Page 1

Rozmowy przy kawie Wojtek STACHOWIAK

Street art. Sztuka czy wandalizm?

Oczarowani Beskidami

Urszula Miącz-Sobieraj i Wacław Sobieraj

GALERIA: Paweł Mszyca FASHION: Damy i Dandysi

MUZEUM SNÓW Interaktywne Centrum Bajki i Animacji

O bieganiu z Anią i Robertem Celińskimi PORA NA SENIORA

ISSN 2084-4867 www.2bstyle.pl

Tomasz

subiektywny KALENDARZ WYDARZEN

Drabek exclusive

ROBERT KONIECZNY I JEGO ARKA 26

Nr 1( ) 2 017 luty-marzec


REKLAMA

2


REKLAMA

3


NA WSTĘPIE czasopismo bezpłatne ISSN 2084-48 Na okładce: Street art - Bushwick / New York City © Brad Pict / fotolia

napisz do nas: redakcja@2bstyle.pl Wydawca: MEDIANI Anita Szymańska, www.mediani.pl ul. Janowicka 111a, 43-344 Bielsko-Biała e-mail: mediani@mediani.pl tel. 504 98 93 97 2B STYLE ul. Janowicka 111a, 43-344 Bielsko-Biała e-mail: redakcja@2bstyle.pl www.2bstyle.pl Redaktor Naczelna: Agnieszka Ściera Reklama: reklama@2bstyle.pl, tel. 609 63 73 83 Zespół redakcyjny: Agnieszka Ściera (tekst), Anita Szymańska (tekst & foto), Roman Kolano (tekst), Katarzyna Górna-Oremus (tekst), Ewa Krokosińska-Surowiec (tekst) Michalina Sierny (foto), Jacek Kućka (tekst), Magdalena Jeż (tekst), Mateusz Kaczyński (tekst), Magda Ostrowicka-Dołęgowska (tekst), Bastek Czernek (foto), Basia Puchala (tekst), Anna Popis-Witkowska (korekta), ESCO (IT). Grafika i skład: Mediani | www.mediani.pl Druk: Drukarnia RABARBAR Wydawnictwo bezpłatne, nie do sprzedaży. Copyright © MEDIANI Anita Szymańska Przedruki po uzyskaniu zgody Wydawcy. Listy: e-mail: redakcja@2bstyle.pl Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i nie odpowiada za treść umieszczonych reklam. Redakcja ma prawo do skrótu tekstów. Wydawca ma prawo odmówić umieszczania reklamy lub ogłoszenia, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z obowiązującym prawem lub linią programową lub charakterem pisma. Produkty na zdjęciach mogą się różnić od ich rzeczywistego wizerunku. Ostateczną ofertę podaje sprzedawca. Niniejsza publikacja nie jest ofertą w rozumieniu prawa. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za opinie osób, zamieszczone w wypowiedziach i wywiadach. 2B STYLE jest czasopismem zarejestrowanym w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej.

Dużo dobrej lektury Ostatnie youtube’owe odkrycie, czyli kosmiczna wersja narodowej baśni o Janie Twardowskim, co to duszę diabłu zaprzedał, okazało się miłym zaskoczeniem. Przecież znam tego Borutę, a właściwie aktora, który go tak cudnie odgrywa. I tym przyjemniejsze było to uczucie, że Tomasz Drabek, bo o nim mowa, tak świetnie bryluje przed kamerą, w otoczeniu śmietanki aktorskiej Polski. Tomasz opowiedział nam nieco o sobie, a czy diabła ma za skórą, nie zdradzę. Nowością 2B STYLE są nowi dziennikarze, których zaprosiliśmy do współpracy. Efektem tego jest cykl „Rozmowy przy kawie”, który prowadzi Magda „Rybka” Jeż, prezes Fundacji „Kalejdoskop” i twórczyni klubokawiarni Aquarium. Na rozgrzewkę Magda porozmawia z Wojtkiem Stachowiakiem, współtworzącym Pracownię PanBonTon. Na łamach 2B STYLE debiutuje też Magda Ostrowicka-Dołęgowska, od niedawna bielszczanka. Przepyta Annę Celińską, jak taka drobna, piękna dziewczyna daje sobie radę w ultramaratonach i biegach po górach. Nasz bardzo pracowity stały fotograficzny współpracownik, Bastek Czernek, popełnił znów ciekawą sesję, a zdjęcia z niej zobaczycie w dalszej części magazynu. Sesja „Damy i Dandysi” powstała specjalnie dla firmy obuwniczej Valentowitch. Ponieważ mieszkamy w sąsiedztwie gór, nie mogło zabraknąć wątku z nimi związanego. Paweł Mszyca, fotografik i pasjonat wszystkiego, co z górami związane, uwiecznia je w taki sposób, że chce się tam być. Gorąco polecam także artykuł o niezwykłej rodzinie malarzy, których prace zdobią wnętrza na całym świecie. Urszula Miącz-Sobieraj i Wacław Sobieraj niedawno obchodzili 40-lecie pracy twórczej, a my zapraszamy do ich pracowni. Dział Architektura & Design przybrał nieco inną niż dotychczas formę. Będziemy chcieli pokazać Wam różne „smaczki” związane z tym tematem. Na pierwszy rzut idzie Arka Koniecznego oraz projekt multimedialnego Muzeum Bajki, który przybliży kolejny, nowy dziennikarz w naszej drużynie, Mateusz Kaczyński. Życzę przyjemnej lektury

Agnieszka Ściera Redaktor Naczelna

PARTNER MEDIALNY: JESTEŚMY TU:

SPIS TREŚCI

WERSJA DRUKOWANA ON-LINE: www.issuu.com/mediani/

6-10 12-15 16-21 22-23 24-28 29 30-33 34-39 40-45 46-49 50-54 56 58-60 61 62-71

PORTAL: www.2bstyle.pl

4

Subiektywny Kalendarz Wydarzeń Ludzie: Tomasz Drabek Rozmowy przy Kawie: Wojtek Stachowiak Felieton: Na kolanie Street Art. sztuka czy wandalizm? Przewodnik po beskidzkich muralach Oczarowani Beskidami Galeria: Paweł Mszyca Fashion: Damy i Dandysi Nie wyobrażam sobie życia bez biegania. Zdrowie i uroda Nowojorskie impresje Województwo śląskie na co dzień Nie ma wesela bez bójki Architektura & Design


REKLAMA

5


SUBIEKTY WNY KALENDARZ WYDARZEŃ

ideałach i władzy pieniądza. Ale przede wszystkim jest to historia romantycznej miłości. Reżyserem i jednym z odtwórców głównych ról jest Janusz Józefowicz, a obok niego na scenie zobaczymy Nataszę Urbańską, Mariusza Czajkę i Arama Chamskiego. www.metrowspodku.pl

4-5 marca. Szczyrk Orle Gniazdo. Festiwal Górski Wondół Challenge.

11 marca. Bielsko-Biała. Dom Kultury w Hałcnowie, godz. 17-21.00 II Maraton Zumba

Zapowiada się wiele ciekawych prelekcji, filmy, wystawy, prezentacje sprzętu górskiego, szkolenia z zakresu bezpieczeństwa w górach.

Charytatywny Marton Zumba, a w nim: 30 instruktórów Zumby, warsztaty Bachaty z Mariuszem Koperskim, kiermasz świąteczny i wiele innych atrakcji.

6-11 marca. Bielsko-Biała. Tkalnia Urody.

Tydzień Kobiet. Wszystko, co kobieta powinna wiedzieć o pielęgnacji ciała. Urodowe nowinki, kosmetyczne porady.

13 marca. Bielsko-Biała. Klub Miasto. Godz. 19.00. Spotkanie z Sebastianem Kawą

10 marca. Katowice. Spodek Musical „Metro”.

Spotkanie z najbardziej utytułowanym zawodnikiem szybowcomym na świecie. 10-krotny Mistrz Świata opowie o swojej pasji, życiu, przygodach lotniczych.

To opowieść o rozczarowaniach i marzeniach, o pasji i zdradzie, o młodzieńczych

6


REKLAMA

7


SUBIEKTY WNY KALENDARZ WYDARZEŃ

14 marca. Bielsko-Biała. Książnica Beskidzka. Godz. 18.00

Projekt Dom Otwarty to cykl spotkań z literaturą i słowem. www.ock.org.pl

16-19 marca. Tychy. Miejskie Centrum Kultury X Tyski Festiwal Monodramu MOTYF

Wernisaż wystawy rysunków graficznych oraz obrazów Jarosława Gewinnera. Wieczór uświetni występem świetna wokalistka Beata Przybytek.

15 marca. Oświęcim. Oświęcimskie Centrum Kultury Z cyklu Dom Otwarty spotkanie z Anną Seniuk.

Festiwal to święto Jednego Aktora. Przez dwa festiwalowe dni widzowie obejrzą zmagania mistrzów, wezmą udział w warsztatach i spotkaniach. Będą świadkami konkursu na najlepszy monodram, który zostanie wybrany przez jury pod przewodnictwem samego Jerzego Stuhra. www.kulturatychy.pl

REKLAMA

8


21 marca.

Oświęcim. Dom Klugerów. Godz. 19.00 Koncert Sasha Boole

Sasha Boole to jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskiej sceny folkowej. Ale nie chodzi o zakurzony folk w tradycyjnym swetrze i z kobzą, lecz o ten energetyczny – związany z whisky, ciekawymi i budzącymi emocje opowieściami oraz ciągłą podróżą. Lubisz Boba Dylana, Johnny’ego Casha, King Dude albo Neila Younga? Prawdopodobnie polubisz też Sashę. Artysta gra na kilku instrumentach. Jego muzyka wypływa z amerykańskiego folku. To pierwotne, nieco brudne brzmienie.

25 marca. Kraków, Tauron Arena Diverse Night of the Jumps 2017

REKLAMA

Konkurs freestyle, niesamowite ewolucje wykonywane na wysokości niemal trzeciego piętra. Widzowie będą mieli okazję na bezpośrednie spotkanie z zawodnikami podczas Pit Party, gdzie odbędzie się także sesja autografów, a dodatkowe konkursy, ceremonia otwarcia i specjalne show dostarczą kolejnych wrażeń.

9


SUBIEKTY WNY KALENDARZ WYDARZEŃ

30 marca- 24 kwietnia. Bielsko-Biała. Dom Kultury Włókniarzy XXIII Ogólnopolski Konkurs Malarstwa Nieprofesjonalnego im. Ignacego Bieńka

29-31 marca. Szczyrk. Orle Gniazdo. II Akademickie Mistrzostwa Pierwszej Pomocy

Konkurs adresowany do malarzy z różnych środowisk twórczych, mający na celu integrację i wymianę doświadczeń artystycznych twórców nieprofesjonalnych. Adresowany do osób dorosłych. Tematyka i technika dowolne. www.mdk.beskidy.pl

W szranki staną ponownie drużyny studentów z całej Polski. Zmierzą się na polu ratowania życia ludzkiego w trudnej, górskiej scenerii. 2BSTYLE objęło ponownie wydarzenie patronatem.

22-23 kwietnia. Wisła. Góra Stożek Diverse Downhill Contest: Puchar Polski 2017

30-31 marca. Katowice. Muzeum Śląskie Szychta Kreatywna.

Rywalizacja na Stożku to rok rocznie mnóstwo niesamowitych emocji, grono najlepszych zawodników, w tym wielu obcokrajowców, oraz niezapomniana atmosfera tworzona przez tłumy kibiców.

Finał cyklu dyskusji i spotkań poświęconych społecznym, inwestycyjnych i architektonicznym aspektom rewitalizacji. www.muzeumslaskie.pl

marzec-kwiecień. Pszczyna. Muzeum Zamkowe

Chcesz poinformować o wydarzeniu? Napisz do nas: redakcja@2bstyle.pl lub zgłoś przez stronę: www.2bstyle.pl

Wiosna z Fryderykiem w Pszczyńskim Zamku Cykl recitali fortepianowych. Szczegółowe informacje o terminach i wykonawcach znajdą się na stronie internetowej muzeum. www.zamek-pszczyna.pl

10


Toyota C-HR. Awangarda na masową skalę gentnym kluczykiem, przyciemnianymi szybami, tapicerką, system parkowania, 18-calowymi aluminiowymi i lakierem metalizowanym karoserii połączonym z czarnym dachem. Moc hybrydy Toyota C-HR jest oferowana z gamą silników złożoną z najnowocześniejszych rozwiązań Toyoty. Składają się na nią wyjątkowy w tym segmencie, najbardziej zaawansowany technicznie napęd hybrydowy 4 generacji o mocy 122 KM ze średnim zużyciem 3,6l/100km oraz dynamiczny silnik benzynowy 1.2 Turbo o mocy 116 KM i średniego zużycia 5,5l/100km.

T

wórcy Toyoty C-HR postawili na nowoczesną, wyrazistą stylistykę, która nawiązuje do szlifowanego diamentu. Urozmaicona struktura C-HR łączy większy prześwit i masywną dolną część nadwozia charakterystyczną dla SUV-ów z kompaktową kabiną typu coupé. Na tle smukłego profilu auta wyróżniają się tylne reflektory w technologii LED. Samochód jak diament Wnętrze C-HR jest realizacją nowej koncepcji stylistycznej Sensual Tech, łączącej funkcjonalność nowoczesnych technologii z najwyższą jakością materiałów i inspirującym stylem. Konsolę centralną skierowano z 8-calowym ekranem dotykowym w stronę prowadzącego samochód. Kierowca ma do dyspozycji nowy system multimedialny o wzbogaconym, zmodyfikowanym interfejsie z platformą Multi-Media’16 oraz rozbudowane usługi łączności i wymiany danych. Motyw diamentu, do którego nawiązuje kształt nadwozia, został wykorzystany w projekcie wielu przełączników, wewnętrznej strony drzwi, podsufitki, osłon głośników JBL, w tym głośników wysokotonowych, a nawet wskazówek zegarów analogowych. Klienci mogą wybierać spośród trzech kompozycji kolorystycznych wnętrza – ciemnoszarej, niebiesko-czarnej i brązowo-czarnej. Elementy dekoracyjne wykonano z eleganckiego tworzywa w kolorze Piano Black z satynowo-srebrnymi zdobieniami. Wrażenie harmonii podkreśla jednolite niebieskie podświetlenie.

Precyzja na drodze W budowie wielowahaczowego zawieszenia zadbano w szczególności o idealną liniowość pracy układu kierowniczego, a także o optymalne ograniczenie oporów ruchu, co sprawia, że Toyota C-HR oferuje wyjątkową precyzję prowadzenia wśród aut z segmentu crossoverów. Ograniczenie przechyłów nadwozia, które zwykle w większym stopniu dotyczą wysokich samochodów, poprawia komfort jazdy. Nawet na wysłużonych drogach samochód zachowuje wyjątkową stabilność i precyzję, co zwiększa pewność prowadzenia i radość z jazdy. Dźwięk, który tworzy przestrzeń C-HR wprowadza do segmentu crossoverów jakość dźwięku na najwyższym poziomie, którą zapewnia specjalnie opracowany do tego modelu system nagłośnienia klasy premium marki JBL. Składają się na niego 8-kanałowy wzmacniacz stereo o mocy 576 wat oraz 9 głośników, w tym dwa niedawno opatentowane wysokotonowe głośniki tubowe. Nagłośnienie do C-HR powstało w ścisłej współpracy między JBL i Toyotą. Inżynierowie producenta systemów audio brali udział w projektowaniu wnętrza samochodu już od wczesnych etapów tego procesu. Dzięki temu system został tak dostrojony, aby dźwięk odbijając się od powierzchni o różnym kształcie, nachyleniu i fakturze, tworzył optymalną przestrzeń akustyczną.

ZAPRASZAMY NA JAZDĘ TESTOWĄ DO SALONU TOYOTY W BIELSKU BIAŁEJ, A DODATKOWO NA HASŁO 2BSTYLE CZEKA NA PAŃSTWA NIESPODZIANKA.

11

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Bezpieczeństwo dla wszystkich Toyota dąży do udostępnienia zaawansowanych systemów bezpieczeństwa jak najszerszemu gronu kierowców, dlatego stopniowo wprowadza pakiety Toyota Safety Sense do wszystkich swoich modeli. Najbardziej wymagający klienci mogą zamówić model z podgrzewanymi siedzeniami, inteli-


LUDZIE

Tomasz DRABEK

Próbuję zachować równowagę 12


Z Tomaszem Drabkiem, aktorem, bielszczaninem, odtwórcą roli Boruty w „Legendach polskich” Allegro rozmawia Anita Szymańska. Foto: Allegro, Bastek Czernek, arch. prywatne

O PROJEKCIE: „Legendy polskie” są projektem z pogranicza kultury i reklamy, który jest wyjątkowym sposobem na budowanie marki w cyfrowym świecie. Projekt przedstawia na nowo znane, tradycyjne polskie historie w sposób atrakcyjny i zrozumiały dla młodego odbiorcy, żyjącego w świecie Internetu i mediów społecznościowych. Allegro do projektu zaprosiło znanych twórców, aktorów i muzyków, a reżyserię powierzyło Tomaszowi Bagińskiemu. Postać Boruty wśród fanów cyklu jest już nazywana kultową. Jak mówi Tomasz Drabek: „Trudno przyzwyczaić się do bycia diabłem, ale lubię tę postać, mogę bezkarnie być zły. Co do inspiracji.... Jakimś wzorcem był John Milton z „Adwokata diabła”, Al Pacino wspaniale połączył poczuci humoru, inteligencję i grozę. Robiłem co mogłem by zbliżyć się do tego wzoru, zachowując jednocześnie słowiański charakter.” Dotychczas z serii „Legend...” ukazały się krótkometrażowe filmy, dostępne wyłącznie w Internecie: „Smok”, „Twardowsky”, „Twardowsky 2.0”, „Operacja Bazyliszek”, „Jaga”.

