Page 1


fot. Urszula Mazurowska


3

Maszkety rychtujóm

4

Jodło na łobrozkach

28

Bombóny i zisty

Lody szczawiowo-truskawkowe Owsiano-kokosowe gofry czekoladowe Czekoladowe muffiny daktylowe z serem i borówkami Pomarańczowe ciasto z borówkami bez mąki Wegańska tarta cytrynowa z kokosową bitą śmietaną i owocami

36

Jodło do duszy

6

Ziylono mi

Chłodnik gruszkowo-miętowy z awokado Burgery z zielonego groszku Zielone smoothie bowl Koktajl „Zielona ambrozja” Granita z zielonej herbaty i limonek Mrożona zielona herbata z miętą i limonką

Pan Bialetti i jego kawiarka

38

Letnio zegrodka

Pesto bazyliowe Ziołowe risotto Kopytka z bazylią Sól ziołowa Lody z rozmarynem

52

Meksyk na widelcu – co się jada w tym kraju, a co warto spróbować

Awokado – zielone złoto Meksyku

54

Lufcik na Korbkę, czyli bajki o Śląsku po polsku

Teo, śląski dinozaur

56

Z rybokowego neca

Dorada w soli Łosoś w pomarańczowej glazurze Dorsz w sosie śmietanowo-koperkowym Fishcakes (kotlety rybne) Śledź zapiekany w sosie śmietanowo-chrzanowym Zupa azjatycka z rybnymi pierożkami

64

Ślónzoki rajzujóm

Japonia

67

Poczytejcie bajtlóm

14

Co warzóm u sómsiadów: Szwecyjo

Befsztyki a’ la Lindstroem Köttbullar Fisksoppa – zupa rybna po szwedzku Tort kanapkowy Szafranowe bułeczki lussekatter

44

Szerokim kątem

Kącik fotograficzny

24

„Kawa po wiedeńsku” Kawa po japońsku

Po szychcie, czyli naszo inszo stróna

46

71

Pomidory nadziewane kaszą jaglaną Naleśnik Dutch Baby z pieczonymi pomidorkami Bakłażany pieczone z fetą i pomidorami Domowy ketchup

Taśka

Ino gymizy

Fizymatynta ło kafyju

68

74

Grajfka mom – poradza som

Recepisy za rajom

w numerze:

1

Wstympniok


Maszkety rychtujóm:

Katarzyna Godlewska Sekretarz redakcji, opracowanie graficzne wedlug-lokatej.blogspot.com

Urszula Mazurowska Składmistrzyni, opracowanie graficzne eksperymentsobotni.blox.pl

Magdalena Kozłowska Projekt winiety www.rogalikblog.pl

Bernadeta Jarnot-Manecka mojkulinarnypamietnik.blogspot.com

Anna Poloczek namiotle.pl

Marta Borowiec pass-the-food.blogspot.com

Aneta Wojciechowska planeta-smaku.blogspot.com

Anna Żak ania-od-kuchni.blog.pl

Iwona Starzec decorate-a-cake.blogspot.com

Józefina Hądz goodmoodfood-goodmoodfood.blogspot.com

Małgorzata Gutral osmykolorteczy.blog.pl

Dominika Zagrodzka foodie.blog.onet.pl

Joanna Furgalińska www.furgaleria.pl/blog

Magdalena Bury mrs-berry.blogspot.com

Beata Mazurek viennesebreakfast.com

Magdalena Cielenga-Wiaterek Redaktor naczelna zielenina.blogspot.com

Dagmara Gładysz-Raiwa pocztowkizirlandii.wordpress.com

Anna Mrowiec www.facebook.com/anna.mrowiec.969

www: magazynmaszkety.pl kontakt: magazynmaszkety@gmail.com


Wstympniok Magdalena Cielenga-Wiaterek redaktor naczelna

Tomaty, zimne piwo, moczenie nóg w jeziorze i inne maszkety dla ciała i duszy. Lato, moi drodzy, lato przyszło! W tym roku oczekiwane chyba wyjątkowo po mocno długiej, zimnej i paskudnej wiośnie. Momentami miałam obawy, czy w ogóle jeszcze w tym roku będzie ciepło! Nie wiadomo, jak długo te przyjemne warunki zagoszczą, więc korzystajmy! Jedzmy, pijmy, piknikujmy, wyjeżdżajmy, a wszystko w towarzystwie letniego numeru, jak zawsze gryfnych Maszketów!

rybokowy nec – sieć rybacka zegrodka – ogródek Maszkety

3


Maszkety

4


Maszkety

5


Ziylono mi Iwona Starzec

Lato! Temperatura wzrasta, słońca coraz więcej, a my jesteśmy szczęśliwsi. Na targach roi się od sezonowych warzyw i owoców, można zobaczyć wszystkie kolory tęczy, od czerwonego po fioletowy. Częściej kombinujemy w kuchni z różnymi składnikami, łączymy różne smaki i kolory. Dla mnie osobiście kuchnia letnia, to kuchnia lekka, prosta, z użyciem sezonowych składników. W tym dziale skupiłyśmy się na kolorze zielonym, chcemy wam pokazać, że zielony w kuchni nie jest tylko szpinak czy sałata. Jest wiele odcieni, jak i wiele możliwości użycia, skomponowania zielonych składników. Znajdziecie przepisy na coś orzeźwiającego, coś na śniadanie, jak i na letni obiad na dworze.

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Chłodnik gruszkowo-miętowy z awokado 1 awokado, 500 ml schłodzonego soku gruszkowego, liście z 4 gałązek mięty, sok z 1 limonki Awokado kroimy na pół, usuwamy pestkę. Miąższ wybieramy łyżką, przekładamy do blendera. Dodajemy sok gruszkowy, listki mięty i sok z limonki. Blendujemy. Podajemy od razu. Maszkety

6


– ZI Y LONO MI –

Maszkety

7


– ZI Y LONO MI –

Maszkety

8


– ZI Y LONO MI –

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Burgery z zielonego groszku (5-6 burgerów)

450 g mrożonego (lub świeżego) groszku, 300 g ugotowanej ciecierzycy (lub z puszki), 1 żółtko, 1 łyżka bułki tartej lub panco, ½ łyżeczki zielonej pasty curry, ½ łyżeczki pasty z trawy cytrynowej, garść świeżej kolendry, 1 dymka, sól, pieprz, olej Ciecierzycę odcedzamy na sicie. We wrzątku gotujemy groszek przez 2-3 minuty, przelewamy zimną wodą i odcedzamy starannie. Ciecierzycę i groszek tłuczemy na purée lub miksujemy niezbyt dokładnie. Do masy groszkowej dodajemy żółtko, panco, pastę curry, trawę cytrynową oraz drobno posiekaną dymkę i kolendrę. Mieszamy dokładnie. Zwilżonymi dłońmi formujemy 5-6 dość dużych, spłaszczonych burgerów. Na rozgrzaną patelnię wylewamy półcentymetrową warstwę oleju i smażymy burgery z obu stron na złoty kolor. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na ręczniku papierowym. Bułkę do hamburgerów przekrawamy na pół i grillujemy na złoty kolor. Opieczone bułki smarujemy majonezem lub aioli. Układamy liście sałaty, plastry pieczonego buraka, burgery z groszku i rukolę z piórkami czerwonej cebuli (można skropić je oliwą i sokiem z cytryny). Całość przykrywamy drugą połówką bułki posmarowaną sosem. Serwujemy od razu po przygotowaniu.

Maszkety

9


– ZI Y LONO MI –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Zielone smoothie bowl 1 banan, 100 ml mleka roślinnego (kokosowe, ryżowe), 1 kiwi, 2 garści jarmużu, sok z ½ limonki, 1 łyżka młodego jęczmienia (opcjonalnie, do dekoracji: truskawki, kiwi, płatki kokosa, orzechy nerkowca, nasiona chia) Wszystkie składniki na smoothie umieszczamy w kielichu blendera i miksujemy na gładką masę. Przelewamy do miseczki i dekorujemy wybranymi dodatkami.

Maszkety

10


– ZI Y LONO MI –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Koktajl „Zielona ambrozja” ½ melona miodowego, 2 kiwi, 200 g zielonych winogron bezpestkowych, kilka gałązek mięty, kostki lodu do podania Melon obieramy i usuwamy pestki, kroimy na mniejsze kawałki. Kiwi obieramy i również kroimy. Przekładamy pokrojone owoce do blendera, dodajemy winogrona i listki mięty i dokładnie miksujemy. Podajemy z kostkami lodu. Maszkety

11


– ZI Y LONO MI –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Granita z zielonej herbaty i limonek 2 łyżki suszonych listków zielonej herbaty, 75 g cukru, sok z 1 limonki, listki mięty do dekoracji Liście herbaty zalewamy 200 ml wrzątku i parzymy przez 1 minutę. Napar wylewamy. Ponownie zalewamy 400 ml wrzątku i odstawiamy na 4 minuty. Przecedzamy przez sitko. Dodajemy cukier i sok z limonki. Studzimy. Przelewamy do płaskiego naczynia i wstawiamy do zamrażarki na 6 godzin. Co godzinę dokładnie mieszamy (gdy granita jest już mocno zmrożona, rozdrabniamy ją widelcem). Podajemy ozdobioną listkiem mięty.

Maszkety

12


– ZI Y LONO MI –

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Mrożona zielona herbata z miętą i limonką ok. 2 l napoju

2-3 łyżki liści zielonej herbaty, 3 soczyste limonki, pęczek mięty, cukier lub miód, lód w kostkach Zagotowujemy ½ l wody. Odstawiamy na minutę i dodajemy liście herbaty. Parzymy pod przykryciem około 10-15 minut, a następnie odcedzamy i studzimy. Powstałą w ten sposób esensję herbacianą rozcieńczamy wodą, dodajemy skórki oraz sok z limonek, a także lekko zmiażdżone gałązki mięty. Słodzimy do smaku cukrem lub miodem i dodajemy lód w kostkach. Maszkety

13


Co warzóm u sómsiadów:

Szwecyjo

Myśląc o sąsiadach Polski rzadko kiedy traktujemy Skandynawię jako jednego z nich – nic dziwnego, w końcu między nami spora odległość i morze do pokonania. Na szczęście w XXI wieku, dzięki obecności promów oraz samolotów, dystans jest znacznie krótszy, a my możemy wyskoczyć do Sztokholmu czy Trondheim na weekend, podobnie jak do Pragi, Lwowa czy Berlina. Właśnie dlatego postanowiłyśmy w naszej redakcji potraktować kuchnię skandynawską jako kuchnię sąsiedzką Tekst i zdjęcia: Katarzyna Godlewska Nie jest to temat łatwy ani popularny. O ile fascynacja Włochami sprowadziła do Polski kuchnię włoską, a w każdym większym mieście można znaleźć klasyczną marinarę z oryginalnych składników, fascynacja Azją zapewniła wybór pierożków mandu, ramenu i nauczyła Polaków sprawnie posługiwać się pałeczkami, tak zainteresowanie Skandynawią  – tak modne i zyskujące coraz większą popularność w ostatnich latach  – zapewniło nam tylko… piękne scandi  – wnętrza idealnie nadające się na Instagrama oraz uwielbienie dla klopsików z pewnego marketu meblowego. A szkoda, i to wielka, bo historia i kultura Skandynawii jest

Maszkety

14

bardzo ciekawa, niezwykle istotna w historii Europy, a także Polski. Jednym z najciekawszych muzeów w stolicy Szwecji jest muzeum okrętu Vasa, statku, który niestety zatonął (z powodu błędów konstrukcyjnych) tuż po wypłynięciu z portu w swój pierwszy, reprezentacyjny rejs. Choć może z punktu widzenia Polski dobrze, że tak się stało, bo okręt był szykowany do ataku m.in. na nasz kraj w trakcie Wojny Trzydziestoletniej. Przyznam, że ciężko uwierzyć, że naród pochodzący od Wikingów, królów mórz, wybitnych żeglarzy i zdobywców z czasów średniowiecznych, doprowadził do takiego wypadku.


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

Odizolowanie od pozostałych terenów Europy i otoczenie morzami miały ogromny wpływ na historię Skandynawii, a w efekcie na jej kulturę, również kulinarną, którą możemy poznawać obecnie. Srogi klimat, skaliste tereny, rozległe lasy i otoczenie przez wodę sprawiły, że kuchnia skandynawska nie jest najbardziej wyszukaną kuchnią świata, a dodatkowo dość ubogą w owoce i warzywa. Warto również wspomnieć, że kuchnie poszczególnych krajów skandynawskich różnią się między sobą raczej szczegółami niż kompletną charakterystyką. W każdej z nich podstawą są ryby oraz mięso. Jednak wbrew pozorom ryby nie zawsze są świeże, bo Skandynawowie mają w zwyczaju je suszyć oraz… kisić. Jedno z flagowych dań tj. gravlax, zawdzięcza swoją nazwę zakopywaniu łososia, tak, by nieco sfermentował. Dziś, na szczęście, ryba jest peklowana z cukrem i koprem. Biada jednak temu, kto w trakcie zakupów w sklepie wybierze puszkę z surströmming lub rakfisk (kiszone/fermentowane odpowiednio śledzie oraz pstrągi)! Nie martwcie się jednak, w tym numerze zdecydowałyśmy się na bezpieczną, ale przepyszną i bardzo bogatą zupę rybną tzw. fisksoppa. Kolejnym zaskoczeniem mogą być potrawy mięsne, bo oprócz tradycyjnych z kurczaka, wieprzowiny czy wołowiny, często spotkać można jagnięcinę oraz mięso z renifera lub łosia, a dość rzadko tak popularne w Polsce indyki i kaczki. W tym numerze polecamy befsztyk, czyli biff à la Lindström. Znacznie mniejszy wybór jest wśród tradycyjnych potraw z warzyw, bo w Skandynawii królują ziemniaki oraz kapusta. Ziemniaki podawane są w przeróżnych formach, od puree przez placki do ziemniaczanego nadzienia w pierogach. My wybrałyśmy przepis na sałatkę ziemniaczaną, która będzie świetnym dodatkiem do najbardziej znanego, skandynawskiego dania – wyżej już wspomnianych klopsików  – godaste köttbullarna med potatissallad med ägg och gräslök. W naszym menu nie zabraknie również słodkości, bo czym byłaby szwedzka fika* bez słodkich przekąsek? Niezależnie, czy są to drobne ciasteczka czy

semla (słodka bułeczka wypełniona masą z migdałów i bitą śmietaną, odpowiednik naszych pączków na skandynawski Tłusty Wtorek), słodkie wypieki muszą się pojawić. Co prawda nie przygotowałyśmy kanellbullar, czyli bułeczek ślimaczków lub plecionek z cynamonem, a bułeczki szafranowe, tradycyjnie przygotowywane w Adwencie z okazji święta św. Łucji. A gdybyście po tej podróży jeszcze byli głodni, to zachęcamy do wypróbowania przepisu na smörgåstårta, czyli tortu kanapkowego. Mam nadzieję, że udało nam się zaciekawić Was tematem kuchni skandynawskiej, bo zapewniam – północ Europy ma znacznie więcej do zaoferowania niż białe, minimalistyczne wnętrza. *Fika – szwedzki obyczaj mający charakter instytucji społecznej. Oznacza przerwę w pracy lub innej działalności w celu wypicia kawy lub innego napoju z przekąskami w towarzystwie znajomych, przyjaciół lub rodziny. Ta tradycja ma wielkie znaczenie dla Szwedów, bowiem Szwecja jest jednym z największych konsumentów kawy na świecie. Podczas fiki do kawy serwowane są głównie słodkości, czasem kanapki lub inne przekąski. Najpopularniejszym dodatkiem są bułeczki cynamonowe. [źródło: Wikipedia]

