Page 1


Nadeszły wakacje! Wakacje  dla  większości  to  czas  wypoczynku.  Jednak  to  też  pewnego rodzaju czas podsumowań pierwszej połowy roku. Dlatego  też w tym numerze Magnifier nie brakuje przemyśleń na temat tego,  w jakim społeczeństwie żyjemy i jacy jesteśmy samotni, mimo że tak  naprawdę  otacza  nas  bardzo  wiele  ludzi.  Bo  okazuje  się,  że  samot­ ność to pewnego rodzaju domena naszych czasów.  Zaś  w  części  kulturalnej  naszego  magazynu  przeczytacie  m.in.  o  Zimnej  Wojnie  Pawła  Pawlikowskiego  czy  jednym  z  na­ jcudowniejszych  festiwali,  jaki  odbył  się  w  ostatnim  czasie  w Krakowie, czyli o EtnoKraków/Rozstaje. A że był też Mundial, tak  na  samym  końcu  znajdziecie  i  nasz  komentarz  na  temat  tego,  jak  wypadła nasza reprezentacja.

Przyjemnej lektury! Klaudia Chwastek Redaktor Naczelna Magnifier Redaktor Naczelna: Klaudia Chwastek Redakcja:Tomasz Jakut Współpraca: Angela Kudenko, Tomasz Małecki, Magdalena  Sładkowska, Zanfra Blue, Delanowska, KMC Korekta: Tomasz Jakut Skład: Klaudia Chwastek Okładka: kolaż autorstwa Magdaleny Chwastek Kontakt: redakcja@emagnifier.pl www.e­magnifier.pl FACEBOOK: @czasopismomagnifier INSTAGRAM: @czasopismomagnifier Poglądy wyrażone w artykułach są wyłącznie poglądami ich autorów i nie mogą być uznane za poglądy  Redakcji Czasopisma Magnifier. Przedruki, kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie jest dozwolone wyłącznie za uprzednią  zgodą wydawcy.

Wydawca: Klaudia Chwastek, Kraków

2


SPIS TREŚCI LUDZIE Dziewczyny do łazienki chodzą parami, bo…  boją się samotności  6 Ta piękna młodość?  8 Fast life, czyli sztuka śmiania się z pędu  11 Emocje ­ organizują czy dezorganizują działanie? 14

KULTURA #PowerOfEtno 22 Zimna Wojna  27 Sweet Country  30 Satyra nieco opadła, a Prezes pozostaje w szpitalu 33 Anioł, który cierpi  35 Gdzie te festiwale?  37 Nadzieja umiera ostatnia,  jednak tym razem umarła bardzo szybko…  40

3


Dziewczyny do  łazienki chodzą  parami, bo…  boją się samotności W

6

grupie  raźniej.  Le­

genda głosi, że tylko dziewczyny chodzą  do  łazienki  parami  i  tylko  dziewczyny  boją  się  samotności,  ale  to  nieprawda.  Boimy  się  wszyscy.  Z  biegiem  czasu,  odczuwając  zmiany,  jakie  zachodzą,  a  także  doświadczeniami,  które  odciskają  się  na  moim  życiorysie  mniej  lub  bardziej  znacząco,  obserwuję  coraz  więcej  zdarzeń  i  momentów,  które  udowadniają  mi,  że  kroczymy  przez  to  życie jednak samotnie. A samotność dz­ iś,  mimo  tego,  że  tak  aktualna,  nie  jest  w modzie.   Stado  pędzących  baranów,  w  jakie  wpadliśmy  i  z  którym  galop­ ujemy  bezmyślnie  dalej,  w  bliżej  nieokreślonym  kierunku,  powoduje,  że  samotność zaczęła być postrzegana jako  coś złego. Coś, od czego uciekamy. Coś,  co  skutecznie  i  z  ogromną  precyzją  za­ głuszamy,  wypełniamy  i  uzupełniamy  różnymi  wypełniaczami,  zależnie  od  upodobań. Są nimi inni ludzie, muzyka, 

ale też tłum i hałas. Cisza jest niepoko­ jąca.  Po  pierwsze  informuje  przechod­ niów, że nie jesteś ciekawym obiektem,  bo  nic  się  u  ciebie  spektakularnego  nie  dzieje.  Po  drugie,  pewnie  jesteś  nudzi­ arzem.  Po  trzecie,  może  masz  jakiś  problem?  Nie,  dziękuję,  postoję…  mam  dość  własnych,  które  przecież  pieczołowicie  ukrywam.  Nie  mogę  oddać  się  ciszy.  Bo  jest  niebezpieczna.  Bo  wtedy  do  głosu  dochodzi  to  wszys­ tko,  o  czym  na  co  dzień  nie  myślę.  Bombardowanie  informacjami,  nowoś­ ciami,  stałe  bycie  online  sprawiają,  że  dopuszczenie  siebie  do  siebie  samego  zaczyna  wymagać  odwagi.  Może  się  okazać, że wcale nie wygląda to tak ko­ lorowo  jak  w  social  media.  Nie  nałożą  nam  się  z  automatu  ładne  filtry,  które  ocieplą  chłodną  pustkę.  Doświadczanie  siebie  w  formie  nieobrobionej  i  nien­ adającej  się  do  spożycia  może  być  rozczarowujące,  a  przecież  nie  lubimy  być sobą rozczarowani. 


Dlaczego ludzie  tak  bardzo  bojąc  się  samotności,  tak  często  odpychają  innych  od  siebie  lub  jasno  dają  do  zro­ zumienia,  że  jeśli  jesteś  w  jakieś  grupie  nowy, to niby cię chcą i mówią, że jesteś  fajny,  dając  jednocześnie  do  zrozumi­ enia,  że  nie  należysz  do  ich  grupy  i  być  może  nigdy  należeć  nie  będziesz?  Ilu  z nas przerobiło robienie z siebie pajaca  tak  naprawdę  będąc  po  prostu  miłym?  I  pewnie  tylko  po  to,  by  być  po  części  akceptowanym. I masz wokół siebie ten  cholery  tłum,  który  ma  cię  gdzieś.  Dopóki  jesteś,  to  jesteś,  a  jak  cię  nie  ma,  to  też  niewielki  żal.  Chyba  na­ jbardziej  rozczarowujące  jest  bycie  osamotnionym  w  projektach,  których  nie  prowadzi  się  w  pojedynkę.  Mam  na  myśli relacje, znajomości, miłości, przy­ jaźnie  i  związki.  Jeśli  myślisz,  że  ktoś  był,  jest  i  będzie  na  zawsze  i  na  wieki  wieków,  a  po  niedługim  czasie  okazuje  się,  że  nie  był  z  tobą  nawet  jednej  dziesiątej tego, co obiecał, to czujesz się  dotknięty  nie  tylko  przez  odejście  i  złamane  obietnice,  ale  też  czujesz  rozczarowanie  i  narastającą,  dławiącą  samotność. 

Jak znaleźć  bilans  pomiędzy  afirmacją  samotności  i  czynienia  z  niej  stylu  życia,  aż  po  zatracanie  się  w  Weltschmerzcie  i  celebrację  bycia  nieszczęśliwym, a tym czego tak bardzo  pragniemy i potrzebujemy, czyli poczu­ cia  bycia  potrzebnym,  chcianym  i  ak­ ceptowanym?  Nie  dostrzegamy  zalet  samotności. Opieramy się na innych, na  ich opinii, ich uczuciach, ich poglądach.  Im  dalej  w  las,  tym  więcej  drzew.  Ni­ estety,  liczba  drzew  rośnie  proporcjon­ alnie  do  ciemności,  która  oplata  i  zapiera  oddech.  Jak  sprawić,  by  zaglądając  w  siebie  nie  czuć  tego  strachu i potrafić tam odnaleźć tę część  siebie,  która  sprawi,  że  już  nigdy  sami  ze sobą nie będziemy czuli się samotni?  Czy  szukając  złotego  środka  należy  kierować  się  słowami  Pauliny  Simon:  „Idziemy  przez  ten  świat  samotnie,  ale  jeśli  mamy  szczęście,  to  przez  jedną  chwilę  należymy  do  kogoś  i  ta  jedna  chwila  pozwala  nam  przetrwać  całe  wypełnione samotnością życie”?

ZanfraBlue

7


Ta piękna  młodość? M

łodość. Z  jednej  strony  piękny  wiek.  Mając  lat 

dwadzieścia parę można wszystko, cały świat przed nami. Więc  nie pozostaje nam nic, tylko żyć i korzystać z tego pięknego ży­ cia! Jednak gdy przychodzi co do czego, jest źle. Tak  naprawdę  mamy  cały  świat  przed  nami,  możemy  robić  wszystko,  ale  w  wielu  przypadkach  nie  potrafimy  się  odnaleźć, nie wiemy co robić. Świat nas przytłacza. Rodzice czy  starsi od nas mówią nam, że możemy wszystko, że możemy os­ iągnąć  tak  wiele  rzeczy,  jednak  w  efekcie  końcowym  to  wszys­ tko sprowadza się do lęku… Widzimy,  że  innym  się  powodzi.  Całymi  dniami  scrol­ lujemy  Facebooka  czy  Instagrama.  Oglądamy,  jakie  piękne  życie mają inni, mało istotne jest dla nas, czy jest ono sztucznie  podkolorowane,  czy  nie.  Inni  mają  lepiej  od  nas,  a  przynajm­ niej  w  takim  przeświadczeniu  żyjemy.  Uzależnieni  od  przeglądania naszych news feedów, nie dopuszczamy do siebie  myśli, że to, co widzimy, to po prostu jeden wielki fake, a, co za  tym  idzie,  zaczynamy  popadać  w  pewnego  rodzaju  depresję  –  bo ja takiego kolorowego życia nie mam. Nie mamy masy zna­ jomych, nie mamy się z kim spotkać. Teoretycznie wydaje nam 

8


się, że  mamy  znajomych,  im  na  nas  za­ leży,  myślimy  że  najzwyczajniej  w  świecie  mamy  się  z  kim  spotkać,  z  kim  się  napić.  Życie  jednak  to  wery­ fikuje.  Umawiasz  się  w  knajpie,  organ­ izujesz imprezę, zapraszasz – mówią, że  przyjdą…  Potem  tylko  widzisz  zmianę  statusu  w  wydarzeniu  albo  martwą  ciszę,  bo  napisanie  “Przepraszam,  nie  dam rady” chyba nie jest już w dobrym  guście. I  tak  powoli  układają  ci  się  ce­ giełki w głowie, w końcu powstaje mur,  przez  który  trudno  będzie  się  przebić  komukolwiek.  Bo  każdy  zawód  na  człowieku,  w  zasadzie  brak  miłego  słowa, ten mur powiększa. Przez chwilę  myślisz,  że  jest  dobrze,  że  jednak  jest  ktoś,  na  kim  możesz  polegać,  ale  przeliczasz się. I  tak  zostajesz  z  tym  wszystkim  sam, z murem wokół siebie tak wielkim,  jak  nigdy.  Zamykasz  się  w  sobie  przed  całym  światem  i  zostajesz  tylko 

i wyłącznie  ze  swoją  głową,  swoimi  myślami i swoim nieszczęściem, a sam­ otność powoli cię dobija. Okazuje  się,  że  świat,  który  nas  otacza,  wcale nie jest taki cudowny, jak nam się  wydaje,  że  ludzie,  którzy  go  tworzą,  wcale nie są tacy, jak myślimy że są. Że  niby  możemy  wszystko,  ale  coś  jednak  nas  blokuje.  W  dużej  mierze  jest  to  nasza  głowa.  To  ona  nie  pozwala  nam  na  wiele  rzeczy,  to  ona  nas  blokuje.  Bo  owszem,  możemy  wszystko,  ale,  aby  to  zrobić,  musimy  to  wypracować,  bo  samo nic do nas nie przyjdzie. Starsi  od  nas  mówią  nam,  że  możemy  wszystko.  I  to  prawda,  zwłaszcza patrząc na to z ich perspekty­ wy.  Polska  historia  pokazuje  tylko  w przeciągu ostatnich stu lat, że ludzie,  którzy  wtedy  żyli,  którzy  byli  młodzi  jeszcze  nie  tak  dawno  temu,  nie  mogli  tylu  rzeczy  co  my.  Nawet  jeśli  chcieli,  nie  mogli,  bo  byli  ograniczeni  przez  państwo,  przez  brak  dostępu  do  wielu 

