Page 1

Piotr Salata / Na solidnych fundamentach

#11

ISSN 2451-408X

magazyn bezpłatny


madeinswietokrzyskie.pl

Gdzie znajdziecie „Made in Świętokrzyskie”?

KIELCE I OKOLICE: Instytucje: »» Biuro Wystaw Artystycznych (ul. Kapitulna 2) »» Centrum Edukacyjne IPN „Przystanek Historia” (ul. Warszawska 5) »» Centrum Edukacyjne Szklany Dom (Masłów, Ciekoty 76) »» Dom Środowisk Twórczych (ul. Zamkowa 5) »» Delegatura IPN – KŚZPNP (al. Na Stadion 1) »» Filharmonia Świętokrzyska (ul. Żeromskiego 12) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Miedzianej Górze »» Gminna Biblioteka Publiczna w Samsonowie »» Instytut Dizajnu w Kielcach (ul. Zamkowa 3) »» Kielecki Park Technologiczny (ul. Olszewskiego 6) »» Kielecki Teatr Tańca: • Impresariat (pl. Moniuszki 2B) • Szkoła Tańca KTT (pl. Konstytucji 3 Maja 3) »» Kieleckie Centrum Kultury (pl. Moniuszki 2B) »» Muzeum Historii Kielc (Leonarda 4) »» Muzeum Narodowe w Kielcach – Dawny Pałac Biskupów Krakowskich (pl. Zamkowy 1) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Dworek Laszczyków (ul. Jana Pawła II 6) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni »» Pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku »» Regionalne Centrum Informacji Turystycznej (ul. Sienkiewicza 29) »» Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne w Podzamczu »» Świętokrzyski Urząd Marszałkowski (al. IX Wieków Kielc 3) »» Świętokrzyski Urząd Wojewódzki (al. IX Wieków Kielc 3) »» Teatr im. Żeromskiego (ul. Sienkiewicza 32) »» Urząd Miasta Kielce (ul. Strycharska 6) »» Wojewódzka Biblioteka Publiczna (ul. Ściegiennego 13) »» Wojewódzki Dom Kultury (ul. Ściegiennego 2) Uczelnie: »» Politechnika Świętokrzyska (Rektorat, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7) »» Społeczna Akademia Nauk (ul. Peryferyjna 15) »» UJK (ul. Żeromskiego 5, ul. Świętokrzyska 21 i 15, al. IX Wieków Kielc 19) »» Wszechnica Świętokrzyska (Biblioteka, ul. Orzeszkowej 15) »» WSEPiNM (ul. Jagiellońska 109) Hotele/ośrodki SPA: »» Best Western Grand Hotel (ul. Sienkiewicza 78) »» Binkowski Dworek (ul. Szczepaniaka 40) »» Binkowski Hotel (ul. Szczepaniaka 42) »» Hotel Aviator & SPA (ul. Szybowcowa 41) »» Hotel Kongresowy (al. Solidarności 34) »» Hotel Pod Złotą Różą (pl. Moniuszki 7) »» Hotel Przedwiośnie (Mąchocice Kapitulne 178) »» Hotel Tęczowy Młyn (ul. Zakładowa 4) »» Hotel Uroczysko (Cedzyna 44D) »» Odyssey Club Hotel Wellness & SPA (Dąbrowa 3) »» Łysica Wellnes&SPA (Św. Katarzyna, ul. Kielecka 23A) Zdrowie/rekreacja/rozrywka: »» Oaza Zdrowia Agroturystyka i Zielarnia (Huta Szklana 18) »» Centrum Medyczne Omega (Galeria Echo) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Jagiellońska 70) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Szajnowicza 13E) »» Centrum Medyczne VISUS (ul. gen. Sikorskiego 14) »» Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego Empatia (ul. Turystyczna 11, lok. C) »» CH Pasaż Świętokrzyski (ul. Massalskiego 3) »» Fit Mania (os. na Stoku 72K) »» Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE (ul. Żeromskiego 15/2) »» Kino Helios – Galeria Echo (ul. Świętokrzyska 20) »» Kino Moskwa (ul. Staszica 5) »» Klub Squash Korona (Galeria Korona)

»» Kompleks Świętokrzyska Polana (Chrusty, Zagnańsk, ul. Laskowa 95) »» Margaretka Świętokrzyska (Masłów, Brzezinki 83) »» Medicodent Stomatologia (ul. Zapolskiej 5) »» NZOZ Diamed (ul. Paderewskiego 48/15A) »» Ośrodek Jedna Energia (Bieliny, Lechów 142) »» Pływalnia Koral (Morawica, ul. Szkolna 6) »» Rezonans (ul. Zagnańska 77) »» Re Vitae (ul. Wojska Polskiego 60) »» Trychologia Estetica (ul. Chopina 18) »» Strefa Piękna (ul. Leonarda 13) »» Studio Figura Anny Rodak (ul. Piekoszowska 88) »» Studio Figura Kielce Słoneczne Wzgórze (ul. Zapolskiej 5) »» Vita (ul. Jagiellońska 69) Restauracje/kluby/kawiarnie: »» AleBabeczka Cukiernia (ul. Leonarda 11) »» Backstage Restaurant & Bar (ul. Żeromskiego 12) »» Bistro Pani Naleśnik (ul. Słowackiego 4) »» Bohomass Lab (ul. Kapitulna 4) »» BÓ Burgers & Fries (ul. Leśna 18) »» Calimero Café (ul. Solna 4A) »» Choco Obsession (ul. Leonarda 15) »» Klubokawiarnia Inna Bajka (ul. Solna 4A) »» La Baguette (ul. Silniczna 13/1) »» MaxiPizza (ul. Słoneczna 1) »» Pieprz i Bazylia (Plac Wolności 1) »» Plac Cafe (ul. Sienkiewicza 29) »» Restauracja Kielecka (pl. Wolności 1) »» Si Señor (ul. Kozia 3/1) »» Sushi-Ya (ul. Leonarda 1G) Firmy: »» Antykwariat Naukowy (ul. Sienkiewicza 13) »» Auto Motors Sierpień (ul. Podlasie 16A) »» Autocentrum I.M. Patecki (ul. Zakładowa 12) »» Bartocha, Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy (ul. Warszawska 21/48) »» Batero (ul. Pakosz 2) »» Body Shock (Solna 4A/10U) »» By o la la…! (Galeria Korona Kielce) »» Car-Bud (Daleszyce, ul. Chopina 21) »» College Medyczny (ul. Wesoła 19, ul. Sienkiewicza 19) »» Creative Motion (ul. Strasza 30) »» Fabryka Dźwięku (ul. Piotrkowska 39A) »» FMB Fabryka Mebli Brzeziny (ul. Ściegiennego 81) »» Folwark Samochodowy – Hyundai (ul. Sandomierska 233A) »» Folwark Samochodowy – Mitsubishi i Suzuki (ul. Morcinka 1) »» Galeria Korona Kielce (ul. Warszawska 26) »» Grupa MAC S.A. (ul. Witosa 76) »» Księgarnia Pod Zegarem (ul. Warszawska 6) »» Księgarnia Wesoła Ciuchcia (ul. Paderewskiego 49/51) »» Maxi Moda Kielce (ul. Klonowa 55C) »» Optomet Salon Optyczny (ul. Klonowa 55) »» Piekarnia pod Telegrafem (punkty przy ul. Ściegiennego 260, Żytniej 4, IX Wieków Kielc 8C, os. Barwinek 28 i Świerkowej 1) »» Przedszkola Mini College (ul. Świętokrzyska 15, ul. Jurajska 1, ul. Starodomaszowska 20) »» Przedszkole Niepubliczne Zygzak (ul. Olszewskiego 6, budynek Skye) »» Sklep firmowy MK Porcelana (ul. Planty 16B) »» Souczek Design. (ul. Polna 7) »» Studio Sandomierska (ul. Sandomierska 89) »» Swoyskie z Domowej Spiżarni (ul. Okrzei 5) »» ŚZPP Lewiatan (ul. Warszawska 25/4) »» Szybki Angielski (ul. Częstochowska 21/3) »» Targi Kielce (ul. Zakładowa 1) »» Tech Oil Service (ul. Zagnańska 149) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (ul. Solna 6 i ul. Malików 150 p. 3) »» UNLOCKtheDOOR (pl. Wolności 8) »» Wodociągi Kieleckie (ul. Krakowska 64) »» ZDZ (ul. Paderewskiego 55)

»» ZK Motors (ul. Wystawowa 2) Biura podróży: »» Gold Tour (pl. Wolności 3) »» Centrum Last Minute (ul. Kościuszki 24) REGION: Busko Zdrój: »» Czytelnia Szpitala Krystyna (ul. Rzewuskiego 3) »» Hotel Bristol (ul. 1 Maja 1) »» Hotel Słoneczny Zdrój (ul. Bohaterów Warszawy 115) »» Piekarnia pod Telegrafem (ul. Wojska Polskiego 34) »» Recepcja Sanatorium Marconi (Park Zdrowy) »» Recepcja Sanatorium Mikołaj (ul. 1 Maja 3) »» Recepcja Szpitala Górka (ul. Starkiewicza 1) »» ZDZ (ul. Wojska Polskiego 31) Ostrowiec Świętokrzyski: »» Centrum Medyczne Visus (ul. Śliska 16) »» Galeria BWA (al. 3 Maja 6) »» Kino Etiuda (al. 3 Maja 6) »» Miejskie Centrum Kultury (al. 3 Maja 6) »» Niepubliczna Szkoła Podstawowa (ul. Sienkiewicza 65) »» ZDZ (ul. Furmańska 5) Rytwiany: »» Gminna Biblioteka Publiczna (ul. Szkolna 1) »» Hotel Rytwiany Nowy Dworek i Pałac (ul. Artura Radziwiłła 19) Sandomierz: »» Biuro Wystaw Artystycznych (Rynek 18) »» Brama Opatowska »» Centrum Informacji Turystycznej (Rynek 20) »» Zakład Doskonalenia Zawodowego (ul. Koseły 22) Skarżysko-Kamienna: »» Kombinat Formy (ul. Rejowska 99) »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Słowackiego 25) »» ZDZ (ul. Metalowców 54) Solec Zdrój: »» Mineral Hotel Malinowy Raj (ul. Partyzantów 18A) »» Hotel Medical Spa Malinowy Zdrój (ul. Leśna 7) Starachowice: »» Centrum Medyczne VISUS (ul. Medyczna 3) »» Hotel Senator (ul. Krywki 18) »» Starachowickie Centrum Kultury (ul. Radomska 21) »» ZDZ (ul. Kwiatkowskiego 4) »» ZDZ, Centrum Rehabilitacji Medicum (ul. Wojska Polskiego 15) Włoszczowa: »» Dom Kultury (ul. Wiśniowa 19) »» L.A. Language Academy (ul. Żwirki 40) »» Villa Aromat (ul. Jędrzejowska 81) »» ZDZ (ul. Młynarska 56) Ponadto: »» Dom Opieki Rodzinnej (Pierzchnica, ul. Wyszyńskiego 2) »» Dom Spokojnej Książki Stodoła u KOKO (Rżuchów 90) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Łącznej (Czerwona Górka 1B) »» Gospodarstwo Rybackie Stawy (Stawy 2A) »» Miejsko-Gminny Dom Kultury w Końskich (ul. Mieszka I 4) »» Ośrodek Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia (Chroberz, ul. Parkowa 14) »» Piekarnia pod Telegrafem (Pińczów, pl. Wolności 7) »» Terra Winnica Smaku (Malice Kościelne 22) »» Seart Meble z Drewna (Kotlice 103) »» Świętokrzyski Park Narodowy (Bodzentyn ul. Suchedniowska 4) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (Jędrzejów, ul. Głowackiego 3) »» ZDZ w Chmielniku, Jędrzejowie, Kazimierzy Wielkiej, Końskich, Opatowie, Pińczowie, Staszowie


Dzień dobry! Zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia do braku odwagi. Albert Camus

Redakcja „Made in Świętokrzyskie” ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce redakcja@madeinswietokrzyskie.pl www.madeinswietokrzyskie.pl Redaktor naczelna Monika Rosmanowska tel. 506 141 076 monika@madeinswietokrzyskie.pl Sekretarz redakcji Mateusz Wolski tel. 784 136 865 mateusz.wolski@madeinswietokrzyskie.pl Reklama tel. 531 114 340 reklama@madeinswietokrzyskie.pl Skład Tomasz Purski

Historia muzyka Piotra Salaty (bohatera okładki tego numeru „Made in Świętokrzyskie”), który zadebiutował po czterdziestce, i to nie byle gdzie, bo w jednej z największych wytwórni muzycznych, to dowód na to, że nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest za późno na marzenia. Nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że to, co w życiu osiągnęliśmy, powinno nam już wystarczyć do końca. Gdy, nie lubiąc ryzyka, trwamy, odhaczając kolejne, niemal identyczne dni w kalendarzu i czekamy nie wiadomo na co, a czasami nie czekamy już na nic. Nigdy nie jest za późno na zmiany. Wbrew komfortowi, który daje nam stałość, i obawom, że nowe może być od obecnego gorsze. Nawet wówczas, gdy z pozycji mistrza po raz kolejny musimy cofnąć się do pozycji ucznia. I gdy niepewność trzeba przedłożyć nad wygodę. Przyzwyczajamy się do tego, co jest, tak jest bezpieczniej. I nie ma znaczenia, że tkwimy w marazmie, a powtarzalność staje się synonimem miałkości. Tymczasem każda zmiana to coś nowego, świeżego i szansa na lepsze, pełniejsze i ciekawsze życie. A jeśli „to nowe” nie spełni naszych oczekiwań? No cóż… znów można pokusić się o zmianę.

Nigdy nie jest za późno na słowo „przepraszam” i wycofanie się z czegoś, co krzywdzi drugiego. Nigdy nie jest też za późno na naprawienie błędów. Nawet jeśli to trudne i wymaga poświęceń. Bo bycie przyzwoitym i patrzenie na swoje odbicie w lustrze bez uczucia wstydu są lepsze niż doraźna materialna czy wizerunkowa korzyść. Do każdej ewolucji czy rewolucji trzeba jednak dojrzeć. Zmiana musi być potrzebą, nie przymusem. Wystarczy pokonać w sobie lęk i zacząć chcieć. Tylko tyle i aż tyle. Życzę przyjemnej lektury i inspiracji do wielu ciekawych zmian.

Wydawca Marcin Agatowski Fundacja Możesz Więcej ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce

Na okładce Piotr Salata

Monika Rosmanowska Redaktor naczelna

Zdjęcie Tomasz Kordeusz


W numerze 4 Zapowiedzi 6

Czwarta Fala – kabaret 2.0 i nie tylko

Chciałbym pozostać sobą 12

16 Na solidnych fundamentach

Rudawe serducho Artura Pontka

O muzyce bez podpierania opowiada Piotr Salata

Rekin ludojad zostawił swój ślad 22 Morze w Korytnicy

Dobry design w Skarżysku 30 Luksusowe jachty na szerokich wodach

TuliSko – skarżyska biblioteka chustowa 38 Rodzicielstwo bliskości

Fredro ze stacji kolejowej 44 Spektakl Mikołaja Grabowskiego w Żeromskim

26 Święte góry Słowian Nie tylko Łysiec

34 Nowe szaty bloków Walka z osiedlową pastelozą

42 Śladami Piotra Gana Kolberg z magnetofonem

46 Będzie czego słuchać Paweł Solarz na każdą pogodę

Nasi na kartach pocztowych 50

52 Zygmunt Stojowski. Nasz eksportowy muzyk

Nietuzinkowi uhonorowani

Przyjaciel Paderewskiego ze Strzelec pod Staszowem

Zaułek ulicy Leśnej 54 Szkoły, których nie ma

Złap oddech 60 Dotlenieni możemy więcej

Możesz wygrać walkę z rakiem 70 Dziennikarki o mammografii

Społeczne centrum w dawnym browarze 78 W grupie (i miejscu) siła

Nie żyj pod kloszem 82 Jakub Porada

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

8 Nie jesteśmy youtuberami

W plenerze, w księgarni i w galerii

56 Za niebieskimi drzwiami Energia w Lechowie

66 Szczęście x 5 Niecodzienna mama opowiada o codzienności

74 Praga. Kafka, Mucha i Černý Nie tylko most Karola

81 Państwo pomoże? Paweł Jańczyk


Zapowiedzi 6

W plenerze IV edycja Kadzielnia Sport Festiwal

Squash za szkłem

Gratka dla wszystkich, których nudzą spacery po parku i rekreacyjne wycieczki rowerowe. Potężny zastrzyk adrenaliny, czas spędzony na świeżym powietrzu i atrakcje w sześciu strefach aktywności zapewni czwarta edycja Kadzielnia Sport Festiwal. Po raz pierwszy impreza będzie trwała dwa dni. Chętni, pod okiem instruktorów, będą mogli popróbować swoich sił w sportach górskich, miejskich, frestyle’u, slackline, czyli chodzeniu po 2,5 centymetrowej taśmie. Na wielbicieli mocnych wrażeń czekać będą zawieszone na wysokości kilkudziesięciu metrów liny do chodzenia oraz 300-metrowa widokowa tyrolka. Gdy sił zabraknie, bardziej odważni będą mogli odpocząć w hamakach zwieszonych na wysokości 40 metrów. Pozostali – podejrzeć mistrzów i kibicować uczestnikom zawodów, m.in. w konkurencjach downhill, bmx oraz zorganizowanej po raz pierwszy w Polsce konkursowej wspinaczce na kilka kieleckich budynków, czyli urban climbing.

Szklany kort, a w nim najlepsi polscy zawodnicy walczący o zwycięstwo. Już 1 czerwca startują Indywidualne Mistrzostwa Polski w squashu. Impreza po raz pierwszy odbędzie się w Kielcach, a widowiskowy i wzbogacony o trybunę dla 200 osób szklany kort stanie na Rynku. To w nim zmierzą się najlepsi polscy zawodnicy. Juniorzy będą rywalizować od 1 do 3 czerwca, między 7-9 czerwca w pojedynkach zmierzą się seniorzy. O tytuły mistrzów Polski medycy, budowlańcy i projektanci powalczą w turniejach branżowych (4-6 czerwca). Pojedynki turniejowe odbywać się będą także w Klubie Squash w Galerii Korona. Organizatorzy zaplanowali także szereg imprez towarzyszących: pokazy sztuk walki, gry w squasha oraz warsztaty i zabawy dla dzieci.

Zjazd wcześniaków świętokrzyskich Już 9 czerwca o godz. 11 w Podzamczu Chęcińskim spotykają się urodzone w Kielcach wcześniaki i ich rodzice. Organizatorzy spodziewają się około 700 osób. – Zapraszamy wszystkich zainteresowanych, szczególnie gorąco dzieciaki urodzone w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Kielcach. To będzie doskonała okazja, by się spotkać, porozmawiać o postępach dzieci i skonsultować się z lekarzami różnych specjalności – zachęca Ewa Zajączkowska, prezes Stowarzyszenia Na Rzecz Wcześniaków Świętokrzyskich.

W księgarni Maluchy będą mogły spędzić czas w przestrzeni dla dzieci, a fani odpoczynku na świeżym powietrzu – w strefie chillout z punktami gastronomicznymi. Ekstremalnym rozrywkom towarzyszyć będzie muzyka. Pierwszego dnia wystąpi m.in. zespół Terrific Sunday. Kadzielnia Sport Festiwal startuje 30 czerwca. Bilet jednodniowy kosztuje 20 zł, dwudniowy – 30 zł. Za zjazd tyrolką i podniebne hamaki zapłacimy dodatkowo. Bilety dostępne są na www.kadzielniasportfestiwal.pl. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Malarz i naziści Żydowski malarz damskich aktów Joachim Werner zyskuje coraz więcej uznania wśród berlińczyków. Do władzy dochodzą naziści. Czy w świecie pełnym ograniczeń i przemocy ze strony brunatnych koszul odnajdzie swoje miejsce? I czy może się zakochać? „Noc w Berlinie”, kolejna dopracowana, pełna szczegółów książka kieleckiego prozaika, poety i dzien-

nikarza Grzegorza Kozery, trafiła na półki księgarń. To nie tylko historia dwójki artystów, którzy próbują odnaleźć się w chaosie lat 30., ale przede wszystkim studium zakorzeniania się nazistowskiej ideologii, narastającej przemocy wobec nie-Aryjczyków i kumulujących się zakazów, uniemożliwiających im normalną egzystencję. Czy bohaterowie – mimo wszechogarniającego ich strachu – dokonają dobrych wyborów? Czy uda im się przetrwać? Zapraszamy do lektury. Książkę można kupić w internetowych księgarniach, oraz na stronie wydawnictwa Dobra Literatura.

W galerii Klocki w roli głównej Ceramiczne znała już starożytna Mezopotamia. Te bardziej podobne do współczesnych drewnianych, choć wtedy wykonane ze sproszkowanego kamienia i żywicy, pojawiły się na przełomie XVIII i XIX wieku. Dziś nie ma chyba dziecka, które nie znałoby klocków. O ich historii, walorach pedagogicznych i nieskończonych możliwościach konstrukcyjno-przestrzennych opowiada wystawa w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. Na ekspozycji prezentowane są klocki historyczne: kamienne i drewniane, polskie firmy Gnom, zaprojektowane na początku XX wieku przez architekta Stanisława Noakowskiego oraz duńskie Lego. Mali zwiedzający będą mogli budować wspaniałe konstrukcje w dwóch towarzyszących wystawie kącikach zabaw, po brzegi wypełnionych klockami. Ekspozycję można oglądać do końca października 2019.


Uwaga! Talent

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

rozmawiała Daria Malicka zdjęcia z archiwum zespołu

Nie jesteśmy youtuberami

8

O ciężkiej pracy, marzeniach, pokorze, milionie odsłon w serwisie YouTube i tico, którym jeździ Wiesiek, rozmawiamy z kabaretem Czwarta Fala.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

9 DM: Gdy powiedziałam mojemu dwunastoletniemu synowi, że idę na wywiad z Czwartą Falą, zareagował z ożywieniem: „Ooo! Znam ich! To są ci youtuberzy!”. Jesteście youtuberami? Mateusz Lewkowicz: Jesteśmy kabaretem działającym na YouTubie, nie youtuberami. Od korzeni, od podstaw i od lat tworzymy kabaret. Damian Lebieda: Działamy na rynku kabaretowym już 10 lat – poznaliśmy się, gdy byłem w kabarecie Jamha, Mateusz – w Pocisne. Złapaliśmy ze sobą dobry kontakt podczas przeglądu kabaretowego i, kiedy nasze macierzyste grupy zaczęły się lekko chwiać, zdecydowaliśmy się na wspólne działanie. DM: Ale macie świadomość, że takie jest pierwsze skojarzenie z Czwartą Falą? M: To nasze środowisko naturalne, odnaleźliśmy się na YouTubie. I dobrze nam z tym. Traktujemy serwis jako dobrą platformę, skuteczny kanał, którym docieramy z naszą twórczością do odbiorcy. Równolegle występujemy na scenie i tę formę kontaktu z publicznością cenimy sobie ogromnie. D: Mamy program sceniczny: kabaretowy i muzyczny. To ważna część nas, naszej działalności. M: Zdawaliśmy sobie sprawę, że chcąc zaistnieć w szerszej świadomości, trzeba wejść do Internetu. Czułem, że będziemy umieli do tego odpowiednio podejść. Pierwsze próby to wspólny kanał z Maćkiem „Kantonem” z Letniego Chamskiego Podrywu –„Kanton i Czwarta Fala”. Wciąż można go w internetowych czeluściach odnaleźć. D: Można powiedzieć, że jeszcze nie było YouTube’a, a my już tam byliśmy. M: Początkowo robiliśmy to z wielkim zapałem, potem trochę odpuściliśmy. To był 2014 i 2015 rok – i tak naprawdę mało kto wie, że nasza droga do popularnego hitu „Wieśka tico” była ciężka, długa i wyboista. To tylko tak wygląda, że jacyś goście wpadli sobie, ot tak, na fajny pomysł – nagrali, wpuścili do Internetu i – mówiąc potocznie – zażarło. To się tak nie dzieje. Każdy filmik na YouTubie to setki, jeśli nie tysiące nagrań, prób, pomysłów, poprawek… Od 2015 roku pracowaliśmy na obecny boom. DM: „Wieśka tico” było przełomem… D: No tak. Ten film ma więcej wyświetleń niż Polska mieszkańców – totalne szaleństwo. Założyliśmy sobie, że jeśli do końca czerwca 2017 roku nie zrobimy czegoś, co będzie przełomem, taką sprężyną, która nas wybije, to nie zrobimy tego już pewnie nigdy. M: To była szybka akcja. Pamiętam, że byliśmy akurat pod Chęcinami, na stacji benzynowej.

Poszedłem po wodę, wracam do samochodu, a Damian popatrzył na mnie i mówi: Wieśka tico… Odpowiedziałem: „Stary, to jest to! To będzie petarda”. I napisał tekst po występie w Legnicy, praktycznie od ręki. Poprawiał go jeszcze w drodze powrotnej i… poszło. To było na takim speedzie, że dziś wydaje mi się to niewiarygodne. D: To samo było z teledyskiem. Mamy i takie, których przygotowanie zajmuje nam dużo czasu, jak np. do piosenki „Drogi król”: dopracowany, opracowany i przepracowany w każdym calu. Plener, ujęcia, montaż – wszystko jest dopieszczone. W przypadku „Wieśka tico” chcieliśmy to maksymalnie uprościć. M: Daliśmy ogłoszenie na Facebooku, że szukamy dwóch dziewczyn do teledysku. Zgłosiły się Agnieszka z Anetą, z którymi wciąż współpracujemy. Poszliśmy na żywioł, nagrywając w Opatowie, na jakimś placu i przed garażem u Damiana. To nam uświadomiło, że prostymi efektami, bez napinki, też można osiągnąć świetne efekty. D: To chyba nawet bardziej prawdziwe, naturalne, od razu trafiające do odbiorcy. Sądzę, że gdybyśmy przekombinowali ten teledysk, to nic by z tego nie było. Jest taki, jak cały Wiesiek – prosty. DM: Luis Fonsi widział „Wieśka tico”? M: Hahahaha. Może i widział, trzeba by go spytać. My mu nie wysyłaliśmy… DM: No to może warto? D: Na pewno widział. Tylko się nie przyznaje. M: Niedawno widzieliśmy się ze Sławomirem i mówił, że chciał z Fonsim pogadać w Zakopanem i pokazać mu naszego Wieśka, ale uznał, że jednak jest niegodny. DM: W komentarzach pod Waszymi filmami na YouTubie można znaleźć opinię, że gwiazdy, których piosenki wybieracie i przerabiacie, powinny czuć się zaszczycone. M: To miłe, że ludzie tak sądzą, dla nas jednak nie jest to aż tak oczywiste. DM: Nagrywacie z wieloma znanymi osobami – jak to działa? Wykonawcy sami się do was zgłaszają? Czy Wy o nich zabiegacie? M: Nie jesteśmy na etapie odbierania telefonów i mówienia „Nie, z Tobą to nie… Może z nim…”. D: Znając nasze charaktery i podejście do życia – nigdy nie będziemy. M: Środowisko YouTube’a jest specyficzne, ale bardzo ciekawe. To są często zwyczajni ludzie, którzy zaczęli od nagrywania prostych filmów i wrzucania ich do sieci. Lubimy Chwytaka – to pozytywny,

skromny człowiek, z dużym dystansem do siebie. Podziwiamy Sławomira. Nie było okazji, by się bliżej poznać, natomiast kontakt, który mieliśmy, przekonał nas, że on jest kompletnym artystą. Z pomysłem na siebie, skutecznym i konsekwentnym. Wykreował genialną postać. Jest bezwarunkową gwiazdą polskiego Internetu, a przy tym niesamowicie skromy, życzliwy. Nie uderza mu do głowy tzw. sodówka. Zawsze zapyta co słychać, powie coś miłego. To jest naprawdę wzór do naśladowania dla każdego, zaczynającego dopiero swoją artystyczną przygodę, młodego twórcy. D: Świetnie nam się współpracuje z Letnim Chamskim Podrywem i Cyber Marianem. Ten ostatni to pozytywny i życzliwy człowiek. Internet to dość specyficzny środek, nie tylko przekazu treści, ale i formy kontaktowania się z publicznością. Nie jesteśmy dla siebie konkurencją czy zagrożeniem – ktoś obejrzy nas, przejdzie na kanał Cyber Mariana, stamtąd do Sławomira, do Letniego Chamskiego Podrywu… To tak działa, jesteśmy jak naczynia połączone. M: Te znajomości przenoszą się też często na płaszczyznę prywatną. Spotykamy się ot tak, na piwo, pogadać. Nie da się ukryć, że pojawia się oczywiście element rywalizacji – to jest w końcu nasza praca – ale nie jest to tak jaskrawe, jak często bywa poza Internetem. Nie ma takiego ciśnienia. DM: Macie świetne wokalistki. To, co zrobiła Maja w „Zaspanej” to absolutny majstersztyk. Gdzie ją znaleźliście? M: Maję…? Hmmm… Skąd my znamy Maję…? DM: No wiesz… Chyba, że to tajemnica i nie możesz o tym publicznie mówić… M: Hahaha. No nie, nic z tym rzeczy… Zacznijmy od tego, że współpracujemy z Domem Kultury Zameczek i tam działa świetny człowiek – Artur Telus – nasz serdeczny przyjaciel i producent, odpowiadający za wszystkie nasze aranże. Maja była jego uczennicą… I tak poszło. Mam naprawdę wysoko ustawioną poprzeczkę, jeśli chodzi o wokale… Jestem audiofilem, chcę, żeby wszystko brzmiało perfekcyjnie. Sądzę, że to nas wyróżnia spośród innych zespołów robiących parodie piosenek. D: Nasze aranże też są zawsze dopracowane, nie ma tu miejsca na przypadek. Każdy dźwięk musi być czysty, musi się idealnie zgadzać. Podziwiamy Artura za mrówczą pracę, potrafi w dźwiękach, barwach, nutach dłubać do upadłego aż uzna, że jest absolutnie idealnie. DM: Z tego co mówicie, wynika, że macie wyraźny podział ról…


Uwaga! Talent 10

Jesteśmy kabaretem działającym na YouTubie, nie youtuberami. Od korzeni, od podstaw i od lat tworzymy kabaret.

M: Damian jest tekściarzem – z powołania, nadania, urodzenia… Ma do tego dar, wychodzi mu to fenomenalnie. Praktycznie się nie wtrącam. Czasem mu tylko pomagam, poprawiając go rytmicznie, by wpisywał się idealnie w melodię, rytm. On dba o cała otoczkę humorystyczną, o sens, puentę. D: Ja piszę, a Mateusz robi całą resztę (śmiech). DM: Trzy lata temu powiedzieliście w jednym z wywiadów, że powoli udaje Wam się osiągać to, o czym marzyliście. I że chcielibyście wystąpić na sali, gdzie oglądać Was będzie pięćset osób. Ile osób było na Waszym ostatnim występie? M: 4000… DM: O czym zatem teraz marzycie? M: Hmmm… Musimy sobie wyżej zawiesić poprzeczkę. DM: Jesteście niekwestionowanym numerem jeden, jeśli chodzi o kabareciarzy na YouTubie. Występujecie ze Sławomirem, macie świetne wokalistki i sto milionów odsłon Waszych hitów… D: Mamy świadomość, że gros ludzi kojarzy nas od czerwca ubiegłego roku, myśląc „o jakieś chłopaczki wrzucciły śmieszną piosenkę na YouTubie i już są gwiazdami…”. A ile my się zjeździliśmy po całej Polsce, występując za darmo, często dokładając do tego, tylko po to, by się pokazać, zaistnieć. Ile trzeba na to siły, cierpliwości, pokory… M: Lubię rozmawiać z twórcami, którzy nie C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

osiągnęli sukcesu z dnia na dzień, nie mają na swoim koncie spektakularnej wygranej w talent show lub mieli po prostu farta. Z takimi, co zawdzięczają swoją pozycję uporowi i konsekwencji w działaniu. I to widać w podejściu do życia, do tzw. sławy, w tym, jak traktują innych. To szkoła życia, inna wartość. Pamiętam, gdy na naszych występach było 10 osób, dziś regularnie wyprzedajemy całą salę. Jak mówi O.S.T.R. – recepta na sukces jest prosta – to ciężka praca zaprawiona wiarą w siebie. I tyle. D: Warto cały czas próbować, pracować, tworzyć… Jak nie wyjdzie jeden pomysł, to trzeba sprawdzić kolejny. Jak nie wypali dziesiąty, to może dwudziesty… I tak do skutku. Jeśli ma się na coś zajawkę, to trzeba to robić. DM: A Wy robicie to z powodzeniem. M: Na ten rok mamy zakontraktowanych kilkadziesiąt występów. D: Gdybyśmy byli tylko na YouTubie, ludzie nie chcieliby nas oglądać na scenie. M: No i YouTube to nie tylko parodie. Nagrywamy też cykl „Wiadomości z przyszłości” – cięte, zahaczające nie tyle o politykę, od której chcemy trzymać się z dala, co o ważne sprawy społeczne, bieżące wydarzenia. Stworzyliśmy sceniczne postaci Kloca i Wentyla, często obecne w naszych programach. D: Mamy też program sceniczny złożony tylko z naszych parodii piosenek… M: I program złożony z naszych piosenek, bo trzeba wspomnieć, że tworzymy też muzykę…

DM: I sami robicie do niej filmy. W Waszych teledyskach często pojawiają się świętokrzyskie plenery. Mocno identyfikujecie się z naszym regionem. D: Jesteśmy stąd, to nasze miejsce i nie ma powodu, by nie być z tego dumnym. Pokazujemy to w teledyskach. I tak np. ujęcia z drona w „Drogim królu” to majstersztyk. Wiele osób pytało, gdzie to było kręcone. M: Przy „Wrócisz tu, wrócisz” dostaliśmy wsparcie Urzędu Marszałkowskiego. I mogliśmy jeszcze piękniej pokazać większą część naszego regionu. D: W Kielcach pracuje się inaczej niż w Warszawie czy Krakowie. To inny rynek, mniejsza publiczność. Gdy ma się pomysł na siebie, można to zrealizować w każdym miejscu. W Kielcach mamy naprawdę dobry klimat do pracy, wspaniałych współpracowników, rewelacyjną płaszczyznę do działania w Zameczku. Nie zamienimy tego na nic innego. DM: A czy nie marzycie o telewizji? D: Byliśmy w TVP2, Polsacie… To świetna możliwość do zaistnienia wśród szerszej publiczności. M: Natomiast YouTube pozwala docierać do innego odbiorcy, dużo młodszego. D: Ale gdyby telewizja nas chciała, to nie odmówimy… M: Wierzę, że przyjdzie nasz czas, że będziemy kiedyś tak dobrzy, że szklany ekran sam się o nas upomni… Tylko najpierw musimy zacząć wyrabiać się na zakrętach… Aktualnie mamy otwartych kilka nowych, świetnych projektów internetowych. Jeśli wypalą, zdeklasujemy „Wieśka tico”! DM: I tego Wam życzę! ■


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

11

Ubieramy najlepszych – od rozmiaru S do 5xXL i marynarek – od rozmiaru 46 do 66. Jumlę wyróżnia także profesjonalny zespół sprzedawców, który potrafi doradzić każdemu klientowi. – W przypadku mody męskiej dobrze dopasowany garnitur to podstawa – przekonuje Edyta Szczepanek, doradca klienta. – Klienci bardzo sobie chwalą panującą w sklepie atmosferę i doceniają naszą obsługę. Wielu wraca do nas, by, w podziękowaniu za pomoc w wyborze, podarować nam np. coś słodkiego. Budujemy relacje, które trwają. Prywatnie też bardzo się lubimy. Wszystkie decyzje na temat asortymentów podejmujemy wspólnie, cały czas podążając za trendami – zapewnia doradca klienta Żaneta Kosmala.

