Page 1

LŚNIENIE MAGAZYN


D

rodzy Czytelnicy, Przedstawiamy Wam piąte wydanie Lśnienia, które jest wariacją na temat jednego z naszych ulubionych tematów, którym są... kwiaty. Chciałybyśmy, by i ten numer był dla Was przyjemnością, dobrą lekturą oraz ucztą dla oczu. Nie potrafimy opisać szczęścia, które towarzyszy nam przy każdej publikacji, mogąc dzielić się z Wami naszymi wizjami i interpretacjami, które – mamy nadzieję – przede wszystkim Was inspirują. I tym razem cały numer został stworzony dzięki współpracy z wieloma niesamowicie twórczymi i kreatywnymi ludźmi, którzy tak jak my chcą zarazić Was pasją i miłością do sztuki, kultury. Zachęcamy więc do ich bliższego poznania na kolejnych stronach Magazynu! Rozpiera nad duma, że mamy tak niesamowitych czytelników, a ich liczba ciągle rośnie. Wkładamy w Lśnienie dużo pracy, by ciągle je udoskonalać i rozwijać, co nie byłoby możliwe właśnie bez Was! Dziękujemy, że jesteście i mamy nadzieję, że lektura będzie dla Was kwiatową odskocznią od codzienności. Dajcie się olśnić! Martyna Krzykacz i Maja Kubiaczyk


kultura

uroda

21-22

58-59

Najciekawsze wystawy

Makijaż

23

60-62

Literatura - projekt Rośliny

Kosmetyczni ulubieńcy

24-29

63

Desa Design Days. Rozmowa z Cezarym Lisowskim

Naturalne odkrycie miesiąca

64-65

30-31

Instabjuti

Aleksandra Smerechańska: Oddycham slowami

66-67

32-33

Kwiatowe zapachy

Co nas olśniło

68-73

34-37

Rozmowa z Hagi

Rozmowa z Agnieszką Mastalerz

38-41 Warstwy

42-43 Paul Klee

4


. styl zycia

moda

86-87

116-121

Felieton

Rozmowa z Kamillą Rohn

88-89

136-137

Śladami Lśnienia Kwiaty Toskanii

Must-have miesiąca

138-139

90-91

Gorące trendy

Dieta wegańska

140-143

92-95

Premiery w polskiej modzie

Nasze ulubione kawiarnie

144-146 Zwycięstwo chaosu. Rozmowa z Harel

5


n i l u fa r

7


zdjęcia: Sandra Żyłka makijaż i włosy: Magdalena Gołębiowska modelka: Nilufar Nazarowa/ Uncover models

8


14


15


16


płaszcz: Talia


kul


lt u r a


poza słowami. Wystawa Katarzyny Józefowicz w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku opowiada o ciszy. Może to zabrzmieć paradoksalnie, szczególnie kiedy stopniowo odkrywamy, iż prezentowane na niej prace wyrastają z poczucia natłoku codzienności, zgiełku, z intensywności wrażeń, które oferuje nam współczesność. Artystka w swojej twórczości wyodrębnia elementy tworzące chaos i komponuje je na nowo - oswaja. Jestem niewolnikiem budowania, sama o sobie mówi artystka. Ale czy może nas to dziwić, kiedy przyglądamy się jej pracom z bliska? Wieloelementowe konstrukcje, które wchodzą z otaczającą je przestrzenią w interakcję, zostały stworzone z fragmentów starych gazet czy papieru. W swoich instalacjach Józefowicz wykorzystuje papier, materiał wyjątkowo kruchy i nietrwały, podatny na uszkodzenia, zmieniający się wraz z upływem czasu. Przygotowanie obiektu wymaga wielu godzin żmudnej pracy. Proces tworzenia kojarzy się z jednej strony z typowo kobiecymi zajęciami, z drugiej – z tworzeniem mandali. Tematem prac są uniwersalne pytania: o emocje, przemijanie, relacje z otaczającą nas przestrzenią. Gensis. Wystawa Bogny Rząd powstała z głębokiego przeżywania współczeności oraz rozważań z pogranicza filozofii, nauki i religii. Wielość pytań, które stawia sobie autorka, można sprowadzić do trzech: Skąd pochodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Te z kolei stanowią podstawę rozważań dotyczących kondycji człowieka. Artystka sięga po środki znane z jej wcześniejszej twórczości; łączy projektowo-modowe kreacje z projekcjami, fotografią, instalacją i muzyką. Wysmakowana strona wizualna wynika z inspiracji historią sztuki (m.in. Leonardo da Vinci czy Hieronim Bosch) oraz wrażeń wyniesionych z podróży po świecie. Warstwa treściowa została zbudowana  w oparciu o lekturę Księgi Genesis, pism św. Augustyna z Hippony oraz książek francuskiego naukowca teologa Pierra Teilharda de Chardin. W efekcie

n a j c i e k aw s z


w przestrzeni Galerii Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu powstała olśniewająca struktura ikonograficzno-dźwiękowa, prowokująca do zadawania fundamentalnych pytań.

ze w y s taw y

Sztuka kobiet. Sztuka Kobiet to wystawa Iwony Lemke-Konart, performerki, fotografki, konceptualistki tworzącej swoje prace w latach 70. i 80. Pomimo jej intensywnej wówczas aktywności, na polu działalności artystycznej, w większości opracowań dotyczących polskiej sztuki tamtych dekad, jej twórczość została pominięta. Jak pisze Wiktoria Szczupacka w tekście towarzyszącym wystawie: Można powiedzieć, że jest to opowieść jakich wiele, o artystce wymazanej z historii patriarchalnej awangardy, ale można przyjąć inną perspektywę i zauważyć charakterystyczne dla Lemke-Konart posługiwanie się pozycją młodej twórczyni. W istocie, artystka już w momencie swojego wczesnego studenckiego debiutu wykazywała krytyczne podejście do ogólnej sytuacji panującej w polskim świecie sztuki i w swojej twórczości podejmowała z nią polemikę. Lemke-Konart stawiała także pytania bardziej uniwersalne, dotyczące kondycji współczesnego człowieka, a w szczególności te dotyczące podmiotowości kobiet, ich relacji ze światem, relacji z własną cielesnością, wyobrażeniem, wizerunkiem, czego wyrazem jest m.in. projekt Sztuka kobiet, składający się z wielu autoportretów. Kolejną prezentowaną na wystawie pracą są Granice ludzkich możliwości – to multimedialna kompozycja: szkice, fotografie, publikacje i nagrania wideo. Artystka, przyjmując wymagające pozy, przywodzące na myśl asany w jodze, „zaznaczała” je kolejnymi liniami na ścianie, tworząc w rezultacie rysunek górskich szczytów. Analityczne podejście przeciwstawione zostało możliwościom ludzkiego ciała, a wszystko ujęte z charakterystycznym dla artystki dystansem i, jak pisze Szczupacka, „mrugnięciem oka”.

21


Nowy Obraz/Nowe Spojrzenie. Konkursy artystyczne, szczególnie te skierowane do młodych twórców, dają szansę zaprezentowania swoich prac przed szerszą publicznością. Ich siła tkwić może także w tym, iż często ukazują różnorodne style i postawy artystyczne. W przypadku tegorocznej edycji Konkursu Nowy Obraz/Nowe Spojrzenie w dużym stopniu udało się zrealizować oba zamierzenia. Do głównej nagrody nominowano 15 artystów i artystek, których malarstwo prezentuje różnorodne podejścia do tego medium. Na wystawie, konkursowej zobaczyć można więc zarazem obrazy figuratywne, intuicyjne jak i prace bardziej konceptualne, skupione na samej naturze malarstwa. Wystawę zorganizował Wydział Malarstwa i Rysunku Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Nocny Lot. Wystawa Agnieszki Mastalerz „Nocny Lot” jest wynikiem nagrody w Międzynarodowym Konkursie na Eksperyment w Sztukach Wizualnych – „Próba 3”. Inspiracją dla artystki okazała się postać urodzonej w Kaliszu w 1908 roku pisarki Gustawy Jareckiej – autorki znanej powieści „Inni ludzie”. Jarecka należała do grupy Emanuela Ringelbluma „Oneg Szabat” i w czasie II wojny światowej współtworzyła Podziemne Archiwum Getta Warszawy. Według autorki biografii Jareckiej, Joanny Krajewskiej, pisarka miała przetłumaczyć powieść „Nocny lot” Antoine de Saint-Exupéry-ego w ciągu zaledwie jednej nocy. Bohaterem tłumaczonego opowiadania był pilot odpowiedzialny za przetransportowanie poczty z Patagonii do Buenos Aires. W nawiązaniu do opowiadania, artystka prezentuje nam jednokanałową pracę wideo, która dotyczy przekazywania i podtrzymywania informacji. Współtwórcami dzieła są Monika Łopuszyńska (głos), Żaneta Rydzewska (reżyseria dźwięku) oraz Michał Szaranowicz i Wawrzyniec Skoczylas (zdjęcia).

przygotowała Martyna Krzykacz korekta Kasia Jakowicz

22


l i t e r at u r a

N

aukowcy twierdzą, że rośliny w domu oddziałują na jego mieszkańców w sposób terapeutyczny. Obecność zielonych domowników pomaga nam się zrelaksować, a co bardziej istotne - korzystnie wpływa na jakość powietrza, którym oddychamy. Ale co, jeśli nasza znajomość pielęgnacji roślin jest bliska zeru? Nic straconego! Autorki Projektu przekonują nas, że posiadanie ręki do kwiatów to jedynie mit, który należy obalić - nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy hodowali rośliny, jeżeli będziemy się o nie w odpowiedni sposób troszczyć. Książka Oli Sieńko i Weroniki Muszkiety nie jest jedynie przewodnikiem pomagającym nam poznać tajniki uprawiania najmodniejszych ostatnio gatunków. Jest równocześnie poradnikiem wnętrzarskim i próbą pokazania pewnego zjawiska opierającego się na założeniu, że roślina nie stanowi jedynie elementu wystroju. Jest żywą istotą, która potrzebuje uwagi oraz ciepła. Każda z nich, przyniesiona do domu, momentalnie staje się jego częścią - ma swoje potrzeby i upodobania. Nie martwcie się jednak, jeśli nie macie pojęcia jak dbać o swoje zielone nabytki. Okazuje się, że roślin da się nauczyć. Autorki w bardzo łatwy i przyjemny sposób zachęcają do działania. Być może, czytając liczne porady i delektując się wysmakowaną stroną wizualną, sami poczujecie się zainspirowani do sięgnięcia po własny egzemplarz książki i rozpoczęcia przygody ze światem roślin. Niech zielona rewolucja rozpocznie się w naszych miejscach pracy i domach. Polecamy!

23


rozmowa z Cezarym Lisowskim

24


rozmawiała: Martyna Krzykacz zdjęcia: Marcin Koniak

B

ezapelacyjny znawca designu, poszukiwacz i kolekcjoner

wytworów polskiego wzornictwa.

Cezary Lisowski to również historyk sztuk

i kurator, który odpowiada za Desa Design Days – wydarzenie poświęcone polskiemu wzornictwu i architekturze. W naszej

rozmowie zdradził czym dla niego jest design, co kieruje nim w trakcie przygotowywania ekspozycji, jak rozpoznać unikatowość

obiektów wnętrzarskich oraz w jaki sposób

najlepiej poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą tego tematu. Zapraszamy wszystkich wielbicieli sztuki użytkowej!

25


Jakie trendy w designie możemy zaobserwować w tym roku? Nie znam ich, nie śledzę. Może to zaskakująca odpowiedź, występuję tu bowiem jako ekspert w temacie wzornictwa, ale „trendy na dany sezon” - zwykle odnoszące się do strony estetycznej przedmiotów - to nie jest cecha designu, która mnie interesuje. To, co obserwuję od wielu już lat i myślę, że ta pozytywna tendencja aktualna jest również w tym roku, to projektowanie w zgodzie z naturą. Mam tu na myśli problem korzystania z naturalnych surowców i dbanie o ich zasoby, ograniczenie plastikowych odpadów w produkcji czy projektowanie biodegradowalnych opakowań. Z pewnością utrzymującym się od kilku lat trendem jest zainteresowanie wzornictwem poprzednich dekad, na co możemy również patrzeć jako na pewnego typu recykling. Zadaniem współczesnych projektantów jest także odpowiedź na jedno z wyzwań naszego społeczeństwa - potrzebę szybkiego przekwalifikowywania się, częstych zmian miejsca pracy, miejsca zamieszkania. Przenoszenie się, przeprowadzki np. z meblami, wymuszają na projektantach tworzenie obiektów mobilnych, wielofunkcyjnych. Cenię oczywiście takie rozwiązania, ale nie byłbym autentycznym zachęcając do kolekcjonowania przedmiotów i jednocześnie postulując minimalizm. Skupmy się wiec na ‘recyklingu PRL’. No właśnie. Dwa ostatnie wydarzenia Desa Design Days pokazały ogromne zainteresowanie designem z PRL. Dlaczego meble i inne przedmioty, których z łatwością pozbywaliśmy się jeszcze kilkanaście, kilka lat temu, stały się dziś tak modne i pożądane? Dla tego zjawiska utarło się uzasadnienie, że kolejne style negowane są przez tych, którzy dorastają w otoczeniu charakterystycznych dla nich architektury, sztuki i rzemiosła, natomiast zostają doceniane dopiero w kolejnych pokoleniach. Międzywojenni moderniści walczyli ze zdobnością secesji, a puryzm modernizmu zastąpiony został dosłownością i dekoracyjnością socrealizmów, te z kolei ustąpiły miejsca nowoczesnej abstrakcji lat 50. i 60. XX w. Oczywiście granice między nimi były płynne i podziały nigdy nie dokonywały się tak jednoznacznie. Najciekawsze zjawiska pojawiały się gdzieś na pograniczach, ale można było zaobserwować zwiększoną

ciekawość w kolekcjonowaniu, badaniach czy publikacjach, także widoczną w powrocie do mody, dopiero w co drugim pokoleniu. W przypadku PRL jest to bardziej skomplikowane. Wszystko, co dokonało się w tym czasie, przez wielu postrzegane było w kontekście panującego wówczas ustroju komunistycznego, utożsamiane z nim i negowane. Jest to okres, na który przypadają co najmniej dwie generacje, a każda jego dekada charakteryzuje się odmienną estetyką. Nie można więc całej sztuki i wzornictwa czasu PRL wrzucać do jednego worka, traktować jako jeden styl. Poza tym, obecnie przez najmłodszych dość silnie eksploatowana jest kultura lat 90. XX w., widać więc, że ta sinusoida pokoleniowa nie znajduje już zastosowania. Faktem jest, że po modzie na styl Art Deco, która miała miejsca w latach 90. XX w. przyszło zainteresowanie najpierw sztuką, a dalej wzornictwem powojennym. Związane jest to rozwojem badań i zainteresowaniem tym okresem instytucji publicznych, a co za tym idzie - kolejnymi publikacjami i wystawami, które docierają do szerokiego odbiorcy. Przedmioty wśród których dorastaliśmy stały się obiektami muzealnymi. Zwiększyła się nasza wiedza i świadomość ich znaczenia historycznego, dlatego z jednej strony trochę z sentymentu, a z drugiej zdając już sobie sprawę z ich wartości, zaczęliśmy poszukiwać tych obiektów. Pozostając jeszcze w temacie wydarzenia - cieszy się sporym zainteresowaniem. Co stanowi o jego popularności? Popularność Desa Design Days wynikała przede wszystkim z tego, że obie edycje miały otwarty charakter, poprzez oprowadzania, wykłady, pokazy w łatwy sposób można otrzymać dużą ilość specjalistycznej wiedzy, podanej w przystępnej formie. Sama obecność na przedaukcyjnych wystawach czy kontakt z unikatowymi obiektami były niezwykle cenne dla zwiedzających. W jaki sposób odróżnić, rozpoznać ‘unikatowość’ danego obiektu? Gdzie takie przedmioty nabywać i co one nam dają w dobie hurtowej produkcji przemysłowej? Obiekty wystawione przez nas na aukcjach Polska Sztuka Stosowana oraz Sztuka Wnętrza, to przedmioty ilustrujące najważniejsze zjawiska w polskim wzornictwie,


kolejno XX i 2. połowy XX wieku. Nawet jeśli część oferty stanowiły wyroby wzornictwa przemysłowego, pochodzące z seryjnej produkcji wybrane egzemplarze, ze względu na wariant formy, dekoracji, krótką serię albo brak dostępności na rynku - miały charakter unikatowy. Natomiast ‘unikatami’ bez wątpienia nazwać można wszystkie przedmioty, które wykonywane były autorsko lub pochodziły z konkretnych, najczęściej nieistniejących dziś wnętrz. Zwłaszcza te ostatnie mają dla mnie wielką wartość. Zaprojektowane i wykonane zostały do konkretnego miejsca, często przez wybitnych artystów, których zapraszano do takich realizacji. Mieliśmy w ofercie biurko z Pałacu Młodzieży w Pałacu Kultury i Nauki projektu Czesława Knothego, fotel z wyposażenia pierwszego Empiku (wówczas KMPiK) przy Nowym Świecie zaprojektowany przez Jana Bogusławskiego, meble dziecięce Józefa Kozłowskiego z toruńskiej Książnicy, autorskie meble Władysława Trojana dla warszawskiego Domu Książki, czy rzeźbiarskie dekoracje Tadeusza Siekluckiego pochodzące z wystroju Hotelu Silesia w Katowicach. To przedmioty, które powstały w pojedynczych kompletach, lub pojedynczych egzemplarzach i nie znajdą już powtórzenia na rynku. Takich obiektów trudno dziś szukać gdzie indziej niż

w Domach Aukcyjnych. Słusznie bowiem, zyskały one już rangę dzieł sztuki i jako takie mogą funkcjonować we wnętrzach. Mają jednak dodatkowy walor - wciąż pozostają funkcjonalne i mogą być użytkowane przez nowych właścicieli. Co ważne, a wynika to pewnie jeszcze z młodości rynku designu w Polsce, ceny jakie uzyskują te niezwykłe obiekty wciąż nie są wysokie, często niższe niż analogiczny przedmiot współczesnej produkcji. Jak to możliwe, że np. fotel znajdujący się w kolekcji Muzeum Narodowego jest tańszy od produkowanego współcześnie? Kwestia cen jest bardzo złożona, wynika bowiem z wielu czynników, w przypadku współczesnej produkcji np. użytych materiałów, transportów itd. W przypadku obiektów z rynku wtórnego, koszty ich produkcji czy materiały mają znaczenie w zasadzie tylko wtedy, kiedy przekładają się na ilość wyprodukowanych egzemplarzy lub zachowanie tych przedmiotów. Myślę, że nie to należy porównywać. W momencie, kiedy dany przedmiot spełnia nasze oczekiwania estetyczne i użytkowe, a do wyboru mamy przedmiot współczesnej produkcji i „z recyklingu”, ja zdecydowanie wybieram ten drugi. Historie obiektów to ich wartość dodana.


