Page 1

Joanna Kasperek / Wiem, po co wychodzę na scenę

#18

ISSN 2451-408X

magazyn bezpłatny


madeinswietokrzyskie.pl

Gdzie znajdziecie „Made in Świętokrzyskie”?

KIELCE I OKOLICE: Instytucje: »» Biuro Wystaw Artystycznych (ul. Kapitulna 2) »» Centrum Edukacyjne IPN „Przystanek Historia” (ul. Warszawska 5) »» Centrum Edukacyjne Szklany Dom (Masłów, Ciekoty 76) »» Dom Środowisk Twórczych (ul. Zamkowa 5) »» Delegatura IPN – KŚZPNP (al. Na Stadion 1) »» Filharmonia Świętokrzyska (ul. Żeromskiego 12) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Miedzianej Górze »» Gminna Biblioteka Publiczna w Samsonowie »» Instytut Dizajnu w Kielcach (ul. Zamkowa 3) »» Kielecki Park Technologiczny (ul. Olszewskiego 6) »» Kielecki Teatr Tańca: • Impresariat (pl. Moniuszki 2 B) • Szkoła Tańca KTT (pl. Konstytucji 3 Maja 3) »» Kieleckie Centrum Kultury (pl. Moniuszki 2 B) »» Muzeum Historii Kielc (ul. św. Leonarda 4) »» Muzeum Narodowe w Kielcach – Dawny Pałac Biskupów Krakowskich (pl. Zamkowy 1) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Dworek Laszczyków (ul. Jana Pawła II 6) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni »» Pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku »» Pedagogiczna Biblioteka Województwa (ul. Jana Pawła II 5) »» Regionalne Centrum Informacji Turystycznej (ul. Sienkiewicza 29) »» Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne w Podzamczu »» Starostwo Powiatowe (ul. Wrzosowa 44) »» Świętokrzyski Urząd Marszałkowski (al. IX Wieków Kielc 3) »» Świętokrzyski Urząd Wojewódzki (al. IX Wieków Kielc 3) »» Teatr im. Żeromskiego (ul. Sienkiewicza 32) »» Urząd Miasta Kielce (ul. Strycharska 6) »» Wojewódzka Biblioteka Publiczna (ul. Ściegiennego 13) »» Wojewódzki Dom Kultury (ul. Ściegiennego 2) Uczelnie: »» Politechnika Świętokrzyska (Rektorat, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7) »» Społeczna Akademia Nauk (ul. Peryferyjna 15) »» UJK (Rektorat, ul. Żeromskiego 5) »» Wszechnica Świętokrzyska (Biblioteka, ul. Orzeszkowej 15) »» WSEPiNM (ul. Jagiellońska 109) Hotele/ośrodki SPA: »» Best Western Grand Hotel (ul. Sienkiewicza 78) »» Binkowski Dworek (ul. Szczepaniaka 40) »» Binkowski Hotel (ul. Szczepaniaka 42) »» Hotel Aviator & SPA (ul. Szybowcowa 41) »» Hotel Dal Kielce (ul. Piotrkowska 12) »» Hotel Kongresowy (al. Solidarności 34) »» Hotel Pod Złotą Różą (pl. Moniuszki 7) »» Hotel Przedwiośnie (Mąchocice Kapitulne 178) »» Hotel Tęczowy Młyn (ul. Zakładowa 4) »» Hotel Uroczysko (Cedzyna 44 D) »» Odyssey Club Hotel Wellness & SPA (Dąbrowa 3) »» Łysica Wellnes&SPA (Św. Katarzyna, ul. Kielecka 23 A) Zdrowie/rekreacja/rozrywka: »» Beata Deredas – B.D. Logopeda (Bilcza, ul. Ściegiennego 7 A) »» Benessere Beauty & Spa (ul. Warszawska 21/3) »» Centrum Medyczne Omega (Galeria Echo) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Jagiellońska 70) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Szajnowicza 13 E) »» Centrum Medyczne VISUS (ul. gen. Sikorskiego 14) »» Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego Empatia (ul. Turystyczna 11, lok. C) »» Fit Mania (os. na Stoku 72 K) »» FootMedica Centrum Badania i Leczenia Stóp (al. Szajnowicza-Iwanowa 13 F) »» Fundacja Przystań w Naturze (ul. Poniatowskiego 22) »» Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE (ul. Żeromskiego 15/2) »» Kino Helios – Galeria Echo (ul. Świętokrzyska 20) »» Kino Moskwa (ul. Staszica 5) »» Klub Squash Korona (Galeria Korona) »» Kompleks Świętokrzyska Polana (Chrusty, Zagnańsk, ul. Laskowa 95)

»» »» »» »» »» »»

Lepszy Klub (ul. Dąbrowska 27) Margaretka Świętokrzyska (Masłów, Brzezinki 83) Medicodent Stomatologia (ul. Zapolskiej 5) Neuroclinic (al. IX Wieków Kielc 8/36) NZOZ Diamed (ul. Paderewskiego 48/15 A) Oaza Zdrowia Agroturystyka i Zielarnia (Huta Szklana 18) »» Orient Day Spa (ul. Zagórska 18 A) »» Pływalnia Koral (Morawica, ul. Szkolna 6) »» Rezonans (ul. Zagnańska 77) »» Re Vitae (ul. Wojska Polskiego 60) »» Trychologia Estetica (ul. Chopina 18) »» Strefa Piękna (ul. św. Leonarda 13) »» Studio Figura Anny Rodak (ul. Piekoszowska 88) »» Studio Figura Kielce Słoneczne Wzgórze (ul. Zapolskiej 5) »» Szpital Kielecki (ul. Kościuszki 25) »» Świętokrzyskie Centrum Medyczne ARTMEDIK (ul. Robotnicza 1) »» Vita (ul. Jagiellońska 69) Restauracje/kluby/kawiarnie: »» AleBabeczka Cukiernia (ul. św. Leonarda 11) »» Backstage Restaurant & Bar (ul. Żeromskiego 12) »» Bistro Pani Naleśnik (ul. Słowackiego 4) »» Bohomass Lab (ul. Kapitulna 4) »» BÓ Burgers & Fries (ul. Leśna 18) »» Calimero Café (ul. Solna 4A) »» Choco Obsession (ul. św. Leonarda 15) »» Czerwony Fortepian (ul. Piotrkowska 12) »» Klubokawiarnia Inna Bajka (ul. Solna 4 A) »» La Baguette (ul. Silniczna 13/1) »» Lemon Tree (ul. Bodzentyńska 2) »» MaxiPizza (ul. Słoneczna 1) »» Pieprz i Bazylia (pl. Wolności 1) »» Plac Cafe (ul. Sienkiewicza 29) »» Restauracja Kielecka (pl. Wolności 1) »» Si Señor (ul. Kozia 3/1) »» Sushi-Ya (ul. św. Leonarda 1 G) Firmy: »» Antykwariat Naukowy (ul. Sienkiewicza 13) »» Auto Motors Sierpień (ul. Podlasie 16 A) »» Autocentrum I.M. Patecki (ul. Zakładowa 12) »» Bartocha, Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy (ul. Warszawska 21/48) »» Batero (ul. Pakosz 2) »» Body Shock (Solna 4 A/10 U) »» Car-Bud (Daleszyce, ul. Chopina 21) »» CH Pasaż Świętokrzyski (ul. Massalskiego 3) »» College Medyczny (ul. Wesoła 19, ul. Sienkiewicza 19) »» Creative Motion (ul. Strasza 30) »» Delikatesy Wehikuł Smaku (ul. Starowapiennikowa 39 D) »» Fabryka Dźwięku (ul. Legnicka 28) »» FMB Fabryka Mebli Brzeziny (ul. Ściegiennego 81) »» Folwark Samochodowy – Hyundai (ul. Sandomierska 233 A) »» Folwark Samochodowy – Mitsubishi i Suzuki (ul. Morcinka 1) »» Galeria Korona Kielce (ul. Warszawska 26) »» Grupa MAC S.A. (ul. Witosa 76) »» Jumla – Moda Męska (pl. Wolności 8) »» Kancelaria Adwokacka Adwokat Wojciech Czech (ul. Paderewskiego 15) »» Księgarnia Pod Zegarem (ul. Warszawska 6) »» Księgarnia Wesoła Ciuchcia (ul. Paderewskiego 49/51) »» Maxi Moda Kielce (ul. Klonowa 55 C) »» Mercedes Autocentrum (Makoszyn 113) »» Optomet Salon Optyczny (ul. Klonowa 55) »» Piekarnia pod Telegrafem (punkty przy ul. Ściegiennego 260, Żytniej 4, al. IX Wieków Kielc 8 C, os. Barwinek 28 i Świerkowej 1) »» Przedszkola Mini College (ul. Świętokrzyska 15, ul. Jurajska 1, ul. Starodomaszowska 20) »» Przedszkole Niepubliczne Zygzak (ul. Olszewskiego 6, budynek Skye) »» Sklep firmowy MK Porcelana (ul. Planty 16 B) »» Souczek Design. (ul. Polna 7) »» Swoyskie z Domowej Spiżarni (ul. Okrzei 5) »» ŚZPP Lewiatan (ul. Warszawska 25/4) »» Szybki Angielski (ul. Częstochowska 21/3) »» Targi Kielce (ul. Zakładowa 1) »» Tech Oil Service (ul. Zagnańska 149) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (ul. Solna 6

i ul. Malików 150 p. 3) »» UNLOCKtheDOOR (pl. Wolności 8) »» Wodociągi Kieleckie (ul. Krakowska 64) »» ZDZ (ul. Paderewskiego 55) »» ZK Motors (ul. Wystawowa 2) »» Źródło smaków (ul. Starowapiennikowa 39 H) Biura podróży: »» Gold Tour (pl. Wolności 3) »» Centrum Last Minute (ul. Kościuszki 24) REGION: Busko Zdrój: »» Czytelnia Szpitala Krystyna (ul. Rzewuskiego 3) »» Ośrodek Rehabilitacyjny NATURA (ul. Chopina 9) »» Hotel Bristol (ul. 1 Maja 1) »» Hotel Słoneczny Zdrój (ul. Bohaterów Warszawy 115) »» Piekarnia pod Telegrafem (ul. Wojska Polskiego 34) »» Recepcja Sanatorium Marconi (Park Zdrowy) »» Recepcja Sanatorium Mikołaj (ul. 1 Maja 3) »» Recepcja Szpitala Górka (ul. Starkiewicza 1) »» ZDZ (ul. Wojska Polskiego 31) Ostrowiec Świętokrzyski: »» Centrum Medyczne Visus (ul. Śliska 16) »» Consenso (ul. Świętokrzyska 14) »» Galeria BWA (al. 3 Maja 6) »» Kino Etiuda (al. 3 Maja 6) »» Miejskie Centrum Kultury (al. 3 Maja 6) »» Niepubliczna Szkoła Podstawowa (ul. Sienkiewicza 65) »» ZDZ (ul. Furmańska 5) Rytwiany: »» Gminna Biblioteka Publiczna (ul. Szkolna 1) »» Hotel Rytwiany Nowy Dworek i Pałac (ul. Artura Radziwiłła 19) Sandomierz: »» Biuro Wystaw Artystycznych (Rynek 18) »» Brama Opatowska »» Centrum Informacji Turystycznej (Rynek 20) »» Zakład Doskonalenia Zawodowego (ul. Koseły 22) Skarżysko-Kamienna: »» Centrum Obsługi Inwestora (ul. Legionów 122 D, pok. 1) »» Kombinat Formy (ul. Rejowska 99) »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Słowackiego 25) »» ZDZ (ul. Metalowców 54) Solec Zdrój: »» Mineral Hotel Malinowy Raj (ul. Partyzantów 18 A) »» Hotel Medical Spa Malinowy Zdrój (ul. Leśna 7) Starachowice: »» Centrum Medyczne VISUS (ul. Medyczna 3) »» Hotel Senator (ul. Krywki 18) »» Starachowickie Centrum Kultury (ul. Radomska 21) »» ZDZ (ul. Kwiatkowskiego 4) »» ZDZ, Centrum Rehabilitacji Medicum (ul. Wojska Polskiego 15) Włoszczowa: »» Dom Kultury (ul. Wiśniowa 19) »» L.A. Language Academy (ul. Żwirki 40) »» Villa Aromat (ul. Jędrzejowska 81) »» ZDZ (ul. Młynarska 56) Ponadto: »» Biblioteka Publiczna w Krajnie (Krajno-Parcele 7/3) »» Centrum Informacji Turystycznej „Niemczówka” (Chęciny, ul. Małogoska 7) »» Dom Opieki Rodzinnej (Pierzchnica, ul. Wyszyńskiego 2) »» Dom Spokojnej Książki Stodoła u KOKO (Rżuchów 90) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Łącznej (Czerwona Górka 1 B) »» Gospodarstwo Rybackie Stawy (Stawy 2 A) »» Mercedes Autocentrum (Bieliny, Makoszyn 113 E) »» Miejsko-Gminny Dom Kultury w Końskich (ul. Mieszka I 4) »» Ośrodek Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia (Chroberz, ul. Parkowa 14) »» Piekarnia pod Telegrafem (Pińczów, pl. Wolności 7) »» Restauracja Centrum (Jędrzejów, ul. Kościelna 2) »» Terra Winnica Smaku (Malice Kościelne 22) »» Seart Meble z Drewna (Kotlice 103) »» Świętokrzyski Park Narodowy (Bodzentyn, ul. Suchedniowska 4) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (Jędrzejów, ul. Głowackiego 3) »» ZDZ w Chmielniku, Jędrzejowie, Kazimierzy Wielkiej, Końskich, Opatowie, Pińczowie, Staszowie


Dzień dobry! W dzieciństwie słyszałem od ojca, że podstawowym kryterium oceny człowieka jest jego uczciwość, nie zaś narodowość, pochodzenie czy wiara. Uczciwość! Władysław Bartoszewski Redakcja „Made in Świętokrzyskie” ul. Kasztanowa 12/34 25-555 Kielce tel. 577 888 902 redakcja@madeinswietokrzyskie.pl www.madeinswietokrzyskie.pl Redaktor naczelna Monika Rosmanowska monika@madeinswietokrzyskie.pl Reklama tel. 531 114 340 reklama@madeinswietokrzyskie.pl Skład Tomasz Purski Wydawca Marcin Agatowski Fundacja Możesz Więcej ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce

Ten numer w znacznej mierze poświęciliśmy kobietom. Na kolejnych kartach przybliżamy wspaniałe artystki, partnerki, żony i matki. Nieprzypadkowo. Jakkolwiek nie mierzylibyśmy stopnia demokratyczności dzisiejszego społeczeństwa, to wciąż nie ma mowy o równości. Także płci. Dość wspomnieć, że kobiety w Polsce zarabiają średnio o 700 zł mniej niż mężczyźni. W dyskursie publicznym nie do końca poważnie traktuje się też to, co mają do powiedzenia. A – jak widać chociażby w tym numerze – mówią rzeczy mądre i ważne. Dyskryminowanych grup jest jednak więcej. W ostatnim czasie przez Kielce przeszedł pierwszy Marsz Równości. Na sztandarze, czy raczej tęczowej fladze, hasło: „Wolność, równość, tolerancja”. A więc podstawowe wartości, których każdy powinien przestrzegać. Co było do przewidzenia, marsz nie spotkał się ze zrozumieniem. Najdelikatniejszą reakcją było pytanie: po co od razu wychodzić na ulicę? Ale też oburzenie: jak osoby homoseksualne mogą się obnosić ze swoimi uczuciami, wyrażone w komentarzu przez panią, która na swoim profilu zamieszcza mnóstwo zdjęć z mężem i dzieckiem. Pani wolno,

innym – jej zdaniem – już nie! I o to właśnie w tym marszu chodzi. O równe prawa, brak dyskryminacji, tolerancję (czytaj poszanowanie) dla odmienności. O to, by móc swobodnie przejść ulicą z partnerem czy partnerką bez narażenia na nieprzyjemności. Jak to możliwe, że prywatne życie części społeczeństwa stało się tematem publicznym? Każdy z nas, jeśli nie krzywdzi drugiego, ma prawo żyć według własnego scenariusza. I nikt nie lubi, gdy mówi mu się, jak ma żyć. Dlaczego więc tak chętnie wchodzimy z butami w życie innych? Nie dorabiajmy ideologii tam, gdzie nie ma potrzeby. Bo – powtórzę raz jeszcze – nie o religię czy poglądy tu chodzi, ale o prywatne życie sporej części społeczeństwa. I nic nikomu do tego!

Na okładce Joanna Kasperek

Monika Rosmanowska Redaktor naczelna

Zdjęcie Michał Walczak


W numerze 4 Zapowiedzi 6 Na scenie

Wiem, po co wychodzę na scenę 12 Joanna Kasperek

Pszczoły rządzą 24 Co słychać w ulu?

Wiedźma z tabletem 32 Graficzka ze słowiańską duszą

W sam raz na tworzenie świata 40 Bestsellery z Bukówki

Kajetan Wincenty Kielisiński 48 Rysownik z Mieronic

Kielecka Kasy Chorych 54 Adres: zdrowie

Chwalę łąki! 60 Kosiarka to przeżytek

Wśród dinozaurów i pradawnych kopalni 68 Geologia w obiektywie

Kowno. Gotyk i modernizm 78 Nim dotrzesz do Wilna

Bylejakość czy perfekcjonizm? 82 Porada radzi: unikaj dziadostwa si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

8 Malarstwo nie jest męskie Sztuka według laureatki Przedwiośnia

20 Zachwyceni lawendą Między owsem a pszenżytem

28 Pachnące ogrody na tkaninie Kreacje Barbary Żelaznej

36 Transformery Kielecka architektura lat 90.

44 Prawda, która zabija „Dzika kaczka” w Żeromskim

50 Wspomnień czar Wycieczki retro

56 Ubłocone dzieci z wolnego wybiegu Naturalnie wychowane

66 Na zimno… Męski chłodnik

74 Miasto między kanałami Wsiąść do vaporetto

81 Co z Wami ludzie? Jańczyk dba o własność


Zapowiedzi 6

Na scenie Prosto z Malty Jest w tym przedstawieniu potencjał dzieła naprawdę niezwykłego, próba stworzenia historii o upadającym, hierarchicznym i podzielonym świecie, w którym nadzieję na przetrwanie dają tylko nieoczekiwane sojusze i związki wymykające się logice – pisał po premierze „Hańby” na festiwalu Malta w Poznaniu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Stanisław Godlewski. Sceniczna adaptacja powieści noblisty i dwukrotnego zdobywcy Nagrody Bookera, Johna Maxwella Coetzeego opowiada o Republice Południowej Afryki w czasach po apartheidzie. To historia wykładowcy, wyrzuconego z uczelni za romans ze studentką. Zhańbiony David Lurie wyjeżdża do swojej córki, która mieszka na wsi. Tam jednak także nie zaznaje spokoju. Reżyserii i adaptacji książki podjął się Maciej Podstawny, a premiera jest koprodukcją kieleckiej sceny i poznańskiego festiwalu. W spektaklu zobaczymy m.in. Annę Antoniewicz, Dagnę Dywicką, Ewelinę Gronowską, Joannę Kasperek, Mirosława Bielińskiego, Bartłomieja Cabaja i Andrzeja Platę.

Kabaretowej będą nas bawić: Kabaret Skeczów Męczących, Kabaret Młodych Panów, Kabaret Moralnego Niepokoju i Nowaki. Wśród wykonawców największych hitów muzycznych na pewno pojawią się Sarsa i Enej, a gośćmi specjalnymi wieczoru będą: Smith&Thell autorzy hitu „Forgive me Friend” oraz Ilira. Bilety na imprezę 24 i 25 sierpnia można już kupować w internecie. •

Listy do Milesa

Hurra! ART! po raz piąty Wór spektakli, filmów, warsztatów, słuchowisk oraz innych atrakcji zapowiadają organizatorzy V edycji Wakacyjnego Festiwalu Sztuki dla Dzieci i Młodzieży Hurra! ART! Jak zwykle przez trzy weekendy sierpnia będzie można oglądać filmy krótkometrażowe, słuchać radiowych audycji, uczestniczyć w warsztatach i przede wszystkim… poznawać najlepsze produkcje teatralne dla dzieci i młodzieży w Polsce. Nie zabraknie form lalkowych, tanecznych, akrobatycznych i muzycznych oraz wspólnych działań z publicznością. W programie festiwalu znajdą się także m.in. przeznaczone nawet dla dwulatków „Księżycowo” z Teatru Ochoty czy ciekawe propozycje dla młodzieży: „Morze ciche” Teatru Nowego w Zabrzu oraz „Don Kichot” Teatru Pinokio w Łodzi i Grupy Coincidentia. Rezerwujcie czas w weekendy: 10-11, 17-18 oraz 24-25 sierpnia. Szczegółowy program festiwalu jest dostępny na stronie www.hurraart.pl. •

Pożegnanie wakacji Czy opowieść o współczesnych ludziach, którzy, chcąc osiągnąć cel, stosują przemoc zawodowo i prywatnie, spodoba się kieleckiej publiczności? Po premierze na Malcie, pora na premierę w Kielcach. Zaplanowano ją już na 7 września. • si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Najpierw się pośmiejemy, a kolejnego dnia, pobawimy przy dobrej muzyce. Magiczne Zakończenie Wakacji z radiem RMF FM i telewizją Polsat odbędzie się na kieleckiej Kadzielni już po raz 4. Podczas Świętokrzyskiej Gali

Do wrześniowego święta jazzu przywykli chyba już wszyscy fani dobrej muzyki. Nie inaczej będzie w tym roku. Festiwal Memorial to Miles po raz kolejny dołączy do grona najważniejszych polskich imprez jazzowych, czego można się spodziewać już po lipcowym preludium do imprezy, podczas którego wystąpili Mike Stern i kwartet Łukasza Pawlika. Jak zawsze będzie tradycyjnie, eksperymentalnie i jazzowo. Tym razem jednak impreza potrwa 6, a nie jak dotychczas 3 dni. Koncerty będą się odbywać na obu scenach Kieleckiego Centrum Kultury. Tegoroczne wrześniowe listy do genialnego Milesa wyślą: Dorota Miśkiewicz, Zbigniew Namysłowski Quintet. Daniel Toledo Quartet, Emil Miszk and The Sonic Sindicate oraz Cykada. Przed nimi na scenę wejdą: Gary Hammond Quartet, Michalska & Jarzmik Quartet oraz Big Band Zespołu Szkół Muzycznych im. Różyckiego. Impreza potrwa od 24 do 29 września. Na koncerty gwiazd obowiązują bilety. •

Ciało i sacrum na płótnie Ma na swoim koncie udział w 120 wystawach indywidualnych i zbiorowych, wiele nagród i wyróżnień. Właśnie obchodzi 20-lecie pracy artystycznej. Jest profesorką i prodziekanem Wydziału Sztuki Nowych Mediów w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych w Gdańsku. Obrazy Beaty Cedrzyńskiej będzie można w sierpniu obejrzeć w kieleckim BWA. – Moje malarstwo nie stawia sobie za cel narzucania odbiorcy żadnego jednoznacznego przekazu, raczej pragnie wciągnąć go w pewną grę – zapowiada artystka. Wernisaż wystawy „Ciało i sacrum. Fragmentaryzacja” zaplanowano na 9 sierpnia. Prace będzie można oglądać do końca miesiąca. •


Uwaga! Talent

Malarstwo

8

nie jest męskie Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia z archiwum artystki

Jest młoda i utalentowana. Może się już pochwalić tytułem doktora obronionym na krakowskiej ASP. Ma na swoim koncie kilka wystaw indywidualnych, w tym aż dwie w tym roku. Doceniło ją także jury Przedwiośnia, nagradzając Grand Prix konkursu. Pochodzi z Kielc, ale mieszka w Krakowie. Poznajcie malarkę, artystkę sztuk wizualnych Martynę Borowiecką.

Jak się czuje młoda artystka, którą uznano za najlepszą w konkursie plastycznym dla twórców naszego regionu? Jest do moja druga główna nagroda w konkursie Przedwiośnie. Pięć lat temu również dostałam Grand Prix. Wtedy nagrodzono prace z mojego dyplomu magisterskiego. Teraz – część pracy doktorskiej. Miło jest przypomnieć o sobie w swoim rodzinnym mieście. Warto być w XXI wieku malarką? To nie jest staroświeckie? Absolutnie nie. To bardzo wyświechtane powiedzenie, że malarstwo umiera, bo przyszły nowe media, że technologie i inne formy wizualne zawłaszczyły sztukę. Dla mnie to, co nowe tylko ugruntowuje pozycję malarstwa. Ta klasyka jest nieśmiertelna i przetrwa wszystko. Dowodem na to jest chociażby wystawa „Farba znaczy krew”, otwarta w czerwcu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wystawa prezentuje prace 50 współczesnych malarek. Dla mnie to duże wyróżnienie i sukces, że mogę pokazać się w tak doborowym towarzystwie. Kuratorka wystawy Natalia Sielewicz zdecydowała się pokazać obrazy klasycznie, tak salonowo. I to w XXI wieku, gdzie wystawy robi się nowocześnie, tworząc instalacje, konfrontacje, specjalne obiekty. Od zawsze wiedziała Pani, że chce być malarką? Zaczęłam od kieleckiego Plastyka na kierunku technik malarskich i pozłotniczych, co mnie nauczyło i uwrażliwiło na metodę malarską. Strasznie chciałam to zgłębić, choć miałam zupełnie inne plany w stosunku do swojej przyszłości. To znaczy? Chciałam studiować projektowanie mody w Łodzi, ale zdawałam też na ASP w Krakowie. Po egzaminach miałam wybór: najwyższa lokata w Łodzi i prawie ostatnie miejsce na malarstwie. Wybrałam Kraków. Postanowiłam być najgorszą z najlepszych. Na uczelni krakowskiej pojawiła się wkrótce międzywydziałowa pracownia mody i mogłam połączyć obie pasje. Dzięki temu utwierdziłam się, że malarstwo było dobrym wyborem. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Nagrodzone na Przedwiośniu obrazy przedstawiają… czarną folię przyklejoną do płótna. Namalowała je Pani tak realistycznie, że można się nabrać. Ale przecież nie chodzi tylko o iluzję. Co chciała Pani przekazać odbiorcom? Wiem, że moje malarstwo odbiera się realistycznie, nawet hiperrealistycznie, bo przecież widać, na co się patrzy. Ta percepcyjna zabawa z widzem jest ważna. Pięć lat temu na Przedwiośniu pokazałam tak namalowane futro. Wspólnym mianownikiem moich prac jest materia, tekstura, struktura. To mnie inspiruje. Układam martwe natury, ale nie te rozumiane akademicko: kompozycje stołów, krzeseł, garnków czy wazonów. Układam materie tak, że powstają z nich obiekty abstrakcyjne, uciekam od realizmu, czerpię z barokowego malarstwa trompe l’oeil (sposób malowania wywołujący złudzenie, iż ukazane na dwuwymiarowej powierzchni przedstawienie jest trójwymiarowe – red.). Zapraszam widzów do gry między tym, co jest wyobrażone na obrazie, a tym, co potrafi dostrzec w nim odbiorca. Żyję w XXI wieku, więc pewnie dlatego wybrałam plastik, czarną folię stretch. Można to zinterpretować jako martwą naturę, ale wzbogaconą o element śmiertelności dzisiejszych czasów. Przecież ten czarny worek może kojarzyć się ze zwłokami. To jest niesamowite. Wychodząc od materii, obserwacji struktur, tekstur, można podążać wieloma ścieżkami interpretacyjnymi. Jak powstawały te obrazy? Każdy z nich miał swój pierwowzór w skali 1:1. Tworzę obiekty, stoję naprzeciwko nich, przyglądam się i przenoszę na płótno. Folia jest delikatnym i niestabilnym materiałem, wystarczył mały przeciąg, by się przesuwała. Na początku wpadałam w czarną rozpacz, bo cała kompozycja przestawała być idealna. W pewnym momencie przestałam z tym walczyć. Folia opadała, pokrywała się kurzem, w zależności od pory dnia zmieniało się oświetlenie. Uznałam, że jest w tym prawdziwe piękno i to było naprawdę wielkie odkrycie. Mogłabym, zamiast walczyć z folią, malować na podstawie fotografii mojego obiektu. Ale wydaje mi się, że to nie byłoby


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

9

Prace zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

rejony. W sztuce chodzi o zadawanie pytań, a nie udzielanie odpowiedzi. Ale to nie wydarzy się w kilkanaście sekund. Trzeba dać temu szansę. Czy to możliwe w dzisiejszych czasach, gdy ciągle się spieszymy? Zdecydowanie tak. Trzeba mieć w sobie trochę wrażliwości i chęci otwarcia na to, co się może wydarzyć. Obraz jest fizyczny, ale to, jak my go widzimy, jest naszą projekcją, image’em. Wszystko zależy od nas. Za każdym razem może być coś kompletnie innego. Na ścianie swojego małego mieszkania zawiesiliśmy z mężem mój obraz. Przedstawiał przezroczystą folię na białym tle, więc biały na białym. Po pierwsze: z czasów malowania pamiętałam go inaczej, a po drugie: gdy już ozdobił ścianę, codziennie widziałam go inaczej. Przecież to fizycznie niemożliwe, bo obraz skończyłam kilka lat wcześniej. Ale dla mnie on nadal żył i się zmieniał. Każdy powinien tego doświadczyć. Trzeba pozwolić sobie na wartościową nudę, poprzyglądać się obiektowi. To nie musi być obraz, ale np. fotografia, widok z okna. Oczywiście jako malarka, zachęcam do kupowania obrazów (śmiech).

fair w stosunku do widza, bo zbyt powierzchownie potraktowałabym temat. Dzięki tym zmianom, mogłam wyciągnąć nadrealność, esencję mojej kompozycji. A pracy było sporo, bo cykl liczy aż 19 płócien. Czy widzowie są na odbiór Pani prac przygotowani? Ostatnio czytałam ciekawy artykuł o oglądaniu dzieł sztuki w galeriach czy muzeach. Są badania, które mówią, że każdy obiekt oglądamy tylko 28 sekund. To mało. Dlatego tak kibicuję Slow Art Day (Dzień Wolnej Sztuki – red.), akcji organizowanej w kwietniu już od 10 lat. Nie chodzi o to, by każdy obraz męczyć na wystawie i oglądać go nie wiadomo jak długo. Warto przyjrzeć się czemuś, co nam odpowiada. Te 5-10 minut obcowania z ulubionym obrazem, rzeźbą, może nas zaprowadzić w niespodziewane

No właśnie, à propos kupowania. Czy da się utrzymać z malowania obrazów? Wierzę, że jest to możliwe. Nie trzeba zarabiać milionów, by czuć się osobą spełnioną. Staram się czerpać ze sztuki czy malarstwa jak najwięcej. Wystawy, plenery, rezydencje, może stypendium, granty, nagrody. Zarabianie w sztuce to nie to samo, co stabilna, etatowa praca. Uczy racjonalnego podejścia do życia, bo wiele okazji do zarobku trzeba po prostu znaleźć. To także próba charakteru, czy się wytrzyma tę niepewność. Stale trzeba szukać nowych rozwiązań, być aktywnym. Dla niektórych to może być frustrujące, bo tak naprawdę nigdy się nie odpoczywa. Z moimi obrazami praktycznie się nie rozstaję: jem z nimi, chodzę spać, cały czas pulsują mi w głowie. To może brzmi trochę maniakalnie czy schizofrenicznie, ale by być autentycznym, szczerym, trzeba zapuszczać się w te rejony. Na razie utrzymuję się nie tylko z malowania obrazów, ale wszelkie zlecenia, prace są związane z tym, co umiem najlepiej, czyli z malowaniem.


Uwaga! Talent 10

fot. Jakub Mikuszewski

Na przykład? Ostatnio robiłam murale dla stowarzyszenia Siemacha w Krakowie. Zaprojektowałam i namalowałam wszystko sama. Tworzyłam malowidła na ścianach poszczególnych pracowni, obraz na tarasie, pomalowałam także klatkę schodową prowadzącą do Siemachy w galerii Bonarka. Chciałabym kiedyś spróbować namalować prawdziwy mural na ścianie budynku. Kusi mnie rozmiar. Gdy maluję na płótnie, by zobaczyć całość, muszę odejść parę kroków, spojrzeć pod innym kątem. A przecież na rusztowaniu przy dużej ścianie to niemożliwe. W świecie filmowym ostatnio głośno jest o akcji #meetoo. Aktorki coraz odważniej mówią o tym, że są traktowane gorzej niż mężczyźni. A jak to jest w sztukach plastycznych? Dla wielu słowo feminizm kojarzy się tylko z krzykaczkami, awanturnicami. Trochę się tego słowa boimy. A przecież kobiety mają gorzej, w sztuce jeszcze bardziej, bo stale porównuje się je do mężczyzn. Przykładów daleko szukać nie trzeba. Na studiach artystycznych jest około 90 proc. studentek. Kadra profesorska to w 90, albo i więcej, procentach – mężczyźni. To jest nie fair w stosunku do dziewczyn. Kończą studia, które wymagają zaangażowania, ciężkiej pracy intelektualnej i fizycznej. Boję się, że w tym męskim świecie wrażliwość, wyczucie, kobiecość zostaną stłumione, wyśmiane, zlekceważone. A przecież chodzi o to, by poznać sztukę wszechstronnie. I zrozumieć, że malarstwo nie jest ani martwe, ani tylko męskie. Kobiety w sztuce były od zawsze, tylko się o nich nie mówi, ciągle za mistrzów podając mężczyzn: Wyspiańskiego czy Matejkę. Mogłabym być wykładowczynią, zresztą po to robiłam doktorat. Zależy mi, by wprowadzić tę świeżość, kobiecy punkt widzenia i odczuwania sztuki. Trzeba wspierać malarki. Chyba czuję trochę tę misję. Stanie się Pani artystką-feministką? Nastają czasy respektu do kobiecej twórczości. Ważne, by dać jej szansę, jak na tej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dzięki artystkom, które poznałam już po studiach: Katarzynie Kukule i Paulinie Ołowskiej, si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

zrozumiałam, że kobiecości nie można się wstydzić. Stąd przełom w moich pracach. Rok temu brałam udział w międzynarodowej rezydencji w Pieńkowie, niedaleko Chełma. Wtedy kończyłam swój foliowy cykl doktorski i zastanawiałam się, co nowego zrobić. Instynktownie wykorzystałam to, co było we mnie od zawsze, czyli modę. Do tej pory traktowałam ją materialnie: inspirowały mnie materiały, tekstury, upięcia, fałdy. A teraz ze zdjęć z czasopism modowych tworzę kolaże, a potem interpretuję je malarsko. Nie robię ich w komputerze. Działam retro: nożyczkami, skalpelem. Każda gazeta ma inny błysk, inny papier, teksturę, gramaturę, papier rzuca cień i to wszystko można oddać na obrazie. Dla mnie to rewolucja wizualna: pozwalam sobie na szaleństwo kolorów, choć do tej pory korzystałam głównie z przytłumionych barw. Więc ta moda tak całkiem Pani nie przeszła? Jako artystka wizualna wiem, że jest ważna. To jak wyglądam i w co się ubieram, to przecież coś, co mnie określa. Daje też charakter mojej pracy. Dlatego teraz pochodzę do tematu bardziej teatralnie czy performatywnie. Myślę, że romans modowo-malarski jest całkiem na miejscu. Jakie ma Pani plany na przyszłość? Moje plany są trochę uzależnione od mojej pracowni w centrum Krakowa w budynku przemysłowym. Właścicielem jest od pewnego czasu deweloper, więc niestety w miejscu byłej fabryki powstaną luksusowe apartamenty. Chcę ją wykorzystać, póki jeszcze mogę. Zwłaszcza, że ostatnio głownie prezentowałam swoje prace. Zimą w kieleckim BWA, wiosną w pawilonie Ergo Hestii, teraz wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej i pokonkursowa w BWA. Czy często bywa Pani w Kielcach? Nadal mieszkają tutaj moi rodzice, rodzina mojego męża. Więc przynajmniej raz w miesiącu tutaj jestem. Jak już przyjeżdżam, zaglądam do naszych galerii, odwiedzam znajomych. Tutaj zaczęła się moja edukacja artystyczna. Wszystko to, co mnie ukształtowało, działo się na ziemi świętokrzyskiej. Dlatego nie uciekam, ale wracam.


