektura low­‑tech – powinniśmy odrzu­ cić czysto estetyczny (a więc skupiony na po­ wierzchownie rozumianym pięknie) odbiór architektury na rzecz pogłębienia badań nad jej niematerialnym wymiarem. WSPÓŁPRACA: KAROLINA POPERA, KAMILA MILEWSKA, TOMASZ ŚWIETLIK


ze Stanisławem Niemczykiem rozmawia Kamila Twardowska

NIE JESTEM SAM DLA SIEBIE PROJEKTANTEM KAMILA TWARDOWSKA: Chciałabym porozmawiać o wspólnotowym wymiarze architektury. W Pana dorobku znajdują się projekty rozmaitych przestrzeni publicznych: od pawilonów handlowych, poprzez zespoły mieszkaniowe, przedszkola, szkoły i domy seniora, aż po kościoły. Czy jako architekt czuje się pan odpowiedzialny za rodzaj relacji, jaka nawiązuje się między ludźmi w projektowanej przez pana przestrzeni? I czy projektując budynek, można również „projektować” wspólnotę? Czy architektura jest dla pana narzędziem, które służy rozwi‑ janiu wspólnotowości? STANISŁAW NIEMCZYK: Zdecydowanie cała

architektura temu służy, nie tylko publicz­ na. Są miejsca, które mogłyby istnieć bez architektury jako miejsca wspólnotowe. Po­ wstają one od początku cywilizacji; nomadzi, zatrzymując się, tworzyli miejsca i tworzyli tym samym relacje. Dopiero później uzyski­ wały one tę otoczkę materii, dającej ochronę

i bezpieczeństwo, powstającej stopniowo i zmieniającej kształt. Ta materia była elementem dodanym do wspólnoty. Nie jest to dobra relacja, jeżeli my mówimy: „Wybu­ dujmy otoczkę i wprowadźmy wspólnotę”; wtedy ta równowaga jest zachwiana. Projektując, przede wszystkim lubię poznać adresata projektu. Nie tylko lubię, wręcz tego wymagam. Chcę poznać te osoby. Ktoś może powiedzieć: „Ale do kościoła ktoś będzie chodził za sto lat i pan go nie będzie znał”. Nie szkodzi, bo znam tę osobę, która dzisiaj ze mną rozmawia, którą mogę sobie wyobrazić w tym miejscu. Tak samo przy projektowaniu domu czy nawet obiektu han­ dlowego. Nie znam konkretnych klientów, ale potencjalnie wiem, że to jest, w mniej­ szym lub większym stopniu, moja społecz­ ność. Mogę to rozciągnąć nawet bardzo szeroko i powiedzieć: „To jest mój kraj, moi rodacy tu będą chodzili”. Przy projektowa­ niu zawsze muszę myśleć o moich rodakach, o moich związkach z rodziną, z miejscem.


Szkoła Podstawowa nr 51, Katowice, Giszowiec, proj. Stanisław Niemczyk, 1990–1993

KT: Zatem z jednej strony mamy wyobrażenie konkretnego użytkownika, a z drugiej strony coś, co dzisiaj modnie nazywalibyśmy „konsul‑ tacjami społecznymi”. Jaki jest udział użytkow‑ ników w procesie projektowym? Chciałabym przede wszystkim zapytać o kościół i klasztor Franciszkanów w Tychach. Świątynia po‑ wstaje już od piętnastu lat, parafianie w tym czynnie uczestniczą, pasterki odbywają się na budowie. Sytuacja przypomina sposób organizowania się wspólnot wokół kościołów budowanych w PRL­‑u, przy czym wtedy miało to zdecydowanie inne podłoże społeczne, zasadzało się na istnieniu wspólnego wroga, na oporze wobec władzy i wynikającej z nich potrzebie bycia razem. W jaki sposób dzisiaj, w zupełnie innych warunkach, udało się zbudować równie silną wspólnotę? Taką, dzięki

żeby jej za wszelką cenę obronić, tylko żeby ją rozwinąć. A czegoś takiego jak głosowanie społeczne na temat wyboru jakiejś koncepcji nie ma. To jest daleko posunięte nieporozumie­ nie, nie żadna demokracja. Parafianie mówią: „Podoba nam się”, albo: „Chcielibyśmy jeszcze to”. I ja na takie wypowiedzi zawsze czekam. I to niekiedy są nawet uwagi ludzi niekoniecz­ nie wierzących, albo innych wyznań; oni też się dzielili swoimi spostrzeżeniami. To jest dla mnie pobudzające. Relacja i z grupą parafialną, i z przełożonymi wyznaczonymi z ramienia klasztoru jest tu ważna. Tak jest przy każdym projekcie. Szukam w relacji z inwestorem emo­ cjonalności, partnerstwa. Bez emocjonalności to ja biorę przepisy prawa budowlanego i mogę się jedynie w jakimś momencie zdenerwować nowym przepisem.

której udział w życiu religijnym nie sprowadza się tylko do wejścia i wyjścia z kościoła?

KT: Czy dość złożony program symboliczny kościołów zawsze jest pana pomysłem? Może jacyś księża, teologowie, ktoś jeszcze ma wpływ

się buduje. Ja nie wiem, kogo albo czego to jest wina, że ludzie z reguły wchodzą do kościoła i wychodzą jako osoby bezimien­ ne. Niekiedy chcemy pozostać anonimowi. Ja zawsze zakładam interakcję między ludź­ mi, zawsze z kimś współpracuję. Nie jestem sam dla siebie projektantem, inwestorem, inspiratorem, zleceniodawcą. Nie, ja jestem usługodawcą, który odpowiada na pewne hasło, potrzebę, a w tej potrzebie muszę poznać człowieka, nie instytucję. Obojęt­ ne, jaka by była sama instytucja – to jest za mało. Tak na przykład tutaj, u francisz­ kanów, do spraw budowy jest oddelegowany jeden konkretny zakonnik, który rozma­ wia ze mną i którego ja bardzo potrzebu­ ję. Czasem istnieje potrzeba konsultacji w szerszym gronie, z udziałem przełożonych z prowincji, a wtedy ja i ten człowiek, z któ­ rym współpracuję, mamy takie samo zdanie. Zawiązaliśmy taką naszą pierwszą wspól­ notę myśli projektowej i nie chodzi o to,

na zastosowanie tej konkretnej symboliki?

fot. k. twardowska

SN: Wspólnota tutaj tak naprawdę dopiero

SN: My wszyscy, jako ludzie wierzący, mamy wyobrażenie tego, czym jest świątynia, jakimi atrybutami, środkami się posługuje, by osiągnąć daną symbolikę – i to jest pierw­ szy, podstawowy, elementarzowy zestaw, który powinien każdemu katolikowi być znany. Gdy wierzący go nie zna, to bardzo źle. Często mnie pytają: „Czy kościół może zaprojektować niewierzący, protestant, żyd, obojętne kto?”. Wówczas zaprzeczam, choć nie w sposób ka­ tegoryczny. Wyjaśniam, w czym według mnie tkwi problem: w posługiwaniu się kodem tego wyznania. Jeżeli ja w nim wyrastam, a nie tylko pracuję dla niego – bo to są dwie różne rzeczy – to ja się z nim identyfikuję i chcę być człowiekiem tej wiary. Może mi się to udać bardziej lub mniej.

SN: Przede wszystkim. Ja się do tego odnoszę

zawsze przez swój pryzmat. Przyjmuję, że będę miał możliwość w tej świątyni się modlić i że ona jest dla mnie. Tak jak i dla innych… KT: Ale jesteśmy też świadomi, że nie wszystkie osoby wierzące mają dostateczną wiedzę i wy‑ obraźnię, żeby do końca zrozumieć tę architekturę i symbolikę jej przestrzeni. SN: Wie Pani, jaki jest na to sposób? Jedna droga

to jest taka, że się im to mówi, opisuje, a druga to jest katecheza. Ona trwa przez całe życie. Codziennie. Nie ma czegoś takiego, że my się raz nauczyliśmy prawd wiary, a parafianie, znając te symbole i rozumiejąc je, bardziej się identyfikują ze świątynią. To jest ich wspólna wiedza, bo w innym kościele jest już inaczej. I kiedy na budowie się spotkamy przy okazji różnych świąt – bo budowa jest otwarta tak naprawdę – wierni zadają pytania: „A dlaczego to jest takie?”, „A dlaczego to jest trójkącik?”. Kiedy widzimy twarz figury przedstawiającej świętego, jej atrybuty, to wiemy, kto to jest i kogo symbolizuje. Ale w elementach, które nie są realistyczne, naturalistyczne, wyobrażalne tak opisowo, powstaje pewien problem wyrażal­ ności za pomocą materii budowlanej, struktur, form, kształtów. Ludzie są przyzwyczajeni do pewnego konkretnego realizmu. KT: A inne realizacje. Giszowiec – miejsce z wyraź‑ ną architektoniczną tradycją i z dużym balastem problemów, nie tylko przestrzennych, ale przede wszystkim społecznych. Projektuje Pan tam szkołę podstawową – dla dzielnicy miejsce newralgiczne; takie, które w pewnej mierze będzie miało rów‑ nież wpływ na jej przyszłość. W oczywisty sposób to, jakie więzi dzieci nawiązują w szkole, jak się bawią i rywalizują, kształtuje je na całe życie. SN: Tu Pani wyciągnęła temat, który jest

KT: I w tym sensie jest to projektowanie dla same‑ go siebie.

autoportret 4 [51] 2015 | 53

aktualny: zmiana sposobu edukowania i podziału na szkoły podstawowe i gimnazja.


W szkole na Giszowcu elementem, któ­ ry ewidentnie był podstawą rozwiązań przestrzennych i funkcjonalnych, była rozdzielność wiekowa szkoły. Nauczyciele mogą krążyć jak duchy po obu szkołach, dla nich ściany są przenikalne. Ale dla dzieci nie powinny być. Mamy tam dwa osobne wejścia, i to nie w jednej ścianie. Nie udajemy, że to jest osobno, tylko z jed­ nej ulicy wchodzą maluchy klas 1–3 szkoły podstawowej, z drugiej wchodzą dzieci starsze, wtedy z klas 4–8. Mają całkowicie samodzielne zespoły klasowo­‑szatniowo­ ‑aulowe. Szatnie były szczególnym pro­ blemem, który dostrzegliśmy w innych szkołach. Szatnia powinna być przejrzysta, a nie być jakąś dziurą pełną zakamarków, gdzie światło nie świeci i nie ma kontroli wzrokowej, bo o taką w pierwszej kolej­ ności chodzi. To powinna być przestrzeń przyjazna, tak jak klasy. Moja szkoła pod­ stawowa powstała w międzywojniu i jej wspomnienie towarzyszyło mi w projekcie. Pamiętam, że wchodząc do szkoły, trzy­ małem się za mosiężną poręcz, otwiera­ łem drzwi z mosiężnymi osłonami szkła i zaraz po prawej stronie, przy głównym holu, miałem dużą szatnię z wieszakami,

ławeczkami, ze światłem, to nie był zakamarek; ona była w głównym miejscu wejściowym... Wracając do szkoły na Giszowcu: te dwa gospodarstwa, dla młodszych i starszych, funkcjonują niezależnie, ale powstawał dylemat: czy tworzyć dwie stołówki, dwie sale gimnastyczne? Dwa baseny? Nie, wte­ dy bylibyśmy rozrzutni. I dlatego kompleks sportowy stanowi zespół z basenem. Jest on dostępny dla ludzi z osiedla, dzieci mogą po południu przyjść z rodzicami. Szkoła nie jest zamknięta. A drugi wspólny zespół to była stołówka dla dzieci: prawdziwa dobra kuchnia z salą jadalną, nie jakiś tam bufecik ze śmieciem. Tak to było wszystko rozplanowane, że obiekt miał dwa patia, trzecie półotwarte, a zespół sportowy i żywieniowy oddzielone były osobnymi drzwiami od szkoły dla młodszych i star­ szych: na jednej przerwie otwartymi dla maluchów, a na drugiej dla dryblasów. W tej szkole są cztery sale gimnastyczne: dwie duże, dwie małe, oraz basen. Uwa­ żam, że szkoła ma być wybudowana dla dzieci jako przestrzeń edukacyjna i wycho­ wawcza w całości. O edukacji nie decyduje

autoportret 4 [51] 2015 | 54

tylko to, co nauczycielka powie na lekcji. Cały obiekt jest edukacyjny, wszystko zosta­ ło bardzo czytelnie rozwiązane. Materiały użyte do budowy mają być bardzo dobrej jakości, żeby były trwałe. Toalety muszą być przejrzyste, zawsze czyste. Nie ciasne, bo jedynie w ciasnocie powstaje brud spowodowany niemożnością sprzątania. I na tym nikt nie oszczędzał. W szkole pra­ cowało trzydzieści sprzątaczek. Ten zespół pedagogiczny rozumiał, że szkołę trzeba dobrze utrzymać i nie można dzieci uczyć niechlujstwa, bałaganu, dziadowania, pi­ sania po ścianach. Przez te dziesięć lat nie było tam popisanej ani jednej ściany. Mieli­ śmy świadomość, że z tych starych domów Giszowca, tych najskromniejszych – bo one były bardzo skromne – część dzieci nie miała warunków sanitarnych tak dobrych jak w szkole. I dlatego podkreślam: szkoła musi edukować w sferze życia, bo jest pierwszą po domu rodzinnym przestrzenią dla dziecka, i powinna uczyć najwyższych wartości. Kiedy dziecko wyjdzie z pod­ stawówki, może już być bardzo różnie, jest starsze, jest zagrożone kontaktami z niewłaściwymi osobami. Musi być mocno ukształtowane, i dlatego szkoła ma być drugim domem dla dziecka: bezpiecznym; takim, żeby chciało je odwiedzić. Ja sam w ferie świąteczne chodziłem do mojej podstawówki na Giszowiec, bo było cicho, mogłem sobie pobyć, ile chciałem. To miej­ sce działa. KT: Ta szkoła jest pewną enklawą, z okien klas nie widać blokowiska. SN: Nie we wszystkich miejscach udało się uniknąć widoku bloków, na przykład można je zobaczyć, idąc korytarzem. Stary Giszowiec był pięknem zaczarowa­ nym w tych domach. Część sal szkolnych wybudowaliśmy jako samodzielne domki,


Szkoła Podstawowa nr 51, Katowice, Giszowiec, proj. Stanisław Niemczyk, 1990–1993

stojące dokładnie w tych samych miejscach, w których stały te, które kiedyś wyburzo­ no. Odsunęliśmy się z budynkiem szkoły od ulicy, a na pierwszym planie pozostały te domki, tak jak kiedyś. Niektóre z nich zo­ stały uratowane, a inne są nowe, ale w skali dawnych, ze skośnymi dachami. Zaprojekto­ waliśmy jeszcze bibliotekę, wykonaną tylko w niewielkiej części, mającą obsługiwać całe osiedle. Tak jak basen. I on też został zaprojektowany jak sala szkolna, i to nie tylko w takim sensie, że dzieci się uczą pływać. Można wejść pod nieckę basenu, tam jest wszystko wykończone, i pokazać dzieciom. To daje wyobraźnię techniczną i przestrzenną. Uzmysławia, że to jest real­ ność, że są pomieszczenia, które obsługują basen: uzdatnianie wody, filtry powietrza, wszystko. Baseny zostały zaprojektowane jako oszklone pomieszczenia; na lekcje chemii nauczyciel może sprowadzić dzieci na dół, po wygodnych schodach. Tam jest małe laboratorium. Po co ja miałbym to chować, a dzieci jeździć do Centrum Na­ uki Kopernik? Nie wiem, ilu uczniów pój­ dzie w kierunku technicznym, a kto będzie humanistą. Ale dla humanisty rozwijanie wyobraźni jest tak samo ważne. KT: Wróćmy jeszcze do kwestii czysto architek‑ tonicznych: projekt szkoły zakładał wyciągnie‑ cie z dawnego Giszowca tego, co było w nim najlepsze... SN: To była pierwsza myśl, podstawowa idea. KT: Tymczasem w przypadku klasztoru Fran‑ ciszkanów w Tychach wykorzystał Pan kamień z lokalnego kamieniołomu, z Libiąża. Zastana‑ wiam się, czy to myślenie kontekstem i tożsa‑ mością miejsca zostało wyniesione przez Pana w jakimś stopniu z kształcenia na Politechnice Krakowskiej, może z katedry profesora Włodzi‑ mierza Gruszczyńskiego?

SN: U profesora Gruszczyńskiego materiał nie

był pierwszym elementem kontekstu, nato­ miast obecna była pewna wizyjność krajobra­ zowa, tak bym to nazwał. Niekoniecznie kon­ kretny krajobraz „drzewo w drzewo”, ale wizja krajobrazu wynikająca z obserwacji. Tak, jakby Pani musiała przykładowo popatrzeć na gobe­ lin wiszący tu na ścianie, odwrócić się i teraz nie opowiedzieć, nie narysować, ale zapisać istotę tego gobelinu; to, co Pani zapamiętała. Tak Gruszczyński myślał o krajobrazie. On był wizjonerem Podtatrza, ale zawsze chodziło mu o istotę. Czy ja będę nad morzem, czy ja będę na równinie, czy będę na nizinach, na Pod­ beskidziu z małymi górami czy na Podtatrzu, to ja muszę zanotować sobie istotę tej prze­ strzeni. I ja wtedy wiem, że nie stworzę w niej czegoś, co będzie dysonansem, będzie nieprzy­ stawalne. Gdy światowe kierunki mówią:

„Nie, nie, teraz musisz zrobić tak”, ja wiem, że nie muszę, wręcz nie powinienem. Archi­ tektura zawsze musi być integralna z kulturą miejsca, z jego krajobrazem pierwotnym – naj­ pierwszym kulturowym środkiem wyrazu, jaki został stworzony. KT: I po studiach u Gruszczyńskiego wraca pan do Tychów i zastaje krajobraz… No właśnie, jaki? SN: Krajobraz, którego się nie chce trakto­ wać poważnie, ani zapamiętać, ani idealizo­ wać – bo nie ma po co. Po prostu wiem, że nie ma po co. Kiedy tutaj przyjechałem, każdy mówił: „Mogłeś sobie wybrać ładne miejsce”. Wróciłem tu przede wszystkim z zamysłem pracowania w swoim zawodzie, którego tak naprawdę nie znałem. Ze studiów wyniosłem bardzo idealistyczne nastawienie.


KT: Wrócił Pan na Śląsk z poczuciem, że jest dużo do zrobienia, że tę przestrzeń należy naprawiać? SN: Nie, to nie było naprawianie. Tak jak po­ wiedziałem: człowiek za mało wiedział o tym, jak będzie ten zawód wykonywał. Do momentu podjęcia pracy byłem w warunkach – jakby nie patrzeć – dobrych, bo mogłem tylko studiować, uczyć się, rozwijać projekty, rozmawiać z ludź­ mi, którzy ode mnie znacznie więcej wiedzieli i dzielili się tym, mieli również pewną wiedzę polityczno­‑gospodarczą, pozwalającą wyobra­ żać sobie, jak funkcjonuje państwo i dlaczego przemysł po przemianach został zniszczony w Polsce. Bo to powinni wszyscy wiedzieć i to powinna władza naświetlić młodemu poko­ leniu, żeby się nie powtórzyła sytuacja, w której można zniszczyć polskie dobro gospodarcze tak totalnie. W Polsce u schyłku lat 80. i na począt­ ku 90. dokonano gwałtu na polskiej gospodarce. Nie było pretekstu do zamknięcia największych przemysłowych zakładów – to było zniszczenie przez kapitał zachodni naszych możliwości. Przez dwadzieścia lat je odbudowujemy. My mo­ żemy być na rynku europejskim i światowym silni. Bo my tacy jesteśmy: prężni i ekspansyw­ ni. My sobie poradzimy.

na wielkopłytowe bloki, było budowane z naszego budulca, ale forma kompletnie nie była nasza. Ja to nazywam takim postmoderni­ zmem sowieckim – te nasze realizacje socre­ alistyczne, bo one były zaczerpnięte z tamtego ducha. I architekci robili, co mogli, żeby te wa­ runki dopasować do naszych warunków, żeby to było bardziej polskie. Możemy wziąć attykę z Krasiczyna, ale dalej to strasznie „wyje”. Może mam jakąś w tej kwestii nadwrażliwość, przecież tego socrealizmu na uczelni się nie uczyłem w ogóle, natomiast rozpoznam go wszędzie. Przez Aleje [Al. Trzech Wieszczów w Krakowie – przyp. red.] Pani przejedzie i zobaczy te domy… Środki są podobne, ale tam mnie nic nie mierzi, może być skromny detal, ale mnie nic nie mierzi. Ja dlatego w Hucie byłem dwa razy i ja tam nie chcę już więcej jeździć. Mam nadzieję, że Pani tam nie mieszka, bo nie chcę obrzydzać. KT: Nie mieszkam, ale mogłabym, a nawet chciała‑ bym. Patrząc na aktualne doświadczenia Krakowa: chaos przestrzenny, brak planowania, osiedla deweloperskie... Obecnie w dramatyczny sposób zabudowuje się na przykład pas lotniska na Czyży‑ nach. W tym wszystkim docenia się dyscyplinę pro‑

SN: To jest inny wymiar, macie prawo do tego. Na nazwisko, przykładowo, „Dzierżyński” wizualizuje mi się twarz tego bandyty i jeżeli ulica w każdym mieście była jego imienia, to jak ja mogę traktować poważnie ustrój mojego państwa i uznawać, że jest dobry? I to samo dotyczy architektury. Dla młodego pokolenia czy dla moich dzieci Dzierżyń­ ski będzie już abstraktem. Jeżeli będą się uczyć historii, to dowiedzą się, że to był taki wykolejeniec, jaki w każdej epoce się zdarza. Jak Lenin, Stalin, Hitler. Te wizerunki mają szansę się troszkę pozamazywać, ale mnie się nie potrafią zamazać, dopóki żyję. I dlatego odbiór socrealizmu jest przeze mnie twardo przyjmowany jako kompletnie nie mój. Bo ten okres – ja tego nie odczuwałem na sobie, bo by­ łem wychowywany w miejscu, gdzie mogłem się tylko cieszyć i radować – istniał. W Bielsku nie było ani jednego socrealistycznego obiektu, ponieważ miasto było za biedne i znajdowało się na peryferiach. Szkoła socrealizmu u nas się skończyła bardzo szybko. Przyszedł ten moment po ’56 roku, kiedy nastąpiła odwilż. Największe zło wydarzyło się w latach 70. Od­ dech na świat, kupienie nędznych francuskich technologii budowania domów.

jektową Nowej Huty, jakość myślenia o przestrzeni

A wracając do Tychów... Socrealistycz­ ne osiedle, które powstało przed bumem

wspólnej, ilość zieleni. W takim świetle stara Nowa

KT: Pytam o to, jak odbierał Pan przestrzeń

Huta to naprawdę dobre miejsce do życia.

­Tychów z tego powodu, że wiele spośród Pańskich

autoportret 4 [51] 2015 | 56 Wnętrza szkoły podstawowej w Giszowcu, od lewej: korytarz, szatnie, jadalnia, basen


projektów to, podobnie jak szkoła na Giszowcu, przestrzenie odizolowane od otoczenia, a jedno‑ cześnie uzupełniające – poprzez wprowadzenie bibliotek, basenów, pasaży handlowych – pewną funkcjonalną lukę istniejącą w sąsiedztwie. Chyba najwyraźniej widać to w kościele Franciszkanów: w tym wypadku mamy wręcz do czynienia z minia‑ turowym włoskim miasteczkiem, z jego labiryntem wąskich uliczek – rodzajem przestrzennej gry. SN: To, co dzieje się wokół świątyni, też jest

bardzo istotne. Nawet kościół Mariacki główne drzwi ma zamknięte, na co dzień otwiera się tylko boczne. Bardzo przyjemnie jest wejść boczną kruchtą, bliżej prezbiterium, obejść sobie kościół, a nie wpadać prosto pod ołtarz. Z otwartej przestrzeni wybieram wnętrze – choć bez dachu – i dopiero później, by dostać się głębiej, muszę szukać. Nie chcę nikomu dać tej drogi wprost, „podstawić pod nos”. Tak jak wszystko, co robimy, wejście do świątyni jest kawałkiem drogi. To jest ważne szczególnie tutaj, w Tychach. Może gdybym pod bokiem miał historyczny Kraków, ze Starym Mia­ stem... Kraków zawsze będzie skończonym Krakowem; obojętne, czy zabudują teren aż do Niepołomic i do Chrzanowa, to Kraków będzie identyfikowany w sposób jednoznaczny, przez tę małą przestrzeń Starego Miasta. W Ty­ chach nie ma żadnej identyfikacji, są kloce.

Przestrzenie prostokątne, kwadratowe, ulica i podwórko to to samo. I dla mnie wybudowa­ nie tutaj miasta w mieście, na bardzo małej przestrzeni, było celem. Temu rozwiązaniu chciałbym obok – na działce, gdzie jest teraz parking – zrobić drugie płuco, świeckie miasto z podstawowymi usługami: bardzo małymi punktami handlowymi, siedzibami małych firm: projektowych, bankowych, ubezpiecze­ niowych. To jest bardzo ważne: nadanie relacji przestrzennych, wręcz urbanistycznych tej małej skali. To by były bardziej przejścia niż ulice. Nie powinny być nakryte jak pasaże, bo ja chcę czuć, że pada deszcz. Czemu my się zachwycamy po powrocie z wakacji na Po­ łudniu? Mówimy: „No wiesz, taką uliczką szedłem, tam tylko było tyle centymetrów, a tu tyle, a tu tyle”. I co, nagle nam to wystar­ czy? A tu u siebie budujemy molochy. KT: Kameralna przestrzeń sprzyja doświadczaniu… SN: … osobowemu. Na wąskiej uliczce pani

nie może drugiego człowieka po prostu obejść. Jeszcze się trzeba uśmiechnąć, bo on mnie mija, on mi się usuwa. A na ulicy, gdzie jedna osoba od drugiej oddalona o trzydzieści metrów... KT: Czy może pan powiedzieć, że Bielsko – zno‑ wu wracamy do tematu szkoły i tego, czym się

autoportret 4 [51] 2015 | 57

nasiąka za młodu – ukształtowało w jakimś stop‑ niu pańskie wyobrażenie o mieście? SN: To nawet nie miasto musi zainspirować,

to się wynosi z domu. Otoczenie moje najbliż­ sze, ogród, rzeka, to wszystko mnie kształtowa­ ło. Bielsko to było pierwsze tak duże miasto, ja­ kie poznałem – dobrze zbudowane, na dobrym układzie. I jeszcze bardzo wielokulturowe: zarówno mieszkańcy, jak i właściciele obiektów przemysłowych, którzy stanowili tam trzon, dawali pracę. Najistotniejsze było to, że rzeka, dzieląc dwa miasta: Bielsko i Białą, oddzielała dwa regiony – Śląsk Cieszyński od Małopolski. Te odrębności zawsze były wyraźne. Moi kole­ dzy z Jasienicy, Jaworza czy spod Brennej byli inni niż ja: odróżniali się mową, akcentem, sposobem jedzenia, wszystkim. Byli dla mnie ciekawostką. I ja dla nich. Biała – Małopolska, ogromny przemysł włókienniczy, żydowski, drugi po Łodzi w Polsce. Bielsko – kapitał głównie niemiecki i czeski – było związane z przemysłem mechanicznym, półciężkim. Bielsko to maszyny, a Biała – tkaniny. Miasta od Białej w kierunku Krakowa: Wadowice, Kęty, były znane z tego, że miały piękne tka­ niny pościelowe, koszulowe. Bielsko też miało tkaniny, tylko cięższe, ubraniowe, płaszczo­ we. To wszystko było na półkach w sklepach. Mama, jak to mama, zabierała mnie z sobą.


Kościół z klasztorem zakonu Braci Mniejszych oo. Franciszkanów pw. św. Franciszka i św. Klary, Tychy, proj. Stanisław Niemczyk, w budowie od 2000

Znała się na tym, dotykała tkanin, a ja przy okazji mogłem to śledzić. KT: I cegła – najczęściej stosowany przez Pana materiał – w pewnym sensie też jest taką ma‑ terią do dotykania... SN: Tak, cegła to materiał cielesny. Ona nie

jest nawet ubraniem, ale samym sednem, ciałem budowli. KT: W takim wypadku, co jest ubraniem? Bu‑ dowla ma ubranie? SN: Ma – takie, jakie pani zobaczy.