Powiedziałeś „kiedy przedmiot spełnia nasze oczekiwania”, czy po tym można poznać dobry projekt? Czy w ogóle możemy mówić o dobrym i złym designie? Myślę, że powinniśmy mówić po prostu o designie. Dobry przedmiot sam się obroni. Pokazały to nam projekty z poprzednich dekad. Doskonałym przykładem może być fotel typ 366 projektu Józefa Chierowskiego. To jeden z najbardziej popularnych modeli siedzisk, produkowany przez ponad dwadzieścia lat. Fotel ten znajdował się na wyposażeniu tysięcy mieszkań i wnętrz publicznych typu kluby czy kawiarnie. Wciąż na rynku dostępnych jest wiele jego egzemplarzy, a w ostatnich latach powstała także reedycja tego wzoru. Nadal jest poszukiwany przez fanów stylistyki vintage i chętnie umieszczany przez projektantów i dekoratorów wnętrz w swoich aranżacjach. Z czego to wynika? Ten projekt doskonale łączy w sobie dwie najważniejsze cechy designu: formę i funkcję. Moim zdaniem ich współistnienie definiuje dobry projekt. Na pracę nad aukcjami w Desie Unicum przekładam swoje wcześniejsze doświadczenia w zakresie badań nad polskim wzornictwem oraz organizacji jego wystaw. Przygotowując ekspozycje, nie kierowałem się nigdy wartością rynkową obiektów, a ich znaczeniem, miejscem w historii. Takie myślenie przeniosłem na pracę nad aukcjami. W momencie, kiedy rynek designu w Polsce dopiero się tworzy, dla wielu przedmiotów nie ma ustalonych cen, wcześniejszych wyników aukcyjnych czy rekordów cenowych, to właśnie takie cechy jak forma i funkcjonalność, obecność na wystawach i w kolekcjach np. zagranicznych muzeów, dostępność na rynku czy unikatowość, o której mówiliśmy wcześniej, przekłada się na wycenę obiektów. Dla mnie wartość stanowi zawsze pochodzenie przedmiotu, jego mikrohistorie. Czym się zatem kierować wybierając ten czy inny przedmiot? Dokonując wyboru jakiegoś obiektu, powinniśmy określić najpierw do czego ma nam służyć. Jeżeli potrzebujemy jedynie dekoracji, może być nią przecież mebel, np. fotel ustawiony w kącie sypialni z przerzuconym przez oparcie pledem lub lampa z ciekawym abażurem, wtedy w głównej mierze kierujemy się ich warstwą wizualną. Ale jeśli chcemy przed

snem usiąść wygodnie w tym fotelu z książką, a lampa ma być źródłem światła np. do czytania, warto, by ich estetyka nie ustępowała użyteczności. Powinniśmy też pamiętać o wpływie naszych wyborów na środowisko. To nie tylko odpowiedzialność projektantów ale też konsumentów, użytkowników. Którzy projektanci, jakie obiekty polskiego wzornictwa są Ci bliscy i dlaczego? To jak pytanie o ulubionego piosenkarza i ulubioną piosenkę. Zazwyczaj nie pada na nie jednoznaczna odpowiedź. Ja również takiej nie mam. Cenię wszystkich autorów, których prace pojawiły się na przygotowywanych przeze mnie aukcjach, to już grupa kilkudziesięciu twórców, a to dopiero dwie edycje. Na najbliższej aukcji pojawią się nazwiska kolejnych bliskich mi projektantów. Obok twórców uznanych dziś za ikony polskiego i nie tylko designu takich jak Roman Modzelewski i jego słynny fotel z tworzywa sztucznego, Teresa Kruszewska i jej krzesło „Muszelka”, czy Maria Chomentowska, autorka m.in. jednego z najciekawszych polskich siedzisk – krzesła „Pająk”, których darzę dużym uznaniem, szczególnie bliscy są mi twórcy z niewielkich lokalnych wytwórni, którzy długo pozostawali poza panteonem. Cieszę się, bo ostatnie dwa lub trzy lata przyniosły ogromne zainteresowanie ceramiczną wytwórnią w maleńkiej małopolskiej wsi Łysa Góra, do której wielokrotnie podróżowałem, by odkrywać nieznaną jeszcze wówczas powszechnie historię i dorobek działającej tam Spółdzielni „Kamionka”. Dzięki działalności dosłownie kilku osób zarówno z miejscowego środowiska jak i moich koleżanek i kolegów z muzeów oraz prywatnych fundacji udało się zorganizować kilka wystaw, powstały publikacje, a nazwiska Bolesława Książka, Jerzego Sachy i Nadziei Kowalów to dziś jedne z najbardziej rozpoznawalnych w kontekście powojennej polskiej ceramiki. Bliscy są mi twórcy działający na pograniczu przemysłu i rzemiosła, przykładem mogą tu być artyści związani z Cepelią. Cenię również twórców i wyroby toruńskiej Spółdzielni RZUT, której w 2015 roku wraz z przyjaciółmi z projektu TORMIAR przygotowaliśmy dużą monograficzną wystawę. Nie funkcjonująca wcześniej w powszechnej świadomości, nawet osób zainteresowanych designem,


wytwórnia stała się po tej prezentacji jedną z najbardziej popularnych, a przedmioty z jej metką obiektami poszukiwań kolekcjonerów. Najciekawsze są dla mnie przedmioty powstające na styku różnych dyscyplin sztuki, dlatego ponownie mógłbym tu wrócić do tematu architektury i obiektów pochodzących z wyposażenia, wystroju konkretnych wnętrz, nad projektami których działali architekci, projektanci, artyści sztuk wizualnych często w nietypowych dla siebie rolach. Jednymi z najciekawszych pod względem kolekcjonerskim są dla mnie także same projekty, które poza wielką wartością historyczną cechuje zazwyczaj atrakcyjność plastyczna. Jakie wydarzenia, wystawy, książki lub filmy na temat designu polecasz? Jak można poszerzyć swoją wiedzę na ten temat? Uczestnicząc w Desa Design Days oraz aukcjach designu w Desa Unicum. Mówię to pół żartem, ale nawet jeśli nie decydujemy się jeszcze na jakiś zakup na aukcji, zachęcam do obserwowania oferty aukcyjnej.

Towarzyszy jej obszerny katalog z tekstami na temat obiektów i ich twórców, to dobry początek na rozpoczęcie przygody z designem, bo dostajemy wszystko „na tacy”. Uczestnictwo w aukcji też może być ciekawą doznaniem. Osobom początkującym polecam wizytę w Galerii Wzornictwa Polskiego w warszawskim Muzeum Narodowym oraz śledzenie wystaw w mniejszych regionalnych muzeach, które w swoich zbiorach posiadają zazwyczaj przedmioty wytwarzane w lokalnych wytwórniach. Oprowadzania po takich wystawach, spotkania z kuratorami, projektantami, lektura katalogów to najlepsze źródło wiedzy. Muzealnicy, kuratorzy często badają dany temat przez wiele lat i chętnie dzielą się swoją wiedzą. Design jest pojęciem modnym ale też niezwykle pojemnym. Myślę, że nigdy nie jest tak, że interesują nas wszystkie obszary wytwórczości jakie obejmuje. W zależności od tego czy jest to porcelana, tkanina, szkło jesteśmy w stanie wyszukać ciekawą ofertę dla siebie.


Aleksandra Smerechanska: Oddycham slowami tekst Martyna Krzykacz, Kasia Jakowicz Śpiewa, pisze wiersze, maluje. Nie może żyć bez muzyki. - Trzeba uświadamiać ludziom, że nie warto się bać nowych wyzwań. Naciskając klamkę są tylko dwie możliwości. Drzwi albo okażą się zamknięte albo otwarte. Ale nie dowiesz się jak jest, jeśli nie spróbujesz – przekonuje Aleksandra Smerechańska, która zachwyciła całą Polskę, swoim udziałem w popularnym programie muzycznym. Poznajcie Alex.

bez namysłu odpowiada, że najbardziej ceni sobie muzykę ulicy, Billie Eilish i zagadkową artystkę Maro, która według niej jest nieodkrytym diamentem wśród wszechobecnego muzycznego kiczu. Nie dziwi mnie jednak, gdy po chwili dodaje, że właściwie każda melodia może zainspirować. I każde słowo. Trzeba tylko nauczyć się to dostrzegać. – Jeśli tworzysz z pasją i wkładasz w to całą siebie, to zawsze będziesz inspiracją dla innych.

Urodziła się na Białorusi ale wychowała w Polsce. Muzyka i śpiew są tym, co kocha najbardziej i podkreśla, że bez tego nie potrafi funkcjonować. Za każdym razem, gdy wchodzi na scenę czuje, że jest we właściwym miejscu. - Uwielbiam uczucie, towarzyszące mi podczas improwizowania, często piosenka napisana na kolanie daje najwięcej radości i energii. To poczucie, że tworzy się coś nowego, świeżego i prosto z serca jest niepowtarzalne. Uwielbiam dzielić się tym z innymi, wzbudzać w ludziach emocje, wzruszać ich. – mówi. Zapytana o inspiracje,

Alex w niezwykły sposób potrafi uchwycić w muzyce swoją naturę. W czasach, gdy karierę w branży muzycznej najłatwiej zrobić szokując i wzbudzając kontrowersje, ona pozostaje naturalna i subtelna. Jaki jest jej sposób na przetrwanie w showbiznesie? Według Alex, muzyka jest dla uszu, nie dla oczu i, aby przekazać prawdziwe emocje, nie potrzeba piór i złota. Oczywiście, nie zawsze wszystko się udaje i czasem musi zmierzyć się z trudnościami, ale traktuje to jako element swojego zawodu i podkreśla, że wiarą w siebie i ciężką pracą można osiągnąć

30


zdjęcie: Hubert Krawczyk

wości na sztukę? – Nie wiem, po prostu taka jestem - odpowiada. - Wystarczy, że usłyszę piosenkę, która mnie wzruszy albo zobaczę obraz, który mnie zafascynuje i wtedy mogę uznać, że przeżyłam dzień w stu procentach.

bardzo wiele. Pomaga też bycie rozsądną i uważną. Warto otaczać też się dobrymi ludźmi. Chociaż czuje się przede wszystkim muzykiem i z tym wiąże swoją przyszłość, szczególne miejsce w jej artystycznym świecie zajmują też poezja, malarstwo i grafika. Swój debiutancki tomik poezji „Oddycham słowami” napisała w dwóch językach. Dzisiaj ze śmiechem wspomina, gdy w szkole podstawowej uczyła się polskiej gramatyki, mama katowała ją dyktandami z rosyjskiego. – Kto by pomyślał, że kiedyś podziękuję jej za te katusze – mówi. Alex podkreśla, że przy tworzeniu tomiku, bezcenna okazała się pomoc przyjaciół, Agnieszki Kukli i Michała Panasiuka, bo początki były niemałym wyzwaniem. Jednak dzięki uporowi i ich wsparciu, udało się. Poza wierszami, w tomiku znalazły się również rysunki Aleksandry. Sztuka od zawsze była jej pasją. Inspiruje, zadziwia, zabiera daleko poza zabiegany świat. Nieustannie odkrywa nowych artystów i podziwia ich dzieła. Skąd w niej tyle wrażli

Jednak to muzyka jest dla Alex najważniejsza. Pisze teksty i komponuje. Marzy o wydaniu płyty. W osiągnięciu celu z pewnością pomógł jej udział w The Voice of Poland. Od początku jej przygody w programie udowodniła, że jest wartą uwagi, nową osobowością młodej, polskiej sceny muzycznej. Swoją wersją utworu Jessie Ware „Alone” zdobyła serca widzów i jurorów gwarantując sobie awans do kolejnego etapu. Nie warto porzucać swoich planów i poddawać się strachowi. Bo gdy przerażają nas nasze marzenia, tracimy je. A kim byłby człowiek bez marzeń? Moja rada jest taka – uwierz w siebie i próbuj! Naciskając klamkę mamy dwie możliwości. Drzwi albo okażą się zamknięte, albo otwarte. Ale nie dowiesz się jak jest, dopóki nie spróbujesz. Po prostu spróbuj. – mówi.

31


Nicolas Grospierre. Nicolas Grospierre to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli współczesnej fotografii. Zdjęcia jego autorstwa pochodzące z serii: ”Modern Forms” i „Modern Spaces” mogliśmy podziwiać w Instytucie Fotografii Fort na fantastycznej wystawie „Subiektywny atlas architektury modernistycznej”. Artysta słynie ze specyficznej aranżacji, która traktując zdjęcia jako część pochłaniającej instalacji, wchodzi w interakcję z otaczającą ją przestrzenią. Grospierre roztacza przed widzem porywającą, szaloną wizję zdecydowanie przekraczającą wszelkie ustalone konwencje dotychczasowego sposobu prezentacji architektury. Elementy wspólne w jego fotografiach to kształt bryły, rozwiązania techniczne konkretnego problemu konstrukcyjnego, kolor detalu. Bardzo możliwe, iż koncepcja, którą Grospierre rozwinął w wielkoformatowych sekwencjach w Instytucie, znana jest już jego fanom, którzy na bieżąco śledzą poczynania artysty na portalu Tumblr. Korzystając z ekspozycji detalu oraz zestawienia fasad z wnętrzami, tworzy dzieła będące czymś zgoła odmiennym, hipnotyzującym i zarazem czymś więcej niż sztampową ilustracją z książki czy nudnym widokiem budynku.

Roma Alfonso Cuarón wraca do swoich meksykańskich korzeni, decydując się na nakręcenie filmu w ojczyźnie. Do tej pory nazwisko Cuarón kojarzono z chłodnym dystansem do portretowanej rzeczywistości, natomiast tym razem reżyser zmienił front i postanowił opowiedzieć historię bardzo osobistą. Z tego względu postawił się w roli zarówno reżysera, scenarzysty, jednego z operatorów i współmontażysty. Dzięki tej zaskakującej decyzji Alfonso Cuarón stworzył film który okazał się znakomitym, oscarowym kinem. Reżyser zadbał o to, aby obraz sprawiał wrażenie niedzisiejszego, dlatego film płynie powoli, demonstrując godną podziwu wrażliwość na każdy, najmniejszy detal. Szczególną uwagę należy zwrócić na fenomenalną pracę operatorską, która zachwyca licznymi panoramami dającymi wrażenie przyglądania się światu z dziecięcą ciekawością, jak ulał pasującą do przyjętej przez reżysera konwencji rodzinnej sagi. Zaryzykuję stwierdzenie, że Roma to bardzo delikatny, kobiecy film. Analizując zbieżne w wielu punktach losy pani domu i jej służącej, przekonujemy się, że porozumienie wynikające z posiadania tej samej płci jest ważniejsze niż różnice na tle klasy i wykształcenia.

32


Loyle Carner Loyle’a Carnera znamy już dzięki „Yesterday’s Gone”. Ten fenomenalny i zarazem debiutancki krążek artysty został okrzyknięty ponadczasowym i nominowany do czołowych muzycznych naród, Brit i Mercury. Szczery i przepełniony surowym sentymentalizmem album „Yesterday’s Gone” z pewnością pozostawił trwały ślad we współczesnej muzyce. W zeszłym miesiącu Carner powrócił z nową płytą - „Not Waving, But Drowning”. I tym razem angielski hip-hopowiec nas nie zawiódł. Jeżeli szukacie w hip-hopie duszy, to Carner jest naszą idealną propozycją. Album jest wielopoziomowy i fantastycznie oddaje osobowość jego twórcy. Jest to kompilacja rzadko spotykanej zdolności do opowiadania historii, poetyckiej wrażliwości i przyjacielskiego ciepła. Loyle Carner potrafi rapować i robi to z niezwykłą gracją. Nasze serca zdobył już pierwszym utworem - „Dear Jean” - to list do matki, w którym opowiada o tym, że znalazł prawdziwą miłość i zamierza się wyprowadzić. Dla wszystkich fanów twórcy „Not Waving, But Drowning” mamy niespodziankę - Loyle Carner wystąpi w ramach tegorocznej edycji OFF Festivalu. My nie możemy się doczekać!

Alicja Biała W ramach cyklicznego projektu „Postój ze Sztuką” na wybranych kaliskich przystankach zagościły prace Alicji Białej. Polskie Wycinanki to cykl kolaży składających się z licznych symboli i motywów, które w trafny sposób budują współczesną tożsamość Polaków. Według artystki rzeczywistość jest taka, jak jej prace: pocięta i poklejona byle jak, na kacu, na kolanie, chaotycznie. Choć Alicja od lat mieszka za granicą, gdzie uczy się i pracuje, Polska pozostaje dla niej niezwykle istotna. Artystka z humorem, ironią i charakterystycznym dla siebie dystansem podchodzi zarówno do bieżących spraw jak i do historii Polski – do PRL-u, 100-lecia odzyskania niepodległości. Intencją Białej jest odczarowanie kompleksów, z którymi żyją pokolenia Polek i Polaków.   przygotowały Martyna Krzykacz, Kasia Jakowicz

33

:


W jednym z wywiadów parę lat temu zdradziłaś, że krępowało Cię pytanie „jesteś artystką” kierowane do Ciebie jako twórczyni młodej. Jak jest z tym dzisiaj? Nie tak dawno z grupą przyjaciół-artystów żartowaliśmy, że na pytanie Jaki jest Twój zawód? moglibyśmy odpowiadać: Hobby. Są sytuacje, w których przedstawiam się jako artystka, mimo że na co dzień pracuję w agencji, zajmującej się menedżmentem osób publicznie znanych. Mam to szczeście, że zatrudnienie w komfortowych warunkach, pozwala mi się skupić też na mojej twórczości. Dzięki tej stabilizacji czuję spokój - mogę tworzyć niezależnie od wyników aplikacji o stypendia. Poza tym to cenne i inspirujące doświadczenie. Wymaga ode mnie organizacji i planowania w przód tak, żeby nie zaniedbywać żadnego z moich zajęć. Dojrzałość, dociekliwość i - wspomniany przez Ciebie przed chwilą - spokój emanują z Twoich prac, mimo Twojego młodego wieku - jak osiągasz taki efekt? I - co ważniejsze - jak wygląda proces twórczy Agnieszki Mastalerz? Chcę być możliwie jak najbardziej pracowita; wydaje mi się, że mam analityczny i jednocześnie kreatywny umysł. Nie szukam tematów na siłę - ufam intuicji; zdecydowanie niezbędne są dla mnie sens i potrzeba konkretnego działania. Jestem asertywna, a jeśli chcę się zaangażować, zależy mi na zupełnym skoncentrowaniu. Nie daje się presji czasu, czytam, szukam inspiracji wizualnych, wypisuję najważniejsze hasła, a kiedy dodatkowo mogę myśleć o ekspozycji - przygotowuję małe modele. Co najważniejsze - przy większości dotychczasowych realizacji otaczałam się wspaniałymi ludźmi, którzy tworzyli niesamowitą atmosferę, na przykład na planie zdjęciowym. To z kolei pozostawało nie bez wpływu na ostateczny efekt. Z perspektywy czasu dostrzegam, którym pracom poświęciłam mniej, a którym więcej uwagi i samej siebie. Fotografia, wideo, performans, by wymienić tylko kilka - skąd taki wybór? Wybieram formę, która w danym momencie wydaje mi się najlepiej odpowiadać treści. Cały czas się rozwijam, chociaż myślę, że teraz najbardziej fascynuje mnie reżyseria - uczę się pracy z drugą osobą,

od której oczekuję realizacji konkretnego zadania. Dla mnie to bardzo ważne, żeby otwarcie mówić o moich potrzebach. Opowiedziałabyś nam o swoich rytuałach - i tych dotyczących pracy artystycznej, i innych aspektów codzienności? Odczuwam ciągłą potrzebę bycia aktywną. Staram się poznawać i oglądać jak najwięcej, uczestniczyć w wydarzeniach, albo też podejmować się nowych projektów i zadań. Poza tym zazwyczaj wstaję wcześnie i jeśli tylko mogę, to zaczynam dzień od sportu. Na szczęście mieszkam tuż obok Wisły, wzdłuż której biegam z psem - i wtedy słucham audiobooków. Do pracy staram się jeździć rowerem. Poza tym uwielbiam pływanie i jazdę konną. Doceniam czas poświęcany wyłącznie sobie. Lubię podróżować, często w pojedynkę. Jeśli akurat jestem w nieznanym mi mieście, dużo spaceruję i przyglądam się wszystkiemu. Raz na jakiś czas muszę zmienić otoczenie, żeby zdystansować się do codzienności, poczuć inny rytm, zacząć dostrzegać na nowo detale - tak odpoczywam. Przez dłuższy czas uczyłam się dbania o siebie i stawiania na swoim. Teraz, być może, popadłam w skrajność, ale doceniam to przewartościowanie i czuję się silniejsza i pewniejsza siebie. A co Cię inspiruje? Ulubiony artysta, książka, film, piosenka? Na początku maja poznałam w Budapeszcie tłumaczkę Klárę Devich - babcię znajomego scenografa.To starsza kobieta, niewielkiej postury, ale o niesamowicie silnym charakterze, pięknym umyśle i z wielką klasą. Przekładała prozę Schulza i Herlinga-Grudzińskiego, dramaty Mrożka, eseje Miłosza, także czeskie teksty Kundery. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie swoją charyzmą; często wracam myślami do naszego spotkania. Jeśli miałabym wybrać jeden konkretny tekst, byłyby to Pierścienie Saturna W. G. Sebalda. Ten esej polecił mi Oliver Chanarin, kiedy zastanawiałam się, jak by tu poruszyć ekstremalnie negatywny temat, i jednocześnie tą negatywnością nie emanować. Z ostatnio oglądanych spektakli, w pamięci utkwiły mi szczególnie Cząstki kobiety Kornéla Mundruczó zrealizowane w TR Warszawa. Podziwiam subtelność i wrażliwość, z jaką autor opowiada o swoich bohaterkach, a także


Agnieszka Mastalerz

„Nie tak dawno z grupą przyjaciół-artystów żartowaliśmy, że na pytanie Jaki jest Twój

zawód? moglibyśmy odpowiadać: Hobby. ”

Z artystką Agnieszką Mastalerz rozmawiały Martyna Krzykacz i Ada Nowak, pod redakcją A. Nowak. zdjęcia: Michał Szaranowicz


atmosferę kreowaną przez światło. Realizacją świetlną zajęła się zresztą moja przyjaciółka Paulina Góral. Z całego serca polecam reżyserię Pauliny - pracowała ona też z Katarzyną Kalwat, między innymi przy Holzwege i Rechnitz. Opera, które zresztą mogłabym wymienić jako kolejne swoje inspiracje. A jeśli mowa o filmie to byłby to Schyłek dnia László Nemesa. W centrum uwagi znajduje się postać kobieca, podobnie jak u Mundruczó. To, „Zazdroszczę energii Norze Turato, co przykuło moją uwagę to forma i sposób opowiadania - mimo, że akcja podziwiam subtelność prac Joanny dzieje się na początku XX wieku, obraz Piotrowskiej czy zaangażowanie jest uwspółcześniony, wyrachowany, czasem może nawet bezczelny. Poza Weroniki Wysockiej” tym - zazdroszczę energii Norze Turato, podziwiam subtelność prac Joanny Piotrowskiej czy zaangażowanie Weroniki Wysockiej. Z tą ostatnią miałam przyjemność studiować na jednym roku; dodam, że na pewno warto śledzić twórczość Weroniki na www.weronikawysocka. com. Fascynują mnie też dyskretne wideo Tacity Dean, uwielbiam inteligentny humor i przerysowaną estetykę prac Miki Rottenberg. I już na koniec - czytam właśnie biografię Zofii Stryjeńskiej autorstwa Angeliki Kuźniak (Stryjeńska. Diabli Nadali). Bohaterka, żeby dostać się na akademię w Monachium podała się za chłopaka - ekstra! Cieszę się, że trafiłam na tę książkę właśnie teraz. A teraz cofnijmy się nieco w czasie. Jak wspominasz czasy studenckie - ASP w Warszawie i pracę pod kierunkiem prof. Mirosława Bałki czy Adama Broomberga i Olivera Chanarina w KFBH w Hamburgu? Jaki wywarli oni wpływ na Twoją twórczość? W obu pracowniach działaliśmy i dyskutowaliśmy głównie w grupach, ale mieliśmy też okazję do indywidualnych spotkań z profesorami. Mimo różnic: wieku, płci, pozycji, nie zauważyłam zhierarchizowania tych relacji - to bardzo pozytywne doświadczenie. W Pracowni Działań Przestrzennych spodobało mi się zaufanie, jakim Profesor darzy studentów i to, że tak chętny jest dzielić się swoim doświadczeniem i kontaktami. Z kolei w Hamburgu szczególnie cenne było spotkanie z dwoma artystami o zupełnie różnych charakterach i formach ekspresji. Zdarzało się, że coś, co chwalił Oliver Chanarin, Adam


Broomberg zupełnie odrzucał - tak, że w końcu zmuszona byłam podejmować samodzielne decyzję i ponosić odpowiedzialność za wykonywane gesty czy użyte środki. Mimo, że już skończyłam studia to do dzisiaj otrzymuję wsparcie ze strony Profesorów. Prawie dwa lata minęły od 16. edycji konkursu Artystyczna Podróż Hestii, którego zostałaś laureatką - ciekawi nas jak potoczyła się Twoja współpraca z ERGO Hestia i jak wyglądała realizacja koncepcji artystycznej Raportu rocznego? To była praca-zlecenie i tym samym trudne doświadczenie dla artystki. Podjęłam się konkretnego projektu, poszłam na kompromisy, na które teraz bym się nie zgodziła. Jestem ogromnie wdzięczna ówczesnym współpracownikom za ich zaufanie i zaangażowanie w akcję. Z kolei od samej Fundacji do dzisiaj otrzymuję wsparcie - za każdym razem, kiedy aplikuję o grant czy rezydencję wiem, że mogę poprosić Hestię o rekomendację. W Spectra Art Space w Warszawie oglądać można było do niedawna Krwiobieg (Bloodstream) - instalację stworzoną wspólnie z Michałem Szaranowiczem. Z Michałem poznaliście się w pracowni prof. Bałki? Skąd pomysł na Bloodstream i jak wyglądała Wasza współpraca? Z Michałem poznaliśmy się na pierwszym roku studiów na warszawskiej ASP. Michał dostał się do Pracowni Działań Przestrzennych nieco wcześniej; ja dopiero za drugim razem. Po powrocie z semestru odbywanego w Monachium i Hamburgu, wykorzystaliśmy nasze doświadczenia i przygotowaliśmy wspólny dyplom - trójkanałowe wideo Śluza. Krwiobieg - stworzony dla SOON_ w ramach Fundacji Rodziny Staraków - był naszą pierwszą wystawą już po studiach. Chcieliśmy spróbować sił w instalacji. Teraz Michał zdaje na operatorkę do Łódzkiej Szkoły Filmowej, a ja mam nadzieję rozwijać się w kierunku reżyserii, przygotowywania sceneriuszy i przestrzennej ekspozycji wideo. A nad czym pracujesz obecnie? Na Twojej stronie www.agnieszkamastalerz. com znaleźć można informację o solo projekcie we współpracy z Uniwersytetem Adama Mickiewicza i Żydowskim Instytutem Historycznym.

To wideo Nocny Lot, które przygotowałam z myślą o wystawie na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym UAM. Zainspirowała mnie, pochodzącą z Kalisza, Gustawa Jarecka. Była pisarką, należała też do grupy Emanuela Ringelbluma Oneg Szabat i w czasie II wojny światowej współtworzyła Podziemne Archiwum Getta Warszawy, którym dzisiaj opiekuje się właśnie Żydowski Instytut Historyczny. Dowiedziałam się, że Jarecka w ciągu jednej nocy przetłumaczyła Nocny Lot Antoine de Saint-Exupery’ego; powieść o pilotach poczty lotniczej. W najbliższym czasie Nocny Lot oglądać będzie można w Starym Browarze w Poznaniu w dniach od 10. do 18stego maja, ale także opowiem o nim na spotkaniu 21.05. w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Jeśli chodzi o kolejne projekty to wspólnie z Michałem pracujemy teraz nad kontynuacją dyplomowej Śluzy, o nazwie roboczej Recall. W wideo chcemy ponownie odnieść się do rozwoju architektonicznego Warszawy. Zastanawiamy się, jakie warunki trzeba spełniać, żeby stać się mieszkańcem konkretnej dzielnicy czy osiedla. Jakie masz plany na nabliższą (i te nieco dalszą) przyszłość? Marzenia, które chciałabyś zrealizować? Udało mi się otrzymać stypendium DAAD (Deutscher Akademischer Austauschdienst) na studia podyplomowe w Niemczech. Wszystko wskazuje na to, że jesienią przeprowadzę się do Brunszwiku, gdzie zostałam przyjęta do klasy Candice Breitz. Na tym teraz chciałabym się teraz skupić. Gratulacje! I na koniec - jakiej rady udzieliłabyś młodym artystom i być może - młodszej Agnieszce? Dążenie do ciągłego rozwóju, determinacja, szczerość, niepowielanie schematów, cierpliwość, a w miarę możliwości selektywność - czy to przy wyborze prac do portfolio, czy przy zgłoszeniach na konkursy i wystawy. A samej sobie pewnie więcej luzu i więcej czasu spędzanego na spotkaniach z bliskimi mi osobami.


wa r s t w tekst: Martyna Krzykacz, korekta: Kasia Jakowicz

świata mody i zamiłowanie do klimatycznych zdjęć owocują pracami, dzięki którym Ania Glik znajduje się w czołówce polskich twórców kolażu. Ania nie ukrywa, że na jej twórczość w dużym stopniu wpływają obrazy René Magritte, animacje Frank Nitty i zdjęcia Sonii Szóstak. Przeglądając magiczne i niezwykle spójne projekty, wcale nie dziwi taki dobór artystów. W czym tkwi zatem oryginalność Warstw? Przede wszystkim w połączeniu klasycznej sztuki kolażu z nowoczesnym twistem. Grafika fascynowała Anię już w szkole podstawowej, jednak nigdy nie zdecydowała się na studia artystyczne i zamiast tego wybrała ekonomię. - Lubię matematykę i języki, więc wydawało mi się, że to będzie dobry wybór – mówi. Mimo to szybko zaczął ją męczyć brak kreatywności. Siedząc nad wykresami, zdała sobie sprawę, że to nie do końca jej bajka i na stałe wróciła do grafiki. Na początku kolaże miały być rodzajem hobby, odskocznią od codziennej pracy i studiów. Z czasem stały się codziennością. Dla Ani praca twórcza jest jak przebywanie w innym świecie. Takim, w którym nic jej nie ogranicza. Największym osiągnięciem jest dla niej powrót do projektowania. Dziś cieszy ją każda współpraca, projekt i zlecenie. - Jestem dumna, kiedy widzę swoje prace w domach i mieszkaniach ludzi. Nie ma przyjemniejszego uczucia, niż to, kiedy widzę mój kolaż na czyjejś ścianie.

W

czasach, gdy wystarczy smartphone, żeby dzielić się swoją twórczością z milionami ludzi, a Internet zalewają krzykliwe slogany, trudno znaleźć coś, co przykuje naszą uwagę na dłużej niż kilka sekund. Nam się udało. Poznajcie Warstwy. Obrazy, kolory, kształty, a od niedawna również witryny sklepowe. To inspiracje Ani Glik, twórczyni Warstw, które odczarowują Instagram niecodziennymi rozwiązaniami. W swoich pracach, autorka łączy ludzkie ciało z architekturą i abstrakcją. Splatając na pozór niepasujące do siebie elementy tworzy prace, które zaskakują wysublimowaną stroną wizualną. Ponadto, unikalny styl jej projektów, jest wynikiem dobrej znajomości i rozumienia rynku, dzięki czemu pozostaje wiarygodna dla swoich odbiorców, idealnie wpasowując się w ich oczekiwania. W swoich pracach często używa koloru i gładkich cięć. Elementy, z których tworzy wykorzystuje do maksimum, w różnych kombinacjach, kierując się głównie intuicją. Wnikliwa obserwacja

38


wy


41


pa u l k l e e

P

aul Klee urodził się w 1879 roku, zmarł w 1940. Okres dorastania spędził w Szwajcarii. Pochodził z rodziny, w której muzyka i natura stanowiły ważny wymiar codziennego życia. Jego rodzice byli muzykami, a on sam także przejawiał wyjątkowe zdolności w tym kierunku. Finalnie Klee poświęcił się sztukom wizualnym, w których wyraźnie odbijają się wpływy i związki artysty z materią dźwięku oraz naturą. Wybierając sztukę, Klee chciał między innymi wywalczyć sobie niezależność od roszczeń rodziców widzących go w roli muzyka, a także uniknąć zaangażowania w idee, które według artysty osiągnęły już szczyt swego rozwoju. Początkowo zajmował się rysunkiem. W kolejnej fazie swojej twórczości wykorzystywał zaczernione wcześniej szkło, na którym wydrapywał obrazy. W technice tej najistotniejszy był dla niego konkretny element: specyficznie powstający światłocień, co wyraźnie koresponduje z technikami wykorzystywanymi w fotografii. W swoich obrazach poświęcił uwagę zagadnieniu tonalności, dzięki której możliwe było kreowanie formy poprzez stopniowanie natężenia używanego koloru. „Dzięki przedstawieniu światła Klee posunął się dalej dopiero w czasie rysowania lub nawet później treść odnajdywała się w narzuconej formie”1. Światło i cień to zagadnienia przez artystę dogłębnie analizowane i obserwowane. Były ważne w jego sztuce i postrzeganiu rzeczywistości. Malarz nie chciał odwzorowywać otoczenia, wolał raczej przedstawiać przestrzeń widzianą własnymi oczami i zapraszać widza do własnego świata. W takim wypadku obraz powstawał dzięki aktywnemu uczestnictwu twórcy (a następnie widza), który dzięki swojej wyobraźni miał interpretować powstałe w nim formy, linie, kolory. „Sztuka nie oddaje widzialnego, lecz czyni widzialnym”. Około 1910 roku artysta doszedł do swojego charakterystycznego stylu. Abstrakcyjne formy, których używał, po bliskiej obserwacji nabierają głębszych znaczeń,

tekst: Ania Palusińska, pod redakcją Mai Kubiaczyk


czego przykładem jest między innymi obraz Rose Garden z 1920 roku. Motyw kwiatów został tu potraktowany w złożony sposób, dzięki czemu dzieło malarskie nie nawiązuje swoją wizualnością do standardowych, prostych przedstawień martwej natury. Obraz jest doskonałym przykładem oryginalnego wizualnego języka Klee. Znaczącą rolę w sztuce malarza odegrała późniejsza podróż do Tunezji (1914 rok), dzięki której dużo głębiej zainteresował się kolorem i naturą. W jego pracach pojawiały się coraz liczniej symbole geometrycznych figur. Koło, kwadrat, prostokąt - stanowiły przykłady plastycznej formy, doskonałej dla niego do tworzenia kompozycji obrazów. Artysta dodawał później do prac również litery i krzyże, a także kwiaty. Abstrakcyjne obrazy po wgłębieniu w ich przestrzeń umożliwiały zaobserwowanie rozmaitej figuratywności, muzyki i ukrytych podwójnych znaczeń. Są niezwykle żywe, a termin napięcia towarzyszy sztuce malarza po dzień dzisiejszy. Cenił sobie i czerpał inspiracje ze sztuki dziecięcej. Odnaleźć można w jego obrazach

liczne odwołania czy skojarzenia do radosnej, prostej, nieskrępowanej twórczości dzieci. Możliwe, że Klee jako odpowiedzialny za opiekę nad swoim synem, właśnie w tym czasie odnalazł jedną z ważniejszych dla siebie inspiracji. Czasy I wojny światowej w sztuce Paula Klee wprowadziły tematy ludzkiej niedoskonałości. Wykonał on wówczas dwanaście prac nawiązującym tytułami bezpośrednio do wielkiej wojny. W tym czasie Klee, którego powołano do wojska, oddelegowany został do fotografowania wypadków lotniczych. Obrazy widziane i utrwalane przez aparat fotograficzny artysta przeniósł w swoisty sposób do swojej sztuki. Od tego momentu bowiem posługiwał się symbolami ptaków, motywami fragmentów samolotów, strzałkami, które łączył ze swoją wcześniejszą fascynacją snami. Kreował strukturę przestrzeni obrazu. Innym ważnym okresem w życiu artysty było nauczanie w weimarskim Bauhausie, które rozpoczął w 1921 roku. Wykładał teorię formy i wzornictwa oraz prowadził zajęcia praktyczne. W późniejszym czasie odpowiadał również za warsztaty introligatorskie i pracownię witrażu. Czas spędzony w Bauhausie artysta wykorzystał także do rozwoju i usystematyzowania własnych koncepcji artystycznych oraz malarstwa. „Oprócz takich terminów, jak rytm i faktura, włączył do swojej nauki termin napięcie, który począwszy od lat 1925-1926 zyskiwał w jego teorii szczególne znaczenie. Za pomocą tego terminu dokonał przejścia od fizjologiczno-fizycznej koncepcji swojej teorii sztuki (hasło „ruch”) do koncepcji energetycznej”3. Istotą pracy Paula Klee była przestrzeń, symbolika i kolor. W znaczniej mierze w swoich artystycznych poszukiwaniach opierał się na intuicji. Odnosił się również wielokrotnie do znaków i symboli kojarzonych z naturą. W jego obrazach odkryć można pejzaże morza, nieba, gwiazd, kwiatów. Linie i formy poddawał wypracowanej wcześniej kompozycji, a jego obrazy pełne są poezji, snów, i ukrytych podwójnych znaczeń. Są niezwykle żywe, a termin napięcia towarzyszy sztuce malarza po dzień dzisiejszy.


g r a b ota n i c z n a

płaszcz: Gaba Ziober

45


46


zdjęcia: Agata Bobel

asystent fotografa - Filip Szmidt

stylistka - Justyna Supernak makijaĹź: Basia Niezbecka

film - Katarzyna Bobel

asystent - Karol Korwek

kierownik planu - Sylwia Bujno

modelki: Kinga Buczek/Themanagement.pl Marta Wrzecionowska/ Specto models


48


52


stylizacja: Oleska Fashion


55


URODA


A


58


.

m a k i j a z Chwile ulotne Kwiaty w makijażu to dość trudny temat, choć zdecydowanie warty uwagi – jako element ozdobny na twarzy, potrafią wywołać spektakularny efekt w make-upie. Są bardzo szlachetnym i delikatnym materiałem, dlatego przede wszystkim trzeba wiedzieć jak się z nimi obchodzić. Jeśli chcecie stworzyć wyjątkowe i jednocześnie niesamowicie oryginalne makijaże, zamiast sięgać po brokat czy kryształki – wybierzcie tę naturalną ozdobę!

