__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

Michał Chanas / Trabant z apokalipsą w tle

#20

ISSN 2451-408X

magazyn bezpłatny


madeinswietokrzyskie.pl

Gdzie znajdziecie „Made in Świętokrzyskie”?

KIELCE I OKOLICE: Instytucje: »» Biuro Wystaw Artystycznych (ul. Kapitulna 2) »» Centrum Edukacyjne IPN „Przystanek Historia” (ul. Warszawska 5) »» Centrum Edukacyjne Szklany Dom (Masłów, Ciekoty 76) »» Dom Środowisk Twórczych (ul. Zamkowa 5) »» Delegatura IPN – KŚZPNP (al. Na Stadion 1) »» Filharmonia Świętokrzyska (ul. Żeromskiego 12) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Miedzianej Górze »» Gminna Biblioteka Publiczna w Samsonowie »» Instytut Dizajnu w Kielcach (ul. Zamkowa 3) »» Kielecki Park Technologiczny (ul. Olszewskiego 6) »» Kielecki Teatr Tańca: • Impresariat (pl. Moniuszki 2 B) • Szkoła Tańca KTT (pl. Konstytucji 3 Maja 3) »» Kieleckie Centrum Kultury (pl. Moniuszki 2 B) »» Muzeum Historii Kielc (ul. św. Leonarda 4) »» Muzeum Narodowe w Kielcach – Dawny Pałac Biskupów Krakowskich (pl. Zamkowy 1) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Dworek Laszczyków (ul. Jana Pawła II 6) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni »» Pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku »» Pedagogiczna Biblioteka Województwa (ul. Jana Pawła II 5) »» Regionalne Centrum Informacji Turystycznej (ul. Sienkiewicza 29) »» Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne w Podzamczu »» Starostwo Powiatowe (ul. Wrzosowa 44) »» Świętokrzyski Urząd Marszałkowski (al. IX Wieków Kielc 3) »» Świętokrzyski Urząd Wojewódzki (al. IX Wieków Kielc 3) »» Teatr im. Żeromskiego (ul. Sienkiewicza 32) »» Urząd Miasta Kielce (ul. Strycharska 6) »» Wojewódzka Biblioteka Publiczna (ul. Ściegiennego 13) »» Wojewódzki Dom Kultury (ul. Ściegiennego 2) Uczelnie: »» Politechnika Świętokrzyska (Rektorat, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7) »» Społeczna Akademia Nauk (ul. Peryferyjna 15) »» Świętokrzyska Szkoła Wyższa w Kielcach (ul. Mielczarskiego 51) »» UJK (Rektorat, ul. Żeromskiego 5) »» Wszechnica Świętokrzyska (Biblioteka, ul. Orzeszkowej 15) »» WSEPiNM (ul. Jagiellońska 109) Hotele/ośrodki SPA: »» Best Western Grand Hotel (ul. Sienkiewicza 78) »» Binkowski Dworek (ul. Szczepaniaka 40) »» Binkowski Hotel (ul. Szczepaniaka 42) »» Hotel Aviator & SPA (ul. Szybowcowa 41) »» Hotel Dal Kielce (ul. Piotrkowska 12) »» Hotel Kongresowy (al. Solidarności 34) »» Hotel Pod Złotą Różą (pl. Moniuszki 7) »» Hotel Przedwiośnie (Mąchocice Kapitulne 178) »» Hotel Tęczowy Młyn (ul. Zakładowa 4) »» Hotel Uroczysko (Cedzyna 44 D) »» Odyssey Club Hotel Wellness & SPA (Dąbrowa 3) »» Łysica Wellnes&SPA (Św. Katarzyna, ul. Kielecka 23 A) Zdrowie/rekreacja/rozrywka: »» Beata Deredas – B.D. Logopeda (Bilcza, ul. Ściegiennego 7 A) »» Centrum Medyczne Omega (Galeria Echo) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Jagiellońska 70) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Szajnowicza 13 E) »» Centrum Medyczne VISUS (ul. gen. Sikorskiego 14) »» Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego Empatia (ul. Turystyczna 11, lok. C) »» Fit Mania (os. na Stoku 72 K) »» FootMedica Centrum Badania i Leczenia Stóp (al. Szajnowicza-Iwanowa 13 F) »» Fundacja Przystań w Naturze (ul. Poniatowskiego 22) »» Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE (ul. Żeromskiego 15/2) »» Gabinet Laryngologiczny Marcin Zawadzki (Aleja Legionów 3/7) »» Kino Helios – Galeria Echo (ul. Świętokrzyska 20) »» Kino Moskwa (ul. Staszica 5) »» Klub Squash Korona (Galeria Korona)

»» Kompleks Świętokrzyska Polana (Chrusty, Zagnańsk, ul. Laskowa 95) »» Lepszy Klub (ul. Dąbrowska 27) »» Margaretka Świętokrzyska (Masłów, Brzezinki 83) »» Medicodent Stomatologia (ul. Zapolskiej 5) »» Neuroclinic (al. IX Wieków Kielc 8/36) »» NZOZ Diamed (ul. Paderewskiego 48/15 A) »» Oaza Zdrowia Agroturystyka i Zielarnia (Huta Szklana 18) »» Orient Day Spa (ul. Zagórska 18 A) »» Pływalnia Koral (Morawica, ul. Szkolna 6) »» Rezonans (ul. Zagnańska 77) »» Re Vitae (ul. Wojska Polskiego 60) »» Trychologia Estetica (ul. Chopina 18) »» Salon Fryzjerski Anna Nowak (ul. Żeromskiego 20/24B) »» Strefa Piękna (ul. św. Leonarda 13) »» Studio Figura Anny Rodak (ul. Piekoszowska 88) »» Studio Figura Kielce Słoneczne Wzgórze (ul. Zapolskiej 5) »» Studio Urody El Beauty (ul. Żeromskiego 20/24B) »» Szpital Kielecki (ul. Kościuszki 25) »» Świętokrzyskie Centrum Medyczne ARTMEDIK (ul. Robotnicza 1) »» Vita (ul. Jagiellońska 69) Restauracje/kluby/kawiarnie: »» AleBabeczka Cukiernia (ul. św. Leonarda 11) »» Bistro Pani Naleśnik (ul. Słowackiego 4) »» Bohomass Lab (ul. Kapitulna 4) »» BÓ Burgers & Fries (ul. Leśna 18) »» Calimero Café (ul. Solna 4A) »» Choco Obsession (ul. św. Leonarda 15) »» Czerwony Fortepian (ul. Piotrkowska 12) »» Klubokawiarnia Inna Bajka (ul. Solna 4 A) »» La Baguette (ul. Silniczna 13/1) »» Lemon Tree (ul. Bodzentyńska 2) »» MaxiPizza (ul. Słoneczna 1) »» Pieprz i Bazylia (pl. Wolności 1) »» Plac Cafe (ul. Sienkiewicza 29) »» Restauracja Kielecka (ul. Żeromskiego 12) »» Si Señor (ul. Kozia 3/1) Firmy: »» Antykwariat Naukowy (ul. Sienkiewicza 13) »» Auto Motors Sierpień (ul. Podlasie 16 A) »» Autocentrum I.M. Patecki (ul. Zakładowa 12) »» Bartocha, Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy (ul. Warszawska 21/48) »» Batero (ul. Pakosz 2) »» Body Shock (Solna 4 A/10 U) »» Car-Bud (Daleszyce, ul. Chopina 21) »» CH Pasaż Świętokrzyski (ul. Massalskiego 3) »» College Medyczny (ul. Wesoła 19, ul. Sienkiewicza 19) »» Creative Motion (ul. Strasza 30) »» Delikatesy Wehikuł Smaku (ul. Starowapiennikowa 39 D) »» Fabryka Dźwięku (ul. Legnicka 28) »» FMB Fabryka Mebli Brzeziny (ul. Ściegiennego 81) »» Folwark Samochodowy – Hyundai (ul. Sandomierska 233 A) »» Folwark Samochodowy – Mitsubishi i Suzuki (ul. Morcinka 1) »» Galeria Korona Kielce (ul. Warszawska 26) »» Grupa MAC S.A. (ul. Witosa 76) »» Jumla – Moda Męska (pl. Wolności 8) »» Kancelaria Adwokacka Adwokat Wojciech Czech (ul. Paderewskiego 15) »» Księgarnia Pod Zegarem (ul. Warszawska 6) »» Księgarnia Wesoła Ciuchcia (ul. Paderewskiego 49/51) »» Moda z Myślą o Kobietach (ul. Klonowa 55 C) »» Mercedes Autocentrum (Makoszyn 113) »» Optomet Salon Optyczny (ul. Klonowa 55) »» Piekarnia pod Telegrafem (punkty przy ul. Ściegiennego 260, Żytniej 4, al. IX Wieków Kielc 8 C, os. Barwinek 28 i Świerkowej 1) »» Przedszkola Mini College (ul. Świętokrzyska 15, ul. Jurajska 1, ul. Starodomaszowska 20) »» Przedszkole Niepubliczne Zygzak (ul. Olszewskiego 6, budynek Skye) »» Sklep firmowy MK Porcelana (ul. Planty 16 B) »» Swoyskie z Domowej Spiżarni (ul. Okrzei 5) »» ŚZPP Lewiatan (ul. Warszawska 25/4) »» Szybki Angielski (ul. Częstochowska 21/3) »» Targi Kielce (ul. Zakładowa 1) »» Tech Oil Service (ul. Zagnańska 149) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (ul. Solna 6

i ul. Malików 150 p. 3) »» UNLOCKtheDOOR (pl. Wolności 8) »» Wodociągi Kieleckie (ul. Krakowska 64) »» ZDZ (ul. Paderewskiego 55) »» ZK Motors (ul. Wystawowa 2) »» Źródło smaków (ul. Starowapiennikowa 39 H) Biura podróży: »» Gold Tour (pl. Wolności 3) »» Centrum Last Minute (ul. Kościuszki 24) REGION: Busko Zdrój: »» Czytelnia Szpitala Krystyna (ul. Rzewuskiego 3) »» Ośrodek Rehabilitacyjny NATURA (ul. Chopina 9) »» Hotel Bristol (ul. 1 Maja 1) »» Hotel Słoneczny Zdrój (ul. Bohaterów Warszawy 115) »» Piekarnia pod Telegrafem (ul. Wojska Polskiego 34) »» Recepcja Sanatorium Marconi (Park Zdrowy) »» Recepcja Sanatorium Mikołaj (ul. 1 Maja 3) »» Recepcja Szpitala Górka (ul. Starkiewicza 1) »» ZDZ (ul. Wojska Polskiego 31) Ostrowiec Świętokrzyski: »» Centrum Medyczne Visus (ul. Śliska 16) »» Consenso (ul. Świętokrzyska 14) »» Galeria BWA (ul. Siennieńska 54) »» Kino Etiuda (al. 3 Maja 6) »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Siennieńska 54) »» Niepubliczna Szkoła Podstawowa (ul. Sienkiewicza 65) »» ZDZ (ul. Furmańska 5) Rytwiany: »» Gminna Biblioteka Publiczna (ul. Szkolna 1) »» Hotel Rytwiany Nowy Dworek i Pałac (ul. Artura Radziwiłła 19) Sandomierz: »» Biuro Wystaw Artystycznych (Rynek 18) »» Brama Opatowska »» Centrum Informacji Turystycznej (Rynek 20) »» Zakład Doskonalenia Zawodowego (ul. Koseły 22) Skarżysko-Kamienna: »» Centrum Obsługi Inwestora (ul. Legionów 122 D, pok. 1) »» Kombinat Formy (ul. Rejowska 99) »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Słowackiego 25) »» ZDZ (ul. Metalowców 54) Solec Zdrój: »» Mineral Hotel Malinowy Raj (ul. Partyzantów 18 A) »» Hotel Medical Spa Malinowy Zdrój (ul. Leśna 7) Starachowice: »» Centrum Medyczne VISUS (ul. Medyczna 3) »» Hotel Senator (ul. Krywki 18) »» Miejska Biblioteka Publiczna (ul. Kochanowskiego 5) »» Starachowickie Centrum Kultury (ul. Radomska 21) »» ZDZ (ul. Kwiatkowskiego 4) »» ZDZ, Centrum Rehabilitacji Medicum (ul. Wojska Polskiego 15) Włoszczowa: »» Dom Kultury (ul. Wiśniowa 19) »» L.A. Language Academy (ul. Żwirki 40) »» Villa Aromat (ul. Jędrzejowska 81) »» ZDZ (ul. Młynarska 56) Ponadto: »» Biblioteka Publiczna w Krajnie (Krajno-Parcele 7/3) »» Centrum Informacji Turystycznej „Niemczówka” (Chęciny, ul. Małogoska 7) »» Dom Opieki Rodzinnej (Pierzchnica, ul. Wyszyńskiego 2) »» Dom Spokojnej Książki Stodoła u KOKO (Rżuchów 90) »» Gminna Biblioteka Publiczna w Łącznej (Czerwona Górka 1 B) »» Gospodarstwo Rybackie Stawy (Stawy 2 A) »» Mercedes Autocentrum (Bieliny, Makoszyn 113 E) »» Miejsko-Gminny Dom Kultury w Końskich (ul. Mieszka I 4) »» Ośrodek Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia (Chroberz, ul. Parkowa 14) »» Piekarnia pod Telegrafem (Pińczów, pl. Wolności 7) »» Restauracja Centrum (Jędrzejów, ul. Kościelna 2) »» Terra Winnica Smaku (Malice Kościelne 22) »» Seart Meble z Drewna (Kotlice 103) »» Świętokrzyski Park Narodowy (Bodzentyn, ul. Suchedniowska 4) »» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (Jędrzejów, ul. Głowackiego 3) »» ZDZ w Chmielniku, Jędrzejowie, Kazimierzy Wielkiej, Końskich, Opatowie, Pińczowie, Staszowie


Wolniej, wolniej

Redakcja „Made in Świętokrzyskie” ul. Kasztanowa 12/34 25-555 Kielce tel. 577 888 902 redakcja@madeinswietokrzyskie.pl www.madeinswietokrzyskie.pl Redaktor naczelny Janusz Kania janusz.kania@madeinswietokrzyskie.pl Reklama Ewa Wtorek tel. 531 114 340 reklama@madeinswietokrzyskie.pl Skład Tomasz Purski

W czasach kosmicznych technologii, komputerów w telefonach, sztucznej inteligencji i rozkwitu konsumpcyjnego nadmiaru, drugie i kolejne życie dostają SHL-ki, trabanty, wartburgi, warszawy, czy polonezy. Pojazdy sprzed wielu lat, z technologicznie „średniowiecznej” epoki, wyciągnięte z zapomnianych garaży, zardzewiałe i niekompletne, są pieczołowicie remontowane. Ich właściciele są w tych działaniach bardzo cierpliwi i uważni. Pojawia się bardzo sensowne pytanie – po co tyle wysiłku? Z nostalgii za PRL czy NRD? Wolne żarty! A może dlatego, że we wnętrzach tych starych samochodów pozostało wspomnienie czasów, kiedy wszystko działo się wolniej. Wszystkiego brakowało, ale chyba o wiele mniej niż dzisiaj. Mieliśmy za to czas na spotkania z byle okazji, biedne, ale wesołe pikniki, niespieszne grzybobrania… Bohater naszego tytułowego tekstu wsiada do swojego trabanta z przyczepą i zwiedza Polskę, ba! nawet Europę. Zjeżdża z autostrad i utartych szlaków, by zobaczyć, poznać, poczuć klimat, odnaleźć przeszłość i utrwalić ją na zdjęciach. Sami się Państwo przekonacie, że są to rzeczywiście miejsca magiczne. Przeszłość może fascynować. Kiedyś było jakoś fajniej, bo umieliśmy zachować umiar. Kielecka SHL-ka, czy pralka Frania produkowane były kilkadziesiąt lat (o czym w tekście na stulecie Huty „Ludwików”). Były obiektami pożądania, ale gdy już do naszych domów trafiały, następowa-

ło konsumpcyjne wyciszenie (bo ile można było mieć pralek?). A dzisiaj pogoń za dobrami nie ma końca. Nowe modele motocykli, aut, telefonów, pralek schodzą z taśm produkcyjnych co kilka miesięcy, góra lat. Bo „nowe” to słowo-klucz, które w dzisiejszych czasach oznacza „lepsze”. Więc kupujemy, a mniej nowe wyrzucamy, przy okazji robiąc z naszej Ziemi wielką fabrykę i śmietnisko, do cna eksploatując środowisko, w którym żyjemy. Bo gdzieś po drodze straciliśmy równowagę, pogubiliśmy proporcje, zapomnieliśmy o starych zasadach. Nie uwierzyliśmy receptom mnichów-aptekarzy (co opisujemy w tekście o tajemnicach Świętego Krzyża), którzy ostrzegali przed nadmiarem. Bo nawet to, co leczy, w nadmiarze może truć. Przed nami świąteczny czas. Wielka szansa na to, by zwolnić. By w zabieganym świecie podarować sobie prawdziwy luksus: kilka dni nieśpiesznych, refleksyjnych, bez dominującego „musisz”. Tego uspokojenia i wyciszenia wszystkim naszym Czytelnikom z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku życzy wydawca i zespół „Made in Świętokrzyskie”.

Korekta Agnieszka Kozłowska-Piasta Wydawca Marcin Agatowski Fundacja Możesz Więcej ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce

Na okładce Michał Chanas

Janusz Kania Redaktor naczelny

Zdjęcie Michał Walczak


W numerze 4 Zapowiedzi 6 Na scenie, na wystawie

Trabant z apokalipsą w tle 12 Zobaczyć zapomniane

8 Jeden z trzydziestu Młody lider biznesu

20 Tam wysoko Bóg jest górnikiem Wolontariuszka w boliwijskich Andach

Boccia, czyli sens życia 28

34 Psy widzą świat nosem

Mistrz włoskiej gry

Ratownicy na czterech łapach

Bardzo zimna droga do marzeń 40

44 Pani od patyków

Rekord Guinnessa w lodowatej wodzie

Współczesna reformatorka edukacji

Teatr za drzwiami starej szafy 48

50 Tuwim wyśpiewany

„Opowieści z Narnii” w Żeromskim

Nowe jest piękne 52 Kielecka architektura czasów współczesnych

Niech się puszcza zapuszcza 64 Drzewo = życie

Prezydent niepokorny 70 Tajemnice Stefana Artwińskiego

Kielce zapomniane 78

„TralaTralalińscy” w „Kubusiu"

60 Po zdrowie na Święty Krzyż Lecznicze zioła mnichów

67 Razem można więcej Fundacja pomocy i wsparcia

74 Gazela, Frania i Hydromil Stulecie Huty „Ludwików”

80 Miód w gębie!

Dawny młyn – dawna szkoła

Tak dojrzewają pierniki

Ślady odległych przodków 82

86 W krainie z gipsu

Świętokrzyskie grodziska

Via Baltica 90

96 Żeńska końcówka

Wyprawa do Rygi

Sobala o feminatywach

Miasto wielkich możliwości? 97 Jańczyk wierzy w Kielce

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Rezerwat Skorocice

98 Uśmiechnij się! Porady porady


Zapowiedzi 6

Na scenie Zanurzyć się w wiśniowym sadzie „Wiśniowy sad” okrzyknięto najwybitniejszym dramatem w dorobku Antoniego Czechowa, choć on sam miał z tym utworem pewien kłopot. Współcześni mu twórcy w swoich teatralnych interpretacjach tak rozkładali dramaturgiczne akcenty, by wydobyć tragiczny rys historii. Tymczasem Czechow uważał, że napisana w 1903 roku sztuka jest raczej komedią. O tym, jaka będzie kielecka interpretacja „Wiśniowego sadu”, przekonamy się już wkrótce. Premiera spektaklu w reżyserii Krzysztofa Rekowskiego zaplanowana została na 21 grudnia. Na scenie Teatru im. Stefana Żeromskiego zobaczymy m.in. Joannę Kasperek w roli Lubow Raniewskiej. Towarzyszyć jej będą: Anna Antoniewicz, Dagna Dywicka, Jacek Mąka, Krzysztof Ogłoza, Wojciech Niemczyk, Łukasz Pruchniewicz, Aneta Wirzinkiewicz, Bartłomiej Caban, Ewelina Gronowska, Andrzej Cempura i Andrzej Plata. Autorem scenografii do spektaklu jest Jan Kozikowski, muzyki – Sławomir Kupczak, o ruch sceniczny zadba Filip Szatarski, o projekcje wideo – Emilia Sadowska. Bohaterką sztuki jest rosyjska arystokratka Raniewska, która wraca z Paryża do prowincjonalnego domu i sąsiadującego z nim tytułowego wiśniowego sadu. Zastanawia się nad sprzedażą nieruchomości, a jednocześnie próbuje rozliczyć się z bolesna przeszłością. „Wiśniowy sad” to obraz podupadłej arystokracji, która staje w obliczu rozpadu relacji międzyludzkich i dewaluacji panującego systemu. To opowieść o ucieczce przed życiem w świecie, w którym

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

nikt nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swój los, utrwala fikcję i karmi się iluzją. Reżyser spektaklu mówi, że dla niego jest to opowieść o marnowaniu wspólnego dobra, którym tu symbolicznie jest rodzinny majątek ze starym domem i sadem. •

Na wystawie Czy strach ma wielkie oczy? Strach jest jedną z najdotkliwszych ludzkich emocji. Jego istotę od wieków próbowali zrozumieć myśliciele, filozofowie czy psychologowie. Nadal jest jednak równie potężny i przytrafia się każdemu z nas.

Ze strachem mierzyli się także artyści, próbując nadać mu „materialny” kształt i wykorzystując rozmaite środki wyrazu. Tworzono alegorie, oddawano lęk poprzez ekspresję uobecnioną w gestach i wyrazie twarzy, budowano nastrój w dosłownych przedstawieniach sytuacji budzących grozę, oddawano napięcie, które towarzyszy niepokojom, za pomocą formy czy koloru. To właśnie te artystyczne efekty zmagania z lękami zamknięte w dzieła sztuki, można oglądać na wystawie „Strach”, otwartej dla zwiedzających do 29 marca 2020 r. w Muzeum Narodowym – Pałacu Biskupów Krakowskich. Na wystawie prezentowane są m.in. dzieła m.in.: Pietro della Vecchia, Jacoba de Backera, Nicolasa Verkolje, Jacoba Isaacz van Swanenburgha, Tommasa Dolabelllego, Francisca de

Goi, Alfreda Wierusza Kowalskiego, Gustawa Gwozdeckiego, Witolda Pruszkowskiego, Jonasza Sterna czy wreszcie Zdzisława Beksińskiego. Pokaz dopełnia obraz filmowy Luisa Buñuela i Salvadora Dali „Pies andaluzyjski” oraz gra komputerowa „Layers of Fear”, wyprodukowana przez polskie studio Bloober Team. Układ wystawy stwarza możliwość prześledzenia ewolucji, jakim podlegało zarówno samo odczuwanie strachu, jak i artystycznych środków do jego wyrażania. Podążając ciemnymi korytarzami, prowadzeni światłem oświetlającym poszczególne dzieła, stajemy się w pewnym sensie uczestnikami spektaklu, a to dzięki wyjątkowej aranżacji autorstwa profesora Leszka Mądzika. •

Zatkało kakao Czy ławka z kałamarzem była wygodna? Po co dziewczyny zakopywały w ziemi szklane widoczki? Czy gra w kapsle może być emocjonująca? – na te i inne pytania odpowie wystawa „Zatkało kakao – kreatywny przemysł zabawkarski i dzieciństwo w PRL-u”, otwarta 6 grudnia z okazji jubileuszu 40–lecia Muzeum Zabawek i Zabawy. Ekspozycja – jak tłumaczą jej pomysłodawcy – to powrót do dzieciństwa dzisiejszych 60-, 50-, 40 – i 30-latków, ale również „wehikuł czasu” dla dzieci, które ją odwiedzą. To pokoleniowy dialog pomiędzy dziadkami, rodzicami a dziećmi. Na wystawie zaprezentowanych zostało około 400 zabawek, 50 książek i czasopism, a także ponad 100 fotografii przedstawiających dzieciństwo w PRL-u oraz archiwalne kroniki RP. Podczas zwiedzania można sprawdzić, co kryje w sobie meblościanka z tamtych lat, usiąść w ławce z kałamarzem, odkopać widoczki, pograć w kapsle, poczytać „Płomyczek”, „Świat Młodych”, czy za sprawą tekstów Adama Słodowego zgłębić tajniki majsterkowania. Nie zabraknie także przepisów na popularne wówczas desery jak kogiel-mogiel czy ciasto zebra. Niewątpliwą ciekawostką są pochodzące z lat 80. fragmenty pamiętnika nastoletniej Joanny. Nowa stała wystawa to opowieść o czasach, o których zwykło się mówić, że „nic nie było”, ale czy aby na pewno? •


Jeden z trzydziestu tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia archiwum prywatne

Uwaga! Talent

8

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

9

Miał studiować medycynę, ale zainspirowany przez tatę, wszedł w świat komputerów. A z niego nie tak łatwo się wydostać. W drugiej klasie liceum zdecydował się na zmianę profilu biologiczno-chemicznego na matematyczno-fizyczny, potem postawił na informatykę na Politechnice Wrocławskiej. Dziś jego firma wypracowuje milionowe zyski, a on trafił na elitarną listę młodych liderów biznesu magazynu „Forbes” – „30 przed 30”. Przedstawiamy pochodzącego z Miedzianej Góry Mike’a Grabowskiego.

Na jego profilu na Instagramie króluje czarne, lśniące BMW M4. Mike fotografuje i komentuje detale „uzbrojenia” auta, jego metamorfozy, zamieszcza relacje z trasy, dzieli się swoją pasją do motoryzacji. Jego samego na zdjęciach praktycznie nie ma, za to bardzo wymowne jest zamieszczone w mediach społecznościowych motto: „Jeśli ludzie cię nie nienawidzą, to znaczy, że nie robisz nic ważnego”. Wymowne i prowokujące. Jako mike_m4 ma prawie 25 tys. obserwujących, którzy równie chętnie zaglądają także na jego kanał na YouTubie. – Motoryzacja to moja pasja. Angażuję się bardzo mocno w społeczność tuningową, biorę udział w imprezach, szukam nowych rozwiązań, udoskonalam swoje auto, tak by w maksymalnym stopniu dostosować je do moich potrzeb – mówi Mike Grabowski, pochodzący z Miedzianej Góry programista i właściciel firmy Callstack, specjalizującej się w opracowanej przez Facebooka technologii React Native, która służy do tworzenia mobilnych aplikacji. 26-letni mężczyzna bez kompleksów wszedł nie tylko w świat nowoczesnych technologii komputerowych (co biorąc pod uwagę jego wykształcenie informatyczne wydaje się oczywiste), ale i wielkiego biznesu. Lotem błyskawicy stworzył rozpoznawalną na całym świecie markę, która – jak podkreśla – konkuruje nie ceną, lecz jakością. Ta filozofia, niezwykła kreatywność, pracowitość, odwaga i konsekwencja w działaniu dały mu miejsce na prestiżowej liście „Forbesa”, 30 najlepszych przedsiębiorców spośród 400 urodzonych po 1989 roku. To oni już dziś wyrastają na liderów biznesu, a w przyszłości mają szanse zasilić grono setki najbogatszych Polaków. Ale, jak podkreśla Mike, nie pieniądze są tu najważniejsze, choć w przypadku jego firmy kwoty robią wrażenie. Działający zaledwie trzy i pół roku Callstack wypracował w 2018 roku 9,4 mln zł przychodu i 3,4 mln zł zysku netto. I za ten imponujący wynik młody przedsiębiorca został doceniony przez „Forbesa”.

Miał być lekarzem, został programistą

Nie był prymusem. Nie należał do tych uczniów, którzy „jadą” na samych piątkach i szóstkach, a potem przynoszą do domu świadectwo z czerwonym paskiem. W kieleckim Śniadku początkowo uczył się w klasie biologiczno-chemicznej, zamierzał bowiem studiować medycynę. W połowie liceum zdecydował się jednak na przeniesienie na profil matematyczno-fizyczny. Miłość do komputerów, którą zaraził go tata, dość szybko wzięła górę. – Od kiedy pamiętam lubiłem dłubać w komputerach – wspomina Mike Grabowski. – Na przełomie gimnazjum i liceum razem z tatą przygotowywaliśmy katalogi stron internetowych. Opracowałem odpowiednie szablony, które spodobały się wielu osobom. Część z nich poprosiła mnie o pomoc, bowiem chciały, by ich katalogi stron internetowych wyróżniały się na tle innych. I tak właśnie zaczął się mój biznes. Całe liceum pracowałem, po szkole biegłem do pracy, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Jak mówi programista, całą wiedzę komputerową zdobywał wówczas sam. Czytał angielskie podręczniki,

szperał w internecie, był dociekliwy i skrupulatny. Gdy trafiał na jakiś problem, nie odpuszczał, ale drążył tak długo, aż znalazł rozwiązanie. Praca na własny rachunek dawała mu wiele satysfakcji, w czasie wakacji zatrudniał się dodatkowo w firmach informatycznych, by zdobyć doświadczenie w kontaktach z klientami. Nie chciał być postrzegany jak stereotypowy informatyk, który siedzi w małej kanciapie, schowany za wielkim monitorem i jak ognia unika ludzi. Po skończeniu liceum wybrał Wydział Informatyki na Politechnice Wrocławskiej. – Zdania na temat formalnego wykształcenia informatycznego są podzielone. Jedni uważają, że studiowanie informatyki to strata czasu i lepiej od razu iść do pracy, drudzy twierdzą, że warto poświęcić czas na zdobycie akademickich podstaw. Osobiście jestem zwolennikiem tej drugiej teorii, uważam, że fundamenty, które daje uczelnia, są bardzo ważne – przekonuje. Sam swoją edukację informatyczną zakończył tytułem inżyniera, wielki biznes pochłonął go całkowicie, nie dając praktycznie szansy na żadne inne aktywności. Ale nie REKLAMA


Uwaga! Talent 10 wyklucza, że powróci do uczelnianej ławy, ale raczej po to, by zgłębiać tajniki psychologii, która jest jego wielką pasją. – Interesuję się bardzo inteligencją emocjonalną – zdradza programista. – Uważam, że praca z ludźmi wymaga pewnych miękkich umiejętności. Jeśli chcę pracować w grupie, być liderem, to muszę otworzyć umysł na informację zwrotną ze środowiska.

Rzucić się na głęboką wodę

Jeszcze jako student odciął się od portfela rodziców i zaczął żyć na własny rachunek. Po skończeniu studiów inżynierskich pracował w kilku firmach branżowych, zdobywał doświadczenie, ale już wówczas dawała o sobie znać jego natura lidera. Nie ukrywa, że lubi przewodzić, przejmować inicjatywę, mieć wpływ na podejmowane decyzje. – Jestem otwarty na wyzwania, nie boję się ryzyka i pewnie dlatego naturalną konsekwencją mojej drogi zawodowej było założenie własnej firmy – wspomina Mike Grabowski. Z programisty stał się więc przedsiębiorcą, otworzył we Wrocławiu oddziału brytyjskiego software house’u, czyli przedsiębiorstwa zajmującego się oprogramowaniem. Ale to był dopiero pierwszy krok. – Czułem, że jestem w stanie stworzyć na rynku coś nowego, unikatowego – wspomina. Droga do tego, jak to bywa w takich przypadkach, pełna była zbiegów okoliczności. A wszystko zaczęło się od stworzonej przez Facebooka technologii React Native, która służy do tworzenia i uruchamiania aplikacji mobilnych równocześnie na kilku platformach (najczęściej Android i iOS). – Miałem stworzyć aplikację mobilną dla swojego ówczesnego pracodaw-

cy i postanowiłem wykorzystać technologię React Native. Pracując z nią, dostrzegłem pewien nierozwiązany od dłuższego czasu problem. Pewnego dnia obudziłem się rano z pomysłem na jego rozwikłanie. Okazał się on idealny – mówi z uśmiechem Mike. – W krótkim czasie opracowane przeze mnie narzędzie weszło do powszechnego użytku, a ja zyskałem szacunek i wiarygodność, stając się częścią zespołu odpowiedzialnego za rozwój. W podjęciu ostatecznej decyzji, by rzucić się na głęboką wodę, mimo że miał dopiero 23 lata, pomogli mu dwaj przyjaciele i dawni przełożeni – Piotr i Tomasz Karwatka. Podsunęli mu pomysł, by za wspólniczkę wziął Annę Lankauf. To ona zajęła się w nowo tworzonej firmie zarządzaniem, co pozwoliło młodemu programiście całkowicie skupić się na rozwoju technologii. – Tworzymy razem zgrany zespół i w tym w dużej mierze kryje się tajemnica sukcesu Callstack – podkreśla 26-latek.

Nie cena lecz jakość

– Przyznam, że prowadzenie spółki w tak młodym wieku jest trudnym wyzwaniem, tym bardziej, że naprawdę ciężko wystartować w dzisiejszych czasach – dodaje Mike Grabowski. Widać jednak, że radzi sobie znakomicie, bowiem jak sam mówi obrazowo – jego firma na tle innych jest kolorowym ptakiem, który swoim klientom oferuje zupełnie coś innego, oryginalnego. Na czym polega tajemnica Callstack? Dla laika, który, owszem, korzysta z komputera i całkiem sprawnie porusza się po cyfrowym świecie, wchodzenie w technologiczne szczegóły, nie będzie żadnym wyg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


jaśnieniem. Dość powiedzieć, że filozofia prowadzonej przez niego firmy jest prosta, choć – w czasach ogromnej konkurencji – może wydawać ryzykowna. – Konkurujemy nie ceną, ale jakością – tłumaczy. – Klient przychodzi do nas nie dlatego, że jesteśmy najtańsi, lecz dlatego, że jesteśmy najlepsi na świecie. Jesteśmy współautorami jedynych w swoim rodzaju rozwiązań technologicznych w zakresie stworzonej przez Facebooka React Native. Nasi przyjaciele z Facebooka określają nas partnerami, mam poczucie, że jesteśmy członkami wielkiej rodziny. Callstack zatrudnia ponad dwadzieścia osób, w większości to programiści, pasjonaci swojej pracy, bo bez tego nie da się pracować w tej branży. Mike nie ma wątpliwości, że zatrudnia najlepszych z najlepszych i podkreśla, że dla niego ludzie są podstawą rozwoju firmy. Choć wymaga dużo, zarówno od siebie, jak i od swoich pracowników, to bardzo dba o to, by nie dać się zwariować i zachować balans pomiędzy pracą a życiem prywatnym. – Pracuję o różnych godzinach, czasami także w nocy, bowiem klientów mam na całym świecie. W zasadzie w większości przypadków używam języka angielskiego, dlatego już nawet przestałem używać swojego polskiego imienia Michał – śmieje się. – Choć mój grafik jest napięty, to dbam o to, by zachować zdrowy rozsądek, w odpowiednim momencie zamknąć komputer i mieć czas dla siebie, rozwijać swoje pasje. Gdy przychodzi weekend, wsiadamy z moją dziewczyną do samochodu i wyruszamy w Polskę, dużo też wspólnie czytamy. Lubię spędzać czas na siłowni, trenuję sztuki walki, ale przede wszystkim pochłania mnie motoryzacja. Jak mówi, nie rozumie ludzi, którzy spędzają po kilka godzin przed ekranem komputera lub komórki i mówią, że nie mają czasu na czytanie czy rozwój osobisty. Złodzieje czasu bardzo łatwo zadomowiają się w naszym życiu. Oczywiście nie da się bez nich funkcjonować, bo świat zdominowany jest przez nowoczesne technologie. Trzeba zachować umiar i nie dać się zwariować. Koniec października była dla Mike’a Grabowskiego szczególnie intensywny. Podniebną podróż do Las Vegas na konferencję branżową poświęconą technologii React Native połączył z odwiedzinami klientów w Nowym Jorku i Detroit. A wszystko w szaleńczym tempie i na wysokich obrotach. Nie ukrywa jednak, że to jest właśnie to, co lubi. Czy to właśnie dlatego, że realizację swoich pasji połączył z życiem zawodowym, odniósł tak spektakularny sukces, którego potwierdzeniem było miejsce na liście „30 przed 30”? Do tego elitarnego grona został wybrany spośród 400 młodych Polaków, którzy z powodzeniem rozwijają swoje biznesy. Kapituła brała pod uwagę dokonania, specyfikę i jakość budowanych przez finalistów firm, społeczny potencjał projektów, w które się angażują, oraz normy etyczne, jakimi się kierują. Nie bez znaczenia było także wykształcenie i ścieżka kariery zawodowej. Tegorocznemu zastawieniu towarzyszyło hasło „determinacja”, która towarzyszy ogromnemu pragnieniu, by czegoś dokonać. – Mam marzenia, plany i staram się je realizować – mówi Mike Grabowski, pytany o tajemnicę swojego sukcesu. Gdy zagadujemy go o to, gdzie będzie za dwa, trzy lub dziesięć lat, uśmiecha się i mówi, że przyszłość jest zagadką i czas wszystko pokaże. Tak czy inaczej, gotowy jest na każde nowe wyzwanie. A tych w świecie nowoczesnych technologii nie brak. •

REKLAMA

Hasło: determinacja


Postać 12

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

13

tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia Michał Walczak, Michał Chanas


Postać 14

Kiedyś nie miał wyboru, bo było to jedyne auto w rodzinie. Teraz ma też inny samochód, ale na swoje wyprawy w miejsca opuszczone oraz na wakacje w Europie zawsze wyrusza czerwoną „mydelniczką”. – To miłość na całe życie – mówi Michał Chanas z Pińczowa, który trabantem z 1991 roku z przyczepą campingową zwiedził pół Europy, dotarł nawet do Azji. To „ford karton” wozi go także do setek „pokrytych mchem” miejsc: opuszczonych domów, hal fabrycznych, ośrodków wypoczynkowych. W nadgryzionych zębem czasu budynkach, pojazdach szuka… klimatu, przeszłości i piękna, a fotografując, ocala je od zapomnienia.

Kultowe auto

Jego trabant liczy sobie 28 lat, a on sam jeździ nim od momentu, gdy dostał prawo jazdy. Czerwona (oryginalnie) limuzyna ma nadal czarne tablice rejestracyjne. Michał uważa, że są cenne, bo takich już się nie dostaje. – Teraz mógłbym mieć tylko zabytkowe – tłumaczy. Auto kupił w salonie jego wujek, potem odkupił jego tato. Lekkie, niewielkie, ma karoserię wykonaną z duroplastu, tworzywa sztucznego ze zmiksowanych włókien bawełny, sztucznej żywicy i szmat. – Wszyscy sądzą, że trabanty nie rdzewieją, ale to nieprawda. Cała konstrukcja jest metalowa, osłona silnika, zwana grillem, podłoga i progi, trzeba je spawać, bo inaczej trabant się rozpadnie – wyjaśnia. Psują się też części, a trabanciarze muszą nieźle się nagimnastykować, by dokupić nowe, zwłaszcza jeśli zależy im na oryginalnych. Są też tacy, którzy swe trabanty tuningują, wymieniają silniki, by zwiększyć ich moc i parametry. – Sam jechałem z kolegą jego trabantem z prędkością 260 km/h, choć te oryginalne wyciągają maksymalnie 120 km/h. Dla mnie to nie jest aż tak ważne. Zależy mi, by trabant był na chodzie, i jeździł – opowiada Michał. Wielbiciele trabantów od 2001 roku spotykają się na zlotach, mają własną stronę internetową i stowarzyszenie CartoonTrabant. Michał dołączył do nich w 2008 roku. – Pojechałem na wrześniowy zlot do Krakowa. g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Kilka miesięcy później na zlot w Czechach. I tak się zaczęło. Zdarzało mi się być na 10-12 zlotach rocznie – opowiada. Tam poznał innych fanów wschodnioniemieckiej motoryzacji, z wieloma się zaprzyjaźnił. Tych, którzy bywają na zlotach od początku, jest już garstka, ale raz na kilka lat nadal się pojawiają. Niektórzy są starsi od Michała, przyjeżdżają z rodzinami, żoną, dziećmi. Trochę mnie to dziwi, bo przecież na tylnych siedzeniach trabanta nie ma pasów, więc trudno jest zamontować foteliki. – Wszystkie trabanty mają fabryczne montowania do pasów z tyłu. Wystarczy dokupić pasy i już nie ma problemu – uspokaja mnie Michał. Oczywiście czasami auta odmawiają posłuszeństwa, ale ci najwierniejsi fani trabantów mają ich po kilka. Tych sprawnych i niesprawnych, które zamierzają remontować. Części można kupić na przykład na dużym zlocie w Niemczech. Michał podkreśla, że trabanciarze się nie ścigają. – Nie robimy rankingów, kto ma lepsze, bardziej zadbane czy lepiej udoskonalone auto, jak właściciele innych samochodów na zlotach. Nas trabanty łączą, a nie dzielą – dodaje.

Trampkiem przez Europę

Wielbiciele „mydelniczek” są już grupą międzynarodową. – Do nas przyjeżdżają np. Czesi, Słowacy i Węgrzy. My także tam jeździmy. O pierwszym


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

15 zlocie w Rumunii dowiedziałem się w „Telexpressie”. Nawet skomentowałem, że o zagranicznych to w prasie mówią, a o naszych to nie, ale pojechaliśmy – opowiada Michał. Gdy już tam byli, uznali, że mają tylko 200 km do Morza Czarnego, więc wsiedli w auta i ruszyli w drogę. Tam doszli do wniosku, że mają niedaleko do Turcji, ale musieli wracać. Do Stambułu dotarli 6 lat później. Wcześniej zwiedzając całe Bałkany, Grecję, Albanię, Włochy, Austrię, Rumunię, Bułgarię, Niemcy, Białoruś, Litwę,

– Trabant nie jest wygodny, nie pali za mało, przy wyższych prędkościach trzęsie się kierownica, jest głośno i brakuje piątego biegu. Ale ja to zauważam dopiero wtedy, gdy przejadę tę samą trasę innym samochodem. A co do dalekich tras – jeździmy z przyczepami kempingowymi, które trochę wyrównują szanse trabantów. Nawet najlepsze auto z przyczepą jeździ niewiele szybciej niż my – komentuje Michał. Balsamem na niewygodę podróży są też poznawani podczas wypraw ludzie, przyjaźnie i serdecznie nastawieni do właścicieli zabytkowych aut. – Przed wyjazdem na Litwę słyszałem, że tam Polaków nie lubią. My mamy zupełnie inne wrażenia. Ci, co nas widzą, czują, że musimy być jacyś inni. Choć czasami zastanawiam się, czy ci ludzie lubią nas, czy nasze samochody – śmieje się. Wspomina także Stambuł i trudności ze zmienianiem pasów na nawet czteropasmowych drogach tej 16-milionowej metropolii. – Kolega, kierowca towarzyszącego wartburga powiedział, że powinniśmy sobie wpisać w CV jazdę po centrum Stambułu z przyczepami. Na szczęście mogliśmy liczyć na motocyklistów, którzy blokowali nam pasy, byśmy mogli na nie wjechać. Patrzyli na nas trochę dziwnie, bo nie wiedzieli nawet, skąd przyjechaliśmy. Do Turcji już się raczej lata, a nie jeździ samochodami, więc takich z polskimi rejestracjami tam nie widać – opowiada. Pamiętają także, jak musieli zawrócić z tunelu pod cieśniną Bosfor, gdy chcieli wrócić do Europy z azjatyckiej części Stambułu, bo okazało się, że z przyczepami do tunelu wjeżdżać nie wolno.