Niezwykle trudno znaleźć jakikolwiek wywiad z panem, poza rozmową z Borutą, którym pan przecież tylko bywa. Czy namówić pana na rozmowę to piekielnie trudne zadanie, czy jest inna przyczyna? Nie jestem raczej typem gaduły, ale też chyba popularność produkcji internetowych rządzi się innymi prawami, niż popularność seriali. A może po prostu dziennikarze boją się dzwonić do piekła. My się nie boimy jak widać. „Legendy polskie” są jednym z filmowych projektów, w których brał pan udział. Przedtem można pana było zobaczyć między innymi w „Aż po sufit”, „Wkręceni 2”, „1920. Bitwa warszawska”. Nie da się jednak ukryć, że rola Boruty w „Legendach…” znacząco podniosła pana rozpoznawalność. Sporo osób ma apetyt na więcej, jeśli chodzi o pana aktorską grę. Jak to jest z propozycjami po takiej roli? W jakim kierunku aktorsko chciałby pan podążać? Trudno mi ocenić, czy ta przygoda z „Legendami…” wpłynęła na rozpoznawalność mojej osoby. Spotykam się z wieloma bardzo miłymi komentarzami ze strony internautów i ludzi, których spotykam w teatrze. Ale na ulicy czy w sklepie spożywczym raczej trudno rozpoznać we mnie Borutę. Może to i lepiej, bo mógłbym mieć problem z kupowaniem bułek na śniadanie na zeszyt. Co do propozycji pracy, to myślę, że jeszcze za wcześnie, żeby ocenić, na ile ta rola wpłynie na moją zawodową drogę. Na razie bardzo dużo gram w teatrze, o czym zawsze marzyłem i co było i jest dla mnie ważne. Zapraszam do Och-Teatru czy też na spektakle „Pożaru w burdelu”. Jeśli chodzi o marzenia, to jest kilku reżyserów, których telefony chętnie odbiorę, ale na pewno bardzo chciałbym znowu spotkać się w pracy z Tomkiem Bagińskim i zagrać w pełnometrażowej wersji „Legend…”, najchętniej realizowanej w plenerach Nowej Zelandii.

13


LUDZIE

W „Legendach…” wyprodukowanych przez Allegro wciela się pan w postać Boruty, klasycznego polskiego diabła wywodzącego się ze szlachty. Czy aktor zagra wszystko i czy dobry człowiek może zagrać diabła? Czy aktor zagra wszystko? Nie sądzę, myślę, że dużo łatwiej wykonywać swoją pracę, gdy jest się w zgodzie ze swoim sumieniem – i nie dotyczy to tylko aktorstwa. Owszem, zdarza mi się, że będąc na scenie, odczuwam spory dyskomfort i nie zawsze zgadzam się z tym, co reprezentuje moja postać, ale próbuję zachować jakąś równowagę, żeby w imię poświęcenia się sztuce nie stracić do siebie szacunku. Czy dobry człowiek może zagrać dobrze diabła…? Czy zły człowiek może być aniołem…? Postać Boruty jest dość przewrotna. Z jednej strony jest zabawny i inteligentny, z drugiej niezdarny i zapatrzony w siebie. Często ulegamy czarowi osób inteligentnych, błyskotliwych i zabawnych, wierząc im i ufając, ale te cechy nie są tożsame z dobrem. Tak opakowane zło może być bardzo kuszące i niebezpieczne. Cieszę się więc, że udało mi się być „dobrym diabłem”. Właśnie rola „dobrego diabła”, a raczej dobra rola diabła sprawiła, że „Legendy…” nabierają mocy. Muszę przyznać, że trochę kradnie pan show Robertowi Więckiewiczowi, którego kreacja jest jakby szersza, a jednak to pan wbija się jak szpila w sceny. To bardzo miłe, co pani mówi, ale nie przypuszczam, żebym mógł kiedykolwiek ukraść show Robertowi Więckiewiczowi. Cieszę się, że udało mi się dobrze wykonać swoją pracę i nie ulec tremie, jaka towarzyszyła byciu na planie w towarzystwie tak wybitnych aktorów.

14


Tremy nie widać, wręcz przeciwnie. Jako Boruta siedzi sobie pan za biurkiem, ma pan kłopoty z ogarnięciem komputera, wokół powstaje wirtualny świat… Jest wyzwanie dla aktora! To cudowne doświadczenie, kiedy kręci się zdjęcia w dość uproszczonej scenografii na tle „zielonych prześcieradeł”, a potem na ekranie ogląda przestrzeń kosmiczną i piorunujące efekty specjalne. Często nie do końca wiedziałem, w jakiej scenerii rozgrywa się dana sytuacja, i moje wyobrażenia okazywały się odmienne od końcowego efektu, ale zawsze byłem zachwycony. Dzięki ekipie Platige Image mogłem przenieść się do świata swoich dziecięcych marzeń. Właśnie – w sferze wizualnej „Legendy…” wchodzą w obszar, którego brakuje nieco polskiemu kinu. To oczywiście ogromna zasługa Tomasza Bagińskiego. Czy taka stylistyka panu odpowiada? Jako dziecko stałem w wielogodzinnych kolejkach, żeby kupić bilet na „Gwiezdne wojny”, Luke Skywalker był moim idolem, zaczytywałem się w literaturze science fiction. Tak, ta stylistyka bardzo mi odpowiada. „Legendy…” dotykają tego, czym my, Polacy, nasiąkamy od dzieciństwa – pomieszania zabobonów, literatury, przywar, rubaszności, kombinowania. Prawdziwie piekielna mieszanka. Patrząc na kolejne odcinki, ma się wrażenie, że cała ekipa doskonale się bawiła, że ta zabawa konwencją trafiła na podatny grunt. Myślę, że spotkała się grupa bardzo utalentowanych i otwartych ludzi niepozbawionych poczucia humoru. Praca była naprawdę przyjemnością, tak więc była duża szansa na powodzenie projektu. Ukończył pan filologię polską, jest jednym z gospodarzy Bielskiej Edycji Kra-

kowskiego Salonu Poezji. Literatura jest obecna w pana życiu? „Legendy…” czerpią bezpośrednio z polskich wierzeń i podań. Czy sądzi pan, że taka forma przybliży polskie legendy młodym ludziom, czy wręcz przeciwnie, przekaże im jakiś zafałszowany obraz? Moim zdaniem scenarzyści Błażej Dzikowski i Dominik Marzec w znakomity sposób uchwycili współczesne konteksty legend. Dla mnie w wielu wypadkach te pomysły były bardzo inspirujące. Myślę, że ta forma zachęci młodych ludzi do samodzielnych poszukiwań w polskiej kulturze, że znajdą dla siebie coś, co ich zachwyci i z czego będą mogli być dumni. Wieść gminna niesie, że projekt Allegro ma być nieco szerszy niż krótkometrażówki. Tomasz Bagiński powiedział: „Pierwsze filmy były pewnego rodzaju testem, sprawdzeniem, czy jest zapotrzebowanie na tego typu historie. Teraz wiemy, że ono faktycznie jest”. Czy możemy się spodziewać pana w dalszej części projektu, o ile rzeczywiście taki jest brany pod uwagę? Mam taką nadzieję. Proszę trzymać kciuki. Trzymam mocno, bo to bardzo interesująca produkcja. Wracając do bielskiego wątku, bo nie wszyscy czytelnicy zapewne kojarzą, że jest pan bielszczaninem. Bywa pan czasem w Bielsku-Białej? Kocham góry. Z rozrzewnianiem wspominam czasy, kiedy przed spektaklem czy też po próbie mogłem wyskoczyć na spacer na Błatnią lub pojechać na narty do Szczyrku. W Bielsku-Białej mam rodzinę, przyjaciół. Gdy tylko pozwala mi na to czas, przyjeżdżam tam z przyjemnością. Dziękuję za rozmowę. Również dziękuję.

15


ROZMOWY PRZY KAWIE

16


Rozmowy przy kawie

Wo j te k S TAC H O W I A K

R ozmawia : M a g d a l e na J e ż Założycielka Klubokawiarni Aquarium, mieszczącej się na I piętrze Galerii Bielskiej BWA (ul. 3 Maja 11) www.facebook.pl/klubokawiarnia.aquarium Zdjęcia: Marta Bąk i Adrian Pytlik

Nigdy nie marzyłam o karierze dziennikarskiej. Wyrażanie myśli w rozmowie przychodzi mi z łatwością, pisanie tekstów jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Propozycję objęcia patronatem własnej rubryki w magazynie „2B STYLE” przyjęłam jednak z radością. W końcu mam pisać o rozmowach prowadzonych przy kawie, a w jakich innych okolicznościach mogłoby być równie swobodnie i wesoło? Można w treść wplatać suche żarty, a nawet odbiegać od tematu, wszystkie chwyty dozwolone! W Aquarium na co dzień spotykam wielu ciekawych ludzi – mających niesamowite pasje i wspaniałe osobowości. Czasem wpadają na szybką kawę i zamieniam z nimi dwa słowa przy barze, czasem zostają na dłużej. Wielu z nich jest stałymi bywalcami – mamy szansę poznać się bliżej, nawiązać relację. Tak właśnie było z Wojtkiem Stachowiakiem, bohaterem pierwszych „Rozmów przy kawie”.

17


ROZMOWY PRZY KAWIE

Prawda jest taka, że tych druków naprawdę miło dotknąć! Pod palcami czuć to, co jest niemożliwe do uzyskania w żadnej innej technologii – urokliwe tłoczenia i wypukłości papieru.

Koszula z kamizelką lub ciepły sweter, kaszkiet, gęsta broda, łagodny uśmiech. Nienaganny sposób bycia – właśnie tak prezentuje się PanBonTon. Za tą nazwą kryje się jednak nie tylko odpowiednia etykieta, ale także sporo drukarskich tajemnic, o których mamy okazję porozmawiać. Wojtek jest smakoszem kawy. Najbardziej lubi czarną bez cukru, parzoną w chemeksie, czyli dużym szklanym dzbanku. W swojej pracowni ukrytej w Cygańskim Lesie parzy ją w naprawdę dużych ilościach – czasem nawet dwa litrowe dzbanki dziennie. Przygotowuje ją rano i sączy potem małymi łyczkami w trakcie pracy. Wojtek jest bielszczaninem z wyboru – wraz z Kasią Szczerbą, współtworzącą Pracownię PanBonTon, przeprowadzili się tutaj z Opola pod koniec 2010 roku. Powód był prosty – chcieli mieć bliżej w góry. Pod tym kątem Bielsko-Biała okazało się idealne – Beskidy są dosłownie za płotem, Tatry jedynie o 1,5 godziny jazdy samochodem. Zaledwie miesiąc od podjęcia decyzji o przeprowadzce zajęło im zamknięcie spraw w Opolu, zakończenie pracy w dużej lokalnej gazecie i znalezienie mieszkania tutaj na miejscu. Trochę oszczędności oraz kilku klientów na dobry początek stanowiło bazę startu w nowym mieście. Najpierw zajęli się tym, co robili do tej pory, czyli pracą przy komputerze – projektowaniem graficznym. Dopiero po jakimś czasie postanowili skoczyć na głęboką wodę i kupili w Holandii starą maszynę drukarską. Wynajęli dom w Cygańskim Lesie, gdzie udało im się zmieścić 400-kilogramową prasę, niezli-

18


czone pudła z drewnianymi czcionkami, farbami i papierem o różnych kolorach i grubościach. Jest ciasno, ale przytulnie. Przy odrobinie szczęścia można się tam nawet natknąć na trzy koty, choć mają zakaz wchodzenia do pracowni. Gdy pytam Wojtka o to, jak w prostych słowach i bez używania specjalistycznych zwrotów określić to, czym się zajmują, odpowiada tak: „Drukujemy! W tradycyjnej technologii, niestosowanej już na co dzień, wypartej przez druk offsetowy i cyfrowy. Wykorzystujemy polimerowe matryce i ruchome czcionki, czyli ołowiane klocki z wizerunkiem litery na górze. Odbijamy je na zabytkowych manualnych maszynach. Kartka po kartce wkładamy arkusze papieru do prasy i wyciągamy odbitki. Jest to druk bardzo czasochłonny, ale także dający niepowtarzalne efekty na kolejnych egzemplarzach”. Brzmi nieco magicznie? Powinno, bo to naprawdę jest coś! Drukują rzeczy wyjątkowe i nietypowe. Zazwyczaj są to wizytówki i zaproszenia, nie tylko ślubne. Często zdarzają się także zamówienia na papeterie, papiery firmowe i plakaty tekstowe. A czasem i na różne inne dziwne rzeczy, z którymi masowa produkcja zwyczajnie sobie nie radzi – czy to ze względu na niski nakład zamówienia, czy też na różne drukarskie sztuczki, które możliwe są do osiągnięcia jedynie przy manualnej pracy. Bo prawda jest taka, że tych druków naprawdę miło dotknąć! Pod palcami czuć to, co jest niemożliwe do uzyskania w żadnej innej technologii – urokliwe tłoczenia i wypukłości papieru. Pachną farbą

drukarską, zachwycają paletą kolorów. Nie są jak jednorazowe ulotki z pizzerii, które wyrzucamy jeszcze przed ich dokładnym obejrzeniem. Do najbardziej niestandardowych zamówień, jakie udało im się zrealizować, należą wizytówki, które po odpowiednim poskładaniu tworzyły mały kartonowy domek. Równie wyjątkowe były modele do sklejania, które powstały we współpracy ze Stowarzyszeniem Olszówka – modele tramwaju i willi. A także ciekawe kartonowe podkładki pod napoje, z bardzo różnymi wzorami i cała masa papeterii, na których od razu chciałoby się pisać piórem miłosne listy. Dla Wojtka i Kasi praca w pracowni miała być tylko odskocznią od komputera. Szybko jednak okazało się, że zupełnie niechcący ich hobby stało się czymś, co pochłania ich całkowicie. Nie jest to dla nich jedynie praca, ale samonakręcająca się pasja. Skoro zajmują się tym wspólnie, pytam o nazwę – czemu „Pan” Bon Ton, a nie „Państwo”? I tu okazuje się, że nazwa kryje w sobie pewną branżową tajemnicę. Wcale nie odnosi się do pana, tylko do systemu kolorystycznego w poligrafii: Pantone. Jest więc zlepieńcem rozszyfrowywanym przez wąskie grono specjalistów. Natomiast „Bon Ton” wkradł się tutaj ze swoimi zaproszeniami, etykietą, savoir-vivre’em związanym z wizytówkami. Wszystko się zgadza i pasuje idealnie! Gdy kawa kończy nam się w filiżankach, wspominamy działania Kasi i Wojtka, które odbyły się u nas w Aquarium.

19


Było ich naprawdę sporo: odbijanie własnych wzorów za pomocą drewnianych czcionek i na małej przenośnej prasie drukarskiej, warsztaty kaligrafii i wspólne pisanie listów, a także zabawy z papierem: składanie kopert i pakowanie prezentów świątecznych. Wojtek o Aquarium mówi tak: „W tym miejscu zaczęły się nasze wyjazdowe zajęcia poza pracownią. Znaleźliśmy tu przestrzeń, która umożliwiła nam wyjście do większego grona odbiorców. Nasza mała pracownia nie pomieści więcej niż 2-3 osoby, a tutaj mogło się ich spotkać naraz kilkanaście”. PanBonTon wykonał także piękny mural kredowy na pierwsze urodziny kawiarni w 2015 roku. Upiększył też nasze wnętrze plakatami tekstowymi. Oba są ładne i zabawne – warto je wypatrzeć przy kolejnej wizycie w kawiarni! Za zdjęcia do artykułu dziękujemy innym przyjaciołom Aquarium – Marcie Bąk i Adrianowi Pytlikowi, zgranemu duetowi fotograficznemu o niezwykłej zdolności dostrzegania szczegółów (www.pytlikbak.pl). Przy okazji zdradzamy już teraz, że to oni będą kolejnymi bohaterami „Rozmów przy kawie”!

www.panbonton.pl

20


21


FELIETON NA KOLANIE

Z czy bez? Tekst: Roman Kolano

Na bardzo przyspieszonym porannym zebraniu Rady Wspólnego Gospodarstwa Domowego bezwzględną dla mnie większością głosów znowu zostałem wytypowany i zobowiązany do zakupu czegoś do posmarowania pasztetem lub masłem (z dodatkiem jednego procenta masła w maśle). Zawsze w tym celu kupowałem zwykły chleb w piekarni. Krojony, obracany, przypieczony, żytni lub pszenny – po prostu zwykły chleb. Tego ranka piekarnia była zamknięta z powodu jakiejś awarii. Udałem się więc do ogólnospożywczego sklepu po zakup rzeczonego chleba. Na regałach – kisiele, napoje, batony, mąki… jest! Cała ściana z komorami wypełnionymi brzuchatymi bochenkami w kolorze przypieczonej skórki. Wyciągnąłem rękę jak ramię koparki do komory z napisem „CHLEB”, żeby zagarnąć zastygłą bryłę mieszaniny mąki, wody, drożdży i soli. Nagle moja ręka zawisła w bezruchu nad sklepową półką, jakby w koparce brakło zasilania. Zauważyłem obok przegrodę z innym chlebem, z podpisem większym „CHLEB BEZ POLEPSZACZY”. Zaraz, zaraz! Co jest grane? Dwa takie same chleby, ten sam producent, cena ta sama… Tylko jeden chleb bez polepszaczy… A to znaczy, że ten drugi obok jest z polepszaczami. No to który będzie lepszy? Z polepszaczami? No to po co ten bez polepszaczy? Na dodatek w tej samej cenie. Skoro coś jest bez czegoś, co jest w czymś innym, to powinno być tańsze od tego z czymś (np. samochód bez silnika jest tańszy od samochodu z silnikiem). Z tego wynika – myślę w analitycznym skupieniu – że ten chleb bez polepszaczy jest droższy od tego z polepszaczami, a równocześnie ten z polepszaczami jest tańszy od tego bez polepszaczy.

