Page 1


2014 kwiecień

Rys. Grażyna Kościelna Wydawca: Marcin Maruszak, Redaktor Naczelny: Marcin Maruszak, Z-ca Redaktora Naczelnego: Sławomir Bury Redakcja: Maciej Kondera, Mirosław Romański Kontakt/Współpraca: tajnahistoriarzeszowa@gmail.com tel. 511 333 863 Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i redagowania nadesłanych tekstów. Na podst.art.25 ust.1pkt.1b prawa autorskiego wydawca wyraźnie zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów opublikowanych w kwartalniku Tajna Historia Rzeszowa jest zabronione. Redakcja zastrzega,że publikowane teksty wyrażają jedynie opinie ich autorów.

3


kwiecień 2014

Brylantowy jubileusz kapłaństwa ks. infułata Józefa Sondeja 1 marca odbyły się w Rzeszowie uroczyste obchody 100 rocznicy urodzin i przypadającej w tym roku 75 rocznicy kapłaństwa ks. inf. Józefa Sondeja, długoletniego proboszcza parafii pw. Chrystusa Króla w Rzeszowie, katechety i duszpasterza młodzieży akademickiej oraz „Solidarności”, niestrudzonego budowniczego kościołów, którego całe życie poświęcone było służbie Bogu i podtrzymywaniu oporu wobec systemu komunistycznego w Polsce. Uroczystości rozpoczęła konferencja naukowa poświęcona historii miejscowej parafii, której rozpoczęcie poprzedzone zostało modlitwą w intencji czcigodnego jubilata.

dzisiaj na ten jubileusz z perspektywy stulecia historii Polski. - Ksiądz infułat Józef Sondej nie jest tylko i wyłącznie świadkiem historii, biernym obserwatorem zdarzeń. On był ich aktywnym uczestnikiem, tutaj w wymiarze lokalnym i nie tylko. I wydaje mi się, że jest niezwykłą łaską bożą że, tak pięknie zbiegły się właśnie te daty, 1 marca, dzień urodzin ks. infułata i Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowiony w sposób nieprzypadkowy, w dniu śmierci płk Łukasza Cieplińskiego i jego współtowarzyszy z ostatniej komendy Wolność i Niezawisłość, dla dwóch których kolegą szkolnym był ks. infułat – powiedział Kamiński. Prezes IPN zwrócił także uwagę, że ks. infułat jest nadal aktywnym świadkiem historii. - Instytut Pamięci Narodowej żywi ogromną wdzięczność dla ks. infułata, bo takich ludzi po prostu bardzo potrzebujemy, którzy swoim świadectwem wspierają nas w codziennej pracy – dodał . Budowniczy Chrystusa Króla

kościoła

Ks. prof. Bogdan Stanaszek, wygłosił wykład pt. „Ks. dr Józef Jałowy. Budowniczy kościoła Chrystusa Króla w Rzeszowie”, w trakcie którego przedstawił Konferenacja poświęcona parafii pw. Chrystusa Króla w Rzeszowie, przemawia ks. Janusz Podlaszczak fot. M. Maruszak sylwetkę i działalność pierwszego proboszcza - To dla nas wielki zaszczyt, że w parafii pw. parafii, nazywanego nieprzypadkowo ­- jak Chrystusa Króla w Rzeszowie, możemy Panu podkreślił – rzeszowskim Bratem Albertem. Bogu dziękować za dar osoby i posługi ks. Z treści wykładu wynika, że pomoc infułata Józefa Sondeja, przeżywając setną ubogim nie była jedynym powołaniem rocznicę jego urodzin i w roku 2014 również ks. Jałowego. Na podkreślenie zasługuje 75-lecie posługi kapłańskiej. Chciałbym również jego duże zaangażowanie w wyrazić głęboką wdzięczność, że ta sesja działalność niepodległościową, zarówno w okolicznościowa, którą będzie prowadził ks. czasie okupacji niemieckiej jak i w okresie prof. Bogdan Stanaszek z Instytutu Historii reżimu komunistycznego, za co spotykały go Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła liczne represje i prześladowania. Zapytany II w Krakowie może się odbyć w tak zacnym o szczegóły dotyczące współpracy ks. gronie, przy obecności ks. Biskupa, kapłanów, Jałowego z podziemiem, ks. prof. Stanaszek władz samorządowych, państwowych, stwierdził m.in., że: - Gdyby UB dysponował parlamentarnych i naszych parafian, rodaków konkretnymi materiałami, to poszedł by i krewnych – powiedział w trakcie powitania on do więzienia. To były pomówienia. gospodarz parafii, ks. proboszcz Janusz Ze wspomnień ks. Jałowego, które przed Podlaszczak. laty przygotowałem do wydania widać, że sympatyzował z podziemiem, ale nie ma Prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr bezpośrednich dowodów, żeby uczestniczył Łukasz Kamiński, podkreślił, że patrzymy w tej działalności w formie zorganizowanej.

4

Ten temat czeka wciąż na podjęcie, ponieważ nie ma biografii całościowej ks. Jałowego. Jest owszem praca magisterska, którą napisał ks. dr Władysław Kret, ale wtedy nie było dostępu do wszystkich materiałów, nie było takich możliwości. Ktoś mógłby ten temat podjąć, zresztą pewną luką badawczą są losy kościoła Chrystusa Króla i tego środowiska w czasie II wojny światowej. Materiały na ten temat są dostępne, ale nie są przebadane. Ks. prof. Stanaszek wskazał też na przyczyny zainteresowania osobą ks. Jałowego. - On jest moim rodakiem. Pochodzi z wioski Skurowa, ja pochodzę z Brzostku. To jest po sąsiedzku. Chodził do szkoły w Brzostku. Od dawna wiedziałem, że ktoś taki pochodził od nas, stąd w naturalny sposób tą postacią się zainteresowałem – powiedział kapłan. W służbie Chrystusa Króla Z dużym zainteresowaniem spotkał się wykład dr Mariusza Krzysztofińskiego z rzeszowskiego oddziału IPN, który jest autorem książki biograficznej o czcigodnym jubilacie, zatytułowanej „W służbie Chrystusa Króla. Ks. Józef Sondej”. Historyk przedstawił sylwetkę jubilata w kontekście jego działalności antykomunistycznej. Omawiając pierwszy okres życia ks. Sondeja wskazał m.in. na jego zainteresowania harcerstwem i członkostwo w Sodalicji Mariańskiej. Podkreślił także, że szczególnym okresem w jego życiu były lata okupacji niemieckiej i reżimu komunistycznego, kiedy to ks. Sondej zaangażowany był w działalność konspiracyjną w strukturach AK i innych organizacji niepodległościowych. Pracował wówczas w parafiach we Frysztaku i Strzyżowie, gdzie uczył religii w miejscowym gimnazjum. Jego wychowankowie założyli wówczas podziemną organizację Demokratyczna Armia Krajowa, która po krótkim okresie działalności została rozbita przez UB. Prawdopodobnie tylko dzięki nieugiętej postawie aresztowanych członków organizacji, kapłan nie został wówczas aresztowany. W 1955 roku został proboszczem parafii pw. Chrystusa Króla w Rzeszowie. Po kilku latach jego pracy, parafia stała się prężnym ośrodkiem duszpasterstwa akademickiego oraz miejscem nauczania historii dla młodzieży kilku okolicznych szkół. Ks. Sondej wspierał czynnie budowę nowych kościołów w Rzeszowie oraz sprzeciwiał się planowej ateizacji społeczeństwa. Utrzymywał wówczas bliski kontakt z ks. arcybiskupem


2014 kwiecień “To jest święty kapłan. Głęboki patriota” W uroczystościach wzięło udział oprócz licznie zgromadzonych parafian, również wielu uczniów i wychowanków ks. Sondeja z terenu diecezji przemyskiej i rzeszowskiej. O znaczeniu posługi kapłańskiej ks. infułata Józefa Sondeja mogą świadczyć słowa wypowiadane przez wielu obecnych na uroczystościach pasterzy kościoła. Zapytany o postać jubilata, ks. bp Kazimierz Górny powiedział m.in.: - To jest święty kapłan. Głęboki patriota. Przyjaciel ludzi, zwłaszcza kapłanów, ale ludzi, zwłaszcza biednych. Wzór dla nas wszystkich jak powinien kapłan służyć do końca.

Konferenacja poświęcona parafii pw. Chrystusa Króla w Rzeszowie, fot. M. Maruszak

Ignacym Tokarczukiem, który bardzo często odwiedzał miejscową parafię. Działalność ks. infułata spotkała się z represjami ze strony władz komunistycznych, połączonymi ze stałą inwigilacją i szykanami. Nie przeszkodziło to jednak ks. infułatowi działać wytrwale w obronie wiary. Świadectwem tej postawy są przytoczone przez prelegenta słowa abp. Tokarczuka, który stwierdził, że: - Ks. Józef Sondej należy do najbardziej zasłużonych kapłanów z czasów mojej pracy biskupiej. Gdy powstała nielegalna kaplica, zawsze był tam pierwszy i uświęcał ją swoją obecnością. Razem z nim gromadzili się w niej nowi wyznawcy Chrystusa. Składam wyrazy szacunku, pamięci oraz modlitwy dla najbardziej zaufanego i zasłużonego kapłana w Rzeszowie. Z całego serca ks. Sondejowi za wszystko dziękuję i błogosławię. Konferencję uświetnił występ zespołu regionalnego „Mazurzanie”, który działa od 15 lat przy ośrodku kultury w Mazurach, rodzinnej miejscowości ks. infułata. Jeden z Żołnierzy Niezłomnych W samo południe rozpoczęła się uroczysta msza święta, z udziałem wielu kapłanów i biskupów z metropolitą przemyskim i przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski Józefem Michalikiem na czele. Homilii przewodniczył ordynariusz rzeszowski bp Jan Wątroba. Wśród dostojników kościelnych byli m.in. bp Edward Frankowski, bp Kazimierz Górny, bp Edward Białogłowski, bp Jan Niemiec i bp Stanisław Jamrozek. Słowo Boże oraz naukę wygłosił ks. Ireneusz Folcik, spełniając

Ks. Józef Sondej przyszedł na świat 1 marca 1914 r. w Mazurach. Do szkoły powszechnej uczęszczał w Sokołowie Małopolskim, a gimnazjum ukończył w Rzeszowie. Po zdaniu egzaminu maturalnego wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1939 r. Po wybuchu wojny pracował jako wikariusz we Frysztaku oraz pełnił funkcję kapelana Armii Krajowej. Po zakończeniu wojny pracował m.in. w Strzyżowie, Rzeszowie i Jarosławiu. Pozostawał pod obserwacją komunistycznych organów bezpieczeństwa. Z inspiracji władz komunistycznych był także szykanowany i prześladowany. W 1955 r. objął probostwo parafii Chrystusa Króla w Rzeszowie. Funkcję

tym samym prośbę dostojnego jubilata. W swoim długim, bez mała 50-cio minutowym wystąpieniu przedstawił szczegółowo koleje życia ks. Sondeja, nie szczędząc licznych cytatów ze jego wspomnień. - Za trzy miesiące ks. infułat będzie obchodził brylantowy jubileusz kapłaństwa. Jak pięknie ten brylant został oszlifowany przez Boga i pracę nad sobą, przez przyjaciół i wrogów, pokazuje jego życie, kapłaństwo i służba Chrystusowi Królowi – powiedział na początku ks. Folcik. „1 marca 1951 r. w mokotowskim więzieniu zostało zamordowanych siedmiu członków organizacji Wolność i Niezawisłość z płk Łukaszem Cieplińskim, wśród których było dwóch kolegów z klasy maturalnej, przyjaciół naszego bohatera, mjr Konferenacja poświęcona parafii pw. Chrystusa Króla w Rzeszowie, fot. M. Maruszak Mieczysław Kawalec i kpt. Józef Rzepka. 17 listopada ubiegłego tę sprawował prawie 40 lat. W 1995 r. ks. roku ks infułat brał udział w uroczystym Józefowi Sondejowi przyznano Honorowe odsłonięciu pomnika poświęconego ich Obywatelstwo Rzeszowa. W 2008 r. został pamięci, Żołnierzy Wyklętych, powinno być odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Żołnierzy Niezłomnych, do których zaliczamy Odrodzenia Polski. W 2013 r. otrzymał też ks. infułata, choć inaczej pełnił tę służbę honorową nagrodę „Świadek Historii”, przyznawaną przez IPN. ojczyźnie” - dodał. Marcin Maruszak

5


kwiecień 2014

,,Zapomniani Bohaterowie Burzy”

w Liceum Ogólnokształcącym w Boguchwale Do 14 marca można było zwiedzać w Liceum Ogólnokształcącym w Boguchwale wystawę Instytutu Pamięci Narodowej poświęconą oddziałowi antykomunistycznego podziemia zbrojnego pod dowództwem Hieronima Bednarskiego ps. „Nawrócony”. Udostępnienie omawianej wystawy miejscowej młodzieży było możliwe dzięki współpracy dziennikarzy tworzących Oddział Rzeszowski Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy z Instytutem Pamięci Narodowej oraz dyrekcją i gronem pedagogicznym L.O. w Boguchwale. Wystawę otwarto w dn. 4 marca. Uroczystość została zainicjowana wykładem historycznym o działalności oddziału „Nawróconego”, który spotkał się ze sporym zainteresowaniem ze strony młodzieży. Okazało się nawet, że wśród miejscowych uczniów nie brakuje potomków i dalekich krewnych żołnierzy z tego oddziału. W trakcie wykładu, historyk biorący udział w pracach nad tą wystawą, przedstawił sylwetki żołnierzy oraz jeden z najciekawszych a jednocześnie całkowicie nieznany epizod z okresu powstańczej akcji „Burza”, który miał miejsce w okolicach Boguchwały w dn. 27 lipca 1944 r. Tego dnia w przysiółku „Gaj” oddział dywersyjny Armii Krajowej „Nawróconego” zorganizował zasadzkę na duży transport wojskowy, podczas której zlikwidowano wielu żołnierzy niemieckich, zniszczono kilka

fot. Konrad Zimny

6

fot. Konrad Zimny

ciężarówek, samochód opancerzony oraz motocykl. Po stronie AK-owskiej rannych zostało trzech żołnierzy. Udało się wówczas zdobyć sporą ilość broni, cenne dokumenty i sparaliżować na kilka godzin transport wojsk niemieckich na trasie pomiędzy Rzeszowem a Boguchwałą.

Historię oddziału i biogramy jego żołnierzy przedstwiono w artykule „Zapomniani Bohaterowie Burzy" Marcin Maruszak

Oddział Dywersyjny, w którym walczył Hieronim Bednarski „Nawrócony” został utworzony wiosną 1944 roku z żołnierzy Placówki AK krypt. „22” Rzeszów. W okresie „Burzy” wchodził w skład II Zgrupowania 24 Dywizji Piechoty AK. Przeprowadził wiele akcji zbrojnych przeciwko Niemcom jak również formacjom ukraińskim. Po wejściu sowietów, na bazie kadrowej oddziału, tworzono miejscowe struktury samoobrony AK, a następnie oddział „Straży” Delegatury Sił Zbrojnych i WiN. Jednym z podstawowych zadań oddziału była walka zbrojna i propagandowa z samozwańczą władzą komunistyczną oraz likwidacja szczególnie groźnych dla podziemia konfidentów i funkcjonariuszy komunistycznych organów bezpieczeństwa. Przez cały okres PRL, władze komunistyczne starały się całkowicie przemilczeć okoliczności omawianych wydarzeń z okresu „Burzy”. Ponadto propaganda komunistyczna upowszechniała przekonanie o bandyckim rodowodzie oddziału „Nawróconego” i podtrzymywała mit o bohaterstwie poległych w walce z tym oddziałem członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD.

fot. Konrad Zimny


2014 kwiecień

14 marca redaktor naczelny “Tajnej Historii Rzeszowa” był gościem audycji Radio Solidarni na antenie Radia “Wnet” W dniu 14 marca, gościem audycji Radio Solidarni był Marcin Maruszak - dziennikarz i historyk , redaktor naczelny kwartalnika “Tajna Historia Rzeszowa”,były pracownik IPN, wiceprezes Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, p.o. przewodniczącego Oddziału Rzeszowskiego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Wiceprezes Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia mówił, że bliscy Żołnierzy Wyklętych żyją bardzo często w małych środowiskach i są często dotknięci przez wiele lat społecznym ostracyzmem. – W wielu przypadkach w lokalnych środowiskach prym nadal wiodą osoby wywodzące się ze środowiska komunistycznego – zauważył Maruszak, podając przykład Rzeszowa. - Kiedy spotykam rodziny Żołnierzy Niezłomnych bardzo często muszę przełamywać ich strach. Misją historyków jest docieranie do nich i uświadamianie konieczności podjęcia starań mających celu unieważnienie stalinowskich wyroków, które

zostały wydane na ich bliskich – zaznaczył Maruszak, tłumacząc, skąd wziął się pomysł założenia Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia. Gość audycji Radia Solidarni zwrócił uwagę również na przypadek podwójnie wyklętego Niezłomnego bohatera Piotra Pięty ps. Vis, żołnierza pionu dywersji rzeszowskiego Obwodu Armii Krajowej, działacza antykomunistycznego podziemia. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał zastrzelenie funkcjonariusza komunistycznych organów bezpieczeństwa Mariana Bieszczada przez żołnierzy Franciszka Rejmana ps. „Bicz” ( do których należał m.in. Piotr Pięta ps. Vis) za zwykły czyn kryminalny , a bliscy Piotra Pięty mimo wieloletnich starań, nie doczekali się unieważnienia prawomocnego wyroku byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie,

mógł zostać zrehabilitowany – zapewnił Marcin Maruszak, dodając: - Chciałbym zaapelować do wszystkich młodych ludzi, którzy nie widzą perspektyw własnego rozwoju i którzy planują wyjazd za granicę w celu poszukiwania lepszego życia. Chcę namówić was do tego, żebyście zrzeszali się w stowarzyszenia i fundacje, które będą podejmować podobne inicjatywy. Twórzmy na szczeblu lokalnym stowarzyszenia rodzin Żołnierzy Niezłomnych, które będą przywracać ich pamięć i cześć i dążyć do unieważnienia wyroków stalinowskich. To znakomity pomysł na to, aby znaleźć swoje miejsce w lokalnej społeczności i budować lepsze jutro naszych małych ojczyzn – zaznaczył Maruszak, zapraszając słuchaczy Radia Wnet na koncert poświęcony Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych. Magdalena Kowalewska

- Podejmiemy wszelkie starania, aby Piotr Pięta o wspaniałym życiorysie niepodległościowym

Prezentacja nowej książki wydawnictwa Editions Spotkania w Rzeszowie. Piotr Jegliński mówił o dokumentach Stasi na swój temat. 20 marca w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie odbyła się prezentacja książki Witolda Pronobisa „Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci”. Obecni byli zarówno autor jak i wydawca w osobie prezesa wydawnictwa Editions Spotkania Piotra Jeglińskiego, legendarnego działacza anty PRL-owskiej opozycji. Podczas spotkania ujawniono plany opublikowania książki „Bułgarski Parasol” dotyczącej zamachów na życie pracowników Radia Wolna Europa. Agentura Gestapo

Prezentacja książki ,,Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci". Na zdjęciu Piotr Jegliński. Fot. S. Bury

Spotkanie otworzyła dyrektor Oddziału IPN w Rzeszowie Pani Ewa Leniart, która po krótkim przywitaniu oddała mikrofon prowadzącemu prezentację dr Mariuszowi Krzysztofińskiemu. Na początku Witold Pronobis omówił historię pracy nad książką, prezentując jednocześnie krótki pokaz multimedialny. Autor będący krewnym generała Stefana Roweckiego podkreślił, że książka jest relacją z jego

7


kwiecień 2014 Roweckiego po 1 czerwca 1943 r. oparte jest jednak na nikłych dowodach i pojedynczych, trudnych do sprawdzenia relacjach ustnych zebranych przez Żenczykowskiego – podkreślił autor. Wiadomo m.in., że Grot planował ucieczkę z transportu w Berlinie. Udało się mu nawet przekupić jednego ze strażników, który według zachowanych relacji chciał nawet zdezerterować. Planów tych jednak nie udało się zrealizować. Pronobis zwrócił również uwagę na fakt, że poza nielicznymi wyjątkami, nie zachowały się w archiwach niemieckich żadne dokumenty śledcze i operacyjne byłego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Jednak autorowi udało się dotrzeć do żyjącego nadal Paula Sakowskiego byłego kapo w Zellenbau. Niestety jego wiek i stan umysłowy nie pozwalał na odbycie sensownej rozmowy. Na tropie Testamentu „Grota”

Prezentacja książki ,,Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci" , fot. S. Bury

prywatnego śledztwa, które podjął w celu wyjaśnienia okoliczności śmierci „Grota”. W takcie prezentacji skupił się przede wszystkim na wątku zdrady żołnierzy podziemia Blanki Kaczorowskiej i Ludwika Kalksteina, którzy przez wiele lat pracowali dla niemieckiego gestapo, a następnie dla PRL-owskich służb specjalnych. To właśnie oni mieli wydać gen. Roweckiego w ręce gestapo. Niezwykle sensacyjnie brzmiała relacja Pronobisa o dochodzeniu do prawdy oraz o tym jak odnalazł on w Monachium, ukrywającego się pod innym nazwiskiem Kalksteina, który wiódł spokojny żywot, pracując w Polskiej Misji Katolickiej. Co ciekawe ukrywał się on pod nazwiskiem Ciesielski, które należało do byłego więźnia Auschwitz, który uciekł z obozu razem z Witoldem Pileckim. W latach 70. XX w. Kalkstein poślubił wdowę po Ciesielskim i przejął nazwisko jej zmarłego męża. Pod tym nazwiskiem zarejestrował i prowadził działalność gospodarczą. W Monachium Pronobis dotarł także do wielu ludzi znających Grota, m.in. Feliksa Chrzanowskiego, Tadeusza Żenczykowskiego, Stefana Korbońskiego, gen. Tadeusza Pełczyńskiego i gen. Kazimierza IrankaOsmeckiego. Odnalazł również dokumenty świadczące o współpracy Kalksteina i Kaczorowskiej z gestapo. Oboje byli bowiem za to sądzeni po zakończeniu wojny w komunistycznej Polsce i skazani na wieloletnie więzienie, które jednak wkrótce dane im było opuścić. Po wyjściu na wolność Kaczorowska nawiązała współpracę z PRL-

8

owskim wywiadem. Wyjechała do Francji. Trafiła do Domu Polskiego, gdzie zajmowała się weteranami. Jej los był jednak okrutny. Choroba psychiczna spowodowała, że ostatecznie znalazła się w ośrodku dla umysłowo chorych a następnie w domu spokojnej starości w Niemczech, gdzie odnalazł ją autor książki. Jednak ze względu na jej stan, rozmowa z nią nie była możliwa. Nadal nie znamy okoliczności śmierci „Grota” Niezwykle interesujące są przekazane przez autora informacje o ostatnim okresie życia „Grota”, którego przetrzymywano w znajdującym się na terenie Sachsenchausen podobozie Zellenbau, miejscu odosobnienia dla szczególnie ważnych aresztantów. Pronobis poinformował, że nadal nieznane są okoliczności śmierci gen. Roweckiego. Również śledztwo prowadzone w tej sprawie przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Szczecinie nie doprowadziło do ich wyjaśnienia. Autor podkreślił, że swoją wiedzę na omawiany temat zawdzięcza w dużej mierze Tadeuszowi Żenczykowskiemu, który w latach 80. XX w. przekazał mu lub udostępnił dużą ilość dokumentów, zdjęć, notatek i nagrań magnetofonowych z relacjami. Należy przy tym przypomnieć, że Żenczykowski był w okresie okupacji niemieckiej bezpośrednim podwładnym „Grota” i przez wiele lat prowadził badania nad wyjaśnieniem losów Komendanta. To co wiemy o losach gen.

Sensacyjnie wręcz zabrzmiały przekazane przez autora informacje, jakoby znajdował się on na tropie testamentu gen. Roweckiego. Ze wspomnień osadzonych z nim Ukraińców oraz zeznań zastępcy komendanta obozu Eccariusa wiadomo, że „Grot” posiadał specjalne pozwolenie na posiadanie przyborów do pisania. Prowadził ożywioną korespondencję z rodziną, ale również sporządzał codzienne notatki. Według autora, gen. Rowecki mógł umieścić w nich coś w rodzaju politycznego testamentu, a ich odnalezienie byłoby historyczną sensacją. Na szczególną uwagę w tym kontekście zasługuje osoba Karola Trojanowskiego ps. „Radwan”, szefa wydziału wywiadu ofensywnego AK, który wiosną 1943 r. został zadenuncjowany Niemcom przez Blankę Kaczorowską. Po wojnie miał on informować opinię publiczną o istnieniu pożegnalnego rozkazu dla żołnierzy AK autorstwa „Grota”. Według autora, Trojanowski mógł pracować dla gestapo i widzieć oryginały zapisków generała. Po wielu latach, autorowi udało się wpaść na jego ślad w Australii, gdzie zmarł w 1996 roku. Czynione są obecnie starania, aby przeglądnąć jego prywatne archiwum. Tym samym kwestia istnienia pamiętników i testamentu gen. Roweckiego pozostaje nadal otwarta. Szczegóły tego wydarzenia oraz innych epizodów prowadzonego przez autora śledztwa, czytelnicy odnajdą we wspomnianej książce. „Bułgarski Parasol” i inne plany wydawnictwa Editions Spotkania Wypowiedź autora książki znakomicie uzupełnił Piotr Jegliński, wskazując m.in. na wagę wykorzystanych w książce dokumentów wytworzonych i zgromadzonych przez


2014 kwiecień NRD-owskie Stasi. Poinformował on także o odnalezieniu w tzw. Instytucie Gaucka dokumentów na swój temat wytworzonych przez rezydentury Stasi w Dreźnie i Berlinie. Oto obszerny cytat tej wypowiedzi: ,,Kiedy starałem się różnych rzeczy dowiedzieć o naszej działalności w Solidarności i wcześniej, otrzymywałem stale odpowiedzi od moich najbliższych kolegów – słuchaj, nie warto się tym zajmować bo nic nie ma – wszystko spalone, wszystko zniszczone. No ale mijają lata i ja sam dostałem różne dokumenty i z przerażeniem odkrywałem rolę bliskich mi ludzi działających wtedy. Postanowiłem zwrócić się do Instytutu Gaucka. Nie była to prosta sprawa. Niektóre trwają czasami całymi latami. Ktoś bardzo życzliwy polecił, by potraktować mnie w sposób bardzo specjalny. Okazało się, że w ciągu dwóch tygodni znalazły się dokumenty – teczki dotyczące mnie z rezydentury w Dreźnie i Berlinie. Powiedziano mi, że jest 120 stron. Przyjechałem do Berlina i otrzymałem do wglądu oryginały, przy czym ze 120 stron dostałem 40. Na moje pytanie, dlaczego nie otrzymałem reszty, odpowiedziano mi bardzo aluzyjnie, że widocznie być może są tam nazwiska ludzi działających w Polsce w opozycji, którzy pracowali dla STASI a następnie zostali przejęci. Można się domyślać, że chodzi o współczesny wywiad BND". Informacja ta stała się przedmiotem żywiołowej reakcji Sali. Temat ten nie był bowiem dotychczas zbytnio eksponowany w polskiej historiografii. Charakterystyczne jest to, że bardzo niewiele osób sięga do tych zasobów – dodał Jegliński. W obszernej

Prezentacja książki ,,Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci". Na zdjęciu od lewej: W. Pronobis, P. Jegliński, M. Krzysztofiński. Fot. S. Bury

wypowiedzi nie ukrywał także swych poglądów na temat wpływu wydarzeń historycznych na czasy nam współczesne, zwłaszcza działań podejmowanych przez komunistyczne służby specjalne. - Ta przeszłość ma kolosalny wpływ na teraźniejszość. Mówi się, że to historia, że tego nie warto badać. Lecz bez zrozumienia tej przeszłości nie można mówić o teraźniejszości – dodał. Zapytany o plany wydawnicze Wydawnictwa

Editions Spotkania, Piotr Jegliński wymienił kilka planowanych publikacji, które łączy problematyka historyczna i emigracyjna. W najbliższym terminie mają się ukazać wspomnienia poety Józefa Łobodowskiego oraz byłego wojewody nowogródzkiego i działacza emigracyjnego Adama KorwinSokołowskiego. W planach jest także wydanie książki o generale Tadeuszu Pełczyńskim oraz książka Grażyny Lipińskiej „Jeśli zapomnę o nich”. Największe jednak zainteresowanie wzbudziła informacja o przygotowywanej przez Witolda Pronobisa książce odsłaniającej kulisy zabójstw, morderstw i uprowadzeń pracowników i współpracowników Radia Wolna Europa pod wiele mówiącym tytułem „Bułgarski Parasol”, gdzie pojawią się również wątki związane z osobą Ojca Świętego Jana Pawła II. Marcin Maruszak, Sławomir Bury

Prezentacja książki ,,Generał Grot. Kulisy zdrady i śmierci". Na zdjęciu W. Pronobis. Fot. S. Bury

9


kwiecień 2014

Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych Z inicjatywy Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, Oddziału Rzeszowskiego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, kwartalnika „Tajna historia Rzeszowa” oraz Stowarzyszenia

Solidarni2010, 21 marca w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie odbył się koncert poświęcony bliskim narodowych bohaterów. Na scenie wystąpili Leszek Czajkowski i Paweł Piekarczyk z najnowszym programem

biskup pomocniczy diecezji kamienieckiej, zauważył: - W ten szczególny wieczór jak w każdy piątek Wielkiego Postu pochylamy się nad ofiarą Jezusa Chrystusa, w tę ofiarę chcemy włączyć również tych wszystkich,

Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych w Dębicy. Na scenie Leszek Czajkowski i Paweł Piekarczyk, fot. S. Bury

muzycznym „Żołnierze Niezłomni. Podziemna Armia Powraca”. Artyści wraz Jerzym Zelnikiem, Janem Pietrzakiem oraz Andrzejem Perkmanem wydali właśnie płytę upamiętniającą Żołnierzy Wyklętych – Niezłomnych. Na przekór komunistom - Dzisiejszy koncert poświęcamy tym wszystkim, którzy przez wiele lat, w skrajnie wrogim otoczeniu i na przekór komunistycznym represjom podtrzymywali pamięć o swoich bliskich, którzy najlepsze lata życia poświęcili walce o niepodległą Polskę. To rodziny Żołnierzy Niezłomnych. To właśnie one przechowały i ukrywały przez cały okres totalitaryzmu dokumenty, fotografie i inne pamiątki o nich. Bez ich uporu, poświęcenia oraz odwagi nie moglibyśmy dzisiaj przypominać ich sylwetek i spisywać ich życiorysów – mówił Marcin Maruszak, historyk i dziennikarz, redaktor naczelny kwartalnika „Tajna historia Rzeszowa”. Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych. Na scenie Biskup Jan Niemiec, fot. S. Bury

10

Z kolei Jego Ekscelencja ks. bp Jan Niemiec,

Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych, fot. S. Bury


2014 kwiecień którzy oddali swe życia z miłości do Boga i Ojczyzny. Chcemy włączyć też tych wszystkich, którzy byli im bliscy, a są z nami obecni i którzy przechowali w swoich sercach i sumieniach, do których służby nie miały dostępu, pamięć o tych którzy odeszli od nas, ale przecież ciągle z nami trwają – podkreślił kapłan, dodając: – Dziękujemy tym wszystkim, którzy zachowali tę pamięć, którą chciano wyrwać, zamazać i w jakiś sposób zakryć. Wśród zgromadzonej publiczności można było odnaleźć rodzinę cichociemnego mjr Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora” czy Jana Smeli ps. „Szary”. Nie zabrakło również bratanka Franciszka Rejmana ps. „Bicz”, żołnierza Batalionów Chłopskich i WiN, który budził prawdziwy postrach wśród wszelkiej masy kolaborantów z okolic Rzeszowa; syna Leona Słowika ps. „Uzda”, żołnierza pionu dywersji AK i WiN, zamordowanego w 1947 roku przez komunistów w więzieniu na rzeszowskim zamku; córki Hieronima Bednarskiego ps. „Nawrócony”, żołnierza pionu dywersji AK i WiN ze Zwięczycy, o którym pamięć była szczególnie tępiona przez komunistów; syna Józefa Lasoty, żołnierza AK z Racławówki oraz wnuka Wojciecha Buczka ps. „Zając”, żołnierza 10 Brygady Kawalerii gen. Stanisława Maczka, Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich i uczestnika walk pod Narwikiem, żołnierza AK i Delegatury Sił Zbrojnych, skazanego przez komunistyczne sądy na wieloletnie więzienie. Obecna była również rodzina Michała Piwowara, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, żołnierza AK, działacza WiN, skazanego przez komunistyczne sądy na wieloletnie więzienie. Podwójnie wyklęty Na koncert przybyła również wnuczka Piotra

Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych. Przemawia ks. Biskup Jan Niemiec, fot. S. Bury

Pięty ps. „Vis”, żołnierza pionu dywersji AK i WiN. Piotr Pięta ps. „Vis” jest żołnierzem podwójnie wyklętym, bowiem mimo wielu starań rodzina żołnierza pionu dywersji rzeszowskiego Obwodu Armii Krajowej oraz działacza antykomunistycznego podziemia nadal nie doczekała się unieważnienia stalinowskiego wyroku byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie, który 20 lutego 1947 r. uznał Piętę winnym udziału w zamachu na strażnika Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Partii Robotniczej, skazując go na karę łączną 15 lat stalinowskiego więzienia oraz utratę praw publicznych i obywatelskich na okres 5 lat. Rodzina Piotra Pięty złożyła wniosek do Rzecznika Praw Obywatelskich z prośbą o wniesienie kasacji wyroku do Sądu Najwyższego. Bliscy żołnierza AK i WiN czekają na decyzję RPO.

Koncert Rodzinom Żołnierzy Niezłomnych. Spotkanie z reżyserem Piotrem Zarębskim, fot. S. Bury

Zanim na scenie pojawił się Leszek Czajkowski z Pawłem Piekarczykiem, którzy od lat śpiewają patriotyczne i antykomunistyczne piosenki, zaprezentowana została krótka historia Rajdu Zgrupowania pod dowództwem mjr Hieronima Dekutowskiego „Zapory” po Podkarpaciu. Dzięki niezwykłym fotografiom oddziału „Zapory”

publiczność przeniosła się w czas działalności podkarpackiego antykomunistycznego podziemia zbrojnego. Z kolei po muzycznej uczcie – przypominającej o takich postaciach jak Danuta Siedzikówna „Inka” czy kpt. ks. Władysław Gurgacz – w Wojewódzkim Domu Kultury, a potem kolejnego dnia w Galerii Sztuki Miejskiego Ośrodka Kultury w pobliskiej Dębicy, rozbrzmiały m.in. utwory: „Powstanie Warszawskie”, „Zmiana okupacji”, „Dziewczyny niezłomne dwóch okupacji”, „Ostatnie słowo Księdza Gurgacza” czy „Kolacja dla partyjniaka”. Po muzycznym spotkaniu odbyła się projekcja filmu „Pistolet do wynajęcia. Prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza” Piotra Zarębskiego oraz rozmowa z reżyserem. Magdalena Kowalewska

11


kwiecień 2014

Emocje w gronie byłych działaczy „Solidarności”. Sprawa zaginionych(?) w okresie stanu wojennego 3 milionów złotych z budżetu związku zdominowała prezentację „Aparatu represji w Polsce Ludowej 1944-1989”.

Redaktor naczelny dr Dariusz Iwaneczko. Fot. S. Bury

Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie zaprezentował dwa najnowsze numery „Aparatu represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, jednego z najważniejszych czasopism tego typu w Europie środkowowschodniej, którego redaktorem naczelnym jest dr Dariusz Iwaneczko, historyk rzeszowskiego IPN. Promocja odbyła się 12 lutego 2014 r. w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie i przemknęła bez echa. Zabrakło przedstawicieli mediów regionalnych i ośrodków naukowych. Jest to sytuacja niezrozumiała zważywszy, że od dłuższego czasu ośrodki medialne i samorządowe zabiegają o szeroką promocję osiągnięć naukowych i kulturalnych naszego miasta. Wybór Rzeszowa na miejsce prezentacji nie był przypadkowy. W numerze 1/11/2013 czasopisma znalazły się teksty historyków rzeszowskiego IPN, m.in. dr Paweł Fornal przedstawił strukturę, kadrę kierowniczą i główne kierunki działań operacyjnych Referatu Służby Bezpieczeństwa Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej/Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Brzozowie w latach 1957–1990, a dr Dariusz Iwaneczko

12

zwrócił uwagę zebranych na to, że Aparat Represji prezentowany jest w Rzeszowie po raz pierwszy. Przedstawił zagadnienia związane z obszarem wydawniczym i listą programową czasopisma. Podkreślił, że jako czasopismo funkcjonujące od 2004 roku i mające charakter czasopisma IPN o charakterze ogólnopolskim, trochę zostało zapomniane, m.in. były przerwy wydawnicze, a poprzedni numer ukazał się w przejściowym składzie rady naukowej czasopisma. Od grudnia 2013 roku periodyk jest wydawany w nieco zmienionej formie. Obecny numer został wydany pod redakcją ustanowioną Zarządzeniem Prezesa IPN. Iwaneczko podkreślił, że redakcja zamierza nawiązać do doświadczeń badań naukowych nie tylko historyków, ale także do prac badaczy innych dyscyplin naukowych: politologów, psychologów, kulturoznawców, specjalistów z dziedziny medycyny itp. Przykładem są dwa z prezentowanych tekstów, które mieszczą się w historiografii dziejów najnowszych, także aparatu represji Polski Ludowej. Pierwszy to tekst dr Agnieszki Gałkowskiej, natomiast drugi, został napisany pod kierunkiem dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka, który kieruje z ramienia IPN pracami ekshumacyjnymi szczątków ofiar zbrodni komunistycznych, napisany m.in. wraz z dr. Łukaszem Szleszkowskim, lekarzem medycyny sądowej, prowadzącym również te prace. – Mamy więc w tym przypadku do czynienia z nowym ujęciem i wykorzystaniem rezultatów badań

omówił działania operacyjne SB wobec ośrodka duszpasterskiego na Drabiniance w Rzeszowie w latach 1969-1990. W numerze 1/10/2012 dr Iwaneczko przedstawił ponadto studium współpracy agenturalnej znanego przemyskiego poety Józefa Kurylaka z SB. W obu numerach czasopisma znajdują się również artykuły dotyczące m.in. Lecha Wałęsy, struktur i działalności ORMO, Wojskowej Służby Wewnętrznej, Zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza oraz innych komunistycznych organów bezpieczeństwa. W prezentacji uczestniczyli: dr Dariusz Iwaneczko, redaktor naczelny, dr Anna Gałkowska, adiunkt na wydziale psychologii i nauk humanistycznych krakowskiej Akademii im. A. Frycza Modrzewskiego oraz dr Paweł Fornal z rzeszowskiego IPN. Prowadził dr Paweł Róg. Na wstępie dr Iwaneczko dr Anna Gałkowska i dr Paweł Róg. Fot. S. Bury


2014 kwiecień medycznych przy badaniach historycznych – podkreślił Iwaneczko. – Zasoby archiwalne pozostałe po aparacie represji są doskonałym materiałem badawczym dla naukowców tych dyscyplin i pozwalają inaczej pokazać różne aspekty dziejów najnowszych Polski – dodał. Odnosząc się do zaprezentowanych tekstów

Dr Paweł Fornal. Fot. S. Bury

stwierdził, że niektóre z nich mają charakter przyczynkarski, są też takie, które mają charakter bardziej analityczny. Iwaneczko zwrócił uwagę m.in. na tekst Leszka Pawlikowicza z Rzeszowa, który opisuje podstawowe funkcje i struktury Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSRR w latach 1975-1991, artykuły Pawła Ziętary, Bartosza Kapuściaka i prof. Jerzego Eislera pt. „Jak badać dzieje aparatu bezpieczeństwa w Polsce Ludowej”, który porządkuje pewne zagadnienia, zwracające uwagę szczególnie młodych badaczy na zagadnienia metodologii. Dr Gałkowska skupiła się na metodologii przeprowadzonych przez siebie badań. Zwróciła uwagę, że psychologiczna interpretacja wydarzeń historycznych zajmuje istotne miejsce w badaniach nad totalitaryzmami, choć w znacznej mierze skupiona jest w odniesieniu do faszyzmu, rzadziej natomiast stosowana jest przy próbach oceny komunizmu. Przechodząc do tematu swego artykułu stwierdziła, że materiały IPN dotyczące tajnych współpracowników wydają się poważnym źródłem wiedzy o postawach, które z pewnością powinny być badane przez psychologów. Zastrzegła, że przystąpiła do badania materiałów zgromadzonych w zasobach IPN z dużym dystansem, ostrożnością oraz ze świadomością, że są to materiały wytworzone przez Służbę Bezpieczeństwa i napisane językiem wyrażającym jej umiejętność widzenia świata i ludzi. Sytuując okres badawczy w końcu lat 70. i w latach 80., zainteresowała się głównie technikami wpływu czyli tym jak SB wciągała ludzi we

współpracę. Przechodząc do metodologii, stwierdziła, że analizując podręczniki instruktażowe dla funkcjonariuszy SB, którzy prowadzili tajnych współpracowników oraz teczki pracy i teczki personalne TW, można wyróżnić szereg kategorii, które pozwalają wyodrębnić wspólne wzory i prawidłowości zachowań. Aby to osiągnąć należało na wstępie stwierdzić co na tą współpracę mogło wpłynąć, a ponieważ czynników wpływających było wiele, należało stworzyć pewne ich kategorie. Przede wszystkim zmienne, które dotyczą wieku, płci, wykształcenia, zawodu i innych typowych danych demograficznych. Jak poinformowała dr Gałkowska, na podstawie danych dotyczących nastrojów, cech indywidualnych czy ewentualnych potrzebnych stymulacji, podjęła próbę opisu osobowości tajnego współpracownika. Wskazała, że starała się określić czynniki, które mogą wpływać na zwiększenie podatności na wpływ, na ogół związane z jakimś kryzysem życiowym, a więc dotyczącym szerokiej sfery życia prywatnego TW (sytuacja rodzinna, ewentualne uzależnienia). Wyodrębniła kilkanaście takich kategorii, by mieć podstawę do właściwego opisania postaw. W dalszej części wystąpienia, autorka opisała wybrane techniki wpływu stosowane przez SB wobec tajnych współpracowników. Zwróciła uwagę, że na podstawie materiałów, które poddano analizie, można określić czy podczas werbunku stosowano techniki tzw. „nogi w drzwiach" czyli stopniowego wciągania, czy stosowano gradację zadań lub czy pozostawiano osobom pozostającym w zainteresowaniu jakiś rodzaj wyboru (przypadki uznania autorstwa swoich decyzji w sytuacji wywierania na osobę określonego wpływu). Przedstawiła następnie kilka czynników, które mogły mieć wpływ na to pozorne poczucie samodzielności w podejmowaniu decyzji przez TW. Były to głównie - samodzielny wybór pseudonimu, własnoręczne spisane zobowiązania do współpracy, wpływ na dobór funkcjonariusza czy wpływ na wybór zadania. Opisała także w jaki sposób funkcjonariusze tworzyli rodzaj więzi z TW i jak ta więź była równoważna z obu stron. Wszystkie te elementy miały prowadzić do większego zaangażowania TW we współpracę. Następnie dr Gałkowska przedstawiła (także

statystycznie) swoje wnioski dotyczące analizy odnotowanych ze strony funkcjonariuszy SB oznak oporu tajnych współpracowników wobec działań bezpieki. Stwierdziła, że dużym zaskoczeniem było dla niej odkrycie, iż tych, którzy ten opór deklarowali było – według danych funkcjonariuszy SB – zaledwie ok. 30%. 14% przyjęło propozycję współpracy z zadowoleniem (kilku z entuzjazmem), a 25% próby badawczej mocno identyfikowało się z działaniami SB (dając wręcz oficerom wskazówki co do dalszych metod działania). Wracając do typów osobowości tajnych współpracowników, autorka poddała krytyce potoczną opinię, że „ludzie ulegali bo byli słabi” oraz że „trudno było oprzeć się działaniom SB”, bowiem tych typów osobowości w próbie badawczej było tylko 17%, natomiast pragmatycznych, stabilnych i rzetelnych TW – ponad 30%. Autorka wskazała także, że badaniami objęła gratyfikacje dla TW oraz intensywność, długotrwałość i rodzaj współpracy dodając, że bardzo często motyw związany z „ego” tajnego współpracownika był wiążący dla propozycji współpracy. Kończąc swą wypowiedź dr Gałkowska podkreśliła znaczenie badań interdyscyplinarnych pozwalających rozwinąć wyniki badań historycznych o nowe aspekty wiedzy naukowej. – Bez psychologicznego aspektu próby zrozumienia sytuacji tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa w zasadzie nie osiągniemy pełnej wiedzy o tamtych problemach - stwierdziła. Dr Paweł Fornal podjął próbę przedstawienia struktury powiatowej jednostki SB w Brzozowie w latach 1957–1990. Na wstępie wskazał podobieństwo struktury brzozowskiej jednostki do innych placówek powiatowych na terenie ówczesnego województwa rzeszowskiego. Zakres badawczy podzielił na dwa okresy: lata 195775 (do reformy administracyjnej) oraz 198390 (z uwzględnieniem, że w latach 1975-83 nie było w Brzozowie jednostki SB). Następnie przybliżył strukturę organizacyjną SB za lata 1973-75, uznając ten okres za najbardziej reprezentatywny dla działań tej formacji. W liczbie dziewięciu etatów zajmowanych przez SB zawierały się: szefostwo, grupa operacyjna (funkcjonariusze zajmujący się rozpoznaniem czyli większością zagadnień operacyjnych, które w tym czasie realizowała SB, takich jak: walka z opozycją polityczną, inwigilacja b. żołnierzy AK i innych struktur podziemia), ochrona gospodarki, zwalczanie działalności Kościoła katolickiego, grupa paszportów oraz sekretariat. Struktura ta w okresie późniejszym ewoluowała przyjmując w latach 80. postać siedmiu zasadniczych grup, których nazwy i działalność w pełni określały obszary zainteresowania Służby Bezpieczeństwa.

13


kwiecień 2014

Dr Dariusz Iwaneczko. Fot. S. Bury

Autor przedstawił wyniki badań w formie prezentacji multimedialnej, opatrując swoje wystąpienie licznymi fotografiami. Przedstawił także w skrócie przebieg karier zawodowych wybranych szefów SB w Brzozowie – przybliżył sylwetki Stanisława Tęczy, Leona Cygana oraz Stanisława Jurczaka. Niejako w odniesieniu do wystąpienia dr A. Gałkowskiej, poruszył kwestię werbunków TW na obszarze właściwym terytorialnie dla jednostki brzozowskiej SB. Poddał analizie potoczne mniemanie, że liczba zwerbowanych tajnych współpracowników spadała z każdym okresem – wskazując na tendencję wręcz odwrotną. – Nie było tak, że brzozowska SB pracowała mniej aktywnie w schyłkowym okresie jej istnienia – podkreślił Fornal. Zwrócił jednocześnie uwagę na to, że fakt ukrycia pionu SB w strukturach Milicji Obywatelskiej, świadczy o tym, że jego działania nie miały mieć charakteru jawnego. Zdarzało się bowiem, że osoby mające kontakty z SB nie zdawały sobie z tego sprawy myśląc, że mają do czynienia z funkcjonariuszami Milicji. W swojej wypowiedzi dr Fornal poruszył także kwestię pozostałego z tego okresu zasobu archiwalnego. Autor odniósł się do procesu niszczenia akt operacyjnych SB, podając okresy, w których niszczono dokumenty. Podał także ich objętość. Z jego ustaleń wynika, że w Brzozowie zniszczono ponad 360 jednostek archiwalnych, tzw. teczek operacyjnych – można domyślać się, że dotyczyły one przede wszystkim rozpracowań księży i opozycji politycznej. Zachowały się jedynie zapisy ewidencyjne. Niszczenie (palenie) odbywało się na zapleczu RUSW w Brzozowie na skalę wręcz masową. Tylko zachowane protokoły zniszczenia pozostawiają ślad, kto te czynności przeprowadzał. Podsumowując swoje wystąpienie dr Fornal podjął próbę oceny skali ubytków w zasobach. – Jeśli można odnieść skalę niszczenia akt w jednym tylko powiecie do sytuacji ogólnokrajowej,

14

to w skali całej Polski była oddziału wrocławskiego, ponieważ człowiek to operacja o charakterze ten mieszkał na terenie Wrocławia i spotkał masowym – stwierdził. Na się z podobną reakcją. Córka po prostu w zakończenie, zachęcając drzwiach oświadczyła, że ojciec nie będzie do zapoznania się z rozmawiał. Z innymi funkcjonariuszami nie treścią swojego artykułu, podejmowałem takiej próby, gdyż oni w zwrócił uwagę na fakt, kontekście tego akurat tekstu niczego by że jego artykuł to kolejna nie wnieśli nowego. Pytanie jest także takie, próba przedstawienia na ile funkcjonariusz ten byłby skłonny działalności SB w mówić prawdę? – powiedział Iwaneczko. – schyłkowym okresie PRL. Oni na ogół nie są skłonni mówić prawdę, W ostatniej części mówić wszystko, to jest chyba trudność wypowiedzi dr Iwaneczko podsumował. prezentował tekst Dyskusję, w której uczestniczyli zgromadzeni własnego autorstwa. Jak na sali byli działacze „Solidarności” wyznał, tekst powstawał zdominował opisany w omawianym artykule bardzo długo i przysporzył wątek rzekomych 3 milionów złotych, mu niemałych trudności. zdeponowanych decyzją Prezydium Zarządu Usiłował w nim ukazać Regionu Rzeszowskiego NSZZ „Solidarność” różne aspekty inwigilacji u proboszcza parafii katedralnej ks. jednaj z najważniejszych parafii oraz jednego Stanisława Maca. Wnikliwej krytyce poddał z najważniejszych ośrodków duszpasterskich ten artykuł Marek Wójcik. – W 1989 roku w Rzeszowie – ośrodka duszpasterskiego na zostały przygotowane dwa sprawozdania Drabiniance, czyli obecnej katedry Diecezji kończące tę działalność (Regionalnej Komisji Rzeszowskiej przez pryzmat akt Służby Wykonawczej – dop. MM), jedno, nazwijmy Bezpieczeństwa, choć nie tylko, bowiem to problemowe, autorstwa Zbigniewa wykorzystano w nim również inne materiały Sieczkosia i mojej skromnej osoby, dotyczące źródłowe. Poza parafią było to także miejsce, historii powstania, prowadzenia działalności gdzie skupiała się działalność charakterze i jej doprowadzenia do jesieni 1989 roku społecznym i opozycyjnym. Organizowano i drugie, finansowe, autorstwa Pani Marii duszpasterstwo ludzi pracy i spotkania Tarnawskiej, współpracującej z RKW i z jej w ramach obchodów rocznic podpisania szefem Zbigniewem Sieczkosiem – powiedział porozumień w Rzeszowie i Ustrzykach po Wójcik. – W materiałach SB zachowały wprowadzeniu stanu wojennego. Jak zauważył, się informacje, że w 1981 roku decyzją znaczna część materiałów została zniszczona Prezydium Zarządu Regionu na potrzeby tej w roku 1990, stąd odtworzenie procesu parafii została przekazana kwota budowy inwigilacji tego ośrodka duszpasterskiego kościoła w wysokości 3 milionów. Z kolei było dużym wyzwaniem. Powiedział także, że ks. Mac w swoich wspomnieniach pisze o nie ma pewności, czy niektóre materiały się milionie. I teraz powstaje pytanie. Na pewno nie zachowały, lecz znajdują się w posiadaniu jako członek RKW jestem zainteresowany osób nieznanych. Autor podjął próbę dotarcia aby historycy wyjaśnili problem owych do funkcjonariuszy SB. – Próbowałem rozbieżności na tyle na ile potrafią, być może przeprowadzić rozmowę z osobą, która ten problem potrafią wyjaśnić moi koledzy była funkcjonariuszem, osobą prowadzącą proboszcza parafii katedralnej w Rzeszowie, kapitanem Czesławem Niemczyńskim. Niestety nie udało się skontaktować z nim bezpośrednio tylko z córką, która stwierdziła, że ojciec jest na tyle schorowany, że ta rozmowa, że to przypomnienie tego wszystkiego mogłoby spowodować, że jego stan by się pogorszył. Podjęliśmy próbę osobistego dotarcia. Poprosiłem kolegę z Uczestnicy konferencji. Przemawia dr A. Gałkowska. Fot. S. Bury


2014 kwiecień z RKW. Mnie w każdym razie i proszę tę wypowiedź traktować jako źródło, nie jest znany fakt, abyśmy w działalności podziemnej w 1982 roku dysponowali chociażby w cząstce kwotą, która była związana z przedmiotem tej uchwały. Nie mieliśmy pieniędzy, o których jest tutaj mowa, a przynajmniej ja nie posiadam takiej wiedzy i przed każdym sądem historycznym, i powiedzmy, każdym innym złożę w tej sprawie stosowne i zgodne ze swoją wiedzą wyjaśnienia. Powstaje więc pytanie: czy te pieniądze były czy też nie, a jeśli tak, to kto je ukradł, na czyje zlecenie i w która stronę poszły. Obawiam się, że jesteśmy tu w składzie wysoce niepełnym, bo przydałby się proboszcz parafii, przydałaby się również obecność byłego przewodniczącego RKW Zbigniewa Sieczkosia. To by pozwoliło nam te kawałki puzzli ułożyć – dodał działacz „Solidarności”. Stwierdził ponadto, że nic mu nie wiadomo o trzech milionach wykorzystanych w obiegu podziemnym, o wykorzystaniu ich dla potrzeb konspiracji, czy niesieniu pomocy charytatywnej. – Chciałbym uzyskać twarde dowody, że mylę się w tej sprawie, ewentualnie chciałbym się dowiedzieć kto kłamie i dlaczego – podkreślił Marek Wójcik. Zwrócił również uwagę na inny aspekt pilnej potrzeby ostatecznego wyjaśnienia tej sprawy. – Puzzle układają się w co najmniej w taki sposób, że można domniemywać nieczyste intencje paru naszych kolegów, a padają tu takie nazwiska, co do których można mieć pewność absolutną, że nie byli tym błotem umorusani. Więc ja świadomie wywołuję ten temat – konstatował. – Nie ma w sprawozdaniu finansowym informacji o tych pieniądzach, więc albo ktoś je ukradł, albo ukradli je funkcjonariusze SB. Próbujmy tę sytuację rozwikłać, bo ks. Mac mówi o milionie, a przekazane zostały trzy – apelował na koniec Wójcik. Odniósł się także do wątku rejestracji przez SB ks. Stanisława Maca, wieloletniego proboszcza parafii na Drabiniance. – Rzeczywiście, czytając wyciągi z raportów TW „Łukasza” to jest tak jakbym słyszał opinie wypowiadane nie tylko do mnie przez ks. Stanisława Maca, ówczesnego proboszcza na temat ludzi „Solidarności”, naszej wiarygodności, naszej moralności. Takimi ludźmi, jak Jarosław Szczepański, Marek Wójcik, Józef Konkel, Tadeusz Kensy, Janusz Szkutnik, ks. Stnisław Mac gardził. I nie krył pogardy dla tych ludzi. Byliśmy dla niego nikim, zawadą i problemem. Byliśmy dla niego korzyścią tylko jednego dnia, kiedy z całej Polski zjeżdżali ludzie na obchody i wtedy powiedzmy sobie jasno, była duża taca. Wtedy byliśmy ważni. Cała reszta jest dokładnie zawarta w tych wyciągach. Proszę mi wierzyć, tych kilka wyciągów z doniesień TW jest to bardzo wiarygodny portret tego człowieka, tego kapłana, który uważał, że

duszpasterstwa ludzi pracy, duszpasterstwa Mac nigdy tych pieniędzy w rękach nie miał rolnicze przegrają, a ich twórcy to ludzie, i one były wirtualnie, w pewnych kwitach którzy się do niczego nie nadają – powiedział funkcjonowały. Natomiast najgorszą sprawą Marek Wójcik. Na koniec zwrócił uwagę było to, że najlepiej poinformowanymi na nieprecyzyjny termin, jakim historycy osobami o tych środkach były właśnie tajny przywykli nazwać wydarzenia w 1981 roku. współpracownik SB i funkcjonariusze SB i – Byłem autorem relacji z uroczystości to najwyższej rangi. Włącznie z zastępcą poświęconych rocznicy podpisania Komendanta Wojewódzkiego ds. SB. Czyli porozumień w Ustrzykach Dolnych i właściwie szefem SB na terenie ówczesnego Rzeszowie. O to bym prosił historyków, proszę województwa rzeszowskiego – powiedział nie używać zupełnie kretyńskiego określenia Iwaneczko. Na koniec opowiedział również porozumienia ustrzyckorzeszowskie. Czy my słyszymy w historii o porozumieniach gdańskoszczecińsko-jastrzębskich? Są porozumienia w Ustrzykach Dolnych i w Rzeszowie. Owszem, wykształciło się pojęcie obchodów rocznicy porozumień ustrzyckorzeszowskich i to jest skrót fatalny. Jednak historycy powinni zrezygnować z używania określenia porozumienia rzeszowskoustrzyckie dlatego, że w dwóch miejscach były podpisywane dwa Uczestnicy prezentacji. Siedzą od lewej dr Dariusz Iwaneczko, dr Paweł Fornal, dr Anna Gałkowska i dr Paweł Róg. Fot. S. Bury oddzielane porozumienia i one mają swych różnych sygnatariuszy – zauważył Wójcik. Głos w o swojej pracy nad artykułem dotyczącym tej sprawie zabierali także m.in. Antoni współpracy Józefa Kurylaka z SB. – Próbowałem Kopaczewski i Stanisław Alot. odpowiedzieć na pytanie, jak osoba związana Odnosząc się do tych wypowiedzi dr Dariusz ze środowiskami literackimi, poezją, czyli Iwaneczko zauważył: – Mnie interesowała jakby inaczej patrząca na kwestie piękna, próba odpowiedzi na pytanie, na które postrzegania świata, rzeczy wzniosłych, mogła ostatecznie nie odpowiedziałem. To wszystko przez 20 lat współpracować z SB. Dla mnie jest w sferze hipotetycznej. Mianowicie, czy postać tragiczna. A propos wypowiedzi dr umorzenie sprawy dotyczącej przekazania Gałkowskiej i wypowiedzi Marka Wójcika, to 3 mln złotych z zasobów Zarządu Regionu jest tajny współpracownik, który zdecydował NSZZ „Solidarność” na rzecz budowy kościoła się rozmawiać ze mną. Stad ten tekst jest o było związane z faktem zwerbowania ks. wiele ciekawszy, że głos należy również do Maca i zarejestrowania go jako tajnego tego człowieka, który próbuje jakoś tam się współpracownika, ponieważ on był jednym wytłumaczyć, ale przede wszystkim przyznaje z aktorów tej całej operacji. Pan Marek się do współpracy, co stanowi pewien Wójcik ma słuszną rację. My dzisiaj nie ewenement, nie umniejsza jej, no może po rozstrzygniemy co się stało z tymi trzema części – podkreślił redaktor naczelny. milionami. Trzeba by było sięgnąć do Prezentacja czasopisma niewątpliwie dokumentów, notatek, które pozostały, bo wyraźnie wykazała potrzebę prowadzenia są takowe notatki, dotyczące finansów RKW. dalszych badań nad okresem komunizmu i […] Uważam, że to jest kwestia działaczy ówczesnym aparatem represji. Środowisko podziemnej rzeszowskiej solidarności, skupione wokół wydawanego w Rzeszowie którzy powinni przede wszystkim sami sobie czasopisma daje gwarancję, że takie badania postawić pytanie, czy te środki znalazły się w będą kontynuowane i że nie zabraknie całej puli środków wykorzystywanych w latach tematów do dalszej dyskusji. 80. i zostały gdzieś tam wykorzystywane, na działalność podziemną, czy one w ogóle wróciły od tego depozytariusza, którym miał Sławomir Bury, Marcin Maruszak być ksiądz Stanisław Mac. Ja proszę państwa, oczywiście nie mam na to dowodów, tego w tekście nie opisałem, ale uważam, że ksiądz

15


kwiecień 2014

Instytut Pamięci Narodowej w Rzeszowie zwraca się z apelem do osób posiadających wiedzę na temat potajemnych pochówków dokonywanych przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego na cmentarzu Pobitno w Rzeszowie lub w innych miejscach na terenie Podkarpacia, a także do rodzin osób pozbawionych życia przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, które nie znają miejsca pochówku swoich bliskich o kontakt pod numerem telefonu 17 860-60-23 lub adresami poczty elektronicznej: boguslaw.kleszczynski@ipn.gov.pl; miroslaw.surdej@ipn.gov.pl Poszukiwania prowadzone przez rzeszowski IPN na terenie Rzeszowa dotyczą zarówno osób zamordowanych w więzieniu na rzeszowskim zamku w wyniku orzeczonej kary śmierci jak również osób zmarłych na terenie tego więzienia i aresztów organów bezpieczeństwa w latach 1944-1956. Podstawowym źródłem do prowadzenia badań jest „Lista straconych i zmarłych w więzieniu na zamku w Rzeszowie (sierpień 1944 – grudzień 1956)” przygotowana i opublikowana na początku lat 90. XX w. przez Marię Ożóg, ówczesnego wicedyrektora Instytutu Historii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie. Do ustalenia pozostaje jednak nadal pełna lista osób zamordowanych i pochowanych na terenie aresztów śledczych NKWD oraz Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. Według Bogusława Kleszczyńskiego z Rzeszowskiego Oddziału IPN, potajemnych pochówków osób straconych na rzeszowskim zamku dokonywano w różnych częściach cmentarza Pobitno, początkowo w obecnej kwaterze XXIX i na jej obrzeżach oraz w kwaterze XXXI, a w okresie późniejszym na terenie kwatery XXXII. Prawdopodobnie część mogił znajduje się poza obrębem obecnego muru cmentarnego, który uległ przesunięciu w połowie lat 70. XX w. w wyniku budowy ronda na skrzyżowaniu dzisiejszej ul. Lwowskiej z aleją Armii Krajowej. Nieznana jest niestety łączna liczba pochówków więziennych na tym cmentarzu, ale może to być nawet ok. 300 mogił, z czego spora liczba może dotyczyć więźniów kryminalnych. Ich poszukiwanie jest jednak bardzo trudne. W dostępnej dokumentacji niełatwo jest bowiem znaleźć informacje na temat miejsca pochówku, a ponadto kwatery, w których mogą znajdować się omawiane groby były wielokrotnie przekopywane, co dodatkowo może utrudniać badania. Przeprowadzona w 2012 roku przez pracowników rzeszowskiego oddziału IPN inwentaryzacja dzielnicy XXXII (dawna kwatera 7), pozwoliła ustalić dwie nieznane dotąd mogiły więźniów rzeszowskiego więzienia na zamku, które zachowały się do dnia dzisiejszego i nie Grób działaczy Zrzeszenia WiN Władysława Koby, Leopolda Rząsy i Michała Zygo na starym zostały zniszczone przez późniejsze pochówki. Znane są nazwiska cmentarzu w Zwięczycy znajduje się pod nieustanną opieką mieszkańców Rzeszowa (fot. osób w nich pochowanych. Jedną z nich jest Antoni Bednarczyk, M. Maruszak) pochowany 28 listopada 1953 r. Dzięki dosyć dobrze prowadzonym księgom ewidencyjnym cmentarza, wytypowano także orientacyjne miejsca pochówku innych osób. W księgi ewidencyjne cmentarza wpisywano bowiem osoby zmarłe na terenie rzeszowskiego więzienia oraz licznych aresztów, co pozwoliło specjalistom z IPN wyodrębnić szereg nazwisk. Jednak tylko dzięki odwadze i determinacji części rodzin ofiar, w ewidencji cmentarnej udało się umieścić wpisy dotyczące miejsc pochówku osób straconych na zamku, m.in. żołnierzy AK i WiN Tadeusza Pleśniaka i Jana Prędkiewicza oraz Wacława Polewczyńskiego żołnierza Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Dzięki temu żołnierze ci mieli swoje nagrobki jeszcze w okresie PRL-u. Można także z dużym prawdopodobieństwem określić miejsce spoczynku Jana Wawry. Pomimo braku odpowiedniej adnotacji w cmentarnej ewidencji, znane są także mogiły Bronisława Stęgi i Józefa Koszeli, żołnierzy AK powieszonych publicznie 17 czerwca 1946 r. na tzw. rynku giełdowym w Rzeszowie (obecny Plac Ofiar Getta). Rodzinom straconych w tej egzekucji wydano bowiem ich ciała. Prawdopodobnie na tym cmentarzu znajdują się również mogiły kilkunastu oficerów podziemia niepodległościowego, zamordowanych przez komunistów na zamku i w siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Jagiellońskiej. Wśród nich znajdują się Jan Toth „Mewa”, dowódca oddziału partyzanckiego NOW-AK oraz Jan Balawejder, działacz młodzieżowej organizacji antykomunistycznej „Orlęta”,

16


2014 kwiecień którego zamordowano 12 października 1949 r. podczas przesłuchania w poliklinice WUBP przy ul. Baldachówka. Jak wynika jednak z badań przeprowadzonych przez IPN, nie wszystkie rodziny starały się o ustalenie miejsc pochówku, a grabarze mieli obowiązek wpisywać tylko pochówki osób zmarłych, których sami dokonywali. Dlatego w większości przypadków brakuje jakichkolwiek informacji na temat pochówków osób, na których wykonano wyrok śmierci. Osoby te chowano całkowicie anonimowo. Dlatego poszukiwania ich miejsc pochówków polegają przede wszystkim na odtworzeniu pierwotnego opisu i układu kwater, który ulegał na przestrzeni lat dużym zmianom. Wpływ na to miały m.in. liczne ponowne pochówki w tych samych miejscach (polskie prawo stanowi, że gdy miejsce pochówku nie jest opłacane po 20 latach może nastąpić ponowny pochówek na tym samym miejscu), odchylenia nagrobków od faktycznych miejsc pochowania zwłok oraz zmiany numeracji rzędów na poszczególnych dzielnicach. Metoda ta pozwala na zlokalizowanie w dużym przybliżeniu miejsc, w którym mogą być pochowane ofiary komunistycznych zbrodni. Dodatkowe informacje mogłyby przynieść badania magnetometryczne i pomiary dokonywane przy pomocy georadaru, jednak w przypadku cmentarza Pobitno może się to okazać bezcelowe ze względu na wielokrotnie przekopywaną ziemię oraz obecność w niej dużej liczby elementów metalowych. Ewentualne badania georadarem brane są pod uwagę jedynie na cmentarzu w Zwięczycy. Cmentarz na Pobitnem nie jest jedynym miejscem będącym w zainteresowaniu IPN na terenie Rzeszowa. Poszukiwania miejsc pochówków obejmują również rzeszowski zamek, który do końca lat 60. XX w. był siedzibą więzienia. Jak poinformował Bogusław Kleszczyński, na obecnym etapie można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że na dziedzińcu zamku nie dokonywano masowych pochówków. Miały na to wpływ m.in. dwie okoliczności. Po pierwsze na dziedzińcu były wykonywane egzekucje, a po drugie na dziedziniec ten skierowane były okna sądu, w którym pracowały osoby postronne. Bardzo poważnie bierze się natomiast pod uwagę teren wszystkich bastionów zamku, na których według relacji wielu świadków stale prowadzono bliżej nieokreślone prace ziemne. Warto przypomnieć, że na początku lat 90. XX w. podczas prac remontowych prowadzonych na terenie zamku odnaleziono ludzkie szczątki, a Prokuratura Rejonowa w Rzeszowie prowadziła w tej sprawie śledztwo. Relacje i nieliczne dokumenty wskazują, że ofiary zbrodni komunistycznych chowano również w bezpośrednim otoczeniu siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego mieszczącego się w Rzeszowie przy ul. Jagiellońskiej, gdzie obecnie znajduje się budynek Komendy Miejskiej Policji. Według opinii specjalistów IPN, kolejnym miejscem potajemnych pochówków ofiar zbrodni komunistycznych na terenie Rzeszowa jest cmentarz komunalny przy ulicy Podkarpackiej (teren dawnej Zwięczycy). Tutaj zostali pochowani m.in. działacze Okręgu Rzeszowskiego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”: Władysław Koba, Leopold Rząsa i Michał Zygo, rozstrzelani na zamku w dniu 31 stycznia 1949 r. Według historyka Grzegorza Ostasza, tylko dzięki Nagrobek działaczy Zrzeszenia WiN Władysława Koby, Leopolda Rząsy i Michała Zygo na starym cmentarzu w informacji przekazanej przez strażnika Zwięczycy (fot. M. Maruszak) więziennego Kazimierza Werelusza, rodziny zamordowanych znały ich miejsce pochówku. Po latach można było dzięki temu postawić na tym miejscu nagrobek z nazwiskami zamordowanych. Bogusław Kleszczyński uważa, że pochówek wymienionych ofiar represji komunistycznych na cmentarzu w Zwięczycy nie może być jedynie pojedynczym epizodem i innych pochówków na tym cmentarzu nie można wykluczyć. Z zachowanych relacji wynika jednak, że więźniów tych pochowano w tym miejscu tylko dlatego, że Urząd Bezpieczeństwa otrzymał informacje o obserwacji cmentarza Pobitno przez działaczy WiN. Odpowiedzi na te pytania mają przynieść dopiero szczegółowe badania tego cmentarza. Niezwykle pomocne w odnalezieniu grobów ofiar represji komunistycznych mogą się okazać wszelkie informacje przekazane przez rodziny i żyjących nadal świadków. Jednak na apel wystosowany przez IPN odpowiedziało dotąd zaledwie kilkanaście rodzin. Jest to niewiele w porównaniu z ogólną liczbą zamordowanych. Podczas przygotowywania niniejszego tekstu, wykorzystano m.in. artykuł Bogusława Kleszczyńskiego zamieszczony w wydawnictwie Stowarzyszenia Opieki nad Starym Cmentarzem w Rzeszowie im. Włodzimierza Kozło pt. „Nie ma wolności bez przeszłości. XI rzeszowska kwesta na rzecz ratowania pomników nagrobnych na starym cmentarzu”, Rzeszów 2013.

Marcin Maruszak 17


kwiecień 2014

Marcin Maruszak Aby zrozumieć symbolikę związaną z sylwetkami żołnierzy AK z omawianego terenu, należy na wstępie przedstawić czytelnikowi szczegóły walk z Niemcami miejscowego zgrupowania AK w okresie akcji "Burza". Ze względów militarnych i propagandowych największe znaczenie miała potyczka z wojskami niemieckimi w przysiółku "Gaj" wchodzącym w skład Boguchwały oraz pomoc udzielona przez miejscowych AKowców wkraczającej na te tereny Armii Czerwonej. Wieloletnie próby wymazania omawianych wydarzeń z podręczników historii oraz pamięci miejscowych mieszkańców, stanowią symboliczny przykład propagandy kłamstwa, na bazie której wielu miejscowych działaczy komunistycznych robiło karierę w partii i bezpiece.