9


rzeczy. Jednak  to  spowodowało,  że  ci  ludzie  mieli ogromną chęć do życia, do zmian, do dzi­ ałania!  Mieli  to,  czego  nam  w  tym  momencie  brakuje:  chęci  i  odwagi.  Bo  aby  coś  zmienić,  bardzo  często  jest  tak,  że  potrzebujemy  naprawdę  bardzo  mocnego  kopa  od  życia.  Nie  lubimy  weryfikować  naszego  życia,  tego,  co  robimy,  nie  potrafimy  wyciągać  wniosków.  An­ aliza własnego życia może nas tylko przyprawiać  o większą depresję. Owszem,  są  tacy,  którzy  czerpią  z  życia  pełnymi  garściami,  którzy  korzystają  z  niego  w  pełni:  podróżują,  zmieniają  wszystko,  łącznie  ze  środowiskiem  w  którym  żyją.  Jednak  to  wymaga  niesamowitej  odwagi,  której  wielu  brakuje. I może i żyjemy w cudownych czasach,  w  których  możemy  robić  wiele,  jednak  te  czasy  są cudowne tylko z pozoru, bo nie potrafimy się  w  nich  odnaleźć.  Nie  potrafimy  zdecydować,  co  możemy  ze  sobą  zrobić  –  bo  z  jednej  strony  mamy  nieograniczone  możliwości,  a  z  drugiej  zaś  jednak  się  boimy…  wielu  rzeczy  –  tego,  co  pomyślą  sobie  o  nas  inni,  czy  nam  się  uda,  czy  się do tego nadajemy. To  wszystko  w  dużej  mierze  siedzi  tylko  i wyłącznie w naszej głowie. To ona nas blokuje  przed wieloma rzeczami. Co nie zmienia jednak  faktu,  że  i  ludzie,  którzy  nas  otaczają,  których  obserwujemy  w  social  mediach,  motywują  nas  do działania tylko z pozoru, bo to, co oglądamy,  momentami przynosi więcej szkody niż pożytku. Znalezienie  się  wśród  ludzi,  którzy  będą  szczerzy  wobec  ciebie,  którzy  cię  nie  zawiodą,  jest  szalenie  trudne.    Momentami  możemy  nawet  dojść  do  wniosku,  że  ludzi,  na  których  można polegać, już nie ma. Że już tyle razy zaw­ iedliśmy się na ludziach, że straciliśmy już wiarę  we wszystko. Te momenty, w którym zostajemy  sami  z  własną  głową,  są  najtrudniejsze  i  to  one  najbardziej  dają  nam  w  kość.  Jednak  mimo  wszystko  warto  przezwyciężać  te  momenty,  w  których  mamy  już  wszystkiego  dość,  mo­ menty, w których czujemy się źle – sami ze sobą  i  ze  światem,  który  nas  otacza.  Bo  karma  może  jednak wraca.

Delanowska

10


Fast life,  czyli sztuka  śmiania się  z pędu K

iedy przegląda  się  blogi  lifestylowe,  ma  się  wrażenie,  że  wiele  z  nich  mówi  o  slow  life  i  filozofii  min­ imalizmu,  pokazując,  że  to  jedyna  słuszna  droga.  Im  częściej  czyta  się  takie  posty,  tym  bardziej  ma  się  wrażenie,  że  coś  z  człowiekiem  jest  nie  tak.  I  wcale  się  mu  to  nie  podoba,  zwłaszcza  jeżeli  slow  zupełnie  nie  leży  w jego naturze. Co  oznaczają  te  dwa  pojęcia?  Podejrzewam,  że  większość  z  nas  umie  sobie  to  bardzo  łatwo  wyobrazić.  Min­ imalizm  to  w  końcu  minimum  rzeczy,  maksimum  życia.  Slow  life?  Życie  w  wersji  powolnej,  w  której  wszystko  jest jedną wielką celebracją. A  co  jeżeli  nie  lubisz  celebracji?  Ja  nie  lubię.  Męczę  się,  kiedy  widzę  posty  i  komentarze  mówiące  o  tym,  że  slow life to najlepsza i najzdrowsza filo­ zofia.  Nie  lubię  slow.  Przy  slow  stygnie  mi  jedzenie,  zupa,  mięso  i  pizza.  Bo  ja 

właśnie na ten sposób lubię fast – szyb­ kie  jedzenie,  podane  w  głośnym,  szyb­ kim  barze  w  małym  mieście.  Szybką  jazdę lubię, sto myśli na minutę, chłon­ ięcie tysięcy emocji na sekundę.  Szybkość życia mnie inspiruje. Młody student powinien tylko stu­ diować, prawda? Ludzie  mówią,  że  na  wszystko  przychodzi czas. Wyobraź sobie jednak,  że  został  ci  rok  życia.  Twoje  projekty,  takie jak stworzenie zinu artystycznego,  skończenie  studiów,  zarabianie  więk­ szej  ilości  pieniędzy  na  firmie,  która  dopiero powstała – to wszystko zniknie  za  dwanaście  miesięcy,  a  ty  nic  z  tym  nie  zrobisz.  Wyobraź  to  sobie  dobrze,  poczuj ten smutek, który ja czuję, kiedy  ludzie mi mówią, że mam czas.  Wolę wyobrażać sobie, że go nie mam. W  wieku  dwudziestu  jeden  lat  człowiek  według  przekwitających  dorosłych jest zbyt młody na życie. Mu­ si się wyszaleć i musi zrobić wiele szalo­

11


nych rzeczy.  Musi  żyć  szybko  tylko  po  to, by wtedy, kiedy znajdzie sens życia –  zwolnić.  Nie  zwolniłam,  nawet  teraz,  kiedy  studiuję,  prowadzę  działalność,  piszę  artykuły  i  opowiadania  dla  wielu  magazynów.  Dorzucam  do  tego  książki,  blogi,  social  media.  Wprowadzam  w  życie  swój  projekt  z  e­zinem  dla  tych  innych  kobiet,  czyli  kobiet  niehetero­ normatywnych.  Wyobraź  sobie,  że  nie  mam zamiaru zwolnić i polecieć według  typowej  slow  finezji  –  „życie  to  sztuka  spowolnienia”. Dla mnie życie to sztuka  śmiania się z pędu.

12

Pośpiech pośpiechowi nierówny  I  nigdy  równy  nie  będzie.  Pęd  czy pośpiech dzielę na dwie strefy – ten  zabójczy  i  inspirujący.  Świat  cały  czas  się rozwija, więc dlaczego ja mam zwal­ niać  i  nie  nadążać  za  trendami,  które  działają  na  mnie  pozytywnie?  Wystar­ czy,  że  będę  umiała  to  wszystko  poukładać  w  swoim  życiu.  Ale  takie 

ułożenie wymaga  zacięcia  i  zaangażow­ ania.  Fast  ogarnia  się  sprytem,  slow  tworzy  się  samo,  podobnie  jest  z  mini­ malem.  Wyrzucisz  wszystkie  graty,  które  cię  uwierają,  a  potem  będziesz  przeszukiwał  śmietniki,  bo  właśnie  wyrzuciłeś twoje życiowe trofea.  Podczas  egzaminu  z  jednego  przedmiotu,  związanego  z  kulturą,  pro­ fesor zadał mi pytanie o to, czy kicz dla  wszystkich  jest  tak  samo  brzydki.  Czy  pokój  babci,  w  którym  naustawiała  fig­ urek z Afryki, Chin i Polski, jest również  dla  niej  kiczowaty?  Kicz  to  przepych,  chaos, zbyt wiele na głowie. Ale dla niej  ten  kicz  jest  bardzo  ważny.  Ten  kicz  sprawia, że jest jej ładnie w jej własnym  życiu.  Podobna  sprawa  jest  z  fast  life.  Możesz  udawać,  że  nie  rusza  się  to,  że  twój  dom  jest  całkowicie  pozbawiony  prywatnego  charakteru  –  ale  ja  już  nie  umiem się oszukiwać.


Na wszystko  masz  czas  –  w zegarku Jeżeli  nie  chcesz  czasami  biegać,  to tego nie rób. Nie ma problemu, mam  radę  na  to,  jak  poradzić  sobie  z  dużą  liczbą obowiązków. Grafik. Grafik  to  bardzo  pomocne  stworzenie,  które  wystarczy  adoptować  ze  sklepu  papierniczego  –  w  postaci  wystrzałowego  długopisu  i  holo­ graficznego  zeszytu,  najlepiej  w  kratkę  lub  w  linie,  w  zależności  od  tego,  czy  w szkole lubiłeś polski czy matematykę.  Nie musisz umieć rysować, by stworzyć  swój grafik, nie musisz od razu uderzać  w  bullet  journal,  zwłaszcza  jeżeli,  tak  samo  jak  ja,  nie  masz  żadnego  talentu  artystycznego. Na takiej kartce będziesz w stan­ ie  napisać  wszystko,  co  ci  leży  na  wątrobie,  dosłownie  wszystko.  Spisz  i  pogrupuj  swoje  zadania,  które  chcesz  zrealizować szybko. Policz, ile ci one za­ jmą  i  czy  czasem  przy  wyłączeniu  FB  praca  nie  pójdzie  ci  szybciej.  Dobry  grafik to także komputer, a raczej Word  w komputerze. Nie będziesz musiał tyle  kreślić.  Ale  będziesz  mógł  zapanować  nad złym pędem, czyli stresem, hejtem,  zawiścią,  brakiem  kontroli  nad  każdym  twoim działaniem. Wyobrazisz sobie, że  każde  zadanie  możesz  pogrupować,  dodać  do  tego  przyjemność,  a  nawet  pomocne  koło,  w  którym  będzie  wpisane,  że  możesz  zadzwonić  do  kli­ enta i powiedzieć, że projekt musi mieć  jeszcze  kilka  dni.  Możesz  nie  iść  na  pierwszy  termin  egzaminu  stu­

denckiego, bo zawsze jest drugi. Możesz  wybrać,  co  w  szybkim  życiu  jest  dla  ciebie  aktualnie  ważne.  Nie  musisz  żyć  powoli, rozmyślać nad tym, co się stan­ ie, jak nie będziesz miał jednego, a trzy  priorytety.  No nic się nie stanie. Szczęśliwy  ten,  który  wierzy  w swoją normalność Ta  normalność  nigdy  nie  była  zdefiniowana,  ale  jeżeli  nie  czujesz  tej  szwedzkiej  mądrości,  to  bądź  tak  szyb­ ki,  jak  tylko  chcesz.  Nie  daj  sobie  wmówić, że się wypalisz, że prędzej czy  później  znienawidzisz  swoją  pracę,  będziesz musiał odpocząć. Nie jesteśmy  maszynami,  ale  znam  ludzi,  którzy  przez czterdzieści lat robili wszystko to,  co  chcieli  –  teraz  są  zmęczonymi,  ale  szczęśliwymi  ludźmi.  Idą  wakacje,  a  –  już  są  wakacje.  No  to  wpisz  do  tego  twojego  grafiku  relaks,  tak  trzy  razy  w  tygodniu,  najlepiej  w  rubryczce:  „uwaga, pali się – pilne”. I  może  kopnę  w  kalendarz  przed  tymi, którzy żyją według slow life.  I  w  ogóle  mi  to  nie  przeszkadza.  Przynajmniej  spełnię  się.  Ty  też  możesz, dlatego nie czuj się winny  i osaczony. Bądź fast and happy.