Uwaga! Polepszacz! 22

Uwaga! Polepszacz! To spostrzeżenie nieścisłości niczego nie rozwiązało, przeciwnie – wniosło do sprawy kolejne wątpliwości. Podświadome przekonanie, że to, co drogie, jest lepsze – to skrót myślowy (co prawda uzasadniony, ale jednak skrót), który z tego właśnie względu, że jest skrótem, często staje się elementem manipulacji w handlu. Dostrzegłem pułapkę. Co wybrać?! Uruchomiłem wewnętrzną procedurę procesu decyzyjnego mającą zakończyć się zakupem chleba. Ten bez polepszaczy nie dawał mi spokoju. Zacząłem powątpiewać, czy aby ten z polepszaczami będzie na pewno lepszy i czy aby ten bez polepszaczy będzie na pewno gorszy. Stałem przed tymi półkami, niepokój narastał, a mój stan się pogarszał. A może jest tak, że ten bez polepszaczy jest lepszy od tego z polepszaczami? To mogło znaczyć, że ten z polepszaczami jest gorszy. Może ten bez polepszaczy jest trochę gorszy w smaku, ale jakościowo lepszy, a ten z polepszaczami lepszy w smaku, ale gorszej jakości? Zaczęły mnie nogi boleć od tego (samotnego) stania przed chlebem, kiedyś ludzi bolały nogi w kolejkach od (wspólnego) stania za pieczywem. Najpierw stali za chlebem, później za papierem toaletowym – taka kolej rzeczy. Długo stali, musieli mieć nogi ze stali. Stojąc, doszedłem do wniosku, że jest to bardzo prawdopodobne, a nawet możliwe, że lepszy jest ten bez polepszaczy od gorszego z polepszaczami. Czy to możliwe, że jest gorzej, kiedy myślimy, że jest lepiej, i jest lepiej, kiedy myślimy, że jest gorzej? Czy można sobie polepszyć na gorsze? Moja refleksja rozlała się szerzej niż rozbryzgana osiemnastoprocentowa śmietana strącona z półki na sklepową podłogę. No każdy chyba w życiu jakiegoś tam sobie polepszacza do codzienności dosypuje. Cukier (dwa regały dalej) na ten przykład – dosypujemy do herbaty, żeby nie była gorzka. Cukrem polepszamy herbatę. Podobnież z kawą.


W tych przypadkach właściwie to jeden polepszacz rozpuszczamy w drugim. Polepszacze można też palić. Papierosy są bardzo popularnymi polepszaczami, polepszają nastrój przy pomocy dymu, ale szkodzą na płuca, powodują raka, śmierć itd., itp. Płuca filtrują papierosa, zatrzymując w środku szkodliwe substancje i wydalając duszący smród, ale za to jest zabawa. Niezwykle niebezpiecznymi polepszaczami są dopalacze. Jako społeczeństwo staramy się zwalczać dopalacze, ale polepszaczy to już tak chętnie nie chcemy się pozbyć. Bardzo często jest spotykany i stosowany wysokoprocentowy polepszacz w płynie. Jest bardzo skuteczny w polepszaniu stosunków międzyludzkich. Ale łatwo go przedawkować. Polepsza emocje, wyzwala entuzjazm i euforię wręcz… Do walki wręcz, po przedawkowaniu, kiedy na przykład konwersacja zejdzie na tematy polityczne. Polepszacz ten wyzwala bardo szeroki zakres uczuć – od skrajnej gościnności do skrajnej nienawiści. Polepsza rozmowę, powiększa zasób słów i tematów, wyostrza elokwencję, pobudza ekspansję poglądów, poszerza wiedzę z dziedziny psychologii, nauki o człowieku oraz techniki gry w piłkę nożną. Jednak po przekroczeniu dopuszczalnej dawki polepszacz zaczyna szkodzić. Pojawiają się słowa nieuzasadnione, obraźliwe (także niecenzuralne), słownik się kurczy, dochodzi do zakwestionowania, anulowania, a nawet zaprzeczenia wcześniejszych wiadomości. Później następuje faza monosylabicznego bełkotu, która zamiast pogłębiać relacje międzyludzkie, prowadzi do całkowitego niezrozumienia i izolacji. Ale jest jeszcze gorzej, gdy polepszacza zabraknie. Przestrzegam. Od polepszacza można się uzależnić. Co jeszcze sobie polepszyliśmy? Mój kumpel ożenił się ze zjawiskową kobietą, piękną, romantyczną… Stosunkowo na pewno sobie polepszył, ale na krótko… Ona podobała się nie tylko jemu… Osobnym i niewyczerpanym tematem jest polepszanie stosunków między kobietą a mężczyzną. Czy to się da polepszyć? To tak, jakby co miesiąc dolewać oliwy do ognia. Można też sobie polepszyć na przykład o 500 zł miesięcznie. Jak się chce wyjść z biedy. Do tego polepszacza dołączany jest jednorazowy bonus w postaci chwili fizycznej przyjemności (trzeba uważać, żeby jej nie przegapić). I to nie jest tak, że nawet palcem nie trzeba ruszać. Na początku trochę trzeba… no i może nie tylko palcem… Bardziej przedsiębiorczy inwestorzy mogą tę kwotę zwielokrotniać co 9 miesięcy.

Uwaga! Polepszacz!

Uwaga! Polepszacz! Ci, co wyjechali do Anglii, teraz na pewno sobie polepszyli. Zarabiają kilka razy więcej niż w Polsce. Ale u nas coraz lepiej i kto wie, jak będzie za 123 lata (tyle trwały rozbiory Polski). Wtedy zobaczymy! Przy pomocy technologii tak polepszyliśmy sobie relacje z ludźmi, że do kontaktu z nimi potrzebujemy Facebooka. Porozumiewamy się z Facebookiem, coś tam piszemy, a on to już przekazuje, komu trzeba. To akurat jest wygodne, bo jak się z kimś rozmawia face to face, to zawsze jakaś tam przypadkowa kropelka śliny wyskoczy na rozmówcę, konsternacja gotowa… A przez Facebooka? Przetrzesz monitor i bez krępacji… A i napluć w twarz też komuś można bezkarnie. Za pomocą tego medium możemy także pokazać nasze zdjęcia z wakacji osobom, które nigdzie nie wyjechały, albo przekazać w atrakcyjnej wizualnie formie graficznej, jak krok po kroku potrafimy wspaniale zagotować domowym sposobem wodę w kuchni. Polepszaczem kontaktów jest również telefon. Kiedyś to był telefon. Dzisiaj co miesiąc wychodzi coraz nowszy model smartfona (a ja mam jeszcze telefon, przez który rozmawiam). Gdybym chciał nadążyć za polepszaniem w tym zakresie, nie zdążyłbym skończyć rozmowy, a już musiałbym kupić nowy model. W ramach polepszenia warunków życia można pojechać na dwutygodniowy all exclusive na Barbados za chwilówkę. Egzotyczna propozycja. Bardzo wysoko oprocentowana pożyczka jest także polepszaczem, i to z wielkim potencjałem polepszenia. Za jej pomocą można kupić dom albo polepszyć sobie auto. Globalnie polepszyliśmy sobie, konstruując auta – i bardzo dobrze. Czym dojechałby lekarz do wypadku drogowego, żeby ratować życie ludzi? Karetka może też bardzo szybko dojechać do duszących się ofiar smogu, który tworzy się między innymi z samochodowych spalin. Auto jest nam potrzebne, żeby odwiedzić w szpitalu pacjentów, którzy zostali potrąceni przez inne auto. Ale w szpitalach leżą także tacy ludzie, którzy zachorowali immunologicznie. A z czego? Z czego jesteśmy chorzy? Z tego, że jemy polepszacze, używamy ich, żeby polepszyć sobie życie. Wychodzi na to, że polepszacze mogą pogarszać. Na tym tle pojawia się pytanie: to po co one w ogóle są? Żeby było lepiej, ale gorzej? No, mnie już chyba się pogorszyło… Może będę lepszym człowiekiem. Na koniec dla otuchy dodam, że nie jest tak źle. Zawsze można polepszyć sobie humor. Czym? Nie wiem. Nie wiem też, co lepsze – płakać ze śmiechu czy śmiać się przez łzy.

23


SZTUKA

24


Street art. Sztuka czy wandalizm? Tekst: Ewa Krokosińska-Surowiec

Zdjęcie powyżej: mural „Sowa”, autor: Turbos, fot. Justyna Łabądź Zdjęcie obok: mural NeSpoon, fot. Justyna Łabądź

Street art, czyli sztuka tworzona w miejskiej przestrzeni, w miejscach publicznych, nie jest zjawiskiem nowym, jednak budzi coraz większe zainteresowanie. Jest reakcją twórców na zjawiska, zdarzenia społeczne. Street art jest zrodzony z buntu. Ma zmuszać do refleksji, szokując. Ten efekt szoku jest często osiągany poprzez bezprawną, bez niczyjej zgody, choć artystyczną, ingerencję w przestrzeń miasta. Toteż często stawia się znak równości pomiędzy street artem a wandalizmem. Street art nie jest jednolity. Nie można go jednoznacznie zdefiniować. Nie określają go ścisłe reguły. Twórcy stosują różne formy, które się uzupełniają. Każdy tworzy, jak chce, gdzie chce i co chce, toteż w opinii odbiorców nie zawsze jest to uznawane za działalność artystyczną, za sztukę.

25


SZTUKA

Za najsłynniejszego przedstawiciela street artu uznaje się tajemniczego brytyjskiego twórcę nazywanego Banksy. Prawdziwe imię i nazwisko to prawdopodobnie Robert Banks lub Robin Banksy czy Robin Gunningham. Jego prace pojawiają się na ulicach Londynu i w innych miejscach na świecie. Banksy używa różnych technik do przekazywania swoich wiadomości. Łączy ze sobą graffiti, oryginalną charakterystyczną technikę szablonową oraz odważne i często bardzo ryzykowne umiejscowienie prac, co przyniosło mu ogromne uznanie. Fragmenty jego dzieł osiągają na aukcjach ceny liczone w milionach funtów. Nie ma jednak pewności, czy wszystkie te prace są tego samego autorstwa. Banksyzm stał się jednym z kierunków street artu. Najbardziej powszechną, najlepiej znaną formą street artu jest graffiti. Nazwą tą określa się różne elementy graficzne – obrazy, podpisy lub rysunki. Mogą być wykonywane rozmaitymi technikami, np. „z ręki”, a więc za pomocą samych farb, lub malowane przy pomocy szablonów. Do malowania graffiti najczęściej używany jest spray. Graffiti z użyciem sprayu umożliwia szybkie działanie i dlatego jest domeną artystów „nielegalnych”, którzy wychodzą w miasto pod osłoną nocy, żeby wymalować to, co ich nurtuje. Niechciane graffiti pojawiające się na ścianach budynków nie wywołują jednak przeżyć estetycznych, nawet jeżeli przekazują ważkie treści, i na ogół doprowadzają właścicieli posesji do szału, a za uprawianie graffiti grozi odpowiedzialność karna, ponieważ dochodzi do zniszczenie cudzego mienia.

Zdjęcie powyżej: Maciej Kamer Szymonowicz z grupy Projekt Etnograff podczas realizacji, fot. Justyna Łabądź Na zdjęciach obok: Od góry: mural Izabeli Ołdak, fot. Krzysztof Morcinek Obok: mural „Kozica” Ilony Krieser, fot. Justyna Łabądź

26


Od góry: Mural Natalii Rak „Noc Świętojańska”, fot. Justyna Łabądź Mural Mariusza Warasa „m-city 744”, fot. Krzysztof Morcinek

Wlepka, kolejna forma street artu, czyli mała naklejka, przylepiana jest przeważnie bez zezwolenia i dlatego również traktowana jako akt wandalizmu. Wlepki są umieszczane m.in. w środkach komunikacji miejskiej, w przejściach podziemnych, na znakach drogowych. Innym rodzajem wypowiedzi artystów ulicznych jest scratching, który polega na wydrapywaniu znaków na szklanych lub plastikowych powierzchniach przy użyciu kamieni, noży lub papieru ściernego. Ta technika zapewnia dłuższą żywotność niż łatwiejsze do usunięcia graffiti, które koniec końców można zamalować. Najefektowniejszym i najbardziej rozpoznawalnym przejawem sztuki ulicznej są murale. To gigantyczne malowidła, których trudno nie zauważyć. Ozdoba miast. Pięknie dekorują także te miejsca, gdzie warto iść na spacer. Murale na ogół są realizowane na zlecenie, wobec czego odróżniają się od pozostałych form street artu rozumianego jako spontaniczna wypowiedź, w spontanicznej formie i spontanicznie wybranym miejscu i czasie. Niestety murale, zresztą jak wszystkie formy sztuki przestrzeni miejskiej, nie są konserwowane czy zabezpieczane i po pewnym czasie przestają istnieć. Przytoczę, co na ten temat powiedział w rozmowie ze mną znany artysta, profesor Leon Tarasewicz, autor jednego z nieistniejących już murali w Bielsku-Białej:

27


SZTUKA

– Pana realizacje plastyczne to projekty, których istnienie jest przewidziane na określony czas. Na przykład pana mural przed galerią handlową Gemini w Bielsku-Białej już nie istnieje, a przecież każdy artysta z pewnością chciałby, aby jego dzieło trwało po wsze czasy. – Z moich realizacji oczywiście istnieje dokumentacja fotograficzna, filmowa… Tak krawiec kraje, jak mu materii staje, ja jestem osobą od tworzenia, od zabezpieczania są inni. Mnie zależy, żeby wykonać projekt, określone dzieło. Dzięki temu się rozwijam. Jeżeli to, co mam w głowie, nie zostałoby zrealizowane, ciążyłoby, gromadziłoby się, aż by się rozmyło, rozpadło. Street art jest jednak coraz bardziej oswajany. Komercjalizuje się. Organizowane są festiwale, konkursy, przyznawane są nagrody. Artyści wychodzą na światło dzienne, aby realizować publiczne zlecenia, wchodzą do galerii, wykonują mainstreamowe projekty. Street art w tym wydaniu traci na spontaniczności, przestaje się buntować. Staje się profesją. Profesor Tarasewicz, zapytany przeze mnie, czy sztuka jest profesją, czy misją, daje w efekcie odpowiedź, czy street art jest sztuką: – Sztuka jest zjawiskiem złożonym. Czasami jest potrzebna misja, czasami jest potrzebna profesja. Nie można zdefiniować sztuki. To jest trudne do określenia. Jeżeli zaczynamy definiować, tworzymy kulturę i oddalamy się od sztuki. Sztuka jest awangardowa. Sztuka jest zapisem myśli, idei, myśli awangardowej artysty. Dlatego liczą się, mają dużą wartość tylko te dzieła sztuki, które w danym okresie były ważne, współtworzyły awangardę. Prace epigonów już nie mają wartości. Są kulturą, są tylko ładnymi przedmiotami.