Akcja na Gaju Wydarzenia ostatnich dni lipca 1944 roku zapisały się na trwałe w dziejach

18

Rzeszowa i jego okolicy. Przede wszystkim ze względu na trwającą akcję powstańczą Armii Krajowej o kryptonimie „Burza”. Jej celem było wyzwalanie terenów Polski z wojsk niemieckich oraz organizowanie władzy na wyzwolonych terenach. Zgodnie z założeniami "Burzy", AK miała występować w roli gospodarza przed wkraczającymi na te tereny oddziałami Armii Czerwonej, a organizowaniem struktur władz państwowych miała się zajmować administracja cywilna Polskiego Państwa Podziemnego. Zanim jednak sowieci weszli w dniu 2 sierpnia 1944 r. do Rzeszowa, najbliższe okolice miasta stały się areną intensywnych działań partyzanckich oddziałów AK i Batalionów Chłopskich, które skutecznie paraliżowały ruchy Wehrmachtu i niemieckiego aparatu bezpieczeństwa. Prowadzone wówczas walki obfitowały w szereg niezwykłych wydarzeń, które świadczą o poświęceniu i bohaterstwie ich uczestników. Jeden z ważniejszych i całkowicie wymazanych z ludzkiej pamięci epizodów tamtego okresu, miał miejsce na południowych przedmieściach Rzeszowa. Oto jego krótki opis, zrekonstruowany w oparciu o relacje i dokumenty. Przed świtem 26 lipca 1944 r., w pobliżu drewnianego mostu na rzece Lubczy w Boguchwale zebrali się żołnierze AK z drużyny dywersyjnej plutonu dowodzonego przez ppor. Stanisława Rzepkę ps. „Jastrząb”, który wchodził w skład Zgrupowania II „Wschód” Obwodu AK Rzeszów. Ich zadaniem było paraliżowanie transportów niemieckich na linii kolejowej i drodze łączącej Rzeszów

z Boguchwałą. Oddziałem tym dowodził nieznany do dzisiaj z imienia i nazwiska podoficer o pseudonimie „Zagłoba”, a skład uzupełniali żołnierze AK z miejscowości Zwięczyca, Racławówka i Drabiniaka, m.in.: Hieronim Bednarski ps. „Nawrócony”, Antoni Rzucidło ps. „Szkop”, Wojciech Buczek ps. „Zając”, Tadeusz Miąsik ps. „Mikuś”, Adam Rusin ps. „Sroka”, Piotr Rusin, Zdzisław Rusin, Władysław Kalandyk, Mieczysław Półchłopek ps. „Wierzba”, Jan Ślęzak ps. „Edian”, Józef Lasota, Józef Buda, Józef Materna, Tadeusz Dronka, Marek Szalacha, Jan Złamaniec ps. „Grab”, Marian Cyrek, Karol Miąsik, Albin Kruczek, Paweł Grzebyk i Adam Wróbel. Zgodnie z rozkazami otrzymanymi dzień wcześniej, wszyscy posiadali biało-czerwone opaski z napisem AK-WSOP (Armia KrajowaWojskowa Służba Ochrony Powstania). Broń, w którą zostali wyposażeni była przeważnie zdobyta na Niemcach, w trakcie licznych akcji organizowanych na transporty kolejowe oraz na pojedyncze patrole wroga. Były to m.in. pistolety maszynowe, karabiny „mauser”, jeden RKM, granaty i broń krótka. Żołnierze „Zagłoby” stanowili elitę podziemnej armii na tym terenie. Byli dobrze wyszkoleni. Wielu z nich służyło wcześniej w formacjach zbrojnych II Rzeczpospolitej. Jako żołnierze dywersji dysponowali najlepszą bronią i wyposażeniem. Po nastaniu ciemności „Zagłoba” wydał rozkaz do zniszczenia mostu. Oblano drewnianą konstrukcję benzyną i podpalono. W ciągu kilkudziesięciu minut most przestał istnieć. Tym samym najkrótsza droga,


2014 kwiecień zorganizowania objazdu przez Racławówkę. Droga ta jednak biegła przez wiele licznych w tej okolicy wąwozów. Na to liczył „Zagłoba”. Dysponując informacjami wywiadu o mających tamtędy przejeżdżać transportach, mógł precyzyjnie zaplanować miejsce i czas zasadzki. Na rozkaz „Zagłoby”, w nocy z 26 na 27 lipca 1944r., jedenastu żołnierzy oddziału zebrało się pod mostem kolejowym z Zwięczycy. W skupieniu wysłuchali instrukcji przekazywanych przez dowódcę, sprawdzając jednocześnie zamki w karabinach i pistoletach. Rozkaz brzmiał jasno i klarownie. Zniszczyć transport niemiecki, przemieszczający się objazdem, drogą ze Zwięczycy, przez Niechobrz, do Boguchwały. Unieruchomić pojazdy, zdobyć jak największą Fragment meldunku Inspektoratu AK Rzeszów z okresu "Burzy" (Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Rzeszowie) ilość broni i zlikwidować możliwie dużo siły żywej nieprzyjaciela. Po wysłaniu patroli zwiadowczych, „Zagłoba” zarządził wymarsz. Żołnierze poruszali się w ciszy, gęsiego wzdłuż linii kolejowej w kierunku Boguchwały. Sprzyjały im panujące ciemności. Po dotarciu na tzw. Kaczerne, skierowali się wzdłuż rzeki Lubczy, w kierunku przysiółka „Gaj”, wchodzącego w obręb Boguchwały. Tutaj droga do Niechorza, wijąca się pomiędzy szachownicami pól, opadała gwałtownie w głęboki wąwóz obrośnięty zaroślami. Takie ukształtowanie terenu sprzyjało zorganizowaniu oraz dawało Postanowienie Wojskowej Prokuratury Garnizonowej wobec Piotra Rusina i zasadzki szansę na bezpieczny Tadeusza Miąsika. Sygn. akt AIPN 915/1454 (Zbiory Instytutu Pamięci Narodowej) odwrót. Po dotarciu biegnąca z Rzeszowa do Boguchwały stała na miejsce, żołnierze się nie przejezdna. Niemcy nie mając innej zajęli stanowiska strzeleckie na obrzeżach możliwości przemieszczania się wzdłuż wąwozu. Patrol zwiadowczy ulokował się nadciągającej linii frontu, zmuszeni zostali do tymczasem na pobliskich wzgórzach, skąd

rozpościerał się daleki widok na okolicę, umożliwiający obserwację ruchów wojsk na całej trasie objazdu od Zwięczycy, przez Racławówkę, do Niechobrza. Jednocześnie utrzymywano kontakt wzrokowy ze zwiadowcami rozlokowanymi wzdłuż drogi. O świcie cała okolica stała się doskonale widoczna. Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy jeden ze zwiadowców dostrzegł w Zwięczycy zbliżający się konwój pięciu wypełnionych żołnierzami niemieckimi i ukraińskimi ciężarówek. Auta przemieszczały się dość powoli, ze względu na wyboistą drogę. Kolumnę prowadził samochód osobowy, w którym jechało kilku oficerów. Przed nimi, w odległości kilkudziesięciu metrów znajdował się motocykl stanowiący przednie zabezpieczenie. Dzięki umówionym sygnałom, wiadomość o niemieckim transporcie została przekazana żołnierzom na zasadzce. Ich dłonie coraz mocniej ujmowały trzymaną w pogotowiu broń. Z wolna narastało napięcie. Po kilkudziesięciu minutach niemiecka kolumna znalazła się na „Gaju”. Żołnierze AK przepuścili motocykl zwiadu. Za nim wjechał w obręb wąwozu samochód wiozący oficerów. Wówczas padł rozkaz rozpoczęcia akcji. Kilkoma celnymi strzałami z „mausera”, zlikwidowano zwiadowców na motocyklu, zaś auto zostało obrzucone granatami i seriami z karabinów maszynowych. Dzieła dopełnił Hieronim Bednarski, wybiegając na drogę przed nadjeżdżający samochód i zasypując przednią szybę pojazdu celnym gradem kul z pistoletu maszynowego. Samochód wypadł z drogi i uderzył w skarpę. Terkoczący w jego reku automat rozpruwał karoserię nie dając żadnych szans znajdującym się w jego wnętrzu Niemcom. Jednemu albo dwóm udało się wydostać na zewnątrz, lecz momentalnie zostali skoszeni seriami z automatów. W tym samym momencie jedna z kul drasnęła Bednarskiego w skroń. Padł ogłuszony, a krew zalała mu oczy. Widząc to, biegnący za nim koledzy błyskawicznie przyszli mu z pomocą, wynosząc go na swych ramionach z pola walki. Jednocześnie umieszczony na szczycie wąwozu RKM zaczął ostrzeliwać gęstym ogniem ciężarówki z Niemcami, którzy wyskakując w panice z samochodów, usiłowali zorganizować naprędce linię obrony. Wysiłki te nie zdały się jednak na wiele, gdyż prowadzony przez partyzantów z rożnych kierunków ogień skutecznie je paraliżował. Pozbawieni dowództwa Niemcy rozpoczęli się bezładnie wycofywać w kierunku Niechobrza. Odprowadzał ich nękający ogień partyzanckich karabinów. Gdy ucichły ostatnie strzały, natychmiast rozpoczęto zbieranie zdobycznej broni i wyposażenia, którego każdy element był na wagę złota dla partyzantów. W środku rozbitego samochodu

19


kwiecień 2014

20


2014 kwiecień

21


kwiecień 2014 porzuconego przez Niemców sprzętu okazało się, że pozostawione na placu boju ciężarówka i motocykl, po przeprowadzeniu drobnych napraw będą mogły być ponownie wykorzystane. Błyskawicznie podjęto decyzję o ich zabezpieczeniu i ukryciu. Przy pomocy sprowadzonych koni udało się je przetransportować do Zwięczycy, gdzie zostały ukryte i zamaskowane niedaleko zabudowań Hieronima Bednarskiego. We wspomnieniach niektórych mieszkańców Zwięczycy zachował się obraz triumfalnego przejazdu partyzantów na zdobycznym sprzęcie. Przez wieś przejechała wypełniona akowcami ciężarówka,udekorowana dodatkowo białoczerwoną flagą. Partyzanci śpiewali patriotyczne pieśni i trzymając wysoko nad głowami karabiny wznosili okrzyki triumfu. Zwycięstwo odniesione w potyczce z Niemcami, okupione zostało jednak dotkliwymi stratami. Oprócz „Nawróconego”, rany odnieśli Antoni Rzucidło ps. „Szkop”, Mieczysław Półchłopek ps. „Wierzba” oraz Wojciech Buczek ps. „Zając”, który otrzymał postrzał w ramię. widać było nieruchome i zakrwawione ciała zabitych niemieckich oficerów. Sprawdzono dokładnie ich teczki, mogły bowiem zawierać cenne informacje o planach obronnych lub działaniach prowadzonych przeciwko zgrupowaniom partyzanckim. Jednak w trakcie przeglądu zdobytego sprzętu żołnierze "Zagłoby" dostali się ponownie pod silny ostrzał niemieckich ciężkich karabinów maszynowych od strony Racławówki. Ze względu na brak amunicji i dużą przewagę nieprzyjaciela "Zagłoba" podjął decyzję o wycofaniu oddziału. W trakcie oględzin

22

Ramię w ramię z Armią Czerwoną Zgodnie z otrzymanymi rozkazami, 29 lipca żołnierze „Zagłoby” nawiązali kontakt z jednostkami Armii Czerwonej, wobec których występowali jako sojusznicy, przekazując zdobyty na Niemcach sprzęt . Wspólnie z sowietami wzięli udział w natarciu przeciwko wycofującym się Niemcom w okolicach Zwięczycy, przeprowadzając przez

Wisłok i bocznymi drogami sowiecki zwiad i kilka czołgów. Manewr ten zniweczył plany obronne Niemców i spowodował ich szybki odwrót na pozycje w okolicach Kielanówki i Zabierzowa. Według meldunków Inspektoratu AK Rzeszów, sowieci mieli wypowiadać się z uznaniem o odwadze i bohaterstwie miejscowych AK-owców. W trakcie pokazywania drogi żołnierzom sowieckim zginęła od niemieckiego pocisku Aniela Bednarska, krewna Hieronima Bednarskiego i prawdopodobnie jedna z łączniczek oddziału. W dniu 28 lipca zginął żołnierz Placówki "22" Jan Komarzyca, a 29 lipca, na drodze w Racławówce, Niemcy zastrzelili znanego z odwagi i zuchwałości wobec wroga Jana Ślęzaka ps. „Edian”, który w przebraniu żołnierza niemieckiego prowadził obserwację transportów wojskowych. 2 sierpnia, w trakcie pełnienia służby porządkowej w wyzwolonym przez sowietów Rzeszowie, zginął Zdzisław Rusin, nieumyślnie postrzelony przez kolegę z oddziału.

Komunistyczna propaganda Każdy, kto choć odrobinę interesuje się najnowszymi dziejami Polski, powinien w tym miejscu zadać sobie pytanie, dlaczego opisane powyżej wydarzenia i uczestniczący w nich żołnierze AK nie doczekali się do dziś właściwego upamiętnienia? Dlaczego przez ponad 65 lat, jakie minęły od tamtych wydarzeń skutecznie wymazywano z pamięci mieszkańców okolicznych miejscowości przykłady bohaterstwa i poświęcenia jakimi wykazali się ich przedstawiciele w walce z niemieckim okupantem? Dzisiaj można z całą pewnością stwierdzić, że na ten stan rzeczy największy wpływ mieli ludzie będący u władzy w okresie komunistycznym. Żołnierze AK z omawianego terenu mieli bowiem to nieszczęście, że swą służbę pełnili na terenie o silnych wpływach i tradycjach komunistycznych i to przede wszystkim miejscowym komunistom nie na rękę było wysławianie bohaterów akowskiego zrywu zwłaszcza, że część żołnierzy z oddziału „Zagłoby”, po ucieczce Niemców nie złożyła broni i prowadziła walkę przeciwko nowemu, tym razem sowieckiemu okupantowi. Niezręcznie było zatem nowej, zainstalowanej z sowieckiego nadania władzy, podkreślać olbrzymi wkład żołnierzy „stojącej z bronią u nogi” Armii Krajowej w pokonanie hitlerowskich Niemiec. Owo wymazywanie z pamięci miało ściśle określony cel. Umożliwiało bowiem systematyczną budowę mitu i kłamstwa o pierwszorzędnej roli Polskiej Partii Robotniczej (PPR), Gwardii Ludowej (GL) i Armii Ludowej (AL) w „wyzwoleniu” Polski. Umożliwiało także budowę mitu


2014 kwiecień o Zwięczycy jako „czerwonej wsi”, w której ruch oporu przeciwko hitlerowskim najeźdźcom reprezentowany był jedynie przez członków PPR, GL i ich popleczników. Miejscowa szkoła nosiła nawet przez 45 lat imię ich „wybitnego” przedstawiciela, jakim był Augustyn Micał, agent międzynarodówki komunistycznej, przysłany na te tereny przez Stalina, celem instalowania sowieckiej władzy. Dlatego jakiekolwiek ślady po działalności miejscowego AK miały zostać wymazane z pamięci mieszkańców. Takie działania wymagały jednak odpowiedniej oprawy propagandowej. W tym celu, z nakazu partii komunistycznej i jej czołowych działaczy uruchomiono olbrzymią machinę kłamstwa. Z miejscowych żołnierzy AK zrobiono po prostu bandytów, skutecznie eksponując działania dywersyjne i odwetowe prowadzone przez nich przeciwko komunistom oraz kolaborującym z nimi mieszkańcom i przedstawiając je jako zbrodnie popełnione na zwykłych obywatelach. Do takich właśnie, „bandytów” miała należeć większość żołnierzy z plutonu „Zagłoby” z Hieronimem Bednarskim na czele. Aby podtrzymać ten mit w świadomości społecznej, komuniści zaangażowali olbrzymie środki, z działaniami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa na czele. Inspirowano i kontrolowano w tym celu prasę i środki masowego przekazu, wymazywano z programów nauczania szkolnego i badań regionalnych jakiekolwiek informacje na ten temat. Wspierano także artykuły i programy propagandowe, ukierunkowane w jedynie słuszną stronę, podpierając się wątpliwymi i lansowanymi przez partię komunistyczną autorytetami. Jednym z kierunków działań propagandowych stało się także lansowanie przekonania o kryminalnym rodowodzie podziemia antykomunistycznego na omawianym terenie. Działania te trafiały niestety na podatny grunt, gdyż miejscowi mieszkańcy nie posiadali prawie żadnej wiedzy o działalności konspiracji niepodległościowej. To jedynie komunistyczna bezpieka dysponowała pełną wiedzą na ten temat i skutecznie to wykorzystywała. Dlatego do dnia dzisiejszego można spotkać ludzi wypowiadających się na te tematy w duchu komunistycznej propagandy. Wszystkie te działania wynikały z logicznie wysnutego przez komunistów wniosku, który wyraźnie wskazywał, że bez działań aparatu represji i skutecznej propagandy, nie będą mogli uchodzić w oczach społeczeństwa za sprawujących władzę ze społecznego nadania. Dlatego powtarzane przez dziesięciolecia kłamstwa o bandytach ze Zwięczycy, Racławówki i Drabinianki podszywających się pod AK należy dzisiaj traktować jako jedno

z kłamstw założycielskich systemu komunistycznego na tym trenie, stanowiące fundament, na którym wielu miejscowych działaczy komunistycznych robiło kariery w partii i bezpiece. Ponadto w oparciu o to kłamstwo, zrzeszeni w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację m.in. byli ubecy, ormowcy i inni utrwalacze władzy ludowej, którzy nigdy nie trzymali broni w ręku, mogli budować mit o własnym kombatanctwie.

Represje Większość żołnierzy z plutonu „Zagłoby” spotkały po wojnie różnego rodzaju represje ze strony komunistów. Ci którzy zaangażowali się w działalność poakowskiego, antykomunistycznego podziemia, stali się dla nich śmiertelnymi wrogami. Kilku z nich zostało zastrzelonych przez UB i bojówki PPR, kilku skazano na wieloletnie kary więzienia, z karą śmierci włącznie. Ci którzy przetrwali, po wyjściu z więzienia byli ludźmi zniszczonymi fizycznie i psychicznie, ludźmi złamanymi szykanami i torturami. Wiele wycierpiały ich rodziny. Wielu z nich musiało na zawsze opuścić rodzinne strony. Musieli się ukrywać, zmieniać nazwiska, Bilansowy meldunek sytuacyjny dowódcy Placówki "22" Stanisława Rzepki ps. zerwać kontakty z rodziną i „Jastrząb”.(Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Rzeszowie) przyjaciółmi. Musieli przede Polaków, którym odmówiono ich zasług, a wszystkim milczeć. Resztę życia wypełniały jakże często również godnego pochówku im strach i obawa o najbliższych. Przykładem po śmierci. Wieloletnie próby niszczenia szczególnym jest życiorys Hieronima jakichkolwiek świadectw jego działalności Bednarskiego, znanego jako „Minek”. Przez w AK i WiN oraz ludzi, którzy go pamiętali wiele lat istnienia PRL stał się on w okolicach nie mają precedensu wśród wielkiej liczby Rzeszowa symbolem znienawidzonego żołnierzy podziemia antykomunistycznego reakcjonisty i bandyty. Odmówiono mu z terenu powiatu rzeszowskiego. Posuwano nawet przynależności do antyhitlerowskiego się nawet do niszczenia dokumentów „ruchu oporu”. Komuniści kilkakrotnie operacyjnych UB i usuwania niewygodnych usiłowali go zlikwidować. W końcu dopadł danych z akt sądowych. Wiele dokumentów go stalinowski sąd, skazując na karę śmierci. „sprywatyzowano”, czyli znalazły się w Jego zwłoki, przez kilkadziesiąt lat spoczywały prywatnych rękach odchodzących ze służby na śmietniku, a w wolnej już Polsce esbeków. Mimo to pamięć o nim przetrwała starano się nie dopuścić do jego godnego w sercach wielu ludzi i w nielicznych pochowania. Los Hieronima Bednarskiego dokumentach, na podstawie których możemy jest przykładem losów pokolenia AK, losów

23


kwiecień 2014 Komendę Rzeszowskiego Obwodu Armii Krajowej przygotowania do powstania zbrojnego przeciwko okupantowi niemieckiemu, znanego pod kryptonimem akcji „Burza”. W dniu 22 maja 1944 r. Komendant Obwodu AK Rzeszów, kpt. Władysław Składzień („Twardy”, „Boruta”) wydał rozkaz bojowy do akcji „Burza” oraz rozkazy organizacyjne dla podległych mu placówek. W rozkazach znajdowały się także zadania i obowiązki dla poszczególnych oddziałów zbrojnych, z których uformowano cztery zgrupowania. Każda placówka obwodu miała wystawić własny oddział dywersyjny do zadań specjalnych. Na terenie Placówki o kryptonimie „22” (obejmowała Rzeszów, Drabiniankę, Zwięczycę, Staroniwę, Kielanówkę i Bziankę) utworzono kilka oddziałów dywersyjnych. W skład oddziału, którym dowodził podoficer o pseudonimie „Zagłoba” Fragment charakterystyki nr 31 bandy terrorystyczno-rabunkowej pod dowództwem Hieronima Bednarskiego ps. Nawrócony. Sygn. akt AIPN Rz 05/51.. weszli żołnierze AK (napis na dokumencie: Charakterystyka nr 31). z terenu Zwięczycy, Drabinianki i Racławówki. Oddział posiadał kryptonim bojowy 5a i podlegał bezpośrednio dowódcy placówki ppor. Stanisławowi Rzepce („Jastrząb”), który z kolei podlegał rozkazom dowódcy Zgrupowania II Mieczysławowi Chendyńskiemu („Józef”). W czasie „Burzy” pluton został włączony w struktury Wojskowej Lata 40. XX wieku. Okolice Racławówki. H. Bednarski stoi drugi z lewej (fot. ze zbiorów S. Burego) Służby Ochrony Powstania (Placówka Aop/1 na dzisiaj podejmować próby odtworzenia terenie PZL Rzeszów) wykonując oprócz losów jego i innych żołnierzy AK z „wyklętej” zadań ściśle dywersyjnych również placówki krypt. „22”. zadania zabezpieczające tzw. „zaplecze” powstania. Przez oddział przewinęli się Geneza i historia oddziału m.in.: Hieronim Bednarski („Nawrócony”), Tadeusz Dronka, Albin Kruczek, Zdzisław Genezą utworzenia oddziału stały się trwające Rusin, Piotr Rusin, Adam Rusin („Sroka”), od kwietnia 1944 roku i nadzorowane przez

24

Tadeusz Miąsik („Mikuś”), Mieczysław Półchłopek („Wierzba”), Józef Materna, Jan Ślęzak („Edian”), Marek Szalacha, Wojciech Buczek („Zając”), Stefan Mikuła, Paweł Grzebyk, Adam Wróbel wszyscy ze Zwięczycy, oraz Józef Buda, Władysław Kalandyk, Józef Lasota i Antoni Rzucidło („Szkop”) z Racławówki. W jego skład weszli także Jan Złamaniec („Grab”), Marian Cyrek i Karol Miąsik, wszyscy trzej z Drabinianki. Żołnierze oddziału przeprowadzili szereg skutecznych i spektakularnych akcji dywersyjnych na linie komunikacyjne i transporty wroga, zabijając wielu żołnierzy niemieckich i zdobywając wiele jednostek broni oraz innego sprzętu wojskowego, w tym samochody i motocykle, które zostały przekazane wkraczającym wojskom sowieckim. W trakcie walk drużyna dywersyjna złożona z żołnierzy oddziału przeprowadziła jednostki sowieckie na tyły wojsk niemieckich, co umożliwiło sowietom przeprowadzenie skutecznego natarcia od strony Zwięczycy. Podczas „Burzy” oraz bezpośrednio po niej polegli Jan Ślęzak i Zdzisław Rusin. Rany postrzałowe odnieśli Hieronim Bednarski, Wojciech Buczek, Mieczysław Półchłopek i Antoni Rzucidło. Po zakończeniu walk z jednostkami niemieckimi w dniach 2-7 sierpnia 1944 r. żołnierze oddziału zostali wyznaczeni do pełnienia służby porządkowej na terenie wolnego od Niemców Rzeszowa. Każdy z nich otrzymał stosowną legitymację AK. Po nieudanych negocjacjach miejscowego dowództwa AK z sowietami otrzymali rozkaz pozostania w konspiracji, zabezpieczenia magazynów broni i prowadzenia działań propagandowych skierowanych przeciwko władzy Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN) i poborowi do wojska. Jednak jawne wystąpienie przed sowietami w trakcie trwania „Burzy” umożliwiło sowietom rozpracowanie (również przy pomocy zwerbowanej w tym celu agentury) miejscowych struktur podziemia. Żołnierze AK pomimo, że byli żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego i podlegali polskiemu rządowi emigracyjnemu w Londynie, byli uważani przez sowietów za dywersantów działających na tyłach Armii Czerwonej i poszukiwani przez oddziały NKWD i sowieckiego kontrwywiadu wojskowego „SMIERSZ” za posiadanie broni i uchylanie się od wstąpienia do tworzonej m.in. w Rzeszowie II Armii Wojska Polskiego. Celem uniknięcia represji wielu z nich musiało się ukrywać, część wyjechała, inni wstąpili do „ludowego” wojska. Do dnia 14 stycznia 1945 r., tj. do rozwiązania struktur AK byli zobowiązani przestrzegać przysięgi i wypełniać rozkazy swoich dowódców. W marcu 1945 r., decyzją dowództwa rzeszowskiego obwodu poakowskiej organizacji „NiE”, na


2014 kwiecień Delegatury Sił Zbrojnych (DSZ) i podlegający Komendantowi Obwodu DSZ Rzeszów. Żołnierze oddziału otrzymywali rozkazy od „Zagłoby”, który podlegał bezpośrednio Bolesławowi Jastrzębskiemu („Jastrząb”) pełniącemu obowiązki oficera dywersji zachodniej części Obwodu DSZ Rzeszów. Rozkaz bezpośredniego dowodzenia patrolami w czasie akcji otrzymał Hieronim Bednarski. W skład oddziału weszli także: Antoni Rzucidło, Protokół likwidacji magazynu broni Placówki krypt. 22 (Zbiory Instytutu Pamięci Tadeusz Miąsik, Adam Narodowej we Wrocławiu) Rusin, Piotr Rusin, Mieczysław Półchłopek, Wojciech Buczek, Józef Mik, Władysław Kalandyk, Józef Buda. Oddział wykorzystywano przede wszystkim do ochrony struktur AK, żołnierzy i ich rodzin oraz magazynów broni przed infiltracją ze strony NKWD i polskiej bezpieki. Prowadził też działania dyscyplinujące byłych żołnierzy AK, jak również organizował akcje specjalne, w tym likwidacje konfidentów. W okresie swojej działalności od lutego do sierpnia 1945 r. wykonał kilka wyroków śmierci oraz kar chłosty, a także przeprowadził akcje rekwizycji mienia na rzecz podziemia. Zastrzelono m.in. funkcjonariusza UB Ludwika Barana, a w czerwcu 1945 r. zlikwidowano w Zwięczycy dwóch żołnierzy sowieckich, prawdopodobnie funkcjonariuszy NKWD. W planach dotyczących wykorzystania oddziału Protokół rewizji w domu Wojciecha Buczka. Jeden z punktów dotyczy legitymacji AK przez dowództwo (Zbiory Inistytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu) zbrojnego podziemia była także likwidacja kilku bazie kadrowej oddziału został utworzony konfidentów z okresu okupacji niemieckiej, patrol egzekucyjny samoobrony, a kilku funkcjonariuszy UB oraz czołowych następnie jako „Straż” wchodzący w skład

działaczy PPR, m.in. Władysława Kruczka. Koniec działalności oddziału związany jest z decyzją o rozwiązaniu struktur Delegatury Sił Zbrojnych w dniu 2 sierpnia 1945 r. Wszyscy żołnierze oddziału byli zaciekle tropieni przez UB. Musieli się ukrywać. Kilku z nich posługując się fałszywymi dokumentami otrzymanymi z dowództwa DSZ wyjechało na tzw. ziemie odzyskane. Kilku z pośród nich włączyło się w działalność konspiracyjną nowo utworzonego, poakowskiego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Los żołnierzy oddziału okazał się pod wieloma względami tragiczny, o czym świadczą załączone biogramy. Za nieugiętą postawę wobec komunistycznego terroru wielu z nich zapłaciło cenę najwyższą jaką jest cena życia. Inni trafili na wiele lat do stalinowskiego więzienia, z którego wychodzili ze zrujnowanym zdrowiem. Jeszcze inni zostali zmuszeni do zmiany nazwiska i ukrywania się na tzw. ziemiach odzyskanych. W stosunku do dwóch żołnierzy oddziału stalinowskie sądy orzekły karę śmierci. Jednak największą represją jaka ich spotkała ze strony komunistów, było całkowite wymazanie z pamięci potomnych ich zasług i poświęcenia w walce o wolną Polskę. Propaganda komunistyczna przedstawiała ich nie jako żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego lecz jako zwykłych bandytów, a każdy przejaw uznania i pamięci o nich był zwalczany przy pomocy represji. Zastraszano ich rodziny, a dzieciom uniemożliwiano robienie karier naukowych i zawodowych. Dzisiaj, w wolnej Polsce zasługują na Cześć i pamięć. Ze względu na upływ czasu oraz represje władz komunistycznych, po działalności niepodległościowej oddziału pozostało bardzo niewiele pamiątek i dokumentów. W związku z powyższym, autorzy zwracają się z prośbą o przekazywanie do redakcji THR wszelkich informacji na temat żołnierzy oddziału, miejscowych struktur AK i konspiracji antykomunistycznej.

25


kwiecień 2014

Z Wiesławem Zielińskim, pisarzem, o jego książkach: „Bagno”(wydanej w 2011 r. poruszającej problematykę działań prowadzonych przez SB wobec Autora w środowisku literackim Rzeszowa lat 80 -tych) oraz przygotowywanej do druku „Sprawa obiektowa kryptonim MUZA” (dotyczącej działań bezpieki wobec lokalnego środowiska kulturalno- artystycznego) rozmawia Sławek Bury Wiesław Stanisław Zieliński (ur.6 maja 1949 roku w Rzeszowie) − poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki, dziennikarz prasowy i radiowy. W latach 1990-1996 i 1999-2009 był prezesem rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich w Rzeszowie. Debiutował w 1972 roku wierszem „Geometria” zamieszczonym w rzeszowskim magazynie młodzieżowym „Prometej”. Jako poeta oraz eseista, krytyk literacki i recenzent publikował w pismach: „Życie Literackie”, „Literatura”, „Poezja”, „Gazeta Polska”, „Biały Orzeł” (Boston), „Express Wieczorny” (Sydney), „Krynica” (Kijów), „Tygodnik Kulturalny”, „Przegląd Tygodniowy”, „Okolice”, „Tu i Teraz”, „Nowiny Rzeszowskie”, „Nasz Dom Rzeszów” i „Dziennik Bałtycki”.Jako dziennikarz - publicysta sportowy debiutował w tym samym roku na łamach tego samego magazynu. Posługiwał się pseudonimem Wiesław Karny. Pierwszy tomik poezji „Zabawa w dorosłych” opublikował w 1979 roku. Od 1968 do końca 1975 pracował w Rzeszowskich Zakładach Graficznych. Od 1979 w Rzeszowskim Wydawnictwie Prasowym. W latach 1993-2001 pracował jako reporter sportowy w Gazecie Rzeszowskiej (oddział Gazety Wyborczej). Obecnie jest felietonistą sportowym Radia Rzeszów oraz współpracuje z miesięcznikiem „Nasz Dom Rzeszów”. Od stycznia 1977 do marca 1981 roku pełnił funkcję prezesa Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy „Gwoźnica” w Rzeszowie. Organizował sesje i ogólnopolskie spotkania literackie pod nazwą Wspólna Obecność. Pod koniec marca 1981 roku w Jadwisinie k. Warszawy został wybrany przewodniczącym Krajowej Rady KKMP. Zrezygnował z tej funkcji po ogłoszeniu stanu wojennego w lutym 1982 roku. W latach 1984-1986 był rozpracowywany przez służby bezpieczeństwa PRL z powodu propagowania wrogich poglądów i prowadzenia działalności „przeciwko linii politycznej partii”. SŁAWEK BURY: - Minęły już dwa lata od wydania Pana książki ”Bagno”, która ujawniając szczegóły związane z działalnością aktywnych wokół Pana tajnych współpracowników SB, wywołała poruszenie w środowisku literackim Podkarpacia. W wymiarze medialnym nigdy jednak naprawdę nie zaistniała. Trzeba też jasno powiedzieć, że naraził się Pan na zarzut „lokalnego lustratora”.

26

Wydana w niewielkim nakładzie, przekazywana z rąk do rąk, kopiowana nie do końca legalnie książka żyje już niejako swoim życiem. Jako pierwsza publikacja tego typu w naszym mieście wciąż wzbudza żywe emocje. Dlaczego zdecydował się Pan napisać książkę, która tak wielu osobom może popsuć „dobry nastrój”? WIESŁAW ZIELIŃSKI : Nie tylko kopiowana

nielegalnie, ale także sprzedawana moim zdaniem nielegalnie w Niemczech za cenę 14.80 Euro za jeden egzemplarz. A autor nie ma z tego nic! Zgłosiłem sprawę do prokuratury, postępowanie zostało na razie zawieszone do czasu odpowiedzi z Niemiec. A wracając do sedna pytania, to sensem napisania tej książki i jej wydania, nie było dokuczenie komukolwiek, nie chciałem też nikogo ukarać. Chciałem tylko rozliczyć się z moim środowiskiem literackim. Tak naprawdę to w ogóle nie planowałem wydać tej książki. Ona się zrodziła całkowicie spontanicznie. Skoro zostałem oszukany przez


2014 kwiecień

Kopia ze zbiorów W. Zielińskiego

moje środowisko...

Książka jest efektem kwerendy, którą na Pana wniosek w 2001 roku przeprowadził w swoich zasobach Instytutu Pamięci Narodowej. Korzystał Pan z materiałów wytworzonych przez SB w latach 80 – tych. W jaki sposób przebiegał proces dochodzenia do wniosków, które zebrane w „Bagnie” tworzą obraz tak przygnębiający? Jak przebiegała analiza tych materiałów, określenie przez Pana ich wiarygodności? W 2001 roku dowiedziałem się, że wszyscy, którzy chcą uzyskać wiadomości na swój temat i zapoznać się z ewentualnymi tzw. teczkami powinni się zgłosić do IPN. Zgłosiłem się jako jeden z pierwszych. No i powiem szczerze, nigdy nie przypuszczałem, że byłem takim groźnym przeciwnikiem dla ustroju socjalistycznego, który poza jego głupotą wcale mi nie przeszkadzał. Kiedy zapoznałem się z tymi materiałami to był dla mnie szok. Chociaż wnikliwa analiza dokumentów i zastosowana przeze mnie wielka ostrożność w ocenie działań ludzi, którzy na mnie donosili, już od początku wskazywały na podstawie łączenia, kojarzenia pewnych faktów na dużą wiarygodność treści tam zawartych. Trzeba jednak sprawę dochodzenia przeze mnie do tej wiedzy połączyć z sytuacją panującą w środowisku literackim w tamtym czasie. I to nie tylko w Rzeszowie. Także w Zarządzie Głównym Związku Literatów Polskich atmosfera była nieszczególna. W

2004 roku wiedziałem już wiele - padały nazwiska, które nie były zbyt dużym zaskoczeniem. Po pewnym czasie podzieliłem się z moimi przyjaciółmi wiedzą o sygnałach, że w Gazecie Polskiej ukaże się artykuł o całym warszawskim ZLP. Według moich informacji miały się tam pojawić informacje o współpracy członków Zarządu Głównego z SB. Pytałem wówczas co mam robić jako prezes oddziału i członek ZG. Wiedziałem tylko, że gdyby te informacje okazały się prawdziwe, to w takim towarzystwie pracował nie będę. Już wtedy wyszła książka Joanny Siedleckiej „Kryptonim liryka. Bezpieka wobec literatów” i padały pewne nazwiska, między wierszami dotarło do mnie, że szykuje się poważna sprawa. Proszę pamiętać, że także moja wiedza na temat działań i zainteresowania bezpieki moją osobą wskazywała na członków ZG, jako tajnych współpracowników.

Jak zareagowało na te sygnały środowisko rzeszowskie? Wtedy w Rzeszowie powiedziano tak: "słuchaj, co cię Warszawa obchodzi. Przecież my cię wybieramy. Oni i tak nam nie dają pieniędzy. Nie należy się nimi przejmować. Niech robią co chcą”. Wyrazili zgodę na

napisanie przeze mnie pisma potępiającego współpracę członków ZG z bezpieką, z prośbą do tych którzy współpracowali, aby złożyli dymisję ze swoich funkcji. W tym czasie w kilkuosobowym składzie byliśmy z wizytą w Koszycach, a po powrocie do Rzeszowa zaczęły się telefony. Członkowie ZLP w Rzeszowie stopniowo wycofywali się z deklaracji potępiającej postawy niektórych ludzi z Zarządu Głównego. Z 46 osób w Oddziale, list podpisało 13. Zostałem wezwany podobnie jak wszyscy inni prezesi lokalnych oddziałów na nadzwyczajne zebranie Zarządu Głównego 20 lutego 2009 roku do Warszawy, poświęcone temu tematowi. Jechałem z tą myślą, że jeżeli tajni współpracownicy zrezygnują z uczestnictwa we władzach ZLP, to zostanę w Związku. Mówiąc jednak szczerze, nie bardzo w to wierzyłem.

Mógłby Pan przybliżyć kulisy obrad Zarządu Głównego ? Nie było prawie nikogo, kto stanął by zdecydowanie po mojej stronie. Paradoksem było, że wśród tych osób był Andrzej Zaniewski wskazany wcześniej także książką Joanny Siedleckiej jako TW o pseudonimie „Witold Orłowski”. Oponentami wobec wymienionych najpierw przez Joannę Siedlecką, a później w „Gazecie Polskiej” byli także prezesi oddziałów w Krakowie i Poznaniu, Szczęsny Wroński i Zbigniew Gordziej. Pierwszy zaraz po mnie zrezygnował z funkcji prezesa w Krakowie i przeniósł się do Oddziału w Kielcach, a drugi po pewnym czasie przeszedł na „organizacyjną emeryturę”. Jedyna osoba, która mogła zająć zdecydowane stanowisko – Teresa Kaczorowska z ZLP w Ciechanowie (które później gremialnie wystąpiło z ZLP

,,II tydzień pisarzy środowiska rzeszowskiego" -impreza organizowana przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Rzeszowie. Członkowie Oddziału (od lewej) Emil Granat, Zbigniew Domino, Zbigniew Krempf, Tadeusz Piekło,Tadeusz Sokół i Franciszek Lipiński podczas spotkania z czytelnikami (ze zbiorów Archiwum ZLP o/w Rzeszowie)

27


kwiecień 2014

Zebranie Oddziału ZLP w Rzeszowie w roku 1977. Przemawia ówczesny prezes Zbigniew Domino (Fot. archiwum ZLP/O Rzeszów)

i założyło Związek Literatów Mazowsza ) – akurat była w USA. Wyznaczonemu przez nią do reprezentowania zarządu tego oddziału, Staszkowi Kęsikowi, nie pozwolono przybyć na owe nadzwyczajne zebranie. Nikt się nie

interesował przywiezionymi przeze mnie materiałami uzyskanymi z rzeszowskiego Oddziału IPN, ściągniętymi z warszawskiej centrali, więc trochę wyglądało to, jak z czarną teczką Tymińskiego. Powiedziałem im, że mam takie dokumenty oraz zapytałem, jak członkowie władz Związku wyobrażają sobie dalsze nasze działania z członkami władz w składzie, obarczonymi zarzutami o bycie agentami SB? Czy nie lepiej zrezygnować, żeby młodzi ludzie przyszli i dali temu związkowi możliwość działania? Tylko A. Zaniewski przyznał się publicznie. Trochę niewyraźnie mówił na ten temat Jacek Kajtoch, a Krzysztof Gąsiorowski ironicznie bijąc mi brawa, wołał w moją stronę: zrezygnuj! (wcześniej powiedziałem: „jeśli wy nie zrezygnujecie, to zrezygnuję ja”)

Postawa Andrzeja Zaniewskiego wydaję się niezwykła......

Gazeta Strajkowa Rzeszowskich Drukarzy "pod 19-tką" nr.1 (001) z 4.września 1981r.(ze zbiorów W.Zielińskiego)

28

Tak. Podszedł do mnie w przerwie obrad i poprosił, żebym nie odchodził z Zarządu Głównego. Uznał swoje działania za zwykłe

świństwo i chyba było mu wstyd. Ale ja już nie miałem w tym towarzystwie czego szukać. W głosowaniu nad votum nieufności dla ZG tylko ja byłem za „nieufnością”, ale prezesi oddziałów z Krakowa, Poznania, Szczecina i bodajże Gorzowa Wielkopolskiego wstrzymali się od głosowania za udzieleniem absolutorium władzom z agentami SB według akt IPN. W komunikacie z tego posiedzenia przeczytałem, że wszyscy głosowali za udzieleniem ZG absolutorium... To była ich metoda działania. Czułem się oszukany. Następnego dnia z Rzeszowa napisałem pismo z rezygnacją. „Bagno” powstało jednak znacznie później, gdy prawie wszyscy- koleżanki i koledzy z rzeszowskiego zarządu okazali się nielojalni i nie dotrzymali uzgodnień podjętych w Koszycach oraz na jednym ze spotkań w lokalu Oddziału przy ulicy Staszica 10 w Rzeszowie. Zaznaczyć trzeba, że pismo z żądaniem rezygnacji przez tajnych współpracowników z władz w ZG ZLP podpisali jedynie członkowie rzeszowskiego zarządu w osobach Janiny Ataman-Gasiewicz i Bogusława Kotuli. Niemały wpływ na napisanie „Bagna” miała dalsza postawa współpracujących dotąd ze mną koleżanek i kolegów oraz fakt, że w kwietniu 2010 roku otrzymałem kolejne dokumenty poszerzające zakres mojej dotychczasowej wiedzy o środowisko literackie Rzeszowa i Podkarpacia.

Wróćmy na chwilę do początków Pana twórczości, które przypadają na lata 70-te, gdyż chyba tam należy szukać genezy procesów, które doprowadziły pośrednio do powstania „Bagna”. Pana debiut przełożył się dość szybko na aktywność w tworzeniu struktur Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy „Gwoźnica”. Jak wówczas wyglądało środowisko literackie Rzeszowa? Jak Pan wspomina ten okres? W 1972 roku debiutowałem na łamach „Prometeja”, a w 1977 zostałem przewodniczącym KKMP „Gwoźnica”. Gdy w marcu 1981 wybrano mnie na prezesa Rady Krajowej nie zdawałem sobie sprawy ile czeka mnie pracy. Wówczas zaproponowano mi przeniesienie do Warszawy i zajęcie się młodzieżą literacką, lecz nie przyjąłem tej propozycji. Nie chciałem zostawić Rzeszowa – miałem tu rodzinę. Ale zaproponowałem Andrzeja Żmudę na stanowisko redaktora naczelnego „Okolic”, który przyjął propozycję i w Warszawie został na stałe. Trzeba pamiętać, że KKMP działał niejako pod auspicjami ZSMP,


2014 kwiecień

IPN Rz 053/40 t.2,S.O.krypt."MUZA", pismo Naczelnika Wydz.V SB KWMO w Rzeszowie mjr.St.Śledziony (kopia ze zbiorów W.Zielińskiego)

IPN Rz 053/40 t.10,wniosek Zastępcy Komendanta Wojewódzkiego MO ds.Służby Bezpieczeństwa w Rzeszowie o wszczęcie S.O.krypt."MUZA" (kopia ze zbiorów W.Zielińskiego)

którego członkiem nigdy nie byłem. Nie byłem też członkiem PZPR. Więc gdy po rezygnacji T. Kubasa z funkcji prezesa stanęła moja kandydatura, wówczas ten sam Żmuda zaręczył za mnie w ZSMP, że podołam organizacyjnie zadaniom. Wiceszefowa ZSMP miała tylko jedną obiekcję – czy ja aby nie zajmę się jakąś polityką. Zapewniałem, że mnie polityka nie interesuje, bo naprawdę mnie nie interesowała. Dostałem zgodę na swobodne działanie – oczywiście w sensie literackim. Wydawało mi się wtedy dziwne gdy dostałem jakieś pismo z KW od kierownika wydziału propagandy, który zaprosił mnie do KW i pouczył, abym proponując młodych poetów do wydania tomików, zwracał uwagę na to, żeby ci ludzie spełniali jakieś kryteria ideowe. Było to w okresie kiedy powstawała KAW w Rzeszowie. Odpowiedziałem, że dla mnie liczy się wartość artystyczna, literacka, a nie widzę takich, którzy by godzili jedno i drugie. Więc na tym nasze rozmowy się skończyły. Pod auspicjami Gwoźnicy nikt wówczas nie wydawał pozycji książkowych, indywidualne wnioski poeci i prozaicy kierowali bezpośrednio do rzeszowskiego oddziału Krajowej Agencji Wydawniczej.

Potem był Związek Literatów Polskich. Chociaż członkiem pełnoprawnym został Pan dopiero w 1990, to od 1984 był Pan kandydatem. Dlaczego tak długo pukał Pan do drzwi ZLP, przecież miał Pan już pewien dorobek literacki. Proszę powiedzieć dlaczego wybrał Pan

ZLP. Czy wówczas działalność poza jego strukturami była dla twórcy niemożliwa? Muszę się przyznać, że wtedy zbyt otwarcie mówiłem o swoich sympatiach politycznych. Jednocześnie nie mieszałem się w politykę. Uważałem i mówiłem, że głupotą jest, aby „naciskać” na pisarzy, żeby przyjmowali legitymacje partyjne. Uważałem, że pisarz powinien być jak najdalej od polityki i jakiejkolwiek politycznej przynależności. Zaraz doszło to do pewnych ludzi. Zaproponowano mi wstąpienie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – twierdzili, że mam już pewien dorobek literacki. Z SPP było mi jednak nie po drodze, bo znałem trochę życiorysy niektórych ludzi. Uwielbiam np. Szymborską jako znakomitą poetkę, natomiast jako człowiek była to osoba spalona – szerzej piszę o tym w książce. Czesław Miłosz – doskonale wiemy kim był – chociaż nosił legitymację SPP z nr.1. Z tym towarzystwem było mi nie po drodze. Wolałem już tych uważanych za komunistycznych. Świadomie wstąpiłem do ZLP dlatego, że oni byli dla mnie rozpoznawalni, czytelni. Większość z nich (jakieś 80 %) to były twardogłowe beztalencia literackie, ale oni mnie niczym nie mogli zaskoczyć. Bo wie pan nienawidzę zmiany postaw. Tak jak mnie akceptowano w ZSMP pod warunkiem, żebym nie robił polityki w „Gwoźnicy”, tak ja akceptowałem ZLP. No ale w tym ZLP rzeszowskim to nie było komu działać. Z całym szacunkiem do moich poprzedników, ale muszę stwierdzić, że tylko jeden Zbigniew Domino, który notabene cieszył się ogromną estymą ludzi partyjnych, był dobrym organizatorem. Więc gdy przyszedłem do ZLP, przyjęto mnie z otwartymi ramionami, pomimo tego, że byłem młodym człowiekiem. A sześcioletnie pukanie do ZLP o przyjęcie na członka zawdzięczam jednemu z moich ówczesnych kolegów, który na pewno nie przypadkiem, mimo składanych przeze mnie próśb o przekwalifikowanie z kandydata na członka, nie wysłał do Warszawy mojej trzeciej książki, która otwierała wtedy drzwi do pełnego członkostwa w Związku. To przykra opowieść o słabościach ludzkich. No ale zostałem w końcu przyjęty w 1990 roku.

Jak Pan ocenia ówczesną działalność Związku w Rzeszowie? Sądzę, że naprawdę wiele udało się zrobić. Wydaliśmy dwa almanachy, zrobiliśmy sześć międzynarodowych sesji literackich z udziałem pisarzy Polski, Słowacji i Ukrainy, a nawet USA, Niemiec i Litwy. Moim pomysłem były najpierw Złote i uzupełniane co 5 lat Diamentowymi Piórami. Były to nagrody

29


kwiecień 2014

IPN Rz 053/40 t.10,Wniosek o wszczęcie S.O.krtypt."MUZA", (kopia ze zb. W.Zielińskiego)

przyznawane zarówno zdolnym jak i ważnym dla literatury (Diamentowe Pióra przyjęli od nas Tadeusz Różewicz i Wiesław Myśliwski). Lokalnie było to wydarzenie o dużym prestiżu, na nasze spotkania przychodzili przedstawiciele prasy, radia, telewizji. To była, moim zdaniem, ważna działalność, która miała wspierać lokalne talenty literackie.

Wspomniał Pan o wieloletnim prezesie ZLP \O w Rzeszowie – Zbigniewie Domino. Czy może Pan powiedzieć jaki był jego wpływ na środowisko literackie Rzeszowa? Znana jest przecież obecnie rola i czynny udział tego pana w strukturach aparatu represji PRL. Ten wpływ był i jest ogromny! Proszę mi wierzyć. Jest kilka osób w ZLP, które naprawdę szanuję. Nie wszyscy z nich są mierni jako twórcy. Zbigniew Domino jest bardzo inteligentnym człowiekiem. Jak się okazuje, o złym życiorysie politycznym, ale bardzo inteligentnym. Jest jednocześnie „kołem napędowym” całego ZLP, utożsamia się ze związkiem – wydaje mu się, że to jest

30

jego związek, jego dziecko tutaj w Rzeszowie. Sądzę, że i tak na dużo mi pozwolił, bo to dzięki niemu zostałem prezesem. Jednak po dokładnym poznaniu jego politycznego życiorysu uważam, że to jest kontrowersyjny człowiek. Ale niech go kto inny z tego rozlicza. Muszę tu także dodać, że byłem bardzo blisko towarzysko z Piotrem Kuncewiczem – wieloletnim Prezesem ZG ZLP. To była niezwykła postać. Europejczyk w pełnym tego słowa znaczeniu – niezwykła erudycja, inteligencja. On mi bardzo imponował. Powtarzał mi zawsze, że Zbyszek Domino to jest taki gość, który owszem był prokuratorem wojskowym, ale bardzo rzadko wnioskował o kary śmierci, można powiedzieć, że wcale. I ja uwierzyłem w to. W zasadzie Domino jest dla mnie przede wszystkim autorem „Bukowej polany”. To jest znakomita książka. Oparta na konflikcie polsko - ukraińskim, ale z lirycznym podtekstem i bardzo dobrze napisana. Jeśli chodzi o „Syberiadę polską”, to ja pierwszy ją recenzowałem i bardzo mi się podobała. I kiedy na spotkaniu w Bibliotece Wojewódzkiej Marek Pękala zaocznie zaatakował Dominę, publikując jednocześnie w tym samym dniu artykuł w „Nowinach” na temat jego przeszłości, to przyznaję, miałem wątpliwy zaszczyt go bronić. Powiedziałem wtedy, że będziemy oceniać go wyłącznie jako pisarza. Oczywiście nie przypuszczałem wówczas, że on będzie tak ideologicznie zajadły, że potrafi poświęcić cały ZLP.

Dlaczego poświęcić? Dlatego, że dla niego najważniejsze jest, żeby ZLP istniał, nieważne jak „ubrudzony”. To jest mózg rzeszowskiego oddziału ZLP i autorytet dla wielu jego członków. On decyduje o wszystkim, chociaż oficjalnie w nic się rzekomo nie angażuje.

Zostańmy przy tym wątku. Jak w takim razie rozumie Pan „zły życiorys” autora dobrej książki. Czy w kontekście twórczości literackiej taka klasyfikacja może w ogóle występować? Podam przykład. Kiedy byłem młodym

człowiekiem w latach 70-tych, byliśmy wtedy pod wpływem wielkich romantyków współczesnych, tzw. samobójców: Stachura, Bursa, Milczewski, Wojaczek. I mówiąc o np. Wojaczku to krew mnie zalewa jak część prasy współczesnej próbuje go zrobić ideałem dla współczesnej młodzieży. To jest jakieś szaleństwo. Jako człowiek to była szumowina, lecz dla mnie dobry poeta. Widzi pan, dla mnie dobra poezja i ogólnie literatura, to jest to co ja zdołam w sobie zagospodarować i co z niej pamiętać.

Więc co jest ważne? Chamstwo, pijaństwo i życie na pokaz. Czy to jest ważne? Teraz już nikt nie wie czy on się powiesił, czy wyskoczył przez okno jak wszyscy mówią. Czy za przeproszeniem, narzygał komuś do talerza, czy napluł. Ale to dla mnie dobry poeta. Więc się pytam: nie odróżni pan życiorysu od twórczości? Jeśli pan nie odróżni, to nic pan nie będzie wiedział o literaturze. Rzadko się zdarza, aby twórca życiem afirmował sens swojej twórczości. Ale są takie chlubne wyjątki, jak między innymi Zbigniew Herbert czy ks. Jan Twardowski.

Wróćmy do lat 80-tych. Dlaczego w tamtym czasie kojarzono Pana jako człowieka Solidarności? Byłem normalnym członkiem „Solidarności” Nowin i Rzeszowskiego Wydawnictwa Prasowego. Prawdą jest, że zapisałem się dopiero trzy miesiące po jej powstaniu, ale tylko dlatego, że przewodniczącym był były lektor PZPR. Powiedziałem wtedy, że do takiego związku to ja się nie zapiszę. Zapisałem się, jak wybuchł strajk w Zakładach Graficznych. Wydawnictwo i drukarnia mieściły się wówczas w jednym budynku, a ja pracowałem w Wydawnictwie, a wcześniej siedem lat w tych Zakładach. Poproszono mnie, abym został rzecznikiem strajkujących drukarzy i przyznam, że prawie sam redagowałem gazetę strajkową „pod 19”. Drugiego dnia stanu wojennego, a pierwszego roboczego, zostałem zwolniony z pracy. Gazety nie wychodziły. Dział, w którym pracowałem został zlikwidowany – taka była oficjalna wersja. Z Wydawnictwem po procesie, rozstałem się na zasadzie ugody. Pracy nie mogłem znaleźć przez rok. 17 grudnia poszedłem do mieszkania mojej siostry Grażyny i jej męża Mietka Eldera (przewodniczącego Solidarności w Zakładach Graficznych). Po sąsiedzku mieszkał Antek Kopaczewski. Poszedłem zapytać co z nim. Okazuje się, że10 minut po moim wyjściu SB zamontowała tam kocioł i zwinęli wszystkich, którzy przychodzili. Wróciłem do domu. Żona


2014 kwiecień powiedziała mi, że był milicjant z karabinem i zostawił wezwanie na Komendę. A gdybym się nie zgłosił, to przyjdą po mnie. Do Komendy MO miałem pięćdziesiąt metrów, poszedłem. Jakieś dwie godziny trzymali mnie w poczekalni. Jako ciekawostkę powiem, że siedział tam też jeden facet, który strasznie mnie prosił, żebym wszystkim rozpowiadał, że on też tu siedział. Nazwiska nie podam. Zabrali mnie na górę. W pokoju było dwóch esbeków. Jeden to chor. Dziadosz, drugi nieznany. Zresztą oni nie mieli zwyczaju się przedstawiać (nazwisko tego pierwszego poznałem oczywiście później). Jeden mnie straszył i bił pięścią w stół, a drugi łagodził, uspokajał i zachęcał do współpracy. Powiedzieli, że mnie będą internować. Odpowiedziałem, że jestem na to przygotowany (miałem z sobą ręcznik, przybory do golenia, mydło, tomik wierszy i książeczkę do modlitwy). Znali doskonale moją sytuację materialną i zaproponowali, że załatwią mi natychmiast pracę i mieszkanie. Miałbym tylko podpisać, że będę się z nimi spotykał co dwa tygodnie i będę współpracował. Odmówiłem. Odpowiedzieli, że muszą mnie internować. Powiedziałem: trudno. Ale wtedy przedstawili mi jeszcze „jedno wyjście”, bo na pytanie czy mam coś przeciwko Polsce Ludowej odpowiedziałem, że przeciwko Polsce nic, a czy ona „ludowa”, to mnie nie interesuje. No i jest w moich dokumentach takie oświadczenie, że nie będę podejmował żadnych kroków przeciwko Polsce Ludowej. Niczego innego bym nie podpisał. Po pierwsze dlatego, że w tym czasie mało kto sobie wyobrażał, że w ogóle jakaś inna Polska kiedyś będzie, a po drugie ja naprawdę nie byłem klasycznym działaczem Solidarności czy podziemia. Po prostu reprezentowałem siebie. Ale jednocześnie nie mogłem się pogodzić ze zwykłym chamstwem w wykonaniu partyjnych towarzyszy. Dzisiaj mam podobny stosunek do formacji politycznej sprawującej władzę. Tyle afer z udziałem członków PO nie zanotowano nawet podczas istnienia PRL!

Zainteresowanie SB nie kończyło się zazwyczaj na takich kontaktach. Odczuł Pan jakoś obecność służb? Wiem, że byłem obserwowany i śledzony. Lecz najgorsze było to, że nie miałem pracy. W tym czasie otrzymywałem pomoc z parafii MB Saletyńskiej i od oo. Bernardynów. Pomagali mi dobrzy ludzie, tacy jak między innymi pan Myśliwiec. Dziś mogę im tylko podziękować. Jednocześnie okazało się, że połowa ludzi z Zarządu Regionu, która się nade mną litowała, to byli tajni współpracownicy bezpieki...

A SOR kryptonim ”Literat”?

No tak. Założono taką sprawę, gdzie byłem głównym „figurantem”. Lecz naprawdę nie mogę zrozumieć dlaczego formalne zainteresowanie moją osobą ze strony SB zaczyna się dopiero w 1984 roku. Co robili przez tyle czasu? Według akt sprawę założyli mi w 1984 a w marcu 1985 zwerbowano do mojej sprawy TW o pseudonimie „Literat”. We wrześniu 1986 skończyli ze mną – chyba uznali, że ze mnie żaden antysocjalista. Prawdą jest, że nie chciałem być kimś, kim nie byłem. Nie chciałem budować swojego image'u na kłamstwie. Co ważne w tym samym czasie skończono współpracę z TW „Literatem”. Wśród sposobów inwigilacji zastosowano wobec mnie tzw. podsłuch operacyjny, założono mi kontrolę korespondencji domowej. Myśleli chyba, że mają mnie w garści.

A Pan myśli, że mieli? Codzienne życie ze świadomością pozostawania w zainteresowaniu tajnych służb, w raczej ponurej rzeczywistości PRL, do tego smutna konstatacja, że „literaturę” znacznie łatwiej „robić” zgodnie z linią partii – to przecież były, jak wiemy obecnie, często wystarczające przesłanki żeby się ugiąć. Bywało naprawdę różnie. Proszę sobie wyobrazić, że pewien człowiek z Nowej Huty mówił, że jak nie będzie donosił, to mu zamordują żonę. A oni byli przecież zdolni do wszystkiego. Jak Pan myśli, można było w to uwierzyć? Ja takich sytuacji nie miałem, więc nie mogłem z siebie robić bohatera, ale powiem panu nie wiem jak bym się zachował. Oczywiście mnie też wałkowano, próbowano nastraszyć, ale w inny sposób. Poza tym ja naprawdę nie byłem antysocjalistą, żadnym działaczem podziemia. Byłem jednak człowiekiem, który miał w sobie pewną dumę. Największą pretensję mam do tych, którzy zgodzili się na współpracę tak łatwo....

Trzeba chyba rozumieć postawy i decyzje, które zapadają pod presją, przecież..... Proszę pana! Byłem sędzią piłki nożnej. Sędziowałem od C klasy do I ligi (tam jako liniowy). Niejeden raz odczuwałem presję tysięcy ludzi, którzy próbowali naciskać na podjęcie przeze mnie sędziowskich decyzji. Oczywiście analogia może nie do końca trafna, ale zawsze trzeba było być sobą. Być w miarę uczciwym człowiekiem. To się oczywiście różnie układa.

IPN Rz 053/40 obwoluty tzw.podteczek w S.O ktypt. "MUZA" (kopie ze zbiorów W.Zielińskiego)

Książka dość jednoznacznie opisuje Pana stosunek do środowiska literackiego PRL, a jak Pan dziś ocenia postawy ludzi, którzy

31


kwiecień 2014

IPN Rz 053/40 t.10,wykaz prowadzonych spraw w S.O.krypt."MUZA" (ze zbiorów W.Zielińskiego)

32

wówczas pracowali w strukturach bezpieki?

jak i wojewódzkim. Jak wyglądało zainteresowanie tych struktur działalnością ZLP?

Ludzie byli jacy byli. Jeden pracował w MPO jako kanalarz, drugi był milicjantem. Tylko wie pan, trzeba było być człowiekiem. Dlaczego ja miałbym teraz kogoś obrażać; bo ja jestem byłym działaczem „Solidarności”? Ja nim nigdy w sensie dosłownym nie byłem. Ale jeżeli się do „Solidarności” zapisałem, to tylko po to, żeby ta Polska była lepsza. Jednocześnie gdy chciano mi dawać różne dokumenty mówiące za dużo o innych – odmówiłem, bo uważam, że każdy ma prawo do prywatnego życia. Naprawdę nie byłem żadnym konspiratorem. Mówiłem otwarcie co myślę, nie ukrywałem niczego. Wszystko co robiłem, robiłem z przekonania. Uważałem, że to był bandycki ustrój, nie oparty na żadnej logice. Ale starałem się w każdym człowieku jako pisarz widzieć coś dobrego. Czułem się przede wszystkim autentycznym pisarzem. Byłem może idiotą. Uważałem się bowiem za romantyka i poetę, który nie powinien się zniżać do poziomu, który reprezentują ci panowie z „resortu”.

Partia mogła wpływać na wszystkie obszary aktywności artystycznej, także na działalność ZLP. Wielu twórców wprost określało swoją dużą przydatność w kreowaniu ówczesnej rzeczywistości. Stwarzano im wtedy znacznie lepsze warunki. Ale rzeczywistość kształtują osobowości, mocne charaktery, postacie, z którymi inni się liczą. Jedyną osobą w naszym środowisku literackim, którą darzono ze strony partii zaufaniem był Zbigniew Domino. Z nikim więcej żaden komitet się nie liczył. A Zbigniew Domino był prezesem tyle razy, ile chciał. Podam ciekawy myślę przykład. Na jednym ze spotkań literackich Domino pyta: kto chce pracy? Zgłosiłem się. I na jego rekomendację zgłosiłem się do KW. Tam zaproponowano mi pracę wśród nich w Komitecie, oczywiście pod warunkiem wstąpienia do PZPR. Odmówiłem. Powiedziałem, że jestem katolikiem i nie chcę chrzcić swoich dzieci po kryjomu. Wówczas przedstawiono mi propozycję zatrudnienia w Wydawnictwie Prasowym mówiąc, że tam przejdę ideologicznie pewną szkołę i dam sobie jakoś radę. To dzięki panu Domino zdobyłem tą pracę. Tylko on się liczył. Nikt inny nie miał nic do powiedzenia. Pamiętajmy, że był członkiem KW, a potem awansował na zastępcę kierownika Wydziału KC.

W „Bagnie” przedstawia Pan ciekawy obraz działalności literackiej na styku z opiekuńczą rolą PZPR, która działała poprzez odpowiednie wydziały, zarówno na szczeblu centralnym

Wymienia Pan nazwiska bądź inicjały osób, które tworzyły środowisko literackie Rzeszowa, Podkarpacia, w kontekście ich współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Nie chcę zdradzać szczegółów książki, ale ton rozliczenia z ich przeszłością łagodzi Pan niezwykle obszernym wstępem, który dla mnie był wręcz szokujący. Swoistą obrona ich podłości czy próby usprawiedliwiania ich czynów, w Pana ustach brzmią dość niesamowicie. Przytacza Pan np. znany komunikat Prymasa Glempa, który po ogłoszeniu stanu wojennego stwierdził moralną nieważność podpisywania tzw. lojalek wobec komunistycznego reżimu, jednocześnie w ocenie działalności tajnych współpracowników zastrzega Pan wyjątkową ostrożność w przypadkach braku podpisów pod zobowiązaniami do współpracy. Próbuję zrozumieć tą konstrukcję


2014 kwiecień osobowości, która jakby z trudem nazywa oczywiste zło i krzywdę wyrządzone jej z niskich pobudek. Mówiąc wprost – dlaczego Pan broni tych ludzi? Czy są tego warci? To było przecież moje „środowisko naturalne”! Grono najbliższych często ludzi, którym ufałem, żyłem wśród nich. Mieliśmy wspólne zainteresowania, no ale przede wszystkim łączyły nas pasje literackie. Szok, który przeżyłem nie zwalnia mnie w żaden sposób z pewnej powściągliwości w sądach wyrażanych na temat tych ludzi. Nie chciałem rozstrzygać tajemnic ludzkiego postępowania. Jak piszę w książce - ograniczyłem się tylko do przedstawienia faktów postępowania niektórych z nich. Uważam, że nikogo nie wolno pomawiać bezpodstawnie i oskarżać o współpracę ze służbami PRL, ale z drugiej strony jeżeli ja posługuję się dokumentami IPN, to chyba na ich podstawie, na podstawie własnej wnikliwej weryfikacji danych mogę w to wierzyć lub nawet być tego pewnym.

Okazuje się, że w jednym przypadku będzie Pan chyba jeszcze tą pewność musiał „udowodnić”.... Mam na myśli proces zakończony w I instancji z pozwu zarejestrowanego w ewidencji SB, znajdującej się w zasobach IPN, jako TW o pseudonimie „Literat”. Życie przyniosło mi nowe doświadczenia i jak się okazuje dla Sądu w Rzeszowie dokumenty zweryfikowane przez prokuratorów IPN i wydane oficjalnymi Notami, zaświadczającymi o fakcie bycia tajnym współpracownikiem SB, nie przedstawiają żadnych wartości. Czy w takiej sytuacji, ma pan do mnie „pretensje” o ostrożność i łagodność wobec byłych agentów SB, zweryfikowanych na mocy sejmowych ustaw i postanowień Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego, jak w przypadku osoby wskazanej przez IPN jako TW „Literat”? Proszę mi wierzyć, że tego człowieka szczególnie broniłem w gronie literackim. Nie spodziewałem się, że może się tak zachować. Choć trzeba jasno powiedzieć, że moim zdaniem jest to wyjątkowo zdolny człowiek, dobrze piszący. Jednak sprawa toczyć się będzie nadal przed sądem II instancji i nie chcę ujawniać jej szczegółów.

No właśnie. Proszę powiedzieć, co się zmieniło w Pana życiu po wydaniu „Bagna". Opisanie tamtej rzeczywistości wpłynęło jakoś na Pana?Czy środowisko

literackie podjęło próbę jakiejś polemiki z zaprezentowanym w książce obrazem? Ta książka była dla mnie swego rodzaju oczyszczeniem. Musiałem ją napisać. Jednocześnie polemiki nikt nie podjął (poza jednym pozwem sądowym).Okazało się, że tym, którym jej wydanie było nie w smak, nie starczyło wiele odwagi. Dostawałem anonimy do domu i telefony, które zgłosiłem do prokuratury. Zakończyło się to tak, że podobno jakaś nieszczęśliwa osoba czuła się obrażona, że została pominięta przeze mnie jako prezesa w pisaniu i publikowaniu swoich wierszy. Była to sprawa delikatnie mówiąc, wątpliwa. Były też telefony nie anonimowe wyrażające opinie na temat wartości książki. Wplątano w to także moją żonę, wygadując różne rzeczy na mój temat. Prokuratura oczywiście umorzyła śledztwo w tej sprawie. Choć były też próby zastraszania mnie, które wyraźnie odczułem. Dostawałem też telefony o dziwo, pozytywne. Wiem, że nawet pracownicy IPN kupowali tę książkę, chwalili nawet. Lecz przyznam, że sam nie jestem z niej do końca zadowolony. Jak już mówiłem, w ogóle nie planowałem wydać tej książki. Zrodziła się ona spontanicznie z buntu przeciwko oszustwu. Czułem się oszukany. Tyle dla tego środowiska zrobiłem, więc mogę zapytać jakie powody miał np. TW „Literat”, żeby na mnie donosić? Człowiek, którego broniłem wobec całego środowiska, którego talent podkreślałem wszędzie, wnioskując nawet o nagrody dla niego. Faktycznie byłem człowiekiem, który za dużo mówił, tym samym szkodziłem sobie – jak się okazało. Mówią mi dziś niektórzy, że powinienem tą książkę napisać wiele lat temu – wówczas zrobiłbym pewnie sporą karierę polityczną. Ale mnie to nie interesuje. Nie interesuje mnie żadna kariera.

IPN Rz 053/40 t.10,S.O. krypt."MUZA",wykaz tajnych współpracowników i kontaktów operacyjnych (kopia ze zbiorów W.Zielińskiego)

33


kwiecień 2014 Więc dlaczego Pan ją napisał? Może nie warto było grzebać w tym bagnie? Chodzi o pewną czystość w tym środowisku, o możliwości dla wszystkich twórców, bez względu na to czy ktoś jest z PZPR czy z Solidarności,. Albo ugrzęźniemy w tym bagnie na zawsze, albo stworzymy w Rzeszowie i na Podkarpaciu autentyczne środowisko twórcze ludzi, którzy mają talenty, chociaż inaczej widzą przeszłość i obecną rzeczywistość. Oceniajmy każdego człowieka indywidualnie, a nie jako „masę” czy mętne „środowisko”. Weźmy tu np. Zbigniewa Dominę. Oceniajmy go jako pisarza.

Pisze Pan, przytaczając korespondencję, że starał się o wydanie i promocję książki we współpracy z Oddziałem IPN w Rzeszowie. Zaproponowałem Oddziałowi IPN w Rzeszowie wydanie „Bagna”. Odpowiedziano mi, że ze względu na popularnonaukowy charakter opracowania, który nie wyczerpuje cech publikacji historycznej nie jest możliwe wydanie go w rzeszowskiej serii oddziałowej. Jednocześnie doceniono erudycję autora i zachęcono do dalszego poszukiwania wydawcy.

Czy kurtuazyjna skądinąd odmowa IPN miała wpływ na wydanie książki? Oczywiście. Sądzi pan, że łatwo jest znaleźć wydawcę, który podejmie się tematu tak mało dziś atrakcyjnego, nie przynoszącego zysku i obarczonego ryzykiem procesów z „pomówionymi”? Udało się ją wydać i to jest najważniejsze, choć nakład i promocja mogą pozostawiać wiele do życzenia.

Jaką w takim razie promocję miało „Bagno” i jak Pan ocenia zainteresowanie pierwszą tego typu publikacją w naszym mieście ze strony lokalnych mediów? Wysłano książkę do wszystkich redakcji rzeszowskich gazet, telewizji i radia. I nic się nie wydarzyło. Zupełnie nic. Po prostu nikt się tym lokalnie nie zainteresował. Ukazała się tylko jedna recenzja pióra pana Masłonia w ogólnopolskiej gazecie. Ponieważ w warstwie prozatorskiej uznał książkę za „ważną nie tylko dla środowiska literackiego Rzeszowa”, a bardzo zganił za znajdujący się tam wiersz, nazywając go nawet grafomanią, z którą się

34

dotąd nie spotkał, natychmiast dostałem do domu anonim z triumfującym komentarzem: „Trzeba było dopiero red. Masłonia, abyś zrozumiał, że jesteś grafomanem!”. Takie to nasze rzeszowskie, że aż rozśmieszające, zamiast przygnębiać zgodnie z zamysłem „animatora”... Z drugiej strony trudno wymagać, żeby jeden z bohaterów książki, nie będący jednak tajnym współpracownikiem, pracujący w telewizji, był specjalnie zainteresowany jej promocją. Właściwie trudno powiedzieć o istnieniu w Rzeszowie jakiegoś środowiska dziennikarskiego. Dla mnie dziennikarz to człowiek, który poprzez obiektywizm potrafi zachować indywidualność. Sądzę, że istnieją pewne powiązania, które determinują poczynania lokalnych dziennikarzy, ograniczające ich suwerenność. Nie czarujmy się: „Bagno” promocji nie miało. Jesteście pierwszą redakcją, która wykazuje zainteresowanie tą książką.