Angela Kudenko

13


Emocje ­  organizują czy  dezorganizują  działanie? T

emat emocji  jest  jednym 

z najszerzej  dyskutowanych  w  naukach  psychologicznych.  Liczni  badacze,  pro­ fesorowie  oraz  eksperymentatorzy  pro­ ponowali  niezliczone  modele  teoretyczne  wyjaśniające  poszczególne  aspekty  emocji.  Emocje,  oprócz  niez­ liczonych  podstaw  do  przeprowadzania  badań  i  eksperymentów,  dostarczają  środowisku  naukowemu  także  wiele  możliwości  do  sporów.    Jednym  z  najszerzej  dyskutowanych  dylematów  dotyczy  racjonalności  (bądź  jej  braku)  wzmiankowanych  stanów  afektywnych.  Wiele  osób,  m.in.:  Kant,  uznaje  emocje  za  ograniczające  zdolności  umysłu  i  utrudniające  racjonalne  poznanie.  Przytakiwał  mu  Hobbes,  nazywając  afekty  „zaburzeniami  umysłu”,  które  stoją  na  przeszkodzie  słusznemu  rozu­ mowaniu.  W  opozycji  stał  Scheler, 

14

który uważał,  że  uczucia  są  nie  do  za­ stąpienia przez zmysły i rozum, a wręcz  przeciwnie,  uznawał  je  za  trzecią,  pełnoprawną  drogę  poznania.  Kolejna  kwestia  sporna  dotyczy  zdolności  emocji  do  dezorganizacji  lub  organiza­ cji  działania.  Część  badaczy  idzie  za  przykładem  Kanta  i  Hobbesa,  uznając  emocje  za  wprowadzające  chaos  i utrudniające racjonalne myślenie, a co  za tym idzie, także i podejmowanie dzi­ ałań.  Są  jednak  też  tacy  jak  chociażby  Leeper  (1970,  za:  Wrońska,  1990),  który  uznaje  afekty  o  niskiej  lub  śred­ niej  intensywności  za  zdolne  do  ukier­ unkowania  zachowania  na  cel  oraz  organizacji działań człowieka. Tematem  mojej  pracy  będzie  rozważenie  tegoż  zagadnienia,  i  próba  jednoznacznego  określenia,  czy  emocje  organizują,  czy  też dezorganizują działanie. Studiując  teksty  dotyczące  natury  emocji,  nietrudno  zauważyć,  iż  za ich domenę zwykło się uważać irrac­


jonalność i  nieprzydatność  poznawczą.  Intuicyjnie  wręcz  łączymy  zdolność  do  organizacji działania z procesami pozn­ awczymi  –  wydaje  nam  się,  że  aby  zor­ ganizować  jakieś  posunięcie,  potrzebujemy  racjonalności  charak­ terystycznej  dla  umysłu.  Uczucia  mogą  być  uważane  za  „ślepe  poznawczo”,  gdyż na nic nie wskazują, nie ujawniają  niczego  poza  nimi  samym  (Węgrzecki,  1990). Oprócz ślepoty poznawczej wielu  badaczy  uznawało  ujęcie  emocji  jako  wprowadzających  organizm  człowieka  w  stan  chaosu  i  powodujących  za­ burzenia  regulacji  psychicznej,  co  pozbawiało  emocje  funkcji  adaptacyj­ nych  i  sugerowało  ich  potencjał  do  dezorganizacji  działań  jednostki  (Wrońska,  1990).  Zaburzenia  emocjon­ alne  także  nie  pełnią  funkcji  ad­ aptacyjnej  postrzegane  są  jako  defekty   (Buss,  2001).  Defekty  te  wywołują  jeszcze  większy  chaos  i  dezorganizację  niż  „nieuszkodzone”  emocje.  Przykłady 

takich mankamentów  i  ich  skutki  możemy  dostrzec,  jeśli    spojrzymy  na  problem  z  perspektywy  podejścia  ewolucjonistycznego  zauważymy,  że  przydatne  niegdyś  emocje  (takie  jak  strach  przed  jadowitymi  pająkami,  wężami  lub  groźnymi  drapieżnikami),  które  powodują  u  niektórych  nadmi­ ernie  rozwiniętą  reakcję  emocjonalną,  wprowadzają  chaos  w  życiu  jednostki,  gdyż  przeistaczają  się  w  fobie  (np.:  arachnofobia),  przez  co  jednostka  przestaje  zachowywać  się  racjonalnie  (Glanz,  Pearce  1989  za:  Buss,  2001).  Fobie  uznawane  są  za  zaburzenia  emocjonalne,  co  potwierdza  tezę  Bussa  (2001),  że  nie  pełnią  one  funkcji  ad­ aptacyjnej.  Wręcz  przeciwnie,  można  by  się  pokusić  o  stwierdzenie,  iż  dezor­ ganizują  takiemu  człowiekowi  życie.  Warto  jednak  wspomnieć,  że  wielu  ba­ daczy  opowiada  się  za  poglądem  iż  –  owszem,  emocje  dezorganizują  dzi­ ałania  i  wprowadzają  chaos  w  nasze 

15


życie, lecz  tylko  wtedy,  gdy  są  zbyt  in­ tensywne.  Jak  już  pisałam  we  wstępie,  emocje  słabe  lub  umiarkowane  mają  „tendencję”  do  ułatwiania  podejmow­ ania  decyzji  i  motywowania  do  dzi­ ałania.  Problemy  zaczynają  się  przy  emocjach  intensywnych.  David  Watson  i Lee Anna Clark (1994) twierdzą, że in­ tensywne  uczucia,  takie  jak  wściekłość  lub odraza, mimo iż stanowią ważny as­ pekt  emocji,  nie  powinny  być  z  nimi  utożsamiane,  lecz  raczej  uznawane  za  zintegrowane,  wyodrębnione  systemy  reakcji psychofizjologicznych. Współczesne  badania  zdają  się  jednak  rehabilitować  emocje  jako  użyteczne  narzędzia  poznania  i  funkc­ jonowania  w  świecie.  Okazuje  się  bowiem,  że  pozytywne  lub  negatywne  stany  emocjonalne  mają  wpływ  na  nasze  procesy  decyzyjne  (Maruszewski,  2008).  Jeśli  stoimy  w  obliczu  podjęcia  trudnej  decyzji,  wystarczy  byśmy  zadali  sobie  pytanie  „Jak  się  z  tym  czuję?”.  Pozytywny  lub  negatywny  stan  afekty­ wny,  jaki  odczujemy  po  zadaniu  sobie  tego  pytania,  z  pewnością  wskaże  nam  odpowiedź    i  pokieruje  naszym  dzi­ ałaniem.  O  tym,  jak  emocje  mogą  or­ ganizować  nasze  działania,  czasem  bez  udziału  naszej  świadomości,  mówi  Ek­ man  (2003/2012)  w  książce  „Emocje  ujawnione”.  Twierdzi  on,  iż  emocje  wyewoluowały,  by  przygotować  nas  do  szybkiego  radzenia  sobie  z  najbardziej  kluczowymi  zdarzeniami  w  naszymi  ży­ ciu.  Definiuje  je  jako  reakcje  na  zdar­ zenia,  które  zdają  się  bardzo  ważne  dla  naszego  dobrostanu.  Jako  przykład  podaje  opis  wypadku  samochodowego,  który  dokładnie  ukazuje,  jak  podświadoma  reakcja  emocjonalna  „zorganizowała”  działanie  mające  na  celu  ocalenie  życia  kierowcy  –  zanim  zdążył  dokonać  oceny  poznawczej,  odczuwany strach przed kolizją wywołał  reakcję  organizmu,  jaką  było  gwałtowny  skręt  kierownicy  i  naciśn­ ięcie  hamulca.  Celem  tej  reakcji  było  uchronienie  organizmu  przed  obrażeniami  lub  nawet  śmiercią.    Ek­ man  (2003/2012)  twierdzi  także,  że 

16

funkcją emocji  jest  przygotowanie  nas  do  radzenia  sobie  z  ważnymi  wydar­ zeniami,  co  zwalnia  nas  z  myślenia  o  tym,  co  należy  zrobić  –  działamy  automatycznie,  nie  angażując  procesów  poznawczych.   Dzięki swoim powiązaniom z procesami  motywacyjnymi  i  poznawczymi  emocje  mają  wpływ  na  sposób  ustalania  hier­ archii  preferencji,  jak  i  determinację  w  dążeniu  do  ich  realizacji  (Głos,  Za­ łuski,  2016).  Jak  się  okazuje,  emocje  mają  odniesienie  do  rzeczywistości,  występują  z  coraz  lepiej  poznawaną  regularnością,  podlegają  określonym  prawom,  a  ponadto,  dzięki  łączeniu  in­ formacji  zewnętrznej  z  informacją  wewnętrzną,  nadają  wydarzeniom  sens  osobisty  (Głos,  Załuski,  2016).   Im bardziej zagłębiamy się w najnowsze  badania,  tym  wyraźniej  widać  tend­ encję do odrzucania poglądu o irracjon­ alności  uczuć  na  rzecz  teorii  o racjonalności uczuć, a co za tym idzie,  również  ich  zdolności  do  organizacji  działania.  Pogląd  Pinkera  (1977)  pozwala nam spojrzeć na emocje z innej  perspektywy,  i  dostrzec  więcej  ich  „za­ stosowań”.  Np.:  miłość  partnerska  i  macierzyńska  mają  za  zadanie  doprowadzić do propagacji genów – or­ ganizują one działanie człowieka w taki  sposób,  aby  zapewnić  przetrwanie  po­ tomstwu  (w  przypadku  miłości  maci­ erzyńskiej)  lub  wspierać  partnera  (w  przypadku  miłości  partnerskiej).  Ponad  to  emocje  powodują,  że  zdar­ zenia, które mogą nam potencjalnie za­ szkodzić  w  przyszłości,  zapadają  nam  w  pamięć  ­  jeśli  odczujemy  strach  lub  obawę  w  danej  sytuacji,  dzięki  emocji  zostawi ona trwalszy ślad w pamięci, co  pozwoli  nam  uniknąć  analogicznych  tarapatów  w  przyszłości  (Pinker,  1977).  O wpływie emocji i nastroju na pamięć i  przypominanie  pisze  także  Bower  (1981).  Twierdzi  on,  że  od  nastroju  za­ leży  między  innymi,  o  czym  człowiek  myśli  i  jak  się  zachowuje.  Nastrój  jest  węzłem  w  sieci  asocjacyjnej  naszej  pamięci  i  jeśli  jest    pozytywny,  aktyw­ izuje  inne  węzły  o  pozytywnej  charak­