Maszkety

15


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO – przepis i zdjęcie: Urszula Mazurowska

Befsztyki a’ la Lindstroem na 5-6 porcji

500 g mielonego mięsa, 1 jajko, 4 łyżki posiekanych marynowanych buraczków (3 nieduże buraki), 1 średnia cebula, 1,5 łyżki posiekanych kaparów, 2 łyżki śmietany, 2 łyżki soku z buraków, sól, pieprz, 2 łyżki masła, olej do smażenia, ewentualnie bułka tarta Cebulę drobno siekamy i szklimy na maśle. Przestudzoną łączymy z pozostałymi składnikami. Jeśli masa jest zbyt rzadka, dodajemy trochę bułki tartej. Doprawiamy solą i pieprzem. Formujemy kotlety nie grubsze niż 1,5 cm. Przed smażeniem odstawiamy je na minimum 30 minut, a najlepiej na godzinę w temperaturze pokojowej. Smażymy po 5 minut z każdej strony. Podajemy z ziemniakami z wody z dowolnymi sezonowymi warzywami i sosem z karmelizowanej czerwonej cebuli lub z sadzonym jajkiem na wierzchu.

Maszkety

16


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

Maszkety

17


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

przepis i zdjęcie: Bernadeta Jarnot-Manecka

Köttbullar 100 g mięsa wieprzowego (zmielonego dwukrotnie), 200 g mięsa wołowego (zmielonego dwukrotnie), 100 g mięsa cielęcego (zmielonego dwukrotnie), 1 cebula, 500 ml śmietanki kremówki, 1 bułka pszenna, 1 jajko, ¼ łyżeczki soli, ⅛ łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu, olej do smażenia, 3 łyżki masła Bułkę wkładamy do miski i zalewamy kremówką. Odstawiamy do czasu, aż bułka nasiąknie i dobrze zmięknie, wtedy rozdrabniamy ją na gładką masę za pomocą drewnianej łyżki. Cebulę siekamy w drobną kostkę i szklimy na 1 łyżce masła i 2 łyżkach oleju, a następnie dodajemy do masy bułczanej. Dokładamy mięso, jajko, sól i pieprz. Całość wyrabiamy na gładką masę. Zwilżonymi w wodzie dłońmi formujemy z masy kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Smażymy, aż się zrumienią, na patelni na rozgrzanym oleju z dodatkiem 2 łyżek masła. Obracamy w czasie smażenia, żeby równo się zrumieniły. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu. Podajemy z purée ziemniaczanym, konfiturą z borówek i ogórkami marynowanymi.

Maszkety

18


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Fisksoppa – zupa rybna po szwedzku 3 porcje

700 g świeżych pomidorów lub 1 puszka pomidorów bez skórki (400 g), 100 g cebuli, 2 ząbki czosnku, 30 ml oliwy, szczypta szafranu, ok. 500 ml bulionu, 500 g filetów ryb morskich (łosoś, dorsz itp), 100 g żywych małży, opcjonalnie kilka krewetek, kilka gałązek świeżego tymianku, sól, pieprz Cebulę oraz czosnek siekamy i podsmażamy lekko na oliwie. Dodajemy obrane ze skórki i gniazd nasiennych, pokrojone w kostkę pomidory i ponownie podsmażamy. Dodajemy szafran, tymianek i gorący bulion. Gotujemy na wolnym ogniu pod przykryciem przez około 10-12 minut. W tym czasie kroimy filety rybne w dość dużą kostkę i oczyszczamy małże. Przed końcem gotowania dodajemy małże, a po minucie ryby. Gotujemy przez około 1-2 minuty. W tym czasie małże powinny się otworzyć, a ryby delikatnie ugotować. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem i podajemy ze świeżym pieczywem. Zupa wygląda pięknie, gdy jest podana z kilkoma upieczonymi lub grillowanymi pomidorkami koktajlowymi. Maszkety

19


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO – przepis i zdjęcie: Bernadeta Jarnot-Manecka

Tort kanapkowy 2 pełnoziarniste tostowe chleby nadzienie na pierwszą warstwę: 120 g pasztetu drobiowego, miękkiego, 100 g kremowego serka naturalnego, ½ czerwonej papryki nadzienie na druga warstwę: 100 g szynki konserwowej, kilka zielonych oliwek, sos tatarski nadzienie na trzecią warstwę: ½ puszki tuńczyka w oleju (rozdrobnionego), 3 suszone pomidory w oleju, łyżka majonezu, pieprz mielony do smaku, 2 małe ogórki konserwowe, łyżeczka octu balsamicznego dekoracja: gęsty majonez lub sos tatarski, mieszanka kolorowych sałat, pomidory koktajlowe, ogórek zielony, oliwki, plasterki cytryny, winogrona, koperek świeży Robimy masy w osobnych naczyniach. Pasztet mieszamy z serkiem i pokrojoną papryką. Szynkę i oliwki kroimy drobno i mieszamy z sosem tatarskim. Tuńczyka odsączamy z oleju, rozgniatamy. Ogórki kroimy. Do rozdrabniacza dodajemy suszone pomidory, miksujemy, następnie dodajemy tuńczyka, ogórki, majonez, pieprz, ocet balsamiczny i miksujemy ponownie. Składamy tort. Na tacy wyłożonej folią aluminiową układamy 3 rzędy po dwie kromki chleba. Każdą warstwę smarujemy masą nie oszczędzając, żeby tort nie wyszedł za suchy. Pamiętajmy, że chleb będzie czerpał wilgoć z masy. Na warstwę chleba wykładamy pierwsze nadzienie, przykrywamy nową warstwą chleba, smarujemy drugim nadzieniem i ponownie przykrywamy chlebem, na który wykładamy trzecie nadzienie i przykrywamy ostanią warstwą chleba. Wierzch smarujemy cieniutko majonezem lub sosem tatarskim, boki również. Przykrywamy wszystko folią i odstawiamy na noc. Przed podaniem dekorujemy wg własnego pomysłu, boki możemy obłożyć cienkimi plasterkami ogórka, wierzch przykryć sałatą, kawałkami pomidorów, oliwkami, cytryną, winogronami i posypać koperkiem. Maszkety

20


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

przepis i zdjęcie: Urszula Mazurowska

Sałatka ziemniaczana 1 kg młodych małych ziemniaków, 4 jajka, 1 pęczek zielonej cebulki, 5 ogórków konserwowych sos: ¾ szkl. kwaśnej śmietany, 1 czubata łyżka majonezu, 1 łyżka musztardy, sok z połowy cytryny, ½ pęczka koperku Ziemniaki szorujemy, ale nie obieramy i gotujemy je w osolonej wodzie, odlewamy i pozostawiamy do ostudzenia. Jajka gotujemy na twardo (ok. 10 minut), zalewamy zimną wodą i studzimy. Pęczek zielonej cebulki kroimy w cienkie krążki, a ogórki w jak najcieńsze plasterki. Sos przygotowujemy z posiekanego drobno koperku wymieszanego ze śmietaną, majonezem, musztardą i sokiem z cytryny. Ostudzone ziemniaki mieszamy z sosem oraz cebulką i ogórkami. Pokrojone w ćwiartki jajka dokładamy do ziemniaków, niekoniecznie mieszając. Odstawiamy do lodówki na około godzinę. Maszkety

21


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Szafranowe bułeczki lussekatter 450 g mąki pszennej, 7 g drożdży suszonych, 60 g drobnego cukru trzcinowego, 70 g masła, 220 ml mleka, 1 jajko, 0,3 g szafranu, 1 łyżeczka kardamonu, suszona żurawina, 1 jajko, 2 łyżki mleka W dużej misce mieszamy mąkę, cukier, drożdże i kardamon. Mleko zagotowujemy z rozdrobionym szafranem oraz masłem. Po ostudzeniu dodajemy rozbełtane jajko, a następnie łączymy z suchymi składnikami. Zagniatamy gładkie i elastyczne ciasto. Formujemy kulę, przekładamy do miski wysypanej mąką i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Po tym czasie wyciągamy ciasto, odgazowujemy i dzielimy na 14 równych porcji. Z każdego kawałka formujemy wałek o długości ok. 30-40 cm, a następnie zwijamy go z każdej strony w kształt litery S. Bułeczki przekładamy na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na 30 minut. Następnie w każdy koniec litery S wtykamy po suszonej żurawinie, a bułki smarujemy jajkiem rozbełtanym z mlekiem. Pieczemy w temperaturze 180 °C około 15 minut, aż bułki się zarumienią. Studzimy na kratce. Maszkety

22


– CO WAR ZÓM U SÓMSI ADÓW: SZWECYJO –

Maszkety

23


tekst i zdjęcia: Beata Mazurek

„Kawa po wiedeńsku” Kawa jest symbolem Wiednia, ukształtowała wiedeński styl życia. Bez kawiarni i filiżanki kawowego naparu nie może żyć prawdziwy wiedeńczyk. Towarzyszy mieszkańcom miasta od ponad 300 lat. Pierwsze wiedeńskie kawiarnie – nazywane tu Kaffeehaus, powstały tuż po odparciu Turków spod bram miasta. Jak przekazuje tradycja, początki kawowego romansu zawdzięczają wiedeńczycy naszemu rodakowi, Jerzemu Franciszkowi Kulczyckiemu. To polski szlachcic, parający się kupiectwem, mieszkający w Wiedniu. Znał turecki, a to okazało się bardzo przydatne, gdy wojska Kara Mustafy otoczyły miasto w 1683 roku. Kulczycki zmienił się z kupca handlującego z Turkami, znającego świetnie język i zwyczaje Imperium Osmańskiego w szpiega. Można powiedzieć, że wcielił się w rolę siedemnastowiecznego Bonda. Przekradł się z obleganego miasta do księcia Karola V, przynosząc wieści z będącej w dramatycznym położeniu stolicy. Nie poprzestał jednak na tym, ale jak rasowy 007 kontynuował misję i wrócił do Wiednia, przechodząc ponownie przez obóz turecki. Tym razem przynosił obleganym wiedeńczykom pocieszające wieści o nadciągającej odsieczy. Jego wyczyn i zasługi zostały docenione przez cesarza, który nadał mu tytuł cesarskiego tłumacza, oraz kawał ziemi pod budowę domu. Nagrodził go

Maszkety

24

również Jan III Sobieski po wygranej bitwie. Kulczycki jako nagrodę wybrał sobie niechciane przez nikogo 300 worków z ziarnem kawy. Dobrze wiedział, co robi, znał ich wartość ze swoich kupieckich podróży. Teraz zostało mu przekonać wiedeńczyków do małej czarnej. Tradycja mówi, że to on założył pierwszą kawiarnię w Wiedniu, ale najnowsze badania wymieniają obok niego drugiego kupca, tym razem Ormianina, który prawie w tym samym czasie miał zacząć częstować mieszkańców habsburskiej stolicy kawą. Dzisiaj to nie takie ważne, który z nich pierwszy parzył tu kawę. Ważniejsze jest to, że od lat osiemdziesiątych XVII wieku jej zapach unosi się nad miastem. Zaczęło się od kilku kawiarni, by stać się stylem życia mieszkańców miasta. Przeciętny wiedeńczyk wypija ponad 160 litrów rocznie czarnego naparu. Po szybkim przeliczeniu daje to ponad 800 filiżanek – przyznacie, że to całkiem sporo. Dzisiaj nikt nie wie chyba, ile jest kawiarni w stolicy Austrii. Są w mieście kawiarnie z długimi tradycjami, sięgającymi połowy XIX wieku, staroświeckie w wystroju, ale jest i sporo takich z początku ubiegłego wieku. Znajdziecie oczywiście i nowoczesne, jasne lokale. Wszystkie mają swoich stałych bywalców, bo, podobnie jak dawniej, tak i dzisiaj serce Wiednia bije przy kawowym stoliku. To tu spotyka się ze znajomymi, robi sobie przerwę w pracy, a nierzadko pracuje, dyskutuje, tworzy.


– FIZYM AT Y NTA ŁO K AFYJU –

Wiele z kawiarni pełniło rolę miejsc pracy twórczej dla poetów jak Peter Altenberg, który praktycznie mieszkał w Café Central. Dzisiaj znajdziecie tam jego figurę, siedzącą przy kawiarnianym stoliku. Miejscem długo lubianym przez wiedeńskich twórców była bez wątpienia Café Museum. Otwartą w 1899 roku kawiarnię odwiedzali, spędzając w niej długie godziny, Gustav Klimt, Egon Schiele i Oskar Kokoschka, Otto Wagner – architekt i jeden z twórców wiedeńskiej secesji, którego budynki do dzisiaj zdobią Wiedeń. Mawiało się, że prawdziwy Wiedeńczyk starzeje się razem ze swoją ulubioną kawiarnią i kelnerem, podającym mu kawę. Coś w tym jest nawet dzisiaj. Dostaniecie w Wiedniu bez problemu kawy parzone po włosku jak cappuccino czy kremowe espresso, kawę po turecku przygotowaną w tradycyjnym tygielku. Są tu jednak kawy typowe dla tego miasta, a każda dobra kawiarnia serwuje co najmniej kilkanaście ich rodzajów. Kawa po wiedeńsku jest zawsze podana ze szklaneczką wody. Zamawiając kawę w Wiedniu nie wystarczy powiedzieć „proszę kawę”. Kelner w odpowiedzi na takie zamówienie zrobi zdziwioną i zakłopotaną minę, nie wiedząc, czego oczekujecie. Przybliżę wam najpopularniejsze wiedeńskie kawy. Podstawowa mała czarna to Schwarzer, przypomina espresso, jest podawana w wersji Kleiner (mały) i Grosser (podwójny). Gdy chcecie odrobiny mleka do kawy, zamówcie Braunera  – to Schwarzer podawany z dzbanuszkiem spienionego mleka. Dostaniecie go oczywiście w wersji Kleiner i Grosser.