Celem jest droga

Łotwę i Estonię. Jeżdżą najczęściej w kilka aut: trabantów czy wartburgów. Dobierają kompanów podróży, by zmniejszyć koszty wyjazdu. Rzadko nocują na kempingach, chyba że jest zimno lub jadą ekipą, w której są małe dzieci. Wybierają malowniczo położone parkingi, oddalone od głównych dróg, klify, brzeg morza, lasy, bo przecież swój dom – przyczepę – mają ze sobą. Do życia nie potrzebują zbyt wielu udogodnień, bo nawet przenośny prysznic wożą ze sobą. – Wolimy ustalić miejsce obozowania, zatrzymać się tam wcześniej i po prostu tam pobyć, popatrzeć – komentuje. Wspomina klif w Obwodzie Kaliningradzkim, na którym martwili się, że wiatr zwieje ich do morza. Ale pamięta również nocowanie na parkingach przy supermarketach. Był też w Czarnobylu, widział wszystkie najbardziej znane miejsca z tego opuszczonego miasta. – Wyprawę zorganizował nasz kolega z Węgier. Oczywiście pojechałem trabantem. Jakoś nie wyobrażam sobie podróży innym autem. To by była niekompletna, nieudana wyprawa – kwituje Michał. Przyznaje, że trochę czuł strach, bo przewodniczka zapowiedziała, że jeśli ulegną napromieniowaniu, będą musieli zostawić wszystkie swoje rzeczy, łącznie z aparatem i odzieżą, w zonie na zawsze. – Oczywiście dodała, że jeszcze się jej to nie zdarzyło, ale niepokój był – dodaje.

Na razie to ubiegłoroczna wyprawa do Turcji jest tą najdalszą, rekordową. – Pokonałem ponad 5000 km, kolega wartburgiem wybrał się z niesprawdzonym, nowym silnikiem. Drugi miał w bagażniku. Uznaliśmy, że ewentualna wymiana, jeśli ten nie będzie się dobrze spisywał, zajmie nam pół dnia – wyjaśnia Michał. Nie jeżdżą najkrótszymi drogami, raczej planują trasę tak, by jak najwięcej zobaczyć. Zmniejszają dystans, jadąc autostradą, a potem zjeżdżają na mniejsze drogi, by przyjrzeć się miastom, ludziom, zabytkom. – Wszędzie jest ciekawie. Mnie podobają się Bałkany, nie ma dużo autostrad, więc poznajemy lokalne klimaty, miejscowości, ludzi. Ale lubię też północ: Litwa, Łotwa, Estonia. Wybieramy raczej wschodnią Europę, właśnie ze względu na drogi. Co prawda kiedyś w Mołdawii na dziurze urwał mi się wahacz, ale w pobliżu stacji całodobowej i szybko naprawiliśmy – śmieje się. – Nasze motto to: „Daleko nie mamy”, a celem jest droga – kwituje. Planują już kolejne wyprawy. Marzą o wakacjach w Skandynawii i mostach nad morzem, o wyprawie do Kazachstanu, nad Bajkał, do Gruzji czy Azerbejdżanu, ale i do Maroka. Co prawda, trabanciarze nie lubią jeździć tam, gdzie jest bardzo gorąco, bo klimatyzacji w aucie nie ma. – W Stambule wymyśliliśmy – butelka ze sprayem, jak ta do nawilżania kwiatków. Dopóki woda się nie zagrzała, świetnie zdawała egzamin. Psikaliśmy się na potęgę, a potem stawaliśmy, by zmienić wodę na zimniejszą – ze śmiechem opowiada Michał. Wyprawy najczęściej są dwutygodniowe, bo wszyscy tylko tyle dostają urlopu. Co robią, gdy już dojadą? Trochę odpoczywają, bo kilka dni w aucie daje w kość, a potem zwiedzają. – Mnie muzea nie kręcą, nie lubię największych atrakcji turystycznych i pięknych pałaców, bo wszędzie jest dużo ludzi. Na dodatek to wszystko wygląda tak, jakby zaraz można się było tam wprowadzić i mieszkać. Wolę ruiny, opuszczone miejsca, z klimatem przeszłości. Pewnie stąd moja kolejna pasja – podejrzewa Chanas.

Miejsca pokryte mchem

Czerwony trabant 1,1 sprawdza się także na innych wyprawach. Uzbrojony w aparat fotograficzny Michał wyjeżdża w poszukiwaniu miejsc magicz-


Postać 16

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


nych opuszczonych, jak sam mówi „pokrytych mchem”. Zagląda do chałup, opuszczonych fabryk, hal, willi. – Odkrywam te miejsca i utrwalam na zdjęciach. Puste przestrzenie mogą opowiedzieć nam o ludziach, którzy wcześniej w nich przebywali. Taki kalendarz sprzed 20 lat, jakaś maszyna do szycia czy karty – tłumaczy mi Michał. Najczęściej wyjeżdża na dwa dni. Wcześniej wyprawę przygotowuje, a adresy tych magicznych miejsc poznaje dzięki znajomym, szuka ich też w internecie. Swoje zdjęcia publikuje na stronie na Facebooku Explor.Czan. Tam nie znajdziemy adresów. – Lokalizacje mogę podać tylko znajomym. Nie chciałbym, by te miejsca zadeptano, zniszczono – tłumaczy. To zwiedzanie opuszczonych budynków nosi nazwę urbex i fascynuje wielu. Michał był już m.in. w browarze, młynie, ośrodkach wypoczynkowych, dyskotekach, przedwojennych willach czy starych, rozwalających się chałupach, na parkingu przy fabryce, zwiedzał też opuszczony samolot, autobus czy próbował „jeździć” porzuconą ciężarówką w kamieniołomie i wózkiem widłowym. – Czuję adrenalinę, gdy poznaję coś nowego. Wcześniejsza była jednak pasja fotografowania. Nie kręciło mnie robienie zdjęć ludziom, a krajobrazy szybko mnie zniechęciły – wyjaśnia. Na te wyprawy często jeździ samotnie. – Lubię ciszę, jaka panuje w tych budynkach, zapach. Pozwala mi się skupić na fotografowaniu, ustawieniu kadru, na oddaniu tej atmosfery. To opuszczenie, degradacja, a jednak piękno – tłumaczy. Nie każde z miejsc, które zaplanuje, udaje mu się odwiedzić. – Gdy jest zabezpieczone, zamknięte, to odpuszczam. Każda z tych nieruchomości jest czyjaś. W starych fabrykach, halach produkcyjnych, często proszę o zgodę, by legalnie zwiedzać te miejsca – wyjaśnia. Fascynuje go ten nastrój opuszczenia. Najmocniej czuł go w Czarnobylu. –Tam nie ma już nic i to od wielu lat. Przyroda zaczęła rządzić. Miejsca, które odwiedzam, są często opuszczone przed chwilą. Jeszcze rok, dwa temu tętniły życiem. Teraz już nie. Ale mnie to pasuje, lubię robić tam zdjęcia – opowiada. Nie czuje się poszukiwaczem skarbów czy perełek, bo nie o to w jego eksploracjach chodzi. Szuka miejsc, które ledwie zipią, najlepiej, by w środku były także jakieś maszyny. Zdarzają mu się odkrycia, o których nikt mu nie mówił. Jeśli podczas zagranicznej wyprawy wakacyjnej spotka opuszczony dom czy chałupę, też ją zwiedzi, ale nie nadkłada drogi, by gdzieś dotrzeć. Z zasady nie łączy tych dwóch sposobów na ciekawe życie. W pobliżu tych budynków fotografuje także swojego trabanta. – Pewnie, że marzy mi się zdjęcie trabanta z najwyższym wieżowcem w Dubaju w tle. Ale jak przejechać przez Irak lub Syrię? Na razie o tym nie myślę. Zresztą trabant bardziej niż do pięciogwiazdkowego hotelu pasuje mi do opuszczonej fabryki czy willi. Wolę apokalipsę w tle. Nie wiem dlaczego, ale ja tak mam – podsumowuje. Jego czerwony trabant limuzyna niedługo osiągnie trzydziestkę. Michał sam potrafi naprawić w nim prawie wszystko, bo jak twierdzi, to niezbyt skomplikowane auto. Wie, skąd wziąć nowe części, ale upływu czasu nie zatrzyma. Pytam, czy wyobraża sobie, że będzie musiał z niego zrezygnować. – Myślę, że to związek na całe życie. Nie przewiduję, że będę chciał go sprzedać. Jeżdżę nim odkąd dostałem prawo jazdy. We wszystkich ważnych miejscach, na wszystkich ważnych wyjazdach byłem trampkiem. Dlaczego miałbym to zmieniać? •

REKLAMA

Dubaj czy apokalipsa?


Artykuł partnerski

18

Zobacz świat wyraźniej

• Kielce, ul. Panoramiczna 2A. tel. 607 093 093

Żyjemy coraz dłużej, ale widzimy coraz gorzej. Już ponad 40 proc. Polaków nosi okulary, a wady wzroku ma około 25-30 proc. dzieci w wieku szkolnym. – Nasze oczy płacą cenę za postęp technologiczny, ale coraz lepiej umiemy temu zaradzić – wyjaśnia optyk i optometrysta Michał Ochocki z salonu Optimed. Dlaczego coraz gorzej widzimy? Telefony, smartfony, ekrany laptopów sprawiły, że nasz wzrok skupia się głównie na tym, co widzimy blisko. Nasze oczy sobie z tym nie radzą, dawniej, nim pojawiły się sprzęty elektroniczne, raczej patrzyliśmy dalej. Poza tym zmienił się nasz styl życia. Zamknęliśmy się w małych pomieszczeniach ze sztucznym oświetleniem i spędzamy tam wiele godzin, musimy czytać drobne literki np. na opakowaniach produktów. A nasze oczy nie są na to gotowe ani anatomicznie, ani fizjologicznie. W krajach nisko uprzemysłowionych odsetek wad wzroku jest dużo mniejszy, niż w tych lepiej rozwiniętych, g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

np. w Japonii, gdzie wady wzroku ma 80 proc. społeczeństwa. Oczywiście wpływ na to ma jeszcze genetyka, anatomia oka, ale i sposób, w jaki spędzamy czas, ma bardzo duże znaczenie. Z technologii chyba nie zrezygnujemy… To raczej niemożliwe. I dlatego wad wzroku jest coraz więcej. Problemy z czytaniem, tzw. długie ręce, kiedyś pojawiały się w wieku lat 45-50. Dzisiaj okulary do czytania zakładają już młodzi ludzie. Dostaliśmy gadżety w postaci smartfonów, tabletów i nasze oko nie nadąża za zmianą perspektywy: daleko-blisko i odwrotnie. Z drugiej strony dzięki technologii możemy coraz lepiej badać wzrok i korygować wady. Zmienił się rodzaj i sposób diagnostyki oczu. Kiedyś były to proste kasety, w które wkładało się coraz mocniejsze szkła i sprawdzało się, czy pacjent potrafi się przeczytać litery. Dzisiaj mamy sprzęt, który w sposób najbardziej naturalny odwzorowuje pracę oka. Zmiana mocy odbywa się szybko, płynnie i bezszelestnie. W naszym salonie

przy ul. Panoramicznej 2 można bezpłatnie zbadać wzrok przy użyciu takiego aparatu firmy Essilor z dokładnością pomiaru to 0,1 dioptri. Jest to absolutna rewolucja i przełom w aparatach do pomiaru wad wzroku. Określamy wadę, dioptrie, robimy okulary i już? Optometrysta sprawdza nie tylko ostrość widzenia, ale także widzenie obuoczne, współpracę oczu, to, jak widzimy barwy czy przestrzenność. Mierzymy sprawność akomodacji, czyli, czas, w jakim oczy przestawiają się z patrzenia bliżej na dalej i odwrotnie. Optometrysta nie leczy, ale pomaga utrzymać parametry widzenia w jak najlepszej kondycji. Sprawdzam postawę oraz nawyki podczas czytania i pisania, nie zdajemy sobie sprawy, jak istotną rolę to pełni w procesie widzenia. Szkła dobieramy do stylu życia? To wręcz niezbędne. Jest wiele nowoczesnych rozwiązań technologicznych, które mogą ułatwić życie


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

19 i odciążyć wzrok. Powłokę wycinającą światło niebieskie, zaproponuję komuś, kto dużo czasu spędza przed komputerem. Istnieją specjalne powłoki dla osób kierujących samochodem, ponieważ niwelują efekt rozszczepiania światła i oślepienia. Oferujemy także soczewki relaksacyjne dla młodych ludzi, wspierające proces akomodacji. Od lat specjalizujemy się w doborze szkieł progresywnych. Możemy się poszczycić tytułem Specjalisty Varilux, który jest nam przyznawany od prawie 20 lat. Mało kto wie, że okulary progresywne można wykonać również w formie okularów przeciwsłonecznych, łącznie z polaryzacją. To temat aktualny, bo jesienią i zimą słońce może zaszkodzić naszym oczom bardziej niż latem. Kąt padania światła jest bardziej niebezpieczny dla naszych oczu, za chwilę spadnie śnieg, który znacznie bardziej odbija promienie UV. Ważne są także oprawki. Oczywiście. Okulary to nie tylko narzędzie do skorygowania wady wzroku. Dobrze dobrane oprawy pozwalają na kreowanie własnego stylu, są dodatkiem, który dodaje charakteru stylizacji, podkreślają osobowość. Rozumiemy to doskonale. W naszych salonach oferujemy nie tylko oprawy markowe, ale także takie, które są wykonywane ręcznie w niewielkich manufakturach. Oprawki są wykonywane z karbonu, tytanu i różnego rodzaju tworzyw, robią je nie tylko domy mody, ale i na przykład firmy samochodowe jak Jaguar. Czy klienci często przychodzą po nowe oprawki? Kilkanaście lat temu, a wiem to z autopsji, bo pracuję w tej branży już 18 lat, okulary były wymieniane co 4-5 lat. Znacznie częściej niż dziś były naprawiane. Teraz zmienia się je po 2-3 latach, często klienci posiadają kilka par okularów: inne do pracy, inne na co dzień, inne do uprawiania sportu.

Czym jest dla Pana optometria? To niezwykle ciekawa i pasjonująca dziedzina. Optometria nie tylko pokazuje, jak ważny jest nasz wzrok. Uświadamia, jak znacząco można wpłynąć na jakość procesu widzenia. Pozwala nam lepiej go poznać i usprawnić jego możliwości. Dobre widzenie pozwala kształtować naszą osobowość, nawyki, pasje. To, jak postrzegamy świat od najmłodszych lat, daje nam podwaliny na przyszłość w kontekście nie tylko wybranego zawodu, ale też preferencji zainteresowań. Jedne nas ciekawią, a inne nie. Krótkowidz zostanie raczej molem książkowym niż przywódcą podwórka, mały dalekowidz nie będzie siedział przy książkach, tylko brykał po otwartych przestrzeniach. Dam przykład. Wielokrotna polska medalistka olimpijska znacząco poprawiła swoje wyniki i osiągnięcia… po skorygowaniu astygmatyzmu w soczewkach kontaktowych. Optimed to firma z tradycjami. Tak. Jesteśmy firmą rodzinną, działamy od ponad 30 lat. Najpierw moi rodzice Irena i Czesław, teraz również moja siostra Ewa i żona Karolina. Od początku mieścimy się na ul. Romualda 3, a od niedawna także w nowej lokalizacji – przy ul. Panoramicznej 2. Naszym atutem jest świetny, profesjonalny i zaangażowany w pracę zespół, którego ważną częścią są wyjątkowi pracownicy: Iwona, Monika, Milena i Magda. Staramy się realizować naszą misję: poprawiać jakość życia przez poprawę widzenia wszędzie i dla każdego. Codziennie spotykamy się z nowymi wyzwaniami, ale praca to nasza pasja, której oddajemy się z ogromnym zaangażowaniem. Dbamy o to, aby każdy, wychodząc od nas w nowych okularach, zobaczył świat wyraźniej – to nasze motto.

• Czesław Ochocki i Michał Ochocki

Podając hasło „Made in Świętokrzyskie”, w naszych salonach otrzymasz 10% rabatu oraz bezpłatne badanie wzroku.

Dziękuję za rozmowę.

Optimed Kielce, ul. Romualda 3 tel. 41 34 486 03 Kielce, ul. Panoramiczna 2A tel. 607 093 093

• Kielce, ul. Romualda 3, tel. 41 34 486 03


Pasja 20

Tam wysoko Bóg jest górnikiem rozmawiał Kamil Wojtczak zdjęcia archiwum prywatne

Żyją na wysokościach, tańczą przy każdej okazji, jak wierzą w Boga, to bardzo konkretnie, zamiast pić kawę czy herbatę, żują liście koki. O Boliwijczykach opowiada kielczanka Anna Pałys, wolontariuszka, opiekunka dzieci i młodzieży na misji ojców salezjanów, która przez rok mieszkała w boliwijskich Andach.

Wyjazd na rok, na drugą półkulę, do trudnej pracy i to bez wypłaty – jak się podejmuje taką decyzję? Ach… to był pewien proces. Najpierw dowiedziałam się, że w ogóle jest taka możliwość, by pojechać jako wolontariusz, do jakiegoś kraju misyjnego, ale nie wiązałam tego od razu z konkretnymi planami – że tak, że już, że na pewno chcę jechać i pomagać. Raczej tak mi to chodziło po głowie. Od czasu do czasu. Ostateczną decyzję podjęłam podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku i dopiero wtedy zaczęłam szukać informacji jak to zrobić, jak się przygotować, poznawałam całą tę otoczkę organizacyjną. Wolontariusz, który pracuje z dziećmi i młodzieżą, wspiera jednocześnie misjonarzy w danym kraju. To wymaga takiego „dwuwymiarowego” przygotowania. Jeden to duchowość i wiara, jej pogłębienie, żeby być gotowym do sprostania różnym sytuacjom albo własnym odczuciom, które mogą pojawić się tam, na miejscu. Druga sprawa to rzeczy praktyczne – różne informacje o krajach misyjnych, rozmowy z wolontariuszami, którzy już byli na wyjeździe i dzielą się doświadczeniami, warsztaty aktywnej organizacji wolnego czasu dla dzieci. Tego wszystkiego uczyłam się w salezjańskim ośrodku misyjnym w Krakowie. I szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno, dokąd pojadę. Chciałam po prostu dać coś innym od siebie, a jedg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

nocześnie zobaczyć nową kulturę, nowy kraj. Pobyć z tamtymi ludźmi, zobaczyć, jacy naprawdę są. A nie patrzeć z perspektywy turysty... Było mi też obojętne, co dokładnie będę robiła, choć oczywiście wiedziałam, że wolontariat salezjański skupia się na pracy z dziećmi i młodzieżą. Więc Boliwia to przypadek? Nie całkiem. Jakiś czas temu, jeszcze przed pomysłem na wolontariat, dowiedziałam się, że można na odległość wspierać finansowo potrzebujące dzieci, z placówek misyjnych na całym świecie. Zostało mi przyporządkowane dziecko z Tupizy, czyli niewielkiej miejscowości na południowym krańcu Boliwii. Poza tym od jakiegoś czasu uczyłam się hiszpańskiego, bo po prostu lubię ten język. No i kiedy pojawiła się taka możliwość, wybrałam właśnie Tupizę. Kilkanaście godzin lotu i co? Dżungla, Amazonia, zielono i parno? Szok termiczny i kulturowy? Tak nam się stereotypowo kojarzy Ameryka Południowa, z dżunglą amazońską. I słusznie, bo to znaczna część tego kontynentu i większa część Boliwii, ale akurat nie ta, gdzie ja trafiłam. Po kolei – poleciałam latem,


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

21

Anna Pałys w południowej Boliwii


Pasja 22 Kobiety pracują w domu, a mężczyźni pod ziemią? Podział ról i różnice w pozycji społecznej są bardzo wyraźne. To totalna kultura macho. Kiedy rodzi się chłopiec, ojciec opija to z kolegami, bo to okazja do radości i szczęścia. Kiedy rodzi się dziewczynka, ojciec mówi o tym dopiero po jakimś czasie i to niezbyt chętnie. Chłopcu wolno wszystko, dziewczynki uczone są posłuszeństwa i pracy, a matki im współczują, bo wiedzą, że w życiu będą miały trudniej. Mężczyzna rządzi w rodzinie i jeśli ma dobry charakter, to wszystko jest w porządku. Ale bywa różnie… Kobiety nie pracują przy wydobyciu, bo podobno w kopalni przynoszą pecha. Podczas jednej z wypraw po okolicy chcieliśmy wejść na teren kopalni i właściciel nas nie wpuścił. Właśnie tak to wytłumaczył. Kobiety się nie buntują? Tam, gdzie pracowałam, tradycje są bardzo silne. W większych miastach kobiety nie godzą się na takie tradycyjne pojmowanie ról, tam wzorce zachodnie, europejskie, są widoczne. Zresztą, tak na marginesie, warto wspomnieć, że Europa postrzegana jest przez Boliwijczyków jako jedno miejsce, bez podziału na poszczególne kraje. Sądzą, że żyjemy wspaniale, w dostatku i bez trosk. O Polsce w zasadzie nic nie wiedzą.

a tam była końcówka zimy, trafiłam z „ciepłego w prawie ciepłe”, więc obyło się bez szoku termicznego. Przed wylotem dużo czytałam o Boliwii, a przede wszystkim rozmawiałam z wolontariuszkami, które już były w Tupizie i pracowały w tamtejszym domu dziecka. Więc mniej więcej wiedziałam, jaka jest specyfika tego miasteczka i czego się spodziewać po pracy w ośrodku. Wiedziałam, że podejście do czasu w Boliwii jest bardzo luźne, że podczas 16–godzinnej podroży autobusem z lotniska może nagle pojawić się na drodze blokada albo lawina. I przystanek może potrwać kilka dni, więc lepiej mieć kupione zapasy na podróż. A jeśli chodzi o dżunglę i tak dalej – Tupiza leży na płaskowyżu andyjskim, 3 tys. metrów nad poziomem morza. Czyli wyżej niż nasze Tatry. Zieleni jest mało, rosną kaktusy, dużo skał. Koryta rzek zapełniają się tylko na dwa miesiące w roku, podczas krótkiej pory deszczowej. Sucho, więc upraw jest niewiele. Klimat jest, według naszych standardów, bardzo surowy. Oczywiście nie cała Boliwia tak wygląda, tylko te jej południowe krańce. W okolicy Tupizy są wioski położne na wysokości 4 tys. metrów, a trzy godziny jazdy od miasteczka ludzie mieszkają jeszcze wyżej, nawet 5 tys. metrów n.p.m. To dwa razy nasze Tatry, więc powietrze jest już rozrzedzone. Mimo to ludzie tam mieszkają. Po co, jeśli żyje się tam tak trudno i na dodatek ciężko oddychać? W Andach są bardzo bogate złoża różnych minerałów i rud metali. Boliwijczycy pracują przy ich wydobyciu. To trochę tak jak amerykańska gorączka złota, bo zresztą i złoto tam znaleziono. Niektóre surowce potrzebne w przemyśle występują albo tylko w tym regionie, albo są tam ich największe złoża w skali całego świata. Więc ludzie utrzymują się z górnictwa i trochę z rolnictwa, a dokładnie hodowli zwierząt, bo uprawa roślin wchodzi w grę na niewielkich obszarach, przy rzekach, bo tylko tam jest woda i ziemia. Za to kozy albo lamy mogą jeść cokolwiek, jakieś krzaczki, zarośla. Są hodowane na mięso, skóry, wełnę, mleko, z którego miejscowe kobiety wyrabiają sery na sprzedaż. Ze skór i wełny robią ubrania. Tam nic się nie marnuje. g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

A jak tamtejsi mężczyźni odnosili się do was, kobiet z Europy? No cóż, gwizdanie i trąbienie na ulicy było na porządku dziennym, co zapewne powinno nas cieszyć… Ale generalnie w Boliwii i innych krajach Ameryki Południowej człowiek z jasną karnacją budzi pewien respekt. Wydaje mi się, że to może być jeszcze pokłosie czasów kolonialnych. Wracając do górników, nasi, polscy, mają niewątpliwie duży dar przekonywania rządu do różnych swoich potrzeb i spełniania ich oczekiwań. W Boliwii też tak jest? Trochę inaczej, bo tam kopalnie są prywatne, więc państwo nie ma bezpośredniego wpływu na np. wysokość pensji czy utrzymanie miejsc pracy.

Przed wylotem dużo czytałam o Boliwii, a przede wszystkim rozmawiałam z wolontariuszkami, które już były w Tupizie i pracowały w tamtejszym domu dziecka. Pieniądze nie są głównym problemem, bo górnicy dość dobrze zarabiają, biorąc pod uwagę tamtejsze realia. Są dobrze zorganizowani i z ich protestami politycy muszą się liczyć, bo potrafią być dotkliwe –jak na przykład kilkudniowa blokada jakiejś ważnej drogi. Przyczyny bywają inne niż u nas – na przykład problem z dostępem do opieki medycznej, szpitala itd. Ciekawe jest podejście Boliwijczyków do kwestii własności kopalni – nie chcą obcych. Kopalnie pozostają w rękach miejscowych właścicieli, ale mają utrudniony dostęp do nowoczesnych technologii z zagranicy. Dlatego górnicy pracują w trudnych warunkach i metodami, które pewnie według standardów światowych są mocno przestarzałe. Ale może ten wysiłek buduje ich solidarność i etos pracy? Bo tam nawet Bóg przedstawiany jest


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

23

Nieważne jak wygląda, ważne że jeździ…. Ta boliwijska taksówka to symbol ulubionego słowa miejscowych: „igual” czyli „wszystko jedno”.

W górskich wioskach domy wznosi się z cegieł, ulepionych z błota i słomy, wysuszonych na słońcu.

W górskich wioskach nie ma śmieci, każda rzecz znajdzie zastosowanie. Typowe gospodarstwo w jednej z górskich wiosek.

Anna Pałys z podopiecznymi z ośrodka dla dzieci w Tupizie

W południowych, górzystych krańcach Boliwii rolę autostrad pełnią wyschnięte koryta rzek.


Pasja 24 jako górnik. Widziałam przy wejściu do kopalni tablicę z 10 przykazaniami, trzymaną właśnie przez Boga Ojca…w kasku górniczym.

nie uprzedził o tym opłatku i razem z koleżanką czekałyśmy i czekałyśmy, a tu nic.

Pracowałaś w ośrodku dla dzieci i młodzieży, ale o charakterze misyjnym, więc miałaś okazję z bardzo bliska oglądać boliwijski kościół i podejście do religii. Religijność tam jest bardzo… konkretna. Ludzie nie myślą w kategoriach abstrakcyjnych, metaforycznych czy jakoś szczególnie duchowych. Tam religia jest bardzo dotykalna, jeśli tak to można nazwać. Jeśli Boliwijczyk modli się o dom, to zaniesie do kościoła małą makietę domu, a jeśli o samochód, to mały samochodzik. Jeśli ktoś daje ofiarę na mszę za zmarłego, to przynosi na mszę zdjęcie tej osoby, żeby było dokładnie wiadomo, o kogo chodzi. Ważne jest też zaświadczenie o przyjęciu intencji. Papier potwierdzający, że msza się odbyła, rodzina zanosi potem na grób, żeby zmarłemu nie przyszło do głowy straszyć żywych. Gdy ksiądz święci wodą w kościele, to ten, na kogo nie spadnie żadna kropla, nie czuje się pobłogosławiony. A im więcej tych kropel spadnie, tym lepiej. Na chrześcijań-

Jak wyglądała codzienna praca z dziećmi, bo przecież po to pojechałaś do Boliwii? Dzieciaki w ośrodku w Tupizie, który jest odpowiednikiem domu dziecka, w większości nie były sierotami. Zostały porzucone przez rodziców albo odebrała je im pomoc społeczna. Dzieci bywają porzucane z różnych powodów, czasami z braku pieniędzy, czasami rodzice się rozchodzą i znajdują nowych partnerów. Bywa tak, że kobieta zostaje sama z czwórką albo piątką dzieci, bo rodziny są z reguły wielodzietne, i musi szukać pracy większym mieście – wtedy świadomie podejmuje decyzję, że pozostawia czworo albo troje dzieci… Czasami przyczyną są uzależnienia, ale wtedy najczęściej wkracza pomoc społeczna. Część dzieci ma kontakt z rodzicami i to są trudne sytuacje, bo pewnie chciałyby do nich wrócić, nawet jeśli rodzic nie jest ideałem. Z koleżanką pomagałyśmy w codziennej opiece nad dziećmi, odprowadzaniu i przyprowadzaniu ze szkoły, czasem trzeba było pójść na wywiadówkę. Ważne były też rozmowy z dziewczętami o różnych ich sprawach i problemach – chłopcy przebywali w tym ośrodku do dziesiątego roku życia, potem przechodzili do innej placówki. Do tego organizowałyśmy czas wolny, święta, urodziny. Jest tam uroczy zwyczaj – zamiast zdmuchiwać świeczki, jak u nas, należy pacnąć twarzą w tort, żeby mieć całą twarz w kremie. A dodatkowo, żeby szczęście było jeszcze większe, na głowie solenizanta rozbija się jajko i posypuje całość mąką. Na tort się zgodziłam, na jajko i mąkę już zabrakło mi odwagi. Jakieś inne ciekawe zwyczaje? Taniec. Bez tańców nie może się odbyć żadne święto, nieważne o jakim charakterze. Czy to religijne, czy państwowe, lokalne albo regionalne, czy święto patrona szkoły albo dzień ucznia – zawsze jest taniec i śpiew. Każdy Boliwijczyk tańczy, i uczy się tego w szkole, trochę jak na naszym WF-ie. Zdaje się, że są cztery podstawowe style, każdy tam je zna. Poza tym każde święto jest celebrowane przez całą społeczność. Po prostu kilkudniowa, miejska impreza. No i koka – równie ważna jak taniec.

Południowy płaskowyż, przedsionek Andów, to całkowite przeciwieństwo amazońskiej dżungli na północy kraju.

stwo, które przybyło na te ziemie wraz z konkwistadorami, nakładają się dawne wierzenia lokalnych plemion m.in. w bóstwo nieba oraz matkę ziemię. Wygląda to tak, że procesja podczas święta kościelnego, związanego z Matką Boską, kończy się na jakiejś górze, gdzie składa się ofiarę matce ziemi. Wierzenia lokalne, związki z naturą, pozostałości inkaskich mitologii i chrześcijaństwo są w Boliwii trochę splątane. Nie jest to do końca zgodne z naszym rozumieniem wiary, ale księża–misjonarze podchodzą do tego z wyrozumiałością. Zresztą tam na południu Boliwii, w tym surowym klimacie, starają się nie tylko nieść dobrą nowinę, ale po prostu pomagać w różnych codziennych sprawach. To między innymi sprawia, że są szanowani. Różnic jest więcej. W Boliwii nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia tak jak u nas. Nie ma choinek, bo tam po prostu nie rosną, no i nie ma zwyczaju łamania się opłatkiem. Święta zaczynają się tam dopiero od pasterki. W ośrodku w Tupizie była wieczerza wigilijna, ale nikt nas g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Nie bardzo wiem, jak to rozumieć… Nic dziwnego, bo w Polsce nie mamy odpowiednika tego zjawiska społecznego, chyba tak to trzeba nazwać. Koka jest rośliną otoczoną w Boliwii czcią. Jedna z legend mówi wręcz, że to dar Matki Boskiej dla człowieka. Koka jest postrzegana jako niezwykle dobroczynne zioło, które daje siłę, zaspokaja głód, leczy, niweluje skutki przebywania na dużych wysokościach, wzmacnia i rozjaśnia umysł. I tak rzeczywiście jest, bo badania naukowe pokazują, że liście koki mają wiele cennych składników odżywczych. I – co warto podkreślić – naprawdę nie uzależniają. Ich działanie można porównać do naszej kawy czy mocnej herbaty. Boliwijczycy nie żują koki, wpychają sobie kulkę suszonych liści pod policzek i trzymają tak przez kilka godzin, a w tym czasie roślina puszcza cały czas sok. Wszędzie są ludzie z wypchanymi w ten sposób policzkami. W kopalniach to metoda na podtrzymywanie sił podczas pracy. Czasami koka dawana jest starszym dzieciom, jeśli pracują długo razem z rodzicami. Handel koką ma w Boliwii charakter hurtowy, kupuje się ją tam i sprzedaje na worki. Ta roślina w Europie czy Ameryce budzi jednak zdecydowanie negatywne odczucia. Problemy zaczęły się w XIX wieku. Gdy wyekstrahowano z koki kokainę, która zepsuła reputację tej rośliny. Oczywiście z uzasadnionych po-


wodów. Obecny prezydent Boliwii mocno wspiera rozwój plantacji koki i handlu nią. Gdzieś na boku pojawiają się wątpliwości wśród Boliwijczyków, czy nie ma to może związku z narkotykami...

Prawdziwa mozaika sprzeczności, z jednej strony taniec i radość, z drugiej ciężka praca i ciężkie życie… – Tak to wygląda na południu, ale im większe miasto i więcej młodych ludzi, tym więcej optymizmu i tańca. Boliwijczycy mają cechy, których warto się nauczyć, przede wszystkim dystans do świata, nie przejmują się wieloma rzeczami. „Igual”, czyli „wszystko jedno”, to bardzo ważne słowo w ich słowniku. Są też przedsiębiorczy. Kwitnie drobny handel, na ulicy w większym mieście można kupić praktycznie wszystko, co jest potrzebne w podróży – jedzenie, powerbank i szczoteczkę do zębów. I tysiąc innych rzeczy. Co nie oznacza, że pomiędzy miastami nie trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki. Bo to Boliwia. Dziękuję za rozmowę. •

REKLAMA

Twój wyjazd do Boliwii z założenia nie był turystyczny, praca w ośrodku pochłaniała masę czasu. Czy miałaś czas na zwiedzanie? Strasznie byłyśmy z koleżanką ciekawe, jak tam jest, ale na własną rękę było trudno. Jedyną możliwość stanowiły wyjazdy do okolicznych wiosek razem z księżmi i siostrą zakonną, przy różnych okazjach. Wtedy mogłam poznać bliżej mieszkańców tego regionu i zobaczyć, jak naprawdę żyje się w górach – w wioskach albo na wpół opuszczonych osadach, przy zamkniętych kopalniach, gdzie wydobycie przestało się opłacać, młodzi pojechali szukać pracy gdzie indziej, a starsi zostali i radzą sobie, jak potrafią. W niektórych takich miejscach jest tylko kilkunastu mieszkańców w starszym wieku. Najczęściej hodują zwierzęta. I w zasadzie mogą liczyć tylko na siebie, a jeśli zachorują, to na pomoc sąsiadów. Nasz przyjazd do wioski zaczynał się z reguły od bicia w dzwony, żeby mieszkańcy mogli się zgromadzić, bo przecież nie dało się ich wcześniej uprzedzić – nie mają telefonów ani internetu. Zresztą mają bardzo luźne podejście do czasu. Czekaliśmy więc z reguły godzinę albo dwie, a mieszkańcy się powoli schodzili. Wtedy można było porozmawiać. Bardzo dużo zależało od tego, czy był z nami ktoś, kogo znali. Jeśli tak, to wtedy od razu zaczynali nas traktować jak swoich, sadzali przy stole, byli bardzo gościnni. Podczas tygodnia misyjnego jeździliśmy do ludzi bez zapowiedzi, wiec zastawaliśmy ich przy różnych zajęciach, ale nawet wtedy zawsze nas czymś musieli poczęstować, choćby kompotem czy wodą. Nigdy nie było wiadomo, jak zareaguje żołądek, a wypić trzeba, bo gospodarz się obrazi. Dlatego zawsze po takiej wyprawie na wieś musieliśmy się „odkażać” ziołami na alkoholu, co zresztą poradzili nam misjonarze. Dróg jako takich tam nie ma, można się poruszać samochodem terenowym i najczęściej wyschniętym korytem rzeki. Podczas jednego z wyjazdów zauważyliśmy w pewnym momencie kozy i samotną zagrodę z zarośli – to oznaczało, że ktoś mieszka na pustkowiu. Okazało się, że to starsza kobieta. Nie reagowała na pytania po hiszpańsku, zachowywała się, jakby nas nie było. Dopiero kiedy siostra zakonna z naszej grupy odezwała się do niej w języku keczua, zaczęła rozmawiać. Wcześniej nie rozumiała, co do niej mówimy. Okazało się, że mieszka sama, że jej dzieci wyjechały do pracy do miast. Bardzo chciała, żebyśmy ją jeszcze kiedyś odwiedzili.


Artykuł partnerski

26

Zimowa Odnowa. Zadbaj o swoją kondycję

Wielkimi krokami zbliża się zima, a wraz z nią sportowe szaleństwa na białym puchu. Wielu z nas planuje aktywny wypoczynek, starannie wybiera kierunek zimowego urlopu, kupuje najlepszy sprzęt i ubiór narciarsko–snowboardowy. Ale czy pamiętamy również o tym, aby przygotować nasze ciało na większy wysiłek fizyczny i obciążenia tak, by uniknąć kontuzji? Jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Wielu z nas decyduje się na pomoc fachowców. Warto wybrać ofertę kompleksową, obejmującą odnowę biologiczną, programy rehabilitacyjne i profilaktyczne. Na przykład tę, przygotowaną w Bristol Art & Medical SPA w Busku Zdroju. Naturalne kąpiele siarczkowe i terapie prowadzone przez wykwalifikowanych fizjoterapeutów na pewno poprawią stan i moc naszych mięśni i stawów, i pomogą nam zminimalizować ryzyko kontuzji podczas zimowych szaleństw na śniegu. g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

O unikatowych właściwościach kąpieli siarczkowych i terapii manualnej ¬ zabiegów, z jakich słynie hotelu Bristol Art & Medical SPA, opowiedzieli nam Irmina Kłys, manager Medical Center i Kamil Małek, kierownik departamentu kinezyterapii i terapii manualnej. Na czym polega terapia manualna i jak może pomóc w przygotowaniu do zimowych szaleństw na nartach? Kamil: Terapia manualna to sposób leczenia. Terapeuta naciska, ugniata, przesuwa kręgi i stawy, naciąga mięśnie, tak, by je właściwie „poukładać”. To często jest trochę bolesne, bo trzeba manipulować stawami, uciskać różne miejsca, których do tej pory pacjent nawet nie czuł. Medycyna idzie do przodu, więc i terapia manualna się zmienia, bo wprowadzamy nowe metody. Ci, którzy doświadczyli takiej terapii wiele lat temu, mówią często o tym, że terapeuta szarpał kręgosłup z każdej strony, a potem

kazał przyjść za dwa tygodnie. Dziś pracujemy już inaczej, nowocześniej. Stosujemy specjalne krążki i narzędzia, rozciągamy mięśnie, więzadła, wiązki nerwów, uciskamy określone punkty na ciele czy mobilizujemy stawy. To przydatne nie tylko, gdy coś nas boli, ale także wtedy, gdy na przykład chcemy przygotować się do sportów zimowych. Możemy poprawić równowagę mięśniowo-powięziową, wzmocnić więzadła oraz struktury mięśniowe, poprawić zakresy ruchomości. To poprawia funkcje ciała, umożliwia tworzenie ruchowych mechanizmów kompensacyjnych, a przez to niweluje ryzyko wystąpienia kontuzji. Wspomniał pan o bólu. Czy terapia manualna jest bolesna? K.: I tak i nie. Próg bólu jest inny u każdego pacjenta, wszyscy odczuwamy go subiektywnie. To, co dla mnie będzie dopiero preludium do dalszej terapii, dla kogoś innego okaże się drastycznym przeży-


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

27 ciem. Jako fizjoterapeuci wykonujący zabiegi manualne na co dzień jesteśmy świadomi, że lepsze jest wrogiem dobrego. Tak samo jest z bólem. Mogę wykonać jeden bolesny ucisk na mięsień, wiedząc, że w nim zlokalizowane jest bardzo duże napięcie, które będzie wpływać na okoliczne stawy czy inne mięśnie. Ale mogę też zastosować inną technikę, która pozwoli zmniejszyć ból, a efekty lecznicze pozostaną na tym samym, zadowalającym poziomie. Które części ciała są najbardziej narażone na kontuzje i jak temu zapobiegać? K.: Zakładamy, że zaopatrujemy się w wysokiej klasy sprzęt, a poprzez sporty zimowe rozumiemy jazdę na desce snowboardowej lub narty, tak?