terystyce. W  dobrym  nastroju  łatwiej  jest  nam  zapamiętać  i  przypomnieć  sobie  informacje  raczej  pozytywne  niż  negatywne,  a  w  kiepskim  nastroju  odwrotnie,  łatwiej  zapamiętujemy  i  przypominamy  sobie  informacje  raczej  negatywne  niż  pozytywne.  Rolę  emocji  w  procesach  organizacji  dzi­ ałania  i  kontekście  ewolucyjnym  podkreśla  Carrol  Izard,  mówiąc,  iż  or­ ganizmy  potrzebują  bardzo  szybko  dzi­ ałającego aparatu emocjonalnego, który  uruchomi  automatyczną  reakcję.  Popi­ era  w  tym  poglądzie  Ekmana  i  jego  przykład  z  uniknięciem  wypadku  sam­ ochodowego  Jednak  emocje  nie  są  przydatne  tylko  w  kwestii  warunkowania  ucieczki  lub  unikania  niebezpieczeństw.  Maruszewski  (2008)  jako  przykład  „za­ stosowania”  emocji  w  prozie  życia  codziennego  podaje  sytuację  w  sklepie  obuwniczym.  Zamiast  przymierzać  trzysta  modeli  butów  oferowanych  przez  sklep,  przechadzamy  się  pom­ iędzy regałami, i patrząc na wystawione  modele,  wybieramy  nieliczne,  na  pod­

stawie odczucia  jakie  w  nas  wzbudzają.  Jeśli  wywołają  u  nas  afekt  pozytywny  prawdopodobnie  zdecydujemy  się  je  przymierzyć.  Przykład  ten  pokazuje,  że  emocje  są  obecne  w  każdym  aspekcie  naszego  życia  i  organizują  niemal  wszystkie  nasze  działania  ­  nawet  tak  prozaiczne jak wybór obuwia. O tym jak  nastrój  i  odczucia  wpływają  na  nasze  decyzje  i  zachowanie  pisze  także  Bod­ enhausen  (1990).  Według  niego  w  nastroju  pozytywnym  z  mniejszym  prawdopodobieństwem  angażujemy  się  w  zadania  wymagające  wysiłku,  (czyli  np.:  zmianę  przekonań  dotyczących  siebie). Można więc zaproponować tezę,  iż   w zależności od walencji emocje in­ aczej  organizują  nasze  poczynania  i  regulują  wybór  podejmowanych  się  przez nas działań.  Kolejne  zalety  afektów  przed­ stawia  w  swoich  badaniach  Zajonc  (1993).  Mówi  on,  iż  reakcje  emocjonal­ ne  mogą  występować  przy  minimalnej  stymulacji  i  bez  praktycznie  żadnego  przetworzenia  (co  znajduje  potwier­ dzenie  w  przykładzie  Ekmana). 


Ważnym aspektem,  wartym  wymieni­ enia jest kompetencja emocjonalna i jej  wpływ  na  organizowanie  działań  i  podejmowanie  decyzji.  Z  przeprowad­ zonych  obserwacji  wynika,  iż  dzieci  emocjonalnie  kompetentne  kierują  swoimi  czynami,  myślami  i  uczuciami  przystosowawczo  i    elastycznie  w  wielorakich  kontekstach  (Saarni,1999).  Prowadzi  to  nas  do  niejako samo nasuwającej się konkluzji,  iż  osoby  kompetentne  emocjonalnie  podejmują  lepsze  decyzje  opierając  się  na swoich emocjach, niż osoby o niższej  kompetencji.  Swoje  działania  często  opieramy  na  posiadanych  przez  nas  in­ formacjach.  Emocje  i  tutaj  pokazują  swój  wpływ,  gdyż  nastrój  sam  w  sobie  może stanowić źródło informacji, w tym  sensie,  że  zastępuje  precyzyjną  analizę  przesłanek  na  rzecz  opierania  się  na  samopoczuciu.  Dziać  się  tak  może,  na  przykład  w  procesie  formułowania  sądów na temat jakości życia. Ponieważ  nastrój  wzmaga  lub  osłabia  motywację,  co  wynika  z  jego  wpływu  na  subiekty­ wną  zmienność  wartości  nagrody,  kształtuje  także  zachowanie  (Derbis,  2007). Widzimy więc jasno, że nie tylko  krótkotrwałe  emocje,  lecz  także  związ­ any z nimi długotrwały nastrój wpływa­ ją na to, jakich działań się podejmiemy. Zmierzając  ku  końcowi  mojej  pracy  chciałabym  ponownie  poruszyć  temat  racjonalności,  wierząc,  że  przed­ stawione  wcześniej  informacje  pozwolą  na  niego  spojrzeć  z  innej  perspektywy.  W  kwestii  racjonalności  możemy  wyróżnić  m.in.:  racjonalność  prak­ tyczną,  której  model  przedstawia  teorię  racjonalnego  wyboru.  Jon  Elster  (1979,  za:  Głos,  Załuski,  2016)  przyjmuje  w  swoim  sugestywnym  opisie,  że  rac­ jonalny  podmiot  przypomina  Odyseusza  w  drodze  do  Itaki,  który  tak  wytrwale  zmierza  do  celu,  że  nawet  urzekający  śpiew  syren  nie  odwodzi  go  od  kontynuacji  raz  obranego  kursu.  Przykład  podróży  Odyseusza  pokazuje,  że  racjonalność  rozumiana  jako  skuteczność  działania,  wymaga  spełni­ enia  kilku  kryteriów  m.in.  wystarcza­

18

jąco spójnego  i  przechodniego  systemu  przekonań,  dopasowania  odpowiednich  środków  do  zamierzonych  celów.  Całe  przedsięwzięcie wymaga też sporej dozy  determinacji  –  stabilności  preferencji  i  przekonań.  Bazując  na  przytoczonych  wcześniej  koncepcjach  i  konstruktach  teoretycznych,  można  by  spróbować  lekko  poszerzyć  koncepcję  Elstera.  Pamiętać  należy,  że  Odyseusz  tułał  się  przez  wiele  lat  próbując  powrócić  do  Itaki,  lecz  przede  wszystkim  do  swojej  żony  i  syna.  Opierając  się  na  licznych  poglądach  psychologów  i  badaczy  pok­ uszę się o stwierdzenie, iż miłość mogła  być  jego  główną  „siłą  napędową”,  or­ ganizującą  jego  postępowanie  i  moty­ wującą  podejmowanie  decyzji  w  taki  sposób  aby  mógł  wrócić  do  swojej  ukochanej  rodziny.  W  końcu  Odyseusz  dociera do żony i syna. Jeśli połączymy  przytoczoną przez Elstera historię króla  Itaki, z faktami podawanymi przez Głos  i  Załuskiego  (2016),  którzy  twierdzą,  iż  w  dziedzinie  praktycznej  głównym  kryterium  racjonalności  działania  jest  jego  skuteczność,  otrzymujemy  pewne­ go  rodzaju  dowód  na  to,  że  działanie  motywowane  przez  emocje  klasyfikuje  się jako racjonalne. Podsumowując  moją  pracę  chciałabym  wrócić  do  jej  początkowych  fragmentów,  które  opowiadały  się  za  dezorganizującym  charakterem  emocji.  Argumenty  Kanta,  Hobbesa  czy  też  Bussa,  mimo  iż  brzmiące  (mniej  lub  bardziej  przekonująco)  giną  w  starciu  z  racjami  psychologów,  profesorów,  filozofów  i  badaczy  opowiadających  się  za  pozytywnym  wpływem  emocji  i  in­ nych stanów afektywnych na życie i dzi­ ałania człowieka. Emocje motywują nas  do  podejmowania  decyzji,  szukania  rozwiązań  i  wyjść  z  sytuacji,  w  których  czujemy  się  niekomfortowo.  Mogą  też  ocalić  nam  życie,  wymuszając  na  naszym  organizmie  nieprawdopodob­ nie  szybką,  mimowolną  reakcję,  która  ma  za  zadanie  nie  dopuścić  do  naszej  krzywdy.  W  ujęciu  ewolucyjnym  mają  za  zadanie  „dopilnować”,  by  geny  się  rozprzestrzeniały,  a  nasze  potomstwo 


pozostało przy  życiu  i  dobrym  samo­ poczuciu.  Ujęcie  emocji  jako  wprowadzających  organizm  człowieka  w  stan  chaosu  i  powodujących  za­ burzenia  regulacji  psychicznej  pozbawia  emocje  funkcji  adaptacyj­ nych,  co  przeczy  teoriom  ewolucyjnym  i  poniekąd  naszym  własnym  doświad­ czeniom.  Ostatnim  już  w  moim  wy­ wodzie  kontrargumentem  w  temacie  rzekomej  ślepoty  poznawczej  i  zdol­ ności  do  dezorganizacji  działań  ludzkich  jest  pogląd  Schelera,  który  uważa,  iż  miłość  poszerza  nasze  horyzonty. Węgrzecki (1990) wspomina 

także, że emocje nie tylko nie dezorgan­ izują  poznania,  lecz  wręcz  je  uwydat­ niają i (tak jak miłość według Schelera)  poszerzają. Kończąc mój wywód, chciałabym  podzielić  się,  wnioskiem,  który  nasunął  mi  się  w  trakcie  przytaczania  kolejnych  argumentów.  Emocje  zdaje  się,  organ­ izują  nie  tylko  ludzkie  działania,  ale  patrząc na ich znaczenie w każdej sferze  naszej  egzystencji  można  wręcz  stwier­ dzić, iż emocje organizują nasze życie.    

Magdalena Sładkowska

Literatura cytowana: Bodenhausen, G.V. (1990). Stereotypes as judgmental heuristics. Evidence of circadian variation and  discrimination. Psychological Science, 1, 319–322. Bower, G. H. (1981). Mood and memory. American Psychologist, 36(2), 129­148. Buss, D. M. (2001). Psychologia ewolucyjna. Gdańsk: Gdańskie wydawnictwo pedagogiczne. Clark, A.L. i Watson, D. (1994). Emocje, nastroje, cechy i temperament; rozważania pojęciowe i wyniki  badań. P.Ekman i R.J. Davidson, (red.),  Natura Emocji ( s. 83­86). Przekład B. Wojciszke. Gdańsk: GWP. Derbis, R. (2007). Poczucie jakości życia a zjawiska afektywne. Bydgoszcz: Wydawnictwo Uczelniane  Wyższej Szkoły Gospodarki. Doliński, D., Łukaszewski, W., Marszał­Wiśniewska, M., Maruszewski, T. (2008) Emocje i motywacja. (red.  ) Strelau J., Doliński D. Gdańsk:GWP. Ekman, P. (2003/2012). Emocje ujawnione. Przekład W. Białas. Gliwice: Helion. Głos, A. i Załuski, W. (2016). Emocje negatywne a racjonalność decyzji. Zagadnienia Filozoficzne w Nauce,  60, 7 – 33. Murphy, S.T., Zajonc R. B. (1993). Affect, Cognition and Awareness: Affective Priming With Optimal and  Suboptimal Stimulus Exposures. Journal of Personality and Social Psychology, 64 (5), 723­739. Saarni, C. (1999). Kompetencja emocjonalna i samoregulacja w dzieciństwie. W C. Saarni (red.), Rozwój  emocjonalny a inteligencja emocjonalna (s.75­116) New York, NY : Guilford Press. Pinker S. (1997). Jak działa umysł, Warszawa: Książka i Wiedza. Węgrzecki, A. (1990). O irracjonalności uczuć. Zeszyty Naukowe Akademii Ekonomicznej w Krakowie, 310,  5 – 17. Wrońska, J. (1990). Niektóre kontrowersje w psychologii emocji. Przegląd Psychologiczny, 1,  147 – 164.