Jumla – Outlet Kielce, pl. Wolności 8 I piętro

W zabytkowej kamienicy przy placu Wolności funkcjonują już od 25 lat. Ten adres doskonale zna lub kojarzy większość kielczan. Dla nich Jumla to synonim jakości, elegancji i rodzimej produkcji. Już samo wejście do budynku gwarantuje podróż w czasie. Stylowa klatka schodowa, choć lata świetności ma za sobą, szeroko otwartymi drzwiami zaprasza przechodniów do wejścia. Na pierwszym piętrze wkraczamy w inny świat. Świat dedykowany mężczyznom. Ćwierć wieku temu Jumla zaczynała od sprowadzania rzeczy z importu. Jednak właściciele marki szybko zdecydowali się na własną produkcję. Dziś Jumla jest sklepem firmowym producenta odzieży męskiej ELES. Marynarki, spodnie i garnitury szyte są w nowoczesnym, sterowanym komputerowo parku maszynowym działającym na terenie Kielc. Koszule i dodatki pochodzą wyłącznie od polskich producentów. Jumla współpracuje również z renomowaną marką Pako Lorente, która znana jest z oryginalnego wzornictwa. W sklepie można zlecić także szycie na miarę. Jumla to synonim najwyższej jakości i klasycznej elegancji. Firma stawia na importowane m.in. z Włoch tkaniny. Przy ich wyborze najważniejszy jest skład, premiowane są naturalne składniki, w tym m.in. wełna. Jumla ubiera najlepszych, m.in. piłkarzy PGE Vive Kielce czy prezenterów TVP3 Kielce. Firma ma w Kielcach dwa sklepy. W Galerii Echo można znaleźć najnowsze kolekcje w pełnej rozmia-

Salon Mody Męskiej Jumla Galeria Echo Kielce, ul. Świętokrzyska 20 poziom +1 www.jumla-kielce.pl

rówce. Lokal przy pl. Wolności to outlet. – Gdy tylko jakiegoś rozmiaru zaczyna w galerii brakować, od razu dany model trafia na pl. Wolności. Można tu znaleźć prawdziwe perełki, końcówki tegorocznych kolekcji w świetnych, często obniżonych, praktycznie bez uzasadnienia, cenach – przyznaje Agnieszka Hostyńska, współwłaścicielka Jumli. Klientów zaskoczy też szeroka rozmiarówka. Spodni (z materiału i jeansów) – od 80 do 136 cm w pasie, koszul


Postać 12

Chciałbym pozostać sobą rozmawiała Agata Niebudek-Śmiech zdjęcie Marzena Stokłosa

O dzieciństwie spędzonym wśród gwiazd polskiego kina, kieleckim teatrze, dojrzewaniu do aktorstwa i ojcostwa oraz sierżancie Marianie Marczaku rozmawiamy z Arturem Pontkiem.

Artur Pontek – aktor filmowy i teatralny, w latach 1997–2004 występował na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego. Swoją aktorską karierę rozpoczął w wieku sześciu lat od występów w Teatrze Polskiego Radia. Po raz pierwszy na ekranie pojawił się w filmie Janusza Rzeszewskiego „Misja specjalna”. W dzieciństwie zasłynął rolami Pająka („Banda Rudego Pająka”), Arnolda („Pan Kleks w kosmosie”) oraz Misia Malinowskiego („Mów mi Rockefeller”). Od 2008 r. gra sierżanta Mariana Marczaka w serialu „Ojciec Mateusz”. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Cudowne dziecko polskiego kina, które już jako sześciolatek szlifowało swój aktorski talent w Teatrze Polskiego Radia, i urodzony warszawiak trafia do kieleckiego teatru. Nie traktował Pan tego jak zesłanie? Mój przyjazd do Kielc poprzedził dwuletni pobyt w Krakowie, gdzie uczęszczałem do prywatnej szkoły aktorskiej, więc nie trzymałem się aż tak kurczowo stolicy. W tym czasie zdawałem do szkoły teatralnej, ale niestety nie powiodło mi się… Tak się złożyło, że wśród moich wykładowców była osoba, która współpracowała z kieleckim teatrem, i od niej dowiedziałem się, że właśnie trwają poszukiwania aktora do jednego ze spektakli. Nie zwlekałem i zgłosiłem się. Zanim jednak dotarł Pan do Kielc, wrócił Pan na chwilę do Warszawy…. Rzeczywiście, trochę jeździłem z różnymi przedstawieniami po Polsce, ale nie byłem do końca do tego przekonany. Zależało mi na tym, by zdobywać doświadczenie, jeśli nie w szkole aktorskiej, to przynajmniej na profesjonalnej

Był Pan niekwestionowanym ulubieńcem publiczności. Zostawiłem w Kielcach kawał swojego rudawego serducha… Oddawałem się pracy całkowicie, bo tak już jestem skonstruowany, że jeśli coś robię, to bez taryfy ulgowej dla siebie. Aktorstwo to moja pasja i to już od dzieciństwa. To świetna zabawa, sposób na życie, na wyrażenie siebie. Lubię swoją pracę, choć bywa z nią różnie, raz jest jej więcej, raz mniej. Nie zawsze ten zawód bywa wdzięczny. Ale te siedem lat w Kielcach to był dobry czas. Potwierdzeniem tego był nagrody, m.in. Dzikie Róże przyznane przez dziennikarzy w sezonach 2002/2003 i 2003/2004. To było bardzo przyjemne, bo potwierdzało, że moja praca przynosi efekt i między mną a publicznością jest wymiana, pozytywna interakcja. Bardzo ceniłem sobie kielecką widownię i dziennikarzy, z którymi spotykaliśmy się nie tylko na spektaklach. Wielką wartością była możliwość rozmowy, ważne były również takie spontanicz-

Chciałbym pozostać sobą. Zacząłem wykonywać ten zawód w dzieciństwie i być może z tego powodu nie mam ochoty być kimś innym, niż jestem.

Trochę przypadkowe zastępstwo w kieleckim teatrze zaowocowało siedmioma bardzo pracowitymi i owocnymi latami na naszej scenie.

ne spotkania na ulicy. Zawód aktora polega na tym, aby coś dawać innym, dlatego tak ogromną przyjemność sprawiało mi występowanie przed kielecką publicznością i mam nadzieję, że ta moja radość została zauważona. Które z kieleckich ról najbardziej utkwiły Panu w pamięci? Odpowiedź na tak skonstruowane pytanie zawsze jest dla mnie problemem, bo gdy myślę o jednej roli, to wydaje mi się, że inne – równie ważne – są poszkodowane. Taki już jestem, nikogo i niczego nie chciałbym pominąć… Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem i miałem zapraszać na urodziny osoby z klasy, to nie mogłem pominąć nawet tych, za którymi nie przepadałem, a i oni niespecjalnie mnie lubili. Jakoś nie potrafiłem wybierać, było mi po prostu niezręcznie. I to jest spory kłopot, bo skutek tego jest taki, że czasem nie jestem fair wobec siebie.

REKLAMA

scenie. Ostatecznie w 1997 roku trafiłem do Teatru im. Stefana Żeromskiego pod skrzydła nieodżałowanego dyrektora Piotra Szczerskiego i spróbowałem swoich sił w dublurze w spektaklu „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” w jego reżyserii. To była moja pierwsza premiera kielecka, ale wówczas nie byłem jeszcze pewien, czy to nie będzie jednorazowa współpraca. Potem pojawiły się kolejne propozycje. Bardzo korciło mnie, aby zostać w Kielcach na stałe, bo lubię mieć swoją teatralną rodzinę. Wcześniejszą stworzyliśmy w Teatrze Ochoty w ognisku teatralnym. Bardzo zżyliśmy się ze sobą, do dziś utrzymujemy kontakty, pracujemy razem, spotykamy się, przygotowujemy wspólnie różne rzeczy.


Postać 14 A jednak spróbuję Pana przycisnąć do muru… Myślę, że gdy już okrzepłem i dojrzałem jako aktor, to wielkim wyzwaniem były dla mnie role w „Poruczniku z Inishmore” czy „Balu wisielców”. Czułem się wówczas dosyć pewnie aktorsko, byłem mocno przekonany, że wiem, co robię. Czy miał Pan w Kielcach i regionie swoje ulubione miejsca? Takim miejscem był zalew w Borkowie i tamtejsza stadnina koni. Zawsze lubiłem jeździć konno i tam zdarzało mi się spędzać popołudnia, a niekiedy całe dnie. Mam do Kielc wiele sentymentu i sympatii, jak tylko mogę, to wpadam tu, staram się spotkać ze znajomymi z teatru, zapalić świeczkę na grobie Piotra… Jakiś czas temu razem z córką oglądałem spektakl w teatrze Kubuś. Pokaźny dorobek aktora młodzieżowego nie wystarczył, by dostać się do szkoły aktorskiej. Był Pan rozżalony, rozczarowany? Dzieciństwo spędziłem w Teatrze Polskiego Radia, gdzie spotkałem wspaniałych, starszych aktorów, m.in. Irenę Kwiatkowską czy Mariana Kociniaka. Potem przyszły role w filmie, m.in. „Mów mi Rockeffeler” czy „Pan Kleks w kosmosie”, w którym grałem obok Piotra Fronczewskiego. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do jednego z tych aktorów i zapytać, czy w związku z tym, że się znamy, będzie mi lżej czy trudniej podczas egzaminów. I przyszły nieudane egzaminy – pierwsze, potem drugie… Nie zawsze zgadzałem się z oceną egzaminatorów, ale szanowałem to. Wrodzony upór sprawił, że nie złożyłem broni i zdałem egzamin eksternistyczny w Związku Artystów Scen Polskich w Warszawie. Ale w jednym z wywiadów wyznał Pan, że był taki moment, gdy rozważał Pan, czy nie czas zrezygnować z marzeń o aktorstwie. Gdy pojechałem na egzamin eksternistyczny, byłem ogromnie zestresowany. Stanąłem przed komisją, którą w 80 proc. znałem. Przede wszystkim czułem jednak, że mam coś konkretnego do powiedzenia. Gdyby wówczas powinęła mi się noga, chyba musiałbym pomyśleć o poszukaniu innego zajęcia. Oczywiście, byłem w rozterce, bo tak kochałem ten zawód i nie wyobrażałem sobie, co mógłbym innego robić. To jest moja ukochana zabawa, mój ukochany świat i nie chcę szukać innego. A miał Pan plan B? Na szczęście zdałem egzamin eksternistyczny i nie musiałem szukać alternatywnego zajęcia. Ale to dało mi impuls do działania – założyłem agencję artystyczną. Realizuję się więc nie tylko aktorsko, ale i jako producent oraz reżyser. Mam bardzo dużo zajęć, m.in. w serialu „Ojciec Mateusz”, w dubbingu i nie na wszystko wystarcza mi czasu. Poza tym marzę o tym, by założyć fundację artystyczną. Pomysłów jest wiele, gorzej z czasem na ich realizację… Wróćmy jeszcze na chwilę do kieleckiego etapu Pana życia. Dojrzał Pan tu aktorsko, grał w ważnych spektaklach, a jednak zdecydował się Pan na odejście. Dlaczego? To był moment, w którym czułem się artystycznie spełniony, doceniony. To w Kielcach nauczyłem się zawodowej samodzielności, mogłem się rozwijać, grając w bardzo różnorodnym repertuarze. Ale potrzebowałem czegoś jeszcze. Doszedłem więc do wniosku, że ta chwila, gdy już okrzepłem i jestem silny, będzie najlepszym momentem na zmianę. W innej sytuacji – gdybym był słaby zawodowo i psychicznie – pewnie nie zdecydowałbym się na powrót do Warszawy i rozpoczęcie nowej drogi artystycznej. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Pamiętam rozmowę z dyrektorem teatru. Początkowo posmutniał i wziął to do siebie, uznając, że chcę opuścić zespół. Wytłumaczyłem mu, że nie o to chodzi, że mam taką potrzebę, by coś zmienić i zrobić to w dobrym momencie. Nie uciekłem, tylko szukałem nowych wyzwań. Nie żałował Pan opuszczenia bezpiecznego miejsca w kieleckim teatrze? Nigdy nie żałowałem, ale do dziś wracam z ogromnym sentymentem do Kielc, choć nie wszystkie sytuacje były cudownie i wspaniałe, bo ten zawód nie zawsze taki jest. To nie jest słodki cukierek. Bywa, że pojawia się gorycz. Porozmawiajmy chwilę o Marianie Marczaku – nieco niezdarnym sierżancie z Sandomierza. Czy w końcu znajdzie miłość swojego życia? Jak na razie wszystkie randki kończą się klapą. Jeszcze wczoraj o tym myślałem, bo rozpoczęły się zdjęcia do kolejnych odcinków „Ojca Mateusza”. Scenarzyści trochę odstawili Mariana na bok, bo rozwinęły się inne wątki. Rzucam czasami pewne pomysły dotyczące mojej postaci, jedne są wykorzystywane, inne nie. Zaproponowałem kiedyś, że napiszę scenariusz, ale jak na razie brakuje mi na to czasu. Rzeczy-

Aktorstwo to moja pasja i to już od dzieciństwa. To świetna zabawa, sposób na życie, na wyrażenie siebie. wiście, Maniek to taki nieporadny sierżant, którego omijają awanse. Ale to wdzięczna komediowa rola, która ma duży potencjał i mam nadzieję, że ta postać jeszcze rozkwitnie. Kiedyś ktoś zapytał mnie, czy Marczak w końcu awansuje. Ja odpowiedziałem, że mi się to podoba, że jest wciąż sierżantem, i chyba usłyszeli to scenarzyści… „Ojciec Mateusz” to prawdziwy fenomen – pierwszy odcinek pojawił się na ekranach dziesięć lat temu, a serial wciąż ma ogromną rzeszę sympatyków. Serial cieszy się dużą popularnością i sympatią, ja też mam swoich faworytów i to nie tylko na komisariacie. Wszyscy bardzo lubimy tę pracę, na plan wróciliśmy w połowie marca i niezmiennie towarzyszy nam entuzjazm oraz bardzo miła atmosfera. Czy coś by Pan zmienił w swojej postaci? Na pewno, bo jestem osobą kreatywną i przychodzą mi do głowy różne pomysły. Ale pokornie zdaję się na scenarzystów. Czasami luźno sobie rozmawiamy i te pomysły wchodzą do scenariusza, więc mam nadzieję, że Marian nie pokazał jeszcze wszystkiego, co potrafi. Zaczynał Pan swoją karierę aktorską jako sześciolatek. W wieku 18 lat miał Pan na koncie prawie dwadzieścia ról. Czy cena za bycie cudownym dzieckiem była wysoka? Rozpatrując to w kategoriach relacji z rówieśnikami – bywało różnie. Miałem duże grono kolegów i starałem się być normalnym chłopakiem. Oczywiście nie było to łatwe, bo kiedy oni grali na podwórku w piłkę,


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

15 ja szedłem do radia nagrywać audycje lub biegłem na plan filmowy. I w tym dorosłym świecie spędzałem długie godziny. Niektórym wydawało się, że skoro występuję obok gwiazd polskiego kina, to na pewno mam przewrócone w głowie. I zdarzały się negatywne opinie, krzywdzące mnie sytuacje. Na szczęście nie było ich dużo. Oczywiście, że w jakimś stopniu odstawałem od swoich rówieśników, bo miałem inny świat i inne zajęcia. Nie uważam jednak, że straciłem część swojego dzieciństwa. Prowadził Pan pamiętnik, do którego wpisywali się wybitni aktorzy. On gdzieś jest! Ale ciężko mi go znaleźć – mam tyle szpargałów… Jakiś czas temu przeleciał przez moje ręce, potem go odłożyłem, a gdy chciałem pokazać mojej żonie i dzieciom, to nie mogłem go znaleźć. Ale doskonale pamiętam wpisy Zygmunta Kęstowicza, Barbary Rachwalskiej czy Henryka Talara, który napisał: „Koledze po fachu…” Czy fakt, że Pana dzieciństwo upłynęło u boku gwiazd sprawiło, że był Pan dojrzalszy? Miał Pan przecież swoje własne, zarobione pieniądze. Starałem się, żeby nie było szaleństw. Co chwilę ktoś mnie przestrzegał: „żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy!” Pomijam, że na początku byłem na tyle mały, że nic nie rozumiałem, co się może z tą wodą stać… Gdy trafiłem do ogniska teatralnego państwa Machulskich przy Teatrze Ochoty, cudowna pani Halina pielęgnowała w nas to, żebyśmy byli zwyczajni, normalni. Wykonując ten dość dziwny zawód łatwo jest się zagubić. Mam wrażenie, że Panu skutecznie udaje się być zwykłym człowiekiem, mężem, ojcem dwójki dzieci, który dzieli swój czas między pracę a obowiązki domowe. Nie czuje się Pan celebrytą? Żyjemy teraz w bardzo dziwnym świecie, ale ja nie gonię za popularnością za wszelką cenę. Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego nie wykreuję jakiegoś medialnego wydarzenia. Próbuję poruszać się w mediach społecznościowych na swój sposób – delikatnie, lightowo. Chciałbym pozostać sobą. Zacząłem wykonywać ten zawód w dzieciństwie i być może z tego powodu nie mam ochoty być kimś innym, niż jestem. Ale przyjął Pan propozycję występu w „Tańcu z gwiazdami”. Nie chodziło mi tylko o medialny rozgłos czy zarobki, ale o to, że w drodze była moja córa, zbliżały się moje czterdzieste urodziny. Na te cztery okrągłe dychy postanowiłem zająć się trochę sobą – przede wszystkim być bardziej aktywnym fizycznie, zrzucić kilka kilogramów. I te postanowienia zbiegły się z propozycją występu w programie. Pana dzieci – Leon i Zoja – mają już na koncie występy w serialach. Czy pójdą w ślady taty? Być może tak, nie bronię im tego, ale i nie namawiam. Córa miała dwa czy trzy tygodnie, gdy trafiła na plan serialu, bo było potrzebne malutkie dziecko. Potem trochę podrosła i znów zagrała i wówczas ktoś napisał, że Pontek załatwił rolę dziecku. To mnie rozśmieszyło – bo cóż ja mogę załatwiać córce… Mój syn, który gra na wiolonczeli, również występował w serialach animowanych, które reżyserowałem. Można podejrzewać, że mu tę rolę załatwiłem. Owszem – umożliwiłem mu udział w zdjęciach próbnych. I tyle. Czy Leon będzie w przyszłości uprawiał ten zawód? Nie wiem, bo może się okazać, że zechce np. grać w piłkę. Były już takie sytuacje, że poczuł, że to jest ciężka robota, bo

grał na planie z wysoką gorączką, cały dzień w plenerze. Zrozumiał wówczas, że nie ma taryfy ulgowej. A przed czym chciałby Pan przestrzec swoje dzieci, jaką im dać radę? Najważniejsze, żeby nie udawali kogoś innego niż są. Żeby starali się być sobą i mieli szacunek do innych, bez względu na to, kim w życiu zostaną. Teraz nastały takie czasy, że ludzie powierzchownie traktują się we wzajemnych relacjach. A ja chciałbym w moich dzieciach zakorzenić szacunek dla drugiego człowieka, żeby szanowały wolę i indywidualność innych. Reszta przyjdzie sama. Czy ojcostwo Pana zmieniło? Gdy patrzę na mojego syna wracającego ze szkoły i na jego kolegów, którzy przyszli do nas wczoraj całą paczką na pizzę i wariowali, to uczy mnie to pokory i cierpliwości. Nie zawsze mi się to udaje, ale to są podstawowe sprawy związane z ojcostwem. 10 maja obchodził Pan 43. urodziny. Czego Panu życzyć z tej okazji? Staram się nie liczyć godzin i lat, ale zegar tyka. Trudno. Prosiłbym o takie życzenia, które chciałbym przekazać każdemu – zdrowia, radości, pokoju, dystansu, luzu, czasu na pracę i czasu dla rodziny, czasu na zabawę i na zadumę. I jeszcze jedno – dobrych proporcji we wszystkim. Dziękuję za rozmowę. ■ REKLAMA


16

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


17

Piotr Salata

Na solidnych fundamentach rozmawiał Michał Sierlecki zdjęcia Mateusz Wolski, Piotr Tarasewicz, Tomasz Kordeusz


Postać 18

Piotr Salata doświadczenie muzyka i wokalisty zdobywał od wczesnych lat. Na początku w konkursach piosenki i na popularnych festiwalach. Potem przyszedł czas na telewizję i kontrakt z poważną wytwórnią fonograficzną. Ma na koncie dwa albumy, mnóstwo koncertów i uznaną pozycję wśród polskich wokalistów. Wkrótce ukaże się jego kolejny krążek.

S

woją przygodę z muzyką rozpoczynałeś w latach 80. od udziału w różnych konkursach i przeglądach piosenki. Jak wspominasz tamten okres? To był czas hartowania. Z muzyką jestem związany od podstawówki, od pierwszych harcerskich zespołów i rockowych projektów. Później był Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze i Festiwal Piosenki w Opolu. Te imprezy stały na wysokim poziomie. Śpiewało się na żywo, nikt się niczym nie podpierał. Więcej pracy mieli również dźwiękowcy. Jestem ze starej szkoły, w której praktycznie nie używało się elektroniki. Nie mam oczywiście nic przeciwko, ale trzeba to robić z głową. Pierwsze kontakty z muzyką miałeś w Stąporkowie. Tam się urodziłem, tam chodziłem do ogniska muzycznego w domu kultury i do klasy gitary klasycznej. Potem muzyka stała się moim sposobem na życie i utrzymanie. I właściwie do dzisiaj C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

tak jest. Cieszę się z tego, bo nielicznym udaje się zrealizować swoje marzenia.

dzieścia nagrań, i zdecydowano się podpisać ze mną kontrakt.

W zespole Sweet Combo chyba bardzo świadomie podchodziliście do muzyki i śpiewania? Tak, choć to były głównie covery. Próbowaliśmy, co prawda, z kolegami z zespołu komponować, ale nie znalazło to zrozumienia u ówczesnych szefów wytwórni płytowych.

To było już po sukcesie w programie „Droga do Gwiazd”? Ten program był w 2002 roku, a ja wydałem płytę dla Universal Music Polska 10 lat później. Wcześniej jeszcze inna duża firma fonograficzna interesowała się moimi utworami, ale nie miała na mnie pomysłu. Z Universal Music Polska było zupełnie inaczej. Miałem już swój repertuar i producent zajął się tylko zaaranżowaniem materiału, zaangażowaniem muzyków, znalezieniem odpowiedniego studia… Młodzi muzycy muszą wiedzieć, że jeżeli nie mają pomysłu na siebie i czegoś swojego do zaproponowania firmie fonograficznej, nikt za nich tego nie zrobi. Chyba, że wystarczą im produkcje na niskim, sezonowym poziomie, ot taki przebój na lato, czy kilka skocznych kawałków nagranych przez producenta czy didżeja z młodą dziewczyną.

Jesteś dowodem na to, że debiut fonograficzny po czterdziestce ma sens. Twój pierwszy album „Czuła gra”, wydany w 2012 roku, to muzyka dojrzałego faceta. To słychać również w Twoim głosie. Przez lata próbowałem pukać do drzwi różnych wytwórni płytowych, ale nikt nie był zainteresowany moim repertuarem. Stwierdziłem wówczas, że chyba nie ma sensu iść drogą muzyka i artysty. I że nikogo to nie interesuje. Po latach – paradoksalnie – jedna z największych wytwórni sama się do mnie odezwała. To był zupełny przypadek. Nagrałem kiedyś kilka coverów dla znajomego. Podarowałem mu płytę, a on wysłał ją do firmy fonograficznej, gdzie się spodobała. Zaproponowano mi, żebym podesłał własną twórczość. Otworzyłem więc szufladę i zacząłem wyciągać stare utwory, nagrywając je na nowo w formie demo. Wysłałem piętnaście czy dwa-

Proponujesz odbiorcom gatunki i style muzyczne, które nie są popularne w Polsce. Jazz, odmiany bossa novy, soul. Jak reaguje publiczność na Twoich koncertach? Wśród moich słuchaczy są także młode osoby. Nie jest ich wiele, ale jest to dojrzała muzycznie publiczność, która wie, czego chce. Moja muzy-


ka jest wynikiem różnych doświadczeń, ale to szczery, naturalny przekaz. W 2006 roku wygrałeś Międzynarodowe Spotkania Wokalistów Jazzowych w Zamościu i tam miałeś okazję spotkać wielu improwizujących muzyków. To chyba także był przełom w Twojej twórczości? Udział w tego typu imprezach otwiera wiele możliwości i stwarza okazje do kontaktów z ludźmi. Zacząłem rozmawiać i muzykować z osobami, o których mogłem wcześniej tylko poczytać w gazetach. Dziś gram ze znakomitymi artystami. Wybierając gatunek muzyczny, nie kierowałem się koniunkturalnymi pobudkami. Nie myślałem, że może zrobię coś, czego jest mało, to ktoś się tym zainteresuje. Doszedłem do wniosku, że lepiej mieć oddanych odbiorców, którzy czekają na każdą twoją kolejną płytę, niż liczbę słucha-

i muzycy, a wśród nich Krzysztof Herdzin, Marek Napiórkowski. Ale także owocna współpraca z Tomaszem Kordeuszem, który napisał teksty na ten album. „Kofeina” i tytułowa „Czuła Gra” to znakomite singlowe utwory. Jak wspominasz tamten czas? To było dla mnie duże przeżycie. Zostałem wrzucony na głęboką wodę. Kiedy podpisałem kontrakt z Universal Music Polska, otworzyła się kolejna furtka. Zacząłem nagrywać z profesjonalistami. Jeśli chodzi o Tomka Kordeusza, który napisał wszystkie teksty, znamy się bardzo długo, jeszcze z lat 80., kiedy braliśmy udział w różnego rodzaju konkursach, on starachowickich, ja koneckich. I po wielu latach los nas znowu połączył. Wynikiem tych spotkań są dwie płyty z jego tekstami – „Czuła gra” i „PS”. Po pierwszym krążku wyciągnąłem jednak wnioski. Mnie także stać na wyprodukowanie albumu. To dlatego przy drugim projekcie miałem

Przez lata próbowałem pukać do drzwi różnych wytwórni płytowych, ale nikt nie był zainteresowany moim repertuarem.

Pierwsza płyta „Czuła gra” była dla Ciebie na pewno wydarzeniem. Profesjonalne studio

większy wpływ na to, co i jak brzmi. Natomiast przy „Czułej grze” miałem większy komfort pracy. Po prostu pojechałem na kilka dni nagrać wokale i całą resztą zajął się Krzysztof Herdzin, który odpowiadał za brzmienie. Na albumie „PS” można usłyszeć także dwie piosenki śpiewane w duecie z Gordonem Haskellem, kiedyś muzykiem King Crimson, potem twórcą wielkiego przeboju „How Wonderful You Are”. Jak doszło do tego spotkania? To był pomysł mojego współproducenta Pawła Twardocha, perkusisty, który również zagrał na tej płycie. W jednej z rozmów wspomniał o duecie i podsunął nazwisko Gordona Haskella. O pomoc w dotarciu do muzyka poprosiliśmy Romana Rogowieckiego, znanego dziennikarza muzycznego. Udało się porozmawiać z muzykiem po jednym z jego występów. Wręczyłem mu płytę demo, mówiąc: „Gordon, nie oczekuję od Ciebie deklaracji, że zgodzisz się zaśpiewać na tej płycie. Posłuchaj i daj mi odpowiedź, kiedy będziesz mógł”. Odezwał się po miesiącu. Powiedział, że płyta mu się podoba. I że chciałby

REKLAMA

czy sztucznie napędzanych w Internecie. Wiem, że to da się zrobić. Zafałszować liczbę odsłon i zwiększyć popularność jakiegoś artysty. Niektóre strony tak działają. Twórczość powinna być jak budowa domu na solidnych fundamentach. A ja tylko taki chcę postawić. Przeżyłem już tak dużo różnych sytuacji, że niewiele rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyć w tej branży. Nie frustruje mnie to, że ktoś mnie nie docenia, czy nie podoba mu się to, co robię. To mnie już nie dotyczy. Wracając do analogii z domem – dzisiaj często buduje się, zaczynając od dachu, bo ważny jest wygląd. Młodym ludziom wydaje się, że wzięcie udziału w talent-show, gdzie jurorzy powiedzą: „Jesteś świetny, co ty tu jeszcze robisz?” jest przepustką do sławy. Wracają potem do domu, czekając aż ktoś do nich zadzwoni. Zainteresowanie szybko mija, bo program został wyprodukowany i są nowi wykonawcy, których się chwali przed kamerą. Liczy się oglądalność.


Piotra Salata – muzyk jazzowy. W 2002 roku wygrał, cieszący się wówczas dużą popularnością, muzyczny program TVN „Droga do Gwiazd”. Cztery lata później dołożył do tego sukces na prestiżowych Międzynarodowych Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w Zamościu. W wytwórni Universal Music Polska wydał dotychczas dwa albumy – „Czułą grę” i „PS”. Współpracuje z czołowymi polskimi muzykami.

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Postać

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

21 nagrać nie jeden, ale dwa duety. Zaproponowałem mu napisanie tekstów do tych utworów. I tu napotkaliśmy pewną trudność. Wytwórnia Universal Music Polska uznała, że lepiej będzie, gdy Gordon zaśpiewa po angielsku, a ja po polsku. Tomek Kordeusz musiał się z tym zmierzyć… Gordon napisał całość po angielsku, trzeba to było przetłumaczyć i tak wstrzelić się z polskim tekstem, żeby to było spójne. Udało się zarejestrować całość i tak dobrać słowa, by utwory mogły się podobać. To zresztą nie jedyny duet w Twojej twórczości. Piosenkę „I tak od lat” nagrałeś z Robertem Janowskim. To opowieść o spotkaniu po latach dwóch kumpli. Panowie mają już trochę siwych włosów i pewien bagaż doświadczeń życiowych za sobą. Mało jest utworów w polskiej muzyce rozrywkowej, które byłyby tak zgrabnie napisane dla dwóch męskich głosów. To był jednorazowy projekt. Miałem kiedyś managera Tomasza Konfederaka. To znany człoREKLAMA

wiek w branży muzycznej, który wypromował w Polsce wiele gwiazd. To on właściwie wpadł na pomysł wspólnego nagrania z Robertem Janowskim, którego zresztą poznałem bliżej przy produkcji programu „Jaka to melodia?”, gdzie parę razy występowałem. Tak naprawdę jednak znałem Roberta jeszcze z lat 80., spotykaliśmy się wówczas na różnych konkursach piosenki. On występował wtedy z zespołem Sekcja Z, a ja śpiewałem w formacji Trzeci Kamień od Słońca. Kiedy Tomek Konfederak zaproponował wspólne nagranie, zadzwoniłem do Roberta, a on się zgodził. Ten utwór traktuję jako miłą muzyczną przygodę. Pracujesz nad kolejnym albumem? Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty i jacy artyści obecnie Cię inspirują? Mój kontrakt z Universalem opiewa na wydanie trzech albumów. Dwa mam za sobą. Trzeci jest w trakcie tworzenia. Ale nie chcę tego robić na siłę. Gromadzę piosenki powoli i czekam na

zielone światło na wydanie materiału. Na pewno muzycznie będą to utwory zbliżone do moich poprzednich płyt. W tym roku powinienem zamknąć całość, a krążek wydać w przyszłym. Coraz bardziej jestem zafascynowany muzykami jazzowymi i okołojazzowymi. Kimś takim jak Gregory Porter czy Kevin Mahogany, który niestety zmarł w ubiegłym roku. A Kurt Elling? Znam i lubię go, choć preferuję bardziej melodyjny jazz, który prezentuje raczej Porter. Kurt lubi czasem odlecieć w dziwne muzyczne kierunki, ale doceniam to, co robi. Świat muzyczny pędzi bardzo szybko. I często zastanawiam się, ilu jest kapitalnych wokalistów i artystów, o których nigdy nie usłyszę, bo po prostu braknie mi na nich czasu. Życzę Ci dalszych sukcesów i dziękuję za rozmowę. Dziękuję. ■


Miejsca mocy 22

Rekin ludojad zostawił swój ślad tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Mateusz Wolski

Morze przyszło z południa. Ciepłe, słone i niezbyt głębokie. Zostało na sto lub nawet pięćset tysięcy lat. Ale po wielkiej wodzie nie ma już śladu. Pozostały wyraźnie wyrzeźbione doliny, sąsiadujące ze sobą wzgórza i mnóstwo przepięknych muszli, które do dziś można znaleźć na pobliskich polach uprawnych. Tkwią tam od 15 milionów lat!