W takim razie najczęściej cierpieć będą stawy skokowe i stawy kolanowe. Później kręgosłup. To przede wszystkim o nogi musimy zadbać przed rozpoczęciem sezonu. W przypadku stawów kolanowych i skokowych niezwykle ważne będzie zadbanie o struktury otaczające staw – mięśnie i więzadła. Tu z pomocą przychodzi nam terapia manualna, która dzięki technikom pracy na tkankach miękkich, pomoże znaleźć i rozwiązać problemy wpływające na dysfunkcje mięśniowo-powięziowe. Nie można zapominać o tym, że poza mobilizacją i manipulacjami stawowymi, powinniśmy o stawy dbać cały czas. Polecają państwo także wody siarczkowe. Jak takie kąpiele wpływają na stawy? Irmina: Buska woda siarczkowa czerpana jest bezpośrednio ze źródeł mineralnych. Jej głównymi składnikami są solanka morska, geologicznie mająca swoje początki w morzu mioceńskim, oraz siarka, pochodząca z późniejszych osadowych pokładów

gipsowych. Bogata jest w biologicznie aktywne związki siarki: jon siarczkowy, wodorosiarczkowy, siarkę koloidalną oraz inne mikroelementy, jak jod, brom, wapń, magnez, selen. Składniki mineralne to aż 1,4% składu wody. To ważne, bo o ostatecznym efekcie kuracji decydują właśnie składniki. Kąpiele siarczkowe mają szerokie zastosowanie – od leczenia łuszczycy, przez leczenie miażdżycy tętnic obwodowych, po choroby zwyrodnieniowe, o podłożu reumatologicznym oraz zmiany pourazowe. Wprowadzona do organizmu siarka zostaje zużyta do syntezy kwasu chondroitynosiarkowego, wchodzącego w skład chrząstki stawowej, i powoduje jej odbudowę. Zregenerowana chrząstka wytrzymuje większe obciążenia stawu, pomaga energiczniej

przepływ krwi, a w konsekwencji również dopływ składników odżywczych i tlenu do wszystkich komórek ciała, w tym mięśni i stawów. Innym ciekawym rozwiązaniem jest bieżnia antygrawitacyjna – urządzenie działające w oparciu o technologię NASA, które umożliwia trening w warunkach prawie… nieważkości. Możemy odciążyć nawet do 80 proc. masy trenującego! Bieżnia wykorzystywana jest przy rehabilitacji pourazowej, pozwala na zaawansowane, intensywne i długie treningi, przekraczanie bariery szybkości. To doskonale przygotowuje nas do innych sportów. Regularne ćwiczenia na urządzeniu powodują poprawę wydolności tlenowej, utrzymanie idealnej kondycji oraz wydłużenie kroku biegowego. Dodatkowe opcje bieżni antygrawitacyjnej umożliwiają trening interwałowy, w zakresie ruchów bocznych oraz bieg pod górę z 15% nachyleniem powierzchni. K.: Dobrym rozwiązaniem jest także trening proprioceptywny. Podczas sesji indywidualnych z pacjentami pracujemy nad wyrobieniem nawyku kontroli własnego ciała. Proprioceptory to część składowa mięśni, więzadeł oraz przede wszystkim stawów. To dzięki propriocepcji organizm może dostosować się do czynników zewnętrznych, które w trakcie sportów zimowych zmieniają się bardzo dynamicznie. Układ proprioceptywny jest ściśle związany z układem nerwowym i kostno-stawowym. Integracja tych elementów i ich odpowiedni trening mogą zdecydowanie pomóc nam zmniejszyć ryzyko kontuzji, bo doskonale wzmacniają układ ruchu i poprawiają świadomość ruchu, niezbędną przy uprawianiu sportów.

się ruszać. Ponadto kąpiele działają przeciwbólowo i przeciwzapalnie, jak również przyczyniają się do poprawy mikrokrążenia. Terapia manualna, wody siarczkowe. Czy są jeszcze inne zabiegi, które mogą wesprzeć nasze przygotowania do zimowych sportów? I.: W Bristol Art & Medical SPA działają aż 42 gabinety lecznicze, więc jest w czym wybierać. Fizykoterapia, hydroterapia, balneoterapia i masaż. Warto zwrócić uwagę na krioterapię ogólnoustrojową. Organizm stymulujemy… zimnem, wychłodzeniem organizmu przez 1-3 minuty w parach skroplonego powietrza atmosferycznego o temp. –160°C. To znakomita gimnastyka dla naczyń krwionośnych, które najpierw kurczą się, a następnie rozkurczają. W efekcie stają się mocniejsze, co jest szczególnie ważne przy naczyniach kruchych i pękających, a także przy skłonności do żylaków. Gwałtowne zmiany średnicy naczyń krwionośnych, zwiększają

BRISTOL**** ART & MEDICAL SPA Busko-Zdrój, ul.1 Maja 1 tel. 41 33 030 33 recepcja@bristolbusko.pl


Pasja 28

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Boccia, czyli sens życia tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia Michał Walczak

Choć nie od razu pokochał tę grę, teraz nie wyobraża sobie bez niej życia. Boccię trenuje dopiero od 5 lat, ale już może pochwalić się tytułami mistrza i wicemistrza Polski oraz pucharami z zawodów krajowych i zagranicznych. Jest także trenerem, sędzią i organizatorem dużych imprez sportowych. Andrzej Janowski od 9 lat jeździ na wózku. Mimo to jest pewien jednego: gdy ma się pasję, można zrobić wszystko.

Chwila, która zmieniła życie

Od zawsze fascynował go sport. Najpierw wyczynowo pływał w klubie sportowym Tęcza, potem trenował tam młodzików. Grę w badmintona odkrył już jako dorosły. Pochłonęła go na następnych 14 lat. Aż do wypadku. – Zjeżdżałem na nartach, przewróciłem się tak niefortunnie, że uszkodziłem sobie rdzeń kręgowy dosyć wysoko, bo na poziomie odcinka szyjnego i nie ruszałem ani rękami ani nogami. Byłem aktywny, kochałem sport i nagle, w jednej chwili, wszystko się skończyło – opowiada pan Andrzej. Przez prawie rok leżał w łóżku, nie mógł nawet powiedzieć długiego zdania, bo porażone mięśnie przepony sprawiały, że ciągle brakowało mu oddechu. Gdy zaczął siadać, spadało mu ciśnienie i mdlał. Gdy sadzano go na wózku, przewracał się na boki, bo nie miał stabilizacji tułowia. Ale walczył o siebie. – Musiałem. Wiedziałem, że jak nauczę się siadać, pojadę na obóz aktywnej rehabilitacji. Udało się, i to był przełom, bo wreszcie zacząłem coś robić – podsumowuje. Przyznaje, że jest prawdziwym fighterem i nie podaje się łatwo. Szybko poradził sobie także z powypadkową traumą. – Wszystko, co dzieje się w życiu, nas hartuje. Musiałem szybko wydorośleć, bo mój tato zmarł, gdy miałem tylko 22 lata. Może właśnie to sprawiło, że poradziłem sobie łatwiej niż inni po podobnych wypadkach? – zastanawia się i opowiada o pacjentach, którzy po urazach tracili nie tylko sprawność, ale i sens życia. Sam swój wypadek traktuje zwyczajnie. – W internecie oglądałem nawet ten stok, na którym się przewróciłem, pomyślałem, że chciałbym jeszcze raz z niego zjechać – mówi pan Andrzej.

B jak badminton, b jak boccia

Brakuje mu także innych aktywności. Zwłaszcza badmintona. Z dumą pokazuje puchary, zdobyte jeszcze podczas swojego „sprawnego życia”. Na szczęście poznał i pokochał boccię, choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. – Na początku myślałem, że to trochę bezmyślna gra. Miałem, problem z uchwyceniem i wyrzuceniem piłki, bo mam niesprawne dłonie. Nie szło mi więc najlepiej. Trochę się zniechęciłem, a potem... zawziąłem – opowiada. I to skutecznie, bo teraz w salonie pana Andrzeja jest dużo

więcej pucharów zdobytych podczas zawodów bocci niż tych z rozgrywek badmintona. Kto choć raz spędzał wakacje na południu Europy, pewnie boccię widział, bo Hiszpanie czy Włosi grają w nią w parkach i na placach. Zasady gry są proste. Na ograniczonym terenie zawodnicy rzucają bilami. Biała to jack, trafia na boisko pierwsza. Zawodnicy mają po 6 piłek – jeden w kolorze czerwonym, drugi – niebieskim. Rzucają je na boisko. Wygrywa ten, którego piłka znajdzie się najbliżej jacka. Zawodowi bocciści, a tych wśród niepełnosprawnych nie brakuje, śmieją się, że z boku to wygląda trochę jak gra w kulki. Ale z pewnością nią nie jest. Ważna jest nie tylko precyzja rzutu, ale i strategia – można wybijać bile przeciwnika, można je blokować i przesuwać. Boccia trochę przypomina szachy, trochę bilard i trochę curling. – W tym sporcie pociąga mnie to, że wiele rzeczy trzeba przewidzieć i zapanować nad swoim organizmem – opowiada pan Andrzej. To nie jest wcale proste, bo przy różnych schorzeniach pojawiają się przykurcze, tiki, nagłe i niespodziewane drżenia mięśni. Mimo to boccia nadaje się właściwie dla wszystkich. Janowski podaje przykład kategorii BC3, w której zawodnicy grają tylko głowami. Mają do pomocy asystentów, którzy ustawiają piłkę w specjalnej rynnie. – Asystenci siedzą tyłem do boiska, bo gra zawodnik, a ten pomagający jest tylko jego rękami. To zawodnik decyduje o taktyce, wyborze piłek, wysokości, z jakiej puści bilę – wyjaśnia Janowski.

Na początek… sukcesy

W bocci ważne jest też szczęście. Andrzej Janowski na swoich pierwszych zawodach grał piłkami, które pożyczał od innych zawodników, bo swoich jeszcze nie miał. Mimo to wygrywał w grupie paraolimpijskiej, a po miesiącu trenowania zdobył… wicemistrzostwo Polski. To go zmobilizowało do treningów. Najpierw ćwiczył w domu, w salonie. Potem trafił do hali sportowej. Sukcesy przychodziły jeden po drugim: eliminacje do mistrzostw Polski, zawody rankingowe. – Przez trzy lata nie przegrałem żadnych zawodów w Polsce, trzykrotnie zdobyłem mistrzostwo kraju – opowiada pełen emocji. – Dopiero w ubiegłym roku pokonał mnie młody zawodnik z Bielska-Białej, którego namówiłem do gry w boccię, trenowa-

29


Pasja 30 moja pasja. Choć ja nie gram. Raczej jestem asystentką innych zawodników – kwituje. Pan Andrzej dodaje, że jego żona jest świetną kibicką i choć czasami trudno ją do niektórych pomysłów przekonać, to gdy już to się uda, angażuje się bardzo mocno, a potem razem cieszą się ze wspólnych sukcesów. Jednym z nich jest Świętokrzyski Maraton Bocci, który małżeństwo Janowskich zorganizowało już trzykrotnie. – Gdy nadchodzi zima, osoby na wózkach często nie wychodzą z domu, a ci aktywni narzekają, że już nie mogą się doczekać wiosny. Wpadłem na pomysł, by coś w tym martwym sezonie zorganizować. Rzuciłem hasło wśród znajomych grających w boccię i okazało się, że chętnych jest sporo. Nie mieliśmy możliwości logistycznych ani dużej sali, a został nam miesiąc – opowiada pan Andrzej. Mimo to udało się, a pierwszy turniej bocci dla 17 zawodników, m.in. z Częstochowy, Warszawy, Poznania, odbył się w Piekoszowie. Za rok zgłosiło się już 50 zawodników i drugie tyle opiekunów. Potrzebna była większa sala, którą udostępnił wójt Masłowa. Zawody trwały aż dwa dni, a bocciści przyjechali nawet z zagranicy. Pan Andrzej namówił piłkarzy ręcznych Vive, by odwiedzili zawodników w Masłowie. – Udało się, choć następnego dnia grali mecz finałowy Pucharu Polski . Też spróbowali gry w boccię – opowiada z dumą. Impreza trafiła do grona najlepszych imprez sportowych roku w naszym regionie, tuż obok mistrzostw świata piłkarek ręcznych do lat 18.

łem i uczyłem tej gry. Jest dobrym graczem, a ja się cieszę, bo czuję, że się trochę do jego sukcesów przyczyniłem – wyjaśnia pan Andrzej Rok po rozpoczęciu przygody z boccią, pan Andrzej zakwalifikował się do polskiej kadry i zaczął jeździć na zawody międzynarodowe: i te, które liczą się w światowym rankingu, i te towarzyskie. Na rankingowych bywało różnie. – Moim sukcesem jest 10. miejsce w otwartych mistrzostwach świata w Sewilli. Pokonałem tam wielu zawodników wyżej ode mnie sklasyfikowanych – opowiada z dumą. Dzięki tym większym i drobnym sukcesom, Janowski zajmował w ubiegłym roku 43. miejsce w rankingu światowym. W tym jest sklasyfikowany trochę niżej. – Nie miałem czasu ani funduszy, by jeździć na międzynarodowe zawody. Mam nadzieję, że coraz większa popularyzacja bocci przyczyni się do zwiększonego zainteresowania sponsorów wspieraniem młodych talentów w tej dyscyplinie – podsumowuje. Mimo tych trudności, nadal marzy o występie na paraolimpiadzie, choć wie, że nie będzie łatwo. Tam jadą najlepsi. A zawodnicy ze światowej czołówki ćwiczą po 8 godzin dziennie. Tak trenują w Azji, Rosji, Wielkiej Brytanii. Na dodatek ci najlepsi trenują już 8-9 lat, a na paraolimpiadę jeździ tylko 10-11 najlepszych zawodników na świecie oraz mistrzowie Europy i świata. By to osiągnąć, trzeba startować, a na to, przez kolejne pasje, trenerską i organizatorską, panu Andrzejowi trochę brakuje czasu. – Do Tokio na pewno nie pojadę, ale dalej – zobaczymy. Nie wiem, co przeważy szalę, czy moje zaangażowanie organizacyjne i trenerskie czy to zawodnicze. Jeszcze nie chciałbym skończyć kariery, póki zdrowie na to pozwala – zapowiada.

Maraton na martwy sezon

Boccia jest dla Janowskiego najważniejsza. Z dumą pokazuje puchary i statuetki stojące na półkach, opowiada o swoich sukcesach. Dumna jest też żona, Katarzyna, choć gdy ją pytam o sukcesy męża, ze śmiechem mówi, że gdy ma te puchary sprzątać, to traci cierpliwość – Ale tak serio, to też g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Przyznaje, że jest prawdziwym fighterem i nie podaje się łatwo. Szybko poradził sobie także z powypadkową traumą. – Wszystko, co dzieje się w życiu, nas hartuje. To chyba dodało panu Andrzejowi skrzydeł, bo tegoroczny maraton bocci był imprezą trzydniową, dla 220 uczestników. – Przyjechali zawodnicy z pięciu krajów, a wśród nich cała czołówka polska. Troszkę nas zmęczył ten maraton – podsumowuje pan Andrzej. I wyobrażam sobie, ile mieli pracy: noclegi, wyżywienie, zdobycie funduszy. – Wsparł nas klub Start (Zrzeszenie Sportu i Rehabilitacji „Start” – red.), Gmina Masłów, Urząd Marszałkowski, Urząd Miasta Kielce, Starostwo Powiatowe, WORD – opowiadają. Resztę wyprosili u sponsorów. Nie potrafią nawet powiedzieć, ile firm odwiedzili. Nie wszędzie dostali wsparcie. – Jakoś tak się złożyło, że odmawiali najbogatsi – komentuje pan Andrzej. Pani Kasia wspomina zwłaszcza natłok prac w przeddzień zawodów m.in. przygotowanie hali, zaplecza, wyklejanie boisk. – Zajęło to naprawdę dużo czasu – wspomina. I choć mogłoby się wydawać, że dwie osoby nie mogą przygotować tak trudnej logistycznie imprezy, im się udało. Gdy ostatni zawodnicy wyjechali, mieli czas, by odpocząć i pomyśleć, bo przyznają, że tę imprezę odchorowali. Ale nowe wyzwania już przed nimi. – Polski Związek Bocci chce zrobić eliminacje do mistrzostw Polski razem z naszym maratonem. Chciałbym, by to było w sezonie zimowym, ale fundusze, z których moglibyśmy skorzystać, są rozdzielane w marcu, kwietniu, wiec chyba będziemy musieli naszą imprezę przełożyć. To trudne, żeby jeździć i prosić o każdą


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

31 złotówkę. Jeśli nie uda nam się dostać dotacji, będzie ciężko i nie wiem, czy się podejmę – mówi jasno pan Andrzej.

Namówić na aktywność

Boccia dla Janowskich jest nie tylko sportem, formą aktywności czy rehabilitacji. To trochę sposób na życie. Pan Andrzej jest certyfikowanym trenerem i w Kielcach prowadzi co najmniej kilka grup przyszłych boccistów, m.in. z Warsztatów Terapii Zajęciowej z Krzemionkowej, Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego na Kryształowej, podopiecznych stowarzyszenia Parkinson’s i Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Stara się też przekonać do gry i wesprzeć w staraniach tych mniej aktywnych niepełnosprawnych. – Boccia tak wciąga, że za niedługą chwilę ci ludzie nie będą mogli zrozumieć, jak do tej pory bez niej żyli. Ich świat się odmienia. Wyjeżdżają, spotykają innych ludzi, zaczynają się uśmiechać, opiekunowie także się wciągają. Są obozy sportowe, spotkania, ogniska, integracyjne i to jest drugie życie – opowiada pan Andrzej, który może się pochwalić już wieloma „nawróconymi” na boccię niepełnosprawnymi. Niektórych namawiał kilka lat. Wie też, że będą tacy, których nie przekona i to nie dlatego, że nie chcą. Uważa, że często brakuje im odwagi i wiary w to, że mimo niepełnosprawności mogą robić coś fajnego. W wielu przypadkach decyduje… brak samodzielności i wsparcia. – Problemy z logistyką. Brakuje osób, które by ich dowiozły, pomogły, wsparły, brakuje asystentów osób niepełnosprawnych. Ten program dopiero w Polsce raczkuje – tłumaczy pan Andrzej. Ta jego działalność na rzecz innych niepełnosprawnych REKLAMA

jest zauważana. W tym roku Andrzej Janowski odebrał aż trzy szczególne wyróżnienia. Nagrodę „Czyste serce” od wojewody świętokrzyskiej Agaty Wojtyszek otrzymał za bezinteresowną działalność na rzecz niepełnosprawnych. Kolejne wyróżnienie otrzymał na konkursie „Lodołamaczy” w Lublinie i został nagrodzony przez ministra Sportu i Turystyki Witolda Bańkę podczas gali Europejskiego Tygodnia Sportu Be Active Week.

Radość życia

Choć wypadek bardzo zmienił ich codzienność (pan Andrzej porusza się na wózku, a jego żona Kasia opiekuje się nim w domu), nie rezygnują także z innych pasji i właściwie nic nie jest dla nich niemożliwe. W wakacje ruszają w trasę swoim samochodem z przyczepą kampingową. W ubiegłym roku byli w Gdańsku. Znają środowisko wielbicieli caravaningu, spotykają się na zlotach, ogniskach i imprezach, mają kontakt z naturą, poznają nowych ludzi. To bardzo odważne, bo nie wszystkie campingi są przystosowane dla osób niepełnosprawnych, a pan Andrzej czuje, że dla jego żony to duży wysiłek. Marzy mu się także asystent, który zastąpi panią Kasię w wielu obowiązkach. Na razie mają siebie i swoją przygarniętą suczkę Gabi, która uwielbia jeździć na wózku na kolanach swojego pana. Mają też radość i chęć życia, wewnętrzny ogień, które pozwalają przetrwać trudne momenty i drobne kłopoty. A przy braku samodzielności, sprawności i kłopotach ze zdrowiem pana Andrzeja ich nie brakuje. Mimo to oboje są pełni życia, uśmiechnięci i zgodnie mówią: – Gdy jest pasja, da się zrobić naprawdę wszystko! •


32

Wsparcie od przyjaciół Po jej twarzy płynie samotna łza, za chwilę dołącza druga i kolejna… To pani Krysia właśnie dowiedziała się, że dzieciom nie uda się przylecieć na święta. Zafrasowana mina, zmarszczone czoło, bezsilnie opuszczone ramiona – pan Stanisław z żoną zastanawiają się, jak schować do piwnicy 3 tony opału na zimę… Starość często jest przygnębiająca, a szczególnie dotkliwa bywa w tym świątecznym czasie, którego nikt nie chce spędzać samotnie. A przecież nie musi tak być, bo codzienność starszych osób może być radosna i pełna pasji. Przekonaliśmy się o tym podczas przeprowadzania rebrandingu dla Domu Opieki Rodzinnej z Pierzchnicy. Prawdą jest, że w momencie, kiedy poproszono nas o marketingowe wsparcie, właśnie takie obrazy przyszły nam na myśl – nieaktywni ludzie, mieszkający w „przechowalni”, czekający co najwyżej na wizytę u lekarza. Radość, uśmiech, pasja zupełnie nam do tego miejsca nie pasowały. Tymczasem chyba jeszcze nic tak pozytywnie nas nie zaskoczyło! Niezwykli ludzie Z wielkim zainteresowaniem i – nie ukrywamy – dużym podziwem wysłuchiwaliśmy niezwykłych historii pensjonariuszy. Najpierw poznaliśmy pana Henryka, byłego Powstańca Warszawskiego, rehabilitanta, podróżnika, którego doświadczeniami można byłoby obdzielić kilka osób. Nie mogliśmy uwierzyć, że ma g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

89 lat i nie przyjmuje żadnych lekarstw, a jeszcze 4 lata wcześniej samodzielnie podróżował, nawet za granicę. W Domu Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy mieszka już prawie dekadę. – To miejsce jest wyjątkowe – mówi. I dodaje: – Wszystko jest doskonale zorganizowane, pielęgniarki wkładają serce w swoją pracę. Pan Henryk po wojnie pracował jako specjalista rehabilitacji leczniczej w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich, ponad 40 lat prowadził prywatną praktykę fizjoterapeutyczną w Szwecji. Nadal jest bardzo aktywny, codziennie bierze udział w gimnastyce, korzysta z rehabilitacji, której poziom ocenia bardzo wysoko. – Specjalizujemy się w rehabilitacji neurologicznej i ortopedycznej. Dzięki wykwalifikowanym fizjoterapeutom każdy mieszkaniec ma szansę zadbać o swoją kondycję ruchową czy powrócić do sprawności po zabiegach lub operacjach. Całodobowa opieka pielęgniarska pomaga z kolei skrócić czas poszpitalnej rekonwalescencji. Oczywiście terapię dopasowujemy indywidualnie do potrzeb i stanu pacjenta – potwierdza dyrektor Domu Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy, Tomasz Borowiecki. Rodzinne relacje Równie żywiołową osobą okazała się pani Jadwiga, która spędziła na emigracji 57 lat. Spytana, dlaczego wybrała właśnie to miejsce, odpowiada: – Gdybym znalazła lepsze miejsce, to bym tam była. Tu jest niebo na ziemi. W każdej chwili mogę poobcować

z naturą, wyjść do naszego pięknego parku, troszczyć się o kwiaty w ogrodzie, bo to mi sprawia radość. Mam blisko do sklepu, do kościoła. Wróciłam z Ameryki, zostawiając tam dzieci i wnuki, wybierając właśnie ten dom w Polsce i nigdy tego nie żałowałam – mówi z błyskiem w oku. Chętnie bierze udział w organizowanych wycieczkach, imprezach kulturalnych, spotkaniach z seniorami, dziećmi i młodzieżą szkolną. Jak co roku, odbędzie się tu tradycyjna wigilia. – Nie wcześniej czy później, ma być jak w domu. 24 grudnia, razem z pensjonariuszami, zasiadamy do uroczyście zastawionego stołu – podkreśla dyrektor Borowiecki. Kiedy któryś z pensjonariuszy obchodzi urodziny, cały dom świętuje razem z nim, przygotowany jest tort i inne atrakcje. Dużym powodzeniem cieszą się bale seniora, bo pozwalają mieszkańcom domu przypomnieć sobie młodzieńcze potańcówki. Tym, którzy wolą spędzać czas w spokoju, z pewnością przypadnie do gustu biblioteka czy ogród zimowy. Rozwijanie pasji Gdy spacerowaliśmy po ośrodku, zaskoczyło nas, ile się tu dzieje. Pogoda była przepiękna, więc na dworze w altanie dwóch panów rozgrywało partyjkę szachów, w sali jadalnianej na zajęciach aktywizujących seniorzy malowali obrazy, a przy stoliku w holu panie rozmawiały, oczekując na wizytę fryzjerki. Bezapelacyjnie oczarował nas jednak pan Emil – prawdziwy


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

33 majsterkowicz i ośrodkowa „złota rączka” – który z przedmiotów codziennego użytku potrafi wyczarować cuda. Przy wjeździe do Domu można podziwiać jedno z jego dzieł – samolot wykonany z różnych części przedmiotów domowego użytku np. uchwytu od czajnika. – Zawsze taki majsterkowicz byłem. Żona wymyślała, że coś jej potrzebne, a ja już to robiłem. A pan dyrektor mi garaż sprezentował na te moje wynalazki – z dumą klaszcze w dłonie. Pan Emil przeprowadził się do Pierzchnicy razem z żoną: – Zanim tu przyjechaliśmy, najpierw narysowałem projekt pokoju i przedstawiłem, jak mają być ustawione meble, jaki ma być kolor ścian – opowiada o przeprowadzce. Z zazdrością patrzyliśmy na jego przekomarzanie się z żoną, którą, jak twierdzi, kocha już 50 lat. Pani Sylwia ma talent plastyczny i chętnie bierze udział w warsztatach. Robiła już bożonarodzeniowe stroiki, pomagała tworzyć ogromną palmę wielkanocną, zgłoszoną na konkurs plastyczny w gminie. Wygranej, co prawda, nie było, ale twórcy świetnie się razem bawili. Przyjacielskie wsparcie Zwabieni zapachem świeżo mielonej kawy, trafiliśmy na codzienne spotkanie klubu kawowego. Pani Zosia, prezeska tej grupy, przyznaje, że dziś nie jest w najlepszej formie. – Na szczęście nie jestem tu sama. W tych gorszych chwilach mam na kogo liczyć, na koleżanki, na cały wspaniały personel, który

się o nas troszczy. Opowiadamy sobie o rodzinach, chwalimy wnukami, kłócimy, jak jest o co – żartuje, częstując nas ciastem. Pensjonariusze mogą odpocząć w swoich komfortowych jedno i dwuosobowych pokojach, wyposażonych w oddzielną, przestronną łazienkę, telefon, Wi-Fi, radio i telewizor. Mieszkańcy domu chwalą także domowe, świeże posiłki, które są przygotowane zgodnie z ich wskazaniami dietetycznymi (np. wegetariańskie czy dla diabetyków). Nadzieja na przyszłość Dom Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy, zamieszkały przez około 50 pensjonariuszy, opuszczaliśmy przepełnieni emocjami i przede wszystkim nadzieją. W rebrandingu postanowiliśmy postawić właśnie na ludzi i ich niesamowite historie. By zmienić wizerunek marki i jej pozycję, m.in. zaprojektowaliśmy nowe logo. To dotychczasowe wieloelementowe nie wytrzymało próby czasu, więc my postawiliśmy na dużo bardziej uproszczone formy. Opowieści mieszkańców przypomniały nam, ile życie ma barw – nie chcieliśmy korzystać z typowo jesiennej palety, ale wybraliśmy kilka kolorów przewodnich. To w późniejszym etapie prac nad key visualem (graficznym motywem przewodnim marki) np. ułatwiło przygotowanie plakatów czy wyodrębnienie działów w katalogu. A sesja zdjęciowa była już czystą przyjemnością! Cieszymy się, że to właśnie tutaj, na Ziemi Świętokrzyskiej, istnieje tak niezwykły i wyjątkowy dom,

który pozwala w miłej atmosferze przeżyć święta Bożego Narodzenia. Takie miejsce, gdzie bez żalu dmucha się kolejną świeczkę na torcie, gdzie wspiera się rozwój, a nawet odkrywanie własnych pasji. Miejsce pełne prawdziwych, przyjacielskich relacji. Ewelina Gabryś Copywriter Simply Creative --Jeśli chcesz zobaczyć, jakie wyzwania stawiają przed nami klienci, z czym przychodzi nam się marketingowo zmierzyć i jakie ciekawe projekty z tego wynikają, zajrzyj na www.simplycreative i obserwuj nasze social media.

Simply Creative ul. Mielczarskiego 121/213 25-611 Kielce simplycreative.pl tel. 41 345 44 44

Dom Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy ul. Kardynała Stefana Wyszyńskiego 2 26-015 Pierzchnica dor.com.pl tel. 41 353 86 28


Pasja 34

Psy widzą świat nosem tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Michał Walczak

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

35


Pasja 36

W

świecie węchu psy są ekspertami i mają nad nami gigantyczną przewagę. Ludzie wykorzystują ich umiejętności m.in. do poszukiwania osób zaginionych czy zasypanych pod gruzami. By było to możliwe, zespół złożony ze zwierzęcia i jego opiekuna musi zdać specjalistyczne egzaminy, poprzedzone wielogodzinnymi treningami. Ale „praca węchowa”, bo tak fachowo nazywają się ćwiczenia wykorzystujące możliwości psiego nosa, to także świetny sposób na spędzanie razem czasu, poprawę międzygatunkowej komunikacji, a nawet lepsze samopoczucie czworonoga.

Mercy i Dragon

Psy są pasją Aleksandry Cieślickiej od 20 lat. 10 lat temu założyła Psią Szkołę Banderia, w której uczy czworonogi. Kilka lat temu adoptowała Mercy – owczarka australijskiego po przejściach, bo z pseudohodowli. I zaczęła szkolić swoją pupilkę na psa ratowniczego. Tak ją to zafascynowało, że wstąpiła do Ochotniczej Straży Pożarnej w Masłowie, przeszła kilka strażackich szkoleń, łącznie z kursem dla dowódców, po którym może dowodzić akcją. W Polsce można używać psów cywilnych do akcji poszukiwawczych, ale pod warunkiem, że zespół – człowiek i zwierzak – ma certyfikat. Mercy i jej pani to pierwszy w regionie świętokrzyskim zespół, który zdał egzamin klasy 0 terenowej specjalności ratowniczej Państwowej Straży Pożarnej. To potwierdza, że pies ma predyspozycje do poszukiwania osób w terenie otwartym. Żeby mogły szukać zaginionych osób, muszą zdać jeszcze egzamin klasy I na Wydziale Szkolenia Specjalistycznych Grup Ratowniczych Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Nowym Sączu. Już kiedyś do niego podchodziły, ale nie zaliczyły toru przeszkód, bo Mercy pośliznęła się i spadła z oblodzonej kładki. Na wiosnę spróbują kolejny raz. Do egzaminu klasy 0 podejdzie drugi kielecki zespół – Paweł Zawadzki i Dragon, także owczarek australijski. – Kilka lat temu trafiłem na obóz dla „zapsionych” ludzi organizowany przez Fundację Psi Ratownicy. Poznałem osoby, dla których praca z psem w wodzie jest pasją. Tam także po raz pierwszy spotkałem się z przewodnikami czworonogów ratowniczych terenowych i gruzowiskowych – wspomina początki swojej pasji Zawadzki.

Poszukiwany, poszukiwana

Ale żeby pies mógł zdać egzamin, musi trenować. Do tego potrzebni są pozoranci, którzy ukryją się w krzakach, w lesie i w ciszy, bez ruchu będą czekać, aż Mercy, Dragon czy inny zwierzak ich znajdzie i przyprowadzi swojego przewodnika. Wtedy należy nagrodzić znalazcę ulubionym przyg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Jedz lokalnie, nie globalnie

smakiem – w przypadku Mercy jest to koci pasztet – i pochwalić, jakim to wspaniałym jest czworonogiem. Zawadzki od ponad dwóch lat organizuje treningi, w których uczestniczą inni pasjonaci – zarówno właściciele psów, jak i osoby, które po prostu chcą pomóc w szkoleniu. – Teraz spotykamy się dwa razy w tygodniu: w czwartki i niedziele. Każdy może przyjść, po wcześniejszym umówieniu się, pierwszy raz bez psa, żeby zobaczyć, o co w tym chodzi. Po sprawdzeniu predyspozycji do pracy z psem, może zostać pozorantem – mówi. – W treningach bierze udział 4-5 psów. I są też osoby, którym jesteśmy bardzo wdzięczni, które przychodzą nam pozorować. Także dzięki nim nasze dwa owczarki mogą trenować. Każdy, kto chce dołożyć cegiełkę do tego, żebyśmy tutaj w Kielcach mieli psa do poszukiwań osób zaginionych w terenie otwartym, może nam pomóc – podkreśla Cieślicka.

W świecie węchu

– Psy są stworzeniami, które żyją w świecie węchu, widzą świat nosem – tłumaczy właścicielka Mercy. – To najmocniejszy zmysł zwierzęcia, niezależnie od jego wielkości i rasy. Nos psa to doskonałe narzędzie, którego czułości, dokładności, szybkości nie dorównuje żadne ze stworzonych przez człowieka narzędzi do detekcji różnego typu zapachów. Każdy pies potrafi używać węchu, ale należy ukierunkować go tak, aby szukał tego, na czym zależy opiekunowi: ludzi, narkotyków czy materiałów wybuchowych oraz... cynamonu czy goździków (te zapachy są stosowane w tzw. noseworku, który jest fajną zabawą dla psa) – tłumaczy opiekun Dragona.

Choć przemysłowo produkowana żywność kusi reklamami, promocjami i kolorowymi opakowaniami, nie dla wszystkich nadal jest atrakcyjna. Coraz częściej szukamy produktów przygotowanych tradycyjnie, zgodnie ze starymi recepturami, bez dodatków konserwantów i chemii. Chcemy jeść zdrowiej, smaczniej, i to nie tylko od święta.

W Polsce można używać psów cywilnych do akcji poszukiwawczych, ale pod warunkiem, że zespół – człowiek i zwierzak – ma certyfikat.

Artykuł partnerski

Ważne jest rozróżnienie poszukiwań – w otwartym terenie czy pod gruzami – i tropienia, gdy zwierzak idzie po śladzie konkretnej osoby, po tym, jak dostanie do nawęszenia należący do tego kogoś przedmiot. W świecie węchu to pies jest ekspertem. – Paweł zorganizował teraz takie ubranka ze wzorem liści, które są niczym peleryna-niewidka, bo jak pozorant znieruchomieje, to dla nas znika. Ale psy są w stanie go bardzo szybko znaleźć – mówi Cieślicka. Zmysł węchu działa inaczej niż wzrok, inaczej jest rozłożony w czasie. Psy czują każdą osobę, która przeszła w danym miejscu, ale bardzo istotny jest kierunek wiatru. I tu rola przewodnika, by podejść z dobrej strony i ułatwić zwierzakowi zwęszenie poszukiwanej osoby.

– Dobrze, że mimo mody na globalizację również w naszym regionie powstało sporo niewielkich rodzinnych firm, które zdążyły uchronić dawne rodzinne przepisy przed zapomnieniem. Smakołyki z lokalnych surowców, przygotowane bez zbędnych chemicznych dodatków to doskonała propozycja nie tylko na świąteczny stół – opowiada pani Beata Janik-Guzy, właścicielka Źródła Smaków. W sklepie na kieleckim Barwinku znajdziemy pachnący chleb na zakwasie z Bodzentyna, lokalne wędliny wędzone prawdziwym dymem, niepowtarzalne domowe dżemy i konfitury, doskonały miód z Puszczy Świętokrzyskiej, przepyszne śliwki z Szydłowa. Nie brakuje sezonowych warzyw, świeżego nabiału i wielu innych produktów, wszystkich sprawdzonych pod względem smaku i składu przez właścicielkę. To doskonałe miejsce dla tych, którzy zamiast egzotycznych smaków przywożonych z podróży, wybierają to, co tradycyjne, regionalne i ekologiczne.

Źródło Smaków Kielce, ul. Starowapiennikowa 39 H tel. 665 055 173

37


Pasja 38

Skutki uboczne

Okazuje się, że sukcesy podczas zabaw w świecie węchu poprawiają samopoczucie psa. Mercy jest psem po przejściach, bała się mężczyzn, ale udział w poszukiwaniach bardzo ją ośmielił. – Widzę jak się zmieniła, kiedy zaczęła szukać. Bardzo to lubi. Jest nauczona, że kiedy znajdzie poszukiwanego, to przybiega do mnie i szczeka. Pozorant wydaje Mercy pasztet, chwali ją, ona jest szczęśliwa i razem wracamy do samochodu. Jesteśmy wtedy stadem i widać, że jest z siebie zadowolona i dumna. Tak długo już to trenujemy, że stało się to częścią jej tożsamości. Jak widzi, że zbieram sprzęty na trening, to jest bardzo szczęśliwa, cierpliwie czeka na swoją kolej, aż jej założę szelki. A jak daję sygnał „szukaj”, wystrzela jak z procy i z entuzjazmem bierze się do pracy – opowiada właścicielka owczarka. Praca węchowa wciągnęła także właścicielkę Mercy, która w szkole w Holandii ukończyła kurs instruktorski mantrailingu, czyli tropienia. Jej psem tropiącym jest kundelka Przytulia, którą znalazła kilka lat temu na stacji benzynowej. Suczka ma już zaliczone tzw. próby tropienia użytkowego pierwszej i drugiej klasy. Jej pani zrobiła też uprawnienia instruktora noseworku, czyli detekcji węchowej. To dyscyplina, w której pies na małej powierzchni szuka niewielkich próbek określonych zapachów: cynamonu, goździka lub pomarańczy. W tej dziedzinie w zawodach udział biorą jej obie podopieczne. Z obserwacji instruktorki wynika, że wszystkie te aktywności ośmielają czworonogi. – Praca węchowa wpływa na psa, bo się przekonuje, że to od niego zależy, czy powiedzie się misja zdobycia pasztetu. A przewodnicy nabierają do swoich podopiecznych szacunku. Trenowanie pomaga także we wzajemnym porozumieniu pomiędzy psem i człowiekiem, stają się zgranym zespołem nie tylko podczas poszukiwań, ale i w życiu. Dla niektórych psów to jest przełom, zaczynają widzieć, że człowiek je rozumie, podąża za nimi i razem odnoszą sukces.

Szczęśliwy pies

Szkolenia w straży pożarnej zmieniły podejście druhny OSP Masłów do szkolenia psów w ogóle. – W czasach, gdy zaczynałam, używało się jeszcze kolczatek, teraz to jest absolutnie passe. W szkole w Nowym Sączu naszym g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

mentorem był Birger Larsson (szwedzki znany instruktor szkoleń dla psów, który pomógł stworzyć system szkolenia psów ratowniczych w strukturach Państwowej i Ochotniczej Straży Pożarnej w Polsce – red.). Tłumaczył, że dobry pies ratowniczy to jest przede wszystkim szczęśliwy pies rodzinny. Żeby pies chciał szukać człowieka ze swoim przewodnikiem, musimy zaspokoić wszystkie jego potrzeby – tak jak w piramidzie potrzeb. Musi być najedzony, wyspany, zdrowy, ale także „społecznie” doceniony w swojej rodzinie, czyli musi czuć się bezpieczny i kochany. Dopiero wtedy jest w stanie robić trudne rzeczy – wyjaśnia Cieślicka i dodaje: – Bo nie możemy psa zmusić o pracy. Trzeba go nauczyć, że to jest atrakcyjne i opłacalne zajęcie, a nagrodą jest „festiwal szczęścia”, czyli ulubione przysmaki, zabawa i pochwały. Pies, który wielokrotnie brał udział w treningach, jest przekonany, że opłaca mu się szukać. Ćwieczenia aranżujemy tak, żeby były przyjemne dla psów. Tak samo jest na akcji – jeśli znajdzie człowieka, zainkasuje nagrodę. Jej wiedza, doświadczenie i spostrzeżenia są także bazą szkolenia w prowadzonej przez nią szkole. – Widzę, jak się zmieniło moje podejście do szkolenia psów w ogóle. Całą pracę w Psiej Szkole Banderia – w psim przedszkolu i psiej podstawówce – prowadzę teraz tak, żeby szczeniak i przewodnik stali się zespołem, który w przyszłości mógłby zdać egzamin opisany w rozporządzeniu MSWiA w sprawie zwierząt wykorzystywanych w akcjach ratowniczych – mówi opiekunka Mercy. Zastrzega, że to nie znaczy, że wszystkich przygotuje do pracy w ratownictwie; po prostu część szkolenia dotycząca posłuszeństwa przydaje się wszystkim psom rodzinnym. Zmienił się też jej sposób myślenie o posłuszeństwie. – Ważne jest, żeby pies chciał słuchać, a człowiek umiał mu przekazywać informacje w taki sposób, by zwierzak je rozumiał i chciał wykonać. Pies ratowniczy nie może wykonywać każdej komendy w każdych okolicznościach, bo zdarza się, że przewodnik się myli. Psy ślepo posłuszne nie nadają się do ratownictwa – dodaje. • --Jeśli ktoś chciałby dołączyć do treningów ze swoim psem, albo pomóc w szkoleniu jako pozorant, może kontaktować się poprzez stronę internetową banderia.pl/treningi-psow-ratowniczych/


Pasja 40

droga do marzeń rozmawiała Marta Hebergier zdjęcia Marta Hebergier

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Piotr Marczewski

Bardzo zimna


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

41

13 godzin regularnego wychładzania i ogrzewania organizmu, nieprzerwane przebywanie na zmianę w baliach z wodą o temperaturze 3 stopni Celsjusza. Niebywała odporność na zimno, determinacja i chęć dokonania czegoś niezwykłego – ich pięciu i wyzwanie, jakiego nie podjął się do tej pory jeszcze nikt. O ustanowieniu rekordu Guinnessa na Stadionie Narodowym w Warszawie w najdłuższym zespołowym morsowaniu rozmawiamy z Valerjanem Romanovskim z Buska Zdroju i Piotrem Marczewskim z Kielc – liderami zespołu oraz koordynatorem projektu Wawrzyńcem Kucem.

Na czym polegało Wasze wyzwanie? Wawrzyniec Kuc: Próba wyznaczenia rekordu Guinnessa polegała na długotrwałym regularnym wychładzaniu organizmu, poprzez zanurzanie w lodowatej wodzie o temperaturze 3 stopni Celsjusza. Pięciu uczestników biorących udział w wydarzeniu w systemie zmianowym, wchodziło do wody na dwanaście minut. Założeniem było przekroczenie granicy 12 godzin, ostatecznie każdy wszedł do wody 13 razy, łącznie spędzając w niej 156 minut. Każdy z Was zaczynał tak samo jak inni. Skok do przerębla z morsami, z czasem – coraz dłuższe sesje. Kiedy zdecydowaliście się na podjęcie wyzwania i próbę ustanowienia, bądź co bądź, nietypowego rekordu Guinnessa? Valerjan Romanovski: Zupełnie niedawno. Piotra Marczewskiego poznałem w 2018 roku podczas realizacji projektu „Oswajamy mróz”. Naszym pierwszym wspólnym doświadczeniem było przebywanie w komorze termoklimatycznej na Politechnice Krakowskiej w minus pięćdziesięciu stopniach Celsjusza przez 24 godziny. Już wtedy wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej współpracy i w przyszłości będziemy realizować razem kolejne projekty i przekraczać granice swojej wytrzymałości. W ramach projektu „Oswajamy mróz” zrealizowaliście jeszcze inne pomysły, co doprowadziło ostatecznie do ustanowienia rekordu… Piotr Marczewski: Sanatorium Włókniarz w Busku-Zdroju udostępniło nam komorę kriogeniczną, w której spędziliśmy półtorej godziny. To tylko pobudziło nasz apetyt na zimno. Na początku tego roku na zalewie w Morawicy koło Kielc odbył się trening, podczas którego sześciu członków zespołu spędziło w wodzie łącznie dwanaście godzin. To był niejako wstęp do wydarzenia, jakie miało miejsce 26 października na Stadionie Narodowym. Z kilkoma różnicami. Próbę ustanowienia rekordu Guinnessa podjęło tylko pięć osób. Nie korzystaliśmy z pianek neoprenowych na stopach i rękach, nasze dłonie znajdowały się pod taflą wody, a ciało – zamoczone poniżej linii narysowanej na klatce piersiowej. Co tak wyjątkowego jest w „sztafetowym” morsowaniu? P.M.: To proste – o wiele łatwiej jest wejść do wody i siedzieć w niej półtorej godziny, aniżeli systematycznie się wychładzać i ogrzewać. Czas ma tu kluczowe znaczenie, podobnie jak dostarczanie organizmowi jedzenia. Niezwykle istotna jest umiejętność odzyskiwania utraconego ciepła. Valerjan, z racji swoich indywidualnych projektów, robi to trenując na rowerku, większość z nas – ogrzewając się w saunie czy w balii z ciepłą wodą. V.R.: Nie zapominaj o głowie. Nasze umiejętność radzenia sobie w ekstre-

malnych sytuacjach jest ściśle powiązana z naszym nastawieniem i przekonaniami. Oczywiście to nie „załatwi” wszystkiego, ale ma ogromny wpływ na osiągany przez nas wynik. Jest Was pięciu. Liderami jesteście Wy: ValerjanRomanovski, który zrealizował niezliczoną ilość projektów sportowych, część o randze księgi Guinnessa oraz Piotr Marczewski – instruktor survivalu. A kim są pozostali członkowie zespołu? P.M.: To Łukasz Suchecki – pływak zimowy, reprezentant Polski w pływaniu ekstremalnym na arenie międzynarodowej, Mateusz Zegadło – mors i ultramaratończyk oraz Mariusz Jaworski, który, podobnie jak pozostali uwielbia morsować. Wszystkich nas łączą niesamowite predyspozycje do uprawiania tego ekstremalnego sportu. Poznaliśmy się przy okazji realizacji naszego zimowego treningu w Morawicy i… tak już zostało. Postanowiliśmy kontynuować razem nasze pasje, zakładając stowarzyszenie „Oswajamy żywioły”. Przed nami kolejne wyzwania.