Mokka to mocna kawa z cremą na górze, czyli wiedeńska wersja espresso. Klasyk wiedeńskich kaw to Melange, moja ulubiona. Jest to mocna kawa, przedłużona odrobiną wody z dodatkiem kapki ciepłego mleka i kleksem spienionego mleka. Jest przepyszna! Verlängerter to mocna kawa jak espresso przedłużona gorącą wodą, czyli wiedeńska wersja Café Americano. Einspänner to wiedeński kawowy pomysł, gdzie w szklance dostaniecie mocną podwójną mokkę z górą bitej śmietany. Fiakier to coś dobrego, gdy trzeba się rozgrzać. Jest to bardzo słodka wersja Einspänner z kieliszkiem rumu dla wzmocnienia oczywiście. Skoro jestem już przy wiedeńskich kawach z wzmacniaczem, to na pewno prym wiedzie tu Maria Theresia, czyli podwójna przedłużona mokka z likierem pomarańczowym, zwieńczona bitą śmietaną. W Wiedniu jest serwowany też ojciec cappuccino, czyli wiedeński Kapuziner. Wieść niesie, że w połowie XIX wieku w Mediolanie austriacki oficer miał zamówić w kawiarni ulubionego Kapuzinera. Jest to mokka doprawiona gorącym mlekiem tak, by przybrała kolor habitu kapucynów z odrobiną bitej śmietany na górze, oprószona czekoladą lub kakao i tak zaczęła się kariera jego włoskiej wersji. Jak sami widzicie, przodek popularnego dzisiaj cappuccino jest jego nieco bogatszą wersją. Ma swoją kawę i inny tutejszy zakon – franciszkanie. Franziskaner to mokka, gorące mleko i bita śmietana w równych proporcjach, podane oczywiście w filiżance. Ceny kawy w austriackiej stolicy zależą od jej rodzaju i miejsca, w którym ją pijecie, a zamykają się w przedziale od 1,5 do 4 euro.

Maszkety

25


– FIZYM AT Y NTA ŁO K AFYJU –

tekst i zdjęcia: Katarzyna Godlewska

Kawa po japońsku Jeśli spytałabym Was o najbardziej popularny japoński napój, jestem pewna, że padłyby dwie odpowiedzi – sake oraz herbata. To z nimi, a szczególnie z tą drugą kojarzymy Japonię – zacienione plantacje u podnóży gór, sencha, tencha, kabusecha, kukicha czy wreszcie ta, która podbija zachodnie kubki smakowe jako świetny dodatek do ciast czy lodów nadający im pięknego, zielonego koloru  – matcha. Żeliwne dzbanki czy ceramiczne czarki to kolejne skojarzenia, podobnie jak tradycyjne ceremonie parzenia herbaty. Biorąc pod uwagę to i ogólnoświatową sławę japońskiej herbaty, tym bardziej można być zaskoczonym, czytając informację, że Japonia jest jednym z głównych importerów kawy na świecie!

Maszkety

26

Historia kawy w Japonii sięga XVII wieku, choć na początku podobno cieszyła się sławą środka na pobudzenie dla… prostytutek. Z czasem stawała się coraz bardziej popularna, aż do czasów obu wojen światowych, kiedy import znacznie zwolnił. Japonia musiała poczekać aż do lat 60., by nastąpił kolejny kawowy boom, który trwa do dziś. Za pierwszą popularyzację kawy odpowiadają miejsca zwane kissaten* – typ kawiarni, które można spotkać do dziś, zachęcające do niespiesznego smakowania napoju, najlepiej w towarzystwie przekąski. Kissaten to miejsca mocno związane z japońską tradycją, nadające wyjściu na kawę wymiar przeżycia czy doświadczenia, a nie zwykłej konsumpcji.


– FIZYM AT Y NTA ŁO K AFYJU –

Drugim typem lokalu, serwującego kawę, są kafe – nowoczesne lokale, których pełno także w Europie.

w Tokio, produkuje większość kawiarskiego sprzętu, który można spotkać na polskim rynku.

Japonia wraz z importem ziaren, zaimportowała wiele zachodnich sieciówek, ze Starbucksem na czele, w których, tak jak wszędzie indziej na świecie, przesiaduje młodzież z produktami oznaczonymi jabłuszkiem nad kubkiem pełnym bitej śmietany.

Wybierając się do Japonii nie warto się o kwestie kawowe martwić – kawiarni jest aż nadto, a dobrą kawę można spotkać często. Tych, którym jej smak jest obojętny, skieruję do najbliższego sklepu, gdzie stoją automaty do serwowania kawy. W razie ostateczności można wybrać automat innego rodzaju – taki z butelkami. W nich również można kupić podgrzaną kawę, tylko, że z puszki. Podgrzewane puszki z herbatą i kawą, zaraz obok zamykanych szklanek z sake na sklepowych półkach, to tylko dwa ciekawe patenty podpatrzone w Japonii.

Dla równowagi warto wspomnieć, że w Japonii można spotkać również wiele kawiarnie serwujące kawę typu speciality, a takie urządzenia jak syfon czy dripper są często typowym wyposażeniem zwykłych kawiarni. Nie jestem pewna, ale myślę, że możemy to zawdzięczać firmie Hario – zapaleni kawiarze na pewno ją kojarzą, bo to właśnie Hario, czyli huta produkująca szkło i ceramikę z siedzibą

* Warto wspomnieć, że kissaten kiedyś były miejscem, w których spożywało się tylko herbatę, zgodnie z tłumaczeniem nazwy „tea-drinking-shop”.

Maszkety

27


Maszkety

28


Anna Poloczek

Nareszcie nadeszło upragnione lato. Czas pachnących słońcem owoców, bukietów warzyw i lekkości w posiłkach. Letnie propozycje na słodkości tym razem w zdrowszej odsłonie. Wypieki i desery bez cukru i białej mąki? Można? Można!!! Są pyszne, słodkie, kolorowe i, co najważniejsze, zdrowsze. Spróbujcie! Zdrowe może być pyszne!

przepis i zdjęcie: Anna Poloczek

Lody szczawiowo-truskawkowe lody truskawkowe: 2 szklanki umytych truskawek (bez szypułek), 100 ml śmietany 30%, 2 łyżki miodu lody szczawiowe: 2 szklanki posiekanych liści świeżego szczawiu, 100 ml śmietany 30%, sok z 1 limonki, 3 łyżki miodu Truskawki, miód i śmietanę (100 ml) miksujemy blenderem. Masą wypełniamy (do połowy) pojemniczki na lody. Wstawiamy do zamrażarki. Szczaw, śmietanę (100 ml), miód i sok z cytryny miksujemy blenderem. Gdy truskawkowa masa się zamrozi, wlewamy na górę masę szczawiowo-limonkową. Spróbujcie każdej masy przed zamrożeniem, gdyby była zbyt kwaśna, można dosłodzić miodem. Maszkety

29


– BOMBÓN Y I ZIST Y –

Maszkety

30


– BOMBÓN Y I ZIST Y –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

przepis i zdjęcie: Iwona Starzec

Owsiano-kokosowe gofry czekoladowe na ok. 6 gofrów

Deser z chia i owocami egzotycznymi około 3 łyżek nasion chia, 200 g mleka kokosowego, owoce w różnych proporcjach: ananas, żółta i czerwona papaja, guava, kokos (lub koktajl egzotyczny z puszki)

160 g mąki owsianej, 50 g mąki kokosowej, 1 łyżka kakao, 1 jajko, 250 ml mleka, 1-2 łyżeczek cukru trzcinowego, ½ łyżeczki proszku do pieczenia, szklanka truskawek. Rozgrzewamy gofrownicę. Mąki mieszamy razem z kakao i proszkiem do pieczenia. Białko oddzielamy od żółtka. Białko ubijamy. Do żółtka wlewamy mleko oraz dodajemy cukier. Wszystko dobrze mieszamy. Następnie dosypujemy przesiane mąki. Wszystko dobrze mieszamy. Jeżeli masa będzie zbyt gęsta, wystarczy dodać odrobinę mleka, jeśli za rzadka, dosypać trochę mąki. Powinna mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany. Gotową masę mieszamy delikatnie z białkiem tak, aby go nie zgasić. Na rozgrzaną gofrownicę wylewamy ok. 2-3 łyżek ciasta. Jeżeli gofry będą przywierać, możecie ją delikatnie posmarować olejem. Gofry pieczemy, aż lekko się przyrumienią, przy czym uważamy, żeby ich nie spalić! Truskawki blendujemy i ewentualnie dosładzamy cukrem lub miodem.

Nasiona chia mieszamy z mlekiem kokosowym i odstawiamy na około 2-3 godziny. Gdy nasiona napęcznieją, przekładamy je do szklanek. Owoce odsączamy z zalewy i układamy na wierzchu deserów.

Maszkety

31


– BOMBÓN Y I ZIST Y –

naturalnie Maszkety

32


– BOMBÓN Y I ZIST Y –

bez cukru

przepis i zdjęcie: Aneta Wojciechowska

Czekoladowe muffiny daktylowe z serem i borówkami na 12 sztuk:

100 g suszonych daktyli, 1 jajko, 200 ml mleka, 50 ml oleju, 100 g mąki owsianej, 50 g mąki orkiszowej jasnej, 30 g ciemnego kakao, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, ½ łyżeczki sody, szczypta soli, 150 g twarogu półtłustego, 100 ml jogurtu naturalnego, 2 łyżki ksylitolu, 150 g borówek amerykańskich Daktyle przekładamy do rondla, zalewamy 1 szklanką wody i stawiamy na małym ogniu. Gotujemy, aż daktyle się rozpadną i utworzą gęstą papkę. Blendujemy na gładką masę i odstawiamy do ostudzenia. W misce mieszamy ze sobą mąkę owsianą i orkiszową, kakao, proszek do pieczenia, sodę i sól. Do osobnego naczynia przekładamy purée daktylowe, mleko, olej oraz jajko i mieszamy na jednolitą masę. Mokrą mieszankę przelewamy do suchych składników, mieszając, aż składniki się połączą. Twaróg miksujemy razem z jogurtem i ksylitolem. Do przygotowanych foremek na muffiny nakładamy łyżkę ciasta, łyżkę masy serowej, dodajemy po kilka borówek i przykrywamy kolejną łyżką ciasta. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170°C i pieczemy przez około 25 minut. Maszkety

33


– BOMBÓN Y I ZIST Y –

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Pomarańczowe ciasto z borówkami bez mąki forma 20 cm x 20 cm

2 pomarańcze, 3 jajka, 150 g cukru, 300 g mielonych migdałów lub mąki migdałowej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 200 g świeżych borówek Pomarańcze zalewamy wodą w taki sposób, aby były całkowicie zanurzone. Gotujemy przez około 1 ½ godziny pod przykryciem. W tym czasie woda powinna zredukować się o połowę. Studzimy w powstałym syropie. Następnie wyjmujemy je z wody i miksujemy na gładkie purée. Piekarnik rozgrzewamy do 170ºC. Jajka z cukrem ubijamy mikserem na wysokich obrotach przez 8-10 minut, aż powstanie jasna, gęsta piana. Dodajemy zmiksowane pomarańcze, mielone migdały oraz proszek do pieczenia. Delikatnie mieszamy, tylko do połączenia się składników. Ciasto wylewamy na blachę wyłożoną pergaminem. Posypujemy borówkami i pieczemy przez około 55-60 minut na złoty kolor. Upieczone ciasto pozostawiamy w formie do wystudzenia. Świetnie smakuje z gęstą śmietanką kokosową lub bitą śmietaną. Maszkety

34


– BOMBÓN Y I ZIST Y – przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Wegańska tarta cytrynowa z kokosową bitą śmietaną i owocami spód: 50 g suszonych daktyli, 150 g migdałów, 50 g wiórków kokosowych niesiarkowanych, 1 łyżka oleju kokosowego nierafinowanego Daktyle zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na godzinę. Migdały przekładamy do blendera i miksujemy na kawałki średniej grubości. Dodajemy odsączone daktyle, wiórki kokosowe oraz rozpuszczony olej kokosowy i miksujemy, aż masa stanie się gęsta i lepka. Masę przekładamy do blaszki o średnicy 20 cm (z powłoką nieprzywierającą) i tworzymy spód tarty. Schładzamy w lodówce. masa cytrynowa: 200 g nerkowców, 3 łyżki ksylitolu, sok i skórka z 2 cytryn, 100 g oleju kokosowego nierafinowanego, 1 łyżka agaru, 100 ml wody Nerkowce namaczamy przez całą noc lub zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na godzinę. Odsączone przekładamy do kielicha blendera, dodajemy ksylitol, sok i skórkę z cytryny oraz rozpuszczony olej kokosowy i blendujemy na gładką masę. Wodę zagotowujemy i dodajemy agar, mieszamy, aż proszek się rozpuści. Dodajemy do cytrynowej masy i ponownie miksujemy. Następnie przelewamy masę na schłodzony spód i ponownie chowamy do lodówki na przynajmniej 4 godziny. dekoracja: puszka śmietanki kokosowej, 2 łyżki pudru z ksylitolu, świeże owoce jagodowe (truskawki, borówki, maliny, jeżyny) Śmietanka powinna być porządnie schłodzona, co najmniej przez 2 dni. Do bitej śmietany wykorzystujemy tylko stałą część śmietanki. Ubijamy ją na wysokich obrotach miksera, pod koniec dodając ksylitol. Ubitą śmietaną dekorujemy schłodzoną tartę, na wierzch wykładając świeże owoce. Schładzamy przez 1-2 godziny przed podaniem.