Od góry: Leon Tarasewicz, kontynuacja muralu fot. Krzysztof Morcinek Leon Tarasewicz, mural, fot. Krzysztof Morcinek

28


Przewodnik po bielskich muralach „Bielsko-Biała. Murale” − to tytuł pierwszego przewodnika opisującego murale, które powstały w Bielsku-Białej dzięki projektom Fundacji Galerii Bielskiej, Galerii Bielskiej BWA i Urzędu Miejskiego. Przewodnik „Bielsko-Biała. Murale” jest podręczną, ponad 40-stronnicową książeczką, prezentującą 18 murali zrealizowanych w Bielsku-Białej w latach 2008-2016. Znajdują się one na budynkach w centrum miasta, więc wszystkie można obejrzeć w czasie 2-3-godzinnego spaceru. Bielskie murale usytuowane są na prywatnych kamienicach, wieżowcu, budynkach użyteczności publicznej oraz na murach, czy ścianie oporowej przy ul. Partyzantów. − Wszystkie projekty zyskały akceptację konserwatora zabytków i miejskiego plastyka. Zostały zaplanowane, wkomponowane w przestrzeń wokół ściany, na której się znajdują. Odwołują się do symboli i skojarzeń związanych z kulturą miasta i regionu – mówi Justyna Łabądź, autorka tekstu przewodnika. Można na nich zobaczyćm.in. pasterza niosącego owcę, surrealistyczny wizerunek sowy, gigantyczną koronkę; tramwaje, które kursowały po mieście w latach 1895–1971; maszyny wykorzystywane w przemyśle włókienniczym, z którego słynęło Bielsko-Biała, czy detale architektoniczne, jak… żaby we frakach, zdobiące wejście do secesyjnej kamienicy „Pod żabami” w centrum miasta. We wstępie do przewodnika, Agata Smalcerz − dyrektor Galerii Bielskiej BWA zwraca uwagę, że pierwszy bielski mural − „Primavera“ namalował Dariusz Gierdal w 1997 roku. Malowidło nie przetrwało, zostało zakryte graffiti. W Bielsku-Białej nie ma już także niegdyś głośnych murali najsłynniejszych polskich malarzy współczesnych − Wilhelma Sasnala na elewacji Galerii Bielskiej BWA i Leona Tarasewicza na ścianie centrum handlowego „Gemini”. Wśród 10 autorek i 14 autorów murali są absolwenci uczelni artystycznych, jak Karolina Zdunek, Małgorzata Rozenau, Mariusz Waras, Jacek Grabowski, czy Natalia Rak. Autorami bielskich murali są również streetartowcy, jak Artur Bosowski „Turbos“, Marcin „Malik“ Malicki, czy Dariusz Paczkowski. Prace prezentowane w przewodniku  „Bielsko-Biała. Murale” powstały w ramach różnych projektów, m.in. „oBBraz miasta” − trzykrotnie realizowanego przez Galerię Bielską BWA przy współpracy z Fundacją Galerii Bielskiej i Urzę-

dem Miasta w Bielsku-Białej. Efektem międzynarodowych rezydencji artystycznych „Beyond Time/Poza czasem” organizowanych przez Galerię Bielską BWA, a także dzięki współpracy Bielska-Białej z miastami partnerskimi autorami murali są również twórcy z USA, Włoch i Hiszpanii. Przewodnik „Bielsko-Biała. Murale” jest bezpłatny. Można otrzymać go w Galerii Bielskiej BWA i w Punkcie Informacji Turystycznej w Bielsku-Białej. Wydawnictwo opracował zespół Galerii Bielskiej BWA: redakcja i tekst Justyna Łabądź, wstęp Agata Smalcerz, projekt graficzny Krzysztof Morcinek. Wydawca – Wydział Promocji Miasta Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej. Przewodnik jest w językach polskim i angielskim.

29


SZTUKA LUDZIE

30


Oczarowani Beskidami Urszula Miącz-Sobieraj i Wacław Sobieraj Tekst: Agnieszka Ściera, foto: Anita Szymańska

„Oczarowani Beskidami” to tytuł jubileuszowego wydawnictwa albumowego podsumowującego 40-lecie pracy twórczej małżeństwa Urszuli Miącz-Sobieraj i Wacława Sobieraja. „Pożyczyłam” go do artykułu, bo trafniejszego nie mogłabym wymyślić. Z bielskimi malarzami spotykamy się w ich domu w zacisznej części miasta. Skromny, przytulny dom, z dala od zgiełku centrum miasta. Wita nas na trzech łapach Pędzel (brak łapy to efekt zamiłowania do ucieczek). Uśmiechnięta Urszula krząta się w kuchni, a my wchodzimy do jasnej pracowni na poddaszu. Wacław Sobieraj wygląda tak, jak malarz wyglądać powinien – bujna broda, błysk w oku i lekkość bytu w ruchach.

Czasy studenckie

Ze śmiechem wspominają początki swojej znajomości. A działo się to w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Pierwsze zajęcia malarstwa i walka o sztalugę. Niewysoka Urszula zza pleców rosłych kolegów nie widziała modela, za to miała świetny widok na swojego przyszłego męża. W Bielsku-Białej bywali na rajdach studenckich, na wycieczkach. Zauroczyło ich górskie miasteczko. Wacław

pytany jako dziecko, kim chce być w przyszłości, odpowiadał, że góralem. Kiedy więc trafili na ogłoszenie o stypendium w mieście włókniarzy, w którym oferowano im nie tylko pracę, ale i mieszkanie, o które w tamtych czasach było niezwykle trudno, nie wahali się. Miasto przyjęło ich jak swoich, choć początki mocno ich rozczarowały. I to nie puste przez brak mebli mieszkanie czy permanentny niedostatek pieniędzy. Najgorsza była praca etatowa, a właściwie jej substytut.

My pana tutaj nie potrzebujemy

Na 38 metrach kwadratowych młoda pani domu urządziła regalik z recyklingowych pudeł, a za krzesła wystarczały im brzeg wanny i klapa od sedesu. Warunki mieszkaniowe to jednak nic w porównaniu z trzyletnią gehenną, jaką w Zakładach Włókienniczych przeszedł Wacław. Młody projektant tkaniny odzieżowej okazał się tylko statystyczną koniecznością dla partyjnych zobowiązań szefów zakładów. Na dzień dobry usłyszał: „My pana tutaj nie potrzebujemy. Ministerstwo kazało nam ufundować stypendium, to my je zafundowaliśmy. Rozejrzyj się pan,

31


SZTUKA

2006, Widok na Skrzyczne, 40 x 50 cm, olej

2012, Stasio 33 x 25 cm, technika mieszana

2007, Irysy, 14 x 14 cm, olej

co pan by tu mógł robić”. Tak więc przez trzy lata robił gazetki, malował reklamy na ścianach zakładu. Gdy Bielsko-Biała stało się miastem wojewódzkim, życie kulturalne nabrało rozpędu. Podczas jednej z wystaw pracami Sobierajów zachwycił się Jerzy Chrystowski, miłośnik sztuki. Pomógł im w momencie, gdy po rezygnacji z pracy w fabryce włókienniczej wahali się, czy wyjechać w poszukiwaniu szczęścia do innego miasta. Szczęśliwie pan Jerzy przyspieszył przydział mieszkania ze spółdzielni i tak zostali w Bielsku-Białej, tym razem na dłużej. To był moment, kiedy mogli się usamodzielnić.

Przeznaczenie

– Gdy skończymy studia, pójdziemy do pracy, a po pracy będziemy odpoczywać – wspomina młodzieńcze marzenia Urszula. Niestety, marzenia jak projekty wpadały do szuflady. Owszem, zostały wykorzystane, ale dopiero gdy Wacław zwolnił się z pracy. Nie zdążyli rozwinąć skrzydeł, kiedy dopadł ich stan wojenny i kompletny brak zleceń i pracy. Czasem brakowało nawet jedzenia. Wacław dostał

32

pracę w Nowym Wiśniczu w liceum plastycznym. Skromne mieszkanie w pobliskiej byłej karczmie, bez wygód. Kiedy na weekendy wracali do Bielska-Białej, to jakby do cywilizacji. Tu mogli skorzystać z automatycznej pralki, zrealizować kartki żywnościowe. Udało im się przeczekać najgorszy czas. Ale nie był to czas stracony. Poznali tam ludzi z krakowskiego środowiska malarskiego. I wtedy zaczęli intensywnie malować. To był rok 1981. Urszula malowała miniatury, które wystawiane były w krakowskiej galerii na Floriańskiej. Niemal hurtowo kupowane były przez francuskich koneserów. Szyła także z koleżanką zwariowane kiecki do Tarnowa.

Emigracyjne dylematy

Trudności z zabezpieczeniem podstawowych potrzeb rodzą myśl o opuszczeniu kraju. Opór przed wyrwaniem z kultury, tęsknotą za językiem, znanymi kątami, znajomymi i rodziną sprawiają, że pomysł o emigracji zostaje odsunięty w niebyt. Mają siebie, dzieci i malowanie. Najgorszy dla artystów czas po stanie wojennym (prawie 10 lat) udaje się


2008, Hotel President w ujęciu historycznym, 240 x 300 cm, olej

2010, Mama Bogusi 30 x 24 cm, olej

2006, Widok na Romankę, 50 x 60 cm, olej

im przetrwać dzięki wiedeńskiemu marchandowi, sprzedającemu ich prace w galeriach na świecie. Był zbyt, mogli doskonalić warsztat.

Rywalizacja

– Gdybyśmy ze sobą rywalizowali, nie bylibyśmy ze sobą. Cała sztuka w tym, żeby nie rywalizować, lecz wspierać się wzajemnie. Cieszymy się nawzajem swoimi sukcesami. Uzupełniamy się – mówi Wacław. – On bardziej widzi przestrzennie, jak to męski mózg, ja bardziej kolory. Dla niego forma to najważniejsza rzecz w malarstwie, a dla mnie kolor – dodaje Urszula.

Dzieci

Pobrali się po czwartym roku studiów. Po dwóch latach na świecie pojawiła się córka, a trzy lata później syn. Córka jest bardzo zorganizowana, poukładana, ma umysł ścisły. Wybrała architekturę. Wspomnienia z dzieciństwa o niedostatku ukształtowało jej podejście do pracy. Nie chciała tak jak rodzice wyczekiwać miesiącami na zapłatę za pra-

ce sprzedane w polskich galeriach. Syn Bartek skończył Akademię Sztuk Pięknych i jako jedyny po Wyspiańskim zrobił pracę dyplomową w pasteli. Jednak utrzymuje się z czegoś zupełnie innego niż malarstwo. Ale rodzice nie odpuszczają, bo widzą w nim potencjał i „zmuszają” go do materializowania talentu.

Pasja

Po minionym ustroju pokutuje pogląd, że artysta, kiedy pracuje na zlecenie, to chałturzy. Tymczasem sięgając w historię powstania największych dzieł, podziwianych w najznamienitszych miejscach i muzeach, reflektujemy się, że większość z nich powstała nie inaczej, jak na zlecenie, za pieniądze. Ale – jak mówi Wacław – bez pasji się nie namaluje. Człowiek dostaje skrzydeł, bo jest nagrodzony, ale też musi mieć świadomość, że to, co powstanie na zamówienie, musi być dobre, bo jest na stałe, na zawsze i musi powstać z poszanowaniem dla odbiorcy. Nawet po czterdziestu latach twórczości pasja steruje ołówkiem i pędzlem.

33


GALERIA

p awe ł M S Z YC A Paweł Mszyca, lat 38 w Bielsku-Białej od zawsze, od zawsze też z aparatem fotograficznym. Grafik komputerowy, fotograf, producent albumów fotograficznych. Z żoną i synami uwielbiają podróże w rzadko odwiedzane miejsca, a w wysokie góry zapuszcza się w męskim gronie. Spełnia się z sukcesami w fotografii reklamowej, ślubnej. Albumy na zdjęcia, które tworzy, podobają się wszystkim, którzy mieli okazję je zobaczyć, zakupić – www.greenflyalbums.pl. Zastane krajobrazy, ludzi i zdarzenia zamyka w obiektywie aparatu fotograficznego, by uwolnić je dopiero na dużym ekranie w czasie spotkań z publicznością. Tym sposobem uwięził już kawał świata - bliskie, a egzotyczne Bałkany, zaśnieżoną Afrykę i Teneryfę, bezludne otchłanie Kazachstanu, górzysty Kirgistan, Islandzkie czapy lodowe, góry Szwecji i Norwegii sięgające wierzchołka globusa, kanadyjskie Góry Skaliste, rosyjski Kaukaz, zimowe, puste góry Ukrainy i Rumunii czy modną obecnie Gruzję. A pomysłów na przyszłość bez liku... Więcej na: www.tofoto.pl

34


35


GALERIA

36


37


38


39


FASHION

Damy i DANDYSI Ta sesja urzekła nas energią i przedstawieniem tematu. Tu wszystko dzieje się wokół butów – kolejne sceny i tak prowadzą nasz wzrok do celu. Jest to jedna z nielicznych polskich modowych sesji, w której bohaterami są mężczyźni. Kolorowi, niebanalni, kreatywni. Oni też zasługują na wyjątkowe buty, dzięki którym mogą wyrazić siebie. VALENTOVITCH to nowa marka obuwnicza na polskim rynku, stworzona przez Kalinę Walentowicz. Każda para obuwia jest tworzona ręcznie, a modele są w pełni personalizowane. Buty Valentovitch są robione z włoskich wyselekcjonowanych skór, w polskiej pracowni szewskiej. To buty dla kobiet i mężczyzn, którzy chcą się poczuć wyjątkowo i wyróżnić z tłumu. www.valentovitch.com

40


41


42


43


44


Foto: Bastek Czernek Modelki: Jagoda Judzińska, Beata Wójcik Modele: Mateusz Kostka, Grzegorz Fuks Stylista: Kamil Stanisław Olesiak Make-up: Patrycja Michera Włosy: Piotr Michalak

45


SPORT

Nie wyobrażam sobie życia bez biegania Jest skromna, drobna, bardzo kobieca. Ale gdy staje na starcie biegu górskiego zmienia się w demona. Anna Celińska – medalistka mistrzostw świata w biegach górskich, maratonka, biegaczka ultra opowiada o bólu, który towarzyszy ściganiu na najwyższym poziomie, zamiłowaniu do kuchni roślinnej i odnalezieniu swojego miejsca, tu, w rodzinnym mieście – Bielsku-Białej. Tekst: Magdalena Ostrowska-Dołęgowska Foto: Robert Celiński, archiwum Anny i Roberta Celińskich

Z Anią i Robertem Celińskimi spotykamy się w poniedziałkowy zimowy wieczór w ich domu w Lipniku. Na stół wjeżdżają pełne zieleniny talerze z serkami z orzechów, pasztetem z soczewicy i tradycyjnie już – pieczone ziemniaki w mundurkach i ziołach. W kuchni w Anię wstępuje demon perfekcji. Wszystko musi być wykwintne i finezyjnie podane. Jest też dobre czerwone wino – włoski akcent, którego nie może zabraknąć w tym domu. Na podwórzu ganiają się psy, razem przekopią pewnie pół ogrodu. Drobniutka szatynka o ładnej, owalnej twarzy, miękkich włosach i kościstych rękach, która siedzi właśnie naprzeciw mnie zdobyła w biegach górskich chyba wszystkie tytuły, jakie są do zdobycia. Medali mistrzostw Polski ma w domu więcej niż talerzy w kuchni, stanęła na podium mistrzostw świata w długodystansowym biegu górskim. Ma na swoim koncie zwycięstwa

46

w górskich maratonach i ultramaratonach. Tu, w Bielsku-Białej się wychowała. I choć nosiło ją po świecie, zdecydowała powrócić i zapuścić korzenie. Wstaje rano, często o piątej. Pije sok owocowy i szklankę wody. A potem leci na trening. Żeby przed wyjściem do pracy już mieć „odrobione lekcje”. Do wszystkiego w życiu podchodzi ambitnie. Widać to nie tylko po jej wynikach sportowych czy wyróżnieniach w sferze zawodowej, ale nawet i tutaj, tuż przed moim nosem, na talerzu. Jestem ciekawa skąd bierze się jej ambicja. Skąd w tak drobnej osobie tak ogromny duch walki. Chcę wiedzieć na jakim gruncie wyrosła jej potęga. Ale i kim jest prywatnie polska królowa biegów górskich. Wysyłamy chłopaków na piętro, gdzie spędzą wieczór biegając wokół stołu do gry w piłkarzyki. A my otwieramy wino...


Magda Ostrowska-Dołęgowska: Aniu, jak spędziłaś dzisiejszy poranek? A właściwie inaczej... Na jakim treningu? Anna Celińska: Ha ha... Dzisiaj były sprinty, 60-metrowe odcinki na stadionie. Jak co poniedziałek. Później byłaś w pracy, a po wyjściu z niej leciałaś pewnie szybko do domu żeby naszykować te wspaniałości. Co to właściwie jest? Anna Celińska: Ciasto z nerkowców. Tylko w spodzie są daktyle i migdały. A główną masę stanowią nerkowce z miodem. I górna warstwa ma jeszcze kakao. Trochę za bardzo się to rozmroziło, przepraszam. Powinno mieć konsystencję semi-freddo... No to od czego zaczęło się twoje bieganie? Wiem, że na dobre zaczęłaś już jako dorosła kobieta. Anna Celińska: W szkole podstawowej miałam świetnego nauczyciela, pana Pająka. Chciał mnie wciągnąć do biegów na orientację. Widział w tobie talent. Anna Celińska: Chyba tak. Mieliśmy sprawdziany na krosie. Podbiegało się pod granicę lasu i zbiegało. Cięłam się z taką Justyną. Raz ona wygrywała, raz ja, ale odstawiałyśmy wszystkich na straszny dystans. Trener chciał rozwijać sekcję biegów na orientację i mnie w to wciągał. Aleto nie było dla mnie. Bieganie z mapą mnie stresowało. Raz wyleciałam poza mapę na zawodach i nie miałam pojęcia gdzie jestem. Biegłam przez jakieś chaszcze, pamiętam jakieś kości zwierząt. Pan Pająk przyszedł nawet do moich rodziców żeby ich namawiać na to żebym zaczęła uprawiać sport profesjonalnie. Jak go zobaczyłam przy furtce to się wystraszyłam, że coś złego zrobiłam. Bo ja strasznie pyskowałam. Jemu również. Obserwowałam ich z poddasza. Ale zawsze uważałam, że z profesjonalnego sportu się nie da wyżyć. Że muszę mieć inny zawód. Wiesz, że chciałam być dziennikarzem? Możliwe, że nie poszłam w sport przez biegi na orientację. Bo nie czułam, że mogę coś osiągnąć. A potem zaczęłam biegać żeby budować kondycję na wysokogórskie wyprawy A jak trafiłaś w wysokie góry? Anna Celińska: Miałam trochę trudności życiowych, rozterek i stwierdziłam, że góry mnie z nich wyciągną. Zaczęłam się wspinać żeby trochę zapomnieć o codzienności. Chodzić po Alpach. To tak piękne góry, będąc w nich ma się dystans do życia, do świata. Potrafiłam na całe weekendy zaszywać się w górach. Moim celem był Mont-Blanc, ambitna kilkudniowa wyprawa. Trzeba było mieć kondycję. Lodowce, chodzenie z plecakiem 20 kg, z całym sprzętem. Zaczęłam biegać dla gór. A po tym Blancu, postanowiłam przebiec półmaraton w Turynie. Wykręciłam czas 1:27 i zorientowałam się, że to... całkiem dobrze. Może czerwone krwinki mi się na tej wyprawie wytworzyły? Jak na obozie wysokościowym? I przyznam, że to bieganie wciągnęło mnie bardziej niż chodzenie po górach. Mogłam to robić sama, nie potrzebowałam sprzętu, partnera. Jak poznałaś swojego męża, Roberta? Anna Celińska: To długa historia... Mieszkałam wtedy w Turynie. Ale zapisałam się na półmaraton w Warszawie i umówiłam z kuzynką, że się u niej zatrzymam. To był 2008 rok. Bieganie nie było jeszcze takie powszechne, więc Kasia łapała się za głowę, że jesteśmy świrusy, że biegamy takie dystanse. I mówi mi: “Ty wiesz, mój kumpel z niemieckiego normalnie wygrał maraton na Antarktydzie! Wyobrażasz sobie? Na Antarktydzie? 42 km w takich warunkach? Wy jesteście nienormalni!”. Natychmiast się zainteresowałam tym kumplem. Kasia pokazała mi wywiad z Robertem. Dużo się wtedy wokół niego działo. Spodobał mi się od razu. Fizycznie, imponował mi tym jak się wypowiadał. No i biegał. Napisałam do niego maila. Że też studiowałam na SGH, że też jestem biegaczką. Że