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

23 Muszle na ziemniaczanym polu? Niemożliwe! A jednak… Może brzmi to jak bajka, ale faktem jest, że na polach we wsi Korytnica, między grudkami ziemi i korzonkami roślin, ukryte są pochodzące sprzed ponad 15 milionów lat skamieniałości – gładkie i płaskie muszle lub świderki z ostrymi, wystającymi wypustkami, jeżowce, gąbki i niewielkie, ciemne zęby rekina... Tych geologicznych skarbów jest taki ogrom, że nawet jeśli wiosną ludzie wyzbierają je co do sztuki, to jesienią znów się pojawią. Najwięcej można ich znaleźć właśnie o tych porach roku, podczas prac polowych, gdy w ruch idą maszyny spulchniające i przekopujące ziemię. Sporo muszli wydobywa się na powierzchnię po intensywnych opadach deszczu. I choć przez pola w Korytnicy przewalają się – ku utrapieniu miejscowych gospodarzy – tłumy poszukiwaczy skamieniałości, wciąż nieprzerwanie można natrafić tu na piękne okazy. Mieszkańcy śmieją się, że nie uświadczysz tu zwykłego kamienia. Bierzesz w dłoń jaką bryłkę, by położyć w ogródku do skalniaka, a tu – masz ci los – odnajdujesz na niej odciśnięty prehistoryczny ślad. Kolejny eksponat!

Przyszła wielka woda Dzień jest słoneczny, ale bardzo wietrzny. Wjeżdżamy do Korytnicy – sennie tu i cicho. Zabudowa jest tu bardzo wąska, przez wieś prowadzi kręta droga, którą dojeżdżamy do kościoła, a stamtąd już w towarzystwie Jolanty Stępień kierujemy się na Łysą Górę. Auto trzeba zostawić u podREKLAMA

nóża wzniesienia i ruszyć wąską, wydeptaną ścieżką. Nasza przewodniczka – nauczycielka biologii w szkole w Sobkowie, wielka miłośniczka Korytnicy, i jej rodowita mieszkanka – co rusz pochyla się i podnosi z ziemi fragmenty muszli. Widok ze szczytu jest przepyszny i wywołujący dreszczyk emocji, bowiem wschodnie zbocze jest bardzo strome! Przed nami przepastna dolina z wijącym się wąskim strumykiem, a po jej drugiej stronie Grodziskowa Góra, która mieni się wszelkimi odcieniami zieleni, niepostrzeżenie przechodzącymi w ciepłe brązy. Sięgamy wzrokiem po horyzont, gdzie majaczy ciemny błękit. Wygląda jak odległa linia brzegowa morza. Skojarzenie wydaje się całkiem sensowne, bowiem właśnie tu, gdzie dziś leży Korytnica, 15 mln lat temu przypłynęła ciepła, słona i niezbyt głęboka woda – Morze Mioceńskie. – Właściwie był to szereg drobnych zalewów, które wypełniły pagórkowaty dziś teren między Karasami, Chomentowem, Stanowicami, sięgając aż do Wierzbicy – Jolanta Stępień zakreśla zamaszystym ruchem obszar zbiornika. – Łysa Góra była wyspą, a rejon Korytnicy przekształcił się w zatokę. Zwierciadło wody okresowo mogło sięgać aż do wierzchołka wzgórza, a na zboczach Łysej Góry przebiegał fragment linii brzegowej zbiornika. Zatoka, której głębokość wynosiła najwyżej 100 m, obfitowała w wiele gatunków zwierząt. Świadectwem ich występowania są niezliczone skamieniałości odnajdowane na Łysej Górze i pobliskich polach uprawnych, gdzie było dno zatoki. – Skamieniałości przetrwały tyle milionów lat i wciąż wykopywane


Miejsca mocy 24 są nowe okazy? – dziwimy się. Pani Jolanta uśmiecha się i mówi, że w geologii 15 czy 16 milionów lat to drobiazg. Rzeczywiście, Morze Mioceńskie to dzieciak w porównaniu z takimi choćby Górami Świętokrzyskimi, które dźwigają na sobie ciężar 600 milionów lat.

Małże i ślimaki Zatoka dość szybko wypełniła się osadami, zwanymi iłami korytnickimi, co spowodowało wycofywanie się wody z terenu dzisiejszej wsi. Morze robiło się coraz płytsze i gdy miało już zaledwie kilkanaście metrów – eksplodowało życie. W ciepłym zbiorniku żyły wszystkie grupy zwierząt – od pierwotniaków aż po kręgowce. Do dziś uważny zbieracz natrafi w Korytnicy na ślady otwornic, koralowców, pierścienic, stawonogów, mięczaków, szkarłupni i ryb. Wśród tych ostatnich należy wspomnieć o rekinach, które swobodnie wpływały na wody Zatoki Korytnickiej. Zęby groźnych, potężnych ludojadów do dziś można znaleźć w korytnickiej ziemi. Wprawne oko natrafi także na kostki słuchowe ryb. W morzu najliczniej występowały małże i ślimaki – mówi Jolanta Stępień. – Ich muszle dostarczają także wielu cennych informacji o innych organizmach, bowiem niektóre skamieniałości noszą ślady żerowania drapieżników, m.in. krabów. Niektóre pokrywa warstwa narośli innych gatunków, np. pierścienic. – Gdy byłam dzieckiem, dziwiłam się, dlaczego do Korytnicy przyjeżdża tak dużo ludzi – wspomina pani Jolanta. – Do wsi zjeżdżały całe autokary, zorganizowane wycieczki, zaglądało tu także wielu obcokrajowców. Ludziska wysypywali się z aut i z wiaderkami w rękach ruszali w pola, by grzebać w cudzej ziemi w poszukiwaniu geologicznych skarbów. A że przy tym nie zwracali uwagi na uprawy, to nie ma się czemu dziwić, że przeczesywanie nie było w smak miejscowym gospodarzom, którym nie raz, nie dwa, zdarzało się przeganiać intruzów ze swojej ziemi. Do dziś ta niewielka i bardzo urokliwa wioska w gminie Sobków jest mekką geologów i badaczy prehistorii. Do tych, którzy rozsławili ten muszelkowy raj, należy prof. Wacław Bałuk z Uniwersytetu Warszawskiego, który od

wielu lat bada mioceńską faunę ślimaków. Do tej pory zebrał i opisał ponad 500 gatunków, a do skatalogowania pozostało mu jeszcze około 300. – Każdego roku profesor, mimo sędziwego wieku, przyjeżdża do nas – prowadzi badania, spotyka się z młodzieżą – mówi pani Jolanta. – Bardzo wspierał nas swoją wiedzą podczas prac przy wytyczaniu przyrodniczej ścieżki dydaktycznej.

Król Staś był zachwycony

W środowisku geologicznym Korytnica znana jest na całym świece, a pochodzące stąd okazy można znaleźć w wielu europejskich muzeach. W Polsce jest jeszcze jedno stanowisko mioceńskie – w okolicach Nowego Sącza – ale jak mówią znawcy przedmiotu, w żaden sposób nie może się ono równać z Korytnicą. Naukowcy potwierdzają, że takich miejsc, jak ta urokliwa wieś w gminie Sobków, w których skamieniałości występują w stanie wolnym, a nie w formie odcisku na jakimś kamieniu, jest rzeczywiście niewiele. – Pierwsze wzmianki o skamieniałościach z Korytnicy pochodzą z XVIII wieku. W 1787 r. Jan Jaśkiewicz, profesor chemii, geolog, nadworny medyk króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, wygłosił w Krakowie przed majestatem monarchy wykład na temat rozwoju geologicznego Ziemi, ilustrując swoje rozważania przykładami zebranymi m.in. w okolicach Korytnicy. Wywód naukowca tak zafrapował króla, że w dowód uznania podarował mu pierścień. – Ale do dziś nie ma pewności, kto odkrył stanowisko paleontologiczne w Korytnicy – dodaje Jolanta Stępień. – Przypuszcza się, że okazy z korytnickich pól zbierał w latach 20. XIX w. wybitny geolog Ludwik Zejszner i przekazał je wielkiemu badaczowi Gór Świętokrzyskich, Jerzemu Bogumiłowi Puschowi, który opublikował pracę przedstawiającą 88 gatunków ślimaków mioceńskich. Spuścizna naukowa Puscha trafiła w ręce wybitnego angielskiego geologa, odkrywcy syluru i dewonu, Rodericka Murchisona, który w drodze do Rosji zatrzymał się w Kielcach, żywo interesując się okolicznymi atrakcjami geologicznymi. To on poniósł w świat wieść o wyjątkowym miejscu kryjącym w sobie skarby epoki mioceńskiej.

Morza trochę żal?

Jolanta Stępień trzyma w dłoniach dwa bliźniaczo podobne do siebie kamienie. – Czym się różnią? – zadaje pytanie i, nie czekając na odpowiedź, wyjaśnia, że jeden został przywieziony niedawno z chorwackiej plaży, drugi to korytnicka skamieniałość sprzed wielu, wielu milionów lat. Niezwykłe! I może trochę żal, że to ciepłe morze, którego temperatura sięgała około 28°C. , wycofało się z naszych terenów… Mieszkańcy Korytnicy żyją na dnie mioceńskiego morza wśród skarbów, których można im tylko pozazdrościć. Nie trzeba wędrować nad ciepłe, południowe morza, by zgromadzić piękne i oryginalne muszle. Prawdziwe cuda natury są blisko nas, niespełna godzinę drogi od Kielc. ■

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Miejsca mocy 26

Święte góry Słowian tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Jacek Korczyński

Łysiec, Góra Grodowa, Góra Dobrzeszowska... Czy tak jak dolnośląska trójka – Ślęża, Radunia, Wieżyca – były świętymi górami Słowian? W jakim celu przedchrześcijańskie plemiona zbudowały na nich kamienne kręgi? Naukowcy są co do tego podzieleni. Nie ma natomiast wątpliwości, że warto się na nie wspiąć i poszukać śladów odległej przeszłości.

Axis mundi – Religioznawcy przyjęli, że niezwykle ważnym elementem u dawnych społeczeństw była oś świata – Axis mundi. Pojmowanie świata przez Słowian było odmienne od naszego, linearnego myślenia. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość przenikały się nawzajem. Jedynym stabilnym, nienaruszalnym elementem była właśnie oś świata. Różnie ją sobie wyobrażano: jako górę kosmiczną, drzewo kosmiczne albo filar, kolumnę czy słup. Świętym drzewem w mitologii nordyckiej był z reguły jesion, a u nas – dąb. Słowianie wyobrażali sobie, że w konarach żyją bóstwa, my żyjemy w korze na pniu, a przodkowie w korzeniach – tłumaczył podczas wykładu o świętych górach Słowian w Centrum Geoedukacji w Kielcach dr Cezary Jastrzębski z Instytutu Geografii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, regionalista i przewodnik świętokrzyski. Góry kosmiczne na świecie to chociażby mityczna góra Meru w Indiach, Góra Dobrzeszowska Góra Grodowa

a w Palestynie Garizim, który – według tradycji hebrajskiej – nie został zalany przez potop. Święta góra łączyła przeszłość z teraźniejszością i przyszłością, była centrum, gdzie ziemia łączyła się z niebem i podziemiami. Symbolami Axis mundi były: swastyka, czterolistna koniczyna, sześcio – lub dwunastoramienna rozeta, kwiat lotosu czy labirynt.

Domniemane miejsca kultu w Polsce – Badacze cały czas podchodzą do tematu ostrożnie i używają określenia „domniemane miejsca kultu” – zaznacza regionalista. Według niego dyskusje na ten temat są momentami bardzo zażarte i zdarza się nawet, że prelegenci wychodzą z sali, nie mogąc znieść krytyki swoich koncepcji. W różny sposób te miejsca są wyróżnione. Wały kamienne istnieją na Ślęży, Raduni i Wieżycy na Dolnym Śląsku, w naszym regionie na Łysej Górze, Górze Grodowej i Górze Dobrzeszowskiej, a także na Gródku Leśnym koło Przysuchy, na górze Chełmo koło Przedborza oraz – najsłabiej zbadane – na Jaworze-Palenicy i górze Stołów koło Bielska-Białej. Wałami ziemnymi otoczony jest przykładowo szczyt góry Chełmno koło Radomska. Natomiast góra Zamczysko koło Makoszyna w Górach ŚwięC Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

27 tokrzyskich nie jest otoczona wałami – jak podkreślił Jastrzębski – ale tarasami ziemnymi. Są też u nas obiekty, które – zdaniem prelegenta – być może powinny być szerzej przebadane, czyli Góra Kapturowa koło Szczaworyżu, Święta Góra koło Sobkowa i Barania Góra koło Dębskiej Woli. Domniemane miejsca kultu znajdują się także na wyspach na jeziorach, są to również góry otoczone rowami. Na takie miejsca kultu dawnych mieszkańców naszych ziem wskazują też pojedyncze znaleziska np. figurka kamienna z dziurką w okolicy serca, na którą natrafiono w miejscu pochówku szkieletowego w Busku-Zdroju, posągi chłopa i baby z Chęcin, a także laska sądowa z Kurzelowa z trzema twarzami. Są na naszym terenie także kurhany – w Sandomierzu i w Kleczanowie. Kolejne takie miejsca to żmigrody (grody nawiązujące do mitycznego stwora Żmija, u nas zlokalizowane w Sandomierzu i Opatowie), tzw. boże stópki wyryte w kamieniu oraz święte źródła. Śladów kultu szukać można także w topografii, toponomastyce (badanie nazw miejscowości – dop.red.) i etnografii, przykładem jest wzgórze Gaj koło Winiar.

Łysa Góra Łysa Góra, Łysiec to drugi co do wysokości szczyt Gór Świętokrzyskich (595 m n.p.m.), nazywany Świętym Krzyżem ze względu na stojący tu pobenedyktyński klasztor. Od 1924 roku teren ten objęty jest ochroną – przez REKLAMA

wiele lat jako rezerwat przyrody, a obecnie jako obszar ochrony ścisłej Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Na Łysiec wejść można z trzech stron: czerwonym Głównym Szlakiem Świętokrzyskim z Trzcianki lub Huty Szklanej oraz niebieskim szlakiem, czyli Drogą Królewską z Nowej Słupi. Jastrzębski zwraca uwagę, że charakterystyczna jest jedna cecha świętych gór, czyli pewne „straszne położenie”, jak u Długosza, który o Łyścu pisał: Wznosi się góra Kalwaria skrzepła z prawie zawsze tu panującego chłodu. – Zwłaszcza gdy oglądamy Łysiec od strony północnej, widać jaka to imponująca góra – podkreśla. Drugim ważnym motywem łaczącym te miejsca była atmosfera grozy. Wał na Łyścu jest w naszym regionie najbardziej znany i najlepiej przebadany. Niestety, jak zaznaczył Jastrzębski, najczęściej oglądana jego część została naruszona podczas budowy platformy na gołoborzu. Całkowita długość wału to ponad 1300 m. Wschodnia część ma 813 m długości i być może jest starsza. Wał zachodni jest niedokończony. Rdzeń został zbudowany z potężnych głazów z piaskowca kwarcytowego ważących do 100 kg, na to narzucono drobniejsze i wszystko obsypano rumoszem skalnym. Do środka prowadziło reprezentacyjne wejście wschodnie i mniejsze południowe. Badacze różne datują czas budowy wałów: od VII do XI wieku. Istnieje też teoria, że powstały w czasie wpływów rzymskich, gdy starożytni hutnicy z kultury przeworskiej w Łysogórach wytapiali rudę żelaza w piecach


Miejsca mocy 28 Szeroko zakrojone badania archeologiczne na Dobrzeszowskiej prowadziła Eligia Gąssowska. Odkryła trzy współśrodkowe eliptyczne wały z wejściem od wschodu i zachodu ze schodami. Średnia wysokość najwyższego wału to prawie 2 m, długość wałów od 260 do 332 m. Na tym terenie znaleźć można okrągły, płaski kamień z wyżłobioną bruzdą, uważany za ofiarny. Badaczka pisała także o obalonym menhirze ze śladami świdra ogniowego, głazie identyfikowanym jako podstawa pod ołtarz, kamieniu z półksiężycami i słońcem, rzeźbie zoomorficznej. Znaleziska datowane są na VIII wiek. – Nie wszystko jest już czytelne i oczywiste. Trzeba też pamiętać, że tam w czasie II wojny światowej wychodziły z oblężenia oddziały Armii Ludowej i okopały się na Górze Dobrzeszowskiej – zaznacza regionalista. – Wielka szkoda, że pani dr Gąssowska nie opublikowała szczegółów badań – dodaje.

Zamczysko Góra Grodowa

dymarskich, czyli w I-II wieku n.e.. Być może ponownie był wykorzystywany w czasie tzw. reakcji pogańskiej po śmierci Bolesława Chrobrego. Badacze nie są zgodni, co do przeznaczenia wałów: archeolodzy Eligia i Jerzy Gąssowcy oraz Szymon Orzechowski podtrzymują tezę, że było to miejsce kultu. Historyk prof. Marek Derwich jest natomiast zdania, że było to miejsce o charakterze refugialnym, czyli służyło okolicznej ludności jako schronienie w razie niebezpieczeństwa. Jastrzębski zwraca uwagę, że gdyby wały miały służyć obronie, powinny być wybudowane na krawędzi plateau (płaskowyżu), a nie poniżej. Poza tym są tak rozległe, że zmieściłaby się w ich obrębie potężna populacja. – Na pewno nie zostały zbudowane przez mieszkańców jednej wioski. Tych ludzi trzeba było zmotywować, takiej pracy nie można było zrobić w jedno popołudnie – zauważa regionalista.

Góra Grodowa

Kręgi na Górze Grodowej koło Tumlina są najsłabiej zachowane, gdyż zniszczono je pozyskując piaskowiec tumliński. Jeden z dwóch kamieniołomów jest wciąż czynny. – Żeby zobaczyć resztki wałów, trzeba tam się wybrać zimą. Teraz roślinność to wszystko kamufluje – zaznacza przewodnik. Badacze nie są zgodni co do przebiegu wałów i ich funkcji, sporny jest nawet ich kształt. – Czesław Hadamik twierdzi, że wszystko trzeba od nowa przebadać, bo chociażby datowanie ceramiki jest już niewłaściwe. Są nowe ustalenia i trzeba zweryfikować wszystko, co zasłużeni badacze przed laty stwierdzili – zaznacza Jastrzębski. Na Grodowej stoi murowana kapliczka z połowy XIX wieku, która zastąpiła starszą drewnianą. Przez górę prowadzi Główny Szlak Świętokrzyski im. Edmunda Massalskiego ze znakami koloru czerwonego. Część Grodowej objęta jest od 1994 roku ochroną w ramach rezerwatu Kamienne Kręgi.

Góra Zamczysko leży w Paśmie Orłowińskim między Wysokówką a Słopcem, koło miejscowości Widełki i Makoszyn. Tamtejsze domniemane miejsce kultu ma inny charakter, bowiem wyraźnie widoczne są tam ziemne tarasy. Od 1959 roku teren ten objęty jest ochroną rezerwatową. Biegł tamtędy kiedyś żółty szlak turystyczny do oddalonego o 3 km Makoszyna. Zdaniem Jastrzębskiego nazwa miejscowości Makoszyn w oczywisty sposób nawiązuje do bogini Mokosz, najważniejszego bóstwa żeńskiego, bogini związanej z płodnością i kultem Matki-Ziemi. Na Zamczysku przeprowadzono tylko wstępne rozpoznanie archeologiczne, które wykluczyło, by była tam osada.

Badania

– Możemy dyskutować o tym, do czego służyły te wały, ale nie możemy zakwestionować ich istnienia – konkluduje dr Jastrzębski. Do tej dyskusji niezbędna jest jednak – według niego – po pierwsze: publikacja wyników dotychczasowych badań, po drugie: ich weryfikacja, zgodnie ze współczesnymi narzędziami i metodami badań. Przydałyby się także nowe prace archeologiczne. Najważniejsza jest jednak ścisła współpraca specjalistów. – Nie da rady, by dziś tak trudnym tematem, jakim są niewątpliwie święte góry słowian, zajął się jeden naukowiec. Trzeba połączyć wysiłek wielu badaczy i to jest najtrudniejsze, bo wszyscy są zajęci. Ale nie tylko najlepiej przebadana Ślęża, ale także nasze święte góry niewątpliwie na to zasługują. To jedna z większych atrakcji naszego regionu i szkoda, że wciąż towarzyszą jej znaki zapytania – podsumowuje. ■

Góra Dobrzeszowska

Szczególne miejsce w tym zestawieniu zajmuje Góra Dobrzeszowska, która jest słabo znana, choć najlepiej w naszym regionie – po Łyścu – przebadana. Znajdują się tam bardzo dobrze zachowane wały, archeolodzy znaleźli także różnorodne kamienie, noszące ślady działalności dawnych mieszkańców tych ziem. Góra jest najwyższym szczytem Pasma Dobrzeszowskiego (368 m n.p.m.). Prowadzi przez nią niebieski szlak turystyczny Kuźniaki – Skarżysko-Kamienna. Teren góry od 1994 roku objęty jest ochroną rezerwatową. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Góra Grodowa


Design 30

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

31

Dobry design w Skarżysku rozmawiał zespół Forum Dobrych Praktyk zdjęcia z archiwum Scandinavia Yachts

Mało kto wie, z czym nasz kraj kojarzy się na międzynarodowym rynku. To jachty i katamarany projektowane indywidualnie dla klientów z całego świata. Tak Polska i… Skarżysko-Kamienna zdobywają świat i wypływają na szerokie wody! Stocznia Scandinavia Yachts to luksusowy design, solidna produkcja i pasja tworzenia.

Polska jest drugim na świecie producentem jachtów do 15 metrów długości. Siłą naszych łodzi jest wysoka jakość wzornictwa, technologii, bogate doświadczenie producentów oraz przystępne ceny. W myśl tych zasad od 10 lat w Skarżysku działa Scandinavia Yachts, firma produkująca luksusowe jachty, założona przez przedsiębiorcę Michała Kiersnowskiego. Co roku z hal, znajdujących się na terenie zajmowanym kiedyś przez Mesko, wyjeżdża kilkadziesiąt łodzi, które eksportowane są do Niemiec, Szwajcarii czy Holandii. Produkcja jednego jachtu trwa od trzech tygodni do trzech miesięcy. Za najpopularniejszą Scandynavię 27 w wersji podstawowej trzeba zapłacić 120 tys. zł. Co konkretnie kryje się pod nazwą Scandinavia Yachts? Piotr Kowalczyk, odpowiadający w firmie za sprzedaż zagraniczną i eksport: Produkujemy jachty żaglowe i motorowe, w tym luksusowe motorówki mieszkalne. Obecnie w swojej ofercie mamy pięć jachtów żaglowych o długościach od 6,5 do 11 metrów. W produkcji mamy kolejny model jachtu motorowego Scandinavia 950. W ciągu najbliższych dwóch lat planujemy także wdrożenie do produkcji nowych modeli motorówek: Scandinavia 1050 i Scandinavia 1250. Czy osoby tworzące firmę żeglują? Jak to wpływa na rozwój produktów, marki? Michał Kiersnowski, właściciel firmy jest aktywnym żeglarzem i osobą zakochaną w tym sporcie. Ja do firmy trafiłem poprzez regaty żeglarskie, sam też żegluję od siódmego roku życia. Staramy się tę naszą miłość do żeglarstwa i pasję przekładać na produkty, które tworzymy. Jaką wagę firma przykłada do sfery projektowej? Kwestie projektowe są niezwykle istotne dla produkowanych przez nas jachtów. Staramy się, żeby design naszych jednostek był atrakcyjny. Przy projektowaniu wnętrz korzystamy z pomocy absolwentów wydziału wzornictwa przemysłowego Uniwersytetu Warszawskiego. Sam proces wdrożenia projektu trwa kilka lat. Współpraca z kreatywnymi projektantami jest o tyle ważna, że to są ludzie, którzy potrafią przewidzieć i wyprzedzić pewne trendy.

Kto zaprojektował jachty Scandinavia 35 i Scandinavia 1250? Za sukcesem największego naszego jachtu – Scandinavia 35 (łódź przeznaczona na morskie rejsy, testowana na Bałtyku przez olimpijczyka Dominika Życkiego, została okrzyknięta przez magazyn „Żagle” Jachtem Roku 2017 – dop. red.) – kryje się znany niemiecki projektant Marc Oliver van Ahlen. Kilkudziesięcioletnie doświadczenie jego biura projektowego przełożyło się nie tylko na wygląd jachtu, ale i jego funkcjonalność. Łódź też doskonale pływa. Scandinavię 1050 i 1250 zaprojektowało polskie studio Kilson Design. To jest grupa młodych ludzi z Warszawy i Gdańska, którzy także łączą swoje wykształcenie z pasją do żeglarstwa. Tak powstał niezwykle ciekawy projekt, który mamy nadzieję w niedługim czasie wdrożyć do produkcji. Jak przebiegała współpraca z projektantami? Praca zawsze zaczyna się od naszego pomysłu. Na początku przeprowadzamy w firmie burzę mózgów. Spisujemy, na czym najbardziej nam zależy, tworzymy wytyczne projektu. Analizujemy sytuację na rynku i wybieramy założenia, które wydają się być dla nas interesujące. Następnie przedstawiamy pewne wytyczne projektantom, słuchamy też ich sugestii. Na kanwie tych doświadczeń powstaje projekt. Czy dobre projekty zwiększają rozpoznawalność Państwa firmy i przysparzają jej klientów? Na naszym rynku są setki modeli jachtów. Dobre produkty zawsze są w stanie się obronić. Projekt i jego dopracowana realizacja sprawiły, że w walce o tytuł Jachtu Roku udało nam się pokonać francuską stocznię Jeanneau, jedną z największych na świecie. Gdyby nie dobry projekt, gdyby nie współpraca z uznanym projektantem, pewnie by się nam to nie udało. Czy firma swoją strategię na przyszłość wiąże z rozwojem sfery wzorniczej? Myślę, że kwestie projektowe, współpraca z projektantami i stały rozwój, to klucz do tego, żeby istnieć na rynku. Dziękujemy za rozmowę. Również dziękuję. ■


Artykuł partnerski

32

Projektowanie w trójwymiarze

Projekt rozbudowy Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu (współpraca: Maciej Krupa, Augusto Missori, Michał Dudek)

ważonego rozwoju rozwiązania. – Projektowany budynek czy wnętrze ma przede wszystkim służyć użytkownikom i zaspokajać wszystkie ich potrzeby. Do każdego projektu podchodzimy indywidualnie. Doświadczenie, szczególnie przy dużych obiektach handlowych, pozwala nam podjąć się wszelkich wyzwań projektowych. Naszą misją jest zadowolenie klientów z przestrzeni, którą dla nich tworzymy – zapewnia Agnieszka Słowik-Wesołowska. W swoim portfolio właścicielka AIO Design ma projekty komercyjne, w tym centra handlowe i wnętrza usługowe. Projektantka pracowała przy budowie centrum handlowego Victoria w Wałbrzychu, remoncie Hali Stulecia we Wrocławiu oraz projektowaniu wnętrz galerii Serenada w Krakowie. Pracownia jest także laureatem prestiżowego międzynarodowego konkursu Burnham Prize Competition „Un-

Budynek i wnętrza w formie wiernie odwzorowanego trójwymiarowego modelu to szybsza realizacja projektu i szansa uniknięcia błędów. BIM to technologia jutra. W Kielcach korzysta z niej niewielka, ale doświadczona Pracownia AIO Design. AIO Design projektuje w trzech głównych sektorach: architektura, wnętrza oraz obiekty BIM (Building Information Modelling), swoją ofertę kierując zarówno do inwestorów, jak i klientów indywidualnych czy producentów materiałów. Wszyscy mogą liczyć na kompleksową obsługę. Jeśli chodzi o architekturę, pracownia przygotowuje wstępne analizy, opracowuje koncepcje architektoniczno-urbanistyczne, projekty budowlane i wykonawcze. Przy wnętrzach jest podobnie – zaczyna się od fazy koncepcyjnej, a kończy na wykonawczej. Technologia BIM, w której specjalizuje się pracownia, może być używana przy projektach architektonicznych i wnętrz, może też być oddzielną usługą. BIM to przyszłość architektury i projektowania budynków. Co się kryje za tym skrótem? BIM to technologia, która pozwala stworzyć cyfrowy opis fizycznych i funkcjonalnych właściwości budynku, jest więc doskonałym źródłem wiedzy o nim. Trójwymiarowy model zawiera każdy, nawet najdrobniejszy element, zaplanowany w rzeczywistym obiekcie. BIM pozwala wykorzystać te dane przy projektowaniu budynku, jego budowie i późniejszej eksploatacji. Dostęp do stale aktualizowanej informacji w tym samym czasie mogą mieć wszyscy C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Praca „Where is Tiffany”

Koncepcja architektoniczna zespołu budynków przy ul. Zaruby w Warszawie (współpraca Ewelina Jaskulska)

zainteresowani inwestycją, w tym: zleceniodawca oraz projektanci poszczególnych branż: wodno-kanalizacyjnej, elektrycznej, teletechnicznej etc. – To innowacyjne rozwiązanie pozwala podnieść jakość oferowanych przez nas usług. Użycie technologii BIM na etapie projektu daje inwestorowi oszczędności w czasie realizacji inwestycji. Projekt jest też lepiej skoordynowany, ma mniej błędów. Szybciej można wprowadzić zmiany czy przeprowadzić najróżniejsze analizy np. kosztów, harmonogramu, energetyczne czy ochrony pożarowej. Powstaje trójwymiarowy model budynku wzbogacony o dodatkowe informacje – tłumaczy Agnieszka Słowik-Wesołowska, właścicielka AIO Design. AIO Design stawia na estetykę, oryginalność i funkcjonalność przestrzeni. Proponuje trwałe, użyteczne, energooszczędne i zgodne z zasadami zrówno-

der The Dome” 2017, towarzyszącego architektonicznemu biennale w Chicago. Praca Agnieszki Słowik-Wesołowskiej i Eweliny Jaskulskiej „Where is Tiffany” została zakwalifikowana na wystawę pokonkursową jako jedna z 12 (spośród ponad 70 nadesłanych z całego świata). Pracownia została też nagrodzona w konkursie na zagospodarowanie terenów dworca PKS w Olkuszu oraz w konkursie na rewitalizację śródmieścia Bochni.

AIO Design tel. 506 950 094 aio@aiodesign.pl www.aiodesign.pl


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Strona, która zapewni ci przewagę Wielu wieszczyło zmierzch stron internetowych z powodu dynamicznego rozwoju serwisów społecznościowych. Przedwcześnie. Strona www to nadal rzetelna informacja na temat firmy i oferowanych przez nią produktów czy usług. Warto zadbać o jej wygląd. Czy po pierwszym zachłyśnięciu się możliwościami serwisów społecznościowych na powrót zaczynamy doceniać strony internetowe? Piotr Kubicki, prezes Agencji Interaktywnej WEBTEC: Oczywiście! Firmy wracają do stron www. Tym bardziej, że media społecznościowe wciąż się zmieniają i wymagają większego zaangażowania w ich obsługę, bo tam nic nie pozostaje bez echa. Najnowsze algorytmy na Facebooku zmierzają do tego, by więcej inwestować w płatną reklamę. Tymczasem witryna daje szersze możliwości prezentowania treści w logicznym porządku. Powinna wzmacniać to, co komunikujemy w mediach społecznościowych. Strona i sklep internetowy muszą być atrakcyjne. Jak to zrobić? Powinny być responsywne, czyli płynnie dostosowywać się do rozdzielczości ekranu każdego urządzenia. Dziś większość z nas sprawdza treści w smartfonie. Coraz chętniej w ten sposób robimy też zakupy. W Polsce 32 proc. czasu poświęcanego na korzystanie z Internetu to ten spędzany na urządzeniach mobilnych. Odsetek ten będzie stale rósł. Nasza strona musi też być lekka, a publikowane na niej informacje powinny szybko się wczytywać. Przy obecnych łączach optymalny czas to 3-4 sekundy. A jeśli chodzi o wygląd strony? Na pewno musi być funkcjonalna i umożliwić dostęp do szukanej informacji w jak najkrótszym czasie. Ważne też, by osobę, która trafi na naszą stronę szybko zainteresować i pokazać jej, że znajdzie

tu to, czego szuka. Można do tego wykorzystać animowane banery czy krótkie filmy. Warto pomyśleć też o wyszukiwarce czy mapce z adresem naszej firmy. Obowiązkowym elementem jest logo. Jeśli go nie mamy, to od stworzenia identyfikacji wizualnej powinniśmy zacząć. Jakimi zasadami kierujecie się Państwo projektując stronę? Wykorzystujemy psychologię koloru i typografii oraz najnowsze wyniki badań dotyczących stron internetowych. Tworzymy intuicyjne i przyjazne serwisy. Witryna ma zachęcać do działania: kontaktu, zamówienia usługi, zakupu produktu. Dlatego opracowanie tych treści warto zlecić profesjonalistom. Dużo daje też pozycjonowanie stron. Każda powinna być przygotowana do pozycjonowania, bo to pozwala pozyskać nowych klientów. Koszty pozycjonowania zależą od branży. Warto znaleźć hasła, które dadzą nam kilka, a nie kilka tysięcy, odpowiedzi w wyszukiwarce. To pozwoli nam utworzyć niszę, dzięki której łatwiej nam

będzie dotrzeć do odbiorców. Działajmy lokalnie, nie globalnie. Pod każdą stronę powinny być też podpięte statystyki, które pozwolą nam sprawdzić efekty pozycjonowania. Działacie Państwo na rynku od ponad 10 lat. W czym się Państwo specjalizujecie? Projektujemy kreatywne strony www i dochodowe sklepy internetowe, przygotowując nie tylko szatę graficzną, ale wdrażając intuicyjne systemy CMS do samodzielnego zarządzania nimi. Wykonujemy zdjęcia pracowników, budynków, wnętrz oraz produktów. Możemy też napisać teksty i zająć się obsługą strony. Jeśli firmy nie mają identyfikacji wizualnej, projektujemy logo i wszystkie elementy graficzne. Nasze projekty są unikatowe, a przygotowując je, uzgadniamy rozwiązania z klientami. Działamy w myśl zasady – 90 proc. nasza praca, a pozostałe 10 proc. to czas, jaki nasi klienci poświęcają na konsultacje projektów. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do kontaktu. Zawsze chętnie odpowiemy na pytania, wyjaśnimy wątpliwości, skonsultujemy pomysły. Nasze drzwi są szeroko otwarte.