Przygotowuje Pan do druku kolejną książkę. Tak, mogę powiedzieć, że dotyczy „nadzoru” Służby Bezpieczeństwa nad środowiskiem artystycznym województwa podkarpackiego ze szczególnym uwzględnieniem Rzeszowa. A więc ludzie kultury i sztuki. Ale chcę dodać, że zaraz po tej pozycji, ukończyłem następną o akcentach politycznych, do czego zmusił mnie werdykt Sądu I instancji w sprawie TW „Literat”. Jest oparta o przesłanie dzieł Ignacego Krasickiego i nosi tytuł „Śmiejmy się chociaż i z przewielebnych”. Jednak jest to raczej książka nie do śmiechu. Tylko kto to wyda?

Czy to niejako kontynuacja, nawiązanie do problematyki zawartej w „Bagnie”? Proszę przybliżyć czytelnikom THR jakieś szczegóły. Pierwsza nosi tytuł „Sprawa obiektowa kryptonim MUZA”, tak samo jak zespół akt wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa w celu inwigilacji i często dezintegracji szeroko pojętego środowiska artystycznego naszego miasta oraz Regionu. Pod wieloma względami książka ta będzie się różnić od „Bagna”. Przede wszystkim mój stosunek do tej problematyki uległ pewnej zmianie. Druga to opis politycznych „wygłupów” znanych postaci politycznego i artystycznego życia, czynionych dla doraźnych korzyści.

Wciąż jednak Pańskie

zainteresowania prozatorskie dotyczą szeroko pojmowanego rozliczenia się z PRL. Poprzednia książka „Bagno” pozostawia na pewno pewien niedosyt u czytelnika. Czy z pana perspektywy ten niedosyt przełożył się na potrzebę rozwinięcia, poszerzenia wiedzy o nowe, nieznane wcześniej fakty z tamtego okresu? Wydaje mi się, że człowiek, który współtworzył to środowisko, odpowiadał za nie, ma jakiś moralny obowiązek mówić o tym, a jednocześnie ma poczucie moralnego kaca, jeśli się dowiaduje, że wielu liderów w tych środowiskach, wielu ludzi o bardzo znaczących nazwiskach zajmowało się nie tylko działalnością kulturalną lecz także współpracą z SB. Wielu ludzi może to dzisiaj śmieszyć, że dla mnie to był szok, że może zbyt ufałem i wierzyłem wszystkim ludziom, byłem zbyt naiwny. Przytoczę tu pewną prawdziwą historię. Przewodniczący ZLP powiedział kiedyś, że on nie ma pretensji do tych, którzy donosili, bo były to takie czasy, że wszyscy, według niego, musieli donosić. Według mnie nie tylko nie wszyscy musieli donosić, ale nikt nie powinien tego czynić! Pamiętajmy, że świat kultury to jest trochę inny świat niż np. świat polityki. Jeżeli my wierzymy w ten świat kultury, wierzymy w to co tworzymy, „sprzedajemy” swoje osobowości, to być może donosząc, nigdy tych osobowości nie mieliśmy! Mam takie poczucie, że artysta to jest ktoś, kogo w żaden sposób nie można porównać do współpracownika SB.

To bardzo klarowny postulat, lecz czy on wytrzymuje próbę w konfrontacji z rzeczywistością? Odpowiem inną prawdziwą historią. Miałem propozycję dotyczącą tego, że dostanę etat w jednej z redakcji, jeżeli będę donosił na dwóch moich kolegów pisarzy. Oczywiście natychmiast odrzuciłem tę propozycję. Jednocześnie natychmiast powiadomiłem o tym obu kolegów. Dzisiaj się okazało, że obaj ci koledzy byli według akt IPN tajnymi współpracownikami SB.

Czy w takim razie w nowej książce pojawią się nazwiska współpracowników bezpieki z opisywanego okresu? Nie będę publikował żadnych nazwisk i to nie tylko ze względu na doświadczenia z rzeszowskim Sądem I instancji. Ujawniam


2014 kwiecień tylko pseudonimy tajnych współpracowników, kryptonimy prowadzonych spraw i sygnatury dotyczących ich dokumentów. Pojawią się za to nazwiska pokrzywdzonych przez tych, którzy współpracę podjęli. Ujawnię także nazwiska oficerów, którzy prowadzili działania operacyjne wobec opisywanych środowisk.

Proszę wobec tego przybliżyć czytelnikom THR zakres badawczy, którego dotyczy nowa książka. Które instytucje czy grupy twórcze zainteresowały Pana szczególnie? W obrębie prowadzonej przez bezpiekę sprawy obiektowej kryptonim MUZA istniały tzw. podteczki, które obejmowały swym zakresem całość działań prowadzonych wobec poszczególnych instytucji i tak: podteczka I - Pracownie Konserwacji Zabytków II - Związek Literatów Polskich o/ Rzeszów III - Teatr im. Wandy Siemaszkowej IV - Związek Polskich Artystów Plastyków o/ Rzeszów V - Wojewódzka Biblioteka Publiczna VI - Estrada VII - Filharmonia VIII - Dom Książki IX - Wojewódzki Dom Kultury Jak więc widać obszar zainteresowania służb specjalnych PRL obejmował właściwie wszystkie aspekty życia, nie oszczędzając nawet instytucji kultury i sztuki. Cały ten obszar postanowiłem zbadać i opisać.

Jak ocenia Pan zakres merytoryczny i stan akt, które opisują w pewien sposób tamtą rzeczywistość. Pytam tu także o ich objętość i ewentualne ubytki, np. wskutek ich brakowania czy niszczenia. Właściwie akta główne zachowały się niemal w całości i w niezłym stanie. Jeżeli jakieś zagadnienia interesowały mnie szczególnie, np. związane z jakimś „specjalnie zasłużonym” tajnym współpracownikiem, po prostu prosiłem o ich udostępnienie. Wówczas zdarzały się teczki zniszczone, niepełne, bardzo „okrojone”. Z rzeczy niezwykle ciekawych, proszę sobie wyobrazić, że zamiast teczek pojawiały się informacje, że niektóre osoby, np. ze środowiska literackiego pozostawały w zainteresowaniu Wydziału II Służby Bezpieczeństwa zajmującego się kontrwywiadem. Dla mnie połączenie literat i kontrwywiad to jakieś dwa różne kosmosy!

Czy coś szczególnie zwróciło Pana

uwagę po zapoznaniu się z całością SO krypt. „Muza”? Na pewno swoista „rywalizacja” pomiędzy instytucjami w ilości tajnych współpracowników. Z tej batalii „zwycięsko” wyszedł Teatr im. Wandy Siemaszkowej, który „pokonał" Wojewódzki Dom Kultury. Ale mówiąc całkiem serio w wielu przypadkach cała perfidia SB polegała na tym, że niektóre osoby pozyskane do współpracy były wcześniej prześladowane. Były na nie organizowane sprawy, działania operacyjne.

W obecnej rzeczywistości nie obawia się Pan negatywnych skutków związanych z publikacją tych informacji w najnowszej książce? Pisarz, podobnie jak dziennikarz powinien mówić prawdę. Jeżeli mówię prawdę, to czego miałbym się bać? Tak myślałem przed zakończeniem sprawy sądowej, dotyczącej wskazanego aktami SB i IPN, jako TW o pseudonimie „Literat”. Ale nie mam zamiaru przyznawać racji fałszującym przeszłość. Nie ugnę się nawet przed wyrokami Sądu! Myślę, że osąd książki będzie tak różny jak w przypadku „Bagna”. Pojawią się dwie skrajności. Ludzie, którzy „odczytają” siebie jako pokrzywdzeni powiedzą, że to dla nich jest już historia, ale dobrze się stało, że przynajmniej przypomina im się w jakich podłych czasach żyli. Natomiast większość chyba powie, że są to jakieś bzdury z IPN -u, że to nieprawda, że Zieliński robi to żeby wywołać sensację, po to żeby się skarżyć na środowisko, które opuścił. Piszę w imię prawdy, w imię zachowania jej dla przyszłych pokoleń. Za jakieś pięćdziesiąt lat, kiedy nas IPN Rz 053/40 t.2,S.O. krypt."MUZA",informacja z rozmowy z kontaktem nie będzie, następne pokolenia służbowym "Z.D." (kopia ze zbiorów W.Zielińskiego) będą rozpatrywać to wyłącznie moralne prawo pisać tego typu książki. w kategoriach historycznych. Dla nich w Odpowiadając na pytanie – spodziewam większości nie będą to postacie znane, ale się kolejnych reperkusji. Z której strony – będą znane ich czyny. Im pozostawiam osąd. zobaczymy. Sądzę, że choćby z tego powodu miałem

35


kwiecień 2014 miasta nadal ten wpływ posiadają, czy też może wycofały się z przestrzeni publicznej i zostały jakoś zmarginalizowane przez nowe czasy, inną rzeczywistość? Może spotkały się z jakimiś oznakami ostracyzmu środowisk, które reprezentowały? Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, czy mają jakiś wpływ bez pewnego zastrzeżenia, że sprawy kultury są dziś postawione na odległym miejscu. Cokolwiek by się powiedziało o ustroju, który opisuję, paradoksem jest to, że dbał o sprawy kultury więcej jak dziś to się czyni! Gdybym powiedział coś innego to przestał bym być wiarygodny dla swoich czytelników.

No więc czy dawni TW pozostali do dziś aktywni w swych środowiskach, czy nadal jak to się mówiło „robią w kulturze”? IPN Rz 053/40 t.10,S.O.krypt. "MUZA",pismo Z-cy Nacz. Wydz.III WUSW Rzeszów do Naczelnika Wydz.IV Depart. III MSW (kopia ze zbiorów W.Zielińskiego)

Więc Pana zdaniem współcześni Polacy nie będą potrafili jej właściwie odczytać? Do kogo w takim razie chciałby Pan ją adresować? Współcześni za bardzo żyją sprawami życia codziennego. Mimo wszystko myślę, że jest ona adresowana do ludzi wrażliwych, takich, którzy chcą znać prawdę. Pozwolę sobie tutaj na refleksję bardziej ogólną. Proszę pamiętać, że komunizm, socjalizm, PRL to nie są moje wymysły. To jest coś co istniało naprawdę. Przeżyłem w tym ustroju pięćdziesiąt lat. To jest pewien bagaż doświadczeń. Nie mogę zrozumieć, gdy np. niektórym rządzącym wydaje się, że Polska zaczęła się wtedy, gdy oni doszli do władzy. Taką samą przecież logiką posługiwali się komuniści przejmując po wojnie władzę. Chciałbym, by ta książka mogła przyczynić się do kształtowania właściwej, czyli obiektywnej postawy w patrzeniu na sprawy naszego kraju.

Z perspektywy znajomości dokumentów i ówczesnych realiów, Pana zdaniem, osoby współpracujące z bezpieką prezentowane w najnowszej książce, które znacząco wpływały na życie kulturalne, artystyczne naszego

36

Jakie to życie kulturalne w mieście i na Podkarpaciu jest, wszyscy wiemy. Ale oczywiście są tacy, którzy wciąż działają. Także tacy, którzy chcą odgrywać znaczącą rolę. Jednak najbardziej przerażające jest to, że ci ludzie jakby nie zdawali sobie sprawy z tego co robili. Twierdzą, że w zasadzie działali w takich czasach, w takim ustroju, że niczego innego nie można było zrobić. Podobno życie to na nich niejako wymuszało – co jest oczywiście nieprawdą, bo przecież było wielu uczciwych, którzy nie chcieli donosić, chcieli żyć normalnie, choć może skromniej. Generalnie myślę, że dzieje się z nami jako społeczeństwem coś niedobrego, że to tzw. ”gruba kreska” Mazowieckiego uczyniła w naszym życiu zbiorowym największy chaos. Pomieszało się złe z dobrym. Pomieszali się agenci z uczciwymi ludźmi. Z pewnością brak rozliczenia tamtego systemu ma duży, jeśli nie decydujący wpływ na dzisiejszą kondycję szeroko rozumianego świata kultury w naszym kraju. Z tym, że chcę zastrzec, że nie idzie mi o jakieś wtrącanie ludzi do więzień. Oczywiście, jeśli ktoś dopuścił się jakiejś zbrodni, to musi za to odpowiedzieć. Proszę zwrócić uwagę, że cywilizowane narody, np. Czesi czy Niemcy, na okres 10-15 lat odsunęli funkcjonariuszy aparatu władzy totalitarnej od sprawowania władzy. Po 1989 roku w Polsce to nie nastąpiło. Obecnie byli oficerowie SB otrzymują większe emerytury niż ich ofiary.

Wracając do Pańskich publikacji – w obliczu faktów w nich zawartych oraz tych niewesołych konstatacji – co musiało by się wydarzyć, aby

życie społeczne ze szczególnym uwzględnieniem naszego lokalnego kulturalno - artystycznego, uległo oczyszczeniu, odnowie? Czy to w ogóle możliwe? Myślę, że to możliwe, wymaga jednak pewnego trudu od nas wszystkich. Wymaga prawdy. Rzecz oczywiście nie dotyczy tylko spraw kultury. Dotyczy całego naszego życia. Nie wyłączając życia politycznego, od którego nie jesteśmy przecież wolni. Pamiętajmy, że w Polsce zmiana polityczna tzw. transformacja ustrojowa dokonała się bardzo umownie – nie praktycznie. W tym sensie, że przecież żadną tajemnicą nie jest, iż towarzysze partyjni i inni funkcjonariusze służb w zamian za zrzeczenie się władzy politycznej otrzymywali rozmaitą „pomoc”, także finansową, która została skutecznie skierowana na budowanie nowych struktur gospodarczych – banków, przedsiębiorstw prywatnych. Nie mieli takiej szansy w budowaniu tego kapitalizmu ludzie uczciwi, poszkodowani przez tamten system. Tego wątku w książce nie poruszam, choć z pewnością zasługuje on na szersze rozwinięcie.

Więc mimo przebijającej się czasem nadziei, dochodzi Pan raczej do smutnych wniosków. W takich okolicznościach często dziś zdaję sobie sprawę, że mój wysiłek i wysiłek wielu podobnych idzie na marne. Ktoś powie: po co to wszystko robisz? Zawsze wtedy odpowiadam, że dla zachowania wartości historycznej i prawdy tamtych czasów. A brak szerokiego zainteresowania tymi sprawami to wynik swoistej degrengolady, jakiej po 1989 roku uległo nasze społeczeństwo. Nie pamiętamy o tych ludziach, którzy dla nas współczesnych ginęli, byli aresztowani, prześladowani.

Jak wobec tego postrzega Pan siebie dziś, w kontekście własnej próby opisania rzeczywistości PRL ? Poprzez te książki czuję się głównie kronikarzem, człowiekiem, który chce oddać klimat i prawdę tamtych lat.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia. Dziękuję! Pozdrawiam czytelników THR!

Rozmawiał Sławek Bury


2014 kwiecień

WIESŁAW ZIELIŃSKI Marek Nowakowski na kartach dzieła literackiego „Pióro”, zawarł opinię o dziennikarzach PRL. Artystyczna wartość odautorskich wypowiedzi polega na ich ponad czasowym przesłaniu. Ale szacunek dla pisarstwa Nowakowskiego należy się przede wszystkim za to, że bez względu na koniunkturalizm czasów, pisał bez wyrachowania, według moralnej potrzeby. „(…). Dziennikarze w tamtych czasach to była w przewadze swołocz. Gotowi dla kariery do gorliwego wypełniania poleceń, odczytujący w lot intencje mocodawców. A już zagraniczni korespondenci stanowili elitę cynicznych kłamców i szalbierzy. Prześcigali się w ideowej gorliwości. (…). Wiedział jak należy pisać, i awansował płynnie. (…). Wykształcony, znał języki. Sprawdził się i mocną posiadł pozycję. (…). Nabrał do mnie zaufania i opowiadał. (…). Może odezwała się w nim potrzeba ekspiacji, oczyszczenia się choć na chwilę. Tak mało przecież pochlebnie oceniał swój zawód. - Szmaty i tyle! Ot, kim jesteśmy! Zazdrościł tego, że piszę, co chcę, i nikt mi nie narzuca niczego. - Tylko czy ty wyżyjesz? – zapytał ze szczerą troską. - Nie wydrukują i jesteś ugotowany! (…)”. Jesteśmy w innej epoce politycznej, ale nie trzeba „łopatologicznie” wskazywać podobieństw dalszego istnienia „w przewadze swołoczy”. Poza tym mam dla

Marka Nowakowskiego smutne wieści; etos zawodu dziennikarza przestał już obowiązywać! Nie chodzi tylko o to, że medialna „swołocz”, jak za czasów PRL, stanowi większość uprawiających zazwyczaj marne rzemiosło. Dziennikarstwo przestało istnieć dlatego, że wszystko to, co ukazuje się obecnie, jest przetwarzaną w redakcjach intelektualną papką, dozowaną ogłupianemu społeczeństwu. Dziennikarz nie ma kontaktu z czytelnikiem, bo dojście do redakcji utrudniają domofony i ochroniarskie służby, a piszący nie potrzebuje kontaktu z rzeczywistością! Jego jedynym źródłem porozumienia z szarym społeczeństwem są dyżurne infolinie i internetowe skrytki. Opisujący temat wie najlepiej, w jaki sposób ma kształtować zleconą papkę. Resztę dopełni przełożony redaktor… Tak dzieje się nie tylko w Polsce. Ale w naszym kraju, w miejsce fikcyjnego sojuszu robotniczo-chłopskiego, nastąpił realny związek interesów medialnych poprzez zapotrzebowanie sprawujących władzę na propagandę i krypto reklamę. Ich intencje „w lot odczytują” żurnaliści obecnych czasów! Ponadto nastąpiło fatalne pomieszanie pojęć, odnoszących się do osoby dziennikarza i redaktora! To istotna różnica, chociaż wydawałoby się, tylko czysto techniczna retoryka dla określenia czynności. Według zapisów encyklopedycznych dziennikarz to osoba zajmującą się przygotowaniem i prezentowaniem materiałów w środkach masowego przekazu, która „tylko pisze teksty”. Redaktor dodatkowo je redaguje, a także podejmuje decyzje o ich ukazaniu. Nie muszę udowadniać, że obydwa pojęcia utraciły znaczenie. Twórca artykułów nie jest już osobą, podpisującą się tylko pod tym, co pragnie przekazać we własnym imieniu. Od dziennikarza powinno wymagać się umiejętności samodzielnego myślenia. Jest to niezbędne, aby redakcyjne poczynania były integralne z osobowością autora! Od autonomiczności tworzenia tekstów i ich publikacji, wara, czy fora ze dwora politykom! Jej utrata jest powodem staczania się na dno pięknego społecznie zawodu. Inaczej mówiąc, tworzenie na polityczne

zamówienia to „gwóźdź do trumny” niezależnego dziennikarstwa! Nazwano to także „pocałunkiem śmierci”… Samodzielne myślenie i obiektywny sposób wyciągania wniosków z zaobserwowanych zjawisk w kraju i na świecie, nie powinno przeszkadzać interesom właścicieli poszczególnych środków masowego przekazu. Wręcz przeciwnie! Dziennikarz powinien być ściśle związany z pokonywaniem problemów przez społeczeństwo. Winien dostrzegać i precyzyjnie, bez zniekształceń, rejestrować najważniejsze wydarzenia na łamach gazety, w radiu, na telewizyjnym ekranie, czy na portalu internetowym. Zaistniałe fakty powinien wyselekcjonować z powodzi bieżących wydarzeń, przekazując te, które dla jego odbiorców są najważniejsze. Opinia o przedstawianych faktach, pozbawiona tendencyjnego komentarza, należy do odbiorców. Z samodzielnym myśleniem twórców i odbiorców jest jednak problem. Czy, odziedziczonym po czasach umiejscowionych zapisem Marka Nowakowskiego? Tego nie wiem, ale nie można być jednocześnie jako obserwator społecznego życia w dworcowej ubikacji i na intelektualnych Salonach! Medialna służba dla miejskich szaletów politycznych, bierze się także z braku moralnej charyzmy, kierujących tytułami. W czasach, w których panuje pęd do szybkiego wzbogacania, zamiast niezbędnej dla dziennikarstwa refleksji, mamy klasyczny „wyścig szczurów”! „Regulatorem” tego jak za czasów PRL, są nadal rządzący, mający wymierny interes w tym, aby dzisiejsi „herosi” dziennikarstwa z pobłażliwością pytali nielicznych „autochtonów” uczciwości w zawodzie: – „Tylko czy ty z tego wyżyjesz?”. Boję się powiedzieć Markowi Nowakowskiemu, ale mam nadzieję, że wie o tym doskonale! Nie ma dzisiaj „nawet tych”, u których odzywała by się bodaj od czasu do czasu potrzeba ekspiacji, oczyszczenia choć na chwilę. Nie ma, bo nie po to „wchodzili na Salony” i budowali

37


kwiecień 2014 domowe imperia w Wilanowie, na Saskiej Kępie czy w Konstancinie lub Brwinowie pod Warszawą, aby teraz „po frajersku”, stać się uczciwymi dziennikarzami! Więc kto, zamiast walczyć z Ciemnogrodem, z pogardzanymi „patriotami” czy z „moherami”, ma zająć się opisywaniem degrengolady rządzących, widocznej przez większość społeczeństwa? Nie uczynią tego ci, którzy karmią się całkiem okazałymi „okruszkami z pańskiego stołu”. Obecna „swołocz” jest więcej zakłamana od PRL-owskich poprzedników. Żaden z nich nie powie: „Szmaty i tyle! Ot, kim jesteśmy!” Na 30 lecie pisma „Wprost”, którego redaktorem naczelnym był Tomasz Lis, premier Donald Tusk odebrał nagrodę „Człowiek Roku 2011”. Działo się to wówczas, gdy nie umilkły echa transmitowanych „na żywo” posiedzeń sejmowej komisji, poświęconych sprawie zwanej „Aferą hazardową”. „Gazeta Wyborcza”, pełniąca na potrzeby Platformy Obywatelskiej nieustanny dyżur, a tej partii prominentnych członków sejmowe śledztwo dotyczyło, obwieściła z triumfem: „Nie zmogły go klęski. Tusk z pluszowym lisem odbiera nagrodę Wprost”. Internetowy portal „Newsweek” informował o tym szerzej w dniu 9 lutego 2012 roku: Donald Tusk odebrał nagrodę „człowiek Roku 2011 Wprost" z pluszowym lisem w ręku. To aluzja do zwolnienia Tomasza Lisa z naczelnego redakcji Wprost. - Ten pluszowy lisek w demokratycznym kraju powinien być pocałunkiem śmierci dla dziennikarza – uważa medioznawca prof. Wiesław Godzic. Atmosferę podgrzał premier Tusk. Wchodząc na scenę po odbiór nagrody, wrócił się jeszcze po coś, był to pluszowy lisek. - Ja też mam poczucie, podobnie jak prezydent Kwaśniewski, że dzisiaj kogoś na tej scenie zabrakło. Staram się nadrobić na skalę moich możliwości – powiedział, kładąc liska przed sobą na mównicy. Sala gwizdała i klaskała z aprobatą”. Jest zupełnym przypadkiem, że Marek Nowakowski w książce „Pióro” rozpoczął ocenę mentalności niektórych dziennikarzy PRL od stwierdzenia: „A już zagraniczni korespondenci stanowili elitę cynicznych kłamców i szalbierzy. Prześcigali się w ideowej gorliwości. (…)”. Tomasz Lis był co prawda zagranicznym korespondentem, ale w innych czasach politycznych. Był za młody, aby „prześcigać się w ideowej gorliwości” na rzecz wasali socjalistycznej Ojczyzny. Co najwyżej

38

mógł uczestniczyć w roli widza na sowieckich festiwalach piosenki, zwanych Radziecką. Odbywały się w jego rodzinnej Zielonej Górze i miał możliwości w nich uczestniczyć, zakładając czysto hipotetycznie, że „ciągnęło” go do amfiteatru rodzinnego miasta? Ale i bez tych okoliczności, trudno o bardziej jaskrawy przykład zależności na „styku” dziennikarstwa i władzy. Pismo „Wprost” przyznaje premierowi kraju nagrodę. Po ogłoszeniu decyzji odpowiedzialny za poczynania redakcji traci stanowisko! Dla premiera Tuska, który przyszedł odebrać nagrodę, obojętnym powinno być, kto aktualnie pełni funkcję szefa redakcji. Nagrodę przyznał tygodnik. W komunikacie nie ujęto, że powiązana jest z nazwiskiem Tomasza Lisa. Emocjonalna reakcja premiera świadczy jednakże, że szef polskiego rządu nie był obojętny na brak osoby, którą „zaocznie” wyróżnił maskotką zbieżną z nazwiskiem! Istotnie, w demokratycznym kraju taka forma podziękowania polityka dziennikarzowi za otrzymaną nagrodę, „powinna być pocałunkiem śmierci” dla jego niezależności i wiarygodności. Tylko pan profesor Wiesław Godzic, wygłaszając opinię, zapomniał w jakim kraju także i jemu przyszło żyć, i kto rządził Polską, wygrywając po raz drugi wybory w „majestacie”, chociażby „Afery hazardowej”! Myślę, że przykład Tomasza Lisa wystarczy. Nudnym powtarzaniem byłoby wymienianie jednym tchem nazwiska takich tuzów niezależnego dziennikarstwa, jak Moniki Olejnik, Janiny Paradowskiej, Kuby Wojewódzkiego, Jarosława Kuźniara, Jacka Żakowskiego, czy zastępów „europejskich bitników” z „Gazety Wyborczej”. Z podziwem można obserwować, jak oni walczą o niezależność dziennikarstwa od rządzącej PO. Doprawdy, godne to zauważenia i najwyższej pochwały! Z tym, że Jacek Żakowski jest wykładowcą wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Mamy więc pewność, że wyrosną nowe kadry niezależnych żurnalistów (nie mylić z żulikami, bo to znaczy zupełnie coś innego!), wręcz rzucające się rządzącym do gardeł za mnożenie rozlicznych afer. Puentą spojrzenia na taką dziennikarską niezależność niech będzie fragment komentarza Tomasza Lisa w sprawie referendum o odwołanie Hanny Gronkiewicz Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. „(…). Ordynarna, prymitywna demagogiczna kampania polityczna PiS-u może dawać jakieś rezultaty w jakichś mieścinkach Podkarpacia, ale w dużych miastach takich jak Warszawa, ludzie (w każdym razie ich większość) mają jednak alergię na prostactwo. (…)”. Mój świętej pamięci teść twierdził, że można wyjechać z tak dużych metropolii, jak na przykład z Biłgoraja, Kalisza czy Zielonej Góry, i zamieszkać nawet w stolicy kraju! Potęga miejskiego intelektu, na przykład Biłgoraja,

Kalisza czy Zielonej Góry, nigdy nie opuści byłego mieszkańca tych metropolii. Nawet wówczas, gdy pozbędzie się słomy z butów. Kłaniam się więc nisko oraz z należytym szacunkiem niezależnemu dziennikarzowi Tomaszowi Lisowi ze stołecznej mieścinki, ale tylko Podkarpacia! Jestem pełen kompleksów, wiedząc, że gwiazdora telewizji i prasy z pewnością nobilituje fakt, iż pochodzi ze stolicy festiwali Piosenki Radzieckiej. Jako długoletni dziennikarz sportowy czynię to z podwójną atencją, znając jego oddanie nie tylko dla partii bezbłędnie rządzącej krajem – co daje spodziewane rezultaty w postaci licznych afer – ale także wiedząc o jego sympatiach do drużyny żużlowej, noszącej nazwę odpowiadającą wielkomiejskiej metropolii, na przykład Zgrzeblarki, a obecnie Falubaz. Oświadczam, że nie mam żadnej alergii, ale zrozumienie dla dziennikarskiego prostactwa pana Tomasza Lisa. Tak mi dopomóż Konstancinie Jeziorna, tuż pod „warszawką” !…

Fot. Wikipedia


2014 kwiecień

Marcin Maruszak Autorzy „Tajnej Historii Rzeszowa” dotarli do mjr Mariana Pawełczaka, por. Stanisława Ruska, por. Piotra Zwolaka i por. Zdzisława Harasima, ostatnich żyjących żołnierzy, uczestników rajdu zgrupowania partyzanckiego pod dowództwem majora Hieronima Dekutowskiego “Zapory” po Podkarpaciu, a także do innych świadków tamtych wydarzeń. Odnaleziono również dokumenty, które odkrywają nieznane dotąd epizody z walk prowadzonych przez oddział majora „Zapory” w okolicach Rzeszowa oraz rzucają nowe światło na działania organów bezpieczeństwa skierowane przeciwko dowodzonemu przez niego zgrupowaniu partyzanckiemu. Późnym wieczorem 31 lipca 1946 r., przy moście kolejowym na Sanie w okolicach Rozwadowa pojawił się od strony Lasów Janowskich oddział ok. 60 uzbrojonych i odzianych w

Lato 1946 r. Oddział "Zapory" na Podkarpaciu

polskie mundury wojskowe żołnierzy. Ich celem było przeprawienie się niepostrzeżenie przez most, na drugą stronę szerokiej i płynącej wartkim strumieniem rzeki. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że ludziom tym nie zależało na nadmiernym rzucaniu się w oczy. Wprawny obserwator mógł także zauważyć, że ich mundury różniły się od mundurów stacjonujących w tej okolicy jednostek „ludowego” Wojska Polskiego. Na ich rogatywkach, połyskiwało bowiem prawdziwe godło Rzeczypospolitej w postaci orzełka z koroną. Most był jednak pod stałą obserwacją wojska i służb kolejowych. Żołnierze poczekali do zmroku i oddalili się na południe, w poszukiwaniu innego, bardziej

dogodnego miejsca. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1946 r. pojawili się nad brzegiem Sanu w m. Pysznica pomiędzy Stalową Wolą a Niskiem (według innych relacji, było to koło Radomyśla nad Sanem). Wszyscy poruszali się bezszelestnie, obserwując dokładnie otoczenie, jakby spodziewali się pościgu lub zasadzki. Powoli gromadzili się nad brzegiem wokół swego dowódcy, który bardziej gestami niż słowami wydawał ostatnie polecenia i rozkazy. Po chwili na tafli wody pojawił się cień łodzi, z widocznymi w niej sylwetkami żołnierzy trzymających gotową do użycia broń. Byli to „Miś”, „Kwiatek”, „Renek”, „Bachus”, „Tęcza” i „Cedur”. Po dotarciu na drugi brzeg, większość zajęła stanowiska ogniowe. „Miś” natomiast przewoził pozostałych. Przeprawa trwała kilkadziesiąt minut. Potem oddział rozpłynął się w mroku lasów Puszczy Sandomierskiej, nie pozostawiając żadnych śladów. W ten sposób rozpoczął się jeden z najbardziej malowniczych i jednocześnie tajemniczych epizodów w dziejach antykomunistycznego podziemia zbrojnego na Podkarpaciu, który do dzisiejszego dnia budzi emocje i wywołuje liczne spory historyków. Mamy bowiem do czynienia z wydarzeniem o ogromnej wadze, zarówno dla historiografii „Żołnierzy Wyklętych”, jak również dla pamięci historycznej mieszkańców naszego regionu.

Struktura i organizacja zgrupowania. Oddziałem tym dowodził major Hieronim Dekutowski ps. „Zapora”, harcerz, żołnierz września, następnie cichociemny i dowódca oddziałów partyzanckich Kedywu, AK, Delegatury Sił Zbrojnych i WiN na Lubelszczyźnie. Już wówczas był żywą legendą za sprawą wielu spektakularnych akcji skierowanych przeciwko niemieckim i sowieckim siłom bezpieczeństwa, a po tzw. „wyzwoleniu” przeciwko wszelkiego rodzaju „utrwalaczom” władzy ludowej. W tym czasie dowodził zgrupowaniem partyzanckim podlegającym Zarządowi Okręgu WiN Lublin. W skład zgrupowania wchodziły oddziały dowodzone przez Jana Szaciłowa „Renka”, Tadeusza Skraińskiego „Jadzinka” i Michała Szeremeckiego „Misia” liczące razem ok. 50 żołnierzy. Do tego dochodziła osobista ochrona Komendanta złożona z kilku oficerów i podoficerów oraz ppor. Jerzy Miatkowski „Zawada” jako adiutant. W bezpośredniej ochronie „Zapory” znajdowali się: ppor. Marian Pawełczak „Morwa”, Marian Przewłodzki „Granat”, który pełnił funkcję ordynansa oraz por. Mieczysław Czechowski „Wrzos”, którego dodatkowym zadaniem było odczytywanie mapy i ustalanie z „Zaporą” kierunku marszu. Co ciekawe, w oddziale znajdowała się jedna kobieta, która pełniła służbę sanitariuszki. Była nią Barbara Nangajewicz „Krysia”. Jej zadaniem była

39


kwiecień 2014 m.in. opieka nad rannym w piętę majorem „Zaporą”, który wyraźnie utykał i część trasy pokonywał konno lub na furmankach. Według relacji Mariana Pawełczaka: „ranę tę „Zapora” otrzymał w pierwszej naszej walce

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

w bolszewikami 7 lutego 1945 r. koło Chodla”. Poruszanie się tak dużego oddziału partyzanckiego na nieznanym i nasyconym wrogimi formacjami terenie wymagało odpowiedniej organizacji. Oddział poruszał się przeważnie nocami, a wszelkie akcje dywersyjne organizowano późnym wieczorem, aby następnie móc przeprowadzić skuteczny odwrót pod osłoną zapadających ciemności. W trakcie marszu, około 50 metrów przed oddziałem poruszała się czujka złożona z dwóch żołnierzy. Byli to przeważnie Stanisław Rusek „Tęcza” i Zdzisław Harasim „Kwiatek”. Podczas odwrotu po potyczce lub akcji dywersyjnej, obaj stanowili także zabezpieczenie tylne oddziału. Trasę marszu wyznaczali „Zapora” z „Wrzosem” pokazując jej przebieg żołnierzom przedniej szpicy. Oddział dysponował bardzo dokładnymi, wojskowymi mapami terenu, na których zaznaczone były wszystkie drogi i dukty leśne oraz takie charakterystyczne elementy terenu jak pojedyncze budynki, kapliczki, krzyże przydrożne itp. „Zapora” i „Wrzos” czytali w nocy mapę przy pomocy latarki i po wcześniejszym przykryciu kocem, aby światło latarki nie zdradziło pozycji oddziału. W razie niebezpieczeństwa obowiązywał odpowiedni system znaków dźwiękowych przekazywanych przez idących na przedzie. Wówczas żołnierze schodzili z drogi na odległość ok. 5 metrów, oczekując w ciszy na sygnał do dalszego marszu. W przypadku napotkania przypadkowych osób w pobliżu osiedli, zabierano je ze sobą i wypuszczano po oddaleniu na bezpieczną odległość od zabudowań. Na kwatery starano się wybierać samotne budynki lub przysiółki położone w pobliżu lasu, który stanowił ewentualne miejsce ucieczki. Ich mieszkańcom zabraniano oddalać się od zabudowań, aby informacja o pobycie oddziału nie przedostała się na zewnątrz. Również osoby, które przychodziły

40

do takiego gospodarstwa, musiały w nim już pozostać, do czasu odejścia oddziału. W ciągu dnia żołnierze starali się nie opuszczać wnętrz stodół i budynków mieszkalnych, w których kwaterowali, aby nie zwrócić uwagi przypadkowych obserwatorów. Zawsze starano się płacić gospodarzom za gościnę i pożywienie. Pieniądze pochodziły z rekwizycji w obiektach państwowych i spółdzielczych. Na poszczególnych drogach dojazdowych do kwater wystawiano posterunki składające się z jednego erkaemisty wraz z amunicyjnym. W przypadku pojawienia się wroga, mieli rozkaz od razu otworzyć ogień, co miało stanowić jednocześnie sygnał alarmowy dla pozostałych. Czasami kwatery urządzano w gęstym lesie. Wtedy żołnierze spali na legowiskach urządzonych z igliwia, mchu, gałęzi i trawy. Nocą nie rozpalano ognisk. Było to możliwe dopiero o świcie i tylko przy pomocy bezdymnego drewna. W walce starano się unikać okrążenia, otoczyć przeciwnika tyralierą i silnym ogniem ręcznych karabinów maszynowych zmusić do wycofania się. Żołnierze „Zapory” nie czuli lęku przed formacjami wojska i UB, gdyż liczebnie odpowiadali wówczas przeciętnej grupie operacyjnej KBW, a ponadto dysponowali odpowiednią siłą ognia, zwłaszcza w postaci kilku lub kilkunastu RKM-ów. Dodatkowe uzbrojenie stanowiły pistolety maszynowe, granaty, materiały wybuchowe i broń krótka. Ich morale podtrzymywała również wiara i patriotyzm, manifestowane przez „Zaporę”. Wszyscy żołnierze wierzyli i ufali swemu Komendantowi, który nie raz udowodnił swój talent dowódczy, wyprowadzając ich z obław i zasadzek urządzanych przez komunistyczne formacje zbrojne. W przypadku konieczności rozdzielenia poszczególnych plutonów, ustalano wcześniej czas i miejsca ponownej koncentracji oddziału lub pozostawiano informację w umówionym miejscu, np. w konkretnej

przerzucenia oddziału na dużą odległość i w przypadkach rekwizycji dużej ilości mienia używano podwodów w postaci furmanek użyczonych od miejscowych gospodarzy. Pozwalało to na przebycie jednej nocy ok. 30 kilometrów. Na niektórych odcinkach, zwłaszcza górskich, oddział poruszał się oddzielnie niż podwody. Spotkanie następowało na wcześniej umówionym miejscu lub następnej kwaterze. Na cele aprowizacyjne dla potrzeb oddziału, bardzo często rekwirowany był towar i gotówka w instytucjach państwowych, takich jak spółdzielnie, poczty, leśniczówki, stacje PKP i inne. Zawsze zostawiano pokwitowanie z podpisem „Zapora”, celem pokrycia ewentualnych roszczeń w przyszłości oraz dla bezpieczeństwa personelu i pracowników tych instytucji. Podczas rajdu „Zapora” utrzymywał stałą łączność z Lubelskim i prawdopodobnie również Rzeszowskim Okręgiem WiN poprzez łączników, którym przekazywano informacje o trasie i planowanych miejscach zakwaterowania oddziału. Dokumentację fotograficzną z rajdu wykonywał Jerzy Stefański „Cedur”. Zdjęcia w okolicach Dobrynina miał według Piotra Zwolaka wykonywać J. Moskal z oddziału „Olka”. Aparatem fotograficznym w oddziale „Zapory” dysponował również Kazimierz Pawłowski „Nerw”.

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

Pierwsze walki (Świtaki)

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

kapliczce w postaci pisma umieszczonego w butelce. Zwiad w terenie wykonywali doświadczeni żołnierze, np. „Wrzos”, „Tęcza”, i „Morwa”. Często przebierano się przy tym w stroje cywilne, a nawet udawano kobiety. W przypadku zaistnienia konieczności szybkiego

Według relacji Piotra Zwolaka, po przeprawie przez San oddział całą dobę odpoczywał w lesie. Rankiem w dniu 2 sierpnia 1946 r. „Zapora” wraz ze swymi żołnierzami dokonał najścia na PGR w Grębowie. Zarekwirowano pieniądze i spirytus w miejscowej spółdzielni oraz jednego konia dla rannego „Zapory”. Żołnierze natknęli się również na stado krów. Na rozkaz „Zapory” oddziały „Renka” i „Jadzinka” zarekwirowały stado, rozdając zwierzęta po drodze miejscowym gospodarzom m.in. w m. Krawce. Następnie oddział przemieszczał się w kierunku doliny rzeki Łęg. Ubezpieczenie tylne stanowili „Kwiatek” i „Tęcza”. Po pewnym czasie zauważyli, że ich śladem


2014 kwiecień Milicji Obywatelskiej (MO) i Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) z Tarnobrzega. Od strony płaskiej i porośniętej krzakami doliny oraz od strony lasu, posypały się gęste strzały. Żołnierze „Zapory” byli całkowicie zaskoczeni. W pośpiechu chwytali za broń, wyskakując na bosaka i w bieliźnie ze swych kwater. Po chwili byli już na stanowiskach ogniowych, odpowiadając ogniem erkaemów. Rozpoczęła się kanonada z obu stron. W następujący sposób przedstawił ten moment w swoich wspomnieniach Marian Pawełczak: „Zaatakowano od strony lasu i porośniętej krzakami łąki. Główny ostrzał skierowano na stodołę, w której kwaterowała grupa „Jadzinka”. Pociski leciały tak gęsto przez otwarte na przestrzał wierzeje (rolnik suszył polepę z gliny na klepisku stodoły), że żołnierze „Jadzinka” nie mogli z niej Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji przeprowadzonej przeciwko oddziałowi "Zapory" w okolicach Wilczej Woli wyjść. Szczęśliwym zbiegiem w dn. 20-22.09.1946 r., sygn. akt AIPN 679/1211 okoliczności pozostała część oddziału znajdowała się na jadą na rowerach dwaj milicjanci. Przy innych kwaterach bliżej rzeki, gdzie ostrzał był jednej ze studni urządzono zasadzkę i zostali mniej rażący i żołnierze „Renka” oraz „Misia” zatrzymani. Jednemu z nich udało się jednak mogli przystąpić do kontrataku – umożliwiając uciec, a drugiego rozbrojono i zabrano ze tym samym wypad ze stodoły żołnierzom sobą. Następnym miejscem postoju był „Jadzinka” i włączenie się do walki. Okrążający złożony z kilku chłopskich chałup przysiółek napastników kontratak był tak gwałtowny Świtaki, położony tuż nad malowniczą doliną i skuteczny, że wielu żołnierzy resortu Łęgu. Znakomicie nadawał się na kwaterę, salwowało się ucieczką za rzekę, kilku było gdyż z jednej jego strony rozpościerała się daleka i niezalesiona dolina rzeki, a z drugiej gęsty sosnowy las, umożliwiający ewentualną ucieczkę. Jak wspomina Marian Pawełczak, rozstawiono wartę, a żołnierze prowadzili przygotowania do „uczty” w postaci pieczonego mięsa jednej z zarekwirowanych wcześniej krów. Kucharzem oddziału był Kazimierz Kocoń „Kazek” i to do niego należało przyrządzanie posiłków. Był to ciekawy typ człowieka. Miał typowo tatarską urodę i zamiłowanie do śpiewu. Popularnie mówiono na niego w oddziale „bul bul”, a to powodu słów jednej z piosenek, którą lubił sobie podśpiewywać. Ta sielska atmosfera nie trwała jednak długo. Wieść o pojawieniu się dużej grupy partyzanckiej dotarła szybko do miejscowych władz bezpieczeństwa, które przystąpiły do działania. W momencie, gdy większość oddziału odpoczywała lub drzemała, ok. godz. 14.00 nastąpił atak dużej jednostki złożonej z żołnierzy 29 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej (DAC) oraz funkcjonariuszy

rannych, a ponad 30 dostało się do niewoli. Z naszych żołnierzy nikt nie zginął”. Według Zdzisława Harasima, rannych żołnierzy wroga, którzy pozostali na polu bitwy opatrywała „Krysia”. Jednego z nich, prawdopodobnie w stopniu sierżanta, „Zapora” umieścił na wozie i kazał odwieźć do szpitala. W czasie walki miał także odnieść ranę postrzałową w ramię jeden z żołnierzy plutonu „Misia”. Klęska komunistycznych formacji była całkowita. Trudno dzisiaj zrozumieć taktykę przyjętą przez nich podczas walki. Być może wynikało to ze słabego rozpoznania, które zakładało, że oddział będzie nieliczny i partyzanci będą się wycofywać w kierunku lasu, unikając otwartego starcia. W każdym razie do niewoli dostało się kilkudziesięciu żołnierzy WP i funkcjonariuszy UB. Rozbrojonych i pozbawionych mundurów jeńców ustawiono w szeregu. Marian Pawełczak twierdzi, że żołnierze ci (prawdopodobnie z 29 DAC) tłumaczyli się, że pochodzą z Wileńszczyzny, służyli w AK i że do wojska zostali wciągnięci siłą. Rzekomo powiedziano im, że jadą na bandy ukraińskie, które mordują polską ludność. Prosili także „Zaporę”, aby przyjął ich do oddziału. „Zapora” jednak odmówił, puszczając wszystkich wolno. Wcześniej, wszyscy wzięci do niewoli żołnierze WP wyrazili chęć oddania swych nowych mundurów, ubierając na siebie zużyte i zawszone mundury partyzantów. W podobny sposób zachowanie żołnierzy wziętych do niewoli, opisał w swej książce Piotr Zwolak: „Kilku z nich zginęło, a około 20 dostało się w nasze ręce. Poszli rozbrojeni i w kalesonach; bardzo nas przepraszali za swoją pomyłkę. Nie wiedzieli kim jesteśmy”. Jak się okazało, wśród wziętych do niewoli

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

41


kwiecień 2014 byli także funkcjonariusze UB. W swej pisemnej relacji Marian Pawełczak napisał: „Następnie zebranych w szeregu żołnierzy zapytano, czy są wśród nich funkcjonariusze UB – ci mieli rozkaz wystąpienia do przodu. Nie było żadnej odpowiedzi, ale żołnierze ścieśnili szereg i łokciami wypchnęli ubeków do przodu. Było ich kilku. Zostali rozstrzelani”. Według Zdzisława Harasima, rozstrzelano 6 funkcjonariuszy UB. Egzekucja miała miejsce pomiędzy zabudowaniami przysiółka a rzeką Łęg. Ciał nie pochowano. Wyrok na dwóch z nich wykonał Jerzy Stefański „Cedur”, tuż po wzięciu ich do niewoli i stwierdzeniu, że są z UB. Czterech pozostałych zostało wcześniej przesłuchanych. Strzelał do nich Bronisław Jaśkowski „Tułacz” z oddziału „Jadzinka”, który już po wszystkim miał stwierdzić: „Wykończyłem tych starych skurwysynów”. To porażające świadectwo nienawiści i pogardy jaką żołnierze WiN czuli do swoich prześladowców i oprawców z bezpieki. Bezwzględność oraz okrucieństwo wobec komunistów była często przez nich celowo manifestowana i miała na celu osłabić morale przeciwnika i wzbudzić w nim respekt. Odnosiło to zresztą pożądany skutek. Według Mariana Pawełczaka, po akcji w Świtakach, oddziały UB, MO i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) trzymały się na dystans i rzadko przyjmowały otwartą walkę. Sporo informacji na temat potyczki w Świtakach zawierają również meldunki operacyjne KBW. W jednym z nich informowano, że: „W

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

dniu 2.VIII.1946 r. o godz. 14.00 siłami WP (50 ludzi z 29 S.D.A.C.), PUBP Tarnobrzeg (50 ludzi) i MO (20 ludzi), przeprowadzono operację p-ko bandzie N.N. (prawdopodobnie NSZ „Wołyniaka”), która obrabowała majątek państwowy Grębów […], pow. Tarnobrzeg. W rej. Krawce […] przysiółek Świerczyna, grupa spotkała się z silnym ogniem broni maszynowej bandy. Grupa poniosła następujące straty: 29-DAC: zabitych 1 ofic. + 1 podof., rannych 1 szereg., zaginion. 2 ofic. i kilku szeregowych, wziętych do niewoli – 1 oficer, rozbrojonych i zwolnionych przez bandytów 12-szereg.; PUBP Tarnobrzeg: zabitych 1 ofic. + 1 funkc., zaginionych 1 funkcjonariusz. W pościgu za

42

Z lewej: por. Zdzisław Harasim, z prawej: mjr Marian Pawełczak

bandą biorą udział 29 S.D.A.C., WBW Rzeszów, UBP Tarnobrzeg – Nisko i Kolbuszowa i MO, razem około 500 ludzi”. Mobilizacja sił bezpieczeństwa, jak na ówczesne warunki była dość niezwykła. W rejon stoczonej bitwy skierowano dodatkowo grupę operacyjną złożoną ze 142 żołnierzy 5 Samodzielnego Batalionu Operacyjnego (SBO) KBW z Rzeszowa pod dowództwem mjr Konona. Ponadto jeszcze tego samego dnia, tj. 2 sierpnia o godz. 24.00 wyjechała z Rzeszowa w rejon m. Bojanów w powiecie Niżańskim grupa operacyjna złożona ze 160 żołnierzy i funkcjonariuszy, w tym 100 żołnierzy z 5 SBO KBW, 20 żołnierzy z 20 Samodzielnej Kompanii Zwiadowczej KBW i 40 funkcjonariuszy MO. Jak określono w meldunku, celem grupy było „przeczesanie lasu i współdziałanie z WBW i 29 DAC”. Działania te okazały się jednak nie wystarczające, dlatego operująca w rejonie Ulanowa pow. Nisko grupa operacyjna złożona z 86 żołnierzy KBW pod dowództwem kpt. Szułkowa, z rozkazu Dowódcy Grupy Operacyjnej „Rzeszów” gen. Rotkiewicza, została w dniu 3 sierpnia skierowana w rejon Przyszowa w powiecie Niżańskim celem, jak to określono „współdziałania w okrążeniu i zniszczeniu N.N. bandy, która w dniu 2.VIII.1946 r. miała starcie w rejonie Krawce […], pow. Nisko z mieszaną grupą operacyjną WP, UBP i MO”. Tego samego dnia o godz. 10.30 wysłano także z Rzeszowa w rejon m. Bojanów, kolejną grupę operacyjną w sile 20 żołnierzy z 5 SBO KBW uzbrojonych w 2 RKM-y, automaty i karabiny pod dowództwem por. Kaszczewskiego. Jej zadaniem było „koordynowanie współpracy na operacji p-ko N.N. bandzie między WBW, a 29 S.D.A.C.” Ogółem, w wielkiej obławie na oddział „Zapory” w dniach 2 i 3 sierpnia

wzięło udział ok. 1000 żołnierzy WP i KBW oraz funkcjonariuszy UB, MO i Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO). Tymczasem oddział zapadł głęboko w lasy, starając się zmylić pościg i przeczekać obławę. Według Zdzisława Harasima zakwaterował w zagubionym w lasach przysiółku złożonym z dwóch gospodarstw. Jednak jednemu z mieszkańców udało się uciec. Zdecydowano zatem o dalszym marszu. Żołnierze byli głodni, gdyż z powodu ataku KBW nie zdążono przygotować posiłku w Świtakach. Aby ułatwić kamuflaż i zdobycie żywności w nasyconym przez wroga terenie, „Zapora” podjął decyzję o rozdzieleniu poszczególnych plutonów. Jako miejsce ponownej koncentracji oddziału wyznaczono m. Ostrowy Tuszowskie w powiecie kolbuszowskim w dniu 8 sierpnia.

Potyczki w Cmolasie i Ostrowach Tuszowskich

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

Po południu 8 sierpnia, plutony „Misia” i „Renka” pojawiły się w m. Cmolas,


2014 kwiecień była tam tylko grupa „Renka”. Mieliśmy się wycofywać do Ostrowów Tuszowskich. Naraz ruskie za nami w czołgu i z tankietkami. My już nie wycofywaliśmy się prosto drogą, lecz skręciliśmy w lewo na taką polanę, te ruskie najechali na „Jadzinka” w Ostrowach. Żołnierze „Jadzinka” słysząc strzały obstawili mostek i rozbili tych ruskich, zabierając im tankietkę. Natłukli tych ruskich. Nikt z nas oprócz „Zdziśka” nie został wówczas ranny”. W następujący barwny sposób akcję w Cmolasie i Ostrowach Tuszowskich opisał w swej książce Piotr Zwolak: „Kilku kolegów z oddziału „Misia” i „Renka” pod komendą por. „Tęczy” ma jechać po żywność do sklepu w miejscowości Cmolas. Wśród nich i ja się znalazłem. Meldunek operacyjny Dowócdcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji przeprowadzonej przeciwko oddziałom Wojciecha Lisa, Tadeusza Jaworskigo i Józefa „Zapora” z pozostałymi Szyllera, sygn. akt AIPN 679/1211 oddziałami ma czekać na nas w miejscowości gdzie splądrowano urząd gminy, pocztę i Ostrowy Tuszowskie. spółdzielnię oraz zarekwirowano większą Sklep znajduje się przy szosie. Podjechaliśmy ilość pieniędzy niezbędnych dla zaopatrzenia dwoma furmankami i ładujemy artykuły całego zgrupowania. Nie obyło się jednak bez żywnościowe. Z obu stron szosy mamy swoje poważnych incydentów. Warta ustawiona ubezpieczenia. Sklepowa bardzo miła, pomaga na skrzyżowaniu głównych dróg próbowała nam wybierać odpowiedni towar. Wkoło cisza zatrzymać samochód z zaopatrzeniem dla i spokój. Jak się okazało, nie na długo. Nikt z stacjonującej w Dębie sowieckiej 20 Dywizji całego zgrupowania nie przypuszczał, że to my Pancernej. Znajdujący się w nim żołnierze będziemy sprawcami ogromnego zamieszania sowieccy nie zareagowali na sygnał do na tych terenach. Już po kilkunastu zatrzymania się i otworzyli ogień w kierunku minutach, słychać warkot samochodu. żołnierzy „Zapory”. Od pierwszych strzałów, Zostaliśmy postawieni w stan alarmu przez ranny w genitalia został Zdzisław Kozak nasze ubezpieczenie. Widać zbliżające się „Zdzicho” z plutonu „Renka”. Według relacji dwa amerykańskie studebeckery. Muszą Zdzisława Harasima: „Ktoś od nas rzucił w nich jechać sowieci, ponieważ te wozy granat. Zapalił się samochód. Ruskich dwóch były na usługach ich wojska. Dopuszczamy leżało zaraz zabitych przy samochodzie, a sowietów na bliską odległość. W szoferce reszta wycofywała się, strzelając do nas. Na widać żołnierzy. Gdybyśmy ich przepuścili… szosie była wielka kupa żwiru. Ja leżałem z ale instynkt wilków wziął górę. Lecą w ich jednej strony tego żwiru, a ruski z drugiej stronę serie z broni maszynowej. Wozy strony. I on do mnie z diegtiariewa, i byłby tańczą po szosie i zatrzymują się gwałtownie mnie wykończył, tylko ten diegtiariew mu się nad rowem. Poprawiamy po stojących zaciął. Zaczął przy nim manipulować, wtedy samochodach. Co za czort! Z wozów sypią ja widząc co się dzieje chwyciłem za Visa, się drzazgi, a sowici ciągle z nich wyskakują, którego miałem przy sobie i do niego: – Ruki kryją się w rowie i za pryzmą piachu. Myślę wierch. A on mówi: – AK nie strielaj, ja toże sobie, że nie jest dobrze. Zza pryzmy piachu AK. Ja mówię: – To dawaj. I zabrałem mu ten widać dwóch żołnierzy i wystający erkaem. diegtiariew. Zostawiłem go, nie strzelałem – Teraz zaczną! – myślę. Ale nie. Nie wiem do niego. Zaczęliśmy się wycofywać, bo nas dlaczego, ale z ich strony nikt nie strzela.

Najbardziej boimy się erkaemu, który ma bardzo dobrą pozycję. Ale on nadal milczy. „Tęcza” nakazuje przerwać nieskuteczny nasz ogień. Przystawia swojego angielskiego brena do oka i strzela pojedynczymi strzałami. Wystające głowy żołnierzy znikają. Nie mamy na co czekać. Rzucamy się na samochody jak tygrysy. Obsługa erkaemu nie żyje! Kilku innych sowietów leży w rowie, reszta ucieka polem. Samochody są podziurawione jak sito. Zaglądamy pod plandeki. Wozy do połowy wypełnione są cukrem! Dlatego nasz ogień początkowo był tak mało skuteczny. W oddali słychać jadący samochód, który raptem zatrzymuje się. Domyślamy się, że musieli go zatrzymać rozbici przez nas sowieci. Zabieramy sowiecki erkaem, trochę cukru i to, co było na furmankach, po czym uciekamy. Wyjaśniła się przyczyna milczenia sowieckiego erkaemu – sprężyna odciągająca zamek była zwolniona z zaczepu, więc zamek nie mógł się przesuwać, a oni nie mieli czasu tego naprawić. Cudem, dzięki por. „Wrzosowi”, który odnalazł nas dopiero po kilku godzinach, dołączamy do zgrupowania”. Cała grupa „Renka” wyruszyła niezwłocznie furmankami do Ostrowów Tuszowskich. Zaalarmowani tymi wydarzeniami milicjanci z pobliskiego Majdanu Królewskiego zawiadomili sowietów w Dębie, którzy do Cmolasu wysłali sześć samochodów z wojskiem. Jak pisze Mirosław Surdej w książce poświęconej działalności Wojciech Lisa, ok. godziny 13.00 wyruszyła z Kolbuszowej grupa operacyjna złożona z dwudziestu dwóch funkcjonariuszy MO i UB oraz piętnastu żołnierzy KBW, którzy na miejscu potyczki spotkali już wojska sowieckie. Prawdopodobnie sowieci nosili się z zamiarem spacyfikowania Cmolasu i tylko zdecydowana postawa dowództwa zapobiegła represjom wobec cywilnych mieszkańców wsi. Połączone siły sowieckiego wojska i polskiej bezpieki udały się śladem partyzantów w kierunku Ostrowów Tuszowskich, próbując wkroczyć do wsi z dwóch stron. Jak wynika z meldunków KBW: „W pościgu za bandą brała udział wraz z żołnierzami Armii Czerwonej grupa zaporowa 9-ludzi z P.K. Kolbuszowa, 10 funkcjonariuszy MO, 15 PUBP, razem 34 ludzi pod d-ctwem kpt. Kondraciuka”. Władze bezpieczeństwa nie posiadały jeszcze pełnych informacji z jakim oddziałem miały do czynienia. Świadczy o tym chociażby następujący fragment tego samego meldunku: „W czasie pościgu dalszego bandyci pozostawili 1 wóz, 2 konie, 2 rowery, 1 RKM czeski i pokrwawione ubrania, które zdjęto prawdopodobnie z rannych bandytów. Wyżej wymieniona banda w/g informacji ludności jest pochodzenia obcego – prawdopodobnie z woj. Kieleckiego”. Tego samego dnia tj. 8 września o godz. 15.00, w

43


kwiecień 2014 pościg za oddziałem „Zapory” została wysłana dodatkowo grupa operacyjna złożona z 50 żołnierzy KBW pod dowództwem por. Barzyka, jednak z powodu że, jak to określono, „ilość ludzi Armii Czerwonej była dostateczna – grupa powróciła na rozkaz do m.p. w dniu 9.VIII.1946 r. o godz. 7.00”. Jednocześnie operujący wraz ze swoją grupą w okolicach Ulanowa mjr Konon z 5 SBO otrzymał rozkaz nawiązania współpracy z dowódcą jednostki Armii Czerwonej stacjonującej w Dębie płk Zubowem w celu jak to wynika z meldunku „zlikwidowania N.N. bandy, która na 7-miu furmankach wycofuje się w rej. Mielec”.

IPN Rz 0057/24 t. 1, Sprawozdanie KPMO w Rzeszowie z 29.08.1946 r

44

Tymczasem „Zapora” na czele oddziału „Jadzinka”, o oznaczonej porze zjawił się w Ostrowach Tuszowskich. Żołnierze korzystając z okazji udali się do miejscowej gospody w celu zaspokojenia głodu i pragnienia, gdyż upał i wiele kilometrów przebytych piechotą dawały im się mocno we znaki. Sam „Zapora” wraz z „Krysią”, „Wrzosem”, „Zawadą”, „Granatem” i „Morwą” udał się na odpoczynek do pobliskiego lasu. Jednak i ten postój również okazał się krótki. Do wsi zaczęły wkraczać wojska sowieckie i w okolicach kościoła doszło do pierwszej wymiany ognia z rozlokowanymi tam wartownikami „Jadzinka”. Szczegółowy opis walki znamy m.in. z relacji Eugeniusza Mordonia ps. „Gitarka”, według której od pierwszych strzałów i granatów zginęło kilku żołnierzy sowieckich, w tym oficer NKWD jadący w pierwszym wozie pancernym. Reszta zaczęła uciekać, a w ślad za nimi ruszyli „Zaporczycy”. Jak wspomina dalej Mordoń, żołnierze „Zapory” (Piotr Zwolak podaje, że byli to: Julek Dworucha „Żbiczek” i Bronisław Jaśkowski „Tułacz”) przejęli pozostawiony przez sowietów pojazd i zaczęli ostrzeliwać z jego karabinów inne pojazdy sowieckie znajdujące się z tyłu. Jeden z nich zaczął się palić, co unieruchomiło na chwilę kolumnę, w skład której wchodzić miało sześć samochodów z wojskiem, jeden pojazd pancerny i dwa czołgi. Partyzanci dłuższy czas utrzymywali stanowiska strzeleckie wzdłuż drogi, skutecznie ostrzeliwując sowietów z broni maszynowej. Wysadzono także mostek na rzeczce Jamnica, co unieruchomiło ciężkie pojazdy nieprzyjaciela i zatrzymało sowieckie natarcie. Wykorzystując ten moment „Zaporczycy” wycofali się do pobliskiego lasu, kryjąc się w gęstym poszyciu i obserwując wieś z ukrycia. Ostrowy Tuszowskie zostały tymczasem zajęte przez wojsko i siły bezpieczeństwa. Przeszukiwano domostwa w poszukiwaniu rannych partyzantów. Przesłuchiwano także mieszkańców wsi. W trakcie tych walk spłonęło jedno domostwo. Nikt ze zgrupowania „Zapory” nie został ranny. Jak ustalił Mirosław Surdej, w czasie walki zginęło czterech żołnierzy sowieckich

i funkcjonariusz plutonu operacyjnego Komendy Powiatowej MO w Kolbuszowej Stanisław Kędzior, a trzech innych zostało rannych. Rannych zostało także trzech sowietów, dwóch milicjantów i dwóch żołnierzy KBW, z których jeden, Marian Kierel zmarł w szpitalu w Kolbuszowej. Ogółem straty formacji komunistycznych, poniesione w potyczkach na terenie Cmolasu i Ostrowów Tuszowskich wyniosły jedenastu zabitych i sześciu rannych. Znane są stopnie i nazwiska poległych żołnierzy sowieckich. Są to: mł. Sierż. Witalij Dołżykow, mł. Sierż. Halif Dżajczijew, sierż. Michaił Gałkin, szer. Anatolij Goriunow, szer. Gienadij Kuźmin, mł. Sierż. Siergiej Polakow, sierż. Aleksandr Putiatin, szer. Serafim Sutiagin, st. lejt. Ilia Szulman.