W oczach każdego odbiorcy ma inne ubranie. Patrzymy przez pryzmat naszego sposobu postrzegania, wrażliwości. Nie ma obiektywnego wizerunku budowli, tak jak nie ma obiektywnego wizerunku człowieka. Nie ma obiektywnego wizerunku architektury, bo przestrzeni nie da się zo­ biektywizować. Przestrzeń jest ponad tym, jest początkiem i końcem, jak z Ewangelii. KT: A sedno? Tkwi w jakimś archetypie dawno‑ ści? Jestem daleko od szufladek typu: „Stani‑ sław Niemczyk – murator”, „postmodernista średniowieczny”, „przedmodernista”. Nie da się jednak zaprzeczyć poszukiwaniu przez Pana pewnej atmosfery bezczasowej archaiczności, jeśli mogę tak to ująć. SN: Postrzegam jako oczywistość to, że

fot. k. twardowska

każdy rozwój buduje nowe przestrzenie, nowe potrzeby. Ale w kwestii archetypów odczuwamy pewną spójność, kontakt, więź emocjonalną z pewnymi działaniami, któ­ rych nie ma, a były. Znamy je z opisu, z ry­ sunku, ze zdjęcia, z opowiadań. Skądś się to bierze, że do pewnych rzeczy odnosimy się od razu, wprost, mówimy: „Tak, to jest moje”. Obojętne, czy było 500, 1000 czy 1500 lat temu. Myślimy: „Chciałbym, żeby


fot. k. twardowska

to było moje”, i czujemy, że nie ma w tym żadnej sztuczności, żadnej niepoprawności. Szukamy tej realności – można dużych słów używać: duchowej, mistycznej... To właśnie powinno być w budowli. W tej chwili zbyt wiele w naszym życiu od­ nosi się do atrakcyjności, mody: punktowej, chwilowej, momentu. I znika to jak meteoryt, nie pozostaje po tym nawet ślad. Wydaje

mi się, że ślady są potrzebne, żebyśmy mogli dalej się odnajdywać. A architektura, tak jak mówiłem, to jest ta materia ciała, absolut­ nie realnego, materialnego ciała. To jest przetwarzanie materii pierwotnej, w której jest pierwowzór wszystkiego, jak na tablicy Mendelejewa. Natura ma zapisane wszystkie modele, wzory; ma wszystko, całe piękno. Modele skał, modele wszystkich naturalnych elementów wszechświata są nieskończone.

I piękno jest też w ludziach. Jeżeli w ludziach bym nie znalazł piękna, to po co go szukać w materii, na podstawie czego? Piękno jest w drugim człowieku i myślę, że to właśnie buduje relacje. Na tym opiera się budowa­ nie wspólnoty społecznej – takiej jednostki, która dopiero jako grupa daje efekt, o który chodzi w każdym narodzie. Wtedy potrafimy zrobić bardzo dużo, a nie tylko koło siebie troszkę posprzątać.

autoportret 4 [51] 2015 | 59 Kościół pw. Ducha Świętego, Tychy, proj. Stanisław Niemczyk, 1978–1983


 Y TERAZ GRAMY DOŚĆ M  INDYWIDUALNE ROLE z Piotrem Nowakiem i Magdaleną Zych rozmawiają Dorota Leśniak-Rychlak i Marta Karpińska ilustracje Kacper Kępiński

DOROTA LEŚNIAK­‑RYCHLAK: Zastanówmy się na początek, jaki mamy obraz wsi w mieście i jak się on ma do tego, jak wieś postrzega siebie? MAGDALENA ZYCH: Powiedzmy o filmach

rolniczych, o obrazie wsi, który jest prze­ tworzeniem wizji, jaką wieś chce pokazać miastu. Autorzy filmów mówili wprost, że impulsem do tworzenia ich na festiwal [Ogólnopolski Festiwal Krótkich Filmów Rolniczych „Kultywacja” zrealizowała Alicja Rogalska. Wzięli w nim udział m.in. Piotr Goncerzewicz, Mariusz Mikołajczyk, Michał Słomski, Marika Kunca, Paweł Snela – przyp. red.] było przełamywanie stereotypu wsi w mieście, gdy – zwłaszcza wtedy – Polska wkraczała do Unii. Ten obraz był ich zdaniem fałszywy i chcieli pokazać, że są nowe technologie, że wszyscy gospodarują nowocześnie. Obrazy szły w kierunku agroreklamy i miały w sobie przechył w drugą stronę: był to świat odre­ alniony i wyidealizowany… To były filmy

glamour­‑ogrodnicze; autorzy czasem łamali konwencję żartem, ale przede wszystkim pokazywali szerokie plany, wspaniałe ma­ szyny – wręcz kult maszyn – nie było tam zbyt wiele o pracy; o tym, że to jest wysiłek.

Wyklucza zaistnienie niespodziewane­ go losu czy wątku, który destabilizuje pracę człowieka. Tutaj mamy wszystko uporządkowane. PN: Ale też jakby produkuje przestrzeń:

PIOTR NOWAK: Myślę, że brakuje wspólnej

przestrzeni komunikacyjnej pomiędzy tymi młodymi „rolnikami” a ludźmi spoza wsi, a właściwie spoza rolnictwa. Treści komu­ nikatów zawartych w tych filmach były niedostępne dla większości ludzi, którzy je oglądali. Ludzie nieznający z doświad­ czenia pracy w polu nie potrafią dekodować tych obrazów zgodnie z intencjami autorów tych filmów. Przede wszystkim przestrzeń dla tych ludzi ze wsi, chłopaków, znaczyła chyba coś innego: to coś, co trzeba kultywo­ wać, to znaczy uprawiać, trzeba zarządzać tą przestrzenią, panować nad nią. MZ: Te panoptyczne obrazy z dronów. Technologia wytrąca naturze oręż z rąk.

w zasadzie, jak rolnik jedzie taką maszy­ ną, to tam o miedzy czy o nieużytkach nie ma mowy, bo tak ślicznie wygląda pole uprawione, do tego dochodzi precyzja. Rolnictwo precyzyjne, które wykorzystuje system nawigacji GPS, satelitarnie sterowa­ ne idealnie wszystko wykonuje. To zupełnie inaczej wygląda niż kiedyś, kiedy ten chłop, który szedł z koniem: ta bruzda taka trochę krzywa, z tym miejscem, które się omija, bo podmokłe, jakieś drzewo było – teraz w ogóle nie ma takich sytuacji. Jeżeli nie można wjechać maszyną, to nie uprawia się tego kawałka ziemi. Jest zupełnie inna przestrzeń właśnie dzięki maszynie, nowoczesnym technologiom i to jest ponie­ kąd tryumf człowieka – pozorny, bo rolnicy


w większości sobie nie zdają sprawy, jaki jest rezultat takich działań. Cała natu­ ra zostaje zredukowana do minimum, do instrumentu, dzięki któremu zdobywają pieniądze. Bioróżnorodność oczywiście najbardziej na tym cierpi, mechanizacja rolnictwa sprzyja monouprawom, a właści­ wie nawet je wymusza. MZ: Myślę, że ważna jest kwestia języka,

że nie ma jak rozmawiać z sobą, bo świat ludzi, którzy chcą jeść zdrową żywność wy­ twarzaną na mniejszą skalę, którzy są w tym paradygmacie nowoczesności na wsi, obie te grupy nie mają się jak spotkać, nie ma forum, na którym można byłoby rozma­ wiać. Wydaje mi się też, że język mówienia o wspólnocie czy mówienia o ziemi jest na­ sycony obiegowymi treściami, które bardzo blokują; nie mamy współczesnego sposobu mówienia o nas samych, pomijając pocho­ dzenie albo właśnie je wykorzystując.

Dzisiaj na wsi nie mamy rolnictwa. Prze­ strzeń wsi przestaje być już taka homoge­ niczna, są centra handlowe, najczęściej jakiś sklep, taki mniejszy, większy, obok ławki, coś wokół niego. Są magazyny czy część gospodarcza, która się też coraz moc­ niej koncentruje, jako że pełni funkcjonalną rolę: jak przyjadę czasem, to mogę załatwić wszystko: i urząd gminy, magazyny, sklepy, instytucje, które powinny istnieć w takiej miejscowości. Wieś się urbanizuje, upodab­ nia do miasta. A kiedyś coś należało do pana albo do konkretnego gospodarza, ewentual­ nie księdza. Były też własności gromadzkie, najczęściej błonia, na których pasano bydło. I to jest właśnie pierwsza zmiana, która się dokonuje, pojawia się coś nowego. Pojawiają się inne funkcje, jak usługi motoryzacyjne albo weselne, na przykład domy wesel­ ne, których tereny obejmują nawet parę hektarów. I to wzbudziło mój niepokój, bo właściwie ja sobie nieraz zadaję pytanie: gdzie trafiłem?

MARTA KARPIŃSKA: Powiedzmy trochę o przestrzeni wsi, już nawet nie wiejskiej,

DLR: Myśli Pan, że ten niepokój jest podzielany

tylko dosłownie wsi, i o tym, jakie nastąpiły

przez mieszkańców? Jak oni to odbierają?

w niej przemiany. Co zaszło w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat, jak była organizowana

PN: Jak czasami pomieszkuję w różnych

tradycyjna przestrzeń wsi; jaki miała układ

wsiach, to mam wrażenie, że ludzie są za­ dowoleni z centrum, ponieważ im bardzo ułatwia życie, że mogą tam wszystko spraw­ nie załatwić i nie zastanawiają się nad tym, że to się zmieniło…

przestrzenny i, w konsekwencji, jak się organi‑ zowało życie wspólnoty, I o tym, jak jest teraz. To bardzo szerokie pytanie – z pewnością zmiana na wsi różnicuje geograficznie w obrę‑ bie Polski – ale spróbujmy może naszkicować szeroki obraz grubą kreską. PN: Pierwsza rzecz to fakt, że przestrzeń wsi

zaczęła się dzielić. Kiedyś była jednoznacz­ nie związana z rolnictwem, cała podporząd­ kowana produkcji: każdy kawałek ziemi był używany w jakiś sposób; był połączony z gospodarstwem. Nie chodzi o to, że on był użyty do produkcji, ale że pełnił jakąś rolę: miedza do pasienia krów, sad do owoców.

W mniejszych sołectwach zmiany tak szyb­ ko nie zachodzą, jak we wsiach, w których mieści się urząd gminy. Po pewnym czasie mieszkańcy większych wsi podkreślają, że w zasadzie to już nie jest normalna wieś, bo już są chodniki. Tak jak w mieście się zawsze chodziło; ścieżki rowerowe, nordic walking… Kto na wsi uprawia nordic walking? Gdyby odwołać się do wcześniejszego sys­ temu wartości, to w zasadzie całą energię

autoportret 4 [51] 2015 | 61

musiałeś poświęcić pracy; praca była warto­ ścią, która w największym stopniu wpływa­ ła na zajmowaną pozycję w społeczeństwie. DLR: I też wpływała na fizyczny rozwój. A te‑ raz, być może, to domy weselne pozycjonują cię w społeczeństwie w jakiś sposób? PN: Ja bym powiedział, że jednak coś inne­

go: kasa. Efektywność była inaczej rozumia­ na: to nie była kwestia posiadania pienię­ dzy, to było raczej wtórne, tylko czy jestem pracowity, gospodarny, czy od pokoleń legitymizuję swoim zachowaniem tę pozy­ cję, która przynależy rodzinie. Teraz to się zmienia. Kiedyś ludzie na wsi definiowali swoje role przez pryzmat rodziny, a dzisiaj w coraz mniejszym stopniu rodzina decydu­ je o rolach, jakie gramy w społeczeństwie, tak jak gospodarstwo się oderwało od zaso­ bów rodziny. My teraz gramy dość indywi­ dualne role. Jeden jest starszy, drugi w go­ spodarstwie jest właścicielem, ktoś inny jest rolnikiem, a ktoś inny chodzi do szkoły i jego potrzeby nie są związane z potrzeba­ mi i możliwościami gospodarstwa. Kiedyś była autarkiczność i kompletność funkcjo­ nalna w gospodarstwie i lokalnej społeczno­ ści. Produkcja, reprodukcja i konsumpcja. Dziś można powiedzieć: ja sobie wyjadę, do­ robię za granicą przez trzy miesiące i będę niezależny od gospodarstwa. To powoduje istotne konsekwencje społeczne, polegające na tym, że wieś w coraz mniejszym zakresie może wpływać na moje zachowanie. Poja­ wiają się sale gier komputerowych. Różne zainteresowania, które kiedyś nie miały racji bytu, bo wszyscy byli przypisani do za­ wodu rolnika, podporządkowani czasowi, rytmowi pór roku. Współcześnie rodzina jest podobna do miejskiej. Moim zdaniem ci ludzie są zdezorien­ towani – w socjologii używamy pojęcia


kompletności funkcjonalnej: tradycyjny system wartości, system społeczny gwaran­ tował im poczucie stabilności, obejmował wszystkie sfery życia, rzeczywistość – reli­ gijna, społeczna czy ta ekonomiczna – to się zawierało w filozofii agrarnej. To zostało rozbite i właściwie – co chcę podkreślić, co nie jest w ogóle komentowane przez socjologów – gdybyśmy popatrzyli na samo­ bójstwa, to, po pierwsze, odsetek samo­ bójstw jest na wsi wyższy niż w mieście i w ostatnich latach wykazywał tendencję wzrostową. Można to uznać za wskaźnik anomii społecznej… Bardzo niepokojący jest fakt, że pięciokrotnie częściej samo­ bójstwa popełniają mężczyźni niż kobiety. Przyczyną jest to, że właśnie kompletność funkcjonalna i pozycja społeczna mężczyzn została zachwiana. Co się wiąże z utratą tożsamości i godności. DLR: Pojawia się pytanie o organizującą rolę Kościoła. Wiejska wspólnota wcześniej co nie‑ dzielę się spotykała, były pogrzeby czy śluby, chrzty… W obrębie kilku okolicznych wiosek mieszkańcy widzieli się w konkretnej przestrze‑ ni świątyni. Podejrzewam, że nadal się widzą w znacznym stopniu w tej samej przestrzeni, nie wiem, w jak dużym procencie. Na ile Ko‑ ściół był i jest obecny w życiu wiejskim i na ile ta wspólnota formowana przez Kościół może być na przykład postrzegana jako opresyjna? MZ: Myślę, że jest różnie, są jeszcze miejs­

ca, gdzie Kościół jest obecny w kształcie, jaki pamiętamy z lat 80. Są takie miej­ sca – co wiem z badań, które krakowskie Muzeum Etnograficzne prowadziło o sto­ sowaniu kategorii opisu świata, jaką jest ziemia – gdzie ta relacja poszła w stronę sojuszy między proboszczami a gospodarza­ mi, którzy mają najwięcej do powiedzenia. Są lokalne układy, w takim środowisku na różne skale rozpisane. I jest szereg

statystów, którzy są tłem. Lokalna elita rozdaje karty. I w tym układzie oczywiście Kościół zwykle odgrywał rolę, był aptekarz, był ksiądz i był nauczyciel. Dzisiaj to jest przeformułowane: ludzie, którzy uprawiają ziemię, są przedsiębiorcami, stoi za nimi siła pieniądza, ważną rolę odgrywają tzw. dojścia do różnych rzeczy: do informacji – co za tym idzie – do dostępności różnych form pomocy, które wzmacniają gospodar­ czo dane miejsce. Od wielu osób usłysze­ liśmy komentarze o lokalnych układach i lokalnych sojuszach funkcjonujących w danej przestrzeni samorządowej. Na po­ ziomie najbliżej gruntu są polityczne sytu­ acje. Są to grupy, które decydują, w jakim kierunku będzie szła zmiana przestrzeni, na przykład: gdzie będą chodniki, czy będą latarnie. Znam miejscowość na granicy ma­ łopolskiej z kilkoma gospodarstwami, której mieszkańcy dążyli do postawienia latarni – takiej oznaki, że jesteśmy kimś innym… W inne wzorce uderzamy. Pomyślałam, że jogging, który się pojawia, i nordic wal‑ king, i kluby fitness; nie tylko domy weselne (które zresztą działają jak restauracje) to jest takie dążenie do tego, by na wsi żyć coraz bardziej jak w mieście, odrywamy się od pracy fizycznej przez technologie do ta­ kiego życia. Separujemy od przyrody, która staje się tylko zasobem. Przyroda zawsze była zasobem, ale teraz jest zasobem bar­ dziej, bo jesteśmy bardziej od niej odcięci. Zmiana, którą widać: ludzie nam opowiada­ li o tym, że jak się idzie przez wieś, to nie słychać ludzkich głosów – to akurat badanie w okolicach Miechowa – nikogo nie słychać, jest cisza; czasem słychać maszyny, jak jest pora pracy. To były wypowiedzi osób około pięćdziesiątego, sześćdziesiątego roku życia, które wspominały czasy swojej młodości, wówczas ludzi pracujących razem w polu po prostu było słychać. Wracało się z pracy razem, była interakcja przy pracy, która nie

autoportret 4 [51] 2015 | 62

była wyizolowana w kabinie maszyny. I gdy padło pytanie o te zmiany, to okazało się, że dźwięk, ten głos ludzki, wyparował. PN: Mam trochę odmienną opinię o Ko­

ściele. Kościół wyalienował się z lokalnej społeczności, bo przestał być źródłem wie­ dzy. To, co charakteryzowało kiedyś Kościół, to było to, że Bóg odpowiadał na ważne pytania i ksiądz był tym, który czytał, po­ mógł napisać pismo, wytłumaczył to, czego chłop nie rozumiał. Zgodzę się absolutnie z rolą samorządu; przestrzeń społeczna jest tak zorganizowana, że w sieci powią­ zań najwyżej stoi ten, kto potrafi załatwić kasę. To wciąż jest najważniejsze. Finanse, najlepiej zlecenie, albo jakiś przetarg, który się tak konstruuje, żeby wygrał ten, który ma wygrać. A umawiają się lokalni produ­ cenci, oni dzielą się pieniędzmi i formalnie wszystko przeprowadzają, rozdają te pienią­ dze, szczególnie unijne… Kiedyś gospodarz był dumny ze swojej niezależności, a dzisiaj on się w dużej mierze zredukował do peten­ ta w samorządzie czy w Agencji Restruktu­ ryzacji i Modernizacji Rolnictwa. Wszyscy rolnicy mówią, że największym ich pro­ blemem jest kwestia, co zrobić z towarem, który wyprodukowali. Wbrew pozorom nam się wydaje, że nie ma problemu ze sprze­ dażą tej dobrej polskiej żywności, rolnicy w Polsce mają problem, gdzie ją sprzedać. Pieniądze w rolnictwie, jakbyśmy popa­ trzyli na statystykę, nie pochodzą głównie ze sprzedaży, około 60 procent dochodów rolników to są subsydia różnego rodzaju. Dopłaty bezpośrednie, które wpływają na dochodowość rolnictwa i względną stabi­ lizację ekonomiczną gospodarstwa rolnego. I ci urzędnicy to są ważni ludzie, a księża – moim zdaniem – nie mają w większości po­ mysłu na współczesność. Z moich obserwacji wynika, że większość z nich to urzędnicy, którzy poszli w ścieżkę instytucjonalną:


kancelaria czynna w godzinach od do…, wy­ konuję usługi pogrzebowe i ślubne i inne… Odbywam rytuały religijne… DLR: Ale rząd dusz odpuściłem.

Oczywiście też jest Sanepid, który odgrywa ważną rolę, żywność musi być poddana kon­ trolom. Widać chęć, żeby to profesjonaliści przeprowadzili: my wynajmiemy, zapłacimy, będzie to okazałe wydarzenie. To będzie relacja typu: klient – usługa.

PN: Właśnie. Coraz mniej ludzi chodzi

do kościoła regularnie i to jest znaczące. Kiedyś osoba, która nie chodziła do kościoła była stygmatyzowana i to raczej były wyjąt­ ki: innowierca, obcy, dziwak. Dzisiaj około 60 procent chodzi regularnie. Dość częstym zjawiskiem jest jeżdżenie do wybranego ko­ ścioła, kiedyś nie do pomyślenia było, żeby nie być w parafii… MK: W związku z tym, że komercjalizacji uległy rytuały, chciałabym zapytać, jak wygląda obrzęd pogrzebowy. Czy śmierć wiąże się z do‑ mami pogrzebowymi, czy to się tak sprofesjo‑ nalizowało jak w mieście? MZ: Tak, bo jest zakaz trzymania nieboszczy­

ka w domu, jak powiedziano mi w jednym miejscu: już wszędzie są lodówki. Już od 2000 roku te przepisy były na tyle wdro­ żone, że zwyczaj pochówku z obecnością przy zmarłym w domu był rzadkością. I myślę, że to się ciągle zdarza, ale ludzie zachowują się po miejsku, ta śmierć jest wywożona, wyprowadzana z domu. To zależy od okoli­ cy – dosyć dużo w tej rozmowie uogólnia­ my – a to też zależy od tego, jacy ludzie się tam znaleźli, co się wydarzyło. Na tę zmianę wpłynęły przepisy i nastawienie: najpierw w ręce profesjonalistów, bo zasiłek pogrzebo­ wy. Przy weselach też to jest widoczne, rzad­ ko się zdarza, żeby ktoś robił wesele w domu. Chociaż bywa, że się ludzie łączą w tej chwili i pomagają, przygotowują alkohol, jedzenie domowe, pomagają pozafinansowo – to ciągle jest. Natomiast do rytuału należy wynajęta restauracja – choćby to miała być sala w OSP, która i tak jest restauracyjnie przygotowana.

MK: A czy dożynki zmieniły swoją funkcję? PN: Moim zdaniem nie aż tak. D ­ awniej

to było święto plonu, organizowane i w P­ RL­‑u… Na wsi dawniej było 100 pro­ cent rolników, no może 80–90, dzisiaj to 10 ­procent. Jaki związek emocjonalny z wieńcem dożynkowym czuje ktoś, kto nie ma związku z ziemią… To upolitycznione święto. Przyjeżdża starosta powiatowy, cza­ sem marszałek, jak duża gmina, oczywiście wójt – bo on jest gospodarzem. To jest okazja do pokazania się, ale też do imprezowa­ nia, czysto festynowego, które się niewiele zmienia. Niedawno na jakichś dożynkach zdziwiłem się, że była osobna sala dla VIP­‑ów [śmiech]. Stół, lepsze jedzenie, gdzie siadał ksiądz, dyrektor szkoły, zaproszeni goście. Zapytałem: „czemu tu, a nie tam?”. „Nie, nie, muszą wiedzieć, że porządek jest”.

są częścią społeczeństwa obywatelskiego, to na wsi jest inaczej niż w mieście. Jest po prostu mniej organizacji pozarządo­ wych, a znaczna część NGO­‑sów działają­ cych na wsi ma siedziby w mieście. To jest niepopularne, ale muszę to powiedzieć: go­ rzej wyedukowani mieszkańcy wsi niszczą mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego, nie są świadomi tego, co mogliby zrobić, jakie może dać rezultaty to, że ktoś przyj­ dzie… że coś istotnego powie. Choć jestem zwolennikiem oddolnego, totalnego ruchu partycypacyjnego, przyznaję z trudem, że po wielu odbytych warsztatach, prze­ ciętny mieszkaniec wsi, ma często kłopoty ze sformułowaniem jasnego komunikatu do­ tyczącego zmian, jakie chciałby wprowadzić w swoim otoczeniu, nie są świadomi celów, które mogłyby im pomóc w życiu, i nie wiem, czy nie należy trochę weryfikować rozumienia partycypacji… Może powiem coś strasznego jako socjolog na temat społe­ czeństwa obywatelskiego: może to dobrze, że oni mają swoich reprezentantów, którzy są w stanie dużo więcej wynegocjować i stworzyć bliższy tej idei partycypacyjności model czy rozwiązanie, niż gdy wszyscy przyjdą i jeden drugiego będzie „hejtował”.

MZ: Żeby nie zaburzać hierarchii. DLR: Koszmar partycypacji. A kim są liderzy PN: Wciąż istnieje ściśle określony porządek

społeczny, tylko on się upolitycznił. On się kręci wokół celów politycznych, wartości związanych z władzą… Dzisiaj osobą, która organizuje to życie jest ktoś z samorządu. To samorząd decyduje o wodociągach, o kanalizacji, o oświetleniu, o inwestycjach w gminie. DLR: A jak wtedy jest z realnym uczestnictwem mieszkańców? PN: Gdyby popatrzeć na kapitał społecz­

ny i na organizacje pozarządowe, które

autoportret 4 [51] 2015 | 63

tych wspólnot? PN: Najczęściej to są ci, którzy przyjadą z miasta [śmiech]. Ci, którzy świadomie doświadczyli miasta, są bardziej świadomi. Oni oczywiście mogą wpływać dysfunkcyjnie na tę społeczność, ale realizując z nimi stra­ tegię rozwoju czy próbując coś uzgodnić, naj­ łatwiej daje się osiągnąć kompromis. Często to są tak zwani społecznicy, którzy zawsze na wsi się znajdą: emerytowani nauczycie­ le, ludzie, którzy pracowali w instytucjach publicznych, w urzędzie gminy, urzędnik, który na emeryturze się interesuje czymś…


I coraz częściej, na szczęście, pojawiają się młodzi, świadomi ludzie, którzy uczestniczą, bo wiedzą, że z tego jest siła, organizują się. Coraz częściej spotykam się na warsztatach czy spotkaniach wiejskich, że jest opozycja starzy i młodzi, co jest dla mnie takim dość widocznym symptomem nowych podziałów społecznych… MZ: To duża zmiana. Młodzi mają autorytet

i też bywają gotowi i zdolni do przekonywa­ nia do siebie starszych, wzbudzają zaufa­ nie. Nie działają te dawniejsze hierarchie, struktury i modele, i jest samorząd, który to spaja najmocniej. Pojawiają się nowe siły w tych zmienionych warunkach. W kontekście osób z miasta, które na wsi zarzuciły kotwicę: przypomina mi się sytuacja z badań terenowych. To było niedaleko Krakowa, trzydzieści kilometrów na północ, gdzie byliśmy zachęcani przez lokalną elitę, żeby przekonać mieszkańców, by zadbali o zarośnięty stary cmentarz. Mówiono nam: to jest wartość, to chole­ ryczny cmentarz. A tam ludzie po prostu śmieci rzucali i praktyka wsi była taka, żeby o tym miejscu zapomnieć. Co ciekawe, w okolicy również krzyże na polach, które po II wojnie światowej oznaczały jakieś szczególne miejsca, wciąż stały, natomiast ziemie wokół nich były ściśle zagospodaro­ wywane, ponieważ to się liczyło do are­ ału dopłaty, tak więc krzyże wystawały z upraw. Tak samo kurhany, jakieś miejsca historyczne, archeologiczne, więc wszystkie takie miejsca znaczące z punktu widzenia miejskiej elity były zupełnie nieznaczące z punktu widzenia mieszkańców. I tlił się konflikt. To był inny świat, inny system wartości, ta dawność i to dziedzictwo lokalne było niczym w oczach osób, które tam uprawiały ziemię i miały mieć z tego korzyści. W tej samej miejscowości trwał zwyczaj: przyjeżdżał ksiądz pod kapliczkę

na poświęcenie pól. Panie tam czekały, ksiądz się spóźnił 20 minut, trwało to trzy minuty i pojechał. Tylko kurz po nim pozostał. Miny tych pań, zażenowanie w tej grupce było wysokie. To też pokazuje relacje, które w tym samym miejscu się wy­ darzają. W tej samej miejscowości ludzie też prócz pól uprawiają jogging, żyją inaczej, a te miejskie elity na to patrzą: trochę nie są oni tacy rolni, tacy wiejscy, jak byśmy chcieli ich widzieć. A wracając do tematu dożynek: brałam udział w dożynkach wojewódzkich w Mało­ polsce i pieczołowitość wykonania wieńców przygotowanych do konkursu była imponu­ jąca. To było kilkadziesiąt fantastycznych prac, których wykonanie wiązało się z rocz­ nym przynajmniej planowaniem. Posiać len do ozdoby wieńca: to mamy całą procedurę, skąd mieć len, którego się powszechnie nie uprawia. Idea konkursu wieńca dożynko­ wego jest taka, że wygrywa jeden, jedzie na dożynki do Spały – prezydenckie, które odbywają się od lat 20. XX wieku. Liczy się zaangażowanie tych osób i to, że to było autentyczne święto – nie szkodzi, że te panie z tych kół, gospodynie wiejskie, niekoniecznie są praktykującymi rolniczka­ mi – one miały swoje ogródki, miały patent artystyczny na ten wieniec, miały swoje grono, z którym wykonały tę ogromną pracę konstrukcyjną… Natomiast dożynki lokalne – one są dla mnie o tyle ciekawe, że ludzie często komentują rzeczywistość w sposób karnawałowy, na przykład tymi ozdobami z bel siana czy słomy, które są ustawiane w różne instalacje. Inne rośliny zaczęły się pojawiać w tej współczes­ nej rekwizytorni. Jest choćby kukurydza… Tu nie bardzo bym się zgodziła, że festyn i samorząd, tam się jednak jakaś energia przy tych stołach plebejskich wytwarza. Może nie wszyscy są oczywiście związani

autoportret 4 [51] 2015 | 64

z ziemią i nie ma już mowy, żeby ktoś się uważał za przodownika pracy. PN: Myślę, że w tych rytuałach ważną rolę

odgrywają pieniądze unijne i pieniądze wójta. Jestem przekonany, że to są wydarze­ nia finansowane z Unii w ramach małych projektów, rozmaitych środków aktywizo­ wania tych ludzi, i to jest część motywacji. MZ: My jesteśmy w takim rozkroku między

usługą a czymś, co nie jest usługą. Nawet nasze stosunki prywatne, rodzinne wyce­ niamy. Całe życie jest przesiąknięte takimi kalkulacjami. PN: Wcześniej wspólnota, moim zdaniem,

była autentyczna. Tradycyjna wiejska spo­ łeczność lokalna – to jednak był zamknięty świat i gdyby ludzie się nie wspierali i nie byłoby bezinteresowności i szczerości w tych relacjach, to by zginęli. DLR: Chodzi o to, że pomagamy temu, kto nie zebrał jeszcze siana, bo idzie burza… PN: Tak. Bo on mi kiedyś pomoże. To wszyst­

ko było racjonalne. Życie w tym zamkniętym świecie zmuszało ludzi, żeby być gotowym na bezinteresowność. Ona też opłacała się tak naprawdę całej lokalnej społeczności. MZ: Ale też była przestrzenią różnych

nadużyć, to znaczy teraz jest lepiej: zapłacić i nie być dłużnikiem, tym dłużnikiem wiecznie niewypłacalnym, ponieważ te przysługi tworzą sieć zależności, z której nie jesteśmy się w stanie wysupłać. PN: Ale jaki jest tego rezultat? Mamy niski kapitał społeczny, jeżeli już jest, to jest to familiaryzm, który powoduje, że tylko nepotyzm i układziki działają. Mamy teraz taką sytuację na wsi, że gdyby ktoś chciał


wycenić jakąś usługę, to sprawdza w interne­ cie, ile to kosztuje. Wycena wartości, co jest podstawą kapitału społecznego, chęci współ­ pracy, zaufania do innych polegała na tym, że to ja byłem podmiotowy – decydowałem, ile kosztuje przywiezienie czegoś, użyczenie konia, to, co zrobiłem dla kogoś, pożyczyłem coś. Pozostajemy w relacjach instrumen­ talnych. Jeżeli będziemy tak krótkowzrocz­ nie patrzeć, to jak mi braknie pieniędzy, to umrę z głodu, bo mi nikt nic nie da. Jesteś warty tyle, ile kasy mogę ci dać zarobić… A przecież jesteś warty tyle, ile ty mi możesz w życiu pomóc i na ile ja mogę być szczęśliw­ szy dzięki tobie. I to jest filozofia, w którą się wpakowaliśmy: w ten okrutny liberalizm i rynek, pojęcie rynku decyduje: o popycie, podaży, wpływa na kalkulację zysku. Weszli­ śmy w to myślenie we wszystkich relacjach społecznych. DLR: A co ze wspólnotą protestu? Jak to wy‑ gląda na wsi? PN: Są oczywiście protesty rolników, ale

coraz częściej są to protesty branżowe albo celowe: producentów mleka, pszenicy, czy producentów wieprzowiny w związku z pro­ blemem dzików przenoszących chorobę afrykańskiego pomoru świń (ASF). Zdarzają się protesty całej wsi w związku z planowa­ ną inwestycją, na przykład farmą wiatrową lub nową drogą.

o ile ktoś dalej nie jeździ, tam są takie rzeczy, które się załatwia w tak zwanym mieście. Ja myślę, że to jest tak przy okazji. Jest dużo przestrzeni, w której odbywają się te przypadkowe spotkania. Dyskont nie jest miejscem spotykania się. Ale to są takie równoległe przestrzenie, które współgrają, ponieważ tak zwana tar­ gowica, czy targ, to nie jest to samo, w tych miejscach kupuje się inne rzeczy.