33


Architektura 34

d

y

s

h

a

r

Osiedle Świętokrzyskie

m

o

n

i

a

Osiedle Czarnów

Nowe szaty bloków tekst i zdjęcia Rafał Zamojski

Chciałbym, aby Kielce piękniały, i nie jestem w tym pragnieniu odosobniony. Jak to rozumieć? Wielu powie: piękno jest kwestią gustu, a o gustach się nie dyskutuje. Tylko co tak naprawdę mamy na myśli, gdy mówimy, że jakieś miasto nam się podoba? Poza ogólnym porządkiem oraz bujną, zadbaną zielenią, bierzemy pod uwagę przede wszystkim harmonijną zabudowę i przyciągający wzrok krajobraz. Specyfiką krajobrazu polskich miast jest to, że znaczną ich część stanowią osiedla bloków wybudowanych w PRL. Nie inaczej jest w Kielcach, bo w tamtym czasie liczba mieszkańców rosła wyjątkowo dynamicznie. 100-tysięcznym miastem staliśmy się w 1965 roku, a podwojenie tej liczby zajęło nam zaledwie 20 lat. 200-tysięczny kielczanin urodził się w 1985 roku. Dla rzesz nowych mieszkańców powstawały kolejne osiedla, aż w końcu przedwojenne miasto zostało otoczone pudełkową zabudową bloków.

Fabryka domów Architektura kieleckich PRL-owskich osiedli ma różną wartość, są realizacje lepsze i gorsze. Generalną zasadą było jednak stopniowe pogarszanie się jakości budownictwa, a związane to było z nawarstwiającymi się problemami realnego socjalizmu. Z upływem czasu architekci mieli coraz mniej do powiedzenia, a kolejne fabryki domów – kielecka była w Dyminach – coC Z E R W I E C / L I P I E C 2018

raz częściej powielały projekty maksymalnie uproszczonych jednakowych „płytowców”, ustawianych w krajobrazie tak, aby wygodniej było operować dźwigiem. Wykonanie także było tandetne. W uproszczony sposób powstały osiedla: Świętokrzyskie, Uroczysko, Barwinek, Sandomierskie, Podkarczówka, Jagiellońskie, Czarnockiego czy Herby. Dopiero w latach 80. sytuacja zaczęła się poprawiać. Co prawda, dalej stawiano bloki z krzywych płyt, których łączenia trzeba było łatać smołą lub srebrną folią, zaczęto jednak zastępować jednakowe pudełka bardziej wyrafinowanymi, dostosowanymi do naturalnego krajobrazu formami. Tak powstały osiedla Słoneczne Wzgórze, Na Stoku i – najciekawsze z wielkopłytowców – Pod Dalnią. Połowa Słonecznego Wzgórza – świetnie widocznego w krajobrazie miasta osiedla – miała doskonale zaprojektowaną spójną kolorystykę elewacji. Z bliska widać było krzywe płyty, błotnistą glinę zamiast trawników i połamane chodniki, ale z daleka efekt był zna-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

35

h

a

r

m

Osiedle Chęcińskie

komity. Z pewnej odległości dobrze wyglądało też osiedle Na Stoku, bo na elewacjach zastosowano połączenie białego z innymi kolorami.

Bloki! Głupcze Jeśli chcemy, by dziś Kielce były piękne, nie możemy zapomnieć o blokach. Warto uświadomić sobie, że gdy spółdzielnia czy wspólnota mieszkaniowa wyremontuje elewację, efekt przez najbliższych 20-30 lat będą oglądać nie tylko jej lokatorzy, ale też kielczanie i turyści. Jest to przestrzeń publiczna, część krajobrazu, na dodatek często widoczna z daleka. Naszym zadaniem jest więc maksymalne wykorzystanie tkwiącego w PRL-owskich blokach potencjału, zarówno poprzez uzupełnienie osiedlowych przestrzeni zielenią, nową infrastrukturą i nową architekturą (usługową i deweloperską), jak i poprzez dbałość o wygląd elewacji starych bloków. Dzisiejsze problemy z reklamowym śmietnikiem, chaosem zabudowy i krzykliwymi, aż oczy bolą, jarmarcznie pomalowanymi elewacjami wynikają z wielu czynników. Po pierwsze – ogromnych zaniedbań w dziedzinie edukacji plastycznej, po drugie – braku wprowadzających ład odpowiednich przepisów. Po trzecie, i to chyba najistotniejsze, wynikającego z wieloletnich przyzwyczajeń braku dbałości o przestrzeń publiczną i braku poczucia, że należy ją traktować jako spójną całość. Ta niedbałość towarzyszyła całemu okresowi PRL-u, a szczególnie jego schyłkowi. Doskonale ten czas pamiętam i wzdrygam się na wspomnienie ówczesnego dziadostwa. Dzisiejszy kolorystyczny kociokwik to wciąż jeszcze reakcja na przygnębiającą unifikację i szarość PRL-u. Można usłyszeć, że teraz przynajmniej jest wesoło i kolorowo. Czy jednak „kolorowo” musi oznaczać „tandetnie i kiczowato”? Czy jest to „kwestia gustu”? Otóż nie. Zasady kompozycji, proporcji, w tym doboru kolorów, tak by do siebie wzajemnie pasowały, poznaje się na uczelniach architektonicznych i pla-

o

n

i

a

Osiedle Czarnów

stycznych. Dlaczego więc zgadzamy się, by o nowej szacie elewacji bloku nie decydowali kompetentni, rozumiejący architekturę fachowcy, ale „pani Krysia z sekretariatu” albo „pan Władek z administracji”? A tak niestety często bywa. Na nieudany efekt takich decyzji musimy codziennie patrzeć przez następne 30 lat.

Walka z pastelozą Trzeba przyznać, że ostatnio sytuacja się poprawia. Pojawia się coraz więcej dobrych przykładów, co jest efektem m.in. działań społecznych. Gdy 10-20 lat temu w polskim krajobrazie nastąpiła erupcja „pastelozy” – różnobarwnych szlaczków, a nawet „widoczków” malowanych na blokach (w Kielcach też mieliśmy taki wielkoformatowy kiczowaty landszaft – na kilku połączonych blokach osiedla Słoneczne Wzgórze), w dużych miastach społecznicy zaczęli się organizować i działać przeciwko szpetocie krajobrazu. Pierwszą dużą akcją, która odbiła się echem w całej Polsce było wrocławskie „Pospolite ruszenie” (pospoliteruszenie.com). W Kielcach – „Pod dobrą pacą”, gdzie siły połączyły Stowarzyszenie Architektów Polskich Oddział w Kielcach, Związek Polskich Artystów Plastyków, Wydział Planowania Przestrzennego Urzędu Miasta, kielecka „Gazeta Wyborcza” i Stowarzyszenie Kieleckie Inwestycje. Wybieraliśmy najlepsze i najgorsze przykłady remontów elewacji, edukowaliśmy kielczan, architekci z SARP spotykali się z mieszkańcami. Wymiernym efektem tej akcji było spójne jednolite pomalowanie bloków na osiedlu im. Czarnockiego. Z akcją utożsamiły się też władze ŚSM, administrującej osiedlem Uroczysko, dzięki czemu nasze oko cieszą dziś ważne dla krajobrazu miasta, doskonale pomalowane wieżowce przy ul. Warszawskiej i wzdłuż ul. Orkana. Cieszą ostatnie remonty elewacji osiedla Pod Dalnią i Ślichowic. Bardzo


Architektura 36

k

i

e

Osiedle Szydłówek, lata 60.-70. (dawna pocztówka)

d

y

ś

Osiedle Słoneczne Wzgórze, rok 1986 (z archiwum Inwestprojektu)

dobrze zostały też pomalowane wieżowce przy ul. bp. Kaczmarka. Sporo dobrych przykładów jest na osiedlach KSM, ale tam niestety brakuje konsekwencji – już wydaje się, że jest w jakimś miejscu nieźle i wtedy, ni z tego ni z owego, kolejny blok jest malowany w sposób kompletnie nie pasujący do reszty. Mamy też powody do dużego niepokoju – doskonałe do tej pory wkomponowanie w krajobraz wieżowców osiedla Sady staje się przeszłością. Nowa szata jednego z nich radykalnie psuje dobry efekt…

W przypadku prostych modernistycznych brył najbezpieczniejsza jest zgaszona kolorystyka i brak udziwnień. Zwróćmy uwagę na grupy jednakowych wieżowców z przełomu lat 60. i 70. postawione na trzech osiedlach: KSM, Chęcińskim i Czarnowie. Te na rogu Sandomierskiej i Źródłowej oraz te przy ul. bp. Kaczmarka różnią się szczegółami, ale są zaprojektowane spójnie i stanowią miłe dla oka zespoły architektury. Z kolei identyczne wieżowce stojące wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej jako całość wyglądają dziś źle.

Bez udziwnień

Jak strój eleganckiej kobiety

Generalnie znacznie łatwiej uzyskać dobry efekt, gdy jest jeden zarządca dużej grupy bloków, czyli właśnie spółdzielnia mieszkaniowa. Trudniej, gdy każdy blok to osobna wspólnota. Jednak i władze spółdzielni nie zawsze stają na wysokości zadania. Nie wykorzystała swojej wyjątkowej szansy spółdzielnia administrująca osiedlem Na Stoku, ciekawym krajobrazowo i o ogromnym plastycznym potencjale. Jedyną perłą jest nie podlegający spółdzielni wieżowiec z elewacją zaprojektowaną przez artystę Tomasza Łukaszczyka: komiksem na ślepej ścianie budynku. Są też wciąż w Kielcach dzielnice malowane po prostu fatalnie, z kakofonią nie pasujących do siebie kolorów i wzorów. Chyba najgorsze są pod tym względem osiedla: Jagiellońskie i Podkarczówka (RSM Armatury) oraz Świętokrzyskie (SM Wichrowe Wzgórze). Odrębną kwestią jest przestrzeń Czarnowa, gdzie nie ma spółdzielni. Dawna dzielnica komunalna to dziś najczęściej osobne jednoblokowe wspólnoty mieszkaniowe. Po remontach elewacji z ostatnich lat nic nie pasuje do niczego. Spacer ulicami Czarnowa może spowodować ból oczu. I takie przestrzenie są najtrudniejsze do zmiany, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy się starać. Jeśli jesteśmy np. mieszkańcami bloku należącego do wspólnoty planującej remont, powinniśmy zacząć od uświadomienia sobie kontekstu otoczenia. Jeśli przy danej ulicy stoi pięć jednakowych budynków to stanowią one zespół architektury, który powinien być wizualnie spójny. Te bloki nie muszą być pomalowane jednakowo, ale powinny ze sobą harmonizować – stanowić miłą dla oka całość.

Dużym problemem jest kwestia doboru kolorów i różnych „dodatków”, urozmaicających elewację szlaczków i figur geometrycznych. Kolory powinien dobierać fachowiec z jednej palety kolorystycznej (dobry przykład to akademiki PŚk), zaś „dodatków” najlepiej w ogóle unikać. Dobrą analogią może być ubiór eleganckiej kobiety. Czy ta założy seledynową spódnicę do fioletowej bluzki, nałoży na to żółto-brązowy żakiet i do całości dobierze czerwone buty i torebkę w kolorowe zygzaki? Nie sądzę! Tłem najbezpieczniejszym i najbardziej eleganckim są ecru, beże i szarości. Do tego umiejętnie dobrane żywe akcenty kolorystyczne, czyli np. rytmy balkonów. Mocne, żywe kolory także mogą być tymi głównymi, ale wtedy wymagają dobrej klasy projektanta. Wiele zależy od odcieni. Modne ostatnio zestawienie szarego i czerwonego może mieć różne odmiany, które nie zawsze wyglądają dobrze. Bierzmy przykład z kolorystyki nowych bloków deweloperskich. Zmieniajmy Kielce, wpływajmy na nasze spółdzielnie, wspólnoty, cierpliwie tłumaczmy. Nie oszczędzajmy na projektach elewacji, bo to mały procent kosztu inwestycji. Zlecajmy je dobrym architektom i artystom. Konsultujmy z Wydziałem Rewitalizacji i Rozwoju Urzędu Miasta, którym zarządza Artur Hajdorowicz. Pamiętajmy też, że część PRL-owskiej blokowej architektury była naprawdę udana i oryginalnie pomalowana. Może warto pomyśleć o odtworzeniu tej pierwszej kolorystyki? Nawet najsłabsze architektonicznie osiedla można wizualnie poprawić, profesjonalnie projektując im nową zewnętrzną szatę. ■

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Pasja 38

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


TuliSko skarżyska biblioteka chustowa tekst ŁB zdjęcia Mateusz Wolski

Noszenie dziecka blisko siebie było dla niej czymś tak naturalnym, że chustę kupiła, będąc jeszcze w ciąży. Gdy synek miał pięć dni, odważyła się na pierwsze próby wiązania. Nie było łatwo. Minęło sporo czasu, zanim na dobre zakochała się w chustonoszeniu i została certyfikowaną doradczynią. Teraz pragnie zarażać rodziców swoją pasją. Mowa o Joannie Bzinkowskiej, założycielce pierwszej w regionie biblioteki chustowej.

Być ssakiem Ze wszystkich ssaków lądowych człowiek rozwija się najwolniej. Noworodek pojawia się na świecie zupełnie bezbronny i nieporadny. Nie posiada w pełni rozwiniętych zmysłów i instynktu samozachowawczego. Potrafi jedynie oddychać, ssać i przełykać. Nie przetrwa bez stałej opieki dorosłego. Antropologowie używają specjalnego terminu – „zewnętrzny płód” – na pokazanie, jak słabo noworodki przystosowane są do samodzielnego funkcjonowania. Okazuje się też, że do około trzeciego miesiąca życia większość dzieci wymaga intensywnego przytulana i kołysania. To – w pewnym sensie – ma im przypomnieć warunki życia płodowego. W lata 70. XX wieku prof. Bernhard Hassenstein, niemiecki biolog i behawiorysta, wprowadził do klasyfikacji

młodych ssaków nowy typ, tzw. noszeniaków, do którego zakwalifikował ludzi. Noszeniaki są długo po narodzinach bezbronne, ale posiadają dobrze wykształcony odruch chwytny, który wykorzystują do łapania i zawieszania się na matce. Potrzebują z nią stałego kontaktu. Jego brak wprowadza zagrożenie i może skutkować nawet utratą życia. Jeśli zestawimy powyższe informacje z wiedzą o nomadycznej naturze naszych przodków, noszenie dziecka w chuście staje się czymś tak naturalnym jak oddychanie.

Rodzicielstwo bliskości Mimo że potrzeba kontaktu fizycznego jest fizjologiczna i należy zaspokajać ją w pierwszej kolejności, w krajach wysokorozwiniętych nastała moda na oddzielanie dziecka od świata rodziców. Ręce i bliskość matczynego ciała zastąpiły wózki, łóżeczka, bujaki, kołyski czy elektroniczne nianie. Na szczęście, w opozycji do tego zjawiska, za sprawą pediatry Williama Searsa, coraz prężniej rozwija się nurt zwany rodzicielstwem bliskości. Jego głównym założeniem jest przekonanie, że pierwsze lata życia dziecka to czas tworzenia więzi emocjonalnej z opiekunami, która rzutuje na jakość późniejszego, dorosłego życia. Attachment Parenting skupia się więc na tworzeniu trwałej relacji dziecko – rodzic, poprzez zaspokajanie naturalnych potrzeb tego pierwszego. Jednym z podstawowych narzędzi rodzicielstwa bliskości jest właśnie chustonoszenie. Dotyk, zapach skóry opiekuna, bicie serca

REKLAMA

Spotykamy się na indywidualnych warsztatach z noszenia chust. Joanna zjawia się z wielką walizką wypchaną biblioteczną kolekcją. Kolorowe tkaniny aż proszą się, żeby je dotknąć, poczuć pod palcami fakturę splotu i otulić się nimi. Joanna wprowadza mnie w tajniki chustowego świata. Tłumaczy wiązanie zwane kieszonką. Ćwiczymy najpierw na manekinie, następnie z moim synkiem. Efekty są zdumiewające: szczęśliwe dziecko i zadowolona mama, która wreszcie ma dwie wolne ręce i nie potrzebuje do tego wózka czy bujaczka. Rzeczywiście, Asia ma rację, twierdząc, że chusta do druga skóra. Dostosowuje się do matki i do dziecka.


Pasja 40 – to wszystko gwarantuje dziecku poczucie bezpieczeństwa, dzięki któremu może się rozwijać. Noszenie w chuście umożliwia dziecku uczestnictwo w codziennym życiu rodziców, co z kolei ma znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania struktur mózgowych. – Rodzicielstwo bliskości to dla mnie coś tak instynktownego, że nie potrzebuję do tego żadnych podręczników. Pojawiło się we mnie samo z siebie, naturalnie – opowiada Joanna Bzinkowska.

Tulenie w Skarżysku

Samo wiązanie chusty nie jest jednak już tak spontaniczne i zapisane w naszym kodzie DNA. Z pomocą przychodzą doradcy, którzy mają za sobą solidne doświadczenie i przebyty profesjonalny kurs. Dodatkowo koszt zakupu porządnej chusty nie jest mały. Dlatego Joanna zdecydowała się na prowadzenie cyklicznych spotkań dla rodziców, chcących zgłębiać tajniki sztuki noszenia dzieci, a także założyła darmową wypożyczalnię chust. – Kurs jest początkiem drogi. Reszta to indywidualna kwestia. Kiedyś dowiedziałam się, że w Łodzi działa biblioteka chust i stwierdziłam, że może spróbuję u siebie, w Skarżysku. Ostatecznie w lutym tego roku ogłosiłam oficjalne otwarcie TuliSka – wspomina Joanna Bzinkowska. Zainteresowanie wypożyczalnią wzrasta stopniowo z miesiąca na miesiąc. Dokładnie tak samo było ze spotkaniami na temat chustoszenia. – Na początku, cztery lata temu, było kiepsko. Przychodziło kilka tych samych mam, a większość z nich po jakimś czasie wyjechała ze Skarżyska. Na szczęście moda na noszenie dzieci w chuście powoli zawitała i do nas. Teraz spotykamy się regularnie w bawialni Kuleczkowo. Chustę z TuliSka można wypożyczyć na maksymalnie dwa tygodnie. Biblioteka jest bezpłatna. Tkaniny o wysokiej wartości mogą być objęte kaucją zwrotną. Przy okazji warto porozmawiać z Joanną i rozwiać wszelkie wątpliwości na temat noszenia dziecka czy to w chuście, czy w nosidle.

BHP chustonoszenia

– Jeśli zarówno ze strony rodzica, jak i dziecka, nie ma żadnych przeciwwskazań medycznych, noworodka można nosić w chuście od pierwszego dnia życia. Istnieją nawet specjalne chusty wcześniacze: miękkie, krótkie, do noszenia na kangura. Brak też konkretnej granicy wiekowej, kiedy należy z tego zrezygnować – tłumaczy założycielka TuliSka. – Widziałam rodziców z niepełnosprawnościami, którzy nosili swoje dzieci w chuście. Taka forma bliskości możliwa jest również w przypadku, gdy opiekun porusza się na wózku inwalidzkim – dodaje. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Najważniejsze są chęci i uczenie się prawidłowych wiązań metodą prób i błędów. Pomocne mogą w tym być, poza spotkaniami z doradcą, blogi o chustonoszeniu bądź grupy wsparcia na Facebooku. – W naszym województwie działa grupa „Nosimy w świętokrzyskim”, która organizuje co jakiś czas spotkania w Kielcach. Warto zajrzeć też na ogólnopolską grupę Chustoświrki, zrzeszającą mamy, dla których noszenie w chuście stało się pasją – wylicza Joanna. Skoro jako ssaki jesteśmy noszeniakami, a współczesna medycyna i psychologia wyliczają mnóstwo korzyści płynących z tulenia i kołysania dzieci, warto pochylić się nad zagadnieniem chustonoszenia i nawet z ciekawości, na próbę zawitać w TuliSku. Możliwe, że po rozmowie z Joanną wstąpicie na nową drogę bliskości i czułości. Tego właśnie życzę zarówno dzieciom, jak i rodzicom. ■


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

41

Musisz to mieć formalne okazje. Takie jeansy sprawdzą się w każdej sytuacji. Do pracy i na co dzień przydadzą się też spodnie z materiału. Tu zasada jest dokładnie ta sama. Powinny być proste i klasyczne. Ciemne na chłodniejsze dni i białe, bawełniane (z krótszą lub dłuższą nogawką) na lato. – Trzy pary spodni wystarczą, by tworzyć najróżniejsze stylizacje przez cały rok – przekonuje Monika Gajek. Kolejna niezbędna rzecz to biała koszula, z kołnierzykiem lub bez (dla tych, którzy nie lubią sztywnego stylu). Można wybrać koszule z dodatkowymi motywami np. grochami. – Zdarza się, że panie, które potrzebują ubrań w dużych rozmiarach, pytają o luźne rzeczy, tuniki. To nie jest właściwe rozwiązanie. Dobrze skrojona bluzka niejednokrotnie wygląda lepiej. Nie bójmy się mierzyć – zachęca Monika Gajek. W codziennych, nieformalnych sytuacjach doskonale sprawdzają się też T-shirty. Gładkie, bez żadnych wzorów będą pasowały do wszystkiego. I nie musi to być biały T-shirt, bo nie każdy będzie się w nim dobrze czuł. Kolor dobiera się do typu urody. A w chłodniejsze dni uzupełnieniem każdej

Dziesięć klasycznych i dobrych jakościowo rzeczy – tyle wystarczy, by przez cały rok móc komponować stroje na niemal każdą okazję. Co w swojej szafie każda kobieta mieć powinna, podpowiada Monika Gajek właścicielka sklepu Maxi Moda. Każda klientka Maxi Mody pytana jest na początku o to, co lubi i jaki styl życia prowadzi. Czy więcej czasu spędza w pracy, gdzie obowiązuje biznesowy dress code, czy może w domu, z dziećmi? – Od tego zależy, jak skompletujemy jej garderobę. Ważne, by postawić na klasyczne wzornictwo i rzeczy dobrej jakości, w których panie dobrze się czują. Lepiej jest mieć mniej ubrań, niż szafę pełną okazyjnie kupionych na wyprzedażach rzeczy. I nawet jeśli w pierwszym momencie zapłacimy więcej, to w ostatecznym rozrachunku nie będziemy stratne – zapewnia Monika Gajek. Podstawą naszej szafy powinny być klasyczne, proste, ciemne jeansy. Do nich wystarczy wizytowa koszula, gdy będziemy potrzebować bardziej eleganckiego stroju, lub T-shirt czy bluzka na mniej

stylizacji, tej bardziej eleganckiej i codziennej, będzie prosty sweter, np. z delikatną złotą nitką czy drobnymi kamieniami, cekinami lub dżetami, oraz uniwersalna kurtka. Dla pań, które nie ograniczają się tylko do spodni, obowiązkowym elementem ubioru jest klasyczna, czarna spódnica, także w wersji sportowej – z lampasem. Nie bójmy się przy tym łączenia, np. lampasów z grochami. Na wieszakach w Maxi Modzie znajdziemy ubrania wysokiej jakości, o unikatowym wzornictwie, rozmiarach od 38 do 56 i z metkami takich producentów, jak Gerry Weber, Via Appia, Barbara Lebek oraz marek Taifun i Concept K.

Maxi Moda ul. Klonowa 55c, Kielce kielce@maximoda.eu www.maximoda.eu


Kultura 42

Ś ladami P iotra G ana tekst Agnieszka Gołębiowska

Zasoby Polony, która jest cyfrową odsłoną Biblioteki Narodowej, wzbogaciły się o ponad 1300 fotografii pokazujących kielecką i radomską wieś, jakiej już nie ma. Zdigitalizowano prywatne archiwum Piotra Gana, niestrudzonego dokumentalisty tutejszego folkloru, radiowca nazywanego Kolbergiem Kielecczyzny. Młodzi miłośnicy muzyki tradycyjnej podążają jego śladami i starają się upowszechniać jego dorobek. Zabawa w Wyganowie koło Przytyka, fot. Piotr Baczewski

Kolberg z magnetofonem Piotr Gan urodził się w 1914 roku w Kamieniu Podolskim. Przed wojną ukończył konserwatorium muzyczne, śpiewał barytonem. Po studiach został leśniczym. Wojenna zawierucha sprawiła, że w 1943 roku trafił do Starachowic – tutaj udało mu się wraz z rodziną zbiec z transportu do Niemiec. Z Kielecczyzną związał swoje dalsze losy. Po wojnie zajmował się kulturą – najpierw jako urzędnik w Starachowicach, potem w Kielcach. Dobrze poznał region i jego dziedzictwo, szczególnie upodobał sobie wiejską muzykę oraz rzemiosło. Karierę dziennikarską rozpoczął od pisania o kulturze do „Słowa Ludu”, potem związał się z Radiem Kielce. Przez kilkadziesiąt lat jeździł od wsi do wsi, nagrywał wiejskich muzykantów i śpiewaczki, dokumentował zamierające obrzędy i ginące zawody, opowiadał na antenie o folklorze. Jego audycje cieszyły się ogromną popularnością. Zmarł w 1983 roku. Radio Kielce podczas Buskich Spotkań z Folklorem przyznaje co roku nagrodę imienia Piotra Gana dla najlepszej kapeli. Jego nagrań sprzed lat posłuchać można na antenie wczesnym rankiem. Kilka lat temu Muzeum Wsi Kieleckiej udostępniło niewielką część audycji radiowca na stronie www.piotrgan.pl

Spuścizna Dzięki nadawanym o świcie audycjom o Kolbergu Kielecczyzny dowiedział się Piotr Baczewski, prezes Fundacji Muzyka Zakorzeniona, fotograf, filmowiec i animator kultury, który dokumentuje i popularyzuje niematerialne dziedzictwo kulturowe polskiej wsi. Podkreśla, że z Ganem – oprócz imienia i zamiłowania do wiejskiej muzyki – łączą go korzenie – jego pradziadek pochodził z Włodzimierza Wołyńskiego. – Od dekady interesuję się tą muzyką, jeżdżę na wieś. Początkowo to było głównie Radomskie. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Antoni Witkowski, fot. Piotr Gan


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

43 Słychać tu Radio Kielce, które swoim zasięgiem obejmuje duży i zróżnicowany kulturowo obszar. Dzięki temu poznałem nagrania Gana. Zadziwiło mnie to, że ta muzyka jest wyśmienita i świetnie zagrana przez znanych mi muzyków w ich szczytowej formie. Zdumiało mnie też, że te audycje nadawane o godz. 5 czy 5.30 mają tylu słuchaczy – mówi. Wkrótce okazało się, że spuścizna Gana to nie tylko nagrania muzykantów i audycje radiowe. Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie po śmierci radiowca zakupiło od jego żony prywatne archiwum, na które składa się prawie 1400 czarno-białych negatywów i 3100 stron notatek terenowych i tekstów. Fundacja Muzyka Zakorzeniona pomogła uregulować stan prawny tych materiałów, w zamian muzeum pozwoliło na ich udostępnianie. Powstał też pomysł, żeby namówić Polonę, by zdigitalizowała negatywy. Trafiły one do Internetu i teraz każdy może obejrzeć fotografie świata, który już niemal nie istnieje. Zdjęcia pokazują kryte strzechą chaty, kuźnie, targowiska w małych miasteczkach, dawne obrzędy i ludzi: kowali, garncarzy, zabawkarzy i przedstawicieli innych ginących zawodów oraz twórców ludowych: rzeźbiarzy, wycinankarki, gawędziarki. Rzemiosło – oprócz muzyki – było drugą pasją Gana, szczególnie interesowało go kowalstwo i garncarstwo. Fotografie mają ogromny walor dokumentacyjny. Zobaczyć na nich można m.in. kołyskę z płachty powieszoną w sadzie, kobietę przy przęślicy, mężczyznę klepiącego kosę, trajkotanie – głoszenie publicznych zarządzeń przy pomocy trajkoty magistrackiej, obębnianie – tradycyjny sposób podawania do publicznej wiadomości zarządzeń miejskich przy użyciu bębna, krowie zaprzęgi, ozdobne okucia dyszli, len w kopkach, drewniane kapliczki słupowe, przebierańców podczas obrzędu zapustnego, plecione wozy, flisaków na Wiśle. Paradoksalnie, niewiele jest w tej kolekcji zdjęć muzykantów. Baczewski przypuszcza, że powodem mogła być czułość ówczesnych negatywów. Zdjęcia osób w ruchu i na dodatek wewnątrz pomieszczeń nie wychodziły zbyt

Warsztaty gry na skrzypcach z Maćkiem Filipczukiem, Tabor Kielecki w Sędku, fot. Piotr Baczewski

Radio Kielce podczas Buskich Spotkań z Folklorem przyznaje co roku nagrodę imienia Piotra Gana dla najlepszej kapeli. dobrze. Gan zrobił tylko statyczne zdjęcia kilku kapel, m.in. Zawiślaków czy Jana Rafalskiego. Baczewski ma nadzieję, że we współpracy z Poloną uda się zorganizować wystawę fotografii Gana. Zapiski radiowca też są cenne dla badaczy – chce z nich skorzystać chociażby Iłżeckie Towarzystwo Historyczno-Naukowe, które ma w planach wydanie książki o garncarstwie.

Wiejscy muzykanci

Tabor Kielecki w Sędku, fot. Piotr Baczewski

Otrąbianie, sołtys Górnej Woli, Stefan Trela, fot. Piotr Gan

Grających współcześnie muzykantów Kielecczyzny Baczewski poznał, gdy razem z Michałem Maziarzem, pochodzącym spod Jędrzejowa skrzypkiem, prezesem Stowarzyszenia To.pole i inicjatorem Taboru Kieleckiego w Sędku, sprawdzali kilka lat temu, czy ta prawdziwa muzyka jest jeszcze w regionie żywa. Baczewski zauważa, że według etnomuzykologów z Warszawy w latach 60. i 70. muzyka Kielecczyzny była znana i ceniona. Natomiast Radomszczyzna była wtedy na marginesie. Prawie nikt stamtąd nie pojawiał się na Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. Teraz jest odwrotnie: w Kazimierzu brakuje muzyków ze Świętokrzyskiego. Jeden z ostatnich kieleckich skrzypków, Zygmunt Jakubowski z Rudy Malenieckiej, laureat kazimierskiej Baszty, zmarł w 2014 roku. Zdążył jeszcze – w archaicznym składzie tylko z bębnistą – zagrać do tańca zachwyconym uczestnikom Taboru Kieleckiego w Sędku. – To także ciekawa postać. Jakubowski nie grał przez 30 lat. Zdenerwował się, gdy na jednej zabawie musiał grać i grać bez końca, po powrocie do domu rzucił skrzypcami i powiedział, że ma porządny zawód i nie będzie grał. Przez ten cały czas nie dotykał skrzypiec – mówi Baczewski. Według niego w regionie są jeszcze muzykanci i śpiewaczki, ale albo już nie grają,


Kultura 44 albo grają dla siebie, poza nurtem przeglądów folklorystycznych. Niektórzy porzucili pasję po przeprowadzce do miasta Inaczej w okolicach Radomia. Ta prawdziwa muzyka tradycyjna wciąż jest żywa. Tajniki muzyki ludowej zgłębiają młodzi ludzie. – Najmłodsza dziewczynka skończyła 10 lat, sporo jest 20-latków i 30-latków – wylicza. Odbywają się potańcówki, od starych mistrzów tradycyjnych melodii uczą się młodzi ludzie zainteresowani taką twórczością pochodzący ze wsi, miasteczek i dużych miast.

Archiwum Gana Dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które otrzymała współpracująca z Baczewskim etnomuzykolożka Diana Szawłowska, powstał projekt „Śladami Piotra Gana” i strona internetowa www.archiwum-gana.pl. Ma upowszechniać dorobek badacza, dlatego trafiły tu jego zdjęcia i zapiski dotyczące nieistniejącego już świata, m.in. o kapelach na Ziemi Kieleckiej, o krypiarzach z Zawichostu, o obębnianiu i otrąbianiu. Warto zaznaczyć, że badacz Kielecczyzną nazywał region między Wisłą i Pilicą, który do 1975 roku tworzył województwo kieleckie.

Drugą część witryny budują owoce współczesnych poszukiwań i spotkań z twórcami. Są wśród nich jeszcze tacy, których nagrywał Gan, gdy byli młodymi ludźmi. Na stronę trafiają też zdjęcia, nagrania muzyczne i rozmowy z mistrzami i kontynuatorami tradycji, uczącymi się od starszych artystów. Jest też kilka tekstów, m.in. Macieja Szajkowskiego z Kapeli ze Wsi Warszawa czy Michała Maziarza z Tęgich Chłopów. Piotr Baczewski przyjeżdża na Kielecczyznę, szuka starszych i młodszych muzykantów, fotografuje, nagrywa filmy. Strona www.archiwum-gana.pl staje się powoli skrzynką kontaktową, odzywają się muzykanci, lokalni animatorzy kultury oraz miłośnicy muzyki wsi. Prezes Fundacji Muzyka Zakorzeniona liczy na to, że pokazując współczesne oblicze wiejskiej muzyki niestylizowanej – potańcówki, pograjki – zachęci innych młodych ludzi do tej formy twórczości. Strona ma być przeciwwagą „biesiady”, pokazywać muzykę wiejską bez przaśnej maski. Stereotypowo ludowa muzyka kojarzy się z „babami piejącymi ze sceny”, i budzi niesmak zwłaszcza u młodych ludzi. Dopiero gdy tradycja ożywa – gdy muzykę gra się na zabawie, do tańca, gdzie przychodzą rówieśnicy, dziewczyny śpiewają i można bawić się do rana – staje się atrakcyjna i warta kontynuacji. ■

Tekst i fotografie autorstwa Piotra Gana pochodzą ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografie zdigitalizowała Biblioteka Narodowa w Warszawie.