Spotkanie z „Olkiem” i Lisem Podczas walki poszczególne plutony zgrupowania utraciły wzajemną łączność ze sobą. „Miś” i „Renek” wraz ze swymi ludźmi zagłębili się w okoliczne lasy, kierując się na południe. Dla rannego w Cmolasie „Zdzicha” pobrano w pośpiechu furmankę, której woźnica okazał się współpracownikiem Aleksandra Rusina ps. „Olek”, dowódcy miejscowych oddziałów antykomunistycznego podziemia. Dzięki temu wiadomość o oddziale „Zapory” dotarła do „Olka”. W następujący sposób przedstawił omawiane wydarzenia w swej relacji Zdzisław Harasim: „Po walce w Ostrowach Tuszowskich z sowietami, którzy kwaterowali w Nowych Dębach, grupy „Renka” i „Misia” przeszły szosę i tory kolejowe prowadzące do Kolbuszowej. Zatrzymaliśmy się w małej wiosce, gdzie od gospodarzy dostaliśmy trochę chleba i mleka. Potem szybko wycofaliśmy się do lasu i zatrzymaliśmy się nad strumykiem, gdyż mieliśmy rannego Zdziśka od „Misia”. W pewnej chwili por. „Cedur” zauważył idących za nami Sowietów, którzy również nas zauważyli i wystrzelili czerwone rakiety, a następnie otworzyli do nas ogień. Tej walki nie przyjęliśmy. „Miś” dał rannemu pistolet i granat. Chłop, który miał rannego na furmance ruszył z nim w las, a my w szybkim tempie wycofaliśmy się w stronę Pogwizdowa. To było przed zachodem słońca. Przez całą noc maszerowaliśmy w szybkim tempie przez lasy i polany. Nad ranem dotarliśmy do dwóch domów na skraju lasu. Tam zakwaterowaliśmy. Wystawiliśmy dwa patrole i przez cały dzień odpoczywaliśmy, nie wypuszczając nikogo poza obręb gospodarstwa. Wieczorem wymaszerowaliśmy. Na tych kwaterach „Renek” nawiązał kontakt z grupą „Liska”, która operowała w tamtych terenach. Gospodarz, który wiózł rannego „Zdziśka”, należał do grupy „Liska” i ukrył go na swojej melinie. Spotkaliśmy się z nim po niedługim


2014 kwiecień czasie. Ranny czuł się już lepiej, ale pozostał na melinie do dalszego leczenia”. Tymczasem oddział „Jadzinka” po stoczonej bitwie nie dysponował żadnymi mapami terenu, które trzymał przy sobie jedynie por.„Zawada”. Dlatego z braku możliwości nawiązania kontaktu z „Zaporą” udał się w powrotną drogę na Lubelszczyznę. Po tej niespodziewanej wpadce, mjr Dekutowski wydał polecenie, aby wszyscy dowódcy plutonów byli odtąd zaopatrzeni w mapy z zaznaczonymi miejscami koncentracji oddziału. Po bitwie w Ostrowach Tuszowskich, „Zapora” wraz z kilkoma oficerami z najbliższego otoczenia zaszył się głęboko w lasy. Według Mariana Pawełczaka, z powodu odnowienia się rany w nodze, żołnierze zmuszeni byli nieść dowódcę na kocu. Zatrzymano się w gęstym lesie nad małym potokiem, prawdopodobnie w okolicach Toporowa. Tutaj żołnierze wybudowali prowizoryczny szałas. Próbując nawiązać kontakt z resztą oddziału, major Dekutowski rozesłał swoich przybocznych oficerów w teren. Według wspomnień Mariana Pawełczaka, udał się on wzdłuż strumienia na skraj lasu, skąd zobaczył pojedyncze gospodarstwo. Okazało się, że mieszkała tu siostra dowódcy miejscowego oddziału partyzanckiego Wojciecha Lisa – Janina, która wzięła Pawełczaka za żołnierza „z desantu”. To przeświadczenie było efektem walk jakie miały miejsce w Cmolasie i Ostrowach Tuszowskich. Miejscowa ludność zaczęła traktować „Zaporczyków” jak żołnierzy alianckiego desantu, których od kilku dni poszukiwały organa bezpieczeństwa, a miejscowi dowódcy partyzanccy chcieli się dowiedzieć z kim mają tak na prawdę do czynienia. Co ciekawe, informacje o rzekomych desantach pojawiają się nawet w meldunkach KBW w okresie poprzedzającym omawiane wydarzenia. W jednym ze sprawozdań czytamy, że: „W dniach od 19 do 21.VIII.1946 r. grupa ta (grupa operacyjna KBW pod dowództwem chor. Pękali – dop. MM) przy ścisłej współpracy z PUBP Mielec przeprowadziła operacje mające na celu likwidację bandy „Lisa” i przejęcie desantów powietrznych, które miały być zrzucone w rej. Mielca – operacja ta nie dała rezultatów”. Za pośrednictwem siostry Lisa, Pawełczak spotkał się z Aleksandrem Rusinem „Olkiem”, którego po krótkiej rozmowie przyprowadził do majora „Zapory”. Tymczasem wysłany w teren por. Mieczysław Czechowski „Wrzos”, przypadkowo nawiązał kontakt z Wojciechem Lisem. Tak ten moment opisał w swoich wspomnieniach: „Rano na skraju lasu odkryłem pojedyncze gospodarstwo. Poszedłem tam, aby zdobyć

coś do jedzenia. Po dłuższych pertraktacjach ze starszym człowiekiem, z ukrycia wyszedł młodszy (około 35 lat) z karabinem i obiecał, że za pół godziny przyniesie jedzenie do lasu. Zaczekałem na niego na skraju lasu i zaprowadziłem do Komendanta. W rozmowie dowiedzieliśmy się, że […] ma pseudonim „Lis”. Według Mariana Pawełczaka, to „Olek” zaprowadził „Zaporę” i jego kilku żołnierzy na miejsce, gdzie przebywał Lis razem z „Wrzosem”. Według jego relacji, na wspólnej kwaterze, którą urządzono w samotnej chacie niedaleko lasu, „śpiewy się zaczęły, wesoło nam się zrobiło, zresztą zawsze dużo śpiewaliśmy. Po pewnym czasie na miejscu zjawiły się plutony „Misia” i „Renka”. Bez plutonu „Jadzinka” stan oddziału zmniejszył się do liczby poniżej 50 osób. Wtedy dowódcy ustalili między sobą plan działania. My mieliśmy w tym czasie za zadanie pilnować bezpieczeństwa na zewnątrz. Następnie Komendant ustalił, że maszerujemy gdzieś dalej. On miał jakiś cel”. Wersję Pawełczaka potwierdza w swej książce Piotr Zwolak, który wyraźnie stwierdza, że „Olka” i Lisa „przyprowadził ppor. „Morwa” ze sztabu „Zapory”. Na nieco inne okoliczności w jakich doszło do spotkania „Zapory” z „Olkiem” wskazuje relacja, jaką Aleksander Rusin złożył autorowi niniejszego artykułu kilka lat temu. Wynika z niej, że pierwsze zetknięcie się z oddziałem „Zapory” miało miejsce już w dniu potyczki w Ostrowach Tuszowskich, bowiem w reakcji na odgłosy toczącej się walki, ludzie „Olka” dokładnie obserwowali teren od strony Przyłęku. To właśnie wówczas mieli się zetknąć w lesie z uciekającą przed obławą i nieznaną im grupą zbrojną, którą początkowo traktowali z dystansem i nieufnością. Dopiero kolejne spotkanie, mające prawdopodobnie miejsce następnego dnia skutkowało nawiązaniem bliższych kontaktów. Aleksander Rusin wspominał, że bliższe informacje na temat oddziału „Zapory” uzyskał na melinie, gdzie przebywali ranni w potyczce w Ostrowach Tuszowskich. Co ciekawe, Rusin wspominał, że w grupie, z którą nawiązał kontakt nie było „Zapory”. Nie wspominał także o pośrednictwie Lisa. Wersja ta odpowiada cytowanym wcześniej wspomnieniom Harasima, który twierdził, że człowiek, który zamelinował „Zdziśka” należał do oddziału Lisa. Być może zatem to dzięki kontaktom rannego „Zdzicha”, udało się „Zaporze” nawiązać kontakt z oddziałem „Olka”. Wersję Rusina o przypadkowym pierwszym spotkaniu potwierdza także Stanisław Rusek, który twierdzi, że gdy żołnierze „Renka” i „Misia” opuszczali Cmolas, natknęli się na trzech ludzi jadących w ich stronę na rowerach. Gdy tylko zobaczyli zbliżający się, uzbrojony oddział, wszyscy uciekli, pozostawiając rowery, a przy nich

broń i amunicję. Żołnierze „Renka” wzięli ich początkowo za milicjantów. Stanisław Rusek twierdzi ponadto, że w trakcie kolejnej wymiany ognia z tropiącymi ich sowietami, chłop, który wiózł rannego „Zdzicha”, spiął konie i uciekł z nim do swojego domu. To właśnie tam, według Stanisława Ruska, od rannego „Zdzicha”, „Olek” miał się dowiedzieć kim są i to właśnie za pośrednictwem „Zdzicha” skontaktowali się z „Olkiem”. Od tego czasu „Olek” sam miał szukać kontaktu z „Zaporą”. Okoliczności w jakich doszło do ponownego połączenia z plutonami „Renka” i „Misia” zachowały się w pisemnych relacjach żołnierzy. Jak wspomina w swej relacji obecny wówczas przy „Zaporze” por. Czachowski, na kolejnym punkcie kontaktowym oddziału w dniu 10 sierpnia nikt się nie pojawił. Wtedy „Zapora” rozkazał mu wraz z „Zawadą” i „Granatem” udać się na oddalony o 20 kilometrów kolejny punkt kontaktowy. Następnego dnia tj. prawdopodobnie 11 sierpnia zjawił się tam oddział „Renka”. Relacja ta pokrywa się w zupełności ze wspomnieniami Harasima, który napisał, że: „Oddziały nasze krążyły po tych terenach aby uzyskać kontakt z majorem „Zaporą”, bo w walce w Ostrowach Tuszowskich rozłączyliśmy się. W pewnym miejscu zauważyliśmy w lesie porucznika „Wrzosa” maszerującego z małą grupka ludzi, chyba z trzema żołnierzami, którzy w krótkiej rozmowie z „Renkiem” i „Misiem” powiadomili nas, że na tych terenach operuje samodzielny oddział „Rusinka”, z którym „Zapora” ma kontakt i który podporządkował się pod jego dowództwo”. Obie relacje potwierdzają, że kontakt z „Olkiem” nastąpił już przed 11 sierpnia. Niezwykle barwnie przedstawił w swej książce ówczesną sytuację plutonów „Renka” i „Misia” Piotr Zwolak: „Nasze zgrupowanie ruszyło na południe w kompleksy leśne. Zapadał zmierzch i dalej iść nie mogliśmy. Byliśmy zmęczeni walką, upałem, forsownym marszem i dużym obciążeniem, a na dodatek głodem. W gęstym, świerkowym lesie zostaliśmy na noc. Następnego dnia skierowaliśmy się dalej na południe. Zrobiło się gorąco i duszno wśród drzew. Doszliśmy do leśnej rzeczki, która płynęła w poprzek drogi. Było to w pobliżu przysiółka Dębczyna (prawdopodobnie chodzi o Dębrzynę – dop. MM) niedaleko Dobrynina. Wszyscy zdjęli mundury, buty i zaczęli moczyć obolałe nogi. Mój oddział ubezpieczał drogę od strony, z której przyszliśmy. Mam pecha! Znów na mnie wypada warta! Nie będę moczył nóg. Biorę erkaem polski typu browning i idę z powrotem drogą o lekkim wzniesieniu, aby mieć dobrą widoczność. Kiedy już

45


kwiecień 2014 jest już gotowe do marszu. Za nami słychać jadące samochody, wrzaski i strzały – oni mieli taką głośną metodę płoszenia przeciwnika. My kluczymy po lesie, aby ich zgubić, ale jak to zrobić, żeby nas nie osaczyli? Oni na razie nie wiedzą, gdzie my jesteśmy. „Zaporze” szkoda każdego straconego żołnierza w walce. Decyduje się zatem na rzecz bardzo ryzykowną. Przy jednej z dróg leśnych, i to w pobliżu spotkania z sowietami, ciągnął się dość długi, ale bardzo wąski pas gęstych zarośli. Za nim rosły sosny z dużym prześwitem w głąb lasu. Na rozkaz „Zapory” całe zgrupowanie skryło się w tych zaroślach. Krok przed nami jest piaszczysta, leśna droga. Obowiązuje zakaz rozmów. Nawet szeptem. Ogień mamy otworzyć tylko wtedy, gdyby nas odkryli. W ogromnym napięciu mija kilkanaście minut. Słyszymy serie z sowieckiej broni i warkot ich samochodów, które teraz jadą naszą drogą. Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji przeprowadzonej przeciwko oddziałowi Tadeusza Jaworskiego w okolicach Z odbezpieczonym erkaemem Tarnobrzega, sygn. akt AIPN 679/1211 leżę obok „Leszczyny”. On też odbezpieczył swego „tokara” dochodziłem do wzniesienia, nagle stanąłem jak wryty. Ok. 50 m przede mną, z przeciwnej z tankietki. Granaty mamy w zasięgu ręki. strony zbliża się ubezpieczenie dużej kolumny Słyszę bicie własnego serca. Jeszcze się boję, żołnierzy sowieckich. Stoimy tak chwilę ale za chwilę, w walce na śmierć i życie, i patrzymy na siebie z niedowierzaniem. przestanę się bać. To zawsze jest właśnie tak. Nasze zgrupowanie na wpół rozebrane siedzi Już sowieci przejeżdżają obok nas. Ziemia spokojnie nad wodą. Nastąpiła śmieszna drży pod kołami ich samochodów oraz pod sytuacja. Sowieckie ubezpieczenie ucieka szybkimi krokami idących brzegiem drogi do swoich, a ja do swoich. Nie mogłem żołnierzy. Przed nami wciąż przesuwają się strzelać, ponieważ sowieci byli za daleko. nowe ich grupy. Szczęściem dla nas i dla Obie strony miały czas do zastanowienia się, nich jest to, że nie mają czasu przyglądać co dalej. Robię alarm. Koledzy pytają, co się się zaroślom przy drodze. Taki przemarsz stało. Mówię, że mamy na karku sowietów. powtarza się parę razy. Wygląda na to, że Nie bardzo chcą wierzyć. Na drodze cicho i kręcą się po lesie i nie wiedzą, co się z nami spokojnie. „Czarny Renek” mówi, że musiało stało. Leżę z brodą opartą na piachu. Jestem mi się coś z gorąca przywidzieć. Namawia cały spocony. Kiedy wreszcie wyjdziemy z tych mnie, abyśmy poszli upewnić się. – Co za krzaków? Powoli wraca cisza. Las wypełniony idiotyczna propozycja! – myślę, ale zgadzam gorącym powietrzem. Morzy mnie sen. Budzi się. Całe zgrupowanie nadal moczy sobie nogi. mnie „Leszczyna”. Widzę wychodzących z Kiedy obaj byliśmy już blisko wzniesienia, krzaków kolegów. Wynika z tego, że sowieci ujrzeliśmy całą sowiecka kolumnę wojska. dali w końcu za wygraną. Pytam „Czarnego Prawie natychmiast zostaliśmy ostrzelani. Renka”, jak mu się leżało w krzakach, ale „Czarny Renek” lewą, a ja prawą stroną drogi nie odpowiada, bo jest wściekły. Późnym uciekamy co sił w nogach. Teraz dopiero wieczorem dochodzimy do samotnej chaty nasze zgrupowanie w popłochu łapie buty, ze stodołą. Oblepiamy ja jak rój pszczół. broń, mundury i ucieka do lasu. Jesteśmy Okazuje się, że sowieci byli tutaj i pytali o w niedogodnym położeniu. Możemy mieć nas. Układamy się do snu, gdzie kto może. zabitych, rannych i nawet nie moglibyśmy Następnego dnia por. „Wrzos” przebrał się za ich zabrać. Ranni, aby nie dostać się w ich chłopa i poszedł na zwiady. Po kilku godzinach ręce, musieliby się sami dobić. Okazuje się, że powrócił. Okazało się, że narobiliśmy dużo sowieci nam nie darowali. Nasze zgrupowanie zamieszania w terenie. W lasach ludzie widzieli dużo sowieckiego i polskiego wojska,

46

które blokowało drogi i jeździło jak szalone w te i z powrotem. Teraz nareszcie z nimi mamy spokój”. 12 sierpnia plutony „Misia” i „Renka” stawiły się w miejscu gdzie stacjonował „Zapora” w otoczeniu ludzi Lisa i „Olka”. Było to prawdopodobnie w okolicach m. Dobrynin, na terenie kontrolowanym przez „Olka”. Tam, według przywołanej relacji przebywali kilka dni. Według Mariana Pawełczaka, po pewnym czasie „Zapora” czuł się w obecności Lisa, „Olka” i ich ludzi tak swobodnie i bezpiecznie, że wysyłał wszystkich swoich przybocznych żołnierzy w teren, nie zważając na to że pozostaje z nimi sam na sam. Po pewnym czasie „Zapora” podporządkował sobie oddziały Lisa i „Olka”. Wzmożono jednocześnie akcje ekspropriacyjne na potrzeby oddziału, m.in. 16 sierpnia kilka patroli zgrupowania przebywało w ponownie Cmolasie w miejscowym sklepie, rozpytując mieszkańców o zachowanie i stosunek do ludności miejscowych funkcjonariuszy MO. Dnia 17 sierpnia rozbito posterunek MO w Tuszowie Narodowym, a następnie zarekwirowano towar w miejscowym sklepie spółdzielczym, gdzie pozostawiono pokwitowanie z podpisem „Zapora”. Tego samego dnia zajęto m. Chorzelów, gdzie dokonano rekwizycji mienia w miejscowym tartaku, stacji zootechnicznej, gorzelni

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

i spółdzielni o propagandowej nazwie „Przyszłość”. Informacje te potwierdził w trakcie późniejszego śledztwa adiutant „Zapory” Jerzy Miatkowski ps. „Zawada”, zeznając: „Po skontaktowaniu się z oddziałem dywersyjnym „Lisa” w pow. Mielec, „Lis” kontaktował nas z „Rusinkiem”, z którym wspólnie kwaterowaliśmy około dwa tygodnie w lasach koło miejscowości Rudy (Ruda – dop. MM). W tym czasie „Zapora” wysłał oddział „Misia” wraz z ludźmi „Rusinka” w teren, celem zdobycia odzieży i żywności. „Miś” z rozkazem „Zapory” dokonał kilku napadów zbrojnych na członków PPR w okolicznych wioskach, którym zabierał odzież i żywność, a informacje w terenie udzielane nam były przez ludzi „Rusinka”. Po dwóch tygodniach czasu zostawiliśmy oddział „Rusinka” i


2014 kwiecień Władysława Targosińska, imię panieńskie Dorocka, c. Stefana, ur. 18 marca 1922 r. w Sękowej pow. Gorlice. Siedmioklasową szkołę powszechną ukończyła w Jedliczach pow. Krosno. Następnie uczęszczała do 3-letniej szkoły zawodowej, którą ukończyła w 1939 r. W okresie okupacji niemieckiej pracowała w zakładzie fryzjerskim męża w Rzeszowie. Od 17 października 1944 r. w strukturach MO. Skierowana do Szkoły Polityczno Wychowawczej Oficerów Milicji w Lublinie. Od 1 lutego 1945 r. w KPMO Sanok. W dn. 15 marca 1945 r. skierowana do Kompanii Operacyjnej KWMO Rzeszów. 20 sierpnia 1945 r. przeniesiona do KPMO Rzeszów, gdzie pracowała na stanowisku kierownika sekcji w Oddziale Kobiecym w stopniu plutonowego podchorążego MO. W dn. 31 października 1945 r. napisała podanie o zwolnienie ze służby. W aktach osobowych brak informacji o dalszym toku sprawy. W 1969 roku była rozpracowywana przez KWMO Rzeszów w ramach SOR krypt. „Julia”. AIPN Rz 00153/1499, Akta osobowe Władysławy Targosińskiej. udaliśmy się na południe […]”. Jak ustalił Mirosław Surdej, w dniu 19 sierpnia połączone oddziały „Zapory”, Lisa i Rusina dokonały zatrzymania pociągu w Tuszowie Narodowym. Wylegitymowano m.in. wszystkich pasażerów. Jedenastu żołnierzy WP wyprowadzono na pobliskie pole, gdzie odebrano im broń i mundury, a jednego spośród nich, który podawał się za oficera politycznego uprowadzono. Rozbrojono również strażnika PZL Mielec Michała Wiktora oraz funkcjonariusza ochrony gmachu PUBP w Mielcu Edwarda Chmielowca, którego przy tym dotkliwie pobito. Po kilku dniach Chmielowca zastrzelono. Według relacji Mariana Pawełczaka jego likwidacji domagał się sam Lis, gdyż funkcjonariusz ten słynął z „wyjątkowego okrucieństwa”. W czasie legitymowania pasażerów pociągu zidentyfikowano kilku członków PPR, którym nakazano zjeść swoje legitymacje, „co też pod lufami karabinów z ochotą uczynili”. Warto zaznaczyć, że „częstowanie” PPR-owców ich własnymi legitymacjami było powszechnie stosowaną przez oddziały podziemia praktyką. W następujący sposób opisał tę akcję Piotr Zwolak: „Pewnego dnia podchodzimy pod tory kolejowe i stację Tuszów Narodowy. Decydujemy się zatrzymać pociąg osobowy. Ja i „Leszczyna” pilnujemy zawiadowcę, aby coś niepotrzebnego nie powiedział przez telefon. Zgrupowanie rozciąga się wzdłuż linii kolejowej i czekamy. Zawiadowca jest zdenerwowany, ale grzeczny. Zgłasza się inna stacja. Podsuwam mu pod nos visa. Mówi przez telefon, że wszystko w porządku. Po pewnym

czasie pociąg nadjechał. Maszynista jest już pod kontrolą, a wagony są opanowane przez kolegów. W jednym z wagonów padł strzał. Dowiedziałem się, że to „Lis” zabił jakiegoś ubowca. Na peron partyzanci wyprowadzili kilkunastu wojskowych różnych stopni. Są wystraszeni. Domyślają się kim jesteśmy. Pociąg zwalniamy, a wojskowych zabieramy ze sobą. W lesie sprawdzamy ich dokumenty i rekwirujemy krótką broń. „Zapora” robi im krótką pogadankę. Zabieramy im mundury i buty. W samej bieliźnie puszczamy ich wolno. Mimo nietypowego jak na wojsko wyglądu, idą śmiejąc się z powrotem na stację. Widać z ich zachowania, że nie mają nam za złe tego, cośmy im zrobili. My też mamy prawo wyglądać przyzwoicie. Jesteśmy prawdziwym polskim wojskiem. To my walczymy o Polskę Wolną”. Jak wynika z relacji Zdzisława Harasima, w tym okresie oddział „Renka” otrzymał zadanie wysadzenia sowieckich zbiorników z paliwem w okolicach Nowej Dęby. Jednak okolica była dobrze strzeżona przez uzbrojone patrole z psami i ostatecznie zrezygnowano z przeprowadzenia akcji. Z tym wypadem wiąże się zagadkowa i wstrząsająca historia. Tak te wydarzenia opisał sam Harasim: „Podczołgaliśmy się na bliską odległość w mały lasek i leżeliśmy tam chyba do godziny trzeciej lub czwartej. W pewnej chwili nasz przewodnik wycofał się do większego lasu. Po kilku minutach z jego kierunku usłyszeliśmy pojedynczy strzał. Porucznik „Cedur” i jeszcze jeden żołnierz poczołgali się w jego stronę chcąc zbadać co się stało. Po kilkunastu

AIPN Rz 00153/1499, k. 4, Karta ewidencyjna z akt osobowych MO Władysławy Targosińskiej

minutach wrócił „Cedur” i oświadczył, że nasz przewodnik się zastrzelił. Porucznik „Renek” dał rozkaz wycofania się do dużego lasu, gdzie leżał martwy przewodnik. Trzymał w ręku pistolet. Żył chyba jeszcze. Strzelił się w skroń. Przykryliśmy go gałęziami i szybkim marszem doszliśmy do oddziału, gdzie był major „Zapora” i oddział „Misia”. Liczne akcje podziemia spowodowały nasilenie działań ze strony grup operacyjnych bezpieki. Z meldunków KBW wynika, że od 9 sierpnia w rejonie Przecławia prowadziła działania grupa operacyjna złożona z 28 żołnierzy KBW z 5 SBO pod dowództwem chor. Pękali. Na podstawie doniesień zwiadu o lokalizacji oddziałów Lisa i „Zapory” w okolicach Józefowa i Poręb Dymarskich w powiecie kolbuszowskim, wysłano w teren grupę operacyjną złożoną z 25 żołnierzy 5 SBO KBW pod dowództwem ppor. Trojana. W dniu 19 sierpnia o godz. 6.00 rano na miejsce dotarła z Rzeszowa kolejna grupa 40 żołnierzy. W rejonie Tarnobrzega prowadziła z kolei działania grupa operacyjna dowodzona przez ppor. Sobola, złożona z 50 żołnierzy 5 SBO KBW. Okres kilkunastu dni jakie upłynęły od czasu potyczki w Ostrowach Tuszowskich wygląda imponująco. Pomimo zakrojonych na olbrzymią skalę działań polskich i sowieckich jednostek wojskowych i bezpieczeństwa, „Zapora” zdołał w tym czasie podporządkować sobie większość grup partyzanckich działających

47


kwiecień 2014 Jan Baran s. Michała, ur. 29 stycznia 1920 r. w Błędowej Zgłobieńskiej w pow. rzeszowskim. Od lutego do września1939 r. służył w 22 pułku artylerii lekkiej w Przemyślu. Działał w Stronnictwie Ludowym. W okresie okupacji dowodził drużyną w plutonie BCh dowodzonym przez Henryka Stawarza. W dniu 3 I 1946 r. wstąpił do MO i pełnił służbę na posterunku w Świlczy w stopniu st. kaprala. Był podejrzewany o kontakty z oddziałem partyzanckim Franciszka Rejmana ps. „Bicz” oraz o „wystawienie” funkcjonariusza PUBP w Rzeszowie Kazimierza Rozborskiego, któremu udało się uciec. Zagrożony aresztowaniem, zdezerterował w maju 1946 r. Ujawnił się w dniu 11 IV 1947 r. przed komisją amnestyjną działającą przy PUBP w Rzeszowie. AIPN Rz00105/18, Akta śledcze p-ko F. Rejmanowi i innym, k. 33; AIPN Rz046/1006, Akta śledcze przeciwko członkom poakowskiej grupy pod dowództwem Franciszka Rejmana, k. 119; AIPN Rz 0080/637. Akta .osobowe Jana Barana na terenach powiatów Kolbuszowskiego i Mieleckiego oraz w części Tarnobrzeskiego, Sędziszowskiego i Rzeszowskiego oraz przeprowadził wiele spektakularnych akcji dywersyjnych. Jak wynika z analizy dokumentów WUBP w Rzeszowie, podlegały mu oprócz wspomnianych już „Olka” i Lisa także m.in. prowadzące intensywną działalność dywersyjną oddziały Józefa Szyllera, Józefa Białka, Tadeusza Jaworskiego i Eugeniusza Porady. Jednak akcje podziemia spowodowane koniecznością zdobycia środków na utrzymanie tak dużego oddziału sprawiały, że działania grup operacyjnych KBW zaczęły zagrażać miejscowym strukturom podziemia. Znalezienie bezpiecznej „meliny” stało się bardzo trudne. To prawdopodobnie w tym okresie, wśród najbliższego otoczenia „Zapory” zapadła decyzja o rajdzie w kierunku południowej granicy. Pierwszym etapem w drodze na południe stała się miejscowość Leszcze w powiecie kolbuszowskim. Potwierdzenie tej informacji znajduje się w meldunku operacyjnym Dowódcy KBW Województwa Rzeszowskiego płk Litwina z dnia 28 sierpnia. Oto jego niezwykle interesująca treść: „Dnia 25.08.1946 r. o godz. 8.00 przybyła banda do gromady Leszcze […] pow. Kolbuszowa. Bandyci zajęli kwatery miejscowych gospodarzy i przebywali we wsi do godz. 19.00, następnie udali się w kierunku lasów Blizna, położonych na zachód od wsi Leszcze. Banda ta uzbrojona była w RKM i granaty, w mundurach WP. W bandzie tej, liczącej około 90 ludzi było 3 oficerów w stopniu:

48

porucznika, podporucznika i st. lejtnanta w mundurze sowieckim. Dowódcą bandy jest por. pseudonim „Jaskółka” (czyżby chodziło o Kazimierza Niewielskiego? – dop. MM) wysoki, włosy czarne z brodą, oczy niebieskie, pod lewym okiem blizna podłużna od noża. O powyższym powiadomiono liczącej 60 żołnierzy 5 SBO KBW grupę operacyjną por. Nowaka, operującą w rejonie Mielec”. Jednak jej działania nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Opis dalszej trasy na południe znajdujemy w cytowanej wcześniej książce Piotra Zwolaka, który pisał: „Idziemy wciąż na południe. Pewnego dnia, nie wiem skąd dowiadujemy się, że szosą Rzeszów-Sędziszów ma przejeżdżać KBW. Decydujemy się na urządzenie zasadzki […]. Obsadzamy długi odcinek szosy biegnącej lasem i czekamy. Czas płynie, a nikt nie jedzie. W końcu, gdy już zrezygnowaliśmy, słychać zbliżający się samochód. Nadjechał tylko jeden i to nie ten, na który czekaliśmy. „Zefir” i „Tarzan” wychodzą na drogę, aby go zatrzymać. Kierowca dodał gazu i zaczął uciekać. Koledzy w ostatniej chwili uskoczyli do rowu. Gdzieś z przodu poszła seria po kabinie. Samochodem zarzuciło i wylądował w rowie. Gdy kilku z naszych podeszło do samochodu, okazało się, że szyba szoferki jest zbita w drobny mak, lecz kierowca jest cały i trzęsie się ze strachu, a z wozu wycieka jakiś płyn o znanym nam zapachu. Wyciągamy kierowcę, trochę obrywa po buzi, a my zaglądamy pod plandekę: cały samochód załadowany jest gatunkową wódką. Koledzy pomogli kierowcy

AIPN Rz 0080/637, k. 3, Karta ewidencyjna z akt osobowych MO Jana Barana

częściowo go rozładować. Cieszymy się, że chociaż ten samochód nadjechał, a to że KBW nie nadjechało, wyszło im i nam na zdrowie”.

Oddział „Zapory” wkracza do Czudca „Zapora” kontynuował marsz na południe. Z meldunków MO wynika, że około godziny 18.00 w dniu 28 sierpnia 1946 r. „Zaporczycy” maszerując od strony Zgłobnia wkroczyli do m. Czudec z zamiarem rozbrojenia miejscowego posterunku MO i zdobycia środków aprowizacyjnych. Zatem przemarsz z okolic Leszcz w okolice Woli Zgłobieńskiej, gdzie oddział kwaterował w pobliskim lesie musiał nastąpić nocą z 26 na 27 sierpnia. Co ciekawe wśród żołnierzy rozpoznano poszukiwanych przez UB i MO współpracowników WiN i dezerterów z MO Jana Barana oraz Władysławę Targosińską. Baran, jako żołnierz oddziału Franciszka Rejmana ps. „Bicz”, na polecenie swych przełożonych z WiN i PSL służył w milicji od stycznia do maja 1946 roku, a następnie jako zagrożony zdezerterował. Od tego czasu był poszukiwany listem gończym wystawionym przez Wojskową Prokuraturę Rejonową w Rzeszowie. Targosińska zaś była dezerterem Komendy Powiatowej MO w Rzeszowie. Oboje mogli być przewodnikami oddziału z ramienia WiN. Tak oto wydarzenia w Czudcu opisał w trakcie późniejszego śledztwa adiutant „Zapory” ppor. Jerzy Miatkowski ps. „Zawada”: „[…]


2014 kwiecień doszliśmy do miejscowości Czudec. Tam chcieliśmy rozbić posterunek MO, lecz w budynku tym nie zastaliśmy nikogo, więc nie było potrzeby go zdobywać. W miasteczku tym złapaliśmy tylko jednego milicjanta, któremu zabraliśmy pistolet, zdjęliśmy mundur i zbiliśmy go. W odległości 1 km drogi od Czudca przeprawiliśmy się przez rzekę Wisłoka (Wisłok – dop. MM), nad tą rzeką w lesie spotkaliśmy obóz PCK i obrabowaliśmy go z żywności, lekarstw oraz zabraliśmy jeden automat PPsz”. Według relacji Mariana Pawełczaka atmosfera w obozie PCK była serdeczna i podniosła. Partyzanci wraz z młodzieżą, siedząc przy ognisku, śpiewali pieśni harcerskie i patriotyczne. Zastanawiano się także wspólnie, jak zabezpieczyć uczestników obozu przed konsekwencjami przyjęcia na kwaterę partyzantów. Ostatecznie ustalono, że obozowicze upozorują napad ze strony partyzantów. W tym celu Komendant obozu (Według relacji Mariana Pawełczaka i Stanisław Ruska, w czasie okupacji niemieckiej pracował w Komendzie Głównej AK. Dodatkowo Stanisław Rusek twierdzi, że młodzież ta pochodziła z Warszawy, co miało wynikać z przeprowadzonych wówczas rozmów) oddał pistolet maszynowy typu ppsz, który był na jego wyposażeniu. Niezwykłym zbiegiem okoliczności, instruktorką na omawianym obozie była czynna łączniczka Rzeszowskiego Rejonu WiN Danuta SochaJakubczyk używająca wówczas pseudonimu „Zakopiańska”. Podczas pożegnania major „Zapora” poprosił aby podarowała mu swój szkaplerz, co też uczyniła. Wiele lat później, kiedy w 1955 roku została zwolniona ze stalinowskiego więzienia, koleżanka przekazała jej niewielki, metalowy ryngraf od majora „Zapory” z podziękowaniami za szkaplerz. Ta niezwykła relacja w bardzo przejmujący sposób obrazuje więź, jaka musiała zapanować pomiędzy młodzieżą przebywającą na tym obozie, a żołnierzami podziemia, walczącymi o wolną Polskę. Oddział miał przebywać w obozie PCK ok. dwóch godzin. Tymczasem zaalarmowane przez zbiegłych milicjantów i przybyłe na miejsce oddziały KBW z Rzeszowa i Jasła natknąwszy się na siebie, zaczęły się nawzajem ostrzeliwać, myśląc że mają przed sobą uzbrojoną „bandę”. Znakomicie przedstawił te wydarzenia Zdzisław Harasim w swej pisemnej relacji, zamieszczonej w książce Ewy Kurek pt. „Zaporczycy”. Jednak ewidentnie pomylił on Czudec z Łańcutem. Stwierdza w niej bowiem, że zaraz po nieudanej akcji na zbiorniki paliwowe w okolicach Nowej Dęby oddział pomaszerował w kierunku Rzeszowa i zakwaterował w pobliżu Łańcuta. Harasim twierdzi nawet, że żołnierze oddziału weszli w biały dzień do Łańcuta i zajęli miejscowy

Urząd Bezpieczeństwa lub posterunek MO, co wydaje się oczywiście niemożliwe. Po pierwsze takie wydarzenie nie miało w ogóle miejsca, a po drugie jego opis znakomicie pasuje do akcji przeprowadzonej w Czudcu. Wszystko wskazuje zatem na to, że słynne zdjęcie mjr „Zapory” z kozą zostało wykonane nie pod Łańcutem lecz pod lasem na Woli Czudeckiej. Za tym, że Harasim pomylił sobie Łańcut z Czudcem przemawia również fakt przywołania przez niego w kontekście tych wydarzeń, wizyty w obozie harcerskim nad Wisłokiem, który tak naprawdę był wspomnianym wcześniej obozem PCK w Czudcu. Swą wątpliwość o wizycie oddziału w Łańcucie wyraził także Marian Pawełczak, który także łączy to wydarzenie z pobytem w obozie harcerskim. Pomimo tej nieścisłości warto przytoczyć fragment barwnej Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji w okolicach Czudca w dn. 11.09.1946 r., sygn. akt AIPN i ważnej relacji Zdzisława przeprowadzonej 679/1211 Harasima: „Nad ranem zakwaterowaliśmy w dwóch się okrążyć. Świtało już gdy przechodziliśmy domach w pobliżu Łańcuta (Czudca – dop. spalony most. „Zapora” powiedział wtedy, MM). Dostaliśmy trochę jedzenia. „Cedur” że już jesteśmy bezpieczniejsi. Po dalszym zrobił nam zdjęcia. Na jednym z nich „Zapora” marszu doszliśmy do lasu z gęstym poszyciem. jest z kozą. Około godziny trzeciej lub czwartej Byliśmy zmęczeni i głodni. Na szczęście poszliśmy do Łańcuta (Czudca – dop. MM). mieliśmy trochę konserw, więc zjedliśmy je Podczas marszu spotkaliśmy dziewczynę z i po wystawieniu czujek zapadliśmy w sen. milicjantem, który przyjechał na urlop ze Spaliśmy do wieczora. Wieczorem wymarsz Śląska. Major „Zapora” rozkazał im wstąpić na południe. Po kilku dniach znaleźliśmy się w nasze szeregi i maszerować razem nami. Po w okolicach Krosna. „Zapora” mówił nam, że chwili doszliśmy do rynku lub placu; po lewej do Dukli jest stąd 6 kilometrów. Pamiętam, stronie naszego szeregu mieściło się UB lub że była tam zabytkowa kapliczka, na której milicja. W otwartym oknie stał żołnierz i nas wycieczkowicze zostawiali napisy. W dalszym zauważył. Major „Zapora” dał rozkaz: – Do marszu doszliśmy w okolice Jasła, przeszliśmy drzwi na piętro! „Zapora”, „Renek”, „Cedur” Wisłok, a potem pod Tarnów, Mielec, i ja szybko weszliśmy na piętro, a reszta Baranów Sandomierski i między Stalową żołnierzy zajęła stanowiska wokół budynku. Wolą a Niskiem przekroczyliśmy San”. Drzwi na piętrze były zabarykadowane. Wtedy major „Zapora” dał rozkaz wycofania się na W rozmowie z autorami THR Zdzisław Harasim dół bez strzału. Wycofaliśmy się przez tory za wspominał także, że: „Niedaleko Łańcuta Wisłok. Tam stał obóz harcerzy z Rzeszowa. (Czudca – dop. MM), gdzie kwaterowaliśmy Kierownik obozu miał pepeszę. Harcerze i gdzie zostało wykonane zdjęcie z kozą, była powiedzieli nam o tym i musiał ją oddać. wdowa, która miała dwie córki. Jedna chodziła Harcerze mieli akordeon, więc „Cedur” na nim do Łańcuta uczyć się na krawcową. Ja przez grał, a my śpiewaliśmy partyzanckie piosenki. nią wysłałem taki list do ojca, że żyję. Ojciec W obozie zarekwirowaliśmy trochę konserw nic nie wiedział, gdzie ja jestem. Napisałem, i ruszyliśmy marszem nad Wisłokiem. Tam że ja żyję, a jak przeżyję to wrócę. Ona wzięła „Zapora” zwolnił milicjanta i dziewczynę. Po ode mnie adres i wysłała ten list, i dostał ojciec drugiej stronie rzeki widzieliśmy wolno jadące ten list. Ja już byłem w Gdańsku i ona pisała tankietki i samochody. Ruszyliśmy więc ostrym do ojca: Jeżeli przeżyłem, to żeby dał mój marszem przez wąskie ścieżki, aby nie dać adres, bo ona się chciała ze mną spotkać. Ale

49


kwiecień 2014

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

ja się bałem i nie spotkałem się z nią”. Warto także w tym miejscu przywołać relację Piotra Zwolaka, który pisał: „Na drodze stanęło nam miasteczko o nazwie Czudec. Zapadła decyzja odwiedzenia miasteczka całym zgrupowaniem. Oddział „Misia” ma zająć się stacją PKP. Planuje się „obrobić” posterunek UB, pocztę oraz zdobyć żywność. Okazało się, że w tym czasie do stacji Czudec nie przybędą pociągi osobowe, a szkoda. Nasza akcja na miasto została przeprowadzona planowo i udała się. Po odejściu z miasteczka znaleźliśmy się u podnóża dość wysokiej góry porośniętej lasem. Na niewielkiej łące widzimy obóz młodzieżowy PCK. […] Tak się złożyło, że w tym czasie stałem obok „Misia”. W pewnym momencie podszedł do nas uczestnik obozu i powiedział, że ich komendant ma broń. Idę z „Misiem” do ich komendanta. Prosimy aby oddał broń. Ten bez słowa oddaje sowiecki pistolet TT. „Miś” po jego obejrzeniu oddaje go mnie. Mam już teraz dwa pistolety. […] chłopcy z obozu mówią, że mają dużo puszek żywnościowych z UNRA i proszą, abyśmy sobie trochę zabrali. Kochane chłopaki! Nie mamy nic przeciwko temu. Pomogli nam załadować trochę konserw na furmankę, ale nie było na nie zbyt dużo miejsca, bo były na niej zarekwirowane w sklepie materiały tekstylne. Furmanka odjechała natychmiast i znalazła się na drugi dzień na nowych kwaterach”. Zupełnie inaczej zdobycie posterunku MO w Czudcu wspomina Stanisław Rusek. Według niego posterunek mieścił się w wielkiej kamienicy z ogromnymi, trzymetrowymi drzwiami. „Zapora” miał podejść pod drzwi i uderzając w nie krzyczał: – Partyzanci, otwierać! Otwórzcie bo wywalimy wam drzwi! Następnie „Zapora” krzyknął do „Tęczy”: – Dawaj gamonę! (chodziło o materiał wybuchowy, uruchamiający zapalnik od uderzenia). Przystawił ten materiał do zamka i wysadził nim drzwi. Po wejściu do środka, rozbrojono kilku milicjantów oraz

50

zabrano broń i amunicję. Stanisław Rusek twierdzi ponadto, że złapany milicjant, młody chłopak, zapewniał, że był na robotach w Niemczech, a po powrocie siłą wciągnęli go do MO. „Zapora” rozkazał mu się nim opiekować. Jego siostra miała nalegać i prosić, aby go wypuścić. „Zapora” w końcu zdecydował, żeby ukarać go chłostą, co skwapliwie wykonał „Tęcza”. Milicjant dostał 20 kijów, a „Tęcza” miał potem spisać jego nazwisko i powiedzieć jego siostrze, że: „Jak go jeszcze raz spotkamy, to nie będzie litości”. Z dokumentów UB wynika, że zatrzymanym milicjantem był Józef Warzybok, który rozpoznał wśród żołnierzy oddziału Jana Barana oraz Władysławę Targosińską. Po odejściu oddziału, poinformował o tym fakcie UB. Z relacji żyjących jeszcze, ostatnich czterech uczestników rajdu, do których dotarli autorzy THR wynika, że dalszą drogę od Czudca oddział pokonywał nocami lub w porze wieczornej. Według Mariana Pawełczaka, podczas marszu, oddział miał się zatrzymać w miejscu, skąd „Zapora” pokazywał swym żołnierzom światła z jednej strony Jasła, a z drugiej Krosna. Biorąc pod uwagę, że na trasę marszu wybierano tereny zalesione, można przypuszczać, że oddział przemaszerował przez okolice Żarnowej, Godowej, Węglówki, aż w okolice Odrzykonia i Korczyny, gdzie przekroczył ponownie Wisłok poniżej Krosna i poruszał się dalej na południe, mijając miejscowości Jedlicze i Bóbrka. Wskazuje na to także relacja Mariana Pawełczaka, który w rozmowie z autorami THR wspominał, że podczas marszu w nocnych ciemnościach natknęli się na wierzę wiertniczą do poszukiwania ropy naftowej, przy której pracowali górnicy. Również Zdzisław Harasim potwierdza, że takie wydarzenie

miało miejsce i było to niedaleko Krosna. Górnicy mieli nawet opowiadać partyzantom na czym polega wydobycie ropy. Z powodu braku innych źródeł, po raz kolejny wypada odwołać się do barwnej opowieści Piotra Zwolaka, który w następujący sposób opisał dalszą trasę marszu, po opuszczeniu Czudca: „Pniemy się pod górę porośniętą lasem. Na szczycie góry odpoczywamy aż do późnych godzin nocnych. Trochę żeśmy się przespali. Idziemy wąską drogą górską. Jest tak ciemno, że nie widzimy się w marszu. Często zderzamy się ze sobą. W końcu schodzimy z niemal pionowej góry i przechodzimy przez rzekę Wisłokę. Przecinamy szosę Czudec – Strzyżów i tory kolejowe. Podchodzimy do chat i zajmujemy je na kwatery. Jest i nasza furmanka, która pojechała inna drogą. Została ona na krótko zarekwirowana, a następnie zwolniona. Teraz dopiero stwierdzamy brak „Zefira” z erkaemem. Musiał pozostać na górze w czasie odpoczynku. Zastanawiam się co on teraz zrobi. „Czarny Renek” pociesza mnie, że da sobie radę. Zauważyłem, że nikt się tym nie przejął. Później okazało się, że „Czarny Renek” miał rację. „Zefir” dołączył za jakiś czas do nas i opowiedział, że tam na górze zasnął, a kiedy się obudził, stwierdził, że jest widno i zgrupowanie odeszło. Rozebrał więc swój erkaem i zakopał go, po czym w mundurze poszedł na stacje PKP z krótką

Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot.operacji przeprowadzonej przeciwko oddziałowi "Zapory" w okolicach Wilczej Woli w dn. 19-22.09.1946 r., sygn. akt AIPN 679/1211


2014 kwiecień

IPN Rz 0057/24 t. 1, Pismo PKMO z dn.28.09.1946 r.

bronią i przyjechał pociągiem do oddziału. W chacie, w której kwaterowaliśmy po przejściu Wisłoki, bieda aż piszczy. Jest małżeństwo z kilkorgiem dzieci. Decydujemy się na spożycie naszego suchego prowiantu. Tymczasem gospodyni chcąc zrobić nam dobry obiad, bez naszej wcześniejszej zgody zabiła kilka kur. Kiedy pytamy, dlaczego to zrobiła, powiedziała, że przecież musi nakarmić głodnych partyzantów. Jesteśmy wzruszeni jej dobrocią. Gospodarz też podziela jej zdanie. Na drugi dzień przed naszym odejściem proponujemy „Misiowi”, aby wynagrodzić dobre serce gospodyni. „Miś” oczywiście zgadza się z nami. Zwołujemy wszystkie dzieci. Jest ich pięcioro. Stoją przed nami zbite w gromadkę. Dostają dwie bele materiału na sukieneczki i ubranka. Dodajemy do tego dużo słodyczy. Gospodarze też zostali obdarowani. Kobieta rozpłakała się ze wzruszenia. Dzieciaki obcałowały nas z wdzięczności. Idziemy dalej na południe. Po kilku dniach jesteśmy w okolicach Jasła. Dnie i noce są piękne i ciepłe. Śpimy na ziemi usłanej mchem i trawą. W dzień miasteczko wygląda bardzo malowniczo. Nie jesteśmy jednak zaprawieni do górskich wędrówek. Chodzi nam się ciężko tym bardziej, że jesteśmy obładowani bronią i żywnością. Po kilku dniach kręcenia się pod górach, udajemy się w powrotną drogę. Nie wiem w jakim celu doszliśmy aż do Jasła”. Z dokumentów KBW wynika, że organa bezpieczeństwa znały kierunek

przemieszczania się „Zaporczyków”. Może o tym świadczyć dokument zatytułowany „Sprawozdanie z działalności band i działalności operacyjnej W.B.W. woj. Rzeszowskiego za okres od 1.VIII. 1946 r. do dnia 31.VIII.1946 r.”, w którym znajduje się następująca informacja: „W okresie sprawozdawczym sytuacja polityczna w rejonie zasięgu operacyjnego WBW Rzeszów pogorszyła się na skutek pojawienia się na terenie powiatów: Kolbuszowa, Mielec, Rzeszów, a w ostatnich dniach miesiąca – Brzozów, Krosno nowej bandy NSZ „Zapora”, przybyłej z terenu woj. Lubelskiego oraz na skutek nawiązania między poszczególnymi bandami ściślejszej łączności, co utrudnia znacznie zwalczanie ich”. W tym samym sprawozdaniu czytamy również: „W nocy z 30 na 31.VIII.1946 r. banda NSZ „Zapora” przeszła z gromady Bonarówka […] do gromady Węglówka […]. W dniu 31.VIII.1946 r. banda uszła na teren pow. Brzozów”. Na miejsce wysłano niezwłocznie grupę operacyjno-zwiadowczą w sile 30 żołnierzy z 12 SBO KBW pod dowództwem chor. Bałucha, która prowadziła dotychczas kontrolę linii kolejowej Rzeszów-Jasło i KrosnoSanok. Ponadto informacja o pojawieniu się oddziału w okolicach Bonarówki spowodowała mobilizację sił bezpieczeństwa w całej okolicy. W meldunku operacyjnym Dowódcy WBW Woj. Rzeszowskiego płk Litwina i Szefa Sztabu WBW ppłk Rałdugina czytamy: „W dniu 30.VIII.1946 r. wyjechała mieszana grupa operacyjna w sile: 65 ludzi z WBW (pod d-ctwem ppor. Chonutowskiego), 60 ludzi z WKMO, 37 ludzi z PUBP Rzeszów. Całością dowodził kpt. Szubert z Woj. Kom. MO. Grupa operowała w rejonie Strzyżów […], pow. Rzeszów w celu zniszczenia bandy NSZ „Zapora” liczącej około 40 ludzi. W nocy z 30 na 31.VIII.1946 r. grupa przeprowadzała pościg za bandą przez m. Bonarówka […] i Węglówka […]. Banda uszła na furmankach w nieznanym kierunku. Dalszy zwiad i pościg za bandą prowadzą mieszane grupy WP, MO, UB i ORMO z Krosna, Brzozowa i Sanoka w liczbie przeszło 100 ludzi. W dniu 31.VIII.1946 r. o godz. 10.00 grupa powróciła do m.p. bez strat własnych”. Trasa rajdu oddziału wiodła w kierunku Przełęczy Dukielskiej. Na przełomie sierpnia i września 1946 roku oddział przebywał

w okolicach Dukli. Tutaj „Zapora” wydał niespodziewanie rozkaz o natychmiastowym i szybkim powrocie na Lubelszczyznę. Według relacji żyjących żołnierzy oddziału i uczestników tamtego marszu tj. Mariana Pawełczaka i Zdzisława Harasima, decyzja ta zapadła po otrzymaniu wiadomości kurierskiej w momencie gdy oddział znajdował się w okolicach Dukli, kilkadziesiąt kilometrów od przełęczy dukielskiej. Zdzisławowi Harasimowi ten moment szczególnie utkwił w pamięci, gdyż miało to miejsce przy pewnej kapliczce (wspomina o niej w swej pisemnej relacji cytowanej powyżej), na której wyrył on swój pseudonim, na pamiątkę, jak sam stwierdził, swojego pobytu w tym miejscu. Trudno jest jednak ustalić precyzyjną datę tego wydarzenia, m.in. ze względu na brak dokumentów. Z zachowanych meldunków UB, MO i KBW wynika, że organa bezpieczeństwa nie wiedziały o dokładnym położeniu oddziału oraz jego zamiarach w tym okresie. Jedyne wiarygodne meldunki z tego okresu dotyczą okolic Pogórza Strzyżowskiego i Jasła i są bardzo nieprecyzyjne. Biorąc jednak pod uwagę, że w dniu 31 sierpnia oddział był widziany w okolicach Węglówki, a następny udokumentowany przez organa bezpieczeństwa pobyt oddziału dotyczy dnia 7 września, gdy zauważono go w okolicach Gogołowa, można wnioskować, że dojście w okolice Dukli musiało zająć minimum dwa dni, a raczej dwie noce. Natomiast przejście z okolic Dukli do Stępiny musiało zająć ok. 3 dni/nocy. Zatem decyzja o odwrocie musiała zostać podjęta pomiędzy 2 a 4 września 1946 roku. Miejsce natomiast wydaje się łatwe do ustalenia. Akurat ok. 6 kilometrów od Dukli (zgodnie z relacją Harasima), w masywie Cergowej znajduje się kapliczka z wizerunkiem Św. Jana z Dukli zwana „Złotą Studzienką”. Jednak ostateczne potwierdzenie, że chodzi o to miejsce, wymaga dalszych badań. Z przytoczonych relacji wynika, iż decyzja „Zapory” o odwrocie była dosyć gwałtowna, a oddział wracał w pośpiechu podwodami. Do dzisiaj nie wyjaśniono przyczyn jej wydania. Co takiego mogło wydarzyć się na przełomie sierpnia i września 1946 r. na Lubelszczyźnie? Wiadomo, że po śmierci Mariana Bernaciaka „Orlika” i aresztowaniu w dniu 26 lipca 1946 r. Franciszka Jaskólskiego „Zagończyka” oraz ujawnieniu się wielu działaczy z jego Rejonu, doszło pod koniec sierpnia do licznych aresztowań na terenie Rejonu WiN Puławy, co z kolei spowodowało, że organa bezpieczeństwa znalazły się bezpośrednio na tropie kierownictwa Lubelskiego Okręgu WiN. W efekcie prowadzonych działań 9 listopada 1946 r. na warszawskiej Pradze władze bezpieczeństwa zatrzymały ścisłe kierownictwo Okręgu z kierownikiem Rejonu

51


kwiecień 2014 komukolwiek opuszczać miejscowość. Tego wieczoru w Stępinie odbywała się zabawa zorganizowana przez miejscowe organizacje młodzieżowe. Według zachowanych relacji żyjących jeszcze uczestników tych wydarzeń, partyzanci wzięli udział w tej zabawie, tańcząc z miejscowymi dziewczętami. Zdzisław Harasim pamięta nawet jak Mikołaj Malinowski ps. „Mikołaj” z oddziału „Renka” tańczył „kozaka”, a „Cedur” zrobił wówczas kilka zdjęć. Jak twierdzi Zdzisław Harasim był on w posiadaniu tych fotografii jeszcze kilka lat po wojnie. Jednak potem uległy one spaleniu. Jedną z osób biorących udział w tej zabawie była obecna mieszkanka Stępiny Maria Kuternoga, która wspomina tamte wydarzenia w następujący sposób: „Pamiętam do dzisiaj, jak który wyglądał. Potańcowali z nami. Byłyśmy wówczas pannami i przez siedem miesięcy Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji mieszkaliśmy na Oparówce, bo przeprowadzonej przeciwko oddziałowi "Zapory" w okolicach Stępiny, tu był front. Dlatego poszłyśmy sygn. akt AIPN 679/1211 ochoczo na zabawę. Miejscowi WiN Lublin Franciszkiem Abraszewskim chłopcy nas pozapraszali. Było ps. „Boruta” na czele. Poprzedzające te to dość późno. Na raz narobili strachu, że wydarzenia sygnały o niebezpieczeństwie partyzantka. Skąd wtedy partyzantka, jak już dekonspiracji, mogły skłonić „Zaporę” do przecież przeszedł front? Byliśmy w wielkim szybkiego powrotu na macierzysty teren swej strachu. Nie wiem, czy oni byli troszkę podpici, działalności aby chronić aktywa oddziału ale chwilkę pouważali, przypatrzyli się na nas i przed likwidacją i przejęciem przez UB. nas pobrali do tańca. No i pohulaliśmy. Około Świadczą o tym także zakrojone na szeroka północy poszli sobie. Może gdzieś ktoś ich skalę akcje dywersyjne, organizowane przez wcześniej nastraszył? No i wynieśli się przez zgrupowanie „Zapory” po powrocie na ten las, a myśmy zostali i hulali dalej. Nikomu Lubelszczyznę, m.in. spalenie wsi Moniaki. nic złego nie zrobili. Zabawa miała miejsce w drewnianym baraku poniemieckim, który stał niedaleko dzisiejszej szkoły. Na tej zabawie W cieniu góry Chełm były także moje koleżanki: Armata Anna, Z relacji Zdzisława Harasima oraz zachowanych Mateja Maria, mój szwagier Kuternoga fotografii wynika, że trasa powrotna i inni. Być może, że na tej zabawie grał oddziału wiodła m.in. przez okolice Jasła. To Andrzej Papuga na skrzypkach, Godek także. prawdopodobnie z tego okresu pochodzą Zabawę urządzali m.in.: Kostek Gierlasiński, fotografie, ukazujące maszerujących na Ziobrowscy Franciszek i Jan. Było wesoło. tle dalekich widoków żołnierzy „Zapory”. Hulali jak pieron, a myśmy w powietrzu Układ terenu oraz trasa przemarszu mogą chodziły… od strachu. Oni byli pod bronią, ale wskazywać, że omawiane fotografie też byli pod wielkim strachem. Jeden z nich wykonano w lasach pokrywających Wzgórza stał cały czas w drzwiach”. Wizytę oddziału nad Warzycami niedaleko Lubli. Może o tym „Zapory” pamięta również zamieszkały w także świadczyć jeden z odnalezionych przez Stępinie Zdzisław Bysiewicz, który opowiada: autorów THR meldunków KBW. Wynika z „Był taki barak niedaleko szkoły w Stępinie i niego, że „Zapora” wraz ze swymi żołnierzami była wówczas w nim zabawa. I na tę zabawę pojawił się wieczorem dnia 7 września w przyszli i rozegnali całą tę zabawę. Były to okolicach m. Gogołów, gdzie prawdopodobnie duże rozruchy. Nie wiadomo skąd przyszli. zakwaterował w pobliskich lasach. Wieczorem Ubrani byli po wojskowemu, ale te mundury w dniu 8 września „Zaporczycy” wkroczyli do były inne, jakby leśnicze, takie ciemno m. Stępina. Wystawiono warty i zabroniono zielone. Wszyscy potem mówili, że to byli

52

Niemcy. Przecież od 1939 roku budowali tutaj bunkry. Ludzie mówili, że nastawali na Czesława Trzebiota, który był wówczas w UB i który uciekł im. Zabawę tę zorganizował miejscowy społecznik Stanisław Dziok. Sołtysem we wsi był wówczas Henryk Wanat”. Warto zaznaczyć, że obie osoby dopiero w rozmowie z autorami THR dowiedziały się, że oddział, który przechodził przez ich rodzinną miejscowość należał do zgrupowania majora „Zapory”. Około północy 8 sierpnia oddział opuścił Stępinę i udał się w kierunku zalesionej góry Chełm. Wszystko wskazuje na to, że dzień 9 września żołnierze „Zapory” spędzili jeszcze pod osłoną kompleksu leśnego Klonowej Góry. Tymczasem zaalarmowane przez miejscowych komunistów organa bezpieczeństwa urządziły pościg za partyzantami. Jak wynika z zachowanych meldunków KBW, już 9 września w nocy wyruszyła z Rzeszowa grupa operacyjna 5 SBO KBW, złożona z 4 oficerów, 5 podoficerów i 47 szeregowych pod dowództwem kpt. Dzena, z zamiarem przeprowadzenia zwiadu w okolicach Frysztaka, Stępiny i Brzostka. Grupa dotarła na miejsce ok. południa, przeprowadzając do końca dnia szczegółowe rozpoznanie w

Lato 1946 r. Rzeszowszczyzna. Oddział "Zapory"

takich miejscowościach jak Gogołów, Huta Gogołowska, Stępina i Jaszczurowa. W wyniku trwającego rozpoznania, bezpiece udało się zebrać informacje o liczebności i uzbrojeniu zaobserwowanego oddziału i potwierdzić jego dalszy kierunek marszu w kierunku góry Chełm. Poszerzono zatem obszar działania zwiadu o miejscowości położone wokół kompleksu leśnego Klonowej Góry. Tymczasem cały dzień „Zapora” spędził w ukryciu w cieniu góry Chełm, zastanawiając się zapewne jak zgubić ewentualny pościg. Sytuacja nie była łatwa. Jeżeli oddział miałby kontynuować kierunek północny, musiałby przebyć znaczną odległość w otwartym terenie, aż w okolice Dębicy, gdzie stacjonowały duże jednostki UB i wojska. Nie wykluczone zatem, że „Zapora” obserwował z daleka działania bezpieki, czekając na zapadnięcie zmroku, aby pod osłoną


2014 kwiecień nocy wydostać się z zagrożonego terenu. Celem zmylenia ewentualnego pościgu, zrezygnował prawdopodobnie z marszu w kierunku masywu leśnego w okolicach Łączek Kucharskich i obrał kierunek na kompleks leśny w rejonie Budzisza. Potwierdzają to informacje zawarte w omawianym meldunku KBW, który wspomina, że ok. godz. 23 w dniu 9 września widziano oddział w okolicach Jaszczurowej zmierzający w kierunku Dębicy. Jednak działania zwiadowcze przeprowadzone przez oddział KBW kpt. Dzena w miejscowościach położonych na północ od Jaszczurowej tj. w Kamienicy Górnej, Kamienicy Dolnej i Brzezinach nie potwierdziły obecności oddziału. Następnego dnia tj. 11 września szef sztabu WBW Rzeszów ppłk Rałdugin sporządził meldunek specjalny do Szefa Sztabu Grupy Operacyjnej „Rzeszów”, w którym czytamy: „Wg danych agentury WUBP Rzeszów, w wiosce Stępina […] pow. Jasło – od dnia 8.09.1946 r. znajdowała się N.N. banda polskiego pochodzenia w liczbie do 100 ludzi. W dniu 10.09.1946 r. o godz. 3.00 wysłana została na miejsce dyslokacji bandy grupa operacyjna w sile 80 ludzi z WBW Rzeszów. […] Ustalono, że banda przebywała w tym rejonie od 7.09 do 9.09.1946 r. godz. 24.00 i odeszła w kierunku Dębica. Banda ta jest polskiego pochodzenia, polityczna, pochodząca z innych terenów. Bandyci nie rabowali, za wyżywienie płacili pieniędzmi i w rozmowie między sobą mówili „no my dziś jedliśmy, ciekawe gdzie i co będziemy jedli jutro”. Bandyci nie dowierzali ludności cywilnej i na przykład kiedy weszli do wsi, nikogo ze wsi nie wypuszczali. Zakwaterowanie bandy w czasie dnia było na górze Chełm […]. Nie zdołano ustalić dokładnej ilości bandytów z tego względu, że albo rzeczywiście bandytów było dużo (około 300), albo też banda manewrowała specjalnie tak, aby sądzić, że ich jest wielka ilość. Największe skupisko bandytów w jednym miejscu wynosiło przeszło 150 ludzi. Bandyci uzbrojeni byli w automaty rosyjskie, K.B. i R.K.M. Dichterowa, ubrani w mundury W.P. Między nimi było kilku osobników w ubraniach cywilnych. Dowódcą całości był kapitan w starszym wieku, kulawy na prawą nogę. Bandyci między sobą nazywali go „Stary”. Jeden z oficerów miał obandażowaną szyję. Grupa powróciła bez wyników w dniu 10.09.1946 r. o godz. 23.00 do M.p.” Dalsza trasa marszu oddziału mjr „Zapory” pozostaje do dzisiaj zagadką. Tak naprawdę nie ma żadnych materialnych dowodów na to, że oddział przechodził w drodze powrotnej przez Łańcut, z wyjątkiem fotografii z kozą i relacji, które jak wykazaliśmy powyżej mylą Łańcut z Czudcem. Wszystko wskazuje także na to, że omawiana fotografia z kozą

została wykonana niedaleko Czudca, a nie Łańcuta. Ponadto biorąc pod uwagę fakt, że „Zapora” zamierzał w drodze na Lubelszczyznę, jak najszybciej ponownie spotkać się z „Olkiem” i Lisem w okolicach Dobrynina, marsz z Jaszczurowej, przez Łańcut, a więc obchodzenie od wschodu Rzeszowa, wydaje się całkowicie niezrozumiały zwłaszcza, że żołnierze byli bardzo zmęczeni, a „Zaporze” bardzo się spieszyło. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby przekonać się, że to przedsięwzięcie dosyć karkołomne. Czyżby zatem „Zapora” wraz ze swoim oddziałem nigdy nie przebywał w okolicach Łańcuta? Odpowiedź na to pytanie wymaga oczywiście dalszych badań. Nie można jednak lekceważyć relacji Mariana Pawełczaka, który jako jedyny twierdzi, że wraz z oddziałem zwiedzał powozownię zamku w Łańcucie. Jeżeli przyjmiemy, że taki fakt miał miejsce, to oznacza że od Jaszczurowej oddział przemieszczał się przez okolice Wielopola Skrzyńskiego w znane już lasy, położone na północ od Czudca, gdzie kwaterował przez cały dzień 10 września. Pomiędzy 11 a 12 września partyzanci musieli przekroczyć rzekę Wisłok w okolicach Babicy i udać się w kierunku Łańcuta. Trasa mogła prowadzić przez okolice Lubeni, Hermanowej, Chmielnika i Albigowej. Co ciekawe, z tego to mniej więcej okresu pochodzi istotna jak się wydaje informacja, zawarta w meldunku Komendanta Powiatowego MO w Rzeszowie ppor. Cwynara z dn. 28 września 1946 r. Wynika z niego, że w dniu 12 września, po informacjach spływających z terenu o pojawieniu się dużego oddziału partyzanckiego, do m. Budziwój udała się grupa operacyjna złożona z Plutonu Operacyjnego KPMO w Rzeszowie oraz Batalionu Operacyjnego KWMO w

IPN Rz 00105/26, Sprawozdanie dot. bandy "Zapory" z 1946 r

53


kwiecień 2014 „Zaporczyków” w okolicach Łańcuta jest trudna do ustalenia. Mogło to być w okolicach 13 lub 14 września 1946 r. Według relacji Mariana Pawełczaka i Zdzisława Harasima, przed Łańcutem żołnierze mieli się sfotografować wraz z napotkaną po drodze kozą na tle przydrożnego lasu. Dodatkowo z relacji Mariana Pawełczaka wynika, że zdarzenie to miało miejsce niedaleko Łańcuta, co może wskazywać na kompleks leśny w okolicach m. Albigowa. W dalszej drodze oddział miał przechodzić obok zabudowań zamku w Łańcucie. Według tej samej relacji, żołnierze zwiedzili nawet powozownię pałacową. Biorąc pod uwagę dotychczasowy sposób wyboru trasy przemarszu, oddział mógł przebyć dalszą trasę od Łańcuta po przez Medynię Łańcucką do lasów w okolicy Głogowa Małopolskiego, a stamtąd Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji przez Poręby Kupieńskie, przeprowadzonej w okolicach m. Ruda i Blizne w dn. 18-19.09.1946 r., Przedbórz, Leszcze, Niwiska, sygn. akt AIPN 679/1211 aż do okolic Toporowa. Rzeszowie. W trakcie przeprowadzonej Z tego właśnie okresu obławy zauważono grupkę kilku uzbrojonych pochodzi ciekawy meldunek KBW, który ludzi wycofujących się do lasu w okolicach informuje, że w dniu 15 września „banda” Hermanowej. Nie doszło jednak do w sile 40 ludzi napadła na wieś Brzezówka, strzelaniny, ze względu na dużą odległość położoną na południe od Kolbuszowej i leżącą w jakiej od uciekających znajdował się na trasie przypuszczalnego marszu oddziału. pościg. Według zebranych przez milicjantów W trakcie najścia wykonano wyrok na informacji oddział składał się z ok. 30 ludzi, a Pełnomocniku Akcji Siewnej Adamie Jemiole, patrol go ubezpieczający z 5 osób. Partyzanci który należał do Stronnictwa Ludowego. nikogo nie obrabowali, a jedynie próbowali Brak jest jednak jakichkolwiek informacji, sprzedać używane trzewiki w zamian które pozwalałyby powiązać to zdarzenie za żywność. Miejscowi mieszkańcy nie z oddziałem „Zapory”. Wskazywałoby to rozpoznali także nikogo z żołnierzy podziemia. jednak, że 15 września oddział znajdował się Analogie po analizie tego meldunku nasuwają już w okolicach Kolbuszowej. się same. Czas, skład osobowy, ubezpieczenie oraz fakt, że nie używano przemocy wskazują Jak wynika z meldunków KBW z tamtego jednoznacznie, że może chodzić o oddział okresu, natężenie operacji ze strony „Zapory”. Poza tym trudno by było wskazać organów bezpieczeństwa tropiących inne i tak liczne oddziały partyzanckie w tym nieustannie wszelkie przejawy bytności okresie i na tym obszarze, które dodatkowo żołnierzy podziemia musiało stanowić coraz obierałyby kierunek północny. Analizując większy problem dla „Zapory”, „Olka”, Lisa i omawiany dokument, warto zwrócić także podlegających im oddziałów podziemia. Od uwagę na fakt, że nie wspomina on o tym, 14 września w okolicach Mielca prowadziła żeby partyzanci porozumiewali się po bowiem działania grupa operacyjna w sile ukraińsku lub z obcym akcentem, co pozwala 60 żołnierzy 5 SBO KBW pod dowództwem wyeliminować ewentualność, że chodzi o kpt. Nowaka. Jej celem było zlokalizowanie i oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). likwidacja oddziału Wojciecha Lisa. Ponadto dnia 18 września o godz. 22.00 skierowano Przypuszczalna data pojawienia się z Rzeszowa w rejon miejscowości Ocieka,

54

Leszcze, Blizna grupę 100 żołnierzy z 5 SBO KBW po dowództwem ppor. Nitki. Tej samej nocy o godz. 1.30 wyjechał w ten sam rejon kolejny oddział 100 żołnierzy pod dowództwem por. Wocha. Ich zadaniem było przeprowadzenie wspólnie z operującymi już na tym terenie grupami kpt. Nowaka i kpt. Ciesielskiego operacji przeciwko jak to ujęto: „bandzie NSZ „Zapora” i „Olka”. Całością operacji dowodził Szef Sztabu KBW Rzeszów, sowiecki oficer ppłk Rałdugin. Do tego należy oczywiście doliczyć rozlokowane na tym terenie jednostki sowieckie.

Ostatnia Bitwa (Świnki) Analizując meldunki KBW i MO o przejawach działalności oddziału „Zapory” w okresie od 9 do 20 września, trudno jest ustalić precyzyjnie miejsce jego kwaterowania i przebieg dalszej marszruty. Wypada zatem ponownie odwołać się do lakonicznego wprawdzie, ale jedynego opisu tego fragmentu trasy, jaki przedstawił w swej książce Piotr Zwolak: „Po kilku dniach powrotnego marszu, dochodzimy do dużego wyrębu leśnego. Poplątane druty, zawalone baraki. Jest to słynna z okupacji Blizna-Pustków. To stąd leciały rakiety V2. Na kwatery zajmujemy niewielki zagajnik. Jak pięknie jest na łonie natury w polskim lesie! Robimy legowiska z gałęzi i mchu. Nareszcie doszło do generalnej bitwy z insektami. Ileż może się gnieździć na grzbiecie człowieka! Nie wiem skąd dostaliśmy cudowny proszek DDT. Dokładnie zasypałem nim wszystko, co nie było ludzką skórą. Od tego momentu ani jedna wesz nie pojawiła się na moim ciele. Noc jest piękna i ciepła. Na fioletowym niebie migocą gwiazdy. Którą sobie wybrać, aby nie zgasła za szybko? Trzeba sobie trochę pomarzyć… Wszak jesteśmy tacy młodzi, a tak niepewni jutra. Jeszcze kilka dni marszu i dochodzimy do Sanu. W drodze powrotnej nie robiliśmy już żadnej akcji. Chcemy bez strat w ludziach, szczęśliwie powrócić w rodzinne strony. W tym samym miejscu promem przeprawiamy się przez San. Jesteśmy nareszcie na swoich śmieciach. Furmankami po kilku godzinach dojeżdżamy do położonej w lesie miejscowości Gwizdów. Zajmujemy wszystkie chaty, stodoły i przybudówki na kwatery. Oddział „Misia” zajął pierwszą chatę wraz ze stodołą. Wystawiamy też wartę na drodze, którą przyjechaliśmy. Objął ją „Mikołaj” ze swoim erkaemem. Z powodu braku dostatecznej ilości domów, śpimy w chałupach, stodołach i na klepiskach. Zdążyliśmy się trochę przespać, kiedy przybiegł „Mikołaj”. Alarm. Zrywamy się jak oparzeni. Mówi, że drogą, którą przyszliśmy, idzie wojsko. Kiedy je zauważył, byli już blisko. „Miś” pyta go, dlaczego nie strzelał. Okazało się, że rozebrał erkaem, bo w wolnej


2014 kwiecień chwili chciał go sobie przeczyścić. Zostawił go na końcu. Taki doświadczony i bojowy partyzant! Drugi raz w życiu widziałem „Misia” tak wściekłego. Na awanturę nie było jednak czasu. Łapiemy swoją broń i chcemy wyskoczyć ze stodoły, lecz jest już za późno. Nawała ognia z broni maszynowej rąbie po naszej stodole. Intuicyjnie przylegamy do klepiska. Z wrót stodoły sypią się drzazgi. Za chwilę odpadają. Słyszymy już ogień naszego zgrupowania z dalszych kwater. Wreszcie wypadamy grupami i pod ogniem obu stron wycofujemy się do swoich. Całe nasze zgrupowanie jest teraz na dużej polanie. Przeciwnik obsadził brzeg lasu i prowadzi zmasowany ogień. Powoli opanowujemy krytyczną sytuację. Rozciągnięci w długą tyralierę, przypuszczamy huraganowy ogień. Przeciwnik ani drgnie. Trwa ciągła wymiana zmasowanego ognia z obu stron. Nie ma co atakować dobrze zamaskowanych ubowców. Nawet ich nie widać. Widzimy tylko ukazujący się ogień z ich broni i wtedy strzelamy w te miejsca. Słychać już teraz tylko zlewający się grzmot ognia z obu stron. Żadna ze stron nie zamierza się cofać. „Zapora” podbiega do „Misia” i mówi, że mamy osłaniać naszym ogniem inne oddziały, które będą próbowały okrążyć ubowców i wtedy już ich nie wypuścimy. Zlikwidujemy ich bez litości. Pozostałe oddziały już realizują plan okrążenia. Resort przejrzał jednak nasze zamysły. Pękła ich obrona. Poleciała biała rakieta. Zaczęli się szybko wycofywać. Dopadamy lasu, ale już ich nie ma”. Relacje Piotra Zwolaka zdają się potwierdzać dokumenty KBW. Według jednego z meldunków, w dniu 20 września oddział „Zapory” przeszedł przez Ostrowy Tuszowskie, Jagodniki i Hadykówkę, a następnie na szosie Kolbuszowa – Majdan Królewski zatrzymał ciężarówkę z żołnierzami sowieckimi, zabijając jednego z nich, by następnie udać się przez Poręby Dymarskie w kierunku Raniżowa. Tego samego dnia pojawiły się meldunki o zaobserwowaniu oddziału w okolicach Wilczej Woli. Jak wspomina Marian Pawełczak, w drodze nad San, spotkali porzucone samochody UNRA, z których zarekwirowali proszek na wszy, a w napotkanej po drodze gorzelni zarekwirowano dużą ilość wódki i spirytusu. Informacje te spowodowały natychmiastową reakcję bezpieki oraz stacjonujących w pobliżu jednostek sowieckich. Jak wynika z dalszych meldunków KBW, tego samego dnia tj. 20 września o godz. 19.00 wyjechała z Rzeszowa w rejon Kolbuszowej grupa 15 żołnierzy z 5 SBO KBW pod dowództwem por. Czecharowskiego, celem skoordynowania działań operujących już na tym terenie oddziałów KBW kpt. Nowaka i ppor. Lubienieckiego z Armią

Czerwoną. Dowództwo nad całością sił KBW liczących 123 żołnierzy objął por. Czecharowski. Ciekawe, że w relacjach uczestników rajdu brakuje jednak informacji o akcji przeprowadzonej 20 września w okolicach Hadykówki na ciężarówkę sowiecką. Nie potwierdzają tego również żyjący jeszcze żołnierze oddziału. Być może była to akcja osłonowa przeprowadzona przez któryś z oddziałów „Olka” lub „Lisa”. Okoliczny teren roił się bowiem od grup operacyjnych KBW, a przemarsz dużego oddziału przez ruchliwą szosę można było zabezpieczyć poprzez odwrócenie uwagi i związanie walką oddziałów bezpieki. Z dalszych meldunków KBW wynika, że już 20 września organa bezpieczeństwa posiadały informacje o kierunku przemieszczania się oddziału. Dlatego pobyt w otwartym terenie stawał się coraz bardziej trudny. Tylko szybki przerzut całego zgrupowania na daleką odległość mógł zgubić i zaskoczyć przeciwnika. Według Piotra Zwolaka, w drodze na Lubelszczyznę do oddziału dołączyli „Tarzan” i „Francuz” z grupy „Olka”. Tak ostatnie chwile pobytu zgrupowania „Zapory” na Podkarpaciu opisuje Marian Pawełczak: „Ludność, z którą zapoznawaliśmy się w marszu była do nas nastawiona spokojnie, chociaż bez entuzjazmu, niemniej zachowywaliśmy wszelkie środki ostrożności, między innymi nie wypuszczając z kwater przygodnych gości gospodarzy w czasie naszego pobytu. Po dotarciu na tereny „Lisa” i „Olka”, którzy nas serdecznie ugościli, powróciliśmy do kwaterowania w lasach, gdyż po naszym poprzednim pobycie – władze UB utrzymywały ciągłe pogotowie i penetrowały teren. Noce były coraz chłodniejsze, a ognisk nie wolno było rozniecać; dopiero nad ranem i pod warunkiem spalania wyłącznie suchego, bezdymnego drewna. Pamiętam jak po przespaniu nocy na igliwiu pozbieranym spod sosen – rano zrywały się zmarznięte postacie i biegły rozgrzać się przy zapalonych ogniskach. Przeziębiłem się w końcu i musiałem leżeć, pocąc się pod i na zgromadzonych przez kolegów płaszczach. Nagle alarm któregoś dnia i potrzeba szybkiego marszu, gdyż pod las podeszły grupy pacyfikacyjne. I choroba gdzieś znikła – dodatkowy pot wydzielony w szybkim i forsownym marszu wypędził ją z organizmu. A potem próba powtórnego przejścia przez San, który był dniami i nocami patrolowany przez oddziały MO, UB i KBW z Rzeszowa, Mielca i Dębicy, Niska i Stalowej Woli. Kilka razy podchodziliśmy pod San i po stwierdzeniu zasadzki musieliśmy wracać do lasu. Nie było w końcu co jeść, a nawet brakowało wody do picia. Pamiętam, „Miś” pewnego razu nazbierał grzybów, popularnie zwanych bilami – podejrzewanych o lekkie

właściwości trujące (wtedy mieliśmy jeszcze resztki wody), wygotował je dokładnie, a na koniec podsmażył w bańce do odciągania śmietany z mleka. Z bańki wytopiła się i wymieszała z grzybami masa podobna do smoły, którą uszczelnione było dno bańki. W celu zmniejszenia ilości chętnych do spożycia grzybów, dodał jeszcze do nich pasty do zębów. Nikomu to nie przeszkadzało, grzyby nam bardzo smakowały i nikomu nie zaszkodziły. Gdy zabrakło już wody pitnej, szukaliśmy głębszych miejsc w koleinach dróg leśnych, gdyż były tam ślady wilgoci i przez chusteczki do nosa próbowaliśmy chociaż lekko zwilżyć usta. Wreszcie pewnej ciemnej i wietrznej nocy, odkryliśmy niestrzeżone miejsce nad Sanem – naprzeciw domu przewoźnika. We dwóch z „Misiem” przepłynęliśmy rwący San, z jedną ręką, w której był pistolet uniesioną do góry. Przewoźnika nie było w domu, więc „Misio” przepłynął łódką z powrotem, a ja utrzymywałem przyczółek. Pierwsza grupa przywiozła mi ubranie, ale całe mokre. Ruszyliśmy w kierunku lasów janowskich. Wobec mokrego umundurowania szedłem owinąwszy się kocem. Wreszcie gajówka w miejscowości Świnki – upragniona kwatera. Wysuszyłem odzież, „Kazek” przygotował w kuchni smakowite jedzenie. Żołnierze z „Misiem” i „Renkiem” spali w stodole, komendant leżał na jakiejś szerokiej ławie, „Wrzos”, „Zawada” i ja pokotem na podłodze zaścielonej garścią słomy. Nie mogliśmy zasnąć obiecując sobie jak za chwilę smacznie podjemy. Nagle usłyszeliśmy świst kul nad naszymi głowami, jednocześnie zjadliwy terkot broni maszynowej. Do drzwi wejściowych musieliśmy się doczołgać, jak również prawie na brzuchach zjechaliśmy po kilku schodach do sadu, taki był gęsty i nisko koszący ostrzał. W takich samych warunkach opuszczały stodołę oddziały „Renka” i „Misia”. Kto jednak tylko wysunął się z budynków, otwierał ogień, który wkrótce zahamował atak wroga i pozwolił nam pod komendą „Starego” zaatakować las, w którym czaił się resort. Zaskoczenia nie byłoby, gdyby nie został z miejsca ranny w nogę erkaemista „Rota” – Marian Wójcik, który stał na warcie z niesprawnym – jak się później okazało diegtiarowem. Rkm wystrzelił mu tylko jeden raz. Ubecy wówczas dopadli do skraju lasu i mieli jak na dłoni naszą kwaterę oraz rozciągającą się wokół polanę. Po odepchnięciu resortu z pierwszej pozycji natarcia, komuniści próbowali okrążyć nas, przesuwając się lasem obrzeżającym polanę. W tym czasie został ranny drugi żołnierz, też erkaemista ps. „Sokół” – Edward Kwiatkowski. Przewożono obydwóch rannych wozem konnym na drugą stronę polany, co opóźniało nieco wycofywanie. Obiegający polanę ubecy zbliżali się do miejsca stykającego się z wylotem polany na główny las, co

55


kwiecień 2014 rozpoczęła się o godzinie 5 rano, atakowało nas ponad 110 wrogów”. Według ustnej relacji Mariana Pawełczaka żołnierze oddziału byli w ostatniej fazie rajdu na skraju wyczerpania. Z powodu panujących wówczas upałów i forsownego marszu najbardziej doskwierał im brak wody. Na przeprawę przez San musieli oczekiwać kilka lub kilkanaście godzin, wyczekując dogodnego momentu, aby ominąć liczne patrole wojska i milicji. W żołnierskich menażkach nie było już wtedy ani kropli wody, a mjr „Zapora” zabronił oddalać się od oddziału w poszukiwaniu studni. Dlatego gdy „Morwa” wraz z kilkoma żołnierzami oddziału zobaczyli wielką Fragment Ewidencji band WUBP Rzeszów z 1946 r.(Zbiory IPN/O Rzeszów) kałużę brunatnej wody, rzucili się do niej aby ugasić pragnienie. W mogło w ogóle uniemożliwić wydobycie tym momencie pojawił się niespodziewanie się z planowanego przez nich okrążenia. „Zapora” i przystawiając jednemu z Komendant dał mi rozkaz, ażebym z Mariana klęczących nad sadzawką żołnierzy pistolet „Roty” diegtiarowem zajął stanowiska do głowy powiedział: „Może od razu was naprzeciwko nadbiegających ubeków. zastrzelę, żebyście nie musieli umierać w Biegnąc na to miejsce sam, bez amunicyjnego, męczarniach?”. krzyknąłem do „Jaskółki” – Kazimierza Niewielskiego, doświadczonego erkaemisty, aby uważał co się ze mną dzieje i wspomógł w razie potrzeby. Za chwilę za jakimś krzaczkiem ustawiłem jak najkorzystniej erkaem i z napięciem czekałem na zbliżających się wrogów. Nadbiegali ponad rowem, pomiędzy rzadkimi drzewami. Wymierzyłem i bach! Zamiast serii pojedynczy strzał. Ubecy jednak jak niepyszni z powodu wykrycia ich zamiarów, cofnęli się do tyłu. Ja tymczasem, zawiedziony i zdenerwowany szamotałem się z zamkiem, nie mogąc wyciągnąć łuski z komory nabojowej. „Zapora” tymczasem grzmiał tubalnym głosem: „Morwa”, ognia! „Morwa”, ognia! „Jaskółka” widząc co się dzieje, przysłał mi amunicyjnego z wyciorem – usunęliśmy łuskę. Amunicyjny „Jaskółki” odbiegł, ja wystrzeliłem znów pojedynczo, gdyż kolejna łuska utkwiła w komorze zamka. Całe szczęście, że „Jaskółka” mógł w tym czasie przesunąć kierunek swojego ostrzału na mój cel – co wykonał bardzo skutecznie. Mieliśmy otwartą drogę do wycofania się w większą przestrzeń leśną. Walka ta trwała ponad pół godziny 22 września 1946 r.,

56

Przeprawa przez San musiała nastąpić w tym samym co poprzednio miejscu, w nocy z 20 na 21 września. Potwierdza to meldunek Komendy Wojewódzkiej MO w Rzeszowie przesłany do Komendy Wojewódzkiej MO w Lublinie, w którym informowano, że: „Dnia 21.IX.1946 r. Pow. Kom. MO w Nisku została powiadomiona, że banda w sile ok. 100 ludzi przeprawiła się promem w miejscowości Pysznica, gdzie pobiła kilkunastu gospodarzy, zabierając garderobę i wybijając szyby. W pościg za bandą udało się 18 ludzi z Kom. Pow. MO w Nisku, 19 z PUBP z Niska, 70 żołnierzy KBW z Leżajska pod ogólną komendą tow. Kpt. Sułakowa. Po śladach furmanek, którymi jechała banda, pościg dotarł do miejscowości Gwizdów. Tam pościg odpoczywał w lesie. O godz. 5 rano rozpoczęto dalszy pościg. Pod miejscowością Świnki pow. Kraśnik natknęliśmy się na bandę. Nasza grupa przystąpiła natychmiast do ataku na bandę przebywającą na kwaterach. Po półgodzinnej walce, banda wycofała się w kierunku Zaklikowa. Jak ustalono, była to

banda „Zapory”, uzbrojona w „erkaemy” i 1 „cekaem”. Banda była w mundurach”. W następujący sposób meldunek ten skomentował w swej książce Piotr Zwolak: „Żaden chłop nie został pobity, żadne okno nie zostało wybite, żaden chłop nie utracił garnituru. Sowiecki kpt. Sułakow meldował, że „banda była w mundurach”. Przecież nasze oddziały składały się z synów chłopów, robotników i inteligencji. To my broniliśmy chłopów przed kołchozami. To wioski nas żywiły i ochraniały. Nigdy bez powodu nikt nie został pokrzywdzony. Akcja rozpoczęła się pod Świnkami. Po półgodzinnej walce, cała banda zdrajców pod dow. sowieckiego oficera uciekła w popłochu, bo groziło im całkowite okrążenie w lesie. Wycofali się przez Modliborzyce i Janów, opatrując swoich rannych i razem z zabitymi wywieźli ich do Niska”. W innym miejscu Piotr Zwolak pisze: „Rannego Mariana Wójcika ps. „Warta” zawieźliśmy do Adama i Marysi Momotów, mieszkających we wsi Biała k. Janowa, od których parę dni wcześniej odszedł z meliny wyleczony „Cygan” z oddziału „Wołyniaka”. Sprowadzony doktor Sowiakowski zabezpieczył źle wyglądająca ranę. Przy okazji od doktora dowiedzieliśmy się, że UB i KBW, które uczestniczyły w akcji przeciwko nam, umieściło w szpitalu kilku swoich zabitych i rannych. Ilu, tego nie wiedział”. Informacje o udziale jednostki KBW w pościgu i bitwie z oddziałem „Zapory”, potwierdzają również meldunki tej formacji. Wynika z nich, że w dniu 21 września, operująca w okolicach Leżajska grupa operacyjna 5 SBO KBW pod dowództwem sowieckiego oficera kpt. Szułakowa otrzymała rozkaz udania się w pościg za oddziałem „Zapory”, który miał się pojawić w okolicach miejscowości Studzieniec w powiecie Niżańskim. W dniu 22 września dogoniono „Zaporę” we wsi Świnki w powiecie janowskim, gdzie doszło do walki, w czasie której partyzanci „stracili 4 zabitych i 6 rannych. Na polu walki pozostawili 2 zabitych, 3 dyski od RKM-ów, 1 dysk od ppsz, 1 dubeltówkę, 1 minę oraz czapki wojskowe, płaszcze i koce. Jak wynika z dalszej części omawianego meldunku „wskutek tego, że znajdujący się w odległości 2 km oddział 29 PAL-u WP nie udzielił pomocy walczącej grupie kpt. Szułakowa, bandyci korzystając z tego – zbiegli w rozproszeniu”. Jednocześnie dokumenty KBW wskazują, że dane o stratach zostały ustalone na podstawie dochodzenia przeprowadzonego przez komisję złożoną z przedstawicieli KBW, Grupy operacyjnej „Rzeszów” i WUBP w Rzeszowie. Ustalono je na podstawie zeznań schwytanych trzech „współpracowników bandy”. Tymczasem z pisemnej relacji Harasima wynika, że oddział


2014 kwiecień nie miał zabitych, a jedynie dwóch rannych, z których jeden o ps. „Sokół” po kilku godzinach zmarł. Wersję tę potwierdza również Marian Pawełczak pisząc w swoich wspomnieniach, że: „Ranny „Rota” stracił nogę (musiała być amputowana), „Sokół” umarł z głową na moich kolanach, gdy głaskałem go po bujnych, ciemnych włosach uspokajając, że koledzy przywiozą z Janowa lekarza, który uratuje mu życie. Osobiście nie wierzyłem w taką możliwość, jak i „Krystyna”, „Seniora”, która próbowała w różny sposób złagodzić cierpienia „Sokoła”. Przed śmiercią musiał, bardzo cierpieć, gdyż błagał nas, abyśmy oddali mu zabrany pistolet. Pochowaliśmy go pod wysoką sosną, zaznaczając na niej miejsce jego spoczynku, wyrżniętym na drzewie krzyżykiem”.