Czy pamięta Pani moment, gdy mała Martynka postanowiła zostać artystką? Kredki, papier nożyczki towarzyszyły mi od maleńkości. Miałam trójkę starszego rodzeństwa, nasz dom był pełen ludzi, mieszkaliśmy z babcią, mieliśmy dużego psa. Zawsze było gwarno i czułam, że nie mam swojej przestrzeni. Rysowałam i malowałam wszystko to, o czym marzyłam, a co nie zawsze mogłam mieć: zabawki, podróże, własny pokój. Pamiętam też sytuację, gdy jako przedszkolak jechałam z rodzicami samochodem i przejechaliśmy koło budynku szkoły plastycznej. Strasznie mi się spodobało i pomyślałam sobie, że chciałabym się tutaj uczyć. No i po latach się udało. A jak Pani odpoczywa? Sam proces stania przy sztaludze, malowanie są męczące. Nogi bolą, folia się odwinęła, muszę rano wstać, by nie zgubić światła, coś nie wychodzi. Ta walka z materią daje się we znaki. Czasami na siłę kurczowo trzymam się sztalugi. To udręka fizyczna i umysłowa. Ale gdy robię sobie wolne, natychmiast zaczynam za tym tęsknić. Jakbym była masochistką. W sumie to nie mogę sobie przypomnieć momentu, gdy zamknęłam pracownię na dwa tygodnie. No chyba, że jechałam na plener, wystawę czy rezydencję, więc także do pracy. To trudne, a wręcz niemożliwe, by tak całkowicie odpocząć. Nie znam dnia ani godziny, gdy coś mnie zainspiruje: film, wystawa, widok, zdjęcie, tekst. Na dodatek dzięki internetowi mogę poznać pokrewne dusze z całego świata, obejrzeć, gdzie i jak inni tworzą sztukę. To także ważne. A dorosłe, artystyczne marzenia? Chcę się utrzymywać z malarstwa. Żeby mój sposób na życie dawał mi stabilność finansową. Żebym nie musiała rezygnować, iść na kompromisy. Mam wrażenie, że jestem w tym dobra i wiem, że mam jeszcze wiele do zaoferowania. Chciałabym, aby mi się udało. Myślę, że bycie wiernym sobie jest w sztuce szczególnie ważne. Staram się pracować w zgodzie ze sobą, nie pod wpływem trendów, mód. To, co czuję, jest autentyczne, więc musi być takie także na płótnie. Wierzę, że dopóki będę sobą, nie zejdę z wybranej ścieżki.

Martyna Borowiecka – rodowita kielczanka, malarka. Zajmuje się przede wszystkim malarstwem sztalugowym, rysunkiem, tworzy obiekty, instalacje malarskie. Absolwentka wydziału malarstwa krakowskiej ASP i doktor nauk plastycznych tej uczelni. Mieszka i pracuje w Krakowie. Na swoim koncie ma 7 wystaw indywidualnych m.in. w kieleckim BWA, pawilonie sztuki Ergo Hestii w Warszawie i kilku krakowskich galeriach oraz udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych, m.in. tegorocznej prezentacji 50 współczesnych malarek „Farba znaczy krew” z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, laureatka Grand Prix dwóch edycji Przedwiośnia, w 2014 i 2019 roku.

REKLAMA

Dziękuję za rozmowę. •


si e r p i e Ĺ„ / w r z e si e Ĺ„ 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

13

Joanna Kasperek

rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia Michał Walczak

Kiedyś żyła na walizkach, odwiedzając kolejne teatry i festiwale. Ponad 20 lat temu zdobyła główną nagrodę na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, a jury przewodniczył wtedy Aleksander Bardini. Od 14 lat występuje na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego. Jak mówi, wie, że ludzie lubią myśleć, że trawa po drugiej stronie drogi jest bardziej zielona. Sama nie chce życia w rozedrganiu, ciągłym gonieniu za tym „lepiej”. O aktorstwie, teatrze i byciu mamą półkwoką opowiada aktorka Joanna Kasperek, laureatka nagrody „Made in Świętokrzyskie” 27. Plebiscytu o Dziką Różę.


Postać 14

G

ratuluję udanego sezonu. Moją uwagę przykuły zwłaszcza dwie Twoje kreacje: matki w „Widnokręgu” Myśliwskiego w reżyserii Michała Kotańskiego i Frei z „≈[prawie równo]”. W obu jesteś oszczędna w środkach, a mimo to wywołujesz ogromne emocje, Twoje bohaterki zapadają w pamięć. Ta oszczędność przychodzi z wiekiem i jest „skutkiem ubocznym” dwudziestu paru lat pracy na scenie (śmiech). Ale tak poważnie, często naprawdę wystarczy koncentracja i otwarte serducho. Pamiętam, że zaraz po studiach, kiedy zaczynałam pracę w teatrze, strasznie kombinowałam. Spisywałam w zeszycie pytania do reżysera, miotałam się po scenie, zmuszałam do łez. Każdą rolę chciałam koniecznie wykrzyczeć. Teraz bardzo tego nie lubię. Wolę zaoferować widzowi niemy szloch. Stawiam na bycie autentycznym. Kłamstwo się nie sprawdza. Za bardzo je widać. Ale przecież Ty tylko udajesz, a więc trochę kłamiesz. Nie jesteś Freją, która wepchnęła konkurentkę pod samochód. Udaję, ale tylko w połowie. Ta druga część musi być szczera i prawdziwa. Schodzę więc w mroczne zakamarki duszy, wydobywam na powierzchnię złość, wstręt, obrzydliwość. Wystarczy trochę odwagi i do przodu. I oczywiście korzystam z wyobraźni. Jak to jest być prawdziwym co wieczór? Wszystkich tajemnic nie mogę zdradzić (śmiech). Powiem, że prawdziwe emocje dużo kosztują. Autentyczność postaci musi być jednak kontrolowana, a po spektaklu trzeba odwiesić ją razem z kostiumem. Nie zawsze jest to proste. Zależy od ciężaru gatunkowego roli i osobistego zaangażowania. Można też potraktować sprawę powierzchownie, używać tricków, technik, ale cierpi na tym wiarygodność aktora. Trudniej wtedy do takiej roli przekonać publiczność. Gdy odtwarzasz graną przez siebie postać przez kolejne wieczory, czy ona zawsze jest taka sama? I tak i nie. Postać powinna mieć silną konstrukcję psychologiczną. Dlatego często przed przystąpieniem do pracy oglądamy z kolegami sporo dokumentów, filmów fabularnych, czytamy książki i felietony. Potem zaczynamy analizę postaci, a na końcu użyczamy jej swojego ciała. Mając taką bazę, możemy trochę poimprowizować. Cała reszta zależy już tylko od nastroju, od tego co mam w głowie, z jakim problemem zostawiam dzieci w domu. I proszę bardzo: wychodzisz na scenę i grasz. Widzów nie obchodzi, że masz 40 stopni gorączki, chorą nogę, czy dziecko w garderobie z nieodrobionym zadaniem z matematyki. Popłakać możesz sobie w kulisach, a na scenę musisz wyjść piękna. Która rolę cenisz najwyżej z tego minionego sezonu? Co ja będę tu owijać w bawełnę. Oczywiście, że matkę w „Widnokręgu”. To postać wielobarwna i nietuzinkowa. Bo która matka wysłałaby swoje dziecko na kakao do sąsiadek o wątpliwej reputacji? Miałam ogromną przyjemność obcowania z tą postacią, z radością oddałam jej swoje serce i poczucie humoru. No może jeszcze wrażliwość, ale specem od tej postaci jest i tak Wiesław Myśliwski. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

W Żeromskim jesteś od 14 lat. Kiedyś występowałaś w Teatrze Wierszalin, potem na różnych scenach. Jak oceniasz tę stabilizację? W pewnym wieku jest ona koniecznością. Zwłaszcza kiedy ma się rodzinę i dzieci, które muszą iść do szkoły. Podróżowanie z teatrem było świetnym doświadczeniem. Z Wierszalinem zwiedziłam prawie całą Europę, Stany Zjednoczone, Australię. Pamiętam, jak włóczyliśmy się po zakamarkach pięknych miast, odwiedzaliśmy najlepsze knajpki i kupowaliśmy ciuchy, których wtedy w Polsce nie było. Mieliśmy także luksus oglądania innych spektakli festiwalowych. Teraz już tak nie ma. Ale znowu zaczynasz jeździć. Grałaś w spektaklach, przygotowanych wspólnie z warszawską Imką, Nowym Teatrem. Niedawno wróciłaś z premiery „Hańby” na Malcie. Dzieci już są większe, więc jest łatwiej. Nie ukrywam, że to miłe znowu występować na festiwalach. Wracam zmęczona, ale za chwilę zaglądam w kalendarz, i sprawdzam, kiedy następny wyjazd. To przypomina pewnie trochę życie marynarza, który w domu tęskni za morzem, a na morzu – za domem. Wspomniałaś Maltę. Tak, „Hańba” była mocnym uderzeniem na koniec sezonu. Myślę, że wrześniowa premiera w Kielcach będzie dla widzów dużą niespodzianką. Oby tych zaskoczeń było w naszym teatrze jak najwięcej. Nie możemy utonąć w nudzie, być „zadowalaczami” publiczności. Powinniśmy się wtrącać, prowokować, być niewygodni. Przecież to główne zadanie teatru. Tylko potem przychodzi koniec sezonu i okazuje się, że widzowie wolą „Szalone nożyczki”, a nie te niewygodne spektakle. Jesteśmy zabiegani, żyjemy głownie swoimi problemami, więc wszyscy potrzebujemy się pośmiać, odprężyć. Ja także świetnie bawię się, grając panią Dąbek. Aktorzy nie mogą cały czas płakać, krzyczeć, pokazywać mroku ludzkiej duszy. Śmiech, jak ten na „Szalonych nożyczkach”, jest oczyszczający. Z pracy wychodzę uśmiechnięta, a widzowie wydają się być szczęśliwsi. Wolisz grać role dramatyczne czy komediowe? I takie i takie. Nie wytrzymałabym tylko w teatrze komediowym. Ale nie dałabym rady także w ciągłych mrocznych, psychotycznych klimatach. Teatr środka ma racje bytu. To oczyszcza, głowę, psychikę, pozwala odpocząć. Byłoby super, gdyby można było wybierać. To może poszukać szczęścia w większym mieście? Kilku aktorów stąd tak zrobiło. Nie jest powiedziane, że w Warszawie, Krakowie, znajdziemy to, czego szukamy. Czerpię radość z tego, co mam, tu i teraz. Ludziom często wydaje się, że trawa po drugiej stronie ulicy jest bardziej zielona. Kto stale o tym myśli, żyje w ciągłej tęsknocie, niewygodzie. Nie chcę tak, zrezygnowałam z tego. Postanowiłam być szczęśliwa tutaj. Każda rola to dla mnie grządka do wypielenia. Pozbywam się chwastów, by ziemia dostała dużo słońca i wyrosła na niej np. marchewka. Jak to się stało, że zostałaś aktorką? Pamiętam taką scenę. Byłam w czwartej klasie podstawówki, miałam 10 lat. Z koleżankami odważnie dyskutowałyśmy o przyszłości. Powiedziałam im, że będę pracować w teatrze. Jedna z nich, Ola, zapytała: Ale jak to? Będziesz bilety sprzedawać? (śmiech). Już wtedy wiedziałam, choć nie wiem skąd. Dlatego pytam często moją 11-letnią córę: Michalina, czy ty już wiesz, co będziesz robić w życiu? Ona jeszcze nie potrafi powiedzieć.


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

15


Postać 16 To tylko marzenie dziesięciolatki… Na trochę o nim zapomniałam. Gdy zdawałam maturę, kompletnie nie wiedziałam, co chcę w życiu robić. Dwa lata obijałam się w studium hotelarsko-turystycznym, potem pojechałam do Warszawy do teatru pantomimy. I wtedy mnie olśniło. Po trzech latach tułaczki przypomniałam sobie moje dziecięce marzenie i rzutem na taśmę, bo wtedy obowiązywał limit wieku – 22 lata, zdałam do szkoły teatralnej w Białymstoku. Pamiętam to cudowne uczucie: Mam to! Mam! Trafiłam do szkoły bez klas, ławek ze wspaniałymi zajęciami. Cudownie to wspominać. W jednym z wywiadów po powrocie do Kielc powiedziałaś, że tak naprawdę najlepszą szkołą aktorską był Wierszalin. Niewątpliwie tak. Studia dają kopa. Na trzecim roku wydaje ci się, że już wszystko umiesz, jesteś mistrzem świata. Rok później już wiesz, że w świat teatru wkraczasz bosą nogą i ostrogi zaczniesz zdobywać później. Mnie trafił się Wierszalin. Dostałam trochę po głowie i nie tylko. To był ważny moment w moim życiu. Straszny i fantastyczny jednocześnie. Przede wszystkim bardzo ciężka praca, po 12 godzin dziennie. Nigdy nie byliśmy dość dobrzy i dość gotowi. Nigdy nie kończyliśmy spektaklu, stale nad nim pracowaliśmy. Premiera nie kończyła etapu prób, tylko rozpoczynała go od nowa. Wszędzie i zawsze, przed, po i w trakcie wyjazdów, w kółko i stale. Tylko młody człowiek jest w stanie to udźwignąć. Cieszę się, że to mi się przydarzyło. Bo to mogło się zdarzyć tylko wtedy. Algorytm czasoprzestrzenny sprawił, że Wierszalin miał wtedy naprawdę dobrą passę. Po prostu to był ten moment. Nie byłaś tylko gwiazdą Wierszalina. Jesteś laureatką głównej nagrody na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1994 roku. No i co z tego? (śmiech). Zarzuciłam to. Chyba nie sprawiało mi to aż tak dużej przyjemności. Nie czuję się aktorką śpiewającą. A ja liczyłam, że usłyszę Cię w „Bemie”. Oj, przy tych petardach głosowych, aktorkach z Syreny (warszawski teatr muzyczny – red.), to nawet nie powinnam stać. Śpiewanie to nie jest chyba moja mocna strona. Jakoś trudno w to uwierzyć. Nagroda we Wrocławiu o czymś świadczy. Pamiętam, że w komisji byli: Anna Polony, Agnieszka Osiecka i profesor Aleksander Bardini. To on wręczał mi nagrodę. Zaśpiewałam wtedy piosenkę Wojtka Szelachowskiego i Krzyśka Dziermy pt. „Spotkanie”. Zagrałam taką zakochaną wariatkę, która nie może przypomnieć sobie imienia swojego chłopaka. Babcia mojej koleżanki widziała mój występ w telewizji i opowiedziała rodzinie, że śpiewała taka trochę nienormalna dziewczyna, bo teraz jest moda, by na scenie występowali niepełnosprawni. To była najlepsza recenzja (śmiech).

runku, spotkałam się już z takimi opiniami. Oczywiście nie myślę o żywym muzeum. Może więcej piękna? Iluzji? Może istniejemy, dzięki temu, że tylko w teatrze wszystko dzieje się naprawdę? Na razie jeszcze są tacy widzowie, od których usłyszałam, że nic nie jest im w stanie teatru zastąpić. Przychodzą po kilka, nawet kilkanaście razy na jeden spektakl. Obserwuję ich czasem, to ludzie w średnim wieku. Mimo że są kolejny raz, ciągle się śmieją, wzruszają, przeżywają. A jak określiłabyś swój wiek? Chyba zaczynam przekraczać granicę wieku średniego (śmiech). Powiedzmy, że jestem w wieku dojrzałym. Czym różni się dojrzałe aktorstwo od tego młodzieńczego? Dla mnie Twoje role z tego sezonu to prawdziwa jubilerska robota… Chyba tym, że już nic nie muszę. Fajnie, gdy trafia się rola, nad którą mogę popracować, używając delikatnych środków wyrazu. To takie szydełkowanie na cienkich drutach. Dłubiesz, dłubiesz, puszczasz oczka, a tu nagle kwiatek wychodzi. Z pracą nad rolą jest podobnie. Wiele aktorek korzysta z możliwości medycyny estetycznej, by się upiększyć odmłodzić. A Ty? Wychodzę z założenia, że ta moja twarz nie jest do końca moja. Jestem do dyspozycji teatru i widzów. Kiedyś nie wolno było nawet włosów obciąć bez zgody dyrektora. Twarz ma wszystko wyrażać, a botoks paraliżuje mięśnie. Dla mnie to trochę jakbym strzeliła sobie w kolano. Po co wtedy miałabym wychodzić na scenę? By być piękną? Nie o to chodzi. Nie mogę wstydzić się wieku, zmarszczek, brzydoty. Mam wiele młodszych koleżanek i już ich nie prześcignę. I tak one zagrają Julię, a ja co najwyżej panią Capuleti, a właściwie to już tylko nianię (śmiech). Czy masz jakąś wymarzoną rolę? Pamiętam, że kilka lat temu, gdy grałaś Olgę w Teatrze Polonia, zachwycałaś się Czechowem. Każda następna jest tą oczekiwaną, która budzi emocje i niesie za sobą tajemnicę, bo będzie dla mnie wyzwaniem. Czechow mi nie przeszedł i zmierzę się z nim w przyszłym sezonie. Uwielbiam też grać Szekspira. I zawsze będę chciała grać w komediach. Nie chcę być kojarzona tylko z rolami tragicznymi, dramatycznymi. Gdy gram w komedii, od razu ludzie się do mnie zbliżają, podchodzą, rozmawiają, dyskutują. Gdy jestem tragiczna, koturnowa – nie. Może ciągle mam jakąś aurę tych smutnych postaci? Poza tym z doświadczenia wiem, że czasami te najmniejsze, niepozorne role okazują się jakimś wystrzałem, a te wymarzone – niewypałem. Dlatego cieszę się już na myśl, że usiądę do stołu z nową postacią, będę musiała spojrzeć jej w oczy, może napić się z nią piwa (śmiech) i zdecydowanie się z nią dogadać.

Czy teatr w obecnych czasach jest potrzebny? Mam wrażenie, że ludzie wolą internet, telewizor, kino, seriale na Netfliksie. Tak, sama oglądam i często nie mogę się oderwać. Chyba mam naturę hazardzisty. A co do pytania: nieustannie sobie je zdaję. Jak długo jeszcze będziemy w stanie uprawiać ten zawód w teatrze? Czy za parę lat ktokolwiek będzie chciał nas oglądać? Nie wiem, co się musi zdarzyć. Chyba to wszystko musi się przewalić.

Kiedyś pracowałaś z młodzieżą, prowadziłaś też teatr w Domu Pomocy Społecznej. Nadal to lubię, ale nie do końca mam na to czas. Młodzi ludzie są wspaniali, już coś o sobie wiedzą, chcą coś poczuć, zrozumieć. Wydaje mi się, że mogę im dużo zaoferować, pomóc, wyjaśnić. Czuję, że osiągnęłam już taką dojrzałość sceniczną, że wiem, po co wychodzę na scenę. i wiem, że ta scena jest mi do życia potrzebna. To fajny moment, także do dzielenia się doświadczeniem.

Myślisz o rewolucji kulturalnej? Może musimy wrócić do klasyki? Podobno teatr ma zmierzać w tym kie-

Nigdy nie chciałaś rzucić aktorstwa w diabły i zająć się czymś innym? Ależ oczywiście, sto razy w roku (śmiech). Może nie przy każdej premie-

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

17 rze, ale przy co drugiej… To stres, który wcale nie musi być przedpremierowy. Zależy od roli, od tego jak przebiegają próby. Ale gdy już myślę, by to rzucić, pojawia się pytanie: Rzucę i co dalej? Wtedy właśnie wydaje mi się, że mogłabym uczyć młodzież. Z seniorami już chyba nie umiałabym pracować. Oni potrzebują opieki, pomocy, dużo energii. A ja już chyba takiej nie mam. Teraz to ja chcę czerpać od innych. Przypatruję się młodym reżyserom, aktorom. Często mnie zaskakują, bo w tych swoich pomysłach są tak intrygujący, że z tej mieszanki mojego doświadczenia i ich energii coś się może urodzić. Mogę się też czegoś od nich nauczyć. Jeśli mnie ci młodzi interesować przestaną, to chyba będzie mój koniec. Trzeba się będzie żegnać z teatrem. Bo wszyscy będą mi się albo kłaniali, że niby taka wielka jestem, albo będą mnie ignorować, uznając, że nadaję się jedynie do lamusa (śmiech). Masz troje dzieci. Jak to jest być mamą aktorką? Spodziewałam się tego pytania. Mama aktorka to dziwny stwór o pięciu głowach, trzydziestu rękach. Jestem za długo w pracy, płaczę, bo tęsknię do domu, jestem za długo w domu, płaczę, bo tęsknię do teatru. Ciągle jestem rozdwojona. Często nadzoruję dom i przydzielam dzieciakom obowiązki z teatru. Jestem mamą na telefon, nawet nie weekendową, bo w soboty i niedziele też pracuję. Na szczęście jest babcia, która przytuli, upiecze placek. Moja mama jest w tym świetna. Oglądają Cię na scenie i oceniają? Zapraszam ich na spektakle już od dawna. Nie wszystkie, wybieram te najciekawsze. Ale są oszczędni w wyrażaniu swoich opinii. Muszę ich ciągnąć za język (śmiech). Raz też sami występowali na scenie, ale tylko na ekranie w krótkim filmiku. Zgodzili się, bo zdjęcia do spektaklu Pakuły kręcono na basenie, a kochają pływać (śmiech). Starałam się, by nie spędzali dzieciństwa w garderobie. Chciałam w ten sposób zostawić im wolność, by mogli wybierać i nie byli skazani na teatr. I chyba mi się udało. Ignacy jest przyszłorocznym maturzystą i wybiera się do szkoły zupełnie z teatrem niezwiązanej. Uprawia gimnastykę sportową i jest w tym naprawdę dobry. A Staś realizuje swoje pasje w kieleckim Plastyku. Czekam z niecierpliwością, czym mnie zaskoczy Michalina. Nie widać Cię w mediach, nie masz profili na portalach społecznościowych, nie promujesz się. Celowo? Zupełnie nie mam takiej potrzeby, ale zastanawiam się, czy na tym nie tracę. Ostatnio zapytałam moich dzieci, czy powinnam założyć profilu na Facebooku. Pomyśleli, popatrzyli na mnie i powiedzieli: Mamo, nie! Mieli coś takiego w oczach, że pomyślałam sobie, że jeszcze chwilę poczekam, może Facebook padnie (śmiech). Mam tak ekshibicjonistyczny zawód, że nie mam potrzeby tworzyć kolejnej kreacji na Facebooku czy Instagramie. Wystarcza mi rodzina. Od nich dostaję energię zwrotną. Nie potrzebuję lajków. Czy jesteś mamą kwoką? Pół na pół. Czuję się spokojnie i bezpiecznie, gdy mam to swoje stadko obok siebie. Jak są poza domem, to muszę wiedzieć, gdzie są i o której wrócą. Ale jestem taką półkwoką, bo połowę życia spędzam w teatrze. Masz jakieś marzenie? Gdzie jest ta Twoja bardziej zielona trawa? Mam marzenia dotyczące dzieci. Chcę, by żyły w zgodzie ze sobą, kochały przyrodę i były dobrymi ludźmi. Sama chciałabym mieć czasem święty spokój. Dziękuję za rozmowę. •

Joanna Kasperek – rodowita kielczanka, absolwentka Akademii Teatralnej w Białymstoku. W latach 1993-1997 czołowa aktorka grupy teatralnej Towarzystwo Wierszalin z Supraśla. W tamtym czasie był to jeden z najważniejszych teatrów w Polsce i Europie. Za rolę w pierwszej scenicznej adaptacji prozy Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy” aktorka otrzymała w 1997 roku główną nagrodę aktorską w III konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Jest także laureatką głównej nagrody na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1994 roku. Grała w warszawskich Rozmaitościach, Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Dzięki współpracy z wybitnym reżyserem Piotrem Cieplakiem, brała udział w projekcie i spektaklu „Hotel pod Aniołem”. Grała także w teatrze Polonia Krystyny Jandy w przedstawieniu „Trzy siostry” Czechowa. Od 2005 roku aktorka Teatru im. Stefana Żeromskiego. W ostatnim sezonie mogliśmy ją oglądać m.in. jako matkę w „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego, Freję w „≈[prawie równo]” i panią Dąbek w „Szalonych Nożyczkach”.


Artykuł partnerski

18

Bielizna idealnie dobrana

Biustonosz jest tak samo ważnym elementem stylizacji jak bluzka czy sukienka. Dobrze dobrany wysmukla sylwetkę i uwydatnia talię. Z wyborem odpowiedniego modelu wiele pań ma jednak problem. Na szczęście można liczyć na pomoc profesjonalnej brafitterki. Salon z bielizną Bella Rosa działa w Kielcach od września 2011 roku. Jego właścicielka Anna Duda od zawsze uwielbiała zakupy. Mając smykałkę do tworzenia ciekawych stylizacji, często buszowała po sklepach w poszukiwaniu inspiracji. Już wtedy intuicyjnie wiedziała, że bielizna jest równie istotną częścią garderoby co spodnie czy bluzka. Ma większy biust, i dlatego w sklepach z bielizną spędzała z córką najwięcej czasu, by wreszcie wyjść z innym niż dotychczas (białym i mocno zabudowanym) modelem. Jednak te poszukiwania zwykle kończyły się si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

mizernym skutkiem. Gdy straciła pracę w korporacji, postanowiła otworzyć własny butik, aby swoją pasję do bielizny zaszczepić kielczankom i nie tylko. – Chciałam też pomóc kobietom, które podobnie jak ja miały problem z doborem bielizny i po nowy model musiały jechać do Warszawy. W tym czasie firmy bieliźniarskie bardzo się zmieniły. Pojawiło się mnóstwo fasonów o najróżniejszej kolorystyce. Jako brafitterka wreszcie miałam na czym pracować – opowiada o początkach działalności Anna Duda. Na kielecki rynek wprowadziła marki brytyjskie i wysokiej jakości marki polskie. Dziś w Bella Rosa nie tylko znajdziemy najróżniejsze fasony bielizny, także modelującej. Do salonu warto zajrzeć po kostium kąpielowy i dodatki plażowe: tuniki, pareo, kapelusze, torby, klapki, ale i rajstopy czy pończochy. W salonie uzyskamy również pomoc w profesjonalnym doborze najlepszego dla nas biustonosza.

Po radę i nowy model powinnyśmy do brafitterki zaglądać co pół roku, a już na pewno, gdy nasza sylwetka się zmienia. Z jej pomocą łatwiej ustalić rozmiar i wybrać najbardziej odpowiedni fason. Dobór bielizny to czynność intymna. Dlatego brafitterka zawsze pyta, czy może wejść do przymierzalni. Stara się też stworzyć z klientkami relację opartą na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. – Najczęściej popełnianym przez panie błędem jest dobór biustonosza o zbyt luźnym obwodzie i za małej miseczce – zwraca uwagę Anna Duda. – Niedawno uruchomiłyśmy też w salonie nową usługę – bra Not bra, czyli modelowanie biustu pod bardziej wymagające kreacje, przy których żaden biustonosz się nie sprawdzi – dodaje. Co powinno znaleźć się w bieliźnianej szufladzie każdej pani? – Warto przestrzegać zasady trzech biustonoszy. Jeden w trakcie noszenia, drugi odpo-


19

Bella Rosa Salon z Bielizną Kielce, pl. Moniuszki 6 tel. 696 065 948 salon.bellarosa.kielce@gmail.com www.facebook.com/bellarosa.kielce

REKLAMA

czywa, a trzeci jest w praniu. Najbardziej praktyczne są biustonosze w kolorze czarnym i cielistym, który coraz częściej zastępuje łatwo brudzący się biały. Wtedy trzeci może być już w każdym dowolnym kolorze – wyjaśnia właścicielka Bella Rosa. A jak dobrać odpowiedni fason? Przede wszystkim obwód biustonosza musi podtrzymywać biust (biustonosz zawsze zapinamy na ostatnią haftkę), a miseczka powinna być głęboka, okalająca pierś. – Dobrze dopasowany biustonosz jest stabilny. Poprawia sylwetkę, sprawia, że się prostujemy, uwydatnia talię i czyni nas bardziej smukłymi. W naszym salonie pokazujemy paniom, jak powinny zakładać biustonosz w domu i o niego dbać, by służył im jak najdłużej. Co ważne, ubierając się do pracy czy na wyjście z przyjaciółmi, tej części garderoby powinnyśmy poświęcić tyle samo uwagi, co pozostałym – przekonuje Anna Duda.


Miejsca mocy 20

Zachwyceni

lawendą tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Anna Benicewicz-Miazga

Szachownica pól. Po prawej owies, po lewej pszenżyto, tutaj wrotycz, tam rumian, nieużytki, śródpolne zadrzewienia… Piaszczystą drogą ucieka przed nami bażant… Jak to na Kielecczyźnie. I nagle w swojskim krajobrazie niezbyt urodzajnych pól pojawiają się fioletowe pasy. Malownicza i aromatyczna plantacja lawendy w Modliszewicach to dzieło Małgorzaty i Tomasza Głowackich.

Magia lawendy

Z reguły takie historie zaczynają się od marzenia, fascynacji książką lub filmem, od podróży do Prowansji, która zmienia całe życie... Tak byłoby w amerykańskim scenariuszu. W życiu zaczęło się zupełnie inaczej. – Jechaliśmy na półmaraton do Białegostoku i rozmawialiśmy, co by tu robić. Zaproponowałem: krowy będziemy hodować, a żona odpowiedziała: a może lawendę? Lawenda ładniej pachnie. Tylko że lawenda rośnie w Prowansji. Zupełnie nie wiedziałem, że można ją w Polsce uprawiać. Po biegu poczytaliśmy o tym trochę i w kilka minut podjęliśmy decyzję – wspomina Tomasz Głowacki. – Tak rzuciłam, a okazało się, że to nie jest głupi pomysł. W Polsce plantacje działają od lat, czyli się da. Okazało się też, że pole, które mają rodzice nadaje się pod lawendę, bo ma spadek, co jest ważne, gdyż woda nie zalega, a lawenda lubi jak jest sucho. Uwielbia słońce, nie lubi deszczu, potrzebuje ziemi przepuszczalnej i zasadowej – dodaje pomysłodawczyni przedsięwzięcia. Głowaccy nie są rolnikami. Ona zajmowała się fotografią studyjną, on jest z wykształcenia kartografem i pracuje przy systemie informacji geograficznej, czyli GIS. Pomysł zakiełkował w maju 2015 roku, a jesienią już przysi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

gotowali pole, wysiali poplon, wapnowali. Wiosną zrobili kopce, co było wyzwaniem, bo nikt z okolicznych rolników nie wiedział, jak to zrobić. Niektórzy nawet pytali, co to jest ta lawenda? W pierwszym roku kupili 800 sadzonek. – Można je samemu wyhodować, ale rozmnażanie lawendy to magia, którą trzeba zgłębić, by robić to w odpowiedni sposób. To wymaga czasu. Teraz już dosadzamy ze swoich rozsad – mówi Małgorzata. Dziś mają trzy tysiące krzaczków. Odmian lawendy jest mnóstwo. – Mamy pole doświadczalne i sprawdzamy, która nam pasuje. Najwięcej mamy takiej, która nazywa się Hidcote, jest najbardziej uniwersalna – tłumaczą. Przed zakupem pierwszych sadzonek wahali się między Hidcote a Bluescent. Na szczęście wybrali tę pierwszą, bo okazało się, że Bluescent, który kwitnąć może nawet trzy razy w sezonie, ma bardzo ładny zapach, ładnie wygląda w bukietach i wiankach, ma słaby system korzeniowy i po zimie mizernieje. Wiedzę zdobywają, eksperymentując i czytając. Odwiedzali też inne plantacje. – Nasza społeczność lawendowa chętnie się dzieli informacjami. Wszyscy, których spotkaliśmy, są wspaniali i otwarci – podkreślają.