Z miłości do zwierząt przy tworzeniu tych makijaży zostały użyte tylko kosmetyki cruelty-free. makijaż: Maja Sobańska modelka: Anna Matysiak zdjęcia: Michał Kasprzak

Kilka wskazówek: Po pierwsze: kwiaty zdecydowanie bardziej przydadzą się do zdjęcia, niż noszenia na co dzień. To ile przetrwają na naszej twarzy jest zależne od ich gatunku i części – płatki korony zdecydowanie krócej utrzymają się na skórze niż liście. Z tego powodu polecamy przykleić kwiaty na samym końcu wykonywania makijażu, aby nie straciły swojego pięknego wyglądu. Po drugie: Najlepiej przyczepiać je do skóry na klej do rzęs – w tych makijażach został użyty klej lateksowy. Dobrze radzi sobie z tak wymagającym zadaniem i utrzymuje nawet całe główki stokrotek na skórze. Po trzecie: Warto poruszyć wyobraźnię. Kwiatów można użyć na wiele sposobów! Nie kończcie na samych płatkach, liście również zagwarantują olśniewający efekt. Spróbujcie bawić się się teksturami i kolorami! To zawsze dobrze wygląda, szczególnie na zdjęciach.

59


Rozświetlający krem z olejem z marchwi i pestek malin / Clochee Nasze zestawienie kosmetycznych faworytów rozpoczynamy od kultowej marki Clochee. Ich produkty są naturalne i organiczne, przeznaczone do pielęgnacji twarzy i ciała, w 100% eko. Nie testują na zwierzętach, a na dodatek jako pierwsza firma w Polsce zastosowali opakowania z dodatkiem d2w składnika, który zmienia zwykły plastik na ekologiczne, degradowalne tworzywo. Recepta na piękno według Clochee? Powrót do natury nie powinien być jedynie sloganem, a to z czego korzystali nasi przodkowie, to bezsprzecznie najlepsze źródło urody. Spośród bogatego asortymentu marki, wybrałyśmy dla Was produkt, który okazał się numerem jeden – rozświetlający krem z olejem z marchwi i pestek malin. Jego lekka formuła zabezpiecza skórę twarzy, szyi i dekoltu przed szkodliwym promieniowaniem UV, a zawarte w nim substancje aktywne zapewniają ochronę przed działaniem wodnych rodników, pomagając tym samym opóźnić proces starzenia skóry. Olej z marchwi zapewnia działanie zmiękczające i wygładzające. Jest również cennym źródłem kwasów omega, które przyczyniają się do utrzymania zrównoważonego nawilżenia każdego typu cery, przywracając równowagę w przypadku nadmiernego wydzielania sebum. Z kolei olej z pestek malin zawiera duże ilości witaminy R, karotenoidów i flawonoidów, które wykazują silne właściwości antyoksydacyjne. Składnik ten również delikatnie rozjaśnia oraz wyrównuje koloryt cery, pozostawiając ją promienną i gładką. Ponadto wykazuje działanie wspomagające walkę z zaskórnikami, regulując pracę gruczołów łojowych i odblokowując pory. Olej z dzikiej róży / Naturalme O zaletach oleju z dzikiej róży pisałyśmy już w ostatnim numerze Lśnienia, dlatego nie bez powodu produkt ten znalazł się na liście naszych kosmetycznych ulubieńców. Tym razem pod lupę wzięłyśmy olejek Naturalme, który okazał się różanym strzałem w dziesiątkę! Trudno byłoby zliczyć plusy stosowania produktu tej polskiej marki na palcach jednej dłoni: zapobiega starzeniu się skóry, rozjaśnia przebarwienia

i wyrównuje koloryt, a co najważniejsze, przywraca świeży i zdrowy wygląd cery. Pełen witamin, przeciwutleniaczy oraz niezbędnych kwasów tłuszczowych. Od wieków urzeka zielarzy, dermatologów i kosmetyczki, a teraz skradł i nasze serca. Olej Naturalme tłoczony jest na zimno z określonej odmiany krzewów róży, uprawianych głównie na obszarach Ameryki Południowej, Rosa Rubiginosa, znanej również jako Rosa Moschata. Standardowy olej z dzikiej róży ekstrahuje się z owoców i nasion, po rozkwitnięciu róży i opadnięciu płatków. Natomiast ten tłoczony jest wyłącznie z najwyższej jakości nasion. Zapewniamy Was, że Naturalme to nie tylko piękne zdjęcia, czy perfekcyjny feed na Instagramie – jest to doskonałej jakości naturalna marka kosmetyczna, której produkty z pewności ą Was zachwycą. Olej z pąkami żółtych róż / W. Organics Botaniczny olejek do ciała z pąkami żółtych róż czyli Yellow Rose Buds to nasza druga propozycja. Dba o właściwe odżywienie skóry i nadaje jej egzotyczny zapach dzięki połączeniu olejku z owoców werbeny tropikalnej oraz balsamu Copaiba – oleożywicy z Amazonii. Yellow Rose Buds to kosmetyk, który doskonale odżywia skórę, zabezpieczając ją jednocześnie przed utratą wody. Olejek dba również o zmysły, otulając świeżym, ciepłym, cytrusowym zapachem olejków eterycznych, które mają za zadanie relaksować - zgodnie z zasadami aromaterapii. Bazę olejku stanowi kompozycja trzech organicznych, szybko wchłaniających się olejów: olej z nasion bawełny, olej z krokosza i olej z pestek moreli. Całość została wzbogacona witaminą E przez wzgląd na jej silne właściwości przeciwutleniające oraz wspomnianym wcześniej balsamem z drzewa Copaiba – oleożywicy słynącej z dużej ilości substancji aktywnych i właściwości antybakteryjnych. Olejek z werbeny tropikalnej nadaje soczysty, cytrusowy aromat. Jako że w aromaterapii znany jest z właściwości antydepresyjnych jego dodatkową funkcją jest pozytywny wpływ na samopoczucie – odpręża i poprawia nastrój.


kosmetyczni ulubiency


Eliksir odżywczy / Auna Z miłości do fauny i flory oraz pielęgnacji ciała w zgodzie z naturą powstała AUNA. Ich produkty są ręcznie robione i wegańskie, bez dodatku oleju palmowego czy plastiku. Idea, która przyświeca marce, to tworzenie produktów etycznych - z poszanowaniem zarówno ludzkiej pracy, jak i matki natury. Auna to młoda, jednak bardzo mocna propozycja na polskim rynku kosmetycznym. Jej założycielka, Ania, działa na rzecz zwierząt, dlatego możecie mieć pewność, że część pieniędzy wydanych na zakup (wcale nie drogich) kosmetyków, zostanie przeznaczona na szczytny cel. Według Redakcji Lśnienia, magicznym produktem okazał się odżywczy eliksir, którego naturalny skład powala na kolana swoich drogeryjnych konkurentów. Eliksir przeznaczony jest do cery suchej, zmęczonej, pozbawionej blasku. Poprawia nawilżenie skóry - jej jędrność i elastyczność. Wygładza oraz zmniejsza utratę wody w naskórku, pozostawiając go nawilżonym i aksamitnym w dotyku. Fenomenalnie pachnie, a to dzięki dodatkowi olejku eterycznego ylang-ylang, który uspokaja, relaksuje i wręcz uzależnia. W środku znajdziecie również małą niespodziankę o właściowościach przeciwzmarszkowych pływający kwiat granatu. Maseczka do twarzy z fioletową glinką i olejem awokado / Asoa Czym, a właściwie kim jest Asoa? Asoa to Asia i Bartek oraz ich mała rodzinna manufaktura, w której powstają tworzone z pasją kosmetyki. Duet założycieli tworzy swoje produkty wyłącznie z nierafinowanych i wyszukanych surowców. Maseczka do twarzy, która trafiła na listę naszych kosmetycznych faworytów, zawiera w sobie a dwa rodzaje glinek – fioletow i białą. Francuska Glinka Fioletowa świetnie pielęgnuje skórę suchą, normalną i pozbawioną blasku. Jest przy tym niezwykle delikatna. Charakteryzuje ją niespotykany, niezwykle piękny odcień - kolor ten to efekt szlifowania specjalnie dobranych skał bogatych w kaolinit, illit i naturalne pigmenty. Francuska Glinka zmiękcza i wygładza skórę, od żywiając ją i dodając blasku.

Ma również doskonałe działanie przeciwzapalnie i oczyszczające. Natomiast biała glinka jest bogata w krzem, magnez potas i żelazo. W maseczce zawarty jest także olej z awokado, który jest źródłem wielu cennych witamin oraz substancji odżywczych. Atelo płyn do demakijażu Colway / Lagenko Kolagen już od dłuższego czasu nazywany jest archetypem piękna. Jego dobroczynny wpływ na wygląd, a także zdrowie naszej skóry docenili nie tylko eksperci z zakresu biotechnologii i kosmetologii, ale również same kobiety, które wybierając kosmetyki do codziennej pielęgnacji, poszukują w nich tego olśniewającegoskładnika. My polecamy Wam polską markę Lagenko, która specjalizuje się w produkcji kosmetyków z kolagenem. Naszym absolutnym hitem okazał się płyn do demakijażu Colway. Jest on przykładem produktu, który stanowi idealne rozwiązanie dla kobiet marzących o tym, aby ich skóra na nowo zachwycała blaskiem, gładkością i nieskazitelnym wyglądem. Cóż zatem skrywa ten lśniący kosmetyk, co przesądza o jego wyjątkowości? Atelokolagen, czyli białko niezbędne skórze do utrzymania stabilności, gładkości i jędrności. Wykazuje się doskonałą biokompatybilności ą i zaawansowanym działaniem. Odpowiada za szybką i skuteczną regenerację skóry. Założycielka Lagenko, podkreśla, że produkt „powstał z wizji i pasji” – zamknęła w nim składniki, których zadaniem jest nawilżenie skóry, jej ochrona, oczyszczanie i odbudowa. Wszystkie te właściwości z łatwością mogłyby zastąpić kilka innych preparatów, które stoją na naszych łazienkowych półkach.


ES EN CJA ZE SLUZU SLI M A K A nasze naturalne odkrycie miesiąca

neruje uszkodzoną skórę, ujędrnia, działa przeciwobrzękowo, przeciwtrądzikowo, wygładza zmarszczki i zapobiega pojawianiu się nowych. Reguluje wydzielanie sebum i ogranicza błyszczenie skóry. Co najważniejsze, pozyskiwanie śluzu odbywa się w sposób całkowicie bezpieczny dla ślimaków! Rozświetlająca esencja zawiera również naturalne roślinne ekstrakty. To m.in. kolagen, który nawilża nawet 10 razy skuteczniej niż kwas hialuronowy. Do tego wyraźnie uelastycznia skórę, poprawia jej koloryt i dodaje zdrowego blasku. Z kolei sfermentowany ekstrakt z mleka sojowego to odżywczy zastrzyk. Zawiera bogactwo aminokwasów, witamin i minerałów. W esencji znajdziemy również m.in. wyciąg z wierzby białej, kory sosny, lebiodki pospolitej czy tarczycy bajkalskiej, która jest jedną z najbardziej cenionych i skutecznych roślin opóźniających proces starzenia. Esencję należy stosować rano i wieczorem po wykonaniu dokładnego demakijażu i tonizacji skóry hydrolatem lub tonikiem. Efekty będą olśniewające!

Kosmetyki na bazie śluzu ślimaka robią furorę. Nic w tym dziwnego. Ma on w sobie bowiem aż cztery najważniejsze składniki dla pielęgnacji i zachowania zdrowej skóry: elastynę, kolagen, kwas glikolowy oraz alantoinę. Naszym numerem jeden jest esencja na bazie filtratu ze śluzu ślimaka koreańskiej marki Sidmool. Taką esencję należy nałożyć po oczyszczeniu skóry olejkiem i tonikiem. Zawiera w sobie skoncentrowane składniki, których ilość i dobroczynne właściwości pielęgnacyjne przyprawiają wręcz o zawrót głowy. Nie sposób wymienić wszystkich. Zacznijmy od najważniejszego - śluzu ślimaka. Zwierzęta te, aby zregenerować uszkodzone podczas poruszania się tkanki wytwarzają właśnie taki śluz. Identyczne właściwości wykazuje on względem ludzkiej skóry. Kosmetyki na bazie tej substancji są przeznaczone dla każdego rodzaju cery, nawet tej najbardziej wrażliwej i wymagającej. Kosmetyczne, ale też lecznicze właściwości śluzu doceniali już starożytni Grecy. Teraz znów wrócił do łask. Ma on właściwości silnie nawilżające, kojące i przeciwzapalne. Rege

tekst Agnieszka Marszał

63


tekst: Magda Wojciechowska

64


„Ej, a może założymy Instagrama?” napisałam do dziewczyn podczas jednego z tych dni, kiedy powinnam uczyć się do sesji zimowej. Odtąd pozwolę sobie mówić również w ich imieniu. Szukałyśmy przestrzeni, która łączyłaby naszą kosmetyczną zajawkę i doświadczenie (znamy się z pracy w warszawskim JEJU), a przy tym nie byłaby infantylna. Zależało nam też na tym, żeby obalać branżowe mity, pokazywać tanie i wielofunkcyjne produkty, doradzać sobie nawzajem. Dlatego przede wszystkim marzyłyśmy o wspólnocie. Tak powstało InstaBjuti. Profil zbudowałyśmy na naszej przyjaźni. To sobie po raz pierwszy mówiłyśmy: „dobra, szminuj te usta, wyglądasz super!”, „ej, dziewczyny, pękła nam prezerwatywa…” i „weź mi powiedz, jak zniosłaś leczenie Izotekiem”. Czemu nie miałybyśmy przyjaźnić się z Wami wszystkimi? Nie chcemy dorabiać ideologii, ale kosmetyki to trochę pretekst. Wychowałyśmy się w niedużych polskich miastach, gdzie granice tego, co wypada, a co nie były postawione jasno: nie rzucaj się w oczy, nie mów głośno o seksie i menstruacji, ubieraj się schludnie i dobrze ucz. Później wyjechałyśmy z domów. Uwolnienie się od maminych komentarzy, od opinii hermetycznego środowiska, od dobrych rad ciotek pomogło nam w zrozumieniu ilu rzeczy nie trzeba. Chcemy sobie nieustannie przypominać, że serio – nie trzeba. Mimo na bieżąco odrabianych lekcji z feminizmu, nadal zdarza się, że ulegamy znanym schematom, bo nie jest łatwo się im wymknąć. Uciekamy od nich z brokatem na powiekach i feminatywami w hashtagach. I wiemy, że to uprzywilejowana perspektywa, ale nie znamy innej. Uczymy się mówić pełnym głosem, być słyszalne, wrażliwe na problemy, z którymi nie musimy się zmagać, oswajając jednocześnie te, które nas dotyczą. Wiemy, że uroda też jest przywilejem, bywa nazywana formą władzy. Ale nie jesteśmy pozbawione złudzeń – wiąże się z nią też presja, oczekiwania, niekiedy ograniczenia. Na InstaBjuti piszemy nie tylko (choć faktycznie często) o ładnych buziach i paznokciach. Poza tym, że trochę ironizujemy, poruszamy kwestię zdrowia psychicznego i fizycznego, próbujemy normalizować menstruację i seksualność.

Piszemy o zmaganiach z ciałem i myśleniem o ciele. Żadnej (z nas trzech) nie pomaga w tym mainstream. Tym bardziej cieszą nas wiadomości od obserwatorek – bo to dziewczyny głównie się z nami kontaktują. Kiedy dziękują za wsparcie, my też dziękujemy za wsparcie. W ramach sobotnich postów oddajemy im głos, bo jest dla nas równie ważny jak nasz własny. Dziewczyńska komitywa to wszystko, na czym nam zależy w ramach prowadzenia konta. Nie czujemy się autorytetami, więc nie zamierzamy objaśniać nikomu świata. Nie jesteśmy influencerkami, nie promujemy produktów w celach zarobkowych. Jak znajdziecie kogoś, kto chciałby dać pieniążki typiarom, które mają dwustu followersów to piszcie na priv. InstaBjuti prowadzimy dla zabawy i pielęgnowania relacji. I żeby było nam miło. Mamy nadzieję, że Wam też jest. Ironiczna kategoria „bjuti” nie została przez nas zdefiniowana. Wiemy, że nie ma jednego Piękna, tak jak nie ma jednej uniwersalnej dziewczyny. Jest nas wiele i jesteśmy różne – sprawiają nam przyjemność odmienne aktywności, podobają inne rzeczy, dotykają różnorakie problemy. Odczuwamy inaczej skutki uboczne, a nasze ciała reagują na wiele sposobów. Chcemy rozmawiać o nich wszystkich, bo dlaczego nie? Nie dzielimy się na pół. Simone de Beauvoir żartuje w „Drugiej płci” z kolegów naukowców, którzy twierdzą, że intelektualistce nie wypada malować paznokci. Serio, nie każcie nam wybierać, czy chcemy być ładne, czy mądre. Myślimy o sobie jako całościach. „Będziemy mogły ozdabiać swoje ciała pięknymi przedmiotami, niewiele o tym myśląc, dopiero wtedy, gdy nie będzie wątpliwości, że my same nie jesteśmy przedmiotami.” – pisze w „Micie Urody” Naomi Wolf. Macie wątpliwości? Ps. Na Instagramie jesteśmy mniej patetyczne.


kwiatowe zapachy Wiosna jest pełna słońca, pastelowych kolorów i zapachu kwitnących kwiatów. Perfumy z dominującą nutą kwiatową wielu osobom mogą się kojarzyć z duszącymi i intensywnymi zapachami noszonymi przez nasze babcie i ciocie. To pewne, że zapachy kwiatowe nie sprawdzą się u każdej z nas, jednak nowoczesne kwiatowe perfumy, które dla Was wybrałyśmy są lekkie, ciepłe i odświeżające. Czy może być coś przyjemniejszego niż otulanie się zapachem wiosny przez cały dzień?