Jakie były cele i założenia rajdu? Zaskakujące wydaje się to, że opisane wydarzenia wciąż czekają na fachowe opracowanie historyczne i miejsce na mapie ważnych wydarzeń powstania antykomunistycznego na Podkarpaciu. Pomimo, że zgrupowanie mjr „Zapory” było jednym z najważniejszych zgrupowań partyzanckich WiN, do dzisiaj nie podjęto kompleksowych badań nad tym epizodem z jego działalności. A wystarczy chociażby wyjechać w teren i spróbować odnaleźć żyjących jeszcze, jak to wynika z niniejszego artykułu świadków, zwłaszcza, że Marian Pawełczak wspomina, że: „Często korzystaliśmy również z przewodników”. Wokół omawianych wydarzeń narosło wiele legend i mitów, które wymagają historycznej analizy. Do dzisiaj chociażby niejasne są przyczyny, z powodu których major „Zapora” zdecydował się na opuszczenie macierzystego terenu działania i rozpoczęcie trwającego prawie dwa miesiące rajdu po nieznanym i nierozpoznanym terenie nowoutworzonego województwa rzeszowskiego. Informacji takiej nie posiadali także zwykli żołnierze z jego oddziału, którzy w spisanych po upadku komunizmu wspomnieniach przedstawiali liczne hipotezy na ten temat. Wedle jednej z nich, oddział miał się skontaktować ze zgrupowaniem „Ognia” na Podhalu, które chciano rzekomo podporządkować WiN. Wersja ta wydaje się dosyć mało prawdopodobna, przede wszystkim ze względu na fakt, że operację taką można było przeprowadzić o wiele skromniejszymi siłami, wysyłając miejscowych kurierów WiN, bez konieczności organizowania eskapady licznego i rzucającego się w oczy bezpiece oddziału partyzanckiego z terenu Lubelszczyzny. Poza tym działalność „Ognia”

była dobrze znana szefostwu Obszaru sobie bowiem wyobrazić, że informacje o Południowego WiN, które wykorzystywało dużym oddziale partyzanckim zmierzającym własne kanały kontaktowe z nim. Temat ten w kierunku granicy musiałyby spowodować poruszają m.in. Zdzisław Zblewski w swej alarm jednostek bezpieczeństwa książce pt. „Okręg Krakowski Zrzeszenia rozlokowanych na tym terenie oraz znaczne „Wolność i Niezawisłość” 1945-1948” oraz wzmocnienie patroli granicznych WOP, co de Maciej Korkuć w książce „Niepodległościowe facto miałoby negatywne skutki dla przebiegu oddziały partyzanckie w Krakowskiem 1944- całej operacji. Dodatkowo należy zwrócić 1947”. Inna, zgoła fantastyczna w swej uwagę na jeszcze jeden dosyć istotny fakt. Jak wymowie wersja mówi z kolei o rzekomych wynika bowiem z relacji Mariana Pawełczaka, planach uprowadzenia córek Bolesława „Zapora” umówił się z Aleksandrem Rusinem Bieruta, które miały w tym czasie przebywać ps. „Olek”, że w drodze powrotnej cały oddział w Zakopanem. Obu tym wersjom przeczą ponownie zatrzyma się u niego na kwaterze. niestety fakty związane z kierunkiem marszu Może to wskazywać, że mjr Dekutowski nie oddziału, który kierował się wyraźnie w zamierzał przekraczać granicy i planował kierunku Przełęczy Dukielskiej. Nie był to powrót na Lubelszczyznę. Oczywiście zatem kierunek na Podhale. Również trzecia odpowiedzi na te wszystkie pytania muszą wersja, która mówi, że „Zapora” miał szukać być zawarte w meldunkach, które „Zapora” kontaktów z podziemiem ukraińskim nie sporządzał dla swoich przełożonych z trzyma się kolokwialnie rzecz ujmując kupy. Lubelskiego Okręgu WiN, jednak archiwum Kontakty wysokich rangą przedstawicieli WiN zgrupowania nie zostało do dnia dzisiejszego i UPA na terenie Lubelszczyzny i Podkarpacia odnalezione. sięgają bowiem swymi początkami 1945 roku i zostały znakomicie udokumentowane m.in. Cichociemny kontra KBW przez ich uczestnika Mariana Gołębiewskiego oraz doskonale opisane m.in. w książkach Poszukując prób odpowiedzi na pytanie o cel Rafała Wnuka „Lubelski Okręg AK, DSZ i WiN rajdu zgrupowania „Zapory” po Podkarpaciu, 1944-1947” i w pracy tego samego autora napisanej wraz z Grzegorzem Motyką pt. „Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN i UPA”. Nie udało się także dotąd odnaleźć wiarygodnych dokumentów, które rzuciłyby nowe światło na ten wątek. Najbardziej wiarygodna wydaje się zatem najczęściej przytaczana hipoteza, zgodnie z którą „Zapora” miał rozpoznać teren i możliwości przejścia całym oddziałem do alianckich stref okupacyjnych w Niemczech lub w Austrii. Może o tym świadczyć kierunek obrany przez oddział oraz fakt jego zamaskowania i całkowitej konspiracji na przemierzanym terenie. Oddział poruszał się bowiem przeważnie nocą, w ciągu dnia pozostając na kwaterach. W przypadku próby przekroczenia granicy lub rozpoznania systemu zabezpieczeń, takie środki bezpieczeństwa miały Meldunek operacyjny Dowódcy 5 SBO WBW Rzeszów dot. operacji przeprowadzonej przeciwko oddziałowi "Olka" w okolicach Mielca określone i bardzo ważne w dn. 19-20.09.1946 r., sygn. akt AIPN 679/1211 znaczenie. Nie trudno

57


kwiecień 2014 należy również uwzględnić dotychczasowe ustalenia historyków, z których wynika, że w lipcu 1946 roku, a więc już po referendum ludowym, sytuacja zgrupowania „Zapory” na terenie Lubelszczyzny była dosyć trudna. Ze względu na dużą aktywność sił bezpieczeństwa, toczono nieustanne potyczki, w trakcie których ginęli ludzie. Jak wspomina Marian Pawełczak: „istniało stałe zagrożenie, a w związku z tym utrzymywaliśmy ciągłą gotowość do obrony”. W ten sam sposób wypowiedział się Zdzisław Harasim, twierdząc, że: „Na Lubelszczyźnie KBW tak nas obstawiło, że trudno było się poruszać. Dlatego przeskoczyliśmy za San, żeby trochę odpocząć. Na Lubelszczyźnie tyle było tych z KBW, ubowców i sowietów, że trudno nam się było poruszać. My zawsze tylko w nocy maszerowaliśmy, a w dzień ukrywaliśmy się, żeby odpocząć i coś zjeść. Ciężko było”. Dodatkowo Marian Pawełczak wskazuje, że chodziło także o ochronę ludności cywilnej, gdyż KBW na masową skalę pacyfikował wsie, które udzielały schronienia partyzantom. Dochodziło również do podpaleń poszczególnych przysiółków i pojedynczych gospodarstw. Strategicznym bowiem celem władz komunistycznych było wówczas wykorzystanie uczucia przygnębienia i apatii, które dominowało wśród działaczy podziemia po ogłoszeniu wyników referendum i maksymalne sterroryzowanie PSL-owskiej opozycji oraz całego społeczeństwa. W walce z partyzantką zastosowano metody przejęte od sowieckiego NKWD, m.in. w dniu 23 lipca 1946 r. wszedł w życie rozkaz Ministra Bezpieczeństwa Publicznego o powołaniu specjalnych i stałych grup operacyjnych do tropienia oddziałów podziemia. Złożone z funkcjonariuszy UB i MO dysponowały one całym aparatem operacyjnym na danym terenie oraz własnymi środkami transportu i łączności. Taktyka ta sprawdziła się. Dzięki wzmożonej akcji antypartyzanckiej, władze bezpieczeństwa zdobywały coraz więcej informacji na temat struktur podziemia. Tuż przed referendum poległ legendarny dowódca zgrupowania partyzanckiego na terenie Rejonu WiN Puławy Marian Bernaciak ps. „Orlik”. W nocy z 2 na 3 lipca 1946 roku „Uskok” i „Zapora” wpadli w zasadzkę urządzoną przez KBW w miejscowości Radzic w powiecie lubartowskim. Doszło do walki, w czasie której żołnierze obu oddziałów musieli przebijać się z okrążenia. Zginęło wówczas dwóch żołnierzy „Zapory”. W dniu 6 lipca podległy „Zaporze” oddział „Jadzinka” natknął się na grupę KBW, z którą stoczył walkę, zabijając kilku żołnierzy. Z kolei 26 lipca funkcjonariusze UB aresztowali Komendanta Rejony WiN Radom-Kozienice Franciszka Jaskólskiego ps. „Zagończyk”, który za namową władz bezpieczeństwa ujawnił

58

podległe sobie struktury. W krótkim czasie doprowadziło to do licznych aresztowań na terenie Lubelskim Okręgu WiN i miało prawdopodobnie decydujący wpływ na późniejsze rozbicie przez UB komendy Okręgu. Wydarzenia te oraz utrzymujący się permanentny stan zagrożenia ze strony grup operacyjnych UB doprowadziły do podjęcia decyzji o wyprowadzeniu części oddziałów z terenu Lubelszczyzny i zamelinowaniu ich na terenie Puszczy Sandomierskiej, zwłaszcza że okolice te były dobrze znane pochodzącemu z Tarnobrzega „Zaporze”, także z okresu wcześniejszych rajdów podległych mu oddziałów. Na stałe zagrożenie ze strony grup operacyjnych wskazuje także adiutant „Zapory” Jerzy Miatkowski ps. „Zawada”, który w trakcie prowadzonego przeciwko niemu śledztwa miał stwierdzić m.in., że: „Po śmierci „Zbyszka” w lipcu 1946 r. przez „Zaporę” mianowany zostałem jego adiutantem i od tej pory stale byłem razem z „Zaporą”. W tym czasie sytuacja nasza pogarszała się ze względu na wzmożoną działalność UB i WP. „Zapora” postanawia ze swoimi oddziałami udać się w inne tereny”. Analizując wspomniane zagadnienie, należy również zwrócić uwagę, że sam „Zapora” stwierdził w trakcie procesu sądowego, że: „[…] Następnie znaleźliśmy się na terenie Rzeszowskim, utrzymując łączność z tamtejszym inspektoratem i podległymi mu bandami”. Może to świadczyć o tym, że jego rajd na Podkarpacie organizowany był w porozumieniu ze strukturami Okręgu Rzeszowskiego WiN. Także wymienieni wcześniej przewodnicy oddziału w drodze do m. Czudec, mogą wskazywać, że w organizację przemarszu oddziału zaangażowane były miejscowe struktury WiN. Co ciekawe, w aktach śledztwa i procesu „Zapory” i jego podkomendnych brakuje początku kluczowego dla tego problemu protokołu przesłuchania, w którym słynący z sadyzmu oficer śledczy MBP por. Jerzy Kędziora zadaje mjr Dekutowskiemu szczegółowe pytania dotyczące rajdu w Rzeszowskie. Czyżby komuś w resorcie bezpieczeństwa tak bardzo zależało na tym, aby ta sprawa pozostała tajemnicą? Nie wiadomo. Miejmy nadzieję, że odpowiedź na to pytanie przyniosą badania nad działalnością Hieronima Dekutowskiego jakie prowadzą Oddziały IPN w Lublinie i Rzeszowie. Niewątpliwie bilans niemal dwumiesięcznego rajdu zgrupowania „Zapory” po Podkarpaciu wygląda imponująco. Ilość stoczonych potyczek i przeprowadzonych akcji dywersyjnych, a także ilość środków zaangażowanych przez komunistyczne organa bezpieczeństwa przeciwko pojedynczemu oddziałowi podziemia nie ma prawdopodobnie precedensu na omawianym

terenie. Uwzględniając dodatkowo straty poniesione przez formacje komunistyczne w walce z „Zaporczykami” oraz fakt, że żaden z żołnierzy oddziału nie zginął, a jedynie dwóch zostało rannych, należy wyrazić głębokie uznanie dla talentów dowódczych majora Hieronima Dekutowskiego. Te wydarzenia mają także inne symboliczne znaczenie. Jeżeli przyjmiemy, że omawiany rajd stanowił poligon, na którym starły się ze sobą metody walki partyzanckiej cichociemnych w postaci majora „Zapory” z metodami stosowanymi przez wojska NKWD w postaci KBW, to bilans ten jest wyraźnie zwycięski dla żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego.

Apel W celu kompleksowego opisania omawianych wydarzeń i odtworzenia trasy rajdu oraz ze względu na niezwykle skromną bazę źródłową, niezbędne i pilne jest przeprowadzenie badań terenowych oraz archiwalnych, łącznie z poszukiwaniem żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń. Dlatego autorzy Tajnej Historii Rzeszowa zwracają się z apelem do wszystkich, którzy dysponują relacjami lub dokumentami mogącymi przybliżyć okoliczności związane z pobytem mjr „Zapory” na Podkarpaciu, o ich dostarczenie redakcji.

Podczas prac nad artykułem wykorzystano m.in.: Ewa Kurek, Zaporczycy, Lublin 1995; Zaporczycy. Relacje, oprac. E. Kurek, t. I, Lublin 1997; t. II, 1998; t. III, 1998; t. IV, 1999; t. V, 1999; Piotr Zwolak, My z oddziałów Zapory…, Lublin 1999; Marian Pawełczak, Wspomnienia “Morwy”, Lublin 1997; “Zaporowcy” przed sądem UB, oprac. H. Pająk, Lublin 1997; Akcje oddziałów “Zapory” w tajnych raportach UB-MO, oprac. H. Pająk, Lublin 1996; Adam F. Baran, Pseudonim “Zapora”. Mjr cc. Hieronim Dekutowski (1918-1949), Staszów 1996; Rafał Wnuk, Lubelski okręg AK, DSZ i WiN 1944-1947, Warszawa 2000; Mirosław Surdej, Oddział Partyzancki Wojciecha Lisa 1941-1948, Rzeszów 2012; AIPN 679/1211; AIPN 578/211, Meldunki KBW Rzeszów; Relacje i dokumenty z archiwum THR.


2014 kwiecień

Dariusz Iwaneczko Głośna sprawa ukrycia 80 mln zł przez władze wrocławskiej „Solidarności” stała się kanwą filmu fabularnego. Była to największa kwota środków zgromadzonych ze składek członków NSZZ „S”, którą udało się zabezpieczyć przed władzą, która 13 grudnia 1981 r. wprowadziła stan wojenny. Niewiele osób natomiast wie, że tego rodzaju zabiegi miały też miejsce m.in. w Krośnie, Przemyślu i Rzeszowie. Jesienią 1981 r. do działaczy rzeszowskiej „Solidarności” docierały nieoficjalne informacje o mogących nastąpić działaniach represyjnych ze strony obozu władzy komunistycznej. Obawiano się o losy aktywnych członków „S” , jak też o środki finansowe zdeponowane na koncie bankowym. Dlatego też zdecydowano o podjęciu konkretnych działań. Otóż 21 września 1981 r. Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Robotniczego (MKR) NSZZ „S” w Rzeszowie, podczas swojego posiedzenia, podjęło uchwałę o dofinansowaniu w kwocie 3 mln. zł budowy bliżej nieokreślonego kościoła. Nikt jednak nie miał wówczas wątpliwości, że środki te miały stanowić jedynie depozyt, który zamierzano złożyć w bezpiecznym miejscu na wypadek podjęcia przez władze jakichś działań zmierzających do ograniczenia lub likwidacji niezależnej aktywności związkowej. Kwota 3 mln. zł została pobrana z konta MKR w Banku PKO w dniu 25 września, a następnie prawdopodobnie zdeponowana w jednej z rzeszowskich parafii. Służba Bezpieczeństwa o tym fakcie dowiedziała się już po wprowadzeniu stanu wojennego 9 marca 1982 r. Informację na ten temat przekazał internowany wówczas Tadeusz Sowa, wiceprzewodniczący Zarządu Regionu, z którym ppor. Janusz Klader, funkcjonariusz SB przeprowadził w Załężu rozmowę operacyjną. W dniu 10 października 1981 r. cała kwota 3 mln zł, zgodnie z treścią pokwitowania, miała być przekazana ks. Stanisławowi Macowi,

proboszczowi parafii NSPJ w Rzeszowie. Na też na plebanię, dokonywali rewizji, badali potwierdzenie tego faktu Tadeusz Sowa czcionki mojej maszyny do pisania, na której podpisał pismo sporządzone na firmowym pisałem pokwitowanie. Przesłuchiwania były papierze Międzyzakładowego Komitetu wielokrotne, bo wiedzieli, że ta kwota nie Założycielskiego NSZZ „S” w Rzeszowie. Na poszła na kościół, ale że posłużyła działalności posiedzeniu Prezydium, które odbyło się 12 podziemnej. I za wszelką cenę chcieli to października 1981 r., Tadeusz Sowa nawet udowodnić. Potem, co najmniej dwukrotnie, nie wspomniał o fakcie przekazania pieniędzy była powszechna rewizja prowadzona nocą ks. Macowi. Nie mówił o tym też podczas przez kilku milicjantów i tajniaków”[1]. Tyle kolejnych posiedzeń, które odbyły się przed na ten temat możemy przeczytać w relacji 13 grudnia 1981 r. Natomiast ślad dotyczący księdza Maca. Relacja powyższa pochodzi z dalszych losów pieniędzy „S” znajduje się w książki wydanej w 2007 r. Trudno dziś będzie rozmowie odbytej przez Sowę w nocy (17/18 dociec, czy nieścisłości zawarte w tym opisie IX 1982 r.) z płk. Bronisławem Galantem, wynikają z upływu czasu, a co za tym idzie zastępcą Komendanta Wojewódzkiego MO ds. SB w Rzeszowie. Wówczas Tadeusz Sowa oświadczył, że pieniądze znajdują się w depozycie. Po latach sam ks. Stanisław Mac w swojej książce wspomnieniowej tak opisał sprawę pieniędzy pochodzących z konta MKR: „Ale raz esbecy dopadli mnie szczególnie nachalnie, za wystawione przeze mnie pokwitowanie dla „Solidarności” rzeszowskiej na kwotę jednego miliona złotych. Był to depozyt, wybrany przez nich tuż przed stanem wojennym. A depozyt wynikał stąd, że struktury związkowe zostały zdelegalizowane i konta bankowe zamknięte, aby odciąć fundusze na ewentualną działalność podziemną. SB pytało: gdzie jest ten milion? Przesłuchiwani związkowcy oświadczyli, że przekazali go na budowę kościoła. I tu się zaczęło: kto przekazał, jak był ubrany, jakie banknoty itp. Trwało "Solidarność rzeszowska", Biuletyn informacyjny MKZ NSZZ "Solidarność" w to godzinami. Przyjeżdżali Rzeszowie, Nr 91 /102/

59


kwiecień 2014

"Solidarność rzeszowska", Biuletyn informacyjny MKZ NSZZ "Solidarność" w Rzeszowie, Nr 13 /24/, str. 8

"Solidarność rzeszowska", Biuletyn informacyjny MKZ NSZZ "Solidarność" w Rzeszowie, Nr 75 /86/

60

braku pamięci, czy też fakty przedstawiały się zgoła inaczej. Pierwsza kwestia, która budzi poważne wątpliwości dotyczy kwoty przekazanej ks. Macowi, który w swojej książce dwukrotnie wymienia jeden mln zł. Wyraźnie stwierdza, że środki finansowe zostały mu przekazane w depozyt, gdy w piśmie sygnowanym przez Tadeusza Sowę, jednoznacznie zostało stwierdzone, że są przeznaczone na budowę kościoła. Biorąc jednak pod uwagę zaistniałą sytuację, a także prowadzone w tej sprawie śledztwo możemy przyjąć, że zarówno cel określony w treści uchwały, przeznaczenia pieniędzy na budowę kościoła, jak też treść pokwitowania przekazania i odbioru pieniędzy, były formą kamuflażu. Faktycznie bowiem chodziło o zabezpieczenie tych środków dla działaczy „S” na wypadek wprowadzenia przez władze jakichś niekorzystnych działań. Wątpliwości jednak nasuwają się przy próbie określenia faktycznego przeznaczenia tych środków finansowych, gdyż w istocie nie dysponujemy żadnymi dokumentami lub też jednoznacznymi relacjami, na podstawie których można by stwierdzić sposób i rzeczywisty cel wydatkowania 3 mln zł pochodzących z konta „S” rzeszowskiej. Po przejrzeniu dokumentów finansowych, które zostały zakwestionowane po rozbiciu siedziby MKR w Rzeszowie 13 grudnia 1981 r., SB natrafiła na zawiadomienie o księgowaniu czeku na sumę 3 mln zł. W ewidencji finansowej kwota ta została zaksięgowana jako dotacja na budowę kościoła. Z PKO uzyskano czek gotówkowy wystawiony przez MKR na osobę Tadeusza Sowy. Czek został wystawiony z datą 25 września 1981 r. i podpisany przez członka ZR Władysława Chruszczyka. Pieniądze zostały pobrane z banku w tym samym dniu. Te informacje posłużyły do wszczęcia

sprawy operacyjnego rozpracowania, której nadano kryptonim „Pieczęć”. Jej celem miało być ustalenie „inicjatora tego nadużycia finansowego oraz faktycznego przeznaczenia pobranej sumy pieniędzy, gdzie znajduje się kwota 3 mln. złotych. Ponadto planuje się udokumentować powyższe nadużycia w działalności finansowej MKR Rzeszów” – takie założenia postawiła sobie rzeszowska SB. Dodatkowo pozyskano informację o przekazaniu kwoty 3 mln. zł księdzu sekretarzowi Kurii w Przemyślu. Informacja ta pochodziła od Adama Krztonia czyli TW „Maciej”. Podczas przekazania miał być sporządzony pisemny dokument. Ponadto ustalono, że pieniądze mogą być pobrane przez Sowę lub osobę przez niego upoważnioną. Następnie SB zainspirowała rzeszowską Delegaturę Najwyższej Izby Kontroli, aby jej inspektorzy dokonali przeglądu dokumentów finansowych MKR. Stwierdzono wówczas brak dokumentu rozliczenia pobranej kwoty 3 mln zł, co spowodowało, że przewodniczący grupy kontrolującej wystąpił do Wydziału Śledczego KWMO z wnioskiem o wszczęcie postępowania przygotowawczego. 30 września 1982 r. dyrektor Delegatury NIK przesłał do SB notatkę służbową zespołu kontrolującego dotyczącą ustaleń dokonanych w wyniku kontroli dokumentów MKR, „wnosząc o wszczęcie postępowania przygotowawczego w sprawie bezzasadnego pobrania w dniu 25 września 1981 r. z rachunku bankowego kwoty 3 mln złotych”, a 29 października 1982 r. Prokuratura Wojewódzka w Rzeszowie „wszczęła śledztwo o zabór mienia MKR. W dniu 2 listopada 1982 r. w wyniku współpracy Wydziału Śledczego i Wydziału V KWMO w Rzeszowie, został sporządzony „Plan czynności operacyjno-śledczych w sprawie Nr 36/82”, dotyczącej kwestii wypłaty kwoty 3 mln. zł z konta MKR. Już z notatki pokontrolnej NIK wynikało, że najwyższy akt prawny obowiązujący w NSZZ „S”, czyli Statut, nie zakładał udzielania pomocy finansowej instytucjom kościelnym. W świetle braku takiego zapisu w Statucie, decyzję Prezydium MKR dotyczącą przeznaczenia kwoty 3 mln. zł. na dofinansowanie budowy kościoła, uznano za działanie nielegalne. Stwierdzono ponadto, że w dokumentach MKR brak było dokumentów potwierdzających odbiór gotówki w kwocie 3 mln. zł i rozliczenia się z pobranej kwoty. Natomiast Wydział V KW MO w wyniku działań operacyjnych ustalił, że wymienioną kwotę pobrał z konta bankowego w dniu 25 września 1981 r. Tadeusz Sowa, wiceprzewodniczący MKR. Dokonał tego w obecności Adama Krztonia i Jana Plądra, który od września 1981 r. pełnił obowiązki głównego księgowego MKR. Następnie Sowa wraz z Krztoniem udali się do Przemyśla,


2014 kwiecień 1982 r. sporządził notatkę zatytułowaną „zapisek”. Oto obszerny fragment „zapisku”: „(…) Z informacji powyższych (zawartych m.in. w teczce pracy KO „Diana”, konsultanta „Krótki”, TW „Maciej” i TW „Jaśmin” – DI) wynika, że tw. przed pozyskaniem w porozumieniu z miejscowym klerem i b. aktywistami „S” sporządził fikcyjne dokumenty świadczące o przeznaczeniu kwoty 3 mln zł będącej własnością MKR Rzeszów na budowę kościoła przy ul. Sikorskiego w Rzeszowie. Dane te wymagają potwierdzenia i wyjaśnienia w rozmowie z tw, tym bardziej, że istnieje podejrzenie, że faktycznie nie wpłacił on wym. kwoty na budowę kościoła, a pozostaje ona nadal w dyspozycji tw i innych aktywistów b. NSZZ „S”. Planuje się taką rozmowę przeprowadzić z tw. po związaniu go ze Służbą Bezpieczeństwa. Wchodzi w rachubę także możliwość Serwis informacyjny MKR NSZZ "Solidarność" w Rzeszowie, Nr 13 wykorzystania wym.[ienionej] kwoty lub jej części dla gdzie prawdopodobnie całą kwotę 3 mln. zł zdeponowali w Kurii Biskupiej. Na początku realizacji sprawy „TĘCZA””. Końcowy wniosek listopada 1982 r. funkcjonariusze śledczy SB nie zastępcy naczelnika Wydziału V KWMO w dysponowali jeszcze wiedzą o przeznaczeniu Rzeszowie zdradza fakt zamiarów rzeszowskiej kwoty 3 mln. zł. Przypuszczano, że może w SB powołania kontrolowanej i sterowanej dalszym ciągu znajdować się w Przemyślu. Nie struktury podziemnej, w której widziano m.in. wykluczano też, że została wydatkowana na TW „Ludwika”. Należy tu dodać, że sprawa pomoc rodzinom osób internowanych, bądź operacyjnego rozpracowania kryptonim też została przywłaszczona przez Tadeusza „Tęcza” formalnie została wszczęta przez Sowę lub innych członków Prezydium MKR. Wydział V po tym, jak ujawniono w nocy z 9 Do wyjaśnienia wszystkich okoliczności i na 10 listopada 1982 r. ulotki sygnowane przez ustalenia faktów zostali wyznaczeni ppor. Międzyregionalną Komisję Obrony (MKO) Antoni Czyżewski, inspektor Wydziału V NSZZ „S” „(…) prezentującej inne koncepcje KWMO oraz por. Henryk Oleksiuk, starszy działania niż TKK NSZZ „Solidarność”. MKO inspektor Wydziału Śledczego. Tymczasem NSZZ „S” była „strukturą” stworzoną przez już następnego dnia po podjęciu decyzji o MSW. W dokumentach tej zakamuflowanej wszczęciu śledztwa, czyli 3 listopada por. sprawy o kryptonimie „Tęcza” brak jest Andrzej Czerwiński poinformował Tadeusza jakichkolwiek informacji o ewentualnym Sowę o wszczęciu śledztwa i możliwości wykorzystaniu pieniędzy pochodzących z przesłuchiwania go. Wówczas Sowa był konta „Solidarności”. W aktach dotyczących opracowywany przez Czerwińskiego jako TW „Ludwik” jest to ostatnia informacja kandydat na tajnego współpracownika. dotycząca kwoty 3 mln zł. Należy wszakże „Uzgodniono – czytamy w notatce służbowej założyć, że waga sprawy i jej znaczenie dla funkcjonariusza – „że w zależności od SB w szerszym kontekście, były zbyt istotne, rozwoju sytuacji wspólnie z oficerem SB aby pozostawić ją własnemu biegowi. Można uzgodni on dalsze posunięcia w sprawie się jedynie domyślać, że kolejne decyzje w tej tego śledztwa”. Nie zachowały się jednak sprawie nie znalazły swojego odzwierciedlenia żadne ślady świadczące o jakimkolwiek w aktach Tadeusza Sowy. Sądzić możemy, że „uzgadnianiu” zeznań z por. Czerwińskim dalsze działania w tym zakresie podejmowane czy też z innym funkcjonariuszem SB, co przez Sowę były uzgodnione z SB w sposób jednak nie świadczy, że takowych nie było. ściśle zakonspirowany. Brak jakiegokolwiek Andrzej Czerwiński natomiast 29 grudnia śladu dalszego zainteresowania ze strony SB

losami pieniędzy pochodzących z konta „S” nie może świadczyć, że sprawą przestano się całkowicie interesować. Po wszczęciu postępowania przez Prokuraturę Wojewódzką w Rzeszowie, czynności śledcze zostały zlecone KW MO w Rzeszowie. W tej sprawie zostali przesłuchani kolejno, Jan Pląder, główny księgowy MKR, Władysław Chruszczyk, członek Prezydium MKR, Stefania Buda, przewodnicząca Komisji Rewizyjnej Regionu Rzeszowskiego, Tadeusz Sowa, wiceprzewodniczący ZR, Zbigniew Sieczkoś, członek Prezydium, Adam Krztoń, Stefan Rączy, członek Prezydium i Antoni Kopaczewski, przewodniczący ZR. Jako ostatni w dniu 30 listopada 1982 r. był przesłuchiwany ks. Stanisław Mac. Wszyscy świadkowie byli przesłuchiwani przez por. Henryka Oleksiuka z Wydziału Śledczego KW MO w Rzeszowie. Wszyscy też, poza Kopaczewskim i ks. Macem stwierdzili, że nie znają konkretnego przeznaczenia kwoty 3 mln zł. Antoni Kopaczewski wiedzę o konkretnym przeznaczeniu pieniędzy na budowę kościoła NSPJ w Rzeszowie – jak wynika ze śledztwa – powziął od Tadeusza Sowy, który okazał mu, już po wszczęciu śledztwa przez Prokuraturę, pokwitowanie ks. Maca. Sam Sowa, zeznał o tym przed prowadzącym śledztwo prokuratorem Adamem Pelcem. Sowa uzupełnił swoje zeznanie z 12 listopada złożone przed funkcjonariuszem KWMO o informację dotyczącą konkretnego przekazania całej kwoty 3 mln zł ks. Stanisławowi Macowi. Stwierdził, że do Kurii Biskupiej w Przemyślu jeździł bez pieniędzy w celu uzgodnienia przeznaczenia pobranych z banku środków finansowych. Oświadczył, że gotówkę przekazał ks. Macowi w dniu 10 października 1981 r. Oryginał pisma dotyczącego przekazania 3 mln ksiądz zachował u siebie, zaś na kopii potwierdził własnoręcznie odbiór pieniędzy. Sowa tłumaczył się też, że z uwagi na liczne sprawy prowadzone w MKR nie zdążył do 13 grudnia 1981 r. rozliczyć się z pobranej gotówki. Sam ks. Mac zeznał przed oficerem śledczym, że pierwszą informację o dofinansowaniu przez MKR budowy kościoła uzyskał od bp. Ignacego Tokarczuka. Kilka dni później osobiście Tadeusz Sowa przyniósł mu 3 mln zł i na maszynie w kancelarii parafialnej sporządził w dwóch egzemplarzach pismo dotyczące przekazania na firmowym papierze MKR NSZZ „S”. Ksiądz natomiast własnoręcznie potwierdził odbiór gotówki. Zeznał ponadto, że oryginał wspomnianego pisma przekazał do Kurii Biskupiej w Przemyślu, zaś o fakcie przyjęcia pieniędzy nie informował innych księży ze względów bezpieczeństwa. Ks. Mac zeznał również: „Gotówką tą pokryłem zakup płyt stropowych, cementu, żwiru i innych

61


kwiecień 2014

"Solidarność rzeszowska", Biuletyn informacyjny MKZ NSZZ "Solidarność" w Rzeszowie, Nr 15 /26/

materiałów budowlanych, potrzebnych przy budowie kościoła. Kategorycznie zaprzeczam, aby wspomniana kwota 3 milionów złotych została przeznaczona na inny cel, bądź w ogóle nie została mi przekazana, a dokumenty na tę okoliczność zostały sporządzone fikcyjnie. (…) O wszystkich sprawach, a szczególnie finansowych, związanych z budową kościoła decyduję sam i jestem osobiście za to odpowiedzialny, a rozliczam się jedynie z Kurią Biskupią w Przemyślu, przesyłając tam wszelkie rachunki z przeprowadzonych inwestycji”. Pismo poświadczające fakt przekazania 3 mln zł przez T. Sowę ks. Macowi zostało przekazane przez tego pierwszego prokuratorowi A. Pelcowi w dniu 24 listopada 1982 r., co zostało potwierdzone stosownym pokwitowaniem. Po zgromadzeniu materiałów dowodowych, w dniu 31 grudnia 1982 r. Prokuratura Wojewódzka w Rzeszowie wydała „Postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie o zagarnięcie mienia o wartości 3 milionów złotych przez osoby odpowiedzialne za nie”. W uzasadnieniu do Postanowienia prokurator Pelc skonstatował, że „Prowadzone śledztwo wykazało, że nie przywłaszczył on (T. Sowa) sobie pieniędzy pobranych w dniu 25 września 1981 r. i że nie zostały one zagarnięte przez inną osobę, a przeznaczono je na cel określony w uchwale b. Prezydium Zarządu Regionu”. Ponadto stwierdził, że „zebrany materiał dowodowy nie pozwala na przyjęcie, ze podjęcie Uchwały przez Zarząd Regionu w dniu 21 września 1981 r. i przekazanie pieniędzy na dofinansowanie kościoła wyczerpało znamiona innego przestępstwa”. Wydaje się,

62

że wobec powyżej przytoczonych wniosków, jakie przyjął zespół kontrolujący NIK, jak też decyzji podejmowanych w Wydziale V i Wydziale Śledczym KW MO w Rzeszowie, które faktycznie stanowiły podstawę do wszczęcia śledztwa w sprawie 3 mln zł, decyzja Prokuratury zdaje się co najmniej zaskakująca. Biorąc pod uwagę inne sprawy tego rodzaju w okresie stanu wojennego, ówczesny obóz władzy skrzętnie starał się wykorzystywać je do podejmowanych medialnych ataków na działaczy opozycji. W tym przypadku nadarzała się dodatkowa okazja do zdyskredytowania przedstawiciela Kościoła. Szybkie umorzenie postępowania przez prokuratora doprowadziło do wyciszenia problemu. Wypada w tym miejscu dodać, że decyzja rzeszowskiego Prezydium ZR „S” nie była odosobniona. Analogiczne działania, których celem było zabezpieczenie części środków finansowych przed ewentualnym przejęciem ich przez władze, podjęły kierownictwa regionalnych struktur związkowych w Przemyślu i w Krośnie. Tymczasem rzeszowska sprawa dotycząca 3 mln zł została przez SB i prokuraturę „pozamiatana pod dywan”. Wręcz nierealne wydaje się, że rzeszowska SB z taką łatwością mogła zadowolić się wyjaśnieniami osób przesłuchiwanych w ramach prowadzonego śledztwa. Sam szef SB w Rzeszowie napominał dysponenta 3 mln zł Tadeusza Sowę, aby nie podejmował żadnych działań bez konsultacji z SB. Inny tajny współpracownik SB, Stefan Rączy, TW „Jaśmin”, po niespełna dwóch latach ponownie w rozmowie z por. Kladerem wrócił do tematu dotyczącego przeznaczenia pieniędzy „S”, stwierdzając, że „3 mln zł jakie b. kierownictwo MKR przeznaczyło na cele konspiracji „rozeszło się”. Pieniądze te rozdysponowano m.in. dla Szczepańskiego, Rączego, Łakomego z przeznaczeniem na zainwestowanie w interesy przynoszące dochody na cele konspiracji. Rączy zakupił dla syna samochód i postawił na taxi lecz bez odpływu pieniędzy do kasy struktury. Kierownictwo konspiracyjnej „S” zdecydowało o zakupieniu sprzętu video, który obsługiwany był przez Jarosława Szczepańskiego do działalności kulturalnej w środowisku opozycyjnym. Część środków została wydatkowana na zakup samochodu, którego syn Rączego, Dariusz używał jako taksówkę, a część środków z tej działalności miała zasilać działalność RKW. Nikt z działaczy RKW nie przypuszczał wówczas, że udzielając dotację na zakup samochodu, faktycznie dofinansowali dwóch tajnych współpracowników, ojca i syna. W treści wniosku o zakończenie sprawy

operacyjnego rozpracowania krypt. „Pieczęć”, sporządzonym 28 lutego 1985 r. przez por. Bogusza napisano: „Prowadzone w ramach sprawy działania operacyjne nie wykazały, aby kwota ta została wykorzystana po dniu 13.12.81. do działalności konspiracyjnej nielegalnych struktur b. „S” funkcjonujących na terenie woj. rzeszowskiego. Działania w sprawie umożliwiły zorganizowanie nowych o.ź.i. (osobowych źródeł informacji – DI)”. W innym dokumencie z dnia 13 marca 1985 r. potwierdzającym zakończenie sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. „Pieczęć”, stwierdzono: Działania w sprawie umożliwiły pozyskanie nowych osobowych źródeł informacji kategorii t.w. (…)”. Ponadto stwierdzono, że „Sprawę operacyjnego rozpracowania krypt. „Pieczęć” zakończyć, materiały złożyć w archiwum Wydz. „C”, sprawa nie może być wykorzystywana do celów szkoleniowych. Zastrzega się wypożyczanie materiałów archiwalnych bez zgody Wydz. V WUSW w Rzeszowie. Sprawę zaliczyć do kategorii A”. Pozostaje pewien niedosyt z powodu braku pełnego wyjaśnienia rzeczywistego wykorzystania pieniędzy pobranych z jesienią 1981 r. z konta MKR „S” w Rzeszowie, które przynajmniej formalnie zostały przeznaczone na dofinansowanie budowy kościoła. Trudności są tym większe, że zachowane źródła, jak też nie pokrywające się z informacjami w nich zawartymi relacje współczesne osób, które zasłaniają się brakiem pamięci, są w tym zakresie rozbieżne. Ponadto urywa się gwałtownie ślad w zachowanych dokumentach wytworzonych przez SB. [1] S. Mac, Komu bije dzwon wolności, Rzeszów 2007, s. 50.


2014 kwiecień

Z Januszem Szkutnikiem o jego dziennikach, „Solidarności”, komunistach, grach z bezpieką i agenturze rozmawia Marcin Maruszak Od następnego numeru THR będziemy publikować w odcinkach dzienniki Janusza Szkutnika historyka, antykwariusza i wydawcy, działacza Nurtu Niepodległościowego, w III RP działacza społecznego i politycznego. Tymczasem prezentujemy wywiad z autorem, w którym odsłania on kulisy swojej działalności opozycyjnej oraz wyjaśnia co skłoniło go do podjęcia decyzji o rozpoczęciu publikowania swoich notatek. Janusz Szkutnik, s. Zdzisława i Jadwigi z d. Kasperska urodził się w 1955 roku w Jarosławiu. W 1971-72 kształcił się w Zasadniczej Szkole Górniczej KWK Makoszowy w Zabrzu, z której został usunięty z wilczym biletem za działalność polityczną. Od 1973 pracował w Zakładach Graficznych w Rzeszowie a następnie kontynuował naukę w wieczorowym LO.W 1976 skazany w procesie poszlakowym na 2,5 roku więzienia, gdzie usiłowano wytoczyć mu kolejny proces za obrazę ustroju socjalistycznego.W 1979 nawiązał kontakt z Komitetem Samoobrony Społecznej KOR (KSS KOR). Był kolporterem wydawanego przez Komitet Obrony Robotników (KOR) pisma „Robotnik” oraz obserwatorem rozpraw sądowych w sprawach przedterminowych zwolnień skazanych w procesach radomskich. Od jesieni 1979 współpracował z Komitetem Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej w Łowisku. W styczniu i lutym 1980 z ramienia tego Komitetu był obserwatorem na procesach Jana Kozłowskiego. Od sierpnia 1980 wydawał i współredagował Niezależne Pismo Chłopskie „Wieś Rzeszowska”. Przerwał naukę i od października zakładał pierwsze Komitety Założycielskie „Solidarności Wiejskiej” na terenie woj. Rzeszowskiego. Na przełomie 1980 i 1981 inicjował i współorganizował strajki chłopskie w Ustrzykach Dolnych i w Rzeszowie, podczas których współtworzył Wszechnicę Związkową przy Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim „Solidarność” w Rzeszowie. Od marca 1981 pracował w Wojewódzkim Komitecie Założycielskim NSZZ „Solidarność Wiejska”, a następnie w NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Organizator kiermaszy literatury niezależnej i pierwszej wolnej biblioteki dla środowisk rolniczych. Członek regionalnego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania (KOWzP) i Społecznego Komitetu Funduszu Oświaty Narodowej. Po wprowadzeni stanu wojennego 13 grudnia 1981 został internowany w Ośrodku Odosobnienia w Załężu. Uczestniczył w akcjach protestacyjnych na terenie tego ośrodka, m.in. w proteście głodowym. W dniu 24 września 1982 został zwolniony ze szpitala. Od stycznia 1983 roku był współorganizatorem i działaczem Solidarności Walczącej (SW) w Rzeszowie oraz struktur Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników (OKOR). Członek Rady Politycznej i Wykonawczej SW Oddział Rzeszów. W 1983 wydał sygnalny numer podziemnego „Informatora Rzeszowskiego” a następnie osiem kolejnych numerów pisma SW pt. „Solidarność Zwycięży” Oddział Rzeszów. W dniu 28 kwietnia 1983 r. został aresztowany i oskarżony o kolportaż nielegalnych wydawnictw. Zwolniony na mocy amnestii w dniu 27 lipca 1983 r. W okresie od sierpnia do listopada 1984 był redaktorem podziemnego radia Wolna Polska, a w grudniu 1984 roku został współzałożycielem i redaktorem pisma SW Oddział Rzeszów pt. „Galicja”. Od 1985 pełnił funkcję szefa Rzeszowskiego Komitetu Oporu Rolników (RKOR). W 1985 roku rozpoczął wydawanie i redagowanie pisma RKOR „Wieś Polska”. Zatrzymany w dniu 27 sierpnia 1985 r. przez SB. Wyrokiem Sądu Okręgowego w Rzeszowie skazany w trybie przyspieszonym na 1 rok i 8 miesięcy pozbawienia wolności. Karę odbywał w ZK Załęże. W dniu 10 września 1986 r. został zwolniony na mocy amnestii. Od listopada 1986 wchodził w skład kierownictwa OKOR. W 1987 roku współtworzył Niezależny Ruch Ludowy „Solidarność”. Odmówił udziału w rozmowach przy okrągłym stole. W 1989 został przewodniczącym Komisji Programowej NRL i Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz członkiem Tymczasowego Zarządu Wojewódzkiego PSL „Solidarność” w Rzeszowie. W latach 1990-1991 należał do Partii Wolności, 1995-1996 do Partii Chrześcijańskich Demokratów, 1996-2002 do Porozumienia Polskich Chrześcijańskich Demokratów. Od 2002 do 2007 działacz Stronnictwa Ludowego Ojcowizna. W latach 2005-2007 był członkiem Grupy Ujawnić Prawdę w Rzeszowie. Od 1991 pracownik Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie, a od 1996 prowadzi antykwariat. W 1996 został absolwentem Wydziału Historii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie. W 2007 został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.W latach 1980-1985 był rozpracowywany przez Służbę Bezpieczeństwa w ramach Sprawy Obiektowej (SO) krypt. Solidarność Wiejska. Od 1983 do 1985 pozostawał w zainteresowaniu operacyjnym Wydziału V Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpracowania (SOR) krypt. Robotnik, a w okresie lat 1986-1989 w ramach SO krypt. Relikt. Od 1987 do 3 marca 1989 był rozpracowywany przez Wydział VI WUSW w Rzeszowie w ramach SOR krypt. Kora. Do dnia 25 października 1989 roku pozostawał pod obserwacją SB w ramach Kwestionariusza Ewidencyjnego krypt. Sęk. Jest wydawcą regionaliów, współautorem książki ,,Dwadzieścia lat Solidarności – Kalendarium rzeszowskie", a także autorem publikacji z historii najnowszej, współorganizatorem konferencji i spotkań.

63


kwiecień 2014 historii, czy pewnymi wydarzeniami? Przede wszystkim dobrze by było gdyby się ludzie otworzyli, dobrze by było gdyby ludzie wiedzieli w jakiej są w tej chwili sytuacji, zarówno pod względem intelektu jak i psychiki. Bardzo dobrze, jeżeli ktoś będzie chciał czytać moje notatki i będzie je traktował tak jak to uzgodniliśmy- jako dziennik. Być może będzie chciał skonfrontować swoje doświadczenia, swoje przeżycia, swoje refleksje natury filozoficznej nawet. Myślę, że dla ludzi mojego pokroju będzie to fajny materiał do poczytania. Pytał Pan czy się czegoś spodziewam. Oczywiście spodziewam się czegoś. Spodziewam się kilku procesów (śmiech).

Sierpień 1982 r. Internowani w ośrodku odosobnienia w Załężu, przebywający na leczeniu w szpitalu Miejskim przy ul. Szopena. Siedzą od lewej Janusz Szkutnik, Zbigniew Bortnik, mec. Leszek Piotrowski.Stoi pierwszy od lewej: Jan Kozłowski (Fot. Archiwum)

Marcin Maruszak: Czy może Pan przybliżyć czytelnikom co skłoniło, a może raczej kto skłonił Pana do podjęcia decyzji o rozpoczęciu publikowania dziennika? Janusz Szkutnik: To co ja robiłem przez dosyć

sporo lat swojego życia nazywam delikatnie mówiąc dziennikiem. W rzeczywistości są to notatki , które sporządzałem bardzo często, w sumie jest ich ok. 150. Dotyczą one dosyć istotnych wydarzeń, zazwyczaj związanych ze spotkaniami z politykami, działaczami opozycji antykomunistycznej. Po takim spotkaniu bardzo często robiłem notatkę. Niekiedy bardzo obszerną, aż za obszerną, zwłaszcza jak robiłem to wieczorem, to siedziałem i pisałem do nocy. Czasami była to krótka, lakoniczna notatka o tym, że miało miejsce konkretne wydarzenie oraz że ten powiedział to i tamto i na tym się kończyła. W rzeczywistość ja traktuję te notatki jako dziennik, bo patrząc na to tak chronologicznie, sprawia to wrażenie dziennika. Natomiast nie chciałbym czegoś takiego udostępnić w wersji chronologicznej. Lepiej będzie jak nie będzie wersji chronologicznej, niech to raczej będzie bardziej odczytywane, jako notatka. A jak to sobie ktoś będzie chciał poskładać, jako dziennik, to niech sobie poskłada. Natomiast, co mnie do tego skłoniło? Zawsze archiwizowałem, zawsze zbierałem, po to żaby mieć pełną świadomość, w którym miejscu się obecnie znajdujemy. Na jakim etapie czy intelektualnym czy psychicznym

64

w danej chwili jesteśmy. To mną głownie kierowało. To było bardzo ważne, żeby te notatki robić i żeby mieć, że tak powiem, powrót do ważnego zdarzenia. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz. To jest problem dla mnie chyba najważniejszy w tym wszystkim. Sam sobie czasami człowiek musi coś udowodnić. Herbert pisał o tym płynięciu z prądem, a ten mój dziennik, te moje notatki cały czas udowadniają mi jeszcze dzisiaj, że płynąłem zawsze pod prąd. Dzięki temu, w pewnym sensie mam satysfakcję ze swojego życia.

Co miało bezpośredni wpływ na podjęcie przez Pana decyzji o takiej formie dokumentowania wydarzeń? To są przede wszystkim moje zainteresowania literaturą, teatrem głównie, poezją. Za młodych lat pisałem i poezję i dramat, ale głównie monodram. Zawsze mnie interesował dialog, a w monodramie zawsze mnie to bawiło, że jedna osoba może prowadzić dialog. A więc zainteresowania literackie, słowem, wartością słowa, a jednocześnie zdobywanie umiejętności odszukania w sobie tego, co się nazywa otwartością i to jest genezą.

Czego Pan się spodziewa po publikacji wspomnień? Jakiegoś odzewu społecznego? Może zwiększonego zainteresowania czytelników pewnym obszarem

Czy u podłoża Pana decyzji jest również chęć podzielenia się swoją wiedzą z czytelnikami na temat pewnych wydarzeń historycznych, spojrzenia na nie z innej strony? Nie, ja nie musze się dzielić swoją wiedzą, bo każdy posiada jakąś tam wiedzę, w dużym stopniu nawet opartą na jakichś konkretnych materiałach źródłowych czy na osobistej obecności w jakichś wydarzeniach. Wielu ludzi ma taką wiedzę. Tylko problem polega na czymś innym, na tym żeby konfrontować, żeby rozmawiać, żeby prowadzić normalny dialog. Dialog, to jest w ogóle coś pięknego, zwłaszcza w teatrze u Szekspira to widać. Dialog nie koniecznie taki, jak my to sobie wyobrażamy, w postaci dialogu społecznego z lat 19801981. Ja mówię o takim dialogu, którego w tej chwili społeczeństwo ani różne środowiska w zasadzie nie uprawiają. Ja mówię o takim dialogu, który jest nam nawet zakazany, bo nie ma dialogu między władzą na przykład a społeczeństwem. Nawet nie ma dialogu między władzą a związkami zawodowymi, no bo któż będzie traktował poważnie takie efemeryczne związki zawodowe? Chciałbym, zawsze tego chciałem, zawsze to robiłem, żeby istniał nieustanny dialog pomiędzy różnymi środowiskami, które chcą czynić dobro, bo taki dialog między różnymi środowiskami czasami może być pięścią.

Rozumiem, że dzienniki mają być taką formą dialogu? Dialog może się rozwinąć między ludźmi, o ile ludzie nie będą się obawiali różnych konsekwencji, bo prowadzić uczciwy dialog z drugim człowiekiem, czy uczciwy dialog między dwiema różnymi grupami ludzi, to znaczy rozmawiać uczciwie i szczerze. A bardzo często bywa tak, że w takim dialogu jedna ze stron może się obrazić, druga ze


2014 kwiecień stron może przybrać postawę agresywną, no i wtedy z tym dialogiem jest trochę gorzej.

Czy przewiduje Pan sytuację, że Pana dzienniki spowodują lub sprowokują jakieś wypowiedzi dotyczące różnych spojrzeń na najnowszą historię Polski? Czy oczekiwałby Pan takiej reakcji ze strony czytelników? Oczekiwałbym, ale nie sądzę, że coś takiego nastąpi. Myślę jednak, że znajdzie się kilka osób, które coś tam uwiera w życiu, no i chciałyby się odnieść, które mają podobne poglądy na niektóre problemy, ale nie sądzę, żeby wiele osób chciało prowadzić taki dyskurs. Myślę, że jest to obecnie w Polsce bardzo wąska grupa ludzi .

Znane historyczne wydarzenia widziane z perspektywy jego uczestnika mają niezwykłą wartość dokumentalną. Pan niewątpliwie był uczestnikiem wielu wydarzeń historycznych. Czy zamierza Pan na łamach dziennika przedstawić również nieznane dotąd kulisy znanych wydarzeń historycznych oraz ujawnić nieznane dotąd fakty? Jeśli chodzi o jakieś istotniejsze wydarzenia historyczne to rzeczywiście jest tam jakieś 5 czy 6 notatek z ważniejszych wydarzeń historycznych, więcej nie mam, chociaż zależy to od przyjętej kwalifikacji, co uznamy za ważne historycznie, a co mniej, ale są pewne ciekawe rzeczy dotyczące kilku ciekawych spraw.

Mam nadzieję, że są tam notatki dotyczące między innymi wydarzeń z przełomu 1980 i 1981 roku, m.in. strajków ustrzycko-rzeszowskich. Mam takie notatki też, ale nie uważam je za aż tak ważne. Z ważniejszych notatek, które wtedy sporządzałem w kilku przypadkach dla wiedzy Józefa Teligi, szefa OKOR-u, to są to notatki dosyć obszerne. Jedna z nich dotyczy przyszłego spotkania na Solcu, na którym powołaliśmy Tymczasową Krajową Radę Rolników „Solidarność” i Konwent Seniorów NRL. Gdy czytam w tej chwili publikacje na ten temat różnych historyków, to oni po prostu mijają się z prawdą. Napisali tylko prawdziwą datę i w którym kościele. Poza tym jest to jakaś próba spuszczenia zasłony na pewne rzeczywiste intencje kilku osób wówczas tam zebranych, nie wiem jak to nazwać.

Kwiecień 1982 r. Ośrodek dla internowanych w ZK Załęże. W ostatnim rzędzie Janusz Szkutnik i Antoni Kopaczewski (zbiory J. Szkutnika).

Czy znajdą się w nich opisy wydarzeń po wprowadzeniu stanu wojennego? Mało mam notatek z okresu stanu wojennego z uwagi na to, że sporo rewizji miałem w domu, ale część notatek się zachowało, niewielka ilość. To nie są takie istotne rzeczy, chociaż z punktu widzenia ciekawskich, można by na przykład zwrócić uwagę na Stefana Wójcika- żołnierza Armii Krajowej, naszego współpracownika z SW i OKOR, który zajmował się działalnością wywiadowczą. Może to być coś ciekawego.

Rozumiem, że będziemy mogli poznać bliżej działalność Stefana Wójcika w tym okresie. Czy dowiemy się od Pana o nieznanych dotąd faktach na temat jego działalności wywiadowczej? Jeśli chodzi o to mam jedną notatkę, a jeśli chodzi o jego działalność, to nie jest dzisiaj tajemnicą, że posiadał broń i materiał wybuchowy, więc wówczas na ten temat nie robiłem żadnych notatek dla bezpieczeństwa. W tej chwili myślę, że odtwarzać coś nie ma sensu, można posługiwać się raczej notatkami, które zrobiłem i spróbować je uzupełnić komentarzem. Stefan Wójcik, świętej pamięci nie żyje od wielu lat i pewnie się nie obrazi, gdy wspomnimy o nim.

Czy w Pana dzienniku znajdzie się miejsce na wydarzenia z okresu przełomu z 1989 r.?

Mam sporo notatek. Musiałem robić notatki dla płk Józefa Teligi, a to było związane z tym, że traktowałem siebie wówczas, nie wiem czy to właściwe słowo, jako emisariusza, ale tak właśnie siebie traktowałem. Byłem emisariuszem między Józiem a ministrem Adamem Bieniem i Józefem Marcinkowskim w Myślenicach, głównie pomiędzy tymi ludźmi. Oczywiście sporządzałem notatki z takich spotkań. Bardzo krótkie notatki.

Rozumiem, że te notatki nigdy nie były publikowane? No nie, gdzie miałbym je publikować? W „Nowinach” rzeszowskich? (śmiech)

To zastanawiające, że po tylu latach jestem właściwie pierwszą osobą, która pyta Pana o tego typu sprawy. Czy miał Pan do tej pory możliwość szerszego wypowiedzenia się na poruszane tematy? Nie, nie miałem takiej możliwości, bo też być może nie zasługiwałem na to, żeby wypowiadać się i informować wszem i wobec, jakie były koleje losu różnych osób czy mojej osoby. Wydarzenia biegły tak szybko, zwłaszcza polityczne i gospodarcze w Polsce po 1989 roku, że całe media były zajęte czymś innym, m.in. kreowaniem nowych bohaterów. Było kupę bardzo ważnych rzeczy, więc po co się bawić w jakieś historyjki, tym bardziej, że nie wykluczam tego, iż byłem wtedy niewygodny dla wielu polityków.

65


kwiecień 2014 Nie wiem, może sprzed dwóch lub trzech tygodni. Dwa lub trzy tygodnie temu zrobiłem notatkę.

Naprawdę? Będziemy mogli poznać również Pana notatki z tak nieodległego okresu? Nie wiem, jeśli czytelnicy będą sobie tego życzyli, bo nie sądzę żeby wielu czytelników sobie tego życzyło. Raczej pojawią się głosy typu: nie publikować go więcej! Zamknąć mu usta! (śmiech)

Październik 1986 r. Kielce. Spotkanie środowisk AK i WiN dot. sytuacji politycznej w kraju. Pierwszy z prawej Janusz Szkutnik - Delegat OKOR-u. (zbiory J. Szkutnika).

To zastanawiające. Ta historia była wówczas bardzo świeża. Żyło jeszcze bardzo wielu ludzi, którzy mogliby przybliżyć kulisy działań sprzed zaledwie kilku lat. Dzisiaj już ich nie ma. Jak Pan ocenia ten stan rzeczy? To jest problem IPN. To jest taka instytucja, która powstała w pewnym sensie na wzór instytucji w Tel Awiwie o tej samej nazwie, która miała w ustawie bardzo wyraźny zapis na temat badań historycznych, badań naukowych i uważam, że tutaj IPN przez pierwsze 5 lat bardzo niewiele zrobił. Nie mówię tu o problemie lustracji, bo to są odrębne sprawy, ale jeżeli chodzi o odczytywanie śladów historycznych, to bardzo niewiele zrobił. Z kolei znam parę osób, które archiwizowały, dokumentowały. Ja też dokumentowałem wiele różnych historii, dopóki jeszcze ludzie żyli, robiłem wywiady z tymi ludźmi. Ostatni wywiad, który zrobiłem to był wywiad z Czesławem Łotarewiczem, ostatnim żyjącym Polakiem, który był uczestnikiem procesu szesnastu w Moskwie. No bo oczywiście z nim nikt nie będzie robił wywiadu, no bo po co. Co tam jakiś Łotarewicz. Zróbmy wywiad nie wiem, z jakimś Krzaklewskim, z jakimś Tuskiem, o to jest to, ale nie z Łotarewiczem, co on nam może powiedzieć, skoro był tylko przez chwilę w Moskwie na tym procesie. Oczywiście po procesie wywieźli go z powrotem na Syberię. Na Syberii historia pięknej miłości. Uratowała mu życie Rosjanka, z którą on tu wrócił w 1956 r.

66

Czy będziemy mogli kiedyś zapoznać się z tym wywiadem? Oczywiście, że tak. Nie ma problemu, mogę go udostępnić.

Jaki okres Pana działalności opozycyjnej będzie obejmował dziennik? Dokładnie nie pamiętam, czy tą notatkę jeszcze posiadam, ale pierwszą notatkę tak naprawdę zrobiłem po rewizji kwietniowej w 1979 roku, kiedy to Pani prokurator Szubiga podpisała in blanco nakaz rewizji w moim mieszkaniu oficerom SB i wówczas znaleźli sztukę, którą napisałem pt. „Duch z tuby”, a w tej sztuce występowały 2 osoby: Marksik i Romualdzio. Wydało im się to tak bardzo podejrzane politycznie, że to skonfiskowali, przekazali do prokuratury, a Pani prokurator Szubiga, gdy się do niej zwróciłem nie miała za bardzo ochoty mi tego oddać, ale oddała po kilku dniach.

Co Pani prokurator robi dzisiaj? Pani prokurator robi karierę, ogromną karierę.

Polityczną? W sądownictwie oczywiście. Jest w tej chwili w Prokuraturze Okręgowej.

A jeśli chodzi o ostatnią chronologicznie notatkę którą zamierza Pan opublikować?

Skąd takie przypuszczenie? Z natury rzeczy człowiek raczej chce wiedzieć więcej. Człowiek zainteresowany i o szerokich horyzontach raczej chciałby zadawać kolejne pytania, czy też dociekać kolejnych szczegółów. Przypuszczenie całkiem słuszne. Musi Pan jednak zwrócić uwagę na to, że tych, którzy chcą zakneblować usta innym, jest znacznie więcej, przynajmniej aktywnych.

To bardzo pesymistyczna wizja! Nie, to widać po prostu po mediach. Ci, którzy chcą poznać prawdę, są w mniejszości. Bardzo wielu ludzi znam, którzy mówią: ja nie chcę o niczym wiedzieć, ja chcę spokojnie żyć. Więc uciekają przed jakąś odpowiedzialnością za siebie, za rodzinę. Ucieczka. Tak samo jak ucieczka ekonomiczna do USA, Londynu, lub gdzieś tam do Niemiec, tak samo tu jest ucieczka przed odpowiedzialnością. Czasami ludzie uciekają przed samymi sobą, bo wiedzą, że są nie w porządku.

Z czego to wynika Pana zdaniem? Ze zwykłych kompleksów.

A czy nie jest to spuścizna po byłym systemie? Nie. Jest to kompleks nieuczestnictwa. Jest takie określenie i ja to tak nazywam. Kompleks nieuczestnictwa ma swoje korzenie w braku odwagi cywilnej i wiąże się bardzo mocno z poczuciem tego typu, że ja nie uczestniczyłem w tym dobrym zdarzeniu, w tym dobrym działaniu, tylko ja uczestniczyłem w tym złym działaniu. To jest kompleks nieuczestnictwa w słusznej sprawie, dlatego jest taki totalny najazd na nurt niepodległościowy w Polsce po 1989


2014 kwiecień roku. Totalny najazd wszystkich środowisk. Wszystkich partii. Nie może być czegoś takiego, jak wyodrębnienie w Encyklopedii Solidarności nurtu niepodległościowego. Mało który dziennikarz używa tego pojęcia, a przecież jest to pojęcie całkowicie adekwatne do tego, co się wówczas działo. Być może, jak byśmy tak mocno nagięli kryteria, to okazało by się, iż część środowisk NSZZ „Solidarność” w okresie stanu wojennego można by nawet zaliczyć do tego nurtu niepodległościowego. Natomiast zdecydowanie wszystkie struktury RKW i prawie wszystkie tajne komisje zakładowe nie miały nic wspólnego z nurtem niepodległościowym. One po prostu zmierzały tylko do jednego – do kompromisu. A czy zawsze kompromis jest dobry? A czy nie zawsze w kompromisie mamy do czynienia z jakąś taką zgagą, kacem moralnym?