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

21


Miejsca mocy 22 Natura jest niesamowita

W słoneczny dzień na polu uwijają się pszczoły, trzmiele, motyle. Właściciele wiedzą, na którym krzaczku osy założyły gniazdo i zostawili ich mieszkanko w spokoju. Zrywają kwiaty ręcznie, z pomocą rodziny i znajomych. Pierwsza wiadomość, jaką przeczytali o lawendzie, była taka, że jak się nie chce mieć w ogrodzie mrówek, to trzeba ją zasadzić. – A my w co drugim kopcu mamy mrówki! Na szczęście nie mają na lawendę negatywnego wpływu, więc je zostawiamy. Natura jest niesamowita, można czerpać z niej do woli, tylko trzeba chcieć i umieć – uważa Małgorzata. – Nawet jak usuwamy chwasty, to niektóre, te niskie, zostawiamy, żeby przyroda sobie sama radziła. Nie niszczymy ich chemią, chcemy mieć certyfikat ekologiczny. Natura sama daje sobie radę i albo można z nią walczyć, albo się z nią ułożyć – uważa jej mąż. Co roku pojawiają się problemy. Na początku walczyli ze skrzypem, co doprowadzało ich prawie do łez. Ponieważ skrzyp nie lubi wapna, to powoli wyprowadza się z ich pola. Poza tym lawenda już urosła, więc sobie z nim radzi. Tomasz podejście do plantacji porównuje do chowania dzieci: przy pierwszym potomku za każdym razem wyparza się upuszczony smoczek, ale już trzecim dzieckiem zajmuje się dwójka starszych. Cały czas się czegoś uczą, co roku mają inwazję innych chwastów. – Najpierw jeździliśmy wzdłuż rzędów glebogryzarką, ale potem się zastanowiliśmy, dlaczego ta gleba ma być goła. W Prowansji jest skała i piach, a u nas nie, więc niech zarasta. Niech natura robi swoje, eksterminować chwastów nie zamierzamy – deklarują. Z monokulturami w Prowansji też wiążą się zagrożenia. – Najpierw chcieliśmy mieć hektary lawendy, ale doszliśmy do wniosku, że jeśli będziemy się rozszerzać, to najwyżej jeszcze o jedno pole, nie więcej. Taka szachownica upraw jest dla roślin bezpieczniejsza, ułatwia zatrzymywanie patogenów. W ubiegłym roku we Francji na skutek działalności skoczka, owada który roznosi bakterię zabijającą lawendę, zbiory plantatorów obniżyły się o jedną trzecią, a w tym o połowę. A wszystko przez to, że mają lawendę po horyzont – tłumaczy plantator z Modliszewic. W uprawy monokulturowe trzeba wprowadzać chemię, kompletną mechanizację. – Być może my na większym polu też wprowadzimy maszyny, ale nie chcemy inwazyjnie wjeżdżać kombajnem. Chcemy być jak najbliżej tej rośliny, bo to jest naturalne – deklarują. Czy uprawa lawendy przybliżyła ich do natury? – Zawsze segregowaliśmy śmieci i staraliśmy się żyć ekologicznie, ale nie zwracaliśmy takiej uwagi na zioła i na to, co się dzieje w rolnictwie w kwestii chemii – mówi Małgorzata. Jej mąż dodaje: – Wiedzieliśmy, że środek glifosat (składnik wielu popularnych pestycydów) jest szkodliwy, ale teraz go nienawidzimy, bo okazuje się, że to morderca i przez niego ludzie umierają na raka. Nie mając sprzętu, zaczęli wynajmować rolników także do zbioru lnu i gorczycy, które sieją na innych polach odziedziczonych po dziadkach. – Oni nam radzą, że trzeba pryskać pestycydami, a my próbujemy ich przekonać, jak zła jest chemia. Tłumaczymy, że międzynarodowy koncern Monsanto przegrał pół roku temu pierwszy proces w Stanach na grube miliony dolarów za rakotwórczość glifosatu. Nie ma tu dużo ludzi, którzy stosują chemię, bo wokół rośnie zboże, do którego go nie potrzeba. Ale już rzepak jest wysuszany na polu za pomocą glifosatu. „Zdrowy” olej rzepakowy zawiera więc w sobie glifosat, który jest najsilniejszym na świecie antybiotykiem. Łyżeczka gleby zawiera 1011 sztuk bakterii, a po wyroundupowaniu – 103! Generalnie nie wszystkie bakterie są chorobotwórcze, a rośliny ich si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


potrzebują, by mogły przetworzyć składniki mineralne i rosnąć. Jak jest ziemia jałowa, to można ją nawozić składnikami mineralnymi, ale roślina nie może ich pobrać, bo nie ma odpowiedniego biotopu. A jak nie ma bakterii, to pojawia się miejsce na rozwój grzybów, a wtedy nie pozostaje nic innego tylko opryski fungicydami. I tak powstaje błędne koło – mówi Tomasz. Gdy się ich chwilę posłucha, nie ma wątpliwości, że to ich pasja. – Lawenda jest wspaniałą rośliną, bo jednocześnie działa uspokajająco i pobudzająco. Daje jedyny olejek, który nie drażni skóry. We Francji lekarze przepisują go na receptę. W czasie pierwszej wojny światowej był standardowym wyposażeniem szpitali, stosowanym do dezynfekcji ran – mówi Tomasz. – Jest świetny na ugryzienia przez owada i odstrasza komary. Jak pszczoła użądli, można rozgnieść lawendę albo olejkiem posmarować i to naprawdę działa – przekonuje Małgorzata. Musieli się nauczyć, kiedy zbierać kwiaty. Demonstrują, że gdy jest odpowiedni moment przy łamaniu łodyżki słychać „pyk”, a czubek roślinki jest idealnie sztywny. Aromat lawendy zmienia się w zależności od tego, kiedy zbiera się kwiaty, od pory dnia, czy jest mokro czy sucho... Na początku kwitnienia, gdy lawenda jest jeszcze w pączkach, ścinają ją na bukiety. Gdy kwiaty rozkwitną – na susz. Potem na olejek. Sami destylują olejek w alembiku, najprostszą destylacją przy pomocy pary wodnej. Po eksperymentach doszli do wniosku, że lepiej jest używać do destylacji samych kwiatów, bez łodyżki, bo powstaje wtedy olejek bardziej wartościowy, z większym stężeniem zdrowotnego linalolu i octanu linalylu, z minimalną ilością kamfory. Wymaga to więcej pracy, bo trzeba odciąć łodyżkę, ale uważają, że warto. Jedyne mechaniczne udogodnienia, o jakich myślą, dotyczą właśnie przygotowania roślin: oddzielenia kwiatu od gałązki czy kruszenia suszu. – Tomek jest bardzo dobrym projektantem i sam te maszyny opracowuje – chwali Małgorzata. Drugim produktem destylacji jest hydrolat, który też ma właściwości antyseptyczne. Plantatorzy z Modliszewic robią bukiety, wianki, fusetki, tabliczki zapachowe, wosk zapachowy do rozpuszczenia w kominku. Chcieliby robić kosmetyki, ale nie mogą sami się wszystkim zajmować, zresztą musieliby zatrudnić kosmetologa. Nie chcą współpracować z dużymi kosmetycznymi firmami, wolą lokalnych wytwórców. W ubiegłym roku zlecili znajomej wykonanie mydełek z ich lawendą. W sierpniu na lawendowym polu wujek pszczelarz planuje ustawić ule i będą mieli lawendowy miód. Fioletowe kwiaty zaparzają jako herbatkę, wrzucają szczyptę, gdy parzą kawę. Robią syropy o pięknym malinowym kolorze, nastawiają lawendę na ocet. – Gdy pierwszy raz spróbowaliśmy syropu z lawendy – to był szok, zupełnie nieznany smak – wspominają. Na własny użytek robią też nalewkę, która świetnie leczy przeziębienie. Swoją firmę nazwali MilejMi. Wkrótce na stronie pojawi się sklep internetowy. Czy na własnej skórze odczuwają cudowne właściwości lawendy? – Mogę tu cały dzień pracować i to mnie nie męczy. Wszyscy nam mówią, że jesteśmy uśmiechnięci i pełni energii – odpowiada plantatorka. •

REKLAMA

MilejMi


Miejsca mocy 24

Pszczoły rządzą tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia Michał Walczak

Żyją na świecie od ponad 100 mln lat, a więc dłużej niż człowiek. Codziennie budują, sprzątają, zbierają pyłek i nektar, a zimą odpoczywają. Od kilku lat stały się modne, zamieszkały w miastach, na dachach, w parkach, ogrodach. Bo bez nich – jak powiedział Albert Einstein – nie przeżyjemy czterech lat. O kim mowa? O pszczołach, jedynych na świecie owadach, które ludziom choć trochę udało się zrozumieć i okiełznać.

menty pszczelarskie na naszych ziemiach pochodzą z 1179 roku. Dotyczą uprawnień do dziania barci dla opactwa cystersów w Wąchocku. Cech bartny powstał na naszych terenach w 1629 roku, a biskup Marcin Szyszkowski wskazał na siedzibę Daleszyce. Cech skupiał bartników z Klucza Kieleckiego i Cisowskiego. Oddzielny cech dla Kielc utworzono dopiero w 1715 roku. A pszczelarze, z lepszym czy gorszym powodzeniem, działają w naszym regionie do dziś.

Pszczoły na działkach

Choć są z nami od zawsze, ostatnio dobrej passy nie miały. Opryski pól, monokulturowe uprawy i lasy, zanieczyszczenie powietrza, pasożyty i choroby sprawiają, że pszczół i innych owadów zapylających jest coraz mniej. A gdy jest ich mało, zmniejsza się różnorodność przyrodnicza, zbiory, giną kolejne gatunki zwierząt i roślin. By poprawić los pszczół, na dachach i posesjach miejskich stawia się ule. W wielkich miastach działają już od kilku lat. Chwali się nimi Berlin, Londyn czy Warszawa. Ta moda dotarła także do Kielc. „Pszczoły wracają do miast” – to projekt koordynowany przez świętokrzyski oddział Ligi Ochrony Przyrody. Ule miejskie są na dachu Best Western Grand Hotel, Kieleckiego Centrum Kultury, w firmie Formaster. Opiekuje się nimi Krzysztof Antoszewski z wykształcenia inżynier po Akademii Górniczo-Hutniczej, pracownik Politechniki Świętokrzyskiej, a po godzinach pszczelarz. Sam przedstawia się jako „Człowiek pszczoła” i marzy, żeby w Kielcach było sto uli. Kilkanaście już stoi. Medialny szum wokół pszczelej akcji na pewno jest potrzebny: ludzie zrozumieją ich rolę w przyrodzie, być może przestaną się ich bać. Ważne jednak, by nie zapomnieć, że tradycje pszczelarskie na ziemiach świętokrzyskich sięgają prawie… 900 lat wstecz. Wtedy pszczoły mieszkały w lasach, a ludzi opiekujących się nimi nazywano bartnikami. Najstarsze dokusi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Spory budynek przy bramie prowadzącej do ogródków działkowych przy ul. Morcinka. Za ogrodzeniem dwa ule. To tu od sześciu lat swoją siedzibę ma Świętokrzyskie Stowarzyszenie Pszczelarzy, które skupia aż 420 opiekunów miododajnych owadów. Najstarszy z nich ma lat 90, najmłodszy – około 15 i właśnie wybiera się do technikum pszczelarskiego. Wszyscy mają pod opieką ponad 10 tys. rodzin. Przyjmuje mnie wiceprezes, Adam Król. Gdy rozmawiamy, do biura przychodzą kolejni pszczelarze i pszczelarki. Pogadać, poradzić się, kupić słoiki, bo zbliża się pora kolejnego miodobrania. – Przejąłem pasiekę po dziadku 20 lat temu. Wcześniej opiekowałem się pszczołami razem z nim. Już jako dziesięciolatek w kaloszkach i solidnym ubraniu zaglądałem do ula. Tamte pszczoły były mocno agresywne, odmiana kaukaska. Teraz stosuje się inne gatunki – wyjaśnia. Pszczelarstwo dla pana Adama to hobby, pracuje jako przedstawiciel handlowy. Pszczoły trzyma w gospodarstwie po dziadku w Solcu Zdroju oraz w Świętej Katarzynie. Zagląda do nich co najmniej raz w tygodniu, ale w opiece pomaga mu także… waga pasieczna. – SMS-y, ile ważą moje ule, przychodzą mi codziennie. Dzięki temu wiem, czy w ulu przybywa miodu, czy może pszczoły zaczynają zjadać swoje zapasy – wyjaśnia. Wspomina także o montowanych do uli GPS-ach, które zabezpieczają domki przed kradzieżą. – Ale chorób aplikacja nie sprawdzi – zaznacza. I opowiada o licznych wirusach, bakteriach, które pszczołom zagrażają. Roztocza, żerujące na czerwiach i dorosłych pszczołach, wypijają ich hemolimfę. Pszczoła zakażona warrozą źle się czuje, jest mniej odporna. Pszczelarze najbardziej boją się zgnilca amerykańskiego. Choć atakuje tylko larwy, które zamiast się rozwijać gniją, najskuteczniejszą metodą jest spalenie ula i pszczelej rodziny. To mocno zakaźna choroba, więc gdy dotknie pasiekę, lekarz weterynarii


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

ustala urzędowy obszar zapowietrzony, z którego nie wolno przenosić ani uli, ani pszczelich rodzin. Larwy mogą też wapnieć, gdy dotknie ich grzybica. Z kolei przez nosemozę pszczoły opuszczają ul przed zimą i do niego nie wracają. Nie na wszystkie choroby są skuteczne lekarstwa. – Nie wolno stosować antybiotyków – tłumaczy Adam Król. – Możemy jedynie okadzać lub wieszać paski nasączone inną substancją leczniczą. Pszczelarze zaglądają do ula nie tylko, by sprawdzić stan zdrowia owadów lub zabrać miód. Raz na jakiś czas pszczela rodzina chce się przeprowadzić, czyli wyroić. Wychodzi stara matka, zabiera swoją świtę i nawet 4 litry miodu. Pszczelarz nie powinien do tego dopuścić, bo w jego ulu zostanie niewiele pszczół, a odbudowa owadziej społeczności trochę potrwa. Niekontrolowane rójki mogą także „zamieszkać” w pniu drzewa, kanałach wentylacyjnych, pod podłogą czy na strychu, a pozbyć się ich nie jest łatwo. – Rodziny są różne, podobnie jak u ludzi. Jedne lubią pracować, a inne tylko wyjeżdżać na wakacje lub liczyć 500+ – śmieje się wiceprezes Król.

Pokochać pszczołę

Jej wysokość matka

Pszczoły są boskie

W ulu panuje hierarchia. Młoda pszczoła, która się urodzi, nie zaczyna od zbierania pyłku. Najpierw musi produkować mleczko, sprzątać. Wylot z ula na oblot i do pracy to już duży awans. I ma na to niewiele czasu, bo

Dobry pszczelarz to nie tylko ten, który opiekuje się owadami. Ważne jest także to, jak traktuje się pasieki innych. – Do tego trzeba mieć serce i zasady, być uczciwym. – Znam historie wstawiania uli w pożytek, czyli rośliny zasadzone przez innego pszczelarza. Zdarzają się kradzieże, zapiankowanie wlotek, palenie, wywracanie uli – ze smutkiem opowiada wiceprezes. Ważne jest, by w tych konfliktach pomiędzy hodowcami nie zapominać o pszczołach. – Te zwierzęta nie są niczemu winne. Rozrabiają ludzie – pointuje wiceszef stowarzyszenia. Także myśli o postawieniu uli w mieście. – Marzy mu się, by uliki stanęły na szkole na Bocianku. Tam jest tyle lip, po sąsiedzku park – wyjaśnia. Jednak zastrzega: – By pszczoły w mieście czuły się świetnie, musimy trochę inaczej traktować zieleń. Przydałyby się łąki kwietne, więcej kwiatów na rabatach, dobrze by było, gdyby np. kosić trawę, dopiero jak przekwitnie mniszek lekarski, dmuchawiec, jeden z pszczelich przysmaków – wymienia. Czy pszczoły w mieście przeżyją? Zdecydowanie tak. By się o tym przekonać, nie musimy czekać, na rozwój akcji „Pszczoły w mieście”. Wystarczy wybrać się na ul. Warszawską, gdzie przy parafii św. Franciszka z Asyżu,

By poprawić los pszczół, na dachach i posesjach miejskich stawia się ule. W wielkich miastach działają już od kilku lat. Chwali się nimi Berlin, Londyn czy Warszawa. Ta moda dotarła także do Kielc.

robotnice żyją tylko 3 tygodnie. Rządzi matka, którą pszczoły „wychowują”, dokarmiając jedną larwę tylko pszczelim mleczkiem. Młoda królowa wylatuje na gody tylko raz, unasiennia ją kilka, a nawet kilkanaście, trutni i to musi jej wystarczyć aż na 5 lat! O tym wydarzeniu wie cała pasieka. Trutnie gromadzą się w pobliżu ula, z którego wyleci jego władczyni. Po godach matka wraca i… zaczyna znosić jajeczka (fachowo nazywa się to czerwieniem). – To ona decyduje, czy unasienni jajeczko i powstanie pszczoła, czy tego nie zrobi i będzie truteń – wyjaśnia pan Adam. Choć to wygląda na despotyzm, nie do końca tak jest. – Gdy matka ma za mało nasienia, jej poddane wiedzą i po dwóch latach mogą próbować ją wymienić. Wtedy powstają mateczniki, z których mogą wygryźć się nowe matki. Będą w ulu walczyć o wpływy. Wydają wtedy charakterystyczne dźwięki, piszczą i starają się zgromadzić wokół siebie jak największą świtę. Najsilniejsza wygrywa, inne muszą poszukać sobie nowego domu – wyjaśnia. Z kolei cicha wymiana to coś w rodzaju pokojowej rewolucji. – Pszczoły „gotują” matkę. Zawijają ją w kłąb, podnosząc w ten sposób temperaturę. Matka umiera, a one wynoszą ją z ula. Ciągle tylko nie wiadomo, kto decyduje o tym, by królową zdetronizować. Może jakiś komitet centralny lub zarząd? – śmieje się wiceprezes.

prowadzonej przez ojców kapucynów, od 5 lat działa pasieka. Pod murem stoi już 23 ule, a pszczołami opiekuje się ojciec Józef Mońko. Pochodzi z Tenczyna, a te owady zna od dziecka. – W moim rodzinnym domu była pasieka, potem opiekowałem się ulami w klasztorach w Krakowie i Krośnie – opowiada. Spacerując latem ulicami Kielc, ojciec Józef pomyślał, by postawić ule przy kościele. – Widziałem, jak pięknie kwitną lipy, ale nie dostrzegłem w pobliżu ani jednej pszczoły. Opowiedziałem o tym braciom. A już następnego lata miałem do opieki trzy ule. Właściwie dostałem je na imieniny. Teraz jest już ich znacznie więcej. Wszystkie, poza pierwszymi trzema, zakonnik zrobił sam. Jeden edukacyjny, z szybką ukryta pod ścianką. Czasami mnicha odwiedzają klasy szkolne, by czegoś się o tych owadach dowiedzieć. Jego pszczele domki są wyjątkowe. Jeden przypomina bryłę kościoła, drugi góralską chatę, kolejne dwa wydrążył w pniu, kilka pokrył wikliną. – Ojciec Stanisław Szlosek, który wpadł na pomysł tego prezentu dla mnie, uznał, że te pierwsze trzy są brzydkie. Tłumaczyłem mu, że to pszczoły mają być ładne, a nie ul, ale nie dał się przekonać. Postanowiłem więc coś z tym zrobić. I zimą, w wolnym czasie, zamiast nudzić się,

25


Miejsca mocy 26 czy grzeszyć, zacząłem robić ule. Tata był cieślą, kołodziejem, stolarzem – więc na tym też się znałem – wspomina ojciec Józef. Do dzieł zakonnika dołączyła także rzeźba mnicha, który dłońmi ochrania wlatujące owady. Wykonał ją pan Andrzej Słonina, rzeźbiarz z Bogdanówki, malutkiej wioski położonej w górskiej gminie Tokarnia, a opiekun kościelnych pszczół przerobił ją na ul. Rozmawiamy tuż obok pasieki. Dookoła mnie słychać bzyczenie, wre praca. Pytam, czego powinniśmy uczyć się od pszczół. – Pracowitości, porządku, budowania, a nie niszczenia. Gospodarności. Wszystkiego, bo to genialne stworzenia – tłumaczy Józef Mońko, który docenia także ich zmysł i orientację: – Przyjrzyjmy się tej pasiece. Ule stoją w rządku, kilka jest do siebie podobnych, a pszczoły i tak wiedzą, do którego mają wrócić, nie szukają swojej rodziny. Ojciec Józef nie czuje się hodowcą, ale raczej opiekunem pszczół. – One robią miód, a ja od czasu do czasu im go kradnę. Mam też darmową apiterapię, gdy mnie użądlą i… przede wszystkim fascynujące zajęcie. Kiedyś żyłem bez pszczół, a teraz już sobie tego nie wyobrażam – podsumowuje i żegna się, bo kościelne obowiązki wzywają.

Bartnik (prawie) monopolista

Pszczoły w lesie

Dające miód owady wyprowadziły się nie tylko z miast czy pól. Opuściły także swoje najbardziej naturalne środowisko, lasy. Na szczęście leśnicy z pasją starają się, by tam wróciły. Służy temu projekt realizowany przez Nadleśnictwo Daleszyce. Jego skromne efekty widać już w lesie, gdzie wiszą dwie kłody bartne, w tym jedna zamieszkana przez pszczoły. Leśnym pszczelarstwem, czyli bartnictwem, zajmuje się Łukasz Czubak podleśniczy Leśnictwa Sieraków. Prywatnie jest pszczelarzem, a bartnictwo traktuje jak hobby. – Nie chodzi o pozyskiwanie miodu, a o zwiększenie liczby zapylaczy w ekosystemie. Dzięki odpowiedniej opiece rodziny pszczele z lasów będą się roić, zasiedlać kolejne barcie, dziuple w drzewach – wyjaśnia Tomasz Stachera, rzecznik Nadleśnictwa Daleszyce. – Chcemy się w tym kierunku rozwijać, wypełniając misję edukacyjną. Kupiliśmy sprzęt do dziania kłód bartnych w ramach „Leśnego Kompleksu Promocyjnego Puszcza Świętokrzyska”: skobliczki, cieślice, pierzchnie. Dzięki tym narzędziom drążymy następne kłody bartne, pokazując społeczeństwu, jak to kiedyś wykonywano. Gotowe kłody bartne wieszamy na drzewach i czekamy na pszczoły w towarzystwie uczniów z lokalnych szkół – dodaje. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Poza własną działalnością, leśnicy dzierżawią także lasy właścicielom pasiek. W świętokrzyskim swoimi pszczelimi rodzinami opiekuje się jeden z niewielu polskich bartników Marek Grabowski. Nie chce powiedzieć, ile kłód bartnych ma, ale nazywa się monopolistą na polskim rynku. Nie chce też powiedzieć, od kiedy się bartnictwem zajmuje. – To tajemnica handlowa, ale dostatecznie długo, by pani taką działającą barć pokazać – wyjaśnia. Zaprasza mnie na wyjątkową wyprawę po lasach, od barci do barci, starym jeepem, w towarzystwie psa Goofiego. – On jest w pracy – wyjaśnia pan Marek. – Szybciej ode mnie usłyszy, że pszczoły atakują i schowa się do samochodu. Będę wiedział, że jak Goofi wieje, to ja też już dawno powinienem. Jestem zadowolony, że nie wszystkie moje pszczoły są łagodne i że ludzie się trochę ich boją, bo ciekawskich nie brakuje – dodaje. Barć, a raczej kłody bartne, w lesie spotkać niełatwo. Nie wszystkie wiszą przy leśnych drogach. Niekiedy musimy przedzierać się przez krzaki, chaszcze, powalone drzewa. Oddalone są od siebie o około 2 km. Na dodatek, by się do nich dostać, trzeba wejść na drabinę, bo kłody wiszą na wysokości kilku metrów. – Bartnictwo to jest wiedza, a nie robota. Pszczelarz ma procedury, ja muszę reagować na to, co widzę dookoła, bo barć się otwiera rzadko. Wewnątrz nie ma ramek, woskowej węzy, która w ulach jest stelażem do budowy plastra. U mnie pszczoły muszą wszystko zbudować same, mają więcej pracy. Gdy wytnę plastry – będą musiały je odtworzyć – wyjaśnia. Gdy potrzeba, bartnik dokarmia je naturalnymi produktami: ekstraktem z miodu wymieszanym z wodą ze studni. Wiesza je w wiaderkach w pobliżu kłód. Na pszczoły patrzy nie jak na owady, ale superorganizm. – Barć to jego skóra. To zwierzątko rośnie, porusza się w odległości 1,5 km od domu


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

27 i uprawia rośliny. A my, ludzie, zajmujemy się ziemią, bo nie mamy skrzydeł, nie umiemy latać z pędzelkiem i zapylać. Potrzebujemy ziarenek. Im większe, tym lepsze i dla nas i dla innych zwierząt – wyjaśnia mechanizmy rządzące przyrodą.

Ta flota ma moc

Z wykształcenia jest inżynierem po Politechnice Warszawskiej. Chciał projektować samoloty. – Teraz mam niezłą flotę – śmieje się. O historii bartnictwa Grabowski wie dużo. – To był zawód zaufania społecznego. Ci ludzie odpowiadali przecież za wysokość plonów, bo zapewniały je zapylające rośliny pszczoły. Miód potrzebny był także do odkażania wody, wosk do konserwacji skór – wyjaśnia. Jak to się stało, że bartnictwa w lesie już nie ma? – Dawniej uprawiano ziemię na specjalnie wykarczowanych polankach w lesie. Kiedy zaczęły powstawać duże pola, pszczoły z lasu nie dawały rady dolecieć, by zapylić rośliny, więc powstały pierwsze ule, a pozyskiwać z nich miód było łatwiej. Zaszkodziły nam też powstania, zwłaszcza styczniowe. Bartnicy znali lasy jak mało kto, więc byli przewodnikami walczących, a to przeciwnikom się nie podobało. Car Aleksander III w 1888 roku zakazał bartnictwa w Puszczy Białowieskiej, bo chciał tam mieć miejsce do polowań – odpowiada z przejęciem. Na dowód pokazuje mi stare drzewo z dziuplą o regularnym otworze przy drodze z Borkowa do Pierzchnicy. Twierdzi, że to barć. – To zabytek naszej kultury i tożsamości narodowej. Z tego otworu pokolenia wyciągały miód. Teraz przy tej drodze prędzej czy później padnie – dodaje smutno. REKLAMA

Miód bartny jest drogi, bo zdrowy, a pozyskać go nie jest łatwo. – Wybieram ten, który pszczoły zostawiają na zapasy, by w następnym sezonie wykarmić larwy. Mam stałych odbiorców, niektórzy kupują ode mnie barcie w ciemno, inni wolą miód razem z plastrem. Wczoraj odwiedzając pszczoły, zjeździłem 100 km, są dni, kiedy nie wychodzę z lasu – opowiada. Przyznaje, że mimo wszystko lubi takie życie. Do akcji ekologicznych nie jest do końca przekonany. – Pszczoły ratujemy, a komary chcemy wybić, bo gryzą. Jeden daje dotację na zabijanie, drugi na odbudowanie i się tak bawimy naszą planetą – podsumowuje. --O pszczelarstwie w Świętokrzyskiem pisać można długo, bo tematów jest jeszcze wiele: wspomnieć o pomniku pszczoły przy ul. Żeromskiego, kaplicy pszczelarskiej z wizerunkami patrona, św. Ambrożego, w kościele pw. Maksymiliana Kolbego, Świętokrzyskim Związku Pszczelarzy, wymieniać gatunki miodów, odwiedzić kolejne pasieki, nadleśnictwa. Bo ta tradycja ma prawie 900 lat i nadal jest żywa. Pszczelarze opiekują się swoimi ulikami, barciami z prawdziwą pasją. Mają energię, cierpliwość, ogromną wiedzę. Towarzyszą swoim pracowitym owadom, podglądają, kibicują. I robią to stale, choć nie w blasku fleszy. • Przy opisywaniu historii bartnictwa i pszczelarstwa korzystałam z: broszury „Świętokrzyskie – kraina miodem płynąca” oraz monografii Piotra Kacprzaka ,,Nadleśnictwo Daleszyce 1918 – 2018 100 lat służby lasom, ludziom, Ojczyźnie’’.


tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Anna Benicewicz-Miazga

Pachnące ogrody na tkaninie

Pasja

28


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

29

Nie lubi schematów i rutyny. Ubóstwia impresjonistów. Nie znosi tuzinkowości i szarości. Uwielbia podkreślać swoją osobowość. Nie boi się odrobiny szaleństwa, choć nie ucieka przed klasyką. Kobieta pełna sprzeczności? Tylko pozornie.

Bachus leniwie rozciąga się na rozgrzanej słońcem podłodze. Jest przyjazny i chętnie nadstawia się do głaskania. Nasza fotoreporterka Ania, która jest wielką admiratorką kocich piękności, nie może się oprzeć puszystemu futrzakowi i wykonuje mu serię zdjęć. Jego pani Barbara Żelazna daje nam jeszcze chwilę na zachwyty nad zwierzakiem. Za moment to ona całkowicie pochłonie naszą uwagę, a my będziemy słuchać opowieści o kobiecie, która tak pięknie realizuje swoją pasję. Kielczanka jest nie tylko utalentowaną plastyczką, tworzącą oryginalne kompozycje na tkaninach, wykonuje także biżuterię, torebki czy witraże. Jej pasja to jej życie – i to zawodowe, i to prywatne, w zaciszu domowym. Jak mówi, chwile, które poświęca na twórczość, należą do najprzyjemniejszych i najbardziej godnych zapamiętania.

Kombinezony z „Seksmisji” i wąsy ze „Strasznego dworu”

Dawno temu mała Basia z uporem szyła ubranka dla swoich lalek. Ale gdy poszła do szkoły i na zajęciach praktyczno-technicznych trzeba było zaliczyć szycie na maszynie, za własnoręcznie wykonany fartuch dostała zaledwie tróję. Dobrze, że nie zwątpiła wówczas w swoje krawieckie umiejętności. – Szyciem zainteresowałam się dzięki mojej cioci – wspomina Barbara Żelazna. – Spod jej igły wychodziły piękne kreacje, siedziałam całymi dniami w jej kufrach. Pamiętam, że gdy na ekrany kin weszła „Seksmisja” Juliusza Machulskiego – inspirowana ubraniami bohaterek – szyłam kombinezony. Najbardziej dumna byłam z kurtki w stylu Lami Reno. Sztuki krawieckiej pani Barbara uczyła się sama, choć z pewnością pomogły jej artystyczne zdolności szlifowane w kieleckim Plastyku, w klasie o kierunku konserwacja rzeźby. To właśnie w tej szkole kształtowała swoją twórczą wrażliwość, wyrabiała w sobie poczucie artystycznej niezależności oraz kreatywności. Zdobytą w liceum wiedzę rychło wykorzystała w swojej pierwszej pracy – malarni w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, gdzie powstawały scenografie do spektakli. Jednak prawdziwym wyzwaniem okazała się praca przy realizacji opery „Straszny dwór” w reżyserii Marii Fołtyn, przygotowywanej na inaugurację działalności Kieleckiego Centrum Kultury. – To był rok 1998. Wcześniej Andrzej Ruciński, dyrektor KCK, wysłał mnie na praktyki do Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie uczyłam się sztuki charakteryzacji. Wprawdzie miałam za sobą epizod z prowadzeniem zakładu kosmetycznego, w którym zajmowałam się m.in. robieniem makijaży, ale charakteryzacja dla potrzeb sceny okazała się czymś zupełnie innym, bardziej wymagającym – mówi Barbara Żelazna. – Uczyłam się więc tej trudnej sztuki, zgłębiałam tajniki pielęgnowania wąsów i peruk, a gdy wróciłam do Kielc, dyrektor rzucił mnie na głęboką wodę, powierzając odpowiedzialność za charakteryzację wszystkich artystów występujących w „Strasznym dworze”. To były wspaniałe czasy, bardzo dużo się nauczyłam, zdobyłam doświadczenie, które potem wykorzystałam przy kolejnych spektaklach, m.in. „Jasiu i Małgosi” czy „Ani z Zielonego Wzgórza”. Wkrótce pojawiło się też nowe wyzwanie. W kieleckim domu kultury Zameczek powstawała pracownia plastyczna i pani Barbara zaangażowała się w jej utworzenie. – Czasami sama się dziwię, że minęło już 21 lat od

chwili utworzenia pracowni. Prowadzenie warsztatów plastycznych daje mi ogromną radość, tym bardziej, że przedział wiekowy uczestników jest rozległy – od 6 do 106 lat – śmieje się artystka. – A co najważniejsze, wciąż nie brakuje chętnych do zgłębiania tajników sztuki i doskonalenia swojego warsztatu. Ogromną satysfakcję daje mi również prowadzenie w Zameczku galerii, w której organizowane są wystawy artystów nieprofesjonalnych.

Sukienka to stan umysłu

Na czarnej tkaninie „przysiadły” kolorowe kwiaty. Głęboki błękit ociera się o rozbrykane żółte liście, które zdają się rozpychać na materiale. Subtelny róż przechodzi w fiolet i zahacza o zielone łodygi roślin. Czasami ta rozbuchana wiosenna łąka zatrzymuje się na wysokości talii, niekiedy jest tak niesforna, że wędruje w górę, aż pod sam dekolt. Patrząc na tę barwną kompozycję, mam wrażenie, że za chwilę kwiaty wystrzelą w górę, za nic mając powierzchnię tkaniny. Te spontaniczne kompozycje najlepiej oddają ducha twórczości pani Barbary. Często projektuje suknie w kolorze czarnym, bo właśnie ta barwa stanowi doskonałe tło dla jej artystycznych wizji. – Wszystko rodzi się w mojej głowie, nie przygotowuję wcześniej projektów sukni, one tworzą się w trakcie pracy – zdradza artystka. Używa specjalnych farb do malowania tkanin – akrylowych fevicryli, które znakomicie rozprowadzają się na materiałach. A te wybiera zawsze naturalne – jedwabie, wełny, lny. Gdy dzieło jest już skończone, wystarczy utrwalić wzór przejeżdżając żelazkiem z lewej strony materiału. Ale Barbara Żelazna nie tylko maluje swoje suknie, ozdabia je również aplikacjami z barwnej czesanki. Ta praca wymaga niezwykłej cierpliwości i precyzji. Z włókien układa się wzór ma materiale, a później podkłada pod niego gąbkę i wkłuwa go igłą, tak by zaczepił się z lewej strony w strukturę tkaniny. – Kolejny etap to przygotowanie tzw. mydlanki, czyli wody z mydłem, którą pokrywa się wypleciony wzór. Na koniec wystarczy przeciągnąć żelazkiem i gotowe. Dzięki takim zabiegom aplikacja jest dobrze przyczepiona – Barbara Żelazna zdradza tajniki swojego warsztatu. Nad jedną suknią projektantka pracuje około trzech tygodni, tu nie ma co się spieszyć, bo końcowy efekt w dużej mierze zależy od dokładności i uważnego wkłuwania czesanki w materiał. I choć praca ta może wydać się monotonna, to nasza bohaterka uwielbia te długie godziny spędzone w samotności i absolutnym skupieniu. Swoimi barwnymi aplikacjami ozdabia także jeansy, koszule, płaszcze. To jej znak rozpoznawczy, wyraz jej osobowości. – Moje sukienki to stan umysłu – śmieje się pani Barbara. – One w pełni oddają mój charakter, z jednej strony są eleganckie, a z drugiej nieco szalone. Czasami wykończone i noszone już wielokrotnie kreacje zmieniam, dodaję aplikacje, domalowuję nowe wzory, bo one przechodzą takie metamorfozy jak ja sama. Projektantka przyznaje, że gdy zakłada jedną ze swoich sukni, to dobiera ją do swojego nastroju. – Każda z nich wiąże się z jakimś etapem mojego życia – wyznaje. – Gdy zebrały się nade mną czarne chmury, rzuciłam się w wir pracy, to był najbardziej płodny okres mojej twórczości. Im było trudniej, tym więcej pracowałam, jakby na przekór, jakby na złość okrut-


Pasja 30

nemu losowi. Praca nad projektowaniem sukni to taki mój system obronny, moja wewnętrzna broń. Zakładam barwną kreację, która komunikuje wszystkim wokół – jestem w dobrej formie, a będę w jeszcze lepszej. Jestem zodiakalnym Baranem, nie lubię się poddawać.