Maszkety

35


– JODŁO DO DUSZY –

Lubię mocną kawę. Najczęściej szybkie espresso z ekspresu ciśnieniowego, piekielnie intensywne w smaku. Kawiarkę długo uważałam za gorszą siostrę. Do czasu. Swoją pierwszą wersję zabrałam na wakacje na wieś, bo nie wyobrażałam sobie już życia bez kawy, a o ekspresie mogłam pomarzyć. Kawiarka dała mi to, czego potrzebowałam – mocny czarny napój jak z kawiarni. To samo zachwyciło Włochów w latach 40. i 50.

Pierwsza kawiarka Kawiarka, zwana też makinetką i kafetierką, została stworzona przez niejakiego Alfonsa Bialettiego (nazwisko brzmi znajomo? Bingo!). Ten włoski inżynier przez wiele lat pracował w zakładach obróbki aluminium. Podobno, tworząc kawiarkę, wzorował się na prostej pralce, w której woda była wypychana przez parę wodną.

Pan Bialetti i jego kawiarka Kawa z kawiarki kojarzy mi się z weekendami. To wtedy mam czas, żeby w spokoju oczekiwać, aż napar będzie gotowy. A potem wypić go z porcją spienionego mleka, bo sobotnią kawę pije się inaczej. tekst: Dominika Zagrodzka, zdjęcia: arch. Bialetti Industrie, www.bialettigroup.it W 1933 roku Bialetti wspólnie ze swoim pracownikiem, Luigim De Pontim, opracował projekt kawiarki, której mechanizm przetrwał do dziś. Później samo urządzenie podlegało zmianom (m.in. rączkę drewnianą zastąpiono plastikową), ale zasadniczy proces przygotowywania kawy pozostał taki sam.

Jak zrobić kawę w kawiarce? Przyrządzenie kawy za pomocą kawiarki jest banalnie proste. Zwróćcie uwagę na stopień zmielenia ziaren – powinny być mniej rozdrobnione niż te do ekspresu ciśnieniowego. Do dolnego zbiornika nalewamy zimną wodę do poziomu zaworu bezpieczeństwa, nie wyżej! Ten mały zawór chroni przed zbytnim wzrostem ciśnienia w urządzeniu. Ciśnienie może po prostu rozsadzić kawiarkę i wtedy zamiast pysznego napoju będziemy mieć moc sprzątania i zepsuty sprzęt.

Maszkety

36

Do sitka wsypujemy zmieloną kawę do ⅔ wysokości. Nie ugniatamy jej, możemy wyrównać powierzchnię delikatnie stukając kawiarką o blat. Nie zostawiajcie też ziarenek na rancie sitka, górny zbiornik musi idealnie przylegać do dolnego. Ważnym elementem kawiarki jest uszczelka, która zapobiega wyciekaniu płynu na boki podczas przesączania się do górnego zbiornika. Na szczęście za kilka złotych można kupić uszczelkę w sklepach stacjonarnych i internetowych. Po nasypaniu kawy zakręcacie górny zbiornik – trzymajcie za cały, a nie za rączkę, którą łatwo można obluzować. Następnie stawiamy kawiarkę na palniku, na małym ogniu. I czekamy. Za ok. 5 min. woda pod wpływem ciśnienia zacznie przepływać przez ziarna kawy i w górnym zbiorniku zacznie się pojawiać brązowy napój. Nie otwierajcie kawiarki przed końcem


– JODŁO DO DUSZY –

tego procesu, chcemy przecież nie uronić ani odrobiny aromatu. Nie powinniśmy też dopuszczać do zagotowania się kawy. Z czasem dojdziecie do wprawy. Kawiarki występują w różnych rozmiarach – weźcie pod uwagę, że podawana na opakowaniu ilość filiżanek odpowiada wielkością włoskim espresso. Warto więc kupić nieco większą kafetierkę.

Designerski hit Początkowo kawiarki nie cieszyły się dużą popularnością. Sprzedaż ruszyła na dobre dopiero pod koniec lat 40., kiedy firmę przejął syn pomysłodawcy kawiarki Renato Bialetti. To on nieco zmodyfikował kształt dolnego zbiornika, żeby był bardziej wytrzymały na ciśnienie, on też zajął się marketingiem firmy. Chciał przekonać Włochów, że za pomocą tego prostego urządzenia mogą w domu cieszyć się kawą identyczną z tą podawaną w kawiarniach. Mieszkańcom Italii to wystarczyło. Przy ich zamiłowaniu do kawy popularność kafetierki była tylko kwestią czasu. Dzisiaj możemy wybierać spośród ogromnej ilości kawiarek. Różnią się nie tylko wyglądem, ale i materiałem, z którego zostały wykonane. Wszystkie jednak bazują na pierwowzorze Bialettiego. Na półkach wypatrujcie tych ze śmiesznym człowieczkiem z wąsem. Charakterystycznego facecika zaprojektował w 1953 roku Paulo Campani, ponoć wzorując się na Renato Bialettim (faktycznie jest podobny!). Człowiek z wąsem zamawiający jedno

espresso, podnosząc palec w górę był maskotką marki, występował w reklamach, a z czasem stał się nieodłącznym elementem logo. Do dzisiaj symbolizującym wysoką jakość. Sama kawiarka uznawana jest za fenomenalny przykład sztuki użytkowej. Stąd też jej obecność m.in. w nowojorskiej MOMA. Chyba jednak bardziej znaczący jest fakt, że znajdziecie kawiarkę w niemal każdym włoskim domu. O tym, jak ważna była dla Renato Bialettiego, nie trzeba przypominać. Kiedy zmarł w wieku 93 lat, jego prochy pochowano w urnie w kształcie kawiarki z logo firmy.

Maszkety

37


Letnio zegrodka Magdalena Kozłowska

Pachnące zioła są wspaniałym dodatkiem do różnego rodzaju potraw. Poprawiają ich smak, dodają aromatu, sprawiają, że nabierają niepowtarzalnego charakteru i wyrazistości. Mają również właściwości zdrowotne. Warto założyć na kuchennym parapecie własny ziołowy ogródek, żeby świeże listki mieć zawsze pod ręką, nie tylko latem, ale przez cały rok. Wiecie, że w Polsce rośnie około stu gatunków ziół? Większość osób używa tylko tych najpopularniejszych. Dlatego poniżej prezentujemy Wam przepisy pełne aromatu płynącego z zielonych dodatków.

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Pesto bazyliowe duży pęczek bazylii, 1 ząbek czosnku, 50 g orzeszków pinii, 50 g parmezanu, 125 ml oliwy extra vergine, sól Orzeszki piniowe prażymy na suchej patelni, aż zaczną się rumienić i intensywnie pachnieć. Przekładamy na talerzyk i pozostawiamy do wystudzenia. Z bazylii obrywamy same listki i umieszczamy w malakserze lub dużym moździerzu. Jeśli chcemy dłużej przechowywać sos, możemy zanurzyć listki na 2-3 sekundy we wrzątku, a następnie przełożyć je do wody z lodem. Takie szybkie blanszowanie sprawi, że sos lepiej się przechowuje i nie ciemnieje. Dodajemy uprażone orzeszki, starty lub pokruszony parmezan, czosnek i krótko miksujemy. Stopniowo dolewamy oliwę, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Pesto powinno być dość gęste, ale płynne, o wyraźnej, grudkowatej strukturze. Solimy do smaku. Gotowe pesto przechowujemy w lodówce zalane cienką warstwą oliwy lub mrozimy w niewielkich pojemniczkach, np. w foremkach do lodu. Maszkety

38


– LETNIO ZEGRODK A –

Maszkety

39


– LETNIO ZEGRODK A –

przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Ziołowe risotto 4 porcje

180 g ryżu arborio, 100 g jasnozielonej części pora, 2 ząbki czosnku, ok. 700 ml gorącego bulionu, 100 ml białego wytrawnego wina, 60 g zimnego masła, 40 g parmezanu, pęczek natki pietruszki, pęczek bazylii, duża garść rukoli, opcjonalnie 1-2 łyżki bazyliowego pesto, skórka otarta z ½ cytryny, 20 ml oliwy, sól, pieprz Por i czosnek siekamy, a następnie szklimy na oliwie. Dodajemy ryż i podsmażamy, aż zacznie robić się szklisty. Podlewamy winem i redukujemy. Od tego momentu zaczynamy podlewać risotto gorącym bulionem – po pół szklanki, stopiowo i często mieszając, aż do momentu, gdy ryż będzie miękki, ale wciąż jędrny. Dodajemy lekko przesiekaną rukolę i natkę. Mieszamy i podgrzewamy, aż zioła zmiękną. Zdejmujemy z ognia i dodajemy zimne masło, skórkę z cytryny oraz starty parmezan. Mieszamy do rozpuszczenia się masła. Opcjonalnie dodajemy 1-2 łyżki bazyliowego, świeżego pesto. W razie konieczności doprawiamy solą i pieprzem. Podajemy natychmiast. Maszkety

40


– LETNIO ZEGRODK A –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Kopytka z bazylią 1 kg ziemniaków, 2 jajka, 400 g mąki pszennej, listki z pęczka bazylii, 2 łyżki masła, sól, pieprz Ziemniaki obieramy i gotujemy w osolonym wrzątku. Bazylię drobno siekamy. Ugotowane ziemniaki przeciskamy przez praskę. Dodajemy jajka i zieleninę. Wyrabiamy ciasto dłońmi, stopniowo dosypując mąkę. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. W dużym garnku gotujemy wodę. Z ciasta formujemy wałeczek i kroimy go ukośnie na paski o szerokości 2 cm. Kopytka wrzucamy do wrzątku, gdy wypłyną na powierzchnię, gotujemy jeszcze kilka minut. Wyjmujemy łyżką cedzakową, odsączamy i podajemy polane rozpuszczonym masłem i udekorowane listkami bazylii.

Maszkety

41


– LETNIO ZEGRODK A –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Sól ziołowa 400 g soli morskiej gruboziarnistej, pęczek świeżej bazylii, skórka otarta z 1 cytryny 200 g soli przekładamy do blendera, dodajemy oberwane listki bazylii oraz startą skórkę z cytryny. Blendujemy do połączenia się składników. Dodajemy pozostałą część soli i ponownie blendujemy. Gotową sól wysypujemy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i pozostawiamy na kilka godzin do wyschnięcia. Możemy również suszyć sól w piekarniku nagrzanym do temperatury 100 °C przez godzinę, mieszając co jakiś czas. Gotową sól przechowujemy w szczelnie zamkniętych słoiczkach. Świeżość zachowuje przez kilka miesięcy. Można również wykorzystać inne zioła, jak tymianek, rozmaryn lub pietruszka. Maszkety

42


– LETNIO ZEGRODK A –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Lody z rozmarynem 250 ml śmietanki 30%, 150 g śmietany 36%, 70 g cukru, 1 łyżka miodu akacjowego, pół laski wanilii, 3 gałązki rozmarynu, 150 g jogurtu naturalnego Śmietanę, cukier, miód, laskę wanilii i rozmaryn wkładamy do rondelka i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy przez chwilę na małym ogniu, ciągle mieszając, a następnie odstawiamy do wystudzenia. Zeskrobujemy nasionka z laski wanilii. Usuwamy gałązki rozmarynu. Mieszamy masę śmietanową z jogurtem i przekładamy do płaskiego pojemnika. Mrozimy przez 5 h, kilkakrotnie w tym czasie mieszając.

Maszkety

43


– SZEROK IM K ĄTEM –

Próbujmy, fotografujmy, szukajmy inspiracji. Niech stanie się nią niniejszy artykuł. Naszą fotograficzną podróż rozpoczniemy od najdroższe Lato nastało nam wreszcie za oknami. W duszy radość, w sercu uśmiech. Nie narzekajmy – cieszmy się ciepłem, słońcem, kolorami i świeżością. Po zimowych mrozach i jesiennych pluchach, aż miło popatrzeć na to całe piękno… To najlepszy czas w roku, szczególnie dla nas – fotografów. Tekst i zdjęcia: Agnieszka Ciszewska Dzisiejszy kącik fotograficzny będzie głównie o obrazie wraz z garścią wyjaśnień, a właściwie zachęty do fotografowania cudnej przyrody. Co w niej jest najważniejsze…? Ulotność chwili, zmienność natężenia światła o poranku i zachodzie słońca, przejrzystość powietrza, kolory, stałość lub przeciwnie  – ruch, linie i kształty, magia momentu tuż przed burzą. Przyroda to także zwierzęta i owady, czyli piękne motyle oraz cudne ptaki, których mnogość kolorów i kształtów zachwyca, a delikatność skrzydełek onieśmiela. To wszystko trzeba pokazać. Uchwycić właściwy moment to podobno sztuka, pokazać coś tak, aby inni się zachwycili… Od czego zacząć? Nie bać się zmienności pogody. Najbardziej magiczne momenty daje nam odpowiednie, miękkie światło wschodu lub zachodu słońca, ale także tego tuż przed burzą lub po jej zakończeniu – mówimy wtedy, że „coś wisi w powietrzu”. Skrajne warunki atmosferyczne to drugie, bo jakże trudno można

Maszkety

44

pokazać ogromny upał, przeszywający chłód lub ścianę deszczu. Kolejna sprawa to cierpliwość – szczególnie ważna przy ptakach, motylach. Poświęcony jednak czas, hektolitry wypitej kawy, to wszystko się opłaci dla jednego wyjątkowego ujęcia. Nie zrażajmy się początkowymi trudnościami. Motyl pijący nektar z kwiatów to wymagający model, szybko się zniechęca, ale … jeśli nie ten to następny. Trzeba próbować do skutku, aż do chwili, gdy zobaczysz fotografię, zanim ją zrobisz. O czym musimy pamiętać? Fotografowanie owadów to mała głębia ostrości (czyli niewielki obszar, w którym obraz jest ostry przed i za obiektem), w ten sposób owad jest wyodrębniony z tła, reszta elementów pozostaje nieostra, czyli nieważna. Obmyślajmy kadr, zwracajmy


– SZEROK – JODŁO IM KDO ĄTEM DUSZY  –  –

uwagę na wszystko, co przeszkadza. Eliminujmy niepotrzebne. Niech nasz model będzie najważniejszy. Jeśli nie motyle, to może ptaki – od czasu, gdy mieszkam na wsi, widzę, jak wiele mieszka ich Polsce, wystarczy przysiąść na parę chwil, a mnogość kolorów ich upierzenia nas zaskoczy. Dobrym sposobem na fotografowanie zwierząt jest wycieczka do lasu. Tu przyda się koc do siedzenia, obiektyw zmiennoogniskowy, aby się nie ruszać z wybranego miejsca. Jeśli nie spotkamy żadnego mieszkańca lasu, to na sto procent trafimy jakieś cudeńko w... zoo, jak przykładowo niemowlę kangura wystawiające nogi z torby odpoczywającej mamy, ruch powłok brzusznych samicy jest zaskoczeniem nie tylko dla dzieci. Wracamy do przyrody  – przestrzeni, krajobrazu, pleneru. Najlepsze jest to, że wszędzie go znajdziemy. Piękne niebo wisi nad nami każdego dnia, polne ścieżki to przyjemność dostępna dla każdego. Najłatwiejszy z tematów, bo nie ucieka, gdy się tam pojawimy, bo nie wymaga krótkiego czasu naświetlania, ani specjalistycznego sprzętu, bo nie krzyczy, gdy jest zmęczone, bo nie uleci niczym motyl. Tak poważnie, krajobraz wymaga statywu lub innej formy unieruchomienia aparatu, szerokiej przysłony, czasu  – dowolnie długi, w zależności od tego, jaki chcemy osiągnąć efekt (rozmazane chmury lub woda to zawsze długi czas ekspozycji, gdy chcemy wszystko zatrzymać w bezruchu użyjemy czasu bardzo krótkiego). Fotografujmy przestrzeń wokół nas, bo wszystko, co nas otacza, jest piękne – wystarczy tylko spojrzeć szerokim kątem.