Czy to jest to prawdziwe podłoże konfliktów i podziałów w „Solidarności”? W której solidarności, w drugiej?

Na przykład. Gdybyśmy tak naprawdę chcieli bardzo dokładnie przeanalizować problemy natury prawnej i schedy personalno-kadrowej, to by się okazało, że ta druga „Solidarność” to nie jest w ogóle „Solidarność”. Trudno to nazwać „Solidarnością”. Oczywiście umownie nazywamy to drugą „Solidarnością”, no bo niosą ten sztandar, tą tzw. solidarycę, bo jest tam część ludzi, którzy działali w pierwszej „Solidarności”. No tak, ale ci ludzie bardzo się zmienili i oni przestali już reprezentować ten duch porozumienia, duch serdeczności, duch braterstwa, chociaż to może złe słowo, ale bardzo ważne też. Może tylko trochę fałszywie zabrzmiało. Przestali reprezentować postawę w duchu dialogu. Dla nich stał się ważniejszy kompromis z silnymi, graniczący z kolaboracją. To już nie jest to samo środowisko.

Czyli „Solidarność” przestała być wówczas, czyli pod koniec lat 80. solidarna, przestała być „Solidarnością”? Nie. To nastąpiło wcześniej, już pod koniec 1983 roku i to definitywnie. Całość problemu ja zamykam na listopadzie 1984 roku, kiedy to wszystkie struktury RKW były podporządkowane tylko i wyłącznie Wałęsie i kilku osobom, które przy nim były. I to właściwie przestała być już „Solidarność”. Tam nie było demokracji, a szkoda, bo pomimo stanu wojennego, pomimo represji, powinna

tam rządzić demokracja.

Myśli Pan, że w tych warunkach można było prowadzić organizację niepodporządkowaną hierarchicznie? Oczywiście, że tak. Przecież większość z nas prowadziła w zasadzie działalność jawną, licząc się z tym, że w każdej chwili mogą nas zamknąć. Czasami mnie i moich kolegów zamykali zresztą. To była działalność jawna. Właściwie w konspiracji to się robiło tylko druk na ramce, a cała rzecz była jawna. Wszystko było jawne, otwarte. Bezpieka o wszystkim wiedziała i miała wszędzie swoich ludzi. Bardzo wpływowych ludzi. Agentów wpływu. Służby wojskowe też. Nie było ani jednej Regionalnej Komisji Wykonawczej, która byłaby czysta. Każdy o tym wie. Wszystkie były pod kontrolą MSW. Chociaż ktoś mi tam kiedyś opowiadał, że prawdopodobnie jedna RKW była przez dłuższy okres czysta, a później pogodzili się z faktem, że tu Wałęsa rozdaje karty, no i kilka osób ze starego kręgu rewizjonistów PZPR-u i na tym się skończyło.

To wygląda tak, jakby wąska grupa działaczy „Solidarności” podporządkowała sobie całą organizację. No nie całą, bo organizacja praktycznie przestała istnieć. Społeczeństwo poddało się stanowi wojennemu. Społeczeństwo nie miało ani siły, ani odwagi podjąć walkę. Pamiętajmy, że było tylko kilka procent osób aktywnie zaangażowanych na początku. Kilka procent aktywnie zaangażowanych w jakąś tam działalność antykomunistyczną w stanie wojennym.

Jednak te struktury podziemia niepodległościowego przetrwały gdzieś tam w terenie do czasu przełomu. Nawet, jeśli chodzi o „Solidarność Walczącą”, której struktury nie zostały do końca rozpracowane przez bezpiekę. Trudno tak mówić. Może jakieś drobne wyjątki, to tak, z tym się zgodzę. Natomiast to nieco inaczej troszkę wygląda. To jest problem wykresu. Według MSW na przełomie lat 1987 i 1988 na regionalne komisje wykonawcze i współpracujące z nimi redakcje różnych czasopism podziemnych, w sumie składało się ok. dwadzieścia kilka tysięcy osób. To była cała „Solidarność„ wtedy. Natomiast jeśli chodzi o struktury związane z organizacjami

Galicja - drukowane w Rzeszowie pismo Rzeszowskiego Oddziału Solidarności Walczącej. Do 4 numeru redagowane przez Janusza Szkutnika i Andrzeja Kucharskiego.

67


kwiecień 2014 Polski Niepodległej, nawet ugrupowanie niepodległościowe „Zamek” czy Liberalno-Demokratyczna Partia „Niepodległość”, to te struktury były i to dosłownie tylko o 1 lub 2 procent mniej liczne. W 1988 roku nastąpił przypływ młodych osób do „Solidarności” i ta krzywa szła w górę w skali tygodnia o sto osób, które docierały do „Solidarności”, pomimo, że ci ludzie już wiedzieli, że to nie jest już ta sama „Solidarność”. Może chcieli ratować co jeszcze było można z tego tonącego okrętu. Natomiast do struktur niepodległościowych, czyli do tych organizacji, które wymieniłem, docierało w skali tygodnia więcej niż stu sympatyków, nawet dwustu czy trzystu. I co się stało? Robiłem takie badania sondażowe, może nie do końca są precyzyjne oczywiście, ale wynika z nich, że mniej więcej w połowie sierpnia 1990 roku struktury NSZZ „Solidarność” podległe Wałęsie i jego otoczeniu były o wiele mniej liczebne, niż struktury tych organizacji, które wymieniłem. Ogólnie rzecz biorąc NSZZ „Solidarność”, która zechciała w pewnym momencie pójść nie tylko na kompromis, ale nawet na kolaborację z władzami komunistycznymi, musiała się liczyć z tym, że środowiska niepodległościowe mogą być tutaj przeszkodą, bo mogą mieć też dosyć duży wpływ na kręgi społeczne. No ale gdy Kiszczak 31 sierpnia ogłosił, że będzie porozumienie okrągłego stołu, tak sytuacja się zmieniła. Oczywiście było to podyktowane również sytuacją międzynarodową, pieriestrojką itd. Sytuacja jednak się na tyle zmieniła, że zarówno kościół jak i szefowie wszystkich partii komunistycznych zaczęli powoli wyrażać akceptację dla tego kroku. Co się wówczas stało z inteligencją polską, która miała dostęp do głębszej i Solidarność Zwycięży. Porozumienie Prasowe czerwiec 1984 r. Ukazało się pełniejszej informacji niż inni 8 numerów czasopisma ludzie? Zdecydowali się też na tą kolaborację, ponieważ o charakterze niepodległościowym, takimi doszli do wniosku, że ostatecznie ktoś jak: Solidarność Walcząca, Ogólnopolski musi to skonsumować. Zadawano sobie Komitet Oporu Rolników, Konfederacja

68

więc pytanie, kto ma to skonsumować. Radykałowie, o których się w gazetach pisało, że to jest ekstrema? Skonsumowała to „klasa inteligencji”, przypisująca sobie większą mądrość, wykształcenie. To oni wiedzieli, co można, a czego nie można. Co na to komuniści? Wyszli oni wówczas z bardzo prostego założenia i do dzisiaj to robią (przecież zawsze tak było w historii wszystkich rozruchów i buntów społecznych, w każdym kraju demoludów, czy w Czechosłowacji, czy na Węgrzech, wszędzie było to samo), że nurt niepodległościowy ma tam co prawda parę osób, które mają doświadczenie polityczne, ale tak naprawdę to w ekipie Wałęsy są ludzie doświadczeni politycznie. A co to znaczyło dla komunistów, że ktoś ma doświadczenie polityczne? To znaczyło to, że z taką osobą można się porozumieć i można zagrać nawet w otwarte karty i z niektórymi osobami komuniści grali w otwarte karty, np. z Geremkiem, z Wałęsą. Przecież to Geremek był tym nośnikiem tego warunku, że powinniśmy się zgodzić na to żeby Jaruzelski został prezydentem. Po części także A. Stelmachowski. Oczywiście o Wielowiejskim i Michniku i o innych nie ma co wspominać.

Proszę przybliżyć początki swojej działalności opozycyjnej. Ja zawsze uważałem się za opozycjonistę, a właściwie od 12 roku życia. Wtedy to bowiem zrozumiałem że PZPR to są bandyci i złodzieje. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to spakowałem mojemu ojcu dzieła Stalina, Lenina, Marksa do skrzynki po jabłkach i oświadczyłem mu, że skoro się nie chce wypisać z PZPR-u, to ja te książki wyrzucę do śmieci. Taka jest prawda i nie ma się czego wstydzić. Zastanawiam się, dlaczego ludzie wstydzą się mówić prawdę? Nie ma się czego wstydzić. Taka była prawda.

Czy może Pan opowiedzieć jak trafił do KOR, kto właściwie zaangażował Pana w tą działalność? Ja zadzwoniłem po prostu na telefon Janka Lityńskiego i poprosiłem go o pomoc w załatwieniu moich zaszłych spraw sądowych. Oczywiście on zgodził się mi pomóc. Z mecenasem Andrzejem Grabińskim coś mi tam pomagali, ale niestety nie pomogli mi, ponieważ nie mieli zbyt dużo dobrej woli. No i w ten sposób zaczęła się moja historia z ludźmi z KOR-u, ale to jest nie dokładnie tak. Mnie bardziej interesowały relacje z „Robotnikiem”, po części z PPNem. Poznałem takiego starszego pana, który był na spotkaniu u Walendowskich na TKNie (Towarzystwo Kursów Naukowych – dop. MM). On mi właśnie opowiadał o PPN-ie


2014 kwiecień (Polskie Porozumienie Niepodległościowe – dop. MM). Także inne środowiska mnie interesowały m. in. KPN. Później oczywiście poznałem Henryka Wujca, Wiesława Kęcika, Grzegorza Bogutę, Mirosława Chojeckiego i jakoś tam zaczęliśmy coś razem robić, ale ja zajmowałem się przede wszystkim kolportażem.

A co było przed KOR-em? Komitet Samoobrony Chłopskiej, ale to nam nie za bardzo wychodziło. Ludzie po prostu byli tak mocno zastraszeni, że nie za bardzo nam się układała współpraca, pomimo tego, że ja im poświęcałem bardzo dużo czasu. To byli ludzie bardzo ciężko pracujący. To byli ludzie wiecznie zapracowani, zmęczeni.

Kogo spośród nich, czyli działaczy Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej mógłby Pan wymienić? Z kim współpraca układała się najlepiej i kogo najbardziej Pan cenił? Oczywiście Stasiu Krasoń, ale ja sobie najbardziej cenię Frania Perlaka z Woli Zarczyckiej, żołnierza AK z przysiółka Parszywka, który z nami współpracował. Bardzo szlachetny i mądry człowiek.

Czy zarówno Pan jak i Pana koledzy mieliście w trakcie działalności podziemnej świadomość, że jesteście przedmiotem zainteresowania ze strony SB? W jaki sposób uzyskiwaliście taką wiedzę? Kiedy zorientował się Pan po raz pierwszy, że SB jest dla waszej działalności realnym problemem? Mam tu na myśli okres Pana działalności w KOR i Komitecie Samoobrony Chłopskiej. Każdy ten element jest można powiedzieć oddzielnym epizodem w tych sprawach. W każdym z tych elementów są inne doświadczenia, inne obserwacje, inne wnioski. Zupełnie inny okres to jest okres do wybuchu „Solidarności”, inny okres stanowi legalna działalność „Solidarności”, a jeszcze zupełnie inny okres to jest stan wojenny, a to, co już było w 1988 i 1989 roku w zasadzie nie ma większego znaczenia, chociaż 1988 rok był jeszcze ciekawy. To było właściwie normalne. Jeżeli ktoś chodzi za Panem, trzy lub cztery osoby, dzień w dzień, to prędzej czy później bardzo szybko Pan się zorientuje, że jest Pan śledzony, obserwowany.

Czy był Pan śledzony przed 1980 rokiem? Czy miał Pan tego świadomość? Cały czas, czasami nieustannie dzień i noc.

Czy to były działania ukryte, czy raczej ci ludzie z SB nie kryli się ze swoimi zamiarami wobec Pana? Najczęściej była to obserwacja ukryta, ale było i tak, że stosowali tzw. technikę bezpośrednią i cały czas chodziło za Panem np. dwóch ludzi. Kilka metrów za Panem. Oczywiście w celu żeby zastraszyć.

W jaki sposób Pan i Pana koledzy z organizacji zabezpieczaliście się przed tego typu działaniami? Czy może Pan opisać jedną z metod? Nie ma metody. Pan jest sam. Ich jest cała grupa, wyposażona w krótkofalówki i samochody, więc w zasadzie Pan się nie może zabezpieczyć. Oczywiście były takie sytuacje, że można ich tam było zwodzić, czy oszukać, ale to na bardzo krótką metę. Jeśli chodzi o bibułę na przykład. Miałem takiego kolegę, który mi się przyznał jeszcze przed „Solidarnością”, że został zwerbowany przez SB. Oczywiście ja już w tym czasie miałem rewizje w domu. Chcieli mieć swojego człowieka, tajnego współpracownika bliżej mnie. No więc zwerbowali go do współpracy. On oczywiście mi się przyznał. Ja mu mówię: słuchaj Zenek, jeżeli tak, to masz im powiedzieć, że ja wrócę z Warszawy z bibułą i z książkami dopiero w czwartek wieczorem. Zgodził się. Ja wróciłem, ale w środę wieczorem, dzień wcześniej. Rozlokowałem towar, no i w czwartek rano wychodzę na ulicę, idę i patrzę, idzie dwóch esbeków. Jak mnie zobaczyli, to zdębieli. Miałem być przecież w czwartek wieczorem, a jest czwartek rano. No i jeszcze raz nam się taka sztuczka udała z Zenkiem, ale za trzecim razem już się nic nie udało. Nie wiem, czy zrezygnowali ze współpracy z nim, ale sądzę, że nie i przestaliśmy się spotykać. Takie były realia.

Przestaliście się spotykać z Pana inicjatywy czy z jego? Z jego inicjatywy. Po prostu kazali mu się wycofać. Dali mu polecenie. Kiepsko się widocznie sprawdził. Zrozumieli, że albo ja jego oszukuję, albo on ich oszukuje w porozumieniu ze mną. To była taka fajna nawet próba.

Nieźle Pan sobie pogrywał z bezpieką. To wygląda tak jakby Pan przewerbował ich agenta. Nie, nigdy bym tego nie zrobił, bo to się nie mieści w moim systemie wartości, aby przewerbowywać agentów. Czułem tylko litość do tego człowieka i tyle. Nic więcej. Nie był to człowiek, z którym można by było cokolwiek zrobić w takiej grze. Tym bardziej, że jeżeli ktoś godził się na współpracę z bezpieką, to znaczy, że albo mieli na niego haka, albo pozbawiony był skrupułów moralnych.

Czy te działania ze strony SB skłoniły Państwa do szkolenia się pod kątem kontrwywiadowczym, do zdobywania wiedzy bardziej specjalistycznej, np. jak zgubić ogon? Czasami się to udawało. To było proste, bo gdy się chodziło po mieście, to podstawową sprawą było ustalenie, kto za mną chodzi. Bywało różnie. Taki krytyczny moment pamiętam. Aż zabrzmi to dziwnie. Miałem wówczas ogon złożony z dziewięciu osób rozlokowanych na trzy samochody.

Jak Pan uzyskał taką wiedzę? Po prostu wyprowadziłem ich na wiadukt i musieli się ujawnić. Na wiadukt łączący Marszałkowską z dużym rondem obok hotelu „Rzeszów”. Nie mieli wyjścia, musieli się ujawnić. Musieli mieć obawę, że mnie zgubią. Ujawnili się wtedy. A ja miałem wówczas w pamięci bardzo wiele numerów rejestracyjnych ich samochodów, pomimo, że czasami zmieniali i używali także nowych. Poza tym wielu esbeków znałem z twarzy.

Proszę powiedzieć, który to był rok. W jakim okresie działania wobec Pana angażowały tak pokaźne środki operacyjne SB? To był rok 1983. Akurat ta sprawa rzeczywiście mnie zdziwiła.

Wspomniał Pan o numerach rejestracyjnych samochodów SB. Czy prowadziliście jakąś tego typu ewidencję? Posiadaliśmy taką ewidencję. Kilkudziesięciu podoficerów i oficerów SB mieliśmy w naszej ewidencji, z adresem zamieszkania oczywiście. No oczywiście gdy przychodzili na

69


kwiecień 2014 rewizję i coś takiego dorwali, jakąś notatkę czy listę, to po cichutku ją zgarniali i cicho sza. W protokół tego nie wpisywali. Bodajże tylko raz wpisali coś tam w protokół, ale to było zawsze tak: notatka rozpoczynająca się od słów, że tam coś tam. Także nie wiadomo było do końca, co ode mnie wzięli z domu.

Jakie cele przyświecały prowadzeniu takiej ewidencji esbeków. Do jakich celów ją wykorzystywano? Czy te dokumenty miały pomóc w jakiś sposób ochronić się przed pewnymi ludźmi, czy umożliwić ich rozpoznawanie na ulicy? Tak, wykorzystywaliśmy je m.in. do tych celów.

Czy inni członkowie organizacji byli zapoznawani z tego typu zagrożeniami? Owszem. Ludzie, którzy zajmowali się poważnymi sprawami, tak.

Czyli rozumiem, że to był taki zasadniczy cel prowadzenia takiej ewidencji? Mówimy oczywiście także o okresie przed 1980 rokiem? I przed 1980 i w okresie stanu wojennego. W okresie „Solidarności” nie mieliśmy na to czasu. Były wówczas trochę inne problemy. To były problemy dotyczące nie tyle bezpieki, co tajnych współpracowników. Jednak tym problemem ludzie „Solidarności” się nie zajmowali. Nie interesowało ich to.

Czy próbowaliście prowadzić jakieś rozpoznanie agentury, która działała w strukturach podziemia?

Fragmenty Sprawy Operacyjnego Rozpracowania (SOR) krypt. Robotnik (Kopia, zbiory J. Szkutnika)

70

Tak, ale to wynikało raczej z przypadku. Naprawdę nie mieliśmy na to czasu. Ja byłem zapracowany, organizowałem wówczas „Solidarność” Wiejską. Natomiast jeżeli się obserwowało ludzi, ich zachowanie, ich postawy, to w pewnym momencie można się było domyślać czegoś bardzo niezdrowego i oczywiście w ten sposób rozszyfrowałem paru agentów SB w trakcie „Solidarności”. Zawsze natychmiast o takich sprawach meldowałem przewodniczącemu Antkowi

Kopaczewskiemu. On oczywiście trochę bagatelizował te historie, bo wychodził z założenia, że jeżeli usuną tego, to wstawią następnego, ale to są w ogóle takie śmieszne różne historie. Musiałbym strasznie dużo opowiadać na ten temat.

Czy miały miejsce sytuacje, w których ludzie przyznawali się do współpracy z SB? Mnie osobiście przyznała się jedna osoba i było to już w końcówce stanu wojennego. Przedstawiła mi to, co zachowała w pamięci i tak to się skończyło. Ludzie, którzy współpracowali z bezpieką nie chcą się do tego przyznać przecież. Czy ta osoba była w jakiś sposób zmuszona przyznać się do współpracy, czy zrobiła to z własnej woli? Z własnej, dobrej i nie przymuszonej woli. Przyszedł do mnie i oświadczył mi: Janusz, była taka i taka sytuacja, ja podpisałem współprace z SB, to było tak i tak. Opowiedział mi jak to wyglądało i co było treścią rozmów z bezpieką. Po prostu takie pierdoły. Dziecinada.

Czy zetknęliście się kiedyś z KGB? To było troszkę śmieszne, ale tak. To wynikało w pewnym stopniu z mojej przygody w Lublinie na zamku w 1979 roku. Byłem tam z kumplem, gdy przyjechała wycieczka Komsomołu z Kazachstanu. Wśród nich była jedna blondyna z koleżanką. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać po rosyjsku, m.in. pytaliśmy je o to jak im się tam żyje itp. W każdym bądź razie wymieniliśmy adresy i deklarowaliśmy, że będziemy do siebie pisywać. Myśmy im zaproponowali, że jak chcą to mogą w Polsce zostać. My wam załatwimy, że będziecie mogły w Polsce zostać, a później zrobicie, co zechcecie. Może udałoby się nawet do Niemiec wyjechać. Ta blondynka nazywała się Irma Gerd i była Niemką. Mieszkała w Kazachstanie. Ojciec pracował w zakładach chemicznych. No i ona w obawie przed tym, co mogłoby spotkać jej rodzinę i rodzinę koleżanki, wykręcała się trochę. Gdy tak rozmawialiśmy, wpadł rozjuszony ich opiekun. Widać było po wyglądzie, kto to był, ale oczywiście trudno było przesądzać. To mnie bardzo zainspirowało. Myślałem sobie później, że taki gnój, taki KGB-owiec i on tu śmiał krzyczeć. Chodziłem wkurzony chyba z tydzień czasu. No i kiedyś byłem w Warszawie. Brałem bibułę od Henryka Wujca. Ponieważ mieli oni różne problemy, zaproponowałem im, że zrobię krótkofalówkę, która się zmieści w paczce po papierosach, i jak będzie ktoś wezwany na przesłuchanie to prawdopodobnie może być nie rewidowany, i on tą paczkę gdzieś zostawi w miejscu


2014 kwiecień przesłuchania. No, ale Heniek Wujec mówił, że to się nie uda. Ja stałem na stanowisku, że powinniśmy spróbować. Mielibyśmy rozeznanie. Po wyjściu z przesłuchania byłaby osoba, która nasłuchuje i wie, co między sobą mówią funkcjonariusze SB. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny bylibyśmy słuchaczami rozmowy funkcjonariuszy SB, którzy podsumowywaliby efekt czy wynik rozmowy z przesłuchiwanym. Nie udało mi się jednak go przekonać. Zaproponowałem aby zająć się tymi KGB-owcami. Opowiadałem im, że jeżdżą sobie oni na wycieczki po Polsce jak chcą i do Rzeszowa też przyjeżdżają. Zgodził się. Oczywiście było to odbicie pałeczki, bo według niego manewr z podsłuchem na KWMO czy Rakowieckiej gdzieś tam w Warszawie nie udał by się. No i stało się wreszcie tak, że Heniek Wujec stwierdził, że to by było ciekawe. No i podsunąłem mu pomysł, że należałoby sprawdzić gdzie oni chodzą, ci opiekunowie i przewodnicy wycieczek z ZSRR w Rzeszowie. Czy chodzą do KW PZPR, czy KWMO na Dąbrowskiego. Do Rzeszowa przyjeżdżały zazwyczaj wycieczki ze Lwowa. Heniek mówił, aby się tym zająć, że może faktycznie coś z tego wyjdzie. Specjalnie tego nie pilnowałem, ale do centrum miasta zawsze szedłem przez wiadukt i po prawej stronie mijałem hotel. Któregoś dnia patrzę, a zajeżdżają dwa autobusy ze Lwowa. Z pierwszego wyskakuje dziarski, wysportowany człowiek, lat trzydzieści parę. Zacząłem go obserwować. Chodziłem za nim po Rzeszowie ponad dwie godziny. Naprawdę z dużym dystansem, tak żeby facet nie rozpoznał mojej twarzy, że gdzieś się tam przewija. Trzymałem się dosyć daleko. No, ale musiał mnie zauważyć. Po dwóch godzinach zrezygnowałem. Pomyślałem sobie, że on ani nie idzie do Komendy Wojewódzkiej MO, ani do komitetu PZPR i zdecydowałem, że idę do domu. Schodziłem z wiaduktu w stronę ul. Konopnickiej, podchodziłem pod mój blok i się obejrzałem za siebie, a on szedł za mną. Wszedłem do domu, a co on sobie pomyślał? Nie wiem. Jestem pewien, że to był facet z KGB, bo był za dobry i znał Rzeszów dosyć nieźle. To nie był ktoś przypadkowy z wycieczki. Co mógł sobie pomyśleć taki KGBowiec? Że go bezpieka w Rzeszowie sprawdza? No przecież nie mógł sobie pomyśleć, że jakiś Szkutnik go śledzi. Powinienem wtedy wejść na komendę Milicji, ale nie wiedziałem, że on mnie „przejął”.

Czy jest jakiś dalszy ciąg tej opowieści, czy kiedykolwiek spotkał Pan tego człowieka? Nie. Nie spotkałem.

Czy starał się Pan uzyskać dokumenty na swój temat z IPN i czy w ogóle poznał Pan nazwiska TW, którzy na Pana donosili? Czy chciał Pan zdobyć wiedzę na ten temat?

naprawdę to społeczeństwo.

Poznałem wiele nazwisk osób, którzy na mnie donosili na podstawie dokumentów otrzymanych z IPN, ale wielu agentów niestety nie określono z imienia i nazwiska. Normalne. Zupełnie normalne.

Ależ oczywiście, że tak. Przecież nie jesteśmy zamknięci w jakimś obozie, żeby przed nami ukrywać istotne informacje, tym bardziej dotyczące naszej osoby. Natomiast to jest tak, że tak jak powiedziałem, wielu tajnych współpracowników, konsultantów, kontaktów operacyjnych pełniło dosyć poważne funkcje w kolejnych rządach po 1989 roku. Dlatego po prostu nie sposób jest wymagać od tych ludzi, żeby oni się przewartościowali i powiedzieli tak: jak to, to nasza racja stanu jest gówno warta? ( przepraszam za to słowo) Nasza racja stanu jest nie adekwatna do tego, co myśli społeczeństwo? Przecież to społeczeństwo decyduje lub autorytety moralne decydują, które czyny mają jakąś wartość moralną, a które nie. Oni zostawiają to wszystko do oceny w jakiejś wąskiej grupie ludzi, no i dzięki temu łatwiej jest sprawować władzę, łatwiej jest rządzić. Ja pamiętam te sytuacje, kiedy na przykład ujawniano niektóre nazwiska i jak to się odbywało. Sprawdziłem to na kilku przykładach i pytałem również kolegów z Krakowa. Odbywało się to bardzo podobnie. Oczywiście to było po tym jak IPN się urodził. Panie Jurku, my Pana prosimy, jako członkowie zacnej organizacji, oczywiście nie będę mówił jej nazwy, żeby Pan ustąpił z funkcji i może się Pan od nas wypisać. On to oczywiście robił. Ze strachu to robił. Po prostu wiedział, że oni wiedzą. Po czym po miesiącu dostawał Pan z IPN-u informację, że Pan Jurek był TW. Wzywają kolejną osobę. Panie Franiu, no wie Pan, Pan tutaj pełni ważną funkcję w naszej organizacji, no i nie wypada to tak, chcemy być wiarygodni dla społeczeństwa, dla ludzi i w ogóle. Niech Pan ustąpi z tej funkcji, albo się zrzeknie, albo teraz albo za miesiąc, bo ma być walny zjazd, czy tam wybory jakieś itd. No to Franiu się zrzeka. Po czym dopiero po miesiącu lub dwóch dostaje Pan w teczce, że Franiu był tajnym agentem SB. Oczywiście jest cały szereg takich postaci i te daty nam się bardzo zgadzają. I wtedy co Pan robi? Idzie Pan do kolegi i mówi tak: Ty, popatrz, w naszej organizacji jest kupa agentów. Ja dostałem ich wykaz. Kolega mówi do Pana tak: Słuchaj, oni już nie są w naszej organizacji. Więc tak się zamyka problem racji stanu ludzi, którzy poszli na współpracę z systemem komunistycznym i dalej takie kłamstwo utrzymują, że oni są w porządku, a tak naprawdę nigdy nie byli w porządku.

Rozumiem, że nie poznał Pan wszystkich? Nie poznałem i pewnie nie poznam. Mogę się jedynie domyślać. To jest zupełnie zrozumiałe. Obojętnie czy to będzie Państwo totalitarne, czy demokratyczne, to władza nie chce dopuścić do tego, żeby osoba represjonowana znała nazwiska agentów, którzy na nią donosili. Najczęściej bywa tak, że kolejna władza i następna władza korzysta z tych agentów. Akurat w przypadku tw Służby Bezpieczeństwa być może było trochę inaczej, ale wiele osób jeszcze po roku 1989 było bardzo wpływowych, funkcjonowało w polityce, w gospodarce, więc jest to wszystko w zbiorach zastrzeżonych. Także IPN jest takim Cerberem, który pilnuje żeby społeczeństwo broń Panie Boże nie wiedziało, kto rozpieprzył Polskę i kto rozwalił gospodarkę. IPN tego pilnuje i ustawa o IPN, parytety, czyli ukadrowienie IPN-u. To wszystko ma swoją logiczną całość. To bardzo proste.

Czy nie miał Pan oporów przed zapoznaniem się z „twórczością” SB na Pana temat i rozpoznaniem agentów? Niektórzy ludzie wychodzą bowiem z założenia, że nie chcieliby nigdy dowiedzieć się niczego kompromitującego o swoich bliskich, współpracownikach, przyjaciołach, znajomych. Jak Pan podchodzi do tej kwestii? Tak, ale ci, którzy mówią, że nie chcą poznać żadnej prawdy, takiej prawdy, która mogłaby kompromitować w jakiś sposób tajnych współpracowników SB, to oczywiście nie rozumieją problemu. Ten problem jest im narzucony w fałszywych alternatywach moralnych i oni tak mówią bo są zauroczeni tym kłamstwem, które obiecuje im bezpieczeństwo. Natomiast rzeczywistość jest inna. Według mnie każdy powinien poznać, powinien mieć wykaz wszystkich tajnych współpracowników, którzy na niego donosili. Oczyściłoby to życie społeczne. Oczyściłoby to

Rozumiem, że według Pana to jest również kwestia odpowiedzialności społecznej.

Dziękuję za rozmowę.

71


kwiecień 2014

Z Mirosławem Romańskim o jego najnowszej książce pt. „Funkcjonowanie nomenklatury partyjnej w województwie rzeszowskim w latach 1948/49-1990” rozmawia Marcin Maruszak Mirosław ROMAŃSKI – ur. 24 IV 1975 r. w Rzeszowie, ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Rzeszowskim. W latach 2006-2007 historyk Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii najnowszej. Autor ponad trzydziestu artykułów naukowych i sześciu publikacji książkowych. Prowadzi zajęcia dydaktyczne z historii współczesnej i politologii. W swoich badaniach koncentruje się na zagadnieniach społeczno-politycznych po 1945 r. w wymiarze lokalnym, ogólnopolskim oraz międzynarodowym. Marcin Maruszak: Jakie są Twoje początki zainteresowania historią najnowszą Rzeszowa i Podkarpacia? Mirosław Romański: Jeśli chodzi o

moje zainteresowania, skrystalizowały się one na przedostatnim roku studiów, kiedy już wiedziałem że historia najnowsza będzie tą dziedziną której się poświęcę. Oczywiście historia ogólnie interesowała mnie już od dziecka, zawsze miałem umysł humanistyczny. Maturę po ukończeniu szkoły średniej na własne życzenie (bo była taka opcja) zdałem z historii. Tematyka Rzeszowa, woj. rzeszowskiego i Podkarpacia była przedmiotem mego zainteresowania z oczywistych powodów, tak jak w przypadku wielu innych historyków badających dzieje swych regionów – mianowicie tutaj się urodziłem.

Jak długo pracowałeś nad książką i do jakich źródeł udało Ci się dotrzeć? Pracowałem nad nią niemal równocześnie z kwerendą archiwalną do pracy doktorskiej. Ogółem zajęło mi to prawie 4 lata. Prawdziwą kopalnią wiedzy przy przygotowywaniu tej publikacji były oczywiście akta KW PZPR w Rzeszowie, dzięki którym udało się

72

zrekonstruować styl działania organizacji partyjnej. Źródeł było sporo, a najważniejsze z nich to dokumentacja wytworzona przez kluczowe wydziały: Organizacyjny, Kadr, Administracyjny, Sekretariat i Egzekutywę. Udało mi się dotrzeć też do akt zdeponowanych w rzeszowskim IPN, ale z uwagi na fakt że Instytucja ta w swoich zbiorach ma głównie akta aparatu represji, nie znalazłem tam dużo informacji.

Na jakie przeszkody natrafiłeś w trakcie jej pisania i wydawania? Jeśli chodzi o wydanie, nie miałem żadnych przeszkód. Pomijam tutaj oczywiście sprawy finansowe, bo rzeczą oczywistą jest że znalezienie wydawcy-sponsora na tego typu książkę w Polsce jest w zasadzie niemożliwe. Zatem w tej kwestii uczyniłem to własnym sumptem. Jeśli chodzi o przeszkody w trakcie pisania, do największych należało ustalenie schematów organizacyjnych KW PZPR w poszczególnych okresach. Wielu historyków w swych książkach często podaje schemat organizacyjny – stan na dany rok, co jest zadaniem prostym. Jeśli natomiast mamy ustalić schematy na przestrzeni ponad 40 lat, rodzi się poważny problem. Nie ułatwiają tego braki w dokumentacji, co jest nagminne

w przypadku zespołu KW PZPR w Rzeszowie.

Dlaczego temat funkcjonowania nomenklatury partyjnej jest ważny obecnie? Istotny jest z dwóch powodów, które są ze sobą powiązane. Po pierwsze, nie było dotąd obiektywnej publikacji na ten temat, zresztą sam termin nomenklatura jeszcze do niedawna był drażliwy. Większość publikacji obecnie znajdujących się w bibliotekach i księgarniach pochodzi od autorów uprawiających zawód historyka za komuny. Toteż wiadomo jaka jest wartość naukowa tych publikacji, o ile w ogóle jest. Część co prawda wydano po 1990 r., ale ton chwały dla komunistów nadal w nich jest obecny, z czego prosty wniosek skąd również wywodzą się ich autorzy. Po drugie, o systemie nomenklatury nie możemy zapominać współcześnie, więc takimi i podobnymi publikacjami musimy wpływać na kształtowanie świadomości społecznej, prawdziwej a nie tej zakłamanej jak się dziś próbuje nadal niestety robić. Chowanie głowy w piasek i milczenie po 20 latach od zakończenia „systemu” jest swoistą patologią. Ja się dziwię, że młodzi naukowcy boją się tego tematu. Część z nich pewnie zawdzięcza swoją pracę na uczelni działaczom


2014 kwiecień PZPR, zatem nawet jak myśli o komunie tak jak ja, celowo podejmować tematu nie będzie. Sprawa trudna niewątpliwie. Dla mnie nie ma miejsca na Uniwersytecie Rzeszowskim, chociaż starałem się tam o pracę co najmniej 10 razy. Ustawiane konkursy wygrywały osoby o dorobku dużo mniejszym ode mnie i powiązane z byłymi „towarzyszami”.

Jaki wpływ miała nomenklatura b. PZPR na system represji stosowanych przeciwko Polakom przed 1990 rokiem? Moim zdaniem istotny i w zasadzie najważniejszy. Nie zapominajmy, że w Polsce po drugiej wojnie światowej w zasadzie od partii zależało wszystko. Jeśli nie było tak za PPR, bo była różnorodność polityczna pod względem partii i nie istniała nomenklatura, o tyle od 1949 r., kiedy ją ustanowiono, już tak było tzn. wszystko zależało od PZPR. Omawiana na Egzekutywach „polityka i kierunki w działaniach represyjnych” miały istotne odbicie w rezultatach procesów politycznych i formach represji. W KW PZPR z góry ustalano, co należy zrobić w danych sprawach karnych. Po to wzywano na posiedzenia ludzi zatrudnionych w sądach, na milicji, UB/SB aby wraz z nimi wypracowywać wspólną politykę represyjną, a de facto aby przyjąć wytyczne partii. Tak było w latach 50. XX w. Potem stworzono już specjalizujący się w tych sprawach Wydział Administracyjny na szczeblach KC i KW PZPR. Istniały one co prawda od początku PZPR ale z przerwami wywołanymi częstymi reorganizacjami. Dopiero od końca lat 50. formalnie Wydziały Administracyjne odpowiadały za kreowanie polityki represyjnej i sprawowanie nadzoru nad tzw. aparatem bezpieczeństwa publicznego.

Co obecnie dzieje się z ludźmi nomenklatury partyjnej z Rzeszowa i jak potoczyły się ich losy po 1990 r.?

Plenarne posiedzenie KW PZPR w Rzeszowie w dniu 14.05.1968 r. (Zbiory Archiwum Państwowego w Rzeszowie, zespół 1246, sygn. 15614)

Osoby te można podzielić na kilka grup. Starsi wiekiem działacze są na emeryturach (całkiem niezłych), część oczywiście nie żyje. Osoby które w latach 80-tych miały po 30 lub więcej lat, dziś najczęściej pełnią różne funkcje w sektorze administracji publicznej lub zatrudnione są na państwowych stanowiskach w urzędach. Gros ich pełni może nie najważniejsze, ale ważne funkcje w sądach, Prokuraturze, w Urzędzie Wojewódzkim i w Urzędzie Miasta Rzeszowa. Niemała ich grupa pracuje w różnych firmach prywatnych, którym szefują byli esbecy z Rzeszowa. Dużo pracuje o zgrozo – w szkolnictwie każdego typu, od szkół podstawowych, poprzez

73


kwiecień 2014 podobnie jak za komuny biurokrację. Mamy w tym momencie przesyt pracowników w urzędach Marszałkowskim i Wojewódzkim. W pięknym ogrodzie z fontannami obok alei pod kasztanami, gdzie znaczną inicjatywę ma Urząd Miasta Rzeszowa i prezydent, pobrzmiewają szlagiery komunistyczne, a ludzie się schodzą i słuchają. Podobnie ma się sprawa z organizowaniem wystaw, rocznic, kolejnych urodzin Gierka, uchwał o nadaniu ulicy imienia towarzysza Kruczka, spotkań w dniu 1 Maja i święta pracy jak to ostatnio mówił Miller – bez pracy. Co najmniej jak by chciał uzmysłowić obywatelom że kiedy rządzi SLD, ludzie znajdą pracę. Objęty mocno wpływami komunistycznymi rzeszowski IPN ma również pomysły które powierzchownie piętnują komunę, ale z drugiej strony ją popierają.

Plakat propagandowy KW PZPR w Rzeszowie (Zbiory Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie)

gimnazja, licea, technika, po uczelnie wyższe publiczne i niepubliczne. Nie brzmi to optymistycznie, bo zazwyczaj są to osoby jak to się potocznie mówi „nie do ruszenia”. Tacy również w znaczniej mierze pracują na Policji i w Straży Pożarnej.

Czy ludzie nomenklatury partyjnej mają nadal wpływ na życie mieszkańców naszego miasta?

Naturalnie, że mają. Przecież sam prezydent miasta Tadeusz Ferenc jest byłym działaczem komunistycznym. Toteż jaka opcja rządzi – taka polityka. Pomnik Czynu Rewolucyjnego stoi nadal (i żeby było śmiesznie), na terenie należącym do księży. Jeśli już tak lewicy zależy aby stał, to przynajmniej do dobrego tonu należy ściągnięcie z niego widniejących z obu stron symboli ruchu robotniczego. W administracji tworzy się

Plakat propagandowy KW PZPR w Rzeszowie (Zbiory Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie)

74

Do jakich nadużyć dochodziło w łonie nomenklatury KW PZPR w Rzeszowie, czy znane są przypadki postępowań sądowych w tych sprawach? Na ogół wachlarz był szeroki. Głównie chodziło o pieniądze i zawłaszczanie ich. Postępowania były przeważnie tylko zasłoną dymną, za którą proceder nadal uprawiano. Zresztą niewiele z tych spraw doprowadzono do końca, a jeśli doprowadzano to kary były niewspółmierne do zarzucanych czynów. Najbardziej rażącą sprawą była afera w delegaturze NIK w Rzeszowie w 1983 r., której dyrektor w wielu sprawach postąpił nieodpowiedzialnie. W latach 80-tych do największych należały: afera w CPN w Rzeszowie, gdzie zagarnięto około 10 mln zł, afera w Kombinacie Budowlanym w Rzeszowie, gdzie skradziono 6 mln zł, a także afera w Spółdzielni Pracy „Modextra” w Rzeszowie, gdzie skradziono 6,1 mln zł. Były też zakończone wyrokami afery w Centrali Rybnej w Rzeszowie, Zakładach Przemysłu Terenowego w Rzeszowie, w zakładach ZPOW „Alima” w Rzeszowie, a także placówce Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy w Rzeszowie. Niestety charakterystyczne dla funkcjonowania nomenklatury komunistycznej „szukanie kozła ofiarnego” doprowadzało do ukarania osób które ponosiły najmniejszą winę, a główni aferzyści dostali tylko zatarte niedługo kary partyjne, które de facto nic nie znaczyły i nie wiązały się z jakimiś szczególnymi rygorami. Tak było w ostatniej sprawie którą wymieniłem, czyli w aferze SFOS mającej miejsce w Rzeszowie bodajże w połowie lat 60-tych. Procesy sądowe i ukaranie winnych również niewiele znaczyły, ponieważ po jakimś czasie ludzie ci powracali na te same stanowiska lub nawet lepsze.


2014 kwiecień

Plakat propagandowy KW PZPR w Rzeszowie (Zbiory Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie)

Jak oceniasz szkody wywołane wieloletnimi rządami PZPR w Rzeszowie i na Podkarpaciu? Jeśli powiem, że w 1988 r. na zebraniu KC PZPR wszyscy jednomyślnie stwierdzili że Polska jest na skraju bankructwa, to chyba nie wymaga to dalszego rozwijania tematu. Szkody były dość spore, bo w ciągu 40 lat istnienia PZPR w woj. rzeszowskim, jej nomenklatura w wyniku przestępstw gospodarczych zagarnęła prawie pół miliarda zł. W skali Polski było to ponad 50 mld zł, zatem mamy prosty rachunek, wówczas było 49 województw. Oczywiście na terenie innych województw szkody były wyższe z racji większej liczebnie organizacji partyjnej. Najbardziej widocznym skutkiem nieodpowiedzialnych decyzji, zawłaszczania mienia i kradzieży środków pieniężnych, było zmarnotrawienie wielu urządzeń, maszyn, materiałów budowlanych i innych dóbr materialnych.

Na czym polegał monopol władzy PZPR, jakie mechanizmy decydowały o głównym wpływie partii komunistycznej na rządzenie państwem?

Monopol polegał w istocie na uzurpowaniu sobie wyłącznego prawa do decydowania dosłownie we wszystkich sprawach wagi ogólnokrajowej, wojewódzkiej, powiatowej i lokalnej. Nawet w tych sprawach, w których oficjalnie mówiło się że są „poza zasięgiem partii”. Mechanizmem wyjściowym było stworzenie systemu nomenklatury, który gwarantować miał na wszystkich kierowniczych lub odpowiedzialnych materialnie stanowiskach ludzi PZPR. Do tego dochodziła jeszcze hierarchiczna struktura PZPR oparta na takich samych komórkach i wydziałach na poziomie centralnym, wojewódzkim i niższym. Te trzy czynniki zdecydowanie przesądziły o pełnym monopolu. Czyli: mamy swoich ludzi + mamy strukturę = decydujemy o wszystkim.

Czy działalność PZPR miała charakter zbrodniczy? W przypadku afer o których mówiłem wyżej, raczej przestępczy. Jeśli przyjąć by tezę, że PZPR miała wpływ na działania UB/SB oraz ówczesnego sądownictwa, w przypadku wielu spraw można by pokusić się o takie stwierdzenie. W dobie nagonki na powojenne PSL, przecież z inspiracji PPR zamordowano w Polsce ponad 120 działaczy partii Mikołajczyka. Czy to nie zbrodnia? Nie zapominajmy również, że system ten w istocie opowiadał się zawsze za rządami „twardej ręki”, popierał Stalina i morderstwa, a w stanie wojennym stał się przyczyną śmierci co najmniej kilkudziesięciu osób. Zatem PZPR była organizacją przestępczą i zbrodniczą, łamiącą świadomie prawo obowiązujące wówczas w Polsce.

Czym partia komunistyczna zjednywała sobie poparcie znacznej części Polaków? Na ogół kłamliwą propagandą i obietnicami. Partia jak ja to określam, wielokrotnie nabrała Polaków, bo potem nic z tego nie wynikało, tzn. było jeszcze gorzej. Zjednywanie poparcia

w trudnych czasach, kiedy na półkach w sklepach mieliśmy tylko kurz, było prostsze niż dziś, ponieważ zachęty aby wstąpić do partii nakręcały się wokół korzyści materialnych i socjalno-bytowych. Obiecywano mieszkanie, telefon, samochód, lodówkę a także lepsze uposażenia w pracy, premie, dodatki itp. To przyciągnęło wiele osób żyjących bardzo skromnie. Dlatego wiele osób de facto wstąpiło do PZPR z czystego interesu. Część z nich zupełnie „straciła głowę” i po kilku awansach na stanowiska kierownicze, zaczęła kraść i mataczyć.

Jaka była rola donosu w wewnętrznej kontroli partyjnej? Taka sama jak na UB lub SB. Funkcjonowało to bardzo podobnie. Ktoś zaufany kierownictwa regularnie donosił co się dzieje w jego środowisku. Za to mógł otrzymać wyższą premię lub dodatek w pracy. Rola donosu w łonie partii jednak zawsze była sprawdzana czy rzeczywiście zarzuty się potwierdzają. Dlatego często weryfikowano to specjalną komisją, która miała zbadać sprawę.

Jakie według Ciebie frakcje partyjne miały największe wpływy w KW PZPR w Rzeszowie? Wśród I sekretarzy były różne opcje. Największe mimo wszystko w murach KW PZPR miały wpływy frakcje Żydów i puławian. Przykładowo, Władysław Kruczek kojarzony z tą druga frakcją, był najdłużej urzędującym I sekretarzem KW, bo 14 lat.

Którzy działacze KW PZPR mieli największy wpływ na uwłaszczenie się miejscowej nomenklatury i na czym ono polegało? Na pewno największy wpływ mieli I sekretarze poszczególnych wydziałów, jak również cały trzon kierowniczy tych wydziałów, czyli sekretarze, zastępcy i kierownicy. Część z nich po upadku PZPR za pieniądze pochodzące ze składek partyjnych oraz innych nieuczciwych źródeł, założyło prywatne inicjatywy dorabiając się fortuny. Niektórzy inwestowali w różne nieruchomości i dzięki temu mieli okazję posiadać dodatkowe źródła dochodów. Często działali oni razem w grupie tak jak niegdyś w KW, przejmując majątek publiczny. W zasadzie zjawisko to miało miejsce w ostatnich latach dekady lat 80-tych.

Dziękuję za rozmowę. Ja również dziękuję.

75


kwiecień 2014

Mirosław Romański Dlaczego Platforma Obywatelska działająca na Podkarpaciu w swoich posunięciach przypomina PZPR? Jak to się dzieje, że w stolicy Podkarpacia, Rzeszowie, w samym centrum 200 tys. miasta do dnia dzisiejszego stoi zaprojektowany w 1970 r. przez architekta z Krakowa, Mariana Koniecznego, tak zwany Pomnik Czynu Rewolucyjnego? Jak to może się stać – jak mawiał Gombrowicz – nie stając się równocześnie absurdem? Dlaczego na tym pomniku istnieje wizerunek żołnierza, chłopa i robotnika kojarzony z ruchem robotniczym zapoczątkowanym w 1917 r. przez Włodzimierza Lenina? Jak to się dzieje, że w Rzeszowie, gdzie od wielu lat poparcie społeczne w jakichkolwiek wyborach ukierunkowane było na partię braci Kaczyńskich „Prawo i Sprawiedliwość”, od 11 lat rządzi prezydent związany z lewicą i przed 1990 r. z PZPR? Tych i podobnych pytań jest wiele. Mimo to, w codziennej gonitwie gros obywateli Rzeszowa nie myśli o tych sprawach i nie zastanawia się nad tym. Żeby udzielić odpowiedzi na powyższe pytania należy zapytać wpierw czym tak naprawdę jest Platforma Obywatelska? Już dziś w powszechnych środkach masowego przekazu myślący widzowie nie mają wątpliwości, jak widzą premiera Donalda Tuska podającego rękę Leszkowi Millerowi i mówiącemu otwarcie o stworzeniu koalicji PO–SLD. Przecież nie od dziś wiadomo, że w PO znajduje się sporo osób powiązanych z byłą nomenklaturą komunistyczną. Według moich skromnych szacunków ponad 60 tys. partia w skali całego kraju może mieć w swych szeregach co najmniej 30% ludzi związanych w przeróżny sposób z dawną PZPR. Oczywiście jest to problem ogólnopolski, zatem na Podkarpaciu też jest podobnie. Jeśli działacze PO są w swoich karierach kojarzeni tylko z tą partią, bo takich jest wielu, i choć de facto nigdzie wcześniej nie działali, nie oznacza to że popierają państwo demokratyczne. Mając obiecanych ze strony lewicy wiele korzyści, działacze ci stają się sympatykami lewaków, dawnych działaczy lewicowych i

76

pezetpeerowskich. Dlaczego lewacy zapisują się do PO? Dlatego, że widzą w tym korzyści dla siebie. Jest to zupełnie to samo zjawisko które mieliśmy w latach 1980–1981, kiedy prawie milion działaczy PZPR widząc że partia się sypie, usiłowało zapewnić sobie korzyści wiążąc się z prącą do władzy „Solidarnością”. Zatem powody do jej wstąpienia były te same co po II wojnie światowej, kiedy większość zapisujących się do PZPR widziało w niej wyłącznie korzyści materialne, zawodowe oraz rosnącą pozycję społeczną. Przyczyn opanowania przez lewicę kluczowych stanowisk w Polsce i na Podkarpaciu od formalnego końca socjalizmu w dniu 31 I 1990 r. należy upatrywać w oszustwie okrągłego stołu, który jak się po latach okazało – nie był odrzuceniem postkomuny czy wówczas jeszcze komuny od władzy, tylko zapewnieniem jej istnienia w „nowej rzeczywistości”. Przecież rzekło się wtedy słowo „wasz prezydent – nasz premier”, i wówczas już dać mogło to do myślenia. Powszechna euforia i zawierzenie ekipie (podstawionego przez SB) Wałęsy i „Solidarności” przytłumiły jednak rozważania nad okrągłym stołem. Formalne rozwiązanie Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Rzeszowie nie szło wcale w parze z odsunięciem ludzi z nim związanych od możliwości awansu i pięcia się do góry. Do pierwszych posunięć mających na celu zapewnienie bytu ludziom związanym z poprzednim systemem i ich rodzinom, było opanowywanie wpływami lewicy szkolnictwa w Rzeszowie i całym województwie. Toteż szybkie stało się przeniesienie Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Rzeszowie na Uniwersytet Rzeszowski, wówczas zwany jako Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Trzeba tutaj powiedzieć, że 20 lat od formalnego rozwiązania PZPR, Senat tej uczelni oraz kluczowe stanowiska opanowane są przez klikę post pezetperowską i co najgorsze – ma się ona dobrze. Ustawienie się byłych „towarzyszy” w szkolnictwie wyższym gwarantuje im już ponad 20 lat pewne zatrudnienie i godziwą płacę. Patrząc z drugiej strony, sam osobiście nie chciał bym studiować

na uczelni, gdzie przedmioty wykładają byli esbecy i ludzie partii sprzed 1990 r., a już na pewno nie na kierunkach humanistycznych. Tak niestety jest. Historię najnowszą po 1945 r. wykładają gorliwi działacze PZPR, którzy poza swymi rodzinami oraz kolegami i koleżankami jeszcze z PRL, nie dopuszczają do zatrudnienia normalnych, młodych, starających się i ambitnych naukowców. Bezrobotni doktorzy historii najnowszej, którzy starali się o pracę na URz, zostają odsyłani z kwitkiem wiele razy. I nikogo nie obchodzi, że mają dorobek naukowy na poziomie profesorskim. W myśl zasady, że najpewniejszą pracą jest zatrudnienie na garnuszku państwowym, ludzie byłej PZPR w Rzeszowie do dnia dzisiejszego pełnią różne funkcje w urzędach marszałkowskim i wojewódzkim, w Policji, Straży Pożarnej, a także w wymiarze sprawiedliwości. Przecież powszechne jest zatrudnianie na wysokich stanowiskach sądów rzeszowskich ludzi wydających wyroki w latach osiemdziesiątych XX w. na działaczach opozycyjnych. Zatem jak widać, nikomu to nie przeszkadza i w ogóle się o tym nie mówi. W spółkach utworzonych na bazie firm państwowych zasiadają byli esbecy, dyrektorami szkół na Podkarpaciu są w wielu przypadkach ludzie PZPR albo ich dzieci, a nawyki nabyte przez te osoby za poprzedniego systemu praktykuje się do dnia dzisiejszego. Służba Ochrony Kolei działa jak milicja, Policja w swoich działaniach czasami przypomina swoją poprzedniczkę. Mentalność i ogólne podejście urzędników na Podkarpaciu do petentów przypomina „spychologię stosowaną” za PRL, a na łamach prasy rzeszowskiej i w ogóle powszechnej prasy i środków masowego przekazu, pojawia się ogólny sentyment do PRL. Coraz częściej w godzinach największej oglądalności tak na Podkarpaciu jak i w skali całego kraju, powołuje się na wypowiedzi lewaków, sprawia się wrażenie ich fachowych wypowiedzi na dane tematy, promuje się ich osoby w Dzienniku TV, siejąc przy tym ostrą nagonkę na Kościół katolicki. Ustawianie się lewaków i zabezpieczenie


2014 kwiecień

Plakat propagandowy KW PZPR w Rzeszowie (Zbiory Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie).

sobie przez nich bytu było procesem długotrwałym zapoczątkowanym w 1990 r. Potwierdzeniem był wybór w 2002 r. na prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca byłego działacza komunistycznego. Zapewniło to podejmowanie najważniejszych decyzji dla miasta przez człowieka związanego z lewym skrzydłem, w dodatku myślącego według mechanizmów przyjętych za PRL. Zabiegi o wpływy lewaków w Urzędzie Miasta Rzeszowa wiązały się ponadto z kompromitowaniem radnych prawicy przy każdej okazji, nasyłaniem kontroli NIK i nagłaśnianiem w prasie o nieprawidłowościach. W toku kampanii wyborczej i zabiegów lewicy o obsadzenie swoimi ludźmi kluczowych stanowisk w województwie odsunięto z funkcji prezydenta Przemyśla, pod zarzutami nieudolności kierowania miastem. Działaczem SLD obsadzono stanowisko przewodniczącego przemyskiej Rady Miejskiej, stanowisko rzecznika praw konsumenta, powoływano ludzi lewicy na członków rad nadzorczych itp. Podobny mechanizm miał miejsce w innych miejscowościach województwa. W toku nachalnego umacniania pozycji lewaków i podkarpackiego SLD marzeniem ich było odwrócenie tendencji wyborczych na Podkarpaciu, czyli intensywne zabiegi żeby „bastion prawicy” przestał nim być. Do dnia dzisiejszego mamy w życiu społecznym Rzeszowa i Podkarpacia szereg symptomów wszechogarniającego nas spadku po PRL. I w wielu przypadkach nikt się temu w ogóle nie sprzeciwia. Pod pomnikiem

czynu rewolucyjnego składa się wieńce, czci się Gierka a także innych komunistów. Nie ma się co łudzić, że styl działania różnych placówek którym szefują dziś byli działacze PZPR uleganie zmianie i odejdą oni na emerytury. Ich dzieci przecież swój sukces zawodowy będą zawdzięczać im. Zatem niemożliwe jest żeby poparły jakieś inne ugrupowanie niezwiązane w żaden sposób z lewakami i komuną. Dlaczego w Polsce do tej pory tak jest? Ano dlatego, że przed dwudziestoma laty nie powiedzieliśmy stanowczo NIE, godząc się na zawarcie układu z ludźmi PZPR. Nie było dane żeby rząd Jana Olszewskiego pracował przez całą kadencję, żeby Antoni Macierewicz skończył swe prace nad upublicznieniem osób wplątanych w komunę i SB, żeby doszło do szybkiej lustracji. Charakterystyczne dla mechanizmu komunistycznego jest to, że jeśli nie da się na skutek różnych okoliczności i działalności ugrupowań prawicowych, oderwać lewaków od władzy, będą oni odwlekać w czasie pewne sprawy. Potwierdziło to zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego przez nich 31 artykułów ustawy lustracyjnej w 2008 r. i tym sposobem odciąganie lustracji. Wiele podobnych działań na Podkarpaciu miało miejsce. Z drugiej strony panujące powszechnie wśród wielu obywateli Podkarpacia maniakalne stanowisko popierania komuny i sentymentu dla PRL, staje się właściwie niepodważalne. Ludzie ci często w dyskusjach nie chcą rozmawiać na temat polityki, chwaląc Gierka, Kruczka,

i podając podstawowy argument, że było lepiej bo każdy miał pracę. Nikt nie pamięta, że życie w latach 80-tych dla przeciętnego obywatela niezaangażowanego w dodatkowe dochody z udziału w donosicielstwie czy też niezwiązanego z partią, było bardzo trudne. Częstokroć, aby wyjechać na wczasy, korzystało się z pożyczki zakładowej, przy dochodach w okresie stanu wojennego i w latach następnych zarobki ledwo starczały na wyżywienie i utrzymanie rodziny, nie mówiąc o odkładaniu oszczędności. Przykładowo, 1 kg jabłek kosztował 600-700 zł, co wymagało pół dniówki pracy, nieraz w sezonie. Podobnie było z 1 kg mięsa, na które trzeba było pracować 8 godzin. Skąd bierze się to maniakalne stanowisko? Ano stąd, że przez prawie pół wieku komuna kłamliwie nagłaśniała same sukcesy i pokorni obywatele do tego przywykli. Każdy lubi słuchać pochwał, zatem kłamliwa propaganda komunistyczna miała odbiorców. Oczywiście do pewnego czasu, bo wiele osób połapało się że kolejna nowomowa zdemokratyzowanych sekretarzy jest nadal pustosłowiem i sztucznym dmuchaniem balona. Co należy robić, żeby zmienić zaistniały stan rzeczy? Należy budować świadomość społeczną i docierać do ludzi z rzetelnymi publikacjami naukowymi oraz popularnonaukowymi. Obowiązkowe jest tutaj żeby ludzie związani z nomenklaturą postkomunistyczną oraz lewakami nie mieli możliwości kształtowania opinii szerokich mas. To nie jest zadanie proste, ale nie jest też niemożliwe.

77


kwiecień 2014

Wywiad z dr Lidią Fiejdasz o książce jej autorstwa pt.: “Stosowanie prawa przez Wydział do Spraw Wyznań w Rzeszowie wobec duchownych Kościoła katolickiego w 1950-1973″, wydanej przez wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Lidia Fiejdasz – Absolwentka Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Kazimierza Wielkiego w Brzozowie. W latach 1999-2005 odbyła studia w zakresie prawa i prawa kanonicznego na Wydziale Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL. Od 2008 r. jest doktorem nauk prawnych w zakresie prawa, specjalność prawo wyznaniowe. Pracuje w Katedrze Prawa Kanonizacyjnego KUL na stanowisku adiunkta. Trzykrotnie przebywała na stażach naukowych we Włoszech, w tym w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Jest autorką kilkunastu publikacji dotyczących sytuacji Kościoła na Rzeszowszczyźnie w PRL oraz publikacji z zakresu prawa kanonizacyjnego.

Marcin Maruszak: Proszę przybliżyć, jakie były początki Pani zainteresowań działalnością Urzędu do Spraw Wyznań i jak doszło do napisania książki, o której rozmawiamy? Lidia Fiejdasz: Moje zainteresowania

działalnością Urzędu do Spraw Wyznań rozpoczęły się od osoby ks. Władysława Findysza, proboszcza z Nowego Żmigrodu, który w 2005 r. został zaliczony w poczet błogosławionych i ogłoszony pierwszym męczennikiem reżimu komunizmu w Polsce. Jego postać zainteresowała mnie w sposób szczególny z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że nie poniósł śmierci przez przelanie krwi, jak większość męczenników, ale zmarł z powodu tortur poniesionych w więzieniu. W prawie kanonizacyjnym mówi się w takich przypadkach, że ktoś poniósł śmierć ex aerumnis carceris. Stąd zrodziło się pytanie, dlaczego ks. Findyszowi przyznano tytuł męczennika. I po drugie, należało zbadać motywację wyroku karnego i przekonać się, czy można udowodnić, że prześladowca działał z nienawiści do wiary. W Instytucie

78

Pamięci Narodowej w Rzeszowie zapoznałam się aktami sprawy karnej ks. Findysza, skazanego na podstawie art. 3 dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania z 5 sierpnia 1949 r. To z kolei skłoniło mnie do dalszych poszukiwań w zakresie stosowania prawa wobec kapłanów woj. rzeszowskiego. Tak zrodził się pomysł, aby zbadać akta wytworzone przez Wydział do Spraw Wyznań w Rzeszowie. Udałam się więc do Archiwum Państwowego, gdzie akta Wydziału są zgromadzone. W ten sposób rozpoczęłam kwerendę, która trwała ponad trzy lata. W tym czasie powstawały kolejne strony tekstu.

Książka została napisana w oparciu o bardzo rozbudowany materiał źródłowy. Czy nie miała Pani żadnych problemów z dotarciem do poszczególnych dokumentów? Z pozyskaniem dokumentów nie miałam trudności. Zarówno w Instytucie Pamięci Narodowej w Rzeszowie, jak i w Archiwum Państwowym spotykałam się z dużą życzliwością. W moim przekonaniu trudność polegała na przeczytaniu bogatej

dokumentacji, zrobieniu odpowiedniej syntezy, wydobyciu elementów prawnych z tysięcy stron, czasami mało czytelnych maszynopisów i rękopisów; na ustalaniu stanu prawnego, który obowiązywał np. w momencie, gdy referenci opisywali wyniki rugowania nauki religii z punktów katechetycznych.

Cezurą czasową Pani książki są lata 1950-1973. Czy zamierza Pani kontynuować badania nad późniejszą działalnością rzeszowskiego WdsW, który od 1973 roku funkcjonował w strukturach Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie? Z tego co wiem, po 1973 r. dokumentacja Wydziału nie jest już tak bogata. Zachowało się dosłownie kilka kilkudziesięciostronicowych teczek. Więc materiał do prowadzenia badań jest dosyć ubogi.

Czy odbyła się jakakolwiek promocja Pani książki na terenie Rzeszowa


2014 kwiecień jakiekolwiek postępowania w tych sprawach?

APR, Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, sygn. 20961, Fragment Inf dot samowoli budowlanej na terenie województwa rzeszowskiego (Kopia ze zbiorów Lidii Fiejdasz)

lub Podkarpacia? Jakie w ogóle było i jest zainteresowanie mediów z Podkarpacia Pani publikacją? Nie zabiegałam o taką promocję.

Czy według Pani UdsW należy stawiać obok innych organów represji komunistycznych, takich jak np. Służba Bezpieczeństwa, a jeśli tak to dlaczego? Rzeczywiście, ustawą z 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów, do organów bezpieczeństwa państwa zaliczony został Urząd do Spraw Wyznań oraz terenowe organy administracji państwowej o właściwości szczególnej do spraw wyznań stopnia wojewódzkiego (art. 5 ust. 1 pkt 14). Tą samą nowelizacją do tychże organów zaliczono Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk wraz z wojewódzkimi i miejskimi urzędami kontroli prasy, publikacji i widowisk oraz Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk wraz z okręgowymi urzędami oraz inne. W moim odczuciu jest to działanie słuszne. Urząd do spraw Wyznań był częścią państwowego aparatu represji i kontroli, stąd dobrze się stało, że znalazł się w art. 5 ustawy o IPN.

Czy spotkała się Pani z przypadkami nadużyć pracowników WdsW w Rzeszowie lub działań bezprawnych wobec księży? Czy były prowadzone

Oczywiście, takich przypadków jest bardzo dużo. Przy czym należy odróżnić bezprawne działania Wydziału, który realizował wytyczne Urzędu do Spraw Wyznań i KC PZPR oraz samowolę pracowników Wydziału. Na przykład wynagradzanie „księży patriotów” z Funduszu Kościelnego było powszechną praktyką, która naruszała przepisy ustawy o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki. Wbrew zasadzie równości wobec prawa wpisanej do art. 69 Konstytucji PRL wobec kapłanów postępowych w sposób uprzywilejowany stosowano m.in. prawo karne, administracyjne, przepisy podatkowe. Na podstawie tych samych przepisów z całą surowością karano księży pozostających w jedności z Kościołem katolickim. Wytyczne Urzędu były klarowne: należało wyciągać konsekwencje w sto­sunku do księdza o ile jest on negatywny. Jeżeli ksiądz jest pozytywny należało jedynie przeprowadzić z nim rozmowę na temat „jego postępowania niezgodnego z obowiązującymi zarządze­nia­ mi państwowymi”. Zachowało się kilkanaście dokumentów, które dowodzą, że „księżom pa­­triotom” pomagano w uzyskiwaniu materiałów na budowę i re­mont obiektów sakralnych i kościelnych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie od­górne wytyczne, aby „nie dopuścić do nagromadzenia materiałów na ce­le budownictwa sakralnego”. Samowola pracowników Wydziału do spraw Wyznań przejawiała się m.in. uznaniowym stosowaniu dekretu o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych. Represje, jakie stosowano wobec duchownych pozbawionych stanowiska kościelnego nie znajdowały podstaw prawnych w dekrecie. Nie sądzę, aby jakieś postępowania wobec pracowników Wydziału były prowadzone. Wszak ich szkodliwa dla Kościoła działalność wpisana była w politykę państwa.

Na jakie przywileje w woj. rzeszowskim mogli liczyć księża patrioci? Tych przywilejów było bardzo dużo. Kapłani zaangażowani w ruch postępowy otrzymywali pomoc materialną z Funduszu Kościelnego w formie zapomóg stałych, doraźnych, emerytalnych oraz w postaci zapomóg bezzwrotnych i diet organizacyjnych. Oprócz tej pomocy, kapłani zrzeszeni w organizacjach księży postępowych mogli liczyć np. na wypłatę zryczałtowanych diet, które były normalnym wynagrodzeniem dla członków Komisji Księży przy ZBoWiD. Takie wynagrodzenia wypłacała także

Komisja Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich. Z kolei duchowni należący do Zrzeszenia Katolików Caritas od 1972 r. byli objęci ubezpieczeniem społecznym. Wobec księży patriotów w sposób uprzywilejowany stosowano prawo. Finansowano im pobyt w sanatoriach, na wczasach, przyznawano szereg ulg podatkowych, wydawano pozwolenia na budowę, zakup materiałów budowlanych, wyjazd za granicę.

Jak dużo księży było zaangażowanych w ten ruch? W woj. rzeszowskim skutki działań zmierzających do rozbicia jedności duchowieństwa były znacznie mniejsze niż zakładano i mniejsze niż w innych regionach Polski. Kapłani zrzeszeni w ruchu postępowym to zaledwie: 3% w 1952 r., 1,5% w roku 1959. Z akt WdsW wynika, że w 1961 r. do ruchu tego przynależało 4,3% zaś dwanaście lat później 4,7%. Pamiętać należy także, że nie wszyscy duchowni znaleźli się w tym ruchu dobrowolnie.

Jak Pani ocenia szkodliwość działań UdsW? Czy skutki tych działań odczuwane są również dzisiaj? Trudno sobie wyobrazić jakby to było, gdyby nie istniał Urząd do Spraw Wyznań i cały aparat bezpieczeństwa ulokowany w totalitarnym systemie władzy. Urząd wyrządził dużą szkodę Kościołowi zarówno w aspekcie materialnym jak i duchowym. Przykładem skutków widocznych do dzisiaj jest niezwrócenie Kościołowi wszystkich dóbr zabranych na podstawie ustawy o dobrach martwej ręki.

Na czym polegała kontrola KW PZPR w Rzeszowie nad działaniami miejscowego WdsW?

KW PZPR przekazywało Wydziałowi do spraw Wyznań wytyczne w zakresie jednolitości postępowania w sprawach wyznaniowych. W latach sześćdziesiątych przy Wy­dzia­ le Administracyjnym KW PZPR powołano zespół, który składał się z 10 towarzyszy, w tym przedstawicieli Wydziału do Spraw Wyznań. Jego zadaniem było ko­or­dy­­no­ wanie całokształtu pra­cy profilaktycznozapobiegaw­czej w spra­wach wyzna­nio­wych. Pamiętam dobrze dokument pt. Długofalowy plan przedsięwzięć w stosunku do kleru reakcyjnego i wojującego z marca 1963 r. wytworzony przez KW PZPR. Został on opracowany dla Wydziału do Spraw Wyznań w Rzeszowie. Powołanie alumnów Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu do

79


kwiecień 2014 Jaką rolę w działaniach UdsW odgrywały donosy? Kto je pisał i gdzie były archiwizowane? W aktach Wydziału do Spraw Wyznań Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Rzeszowie donosów nie spotkałam. W IPN znajduje się ich bardzo dużo, lecz nie one były przedmiotem mojego zainteresowania.

Czy może Pani podać przykłady osób duchownych z Podkarpacia, wobec których działania WdsW w Rzeszowie nacechowane były szczególnymi restrykcjami?

APR, Prezydium Wojeówdzkiej Rady Narodowej, sygn. 21382, Stan dóbr martwej ręki na terenie woj. rzeszowskiego

służby wojskowej uzależniono od stosunku kurii przemyskiej do władz państwowych. Zaplanowano organizacyjne wzmocnienie Kościoła Prawosławnego (poprzez utworzenie kurii w budynkach zlikwidowanego kościoła garnizonowego, utworzenie kilku dekanatów, rozbudowę parafii), jako przeciwwagę dla Kościoła rzymskokatolickiego. W ku­rii biskupiej i seminarium duchownym przewidziano regularne kontrole w za­kresie: bezpieczeństwa przeciwpo­ża­ro­ wego i stołówki seminarium pod wzglę­­dem sanitarnym oraz zgodności meldunków ze stanem ujętym w księgach mel­­dunkowych. Za powyższe uchybienia należało stosować kary administra­cyj­ne. Inne represje to doprowadzenie do likwidacji: Niższego Seminarium oo. Michalitów w Miejscu

80

Piastowym, filii Wyższego Seminarium Za­konnego Kapucynów w Rozwadowie, Średniej Salezjańskiej Szkoły Organistowskiej w Przemyślu, kurii w Lubaczowie. Celem wywłaszczenia ber­nar­­­dynów zalecono Wydziałowi, aby ten w porozumieniu z Prezydium Miejskiej Rady Narodowej zaproponował budowę jakiegoś obiektu w ogrodzie użytkowanym przez ten zakon. Plan represji obejmował także przejęcie przez Skarb Pań­stwa budynku po byłym Stowarzyszeniu „Sług Bożych” w Przemyślu. Wydział do Spraw Wyznań miał także doprowadzić do roz­biór­ ki rozpoczętej budowy kościoła w Stalowej Woli, zaś budynki użytkowane przez Kościół przejąć i przeznaczyć na cele świeckie. To tylko niektóre represje, które zaplanowano do realizacji dla Wydziału do Spraw Wyznań.