Zagrać kolorem

Projektantka szuka inspiracji w otoczeniu, obserwuje przyrodę, stąd tak wiele w jej pracach motywów roślinnych. Wielkim natchnieniem są dla niej słynne kwiatowe motywy z kolekcji Christiana Diora, który przez całe swoje dorosłe życie z nostalgią wspominał rodzinny ogród wzniesiony przez jego matkę na klifach wybrzeża Normandii. Gdy został wielkim kreatorem mody, nie zapomniał zapachu kwiatów z dzieciństwa i włączył je do swoich kolekcji, tworząc styl zdefiniowany właśnie przez eteryczne rośliny. Ale największym idolem pani Barbary jest Elie Saab – libański projektant mody, który ubiera największe gwiazdy kina oraz koronowane głowy. Jego znak rozpoznawczy to bogato zdobione, wytworne suknie. Zamożne klientki kupują kreacje wysadzane diamentami i szmaragdami, a ich cena przyprawić może o zawrót głowy. – Uwielbiam oglądać pokazy projektów Elie Saaba, są naprawdę imponujące – mówi pani Barbara. Jej miłością są również impresjoniści, którzy tak jak nikt inny potrafili subtelnym kolorem i grą światłocienia uchwycić ulotną chwilę. Barbara Żelazna projektuje również biżuterię. Uwielbia technikę sutaszową, czyli rodzaj ręcznego haftu z pasków z wiskozy, zwanych sutaszami, oraz kolorowych kamieni, perełek czy kryształków. – Taki zestaw biżuterii zaprojektowałam mojej córce na jej ślub. Mam do tej kolekcji niezwykły sentyment – artystka z dumą prezentuje stylową galanterię. Z zaciekawieniem oglądamy oryginalne kolie, bransoletki czy grzebienie do włosów. Cieszą swoją barokową formą, a na pierwszy rzut oka wyglądają jak wykonane z metalu. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się widzimy, że to misterna konstrukcja z plecionych nici. Tworzenie ozdób z sutaszu wymaga si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

niemałej precyzji, zdolności manualnych oraz wysublimowanego zmysłu estetycznego. – Sutasz to zdecydowanie zajęcie dla spokojnych ludzi – śmieje się artystka. – Nad jednym projektem trzeba spędzić kilka dni, ale efekt jest naprawdę imponujący i daje ogromną radość. Wiele ze swoich prac projektantka rozdaje przyjaciołom, przekazuje je także na aukcje charytatywne. Cieszy się, gdy kobiety noszą jej biżuterię, choć wie, że to ozdoby dla pań odważnych, lubiących wyróżniać się z tłumu. Podobnie jest z jej sukniami – one przyciągają wzrok, intrygują, potrzeba odwagi, by nałożyć taką kreację. – Nie lubię tuzinkowości, wokół nas jest tyle szarości i nijakości – tłumaczy Barbara Żelazna. – A każda z nas powinna czuć się wyjątkowo i tę wyjątkowość podkreślać ubiorem. Nie tylko z okazji wielkiego wyjścia, ale również na co dzień. Nie chowajmy się! Wiele z zaprojektowanych przez siebie kreacji artystka sprzedała, ale są i takie, z którymi nie może się rozstać, bo wiążą się z ważnymi momentami jej życia czy ukochanymi osobami.

Z wyobraźni do rzeczywistości

Tworzenie napędza codzienne życie Barbary Żelaznej, a gdy w jej głowie rodzi się jakiś pomysł, to otrzymuje ogromną dawkę adrenaliny. Artystka szuka wciąż nowych obszarów twórczej ekspresji – wykonuje piękne witraże, torebki, maluje obrazy. Teraz myśli o małych formach meblarskich stworzonych z drewna, metalu i szkła. – Mam trochę starych okien z rozbiórki, które koleżanka przywiozła ze Śląska. Zostały już wyczyszczone, a w mojej głowie rodzi się pomysł na to, jak je wykorzystać. Planuję zaprojektować podświetlane parawany – zdradza pani Barbara. Więc znów będzie tak, że po dniu pracy, gdy wróci do domu, zamknie drzwi i w absolutnym skupieniu odda się kolejnej swojej pasji. Cóż jest bowiem przyjemniejszego od przenoszenia z wyobraźni do rzeczywistości pięknych i oryginalnych rzeczy… •


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Dobry fach w zasięgu ręki tekst: Piotr Szczepański

Czasy, kiedy dorośli zdobywali nowy zawód w technikach lub doszkalali się w technikach uzupełniających, dawno mamy już za sobą. Reforma edukacji wprowadziła duże zmiany w kształceniu osób pełnoletnich. Warto dowiedzieć się, z jakich możliwości mogą obecnie skorzystać ci, którzy chcą uzupełnić swoją wiedzę lub zdobyć nowe kwalifikacje. Dzisiejszy system kształcenia dorosłych na poziomie średnim wprowadza nowe możliwości, a szkoły policealne i kwalifikacyjne kursy zawodowe dla dorosłych czekają w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego. Kwalifikacyjne kursy zawodowe Umożliwiają uzyskanie lub uzupełnienie kwalifikacji w wybranym zawodzie oraz zdobycie tytułu technika. ZDZ prowadzi je w następujących obszarach zawodowych, m.in. administracyjno-usługowym, budowlanym, elektryczno-elektronicznym, mechanicznym, medyczno-społecznym, leśnym z ochroną środowiska oraz turystyczno-gastronomicznym. Zajęcia odbywają się w systemie kursowym głównie w weekendy. Po zakończeniu kursu słuchacze zdają egzamin, by otrzymać świadectwo potwierdzające kwalifikacje w danym zawodzie. Szkoły policealne Kierowane są do osób dorosłych posiadających wykształcenie średnie, które chcą zdobyć konkretny zawód. Po ukończeniu nauki absolwenci otrzymują świadectwo ukończenia szkoły, a po zdaniu egzaminu zewnętrznego – dyplom potwierdzający zdobyte kwalifikacje zawodowe. Nauka trwa rok lub dwa lata, w zależności od wybranego kierunku kształcenia. W szkołach policealnych ZDZ można uzyskać tytuł technika: bhp, administracji, rachunkowości, weterynarii, usług kosmetycznych oraz terapeuty zajęciowego, opiekuna medycznego i florysty. Licea ogólnokształcące Te szkoły praktycznie się nie zmieniły. Po ukończeniu 3-letniej nauki absolwenci otrzymują świadectwo ukończenia liceum, a po zdaniu egzaminu dojrzałości – świadectwo maturalne, które jest podstawą do kontynuowania nauki na uczelniach wyższych.

Słuchacz traktowany indywidualnie Oferta edukacyjna szkół ZDZ jest naprawdę szeroka. By przyszli słuchacze i uczniowie mogli się w niej odnaleźć, pracownicy ZDZ indywidualnie opiekują się każdym kandydatem. Wszystko zaczyna się podczas pierwszej wizyty w sekretariacie szkoły. Tutaj każdy otrzymuje pełną informację o kierunkach nauczania w szkole policealnej czy na kwalifikacyjnych kursach zawodowych lub w liceum ogólnokształcącym, ale nie tylko. Dzięki fachowemu doradztwu każdy może dostosować precyzyjnie przyszłą ścieżkę edukacyjną do swoich potrzeb zawodowych i liczyć na wsparcie pracowników ZDZ przez cały okres trwania nauki To szczególnie ważne, bo wiele osób, które chcą się uczyć, nie nadąża za nieustannymi zmianami w oświacie, gubi się w gąszczu przepisów i często rezygnuje z kształcenia lub odkłada ten moment na później. Poznaj zawód od podszewki Nie da się rzetelnie wykształcić specjalisty, bazując jedynie na wiedzy książkowej i wykładach. Dlatego warto wcześniej sprawdzić warunki, w jakich prowadzona będzie nauka. Chodzi o wyposażenie pracowni i jakość wykorzystywanego sprzętu. To jednak nie wszystko. Współcześnie edukacja w nawet profesjonalnie wyposażonych pracowniach zawodowych nie jest jeszcze gwarancją sukcesu. Nic nie zastąpi rzetelnej praktyki zawodowej, prowadzonej w warunkach realnych, w działających zakładach pracy. Tego problemu nie mają Szkoły ZDZ, które dzięki licznym porozumieniom z firmami i placówkami opieki medycznej, skutecznie pomagają słuchaczom w zorganizowaniu praktyki. Dzięki temu ci mogą liczyć nie tylko na przygotowanie teoretyczne i praktyczne. Wzrastają także szanse, by zaraz po ukończeniu szkoły absolwenci podjęli pracę w wyuczonym zawodzie. Nauka blisko ludzi Aby rozpocząć naukę na dobrym poziomie, nie trzeba jechać do Kielc, gdzie ZDZ ma swoją siedzibę. Szkoły dla dorosłych znajdują się bowiem aż w 14 miastach, przez co tworzą najbardziej rozbudowaną sieć placówek edukacyjnych w województwie świętokrzyskim. Dzięki temu każdy, kto chce uczyć się w dobrej szkole, znajdzie ją blisko siebie.

Zakład Doskonalenia Zawodowego w Kielcach ul. Śląska 9 tel. (41) 366 47 91 www.zdz.kielce.pl

31


Pasja 32

Wiedźma z tabletem rozmawiała Agnieszka Gołębiowska zdjęcie Michał Walczak grafiki Agata Zarzycka

Absolwentka łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, ilustratorka, freelancerka, zafascynowana świętymi górami Słowian, pogańskimi boginiami i leśnymi stworami. – Wierzę, że wiedźmy nadal urządzają sabaty na Łysej Górze. Mam nadzieję kiedyś do nich dołączyć – wyznaje Agata Zarzycka.

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

33

Do Kielc wróciłaś po kilku latach nieobecności. Góry Świętokrzyskie wzywały… Po studiach pracowałam w łódzkim wydawnictwie, gdzie trafiłam na grono ilustratorów, którzy zarazili mnie pasją rysowania. Później wyjechałam do Warszawy, zaczęłam pracę w studiu animacji. Tam jednak panowała już zupełnie inna atmosfera, ogromna rywalizacja, wyścig szczurów. Przez rok zdobyłam duże doświadczenie, zebrałam sporo kontaktów, które owocują do dziś. Po dwóch latach razem z partnerem postanowiliśmy zamieszkać w Kielcach. W Warszawie żyje się specyficznie. Ludzie są nastawieni na karierę, pieniądze, są w ciągłym pędzie. A my potrzebowaliśmy się zakorzenić i nadać sens swojemu życiu. Pokazałam mojemu chłopakowi Świętokrzyskie, a że zawsze interesował się Słowiańszczyzną, to zachwycił się tą krainą. Uważa, że Kielce są przepiękne. Obojgu nam odpowiada klimat mniejszego miasta, gdzie żyje się wolniej i relacje z ludźmi są zdrowsze. Można odwiedzić kogoś spontanicznie, spotkać się z dnia na dzień, nie trzeba umawiać się trzy tygodnie wcześniej. Początkowo byłam przerażona jego pomysłem, ale wymyśliłam plan: otworzę firmę, mam kontakty i doświadczenie, więc może się uda... Podobała mi się wizja bycia artystką, ale przez małe „a”, lokalną, związaną z ziemią kielecką, choć nie sądziłam, że to się ziści. Bo będąc w Warszawie, na nowo zaczęłam odkrywać Świętokrzyskie: pozo-

stałości wału kultowego na Świętym Krzyżu, inne święte góry… Byliśmy niedawno na Górze Dobrzeszowskiej, oglądaliśmy te kręgi – niesamowicie to wygląda! To przez swojego chłopaka zainteresowałaś się przeszłością regionu? Tak, i przez pobyt w Warszawie, gdzie oboje czuliśmy pustkę. Jestem osobą, która poszukuje duchowości. Najpierw była to oczywiście wiara katolicka. Kultura i wierzenia dawnych Słowian są dla mnie następnym przystankiem. Wgłębiając się w ten temat, poznałam przeszłość ziemi świętokrzyskiej i bardzo się ucieszyłam, że pochodzę z miejsca, które jest tak przesiąknięte dawną kulturą, legendami o sabatach, czarownicach. I, że ja też jestem świętokrzyską czarownicą. Można powiedzieć, że urodę Kielecczyzny dostrzegłaś dopiero z dystansu. Klasyczna historia: trzeba przejść długą drogę, żeby zobaczyć, że tam, gdzie zacząłeś, było dobrze. I teraz ta Słowiańszczyzna stanowi podstawę i dużą inspirację dla mojej twórczości. Udało mi się stworzyć serię grafik, plakatów, których bohaterkami są boginie. Niedawno wystawiłam ten cykl w Łodzi, jesienią pokażę go w Biurze Wystaw Artystycznych w Kielcach.


Pasja 34 w szkołach mówimy o mitologii greckiej i rzymskiej, a milczymy o słowiańskiej. A przecież dziś także, nie tylko na wsi, kultywujemy tradycje o rodowodzie pogańskim, jak śmigus-dyngus, pisanki, dziady. Te obrzędy są starsze niż Kościół. Obrazy z przeszłości mają na mnie kojący wpływ. Mój chłopak też jest artystą po ASP, więc jak sobie spacerujemy po górach, po świętych miejscach, to wyobrażamy sobie, jak żyło się ludziom otoczonym przez strzygi, wiły, boginki. Pozwala nam to złapać dystans do dzisiejszego świata. Wizyta na Górze Dobrzeszowskiej zaowocowała już konkretnym projektem? Zbieram inspiracje i czekam na wenę, a właściwie na moment, gdy będę miała mniej pracy. Bo trudno mi pogodzić pracę zawodową z twórczością. Pomysły powstają raczej pod wpływem lektury. Wycieczki uspokajają, są kontemplacją. Poprzez boginie chciałam pokazać różne aspekty życia kobiety. Mokosz to bogini matka – każda z nas ma w sobie siłę dającą życie. Łada jest opiekunką małżeństw, rodzin – przedstawiłam ją jako postać, która jest silna, dźwiga na plecach obowiązki i zobowiązania. Narysowałam Wiłę, która jest demonem, biesem, sprowadza deszcz. W mitologii słowiańskiej często jest ukazana jako psotnica, szalona postać, która robi, co chce, wiruje, sprowadza burzę i tornado. I taka odsłona kobiecości też istnieje, nie musimy się wiecznie pilnować, być zawsze rozważne i poprawne. Jest jeszcze Boginka, która jest demonem wodnym. Każdy człowiek ma przecież mroczną stronę. Boginka skrada się nocą, potrafi oczarować mężczyznę, ale jej głównym zadaniem jest podmienianie nowo narodzonych dzieci. W zamian zostawia kobietom swoje zdeformowane dziecko, nazywane podmieńcem. W ten sposób ludzie tłumaczyli sobie różne choroby. Ta legenda mnie przeraża, jest wyjątkowo mroczna. Oczywiście na każdego biesa są sposoby, każdego boga można też przekupić, zaskarbić sobie jego łaski ofiarą czy darem. Najnowsze plakaty nie przedstawiają już bogiń, ale różne kobiety. Jedna jest czarownicą, inna obcina warkocz – bardzo podoba mi się ten gest. To symbol zmiany, poświęcenia. Często zmieniamy fryzurę, gdy chcemy zreformować nasze życie. Też tak zrobiłam po powrocie do Kielc.

Też czujesz kojący wpływ lasu? Oczywiście. Cała kultura i wiara Słowian opierała się na celebrowaniu cykliczności natury, na dużym szacunku do przyrody. To, co teraz się dzieje, jest smutne. Jesteśmy pyszni, nie mamy pokory, czujemy się panami wszechświata. Kiedyś było inaczej, powinniśmy do tego wrócić. Przecież natura bez nas sobie poradzi świetnie, ale my bez niej już niekoniecznie... Gdy coraz bardziej zagłębiałam się w historię Słowian, zmieniał się mój światopogląd i podejście do życia. Na przykład postrzeganie czasu. Myślimy o nim linearnie, ciągle mamy go mało, wciąż się spieszymy. Słowianie postrzegają czas jako okrąg, w którym każda śmierć jest jednocześnie narodzinami. Przyjmując, że nic się nie kończy definitywnie, bo koniec jest początkiem, to i śmierć przestaje być straszna. Problemem jest nasze ego, na szczęście kontakt z przyrodą je umniejsza. Zaczynamy czuć się cząstką czegoś większego. To nie jest łatwe. Sama też muszę chwilę spędzić w lesie, by się skupić, uspokoić gonitwę myśli, zobaczyć, w jak bogatym ekosystemie jestem, dostrzec kształty, rośliny, odgłosy.

Jest w tej grafice moc! To kobieta gotowa na wszystko. Inspiruję się książką „Mitologia Słowiańska” Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony. To są historie stworzone współcześnie na podstawie informacji o tamtym okresie, pełnym bogów, demonów, duszków. Fenomenalnie się to czyta. Jak choroba, to wiadomo, że spowodowana przez południcę, strzygę albo boginkę, jak się coś udawało, to dlatego, że Swarożyc pobłogosławił. Autorzy opisali to w formie opowiadań tworzących coś na kształt „Mitologii greckiej” Parandowskiego. Pierwszy raz spotkałam tak przystępnie podane opowieści. Stamtąd pochodzi historia o kobiecie, która chcąc uratować męża, bo los przestał mu sprzyjać, obcięła warkocz i prosiła bogów o pomoc. Wierzysz w słowiańskich bogów czy jest to potrzeba identyfikacji? Istnieje grupa rodzimowierców, którzy wierzą w bogów pradawnej słowiańskiej religii. Na pewno do nich nie należę. Podoba mi się idea religii chrześcijańskiej, w której Bóg jest miłością. I wokół tej miłości kręci się moje duchowe życie. Wiara i kultura Słowian jest jednak czymś, co warto znać. To życie naszych przodków, nie wolno o tym zapominać. Szkoda, że si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Agata Zarzycka – absolwentka kieleckiego Plastyka i ASP w Łodzi. Zajmuje się ilustracją prasową, komercyjną, tworzy grafiki. Współpracowała m.in. z Burda Publishing Polska, miesięcznikiem „Znak”, studiem animacji BluBlu Studios, wydawnictwem MAC Edukacja, Instytutem Dizajnu w Kielcach i wydawnictwem Ameet. Freelancerka.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

35 W niektórych Twoich ilustracjach dostrzegam zafascynowanie leśnymi stworami. Duszki, duchy lasu… Podobają mi się te klimaty. W ogóle lubię bajki, baśnie i to, co się dzieje w lesie, kiedy zapada zmrok. Wyobraźnia działa, wtedy wszystko można dojrzeć… A bywasz w nocy w lesie? Nie. Kiedy jesteśmy Bieszczadach, a zdarza się to regularnie, podejmuję takie próby, ale jest to tak przerażająca przestrzeń, ciemna otchłań… Tylko głupi by się nie bał. Niby wiesz, że te stwory nie istnieją, ale kiedy jest noc i jesteś sam na sam z lasem… A, gdy jeszcze masz rozwiniętą wyobraźnię, to te duszki, duchy, licha leśne tam są. Czy uważasz, że artyści mogą zmienić świat? W pewnym stopniu na pewno. Sztuka nie jest w stanie nagle wpłynąć na polityków, by ci ograniczyli przemysł i produkcję plastiku, niemniej jest bardzo ważna i potrzebna. Życzyłabym sobie, by była wartościowa dla ludzi. Dlatego cieszę się, że etykiety, które robię, mają swoich fanów. Po piwa z kieleckiego Browaru Dwóch Braci wielu sięga właśnie ze względu na Twoje etykiety. Jak się zaczęła Wasza współpraca? Prozaicznie, panowie znaleźli mnie w internecie. Szybko jednak okazało się, że mamy podobne poczucie estetyki, a jeden z braci, Artur, także interesuje się Słowiańszczyzną. Lubię z nimi pracować, bo dzięki nim Kielce REKLAMA

zasłynęły z produktu na wysokim poziomie. Cieszę się też, że przyczyniam się do promocji regionu. Fajnie, że w naszym mieście są młodzi, ambitni ludzie. Miło mi, że tak mówisz. Widzę jak Kielce się zmieniły w ciągu ostatnich 10 lat. Jest tu zieleń na wyciągnięcie ręki, skały, rezerwaty, parki krajobrazowe… To fantastyczne miejsce do życia. Frustracja kielecka oczywiście też mnie czasem dopada. Staram się jednak szukać pozytywnych miejsc i osób. Na tyle dobrze czuję się dziś w mieście, że po powrocie tutaj znów zaczęłam tworzyć. W Warszawie, gdzie mieszkałam przez pewien czas, nie miałam tej przestrzeni. Tam jest ciasno, także mentalnie. Tutejszy luz i odpowiedni rytm życia pomogły mi. Gdyby jeszcze ludzie lepiej zarabiali... Mój chłopak, który pochodzi z Lubelszczyzny, także bardzo polubił Kielce. Skąd bierzesz te stwory na etykiety? Z lasu? Na początku czerpałam je z wyobraźni. Oglądam dużo bajek. Anime? Uwielbiam „Księżniczkę Mononoke” i podobne klimaty! Tam są i demony, i duszki, i duchy. W pewnym momencie zaczęłam tworzyć bardziej popkulturowe etykiety. Przedstawiają zwierzęta w dziwnym dla siebie otoczeniu. Dziękuję za rozmowę. •


Architektura 36

Transformery. Kielecka architektura lat 90. tekst i zdjęcia Rafał Zamojski

Koniec PRL-u to w architekturze smutny czas bylejakości oraz braku środków na konserwacje i remonty, o nowych inwestycjach nie wspominając. W przestrzeni publicznej straszyły zszarzałe blokowiska, sypiące się kamienice, latami niedziałające latarnie i połamane ławki, zdewastowane klatki schodowe i podwórka. Gospodarka stałego niedoboru wszystkiego, spętanie absurdami dogorywającego soc-systemu, sprawiały, że użytkownicy tych przestrzeni dbali głównie o siebie, kwitło załatwiactwo i kombinatorstwo, bo inaczej po prostu się nie dało.

Transformacja ustrojowa lat 1989-90, poza zmianami politycznymi, społecznymi, przyniosła wybuch tłumionej dotąd energii ekonomicznej Polaków. W miastach ilustracją tej eksplozji były… łóżka polowe, z których sprzedawano właściwie wszystko. Ten trend nie ominął Kielc. Reprezentacyjna ul. Sienkiewicza zamieniła się w prowizoryczny, lecz tętniący życiem bazar. Do miejskiej przestrzeni, po kilkudziesięciu latach przerwy, powróciły nowe prywatne inwestycje: sklepy, komercyjne gmachy. Jednocześnie wiele PRL-owskich budynków, będących częścią państwowych firm, wraz z tymi firmami sprywatyzowano (nie zawsze sensownie i uczciwie). Na początku cieszyła każda nowa prywatna inwestycja, nawet gdy niszczyła architekturę PRL-owską, uznawaną powszechnie za mało wartościową. Kraj był biedny, więc w takich miastach jak Kielce w pierwszej dekadzie po PRL-u dużych inwestycji powstało niewiele.

często przypominały zameczki). Pomijając marzenia właścicieli owych budowli, ktoś te bajkowe zamki zaprojektować musiał, a to chyba nie najlepiej świadczy o ówczesnym środowisku architektów. Te braki edukacyjne, i to zarówno obywateli, jak i przedstawicieli władzy, ustanawiającej nowe przepisy, mocno wpłynęły na polski krajobraz. Zrzucenie gorsetu często absurdalnych PRL-owskich przepisów spowodowało mocne odbicie wahadła w drugą stronę – zaczęła panować przestrzenna „wolna amerykanka”, wręcz niechęć do jakiegokolwiek planowania urbanistycznego, co przyczyniło się do powstania chaosu przestrzennego. W wielu aspektach, np. wizualnego śmietniska reklamowego – trwa on do dziś. Dopiero teraz, po 30 latach – choć przyznać trzeba, że w Kielcach odbywa się to dość opornie – podejmowane są pierwsze próby naprawy wizualnego bałaganu reklam i szyldów.

Zamki Gargamela

Blaski i cienie samorządów

Lata 90. to przede wszystkim prawdziwy wysyp budownictwa jednorodzinnego – w poprzednim systemie, co prawda, dopuszczalnego, ale mocno spętanego (również pod względem architektonicznym). PRL-owskie domy jednorodzinne z lat 70. i 80. to niemal zawsze toporne kloce o złych proporcjach. Po 1989 roku, kiedy można było wreszcie łatwo budować, co się żywnie podoba (oczywiście, jeśli się dysponowało pieniędzmi), szybko okazało się, że połączenie awersji do PRL-owskich klocków z ogromnymi brakami edukacji architektonicznej i estetycznej zaowocowało wysypem kiczowatych budowli, nazwanych złośliwie „gargamelami” (nowe domy si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

W latach 90. ugruntowywał się samorząd terytorialny – wybierane demokratycznie władze miasta uczyły się rządzić. Różnie im to wychodziło, jednak kilka ówczesnych rozstrzygnięć było ważnych i mądrych. To m.in. decyzja o dokończeniu budowy gmachu na placu Moniuszki i utworzeniu nowej instytucji Kieleckiego Centrum Kultury. To wtedy powstały Targi Kielce (co w przyszłości zaowocowało m.in. bardzo dobrą architekturą). Władze starały się likwidować efekty wcześniejszych wieloletnich zaniedbań, m.in. naprawiono wreszcie oświetlenie w parku miejskim. Przykładem ciemnej strony tamtych czasów był „remont” placu Wolności. Fir-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

37

Osiedle przy ulicy Kościuszki Dom 2000 przy ulicy Starodomaszowskiej

Siedziba Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przy ulicy Piotrkowskiej Siedziba PZU Życie przy ulicy Solnej

Dom Handlowy „Tęcza”

Bank Pekao SA przy ul. Sienkiewicza


Architektura 38

Siedziba Narodowego Banku Polskiego przy ulicy Warszawskiej Laserowe Centrum Technologii Metali Politechniki Świętokrzyskiej

Kielecki śródmiejski „gargamel” przy ulicy Targowej

ma należąca do radnego (wtedy to było możliwe…) wymieniła zgodnie z zatwierdzonym projektem granitową kostkę na… betonową (prawdziwą nowość na rynku!). Tę zdjętą z placu Wolności przeznaczono dla Muzeum Wsi Kieleckiej, ale… zaginęła i nikt za to nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Na samym placu postawiono rzędy brzydkich handlowych bud, które straszyły przez następne 20 lat. Wiele szpecących przestrzeń tandetnych kiosków stanęło też na kieleckich osiedlach. Na samej ul. Sienkiewicza zaczęły dominować pomarańczowo-czerwone budki produkcji jugosłowiańskiej (te akurat były estetyczne – możemy jeszcze takie zobaczyć przy ul. Panoramicznej). Sama ul. Sienkiewicza długo nie mogła się doczekać remontu. Mało kto jednak pamięta, że gdy wreszcie w 2001 roku postanowiono rozpocząć remont pierwszego odcinka ulicy, miasto musiało zlecić projekt pracowni architektonicznej z Częstochowy, która wygrała nieudany konkurs z końca lat 90. Dlaczego nieudany? Bo zwycięska koncepcja była dość egzotyczna, zakładała m.in. gondole pływające po Silnicy, które potem niesłusznie przypisano prezydentowi Wojciechowi Lubawskiemu. Ostatecznie architekci z Częstochowy przygotowali projekt zgodny z zaleceniami konserwatora zabytków.

Pastelem w zanieczyszczenia

Ambiente przy ul. Sienkiewicza si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Końcówka PRL-u. Kieleckie osiedla są brudnymi, szarymi i zaniedbanymi blokowiskami. Pierwsze próby zmiany były całkiem udane – wiele bloków odświeżano na początku lat 90., malując je na biało. Niestety, elewacje szybko się brudziły, więc odstąpiono od tej kolorystyki. Rozpoczął się wieloletni „festiwal wesołych kolorów” – tandetnej, kiczowatej i chaotycznej „pastelozy”, o której pisałem w tekście „Nowe szaty bloków” w numerze 11. „Made in Świętokrzyskie”. Pierwsza duża, całkowicie nowa inwestycja mieszkaniowa w latach 90. w Kielcach była bardzo udana i dawała dużą nadzieję na pozytywne zmiany w architektonicznym krajobrazie miasta. To osiedle spółdzielcze przy ul. Kościuszki. Wreszcie, po latach stawiania gdzie popadnie uproszczonych jednakowych pudełek, zbudowano kwartał miasta z prawdziwego zdarzenia – z pierzejami, handlowo-usługowymi parterami. Indywidualnie zaprojektowana, dopracowana architektura powstała z cegły, a nie z płyt. Osiedle ma dobrze wpisujące się w krajobraz śródmieścia spadziste dachy. Niestety, po inwestycji przy ul. Kościuszki nastąpiło kilka lat prze-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

39 rwy w tego typu realizacjach. Spółdzielnie nie kwapiły się, by wprowadzać zmiany, a prywatni deweloperzy zaczęli realizować swoje inwestycje dopiero w końcówce lat 90. Dalej działała fabryka płytowców w Dyminach i, mimo że w większości dużych miast po 1990 roku odstąpiono od realizacji blokowisk dawnego typu, w Kielcach one dalej powstawały – przede wszystkim na Ślichowicach, ale też na osiedlach Kochanowskiego czy Zacisze. Stara część osiedla Ślichowice zaczęła wyglądać dobrze dopiero w ciągu ostatnich kilku lat, po ociepleniach i udanej zmianie kolorystycznej elewacji.

Już nie klocki

Pierwszy kielecki wielomieszkaniowy budynek deweloperski wybudowało Echo Investment przy al. Solidarności 15. Niedługo potem, w roku 1999, obok niego, przy ul. Starodomaszowskiej powstał Dom 2000 z charakterystyczną dla lat 90. kolorystyką i rozwiązaniami architektonicznymi. To była jedna z pierwszych dużych realizacji według projektu pracowni Detan – dziś wiodącej na kieleckim rynku architektonicznym. Warto dodać, że oba wspomniane wyżej obiekty (a także kolejne w tym rejonie, jak oddany niedawno do użytku Tetris), zostały dopasowane wizualnie do znajdującego się nieopodal osiedla przy ul. Kościuszki – też mają spadziste dachy i usługowo-handlowe partery. Cały fragment miasta zyskał spójny charakter. Niestety, inwestor czekającego na realizację budynku mieszkalnego przy ul. Starodomaszowskiej uzyskał decyzję o warunkach zabudowy, pozwalającą na postawienie bloku kompletnie niepasującego do śródmiejskiego charakteru tego fragmentu miasta. Spośród najstarszych mieszkalnych inwestycji deweloperskich interesujący jest, ze względu na ciekawe balkony, budynek przy ul. Warszawskiej 166. Trzeba też dodać, że spółdzielnia Domator w końcówce lat 90. odstąpiła wreszcie od płytowców i zrealizowała cały nowy fragment osiedla z cegły i ze spadzistymi dachami.

Tęcza, banki i lasery

Największą kielecką inwestycją publiczną początku lat 90. była przebudowa i rozbudowa gmachu ZUS przy ul. Piotrkowskiej. Udany przykład modernizmu z przełomu lat 60. i 70. został przebudowany w duchu nowych czasów. Kielce zyskały w centrum udany, charakterystyczny zespół budynków z ciemną szklaną elewacją. Obiekt ten czeka w najbliższym czasie termomodernizacja – w odróżnieniu od wielu innych instytucji (w tym nieszczęsnego Urzędu Wojewódzkiego) inwestor jest świadomy walorów architektonicznych gmachu, dlatego opracowanie koncepcji zlecił Andrzejowi Wojarskiemu, autorowi projektu sprzed niespełna 30 lat. Zespół gmachów ZUS mimo gruntownej przebudowy nie zmieni swojego wyglądu. Inne ważniejsze kieleckie obiekty znacznie przebudowane w latach 90. to przede wszystkim należący do PSS „Społem” Dom Handlowy „Tęcza” przy ul. Sienkiewicza (moim zdaniem nowa wersja jest udana i ciekawsza od starej) oraz siedziba PZU Życie przy ul. Solnej. Gdyby ten ostatni budynek był nowo wybudowanym obiektem, moglibyśmy go uznać za udany przykład postmodernizmu. Niestety, siedziba ubezpieczyciela jest dawnym przeszklonym pawilonem meblowym, który sporo stracił wizualnie z powodu przebudowy. Częściowo nowy kształt uzyskała też dawna siedziba Filharmonii przy ul. Sienkiewicza (dziś Bank Pekao SA) – odtwarzając fasadę starej kamienicy, dodano do niej przeszklony element i niebieskie okna. Ciekawą inwestycją, ukończoną w 2002 roku, (możemy ją jednak zaliczyć do lat 90., bo budowę rozpoczęto w 1996 roku) jest zaprojektowana na planie koła siedziba Biblioteki Politechniki Świętokrzyskiej. Inna jeszcze bardziej udana architektonicznie inwestycja uczelni z końca lat 90. to Cen-

trum Laserowych Technologii Metali (wybudowane na bazie wcześniej postawionego nieukończonego budynku). Najbardziej wartościowym obiektem zbudowanym w Kielcach w latach 90. od podstaw jest niewątpliwe oddany do użytku w 1998 roku gmach Narodowego Banku Polskiego (na rogu ul. Warszawskiej i al. Tysiąclecia Państwa Polskiego) autorstwa pracowni Alicji Bojarowicz.

Szalone lata 90.

Opisując budynek przy ul. Solnej, wspomniałem o postmodernizmie. To właśnie ten styl najbardziej kojarzy się z latami 90. Jest kontrowersyjny, postmodernistyczne budynki mają często dziwaczny kształt, krzykliwe kolory, celowe połączenie form „każda z innej bajki”. Szczególnie widać go w miastach, w których w tym czasie było dużo inwestycji, np. we Wrocławiu. Nie jest łatwo o zgodę w ocenie niektórych ważnych realizacji tego rodzaju. Trwa na przykład niekończąca się kłótnia o wrocławski dom towarowy Solpol. Część środowisk konserwatorskich i architektonicznych chce, by, mimo młodego wieku, wpisać go do rejestru zabytków, jako charakterystyczny przykład zamkniętej już epoki „szalonego ducha lat 90.”.