podziwiam jak biega. Wiedziałam, że przebiegł 80-kilometrowy Bieg Rzeźnika w Bieszczadach, razem z bratem. A on odpisał lakonicznie, że dziękuje i tyle. Podobno wyszukał mnie na portalu Nasza Klasa i zobaczył, że Ania Świerczek z Bielska ma dziecko i nie wygląda zbyt atrakcyjnie. Ja o tym nie wiedziałam, strapiłam się i dałam sobie spokój. To był marzec, może kwiecień. Ale nie zniknął z mojego życia. Śledziłam to, co robi. Inspirowałam się. W końcu po tym jak we wrześniu poleciałam na półmaraton do Budapesztu i okazało się, że on tam startował w maratonie, zdecydowałam się napisać jeszcze raz. Wysłałam mu gratulacje. A w mojej stopce był link do Karibu, strony, na której umieszczałam swoje relacje z wypraw. I on tego linka sprawdził. Zobaczył co robię, kim jestem. I… zaczęliśmy korespondować. Czyli to była znajomość na odległość. Anna Celińska: Tak, nie spotykaliśmy się na żywo. Dopiero w grudniu przyjechał do mnie na Sylwestra na taki sztafetowy maraton. Robiło się po dwie zmiany. Ja dychę, on dychę, znowu ja, znowu on. W Bolonii. To był przełom 2008 i 2009 roku. Wtedy zostaliśmy parą. A w 2010 się pobraliśmy. Ty wróciłaś, a Robert przeprowadził się do Bielska. Anna Celińska: Tak, to już była tylko kwestia gdzie zamieszkamy. Warszawa, Bielsko czy Turyn. Dostałam możliwość przeniesienia się do Fiata do Bielska, a Roberta firma, Comarch, ma tutaj filię, więc dla niego to nie był żaden problem żeby się tu przeprowadzić. Przyznam szczerze, że gdyby nie ta przeprowadzka do Bielska, to nie zaczęłabym pewnie startować w biegach górskich. Chociaż… startowaliśmy już wcześniej w Biegu Rzeźnika. I w 2009, i 2010. O, to… Ty zaczęłaś biegać w górach od Rzeźnika? Tego 80-kilometrowego w Bieszczadach? Anna Celińska: Powiedzmy. Wcześniej wygrałam w Turynie w biegu na Supergę, na 5 km, i jeszcze w Quincinetto w Valle d’Aosta. Wystartowałam tak przy okazji, z marszu, bo akurat byliśmy w okolicy. Byłam w szoku. A potem przygotowywaliśmy się do Rzeźnika. Każde z osobna. Ja w Turynie, Robert w Warszawie. Musiałaś mieć niezłą formę. W Rzeźniku nie startuje się „ot tak”. Anna Celińska: Byłam do niego przygotowana, bo chodziłam po górach. Czułam, że dam radę. Ale wiesz… to był czas, kiedy jeszcze dziewczyny tak nie wymiatały. Raz wygraliśmy, raz byliśmy drudzy. Jak wspominasz tamten pierwszy bieg? Anna Celińska: Pamiętam duże zmęczenie… Pierwszy Rzeźnik był gorący, drugi strasznie błotny. Lało, musieliśmy się przeprawiać przez rzeki do pasa. Piszczele mnie bolały od odklejania stóp od błota. Największa radość była oczywiście na mecie. Podczas biegu raczej się cierpi. Fajnie to wspominam, ale nie poszłam w ultra.

47


SPORT

No właśnie, co cię w takim razie pchnęło na te krótkie biegi górskie, w których masz największe osiągnięcia? Anna Celińska: Przypadek. I kontuzja. Wiesz, ja cały czas tęsknię za maratonami. Najbardziej lubię półmaratony i maratony, górskie i uliczne. To bardzo ambitne dystanse. Na krótsze biegi przekwalifikowała mnie kontuzja. Chroniczna, przewlekła. Nie mogłam trenować tak dużo. Jaka kontuzja? Anna Celińska: Tendinopatia przyczepów kulszowo-goleniowych. Szukałam pomocy u wielu rehabilitantów. W końcu udało się wyzdrowieć, ale w międzyczasie znalazłam swoje miejsce na tych krótszych dystansach. To inny wysiłek. Fascynująca jest szybkość, z jaką można je biegać. Masz wrodzoną szybkość, więc szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Anna Celińska: Tak, ale nad szybkością się pracuje. Czasami dniami i nocami myślę co zrobić żeby tę szybkość jeszcze poprawić. Bo ona budzi u mnie największy błysk w oczach. Marzę żeby podbiegać jak dzikie zwierzęta. Sarny, kozice. Ujmuje mnie ich widok. A długie bieganie nie szło w parze z szybkością. Anna Celińska: Tak. Ja zawsze lubiłam długie, męczące biegi. Ale to fakt, że traciłam przez nie na szybkości. Od klepania kilometrów. Coś za coś. Wydawało mi się, że każdy potrafi te krótkie pobiec. Że to bez sensu. Szkoda pieniędzy na bieg na 6 km czy jeszcze krótszy. Ale jak byłam zmuszona spróbować, to zaczęło mi się podobać. Natomiast, to naprawdę strasznie boli! Nie przypuszczałam, że szybkie bieganie pod górę może tak boleć. A co konkretnie boli? Płuca? Anna Celińska: Nogi. Chociaż - wydolnościowo też jest bardzo ciężko. Zakwaszenie jest ogromne praktycznie od początku. Wierz mi, podczas krótkiego biegu cały czas cierpisz ekstremalnie. Musisz umieć wytrenować to, żeby ciało było w stanie biec na tak potwornym zakwaszeniu, ale i żeby się godziło na ten ból. W długich biegach tak się cierpi może tylko na końcówce. A tu od startu do mety dajesz z siebie wszystko. Nie ma czasu na strategię, myślenie.

48

To skąd wiesz, że nie siądziesz w połowie? Anna Celińska: Nigdy nie wiesz. Czasami się tak zdarza. Ale trzeba umieć ryzykować. Nie biegnie się całkowicie w trupa. W całkowitego trupa lecisz już na sam koniec. Ale i tak masz 35-40 minut potwornego bólu. Trzeba być masochistą? Anna Celińska: Pewnie trochę tak. Chociaż… nie można powiedzieć, który bieg jest łatwiejszy, który trudniejszy. Długi, czy krótki. Każdy z nich ma swoją trudność. Tutaj to cierpienie jest ekstremalne, ale krótkie. Na długich dystansach ono się znacznie wydłuża, a na koniec też przechodzi w jakiś ekstremalizm. Ból, bezsilność, odwodnienie. W ultra jest znacznie szerszy wachlarz uciążliwości. I nie boisz się tego bólu, jak stajesz na starcie? Anna Celińska: Trochę tak… Ale z drugiej strony są niesamowite emocje. Pamiętasz pierwsze zawody, na których tego doświadczyłaś? Anna Celińska: Chyba w Biegu na Magurkę w ubiegłym roku miałam takie strasznie cierpienie od początku do końca. Ale wykręciłam tam superczas. Rekord trasy. I w Biegu na Żar. A wtedy było 36 stopni Celsjusza. Pamiętam też świetny start w eliminacjach do Mistrzostw Europy w Szczawnicy. Hardy Rolling, bieg anglosaski, czyli w formule pod górę i w dół, na 6 km. Na zbiegu leciałam po 2:48 minuty na kilometr. To chyba najlepsze moje biegi, z najlepszymi wynikami w stosunku do mężczyzn. No właśnie, a rywalizacja? Jesteś mistrzynią Polski w biegach górskich, masz trzecie miejsce mistrzostw świata. Chyba jesteś bardzo rywalizującą osobą. Anna Celińska: Wiesz, już mniej. Teraz podchodzę do tego tak, że bieg doskonały musi być jedynym i ostatecznym celem. Od pewnego czasu nie skupiam się na konkurencji. Nie sprawdzam listy startowej. Nie weryfikuję jakie konkurencja wykręca czasy, czy w jakiej jest formie. Kiedyś to sprawdzałam, owszem. A teraz idę na linię startu i koncentruję się tylko na sobie. Żeby pobiec jak najlepiej. Zawsze niby można pobiec szybciej, ale o ile? Tego nigdy nie wiemy. Bo jak się przegnie z tempem, to za każdą sekundę płaci się minutami. Ale można też dobiec do mety z zapasem. I trzeba wiedzieć ile można z siebie wycisnąć. Ta wiedza wynika z


Anna Celińska, z domu Świerczek, wielokrotna mistrzyni Polski w biegach górskich i Skyrunningu, brązowa medalistka mistrzostw świat w długodystansowym biegu góskim. W 2014 roku zdobyła brązowy medal mistrzostw polski w Maratonie, a w 2016 również brąz mistrzostw Polski w biegu ulicznym na 10 km, w Bielsku-Białej, mieście, w którym mieszka od urodzenia. Jest kontrolerem finansowym w FCA (Fiat Chrysler Automobiles). Pasjonują ją języki obce, psy i kuchnia roślinna.

doświadczenia. Dlatego nie jest tak, że jak ktoś przychodzi z biegów ulicznych z superwynikami, to od razu wiadomo, że będzie mocarzem. Musi się nauczyć jak się biega w górach. Co uważasz za swoje najlepsze osiągnięcia, biegowo? Anna Celińska: W górach - brązowy medal mistrzostw świata, zdobyty w Karkonoszach, na polskiej ziemi, z polskimi kibicami. To było fantastyczne przeżycie. Zresztą, po Izie Zatorskiej nikt nie zdobył medalu w biegach górskich, mimo że mamy superbiegaczy. To moja wielka duma, że udało mi się ten medal zdobyć. Myślę, że to moje największe osiągnięcie. Robiłam wtedy nawet 160 km tygodniowo po górach, co można przeliczyć na 200 po asfalcie. Strasznie harowałam. Byłam przygotowana na tamten medal. A na ulicy - brązowy medal mistrzostw Polski na 10 km, zdobyty w Bielsku-Białej! To było w ubiegłym roku. Czasu może nie wykręciłam jakiegoś specjalnego. Były fatalne warunki. Ale ten medal to dla mnie bardzo wyjątkowa rzecz. Wyprzedziłam dziewczyny, które biegały po 34 minuty na dychę. A Ty ile wtedy pobiegłaś? Anna Celińska: To było 35:46. Świętowałaś? Anna Celińska: Tak. Niesamowicie się cieszyłam. Zwłaszcza, że ja nie przygotowuję się pod ulicę. Wiem, że muszę szybko biegać po płaskim, bo w górach też są wypłaszczenia i trzeba umieć też rozwinąć prędkość. Im szybciej biega się płaskie, tym szybciej biega się góry. Jest taka zależność. A jak ćwiczysz tę szybkość? Anna Celińska: Na przykład tak, jak dziś. Robię sprinty. Wybieram się na stadion Orlika w Lipniku i co poniedziałek przez całą zimę robię 10-12 bardzo szybkich odcinków po 60 m. Osiągam prędkości między 2:20 a 2:40 minuty na kilometr. To jest klasyczny trening szybkości. Nie żadne kilometrówki. Ok. Czyli robisz treningi spriterskie, co jeszcze? Podbiegi? Anna Celińska: To zależy od momentu w cyklu przygotowań.

Robicie też długie wybiegania. Wstajecie o 5 rano, bierzecie psa. Anna Celińska: Tak, moje treningi wyglądają różnie. Jest miejsce na szybkość i wycieczki biegowe. W soboty mam bieg ciągły pod górę, 30-40 minut z obciążeniem 3-kilogramowym. Mam taką koszulkę z obciążeniami, wyglądam w niej jak komandos. Za to w niedzielę robimy długie, spokojne wybiegania po Beskidach. Biegniemy np. 4 godziny. Delektujemy się krajobrazami. Na co dzień biegasz rano. Przed pracą. Anna Celińska: Tak, tak. W pewnych okresach trenuję dwa razy dziennie. Ale zwykle ten popołudniowy trening to jest siłownia albo siła dynamiczna. Albo rower stacjonarny. Te zasadnicze treningi robię przed pracą, bo później już jestem tak zmęczona, że nie dałabym rady zrobić tak jakościowego treningu jak rano. Od siedzenia bolą mnie nogi. Czuję ciężkość. Codziennie biegasz? Anna Celińska: Tak. Robię nawet więcej niż 7 treningów w tygodniu. To miewasz kiedyś przerwy od tego reżimu? Anna Celińska: Tak, zwykle siedem tygodni. Choć w poprzednim sezonie tak się to poukładało, że były tylko dwa tygodnie luzu. Nie miewasz tego dosyć? Anna Celińska: Bardziej mam dosyć startów, niż treningu. Uwielbiam trenować. Powiedz, jakie masz marzenia? Biegowe, niebiegowe? Anna Celińska: Mam dużo marzeń. Chciałabym otworzyć restaurację z daniami roślinnymi, taką z prawdziwego zdarzenia. Bo te, które funkcjonują to bardziej fast-foody. Bistro. Nie mówię, że złe. Ale ja myślę o czymś innym. Chciałabym gotować tak, żeby rośliny traciły jak najmniej drogocennych składników. Robić to z dużą dbałością o jakość. Na świeżo. Nie używać białej mąki. Zrobiłam nawet biznes plan. I wiem, że to bardzo kosztowne. Poza tym, czuję, że jeszcze nie ma na to rynku w Bielsku. Może za 3-4 lata będzie.