Marc Jacobs, Daisy Eau So Fresh Daisy Eau So Fresh to perfumy uwodzicielskie, a zarazem słoneczne i energetyczne. Ten promienny zapach opiera się na połączeniu zmysłowych nut kwiatowych i energetycznych owocowych – jego główne nuty to malina, grejpfrut, dzika róża, ciepła śliwka i drewno cedrowe. Zapach nawiązujący do oryginalnej Daisy jest idealnym wiosennym dodatkiem zarówno dla kobiety eleganckiej jak i kokieteryjnej. Opakowanie perfum jest cudownie romantyczne i wiosenne – bladoróżowy flakon zakończony jest delikatnymi stokrotkami i intensywnie żółtymi kwiatami.

rozwija się w intensywną kompozycję złożoną z jaśminu, frezji, róży i osmantusa. Flowerbomb dopełniają nuty żywicy, paczuli, cieplej wanilii oraz praliny. Te zniewalające perfumy to idealny wybór na wiosenne wieczory. Gucci, Bloom Nettare di Fiori Gucci stworzył zapach, który tak jak jego nazwa, rozwija się niczym pąki kwiatów, stopniowo roztaczając wokół siebie oszałamiający zapach i czar. Te perfumy to nowa, bardziej zmysłowa wersja oryginalnych perfum Guci Bloom, wzbogacona o intensywne nuty imbiru i róży, uzupełniona łagodnymi nutami paczuli, piżma i osmantusu. Gucci Bloom Nettare di Fiori to uwodzicielski i tajemniczy zapach stworzony dla kobiety pewnej siebie i niekonwencjonalnej.

Viktor and Rolf, Flowerbomb Nazwa tych perfum mówi sama za siebie, Flowerbomb to istna eksplozja kwiatowych aromatów. Pierwsze wyczuwalne nuty składające się na ten wyjątkowy zapach to delikatna bergamotka i mandarynka, a z czasem zapach rozwija się w intensywną kompozycję złożoną z jaśminu, frezji, róży i osmantusa. Flowerbomb dopełniają nuty żywicy, paczuli, cieplej wanilii oraz praliny. Te zniewalające perfumy to idealny wybór na wiosenne wieczory.

DKNY, FRESH BLOSSOM Słodki owocowo-kwiatowy zapach celebrujący nadejście wiosny. DKNY Be Delicious Fresh Blossom to odświeżające i pociągające połączenie zapachu cierpkiego grejpfruta, porzeczki i słodkiej, dojrzalej moreli. Kwiatowe nuty konwalii, płatków róży, jaśminu oraz świeży zapach jabłka stanowią serce perfum. DKNY Fresh Blossom dopełniają aromaty drewna i skóry. Perfumy skrywa charakterystyczny dla DKNY flakon w kształcie jabłuszka w delikatnym różowym kolorze kwitnących kwiatów jabłoni. To zapach idealny na spacer w parku pełnym kwitnących drzew!

CHLOE, Nomade Eau De Parfum Nazwa tych perfum mówi sama za siebie, Flowerbomb to istna eksplozja kwiatowych aromatów. Pierwsze wyczuwalne nuty składające się na ten wyjątkowy zapach to delikatna bergamotka i mandarynka, a z czasem zapach

tekst: Ida Krulak, pod redakcją Kasi Jakowicz

67


Rozmawiamy z Hagi Z Hagi Cosmetics, firmą produkującą kosmetyki naturalne, rozmawiała Ada Nowak.


„Wszystko zaczęło się od mamy Hanny i jej marzenia o tworzeniu kosmetyków naturalnych. Hania zainteresowała się tematem już ponad 20 lat temu, kiedy to jeszcze pracowała jako chemiczka. Niestety, w Polsce niewiele mówiło się wtedy o zdrowym stylu życia, a surowce pochodzenia naturalnego nie były łatwo dostępne.”

69


Zacznijmy od początku - ciekawa jestem jak zrodził się pomysł na Hagi Cosmetics? No i co właściwie to „Hagi” oznacza – H jak Hanna, A jak Agata, G jak Gabriela, a I? Wszystko zaczęło się od mamy (Hanny) i jej marzenia o tworzeniu kosmetyków naturalnych. Hania zainteresowała się tematem już ponad 20 lat temu, kiedy to jeszcze pracowała jako chemiczka. Niestety, w Polsce niewiele mówiło się wtedy o zdrowym stylu życia, a surowce pochodzenia naturalnego nie były łatwo dostępne. Mniej więcej siedem lat temu Hania zdecydowała, że czas nadszedł – i zapisała się na studia podyplomowe z kosmetologii, aby zdobyć wiedzę niezbędną do rozpoczęcia produkcji. Nieco później powstało Hagi Cosmetics, założone przez nasze trio: mamę I córki (Agatę i Gabrielę) – stąd nazwa. Ostatnia litera, I, dedykowana jest wszystkim ważnym Innym, którzy pomogli nam w rozwoju firmy.

sobie w czasie spotkań biznesowych. Jesteśmy różne, staramy się jak najlepiej wykorzystywać nasze mocne strony do osiągania założonych celów. W wywiadach często podkreślacie, że zamiłowanie do natury i kosmetyków naturalnych to Wasza wspólna pasja. Jakie inne jeszcze pasje dzielicie? Hanię interesuje psychologia i rozwój osobisty, Agatę – sztuka, a poza tym lubi jeszcze ona uprawiać sport. Gabrysia, jak już wspominałyśmy, ciągle podróżuje. Wszystkie kochamy kino i uwielbiamy gotować! Musi być zdrowo I pysznie. Lubimy otaczać się ludźmi, spotykać z przyjaciółmi, świętować wszelkie możliwe wydarzenia. Ważne jest dla nas, by celebrować urodziny naszych pracowników czy rocznicę powstania firmy, czy wszystkie inne okazje, które pozwalają nam cieszyć się z naszych osiągnięć. No i narty... Narty to też nasza wspólnie podzielana pasja i punkt obowiązkowy zimą!

Opowiedzcie nieco więcej o sobie czym zajmowała się każda z Was przed Hagi? I jak dzielicie się obowiązkami obecnie? Hanna, jak już wspomniałyśmy wcześniej, jest chemiczką; Agata ukończyła Akademię Teatralną, później pracowała na stanowisku managera w agencji artystycznej, zajmowała się też organizacją spektakli i koncertów... i wychowaniem trojga swoich dzieci. Gabrysia, z kolei, studiowała Antropologię Kultury I Badanie Rynku; dużo czasu spędziła podróżując po świecie i zdobywając doświadczenie zawodowe w agencjach reklamowych. Obecnie Hania wnosi do Hagi wiedzę chemika-kosmetologa i w zasadzie to dba o wszystko, doradzając w nawet najbardziej prozaicznych kwestiach. Uczestniczy również w konferencjach i szkoleniach; szczególnie lubi spotykać się z naszymi Klientami na targach. Agata, jako że ma teoretyczne i praktyczne przygotowanie do zarządzania firmą, jest naszym managerem. Tworzy, kupuje, sprzedaje, a nawet wymyśla opisy niektórych kosmetyków. Gabriela zaś zajmuje się promowaniem wizerunku firmy, stroną internetową, social mediami; dba o dobre relacje z Klientami, organizuje szkolenia, ale też uczestniczy w procesie tworzenia nowych produktów. Tak wygląda podział obowiązków – relacje z postępów zdajemy

A co Was inspiruje? Ulubiona piosenka Hanny, książka Agaty, film Gabrieli? Hania może słuchać What a Wonderful World na okrągło, ale lubi też wiele innych utworów. Również klasycznych, jak na przykład II symfonia Mahlera. Ostatnio szczególnie upodobała sobie też piosenkę Pawła Domagały Weź się przytul. Agata przez lata zaczytywała się w Stu latach samotności Marqueza. Ma bardzo bujną wyobraźnię, lubi wszystko, co nieoczywiste i magiczne, więc Marquez to taka miłość jeszcze z czasów dojrzewania. Ostatnio kolekcjonuje książki o Himalajach; fascynują ją biografie ludzi, którzy w drodze na szczyty, przekraczali granice. Gabrysi ulubionym filmem jest Spotkania na krańcach świata Herzoga. Zdradźcie jakie są Wasze codzienne rytuały pielęgnacyjne i relaksacyjne. Jak dbać o piękny i młody wygląd? Kąpiel w solach i pudrach, koniecznie w blasku świec i przy muzyce, to dla Hanny najlepszy relaks – na który pozwala sobie minimum raz w tygodniu. Natomiast codzienna pielęgnacja to: prysznic, dokładne zmycie makijażu, później obowiązkowo smarowanie twarzy kremem, a ciała balsamem.

70


„Wszystkie kochamy kino i uwielbiamy gotować! Musi być zdrowo I pysznie. Lubimy otaczać się ludźmi, spotykać z przyjaciółmi, świętować wszelkie możliwe wydarzenia.”

Od czasu do czasu nawilżanie twarzy metodą japońską; poza tym regularny masaż ciała lub głowy. Kosmetyk numer jeden? Zdrowe odżywianie i regularny sen. Agata uwielbia masaże; kosmetyki, których używa muszą kusić ją pięknym zapachem. Najbardziej zrelaksowana jest, kiedy nie musi nastawiać budzika. Gabriela stawia na aktywność fizyczną; jako młoda mama bliźniaków, zdecydowanie nie może narzekać na brak ruchu. Jednak największą przyjemność sprawiają jej wizyty w SPA – raz na jakiś czas i obowiązkowo w towarzystwie siostry

emulsji, do rozlewania i etykietowania. Nasza firma to wciąż mała manufaktura, chociaż mamy laboratoria: chemiczne i kosmetyczne. Już w momencie wyboru surowców, przywiązujemy wagę do jakości – tak aby w rezultacie powstał łagodny i bezpieczny produkt. Za produkcję naszych kosmetyków odpowiadamy od początku do końca - na pomyśle zaczynając, poprzez receptury, opakowania, aż do wytworu końcowego. Na stronie internetowej www.hagi. com.pl znaleźć można informację, że Wasze produkty spełniają normy firm certyfikujących kosmetyki naturalne i organiczne. Jak to z tymi certyfikatami jest - potrzebne czy nie? Certyfikaty są dla nas ważne. Mamy świadomość że ich uzyskanie wpływa na podwyższenie prestiżu firmy, bo dla wielu Klientów

Wróćmy do Waszych kosmetyków. „100% handmade in Poland”, czy wszystkie wytwarzane są ręcznie? Jak w ogóle przebiega produkcja w Hagi Cosmetics? Mydła i świece są rzeczywiście wytwarzane tradycyjną, a maszyn używamy do produkcji

71


są one gwarancją jakości. Tym samym, certyfikaty niestety przyczyniają się do wzrastania kosztów produkcji – a w konsekwencji tego – wzrostu ceny ostatecznej kosmetyku. To trochę kłóci się z naszą ideą, aby wyroby naturalne były przystępne cenowo i dostępne dla każdego. Poza tym można produkować zgodnie z wymaganiami firm certyfikujących, ale nie potwierdzać tego corocznie certyfikatem. Niemniej, zdobycie certyfikatu Cosmosu jest naszym celem i w optymalnym momencie rozwoju firmy na pewno będziemy się o niego starać. A jak wygląda obecnie zapotrzebowanie na kosmetyki naturalne - czy trend na unikanie chemii trwa nadal i czy faktycznie jest ona taka zła? Najnowsze badania dowodzą, że aż 84% konsumentów wybiera kosmetyki zawierające składniki naturalne, a 68% zwraca uwagę na pochodzenie tych składników. Konkurencja na polskim rynku wydaje się być niemała. Mamy Resibo i Clochee, mamy Sylveco i Purite, Ava Laboratorium, a to tylko niektóre z nich...

Kiedy to zaczynałyśmy kilka lat temu, na polskim rynku nie było praktycznie firm, zajmujących się wytwarzaniem kosmetyków naturalnych. W tej chwili takich firm jest ponad trzysta, może nawet i więcej. Tym bardziej cieszy nas to, że znalazłyśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A konkurencję traktujemy po partnersku - w końcu przyświeca nam jeden cel - uświadamiać Klientów na temat korzyści, wynikających z naturalnej pielęgnacji. Pomagamy sobie wzajemnie, wspieramy się. Ale też wiemy o ciemnej stronie konkurencji (powielanie pomysłów!). Czym kierować się przy doborze kosmetyków pielęgnacyjnych? Przeglądając Wasz sklep internetowy, zauważyć można podział produktów na nie cztery, a pięć żywiołów... Nasze produkty zostały podzielone na pięć kategorii, odpowiadających żywiołom: wody, powietrza, ognia, ziemi i piątego żywiołu. Kosmetyki opatrzone symbolem wody przeznaczone są dla kobiet w ciąży i dzieci. Wytwarzane są przy użyciu składników, które działają łagodząco,


nawilżają i natłuszczają. Emolienty takie, jak masło kakaowe, olej ze słodkich migdałów czy masło shea pomagają chronić naturalny płaszcz wodno-lipidowy skóry. Produkty z serii powietrze stworzone zostały z myślą o alergikach i atopikach. Kosmetyki te zawierają oleje bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe, czyli oleje z wiesiołka i ogórecznika, a także masło kakaowe; wytwarzane są bez użycia olejków eterycznych, barwników i ekstraktów roślinnych. Dla osób energicznych i aktywnych przeznaczona jest z kolei linia ogień. Podstawą tych kosmetyków są naturalne oleje roślinne i oczyszczające glinki, egzotyczne masła, jedwab, przyprawy korzenne. Dodatki te mają różnorodne działanie – rozgrzewają, usuwają martwy naskórek, wygładzają, łagodzą podrażnienia czy wzmacniają kruche naczynka. Ziemia to produkty ziołowe odpowiednie dla skóry dojrzałej; zawierają między innymi ekstrakty z krwawnika, babki lancetowatej, skrzypu, dziurawca, pokrzywy czy rumianku. Często z dodatkiem naturalnych olejków eterycznych , które to działają aromaterapeutycznie. I w końcu piąty żywioł to kosmetyki o intensywnych zapachach oraz świece sojowe; składniki, z których są wytwarzane, wpływają nie tylko na pielęgnację ciała, ale także na dobre samopoczucie. Od niedawna mamy też Hagi Baby... Hagi Baby to nowa linia produktów dla dzieci, w skład której wchodzą: mydło z olejem ryżowym, krem na otarcia z olejem konopnym, krem do twarzy i ciała z olejem morelowym, oliwka z olejem makowym oraz żel do ciała i włosów z olejem ze słodkich migdałów; postawiłyśmy na prostą pielęgnację przy użyciu pięciu bazowych kosmetyków. Są bezpieczne dla dzieci, powstały przy udziale specjalistów: pediatrów, kosmetologów, chemików. Pytając o Hagi, nie sposób poprzestać na samych tylko kosmetykach i ich walorach. Bo to Wasze opakowania nagrodzone zostały w 2017 na Łódź Design Festival – kto stoi za tym sukcesem? Pragnąc podkreślić niewątpliwą jakość i wartość kosmetyków, postanowiłyśmy nadać im odpowiednią oprawę. Zaprosiłyśmy do

współpracy twórców z warszawskiego studia Podpunkt i to był strzał w dziesiątkę. Ostateczną decyzję co do tego, jak wyglądać mają opakowania, zawsze podejmujemy wspólnie; natomiast wszelkie kreacje graficzne są autorstwa Diany Gawronkiewicz – dyrektor artystycznej w Podpunkcie. Nasza współpraca ze studiem wygląda w ten sposób, że my opowiadamy o surowcach, które znaleźć można w składzie danego produktu, a graficy później prezentują nam swoje projekty. I na koniec - jakich rad udzieliłybyście młodym przedsiębiorcom, którzy myślą o założeniu własnej firmy, a być może boją się zrobić ten pierwszy krok? Nie bać się! Wyciągać wnioski z popełnianych błędów. Być autentycznym i zawsze szanować Odbiorców.


sukienka: Zuzanna Zygmunt opaska: Martoczki

b lo o m i n g l a n d


zdjęcia: Łukasz Bartyzel makijaż: Agnieszka Prokop stylistka: Kasia Lewandowska modelka: Honorata / SD Models