Dopiero teraz, po 30 latach – choć przyznać trzeba, że w Kielcach odbywa się to dość opornie – podejmowane są pierwsze próby naprawy wizualnego bałaganu reklam i szyldów. W tym przypadku nie podzielam tego stanowiska. Nie zapomnę wrażenia, jakie wywarła na mnie ta budowla. Gdy Solpol wyłonił mi się zza stojącego obok gotyckiego kościoła, z mych ust wydobył się bezwiedny okrzyk przerażenia. W Kielcach budowli, które możemy nazwać postmodernistycznymi, jest bardzo niewiele. Po latach wahań, czy aby na pewno pasuje do miejsca, w którym go postawiono, za najciekawszą uznaję kamienicę zbudowaną w końcu lat 90. przy ul. Sienkiewicza i mieszczącą salon Ambiente (vis a vis kościoła ewangelickiego). W tym czasie powstało jeszcze kilka śródmiejskich „plomb”, ale większość z nich nie jest ciekawa. Na rogu ulic Targowej i Przecznicy mamy nawet przykład śródmiejskiego „gargamela” z narożną, ciążącą wizualnie wieżą. Ciekawostką jest plomba przy ul. Małej 14. Inwestor na tej niskiej przyrynkowej uliczce wybudował kamienicę 3-piętrową, licząc, że zadziała metodą faktów dokonanych. Nic z tego, po interwencji konserwatora zabytków górne kondygnacje po bokach musiał rozebrać. Pierwsza dekada nowego tysiąclecia to znacznie więcej nowych inwestycji, ale o tym przeczytacie już w kolejnym numerze. •


Kultura 40

W sam raz na tworzenie świata tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcie Anna Benicewicz-Miazga

Nie lubię siebie, ale nie sposób się od siebie wyprowadzić… – mówi bohaterka jednej z powieści Beaty Kępińskiej. Więc co, jeśli nie można zatrzasnąć drzwi i rozstać się ze sobą na dobre? Mieszkająca na kieleckiej Bukówce pisarka przekonuje, że nie warto uciekać. Zawsze jest czas i szansa, by rozsmakować się w samym sobie.

J

Jeszcze do niedawna wraz z rodziną mieszkała w urokliwej wsi Baszowice w gminie Nowa Słupia. To tu zacumowała na długie lata i tu powstały wszystkie jej książki. Okazało się jednak, że to nie ostatni przystanek pisarki. Po dwudziestu latach – cytując tytuł powieści pani Beaty – sielskiego i diabelskiego życia u stóp Świętego Krzyża przeniosła się z mężem do Kielc. Wiejską posiadłość zamieniła na klimatyczne mieszkanie w przedwojennym bloku na kieleckiej Bukówce, wybudowanym dla stacjonującej tu niegdyś zawodowej kadry oficerskiej. Pięknie tu i spokojnie, okna z balkonem wychodzą na las, ma się wrażenie, że znajdujemy się w oddalonym od cywilizacji zakątku. Tymczasem wystarczy kilkanaście minut, by znaleźć się w centrum miasta. Pisarka częstuje kawą, której aromat miesza się z cudownym zapachem książek. Spoglądam na okładki wydanych przez Beatę Kępińską powieści oraz tomików wierszy i ukradkiem wodzę oczami za jakimkolwiek śladem jej najnowszej książki, która – jak zdradziła – gotowa jest już w połowie. To będzie historia wielopokoleniowej rodziny, jak zwykle z kobietą w roli głównej.

Muszę sama przejść przez tunel wspomnień

Pisać chciała od zawsze. Już jako dziecko bawiła się w literatkę, sama tworzyła ilustracje swoich nigdy niedokończonych książek. Po latach w piwnicy znalazła jedno z tych dzieł, a gdy je przekartkowała, złapała się za si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

głowę, tyle w nim było błędów ortograficznych. Litościwie więc zniszczyła tę młodzieńczą pamiątkę. Ale o pisaniu nie przestała myśleć. Pewnie tak jak każda absolwentka polonistyki, której gros studenckiego życia schodzi na czytaniu. Wciąż brakowało jednak czasu, wciąż miała setki innych, ważniejszych zajęć. Zajmowała się pracą zawodową, wychowywała dzieci i raz za razem pakowała walizki, by z rodziną osiąść w nowym miejscu. Jak mówi, to ona zawsze była motorem zmian, to ją gnało w nowe miejsca, które dawały nadzieję na lepsze i pełniejsze życie. Najdalej los zagnał ich do RPA, gdzie jej mąż lekarz wyjechał na kontrakt. Tu przeżyła – znów cytując tytuł jej powieści – i piekło, i niebo, a zebrane przez lata pobytu w Afryce notatki wykorzystała skwapliwie w swojej książce. Ale wróćmy do debiutu, który, jak na pisarską karierę, był dość późny. – Rzeczywiście odkładałam to swoje pisanie, bo wciąż brakowało czasu – Beata Kępińska uśmiecha się do swoich wspomnień. – A z pisaniem jest tak, że trzeba usiąść, skupić się, najzwyczajniej w świecie odsiedzieć wiele długich godzin. A mnie wciąż coś odciągało od pracy literackiej, pewnie też trochę bałam się tego, jak ta moja twórczość będzie odbierana. Moment literackiego debiutu nastąpił więc dopiero wówczas, gdy pani Beata przeszła na emeryturę. – Zdopingowały mnie do tego moje uczennice z gimnazjum w Nowej Słupi, z którymi bardzo się zaprzyjaźniłam. One wiedziały o moich pisarskich planach – mówi. – Byłam już rok na emeryturze, gdy spotkały mnie i zapytały o moją powieść. Zrobiło mi się wstyd,


41


Kultura 42 bo przecież nie ruszyłam z miejsca. Wróciłam do domu i w ciągu trzech dni napisałam pięćdziesiąt stron. Jednak nie byłam z tego zadowolona, bo zamiast powieści wyszło opowiadanie. Zaczęłam więc pisać wszystko od nowa. Praca nad debiutancką książką trwała siedem miesięcy. W tym czasie jej mąż stracił pracę w pobliskim ośrodku zdrowia i zmuszony był do wyjazdu na kolejny kontrakt, tym razem do Anglii. – Przyjeżdżał co trzy tygodnie, a ja miałam na głowie rozbudowę kupionego przez nas malutkiego domku. Tyle się działo! – wspomina. Te wszystkie historie znalazły odzwierciedlenie w debiutanckiej powieści Beaty Kępińskiej „Sielsko i diabelsko”, której bohaterka – Joanna – po kilku przeprowadzkach rozpoczyna wraz z mężem lekarzem i dwójką dorosłych już dzieci życie na świętokrzyskiej prowincji, rychło przekonując się, że wiejska idylla to mrzonka. Jak mówi pisarka – gdy zabierała się do pracy – w głowie miała pierwszą i ostatnią scenę. Reszta rodziła się wraz z kolejnymi zapisanymi stronami. Gotowy skrypt wysłała do dwóch wydawnictw. Zysk odpowiedział bardzo szybko, deklarując chęć wydania powieści i zastrzegając sobie pierwszeństwo publikacji wszystkich kolejnych.

Za wiele słów używam a potrzeba tylko „tak” i „nie”

Wiele jest w „Sielsko i diabelsko” odniesień do życia pisarki, która pełnymi garściami czerpie z własnych doświadczeń i przemyśleń, ot, jak choćby we fragmentach opisujących pracę wiejskiej nauczycielki. Nic więc dziwnego, że czytelnicy doszukiwali się w losach Joanny historii Beaty Kępińskiej, utożsamiając literacką bohaterkę z pisarką. – Dopytywano nawet moich sąsiadów, czy pod nieobecność mojego męża nie odwiedza mnie jakiś mężczyzna, bo przecież wokół Joanny – słomianej wdówki – wciąż kręcili się interesujący panowie – śmieje się pisarka. Nie kryje, że bardzo przywiązała się do swojej bohaterki, której perypetie pokochały tysiące czytelniczek i – co warte podkreślenia – czytelników. A pisarka tak zatęskniła za swoją literacką przyjaciółką, że powróciła do jej losów w kolejnej powieści „Taniec z czarownicą”. – Gdy opisywałam historię Joanny, czułam się młodsza i piękniejsza – wspomina pisarka. Nie kryje, że jej bohaterka to taka kobieta, z którą każdy chciałby się zaprzyjaźnić. Czytelnicy nie szczędzili pochwał, mówiąc, że siłą obu powieści jest stosunek bohaterki do samej siebie, do rodziny, małżeństwa, dzieci i przyjaciół. Bo Joanna to kobieta z krwi i kości, w której każda czytelniczka może odnaleźć cząstkę siebie. Może też przekonać się, że świat nie składa się jedynie z pięknych, bogatych i szczupłych celebrytek, wiodących fascynujące życie na trzydziestym piętrze apartamentowca w centrum Warszawy. Zupełnym przeciwieństwem Joanny jest Marta. Beata Kępińska opisała jej losy w powieści „Zaradna”. Już sam tytuł wiele zdradza, bowiem bohaterka to typowy „produkt” polskiej rzeczywistości lat 70. i 80. Doskonale odnajduje się w bezwzględnym świecie PRL-u, w którym, by żyć w miarę dostanio, trzeba ubrudzić sobie ręce kontaktami ze Służbą Bezpieczeństwa, bezpardonowo wspinać po szczeblach kariery, kłamać, zdradzać i nieustająco uciszać wyrzuty sumienia. Słowem – być zaradną. Ale za wszystko trzeba kiedyś zapłacić… – Tę powieść pisałam tak, jak gdyby ktoś mi ją dyktował, bez większego wysiłku – wspomina pisarka. – Wiem, że trudno polubić Martę, ale potrafię sobie wyobrazić, co ona przeżywała i nie potępiam jej. Najłatwiej jest obrzucić kogoś błotem. Beata Kępińska nie byłaby sobą, gdyby nie dała swojej bohaterce szansy, bowiem jak mówi Marta: Nie lubię siebie, ale nie sposób się od siebie wyprowadzić… Cóż więc pozostaje, skoro ucieczka jest niemożliwa? Zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze jest wybór. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Kryminalno-polityczne tło, tak obrazowo nakreślone w „Zaradnej”, powróciło w kolejnej powieści „Piekło-niebo”. Pisarka wykorzystała w niej wspomnienia z pobytu w RPA. Życie wrzuconej do tego pozornego raju bohaterki zmienia się w piekło. Czy uda jej się wyrwać z tych czeluści?

Krągła ziemia spod nóg mi umyka, wykonując szalone obroty

Była modelką, bibliotekarką, prowadziła salon kosmetyczny, wypełniała faktury w fabryce gwoździ i drutu, pracowała w gazecie zakładowej… Długo można wyliczać profesje, których imała się Beata Kępińska. Równie bogata będzie lista miejsc, gdzie pisarka mieszkała. W tym życiu pełnym zmian, które mogłoby być niezłym materiałem na film i wystarczyłoby dla kilku osób, jedno zawsze było stałe i niezmienne – rodzina. Z mężem Michałem, lekarzem, wychowali trójkę dzieci. Zawsze razem w każdym nowym miejscu wspólnie budowali swoje życie. Pisarka pochodzi z Łodzi, tu ukończyła polonistykę na uniwersytecie, broniła się jednak przed podjęciem pracy w szkole, bowiem absolutnie nie czuła powołania do tego zawodu.

Pisać chciała od zawsze. Już jako dziecko bawiła się w literatkę, sama tworzyła ilustracje swoich nigdy niedokończonych książek. Po latach w piwnicy znalazła jedno z tych dzieł, a gdy je przekartkowała, złapała się za głowę, tyle w nim było błędów ortograficznych. – Pamiętam nasz pobyt w Radomsku, gdzie pracowałam w gazecie zakładowej. To były czasy głębokiej komuny, mogłam z bliska przyjrzeć się, jak funkcjonuje takie PRL-owskie przedsiębiorstwo. Wiele z moich obserwacji wykorzystałam później w „Zaradnej” – mówi pisarka. Gdy rodzina przeprowadziła się na Mazury, pani Beata – wówczas świeżo upieczona mama – przez przypadek natrafiła na gazetę „Agrokompleks”. Nie zastanawiając się zbyt długo, wybrała się do redakcji. Tam okazało się, że właśnie zwolniło się miejsce i z marszu może rozpocząć pracę dziennikarską. – Przyszło mi więc pisać o hodowli bydła i tworzyć reportaże z mazurskich PGR-ów – śmieje się pisarka. – A gdy w gazecie zostawała dziura, którą trzeba było wypełnić, wrzucałam tam swoje wiersze. Ale skokiem na najgłębszą wodę była decyzja o wyjeździe do Afryki. – W RPA mieszkaliśmy cztery lata, to było trudny czas przemian, które przetoczyły się przez ten kraj. W Johannesburgu było bardzo niebezpiecznie. Napaści, grabieże były codziennością. Kiedy mąż wracał nocą z dyżuru, to robił wszystko, aby nie zatrzymać się samochodem na żadnych światłach, bo łatwo mógł paść ofiarą rozboju. Ostatecznie postanowiliśmy wrócić do Polski, bo uznaliśmy, że ryzyko jest zbyt duże – tłumaczy pisarka. Ale właśnie w Afryce Beata Kępińska w końcu zmierzyła się ze swoją profesją, ucząc w przykościelnej szkółce języka polskiego. Najwyraźniej


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

43 diabeł okazał się nie taki straszny, bo rychło z zawodem tym związała się na długie lata. Jak wspomina – rodzina wróciła do Polski z jedną walizką, znów rozpoczynając wszystko od nowa. Tym razem los zagnał ich do Kamienia Pomorskiego, gdzie mąż rozpoczął pracę w jednym z sanatoriów. – Nie czułam się nad morzem zbyt dobrze, bardzo dokuczały mi zachodnie wiatry, mąż też nie spełniał się zawodowo w swojej pracy – wspomina pisarka. Podjęli więc decyzję o kolejnej przeprowadzce. – Jako nastolatka byłam na wycieczce w Górach Świętokrzyskich, przeżyłam tu swoją pierwszą miłość i te okolice jakoś tak za mną chodziły – mówi. Wybór padł na gminę Nowa Słupia. Zamieszkali najpierw w Mirocicach w służbowym mieszkaniu przy szkole, w której pani Beata rozpoczęła pracę. Potem przeniosła się do gimnazjum w Nowej Słupi, a małżonkowie podjęli decyzję o przeprowadzce do Baszowic, gdzie kupili dom. – Mieszkaliśmy w gminie Nowa Słupia dwadzieścia lat, dla mnie to był bardzo dobry czas, tu powstały wszystkie moje powieści, miałam doskonały klimat do pisania, swój ogród, swoje róże – mówi z nostalgią. Ale najwyraźniej nic nie jest dane raz na zawsze. Po zdrowotnych perypetiach znów podjęli decyzję o przeprowadzce. Tym razem na kielecką Bukówkę.

Uspokój się, serce nie przyspieszaj

Czy Bukówka to już przystanek docelowy? – Zdecydowanie tak – uśmiecha się pisarka. W klimatycznie urządzonym mieszkaniu, w którym na REKLAMA

ścianach królują obrazy jej ojca, pani Beata zabrała się do pisania kolejnej powieści. Przyznaje jednak, że pisanie nie idzie jest zbyt gładko, rozpoczynała od nowa sześć razy i wciąż nie była zadowolona z efektu. Dziś ma już połowę książki, która sięgać będzie czasów XIX wieku, a inspirowana jest historią rodziny pisarki. – Początkowo miały być trzy narratorki – babcia, matka i córka, ale ostatecznie zostawiłam tę pierwszą i ostatnią – zdradza pisarka. Kiedy będziemy mogli wziąć do ręki jej najnowszą książkę? Pewnie jeszcze nie dziś, ani nie jutro, bo autorka nie spieszy się, w nowym miejscu wciąż jeszcze nie odnalazła ducha literackiej twórczości. Celebruje chwile, zamiast długich, samotnych godzin przy klawiaturze komputera, wybiera ludzi. Bo czas tak szybko umyka… Nie mamy jednak wątpliwości, że ten pisarski duch prędzej niż później da o sobie znać i do rąk wiernych czytelników Beaty Kępińskiej trafi jej najnowsza powieść zatytułowana „Album”. Tymczasem sięgam po podarowane przez pisarkę tomiki wierszy. Ciepłe, subtelne, operujące trafną pointą utwory to ważna cześć jej literackiego dorobku, choć zdecydowanie przesłonięta przez bestsellerowe powieści. Ale i w prozie i w wierszu liczy się mądrość i piękna fraza, bowiem jak pisze Beata Kępińska – słowo to tworzywo doskonale plastyczne /przezroczyste i bezwonne/ w sam raz na tworzenie świata…• --Śródtytuły pochodzą z wierszy Beaty Kępińskiej wydanych w tomikach „być liściem” i „Schwytać czas”.


Kultura 44

Prawda, która zabija tekst Aneta Zychma zdjęcia Krzysztof Bieliński

Życie w kłamstwie lub niewiedzy może być całkiem znośne, a przede wszystkim wygodne. Bywa też tak, że niedopowiedzenia, przemilczenia są jak mury obronne, które chronią przed katastrofą. W takiej sytuacji usilne, wręcz maniakalne dążenie do prawdy, stanowi raczej formę przemocy, aniżeli szlachetny uczynek. Czy demaskowanie przekłamań niezależnie od konsekwencji to dobra decyzja? Do pochylenia się nad naturą prawdy i kłamstwa zaprasza widzów spektakl Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Dzika kaczka”.

Po siedemnastu latach nieobecności do rodzinnego majątku wraca Gregers Werle. Jego chłodna relacja z ojcem wyczuwalna jest już w pierwszej scenie wspólnego posiłku. Atmosfera niedopowiedzeń i pretensji towarzyszyć nam będzie od tego momentu przez cały czas spektaklu. Mamy wrażenie, że wszystko, począwszy od dialogów między bohaterami, poprzez scenografię i kostiumy, jest prowizoryczne, podszyte niewypowiedzianym lękiem i skrywa niewygodne tajemnice. Trudno zaufać którejkolwiek z postaci. Jakby każdą z nich zasnuwał cień kłamstwa. Atmosferę niepewności podsyca zachowanie Gregersa. Jest nad wyraz ciekawski, żeby nie powiedzieć, wścibski. Kręci się po scenie bez konkretnego celu, jakby na siłę chciał znaleźć dla siebie miejsce na dłużej, choć nigdzie tak naprawdę nie jest mile widziany. Pojawia się jako niemy obserwator w scenach, w których nie powinien uczestniczyć. Jest natrętny i z upływem czasu coraz bardziej irytujący. Bezczelnie wchodzi z buciorami w cudze życie. Najprawdopodobniej cierpi na syndrom Mesjasza i marzy mu się świat wolny od złudzeń i kłamstw. Z jednego i drugiego obdziera bezceremonialnie swojego przyjaciela Hjalmara, nie bacząc na jego złą kondycję psychiczną i brak gotowości do stawienia czoła nowym faktom. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

W całym tym chaosie, my widzowie, jesteśmy jak podglądacze. Nie możemy zainterweniować, wtargnąć na scenę, przerwać bezczelnych popisów opętanego chęcią wyjawienia prawdy młodego Werlego czy przytulić wystraszoną i zdezorientowaną Hedvig, odrzuconą przez oszalałego z rozpaczy ojca. Stajemy się niemymi świadkami tragedii. Okazuje się bowiem, że dla niektórych prawda może być zbyt ciężka do udźwignięcia. Trudno spokojnie usiedzieć na widowni, kiedy to Gina próbuje porozmawiać z Hjalmarem tuż po tym, gdy na jaw wychodzą jej oszustwa. Zarówno Urszula Grabowska jak i Dawid Żłobiński wspinają się w tej scenie na wyżyny aktorstwa i poruszają do głębi. W pamięci pozostaje również eteryczna Hedwig w wykonaniu Vanessy Gazdy. Najgorzej ze wszystkich wypada niestety wszechobecny Gregers: Marcin Kowalczyk wydaje się być za bardzo sztywny, pozbawiony ludzkich odruchów, przerysowany. Nawet jeśli taki był zamysł reżysera Franciszka Szumińskiego, niekiedy można mieć wrażenie, że sam aktor męczy się swoją grą i nie wie, jak wypowiedzieć daną kwestię. Henryk Ibsen napisał „Dziką kaczkę” w 1884 roku. Minęło sporo czasu, a temat bezwzględnej walki o prawdę w świecie zdominowanym przez kłamstwo jest nadal boleśnie aktualny. Choćby z tego powodu warto spektakl obejrzeć. Zwłaszcza, że podany został w interesującej, często wzruszającej formie. •


(DISGRACE)


Artykuł partnerski

46

Politechnika Świętokrzyska dzieciom kładów i warsztatów dotyczą zagadnień, których nie ma w szkolnych programach. Dzieci chodzą na zajęcia z architektury, biologii, matematyki, fizyki, chemii, geologii, lotnictwa, informatyki, automatyki, robotyki i wielu innych. W ten sposób rozwijają swoje zainteresowania naukami ścisłymi, mogą też poznać uczelnię. Zajęcia (raz w miesiącu, w soboty) prowadzone są w systemie semestralnym (letni trwa od marca do czerwca, zimowy od października do stycznia) w salach wykładowych i laboratoriach, w których na co dzień uczą się studenci. Wszystkie zajęcia prowadzone są w formie zabawy. – Chcemy pokazać dzieciom, że nauka może być ciekawa, zabawna i fascynująca. Naszym marzeniem jest, aby odeszły od komputerów czy telewizorów i spędziły wolny czas w bardziej kreatywny sposób. – tłumaczy Agnieszka Duda, dyrektor Dziecięcej Politechniki Świętokrzyskiej. Impreza Politechnika Świętokrzyska dzieciom – Świat Młodego Odkrywcy, czyli Festiwal Nauki i Techniki dla najmłodszych finansowane jest ze środków Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczonych na działalność upowszechniającą naukę. fot. Miłosz Pindur

To był niezwykły Dzień Dziecka na Politechnice Świętokrzyskiej. Po raz kolejny najmłodsi zasiedli w studenckich ławach. Dzieci uczestniczyły w wyjątkowych pokazach, wcieliły się w rolę prawdziwych naukowców i sprawdziły swoją kondycję fizyczną. Politechnika Świętokrzyska dzieciom – Świat Młodego Odkrywcy to impreza cykliczna, która organizowana jest na uczelni co roku z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. W trzeciej edycji wzięło udział około 1300 dzieci. A do organizacji dołączyły najróżniejsze instytucje: Ministerstwo Energii, Instytut Zrównoważonej Energetyki, Wojewódzki Szpital Zespolony, Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych, Komenda Wojewódzka Policji oraz firmy Makro Cash and Carry i Partner. To nie koniec propozycji dla najmłodszych. Od ubiegłego roku uczelnia realizuje projekt edukacyjny skierowany do uczniów szkół podstawowych. Celem Dziecięcej Politechniki Świętokrzyskiej jest promocja nauki – w szczególności przedmiotów ścisłych i kierunków politechnicznych. Tematy wysi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Politechnika Świętokrzyska Kielce, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7 tel. 41 34 24 444/446 www.tu.kielce.pl


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

47

Nasz łazik najlepszy

Wielki sukces studentów z Politechniki Świętokrzyskiej! Zespół Impuls wygrał międzynarodowe zawody łazików marsjańskich – University Rover Challenge w Stanach Zjednoczonych. W organizowanych przez stowarzyszenie The Mars Society zawodach co roku rywalizują najlepsi konstruktorzy robotów z całego świata. Rywalizacja rozgrywana jest na amerykańskiej pustyni w stanie Utah w pobliżu symulowanej bazy marsjańskiej MDRS (Mars Desert Research Station). – Wielomiesięczna ciężka praca studentów dała efekt – nie ma wątpliwości dr inż. Paweł Łaski, opiekun koła naukowego Impuls, asystent w Katedrze Automatyki i Robotyki na Wydziale Mechatroniki i Budowy Maszyn Politechniki Świętokrzyskiej. – Pokonaliśmy bardzo dobre zespoły ze Stanów Zjednoczonych i Kanady, w tym światowej sławy Stanford University. To dla nas ogromny sukces, tym bardziej, że z roku na rok zawody są coraz trudniejsze – przekonuje. Zespoły konkurują w takich zadaniach, jak: zebranie próbki, symulowane

wsparcie astronauty, przejazd przez trudny teren i serwisowanie sprzętu. Konstruktorzy muszą również zaprezentować swoje łaziki i zastosowane w nich rozwiązania technologiczne. Drużyna Impuls zwyciężyła z wynikiem 362,8 punktu. Drugie miejsce zajął kanadyjski zespół Ryerson Rams Robotics z Ryerson University w Toronto (329,5 punktu). Trzecie miejsce uzyskał Stanford Student Robotics z amerykańskiego Stanford University (323,2 punktu). W tegorocznych zawodach wzięło udział 36 drużyn, w tym siedem zespołów z Polski. Drużyna Impuls to czołówka światowa. Kielecka ekipa ma na koncie już wiele sukcesów. Do tej pory dwukrotnie zdobyła drugie miejsce, a w 2018 roku zwyciężyła w europejskiej edycji zawodów European Rover Challenge (ERC), które odbyły się w Starachowicach. Sukcesem zakończył się również wyjazd drużyny Impuls do Stanów Zjednoczonych i udział w poprzedniej edycji zawodów University Rover Challange. Reprezentanci PŚk zajęli wówczas trzecie miejsce. Gratulujemy!

Politechnika Świętokrzyska Kielce, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7 tel. 41 34 24 444/446 www.tu.kielce.pl


Postać retro

Kajetan Wincenty Kielisiński. Artysta i patriota tekst Jacek Korczyński

Utalentowany i ceniony rysownik, uczestnik powstań narodowych. Dziś nieco zapomniany. Mimo krótkiego życia pozostawił po sobie bogaty dorobek. Należał – jak napisano na łamach „Gazety Polskiej” po śmierci artysty – do tych ludzi starej daty, co to mają przekonanie, że nie dosyć dla obywatela pojmować ogólnego ducha czasu, ale że się należy każdemu Polakowi pracować sumiennie i niezmordowanie w szerszem lub ciaśniejszem kółku zobowiązań, które mu Opatrzność wydzieliła.

Portret K.W. Kielisińskiego z 1837 r. autorstwa R. Hadziewicza (Biblioteka Narodowa/Polona)

48

Urodził się w Mieronicach niedaleko Wodzisławia 7 sierpnia 1808 roku. Ukończył pińczowskie gimnazjum, gdzie trafił pod opiekuńcze skrzydła Augustyna Wysockiego. Swemu profesorowi, od którego pobierał pierwsze lekcje rysunku, zadedykował po latach widok pińczowskiego zamku przerysowany z XVII-wiecznego dzieła Puffendorfa. Podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim uczył się rysunku u Jana Feliksa Piwarskiego. Był to szczęśliwy traf dla naszego artysty. Dzięki Piwarskiemu – nauczycielowi tak znanych postaci sztuki, jak Gerson, Kostrzewski czy Szermentowski – Kielisiński poznał styl realistyczny. Zaowocowało to później znakomitymi grafikami przedstawiającymi rodzajowe sceny z codziennego życia, zabytki architektury czy portrety ludzi, często pochodzących z ziemi świętokrzyskiej. Detale ubiorów przedstawiał z niezwykłą precyzją, jest to dziś świetne źródło wiedzy choćby na temat obowiązującej wtedy mody. Tym bardziej, że część tych grafik była kolorowa. Po wybuchu powstania listopadowego przerwał studia, by zaciągnąć się w powstańcze szeregi. Walczył najpierw w gwardii honorowej, a potem jako podporucznik w krakowskim 9. pułku piechoty liniowej, sformowasi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

nym w dużej mierze z mieszkańców naszego regionu. Wraz ze swą jednostką przenosił się w różne zakątki kraju. Został ranny, ale nie omieszkał wcześniej udokumentować w swym szkicowniku bojowych wydarzeń czy szczegółów obozowego życia. Dzięki jego rysunkom poznajemy dziś choćby detale ówczesnego żołnierskiego umundurowania. Po powstaniu, by uniknąć represji, udał się do Krakowa. Doskonalił tam swój artystyczny warsztat, rysował zabytki miasta i okolic. Zainteresował się przy tym akwafortą, skomplikowaną i trudną sztuką. Z czasem osiągnął w niej mistrzostwo. W 1834 roku Kielisiński wyjechał do Medyki, gdzie jako bibliotekarz i kustosz zbiorów pomagał znanemu kolekcjonerowi Gwalbertowi Pawlikowskiemu w porządkowaniu księgozbioru. Gdy poznał mecenasa sztuki i bibliofila Tytusa Działyńskiego, przeniósł się do posiadłości w Kórniku, by katalogować tamtejszy księgozbiór oraz wykonywać na zamówienie prace graficzne. Projektował eleganckie ekslibrisy, które traktował jako dzieła sztuki. Pięknie wykonał rysunki kilkudziesięciu dawnych pieczęci, kopiował dawne dzieła. Zwiedzał Wielkopolskę, rysując zabytki, sceny rodzajowe oraz dokumentując wygląd tamtejszych strojów ludowych. Tam zastał Kielisińskiego kolejny narodowy zryw: powstanie wielkopolskie 1848 roku. Nie pozostał obojętny na kolejną szansę odzyskania niepodległości. Walczył jako oficer i w walce tej odniósł rany. Był artystą znanym i cenionym. Wiele osób uznawało za zaszczyt posiadanie jego prac w swych zbiorach. Jak podkreślił dr Cezary Jastrzębski w radiowej audycji z cyklu „Moc historii”, cały XIX-wieczny świat intelektualny naszego kraju znał Kielisińskiego, korespondowano z nim, ceniono jego twórczość, wszyscy byli zdumieni jego talentem i niezwykłą umiejętnością przedstawiania detalu na niewielkiej przestrzeni. Pozostawił po sobie około tysiąca rysunków, znajdujących się dziś w różnych muzeach czy galeriach. Wincenty Kielisiński miał ambitne artystyczne plany, zamierzał wydać albumy rodzimych „starożytności” oraz ludowych strojów. Życie jednak podyktowało własne warunki, zmarł nagle w styczniu 1849 roku w Kórniku. • Korzystałem m.in. z biogramu w „Polskim Słowniku Biograficznym” tom XII (Wrocław-Warszawa-Kraków 1966-1967) oraz w „Świętokrzyskim Słowniku Biograficznym T. 2 (Kielce 2009). Informacje zaczerpnąłem także z przyjemnością wysłuchanej audycji Bohdana Gumowskiego i Cezarego Jastrzębskiego z cyklu „Moc historii”, poświęconej naszemu świętokrzyskiemu artyście, którą wyemitowano na antenie Radia Kielce w 2018 roku.


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Patron, który zobowiązuje

– Szkoła to nie tylko budynek czy określone miejsce. Wiemy, i z tym przekonaniem prowadzimy nasze placówki, że szkołę tworzą przede wszystkim ludzie – wyjaśnia Agnieszka Zaremba, dyrektor Zespołu Szkół im. Juliusza Verne’a. Niepubliczna placówka, w skład której wchodzi podstawówka i liceum ogólnokształcące, działa od września 2015 roku. Prawdziwym skarbem szkoły są nauczyciele – ludzie z powołaniem, pasją. Potrafią zbudować doskonałe relacje z uczniami, rozbudzić i pielęgnować w nich zainteresowania. Pracują z uczniami potrzebującymi dodatkowych zajęć, tych wyrównawczych (jak na przykład zajęcia z języka polskiego dla powracających z zagranicy czy z kaligrafii), i tych ponadprogramowych, niezbędnych do konkursów przedmiotowych i olimpiad. – Trzema filarami, na które stawiamy mocny nacisk w trakcie procesu edukacji, są matematyka, muzyka oraz języki obce – precyzuje dyrektor Zaremba. Dlatego w szkole z roku na rok przybywa uczniów. Najmłodsi mają zaledwie 3 lata, najstarsi weszli już w dorosłość. Uczą się w niewielkich zespołach klasowych. – Te niewielkie klasy i nauka w systemie jednozmianowym dotyczą także liceum, co jest szczególnie ważne w tym trudnym dla absolwentów podstawówek i gimnazjów roku szkolnym – wyjaśnia dyrektorka. I dodaje: – Przedmioty rozszerzone,

które uczniowie wybiorą już w pierwszym semestrze nauki w liceum, prowadzone będą w kilkuosobowych grupach. Nauka rozpoczyna się najwcześniej o godz. 7.40 w klasach starszych (młodsi zaczynają o 8.30), a kończy o 15.30 (i to także dotyczy klas starszych). – Jesteśmy jedyną szkołą podstawową w Kielcach, w której prowadzona jest edukacja metodą Montessori w dwóch grupach wiekowych (3-6 oraz 6-9 lat). Już w przedszkolu uczymy języka obcego (angielski), a w klasie czwartej szkoły podstawowej wprowadzamy drugi język (niemiecki) oraz zajęcia z native speakerem w ramach lekcji języka angielskiego – podkreśla Agnieszka Zaremba. Młodsi uczniowie mogą korzystać ze świetlicy od godz. 7 do 17.30. W tym czasie odbywają się zajęcia pozalekcyjne, z których chętnie korzystają. Do wyboru jest: kółko szachowe, informatyczne, foto-

graficzne, zajęcia taneczne, warsztaty kulinarne, treningi karate oraz tenisa ziemnego. Zajęcia odbywają się w różnych grupach wiekowych. W szkole działa drużyna harcerska, zespół muzyczny, szkolny radiowęzeł. Samorząd uczniowski inicjuje także działania prospołeczne i charytatywne. W życie szkoły chętnie angażują się również rodzice. Pomagają w organizacji wydarzeń szkolnych (kiermasze charytatywne, Dzień Patrona, wycieczki), inspirują do zdobywania nowych doświadczeń. W trakcie roku szkolnego organizowane są wyjazdy na białą oraz zieloną szkołę, podczas których uczniowie mogą trenować jazdę na nartach czy snowboardzie zimą, a żeglarstwo i windsurfing latem. Klasy jeżdżą także na wycieczki, poznają zakątki naszego regionu oraz ciekawe miejsca w Polsce. – Dokładamy starań, by rozwijać kreatywność, otwartość, innowacyjność. Corocznie hucznie obchodzimy rocznicę urodzin Juliusza Verne’a. Wybór patrona nie jest przypadkowy. Cenimy jego kreatywność, wizjonerstwo, otwarty umysł. Francuski pisarz wyprzedzał swoją epokę, my także mamy taki cel – przyznaje dyrektor Zaremba. Szkoła mieści się we własnym budynku. – Sukcesywnie ją rozbudowujemy, wyposażamy. Z dumą ogłaszam koniec epoki cateringu. Już od września dzieci będą jeść posiłki przygotowane w naszej własnej kuchni – dodaje Agnieszka Zaremba.

Zespół Szkół im. Juliusza Verne’a Kielce, ul. Peryferyjna 17 tel. (41) 300 36 63, 666 300 696 verne-kielce.pl

49


Historia 50

Świętokrzyskie podróżowanie, czyli wspomnień czar tekst Jacek Korczyński

Choć początki zorganizowanej turystyki w naszym kraju sięgają końca XIX stulecia, piękno regionu świętokrzyskiego przyciągało miłośników przyrody, historii czy zabytków już wiele lat wcześniej. Jedni podróżowali dla czystej przyjemności, pragnąc przeżyć niezapomnianą przygodę, inni podejmowali wyprawy naukowe, aby zachwycać się pamiątkami przeszłości, poznawać miejscowy folklor lub badać złoża minerałów. Najważniejsze, że pozostawili nam znakomite opisy miejsc, które mieli okazję odwiedzić. Poza osobistymi wrażeniami przytaczali historyczne fakty czy ciekawe ludowe legendy.

Z nostalgią czytamy dziś te dawne notatki z podróży. Urzekają barwne szczegóły wycieczek, prowadzących często po nieprzetartych szlakach i piaszczystych czy kamienistych drogach. Za to humor i swoboda obficie powetują brak wygód – twierdził Aleksander Janowski, jeden z pionierów polskiego krajoznawstwa. Dodawał przy tym, że wina czerwonego trochę jest bardzo w drodze przydatne, bowiem tak do wody, jak i do herbaty dolewane, czyni je smaczniejszemi i zdrowszemi.

Najsłynniejsza góra

Miejscem przyciągającym podróżujących po naszym regionie był Święty Krzyż, odwiedzany od stuleci przez rzesze pielgrzymów, z zabytkowym kościołem i klasztorem, a do tego słynący ze wspaniałej przyrody, niezwykłych gołoborzy i starodawnych legend. Dla niemal wszystkich był to obowiązkowy punkt programu wyprawy. Droga na słynną górę, od Nowej Słupi prowadząca, była może niezbyt wygodna, ale za to wielce atrakcyjna: Położenia i widoki rozmaite, wioski z sadami, góry obrosłe i nagie różnego kształtu, lasy jodłowe, łąki, pola, parowy, wąwozy, strumyki; wszystkie te bogactwa i odmiany pięknej krainy, coraz inaczej bawią i zajmują – zapisała w swych wspomnieniach Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, która na wycieczkę wybrała się w 1824 roku. Wspinaczka na szczyt była dla niej też przyjemna, bo droga nie jest bardzo przykra, lubo skalista i śliska. Jodły, graby i inne drzewa dodając cieniu, milszą podróż czynią, można nawet ochładzać się, to wodą z wybornego źródła, to malinami i poziomkami, które obficie tam rosną. Wrażenie robiło benedyktyńskie opactwo. Kościół świętokrzyski panuje nad całą okolicą – zanotowała pani Klementyna po udanej wspinaczce. Już nie raz w dnie słotne, w które to lato tak obfitowało, widziałam chmury przesuwające się u stóp kościoła, a wysokie wieże jego i krzyż jaśniejący, często jakby owinięte si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

się okazywały tą powietrzną zasłoną. Widok ten zajmował mnie nowością; cieszyłam się, że tam wstąpiwszy, będę widziała obłoki pod nogami memi – zachwycała się znana pisarka i wychowawczyni młodzieży. Na drogę uskarżał się nieco krajoznawca i miłośnik historii Oskar Flatt: Od chwili jak wjechałem w puszczę świętokrzyską poznałem dopiero do jakiego stopnia idealnej doskonałości może dojść nieprzebytość dróg naszych. Droga do Nowej Słupi kamienista, znurtowana korzeniami i wybojami. A jednak nie czułem ja z razu znużenia, ani też zrażały mnie te lekkie niewygody – napisał w tekście opublikowanym w 1856 roku. Zdumiony był jednakże widokiem klasztoru i jego otoczenia w rześki sierpniowy poranek. Ujrzałem roztwierającą się przede mną koronę leśną, i tam wysoko, na zieleniejącej płaszczyźnie wystrzelił przed oczy poważnemi kształty kościół i klasztor świętokrzyski. Jeszcze w śnie słodkim pogrążona była cała dookoła natura, tylko różowy odblask, jakby nadzieja jutrzenki, drgał na ostrym szczycie wieży wieńczącej kopułę. Przez chwilę ze czcią i wzruszeniem spoglądałem na ten widok. A potem w biegu już stanąłem u stóp świątyni, na zrębie gęstwiną puszczy obrosłej góry – i całą piersią i całą dusza wsiąkałem w niebiański obraz wschodzącego słońca. Poeta i powieściopisarz Julian Ursyn Niemcewicz udał się na Łysą Górę w 1811 roku. W jego opisie zachwyt nad opactwem i otaczającymi go pięknymi okolicznościami przyrody miesza się z narzekaniem na trudy podróży na szczyt. Góra ta otoczona zewsząd pasmami gór równie prawie wyniosłych, okrążona i okryta jest całkiem niezmiernemi drzewy jodeł, buków, modrzewi i grabów. Cała jest granitowa, mająca wszystkie charaktery gór pierwiastkowych. Po niezmiernej pracy wdarłem się na szczyt piechotą, pomimo utrudzenia, pełen żywego uczucia, żem stąpał po ziemi, po której pierwsi z Piastów chodzili nieraz – zanotował. Atrakcją był widok z kościelnej wieży, który Aleksander Janowski opisał jako „niepowszedni”, gdyż przy pogodnym dniu


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

51 wyprawy wiodła także przez region świętokrzyski, gdzie król odwiedził kilkadziesiąt większych i mniejszych miejscowości, m.in. Końskie, Pomyków, Miedzianą Górę, Maleniec, Radoszyce. Z upodobaniem zwiedzał zakłady przemysłowe, szczególnie wielkie piece, fabryki żelaza i broni, jak np. w położonym między Końskimi i Przysuchą Ruskim Brodzie, gdzie oglądał Najjaśniejszy Pan w tej fabryce tym pożyteczniejszej dla kraju, iż się w niej arsenały nasze potrzebną amunicją opatrują, jakim sposobem leją się kule, bomby i kartacze i jak się polerują, co zanotował Naruszewicz.

Miasta, miasteczka…

Klasztor na Świętym Krzyżu (Biblioteka Narodowa/Polona)

Chętnie odwiedzanym miejscem naszego regionu był, podobnie jak i dziś, „starożytny” Sandomierz i jego okolice. Wycieczkę w okolice Sandomierza można uważać za najprzyjemniejszą w kraju. Nawet Góry Świętokrzyskie nie mają tak wielu pięknych i rozmaitych widoków, gdyż niezbyt obfitują w duże rzeki i wody, których tutaj jest pod dostatkiem – zanotował Aleksander Janowski. Także tamtejsi mieszkańcy byli dobrze postrzegani: Lud sandomierski czyni wrażenie nadzwyczaj przyjemne. Jest on bardzo grzeczny, uczynny i pobożny, a choć nie jest tak uprzedzająco gościnny jak lud kielecki, nie mniej jednak serdecznie wita gościa w swej chacie, a za mleko zwykle nie chce przyjąć zapłaty. Choć żal było z Sandomierza wyjeżdżać, to jednak

na południu kontury Tatr wybornie rozróżnić można, a uzbrojone w lunetę oko dokładnie zobaczyć może: Bodzentyn, Kielce, Chęciny, Busko i Kazimierz nad Wisłą. Ciekawe też odebrać można wrażenie ze szczytu wieży, gdy góra ginie we mgle. Często bowiem na dole dzień jest pogodny, góra zaś od połowy jest pogrążona w chmurze. Jakaś bezbrzeżna niezmącona cisza otacza wtedy widza. Ten nieprzebity dla oka ocean mgły jakieś dziwne budzi uczucia lęku, a zarazem spokoju. Dziś także możemy podziwiać panoramę z wieży świętokrzyskiego kościoła, niedawno odbudowanej po zniszczeniach I wojny światowej. Znakomitym miejscem do wędrówek była, rzecz jasna, Puszcza Jodłowa. Stanisław Thugutt pisał o borze łysogórskim na łamach „Ziemi” w 1910 roku: Znaleźć w przeludnionym Królestwie taki kąt cichy, takie odludzie, jak tu w tym boru, nie jest rzecz łatwa. Można iść godzinami, można iść dzień cały bez mała nie spotkawszy żywej duszy przed sobą, nie widząc nic, jeno mchy i skały u stóp i lazurowy sklep nieba nad sobą.

Jan Filip i Stanisław August

Jedne z najstarszych opisów naszego regionu pozostawił Jan Filip Carosi. Był Włochem z pochodzenia, od lat 70. XVIII stulecia podróżował po Polsce, prowadząc m.in. badania nad zasobami surowców mineralnych. Jego krajoznawczo-geologiczne zapiski są dziś ważnym źródłem wiedzy. Poza sporządzonymi fachowymi relacjami na temat stanu rodzimego górnictwa czy hutnictwa, poczynił także dość szczegółowe notatki dotyczące wielu świętokrzyskich miejscowości, w których przebywał. Wyniki swych badań opublikował po niemiecku w dwutomowych „Podróżach po różnych prowincjach Polski”, jednakże dość obszerne fragmenty tejże pracy ukazały się w polskim tłumaczeniu na łamach XVIII-wiecznych polskich periodyków. Znajdziemy tam opisy m.in. Kielc, Chęcin, Morawicy, Samsonowa, Pierzchnicy, Szydłowa, Kurozwęk, Staszowa, Osieka czy Nowego Korczyna. Przykładem „turystyki elitarnej” tego okresu jest podróż z Warszawy na Ukrainę, którą w 1787 roku przedsięwziął król Stanisław August Poniatowski. Jej przebieg opisywał na bieżąco Adam Naruszewicz, dzięki czemu mamy dawne opisy wielu polskich miast, miasteczek czy wsi, ich zabytków oraz ośrodków przemysłowych, którymi monarcha wielce się interesował. Wspomnijmy, że relacje z tej podróży były niemal „na żywo” – jak na ówczesne warunki – publikowane w „Gazecie Warszawskiej”. Trasa monarszej

Panorama Sandomierza (Biblioteka Narodowa/Polona)

i zachwycony podróżny musi zakończyć swój pobyt w tym grodzie pamiątek i pomyśleć o powrocie z tego zaczarowanego snu do szarej monotonnej jawy codziennego życia. W sierpniu 1826 roku złożyła wizytę w Sandomierzu Klementyna z Tańskich Hoffmanowa. Dwa dni spędziłam mile w tem mieście tyle sławnem, a dzięki uprzejmym moim przewodnikom, sądzę żem widziała wszystko co do widzenia było. Przed laty, dokładne zwiedzenie Sandomierza byłoby zapewne więcej dni zajęło; był czas kiedy to miasto niemal pierwsze po Krakowie trzymało miejsce, o wiele przewyższało Warszawę – dziś rzeczy inaczej stoją: czas zmiennik przeistoczył je zupełnie. Wioski teraz blisko o mile od Sandomierza odległe, Złota, Szewce i inne, dawniej były przedmieściami, gdzie rzemieślnicy tych cechów mieszkali – zapisała. Zachwycała się krajobrazem: Pięknego i obszernego widoku na okolice z wielu miejsc użyć można, zwłaszcza spod urządzonych tarasów pod zamkiem. Widziała bowiem stamtąd nadobny Trześń, Wielowieś, Dzików głośny czarującem położeniem (choć żałowała, że tylko za pomocą perspektywy, z wielkim żalem że tak


Historia 52 z daleka). Pokazano pani Klementynie także z północy zatoczone wzgórza, zwane pieprzową górą. Dobre wrażenie robiły Kielce. Z miast wojewódzkich, które dotąd widziałam, to najokazalsze mi się wydaje; dojeżdżając do niego z góry piękny widok przedstawia, bo leży na pochyłości wzgórza, wśród gór i lasów z jednej strony, pól i łąk z drugiej. Zamek dawniej biskupi, dziś rządowy, o czterech wieżach, kilka dawnych kościołów, starożytną postać mu dają; rynek ma wcale piękny i obszerny, domy zajezdne, bruk dobry – wspominała pani Hoffmanowa. Zaś o tym, że stolica regionu leży w miejscu urozmaiconem wielu odmianami dowiadujemy się z wydanego w 1821 roku „Przewodnika dla podróżujących w Polsce i Rzeczyspospolitey Krakowskiey”. W tymże dziele czytamy także, że i dobrze zabawić się w Kielcach można, gdyż kilka jest oberżów, a pomiędzy temi najlepsza w rynku Wóytostwo nazwana, w niey się odbywają reduty, bale i kassyna. Opatów przedstawiał się bardzo przyjemnie, względnie czysto i sympatycznie. Wąski długi rynek w części zadrzewiony i schludne przy nim domy, miłe

remnie szukał u innych. Nieco gorsze wrażenie sprawiał niegdyś Bodzentyn. Stan dzisiejszy miasteczka godny jest pożałowania: z zamku ruina, z ogrodów kilka zaledwie drzew pozostało, ratusz w roku 1832 kazał rozebrać chciwy burmistrz tutejszy, z murów miejskich pozostały drobne tylko szczątki, do których poprzylepiano wątłe chałupki drewniane. Jedynie kościół tutejszy przetrzymał ciężkie koleje i dziś zaciekawia wędrowca swemi zabytkami, których pozazdrościć może niejedno wielkie miasto – pisał w 1900 roku Aleksander Janowski.

Z przewodnikiem w kieszeni

Wyprawa w ciemno, choć zapewne gwarantuje sporo przygód, nie zawsze bywa udana. Stąd dla osób niezbyt obeznanych z okolicami, które przyjdzie im zwiedzać, mała „ściągawka” jest bezcenna. Narodziny przewodników turystycznych – usystematyzowanych opracowań, do jakich dziś jesteśmy przyzwyczajeni – to przełom XIX i XX stulecia. Jednakże już w 1821 roku wydany został w Warszawie, wspomniany już

Z miast wojewódzkich, które dotąd widziałam, to najokazalsze mi się wydaje; dojeżdżając do niego z góry piękny widok przedstawia, bo leży na pochyłości wzgórza, wśród gór i lasów z jednej strony, pól i łąk z drugiej. Widok Kielc (Biblioteka Narodowa/Polona)

robią wrażenie, wysoko nad miastem stercząca kolegiata imponuje wyniosłością swych wieżyc, ulice obsadzone drzewami zamienią się z czasem w piękne aleje – pisał Aleksander Janowski. Ciekawy opis Staszowa z roku 1785 pozostawił Jan Filip Carosi. Miasteczko jest dosyć regularne i po większej części nowo pobudowane. Rynek, ulice główne i poboczne są dobrze wybrukowane i dosyć ochędożnie trzymane. Jednak w pobocznych ulicach są jeszcze niektóre drewniane domy, pozostałe z dawniejszych czasów. Wielki nowy gościniec jest także murowany; jest to tylko budynek o jednym piętrze, atoli jednak znajduje się w nim kilka izb osobniejszych, w których przyjeżdżający znajdują taką wygodę, o jaką trudno gdzie indziej w Polszcze. Kto nawet nie ma z sobą kucharza, może tu za tanie pieniądze mieć niezły stół i różne trunki. Warto było odwiedzić Pińczów, bo – zdaniem Klementyny z Tańskich Hoffmanowej – zawsze zdobi je piękne położenie, a pamięć przeszłości ceny dodaje czy Końskie, gdyż całe miasto jest wcale porządne, budynki po większej części murowane, ludność znaczna, traktyernia dobra, bułki smaczne. Końskie – z kolei w opisie Carosiego – mają jeden wielki rynek w kwadrat podłużony, kilka znacznych ulic i wiele domów, które się z swemi podwórzami daleko rozciągają, jest zaś wcale otwarte, nie ma naokół żadnego wału, rowu ani muru. Miasteczko to w porównaniu z wielu innemi ma się bardzo dobrze, kwitnie w nim przemysł i można w nim wiele rzeczy dostać, których by dasi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

wyżej i nieco długi tytuł noszący, „Przewodnik dla podróżujących w Polsce i Rzeczyspospolitey Krakowskiey, obejmujący opisanie miast znaczniejszych oraz ich okolic, jako też pałaców, ogrodów i wiejskich mieszkań znakomitszych, wykaz wszystkich traktów pocztowych…”. Autorem tej pracy był Józef Wawrzyniec Krasiński, który, co dla nas istotne, nie omieszkał zawrzeć tam informacji o regionie świętokrzyskim. Opisy miejscowości są, co prawda, dość lakoniczne, lecz autor zamieścił w swej książce m.in. użyteczne dane dotyczące podróżowania po wytyczonych wówczas traktach, np. z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Lublina lub z Kielc do Stopnicy. Odległości między miejscowościami posiadającymi placówki pocztowe podane były w milach, a w drogę wyprawiano się – jak łatwo możemy się domyślać – konnym powozem czy dyliżansem. Ogromnym ułatwieniem dla turystów były późniejsze przewodniki, które – oprócz opisów i wielu praktycznych informacji – zawierały także porady na zorganizowanie owocnej wycieczki. Znakomitym znawcą tematu był Tadeusz Dybczyński, wielce zasłużony krajoznawca, geograf i popularyzator piękna Gór Świętokrzyskich. W swym przewodniku z 1919 roku pisał: Zwiedzanie Łysogór może być dokonywane zarówno końmi i na rowerze, jak i pieszo, ale tylko ten ostatni rodzaj wędrowania pozwala istotnie zaznajomić się dokładniej z okolicą. Wycieczki, tak już na szczęście w naszym kraju naj-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

53 częściej bywa, urządzane są, zazwyczaj bądź dla przyjemności jedynie, bądź dla poznania danej miejscowości naukowo, i to albo ogólnie, albo specjalnie, pod jakimś jedynym względem. Zależnie od tych celów, wycieczki muszą mieć i odpowiednio uplanowaną marszrutę. Problemem kilkudniowych wędrówek były noclegi, toteż Dybczyński radził: Najpraktyczniej zwiedzać Góry Świętokrzyskie w niewielkiej gromadce. Łatwo wówczas o noclegi i w ogóle o gościnę, gdziekolwiek się jest. Większa ilość osób sprawia zazwyczaj sobie i innym kłopot. Wszelkie tłumne wycieczki, o ile już muszą być urządzane, winny uprzednio porozumieć się z okolicznem obywatelstwem, inaczej bowiem byłyby zaskoczone brakiem miejsca na noclegi oraz żywności. Na wsiach również włościanie niechętnie goszczą gromadniejsze wycieczki, zaś o nocowaniu w chatach gospodarzy nie ma mowy, i w ogóle o noclegach w mieszkaniach. Często pozostawały wiejskie stodoły. Nocleg w stodole na słomie lub sianie należy do rzeczy zupełnie przyjemnych i zdrowych, trzeba się tylko nieco do niego przyzwyczaić – zachęcał nasz krajoznawca. Ważne było także umiejętne nawiązywanie kontaktów z mieszkańcami wsi i miasteczek podczas wędrownego życia. Przede wszystkim należało pamiętać – jak zaznaczył autor przewodnika – że mieszczan miasteczek w ogóle, a zwłaszcza Bodzentyna nigdy nie można nazywać przez „wy”, lecz przez „pan”. Są pod tym względem bardzo drażliwi i nieraz już turyści byli narażeni z tej przyczyny na różne niemiłe niespodzianki. Turyści winni też pamiętać, iż, udając się do domostw ludu, nie inaczej jak przez „pochwalony Jezus Chrystus’’ powinni witać gospodarzy; pominięcie tego pozdrowienia wytwarza zwykle nieufność i wielce utrudnia REKLAMA

dostanie żywności lub noclegu. Jak widzimy, udając się w jakąkolwiek podróż – i to obowiązuje do dziś – warto znać lokalne zwyczaje. Zachęcam do lektury wielce ciekawych opisów dawnych podróży. Część z nich wydano w postaci reprintów lub współczesnych opracowań, część to pachnące starym papierem książki sprzed lat. Można je znaleźć w księgozbiorach bibliotek, a w nowoczesnej formie – korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki – także na internetowych stronach bibliotek cyfrowych, np. Świętokrzyskiej Biblioteki Cyfrowej czy Biblioteki Narodowej – Polona. Wspomniałem (i jest to mój czysto subiektywny wybór) tylko niektórych z wielu podróżników popularyzujących niegdyś region świętokrzyski. Opisać dokonania wszystkich to temat na solidnej grubości książkę. • Wykorzystałem m.in. prace: J. F. Carosi „Podróż przez niektóre Prowincye Polskie” („Magazyn Warszawski” 1784-1785, „Pamiętnik Historyczno-Polityczny” 1784); A. Naruszewicz „Dziennik podróży Króla Jegomości Stanisława Augusta na Ukrainę i do innych ziem koronnych roku 1787” (Warszawa 1788) oraz „Dyariusz podróży Króla Jegomości…” („Gazeta Warszawska” 1787); A. Janowski „Wycieczki po kraju” (Warszawa 1900); K. z Tańskich Hoffmanowa „Przejażdżka w Sandomierskie” („Dzieła...” t. 5, Warszawa 1876); O. Flatt „Góra Świętokrzyska. Ustęp z notatek podróżnych” („Księga świata” cz. II, Warszawa 1856); J. U. Niemcewicz „Podróże historyczne po ziemiach polskich między rokiem 1811 a 1828 odbyte” (Paryż 1858); T. Dybczyński „Góry Świętokrzyskie” (Warszawa 1919).


Kielce zapomniane 54

Kielecka Kasa Chorych tekst Rafał Zamojski

Jednym z wielkich wyzwań, stających przed odradzającym się po 1918 roku państwem polskim, było stworzenie powszechnego i skutecznego systemu ochrony zdrowia. Władze odrodzonej Polski zdecydowały się skorzystać ze sprawdzonego w Europie niemieckiego modelu ubezpieczeniowego opartego na Kasach Chorych.

N

a ziemiach byłych zaborów pruskiego i austriackiego kasy już wcześniej istniały, należało je więc tylko zmodyfikować. Na terenie dawnej Kongresówki (a więc również na Kielecczyźnie) cały system trzeba było stworzyć od podstaw. Ważną datą uznawaną za początek historii ubezpieczeń w Polsce jest 20 maja 1920 roku – dzień uchwalenia ustawy o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby. Tym samym Kasy Chorych – instytucje ubezpieczeniowe finansujące opiekę zdrowotną swoim ubezpieczonym – stały się częścią ustroju państwa. Przepisy nakazywały utworzenie po jednej kasie na każdy powiat. Dodatkowo nakazano utworzyć oddzielne Miejskie Kasy Chorych w miastach powyżej 50 tys. mieszkańców. Do właściwej terytorialnie kasy należały obowiązkowo osoby zatrudnione na podstawie stosunku pracy. Zapewniały ubezpieczonym m.in. bezpłatną pomoc lekarską i zasiłki pieniężne (w tym połogowe i pogrzebowe). Zawierały kontrakty o świadczenie usług m.in. z lekarzami, mogły też same tworzyć szpitale lub inne zakłady lecznicze. Były instytucjami samorządowymi, niezależnymi od administracji państwowej. Kluczowe decyzje dotyczące ich funkcjonowania podejmowały Rady Kas, których członkowie byli wybierani przez pracodawców i pracowników. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Siedziba Powiatowej Kasy Chorych (fot. Archiwum WUOZ)

Kielecka Powiatowa Kasa Chorych (Kielce nie miały wtedy jeszcze 50 tys. mieszkańców) znalazła swoją siedzibę w obszernej dwupiętrowej kamienicy przy ul. Kościuszki 3. Gmach wyróżniał się zdobną mansardą, nawiązującą do francuskiej architektury. Dziś takie poddasza możemy zobaczyć w Kielcach na zaledwie dwóch zabytkowych kamienicach z początku XX wieku – przy ul. Karczówkowskiej 8 (kamienica jest ładnie wyremontowana, ale sama mansarda niestety została pokryta styropianem) oraz przy ul. Żeromskiego 23 (niedawno jej elewacja zyskała fatalną kolorystykę). System Kas Chorych funkcjonował do końca 1933 roku. Od 1 stycznia 1934, zgodnie z nową ustawą o ubezpieczeniu społecznym, w gmachu przy ul. Kościuszki zaczęła funkcjonować Ubezpieczalnia Społeczna w Kielcach, czyli przodek dzisiejszego ZUS-u. Budynek nie przetrwał wojny. Zbombardowany i spalony ostatecznie został rozebrany. Na jego miejscu Ubezpieczalnia Społeczna w 1951 roku rozpoczęła budowę nowej wersji swej siedziby, jednak tam się nie wprowadziła – nowy budynek został przekazany służbie zdrowia. Dziś przy ul. Kościuszki 3 mieści się Klinika Rehabilitacji Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego. By ujednolicić pierzeję ulicy, fasadę nowego budynku cofnięto w stosunku do przedwojennej lokalizacji gmachu. •


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Peeling chemiczny czy resurfacing?

_zdjęcie Wojciech Zając

dów zawodowych nie mogą pozwolić sobie na widoczne złuszczanie.

Określenia „peelingi chemiczne” i „kwasy owocowe” na stałe zagościły w branży kosmetologicznej. – Niestety, są one często nadużywane w komunikacji marketingowej i mogą powodować dezorientację przy wyborze zabiegów i terapii – mówi Agata Bieńkowska, właścicielka Salonu Benessere Beauty & Spa. Peelingi chemiczne są metodą zmieniającą powierzchnię naskórka i skóry właściwej. Prowadzą do kontrolowanego uszkodzenia skóry, co skutkuje wymianą części lub całości naskórka. Aby mechanizm zadziałał, substancje chemiczne w peelingach muszą mieć odpowiednie stężenie, formę fizykochemiczną i pH. Peelingi powierzchowne dzielą się na: bardzo łagodne – naskórek jest uszkadzany do warstwy kolczystej (są to preparaty o pH poniżej 2, bazujące na alkoholowych roztworach z technologią komórek macierzystych) oraz łagodne – uszkadzają całą warstwę naskórka do warstwy podstawnej. Laboratorium DermaQuest to amerykański kreator programów terapeutycznych, który propaguje nowoczesne metody łączenia peelingów chemicznych. Jeden program terapeutyczny składa się z kilku etapów, a różnorodne peelingi chemiczne nakładane są metodą „kanapkową”. Każdy wzmacniany jest przez alkoholowy roztwór kwasu azelainowego i kojowego. Peelingi chemiczne, oprócz przyspieszenia keratynizacji, są formą nośnika roślinnych komórek macierzystych: z lilii białej oraz lilaka pospolitego. Peelingi chemiczne DermaQuest często są łączone

z czystym retinolem, aby dodatkowo stymulować syntezę kolagenu i odwracać skutki fotostarzenia się skóry. Należy pamiętać, że te peelingi powodują umiarkowane, intensywne lub bardzo intensywne złuszczanie się naskórka, dlatego wykonywane są sezonowo i łączone z odpowiednią pielęgnacją domową. Nową, bardzo popularną formą eksfoliacji naskórkowej jest resurfacing (dosłownie oznacza „wymianę powierzchni”). To rodzaj zabiegów, który wykorzystuje kwasy owocowe jako promotory przenikania dla substancji czynnych biologicznie. Kwasy stosowane w niższych stężeniach mają za zadanie poluźniać połączenia między korneocytami i uszkadzać naskórek tylko do warstwy jasnej. Powodują bardzo delikatne złuszczanie, często niewidoczne dla oka. Te zabiegi promują na szeroką skalę w Polsce zarówno laboratorium DermaQuest, jak i Diego dalla Palma. Resurfacing łączy formuły kwasów owocowych z enzymami oraz peptydami biomimetycznymi. Do zabiegów przynoszących najbardziej spektakularne efekty należą: Biomimetyczny Peeling Peptydowy, uznawany za alternatywę dla iniekcji toksyną botulinową, ze względu na silną zawartość neuropeptydów; Peeling Mango oparty na witaminie C i magniferynie oraz Peeling Dyniowy, niezastąpiony w terapii przeciwtrądzikowej dzięki zastosowaniu roślinnych retinoidów. Resurfacing jest rozwiązaniem dla skór wrażliwych, płytko unaczynionych oraz dla osób, które ze wzglę-

Peelingi chemiczne – czym mogą nas jeszcze zaskoczyć? Specjaliści z zakresu kosmetologii i dermatologii od kilku lat z dużym powodzeniem stosują peelingi chemiczne. Skuteczność i efektywność AHA i BHA jest na tyle wysoka, że peelingi chemiczne mocno ugruntowały swoją pozycję w gabinetach kosmetologicznych i medycyny estetycznej. Peeling chemiczny to procedura polegająca na nałożeniu na skórę odpowiednio dobranej mieszaniny związków chemicznych w określonym stężeniu. Większą skuteczność wykazują peelingi chemiczne oparte na różnorodnych składnikach aktywnych. Jest to związane z różnym stopniem lipofilowości tych składników oraz działaniem na inne warstwy naskórka i skóry właściwej. Skuteczność peelingu zależy również od jego pH oraz preparatów odtłuszczających użytych w procedurze zabiegowej. Laboratoria Diego dalla Palma i DermaQuest wyróżniają się nie tylko innowacyjnością, ale również filozofią. Przełamują stereotyp procedury zabiegowej, w której po samym peelingu chemicznym nakładana jest tylko ochrona przeciwsłoneczna. Po peelingu skóra z jednej strony jest podatna na absorpcję składników aktywnych, a z drugiej całkowicie pozbawiona płaszcza hydro-lipidowego, który ma ją chronić. W tej sytuacji według amerykańskich specjalistów niezbędne jest dostarczenie antyoksydantów, peptydów, witamin, substancji nawilżających oraz filtrów UV. To przekłada się na efektywność całego zabiegu: zapobiega rozszerzeniu się stanu zapalnego oraz ogranicza możliwy łojotok i związane z nim zmiany, jak krosty i zaskórniki. O szczegółową ofertę zabiegów DermaQuest i Diego dalla Palma pytajcie w Salonie Benessere Beauty & Spa.

Salon Benessere Beauty & Spa Agata Bieńkowska Kielce, ul. Warszawska 21/3 tel. 41 344 44 41, 501 084 252 www.benessere.pl www.facebook.com/SalonBenessere

55


Być eko 56

Ubłocone dzieci z wolnego wybiegu tekst Aneta Zychma zdjęcia Ilona Pabis

Pasja bierze się z samej ziemi, wydobyta ubłoconymi rączkami dziecka. Podróżuje w górę upaćkanych trawą rękawów prosto do serca. Jeśli mamy uratować ochronę środowiska i samo środowisko, musimy uchronić nasz gatunek wskaźnikowy zagrożony wyginięciem: dziecko na łonie natury.

Powyższy cytat pochodzi z książki „Ostatnie dziecko lasu”. Jej autor Richard Louv, amerykański aktywista na rzecz szeroko rozumianego powrotu do natury, od wielu lat zachęca rodziców i opiekunów dzieci na całym świecie do eksplorowania przyrody i wspólnego spędzania czasu na świeżym powietrzu. Jego filozofia dotarła także do Kielc.

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Dwie miłośniczki leśnych wędrówek, Edyta Karnas i Katarzyna Wołowska, założyły tutaj Fundację Przystań w Naturze oraz pierwsze w województwie przedszkole leśne Dziupla. Chcą w ten sposób zachęcać innych do budowania wartościowych relacji z naturalnym otoczeniem.


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

57


Być eko 58

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

59 Deficyt natury

Fundacja, która zachęca do zabaw na świeżym powietrzu, może co niektórym wydawać się dziwacznym pomysłem. Jeszcze kilka pokoleń wstecz brudne dzieci, skaczące po kałużach, taplające się w błocie i robiące proce z gałęzi były przecież codziennym widokiem. No właśnie, były. Teraz nasze społeczeństwo z jednej strony nastawione jest na konsumpcję i wręcz obsesyjną gonitwę za nowinkami technologicznymi. Z drugiej wmawia się nam, że jeśli chcemy wychować dzieci na ludzi sukcesu, musimy zapewnić im jak największą ilość zajęć dodatkowych, tym samym przygotowując je od najmłodszych lat do korporacyjnych zasad gry. I jedno i drugie odbiera dzieciom czas, a dokładniej pozbawia je możliwości swobodnej, niczym nieskrępowanej zabawy na łonie natury, z dala od sal lekcyjnych czy hipnotyzującego monitora komputera. Wspomniany wcześniej Richard Louv jest twórcą pojęcia deficyt natury (z ang. Nature-deficit Disorder), który można w skrócie wyjaśnić jako brak wystarczającego kontaktu z przyrodą. Otóż na podstawie wieloletnich, przeprowadzonych na całym świecie badań naukowców wyciągnięto fundamentalny wniosek: dzieci do prawidłowego rozwoju (fizycznego, psychicznego i poznawczego) potrzebują kontaktu z naturą. Dokładniej, te dzieci, które codziennie spędzają czas na świeżym powietrzu (w parku, nad jeziorem, w sadzie, lesie, ogrodzie, itp.), mniej chorują, są bardziej sprawne ruchowo, potrafią kontrolować swoje emocje, mają wyższą zdolność koncentracji, lepiej się uczą i łatwiej nawiązują relacje z rówieśnikami niż dzieci pozbawione stałego kontaktu z przyrodą. Te ostatnie mają często problemy z nadwagą, koncentracją, zapamiętywaniem, nadpobudliwością psychoruchową, integracją sensoryczną i trudniej im tworzyć trwałe relacje z innymi. W świetle tych faktów założenie fundacji, mającej na celu zbliżenie dzieci i dorosłych do natury, wydaje się być wartościowym i potrzebnym wkładem w lokalną społeczność.

Małymi krokami

– Zanim zdecydowałyśmy się na założenie Przystani i Dziupli, organizowałyśmy mniejsze przedsięwzięcia, jak kręgi leśnych rodzin czy śniadania na trawie – wspomina Katarzyna. W ten sposób powoli stworzyła się społeczność, której przyświecał wspólny cel powrotu do natury. Obecnie Przystań proponuje zajęcia edukacyjne w przyrodzie nawet dla niemowląt. – Rodzice i dzieci, którzy do nas trafiają, zostają na dłużej. To niesamowite obserwować jak niemowlęta i młodsze dzieci dorastają na naszych oczach i w tym dorastaniu są blisko świata przyrody – Edyta nie kryje zachwytu. Zajęcia w Przystani umożliwiają swobodny kontakt z naturą, edukację ekologiczną podaną w przystępny i przyjemny sposób (poprzez doświadczanie świata wszystkimi zmysłami), wyzwania survivalowe pod okiem profesjonalistów i leśne półkolonie, a dodatkowo dają rodzicom i dzieciom szansę na nawiązanie nowych znajomości i budowanie lokalnych grup towarzyskich. Wszystko dzieje się naturalnie, bez wysiłku, stopniowo, w swoim tempie, jak gdyby spotkania w otoczeniu roślin i drzew sprzyjały wzajemnemu otwieraniu się na świat i innych.

Święto Błota

Terapeutyczne właściwości ma nie tylko przebywanie wśród drzew, roślin czy zwierząt (choćby mrówek czy ślimaków). Ma je także... błoto, a dokładniej wszelkiego rodzaju błotne aktywności. Wywierają pozytywny wpływ na zdrowie i prawidłowy rozwój dzieci, a także na wzrost dobrego samopoczucia u dorosłych (jeśli tylko przełamią swoją niechęć do brudu). Taplanie się w mokrej ziemi to świetny sposób na zabawę sensoryczną i nowe doznania zmysłowe. Dodatkowo z błota powstać mogą wyjątkowe

budowle bądź „potrawy” (kuchnia błotna to hit wśród Dziuplaków), co sprzyja eksperymentowaniu i rozwijaniu kreatywności. Poza tym błoto jest zdrowe: zawiera mikroby, które sprzyjają budowaniu odporności. Dlatego w Przystani błota nigdy nie brakuje. W tym roku dodatkowo dziewczyny postanowiły przyłączyć się do obchodów Międzynarodowego Dnia Błota. 29 czerwca zorganizowały błotne szaleństwo. Na dorosłych i dzieci czekały kąpiele, bicze wodne, kuchnia i SPA, wszystkie oczywiście z wykorzystaniem błota.

Osobista wiara w Planetę

Dzieci, które nie odczuwają więzi z miejscem, nie tylko nie skorzystają z dobroczynnego psychologicznego i duchowego oddziaływania przyrody, ale i nie wykształcą w sobie trwałego oddania temu miejscu oraz środowisku naturalnemu w ogóle. To ponownie Richard Louv. Jego słowa są znamienne, zwłaszcza w czasie, gdy coraz głośniej mówi się o kryzysie klimatycznym i już szóstym w historii naszej planety, gwałtownym wymieraniu gatunków. – Mam osobistą wiarę w Planetę. Ona sama się obroni. Warto jednak mówić głośno o tym, jakie znaczenie dla środowiska mają nasze codzienne wybory – opowiada Edyta. Właśnie dlatego Przystań w Naturze chce lokalnie szerzyć wiedzę o dobrych praktykach w duchu tzw. less waste (stopniowe ograniczanie ilości produkowanych odpadów). Ekologiczne postawy propagowano już m.in. podczas jednej z inicjatyw, warsztatów recyklingowych „Pora na eko-stwora”.

Jeszcze kilka pokoleń wstecz brudne dzieci, skaczące po kałużach, taplające się w błocie i robiące proce z gałęzi były przecież codziennym widokiem. No właśnie, były.

Tak naprawdę wszelkie spotkania z przyrodą inicjowane przez Przystań przyczyniają się do zmian w spojrzeniu na relację człowieka z roślinami i zwierzętami. Odkąd regularnie zjawiam się na różnych fundacyjnych warsztatach, zaczynam lepiej rozumieć założenia ekofilozofii Henryka Skolimowskiego, która mówi m.in. o tym, by traktować przyrodę jak sanktuarium, przestrzeń, w której codziennie zdarzają się cuda, miejsce, które od człowieka oczekuje szacunku, a nie bezmyślnej eksploatacji. Wrażliwość założycielek Przystani (jak i osób z nimi współpracujących) na otaczający nas świat jest zaraźliwa. Jeśli do tej pory nie mieliście okazji zawitać na warsztatach, uczestniczyć w leśnych spacerach czy rodzinnych piknikach na trawie organizowanych przez Fundację Przystań w Naturze, to zachęcam Was do nadrobienia zaległości. Czuję, że to Edyta i Kasia dopiero nabierają wiatru w żagle i jeszcze nie jeden raz zaskoczą nas fantastycznymi przygodami na łonie natury. Niech moc przyrody będzie z nami. •


Być eko 60

Chwalę łąki! tekst i zdjęcia Agnieszka Gołębiowska

Fala rekordowych upałów, susza, deficyty wody. W czerwcu na własnej skórze odczuliśmy zmiany klimatu. Nie zniechęciło to miłośników równo przystrzyżonych trawników, którzy w imię ładu i porządku z hałaśliwymi, smrodliwymi, zużywającymi ogromne ilości prądu kosiarkami wyruszyli do boju, by zbiorowiska ziół i kwiatów zamieniać w wysuszone cmentarzyska. Na szczęście jest i światełko w tunelu – coraz dłuższa lista miast, które trawniki zastępują łąkami.

Jak kania dżdżu

26 czerwca o godzinie 15:20 w Radzyniu w Lubuskiem zanotowano 38,2 stopnie Celsjusza, co jest nowym rekordem temperatury w czerwcu w Polsce. Upały to nie tylko zagrożenie dla starszych i dzieci, ale też susza w rolnictwie skutkująca spadkiem plonów i wyższymi cenami produktów, to także problem dla energetyki. Susza objawiła się zresztą niedoborami wody, także w województwie świętokrzyskim. Klimatolodzy ostrzegają, że w przyszłości takie upały będą się powtarzały, a fale wysokich temperatur będą dłuższe. Co – oprócz redukcji spalania paliw kopalnych – może nas przed katastrofą uchronić? Zieleń. Najważniejsze są drzewa. Trzeba zostawić te dorodne, wycinane bez opamiętania i zastępowane byle krzaczkami. Skandaliczne są takie sytuacje, jak kilka lat temu w Kielcach – zasadzone wzdłuż nowej drogi dęby usunięto, bo... zasłaniały reklamy sklepu! (W Grenoble w miejsce billboardów posadzono drzewa...) Wyższa roślinność zapobiega tzw. efektowi wysp cieplnych, który objawia się tym, że latem temperatura w centrum miasta może być nawet o 10-15 stopni Celsjusza wyższa niż na przedmieściach. Zieleń wprowadzić musimy w każdą możliwą przestrzeń: na dachy, ściany, przydroża i torowiska. Najłatwiej i najtaniej zastąpić trawniki łąkami, które są nawet dziesięć razy wyższe. Można zrobić to w sposób bezkosztowy, a nawet zaoszczędzić. Tak zrobiono w Warszawie, gdzie w niektórych parkach po prostu pozostawiono nieskoszone fragmenty. Według warszawskiego Zarządu Zieleni najlepiej sprawdzają się naturalne łąki, a szczególnie pięknie wyglądają i sprawdzają się zawciągi, rośliny kwitnące np. w Wilanowie. Wystarczy przestać kosić i pozwolić przyrodzie wrócić na swoje miejsce. Trzeba też wytłumaczyć mieszkańcom, że to nie bałagan, tylko naturalny sposi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

sób ochrony przed niebezpiecznymi zmianami klimatu. Rośliny łąkowe mają wielokrotnie dłuższe korzenie, potrzebują mniej wody, a dzięki jej magazynowaniu nie usychają tak łatwo jak trawniki, chronią też przed podtopieniami.

Łąka versus trawnik

20 lat temu mieszkając w leśniczówce usytuowanej na skraju lasu pod okazałymi starymi dębami, uznałam, że koszenie trawy jest nieekologiczne i niepotrzebne. Wyrosłe w związku z tym dzikie, bujne, przyciągające owady zbiorowisko roślinne nie zyskało jednak aprobaty nadleśniczego. Trawę nakazał krótko, po wojskowemu, przystrzyc. Jak to się stało, że monokulturowy, równo wykoszony trawnik – biocenotyczny bankrut, stał się bardziej pożądany od wielogatunkowych wielobarwnych łąk przyciągających pszczoły, trzmiele i motyle? Trawnik to przestrzeń przyrodniczo martwa, której utrzymanie wymaga wiele pracy. Łąka bez pomocy z naszej strony tętni życiem – celnie podsumowuje Fundacja Sendzimira. Łąki mają same plusy! Są ostoją bioróżnorodności – łąka może się składać nawet z 60 gatunków roślin i być miejscem do życia dla 300 gatunków zwierząt (owadów, pajęczaków, małych ssaków, ptaków, gadów i płazów). Pozwalają oszczędzić wodę, bo tylko przy ich zakładaniu i skrajnych upałach trzeba je podlewać, a potem mogą rosnąć nawet... kilkaset lat. Są tańsze w utrzymaniu. Nie potrzebują nawozów, które zatruwają glebę. Koszone są raz – dwa razy w roku, więc mniej jest dzięki temu spalin i hałasu; tym bardziej, że znawcy zalecają ich koszenie kosą... Według Fundacji Łąka jedna kosiarka emituje tyle spalin co 11 samochodów! Tymczasem do skoszenia trawnika używa się ich nawet 10 razy w roku!


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

61


Być eko 62

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

63 Łąki posiadają dużo większe walory estetyczne, pozytywnie wpływają na krajobraz, są wielobarwne. Przy odpowiednio dobranych mieszankach mogą kwitnąć od wiosny aż po późną jesień i można je wysiewać nawet na glebach zdegradowanych. Stworzenie łąki kwietnej jest możliwe praktycznie w każdym miejscu gdzie nie dominują duże drzewa i jest odpowiednie nasłonecznienie. Na łąkach można uczyć dzieci przyrody. I wreszcie fitoremediacja!

Zieleń potrzebna na wczoraj

Rośliny wykazują dużą skuteczność w usuwaniu substancji toksycznych, ponieważ mają zdolność do efektywnego pobierania i degradacji szkodliwych związków. Wbudowują je we własne komórki lub aktywnie metabolizują toksyny. Przede wszystkim skuteczne są tu drzewa – i to stare, duże – oraz krzewy, ale także łąki, które są wspaniałą alternatywą dla monokulturowych trawników o zdecydowanie mniejszej zdolności pochłaniania zanieczyszczeń. Różnorodność roślin i gatunków sprawia również, że łąka kwietna ma dużo większe zdolności pyłochwytne, sprzyja poprawie czystości powietrza. Fundacja Łąka opracowała specjalną mieszankę antysmogową do wysiewania przy drogach i autostradach. Łąki kwietne trafiły nawet jako innowacja do oficjalnej strategii antysmogowej Krakowa. W tym mieście założono je już w 20 lokalizacjach na 11 hektarach (dane na 2018 rok). Jeden z krakowskich internautów tak zrecenzował ten fakt na Facebooku: Akcja wzbudziła mój entuzjazm! Oby jak najwięcej takich inicjatyw. Pora skończyć z obłędem koszenia trawników co tydzień. Będzie ciszej, będzie mniej spalin, będzie kolorowo. Najpiękniej by było zasiać łąki kwietne na niemal wszystkich dostępnych w Krakowie trawnikach. Za kwiatami pojawią się motyle, jeśli koszenie ograniczy się do 1-2 rocznie, motyle będą się miały gdzie rozwijać. Jeszcze może być pięknie!

Polska łąka kwietna

Jedyna miejska łąka w Kielcach kwitnie aktualnie przy al. IX Wieków Kielc od strony skrzyżowania ze Źródłową, al. Solidarności i Sandomierską. W ubiegłym roku przygotowaną glebę obsiano mieszanką nasion zakupioną od znanego etnobotanika, propagatora łąk kwietnych i jadalnych chwastów, Łukasza Łuczaja. Autor nazwał tę mieszankę polską łąką kwietną. Nadaje się do zakładania łąki wieloletniej, koszonej raz lub dwa razy do roku, na przeciętne gleby. W składzie ma kilkanaście typowych kolorowych kwiatów łąkowych, takich jak: złocień pospolity, jaskier ostry, świerzbnica polna i firletka poszarpana. Nasiona zbierał – jak zapewnił urzędników – na łąkach Kielecczyzny. Na początku czerwca w zielono-żółto-białym łanie wyróżniały się komonica zwyczajna, złocień i wiesiołek dwubarwny. Kiedy to piszę (na początku lipca, po fali upałów) fazę najpiękniejszego kwitnienia łąka ma już za sobą; królują kwiaty krwawnika i marchwi zwyczajnej, przetykane fioletowymi chabrami i ostrożeniami, żółtym wrotyczem czy brązowym już szczawiem. Najwięcej trzmieli przyciągały chabry. Tutaj ważna uwaga – jeśli ktoś spodziewa się na łące maków i innych wyjątkowo dekoracyjnych kwiatów musi pamiętać, że są to jednoroczne chwasty polne, i żeby je otrzymać, trzeba co roku dosiewać nasiona, co podraża koszty łąki.

I Ty zostań ogrodnikiem!

Jak donosi portal miasto77.pl, władze Paryża przyjęły prawo zezwalające mieszkańcom na obsadzenie roślinami wszelkich zakątków miasta. Żeby nie powstał chaos w działaniach i dla promowania

zrównoważonych metody uprawy, ratusz stworzył też nową funkcję – miejskiego ogrodnika. Zostanie nim każdy, kto podpisze tzw. „kartę odnowy szaty roślinnej” i przestrzegać będzie wytycznych związanych ze sposobem uprawy – będzie unikał pestycydów oraz promował bioróżnorodność. Można otrzymać ziemię do uprawy, nasiona i narzędzia, a ogród założyć na dachu, ścianie, chodniku. W siedzibie stołecznego Zarządu Zieleni stanął... Bankomat Nasion, z którego każdy mieszkaniec może pobrać nasiona, np. maku, rumianku, chabru czy maciejki. Wystarczy znaleźć miejsce, posiać, podlać i czekać aż rośliny wykiełkują. Zachęcamy wszystkich mieszkańców do przejęcia opustoszałych skrawków zieleni, na których mogliby założyć ogród społeczny, który mógłby być stworzony zgodnie z założeniami permakultury, dzięki czemu powstałoby przyjazne i ekologiczne miejsce, które rozwijałoby bioróżnorodność naszego miasta, a także wzmacniało więzi społeczne między osobami, które włączyłyby się w opiekę nad ogrodem – pisze na swojej stronie Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie. Z niecierpliwością czekam na takie wiadomości z Kielc. Na razie cieszy mnie, że w klombach róż pozwolono kwitnąć dziurawcom. • --Korzystałam m.in. z danych przedstawionych przez prelegentów na konferencji „Zieleń potrzebna od zaraz” (Kielce, luty 2018), informacji Fundacji Łąka, Fundacji Sendzimira oraz uzyskanych z rozmów z odpowiedzialnymi za zieleń urzędnikami w Kielcach, Krakowie i Warszawie. REKLAMA


Psychologia

64

Zrób sobie metamorfozę tekst: Agnieszka Scendo

Agnieszka Scendo, psycholog w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej. Psychoterapeuta rodzinny oraz psychodynamiczny. Zajmuje się diagnozą oraz terapią indywidualną dorosłych, dzieci i młodzieży.

Wszyscy kochają metamorfozy. Zazwyczaj dotyczą one spektakularnej zmiany sylwetki pod wpływem treningów i diet, fryzury, stylu ubierania się, a nawet rysów twarzy, za sprawą makijażu lub ingerencji chirurga. Wygląd można zmienić radykalnie, ale czy da się zmienić to, jacy w rzeczywistości jesteśmy? Czy da się przeprowadzić metamorfozę osobowości? Pragnienie, by się zmienić często pojawia się razem… z poważnymi problemami. Skłonić nas do tego może np. utrata pracy, rozpad kolejnego związku. Wtedy często dochodzimy do wniosku, że coś jest z nami „nie tak”, że gdy się zmienimy, będziemy szczęśliwsi. Co ciekawe, jak pokazują wyniki badań Nathana Hudsona i Chrisa Fraleya pragnienie zmian z wiekiem… maleje. Starsi nawet jeśli chcieliby coś w sobie zmienić, to w mniejszym zakresie. Być może zaczynają lubić i akceptować siebie takimi, jacy są. A może zaczynają wierzyć w to, że ludzie się nie zmieniają, a jeśli już, to na gorsze? To, jak złożoną, skomplikowaną i trudną do zmiany materią jest nasza osobowość, najlepiej wiedzą psychoterapeuci zajmujący się tzw. zaburzeniami osobowości (personality disorders, PD). Wszyscy stoją na stanowisku, że można pozbyć się uciążlisi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

wych cech, ale jest to praca wymagająca wysiłku i czasu, liczonego raczej w latach niż miesiącach. Na dodatek specjaliści ciągle pracują nad nowymi metodami dla tych najbardziej opornych. W przypadku osobowości nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest kwestią pracy nad sobą. Bo powodzenie w życiu bardziej niż od inteligencji zależy od... siły woli. I to jest dobra wiadomość. Nie znamy sposobów na podniesienie inteligencji, ale coraz więcej wiemy o tym, jak wzmocnić siłę woli. Naukowcy koncentrują się nie tyle na „mocy” każdego pacjenta, ale na procesach psychologicznych, które się za tym kryją. Roy F. Baumeister, znany amerykański psycholog i badacz samoregulacji, jest autorem koncepcji, że siła woli to nasz wewnętrzny zapas energetyczny. Zużywamy ją, gdy dokonujemy wyborów, wytrwale rozwiązujemy problem, ale także, gdy powstrzymujemy się, by nie wybuchnąć śmiechem. A ponieważ zasób ten jest ograniczony i wyczerpuje się podczas kolejnych aktów kontroli, może nam go w końcu zabraknąć. Trzeba zatem mądrze nim gospodarować, ale także go ćwiczyć i rozwijać, niczym mięśnie na siłowni. Wystarczy regularnie wykonywać dowolne czynności ukierunkowane na samokontrolę: codziennie uczyć się nowych słówek obcego języka, zapisywać w dzienniczku, co się jadło albo… utrzymywać pro-

stą postawę ciała. I to wystarczy, by nam siły woli przybywało. Badania pokazują, że sprzyjają jej też pewne kompetencje, których uczymy się we wczesnym dzieciństwie, a potem działają jako swego rodzaju automatyzmy. Nie znaczy to, że jako dorośli nie możemy ich nabyć. Siła woli opiera się na naszej zdolności do kontroli uwagi i myśli, a tę można wprowadzić, opracowując strategiczny plan, jak poradzić sobie z różnego rodzajami przeszkodami i trudnościami, które stają nam na drodze do celu. Jeśli przewidzimy wszelkie pokusy i zagrożenia, opracujemy metody jak z nimi walczyć, wzrosną szanse, że cel osiągniemy. Zdołamy zrezygnować z tego, czego chcemy tu i teraz, na rzecz tego, czego chcemy bardziej, a co stanowi nasz długoterminowy plan. Warto mieć takie kompetencje. Badania potwierdzają, że osoby o większej sile woli mają wyższe osiągnięcia i lepsze relacje z innymi ludźmi. Ci ludzie są zdrowsi i z sukcesem budują swoją karierę zawodową, nie popadają w nałogi i nie podejmują innych niekorzystnych zachowań. Na dodatek osoby z silną wolą rzadziej doświadczają dylematów związanych z różnego rodzaju pokusami. Prawdopodobnie często strategicznie ich unikają, a także lepiej zarządzają swoimi celami, faworyzując te, które przynoszą większe korzyści w dłuższej perspektywie czasu. Siła woli to jednak nie tylko kompetencje. Jest ona także powiązana ze sposobem podejścia do własnych celów. Łatwiej jest realizować te, które są ważne dla nas, niż te, których nie akceptujemy lub uznajemy za narzucone przez innych. Wygląda więc na to, że ćwicząc silną wolę, nie możemy pominąć refleksji nad powodami, dla których zamierzamy zrealizować jakiś cel. O ile w przypadku małego zadania wystarczy dobry plan, o tyle w przypadku celów długoterminowych to może nie wystarczyć. A przecież to właśnie one, jeśli są konsekwentnie przez nas realizowane, przekładają się na sukcesy życiowe.

Partner artykułu: Centrum Terapii i Rozwoju Neuroclinic w Kielcach al. IX Wieków Kielc 8/36 www.psychologkielce.pl


Prawo

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

65

(Nie)udane wakacje tekst: radca prawny Wojciech Stachowicz-Szczepanik

Okres urlopowy w pełni. Oferty biur podróży wabią rajskimi widokami i egzotycznymi plażami. Skuszeni atrakcyjnymi cenami oraz obietnicami niezapomnianego wypoczynku, często ulegamy pokusie i nie sprawdzając opinii innych turystów, wykupujemy wymarzoną wycieczkę. Problem pojawia się na miejscu, gdy hotel przedstawiony jako oaza ciszy i spokoju okazuje się wielkim placem budowy, a piaszczysta, szeroka plaża, wybetonowaną wylewką tuż przy ruchliwej jezdni. Co wówczas? W przypadku nieprzewidzianych i niemiłych niespodzianek każdemu turyście wykupującemu wycieczkę za pośrednictwem biura podróży przysługuje prawo złożenia reklamacji u organizatora wyprawy. Z takiej możliwości można skorzystać zarówno podczas wypoczynku, jak i w terminie 3 lat od jego zakończenia. Warto zgłosić wszelkie uchybienia jak najwcześniej, gdyż zgodnie z stanowiskiem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, czas, w którym wystąpimy z reklamacją, może być brany pod uwagę przy ustalaniu ewentualnej obniżki ceny czy rekompensaty. Biuro podróży ma obowiązek udzielić odpowiedzi klientowi na reklamację. Uwzględniającej roszczenia lub odmownej. Niestety, od 1 lipca 2018 r. zniknął

korzystny dla konsumentów przepis prawny, według którego brak informacji zwrotnej w terminie 30 dni od dnia doręczenia reklamacji, oznaczał, że organizator wypoczynku nasze zastrzeżenia przyjmuje. Obecnie sposób, w jaki rozpatrzone są reklamacje, pozostawiono w gestii każdego sprzedawcy usług turystycznych. To nie zmienia faktu, że organizatorzy wyjazdów ponoszą odpowiedzialność za jego przebieg. Określa ją Ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych. Warto pamiętać, że zgodnie z prawem, organizatorem jest każdy przedsiębiorca, który sprzedaje usługi samodzielnie lub przez pośrednika. Rozczarowani wczasowicze mogą żądać naprawienia szkody majątkowej albo zadośćuczynienia za zmarnowany urlop. Chyba że urlop nie udał się z powodu działania siły wyższej, przyczynił się do tego swoim zachowaniem sam klient lub ktoś inny, którego działań nie można było ani przewidzieć, ani uniknąć. Przy określaniu kwot odszkodowania za nieudany urlop pomocna może być tzw. Tabela Frankfurcka, dokument opracowany na potrzeby Izby Cywilnej Sądu Krajowego w Niemczech. Wyliczono w niej szereg uchybień biur podróży i podano, jaki procent ceny wyjazdu powinien zostać zwrócony w sytuacji wy-

stąpienia konkretnej wady. Co istotne, dla polskich turystów tabela ma jedynie charakter pomocniczy i orientacyjny, gdyż dokument ten nie jest aktem prawnym ani nie ma mocy obowiązującej w Polsce. Na koniec drobna przestroga – jeśli chcemy dostać zadośćuczynienie, przejrzyjmy skrupulatnie swoje wpisy i zdjęcia udostępniane w sieci. Organizator podróży może wykorzystać je przeciwko nam, zwłaszcza gdy przedstawialiśmy swoje wakacje jako udane. Orzecznictwo sądów wskazuje, że w wspomnianych przypadkach prawo stoi po stronie biur podróży. Wakacje to nie zawsze czas miłego wypoczynku i niczym niezakłóconego relaksu. Szczęśliwy ten, kto udał się do miejsca, w którym został otoczony troską o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. W innym przypadku okaże się, że nasze udane wakacje odbędą się w przyszłości. Może za rok?

Partner merytoryczny „Made in Świętokrzyskie” Bartocha Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy Kancelaria Prawna Kielce, ul. Warszawska 21/48 www.kbss.pl


Nożem i widelcem 66

Na zimno… tekst i zdjęcie Marta Herbergier

Za oknem żar leje się z nieba. Pot wąską stróżką spływa z czoła, powietrza brak. W radiu eksperci dyskutują o globalnym ociepleniu, trudno zebrać myśli, a na dodatek wentylator przestał działać. Nic dziwnego, że nikomu nie chce się jeść, a co dopiero gotować. Na szczęście mamy chłodniki.

P

rzez długi czas nie byłam w stanie przekonać się do tej potrawy. Zupa na zimno kojarzyła mi się z botwinką z czasów dzieciństwa i nie wywoływała pozytywnych wspomnień. Podczas jednej z wakacyjnych wypraw spróbowałam gaspacho i… wpadłam jak śliwka w kompot, a raczej – jak pomidor do zupy. Po krótkotrwałym okresie fascynacji tą potrawą postanowiłam poszukać smaków bardziej tradycyjnych dla naszego regionu. Po raz kolejny nie przekonał mnie chłodnik z czerwonych buraków (i tak już chyba pozostanie), za to pokochałam chłodniki na bazie kwaszonego mleka z dodatkiem wszystkiego, co zielone. Na co dzień moim ulubionym jest ten inspirowany przepisem Marty Dymek – miksuję kefir z awokado i dodaję do niego poszarpaną sałatę i siekanego ogórka oraz koperek, całość obficie posypując pestkami granatów i prażonymi płatkasi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

Intrygująca nazwa i smak przypadły do gustu nie tylko mnie – zupa ta została wybrana przez jury najsmaczniejszą potrawą konkursową.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Smacznie i zdrowo

mi migdałów. Brzmi i smakuje pysznie, jednak to nie tradycyjne smaki świętokrzyskiego regionu. W ich poszukiwaniu udałam się na XII Konkurs na Tradycyjną Potrawę Powiatu Kieleckiego, który odbył się w pierwszą niedzielę lipca w Miedzianej Górze. Przyznam szczerze, że wśród konkursowych zup zwabił mnie małosolny chłodnik gospodarza. Intrygująca nazwa i smak przypadły do gustu nie tylko mnie – zupa ta została wybrana przez jury najsmaczniejszą potrawą konkursową. Małosolne ogórki, kwaszone wiejskie mleko i dużo czosnku – to po prostu musiało się udać! Co ciekawe – autorami przepisu i samej potrawy są mężczyźni. Gminne Koło Gospodarzy działające w Górnie zrzesza mężczyzn w sile wieku, różnych zawodów i zainteresowań. – Nie wiem, czy jest drugie takie koło w Polsce. Śpiewamy, komponujemy piosenki, występujemy na imprezach ludowych – wylicza wiceprezes Dariusz Wzorek. – I, oczywiście, gotujemy. To moja domena, bo ukończyłem gastronomię i uwielbiam to robić – dodaje. Gminne Koło Gospodarzy już od trzech lat odnosi sukcesy w regionalnych konkursach kulinarnych, stanowiąc poważną konkurencję dla gospodyń. I dobrze, wszak mamy równouprawnienie. •

Produkty ekologiczne lepiej pachną i smakują, są zdrowsze. Możemy być pewni, że nie kupujemy kota, a raczej marchewki, w worku. Gospodarstwa bio i produkty są pod stałą kontrolą. Jakie rolnictwo nazywamy ekologicznym? Beata Janik-Guzy, właścicielka sklepu Źródło Smaków: Nie jest nastawione tylko na zysk, a produkcja rolna nie niszczy środowiska. To powrót do naturalnych nawozów, kompostów, obornika. Preparaty do eliminacji szkodników uzyskuje się np. z wyciągów roślinnych. W rolnictwie bio stosuje się płodozmian, by nie wyjałowić gleby i plewi się ręcznie.

Małosolny chłodnik gospodarza

To dlatego produkty ekologiczne są droższe? Tak, nakład pracy jest dużo większy. Wielu rolników wybiera „eko” świadomie i też trochę dla idei. Dbają o siebie, najbliższych i nie sadzą byle czego. Stawiają np. na dawne odmiany roślin.

Składniki: • • • • • • • • • • • •

wiejskie mleko skwaszone trochę dobrej śmietany kefir czosnek ogórki małosolne ogórki gruntowe szczypiorek czosnek cebula sól, pieprz lubczyk jajka przepiórcze

Co trzeba zrobić, by pole stało się bio? Uzyskać specjalny certyfikat, co trwa około 2-3 lat i jest płatne, oraz odnawiać go co roku. Kontroli podlegają: gleba i rośliny, ale też przetwórnie i sklepy oferujące żywność bio. System jest więc szczelny. Co to znaczy, że dany produkt jest bio? Ma lepszy surowiec i skład. Użycie substancji dodatkowych podlega obostrzeniom. Lista dozwolonych dodatków (zagęstniki, stabilizatory, konserwanty, przeciwutleniacze) jest krótka. Żywności bio nie przedłuża się sztucznie terminu ważności, a służące temu technologie, np. napromienianie, są zakazane

Mleko łączymy z kefirem i śmietaną, dodajemy do nich posiekane ogórki, szczypior, czosnek (można wycisnąć praską) i cebulę, doprawiamy solą i pieprzem. Lubczyk (świeży) dodajemy jedynie na około godzinę, a następnie usuwamy. Przechowujemy kilka godzin w lodówce. Gotujemy jajka przepiórcze i podajemy z chłodnikiem. Smacznego!

Artykuł partnerski

Wykonanie:

Dlaczego powinniśmy sięgać po produkty ekologiczne? Bo zawierają więcej węglowodanów, witamin i antyoksydantów. Moi klienci cenią sobie także ich smak. Taki pamiętają z dzieciństwa. Ale bio jest nie tylko smaczne, jest przede wszystkim zdrowe. Dla nas i dla środowiska.

Źródło Smaków Kielce, ul. Starowapiennikowa 39 H tel. 665 055 173

67


Rzuć okiem 68

Wśród dinozaurów i pradawnych kopalni tekst i zdjęcia Marta Herbergier

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

69

Przenieśmy się 550 milionów lat wstecz. To wówczas na naszej planecie dokonywały się procesy geologiczne, które doprowadziły do ukształtowania jej powierzchni. My, mieszkańcy ziemi świętokrzyskiej, mamy to szczęście, że to tutaj znajdują się jedne z najstarszych gór w Europie. Odkryjemy tu ślady zwierząt sprzed milionów lat, skamieniałości i pozostałości po pradawnych ośrodkach żelaza. Wystarczy wejść na Świętokrzyski Szlak Archeo-Geologiczny.


Rzuć okiem 70

R

ozpoczyna się w Bałtowie i wiedzie przez Krzemionki, Wąwóz w Skałach, Muzeum Starożytnego Hutnictwa w Nowej Słupi, Święty Krzyż, Bukową Górę, kamieniołom Zachełmie, góry: Grodową, Ciosową, Kielce, kamieniołom Szewce, jaskinię Raj, górę Zelejową, jaskinię Piekło, kamieniołom Stokówkę, Górę Zamkową w Chęcinach, górę Rzepkę i kończy na Miedziance. W samych Kielcach szlak obejmuje aż pięć rezerwatów, będących pozostałościami po nieczynnych kamieniołomach: Ślichowice, Wietrznię, Kadzielnię, Karczówkę i Biesak-Białogon. Trasa prowadzi przez najciekawsze obiekty geologiczne, paleontologiczne i archeologiczne na terenie województwa świętokrzyskiego: rezerwaty, muzea, jaskinie, wąwozy i kamieniołomy. Dodatkowo można odwiedzić również pięć atrakcyjnych miejsc powiązanych tematycznie ze szlakiem: Góry Pieprzowe, jaskinię Zbójecką i wąwóz Dule, Gagaty Sołtykowskie, skałki Piekło pod Niekłaniem. Wielu z pewnością zachwyci Jurapark w Bałtowie, gdzie można zobaczyć odciśnięte w skałach łapy dinozaurów oraz kilkadziesiąt modeli tych zwierząt. Ślady tetrapoda (pierwszego czworonoga) dostrzeżemy w Zachełmiu, a w Krzemionkach dowiemy się, jak niegdyś wydobywano krzemień pasiasty. Historię hutnictwa na ziemi świętokrzyskiej poznamy dzięki Muzeum Starożytnego Hutnictwa w Nowej Słupi, a na Świętym Krzyżu, położonym nieopodal, możemy podziwiać gołoborze – skalne rumowisko powstałe wskutek kruszenia się piaskowców kambryjskich w okresie zlodowacenia. Kielce – „geomuzeum pod gołym niebem” to chyba jedyne miasto, w którego centrum znajduje się tak wiele rezerwatów. Zaledwie kilkanaście kilometrów stąd możemy podziwiać nieczynne kamieniołomy, w których wydobywano wapienie, rudy miedzi czy ołowiu, a także schronienie człowieka neandertalskiego – jaskinię Raj. A to dopiero początek. Historia Ziemi odciśnięta w skale to nie tylko wspaniała przygoda dla dużych i małych, ale również pokaźna dawka wiedzy o naszej przeszłości.

1.

Kręgi kamienne. Na szczycie Grodowej Góry stał gród obronny, w którym

w XIII wieku chronili się okoliczni mieszkańcy przed najazdami tatarskimi. Legenda głosi, że to tutaj odparto atak Szwedów w 1655 roku. Obrońcy nie mieli już amunicji i zaczęli ładować broń kaszą. Dowódca szwedzki uznał, że są oni doskonale przygotowani do długotrwałej walki, skoro mogą pozwolić sobie na marnowanie żywności, i atak przerwał.

2.

Bukowa Góra. Na północnym zboczu wyjątkowo urokliwej Bukowej Góry znajduje się czynny kamieniołom, który nie jest dostępny dla zwiedzających. Tuż obok kilkadziesiąt metrów na północ od grzbietu można zobaczyć ogromne głazy o kształcie baszt i platform. Największe z nich mają ponad pięć metrów wysokości. Piaskowce zajmują powierzchnię o długości około 100 i szerokości do 50 metrów.

3.

Jaskinia Piekło. Korytarze jaskini mają około 57 metrów długości. Kiedyś

poszukiwano tu srebra i ołowiu. Zimą Piekło zamarza: ze sklepienia wyrastają kolce, a na ziemi możemy zobaczyć dziesiątki lodowych stalagmitów. si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

4.

Ślichowice. To pierwszy utworzony w Polsce rezerwat geologiczny. Powstał on w roku 1952. Możemy zobaczyć tu przykład tzw. fałdu obalonego – na ścianie objętej ścisłą ochroną widoczne są warstwy wapieni, które zmieniły swoje położenie z poziomego w niemal pionowe.

5.

Biesak-Białogon. Nad niewielkim wyrobiskiem po dawnym kamienio-

łomie w środku lasu możemy podziwiać piaskowce kwarcytowe, mułowce kwarcowe i łupki ilaste. W rezerwacie znajdują się odsłonięcia najstarszych skał, jakie możemy podziwiać na tym szlaku archeo-geologicznym.

6.

Wietrznia. W byłym kamieniołomie znajduje się jeden z najdłuższych w Europie, odsłonięty na długości około 800 metrów, profil skał górnego dewonu. Możemy zobaczyć, jak kształtowało się dno zbiornika morskiego 380 milionów lat temu. Znajdują się tu też liczne jaskinie i schroniska skalne. Na terenie Wietrzni znajduje się Centrum Geoedukacji. warto tam zajrzeć i obejrzeć wystawę przybliżającą dzieje naszej planety.

7.

Kadzielnia. Wiele XVIII-wiecznych kieleckich domów i ulic zostało zbudowanych z kamienia, wydobywanego na Kadzielni. W okresie międzywojennym kamieniołom zatrudniał ponad 200 osób, jednak już wtedy podjęto starania, by otoczyć ten obszar ochroną. Zakład zamknięto w latach 60. XX wieku, a w jego części utworzono rezerwat.

8.

Karczówka. Na górze i w jej okolicy odnotowano 3320 ślady po eksploatacji rudy ołowiu. W kościele położonym na szczycie góry znajduje się wykonana z jednej bryły galeny (nazwa rudy ołowiu) figura św. Barbary, patronki górników.