19


20


#PowerOfEtno M

ożna uznać,  że  muzyka 

etno czy  folkowa  nie  jest  dla  każdego.  Że jest to twór tylko dla wybranej części  osób,  zazwyczaj  bardzo  niewielkiej.  No  bo  kto  słucha  dzisiaj  takiej  muzyki?  Ona  jest  taka…  No  właśnie,  jaka?  Bo  biorąc  udział  ponownie  w  festiwalu  Et­ noKraków/Rozstaje,  dla  mnie  ta  muzyka jest prawdziwa i szczera! Będąc  na  festiwalu  w  tamtym  roku,  wiedziałam,  że  powrócę  na  Et­ noKraków/Rozstaje w 2018 roku. Bo to  festiwal  inny  niż  wszystkie.  Może  i  jest  on dla wybranej części ludzi, jednak jest  to  najbardziej  prawdziwy  festiwal,  szczery  i  przede  wszystkim  nie  jest  sztucznie  napompowany  –  reklamą,  prestiżem,  gwiazdami  i  w  zasadzie  nie  wiadomo  czym  jeszcze.  I  może  tylko  w  teorii  festiwal  budują  ludzie,  jednak, 

22

moim zdaniem,  ten  festiwal  buduje  muzyka.  Muzyka  inna  niż  to,  co  słyszymy  w  radiu,  inna  niż  to,  z  czym  spotykamy  się  na  co  dzień.  I  za  tą  muzyką,  owszem,  stoją  ludzie,  ale  to  melodia  porywa  nas  do  tańca  albo  i  do  zatracenia się w chwili. Tegoroczna  edycja  Et­ noKraków/Rozstaje  była  jubileuszowa,  bowiem  odbyła  się  już  po  raz  20.!  W tym roku można było usłyszeć ponad  100  artystów  z  10  krajów  i  4  kontynentów.  Trzeba  przyznać,  że  była to istna mieszanka różnych kultur,  która zdarza się bardzo rzadko. Obcow­ anie  z  muzyką  innych  kultur  –  i  to  bardzo odległych, bo w tym roku można  było usłyszeć muzyków z Burkina Faso,  Chile, Serbii, Azerbejdżanu czy Iranu –  dla mnie osobiście było bardzo odkryw­ cze,  mimo  że  niekoniecznie  była  to  muzyka  stricte  tradycyjna  dla  danego  kraju.


23


Festiwal rozpoczął  się  w  środę  4  lipca  koncertami:    Alirezy  Ghorb­ aniego, braci bliźniaków Ratko i Radiša  Teofilović  oraz  małżeństwa  Quasimow,  by  zakończyć  się  w  klubie  Strefa  nocą  tańca,  podczas  której  do  tańca  porwał  hiszpański  zespół  Viguela.  W  tym  dniu  można  było  się  zatracić  w  muzyce  z  Ir­ anu,  Serbii  i  Azerbejdżanu.  Jednak  był  to  tylko  przedsmak  tego,  co  miało  nastąpić  w  kolejnych  dniach  festiwalu!  Bo  to  czwartek  i  piątek  był  totalnym,  tanecznym szaleństwem! W  czwartkowy  wieczór  na  początku mogliśmy wysłuchać koncertu  Adama  Struga,  który  zaprezentował  kurpiowskie  pieśni,  wykonywane  a  capella.  Te  kurpiowskie  pieśni  leśne  służyły do nawoływania podczas zbiera­ nia  jagód  i  nie  tylko,  a  składają  się  na  nie m.in.: romanse, krwawe ballady, ut­ wory  dydaktyczne  i  lubieżne.  Jednak  jeśli  ktoś  chciał  się  zatracić  w  lirycznej  muzyce,  to  temu  zdecydowanie  służył  Koncert  Wolności!  To  było  zjawiskowe!  Liryczna  muzyka,  która  przekazywała  moc  emocji,  bardzo  różnych.  Ta  muzyka,  dźwięki,  śpiew,  przenosiła  w  zupełnie  inny  wymiar,  w  wymiar  wręcz  metafizyczny.  Jednak  to  zwieńczenie  wieczoru  w  Muzeum  In­ żynierii  Miejskiej  było  czymś,  czego  chyba  nikt  się  nie  spodziewał.  Ser­ bijskie techno! Brzmi nieco intrygująco,  jednak  wystarczyło,  że  Omar  Souley­ man  wyszedł  na  scenę  i  widownia  usłyszała  pierwsze  dźwięki,  a  ludzie  za­ częli  szaleć!  Orientalne  rytmy,  gdzieś  brzmienie  popularnych  utworów,  które  dało  się  wychwycić,  takich  jak  Macar­ ena,  czy  Single  Ladies,  powodowały,  że  tłum  szalał,  a  Muzeum  Inżynierii  Miejskiej przerodziło się w jeden wielki  parkiet do tańca! Dla mnie było to nies­ amowite  odkrycie  i  przede  wszystkim  pokazanie  innym,  że  przy  muzyce  etno  (chociaż w nieco zmienionej formie) da  się  świetnie  bawić,  jak  w  niejednym  klubie!  Co  pokazał  także  kolejny  dzień  festiwalu. Tym  razem  już  na  Placu  Wolnica,  gdzie  odbywały  się  koncerty 

plenerowe, a  na  które  wstęp  był  wolny.  Pogoda  nie  odstraszyła,  deszcz  nikomu  nie  przeszkadzał,  a  zespół  z  Burkina  Faso,  Mamadou,  który  stanowił  roz­ grzewkę  dopiero  przed  tym,  co  miało  nadejść,  rozgrzał  publiczność,  zachęcił  do tańca i przy okazji odstraszył deszcz.  Grali  ciekawie,  nawiązywali  kontakt  z  publicznością,  a  szeroki  uśmiech  artystów  tylko  zachęcał  do  zabawy.  Kolejnym  zespołem  była  Szikra,  która  w  pewien  sposób  przeniosła  nas  na  ży­ dowskie  wesele.  Muzyka  klezmerska  grana  przez  nich  zachęcała  do  tańca  i  przyciągała  jeszcze  więcej  ludzi  pod  Muzeum  Etnograficzne.  Ten  zespół,  na  który  składało  się  ponad  10  muzyków,  przeniósł  nas  w  inną  kulturę.  Zresztą  ten  piątkowy  wieczór  był  bardzo  mul­ tikulturowy,  bo  następnie  przenieśliśmy się na Bałkany za sprawą  Marko  Marković  Brass  Band  z  Serbii.  Publiczność  nie  chciała  ich  wypuścić  ze  sceny. I chociaż można uznać, że to było  apogeum, to wciąż nie był koniec, bo to  zespół  Chico  Trujillo  postawił  kropkę  nad „i”. Muzyka prosto z Chile rozgrza­ ła  publiczność  do  czerwoności,  tańcom  i  szaleństwom  pod  sceną  nie  było  końca. Aldo Asenjo "Macha", który wy­ gląda  dosłownie  jak  Święty  Mikołaj,  a  który  śpiewał,  to  istny  dynamit.  Ten  49­letni  artysta  szalał  pod  sceną,  tańczył,  skakał,  tryskając  energią  niczym  nastolatek,  dając  z  siebie  po  prostu  wszystko.  To  była  petarda,  której  chyba  nikt  się  nie  spodziewał.  Jeśli  ktoś  myślał,  że  Omar  Souleyman  był  szaleństwem,  tak  Chico  Trujillo  pobiło  wszystko  i  było  definitywnym  wygranym  festiwalu.  Jednak  nie  był  to  koniec festiwalu. 7  lipca  w  Żydowskim  Muzeum  Galicja  wystąpił  zespół  Night  z  Nepalu,  a  następnie  ponownie  odbyły  się  kon­ certy na Placu Wolnica. Tym razem był  to stricte polski repertuar. Na początku  wystąpiły  zespoły  Pokrzyk  i  Raraszek,  później  ponownie  Adam  Strug,  tym  razem  z  repertuarem  Leśny  Bożek.  Festiwal  zakończył  się  koncertem  zespołu  Muzykanci,  na  który  składa  się 

25


rodzina Słowińskich  i  Hałasów.  Joanna  Słow­ ińska  porwała  publiczność  swoim  głosem,  a  cała  kapela  swoją  muzyką.  Zresztą  nie  ma  się  co  dziwić.  Muzykanci  działają  od  dwudzi­ estu lat i na polskiej, jak i zresztą międzynaro­ dowej,  scenie  folkowej  są  bardzo  dobrze  znani.  Jednak  podczas  tego  koncertu  był  jeden moment, który powalił mnie na kolana.  Była  to  gra  Stanisława  Słowińskiego  na  skrzypcach.  Jego  solowa  partia  podczas  jed­ nego  z  utworów  zachwyciła  chyba  każdego,  kto  był  wtedy  na  Placu  Wolnica.  To,  w  jaki  sposób  on  grał,  to,  jakie  emocje  przekazywał  swoją  grą,  powodowało  ciarki.  To  było  nies­ amowite.  Obserwując  jego  grę  na  skrzypcach,  można było stać jak zahipnotyzowany. To było  po prostu piękne! Festiwal EtnoKraków/Rozstaje to festi­ wal inny niż wszystkie. Festiwal dla młodych i  starych,  dla  dużych  i  małych,  po  prostu  dla  wszystkich.  To  festiwal,  który  potrafi  porwać  publiczność  do  tańca,  by  po  chwili  zatracić  ją  w  melancholijnej  i  subtelnej  muzyce.  Nie  da  się  ukryć,  że  w  tym  roku  było  to  prawdziwe  #PowerOfEtno!  Poznanie  nowych  kultur,  ich  muzyki, nowych ludzi. Owszem, przeniesienie  festiwalu  z  kościołów  do  Muzeum  Inżynierii  Miejskiej spowodowało zupełnie inny klimat i  może  zmiana  miejsca  nie  wszystkim  przypadła  do  gustu.  Jednak  trzeba  przyznać,  że  20.  edycja  EtnoKraków/Rozstaje  była  dy­ namitem,  który  zaskoczył  z  pewnością,  oczy­ wiście  pozytywnie,    wiele  osób,  skłaniając  je  do szaleństw pod sceną.

KMC

26


Zimna Wojna U

znanie zachodnich  krytyków,  zachwyt  canneńskiej  widowni  i  w  ostateczności  Złota  Palma  dla  Pawła  Pawlikowskiego  –  dorobek  Zimnej  wojny  przed  oficjalną  premi­ erą  kinową  mógł  robić  wrażenie  nawet  na  największych  sceptykach  twórczości  polskiego  reżysera.  Ci,  którzy  swego  czasu  szkalowali  Idę  za  jej  fleg­ matyczność,  w  tym  przypadku  mieli  zostać  pozbawieni  wszystkich  asów  z  rękawa,  czemu  sprzyjać  miał  zwrot  w  kierunku  historii  o  płomiennej,  ale  i  zgubnej  miłości  z  wielką  polityką  w  tle.  Jednak,  prócz  samych  meryt­ orycznych  argumentów  na  rzecz  Zim­ nej wojny, swoje trzy grosze dorzuciły  rodzime  media,  które  sukcesywnie  pompowały  balonik  oczekiwań  aż  do  momentu,  gdy  przybrał  on  niewyo­ brażalne wręcz rozmiary. A jaki jest lost  takiego  balonika,  wszyscy  doskonale  wiemy – pękł z hukiem, gdy okazało się,  że  film  Pawlikowskiego,  choć  odznacza 

się wybitną  strukturą  i  kompozycją  kadru, opowiada o możliwie najbardziej  niewiarygodnej  i  bezpłciowej  miłości,  jaką  kiedykolwiek  uraczono  nas  za  pośrednictwem kinematografu. Zaczynając  jednak  od  tego,  co  w  Zimnej  wojnie  funkcjonowało  bez  zarzutu, należy stwierdzić, że rzemiosło  reżyserskie  Pawlikowskiego  to  naprawdę  klasa  światowa.  Doskonale  panuje  on  bowiem  nad  techniczną  stroną  produkcji,  wykazując  się  niebanalnym  zmysłem  konstrukcyjnym  i  łącząc  ze  sobą  poszczególne  kadry,  ujęcia  oraz  całe  sceny  w  rytm  i  klimat  snutej  opowieści.  Z  wielu  sekwencji  opisujących  tę  zależność,  najbardziej  reprezentatywna  pozostanie  chyba  ta  w  paryskim  klubie  jazzowym.  Wtedy  to  kamera  śledzi  poczynania  poszczegól­ nych  muzyków,  przeskakując  i  przemieszczając  się  między  nimi  w zgodzie z dynamiką charakteryzującą  tempo  wydobywających  się  z  instru­ mentów  standardów.  I  choć  można  w  tym  momencie  odczuć  efekt  déjà  vu, 