75


76


sukienka: Zuzanna Zygmunt opaska: Martoczki


sukienka: Poca&Poca toczek: Martoczki

78


80


koszula, OH! ZUZA spodnie + Marynarka: Kamil Wesołowski


sukienka: Poca&Poca toczek: Martoczki

83


STYL

. ZYCIA


FELIETON W

iosna, mili Państwo! Wiosna, czyli słonko, ptaszki i jaśniejszy lakier na paznokciach. Tu, gdzie mieszkam, wiosna jest nieco mniej spektakularna niż w innych częściach globu, nie mniej jednak ja też już się trochę opaliłam i nawet wyskoczyło mi kilka bladych piegów, a to znaczy, że moja twarz miała kontakt ze słońcem. Jest dobrze! A będzie jeszcze lepiej, bo mój mały, skarlały krzaczek róży, po wielu mie siącach wegetacji na parapecie, nagle odżył. Oto róża z impetem puściła parę soczysto-zielonych łodyżek, a na szczycie jednej z nich pojawił się mały, nieśmiały pączek! Jeden jedyny. To musi być dobry znak. Może to znak, że trzeba być wytrwałą w życiu, jak róża. W zimie dzielnie zaciskać pięści i łykać tabletki z magnezem, aby dotrwać do wiosny i wtedy puścić pierwszy pączek. Żeby nie było, że tak tylko gadam, a tak naprawdę nic nie robię… Otóż, robię. Nie będę ograniczać się do kilku piegów i podziwiania uporu mojej róży. Biorę z wiosny garściami i dlatego postanowiłam zrobić sobie wiosenne postanowienia. W ogóle uważam, że wiosna jest dużo lepszym czasem na robienie postanowień niż początek roku. Nowy rok zaczyna się w środku zimy, kiedy większość ludzi ma łzy w oczach na dźwięk budzika, bo ciemność i chłód są zbyt przygnębiające. Jeśli ktokolwiek ma choćby minimum wrażliwości nigdy nie dotrzyma postanowień noworocznych, natomiast może być dużo łatwiej zrealizować te wiosenne. Wszystko się wtedy zmienia na lepsze, więc dlaczego ja też mam nie spróbować. Będzie ciężko, bo przyzwyczaiłam się do starej siebie, której nie ruszyły całe lata postanowień noworocznych, ale na

tekst: Kasia Jakowicz kolaż: Ania Glik

tekst: Kasia Jakowicz kolaż: Ania Glik

86


pewno warto spróbować! Z postanowieniami nie ma żartów, więc wzięłam się za sprawę z powagą. Skoro nawet moja zabiedzona róża puściła pąka to mnie też stać, żeby dokonać rzeczy wielkich. Niestety, wraz z ekscytacją czułam coś jeszcze. Jakiś dziwny niepokój, strach. Może jednak dać sobie spokój, niech wszystko zostanie po staremu, przecież nie jest aż tak źle. Jest całkiem dobrze. Znośnie. Po co się rzucać w jakieś postanowienia, zmiany? Może jednak to zbyt ryzykowne. Też tak macie? W psychologii ten wredny głos w głowie nazywa się wewnętrznym krytykiem. Każdy go ma, ale nie każdy potrafi nad nim zapanować. Wewnętrzny krytyk żywi się naszymi kompleksami, niewiarą w siebie, traumami z dzieciństwa i wykorzystuje to przeciwko nam. Próbuje powstrzymać nas przed działaniem i robi to w sumie w dobrej wierze, bo nie chce, żeby dawne przykrości wróciły. Dlatego jego zadanie to wykorzystanie naszych słabości do obrony przed porażką i cierpieniem. Problem w tym, że zbyt pewny siebie wewnętrzny krytyk skutecznie chroni nie przed cierpieniem, a przed rozwojem. Wprowadzanie zmian w życie jest wystarczająco trudne bez dołu jącego głosu wewnętrznego krytyka, więc z całych sił staram się go nie słuchać. Jeśli sami i same nie potraficie do końca w siebie uwierzyć i nawet wiosenny klimat nie dodaje wam siły i energii, dobrze jest posłuchać głosu osób, które patrzą na nas jak w obrazek: przyjaciół, partnera, rodziny. Zastrzyk wiary w siebie gwarantowany. Od czego zaczęłam, kiedy już postanowiłam zacząć? Wyobraziłam sobie moje wymarzone życie. Jest totalnie nierealistyczne, ale to

nie ma większego znaczenia. Najchętniej rzuciłabym pracę i żyłabym sobie z chłopakiem otoczona psami, kotami i kwiatami w odjechanym i przestronnym mieszkaniu z wykuszem i welurową kanapą. Od czasu do czasu popełniłabym jakiś tekst i oczywiście zgarniałabym za to grubą kasę jak Carrie Bradshaw i, tak jak ona, miałabym przezabawne, rozrywkowe i wspierające koleżanki. Ale! Jak wiadomo nie od razu Rzym zbudowano i od czegoś zacząć trzeba, a ja jednak lubię powoli, nie za szybko, żeby nie stracić kontroli, a poza tym mam cały rok na realizację postanowień, to zaczęłam od… złożenia papierów na studia. Trzecia dekada życia to może nie jest standardowy czas na studiowanie, ale przecież już to przerabiałam, miała rewelacyjną wymówkę (a zatem pierwszy punkt mojego wymarzonego życia odhaczony!). Co prawda, będę musiała znaleźć coś innego, więc pewnie zacznę parzyć kawę w Coście, albo coś takiego, ale traktuję to jako nieznaczny skutek uboczny i nadal uważam, że to genialna myśl i najlepsze wiosenne postanowienie. Zmierzam do tego, że wiosna to dobry czas, żeby rozkwitać. Dla mnie jest zdecydowanie bardziej inspirująca i energetyzująca. Jeśli, tak jak ja, czujesz, że przydałaby się zmiana to polecam zamknąć wewnętrznego krytyka w szafie i wziąć przykład z mojej różyczki, która pod wpływem wiosennego słońca poczuła, że może wszystko. PS. Nie będę Wam, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, wmawiać, że możecie wszystko, bo niestety to tak nie działa, ale nadal możecie bardzo wiele!

87


Kwiaty Toskanii czyli rzecz o kwiatach w najpiekniejszym regionie Wloch

www.lifecatchers.blog

K

iedy Polska powoli wybudza się z zimowego snu, a na owocowych drzewach zaczynają kwitnąć pączki, w Toskanii już dawno można podziwiać pokryte kolorowymi główkami i ciągnące się wzdłuż dróg sielskie łąki. I choć oba kraje dzieli ponad 1500 kilometrów, to różnica w kwiecistym krajobrazie potrafi być zdumiewająca. Wiosna to najpiękniejsza pora roku w każdym zakątku Europy. W każdym z nas budzi wiele emocji oraz wzrusza swoją delikatnością. To dzięki niej jesteśmy wrażliwi na otaczające nas dary natury, a że Toskania leży w jej sercu, otoczona wspaniałymi dobrodziejstwami naszej planety Ziemi, nikogo nie powinno zaskoczyć, że warto tę porę roku przeżywać właśnie w środkowej części Włoch.

88


Polne kwiaty w złotym blasku Toskania ma to do siebie, że nie niezależnie od celu wyjazdu, jesteśmy “skazani” na widoki jak z bajki. A jeśli w grę wchodzi przemieszczanie się z jednego miasteczka do drugiego, to nie pozostaje nic innego jak nastawić się na sporą ilość postojów. Każdy zakręt przynosi coś nowego. I nawet jeśli zadajecie sobie pytanie “Ile można patrzeć na winorośla?”, to zapewniamy Was, że ten krajobraz jest o wiele bardziej bogatszy niż przypuszczacie. Polne kwiaty to takie miłe wspomnienie z dzieciństwa, do którego lubimy wracać, a w duszy śpiewa i gra, gdy widzimy je w rzeczywistości. Taką podróż w czasie umożliwia samochodowa wycieczka wzdłuż regionu Chianti - to właśnie tam można podziwiać skąpane w słonecznym blasku kwiaty. Nie tylko te polne. Wystarczy się na trochę zgubić, zapomnieć o planie i nawigacji, by móc rozkoszować się wspaniałymi polami słoneczników czy lawendy. Brzmi i jak bajka i tak właśnie jest. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Kwiaty a wino Kraina winem płynąca - tak często w przewodnikach opisywana jest Toskania. Ale co wspólnego z winem mają kwiaty? A właściwie to nie kwiaty, a jeden rodzaj kwiatów - róże. Strażniczki zdrowia niemalże każdej winnicy. Mało kto zwraca na nie uwagę, a stoją na straży każdej z alejek, tuż przy drodze. To kwiaty bardzo delikatne, dlatego jako pierwsze są atakowane przez szkodniki, które mogą zniszczyć winorośle. Właściciele winnic bardzo uważnie przyglądają się posadzonym kwiatom, ponieważ to często od nich zależy szybkość reakcji. Choroba nie może dopaść winorośli, dlatego więc róża jest swoistym sygnalizatorem przeciw-szkodnikowym. Jeśli odwiedzicie kiedyś ten region Włoch to zwróćcie uwagę czy rosną, a widząc te niewinne, pięknie wyglądające kwiaty - uśmiechnijcie się - przecież to istne zwiastuny zdrowia i kondycji winorośli. Przecież to właśnie jest kwiecista Toskania. tekst i zdjęcia: Marta Jankowska, Filip Kowalik


dieta W E GA N S K A

W

powszechnym rozumieniu, weganizm to dieta, w której nie spożywa się żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego (mięso, jaja, nabiał, miód). Ale bycie weganką i weganinem to, nie tylko sposób odżywiania, a styl życia. W ostatnich latach znacznie wzrosło zainteresowanie weganizmem, a co za tym idzie popyt na wegańskie produkty. Wegańskie może być już praktycznie wszystko. Nie brakuje chętnych na wegańskie kosmetyki, ubrania, torby, dodatki, suplementy. Pokutujące od lat przekonanie, że dieta wegańska jest szkodliwa dla zdrowia jest nieprawdziwe. Całkowite wykluczenie z diety produktów pochodzenie zwierzęcego przy jednocześnie dobrze zbilansowanym jadłospisie jest nie tylko nieszkodliwe, ale wręcz wyjątkowo korzystne dla organizmu. Mięso, jaja i nabiał to tylko niektóre źródła białka, chociaż niewątpliwie wciąż najbardziej popularne. Weganie czerpią

białko z innych źródeł, takich jak rośliny strączkowe: fasola, soja, soczewica, czy ciecierzyca, bogatych w białko ziaren: dziki ryż, czy komosa ryżowa i wreszcie nasion chia, siemienia lnianego, orzechów i pestek, z których szczególnie bogate w białko są orzeszki ziemne, migdały i pestki dyni. Wybór jest niemalże nieograniczony, a większość produktów jest ogólnie dostępna. Produkty roślinne są bogate we wszystkie niezbędne naszemu organizmowi substancje. Magnez znajdziemy w bananach, orzechach nerkowca, kakao, fasoli, czy słodkich ziemniakach; cynk dostarczają pestki dyni, orzeszki ziemne, ziarna sezamu, kukurydza, fasola, szpinak, czy brokuły; bogate w potas są pomidory, awokado, ziemniaki, marchewki, banany, suszone figi i morele. Sceptycy wytykają diecie wegańskiej konieczność spędzania wielu godzin na przygotowywaniu zbilansowanych posiłków. Tymczasem


smaczne i pełnowartościowe wegańskie danie można przygotować znacznie szybciej niż mięsny, a sama obecność mięsa, czy innych produktów zwierzęcych w diecie nie gwarantuje pełnowartościowych posiłków. Dieta wegańska, tak samo jak każda inna dieta, powinna być dobrze skomponowana. Paradoksalnie, korzystając wyłącznie z produktów pochodzenia roślinnego może się to okazać dużo łatwiejsze do osiągnięcia. Weganizm często postrzegany jest jako dieta nudna, pełna restrykcji i wyrzeczeń. Tymczasem, rosnąca popularność weganizmu sprawiła, że coraz więcej sklepów wprowadza kolejne wegańskie produkty takie jak mleka roślinne, czy słodycze (z tych najbardziej popularnych wegańskie są: Oreo, Skittles, czekolada Wawel, niektóre chipsy Lay’s i Pringles). Bez trudu można kupić przepyszne sojowe lub kokosowe jogurty, tofu, czekoladę, masła orzechowe, pasty kanapkowe, czy różnego rodzaju wegańskie sosy. Na rynku można dziś znaleźć imponujący wybór wegańskich zamienników tradycyjnych wyrobów również takich zastępujących mięso, czy ser. Powstaje też coraz więcej wegańskich restauracji, których menu nieraz potrafi zadziwić, Można na przykład skosztować burgerów z roślinnym kotletem, pizzy z serem wegańskim, wegańskich interpretacji tradycyjnych polskich potraw, a nawet wegańskiej wersji sernika, w którym zamiast twarogu wykorzystuje się kaszę jaglaną lub tofu. Nieprzebrane ilości przepisów na pyszne i zdrowe dania wegańskie można znaleźć w mnożących się książkach, na blogach, a także w telewizji. Orędownikami diety wegańskiej, a zarazem jej pierwszymi popularyzatorami w Polsce są blogerzy.

Wśród tych najbardziej znanych warto wspomnień o Jadłonomii i erVegan, których blogi to kopalnie genialnych wegańskich przepisów i wskazówek dotyczących diety roślinnej. Brzmi ciekawie? Prawdziwa epoka weganizmu dopiero się rozkręca i nie ma nic wspólnego z wyrzeczeniami! Wyeliminowanie z diety produktów pochodzenie zwierzęcego ma dla organizmu wiele pozytywnych skutków. Rezygnacja z mięsa, szczególnie czerwonego, pozwoli drastycznie zminimalizować spożycie tłuszczów nasyconych, a tym samym zmniejszyć poziom cholesterolu, ryzyko zawału serca oraz niektórych nowotworów. Przejście na dietę wegańską jest również zbawienne dla środowiska. Produkcja przemysłowa zbóż, warzyw i owoców produkuje nieporównywalnie mniej odpadów, pochłania mniej wody i zajmuje znacznie mniej przestrzeni niż przemysł mięsny, który w dużym stopniu odpowiada za poziom emisji dwutlenku węgla na naszej planecie, a tym samym przyczynia się do ocieplenia klimatu. Weganizm jest pełen kolorów, smaków i witamin. Tej wiosny chcemy Was zachęcić do wypróbowania wegańskich potraw i poeksperymentowania z przepisami. Wprowadzenie kilku roślinnych dań i jednoczesne ograniczenie spożycia produktów odzwierzęcych w Waszej diecie z pewnością sprawi, że poczujecie się świeżo, lekko i pełni energii!

tekst: Ida Krulak, pod redakcją Kasi Jakowicz

91


Charlotte - jedno z najbardziej znanych miejsc w Warszawie, ale nie tylko. Francuskie bistro możemy odwiedzić również we Wrocławiu i Krakowie. My zaglądamy do klimatycznego Charlotte Menora na Pl. Grzybowskim w Warszawie i w Krakowie na Pl. Szczepańskim. Charlotte to miejsce, które żyje od rana do późnych godzin wieczornych, gdzie możemy śniadanie zjeść na kolację, a lampką wina musującego zacząć dzień. Słynne śniadanie Charlotte to, koszyk pieczywa ze smarowidłami własnej roboty – między innymi rozpływająca się w ustach biała czekolada i konfitura z malin (ostrzegamy, połączenie tych dwóch smaków uzależnia). Dla tych, którzy wolą zjeść coś wytrawnego, propozycją są kanapki na ciepło i na zimno lub specjalność Charlotte - Croque  Mademoiselle. W ciepły, letni wieczór lubimy napić się francuskiego wina w towarzystwie talerzyka serów i grillowanego chleba Charlotte. Jedna wizyta w bistro powoduje, że chcemy odwiedzać je codziennie, siedzieć od rana do wieczora. Możemy tu pracować przy laptopie w towarzystwie kawy i ciepłego croissanta. Spotykać się na lunch z przyjaciółmi lub służbowo bądź zrelaksować się po pracy z filiżanką herbaty. A na kolację zjeść lekką sałatkę popijając kieliszkiem wina. Zachęciłam Was do spędzenia dnia idealnego?

n asze


STOR - Niewielka kawiarnia na Powiślu, która pozornie niewidoczna, jest bardziej popularna, niż myślałam. Pierwszy raz byłam tam w grudniowy wieczór kilka lat temu. Było zimno, ciemno, miałam chęć na dobrą kawę i coś słodkiego. Jak się okazało, dobrze trafiłam. Po dłuższym czasie odwiedziłam STOR w letnie przedpołudnie. Jadąc rowerem do pracy, zrobiłam sobie przystanek na mrożoną kawę. Nic się nie zmieniło, kawa wciąż zachwyca, jest aromatyczna i idealnie zaparzona. Dodatkowo podana w pięknej, minimalistycznej porcelanie. STOR wyróżnia także rodzaj parzenia kawy, napijemy się tu kawy przelewowej, która jest bardziej aromatyczna i ma więcej kofeiny. Warto wspomnieć też o propozycjach dla wegan, które STOR proponuje. Możemy zjeść wegańskie ciasto, kanapkę czy zacząć dzień od owsianki. Teraz jestem częstym gościem na ulicy Tamka w Warszawie. To jedno z moich ulubionych miejsc. I choć powierzchnia kawiarni jest mała, a ludzi zawsze dużo, to w ogóle mi to nie przeszkadza. Wnętrze jest proste, ale ciekawe i z dużą ilością zieleni. Są spore okna, można usiąść tak, żeby obserwować budzące się do życia miasto. Latem przed kawiarnią postawione są długie ławki, gdzie możemy usiąść, delektować  się  kawą lub kieliszkiem wina, które też znajdziemy w menu. W towarzystwie znajomych, roślin i piesków, które też są mile widziane w kawiarni, spędzimy w  STORze  miłe poranki, popołudnia i klimatyczne wieczory. Bardzo Wam polecam.

ulub io ne

tekst i zdjęcia: Marta Woźniak

k aw i a r n i e 93


Być może - niedziela, plac Unii Lubelskiej w Warszawie. Majowe słońce, a na zegarku punkt 12. W Być może toczy się życie. Późne śniadanie, lunch, a może kawa i ciasto lub świeżutki croissant? Wybór jest naprawdę duży. Trochę żałowałam, że byłam już po śniadaniu, ale mam dobry powód, żeby odwiedzić to miejsce jeszcze raz. Zachwyciło mnie wnętrze, jasne, minimalistyczne, urządzone w stylu skandynawskim. Atmosferę w kawiarni uzupełnia muzyka — spokojna i cicha, sprzyjająca długim rozmowom z przyjaciółmi czy pracy przed laptopem. Myślę, że niezależnie od celu wizyty, szukamy kawiarni ładnych, estetycznych i nastrojowych, bo zbyt głośna muzyka nie pozwala nam na rozmowy czy skupienie. Dlatego cieszę się, że są takie miejsca w Warszawie, które powodują, że niedzielne przedpołudnie może być takie przyjemne.

94


Etno Cafe - Kawiarnia, która powstała stosunkowo niedawno, a już na dobre rozgościła się w Polsce. W Warszawie mamy aż pięć kawiarni, znajdziemy ją jeszcze we Wrocławiu, Lesznie, Gdańsku, Poznaniu i Szczecinie. Odwiedzam Etno na ulicy Marszałkowskiej. Od samego wejścia wystrój kawiarni zachwyca. Lekko przyciemnione wnętrze, na ścianach tapeta z egzotycznym motywem i piękne fotele w odcieniach miętowym i niebiesko szarym. Muszę wspomnieć również o intensywnym zapachu kawy, który unosi się od samego wejścia. Zamawiam flat  white na mleku  roślinnym — sojowym. Kawa jest kremowa i aromatyczna. Pozwala na chwilę zapomnienia i delektowania się napojem w filiżance. Ten niesamowity smak, to zasługa ziaren pochodzących z Brazylii i Etiopii. Świeżo palona kawa powstaje na skutek palenia ziaren w odpowiednich piecach, a to wszystko dzieje się we Wrocławiu w Palarni Kawy Etno Cafe. Wypalone ziarna zapakowane w ekologiczne paczuszki możemy kupić w kawiarni oraz w sklepie online. Ja jednak wolę częściej wpadać do kawiarni, zamawiać ulubioną kawę, siadać przy oknie i celebrować chwilę.


t e nd e r n es s

96


zdjęcia: Kaja Kitliński makijaż: Aneta Kajzer stylista: Aleksandra Orawczak modelka: Alicja / Uncovermodelswarsaw


100


102


103


107


109


110


111


113


MODA


kolaĹź: tula_collages


r oz m o wa z k a m i l l a r o h n ponieważ na Saskiej Kępie, na której miesz kam od dzieciństwa, zawsze było ich dużo, w szczególności ptaków. Wówczas panowała tu absolutna zieleń! Kocham zwierzęta, a ptaków zawsze miałam mnóstwo. Pod koniec lat osiemdziesiątych przygarnęłam przepięknego gawrona, którego znalazłam ze złamanym skrzydłem. Czuł się u mnie wyjątkowo dobrze. Mam też kota Brunona rasy korat, którego wzięłam ze schroniska. Pani z przytuliska powiedziała, że jeśli go nie wezmę, nie będzie miał szansy na przeżycie. Był ledwo żywy. Wyglądał jak mały, chudy szczurek i nie miałam pojęcia, co to za kot. Karmiłam go strzykawką, a że przeżył, to prawdziwy cud. Kiedy zabrałam go do domu, przez pół roku leżał na półce w łazience. Bał się wszystkiego, drapał, gryzł i nie pozwalał się dotknąć. Jest u mnie dwa lata i nigdy nie miałam go na kolanach. Pierwszy raz zamruczał po półtora roku, kiedy go głaskałam.