Fredro ze stacji kolejowej tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Michał Grabowski Najnowsza premiera w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego, sztuka „Prędko, prędko…” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego to przede wszystkim wielka uczta dla oczu. Scenografia, dopracowane detale i piękne, nawiązujące do epoki retro kostiumy przywodzą na myśl klasyczny teatr, w którym nie ma żadnego puszczania oka do widza i przekonywania go, że ustawiony na scenie drewniany stół to symbol całego świata. Nic z tych rzeczy. Słowa uznania należą się więc Zuzannie Markiewicz za stworzenie świata odwołującego się do czasów przełomu XIX i XX wieku, w którym panie coraz śmielej poczynają sobie z długością spódnicy, dbają o staranne fryzury, nienaganne talie i wytworne dodatki. A panowie? No cóż, noszą odprasowane garnitury, a drobne uszkodzenie nakrycia głowy urasta do rangi tragedii.

Fredro ironiczny

To już nie turkoczący po bitych drogach dyliżans, ale szybko mknący pociąg. Wprawdzie jeszcze nie pędzący kilkaset kilometrów na godzinę TGV, ale jednak przyśpieszenie jest spore. Wiadomo, z kim wsiadasz do przedziału, ale już wcale nie jest takie pewne, w jakim opuścisz go towarzystwie. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

W tej wysmakowanej scenerii zwykli ludzie ani nie przeżywają przełomowych chwil w swoim życiu, ani nie są jakimiś nadzwyczajnymi osobowościami, ani nie zadają dramatycznych szekspirowskich pytań: być czy nie być? Ot, przeciętni zjadacze chleba… Co więc zaciekawiło Mikołaja Grabowskiego w bohaterach dwóch późnych i mało znanych sztuk Aleksandra Fredry „Z Przemyśla do Przeszowy” i „Teraz”? Wydaje się, że reżyser chciał pokazać zupełnie inną twarz hrabiego, który większości kojarzy się ze słynnym „Bardzo proszę, mocium panie” lub żądaniem „Krokodyla daj mi luby!” Reżysera nie interesuje sarmacki kostium, w jaki ubiera się bohaterów komedii Fredry, daleko odszedł też od typowej dla tego pisarza miłosnej, zagmatwanej intrygi, która zawsze ma szczęśliwy finał. Tym dwóm krótkim sztukom bliżej do klimatu Gabrieli Zapolskiej z jej ironicznym, pozbawionym złudzeń spojrzeniem na stosunki damsko-męskie.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

45 Interes: małżeństwo

Szczególnie widoczne jest to w drugiej części spektaklu opartej na miniaturze „Teraz”. Tu rzecz cała obraca się wokół zyskownego interesu, do jakiego zostało sprowadzone małżeństwo. Ktoś ma jakieś akcje, inny – całkiem zasobne konto w banku, więc czemu nie połączyć tych dwóch aktywów i nie stworzyć dobrze prosperującej spółki? Przepraszam, małżeństwa. A gdzie tu miejsce na miłość? Wybaczcie i uwierzcie dla własnego dobra – nie warto ulegać uczuciom. Nawet najbardziej luksusowe perfumy w końcu ulatniają się, a konto w banku to rzecz pewna i lepiej budować swoją przyszłość na twardych podstawach i cyfrach. Fredrowski magnetyzm serca przestaje działać. Opowieść o pozbawionych romantyzmu małżeńskich manewrach jest świetnie skrojona i znakomicie zagrana. Neurotyczny Leon Chwiejski w wykonaniu Bartłomieja Cabaja, dla którego wszystko dzieje się zbyt prędko, przypomina znerwicowanego Woody Allena z jego najlepszych ról. Znakomita jest Magda Grąziowska w roli twardo stąpającej po ziemi Agaty – kobiety niezależnej, która, owszem, odda rękę zaradnemu bankierowi, ale finanse zostawi pod swoją kontrolą. Miło patrzeć na tę aktorkę, która zachwyca urodą i ogromnym talentem. Na uwagę zasługuje również tyleż jowialny, co przebiegły Podziemski, w którego rolę z powodzeniem wcielił się Janusz Głogowski.

Dworcowe wątki

Inną sytuację zastajemy w pierwszej części spektaklu, która rozgrywa się na dworcu kolejowym. Ciekawe, że wielu pisarzy czy reżyserów tak bardzo upodobało sobie podobną scenerię. Dość wspomnieć „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie czy „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza. Prawda jest bowiem taka, że nigdy nie wiadomo, kto usiądzie obok nas w przedziale, co wydarzy się w czasie podróży i z jakim bagażem (dosłownie i w przenośni) wysiądziemy na stacji docelowej. Prawdę tę potwierdzają bohaterowie sztuki „Z Przemyśla do Przeszowy” – grupa przypadkowych podróżnych, którzy spotykają się w dworcowej restauracji. Stateczna dama z dorastającą córką, rozwódka z dzieckiem, jej safandułowaty narzeczony oraz były mąż podróżujący wraz ze swoją narzeczoną i jej ojcem. Do tego para młodych zapatrzonych w siebie małżonków, niejaki Kropaczek tytułujący się magistrem chirurgii i szalony kompozytor, łowiący kolejowe dźwięki. Dość osobliwa zbieranina ludzi, którzy znaleźli się w swoistym zawieszeniu – między jednym a drugim przystankiem swojej podróży i swojego życia. Kolejowy epizod nie ma zaskakującej intrygi, choć tu w przeciwieństwie do części drugiej, uczucia odgrywają zasadniczą rolę. Ktoś odnajduje miłość, ktoś przestaje kochać, jeszcze ktoś zaczyna rozumieć, że żył złudzeniami i postanawia zacząć wszystko do nowa. W tej błahej, wydawałoby się, układance ludzkich losów, aktorzy tworzą znakomity, świetnie działający zespół. Są jak dobrze naoliwiona maszyna, której trybiki znakomicie ze sobą współgrają. Świetnie spisują się Mirosław Bieliński i Andrzej Plata, znakomicie wypadają panie – Dagna Dywicka, Beata Pszeniczna i – szkoda, że tak rzadko widywana na naszej scenie – Aneta Wirzinkiewicz. ■

Spektakl „Prędko, prędko” to powrót do klasycznego, mówiącego prostym, oczywistym językiem, teatru. Może pozbawiony fajerwerków, ale rzetelny i dobrze zagrany. Bez wątpienia Mikołaj Grabowski musiał odkryć w tych nieco zakurzonych Fredrowskich opowieściach, jakąś prawdę o nas – współczesnych ludziach. Inaczej nie zawracałby sobie głowy!


Kultura 46

Będzie czego słuchać rozmawiał Kamil Wojtczak zdjęcie Jarosław Kubalski

Paweł Solarz – dziennikarz radiowy, telewizyjny. Na antenie Radia Kielce można usłyszeć go teraz w przedpołudniowym programie „Na każdą pogodę”. Od lat promuje świętokrzyskich muzyków w autorskiej audycji „Made in Kielce”. Padł ofiarą żartu Marka Niedźwieckiego. Napisał leksykon świętokrzyskiej muzyki rozrywkowej. Był korespondentem wojennym w byłej Jugosławii. Mówiąc o nim „człowiek – orkiestra” można by jeszcze dodać: „symfoniczna”.

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

47 Jak to się zaczęło? Zawsze chciałem być dziennikarzem radiowym i marzyłem o poprowadzeniu listy przebojów w Trójce… Co mi się nawet udało. Czyli jesteś człowiekiem spełnionym? Tak, ale... jednak nie do końca. Cały czas myślę, że wszystko przede mną, że jestem na początku swojej drogi. I to mi daje radość życia. No to wróćmy do początku. Kiedy pierwszy raz zasiadłeś za mikrofonem? Podczas studiów na Politechnice Świętokrzyskiej, gdzie reaktywowałem studenckie radio Eterek. Organizowano wtedy w różnych miastach giełdy audycji studenckich. Wysłałem trzy materiały do Torunia. Wśród jurorów był Andrzej Paweł Wojciechowski, późniejszy założyciel Radia Zet. Udało mi się wygrać. Nagrodą była praktyka studencka w Programie IV Polskiego Radia w Warszawie lub w Radiu Kielce. Z czystego lenistwa wybrałem Kielce. Letnia praktyka zmieniła się w stałą współpracę, a ta – w etat. Jak trafiłeś do Trójki? To też było pokłosie toruńskiego wyróżnienia. Pracując w Radiu Kielce przygotowywałem jednocześnie materiały dla radiowej Czwórki, do Rozgłośni Harcerskiej o wszystkim, co dotyczyło młodych ludzi. Jeździłem też do Warszawy w czwartki, na nagrania magazynu harcerskiego „Zdziś”. W Czwórce poznałem m.in. Grzegorza Miecugowa, który robił swoją „Bublotekę”, a później został dyrektorem Trójki. Z wypiekami na twarzy poznawałem i podziwiałem moich radiowych idoli: Piotra Kaczkowskiego, Marcina Zimocha, Wojciecha Reszczyńskiego i Marka Niedźwieckiego. I sukcesywnie przybywało mi programów. Do kilku audycji prowadzonych w Radiu Kielce, po jakimś czasie doszło także „Zapraszamy do Trójki”, którą prowadziłem w czwartkowe poranki i piątkowe popołudnia. W studiu mijałem się wtedy z Jurkiem Owsiakiem i Markiem Niedźwieckim. To było czyste wariactwo. Oni byli zwariowani? Nie, mój tryb życia. Wyjeżdżałem o drugiej w nocy ze środy na czwartek, żeby być wcześnie rano w Trójce. Prowadziłem program do dziewiątej. Uczestniczyłem w redakcyjnym kolegium, potem przyjeżdżałem do Kielc na godz. 14, żeby poprowadzić program „Od siedmiu wzwyż”. Po południu pisałem artykuł z muzycznej serii „Trucie na nucie” dla „Słowa Ludu”, by w piątek o piątej rano wyjechać do Warszawy. Jako prowadzący popołudniówkę łączyłem się z poszczególnymi ośrodkami, żeby zebrać materiały do mojego wydania „Zapraszamy do Trójki”. Pamiętam, jak dziś: Cześć Paweł Solarz, „Zapraszamy do Trójki”. Kończyłem program, do samochodu i powrót do Kielc. A w sobotę często prowadziłem poranne aktualności. Jak to się stało, że poprowadziłeś listę przebojów Trójki? W rozgłośni ci znani robili takim jak ja dowcipy. Kiedyś po piątkowym popołudniu chciałem wyjść ze studia, bo wiedziałem, że zaraz swój program zaczyna Marek Niedźwiecki. Okazało się, że drzwi są zamknięte, ja uwięziony w studiu, a za chwilę zaczyna się lista przebojów. Za szybą reżyserki widziałem realizatora i roześmianego Niedźwiedzia. Wcześniej podrzucili mi wszystkie papiery, więc nie miałem wyjścia i musiałem poprowadzić początek. Nowością była piosenka Phila Collinsa „Another Day In Paradise”. Jak było? Niedźwiedź stwierdził z uśmiechem, że mogło być gorzej. Drugi raz taki stres przydarzył mi się dopiero po latach, podczas wywiadu z Davidem Gilmourem z Pink Floyd. Dobrze, że widzieliśmy się

Z wypiekami na twarzy poznawałem i podziwiałem moich radiowych idoli: Piotra Kaczkowskiego, Marcina Zimocha, Wojciecha Reszczyńskiego i Marka Niedźwieckiego.

tylko przez połączenie internetowe, nie na żywo, bo nie wiem, jak by się to skończyło. Cóż, człowiek cały czas dowiaduje się o sobie czegoś nowego. Mam kolejne marzenia. Spotkać dla słuchaczy Radia Kielce Phila, Stinga, Bono i McCartneya. Byłeś też korespondentem wojennym Telewizji Polskiej… Tak. Dzięki Tomkowi Kowalczewskiemu, dziś jednemu z dyrektorów Trójki, poznałem Jankę Ochojską. Dla Polskiej Akcji Humanitarnej przygotowaliśmy, wspólnie z pracownikami starachowickiego Stara, konwój z darami i pojechaliśmy na Bałkany. W sumie byłem tam trzy razy. Nie zapomnę ostrzału, jaki przeżyliśmy, robiąc materiał dla TVP niedaleko Skopje. Tam były checkpointy obsadzone polskimi żołnierzami. Byliśmy z nimi na rutynowym patrolu, kiedy nagle zaczęła się strzelanina. Wtedy naprawdę się bałem. Muzyka jest jednak dużo przyjemniejsza. Od lat promujesz świętokrzyskich muzyków w sobotniej audycji „Made in Kielce”. Ile to już? Prawie osiem lat. Początkowo myślałem, że będzie najwyżej 20 odcinków. Okazało się, że jest duża grupa ludzi tworzących muzykę, szukających swojego miejsca. Staram się ich piosenki przybliżać słuchaczom. 25 lat temu puszczałem Mafię z Andrzejem Piasecznym. Dzisiaj są nowe twarze, nowi artyści. I trzeba ich promować. Lubię, kiedy osiągają sukces, złoszczę się, kiedy ich nie doceniają. Pokusiłeś się nawet o wydanie leksykonu świętokrzyskiej muzyki rozrywkowej. W Radiu Kielce często byłem świadkiem sesji nagraniowych zespołów, z wieloma rozmawiałem. Miałem masę notatek o grupach, których już nikt nie pamięta, a grali w nich świetni muzycy, dzisiaj często znani z innych dokonań, na przykład Włodek Kiniorski czy Janusz Radek. Sięgnąłem też do archiwów, bo leksykon obejmuje lata 1960-2010. Przymierzam się teraz do jego rozszerzenia o 100 nowych haseł. Wracając do młodych zespołów – mam całą szafkę nagrań, czekających w kolejce na antenę. Będzie więc czego słuchać. Dziękuję za rozmowę. To ja dziękuję. ■


Artykuł partnerski

48

— Inżynieria danych to oferta Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego UJK. Do wyboru są dwie specjalności: metody sztucznej inteligencji i analiza danych.

Inżynieria danych – nowy kierunek na UJK W nowym roku akademickim Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach będzie kształcił specjalistów w najbardziej dynamicznie rozwijającej się dziedzinie technologii informatycznych – analizie dużych zbiorów danych i związanej z tym sztucznej inteligencji. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Podejmowanie ważnych decyzji i strategii opiera się dziś coraz częściej na zbieraniu i analizowaniu wielu informacji pozyskiwanych z olbrzymich zbiorów danych. Nieustanny rozwój mocy obliczeniowych i pojemności pamięci, stosowanych w technologiach informatycznych, zmusza do szybkiego i efektywnego analizowania dużych zbiorów danych, mających wielkie znaczenie praktyczne. Studenci kierunku poznają najnowsze technologie dotyczące obróbki tych danych, łącząc umiejętności i wiedzę z różnych obszarów nauki: informatyki, matematyki, fizyki. Proces kształcenia od strony praktycznej oparty jest o technologie komputerowe.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

49

— Zdjęcie: Tadeusz Matuszak

Najpopularniejszy kierunek w Polsce Inżynieria danych (ang. Data Science) to nowa specjalność, która na świecie uważana jest za dominującą profesję XXI wieku. Również w Polsce ten kierunek kształcenia cieszy się wielką popularnością. Młodzi wybierają go jako najbardziej perspektywiczny kierunek studiów. Potwierdzają to dane Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Biorąc pod uwagę liczbę kandydatów starających się o jedno miejsce na studiach, w ubiegłorocznej rekrutacji był to najpopularniejszy kierunek w Polsce. Inżynieria i analiza danych (ponad 54 kandydatów na jedno miejsce) wyprzedziła pod tym względem takie kierunki, jak: zarządzanie inżynierskie (19,4), chemia i toksykologia sądowa (18,9) czy kierunek lekarski (16,7). Co po studiach? Nowa propozycja UJK to znakomita inwestycja w karierę zawodową. Po ukończeniu studiów można znaleźć zatrudnienie w instytucjach specjalizujących się w pozyskiwaniu i przetwarzaniu danych, ich zabezpieczaniu oraz prywatnych i państwowych

przedsiębiorstwach, na stanowiskach wymagających umiejętności analizowania informacji i tworzenia rozwiązań wspierających strategie oraz decyzje pracodawców. Absolwenci będą mogli znaleźć pracę m.in. w urzędach statystycznych, przedsiębiorstwach, biznesie, uczelniach i laboratoriach badawczych. Dlaczego UJK? Studia na UJK będą trwały 7 semestrów. W ofercie są dwie specjalności: metody sztucznej inteligencji i analiza danych. Absolwenci uzyskają tytuł inżyniera. Istnieje możliwość studiowania w języku angielskim. Kierunek będzie prowadzony na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. W odróżnieniu od ofert innych uczelni, UJK kładzie nacisk na dynamicznie rozwijające się metody sztucznej inteligencji oraz zagadnienia digitalizacji i interpretacji wyników pomiarów parametrów układów fizycznych, co jest z jednej strony domeną fizyki, z drugiej zaś ogólnym problemem komunikacji „rzecz-komputer” (ang. Internet of Things (IoT)).

W proces kształcenia zaangażowani będą fizycy, matematycy i informatycy, posiadający wieloletnie doświadczenia badawcze i dydaktyczne w tych dyscyplinach. Zatrudnieni na wydziale fizycy uczestniczą w międzynarodowych programach badawczych (NA61-Shine w CERN, SPARC@FAIR, VIPERS), wymagających stosowania najnowocześniejszych technologii analizy danych masowych (ang. Big Data). Wydział zapewnia prowadzenie zajęć dydaktycznych na wysokim poziomie i umożliwia uczestnictwo w dużych projektach.

Jak dostać się na inżynierię danych? W rekrutacji brane są pod uwagę wyniki matury z języka polskiego, matematyki i języka obcego. Osoby, które chcą podjąć studia w języku angielskim (Data engineering), muszą dodatkowo udokumentować znajomość tego języka. Sprawdź: rekrutacja.ujk.edu.pl


Historia

50

P

omysłodawcą i inicjatorem cyklu, honorującego ludzi zasłużonych dla stolicy regionu, jest kielczanin i filatelista Janusz Łojek. Znakomite projekty graficzne są dziełem kieleckiego artysty plastyka Adama Kowalewskiego. – Uznałem, że charyzma tych osób, ich wyjątkowość oraz działalność zawodowa, była i jest dla historii oraz kultury Kielc ciągle ważna. Zapewne w nowych czasach potrzebni są inni, ale z pewnością z podobną do tych postaci wyobraźnią i kulturą. Czy się mylę – czas pokaże. Tak czy owak, stale powinniśmy pamiętać i szanować kielczan, którzy byli nietuzinkowi, by nie zostali zapomniani – mówi Janusz Łojek. – Kartki to za mało, opasły tom też by nie wystarczył, aby uhonorować tych niezwykłych ludzi. Z sześciu uwiecznionych na kartkach poznałem czterech. Dwóch z nich przez wiele lat było moimi przyjaciółmi, co uznaję za szczęście i zaszczyt. Ci, którzy twierdzą, że nie ma ludzi niezastąpionych, są w wielkim błędzie. Dlatego te kartki przygotowałem z radością – podkreśla Adam Kowalewski, w którego wieloletnim artystycznym dorobku są m.in. projekty blisko pięciuset kart pocztowych. Kartki są w oficjalnym obiegu pocztowym i rozchodzą się błyskawicznie. Są rarytasem dla kolekcjonerów oraz niezwykłą pamiątką dla tych, którzy znali uwiecznione na nich osoby. Szczególnym powodzeniem cieszy się kartka z Ryszardem Zięzio – swoją nieoficjalną promocję miała w kieleckim Antykwariacie Naukowym podczas marcowego Głośnego Czytania Nocą, poświęconego postaci tego znanego kielczanina. Przybliżmy w wielkim skrócie tych „Kielczan Niezwykłych Niezapomnianych”. Karol Anbild (1925-2008): kompozytor, dyrygent i pedagog, przez ponad trzy dekady dyrektor Filharmonii Państwowej w Kielcach. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Ryszard Zięzio (1946-2017): etnolog, wieloletni dyrektor Muzeum Zabawkarstwa w Kielcach, twórca sławy i sukcesów tej instytucji, a także „przyjaciel ludzi i lasów”, jak napisano na pocztowej kartce. Jan Leszek Adamczyk (1951-2010): historyk sztuki, znakomity znawca dziejów Kielc, wykładowca akademicki, autor wielu publikacji poświęconych dziejom i zabytkom miasta. Jan Goc (1937-2012): ikona kieleckiego dziennikarstwa, reportażysta TVP oraz Radia Kielce, współzałożyciel i scenarzysta słynnego kieleckiego kabaretu Yeti. Mieczysław Kaleta (1932-1991): dziennikarz i sportowiec, publicysta sportowy i kulturalny, organizator wielu imprez sportowych, przez lata szef redakcji sportowej „Słowa Ludu”. Ryszard Smożewski (1930-2008): wyśmienity publicysta, dziennikarz, scenarzysta, teatrolog i reżyser. Pisał znane felietony m.in. dla „Słowa Ludu” i „Przemian”. Był dyrektorem Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie. ■

Nasi na kartach pocztowych tekst Jacek Korczyński projekt kart Adam Kowalewski

Karol Anbild, Jan Leszek Adamczyk, Ryszard Zięzio, Jan Goc, Mieczysław Kaleta oraz Ryszard Smożewski to „Kielczanie Niezwykli Niezapomniani”, których upamiętniono na zestawie sześciu wyjątkowych kartek pocztowych wydanych przez Pocztę Polską.


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Roztańczone Święto Wody teatru Kubuś, bańki mydlane, bitwa na wodne pistolety. Dorośli będą się mogli zmierzyć w konkursach sprawnościowych, ale i literackim. Kolejny raz poprosimy o wymyślenie krótkiego utworu, fraszki, sloganu na zadany temat. Zasiadam w jury naszych konkursów i zawsze jestem pod wrażeniem pomysłowości i talentu literackiego naszych gości.

Śpiewający aktor Krzysztof Respondek oraz zespoły Top One i K2 będą gwiazdami sceny na placu Artystów, przygotowanej przez Wodociągi Kieleckie z okazji tegorocznego Święta Kielc. Nie zabraknie też atrakcji dla dzieci, m.in. spektaklu teatru Kubuś, konkursów z nagrodami i degustacji kieleckiej kranówki z saturatora. Kielce świętują 22-24 czerwca, a Wodociągi Kieleckie organizują Święto Wody. Przypadek? Henryk Milcarz, prezes Wodociągów Kieleckich: To przemyślany krok. Naszą imprezę robimy w sobotę, 23 czerwca, a więc w dniu, gdy zainteresowanie kielczan jest największe. I tak się dzieje już od lat. Zaczynaliśmy na mostku nad Silnicą, ale nasz festyn tak się rozrósł, że przenieśliśmy się na plac Artystów. I co roku udaje nam się przygotować taki program, że widzowie wypełniają całą przestrzeń. Czym zaskoczycie kielczan tym razem? W tym roku chcemy ich porwać do tańca. Wyobrażam sobie, jak podczas wieczornego koncertu plac Artystów zamieni się w jedną wielką salę balową czy dyskotekową. Zaśpiewa świetny aktor i muzyk – Krzysztof Respondek, potem swoje hity zaprezentuje znany zespół Top One, a na koniec równie energicznie zagrzeje nas do tańca kielecki zespół K2. To będzie wspaniały finał, ale zaczynacie wcześnie, bo już o godz. 15. Działamy według zasady „dla każdego coś miłego”. Dla dzieci będzie więc spektakl „Kapitan Porządek”

No właśnie, temat konkursu zawsze związany jest z wodą. A więc to również promocja? Tak, nie ukrywamy, że podczas imprezy chcemy zachwalać naszą doskonałą kielecką kranówkę, promować postawy ekologiczne, krótko mówiąc, uczyć bawiąc. Ile osób przyszłoby, dajmy na to, na wykład o zdrowej wodzie albo o ochronie gleby i wody przed zanieczyszczeniami? Niewielu. Nasza scena przyciąga setki, a nawet tysiące kielczan. Takiej okazji nie możemy przegapić. Tegoroczne Święto Kielc odbywa się w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości i wiele imprez będzie nawiązywało do tej rocznicy. Tak i z dumą mogę powiedzieć, że również Wodociągi Kieleckie to spółka, która zawdzięcza swoje powstanie i rozwój niepodległej Polsce. Pierwszą sieć wodociągową i kanalizacyjną w Kielcach zaczęto budować w 1928 roku, a więc równo 10 lat po odzyskaniu niepodległości. Budowę i rozwój wodociągów wspierało polskie państwo, choć największy ciężar spoczywał na samorządzie. Przedwojenny basen pływacki na Stadionie Leśnym został zbudowany przez wodociągową spółkę i do niej należał. Na jego otwarcie w 1933 roku przyjechał prezydent RP Ignacy Mościcki. O tym wszystkim też chcemy mówić podczas tegorocznego Święta Wody. Dziękujemy za rozmowę.

Program Święta Wody 23 czerwca (sobota): 15.00 – rozpoczęcie festynu „Święto Wody” 15.30-16.15 – spektakl „Kapitan Porządek” 16.30-17.30 – występy lokalnych talentów oraz wokalisty Romana Grzegorczyka, laureata Scyzoryków 17.30 – oficjalne otwarcie festynu „Święto Wody” 17.35 – wręczenie nagród laureatom konkursu plastycznego dla przedszkolaków 17.50 – finał Konkursu Głównego – konkurs na wiersz, fraszkę lub slogan reklamowy poświęcony kieleckiej kranówce w godz. 15.00-17.00 18.00 – Gwiazda Wieczoru – Krzysztof Respondek 19.00 – Gwiazda Wieczoru – Top One 20.00-21.50 – Zabawa Pod Gwiazdami z kieleckimi Wodociągami przy akompaniamencie K2

51


Postać retro 52 Był nastolatkiem, gdy zadebiutował jako pianista w muzycznym salonie przyjaciółki rodziców. Międzynarodową karierę rozpoczął w ostatniej dekadzie XIX stulecia w Paryżu, a premiera jego Sonaty na wiolonczelę i fortepian As-dur, którą zaprezentował, grając w duecie z Pablem Casalsem, była nad Sekwaną artystycznym wydarzeniem. Kolejne lata to już pasmo sukcesów. Dziś Zygmunt Stojowski zaliczany jest do grona najwybitniejszych polskich kompozytorów. Urodził się w Strzelcach niedaleko Oleśnicy 8 kwietnia 1870 roku. Ta miejscowość współcześnie mieści się w powiecie staszowskim. Gry na fortepianie i kompozycji uczył się w Krakowie od Władysława Żeleńskiego. Dzięki ustosunkowanej towarzysko matce mógł obracać się w kręgach artystów. Bez wątpienia miało to wpływ na rozwój talentu młodego Zygmunta, gdyż Stojowskich odwiedzali m.in. Anton Rubinstein, Stefan Żeromski czy Ignacy Jan Paderewski. W 1887 roku Stojowski rozpoczął studia w Konserwatorium Parytekst Jacek Korczyński skim w klasach fortepianu, harmozdjęcia z archiwum Muzeum Narodowego w Warszawie nii oraz kompozycji. Przyjaźnił się wtedy z Piotrem Czajkowskim oraz Johannesem Brahmsem. Po ukończeniu tej szkoły mieszkał przez pewien czas we Francji, koncertował m.in. w Paryżu, Londynie, Berlinie, a także Krakowie, Warszawie i Lublinie – jak czytamy w tekście Małgorzaty Kosińskiej w serwisie culture.pl. Za Symfonię d-moll otrzymał w 1898 roku nagrodę na prestiżowym konkursie kompozytorskim im. Paderewskiego w Lipsku. Bawiący w Paryżu, gruntownie wykształcony Zygmunt Stojowski jest muzykiem zażywającym ustalonej już opinii krytyki francuskiej – napisano wówczas w czasopiśmie „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne”. W 1905 roku Stojowskiego zaprosił nowojorski Institute of Musical Art. Kompozytor zaproszenie przyjął i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Został tam do końca życia (zmarł w 1946 roku), pracując jako kompozytor, pedagog i pianista. Miał opinię znakomitego nauczyciela, pisał fachowe rozprawy dotyczące pedagogiki fortepianowej, a w 1918 roku założył własną szkołę, w której kształciło się wielu znanych później muzyków. Dużo komponował, organizował festiwale, dawał koncerty w amerykańskich i kanadyjskich miastach. Oprócz muzyki Beethovena, Chopina czy Liszta prezentował słuchaczom oczywiście swoje dzieła. Pisał utwory na fortepian, skrzypce i wiolonczelę, suity orkiestrowe, sonaty, etiudy, wariacje, kaprysy, pieśni. Z ważniejszych pozycji w bogatym dorobku Stojowskiego warto wymienić, oprócz wspomnianej już Symfonii d-moll op. 21, także Koncert fortepianowy nr 2 As-dur, Sonatę G-dur na skrzypce i fortepian, Suitę Es-dur op. 9 na orkiestrę czy kantatę „Modlitwa za Polskę” do tekstu Zygmunta Krasińskiego. Kompozycje Stojowskiego wykonywało wiele muzycznych sław, m.in. Ignacy Paderewski, Józef Hofmann, Mieczysław Horszowski, Carl Friedberg, Jacques Thibaud, Jascha Heifetz czy Pablo Casals. Zygmunt Stojowski nie zerwał kontaktów z krajem, przez wiele lat aktywnie działał w Fundacji Kościuszkowskiej, założonej w Nowym Jorku polsko-amerykańskiej instytucji kulturalno-oświatowej. ■

Zygmunt Stojowski. Nasz eksportowy muzyk

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Kielce zapomniane

T

54

ak, to też Kielce. Ten zaskakujący widok to zakręt ul. Leśnej (a kiedyś zbieg ul. Leśnej i Kapitulnej, która dawniej sięgała za ul. Sienkiewicza). Szkoda takich zaułków, a ten dodatkowo był miejscem nie tylko ciekawym architektonicznie, ale i ważnym dla historii miasta. Od czasu założenia przez biskupa Szaniawskiego szkoły średniej tj. od 1727 roku (w 1801 przemianowanej na Męskie Rządowe Gimnazjum), szkolnictwo było ważnym czynnikiem miastotwórczym Kielc. Od czasu uczynienia z naszego miasta siedziby różnych urzędów (w tym władz wojewódzkich/gubernialnych), ofertę szkoły rządowej zaczęły uzupełniać ponadelementarne placówki prywatne – pierwsze, w latach 20. XIX w. zaczęły powstawać pensje kształcące dziewczęta. Szkoły te zazwyczaj nie egzystowały długo, np. pierwsza prywatna szkoła średnia czteroklasowa dla chłopców Fryderyka de Lippy działała przez 12 lat (1838-49). W wieku XIX szkolnictwo średnie w Kielcach przeżywało wzloty i upadki, co przede wszystkim było efektem polityki rosyjskiego zaborcy, nie pozwalającego na zbytni rozwój. Rządowa szkoła często zmieniała nazwy, w latach 1844-45 w ogóle była zamknięta, potem do roku 1862 miała status niepełnej szkoły średniej o sześciu klasach. Spośród szkół prywatnych, które próbowały wejść w powstałą niszę, szczególnie dobrze zapisał się w historii miasta „instytut” (Zakład Naukowy Męski) założony w 1852 roku przez Hermana Hillera. Szkoła szybko zyskała dobrą renomę i była znana z wysokiego poziomu kształcenia. Ponieważ przeważali w niej uczniowie z rodzin szlacheckich oraz majętnych

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Zaułek ulicy Leśnej tekst Rafał Zamojski zdjęcie z archiwum Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków

urzędniczych i wojskowych, dobrze prosperowała finansowo. Korzystając z dobrej koniunktury, około 1870 roku właściciel wzniósł dla niej siedzibę na zamknięciu ul. Leśnej, czyli kamienicę widoczną na naszym zdjęciu. Ciekawostką jest, że szkoła stanęła na miejscu dawnego Urzędu Leśnego, od którego wzięła swoją nazwę ul. Leśna. Instytut Hillera działał do 1884 roku, sam gmach jednak pozostawał ważny dla kieleckiego szkolnictwa przez następne kilkadziesiąt lat. Od 1889 roku mieściło się w nim nowo powołane do życia rosyjskie Żeńskie Rządowe Progimnazjum (przekształcone następnie w pełne, 7-klasowe gimnazjum). W latach 1915-22, ze względu na to, że historyczna siedziba obok kościoła pw. Świętej Trójcy została zajęta przez inne instytucje, w budynku uczyli się uczniowie najstarszej kieleckiej szkoły (od 1919 do 1933 roku noszącej nazwę Gimnazjum Państwowego im. Mikołaja Reja). Pod koniec 1916 roku uruchomiono tam też 2-letnie Seminarium Nauczycielskie dla 50 uczniów. W końcu, w latach 20. XX wieku, po przeprowadzce z ul. Kościuszki, gmach zajął ostatni ważny i zasłużony lokator: Gimnazjum Żeńskie im. Błogosławionej Kingi pod dyrekcją niezwykle zasłużonej dla Kielc Marii Opielińskiej. Kamienica została wyburzona pod koniec lat 30. XX wieku, niedługo po oddaniu do użytku sąsiadującego z nią dużego, nowoczesnego gmachu szkolnego, wybudowanego według projektu architekta Wacława Nowakowskiego dla potrzeb Państwowego Seminarium Nauczycielskiego. Również kamienica, której fragment widzimy po prawej stronie zdjęcia, była nie byle jaka. Podczas rozbiórki na początku lat 70. XX w. okazało się, że gmach kryje w swych wnętrzach bardzo bogaty wystrój – malowidła, sztukaterie, ozdobne piece. Dziś pozostała po nich tylko dokumentacja fotograficzna w Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków… ■


Być eko 56

Za niebieskimi drzwiami tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Mateusz Wolski

Energię tego miejsca w Górach Świętokrzyskich rozpoznał Milczący Święty z Indii Janglidas. Na zboczu wzgórza, pod lasem mieści się ośrodek, w którym duchowość przenika się z przyrodą i sztuką. Można tu zajrzeć w głąb siebie albo po prostu być. – Wszyscy się zakochują w tym miejscu – mówi gospodarz Ośrodka „Jedna Energia” w Lechowie Jacek Piasecki.