Magdalena Cielenga-Wiaterek Lato to chyba ulubiona pora wegetarian. Możemy najeść się aż po uszy świeżych warzyw i owoców. Szczególnie lubię tę porę roku za soczyste, pełne smaku pomidory, które w tym numerze królują w gymizach. Momy dlo Wos gryfne przepisy z tomatami w roli głównej, mam nadzieję, że się skusicie!

przepis i zdjęcie: Magdalena Cielenga-Wiaterek

Pomidory nadziewane kaszą jaglaną 8 pomidorów, 100 g surowej kaszy jaglanej, 1 łyżeczka soli, ½ pęczka bazylii, ½ łyżeczki pieprzu Kaszę płuczemy, zalewamy 500 ml wody. Gotujemy do miękkości, odcedzamy. Pomidory wydrążamy (na przykład łyżką do lodów), miąższ drobno siekamy. Mieszamy posiekany miąższ z przyprawami, kaszą i drobno pokrojoną bazylią. Nadziewamy pomidory, podajemy.

Tómaty nafilówane jaglanymi krupami 8 tomatów, 10 deka jaglanych krupów, 1 łeżyczka soli, ½ kiczki bazylije, ½ łeżyczki korzyni Krupy opłukać, zaloć pół litrym wody, uwarzyć do miyntkości, łodcedzić. Ostrzódka z tomatów wytargać, pokroć, wybelóntać z krupami, solóm, korzyniami i posiekanóm bazylióm. Nafilówać tym tómaty. Idzie zarozki jeść. Maszkety

46


– INO GYMIZY –

Maszkety

47


– INO GYMIZY – przepis i zdjęcie: Małgorzata Gutral

Naleśnik Dutch Baby z pieczonymi pomidorkami 2 porcje

naleśnik: 3 jajka, 80 g mąki pszennej, 125 ml mleka, ⅓ łyżeczki soli, szczypta grubo mielonego pieprzu, szczypta cukru, 20 g klarowanego masła, nadzienie: 250 g pomidorków koktajlowych na gałązce, 25 ml oliwy, gałązka świeżej bazylii, pieprz i sól Piekarnik rozgrzewamy do 220ºC. Jajka, mąkę, mleko, ⅓ łyżeczki soli, sporą szczyptę pieprzu oraz cukier umieszczamy w blenderze i miksujemy, aż masa będzie gładka i dobrze napowietrzona. Na ogniu stawiamy żeliwną patelnię o średnicy około 22 cm (lub inną ciężką, którą można wstawić do piekarnika) i dobrze ją nagrzewamy. W międzyczasie układamy pomidorki razem z gałązką w niewielkim naczyniu żaroodpornym, skrapiamy oliwą i oprószamy solą i pieprzem. Na rozgrzanej patelni roztapiamy klarowane masło i wylewamy przygotowane ciasto naleśnikowe. Od razu wstawiamy patelnię do piekarnika. Obok stawiamy pomidorki. Całość pieczemy 15-20 minut lub do momentu, aż naleśnik będzie zarumieniony i wyrośnięty. Wyjmujemy i pozostawiamy na kilka minut, aby opadł. W powstałym wgłębieniu układamy upieczone pomidorki i polewamy powstałym pod nimi sosem. Dekorujemy świeżą bazylią i podajemy. Świetnie smakuje także ze świeżą mozzarellą.

Maszkety

48


– INO GYMIZY –

przepis i zdjęcie: Dagmara Gładysz-Raiwa

Bakłażany pieczone z fetą i pomidorami 2 bakłażany, 6 średnich pomidorów, garść natki pietruszki (lub bazylii), 350 g fety, świeżo zmielony pieprz, odrobina oliwy Piekarnik nagrzewamy do 180°C. Oliwę rozgrzewamy na dużej patelni. Bakłażany kroimy w plastry i smażymy z obu stron ok. 4 min. Sparzone i obrane pomidory kroimy w plastry. Pietruszkę siekamy. Fetę kruszymy. Duże naczynie żaroodporne smarujemy odrobiną oliwy i układamy na dnie warstwę bakłażanów. Pieprzymy, posypujemy połową natki i połową fety. Układamy warstwę pomidorów, które również oprószamy pieprzem. Powtarzamy wszystkie warstwy w tej samej kolejności (bakłażany, natka, feta, pomidory). Naczynie przykrywamy i wstawiamy na 35 minut do piekarnika. Maszkety

49


– INO GYMIZY –

Maszkety

50


– INO GYMIZY –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Domowy ketchup 1,5 kg pomidorów, 1 duża cebula, 2 duże ząbki czosnku, 5 łyżek octu jabłkowego, 2 łyżki cukru trzcinowego, mały pęczek świeżej bazylii, 5 łyżek oliwy z oliwek, sól i pieprz

w 100% naturalny

Pomidory sparzamy wrzątkiem i obieramy ze skóry. Usuwamy gniazda nasienne oraz szypułki, kroimy na mniejsze kawałki. Cebulę oraz czosnek kroimy w drobną kostkę. W garnku z grubym dnem rozgrzewamy oliwę, następnie dodajemy cebulę i smażymy, aż się zeszkli. Dodajemy czosnek i po chwili smażenia dodajemy pomidory z cukrem i octem. Smażymy przez 15 minut. Po tym czasie blendujemy pomidory na gładką masę. Gotujemy przez około godzinę, do uzyskania pożądanej konsystencji. Na 10 minut przed końcem dodajemy posiekane listki bazylii. Gotowy ketchup możemy pasteryzować.

Keczup, kery se idzie zrobić samymu w chałpie 1,5 kilo tomatów, 1 srogo cybula, 2 srogi zómbki czosku, 5 łeżek łoctu ze jabłek, 2 łeżki ciymnego cukru, 1 mało kiczka bazylije, 5 łeżek prawego łolyju, sól i korzyni Tómaty przeloć warym i symnóńć szupy. Pokroć na myńsze kónski, gniozda wyciepać. Cybula i czosnek zesiyc. W gorku z rubym spodkiym zorgrzoć łolyj, dociepać cybula i skwarzić, aż bydzie szklisto. Dociepać czosnek, kapka potym tomaty z cukrym i łoctym. Skwarzić bez 15 minut na malućkim łogniu. Dalij trza to utrzić utrzić blenderym na gładko masa. Warzyć bez godzina do wytyngniyńcio. Po koniec warzynio wciepać pokróno bazylijo. Keczup idzie pasteryzować. Maszkety

51


– MEKSYK NA W IDELCU – CO SIĘ JADA W T YM KR A JU, A CO WARTO SPRÓBOWAĆ  –

Awokado – zielone złoto Meksyku

Na dworze coraz cieplej, a słoneczna pogoda sprzyja piknikom i posiłkom na świeżym powietrzu. Idealną propozycją kulinarną dla tej sielskiej aury jest dojrzały owoc awokado, nazywany zielonym złotem Meksyku tekst i zdjęcia: Dominika V. Nowak

Dlaczego? Bo stamtąd pochodzi (dokładnie z Mezoameryki, czyli m.in. z części dzisiejszego Meksyku), a dojrzałe drzewo potrafi wydać do 500 owoców podczas jednego zbioru (a więc cała ich plantacja to swoista kopalnia złota dla właściciela). Poza tym jedno awokado zawiera tyle składników odżywczych, że jego regularne spożywanie to inwestycja dla zdrowia i ciała. Polski wyraz zaczerpnęliśmy od hiszpańskiego aguacate (drugiej nazwy – smaczliwka, właściwie w ogóle nie używamy). Sami Hiszpanie, którzy dotarli do Meksyku na początku XVI w., swoją nazwę zapożyczyli z jednego z języków indiańskich (nahuatl) – od ahuacatl („jądra”). Dosłownie i obrazowo nawiązuje ono do męskich narządów, bo owoce rosną na gałęzi po dwa obok siebie. Prawdopodobnie z tego Maszkety

52

samego powodu uważany był za symbol płodności i afrodyzjak. Awokado najbardziej kojarzone jest jako produkt spożywczy, choć wykorzystywane jest też do produkcji kosmetyków (olej doskonale nawilża włosy i skórę) oraz w medycynie naturalnej. W meksykańskiej kuchni stanowi składnik popularnego sosu guacamole, jest dodatkiem do ciepłych lub zimnych dań, składnikiem sałatek, farszu do tortillas, koktajli i lodów. Równie często jedzone jest samodzielnie, posypane jedynie odrobiną soli i skropione sokiem z limonki. Oprócz miąższu i oleju, spożywa się także proszek ze zmielonej pestki (dodaje się go do jedzenia). Owoc występuje w wielu odmianach – od malutkich rozmiarów wielkości kurzego jajka do całkiem sporych (większych niż w Polsce).


– MEKSYK NA W IDELCU – CO SIĘ JADA W T YM KR A JU, A CO WARTO SPRÓBOWAĆ  –

Ma różne odcienie skórki i miąższu. Skórki są gładkie i jasnozielone lub karbowane jak skóra krokodyla, a ich odcień oscyluje od ciemnozielonego do prawie czarnego. Również miąższ ma różny kolor (od zielonego do delikatnie kremowego, niczym masło) i te warianty mogą wpływać na delikatne różnice smakowe. Do Polski awokado dociera z różnych krajów, głównie z Izraela i Hiszpanii. Coraz częściej pojawia się w naszej diecie, choć (jeszcze) nie ma na niego takiego szału, jaki owładnął np. Stany Zjednoczone. Tam awokado to jeden z najmodniejszych produktów, superfood, masowo serwowany w lokalach gastronomicznych. Podawany jest w najróżniejszej formie – np. jako burgery (połówki owocu zastępują tradycyjne pieczywo), koktajl awokadowo-kawowy (miąższ miksuje się m.in. z porcją espresso i mlekiem roślinnym) czy indonezyjski alpokat (Jus Alpukat) – mleczno-awokadowy koktajl z kruszonym lodem (ma wiele wariantów – z syropami, owocami, płynną czekoladą, a nawet z zieloną herbatą). Popularnowsć owocu to efekt jego właściwości (obniża poziom cholesterolu we krwi i dostarcza bogatych składników odżywczych). Zawiera m.in. kwasy tłuszczowe omega-3, likopen, potas, witaminy A, B, C i E, wapń, kwas foliowy, luteinę i błonnik. Spójrzmy więc na niego bardziej pod kątem pełnowartościowej i pożywnej bomby, niż tylko bomby wysokokalorycznej (zawiera sporo tłuszczu). A jakie mogą być propozycje na podanie awokado w polskich warunkach? Wszystkie, jakie przyjdą do głowy. Można z niego zrobić np. wegetariański majonez do kanapek lub sos do sałaty. Wystarczy zmiksować miąższ z owoców z sokiem z limonki, dodać trochę oleju z awokado lub oliwę z oliwek i doprawić solą i pieprzem (polecam też opcjonalnie z ząbkiem czosnku lub odrobiną mielonego chili czy papryką jalapeño – uwaga ostre!). To także idealny składnik porannych, zielonych koktajli. A co zrobić, żeby awokado było dobre do zjedzenia i nie straciło ładnego koloru? Twardy owoc, który kupimy w sklepie, należy odstawić na trzy-cztery dni. Zwykle po tym czasie jest już miękkie i nadaje się do zjedzenia. Przed sczernieniem miąższu uchroni skropienie go sokiem z limonki oraz pozostawienie w nim do momentu podania pestki. Smacznego! Maszkety

53


T

eo, śląski dinozaur

Tekst: Agnieszka Batóg, Aleksanda Wojtyła i pies Korba https://www.facebook.com/lufciknakorbke/ Grafika: Dawid Małek/zvorka.pl Zdjęcia: Jacek Batóg, Michał Buksa/Buksa-foto

Na terenie dzisiejszego Śląska klimat jest upalny, monsunowy. Dwa dinozaury spacerują między wielkimi miłorzębami i paprociami. Rośliny kwiatowe jeszcze nie wyewoluowały. Człowiek pojawi się tu za ponad 200 mln lat. Przez ostatnie dwa stulecia naszej ery będzie poszukiwał kości lądowych zwierząt z ery dinozaurów, próbując odtworzyć tamte dzieje. Niespodziewanie 28 lipca 2008 r. naukowcy ogłaszają: wykopaliśmy fragmenty szkieletu pierwszego polskiego dinozaura drapieżnego. A nikomu wcześniej nieznane Lisowice koło Lublińca, gdzie znaleziono szczątki pradawnych zwierząt, niespodziewanie zyskują niemal światowy rozgłos. Dinozaura z Lisowic paleontolodzy roboczo nazwali smokiem. Maszkety

54

Ale dla nas jest to po prostu... TEO, ŚLĄSKI DINOZAUR! Teo to teropod, ale wcale nie taki groźny i drapieżny. Raczej miły, śmieszny i odrobinę zagubiony. W sobie tylko wiadomy sposób przespał fakt, że dinozaury wyginęły i teraz czuje się bardzo samotny. Pod nosem, którym nie umie puszczać dymu, czym zdecydowanie różni się od smoków, powtarza sobie ulubiony wierszyk: Dinozaury to takie stworzenia, których już od dawna na świecie nie ma? (ale jak to? A ja?!)


– LUFCIK NA KOR BK Ę, CZY LI BA JK I O ŚL ĄSKU PO POLSKU –

Niektóre były duże, wielkości wieżowca, a inne małe, na przykład jak owca Drapieżny tyranozaur był groźny szalenie, jego się bało każde stworzenie Kiedy szedł, ziemia drżała, siał pośród zwierząt strachu bez mała Największe były brontozaury chyba, ich szyje sięgały prawie do nieba Skubały listki z koron drzew, smakował im także mały krzew Pterozaury to gady, które latały, one naszym ptakom początek dały Ichtiozaury to gady pływające, ich rozmiary były imponujące A w Lisowicach, na Śląsku, naukowcy odkryli teropoda – och! Na pewno się nie pomylili Nasz dinozaur był drapieżnikiem Nie pomylisz go z myszką, kogutkiem czy innym słowikiem Teropod raczej był z tych groźniejszych Większych, cięższych i na pewno nie ładniejszych Dinozaury wyginęły miliony lat temu i do dzisiaj nie wiem czemu Krążą na ten temat różne spekulacje i do końca nie wiadomo, kto ma rację…

Czy muzyczny Smok Smoczysław i Strzyga Aga pomogą małemu Teo zrozumieć, kim jest i odnaleźć przyjaciół? Musicie przekonać się sami, a przy okazji odtańczyć z postaciami ze spektaklu Teo, śląski dinozaur (A. Batóg, P. Myszczyszyn, A. Dwojak) szalony taniec dinozaurów! Maszkety

55


Bernadeta Jarnot-Manecka

W Polsce jemy za mało ryb… Jak to możliwe, skoro nasz kraj leży nad morzem, a w nim jest ich pod dostatek? Czy boimy się przyrządzać ryby, czy może one nam nie smakują? Jesteśmy narodem, ktory kocha wieprzowinę, a ryby jadamy tylko od święta, głównie w Wigilię. Fakt – ryby są drogie, co również powoduje, że rzadko po nie sięgamy. Poza tym najczęściej zabijamy ich smak, panierując i smażąc na patelni w głębokim tłuszczu. A przecież z dorsza, morszczuka czy łososia można wyczarować dania jak z najlepszej restauracji. Tym bardziej, że obecnie sklepy oferują nam całą gamę od naszych bałtyckich, przez słodkowodne, a na egzotycznych kończąc. Korzystajmy więc z tego dobrodziejstwa, omijając tylko sławetną pangę, która poza toną radioaktywnych pierwiastków wiele dobrego do naszego organizmu nie wniesie. Tymczasem statystyczny Polak zjada rocznie 13 kg ryb (w tym statystykę podwyższa zdecydowanie świąteczny karp), gdy przeciętny Norweg zjada ich aż 21 kg. W Japonii stałym punktem jadłospisu są ryby i owoce morza. Może dlatego Japończycy żyją dłużej niż my i rzadziej cierpią na choroby układu krążenia czy miażdżycę? Przecież zawarte w rybach kwasy omega-3 mają dobroczynne dla nas działanie, bo obniżają ciśnienie krwi oraz poziom cholesterolu i trójglicerydów, chronią nasz układ krążenia i zmniejszają ryzyko wystąpienia zawału serca. Na dłuższą metę mogą być stosowane jako element profilaktyki zdrowotnej, bo mogą zapobiegać rozwojowi chorób cywilizacyjnych  – nadciśnienia, miażdżycy, chorób układu krążenia. Większość diet opartych jest na rybach; bycie fit to sięganie po ryby, nie po kotlety. Dlatego chcemy zachęcić wszystkich was do kupowania ryby częściej niż raz w roku i przygotowywania z nich pysznych dań. Ryba nie musi byc tylko smażona, z niej zrobimy pyszne kotlety, gulasze, zupy rybne. Ryby możemy przygotować na parze, w papilotach czy udusić w sosie curry. W przyrządzaniu ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia, a ta zazwyczaj jest nieskończona. Jedzmy ryby – nasze zdrowie nam za to kiedyś podziękuje.


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Dorada w soli 2 świeże dorady (wyczyszczone), 1 kg gruboziarnistej soli morskiej, 4 białka jaj (1 lub 0), 2 łyżki ziaren kolendry, 1 łyżka ziaren kopru włoskiego, skórka otarta z 2 cytryn Przyprawy mielimy w blenderze. Dodajemy sól oraz skórkę z cytryny i ponownie blendujemy na drobny miał. Rybę płuczemy i osuszamy ręcznikiem papierowym. W dużej misce ubijamy białka na sztywną pianę, łączymy z solą. Dużą blachę wykładamy papierem do pieczenia. 4-5 łyżek masy solnej rozprowadzamy tworząc warstwę grubości około 1 cm, a następnie wykładamy na nią rybę. Do środka ryb możemy włożyć plasterki cytryny oraz świeżą pietruszkę lub tymianek. Pozostałą część masy solnej wykładamy na ryby, tworząc szczelną pierzynkę, pomijając głowę i ogon. Pieczemy w temperaturze 200°C przez 25-30 minut. Po upieczeniu kruszymy warstwę soli, ściągamy skórę i oddzielamy samo mięso ryby. Podajemy od razu.

Maszkety

57


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Dagmara Gładysz-Raiwa

Łosoś w pomarańczowej glazurze 4 filety z łososia, 4 łyżki naturalnego miodu, 4 łyżki sosu sojowego, sok i skórka otarta z 1 pomarańczy, 1 łyżeczka oleju sezamowego, 1-2 łyżeczki sosu sriracha, olej W misce mieszamy miód, sos sojowy, sos sriracha, olej sezamowy oraz sok i skórkę z pomarańczy. 4 łyżki marynaty przekładamy do osobnej miseczki i odstawiamy na później. Łososia zanurzamy w misce z marynatą i odstawiamy na ½ h, pamiętając, by obrócić mięso po 15 minutach. Piekarnik nagrzewamy do 200°C (180°C z termoobiegiem). Blaszkę wykładamy folią aluminiową, którą smarujemy cienką warstwą oleju. Filety układamy na blaszce skórą do dołu i pieczemy (na środkowej półce) ok. 18 minut. Przełączamy piekarnik na funkcję grillowania i zwiększamy temperaturę. Wyjmujemy blaszkę z łososiem, smarujemy mięso pozostałą marynatą, wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy jeszcze 2 minuty (na najwyższej półce), aż brzegi ryby zaczną się brązowić. Podajemy z ryżem i warzywami. Maszkety

58


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Magdalena Kozłowska

Dorsz w sosie śmietanowo-koperkowym 3-4 filety z dorsza, sok z połówki cytryny, 1 cebula, 2 łyżki masła, 2 łyżki oleju, 1 łyżka mąki, 125 ml bulionu, 4 łyżki śmietany, pęczek koperku, sól, pieprz Sos: masło rozpuszczamy w rondlu, wsypujemy mąkę i przez kilka sekund podsmażamy, cały czas mieszając. Dolewamy bulion. Cebulę trzemy na drobnych oczkach tarki, koperek siekamy i dodajemy do sosu. Dodajemy śmietanę i doprawiamy do smaku. Doprowadzamy do wrzenia i odstawiamy. Naczynie żaroodporne smarujemy olejem. Filety kroimy na kawałki i układamy w naczyniu. Skrapiamy je sokiem z cytryny, oprószamy solą i pieprzem. Sos rozsmarowujemy na rybie i zapiekamy 25 minut w 180°C. Podajemy gorącą z dodatkiem np. pieczywa.

Maszkety

59


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

Maszkety

60


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Dagmara Gładysz-Raiwa

Fishcakes (kotlety rybne) 450 g mączystych ziemniaków, 450 g filetów z dorsza (bez skóry), 2 łyżki posiekanego estragonu, skórka otarta z 1 cytryny, 2 łyżki kremówki, 1 łyżka mąki, 1 rozbełtane jajko, 120 g bułki tartej, 4 łyżki oleju, sól, świeżo zmielony pieprz Umyte ziemniaki kroimy na kawałki i gotujemy w osolonej wodzie ok. 15-20 minut. Odcedzamy i tłuczemy. Filety układamy na patelni z wysokim brzegiem, wlewamy tyle wody, by przykryć ryby, wstawiamy na średni ogień i zagotowujemy. Gdy woda zawrze, zmniejszamy temperaturę, przykrywamy i gotujemy ok. 5 minut. Ryby wyjmujemy łyżką cedzakową i układamy na talerzu. Gdy przestygną, dzielimy na mniejsze kawałki, upewniając się, że nie ma w mięsie ości. Rybę mieszamy z ziemniakami, estragonem, skórką z cytryny i kremówką. Przyprawiamy solą i pieprzem. Kotlety formujemy ręcznie lub przy pomocy praski. Oprószamy mąką, a następnie panierujemy w jajku i bułce tartej. Kotlety układamy na blaszce i wstawiamy do lodówki przynajmniej na 30 minut. Olej rozgrzewamy na patelni. Smażymy kotlety na średnim ogniu ok. 5 minut z każdej strony.

Karminadle z ryby 45 deka kartofli, 45 deka filetów z dorsza (bez skóry!), 2 łeżki siykanego estragonu, skórka utrzito z 1 citróny, 2 łeżki śmiytónki kremówki, 1 łeżka mónki, 1 rozfyrlane jajco, 120 g trzityj żymły, 4 łeżki olyju, sól, korzyni Kartofle łobmyć, łoszkrobać, pokroć na kónski, uwarzyć w wodzie ze solóm i posztamfować. Filety wrazić do tygla z wysokim rantym, zaloć wodóm, doczkać aż zawre, a potym warzić bez 5 minut pod deklym na myńszym łogniu. Filety poleku wyłónaczyć na talerz cedzakowóm łyżkóm. Pokroć na myńsze kónki i wyketłać z kartoflami, estragonym, skórkóm z citróny, śmiytónkóm, solóm i korzyniami. Karminadle ukulać, posuć monkóm i paniyrować w jajcu i trzityj żymle. Poukłodać na blasze i wrazić na 30 minut do kilszranku. Karminadle skwarzić na olyju po 5 minut z kożdyj stróny. Maszkety

61


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Urszula Mazurowska

Śledź zapiekany w sosie śmietanowo-chrzanowym 800 g świeżych niesolonych oczyszczonych śledzi, 1 łyżka soku z cytryny, sól, 1 łyżka masła, ¾ szklanki śmietany 18%, 2 łyżki keczupu, 3 łyżki startego chrzanu, 0,5 łyżeczki łagodnego curry Umyte śledzie skrapiamy od środka sokiem z cytryny i solimy. Układamy je grzbietami do góry w naczyniu żaroodpornym, wysmarowanym masłem. Ze śmietany, keczupu i chrzanu robimy sos, którym polewamy śledzie. Zapiekamy 20-30 minut w piekarniku, rozgrzanym do 200 °C. Im większe śledzie, tym dłużej zapiekamy. Podajemy gorące z ziemniakami.

Harynki z bratruły z zołzóm z krzónu i śmytónki 80 deka harynków (niysolónych!), 1 łeżka zaftu z citróny, sól, 1 łeżka masła, ¾ szklónki śmiytónki, 2 łeżki keczupu, 3 łeżki utrzitygo krzónu, ½ łeżyczki curry Harynki łobmyć, pokropić we pojstrzódku zaftym z citróny i posuć solóm. Trza ich poukłodać w jakim plaskatym gorku abo britfanie puklym ku wierchowi, ino najsamprzód trza britfana natrzić masłym, co by sie niy chyciły. Śmiytónka, keczuć i krzón trza wyfyrlać do kupy i poloć tym harynki. Wrazić do gorkij ruły i piyc 20-30 minut w 200 stopniach. Jak mocie srogi harynki, to se je piyczcie kapka dużyj. Idzie to jeść z gorkimi pelckartoflami. Maszkety

62


– Z RY BOKOWEGO NEC A –

przepis i zdjęcie: Marta Borowiec

Zupa azjatycka z rybnymi pierożkami pierożki (30 sztuk): 400 g mąki pszennej, 1 płaska łyżeczka soli, 250 ml ciepłej wody, 500 g świeżego łososia bez skóry, 2 gałązki selera naciowego, pęczek kolendry, 2 ząbki czosnku, sok z 1 limonki, 2 łyżki oleju sezamowego, dwucentymetrowy kawałek imbiru, starty na tarce Gałązki selera kroimy na większe kawałki i mielimy w blenderze. Dodajemy pokrojonego w kostkę łososia, kolendrę, posiekany czosnek, starty imbir oraz olej sezamowy i sok z limonki, blendujemy na grudkowatą masę. Mąkę pszenną łączymy z solą, dodajemy wodę i zagniatamy gładkie i elastyczne ciasto. Ciasto rozwałkowujemy partiami i wycinamy krążki. Na środek każdego nakładamy łyżkę rybnego farszu, następnie zawijamy, tworząc sakiewkę. Gotujemy na parze przez około 15 minut. zupa: 700 ml bulionu rybnego, dwucentymetrowy kawałek imbiru, 2 ząbki czosnku, 3 liście kaffiru, sok z ½ limonki, 2 łyżki oleju sezamowego, 2 kapusty pak choi, papryczka chili, kiełki fasoli mung Do bulionu rybnego dodajemy obrany kawałek imbiru, rozgniecione ząbki czosnku, sok z limonki oraz liście kaffiru i podgrzewamy na małym ogniu. Papryczkę kroimy w cienkie plasterki, kiełki płuczemy. Liście pak choi gotujemy na parze przez 3-4 minuty. W głębokim talerzu układamy ugotowane pierożki, dekorujemy pak choi oraz kiełkami fasoli mung. Zalewamy bulionem, skrapiamy olejem sezamowym i dekorujemy papryczką chili i świeżą kolendrą. Maszkety

63


– ŚLONZOK I R A JZUJOM –

Japonia

Po długiej podróży jestem zmęczona, mój zegar biologiczny, przestawiony o 7 stref czasowych, wariuje. Z powodu intensywnej klimatyzacji w samolocie jestem przeziębiona, pada deszcz, ale stoję pod świątynią Senso-ji i nie mogę uwierzyć w moje szczęście – jestem w Japonii, wśród kwitnących wiśni! Tekst i zdjęcia: Katarzyna Godlewska O podróży na Daleki Wschód myślałam od pewnego czasu. Po kilku przełożeniach terminu, po kilkunastu zmianach pomysłów i dzięki promocji na bilety do Tokio – zdecydowaliśmy się z mężem spełnić japońskie marzenie. Bilety kupiliśmy w styczniu, około 3 miesiące przed wylotem. Wybraliśmy lot z przesiadką, ale warto przyjrzeć się ofercie naszego polskiego LOT, który oferuje loty bezpośrednie z Warszawy. Warto również śledzić różne promocje, bo bilety do Japonii są dość drogie i liczy się każda zaoszczędzona kwota. Lecieliśmy na początku kwietnia i jest to jeden z najlepszych terminów na odwiedzenie Japonii. Jednocześnie jeden z najbardziej obleganych, bo nie tylko ja marzyłam o zobaczeniu sakury na żywo. Drugim terminem, który zapewnia wspaniałe kolory w trakcie podróży, to październik. Podróży lepiej nie planować w lipcu, czyli w środku lata – nie dość, że może być bardzo gorąco, to również wilgotno z powodu pory deszczowej. Po kraju poruszaliśmy się jedynym słusznym środkiem transportu tj. pociągami. Japonia słynie ze swoich ultraszybkich i punktualnych kolei, a turyści mogą zaopatrzyć się w JR Pass, czyli bilet okresowy, pozwalający

korzystać z większości połączeń Japan Railway wraz z darmową rezerwacją miejscówek. I choć bilet kolejowy również do tanich nie należy, to po 2-3 dłuższych przejazdach się zwraca. Przy tygodniu czy dwóch jeżdżenia daje znaczną oszczędność, zarówno czasu, jak i pieniędzy. Nasz wyjazd trwał 2,5 tygodnia – w sumie 3 dni spędziliśmy w podróży, 15 dni na miejscu. To zdecydowanie za mało, by poznać cały kraj i japońską kulturę, dlatego na dwutygodniowy wyjazd każdy plan zwiedzania będzie dobry. My postanowiliśmy zacząć od Tokio, w którym spędziliśmy pierwszy tydzień. Obecna stolica i największe miasto Japonii oczarowuje. Ma kilka twarzy, a każda z nich jest fascynująca. Z jednej strony to miasto pełne świątyń, parków i ogrodów (Shinjuku Gyoen National Garden, Yoyogi Park, Senso-ji), które zachwycają swoją roślinnością, dają wytchnienie od zgiełku wielkiego miasta i zachęcają do urządzania pikników na trawie lub w płatkach wiśni. Z drugiej, to jedno z najbardziej nowoczesnych miast na świecie, z futurystyczną architekturą (np. Shinjuku czy Roppongi), dzielnicą elektroniczną (Akihabara),

Maszkety

64

jednym z największych skrzyżowań na świecie (Shibuya) i sztuczną wyspą (Odaiba), na którą dojeżdża się autonomiczną kolejką. To także miasto pełne ekstrawagancji, z przestrzenią dla wielu dziwnych pomysłów i nietypowych osób. Zapewnia rozrywkę na tygodnie, zachwyca porządkiem (mimo braku koszy na śmieci na ulicach wszędzie jest czysto!), ale kiedy patrzyłam na nie z wysokości 45. piętra Metropolitan Goverment Building, widziałam ogromną miejską dżunglę, która przy codziennym życiu na pewno potrafi zmęczyć. Planując pobyt w Tokio warto zarezerwować sobie dodatkowe 2-3 dni na wycieczki do okolicznych miejscowości, oddalonych o 1-2 godziny drogi pociągiem. Na południe od Tokio warto wybrać się do Kamakury, w której znajduje się drugi największy posąg Buddy w kraju oraz do Hakone, miasta, z którego można obserwować Fuji. Na północy znajduje się Nikko ze swoimi świątyniami oraz parkiem narodowym. Kolejnym ważnym punktem na naszej trasie była Hiroszima. Zniszczona w wyniku zrzucenia bomby atomowej w sierpniu 1945 roku, obecnie odbudowana przypomina swoją tragiczną historię


– ŚLONZOK I R A JZUJOM –

dzięki obecności Parku i Muzeum Pamięci. Kilkanaście kilometrów na południe znajduje się niewielka wyspa, Itsukushima, znana ze świątyni stojącej na wodzie oraz ogromnej bramy tori, która, zależnie od pływów, znajduje się w wodzie lub można do niej podejść po piasku. Itsukushima to także idealne miejsce na niedługi trekking na szczyt wyspy – Mt. Misen. Ostatnim punktem naszej trasy było Kioto. Warto jednak wspomnieć, że na trasie pomiędzy Hiroszimą a Kioto znajdują się jeszcze Himeji wraz ze swoim biało-szarym zamkiem – największą budowlą tego typu w Japonii, Kobe, Osaka oraz Okunoshima, czyli wyspa królików. Kioto przez dziesięć stuleci było stolicą kraju, a na jego terenie znajduje się ponad 1600 świątyń i kaplic. Do najważniejszych zaliczyć można Kinkakuji, czyli Złoty Pawilon, którego nazwa wzięła się z powodu pokrycia ścian budynku złotem. Miano Srebrnego Pawilonu przyjęła świątynia Zen  – Ginkakuji. W niedalekiej, jak na japońskie warunki, okolicy znajduje się jeszcze Nanzenji , Kiyomizudera wraz z pięknym, drewnianym tarasem oraz Kodaiji. Spacerując pomiędzy ostatnimi czterema świątyniami można zaliczyć również spacer Ścieżką Filozofa. Na południu Kioto znajduje się Fushimi Inari  – kompleks złożony z kilkunastu tysięcy bram tori, którego przejście zajmuje ok. 2 godziny! Warto też na południu odwiedzić Daigoji. Kioto dodatkowo jest znane z dzielnicy Gion, zwanej także dzielnicą gejszy. Wśród tradycyjnych, drewnianych domków

można spotkać przemykające ukradkiem maiko, a czasem nawet geiko. Okolice Kioto to kolejne miejsca warte odwiedzenia – Arashiyama wraz ze swoim bambusowym zagajnikiem oraz Nara, znana ze swobodnie biegających sarenek po parku oraz ogromnej, drewnianej świątyni, w której znajduje się największy posąg Buddy w kraju, to dobry pomysł na wycieczkę. Pisząc o Japonii do magazynu, w którym ważną rolę odgrywają kulinaria, nie sposób nie wspomnieć o jedzeniu. Kuchnię japońską znałam głównie pod postacią

sushi oraz ramenu. Japonia jednak otworzyła przed nami całą gamę smaków oraz potraw, a ja wyjeżdżałam żałując, że nie można się najeść na zapas. Jestem pewna, że dla większości z Was pierwsze skojarzenie z japońską kuchnią to sushi. Maszkety

65

Sushi i sashimi można zjeść tutaj na każdym rogu i w wielu odsłonach restauracji. Zaczynając od najtańszych barów szybkiej obsługi, czyli sushi automatycznego, gdzie zamawiamy poprzez tablet umieszczony nad głową, a nasze zamówienie przyjeżdża na taśmie, przez bary, gdzie z taśmy zdejmujemy to, na co mamy ochotę (a cenę dania pozwala rozpoznać kolor talerzyka), restauracje z zamawianymi zestawami, które na naszych oczach tworzy kucharz, do bardziej ekskluzywnych restauracji z wymyślnymi kompozycjami z najlepszych gatunków ryb. Wszystkie te restauracje łączy


– ŚLONZOK I R A JZUJOM –

zawartość talerza – sushi głównie w postaci nigiri, bo tak popularne w Polsce rolki spotykane są tutaj dość rzadko, oraz sashimi. Kolejną bardzo popularną opcją na obiad są zupy  – ramen, udon oraz kake soba. Często przy wejściu można natknąć się na automat, w którym się płaci za zamówienie, a następnie z biletem udaje się na swoje miejsce, gdzie po kilku minutach pojawia się przepyszna i sycąca zupa.

W niektórych miejscach można spotkać także stoliki z płytami grzewczymi, na których przygotowywane są teppanyaki lub okonomiyaki. A popularnym daniem jest także tempura. Smaki Japonii potrafią zachwycić, choć przyznam, że zupełnie nie polecam tradycyjnych słodyczy. Warto spróbować, jednak podobnie jak matcha (sproszkowana zielona herbata) nie posmakują każdemu.

Maszkety

66

Japonia zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie i chciałabym tam kiedyś wrócić. Być może tylko do Tokio, by poczuć klimat japońskiego miasta, zachwycać się wszystkimi smakami i znów oglądać kwitnące wiśnie, a może kolejnym razem czerwone klony?


Za oknem leje a temperatura nie przekracza 20 stopni, mimo połowy czerwca? Choć wakacje tuż tuż, perspektywy na urlop marne? Nie pozostało nic innego, jak samemu sobie stworzyć namiastkę letniego lenistwa i odpoczynku, najlepiej z dobrą książką tekt: Józefina Hądz Brzuchem do góry Urszuli Palusińskiej to książka idealnie inspirująca do tego, by na chwilę oderwać się od swoich czynności i poleżeć, nie inaczej, jak brzuchem do góry. Zatrzymać się, spojrzeć w niebo, bo być może nad nami, z perspektywy leżaka lub koca, dzieje się coś bardzo ciekawego. Brzuchem do góry to adoracja chwili, spowolnienia i wyciszenia. Wujek czyta gazetę, a przez druk przebijają na twarz promienie słońca, ciocia gotuje ziemniaczki, które spokojnie dochodzą, podczas gdy ona niespiesznie bawi się koralami, podglądając życie toczące się wśród gałęzi. Listonosz oparł rower o drzewo i buja się w hamaku, stolarz podziwia kalejdoskopową mozaikę przez zepsuty dach, harcerze czuwają na warcie, śledząc ścieżkę wzbijającego się w górę dymu. Każda ze scen to pochwała powolności, niespieszna kontemplacja tego, co wokół nas. W czasach, gdzie życie toczy się bardzo szybko i często brakuje nam czasu, by się zwyczajnie zatrzymać, omija nas magia codzienności. A wystarczy na chwilę usiąść na ławce i zamiast po raz kolejny wściubić nos w telefon, zadrzeć głowę do góry, by dostrzec, jak intensywnie życie wrze tuż obok. Urszula Palusińska jest autorką tekstu i ilustracji. Choć te wydają się dość mocno przesycone czernią, mimo wszystko oddają lekkość nastroju i chwili. Każdej scenie odpowiadają dwie ilustracje, jedna z lotu ptaka, pokazująca daną postać, a druga z perspektywy tytułowego brzucha w górze, czyli obraz widziany oczami danej postaci. Karol zwiedzający okolicę, czyli leżący na piasku z podniesioną nogą i widok stopy na tle rozżarzonego słońcem nieba. Emilia pilnująca Euzebka, czyli leżąca na kocu z kapeluszem na twarzy

i widziane przez nią słońce, przebijające się przez splot słomianego kapelusza. Brzuchem do góry to zdecydowanie książka obrazkowa, tekstu w niej mało, ale jest to ilość w zupełności wystarczająca, by nakreślić sceny, które świetnie dopełniają ilustracje. To wystarczy, by poruszyć wyobraźnię, by zatęsknić za kocem wśród traw i słońcem na policzkach. Książka została przez wydawcę zakwalifikowana do kategorii wiekowej 5+, ale mój czteroletni syn bez problemu zrozumiał jej przesłanie i z powodzeniem snuł wraz ze mną historię poszczególnych postaci i świata widzianego z ich perspektywy. Nawet jeśli za oknem po raz kolejny burza z piorunami i aura nie bardzo sprzyja do leżenia w cieniu drzew, ta książka natychmiast silnie rodzi potrzebę poleżenia brzuchem do góry lub do zwyczajnego zatrzymania się przez chwilę i wsłuchania w śpiew ptaków (lub grzmotów burzy). Niechaj ta książka zainspiruje rodziców i dzieci, by zwykłe wyjście na plac zabaw zamienić w pełną odkryć kontemplację świata. Wystarczy rozłożyć koc albo i bez niego, zwyczajnie położyć się na trawie i słuchać, i patrzeć. I nagle okaże się, że wokół nas toczy się równoległe życie, przepełnione, niech zabrzmi to, jak chce, magią. Bardzo polecamy Brzuchem do góry Urszuli Palusińskiej, nie tylko tym spragnionym wakacyjnego lenistwa, ale przede wszystkim tym, którym brakuje ukojenia i równowagi. Wspaniała to lektura, która koi i, paradoksalnie, niemal siłą wycisza. Przeczytajcie i chłońcie letnią aurę, ile się da.

Brzuchem do góry, Urszula Palusińska, Dwie Siostry, 2016

Maszkety

67


Dzisiaj przedstawiam wam Gosię, autorkę bloga Ósmy kolor tęczy. Powiem wam, że na ten wywiad osobiście czekałam. Odkąd Gosia pojawiła się w naszej maszketowej ekipie i zobaczyłam, co tworzy na swoim blogu – od razu wiedziałam, że muszę ją rozpracować i wypytać o to i o tamto.

Iwona Starzec zdjęcie z archiwum bohaterki

Maszkety

68


– PO SZYCHCIE –

Małgosiu, już ponad rok upłynął, odkąd dołączyłaś do redakcji „Maszketów”. Jak podoba Ci się praca przy tworzeniu magazynu? Wiedziałam o „Maszketach” już po publikacji pierwszego numeru, ale byłam przekonana, że zupełnie się nie nadaję, bo co ja wiem o śląskiej kuchni – mniej niż nic – i to dosłownie. Od zawsze przeraża mnie śląska gwara i do dzisiaj niewiele z niej rozumiem. Okazuje się jednak, że nie trzeba być specjalistą od śląskiej kuchni, żeby móc należeć do zespołu, tworzącego magazyn śląskich blogerów. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyjęłyście mnie do swojego grona. Uwielbiam pracę nad kolejnymi numerami, tworzenie coraz to nowych przepisów, zdjęć, a pomysłów mam wiele. Nie jestem pewna, czy udałoby mi się zrealizować niektóre z nich, gdyby nie „Maszkety”.

Cię najbardziej zaskoczyło? Na co dzień nie bywam w takich restauracjach, które zaskakują swoimi daniami, chociaż kilka razy, podczas wypadu z dzieciakami zostaliśmy zaskoczeni... absolutnie niejadalnym daniem, o którym wolałabym raczej bliżej nie opowiadać. Zresztą to tak w ramach małego żartu... A tak na poważnie, to niezmiennie zaskakuje mnie kuchnia molekularna wysokich lotów. Sama się do niej nie wyrywam, ale ten rodzaj magii na talerzu jest w stanie zrobić na mnie niemałe wrażenie. Wiesz jak jest – nie wiesz co jesz, nie masz pojęcia jak to zrobili, ale jest boskie i smakuje fenomenalnie, a do tego jeszcze ten szum morza i unoszący się zapach rozgrzanego piasku – ta harmonia do mnie przemawia, a jeśli jest pyszne, to nawet na pretensjonalne stosiki jestem w stanie przymknąć oko.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam twój blog… Wow! Pierwsze, co rzuca się w oczy – zdjęcia, ale o nich później. Drugie, co zauważyłam to przepisy – nieskomplikowane, dla każdego, na każdą okazję. Tworząc przepisy, czym się kierujesz? Na kim sprawdzasz swoje przepisy? Ojej, bardzo mi miło! Cieszę się, że tak ciepło odbierasz Ósmy kolor tęczy. Rzeczywiście przywiązuję dużą wagę do estetyki zdjęć na blogu i sprawia mi to ogromną przyjemność, chyba nawet większą niż samo gotowanie, ale i to bardzo lubię. Co do przepisów, właśnie o to chodziło, by były jak najmniej skomplikowane, takie coś z niczego, przygotowane z powszechnie dostępnych składników nawet poza wielkim miastem, w kilka chwil – tak, jak gotuje się w domu, dla rodziny, bez zbędnego nadęcia. Moje przepisy nie są i nigdy nie będą pretensjonalne, bo i ja taka nie jestem. Nie lubię misternych konstrukcji na talerzu, zbędnych dekoracji, pianek z lecytyny, czy dziwacznych połączeń, chociaż zdarza mi się zaszaleć. Ostatecznie, wszystko to, co widzisz na zdjęciach, ktoś musiał zjeść, a wiadomo jak jest z rodziną – dzieciaki najbardziej lubią proste dania. To właśnie na nich i na mężu testuję wszystkie moje kulinarne pomysły. Są bardzo wyrozumiałymi testerami i znoszą niemal wszystkie moje fanaberie.

Wracając do zdjęć. Na blogu można przeczytać, że fotografowanie to Twoje hobby. Czy fotografowanie na potrzeby bloga, teraz również do magazynu nie nudzi Ci się? Czy wręcz przeciwnie, odkrywasz ciągle coś nowego? To chyba nie jest w stanie na dobre mi się znudzić. Na dzień dzisiejszy to, co było hobby, powoli przeradza się w pracę, a w życiu nie może trafić się nic lepszego, niż możliwość zarabiania na tym, co się kocha, a ja kocham fotografować jedzenie! Oczywiście, zdarzają mi się gorsze dni. Bywa, że plan zdjęciowy nie układa się tak, jakbym tego oczekiwała, słońce świeci wtedy kiedy nie powinno, a plama na białej serwecie znowu się nie sprała i najchętniej wyrzuciłabym aparat za okno, ale to tylko chwilowe. Odkładam wtedy fotografię na bok, bo wiem, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Wracam do tematu za dzień lub dwa, o ile czas mi na to pozwala i znowu jest świetnie, a nawet lepiej, bo takie odświeżenie umysłu czasami jest niezbędne, żeby nie strzelać z automatu wciąż takich samych zdjęć.

Odnośnie tych wszystkich dekoracji, pianek i innych udziwnień czy też konstrukcji, które czasami widzi się na talerzach w restauracjach, jest coś, co

Kilka razy Twoje zdjęcie trafiło na okładkę naszego magazynu. Jakie to uczucie gdy Twoje zdjęcie trafia na pierwszą stronę? Moja pierwsza okładka trafiła mi się tuż po rozpoczęciu współpracy z „Maszketami”. Ależ ja byłam podekscytowana, miałam pomysł na to zdjęcie i udało mi się zrobić je dokładnie tak, jak planowałam. Wybór twojego zdjęcia na pierwszą stronę Maszkety

69


– PO SZYCHCIE –

to wyjątkowy wyraz uznania. Jeśli ktoś twierdzi, że takie chwile nie robią na nim wrażenia, to albo kłamie, albo nie ma pojęcia, o czym mówi. Nigdy wcześniej moje zdjęcia nie zajmowały tak zaszczytnych miejsc – jest powód do dumy i nie ważne, ile razy jeszcze mi się uda ustrzelić to jedno, jedyne zdjęcie, chyba zawsze będzie mi towarzyszyło to samo podekscytowanie. „Kuchnia przyprawiona szczyptą magii” – tak opisujesz swój blog. Co dla Ciebie jest tą magią w kuchni? Masz jakiś tajemniczy składnik? Kuchnia i gotowanie to taka tajemna magia, swoista alchemia. Tak właśnie czuję gotowanie – coś z niczego – dla mnie to nic innego, niż czarowanie w rzeczywistym świecie – to coś więcej niż wyciągnięcie królika z kapelusza. Mieszasz jedno z drugim i powstaje coś zupełnie niesamowitego, coś nowego, czasem sama jestem zaskoczona osiągniętym efektem – na pewno wiesz, o czym mówię! No i jest jeszcze drugie dno tego hasła i jakkolwiek banalnie to zabrzmi, do gotowania rzeczywiście dodaję swój magiczny składnik – pasję i całe serce, bo uwielbiam to robić. Nasuwa mi się trochę trudne pytanie, ja osobiście miałabym z nim problem. Jeżeli musiałabyś wybrać coś innego niż blogowanie i wszystko co się z nim wiąże? Rzucić to co robisz teraz i wybrać inną dziedzinę? Inną pasję? Odpowiem bez większego namysłu  – podróże. Tak, to byłyby na pewno podróże. Życie rodzinne

Maszkety

70

i prowadzenie firmy to zdecydowanie bardzo statyczne zajęcia. A jeszcze nie dalej jak dwa miliony lat temu, brodząc w lazurowym morzu na południu Francji, wydawało mi się, że będę jeździć po świecie zawsze. I chociaż to właśnie teraz możliwości jest więcej, a ja jestem bardziej świadoma otaczającego mnie świata, to jedyne podróże, jakich doświadczam, to te palcem po przysłowiowej mapie. Gdybym rzuciła wszystko to, co teraz robię, wsiadłabym na jakiegoś osiołka i przemierzyła z nim świat wzdłuż i wszerz. Nie będę ukrywać, że i najadłabym się ciekawych potraw po drodze, i pewnie niejedno zdjęcie bym zrobiła, ale to tak ukradkiem, przy okazji, bo w końcu miałam zdecydować się na inną dziedzinę. Łączenie blogowania z życiem prywatnym. Osobiście wiem, że czasami marzy się o tym, żeby doba miała 30 godzin. Jak to jest u Ciebie? Dajesz radę wszystko połączyć? Nie mam wyboru! Jak powiedziało się A, trzeba mieć siłę powiedzieć B, a ja nie jestem z tych, co się łatwo poddają. Bywa różnie, czasami rzeczywiście chciałabym, aby doba miała co najmniej te 30 godzin, ale zdaję sobie sprawę, że nawet gdyby tak się stało, z pewnością znalazłabym sobie tyle zajęć, że i to byłoby mało. Takie mamy czasy – żyjemy szybko, nieraz coś nas omija, podejmujemy takie, a nie inne decyzje, ale ostatecznie dążymy do upatrzonego celu i u mnie też tak jest. Kiedyś odpocznę – jak sprzedam zdjęcie za milion dolarów, to zabiorę rodzinkę na superwakacje na końcu świata!


Grajfka mom, poradza som

Taska Anna Poloczek

Maszkety

71


– GR A JFK A MÓM – POR ADZA SÓM  –

Do uszycia torby plażowej potrzeba: A. dwa kawałki tkaniny o wymiarach 40 cm x 50 cm (wierzch torebki) B. dwa kawałki tkaniny o wymiarach 45 cm x 50 cm (środek torebki – podszewka) C. dwa kawałki tkaniny o wymiarach 35 cm x 50 cm (kieszenie wewnętrzne) D. dwa paski tkaniny o wymiarach 8 cm x 150 cm (uszy) E. jeden kawałek tkaniny o wymiarach 22 cm x 50 cm (kieszonka zewnętrzna)

2. Na kawałkach podszewki (B) układamy kieszenie (C), spinamy szpilkami, zszywamy na brzegach oraz przeszywamy tak, by utworzyć kieszonki. Kieszonki mogą mieć dowolne rozmiary.

ponadto: nici, nożyczki, miarka krawiecka, szpilki

Kawałki tkaniny (C) na kieszenie wewnętrzne składamy na pół, wzdłuż dłuższego brzegu, lewą stroną do środka i odszywamy wzdłuż złożenia. To będą wewnętrzne kieszenie.

3. Paski tkaniny (D) składamy prawą stroną do środka i zszywamy. Przeciągamy paski na prawą stronę. Odszywamy paski wzdłuż brzegów, będą się ładniej układać. Kawałek tkaniny (E) składamy na pół, prawą stroną do środka (wzdłuż krótszego brzegu) Maszkety

72

i odszywamy wzdłuż złożenia. Na wierzchu torebki (A) układamy kieszonkę tak, aby doły kieszeni i wierzchu pokrywały się, a linia środka kieszeni pokrywała się z linią środkową wierzchu torebki. Ucho torby spinamy z tkaniną szpilkami tak, aby przykrywało brzegi kieszeni (przód torebki). W ten sam sposób mocujemy uszy na tyle torebki (tu już bez kieszonki). Paski (uszy) przyszywamy, zaczynając od dołu, jedynie na długość 20cm. Nie przyszywamy całych pasków! Później zszyjemy je razem z podszewką co wzmocni i usztywni torebkę.


– GR A JFK A MÓM – POR ADZA SÓM  –

4. Składamy razem przód i tył torebki i zszywamy dolną i boczne krawędzie. Aby uformować dno torebki składamy róg torby w taki sposób, aby boczny szew pokrywał się z dolnym, linijką odmierzamy 7 cm i zaznaczamy szpilkami. Można namalować linię, wzdłuż której będziemy zszywać tkaninę. Po zaszyciu odcinamy nadmiar tkaniny. Powtarzamy to samo z drugim rogiem.

zostawić kawałek niezaszyty (ok. 8-10 cm). Składamy części torby prawymi stronami do środka, spinamy szpilkami (lub klamerkami) i zaszywamy. Formujemy dno w podszewce tak samo, jak w wierzchu torby (patrz punkt 4). Przez otwór (niezaszyty bok w podszewce) przewracamy torbę na prawą stronę.

Paski (uszy) spinamy szpilkami do samej góry torebki (tym razem spinamy pasek, wierzch i podszewkę). Zaszywamy w ten sposób każdy pasek.

Odszywamy brzeg torebki. Na samym końcu zszywamy otwór, przez który przewracaliśmy torebkę na prawą stronę. Gotowe!

5. Składamy podszewkę prawą stroną do siebie (B). Zszywamy wzdłuż boków i spód. Ważne, aby w jednym szwie bocznym

6. Modelujemy torebkę. Kawałki tkaniny przeznaczone na podszewkę były trochę większe od kawałków na wierzch torebki, to pozwoli na uformowanie ozdobnego brzegu (fragment podszewki będzie widać na wierzchu torby). Maszkety

73


Recepisy za rajom Bakłażany pieczone z fetą i pomidorami  | 49 Befsztyki a’ la Lindstroem  | 16 Burgery z zielonego groszku  | 9 Chłodnik gruszkowo-miętowy z awokado  | 6 Czekoladowe muffiny daktylowe z serem i borówkami  | 33 Deser z chia i owocami egzotycznymi  | 31 Domowy ketchup  | 51 Dorada w soli  | 57 Dorsz w sosie śmietanowo-koperkowym  | 59 Fishcakes (kotlety rybne)  | 61 Fisksoppa – zupa rybna po szwedzku  | 19 Granita z zielonej herbaty i limonek  | 12 Harynki z bratruły z zołzóm z krzónu i śmytónki  | 62 Karminadle z ryby  | 61 Keczup, kery se idzie zrobić samymu w chałpie  | 51 Koktajl „Zielona ambrozja”  | 11 Kopytka z bazylią   | 41 Köttbullar  | 18 Lody szczawiowo-truskawkowe  | 29 Lody z rozmarynem  | 43 Łosoś w pomarańczowej glazurze  | 58 Mrożona zielona herbata z miętą i limonką  | 13 Naleśnik Dutch Baby z pieczonymi pomidorkami  | 48 Owsiano-kokosowe gofry czekoladowe  | 31 Pesto bazyliowe  | 38 Pomarańczowe ciasto z borówkami bez mąki  | 34 Pomidory nadziewane kaszą jaglaną  | 46 Sałatka ziemniaczana  | 21 Sól ziołowa  | 42 Szafranowe bułeczki lussekatter  | 22 Śledź zapiekany w sosie śmietanowo-chrzanowym  | 62 Tort kanapkowy  | 20 Tómaty nafilówane jaglanymi krupami  | 46 Wegańska tarta cytrynowa z kokosową bitą śmietaną i owocami  | 35 Zielone smoothie bowl  | 10 Ziołowe risotto  | 40 Zupa azjatycka z rybnymi pierożkami  | 63

Maszkety

74


fot. Magdalena Bury


@magazynmaszkety

magazyn Maszkety #13 - lato  

Tomaty, zimne piwo, moczenie nóg w jeziorze i inne maszkety dla ciała i duszy. Lato, moi drodzy, w Polsce jest kapryśne, nie wiadomo, jak dł...

Advertisement