Z Kamillą Rohn spotkałam się w jej rodzinnym domu na Saskiej Kępie, który jest usytuowany w pięknej okolicy, a wtedy był dodatkowo upiększony jesienną scenerią. Kiedy przekraczałam próg jej domu, od razu poczułam, że mieszka w nim artystyczna dusza, bo był pełen ciekawych przedmiotów, rysunków i obiektów, które komponowały się z twórczością artystki. Pani Kamilla powitała mnie serdecznie, zapraszając do swojej pracowni mieszczącej się w... kuchni. Artystka ma też większy warsztat na piętrze, ale obecnie z niego nie korzysta, dzięki czemu przy herbacie i rogalach mogłam poznawać legendarny ród Państwa Rohn. Wychowywała się Pani w złotniczej rodzinie, kontynuując tradycje rodziców: Ludmiły Ślaskiej-Suchorzewskiej i Ryszarda Rohna, więc biżuteria towarzyszy Pani od najmłodszych lat. Kiedy zaczęła ją Pani samodzielnie projektować? Moi rodzice pracowali dla Biura Nadzoru Estetyki Produkcji. W domu mieliśmy mały warsztat, który był obiektem mojej ciekawości i ciągle w nim coś tworzyłam. Pierwsze pomysły zaczęłam realizować w 1961 roku, w wieku dziesięciu lat i były to dwie broszki wykonane z miedzi i srebra, które kupiła moja sąsiadka. Ogromnie cieszyło mnie, że ktoś nosi moją biżuterię. Pamiętam te pierwszą broszkę, może mam złe skojarzenie, ale to był taki znak jak kolejowy. W środku znajdowała się wypukła mosiężna kulka i dolutowane miedziane skrzydełka. Drugiej nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Niestety nie mam też zdjęć, bo w tamtych czasach niełatwo było fotografować. Tak wyglądał mój początek.

Opiekuje się Pani też jeżami? Tak. Zadomowiły się w ogrodzie i zrobiłam im domek. Wspaniale. Coś czuję, że Pani wrażliwość na piękno ma związek z wykształceniem plastycznym? Chodziłam do Liceum Sztuk Plastycznych w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Natomiast nie dałam rady iść na akademię, ponieważ miałam problemy ze zdrowiem. Wówczas były inne warunki, wysłałam moje prace do ministerstwa i dostałam zezwolenie ministra kultury i sztuki na wykonywanie zawodu artysty plastyka. W związku z tym pracowałam w domu z moim mężem. Wyszłam za mąż młodo za mojego profesora z Liceum - Andrzeja Mrozińskiego. Przed stanem wojennym moje prace stały się podstawą do zapisania mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków. W końcu lat osiemdziesiątych wraz z jedenastoma innymi plastykami, założyliśmy Stowarzyszenie

Myślę, że to dobry początek jak na dziesięciolatkę. Czyli już wtedy inspirowała się Pani światem zwierząt? W mojej twórczości pojawiają się zwierzęta,

117


A których kolegów artystów Pani ceni? Zawsze fascynowała mnie Aleksandra Mamoń. Znam ją od dawna. Mieszkała we Francji, ale czasami jej prace pojawiały się w Polsce. Była dla mnie zaskoczeniem, ponieważ jej koncepty są zaprzeczeniem mojego warsztatu. W Legnicy, na konkursie sztuki stołu, otrzymała nagrodę za krewetkowy naszyjnik wykonany z zielonego tiulu, do którego doszyła krewetki. Całość przyniosła zdumiewający efekt. Wszystkie jej rzeczy są niesamowite! Kończyła scenografię i dla niej liczy się właśnie efekt, a nie materiał, z którego wykonana jest biżuteria. Nieważne, czy to naszyjnik z dykty, czy ze styropianu. Zdecydowanie Mamoniowa mnie zachwyca i jest poza konkurencją. Lubię również prace Kozubskich, Zdanowskich, Andrzeja Bielaka. Nieniewskich, którzy już dwadzieścia lat temu robili niezwykle zaskakującą – w przekazie artystycznym i technologicznie – nowatorską biżuterię. Lubię wzory Krzyśka Gińko i Wyganowskich. Westermark jest nieprawdopodobny i także podobają mi się jego niektóre prace. Na konkurs „Amulety” dał niesamowity kamień, który był inkrustowany srebrem. Wykorzystał technologię, której efekt był zachwycający. Wyróżnia go też szalona konsekwencja w tym, co robi. Tomek Stajszczak tworzy natomiast idealnie czyste formy bursztynowe. Wyjątkowość widzę także u Ołdachowskiej i choć to już zapomniane nazwisko, naprawdę jej biżuteria jest dla mnie niepowtarzalna, bo w tym czasie nikt nie projektował w podobnym stylu. Można powiedzieć, że była iście barokowa, unikatowa. Jej wzory nigdy się nie powtarzały. Zapamiętałam Ołdachowską jako poetkę po rzeźbie i muszę powiedzieć, że należała do trochę szalonych kobiet, które robią naprawdę piękne rzeczy. Myślę, że trudno byłoby teraz znaleźć jej projekty. Warto też poznać twórczość Danuty Kobielskiej i jej męża Szczęsnego, ze względu na oryginalne wzornictwo. Także Jacek Byczewski zawsze był dobry, a teraz stał się już marką samą w sobie.

„Bizuteria jest przede wszystkim ozdoba i jednoczesnie amuletem”

Twórców Form Złotniczych. Trudne to były czasy. Nie można było pójść do sklepu i kupić srebra, ponieważ obowiązywały odpowiednie przydziały na metal. Legalna droga polegała na złożeniu podania o przydział srebra i dostawało się na przykład sto albo sto pięćdziesiąt gramów na cały rok. Stowarzyszenie powstało nie tylko ze względu na przydziały kruszcu, ale przede wszystkim zrzeszyliśmy się jako grupa plastyków tworzących biżuterię unikatową. Organizowaliśmy wystawy, które były istotne w tamtych czasach. Teraz przydział materiału brzmi jak abstrakcja, wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Jaką technikę wykorzystuje Pani do tworzenia biżuterii? Na początku wytwarzałam biżuterię metodą tradycyjną, czyli ręcznie, natomiast później pojawił się odlew i zaczęłam rzeźbić w wosku. Kiedyś nie było można pójść do sklepu i poprosić o rurki czy łańcuszek, więc wszystko robiło się samodzielnie. Zofia Kozubska powiedziała, że pracownia projektanta wiele mówi o biżuterii. Muszę przyznać, że znając Pani wzory, spodziewałam się „dziwnych urządzeń” w pracowni. Tymczasem Pani warsztat to maleńki stół w kuchni. Zawsze pracowałam w domu i moje motto brzmi: Pamiętaj, zakład pracy twoim drugim domem. Nad biurkiem mam przyczepioną tabliczkę z tym hasłem z czasów PRL’u. Tworzenie biżuterii to jedno, ale czy nosi Pani jakieś ozdoby? Uwielbiam biżuterię i cenię sobie pracę kolegów złotników. Na co dzień często noszę swoje małe broszki, bardzo je lubię.

Biżuteria ma swoje granice? Biżuteria jest przede wszystkim ozdobą i jednocześnie amuletem. Kiedyś kość

118


mamuta była wyznacznikiem siły. Teraz – zależy, czego szukamy w biżuterii – ma subiektywne znaczenie. Nieważne, z czego jest wykonana – z plastiku czy ze srebra. Jednak w momencie, kiedy pojawia się niepokojące połączenie na przykład haftu i koralików, twór taki raczej określiłabym krawiectwem. Obecnie biżuteria płynnie przechodzi z jednej dziedziny w drugą. Myślę, że podobnie jest w innych kierunkach sztuki. Może to i dobrze, ponieważ kiedy granice się zacierają, tworzą się nowe pomysły.

Przygotowałam naszyjnik „Jesienne liście” i wtedy Ewa Rudowska też zrobiła dla Galerii 32 pracę z liśćmi ze złota. Jej były wykonane z trawionego złota, a moje – ze srebra, ale złocone, momentami intensywnie oksydowane, a miejscami lekko wytarte, mieniły się trzema kolorami. Parę stoisk dalej Ewa wystawiała swoje liście. Były one zupełnie różne, ale niesamowite okazało się to, że całkowicie niezależnie narodziły się dwa podobne pomysły. Czasami jest jakaś moda, idzie się w danym kierunku, więc nic dziwnego, że dwie osoby zainspirują się tym samym elementem rzeczywistości.

Tak jak miało to miejsce w latach 60., zwłaszcza w Nowym Jorku, kiedy rzeźba, muzyka eksperymentalna, malarstwo, awangardowy teatr i taniec połączyły się i nadały nowy, artystyczny wymiar działalności twórczej. Dokąd, Pani zdaniem, podąża sztuka złotnicza? Kierunków jest bardzo dużo, jedni chcą utrzymać tradycyjne metody wytwarzania biżuterii, natomiast inni podążają za nowoczesnymi technologiami. Zapotrzebowania są dziś tak różnorakie, jak wiele jest pomysłów i technologii. Kiedy patrzę na te wielość, wydaje mi się, że zaraz do powszechnego obiegu wejdą drukarki 3D i będzie można z łatwością robić wszystko. Mam tylko nadzieję, że nowe technologie całkowicie nie zastąpią tradycyjnym technik jubilerskich. Szuka Pani inspiracji w nowych mediach? Nie lubię patrzeć na biżuterię w Internecie, chociaż czasami zerkam z ciekawości, ale wtedy uzmysławiam sobie, że wszystko już wymyślono i źle to na mnie wpływa. Zawsze znajdzie się coś podobnego. Czasem dwie, trzy osoby realizują bardzo podobne projekty i to nie jest sprawa ściągania pomysłów. Znam kilka osób, które wyszukują modne rzeczy i je kopiują, ale oczywiście nie każdy tak postępuje.

Zauważa Pani różnicę w biżuterii zaprojektowanej przez kobiety i mężczyzn? Mężczyźni mają tendencję do robienia biżuterii pięknej, ale niepraktycznej. Moja sąsiadka na targach kupiła od kolegi złotnika naszyjnik, którego nie może nosić, ponieważ drapie ją w szyję. Ostatnio robiłam rzeczy dla sympatycznej pani z Kancelarii Prezydenta. Zapytała mnie, czy mogłabym przerobić jej broszkę na wisior. Wzięłam broszkę

A spotkała się Pani z kopią swojej biżuterii? Mnie przydarzyła się sytuacja ze zbieżnością pomysłów. To była pierwsza edycja warszawskich targów Złoto Srebro Czas, które odbywały się jesienią w Zachęcie. Wystawiała się na nich Galeria 32 i poproszono mnie, abym zrobiła dla nich swoją biżuterię.

119


do ręki i od razu wiedziałam, że wykonał ją mężczyzna. Oni nie zwracają uwagi np., w która stronę powinna zapinać się taka ozdoba. Dawniej było to bardziej zauważalne, ponieważ na legnicki konkurs panowie wysyłali prace, których nie dało się nosić. Nie przymierzają biżuterii i projektują ją tylko na płaszczyźnie, ważne jest dla nich to, co widoczne, a przecież naszyjnik czy bransoleta muszą spełniać swoją funkcję. W końcu biżuteria to sztuka użytkowa. Teraz najczęściej tworzy Pani mniejsze formy biżuterii, ale nie zawsze tak było. Czym charakteryzowała się Pani wcześniejsza twórczość? Na samym początku była mała forma rzeźbiarska wykorzystywana w biżuterii, a następnie malowałam biało-czarną grafikę na emalii. Kiedy czarny kolor królował w modzie, również robiłam ciemną, oksydowaną biżuterię. Później, przez pewien czas, inspirowałam się światem zwierzęcym, a inni tworzyli formy geometryczne. Zajmowałam się również sztuką użytkową, robiłam serie buteleczek do perfum na prezenty gwiazdkowe dla firmy Coty. Niektóre z buteleczko-wisiorków, które dla nich stworzyłam, można zobaczyć w ich salonie wystawowym, w głównej siedzibie firmy. Projektowała Pani dla firmy Coty, dla galerii i dla indywidualnych klientów. Tworzyła Pani też niesamowite obiekty na wystawy – dla kogo najbardziej lubi Pani robić biżuterię? Lubię robić rzeczy, które kogoś cieszą. Uwielbiam zamówienia na spinki, jestem wtedy szczęśliwa, bo wiem, że robię to dobrze, i staram się, by projekt był idealny. Mam w sobie jednak pewną przewrotność – nie lubię robić biżuterii prywatnie, ale z kolei sprawia mi to przyjemność, bo wówczas mogę przygotować coś ciekawego, zaskoczyć odbiorcę. Może się jednak zdarzyć, że druga osoba będzie niezadowolona. Kiedy przyjdzie Pani do mnie i powie, że ma kawałek bursztynu po babci i chciałaby go Pani oprawić w jakiś szczególny sposób, a będziemy miały całkiem inne wizje, to się nie zrozumiemy.

Wtedy obie będziemy niezadowolone, ale z kolei takie wyzwanie mobilizuje. W sytuacji, gdy robię biżuterię znajomej, którą doskonale znam i wiem, co by do niej pasowało, nastawiam ją na niespodziankę. Do Galerii lubię wykonywać pojedyncze przedmioty i wówczas nie obchodzi mnie cena. Galerie narzucają bardzo dużą marżę i myślę sobie, że skoro znajdzie się jakiś wariat, który kupi moją rzecz za te pieniądze, to bardzo mi miło. Uwielbiam wykonywać wisiory, a najmniej pierścionki, ale one najlepiej mi wychodzą i to jest ta moja przewrotność. Zdarza się, że wykonuję biżuterię ślubną i muszę powiedzieć, że cenię sobie te zamówienia, ponieważ widzę wielką radość klientów, którzy znaleźli na swój ślub to, o czym marzyli. Robiła Pani biżuterię na jakieś szczególne zamówienie? Galeria 32 współpracowała z ELLE i wówczas moja biżuteria często pojawiała się w tym magazynie. W 1999r. potrzebowali okładkę na numer świąteczny z rokiem 2000 i chcieli na nią wyjątkową rzecz, by pokazać nadchodzący XXI w. Wykonałam naszyjnik, który nazwałam „Klonowanie pereł”. Własnoręcznie zrobiłam ze szkła probówki różnych rozmiarów, które sama dmuchałam. Z góry były zamykane srebrnymi pokrywkami, natomiast w środku umieściłam perełki różnej wielkości. Od razu po premierze tego numeru do galerii zadzwonił ktoś w pytaniem, czy ten naszyjnik jest do kupienia. Naszyjnik odebrał kierowca. Klient nawet nie negocjował ceny, po prostu chciał mieć wyjątkowy prezen dla żony na 2000r. To są fajne realizacje, które mnie cieszą. Dużo Pani pracuje i uwielbia to, co robi. Miała Pani kiedyś chwile zwątpienia? Nie, zawsze to robiłam i lubię projektować oraz wytwarzać biżuterię. Cieszę się, że zostawiam po sobie ślad, że robię coś, co po mnie zostaje. Tym bardziej, że moja biżuteria nie jest związana z trendami mody, tylko mieści się „tak pomiędzy” i przede wszystkim może być dla każdego, bez względu na wiek. Z Kamillą Rohn rozmawiała Agnieszka Jankowiak


Wywiad został opublikowany dzięki współpracy z marką biżuteryjną YES .

zdjęcie: galeriayes.pl

121


czerwony lot u s


123


zdjęcia/design: Anna Maria Czaja modelka: Nilufar / Uncover Models


127


129


130


133


135


E

leganckie spinki z perłami, lniana marynarka, a może neonowy strój kąpielowy? Z myślą o zbliżających się wielkimi krokami ciepłych dniach, przygotowałyśmy dla Was zestawienie naszych wiosennych must-have, w które warto zaopatrzyć się przed nadchodzącym sezonem. W końcu wiosna to doskonały moment, aby trochę zaszaleć! tale eight - Ponadczasowa elegancja i szyk. Polska marka tale_eight, na wiosnę prezentuje swoją debiutancką kolekcję z metką Made in Poland. Wszystkie elementy są szyte z dbałością o każdy, nawet najmniejszy szczegół, przez polskich kaletników z wieloletnim doświadczeniem, a ich minimalistyczna forma jest po prostu zachwycająca. Nasze serca podbił model Tale 1, wykonany z czarnej skóry w najmodniejszym w tym sezonie tłoczonym wzorze krokodyla. Białe spodnie – Biel to nowa czerń! Ten uniwersalny kolor znów szturmem zdobywa wybiegi, dlatego warto wyposażyć się w choć jeden biały element garderoby. Nasz wybór padł na spodnie z kolekcji & Other Stories. Stworzone z wysokiej jakości tkaniny o szerokich nogawkach i wysokim stanie, będą idealnie pasować do koszuli, swetra czy T-shirtu w dowolnym kolorze.


Spinki z perłami – Luny, czyli delikatne perłowe spinki marki Kajo Jewels nadadzą Waszym fryzurom starannego i eleganckiego wyglądu. Te prostokątne złote zapinki z syntetycznymi perłami to najmodniejszy dodatek tego sezonu. Zaprojektowane tak, aby solidnie trzymały się włosów, będą idealnym dopełnieniem stylizacji na wieczorne wyjście. Maxi sukienka - marka Patka powstaje z miłości do prostych form i pasji projektowania. Naszym faworytem Patki okazała się, pochodząca z najnowszej kolekcji, pudroworóżowa maxi sukienka. W całości wykonana z najwyższej jakości materiału i na dodatek uszyta w Polsce. Czy to nie brzmi jak projekt idealny? Naszyjnik z perłami - Za marką Gusta Jewellery stoi Agnieszka Jankowiak. To właśnie ona w biżuteryjnych formach w delikatny sposób łączy złotniczy kunszt z modą. Autorka stara się kontynuować zanikającą sztukę złotniczą, dlatego w pracowni używa tradycyjnych technik. Mimo, że jesteśmy zachwycone każdym elementem kolekcji, naszym ulubionym produktem Gusta okazał się naszyjnik z pięcioma perełkami. Wyjątkowo gustowny i elegancki, pasuje zarówno do wieczorowej sukienki jak i codziennej stylizacji. Neonowy strój kąpielowy – Nawet jeśli nie jesteście fankami neonów, spróbujcie się do nich przekonać, ponieważ w tym sezonie to właśnie one stały się ulubionym motywem projektantów. My polecamy neonowe stroje kąpielowe z kolekcji Moiess – marki należącej do słynnej blogerki Jemerced. Mocny zielony odcień będzie świetnie współgrał z opaloną skórą, a krój podkreśli figurę.

must h av e

Lniana marynarka - Klasyczne, proste i uniwersalne – takie są ubrania polskiej marki LINE, które słynie z zamiłowania do minimalizmu i swobody. Ich projekty skrojone są pod linię kobiecego ciała, w taki sposób abyście cały czas czuły się w nich swobodnie i lekko. Z całego asortymentu LINE, nasz wybór padł na dwurzędową, lnianą marynarkę o kroju oversize. Z długimi spodniami stworzy outfit idealny na cieplejsze dni.