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Wijąca się w górę polna droga. Po lewej zagajnik brzozowo-osikowy, stare jabłonie, młode dęby, wierzby, bez koralowy i wąska strużka strumyka. Po prawej – bruzdy pola jak z Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. Droga prowadzi do białej bramy z niebieskimi, otwartymi na oścież wrotami i znakiem rozpoznawczym – niebieskim tulipanem. Kiedy jechałam tutaj po raz pierwszy, Łysogóry spowijała gęsta mgła, więc bałam się, że nie trafię. Ale gdy za Bartoszowinami wjechałam w starodrzew bukowo-jodłowy, mgła nie była już tak intensywna i w Lechowie bez trudu rozpoznałam bramę z tulipanem. Białe budynki nakryte niebieskimi dachami przypominają te z południa Europy. Zabudowania toną w zieleni, wszędzie widać ślady poprzednich właścicieli – artystów, którzy wykreowali to miejsce. Przede wszystkim trudno oderwać oczy od przepięknych pieców zbudowanych z malowanych kafli. Ten w kuchni wyraźnie nawiązuje do wzorów huculskich. 35 lat temu do Lechowa przybył artysta ceramik Jerzy Jarmołowicz. Przez lata z żoną Iwoną tworzyli to miejsce, nie tylko dom i pracownię artystyczną. Zainteresowanie jogą i rozwojem duchowym sprawiły, że 15 lat temu mieli niezwykłego gościa z Indii – Janglidasa zwanego Milczącym Świętym. – Siedział i medytował w tym małym domku, a potem powiedział, że jest tu bardzo silne miejsce mocy i powinien powstać ośrodek medytacyjny – mówi Jacek Piasecki, obecny gospodarz. Jarmołowiczowie posłuchali sugestii mistrza i stworzyli centrum, w którym można było uczestniczyć w warsztatach jogi, medytacyjnych, szamańskich. Jacek Piasecki rok temu uczestniczył w Warszawie w spotkaniu z Milczącym Świętym. – To niezwykła osoba. Jest drobniutki, malutki, nic nie mówi, ale w jego obecności w ludziach zachodzą zmiany: zdrowieją albo przewartościowują swoje życie, rzucają pracę w korporacji, żeby zająć się tym, co człowiekowi sprawia przyjemność, rozwija go duchowo – opowiada. On sam jest przykładem wpływu Milczącego Świętego na życie ludzi. – Podczas medytacji na spotkaniu w Warszawie poczułem głębokie zjednoczenie z Janglidasem. Nie minął miesiąc, a trafiłem do Lechowa – wspomina.

One Energy

Kilka lat temu Jarmołowiczowie sprzedali centrum w Lechowie Fundacji One Energy. To organizacja pozarządowa założona przez Roberta Zagożdżona, przedsiębiorcę z branży energetycznej. On sam interesuje się rozwojem duchowym,

a fundacja ma pomóc innym w transformacji. Najpierw nazywała się nawet Fundacją Terapii i Rozwoju Człowieka Osheanic. Zagożdżon jest też coachem i mentorem, prowadzi własne warsztaty „Odkryj swój potencjał”. One Energy to jedna energia. To połączenie świata materialnego ze światem duchowym – spaja energię biznesu z energią wewnętrzną (…). Nasze szczęście zależy od energii, jaka nas otacza i jaką wytwarzamy sami (…). Kiedy uświadomisz sobie, że całość Twojego życia spaja jedna energia – motywacja do działania i pewność siebie pojawią się same – przeczytać można na stronie organizacji. One Energy, oprócz tego w Lechowie, ma kilka ośrodków sprzyjających rozwojowi: najbardziej reprezentatywny we wsi Maryno niedaleko Radomia, ponadto w Kraśniku pod Lublinem, po jednym w Czechach i na Słowacji. – Robert Zagożdżon i założyciele fundacji czują, że to jest magiczne miejsce, i chcą, by to właśnie do Lechowa przyjeżdżało wielu ludzi. Są plany rozbudowy: dworek mieszkalny ma być wyremontowany, budynek warsztatowy – kompletnie przebudowany, powstanie kilkanaście pokojów z łazienkami i sala warsztatowa oraz łącznik i duża, dwustumetrowa, oszklona sala. Od frontu stanie budynek hotelowy. Ośrodek ma być reprezentacyjny, promować Góry Świętokrzyskie. Już teraz wiele osób po warsztatach wybiera się na Święty Krzyż. Miejsce im się podoba, odkrywają piękno tej okolicy – opowiada Jacek Piasecki.

Jedna Energia

Oferta warsztatów, które odbywają się w Lechowie, jest różnorodna. – Jesteśmy otwarci na wszystko, co jest związane z rozwojem duchowym i osobistym. Ale też gościli u nas aktorzy z Warszawskiej Szkoły Filmowej, którzy mieli tu warsztaty z dramatu amerykańskiego. Wyjechali zachwyceni – mówi gospodarz. Cyklicznie w Góry Świętokrzyskie przyjeżdża Marek Kukułka – terapeuta, który przez dwadzieścia lat był bliskim uczniem Manuela Schocha, szwajcarskiego psychologa, jasnowidza i mistyka. Pracuje według wymyślonej przez Schocha metody docierania do potencjału człowieka – tzw. Terapii Czasu. Od 2008 roku zgłębia duchowe przekazy Indian Ameryki Północnej i Południowej, wziął udział w licznych ceremoniach i inicjacjach. W Lechowie prowadzi jeden z najważniejszych indiańskich rytuałów, czyli szałas potu – Inipi, co w języku Indian Lakota oznacza „życie od nowa”. Rytuał służy oczyszczeniu ciała i umysłu. – To bardzo stara tradycja uzdrawiania. Indianie mówią, że szałas potu to powrót do łona matki – tłumaczy Piasecki. Cere-

REKLAMA

Miejsce mocy


Być eko 58

Zabudowania toną w zieleni, wszędzie widać ślady poprzednich właścicieli – artystów, którzy wykreowali to miejsce. monia odbywa się w ciemnym szałasie, w którym rozgrzane kamienie polewane są wodą, towarzyszą jej pieśni rytualne związane z energią wody i ognia. Leszczynową konstrukcję szałasu zbudował według rdzennego przekazu kolejny niezwykły człowiek – Meksykanin Tomas Adriano Perez. – Spodobało mu się w Lechowie, być może przyjedzie poprowadzić u nas vision quest – poszukiwanie wizji. To rytuał, który Indianie przechodzą, gdy chłopiec ma stać się wojownikiem, albo kiedy trzeba podjąć ważną decyzję. Jego uczestnik przebywa w lesie w samotności bez jedzenia i picia przez cztery dni i oczekuje na wizję. Często przychodzi wtedy do człowieka zwierzę mocy lub odpowiedź na pytanie – opowiada Jacek Piasecki. W „Jednej Energii” odbywają się też warsztaty przeznaczone tylko dla kobiet. Maria Ela Ziemkiewicz, która jest tzw. babcią w starszyźnie polskich kobiet, tłumaczka książki Jamie Sams „13 pierwotnych matek klanowych” prowadzi spotkania inspirowane tymi indiańskimi opowieściami. Latem powstanie szałas dla kobiet, który tym się różni od męskiego, że wejście ma od zachodu, a nie od wschodu. Planowane są także warsztaty zielarskie, odbywają się zajęcia z medytacji i jogi, celebrowana jest pełnia i nów księżyca. Fundacja otwarta jest na różne przedsięwzięcia – można przyjechać do Lechowa i zrealizować swoje warsztaty służące rozwojowi człowieka.

Siła Łysogór Choć łysogórski klimat nie należy do łagodnych, na stoku wzgórza nad domem w Lechowie od C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

lat rośnie niewielka urokliwa winnica, która rodzi owoce na wino. Opiekuje się nią Marceli Małkiewicz – enolog (specjalista od produkcji wina – dop. red.) i właściciel winnicy w Górach Wysokich koło Sandomierza. Za winnicą rozciąga się pole, wokół rośnie bukowy las. Ten teren zachęca do wyciszenia i odpoczynku na łonie natury. – Ludzie przyjeżdżają do nas z całej Polski i od razu zakochują się w tym miejscu. Myślę, że tak działa tutejszy czakram, ale też to otoczenie, pozostałości po kręgach na okolicznych wzgórzach, mocno energetyczne miejsce na Świętym Krzyżu. Tutaj przez setki lat gromadziły się światłe umysły, czarownice, wiedźmy, szeptuchy – dodaje gospodarz ośrodka w Lechowie. ■


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Orient w centrum miasta ry. Endermologia wykonywana jest w serii około 10-15 zabiegów. Ciekawą propozycją jest też owijanie bandażami Arosha, nasączonymi aktywnymi składnikami. Jest to zabieg antycellulitowy, który przyspiesza spalanie tkanki tłuszczowej, poprawia jędrność skóry. Dla zwiększenia gęstości i jędrności skóry polecamy również zabiegi z wykorzystaniem fal radiowych. Czy odpowiednio wcześniej możemy się zabezpieczyć przed słońcem i wiatrem? Oczywiście. Już wiosną warto pomyśleć o zabiegach nawilżających, które przygotują naszą skórę do kąpieli słonecznych. Ważny jest także dobór i regularne stosowanie odpowiednich kosmetyków do pielęgnacji domowej. Nie możemy również zapominać o preparatach z odpowiednim filtrem UV.

Nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, by w środku tygodnia, w wolnej chwili skorzystać z uroków SPA i znaleźć się w zupełnie innym świecie. Przekraczając próg Orient Day SPA, przenosimy się na Bliski Wschód. Stylowe wyposażenie tego miejsca buduje niepowtarzalny, orientalny klimat. W dzisiejszym pędzie, kiedy nie mamy czasu na nic, także na regenerację, SPA w centrum miasta dla wielu może być okazją do chwili wytchnienia. Co możecie im Państwo zaoferować? Karolina Wszędybył, fizjoterapeutka: Paniom, ale też panom, którzy zatracili się w dzisiejszym biegu, polecamy zabiegi relaksacyjne. By się odstresować, wystarczy na godzinę czy dwie wyrwać się na masaż, zabieg na ciało czy twarz. Na miejscu zapewniamy naszym klientom jednorazową bieliznę, szlafroki, ręczniki. Można do nas przyjść z marszu i z przyjaciółką czy mężem, dysponujemy bowiem gabinetem, z którego mogą korzystać jednocześnie dwie osoby. Dla każdego dobierzemy też odpowiednią kurację, biorąc pod uwagę oczekiwania i ewentualne przeciwwskazania. Jako jedyni w Kielcach wykonujemy zabiegi na twarz i ciało kosmetykami francuskiej renomowanej marki Sothys. To bardzo ważne, by dziś dbać o swoje ciało i ducha. Tym bardziej, że przed nami sezon urlopowy

i nie zawsze mamy możliwość, by zorganizować sobie dłuższy pobyt w ośrodku SPA. Jak możemy się odprężyć? Świetnie sprawdzają się masaże czy Rytuał Hammam, oparty na tradycyjnej tureckiej metodzie pielęgnacji ciała. Zabieg dogłębnie oczyszcza, wygładza i ujędrnia skórę, uspokaja zmysły. Zaczynamy od pobytu w łaźni parowej, następnie na specjalnym kamiennym stole wykonywany jest mocny peeling czarnym mydłem i rękawicą kessa, masaż pianą, a na koniec relaksacyjny masaż z użyciem oleju arganowego. Warto też wypróbować zabieg czekoladowy, który zaczyna się od peelingu całego ciała, następnie aplikowana jest maska czekoladowa, która intensywnie działa na skórę. Całość kończy się odprężającym masażem na bazie olejku z tej samej linii zapachowej. Polecam też mocny i intensywny masaż miodem, który sprawdza się także przy bólach kręgosłupa i pleców. Przed nami sezon urlopowy. Jak możemy się do niego przygotować? Lato to czas, kiedy chcemy odsłonić ciało i pochwalić się ładnie wyglądającą skórą. My proponujemy zabiegi wyszczuplające i modelujące sylwetkę. Doskonale sprawdza nam się endermologia, zabieg oparty na masażu próżniowym, redukujący tkankę tłuszczową i cellulit, poprawiający jędrność skó-

Organizujecie też Państwo wieczory panieńskie. To dość oryginalny pomysł. Coraz więcej pań z niego korzysta. Jeśli przyszła panna młoda nie przepada za głośną, klubową muzyką, to alternatywą dla niej może być wyjście do SPA. Szczególnie, że w tak egzotycznej atmosferze można się poczuć naprawdę wyjątkowo. Elementy naszego wystroju pochodzą z Maroka, Turcji, Egiptu. Dziękujemy za rozmowę.

Orient Day SPA ul. Zagórska 18A 41 368 33 81, 792 373 480 spa@orientdayspa.pl www.orientdayspa.pl

59


Być eko 60

Oddychanie – najbardziej naturalna czynność, której poświęcamy najmniej uwagi. Tymczasem od tego, jak to robimy, zależy kondycja naszego ciała i ducha. Świadomy oddech, skupienie się na nim, pozwala ukoić skołatane nerwy, wyciszyć się, zrelaksować, poczuć i nazwać swoje emocje. Wystarczą nawet kilkunastominutowe treningi w ciągu dnia. Ich regularne praktykowanie w krótkim czasie przynosi wymierne efekty, poprawiając jakość życia. I to w każdej sferze!

Złap oddech tekst i zdjęcie Klaudia Fałdrowicz

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

61 „Wyjść” z głowy Żyjemy w czasach, które zmuszają do ciągłej gonitwy. Zabiegani, stale planujemy przyszłość albo analizujemy przeszłość. Brak czasu i mocne „siedzenie” w głowie sprawiają, że powoli zatracamy kontakt z tym, co wokół i w nas samych. W dłuższej perspektywie zaczyna nam czegoś brakować. Pojawia się pustka, której nie sposób wypełnić. Stajemy się coraz bardziej przybici, nieszczęśliwi. Gorszy stan psychiczny przekłada się często na różne dolegliwości fizyczne. Poszukując przyczyn złego samopoczucia, wielu decyduje się na pójście drogą rozwoju osobistego czy duchowego. W bogatej ofercie tego typu warsztatów sporym zainteresowaniem cieszą się sesje oddechowe, prowadzone pod okiem specjalistów – coachów oddechu. Przeznaczone dla wszystkich, bez względu na wiek, płeć czy kondycję, pozwalają wyrobić w sobie nawyk uważności, czyli bycia „tu i teraz”. Świadome oddychanie pozwala zatrzymać się w chwili obecnej, poobserwować siebie, poczuć swoje ciało, odblokować spychane głęboko emocje. Nawet kilkunastominutowe seanse praktykowane codziennie szybko przynoszą wymierne efekty w postaci lepszego samopoczucia psychofizycznego, większej aktywności, kreatywności, wyznaczania sobie śmielszych celów i motywacji do działania.

Dotlenieni możemy więcej – Kim jesteśmy, po co jesteśmy, jaka jest nasza życiowa misja? To bardzo trudne pytania. Sama zadaję je sobie od dawna. Odpowiedzi zaczęły pojawiać się dopiero, gdy spojrzałam na siebie całościowo, z uwzględnieniem wszystkich sfer: ciała, umysłu, ducha i emocji. Bardzo pomocne okazały się w tym warsztaty „Widnokrąg” Kamy Jankowskiej. Tam dowiedziałam się o szkole oddechu, wywodzącej się z metody obecności Colina P. Sissona. Sprawdziłam na sobie, zaczęłam praktykować i dzielić się zdobytą wiedzą z innymi – mówi Katarzyna Wojtas-Michalska, coach oddechu. Sesje oddechowe odbywają się w grupach lub indywidualnie. Na zajęciach uczestnicy najpierw „żywią” szare komórki teorią. Potem w części

praktycznej uczą się zaprowadzać porządek w każdej z czterech sfer, dostarczając im właściwe paliwo. – Paliwem tym jest właśnie oddech połączony. Tak oddychają małe dzieci. U dorosłych zdarza się on do sześciu razy w czasie snu. Po przebudzeniu oddychamy już z przerwami. A każda przerwa to jakiś lęk. Są osoby, które nie potrafią nabrać powietrza do brzucha, wdychają tylko do połowy klatki piersiowej, a w momencie dużego stresu w ogóle nie są w stanie oddychać – twierdzi trenerka. Przeciętnie do oddychania używamy 1/3 pojemności płuc, reszta pozostaje niewykorzystana. Metody oddechowe pozwalają to zmienić. Praktykując je, bardziej dotleniamy organizm i mózg, co powoduje, że stajemy się zdrowsi, szybciej oczyszczamy się z toksyn, mamy więcej energii, więcej życia w sobie, sprawniej myślimy, efektywniej działamy, szybciej się uczymy, potrafimy lepiej reagować w kłopotliwych sytuacjach, stajemy się mniej zblokowani.

Na własnej skórze i… duchu – Podstawowym ćwiczeniem na zajęciach jest samoobserwacja. Uczymy się, jak zwracać uwagę na swoje myśli i na to, co w związku z nimi czujemy. Zastanawiamy się, czy potrafimy nazwać te uczucia i odczucia, czy jest to tylko chwilowe wrażenie, czy dłuższy stan, a wszystko w połączeniu z naturalnym oddechem – przyznaje Katarzyna Wojtas-Michalska. Nauka technik oddychania to ważny, ale nie jedyny element zajęć. Są też różne medytacje – statyczne i dynamiczne. Scenariusz każdego spotkania piszą uczestnicy. Problemy, z jakimi przychodzą, są inspiracją dla prowadzących i całej grupy. Czasem jest dużo rozmów, pracy coachingowej, innym razem sporo ruchu, w tym tańca. Ta różnorodność sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie i przekonać się, co mu najbardziej pomaga. – Postawiłam na warsztaty „Złap oddech”, bo w końcu chciałam zrobić coś tylko dla siebie. Na początku chodziło mi o chwilę relaksu, wyciszenia. Z czasem okazało się, że zaczęłam lepiej

poznawać siebie, stałam się bardziej wyluzowana, spokojniejsza, refleksyjna, bardziej świadoma tego, czego tak naprawdę chcę od życia i zdecydowana w podejmowaniu decyzji. Przekonałam się, co jest dla mnie dobre, a co nie. Nabrałam odwagi do podejmowania nowych wyzwań. To przełożyło się na moje relacje z ludźmi. Kontakt, jaki nawiązujemy ze sobą podczas zajęć, jest głęboki i na takim samym poziomie nauczyłam się kontaktować z otoczeniem. Teraz szkoda mi już czasu na rzeczy, które nie dają mi pełnej satysfakcji – mówi Monika Kopycka, uczestniczka warsztatów. – Sesje oddechowe pomogły mi odzyskać spokój wewnętrzny, nauczyły nie działać pod wpływem chwili, odróżniać emocje od myśli, więcej czuć – komentuje Sebastian. – W chaosie dnia codziennego wiele istotnych spraw nam umyka. Dzięki uważności, jakiej stale się uczę, coraz mniej ważnych rzeczy mnie omija, rzadziej też przejmuję się tym, na co nie mam realnego wpływu – dodaje. – Na własnej skórze poczułam, co znaczy coaching oddechu i chcę dalej rozwijać się w tym kierunku. Uważam, że to wspaniałe narzędzie do dobrych zmian w życiu – zachęca Joanna.

Przez oddech do celu Zadaniem sesji oddechowych jest delikatne dotykanie tego, co dzieje się w naszym wnętrzu i przekraczanie własnych granic. To metoda, która działa całościowo na człowieka i to od razu. Uczestnicy zajęć zazwyczaj wyznaczają sobie konkretne cele i sami decydują, jakie podejmą działania, żeby je osiągnąć. Ważne, by na początku były to małe wyzwania. Nie blokujmy siebie, otwierajmy się na to, co się w nas dzieje. Zaprzyjaźnijmy się ze swoim wnętrzem, bo to naprawdę może wnieść dużo pozytywnego do naszego życia. Nie szukajmy odpowiedzi w tym, co poza nami, tylko tam, gdzie one są naprawdę – w nas samych. No i… łapmy głębokie wdechy i z lekkością wydychajmy – co najmniej piętnaście minut w ciągu dnia! ■


Artykuł partnerski

62

Wakacje tylko pod parasolem

Wakacje przed nami i wielu na pewno myśli już o wyjeździe. Wybór najlepszego miejsca, coraz częściej za granicą, przedurlopowe zamieszanie: niecierpiące zwłoki sprawy, które trzeba odhaczyć, zakupy, spotkania… W tym szaleństwie często zapominamy o najważniejszym – ubezpieczeniu. Zresztą któż z nas w kontekście wymarzonego urlopu chciałby myśleć o niebezpieczeństwach? Tymczasem koszyk świadczeń gwarantowanych przez NFZ jest za granicą bardzo ubogi. Karta EKUZ gwarantuje nam tyle, ile przewiduje ustawodawca w danym kraju. To jest ściśle określony pakiet, często niewystarczający. – Jeśli trafimy do szpitala, to za każde badanie prawdopodobnie będziemy musieli zapłacić ze swojej kieszeni. I mówimy o kwotach w euro czy dolarach. Nie mówiąc już o tak ekstremalnych sytuacjach, jak akcja ratownicza np. w górach czy na morzu. To są niewyobrażalne kwoty, nawet kilka tysięcy euro – zwraca uwagę Bronisław Osajda, właściciel firmy Ubezpieczenia Plus. Dlatego warto pomyśleć o ubezpieczeniu turystycznym, które zabezpieczy nas przed nieprzewidziaC Z E R W I E C / L I P I E C 2018

nymi zdarzeniami w trakcie podróży. Każda polisa jest szyta na miarę naszych potrzeb, bo ma nas ochronić jak parasol przed deszczem. Warto jednak zwrócić uwagę, czy zawiera kilka podstawowych elementów. Najważniejsze jest pokrycie kosztów leczenia, zakupu leków, transportu sanitarnego czy powrotnego do kraju. Musimy zadbać także o nasz bagaż i ubezpieczyć go od zniszczenia, kradzieży lub zgubienia. Możemy także liczyć na pokrycie kosztów wyrobienia nowych dokumentów. Kolejnym ważnym elementem jest ubezpieczenie OC w życiu prywatnym, czyli zabezpieczenie się na wypadek, gdybyśmy nieumyślnie wyrządzili komuś krzywdę. – Wypadki się zdarzają, czy to podczas jazdy na rowerze, czy w wodzie z deską. Zabezpieczmy się przed ewentualnymi roszczeniami ze strony poszkodowanego – radzi Bronisław Osajda. Warto również pomyśleć o NNW. Ten element pozwoli nam sfinansować np. koszty rehabilitacji czy leczenia ambulatoryjnego już po powrocie do kraju. Pomocne jest też ubezpieczenie assistance. – Niezwykle użyteczna rzecz za granicą, szczególnie, gdy nie znamy kultury i zwyczajów danego kraju, jego topografii, języka. Gdy coś nam się przydarzy, asy-

stent na miejscu pomoże nam wszystko załatwić. To szczególnie ważne i przydatne. Przecież w takich momentach jesteśmy zagubieni i dodatkowo zestresowani – zapewnia ubezpieczyciel. Dziś ubezpieczenia oferują różne instytucje, nawet operatorzy telekomunikacyjni, jednak w przypadku urlopu najczęściej zdajemy się na propozycję biura podróży. Warto jednak przyjrzeć się tej ofercie. Często za tę samą kwotę w towarzystwie ubezpieczeniowym możemy dostać znacznie więcej, a dodatkowo możemy wynegocjować zniżkę za kupowane przez nas wczasy – radzi Osajda. Wysokość ubezpieczenia ustalana jest indywidualnie. Jeśli nie uprawiamy sportu ekstremalnego, to za tygodniowe wakacje zapłacimy składkę od 40 do 70 zł w zależności od wysokości sumy gwarantowanej. Przy dłuższym pobycie kwota rośnie proporcjonalnie.

UbezpieczeniaPlus tel. 41 230 20 20 www.uplus.pl


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

O spółkach z o.o. słów kilka ności gospodarczej. Wiele osób, by zabezpieczyć niepewny i ryzykowny interes, wykorzystuje spółkę z o.o. do zrealizowania doraźnych inwestycji. Po ich zakończeniu łączą ją z innymi spółkami lub likwidują. Najważniejszą jednak zaletą, docenianą przez przedsiębiorców, jest ograniczona odpowiedzialność udziałowców za długi spółki. Ta korzyść sprawia, że właściciele firm decydują się na tę formę prawną. Dzięki takiemu wyborowi, ich odpowiedzialność majątkowa ogranicza się wyłącznie do poziomu wkładów wniesionych do firmy. Każdy ze wspólników będzie mógł ochronić swój majątek prywatny przed nieudanym interesem spółki z o.o. i „stracić” jedynie to, co zostało wniesione jako wkład w przedsięwzięcie. Spółka z o.o. oferuje udziałowcom możliwość dość swobodnego ukształtowania zapisów umowy firmy oraz nie wymaga zaangażowania dużego kapitału finansowego (minimalny kapitał zakładowy spółki wynosi 5000 zł). Istniejące mechanizmy pozwalają zatem potencjalnym udziałowcom skonstruować umowę spółki w taki sposób, aby istniały stałe i klarowne zasady rozliczenia wspólnika, który chce sprzedać udziały i wycofać się ze spółki (m.in. można z góry precyzyjnie określić metodę wyceny udziałów, terminy spłaty wspólnika). W spółce z o.o., jeśli zaistnieje taka potrzeba, mamy możliwość szybkiego dokapitalizowania spółki i pozyskania dodatkowej gotówki od jej udziałowców. Wszelkie pożyczki udzielane spółce przez jej udziałowca są bowiem zwolnione od podatku od czynności cywilnoprawnych i, co do zasady, będą neutralne podatkowo dla spółki. Dodatkowo udziały w spółce z o.o. są dziedziczone, co ma duże znaczenie zwłaszcza dla firm rodzinnych. Oznacza to, iż w przypadku śmierci któregoś ze wspólników, jego udziały trafią do spadkobierców, a byt firmy nie jest zagrożony. Spółki z o.o. są także atrakcyjnym rozwiązaniem dla zagranicznych klientów. Obcokrajowcy w tej formie prawnej mogą swobodnie prowadzić interesy na terenie RP. Niestety, istnieje kilka minusów, które mogą zniechęcać do wyboru spółki z o.o. Po pierwsze: podwójne opodatkowanie, które w praktyce może stanowić dotkliwą bolączkę dla udziałowców. Po drugie: obowiązek prowadzenia pełnej księgowości. Taki system ewidencji rachunkowej potrafi nie jednego rozłożyć na łopatki, dlatego warto pamiętać o tym obowiązku przy wyborze formy prawnej. Po trzecie: formalności, począwszy od konieczności zawarcia umowy spółki w formie aktu notarialnego, precyzyjnego ustalenia treści umowy, a skończywszy na obowiązku corocznego składania sprawozdań finansowych. Niezależnie od utrudnień, rachunek zysków i strat wypada na korzyść spółki z o.o. Takie wnioski powinny być jednak poparte indywidualną i wnikliwą analizą każdego biznesu. Nasza wymarzona spółka może zostać obsadzona w niezliczonej ilości ról, ale scenariusz, który dla niej napiszemy, zależy już tylko od nas. Spółka z o.o. to dla wielu dobry sposób prowadzenia interesów, czasami nawet jedyna możliwość startu w biznesie. Od lat spółki te są najpopularniejsze wśród polskich przedsiębiorców. Dlaczego tak wiele osób wybiera je jako formę prawną dla swojej firmy? Spółka z o.o. to bardzo uniwersalna forma prowadzenia działalności gospodarczej, choć kojarzy się ze skomplikowaną strukturą prawną, wymagającą od właściciela wiele uwagi i zaangażowania. Wykorzystywana na początkowym etapie budowania struktury biznesu, pozwala także realizować przedsięwzięcia na wielką skalę. Jest też częstym efektem przekształceń indywidualnej działal-

Partner merytoryczny „Made in Świętokrzyskie” Bartocha Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy Kancelaria Prawna ul. Warszawska 21/48, Kielce www.kbss.pl

63


Psychologia

64

Postaw na pewność siebie O zagadkach samooceny i konieczności pracy nad nią opowiada Agnieszka Scendo, psycholog kliniczna, terapeutka, właścicielka Centrum Terapii i Rozwoju Neuroclinic w Kielcach. Skąd bierze się poczucie własnej wartości? Kształtuje się stopniowo w ciągu pierwszych 6 lat życia. Z taką tezą zgadza się większość naukowców, choć tak naprawdę zaczyna się już w czasie życia płodowego. Wszystko zależy od nastawienia matki, która z miłością lub niechęcią oczekuje narodzin swojego dziecka. Niechciane dzieci po przyjściu na świat częściej mają niedowagę, są bardziej podatne na infekcje. Uczucia matki we wczesnej fazie ciąży mają także wpływ na psychikę dziecka, a przez to także na późniejsze poczucie jego wartości. Czyli wystarczy radosna, kochająca mama? Nie tylko. Są także nasze geny, które zupełnie od nas nie zależą, a mają wpływ na nasz charakter i osobowość. Co prawda, ostatnie badania wskazują, że struktura mózgu może ulec zmianie pod wpływem otoczenia, np. psychoterapii, pracy nad sobą, medytacji, ale to wymaga naszej pracy. A tak właściwie to po co nam dobra samoocena? To jedna z potrzeb wyższych, która daje radość i pewność siebie, pozwala przystosować się do otoczenia, obniża poziom lęku i zapewnia zdrowie psychiczne. Daje też siłę do walki z przeciwnościami. Uzasadniona osiągnięciami wysoka samoocena ułatwia kontakty społeczne i sprzyja efektywnej realizacji ważnych planów. Po prostu działamy racjonalnie. A co z tymi, którzy w siebie nie wierzą lub z tymi, którzy sądzą, że są lepsi, niż naprawdę są? Samoocena kształtuje się nie tylko w oparciu o to, co sami o sobie myślimy. Ważne jest także, jak oceniają nas inni. Gdy rozbieżności są zbyt duże, zaczynają się problemy. Wtedy często zniekształcamy obraz siebie: przedstawiamy się w lepszym świetle, odrzucamy krytykę, czy stosujemy mechanizmy obronne: wyparcie, projekcję, itd. Te zacho-

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Agnieszka Scendo, psycholog w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej. Psychoterapeuta rodzinny oraz psychodynamiczny. Zajmuje się diagnozą oraz terapią indywidualną dorosłych, dzieci i młodzieży. wania nie mają już wiele wspólnego z racjonalnym podejściem do życia. Skąd bierze się zaniżona samoocena? Dzieje się tak często, gdy ważne dla nas osoby traktowały nas źle, oceniały niesprawiedliwie. Nawet dorośli ludzie ciężko to znoszą i często są z siebie niezadowoleni. Ciągle podnoszą poprzeczkę powyżej swoich możliwości, aby w końcu uwierzyć, że są do niczego. Zagrożenie poczucia własnej wartości prowadzi też do stereotypowych, negatywnych przekonań na temat innych. A stąd już krok do uprzedzeń i dyskryminacji. Co prawda, lepiej sobie wtedy radzimy z frustracją, ale powodujemy konflikty. Rośnie w nas poczucie wyobcowania i agresja, kwitnie ksenofobia, rasizm, seksizm. To może wygodniej jest myśleć o sobie za dobrze? To mit, że zawyżona samoocena pomaga. Nikt nie lubi megalomanów, przesadnie wyolbrzymiających własne dokonania. Ciągle się chwalą, żyją we własnym, urojonym świecie, tracą szansę na rozwój i wpływ na korzystne zmiany w życiu. Nikt nie chciałby skończyć, jak Narcyz, zakochany w swoim odbiciu w wodzie. Psychologia stosuje ten termin. Jaki jest współczesny narcyz? Osobowość narcystyczną ma ktoś nadwrażliwy na krytykę i podatny na załamania nerwowe, kto gardzi słabszymi. Zawsze w centrum uwagi. Za wszel-

ką cenę przekonuje siebie o własnej wyjątkowości. Tyle tylko, że inni tego nie widzą i odsuwają się od niego, więc cierpi. Los nie do pozazdroszczenia. Jaka droga jest właściwa? Warto starać się o to, by nasze poczucie wartości nie było kolosem na glinianych nogach. To trudny proces i ciężka praca. Ale warto. Trzeba po prostu polubić siebie, żeby – jak mawiał Erich Fromm – móc pokochać innych. Na początek wystarczy też przestrzeganie 5 zasad: 1. Zaakceptuj to, co czujesz. Myśli są neutralne, więc ich nie oceniaj. 2. Rzadziej używaj słówka „powinienem”, a zamień je na „mógłbym/mogłabym”. 3. Nie licz, że inni ludzie dadzą Ci poczucie wartości. 4. Wybacz sobie wszystkie błędy. Każdy je popełnia. 5. Stwórz magazyn swoich talentów, musisz wiedzieć, w czym jesteś dobry (-a). Dziękujemy za rozmowę.