PN: Nie, jednak są. Myśmy dużo pienię­

dzy wydali z różnych unijnych projektów na odnowę takich obiektów jak świetlice wiejskie, remizy strażackie.

MZ: Są też domy ludowe, są zebrania, które ktoś animuje i zarządza i ściąga ludzi, to oczywiście zależy od skali miejscowości i od operatywności gospodarza. DLR: A komunikacja? Bo tutaj też zaczęliśmy toryzacją, ale to również kwestia, na przykład,

w jakich miejscach spotykamy się wspólnie?

dowozu dzieci – jak one się dostają do szkoły.

Dawniej to był kościół, dom ludowy, straż pożarna, cmentarz, urząd gminy. A dziś?

PN: Komunikacja bardzo się pogorszyła.

PN: Gmina jest najważniejsza, bo tu się zała­

Praktycznie nie istnieje skuteczna komu­ nikacja na obszarach wiejskich; jeżeli jest, to małe busy, rzadko jeżdżące.

raczej hasło. Tam są sklepy, tam jest fryzjer,

nej dla przystanków w małej wsi?

ostatnio przyjeżdża dużo obcych ludzi. Kiedyś na jarmarkach wszyscy się znali, bo przyjeżdżali z okolicznych wiosek czy gmin. Gospodarze wymieniali opinie, a teraz obcy ludzie przyjeżdżają, innymi rzeczami się handluje. Interesujący jest na przykład obwoźny handel i kupowanie chleba. Urok kupowania chleba polega na tym, że kobiety przychodzą najczęściej na przystanek, dużo wcześniej zanim przy­ jedzie samochód z chlebem, żeby z sobą po­ rozmawiać o tym, co się wydarzyło we wsi, po prostu poplotkować.

mówić o przemodelowaniu związanym z mo‑

MZ: To jest całe otoczenie, ta gmina to jest

DLR: Czyli nie ma alternatywy architektonicz‑

PN: Ale też zauważyłem, że do targowicy

DLR: Wracając do tej fizycznej przestrzeni:

twia ważne sprawy społeczne.

upośledzeni, bo nie mają samochodu. I być młodym mężczyzną bez auta na wsi to tra­ gedia. Busy – musi być jakiś dojazd dla star­ szych pań, które jadą do lekarza – i to się właściwie do tego sprowadza. Natomiast przystanki są wykorzystywane jako archi­ tektura, jako zadaszone miejsce na imprezy dla młodzieży i jej życia towarzyskiego.

MZ: Tak. Na busy są skazani odmieńcy; ci, którzy z różnych powodów są społecznie

autoportret 4 [51] 2015 | 65

MZ: Wyremontowane domy ludowe. To już

jest jednak mniej spontaniczne, bo zawsze musi być ktoś z kluczami i to najczęściej ktoś z instytucji… To nie jest miejsce otwarte dla wszystkich, nie przyjdziesz jak na przystanek. PN: Brak atrakcyjności takiego miejsca jest

związany z tym, że ktoś mnie kontroluje. Ja nie mogę pójść i się napić piwa czy tego jabola, bo to będzie zauważone. MZ: Pamiętam, że już dziesięć lat temu,

podczas badań, słyszałam wielokrotnie, że teraz się trzeba umawiać przez telefon na spotkanie. Gest spontanicznej wizyty zniknął. Dzisiaj trzeba się umówić, żeby zastać kogoś w domu. Często podczas badań przewija się spostrzeżenie, że przeszkadzają telewizory i to, że ludzie są zapracowani i nie interesują się innymi. PN: Są też miejsca, w których się spotykają

ludzie w związku z ich zainteresowania­ mi. Z dużym podziwem odkrywam grupy zajmujące się historią wyjątkowych miejsc czy ważnych wydarzeń, na przykład grupy


rekonstrukcyjne. Spotykają się z sobą dorośli mieszkańcy, ale też coraz częściej młodzi, na przykład grający w zespołach muzycznych. Ostatnio bardzo popularne na wsi są gry zespołowe, dobrze funkcjonu­ ją kluby sportowe i wciąż dobrze się mają Ludowe Zespoły Sportowe. Niektóre gminy dzięki dobrej bazie sportowo­‑rekreacyjnej organizują świetne turnieje sportowe. MZ: A ja mam taki przykład niedaleko Kra­

kowa, z Charsznicy, która wyspecjalizowała w uprawie kapusty i wójt tej gminy od lat kapustę propaguje. Tam się po prostu bardzo dużo pozmieniało, gmina musiała znaleźć nowy pomysł na siebie. Są dożynki kapu­ ściane, jest wybór króla i królowej kapusty, jest muzeum kapusty. I dożynki są o tyle ciekawe, że jest duża koncentracja działań samorządu, takich festynowych, ale też ofer­ ty komercyjnej, agrochemicznej czy w ogóle strefy usług. Ciekawie jest obserwować, jak to się w przestrzeni rozkłada. To jest ważne święto dla mieszkańców, a dla przybyszów z miasta może to być nieczytelne; mogą na to patrzeć przez pryzmat wyłącznie nie­ akceptowanej przez siebie estetyki, a tam się ważna struktura wytworzyła. DLR: Mamy zatem festyn i święto – pytanie jest jeszcze, na ile się zawiązują społeczności czy spółdzielnie. Słyszałam o rolnikach nad

starymi spółdzielniami, które żyją z dzierża­ wy majątku, najczęściej ziemi, magazynów lub pomieszczeń biurowych, a nowymi, najczęściej będącymi grupami producenc­ kimi. Nowi spółdzielcy to przedsiębiorcy wykorzystujący idee spółdzielczości do mak­ symalizowania zysku na rynku. Nie inte­ resują ich tradycyjne wartości związane z ruchem spółdzielczym, a jedynie instru­ mentalnie traktują tą formę zarządzania grupą producentów żywności. Cele „starych” i „nowych” spółdzielców są skupione przede wszystkim na osiągnięciu jak największego dochodu w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Są jeszcze na wsi spółdzielnie socjalne, które działają głównie w powią­ zaniu z unijnymi programami socjalny­ mi. Ich popularność jest związana z tym, że mogą liczyć na wsparcie z programów unijnych lub rządowych. W mojej ocenie rolnictwo teraz sprofesjonalizowało się w fatalnym kierunku, czyli amerykańskim, dążąc do tego uprzemysłowionego, korpora­ cyjnego wręcz modelu. MZ: Dlatego że stoi za tym system wartości,

który przyjęliśmy jako społeczeństwo. Nie wiem, jakiego rodzaju wyłom musiałby się zdarzyć, żeby nas wytrącić z tej drogi, przejść w inne rejestry społeczne, inne wy­ miary społeczne, które, oczywiście, są moż­ liwe, bo to się czasem dzieje na świecie.

Sanem. Powstają oddolne ruchy, które próbują PN: Po wejściu do Unii Europejskiej zrobili­

obiegu żywności.

śmy przedziwną rzecz z wsią i rolnictwem, bo – wbrew pozorom – nie urynkowiliśmy rolnictwa zgodnie z kierunkiem zmian, jaki przyjęliśmy po 1989 roku, tylko realizujemy Wspólną Politykę Rolną będącą mieszaniną rynkowych działań połączonych z ­silnym in­ terwencjonizmem w mechanizmy gospodar­ ki żywnościowej. Zmniejsza się powierzch­ nia użytków rolnych, pogłowie bydła, trzody chlewnej. Zmniejsza się liczba gospodarstw

bucji żywności. Za mało jest w Polsce kon­ sumentów zainteresowanych czymś alter­‑, antyglobalnym. Z moich badań i z innych znanych mi opracowań wynika, że wieś charakteryzuje się skrajnym pragmatyzmem i rynkowością. Badałem spółdzielczość w Polsce i zauważyłem dużą różnicę między

MZ: Tak. Oprócz tego słowa „załatwić” jest jeszcze kolejna fraza: „nie opłaca się”. I to „nie opłaca się” to jest bardzo ciekawa formuła, która mówi o nakładzie pracy do efektów. Nie szanujemy tego mieszkając na wsi, mając przy domu możliwość upra­ wy, że ta praca, którą ja włożę w marchew­ kę, że ona będzie tą marchwią na cały sezon czy tam dla rodziny – to jest dyskurs pu­ blicznie zupełnie niwelowany. Nie po to się mieszka na wsi. Mieszka się po to, żeby mieć zadbany dom, dużo czasu jest na to potrzebne, a nie żeby mieć w ogródku warzywa. To w tym obiegu wartości jest tak poustawiane, że nie jest to rzecz, do której się aspiruje, to znaczy to spadło z tego pie­ destału, że mam własną żywność – to jesteś frajerem dlatego, że musisz się narobić i nic z tego nie masz. To są te frazy. DLR: W tej rozmowie rysują się – oprócz geografii społecznych i politycznych – rytmy ludzkiego życia i różne grupy realizujące różne modele funkcjonowania. Mam jeszcze pytanie o najmłodszych, bo to też wspólnota społeczna:

na przykład konstruować alternatywny sposób

PN: Nie wierzę w alternatywne sieci dystry­

rolnych produkujących na rynek, bardziej koncentrujemy produkcję. To model europej­ ski, który polega na tym, że tak naprawdę jesteśmy kolonizowani przez korporacje mię­ dzynarodowe. I to jakoś działa, póki są różne subsydia dla rolników i wsparcie na rozwój obszarów wiejskich.

autoportret 4 [51] 2015 | 66

jakimi miejscami są przedszkola, szkoły? PN: Nastąpił proces urynkowienia wiedzy,

oświaty, usług społecznych, co jest absurdal­ nym zjawiskiem, bo to nie służy ludziom, tylko służy tym, którzy sprzedają te usługi. Czyli powstaje jedna centralna szkoła, pod­ stawówka, gimnazjum i przedszkole, i tam wozimy dzieci. To nie służy ani dzieciom, ani rodzicom, ani też społeczności lokalnej, bo rezultaty tej polityki są dużo gorsze…


MZ: I tam natychmiast pojawia się grada­

cja: kto skąd przyjeżdża i jak długo może zostać, bo mu autobus odjeżdża; masa ograniczeń. Kto chodzi? Kogo mogą wozić rodzice, a kto mieszka w miejscowości ze szkołą. Tworzy się przepaść między ­dziećmi. System nie służy wyrównaniu szans, raczej pogłębia podziały.

DLR: Jaka jest skala tego procesu? PN: Jak robiłem badania w latach 2005–2012, to okazało się, że we wszystkich gminach wiejskich likwidowano szkoły – ich liczba zmniejszyła się mniej więcej o połowę. DLR: I gmina się zajmuje wtedy organizacją transportu?

PN: Tak. W lubelskim jedna gmina w ogóle

nie prowadzi szkoły, zrezygnowała, bo się nie opłacało. Dogadała się z inną gminą, że jej przekaże zadanie…

PN: Jeżeli są ponad trzy kilometry do szko­

wracam i nie ma mojej wsi, jest bezimienny obszar wiejski… MZ: Żadnej sprawczości. O tym, o czym mówimy teraz, piszą autorzy młodszych pokoleń: Gaja Grzegorzewska czy Andrzej Muszyński w ich ostatnich książkach, nawiązują do czasów swego dzieciństwa, tego z lat 80., 90., i przestrzeni, która jest cielesna i jest rozpisana na miejsca typu: grusza, rzeka, przystanek, kolega i tak dalej. To jest to doznanie. Ciekawa jestem literatury, która nastanie za dwadzieścia lat i tego porządku…

jeżeli nie są używane przez dłuższy czas?

ły, to wtedy organizuje transport, te słynne gimbusy, które dowożą dzieci do szkoły. Te­ raz właściwie to większość gmin ma jeden zespół szkół. I tam właśnie jest przedszkole, podstawówka, gimnazjum.

PN: Są sprzedawane, zamieniane na domy

MZ: Zastanawiam się nad tym, że te dzieci,

złamanie pewnych reguł. Czy teraz jedyne,

mieszkalne, na domy weselne.

które trafiają do takich zespołów szkół, a które są tresowane od najmłodszych lat do wyjeżdżania ze swojego domu i opusz­ czania go na cały dzień, to jest dla nich trening, który nas dokądś zaprowadzi? Czy to jest normalne, że ja opuszczam dom i na cały dzień wyjeżdżam. I mój dom to nie jest to, gdzie ja jestem, ponieważ jestem wy­ cinana, jestem kadrowana z domu i z tego miejsca mojego całkowicie, odkąd mam pięć lat. Obowiązek przedszkolny.

co wyklucza, to po prostu znowu ekonomia?

DLR: A co się dzieje z budynkami szkolnymi,

MK: Odpowiedzmy jeszcze na pytanie o wy‑ kluczanie ze wspólnoty. Kiedyś wykluczało

MZ: To tak jak ośrodki zdrowia. Często –

o tym się też nie mówi – bywało, że ktoś dawał działkę pod szkołę czy ośrodek; to nie były tak do końca państwowe grunty. Wspólnota budowała. MZ: Prywatyzując, niwelujemy to wspólne

dobro. Obiekt zostaje bez właściciela, w ko­ mercyjnym obiegu to po prostu budynek, o konkretnej cenie, w określonym stanie.

PN: Przypomniało mi się o miejscach PN: Szkoły czy ośrodki zdrowia to budyn­

ki, które były budowane w czynie społecz­ nym, ale w tym dobrym znaczeniu. Ludzie przychodzili, budowali, a czasami to były jeszcze budynki sprzed wojny, potem unowocześniane, i tak trafiała oświata na wieś, czy służba zdrowia. To była nasza służba zdrowia, nasza oświata, to myśmy to robili. MZ: To jest sprzedawane, bo się nie opłaca,

po prostu. Samorząd twierdzi: nie utrzyma­ my tego, nie mamy środków.

i przestrzeniach społecznych. Wychowałem się na wsi i wracałem ze szkoły do domu trzy kilometry. A po drodze było właśnie odwiedzanie miejsc. Najpierw był sklep, potem była rzeka, potem była gruszka duża, czy sad z jabłkami, potem do kolegi się szło po drodze, żeby się napić herbaty. Taka była ta przestrzeń i to była moja przestrzeń w mojej wsi, gdzie każde miejsce miało swo­ ją tożsamość, które mu nadałem przez ob­ cowanie z nią. A jak autobusem bym sobie dojeżdżał – to sobie tak wyobrażam – rano z domu wychodzę, zabiera mnie autobus,

autoportret 4 [51] 2015 | 67

MZ: Brak pieniędzy. PN: Jak cię nie stać na dyskotekę, to nie

jedziesz. MZ: To cię nie ma. PN: Jak cię nie stać na wesele, to cię nie

zaproszę. Nie przyniesiesz mi nic dobrego. A jeśli jesteś bogaty, to z przyjemnością. W mojej miejscowości usłyszałem opo­ wieść o osobie, która organizowała wesele i liczyła, ile pieniędzy może dostać, i tylko bogatych zapraszała. Nie było klucza kwali­ fikacyjnego: rodzina, znajomi, przyjaciele. MZ: Wesele jest taką sytuacją, która za­

ostrza wyraziste społeczne punkty, takie gorące, to, czego się obawiamy. Ta opowieść najlepiej to pokazuje. Myślę, że brak pie­ niędzy wyklucza i jest się kimś tylko wtedy, kiedy ma się ich odpowiednio dużo w sto­ sunku do miejsca w hierarchii, do której się aspiruje.


MIASTO I WSPÓLNOTA

W

studium Der Städtebau nach seinen künstlerischen Grundsätzen [Budowa miast według zasad artystycznych] Camillo Sitte pisał, że nowoczesne miasta, zaprojektowane według racjonalnych zasad, były nieprzyjazne dla swoich mieszkań­ ców. Wychodził przy tym od krytyki zasad miastotwórczych, które jego rówieśnik Otto Wagner głosił w Wiedniu pod koniec XIX wieku i które w pełni wcielił w życie w swo­ im planie miejskim z 1890 roku. Odzwier­ ciedleniem coraz bardziej zauważalnej prze­ wagi racjonalnych postaw, które po tym, jak zadomowiły się w ekonomii i polityce, przedostały się także na dobre do urbanisty­ ki, była według Sittego bezkompromisowa geometryzacja przestrzeni. Wyrażała się ona bezpośrednio w doskonale prostej linii ulic. Sitte uzasadniał wrażenie bezmier­ ności, jakie sprawiają dominujące w tej propozycji proste aleje, wrodzoną ludzką skłonnością do podzielności przestrzeni,

http://www.grids-blog.com/

Peter Michalík

typowej dla centrów historycznych miast. W centrach tych sieć ulic nie jest zgodna z żadnym logicznym planem, ich strukturę bowiem nakreśliły naturalne szlaki życia społecznego i gospodarczego: „Wszystko ująć w ścisły system i nigdy ani o włos nie odchodzić od raz ustanowionego szablonu aż do uduszenia geniuszu oraz zaniku jakie­ gokolwiek poczucia radości z życia – to jest rys naszej epoki”1. Pomimo tego podejścia Sitte nie rezygnował z możliwości planowe­ go przebudowywania miast. Działanie to, według niego, powinno być podporządkowa­ ne zasadom, które przyznają pierwszeństwo nie totalizującym roszczeniom rozumu, lecz innym względom: psychologicznym i społecznym. Wygląd miast powinien się zatem przyczyniać do uwznioślenia zarów­ no jednostki, jak i wspólnoty oraz przełożyć się na wymóg projektowania przestrzeni 1

Cyt. za: C. Sitte, Stavba měst podle uměleckých zásad, Pra­ ha: ABF, 1995, s. 64 (wszystkie cyt. w art. tłum. E.R.).

autoportret 4 [51] 2015 | 68

architektonicznej według zrozumiałej, za­ krojonej na ludzką skalę miary. Wizerunek miasta powinien także uświadamiać, jak wielki i ważny jest wkład tej skali w jakość życia społeczności miejskiej, a tym samym określać horyzont oczekiwań, które wykra­ czają daleko poza ramę celowości. Sitte był zwolennikiem takiej postaci miasta, która swoim charakterem pozwalałaby rozwi­ jać naturalne więzi między człowiekiem i środowiskiem, podobnie jak między po­ szczególnymi ludzkimi aktorami. Świadczy o tym między innymi uwaga, jaką w swojej książce poświęca placom. Sitte nie ukrywał, że podstawą jego refleksji jest analityczne studium miast historycznych. Świadome odwoływanie się do dziedzictwa przeszłości jest integralną częścią jego poglądów na temat architek­ tury, a ich ślad można odnaleźć w licznych architektonicznych realizacjach. Forso­ wanie rozwiązań opartych na realiach


Otto Wagner, plan Wielkiego Miasta, 1911

przedindustrialnego miasta było jednak w dużym stopniu świadectwem konserwatyw­ nej postawy, która zakładała, że w środowisku nowoczesnej metropolii nadal tkwią trady­ cyjne relacje ukierunkowane na wspólnotę. Kreowanie przytulnego, stosunkowo małego centrum miejskiego w żadnym wypadku nie odpowiadało jednak sytuacji, w jakiej Wie­ deń znalazł się u progu XX stulecia. Pomimo świadomości bezprecedensowej dynamiki procesów uruchomionych w mieście przez rewolucję przemysłową, jak też nieodwra­ calności niektórych spowodowanych przez nią przemian, rozwiązania dla nowej rzeczy­ wistości Sitte wywodził ze wzorów, którymi kierowały się miasta przeszłości. Za jego podejściem kryła się możliwość zaistnienia stosunkowo niewielkiej społeczności miejskiej, potrafiącej sprostać rewolucyjnym zmianom, albo przynajmniej zdolnej do tego, by zastą­ pić ich dynamikę bardziej zrównoważonym procesem. To jednak w ogóle nie odpowiadało realiom stolicy monarchii drugiej połowy XIX stulecia, charakteryzującego się bezpreceden­ sowym wzrostem liczby ludności, pojawieniem się wielu technologicznych innowacji, a także zwiększeniem politycznego wpływu liberalnej klasy średniej. Wezwanie do powrotu do tra­ dycyjnych wzorców w praktyce zastąpiły więc rozwiązania, które swoją prawomocność opar­ ły na doraźnym odcinaniu się od przeszłości. Promotorem tych tendencji był przede wszyst­ kim Otto Wagner. Do jego najważniejszych realizacji zalicza się plan miejski Wiednia z roku 1890. Już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że – o ile w wizji miasta Sittego dominuje integrująca funkcja placu, o tyle Otto Wagner dopatruje się wyznacznika nowoczesnej metropolii w dynamice ulicy. Podczas gdy pierwszy w geście obronnym przed nadchodzą­ cą racjonalistyczną cywilizacją odwołuje się do wizualnych wzorów przeszłości i w próbie odbudowania utraconego ideału wspólnoty

wzywa do odnowy społecznej funkcji placu, drugi bez nostalgii spogląda na przeszłość, przy­ takuje otwartości miasta na innowację i głosi potrzebę pogodzenia realiów społecznych z ich architektonicznym wyrazem w nowej, funkcjo­ nalnie planowanej przestrzeni. Refleksje obu autorów wyznaczają dwie siły: jedna zwraca się ku przeszłości i w próbie odnowy stracone­ go ideału miejskiego życia wzywa do powrotu do historycznych wzorów; druga wskazuje na dokładnie odwrotny kierunek – pewnie patrzy w przyszłość, jej ideałem jest miasto, do którego prowadzi droga postępu. To pod jej wpływem miasto otwiera się na innowacje i na tej drodze nie waha się zastępować starych form nowymi. W architektonicznej i urbanistycznej postawie tych kluczowych twórców znajdujemy zagadnie­ nia, które w przyszłości będą powracać w teorii dobrze funkcjonującego miasta. WSPÓLNOTA – PAMIĘĆ – TOŻSAMOŚĆ

Sporu między dwoma architektami, tak brawu­ rowo opisanego przez historyka Emila Schor­ skego2, w żadnym wypadku nie można odbierać jako zamknięty rozdział historii. Pytania dające się sprowadzić do wspólnych mianow­ ników: społeczeństwo, pamięć i tożsamość, we współczesnych miastach rozbrzmiewają jak nigdy przedtem. Z jednej strony mogłoby się wydawać, że marzenie o stosunkowo małym, przyjaznym dla człowieka i semantycznie zro­ zumiałym mieście zostało ostatecznie pogrzeba­ ne przez sprzeczne tendencje XX stulecia. Choć fizyczny stan naszych miast tego nie dowodzi, pragnienie to nadal wyraża się w różnych prak­ tykach: czymże bowiem są postępująca „skan­ senizacja” dawnych starówek, powrót do lub poszukiwanie dawno zapomnianych tradycji i ogólne zainteresowanie dawnym wyglądem miast, jak nie swoistym przejawem tęsknoty

2

E. Schorske, Fin-de-siècle Vienna, London: Vintage, 1981.

autoportret 4 [51] 2015 | 69

za minionym, zrozumiałym światem? Powrót do wzorów z przeszłości można interpretować jako konsekwencję przepisów, które weszły do projektowania miasta w połowie XIX wieku razem z racjonalnym planowaniem i zastąpiły zasadę zmiany organicznej regułą rewolucji. Przestrzeń, którą wyprodukowały, znacznie ograniczyła możliwość identyfikacji czy też obcowania ze środowiskiem proponowane przez serbskiego architekta Bogdana Bogdanovicia3. Począwszy od XIX wieku, miasto stawało się dla człowieka coraz bardziej obce. Główną tego przyczyną był niepohamowany postęp indu­ strializacji, który pochłonął ogromny obszar tkanki miejskiej. Mieszkańcy miast objętych tym procesem w sposób nieodwracalny zostali pozbawieni poczucia, że świat jest stały i bliski (i odwrotnie – miasta pominięte przez ten proces zachowały się w czystej średniowiecznej postaci). Istotną rolę przy tym odgrywa fakt, że miasta kilkakrotnie przekroczyły skalę po­ zwalającą człowiekowi na względne panowanie nad ich całością. I choć Arystotelesowski ideał miasta, które można obejść w ciągu jednego dnia, we współczesnych koncepcjach urbani­ stycznych na nowo wraca do łask w postaci wewnętrznie zróżnicowanych, autonomicznych stref, ale nie zmienia to faktu, że postępujący rozrost zurbanizowanego krajobrazu uniemożli­ wia zrozumienie miasta jako całości. Na skutek zerwania naturalnych więzi między społeczeń­ stwem a jego przestrzenią życiową (na przykład przez poprawę warunków zdrowotnych w sta­ rych kwartałach miejskich) nowoczesne miasto staje się obce swoim mieszkańcom. Kiedy twier­ dzimy, że przepisy nowoczesnego urbanizmu miały zgubny wpływ na miasto, rozumiemy przez to nie tylko jego wygląd i sposób funk­ cjonowania, lecz przede wszystkim przemianę właśnie tych relacji. Dzisiaj jednak widzimy jasno, że po dziesięcioleciach dominacji tego 3 B. Bogdanović, Mesto a démoni, Bratislava: Ivan Štefánik, 2002.


modelu i na skutek rozczarowania niespeł­ nionymi wizjami modernizmu, miasto coraz częściej spogląda z utęsknieniem na formy przeszłości. Po okresie, w którym to wizja odległej przyszłości wyznaczała jego wize­ runek, dochodzi do władzy siła o odwrot­ nym kierunku: miasto staje się obiektem muzealnym. Zwieńczeniem narracji, która zaczęła się od wypierania przeszłości, jest hipertrofia pamięci. Niemiecki eseista Andreas Huyssen łączy ten fakt z szerszymi zjawiskami cywili­ zacyjnymi, które według niego pojawiły się po nieudanych, z różnych powodów, modernistycznych próbach creatio ex nihilo. Pisze, że nowoczesność nieustannie ubolewa nad utratą wyidealizowanej przeszłości, nad wspomnieniem życia w bezpiecznym mieście z jasno wyznaczonymi granica­ mi, zakorzenioną kulturą, stabilizacją i niezmiennym trzonem relacji4. Człowiek współczesny według Huyssena nie czuje się wystarczająco zakotwiczony w świecie teraź­ niejszych wartości, z tego powodu odwołuje się do przeszłości i coraz częściej mówi o odnowie własnej pamięci kulturowej. W sferze miejskiej tendencja ta przejawia się w przywiązaniu do architektonicznych świadectw przeszłości i przesadnej trosce o ich ochronę. Byłoby bowiem nadmiernym uproszczeniem, gdybyśmy chcieli wytłuma­ czyć ogromne zainteresowanie przeszłością, które jest tak charakterystyczne dla naszego społeczeństwa, tylko popytem ze strony przyjeżdżających z daleka i z bliska konsu­ mentów historii. Choć powszechny sukces dziedzictwa jako dobra konsumpcyjnego niewątpliwie przyczynia się do „disney­ landyzacji” miast, które w ten sposób coraz bardziej upodabniają się do siebie, 4 A. Huyssen, Prítomnosť minulého, Bratislava: Ivan Štefánik, 2005.

większość obserwacji zdaje się potwierdzać, że ten wspólny rys należy rozumieć raczej jako jeden z przejawów o wiele szersze­ go zjawiska. Dziesięciolecia naznaczone dążeniem ku świetlanej przyszłości skoń­ czyły się tęsknotą za utraconą przeszłością i zakotwiczeniem w spolegliwym, stałym i bezpiecznym świecie. Ten świat bowiem, najtrafniej uosabiany przez średniowieczny obraz miasta jako wspólnoty, wraz z nadej­ ściem nowoczesności zaczął się definitywnie rozpadać. Ruch modernizacyjny dla miasta oznaczał przecież nie tylko zanik charakte­ rystycznych, właściwych dla epoki przed­ nowoczesnej przestrzeni, lecz także złożoną przemianę stosunków społecznych. Swoją rolę w tym procesie odegrały także inne czynniki historyczne: brak ciągłości rozwoju politycznego powodowany wielokrotną zmianą granic, dramat dwóch konfliktów światowych i związane z nimi fale migracji, konsekwentnie zaprogramowana polityka pamięci i starania o symboliczne oczysz­ czenie przestrzeni czy też rozległe praktyki inżynierii społecznej, które doprowadziły do przymusowej deportacji milionów ludzi. Niekontrolowany łańcuch przemian XX wie­ ku doprowadził do paradoksalnej sytuacji w miastach, które, spoglądając w przyszłość, zwracają się do swoich wzorów z przeszłości, jakby stanowiły one rozstrzygające kryte­ rium dla przyszłości. PAMIĘĆ JEDNOSTKI, PAMIĘĆ SPOŁECZEŃSTWA

W XX wieku pamięć stanie się jednym z głównych tematów wielu dziedzin nauko­ wych. Choć już na samym początku stulecia jest ona obecna w kontekście nauk spo­ łecznych, szczególnie za sprawą dokonań Henriego Bergsona i Zygmunta Freuda, ma jeszcze charakter subiektywny, niewystar­ czający, by zrozumieć jej rolę w kontekście

autoportret 4 [51] 2015 | 70

szerszej zbiorowości. Na aspekt społeczny pamięci zwrócił uwagę dopiero francu­ ski socjolog Maurice Halbwachs, którego refleksja będzie łączyć psychologizujące teorie pamięci i Durkheimowską koncepcję świadomości zbiorowej. Halbwachs wcale nie opierał się twierdzeniu, że nosicielem pamięci jest ludzka jednostka, tylko że jej treść powstaje zawsze w określonym kon­ tekście społecznym. Wprowadzone przez niego pojęcie „pamięci zbiorowej” nie ozna­ cza, że treści z przeszłości trwają w jakimś mentalnym repozytorium społecznym. Hal­ bwachs definiuje raczej obszar, w którym treści te się tworzą, mnożą i uruchamiają. Ponieważ wspomnienia indywidualne mają swój początek w obrazach łączących jednostkę z ludźmi i grupami w jej bezpo­ średnim otoczeniu, w refleksji Halbwachsa wspomnienie będzie zawsze wynikiem interakcji społecznej. Swoje twierdzenia oparł na obserwacji codziennych sytuacji, takich jak: podróże zbiorowym transpor­ tem, próby muzyczne, spotkania dawnych przyjaciół. We wszystkich tych przykładach odtworzył wewnętrzny charakter rozpamię­ tywania, którego nieodłącznym elementem jest udział jednostki w życiu konkretnej grupy kulturowej. Jeśli grupa jest umiejscowiona w danej prze­ strzeni, zmienia ją na swój obraz, ale równo­ cześnie podporządkowuje się jej i przystosowuje do rzeczy materialnych, które stawiają jej opór. […] Dzięki temu jednostka, choć nie izolowana, jednak jako członek grupy, i grupa sama zostają pod wpływem materialnego świata i czerpią jakąś korzyść z jego równowagi5.