Dzisiaj, po wielu latach rozmawiania ze swoim organizmem, któremu regularnie zimą zabieram strefę komfortu, wiem, że zimna nie należy się bać.

W jaki sposób przygotowywaliście się do ustanowieniu rekordu? Przecież w ostatnich miesiącach pogoda sprzyjała raczej wygrzewaniu się w promieniach słońca, a nie morsowaniu… V.R.: Ja i Piotrek mieliśmy za sobą kolejny pobyt w komorze kriogenicznej, tym razem podczas targów Bike Expo. W temperaturze minus 160–100 stopni Celsjusza spędziliśmy tam wiele godzin. Poza tym każdy z nas w tygodniach poprzedzających wydarzenie przygotowywał się indywidualnie,


Pasja 42 wodników osiągało swoje „życiówki”, niejednokrotnie spędzając w wodzie ponad godzinę. To pokazuje, jak wielkie możliwości ma ludzki organizm i jak mało jeszcze o nim wiemy. Powszechnie powtarzane mity i teorie na ten temat wymagają sprostowań. Mam nadzieję, że dzięki naszej działalności uda się przeprowadzić kompleksowe badania dotyczące wychłodzenia organizmu czy hipotermii. Pozwoli to na właściwe rekcje służb medycznych w codziennych sytuacjach, choćby w przypadku zamarznięcia.

Valerjan Romanovski

morsując w potokach, rzekach czy zbiornikach wodnych w nocy i nad ranem, kiedy jednak temperatura wody była nieco niższa. P.M.: Od początku wiedziałem, że moją piętą achillesową są dłonie. Na dwa tygodnie przed rekordem, codziennie, przed spaniem wkładałem dłonie do miski z lodem próbując wytrzymać jak najdłużej. Co mogę powiedzieć? Udało się. Jak inni morsujący postrzegają Wasze działania? Siedzenie po kilkadziesiąt minut w lodowatej wodzie to nie jest chyba codzienność? P.M.: Wszystko zmienia się z czasem. Kiedy wraz z moim kolegą Piotrem zaczynałem pokonywać kolejne granice w długości morsowania, wiele osób patrzyło na nas mało przychylnym okiem, próbując zdławić naszą ciekawość tego, jak zareaguje organizm, gdy spędzimy w zimnej wodzie 20, 30 i więcej minut. Próbowali przekonać nas, że tak nie wolno, że należy siedzieć 5-10 minut, nie dłużej. Teraz, po ustanowieniu przez nas rekordu i zorganizowaniu Mistrzostw Polski w Morsowaniu, widzimy, że po pierwsze – takich osób, jak my, jest coraz więcej, po drugie – nastawienie zaczyna się zmieniać, ludzie rozumieją, że nasze działania nie są wyłącznie próbą udowodnienia sobie czegoś, ale przede wszystkim – badaniami nad ludzkim organizmem i jego reakcją na wychłodzenie. V.R.: Wiele osób zarzucało nam, że organizowanie mistrzostw jest nierozważne, że to brak odpowiedzialności. A przecież uprawianie każdej dyscypliny sportowej wiąże z ryzykiem utraty zdrowia, jest tak naprawdę, jeżeli nie wyniszczaniem organizmu, to mocnym jego nadwyrężaniem. Nikt jednak nie kwestionuje zasadności organizowania maratonów czy zawodów w podnoszeniu ciężarów. Uważam, że jeśli ktoś chce podjąć się działań związanych z ryzykiem, jakim z pewnością jest długotrwałe przebywanie w zimnej wodzie, powinien to robić pod fachowym okiem ratowników medycznych, tak jak to miało miejsce podczas mistrzostw, a nie samotnie w zbiorniku wodnym czy w rzece. W.K.: Spotkaliśmy się z ogromną przychylnością, zarówno podczas ustanawiania rekordu, kiedy wielu morsów przychodziło kibicować chłopakom i wskakiwało do balii, by dodać im otuchy, jaki i kolejnego dnia, gdy ponad setka morsujących wraz z bliskimi, pomimo bardzo trudnych warunków pogodowych, spędziła z nami cały dzień na PGE Narodowym. Wielu z zag r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Czy stosujecie specjalną dietę lub w jakiś szczególny sposób dbacie o swoje ciała? V.R.: Dla każdego z nas najważniejsza jest znajomość swojego organizmu i nawiązanie właściwej relacji z ciałem. Powinniśmy być partnerem swojego ciała, odczytywać wysyłane przez nie sygnały, szanować jego potrzeby, dobrze, zdrowo się odżywiać i wydajnie się regenerować. Wówczas zdecydowanie łatwiej jest podejmować wyzwania i mierzyć się z przeciwnościami. P.M.: Przyznam szczerze, że nie przywiązuję aż takiej wagi do tego jak Valerjan, choć staram się dbać o siebie. Dzisiaj, po wielu latach rozmawiania ze swoim organizmem, któremu regularnie zimą zabieram strefę komfortu, wiem, że zimna nie należy się bać. Nie oznacza to, że nie należy się go całkowicie obawiać, jednakże dozowane w odpowiednich dawkach ma zbawienny wpływ na nasze życie fizyczne oraz psychiczne. To może pomóc wszystkim zmagającym się z codziennymi przeziębieniami, brakiem odporności i nieustannym katarem. Przestańmy wciąż na siebie chuchać, zacznijmy wymagać od naszego organizmu. Odwdzięczy nam się i to szybko. Na zakończenie opowiedzcie o Waszych kolejnych projektach. W.K.: Lada dzień Valerjan i Piotr wyjeżdżają do Andory, która będzie ich ostatnim wspólnym treningiem przed wyprawą do Jakucji. Wybieramy się tam pod koniec stycznia. Valerjan przemierzy tam na rowerze ponad tysiąc kilometrów w temperaturze oscylującej w okolicach minus 40 stopni Celsjusza. Będzie musiał dać sobie radę sam – wioząc jedzenie, sprzęt, ubranie, a także samodzielnie przygotowując sobie miejsce do spania, odpoczynku. Sam też będzie się żywił i poił. My będziemy jedynie stanowić jego wsparcie w razie zaistnienia sytuacji kryzysowej. Ale takiej nie przewidujemy. Dziękuję za rozmowę. •

Wawrzyniec Kuc


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

43

Zimą pamiętaj o stopach

Używamy tarek, złuszczających skarpetek, kremów, lakierów do paznokci, aby nasze stopy wyglądały świetnie… latem. Gdy nadchodzi zima, trochę o nich zapominamy. – To duży błąd, bo powinniśmy o nie dbać przez cały rok. Tylko wtedy będą służyć nam bez większych awarii przez całe życie – doradza wyjaśnia fizjoterapeutka, ortopodolog, dr n. med. Joanna Stodolna-Tukendorf, dyrektor merytoryczna FootMedica Kliniki Zdrowej Stopy. W zimie nosimy ciężkie, często płaskie obuwie, nasze stopy nie są widoczne. – Ale to nie oznacza, że znikają lub przestają wymagać opieki i pielęgnacji. To tak jak z piciem wody, gdy wypijemy na raz 4 szklanki wieczorem, nie oznacza, że będziemy dobrze nawodnieni. Trzeba pić często, ale mniejsze ilości. Jesienno-zimowe zaniedbania w pielęgnacji stóp ciężko potem nadrobić. To jak o nie dbać? Przede wszystkim powinniśmy nosić wygodne buty, dopasowane do kształtu i długości naszej stopy. Tymczasem często, gdy obuwie nam się podoba, postanawiamy ścierpieć niewygodę. Stopy nie lubią butów o wąskich i długich noskach, sprzyjających haluksom, wysokich i cienkich obcasów, które powodują przeniesienie ciężaru na przód stopy, o zwyrodnieniach kręgosłupa nie wspominając. Buty najlepiej kupować po południu, gdy stopa już swoje przeszła i trochę zwiększyła swoją objętość. Same buty chyba nie wystarczą? Oczywiście, że nie. Bardzo ważne jest obcinanie paznokci na prosto, bo wiele osób ma tendencję do

zbyt głębokiego wycinania paznokci przy wałach paznokciowych, a to sprzyja ich wrastaniu, co jest bardzo bolesne. Warto także raz w tygodniu zrobić peeling, najprostszy, gruboziarnisty, choć w przypadku cieńszej, delikatniejszej i tym samym bardziej podatnej na uszkodzenia skóry, zamieniamy na drobnoziarnisty. Musimy także nawilżać i natłuszczać skórę. Ważne, by robić to najlepiej dwa razy dziennie, preparatami do stóp, a nie… przeterminowanymi kremami do twarzy czy dłoni. Raz na 4-6 tygodni warto wybrać się na podstawowy zabieg podologiczny: odpowiednie skrócenie paznokci i oczyszczenie strony podeszwowej ze wszelkich zrogowaceń, modzeli i odcisków.

cenia na przyszłość. Bo usunięcie odcisku to jedno, ale trzeba ustalić dlaczego on powstał i spróbować zapobiec kolejnym.

Nie wystarczy tarka czy pumeks podczas kąpieli? Pumeksu najlepiej w ogóle nie używać, a tarki powinniśmy używać na sucho. Gdy skóra jest wilgotna, możemy zetrzeć za dużo, pobudzić naskórek do zwiększonego namnażania. Podolog zrobi to profesjonalnie i bezpiecznie. Taki zabieg polega na prawidłowym przycięciu i oszlifowaniu paznokci, delikatnym usunięciu zrogowaceń skalpelem i frezem i na koniec – wmasowaniu odpowiedniego preparatu.

Dziękuję za rozmowę.

Szlifowanie paznokci? Skalpel? To brzmi groźnie… Nie ma się czego bać, bo robimy to bardzo delikatnie. Paznokcie wyrównujemy, a skalpelem usuwamy tylko to, co niezbędne. Większą krzywdę możemy zrobić sobie w domu. Często trafiają do nas pacjenci z ranami i nacięciami skóry po nieumiejętnej samodzielnej pielęgnacji. Te uszkodzenia trudno się goją: przecież nasze stopy stale pracują. Dużo groźniejsze od wizyty u podologa mogą być… złuszczające skarpetki. Mogą spowodować poparzenia chemiczne albo złuszczyć delikatną skórę, a tę zrogowaciałą zostawić prawie nienaruszoną. Czasami samodzielnie walczymy także z odciskami. I to duży błąd. Odciski powstają jako reakcja obronna skóry na nacisk i tarcie mechaniczne. Na początku tworzy się zrogowaciały naskórek, a potem pod wpływem tarcia – twardy rdzeń, który podczas chodzenia daje o sobie ostro znać. Kto to przeżył, wie że to bolesne. Dopóki tego rdzenia nie usuniemy, odcisk będzie narastał od nowa. Podolog nie tylko profesjonalnie i bezboleśnie się nim zajmie, ale da zale-

Czy coś jeszcze możemy zrobić dla naszych stóp? Po każdej kąpieli powinniśmy bardzo dokładnie osuszać skórę stóp, bo wilgoć sprzyja np. grzybicy. Warto także zimą zrezygnować z malowania paznokci, by płytka się zregenerowała. Utrzymujmy stopy w formie, ćwicząc, chodząc boso po różnym podłożu. I dajmy im odpocząć od obcasów. Nośmy szpilki tak często, jak to konieczne, a wygodne buty – tak często, jak to możliwe.

10%

rabatu na podstawowy zabieg podologiczny

FootMedica – Klinika Zdrowej Stopy Busko-Zdrój, ul Chopina 9 tel. 501 150 045 Kielce, al. Szajnowicza-Iwanowa 13 F tel. 413 447 069 Warszawa, ul. Ogrodowa 58 Warszawa, ul. Wiertnicza 124 tel. 516 035 040 www.footmedica.pl


44

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


Pasja

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

45

Pani od patyków tekst Aneta Zychma zdjęcia Michał Walczak

Dziecko składa się ze stu. Ma sto języków, sto rąk, sto myśli, sto sposobów, w jaki myśli, bawi się i mówi. Sto – zawsze sto rodzajów słuchania, dziwienia się i kochania. Sto radosnych sposobów na śpiewanie i rozumienie, na odkrywanie stu światów, na swobodne wymyślanie stu światów, na marzenie o stu światach. Loris Malaguzzi „100 języków dziecka”

W Góry Świętokrzyskie zawitała w 1987 roku. Od tamtego czasu niezmordowanie i konsekwentnie sieje zieloną zarazę wśród pedagogów i rodziców. Nie boi się mówić otwarcie o tym, że daleko nam jeszcze do podmiotowego traktowania dzieci, a zamykając je w czterech ścianach i sadzając w szkolnych ławkach, odbieramy im fundamentalne prawo do doświadczania rzeczywistości i obcowania z naturą. Współczesna reformatorka edukacji, która odmieniła życie wielu dzieci – Agnieszka Kuźba.


Pasja

46

W

szystko zaczęło się od napisania bajki „Bezpieczne gniazdo”. Utwór prostymi słowami i pięknymi ilustracjami zachęca dzieci do zastanowienia się nad tym, czym jest dla nich samych bezpieczne gniazdo, kto takie miejsce tworzy, czy są to rodzice, nauczyciele, a może rówieśnicy. Dodatkowo w bajce poruszone zostają takie kwestie jak tolerancja, solidarność, współdziałanie. Z książką (i jej przesłaniem) Agnieszka Kuźba od lipca 2017 do czerwca 2018 przemierzyła Europę i USA. Chciała w ten sposób zachęcać dorosłych do wypracowania działań lokalnych i rodzinnych na rzecz kształtowania humanistycznego systemu wartości u dzieci. Wędrówkę wykorzystała również do samodzielnych obserwacji. – Odwiedzałam przede wszystkim miejsca przeznaczone dla dzieci: szkoły, place zabaw, biblioteki, galerie handlowe. Przyglądałam się codziennemu życiu. Widziałam, co kupuje się dzieciom, jak spędza się z nimi czas. Stało się to okazją do tego, by dojść do bardzo niepokojących wniosków – tak opowiada o rocznej wyprawie.

Na skraju przepaści

Te wnioski to przede wszystkim utrata kontaktu z naturą na rzecz niepohamowanego konsumpcjonizmu. W pogoni za kolejnym gadżetem, najnowszym smartfonem, markowym obuwiem, zapominamy, że to tylko rzeczy, które nie zastąpią nam drugiego człowieka, a dziecku rodzica. Nie mamy czasu na budowanie głębokich, trwałych relacji. Tracimy umiejętność uważnego słuchania. Komunikujemy się pobieżnie, chowając się za wielkimi ekranami albo w pancernych samochodach. Dzieci pozostawiamy same sobie. Dajemy do rąk tablet zamiast patyka. Wysyłamy na wyczerpujące zajęcia dodatkowe, zamiast pójść na wspólny spacer. Ubieramy w drogie ciuchy, których „broń Boże” nie mogą zabrudzić, zamiast poskakać z nimi w kałuży. Sukcesywnie, krok po kroku ograbiamy dzieci z dzieciństwa. Fundujemy im chorobę naszych czasów, czyli deficyt natury, o którym tak wiele pisze i mówi Richard Louve – amerykański aktywista. Tak samo fatalnie dzieje się poza domem rodzinnym, w szkołach. – Nauczyciele są zdeprawowani przez łatwość zdobycia uprawnień do bycia z dziećmi i do bycia szefem tych dzieci. Coraz częściej nawet nie przyjmują do wiadomości, że mały człowiek ma swoje potrzeby. Uważają, że dziecko bez sprzeciwu powinno realizować ścieżkę zaplanowaną odgórnie przez dorosłych. A gdy ja próbuję im powiedzieć, że nie tędy droga, odbierają to jak atak na nich, a nie na źle działający system.

Alternatywna edukacja

Na szczęście można inaczej, czego dowodem są oddolne działania Agnieszki Kuźby. Jednym z nich jest projekt pod nazwą „Ruch w naturze”. Jego efektem mają być badania, jak trzyletnia edukacja (dla dzieci od 3 do 6 roku życia) oparta na wędrówkach po lasach, nieużytkach i rezerwatach, wpływa na rozwój dziecka i na jego otoczenie: zarówno na wiedzę o przyrodzie, tężyznę fizyczną, odporność, ale też na stosunek rodziców do tego typu przedsięwzięć. Pani Agnieszka uważa (co zresztą potwierdzają liczne badania naukowe), że fundamentem dzieciństwa jest swobodna zabawa w warunkach naturalnych. – Dzieci rodzą się ciekawe świata, uwielbiają poznawać otoczenie, taplać się w błocie, skakać po drzewach, podglądać mrówki. Naszym obowiązkiem, jako odpowiedzialnych za ich przyszłość g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

dorosłych, jest umożliwić dzieciom taką zabawę i w niej nie przeszkadzać – to podstawowy postulat przyświecający realizacji projektu. Ponadto w trakcie przygotowań są publikacje dotyczące edukacji przyrodniczej. Dla dzieci powstaje „Literownik z natury”, czyli alfabetyczny leksykon roślin, które spotkać można w lasach, na łąkach, polach, w ogrodzie. Rodzice będą mogli zapoznać się problemem deficytu natury, dzięki specjalnemu komiksowi. Dla nauczycieli natomiast tworzony jest wyjątkowy pakiet przyrodniczy, czyli inspirujące materiały i wzory do wykorzystania w codziennej pracy z dziećmi.

Sto języków dziecka

Agnieszka Kuźba na co dzień pracuje w publicznym przedszkolu w Piekoszowie. Każdego dnia, wraz z grupą 23 dzieci w wieku od 3 do 5 lat, realizuje swoją misję pedagogiczną. Korzysta przy tym nie tylko z założeń ruchów leśnej edukacji, ale sięga również po metodę reggio emilia, która narodziła się we Włoszech w 1945 roku i od dawna uznawana jest za jedną najlepszych form pracy z małymi dziećmi. Zasadniczym założeniem tej koncepcji jest obraz dziecka jako istoty kompetentnej i silnej, która ma od momentu urodzenia pełne prawo do uczestniczenia w życiu społecznym. Dziecko nie jest więc bezwolną marionetką w rękach rodziców czy nauczycieli, a zdolnym do aktywnego uczenia się małym człowiekiem. Komunikuje się z otoczeniem na wiele różnorodnych sposobów (symboliczne „sto języków dziecka”), poprzez gesty, słowa, dźwięki, prace plastyczne czy różne wytwory rąk własnych. Pedagodzy w duchu Reggio Emilia nie mają gotowych planów zajęć. Ich praca polega na obserwacji dziecka i dopasowywaniu się do jego indywidualnych potrzeb, zainteresowań i możliwości na danym etapie rozwoju. Stąd zamiast dawać gotowe odpowiedzi, zachęca się dzieci do poszukiwania własnych rozwiązań, sięgając po tzw. „prowokacje”, zaproszenie do zgłębiania tematu. Relacja dziecko-nauczyciel bazuje na obustronnym zaufaniu i szacunku. Każdego dnia w piekoszowskim przedszkolu Agnieszka Kuźba udowadnia, że Reggio Emilia nie jest jakąś pedagogiczną utopią, a żywą metodą, która przynosi rewelacyjne efekty. O swoich sukcesach, spostrzeżeniach i postulatach często opowiada na konferencjach edukacji alternatywnej w Polsce i za granicą. Sama również organizuje takie wydarzenia, wierząc, że im częściej będzie się opowiadać o potrzebie rewolucji w podejściu do pracy z dziećmi, tym szybciej coś się wreszcie uda zmienić na lepsze. Olbrzymią dawkę inspiracji dla rodziców i opiekunów znaleźć można także na facebookowym profilu pani Agnieszki pod nazwą Safe Nest – Bezpieczne Gniazdo, na którym dzieli się m. in. wiedzą z zakresu historii pedagogiki oraz przykładami systemów edukacyjnych z różnych stron świata.

Dziecko to człowiek

Janusz Korczak, wybitny pedagog, napisał kiedyś: Nie ma dzieci, są ludzie. Słowa te w pełni oddają postawę pani Agnieszki. Nie widzi w dzieciach nieporadnych, głupiutkich istot, które trzeba urobić na własną modłę. Nie spogląda na nie z wyższością, z poczuciem bycia lepszą tylko dlatego, że jest dorosła. Nie traktuje pracy z dziećmi jako sposobu na ich naprawianie. I co najważniejsze nie patrzy na dzieci jak na inny, gorszy gatunek, który dopiero kiedyś stanie się człowiekiem. Z jej perspektywy dziecko ma prawo do godności i wolności. Ma prawo do dzieciństwa. Dziecko ma, tak samo jak dorosły, swoje potrzeby, które winny być respektowane. Wydawałoby się, że owa postawa jest powszechna w XXI wieku. Niestety rzeczywistość wokół nas pokazuje niezmiennie coś zupełnie innego. Oby praca pani Agnieszki nie poszła na marne i poruszyła serca jak największej grupy dorosłych. •


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

47


Kultura 48

Teatr za drzwiami starej szafy tekst Aneta Zychma zdjęcia Krzysztof Bieliński

„Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa” autorstwa C.S. Lewisa to klasyka literatury dziecięcej. Reżyser Gabriel Gietzky pokusił się o nie lada wyzwanie: zaciekawić widzów w różnym wieku dobrze znaną opowieścią. Udało się. Powstał naprawdę wartościowy spektakl, którego premiera miała miejsce na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach.

Łucja, Edmund, Zuzanna i Piotr odkrywają za drzwiami starej szafy magiczną krainę. Trwa tam wieczna zima i nigdy nie ma Bożego Narodzenia. Wszystko za sprawą okrutnej Białej Czarownicy. Rodzeństwo trafia w sam środek odwiecznej walki dobra ze złem. To wymaga od nich ogromnej odwagi oraz opowiedzenia się po właściwej stronie. Jak kończy się cała historia, każdy z nas wie albo przynajmniej się domyśla. Co takiego zatem sprawiło, że spektakl ogląda się z ciekawością i przyjemnością do samego końca? Przede wszystkim oszczędna scenografia, za którą odpowiada Maria Kanigowska. Zamiast prawdziwej starej szafy, drzew, pałacu Czarownicy, czy mieszkania państwa Bobrów dostajemy ich symboliczne obrazy. Dzięki temu możemy zobaczyć Narnię oczami własnej wyobraźni. Ważne są również kostiumy zaprojektowane przez Annę Adamek – pozbawione dosłowności, a jednocześnie wpisujące się w tajemniczy klimat opowieści. Do tego dochodzą jeszcze: subtelna gra świateł, charakterystyczny, wzbogacony elementami tanecznymi ruch sceniczny i nienachalna muzyka. Całość zachęca do uważnego śledzenia losów bohaterów spektaklu. Trudno nie wspomnieć w tym miejscu o pomyśle na przedstawienie postaci Aslana – potężnego lwa, prawowitego władcy Narnii. Widzimy go jakby na dwa sposoby. Jako lśniące złotem zwierzę, które wkracza na scenę dostojnym krokiem i zajmuje niemalże całą jej przestrzeń oraz jako niepozornego aktora (Jacek Mąka), stojącego na brzegu sceny i „użyczającego” głosu złotemu olbrzymowi. Taki Aslan robi ogromne wrażenie i to nie tylko na młodszej części widowni. Warta wspomnienia jest również gra aktorska. Uwagę przykuwa m.in. Joanna Kasperek jako bezwzględna i przebiegła Czarownica, Andrzej Plata w roli pomocnego Bobra, Mirosław Bieliński wcielający się w postać uległego Karła czy Dawid Żłobiński jako Faun Tumnus. Ciekawym zabiegiem g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

scenicznym jest wykorzystanie elementów pantomimy (zwłaszcza w wykonaniu Bobra) oraz tańca (tutaj brawa należą się przede wszystkim Joannie Polowczyk i jej wersji Drozda – przewodnika dzieci). Spektakl dedykowany jest widzom w wieku 10-110 lat i w pełni się z tym zgadzam. Niezależnie od tego, ile mamy lat, gdzieś głęboko w nas drzemie dziecko, które tęskni za dobrze opowiedzianymi historiami z happy endem. „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa.” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach doskonale zaspokajają ową dziecięcą tęsknotę. Polecam, warto obejrzeć, najlepiej podczas rodzinnego wypadu do teatru. •


Kultura 50

Tuwim wyśpiewany tekst Aneta Zychma zdjęcia Bartek Warzecha

„Trala Tralalińscy”, czyli Julian Tuwim w muzycznej interpretacji, to najnowsza propozycja Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach. Znane i lubiane wiersze wybrzmiewają ze sceny w nowej odsłonie. Widzowie zostają wciągnięci w beztroską zabawę słowem, śpiewem, melodią i ruchem scenicznym.

Muzykę do spektaklu skomponowano i nagrano w Krakowskiej Pracowni Dźwięku. Brzmi bardzo nowocześnie, czasami wręcz awangardowo. W połączeniu z rytmami wygrywanymi przez aktorów na instrumentach i elementach scenografii (metalowe bębny, rury) staje się niestety momentami nie do zniesienia i zupełnie zagłusza śpiewających aktorów. Może to wina złego nagłośnienia, a może efekt przerostu formy nad treścią? Dokładnie taka sama sytuacja ma miejsce, jeśli mowa o scenicznej interpretacji wierszy Tuwima. Aranżacje „Słonia Trąbalskiego” czy „Ptasiego radia” zachwycają i pozostają w pamięci. Świetnie przedstawiono również historię „Grzesia kłamczucha i jego cioci”, angażując do udziału w spektaklu najmłodszą część widowni. Natomiast „Lokomotywa” to teatralna trag r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

gedia: nie dość, że tekst został zmasakrowany przez aktorów, to gwoździem do trumny okazały się efekty świetlne rodem z filmu katastroficznego klasy D. Miałam wrażenie, że ktoś koniecznie chciał zaimponować mieszanką wielu pomysłów, a afekt osiągnięto marny. Z niepokojem obserwowałam dzieci, które przybyły na premierę. W zamyśle bowiem „Trala Tralalińscy” dedykowani są widzom od lat czterech, ale nie trzeba być specjalistą od rozwoju człowieka, by stwierdzić, że twórcy zapomnieli o podstawowych potrzebach i naturalnych cechach dzieci w tym wieku. Spektakl tak przeładowany bodźcami wzrokowymi i słuchowymi powinien być krótszy, inaczej albo zanudza dzieci, albo wywołuje irytację wynikającą z nadmiaru wrażeń. W efekcie dzieci wierciły się,


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Świąteczny Wehikuł Smaku

chciały wyjść, krzyczały, że się nudzą, zaczynały płakać. Kilkoro nawet wyraziło swoje niezadowolenie, że nie ma gdzie potańczyć. To dla mnie kolejny dowód na ignorowanie małego widza. Dominującą potrzebą dzieci w wieku 4+ jest potrzeba ruchu. Gdy połączymy ją z muzyką i piosenkami, chęć własnej ekspresji u maluchów mamy murowaną. Jasne jest, że zamiast sadzać dzieci w rzędach, lepiej byłoby tak przygotować scenę, by miały gdzie pobrykać. Reżyserowi zabrakło podstawowej umiejętności dostosowania środków wyrazu do potrzeb odbiorców. Trudno też określić, dla kogo tak naprawdę spektakl jest przeznaczony. Małe dzieci mogą się na nim wykończyć psychicznie, starszym grozi nuda, a dorośli woleliby coś z pazurem, drugim dnem, na kształt kabaretu.

Całość ratuje gra aktorska. Anna Domalewska kolejny raz udowodniła, że jest stworzona do śpiewu i tańca. Podobnie Ewa Lubacz. Świetnie poradził sobie także Błażej Twarowski. Obserwacja umiejętności scenicznych tej trójki chwilami sprawiała rzeczywistą przyjemność. Ostatecznie ani nie polecam spektaklu, ani go nie odradzam. Jeśli ktoś z sentymentem sięga po twórczość Tuwima, to może spróbować obejrzeć „Trala Tralalińskich” i cofnąć się choć na chwilę do czasów dzieciństwa. Nie zachęcam jednak do zabierania ze sobą małych dzieci. Zdecydowanie bezpieczniej poczytać im te wiersze w domu. •

Artykuł partnerski

Bez pachnących pierogów z grzybami nie ma świąt. Albo bez tych z kapustą i grzybami, z mięsem, lub ruskich. Każdy z nas ma swoje ulubione, najlepiej by ręcznie je ulepić. Co zrobić, gdy w przedświątecznej gorączce zabraknie nam na to czasu? Odpowiedź może być jedna: nasze święta uratują potrawy z marki Garmażenie, które powstają w Delikatesach Wehikuł Smaku. Do sklepu na kieleckim Barwinku od kilku lat zaglądają smakosze, w poszukiwaniu prawdziwych produktów z różnych zakątków świata. Od niedawna dołączyli do nich także Ci, którzy lubią dobrze zjeść, ale na gotowanie trochę brakuje im czasu. W kuchni Wehikułu Smaku wyjątkowe składniki zmienia się na zdrowe, pozbawione konserwantów i polepszaczy, zaskakujące smakiem potrawy. Są pierogi, paszteciki, uszka, świetne zupy, w tym barszcz czerwony i zupa grzybowa, idealne na wigilijny stół. Ponadto desery i sałatki. Wszystkie świeże, dobrze doprawione, przygotowane z wielką dbałością o wyjątkowy smak i wygląd. Warto to wykorzystać, zamawiając dania na nasz świąteczny stół. Boże Narodzenie to także czas smakowania wyjątkowych produktów. W Wehikule Smaku znajdziemy wędliny z Włoch, Hiszpanii, a nawet z Węgier. Świetne sery z całej Europy, oryginalny rosyjski kawior, francuskie foie gras, ogromny wybór win i mocnych alkoholi. Słodycze zachwycają swoim wyglądem i niepowtarzalnymi smakami. To miejsce, gdzie bez problemu wybierzemy coś oryginalnego, by ubarwić nasze święta wyjątkowym smakiem i obdarować naszych gości nietuzinkowym prezentem. A jeśli z okazji świąt zechcesz obdarować swoich pracowników lub kontrahentów koszami pełnymi smakołyków, pracownicy delikatesów przygotują je dla Ciebie z przyjemnością. Warto zajrzeć do Wehikułu Smaku i dzięki niespiesznym poszukiwaniom na półkach samoobsługowych delikatesów, podarować sobie chwilę wytchnienia w przedświątecznej gonitwie, dać sobie czas na wyjątkowe kulinarne odkrycia. Boże Narodzenie ma smak! Wesołych Świąt!

Delikatesy „Wehikuł Smaku” Kielce, ul. Starowapiennikowa 39D tel. 733 930 830 facebook.com/delikatesywehikulsmaku

51


Architektura 52

Nowe jest piękne tekst Rafał Zamojski zdjęcia Rafał Zamojski, Jerzy Stradomski, G2 Architekci

W naszej wędrówce przez historię kieleckiej architektury dotarliśmy do czasów współczesnych, czyli kończącego się wkrótce dziesięciolecia. To dobry czas, by pokusić się o wstępne podsumowanie lat „nastych” XXI wieku. Czas biegnie szybko, bo obiekty oddane do użytku „przed chwilą”, mają już często 7-8 lat.

O

gólnie możemy mieć powody do zadowolenia. Choć kielecki krajobraz jeszcze długo będzie dość chaotyczny, zmiany w większości idą w dobrym kierunku, przybywa obiektów na bardzo dobrym poziomie, a niektóre realizacje są nagradzane. W budownictwie mieszkaniowym inwestorzy coraz śmielej sięgają po szlachetne materiały wykończeniowe, takie jak kamień czy drewno. Przestali też dbać jedynie o to, by każdy metr „wycisnąć do cna”, gwarantując sobie w ten sposób wysokie zyski. A że koniunktura gospodarcza nadal utrzymuje się na dobrym poziomie, jest szansa, że dobrej architektury w Kielcach będzie przybywać. Początek dekady, czyli rok 2011 zaowocował świetnymi realizacjami. Właśnie wtedy oddano do użytku m.in. Centrum Geoedukacji na Wietrzni autorstwa pracowni Palk Architekci z Warszawy (realizacja zdobyła Nagrodę Roku Stowarzyszenia Architektów Polskich) i nową siedzibę Filharmonii Świętokrzyskiej (PIW-PAW Architekci z Gdańska). Obiekty są cenione: Centrum Geoedukacji za wtopienie w krajobraz i wykorzystanie lokalnego kamiennego budulca, Filharmonia – za umiejętne wpisanie w staromiejskie pierzeje. Spośród ważnych i dobrych architektonicznie obiektów, osiem lat temu oddano do użytku nową, większą wersję Galerii Echo (Open Architekci z Warszawy), zrewitalizowany zespół zabytkowych obiektów przy ulicy Zamkowej (Centrum Dizajnu oraz Ośrodek Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej – to efekt konkursu architektonicznego wygranego przez Pracownię Reginy Kozakiewicz-Opałko) oraz – tuż za granicami miasta, w Dąbrowie – pierwszy w regionie pięciogwiazdkowy hotel Odyssey (Biuro Architektoniczne Team z Buska-Zdroju). Ważnymi inwestycjami z początku dekady były też Szkoła Muzyczna (powstała dzięki rozbudowie starszego budynku szkolnego przy ulicy Wojewódzkiej), g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

nowe przedszkole na Ślichowicach i pierwszy komunalny budynek „Złota jesień” przystosowany dla seniorów (ul. Leszczyńska, następne wybudowano potem na ulicy Kazimierza Wielkiego).

Obiekty w zespołach

To dziesięciolecie zaowocowało też oddaniem do użytku całych zespołów dobrej architektury, wciąż rozbudowywanych. Bez wątpienia będą one ważnym świadectwem obecnych czasów. To kampus Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, w którym najbardziej podoba mi się siedziba uczelnianej biblioteki (2012 – Pracownia Janusza Pachowskiego z Izabelina), spektakularny zespół nowych obiektów Targów Kielce oraz kolejne inwestycje Parku Technologicznego zmieniające ten teren w nowoczesną dzielnicę przemysłową. Szkoda tylko, że uczelniany kampus jest niestety usytuowany w złym miejscu. Nie dość, że daleko od śródmieścia, to jeszcze słabo dostępny komunikacyjnie, bo odcięty od miasta drogą ekspresową. Gdy mowa o UJK, trzeba też wspomnieć o Centrum Edukacji Artystycznej przy ul. Krakowskiej (2011 – Neoinwest Kielce). Niestety, znanym głównie przez studentów, bo wbrew zapowiedziom, uczelnia nie organizuje w nim wydarzeń dla kielczan. Wreszcie, i w dodatku całkiem udanie, zaczęto zabudowywać predestynowaną do wielkomiejskości pierzeję alei IX Wieków Kielc. W latach 2011-12 oddano do użytku biurowce Becher Platinum i Becher Silver (oba autorstwa pracowni Dobra Forma), właśnie trwa budowa ciekawego obiektu biurowo-mieszkalnego Ventus (pracownia TeraGroup). Stylem „szalonych lat 90.” odbiega od nich czwarty nowy budynek: Aqua. Swoje biura budują też w Kielcach kolejne urzędy i izby zawodowe. Najlepsze to: Świętokrzyska Izba Pielęgniarek i Położnych przy ul. Nowy Świat (Pra-


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

53

ul. Zacisze


Architektura 54 cownia Pedrycz-Wodnicki), siedziba MPEC przy ul. Poleskiej (Pracownia F11 z Krakowa), Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Kielcach (PXM Projekt Południe z Krakowa) i Świętokrzyska Izba Lekarska (2018 – URBA Architects z Krakowa) – oba przy ulicy Wrzosowej. Z ciekawością czekamy na projekt nowej siedziby NFZ przy ul. Langiewicza. Niestety, w tej beczce miodu potężną łyżką dziegciu jest spektakularna klęska przebudowy Urzędu Wojewódzkiego. Zniszczono dobrą architekturę i nie udało się uzyskać zakładanych efektów funkcjonalnych. Prywatnym obiektem o charakterze biurowo-restauracyjnym, znacznie wyrastającym ponad przeciętność, jest Stacja Biznesu przy ulicy Głęboczka. Powstała w dawnym budynku magazynowym Społem (2016 – Pracownia Piotra Hardeckiego z Warszawy). To jedyny jak dotąd w Kielcach zaadaptowany na inne cele obiekt przemysłowy. Zdecydowanie polepszyła się też jakość nowych siedzib kieleckich firm – sporo udanych obiektów powstało m.in. w rejonie ulicy Witosa (niestety jednak wciąż dominuje tam chaos przestrzenny). Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługują obiekty firm: Polonez Plus, XL Tape (ul. Ściegiennego) i Effect Glass (ul. Hauke-Bosaka).

To dziesięciolecie zaowocowało też oddaniem do użytku całych zespołów dobrej architektury, wciąż rozbudowywanych. Poprawia się też jakość obiektów handlowych. W 2012 roku została oddana do użytku bardzo udana architektonicznie Galeria Korona (projekt Bose International Planning&Architecture), cieszy również architektura salonu BMW obok Targów Kielce (ZIK Studio) i Folwarku Samochodowego – salonu Hyundai na ul. Sandomierskiej (Pracownia Pedrycz Wodnicki). Powstają też coraz ciekawsze pawilony handlowo-usługowe: Pigeon na rogu Ściegiennego i Wapiennikowej (Detan), Centrum Herby (Pracownia G2 Architekci), pawilony przy ul. Wapiennikowej 14 (Pracownia Kuliński z Krakowa), Plaza Park (Detan). Wśród nowych hoteli warto zwrócić uwagę na Hotel 365 na Stadionie (Detan) i udaną adaptację zabytku, czyli hotel Willa Hueta przy ul. Słowackiego. Czekamy na oddanie do użytku najbardziej spektakularnej inwestycji – zespołu basenów tropikalnych z rozsuwanym dachem przy hotelu Binkowski na Stadionie. Z kolei wśród inwestycji komunalnych bardzo wyróżniły się jeszcze: modernizacja Kieleckiego Centrum Kultury (obiekt nabrał lekkości), znakomity Ogród Botaniczny i szkolna hala sportowa przy ul. Jagiellońskiej.

Zmiany przy staromiejskich ulicach

Przez ostatnie lata miasto, korzystając z funduszy unijnych, remontowało kolejne staromiejskie ulice i place, co, pomimo różnych błędów, bardzo korzystnie wpłynęło na wizerunek śródmieścia i przyczyniło się do powstania ciekawych prywatnych inwestycji. W pierzejach ulic w centrum budowane są kolejne interesujące plomby– zwłaszcza ta na ul. Wspólnej 1 ze ścianami pokrytymi łupkiem i kolorowymi szybami (Kamiński&Bojarowicz Architekci), rogu ulic Silnicznej i Pelca (Biuro Architektoniczne MFA) oraz In g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

City przy ul. 1 Maja (Kamiński&Bojarowicz Architekci). Ciekawą próbą jest budynek na rogu Seminaryjskiej i Żeromskiego (TeraGroup) – szkoda, że elewacja wyszła dość ponuro, słabiej kolorystycznie niż na pierwszych wizualizacjach. Najbardziej spektakularną inwestycją w śródmieściu jest z pewnością Promenada Solna nad Silnicą (Detan). Wciąż trwa komercjalizacja lokali na parterze, jednak dziś, po siedmiu latach od oddania budynku do użytku, można stwierdzić, że spełnił on rolę miastotwórczą – w obiekcie działa już osiem lokali gastronomicznych.