Cały wywiad przeczytasz na www.2bstyle.pl

49


ZDROWIE I URODA

Nastawienie na rozwój Tekst: Agnieszka Korbel Psychoterapetka, pedagożka, prezes Stowarzyszenia „Wzrastaj”. Prowadzi Gabinet Psychoterapii w Bielsku-Białej, ul. Podcienie 2, tel. 507 432 337. Foto: © Joshua Earle / Unsplash

Na słynnej piramidzie ludzkich potrzeb A. Maslowa na samym szczycie widnieje potrzeba samorealizacji, czyli dążenia do realizacji swojego potencjału, rozwijania talentów i możliwości, dążenia do wewnętrznej spójności, spełniania swojego przeznaczenia lub powołania. Rozwój osobisty, czyli samorozwój, jest pojęciem w ostatnich latach bardzo popularnym i modnym. W tym wielkim worku mieszczą się zazwyczaj wszelkie warsztaty, treningi, szkolenia, czasami nastawione nie na samorozwój uczestników, ale na interesy np. sponsorującej je korporacji. Pojęcie to wręcz trochę się przejadło, nie wszystkim już dobrze się kojarzy. Na Facebooku coraz większą popularność zdobywa żartobliwa strona „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Coachów i trenerów wysłać na resocjalizację i do prawdziwej pracy”. Symbolem smutno-śmiesznej strony coachingu jest słynny filmik „Jesteś zwycięzcą”, który obejrzały już ponad 4 mln widzów. Czy chcę Państwa zniechęcić do rozwoju osobistego? Wręcz przeciwnie. Chciałabym tylko zachęcić do pewnej dozy ostrożności i refleksji. Światowej sławy psychiatra A. Lowen w pięknej książce „Lęk przed życiem” pisze, że: „Bycie

50

osobą nie jest czymś, co można «zrobić». To nie przedstawienie”. Wszechobecna propaganda sukcesu rozumianego jako odnoszenie zwycięstw nad innymi przynosi spore szkody i zdaniem wielu autorytetów w dziedzinie psychoterapii jest źródłem nerwic. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że w procesie rozwoju, stawania się tym, kim się chce być (a nie tym, kim się jest), możemy zapomnieć o rzeczy niezbędnej – zaakceptowaniu i kochaniu siebie takich, jakimi jesteśmy. Ze swoimi wadami, z miejscem na nieszczęście, smutek, ból, na błędy… Co ciekawe, akceptacja dla błędów to właśnie podstawa rozwoju! „Nie trafiłem ponad dziewięć tysięcy rzutów w swojej karierze. Przegrałem prawie trzysta meczów. Dwadzieścia sześć razy nie trafiłem decydujących piłek w grze. Ponosiłem porażki raz po raz przez całe swoje życie. I to właśnie dlatego osiągnąłem sukces” – mówi Micha-


el Jordan w filmiku kreującym tzw. nastawienie rozwojowe. O co mu chodzi? Otóż badania psycholożki Carol Dweck dowodzą, że dzielimy się z grubsza na dwie grupy – nastawionych na stałość i nastawionych na rozwój. Od rodzaju nastawienia zależy to, czy w ogóle będziemy chcieli się rozwijać. Osoby nastawione na stałość unikają wyzwań. Gdy napotykają przeszkody, to poddają się, wysiłek uznają za coś niepotrzebnego. Wierzą, że ludzie albo mają talent, albo nie. Jeśli próbują w czymś się realizować, ale wymaga to od nich wysiłku i popełniają błędy, to rezygnują, uznając, że „widocznie się do tego nie nadają”, bo „nie mają talentu, zdolności, inteligencji”. Osoby nastawione na rozwój, gdy pojawiają się przeszkody, brną dalej, wysiłek i błędy postrzegają jako rzeczy naturalne i konieczne. Skąd się bierze dane nastawienie? Prawdopodobnie nastawienie na

rozwój bywa u części osób niszczone w procesie wychowania. Przyglądając się małym dzieciom, widzimy, że dążenie do rozwoju jest naturalne. Dzieci mimo upadków próbują uczyć się chodzić, ledwo trzymając kredkę w dłoni, cieszą się swoimi „dziełami”, uczenie się nowych czynności sprawia im radość. Co ciekawe, osoby nastawione na stałość wyznaczają swoje cele w taki sposób, by odnieść sukces, natomiast celem „rozwojowców” jest właśnie nauczenie się czegoś – mają oni frajdę z wyzwań i z samego procesu uczenia się, rozwoju. Jaki z tego wniosek? Lepiej robić po prostu to, co się lubi, rozwijać swoje zdolności, własny potencjał, niż gonić za „sukcesem”. Tym bardziej że pod tą gonitwą tkwi niestety często bardzo niskie poczucie własnej wartości, którego żaden sukces nie uleczy. Jak ocalić nastawienie rozwojowe u dzieci? Podczas badań Carol Dweck od-

51

kryła, że niszczące jest chwalenie za zdolności. Jeden z eksperymentów związany był z rozwiązywaniem zadań matematycznych. Dzieci chwalone za włożony w wykonywanie ćwiczeń wysiłek kolejne zadania rozwiązywały o wiele lepiej niż te, które otrzymywały komunikat „jesteś zdolny”. Uczniowie z etykietą „zdolnego” bali się prawdopodobnie, że nie podołają tej łatce, natomiast grupa chwalona za wysiłek podejmowała się chętnie nawet trudniejszych zadań, przekonana, że wysiłek sam w sobie jest czymś wartościowym. Zatem na koniec ważna informacja: nastawienie możemy zmienić! Mam zresztą czystą przyjemność kształtować (a raczej odzyskiwać) nastawienie rozwojowe u dzieci i młodzieży podczas warsztatów dla szkół w ramach Projektu Bohaterskiej Wyobraźni utworzonego przez prof. Zimbardo i współpracowników. Sprawdziłam. Da się! Choć wymaga to oczywiście wysiłku!


ZDROWIE I URODA

Między zimą a wiosną

DR TATIANA PRUHŁO-MOTOSZKO Absolwentka studiów medycznych na Uniwerystecie Wrocławskim, od 2003 roku zajmująca się medycyną estetyczną. W 2003 roku ukończyła specjalizację z kosmetologii lekarskiej, a od 2012 roku jest specjalistą medycyny przeciwstarzeniowej. Właścicielka Instytutu Medycyny Estetycznej i Przeciwstarzeniowej IDEALLIST.

Z jakich zabiegów estetycznych warto skorzystać pod koniec zimy? Zima to najlepszy czas, aby poddać się zabiegom estetycznym. O tej porze roku słońce operuje znacznie słabiej, dzięki czemu nie szkodzi naszej cerze. Dlatego nie grożą nam po zabiegach plamy czy przebarwienia pozostawione przez promienie słoneczne. Ale zawsze warto pamiętać o kosmetyce uzupełniającej, która – stosowana regularnie – wzmacnia efekty botoksu, mezoterapii czy laseroterapii. Propozycją z kategorii „must have” są zabiegi anti-aging. Wszystkie te zabiegi odżywiające i nawilżające skórę, także tę, która nie jest poddawana zabiegom medycyny estetycznej, za to działają na nią czynniki zewnętrzne (mróz, śnieg, wiatr i suche powietrze ogrzewanych wnętrz). Doskonałe w tej ka-

tegorii są nowe zabiegi z firmy Dibi. To linia produktów zawierających drogocenne składniki aktywne o działaniu antyoksydacyjnym. Formuły produktów zwalczają i zapobiegają powstawaniu wolnych rodników pojawiających się w wyniku stresu endogennego i egzogennego. Można także skorzystać z innego świetnego zabiegu anti-aging – marki Olos, redukującego oznaki starzenia się skóry, poprawiającego kontur twarzy, chroniącego także przed promieniami UV oraz wpływem zanieczyszczonego powietrza. Wsparciem dla skóry z problemami, z rozszerzonymi porami, z bliznami potrądzikowymi itp. jest seria doskonałych zabiegów uzupełniających Silk Peel Mirarollers. Łą-

52

czący w sobie skuteczne złuszczanie i infuzję substancji aktywnej zabieg leczniczo-odmładzający prowadzi do odnowy naskórka poprzez usunięcie jego łuszczących się fragmentów i zanieczyszczeń oraz intensywne odżywienie. Takie zabiegi z powodzeniem mogą stosować osoby, które chcą oczyścić i odżywić skórę, także te które nie korzystały z zabiegów medycyny estetycznej. To fantastyczny sposób na przedłużenie świeżości, dobrej kondycji i młodości skóry.

tel. 22 497 27 14, tel. 792 713 002 ul. Pięciu Stawów 4/1, 43-300 Bielsko-Biała kontakt@ideallist.pl www.ideallist.pl


53


ZDROWIE I URODA

Obudź ciało na wiosnę! Wiosna pędzi do nas w siedmiomilowych butach! Niedługo będzie wreszcie można zrzucić ciężkie płaszcze i ciepłe kozaki i subtelnie odsłonić swoje wdzięki w lżejszej odzieży. Fantastycznie byłoby wskoczyć w obcisłą sukienkę, ale jeśli nasze ciało przybrało rubensowskie kształty, efekt może nie okazać się taki, jak sobie wymarzyłyśmy. Zimą nasza dbałość o ciało trochę przysypia. Przyczyniają się do tego brak słońca, zimno, ciężkostrawna dieta, szaleństwa karnawału. Ta pora roku nie jest najlepszym momentem dla naszego organizmu. Grzeszki tego okresu stają się najbardziej widoczne właśnie na przedwiośniu. Gdy słońce zaczyna mocniej przygrzewać, poszarzała cera wygląda na bardzo zmęczoną. Na to wszystko jest rozwiązanie! Aby umożliwić organizmowi oczyszczenie, należy pobudzić pracę układu trawiennego i ułatwić wydalanie toksyn. Kiedy tylko zdarzy się okazja, dobrze jest wystawiać do słońca twarz (oczywiście zabezpieczoną kremem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym – SPF). W ten sposób wspomożemy produkcję witamy D i szybciej uporamy się z chandrą spowodowaną okresem przesilenia. Najlepsza regeneracja organizmu, usprawniająca pracę mózgu i ładowanie naszych akumulatorów, odbywa się podczas snu. Komórki, które uległy uszkodzeniu, naprawiają się, wolne rodniki zostają usunięte. Pamiętajmy, że przewlekły stres przyspiesza proces starzenia. Zajmijmy się również swoim ciałem. Przywróćmy dawny blask swojej twarzy zabiegiem inspirowanym naturą. Naturalne źródła termalne tętnią życiodajną energią – pobudzają krążenie, dotleniają płytsze, szybko rogowaciejące warstwy skóry i delikatnie je ścierają. Efektem po takim zabiegu jest skóra jedwabiście gładka, lśniąca i wypoczęta. Zabieg koktajlem Neorevive lub Neobright daje więcej niż jakikolwiek stosowany krem.

ALDONA CIWIS-LEPIARCZYK mgr farmacji, kosmetolog z 20-letnim doświadczeniem Prowadzi firmę EstetikLaser ul. Cechowa 27, 43-300 Bielsko-Biała, tel. 730 077 006 e-mail: biuro@estetiklaser.com, www.estetiklaser.com

Po 25 roku życia skóra zaczyna tracić swoją jędrność. Odpowiedzialny za to kolagen staje się materiałem coraz bardziej deficytowym. Pojawiają się zmarszczki i bruzdy, zmienia się owal twarzy. Doskonale do tego celu nadają się zabiegi zagęszczające skórę poprzez skracanie rozciągniętych mostków kolagenowych oraz pobudzenie do produkcji nowego kolagenu w głębokich warstwach skóry i dynamiczną aktywację mięśni, co koryguje kształt owalu. Zabieg na twarz Maximusem daje natychmiastowe efekty. Przedwiośnie to też idealna pora na laserowe zabiegi fotoodmładzające. Laser frakcyjny nieablacyjny Emerge jest doskonałą alternatywą dla laserów bardzo inwazyjnych, które uszkadzają naskórek ze względu na działanie odparowujące na powierzchni skóry. Efektem działania lasera jest napięta skóra z wypłyconymi zmarszczkami. Zbędne kilogramy utrwalają się w naszych obwodach. Wcięcie w talii zanika. Rzeźba nóg też się zmienia. Z pomocą w modelowaniu sylwetki przychodzą zawsze zabiegi tripolarną falą radiową, dynamiczną aktywacją mięśni i falą akustyczną, która potrafi zredukować każdy cellulit. Metoda Storz-Maximus Trilipo jest

54

efektywna i niezawodna, a rezultaty pozostają widoczne przez długi czas. Współczesna kultura wymaga od kobiet stałej dbałości o wygląd zewnętrzny. Brak owłosienia na nogach i pod pachami to absolutna podstawa. Coraz większą popularność zyskuje usuwanie niechcianych włosów z innych części ciała. Do depilacji przekonują się również panowie. Gładkie ciało to ciało pożądane. Rodzajów depilacji jest wiele, od zwykłej maszynki aż do depilacji laserowej. W zależności od swojego wyboru możemy cieszyć się gładkim ciałem przez kilka dni lub przez kilka lat. Depilacja laserem diodowym z pomiarem melaniny w skórze daje komfort i gwarancję skuteczności, a także bezpieczeństwo pracy urządzenia o każdej porze roku (z innych laserów nie należy korzystać w czasie opalania). Laser Vectus jest jedynym w swojej kategorii urządzeniem skupiającym w sobie wszystkie te zalety. Zabiegi dają efekt permanentnego usunięcia owłosienia. Kombinujmy i znajdźmy dla siebie sposób! Naszym największym sukcesem jest to, że same zaczynamy się sobie podobać. Trzymam mocno kciuki i zachęcam do skorzystania z opisanych zabiegów w estetikLaser.


PROMOCJA

55


PODRÓŻE

Nowojorskie impresje

Tekst: Sylwia Mokrysz z zarządu Mokate

Choć to najsłynniejsze miasto świata dane mi było odwiedzić już kilka

Sylwia Mokrysz U góry : Nowy Jork 2016 pod gmachem ONZ, U dołu od lewej: uczestniczki Dnia Przedsiębiorczości Kobiet, Nowy Jork 2016, na szczycie WTC tuż przed wrześniem 2001, w Strefie „0”, listopad 2016

razy, ostatnia podróż do Nowego Jorku miała dla mnie wymiar szczególny. Zostałam zaproszona na uroczystości związane z obchodami Dnia Przedsiębiorczości Kobiet (Women’s Entrepreneurship Day – WED). Od dwóch lat mam bowiem ogromny zaszczyt być polską ambasadorką WED.

Mimo napiętego programu znalazłam czas, by z sentymentem odwiedzić miejsca, które zapamiętałam z wcześniejszych wizyt. W takim właśnie nastroju udałam się do strefy Ground Zero. W pamięci miałam swój zachwyt sprzed lat, gdy spoglądałam z wież WTC na miasto, mając jego panoramę na wyciągnięcie ręki. Zaledwie kilkanaście dni później wieże zniknęły w wyniku jednego z najtragiczniejszych i najbardziej okrutnych zamachów terrorystycznych współczesnego świata. Mimo upływu lat miejsce to nadal budzi grozę i zmusza do refleksji. Stojąc tam teraz, po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, jak kruche jest nasze życie. Mimo wszystko Nowy Jork pozostał miastem, w którym energię czuć niemal w każdym zakątku. Nie wiem, czy wynika to z kulturowej różnorodności, czy z tego, że ściągają do niego niebanalni ludzie z całego świata. W każdym razie porywa, wciąga i zachwyca na każdym kroku. Miejscem, które z pewnością nigdy nie zasypia, jest słynny Times Square. Feeria barw i świateł, tłumy dziwnych postaci jego wizytówki. Choć podobno sami nowojorczycy unikają go jak ognia… W tym mieście znajduje się też największe muzeum Ameryki, The Metropolitan Museum of Art. Około 2 milionów – tak, tak, dwóch milionów – eksponatów sprawia, że na zwiedzanie można by poświęcić wiele dni. Tym razem skoncentrowałam się na bogatej kolekcji porcelany. Nie bez przyczyny – od lat funkcjonuję

w świecie herbaty, co sprawia, że zawsze z ogromną ciekawością przyglądam się wszelkiego typu filiżankom, kubeczkom i innym „herbacianym” naczyniom. Tu miałam pod tym względem prawdziwą ucztę. Ogromna kolekcja porcelanowych cudeniek pochodzących z różnych wieków i z różnych zakątków świata udowadnia, że picie herbaty od zawsze wiązało się z pewnym misterium. Na deser zostawiłam sobie słynne „Słoneczniki” van Gogha. To niezwykłe, że tak nieduży obraz jest w stanie przekazać tyle emocji i ciepła. W niewielkiej – jak na NY – odległości znajduje się inny znany gmach w kategorii „naj” – The Metropolitan Opera, czyli The Met. Mekka i marzenie tysięcy artystów operowych na całym świecie. Z dumą patrzyłam na nazwisko Piotra Beczały, wybitnego polskiego tenora, który od kilku sezonów święci triumfy na deskach tej właśnie opery. Dzięki projektowi The Met: Live in HD mamy niepowtarzalną możliwość oglądania na żywo również w Polsce spektakli

Mokate w Teatrze Studio

56

z The Metropolitan Opera. W warszawskim Teatrze Studio na sezon 2016/2017 zaplanowanych jest aż 17 takich transmisji z tak wspaniałymi dziełami, jak choćby „Tristan i Izolda” Wagnera, czy „La Traviata” Verdiego. Oczywiście każdy spektakl w obecności Loyda i Mokate. Choć brzmi to trywialnie – Nowy Jork to miejsce, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Nawet jeśli czujemy awersję do miast molochów, pełnych drapaczy chmur, tłumnych i głośnych. Jest w nim jakiś rodzaj magii, magnesu, który sprawia, że chce się tam wracać. To jak pobyt w centrum świata, w którym wszystko mamy na wyciągnięcie ręki – wielki biznes, wielką sztukę, najlepsze restauracje, modę z wysokiej półki czy wreszcie największy tygiel narodowości z całego globu. Czas na sen? Najlepiej ograniczyć do minimum i dać się ponieść miastu, a będzie do nas powracać w pięknych snach jeszcze długo, długo po powrocie. Tym razem była to transmisja opery Nabucco, która Verdiemu przyniosła olbrzymi rozgłos i powodzenie. Wydarzenie to miało miejsce w Teatrze Studio w Warszawie, 7 stycznia 2017 roku. Wszyscy przybyli na transmisję opery, raczyli się z wielkim smakiem herbatą Loyd i kawami Caffeteria Mokate oraz Lavazza.


REKLAMA

57


Województwo śląskie na co dzień

Pora na seniora Województwo śląskie to region nie tylko szeroko rozwijającego się przemysłu, ale także miejsce, gdzie stawia się na kulturę, rekreację oraz różnego rodzaju aktywność fizyczną. Atrakcje ukierunkowane na osoby starsze można podzielić na kilka kategorii według zainteresowań: wycieczki miejskie, sanktuaria, rekreację i kulturę. Na początek przedstawimy propozycje wycieczek po miastach regionu oraz sanktuariów znajdujących się w województwie śląskim.

Bielsko-Biała Rynek na Starówce

Cieszyn

Cieszyn Zwiedzanie Cieszyna najlepiej rozpocząć od rynku głównego. To tutaj znajduje się fontanna z figurą św. Floriana i stoi ratusz, którego salę posiedzeń rady miejskiej – otwartą przez cesarza Franciszka Józefa I – można zwiedzać wyłącznie z przewodnikiem. Będąc na Rynku, nie sposób pominąć dawny hotel Pod Brunatnym Jeleniem. To okazały gmach z 67 pokojami, w którym zatrzymywali się m.in. car Aleksander czy książę Józef Poniatowski.