Dla Halbwachsa zatem przestrzeń nie stanowi rzeczywistości osobnej, lecz 5 M. Halbwachs, Społeczne ramy pamięci, przeł. M. Król, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 1969, s. 197.


się opierać zarówno wyobrażenia indywi­ dualne, jak i zbiorowe, pamięć znajdzie w nim swoją naturalną formę. Ze względu na powyższe cechy można powiedzieć, że za koncepcją Halbwachsa stoi przesłanka relatywnie ustalonych warunków istnienia. Oznacza to, że wzajemne oddziaływanie na siebie społeczeństwa i jego przestrzeni życiowej będzie się odbywało w spokojnym tempie, raczej na drodze następujących po sobie zmian niż radykalnych skoków. Halb­ wachs tak opisuje sytuację, która później zostanie przeniesiona na grunt socjolo­ gicznego dyskursu w określeniu (antro­ pologicznego) miejsca, ujmującego rozwój w stosunkowo niezmiennych współrzęd­ nych przestrzennych i społecznych. Taka sytuacja w dużym stopniu odpowiadałaby przesłankom, z których w swojej refleksji wychodził Camillo Sitte, budujący własne wyobrażenie wokół integrującej funkcji placu. Wyobraźmy sobie teraz ten organizm miejski w jego idealnej postaci – jako wspól­ notę, nie tylko tworzoną więziami między jej pojedynczymi aktorami, lecz także zjednoczoną widzialną, fizyczną granicą, wspólnie przyjętym światopoglądem, oraz wewnętrznymi regulacjami i mechanizma­ mi sankcjonowania. Przed naszymi oczyma pojawia się średniowieczne miasto ze swoimi podstawowymi cechami: zrozumia­ ły porządek, jasne granice i centrum, które łatwo zidentyfikować. PORZĄDEK, GRANICA, ŚRODEK

Porządek nadaje rzeczom sens, określa sto­ sunki między poszczególnymi elementami i warunki ich interakcji. Jeśli przyswoimy pewien porządek, świat, który się nim rzą­ dzi, będzie dla nas jaśniejszy i czytelniejszy. Jeśli natomiast znajdziemy się w społeczeń­ stwie, którego zasad funkcjonowania nie znamy, na przykład zwiedzając jakiś daleki

autoportret 4 [51] 2015 | 71

kraj, szybko zdamy sobie sprawę z naszej niezdolności do zidentyfikowania podsta­ wowych elementów potrzebnych dla naszej orientacji w całości. W planie średniowiecz­ nego miasta porządek odzwierciedla się w organizacji sieci ulic. Ich splot z reguły nie wykazuje celowości, opiera się bowiem na naturalnych szlakach, które nakreśliło życie ekonomiczne i gospodarcze regionu. Przestrzenny porządek, którym rządzi się średniowieczne miasto, jest zatem wyni­ kiem długiego procesu. Nawet kompleksowe plany przestrzenne (na przykład praskiego Nowego Miasta lub środkowoeuropejskich ośrodków powstałych na podstawie tak zwa­ nego prawa magdeburskiego) nie są jednak wolne od licznych odstępstw i wyjątków naruszających pierwotny plan, które są wymuszane morfologią krajobrazu czy wcześniejszą zabudową. Granica jest miejscem, gdzie ów dobrze znany świat się kończy. W średniowieczu jej jednoznaczne uosobienie stanowiły mury miejskie. Ich funkcja była przede wszystkim obronna: chroniły miejską wspólnotę przed polityczną ekspansją innych ośrodków, a tak­ że przed nieobliczalnymi siłami przyrody. Wydzielały przestrzeń, w której panuje świat praw ludzkich, praw rozumu. Wchodząc do miasta, człowiek znajdował się w otoczeniu, którego porządek przyznawał mu pewien status, prawa i możliwości; opuszczając je, wydawał się na pastwę nieobliczalnych sił przyrody. Średniowieczne mury miejskie podkreślają zatem najbardziej podstawowe znaczenie granicy. Przypominają nam, że podczas gdy ruch w jej obrębie uspokaja nas i daje nam poczucie bezpieczeństwa, w chwili, kiedy ją przekraczamy, stajemy się częścią porządku, który jest nam nieznany, i w związku z tym czujemy strach. Świado­ mość czytelnego podziału na znane i niezna­ ne jest podstawową funkcją granicy, która

Camillo Sitte, plan Ringstrasse, 1889

camillo sitte, plan ringstrasse, 1889

przeciwnie – jest ona dla niego podstawo­ wą kategorią socjologicznego poznania. Badanie przestrzeni staje się tym samym katalizatorem nowego obszaru zaintereso­ wań nauk humanistycznych, wychodzących z założenia, że podstawy form społecznych tworzą się w bezpośrednim kontakcie człowieka, grupy i miasta. Zatem wspólnota i jej przestrzeń życiowa znajdują się w jed­ noczącej ramie, umożliwiającej uchwycenie wspólnych tendencji rozwojowych czy me­ chanizmy wzajemnych przemian. Działania te mają charakter dwukierunkowy: z jednej strony społeczeństwo przetwarza swoją przestrzeń życiową, produkuje nowe formy i adaptuje do swoich potrzeb te tradycyjne. Z drugiej zaś z konieczności przystosowuje się do elementów, które w swej postaci ma­ terialnej pozostają niezmienne i stawiają opór wszelkim próbom przemiany. Prze­ miana miasta według wyobrażeń grupy nie odbywa się więc w procesie ciągłym i bez­ problemowym, lecz składają się nań także momenty, kiedy środowisko staje się dla człowieka przeszkodą, którą należy usunąć lub się jej podporządkować. Choć taki prze­ bieg przemian siłą rzeczy jest naznaczony wieloma sukcesami i klęskami, życie społe­ czeństwa tworzy się w nim w permanentnej żywej komunikacji ze środowiskiem. Śro­ dowisko materialne odgrywa jeszcze jedną podstawową rolę. Z racji tego, że jego stwo­ rzone przez człowieka elementy, w odróż­ nieniu od żywych organizmów, odznaczają się relatywną stabilnością swoich form, stanowią też pewne stałe punkty zaczepie­ nia w ciągłym przepływie czasu i w życiu społeczeństwa, przyczyniając się do wraże­ nia trwałości i stabilności. Doniosłość tego zjawiska przejawia się najsilniej wobec zmian, przez które środowisko społeczne przechodzi na skutek naturalnej wymiany pokoleniowej. Na tym względnie niezmien­ nym materialnym środowisku będą zatem


odgrywa rolę w procesie budowania tożsamości. Słowacki antropolog Peter Salner odbiera tę tożsamość jako uświadamianie sobie przez jednostkę przynależności do określonej grupy oraz swej odmienności od innych członków spo­ łeczeństwa6. Skoro świadomość stałych granic wzmacnia spójność średniowiecznego społe­ czeństwa, podstawowe negatywne odniesienie stanowi dla niego postać obcokrajowca, który znajduje się za miejską bramą. Inność, którą uosabia, z jednej strony kreuje zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilności wspólnoty, z dru­ giej jest także ważnym elementem jednoczącym wewnętrznie jej członków. Środkiem jest to, ku czemu wszystko zmierza, w środku kryje się prawda. Kiedy zwiedzamy obce miasto, zwykle od razu udajemy się na jego główny plac. W nim dopatrujemy się istoty miasta, symboli jego bogactwa, statusu i władzy. Francuski filozof i semiotyk Roland Barthes miał okazję zastanawiać się nad znaczeniem środka podczas swoich podróży po Japonii. Zachęciła go do tego wizyta w Tokio, w środku którego zidentyfikował osobliwy, nie­ typowy dla zachodnich miast element – puste centrum7. Nie znaczy to, że w środku stolicy Japonii niczego nie ma. Przeciwnie, jądro miasta stanowi otoczony murami wspaniały kompleks rezydencji cesarza. W jego murach odgrywało się ukryte, niedostępne oczom zwykłych obywateli życie monarchy. Z tej osobliwej konstelacji przestrzennej Barthes wyciągnął wniosek, że podczas gdy centra europejskich miast – zgodnie z metafizyką zachodnią, dla której w każdym środku mieści się prawda – są zawsze pełne, Tokio – które rządzi się innymi cywilizacyjnymi zasada­ mi – ma puste centrum. Tę ostatnią sytuację z trudem by zniósł u siebie mieszkaniec 6 7

Europy Środkowej, bo życie publiczne w tej części świata od średniowiecza koncentrowało się w przestrzeni centralnego placu. Jego zna­ czenie jako wyznacznika wartości dodatkowo podkreśla obecność najważniejszych symboli władzy miejskiej i kościelnej. Dla duchowień­ stwa są nimi potężne, wznoszące się ponad ho­ ryzontem wieże katedry; władza świecka zaś wyraża się w gmachu ratusza. Sama przestrzeń placu z reguły służyła wymianie handlowej. W sercu miasta skupiają się zatem wszystkie trzy rodzaje władzy: gminna, duchowa i eko­ nomiczna. Ich wspólna obecność w obrębie jednej, ograniczonej przestrzeni zapowiada w ten sposób nie tylko merytoryczną i funkcjo­ nalną treść życia średniowiecznego mieszcza­ nina, lecz także podstawowe współrzędne jego układu wartości: „Dążenie do centrum jest zatem ruchem, którym zbliżamy się do uzna­ nej społecznie i metafizycznie potwierdzonej prawdy i rzeczywistości”8. Granica, porządek, środek. Jest oczywiste, że identyfikacja z pewnym porządkiem, świa­ domość jego granic oraz dążenie do podkreśla­ nia przez umieszczenie ich symboli w centrum ma fundamentalne znaczenie dla budowania tożsamości. Czujemy, że nasze otoczenie wewnętrzne i zewnętrzne pozostają względem siebie w jakiejś dziwnej zgodzie, pod warun­ kiem, że układ ten jest zachowany. Zrozumiały porządek, jasno rozpoznawalna granica, tętnią­ ce życiem centrum – tak ukształtowane miasto jest dla nas zrozumiałe i czytelne. Obecność tych cech możemy odnaleźć także w rozbujałej tkance nowoczesnych metropolii, pod warun­ kiem, że jesteśmy obeznani z podstawowymi zasadami miejskiej gramatyki. Mury, ogradza­ jące kiedyś średniowieczne miasto, już dawno runęły, a ślad po nich zachował się tylko w pla­ nie ulic, placów czy plant, które na ich miejscu

P. Salner, Cesty k identite, Bratislava: Zing­‑Print, 2005, s. 5.

R. Barthes, Imperium znaków, przeł. A. Dziadek, Warszawa: KR, 2004, s. 86.

8

M. Marcelli, Mesto a text, mesto ako text, in: O.A. Funda, L. Hohoš, M. Marce, Brněnské přednášky II, Brno 1999, s. 62.

autoportret 4 [51] 2015 | 72

powstały. Co zniknęło z kamiennego ciała miasta, ostało się w języku: do dziś, mówiąc „w mieście”, mamy przeważnie na myśli jego serce historyczne. Takie wyobrażenie znajduje odzwierciedlenie w mieszczańskiej mentalno­ ści, która ma swój fundament w średniowiecz­ nym obrazie miasta jako wspólnoty. GEMEINSCHAFT / GESELLSCHAFT

Mówienie o granicach, porządku i środku w wa­ runkach nowoczesnej metropolii wydaje się bezprzedmiotowe. Zapewne próba odnalezienia tych wyznaczników w wewnętrznej organizacji społeczeństwa zakończyłaby się niepowodze­ niem. Nie ulega wątpliwości, że charakter średniowiecznej wspólnoty i nowoczesnego wielkomiejskiego społeczeństwa będzie z grun­ tu inny. Niemiecki socjolog Ferdinand Tönnies u schyłku XIX stulecia wyraził ten fakt za pośrednictwem podziału na dwie podstawowe formy społecznej agregacji: Gemeinschaft i Gesell­ schaft9. Przez pierwszą z nich – Gemeinschaft – rozumiał on społeczeństwo funkcjonujące przeważnie na podstawie stosunków osobistych i emocjonalnych. Oznacza to, że członkowie Gemeinschaft będą się z grubsza wszyscy znać, tym samym maksymalna ich liczba będzie ogra­ niczała się do kilkuset, maksymalnie tysiąca członków, a więzi prymarne będzie z reguły podtrzymywać wspólnota rodowa czy kulturo­ we zakorzenienie, ewentualnie przynależność religijna lub terytorialna. Wspólne dobro cało­ ści będzie ważniejsze od indywidualnego dobra jednostki, a homogeniczność grupy zapewni możliwość jednolitego zachowania i będzie raczej prowadzić ku harmonii niż konfliktom. Członkowie takiego społeczeństwa w swoim zachowaniu będą się kierować wspólnymi regu­ łami i normami moralnymi, gwarantowanymi 9 F. Tönnies, Wspólnota i stowarzyszenie. Rozprawa o komunizmie i socjalizmie jako empirycznych formach kultury, przeł. M. Łuka­ siewicz, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2008.


przez wysoki stopień kontroli społecznej. Nie zajdzie potrzeba powoływania zewnętrz­ nych mechanizmów sprawujących kontrolę nad ich przestrzeganiem: wewnętrzny samo­ regulujący się mechanizm Gemeinschaft stanowi wystarczające zabezpieczenie. Z kolei Gesellschaft reprezentuje społeczeństwo, w którym na skutek jego różnorodności i dużej skali nie da się utrzymywać kontroli opartej wyłącznie na samoregulujących mechanizmach wewnętrz­ nych, a sieć więzi pierwotnych (rodzinnych i wspólnotowych) zostaje zastąpiona mniej ści­ słymi relacjami. Zamiast emocji, które przywią­ zywały do siebie członków Gemeinschaft, główne spoiwa w Gesellschaft będą bazować na myśleniu racjonalnym. W Gesellschaft lojalność względem większej całości będzie prawdopodobnie osłabio­ na na rzecz indywidualnego interesu. Tönnies poparł to podstawowe rozróżnienie przyrów­ naniem Gemeinschaft do żywego organizmu oraz Gesellschaft do tworu mechanicznego: „Wszystko, co jest «prawdziwe», jest też organiczne w tym sensie, że musi mieć związek z całym światem materialnym, który rządzi jego naturą i jego ruchami”10. W tym sformułowaniu znajdujemy pewne podobieństwo z późniejszą ideą przepla­ tania relacji jednostki, społeczeństwa i środo­ wiska, z której Halbwachs wywiódł swoją kon­ cepcję pamięci zbiorowej. Także na podstawie tych paraleli możemy sformułować wniosek, że podczas gdy nowoczesne miasto wykazuje czytelne znamiona Gesellschaft, średniowieczne miasto swoim charakterem raczej przypomina kameralną atmosferę Gemeinschaft. Pomimo tego, że obie kategorie Tönniesa pozostają idealnymi typami i nie roszczą sobie pretensji do tego, by wiernie odzwierciedlać rzeczywistość (sam Tönnies zakłada ich wzajemne przenikanie się), w ogólnym zarysie oddają ruch, który od śred­ niowiecznego miasta doprowadził do miasta nowoczesnego.

10

Tamże, s. 24.

MIASTO I WSPÓLNOTA

Praktyki, które wprowadzono do naszych miast w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, pociągają­ ce za sobą przemianę dawniej żywych centrów w starannie utrzymywane skanseny, są prze­ jawem pragnienia odnalezienia w rozrosłych organizmach naszych metropolii wyznacz­ ników, które określają współrzędne małego, bezpiecznego i dobrze znanego świata – obrazu, który przypisujemy przeszłości naszych miast i który kojarzy nam się z wyobrażeniem wspól­ noty miejskiej. Jej twórczą dźwignią będzie nostalgia, którą Svetlana Boym11 odbiera jako

tęsknotę za utraconym domem, niezależnie od tego, czy ten kiedykolwiek istniał, czy też nie. Pod koniec XX wieku owa nostalgia daje o sobie znać z niesłychaną siłą – zaniedbywane przez dziesięciolecia centra miejskie na nowo stają się ośrodkami wielkomiejskiego ruchu. Odnawia się funkcja społeczna i handlowa placów, fasady domów błyszczą świeżym tynkiem. Powracają zapomniane symbole, odwołujące się do daw­ nych założycielskich tradycji i ważnych histo­ rycznych wydarzeń. Szczególną troską cieszą się jednoczące elementy, takie jak gmach ratusza czy mury miejskie, które bywają wznoszone na nowo na dawnych fundamentach. W kon­ serwacji zabytków zostaje zastosowana nowa purystyczna doktryna, która będzie dążyła do oczyszczenia centrów miast z nowoczesnych naleciałości. Pod wieloma względami zatem miasto powróci do swojej przednowoczesnej postaci. W czasach, gdy powierzchnia miasta i liczba jego mieszkańców kilkudziesięciokrot­ nie przerosły jego pierwotne granice, elementy nawiązujące do obrazu miasta jako wspólnoty powrócą do przestrzeni publicznej. Fakt ten jasno dokumentuje spojrzenie na miasto z lotu ptaka: w miejską panoramę, oprócz historycz­ nych dominant, wpisują się kontury osiedli, promieniście rozchodzące się drogi i tory kolejo­ we, hale fabryczne, kominy czy inne elementy przemysłowego krajobrazu. Pogodzenia się ze świadomością, że miasta nie można już uchwy­ cić w jego całości, dowodzi kariera, jaką w two­ rzeniu naszego obrazu miasta zrobiła metafora palimpsestu. Miasto jako wielowarstwowy, fragmentaryczny organizm zakłada odejście od oczekiwania, że w jego tworzywie znajdziemy spójną, definitywną narrację. Czytanie miasta jako palimpsestu oznacza rezygnację ze spójnej interpretacji. Jest dokładnym przeciwieństwem marzenia o zrozumiałym świecie, który uciele­ śnia zamknięta wspólnota miejska.

11

TŁUMACZENIE ZE SŁOWACKIEGO:

W świetle tego krótkiego historycznego wy­ wodu możemy teraz na nowo spojrzeć na spór naszych dwóch architektów. Jest ewidentne, że w centrum zainteresowania Ottona Wagne­ ra znajdował się zupełnie inny typ miejskiej cywilizacji, niż ten, który stanowił przedmiot refleksji Camilla Sittego. Podczas gdy Sitte wychodził z obrazu tradycyjnego społeczeń­ stwa, funkcjonującego na podstawie ścisłych więzi, czym przypomina kameralną atmo­ sferę Gemein­schaft, Wagner w swoich wizjach wydaje się kierować ideą społeczeństwa, które tradycyjne relacje oparte na wyznawanych wartościach rozpuściło w sieci stosunków racjonalnych i które z tego powodu ma bliżej do społeczeństwa typu Gesellschaft. Powtórzmy też, że w wyobrażeniu, które ma swój funda­ ment w teorii pamięci zbiorowej Halbwachsa, miasto jest platformą długotrwałego działa­ nia aktorów społecznych oraz ich życiowego środowiska, że jego przesłanką jest relatywnie stabilna sytuacja egzystencjalna, podobnie jak ciągły rozwój bez wyraźnych przełomów, wreszcie że tylko połączenie tych warunków umożliwia nawiązanie bezpośrednich więzi między człowiekiem i otoczeniem.

S. Boym, The Future of Nostalgia, New York: Basic Books, 2002, passim.

autoportret 4 [51] 2015 | 73

EMILIANO RANOCCHI


TRZY LEKCJE Dyskusja na temat modernistycznych osiedli mieszkaniowych we Francji i Stanach Zjednoczonych Giulio Giovannoni


Dzieci bawiące się w jednym z niedawno ukończonych bloków osiedla Pruitt-Igoe w St. Louis, proj. Monoru Yamasaki, 1952–1955

PRUITT­‑IGOE I MIT KLĘSKI MODERNIZMU

Porażające obrazy rozbiórki Pruitt­‑Igoe, osie­ dla wzniesionego w Saint Louis w latach 50. i częściowo wysadzonego w powietrze w roku 1972, są w dalszym ciągu wymownym symbolem rzekomej klęski architektury modernistycznej. Oscar Newman przedstawiał Pruitt­‑Igoe jako modelowy przykład niedającego się obronić, źle zaprojektowanego osiedla, które musiało stać się siedliskiem strachu, wandalizmu i roz­ padu1. Colin Rowe i Fred Koetter użyli obrazów zapadających się budynków, omawiając schyłek utopijnej architektury XX wieku rodzącej „zu­ bożałe banalne osiedla mieszkaniowe, stojące niczym nieożywione symbole nowego świata, który ostatecznie postanowił nie nadejść”2. Charles Jencks z kolei utożsamił rozbiórkę Pruitt­‑Igoe ze śmiercią nowoczesnej architek­ tury. W jego książce wizualna sugestywność eksplodujących budynków została powiązana z towarzyszącym jej epitafium:

fot. missouri history museum st. louis

Architektura modernistyczna umarła w St. Louis w stanie Missouri 15 lipca 1972 roku, o godzinie 15:32 (mniej więcej), kiedy to niesławne osiedle Pruitt­ ‑Igoe, a raczej kilka z jego wielkopłytowych bloków, otrzymało końcowy coup de grâce za pomocą dyna­ mitu. Czarni mieszkańcy tych bloków rozwalali, niszczyli i psuli, co tylko się dało. Nic nie pomogło pakowanie milionów dolarów w utrzymywanie (malowanie, wstawianie nowych szyb i naprawianie wind) i w końcu położono kres nieszczęsnym budyn­ kom: bum, bum, bum… Niewątpliwie należało zachować te ruiny, z ta­ bliczką konserwatora zabytków jako memento porażki urbanistyki i architektury. Jak „kaprysy”

czy sztuczne ruiny wznoszone w posiadłościach XVIII­‑wiecznych angielskich ekscentryków, które miały przypominać im przeszłą sławę i chwałę, współczesne ruiny powinny uczyć nas szacunku dla naszych dawniejszych porażek. Jak powiedział Oscar Wilde: „doświadczenie to nazwa, którą nada­ jemy popełnionym błędom”. W celach zdrowotnych zatem powinniśmy pozostawić je rozrzucone regu­ larnie w krajobrazie jako ciągłą naukę3.

Musiało upłynąć czternaście lat od publikacji książki Jencksa, aby dominująca narracja na temat klęski modernistycznej architek­ tury została zakwestionowana w poważny sposób. Dopiero Katherine Bristol4 postawiła tezę, że upadek Pruitt­‑Igoe – i szerzej, upadek również innych modernistycznych dzielnic mieszkaniowych – nie wziął się głównie z rzekomych błędów projektowych. W grę wchodziły silnie oddziałujące aspekty spo­ łeczne, ekonomiczne, instytucjonalne oraz administracyjne – i wszystkie one przyczyniły się do tego, że na terenie Pruitt­‑Igoe doszło do bezprecedensowej koncentracji biednych i pozbawionych praw ludzi, którzy zamiesz­ kali w źle utrzymywanych budynkach. Bristol twierdziła, że: Mit obarczający projektantów odpowiedzialnością za niepowodzenie osiedli odwraca uwagę od insty­ tucjonalnych czy strukturalnych źródeł proble­ mów związanych z publicznym mieszkalnictwem. Jednocześnie uprawomocnia on architektoniczną profesję, sugerując, że głęboko zakorzenione proble­ my społeczne są powodowane, a zatem i rozwiązy­ wane, przez architekturę5.

nie chcemy, aby ludzie myśleli o Pruitt­‑Igoe jako o klęsce, jeżeli mają oni przekładać tę klęskę na wszystkie publiczne osiedla czy wszystkie pro­ gramy rządowe, społeczeństwo dobrobytu czy cały modernizm […]. Jeżeli chcemy powiedzieć, że ten jeden projekt, w tym konkretnym miejscu, ze wzglę­ du na jasno określony zestaw powodów upadł do tego stopnia, że jego rozbiórka została uznana za konieczność, to w porządku, jednak nie w taki sposób została opowiedziana ta historia.