9.

Kamieniołom Szewce. Marmury chęcińskie, niegdyś wizytówka tego regionu, wydobywane były m.in. na terenie kamieniołomu Szewce i góry Zelejowa. Możemy je zobaczyć m.in. w kościele na Karczówce i w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach.

10.

Krzemionki. Krzemionkowski Region Prehistorycznego Górnictwa Krze-

mienia Pasiastego wpisano na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO na początku lipca. Jest 16 obiektem na liście UNESCO w Polsce. To jeden z największych w Europie kompleksów prehistorycznych kopalń. Pochodzą z okresu neolitu i wczesnej epoki brązu. Wydobywano tu krzemień pasiasty, z którego niegdyś wykonywano narzędzia i elementy broni, a obecnie piękną, artystyczną biżuterię (fot. Muzeum Archeologiczne i Rezerwat „Krzemionki”).

11.

Góra Zamkowa. W zachodniej części góry Zamkowej znajduje się kamieniołom, gdzie wydobywano wapienie powstałe niemal 400 milionów lat temu. W XVI i XVII wieku do ich obróbki sprowadzono mistrzów włoskich, którzy w ośrodkach rzeźbiarskich w Chęcinach i Pińczowie wykonywali zachwycające elementy architektoniczne. •


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

1. / Kręgi kamienne

71

2. / Bukowa Góra

Historia Ziemi odciśnięta w skale to nie tylko wspaniała przygoda dla dużych i małych, ale również pokaźna dawka wiedzy o naszej przeszłości.

3. / Jaskinia Piekło

4. / Ślichowice


Rzuć okiem 72

6. / Wietrznia 5. / Biesak-Białogon

7. / Kadzielnia

8. / Karczówka

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

73

9. / Kamieniołom Szewce

Najciekawsze obiekty geologiczne, paleontologiczne i archeologiczne na terenie województwa świętokrzyskiego.

10. / Krzemionki

11. / Góra Zamkowa


Turystyka 74

M

i

a

m i ę d z y

s

t

o

k a n a ł a m i

tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Agata Niebudek-Śmiech, Monika Rosmanowska

Żadnych samochodów, buczących autobusów i motocykli. Ani jednego roweru. W Wenecji trzeba mieć mocne nogi, bowiem obowiązuje tu tylko ruch pieszy, a przecież czeka nas błądzenie po wąskich uliczkach, rozsianych między dziesiątkami kanałów. Jedyny transport, na jaki możemy liczyć w tym mieście, to gondole, wodne tramwaje i taksówki.

Każdego ranka, na prośbę właściciela mieszkania, które wynajmowaliśmy w centrum Wenecji, wędrowaliśmy z workiem śmieci w okolice pobliskiego kanału. O godzinie ósmej rano podpływała tu barka zbierająca odpady. Przy okazji obserwowaliśmy poranny ruch – dzieciaki z tornistrami na plecach odprowadzane przez rodziców na tramwaj wodny zwany vaporetto, którym płynęły do szkoły. W zdumienie wprawił nas widok młodego, ubranego w garnitur wenecjanina, który wyłonił się z wnętrza zatopionej w wodzie kamienicy, wprawną nogą wsiadł do przycumowanej obok niewielkiej łodzi i ruszył nią wzdłuż kanału. Pewnie spieszył się do pracy w banku lub urzędzie. Na porządku dziennym jest widok listonoszy ciągnących wózki wyłożone ciężkimi paczkami. Podobnie transportuje się towar do sklepów czy restauracji, ruch samochodowy jest zakazany. Nie można się tu poruszać nawet na motocyklach czy rowerach. Nic więc dziwnego, że rdzenni wenecjanie wyprowadzili się ze ścisłego, historycznego centrum miasta, przenosząc się na stały ląd. Życie na 124 wyspach, oddzielonych od siebie 176 kanałami wydaje się bardzo uciążliwe, tym bardziej, że każdego dnia przez wąskie uliczki i placyki przewijają się tysiące turystów, a ceny w sklepach, restauracjach czy kawiarniach przyprawiają o zawrót głowy.

Westchnąć na moście

Wenecja ma swoich wielkich admiratorów, ale też i przeciwników, uważających, że to miasto przereklamowane, duszne i brudne. Ci ostatni wpadli tu pewnie tylko na chwilę, rzucili okiem na plac św. Marka i pałac Dożów, przeciskali się przez wiecznie zatłoczony most Rialto, pospacerowasi e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

li wzdłuż Canal Grande, zapłacili niebotyczną cenę za pizzę. I mieli już serdecznie dość. Rzeczywiście Wenecja jest miastem zatłoczonym, szacuje się, że rocznie odwiedza je ok. 30 mln turystów. Jest również jednym z najdroższych miejsc w Europie, więc z góry trzeba nastawić się na spory wydatek, choć przy odrobinie dociekliwości i szczęścia można trafić na tanie kafejki i bistra, w których podaje się smaczne jedzenie. Najczęściej jednak oddalone są one od ścisłego centrum. Naszym zdaniem ten, kto raz odwiedzi to miasto, pokocha je miłością bezwarunkową. Nie ma bowiem na całym świecie drugiego tak niezwykłego miejsca, zbudowanego na milionach drewnianych pali, wbitych w muł. Miasta, gdzie w woda podpływa pod mury urokliwych kamienic, a historia i zabytki świadczą o geniuszu i przemyślności ludzkiego umysłu. Dopiero z lotu ptaka zobaczymy, że Wenecja to sieć kanałów, z których największy nosi nazwę Canale Grande. Przecinają one niewielkie, bagniste wysepki Adriatyku, które połączone są dziesiątkami mostów. Najsłynniejszy i najstarszy z nich to Ponte Rialto, zawieszony nad Canale Grande. Rozciąga się z niego przepyszny widok na piękne weneckie pałace, ale panuje tu niemiłosierny tłok. Tłumy turystów napierają schodami, ludzie przepychają się, by zająć jak najlepsze miejsce… Rada jest tylko jedna – jeśli chcemy w spokoju posmakować uroku Ponte Rialto wybierzmy się w te okolice skoro świt. Wówczas z pewnością będzie tam pusto. Warto również odwiedzić inne weneckie mosty – Ponte dell’ Accademia czy Ponte dei Sospiri. Ten ostatni, który w Polsce znany jest pod nazwą most Westchnień, łączy pałac Dożów z budynkiem po drugiej stronie kanału. I choć nazwa wydaje się nawiązywać do romantycznych uniesień, to nic bardziej mylne-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

75

go. Właśnie tym mostem prowadzono skazańców do więzienia, dając im ostatnią szansę spojrzenia na lagunę i żałosnego westchnienia za światem, którego już nie zobaczą. Ta mało romantyczna historia nie przeszkadza jednak zakochanym, którzy płynąc gondolą pod mostem Westchnień, przysięgają sobie dozgonną miłość.

Św. Marek wraca do Wenecji

Z mostu Westchnień blisko już na jeden z najsłynniejszych placów świata – św. Marka. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w Wenecji nie obowiązuje pojęcie „w linii prostej”. Często bowiem do pobliskiego, zdawałoby się, punktu dochodzi się, pokonując przez długie minuty kolejne kręte uliczki i rozłożone nad kanałami kładki. Ale jeśli już dotrzemy do placu św. Marka, to znajdziemy się w samym sercu Wenecji. Charakterystyczna ogromna przestrzeń wypełniona kawiarnianymi stolikami ustawionymi tak, by goście mogli obserwować przechodniów, potwierdza tezę, że dla Włochów życie jest teatrem. Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że na placu św. Marka rozgrywa się fascynujący spektakl z udziałem tysięcy turystów z całego świata i scenografią w postaci najznamienitszych zabytków tego miasta. Obowiązkowym punktem zwiedzania jest bazylika św. Marka, w której znajdują się relikwie tego świętego. Wiąże się z nimi ciekawa historia, dowodząca, że wenecjanie byli (i pewnie wciąż są) sprytni i niezwykle pragmatyczni. Otóż przed wiekami, gdy społeczność miasta okrzepła już na dobre, zaczęto szukać ważnych punktów odniesienia scalających mieszkańców i dających im poczucie tożsamości. Przedsiębiorczy kupcy weneccy udali się w 828 r. do Aleksandrii, skąd podstępnie wykradli

szczątki św. Marka i przywieźli na lagunę. Do swojego w gruncie rzeczy niecnego czynu dobudowali legendę, która głosi, że święty apostoł podczas jednej ze swoich podróży zatrzymał się właśnie na lagunie i ujrzał anioła, który wyjawił mu, że właśnie w tym miejscu zostanie kiedyś pochowany. A kiedy już wenecjanie sprowadzili do swojego miasta szczątki świętego, nie pozostawało im nic innego, jak zbudować mu godną świątynię. Rzeczywiście bazylika robi wrażenie – zajmuje wschodnią część placu św. Marka, tuż obok pałacu Dożów, a wzniesiona jest na planie krzyża greckiego. Budowlę wieńczy pięć kopuł. Nie wygląda jak typowy kościół chrześcijański, ma charakter eklektyczny, wiele w niej bizantyjskiego przepychu czy ozdób przywodzących na myśl meczety. Gromadzone przez stulecia dekoracje, mozaiki, liczne złocenia, rzeźby i charakterystyczne łuki sytuują bazylikę św. Marka gdzieś na pograniczu sztuki Zachodu i Wschodu. Wystrój świątyni w sporej części tworzą dary składane przez zamożnych wenecjan i gości odwiedzających miasto, a także łupy przywiezione z krucjat. W bazylice koniecznie trzeba zobaczyć Złoty Ołtarz, zwiedzić muzeum i udać się na taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. Ozdobą tarasu są repliki figur koni – Rumaków Lizypa, których oryginały znajdują się we wnętrzu świątyni.

Bezcenna kawa

Kolejny obowiązkowy punkt to położony tuż obok pałac Dożów, który był rezydencją władców miasta. Zbudowany w stylu gotyckim zachwyca koronkowymi łukami, a przez to, że wielokrotnie był przebudowywany, odnajdziemy także elementy typowe dla renesansu. Najpiękniejszym przy-


Turystyka 76 kładem tego właśnie stylu jest dziedziniec, wspaniale prezentują się także arkadowe loggie. Wnętrze pałacu zatyka dech w piersiach swoim przepychem, dając wyobrażenie o tym, w jakim bogactwie pławili się dożowie. Charakterystycznym punktem placu św. Marka są dwie kolumny przywiezione tu z Konstantynopola w XII w. i ustawione od strony morza. Na szczycie jednej z nich znajduje się figura św. Teodora, na drugiej – św. Marka. Nieopodal znajduje się dzwonnica i strzelista wieża zegarowa, której mechanizm odlicza ponoć tylko dobre godziny. Wizytę na placu św. Marka warto zakończyć w kultowej, najstarszej we Włoszech kawiarni Floriana, w której pierwszych gości obsłużono w 1720 r. Za aromatyczne espresso trzeba tu jednak słono zapłacić – jeśli siądziemy na zewnątrz obsługa doliczy nam kilka euro za możliwość podziwiania placu św. Marka. Dodatkową opłatę uiścimy, gdy wewnątrz gra orkiestra, może się więc zdarzyć, że za małą czarną zapłacimy ponad 20 euro. Czy warto? No cóż, jeśli chcemy opowiadać znajomym, że odpoczywaliśmy w kawiarni, w której dawno, dawno temu brylował Casanova, to może należy odżałować te kilkanaście euro? A może lepiej przeznaczyć je na całodzienny bilet na podróżowanie tramwajami wodnymi. Taka eskapada jest naprawdę fascynująca, w jej trakcie warto zatrzymać się na wyspie Lido, gdzie od 1932 r. odbywa się Międzynarodowy Festiwal Filmowy. To najbardziej elegancka, ale i nieco snobistyczna dzielnica Wenecji, którą upodobały sobie gwiazdy kina i koronowane głowy. Od reszty miasta różni się m.in. tym, że dozwolony jest tu ruch samochodowy, a piaszczysta plaża należy do najpiękniejszych. Warto także dotrzeć na wyspę Murano, gdzie produkuje się wielobarwne szkło, z którego przygotowuje się biżuterię i oryginalne ozdoby do mieszkania. I na Burano, gdzie każdy dom jest w innym kolorze.

W masce i w gondoli

Jakie słowa najbardziej kojarzą się z Wenecją? Karnawał? A może gondola? Pewne jest, że zarówno bez jednego, jak i drugiego, miasto nie mogłoby istnieć. Na dziesięć dni przed Środą Popielcową ulice Wenecji stają się areną największej i najstarszej zabawy w Europie. Bale, koncerty, barwne korowody, przedstawienia teatralne, śpiew, muzyka i wszechogarniająca radość. Na wąskich uliczkach miasta i placach królują przebierańcy, w czasie karnawału nie wypada nie założyć maski, którą można kupić w każdym niemalże sklepie. W Wenecji wciąż działają niewielkie, rodzinne manufaktury, w których powstają maski – niektóre z bardzo drogich, luksusowych materiałów, inne – skromniejsze, przewidziane na kieszeń przeciętnego turysty. Główną areną karnawału jest plac św. Marka, ale sporo dzieje się także na Canale Grande, bowiem w zabawie biorą również udział gondolierzy, którzy na tę okoliczność przyozdabiają swoje łodzie lampionami i organizują barwne przeprawy. A skoro już jesteśmy przy tym szanowanym i niezwykle elitarnym zawodzie, to warto podkreślić, że przez 900 lat profesja ta zarezerwowana była wyłącznie dla mężczyzn. Pierwsza gondolierka ukończyła kurs i zdała egzamin dopiero dziewięć lat temu. Za półgodzinny rejs 6-osobową gondolą trzeba zapłacić ok. 100 euro. Ale już samo obserwowanie poruszających się z gracją łodzi, dostarcza wielu wrażeń. Ich smukły kształt ułatwia nawigowanie po wąskich i stosunkowo płytkich kanałach. Gondolierzy w swoich charakterystycznych pasiastych koszulkach i słomkowych kapeluszach zdają się być mistrzami nawigacji, biorąc pod uwagę, że mają do dyspozycji tylko jedno wiosło bez steru, a na dodatek cały czas muszą stać. Fakt, iż w Wenecji pracuje ponad 400 gondolierów, dowodzi, że życie tego miasta toczy się wokół 176 kanałów. Jeżeli mamy pecha, możemy trafić na taki moment, gdy woda wychodzi z kanałów i zalewa wąskie uliczki i place. A wszystko to wina globalnego ocieplenia i podnoszenia się poziomu wód. Swoje robią także potężne si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

wycieczkowce, które każdego dnia wpływają na lagunę. Wezbrana woda musi gdzie znaleźć ujście, wchodzi więc do wąskich kanałów, niszcząc fundamenty budynków. Obdrapane tynki i wypłukane cegły zabytkowych kamienic to powszechny widok na ulicach Wenecji. By temu zaradzić, osusza się niewielkie odcinki kanałów i wykonuje naprawy elewacji. Woda, którą kiedyś ujarzmili dzielni wenecjanie, dziś obraca się przeciwko nim.

Wszystko płynie

Jak to się stało, że przed setkami lat powstało miasto na tak nieprzyjaznym podmokłym terenie? Przed wiekami przodkowie dzisiejszych wenecjan skryli się na lagunie przed barbarzyńskimi Hunami i w 452 r. założyli miasto, budując drewniane chaty na najtwardszym gruncie. Z biegiem lat nowi mieszkańcy zasiedlali kolejne, oddzielone wodą wyspy, które zaczęli łączyć mostami. Gdy w VII w. zaczęło brakować miejsca, ktoś wpadł na genialny pomysł, by stworzyć sztuczne tereny na wodzie, wbijając w dno laguny tysiące drewnianych pali. Źródła podają, że jest ich 10 mln, z czego pod samym placem św. Marka znajduje się ich 100 tys., a aż milion pod kościołem Santa Maria Della Saluta. Takie niepewne podłoże wymogło na wenecjanach budowę domów o lekkiej, ażurowej konstrukcji, z dużymi oknami. Musieli też korzystać z materiałów odpornych na wodę, a przy okazji na tyle elastycznych, by dostosowywały się do ruchów wody w kanałach. I choć z powodu niszczycielskich działań wody w Wenecji nie zawalił się żaden pałac, to przecież miasto sukcesywnie się zapada. Największy dramat przeżyło w listopadzie 1966 r., gdy na skutek gwałtownego przypływu poziom wody podniósł się o 2 metry.

Naszym zdaniem ten, kto raz odwiedzi to miasto, pokocha je miłością bezwarunkową. Nie ma bowiem na całym świecie drugiego tak niezwykłego miejsca, zbudowanego na milionach drewnianych pali, wbitych w muł. Wielu zastanawia się, czy Wenecję czeka zagłada. Czy żywioł, który dał miastu życie, ostatecznie je pochłonie? Od 16 lat w Wenecji realizowany jest projekt MOSE. Specjaliści chcą zbudować ruchome zapory, blokujące napływ mas wody z głębi Adriatyku do laguny. Inny, bardziej futurystyczny pomysł, zakłada rozprężenie podłoża i podniesienie poziomu miasta. Bez wątpienia Wenecja warta jest każdej próby uratowania przed zatonięciem. Cóż to byłby za świat bez szalonego karnawału i rozsianych wzdłuż kanałów kafejek, z których podziwia się wyjątkowe miasto i wdycha niepowtarzalny zapach jodu, morskiej soli i wodorostów. A poza tym, gdzie swoje szaleńcze pościgi uskuteczniałby James Bond z „Casino Royal” i gdzie próbowaliby uciec przed okrutnym przeznaczeniem Johnny Depp i Angelina Jolie w filmie „Turysta”? •


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

77


Turystyka

Kowno. Gotyk i modernizm tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski

Mówiąc o Litwie myślimy o Wilnie. Dowodem na to są tłumy Polaków przemierzające przez okrągły rok trasę między wileńską katedrą, Ostrą Bramą a cmentarzem na Rossie. A Kowno? Tu tłumów już nie ma. Dla większości Polaków to miasto mijane „po trasie”. To błąd. Poważny błąd.

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

79

Kowno liczy niespełna 280 tys. mieszkańców. To drugie co do wielkości miasto Litwy, oddalone raptem o godzinę jazdy z Wilna oraz o godzinę – z małym hakiem – od granicy polsko-litewskiej w Budzisku. Nadaje się na krótki turystyczny wypad i jest wymarzonym celem dla tych, którzy uwielbiają historię, zabytki oraz sztukę. I tę starszą, i współczesną. W dodatku – w porównaniu ze wspomnianym Wilnem czy łotewską Rygą – Kowno nie jest jeszcze zadeptane przez turystów.

Stare Kowno

Tych, którzy uważają, że miasto musi mieć starówkę, Kowno nie rozczaruje. Stare Miasto rozwinęło się u zbiegu dwóch rzek. Od południa opływa je Niemen. Od północy Wilia. Łączą się ze sobą w sąsiedztwie pozostałości kowieńskiego zamku. Pierwsza osada w tym miejscu miała istnieć już na przełomie IV i V wieku. Pierwszy gród – na początku wieku XI. Za początek miasta uznaje się rok 1361. Wtedy pojawia się wzmianka o Kownie w kronikach krzyżackich. Zachowany do dziś jedynie częściowo zamek powstał pod koniec XIV wieku. Na jego terenie w 2018 roku stanął pomnik przedstawiający widniejącą w herbie państwowym Pogoń. Z ceglaną budowlą korespondują usytuowane po sąsiedzku gotyckie świątynie. Ta bliżej – przykryta masywnym, dwuspadowym dachem – to kościół św. Jerzego. W ceglanej budowli wciąż prowadzone są prace restauratorskie. Pobliski kościół Trójcy Świętej łączy gotyk z renesansem. Gotycka jest też kowieńska katedra. Ta ceglana bazylika to największym kościół w tym stylu wzniesionym na Litwie. Trójnawowe wnętrza mają już jednak barokowy sznyt. Sercem starego Kowna jest czworoboczny rynek. Centralne miejsce zajmuje na nim śnieżnobiały ratusz zwany – z racji wysokiej, strzelistej wieży – białym łabędziem. Korespondują z nim barokowe, jasne wieże kościoła pojezuickiego. Kolejne gotyckie zabytki znajdziemy przy prowadzącej nad Niemen uliczce Aleksoto. Z daleka widoczny jest kościół Wniebowzięcia NMP, ufundowany jeszcze przez księcia Witolda. Ale prawdziwą perełką Kowna jest tzw. dom Perkuna. Niewielka kamienica miejska pochwalić się może fasadą w duchu gotyku płomienistego z ozdobami wykreowanymi przy użyciu kształtek ceglanych. Gotyckie korzenie mają też liczne kamienice we wschodniej pierzei rynku a także przy ulicy Vilniaus (Wileńskiej). To staromiejski deptak ze sklepikami i galeriami sztuki. W wielu kamieniczkach mieszczą się dziś klimatyczne knajpki serwujące litewskie przysmaki.

Nowe Kowno

Ulica Vilniaus prowadzi też do nowomiejskiej części Kowna. Jej osią jest rozciągnięta z zachodu na wschód aleja Laisves (Wolności). Nowe Miasto oparte jest na siatce przecinających się pod kątem prostym ulic. Wytyczono je w XIX wieku. Turyści przybywają tu z dwóch powodów. Pierwszym są muzea – o nich nieco później. Drugim – architektura modernistyczna. Po tym, gdy w 1920 roku wojska polskie zajęły Wilno, Kowno zostało tzw. tymczasową stolicą Litwy. Wtedy też powstały reprezentacyjne i monumentalne gmachy użyteczności publicznej, podkreślające wagę i znaczenie miasta. Dość powiedzieć, że Litwa czyni starania, by modernistyczna architektura miasta znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Na temat kowieńskiego modernizmu powstają specjalistyczne i popularyzatorskie publikacje, a przy najważniejszych budynkach międzywojennych stanęły tablice mówiące o ich historii i wartościach artystycznych. Projektowali je m.in. Vytautas Landsbergis-Žemkalnis, Arnas Funkas czy Feliksas Vizbaras. Jednym z ciekawszych przykładów architektury tego okresu jest gmach poczty głównej. Budynek wyróżnia się ustawionymi na łuku oknami, a także długimi, pionowymi przeszkleniami. Tuż obok stoi inny doskonały przykład moderny. To magistrat kowieński – o prostej formie, dostosowanej do układu pomieszczeń w budynku. Dalej na wschód położone są m.in. gmach kinoteatru Romuva oraz biurowiec spółdzielni Pienocentras. Z tego samego okresu pochodzą także siedziba Litewskiego Klubu Oficerów, Banku Ziemskiego i Muzeum im. Witolda Wielkiego. Przy ulicy Putvinskio i Vytautu znajdziemy liczne wille i kamienice wzniesione w duchu moderny. W okolicy tej stoi też… meczet, również pochodzący z lat 30. XX wieku. Wreszcie na wzgórzu Žaliakalnis góruje nad miastem kościół Zmartwychwstania Pańskiego. Wjechać można tu funikularem, czyli kolejką pozwalającą pokonać wzniesienie.

Muzealne Kowno

Nowe Miasto to też muzealne serce Kowna. Głównym elementem jest wspomniane już Muzeum im. Witolda Wielkiego. To placówka zajmująca się dokumentacją litewskiej wojskowości. Wśród eksponatów są mundury, broń, a także pamiątki związane z lotnikami Steponasem Dariusem i Stasysem Girenasem, którzy w 1933 roku przelecieli samolotem Lituanica przez Atlantyk. Niestety, nie dolecieli z Nowego Jorku do Kowna. Rozbili się pod miejscowością Pszczelnik (dziś województwo zachodniopomorskie).


Turystyka 80 Na zapleczu muzeum znajduje się inna ważna placówka. To Narodowe Muzeum Sztuki im. Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa. Za patrona ma najsłynniejszego litewskiego twórcę przełomu XIX i XX wieku, który prócz malarstwa zajmował się też muzyką oraz pisaniem. W muzeum można obejrzeć oryginały jego prac utrzymanych w duchu symbolizmu. Najsłynniejszym z kowieńskich muzeów jest jednak Muzeum Diabłów. To kolekcja, którą zapoczątkował Antanas Žmuidzinavičius. W zbiorach placówki są liczne figurki czortów, które na Litwę dotarły z Brazylii, Meksyku, Kuby, Rosji, Japonii oraz wielu państw europejskich. Wśród figurek rozpoznać można nawet postaci Hitlera i Stalina. Z kolei miłośnicy m.in. starożytności i orientu wstąpić powinni do Galerii Sztuki im. Mykolasa Žilinskasa. Budynek wyróżnia się z zabudowy Nowego Miasta rzeźbą… nagiego mężczyzny. Ten „Człowiek” trochę turystów zaskakuje, ale mieszkańców Kowna już nie. Ba, zimą potrafią go ubrać, by przypadkiem nie zmarzł. Co czeka turystów w środku? Mumie egipskie, porcelana z Azji czy malarstwo europejskie to wystarczający powód, by tu zajrzeć. Dopełnieniem oferty muzealnej jest np. ekspozycja poświęcona międzywojennym prezydentom Litwy w ich historycznej siedzibie czy też muzeum na zamku.

Artystyczne Kowno

Kowno jest też miastem artystycznym. Jedną z niezwykłych instalacji jest rzeźba „Siewca”. W ciągu dnia to zwyczajna postać, wyrzeźbiona przez Bernardasa Bučasa. Turystów przyciąga w nocy. Cień siewcy rozsiewa gwiazdy, domalowane na pobliskim murze. Rzeźba stoi tuż koło Muzeum im. Witolda Wielkiego. W jego pobliżu ustawiono też liczne, drewniane krzyże. Nie są to krzyże, jakie znamy z krajobrazów polskich wsi. Te litewskie to rozbudowane formy, rzeźbione misternie zgodnie z przekazywaną od pokoleń tradycją. Dość powiedzieć, że sztuka ich rzeźbienia znalazła się na Liście Dziedzictwa Niematerialnego UNESCO. Kowno może pochwalić się także doskonałymi muralami. Jednym z największych jest „Stary mędrzec”. To pykający fajkę człowiek, który ulokował się na jednej ze ścian w pobliżu zamku. Ciekawą pracą jest też różowy słoń przy ul. Ožeškines (Orzeszkowej). Przy tej samej ulicy powstało też swoiste podwórko sztuki, na którego murach domalowano np. brakujące przestrzenie, a także przypomniano dawnych mieszkańców tych okolic – kowieńskich Żydów. Murali nie brakuje też w innych częściach Nowego Miasta. Stanowią tu ciekawe dopełnienie sztuki wysokiej, prezentowanej w muzeach, a także architektury modernistycznej.

Nie tylko Kowno

Kto ma jeszcze niedosyt, może wyruszyć poza miasto. Zaledwie 25 km na wschód – we wsi Rumszyszki – położony jest skansen. Zebrano w nim pamiątki związane ze wszystkimi krainami geograficznymi Litwy. Po drodze zatrzymać się można jeszcze w barokowym klasztorze kamedułów w Pożajściu. Miłośnicy powojennego planowania powinni podjechać do miasta Elektreny. Położone jest w połowie drogi między Kownem a Wilnem. Powstało jako miejsce zamieszkania kadr pracujących z pobliskiej elektrowni. Miłośnicy historii z kolei powinni ruszyć na zachód od Kowna. Nad Niemnem znajduje się kilka godnych odwiedzenia wsi i miasteczek. W Sapieżyszkach obejrzeć można gotycki kościółek – budowla z czerwonej cegły stoi pośrodku nadniemeńskich pól. W Czerwonym Dworze, Raudaniu i Giełgudowie znajdują się zamki. W Wielonie i Średnikach – grodziska. A to tylko wybrane atrakcje, jakie oferuje Kowno i jego okolice. Resztę trzeba odkryć samodzielnie. •

si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9


Felieton

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Co z Wami ludzie? Paweł Jańczyk

Ż

yjemy w XXI wieku, coraz więcej rozwiązań ułatwiających nam życie dociera także do Kielc. Jak grzyby po deszczu wyrastają wypożyczalnie elektrycznych hulajnóg, możemy wynająć „na minuty” elektryczne skutery, skorzystać ze stref rekreacji, darmowych siłowni pod gołym niebem czy spędzić czas z przyjaciółmi, grillując przy pięknych altanach w wielu miejscach Kielc. Kilkanaście lat temu przez dłuższy czas przebywałem w Szwecji, blisko koła podbiegunowego. Z dużym zdziwieniem obserwowałem tamtejszych mieszkańców, którzy nie zamykali domów, zostawiali przed swoimi posesjami niezabezpieczone skutery śnieżne, samochody, rowery. W sklepach nie było ochroniarzy, a na ulicach, w parkach i lasach ciężko było znaleźć śmieci, te drobne czy wielkogabarytowe. Wyjeżdżając wtedy z Polski zostawiałem kraj „czarno-biały”,

brudny i średnio bezpieczny. Myślałem sobie, że pewnie kiedyś ich dogonimy, kiedyś w Polsce też będzie wszystko. Minęło blisko 20 lat. Już to mamy, ale mentalnie wciąż tkwimy w latach 90. Niestety. Co chwilę tablica na portalu społecznościowym wyświetla mi „cudowną aktywność” mieszkańców Kielc. Kilka tygodni temu skuter, moim zdaniem wspaniałe udogodnienie dla wielu osób, wywrócony do góry kołami – tak dla żartu. Inny przewrócony i podeptany na parkingu, też pewnie dla uciechy. Hulajnoga elektryczna wrzucona do Silnicy, złamane drzewo, które dopiero zostało zasadzone, czy sterty śmieci wyrzucone w rejonie pięknego rezerwatu Karczówka. Co z Wami ludzie? Brzydzę się takiego zachowania i jednocześnie współczuję tym wandalom. Zwłaszcza dzieciń-

stwa, bo ktoś jednak w taki, a nie inny, sposób musiał ich wychować, skądś musieli czerpać wzorce. Dziwię się też tym, którzy z takimi degeneratami przebywają i nie widzą w tym niczego złego. Niestety, chcąc dorównać Zachodowi, i nie mam na myśli kwestii materialnych, musimy zmienić to, co jest w naszych głowach. Trzeba zacząć myśleć i działać inaczej, a będzie nam się żyło lepiej. Czy wypożyczając skuter, nie chcielibyśmy mieć pewności, że jutro zastaniemy go w takim stanie, w jakim zostawiliśmy go wczoraj? Czy nie byłoby miło wyjść na spacer na Karczówkę i nie potykać się tam o stare opony czy pordzewiałą wannę? Czy nie chcielibyśmy zostawić roweru pod blokiem, mając pewność, że jak wrócimy, to nadal będzie stał? Wystarczy szanować własność. Swoją i cudzą. Spróbujmy, to nic nie kosztuje, a zadowolenie gwarantowane! •

81


Felieton 82

Bylejakość czy perfekcjonizm? Jakub Porada

– Czy może mi Pan polecić dobrą potrawę? – pytam kelnera przed wgryzieniem się w menu. – Nie wiem, która jest dobra – ripostuje ten z rozbrajającą szczerością, uśmiechając się jak zadowolone z psikusa dziecko. – Nic mi pan nie doradzi? – mam nadzieję, że to żart. – Niestety – kelner rozkłada ręce. Taką odprawę dostałem w popularnej restauracji w Poznaniu. Mieście odwiedzanym przez turystów z całego świata. Młody człowiek uznawał stan rzeczy za najzupełniej normalny. Jakby chciał powiedzieć, że pracuje za karę. Historia przypomniała mi podobne wydarzenie. Kiedy zdana na łaskę NFZ mama zapytała lekarkę, po wielomiesięcznym oczekiwaniu na wizytę: – Pani doktor, a co to jest? To, co mi się zrobiło tu na nodze? – A ja nie wiem, co to jest. Odpowiedź tyleż bezczelna, co rozbrajająca w swojej szczerości. Przede wszystkim jednak pokazującą, że po 30 latach od upadku komuny, w pewnej kwestii wszystko zostało po staremu. Bylejakość. Jest widoczna nie tylko w fuszerkach si e r p i e ń / w r z e si e ń 2 0 1 9

drogowych i deweloperskich niedoróbkach, ale i w gastronomii, medycynie czy dziennikarstwie, co słychać w wywiadach rozpoczynających się od pytania: skąd pomysł? To choroba, z którą zmagamy się przez całe życie. Jak widać, nieuleczalna. Ciężko bowiem przeciwstawić się frontowi brakoróbstwa. Zwłaszcza że upatrywanie ratunku w jego przeciwieństwie również niesie pewne zagrożenia. W czasach teatralnych grałem w ,,Pastorałce’’ Leona Schillera. Na próbach reżyser stosował jedną receptę na każdy błąd. Powtarzał cały spektakl od początku. Brak inwencji zastąpił ślepym naśladownictwem, męcząc siebie i innych. Premiera przebiegła bez zakłóceń, lecz ze sceny wiało nudą. Producentka jednego z moich programów w podobny sposób dąży do perfekcji. To cecha na wagę złota, niestety, często kończąca się ulepszaniem na siłę dobrze zrobionego odcinka. Trzeba oczywiście walczyć o jak najlepszy rezultat, ale także pamiętać o tym, że… lepsze jest wrogiem dobrego. Perfekcjonizm to poprawianie w nieskończoność. Co oznacza, że efekt finalny nigdy nie nastąpi. Jak pisze Krzysztof Zanussi w ,,Strategiach życia’’, malarz nie skończy malować obrazu, a sportowiec

nigdy nie będzie dostatecznie gotowy na zawody. A tymczasem chodzi o to, żeby połączyć umiejętność wywiązania się z przedsięwzięcia w mistrzowskim stylu z wykonaniem projektu w terminie. Takie ,,Zen to do’’, czyli lista, którą trzeba po prostu odhaczać. Zapewne niełatwo stosować się do zaleceń w praktyce. Zwłaszcza jeśli staniemy przed dylematem: bylejakość czy perfekcjonizm? Dżuma czy cholera? Mnie pomaga w tym prowadzenie elektronicznego kalendarza, w którym codziennie rano sprawdzam kolejność zadań do zrobienia, a przed zaśnięciem, wymazuję te zrealizowane. Dzięki temu wyrabiam w sobie nawyki, które oduczają mnie bylejakości, a zarazem nie pozwalają wpaść w perfekcjonizm. Wszystko powstaje zgodnie z planem. Tak jak ten felieton, napisany w określonym miejscu i o określonej porze. Staraj się zatem unikać dziadostwa, lecz nie trać również energii na wałkowanie w kółko tego samego. Tak jak granie 50. raz tej samej sceny. A przecież przed tobą w życiu jeszcze wiele innych. Nawet jeśli nie zawsze perfekcyjnych, to nigdy nie byle jakich. •


Profile for Made in Świętokrzyskie

Made in Świętokrzyskie #18  

Made in Świętokrzyskie #18  

Advertisement