Partner artykułu: Centrum Terapii i Rozwoju Neuroclinic w Kielcach al. IX Wieków Kielc 8/36 www.psychologkielce.pl


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Nowiny kuszą inwestorów -kanalizacyjnej. To największa inwestycja w województwie w ostatnim czasie. Jej koszt to blisko 7,5 mln zł, z czego 50 proc. pokryje dofinansowanie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego pozyskanego za pośrednictwem Urzędu Marszałkowskiego. Do kogo skierowany jest projekt? Teren posłuży minimum trzem średnim przedsiębiorstwom lub kilku małym. Może zostać przeznaczony pod zakład produkcyjny, usługowy, fabrykę czy obiekty składowo-magazynowe. Atutem jest jego atrakcyjna lokalizacja: od węzła komunikacyjnego w Chęcinach dzieli go niewiele ponad 4 kilometry, a tuż obok funkcjonuje bocznica kolejowa, do Kielc jest stąd zaledwie 10 km. Na jakich zasadach gmina będzie udostępniała działki przedsiębiorcom? Przez okres trwałości projektu będzie to umowa dzierżawy. Później wynajmujący będą mieli możliwość skorzystania z prawa pierwokupu. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do Urzędu Gminy po szczegółowe informacje.

Nowiński Stonehenge przestał istnieć. Zdegradowane tereny po dawnej Fabryce Tlenku Glinu zostały uporządkowane, a w najbliższym czasie zawitają tu inwestorzy. O ważnej dla regionu inwestycji rozmawiamy z wójtem gminy Sitkówka-Nowiny Sebastianem Nowaczkiewiczem. Panie wójcie, wielu osobom gmina Sitkówka-Nowiny kojarzy się wyłącznie z przemysłem. Czy tworzenie kolejnych terenów inwestycyjnych to dobry pomysł? Sebastian Nowaczkiewicz: Cóż, jedni, jak sąsiadująca gmina Chęciny, mają średniowieczne zamki, my mamy cenne złoża ukryte głęboko w ziemi. Przemysł na tych terenach rozwijał się już od XIV wieku, jednak na współczesne czasy największy wpływ wywarła decyzja o budowie Kombinatu Cementowo-Wapienniczego, podjęta u schyłku lat 50. ubiegłego stulecia. Od tego czasu przemysł stanowi główne źródło rozwoju naszej gminy. Dzięki

Dziękujemy za rozmowę.

budowie nowych terenów inwestycyjnych powstaną miejsca pracy, a gmina będzie miała przychody, choćby z tytułu podatku od nieruchomości. Inwestycja, o której mówimy, to niebagatelne przedsięwzięcie… Pracami został objęty teren w Nowinach o łącznej powierzchni 9,57 hektara. Uporządkowaliśmy go, a następnie przeprowadziliśmy roboty rozbiórkowe oraz wykonaliśmy drogi i przyłącza do sieci wodno-

Projekt „Nowe tereny inwestycyjne w gminie Sitkówka-Nowiny szansą na rozwój gminy i regionu” jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego na lata 2014-2020.

65


Artykuł partnerski

66

Szczęście x 5 Przyszły na świat 10 lat temu, a każda ważyła mniej niż kilogram. Dziś Karolina, Julia, Oliwia, Maja i Natalia, czyli kieleckie pięcioraczki, są dumą i radością swoich rodziców. Ich mama Paulina Szymkiewicz wspiera kampanię społeczną „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”, zachęcającą panie do profilaktycznych badań. Nam opowiedziała o blaskach i cieniach wielokrotnego macierzyństwa. Zajrzyjmy wspólnie do świata, w którym wszystko mnoży się przez 5.

Dziękujemy Zakładowi Doskonalenia Zawodowego za fryzjerskie wsparcie przygotowań do sesji fotograficznej.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta

Projekt „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego na lata 2014-2020. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

67 Urodziła Pani pięcioro dzieci jednocześnie, co zdarza się raz na 52 miliony porodów. Czuje się Pani wyjątkowa? Nasza sytuacja jest raczej niecodzienna. Zostałam mamą 5 córek błyskawicznie, bo w ciągu 5 minut. Razem wzbudzamy zainteresowanie. Zdarzają się też śmieszne sytuacje. Podejrzewano mnie, że opiekuję się grupą taneczną czy przedszkolną i kupuję im kostiumy. Ostatnio krawcowa nie mogła uwierzyć, że Karolinka to jedna z pięcioraczek. Musiałam pokazywać zdjęcia w komórce, filmiki w Internecie. Czyli jednak jesteście wyjątkowi? Podchodzę do tego normalnie, bo to nasza rodzina, nasze życie. Na innych ciągle robi to wrażenie. Pytają, jak sobie radziliśmy, gdy dziewczynki były małe. Było trudno. Samo przebranie czy nakarmienie dziewczynek zajmowało dużo czasu. Teraz nie jest łatwiej. Wieczorami mam obchód od łóżka do łóżka, z każdą staram się spędzić trochę czasu. Często po tym padam i budzę się za kilka godzin. W telewizji można śledzić losy Gosselinów, rodziców z bliźniakami i sześcioraczkami w programie „2+8”. Teraz poznajemy kolejne pięcioraczki w „Sześć razy córka”. Nie wierzę, że żadna polska telewizja nie chciała pokazać reality show z życia Pani rodziny. Mieliśmy takie propozycje. Pierwsza pojawiła się, gdy dzieci miały 1,5 roku. Nie ukrywam, że było to kuszące finansowo, a wiadomo, że wtedy przydałyby się pieniądze. Mimo to nie zdecydowaliśmy się. Stwierdziliśmy, że jednak nie nadajemy się do „Big Brothera”. Kamery miały być z nami 24 godziny na dobę. Na tamten moment naszym priorytetem było zdrowie córek. Bardzo cenimy i chronimy naszą prywatność, choć nie do końca to możliwe, bo nie jesteśmy anonimowi. Wszelkie propozycje medialne analizujemy i wybieramy te najciekawsze. Mimo to mówiono i pisano o Was sporo. Przez pierwsze lata trudno się było od mediów opędzić. Zdarzało się po kilka telefonów dziennie. Media chętnie chciały pisać o nas, bo pięcioraczki rodzą się raz na 52 miliony. Ponadto my mamy same dziewczynki, a to drugi przypadek na świecie. Nie to jednak nas głównie zajmowało. Przez 3 lata jeździliśmy na konsultacje do specjalistów, by sprawdzić, jak nasze wcześniaki, się rozwijają. Zdarzało się, że nawet 3-4 razy w tygodniu byliśmy w Krakowie czy Warszawie. Nie mieliśmy czasu, by kontrolować, jak nas pokazują. Rozumiem, że nie są to miłe wspomnienia. Zdarzały się przykre sytuacje, które wpłynęły na

to, jak nas inni odbierają. Kiedyś rozmawiałam z mamą dziecka chodzącego do klasy z dziewczynkami. Przyznała mi się, że razem z innymi mamami obawiała się, że moje dziewczynki będą gwiazdorzyć i to źle wpłynie na pozostałe dzieci. Stwierdziła, że nie może wyjść z podziwu, jakie córki są skromne, grzeczne, ułożone. Miło to słyszeć. Boli mnie, że za moimi dziećmi ciągnie się nie do końca dobra sława. Może ta wyjątkowość Pani rodziny budzi zazdrość? Nie wiem, skąd się to wzięło. Wiem, co się wydarzyło. Organizowano na naszą rzecz koncerty, o których nie wiedzieliśmy. Jacyś ludzie chodzili od drzwi do drzwi i zbierali, rzekomo dla nas, pieniądze. Mieliśmy niemiłe przejścia także z dwoma ogólnopolskimi gazetami. Dowiedziałam się od nich, że udzieliłam wywiadu. Wydawnictwa sprzedawały sobie nasze zdjęcia. Można by podsumować, że przez te 10 lat na naszej sytuacji najwięcej skorzystali inni. Jak sobie Państwo z tym poradzili? Wycofaliśmy się i przestaliśmy współpracować. Niektóre z tych nieprawdziwych informacji były naprawdę przykre i dotyczyły spraw intymnych. Staramy się do wszystkiego podchodzić z dystansem, żyć normalnie. Radość odnajdujemy w miłych sytuacjach. Ludzie do nas podchodzą, uśmiechają się, rozmawiają. Czasami męża pytają, kiedy będzie miał syna, bo zaraz po tym, jak pojawiły się dziewczynki, żartobliwie zapowiadał, że będzie się starał. A co córki myślą o mediach? Czasami się dziwią, że odmawiam udziału w programach. W obecnym świecie informacji i Internetu popularność liczona jest w lajkach. Córki odkrywają, że wiele osób interesuje się ich życiem, szczególnie na Facebooku i stronach internetowych (www.kieleckiepiecioraczki oraz www.piecioraczki. eu – dop. red.) Tłumaczę im, że do wszystkiego należy podchodzić z dystansem i skupiać się na poszerzaniu swoich zainteresowań i pasji, korzystając chociażby z Internetu. Jestem mamą trójki dzieci i wiem, ile to pracy. Należą się Państwu słowa podziwu. Gdy dziewczynki były małe, pomagały nam pielęgniarki. Zużywaliśmy paczkę pieluch dziennie, do tego karmienie: 2 mleka, 2 kaszki, obiadki. Gdy poszły do przedszkola, zostaliśmy sami. Wtedy już nie tylko fizycznie musieliśmy dawać radę, ale i psychicznie: odpowiadać na mnożone przez 5 pytania: po co?, dlaczego?

Swoje państwo przeżyli. Przecież dziewczynki urodziły się jako skrajne wcześniaki. Urodziły się w 26 tygodniu ciąży, ponad 3 miesiące za wcześnie. To wcześniactwo nie znikło. Musieliśmy i musimy nadrabiać. Stymulowaliśmy, stosowaliśmy różne terapie, by zaczęły siadać, raczkować, chodzić… Udało się. Wierzę, że ktoś czuwa nad nami. Nawet wiem, kto. Dziewczynki urodziły się o godz. 9:37. Pierwszą ciążę poroniłam przed pomnikiem Jana Pawła II. Przed porodem mężowi przyśnił się papież, poklepał go po ramieniu i powiedział, że będzie dobrze. Gdy Oliwka miała pół roku, przestały jej pracować jelita. Przeszła operację, lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Nie wiedziałam, co robić. Poszłam pod pomnik papieża i zaczęłam się modlić. Wtedy zadzwonił mąż, że Oliwce się poprawiło. Można w to wierzyć lub nie. Ja swoje wiem. Trudno sobie wyobrazić dramat matki, która słyszy, że jej dziecko może umrzeć. Pani chyba nie raz to słyszała? Wielokrotnie. Jeszcze w Krakowie Maja, Oliwia i Julia odchodziły na naszych oczach. Maja miała saturację 17 proc., a Oliwia i Julia miały sepsę. Przeżyliśmy wiele operacji, ale także kilku udało nam się uniknąć. Lekarze okuliści ostrzegali, że na 90 proc. dziewczynki trzeba będzie operować z powodu retinopatii. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Przez półtora roku co kilka dni jeździliśmy na kontrole oczu. Okazało się, że dziewczynki operacji nie potrzebują. Pani doktor powiedziała mi, że to cud. Musi być pani bardzo silną kobietą. Takie doświadczenia wzmacniają. Wiem, że mam opinię roszczeniowej. A ja nazwałabym się raczej wymagającą. Od siebie wiele wymagam i tego samego oczekuję od innych i nie odpuszczam. Jak wyrzucą mnie drzwiami, wejdę oknem. Dzięki temu moje dzieci chodzą, mówią, widzą. Po porodzie lekarze mówili mi, że nie ma wielkich szans na to, że wszystkie będą w pełni sił. A jednak nam się udało. Być może byłoby inaczej, gdyby nie mój upór i stawiane innym wymagania. Zwykle narodziny dziecka to czas wielkiej radości. U Państwa było inaczej. Gdy zobaczyłam córki w inkubatorach, z okablowaniem i rurkami, przeżyłam szok. Oszukiwałam najbliższych, że nie wolno ich odwiedzać, aby oszczędzić im tego widoku. Do niedawna nie mogłam nawet oglądać pierwszych zdjęć dziewczynek, bo przywoływały tamten strach. Odważyłam się dzięki córkom. One traktują to naturalnie. Oswoiły się z tym np. podczas otwierania oddziałów i kli-


Artykuł partnerski

68 nik neonatologicznych, m.in. z Jurkiem Owsiakiem. Rosły z wiedzą, że są wcześniakami. Jurek Owsiak nazwał je nawet ambasadorkami wcześniaków.

podejściem do zdrowia dały dobry przykład córkom. By one także w przyszłości wiedziały, że trzeba się regularnie badać.

Trudno uwierzyć, że tak wiele przeżyli-

Jakie są dziewczynki? Współdziałają, czy

ście. Córki wyglądają na zdrowe, radosne, szczęśliwe. Przez pierwsze pół roku ciągle drżeliśmy o ich życie. Nawet gdy już wypisano je ze szpitala, lęk nie minął. Zdarzały im się np. bezdechy podczas karmienia. Raczej o tym nie opowiadaliśmy. Woleliśmy mówić, że wszystko jest w porządku. Dziś także musimy walczyć o ich zdrowie, radość. Wciąż mamy kontakt z rehabilitantami, specjalistami, lekarzami. Dwie dziewczynki mają orzeczenia o niepełnosprawności, nadal pojawiają się problemy. Nie chcemy się z tym afiszować. Nie da się być tylko mamą. Czy ma Pani czas dla siebie? Nie powiem, żeby było go dużo, ale jest. Lubię ćwiczyć, a pilates świetnie wzmacnia mój przeciążony kręgosłup. Lubię rodzinne wycieczki rowerowe, ale i kawę z przyjaciółkami, relaks w saunie. Wróciłam nawet do pracy, ale szybko się okazało, że to jednak za trudne do pogodzenia. Nie było mi łatwo zrezygnować. W pracy mogłam zająć się czymś innym, niż dziećmi i rodziną. No i… udawało mi się dopić ciepłą kawę. Pracowałam na uczelni, na doktorat chyba nie wygospodarowałabym czasu. Sporo szans zawodowych przeszło mi koło nosa. Liczę, że to jeszcze nadrobię. Zdecydowała się Pani wziąć udział razem z córkami w kampanii społecznej „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”. Wiem, że część mam rezygnuje z troski o siebie na rzecz dzieci, rodziny. Nie mają czasu, nie potrafią wcisnąć wizyty u lekarza w napięty grafik. Drogie Panie, tak nie można! Ja też ciągle jestem zajęta, ale nie zapominam o swoim zdrowiu i regularnie się badam. Ciągle powtarzam, że muszę być zdrowa, bo mam jeszcze misję do wykonania. Byłoby wspaniale, gdyby dzięki naszemu wsparciu, zabiegane mamy znalazły czas na cytologię. A dodatkowo – i to byłby już ich matczyny sukces – swoim

rywalizują? Rzadko się kłócą, choć przyznam, że ostatnio zdarzają się sprzeczki dotyczące ubrań. Pierwsze 8 lat przeżyliśmy w spokoju i równowadze. Oczywiście w szkole dostają różne stopnie. Wtedy zawsze tłumaczę tej lepiej ocenionej, żeby pomogła siostrze, której poszło gorzej, by następnym razem obie miały szóstkę. Każda ma inne zdolności. Oliwia to umysł ścisły, matematyczka, dodatkowo uzdolniona plastycznie. Potrafi myśleć przestrzennie, chce zostać architektem. Natalka jest humanistką, żartujemy, że się z książką urodziła. Czytała już w wieku 6 lat i lubi język polski, angielski. Karolina to typ sportowca. Ta kiedyś półkilowa pchełka teraz chodzi na akrobatykę. Julia świetnie pływa, ale jest mniej odważna, wycofana. Maja jest uzdolniona artystycznie – śpiewa i tańczy. Potrafi zawalczyć o swoje i czasami rządzi siostrami. Charaktery też mają różne? Niesamowita mieszanka, czasami mnie zadziwiają. Jedna porządnicka, druga bałaganiara, jedna przebojowa, druga wycofana. Gdy były mniejsze, rządziła Oliwia. Byłam ja – kwoka, a potem pięć kaczuszek pod przywództwem Oliwki. Potem Karolina przejęła przywództwo. Teraz właściwie doskonale się uzupełniają i dogadują. Chciałabym je nauczyć trochę więcej przebojowości. Ci zbytnio wycofani, ułożeni, grzeczni nie mają łatwego życia. Niepokoi mnie też to, że są zbyt ufne. Zaczynamy szkolenie, że na świecie są dobrzy i źli i że przed złem trzeba umieć się bronić. Ciężko im to przychodzi. Chyba dlatego, że nigdy nie były uczone bycia cwanymi i roszczeniowymi. A jak radzi sobie Pani mąż? Dobrze, on chyba lubi przebywać z kobietami. Potrafi postawić na swoim, nie podporządkowuje się naszym pomysłom. Fakt, ulega przewadze kobiecości w naszym domu, ale czasami tupie nogą. Dziewczynki go cenią, on nie ucieka od obowiązków, ra-

zem je wychowujemy. Córki czasami potrafią urobić sobie tatusia, ale mąż twardo stąpa po ziemi i nie zawsze daje się wkręcać. Muszę jednak przyznać, że trochę mało czasu mamy dla siebie. Marzy nam się wyjazd tylko we dwoje. Co jest najtrudniejsze w byciu mamą pięcioraczek? Mam wyrzuty sumienia, że jest mnie za mało dla wszystkich. Im są starsze, tym jest z tym gorzej. Pojawiają się humorki, emocje i tajemnice, o których każda chce powiedzieć tylko mamie. Gdy były mniejsze, więcej rzeczy robiłyśmy wspólnie, teraz już się nie da. Czasem zdarza mi się, że spalam się w tym dążeniu, by wszystko było idealne. Zawsze byłam perfekcyjna, a takim ludziom nie jest łatwo, tym bardziej w mojej sytuacji – mamy pięciorga córek w jednym wieku. A co jest najwspanialsze? Widok pięciu córek, które idą ze mną na spacer. Nie spieszymy się, po prostu spędzamy czas razem. Mam to, o czym marzyłam, gdy jeszcze byłam w ciąży: dużej rodzinie, gromadce dzieci, uśmiechu na ich twarzach. Czuję się szczęśliwa. Pamiętam też mój pierwszy Dzień Matki w przedszkolu. Do każdej mamy doszło jedno dziecko, a ja byłam otoczona wianuszkiem moich dziewczynek. Podobno zawsze lubiłam opiekować się dziećmi. Zauważyły to już panie w przedszkolu, pomagałam im przy maluchach. A teraz mam swoje domowe przedszkole. Jakie jest Pani największe marzenie? To marzenie właściwie już się ziściło. Dziewczynki są zdrowe. To może coś dla siebie? Chciałabym podróżować, poznawać świat. Ale na to z mężem będziemy musieli jeszcze poczekać. Dziewczynki muszą zacząć samodzielne życie, wyfrunąć z gniazda. Choć nie wiem, jak ja to przeżyję, gdy na przykład wszystkie naraz wyjadą na studia. Nie wyobrażam sobie tego. Dziękuję z rozmowę.

Kampania „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” skierowana jest do kobiet w wieku 25-59 lat z Kielc i gmin Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego. Z pomocą Pani Pauliny Szymkiewicz i jej córek zachęcamy wszystkie mamy do regularnej cytologii. Bo mama musi być zdrowa! Wykonywane raz w roku krótkie i bezbolesne badanie może uratować życie. Każdego dnia diagnozę „rak szyjki macicy” słyszy 10 Polek, 5 z nich umiera. Dołączcie do nas! Więcej informacji o kampanii: www.jestemkobietacytologia.org oraz na naszym profilu na Facebooku: www.facebook.com/jestemkobietacytologia


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

69

Odchudzanie liczone w tonach

Anna Rodak i Katarzyna Łygońska – partnerka biznesowa w Metamorfozach Studia Figura

Ponad tysiąc zrzuconych kilogramów i blisko 8 tys. centymetrów mniej w obwodach. To efekty rocznej pracy pań korzystających z usług Studia Figura Anny Rodak Kielce Pod Dalnią. A to dopiero początek. – Pozbyłyśmy się tego balastu – gratuluje swoim klientkom Anna Rodak. – W tym roku tych zrzuconych kilogramów i centymetrów będzie jeszcze więcej! Wierzę, że krok po kroku będziemy osiągały założone przez siebie cele. Bo każda z nas jest piękna i zasługuje na to, co najlepsze – przekonuje. Studio powstało na początku 2017 roku. Zespół tworzą Anna Rodak, właścicielka i ekspert nowoczesnych metod modelowania sylwetki, Marta Kaniewska, menedżer i specjalistka profilaktyki zdrowotnej oraz – nowy członek zespołu – Aneta Sitarz, kosmetolog. To one dbają, by każda pani po przekroczeniu progu Studia czuła się wyjątkowo. Partnerami biznesowymi są wizażystka i stylistka fryzur Katarzyna Łygońska; stylistka Katarzyna Soja oraz mieszczący się w Galerii Echo MAC Cosmetics. Wystarczył rok, by panie, które korzystają z usług Studia zrzuciły łącznie 1256 kilogramów i zgubiły 7837,4 centymetra w obwodzie. Kolejny rok to nowe wyzwania, także dotyczące stałego poszerzania oferty Studia. Już wkrótce panie będą mogły logować się do swoich indywidualnych kont na specjalnej platformie internetowej, a następnie zapisywać się on-line na zajęcia czy na bieżąco sprawdzać swoje wyniki, w tym m.in. skład ciała i przyrost mięśni, BMI oraz wiek metaboliczny. Studio wzbogaciło się również o nowe urządzenie

– Beauty Shaper, dzięki któremu w krótkim czasie można stracić nawet kilka centymetrów w obwodach ciała. Urządzenie pozwala wykonać liposukcję kawitacyjną (ultradźwiękową), która redukuje tkankę tłuszczową i cellulit. Drugim zabiegiem jest endermologia (endomasaż), wzbogacona o falę radiową RF i laser biostymulujący IR, która także redukuje cellulit i lokalne otłuszczenia, kształtuje sylwetkę, poprawia jędrność i elastyczność skóry, spłyca rozstępy, modeluje owal twarzy, redukuje zmarszczki. – Wchodzimy w nowy dział z zakresu kosmetologii estetycznej i zyskujemy kolejną nowoczesną metodę modelowania sylwetki – mówi Anna Rodak. Studio to miejsce tylko dla kobiet, co panie szczególnie sobie cenią. Podobnie jak skuteczność. – Założyłam sobie, że schudnę 15 kg, w krótkim czasie udało mi się zrzucić ponad 5 kg. A wszystko to w bardzo miłej atmosferze. Dziewczyny z obsługi

są świetne, zachęcają, motywują i elastycznie reagują na każdą potrzebę – mówi Magdalena. – Mój cel to 6-7 kg, a po sześciu tygodniach już zrzuciłam 5 kg. Co ciekawe, mogę w Studiu odpocząć i się odprężyć – zapewnia Kinga. Studio Figura to marka, z którą codziennie zmieniają się tysiące kobiet na całym świecie. Od przeszło roku z Anną Rodak swoją sylwetkę mogą kształtować także w Kielcach. – Zapraszamy wszystkie panie. Przed nami kolejne wyzwania. Wspólnie stawimy im czoła – zapewnia właścicielka Studia.

Studio Figura Anny Rodak Kielce Pod Dalnią ul. Piekoszowska 88 tel. 883 536 536

Laureatki Gali Urodzinowej

Zespół Studia Figura Anny Rodak Kielce Pod Dalnią


Artykuł partnerski

70

Mamy dobrą wiadomość. Możesz wygrać walkę z rakiem One. Pełne pasji i zaangażowania w pracę, którą wykonują. Każdego dnia pędzą ze spotkania na spotkanie, filmują, robią wywiady, zdobywają informacje dla swoich czytelników, widzów i słuchaczy. Mimo to znalazły czas, by wspólnie wziąć udział w akcji poświęconej profilaktyce raka piersi. O życiu, zdrowiu i pasjach opowiadają Anna Bilska, Aleksandra Niemczyk i Aleksandra Żaczek. Rozmawiała Marta Herbergier Zdjęcia Patryk Ptak

Anna Bilska: Praca w redakcji faktycznie jest bardzo angażująca i zawsze daję z siebie wszystko. Staram się jednak znaleźć czas na życie prywatne, podróże i drobne przyjemności. Wymaga to wprawy, czasem poświęceń, jednak najczęściej udaje się pogodzić te dwie sfery. Aleksandra Niemczyk: Kluczem do sukcesu jest efektywne zarządzanie czasem i czerpanie satysfakcji z tego, co robię. To daje mi siłę, by mierzyć się z przeciwnościami losu.

| Aleksandra Żaczek – dziennikarka TVP3 Kielce, prezenterka, reportażystka. Autorka programu „Mobilna Kultura”. Laureatka festiwali reportażu. W TVP3 Kielce od 2008 roku.

Jesteście aktywne zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Jak godzicie to ze sobą? Aleksandra Żaczek: Najważniejsze jest, aby osiągnąć w życiu równowagę. Z jednej strony warto realizować swoje ambicje, ale nie za wszelką cenę. Nie możemy pozwolić sobie, by jedna dziedzina życia zdominowała pozostałe. C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Jesteście popularnymi dziennikarkami, widać, że zawodowo realizujecie swoja pasję. Skąd pomysł, by wykonywać tak trudny i angażujący zawód? AB: Praca w gazecie marzyła mi się od zawsze. W gimnazjum pisałam do szkolnej gazetki, a w liceum pracowałam dorywczo w drukarni, w której również pracował mój starszy brat. Zdecydowanie bardziej od samego procesu druku, zapachu farby i papieru interesowało mnie to, co wychodzi z maszyny offsetowej. Same studia i staż w „Echu Dnia” były już tylko konsekwencją. Praca dziennikarza i redaktora jest bardzo pasjonująca i satysfakcjonująca. Daje możliwość poznawania i bycia blisko ludzi oraz ich problemów. A ja od zawsze bardziej wolałam słuchać, niż mówić. Nie muszę też chyba wspominać, że fundamentem tego zawodu jest możliwość rozpowszechniania ważnych informacji o istotnych sprawach. Tak, jak w przypadku tej kampanii. AŻ: Telewizja to moja ogromna pasja – to kreatywność, praca nad obrazem filmowym, ciągłe poszukiwanie nowych rozwiązań – to niezwykłe doświadczenie. W 2010 roku TVP3 Kielce organizowało casting. Pochodzę z Kielc, ale mieszkałam wtedy w Krakowie, a jeszcze wcześniej w Leeds. Po powrocie do Polski szukałam pracy. Rodzina, fani naszej telewizji, powiedzieli mi o castingu. Pamiętam, że na próbach kamerowych, zapytana, dlaczego TVP3 Kielce, powiedziałam żartując: bo mam parcie na szkło. I może coś w tym jest – od dziecka występowałam, grałam w teatrach szkolnych, recytowałam, miałam dużo odwagi cywilnej. Zawsze fascynowały mnie też filmy dokumentalne i reportaże. Przez te 8 lat w TVP3 Kielce mogłam spróbować wszystkiego: małych i większych form dokumentalnych, dziennikarstwa, także śledczego, prowadzenia programów na żywo, pracy przy dużych wydarzeniach czy pokazywania problemów ludzi potrzebujących. Najmocniej czuję się w tematach kulturalnych i społecznych. Od niedawna staję nie tylko przed kamerą, ale i za nią – to daje ogromną


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

71 satysfakcję i wolność – sama decyduję o tym, jakie kadry zobaczą widzowie. AN: Nie mogę powiedzieć, że od zawsze marzyłam o radiu, ale wiele razy słyszałam, że tam powinnam pracować ze względu na głos. Z perspektywy czasu patrząc, to zabawne, że te „życzenia innych” się spełniły. Zaraz po liceum ukończyłam studium aktorskie i myślałam, że trafię do teatru. Jednak ostatecznie ukończyłam studia ze specjalnością dziennikarską i choć kiedyś praca dziennikarza nie była moim marzeniem, to dziś mogę stwierdzić, że uwielbiam to, co robię. Możliwość poznawania nowych ludzi i realizowania tematów, które interesują mnie nie tylko zawodowo, ale także prywatnie, daje mi dużo satysfakcji, radości i nierzadko wzruszeń. W tej pracy nieustannie trzeba być frontem do ludzi, umieć słuchać i mieć mnóstwo empatii. Dziennikarstwo to forma służby i chyba to pociąga mnie w tej pracy najbardziej. Wspaniale, że w tym codziennym zgiełku zgodziłyście się wziąć udział w naszej akcji. Co skłoniło Was do tego? AŻ: Cieszę się, że mogę wesprzeć i zmotywować inne kobiety. To niezwykle ważne – mieć obok siebie kogoś bliskiego, kto pomoże, zachęci, a czasem po prostu „da kopa”. Mam nadzieję, że skłonimy kobiety do pójścia do lekarza i zrobienia podstawowych badań, nie tylko mammograficznych. AB: Choć pracujemy w różnych redakcjach, każdej z nas bliskie są problemy zdrowotne kobiet. Tu nie liczą się zasięgi, liczba wejść na stronę czy rankingi popularności redakcji. Tu najważniejsze są kobiety. Rak to wciąż trudny i wstydliwy temat w naszym kraju, dlatego warto o nim jak najwięcej mówić. Poszerzenie wiedzy na temat badań profilaktycznych i nowotworów pozwoli zwiększyć świadomość zagrożenia, a przekazywanie informacji o sposobach i skuteczności leczenia pomoże skłonić do aktywniejszego stosowania profilaktyki. AN: W tym codziennym biegu, o którym mówisz, warto zastanowić się nad tym, co jest naprawdę ważne. I choć przy okazji świąt czy uroczystości składamy sobie życzenia zdrowia, to tak naprawdę za mało o nie dbamy. A przecież wystarczy tak niewiele… To znaczy? Co powinnyśmy, my kobiety, robić, by dbać o swoje zdrowie? AN: Zobacz, jakie to proste i wcale nie wymaga zbyt wiele czasu. Wykonanie samobadania piersi raz w miesiącu zajmuje zaledwie kilka minut. Powiedzmy: tyle co mycie zębów, a o wiele krócej niż zrobienie makijażu. I o ile ten drugi poprawi ci jedynie samopoczucie, to samobadanie może uratować życie. AŻ: Kobiety spędzają wiele godzin u kosmetyczki, fryzjera czy na zakupach. To oczywiście też jest ważne, jednak gdyby choć ułamek tego czasu poświęciły na badania, z pewnością byłoby to bardziej korzystne dla ich zdrowia. AB: Polecam zaplanowanie sobie raz w roku jednego dnia na wykonanie podstawowych badań. Wiemy wtedy, jak zmienia się nasz organizm i czy nie dzieje się w nim coś niepokojącego. Istotne jest także porównywanie badań ze sobą, dzięki czemu można wykryć nawet bardzo małe zmiany. Czyli najważniejsze jest regularne badanie się? AN: Kiedyś robiłam wywiad z pewnym lekarzem, który stwierdził, że ze zdrowiem jest jak z porządkami. Jeśli regularnie sprzątasz, nie doprowadzisz domu do ruiny. Jeśli na co dzień dbasz o swoje zdrowie, dobrze się odżywiasz, ćwiczysz, badasz regularnie – pozostaniesz zdrowa, a ewentualne choroby wykryjesz w ich wczesnym stadium. AŻ: Też mam takie doświadczenia. Wielu kobiet, które znam lub znałam, nie udało się wyleczyć ze względu na wieloletnie zaniedbania. Zatem – nie zapominajmy o sobie, dbajmy o siebie każdego dnia. To bardzo ważne.

| Aleksandra Niemczyk – prezenterka i dziennikarka, pracuje w Radio eM Kielce, gdzie prowadzi programy „Fajna zmiana”, „Kobieton”, „eM na zakupach” oraz „Stacje Integracje”. Użycza również głosu do spotów reklamowych.