Zasadnicze przesunięcie perspektywy, naj­ pierw zaproponowane przez Bristol, a następ­ nie wzmocnione przez Friedrichsa, jest dobrze uzasadnione i udokumentowane. W rzeczywi­ stości bardzo zaskakujący jest fakt, że krytyka modernizmu mogła zyskać tak szeroką akcep­ tację, pomimo że była niemal wyłącznie oparta na twierdzeniach Jane Jacobs8 i Oscara New­ mana9 odnoszących się do trudnego do obrony The Pruitt­‑Igoe Myth, reż. Ch. Friedrichs, Columbia, MO: Unicorn Stencil Documentary Films, 2011. 7 R. Fishman, Urban Utopias in the Twentieth Century: Ebenezer Howard, Frank Lloyd Wright, LeCorbusier,Cambridge (MA): MIT Press, 1982. 8 J. Jacobs, The Death and Life of Great American Cities, New York: Basic Books, 1961; wyd. pol. Śmierć i życie wielkich miast Ameryki, przeł. Ł. Mojsak, Warszawa: Centrum Archi­ tektury, 2014. 9 Zob. przyp. 1. 6

C.A. Jencks, The Language of Post­‑Modern Architecture, New York: Rizzoli, 1977, s. 9; cyt. za wyd. pol.: Architektura post‑ modernistyczna, przeł. B. Gadomska, posłowie W. Kosiński, Warszawa: Arkady, 1987, s. 9. 4 K. Bristol, The Pruitt­‑Igoe Myth, „Journal of Architectural Education” 1991, vol. 44, no. 3, s. 163–171. 5 Tamże, s. 163. 3

Zob. O. Newman, Defensible Space, New York: Macmillan, 1972; tegoż, Creating Defensible Space, US Department of Housing and Urban Development: Office of Policy Develop­ ment and Research, 1996. 2 C. Rowe, F. Koetter, Collage City, Cambridge (MA): MIT Press, 1978, s. 4 (wszystkie cyt. w art. w tłum. M.Ch.). 1

Kolejne dwie dekady później film dokumental­ ny The Pruitt­‑Igoe Myth wyreżyserowany przez Chada Friedrichsa6 pchnął dalej proces dekon­ strukcji narracji, które powstały wokół tego osiedla, co pozwoliło na zdecydowane wykro­ czenie poza stwierdzenie o klęsce publicznego budownictwa mieszkalnego. Jak ujął to histo­ ryk urbanistyki Robert Fishman, „Pruitt­‑Igoe nie jest po prostu narodowym, czy nawet światowym symbolem klęski amerykańskiego budownictwa publicznego. Jest również sym­ bolem zauważalnej klęski działań rządowych wyrastających z dobrych przesłanek”7. Według badacza miasta Josepha Heathcotta,

autoportret 4 [51] 2015 | 75


Lotnicza fotografia osiedla Pruitt-Igoe w St. Louis, 1968

charakteru modernistycznych publicznych osiedli mieszkaniowych. Szeroki zakres nar­ racji wokół Pruitt­‑Igoe otwiera również nowe ścieżki dla ponownego rozważenia – z perspek­ tywy etnografii, historii i krytycznej reflek­ sji – wyrosłych w głównym nurcie zastrzeżeń pod adresem modernistycznego budownictwa masowego jako całości. „MIEJSCE, W KTÓRYM BAWILIŚMY SIĘ DO UPADŁEGO”: ODWRÓCENIE NARRACJI NA TEMAT PRUITT­‑IGOE

Etnograficzne badania nad życiem codzien­ nym modernistycznych osiedli są bardzo rzadkie. Ta luka wydaje się co najmniej oso­ bliwa. W gruncie rzeczy cała krytyka moder­ nistycznych założeń mieszkaniowych opiera się na założeniu, że nie działają one dlatego, iż brakuje w nich przejawów codziennego ludzkiego funkcjonowania. Według Newma­ na10 ten brak – i wynikająca z niego przestęp­ czość – zależy od sposobu, w jaki osiedla te są fizycznie zaprojektowane. Chociaż New­ man z pewnością dowodzi istnienia związku pomiędzy zrealizowanym projektem i skłon­ nością do popełniania przestępstw, względne znaczenie namacalnego aspektu projektu

Rodziły się tam przyjaźnie i kształtowały więzi. Niektóre z nich mogły trwać całe życie. Wiem, że wiele złych rzeczy wzięło się z Pruitt­‑Igoe, wiem, że tak było, ale nie wydaje mi się, aby było ich więcej niż tych dobrych, naprawdę, ponieważ w pierwszej kolejności Pruitt­‑Igoe było po prostu wspaniałym miejscem: było cudowne!

Zob. O. Newman, dz. cyt.

wikimedia commons, domena publiczna

10

w wyjaśnianiu rzekomej klęski modernizmu jest w dużej mierze przeceniane. Co więcej, kategoryczność, z jaką ruch modernistyczny został odrzucony przez Newmana, Jenck­ sa i wielu innych, odwrócił uwagę badaczy od możliwości analizy siłą rzeczy złożonego życia społecznego, które – w swoich najlep­ szych i najgorszych przejawach – toczyło się w ramach modernistycznych osiedli. Nawet w Pruitt­‑Igoe, czyli w modelowo źle zapro­ jektowanym osiedlu (przynajmniej w świe­ tle kryterium „zapobiegania przestępczości poprzez projektowanie otoczenia”), niewielka liczba wywiadów przeprowadzonych z byłymi mieszkańcami odsłania przed nami nieoczeki­ wanie bogaty fresk wspomnień i doświadczeń. Zanim splot gospodarczych, społecznych i poli­ tycznych warunków powojennego Saint Louis doprowadził do jego klęski, istniały pomiędzy mieszkańcami osiedla ciepłe stosunki rodzin­ ne i powiązania wspólnotowe. Jak opowiada Jacqueline Williams:

Wszyscy byli mieszkańcy, z którymi rozmawiał Friedrichs, dostarczają entuzjastycznych rela­ cji na temat swoich pierwszych lat spędzonych w „piekle” Pruitt­‑Igoe. To, co ważne w ich wspomnieniach, to nie tylko ładunek emocjo­ nalny, który łatwo może ulec zniekształceniu wskutek upływu czasu i związanej z nim ide­ alizacji okresu młodości, ale podejście w tych opisach do przestrzeni. W gruncie rzeczy o wiele trudniej jest wymyślić na nowo lub wy­ paczyć opowieść o sposobie, w jaki użytkowana była przestrzeń. Na przykład dla Sylvestra Browna Pruitt­‑Igoe „było miejscem, w którym

autoportret 4 [51] 2015 | 76

bawiliśmy się do upadłego wzdłuż wiaty pomiędzy budynkami, na schodach, biegając po okolicy. Było to miejsce, w którym dzieciaki naprawdę miały szansę się wyszaleć”. We wspo­ mnieniach Valerie Sills to otoczenie osiedla zrodziło nawet poczucie bezpieczeństwa: Pruitt­‑Igoe było dla mnie bezpiecznym miejscem i nie za bardzo mnie obchodzi to, co mówili na jego temat inni ludzie. Oni mieszkali na zewnątrz. Jeśli tam nie mieszkałeś, myślałeś, że było to złe miejsce, ale dorastanie tam… znało się ludzi i nigdy nie było się samotnym. Muszę powiedzieć, że nie było się samotnym, ponieważ zawsze ktoś wpadał do domu, ktoś był piętro niżej czy wyżej, tu byli ludzie, tam się świeciło światło, było życie, więc nie byłam sama i się nie bałam.

Jeśli odejdziemy od Pruitt­‑Igoe – i od złożonych gospodarczych, społecznych i politycznych uwarunkowań powojennego Saint ­Louis – sytu­ acja modernistycznych osiedli staje się jeszcze bogatsza i bardziej zróżnicowana. Badania poświęcone życiu codziennemu w modernistycznych osiedlach dostarczają interesujących wyników. Badania antro­ pologiczne przeprowadzone przez Jean­ ‑Françoise Augoyarda na osiedlu l’Arlequin w Grenoble we Francji11 oraz te autorstwa Noëla Jouenne’a na Corbusierowskim osie­ dlu Firminy­‑Vert12, również we Francji, zostaną przedstawione tutaj szerzej. Oba projekty podkreślają ograniczenia podejść – takich jak „zapobieganie przestępczości przez projektowanie środowiska” – które przypisują przestrzeni i zbudowanej formie J.­‑F. Augoyard, Pas à pas. Essai sur le cheminement quotidien en milieu urbain, Paris, Éditions du Seuil, 1979; korzystam z wydania angielskiego: Step by Step. Everyday Walks in a French Urban Housing Project, Minneapolis, MN: University of Minnesota Press, 2007. 12 N. Jouenne, La vie collective des habitants du Corbusier, Paris: L’Harmattan, 2005. 11


deterministyczną władzę nad ludźmi i ich społecznymi doświadczeniami. OSIEDLE L’ARLEQUIN W GRENOBLE: CODZIENNE SPACERY I DEKONSTRUKCJA ZAPROJEKTOWANEJ PRZESTRZENI

Osiedle l’Arlequin należy do tak zwanego Villeneuve (Nowego Miasta), modernistyczne­ go założenia zbudowanego w okresie od poło­ wy lat 60. do połowy lat 80. XX wieku, które spinało miasta Grenoble i Échirolles w regio­ nie Rodan­‑Alpy na południowym wschodzie Francji. Villeneuve powstało na podstawie planu (schéma ­directeur), który przewidywał sześć osiedli, każde po dwa tysiące mieszkań, rozmieszczonych wokół centralnego obszaru zarezerwowanego na usługi i udogodnienia dla mieszkańców. Projekt Villeneuve był szeroko dyskutowany we Francji i pociągnął za sobą skoordynowa­ ne działania centralnych i lokalnych władz. Cały program był oparty na następujących regułach projektowania: zróżnicowanym użyciu gruntów, równoległej realizacji bu­ dynków publicznych i mieszkalnych przewi­ dzianych w planie; centralnym transporcie publicznym, stworzeniu pewnej liczby dziel­ nic robotniczych położonych w sąsiedztwie Villeneuve. Oprócz jednolitego schematu głównych elemen­ tów usługowych i infrastrukturalnych przewi­ dzianych w planie, każda dzielnica Villeneuve różni się zasadniczo od innych, zbudowa­ nych w różnym czasie i według odmiennych kryteriów projektowania. L’Arlequin, osiedle zbudowane w latach 1971–1977, jest jednym z trzech, obok Olympic Village (1965–1971) i dzielnicy Les Baladins, należących do gminy Grenoble. Jest to kręta, rozciągnięta z południa w kierunku północnym, struktura o długo­ ści 1,4 kilometra, z której w nieregularnych

odstępach wyrastają pod kątem 120° kolejne odgałęzienia. Wysokość budynków waha się od sześciu do dwunastu pięter. Konstrukcja blo­ ków osiedla została wzniesiona na pilotis (słu­ pach unoszących bryłę budynku nad poziom gruntu), dzięki czemu w parterze powstała niezwykle długa, pozbawiona przeszkód galeria dla pieszych. Swoją nazwę osiedle zawdzięcza polichromowanym fasadom budynków. Poza tym, że Villeneuve stanowi reprezentatywny przykład architektury modernistycznej, pro­ jekt ten stał się przedmiotem ważnego projektu badawczego Jean­‑François Augoyarda13, który dobitnie pokazał złożoność i subiektywny charakter związku pomiędzy zaprojektowaną przestrzenią i ludzkim zachowaniem. Badania Augoyarda są oparte na prostym, ale kluczowym spostrzeżeniu, a mianowi­ cie, że ludzie, chodząc po osiedlu, wyrażają swoją osobowość. Dlatego też sposób, w jaki osiedle – i jakiekolwiek inne środowisko życia – jest „obchodzone”, zmienia się w za­ leżności od osoby. Ponieważ jednak istnieją niezliczone spo­soby śledzenia ścieżek i samej przestrzeni, trasy ludzi mogą być poddawane analizie w taki sam sposób, w jaki bada się język. Osobowość danej jednostki jest zatem wyrażana według „lingwistyki chodzenia”, której jednak nie można w prosty sposób odkodować na podstawie obserwacji i zapi­ sywania ścieżek wytyczanych w przestrzeni. Każda przechadzka wiąże się w rzeczywisto­ ści ze złożonym doświadczeniem, które jest na wiele sposobów wyjątkowe i niepowtarzal­ ne, i składa się z co najmniej trzech wymia­ rów: sensorycznego, społeczno­‑relacyjnego i wyobrażonego – tylko język werbalny może wyrazić jego złożoność. W świetle powyższego metoda analizy zastosowana przez Augoyarda jest oparta

na rekonstruowaniu tych „spacerowych do­ świadczeń” poprzez narracje sporządzone przez próbną grupę mieszkańców osiedla l’Ar­ lequin w różnych porach dnia i tygodnia. W rzeczywistości, jak ujął to sam badacz, „wypowiedź ustna […] wydawała się nam na­ śladować całkiem dokładnie akt przechadzki. Tak jak ten ostatni, jest ona płynna, skłonna do dygresji, zdolna do zapominania o tym, co pozornie kluczowe, i wchodzenia w szcze­ góły. Czy nie jest ona jeszcze jednym sposobem wyrażania tego samego sposobu istnienia?”14. W akcie chodzenia zawsze daje się wyróżnić element proaktywny i bierny, podobnie jak w akcie lektury: Analogia z ekspresją graficzną jest niezwykle uderzająca. Tak jak książka jest czytana równolegle z procesem nieruchomego (prze)pisywania i jest pisa­ na w tym samym czasie, kiedy jest czytana dla siebie i innych, chodzenie przypomina czytanie–pisanie”. Jeżeli codzienne spacery stanowią formę ekspre­ sji, retoryka spaceru istnieje i stanowi „translację stylów właściwych dla mieszkańca oraz korelację różnych jednostkowych stylów w ramach wspólnej przestrzeni15.

Pierwsze spostrzeżenie, które można poczy­ nić, zanim przystąpi się do badania retoryki chodzenia mieszkańców, wiąże się z faktem, że zaprojektowana przestrzeń nie istnieje jako całość w ramach przeżywanego doświadczenia: „nieświadomy przestrzennej całości, mieszka­ niec może dobrowolnie wykluczyć sam siebie. Jest to wykluczenie, pominięcie nieopisanego, niezamieszkałego terytorium, które jest od­ powiednikiem czystej nieobecności”16. Ważne jest, aby podkreślić, że wykluczone terytorium jako czysta nieobecność jest neutralne dla J.­‑F. Augoyard, dz. cyt., s. 19. Tamże, s. 26. 16 Tamże, s. 28. 14 15

13

Zob. przyp. 11.

autoportret 4 [51] 2015 | 77


Pasaż w jednym z bloków osiedla l’Arlequin, Villeneuve, Grenoble, proj. Georges Loiseau, Jean Tribel i Jean-François Parent, współpraca: Henri Ciriani, Michel Corajoud, Borja Huidobro, 1968–1973

doświadczenia mieszkańca, przez co nie stano­ wi dla niego żadnego problemu.

fot. © fonds dau. siaf / cité de l’architecture & du patrimoine /archives d’architecture du xxe siècle

Figury retoryczne chodu są używane przez Augoyarda do analizy różnych sposobów, za po­ średnictwem których przestrzeń jest przyswa­ jana przez mieszkańców osiedla l’Arlequin. Jak się wydaje, dokonują one rekonfiguracji prze­ strzeni na nieskończenie wiele sposobów, przez co wydajemy się nieistotni w obliczu zdolności do warunkowania przez przestrzeń sposo­ bów jej przyswajania przez mieszkańców. Dla przykładu, podczas gdy dla jednych przestrzeń postrzegana jako „domowa” ogranicza się do własnej sypialni, dla innych rozszerza się ona i obejmuje znaczną część galerii w parterze budynków. Różnice w przyswajaniu osiedla są odzwierciedlane w nazwach używanych dla miejsc, które zmieniają się w zależności od gru­ py oraz podgrupy. Uczęszczanie przestrzeni jest nierozerwalnie związane z procesem charakte­ ryzującego ją nazywania. Pojęcie granicy staje się płynne, ponieważ nie istnieje takie przy­ swojenie, „które miałoby ostateczne znaczenie lub które byłoby ustanowione raz na zawsze”17. Wreszcie praktyki związane ze spacerami są wzbogacane przez wymiar wyobrażeniowy poszerzający możliwe znaczenia, które jeden i ten sam element przestrzenny może przyjąć. W rezultacie dokonane przez Augoyarda odko­ dowanie retoryki chodzenia sprawia, że środo­ wiskowy determinizm Oscara Newmana i Jane Jacobs zaczyna się wydawać niebezpiecznie redukcjonistyczny i pozwala rozciągnąć spo­ strzeżenia Katherine Bristol związane z „mitem Pruitt­‑Igoe” na cały „mit klęski modernizmu”. Raz jeszcze środowiskowy determinizm uprawo­ mocnia profesję architekta, sugerując jej zdol­ ność do rozwiązywania kwestii społecznych, i odwraca uwagę od prawdziwych przyczyn problemów związanych z mieszkalnictwem 17

autoportret 4 [51] 2015 | 78

Tamże, s. 16.


fot. © archives jean tribel

Widok osiedla l’Arlequin w Grenoble, 1968–1973

komunalnym. Do uwag Bristol powinniśmy dodać, że retoryka modernistycznej klęski przeszkadza w docenieniu wielości społecz­ nych i fizycznych sytuacji, do których docho­ dzi na modernistycznych osiedlach i które wymagają bardzo szczególnych rozwiązań pozwalających poradzić sobie z nimi. Corbusie­ rowska jednostka mieszkalna (unité d’habitation) w Firminy­‑Vert, którą badał antropolog Noël Jouenne18, stanowi dobry przykład rozwiązań zapewniających optymalne funkcjonowanie tego rodzaju kompleksów mieszkaniowych. FIRMINY­‑VERT: ŻYCIE CODZIENNE W „CORBUSIERZE”

Zbudowana w latach 1965–1967 jednostka mieszkalna w Firminy jest ostatnią z serii pięciu (spośród trzydziestu zaprojektowanych przez Le Corbusiera), które kiedykolwiek udało się zrealizować. Została usytuowana w modernistycznej dzielnicy Firminy­‑Vert, 18

Zob. przyp. 12.

wzniesionej po roku 1953 dzięki zaangażowa­ niu i determinacji Eugène’a Claudius­‑Petita. Ten ważny francuski polityk, który pełnił funkcję ministra odbudowy i planowania w la­ tach 1948–1953, zarzucił karierę w ogólnokra­ jowej polityce, by oddać się realizacji swoich planistycznych koncepcji jako mer Firminy. Całe założenie, zaprojektowane zgodnie z re­ gułami Karty Ateńskiej przez zespół moderni­ stycznych architektów składa się z dwunastu budynków mieszkalnych o różnej długości i wysokości: wieżowca, Corbusierowskiej unité, dwóch centrów handlowych oraz kilku budynków o charakterze usługowym. Dwa z nich – Maison de la Culture et de la Jeunesse (Dom Kultury i Młodzieży) i kościół – również zostały zaprojektowane przez Le Corbusiera. Praca Noëla Jouenne’a jest poświęcona wyłącz­ nie Corbusierowskiej jednostce mieszkalnej. To duży, prostopadłościenny budynek usytu­ owany na linii północ–południe, o długości 130 m, szerokości 21 i wysokości 56. To naj­ większa ze zrealizowanych według projektu

autoportret 4 [51] 2015 | 79

Le Corbusiera jednostek, w której zmieściło się 414 mieszkań (dla porównania – 337 w Mar­ sylii) przeznaczonych dla 1800 mieszkańców. Budynek został zaprojektowany według tych samych Corbusierowskich reguł, które za­ stosowano wcześniej w Marsylii, takich jak osadzenie bryły na pilotis, zastosowanie „wolnej elewacji” – niezależnej od konstrukcji gmachu, usytuowanie usług publicznych na dachowym tarasie (szkoła, basen itp.). Budżet budyn­ ku wynosił jednak zaledwie jedną czwartą kosztów wzniesienia jednostki mieszkaniowej w Marsylii, dlatego zarzucono pomysł pod­ ziemnych parkingów i próbowano zaoszczędzić na wielu elementach, począwszy od izolacji, na wykończeniu skończywszy. Mieszkania, w różnych rozmiarach i o różnym układzie, są rozmieszczone na siedmiu piętrach roz­ planowanych wzdłuż siedmiu wewnętrznych korytarzy. Większość z nich przecina budynek wzdłuż i wychodzi zarówno na wschód, jak i zachód. Konstrukcja została zaprojektowana przy wykorzystaniu schematu proporcji Modu­ lora – o wysokości 2,26 m i szerokości 1,83 m. Na badania Noëla Jouenne’a, oparte na me­ todach stosowanych w antropologii, składały się obserwacje i wywiady przeprowadzone w ciągu półtora roku. Jedno z pierwszych pytań, na które projekt miał odpowiedzieć, brzmiało „Jak to się stało, że ludzie zaczęli mieszkać w budynku Le Corbusiera?”. Na­ turalnie ludzie wprowadzający się do unité d’habitation dzielą się na dwie główne grupy: tych, którzy osiedlili się tam z konieczności, oraz tych, którzy zrobili to z własnego wyboru. Dla naszych celów najbardziej interesująca jest ta druga kategoria. Wśród czynników, które wydają się decydujące dla członków tej grupy, jest pozytywny obraz wiązany z nazwiskiem Le Corbusiera oraz ideą ville radieuse – jak w przypadku mężczyzny przypominającego swojemu ojcu podczas przejazdu koło Firminy­ ‑Vert „To jest ville radieuse!”, czy w wypadku


kobiety mówiącej o „elemencie utopijnym”, który miał wpływ na dokonany przez nią wy­ bór. Zgadza się to ze spostrzeżeniem Pinsona19, że „wyjątkowy charakter Corbusierowskich jednostek uchronił je przed trywializacją”, co spotkało francuskie przedmieścia (le banlieu) i inne podobne modernistyczne realizacje. Interesujące w micie otaczającym jednostkę z Firminy­‑Vert jest nie tylko to, że przyciąga wielu ludzi, ale także to, że wpływa na admini­ stracyjne decyzje zarządców mieszkań publicz­ nych. Podania do lokalnych władz komunal­ nych z prośbą o możliwość pozyskania miesz­ kania w budynku Corbu były często wspierane listami wystosowanymi przez samego mera. „Oczywiście – mówi ówczesny mer – gdybyśmy chcieli wypełnić Corbu imigrantami, nie było­ by z tym problemu. Ale wtedy budynek stałby się gettem i dlatego też Claudius­‑Petit, a potem 19

D. Pinson, Architecture et modernité, Paris: Flammarion, 1996.

ja – choć nie powinno się o tym mówić – stara­ liśmy się utrzymać pewną ich liczbę, ponieważ powyżej niej życie stałoby się niemożliwe dla nas wszystkich”. Obraz wiązany z Le Corbusie­ rem działa jak marka, która kieruje ludzkim zachowaniem na wiele różnych sposobów. To za jej sprawą jednostka stała się społecznie zróżnicowanym osiedlem, w którym mieszka­ nia znalazły nie tylko rodziny o niskich docho­ dach, ale także nauczyciele, architekci, młodzi ludzie oraz przedstawiciele klasy średniej. Rozróżnienie pomiędzy tymi, którzy wybie­ rają unité z konieczności, oraz tymi, którzy wprowadzili się tam z własnej woli, znajduje odzwierciedlenie w dwóch różnych sposo­ bach zamieszkiwania budynku. Chociaż dla 40 procent mieszkańców bloku Le ­Corbusiera stanowi on tymczasowe miejsce pobytu, najwy­ żej na rok, to dla 20 procent stał się on stałym adresem zamieszkania, gdzie pozostali przez około 30 lat. Pomimo tego, że ­pozytywne sko­ jarzenia z nazwiskiem architekta ­miały z pew­ nością wpływ na taki wybór, inne czynniki również odegrały tutaj istotną rolę. W rze­ czywistości dla wielu rodzin długotrwałość Firminy­‑Vert stanowi element szerszego planu życiowego polegającego na zakupie własnego domu, co umożliwiają niskie czynsze komu­ nalne. Wielu spośród nich to młodzi ludzie, o czym świadczy chociażby przypadek jednego z byłych mieszkańców: Sam mieszkałem w Le Corbusierze i kiedy się stamtąd wyprowadziłem, zamieszkałem na małym osiedlu domów jednorodzinnych. Moja pensja nie pozwalała mi na zbudowanie własnego. Kupiłem dom realizowany „pod klucz” i nie był zbyt drogi… Prawdę powiedziawszy, gdybym miał środki do zbu­ dowania własnego domu, inspirowałbym się nieco bardziej tym, co znałem z jednostki mieszkaniowej.

fot. josep maria torra/flickr

Z długoterminową trwałością „Le Corbusie­ ra” ściśle powiązana jest społeczna praktyka

autoportret 4 [51] 2015 | 80

zmiany mieszkań. Umożliwiają to przy­ najmniej trzy czynniki: wysoka (sięgająca przynajmniej trzydziestu) liczba typów mieszkań zaprojektowanych przez architekta, zawyżona stopa obrotu mieszkań i względnie wysoka liczba dostępnych do wynajęcia lokali. Czynniki te sprawiają, że mamy do czynienia z elastycznością, która pozwala rodzinom na dostosowywanie mieszkań do ich zmienia­ jących się z biegiem czasu potrzeb. Interesujący wydaje się również jeden z głów­ nych problemów dostrzeganych przez miesz­ kańców jednostki, a mianowicie poziom hała­ su. Skomplikowany układ mieszkań sprawia, że każde z nich ma znaczną liczbę przylegają­ cych do niego lokali sąsiednich. Do mieszkań wchodzi się różnymi wejściami, przez co ich użytkownicy nigdy się nie spotykają ze swoimi sąsiadami. To sprawia, że izolacja akustyczna jest jednym z głównych wyzwań związanych z jakością życia codziennego. Pierwotne ograniczenia budżetu spowodowały znaczne cięcia właśnie w tym obszarze. Interesujące jednak wydaje się to, jak postrzeganie hałasów zmienia się w zależności od grup kulturowych i etnicznych: podczas gdy dla mieszkańców pochodzących z Afryki Północnej hałas wydaje się synonimem życia, dla innych użytkow­ ników stanowi on przede wszystkim źródło utrapienia. Te kulturowe różnice powinny być uwzględnione w sposobie zarządzania miesz­ kaniami w jednostce. Podsumowując niniejszy szkic, warto poruszyć dwie kwestie. Pierwsza dotyczy zasadniczej rewizji narracji potępiających modernistycz­ ną architekturę per se. Tego rodzaju narracje nie uwzględniają w wystarczającym stopniu licznych i złożonych czynników, które spowo­ dowały klęskę niektórych modernistycznych realizacji architektonicznych. Ta konkluzja, silnie wspierana przez rewizję przypadku Pruitt­‑Igoe, znajduje również potwierdzenie


na tej i na sąsiedniej stronie: Jednostka mieszkaniowa w Firminy-Vert, proj. Le Corbusier, 1965

w osiedlu l’Arlequin w Grenoble i w jed­ nostce mieszkaniowej w Firminy­‑Vert, które w gruncie rzeczy stanowią przykłady prawidłowo działających modernistycznych osiedli. Krytyczne stanowiska są ugrun­ towane na środowiskowo deterministycz­ nych ujęciach, które – o ile nie są w ogóle całkowicie błędne – wydają się znacząco upraszczać złożone i nieprzewidywalne sposoby, w jakie zamieszkałe ­środowisko jest przystosowywane przez różnych użytkowników. Zarówno w Grenoble, jak i w Firminy­‑Vert to samo środowisko umożliwia zaistnienie całkowicie różnych sposobów życia i relacji w przestrzeni. Chociaż niektóre z argumentów Newmana na temat korelacji przestępczości i zreali­ zowanego projektu są z pewnością mocne, nadszedł czas, aby na nowo rozważyć ich znaczenie dla wyjaśnienia społecznych niepowodzeń architektury. Konieczność rewizji wspomnianych wyżej narracji staje się szczególnie ważna, gdy rozważymy, jak argumentowała Bristol20, fakt, że jednym z ich skutków jest maskowanie realnych przyczyn odpowiedzialnych za klęskę maso­ wych założeń mieszkaniowych. To z kolei prowadzi nas do drugiego nurtu rozważań, który jest związany z główną cechą modernistycznych wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, a mianowicie złożoności. Budynki zaprojektowane dla tysięcy ludzi, takie jak jednostka w Firminy­ ‑Vert czy bloki składające się na ­osiedle l’­Arlequin, są niesłychanie złożonymi „maszynami do mieszkania” (machines à ha‑ biter), które jako takie powinny być projek­ towane, budowane i zarządzane. Chociaż Le Corbusier był mistrzem w zarządzaniu złożonością, to już sposób, w jaki została wzniesiona, a następnie administrowana Zob. przyp. 4. fot. josep maria torra/flickr

20

jednostka w Firminy­‑Vert, nie uwzględniał w pełni skali jej skomplikowania. Cięcia w budżecie przeznaczonym na izolację akustyczną mogły znacząco wpłynąć na śro­ dowiskowy komfort mieszkańców. Nawet pozornie pozbawiona znaczenia zmiana związana z kolorami pasaży mogła istotnie zakłócić dzieciom orientację w ich wnę­ trzach. To z kolei wiedzie nas do ostatecznej konkluzji, że modernistyczne budownictwo

masowe może świetnie działać, jednak pod warunkiem, że środki zainwestowane w jego wzniesienie, a następnie w zarządzanie nim są odpowiednio wysokie. Chociaż wniosek ten może się wydawać oczywisty, politycy, planiści i zarządcy mieszkań komunalnych bardzo rzadko są tego świadomi. TŁUMACZENIE Z ANGIELSKIEGO: MICHAŁ CHOPTIANY


PIEŚŃ DLA MACHNÁČA

N

iepozorne uzdrowisko Trenčian­ ske Teplice to małe miasto, w którym spektakularne wizje XX wieku można skonfronto­ wać z ich materialnym upadkiem. Dziś wypróbowywane są tu nowe formy debaty nad przyszłością dziedzictwa kulturowego XX  wieku na Słowacji. Tam, gdzie zawodzi opieka instytucji publicznych, a działania właścicieli prowadzą do zniszczenia istnie­ jących wartości historycznych, konieczne są wspólnotowe działania oddolne. Epoka pierwszej Republiki Czechosłowacji pozostawiła w Trenčianskich Teplicach liczne przykłady wybitnej architektury. Jednym z nich jest dom uzdrowiskowy Machnáč, należący do najważniejszych zabytków funkcjonalizmu na Słowacji.