27


Zimna Wojna, reż. Paweł Pawlikowski

28


związany z  podobieństwem  wyżej  opisanej  metody  do  stylu  Damiena  Chazzelle'a, to w tej aranżacji pozostaje  ona  absolutnym  unikatem,  a  jej  jakość  pochodzi  wyłącznie  z  wrażliwości  na  poetykę  zmysłowości,  którą  Paw­ likowski  uskutecznia  na  przestrzeni  całego metrażu. W  tym  też  celu  reżyser  zadecy­ dował  o  „zwężeniu”  proporcji  kadru  do  4:3,  a  także  o  częstym,  wręcz  nowofa­ lowym  „wyrzucaniu”  postaci  i  przedmi­ otu  danego  ujęcia  do  jego  boku  bądź  dołu. Jest to zabieg tyleż kompozycyjny,  co  stricte  strukturalny  i  narracyjny,  polegający  w  głównej  mierze  na  wydobywaniu  z  każdego  poszczególne­ go  obrazka  maksimum  estetycznej  za­ wartości.  Nie  bez  znaczenia  pozostaje  również  wykorzystanie  czarno­białych,  utrzymanych  w  niskim  kluczu  zdjęć  oraz  (w  pewnym  stopniu)  konwencji  kina  noir,  co  przekłada  się  znowu  na  niepowtarzalny  urok,  który  charak­ teryzował  swego  czasu  najwybitniejsze  dokonania  niemieckiego  ekspresjon­ izmu filmowego. Ten  estetyczny  domek  z  kart  sypie  się  jednak  całkowicie,  gdy  Paw­ likowski próbuje dodać do niego jeszcze  jedną,  ale  za  to  niezwykle  znaczącą  fig­ urę  –  scenariusz.  Choć  miłość  młodej  śpiewczaki  Zuli  i  łowcy  ludowych  tal­ entów Wiktora odnosi się do osobistych  doświadczeń  reżysera  (film  zade­ dykował  on  swoim  rodzicom),  to  brak­ uje  w  niej  jakiejkolwiek  autentyczności 

i jest  tak  niezależnie  od  faktu,  czy  już  w  punkcie  wyjścia  uznamy  tę  miłość  za  namiętne  i  prawdziwe  uczucie,  czy  raczej za fatalną fasadę, która nigdy nie  miała  prawa  się  ziścić.  Sercowe  deklaracje  bohaterów  musimy  bowiem  przyjąć  „na  słowo”,  gdyż  wprowadzenie  do relacji zajmuje dosłownie kilka scen,  z których nijak nie wynika, iż cokolwiek  połączyło  dusze  postaci  wiekuistną  pieczęcią.  Występuje  tu  też  swoisty  paradoks,  albowiem  scenariusz  sam  w  sobie  bazuje  na  tej  małomówności  i  w  ogólnym  rozrachunku  trzyma  dość  wysoki  poziom,  lecz  mimo  to  nie  pozwala  odbiorcy  poczuć  emocji  na  własnej  skórze,  co,  zważywszy  na  kat­ egorię  opowieści,  z  miejsca  wyklucza  jego zasadność. Czy  więc  w  odniesnieniu  do  Zi­ mnej  wojny  można  skorzystać  z  wyświechtanego  już  stwierdzenia  „przerostu  formy  nad  treścią”?  Poniekąd  tak,  bo  choć  Pawlikowski  zaprezentował  na  jej  łamach  wszystkie  swoje  atuty  reżyserskie,  to  nadal  za­ wodzi  go  ich  werbalizacja.  I  w  tym  przypadku można mówić o werbalizacji  dosłownie,  gdyż  jedyne,  ale  i  na­ jważniejsze,  czego  tu  zabrakło,  to  kilka  obrazów, które, podobnie jak w całkow­ icie  wyzwolonym  kinie  niemym,  musi­ ały  w  pełni  zastąpić  słowo.  Im  się  udawało,  Zimnej  wojnie  niekoniecznie.

Tomasz Małecki

29


Sweet Country J

30

eśli w  Django  Quentina  Tarantino czegokolwiek zabrakło, to os­ tatniej,  finałowej  sceny,  w  której  tytułowy  bohater  wypowiedziałby  wprost do kamery bezpośrednim i nieco  lekceważącym  tonem  słowa:  "Western  is  dead,  baby.  Western  is  dead".  Doszczętna  dekonstrukcja  zmurszałych  form  i  konwenansów  gatunkowych,  jaką  reżyser  przeprowadził  na  łamach  swojego  dzieła,  uzmysłowiła  nam  bowiem,  że  klasyczny  western  jest  już  passe,  a  zastąpić  go  może  wyłącznie  nowa,  otwarta  i  elastyczna  konwencja  postwesternu.  Ta  ciągnąca  się  od  niemal  trzech  dekad  agonia  opowieści  spod  znaku  Dzikiego  Zachodu,  dla  której  film  Tarantino  stanowi  przysłowiowy  gwóźdź  do  trumny,  nie  pozostała  oczywiście  bez  wpływu  na  metodykę  pracy  wielu  innych  twórców, 

pragnących odwoływać  się  do  poetyki  krwi,  kurzu  i  kowbojskich  pojedynków  –  zaczęli  oni  poszukiwać  oryginalnych  sposobów wyrazu, łącząc ze sobą często  skrajnie  różne  elementy  filmowej  układanki, aby tylko uchronić się przed  gatunkową  hermetyką.  Z  przedpremi­ erowych  zapowiedzi  można  było  wnioskować,  że  także  ludzie  odpow­ iedzialni  za  Sweet  Country  pójdą  tą  samą  ścieżką,  oferując  nam  przede  wszystkim  dramat  tożsamościowy,  a  dopiero  w  następnej  kolejności  west­ ern.  Czy  przypuszczenia  te  znalazły  odzwierciedlenie w rzeczywistości?  I  tak,  i  nie.  Dzieło  Warwicka  Thorntona  doskonale  balansuje  na  granicy  zdrady  konwencji  i  wykorzys­ tania  jej  naturalnego  potencjału,  prowadząc  widza  na  manowce  za  każdym razem, gdy ten uzna, że już wie  wszystko  na  temat  jego  struktury.  To  też  udowadnia,  z  jak  bogato  wypo­


Sweet Country, reż. Warwick Thornton

sażonego warsztatu  twórcy  nabywali  narzędzia  filmowej  wypowiedzi  –  ani  przez  chwilę  nie  stawiają  oni  ostatecz­ nych  akcentów  w  kwestii  określenia  tożsamości  swojej  opowieści,  co  umożliwia  im  bezproblemowe  i  niemal  niezauważalne  prowadzenie  gry  do  kilku  bramek  jednocześnie.  Do  ostat­ niej  minuty  nie  zyskamy  wszak  pewności,  czy  to,  co  właśnie  zobaczyliśmy, było gatunkową wariacją,  artystycznym  manifestem,  czy  może  upośrednioną  i  uniwersalną  analizą  społeczną. Gracja, z jaką Thornton przy  kamerze  oraz  duet  Tranter­McGregor  przy  scenopisarskim  piórze  poruszają  się  po  każdym  z  tych  narracyjnych  standardów,  powinna  zawstydzić  nawet  najlepszą  tancerkę  rosyjskiego  baletu.  A  to  już  jest  komplement  z  wyższej  półki. 

No ale  czego  dotyczy  ta  ciągła  gra  pozorów  twórców  Sweet  Coun­ try?  Oficjalnie  mamy  tu  do  czynienia  z  historią  aborygeńskiego  zbiega,  który  w  samoobronie  zastrzelił  swojego  bi­ ałego  pracodawcę.  Szybko  jednak  ori­ entujemy  się,  że  ujęcie  sprawcy  oraz  proces  wymierzania  sprawiedliwości  stanowią  tak  naprawdę  jedynie  wi­ erzchołek  merytorycznej  góry  lodowej.  Pod  powierzchnią  znajdziemy  znowuż  niezwykle  pogłębiony  –  jak  na  możli­ wości  niespełna  2­godzinnego  metrażu  –  obraz  człowieczeństwa,  który  po­ zostaje stały i niezmienny nawet wtedy,  gdy  z  oprawców  stajemy  się  ofiarami.  Zachodni  imperializm  oraz  jego  ucisk  ludności  tubylczych  nie  jest  tu  bowiem  rozumiany wyłącznie jako pewien okres  w dziejach świata lub też jako doktryna  polityczna  potężnych  mocarstw,  ale  przede  wszystkim  jako  cykliczny  prze­

31


jaw destrukcyjnej  natury  ludzkiej.  W tym celu twórcy przy kreowaniu świ­ ata  przedstawionego  oraz  sylwetek  głównych bohaterów posłużyli się raczej  przenoszącymi wartości i znaczenia fig­ urami,  co  też  pozwoliło  im  prze­ prowadzić  analizę  wyszczególnionych  postaw, a nie konkretnych postaci.  I w tym aspekcie również spisują  się  na  medal.  Niektóre  wnioski,  jakie  można  wysnuć  na  tej  podstawie,  po­ trafią  bowiem  przyprawić  widza  o  niemałe  ciarki.  Jeśli  uświadomimy  sobie,  że  za  pomocą  jednego  ujęcia  op­ erator  obarczył  winą  za  humanitarną  niedolę  wszystkie  instytucje,  war­ unkujące  funkcjonowanie  człowieka  w  społeczeństwie  (państwo,  kościół,  wojsko),  a  uczynił  to  wykorzystując  wyłącznie  ustawienie  w  kadrze  postaci  personifikujących określone motywy, to  naprawdę  trudno  nie  chylić  przed  nim  czoła.  Jeśli  jednak  nie  dotrze  do  nas  ten  na  wskroś  anarchistyczny,  ale  i  fa­ talistyczny  zarazem  przekaz,  to  wciąż  pozostają  zachwyty  nad  warstwą  tech­ niczną.  Sweet  Country  obfituje  w  długie,  wyważone  i  świetnie  skom­ ponowane  ujęcia,  które  niejednego  miłośnika  klasycznych  westernów  przyprawią  o  wzmożoną  aktywność  serca.  Również  wspomniana  już  wcześniej  bezbłędna  kontrola  nad  strukturą  filmu  odgrywa  w  tym  kon­

32

tekście nadzwyczajną rolę – wprowadz­ ane  tu  i  ówdzie  retrospekcje  oraz  futurospekcje  są  wyraźnie  oznaczane  przez  odpowiednią  manipulację  dźwiękiem  diegetycznym,  a  same  w  sobie  nie  pełnią  jedynie  funkcji  fore­ shadowingu,  lecz  także  stanowią  odrębną, choć zakorzenioną w tej samej  poetyce,  opowieść.  W  uskutecznieniu  tej  formy  wypowiedzi  nieocenioną  pomoc  zapewnia  natomiast  bezin­ wazyjny  montaż,  który  swą  jakością  sytuuje  film  Thorntona  w  czołówce  za  rok  2018.  A  może  i  nawet  za  całą  min­ ioną dekadę.  Sweet  Country  jest  więc  jednym  z  bardziej  pozytywnych  za­ skoczeń  minionych  kilku  miesięcy,  skupiając  w  sobie  obfitą  w  diagnozy  treść  oraz  wybitną  warstwę  audiowizu­ alną. Dorzuca ono też swoje pięć groszy  do  dyskusji  na  temat  domniemanej  śmierci  klasycznego  westernu,  który  musiał  ulec  naporom  bezwzględnego  postmodernizmu.  Co  natomiast  mówi  nam  w  tej  kwestii  Thornton?  Mówi,  że  sprawdzone schematy gatunkowe wcale  nie  są  skazane  na  zagładę,  jeśli  tylko  znajdzie  się  dla  nich  zastosowanie  w  nowej  i  dynamicznie  zmieniającej  się  kulturze filmowej wypowiedzi. I Sweet  Country  jest  doskonałym  dowodem  na tak sformułowane twierdzenie.