Nowe w inwestycjach mieszkaniowych

Ponieważ Promenada Solna to przede wszystkim mieszkania, najwyższa pora by napisać o kieleckich inwestycjach mieszkaniowych. Stwierdzam z satysfakcją – naprawdę sporo mi się podoba (zastrzegam, że nie jestem w stanie ocenić rozplanowania mieszkań i jakości wykonania, więc skupiam się przede wszystkim na tym, czy dany obiekt pasuje do krajobrazu). Nowe inwestycje mieszkaniowe to zarówno pojedyncze budynki, jak i całe osiedla budowane przez jednego lub kilku różnych inwestorów. W wielu przypadkach oznacza to „wkroczenie miasta” i ucywilizowanie koszmarnie dotąd zaniedbanych obszarów. Często są to tereny blisko śródmieścia, co tym bardziej cieszy. I tak: całe spore osiedle (a właściwie dwa obok siebie) powstało u zbiegu ulic Leszczyńskiej i Poleskiej (projektanci: Detan i TeraGroup), ładnie porządkuje przestrzeń (choć niestety jest jak na centrum miasta zbyt monofunkcyjne) osiedle Legionów obok WDK (Detan). Udane wizualnie są Nowy Baranówek (Detan) i Nasz Barwinek (Dobra Forma). Gdy mowa o Nowym Baranówku, trzeba jednak zwrócić uwagę na absolutną patologię urbanistyczną, jaką jest nie tylko odgrodzenie osiedla od świata zewnętrznego, ale też… poodgradzanie poszczególnych bloków od siebie (każdy to osobna „klatka”). Na tym osiedlu widać też mocno (podobnie jak przy ulicy Domaniówka na Górnym Szydłówku), jak bardzo do niedawna słaba była polityka władz miasta dotycząca współpracy w deweloperami. Wydając decyzje o warunkach zabudowy, nie negocjowano z nimi wcale (tak się robi w wielu miastach) kwestii ich partycypacji w kosztach przebudowy okolicznej infrastruktury (dróg dojazdowych, chodników). Na szczęście niedawno, dzięki zaangażowaniu pracownika Urzędu Miasta urbanisty Tomasza Zbocha to zmieniło się na korzyść. Bardzo popularnym wśród inwestorów terenem są okolice ulicy Okrzei. Niestety, w przypadku tego obszaru efekt jest najczęściej taki sobie. Przez 10 lat mieszkałem przy ulicy Wiosennej, czyli po drugiej stronie Silnicy – na tonącym w zieleni osiedlu, bardzo zadbanym, bez żadnych płotów. Nowo zabudowywany obszar po drugiej stronie rzeki wydawał mi się miejscem wyjątkowo nieprzyjaznym: bez zieleni i ścieżek pomiędzy blokami, przypominał zamknięte, zastawione samochodami getto. Dopiero najnowsze z inwestycji zaczynają wyróżniać się na korzyść – swoją formą zwraca uwagę Patio Vita (TeraGroup), wszyscy też czekamy na realizację udanego projektu pierwszego w Kielcach wieżowca 16-piętrowego (Plaza Park – Detan). Bliżej miasta chaotyczny krajobraz ulicy Okrzei uporządkowała nieco inwestycja Villa Kamilla. Niestety, zaszkodził jej bardzo brak zapowiadanego już lata temu miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, który miał wymuszać zabudowę frontem do nadrzecznego bulwaru. I tak od strony parku w dolinie Silnicy, w miejscu, które aż się prosi o kawiarnię, Villa Kamilla straszy garażowym zapleczem. Bardzo popularnym wśród deweloperów miejscem jest osiedle Ślichowice. O ile wcześniej powstawały tam realizacje bardzo przeciętne, ostatnio znacznie podniesiono poprzeczkę. Mnie szczególnie podoba się świetnie porządkujący przestrzeń zespół trzech budynków Becher Ogrody pracowni Detan (choć dalibóg, nie wiem, dlaczego w tym miejscu Ogrody). Cie-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

55

Terminal Zachodni Targów Kielce Promenada Solna

Becher Eleven Filharmonia Świętokrzyska

ul. Klonowa 23

Biblioteka UJK


Architektura 56

Rezydencja Hetmańska

Nova Botanica

Poddasze Ludwika XXI na ul. Staszica Centrum Geoedukacji

Wzgórze Zamkowe g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

ul. Wspólna 1


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

57 kawe są również: Wzgórze Tektonic przy ul. Tektonicznej (pracownia Abakus), Qbik przy ul. Puscha (P&A Projekt), blok przy Kazimierza Wielkiego 15 (Biuro Projektów Budownictwa), Becher Na Skale przy ul. Massalskiego (choć niedobrze, że miasto pozwoliło na zabudowę w pobliżu rezerwatu i stacji kolejowej Kielce Ślichowice) i osiedle przy ul. Permskiej (projekty pracowni Detan). Prestiżowym osiedlem stał się Baranówek-Stadion. W ostatnich latach buduje się tam sporo dobrze zaprojektowanych kameralnych inwestycji. Na szczególne wyróżnienie zasługują moim zdaniem: Rezydencja Hetmańska i Rezydencja Żółkiewskiego (obie przy ulicy Żółkiewskiego, oba projekty autorstwa pracowni Stańczak Architect) oraz Apartamenty Czarnieckiego (Pracownia Projektowa MAX). Nieopodal, na sąsiednim Barwinku, zwraca uwagę Willa Tuwima (Detan). Spośród pojedynczych obiektów mam kilka ulubionych. To na pewno: Rezydencja Kasztanowa na Szydłówku (Kamiński&Bojarowicz Architekci), Nova Botanica przy ul. Podklasztornej (Stańczak Architect), Leśne Tarasy przy ul. Szwedzkiej (Detan), budynek na rogu ulic Krakowskiej i Zacisze (Detan) oraz Klonowa 23 (G2 Architekci). Dobrze zapowiadają się: Nowy Horyzont przy ul. Górny Szydłówek autorstwa pracowni Danuty Jaroszyńskiej-Ziach (z widokiem na park Dygasińskiego i miasto), Trzy Korony przy ulicy Norweskiej (Stańczak Architect), Raciborskiego 17 (Stańczak Architect), Apollo Split przy ul. Pelca (TeraGroup), Apartamenty Wesoła 11 (Stańczak Architect) i Lotnicza Ekopark (TeraGroup). Warto przypomnieć, że jeszcze niedawno mieszkańcy domków przy ul. Polnej protestowali przeciw zmianie charakteru ich półwiejskiej uliczki. W tym obszarze stanął też m.in. budynek Tetris przy Starodomaszowskiej, z uroczą „zatoką” ze śródmiejskim pasażem handlowym (Kamiński&Bojarowicz Architekci). Cieszy zmiana charakteru zdegradowanej poprzemysłowej dzielnicy w rejonie ulic Górnej i Zbożowej. Powstające tam osiedle (Detan) będzie początkiem cywilizowanego „łącznika” między centrum miasta a kampusem uniwersyteckim. Spółdzielnie mieszkaniowe zwykle nie realizują ponadprzeciętnych obiektów. Wyjątkiem w Kielcach są dwie siostrzane inwestycje spółdzielni Na Stoku. Udane bloki według projektu Pracowni Ostrowscy Architekci z Katowic stanęły przy ulicach Sikorskiego i Orląt Lwowskich. Bardzo ciekawa, ze ścianami pokrytych płytami kamiennymi jest Willa Zgoda na rogu ulic Zgoda i Miodowicza (Pracownia Reginy Kozakiewicz-Opałko). Podobnie zwracają pozytywną uwagę wieżowiec Becher Eleven na zakończeniu ulicy Pocieszka (Kamiński&Bojarowicz Architekci), Lofty Hoża (Detan) i budynek przy ul. Kąpielowej 7 (Detan). Wyróżniłbym również: blok przy ul. Zapolskiej 4 (MK Projekt Mirosław Łapiński), Zielony Zakątek przy ul. Zgoda (Pracownia M Kwadrat z Warszawy), Apartamenty Witosa (Pracownia Projektowa Jerzy Partyka) oraz – tuż za granicami Kielc – Apartamenty Dąbrowa (Stańczak Architect). Ciekawą próbą architektury kameralnej są dwa sąsiedzkie budynki przy ulicy Turystycznej: Pałac Pod Dębami (Detan) i Apartamenty Turystyczna (Studio Architektury Paweł Dziwiński). Wśród zespołów domów szeregowych na największą uwagę zasługuje moim zdaniem małe osiedle przy ul. Sandomierskiej 243a (TeraGroup) oraz budujące się jeszcze osiedle Archibis przy ul. Ściegiennego 102 (Pracownia Archibis). Wspomniałem na początku, że inwestorzy coraz częściej decydują się na inne, droższe niż tynk, materiały wykończeniowe. Oczywiście jednak są też wciąż tacy, którzy starają się maksymalnie ciąć koszty. Budynki zbudowane przez jednych i drugich czasami sąsiadują ze sobą, a dzieje się tak na ul. Klonowej. Z jednej strony jest tu wspomniany wcześniej, bardzo pieczołowicie wykończony m.in. drewnem budynek pod nr 23 (laureat

środowiskowego ARCHI+), z drugiej – budynki o numerach 33 i 39a, których wykończenie wygląda tandetnie (dobrze, że ten drugi jest w drugiej linii zabudowy). Choć ewidentnych „potworków” jest znacznie mniej niż w poprzednim dziesięcioleciu, wciąż istnieje duży problem z nierealizowaniem przez miasto miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Zwłaszcza na obszarach, gdzie potrzebna jest ich funkcja porządkująca, czyli w śródmieściu i na jego obrzeżach, a także w rejonie Karczówki. Sam zresztą cztery lata temu złożyłem w imieniu Stowarzyszenia Kieleckie Inwestycje wniosek o sporządzenie takiego planu dla mocno zaniedbanego urbanistycznie obszaru pomiędzy ulicami Planty, IX Wieków Kielc, Paderewskiego i Sienkiewicza (istnieje tylko plan tylko dla samego skweru Sendlerowej).

Kłopoty z piętrami

Obszar ten styka się z rondem Herlinga-Grudzińskiego, przy którym straszy m.in. nieudany i za niski o jedną kondygnację budynek Bodzio Meble. Ten problem dotyczy właściwie wszystkich sąsiadujących z rondem budynków. To efekt planistycznego „równania w dół” w miejscach, gdzie niekoniecznie jest to właściwe. I tak plan zagospodarowania dla pierzei alei IX Wieków pozwala na 4 piętra (choć lepiej pasowałoby 5), za to Promenada Solna i Ludwik XXI przy Staszica, tuż przy samym Wzgórzu Zamkowym, mają tych pięter po 5. Budynek Ludwik XXI to niestety przykład klasycznego deweloperskiego „szukania luk w systemie”. Formalnie jest budynkiem 3-piętrowym z poddaszem, czyli de facto kolejnymi regularnymi 2 (a na części budynku nawet 3!) piętrami. Tuż przy Pałacu Biskupim. Podobnie jest w przypadku realizowanej obecnie inwestycji przy ulicy Wspólnej 19, gdzie nowy budynek wprost rozsadza przestrzeń. W perspektywie 2-3 piętrowej ulicy nagle wyłania się 5-pietrowy „potwór” burzący wszelką harmonię krajobrazu.

Wreszcie, i w dodatku całkiem udanie, zaczęto zabudowywać predestynowaną do wielkomiejskości pierzeję alei IX Wieków Kielc. Nadal nie ma w Kielcach miejsc, gdzie inwestor, który chciałby bez 2-3 lat czekania na miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego wybudować budynek wyższy niż 11 pięter. A są takie miejsca, które z góry można przeznaczyć na taką wysoką zabudowę – np. wschodnia pierzeja alei Solidarności czy tereny przy ulicy Legnickiej. Czego możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości? Spośród inwestycji zapowiedzianych: to na pewno laboratoria Głównego Urzędu Miar przy Wrzosowej i dwa zapowiedziane office parki – przy Zagnańskiej firmy MAC Edukacja i przy alei Solidarności – firmy City Core. W tym drugim przypadku niepokoi, że inwestor-właściciel terenu chciał najpierw wybudować tam dyskont spożywczy. Na szczęście zostało to zablokowane. Oby wybudował zapowiadany od lat office park – to akurat ze wszech miar potrzebna Kielcom inwestycja. •


Artykuł partnerski

58

Słoneczna witamina Nasz organizm produkuje ją sam, gdy wystawiamy się na działanie promieni słonecznych. Odpowiada za stan naszych kości, odporność, a nawet nastrój i ma duży wpływ na to, jak funkcjonujemy. Jesienią, zimą i wczesną wiosną słońca jest jednak zbyt mało, powinniśmy uzupełniać jej braki. O rolę witaminy D3 pytamy doktor Katarzynę Nowak z Centrum Medycznego Omega. Wszędzie atakują nas reklamy leków z witaminą D3. Wygląda, jakby przyszła na nią moda. Czy naprawdę jest niezbędna czy to tylko wymysł marketingowców? Moda na witaminę D3 łączy się z rozwojem wiedzy i zapotrzebowaniem na zdrowie! Okazuje się, że nie ma takiego układu w naszym organizmie, na który ona nie miałaby wpływu. Ta niezbędna dla naszego życia rozpuszczalna w tłuszczach cząsteczka przenika wszędzie i działa podobnie jak steryd. Kiedyś zwracano uwagę na to, by poziom tej witaminy był odpowiedni zwłaszcza u dzieci. Sami pewnie piliśmy tran, aby nasze kości i zęby były mocne, abyśmy mieli lepszą odporność. Teraz badania potwierdzają, że u dzieci do szóstego roku życia z prawidłowym poziomem witaminy D występuje o 60% mniej ubytków, nawet w zębach mlecznych, niż u dzieci z niedoborem tej witaminy. To chyba warte jest reklamy. Ale te reklamy dotyczą głównie dorosłych! Nic dziwnego. Ostatnio brałam udział w międzynarodowej konferencji Europejskiego Towarzystwa Witaminy D. Przedstawiono badania, że niedobór witaminy ma 90% populacji na całej kuli ziemskiej. W naszym laboratorium też zbadaliśmy liczną grupę pacjentów. Wyniki są zatrważające. Okazało się, że około 10% badanych, miało poziom wystarczający, czyli powyżej dolnej granicy normy (ta wynosi 30 mcg/ml), a pozostali – niewystarczający. Badania prowadziliśmy latem, kiedy jest odpowiednia synteza skórna witaminy! A czy dieta może pomóc? Niektórzy uważają, że wystarczy jeść ryby, jajka i korzystać ze słońca latem. Niestety, tak nie jest. Jeśli przez wszystkie słoneczne dni w roku wystawiamy się na działanie promieni słonecznych około południa lub jeśli spędzamy urlop na południu Europy, to owszem, możemy witaminę zmagazynować, ale na krótko. Artykuły spożywcze z dodatkiem D3 g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Wspomniała Pani o osteoporozie. Czy są inni dorośli, którzy szczególnie powinni uważać na poziom witaminy D? Prawidłowa odpowiedź brzmi: uważać powinni wszyscy i zawsze. A szczególnie osoby z problemami reumatycznymi, astmą, chorobami płucnymi, endokrynologicznymi czy cukrzycą. Kolejną grupą są kobiety w ciąży. Prawidłowy poziom D3 zmniejsza ryzyko występowania zatrucia ciążowego i porodów przedwczesnych. Przeprowadzono też badania, z których wynika, że poziom tej witaminy u ciężarnych kobiet wpływa na odporność potomstwa w ciągu kilku miesięcy po porodzie. Ważne też, by u ciężarnych suplementowanie witaminy D3 było kontrolowane przez lekarza. A ci z nowotworami? Zagadnienie udziału D3 w profilaktyce i leczeniu nowotworów było szeroko omawiane na wyżej wspomnianej konferencji. Wystarczający poziom tej witaminy wzmacnia naszą odporność także pod kątem chorób nowotworowych oraz polepsza komfort osób będących w terapii. U cierpiących na poważne choroby, zapotrzebowanie na tę witaminę rośnie. Z mojego doświadczenia wynika, że osoby z rozpoznaną chorobą onkologiczną mają bardzo niski jej poziom. też nie załatwią problemu. Osoby z nietolerancjami i alergiami pokarmowymi mają dodatkowe trudności z jej przyswojeniem. Wprowadzenie zmian w jadłospisie zgodnych z wynikami testów na nadwrażliwości pokarmowe poprawia znacznie dostępność witamin. Sprawdziliśmy to u naszych pacjentów Centrum Medycyny Żywienia. Badanie poziomu witaminy D3 nie jest popularne. A szkoda. Wiemy, że jest niski w przypadku osteoporozy, ogólnego osłabienia, trudności z koncentracją, częstych przeziębień, niedoczynności tarczycy. Może prowadzić nas też do depresji, zaburzeń metabolicznych a nawet kłopotów skórnych. Grupą „zaniedbaną", jeśli chodzi o suplementowanie tej witaminy, są też większe dzieci i nastolatki. Dla nich brak D3 jest szczególnie niekorzystny, bo w tym czasie tworzy się kościec, przyrasta masa mięśniowa. Efekt: lawinowo rośnie liczba wad postawy. A przecież chodzi o to, aby nie dopuszczać do chorób, które pojawiają się pod wpływem niedoboru witaminy D.

Czyli trzeba uzupełniać braki. Jak prawidłowo określić dawkę? Po pierwsze określić poziom witaminy D3 we krwi i potrzeby organizmu. Nasze dzienne zapotrzebowanie zależy na przyklad od wagi, wieku a przeciętnie wynosi od 800 do 2000 jednostek. Ale osoby, które mają niedobór, będą zużywać tę ilość „na bieżąco" i nie uzupełnią braków. Dawkę leczniczą najlepiej dobierze lekarz. I zawsze możemy łatwo sprawdzić w laboratorium, czy osiągnęliśmy sukces. Dziękujemy za rozmowę.

Centrum Medyczne Omega Centrum Medycyny Żywienia Galeria Echo w Kielcach (poziom 2+) ul. Świętokrzyska 20, tel. (41) 366 31 21 kom. 882 013 880


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

59

Tropikalny raj

Naturalna tropikalna roślinność, atrakcje wodne dla młodszych i starszych pod rozsuwanym szklanym dachem oraz jedno z najbardziej urozmaiconych saunariów z największą w Polsce sauną na 130 osób. Pod koniec roku ruszają Baseny Tropikalne Binkowski Resort – nowoczesny park wodny powstający w sercu Gór Świętokrzyskich.

Na dorosłych czekać będzie główny basen z wbudowanymi czterema wannami spa oraz wodnymi stacjami masażu stóp i kręgosłupa. Goście będą mogli skorzystać z basenów aromatycznych, witalnych z dodatkami jodków, siarczanów oraz alg morskich. Nie ma relaksu bez dobrego jedzenia. Zapewni je rozbudowana strefa gastronomiczna, której częścią będzie bar wodny serwujący między innymi egzotyczne drinki.

Baseny Tropikalne Binkowski Resort będą wyjątkowym miejscem w kraju. Tam w środku zimy poczujemy się jak na słonecznej wyspie. Na powierzchni blisko 11,5 tysiąca metrów kwadratowych wypoczniemy wśród bogatej egzotycznej roślinności, a 100 palm znajdujących się w hali basenowej nada jej charakter prawdziwych tropików. Utrzymanie egzotycznej flory, nawet przy niskich temperaturach, umożliwi całkowicie przeszklona powłoka hali parku wodnego oraz rozsuwany dach ważący prawie 300 ton. Baseny są jednym z nielicznych obiektów w Polsce z tak innowacyjnym rozwiązaniem. Powiększy się także baza noclegowa. W całym resorcie po zakończeniu rozbudowy będzie aż 212 pokoi, o 100 więcej.

Płyńmy po przygodę Jedną z największych atrakcji Basenów Tropikalnych będą trzy zjeżdżalnie wodne. Ta największa, 150-metrowa Magic Eye, pozwoli poczuć się jak w bajce czy w …kosmosie. 4-osobowy ponton z pasażerami będzie płynął przez kolorowe strumienie światła, które odbijając się w kropelkach wody, dadzą wspaniały, iluzoryczny efekt. Kolejne zjeżdżalnie to 120-metrowa rura pontonowa Rafting oraz wodny lejek przeznaczony dla najmłodszych z metą w basenie-lądowisku. Znajdzie się także coś dla wielbicieli spokojniejszych atrakcji. Lazy River to sztuczna rzeka, która pozwoli zwiedzić cały park wodny podczas pontonowej wycieczki.

Dla małych i dużych Główna hala basenowa pomieści nawet 600 osób. Dla najmłodszych przygotowano specjalną strefę z kompleksem wodnych zabawek i minizjeżdżalni. Na wielbicieli tropikalnych przygód będą czekać podwodne gejzery, hipopotamy i foki „plujące” wodą oraz skała z wodospadami.

Największa sauna w Polsce W Basenach Tropikalnych Binkowski Resort będzie można także wypocząć i zrelaksować się. Na wielbicieli spokojniejszej rekreacji czekać będzie potężny kompleks saunowy. Ta tradycyjna będzie największa w Polsce, bo pomieści nawet 130 osób. Podczas kąpieli parowej saunowicze mogą podzi-

wiać panoramę Kielc przez przeszkloną 8-metrową ścianę. Ci, którzy z tradycyjnej sauny korzystać nie mogą, będą mogli schronić się w nowoczesnej na podczerwień. Zwolennicy aromaterapii, powinni wybrać sauny parowe kwiatową lub ziołową. Na gości czekać będzie także sauna chlebowa z wmontowanym tradycyjnym piecem do wypieku chleba, oraz świętokrzyska sucha, ze ścianami wyłożonymi wiekowym drewnem. Wielbiciele egzotyki powinni skorzystać z ceremoniału Rasul – masażu błotem o różnych barwach i uziarnieniu oraz kąpieli w wilgotnym, gorącym powietrzu sauny parowej HammalRassul . Po gorących kąpielach będzie można zanurzyć się w basenie letnim, usytuowanym na tarasie na wysokości 20 m i podczas pływania podziwiać korony okolicznych drzew i panoramę miasta. – Od początku zależało nam na tym, aby Baseny Tropikalne były niepowtarzalne i wyróżniały się w skali kraju. Liczymy, że będzie to magnes, który przyciągnie wielu turystów w nasze piękne Góry Świętokrzyskie – mówi Bartosz Binkowski, menadżer Binkowski Resort. Nie tylko baseny Baseny Tropikalne będą częścią całego kompleksu hotelowego. To wspaniałe miejsce na wypoczynek, organizację wesela, balu czy spotkania biznesowego. Komfort wypoczynku i jakość usług potwierdzają 4 hotelowe gwiazdki. Ale największym atutem jest lokalizacja: w środku lasu.

Baseny Tropikalne Binkowski Resort Kielce, ul. Szczepaniaka 42 tel. 41 340 35 00


Miejsca mocy 60

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Po zdrowie na Święty Krzyż teks i zdjęcia Jacek Korczyński

Korzystali z dobrodziejstw dziurawca, piołunu, rumianku, żywokostu czy mięty. Do bogatego zestawu leczniczych ziół rosnących w naszym klimacie mnisi dodali zapewne także te sprowadzane z południa od swych benedyktyńskich współbraci. Od średniowiecza uprawiali je na dobrze nasłonecznionym letnią porą stoku Łysej Góry, po południowej stronie opactwa, przy klasztorze na Świętym Krzyżu.

Benedyktyni i moc roślin

Znany jest wkład klasztorów w rozwój rolnictwa, ogrodnictwa czy zielarstwa. Wielkie w tym zasługi przypisuje się św. Benedyktowi, który założony przez siebie zakon oparł między innymi na zasadzie samowystarczalności. Zakładane przy opactwach ogrody, dostarczające mnichom owoców, warzyw i ziół, stały się niezbędne. Zakonna reguła, poza modlitwą i pracą, nakazywała także troskę o chorych, których należy nawiedzać i w utrapieniu ratować. Wiemy, że już w XIV stuleciu był w benedyktyńskim klasztorze na Świętym Krzyżu brat infirmeriusz – zakonnik opiekujący się infirmerią, czyli izbą chorych. Początkowo przybytek ten służył złożonym niemocą współbraciom, z czasem – gdy opactwo stało się miejscem coraz liczniejszych pielgrzymek wiernych – pomagano tam również schorowanym pątnikom. Klimat na szczycie Łysej Góry, niezbyt sprzyjający jesienią i zimą, sprawiał, że życie w klasztornych murach bywało trudne. Zimno i wilgoć powodowały, że mnisi chorowali. Modlitwa o powrót do zdrowia była, rzecz jasna, sprawą istotną – szczególnie w obecności relikwii Drzewa Krzyża Świętego. Ojcowie benedyktyni doskonale jednak wiedzieli, że ulgę w cierpieniu mogą przynieść napary lub nalewki z odpowiednio dobranych ziół. Ważna była przy tym dobra znajomość roślin, których liście, kwiaty i korzenie można wykorzystać w leczniczym celu. Wiedza benedyktynów była niemała. Korzystali z uczonych ksiąg, wymieniali się doświadczeniami, mieli do dyspozycji bogactwo miejscowej flory. Z początku korzystali z roślin dziko żyjących, w które obfitowała okoliczna puszcza. Później sami uprawiali je w przyklasztornym „hortus medicus” – zielniku na stoku Łysej Góry, nasłonecznionym i osłoniętym od wiatrów. Był to niemały ogródek. Aby go założyć, mnisi wykarczowali ponoć spory kawałek lasu. Niektóre zioła rosły także w klasztornym wirydarzu otoczonym krużgankami. Sadzonki roślin nie występujących u nas sprowadzano przypuszczalnie, wzorem in-

61


Miejsca mocy nych klasztorów, z odległych południowych krajów. Przypomnijmy, że to właśnie benedyktyni znacznie przyczynili się do poznania w Polsce wielu roślin o rodowodzie śródziemnomorskim, stosowanych do dziś w lecznictwie oraz w kuchni. Wiedza o właściwościach roślin była kluczowa z jeszcze jednego powodu: niektóre rośliny cenione w lecznictwie są trujące. Specyfik z nich wykonany wymaga – co podkreślał pionier polskiego zielarstwa Jan Biegański – zastosowania odpowiedniej dawki w każdym konkretnym przypadku. Przygotowujący preparat mnich-aptekarz musiał umiejętnie i precyzyjnie określić siłę leczniczego środka, czyli szkodliwego jednocześnie w większej ilości alkaloidu. Podanie medykamentu ze źle dobranymi proporcjami wyciągu z bielunia, tojadu czy lulka mogło skończyć się dla pacjenta nieciekawie. Uznaniem cieszą się do dziś benedyktyńskie ziołowe mieszanki, które mnisi sporządzali już przed stuleciami. O skuteczności takich farmakologicznych rozwiązań pisał Jan Biegański: Wielowiekowe stosowanie ziół w różnych cierpieniach stwierdziło fakt, że pojedynczo przyjmowane zioła, choćby najlepiej przystosowane do choroby, działają zawsze słabiej, aniżeli w zestawieniu z innymi. Zawsze pewniejsze i energiczniejsze będzie działanie wielu ziół, odpowiednio dobranych, tak aby się wzajemnie wspomagały, dopełniały. Cała tajemnica tkwi bowiem w substancjach czynnych roślin: alkaloidach, olejkach eterycznych czy garbnikach. Lecznicza wiedza „czarnych mnichów” przyczyniła się do trwającej do dziś sławy ziółek benedyktyńskich, przyrządzanych według dawnych receptur. Powodzeniem cieszy się także wino benedyktyńskie, stosowane w średniowieczu jako remedium na dżumę. Zaprawiano je wkładanym do beczki workiem z odpowiednim zestawem rozdrobnionych ziół oraz innych substancji. Łysogórscy mnisi wykorzystywali tu – jak wyliczyła Bogumiła Stępniewska – ziele piołunu, wężowego moru, jelenich języków i jaskółczego ziela, korzeń podróżnika i kurzego ziela, pestki i skórki cytrynowych jabłek oraz kawałki bursztynu.

Wiedza benedyktynów była niemała. Korzystali z uczonych ksiąg, wymieniali się doświadczeniami, mieli do dyspozycji bogactwo miejscowej flory.

Sława łysogórskiej apteki

Wiemy, że w XVIII stuleciu apteka prowadzona przez świętokrzyskich benedyktynów cieszyła się zasłużoną już sławą. Była wówczas świetnie urządzona, znana w okolicy i – rzecz zrozumiała – zaopatrywana w uprawiane przez mnichów lecznicze zioła. Leki z niej pochodzące trafiały także do innych aptek, jak na przykład do apteki pijarów w Radomiu. Nie wiemy natomiast, kiedy klasztorna apteka powstała. Najstarsze zachowane źródłowe zapiski na ten temat sięgają XVII wieku. Przypuszczać możemy, że istniała – choćby w skromnej postaci – już w średniowieczu, skoro w XIV wieku mieściła się w opactwie wspomniana już infirmeria. Ponadto o leczniczych g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Karta tytułowa XVI-wiecznego herbarza Marcina z Urzędowa

62

zainteresowaniach naszych benedyktynów mogą świadczyć pochodzące z klasztornej biblioteki XVI-wieczne księgi traktujące o medycynie. Podobnych zamiłowań wśród mnichów dowodzą – jak pisze prof. Marek Derwich – także XV-wieczne kodeksy łysogórskie. Klasztorna izba chorych, raczej skromna, z czasem stała się za mała, by zapewnić odpowiednią opiekę podopiecznym. Zakonników w opactwie przybywało, a infirmerię udostępniano także chorym spoza konwentu. W 1490 roku mnisi, którym przewodził uczony opat Maciej z Pyzdr, zbudowali w północnym skrzydle klasztoru obszerniejsze pomieszczenie dla chorych. Powstała wówczas tzw. wielka infirmeria, w której przyjmowano potrzebujących pomocy pielgrzymów oraz okolicznych mieszkańców. Archiwalne źródła nie potwierdzają, czy tylko mnisi zajmowali się opieką nad chorymi, czy też korzystali z usług jakiegoś „świeckiego” lekarza. Ziołowe medykamenty sporządzali sami, a przypuszczalnie w tej części klasztoru, gdzie powstała nowa infirmeria, znalazło się w tym czasie także pomieszczenie przeznaczone na aptekę. Sto lat później, w 1595 roku, łysogórski opat Michał Maliszewski założył probostwo szpitalne w pobliskiej Słupi. Niewątpliwie dostarczane tam leki pochodziły z klasztoru świętokrzyskiego. Lecznicze specyfiki sporządzano głównie z substancji roślinnych. Na bazie ziół powstawały nalewki, soki, wspomniane wyżej słynne benedyktyńskie wino, sycone miody, olejki, maści, plastry. Wykorzystywano ponadto żywice i oleje. Rzadziej – jak podkreśliła Bogumiła Stępniewska – stosowano leki pochodzenia zwierzęcego, jak łosie kopyto i mineralne, jak ałun. Od 1529 roku, gdy mnisi uruchomili własną hutę szkła, wielce pomocne przy sporządzaniu leków stały się odpowiedniej wielkości i kształtu szklane naczynia. Jednakże nie tylko apteczne medykamenty cieszyły się uznaniem. Z klasztornym spisów cudów relikwii świętokrzyskiej wynika, że popularnym łysogórskim lekiem była – jak zaznacza prof. Derwich – woda oraz wino benedykowane (to znaczy poświęcone, czy raczej „obmyte” o relikwię Krzyża Świętego). Stosowali je zarówno mnisi, jak i pielgrzymi oraz okoliczna ludność. Podawano je do picia lub polewano nim wiernych. Miał


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

63 być to skuteczny lek przeciwko szalejącym w średniowieczu epidemiom. Powróćmy do czasów największej świetności klasztornej apteki, czyli do końca XVIII stulecia. Pomieszczenia zajmowały trzy sale, obszerne i dobrze wyposażone w meble i potrzebne instrumenty. Poza samym lokalem aptecznym, były tam gabinet aptekarza i laboratorium. Kompleks uzupełniała suszarnia ziół, kuchnia apteczna oraz piwnica, gdzie przechowywano słynne wina czy nalewki. Na wejściem do pomieszczeń umieszczone zostały łacińskie sentencje medyczne, jak „Contra vim mortis, non est medicamen in hortis” (czyli: „Przeciwko sile śmierci nie ma lekarstwa w ogrodach”). Ks. Józef Gacki pisał nieco uszczypliwie, że tego typu tekst zachęcał raczej do zdania się na wolę boską, niż wzbudzał ufność do samej apteki i sporządzanych w niej leków. Łysogórska apteka szczęśliwie przetrwała większość kataklizmów nawiedzających klasztor, jak choćby pożar z jesieni 1777 roku. Dotrwała do okresu kasat zakonnych i zniesienia opactwa benedyktynów w 1819 roku. Część klasztoru, gdzie mieściła się infirmeria oraz apteka, została zniszczona bombami lotniczymi podczas II wojny światowej. Odbudowana została przez oo. oblatów, obecnych gospodarzy świętokrzyskiego opactwa. W pomieszczeniach dawnej apteki – jak dowiadujemy się ze strony internetowej swietykrzyz.pl – swe mieszkania znaleźli dziś nowicjusze zakonu.

Uczone księgi i medyczna wiedza

Od czasów średniowiecza powstawały fachowe opisy roślin, tworzono zielniki, receptury. Być może tego typu księgi tworzono także w skrypREKLAMA

torium na Świętym Krzyżu. Łysogórscy benedyktyni z pewnością jednak korzystali z bogatej biblioteki klasztornej, gdzie znajdowało się wiele dzieł traktujących o leczeniu i środkach mu służących. Mnisi mieli do dyspozycji „Herbarz polski”, XVI-wieczną bogatą encyklopedię z zakresu botaniki i medycyny autorstwa kanonika katedry sandomierskiej Marcina z Urzędowa. Brat aptekarz korzystał także z „Zielnika” Syreniusza, dzieła Spiczyńskiego „O ziołach tutejszych i zamorskich”, „Historia naturalis” Rzączyńskiego czy prac Macieja z Miechowa. Dokonania uczonych przyrodników miały korzystny wpływ na wiedzę dotyczącą korzystania z ziół przez świętokrzyskich mnichów oraz ich medyczne umiejętności. O zamiłowaniu naszych benedyktynów do piękna przyrody tak pisał Jan Gajzler, poeta i piewca ziemi świętokrzyskiej: Przedziwny czar spowija murów tych sklepienia,/ Utajonych sród mrocznych świętokrzyskich borów,/ Gdzie żyli leśne zioła miłujący mnichy, / Gdzie Bóg sie jawi w cudzie świtów i wieczorów”. • --Korzystałem m.in. z: Marek Derwich „Benedyktyński klasztor Świętego Krzyża na Łysej Górze w średniowieczu” (Warszawa-Wrocław 1992), Bogumiła Stępniewska „Dawna apteka klasztorna na Łysej Górze” (maszynopis z biblioteki klasztoru oo. oblatów na Świętym Krzyżu), Jan Biegański „Nasze zioła i leczenie się niemi” (Warszawa 1931), Elżbieta Pisulewska „Benedyktyni w rozwoju oraz propagowaniu zielarstwa i ziołolecznictwa” (zdrowiepowraca.pl), Józef Gacki „Benedyktyński klasztor Świętego Krzyża na Łysej Górze” (Warszawa 1873).


Być eko 64

Niech się puszcza zapuszcza tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Michał Filarski

W hołdzie dla Olgi Tokarczuk krakowianie zasadzili 25 tysięcy dębów, wiązów i lip, tworząc Las Prawiek. Czy można sobie wyobrazić lepszy prezent dla znanej z ekologicznych przekonań laureatki literackiego Nobla? Owszem: Lasy Państwowe powinny zostawić w spokoju Puszczę Białowieską, Karpacką i inne cenne przyrodniczo tereny, a drogowcy – przydrożne aleje. Natomiast miasta, miasteczka i wsie dbać powinny o każde drzewo, zamiast składać je w ofierze deweloperom i drwalom.

Alejka

W pogodną wrześniową niedzielę mieszkańcy ulicy Kostki w Kielcach spotkali się na kolejnym śniadaniu na trawie. Najważniejszym punktem programu było zasadzenie klonu, który upamiętnia ich kilkuletnią – i na szczęście skuteczną – walkę o zachowanie alei drzew. Zaczęła się w 2010 roku, gdy dowiedzieli się, że drogowcy planują przeprowadzić remont ich spokojnej ulicy i to w sposób dla nich najłatwiejszy, czyli w pierwszym kroku wycinając rosnące wzdłuż jezdni klony. – Nie chcieliśmy do tego dopuścić, bo nasza alejka jest wyjątkowo urokliwym miejscem, a poza tym mamy świadomość tego, jak ważne są drzewa w przestrzeni – mówi zaangażowana w akcję ratowania drzew pani Barbara. Katarzyna Hodurek-Kiek dog r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

daje, że przeraziła ją wizja wycięcia dorodnych klonów i posadzenia w ich miejsce kilkuletnich drzewek. – Odwiedziliśmy wszystkich mieszkańców i zebraliśmy podpisy pod pismem do Miejskiego Zarządu Dróg, że nie życzymy sobie zmiany – wspomina. To nie wystarczyło, by zmienić plany drogowców. Sąsiedzi nie mieli żadnego doświadczenia w walce, po pomoc skierowali się m.in. do Stowarzyszenia Kieleckie Inwestycje, gdzie poradzono im, żeby powołali własną organizację, bo wtedy będą mieli większą moc w rozmowie z urzędnikami. Dlatego powstało Stowarzyszenie Mieszkańców Ulicy św. Stanisława Kostki, które interweniowało u prezydenta Kielc, a medialny rozgłos zdobyło dzięki przeprowadzonej w 2013 roku akcji otulania drzew. O pomoc obrońcy zieleni poprosili bowiem znaną z różnych akcji „bombardowania włóczką”, czyli dziergania w przestrzeni publicznej, artystkę Joannę Biskup-Brykczyńską. – To są piękne drzewa, które w żaden sposób nie zagrażają ludziom, tylko przeszkadzały drogowcom. W mieście jest coraz mniej drzew i terenów zielonych, dlatego trzeba ratować to, co mamy – uważa artystka. Przeprowadziła warsztaty robienia szalików na drutach, było wspólne dzierganie plenerowe i w kawiarni oraz indywidualne w domach. W efekcie każdy klon otrzymał własny szalik, na pniach zawieszono też sentencje o drzewach. Działania mieszkańców sprawiły, że MZD musiał wycofać się z radykalnego projektu remontu i przygotował taki, który oszczędzał zieleń. Członkowie stowarzyszenia jednak nie spoczęli na laurach, przeciwnie – bacznie przyglądali się prowadzonym w latach 2015/2016 pracom. Merytoryczną wiedzę zdobyli m.in. na konferencji o ochronie drzew podczas inwestycji zorganizowanej przez Fundację EkoRozwoju. I interweniowali, gdy zauważyli nieprawidłowości, jak chociażby wycięte kawałki korzeni. – W naszym mieście nie ma ochrony drzew w czasie inwestycji – uważa pani Barbara.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

65

Tylko raz drzewa zostały podlane, choć latem było bardzo sucho. Według mieszkańców w efekcie remontu jedno drzewo uschło. Obrońcy alejki z niepokojem obserwują, czy działania drogowców nie zaszkodzą pozostałym. Trudno się im dziwić. Po remoncie placu przed Wojewódzkim Domem Kultury w Kielcach drzewa, o których zachowanie walczyli kielczanie, zaczęły usychać. Walka w obronie alejki miała dodatkowy efekt – powstała sąsiedzka wspólnota. Mieszkańcy odwiedzają się, hucznie świętują Europejski Dzień Sąsiada, stworzyli ogród społeczny, witają uroczyście nowych członków swojej wspólnoty. Historia alejki jest tak wyjątkowa, że pokazano ją nawet w „Teleexpressie”. Większość protestów przeciwko wycince drzew nie odnosi skutku. Na ulicy Piekoszowskiej wycięto drzewa, żeby... zbudować ścieżkę rowerową, która – nota bene – nie powstała. Władze gminy Zagnańsk wsławiły się wycinką pięknej zabytkowej alei na ulicy – nomen omen – Spokojnej koło kamieniołomu Zachełmie, w którym odkryto najstarsze na świecie tropy zwierzęcia lądowego. Pod topór poszły ponad dwustuletnie (!) lipy i klony, bo– zdaniem urzędników – przeszkadzały w remoncie drogi o niewielkim ruchu. Nic nie dały protesty mieszkańców. Władza była nieugięta, kilkadziesiąt drzew wycięto w maju 2013 roku, w okresie lęgowym ptaków. A działo się to jeszcze w pięknych czasach przed wprowadzeniem „lex Szyszko”.

Hekatomba

Na początku 2017 roku w całej Polsce zawarczały pilarki. Weszły bowiem w życie przepisy przygotowane przez ówczesnego ministra (niszczenia) środowiska Jana Szyszkę, zgodnie z którymi nie było już wymagane pozwolenie na wycięcie drzew. Przepisy, przeciwko którym protestowali przyrodnicy i organizacje ekologiczne. Bezskutecznie. Dzięki zmianom w prawie właściciel ziemi mógł wyciąć drzewa, o ile nie było to związane z działalnością gospodarczą. Ale kto zabroni właścicielowi atrakcyjnej działki dogadać się z deweloperem, że ten kupi od niego grunt już po usunięciu kłopotliwych dębów czy jesionów? Ze sklepów zniknęły pilarki, a w firmach zajmujących się wycinką urywały się telefony. Ile drzew poległo? Nie wiadomo. Gminy nie otrzymywały przecież żadnych informacji. Według szacunków dr. hab. Zbigniewa Karaczuna, specjalisty od zarządzania w ochronie środowiska z SGGW w Warszawie, tylko w ciągu dwóch pierwszych miesięcy obowiązywania „lex Szyszko” polski krajobraz zubożał bezpowrotnie o około półtora miliona drzew. Naukowiec w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” podkreślił, że wyciętych drzew nie da się zastąpić z dnia na dzień nowymi sadzonkami. Zanim osiągną rozmiary swoich poprzedników, minie 70-80 lat. Masowe wycinki spowodowały protesty społeczne oraz liczne publikacje w mediach, więc przepisy próbowano nieco poprawić. Teraz właściciel gruntu ma zgłosić zamiar wycinki do urzędu gminy, który może te plany oprotestować. Czy tak się dzieje? Pewnie w niewielu przypadkach, bo urzędnicy boją się odpowiedzialności. Prawo jest feralne, ale obecna władza ma ważniejsze sprawy niż ochrona przyrody, ochrona środowiska czy ochrona Polek i Polaków przed skutkami nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Przyjaciele drzew

Po co nam drzewa? W mieście bez nich nie dałoby się żyć, bo produkują tlen, którego w aglomeracjach szczególnie dużo zużywamy; liśćmi absorbują zanieczyszczenia powietrza, chronią nas przed hałasem. I rzecz coraz ważniejsza z postępującym ociepleniem klimatu: im więcej drzew, im są większe, tym bardziej obniżają temperaturę, bo poprzez liście tran-

Często mówi się o sadzeniu drzew jako remedium na zmiany klimatu. Wyliczono nawet, że ludzkość przetrwa, jeśli każdy człowiek zasadzi 150 drzew. spirują wodę, która parując, pochłania ciepło i ochładza otoczenie. Drzewa dają cień, a w przeciwieństwie do asfaltu nie nagrzewają się i nie oddają ciepła wieczorem. Rolnikom są potrzebne, żeby utrzymywać przyjazny mikroklimat, bo drzewa zatrzymują wiatr, zmniejszają erozję wietrzną gleby, a pompując wodę z ziemi, sprzyjają opadom. Aleje przydrożne są siedliskiem ptaków, ssaków, owadów i korytarzami ekologicznymi, które łączą lasy i parki. Dla wielu osób są ważnym elementem tradycyjnego krajobrazu. Badania pokazują, że pacjenci szpitali, którzy za oknem mają drzewo, szybciej wracają do zdrowia. Kontakt z przyrodą łagodzi u dzieci depresję czy ADHD. W tych częściach miast, gdzie rosną drzewa, jest mniejsza przestępczość, a ludzie są bogatsi. Wyliczono nawet, o ile więcej zarabiają.