Dom uzdrowiskowy Machnáč powstał na zlecenie praskiego Zakładu Ubezpieczeń Urzędników Prywatnych, taką też nazwę nosił w latach 30. XX wieku. Jego autorem jest Jaromír Krejcar1, praski architekt, którego projekt zwyciężył w ogłoszonym w 1929 roku konkursie. Pierwotny plan nie zakładał jednak tak progresywnej budowli, 1 Jaromír Krejcar urodził się w Hundsheim w Dolnej Austrii w 1895 roku, zmarł w 1949 w Londynie. Archi­ tekt czeski, aktywny w kręgach artystycznych lat 30. XX wieku. Członek praskiego związku artystycznego Dziewięćsił (Devětsil). Jego dorobek nie jest rozległy, ale reprezentuje wszystko to, co w europejskim funkcjonalizmie najlepsze. Według jego projektu zrealizowano w roku 1938 pawilon Czechosłowacji na Wystawie Światowej w Paryżu. Umieszczonym na przeciwległym brzegu Sekwany ponadczasowym dziełem Jaromíra Krejcara umierająca republika sta­ wiała symboliczny opór nastającym anachronicznym tendencjom architektury Trzeciej Rzeszy i ZSRR.

autoportret 4 [51] 2015 | 82

jaką możemy dziś – pomimo stanu obiek­ tu – podziwiać. Dzieło Krejcara miało szczęście do inwestora, który skłonny był włożyć niemały kapitał w eksperymental­ ny projekt. Z dzisiejszej perspektywy nie można też zapomnieć o wsparciu władz samego uzdrowiska w Trenčianskich Teplicach – rozwój wodolecznictwa łączyły one właśnie z wizjami modernizmu. Dom uzdrowiskowy Machnáč udało się zrealizo­ wać w roku 1932 i była to wówczas naj­ bardziej kosztowna inwestycja na terenie Czechosłowacji. Podwójne okna, zadaszone tarasy, żelbetowy szkielet umożliwiający dowolne rozplanowanie przestrzeni, a tak­ że wielkopowierzchniowe przeszklenia sta­ nowią spójną prezentację najważniejszych założeń nowoczesnej architektury w taki sposób, w jaki definiował ją Le Corbusier.

fot. a. kalinova

Martin Zaiček


Zrekonstrowana na podstawie fotografii z lat 30. scena opalania się na tarasie domu uzdrowiskowego Machnáč w Trenčianskich Teplicach, 2013

SANATORIUM MACHNÁČ

Popularne letnie sanatorium po wojnie zostało znacjonalizowane i znalazło się w rękach państwa; ten sam los spotkał wszystkie uzdrowiska na terenie Czecho­ słowacji. Od tego czasu możemy pisać histo­ rię zinstytucjonalizowanej rekreacji, która trwała aż do roku 1990. Dom uzdrowiskowy Machnáč działał nieprzerwanie od 1932 do 2001 roku: prawie siedemdziesiąt lat. Okazało się, że upadek organizowanej przez państwo rekreacji uzdrowiskowej w latach 90. XX wieku, związany między innymi z uwolnieniem cen energii, oznaczał proble­ my nie do pokonania, niemożliwe stało się dalsze prowadzenie obiektu. Ulubione sanatorium, w którym stałymi gośćmi byli również Czesi i Niemcy, w ciągu jednej dekady popadło w ruinę. Ówczesny zarząd uzdrowiska nie wykorzy­ stał potencjału tkwiącego w rodzinnej pa­ mięci pokoleń uzdrowiskowych gości. Dom został sprzedany firmie z Kentucky, o której

Dom uzdrowiskowy Machnáč, 1932

nikt nic nie wie. Niech to posłuży za ko­ mentarz na temat starań właścicieli o dobro wartościowego zabytku kultury: ozdobę albumów o architekturze XX wieku dziś pozostawiono złodziejom złomu i działaniu czasu. W mieście zamieszkanym przez 4000 mieszkańców trudno znaleźć wystarczająco liczną grupę oddanych aktywistów, którzy zdołaliby zwrócić uwagę na rozpaczliwy stan kulturowego dziedzictwa tego miasta. Ponieważ dom uzdrowiskowy przestał peł­ nić swoje funkcje już lata temu, niemożliwe jest przywrócenie w nim dawnej działal­ ności. Dziś wydaje się więc konieczne, aby wokół Machnáča wytworzyła się nowa społeczność, dlatego w 2011 roku powsta­ ła inicjatywa, założona przez fotografkę Andreę Kalinovą i przeze mnie – architek­ ta Martina Zaička. Opustená (Re)kreácia (Opuszczona [Re]kreacja) w artystyczny spo­ sób przekształca lokalny fenomen kultury wypoczynku ze stanu, w jakim znalazła się niszczejąca architektura.

WYPOCZYNEK BEZ WCZASOWICZÓW

Projekt Opustená (Re)kreácia jest jedyną w regionie obywatelską inicjatywą poświę­ coną architekturze. Trenčianske Teplice dzieli od stolicy Słowacji 140 kilometrów; to peryferie życia kulturalnego i społeczne­ go. Tymczasem w przedwojennej Czecho­ słowacji było to znane miejsce wypoczynku praskich osobistości. Współczesne Trenčian­ ske Teplice raczej upadają, niż rozkwitają. Raz do roku miasto gości międzynarodowy festiwal, w czasie trwania którego po czer­ wonym kobiercu przechadzają się gwiazdy filmowego ekranu. Wartość ukryta w miej­ scowym dziedzictwie architektonicznym pozostaje dla publiczności nieznana; więcej o nim dowiadują się studenci architektu­ ry niż mieszkańcy czy goście uzdrowiska. Cele, jakie na początku postawili sobie inicjatorzy przedsięwzięcia, nie były skrom­ ne: zaktywizować mieszkańców – laików w kwestiach architektury – do tego stopnia,

fot. archiwum opustenej (re)kreácie

Z wybudowanych sześćdziesięciu pięciu pokoi domu zdrojowego pięćdziesiąt miało balkony wychodzące na park, tworzące na wschodniej ścianie ikoniczną dziś kompozycję. Przy projektowaniu poręczy i kształtowaniu balkonów Krejcar osiągnął podobne efekty jak Gropius w internacie szkoły Bauhausu w Dessau. Barwa domu nawiązywała do trendów grupy De Stijl. Kolory czerwony, błękitny, biały i czarny akcentowały architekturę z zewnątrz. Uwagę zwiedzających również dziś przycią­ gają pomysłowe detale techniczne czy wciąż funkcjonalne okna bratysławskiej firmy Kraus, dzięki którym udało się przekształcić małe pokoje mieszkalne w przestronne log­ gie. Balkon i okno nie mają tu tylko funkcji użytkowej – są też znakami architektury.


Opuszczony ogród na dachu domu uzdrowiskowego Machnáč

Autorzy projektu od 2013 roku skupili się na działaniach dotyczących jednego budyn­ ku: domu uzdrowiskowego Machnáč, który jest najbardziej zagrożonym zniszczeniem budynkiem w mieście.

fot. p. kuzmin

(RE)KREACJA W MACHNÁČU

żeby sami stali się obrońcami miejscowej architektury, a przede wszystkim domu uzdrowiskowego Machnáč. Od zarządu in­ frastruktury kolejowej wynajęto nieużywa­ ną stację historycznej kolejki elektrycznej, również wybudowaną w funkcjonalistycz­ nym stylu. W ciągu jednego tygodnia zorga­ nizowano tam wykłady na temat architek­ tury XX wieku dla mieszkańców i uzdro­ wiskowych gości. Miejsce to stało się dla projektu przystankiem w latach 2012–2013. Zapraszano rozmaitych gości: specjalistów z obszaru sztuki, architektury i antropolo­ gii kultury, którzy ukazywali miejscowej publiczności współczesne trendy rewitali­ zacji architektury i różne formy aktywizmu w przestrzeni publicznej. Oczywistością było też cieszące się dużą popularnością zwiedzanie zabytków lokalnej architektury, któremu towarzyszył komentarz specjalisty. Częścią projektu była współpraca z miejsco­ wą szkołą podstawową; jeden z wykładów dotyczył architektury funkcjonalistycznej na świecie i jej recepcji w miejscowym budownictwie. Potem młodzież wyruszyła w teren, żeby lepiej poznać i zrozumieć

miejscowy funkcjonalizm. Uczniowie brali też udział w warsztatach z rysunku – sami mogli się wcielić w rolę architektów i zapro­ jektować swój wyśniony dom, odwołując się do funkcjonalistycznych zasad. Projekt toczył się na dwóch równoległych poziomach. Pierwszym z nich była opisana wyżej działalność edukacyjna adresowa­ na do mieszkańców, drugim, nie mniej istotnym, działalność artystyczna. Ta część projektu zaistniała w mediach. Studenci i absolwenci Akademii Sztuk Pięknych w Bratysławie reagowali na stan miejscowej architektury, którą tematyzowali w swoich artystycznych interwencjach, realizowa­ nych bezpośrednio w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza jako instalacje site specific. Dzięki tym działaniom w czasie trwania festiwalu filmowego Artfilm udało się kilkukrot­ nie przyciągnąć uwagę ogólnokrajowych mediów – prasy i telewizji – a miejscowe dziedzictwo architektoniczne mogło zostać zaprezentowane szerokiej publiczności. Opustená (Re)kreácie stopniowo przekształ­ ciła się w otwartą platformę artystyczną.

autoportret 4 [51] 2015 | 84

Machnáč stał się katalizatorem wielu arty­ stycznych aktywności. Pierwszą z nich była akcja Internazionale Putzbrigade, zorgani­ zowana wiosną 2013 roku. Grupa młodych artystów i architektów ze Słowacji i dwu­ dziestu gości z Wiednia, między innymi pracowników instytucji kultury i studen­ tów architektury z Universität für ange­ wandte Kunst, wkroczyła wspólnie do domu uzdrowiskowego, by uporządkować jego wnętrza i tym samym symbolicznie ukazać troskę o jego stan. W duchu porządkowania i rewitalizacji w stylu guerilla odbył się też performance Izba 106 (Pokój 106). Jego autorzy dokonali pełnej rekonstrukcji jed­ nego z 65 pokojów według stanu z roku 1932. Drobiazgowe zapoznanie się z zakątkami domu uzdrowiskowego spowodowało, że los budynku stał się im jeszcze bliższy. UŻYTECZNOŚĆ KONTRA WARTOŚĆ

Wielu ludzi rozumie architekturę jako zada­ szenie dla ludzkich aktywności. Ta budząca dyskusje definicja tworzy wyobrażenie, że architektura jest jedynie formalnym, materialnym artefaktem, który ma zna­ czenie czysto utylitarne. Przekonanie, że architektura będąca obrazem ludzkiej twórczości mogłaby też być postrzegana jako manifestacja myśli, bywa przeciw­ stawiane koncepcji architektury, w której główną rolę odgrywa jej użyteczność. Dom uzdrowiskowy Machnáč w Trenčianskych Teplicach, jako ruina wyobrażeń moderni­ stycznej przyszłości, nie ma dziś znaczenia


od góry: Akcja Internationale Putzbrigade, 2013 Architektoniczne warsztaty dla dzieci na terenie dawnego uzdrowiska, 2013 Jeden z wykładów zorganizowany w ramach projektu Opustená (Re)kreácia, 2013 Pokój 106 – rekonstrukcja oryginalnego wyglądu pomieszczenia z lat 30.

Machnáč stał się miejscem, które umożliwia oddolne wytworzenie się wspólnoty. Program edukacyjny, włączenie do projektu dzieci oraz czasowe interwencje artystyczne umożliwiły integrację ludzi, którzy nie znali się wcześ­ niej, a których połączył jeden cel: ochrona opuszczonego domu uzdrowiskowego. Celem tym nadal pozostaje ochrona lub przynajmniej powstrzymanie procesu dalszego upadku obiektu. Sam budynek jest wystarczająco zna­ ny, żeby wzbudzić zainteresowanie profesjo­ nalnych kręgów w Słowacji i Czechach. Wydaje się więc, że dalszym, koniecznym krokiem jest włączenie do projektu wyższych uczelni z regionu we współpracy ze specjalistami z obszaru rewitalizacji dziedzictwa kultury XX wieku. W tej dziedzinie Słowacja wciąż pozostaje w tyle, zwłaszcza w porównaniu z Czechami, gdzie świadomość na temat archi­ tektury XX wieku rozwija się, między innymi dzięki zabytkom takim jak willa Tugendhatów w Brnie2. Dziedzictwo architektoniczne nie musi być jedynie kulisami rozwoju turystyki. Budynki z XX wieku bywają często, właśnie ze względu na swoją „zwyczajność”, postrzegane przez współczesnego człowieka jako mniej war­ tościowy fragment miejskiego krajobrazu. Architektura nie tworzy jednak tylko naszej Willę Tugendhatów w Brnie zaprojektował w 1929 roku Mies Van der Rohe. Od 2001 roku budowla ta wpisana jest na listę UNESCO.

urbanistycznej topografii, jest zarazem mate­ rialnym uobecnieniem topografii społecznej. Modernizm XX wieku pozostawił na Słowacji wiele realizacji, które dziś pozostają zapom­ niane lub niezrozumiane, a ich potencjał – niewykorzystany. Dziś okazuje się, że jakość przestrzeni architektonicznej jest uwarunko­ wana nie architektonicznym stylem, ale ra­ czej aktywnościami i społeczną otwartością lokalnych i globalnych relacji. ARCHITEKTURA HUMANIZMU

Wartość humanizmu w architekturze jest dziś w dużej mierze lekceważona przez czynniki technokratyczne i ekonomiczne. Tej tendencji, którą można było obserwować już w okresie spóźnionego modernizmu lat 80. XX wieku, nie udało się dotąd zatrzymać. Dlatego Machnáč, podobnie jak inne budynki czasu romantycznych utopii lat 30. i 60., po­ zostaje niezrozumiany. Jego nieekonomiczna przestronność publicznych i społecznych prze­ strzeni stoi w sprzeczności z powierzchnią pokojów, z których można zrobić użytek ko­ mercyjny. Otwierające przestrzeń na wejściu rampy oraz ogrody na dachu samoczynnie nie przynoszą zysku, wydają się więc zbyteczne. Idea architekta, aby przestrzenie te służyły jako miejsca społecznych interakcji gości sa­ natorium, z punktu widzenia współczesnych właścicieli staje się niepotrzebnym naddat­ kiem. Niezgoda na taką postawę stała się we­ wnętrznym impulsem do stworzenia wspól­ noty wokół Opustenej (Re)kreácie. Właśnie w historii architektonicznego modernizmu widzi ona potencjał stawiania „nowych” wyzwań w wytwarzaniu współczes­nych, społecznie integrujących architektonicznych przestrzeni. Dzięki temu staje się też głosem w tej dyskusji.

2

TŁUMACZENIE ZE SŁOWACKIEGO: WERONIKA PARAFIANOWICZ­‑VERTUM

autoportret 4 [51] 2015 | 85

fot. a. kalinova, m. kováčová, p. kuzmin

użytkowego, ale przyciąga społeczne działania. Projekt Opustená (Re)kreácia na pewno nie jest akcją przyciągającą tłumy, nie łączy się z wy­ darzeniami zapełniającymi place, jest jednak przykładem niszowego trendu, który w dzisiej­ szym społeczeństwie, kierującym się przede wszystkim ekonomicznym pragmatyzmem, wskazuje na niezrozumiane albo zapomniane wizje humanizmu pierwszej połowy XX wieku.


Katarzyna Sadowy, Marlena Happach

PRZESTRZEŃ PUBLICZNA  JAKO WYZWANIE SPOŁECZNE MIASTO JAKO MIEJSCE SPOTKANIA

Różni ludzie szukają w mieście różnego pozio­ mu zaangażowania, identyfikacji, bycia roz­ poznawanym. Truman Capote, uzasadniając, że Nowy Jork jest jedynym prawdziwym mia­ stem na świecie, powiedział, że jest to jedyne miejsce, gdzie można być 10 osobami naraz, prowadzić życie w 10 postaciach, z 10 grupa­ mi przyjaciół, które nie mają nic wspólnego z sobą, podczas gdy na przykład Londyn jest prowincjonalny – ci sami ludzie spotykają ciągle tych samych ludzi. Emmanuel Levinas i Richard Sennett zwracają uwagę na rolę ob­ cowania z innymi w mieście i na to, jak może to czynić nas lepszymi i pełniejszymi ludźmi, pomóc wyzbyć się strachu i niechęci. Jednym z najtrudniejszych wyzwań w kształ­ towaniu przestrzeni miasta jest właśnie zapewnienie ram zarówno do spotkania z innym, jak i do odnalezienia poczucia zakorzenienia i wspólnoty, tworzenia miejsc,

gdzie różnorodność nie będzie się wiązała ze strachem ani wykluczeniem, gdzie wspól­ nota nie będzie oparta na zamknięciu i lęku przed innymi, a każdy będzie mógł odnaleźć właściwe dla siebie proporcje prywatności i przynależności. W kształtowaniu takiego miasta szczególną rolę odgrywają pojęcie lokal­ ności oraz wymiar przestrzeni publicznej. LOKALNOŚĆ JAKO WARTOŚĆ

Lokalność zawsze wiąże się ze szczególnym charakterem miejsca i tym, co różni je od po­ zostałych części miasta. Ma charakter zarówno przestrzenny, jak i społeczny – materialna postać miasta wpływa na sposób, w jaki z nie­ go korzystamy, ale z drugiej strony kształtują ją także postawy, relacje, więzi i działania użytkowników. Dlatego przestrzeń miasta to złożony i różnorodny zespół elementów. Są to budynki i budowle, elementy infrastruk­ tury, tereny zieleni, a także powiązania i rela­ cje pomiędzy nimi, ich wielkości i odległości

autoportret 4 [51] 2015 | 86

od siebie, podział na dzielnice, kwartały i działki. Tworzą one układ funkcjonalny tego, w jaki sposób korzystamy z przestrzeni i architektury – gdzie mieszkamy, pracujemy, kupujemy, korzystamy z usług, opieki zdro­ wotnej, edukacji, rozrywki, wreszcie gdzie odpoczywamy czy uczestniczymy w kulturze. Wszystko to tworzy charakter miasta, nieroz­ dzielnie związany z jego krajobrazem widzial­ nym (zbiorem panoram i widoków) i tym, który słyszymy (soundscape). Lokalność dotyczy przestrzeni, która jest nam bliska, w skali, którą możemy łatwo opano­ wać – zarówno fizycznie (możemy na przykład bez trudu obejść ją pieszo), jak i intelektualnie (dobrze ją znamy, pamiętamy nawet drob­ ne szczegóły z nią związane). Dotyczy także poczucia przynależności wynikającej między innymi z rozpoznawania i bycia rozpoznawa­ nym przez innych użytkowników przestrzeni, z odwiedzania stale tych samych miejsc, z po­ czucia fizycznej i emocjonalnej bliskości.


PRZESTRZEŃ PUBLICZNA JAKO ŚRODEK W TWORZENIU WSPÓLNOTY

wszystkie fot. m. happach

Architektonicznym narzędziem tworzenia podbudowy do powstania więzi społecznych w mieście jest przestrzeń publiczna. Brak dobrej przestrzeni publicznej jest jedną z łatwiej identyfikowalnych przyczyn braku integracji społecznej, szczególnie odczu­ walnego w dynamicznie rozwijających się miastach, które stanowią cel migracji. Przy braku cech i przestrzeni wspomagających identyfikację napływowych mieszkańców z ich nowym domem, proces ten powoduje nasilanie się zjawisk takich jak grodzone osiedla czy drenaż ludzi z ulic miasta przez tworzony w centrach handlowych erzac przestrzeni publicznej. Istnieje ścisły związek między kapitałem społecznym a formą przestrzeni, która determinuje rodzaj i częstotliwość kontak­ tów, a tym samym stymuluje lub osłabia interakcje między użytkownikami prze­ strzeni. Dodatkowym bodźcem jest wspólne działanie na rzecz przestrzeni na poziomie współdecydowania i współtworzenia, czego rezultatem jest współodpowiedzialność, która ma przeciwdziałać atomizacji społecz­ nej i zanikaniu więzi sąsiedzkich.

PRZESTRZENIE PUBLICZNE I PRYWATNE W TKANCE MIASTA

Przestrzenie publiczne kształtują się w za­ leżności od struktury przestrzennej miasta, formy wnętrz urbanistycznych, układu ulic, placów i terenów zieleni. W Warszawie możemy wyróżnić cztery główne typy ukła­ dów urbanistycznych: tradycyjną zabudowę miejską (czy w szczególności – śródmiej­ ską), wielkie osiedla mieszkaniowe (zwane blokowiskami), nową zabudowę typu „dewe­ loperskiego” i wreszcie zabudowę jednoro­ dzinną, zwykle o charakterze podmiejskim, choć występującą także w bardziej central­ nych dzielnicach. Tradycyjna zabudowa (śród)miejska wystę­ puje w Warszawie tam, gdzie zachował się historyczny lub przynajmniej przedwojenny układ urbanistyczny, i tam, gdzie po wojnie wybudowano nowe kwartały czy osiedla z za­ chowaniem tradycyjnego układu – przede wszystkim w Śródmieściu, na Pradze Północ, na Woli, częściowo na Ochocie, Mokotowie i Żoliborzu. Charakteryzuje się czytelnym układem z podziałem na działki i kwartały, wyznaczone siatką ulic, które tworzą główne

autoportret 4 [51] 2015 | 87

przestrzenie publiczne. To, na ile i jak zaspo­ kajane są potrzeby lokalnych społeczności, zależy w dużym stopniu od tego, co znajduje się w parterach budynków (sklepy, punkty usługowe, miejsca spotkań). Tego rodzaju struktura przestrzenna narzuca wyraź­ ne rozróżnienie przestrzeni publicznych i prywatnych. Można powiedzieć, że w dużej mierze oddaje ona dwoistość życia miej­ skiego. Ulice i place są miejscem całkowicie przypadkowych spotkań czy po prostu okazją do przebywania wśród innych ludzi. Dzie­ dzińce wewnętrzne, podwórka oraz klatki schodowe to przestrzeń wyraźnie wyodręb­ nionej sąsiedzkiej wspólnoty. Wielkie osiedla mieszkaniowe często są po­ strzegane jako zabudowa gorsza zarówno estetycznie, jak i społecznie. Dzieje się tak, mimo że w wielu miastach, tak jak w War­ szawie, są to dziś często dobrze funkcjonu­ jące obszary, z których mieszkańcy nie­ chętnie się wyprowadzają. Wielu autorów zwracało już uwagę na to, że ten ustalony w publicznym dyskursie obraz w rzeczy­ wistości nie odpowiada znacznie bardziej złożonemu charakterowi różniących się od siebie „blokowisk”. Osiedla często znajdują się w dzielni­ cach peryferyjnych, ze względu na roz­ ległe tereny, które były potrzebne pod

Otoczenie Hali Wola w Warszawie


Przedpole ratusza na Bemowie

masowe budownictwo lat 60. i 70. XX wie­ ku, w ­Warszawie – na Ursynowie, Bemowie, Pradze Południe, ale także na Mokotowie, Targówku czy Woli. To one spowodowały wprowadzenie do powszechnego użycia słowa „osiedle” jako określenia podstawo­ wej jednostki przestrzennej. Ze względu na swoją skalę są często silniejszym punk­ tem odniesienia dla mieszkańców niż sama dzielnica – przykładem może być Bródno, Służew czy Jelonki. W odróżnieniu od tradycyjnego układu opartego na siatce ulic, przestrzeń pomię­ dzy budynkami wielkich osiedli mieszka­ niowych jest znacznie mniej określona, jest raczej płynna, amorficzna. Dotyczy to także przestrzeni publicznych i półpublicznych, które przenikają się nawzajem. W trady­ cyjnej zabudowie granice mają charakter fizyczny – tworzą je pierzeje ulic i placów, rodzaje nawierzchni, ogrodzenia, bramy kamienic, oficyny oddzielające podwórka. Na wielkich osiedlach mieszkaniowych o publicznym lub półpublicznym, a nawet półprywatnym charakterze przestrzeni decyduje raczej sposób jej użytkowania, a czasem zawłaszczania. W stosunkowo rozległych przestrzeniach pomiędzy bu­ dynkami kształtują się miejsca, gdzie ktoś gra w piłkę, ktoś siedzi z piwem na ławce, ktoś sadzi kwiaty. Ciągi pieszo­‑jezdne także są polem negocjacji lub konfliktów decydu­ jących o sposobie ich użytkowania – służą jako dojazd dla samochodów i rowerów, par­ king oraz trasa ruchu pieszego. Cechą bardzo szczególną takiego układu urbanistycznego jest to, że meandrujące ulice i ciągi ruchu, trudne do uchwycenia

kierunki, niełatwe do ogarnięcia wzrokiem wnętrza pomiędzy budynkami tworzą przestrzeń poznawalną nie analitycznie, ale intuicyjnie, na skutek wielokrotnego doświadczania jej, więc z natury przeznaczo­ ną tylko dla jej stałych użytkowników. Osoby z zewnątrz czują się zagubione albo gubią się faktycznie, zresztą w tych osiedlach niewiele jest funkcji o znaczeniu ponadlo­ kalnym, które przyciągałyby osoby z innych części miasta. Dłuższe przebywanie w tych przestrzeniach publicznych jest uzależnione od dwóch czynników – wyposażenia w detal urbanistyczny oraz poczucia bezpieczeństwa. Place zabaw, ławki, skwery z murkami, na których można przysiąść, placyki przy domach kultury lub innych lokalnych ośrod­ kach aktywności tworzą nieraz sprzyjające ramy do spotkań, mimo swojego bardzo skromnego charakteru. Także tereny zieleni, jako przestrzeń rekreacji, spotkań, spacerów, uprawiania sportu czy ogrodnictwa, są dużą wartością budującą lokalność osiedli. Dla wielu osób zabudową zapewniającą wyższy standard życia, do którego warto aspirować, jest nowa wielorodzinna zabudo­ wa „deweloperska” lub dom jednorodzinny. Zabudowa wielorodzinna pod względem układu przestrzenno­‑funkcjonalnego przy­ pomina tradycyjną zabudowę miejską, z po­ działem na wyraźnie wyodrębnione działki i kwartały. Działki zabudowywane zwykle w maksymalnych dopuszczalnych grani­ cach tworzą pierzeje uliczne, a wewnątrz budynków – podwórka i dziedzińce, dostęp­ ne tylko dla mieszkańców. Od zabudowy

autoportret 4 [51] 2015 | 88

śródmiejskiej i osiedli społecznych budowa­ nych w dwudziestoleciu międzywojennym oraz wkrótce po wojnie odróżnia je brak programu infrastruktury społecznej, który łączyłby je rzeczywiście w osiedla. Program handlowo­‑usługowy zapewniają lokale użytkowe w parterach. Jakość architektury i przestrzeni takiej zabudowy jest zróżnico­ wana – od mocno już zniszczonych tech­ nicznie i mniej atrakcyjnych funkcjonalnie budynków z lat 90. po nową zabudowę Żoliborza, Bielan czy Wilanowa. Cechą bardzo charakterystyczną znacznej części tego typu zabudowy jest zamykanie przestrzeni półprywatnych i półpublicz­ nych, dostępnych tylko dla mieszkańców oraz fakt, że tworzą oni homogeniczne grupy społeczne. Zamknięty charakter całych osiedli (włączania nawet ulic do przestrzeni półpublicznej) zaspokaja i zarazem wzmaga potrzebę oddzielenia się – społecznego i przestrzennego – od in­ nych ludzi, niepodobnych do mieszkańców danego osiedla. Unikanie podróży trans­ portem publicznym, praca w miejscach, które nie umożliwiają kontaktów z osoba­ mi różniącymi się zawodem czy pozycją społeczną, powodują, że ci mieszkańcy miasta faktycznie nie uczestniczą w życiu miejskim jako życiu prawdziwej, zróż­ nicowanej wspólnoty. Lokalność w tym wymiarze jest przykładem polaryzacji społeczeństwa i wyodrębniania się ujedno­ liconych wewnętrznie grup społecznych. Przynależność do takich grup lokalnych jest ściśle związana ze statusem mate­ rialnym. Również w odniesieniu do prze­ strzeni publicznej następuje nie tylko jej


prywatyzacja, ale także komercjalizacja – korzystanie z niej wymaga dobrej sytuacji finansowej nie tylko dlatego, że ceny mieszkań są wysokie. W przestrzeni – jak w przypadku Pól Wilanowskich czy nowej zabudowy w rejonie Dworca Gdańskiego, brakuje przestrzeni publicznej, w której można by przebywać na zasadach nieod­ płatnych. Funkcję miejsca spotkań pełnią nietanie lokale gastronomiczne – restau­ racje i kawiarnie. Ze wszystkich typów zabudowy, w tej występuje najmniejsze zaangażowanie osobiste mieszkańców w otaczającą przestrzeń. Odpowiedzialność za nią zostaje przeniesiona jako płatna usługa na innych – pracowników ochrony, administrację budynków. Także w zabudowie jednorodzinnej wy­ stępuje problem kształtowania wspólnej przestrzeni publicznej i centrów lokalnych. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na fizyczny brak przestrzeni wspólnych innych niż ulice (czasem pozbawione nawet chodników). Na monofunkcyjnych obsza­ rach peryferyjnej zabudowy jednorodzinnej ulice wyznaczone są przez ogrodzenia pry­ watnych domów i służą głównie do prze­ mieszczania się prywatnymi samochodami pomiędzy miejscami pracy położonymi często w innych dzielnicach a własnym domem i ogrodem. Lokalność może wiązać się z silnym poczuciem tożsamości czy przywiązaniem do miejsca zamieszkania albo dobrymi relacjami z najbliższymi są­ siadami. Nie ma jednak przestrzeni, które sprzyjałyby szerszym kontaktom, wymagały negocjowania sposobów jej użytkowania.