58

Zaledwie 100 m od Rynku znajduje się założone w 1802 roku Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Posiada ono niezwykle bogate zbiory, a stała wystawa „Na skrzyżowaniu dziejów i kultur” doskonale je wykorzystuje. Przez Cieszyn prowadzi także Szlak Zabytków Techniki, na którym obowiązkowym punktem jest Muzeum Drukarstwa. Unikatowym miejscem, które trzeba odwiedzić, jest Cieszyńska Wenecja. Znajdujące się tuż nad Młynówką domy z charakterystycznym układem mostków budzą skojarzenia z włoskim miastem. Podczas intensywnego zwiedzania dobrze zjeść w miejscu, w którym podane dania na pewno będą smaczne, a do tego przygotowane według tradycyjnych receptur. Gwarantuje to Szlak Kulinarny „Śląskie Smaki”, na którym w Cieszynie znajdziemy dwie restauracje: Liburnię i Korbasowy Dwór. Bielsko-Biała Kolebka polskich kreskówek takich jak „Bolek i Lolek” czy „Miś Uszatek”, czyli Bielsko-Biała, jest jednym z najatrakcyjniejszych pod względem turystycznym miast w regionie. Przecinają się tutaj trzy szlaki: Szlak Zabytków Techniki z Muzeum Stara Fabryka w dawnej fabryce sukna rodziny Butterów, Szlak Architektury Drewnianej, czyli Dom Tkacza, którego wnętrze oddaje realia życia mistrza cechowego, oraz Szlak Kulinarny


Bielsko-Biała

„Śląskie Smaki”, na którym w Bielsku-Białej znajduje się Karczma Rogata. Bielskie Stare Miasto, z niezmienionym od XII wieku układem, urzeka klimatycznym rynkiem z fontanną, nieopodal znajduje się Zamek Sułkowkich – obowiązkowy punkt wizyty w mieście. Obecnie jest siedzibą muzeum, którego ważną częścią jest sama architektura. W historycznej Białej znajduje się ratusz, a na jego fasadzie pszczoły będące symbolem pracowitości. Nieco dalej można zwiedzić zabytkowy, odrestaurowany dworzec PKP, który był centrum życia towarzyskiego bielskiej klasy średniej.

Częstochowa

wielkich wydarzeń historycznych, jak np. słynnej obrony przed Szwedami w XVII wieku czy Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego w roku 1956. Obecnie Jasną Górę odwiedza rocznie nawet 3,5 miliona pielgrzymów. Oprócz sanktuarium na uwagę zasługuje także sama bazylika, a jej skarbiec to wspaniały zbiór darów wotywnych, mających także wielką wartością artystyczną.

Pszczyna Leśniów

Leśniów Gdy książę Władysław Opolczyk w 1382 roku wracał z Rusi na Śląsk, wiózł ze sobą cudowny wizerunek Czarnej Madonny oraz niewielką figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem. Wędrowcom dokuczał upał, a nigdzie nie mogli znaleźć czystej wody. Podczas odpoczynku zaczęli się modlić i wkrótce ich oczom ukazało się źródełko. W wyrazie wdzięczności książę zawiesił na pobliskim drzewie kapliczkę, w której umieścił rzeźbę Matki Bożej. Tak – według legendy – wyglądały początki Sanktuarium w Leśniowie, którym od lat opiekują się ojcowie paulini. Cudowna figura znajduje się dzisiaj w kościele pw. Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, a źródełko ma podobno moc uzdrawiającą. Częstochowa Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej jest jednym z najważniejszych miejsc kultu w Polsce i na świecie. Ikona Matki Boskiej Częstochowskiej namalowana – jak głosi legenda – przez św. Łukasza i przywieziona przez Władysława Opolczyka z Rusi otaczana jest wyjątkową czcią. Jasna Góra była świadkiem

Pszczyna Zamek w Pszczynie należy do nielicznych w naszej części Europy muzeów, które zachowały bogate historyczne wyposażenie. Znajduje się w zabytkowym Parku Pszczyńskim, który podzielony jest na trzy części: Park Zamkowy, Dziką Promenadę oraz Park Dworcowy. Na obrzeżach Parku Zamkowego funkcjonuje Muzeum Militarnych Dziejów Śląska. Niedaleko pszczyńskiej starówki, na terenie Dzikiej Promenady, znajduje się Pokazowa Zagroda Żubrów. Składa się ona z dwóch głównych zagród, w których mieszkają te fascynujące, pozostające pod ochroną zwierzęta. Pomiędzy Pokazową Zagrodą Żubrów a Parkiem Zamkowym usytuowane jest pole golfowe, gdzie mogą grać zarówno amatorzy, jak i zawodowcy. Na głównej ulicy miasta znajduje się wiele XVIII-wiecznych kamienic, niektóre z zachowanymi godłami cechowymi. Na szczególną uwagę zasługują budynek apteki Pod Murzynem i kamienica Pod Lwem, a na samym początku ulicy podziwiać można dawny hotel Pszczyński Dwór oraz neogotycką kamienicę z wykuszem i bogato zdobioną elewacją. W pobliżu znajduje się Muzeum Prasy Śląskiej, gdzie każdy turysta może przez

59


Województwo śląskie na co dzień chwilę poczuć się jak XIX-wieczny drukarz i w dawnej oficynie typograficznej wytłoczyć dla siebie na zabytkowej prasie ręcznej pamiątkowy druczek. W Pszczynie znajdują się lokale reprezentujące Szlak Kulinarny „Śląskie Smaki” – restauracje Kameralna i Frykówka, Warownia Pszczyńskich Rycerzy czy nieco dalej – restauracja Zacisze czy Karczma Wiejska.

Budowę oczekiwanej przez mieszkańców świątyni rozpoczął po II wojnie światowej ks. Alfons Januszewicz. W maju 1947 roku zaproponowano, by patronką budowanej świątyni została Matka Boża Fatimska. Wkrótce na placu budowy pojawiła się figurka Matki Bożej, a po wybudowaniu kościoła miejsce zasłynęło łaskami. Od 1959 roku w Turzy znajduje się figurka Matki Bożej pochodząca z Fatimy. Będąc w Turzy, warto wybrać się do położonego nieco dalej Wodzisławia Śląskiego, gdzie znajduje się restauracja znanego śląskiego kucharza Remigiusza Rączki – Rączka Gotuje.

Żywiec

Żywiec Spacer po Żywcu warto rozpocząć od Starego Zamku, w którym znajduje się Muzeum Miejskie. Jego sztandarową wystawą jest ta dotycząca historii i tradycji miasta, gdzie mieści się jedna z największych kolekcji pamiątek cechowych. Na uwagę zasługuje także Nowy Zamek, czyli pałac Habsburgów, gdzie urządzono park miniatur, prezentujący miniatury budowli z terenów Żywiecczyzny. Muzeum Browaru Żywiec, znajdujące się na Szlaku Zabytków Techniki, jest z pewnością jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc miasta. W muzeum można sfotografować każdy element, dotykać eksponatów, a przewodnicy odpowiedzą na każde, nawet najbardziej dociekliwe pytania.

Pszów

Turza Śląska

Turza Śląska Turza Śląska nazywana jest śląską Fatimą. Leżąca niedaleko czeskiej granicy Turza Śląska długo nie posiadała swojego kościoła.

Pszów Najważniejszym zabytkiem Pszowa jest Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Cudowny obraz, będący kopią jasnogórskiego obrazu Czarnej Madonny, został sprowadzony do miasta w 1722 roku. Podczas transportu uległ jednak uszkodzeniu, a wodzisławski malarz, który zajął się jego renowacją, nadał Matce Bożej słowiańskie rysy i charakterystyczny tajemniczy uśmiech. Warto zwiedzić także stanowiącą doskonałą trasę turystyczną Kalwarię Pszowską, jako że jest to jedyny tego typu zabytek w regionie.

WOJEWÓDZTWO ŚLĄSKIE W INTERNECIE: Portal informacji turystycznej województwa śląskiego: www.slaskie.travel Szlak Kulinarny Śląskie Smaki: www.slaskiesmaki.pl Szlak Orlich Gniazd: www.orlegniazda.pl Szlak Zabytków Techniki: www.zabytkitechniki.pl Portal narciarski: www.slaskienarty.pl Artykuł powstał we współpracy ze Śląską Organizacją Turystyczną

60


Nie ma wesela bez bójki Sto lat temu w bielskiej prasie rozpisywano się na temat awantur, jakie wszczynali mieszkańcy miasta i okolicznych wsi pod wpływem alkoholu. Czasami skutki pijaństwa były tragiczne. Przykładem jest pewne wesele w Jaworzu, podczas którego jednemu z gości wbito… nóż w plecy. Tekst: Alan Jakman | bielsko.biala.pl

Był mroźny luty 1920 roku, okolice dzisiejszej galerii Sfera. Późnym popołudniem posterunkowy Gansel patrolował ulicę Damm (obecnie Wałowa), gdy z pobliskiego baru Nathana Rübnera wyszło kilku nietrzeźwych mężczyzn. Szli chodnikiem, choć nogi odmawiały im posłuszeństwa. W pewnej chwili podjechał fiakier (dorożka), a jeden z mężczyzn wpadł pod koła pojazdu. Powożący natychmiast zatrzymał konia, krzycząc do pijaka: – Ty chacharze miastowy!

SZABLĄ W TŁUMIE Posterunkowy Gansel obserwował przebieg zdarzenia. Przystąpił do legitymowania wszystkich uczestników wypadku, ale główny sprawca zamieszania odmówił okazania dokumentów i stawiał władzy czynny opór. Do awantury dołączyli dwaj jego kompani. Wykorzystując chwilę nieuwagi, pijany mężczyzna wyrwał się z rąk mundurowego i uciekł co sił w nogach, rzucając wokół obelgami. W tej sytuacji posterunkowy poprosił o pomoc policjanta Slowioka i obaj ruszyli w pościg. Przy hotelu Nordbahn (niedaleko Dworca Północnego) uciekinier położył się na ziemi, chcąc

uniknąć aresztowania. Na miejsce przybywało coraz więcej gapiów. Aby rozgonić tłum, posterunkowy Slowiok wydobył szablę i zagroził jej użyciem osobom utrudniającym czynności służbowe. Na posterunku awanturnik podawał inne nazwisko, ale w końcu przyznał, że nazywa się Paul D. i następnego dnia, po wytrzeźwieniu, został uwolniony z aresztu.

AWANTURY NA DWORCU Widownią gorszących scen z udziałem panów, którzy wypili o kieliszek za dużo był dworzec kolejowy. W archiwum zachowała się notatka policyjna z lutego 1929 roku relacjonująca awanturę w poczekalni trzeciej klasy sprowokowaną przez prawie 60-letniego Jana H., „piszącego i czytającego” maszynistę kolejowego. Mężczyzna będący pod wpływem alkoholu wymyślał dwom innym bielszczanom od komunistów, czym „wywołał u znajdującej się tam publiczności zgorszenie publiczne”. Uspokoił się dopiero wówczas, gdy policjant zagroził mu doprowadzeniem na komisariat. W lipcu tegoż roku, kilka minut po północy, patrolujący teren dworca posterunkowy Granieczny zauważył dziwnie zachowującego się mężczyznę. Podczas legitymowania zatrzymany Franciszek J. nerwowo wymachiwał rękami. – Tu jest moja legitymacja, jestem urzędnikiem kolejowym w stopniu wyższym, pan jesteś za mały i za głupi wobec mnie – wykrzyczał,

61

po czym rzucił dokument na ziemię i rozkazał: – Podnieś pan legitymację! Nie znamy szczegółów tego zdarzenia, ale z akt wynika, że pierwsze spotkanie obu mężczyzn zakończyło się polubownie. Trzy godziny później, podczas kolejnego patrolu posterunkowy Granieczny spotkał ponownie jeszcze bardziej nietrzeźwego Franciszka J. W trakcie scysji policjant był zmuszony do użycia siły fizycznej i doprowadzenia awanturnika na komisariat.

OSTRA BÓJKA W RESTAURACJI W 1937 roku pokłócili się dwaj bracia z Komorowic. W wyniku rękoczynów 23-letni Stefan dwukrotnie dźgnął brata nożem. Poszkodowany został odwieziony na pogotowie, ale po jakimś czasie wrócił cały i zdrowy do domu. Inaczej było podczas październikowej zabawy weselnej w Strumieniu, gdzie doszło do bijatyki między gośćmi. Wezwana na miejsce policja wkroczyła do sali z gumowymi pałkami, rozganiając krewkich weselników. Miesiąc wcześniej ostre narzędzie użyto podczas bójki w restauracji Karba w Jaworzu. Skutki tego zdarzenia były jednak poważniejsze, gdyż jednemu z gości wbito nóż w plecy. Poszkodowanego w „stanie beznadziejnym” odwieziono do bielskiego szpitala. Na zdjęciu: dworzec w Bielsku, fot. Monika Ćwikowska-Broda i Wiesław Ćwikowski, Bielsko-Biała i okolice pocztówką pisane.


ARCHITEKTURA & DESIGN

ARKA KONIECZNEGO Best new private house

Arka Koniecznego to dom, który niedawno zgarnął główną nagrodę w prestiżowym konkursie Design Awards 2017 organizowanym przez magazyn „Wallpaper”, zajmujący się designem i cyklicznie nagradzający projektantów, realizacje, miejsca i produkty, które według jury są najlepsze na świecie. W tym roku komisja nagrodziła polski projekt Arka Koniecznego, który rywalizował w kategorii „Best new private house”. Jego autorem jest Robert Konieczny, z którym mamy przyjemność rozmawiać. Mamy też kilka pytań do żony twórcy tego oryginalnego domu, pani Patrycji Krzyżowskiej... Z Patrycją Krzyżowską i Robertem Koniecznym rozmawia Anita Szymańska. Zdjęcia: Olo Studio, Jakub Certowicz

62


Po prestiżowej nagrodzie magazynu „Wallpaper” posypały się wywiady i artykuły. Czy jest jeszcze jakieś pytanie, na które pan nie odpowiadał, a bardzo by chciał? Robert Konieczny: Wszyscy mówią o pięknych widokach, fajnym domu i architekturze, a nikt mnie jeszcze nie zapytał, jakie tam jest powietrze. Każdemu się wydaje, że znakomite, tymczasem filtry w Arce po zimie są tak zapchane, że strach wychodzić na zewnątrz. Smog przechodzi do środka. Niestety powietrze w Brennej jest tak samo złe i zanieczyszczone jak w Krakowie i trzeba wreszcie zacząć o tym głośno mówić, bo ludzie kompletnie nie mają świadomości, czym oddychają. Cała elewacja również brudzi się straszliwie, a dom, mimo ze ma dopiero dwa lata, nadaje się do czyszczenia. Sytuacja nie do pomyślenia.

Początki Arki wcale nie były łatwe. Gdyby w sobotę, dzień po rozpoczęciu budowy Arki, nie przyjechał pan z rodziną zobaczyć, jak ruszyły prace, nie byłoby dzisiaj domu, o którym mówi cały świat? Robert Konieczny: Nie byłoby dzisiaj tego domu, gdyby nie fakt, że w tym czasie pojawił się głośny problem osuwisk. Miałem już pozwolenie na budowę, a tu całe góry domów zaczęły zjeżdżać po ulewnych deszczach. Na naszej działce nie występowało bezpośrednie zagrożenie, ale spadek mamy całkiem poważny. Przezornie więc zadzwoniłem do swojego konstruktora z pytaniem, czy można temu jakkolwiek zaradzić. A on na to, że w sumie to nie można. „Jaja sobie robisz”, odpowiadam, a on mi na to, że taka prawda i jedyne, co mogę zrobić, to za bardzo nie naruszać gruntu. Mój stary projekt zakładał podmurówkę

63


ARCHITEKTURA & DESIGN wbitą 4,5 m w głąb działki. To właśnie dlatego w tamtą sobotę na budowie powiedziałem: „Stop, przerywamy”. Nowy projekt musiałem zrobić w ekspresowym tempie, żeby ekipa nie uciekła. Ale przede wszystkim musiałem się zresetować i przypomnieć sobie, dlaczego kupiliśmy tę działkę. Dla genialnego widoku. I tu kilka słów, skąd wziął się pomysł na ten dom. Pomyślałem sobie, że dom powinien być tylko ramą dla widoku, najlepiej, gdyby był parterowy, ale moja żona bała się właśnie tego domu parterowego, bo tam jest dosyć duże odludzie. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby parter odkręcić od stoku, tak aby stykał się z nim tylko jednym narożnikiem, i teraz tam znajduje się wejście. Aby uchronić się przed osuwiskami, postanowiłem, że podeprę dom tylko na trzech ścianach, by za bardzo nie naruszać gruntu. Dzięki temu woda swobodnie pod nim przepływa i cały dom staje się mostem. Dach dwuspadowy to wynik zdrowego rozsądku, bo to góry i oczywiście zapis w miejscowym planie zagospodarowania. Pozostało tylko wykończenie domu od dołu, bo potrzebowałem pomieszczeń technicznych, a przy okazji trzeba było usztywnić konstrukcję ścian. Wtedy pojawił się pomysł odwróconego dachu, bo idealnie odpowiadał kształtowi ścian, które go podpierały. W efekcie żona miała jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa, bo dom jakby lewituje nad zboczem, a szczelina pozostawiona w styku z gruntem powoduje, że woda opadowa swobodnie pod nim przepływa. Kiedy zobaczyłem finalny efekt, skojarzył mi się on właśnie z arką, wtedy też powstała nazwa – Arka Koniecznego.