Być eko 66 Korzyści z kontaktu z naturą można wymieniać w nieskończoność… Jest natomiast grupa ludzi, których nie trzeba przekonywać o tym, że drzewa mają wartość dlatego, że bez nich nie przetrwamy. Jest grupa ludzi, którzy cenią drzewa za to, że są. – U nas w domu nie mówiło się, że za oknem rośnie drzewo, tylko wiąz, lipa, grab. Drzewa miały imiona, tak samo jak góry, strumienie, polany. Rodzice uczyli nas wrażliwości na piękno poprzez pokazywanie nam przyrody, spacery przy pełni księżyca... Największą sensacją było, że widać Tatry. Zanim poszłyśmy z siostrami do szkoły, byłyśmy codziennie w górach. Potem miałyśmy obowiązkowe spacerki: Zakrzówek, las łęgowy, pod Kopiec, jeździłyśmy na rowerach wzdłuż Rudawy – wspomina krakowska artystka i aktywistka ekologiczna Cecylia Malik. 10 lat temu rozpoczęła projekt „365 drzew” – przez rok każdego dnia wchodziła na inne drzewo. To spodobało się ekologom, którzy zaczęli ją angażować w akcje ratowania przyrody, m.in. krakowskiego Zakrzówka czy Puszczy Białowieskiej. Kiedy rozpoczęła się rzeź drzew spowodowana przez „lex Szyszko”, Cecylia Malik musiała zareagować, ale trudno walczyć z niemowlakiem przy piersi. Z niezgody i bezsilności zainicjowała wtedy akcję „Matki Polki na wyrębie”, w ramach której kobiety karmiły dzieci, siedząc na pniach ściętych drzew. Działanie artystki i jej naśladowczyń odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce. Zdjęcie ukazało się m.in. w „Guardianie”. Matki Polki zorganizowały społeczną zbiórkę i poleciały do Watykanu, aby papieża Franciszka, zwanego nieraz papieżem-ekologiem, zawiadomić, jak niszczona jest przyroda w Polsce.

Ręce w kieszeniach

A skoro jesteśmy przy papieżu z Ameryki Południowej... Kto posadził Puszczę Amazońską? Głupie pytanie. Ale okazuje się, że leśnicy niemieccy, tak samo jak polscy, przekonują społeczeństwo, że to oni tworzą lasy, które bez ich pomocy nie przetrwają. Mówił o tym podczas IV Forum Przyjaciół Drzew, które w październiku odbyło się we Wrocławiu, Peter Wohlleben, autor bestsellera „Sekretne życie drzew”. Jest dokładnie odwrotnie – to my nie przetrwamy bez lasów. Autor przełomowych książek cytował wyniki badań niemieckich naukowców, którzy przez kilkanaście lat porównywali temperaturę podczas upalnych dni w Berlinie i w kompleksie leśnym.

Peter Wohlleben z uczestnikami Forum Przyjaciół Drzew g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Droga leśna na Pogórzu Przemyskim

W lesie była średnio o 15 stopni Celsjusza niższa niż w stolicy Niemiec. Ale – tu ważne zastrzeżenie – chodziło o prawdziwy las, w którym rosną drzewa wielu gatunków i w różnym wieku, dostosowane do siedliska, a nie o posadzoną w rządkach plantację. Na tej temperatura jest o 8 stopni wyższa niż w lesie. Upały, susze, huraganowe wiatry... W kilku miejscach w Polsce widziałam w tym roku puste koryta strumieni, w górach – uschnięte świerki. Naukowcy, także z PAN, prognozują, że za naszego życia znikną lasy, jakie znamy. W pierwszej kolejności zmiany klimatu zaszkodzą sośnie, która zajmuje ponad połowę powierzchni lasów w Polsce, i świerkowi. Oba te gatunki były z uporem maniaka sadzone przez leśników na monokulturowych plantacjach. Często mówi się o sadzeniu drzew jako remedium na zmiany klimatu. Wyliczono nawet, że ludzkość przetrwa, jeśli każdy człowiek zasadzi 150 drzew. I na pewno warto sadzić drzewa w każdym możliwym miejscu. Ale młode drzewko nie zastąpi dorodnych drzew, a plantacja – prawdziwego lasu. Dlatego w pierwszej kolejności musimy chronić to, co mamy: Puszczę Białowieską, Puszczę Karpacką, projektowany Turnicki Park Narodowy, lasy górskie, wodochronne, te, które otaczają aglomeracje. Chronić zadrzewienia przydrożne, nadrzeczne i śródpolne. Chronić każde drzewo. Tymczasem chociażby w Puszczy Karpackiej wycinki idą pełną parą, pilarki przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego słyszałam tego lata o 4 nad ranem, drogi leśne są od lat asfaltowane na potrzeby potężnego sprzętu, który wywozi drzewa, a rowy biegnące wzdłuż nich mają nawet dwa metry głębokości. To jest dbanie o lasy? Wohlleben wspominał, że już jako ośmiolatek postanowił, że zostanie leśnikiem, bo wyobrażał sobie, że rolą leśnika jest ochrona lasów. Teraz porównuje leśników do rzeźników, bo jego koledzy po fachu tak troszczą się o drzewa, jak pracownicy ubojni o zwierzęta... To musi się zmienić. Na spotkaniach z czytelnikami i przyjaciółmi drzew niemiecki obrońca lasów kilkakrotnie powtarzał: –Najlepsze, co człowiek może zrobić dla przyrody, to... trzymać ręce w kieszeniach! To takie łatwe, pozwolić, by natura sama wróciła na swoje miejsce. „Puszcza nie jest ani moja, ani twoja...”. Niech się zapuszcza! •


3 sektor

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

67

Razem można więcej rozmawiała Agata Niebudek-Śmiech zdjęcie archiwum prywatne

Świetlice dla dzieci, kluby seniora, szkolenia i konsultacje dla bezrobotnych, staże dla młodzieży. Setki zrealizowanych i tych dopiero planowanych działań. Efektami działalności Stowarzyszenia PROREW i Fundacji Możesz Więcej można by „obdarować” kilkanaście organizacji. Dla Marcina Agatowskiego, prezesa Fundacji i współzałożyciela Stowarzyszenia największą wartość mają jednak spotkania z ludźmi.

Usłyszałam kiedyś od młodego człowieka, że stowarzyszenie, w którym działa, powstało z wiary i siły ludzi. A skąd wziął się pomysł na Fundację Możesz Więcej? Gdy przed laty wyprowadziłem się z Kielc do gminy Morawica, działałem już w Stowarzyszeniu PROREW, ale wciąż poszukiwałem nowych wyzwań. Już wówczas działała w Kielcach placówka wsparcia dla dzieci i pomyślałem, że ten wzorzec warto przenieść do Morawicy. Impulsem były dla mnie też rozmowy z moimi studentami z Wszechnicy Świętokrzyskiej z kierunku resocjalizacja i pedagogika. Bardzo zapalili się do idei utworzenia takiego miejsca. Po rozmowie z wójtem udało się otworzyć w Morawicy świetlicę, teraz takie placówki mamy jeszcze w Starachowicach i Sitkówce-Nowinach. Stałym wsparciem obejmujemy około setki dzieci w wieku od 7 do 16 lat. Co oferujecie młodym ludziom? Nasze świetlice to miejsca, w których podopieczni mają się czuć bezpiecznie i wiedzieć, że właśnie tu mogą przyjść z każdym problemem. Pomagamy w odrabianiu lekcji, oferujemy pomoc psychologiczną i pedagogiczną, ale też współpracujemy z całą rodziną. Fundacja Możesz Więcej ma ofertę także dla seniorów. Budowanie międzypokoleniowych więzi to ogromna wartość. Gdy otwieraliśmy w Morawicy świetlicę dla dzieci, okazało się, że nie ma oferty dla seniorów. To grupa, która nie korzystała z żadnych form wsparcia. Tak się szczęśliwie zło-

żyło, że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ogłosiło konkurs z Programu ASOS, który skierowany był do tej grupy wiekowej. Dzięki dotacji proponujemy ciekawe inicjatywy – od zajęć sportowych, tanecznych czy teatralnych po wyjazdy do kina czy na wycieczki. W pewnym momencie okazało się, że młodzież i seniorzy świetnie dogadują się i uzupełniają, np. podczas wspólnych akcji charytatywnych czy zajęć prowadzonych w świetlicy. Fundacja Możesz Więcej działa od 2012 r., ale znacznie dłuższa jest historia Stowarzyszenia PROREW. Kiedy powstało? To był rok 2007, byłem studentem pedagogiki na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego i działałem w kole naukowym, które zostało przekształcone w stowarzyszenie. W centrum naszej uwagi zawsze był i będzie każdy człowiek. Wspieramy na przykład osoby bezrobotne, pomagając im w poszerzeniu swoich kompetencji i odnalezieniu się na rynku pracy. Stowarzyszenie, w przeciwieństwie do Fundacji, która ma charakter bardziej lokalny, działa na terenie województw: świętokrzyskiego, mazowieckiego, lubelskiego, małopolskiego i wielkopolskiego. Wychodzimy też poza granice naszego kraju. Działania Fundacji i Stowarzyszenia uzupełniają się. To jedno ciało, które ma dwie nogi. Wspomniałeś już o działaniach na rzecz osób bezrobotnych. W jakie jeszcze obszary angażuje się PROREW? Od lat realizujemy projekty w ramach unijnego programu Erasmus, skierowanego do młodzieży

z zagranicznymi stażami dla przyszłych hotelarzy, kucharzy czy mechaników. Przy wsparciu unijnych środków realizujemy bardzo ciekawy projekt związany z podpatrzonym w Niemczech modelem funkcjonowania świetlic środowiskowych, czyli tzw. szkołami całodziennymi. Najprościej mówiąc – gdy kończą się lekcje, placówka oświatowa zamienia się w świetlicę. Warto wspomnieć o Centrach Rozwoju działających w Rakowie, Starachowicach i Nowinach, które łączą funkcję świetlicy i punktu interwencji kryzysowej. Jesteś niezwykle aktywny człowiekiem, który stale szuka nowych wyzwań. Czy kolejnym jest magazyn „Made in Świętokrzyskie”? Pomysł na czasopismo, które promuje region, podpatrzyłem na Warmii i Mazurach. Jestem patriotą lokalnym, dlatego mocno zaangażowałem się w ten projekt, gromadząc wokół niego grupę świetnych dziennikarzy, którzy w tak zajmujący sposób piszą o Świętokrzyskiem. Uzupełnieniem jest uruchomienie drukarni PAM, dzięki której będziemy mogli rozszerzyć naszą ofertę. Co jest dla Ciebie najcenniejsze w Twojej pracy? Największą wartość mają spotkania z ludźmi. Od lat towarzyszy mi przekonanie, że jeśli każdy z nas pomógłby choć jednemu człowiekowi, to świat stałby się prostszy i piękniejszy. I warto pamiętać, że razem można więcej. Jeśli zgromadzi się wokół siebie grupę wrażliwych, twórczych ludzi, to wiele rzeczy można zrobić. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się nie do przeskoczenia. Dziękuję za rozmowę. •


Psychologia

68

Pozwól dziecku dorosnąć Mieć tylko prawa i żadnych obowiązków. Utopia? Chyba już nie, bo dorastające właśnie pokolenie ze smartfonami w dłoniach konsekwentnie realizuje plan wprowadzenia jej w życie. Nie chcą dorosnąć, lubią być zależni od rodziców, a nad pracę i obowiązki przedkładają zabawę i beztroskę. O pokolenie Igen pytamy Agnieszkę Scendo, psycholog kliniczną i terapeutkę z Centrum Terapii i Rozwoju Neuroclinic w Kielcach. Już prawie od 30 lat żyjemy w świecie zdominowanym przez internet. Dzięki smartfonom, korzystamy z niego prawie cały czas. Nasze dzieci także. Czy to je zmienia? Zdecydowanie tak. Później dorastają, a może lepiej powiedzieć dorośleją. Nie mówię tu o fizyczności, bo ta zdecydowanie przyspieszyła, ale o psychice. Po części to wina właśnie internetu. Dzięki aplikacjom rodzice mogą zawsze wiedzieć, gdzie jest i co robi ich dziecko, a ono – znaleźć w sieci rozwiązanie każdej sytuacji. Dzieci nie chcą samodzielności, niezależności. Są badania, że nastolatkowie kłócą się z rodzicami o ponad 10 proc mniej niż 10 lat temu. To wszystko przez dostęp do internetu? Nie tylko. Powszechna jest wiedza z badań nad rozwojem mózgu, że kora przedczołowa dojrzewa później, bo około 25 roku życia. A to ona odpowiada za ocenę sytuacji i podejmowanie decyzji. Podchwycili to właściwie wszyscy, a rodzice są przekonani, że musza dłużej opiekować się swoimi dziećmi. Szkoda, że równie powszechna nie jest wiedza, że mózg rozwija się dzięki doświadczeniom. Jeśli nie dajemy dzieciom obowiązków, podejmujemy za nie decyzje, nawet te najważniejsze, dotyczące przyszłości, to po co ich kora przedczołowa ma się rozwijać? Smartfonów raczej dzieciom nie odbierzemy. Ale internet to chyba nie tylko samo zło? To prawda. Jak można uznać za złe to, że w jednej chwili możemy przenieść się w najodleglejsze miejsce na świecie, dowiedzieć wszystkiego w pół sekundy zamiast wertować kartki książek. I to poczucie bezpieczeństwa, jakie kontrola daje i dzieciom i rodzicom. Z drugiej strony ze statystyk wynika, że młodzież jest bezpieczniejsza, bo po prostu dużą część swojego życia spędza w sieci, a nad kontakty osobiste przedkłada wirtualne. Przeciętny amerykański maturzysta w internecie spędza łącznie aż g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Agnieszka Scendo, psycholog w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej. Psychoterapeuta rodzinny oraz psychodynamiczny. Zajmuje się diagnozą oraz terapią indywidualną dorosłych, dzieci i młodzieży.

6 godzin dziennie. Pokolenie Igen jest najbezpieczniejsze fizycznie i najbardziej kruche emocjonalnie. Nieodporne na hejt… Właśnie tak. Cyberprzemoc to przerażające zjawisko, przed którym młodzi ludzie nie mogą uciec, bo nie mają dokąd i nie wiedzą jak. Pozostaje im zrezygnować z internetu, a to przecież już dziś chyba niemożliwe. Ale nie tylko hejt jest problemem. Nadużywanie portali społecznościowych powoduje lęk, że coś nas ominie. Ma już on swoją nazwę FOMO, od angielskiego „fear of missing out”. Rośnie też poczucie samotności, pojawiają się stany depresyjne, skłonności do samobójstwa. W Ameryce zrobiono badania wśród studentów, które jasno pokazały, że poczucie szczęścia maleje odwrotnie proporcjonalnie do czasu spędzanego na Facebooku. Niedojrzali, a dodatkowo smutni. Pokolenie Igen niedługo zacznie rządzić światem. No właśnie. Na razie żyją pod parasolem trzymanym przez rodziców, szkoły, uniwersytety. Te parasole są czasami naprawdę nieźle pomyślane. Częsty jest mechanizm unikania sytuacji, w których młodzi ludzie czują się niekomfortowo. Na amerykańskich uczelniach odwołuje się wystąpienia prelegentów o kontrowersyjnych poglądach, z listy lektur wyrzuca się książki, które kogokolwiek mogłyby

urazić. Popularne robią się także „bezpieczne przestrzenie”, miejsca „gdzie można ochronić się przed wszystkim, co uważamy za obraźliwe”. A w dorosłym życiu tak się nie da. Zwłaszcza gdy nie potrafi się rozmawiać twarzą w twarz, bo woli się smsy. To jak wesprzeć swoje pociechy? Ograniczać internet. Dawać obowiązki i egzekwować ich wykonanie. Dużo rozmawiać i namawiać do spędzania czasu z rówieśnikami twarzą w twarz. Pokazywać, że każdy nasz czyn niesie za sobą konsekwencje. I wspierać w samodzielności. Nie przeżyjemy życia za nasze dzieci. To one muszą uczyć się na własnych błędach. Tylko wtedy staną się dojrzałe i odpowiedzialne. I nie będą w nieskończoność odsuwać pomysłu na zrobienie prawa jazdy, wyprowadzkę z domu czy pójście do pracy. Będą gotowe by przejąć dowodzenie. Dziękuję za rozmowę

Partner artykułu: Centrum Terapii i Rozwoju Neuroclinic w Kielcach al. IX Wieków Kielc 8/36 www.psychologkielce.pl


Prawo

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

69

Prosta spółka akcyjna tekst: radca prawny Wojciech Stachowicz-Szczepanik

Polscy przedsiębiorcy zakochali się na zabój w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością. Według statystyk, na koniec 2017 roku było ich w Polsce aż 450 tys., przy ogólnej liczbie 550 tys. spółek handlowych. Ten trend może już wkrótce ulec zmianie. Za sprawą prostych spółek akcyjnych, które będą mogły powstawać i działać na rynku od początku marca 2020 roku. Ten nowy model spółki jest odpowiedzią na potrzeby głównie start-upów. Dotychczasowe formy prawne prowadzenia działalności gospodarczej były zbyt skomplikowane i restrykcyjne dla początkujących firm. Innowacje i nowe pomysły wymagają nowych biznesowych formuł, elastycznych i nowo-

czesnych, dlatego ustawodawca sięgnął po model prostej spółki akcyjnej. Dzięki zmianom w prawie Polska doścignie inne europejskie gospodarki. Takie spółki cieszą się dużą popularnością m.in. we Francji, w Niemczech i na Słowacji. Co będzie wolno? Nowe rozwiązania prawne będą dotyczyć każdego etapu życia spółki, począwszy od założenia, przez codzienną pracę, aż do jej likwidacji. Tworząc Facebooka, Mark Zuckerberg nie dysponował wielkim kapitałem, ale miał know-how i wielką chęć do pracy. Umiejętności, praca czy wiedza są równie cennym wkładem jak środki finansowe. Z tych względów w nowym modelu spółki, będzie można je zamieniać na akcje, a sam kapitał akcyjny może wynieść nawet tylko 1 zł. Spółka umożliwi ukształtowanie relacji pomiędzy akcjonariuszami

w osobisty sposób, który dostosuje się łatwo do bieżącej sytuacji spółki i profilu jej działalności. Wielką rewolucją będą także akcje bez wartości nominalnej. Jedynym ich wyznacznikiem będzie cena emisyjna. Dopuszczalne będzie objęcie takiej samej liczby akcji przy kwocie 10 zł, jak i przy 100 tys. zł. Rozwiązanie wyrównuje prawa akcjonariuszy, bo tyle samo akcji otrzyma pomysłodawca biznesu i wspierający finansowo inwestor. Spółka otrzyma również nowy prosty model codziennego zarządzania. Będzie można powołać 1-osobowy zarząd, bez konieczności tworzenia rady nadzorczej. Chętni mogą wybrać także nowy sposób zarządzania, tzw. radę dyrektorów, która łączy funkcje zarządu i rady nadzorczej. Uchwały i zgromadzenia akcjonariuszy będą mogły odbywać się przy wykorzystaniu komunikacji elektronicznej, co wydaje się bardzo praktyczną formą. Ustawodawca przewidział rozwiązanie na wypadek konfliktu akcjonariuszy. Każdy z nich będzie mógł wystąpić ze spółki i liczyć na stosowną spłatę. Takiej opcji do tej pory nie przewidywały przepisy dotyczące spółek z o.o. oraz akcyjnych. To sprawiało, że mniejszościowi udziałowcy i akcjonariusze byli marginalizowani i pozbawiani możliwości uczciwego wyjścia ze spółki. Ciekawych pomysłów w spółce jest wiele. W nowym roku będziemy mogli zweryfikować i przetestować je w praktyce. Wydaje się, że proponowane rozwiązania powinny łatwo wpasować się w potrzeby przedsiębiorców i zapewnić kilka nowych, korzystnych możliwości. Regulacje dotyczące prostej spółki akcyjnej budzą także sporo obaw, dotyczących jej bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym. Część ekspertów sugeruje, że spółka może stać się niebezpiecznym wehikułem, groźnym narzędziem w rękach nieuczciwego przedsiębiorcy. Pewne jest jedno: jeśli ktoś ma złą wolę w biznesie, to nie ma przepisów, które powstrzymają go przed realizacją tych zamiarów. Możemy tylko liczyć, że prosta spółka akcyjna trafi na uczciwych przedsiębiorców. Najlepiej, by wykorzystał ją do rozpoczęcia biznesu polski… Steve Jobs.

Partner merytoryczny „Made in Świętokrzyskie” Bartocha Stachowicz-Szczepanik i Wspólnicy Kancelaria Prawna Kielce, ul. Warszawska 21/48 www.kbss.pl


Postać retro 70

Porywczy i niepokorny? Zdecydowanie tak. Nie zastanawiał się przecież ani przez chwilę, gdy jako młokos policzkował carskiego urzędnika. Pryncypialny i wierny swoim ideałom? Bezwzględnie. Trwał przy mieszkańcach Kielc, gdy Niemcy ze wściekłością napierali na miasto i wiadomo już było, że nie uda się obronić jego granic. Właśnie mija 85. rocznica objęcia przez Stefana Artwińskiego urzędu prezydenta Kielc i 80 lat od jego śmierci, której okoliczności do dziś nie zostały wyjaśnione.

Prezydent niepokorny tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

I

wan Iwanowicz Dmitriew był paniskiem całą gębą. Naczelnik stacji telegraficznej w Pińczowie lubił poniżać Polaków, drwić z ich tradycji i świętości. Nie spodziewał się jednak, że kilkunastoletni uczeń miejscowego progimnazjum nie puści płazem tych szyderstw i spoliczkuje go za obrazę jego uczuć patriotycznych. Sztubak nazywał się Stefan Artwiński i swój zuchwały czyn przypłacił dyscyplinarnym usunięciem ze szkoły. Bezkompromisowość przyszłego prezydenta Kielc nie minęła mu z wiekiem. Jako 51-letni zamożny aptekarz, mający na utrzymaniu żonę i troje dzieci, w 1914 roku jednoznacznie poparł Józefa Piłsudskiego i jawne wspierał jego legionistów. A mógł to przypłacić pobytem w areszcie, utratą majątku, a nawet wywózką na Sybir.

U zbiegu Dużej i Konstantego

Tomasz Artwiński – zarządca dóbr, a w latach 50. XIX w. wójt gminy Ksany w ówczesnym powiecie miechowskim, wychował liczną gromadkę swoich dzieci w duchu patriotycznych ideałów. Gdy na świat przyszła ósma z jego pociech, Stefan, był rok 1863 i powstanie styczniowe powoli chyliło się ku upadkowi. Urodzony 11 sierpnia we wsi Igołomia przyszły prezydent Kielc wzrastał w tej niepokornej tradycji, która kazała marzyć o wolnej ojczyźnie i nie kłaniać się zaborcom. Artwińscy zadbali o wykształcenie syna, posyłając go do progimnazjum w Pińczowie. Chłopak był już w czwartej klasie, gdy zdarzył się feralny incydent z carskim urzędnikiem. Wydalonemu ze szkoły Stefanowi udało się jednak zdać maturę i ukończyć studia na wydziale farmacji Uniwersytetu Warszawskiego. Rychło podjął posadę kierownika w stołecznej aptece Sobotowskiego i ożenił się z Marią Sokalską. To małżeństwo z pewnością ułatwiło mu zawodowy start, bowiem dziadek Marii był aptekarzem i prowadził skład apteczny w Busku-Zdroju, do którego zresztą Artwińscy przenieśli się, przejmując prowadzenie rodzinnego interesu. W marcu 1892 roku na świat przyszedł pierworodny syn Artwińskich – Eugeniusz, w następnych latach małżeństwo powitało na świecie dwie córki – Janinę i Danutę. Po wyjeździe z Buska rodzina przeprowadziła się do Kielc, gdzie Stefan otworzył skład apteczny u zbiegu ulic Dużej i Konstantego (czyli obecnej Sienkiewicza). Gdy na początku nowego stulecia syn przyszłego prezydenta Kielc rozpoczął naukę w kieleckim gimnazjum męskim, powtórzył się scenariusz z młodości jego ojca. Chłopak za udział w strajku został wydalony ze szkoły, udało mu skończyć prywatną Szkołę Handlową, po której jednak nie mógł zdawać matury w zaborze

71 rosyjskim. Taką szansę dawał mu jednak system edukacji w Galicji, ojciec podjął więc decyzję o przeprowadzce żony i dzieci do Krakowa. Najprawdopodobniej wielkiej rozpaczy z powodu rozstania nie było, bowiem Artwińscy nie byli udanym małżeństwem. – Wśród zachowanych listów był i ten z 1895 roku, czyli zaledwie parę lat po ślubie Stefana i Marii, w którym jego matka pisze, by nie zachowywał się źle w stosunku do żony i nie krzywdził jej – mówi Paweł Wolańczyk z Muzeum Historii Kielc, badacz losów Stefana Artwińskiego i autor książki poświęconej ostatniemu przedwojennemu prezydentowi Kielc. Dodaje on, że Stefan wysyłał Marii pieniądze, bo wciąż narzekała na ich brak, odwiedzał też najbliższych w Krakowie. Ale z roku na rok kontakty słabły. Do tego stopnia, że Artwiński nie wiedział np. o operacji, którą żona przeszła w połowie lat. 30. Z pewnością przyczyną dość chłodnych stosunków między małżonkami nie była inna kobieta, winy należy raczej szukać w porywczym charakterze Stefana. Być może jako mąż i ojciec bywał przykry i szorstki, a może praca społeczna tak go pochłonęła, że nie starczyło już w jego życiu czasu na rodzinę.

Piłsudczyk i radny

Osamotniony w Kielcach Artwiński rzucił się w wir życia publicznego. Spokojny o najbliższych, którzy zamieszkali w zaborze austriackim, mógł podjąć aktywną działalność konspiracyjną. Związał się z Polską Partią Socjalistyczną, a gdy wybuchła I wojna światowa, jednoznacznie opowiedział się po stronie Józefa Piłsudskiego i wspierał wkraczających do Kielc legionistów. Do końca I wojny światowej i w latach niepodległości Stefan Artwiński angażował się w różne inicjatywy – prężnie działał w Polskiej Organizacji Wojskowej i Związku Strzeleckim, zaangażował się w odbudowę państwowości. Już wówczas był człowiekiem cieszącym się wielkim autorytetem, nic więc dziwnego, że w 1919 roku po raz pierwszy organizacje lewicowe zgłosiły jego kandydaturę na urząd prezydenta miasta. Przegrał, ale wszedł w skład delegacji do Warszawy, która skutecznie wywalczyła powstanie województwa ze stolicą w Kielcach. Wyborcza porażka przysłoniła jednak radość z tego sukcesu– Artwiński wycofał się z życia publicznego i zajął się swoją apteką. Nie na długo – dusza polityka i społecznika nie pozwoliła mu zamknąć się wśród medykamentów i na przełomie lat 20. i 30. powrócił do działalności publicznej, zostając m.in. ponownie prezesem Związku Strzeleckiego. Politycznie związał się z Bezpartyjnym Blokiem Współpracy z Rządem.

– Działalność Artwińskiego w Związku Strzeleckim to interesujący, choć mało znany aspekt jego aktywności publicznej – mówił Dariusz Palacz z Wyższej Szkoły Ekonomii, Prawa i Nauk Medycznych w Kielcach podczas niedawnej konferencji poświęconej prezydentowi Kielc. Znamienne, że jej tytuł brzmiał: „Życiorysy niepokornych”, bowiem słowa te najlepiej oddają istotę charakteru Stefana Artwińskiego. Jak podkreślał Dariusz Palacz – ta buntownicza i idąca pod prąd natura wynikała nie z przekory, ale pryncypalności, która była konsekwencją roty Związku Strzeleckiego.

Nikt nie odważył się stanąć w szranki z szanowanym przez kielczan Artwińskim, a 33-osobowa rada miejska wybrała go 29 głosami „za”. – Organizacja ta cieszyła się ogromnym zainteresowaniem obywateli, w szczególności młodzieży. Mimo że Związek Strzelecki był powiązany z obozem politycznym piłsudczyków, Artwińskiemu zależało na jego neutralności. To nie podobało się BBWR-owi, który chciał wśród członków Związku szerzyć swoje idee. Przyszły prezydent Kielc sprzeciwiał się temu, choć przecież sam był członkiem tego bloku – dodaje Dariusz Palacz. – Doszło nawet do tego, że chciano go odwołać. Działał także jako radny miejski, a zachowane w kieleckim Archiwum Państwowym stenogramy posiedzeń rady dowodzą, że był niezwykle aktywnym rajcą. Nic więc dziwnego, że w 1934 roku, gdy zbliżały się wybory prezydenckie, wydał się znakomitym kandydatem na ten urząd. Nikt nie odważył się stanąć w szranki z szanowanym przez kielczan Artwińskim, a 33-osobowa rada miejska wybrała go 29 głosami „za”. Oczywiście nie zabrakło przeciwników, o czym najdobitniej świadczy notatka w „Gazecie Kieleckiej”, w której czytamy, że zwycięstwa Artwińskiego nie mogli pojąć jedynie ci, którzy żerują na plotkach i publicznym rozpowszechnianiu fantastycznych wieści wypielęgnowanych w atmosferze zawiści i nienawiści ślepej do wszystkich poczynań ludzi nie z ich podwórka. 9 listopada mi-


Postać retro 72

Stefan Artwiński w trakcie przemówienia, lata 30. XX w.

Stefan Artwiński prywatnie, lata 30. XX w.

nister spraw wewnętrznych zatwierdził Stefana Artwińskiego na urząd prezydenta Kielc, dzień później złożył on ślubowanie na ręce wojewody Władysława Dziadosza. Włodarz miasta miał wówczas 71 lat, był doświadczonym politykiem i działaczem społecznym o ugruntowanej pozycji. W swojej mowie inauguracyjnej wspomniał o wielu problemach, które trapią miasto, przedstawił plan konkretnych działań, jakie zamierzał realizować w pierwszej kolejności. Były to m.in. naprawa dróg i chodników, założenie schroniska dla osób chorych psychicznie i baraków dla bezdomnych.

Prezydent propaństwowiec

Jakim prezydentem był ostatni przedwojenny włodarz Kielc? – Nie można jednoznacznie powiedzieć, że był prezydentem lewicowym czy prawicowym. Najpełniej jego postawę oddaje określenie – propaństwowiec – mówi Paweł Wolańczyk. – Miał wiele szczęścia, bowiem okres jego prezydentury przypada na lata koniunktury gospodarczej w Polsce – od 1936 roku następowało oddłużenie samorządów, można było zacząć realizować inwestycje i Stefan Artwiński wykorzystał tę szansę. Za jego dwóch kadencji oddano do użytku szkoły przy ulicach Piramowicza, Chęcińskiej, Warszawskiej, rozbudowano gmach placówki na Baranówku, a na Pakoszu uruchomiono jedną z najnowocześniejszych oczyszczalni ścieków. Zakończyła się także rozbudowa wieży ciśnień przy ul. Żeromskiego, trwała budowa sieci kanalizacyjnej i wodociągowej, przeprowadzono regulację Silnicy i jej dopływów oraz przystąg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

piono do wymiany kamiennych chodników. Na dodatek inwestycje te prowadzono przy zachowaniu dyscypliny budżetowej. – Artwińskiemu udało się postawić drewniane baraki dla bezdomnych – dodaje Paweł Wolańczyk. – Były to 24 izby bez wodociągów i kanalizacji, w każdej z nich mieszkało po dwie, trzy rodziny. Szkoda, że później prezydent nie był zainteresowany budownictwem komunalnym. Jedną ze sztandarowych inwestycji czasów prezydentury Artwińskiego była rozbudowa szpitala św. Aleksandra. Inwestycja, choć potrzebna, była jednak mocno krytykowana, bowiem pochłonęła ogromne pieniądze. Sugerowano nawet, że za te kwoty można by postawić nowy gmach lecznicy. Charakteryzując prezydenturę Artwińskiego warto wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie – w czasach, gdy kierował magistratem, administracja państwowa opanowała była przez piłsudczyków, którzy znacznie ograniczali autonomię samorządów lokalnych. Ówczesny wojewoda kielecki Władysław Dziadosz wielokrotnie wywierał na Artwińskim naciski np. w sprawie obniżania pensji poszczególnych pracowników czy wręcz ich zwalniania, sprzeciwiał się także udzielaniu urzędnikom pożyczek czy domagał się likwidacji miejskich przedsiębiorstw. – Prezydent co jakiś czas dostawał od wojewody listę kilkudziesięciu zaleceń i starał się tak lawirować, by, nie narażając się władzy centralnej, nie realizować postulatów, z którymi się nie zgadzał. Chodziło szczególnie o te, które dotyczyły konkretnych osób – mówi Paweł Wolańczyk. Artwiński starał się zachować niezależność, po mistrzowsku poruszając się po skomplikowa-

nym labiryncie, jakim jest polityka. Ale potrafił być bezkompromisowy, bez pardonu wchodził w konflikty z radnymi i mówił to, co myśli. Jeden z rajców podał go nawet do sądu o zniesławienie.

Tajemnicza śmierć

Wybuch wojny położył kres planom rozwoju miasta i boleśnie zweryfikował wyobrażenia Artwińskiego o mocarstwowości Polski. Już 1 września niemieckie samoloty zbombardowały koszary wojskowe na Bukówce, lotnisko w Masłowie i ujęcie wody w Białogonie. Kielce pogrążyły się w chaosie, a przypieczętowaniem klęski było wkroczenie 5 września żołnierzy Wermachtu. Okupacja od początku była bardzo zajadła, Artwiński mocno przeżywał to, co się stało, był wyczerpany i załamany, choć próbował ze wszystkich sił wspierać kielczan. Odmówił wydania uciekającemu z miasta wojewodzie pieniędzy z kasy miejskiej i przeznaczył je na potrzeby mieszkańców. Kierował aprowizacją, niszczył dokumenty wojskowe przechowywane w magistracie, chroniąc w ten sposób wiele osób przed aresztowaniem. Miał świadomość, że jego oficjalna władza kończy się, pozostała tylko działalność konspiracyjna w tajnej organizacji „Orzeł Biały”. Przybrał wówczas pseudonim „Stary”. – Mimo że wiele osób namawiało go do ucieczki, pozostał w mieście. Dlatego pewnie też porównywany jest do bohaterskiego prezydenta Warszawy – Stefana Starzyńskiego – mówiła podczas wspomnianej konferencji Wiesława Rutkowska, dyrektor Archiwum Państwowego w Kielcach. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, czy Artwiński postąpił słusznie, pozostając w oku-


Jedną ze sztandarowych inwestycji czasów prezydentury Artwińskiego była rozbudowa szpitala św. Aleksandra. – Dysponujemy tylko dwoma źródłami z 1939 roku – niedawno odnalezionym artykułem prasowym z jędrzejowskiego „Nowego Czasu” i dziennikiem krewnego prezydenta, Adama Borchólskiego – relacjonuje Paweł Wolańczyk. – W akcie zgonu Artwińskiego, który wystawiono 8 listopada, podano, że jego śmierć nastąpiła dzień wcześniej, ale w artykule w „Nowym Czasie” czytamy, że 2 listopada na Wiśniówce niemieccy robotnicy odkryli zwłoki mężczyzny. Pojawia się także jego rysopis oraz lista znalezionych przy nim przedmiotów – obrączki z datą ślubu i inicjałami żony, chusteczki z wyszytymi inicjałami „SA” czy sygnetem podarowanym mu przez współpracowników z grawerunkiem zawierającym datę imienin. Rysopis i wszystkie te przedmioty wskazują, że było to ciało Stefana Artwińskiego, a stan zwłok kazał przypuszczać, że śmierć nastąpiła dzień lub dwa wcześniej, czyli 31 października lub 1 listopada. O tym, że ciało prezydenta znaleziono w kamieniołomie na Wiśniówce, pisał również w swoim pamięt-

niku Borchólski, podawał jednak inną datę, ale trzeba podkreślić, że nie był on bezpośrednim świadkiem wydarzeń. Niejasne są także okoliczności aresztowania i śmierci prezydenta. Paweł Wolańczyk podaje w wątpliwość, by działo się to z polecenia gestapo. – Gdy prześledzi się, jak Niemcy postępowali na początku wojny przy aresztowaniu prezydentów innych miast, to powtarza się ten sam schemat – aresztowanie trwało od kilkunastu dni do paru miesięcy, po czym najczęściej następowała egzekucja – dodaje Paweł Wolańczyk. – W przypadku Artwińskiego było inaczej – jego zwłoki znaleziono w ubraniu wyjściowym, z cennymi przedmiotami, a przecież gdyby był dłużej w areszcie to z pewnością odebrano by mu przedmioty osobiste. Poza tym sprawcy zabójstwa działali szybko – ciało Artwińskiego było na wpół przysypane, tak jakby ktoś spłoszył morderców. A kogóż mogło przestraszyć się gestapo? I jeszcze jeden aspekt – niemieccy robotnicy, którzy znaleźli ciało, zgłosili to żandarmerii, która próbowała wyjaśnić okoliczności morderstwa. A przecież gdyby było to zabójstwo dokonane przez gestapo, nikt nie prowadziłby śledztwa. Według badacza z Muzeum Historii Kielc za śmiercią Artwińskiego stoją raczej pospolici niemieccy bandyci, którzy mieli ciche przyzwolenie władz okupacyjnych, lub polscy kolaboranci zachęceni pogłoskami o zamożności właściciela apteki i kamienicy. Najprawdopodobniej ktoś działał na własną rękę. – Wątków i teorii jest znacznie więcej, wiele spraw wymaga wyjaśnienia – podsumowuje Paweł Wolańczyk. Znane są natomiast losy najbliższych ostatniego przedwojennego prezydenta Kielc. Syn Eugeniusz, profesor psychiatrii na uniwersytecie we Lwowie, schorowany, po dwóch zawałach zmarł w 1944 roku. Córka Janina, która w Kielcach opiekowała się matką, widywana była w towarzystwie niemieckich żołnierzy, co budziło powszechne oburzenie. Gdy tylko skończyła się wojna, zostawiła Marię i wyjechała do Zakopanego. Dwukrotna mężatka nie dochowała się, podobnie zresztą, jak i brat, potomstwa. Druga córka Danuta uczyła w Krakowie muzyki i nigdy nie wyszła za mąż. – Losy Stefana Artwińskiego to cała historia Kielc i wspaniały materiał na serial historyczny. Ponoć są przymiarki do nakręcenia filmu o prezydencie – mówi tajemniczo Paweł Wolańczyk. Przypomina on również o tym, o czym dziś mówi się głośno, czyli podjętej przez władzę ludową próbie wymazania Stefana Artwińskiego ze zbiorowej świadomości kielczan. Na szczęście nie udało się tego zamiaru zrealizować. •

REKLAMA

powanym przez Niemców mieście? – Czuł, że powiem wyjechać, a jednak nie opuścił Kielc. Dla nas jest bohaterem, ale z perspektywy najbliższych – nie była to dobra decyzja. Po jego śmierci rodzina już się nie podniosła – siostra Stanisława Laskowska, z którą mieszkał wiele lat, zmarła dwa dni po pogrzebie Artwińskiego, a żona pisała w jednym z listów: jesteśmy zrujnowani moralnie i finansowo. Wyprzedawała srebra, porcelanę, nie potrafiła sobie zupełnie poradzić bez Stefana – podkreśla Paweł Wolańczyk. Do dziś okoliczności śmierci ostatniego przedwojennego prezydenta Kielc nie zostały do końca wyjaśnione. Dokumenty źródłowe w tej sprawie są bardzo skromne, a niektóre budzą wątpliwości. Nie wiemy, kiedy i przez kogo został aresztowany i zamordowany, nieznana jest również dokładna data jego śmierci. Paweł Wolańczyk próbuje odtworzyć ostatnie dni życia Stefana Artwińskiego, wciąż jednak znaków zapytania jest wiele.


Historia 74

Gazela, Frania i Hydromil tekst i zdjęcia Jacek Korczyński

Zaczynali może niezbyt efektownie. Niby zwyczajne odlewy, ale poszukiwane i wielce przydatne w każdym gospodarstwie. Dobrej jakości emaliowane garnki, piecyki, żeliwne rury. Z czasem produkowali więcej, nowocześniej, oryginalniej. Dla wojska i dla cywilów. Najbardziej rozpoznawalnymi stały się słynne motocykle SHL oraz pralki Frania, które – wytwarzane przez ponad trzy dekady – gościły w wielu polskich domach. Obchodzimy stulecie powstania kieleckiej Huty „Ludwików”.

Suchedniowskie początki i kielecki sukces

Dzieje zakładów SHL – jak popularnie nazywamy naszego jubilata – sięgają końca XIX stulecia, gdy w Suchedniowie pojawił się zamożny przemysłowiec Ludwik Starke. Powołał Towarzystwo Akcyjne Suchedniowskiej Fabryki Odlewów i założył fabrykę. Na rynek trafiały pochodzące z niej naczynia, narzędzia rolnicze i różne żeliwne wyroby. W 1919 roku Stanisław Starke, syn Ludwika, wystarał się o pozwolenie na prowadzenie działalności w Kielcach. I tu rozpoczyna się historia Huty „Ludwików”, nazwanej tak przez ówczesnego prezesa na cześć ojca. W grudniu, w święto Barbary 1919 roku, choć trwała jeszcze rozbudowa firmy, uroczyście poświęcono fabrykę, a jej kielecka filia szybko przejęła funkcję zakładu głównego. Oficjalna nazwa: Huta „Ludwików” Spółka Akcyjna została nadana w 1933 roku. W tym okresie zakończono także produkcję w Suchedniowie. Po pierwszych trudnościach, spowodowanych ogólnoświatowym kryzysem ekonomicznym, rozpoczął się dynamiczny rozwój firmy. Nie tylko zwiększono produkcję, ale również rozszerzono asortyment. Wytwarzano już także piece do centralnego ogrzewania, kuchenki benzynowe i gazowe, urządzenia kolejowe, maszyny rolnicze i wiele innych sprzętów. Rozkwit zakładów wiązał się w dużej mierze z koncepcją utworzenia Centralnego Okręgu Przemysłowego – wielkiej międzywojennej inwestycji, w której udział miały przemysł oraz surowce Kielecczyzny. Na dobrą kondycję „Ludwikowa” wpłynęły przy tym zamówienia dla wojska, a te były dla załogi sporym wyzwaniem. Dyrektorem huty był już wówczas Otmar Kwieciński, świetny administrator, a do tego pasjonat motoryzacji i lotnictwa, który przyczynił się do produkcji słynnych motocykli. W 1937 roku powstał znany skrót SHL, oznaczający według Kwiecińskiego: „Suchedniowska Huta Ludwików”. Podczas okupacji zakład został przejęty przez Niemców, a nowoczesne maszyny wywieziono pod koniec wojny do Rzeszy. Zostały puste, zdewastog r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

wane hale. Po wojnie Huta „Ludwików” została znacjonalizowana. W 1948 roku jej nazwę zmieniono na Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych. Nadal z taśmy montażowej schodziły kultowe motocykle SHL, a od lat 50. rynkowym przebojem zaczęły stawać się elektryczne pralki. W latach 70. zakłady zaczęły produkować nadwozia do m.in. wywrotek i cystern. Nazywały się wtedy Polmo-SHL – z początku występowały jako Fabryka Nadwozi Samochodowych, a później jako Fabryka Samochodów Specjalizowanych. Na początku lat 90. nastąpiła restrukturyzacja zakładów. Obecnie firma działa pod nazwą ZWM SHL S.A. i należy do włoskiego kapitału. Czego w SHL-u nie wytwarzano przez to stulecie! Od nocników po wozy bojowe, bo pewne elementy wojskowych transporterów opancerzonych SKOT też schodziły z linii produkcyjnej. Szczegółowe wyliczenie całego asortymentu to nie lada wyzwanie. Już w 1972 roku, czyli chwilę po pięćdziesiątych urodzinach firmy, pisano w tygodniku „Motor”: Szeroki jest asortyment produkcyjny Kieleckich Zakładów Wyrobów Metalowych: od pralek wirnikowych Frania, których zakład wyprodukuje w tym roku ćwierć miliona sztuk, poprzez wytłoczki i odlewy, których wyprodukuje się 46 tysięcy ton oraz 3,1 tysiąca ton tego asortymentu do samochodów samowyładowczych, których wyjedzie z kieleckiej fabryki w bieżącym roku około 3,5 tysiąca oraz samochodów-cystern, tych będzie około 300 sztuk.