CENTRUM LOKALNE JAKO PRZESTRZEŃ WSPÓLNOTY

W ramach analizy zleconej OW SARP przez władze stołeczne Warszawy zostało przeprowadzone badanie sieci miejsc, które sprzyjają społecznym aktywnościom. Definicja centrum lokalnego na potrzeby tego studium powstała na podstawie nie tyl­ ko przemyśleń ekspertów, ale też otwartych spotkań z mieszkańcami i aktywistami. Za centra lokalne zostały uznane miejsca, które zawierają element powszechnie dostępnej przestrzeni publicznej, są wie­ lofunkcyjne (z możliwością wymienności funkcji na przykład w zależności od pory dnia czy roku), znajdują się w niewiel­ kiej odległości od miejsc zamieszkania (10–15 minut spaceru), służą wymianie: handlowej, intelektualnej, społecznej, mają program/ofertę dla różnych grup wieko­ wych i społecznych, łączą ludzi i budują lokalną wspólnotę. Pożądane jest, by miały przyjemną, ładną formę urbanistyczną oraz niepowtarzalny charakter, budujący lokalną tożsamość. Przy tak określonych kryteriach za centra lokalne nie zostały uznane place miejskie o znaczeniu ogólnomiejskim (jak plac Konstytucji czy plac Defilad). Odrzucone zostały duże kubaturowe obiekty han­ dlowe lub handlowo­‑biurowe bez prze­ strzeni publicznej i bez potencjału jej wytworzenia wokół – centra lokalne mają

autoportret 4 [51] 2015 | 89

służyć wytworzeniu społeczności lokalnej, niezbędna jest więc stała grupa użytkow­ ników. Potencjału centrum lokalnego nie mają lokalizacje odizolowane od zabudo­ wy mieszkaniowej. Mimo niewątpliwych walorów przestrzennych i przyrodniczych centrami lokalnymi nie są też ponadlokalne tereny zieleni i rekreacji, na przykład Pole Mokotowskie, Morskie Oko czy plaże nad Wisłą. Potencjału wytworzenia centrum lokalnego nie mają miejsca z dużym prze­ pływem podróżnych (przede wszystkim dworce kolejowe i autobusowe), a także węzły komunikacyjne. Wbrew skojarzeniom z centrami aktywności lokalnej centrów lokalnych w znaczeniu przestrzennym nie stanowią też kluby czy świetlice w pojedyn­ czych lokalach, chociaż przy odpowiednich uwarunkowaniach mogą je współtworzyć. W ramach działań we wspomnianym pro­ jekcie przeanalizowano niemal 170 lokaliza­ cji spełniających wskazane wyżej kryteria. Na tej postawie wyróżniono podstawowe typy przestrzenne charakterystyczne dla warszawskich centrów lokalnych. Podsta­ wową formą urbanistyczną sprzyjającą two­ rzeniu centrum lokalnego jest plac – wolna, niezabudowana przestrzeń miejska, zwykle w kształcie prostokąta lub kwadratu, ograniczona zabudową, ulicami, zielenią, przeważnie wyłączona z ruchu pojazdów. Jako forma dobrze sprzyja rozwojowi centrum lokalnego ze względu na określo­ ny, domknięty i łatwo wyczuwalny zasięg, odpowiednią proporcję powierzchni we­ wnątrz zabudowy obsługujących przestrzeń

Plac Kasztelański na Bemowie


otwartą, zwykle dużą różnorodność funkcji w pierzejach (handlowych, administracyj­ nych, kulturalnych, religijnych) i aktywno­ ści w przestrzeni otwartej (relaks, handel, wydarzenia okolicznościowe), stanowiącą mieszankę funkcji usługowych i mieszkal­ nych w bezpośrednim sąsiedztwie. na tej i następnych stronach: skwer Stanisława Broniewskiego „Orszy” na warszawskim Mokotowie

Problemem współczesnych centrów lo­ kalnych w formie placów jest najczęściej organizacja ruchu kołowego uniemożliwia­ jąca połączenie przestrzeni otwartej placu z usługami w parterach. Wąskie chodniki i samochody parkujące wzdłuż pierzei ograniczają przy tym wyraźnie możliwość wyprowadzania funkcji na zewnątrz – czy to w postaci ogródków gastronomicznych, czy straganów zewnętrznych. Brak moż­ liwości ekspansji na zewnątrz powoduje, że lokale wykorzystywane są na funkcje, które takiej ekspansji nie potrzebują, nie­ stety jednocześnie są to najczęściej funkcje wymagające nieprzeziernej witryny. W ten sposób relacja między usługami w pie­ rzejach a centralną częścią placu zostaje zaburzona i nie ma możliwości obsługi przestrzeni otwartej. Najbliższą ideału formą centrum lokalnego wydaje się skwer – niewielki teren zieleni miejskiej otoczony zabudową pierzejową – właściwie połączenie placu i parku. Skwery mają wszelkie zalety placów, uzupełnione przez zieleń sprzyjającą rekreacji, od­ poczynkowi i pełniącą funkcję dekora­ cyjną. Oprócz charakterystycznych dla placów miejsc do siedzenia oraz rzeźb czy

pomników na skwerach często lokalizowa­ ne są place zabaw i niewielkie urządzenia sportowe. W przypadku skwerów i zielo­ nych placów usługi w pierzejach często uzu­ pełniają wolnostojące niewielkie pawilony pełniące funkcję handlowe (najczęściej kio­ ski i kwiaciarnie) oraz gastronomiczne. Czę­ sto spotykanym zjawiskiem jest ekspansja wolnostojących pawilonów. To ­proces pozy­ tywny, jednak pod warunkiem zachowania właściwej proporcji między przestrzenią ogólnodostępną a komercyjną przestrzenią ogródków gastronomicznych.

konfliktogenne, umożliwia także podejmo­ wanie atrakcyjnych działań przestrzennych (jak wprowadzanie tarasów, galerii, pergo­ li). Zespoły pawilonów często są ustawio­ ne w taki sposób, że powstają dziedzińce o podobnych do placów walorach przestrzen­ nych (o zdefiniowanej formie domkniętej ścianami).

Centra lokalne były niezbędnym elementem infrastruktury społecznej w założeniach projektowych wielkich osiedli mieszka­ niowych. Założenia te były wyrażone w postaci obowiązujących normatywów urbanistycznych oraz regulaminach kon­ kursów (w przypadku niektórych osiedli, na przykład Bródna). Chociaż nie wszystkie obiekty zrealizowano, w typowych pawilo­ nach do dziś mieszczą się sklepy i punkty usługowe, czasem także placówki pocztowe, siedziby administracji spółdzielni miesz­ kaniowych, rzadziej – ośrodki kultury lub dobrze działające kluby sąsiedzkie. Budynki te mają na ogół niski standard techniczny, jednak stanowią duży potencjał kształtowa­ nia w nich i wokół nich centrów lokalnych.

Zdefiniowana modernistyczna forma ze­ społów pawilonowych to duży atut, ale też przeszkoda. Kiedy powstawały ich projekty, zupełnie inaczej wyglądała sytuacja gospo­ darcza i inne były techniczne uwarunkowa­ nia obsługi lokali usługowych. Dziś pawilo­ ny są za małe, by obsłużyć kilkutysięczną społeczność osiedlową, nie pozwalają na zróżnicowanie oferty, a częste dostawy przeszkadzają okolicznym mieszkańcom. Jednocześnie proste w formie pawilony dość trudno poddają się rozbudowie i uzu­ pełnieniom. W tradycyjną zabudowę ulicy czy placu dobrze wpisują się kolejne szyldy, markizy, wygrodzenia ogródków. Te same elementy dodane do modernistycznych pawilonów wyglądają często kuriozalnie. Wyjątkowo źle wygląda też w przypadku pa­ wilonów agresywna informacja wizualna.

Ten rodzaj zabudowy daje duże możliwości, ponieważ umożliwia lokowanie funkcji wy­ magających większych powierzchni, funkcji generujących natężony ruch i hałas, na przy­ kład gastronomicznych, których lokowanie w parterach budynków mieszkalnych bywa

W pojedynczych przypadkach centrum lokalne jest identyfikowane z dużym obiektem handlowym o prostej stalowej konstrukcji. Analizowane w projekcie hale, w przeciwieństwie do pawilonów, to po­ jedyncze obiekty działające do wewnątrz,

autoportret 4 [51] 2015 | 90


nietworzące wartościowej przestrzeni wokół. Są to jednak lokalizacje o wielkim potencjale – szczególnie przestrzenie wokół historycznych hal handlowych i nowoczes­ nych otwartych targowisk. Zidentyfikowa­ ne centra lokalne w formie hal targowych z otoczeniem – takie jak Hala Wola, Hala Banacha czy Hala Marymont – to duże gaba­ rytowo budynki dominujące w przestrzeni, otoczone przez stragany i pawilony handlo­ we. Zespoły te są słabo zdefiniowane prze­ strzennie. Trudno w przestrzeni doszukać się czytelnych granic ich oddziaływania. Efekt ten pogłębia stosowanie tanich mate­ riałów charakterystycznych dla obiektów tymczasowych (blacha), które źle sprawdza­ ją się w ciepłych porach roku. Obiektom nie towarzyszy przestrzeń publiczna, w której chciałoby się przebywać. Targowisko to typ centrum lokalnego o bar­ dzo zróżnicowanym standardzie – od tym­ czasowych placów handlowych, gdzie organizowane są cykliczne targi, na przy­ kład na Kole, przez zespoły pawilonów o zróżnicowanej formie i jakości, po wybu­ dowane od podstaw targowiska z szeregiem identycznych pawilonów i wspólnym zada­ szeniem. Najczęściej pawilony handlowe ustawiane są w układzie równoległych ale­ jek bez poszerzeń i punktów centralnych. Układy działają do wewnątrz – pierzeja

od ulicy jest zapleczowa i nieatrakcyjna. Bo­ gactwo bazaru widać tylko w środku. Mimo zróżnicowanego programu handlowego naj­ częściej brak jakichkolwiek innych usług – nawet gastronomii. Po zamknięciu prze­ strzeń jest niedoświetlona, nieatrakcyjna i czasem niebezpieczna. Targowiska bywają lokowane (nieraz na wiele lat) tymczasowo, prowizorycznie, na terenach zarezerwowa­ nych pod przyszłe funkcje komunikacyjne. Powoduje to nieraz obniżenie ich standar­ du, ale nie zmienia faktu, że pełnią ważną dla lokalnej społeczności funkcję. Niewiele jest natomiast targowisk rotacyj­ nych czy stawianych jedynie w wybrane dni tygodnia. Czasem są one fragmentem stałego targowiska, jak miejsca handlu przyjeżdżających własnymi samochodami dostawczymi rolników na targowisku przy ulicy Walcowniczej w Falenicy. Na drugim biegunie cenowym lokują się warszawskie targi śniadaniowe, o bardzo przemyślanej formie estetycznej, pełnym zapleczu tech­ nicznym (toalety, miejsca do siedzenia). Trudno znaleźć właściwy termin dla okre­ ślenia zjawiska, które w analizowanych sytuacjach występowało dość często i można się spodziewać, że będzie jeszcze częstsze: w niedalekiej odległości występuje kilka ważnych obiektów oddziałujących na ze­ wnątrz – wokół nich wytwarza się centrum lokalne, jednak trudno określić, który

autoportret 4 [51] 2015 | 91

z obiektów jest najważniejszy, a wzajemna synergia sprawia, że cały obszar zyskuje nową funkcjonalność. NOWA ROLA ARCHITEKTA

Należy się spodziewać, że w najbliższej przyszłości w Polsce i w Europie wyzwa­ niem będzie nie tyle budowanie miast, ile ich przekształcanie. Rewitalizacja będzie tylko częścią tego procesu. Zadaniem władz lokalnych, architektów i urbanistów oraz wszystkich specjalistów w dziedzinie rozwoju miast, a także zadaniem wspólnot lokalnych będzie raczej proces nieustanne­ go reagowania na nowe wyzwania i zmiany, stałe dążenie do pewnego ideału miasta – bezpiecznego, przyjaznego, obywatelskiego. Zmiany demograficzne, migracje, zmiany klimatu, nowe potrzeby dotyczące miejsc pracy i nowych dziedzin gospodarki oraz inne, których jeszcze nie znamy, będą do­ konywały się stopniowo i odpowiedź na nie także powinna mieć charakter ewolucyjny. Zadanie to jest, jak się wydaje, inne niż te, przed którymi dotąd stawali zarówno decydenci, jak i architekci i urbaniści. Przez dziesięciolecia środowisko zbudowane pozostawało w stanie równowagi. Kiedy jego cześć ulegała degradacji, prowadzono


proces rewitalizacji, odbudowy czy refor­ my – przed działaniami rewitalizacji XX i XXI wieku były przecież wielkie reformy Rzymu Sykstusa V czy Paryża Napoleona III i barona Haussmanna, odbudowa po znisz­ czeniach spowodowanych pożarami (jak wielki pożar Londynu) i wojnami. Po nich miasto funkcjonowało w stanie pewnej rów­ nowagi do następnego kryzysu. Architekci i urbaniści mieli natomiast przez wieki za zadanie głównie tworzyć rzeczy nowe – nowe budynki, dzielnice i całe miasta. Dziś proces przekształcania miast dokonuje się w sposób ciągły i trudno mówić o wa­ runkach równowagi, która nie wymaga żadnej pracy i działania. Daleko odeszliśmy od postulatów radykalnych zmian i re­ wolucji urbanistycznych czy społecznych, a jednocześnie mamy też do czynienia z wysokim poziomem zaangażowania miesz­ kańców, lokalnych wspólnot czy organizacji. Dynamicznie rozwijają się nauki społeczne zajmujące się gospodarką i polityką miejską. W tej sytuacji architekt i urbanista stają się raczej moderatorami niż kreatorami zmian. Architekt nie jest już artystą, jak malarz czy rzeźbiarz skoncentrowany na swoim dziele, ale raczej reżyserem, który pracu­ je z licznym i zróżnicowanym zespołem. Być może poprzestawanie na tej poprzedniej roli – indywidualnego twórcy, a czasem wręcz demiurga przestrzeni – budzi dziś nieufność niektórych użytkowników miasta w stosunku do architektów i urbanistów. Przestrzeń „pomiędzy budynkami”, jak pisał o niej Jan Gehl, już istnieje, tak jak w przypadku centrów lokalnych – ma już swoją formę i zaspokaja pewne potrzeby, ale

wymaga poprawy. Potrzebne jest usuwanie istniejących barier, zarówno tych o cha­ rakterze fizycznym, jak i społecznym czy gospodarczym. Problemem Warszawy jest często chaotyczna lokalizacja obiektów małej architektury, brak ułatwień dla osób z niepełnosprawnościami fizycznymi – ru­ chu i wzroku, a także brak lub niedostatek ławek i innych miejsc, które umożliwiają choćby chwilowy odpoczynek, oparcie cięższej torby czy bagażu. Stałym proble­ mem jest rywalizacja o przestrzeń pomiędzy kierowcami, którzy szukają miejsc do parko­ wania, a innymi użytkownikami – nie tylko pieszymi, ale także właścicielami i użyt­ kownikami lokali, którym trudno jest wyjść ze swoją działalnością w przestrzeń miasta. Stąd często nawet w centrach lokalnych brak ogródków kawiarni, zewnętrznych straganów sklepów czy elementów zieleni przy wejściu. Inny charakter mają bariery ekonomicz­ ne czy społeczne, ale one także mają swój wymiar przestrzenny. Związane są przede wszystkim z możliwością nieodpłatnego przebywania w przestrzeni publicznej w spo­ sób, który pozwala z niej korzystać na tych samych zasadach wszystkim użytkownikom. Przykładem mogą być koncerty w prze­ strzeni publicznej, gdzie miejsca siedzące są zapewniane jedynie przez ogródki lokali gastronomicznych. Bariery mogą mieć także charakter psychologiczny, związany przede wszystkim z poczuciem bezpieczeństwa, za­ właszczaniem przestrzeni przez użytkowni­ ków postrzeganych jako agresywnych. Może

autoportret 4 [51] 2015 | 92

to dotyczyć nie tylko ich fizycznego przeby­ wania w przestrzeni w danym momencie, ale na przykład napisów w przestrzeni publicznej o charakterze mowy nienawi­ ści. Tolerowanie takich napisów jest jedną z form dyskryminacji części użytkowników. Tworzenie centrów lokalnych z programem funkcjonalnym dostosowanym do potrzeb różnych użytkowników oraz prawidłowo ukształtowaną przestrzenią publiczną jest jednym z najlepszych narzędzi budowania miasta inkluzywnego. Słynne powiedzenie „miejsce to bezpieczeństwo, przestrzeń to wolność” ma w odniesieniu do przestrze­ ni publicznych także swój społeczny wy­ miar. W wymiarze lokalnym powinny one zapewniać poczucie swojskości i bezpieczeń­ stwa, ale nie powinny zatracać cech otwar­ tości, gotowości do zmian i eksperymentów.

Bibliografia: D. Brodowicz, A. Domaradzka­‑Widła, K. Sadowy, Lokalność, przestrzeń publiczna, kapitał społeczny. Cele, osiągnięcia i wyzwania kształtowania przestrzeni pu‑ blicznej Warszawy w odniesieniu do Społecznej Strategii Warszawy oraz propozycje metodologii monitorowania jej realizacji, Raport dla CKS m.st. Warszawy, Warsza­ wa, 2015. Centra lokalne. Studium koncepcyjne dotyczące centrów lokalnych w Warszawie, Warszawa: OW SARP, 2015. J. Gehl, Życie między budynkami, przeł. M.A. Urbań­ ska, Kraków: RAM, 2013. R. Sennett, Elastyczne miasto obcych sobie osób, „Le Monde Diplomatique” 2007, nr 5 (15). Yi­‑Fu Tuan, Przestrzeń i miejsce, przeł. A. Morawiń­ ska, Warszawa: PIW, 1987.


MIEJSKA WSPÓLNOTA NIE DLA KAŻDEGO Łukasz Drozda ilustracje Kacper Kępiński

„LEWACY” I INDYWIDUALIŚCI

Zaprzysiężenie posłów Sejmu RP VIII ka­ dencji wyjątkowo dobitnie unaoczniło skalę back­lashu polskiego neokonserwatyzmu. O ile w 1993 roku słowa „Tak mi dopomóż

Zjawisko to nie ominęło także miast oraz szerzej rozumianego myślenia o mieście, wskutek czego nawet niezwiązani zawo­ dowo z refleksją dotyczącą urbanistyki publicyści podjęli próbę zdemonizowania postmodernistycznych narracji o mieście. Dziennikarz „Rzeczpospolitej”, Dominik Zdort, sugerował niedawno, że uspokajanie ruchu samochodowego w mieście to dowód, iż „rządzący [ … ] podlizują się różnej maści lewakom, oderwanym od rzeczywistości ak­ tywistom ruchów miejskich, poruszającym się wyłącznie na deskorolkach i rowerach”1. D. Zdort, Jak udusić Warszawę, „Rzeczpospolita”, http://bit.ly/1loXiD9 [dostęp: 15 listopada 2015].

1

Postmodernistyczne teorie urbanistyczne nie są przy tym monolitem i wynikają z różnych założeń towarzyszących ich twórcom. Wśród nich znajdziemy zarów­ no zawodowych architektów, miejskich aktywistów w rodzaju słynnej Jane Jacobs, czy krytyków modernistycznych teorii z konserwatywnego punktu widzenia – jak sprzyjający „nowemu urbanizmowi” książę Walii, Karol. Wspólnym mianownikiem jest odrzucenie modernistycznych założeń w stosunku do kształtowania miasta: postu­ latów odnośnie do polityki transportowej, funkcjonalnego rozkładu przestrzennego, pomysłów na uprzemysłowienie budownic­ twa, czy jego stylistycznej jednorodności; podobnie krytyka modernistycznej skali – budownictwa wysokościowego odrywającego

il. na podstawie fot. kgbo, wikimedia

W

polskiej debacie o projekto­ waniu miasta dużą popular­ nością cieszą się postmoder­ nistyczny „nowy urbanizm” Léona i Roba Krierów, czy koncepcja Jana Gehla, nawołujące do tradycyjnego kom­ ponowania urbanistycznego, ograniczania ruchu aut i zahamowania procesu dekon­ centracji przestrzeni. Pomysły te spotykają się często z akceptacją samorządowców, nie służąc jednak rzeczywistej integracji społecznej części mieszkańców. Dlaczego sprawdzające się w Europie Zachodniej nar­ racje o mieście kompaktowym i popularna do niedawna teoria klasy kreatywnej wy­ kluczają niektórych miejskich obywateli?

Bóg” w tekst roty przysięgi wplotło ledwie 17 parlamentarzystów izby niższej, o tyle w roku 2015 uczyniło to już 423 spośród nich. Popularność polskiego neoliberali­ zmu dowiodła tego piętna także w sferze gospodarczej, skutecznie obrazowanej de­ batą ekonomiczną zmonopolizowaną przez przedstawicieli organizacji pracodawców i pracowników sektora bankowego.

Abstrahując od faktu, że obok mogących się kojarzyć prawicowemu publicyście z „le­ wactwem” skandynawskich teorii Gehla, do teorii miasta pieszego zalicza się też konserwatywny z ducha „nowy urbanizm” braci Krierów, trudno uciec od wraże­ nia, że polskie miasta od dłuższego czasu w mniejszym stopniu od zachodnich odpo­ wiedników sprzyjają kreowaniu lokalnych wspólnot. Wychowani i mieszkający w nich indywidualistycznie usposobieni mieszcza­ nie nie skłaniają się ku tym teoriom, ale – co istotne – mają ku temu powody.


Pomysły podnoszone przez Gehla i Krierów odnoszą się do myślenia o mieście w sposób systemowy – zwracają uwagę na wiele aspektów i wymagają ogromnej konsek­ wencji w zarządzaniu przestrzenią. Z tego punktu widzenia na ironię zakrawa fakt za­ praszania do Poznania Gehla przez poprzed­ nią administrację magistratu miasta, która obnażała niechęć do wytyczania przejść dla pieszych, budowała kontenerowe osiedla socjalne i wspierała zamianę tutejszego dworca kolejowego na część uzupełniającą dla kolejnego z centrów handlowych. LUKROWANA WRAŻLIWOŚĆ

Rzeczywiste zainteresowanie polityków my­ śleniem o mieście zgodnym z uznanymi ka­ nonami współczesnej urbanistyki odnosi się przede wszystkim do sfery wizerunkowej. Polskie miasta – ciężko doświadczone lata­ mi zaniechań inwestycyjnych, transporto­ wym szaleństwem idei modernizmu i kapi­ talistyczną krzyżówką wzrostu nierówności i spekulacji nieruchomościami – zachod­ nich doradców traktują przede wszystkim jak ciekawych fantastów, przybyszy z innej planety, nierozumiejących realiów środko­ woeuropejskiej rzeczywistości. W przed­ mowie do świeżo wydanej w Polsce książki Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmie‑ niając nasze miasta Charlesa Montgomery’ego,

Filip Springer wspomina poznańską wizytę Gehla w następujący sposób: „gdy już się wydawało, że słowa [ … ] ukruszyły urzędni­ czy beton, od stołu zasłanego zielonym suk­ nem wstał jeden z poznańskich architektów i oświadczył, że to wszystko pięknie i ładnie wygląda w teorii, ale nie oszukujmy się, on tu przyjechał samochodem i wszyscy pozo­ stali również”2. Interpretacja myślenia o mieście w duchu książki Życie między budynkami przyniosła w polskiej praktyce dość osobliwą reflek­ sję. W ujęciu samego Gehla przestrzeń zurbanizowana miała sprzyjać realizacji czynności nie tylko koniecznych (dla Duń­ czyka to na przykład chodzenie do pracy), ale i opcjonalnych (przechadzka w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza), czy społecznych (rozmowa na ławce w parku)3. W Polsce jedną z głównych płaszczyzn, w których tego rodzaju myślenie przełożyło się na rzeczywistość, jest życie kulturalne. Stanowi ono istotny wycinek przestrzeni miejskiej, ale nie decyduje o jakości życia w sposób tak istotny jak przyjęty model polityki transportowej czy mieszkaniowej. W postmodernistycznym myśleniu o mieście po 1989 roku, w większym stopniu niż Gehl czy Krierowie4, przyjęto więc teorię „klasy kreatywnej” Richarda Floridy, ostatnio F. Springer, Montgomery a sprawa Polska, [w:] Ch. Mont­ gomery, Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta, Kraków: Wysoki Zamek, 2015, ebook. 3 J. Gehl, Życie między budynkami, przeł. M.A. Urbańska, Kraków: RAM, 2013, s. 9–13. 4 Warto wspomnieć, że to nikt inny jak właśnie Rob Krier przewodniczył jury pierwszego po 1989 roku konkursu na zagospodarowanie terenu placu Defilad w Warszawie. Podobnie jak i kolejne plany dla tego ob­ szaru, zwycięski projekt nie został zrealizowany. Zob. A. Stępień, Mity o city. Warszawa w poszukiwaniu swojego centrum, [w:] Postmodernizm polski. Architektura i urbani‑ styka. Antologia tekstów, red. L. Klein, 40000 Malarzy: Warszawa 2013, s. 155. 2

autoportret 4 [51] 2015 | 94

zresztą skrytykowaną przez samego jej autora5. Kładzie ona nacisk na tworzenie instytucji kulturalnych jako pobudzających kreatywność mieszkańców i wzmacniają­ cych lokalne życie gospodarcze. O ile trudno dyskutować z prawdziwością tej tezy, o tyle wątpliwości budzi skala inwestycji żywcem kopiujących standardy sieci Guggenheima w miastach, które kolejki po mieszkania socjalne skracają za pomocą zaostrzania kry­ teriów uprawniających do pomocy mieszka­ niowej tego rodzaju. Po kresie popularności powstających w całej Polsce deficytowych aquaparków, których kryzys symbolicz­ nie zobrazował przypadek Słupska, gdzie inwestycja tego rodzaju zagroziła byłemu miastu wojewódzkiemu realnym bankruc­ twem6, nową modą okazały się powstające filharmonie czy muzea. Lista „kreatyw­ nych” inwestycji polskich włodarzy jest długa. Jednym z jaskrawych przykładów jest łódzkie Muzeum Sztuki, które – pomimo dysponowania obfitą kolekcją dzieł polskiej awangardy gromadzoną jeszcze od okresu międzywojennego – po otwarciu świecą­ cej pustkami filii przy kontrowersyjnym centrum handlowym Manufaktura niebez­ piecznie upodobniło się do Floridiańskiego modelu. W jaki sposób beneficjentami tego typu inwestycji mogliby być mieszkańcy miast? Ci głosują nogami, potwierdzając nie­ raz żenująco niską frekwencję w polskich muzeach, na nowo otwieranych stadionach też dających się wpisać we Floridiańskie myślenie, czy rekordowo niskim poziomem czytelnictwa. Aktywność kulturalna jest większa wtedy, kiedy mieszkańcy są w sta­ nie zaspokoić potrzeby pierwszego rzędu. Powszechna bieda, od której nie są wolne

R. Florida, Do diabła z klasą kreatywną, rozmawia M. ­Żakowska, „Miasta” 2015, nr 2, s. 83. 6 M. Sandecki, Czy ktoś dokończy aquapark w Słupsku?, http://bit.ly/1YbgR01 [dostęp: 15 listopada 2015]. 5

il. na podstawie fot. downtowngal, wikimedia

życie miejskie od ulicy, separacji od niej ciągów pieszych, czy wytyczania wielkich tras przelotowych, „miejskich autostrad”, organizujących życie wokół samochodów osobowych. Te ostatnie tworzą korki, zatru­ wają powietrze, zmniejszają bezpieczeństwo pieszych. Wpływają negatywnie nawet na ludzką aktywność fizyczną, czy wreszcie osłabiają więzi mieszkańców zamkniętych w swoich szczelnych, paliwożernych, stalo­ wych puszkach.


Jeżeli postmodernistyczne myślenie tra­ fiło do samorządowców, to wdrażane jest w sposób mechaniczny. Miejscowi techno­ kraci, zapraszając zachodnich doradców, nie potrafią za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wytworzyć zaangażowanego społe­ czeństwa obywatelskiego. W pewnym sensie można więc widzieć tutaj modernizację imitacyjną, przykładającą gotowe schematy do znacznie różniących się względem siebie miejsc. Wzorzec ten, jak pokazuje dorobek tego modelu rozwojowego, nie zawsze przy­ nosi pożądane rezultaty. DO KOGO NALEŻY ŚRÓDMIEŚCIE?