Represje skierowane były na kurię biskupią w Przemyślu, która – jak czytamy w jednym z dokumentów – uchodziła za najbardziej reakcyjną w kraju. Ten fakt był powodem opracowania długofalowego planu przedsięwzięć w stosunku do kleru reakcyjnego i wojującego, który uderzając w całą diecezję, był odwetem za nieugiętą postawę biskupów przemyskich. Z kapłanów szczególnie represjonowanych, oprócz ks. Władysława Findysza, należy wymienić ks. Józefa Stefańskiego, który za porównanie w czasie kazania ówczesnej sytuacji w kraju do prześladowań chrześcijan za czasów Nerona, został skazany na 4 lata więzienia za rzekomą „propagandę szeptaną”. Z więzienia wyszedł po trzech latach jako inwalida. Podobnie ks. Franciszek Penar w 1951 r. został skazany na 3 lata i osiem miesięcy więzienia za „uprawianie z ambony wrogiej propagandy”. Ks. Jan Kocur został skazany na karę dwóch lat pozbawienia wolności, za to, że przechowywał miesięcznik homiletyczny Nowej Biblioteki Kaznodziejskiej oraz arkusze symboli prawd wiary. Ks. Wójtowicza skazano na karę 1 miesiąca więzienia za nielegalne rozpowszechnianie druków i skryptów atakujących ustawę o dopuszczalności przery­wa­nia ciąży. Wcześniej został skazany na karę 3 miesięcy więzienia z zawieszeniem za rzekome spalenie dekoracji w PDK w Jaśle. Ks. Stanisławowi Czerniecowi, za wykonanie i rozpowszechnianie pocztówek zapraszających na wiernych na uroczystość poświęcenia kościoła parafialnego została wymierzona kara 2000 zł grzywny. Podobnie księżom: Kellerowi i Krausowi.

Czy Pani najbliższe plany naukowe związane są w jakikolwiek sposób z Podkarpaciem? Częściowo tak, ale nie chciałabym na razie ujawniać szczegółów.


2014 kwiecień

Marcin Maruszak Michał Piwowar rodem z Niechobrza to postać pod wieloma względami niezwykła i bardzo ważna dla lokalnej społeczności. Żołnierz Legionów Polskich, żołnierz 17 pułku piechoty, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, podoficer zawodowy Korpusu Ochrony Pogranicza, więzień Ostaszkowa i niemieckich oflagów, twórca konspiracji niepodległościowej i organizator AK w okolicach Niechobrza, działacz WiN, więzień stalinowski, patriota, antykomunista i legendarny dowódca partyzancki. Większość swojego życia poświęcił służbie wolnej Rzeczypospolitej. Za to przez komunistów został skazany na wyniszczenie i zapomnienie. Dzisiaj, po wielu latach odkrywamy niezwykłe karty z jego życiorysu. Pokolenie Pierwszej Wojny Michał Piwowar należał do wyjątkowego pokolenia Polaków. Pokolenia, które przyniosło naszemu narodowi wolność i państwowość po ponad stu latach niewoli. Jego przedstawiciele nosili Polskę w sercu. Przychodzili bowiem na świat w okresie gdy rodził się nowoczesny Naród Polski, a ich rodzice zakładali pierwsze polskie partie i ugrupowania patriotyczne takie jak Polskie Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne oraz Polską Partię Socjalistyczną. Wydarzenia te miały z kolei decydujący wpływ na wychowanie młodego pokolenia. Z Polską na ustach walczyli oni potem na frontach I wojny światowej, a następnie w obronie kruchej polskiej państwowości. Ich heroizm i poświęcenie opiewano na kartach wielu książek i w słowach patriotycznych pieśni. To co najbardziej jest godne podziwu i naszej pamięci to miłość do ojczyzny, do idei wolnej i niepodległej Polski, którą oni potrafili obrócić w czyn i być jej wierni do końca. Nie brakowało wśród nich postaci iście bohaterskich i heroicznych, takich jak Michał Piwowar. Urodził się 29 września 1896 r. w Niechobrzu w powiecie rzeszowskim, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej Walentego i Anny z domu Książek. Miał 4 braci: Adama, Stanisława,

Jana i Józefa oraz siostrę Jadwigę. Od 1903 roku uczęszczał do 4-klasowej szkoły powszechnej w Niechobrzu. Życie nie rozpieszczało go jednak od najmłodszych lat. Gdy miał 5 lat zmarła jego mama. Rodzice nie należeli do zbyt zamożnych. Dlatego po ukończeniu szkoły zmuszony był pracować w gospodarstwie oraz najmować się do pracy u bogatych gospodarzy. Od najmłodszych lat zafascynowany był wojskiem, którego przemarsze i ćwiczenia miał zapewne okazję nieraz obserwować. W niedalekim Rzeszowie stacjonował bowiem dość duży garnizon Armii Austro-Węgier, a odbywające się tu częste defilady i święta pułkowe gromadziły rzesze gawiedzi z całej okolicy. Wśród nich musiał być również Michał. Wybuch I wojny światowej stanowił doskonałą okazję do realizacji jego marzeń o przywdzianiu munduru. W dniu 11 maja 1915 roku został powołany do służby wojskowej w Armii Austro-Węgier. Początkowo służbę odbywał w 17 pułku piechoty Obrony Krajowej w Krakowie gdzie przebywał przez okres 3 miesięcy. Stamtąd został na własną prośbę przeniesiony do jednego z batalionów 40 pułku piechoty, stacjonującego wówczas w miejscowości Mosonmagiaróvár na Węgrzech. W większości służyli w nim żołnierze pochodzący z okolic Rzeszowa, gdyż powiat rzeszowski wchodził w skład jednego z podstawowych okręgów uzupełniających (rekrutacyjnych) 40 pp. Po

dwóch miesiącach trafił na front wschodni w okolice Włodzimierza Wołyńskiego. W składzie pułku uczestniczył w ciężkich walkach frontowych z wojskami rosyjskimi. Warunki życia zwykłego żołnierza nie należały wówczas do najlepszych. Szybkie przesuwanie się frontu oznaczało znaczne wydłużenie linii zaopatrzeniowych i nieustanne problemy z aprowizacją. Bardzo często żołnierze nie otrzymywali nawet połowy przysługujących im racji. Do tego dochodziły ostre zimy. Większość żołnierzy nie miała nawet płaszczy. Podobne problemy były z obuwiem. Głód i chłód oraz brak higieny sprzyjały zapadaniu na choroby zakaźne. Na linii frontu bardzo często prowizorycznym schronieniem stały się wygrzebywane w ziemi jamy. Nieoszalowane, prowizoryczne okopy podczas odwilży zalewała woda, powodując osuwanie się ich ścian i przysypując śpiących żołnierzy. To tylko niektóre z mniej poważnych zagrożeń, jakie czyhały na niego w tym okresie służby. Najgorszy był ciągły ostrzał artyleryjski i spustoszenie wśród żołnierzy jakie siała broń maszynowa. W kwietniu 1917 roku został ranny odłamkiem w nogę. Po wyleczeniu rany przeniesiono go do Czortkowa i przydzielono do 110 pułku piechoty armii austro-węgierskiej. Tydzień później wraz z całym pułkiem został przetransportowany na front włoski w okolice

81


kwiecień 2014

23 Batalion Korpusu Ochrony Pogranicza w Oranach. Okres II RP (Fot. ze zbiorów rodziny Piwowarów)

m. Udine. Następnie w latach 1917-1918 r. brał udział w walkach nad rzeką Piawą w okolicach Wenecji we Włoszech, gdzie otrzymał awans do stopnia plutonowego. Przegrana przez wojska cesarskie bitwa, do której doszło tutaj w dniach 18-13 czerwca 1918 r. spowodowała wielkie straty wśród żołnierzy i stała się symbolem agonii monarchii Austro-Węgierskiej. Przyczyniła się także do jej upadku. W wyniku tej klęski podupadło również morale żołnierzy służących w armii Austro-Węgier. Po dwunastej ofensywie Michał Piwowar otrzymał w dniu 28 sierpnia 1918 r. urlop, z którego już nie

wrócił, dokonując dezercji i ukrywając się przed władzami wojskowymi. Był wówczas poszukiwany przez rzeszowską Żandarmerię, która wielokrotnie przeczesywała teren w okolicach Niechobrza w poszukiwaniu jego jak również innych ukrywających się dezerterów. Jednak pagórkowate i zalesione okolice Niechobrza oraz znajomość terenu sprzyjały ukrywającym się przed władzami i stanowiły ostoję dla wszelkiego rodzaju wyjętych spod prawa. Będąc dezerterem prowadził jednocześnie agitację przeciwko władzom austriackim, m.in. zachęcał innych żołnierzy

Defilada 23 Batalionu KOP w Oranach. Okres II RP. (Fot. ze zbiorów rodziny Piwowarów).

82

z jego okolicy do dezercji w oczekiwaniu na możliwość wstąpienia do Wojska Polskiego. Już wówczas cieszył się dużym autorytetem wśród okolicznych wojskowych, na co wpływ miały niewątpliwie jego talenty przywódcze i dowódcze. Jak podaje w swoim życiorysie, w okresie od 1 września do 30 października 1918 roku udało mu się skupić wokół siebie ok. 129 żołnierzy armii austro-węgierskiej z okolic Rzeszowa, tworząc w ten sposób samodzielny oddział partyzancki operujący w okolicach Niechobrza. W celu wyłapania dezerterów austriackie władze wojskowe kilkakrotnie organizowały obławy na terenie Niechobrza i innych miejscowości. Dochodziło także do akcji zaczepnych ze strony partyzantów, chociaż celowo unikano wówczas otwartej walki, spodziewając się rychłego upadku monarchii. W dniu 24 października 1918 r. żołnierze oddziału rozbroili oddział Żandarmerii z posterunku w Boguchwale, który prowadził działania na terenie Niechobrza. Okres ukrywania się przed Żandarmerią nie trwał jednak zbyt długo. Na wieść o odradzającym się Wojsku Polskim, rankiem w dniu 1 listopada 1918 r. cały oddział 120 żołnierzy/ dezerterów pod jego dowództwem stawił się w budynku „Sokoła” w Rzeszowie, w którym zorganizowano rekrutację. Wszyscy otrzymali przydział do 1 pułku piechoty Legionów Ziemi Rzeszowskiej i rozkazy organizowania broni i aprowizacji dla powstającego wojska. Widać było, że już w tym okresie doceniono jego talent dowódczy. W okresie od 1 do 6 listopada 1918 r. pełnił bowiem funkcję dowódcy warty na dworcu kolejowym w Rzeszowie, której zadaniem było rozbrajanie Ukraińców powracających z frontu włoskiego. Podlegał wówczas bezpośrednio rozkazom por. Józefa Czuszkiewicza i jego zastępcy ppor. Czuchajowskiego. W trakcie realizacji tego zadania udało mu się odebrać 92 kb i kilka rewolwerów, które przekazano na dozbrojenie oddziałów 1 pułku piechoty. W dniu 11 listopada wraz ze swoją kompanią został przetransportowany w okolice Krakowa, gdzie na stacji kolejowej Szczakowa otrzymał rozkaz rozbrajania pociągów z żołnierzami niemieckimi jadącymi w kierunku Niemiec, a zarekwirowaną broń odesłać do Dąbrowy Górniczej dla potrzeb tworzących się tam formacji Wojska Polskiego. Rozkazy dotyczyły także rekwizycji na potrzeby wojska transportów bydła i wagonów z mąką. Dowodził wówczas oddziałem złożonym z 52 żołnierzy, któremu udało się przeprowadzić szereg spektakularnych akcji, m.in. rozbroić 250 żołnierzy niemieckich jadących w jednym pociągu. Tymczasem w garnizonie rzeszowskim doszło do znaczących zmian politycznych. Już 12 listopada powróciła do Rzeszowa jego


2014 kwiecień macierzysta jednostka, w postaci 40 pułku piechoty pod dowództwem por. Bronisława Wilusza, który od razu w całości został wcielony do formującego się 1 pułku piechoty Ziemi Rzeszowskiej. W dniu 15 listopada żołnierze 40 pp wraz z byłymi legionistami i żołnierzami Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) dokonali przewrotu wojskowego, w wyniku którego odwołano dotychczasowe austriackie dowództwo pułku. W efekcie tych działań, dowodzenie pułkiem powierzono por. Wiluszowi. W grudniu 1918 roku, w wyniku przeprowadzonej przez Dowództwo Okręgu Generalnego reorganizacji wojskowej na terenie Galicji, z żołnierzy 40 pp armii austrowęgierskiej utworzono 2 pułk piechoty Ziemi Rzeszowskiej, którego dowództwo objął płk Marian Herbert. W dniu 3 grudnia Michał Piwowar wraz z całą kompanią powrócił ze Szczakowej do Rzeszowa i już 5 grudnia został przydzielony do kompanii 1 pułku piechoty Ziemi Rzeszowskiej dowodzonej przez por. Tadeusza Münnicha, którą przetransportowano do Lwowa i dołączono do oddziałów ppłk Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. W jej składzie wziął udział w walkach z Ukraińcami na terenie Lwowa. W dniu 15 lutego 1919 r. zachorował i został odesłany do Rzeszowa, gdzie przydzielono go do nowoutworzonego w dniu 6 lutego 17 pułku piechoty.

Bij Bolszewika W dniu 19 kwietnia 1919 r. w składzie kompanii karabinów maszynowych II batalionu 17 pułku piechoty 6 Dywizji Piechoty pod dowództwem kpt. Józefa Műcka został wysłany w okolice Bielska, Ustronia i Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim. Zadaniem batalionu była kontrola polsko-czeskiej linii demarkacyjnej do czasu ogłoszenia decyzji o ogłoszeniu plebiscytu na Śląsku Cieszyńskim, którą podjęto w dniu 27 września 1919 r. Następnie 17 pp został skierowany na krótki odpoczynek do Kęt i jeszcze we wrześniu 1919 r. przetransportowany na zaplecze frontu litewsko-białoruskiego i rozlokowany w okolicach Wilna, a następnie na Zwierzyńcu w samym Wilnie. Jak pisze Jerzy Majka, zaplecze lokalowe i aprowizacyjne pułku nie było wtedy najgorsze, ale występowały wówczas spore niedobory w umundurowaniu, m.in. brakowało także 50% koców i płaszczy, 30% butów i 20% mundurów i bielizny zimowej. Dodatkowo zima 1920 roku okazała się bardzo ciężka. Wraz z całym pułkiem został wówczas przerzucony na zaplecze frontu litewskobiałoruskiego w rejon Łapicze-Osipowicze niedaleko Mińska. Żołnierzom brakowało żywności i umundurowania, a prymitywne warunki zakwaterowania odbijały się na

Smolniki, okres II RP (Fot. ze zbiorów rodziny Piwowarów).

stanie zdrowia wielu z nich. Jak można było przeczytać w okolicznościowej jednodniówce pułkowej: ,,W ćwiczeniach wielki procent żołnierzy nie bierze udziału z powodu lichego obuwia i umundurowania. Warunki higieniczne fatalne. O wszystko trzeba było się starać we własnym zakresie". W kwietniu 1920 r. przerzucono pułk do miejscowości Chołuj, a stąd na linię frontu nad rzeką Berezyną gdzie zabezpieczał odcinek JakszceGołynka. Toczyły się tu zacięte walki z wojskami sowieckimi. Od czasu do czasu żołnierze pułku dokonywali zuchwałych wypadów na stanowiska sowieckie po drugiej stronie rzeki. Michał Piwowar dowodził oddziałem ciężkich karabinów maszynowych. Tutaj, w dniu 25 kwietnia 1920 r., za zasługi na polu walki otrzymał awans na stopień kaprala. Silna ofensywa sowiecka w dniu 18 maja 1920 r. spowodowała krótkotrwałą utratę stanowisk na prawym brzegu Berezyny. Przez kilkanaście dni toczono zażarte walki o miejscowości Huta, Jakszyce i Berezyna. W wyniku kontruderzenia Polacy odzyskali utracone pozycje nad rzeką. Jednak już 4 lipca rozpoczęła się ofensywa wojsk sowieckich, które przełamały pozycje 17 pp i zajęły miejscowość Berezynę. Po 2 dniach zaciętych walk pułk rozpoczął odwrót w kierunku Warszawy, w trakcie którego bronił m.in. linii na rzece Szczary w rejonie Słonimia, następnie przeprawy przez rzekę Zelwę. 27 lipca sowieci przekroczyli Narew, a 17 pp wchodzący wówczas w skład VIII Brygady Piechoty (BP) pod dowództwem płk Kaliszka wycofywał się w kierunku na Dubiny, gdzie miał obsadzić linię rzeki Orlanki. W dnu 1 sierpnia VIII BP przeprawiła się przez Bug w rejonie Drohiczyna. W następnych dniach żołnierze pułku obsadzali stanowiska

m.in. w rejonie Mord, Kamionki Lackiej i Liwca. Potem nastąpił odwrót i koncentracja pułku w rejonie Dęblina. Straty pułku spowodowane wielotygodniowym odwrotem wyniosły ok. 40 zabitych, 118 rannych i 560 zaginionych i wziętych do niewoli. W wyniku strat i zmęczenia pułk nie nadawał się do działań frontowych, dlatego w trakcie ofensywy polskiej znad Wieprza wykonywał zadania pomocnicze, które polegały m. in. na oczyszczaniu zajmowanego terenu z maruderów i resztek wojsk sowieckich. Pod koniec sierpnia 1920 roku 17 pp piechoty w składzie XII Brygady Piechoty został skierowany w okolice Lwowa i włączony w skład 5 Dywizji Piechoty. Na początku września 1920 r. pułk rozpoczął działania zaczepne w okolicach miejscowości Bortków, Olszanki, Krasne, Firlejówka i Stronibaby, które przez kilka dni przechodziły z rąk do rąk obu walczących stron. W pewnym momencie Kozacy zdołali przedostać się na tyły wojsk polskich, co spowodowało chaotyczny odwrót i rozproszenie znacznej części pułku. Wielu żołnierzy dostało się do sowieckiej niewoli. Dopiero kontrofensywa wojsk odwodowych dała czas na uporządkowanie stanu wojska. Starty pułku znowu były ogromne i wynosiły kilkuset żołnierzy. Konieczne były uzupełnienia. 15 września, w czasie nowej ofensywy wojsk polskich pułk zajmował stanowiska na odcinku Firlejówka-Ostrów. Następnie posuwał się w kierunku na Złoczów, Sasów, aż do Brodów, a od października do listopada pilnował granicy na rzece Zbrucz. W dniu 26 grudnia 1920 r. pułk powrócił do Rzeszowa. We wspomnieniach bliskich Michała Piwowara zachowała się jego relacja

83


kwiecień 2014 szeregowego Kawy [imię nieznane] z Niechobrza, który odmówił opuszczenia stanowiska ogniowego i raził nieprzyjaciela ogniem, aż do chwili gdy jeden z Kozaków odciął mu szablą głowę. Nie powodowało to przerwania ostrzału gdyż jego dłonie pozostały kurczowo zaciśnięte na spustach karabinu, który nadal ostrzeliwał zbliżających się sowietów. Widok ten jak i cała bitwa zapadły głęboko w pamięć żołnierzy pułku. W napisanym przez siebie życiorysie Michał Piwowar wspominał o „wycięciu” wówczas przez siebie z CKM całego szwadronu kawalerii bolszewickiej, za co otrzymał po raz trzeci Krzyż Walecznych i awans do stopnia plutonowego w dniu 1 stycznia 1921 r.

kciuk lewej ręki. Nie przeszkodziło mu to jednak kontynuować służby. Już 13 maja 1925 r. został przeniesiony do utworzonego w 1924 roku Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP). Formacja ta miała stanowić samodzielny, scentralizowany organ przystosowany do zwalczania wszelkiego rodzaju przestępczości na Kresach Wschodnich. Żołnierze KOP pozostawali na etacie MSW, lecz w sprawach związanych z uzbrojeniem i doborem kadr, KOP podlegał Ministerstwu Spraw Wojskowych. Do organizacji formacji wykorzystywano oficerów i podoficerów zawodowych z armii. W 1928 roku Korpus liczył ok. 900 oficerów i 25 tysięcy żołnierzy szeregowych. Składał się z dowództwa, sześciu brygad i dwóch półbrygad, dwudziestu dziewięciu batalionów piechoty, dziewiętnastu szwadronów kawalerii, batalionu szkolnego piechoty, szkoły podoficerów zawodowych kawalerii, dywizjonu żandarmerii i oddziałów pomocniczych.

Na straży niepodległości

Główny ciężar ochrony granicy spoczywał na jednostkach piechoty rozlokowanych wzdłuż granicy. Każdy batalion graniczny dzielił się na kompanie, którym podlegały strażnice ochraniające kilkukilometrowe odcinki granicy. Po ukończeniu dodatkowego odpowiedniego kursu Michał Piwowar został przydzielony do 18 batalionu piechoty KOP w Rokitnie Wołyńskim na granicy polskosowieckiej, gdzie pełnił służbę jako dowódca strażnicy. Tutaj zetknął się z nowym rodzajem służby, opartym w znacznej mierze na pracy wywiadowczej. W jej trakcie wykazał duże zaangażowanie i nieustępliwość w walce z bolszewizmem. To właśnie w tym okresie ukształtowała się jego antysowiecka i antykomunistyczna postawa, która była m.in. wynikiem studiowania fachowej literatury, dokumentów wywiadowczych i osobistych doświadczeń. Miał okazję poznać jakimi cechami charakteryzuje się system komunistyczny. Nigdy nie używał innego określenia jak sowieci. Wśród podwładnych żołnierzy cieszył się estymą i poważaniem. Dla wielu z nich był jak ojciec. Często powtarzał, że w okresie służby w KOP wszyscy żołnierze stanowili jakby jedną rodzinę. Czuł się za nich odpowiedzialny i gotów był poświęcić życie za każdego z nich. Może o tym świadczyć zachowana w pamięci osób, które go znały, opowieść z okresu jego służby na wschodniej granicy, kiedy to w zamiarze dokonania zemsty na sowieckich pogranicznikach, którzy zastrzelili jego zastępcę sierż. Pawłowskiego i zdając sobie sprawę z konsekwencji, samowolnie przekroczył granicę i obrzucił budynek sowieckiej strażnicy granatami. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem na całej granicy. Incydent został ostro skrytykowany przez międzynarodową

W dniu 12 sierpnia 1921 r. został zdemobilizowany w stopniu plutonowego. Za swoją służbę otrzymał propozycję AIPN 944/47, s. 471, Dokument wywiadu Okręgu WiN Rzeszów objęcia na własność dużego gospodarstwa rolnego na Wołyniu. Zrezygnował jednak z tej możliwości, planując powrót w rodzinne strony. Otrzymany wówczas ekwiwalent pieniężny przekazał swemu ojcu, który zakupił za nie gospodarstwo we wsi Uhnów i przeniósł się tam wraz z całą rodziną. Po wyjściu z wojska pracował m.in. w rafinerii nafty w Jedliczach oraz prowadził własne gospodarstwo. W 1922 r. zawarł związek małżeński z Katarzyną Fularz. Jednak rodzące się plany rozbudowy sił zbrojnych Rzeczypospolitej i utworzenia Korpusu Ochrony Pogranicza otworzyły przed nim możliwości zrobienia kariery w wojsku. W 1924 r. ponownie się zaciągnął i został skierowany na kurs podoficerski do 17 pułku piechoty w Rzeszowie. Następnie kształcił się w szkole podoficerów zawodowych w Zaleszczykach. Po ukończeniu szkoły skierowany został do 76 pułku piechoty w Grodnie jako instruktor wyszkolenia AIPN 944-47, s. 475, Dokument wywiadu Okręgu WiN Rzeszów bojowego 3 kompanii. W tym czasie, podczas jednego z o dramatycznych wydarzeniach w trakcie walk na Wołyniu, a właściwie o okolicznościach polowań w trudnych zimowych warunkach, śmierci obsługującego karabin maszynowy na skutek wybuchu zamka karabinu stracił

84


2014 kwiecień komisję rozjemczą na granicy polskosowieckiej. Pomimo przychylności polskich władz, domagano się oficjalnie wyciągnięcia konsekwencji wobec sprawcy. Sprawa ta miała prawdopodobnie w przyszłości decydujący wpływ na rezygnację z odznaczenia go krzyżem Virtuti Militari za wojnę polsko-bolszewicką i Medalem Niepodległości. Poczucie honoru, odpowiedzialność za swych żołnierzy oraz przykład odwagi okazały się w tym przypadku silniejsze niż kariera, odznaczenia i apanaże. Ostatecznie Michał Piwowar został przeniesiony w dniu 12 lutego 1926 r. do służby kwatermistrzowskiej w 23 batalionie piechoty KOP w Oranach w powiecie wileńsko-trockim na granicy litewskiej, gdzie służył aż do wybuchu wojny w 1939 r. W dniu 1 sierpnia 1926 r. został mianowany podoficerem zawodowym w stopniu sierżanta, a w 1938 roku został awansowany do stopnia starszego sierżanta. W dniu 27 czerwca 1927 r. został przesunięty do 4 kompanii, a na początku lat 30. przeniesiony do 1 kompanii 23 Batalionu KOP. Pełnił służbę m.in. jako podoficer broni w kompanii, dowódca strażnicy, szef plutonu gospodarczego oraz pracownik kancelarii administracyjnej Wydziału Mundurowego. Był wielokrotnie odznaczany m.in. trzykrotnie „Krzyżem Walecznych” (1921), „Brązowym Krzyżem Zasługi”, „Medalem za wojnę 1920 r.” (1927), Medalem 10-lecia Niepodległości (1928).

W niewoli Po napaści ZSRR na Polskę w dniu 17 września 1939 r. walczył w szeregach KOP. Dostał się do niewoli sowieckiej. Odebrano mu wszystkie odznaczenia. Jedynie szable udało mu się schować u pewnego Litwina w Druskiennikach, u którego wówczas mieszkał. Sowieci umieścili go na terenie obozu dla polskich jeńców wojennych zorganizowanym w byłym monastyrze prawosławnym na jeziorze Seliger niedaleko Ostaszkowa. W obozie tym przetrzymywano m.in. wziętych do niewoli żołnierzy i funkcjonariuszy Straży Granicznej, Policji Państwowej, Korpusu Ochrony Pogranicza, Służby Więziennej, Żandarmerii Wojskowej i przedstawicieli polskiej inteligencji, którzy na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP (b) z dnia 5 marca 1940 r. zostali rozstrzelani w piwnicach więzienia Obwodowego Zarządu NKWD w Kalininie. Prawdopodobnie ze względu na podany stopień i pochodzenie społeczne udało mu się uniknąć losu innych jeńców. Po kilku miesiącach został przewieziony do jednego z obozów na jeziorze Onega. W okresie wymiany jeńców między III Rzeszą a ZSRR, wraz z innymi żołnierzami Wojska Polskiego pochodzącymi z terenów okupacji

niemieckiej został przekazany stronie niemieckiej w Przemyślu i wywieziony do obozu jenieckiego na terenie Niemiec. Przebywał m.in. w obozie w Buchenwaldzie, a w 1941 roku trafił do obozu jenieckiego w Cigenhaim. W 1942 r. został przydzielony do pracy na terenie gospodarstwa rolnego w okolicach m. Kassel w Niemczech. Przez okres ok. sześciu miesięcy pracował na polu niedaleko torów kolejowych. Pewnego dnia został rozpoznany z jadącego pociągu przez polskiego kolejarza Henryka Rostowskiego, z którym znał się jeszcze z czasów służby w 76 pp. Rostowski wyrzucił w jego kierunku papier, którym owinął bryłę węgla, a na nim umieścił krótką informację o dokładnym czasie przejazdu pociągu w powrotnej drodze na wschód wraz z propozycją ucieczki. Michał Piwowar nie musiał się długo zastanawiać, tęsknota za krajem i bliskimi sprawiła, że podjął ryzyko, nie napisany własnoręcznie przez Michała Piwowara dla potrzeb pierwszy zresztą i nie ostatni Życiorys Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości z 1937 roku - (kopia ze zbiorów raz w ciągu swojego żołnierskiegoCAW) życia. O oznaczonej porze udawał, że pracuje przy torach. Kiedy nadjechał pociąg, po prostu wskoczył do niego. Do końca nie miał pewności, czy to nie jest podstęp, nie wiedział bowiem z kim ma do czynienia. Można sobie jedynie wyobrazić jego zaskoczenie i radość ze spotkania przyjaciela, z którym los zetknął po wielu latach w tak nieprawdopodobnych okolicznościach. Ze względu na liczne kontrole niemieckiej policji, drogę z Niemiec do Poznania odbył schowany w tężni z wodą lokomotywy parowej. Do Katowic jechał już jako pomocnik palacza. Udało mu się w ten sposób powrócić do Polski i w rodzinne strony. Od tego czasu musiał się jednak ukrywać, gdyż był poszukiwany przez policję niemiecką.

Konspiracja Od samego początku wojny odczuwał obowiązek czynnego zaangażowania się w walkę z wrogiem. W tym czasie nawiązał kontakty ze swoimi

Fragment decyzji Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości z 1937 roku (kopia ze zbiorów CAW)

85


kwiecień 2014

Obwoluta akt Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie dot.sprawy Michała Piwowara, sygn. akt AIPN Rz 107/1379 (Kopia ze zbiorów M. Maruszaka)

Fragment Protokołu przesłuchania podejrzanego Michała Piwowara, sygn. akt AIPN Rz 107/1379 (Kopia ze zbiorów M. Maruszaka)

86

dawnymi kolegami z 17 pp m.in. z Tomaszem Zaciosem i sierż. Janem Mikiem, którzy organizowali struktury AKowskiej konspiracji. Szczegóły jego działalności konspiracyjnej pozostają jednak nadal nieznane. Ze strzępów niektórych relacji i analizy dokumentów konspiracyjnych wynika, że pod pseudonimem „Boryna” pełnił służbę w strukturach Kierownictwa Dywersji (Kedywu), którego zadaniem było m.in. planowanie i organizowanie akcji sabotażowych i dywersyjnych oraz szkolenie dowódców oddziałów i patroli dywersyjnych. Po podporządkowaniu w 1943 roku miejscowych oddziałów Kedywu Armii Krajowej, objął funkcję zastępcy dowódcy Placówki AK krypt. „39” Boguchwała, a po reorganizacji wiosną 1944 roku placówek Obwodu Rzeszowskiego AK, pełnił także tę funkcję w placówce krypt. „22”. Odpowiadał m.in. za magazyn broni i archiwum placówki. Używał wówczas prawdopodobnie pseudonimu „Long”. Wojna nie oszczędziła jego rodziny. W 1943 roku dotarła do niego wiadomość, że w czasie ataku Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) na wieś Uhnów na Wołyniu zginął jego ojciec oraz małżonka jego brata Adama. W 1944 r. za pośrednictwem żołnierza pionu wywiadu AK Zygmunta Paji, pracującego wówczas w Zarządzie Gminnym w Racławówce otrzymał Kenkartę na fałszywe nazwisko i tym samym możliwość zalegalizowania swojego pobytu wobec władz niemieckich. Po wejściu sowietów utrzymywał nadal kontakty z akowskimi i poakowskimi strukturami wywiadowczymi. Od maja 1945 roku działał w ramach Delegatury Sił Zbrojnych. Dnia 1 IV 1945 r. otrzymał tymczasowe zwolnienie z odbycia służby wojskowej, podając prawdopodobnie fałszywą datę urodzenia oraz podając się za inwalidę z kampanii 1939 r. Od jesieni 1945 roku działał w powstałej we wrześniu 1945 roku poakowskiej podziemnej organizacji Wolność i Niezawisłość (pełna nazwa:

Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji “Wolność i Niezawisłość”). Z założenia WiN pomimo, że został powołany przez dowództwo wojskowej konspiracji, miał być organizacją ściśle polityczną o cywilnym charakterze. Jednym z głównych zadań, jakie postawili przed sobą konspiratorzy, było nie dopuszczenie do zwycięstwa politycznego komunistów w Polsce. Zadania te realizowane były m.in. poprzez intensywną działalność wywiadowczą i propagandową. Michał Piwowar trafił do siatki wywiadowczej zorganizowanej przez pierwszego kierownika informacji rzeszowskiego Rejonu WiN Rzeszów Zygmunta Ziębę ps. „Kim”, którą od wiosny 1946 roku prowadził Leopold Rząsa ps. „Augustyn”. Podlegał bezpośrednio Zygmuntowi Paji ps. „Okoń”, a następnie Augustynowi Paśkiewiczowi ps. „Ptaszor”. Zbierał informacje wywiadowcze z terenu Niechobrza, Zgłobnia i Racławówki. Umożliwiał mu to rodzaj wykonywanej pracy. Od kwietnia 1945 roku do jesieni 1946 roku pracował bowiem w Urzędzie Gminy w Racławówce jako sekretarz Związku Samopomocy Chłopskiej (Z.S.Ch), a od 1946 roku do 1949 roku pracował jako magazynier w prywatnym składzie materiałów budowlanych, mieszczącym się przy ul. Mikołaja 3 w Rzeszowie, gdzie zorganizował i prowadził jedną z głównych skrzynek kontaktowych Rejonu Rzeszowskiego WiN. Od 1946 r. zaangażował się w działalność Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przez pewien okres czasu ukrywał w swoich zabudowaniach poszukiwanych przez UB żołnierzy „Straży” WiN Hieronima Bednarskiego i Antoniego Rzucidłę. Pracując w tym czasie w Z.S.Ch w Racławówce otrzymał od przełożonych polecenie rozprzedania podległych gminie tzw. resztówek i budynków na terenie gromady Zgłobień, do czego uprawnienia posiadali jednie upoważnieni członkowie Zarządu Gminy. Za przeprowadzenie tych czynności bez posiadania odpowiednich uprawnień został skazany przez Delegaturę Komisji do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym na 3 miesiące obozu pracy. Na przełomie 1945 i 1946 roku został „przejęty” przez Władysława Dąbka ps. „Zawadzki”, zastępcę kierownika Rzeszowskiego Rejonu WiN, który odpowiadał za organizację struktur terenowych organizacji. Jego głównym celem było przygotowanie raportów dotyczących przygotowań i przeprowadzenia referendum „ludowego” w czerwcu 1946 r. w oparciu o nadzorowaną i zorganizowaną przez siebie siatkę wywiadu w terenie oraz kierowanie propagandą referendalną WiN. Na jego


2014 kwiecień polecenie Michał Piwowar zorganizował i prowadził wówczas skrzynkę kontaktową WiN oraz zbierał informacje wywiadowcze z terenu Niechobrza, Zgłobnia i Racławówki m.in. na temat osób wysługujących się nowej władzy, funkcjonariuszy MO, ORMO, UB, członków PPR i innych organizacji politycznych. Skrzynka kontaktowa mieściła się w składzie materiałów budowlanych gdzie pracował jako magazynier. Miejsce to znakomicie nadawało się do tych celów. W dni targowe bowiem na placu magazynowym panował duży ruch, gdyż przyjeżdżało tu wiele furmanek po materiały budowlane. Sytuacja ta sprzyjała konspiracyjnym kontaktom i odbieraniu meldunków. Działania te nie przyniosły spodziewanych efektów. Komuniści sfałszowali wyniki zarówno referendum ludowego, które odbyło się w dniu 30 czerwca 1946 r., jak i wyborów do parlamentu, które miały miejsce 19 stycznia 1947 r. Jednak dzięki pracy wywiadowczej WiN zachowały się prawdziwe wyniki obu głosowań. To m.in. Michałowi Piwowarowi zawdzięczamy zachowane do dzisiaj w archiwum WiN meldunki z informacjami o prawdziwych wynikach referendum ludowego i wyborów do parlamentu na terenie gminy Racławówka. Zachowały się m.in. listy osób nie dopuszczonych do głosowania oraz składy komisji wyborczych z tego terenu. W oparciu o te m.in. informacje Zarząd WiN sporządził raport dla przedstawicieli państw zachodnich na temat fałszerstw wyborczych jakich dopuszczali się komuniści. Według niektórych dokumentów Michał Piwowar pełnił od lutego 1947 roku funkcję zastępcy kierownika Koła WiN Racławówka, którym był wówczas Zygmunt Paja ps. „Okoń”. Do jesieni 1947 r. utrzymywał kontakty z kolejnymi kierownikami Rejonu WiN Rzeszów „Centrum” Antonim Chmielem ps. „Rajski”, „Wojciechowski” oraz Augustynem Paśkiewiczem ps. „Ptaszor", któremu pomógł wyrobić fałszywe dokumenty w oparciu o blankiety i informacje pozyskane z Urzędu Gminy w Racławówce. Jednak był to już zmierzch działalności organizacji, zinfiltrowanej w coraz większym stopniu przez Urząd Bezpieczeństwa (UB). Po ucieczce Paśkiewicza, przez krótki okres czasu pozostawał jeszcze na kontakcie nowego kierownika Rejonu rzeszowskiego Antoniego Listwana ps. „Lemiesz”. Jednak już pod koniec 1947 roku, w wyniku „wsypy” i aresztowań, przestały istnieć zwarte struktury WiN w powiecie rzeszowskim. Wszelkie kontakty z wyższymi szczeblami organizacji zostały zerwane. W Rzeszowie odbył się pokazowy proces aresztowanych działaczy WiN, na którym zapadło kilka wyroków śmierci. To powodowało, że wielu działaczy

podziemia żyło w ciągłym strachu przed aresztowaniem. Dla Michała Piwowara pewną nadzieję stanowił fakt, iż jego bezpośrednim przełożonym z WiN, Paśkiewiczowi i Listwanowi udawało się długi czas uniknąć aresztowania. Starał się normalnie żyć i pracować, m.in. w 1950 r. przez okres dwóch miesięcy pracował w Gminnej Spółdzielni Związku Samopomocy Chłopskiej w Racławówce jako referent kontraktacji ziemiopłodów. Następnie od czerwca do października 1951 r. był zatrudniony jako magazynier Rzeszowskich Zakładów Budownictwa Przemysłowego w Rzeszowie. Wpadł dopiero po aresztowaniu Paśkiewicza, który złożył obszerne zeznania i ujawnił podlegającą ma siatkę terenową WiN. W dniu 20 X 1951 r. został zatrzymany Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, wydane wobec Michała przez funkcjonariuszy Sekcji 3 Piwowara, sygn. akt AIPN Rz 107/1379 (Kopia ze zbiorów M. Maruszaka) Wydziału III Wojewódzkiego wydał w dniu 23 października 1951 r. Szef Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) w Rzeszowie, zajmującej Wojskowej Prokuratury Rejonowej (WPR) w się zwalczaniem polskiego podziemia Rzeszowie mjr. Zenon Grela. Postanowienie poakowskiego. Postanowienie o zatrzymaniu o wszczęciu śledztwa podpisał oficer śledczy i przeprowadzeniu rewizji wydał p.o. Szefa WUBP w Rzeszowie Kazimierz Budny. Ten sam WUBP w Rzeszowie ppłk Kazimierz Górecki. oficer sporządził również akt oskarżenia. Zarzut, który mu postawiono dotyczył przynależności do nielegalnej organizacji. Śledztwo, proces i komunistyczne Podczas rewizji znaleziono przy nim m.in. więzienie Legitymację Związków Zawodowych, notes z notatkami, dwa listy i kenkartę. Na śledztwie Michał Piwowar starał się Funkcjonariusze UB zabrali także baretki umniejszyć swoją rolę w konspiracji, umiejętnie przedwojennych odznaczeń, które z podważając wagę zeznań Paśkiewicza i innych pietyzmem przechowywał przez całą wojnę. aresztowanych wcześniej działaczy WiN oraz Wstępne czynności śledcze przeprowadził kierując tok śledztwa na wątki związane z oficer śledczy WUBP w Rzeszowie Stanisław przypadkowymi kontaktami i rozmowami. Jędrys. Wśród pozostałych funkcjonariuszy Twierdził m.in., że nie przekazywał żadnych WUBP biorących udział w zatrzymaniu i meldunków, a był jedynie przypadkowym rewizji znaleźli się m.in. por. Henryk Bereś, pośrednikiem. Podkreślał także swój podeszły ówczesny zastępca naczelnika Wydziału wiek, który miał mu uniemożliwiać czynną Śledczego w WUBP Rzeszowie i chorąży Władysław Witek z Sekcji 3. Michał Piwowar został osadzony w piwnicach aresztu śledczego WUBP w Rzeszowie, mieszczącego się przy ul. Jagiellońskiej. Poddano go intensywnym czynnościom śledczym, polegającym m.in. na stosowaniu różnego rodzaju tortur, takich jak brak snu, nieustanne przesłuchania, bicie, poniżanie i zastraszanie. Zaświadczenie wydane przez sołtysa gromady Niechobrz, sygn. akt AIPN Postanowienie o jego Rz 107/1379 (Kopia ze zbiorów M. Maruszaka) tymczasowym aresztowaniu

87


kwiecień 2014

Kopia fragmentu Protokołu Rozprawy Głwównej z dn. 29.01.1952 r., sygn. akt AIPN Rz 107/1379 (Kopia ze zbiorów M. Maruszaka)

działalność konspiracyjną. Ta taktyka okazała się z perspektywy czasu skuteczna, gdyż oskarżenie opierało się przede wszystkim na zeznaniach Paśkiewicza. Nie odnaleziono bowiem w przejętym przez UB archiwum WiN żadnych meldunków sporządzonych bezpośrednio przez oskarżonego. Udało mu się również zataić przynależność do AK, pseudonimy jakich używał i funkcję jaką pełnił w podziemiu. Podsumowując wyniki śledztwa, należy stwierdzić, że funkcjonariuszom UB nie udało się zebrać nawet podstawowych informacji o działalności konspiracyjnej Michała Piwowara. Niewątpliwie złożyły się na to przeszkolenie jakie przeszedł w KOP i duże doświadczenie w pracy wywiadowczej. Rozprawa przed Wojskowym Sądem Rejonowym (WSR) w Rzeszowie odbyła się w dniu 25 grudnia 1951 r. w siedzibie sądu przy ul. 3-go Maja. Na obrońcę z urzędu wyznaczono adwokata Marcina Miąsika, działacza Stronnictwa Demokratycznego, byłego członka rady miejskiej w Rzeszowie, osobę bardzo wpływową w środowisku prawniczym. Na rozprawie obecna była jego żona i jego kilkuletni synek. W pamięci dziecka najbardziej utkwiła wstrząsająca fizyczna przemiana ojca, który w trakcie zatrzymania 3 miesiące wcześniej był brunetem o bujnej czuprynie, a gdy wprowadzano go na salę rozpraw jego włosy były już całkiem siwe. Według relacji jego syna Leszka, przed rozprawą jeden ze strażników więziennych zezwolił mu przekazać ojcu nieco żywności.

88

Michał Piwowar przytulił syna i głaszcząc delikatnie po głowie miał wypowiedzieć następujące słowa: ,,Wnet się zobaczymy synku, za jakieś 10-11 lat, chyba, że coś się zmieni to zobaczymy się wcześniej". To wzruszające świadectwo nadziei jaką nosiło wówczas w sercach wielu prześladowanych i więzionych w stalinowskiej Polsce działaczy i żołnierzy podziemia. Był to już bowiem okres zimnej wojny i czas konfliktu na półwyspie koreańskim, którego echa docierały do Polski poprzez Radio Wolna Europa i inne zachodnie radiostacje. Wielu ludzi po wschodniej stronie żelaznej kurtyny liczyło na konflikt między „zachodem” a ZSRR, w wyniku którego miała nadejść upragniona wolność. Relacje świadków obecnych na rozprawie wskazują, że w jej trakcie doszło do szeregu incydentów, które wywołały żywą reakcję zgromadzonej na niej publiczności, którą w większości stanowili żołnierze KBW, m.in. Michał Piwowar miał stwierdzić, że: Ja składałem przysięgę na wierność Polsce i nie przypuszczałem, że kiedykolwiek sowieci będą naszym przyjacielem. W reakcji na te słowa stalinowski prokurator Zenon Grela krzyczał: ,,Niech sobie oskarżony nie myśli, że to jest rok 1939 i że będziecie palić radzieckie czołgi pod Wilnem kocami umaczanymi w benzynie". Wyrokiem WSR z dnia 31 stycznia 1952 r. pod przewodnictwem mjr. Kazimierza Kluzy i w obecności prokuratora wojskowego chor. Jerzego Drabika Michała Piwowara skazano na karę 3 lat więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres 1 roku oraz przepadek całego mienia. Nakaz wykonania kary przesłany do Naczelnika Więzienia w Rzeszowie wystawił podprokurator WPR w Rzeszowie kpt. Edmund Nakonieczny. W dniu 19 marca 1952 r. przewieziono go konwojem więziennym do więzienia w Sanoku. Tutaj pierwszy raz mogła go odwiedzić najbliższa rodzina. Jednak Naczelny Prokurator Wojskowy, osławiony kat polskich patriotów płk Stanisław Zarakowski złożył w dniu 19 lipca 1952 r. wniosek rewizyjny o uchylenie wyroku wydanego w tej sprawie z powodu, jak to określił, wymierzenia niewspółmiernie niskiej kary i przekazanie jej do ponownego rozpatrzenia sądowi w innym składzie. W uzasadnieniu wskazał m.in. że sąd ferując wyrok niezbyt wnikliwie rozważył całokształt okoliczności sprawy, nie uwzględnił dużej szkodliwości społecznej czynu skazanego, osobowej sylwetki i jego wrogiego, kontrrewolucyjnego nastawienia. Postanowieniem z dnia 27 sierpnia 1952 r. Najwyższy Sąd Wojskowy pod przewodnictwem płk Aleksandra Tomaszewskiego poddał rewizji na posiedzeniu niejawnym w trybie nadzoru

sądowego i na wniosek Naczelnego Prokuratora Wojskowego prawomocny wyrok WSR w Rzeszowie wydany wobec Michała Piwowara. Uznał, że sąd I instancji dokonał błędnej i mało wnikliwej oceny materiałów sprawy, a kara wymierzona skazanemu jest nieodpowiednią do jego winy i szkodliwości społecznej jego działalności przestępczej. Na mocy postanowienia NSW, oficer śledczy Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie ppor. Jerzy Mielczarek przygotował w dniu 26 listopada 1952 r. dodatkowy akt oskarżenia, w którym zarzucił oskarżonemu, że w okresie od lata 1946 roku daty bliżej nie ustalonej do lipca 1947 roku na trenie gminy Racławówka pow. Rzeszów działając na szkodę Państwa Polskiego przekazywał wiadomości, a mianowicie meldunki terenowe dotyczące aktywistów z wyżej wspomnianego terenu, funkcjonariuszy MO, wykazy osób posiadających broń i inne stanowiące tajemnicę państwową. Treść przedmiotowego aktu oskarżenia stała się m.in. przedmiotem analizy WSR w Rzeszowie, który na posiedzeniu niejawnym w składzie: mjr. Władysław Sieradzki, por. Witold Wleciał, kpt. Zygmunt Panas oraz w obecności prokuratora WPR Zenona Greli postanowił sprawę skierować do rozpatrzenia na rozprawie jawnej. Druga rozprawa w sprawie przeciwko Michałowi Piowowarowi odbyła się w dniu 22 grudnia 1952 r. w siedzibie WSR w Rzeszowie. Rozprawie przewodniczył tym razem por. Witold Wleciał. Obecny był także prokurator WSR w Rzeszowie por. Henryk Radzimirski. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie pod przewodnictwem por. Witolda Wleciała z dnia 25 grudnia 1952 r. został skazany na karę 8 lat więzienia wraz z utratą praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres 3 lat oraz przepadkiem całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził m.in., że wymierzając oskarżonemu karę więzienia za popełnione przestępstwa miał sąd na uwadze jako okoliczności obciążające, wielką szkodliwość społeczną i duże niebezpieczeństwo społeczne czynów popełnionych przez oskarżonego, bowiem czynów tych dopuścił się jako człowiek w pełni uświadomiony w okresie największych trudności napotykanych w dziele ugruntowywania się władzy ludowej, duży stopień napięcia złej woli zaistniały po stronie oskarżonego, wynikający z aktywnej działalności oskarżonego w nielegalnej organizacji i kontynuowania działalności przestępczej po okresie amnestyjnym – fakt, że oskarżony zdradził swoją klasę z której się wywodzi i przeszedł do obozu wrogów Polski Ludowej. Obrońca złożył


2014 kwiecień wniosek rewizyjny podważając wartość zeznań głównego świadka, którym był Augustyn Paśkiewicz. Nie wpłynęło to jednak na stanowisko Najwyższego Sądu Wojskowego, który postanowieniem z dnia 23 stycznia 1953 r. utrzymał wyrok zapadły w tej sprawie. Tymczasem Michał Piwowar z więzienia w Sanoku trafił do więzienia w Wiśniczu, a stamtąd w dniu 4 kwietnia 1954 r. przewieziono go do więzienia w Potulicach. Został zatrudniony w warsztatach więziennych przy masowej produkcji i objęty pracą normowaną. Nie trwało to jednak długo i na skutek podeszłego wieku zrezygnowano z kierowania go do pracy. Już w dniu 25 maja 1954 r. Naczelnik więzienia sporządził opinię na jego temat, w której stwierdził m.in. że ,,więzień wykazuje stosunek do administracji więziennej powierzchownie pozytywny dlatego aby wyrobić sobie na zaufanie oraz ulgi w odbywaniu kary. […] wrogich wypowiedzi nie stwierdzono, jednak w wyniku analizy przeprowadzonych rozmów indywidualnych oraz w toku dotychczasowej obserwacji stwierdzono, że w/w biernie ustosunkowany do Polski Ludowej. Do wyroku ustosunkowany obojętnie. Przestępstwo jakie popełnił nie przeanalizował oraz brak szczerej skruchy za popełnione przestępstwo". W dniu 31 października 1955 r. Naczelny Prokurator Wojskowy złożył kolejny wniosek rewizyjny, wnioskując o złagodzenie kary przy zastosowaniu ustawy o amnestii dnia 22 listopada 1952 r. Wpływ na omawiane decyzje miały niewątpliwie coraz lepsze opinie z więzienia. Wniosek został uwzględniony przez Zgromadzenie Sędziów Sądu Najwyższego dnia 23 listopada 1955 r., na którym postanowiono zmienić kwalifikację prawną czynów i złagodzić na mocy amnestii karę 8 lat więzienia do 5 lat i 4 miesięcy przy pozostawieniu w mocy kar dodatkowych. Michał Piwowar wyszedł na wolność w dniu 7 lutego 1956 r. na mocy postanowienia Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z dnia 3 II 1956 r. o warunkowym zwolnieniu z odbywania reszty kary.

Świadectwo Zamieszkał w rodzinnym Niechobrzu. Po kilku latach rozpoczął starania o rehabilitację i odzyskanie majątku, a przede wszystkim ziemi. Udało się to dopiero w 1960 roku. Odzyskał wówczas dom i ziemię, które następnie przepisał swoim dzieciom. Często zwykł powtarzać przy tej okazji, że teraz mi już nic nie zabiorą bo nic nie mam. Przez wiele lat pozostawał pod obserwacją bezpieki. Wielokrotnie był także namawiany do zapisania się do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBOWiD), komunistycznej organizacji kombatanckiej,

Michał Piwowar. 1964 rok (Fot. ze zbiorów rodziny Piwowarów)

lecz jego stosunek do tej organizacji, jak i całego sytemu komunistycznego pozostał do końca niechętny i wrogi. Często powtarzał, że w ZBOWiD są sami PPR-owcy i ORMO-wcy i że dopóki za kombatantów uważają się tacy co mają 18 lat to on się do ZBOWiD-u nie zapisze. Różnego rodzaju represje nie ominęły także jego najbliższej rodziny. Przykładowo, podanie jego syna Leszka złożone do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu zostało odrzucone z adnotacją: politycznie niepewny. Pomimo to pozostawał człowiekiem pogodnym i ciepłym, z dużym poczuciem humoru. Był lubianym i cenionym gawędziarzem. Lubił opowiadać o wydarzeniach z okresu obu wojen światowych, których był świadkiem. Należał do zapalonych zwolenników Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego podobnie jak wielu innych określał zdrobniale jako „Nasz Dziadek”. Nie bał się często powtarzać, że gdyby nasz dziadek żył, to by Hitler nigdy na Polskę ręki nie podniósł. Do legendy przeszły jego dowcipy i anegdoty dotyczące „jedynego słusznego ustroju”. Nie ukrywał swego negatywnego stosunku do komunizmu i komunistów, ale potrafił to wyrażać w sprytny sposób poprzez liczne anegdoty i dowcipy, z których śmiali się odwiedzający go liczni goście. Był znawcą komunizmu w wydaniu sowieckim. Nie raz wypowiadał się na temat metod stosowanych przed wojną przez NKWD i GRU. Jego dom tętnił życiem, stał się także miejscem spotkań byłych żołnierzy AK, którzy właśnie tutaj czuli się bezpiecznie i mogli nieco powspominać i popolitykować. Często było tak, że trudno było pomieścić wszystkich gości, a w pokoju unosiła się gęsta

chmura papierosowego dymu. Dom Michała Piwowara w Niechobrzu stanowił przez wiele lat dla wielu ludzi swoistą enklawą wolności w czasach komunistycznego zniewolenia. Był człowiekiem mocno wierzącym. Wiele razy dawał do zrozumienia, że wiara pozwoliła mu przetrwać najcięższe okresy niewoli. Ze stalinowskiego więzienia przywiózł jako pamiątkę różaniec wykonany w całości z więziennego chleba. Wspierał czynnie budowę kościoła parafialnego w Niechobrzu. Potem aktywnie uczestniczył w życiu parafii. W ostatnich latach życia często wspominał Wileńszczyznę, wracał wspomnieniami do okresu swej służby na granicy. Gdy był już bardzo chory, postępująca choroba mózgu powodowała, że tracił kontakt z rzeczywistością, przywołując dawno minione postaci i wydarzenia. Jego serce pozostało w służbie Rzeczpospolitej, na kresowym posterunku wśród swoich ukochanych żołnierzy. Michał Piwowar odszedł w dniu 24 marca1986 r. Niewiele pozostawił po sobie pamiątek. Spośród tych, których nie zabrali mu sowieci lub polscy komuniści zachowało się kilka domowych sprzętów przywiezionych z Wileńszczyzny, zabytkowy patefon i pożółkłe fotografie, na których utrwalono życie żołnierzy na kresowych stanicach. Nie doczekał wolnej Polski. Odszedł skromnie, jak przystało na wiernego żołnierza i patriotę. W wolnej ojczyźnie żegnano by go z wszelkimi wojskowymi honorami należnymi jej wybitnemu obrońcy. W komunistycznej Polsce, w której przyszło mu żyć i umierać czekały go jednak tylko represje i prześladowania. Według komunistów, ktoś taki jak on nie zasługiwał bowiem nawet na pamięć. Dopiero po upadku komunizmu Polska upomniała się o swego wiernego syna. Postanowieniem Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z dnia 15 listopada 1994 r. wyrok b. WSR w Rzeszowie z dnia 23 XII 1952 r. został unieważniony, a jego działalność określono jako prowadzoną na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Autor dziękuje rodzinie Michała Piwowara za pomoc w napisaniu tego artykułu. W artykule wykorzystano m.in.: IPN Rz 050/1027 Akta kontrolno-śledcze dot. Michała Piwowara; IPN Rz 107/1379 Akta w sprawie Michała Piwowara; G. Ostasz, Okręg Rzeszowski Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Model konspiracji, struktura, dzieje, Rzeszów 2006 r.; J. Majka, Dzieje 17 pułku piechoty 1918-1939, Rzeszów 2009 r.

89


kwiecień 2014

Poniżej prezentujemy w odpisie część dokumentu wywiadu Armii Krajowej, zawierającą kolejną setkę działaczy, współpracowników oraz osób podejrzanych o współpracę z PPR i GL z terenu powiatu rzeszowskiego w latach 1943-1944. Część pierwszą, wraz z odpowiednim wprowadzeniem historycznym zamieściliśmy w nr 1 Tajnej Historii Rzeszowa. Nazwiska i pseudonimy zostały ułożone w porządku alfabetycznym, zgodnie z oryginałem. Korekcie poddano jedynie błędy maszynowe i ortograficzne oraz uzupełniono interpunkcję. Rozwinięto także skróty oraz dodano przypisy tekstowe i rzeczowe.

100. DREWNICKI N. Sokołów, zatr[udniony] w Arbeitsamt w kontakcie z dyw[ersją] leśną. O[ddział] p[partyzancki] nie komun[istyczny]. Kontakt z chłopami którzy proszą o zwolnienie od robót. Konkubina jego JABŁOŃSKA jeździ jako łączniczka do W-wy do swego brata JABŁOŃSKIEGO i załatwia jakieś zlecenia organ[izacyjne] w Tarnobrzegu. 101. DRONKA Tomasz czł[onek] Komit[etu]1 w Zwięczycy. 102. DRUSZKIEWICZ Aleksander Rzeszów Hetmańska , z SZEBESTĄ czł[onek] PPR, po zorientowaniu się w istotnych celach PPR przeszedł do PPS. Bezpart[yjny]?2 103. DUDEK Jan, Zwięczyca, członek PPR. 104. DUL Bolesław Przewrotne, czł[onek] PPR. 105. DURSZKIEWICZ N. Rzeszów Hetmańska ślusarz u ZWEIGA. Komun[ista]? 106. DUSZA Oleksy, w Hadlach Szklarskich, komun[ista], kandydat do bandy dywers[yjnej] 107. DUSZA Władysław, Trzebownisko, na czele bojówki po BERESIU. 108. DWORAK Józef s. Antoniego, Huciska, zadenuncjował kilku Polaków, którzy zostali rozstrzelani. Po tym w jednym z oddziałów leśnych PPR. 109. Dr. DYNIA Rzeszów w kontakcie z PACZEŚNIAKOWĄ, dr. WOSIEM i NN. Żona też w kontakcie z PACZEŚNIAKOWĄ. Patrz PACZEŚNIAKOWA. 110. DZIEPIUCHOWICZ N. Rzeszów, Grunwaldzka, drogeria. Gromadzą się tam działacze komun[istyczni] z Budziwoja. 111. DZIEDZIC N. Błędowa Zgłobieńska, ukrywa „Zygmunta”. Areszt[owany]? 112. DZIEDZIC Leopold, brat Romana, Rzeszów ident: Czy ident. z Mieczysławem komun[istą]. Zam. Podzamcze w Kontakcie z WITANKIEM. 113. DZIEDZIC Rudolf, Rzeszów Hetmańska 25, czł[onek] ok[ręgu] PPR.3 114. DZIEDZIC Mieczysław, Rzeszów Grunwaldzka ,prowadzi warsztat szewski i pomaga bratu Romanowi w zaopatrywaniu Żydów w K.K.4 Wyszukuje reflektantów, brat jego Leopold, szewc zam[ieszkały] 3 maja 24,wrócił przed wybuchem wojny bolsz[ewicko] niem[ieckiej] z terenów zajętych przez sow[ietów] Przyjaźni się z BĄKIEM. Były czł[onek] KZMP5, obecnie jako podejrzany odsunięty od roboty w PPR. Mieczysław były sekretarz Ok[ręgu] KPP6 miał kontakty na Łańcut /WAWRZKIEWICZ bojster (sic!) /NYCZ/. 115. DZIEDZIC Leopold, Rzeszów Czwartaków, pochodzi z Trzciany ad Rzeszów były marynarz marynarki handl[owej] w Gdyni, przezwisko „Połdek”. Był właśc[icielem] ”Eriki” w Rzeszowie gdzie kontakt[ował] sow[ieckich] komun[istów]. Przedwojen[ny] komun[ista]. Obecnie muzykant w parku miejskim w Rzeszowie. 116. DZIUBEK Aniela, żona Jozefa, Boguchwała, karana 4-mies[iącami] więzieniem za komun[izm]. Kontakt z PAŚKĄ oraz z MYTYCHEM.

90


2014 kwiecień 117. Elowicz pow. Rzeszów, patrz Wadler. 118. FARYNIARZ Michał, Poręby Kupieńskie, czł[onek] PPR. 119. FARYNIAK vel Faryniewicz Michał, Poręby Kupieńskie, komun[ista]. 120 .FILIPOWICZ Jolanta pow. Rzeszów zam[mieszkała] w W[arsza]wie, potem w Jaworniku, Sanoku, Tyczynie u aptekarza WISZNIEWSKIEGO, sympatyka komuny, gdzie się chroni jako zaangaż.7 w W-wie przed areszt[owaniem]. Nazwisko de Campo Jolanta Alicja, przyp[uszczalnie] fałszywe. Żona jakiegoś majora. Ur[odzona] w Japonii, gmin.8 w Petersburgu. Podejrzenie że pracuje w wywiadzie sow[ieckim]. Kontaktuje z PACZEŚNIAKOWĄ, NATOŃSKĄ Heleną z Arbeitsamtu Rzeszów, ks. BOROWCEM, współprac[uje] z NN, rzekomo krewnym policjantem granat[owym] Królakiem, który ułatwia kontakty na agentów G-po.9 Otrzymuje listy z Jugosławii, rzekomo od syna, koresponduje z Częstochową, prawdop[odobnie] przez Zofię WISZNIEWSKĄ, która koresponduje z Żóraską Danutą z Częstochowy, Warszawska 9/2. Jest na terenie powiatu, nadal kontaktuje się z Czechem Filipem z W[arsza]wy […]10 „G” Modliszewską i ZAMOJSKIM N. ze Lwowa, a w Dynowie pod nazwisko KOWALSKIEJ Ireny/Leszek KACZMARCZYK, DĄBROWSKI, Węgier N. u Laszoka we młynie w Charcie11 kontakt z mjr.”Stefanem”.12 121. FLORKIEWICZ Władysław „Władysław”, gwardzista oddz[iału] part[yzanckiego] „Iskra”, Rzeszowskie. 122. FRANCISZKOWSKI N. Rzeszów, policjant granatowy w kontakcie z PACZEŚNIAKOWĄ. 123. FUTOMA N. karta13, czł[onek] bojówki G.L.14 124. GANCARZ Jan, Zwięczyca, Rzeszów propaganda prasow[a]. 125. GARGAS Marceli Stobierna, czł[onek] bojówki gwardzistowskiej z Rzeszowski[ego] pod dowództwem BIELENDY Józefa. 126 .GARŁO Marian Rzeszów, zatr[udniony] na kolei, szwagier WELLERA, czł[onka] PPR? 127. GĄSKA Jan Białka, komun[ista]. 128. GLIWA N., absolwent WSH Budziwój, w kontakcie z kpt. BOMBĄ, funkiem PPR. 129. GŁODOWSKI Tomasz Budziwój, czł[onek] grupy wykonawczej wraz z KONKOLEM I SZCZUPIELEM. 130. GŁODOWSKI Józef Budziwój, łącznik. 131. GŁOWACKI N. Rzeszów PZL15, komun[ista]. 132 GNIEWEK Józef Bzianka, komun[ista]. Czł[onek] bojówki CZYŻA Wojciecha. 133.GOCIARZ Jan Zwięczyca, czł[onek] miejsc[owej] komuny. 134.GOGOLIK Siedliska, patrz NN porucznik. 135. GOLEMA Michał Styków, czł[onek] PPR. 136. GOLEMA Antoni, Michał, Walenty, Stanisław, Styków, czł[onkowie] bandy, kontaktują się z Zającem Kaz[imierzem], DRĄGIEM St[anisławem], SZELIGĄ Janem, JEŻEM Michałem. 137. GOLONKA Andrzej Łukawiec, kontakt z Sudołem N. 138. GOŁAŚ Józef Przybyszówka, plut. WP16, inst[ruktor] wojsk[owy] oddz[iałów] komun[istycznych] w Przybyszówce, Bziance i Słotwince. Kontakt z Kaszubiną. 139. GOREK Julian Jasionka, aktyw[ista] komun[istyczny]. 140. GÓRSKI N., właśc[iciel] sklepu w Zabierzowie pod Racławówką, podaje się za działacza SL.17, kontakt z Augustynem, Mytychem i kpt. STACHOWICZEM. 141. GRĄDEK N. ojciec i syn wywiezieni z ghetta przy pomocy f[ir]my Muth z Rzeszowa. Przed wojną czł[onek] KPP, pod okup[acją] sow[iecką] przewodniczący rzeszow[skiego] koła komun[istów]. Ojciec we Lwowie rozstrzel[any] przez Niemców. 142. GRIGEL Edmund Rzeszów, Kościuszki 7, czł[onek] komit[etu] PPR /dział[alność org[anizacyjna]/ czy Griger? Areszt[owany].

91


kwiecień 2014 143. GROSZEK N i N. pow. Rzeszów, uważani za SL, podejrzani o komunę. 144. GRYGIEL Zygmunt. Rzeszów, pracuje w PPR propagand[a] i prawdop[odobnie] Łączność. Konfident G-po, współpraca z PPR, kontakt na MIĄSIKA i Zwolińsk[ą]. 145. GUGAŁA Franciszek, Budziwój, Rzeszów, komun[ista]. 146. GUGOLIK Franciszek Siedliska, czł[onek] Komit[etu] Ok[ręgowego]PPR, współprac[ownik] NN „porucznika”. 147. HABAJ N. Rzeszów, Czekaj, czł[onek] bojówki GL. 149. HUCZELA N. Glinik Hażewski, komun[ista]. 150. HAJBLUM patrz PAPROCKI. 151. „Halina” przyjaciółka KOGUTKA ps. „Marek”, przyjechała z nim z W[arsza]wy do Rzeszowskiego. 152. HAŁOŃ Jan Rzeszów, Hałasiewicza, karany za kradzieże, poszuk[iwany] przez policję. Werbuje do PPR obiecując pieniądze przy pomocy młodszego brata. W kontakcie z Wallerem N. któremu pomaga przy wiązaniu drużyn, Patrz Rudzik. 153. HARULAK Marian „Patrol”, złodziej posp[olity] w Rzeszowie, oddał 3 skradzione przez siebie KK18 / z kolei/. [W] bojówce PPR Czachura. 154. HERZOG N. Rzeszów, patrz Wadler. 155. Hildebrad N. Rzeszów, zaopatruje wraz z JAJKO Żydów w dokum[enty] aryjskie, obaj kanciarze. H. mieszka róg Staszica w domu Pawłowskiej. 156. HOPF Jakub Głogów, Pogwizdowie, Starzyna, należy do wybitn[ych] działaczy komunistycznych. 157. HORACZEWSKI N. Glinnik, czł[onek] bojówki. 158. HUCZELA N. Glinnik, czł[onek] bojówki. 159. HUS Jan, czołowy działacz komun[istyczny] przed wojną, zam[ieszkały] we Lwowie, podczas okupacji sow[ieckiej] zajmował wysokie stanowisko urzędnicze. Co 2-3 tygodnie zjawia się u swej żony w Babicy. Z zawodu kotlarz. Intensywna działalność wywrotowa w kontakcie ze swym bratem w Czudcu i CZARNIKIEM w Wólce. W Babicy z Magierło Antoni[m]. Prócz tego z ROZBORSKIM. 160. HUS Andrzej Czudec, kontakt z Rozborskim, Kawą i BATOGIEM z Niechobrza. 161. HYMENKO N. Rzeszów, prac[ownik] PZL.VD19 aktywny komun[ista] w kont[akcie] z……………20 162. JABCZUGA Rzeszów, Gałęzowskiego, b[yły] właśc[iciel] restauracji przy Lwowskiej, styka się ze ZWOLIŃSKIM, od którego odbiera prawdop[odobnie] papiery przywiezione od MIĄSIKA. Kontakt z MICAŁEM na Czekaju przez jakiegoś muzykanta oraz z rodziną WITANKÓW. 163. JABŁOŃSKA Nuśka, Sokołów, konkubina DREWNICKIEGO, załatwia kontakty tegoż z W[arsza]wą. Brat jej wyższy ofic[er] WP21 i przebywa w W[arsza]wie. Od 4 do 8.3.44. przebywała w W[arsza]wie. 164. JABŁOŃSKI Marian W[arsza]wa, jeździ do swej siostry, konkubiny DREWNICKIEGO w Sokołowie. Spokrewniony z MICAŁEM. Czł[onek] C.K.22 ważna figura w Warszawie. Pochodzi z Sokołowa. 165. JABŁOŃSKI N. Rzeszów, czł[onek] bojówki CYRANA /GL w PZL/ zam[ieszkały] baraki obok bloków Cegielskiego. Ob[ecnie] prawdop[odobnie] ukrywa się w Krakowie u matki lub szwagra Feldmanna, bo tutaj widziany. FLORCZYKIEWICZ, Kosikowski. 166. JACKOWSKI N. Błażowa, zam[ieszkały] w domu Marszałka / Marczaka?/, posiada koncesje na skup szmat; jeździ do W[arsza]wy i Lwowa, z[astęp]ca po Chmielewskim. JACKOWSKI N. zam[ieszkały] w Mohuczce23 u Marszałka, czł[onka] bojówki ident[yfikowany] z w/w, tak. 167. JAJKO, Rzeszów, Gałęzowskiego i Hildebrat N. zaopatrują Żydów w dokumenty aryjskie /Cena KK 6000 zł/. JAJKO NN, rodzina z Mokrzyszowic ad Tarnobrzeg, b[yły] czł[onek] KPP. Aktywni. 168. JAKSAN N. z Zawadki, czł[onek] bandy bolszewickiej Aleksandra. 169. JAMROZIK Jakub, Rzeszów Czekaj, w kontakcie z Lesiem Zygmuntem. 170. JAMRÓZ Stanisław Rzeszów, patrz Paluch.

92


2014 kwiecień 171. „Jan” czł[onek] bandy bolszew[ickiej] Aleksandra w rzeszowskim pow[iecie]. 172. JANASIOWA N. Słotwinka, u niej zebrania komun[istów]. Kontakt BEMBENKA Stanisława. 173. JANDA Szczepan Budziwój, łącznik komun[istów]. 174. JANDA Stanisław Budziwój, komun[ista]. 175. JANDA N i N /Kazimierz i Adolf ?/ Budziwój znani bandyci b[ra]cia. Czł[onkowie] bandy MYTYCHA i AUGUSTYNA, z którymi kontaktują w Boguchwale. Imienne wezwania rozsyłane w Babicy, Czudcu i Zarzeczu nakazują robić to co Jandy. 176. JANKISZ N. b[ra]cia, Rzeszów Budy, komun[iści]. 177. JEDLIŃSKI N., adw[okat] i jego brat Jarosław, domniemany przywódca roboty PPR. Dawny ludowiec pod płaszczem SL robota PPR. Zatrzymuje część ludzi z SL, w niej SZPAK z Jarosławia. Werbuje, obsadza stanowiska. Skierowuje ludzi z desantu sow[ieckiego] do swego dobrego znajomego b[yłego] prezesa SL KOŹLARZA, który ich zaopatrzył w 2 wozy żywności. Jedliński adw[okat] ze Szczytna u KULIGOWSKIEGO, przywódca komun[istyczny] na rejon. Współpracują: GANCARZ, CWYNAR, KUKUŁKA, KOWAL, ZREBA, HADAŁO. W drodze z Krakowa zatrzymuje się u TROJANOWSKICH Staroniwa Górna. Kontaktuje się organ[izacją] w domu KASZKI, ZAMOJSKIEGO /?/ gdzie spotyka się z nieznajomymi osobnikami z kier[ownictwa] Jasło, Tyczyn, Łańcut. JEDLIŃSKI Wiktor ze Szczytnego ukrywa się w Krakowie. 178. JEŻ Józef i Michał, Styków, czł[onkowie] PPR. 179. JEŻ Michał, kontakt z bandą Golemów ze Stykowa. 180. JĘDRKIEWICZ Antoni, Głogów, czł[onek] PPR. 181. JÓŹWIAK Michał Rzeszów, Bernardyńska 8, jazbandziątka (sic!) w restauracji „Erika” /lokal kontaktowy Rittman/, wdowa po Ludwiku przybyła ze Lwowa. Ob[ecnie] bez pracy, całymi dniami poza domem. Często przebywa u swojej przyjaciółki TUZIAK Bronisławy. Obie kontaktują się z Olgą Majerowicz. 182. KACA Józef, Rzeszów ,Mickiewicza, komun[ista]. 183. KALANDYK Władysław, Zabierzów, ad Rzeszów, czł[onek] bandy Augustyna i MYTYCHA. Ojciec i syn pospolici przestępcy, należeli jak wyżej. W sierpniu 43 zaczęli organizować oddziały „MŁODY POLAK” i Sikorszczycy. Wywodzą się z grupy WITKA Kazimierza i Teofila. 184. KALANDYK Stanisław, k[kapral] rez[erwy], pracuje dla kpt. STACHOWICZA /ident?/ 185. KALANDYK Henryk Niechobrz, łącznik na PACZEŚNIAKOWĄ /ident? zw/ /w/. 186. KAŁUCKI „Jarek” Rzeszów, Lwowska, Kulawy, złodziej poszukiwany przez Kripo. Wsypał SANECKIEGO, nagroda 10.000.zł. Kontaktuje się z E ugłip (sic!) znanym szulerem. Patrz Sanecki. 188. KANIA N. z Łukawca /czy nie Kawa Stanisław/ łącznik i kolporter komun[istów] w tamt[ejszym] terenie. Ob[ecnie] Rozwadów, Bandwicka, przedwojenny aktyw[ista], propagator komun[istyczny]. Samobójstwo w więzieniu tarnowskim. Współprac[ownik] Hiter Michał. 189. KASZUBA Franciszek z Bzianki, należy do bandy PPR z Maciągiem Tad[euszem]. 189.24 i Kazimierz CIEBIERA. Ukrywa się u LUBASA Józefa i Szymona i MICAŁA Michała. Kontakt z KRUPĄ, GOŁASIEM Józefem i Serafinem N./czy Kaszubina ma tekontakty?/ 190. KASZUBA Paweł i Florian, b[ra]cia z Przybyszówki w komp.(sic!). 191. KASZUBINA N. Przybyszówka, łącznik między Rzeszowem a Przybyszówką. 192. KAWA Stanisław, kontakt z Bombą, łącznik na wieś Borówki. Komun[ista]. 193. KAWA Michał i Wojciech, Czerwonki, komun[iści]. 194. KAWA Józef i żona, krawiec, żona fryzjerka, Rzeszów Reymonta, w kontakcie z Budą, wraz z NN majorem z Rzeszowa próbują założyć nową komórkę PPR w Niechobrzu Dolnym. Zebrania w Niechobrzu u Niedziałka wzgl[ędnie] w domu Kawy. Uczestnicy: Niedziałek Antoni, Ignacy, CHROMIK Henryk, CHMIEL Jakub.