Motoryzacyjne hity

Ciągoty motoryzacyjne dyrektora Ludwikowa nabierały realnych kształtów. Załoga stawała się precyzyjna, dokładna, zakład dysponował niezłym parkiem maszynowym. Na dodatek wydano zarządzenie, że motocykli do 100 ccm można było używać bez podatku drogowego, bez prawa jazdy i opłat rejestracyjnych. A więc szansa. Kogóż nie porwałaby taka perspektywa? – pisał redaktor Wiesław Barański w artykule w kieleckim „Słowie Ludu” poświęconym jubileuszowi półwiecza SHL-u. Dyrektor Otmar Kwieciński


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

75

Słynna pralka wirnikowa Frania

dopiął swego i kielecki motocykl stał się faktem. W 1938 roku pojawił się legendarny SHL-98 z licencyjnym silnikiem Villiersa o pojemności 98 ccm. Zwerbowałem do pracy najlepszych konstruktorów, mistrzów i techników – wspominał po latach szef huty. Wyprodukowano dwa tysiące tych maszyn. Był to przed wojną najbardziej poszukiwany polski motocykl, o świetnych parametrach technicznych oraz ładnej, smukłej sylwetce. Kolejny motoryzacyjny etap zakładów SHL to już okres powojenny. Produkcję wznowiono w 1947 roku. Pierwszą maszyną był SHL 125 M04. Powstawały kolejne modele. Ideą produkcji motocykli przejęła się cała załoga. Zadanie nie było łatwe. Powojenne stosunki wymagały wielkiej ilości fantazji, samozaparcia i konsekwencji, którymi często trzeba było zastąpić braki materiałowe – pisał o owych czasach Otmar Kwieciński, który ponownie został dyrektorem firmy, w 1948 roku przemianowanej na Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych. Produkcję jednośladów w Kielcach przerwała w latach 50. polityczna decyzja władz o jej przeniesieniu do Warszawskiej Fabryki Motocykli. Oficjalnie KZWM otrzymały „inne ważne zadania produkcyjne”. Pierwsze motocykle składano w stolicy jeszcze z kieleckich części. Po październikowej „odwilży” roku 1956 władze spojrzały na Kielce łaskawiej i produkcja motocykli po kilkuletniej przerwie do nas powróciła. Uznaniem cieszył się SHL-175 M11, którego w latach 60. zrobiono prawie 150 tysięcy egzemplarzy. Ogółem powstało kilkanaście modeli słynnych SHL-ek. Ostatni z nich to elegancka Gazela, którą produkowano do 1970 roku. Ale nawet gdy zaprzestano już krajowej produkcji, nasze maszyny cieszyły się popularnością w Indiach, a tamtejszą licencyjną odmianę nazwano Rajdoot. Oblicza się, że z taśm montażowych kieleckich zakładów zjechało ogółem prawie 330 tysięcy jednośladów. SHL-ka to dziś legenda polskiej motoryzacji. Jej sylwetka wzbudzała zrozumiałe zainteresowanie, była przedmiotem westchnień i zazdrości. Grała w filmach obok wybitnych polskich aktorów. Była natchnieniem dla artystów

Legendarny motocykl SHL-98 ze zbiorów Muzeum Historii Kielc

i ciekawym obiektem dla fotoreporterów. Uczestniczyła w największych, nie tylko sportowych, wydarzeniach kraju – pisał Ryszard Mikurda, znawca świętokrzyskiej motoryzacji. SHL-ka była przedmiotem dumy i prestiżu właściciela. Posiadacz takiego motocykla miał niemal gwarantowane powodzenie u płci pięknej. Nic dziwnego, że popularne niegdyś wśród pań powiedzonko brzmiało: „Tego wezmę spośród wielu, kto ma motor z SHL-u”.

W 1938 roku pojawił się legendarny SHL-98 z licencyjnym silnikiem Villiersa o pojemności 98 ccm.

Inżynierowie z „Ludwikowa” nie zamierzali poprzestać na jednośladach. Marzono o samochodzie. W 1938 roku z inicjatywy dyrektora Kwiecińskiego rozpoczęto prace nad zbudowaniem prototypu samochodu małolitrażowego całkowicie polskiej konstrukcji. Pracami tymi kierował inż. Tadeusz Pragłowski. Prototyp wyposażono w silnik konstrukcji inż. Blumkego wykonany w znanych warszawskich zakładach Steinhagena i Stranskiego. Wzbudzający ze zrozumiałych względów zainteresowanie prototyp, którego wykonanie kosztowało 35 tysięcy złotych, był gotowy na miesiąc przed wybuchem wojny. Dla porównania samochód Opel z firmowego salonu kosztował


Historia 76 kawałki pokruszonego korka. Dawało to charakterystyczną chropowatą, antyodblaskową i maskującą powierzchnię. Po wojnie żołnierskie hełmy wytwarzano z początku w oparciu o wcześniejszy wzór. Następnym był model z 1950 roku, tłoczony z blachy ze stali specjalnej, malowany półmatowym lakierem. Dla wojsk lądowych przeznaczono hełmy koloru khaki, dla lotnictwa szaroniebieskie, a dla Wojskowej Służby Wewnętrznej – białe. Hełmy z kieleckich zakładów, zanim trafiły do jednostek wojskowych, poddawane były jakościowym testom na ostrzał z pistoletów i karabinów. Przedwojenny wojskowy asortyment obejmował też wozy taborowe i bębny

Kielecki zakład od początku swego istnienia zaspokajał potrzeby domowych gospodarstw z miast oraz wsi. Produkowany w „Ludwikowie” hełm bojowy wz. 31

wtedy 5 tysięcy. Niestety nie zachowały się żadne zdjęcia prototypu. Jego bryłę udało się odtworzyć w kilka lat po wojnie, na podstawie opowiadań Pawła Domżała i Gwidona Maro. Niestety, tylko na rysunku – pisał Ryszard Mikurda. Oficjalna prezentacja kieleckiego samochodu ze znakiem SHL miała się odbyć na Międzynarodowych Targach Poznańskich w 1940 roku. Ambitne plany zniweczyła wojna. Wysoką pozycję w krajowym przemyśle motoryzacyjnym uzyskały zakłady SHL w latach 60. Zakończono wówczas dwie inwestycje związane z budową Centralnej Tłoczni i Centralnej Matrycowni. Wytwarzano wówczas elementy do większości produkowanych u nas pojazdów. Ale o dalszych motoryzacyjnych przedsięwzięciach SHL-u będzie jeszcze mowa.

Dla wojska

Batorówka, staszówka, ludwikówka... Nie tylko wtajemniczeni w militarne arkana wiedzą, że chodzi o szable. Nas szczególnie interesuje ta ostatnia. Był to przed wojną sztandarowy wojskowy produkt kieleckich zakładów. Produkcja słynnej szabli kawaleryjskiej wzór 1934 stała się wielkim wydarzeniem w zbrojeniowych dziejach Huty „Ludwików”. Model został opracowany przez Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia w Warszawie, a pierwsze zamówienie dla kieleckiego zakładu z 1934 roku dotyczyło wykonania 11,5 tys. sztuk. Do wybuchu wojny światowej powstało ich około 40 tysięcy. Był to znakomity oręż, poddawany rygorystycznym kontrolom jakościowym: na przebicie, bez uszkodzenia ostrza, stalowej blachy o grubości 2 mm czy też pięciokrotne przecięcie prętu stalowego o średnicy 5 mm (rzecz jasna, także bez uszkodzenia głowni). Broń przechodziła również próbę na uderzenie płazem w pień z twardego drewna oraz test na zgięcie. Szabla ta była ostatnią polską szablą bojową, a zarazem ostatnim na świecie typem tego uzbrojenia zaprojektowanym z myślą o bezpośrednim użyciu na polu walki – podkreśla Konrad Otwinowski. Ludwikówka, w którą wyposażono oddziały Wojska Polskiego, stała się jednym z symboli walk września 1939 roku. Dużą część wojskowej produkcji „Ludwikowa” stanowiły hełmy, po wojnie wytwarzano je nadal, ale już w Kieleckich Zakładach Wyrobów Metalowych. Te przedwojenne, wzór z 1931 roku, produkowano ze stali chromoniklowej. Malowano je matową farbą olejną koloru khaki, z którą mieszano g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

na kable telefoniczne, ale jednym z pierwszych zamówień dla armii były kuchnie polowe wraz z wyposażeniem. Jakość ich wykonania sprawdzano w terenie: wyładowane produktami kuchnie zaprzęgano do koni i jechano z Kielc, przez Białogon, do Chęcin i z powrotem. Bojowy asortyment uzupełniały m.in. skorupy do pocisków artyleryjskich, łódki na łuski nabojowe do haubic, skrzynki na amunicję, manierki czy niezbędniki do lekkich karabinów maszynowych. Na początku lat 50., wraz z potrzebą modernizacji amii oraz wybuchem wojny w Korei, niemal cała produkcja zakładu została przestawiona na cele wojskowe, choć wkrótce powrócono do wytwarzania także „cywilnych” sprzętów. Żołnierze różnych formacji otrzymywali z KZWM-u, poza wspomnianymi już hełmami bojowymi, także obudowy bomb głębinowych, skorupy bomb odłamkowych i zapalających, przecinaki do trałów, kotwiczne miny morskie, korpusy pancerzownic, zapalniki do granatników i wiele innych rzeczy potrzebnych na poligonie czy polu walki. Nadal wytwarzano też kuchnie polowe. Wojskowa produkcja kieleckich zakładów była, rzecz zrozumiała, objęta tajemnicą.

Dla domu i zagrody

Z czasem nazwano ją pieszczotliwie Franią. Produkowano ją w Kielcach przez trzydzieści lat. Bywało, że z taśmy produkcyjnej schodziło nawet ćwierć miliona sztuk rocznie. To oczywiście słynna, kultowa już dziś, pralka wirnikowa: prosta w obsłudze, elektryczna, choć z wyżymaczką na korbkę. Wodę nalewało się do niej samodzielnie, więc wymagała jedynie dostępu do gniazdka z prądem. Poszczególne modele były udoskonalane, te nowsze posiadały już programator (zwany „zegarem czasowym”), pozwalający na ustawienie czasu prania. Choć niekiedy nie tylko do prania służyła. Niektórzy mieszali w niej ciasto przy okazji większych wypieków, ponoć można było w niej także ubić masło, a byli i tacy domorośli wynalazcy, którzy z powodzeniem mieszali we Frani zacier na bimber. Pralki wirnikowe zaczęto produkować w 1954 roku (wczesny model nazwano Danusią), ostatnie egzemplarze opuściły fabrykę w latach 80. Długo i wiernie pracowały w polskich domach dopóki nie wyparły jej nowocześniejsze „automaty”. „Echo Dnia” z 1976 r. z dumą pisało o tym cudzie spod znaku SHL: Co czwarta rodzina w Polsce posiada pralkę typu Frania. Przez 22 lata nieprzerwanej produkcji kielecka FSS Polmo-SHL wyprodukowała 4,5 mln Frań. Gdyby pralki te ustawić jedną obok drugiej, to zajęłyby trasę długości około 1650


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

77 km, a więc akurat tyle, ile wynosi odległość z Warszawy do Paryża. Z roku na rok fabryka zwiększała produkcję poszukiwanych na rynku pralek, a także modernizowała je. Na przestrzeni 22 lat mury zakładu opuściły 24 typy Frań. Najnowsza posiada wyżymaczkę z centralną regulacją, wyłącznik czasowy oraz wirnik o pochyłym dnie. Zaletą jej jest także to, że ciężar w porównaniu do pierwszych zmniejszył się o 18 kg. Wydział W-4 dostarczy w br. 264 tys. pralek. Kielecki zakład od początku swego istnienia zaspokajał potrzeby domowych gospodarstw z miast oraz wsi. Produkowano sporo maszyn i urządzeń rolniczych, jak młockarnie i sieczkarnie, które miały wesprzeć rozwój rolnictwa. Poza całą gamą kuchennych garnków, rondli czy patelni, wytwarzano także szatkownice do jarzyn, sitka do mleka, lejki, szufelki do węgla, płyty i drzwiczki kuchenne, wanienki, wyżymaczki, pogrzebacze, żeliwne piecyki i kuchenki gazowe, dziecięce sanki i różne zabawki dla najmłodszych, szereg urządzeń sanitarnych, motyki i tego typu narzędzia przydatne do pracy w polu i ogrodzie, blaszane dachówki oraz wiele innych artykułów gospodarczych. Długo by wymieniać. Popularna Frania była jednak hitem szczególnym. Wraz z motocyklami SHL stanowiła większość produkcji zakładu, także tej eksportowej. Pralki – w pewnym sensie – robiono zresztą w „Ludwikowie” już przed wojną. Były to metalowe tarki do prania bielizny, rzeczy proste i wielce wówczas przydatne.

Pojazdy na specjalne zamówienie

Zaczęło się na początku lat 70. ubiegłego stulecia. Dawny „Ludwików” działał już wtedy jako Fabryka Nadwozi Samochodowych „Polmo-SHL”, przekształcona nieco później w Fabrykę Samochodów Specjalizowanych „Polmo-SHL”. Zakłady zaczęły produkować samochody specjalizowane: wywrotki, cysterny, pojazdy transportowe, a Ośrodek Badawczo-Rozwojowy przy fabryce SHL stał się w stosunkowo krótkim czasie wiodącą tego typu instytucją w kraju. Największą część samochodów specjalizowanych stanowiły cysterny. Pierwszą, na podwoziu samochodu Star A28 wyprodukowano jeszcze w KZWM-ie w 1970 roku. Seryjnie schodziły z taśmy montażowej cysterny-przyczepy oraz autocysterny na podwoziach ciężarówek Star 200 i Star 266. Produkowano również autocysterny z instalacją do odkażania sprzętu i ludzi oraz z silnikiem odrzutowym do zadymiania terenu. Na eksport do Związku Radzieckiego wykonano autocysternę na podwoziu samochodu Kamaz. Produkowano również autocysterny w wersji tropikalnej, na eksport do krajów afrykańskich. Dla potrzeb wojsk lądowych i lotniczych wybudowano na podwoziu Stara 266 pojazdy zbiornikowe objęte, jak wtedy nazywano, dozorem wojskowym. Uzupełnieniem produkcji była cała gama samochodów samowyładowczych na podwoziach samochodów Star, Jelcz i Steyer – wymieniał Ryszard Mikurda. Sprzętem produkowanym w SHL-u na szczególnie specjalne zamówienie był Hydromil. Ten cieszący się ponurą sławą – szczególnie w czasie stanu wojennego – pojazd służył do rozpędzania demonstracji. Zazdrościły go peerelowskiej milicji adekwatne służby z „bratnich krajów”, choć urządzeń tego typu używały także siły policyjne krajów zachodnich. Nazwa pochodziła od greckiego „hydor” (czyli „woda”) oraz słowa „milicja”. „Samochód specjalny ze zbiornikiem wodnym” (bo tak go oficjalnie nazywano) wyposażony był w armatki wodne, solidny zbiornik na wodę i opancerzoną kabinę. Pierwsza wersja została skonstruowana w 1973 roku na podwoziu samochodu ciężarowego Star. Kolejny, nowocześniejszy, nazwany Hydromilem II, produkowany był od 1983 roku na podwoziu Jelcza. W 1992 roku została ogłoszona likwidacja Ośrodka Badawczo –

Rozwojowego, a jego całkowite zamknięcie nastąpiło niecałe dwa lata później. Troska o własną tradycję była – jak zaznacza Bartłomiej Tambor – ważnym elementem działania kieleckiego zakładu. Obchodzono branżowe święta, szczególnie Dzień Metalowca, oraz kolejne firmowe rocznice. Z szacunkiem odnoszono się również do dokonań byłych szefów: Otmara Kwiecińskiego, Stefana Bratkowskiego, Adama Sobola, Wacława Michniewskiego. Sto lat to piękny jubileusz. Dzieje Huty „Ludwików” i jej powojennych kontynuatorów: KZWM czy zakładów Polmo-SHL to kawał historii Kielc i ziemi świętokrzyskiej. Historii nie tylko przemysłu, ale także społeczeństwa. Swą zawodową karierę związało przez te lata z kieleckimi zakładami tysiące mieszkańców Kielecczyzny: inżynierów, konstruktorów, wynalazców oraz zwykłych pracowników. Byli to specjaliści w swoich dziedzinach, wspólnie stworzyli niezaprzeczalną renomę firmy i to głównie dzięki nim możemy mówić: „SHL to duma naszego regionu”. • --Korzystałem m.in. z książek: Ryszard Mikurda „SHL-ką przez gołoborze” (Kielce 2017), Konrad Otwinowski „Huta Ludwików w Kielcach 1919-1945” (Kielce 2019), Bartłomiej Tambor „Huta Ludwików po II wojnie światowej” (Kielce 2019) oraz felietonów Ryszarda Mikurdy, regionalisty i pasjonata świętokrzyskiej motoryzacji, który swą wiedzą dzielił się wielokrotnie z czytelnikami lokalnej prasy oraz słuchaczami radia. Fotografie prezentują eksponaty z wystawy „100 lat Huty „Ludwików” w Kielcach 1919-2019”, którą otwarto w Muzeum Historii Kielc. REKLAMA


Kielce zapomniane 78

Dawny młyn – dawna szkoła tekst Rafał Zamojski zdjęcie Krzysztof Wilczyński

Młyn i szkoła w jednym gmachu? Wyższa uczelnia w dawnym młynie? Dlaczego nie!

K

Front dawnego młyna stał vis-à-vis istniejącej do dziś kamienicy przy ul. Kościuszki 17

iedy powstał Olejomłyn, czyli młyn motorowy Chaima Judki Ajzenberga i J. Nowerlera przy ulicy Aleksandra 3 (na rogu Domaszowskiej), dokładnie nie wiadomo. Wiemy, że spłonął i w roku 1927 został przez Ajzenberga odbudowany w formie dużej dwupiętrowej kamienicy, w której mieściły się też sklepy, piekarnie i mieszkania. Co ciekawe, w archiwach zachowały się plany, z których wynika, że od początku rozważano budowę budynku z przeznaczeniem jego części na szkołę. Po krótkim, bo tylko około rocznym funkcjonowaniu w nowym gmachu, młyn zlikwidowano. Być może nie był w stanie wytrzymać konkurencji sąsiada, czyli młyna należącego do Wacława Rudczyńskiego, który notabene stoi do dziś? W roku 1929 miasto wydzierżawiło w kamienicy przy Aleksandra część pomieszczeń dla potrzeb nowo tworzonej Szkoły Powszechnej nr 6. Uczyło się tam aż 1400 dzieci z ubogich rodzin Kielc, Domaszowic i Nowego Folwarku. Szkoła działała przez okres niemieckiej okupacji, organizując m.in. tajne komplety. Po wojnie przemianowana na Szkołę Podstawową nr 6 przy ul. Kościuszki 26 (ulicę św. Aleksandra połączono z Kościuszki, która pierwotnie sięgała tylko do Bodzentyńskiej), funkcjonowała w tym miejscu do 1964 roku. Wtedy przeniesiono ją do nowej siedziby przy ulicy Prostej (SP nr 6 ostatecznie zlikwidowano w roku 1999). Dawni absolwenci g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

szóstki wspominają, że stara siedziba miała świetlicę, salę gimnastyczną, aulę ze sceną i duże boisko przylegające do ulicy Domaszowskiej. Niegdysiejsi uczniowie z nostalgią wspominają też sąsiednią kuźnię (na rogu Bodzentyńskiej) i zapach chleba pieczonego z piekarni Stasińskich, który roznosił się na całą ulicę. Po wyprowadzce podstawówki gmach nabrał powagi, bowiem najpierw, w 1964 roku, umieszczono w nim punkt konsultacyjny krakowskiej Akademii Górniczo–Hutniczej, a następnie uczyniono go pierwszą siedzibą utworzonej w 1965 roku Kielecko-Radomskiej Wieczorowej Szkoły Inżynierskiej w Kielcach (od 1967 roku Kielecko-Radomskiej Wyższej Szkoły Inżynierskiej). W kamienicy zlokalizowano między innymi laboratoria przedmiotów podstawowych: chemii, fizyki, metaloznawstwa i elektrotechniki. Innymi słowy była to pierwsza siedziba Politechniki Świętokrzyskiej. Dawny młyn/szkołę/uczelnię wyburzono na początku lat 70, w związku z budową alei IX Wieków Kielc. Dziś na jej miejscu stoi pomnik Wincentego Witosa (jeden z najbardziej udanych artystycznie pomników w Kielcach). Choć fundatorzy pomnika zapewne nie znali historii miejsca, można stwierdzić, że symbolicznie całkiem nieźle się to ułożyło. • --Pisząc tekst oparłem się przede wszystkim na niepublikowanym opracowaniu Piotra Modzelewskiego i ustaleniach Krzysztofa Myślińskiego.


Nożem i widelcem 80

Miód w gębie! tekst i zdjęcie Marta Herbergier

Szczypta kardamonu, gałka muszkatołowa, kilka goździków, laska cynamonu i, oczywiście, miód. Do tego trochę pieprzu, gwiazdki anyżu oraz niezliczone ilości cierpliwości. Bo jak przetrzymać kilka tygodni w oczekiwaniu, aż piernik dojrzeje?

H

istoria miodowych ciastek sięga czasów starożytnych. Przepis na nie możemy odnaleźć już w księdze kucharskiej Apicjusza z IV wieku n.e. Jednak naprawdę popularne stały się w czasach średniowiecznych – początkowo były jedzone wyłącznie przez najzamożniejszych, w XIX wieku trafiły także na stoły ubogich. Podobno niegdyś w dniu przyjścia na świat córki przygotowywano ciasto na bazie mąki i miodu, tzw. miodownik. Dojrzewało ono latami w chłodnych piwnicach. Pieczono je dopiero wówczas, gdy córka wychodziła za mąż. Z biegiem lat do miodowego ciasta zaczęto dodawać przypraw. Jedna z legend głosi, że było to wynikiem przypadkowego dodania korzennych przypraw przez ucznia piekarza. Jego błąd sprawił, że dziś możemy cieszyć się wyjątkowym smakiem pierniczków. Choć pierniki podobno pochodzą z Holandii, dotarły prawie wszędzie. W każdym kraju pieczono jego „narodowe” wersje, zgodne z upodobaniami miejscowych smakoszy. Baza pozostaje niezmienna. Podstawą pierników jest miód i przyprawy korzenne. Podług odwiecznej tradycyi narodowej, wypiekano pierniki po wszystkich domach staropolskich z mąki miałkiej tylko żytniej, zrumienionej w rondlu i rozczynionej gorącą patoką. Dla smaku dodawano przyprawę korzenną czyli pierną z dolaniem okowity i wybijano ciasto w kopańce, czyli niecce tak długo wałkami, aż przestało się do nich przylepiać. Wówczas robiono z tego ciasta pierniczki bądź kształ-

tu małych krążków, bądź pierożków, i ułożone na blasze (posmarowanej u zamożniejszych oliwą) wsuwano do pieca – czytamy w „Encyklopedii Staropolskiej” Zygmunta Glogera. Tradycyjny piernik staropolski to piernik dojrzewający – ciasto należy zagnieść kilka tygodni przed pieczeniem i odstawić w chłodne miejsce. Po 30-40 dniach można je piec, a po kilku kolejnych – dekorować. Długi czas oczekiwania na konsumpcję rekompensuje nam niebiański smak i zachwycający aromat pierników. •

Pierniczki staropolskie Składniki: • 500 g miodu, • 1,5 szklanki cukru, • 250 dag masła, • 1 kg pszennej mąki, • 3 jajka, • 3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej, • 0,5 łyżeczki soli, • torebka przypraw do piernika oraz dodatkowo: cynamon, kardamon, imbir, gałka muszkatołowa, goździki i anyż roztarte w moździerzu – łącznie około 0,5 szklanki przypraw, • 1 słoik powideł śliwkowych.

Wykonanie:

Miód, cukier i masło rozpuścić, nie doprowadzając do wrzenia. Wystudzić. Do chłodnej masy dodać wszystkie pozostałe składniki i połączyć. Przełożyć ciasto do kamionkowego garnka i przechowywać w chłodnym miejscu przez około 5 tygodni. Kawałki ciasta rozwałkować na oprószonym mąką blacie na grubość około 3-4 mm. Z ciasta wycinać pierniki w dowolnym kształcie. Piec w temperaturze 180 stopni Celsjusza, około 10 minut, w zależności od wielkości i grubości ciastek. Po upieczeniu można je udekorować lukrem bądź czekoladą. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku. Jeżeli chcemy, by pierniczki szybciej zmiękły, należy włożyć do pojemnika kawałki jabłka.

Wesołych Świąt! g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Gotuj z Domową Spiżarnią Zaczęli skromnie, od sklepu dla tych, którzy kochają robić domowe wyroby. Po czterech latach to już nie tylko najlepiej zaopatrzony w przyprawy punkt sprzedaży w Kielcach, ale jedyne w województwie świętokrzyskim studio kulinarne, gdzie można doskonalić swoje kucharskie umiejętności. O historię i sukcesy Domowej Spiżarni pytamy właścicieli, Karolinę i Patryka Zawieruchów oraz Małgorzatę Woźnicką, współwłaścicielkę studia kulinarnego. Domowa Spiżarnia to sklep i studio kulinarne. Co łączy te obie działalności? Karolina Zawierucha: Pomysł i idea. Chcemy poszerzać wiedzę na temat domowych wyrobów, świadomego żywienia, pokazać, że każdy może samodzielnie przygotować wędliny, zrobić ser, upiec chleb czy uwarzyć domowe piwo i przygotować potrawy z różnych stron świata. Sklep łączy pasjonatów domowych wyrobów, natomiast studio – osoby, które lubią dobrze zjeść, a przy tym spędzić świetnie wolny czas. To jak zaczęliście? Karolina: Miejsce dla miłośników domowych wyrobów, nasz świat przypraw, przygotowaliśmy z mężem 4 lata temu, gdy moi rodzice przenieśli swoją prężnie działającą firmę do większego budynku. Najpierw tylko sprzedawaliśmy wszystko to, o co trudno w innych sklepach: przyprawy z różnych zakątków świata, a także urządzenia, akcesoria i półprodukty do samodzielnego przygotowania wędlin czy pieczenia chleba. Wkrótce okazało się, że chcemy zwiększyć potencjał tego miejsca i spełnić swoje marzenia, rozwijając się. Dlatego stworzyliśmy coś, czego w Kielcach jeszcze nie było! Zaczęło się bardzo niewinnie, chcieliśmy otworzyć lokal, w któ-

rym mieliśmy uczyć, jak zrobić domową kiełbasę. Pomysł rozrósł się do większych rozmiarów i tak… spełniło się nasze marzenie o wspaniałym i jedynym w Kielcach studiu kulinarnym. Co kupimy w Domowej Spiżarni? Patryk Zawierucha: Myślę, że prowadzimy najlepiej zaopatrzony sklep w mieście z takim asortymentem. Specjalizujemy się w produktach do domowego wyrobu. Zależało nam, aby osoba której pasją jest wyrób domowych wędlin, alkoholi czy sera, znalazła u nas wszystkie sprzęty, akcesoria i półprodukty. Na naszych półkach znajdziesz drożdże gorzelnicze, destylatory, siatki wędliniarskie, mieszanki do chleba, podpuszczkę, słoiki – i wiele, wiele innych produktów. Mamy też swoją markę przypraw, która jest dla nas bardzo ważna. Sprowadzamy przyprawy z całego świata, również takie, które ciężko dostać w innych sklepach. Na dodatek służymy pomocą i doradztwem, więc to doskonałe miejsce także dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z domowymi wyrobami. Karolina: Warto dodać, że nasze przyprawy pakujemy samodzielnie, by nie straciły swojej świeżości, aromatu i koloru. Wprowadziliśmy także zestawy prezentowe, oraz kosze przyprawowe. Dlatego zapraszamy wszystkich, którzy szukają oryginalnych podarunków na święta. Myślę, że nasze zestawy: małego piwowara, serowara, do wędzenia czy właśnie kosz przyprawowy przypadną do gustu obdarowanym. Wszystkie są pięknie spakowane, w środku są także nasze przepisy i receptury. Czasami przepis to za mało, lepiej przećwiczyć gotowanie na warsztatach w studiu kulinarnym. Małgorzata Woźnicka: Czasami dobra książka z recepturami nie wystarczy, dlatego wpadliśmy na pomysł, żeby stworzyć w studiu cykl warsztatów Domowa Spiżarnia, gdzie uczymy jak zrobić dobre piwo, wino, ser, a nawet wędliny. Tak zaczęliśmy, ale teraz uczymy także, jak przygotować potrawy z różnych stron świata, np. kuchni tajskiej, włoskiej, czy japońskie sushi. Studio to miejsce, gdzie łączymy świetną zabawę z nauką gotowania. Dbamy o jakość składników, atmosferę, uczą u nas szefowie kuchni z najlepszych restauracji, blogerzy, a także ludzie ze świata telewizji. Organizujemy warsztaty indywidualne, imprezy integracyjne i bardzo popularne warsztaty rodzinne: dla dzieci od lat 4 i ich rodziców. Nazwaliśmy je Rodzinny Galimatias. Uwa-

żamy, że czas spędzony przy gotowaniu bardzo zbliża i przez to dobrze służy rodzinnym więziom. Nie tylko rodzinnym. Przygotowujecie także imprezy integracyjne? Karolina: Rzeczywiście, takiej formy rozrywki nie było wcześniej w Kielcach, a szkoda, bo przecież nic tak nie łączy jak dobre jedzenie! U nas wszyscy czują się swobodnie, a – jak wiemy od naszych zleceniodawców – relacje pomiędzy pracownikami dzięki wspólnemu gotowaniu się bardzo zacieśniają. Na dodatek każda impreza jest niepowtarzalna, przygotowana, specjalnie dla konkretnej firmy. I zawsze udaje nam się zaskoczyć uczestników. Teraz w okresie Świąt, organizujemy wigilie firmowe, to jest świetna alternatywa dla innych już bardzo dobrze znanych form rozrywki. Gotować można także na… urodzinkach Karolina: Tak, jest to niesamowite doświadczenie dla solenizantów i ich gości. Świetna atmosfera, pyszne jedzenie, które dzieciaki same sobie przygotowują, z wielką werwą i radością. Te uśmiechnięte buzie oznaczają tylko jedno – najlepsze urodziny. Dzieciaki mogą poczuć się jak w „Masterchefie”, dostają fartuszki i czapki kucharskie i zaczynają gotować! Dziękuję za rozmowę.

Sklep i Studio Kulinarne Domowa Spiżarnia Kielce, ul. Okrzei 5 www.domowaspizarnia.pl

81


82

Ś

lad y

tekst i zdjęcia Marta Herbergier

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

odleg

ł


83

y ch

przodk ó

w

Na pierwszy rzut oka nie przykuwają uwagi. Łąki, pola, czasem tereny zalesione, zazwyczaj usytuowane na wzniesieniach. Nie każdy wie, że przed wieloma latami tętniło tam życie. Nic na to nie wskazuje, bo przeszłość schowana jest pod ziemią.

Grodzisko w Stradowie: Było to największe miasto wczesnośredniowiecznej Polski, najprawdopodobniej siedziba Wiślan


Rzuć okiem 84

Osada Średniowieczna w Hucie Szklanej: Takie miejsca przybliżają nam codzienność naszych przodków. Nauczymy się tu lepić garnki, tkać, a nawet parzyć zioła.

Grodzisko w Zgórsku: Jeśli dalsze badania potwierdzą domniemania historyków, odkrycie grodziska w Zgórsku może okazać się archeologiczną sensacją. Na razie wiemy, że pochodziło ono z wczesnego średniowiecza.

Grodziska, bo o nich tutaj mowa, to według definicji pozostałości po grodzie bądź osadzie warownej w formie wielobocznego lub kolistego wzniesienia. Pochodzą z późnej epoki brązu, wczesnej epoki żelaza lub czasów wczesnośredniowiecznych. W Polsce odkryto około 2400 takich obiektów. Tyle teorii. W praktyce, patrząc jedynie na niewielkie wzniesienie, trudno sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać życie mieszkańców tych terenów przed wieloma wiekami. Jeśli chcemy się tego dowiedzieć, należy udać się do Biskupina lub nieco bliżej, do osady średniowiecznej pod Świętym Krzyżem, gdzie czas cofnął się o kilka stuleci. Obejrzymy tu średniowieczne zagrody i ulice, miejsca pracy garncarza, kowala czy bartnika, zobaczymy przedmioty codziennego użytku, nauczymy się tkać płótno, piec podpłomyki czy lepić garnki. Poznamy pogańskie bóstwa, a z rozmów z mieszkańcami osady dowiemy się, jak spędzali czas i co wyznaczało jego bieg. Wiedzę na temat życia w dawnych czasach czerpiemy z prac archeologów. I choć wydawać by się mogło, że niewiele jest już do odkrycia, to jednak zdarza się, że media informują o nowych, sensacyjnych znaleziskach historycznych. Ot, choćby w ostatnim czasie, w niewielkiej miejscowości Zgórsko pod Kielcami, leżącej w gminie Sitkówka-Nowiny odkryto istnienie grodziska z czasów średniowiecznych, być może jeszcze sprzed

czasów budowy istniejącego zamku chęcińskiego. Był to obiekt obronny, dwuczłonowy. Badania wykazały obecność reliktów obwarowań, prawdopodobnie pozostałości obiektu bramnego, jak i przypuszczalnie reliktów kubaturowych. Przed historykami piętrzą się pytania dotyczące zarówno czasów powstania grodziska, jak i jego funkcji, choćby w kontekście wspomnianego już zamku chęcińskiego. Podobne obiekty, o tej samej wielkości i budowie, odkryto już na terenie województwa świętokrzyskiego. To choćby Szczaworyż pod Buskiem czy Stawy Dolne nad Nidą w gminie Imielno. Gród w Szczaworyżu był jednym z tzw. wielkich grodów wiślańskich, które były charakterystyczne dla Małopolski i typu budownictwa z okresu plemiennego. Z kolei gród w Stawach Dolnych był jednym z większych grodów państwowych w Małopolsce i prawdopodobnie siedzibą kasztelanii czechowskiej. Najbardziej znanym grodziskiem w województwie świętokrzyskim jest Stradów w gminie Czarnocin – największe miasto średniowiecznej Polski, siedziba Wiślan. Historyczny teren obejmuje powierzchnię około 25 hektarów, a sam gród – ponad 1,5 ha. Dziś możemy oglądać tu nieliczne pozostałości: wały ziemne i zagłębienia fosy, które widziane z góry mają kształt zamkniętej podkowy. Warto tu przyjechać w dobrą pogodę, ze szczytów wzniesienia możemy dostrzec Beskidy, a przy odrobinie szczęścia – nawet Tatry. •

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Łatwiej się nie da

85

Poradnik Skutecznej Nauki Języka Obcego – część II

Z powodu pracy, obowiązków rodzinnych ciągle skarżymy się na brak czasu. To jednak nie powód, by przestać inwestować w siebie. Każdy z nas zapewne chciałby swobodnie posługiwać się językiem obcym. Jeśli to właśnie Ty, Czytelniku , chcesz pokonać barierę i z niemowy stać się międzynarodowym gadułą, ten poradnik jest dla Ciebie. Specjalnie dla „Made in Świętokrzyskie” przygotowała go dla nas ekspertka Dorota Adamczyk, filolożka, właścicielka oraz główny metodyk w szkołach Szybki Angielski z oddziałami w Kielcach, Lublinie, Radomiu i Włoszczowie. W pierwszej części poradnika („MiŚ”, nr 19) obaliliśmy mit, że do nauki języka trzeba mieć talent. Rozprawiliśmy się także z opinią, że dzieci uczą się szybciej od dorosłych. Nasza ekspertka doradziła także zrobienie testu inteligencji wielorakiej (według koncepcji Howarda Gardnera z Uniwersytetu Harwarda), by każdy, kto chce szybko nauczyć się języka obcego mógł poznać swoje mocne i słabe strony, a następnie dobrać metody edukacyjne do naszych naturalnych predyspozycji. Poradnik, część druga. Zaczynamy! 1.

Nie wierz w mity, które utrudniają ci naukę. Mit pierwszy: by dobrze mówić po angielsku potrzeba wielu godzin pracy nad gramatyką i wkuwania niekończącej się listy słówek. NIEPRAWDA!. Na kursach w szkole Szybki Angielski spotykamy się tylko raz w tygodniu z własnym trenerem personalnym. Trochę czasu spędzisz także na naszej multisensorycznej internetowej platformie, wykonując specjalnie dla Ciebie przygotowane zadania. Gwarantujemy, że nie poczujesz się nimi zmęczony, a wręcz z przyjemnością – jak do ulubionego serialu – będziesz do nich wracał. Słówka wejdą do głowy same, jeśli będziesz je powtarzać wtedy, gdy będzie ci wygodnie. Mit drugi: by wypowiadać się poprawnie, najważniejsza jest gramatyka NIEPRAWDA! Gdy uczyłeś się języka polskiego jako dziecko, nie znałeś ani przypadków, ani czasów, trybów, składni. Mimo to potrafiłeś się dogadać z najbliższymi i robiłeś to coraz sprawniej i skuteczniej. Jeśli popełniałeś

błąd, korygowali go rodzice, a ty mimochodem uczyłeś się mówić poprawnie. Nowe słówka niepostrzeżenie zostawały w Twojej głowie, a ty tworzyłeś nowe, intuicyjnie rozumiejąc zasady słowotwórstwa. W ten sam sposób możesz nauczyć się języka obcego. 2. Nie bój się popełniać błędy. Gdy zaczynamy porozumiewać się w języku obcym, bardzo często blokuje nas świadomość, że mówimy z błędami. Zapomnij o tym, twój rozmówca ucieszy się z podejmowanej przez Ciebie próby porozumiewania się w jego języku albo prawdopodobnie też nie mówi perfekcyjnym angielskim. Jeśli nastawisz się na komunikację, a za cel postawisz sobie to, by się z kimś dogadać, blokady znikną. Nie myli się, kto nic nie robi, więc odważ się mówić! Lepiej mówić z błędami czy nic nie mówić? Odpowiedz sobie sam. Na lekcjach w szkole Szybki Angielski stawiamy właśnie na komunikację, przez całe zajęcia, niezależnie od poziomu kursu, mówisz po angielsku. 3. Uwierz, że nauka może być dobrą zabawą. Na zajęciach nie musisz siedzieć w ławce jak uczniak. Pozytywna, zakręcona, pełna radości atmosfera zajęć w szkole Szybki Angielski daje ci komfort, luz, który sprawi, że zapamiętasz więcej i lepiej. Dzięki nam nauczysz się angielskiego nawet 6 raz szybciej niż podczas tradycyjnego kursu. Chcesz wiedzieć więcej? Zapisz się na bezpłatną konsultację i prezentację naszej metody. Wyjaśnimy Twoje wątpliwości, odpowiemy na Twoje pytania.

Szybki Angielski Kielce, ul. Częstochowska 21/3 tel. 669 614 114 www.szybkiangielski.pl www.szybkiangielski.edu.pl


Na wyciągnięcie ręki 86

W krainie z gipsu tekst i zdjęcia Agata Niebudek-Śmiech

Stoję na porośniętym trawą, stromym grzbiecie. Przede mną przepaść, za mną odgrodzone siatką pola uprawne. Przystaję na chwilę, by złapać oddech i nasycić oczy wszechogarniającą zielenią. Próbuję wyobrazić sobie, że dawno, dawno temu było tu przejrzyste, ciepłe morze.

P Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to żal, że morze nie chciało zadomowić się na stałe i „odpłynęło”. Zresztą nie tylko stąd, bowiem takich miejsc, gdzie miliony lat temu królowały lazurowe wody, było znacznie więcej. Na obszarze obecnej Kotliny Sandomierskiej, wszędzie gdzie okiem sięgnąć, szumiało ciepłe morze, a nieco dalej – w rejonie Ponidzia – ląd wrzynał się w jego wody, tworząc płytką zatokę. Temperatura powietrza była bardzo wysoka i sięgała 40 stopni C. Silne parowanie powodowało wytrącenie się gipsu, a stąd już tylko krok do tego cudu natury, jakim jest największa w Polsce jaskinia gipsowa i rezerwat Skorocice. Mało znany, ukryty skromnie na skraju niewielkiej wioski w gminie Wiślica i pewnie przytłoczony jej historyczną sławą. Ale odwiedzając to ponoć najmniejsze w Polsce miasto, warto zajrzeć do Skorocic i zachwycić się wykształconą w gipsach doliną.