Dlaczego kobiety nie chcą się badać? AB: Najgorsza jest walka ze stereotypami. Wiele kobiet opiera swoją wiedzę na temat nowotworów na informacjach przekazanych przez koleżanki czy sąsiadki. Są przekonane, że rak jest chorobą śmiertelną, niezależnie od momentu, w którym zostanie wykryty. Spotkałam się też z opinią, że po operacji rak staje się złośliwy, a prześwietlenia powodują przerzuty. Wiele kobiet uważa, że jednorazowe uczestnictwo w badaniu mammograficznym jest wystarczające i nie wymaga powtórzeń. AN: I do tego wszystkiego oczywiście „lepiej nie wiedzieć”. Strach powoduje, że kobiety nie chcą się badać. Tak jak wspomniała Ania, uważają, że nowotwór to wyrok śmierci i jest nieuleczalny, więc postawienie diagnozy nie pomoże, a lepiej spać spokojnie. Bo przecież skoro nie boli, to nic się nie dzieje. AŻ: Nie zapomnijmy dodać, że w życiu kobiet wszystko jest ważniejsze, niż one same: dzieci, mąż, pies, problemy, koleżanki, praca. Dla siebie nie mają czasu. A przecież tak nie powinno być. Kobieta powinna zadbać przede wszystkim o siebie. Tylko wtedy będzie w stanie troszczyć się o innych. Czy na co dzień, w Waszej pracy, spotykacie się z kobietami, które zachorowały na raka piersi? AN: Oczywiście, i to bardzo często. Przecież rak piersi jest najbardziej powszechną chorobą nowotworową występującą u kobiet. W mojej audycji poświęconej wyłącznie kobietom często poruszamy tę tematykę. Jestem pełna podziwu dla pań, które zwyciężyły chorobę, a obecnie działają w fundacjach czy stowarzyszeniach, wspierając innych. Przykład ludzi, którzy pokonali chorobę,


Artykuł partnerski

72 kochający bliscy: mąż, dzieci, rodzina i przyjaciele – pełni zrozumienia i wsparcia. Czuły strach i nie potrafiły sobie z nim poradzić, paraliżował ich działania. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze – strach i poczucie osamotnienia, choć wokół są inni. AN: Potwierdzają to także rozmowy z psychoonkologami. Na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które po usłyszeniu diagnozy powiedzą „Ok, to co z tym robimy?”. Większość pacjentek przeżywa załamanie, w którym trwa przez krótszy czy dłuższy czas. Stąd tak ważne jest uświadamianie, że w dzisiejszych czasach rak to choroba, z którą się wygrywa. To właśnie chcemy przekazać wszystkim kobietom. Mamy dla Was dobrą wiadomość. Możecie wygrać walkę z rakiem. To optymistyczne i budujące. Co jeszcze chciałybyście przekazać kobietom? AŻ: Przede wszystkim, żeby się nie bały. Warto mieć świadomość tego, co dzieje się z naszym ciałem i zapobiegać problemom jak najwcześniej się da. AB: Chciałabym, by kobiety zadbały o siebie. By razem z koleżanką, mamą, siostrą poszły na badania i zachęcały do tego swoje znajome. AN: Żeby realizować swoje marzenia, pasje, ideały, żeby być matką, żoną, koleżanką, partnerką, trzeba być zdrową. I warto dbać o swoje zdrowie, by móc spełniać się jako kobieta.

| Anna Bilska – dziennikarka „Echa Dnia”, redaktor portalu echodnia.eu oraz serwisu kielce.naszemiasto.pl. W redakcji pracuje od 2009 roku.

najlepiej motywuje do walki, pomaga „oswoić raka” i daje wiarę w lepsze jutro. AB: Jedna z koleżanek z redakcji chorowała na raka piersi. Szczęśliwie – już ponad siedem lat wszystko jest w porządku. To doskonały przykład na to, że rak jest wyleczalny i warto się badać, by wykryć go w jak najwcześniejszym stadium. Znam wiele kobiet, które po usłyszeniu diagnozy i wygraniu walki z rakiem zupełnie zmieniły swoje życie. Zaczęły realizować swoje marzenia, doceniać to, co ważne. AŻ: Chyba każda z nas zna choć jedną kobietę, która zachorowała na raka piersi czy raka szyjki macicy. Rozmowy z nimi są bardzo trudne, ale i dużo uczą. Większość z nich mówi, że kiedy dowiedziały się o tym, że mają nowotwór, nagle, z dnia na dzień zawalił im się świat. Nie miało znaczenia to, że wokół otaczali je

A kiedy, niestety, okaże się, że to rak? AŻ: Pomimo okaleczonych piersi i serc, chore zawsze pozostają kobietami. Bo kobiecość to nie wygląd, ale to, w jaki sposób żyjemy i podchodzimy do drugiego człowieka. AB: Choć na początku trudno w to uwierzyć, zawsze jest szansa. Rokowania, leczenie i optymizm pozwalają wygrać walkę z rakiem, a wsparcie bliskich dodaje energii. AN: Nie wolno się poddawać. My, kobiety, potrafimy czynić cuda i znieść wszystko. Trzeba tylko znaleźć w sobie siłę. Rozmawiamy o kobietach, ale nie należy zapominać, że problem raka piersi dotyczy także ich partnerów… AŻ: Niestety, tu nie mam wiedzy o dobrych wzorcach, choć zapewne takie istnieją. Nie na darmo mówi się, że mężczyźni to hipochondrycy, boją się chorób zarówno swoich, jak i najbliższych. AN: W dużej mierze masz rację. Nie chodzi zresztą o samą chorobę, ale także o profilaktykę. Jeśli kobiety same nie chcą dbać o zdrowie, może warto zwrócić się do mężczyzn. Dobrze, by panowie przypominali najbliższym kobietom o badaniach profilaktycznych. To również w ich interesie, by mieć zdrowe partnerki, mamy czy córki.

Projekt „Jestem kobietą, więc idę. Mammografia” jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego na lata 2014-2020.

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

73

Ampułka młodości

O medycynie estetycznej często myślimy, obserwując celebrytów i ich nie do poznania zmieniające się rysy twarzy. Tymczasem dobrze wykonany zabieg, to taki, którego nie widać. I właśnie naturalnych efektów oczekują dziś klientki Gabinetu Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE. Na zabiegi medycyny estetycznej panie, ale też panowie najczęściej decydują się, gdy chcą odjąć sobie kilka lat lub spowolnić procesy starzenia. Co ważne, w sposób naturalny i dyskretny. Możliwości jest coraz więcej. To już nie tylko botoks i wypełniacze, ale cały szereg prewencyjnych zabiegów. Wśród nich jest Sculptra, czyli lifting bez użycia skalpela. Preparat kwasu polimlekowego (Sculptra) pozwala osiągnąć efekty zbliżone do operacyjnego liftingu. Nie jest to tradycyjny wypełniacz, ale unikatowy stymulator kolagenu. Sculptra pobudza tkanki twarzy do samodzielnej produkcji tego białka, w ten sposób uzupełniając niedobory w skórze i znacznie spowalniając niekorzystne zmiany związane z upływem lat. Preparat pozwala wygładzić istniejące bruzdy i zmarszczki, stopniowo odbudowuje obję-

tość twarzy i poprawia rysy. – Proces trwa około 4-6 tygodni, dlatego też nie jest zauważalny dla otoczenia, a efekty kuracji utrzymują się nawet przez 2 lata – zapewnia Julita Stępień, kosmetolog i właścicielka LUMIÉRE. Po zabiegu skóra jest bardziej jędrna i napięta, kontur wyraźniejszy, znikają wiotkości. Sculptra pozwala wypełnić zapadające się skronie czy okolice kości policzkowych. Zabiegi w LUMIÉRE wykonuje dr Roma Zielińska, lekarz medycyny estetycznej i specjalista chorób wewnętrznych. – Sculptra to skuteczna i naturalna metoda odwracająca efekty upływu czasu. W swoim gabinecie Magnopere w Krakowie zabieg wykonuję od wielu lat. Jest bezpieczny i bezinwazyjny. Z czystym sumieniem mogę go polecić również paniom, korzystającym z usług gabinetu LUMIÉRE – mówi dr Roma Zielińska. Sculptrę można stosować w okolicach skroni i żuchwy, w bruzdach nosowo-wargowych, kącikach ust, na policzkach i podbródku. W zależności od stopnia utraty jędrności i zaawansowania procesu starzenia skóry, potrzeba od dwóch do czterech zabiegów.

– Z mojego doświadczenia wynika, że im mniej materiału podajemy podczas jednej sesji, tym bezpieczniej dla pacjenta – tłumaczy dr Roma Zielińska. Efekty, szczególnie w newralgicznych miejscach, które najszybciej się starzeją, np. w okolicach oka, wymagają dbania i regularnych zabiegów podtrzymujących. Wokół oczu często stosuje się też kwas hialuronowy, ale to już temat na zupełnie inny artykuł.

ul. Żeromskiego 15/2, Kielce tel. 500 230 124 info@gabinetlumiere.pl www.gabinetlumiere.pl


Turystyka 74

Praga. Kafka, Mucha i Černý W rankingu turystycznych perełek Europy cze- tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski ska Praga plasuje się w ścisłej czołówce. Nie ma miesiąca – ba, nie ma dnia – by ulicami Starego Miasta nie wędrowały tłumy. Podobnie jest w Malej Stranie i na Hradczanach. Czy Praga jest więc miejscem dla tych, którzy nie lubią turystycznego zgiełku? Jest. O ile skręci się we właściwą ulicę.

„Praga. Złota Praga...” – można by zaśpiewać na nutę nieśmiertelnego szlagieru „Plaża. Złota plaża...”. Tę lub inną piosenkę w drodze do Pragi nucą zapewne turyści z całego świata. Niezależnie od pory roku, wsiadają do samolotów, samochodów, pociągów czy autobusów i ruszają nad Wełtawę. A Praga urzeka od pierwszego wejrzenia. Pierwsza wizyta wygląda zazwyczaj podobnie. Metrem do stacji „Staroměstská”, później szybkie przejście na Rynek Staromiejski. Po obejrzeniu otaczających go kamienic, kościołów i stojącego przy nim ratusza z przepięknym zegarem Olroj (niestety, właśnie przechodzi gruntowny remont, jest więc zasłonięty) turyści ruszają w stronę mostu Karola. Dalej – przez Malą Stranę wspinają się w stronę zamku. Na Hradczanach „zaliczają” katedrę św. Wita oraz Złotą Uliczkę. I tyle. Na szczęście, na jednym wyjeździe przygoda z Pragą zazwyczaj się nie kończy. W moim przypadku było już tych wypadów około dziesięciu. Jeśli i Wy już w Pradze byliście, mam kilka pomysłów na jedną z następnych wycieczek.

Josefov Wysiadając ze stacji „Staroměstská” – oznaczonej literą „A” zielonej linii metra – można iść wprost na Rynek Staromiejski. Można też skręcić w lewo w Žatecką lub Maiselovą. Po chwili znajdziemy się w sercu dzielnicy żydowskiej Josefov. Synagogi, sala obrzędowa, cmentarz żydowski... Warto. Hitlerowcy właśnie w Pradze planowali stworzyć Muzeum Wymarłej Rasy. Tu więc zwozili precjoza z innych synagog i domów modlitwy. Dziś te skarby prezentowane są na ekspozycjach przedstawiających historię C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Fragment wystawy – Muzeum Muchy

praskich – czy szerzej czeskich – Żydów. Rozlokowano je w synagodze Maisela, Klausovej oraz synagodze Hiszpańskiej. W gablotach pokazywane są tu liczne korony na Torę, wskaźniki ułatwiające czytanie Pięcioksięgu (jady), naczynia czy przyrządy wykorzystywane podczas świąt żydowskich. Miejscem pamięci o czeskich Żydach jest synagoga Pinkasa. Jej ściany pokrywają imiona i nazwiska deportowanych do obozów zagłady. Prawdziwym skarbem jest synagoga Staro-Nowa. Zbudowana w XIII wieku uchodzi za jedną z najstarszych na kontynencie europejskim. Tu – między krokwiami – ukryty ma być legendarny golem ulepiony przez rabina Jehudę Löwa ben Becalela. Grób uczonego i filozofa znajduje się na pobliskim cmentarzu. To jeszcze jedno niezwykłe miejsce dzielnicy. Na niewielkiej przestrzeni znajduje się nawet dwanaście warstw pochówków! Nad grobami stoją pięknie rzeźbione macewy.

Wyszehrad Jeżeli pojedziemy czerwoną linią „C” metra na południe, wysiądźmy na stacji „Vyšehrad”. To z tego miejsca, gdzie później ulokowała się twierdza zawieszona nad nurtem Wełtawy, legendarna księżniczka Libusza miała zobaczyć przyszłą sławną Pragę. Dziś rozciąga się stąd widok na Hradczany.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

75

Pomnik Sikających

Ale intrygujące są tu nie tylko widoki. Po przejściu bramy, wewnątrz murów, natkniemy się na dwie intrygujące świątynie. Pierwszą z nich jest malutka, romańska rotunda św. Marcina (to jedna z trzech tego typu budowli w Pradze; dwie kolejne stoją przy ulicach Konviktskiej i Na Rybničku). Druga to kościół św. św. Piotra i Pawła. Dziś ma neogotycki wygląd, choć jego początki sięgają wieku XI. Wnętrza pokrywają freski, przypominające dzieła Stanisława Wyspiańskiego. Cmentarz przy kościele to jeszcze jedno magiczne miejsce. To miejsce spoczynku słynnych Czechów, m.in. Alfonsa Muchy (jeszcze o nim wspomnimy), architekta Josefa Gočara, kompozytora Antonina Dvořaka czy poety Juliusa Zeyera. Na cmentarzu odnaleźć można też groby m.in. pisarzy Jana Nerudy i Karela Čapka oraz autora komiksów Karela Saudka. Poszczególne nagrobki to prawdziwe dzieła sztuki. Już pod Wyszehradem stoi kilka domów wzniesionych w stylu kubistycznym. To też praski ewenement. Kierunek, który kojarzy nam się przede wszystkim z obrazami Pabla Picassa, w Czechach zmaterializował się w postaci budynków.

Kafka Jeśli ze stacji metra „Hradčanska” pójdziemy na oblegane przez turystów Hradczany, będziemy mogli właśnie tam rozpocząć wędrówkę śladami Franza Kafki (1883-1924). Dokładnie na Złotej Uliczce. W jednym z maciupkich, doklejonych do muru, domków Kafka mieszkał wraz z siostrą. Przypomina o tym mała tabliczka z napisem „Zde žil Franz Kafka”. Dokładnie „żył” przez kilka miesięcy w 1916 i 1917 roku. Malá Strana – dzielnica u podnóża zamku – skrywa Muzeum Franza Kafki. Przybliża miasto z czasów jednego z najsłynniejszych prażan przełomu XIX i XX wieku. Kolejnym z Kafkowych adresów jest plac jego imienia, tuż obok Rynku Staromiejskiego. Tu stoi dom, gdzie autor „Procesu” się urodził.

Wskaźnik ułatwiający czytanie Pięcioksięgu

Miejscem pamięci o czeskich Żydach jest synagoga Pinkasa. Jej ściany pokrywają imiona i nazwiska deportowanych do obozów zagłady.


Turystyka 76

Mechaniczna głowa Kafki

Rotunda św. Marcina

Wiszący Zygmunt Freud Raczkujące niemowlaki

Pomnik Kafki Josefov – cmentarz żydowski

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Kłusem, galopem w Brzezinkach

W sąsiedztwie synagogi Hiszpańskiej pojawił się zaskakujący pomnik Kafki. Pisarz siedzi na ramionach… pustego garnituru. Ustawiona w 80. rocznicę śmierci twórcy kompozycja nawiązuje do noweli „Opis walki”. By zobaczyć grób Kafki, znów musimy wsiąść do metra. Przy stacji „Želivského” znajduje się tzw. nowy cmentarz żydowski, ostatnie miejsce spoczynku twórcy „Zamku”. Czy o czymś zapomniałem? Nie. Ale o tym za chwilę...

Mucha Wcześniej muszę napisać jeszcze o innym wielkim przełomu wieków. Wybitny grafik i malarz Alfons Mucha (1860-1939) bez wątpliwości kojarzy się z Pragą, czy szerzej z Czechami. Wśród witraży katedry św. Wita dostrzeżemy też i jego pracę. Utrzymana w jasnych, charakterystycznych dla secesji kolorach zachwyca zwiedzających Hradczany. Przyjrzyjmy się motywom: kwiatom, płynnym liniom, wizerunkom postaci. Mucha do perfekcji opanował ich łączenie. By zapoznać się dokładniej z jego twórczością, warto wstąpić do muzeum artysty (róg ulic Panskiej i... V Cipu). Tu z bliska można przyjrzeć się jego pracom, a trzeba przyznać, że jest czemu. Nikt na przełomie XIX i XX wieku nie oddawał piękna kobiet jak on. Z plakatów spoglądają damy, których wdzięki delikatnie kuszą spod zwiewnych strojów. U Muchy poranek jest tańcem, południe malarstwem, popołudnie poezją, a noc muzyką. Z innych prac patrzą na nas kobiety ukwiecone, zodiakalne czy zbrodnicze. Jak Medea...

Od dzieciństwa kochali konie i postanowili z nimi związać swoje dorosłe życie. Zaczynali od jednego wierzchowca. W tej chwili pod swoją opieką mają ich już 18. Monika i Krzysztof Sarapata od 25 lat prowadzą Świętokrzyski Klub Jazdy Konnej w Brzezinkach. Położony niedaleko Kielc, w malowniczej Dolinie Wilkowskiej, ośrodek to wyjątkowe miejsce, w którym jeździectwo sportowe spotyka się z amatorskim. Monika jest nadal czynną zawodniczką w dyscyplinie ujeżdżenia, aktualną mistrzynią seniorów województwa świętokrzyskiego. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się też dziś z młodszymi adeptami jeździectwa. Jej mąż trenuje konie i zawodników w dyscyplinie skoków przez przeszkody. Instruktorzy proponują treningi sportowe, jazdy rekreacyjne oraz naukę jazdy konnej dla początkujących. Dzięki krytej ujeżdżalni i karuzeli dla koni, treningi nie muszą zależeć ani od pory roku, ani od pogody. Ci, którzy w siodle czują się już pewnie, mogą wybrać się na rekreacyjną wycieczkę w plener. Spacery konne i wycieczki, pozwolą nie tylko na relaks, ale też poznanie jednego z bardziej urokliwych zakątków Gór Świętokrzyskich, opisanego przez Stefana Żeromskiego. Ośrodek oferuje także treningi koni. Na miejscu można zamieszkać, by nie marnować czasu na dojazd do stadniny. Oferowane gościom pokoje agroturystyczne zadowolą nawet bardzo wymagających. Nie trzeba się także martwić o jeździecki sprzęt, który można kupić w kieleckim sklepie Hubertus. Sklep prowadzi również sprzedaż internetową, oferuje rabaty dla stałych klientów, sprowadza także towar na zamówienie.

Wychodząc z muzeum przechodzimy przez słynne Václavské náměstí, czyli plac Wacława, i szukamy... STOP! W Czechach nie możemy używać słowa „szukać”. Proszę uwierzyć na słowo, że to niezbyt eleganckie. Napiszę więc tak – przy „Wacławskim” powinniśmy znaleźć (uff, wybrnąłem) pałac Lucerna. Byłby to jeszcze jeden pasaż handlowy – w tym przypadku z kinem – gdyby nie wyjątkowa praca. David Černý podwiesił tu pod sufitem... rzeźbę św. Wacława siedzącego na brzuchu zdychającego konia! Jesteście Państwo zaskoczeni? Słusznie. A to dopiero początek naszej wycieczki śladami tego współczesnego artysty. Pora wrócić do Kafki. Na „deser” zostawiłem... jego mechaniczną głowę, bo łączy pisarza z Černým. Wysoka na 11 metrów składa się z plastrów, które wirując, układają się w wizerunek pisarza. Trzeba jej szuk... Trzeba się rozglądać w rejonie stacji metra „Národní třída” i skrzyżowania dwóch ulic – Charvátovej i Vladislavovej. Dwie kolejne prace znajdują się na Starym Mieście. Nad ulicą Husovą wisi (!) Zygmunt Freud. Z kolei przy placu Anenské náměstí na jednej z rynien pojawiła się dziwna narośl... Mostem Karola wracamy na drugi brzeg Wełtawy. Pierwszego Černego znajdziemy tuż nad brzegiem rzeki, tam wędrują jego dziwaczne niemowlaki (w większej liczbie mają wrócić na wieżę telewizyjną). Kolejnego – na terenie Ambasady Niemiec. Idący na czterech nogach trabant ma przypominać o ucieczkach z NRD. Wreszcie na terenie Muzeum Kafki (o nim wyżej) stoi najbardziej zaskakująca z prac artysty. Dwóch nagich mężczyzn sika do... basenu w kształcie Czech! Ot, kwintesencja czeskiego humoru. ■

Artykuł partnerski

Černý

Świętokrzyski Klub Jazdy Konnej Brzezinki 52 Masłów www.brzezinki.com.pl

Sklep jeździecki Hubertus ul. Ściegiennego 81/2, Kielce tel. 41 301 14 71 www.hubertuskielce.pl

77


3 sektor 78

Fotografia zaginionego obrazu Józefa Szermentowskiego z połowy XIX w. (arch. autora)

Społeczne centrum w dawnym browarze tekst i zdjęcia Rafał Zamojski

Zlokalizowane na końcu ulicy Staszica piwnice biskupiego browaru to doskonałe miejsce na nową inicjatywę w Kielcach – Centrum Organizacji Pozarządowych. Ten swoisty inkubator społeczny potrzebuje wsparcia władz i Państwa – Naszych Czytelników.

C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

Zabudowa kieleckiego Wzgórza Zamkowego ma duży potencjał: miastotwórczy, kulturotwórczy i – wreszcie – turystyczny. Co więcej, potencjał ten jest już dziś całkiem nieźle wykorzystywany. Funkcjonują tam cztery muzea, Dom Środowisk Twórczych, Instytut Dizajnu, Ośrodek Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej, galeria BWA, galeria „Dom Praczki” i muszla koncertowa w parku miejskim. Wpisana wraz z Pałacem Biskupim na listę pomników historii, pieczołowicie odrestaurowana bazylika katedralna bywa gospodarzem ciekawych koncertów. W granicach Wzgórza działają też: mające blisko stuletnią historię kino Moskwa i organizujący koncerty klub muzyczny Boho. Pewna jest już też przeprowadzka na Wzgórze Zamkowe Teatru Lalki i Aktora „Kubuś”. Czekamy jeszcze na sensowne zagospodarowanie spichlerza z 1752 roku przy ul. Zamkowej (przeciągają się negocjacje miasta z jego właścicielem) oraz – nadającej się na kameralny hotel – dawnej łaźni miejskiej na rogu ulic Solnej i Staszica.

Centrum Organizacji Pozarządowych Tylko jeden pamiętający czasy biskupów krakowskich fragment dawnej zabudowy Wzgórza Zamkowego jest do dziś wciąż „nieodkryty”. Zarządzające nim władze Kielc długie lata zdawały się nie dostrzegać jego wartości i potencjału. Fragment to nie byle jaki, bo zawierający zachowane do dziś, wybudowane z inicjatywy biskupa Kajetana Sołtyka, piwnice biskupiego browaru. Mowa o niewielkiej budowli przyklejonej do muru zamkowego na końcu ul. Staszica i sąsiadującej z mieszczącym się w przyziemiach dawnego spichlerza klubem Zamkowa. Korzystające z wód źródełka Biruty, biskupi browar i gorzelnia funkcjonowały między murami zamkowymi a stawem podzameckim już w XVII wieku. Wtedy były to budowle w przeważającej części drewniane. Nowe zabudowania browaru biskup Sołtyk wybudował w latach 1777-80. Główna jego


3 sektor 80

Korzystające z wód źródełka Biruty biskupi browar i gorzelnia funkcjonowały między murami zamkowymi a stawem podzameckim już w XVII wieku.

część, długi murowany budynek przy ul. Staszica, dotrwała do lat 50. XX wieku. W swej pobrowarnej historii obiekt ten pełnił różne funkcje – od magazynów solnych w wieku XIX do warsztatów – w XX. Do 2007 roku przetrwał dawny dom pisarza browarnego. W pozostawionym po jego rozbiórce zarysie murów funkcjonuje plenerowa kawiarnia. Pamiętam, że już w 2001 roku pojawiły się informacje, że w interesującym nas budynku z piwnicami powstanie restauracja. Nie stało się tak, temat ucichł, a obiekt został wynajęty przez miejską administrację na… magazyny. Kilka lat temu jeden z ważnych urzędników miejskich kolejny raz poinformował, że będzie tam restauracja. I znów nic z tego nie wyszło. Nie ma jednak tego złego… W ubiegłym roku pojawiła się idea wykorzystania budynku w sposób wyjątkowo sensowny i pożądany, czyli na Centrum Organizacji Pozarządowych. Przy Centrum działałaby kawiarenka prowadzona przez spółdzielnię socjalną.

Siła społeczników

Idea ta, zgłoszona przez Kieleckie Forum Organizacji Pozarządowych, łączy dwa ważne dla mnie aspekty: dobre wykorzystanie potencjału ciekawego zabytku i stworzenie w Kielcach (wreszcie!) miejsca, w którym kieleccy społecznicy będą mieli swój „dom”. Sam swoje społeczne potrzeby realizuję poprzez działalność w dwóch stowarzyszeniach, współpracuję z innymi organizacjami, i wiem, jak ważne jest wspieranie społecznej aktywności. Nie ma potrzeby przekonywać, jak wiele do rozwoju miasta mogą wnieść ci, którzy na jego rzecz są skłonni poświęcać swój czas, dzielić się swą wiedzą i umiejętnościami. To ogromny skarb. W interesie władz samorządowych jest pomnażanie tego kapitału, rozbudzanie i wspieranie kreatywności i aktywności na rzecz małej ojczyzny. Nawet jeśli część społeczników miałaby się z czasem zmienić w konkurenC Z E R W I E C / L I P I E C 2018

cyjnych wobec tych władz polityków. To zresztą naturalny proces – jednych interesuje „wejście w politykę”, innych nie. We wszystkich przypadkach wiedza i doświadczenie uzyskane w czasie działań społecznych będą wartością i kapitałem dla miasta. W końcu co tysiąc głów to nie jedna (nawet genialna). Efekty dobrze widać w jakości i funkcjonalności nowych miejskich inwestycji. Te, które na etapie planowania i realizacji były konsultowane społecznie i to nie w sposób fasadowy, są zrealizowane lepiej. Gdy zaś wiedza pasjonatów jest ignorowana, powstają niefunkcjonalne buble, które po kilku latach trzeba przebudowywać (negatywnym przykładem jest infrastruktura rowerowa). Jeśli – co w Polsce jest jeszcze wciąż częste – w mieście przeważają bierność i marazm, rolą dobrych świadomych władz samorządowych jest pomoc w rozniecaniu społecznego zaangażowania. To sprawy oczywiste, ale jak wiemy rzeczywistość bywa nieoczywista… Jeśli władze samorządowe są słabe, bywa, że społeczna apatia jest im na rękę, bo społeczników traktują w kategoriach potencjalnej konkurencji. Mam nadzieję, że w Kielcach idea finansowania Centrum Organizacji Pozarządowych (potrzebne jest około 200 tys. zł rocznie) uzyska wsparcie u przeważającej części radnych, tym bardziej, że – o ile mi wiadomo – prezydent Wojciech Lubawski odniósł się do niej pozytywnie.

Inkubator społeczny

Na przebudowę i adaptację obiektu potrzeba ok. 1,5 mln zł. Pomysłodawcy i inicjatorzy utworzenia centrum próbują pozyskać środki, zgłaszając projekt do tegorocznego Budżetu Obywatelskiego. Mocno zachęcam do głosowania, a gdyby okazało się, że wygrało kolejne boisko, warto zrobić wszystko, by idea „domu organizacji pozarządowych” szybko się urzeczywistniła. Kielce potrzebują miejsca, które będzie wspierać powstawanie nowych stowarzyszeń (swoistego inkubatora społecznego), udostępni zainteresowanym bezpłatnie salę spotkań, a także adres, biurko, infrastrukturę biurową, udzieli bezpłatnych porad prawnych i księgowych. Miejsca, w którym będą organizowane debaty, szkolenia, warsztaty, spotkania z radnymi. Przestrzeni do wymiany informacji i doświadczeń. Inicjatorzy podkreślają, że jednym z efektów rozwoju centrum będzie uniezależnienie organizacji od środków miejskich. Rozwijający się sektor obywatelski, który ma pełne wsparcie szkoleniowo-doradcze, będzie z większymi sukcesami pozyskiwał środki z zewnątrz. Swoją pomoc i chęć współpracy przy dostosowaniu zabytku do nowych potrzeb deklaruje Stowarzyszenie Architektów Polskich. Istnieje możliwość przebudowy poddasza zgodnie z XIX-wieczną ikonografią. Mam nadzieję, że pozostałości biskupiego browaru wkrótce zaczną tętnić życiem i prokielecką kreatywnością. ■


Felieton

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

81

Państwo pomoże? Paweł Jańczyk

W

yobraźmy sobie, że mamy fantastycznie działającą firmę, złotówki płyną do nas szerokim strumieniem, płacimy na czas podatki, opłacamy wszystkich podwykonawców, a i tak na koncie zostaje nam tyle, że spokojnie możemy sobie wypłacić ogromną comiesięczną pensję, wysłać dzieci do najlepszej płatnej szkoły, zapewnić im przyszłość, pojechać na cudowne wakacje i pławić się w luksusie… A teraz wyobraźmy sobie, że zarządzamy firmą, która ledwo wiąże koniec z końcem, ma ogromne długi, które z roku na rok rosną. Nie mamy pieniędzy na zapewnienie swoim dzieciom podstawowych warunków rozwoju i życia, zaspokojenie ich potrzeb, a mimo wszystko wypłacamy sobie ogromne premie za swoją pracę i rozdajemy pieniądze na prawo i lewo i to tym niekoniecznie potrzebującym… Pierwszej sytuacji życzę każdemu, choć najczęściej możemy o niej

tylko pomarzyć. Druga, niestety, dzieje się na naszych oczach. Od dłuższego czasu obserwuję z dużą uwagą walkę osób, które opiekują się niepełnosprawnymi o to, aby ich podopieczni mogli godnie żyć i nie musieli się martwić o to, co się stanie, gdy rodziców/opiekunów zabraknie. Obserwuję problemy moich znajomych, którzy mając niepełnosprawne dziecko odbijają się od ściany, prosząc o turnus rehabilitacyjny częściej niż raz na dwa lata. Przyglądam się z zakłopotaniem wizytom w ZUS-ie rodziców chłopca, który urodził się bez lewej stopy, tylko po to, aby kolejny raz komisja mogła orzec, że stopa mu nie odrosła i że nadal należą się mu śmieszne pieniądze, będące co najwyżej jednym procentem kwoty potrzebnej na zakup protezy. W ciągu roku takich protez potrzebnych jest kilka. Z niedowierzaniem patrzę na to, jak miliony złotych premii wędrują do osób zarządzających tym

bałaganem, a miliardy złotych w postaci dodatków typu 500+ trafiają zarówno do tych, którzy tej pomocy potrzebują (i tu brawa!), jak i tych, u których tylko pogłębiają panującą patologię, lub – co też się zdarza – do tych, którzy nawet nie zauważają tak małego wpływu na swoim koncie, bo są w sytuacji numer jeden z początku moich rozważań. I zastanawiam się, czy to normalne? A może to ze mną jest coś nie tak? Na szczęście jesteśmy jeszcze My. My, którzy potrafimy się zmobilizować i sami sobie pomóc. To my oddolnie organizujemy „Złoty na kilometr” – noworoczny bieg dla Hani, dzięki któremu przesympatyczna dziewczynka z zespołem Downa pojedzie do wymarzonego sanatorium, czy akcję „Biegnę, żeby Bartek mógł biegać”, która pozwoli 7-latkowi chodzić i biegać w nowej protezie. Ludzie ludziom zawsze pomogą. A państwo? Państwo pomoże? Oby tylko nie przeszkadzało… ■


Felieton 82

Nie żyj pod kloszem Jakub Porada

– Co wy tu robicie? – wykładowca wodził zdziwionym wzrokiem po sali. – Jak to, co? – odpowiedzieli chórem równie zdziwieni studenci. – Studiujemy. – No dobrze, ale co z pracą? – doktor podniósł wskazujący palec, skupiając na sobie uwagę. – Musicie jej szukać, żeby nie zostać na lodzie po magisterce. To był 1992 rok. Zaliczyłem drugi semestr studiów politologicznych na Uniwersytecie Śląskim. Już wiedziałem, że dostałem się na specjalizację dziennikarską, bo przez dwanaście miesięcy przynosiłem do oceny zbiory artykułów, które udało mi się zamieścić w gazetach. To był pomysł władz uczelni na to, by kierunek kończyli studenci, próbujący na własną rękę swoich sił w mediach. Podobne zachęty do wytężonej pracy słyszałem wcześniej, w trakcie robienia dyplomu Aktora Scen Muzycznych w Studium Wokalno-Baletowym w Gliwicach. Dyrektor przestrzegał nas, kursantów, przed życiem pod szklanym kloszem, jakim są mury szkoły. Starał nam się w ten sposób wytłumaczyć, że im więcej energii poświęcamy rozwojowi, tym lepiej poradzimy C Z E R W I E C / L I P I E C 2018

sobie w przyszłości, nie tylko z triumfami, lecz także z porażkami. A przede wszystkim zrozumiemy, jak nie marnować czasu i obrócić go na swoją korzyść. Te mądre rady pomogły mi na wielu etapach zawodowej kariery i dały szansę na wyciągnięcie wniosków z potknięć. Przykazania wykładowcy oznaczały jednak, że rywalizacja nie skończyła się wraz ze zdobyciem wysokiego miejsca w rankingu na medialną specjalizację. Zaczynało się kolejne rozdanie, a stawką w grze była sztuka połączenia nauki z szukaniem i znalezieniem miejsca na rynku pracy. W rezultacie w ciągu kolejnych semestrów chodziłem na praktyki do Radia Katowice, „Trybuny Śląskiej”, Radia Plus, a w wakacje do kieleckiego „Słowa Ludu”. Wymarzony etat otrzymałem w miesięczniku „Cinema Press Video”, pojawiałem się także na antenie TVP Katowice, bo wygrałem casting na prezentera. Warto było się starać. Kilka tygodni temu byłem gościem jubileuszu 50-lecia mojej Alma Mater. Opowiedziałem widowni o początkach reporterskiej drogi i ścieżkach prowadzących do osiągnięcia celu. Wieczorem w hotelu zacząłem się zastanawiać,

jakie umiejętności są w tym najbardziej pomocne? Odpowiedź przyszła z głośnika telewizora. Michael Keaton ma wiele świetnych ról na koncie. Jedną z ostatnich stworzył w filmie o twórcy potęgi firmy ze złotymi łukami w logo. Na końcu obrazu ,,McImperium’’ słyszymy spoza kadru monolog aktora o tym, jaka cecha odpowiada za sukces. Talent? Jest wielu utalentowanych ludzi, którzy harują poniżej możliwości intelektualnych. Podobnie nie wystarczy jedynie geniusz ani wykształcenie. Tą cechą jest WYTRWAŁOŚĆ. Autorem tej maksymy jest tak naprawdę 30. prezydent Stanów Zjednoczonych Calvin Coolidge, lecz niezależnie od tego, kto ją wypowiedział, ważne, że jest prawdziwa. Podobnie, lecz innymi słowami, problem ujął amerykański wynalazca. Thomas Edison mawiał, że naszą największą słabością jest poddawanie się. Miał rację: tylko podnoszenie się po porażce jest w stanie zapewnić zwycięstwo. Nie wiem, czy jutro czy za kilka lat, ale wiem, że ten moment nastąpi. Jeśli zatem chcesz go doczekać, bądź wytrwały i nie żyj pod kloszem. Tylko tyle i aż tyle. Zadbaj o to, a reszta zadba o siebie sama. ■


Made in Świętokrzyskie #11  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Made in Świętokrzyskie #11  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Advertisement