137

tekst: Karolina Jądrzyk, pod redakcją Kasi Jakowicz


Safari Style Ubieramy się tak już nie tylko na wakacjach w trakcie zwiedzania i poznawania świata, ale też na co dzień, idąc na zakupy czy kawę z przyjaciółkami. Trend ten opiera się na ubraniach w neutralnych kolorach, z możliwie jak najbardziej naturalnych tkanin (przede wszystkim len i bawełna). Najbardziej charakterystyczne są spódnice na guziki z paskiem, białe koszule, spodnie w stylu paperbag oraz kapelusze. Stylizacje w stylu safari mogliśmy oglądać u Isabel Marant, Chloé czy u Zimmermann. Projektanci skupili się przede wszystkim na dolnych częściach garderoby, a na wybiegu mogliśmy oglądać głównie wspomniane wcześniej paperbag spodnie, spódnice czy kombinezony

Zebra Print To godny zamiennik panterkowego i wężowego szaleństwa, które przeżywaliśmy w zeszłym sezonie. Świetnie sprawdzi się razem ze stylem safari oraz podobnie jak poprzednie modne printy – będzie doskonałym przełamaniem każdego, nawet najbardziej basic looku. Print ten w swoich kolekcjach wykorzystali m.in.: Roberto Cavalli, Adeam czy Etro. Na wybiegach mogliśmy oglądać garnitury (z krótkimi, kolażowymi szortami), sukienki i spódnice w ten oryginalny wzór.

go r ace t r e n dy 138


Neony Choć jeszcze niedawno kojarzyły nam się z kiczem, teraz są jednym z najbardziej zaakcentowanych trendów ostatniego sezonu. Pojawiają się na wybiegach czy instagramach infuluencerek, a w połączeniu ze stonowanymi odcieniami nie tylko tworzą oryginalną casualową stylizację, ale i stanowią doskonały wybór na wieczorne wyjścia. Projektanci pokochali ten trend tworząc zarówno całe kolekcje, jak i drobne dodatki w tych kolorach. Dzięki temu wyraziste, wręcz odblaskowe pomarańcze, żółcie i róże mogliśmy podziwiać m.in. na wybiegu Off white, Prady czy Balenciagi, w najróżniejszych postaciach: jako wężowe sukienki, kolor przejściowy przy ubraniach z użytym efektem tie dye lub satynowe sukienki z dodatkowym printem.

Pale blue Jeśli najmodniejszy w tym sezonie beż jest dla nas zbyt neutralny lub zdążył już się znudzić, warto zapoznać się z kolejnym, jednym z najbardziej modnych kolorów tego sezonu. Oznacza dosłownie „blady niebieski” i jest połączeniem niebieskiego z jasnymi odcieniami szarości lub koloru kremowego. Doskonale wpisuje się w wiosenny klimat stylizacji, a kreacje z użyciem tego odcienia mogliśmy oglądać u Erdem, Marca Jacobsa czy Gucci. Projektanci głównie używali go do sukni, swetrów i barwionych koralików.

tekst Karolina Jądrzyk

139


PR EM IERY W PO LS K IEJ

M O DZ I E

tekst Marta Woźniak


W

raz z nadejściem wiosny, każda z nas myśli o uzupełnieniu swojej garderoby. Bacznie śledzimy trendy, które często decydują o naszych wyborach, ale w wielu przypadkach pozostajemy jednak wierne sobie i szafę wzbogacamy o klasyczne rzeczy dobrej jakości. Naprzeciw wychodzą nam polskie marki, które zaprezentowały kolekcje na sezon wiosna/lato’19, a my przybliżymy Wam te, które zachwyciły nas najbardziej.

Zofia Chylak. Tej marki nie musimy chyba nikomu przedstawiać - ponadczasowe torby, które zawładnęły rynkiem modowym  nie tylko w Polsce, ale także na świecie. Kampanię nowej kolekcji stworzono na ulicach klimatycznego Paryża. Za obiektywem stanął Stanisław Boniecki, modelką została Clarence  Haaster, a stylizacjami zajęła się Naomi Miller. Modele w nowej kolekcji nawiązują do poprzednich, są minimalistyczne i pięknie wykonane. Powracają już dobrze nam znane - półksiężyce, nerki i klasyczne torby, a także skóra pytona, jednak w nowym kolorze – czerwonym. Wyróżnia się na tle innych toreb, a według nas to strzał w dziesiątkę. Charakterystycznym akcentem tej kolekcji są biżuteryjne łańcuszki, które pięknie zdobią niektóre modele. Jeśli i Was zachwycą radzimy się spieszyć - żeby dostać wymarzony model, trzeba zapisać się na listę oczekujących, która z dnia na dzień staje się coraz dłuższa!

141


The Odderside to kolejna marka, którą kochamy. Basicowe tshirty oversize z dekoltem na plecach, to najbardziej charakterystyczny element marki. Kampania wiosna/lato  ’19, do której zdjęcia powstały na malowniczej hiszpańskiej Ibizie,  pokazuje nam, że założycielki The  Odderside nie odbiegają od swojego stylu i nadal są wierne głębokim wycięciom na plecach. W kolekcji znajdziemy letnie sukienki, bluzki z długim rękawem i odkrytymi plecami, delikatne topy oraz body. Uwagę zwracają również piękne koszule z wiązaniami, sweter w kolorze morza, a kolekcję ubarwia totalna nowość – ozdobne frotki do włosów. Lekkie i subtelne, ale z charakterem, jesteśmy przekonane, że znajdziecie coś dla siebie.

SOTHO. Marka, w której ofercie znajdziemy piękną, delikatną biżuterię oraz najmodniejsze w sezonie wiosna/lato ’19 dodatki do włosów. My zakochałyśmy się w spinkach z perłami, ale w kolekcji znajdziecie również ozdobne gumki, które wyglądają jak zawinięta wokół kucyka apaszka. Sotho ma dla nas również idealną propozycję na lato – kolczyki, naszyjniki i bransoletki ozdobione muszelkami. My jesteśmy zauroczone, zobaczcie same!

142


Elementy. Filozofią marki jest przemyślany projekt, prosta forma i najlepsze materiały. Nie ulegają trendom, są wierni swojej estetyce i jako nieliczni pokazują klientom koszty etapu produkcji. W nowej kolekcji marki możemy znaleźć piękne klasyczne trencze w kolorach ziemi. Z doświadczenia wiemy, że dobrze dobrany płaszcz, to inwestycja na lata, a każdej wiosny będzie idealnym dopełnieniem stylizacji. Elementy oferują nam również luźne sukienki w neutralnych barwach, a także w odcieniach różowym i słonecznym żółtym oraz pięknie wykonane koszule i bluzki z wywijanym przodem czy drapowaniem przy dekolcie. W ich kolekcji znajdziecie również spodnie o klasycznym krojach – luźne, z rozszerzanymi i krótszymi nogawkami oraz cygaretki. Jeśli do tej pory nie znałyście marki Elementy, koniecznie zajrzyjcie do sklepu online lub sklepu stacjonarnego w Warszawie.


Zwyciestwo chaosu. Rozmowa z Harel Na początek chciałabym zapytać czy przypominasz sobie moment, w których podjęłaś decyzję o założeniu bloga? Co sprawiło, że postanowiłaś wejść do świata mody na stale? Decyzję o założeniu bloga podjęłam około 2003 roku. Pisałam go w ukryciu, ciągle coś kasowałam, nie byłam przekonana czy to, co tworzę ma sens. Pod koniec 2006 postanowiłam spróbować ponownie i tym razem pisać dla szerszej publiczności. I tak to się zaczęło. Natomiast nigdy nie podjęłam postanowienia, by do świata mody wejść. Nie marzyłam o tym i wciąż nie marzę. Chciałam pisać - temat wydawał mi się ciekawy i nie tak popularny, a potrzebny.

o kradzionych pomysłach. A ostatnio namnożyło się takich oszukańczych marek, niestety. A pisanie o modzie – jest dla Ciebie pracą czy raczej pasją? Pracą. Pasją moda dla mnie nigdy nie była. Owszem, jest fascynująca, ale ja nie z tych, którzy z zapartym tchem przeglądali zagraniczne numery Vogue’a w dzieciństwie. Bardziej interesuje mnie moda w kontekście społecznym, niż taka oderwana od rzeczywistości. Podziwiam kiedy blogerzy – dzięki swojej kreatywności I ogromowi włożonej pracy – rozkręcają dochodowe biznesy. Bo wielu podejmuje się wyzwania, jakim jest niewątpliwie wykreowanie marki z nazwiska, niewielu jednak potrafi mu sprostać. Jak Ty sobie z tym radzisz? Działasz według planu, skrupulatnie realizowanego krok po kroku? Nie mam planu. Blog też nie jest dochodowym biznesem, w moim akurat przypadku, ponieważ pozostaję niezależna. Ostatnio podjęłam decyzję, że nie będę zgadzać się na współpracę z firmami, które testują na zwierzętach. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielu wciąż to robi. I jak wielu stara się zataić ten fakt, bo kosmetyki, które rozprowadzane są w Europie rzeczywiście nie były testowane na zwierzętach, ale te same produkty, tylko że sprzedawane w Azji – już tak. Będę więc zmuszona pomachać na pożegnanie intratnym kontraktom. Ale za to wiem, że robię coś dobrego, że daję tym firmom znać, że nie akceptuję ich polityki.

Od lat śledzę rozwój Twojej kariery – i jestem pod wrażeniem! Jeśli mogę mówić szczerze, to właśnie dzięki Tobie pojawiła się u mnie fascynacja tematem. Opowiedz nam, proszę, o Twojej pracy – jak to w zasadzie wygląda? Obserwuję i piszę. To tak w skrócie. Czy to Ty wyszukujesz nowe, warte uwagi marki? Czy może to twórcy zgłaszają się do Ciebie sami? Kiedyś wyszukiwałam marki sama. Pytałam o pozwolenie na publikację. W 2007 nie każdy chciał zagościć na blogu. Szybko się to zmieniło. Dzisiaj wciąż znajduję coś nowego, ale głównie to marki same się do mnie zgłaszają. Musi coś jednak między nami zaiskrzyć - na pewno nie mam ochoty pisać o rzeczach wtórnych,

144


Co mogłabyś powiedzieć na temat swojej filozofii modowej? Chyba takiej nie mam. Jeśli chodzi o styl noszę, co lubię i w czym się dobrze czuję. A jeśli chodzi o modę? Wolę o niej pisać, niż za nią podążać.

Od jakiegoś czasu przeżywamy “renesans” trendów eko czy minimalistycznego. Uważam to za postęp, jednak jeszcze wiele przydałoby się zmienić. I właśnie – jeśli mogłabyś coś zmienić, co by to było? Wymyśliłam ostatnio, że przydałby się nam specjalny znaczek – moglibyśmy go przypinać do naturalnych futer, które już mamy w naszych szafach. Tak. Naturalnych futer, ale nie tych nowo kupionych, tylko tych, które odziedziczyłyśmy po mamach czy babciach, takich vintage. Zdecydowanie lepszym jest donaszać rzeczy do końca, niż pozbywać się ich tylko dlatego, że wyszły z mody i obciachem jest je nosić. Futro czy kożuch vintage nie są dla mnie obciachem. Ale chciałabym, żeby inni wiedzieli, że nie wspieram przemysłu futrzarskiego. Stąd zapotrzebowanie na jakiegoś rodzaju oznaczenie. Chętnie oddam ten pomysł za darmo – niech tylko ktoś to zrobi. Będę taki znaczek przypinać i nosić z dumą.

Czego nauczyło Cię prowadzenie bloga? Zabrzmi banalnie, ale nauczyłam się ufać intuicji. Nie oglądać się za bardzo na innych, a czasem nawet ich nie słuchać. Blog to jest moje miejsce i czy się to komuś podoba, czy nie – mogę pisać to, na co mam ochotę. Nauczyłam się też, że drogi na skróty nie są dla mnie. A co uznałabyś za swoje największe osiągniecie? Pozostanie niezależną w branży mody. Twój ulubiony projektant? Kiedyś nie miałabym najmniejszego problemu z odpowiedzią, ale teraz sama nie wiem. Na pewno od lat podziwiam i ogromnie szanuję wszystko, co robi Ania Kuczyńska. Estetycznie ujmuje mnie Muccia Prada. Ale – na przykład – ostatnio bardzo polubiłam to, co robi Jacquemus. Trochę się z mody śmieje, a przy tym podbija serca wszystkich jej ofiar, wciskając im do rąk torebki tak małe, że nawet telefon się w nich nie zmieści. Sama dałam się omamić. Ale nie żałuję - rozkoszny był to błąd.

Mówi się, że świat mody bywa bezwzględny (no i sam diabeł ubiera się u Prady). Trzeba poświęceń, żeby utrzymać się na rynku – jak oceniłabyś swoją pozycję w przemyśle? Ja się śmieję, że jestem insiderką i outsiderką jednocześnie. Nie muszę utrzymywać się na rynku, jestem w komfortowym położeniu. Dopóki chce mi się pisać, będę zadowolona. A jeśli jeszcze znajdą się ludzie, którym chce się to czytać - nie tylko oglądać obrazki - sytuacja idealna.

A ulubiony fotograf? Mody lubię szukać tam, gdzie teoretycznie jej nie ma. Oczywiście wymienić mogłabym

145


Z Ewą Kowalewską-Kondrat, znaną jako Harel, dziennikarz modową i blogerką, rozmawiały Martyna Krzykacz oraz Ada Nowak. korekta: Kasia Jakowicz

słynne nazwiska, ale koniec końców – i tak zawsze wracam do Cartier-Bressona, Erwitta, Doisneau. No i może znalazłoby się miejsce i dla Helmuta Newtona.

Więc ubierałam się wręcz brzydko. Może dlatego trend „normcore” tak mnie swego czasu rozśmieszył. Bo nagle zrobiłam się modna. Teraz ciągle nie sądzę, żebym musiała cokolwiek udowadniać, ale miło jest czasem tę modę poobserwować I trochę się nią pobawić.

Zdradzisz nam kto inspiruje Cię najbardziej? I jakie działania artystyczne pobudzają Twoją kreatywność w największym stopniu? Co sprawia, że nachodzi Cię ochota, żeby usiąść i pisać? Zdobywa mnie ten, kto umie opowiedzieć historię. I nie chodzi mi o ten eksploatowany do granic możliwości, marketingowy „storytelling”, z którego zazwyczaj nic nie wynika, który dopisuje się na siłę, by pomóc się jakiejś marce wybić. Historia może się dziać w warstwie niewerbalnej. Dobrym przykładem byłby wspomniany wcześniej Jacquemus. Dzieciństwo spędził na francuskim wybrzeżu, chłonął kolory, obserwował ówczesną modę, podziwiał fasony, które wybierała jego matka, której wspomnienie zresztą często w swoich kolekcjach przywołuje. Czy mamy tu powtórkę z rozrywki? Bynajmniej. To drobiazgi, trzymane na pamiątkę, a powracające w nowym kontekście. Wszystko jest nowoczesne, a tylko nawiązuje do wspomnień. Uwielbiam.

A jeśli musiałabyś ograniczyć się tylko do trzech słów - to jakie opisałyby Cię najlepiej? Polska marka Pan Tu Nie Stał ma w swojej ofercie koszulkę ze sloganem: zwycięstwo chaosu. I to są dwa słowa, którymi najlepiej mnie opisać. Co jest dla Ciebie najważniejsze w modzie: komfort, piękno, innowacja? Zdecydowanie komfort. Piękno jest względne, a innowacja? – przyglądam się innowacjom, zwłaszcza tym z pogranicza ekologii i mody etycznej. Chętniej będę o nich pisać (i nosić), jeśli nie będą ściemą, a realnym działaniem. A na koniec poprosimy, żebyś zdradziła nam kogo uważasz za ikonę mody. I znowu – kiedyś nie miałabym najmniejszego problemu ze wskazaniem. A teraz po prostu nie mam idola. Nie wiem czy to czasy ikon mody się skończyły, czy to ja jestem w wieku, w którym ikon się nie potrzebuje.

Jak opisałabyś swój styl? Jest przede wszystkim wygodny, ale wciąż się zmienia. Ostatnio lubię wychodzić ze strefy komfortu, coraz częściej porzucam swój mundurek, czyli dżinsy i t-shirt. Jeszcze do niedawna uważałam, że skoro piszę o modzie zawodowo, nie muszę wyróżniać się strojem.

146


marynarka i spodnie: Aggi


p r z e zr o cz ys to s c i

149


150


sukienka: Aggi


spรณdnica:Divya Nguyen


zdjęcia: Marta Surovy asystent: Alina Belko makijaż i włosy: Roma Szafarek stylista: Marta Surovy modelka: Dorota Kwiatkowska/ The Management


154


spodnie: Krystian Szymczak

155


koszula: Aggi


157


sukienka: Krystian Szymczak


sukienka: Aggi

159


strona internetowa www.lsnieniemagazyn.pl

facebook @lsnieniemagazyn instagram @lsnieniemag kontakt lsnieniemag@gmail.com


redaktorzy naczelni Martyna Krzykacz Maja Kubiaczyk

asystenci redakcji Kasia Jakowicz Ada Nowak skład i opracowanie graficzne Martyna Krzykacz korekta Maja Kubiaczyk współpracownicy Karolina Jądrzyk Agnieszka Marszał Marta Woźniak współpraca Alicja, Łukasz Bartyzel, Alina Belko, Agata Bobel, Katarzyna Bobel, Kinga Buczek, Sylwia Bujno, Anna Maria Czaja, Ania Glik, Magdalena Gołębiowska, Honorata, Agnieszka Jankowiak, Marta Jankowska, Aneta Kajzer, Michał Kasprzak , Kaja Kitliński, Marcin Koniak, Karol Korwek, Ewa Kowalewska-Kondrat, Filip Kowalik, Hubert Krawczyk, Ida Krulak, Dorota Kwiatkowska, Kasia Lewandowska, Cezary Lisowski, Agnieszka Mastalerz, Anna Matysiak, Nilufar Nazarowa, Basia Niezbecka, Aleksandra Orawczak, Ania Palusińska, Agnieszka Prokop, SD Models,Aleksandra Smerechańska, Maja Sobańska, Specto models, Marta Surovy, Justyna Supernak, Roma Szafarek, Michał Szaranowicz, Filip Szmidt, Themanagement.pl, Tula collages, Uncover models, Magda Wojciechowska, Marta Wrzecionowska, Sandra Żyłka

DZIĘKUJEMY!


LŚNIENIE MAGAZYN

Profile for Lsnienie Magazyn

Lśnienie Magazyn, maj 2019  

Lśnienie Magazyn, maj 2019  

Advertisement