64


Co pan poczuł, kiedy zdecydował o wstrzymaniu prac i przerobieniu całego konceptu domu? Ekipa na miejscu, pozwolenie na budowę wydane… Jak właściwie miał wyglądać dom, który zastąpiła Arka? Ganek, schody, firanki – to chyba zupełnie nie w pana stylu? Robert Konieczny: Nic z tych rzeczy. Pracowałem na tym konceptem w sumie ponad dwa lata, trochę po godzinach. To miał być taki współczesny polski dom, z wielką „czapą”, ukośnym dachem, przeszklonym parterem i podmurówką, która stała się wtedy punktem zapalnym projektu. Faktem było, że projekt był już za długo w naszej pracowni, czułem, że jest przemęczony. Jak wspominałem wcześniej, właściwy projekt Arki powstawał w szaleńczym tempie i jedyne, co wtedy było ważne, to logiczne myślenie. Myślę, że adrenalina i bezkompromisowe podejście zrobiły swoje. Oczywiście w momencie przerwania budowy bałem się, że żona mnie zabije, stąd też te obiecane trzy dni, żeby ekipy nam nie uciekły, bo tylko to było w stanie ją udobruchać. A co pani poczuła, kiedy mąż powiedział w pierwszym dniu budowy: „Wstrzymujemy prace. Dom musi być inny”. Podobno w samochodzie nie odzywaliście się do siebie? Patrycja Krzyżowska: Tak, to prawda. Byłam bardzo zła, bo pierwotny projekt powstawał w dwa lata, a ten miał być gotowy w jeden weekend. Pomyślałam sobie, że to czyste szaleństwo, tym bardziej że na placu budowy czekała już ekipa wykonawcza.

Kiedy szukali państwo działki pod budowę domu, trudno było się spodziewać, że taka spokojna okolica może trafić na łamy najpoczytniejszych pism o architekturze, a oprócz krów pojawią się tu ekipy zachodnich telewizji… Spokój pękł jak bańka mydlana czy nadal miejsce to jest ucieczką od zgiełku miasta? Robert Konieczny: Myślę, że prawda leży gdzieś pośrodku. Czasem sporo się dzieje, mam tam niekiedy spotkania z klientami, przyjeżdżają też ekipy telewizyjne, a nawet raz dotarła wycieczka szkolna. To fajne i budujące, że Arka może ludziom uświadamiać, na czym polega architektura współczesna i że można budować inaczej. Jednak na co dzień jest to spokojne miejsce, w którym wypoczywamy od zgiełku miasta. Wychodzimy na zewnątrz i jesteśmy na środku łąki, ogród jest tak naprawdę wszystkim, co nas otacza. Okoliczne zwierzęta, które podchodzą pod dom, sprawiają, że jest to dla nas takie magiczne miejsce. Przy okazji też tej nazwy, która wcześniej wynikła z formy, a teraz codziennie nabiera nowego znaczenia. Brenna to malownicza miejscowość. Co urzekło państwa i zadecydowało o zakupie ziemi właśnie tam? Patrycja Krzyżowska: Przede wszystkim to, co było już wcześniej podkreślane, piękny widok. Gdy stanęliśmy na zboczu Równicy, w miejscu, gdzie teraz znajduje się Arka, poczuliśmy, że to jest to, to jest nasze miejsce na ziemi. Przekonałam Roberta do samej Brennej też tym, że to właśnie do tego miejsca jeździł od najmłodszych lat pod namiot i lubi Brenną ze względu na jej dzikość i swojski, kameralny charakter.

65


ARCHITEKTURA & DESIGN

Nie jest to państwa jedyny dom, ponieważ swoją pracownię projektową prowadzi pan w Katowicach. Czy zatem Arka to odskocznia? Robert Konieczny: W Katowicach pracujemy, dlatego mieszkamy tam na co dzień, ale życie w mieszkaniu w oderwaniu od przyrody powoduje, że tak często, jak tylko możemy, jedziemy z rodziną do Brennej, żeby cieszyć się bliskim kontaktem z naturą. Dla mężczyzny budowa domu to swego rodzaju pomnik jego dokonań. Kobieta tworzy z niego gniazdo. Jak przyjęła pani nową wizję domu, do budowy którego przygotowywali się państwo przez dwa lata? I czy w domu z betonu, z ogromnymi przeszkleniami można stworzyć gniazdo? Patrycja Krzyżowska: W związku z tym, że czynnie uczestniczyłam w projektowaniu wnętrz Arki, łatwiej było mi się oswoić z domem, ale w wielu kwestiach mieliśmy z Robertem odmienne zdania. Ostatecznie jednak powstał projekt, który przede wszystkim bardzo cenię pod względem funkcjonalnym, ale teraz też dobrze się w nim czuję. Proszę pamiętać, że szkło daje fantastyczny widok i żywy, zmieniający się ciągle obraz za oknem. W domu jest przytulnie za sprawą ciepłych, beżowych odcieni szarości i dużej ilości drewna jesionowego, z którego wykonane są wszystkie ściany i meble. Wprowadziłam do Arki zasłony, zieleń i kilka dodatków, z którymi czujemy się razem dobrze. Bardzo ciekawi mnie również reakcja ekipy budowlanej na koncepcję domu z odwróconym dachem, Arka bowiem burzy wiele konwencji. Było lapidarne „OK” czy raczej: „Panie, tak się nie da”?

66

Robert Konieczny: Ekipy, z którymi pracuję, to najlepsi specjaliści i fachowcy, którzy budowali już z nami niejedno. Po pierwsze, są w stanie zrobić bardzo dużo i takie pomysły nie stanowią dla nich problemu, mimo że projekt nie był łatwy, a po drugie, bardzo szanują naszą pracownię i raczej dyskusje polegają na tym, jak daną rzecz zrobić, żeby było optymalnie. Dzięki tym firmom na co dzień nie mam styku z przeciętną bylejakością budowlaną. Muszę przyznać, że koncepcja zwodzonego wejścia do domu przypomina trochę średniowieczne zamki. W połączeniu z pochyłymi ścianami podniebienia sprawia, że dom jest jeszcze bardziej bezpieczny. Brakuje tylko współczesnego odpowiednika fosy. Co jeszcze chodziło panu po głowie, kiedy tworzył pan Arkę, a co ostatecznie nie zostało zrealizowane albo dopiero będzie? Robert Konieczny: Most zwodzony to nie była fanaberia, tylko pragmatyczne i optymalne rozwiązanie problemu projektowego, dlatego że dom zetknięty jednym narożnikiem z terenem i tak generował około 1 m różnicy wysokości pomiędzy gruntem a parterem. Trzeba było pomyśleć o jakichś schodach czy kładce. Jednocześnie chciałem zabezpieczyć dom okiennicami od strony wejścia, tak żeby Arka nie nagrzewała się zbytnio – bo to południe, a przy okazji chciałem ją zamykać. Wtedy pomyślałem sobie, że najlepiej będzie, jeżeli w miejscu wejścia zrobię dwa w jednym, stąd pomysł na most zwodzony, który jednocześnie jest trapem i okiennicą. Każdy element w Arce, mimo że wygląda ona odjazdowo, jest racjonalny i logiczny. Nigdy nie stosuję gadżeciarskich rozwiązań, które nie mają sensu i żadnego uzasadnienia. Chyba


cała sztuka polega na tym, żeby w logiczny sposób zbudować coś, co jest intrygujące, ale jednocześnie bardzo funkcjonalne. Jakie jest pani ulubione miejsce w Arce? Patrycja Krzyżowska: Najfajniejsze miejsce dla mnie to wąski taras od strony południowej, z tym bardziej kameralnym widokiem, gdzie uwielbiam leżeć na leżaku, pić kawę i czytać książki – o różnych porach dnia, czasem wieczorami. Gdyby zamarzyła się pani, dajmy na to, grządka warzywna, to znając kreatywność pani męża, na pewno nie byłaby ona standardowa. Czy przy takim domu jak Arka grządka z warzywami ma rację bytu? Patrycja Krzyżowska: Moim marzeniem był ogród, którym mogę się zajmować, jednak musiałam zgodzić się z argumentem Roberta, że skoro nie mieszkamy tam cały czas, nie dałoby się tego wszystkiego utrzymać. Dlatego ustaliliśmy, że ogród to głownie łąka, która nas otacza. Chcemy posadzić tam kilka drzew, zarówno choinek, jak i owocowych. Mimo że proszę go o to już od dwóch lat, Robert wciąż tego nie zrobił, bo uważa, że trzeba to zaprojektować, i wciąż nie ma na to czasu. Dla mnie to posadzenie kilku drzew i decyzja na miejscu – i chyba będę musiała to zrobić sama.

Robert Konieczny: Najlepsi architekci powinni starać się robić coś więcej niż tylko dobra odpowiedź na temat, dobra funkcja, dobre wpisanie się w kontekst, bo to jest abecadło, podstawa. Powinni szukać nowych rozwiązań i dążyć do nieustannego rozwoju architektury. Dlatego najbardziej lubię takie projekty, w których poza tym abecadłem, o którym mówiłem, da się wpaść na jakiś nowy pomysł, powodujący, że polska architektura staje się innowacyjna i nie kopiuje rozwiązań z Zachodu, które wcześniej ktoś już wymyślił. Co do moich klientów, mamy takich samych jak wielu innych architektów, ale nasze pomysły i logiczne uzasadnienia, przy dużym doświadczeniu w realizacjach, sprawiają, że klienci się na takie projekty decydują. Jest pani dumna z dokonań męża? Czy często rozmawiają państwo o projektach, nad którymi pracuje? Patrycja Krzyżowska: Kiedy wraca do domu, to staram się sprowadzić go na ziemię i angażować w obowiązki domowe. Jak wyniesie śmieci i pozmywa, wtedy możemy pogadać o projektach (śmiech). Dziękuję za rozmowę.

Oglądając pana projekty i realizacje, trudno oprzeć się wrażeniu, że poszukuje pan skrajnie indywidualnych rozwiązań, a każdy projekt jest skrojony na miarę. Czy to oznacza, że ma pan odważnych klientów? Takich, którzy nie boją się przekraczać przyzwyczajeń w architekturze?

67


ARCHITEKTURA & DESIGN

Muzeum snów

więcej niż bajka

Tekst: Mateusz Kaczyński, wizualizacje: Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

68


T

ej historii już nikt nie może włożyć między bajki. Po latach oczekiwania w Bielsku-Białej powstanie muzeum legendarnego Studia Filmów Rysunkowych. Tak, tego samego, w którym narodziły się postacie Bolka i Lolka, kangurka Hip-Hopa czy Reksia. Wielu z nas ciepło wspomina oglądane w dzieciństwie przygody kreskówkowych bohaterów, na przykład profesora Baltazara Gąbki i Smoka Wawelskiego. Choć sztuka klasycznie rysowanej animacji jest wypierana przez technologie cyfrowe, jej czar nie zginął. Już niedługo duże dzieci będą mogły zabrać ukochane pociechy do świata swojej młodości. Bolek i Lolek, Reksio oraz setki innych animowanych bohaterów w końcu doczekają się własnego muzeum.

69


ARCHITEKTURA & DESIGN

10 stycznia tego roku w katowickiej siedzibie Stowarzyszenia Architektów RP ogłoszono zwycięzcę konkursu na koncepcję Świata Bajki, futurystycznego połączenia muzeum i parku rozrywki. Interaktywne Centrum Bajki i Animacji ma powstać na terenie Studia Filmów Rysunkowych przy ul. Cieszyńskiej w Bielsku-Białej. Wybrany spośród ponad dwudziestu nadesłanych propozycji projekt Nizio Design International i MWE sp. z o.o. zachwycił zarówno dziennikarzy, jak i przyszłych gości. Zwycięskie warszawskie studio to jedna z najbardziej znanych firm architektonicznych w Polsce, odpowiadająca za powstanie między innymi wystawy stałej Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Żydów Polskich POLIN. Koncept muzeum chwali Andrzej Orzechowski, dyrektor Studia Filmów Rysunkowych: „W moim odczuciu wygrał najlepszy projekt spośród tych, które spełniały wymogi postawione przez organizatorów. Zarówno strona architektoniczna, jak i scenariusz ekspozycji daje szansę na powstanie niezwykłego interaktywnego centrum. Dużą zaletą projektu jest także to, że w przyszłości może on zostać rozbudowany o kolejne moduły”. Podobnego zdania jest również Piotr Kubańda, Miejski Konserwator Zabytków w Bielsku-Białej: „Zwycięska praca jednocześnie eksponuje obie bryły – zarówno historyczną, jak i współczesną”. Ideą pomysłodawców było połączenie nowoczesnego muzeum z parkiem rozrywki.

70


Choć o pomyśle Centrum Bajki i Animacji mogliśmy usłyszeć już kilka lat temu, realizacja projektu stała się możliwa dopiero niedawno.

Tego typu rozwiązanie sprawdziło się z powodzeniem przy zagranicznych studiach filmowych. Świat Bajki według założeń ma stać się interaktywnym centrum, działającym zgodnie z koncepcją nauki przez zabawę. Jedno jest pewne, nie zabraknie materiałów i eksponatów. Muzeum będzie opierać się na bogatym dorobku istniejącego od 1947 roku Studia Filmów Rysunkowych. Powstały w nim nie tylko legendarne kreskówki dla dzieci, ale także 1000 innych projektów filmowych, w większości realizowanych klasyczną metodą animacji poklatkowej. Choć o pomyśle Centrum Bajki i Animacji mogliśmy usłyszeć już kilka lat temu, realizacja projektu stała się możliwa dopiero niedawno. Na początku 2016 roku bielskie Studio Filmów Rysunkowych przekształciło się ze spółki Skarbu Państwa w państwową instytucję kultury, zapewniając sobie tym samym dostęp do środków finansowych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pół roku później do projektu dołączyło Stowarzyszenie Architektów RP. Według informacji medialnych realizacja projektu może kosztować nawet ponad 20 mln złotych. Większość środków ma pochodzić z funduszy unijnych. Istnieje duża szansa, że pierwsi goście odwiedzą Świat Bajki już w 2020 roku.

71


DO POCZYTANIA

SZPILKI, PARYŻ I MIŁOŚĆ Paulina Wnuk-Crépy

STAN NIE! BŁOGOSŁAWIONY Magdalena Majcher

Dziewiętnastoletnia Julia prowadzi poukładane życie – właśnie zdała maturę, wybiera się na wymarzone studia. Wszystko idzie zgodnie z planem... Aż do dnia, kiedy na ulicy dostrzega ją rekruterka z prestiżowej agencji modelek. To jedno spotkanie wywraca życie Julii do góry nogami. Skromna nastolatka z dnia na dzień zostaje modelką i trafia do Paryża. Zamiast wielkiej kariery czeka ją tu wiele rozczarowań. Okazuje się, że praca modelki wcale nie jest taka prosta, a na sukces trzeba bardzo ciężko pracować. Wyczerpujące pokazy, ostra rywalizacja, niemoralne propozycje – to w tym świecie codzienność. Ale przecież Paryż to też miasto zakochanych…

Ciepła opowieść o niespodziewanym macierzyństwie i trudnych życiowych wyborach Pola jest szczęśliwa – właśnie skończyła 28 lat, realizuje się zawodowo, ma kochającego męża. Poukładane życie do góry nogami wywracają dwie kreski... na teście ciążowym. A przecież nie tak to sobie wyobrażała! W dodatku, lekarze podejrzewają, że dziecko może mieć wadę genetyczną. Musi dokonać najbardziej dramatycznego wyboru w życiu kobiety. Wyboru, którego musi dokonać samodzielnie. Czy uda jej się pokochać rosnące w niej życie? PROMOCJA

72


NAPRAWDĘ LUBIMY TO, CO ROBIMY!

· każde zlecenie traktujemy indywidualnie · doradzamy wybór technologii i materiałów · proponujemy najkorzystniejsze rozwiązania cenowe · gwarantujemy zachowanie Twoich tajemnic handlowych · no i możesz nadzorować swój druk... ...pijąc z nami pyszną kawę!

RABARBAR s.c. 41-710 Ruda Śląska, Polna 44 +48 32 411 49 41 rabarbar@rabarbar.net.pl www.rabarbar.net.pl

73


feel

the Spring

poczuj

wiosnę

QR CODE Wygenerowano na www.qr-online.pl

Zeskanuj kod i kliknij Chcesz wiedzieć więcej o organizowanych

REKLAMA

Dołącz do nas na Facebook-u www.facebook.com/ GALERIALIDER

74

przez nas wydarzeniach? Zobacz:

www.

.pl


WYPRZEDAŻ ROCZNIKA

2016

Sprawdź ofertę na modele Hondy i zyskaj do 10 500 złotych! H o n d a - Tw o j e m a r z e n i a w z a s i ę g u r ę k i !

75

Kemag Sp. z o.o., DEALER ADDRESS

ul. Warszawska SAMPLE STREET,280, SAMPLE CITY SAMPLE Bielsko-Biała AREA 43-300 0800 00033 0000 tel: +48 496 57 10 wew.55, e-mail:salon@honda-kemag.pl www.facebook.com/hondakemag www. honda-kemag.pl REKLAMA

*Korzyść finansowa 10.500 złotych dotyczy modelu CR-V. Oferta dotyczy wszystkich wersji wyposażenia oraz jednostek napędowych modelu CR-V wyprodukowanego w roku 2016.


N O W A

T O Y O T A

ul. Krakowska 103 43-300 Bielsko-Biała T 33 506 65 65

REKLAMA

www.toyotabielsko.pl

76

2B STYLE No#26  

Magazyn ciekawych ludzi.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you