Tomasz Małecki


Satyra nieco  opadła,  a Prezes  pozostaje w  szpitalu S

erial satyryczny  Roberta 

Górskiego ma  się  całkiem  dobrze.  Niedawno  zakończył  się  trzeci  sezon  Ucha Prezesa i choć zamieszanie wokół  serialu  nieco  ucichło,  to  powstanie  kolejny jego sezon. Muszę  przyznać,    że  oglądając  trzeci  sezon  Ucha  Prezesa,  mam  wrażenie,  że  byłam  na  jakimś  roller­ coasterze.  Raz  było  dobrze,  raz  było  gorzej. Owszem, całość była dostosowy­ wana  do  sytuacji  na  scenie  politycznej,  a  tam  nie  było  tak  wyraziście  jak  za  rządów  Beaty  Szydło,  dlatego  też  nieco  zmienił  się  klimat  samego  serialu.  W  trzecim  sezonie  pojawiło  się  całkiem  sporo  nowych  postaci,  a  wśród  nich 

nawet Donald  czy  polska  reprezentacja  z Anią i Robertem na czele. Dla  mnie  ten  sezon  był  nieco  dziwny,  ale  mam  wrażenie,  że  to  właśnie  ze  względu  na  zmiany  w  rządzie,  które  zaszły.  Za  rządów  Beaty Szydło działo się wiele, zwłaszcza  pod  względem  różnych  kontrowersji,  dziwnych  sytuacji.  Teraz  na  polskiej  scenie  politycznej  dzieje  się  mo­ mentami  tyle,  co  nic.  Wyraziste  postacie,  które  można  było  sparodi­ ować,  gdzieś  się  pochowały,  więc  skoro  nie  ma  odpowiedniego  pierwowzoru,  ciężko  wymyślić  coś  z  niczego.  Dlatego  pewnie  pojawił  się  Donald,  który  nie  może  dojechać,  pojawiła  się  polska  reprezentacja  czy  casting  na  aktora,  który  ma  wcielić  się  w  Prezesa.  Liczba  aktorów, która przewinęła się przez ten 

33


Ucho Prezesa, Showmax

34

sezon, była  imponująca  i  z  tej  strony  rzeczywiście  było  ciekawie.  Jednak  dla  mnie  fabuła  niektórych  odcinków  nie  była  porywająca.  Odnosiłam  wrażenie,  że momentami było to bardzo sztucznie  napompowane.  To  już  nie  pierwszy  sezon,  w  którym  w  zasadzie  wbijano  szpilę  za  szpilą.  Tym  razem  było  zdecy­ dowanie  łagodniej,  momentami  wręcz  nijako.  Nawet  chwilami  odnosiłam  wrażenie,  że  Prezesowi,  w  którego  wciela się Robert Górski, jest już wszys­ tko obojętne. Szkoda  trochę,  że  tak  potoczył  się  ten  serial  w  tym  sezonie.  Jednak  może  będzie  lepiej,  gdy  na  scenie  politycznej  znowu  zacznie  się  dziać  w  bardziej  wyrazisty  sposób.  Bo  mnie  te  parodie w tym sezonie już nie śmieszyły  tak  jak  powinny.  Może  powodem  jest  też to, że na początku to było śmieszne,  zabawne,  rzeczywiście  uderzało  w polityków. Teraz to już się nieco prze­ jadło.  Niewiele  może  nas  zaskoczyć,  chyba  tylko  aktorzy,  którzy  wcielają  się  w  polityków  –  bo  muszę  przyznać,  że 

parę zaskoczeń  w  tym  sezonie  rzeczy­ wiście  było.  Jednak  to,  jacy  aktorzy  się  pojawili  w  tym  sezonie,  nie  ma  aż  tak  wielkiego wpływu na to, jak odbiera się  serial,  bo  największe  znaczenie  ma  tu  jednak  fabuła.  A  ta  była  na  bardzo  różnym poziomie. Ten  serial  wciąż  pozostaje  par­ odią  sceny  politycznej,  jednak  liczę  na  to, że w kolejnym sezonie będzie to wy­ glądać nieco lepiej. I chociaż jest to za­ leżne od tego, co na bieżąco dzieje się w  polityce,  to  mam  nadzieję,  że  Robert  Górski  wyniesie  Ucho  Prezesa  na  wyżyny  takie,  jakie  były  w  pierwszym  sezonie. Bo Prezes leżący w szpitalu nie  jest  aż  tak  śmieszny,  jak  na  fotelu  Prezesa.

Klaudia Chwastek


Anioł, który cierpi T

o, co  odróżnia  ludzi  od  zwierząt,  to  kultura.  Jako  jedyni  spośród  żywych  mieszkańców  na­ jbardziej  samotnej  planety  w  Układzie  Słonecznym  wytworzyliśmy  na  tyle  ab­ strakcyjny  mózg,  by  dążyć  do  czegoś  więcej  niż  przetrwania  gatunku.  Tak  narodziła  się  sztuka  –  najmniej  sensowna  z  istniejących  czynności,  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę  teorię  Darwina.  Mimo  to  właśnie  ona  ma  definiować  człowieczeństwo… Sztukę  można  podzielić  na  tę  wielką  i  wzniosłą,  co  kruszy  mury  i  podźwiga  narody  oraz  na  tę  codzien­ ną,  wychwalającą  dobrze  wypieczoną  panierkę  kotleta.  Niczym  w  swoistym  danse  macabre  Mickiewicz  i  Zenek  z  Koziej  Wólki  idą  ramię  w  ramię  w  korowodzie  Kalliope.  Nikt  jednak  oczywiście  nie  przykłada  do  ich  poezji  tych  samych  miar.  Byłoby  to  po  prostu  głupie.  Mickiewicz  pozostaje  w  sferze  niedoścignionego  wzoru,  mitycznego 

boga zasiadającego na szczycie Olimpu.  Zenek  z  kolei  jest  wioskowym  głup­ kiem,  który  postanawia  się  na  ten  Olimp wdrapać. I tutaj mamy paradoks.  No  bo  przecież  wiemy,  że  Mickiewicz  wielkim  poetą  był  i  jego  poezja  am­ brozyję  sycącą  dla  duszy  stanowi  i  że  mądrość  ust  jego  spijać  winniśmy  niczym  liście  krople  rosy  rannej.  Mimo  wszystko  bliżej  nam  do  owego  Zenka,  któremu  będziemy  kibicować  nawet  jeśli  uda  mu  się  wdrapać  raptem  na  pierwszy  kamień  leżący  u  stóp  złowro­ giego, nieludzkiego Olimpu. I  do  takich  właśnie  Zenków  za­ licza się poezja codzienna, pisana przez  zwykłych  ludzi  w  celu  wyrażenia  tego,  co czują w danej chwili czy miejscu. To  ich wielkie „non omnis moriar”, ale nie  ze  spiżu,  a  raczej  ze  skórki  chleba.  To  ich  ślad,  pozostawione  wspomnienie  –  tak codzienne, a zarazem tak ludzkie. Tak jest też w przypadku tomiku  Cierpienia Anioła Anny Mielec. Nie jest  to  poezja  wzniosła  czy  wybitna,  ale  też  nigdy  taką  nie  miała  i  nie  chciała  być. 

35


36

To poezja  osobista,  przelanie  uczuć  na  papier.  Nie  jest  to  pierwsze  spotkanie  twórczości  autorki  z  czytelnikami.  Większość  utworów  z  tego  tomiku  było  już  publikowanych  w  Internecie,  najpi­ erw  na  blogu  aniolcierpi­ enia.blog.onet.pl  a  obecnie  na  stronie  aniolcierpienia.pl.  Autorka  doszła  jed­ nak  do  wniosku,  że  blog  jest  zbyt  ulot­ ny,  by  pozostawić  po  sobie  ślad,  i  postanowiła  wydać  swoją  twórczość  w  formie  papierowej.  Tak  oto  zrodziły  się  Cierpienia Anioła. Tomik  podzielony  jest  na  4  części,  poprzedzone  swoistą  in­ wokacją, którą stanowi wiersz Anioł Ci­ erpienia.  Każda  z  części  ma  inny  nastrój.  Jednak  mimo  to  można  odnieść  wrażenie,  że  od  nieprzejed­ nanego  mroku  przemieszczamy  się  w  rejony,  w  których  od  czasu  do  czasu  gęste, czarne chmury przebija nieśmiały  promyk słońca.

Mam problem z oceną tych wier­ szy. Z jednej strony wiem, że nie jest to  poezja  mistrzowskiej  klasy,  z  drugiej  strony  –  mam  świadomość,  że  nigdy  taką  nie  miała  być.  To  typowa  Zen­ kowszczyzna,  która  jest  niezwykle  os­ obista.  Mimo  to  autorka  pozwala  sobie  często  na  bardziej  wyszukane  metafory  czy  rozwiązania  stylistyczne.  I  jeśli  coś  w nich zgrzyta, to raczej wyłącznie z po­ wodu niedoskonałości warsztatu. Jeśli  ktoś  lubi  zanurzać  się  w  wewnętrznych  światach  innych  i  nie  przeszkadza  mu  niedoświadczony  styl,  to  mogę  polecić  Cierpienia  Anioła  jako  typowego  i  dobrego  przedstawiciela  poezji codziennej. Anna Mielec Cierpienia Anioła Ridero, 2018

Tomasz Jakut


Gdzie te festiwale? F

estiwale, koncerty,  imprezy 

kulturalne… Sezon  powoli  się  kończy,  w końcu największe kulturalne imprezy  w  Krakowie  już  się  odbyły.  Była  Off  Camera,  Festiwal  Muzyki  Filmowej,  Krakowski  Festiwal  Filmowy…  A  to  tylko te największe festiwale, po drodze  było  jeszcze  sporo  mniejszych,  chociaż  równie  ciekawych  imprez.  Nie  ma  się  jednak  czemu  dziwić.  W  końcu  Kraków  to miasto kultury.  Maj  i  czerwiec  to  był  po  prostu  wysyp  kulturalnych  imprez.  Jeden  fest­ iwal  się  kończył,  a  drugi  zaczynał.  Wpadało  się  w  istny  rytm  festiwalowy,  a  gdy  patrzyło  się  w  kalendarz,  bywało  i  tak,  że  człowiek  nie  mógł  zdecydować  się  na  co  iść,  bo  było  tego  tyle.  Ta  różnorodność,  która  panuje 

w krakowskich  festiwalach,  pozwala  na  poznanie  różnych,  momentami  niezwykle  interesujących,  rzeczy,  z  którymi  wcześniej  się  nie  zetknęło.  Jednak,  aby  się  z  tym  spotkać,  trzeba  w ogóle wiedzieć, że coś takiego jest.  A  z  tym  momentami  był  prob­ lem.  Jak  rozmawiałam  ze  swoimi  zna­ jomymi  –  właśnie  na  temat  różnych  wydarzeń  kulturalnych,  których  w  os­ tatnim  czasie  było  od  groma  –  tak  większość z imprez ginęła w przestrzeni  miejskiej. Plakaty na mieście niby wisi­ ały,  ale  w  bardzo  niewielu  miejscach,  nie  rzucały  się  w  oczy.  Można  wysnuć  wniosek,  że  ta  reklama  festiwali  przeniosła  się  do  sieci,  w  media  społecznościowe.  Jednak  czy  aby  na  pewno  jest  to  słuszne  działanie?  Z  per­ spektywy młodych osób, które spędzają  większość  czasu  online  i  dodatkowo  śledzą  różne  wydarzenia  kulturalne,  to 