93


kwiecień 2014 195. KAWA Bronisław Rzeszów, blacharnia PZL, podejrzany o działalność komun[istyczną]. 196. KAWA Stanisław, łącznik kmdy OK-PPR25 w zażyłych stosunkach z d-cą CHŁOSTRY/?/ Kołodziejem i sam komun[ista]. Zam[mieszkały] Borek Nowy. 197. KAWALEC Walenty, prezes SL Świlcza Rzeszów, z kilkunastoma czł[onkami] SL przystąpił do PPR. Członkowie: PIELA Stanisław, CIOCH Andrzej ze Świlczy, STAWARZ Henryk, PIĄTEK Stanisław w urzędzie melioracyjnym w Trzcianie ad Rzeszów. KAWALEC kontaktuje się najpierw z AK, zrywa ten kontakt, potem z AUGUSTYNEM I MYTYCHEM, CIEBIERĄ Józefem, Maciejami, JANASIOWĄ, CYMOREM,BYKIEM ze Słotwinki. Przeprowadzają oni ćwiczenia wojskowe między Świlczą, Przybyszówką a Bzianką. 198. KAWKA N. Hyżne, naucz[yciel],podejrzany o działalność komun[istyczną]. 199. KĄKOL b[ra]cia, przywódcy bojówki komun[istycznej] w Budziwoju. Jeden z nich kmdt w bezpośrednim kontakcie z ks. BOROWCEM, z nim wyjeżdża w teren. 200. KICAJ N. Mikołaj, Wiktor, Jan. Harta, czł[onkowie] bojówki. ————————————————- PRZYPISY ————————————————1. prawdopodobnie Komitetu Dzielnicowego PPR w Racławówce 2. punkt 102 w oryginale skreślony atramentem/. 3. Okręgu PPR Rzeszów 4. skrót od niemieckiego kennkarte – dowód tożsamości obowiązujący na terenie Generalnego Gubernatorstwa 5. Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej, młodzieżówka KPP. 6. Komitetu Podokręgu KPP Rzeszów 7. powinno być prawdopodobnie – zagrożona. 8. Sic! Powinno być prawdopodobnie – gim., od gimnazjum. 9. skrót od Gestapo (Geheime Staatspolizei, Tajna Policja Państwowa), Niemiecka tajna policja polityczna. 10. fragment nieczytelny. 11. powinno być – Harcie. 12. mjr. “Stefanem” – prawdopodobnie chodzi o Stanisława Szybistego ps. „Stefan”, w latach 1942-1943 dowódcę GL najpierw Okręgu GL Rzeszów, a następnie Obwodu GL Kraków. 13. prawdopodobnie powinno być – Harta. 14. skrót od: Gwardia Ludowa – zbrojne ramię Polskiej Partii Robotniczej. 15. skrót od: Polskie Zakłady Lotnicze, wówczas Flugmotorenwerke 16. skrót od: Wojska Polskiego 17. skrót od: Stronnictwo Ludowe, chodzi o podziemne Stronnictwo Ludowe „Roch”. 18. Kenkarty 19. skrót od słowa volksdeutsch. W okresie okupacji niemieckiej osoba wpisana na listę osób pochodzenia niemieckiego (Volksliste). 20. tak w oryginale. 21. skrót od: Wojska Polskiego. 22. skrót od Centralny Komitet. Chodzi prawdopodobnie o Komitet Centralny PPR. 23. chodzi prawdopodobnie o m. Makłuczka k. Błażowej. 24. tak w oryginale. 25. chodzi prawdopodobnie o Komitet Okręgowy PPR Rzeszów

94


2014 kwiecień

Krzysztof Bajrasz

Bitwy i potyczki wojny konfederackiej (1768-1772) na terenie woj. Podkarpackiego w źródłach. Poniższy tekst jest wynikiem wieloletnich, żmudnych badań archiwalnych i stanowi pierwszą w historiografii próbę zestawienia źródeł dotyczących bitew i potyczek stoczonych przez oddziały Konfederatów Barskich z Rosjanami na terenie Podkarpacia. Wiele spośród omawianych tekstów zacytowano w Polsce po raz pierwszy. W wielu przypadkach, zawarte w omawianych źródłach informacje na temat danej potyczki są jedynymi jakie się zachowały i stanowią istotny materiał przyczynkarski do badań dziejów konfederacji. Mogą tym samym przyczynić się do rozwoju badań naukowych na ten temat, wzrostu świadomości historycznej i rozwoju postaw patriotycznych wśród mieszkańców Podkarpacia. Wydaje się to bardzo istotne, gdyż o dużej części potyczek i bitew zapomniano, nie przypomina o nich żaden pomnik lub tablica. Te miejsca wciąż czekają na odkrycie, upamiętnienie i zaistnienie na mapie ważnych wydarzeń historycznych regionu. Działania militarne prowadzone na terenie obecnego województwa podkarpackiego w okresie Konfederacji Barskiej w latach 1768 – 1772, miały przeważnie charakter wojny partyzanckiej. Jednorazowo w poszczególnych potyczkach, każda ze stron (Konfederaci i Rosjanie) dysponowała oddziałami liczącymi od kilkunastu do kilkuset żołnierzy. Sporadycznie jednostki taktyczne walczących przekraczały liczbę tysiąca żołnierzy (Dęborzyn 1770 r., Majdan Królewski 1771 r., Rzeszów 1772 r.). Niemałe trudności w rzetelnej ocenie liczebności walczących oddziałów, wysokości poniesionych strat czy nawet wyniku starcia, wynikają z nagminnie stosowanych przez obie strony zabiegów propagandowych, które celowo zakłamywały rzeczywisty stan rzeczy. Konfederaci starali się zwrócić w ten sposób uwagę opinii publicznej na masowość ruchu barskiego i jego sukcesy militarne, Rosjanie natomiast zmierzali do przedstawienia nieprzyjaciela w jak najbardziej niekorzystnym świetle, często podkreślając jego nieudolność wynikającą z braku wyszkolenia. Do większych potyczek z udziałem artylerii doszło zaledwie kilkakrotnie: Rzeszów i Rzemień (1769 r.), Przemyśl (1769), Grab (obrona obozu 1770 r.), Dęborzyn (1770 r.), Majdan Królewski (1771 r.). Nadmienić należy, że niespójna polityka przywódców ruchu barskiego i rodzące się na tym tle konflikty, skutkowały zbrojnymi starciami, do których dochodziło niejednokrotnie pomiędzy zwaśnionymi oddziałami konfederackimi (Strzegocice, Iwonicz, Grab, Lesko, Kolbuszowa). Zestawienie chronologiczne: 1768 r. – Zarzecze (pod Jarosławiem). Potyczka z oddziałem rosyjskim w okolicach obozu konfederackiego [1]. Marzec 1769 r. – Ostrów (pod Radymnem). „Wielka potyczka” konfederatów pod dowództwem Kossowskiego [2,3] z oddziałem rosyjskim. „Dziesięciu ciężko rannych konfederatów (w ich liczbie Stefana Wolskiego i Kajetana Tworkiewicza), pokłutych lancami kozackimi przewieziono wtenczas do reformackiego klasztoru w Jarosławiu, gdzie niebawem zmarli i pochowani zostali w kościelnych podziemiach” [4, 5]. 5 kwietnia 1769 r. – Jaśliska. Potyczka oddziału dowodzonego przez Kazimierza Pułaskiego z wojskami rosyjskimi. „6 Aprilis 1769” [6]: „Dnia wczorajszego [5 kwietnia] JmP. Kazimierz Pułaski syn P. Starosty Wareckiego w półtora tysięcy wojska przyszedł na Barwinek, pod Jaśliskami była potyczka od Moskwy, zginął jeden ImP. Pułaskiego żołnierz, a Moskwa siedmiu, osiem koni wziął ImP. Puławski łupów. Xsiążę Imć Jerzy [Jerzy Marcin Lubomirski] Imć. P. Dzierżanowskiego [Michała, marszałka gostyńskiego] Dywizje miał znieść a samemu pozwolić aby do Gostyńskiej ziemi poszedł” [7]. 3 maja (przed) 1769 r. – Iwonicz. Starcie dwóch oddziałów konfederackich dowodzonych przez K. Pułaskiego (wówczas regimentarza województwa krakowskiego i sandomierskiego)

95


kwiecień 2014 i Józefa Bierzyńskiego, marszałka sieradzkiego (regimentarza „ogniwa”) [8]. 5 maja 1769 r. – Gumniska (obecnie Tarnów) i Strzegocice (koło Pilzna). Starcie oddziałów konfederackich pod dowództwem Józefa Bierzyńskiego i Pawłowskiego z podjazdem Antoniego Bojaneckego, „rotmistrza konfederacji krakowskiej i sandomierskiej”, „komendanta milicji księcia Jerzego Marcina Lubomirskiego” [9, 10, 11, 12]. Z listu Morżkowskiego do Wessla z dnia 9 maja 1769 r.: „„Księciu Marcinowi 5 praesentis [5 maja] w Tarnowie, Imp. sieradzki {Józef Bierzyński, marszałek sieradzki] z swoją dywizją zabrał kilkadziesiąt ludzi z komendantem Bojaneckim i drugim oficerem, których trzymają w areszcie: a ludzi komputowych, którzy służyć nie chcieli, dyzarmowawszy puścili wolno, wysłuchawszy przysięgi, że do księcia wracać nie będą” [13]. 10 maja 1769 r. – Grab. J. Bierzyński i M. Dzierżanowski zaatakowali obóz J.M. Lubomirskiego [marszałka konfederacji województwa krakowskiego, księstwa oświęcimskiego i zatorskiego] i Adama Parysa [marszałka sandomierskiego]. Z aresztu obozowego został zabrany, Stanisław Rucki (Rudzki) łowczy bydgoski, rotmistrz w służbie J. M. Lubomirskiego, rozstrzelany później na rozkaz Dzierżanowskiego [14,15]. Jerzy Marcin Lubomirski opisał to wydarzenie w sposób następujący: „10 tegoż miesiąca [maja 1769] blisko Grabiu zabrał mi [Bierzyński] obóz z 600 ludzi i kilka sztuk armat, z moim archiwum i kasą wojenną” [16]. W manifeście Józefa Bierzyńskiego czytamy: „Zabrałem obóz pod Grabiem będący, z ludźmi, amunicją, armatami, śmigownicami i różnego gatunku strzelbą, mundurami, inwentarzem i całym porządkiem. Zabrałem także papiery i blankietów kilka ręką tegoż Xcia podpisanych i to ich Mośc. Panom marszałkom gabułtowskim oddałem” [17]. Lipiec 1769 r. – pod Leskiem. Potyczka rotmistrza Pułaskiego [Franciszka ? – miał wtedy służyć pod rozkazami M. Dzierżanowskiego] z połączonymi oddziałami J. M. Lubomirskiego i A. Parysa. „Wiadomość z Sanockiego dane 17 Julij 1769. Odsyłając z mocnym podziękowaniem WM. Panu Dobrodziejowi papier pożyczony, a dwa JM. Księdzu Proboszczowi donoszę wiadomości, którem zastał. Pan Radzimiński {Filip Radzimiński, wówczas regimentarz przemyski] Dywizji Puławskiego Sty [Starosty] Augustowskiego porucznik oblokował się był w Łubkowie[Łupkowie] na granicy. Tego Xiąże Marcin zabrał do siebie do Grabia, a gdy się w Grabiu poniechęcili, wyszli z Grabia i chcieli zabrać armaty swoje, które mieli (…). Lecz pod nieobecność Xięcia mający komendę JmP. Parys lubo kazał wydać, jednak JmP. Bojanecki nie dał im wziąć, wielka stąd emulacyja między niemi nastąpiła, i między Parysem i Bojaneckim bezecna kłótnia. Po tej Radzimiński obóz Xięcia opuścił. Xiąże za nim poszedł /: Idąc w Korczynie 800 sztuk w blichu płótna wziął na namioty :/ i dognał go w górach za Liskiem w Sanockim, a gdy się łączyć nie chciał z Xieciem, przyszło do bitwy, w której bitwie Xięcia ludzie do kresu rozproszeni, Xiąże miał się ucieczką salwować ku Granicy., ale gdy go P. Rotmistrz Pułaski doganiał i chciał schwycić, od Xięcia został postrzelony, Xiąże się salwował, a o JMP. Parysie, czy zabity, czy wzięty od nich w niewolę nie masz wiadomości” [18] Ta ciekawa, ale nie do końca wiarygodna informacja wykorzystana została przez Szczęsnego Morawskiego w książce „Pobitna pod Rzeszowem, powieść prawdziwa z czasów konfederacji barskiej”, Rzeszów 1924, str. 206 – 207. 19 lipca 1769 r. – Lesko. Potyczka konfederatów z wojskami rosyjskimi. „ie 19 psentis konfederaci napadli w Lisku Moskalów, których w samym mieście 25 trupem położyli, jednego oficera w areszt wzięli” [19]. Ta informacja może mieć związek z poprzednim wpisem. 23 lipca 1769 r.– Kolbuszowa. Łubieński, regimentarz gostyński najechał dobra J. M. Lubomirskiego [20]. Z dekretu w sprawie księcia J. M. Lubomirskiego (1771 r.): "IP. Łubieński rotmistrz gostyński z rana pod Kolbuszowę miasto Xiążęcia dziedziczne, ImP. Bojaneckiego szukając, sam się z ludźmi jednymi w polu na straży w odwodzie zostawszy, ordynans dał IP. Dzwonkowskiemu, by do pałacu poszedł, który wszedłszy z ludźmi w pałac, drzwi wybito, okna wystrzelano, piece potłuczono, podłogi porujnowano, portrety staroświeckie porąbano, srebra z drzewa Krzyża Świętego odarto, partykułę na ziemi porzucono, ludzi bito. Porucznika Sakłackiego, krawców roboty pilnującego zrąbano, z czego długo kurował się, co miał przy sobie zegarek, klejnociki, spinkę 30 czerwonych złotych wartającą zabrano, z spodni go nawet zwleczono i co miał pieniędzy wzięto. W stancji jego konie i jakie znaleziono rzeczy złupiono. Xiążęcia cokolwiek się znalazło w sprzętach, koniach i różnych rzeczach (czego osobne i pokrzywdzeni pod ten czas w sądzie niniejszym produkowali regestrowi) nie przepuszczono” [21]. Z „Memoryału usprawiedliwiający J.O. Jerzego Marcina Lubomirskiego”:

96


2014 kwiecień "Wpadnięcie ImPana Łubieńskiego, zrujnowanie mego zamku kolbuszowskiego, gdzie nawet świętym rzeczom nie przepuszczono, bo tenże rozkazał zabrać srebra kaplicy zamkowej, część Krzyża Świętego była odarta z ozdoby oprawy złota, rzucona pod nogi, a złoto zabrane, bukiety od relikwiarzy użyte do przystrojenia czapek tej dywizji mianujących się Konfederatów. Wszystko to wykonane było przez ImPana Łubińskiego przez ordynanse zaś jemu dane od Ichm Panów Czernego, Tarnowskiego, Bierzyńskiego i Dzierżanowskiego - dzieło to stało się 23 lipca 1769” [22]. 8 sierpnia 1769 r. – Hoszów (koło Ustrzyk Dolnych). Potyczka konfederatów z oddziałem rosyjskim [23, 24]. Opis potyczki w „Pamiętniczku konfederata barskiego” [25] autorstwa Antoniego Hulewicza: „Znowu była potyczka pod miasteczkiem Ustrzykami, ze stratą i naszą, bo ranionych 7., a Pułaski [Franciszek] brat stryjeczny Franciszka i Kazimierza szkaradnie raniony. Do kościoła liskiego [Fara w Lesku} zawieziony i tu pochowany. Był rotmistrzem [konfederacji przemyskiej]. To wszystko stało się w nocy, szkodzili nam wiele”. O śmierci F. Pułaskiego: „Wczorajszy chorąży Strzemeski powiadał, o tem co był u mnie Pułaski rotmistrz zginął pod Ustrzykami, umarł w Lisku” [26]. 10 – 13 sierpnia 1769 r. – Rzeszów. Wojska rosyjskie oblegają konfederatów, broniących się w rzeszowskim zamku [27,28]. 13 sierpnia 1769 r.– Rzeszów (Pobitno). Potyczka oddziałów konfederackich pod dowództwem księcia Jerzego Marcina Lubomirskiego i Filipa Radzimińskiego [regimentarza przemyskiego, od listopada 1769 r, marszałka konfederacji sanockiej] z wojskami rosyjskimi dowodzonymi przez majorów Karla Magnusa Salemana i Aleksieja Matwiejewicza Kurojedowa. Szczegółowe opisy zmagań pod Rzeszowem znaleźć można w: „Relacji Francuza duHamela [Duhamela] dla księcia de Choiseul” [29], liście Sebastiana Balawędroskiego z 18 sierpnia 1769 r. [30] oraz w „Relacji o potyczce pod Rzeszowem” [31]. O biorących w bitwie oddziałach rosyjskich, dowodzonych przez Salemana i Kurojedowa w źródłach rosyjskich [32,33,34,35]. Niejednokrotnie o swoim „rzeszowskim triumfie” wspominał J. M. Lubomirski [36,37,38,39], wykorzystując w tym celu m.in. zagraniczną prasę [40].Beletrystyczny opis starcia zaproponował Szczęsny Morawski [41], poetycki zaś anonimowy twórca w pieśni konfederackiej „A cóż to, książę, masz za uzary…” [42]. 19 sierpnia 1769 r.- Rzemień. Potyczka w okolicach zamku w Rzemieniu, stoczona pomiędzy konfederatami barskimi dowodzonymi przez J. M. Lubomirskiego i F. Radzimińskiego, a oddziałami rosyjskimi pod dowództwem K. M. Salemana. Bitwa przegrana przez konfederatów [43, 44, 45, 46, 47]. O udziale oddziału pułkownika Karla Gustawa von Rönnew rozgromieniu wojsk księcia J. M. Lubomirskiego donosiła, wydawana w Toruniu, gazeta „Thornischewöchentliche Nachrichten und Anzeigennebsteinem Anhange von gelehrten Sachen” [48]. Przed 11 września 1769 r. – Kolbuszowa. Potyczka 100 osobowego oddziału konfederatów pod dowództwem A. Bojaneckiego (?) z oddziałem rosyjskim, dowodzonym przez Grafa Kastellego (Castelli), kapitana Kargopolskiego pułku karabinierów. W starciu miało polec ok. 30 konfederatów, 10 wzięto do niewoli [49]. 12 listopada 1769 r. – Przemyśl[50]. Atak oddziału Józefa Miączyńskiego, marszałka bełzkiego na miasto, bronione przez oddział rosyjski pod dowództwem majora A, M. Kurojedowa. „Wiadomość z Przemyskiego D. 13 9br 1769. ImP Miączyński marszałek bełzki stojący w Żmigrodzie z dywizją swoją w 150 koni, dowiedziawszy się że w Przemyślu miała Moskwy komenda stać mała, poszedł umysłem atakowania. Jak w sobotę, to jest D. 11 prasentis; stanął w Dobromilu wieczorem, tam wytchnąwszy godzin kilka, o jedenastej przed północą tegoż dnia ruszył do Przemyśla i nad samym świtaniem wpadł w miasto na Moskwę. Ale Moskwa przyszedłszy do sprawy, dała mu odpór i przymusiła go rejterować się, nie bez straty ludzi jego, do Krasiczyna, armatek mu dwie odebrawszy. Pułkownika i rotmistrza jego w niewolę zabrała i za resztą w pogoń o milę poszła, ale konfederaci strzelając się odwodem wraz z marszałkiem uchodzili. W tej pogoni z obu stron ginęli ludzie, których straty wiedzieć nie można. Wróciła się po tym Moskwa do Przemyśla, JP Miączyński marszałek obrócił trakt górami na Rybotycze …” [51]. Informacje o stratach obu stron znajdują się w raporcie rosyjskiego pułkownika Szirkowa, w którym donosi dowództwu I Armii: „o atakowaniu wysłanego przez niego do Przemyśla, dla niedopuszczenia w tamten rejon buntowników, majora Kurojedowa, przybyłej tutaj partii konfederatów, złożonej z 250 ludzi, pod dowództwem marszałka ich [Старэсты Мницкаго Каштеляпа] Miączyńskiego, która została rozbita, zabito na miejscu ponad 60 Polaków i wzięto spośród nich 20 do niewoli w tym jednego majora i dwa działa. Z komendy tego majora (Kurojedowa) zabito 3 karabinierów i jednego kozaka” [52]. Przed 18 listopada 1769 r. – Zbydniów. Oddziały rosyjskie pod dowództwem porucznika Kusznikowa [Suzdalski pułk piechoty] i podporucznika Sawina [Woroneżski pułk dragonów] wzięły do niewoli 2 towarzyszy i 4 szeregowych z oddziału Hadziewicza [rotmistrza konfederacji sandomierskiej]. Pozostali konfederaci uciekli przez Rozwadów i Nisko do Jarosławia [53]. Styczeń (początek) 1770 r. – Kolbuszowa.

97


kwiecień 2014 Rotmistrz Hadziewicz najeżdża Kolbuszową. Z dekretu w sprawie księcia J. M. Lubomirskiego [54]: „IP.Hadziewicz zaordynowany, (…), IP. Bojaneckiego [Antoniego], już w komendzie JW. Pułaskiego [Kazimierza] będącego, tego usilnie starając się dostać, Kolbuszową najechał, miasto pikietami obstawił wszędzie szukając, gdzie IP. Bojanecki na górę chroniwszy się z drabiny spadł i w tydzień rozchorowawszy się umarł” [55]. 13 stycznia 1770 r. – Grab. Atak wojsk rosyjskich na obóz konfederatów barskich (wówczas stacjonowały w nim oddziały K. Pułaskiego i F. Radzimińskiego). Kazimierz Pułaski wspierany oddziałem pułkownika Antoniego Szyca (Schutz), blisko 3 godziny bronił obozu. Ciężko ranny w rękę zmuszony został do przekroczenia granicy z Węgrami. Po otrzymaniu posiłków od Józefa Miączyńskiego, odbił obóz, a nawet wziął kilku jeńców. Niestety konfederaci utracili zgromadzone w obozie zapasy, co w konsekwencji zmusiło K. Pułaskiego do przeniesienia się z ludźmi do obozu usytuowanego bardziej na zachód. W starciach pod Grabiem poległo ponad 30 konfederatów [56, 57, 58]. 5 kwietnia 1770 r. – Siepietnica. Potyczka 100 konnego oddziału Tadeusza Ignacego Kirkora, regimentarza mścisławskiego [stanowiącego podjazd głównych sił K. Pułaskiego] z oddziałem rosyjskim (kozakami), wchodzącym w skład większej jednostki taktycznej (około 2000 żołnierzy, w tym 600 piechoty, „dwie armaty i tyleż szmigownic”), dowodzonej przez podpułkownika Aleksieja Jełczaninowa [w 1770 r. podpułkownik Woroneżskiego pułku dragonów] i majora A. M. Kurojedowa. W starciu poległo od 3 do 15 konfederatów (według źródeł rosyjskich nawet 40). Rosjanie mieli utracić kilkunastu żołnierzy, w tym oficera [59, 60, 61, 62, 63, 64]. 10 kwietnia 1770 r. – Żmigród. Oddział rosyjski, wchodzący w skład zgrupowania podpułkownika A. Jełczaninowa, stoczył walkę z wojskiem konfederackim dowodzonym przez J. Miączyńskiego [65, 66, 67, 68]. 13 (15) maja 1770 r.[69] – Dęborzyn (k. Pilzna). Oddziały konfederackie Kazimierza Pułaskiego, marszałka łomżyńskiego i Wojciecha Tressemberga, marszałka warszawskiego, stoczyły bitwę z oddziałami rosyjskimi dowodzonymi przez podpułkownika A. Jełczaninowa i majora A. M. Kurojedowa. W bitwie, trwającej przeszło 9 godzin, dostali się do niewoli: ciężko ranny marszałek Tressemberg, Zaleski, adiutant Pułaskiego i 2 innych oficerów oraz 26 konfederatów. 200 barżan zostało zabitych. Z liczącego 1200 ludzi oddziału konfederatów znaczna część poszła w rozsypkę. Według „raportu moskiewskiego” (podobnie Pietrow), w bitwie poległ tylko 1 rosyjski karabinier(!), a 13 innych zostało rannych [70, 71, 72]. Z cytowanego przez W. Konopczyńskiego listu „S. Bukowskiej do Ewarysta Kuropatnickiego z Moderówki 18 maja”, wynika, że Moskwa straciła jednego „oficera od karabinierów” (pochowany w Pilźnie), pozostałych poległych żołnierzy (swoich) Rosjanie potopili w Wisłoce, a 50 rannych odesłali do Rzeszowa. Wzięty do niewoli, marszałek Tressemberg, umarł w drodze na skutek odniesionych w bitwie ran i został pochowany „u Kapucynów”w Sędziszowie [73]. 24 maja 1770 r.– Mielec. Kwatermistrz Suzdalskiego pułku piechoty Wasiliew zaatakował 60 osobowy oddział konfederacki dowodzony przez rotmistrza Hadziewicza. W starciu zginęło 10 konfederatów i jeden żyd (szpieg) [74]. 31 maja 1770 r. – Rzędzianowice i Trzciana (pod Mielcem - „около деревень Женженович и Ксена”). Kwatermistrz Suzdalskiego pułku Wasiliew i adiutant Parfientiew, zaatakowali oddział rotmistrza Kuczewskiego (z partii Tadeusza Ignacego Kirkora, regimentarza mścisławskiego), zabito 7 konfederatów, 9 wzięto do niewoli [75]. Czerwiec 1770 r. – okolice Lubaczowa. Potyczka rotmistrza przemyskiego Dionizego Pułaskiego z wojskami rosyjskimi. Z raportu K. Pułaskiego z dnia 18 czerwca 1770 [76]: „Komenderowany z przednią strażą rotmistrz przemyślski Pułaski pod Lubaczowem dość mocny nieprzyjacielski wytrzymał atak i kilkunastu trupem na placu zostawiwszy, bez najmniejszej straty swojej do podjazdu powrócił” [ porównaj 77]. Przed 30 czerwca 1770 r. – Pilzno. „Pod Pilznem poraziła konfederatów Moskwa ultimie Junii” [78]. 21 lipca 1770 r. – Świątkowa[79, 80]. Potyczka oddziału dowodzonego przez K. Pułaskiego z większym oddziałem rosyjskim. „Na Matkę Boską Szkaplerzną (21 lipca) pobiegł [K. Pułaski] w 200 koni do lasu w Świątkowej (o 2 mile przed Żmigrodem), by zrobić zasadzkę na jakiegoś generała rosyjskiego, zapewne Szachowskiego [był wówczas pułkownikiem], ale zdradzony przez szpiegi, ujrzał się otoczonym przemocą moskiewską i z trudem przerąbał sobie drogę do obozu” [81, 82]. Lipiec/Sierpień1770 r. – okolice Leska.

98


2014 kwiecień Pod koniec lipca lub w pierwszych dniach sierpnia, Józef Suhak, regimentarz konfederacji sanockiej, stoczył w okolicach Leska zwycięską potyczkę z oddziałem rosyjskim [83]. 17 października 1770 r. - Górki [koło Mielca?]. Potyczka oddziału rosyjskiego pod dowództwem Wilhelma Pietrowicza von Ditmarna, kapitana Suzdalskiego pułku piechoty z podjazdem rotmistrza Hadziewicza. Z raportu A. W. Suworowa do I. I. Weymarna z dnia 27 (16) stycznia 1771 r. - "o informacjach (danych wywiadu dop. K.B.) otrzymanych z posterunków" [84]: „Z Sandomierskiego posterunku kapitan Ditmarn raportuje mi 8-go (19) października, że 6-go (17) tego miesiąca, ze swoim oddziałem wkroczył do miasteczka Osiek, a że tam nie zastał rotmistrza Hadziewicza, który przekroczył Wisłę i udał się do Tarnowa, sam przeszedł z oddziałem Wisłę i poszedł do wioski Górki, gdzie zastał buntowników w liczbie do dwudziestu koni z komendy rotmistrza Hadziewicza, z których zabito towarzysza i dwóch pocztowych, około pięciu wzięto do niewoli: strażnik jeden, towarzyszy dwóch i trzech pocztowych; z jego strony [Ditmarna] zabity jeden kozak. Z powrotem do Sandomierza wrócił bezpiecznie”. Pomiędzy 21 a 27 stycznia 1771r.– Sędziszów. W raporcie z dnia 29 (18) stycznia, porucznik kawaler Michaił Sacharow donosi Suworowowi o potyczce („около местечка Чендышева…, котороеот Ланзгута в 5-ти милях”) komendy księcia pułkownika Szachowskiego z 40 osobowym oddziałem konfederatów, z których 12 zabito, a 9 wzięto do niewoli [85, 86] 15 maja 1771 r. – okolice Kolbuszowej [87]. Odział rosyjskiego podpułkownika Iwana (Nogai Wilhelm) Iwanowicza Heissmana stoczył zwycięską potyczkę z konfederatami K. Pułaskiego [88, 89]. “4 (15) maja, partia konfederatów Pułaskiego, licząca do 300 ludzi, podeszła pod Kolbuszową, w której stacjonował niemały oddział naszych wojsk, pod dowództwem podpułkownika Heissmana. Heissman wystąpił przeciw tej partii konfederatów, rozbił ją i zmusił do powrotu za Dunajec” [90]. W starciu zginęło 50 konfederatów, a 10 dostało się do niewoli [91, 92, 93]. 19 i 20 maja 1771 r. – Ustrzyki i „Хрщота” (?) [94]. Podjazd podpułkownika I. I. Heissmana, rozbił dwa oddziały konfederatów. „8 (19) i 9 (20) również rozbite przez naszą komendę dwie nieprzyjacielskie partie: jedna przy miasteczku Ustrzyki, a druga bliżej wioski Хрщота, straty przeciwnika 6 zabitych i 14 wziętych do niewoli, i to bez strat własnych” [95, 96, 97]. 25 maja 1771 r. – pod Dębicą i koło Mielca. Potyczki konfederatów pod dowództwem K. Pułaskiego z podjazdami rosyjskiego oddziału podpułkownika I. I. Heissmana. Według Władysława Konopczyńskiego, wspierającego się raportami K. Pułaskiego, wynik potyczek był następujący: „25 maja koło Dębicy sam Pułaski napotkał 300 karabinierów i kozaków, bił się z nimi i poszedł dalej z 12 jeńcami. Później natrafił na inny oddział, zaczajony w lesie pod Mielcem, prawdopodobnie też należący do komendy Heissmana, i tutaj też ustąpili Rosjanie” [98, 99]. W źródłach rosyjskich finał obu starć jest zgoła inny: „14 (25) maja dwoma podjazdami Heissmana rozbito na prawym brzegu Dunajca jeszcze dwie partie konfederatów, jedną licząca 30, a drugą 50 ludzi, przy tym wzięto do niewoli jednego porucznika, dwóch towarzyszy (narodowej kawalerii) i trzech huzarów, z naszej strony ranny został chorąży i zaginęło siedmiu kozaków” [100, 101, 102]. 28 maja 1771 r.– Majdan (Królewski) [103]. Bitwa stoczona pomiędzy oddziałami rosyjskimi dowodzonymi przez Iwana Ignatowicza Poliwanowa, pułkownika Kijowskiego pułku kirasjerów a ariergardą głównych sił wojsk konfederackich, liczących ponad 1000 żołnierzy [104]. W skład „zgrupowania” wchodziły oddziały: głównodowodzącego Kazimierza Pułaskiego (marszałka łomżyńskiego) oraz Filipa Radzimińskiego (marszałka sanockiego), Tadeusza Przyłuskiego (marszałka czernihowskiego), Jana Karczewskiego (marszałka warszawskiego po W. Tressembergu) i Józefa Sławoszewskiego (regimentarza przemyskiego). Ariergardą wojsk konfederackich (około 150 konnych), dowodzili Tadeusz Przyłuski i Stawski [105] Z raportu Kazimierza Pułaskiego [106]: „Uszedłszy jeszcze kawałek drogi, ujrzałem maszerujący na spotkanie pod wsią Majdanem, o dwie mile od Kolbuszowej, oddział 900 Rosjan [107] kirasjerów, karabinierów, kozaków i piechoty z dwoma działami; było to wojsko wyborowe, zwłaszcza kirasjerzy, świeżo przybyli do Polski i pierwszy raz walczący z konfederatami. Pan Bóg pobłogosławił moim prawym zamiarom, gdyż po dość zażartej walce nieprzyjaciel, nie mogąc wytrzymać ognia naszej artylerii, zmuszony został do odwrotu i wycofał się w porządku”. Atak konfederackiej konnicy (w tym korpusu „bosniaków”) rozbił ostatecznie obronę nieprzyjaciela, zmuszając go do panicznej ucieczki. Oddział Poliwanowa „był ścigany przez pół godziny, aż wreszcie, napotkawszy przeszkodę w postaci płotów

99


kwiecień 2014 w pewnej wsi[108], stracił w tym miejscu z górą 200 ludzi. Wzięliśmy mu 46 jeńców, 200 koni, dużo broni palnej i pałaszy”. Opis potyczki w źródłach rosyjskich: „19 (30 maja) Pułkownik Kijowskiego pułku kirasjerów Poliwanow w pogoni, przy miasteczku Majdanie, za nieprzyjacielską zbieraniną w sile 1500 ludzi i pod dowództwem samego Pułaskiego i marszałków Radzimińskiego i Karczewskiego, pokonał ich ariergardę, zabił 18 ludzi i wziął do niewoli 13, z naszej strony zabici zostali: 2 podoficerowie i 15 szeregowych, raniono 6” [109, 110, 111]. Polegli w walce konfederaci mieli zostać pochowani w zbiorowej mogile koło kościoła w Majdanie. W miejscu tym stoi obecnie rokokowa figura, wybudowana w 1788 r. [112]. 28 (29) maja 1771 r. – Krzątki[113]. Wojska konfederackie pod dowództwem K. Pułaskiego, rozgromiły oddział rosyjskich karabinierów. Z raportu Kazimierza Pułaskiego [114]: „ Po tym sukcesie [Majdan, Huta Komorowska] maszerowałem dalej i napotkałem oddział 120 karabinierów; tych posiekaliśmy wszystkich, z wyjątkiem 3-ch ludzi, którzy uszli z wiadomością o klęsce. Dowodzący nimi kapitan dostał się ranny do niewoli”. Koniec maja/ pierwsze dni czerwca 1771 r. – Ulanów. Aleksandr Wasiliewicz Suworow, w czerwcu 1771 r., donosi Iwanowi Iwanowiczowi Weymarnowi o potyczkach stoczonych przez odziały rosyjskie z konfederatami Pułaskiego pod Ulanowem i Стодановым (?). Stracie podjazdów pod Ulanowem zakończyło się sukcesem konfederatów [115]. Pierwsza połowa lipca 1771 r. – pod Mielcem. Potyczka awangardy głównych sił A. W. Suworowa z niewielkim oddziałem konfederackim. Wojska rosyjskie dowodzone przez rotmistrza Leopolda Lemana, (S. Petersburski pułk karabinierów) i porucznika Wasilija Arcybaszewa (Suzdalski pułk piechoty) rozbiły podjazd barżan, biorąc do niewoli: rotmistrza i 23 konfederatów [116] Druga połowa lipca 1771 r. – w pobliżu Krzeszowa. Udany atak konfederatów pod dowództwem pułkownika Antoniego Szyca, na małą komendę rosyjską osłaniającą transport [furaż] z Jarosławia [117]. 24 sierpnia 1771 r. – pod Sanokiem. Odział rosyjski, dowodzony przez L. T. Nagiela, majora Permskiego pułku karabinierów, rozbił niewielką partię konfederatów i zabrał ochraniany przez nich transport sukna, przeznaczonego na mundury (z Leska)[118, 119, 120]. 24 sierpnia 1771 r. – pod Rymanowem[121]. Potyczka wojsk rosyjskich pod dowództwem podpułkownika I. I. Heissmana z oddziałami konfederackimi dowodzonymi przez „pułkownika Łubieńskiego [właściwie regimentarza gostyńskiego], Lenartowicza [Kazimierz Albin, pułkownik sieradzki] i rotmistrza [pułkownika] Rudnickiego”. W starciu poległo 40 konfederatów, 14 trafiło do niewoli [118]. Po stronie rosyjskiej zginęło 5 żołnierzy, 4 zostało rannych [119]. Po 18 października 1771 r. – Strzyżów. Porucznik Antoni Hulewicz, podkomendny pułkownika Rudnickiego, rozbił 70 osobowy oddział rosyjski Silkiewicza (?). Konfederaci wzięli do niewoli 14 żołnierz nieprzyjaciela [122]. Przed 21 stycznia 1772 r. – Wiśniowa. Konfederaci, z oddziału pułkownika Rudnickiego [123], stoczyli zwycięską potyczkę z Rosjanami broniącymi się w zabudowaniach dworu w Wiśniowej. Z „pamiętniczka” A. Hulewicza: „W Wiśniowej przed dniem po miesiącu napadliśmy ich. Oficerów trzech z siedmią końmi do pałacu uszło i z 20 piechotnemi i kozakami zamknęli się. Nieprędko po zamknięciu się ich, gdy ogień z okna sypali i dwóch naszych zabili, poddać się byli zmuszeni i prócz zabitych i uciekłych w niewolę sporo zabraliśmy, z końmi, bronią, bo się byli wystrzelali z patronów [tu: gilza nabojowa do broni odtylcowej] zupełnie.” [124]. 21 stycznia prowadzili konfederaci przez Krosno 36 kozaków, wziętych do niewoli po potyczce w Wiśniowej [122]. 26 lutego 1772 r. – Wiewiórka (koło Dębicy). Potyczka wojska rosyjskiego, dowodzonego przez majora I. Wołkowa (S. Petersburski pułk karabinierów), z podjazdem konfederackim. Z raportu A. W. Suworowa dla Aleksandra Iljicza Bibikowa: „Kiedy major Wołkow jechał z Tarnowa do Mielca, był przed nim 3 mile, zaatakował nieprzyjacielski oddział w sile 20 koni. Posłał wachmistrza Gaslewa z podkomendnymi karabinierami i dogonił wroga przy wsi Wiewiórka, rozbił oddział: trzynastu zabito, 7 wzięto do niewoli, wśród których był ciężko ranny ich chorąży Paweł Żabnicki. Oddział konfederacki został wysłany przez rotmistrza Bielickiego (?) z komendy pułkownika Moszczyńskiego [rotmistrza sandomierskiego)” [125].

100


2014 kwiecień Luty 1772 r. – Rzeszów. I incydent z księciem Kasprem Lubomirskim [126]. Z „pamiętniczka” A. Hulewicza: „… Rzeszowem, w tym mieście w pałacu wzięliśmy X. Kaspra Lubomirskiego, generała ros[yjskiego], a ten o córkę księżnej chorążynej się starał [Barbary, córki Joanny ze Steinów Lubomirskiej]. Miał komendę nad naszą dywizją Snaki [Józef Suhak] regimentarz ziemi sanockiej, temu książę okupił się, dał 3000 dukatów i kredens srebrny” [127]. Z Listu Jerzego Marcina Lubomirskiego adresowanego do Karola Stanisława Radziwiłła [wojewody wileńskiego] z dnia 9 kwietnia 1772 r.: „Do akcji Rzeszowskiej powodem mi była wiadomość, którą dawniej miałem, że Xiąże Gaspar [Kacper Lubomirski] w służbie moskiewskiej zostaje. Sądziłem, że nieprzyjaciela wszędzie ścigać można. Gdy zaś tenże okazał, iż nie jest w służbie przysiągłszy i akces uczyniwszy wolny został, dawszy na wojsko 1000 #, których połowo na dywizję sanocką, druga na przemyską [słowo nieczytelne – dop. K.B.]. Związanie godnego obywatela w służbie saskiej znajdującego się tak jest bajeczne, jak dawniejsze tego Xiężny na mnie poczynione zażalenia” [128]. O napaści na K. Lubomirskiego wzmiankowała europejska prasa [129]. Przed 7 marca 1772 r. - Bukowisko (Bukowsko)[130]. Starcie konfederatów dowodzonych przez pułkownika Rudnickiego z oddziałem rosyjskim pułkownika I. I. Poliwanowa. Z Kroniki OO. Kapucynów w Krośnie: „Dnia 7 marca przybył do Krosna pułkownik moskiewski Poliwanow z 1200 moskalami, których Rudnicki ścigał i dopędziwszy ich pod wsią Bukowisko pobił. Kiedy jednak moskalom nadciągła świeża pomoc, cofnął się. Moskale powrócili do Krosna bez żadnego jeńca,; zaraz podążyli do Brzozowa. Po tygodniu przybyli znowu do Krosna skąd, Poliwanow wysłał 30 kozaków pod miasto Duklę, by wyśledzili konfederatów. Gdy tych konfederaci pojmali, żyd, szpieg, który sam jeden uszedł, dał znać o tem moskalom, którzy jak najśpieszniej podążyli pod Żmigród (18 marca)” [131]. Pierwsza połowa kwietnia 1772 r. – Pilzno. Starcie konfederatów barskich z wojskiem rosyjskim. W pamiętniku księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny, pod datą 17 kwietnia, czytamy: „Tegoż dnia przyszedł raport od jmp. Marszałka inflanckiego [Zyberka], że w 250 swoich pod komendą jmp. Francuzewicza, pułkownika, złączywszy się z 150 koronnych pod komendą Suhaka [Józefa] atakowali Moskwy 250 w Pilźnie stojącej i tak szczęśliwie, że prócz 15 w zakrystii zamkniętych i ukrytych, 39 w niewolę wziętych, reszta na placu lub śmiertelnie rannych, 68 koni prócz innych różnych rzeczy i broni dostało się w zdobycz naszym” [132]. Opis potyczki z „pamiętniczka” A. Hulewicza: „W Pilźnie mieście udało się nam przede dniem napadłszy, prócz trupa w niewolę zabranych 285. Oficerowie do kościoła i w zakrystii rejterowali się, dobyci, chociaż drzwi żelazne, ci dostali pardon, a chorąży od towarzysza za ołtarzem zabity został” [133]. W potyczce zginęło 15 Rosjan, 14 pochowano we wspólnej mogile koło kościoła parafialnego, zabity chorąży został przewieziony do Tarnowa. Poległy w walce konfederat miał zostać złożony w grobie przy nieistniejącym już kościele św. Andrzeja [134]. Druga połowa kwietnia 1772 r. – Jarosław. Oddział pułkownika Rudnickiego zaatakował 200 rosyjskich kirasjerów konwojujących jeńców do Połonnego. Potyczka zakończyła się zwycięstwem konfederatów i uwolnieniem 83 więźniów, wśród których znajdowali się dwaj francuscy oficerowie: Mallzan i Donzac. Nieprzyjaciel stracił w walce 80 żołnierzy [135, 136, 137]. 9 maja 1772 r. – Krosno. Wojsko rosyjskie, pod dowództwem pułkownika I. I. Poliwanowa, rozbiło oddział konfederacki. W potyczce miało zginąć około 200 konfederatów [138]. 22 maja 1772 r. – Strzyżów. Oddział F. Radzimińskiego, marszałka sanockiego stoczył przegraną potyczkę z wojskami rosyjskimi [139]. 1-2 czerwca 1772 r. – Jeżowe, Leżajsk. Marszałek inflancki Zyberk [Jan Kazimierz ?], dowodząc 700 konfederatami, toczył ciężkie boje z oddziałami rosyjskimi I. I. Poliwanowa [140]. Koniec czerwca 1772 r. – Mielec. Zwycięska potyczka sekund – majora Disterlau z blisko stu osobowym oddziałem konfederatów. W walce zginęło od 7 do 15 barżan, a 10 zostało wziętych do niewoli, w tym chorąży i 2 towarzyszy. Rosjanie stracili jednego karabiniera i dwa konie [141].

101


kwiecień 2014 Lipiec 1772 r. – pod Rzeszowem. Oddział pułkownika Rudnickiego starł się z wojskami cesarskimi z korpusu rafa Andreasa Hadika von Futak [teścia J. M. Lubomirskiego]. W swoim pamiętniku, pod datą 22 lipca (1772 r.), księżna Teofila z Jabłonowskich Sapieżyna zapisała: „Rudnicki, pułkownik konfederacki, do 1500 wzmocnił się. Miał akcję z cesarskimi [Austriakami], broniąc się napaści, z półtorasta położył na placu, pędząc ich przez dwie mile pod Rzeszowem. Hadick generał wziął w ścisły areszt oficera, który się ważył bez ordynansu atakować” [142]. W znanych mi źródłach spotkałem się niejednokrotnie z miej szczegółowymi informacjami dotyczącymi miejsc, w których doszło do starć konfederatów z wojskami rosyjskimi. Przykładowo, w cytowanym przeze mnie kilkukrotnie „pamiętniczku” A. Hulewicza, wymieniane są miejsca potyczek, bardzo trudnych do umiejscowienia w proponowanym wyżej zestawieniu chronologicznym, wśród nich: Złukowa, „pod Przemyślem jednego dnia trzy potyczki”, Radziejowice (może Radziejowa), Klembówka (Klimkówka?), Bieżdziałka (Bieździadka w pow. jasielskim), Brzozów - być może o tym starciu wspomina Ks. W. Mrowiński [143]. W rękopisie Lwowskiej Naukowej Biblioteki im. W. Stefanyka NAN Ukrain. (Oddział Rękopisów. Zespół 5 - Rękopisy Zakładu Narodowego im. Ossolińskich), sygnatura oryginału: 572/II, str. 352, „Pułkownicy znakomitsi przez zacne dzieła”). Przy wymienionym w spisie pułkowniku Rudnickim, widnieją nazwy miejscowości – miejsc potyczek, a miedzy nimi: Łubków (Łupków) czy Radziejowa (nieistniejąca dziś wieś w Bieszczadach). Z powodu braku odpowiednich źródeł lub braku wiedzy o nich, nie umieściłem w wykazie informacji o miejscach ważnych, którym „lokalna tradycja” nadaje status „pola bitwy stoczonej przez konfederatów” (Iwla, Rogi, Sokołów, Tyczyn, Jedlicze, Samoklęski i wielu innych). ____________________________________________________________________________________________________________________ Źródła: 1. Gottfried Kazimierz, Jarosław w XVIII wieku, Jarosław 1938, str. 165. 2. Stanisław Lubomirski marszałek wielki koronny - pamiętniki. Z rękopisu wydał Władysław Konopczyński, Lwów 1925, str. 54. 3. O nim: „ImP. Kossowski rotmistrz za porwaniem się przeciw Jw. Dzierżanowskiemu, sądem konfederacji na śmierć ukarany”; Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu [dajej: BOss], rkps. 586/II, k. 149; „Z Warszawy ie 8. Novembris 1769”. 4. Gottfried Kazimierz, Jarosław w XVIII wieku, Jarosław 1938, str. 165-166. 5. Gottfried Kazimierz, Kościół i klasztor OO. Reformatów w Jarosławiu, Jarosław 1934, str. 29 – 30. 6. BOss 586/II, karta 33. 7. Stanisław Lubomirski marszałek wielki koronny - pamiętniki. Z rękopisu wydał Władysław Konopczyński, Lwów 1925, str. 57. 8. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski – życiorys, Kraków 1931, str. 82 (przypisy) i 84. 9. BOss, rkps. 553, str. 83 – 85. 10. Memoryal usprawiedliwiający J.O. Jerzego Marcina Lubomirskiego, BCZ, rkps. 865, k. 327. 11. Mejbaum Wacław, O tron Stanisława Augusta. Lwów 1918, str. 85. 12. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - życiorys, str. 84. 13. Kazimierz Pułaski, Szkice i poszukiwania historyczne, Seria IV, Lwów 1909, str. 22. 14. BOss, rkps. 564, str. 267. 15. BOss, rkps. 566/II, str. 122; BOss, rkps. 553, str. 90 -92: ”Manifest marszałków Grabskich [J.M. Lubomirski i A. Parys]”, „dany 30 maja w obozie pod Łubkowem [Łupkowem]”. 16. Biblioteka Książąt Czartoryskich w Krakowie [dalej: BCz], rkps. 865, Memoryal usprawiedliwiający J.O. Jerzego Marcina Lubomirskiego, str. 327. 17.BOss, rkps. 568, Manifest J. Bierzyńskiego, str. 296 -330. 18. BOss, 566/II, str. 122 – 123. 19. „Gazeta pisana z Warszawy (sierpień)”, BOss, rkps. 586, k. 103. 20. LNB im. W. Stefanyka NAN Ukrainy, Fond 5, Rękopisy Biblioteki ZN im. Ossolińskich (dalej LNB BOss), rkps. 6737/II, Manifest J. M. Lubomirskiego z 20 września 1769 [Krzepice], str. 83 – 93. 21. BOss, rkps. 564, str. 274. 22. BCz, rkps. 865, str. 317. 23. Żychliński Teodor, Złota księgą szlachty polskiej, Rocznik VIII, Poznań 1886, str. 428 – 430. 24. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski, str. 119. 25. Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego. Rekonstrukcyjna relacja uczestnika wydarzeń Antoniego Hulewicza; Rocznik Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, Rok LIV (2009), Kraków 2009, str. 191. 26. BOss, rkps. 586/I, k. 46; materiały Morawskiego w Bibliotece Naukowej PAU i PAN w Krakowie [dalej: BPAN] 1147, strona 96 (odpis Sz. Morawskiego z BOss, rkps. 586 „Wyciąg z listu Pani Bukowskiej”). 27. BOss,rkps 586/I, k. 111, odpis BPAN rkps 1147, k. 91 „Z Rzeszowa 18 Aug 1769”. 28. Julian Nieć, Rzeszowskie za Sasów, Rzeszów 1938, str. 127. 29. „Relacja Francuza duHamela dla księcia de Choiseul” , Konopczyński W., Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, str. 21 – 27. 30. BOss, rkps 586/I, k. 111 – 112, odpis w materiałach Morawskiego w BPAN, rkps 1147, k. 91 „Z Rzeszowa 18 Aug 1769”. 31.BOss. Pawl. 267, str. 371 – 372, “Relacja o Potyczce pod Rzeszowem Dn. 14 augs 1769”. 32. Żurnal wojennych diejstwijarmiejjejaImperatorskogoWieliczestwa 1769 goda, pod datą 9 (20) sierpnia. S. Petersburg 1770 [pod datą 9 (20) sierpnia]. 33. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т I, str. 246.

102


2014 kwiecień 34. Lacinskij A., Chronologijarusskojwojennojistorij, S. Petersburg 1891, str. 38. 35. Chronologiczeskijukazatiel wojennych diejstwijrusskoj armii i flota, S. Petersburg 1908, T I, str. 101. 36. Memoryal usprawiedliwiający J.O. Jerzego Marcina Lubomirskiego, BCZ, rkps. 865, k. 321. 37. . BOss, rkps. 564, str. 269. 38. LNB im. W. Stefanyka NAN Ukrainy, Fond 5, Rękopisy Biblioteki ZN im. Ossolińskich, rkps. 6737/II, Manifest J. M. Lubomirskiego z 20 września 1769 [Krzepice], str. 85 – 86. 39. Sentence absolutoirerendue en faveur de S. A. Monseigneur le Prince George Martin Lubomirski, …, Biała 25 września 1771 r., str. 11. 40. Przykładowo: informację o potyczce pod Rzeszowem zamieściła na swoich łamach „La Gazette de France” z 29 września 1769, a za nią „Gazeta de Madrid” z 17 października tego samego roku - obie powoływały się na „doniesienia z Warszawy z 12 września”. 41. Szczęsny Morawski, Pobitna pod Rzeszowem, powieść prawdziwa z czasów konfederacji barskiej, z roku 1769, Rzeszów 1924, str. 335 -341. 42. Kolbuszewski Kazimierz, Poezja barska, Kraków 1928, str. 326 – 328; porównaj: Kowalski Jacek, Niezbędnik konfederata barskiego, Pieśń o zdradzie murzynowej, Poznań 2008, str. 208 – 210. 43. „Relacja Francuza duHamela dla księcia de Choiseul”, Konopczyński W., Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, str. 21 – 27. 44. BOss, rkps 586/I, k. 117 – 118, odpis w materiałach Morawskiego w BPAN, rkps 1147, k. 94, „Z Rzeszowa 25 Aug 1769”. 45. Żurnal wojennych diejstwijarmiejjejaImperatorskogoWieliczestwa 1769 goda, pod datą 15 (26) sierpnia. 46. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S.Petersburg, Т I, str. 247. 47. Lacinskij A., Chronologijarusskojwojennojistorij, S. Petersburg 1891, str. 38. 48. ThornischewöchentlicheNachrichten und AnzeigennebsteinemAnhange von gelehrtenSachen. ZehntesJahr 1769 z 30 września: “Gdańsk 26 września” oraz w dodatku z 6 października: „Warszawa 26 września”. 49. Żurnal wojennych diejstwijarmiejjejaImperatorskogoWieliczestwa 1769 goda, S. Petersburg 1770, pod datą 31 sierpnia (11 września) 1769 r. 50. Stanisław Lubomirski marszałek wielki koronny, Pamiętniki, z rękopisu wydał Władysław Konopczyński, Lwów 1925, str. 92: „13 [Listopad] w Przemyślu Moskwa miała awantaże nad marszałkiem bełzkim Miączyńskim, starostą łosickim”. 51. BOss, rkps. 1409/II, str. 123 – 126 [dotyczy potyczek pod Przemyślem i Starą Solą]. 52. Żurnal wojennych diejstwijarmiejjejaImperatorskogoWieliczestwa 1769 goda,S. Petersburg 1770, raport z dnia 6 (17) listopada 1769 r. 53. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 194: „Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarna o działaniach przeciwko konfederatom z 9 (20) listopada 1769 r.”. 54.BOss, rkps. 564, str. 275. 55. Liber Mortuorumecclesiae Kolbuszowa (1745-1783) T. 1, str. 98. 56. Konopczyński W., Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, Detail des operationsmilitaireesducomtePulaski par le comte Zajączek, str 8. 57. „List Jw. Kasztelana Czerskiego Suffczyńskiego do Jw. Pułaskiego Marszałka Łomżyńskiego z Zborowy ie 20 Januarj 1770 pisany”, BOss, rkps. 567, str. 195, Kazimierz Pułaski, Szkice i poszukiwania historyczne, Seria III, Kraków 1906, str. 244. 58. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 129. 59. BOss, rkps. 1479, str. 241 - 245, Postępek szkaradny wojska rosyjskiego w mieście grodowym JKMci. Bieczu wykonany dnia 5 tego kwietnia roku 1770, od tego, który na to patrzał opisany i BOss, rkps. 567, str. 120 – 122, Postępek niegodziwy wojska rosyjskiego w Bieczu wykonany 5 Aprilis 1770. 60. Schmitt Henryk, Źródła odnoszące się do pierwszego okresu panowania Stanisława Augusta, tom dodatkowy [IV], Lwów 1884, str. 84. 61.Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 136. 62. Archiwwojenno - pochodnoj kancelarii Grafa P. A. Rumiancewa - Zadunajskawo, Cz. II, 1770 - 1774, Moskwa 1863, str. 64. 63. Ruskije Polkowodcy, P. A. Rumiancew, Moskwa 1953, T II (1768 - 1775), str.285. 64.Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т II, str. 229. 65. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 136. 66. Schmitt Henryk, Źródła odnoszące się do pierwszego okresu panowania Stanisława Augusta, tom dodatkowy [IV], Lwów 1884, str. 93 [Wyjątek z listu biskupa kamienieckiego do Gałęckiego marszałka sieradzkiego z 20 kwietnia]. 67. Literatura konfederacji barskiej – Silva rerum, Warszawa 2009, T IV, str. 255 – 256. 68. Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego. Rekonstrukcyjna relacja uczestnika wydarzeń Antoniego Hulewicza; Rocznik Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, Rok LIV (2009), Kraków 2009, str. 189: „Pod Żmigrodem miasteczkiem mała korzyść”. 69. W źródłach, zarówno polskich jak i rosyjskich wymienionych poniżej, podawane są dwie daty potyczki 13 lub 15 maja. Przykładowo: Wacław Szczygielski w biogramie (PSB t. XXIX, str. 388) Kazimierza Pułaskiego podaje datę 13 maja; Stanisław Lubomirski marszałek wielki koronny, Pamiętniki, z rękopisu wydał Władysław Konopczyński, Lwów 1925, str. 114: „ Tressemberga w górach 13 znieśli, dawniej jednak Pułaski na Drewiczu miał awantaże”; Chronologiczeskij ukazatiel wojennych diejstwij russkoj armii i flota, S. Petersburg 1908, T I, str. 111 – potyczka pod Pilznem z datą 4 (15) maja; Żychliński Teodor, Złota księgą szlachty polskiej, Rocznik VIII, Poznań 1886, str. 318 - wzmiankuje o porażce Pułaskiego pod Pilznem w dniu 15 maja. 70. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S.Petersburg, Т II, str. 230 – 231 (podaje datę 4 (15) maja). 71. „Raport moskiewski o zaszłej potyczce między Konfederatami i Moskwą pod Pilzną die 15 maji 1770 anno”, LNB BOss, rkps. 321, str. 471 – 472. 72. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str.253 – 254: „Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarna o działaniach przeciw

103


kwiecień 2014 konfederatom z 10 (21) maja 1770 r.” i „Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarna o działaniach posterunków i komend z 16 (27) maja 1770 r.”. 73. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 141 (data bitwy jak u Pietrowa). 74. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str.257: „ Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarna z 22 maja (1 czerwca) 1770 r., o działaniach komend sandomierskiego posterunku”. 75. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str.257: „ Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarna z 22 maja (1 czerwca) 1770 r., o działaniach komend sandomierskiego posterunku”. 76. Żychliński Teodor, Złota księgą szlachty polskiej, Rocznik VIII, Poznań 1886, str. 320. 77. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 144. 78. Stanisław Lubomirski marszałek wielki koronny, Pamiętniki, z rękopisu wydał Władysław Konopczyński, Lwów 1925, str. 116. 79. Data w przypisie: Konopczyński Władysław, Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, str. 8. 80. Antoni Hulewicz wspomina o potyczce pod Świątkową Większą: Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego. Rekonstrukcyjna relacja uczestnika wydarzeń Antoniego Hulewicza; Rocznik Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, Rok LIV (2009), Kraków 2009, str. 187. 81. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski – biografia, Kraków 1931, str. 146 – 147, za nim: Pieradzka Krystyna, Na szlakach łemkowszczyzny, Kraków 1939, str. 47. 82. Konopczyński Władysław, Materiały do dziejów wojny konfederackiej, „Ciekawostki z obozu konfederackiego 1770”, Kraków 1931, str. 44; LNB BOss. rkps. 717. 83. „Ciekawostki z obozu konfederackiego 1770”: Konopczyński Władysław, Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, str. 47. 84. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 332: 85. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 339: W raporcie A. W. Suworowa do I. I. Weymarna z dnia 3 lutego (23 stycznia) 1771 r. - "informacje o konfederatach otrzymane z posterunków". 86. Ks. Jan Wołek-Wacławski, Będziemyśl i Klęczany, Jaworów 1937, str. 48: „W r. 1771 – pochowano w Sędziszowie żołnierza o nieznanym nazwisku, zabitego w walce z Moskalami (cum moscovitis)”. 87. Skowroński Kazimierz, Jak to Pan Kolbuszowej theatrum dawał /i z siebie/ i bawił Warszawę, Towarzystwo opieki na zabytkami przyrody i kultury im. J. Goslara w Kolbuszowej, Biuletyn nr 1/65, str. 48: według autora potyczka miała miejsce „na polach Błonia i Krokwi pod Kolbuszową”. 88. Lacinskij A., Chronologija russkojwojennoj istorij, S. Petersburg 1891, str. 49. 89. Chronologi czeskij ukazatiel wojennych diejstwij russkoj armii i flota, S. Petersburg 1908, T I, str. 130. 90. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т III, str. 219. 91. Żurnal wojennych diejstwij armiej jeja Imperatorskogo Wieliczestwa 1771 goda, S. Petersburg 1773, Od dowodzącego korpusem w Polsce generała – majora Kreczetnikowa. 92.Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 249. 93. Heisman P. A., Nachalnik "Detashementa" armii imperatritsy Ekateriny Velikoj, S. Petersburg 1895, str. 12 -13. 94. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, Kraków 1931, str. 249: walki toczono pod miejscowościami Ustrzyki i Chaszczowem [obecnie Ukraina]; Janusz Roszko, Ostatni rycerz Europy, Katowice 1983, str. 225: „Pułasczycy innego oddziału, 19 i 20, ścierali się z Rosjanami aż pod Ustrzykami i Haczowem”. (Może doszło do kolejnego starcia pod Ustrzykami i niedalekim Hoszowem?) 95. Żurnal wojennych diejstwij armiej jeja Imperatorskogo Wieliczestwa 1771 goda, S. Petersburg 1773, Od dowodzącego korpusem w Polsce generała – majora Kreczetnikowa. 96. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S.Petersburg, Т III, str. 219. 97. Heisman P. A., Nachalnik "Detashementa" armii imperatritsy Ekateriny Velikoj, S. Petersburg 1895, str. 13. 98. Konopczyński Władysław, Kazimierz Pułaski - biografia, str. 249. 99. Konfederacja barska, wybór tekstów, Wrocław 2010, str. 143 – 144: „Marsz Pułaskiego na Zamość, Raport P[ułaskiego] do Generalności z 21 czerwca 1771”. 100. Heisman P. A., Nachalnik "Detashementa" armii imperatritsy Ekateriny Velikoj, S. Petersburg 1895, str. 13. 101. Żurnal wojennych diejstwij armiej jeja Imperatorskogo Wieliczestwa 1771 goda, S. Petersburg 1773, od dowodzącego korpusem w Polsce generała – majora Kreczetnikowa. 102. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т III, str. 219. 103. Szczygielski Wacław w PSB - biogram F. Radzimiński: „Uczestniczył w potyczkach koło Dębicy (25 V) i Mielca. Pod Majdanem w pobliżu Łańcuta (obecnie wieś ta nosi nazwę Opaleniska; nie był to Majdan Kolbuszowski, jak błędnie podaje W. Konopczyński)”. W źródłach podawane są trzy daty potyczki pod Majdanem: 28, 29 i 30 maja. 104. W różnych źródłach rosyjskich liczebność sił konfederackich wynosi od 1000 do 2000 żołnierzy. Konopczyński Władysław, Konfederacja barska, Warszawa 1991, T II, str. 511: Konfederaci dysponowali „2500 wojska”. 105. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 401: W raporcie A. W. Suworowa do I. I. Weymarna – „o aktywności wojsk konfederackich i potyczkach z nimi z 8 (19) czerwca 1771 r.”. 106. Konfederacja barska, wybór tekstów, Wrocław 2010, str. 143 – 144: „Marsz Pułaskiego na Zamość, Raport P[ułaskiego] do Generalności z 21 czerwca 1771”. 107. Podana przez Zajączka liczba 2500 Rosjan wydaje się być mało prawdopodobna: Konopczyński W., Materiały do dziejów wojny konfederackiej, Kraków 1931, Detail des operationsmilitaireesducomte Pulaski par le comte Zajączek, str. 10. 108. Skowroński Kazimierz, Jak to Pan Kolbuszowej theatrum dawał…, str. 48: według autora, wzmiankowaną przez K. Pułaskiego wsią była Huta Komorowska.

104


2014 kwiecień 109. Żurnal wojennych diejstwij armiej jeja Imperatorskogo Wieliczestwa 1771 goda,S. Petersburg 1773, Od dowodzącego korpusem w Polsce generała – majora Kreczetnikowa. 110. Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т III, str. 227. 111. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 392: W raporcie A. W. Suworowa do I. I. Weymarna z dnia 20 (31) maja 1771 r. 112. Skowroński Maciej, Kolbuszowa i okolice, Warszawa 1964, str. 64. 113. Wieś leżąca nieopodal Majdanu Królewskiego, według K. Skowrońskiego miejsce kolejnej potyczki K. Pułaskiego: Skowroński Kazimierz, Jak to Pan Kolbuszowej theatrum dawał …, str. 48. 114. Konfederacja barska, wybór tekstów, Wrocław 2010, str. 144: „Marsz Pułaskiego na Zamość, Raport P[ułaskiego] do Generalności z 21 czerwca 1771”. 115. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 404 -405. 116. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 420 – 421: Raport A. W. Suworowa do I. I. Weymarnaz 5 (16) lipca 1771 r. – „o marszu wojsk na Krzeszów i miejscach pobytu konfederatów”. 117.Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 430 – 431: Raport A. W. Suworowa dla I. I. Weymarna z 22 lipca [4 sierpnia] 1771 r. – „o prześladowaniu konfederatów Szyca”. 118. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 440. 119. Podobnie: Pietrow А. N. Wojna Rossii z Turciej i polskimi konfederatami s. 1769 – 1774 godow, S. Petersburg, Т III, str. 233; Lacinskij A., Chronologija russkojwojennoj istorij, S. Petersburg 1891, str. 51; Chronologi czeskij ukazatiel wojennych diejstwij russkoj armii i flota, S. Petersburg 1908, T I, str. 135. 120. Heisman P. A., Nachalnik "Detashementa" armii imperatritsy Ekateriny Velikoj, S. Petersburg 1895, str. 17: cytuje raport grafa Rumiancewaz 29 sierpnia (9 października); inna data potyczek pod Sanokiem i Rymanowem - 14 (25) sierpnia. 121. A. Hulewicz wspomina o dwóch ciężkich starciach w okolicach Rymanowa, drugie z nich miało miejsce pod Klembówką (być może Klimkówka koło Rymanowa): Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego, str. 184 i 190. 122. Ks. Władysław Sarna, Opis powiatu krośnieńskiego pod względem geograficzno – historycznym, Przemyśl 1898, str. 180: informacja z „Kroniki OO. Kapucynów w Krośnie str. 9-10”. 123. O udziale pułkownika Rudnickiego w ataku na dwór w Wiśniowej, czytaj w: LNB BOss, 572, str. 352, „Pułkownicy znakomitsi przez zacne dzieła”. 124. Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego, str.188. 125. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 526: Raport A. W. Suwowrowa dla A. I. Bibikowa z 19 lutego (1 marca) 1772 r. – „O rozgromieniu oddziału konfederatów przez komendę sekund – majora I. Wołkowa”. 126. Władysław Konopczyński wykluczył, według mnie niesłusznie, udział K. Lubomirskiego w opisywanym wydarzeniu. Konopczyński W., Konfederacja barska, T II, str. 653 (w przypisach): „Niezbyt sławny koniec partyzantki M. Lubomirskiego w Rzeszowie do spółki z Suhakiem dopuścił się gwałtów nad krewniakami (niestety, nie nad Kasprem L[ubomirskim], jak mylnie donosi Saint Saphorin”. 127. Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego, str.184. 128. BOssrkps. 6059/II, Archiwum Lubomirskich z Kruszyny. Kopie korespondencji Lubomirskich z Archiwum Nieświeskiego Radziwiłłów, Tom III, str. 301. 129. Przykłady: Thornischewöchentliche Nachrichten und Anzeigennebsteinem Anhange von gelehrten Sachen. Dreyzehntes Jahr 1772, “Warszawa 9 marzec”, str. 99; La Gazette de France, 6 kwietnia 1772, „Z Warszawy 14 marca 1772”, str. 127; Journal Politique, kwiecień 1772, str. 21 -22. 130. Bukowsko koło Sanoka. O potyczce stoczonej przez pułkownika Rudnickiego pod Tokarnią (gmina Bukowsko) czytaj w: LNBBOss, 572, str. 352, „Pułkownicy znakomitsi przez zacne dzieła”. 131. Ks. Władysław Sarna, Opis powiatu krośnieńskiego pod względem geograficzno – historycznym, Przemyśl 1898; str. 181 i 240. 132. Konopczyński W., Z pamiętnika konfederatki księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny (1771 -3), Kraków 1914, str. 44 – 45; Konopczyński W. Konfederacja barska, T II, str. 654. 133. Dankowska Ewa, Pamiętniczek konfederata barskiego, str.188. 134. Ks. Dr Karol Szczeklik. Pilzno i pilźnianie, Kraków 1911, str. 70. 135. Konopczyński W., Z pamiętnika konfederatki księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny, str. 50. 136. Konopczyński W. Konfederacja barska, T II, str. 662. 137. Lettresparticulieresdu baron de Viomenil …, Paris 1808, [w liście z Cieszyna z 29.04.1772 ), str. 259. 138. Ruskije Polkowodcy, A. W. Suworow, Moskwa 1949, T I, str. 586: Raport A. W. Suworowa dla A. I. Bibikowa z 7 [18] maja 1772 – „o starciu pułkownika I. I. Poliwanowa z konfederatami pod Krosnem”. 139. Szczygielski Wacław, biogram Filipa Radzimińskiego, PSB tom XXX, str. 94. 140. Konopczyński W., Konfederacja barska, T II, str. 662. 141. Konopczyński W., Materiały do dziejów wojny konfederackiej, str. 165- 166: Opisanije woinskich diejstwij … generała – porucznika Bibikowa. 142. Konopczyński W., Z pamiętnika konfederatki księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny, str. 119. 143. Ks. W. Mrowiński T. J., Cudowny obraz Matki Boskiej Starowiejskiej w ziemi sanockiej, Kraków 1895, str. 164: do bitwy konfederatów z Rosjanami miało dojść pomiędzy Brzozowem a Starą Wsią, około 1770 r.

105


kwiecień 2014

106

Tajna Historia Rzeszowa nr 1/2014 (2)