Najistotniejszym elementem postmoderni­ stycznego myślenia o mieście jest postulat rewitalizacji śródmieścia. W przeciwień­ stwie do modernistycznych planistów, chcących budować na suchym korzeniu, często za pomocą wyburzeń istniejącej tkanki, postmoderniści docenili potencjał istniejących więzi lokalnych czy gwaran­ tujących intymność podwórek i dziedziń­ ców. Ku tej filozofii skłania się zresztą i przyjęta niedawno ustawa o rewitalizacji, definiująca ją jako „proces wyprowadzania ze stanu kryzysowego obszarów zdegrado­ wanych, prowadzony w sposób komplek­ sowy, poprzez zintegrowane działania na rzecz lokalnej społeczności, przestrzeni

i gospodarki, skoncentrowane terytorial­ nie, prowadzone przez interesariuszy rewi­ talizacji na podstawie gminnego programu rewitalizacji”7. Zwracając uwagę na aspekty społeczny, przestrzenny (architektoniczny i urbanistyczny) oraz gospodarczy, ustawa wskazuje na kompleksowość tego procesu. Jest on absolutnie odmienny od stereotypo­ wego rozumienia rewitalizacji. Ma w rze­ czywistości na celu integrację społeczną oraz poprawę jakości życia. Powszechnie termin ten kojarzony był jednak z poprawą jakości architektonicznej, często sprzyja­ jącej wymianie mieszkańców – tak rozu­ miana zmiana była jednak w istocie tylko i wyłącznie gentryfikacją, w rzeczywistości służącą pogorszeniu jakości życia, związaną z wypychaniem ludności na inne obszary miasta. Przykładem tego rodzaju inicjatywy jest program Mia100 Kamienic realizowany przez władze Łodzi8. Remonty wyjątkowo zdegradowanego zasobu mieszkaniowego poprawiają tu miejską estetykę, wiążąc się przy tym jednak ze znaczną wymianą ludności. Ogromnym wyzwaniem dla przyszłych pro­ jektów rewitalizacyjnych będzie realizacja ich części związanych z partycypacją oby­ watelską. Działania te do tej pory bywały traktowane po macoszemu jako trudne w realizacji. Niechęć do współpracy z lud­ nością problemową, „menelami” – by przy­ wołać niesławną wypowiedź Bogusława Lindy o łodzianach9 – jest trudna i kosztow­ na. W dodatku nie zawsze sprzyja osiąga­ niu efektów zgodnych z zamierzonymi. W innym wariancie nie ma jednak sensu, 7 Ustawa z 9 października 2015 r. o rewitalizacji, Dz.U. 2015 poz. 1777. 8 Ł. Drozda, Mia100 eksmisji, „Le Monde Diplomatique – edycja polska” 2012, nr 1, s. 36–37. 9 K. Warchoł, Bogusław Linda o Łodzi: Miasto umarłe, miasto meneli, http://bit.ly/1QohS3p [dostęp: 15 listopada 2015].

autoportret 4 [51] 2015 | 95

ponieważ prowadzi wyłącznie do transferu korzyści w kierunku ludności już uprzy­ wilejowanej – wystarczająco mobilnej i za­ możnej, aby móc sobie pozwolić na nabycie uatrakcyjnionych w ten sposób lokali. Znacznie chętniej zagospodarowywanym przez samorządowców obszarem są bu­ dżety partycypacyjne. Jak pokazują liczne doświadczenia, charakter powszechnego głosowania nad projektami z różnych dziedzin często prowadzi do przewag kon­ kurencyjnych bardziej zorganizowanych grup interesu: kibiców klubów piłkarskich, przedsiębiorczych proboszczów chcących wybudować nowy parking przed kościołem, czy zdyscyplinowanych grup rodziców dążących do remontu sali gimnastycznej w szkole swoich dzieci. Partycypacja nie tylko niesie ryzyko służenia wyłącznie najsprawniejszym z interesariuszy, ale też może prowadzić do zdejmowania odpo­ wiedzialności z barków samorządowców i dawać im instrument do przerzucania trudnych decyzji na skonfliktowanych mieszkańców. KOMU SŁUŻY TRANSPORT ZRÓWNOWAŻONY?

Kolejną grupą, której interesy nie są zgodne z postmodernistycznym myśleniem o pol­ skim mieście, są kierowcy. Cechą charak­ terystyczną rodzimych aglomeracji jest daleko posunięty proces ich suburbanizacji, wzmacniany modelem rodzimej polityki mieszkaniowej. Nacisk na jej prywatyzację niesie z sobą wyraźne urynkowienie. W sto­ sunku do PRL, kiedy kluczową rolę dla pro­ dukcji mieszkaniowej odgrywał sektor uspo­ łeczniony (spółdzielnie, osiedla zakładowe, inwestycje państwowe), od początku lat 90. w szybkim tempie zaczęła wzrastać rola inwestorów prywatnych: indywidualnych

il. na podstawie fot. laitr keiows, wikimedia

również najbardziej rozwinięte gospodarczo regiony kraju, na pewno temu zjawisku jednak nie sprzyja.


Dekoncentracja przestrzenna w takim wariancie skutkuje wydłużonym czasem dojazdu do pracy. Ekstensywny, dewelo­ perski rozrost w karykaturalny sposób upodabnia przedmieścia do krytykowane­ go współcześnie podziału wyrosłego z hi­ gienistycznego myślenia właściwego dla Karty Ateńskiej: pomysłu segregacji funk­ cjonalnej. O ile w rzeczywistości polskiej

10 M. Bryx, Finansowanie rozwoju budownictwa mieszkanio‑ wego w miastach, Warszawa: Oficyna Wydawnicza SGH, 1999, s. 16–17. 11 Y.M. Yusof, M. Kozlowski, Clients of Contemporary Urban Design. The Impact of Neoliberalism, [w:] Radical Inclusivity. Architecture and Urbanism, eds. K. Nawratek, B. Huggins, M. Oxley, A. Horton­‑Howe, Barcelona: dpr­‑barcelona, 2015, s. 82–103.

deindustrializacji trudno szukać zanie­ czyszczeń powietrza ze strony fabryk, o tyle łatwo można zrozumieć wpływ na ten sam element licznych samochodów. Nowe dzielnice, wzrastające chaotycznie i błyskawicznie, są przede wszystkim miejskimi sypialniami. Postmodernistycz­ ne recepty na różnorodność i właściwe dla nich dążenie do zwiększania liczby czyn­ ności opcjonalnych i społecznych w prze­ strzeni publicznej, w modernistycznie ka­ rykaturalnych w swej monofunkcyjności sypialniach stają się jedynie pobożnymi życzeniami. Mieszkańcy chętniej wsiadają do swoich aut i stanowczo protestują prze­ ciw inicjatywom zamieniania śródmiej­ skich autostrad na deptaki i woonerfy, blokujące dojazd do innych monodystryk­ tów w rodzaju osławionego warszawskiego Mordoru czy kuszących gargantuicznymi parkingami, rozbudowywanych regularnie centrów handlowych. Wzrost deweloperski hamuje też inicja­ tywy transportu zrównoważonego takie jak ruch rowerowy; jakkolwiek trud­ no znaleźć przeciwwskazania dla jego rozwoju, jako poprawiającego zarówno zdrowie aktywnych fizycznie mieszkań­ ców, jak i skalę prędkości i przestrzennego dystansu, która wiąże ze skalą otoczenia jego rowerowych użytkowników. Rowery są jednak użyteczne głównie dla osób mieszkających w odległości nie większej niż 4–6 km od miejsca pracy. W przypadku peryferii swoją użyteczność tracą. Stają się tam przedmiotem zainteresowania naprawdę najbardziej aktywnych fi­ zycznie zapaleńców, a nie powszechnym środkiem transportu. Rowerzyści w takim kontekście to nieraz wrogowie publiczni – „zawalidrogi” ulic pozbawionych wyod­ rębnionych ciągów rowerowych czy bus pasów. Budzą zrozumiały opór zarówno

autoportret 4 [51] 2015 | 96

kierowców, jak i innych pasażerów komu­ nikacji zbiorowej. Miasto kompaktowe z definicji musi być miastem zwartym. Środki publiczne trans­ ferowane do wspierających deweloperskie osiedla programów, w rodzaju Mieszka­ nia dla Młodych i wcześniejszej Rodziny na Swoim, czy masowo nieuchwalane plany miejscowe zagospodarowania przestrzen­ nego nie licują z tezami postmodernistów. Zarzut ten nie bez przyczyny stawiany był zresztą „nowemu urbanizmowi”, zachęcają­ cemu prywatnych inwestorów do stawiania naśladujących średniowieczne miastecz­ ka osiedli faworyzujących ruch pieszy. Do tych ciekawych miejsc ich mieszkańcy, zatrudnieni oczywiście na znacznie lepiej płatnych posadach w odległych miejskich centrach, dojeżdżać mogli jednak swoimi paliwożernymi SUV­‑ami. WAGA ZWIĄZKU Z MIEJSCEM

Urynkowienie mieszkalnictwa zbiegło się w czasie z uelastycznieniem rynku pracy: zlikwidowaniem jej nakazu, umasowieniem bezrobocia i prekaryzacją, ale i większą mobilnością – obserwowaną w równym stopniu w przypadku masowych migracji związanych z ogromnym wzrostem liczby studentów, czy niewykwalifikowanych robotników pracujących w mniej stabil­ nych warunkach w specjalnych strefach ekonomicznych i zakładach zagranicznych inwestorów, w przeciwieństwie do bardziej przewidywalnych państwowych zakła­ dów produkcyjnych sprzed 1989 roku. Tak jak w czasach przed PRL, wzrósł odsetek mieszkań wynajmowanych, często w sposób bezumowny. Współcześni nomadzi są mniej przywiązani do miejsca, jako osoby tylko powierzchownie związane z własną okolicą poprzez niestabilny wynajem mieszkań.

Il. na podstawie fot. z domeny publicznej

i deweloperów. Potrzeby mieszkaniowe, jak wskazuje ekonomista Marek Bryx, zostały zastąpione kategorią popytu na mieszkania10. Zupełnie inaczej zaczęła się więc kształtować od tej chwili wartość gruntów, a spekulacje charakterystyczne dla w niewielkim stopniu regulowanego rynku z jednej strony zachęcały do bar­ dziej odważnego inwestowania, z drugiej potęgowały przestrzenną dekoncentrację polskich miast. Nie tylko chętnie stawiano zatem liczne, prywatne „domki na przed­ mieściach”, ale z czasem organizowano też coraz dalej położone od centrów nowe blokowiska. Potrzeby różnych interesariu­ szy przestrzeni: twórców osiedli i ich użyt­ kowników, są tymczasem odmienne11. Tym pierwszym chodzi nie o jakość zamieszka­ nia, ale o rentowność inwestycji, czyli mak­ symalizację zysku. Na małych działkach budowali więc możliwe najgęściej, tak aby sprzedać jak najwięcej mieszkań. Nie dbano o kosztowną infrastrukturę społeczną, budowanie potrzebnych młodym rodzinom szkół, z rzadka planowano lokale usługowe, lekceważono kwestie transportowe.


Chęć dbałości o otoczenie związana jest z indywidualnym przywiązaniem do miej­ sca – a to przywiązanie tworzy pewność za­ mieszkania. Ryzyko rychłej przeprowadzki z wynajmowanego, częstokroć substandar­ dowego, lokum nie buduje związku z „małą ojczyzną”; podobnie jak mrówczo spłacana hipoteka czy perspektywa zagrożenia eksmisją z reprywatyzowanego lokalu. Jak podaje psycholożka środowiskowa, Maria Lewicka, Polacy są w tylko niewielkim stopniu przywiązani do wariantów pośred­ nich w skali miejsc – dotyczy to zarówno dzielnic czy ulic, jak i nawet własnych budynków zamieszkania – miejsca rodzące przywiązanie to wyłącznie mieszkania oraz bardziej abstrakcyjnie pojmowane miasto. Co ciekawe, identyczne konkluzje wykazały badania wykonywane w różnych miejscach: we Wrocławiu, w Gdańsku, Warszawie, ale i pozostałych miastach Europy Środkowo­‑Wschodniej (Wilnie i Lwowie). Wyjątek stanowiła Łódź, gdzie także deklarowane przywiązanie do miasta również było wyraźnie niższe od przy­ wiązania do własnego mieszkania13. O ile większe przywiązanie do swojego lokum jest zrozumiałe – stanowi ono przestrzeń intymną, miejsce zapewniające prywat­ ność, niezależność od otoczenia – o tyle inne prawidłowości można przypisać już różnicom pomiędzy własną okolicą a mia­ stem jako całością.

MIĘDZY WZROSTEM I ROZWOJEM

Istnienie miasta kompaktowego, zachęcają­ cego do zdrowego stylu życia, kreatywności i korzystania z bogatej oferty kulturalnej, będzie możliwe tylko wtedy, gdy lokalne władze zdołają rozwiązać podstawowe pro­ blemy socjalne, a mieszkańcy będą w sposób rzeczywisty dysponować swoją socjoekono­ miczną własnością. Co nie oznacza, że jest konieczne, aby wszystkie nieruchomości posiadały prywatnych właścicieli – ilu­ struje to wariant niemiecki, gwarantu­ jący pewność prawną statusu mieszkań wynajmowanych, sprzyjającą długiemu zamieszkaniu. Ważne jest, aby samorzą­ dowcy zorganizowali efektywny system transportu. Rozlewanie się miast, zwłasz­ cza w przypadku większych aglomeracji, stanowi przykład procesu nieodwołalnego. Do dzielnic położonych od centrum dalej niż kilka kilometrów po płaskiej powierzch­ ni można byłoby dojeżdżać jednak w taki

M. Krajewski, Normalnie substandardowo, [w:] N. Fie­ dorczuk, Wynajęcie, Warszawa: Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana – Narodowe Centrum Kultury, 2012, s. 43. 13 M. Lewicka, Psychologia miejsca, Warszawa: Wydawnic­ two Naukowe Scholar, 2012, s. 166. 12

autoportret 4 [51] 2015 | 97

sposób, aby dla zakorkowanej wylotówki rzeczywiście istniała jakaś alternatywa. Sama niekontrolowana suburbanizacja wymaga przedsięwzięcia bardziej radykal­ nych kroków, w tym odważnego planowa­ nia przestrzennego. Polscy samorządowcy i planiści nie powinni się obawiać wyty­ czania przestrzeni, które zamieszkane być nie powinny, i muszą umieć zdławić opór tych, którzy zbyt ochoczo zapragną skorzy­ stać z zamiany przestrzennych greenfields na brownfields. Dopóki polskie miasta nie spełnią zarysowa­ nych wyżej wymagań, dopóty miasto wzięte żywcem z kart tekstów Gehla i Krierów stanie się domeną wyłącznie uprzywilejo­ wanych geograficznie i majątkowo warstw społeczeństwa – warszawskiego Górnego Mokotowa, ale już nie Białołęki i odległego Bemowa. Nasze aglomeracje już wzrastają poprzez swój rozrost. Rozwój i wzrost nie są jednak pojęciami tożsamymi.

il. na podstawie fot. daniel malecki, wikimedia

Ich wykluczenie jest poważnym proble­ mem ze względu na swoją powszechność – na wolnym rynku mieszkania wynajmuje aż 30% Polaków12.


Bęc Zmiana prezentuje architektura VII dnia

Podsumowanie pół wieku posoborowej architektury

Wystawa 03.12.2015–31.01.2016 Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie www.architektura7dnia.pl ul. Kredytowa 1 kuratorzy: Kuba Snopek Izabela Cichońska Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Organizator

Patronat

Partner


krzysztof nawratek – dr architekt, urbanista, teoretyk miasta, Senior Lecturer in Humanities and Architecture Design na Uniwersytecie w Sheffield. Autor m.in. publikacji: Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji (Universitas, 2005), Miasto jako idea polityczna, wydanie angielskie City as political idea, UPP, 2011) oraz Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji (Krytyka Polityczna, 2012, wyd. ang. Holes In the Whole. Introduction to Urban Revolution, Zero books, 2012). andrzej leder – filozof kultury, psychoterapeuta. Kieruje Zespołem Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor ksią­ żek: Przemiana mitów, czyli życie w epoce schyłku. Zbiór esejów (Wydawnictwo OPEN, 1997), Nieświadomość jako pustka (IFIS PAN, 2001), Nauka Freuda w epoce Sein und Zeit (Aletheia, 2007), Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej (Krytyka Poli­ tyczna, 2014). dorota leśniak-rychlak – redaktorka naczelna kwar­ talnika „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni”, kura­ torka wystaw architektonicz­ nych, m.in.: „Za-mieszkanie 2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń”, „Impossible Objects” (Pawilon Polski na 14. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji, 2014), „Monument. Architektura Adolfa Szyszko-Bohusza”. Współzałoży­ cielka Fundacji Instytut Architektury. marta karpińska – sekre­ tarz redakcji kwartalnika „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni”. Współkuratoro­ wała wystawy: „Impossible Objects” (Pawilon Polski na 14. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji, 2014) oraz „Monument. Architektura. Adolfa Szyszko-Bohusza” (Zachęta Na­ rodowa Galeria Sztuki, 2014). Autorka monografii Wa­ cława Nowakowskiego (Instytut Architektury, 2015). Członkini zarządu Fundacji Instytut Architektury. silvia bodei – archi­ tektka, absolwentka IUAV w Wenecji, doktoryzowała się z projektowania architek­ tonicznego na Universitat Politècnica de Catalunya w Barcelonie. Badała projek­ ty Le Corbusiera dla firmy Olivetti, zajmuje się także współczesną architekturą hiszpańską i katalońską. Wydała monografię Le Corbusier e Olivetti. La Usine Verte (Quodlibet, 2014), publikowała na łamach czasopism „Massilia”, „Il Giornale dell’Architettura”, „Domus” i in. Wykłada na wydziale Inżynierii i Architektury Uniwersytetu w Cagliari (Włochy). levente polyák – mieszka w Budapeszcie i Rzymie. Urbanista, badacz, krytyk i artysta freelancer. Stu­diował architekturę i urbanistykę, teorię sztuki oraz socjologię w Budapesz­

cie i Paryżu. Uczestnik programów badawczych Węgierskiej Akademii Nauk w dziedzinie urba­ nistyki. Wykładowca na Uniwersytecie Sztuki i Wzornictwa im. Moholy-Nagya oraz Uniwersytecie Technicznym i Ekonomicznym w Budapeszcie, a tak­ że na Uniwersytecie Technicznym w Wiedniu. Brał udział w projektach urbanistycznych realizowanych na zlecenie władz miejskich Nowego Jorku, Paryża, Budapesztu i Péczu. Założyciel KÉK – Węgierskiego Centrum Architektury Współczesnej. Organizator wydarzeń i wystaw badających zjawiska z zakresu współczesnej problematyki miejskiej i urbanistycz­ nej. Doktorant na Uniwersytecie Środkowoeuro­ pejskim. Informacje o jego aktualnych projektach można znaleźć na stronie: polyaklevente.net.

projekt 4 for Beckett w TR Warszawa. W roli librecisty współpracował z takimi kompozytorami, jak Sławo­ mir Kupczak, Dominik Karski czy Sławomir Woj­ciechow­ski. Wraz z Kacprem Ziemianinem tworzy duet Klangwerk 936.

matteo trincas – inżynier planista. Interesuje się modernizmem i architektu­ rą Europy Wschodniej. Dał się uwieść Polsce, studiując w Poznaniu. Napisał pracę magisterską na temat Nowej Huty. Cały czas utrzymuje kontakt z polską kulturą.

stanisław niemczyk – (ur. 1943) architekt, specja­ lizujący się w budownictwie sakralnym, laureat Honoro­ wej Nagrody SARP z 1998 r., uhonorowany w 2000 r. przez Jana Pawła II odznaczeniem Pro Ecclesia et Pontifice. W 1968 r. ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej, po studiach pracował w Miastoprojekcie w Tychach. W mieście tym mieszka do dziś, prowadzi własną pracownię.

mario perniola – filozof i pisarz, jest redaktorem naczelnym czasopisma o stu­ diach kulturalnych i estetyce „Agalma” (www.agalmaweb. org). Był uczniem Luigiego Pareysona na uniwersytecie w Turynie. Od 1966 do 1969 roku działa w ruchu „Międzynarodówka sytuacjonistyczna” (Interna­ zionale situazionista), założonym przez Francuza Guy Deborda. Wykładał estetykę na uniwersytecie Tor Vergata w Rzymie (1983–2011). Był profesorem wizytującym w wielu uniwersytetach i ośrodkach naukowych, we Francji, Danii, Brazylii, Kanadzie, Japonii, USA i Australii. Jest autorem licznych publikacji, m.in.: Il sex appeal dell’inorganico (Einaudi, 2004), Transiti. Filosofia e pervesione (Castelvecchi, 1998), Da Berlusconi a Monti. Disaccordi imperfetti (Mimesis, 2012), L’avventura situazionista. Storia dell’ultima avan‑ guardia XX secolo (Mimesis, 2013). Więcej informacji: www.marioperniola.it. dominika wilczyńska – architektka i scenografka. Od 2012 r. razem z Barbarą Nawrocką współtworzy kolektyw Palce Lizać, który zajmuje się kwestiami prze­ strzeni miejskiej w ścisłej współpracy z jej mieszkankami i użytkownikami. Uczestniczyła w zespole badawczym Nanotourism uhonorowanym główną nagrodą na Międzynarodo­ wym Biennale Designu w Lublanie w 2014 r. – BIO50 „Designing everyday life”. Współzałożycielka stowa­ rzyszenia Zakład Usług Miejskich. paweł krzaczkowski – kurator, eseista, librecista, poeta. Redaktor wielu pu­ blikacji m.in. „Recyklingu Idei” nr 16 pt. Cena architek‑ tury (2014), Formatu P nr 10 pt. Subterranea (Bęc Zmiana 2015), czy wraz z Mateuszem Kwaterko Przewodnika dla dryfujących (Bęc Zmiana 2015). Publikuje teksty dotyczące architektury, muzyki, czasami sztuk wizualnych i literatury. Jako kurator organizuje m.in. koncerty z muzyką współczesną. Ostatnio

kuba snopek, izabela cichońska – absolwenci Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej i moskiewskiego Instytu­ tu Mediów, Architektury i Designu „Strelka”. Pomysło­ dawcy i kuratorzy projektu „Architektura VII dnia”. www.architektura7dnia.pl.

kamila twardowska –dok­ torantka w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Jagielloń­ skiego, gdzie zajmuje się recep­ cją postmodernizmu w polskiej myśli architek­tonicznej. Bada także regionalistyczne i tra­ dycjonalistycznei nurty w architekturze polskiej XX wieku. Jest autorką monografii architekta Fryderyka Tadaniera oraz wielu publikacji naukowych i popular­ nych. Projektuje przestrzenie wystawiennicze. magdalena zych – etnograf­ ka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. W Muzeum Etnograficznym w Krakowie koordynuje projekty badaw­ cze, w tym „dzieło-działka” (projekt zakończony) i „We­ sela 21”. Doktorantka w Instytucie Etnologii i Antro­ pologii Kulturowej UJ, zajmuje się współczesnymi kolekcjami etnograficznymi. piotr nowak – adiunkt w In­ stytucie Socjologii Uniwersyte­ tu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią obszarów wiejskich i rolnictwa oraz socjologią sportu. Od wielu lat prowadzi badania nad rozwojem obsza­ rów wiejskich i polityką rolną. Swą wiedzę naukową i kompetencje wykorzystuje w pracach o charakterze konsultacyjno-eksperckim dla instytucji działających na rzecz środowisk lokalnych i wiejskich (m.in. dla: Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Urzę­ du Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, Centrum Doradztwa Rolniczego). peter michalík – absol­ went filologii angielskiej, filozof, uzyskał tytuł doktora na Wydziale Filozofii i Hi­ storii Filozofii Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie. Redaktor kulturalny w Radiu

Słowackim. Od 2013 r. jest dyrektorem programowym Festiwalu Książki w Bratysławie (BRaK) i redakto­ rem naczelnym wydawnictwa BRaK związanego z festiwalem. gulio giovannoni – wykła­ dowca Wydziału Architektury Uniwersytetu Florenckiego (UNIFI), wcześniej związany z Instytutem Nauk Poli­ tycznych na John’s Hopkins University w Baltimore. W ostatnim czasie gościnnie wykładał w College of Environmental Design na University of California w Berkeley. Obecnie zajmuje się problematyką przed­ mieść, rozlewania się suburbiów oraz kulturową historią Toskanii. martin zaiček – architekt, doktorant na Wydziale Archi­ tektury w Bratysławie. Jego rozprawa doktorska będzie poświęcona architekturze uzdrowiskowej 2. połowy XX w. na Słowacji. Członek grupy artystycznej Opustená (Re)kreácia. marlena happach – architektka, aktywistka, wspólnie z Markiem Happa­ chem prowadzi pracownię architektoniczną Happach Architekci, realizującą przede wszystkim projekty obiektów takich jak biblioteki, ogniska, świetlice. Pracownia jest doceniana w konkursach architekto­ nicznych (m.in. konkurs Przystanek dla Warszawy, Europan 10). Założycielka i prezeska Stowarzysze­ nia Odblokuj. Razem z zespołem Odblokuj realizuje tymczasowe projekty artystyczne i społeczne, m.in. M3, M4, Muranów Osiedle Pomnik czy odNOWA. Obecnie pełni także funkcję prezesa Oddziału War­ szawskiego SARP. katarzyna sadowy – architektka, ekonomistka, absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej oraz SGH w Warszawie. Adiunkt na Wydziale Nauk Stoso­ wanych Collegium Mazovia Innowacyjna Szkoła Wyższa. Specjalizuje się w zagadnieniach rozwoju społeczno-gospodarczego, pomiaru poziomu, jakości i godności życia. Współorganizatorka i ekspert warsz­ tatów OW SARP organizowanych dla m. st. Warszawy dotyczących programu przemian na Pradze Północ oraz rozwoju centrów lokalnych w Warszawie. łukasz drozda – (ur. 1990) politolog, doktorant w In­stytucie Gospodarstwa Społecznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, stu­ dent studiów inżynierskich z gospodarki przestrzennej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz stypendysta Programu Naukowych Stypendiów Dok­ toranckich Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności „PhDo w Stoczni”. Autor książki Lewactwo. Historia dys‑ kursu o polskiej lewicy radykalnej (Książka i prasa, 2015). Pisze doktorat poświęcony waloryzacji przestrzeni wytwarzanych społecznie.


Fiodor Dostojewski nazwał swoją książkę o syberyjskiej katordze Zapiski iz miortwogo doma. Na polski przetłumaczono to jako Pamiętnik z domu umarłych. Dopiero gdy sam posiedziałem, dotarł do mnie sens tego sformułowania. Przecież ludzie w więzie­ niu żyją. Owszem, obracają się w zamkniętej ograniczonej przestrzeni: od drzwi do okna (jakieś trzy metry, może trochę więcej); od podłogi do sufitu (będzie ze dwa pięćdziesiąt) i od ściany do ściany (metr trzydzieści w mojej pojedynce, dwa i pół w celi czteroosobowej). Niewiele tego, zawsze jednak są to trzy wymiary – długość, szerokość i wysokość – wystarczające do tego, by przeżyć. Brakuje tylko czwartego wymiaru, który jest nieodzownym składnikiem ludzkiej egzystencji. Tym wymiarem, którego nieobecność czyni z więzienia martwy dom, jest czas. Martwota więziennego czasu polega na tym, że jest on nieruchomy. Nie płynie, nie przyspiesza, nie zwalnia, tylko stoi jak woda w stawie. Nie trzeba mieć nawyku filozofowania, żeby to zauważyć. Więźniowie – również ci niewykształceni – wy­ rażają to opisowo – dzień w tym miejscu nie różni się niczym od innych spędzo­ nych tu dni. Wyjściem z czasowego bezruchu jest dopiero wyjście na wolność, ów mityczny moment, w którym powróci życie i wszystko będzie dobrze, a w każdym razie czas znowu popłynie i „będzie się działo”. Swego czasu skazani na dożywo­ cie nie mieli nawet takiej perspektywy. Dlatego ich wyrok nazywano w gwarze więziennej „dookoła” – niebyt w zamkniętym kręgu.

Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca

51

Więzienny „niebyt w czasie” polega w znacznej mierze na braku możliwości celo­ wego działania, które nadawałoby sens naszej egzystencji. […] Nieobecność cza­ sowego wymiaru ludzkiej egzystencji […] jest też zaostrzana przez to, że życie więźnia jest w najdrobniejszych szczegółach określone przez regulamin i polecenia przełożonych; nie ma tu miejsca na własną decyzję, za którą człowiek odpowiada sam przed sobą i bliskimi, ani nawet na samoorganizację własnej codzienności. Jest to jeden z powodów, dla których wymarzone wyjście na wolność z reguły okazuje się szokiem. Oduczyliśmy się inicjatywy i odpowiedzialności za każdy swój ruch, a tu – bez przejściowego okresu readaptacji – czas zaczyna pędzić w oszałamiającym dla nas rytmie i stawiać nas w obliczu wymagań, o istnieniu których całkiem już zapomnieliśmy.

Autoportret - Architektura wspólnoty  
Autoportret - Architektura wspólnoty  
Advertisement