37


Szalom na Szerokiej 2018

38

na pewno świetne rozwiązanie – można  być  ze  wszystkim  na  bieżąco.  Jednak  w  momencie,  kiedy  nie  śledzimy  życia  kulturalnego  miasta,  raczej  nie  dowiemy się z sieci, co się dzieje. Bo nie  oszukujmy  się  –  Facebook  doskonale  wie,  czym  się  interesujemy.  A  ciekawy,  rzucający się w oczy plakat festiwalu czy  jakiegoś  wydarzenia,  koncertu,  nawet  gdy  nie  bardzo  zwracamy  na  to  uwagę  na  mieście,  jednak  rzuci  nam  się  w  oczy.  Owszem,  to  są  koszty,  w  dużej  mierze  trzeba  je  ciąć,  jednak  w  mo­ mencie,  gdy  frekwencja  będzie  słaba,  zarobku  też  nie  będzie.  Takie  są  prawa  handlu. Choć nie oszukujmy się, na kul­ turze raczej się nie zarabia, raczej się do  niej  dopłaca.  Brak  tej  kampanii  out­ doorowej  nieco  szkodzi  zaint­ eresowaniu  festiwalami,  bo  wtedy  te  wszystkie  imprezy  przepadają.  Po  roz­ mowach  ze  znajomymi  okazuje  się,  że 

wyraźnie tego  brakuje  w  mieście,  a przecież to wciąż potrafi działać.  Z  drugiej  jednak  strony,  kwestią  tego, czy w czymś weźmiemy udział, czy  nie,  jest  program.  To  on  decyduje  o  naszym  udziale  w  imprezie.  Jeśli  coś  zapowiada  się  super,  jesteśmy  na  coś  nakręceni,  to  nie  ma  się  nawet  nad  czym  zastanawiać.  Gdy  czegoś  nie  znamy, możemy się wahać. Jednak, gdy  słyszeliśmy,  że  poprzednie  edycje  festi­ walu  były  cudowne,  a  teraz  idziemy  na  jedno  z  głównych  wydarzeń  i  okazuje  się  ono  być  takie  sobie,  pozostaje  rozczarowanie.  Owszem,  to  nieco  subiektywne  spojrzenie.  Każdy  też  czegoś  innego  oczekuje  i  nie  da  się  sprostać  gustom  wszystkich.  Chodząc  jednak  na  różne  wydarzenia  kulturalne,  bardzo  często  spotykam  tych  samych  ludzi.  Pojawiają  się notorycznie te same osoby, które już 


doskonale kojarzę  z  widzenia.  Owszem,  bardzo często są to osoby starsze, które  mają taki sposób na zabicie samotności.  Korzystają  z  imprez  darmowych  i  plen­ erowych, tym samym ciesząc się z tego,  w czym uczestniczą. Imprezy plenerowe  też  cieszą  się  zupełnie  innym  zaint­ eresowaniem  niż  te,  na  które  trzeba  kupić  bilet.  Różnica  jest  znaczna,  ale  darmowy  koncert  potrafi  pokazać  ludziom  coś  zupełnie  innego,  zaint­ eresować  ich  inną  muzyką,  a  czasem  nawet  inną  kulturą.  Sama  tego  doświadczyłam,  więc  jeden  koncert,  z  czymś  innym  od  tego,  co  spotykamy  zazwyczaj,  może  mieć  pozytywnie  za­ skakujące  skutki.  Jednak  aby  tak  było,  dany  koncert  czy  festiwal  musi  być  widoczny w przestrzeni publicznej.  W  tym  roku  wydawać  się  może,  z  perspektywy  zwykłego  odbiorcy,  że  to  wszystko  gdzieś  zaginęło.  Jednak  sezon 

kulturalny nie  kończy  się  całkowicie.  Także  i  w  wakacje  można  uznać,  że  sporo się dzieje. Trwają letnie festiwale  muzyczne, jest cała masa kin plenerow­ ych  czy  innych  eventów  dziejących  się,  mówiąc po krakowsku, “na polu”. Tylko  aby  znaleźć  takie,  które  rzeczywiście  nas zainteresują, trzeba trochę poszper­ ać, zwłaszcza w Internecie.

Klaudia Chwastek

39


Nadzieja umiera  ostatnia,  jednak tym razem  umarła bardzo  szybko… M

40

undial 2018!  Na  to 

czekała większość  Polaków!  Nasza  reprezentacja  po  wywalczeniu  awansu  w  eliminacjach  pojechała  na  Mundial  do Rosji! Po 12 latach nam się to udało!  Po  EURO  2016  wszyscy  chyba  wierzyli  w  to,  że  nasza  reprezentacja  zajdzie  daleko,  że  jest  wręcz  w  stanie  góry  przenosić… Jednak chyba dosyć szybko zesz­ liśmy  na  ziemię.  Nie  wyszło  –  a  że  nie  wyjdzie,  kibice  wiedzieli  już  po  pier­ wszym meczu z Senegalen. No bo gdzie  była  nasza  reprezentacja?  Ta  reprezentacja,  którą  wszyscy  pam­ iętaliśmy  z  EURO,  które  było  raptem  dwa  lata  temu?  Reprezentacja  prze­ padła.  Z  meczu  o  wszystko  wyszła  tra­ gedia, a meczu o honor chyba lepiej nie  pamiętać. Ostatnie dziesięć minut z Ja­ ponią  to  była  komedia.  Utarło  się,  że  naszej  reprezentacji  wyszło  lepiej  granie w reklamach niż na boisku. Cóż,  nie  da  się  ukryć,  że  firmy  postawiły  na  naszych  zawodników  w  reklamach.  Niektórzy  reklamowali  nawet  cztery 

marki. Jednak  to  boisko  zweryfikowało  ich  grę  i  osiągnięcia.  Owszem,  możemy  się  pocieszać  faktem,  że  Niemcy  byli  krócej  od  nas  itd.,  jednak  gra  naszej  reprezentacji  okazała  się  być  szeroko  komentowana.  Zwłaszcza  pod  wzglę­ dem  gry  niektórych  zawodników.  Nie  pomagały  plotki  i  domysły,  a  także  donosy  niektórych  gazet  i  portali.  Nie  pomogły  słowa,  które  padły,  i  zdjęcia,  które  zostały  opublikowane  w  ser­ wisach  społecznościowych.  Jedno  jest  pewne  –  nasza  reprezentacja  raczej  myślami  nie  była  na  boisku,  co  zresztą  podkreślało  wielu  dziennikarzy  i  ko­ mentatorów.  Podziało  się  wiele  złego  –  z  czyjej  winy,  chyba  nie  warto  tego  roztrząsać.  Szkoda  tylko,  że  wielkie  piłkarskie  święto  skończyło  się  ogromnym  rozczarowaniem.  Bo  gdyby  piłkarze  pokazali,  że  walczą,  że  próbują… Ale tego nie było. Teraz,  po  mundialu  pozostał  tylko  niesmak,  z  różnych  względów.  Wciąż  pojawiają  się  kolejne  komentar­ ze,  oceny.  I  to  już  nie  tylko  na  polu  piłkarskim,  ale  także  marketingowym.  Czy  markom  się  to  opłaciło,  jak  pow­


inny reagować  po  odpadnięciu  Polski  z  mundialu,  co  powinny  zrobić  po  rezygnacji  Adama  Nawałki  z  funkcji  trenera.  Jednak  czy  z  perspektywy  kib­ ica  to  jest  ważne?  Owszem,  pozostał  niesmak  i  to  kibiców  chyba  najbardziej  szkoda w tym wszystkim. Sama  chciałam  przeżyć  te  nies­ amowite  emocje,  które  były  podczas  EURO.  Chciałam  cieszyć  się  z  każdego  kolejnego  gola,  wspierać  naszych  piłkarzy.  I  jestem  święcie  przekonana,  że  większość  kibiców  na  to  właśnie  czekało.  I  nieważne,  czy  byli  to  zat­ wardziali  fani  piłki  nożnej,  czy  tylko  kibice  od  święta,  gdy  gra  nasza  reprezentacja.  Piłka  nożna,  chociaż  jej  poziom  na  to  nie  wskazuje,  to  nasz  sport narodowy. Kibicujemy, wierzymy,  chociaż  często  wychodzi  jak  zwykle.  Popadamy w jakieś szaleństwo, którego  Krystyna  Janda  nie  rozumie,  ale  to  są  po  prostu  emocje,  bardzo  często  chwilowe,  które  pamięta  się  na  długo.  Jesteśmy,  wierzymy  i  trwamy.  Kultura  kibicowania  podczas  meczów  naszej  reprezentacji  różni  się  od  tego,  co  za­ zwyczaj  się  słyszy  przy  meczach  ek­ straklasy. Kibole odchodzą w odstawkę, 

liczy się  drużyna  z  orzełkiem  na  piersi.  Kibice tym razem się zawiedli. Zawiedli  się  chyba  jednak  przede  wszystkim  nie  na  tym,  że  nie  wyszło,  a  –  odnoszę  wrażenie  –  że  zostali  nieco  zignorow­ ani.  Że  chociaż  trwają  przy  reprezentacji,  ich  kibicowanie  nie  zostało  docenione,  zwłaszcza  przez  piłkarzy.  I  owszem,  słowa,  które  padły  po  meczu,  może  nie  do  końca  zostały  przemyślane, może padły pod wpływem  emocji.  Jednak  wydaje  mi  się,  że  kibicom  należało  się  coś  więcej,  jakiś  rodzaj  wyjaśnienia  albo  przyznania  się,  że  nie  wiedzą,  z  czego  to  wynikło.  Bo  tych  domysłów,  plotek  tym  razem  było  bardzo  dużo.  I  po  mundialu  pozostał  pewnego rodzaju niesmak. I chyba nikt  z  kibiców  nie  wyobrażał  sobie  tego,  że  ten mundial tak się skończy. I to nawet  nie  chodzi  o  to,  że  nie  wyszliśmy  z  grupy,  ale  o  to,  że  gdzieś  ten  duch  walki zapodział się w drodze do Rosji…  Oby  tylko  wrócił  na  jesień,  bo  przed  reprezentacją kolejne spotkania.

Klaudia Chwastek

41


MAGNIFIER 4/2018  

W tym numerze Magnifier przeczytacie m.in. o festiwalu EtnoKraków/Rozstaje, filmie Pawła Pawlikowskiego "Zimna Wojna", a także o fast life i...

MAGNIFIER 4/2018  

W tym numerze Magnifier przeczytacie m.in. o festiwalu EtnoKraków/Rozstaje, filmie Pawła Pawlikowskiego "Zimna Wojna", a także o fast life i...

Advertisement