Sto domów, jedno molo

Wioletta Papaj, sołtyska Skorocic nie ma wątpliwości, że rezerwat, którym chlubi się cała wieś, zasłużył na większa sławę. – Turyści owszem przyjeżdżają, ale nie są to jakieś tłumy. Czasem zjawi się tu jakiś pojedynczy zwiedzający, czasem większa zorganizowana grupa – mówi. – Z pewnością przydałoby się dokładniejsze oznakowanie tego miejsca i lepsza promocja. Skorocice to niewielka wieś, niespełna sto domów, niewiele ponad 350 mieszkańców. Tych zresztą ubywa, bo jeszcze osiem lat temu było ich dokładnie 370. Cóż, niż demograficzny zapukał i do tej urokliwej wioski, w której wprawdzie nie ma ani szkoły, ani kościoła, ale jest prężnie działające Koło Gospodyń Wiejskich i mająca długie tradycje Ochotnicza Straż Pożarna. – Mamy jeszcze molo – chwali się sołtyska. Rzeczywiście kilka lat temu na leżącym w sercu wsi stawie zbudowano molo o długości 18 metrów. Cała konstrukcja trzyma się na 30 palach. Ale to nie na spacery po platforg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

mie ciągną turyści, lecz do pobliskiego, zajmującego powierzchnię prawie 8 ha, rezerwatu. Pięknie tu i urokliwie. Zresztą całe Skorocice urzekają swoim pięknym krajobrazem. O Ponidziu myśli się zazwyczaj, jak o krainie łagodnej, płaskiej, poprzecinanej gdzieniegdzie wijącą się wstęgą Nidy. Tymczasem Skorocice wznoszą się i opadają. Wspinasz się po głównej trasie, u szczytu której wita cię przydrożna kapliczka, by za chwilę zanurzyć się w wąwozie. Tak to natura przed tysiąclecia „bawiła się” tym pejzażem, dając nam wyłożoną gipsami dolinę. – Rzeczywiście krajobraz jest niezwykły, tak zresztą jak całe Ponidzie – mówi Grzegorz Szlefarski, przewodnik świętokrzyski, który wielokrotnie odwiedzał te okolice ze zorganizowanymi wycieczkami. – Niecka Nidziańska znana jest w Polsce z występującego tu skał gipsowych i zjawisk krasowych, czyli procesu ich rozpuszczania przez wody powierzchniowe i podziemne. Powstałe w ten sposób formy są niezwykle oryginalne.

W korytarzach i pieczarach

Krajobraz rezerwatu Skorocice przypomina ogromny lej. Przez krótką chwilę wędruję zadrzewioną aleją, na której końcu moim oczom ukazuje się ogromna dolina. Rzeczywiście ma się wrażenie, jakby na długości kilkuset metrów ziemia zapadła się, żłobiąc głęboki wąwóz. Dokładnie ma on długość 750 metrów, zaś szerokość 80 metrów. Gipsowe ściany w najwyższych punktach sięgają nawet 13 metrów. Jak powstała ta unikatowa kotlina? Pierwszym winowajcą jest płynący po terenie potok i jego erozyjna działalność. Rwąca woda żłobiła teren, nadając mu charakterystyczny kształt wgłębienia. Ale swoje zrobiły również zapadające się fragmenty jaskiń krasowych. To one stanowią największą, obok odsłoniętych bloków gipsowych, atrakcję rezerwatu. Ale i Potok Skorocicki nie daje o sobie zapomnieć, płynąc nie tylko dnem wąwozu, ale i miejscami wcinając się w korytarze


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

87


Na wyciągnięcie ręki 88 jaskini. Jej długość to około 280 metrów, ale zbyt dalekie zapuszczanie się w korytarze może być ryzykowne, bowiem zbudowane z gipsu ściany i strop są dość miękkie, mało stabilne i grożą zawaleniem. W wielu miejscach woda wypłukała gips ze stropów, więc dochodzi tam światło słoneczne, co sprawia, że w gipsowych ścianach tworzą się oryginalne refleksy. Wystarczy zrobić kilka kroków w głąb jaskini i przyjrzeć się dokładnie jej wnętrzu, by zauważyć warstwę skał, które najwyraźniej oderwały się od podłoża. Bezpieczniej więc poświęcić czas na spacer po wąwozie, choć przyznać trzeba, że od czasu do czasu w rezerwacie Skorocice pojawiają się śmiałkowie, którzy decydują się penetrować wnętrze gipsowych podziemnych korytarzy. Przyciąga ich sława najdłuższej w Polsce jaskini gipsowej, która choć nie może pochwalić się fantastycznymi formami naciekowymi, zachwyca jednak swoją oryginalnością i tajemniczością.

Na obszarze obecnej Kotliny Sandomierskiej, wszędzie gdzie okiem sięgnąć, szumiało ciepłe morze, a nieco dalej – w rejonie Ponidzia – ląd wrzynał się w jego wody, tworząc płytką zatokę. Zdecydowanie jednak więcej czasu warto poświęcić na spacer po dnie wąwozu. Największe wrażenie robią odsłonięte gipsowe ściany, które wyglądają tak, jakby ktoś ciasno poukładał jedną warstwę na drugą. Miejscami na te skalne bloki wciska się roślinność, zresztą wąwóz jest mocno zadrzewiony, miejscami aż trudno przedrzeć się przez gęstwinę krzewów i wijących się u podnóża pnączy. Roślinność rezerwatu Skorocice to też powód do dumy, bowiem zadomowiły się tu chronione gatunki typowe dla stepów, takie jak jaskier iliryjski, rezeda mała czy miłka wiosenna. Ciekawa jest historia sierpika różnolistnego o charakterystycznych, skupionych w koszyczku różowopurpurowych kwiatach. Otóż w Polsce występuje on jedynie w Górkach koło Wiślicy i właśnie w Skorocicach. Ten kwiat objęty szczególną ochroną dziwnym trafem upodobał sobie prywatną działkę obok rezerwatu, z którego powoli zaczął się wycofywać. –Realizując projekt LIFE + do końca ubiegłego roku, planowaliśmy założenie plantacji nasiennej ze zbiorów pochodzących z tego prywatnego pola, ale właściciel nie zgodził się, więc zdecydowaliśmy się przenieść do rezerwatu i tu prowadzić prace mające na celu ochronę siedlisk tej rośliny – mówi Tomasz Hałatkiewicz, dyrektor Zespołu Świętokrzyskich i Nadwiślańskich Parków Krajobrazowych. Dzięki temu do rezerwatu w Skorocicach „wrócił” fioletowy sierpik i cieszy oczy turystów odwiedzających to miejsce.

Swego nie znacie…

Wnikliwy badacz natrafi tu na osobliwego chrząszcza, ryjkowca czy motyla z rodziny modraszków. Źródła donoszą, że właśnie rezerwat w Skorocicach upodobały sobie piewki-cykady, których ojczyzną są stepy południowej części Rosji. W słoneczne, letnie dni owady te urządzają piękne koncerty. A gdybyśmy jednak chcieli zapuścić się i to koniecznie wieczorową porą w skalne korytarze, to w gipsowych szczelinach napotkamy olbrzymiego, g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

owłosionego pająka czarnego. Ci, którzy nie tęsknią za spotkaniem z pająkiem, mogą podziwiać pięknie wyrzeźbione gipsy, zapadliska, wywierzyska, lejki i charakterystyczne krystaliczne odsłonięcia warstw gipsu, przypominające jaskółcze ogony. Niezwykłą atrakcją jest skalny most biegnący nad zapadliskiem, którym możemy dostać się na jego drugą stronę. Tylko on ostał się po erozji i zapadnięciu się jaskiń. Sporo wrażeń dostarcza wdrapanie się na samą górę i podziwianie zapadliska z wysokości. To jednak atrakcja dla tych, którzy nie mają lęku wysokości, bowiem droga prowadzi bardzo wąską ścieżką. Po jednej jej stronie jest przepaść, po drugiej pola uprawne i rozciągnięte częściowo ogrodzenie prywatnych posesji. Ale jeśli odważymy się wejść na grzbiet, widok jest naprawdę imponujący – jak na dłoni widzimy łagodne garbie i ostre kontury gipsowych ścian, zapadające się fragmenty ziemi, wejścia do jaskini i niewielkie ciemne, kuliste dziury zapowiadające wejście do jam. – To miejsce z pewnością jest urokliwe, choć jeszcze nie odkryte – mówi Grzegorz Szlefarski. – Szczególna gratka dla miłośników geologii, bo Skorocice, jak i zresztą całe Ponidzie, są jedynym w Polsce tak dużym skupiskiem skał gipsowych. Przy okazji wizyty w rezerwacie można odwiedzić Chotel Czerwony, Przęślin, Krzyżanowice czy Góry Wschodnie. Warto podkreślić, że część Ponidzia, zwana Ostoją Nidziańską w 2013 roku została nominowana przez magazyn „National Geographic” w plebiscycie „Siedem nowych cudów Polski”. Z pewnością to zasłużone wyróżnienie, które powinno skłonić nas do odwiedzenia gipsowego wąwozu. Ale jak to mówi stare porzekadło – cudze chwalicie, swego nie znacie…

Odkryć i wypromować

– Poprzez swoje urozmaicenie Skorocice są jednym z najciekawszych rezerwatów w naszym województwie – przekonuje dyrektor Hałatkiewicz. – Niestety, jest mało rozreklamowany i to nawet w grupie tzw. turystyki przyrodniczej. Bez wątpienia miejsce to wymaga mądrego zagospodarowania, bo przecież jego położenie – w bliskiej odległości od Buska czy Wiślicy – jest niewątpliwym atutem. Ale każdy turysta, który chce coś przeżyć i czymś się zachwycić, oczekuje odpowiedniej infrastruktury, jak chociażby parkingu. Tomasz Hałatkiewicz zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt – niegdyś w skorocickim wąwozie wypasane były kozy i owce. Dzięki temu siedlisko przyrodnicze zachowane było w należytym stanie. Widać to na starych fotografiach, na których w wąwozie nie ma żadnych krzewów czy tłumiących rośliny chaszczy. Ale zwierzęta zniknęły z krajobrazu i to wcale nie dlatego, że gdy utworzono tutaj rezerwat, zabroniono wypasu. Rolnikom po prostu się to nie opłaca, wielu z nich idzie na skróty i żywi zwierzęta wyłącznie paszami. A to nie służy ani im, ani przyrodzie, która straciła naturalne kosiarki. – Dzięki programowi LIFE+ prowadziliśmy na Ponidziu wypas owiec, ale akurat Skorocic to działanie nie objęło. Tymczasem na terenie rezerwatu powinien być prowadzony wypas, bo tylko w taki sposób można uratować to miejsce przed zniszczeniem naturalnych siedlisk przyrodniczych – przekonuje Tomasz Hałatkiewicz. – Ale tu potrzebne jest wsparcie dla rolnika. Mam nadzieję, że uda nam się pozyskać jakiejś zewnętrzne fundusze na uruchomienie programu podobnego do LIFE+. Pracujemy nad tym bardzo intensywnie. Opuszczam urokliwe Skorocice. Spokojnie tu i cicho. Cały czas trzymam się szlaku niebieskiego, który wiedzie z Pińczowa aż do Wiślicy, zahaczając po drodze o punkty gipsowej krainy. Nie ma szans, by przejść za jednym zamachem całą trasę. Nic to. Resztę zachwytu nad pięknym Ponidziem zastawiam sobie na wiosnę. •


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

89

Biznes wart zaufania

Spotykają się od ponad 2 lat. W każdy wtorek o 7 rano, na specjalnym śniadaniu w jednym z kieleckich hoteli. Jest ich ponad 30 – przedsiębiorców, właścicieli, szefów i przedstawicieli firm z różnych branż, działających na Kielecczyźnie. Dzielą się wiedzą, doświadczeniami i pomagają sobie nawzajem, polecając usługi „grupowiczów” swoim kontrahentom, partnerom i znajomym. To członkowie grupy BNI (Bussines Network International), największej na świecie organizacji rekomendacji biznesowych. – Podobne śniadania odbywają się na całym świecie w tym samym czasie i to już od 33 lat – wyjaśnia Robert Urbańczyk, odpowiedzialny za kontakty z prasą w grupie BNI Korona w Kielcach. – Ta światowa sieć łączy blisko 260 tys. przedsiębiorców w ponad 9 tys. grup. W samym Berlinie jest ich aż 26. W Polsce jest obecna od 12 lat i działa już w 27 miastach i 70 grupach, skupiających w sumie około 2300 firm – dodaje. Hasłem przewodnim BNI jest „Zmieniamy to, jak świat robi biznes”. Bo te rekomendacje i wzajemna pomoc sprzyjają większym zyskom i rozwojowi firm. Tylko w zeszłym roku, członkowie BNI, przekazali 9,8 milionów rekomendacji biznesowych o łącznej wartości 13,2 miliardów dolarów. – W naszej grupie każdy uczestnik zwiększył swoje obroty w ubiegłym roku o średnio 251 tys. złotych – opowiada Urbańczyk.

Takich grup biznesowych działa na świecie wiele. BNI wyróżnia się od innych zaangażowaniem członków, stałym raportowaniem aktywności i sprawdzaniem, jak ta bezpłatna pomoc i wzajemność przekłada się na zyski, korzyści. Ważne jest także, by członkowie grupy nie stanowili dla siebie konkurencji, dlatego każdy przedsiębiorca reprezentuje inną branżę. Poza wzajemnością w kontaktach między członkami grupy (czyli nie tylko biorę, ale i daję wsparcie) liczy się także zacieśnianie odpowiedzialnych i długotrwałych relacji między przedsiębiorcami, pozytywne nastawienie do biznesu, świata i siebie nawzajem oraz docenianie innych. W BNI stawiają także na edukację i rozwój, dlatego organizują szkolenia, kursy, które służą zwiększaniu kompetencji biznesowych. Wspierają także członków swoich grup w zrównoważonym rozwoju, wprowadzaniu innowacji w oparciu o trwałą bazę tradycji. Członkowie grup BNI, takich jak ta kielecka, mają dostęp do ogólnoświatowego systemu informatycznego, służącego do nawiązywania kontaktów na odległość. Bez obecności w internecie ciężko jest rozwijać biznes, a możliwości jakie daje BNI w połączeniu z nowoczesną technologią są nie do przecenienia. – Każdy z nas może szukać partnerów biznesowych w innych miastach czy krajach, mając przy tym pewność, że kontakty te zostały już zweryfikowane przez rygorystyczne reguły, jakie panują w grupach BNI – wyjaśnia Robert Urbańczyk.

Na każdym wtorkowym spotkaniu członkowie grupy po tym, jak zaprezentują krótko działalność swojej firmy, zgłaszają swoje zapotrzebowania: poszukiwane kontakty, usługi, tak by wszyscy mogli rozważyć, czy są w stanie pomóc, polecić jakąś firmę lub znaleźć rozwiązanie problemu. Analizowana jest także zeszłotygodniowa działalność na rzecz członków grupy: sprawdzane są rekomendacje, podawane kwoty, które udało się zarobić dzięki grupowej współpracy. Na spotkania zapraszani są też goście, którzy mogą przyjrzeć się cotygodniowej pracy grupy, zapytać, ale także zaprezentować swoją działalność. – Dzięki naszym spotkaniom nie tylko pomnażamy obroty, ale zatrudniamy pracowników, „przeskalowujemy” biznes. Z małych firm wyrastają większe, czasami zmieniają profil działalności, a zlecenia „przekierowują” innym – opowiada Robert Urbańczyk i dodaje: – We wtorki wstajemy wcześniej, by mieć więcej czasu na inwestycję w rozwój i poszerzanie swoich sieci kontaktów biznesowych. Bez nich dalszy rozwój naszych firm w tak mocno konkurencyjnym środowisku byłby co najmniej utrudniony, jeśli nie niemożliwy. Dzięki wsparciu grupowiczów weryfikacja ewentualnych kontrahentów jest dużo prostsza i zajmuje mniej czasu. Po prostu ufamy temu, co mówią o nich członkowie BNI. Tych, którzy chcieliby poznać model biznesowy znany na całym świecie a dostępny w Kielcach, zapraszamy na wtorkowe spotkania.

BNI Korona tel. 669 800 220 fb.me/BNIKorona


Turystyka 90

V ia

R

B altica

y

g

a

tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski

Nie tak dawno proponowałem Państwu wycieczkę do Kowna. Miasta przez lata zostającego w cieniu Wilna, a dziś coraz chętniej odwiedzanego, gdzie na każdym kroku przeplatają się ze sobą historia, sztuka i design. Dziś kontynuujemy naszą wyprawę do państw nadbałtyckich. Zaglądamy na Łotwę, a dokładniej do Rygi.

Liczący ponad 630 tys. mieszkańców gród położony jest w miejscu, w którym wody Zatoki Ryskiej wcinają się najgłębiej w łotewski skrawek nadbałtyckiej ziemi. Usytuowanie nie jest przypadkowe. W tym miejscu do Bałtyku wpada też królowa łotewskich rzek – Dźwina zwana tu Daugavą. Ryga to specyficzne miejsce. Stolica Łotwy i największy ośrodek miejski kraju, w którym wieżowce i nowoczesne budowle sąsiadują z historyczną zabudową, często drewnianą. W Polsce ta „naturalna” architektura nie jest do końca doceniana. Na Łotwie – ale też na sąsiedniej Litwie czy w Estonii – ma wielu zwolenników. Ryga ma też zabytkową starówkę i obrzeża zabudowane postsowieckimi blokowiskami z tandetnej wielkiej płyty. No i może się także pochwalić architekturą secesyjną. To wielokulturowe miasto, w którym Łotysze stanowią zaledwie... 44 procent mieszkańców. Blisko 38 procent to Rosjanie. Do tego doliczyć trzeba mniejszości: Białorusinów i Ukraińców (po 3,5 procent) oraz Polaków (prawie 2 procent). To sprawia, że Ryga jest de facto miastem dwujęzycznym, gdzie łotewski przenika się z rosyjskim. Tak samo zresztą jest właściwie w całej Łotwie – Łotysze stanowią 60 procent w swej niespełna dwumilionowej republice.

Miasto bez kompromisów

Ryga to miasto bez kompleksów. Mimo trudnej, dwudziestowiecznej przeszłości dumnie patrzy w przyszłość, którą zagwarantuje m.in. przynależność Łotwy do Unii Europejskiej, a także struktur NATO. Stabilność zapewnia także to, że kraj od 2014 roku znajduje się w strefie euro. W przeszłość nie oglądają się nawet Rosjanie, którzy, choć traktowani jako obywatele drugiej kategorii, nie chcą ani powrotu do czasów historycznego Związku Radzieckiego, ani emigracji do Rosji czy na Białoruś. Po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości mieszkańcy byłej republiki ZSRR musieli udowodnić swoje związki z państwem, by dostać jego obywatelstwo. Ci, co przyjechali tu w czasach sowieckich, dostali szare paszg r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

porty, które nie gwarantują tych samych praw co te łotewskie. Na przykład nie dają prawa udziału w wyborach ogólnokrajowych, przez lata blokowały też wyjazdy na Zachód (zmieniło się to dopiero po wejściu Łotwy do strefy Schengen), umożliwiając przekraczanie tylko wschodnich granic. By zdobyć obywatelstwo, trzeba zdać egzaminy poświadczające znajomość historii kraju oraz języka. O ile pierwsze jeszcze jest osiągalne, o tyle to drugie – już niekoniecznie. Łotewski ma się tak do rosyjskiego jak polski…do węgierskiego. Za to obywatelami Łotwy stają się już dzieci bezpaństwowców, urodzone w wolnym kraju. Ot, taki paradoks… Ta różnorodność to zresztą cecha charakterystyczna dla miast portowych. Położenie nad brzegami Dźwiny i Bałtyku sprawiało, że nawet w czasach ZSRR Ryga przyciągała ludzi z innych państw. Tak jest do dziś. Pojawiają się tu skuszeni długimi plażami, a także piękną architekturą. To co? Jedziemy?

Miasto ze starówką

Pierwsze kroki kierujemy na Stare Miasto. Już w 1997 roku jego wartość docenił komitet UNESCO, wpisując Rygę na swoją listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego. Do dziś to jeden z zaledwie dwóch łotewskich obiektów w tym prestiżowym gronie (drugim są punkty z Południka Struvego, czyli geodezyjnej sieci pomiarowej zakładanej w XIX stuleciu między Morzem Północnym a Morzem Czarnym). Starówka zajmuje obszar na wschodnim, prawym brzegu Dźwiny. Górują nad nią wieże kościołów, jak na miasto lokowane w średniowieczu przystało. Dwie najwyższe należą do katedry oraz kościoła św. Piotra. Zanim „wkręcimy” się na dobre w labirynt uliczek i wąskich przejść dobrze jest wjechać (windą!) na drugą z nich. Roztacza się z niej piękna panorama staromiejskich dachów ukazująca, jak skomplikowanym urbanistycznym organizmem jest ta część Rygi. Możemy także dostrzec już geometryczny układ Nowego Miasta, ale o nim opowiem trochę dalej.


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

91


Turystyka 92 I katedra, i kościół św. Piotra to perełki architektury gotyckiej. Klucząc między nimi, trafimy przed Dom Bractwa Czarnogłowych (wygląda jakby przeniesiony z Niderlandów), niepozorny ratusz, dawny zamek Kawalerów Mieczowych, a także kompleks trzech kamieniczek, zwanych Trzema Braćmi. Sąsiadujące ze sobą budynki pochodzą z różnych stuleci (od XV do XVIII w.). Dlaczego właśnie one zostały wyróżnione na wszystkich turystycznych planach miasta? Trudno orzec. Może to zagranie marketingowe? Skoro w Tallinie można zobaczyć Trzy Siostry, to Ryga nie może być gorsza od swego estońskiego odpowiednika.

Starówka zajmuje obszar na wschodnim, prawym brzegu Dźwiny. Górują nad nią wieże kościołów, jak na miasto lokowane w średniowieczu przystało. Starówka to jednak nie tylko kamienice i świątynie. Ryską osobliwością są spichlerze i składy. Kilkukondygnacyjne budowle, wyposażone w żurawie dziś przekształcane są na galerie sztuki i knajpki. Intrygująca jest także architektura z początku XX wieku. W Rydze rozpowszechniła się wtedy

g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

93 estetyka secesyjna, więc kamienice przyjmują dość osobliwe formy. I nazwy: Dom pod Atlantami, Dom pod Słońcem czy najsłynniejszy z nich Koci Dom.

Miasto pełne secesji

Secesja staromiejska to dopiero preludium tego, co czeka turystę, jeśli wyjdzie poza obręb najstarszej części Rygi. Kto do stolicy Łotwy wpadł na chwilę, niech od razu rusza na ulicę Alberta iela, by zobaczyć największe nagromadzenie secesyjnych budowli na metr kwadratowy powierzchni! Czym w ogóle jest secesja? Cechą charakterystyczną tego kierunku w sztuce końca XIX i początku XX wieku jest przywiązywanie wagi do ornamentyki. Budynki, obrazy, witraże, przedmioty codziennego użytku najczęściej ozdabiano motywami roślinnymi, układającymi się w fantazyjne kształty. Najbardziej znane są secesje: wiedeńska (gdzie działał m.in. Otto Wagner), brukselska (Victor Horta) i barcelońska (Antonio Gaudi). W Polsce jej orędownikami byli np. Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer. W Rydze secesja w architekturze nabrała wręcz szalonych form. Właściciele domów, zatrudniając takich architektów jak: Konstantins Pekšens, Paul Mandelštams czy Michał Eisenstein (ojciec słynnego reżysera Siergieja Eisensteina), dawali im wolną rękę. A architekci skrzętnie to wykorzystywali. Fasady pokrywali kwiatami, maskami, ornamentami roślinnymi, ale też hełmami wojowników, czaszkami i figurami zwierząt: lwów, pawi, czy… smoków! Dokładali do tego odważne barwy, m.in. błękit. Dzięki temu ryskiej secesji nie da się pomylić z żadną inną. REKLAMA

A Alberta iela to tylko jedna z ulic z kamienicami w tej stylistyce. Gdy zajrzymy na sąsiednią Strēlnieku iela, możemy sprawdzić, jak wyglądało secesyjne wnętrze z początku XX wieku. Muzeum Secesji (Rīgas Jūgendstila centrs) zajmuje mieszkanie na parterze jednej z kamienic. Zadbano w nim o najdrobniejsze szczegóły, prezentując nie tylko meble i oświetlenie, ale też haczyki na klucze, wyposażenie łazienki i kuchni i inne przedmioty codziennego użytku sprzed 100 lat.

Miasto blisko morza

Wizyta na Łotwie nie będzie kompletna, jeśli nie spojrzymy na tutejszy Bałtyk. A skoro już zwiedzamy Rygę, wystarczy wsiąść do podmiejskiej kolejki bądź mikrobusu (marszrutka), by po dwóch kwadransach z małym hakiem wylądować w miasteczku Jurmała. To najsłynniejszy kurort na Łotwie, zwłaszcza na przełomie XIX i XX wieku. Kuracjusze i wczasowicze „pielgrzymowali” do miasteczka przez cały okres ZSRR, jeżdżą tam także współcześnie. Pomaga w tym bliskość Rygi i wciąż modernizowana infrastruktura turystyczna i rekreacyjna. Co ważne, dzieje się to z szacunkiem dla architektonicznego dziedzictwa. Historyczną zabudowę Jurmały remontuje się dziś z prawdziwym pietyzmem. Ryga nie stanowi odległego celu podróży. Samochodem z Kielc dotrzeć można tu w niespełna 10 godzin. Podróż samolotem jest znacznie krótsza. I choć Łotwa powoli szykuje się do długiej zimy, jej stolica godna jest odwiedzin. Bo Ryga jest piękna przez cały rok. A że zimą nieco mroźna? No cóż. Taki mamy klimat. •


Artykuł partnerski

94

Perfekcja prosto z Londynu

Co łączy aktorkę Helen Bonham Carter, członkinię Izby Lordów baronową Helenę Kennedy i brytyjskiego prezentera „Top Gear”, miłośnika motoryzacji Chrisa Evansa? Odpowiedź dla wielu może być zaskakująca. Te gwiazdy korzystały z usług stylisty fryzur Wojciecha Praszkiewicza, który właśnie otworzył swoje studio fryzjerskie HUSH na ul. Hipotecznej. Niewielki, urządzony ze smakiem lokal. Wielkie lustra wiszą na ścianie z cegieł. Białe meble i dodatki, szare fotele, stoli z blatem zrobionym z plastra drzewa. Jest jasno i nowocześnie, światowo. Nic dziwnego, bo właściciel lokalu jeszcze kilka miesięcy temu pracował w salonie londyńskim w bogatej, luksusowej dzielnicy Hampstead, w której swoje posiadłości mają brytyjscy i zagraniczni dygnitarze. – Klienci z wyższej półki – podsumowuje krótko. – Z wieloma się zaprzyjaźniłem, wiedziałem, co dzieje się w ich życiu, a oni pytali o moją żonę i dzieci. Do pana Wojciecha przyjeżdżali też ludzie z innych rejonów Anglii, a nawet z zagranicy. Poza wspomnianymi już gwiazdami, stylista fryzur miał okazję czesać także raperkę Nicki Minaj, reżysera m.in. „Gnijącej panny młodej” Tima Burtona oraz odtwórczynię głównej roli w filmie „Wyznania zakupoholiczki”, rudowłosą piękność Islę Fisher. Dlaczego zdecydował się na powrót do Kielc? – Tęskniłem za rodziną, rodzicami, siostrami, zwłaszcza przy ważnych wydarzeniach, świętach. Fajnie jest wrócić i otworzyć salon w rodzinnym mieście, myślę, że mam klientom sporo do zaoferowania – wyjaśnia. Praszkiewicz pracuje w zawodzie od 16 lat. g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Przez 12 lat nie tylko dbał o fryzury wyjątkowych klientów, ale także się szkolił w najsłynniejszych akademiach fryzjerskich na świecie, m.in. Toni & Guy, która sponsoruje London Fashion Week. – To było moje marzenie, ale trochę się zawiodłem. Nie mogłem zaakceptować, że klient ma wybrać fryzurę z katalogu. Uważam, że trzeba dobrać fryzurę do osoby – tłumaczy. To, czego szukał, znalazł w … najlepszej na świecie szkole dla stylistów fryzur, firmowanej nazwiskiem Vidala Sasoona. Uczył się teorii, a popołudniami ćwiczył nowe techniki cięcia, upięcia, koloryzacje, pielęgnacje oraz sposób pracy z klientem. Docenia to szczególnie – Dobre salony w Londynie to przede wszystkim jakość obsługi, perfekcyjny serwis. Najważniejszy jest klient. Moją rolą jest spełnić jego oczekiwania i sprawić, by wyszedł ze studia nie tylko z piękną, naturalną fryzurą, ale także zrelaksowany, doceniony, wypoczęty – podsumowuje. Zna swoje mocne strony: potrafi dobierać kolory, odcienie, dzięki zmysłowi artystycznemu i praktyce wie, komu i w jakiej fryzurze będzie dobrze. Nie forsuje swojego zdania za wszelką cenę, stara się jednak odwieść klientów od nietrafionych pomysłów i zwykle – jak mówi ze śmiechem – udaje mu się dojść do porozumienia. Co ważne, stawia na naturalność, a nie skomplikowane i mocno wylakierowane fryzury. – Włosy muszą żyć, a pod wpływem wiatru nadal pięknie się układać – tłumaczy. To szczególnie ważne o tej porze roku, gdy pogoda nas nie rozpieszcza, a fryzury chowamy pod czapką czy grubym szalem. Nadal jednak powinny wyglądać perfekcyjnie i zdrowo.

Zdaniem pana Wojciecha, włosy muszą pasować do osoby. Nawet idealnie technicznie wykonana fryzura może być porażką, gdy nie będzie odpowiednia. Ekscentrycznie ubrany klient nie może wyjść z klasycznym obcięciem. Uczesanie ma być piękne i wygodne. Dlatego przed rozpoczęciem pracy Praszkiewicz dokładnie wypytuje swoich klientów o to, jak się z włosami obchodzą. Ważne jest wszystko: jak często je myją, czy używają suszarki, prostownic, czy stosują odżywki i maski. Nie bez znaczenia jest także praca i to, jak klient lubi spędzać czas wolny. Nie spieszy się, bo od tego zależy zbyt wiele: nie tylko sama fryzura, ale przede wszystkim komfort i pewność siebie klienta. – Trudno oczekiwać, że ktoś, kto do tej pory nie układał włosów co rano, nagle po wizycie w moim studiu zacznie to robić. Dlatego ja muszę to wiedzieć, nim przystąpię do pracy – tłumaczy. Liczy, że uda mu się wprowadzić trochę londyńskiej mody na kieleckie ulice. Chciałby, by panie zrezygnowały z bardzo krótkich fryzur, które niepotrzebnie dodają lat. Ma też coś dla panów: tonery do siwych włosów, które stosowane przy każdym obcięciu zauważalnie, ale w sposób naturalny je „odmłodzą”. Wie, że fryzura, która na co dzień wygląda „wizytowo”, robi większe wrażenie niż nowy ciuch, który zakładamy tylko od czasu do czasu. Śledzi trendy fryzjerskie, ale uważa, że nie trzeba ślepo za nimi podążać. –Zdrowe, dobrze obcięte włosy zawsze będą modne – wyjaśnia Wojciech Praszkiewicz.

Studio Fryzjerskie HUSH Kielce, ul. Hipoteczna 2/ I tel. 41 307 03 07 hushstudio@outlook.com hushstudio.pl


Felieton 96

Żeńska końcówka Marzena Sobala

M

oja tolerancja dla zachwaszczania języka polskiego i byle jakiego się nim posługiwania wzrasta. Tłumaczę sobie, że świat się zmienia, więc język musi się także do tych zmian dostosować. Tak było zawsze. Tym bardziej, że na poziom współczesnego języka wyjątkowo silnie wpływa słaba treść i forma politycznych wystąpień, będących raczej mieszanką teatru, agresji i ustawek spin doktorów, a także skróty językowe niezbędne zwłaszcza w sieci, zapożyczenia z angielskiego i ubożuchny w warstwie przekazu, naszpikowany zmiękczeniami świat reklamy. Profesor Jerzy Bralczyk twierdzi zresztą, że to nie język ubożeje, ale my. I nie wykorzystujemy języka tak, jak on na to zasługuje (ale to inny temat). Jeszcze wzdrygam się, gdy słyszę prezydenta pewnego miasta: „Mi się udało to i państwu się uda”, albo prezenterkę telewizyjną; „Mi jest przykro za bezpodstawną krytykę mojej osoby, bo bynajmniej te plotki są nieprawdziwe”. Ale moje wzdryganie w tej sprawie naprawdę bardziej już przypomina przedśmiertne konwulsje, niż żarliwy protest. g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

Jeszcze jakiś czas temu studenci podczas warsztatów dziennikarskich wydawali się zainteresowani poprawianiem zdań typu: w akwenie wodnym wytruto ryby. I nie chodziło o los ryb, ale rozstrzygnięcie, czym jest akwen: dołem z wodą, czy z jakąś inną substancją? Dzisiaj, kiedy znany dziennikarz mówi bez żenady „w cudzysłowiu”, a zdanie: „Około dwanaście dzieci poszło nad wodę” nie wzbudza zdumienia, gdy sama już nie wiem, czy w gazecie pisze czy jest napisane, takie zajęcia nie miałyby uzasadnienia. Kiedy już się z tym pogodziłam, przyszła pora na ogólnopolską dyskusję na temat znaczenia dla języka polskiego i siły przekazu używania przy rzeczownikach żeńskich końcówek. Chodzi o Polki i Polaków. Ostatnio w debacie politycznej poseł powiedział „my Polacy”, wtedy pani poseł (posłanka) wytknęła, że pan poseł nie uznaje i nie szanuje Polek, skoro nie zauważył w kraju ich obecności. I tego to ja (prawie feministka) już znieść nie mogę. Bo tak: w Niemczech mieszkają Niemcy, w Chorwacji – Chorwaci, w Belgii – Belgowie. Jedynie w Polsce Polki i Polacy. Poprawność polityków

(i polityczek oczywiście), dziennikarzy (i dziennikarek także), komentatorów (i komentatorek również) drażni i zastanawia. Czy powiedzenie polscy nauczyciele, nie dotyczy bardziej zawodu niż płci? Czy polscy dziennikarze, to tylko faceci? Czy pani ministra brzmi lepiej niż pani minister? Podobno ta żeńska końcówka (lub jej brak) to sprawa kluczowa, o wiele poważniejsza, niż by się wydawało. Badania potwierdzają bowiem, że kobiety na przykład wcale lub prawie wcale nie starają się o pracę w zawodach, które nie mają w nazwie żeńskiej końcówki. Bo jak czytają, że zawód pilota jest ciekawy, to myślą, że nie będą mogły go wykonywać. Na naszych oczach miejsce debaty na temat nierównych szans kobiet właściwie w każdej dziedzinie zajęła debata na temat żeńskich końcówek. Podobno zastosowanie tej końcówki pobudza kobiecą wyobraźnię, daje poczucie siły. Nie wyklucza i wyrównuje szanse. Za jej pomocą kobiety szukają tożsamości i feministycznej niezależności. Słucham tych wynurzeń Polek i Polaków i wiem na pewno, że ja nie muszę swej kobiecości manifestować żeńską końcówką. •


Felieton

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Miasto wielkich możliwości? Paweł Jańczyk

K

ilka miesięcy temu otrzymałem sporo propozycji pracy z różnych miast Polski i musiałem podjąć ważną decyzję, być może rzutującą mocno na moją przyszłość, a z pewnością na kilka nadchodzących lat. Rozważyłem propozycje i już wiem: w Kielcach jest mi wystarczająco dobrze, więc nigdzie się stąd nie ruszam. Dlaczego? Naprawdę uważam, że w Kielcach można robić ciekawe rzeczy! Ba, sądzę także, że to właśnie tutaj jest łatwiej… przebić się na rynku lokalnym. A to jeśli nie otwiera, to choć uchyla nam drzwi do dalszych działań i ekspansji na nawet cały kraj! Przykłady można mnożyć, ale ja chciałbym zwrócić Waszą uwagę na … kielecką kulturę, którą wprawdzie nie zajmuję się zawodowo, ale śledzę z bliska. Osób działających w tej branży (dawnych kaowców, a dzisiejszych, co brzmi bardziej profesjonalnie, animatorów kultury) jest w Kielcach naprawdę wiele. Rośnie liczba wernisaży, spektakli, koncertów, i to niekoniecznie tych najbardziej komercyjnych. Na wielu z nich bywam i wiem, że są na naprawdę wyso-

kim poziomie. Na wernisaże, spektakle, przeglądy przyjeżdżają znakomici goście i to nie tylko ci, którzy w kulturze działają. Ostatnio wśród widzów spektaklu „Pokój Gerdy” rosyjskiego teatru Osobniak, prezentowanego w ramach finału organizowanego przez teatr Kubuś konkursu Animatus, wypatrzyłem ni mniej ni więcej tylko…. naszych najlepszych skoczków narciarskich: Kamila Stocha i Dawida Kubackiego. Wszelkie imprezy kulturalne są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i pozwalają nam – mieszkańcom Kielc – uczestniczyć w wydarzeniach, których nie powstydziłyby się największe ośrodki kulturalne Polski. Korzystamy z nich chętnie. Nawet w Kielcach może powstawać kultura przez duże K. Wystarczy tylko chcieć. A czy jest nam łatwiej niż w Warszawie? Może trochę. W dużych miastach na pewno ciężej jest się przebić z kulturalną ofertą, bo działających tam sal kinowych, teatrów, galerii i ośrodków kultury jest znacznie więcej. Czy kino Fenomen miałoby szanse na tytuł najlepszego kina studyjnego w Polsce, gdyby znajdowało się

przy Marszałkowskiej w Warszawie, a nie przy Ściegiennego w Kielcach? Pewnie tak, bo to naprawdę wyjątkowe kino, ale być może droga do tego sukcesu byłaby dużo trudniejsza i może dłuższa. Na całe szczęście to fenomenalne kino jest nasze, kieleckie, i wszyscy powinniśmy być z niego dumni! Nie należy jednak popadać w samozachwyt, bo jest jeszcze wiele do zrobienia. Marzy mi się centrum kultury współczesnej z prawdziwego zdarzenia. Inne miasta budują je zazwyczaj w mało atrakcyjnych dzielnicach miast, podnosząc tym samym prestiż tych okolic i wartość działek dookoła. Marzą się spektakle, koncerty, wystawy na najwyższym poziomie, na które będą przyjeżdżać ludzie z innych miast w Polsce i po cichu nam tych wydarzeń zazdrościć. Wystarczy uwierzyć w swoją wartość, wystarczy zakasać rękawy i działać. Przykładów, że można to robić, jest mnóstwo, wystarczy się rozejrzeć dookoła. Mamy piękne, wspaniałe miasto, ale to także od naszej pracy i ambicji zależy, czy będzie jeszcze lepsze, doskonalsze. Prowincja to tylko stan umysłu, nie miejsce. •

97


Felieton 98

Uśmiechnij się! Jakub Porada

– Jak się uśmiechać? – zagaduje mnie jeden z uczestników warsztatów z autoprezentacji. Można pomyśleć, że żartuje, ale kamienna twarz kursanta zdradza zasadność pytania. – Jak Bruce Willis – odpowiadam bez namysłu, licząc na bardziej pogodną reakcję. Słusznie. Pytający uśmiecha się, przypominając sobie zapewne charakterystyczny wyraz twarzy znanego aktora, który słynie z kpiarskiego oblicza. – Albo jak Mona Lisa – dodaję, licząc na powtórkę z rozrywki. Wśród przykładów zostaje mi jeszcze Piotrek Marciniak z ,,Faktów’’. Nie decyduję się jednak na przywołanie postaci znakomitego dziennikarza i kolegi ze stacji. Wiem już bowiem, na czym polega problem rozmówcy. Uśmiechnąć się jest łatwo. Trudniej uśmiech utrzymać. A trzymać trzeba, bo wtedy dopiero objawia się jego magiczna moc, której poświęciłem sporo miejsca w ,,Sztukmistrzu w Tczewie’’. Czuję jednak, że warto wracać do zagadnienia, zwłaszcza że problem dotyczy nawet zawodowców. Prowadzę szkolenia dla prezenterów i reporterów regionalnych TVN24. Wielokrotnie g r u d z i e ń 2 0 1 9 / s t yc z e ń 2 0 2 0

przekonaliśmy się, że niektórzy koledzy mówią jak jeden z byłych premierów. Mądrze, lecz z wyrazem frasunku, czy wręcz strachu na twarzy. A chodzi o to, żeby permanentnie pamiętać o lekkim podniesieniu kącików warg do góry, tak jak robię to na zdjęciu. Nie wystarczy krzyknąć: Uśmiechnij się!, jak zabawnie zrobiła to w piosence Stanisława Celińska. Trzeba to jeszcze pokazać. To wcale nie jest takie proste, zwłaszcza że są uśmiechy akceptacji, szyderstwa, zakłopotania a nawet flirciarskie, całe pięćdziesiąt odmian. Niektóre wychodzą nam sztucznie jak Schwarzeneggerowi w ,,Terminatorze 2’’, kiedy John Connor uczy go, jak szczerzyć zęby. Warto jednak pracować nad uśmiechem, w myśl zasady: keep smiling. Bo można się go nauczyć, tak jak uczymy się myć zęby. Spróbujmy już teraz. Jaką masz minę? Jeśli ponurą, to jest nad czym popracować. Spróbuj zatem uśmiechnąć się przed lustrem. Podnieś o milimetr kąciki ust. A teraz wytrzymaj, ile się da. Proste. A po co permanentnie się uśmiechać? Najprościej: po to, żeby było w życiu łatwiej. Zabiega-

ni, zapracowani, zapominamy o tym, że jak nas widzą, tak nas piszą. Wyrobienie sobie tego nawyku pozwala łatwiej znosić przeciwności losu, a w momentach dobrych przyciągać pozytywną energię. To nie jest ezoteryka ani czarna magia. Tak to po prostu działa. Ponieważ nie mam wątpliwości, że uśmiech w życiu jest ważny, więc życzę Wam go w nowym, 2020 roku. A na zachętę przypomnę cytat z jednego z najważniejszych westernów w historii kina ,,Dzikiej Bandy’’, w której finale jeden z bohaterów mówi do drugiego: – Nie będzie tak jak kiedyś. Może jednak nie będzie źle. Nawiązałem do tego zwrotu w pierwszej powieści ,,Chłopaki w sofixach’’. I czuję, że w dalszym ciągu jest aktualny. Mimo że nie wszystkie dni będą piękne i zdarzy się niejedna burza, to warto pamiętać o tym, że po burzy wychodzi tęcza. Uśmiech jest właśnie taką tęczą. A zatem, życzę Wam tęczy oraz rozwagi i, nawiązując do tytułu powieści Jane Austen, romantyczności. Refleksji, ale i wesołości. Czyli po prostu Wesołych Świąt! •


Koncertowa organizacja wydarzeń

JUŻ 14 LUTEGO 2020

DON VASY L NA MIĘDZYPOKOLENIOWYM BALU KARNAWAŁOWYM

PO DA RUJ I DE ALN Y P REZ EN T ŚWIĄT EC Z N Y k u p b ilet n a www.ebi l et .pl o raz w w ybranych stacj on arnych punk tach sprze daży ebi l et .pl


Profile for Made in Świętokrzyskie

Made in Świętokrzyskie #20  

Czasopismo lifestylowe

Made in Świętokrzyskie #20  

Czasopismo lifestylowe

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded