Page 1

ISSUE ▶ 03 ▶ | 01 | 02 | 2013

OPEN ▶ POLISH MAGAZINE ▶ IN UK

Fot: Na fotografii ELA RYGAS

W środowisku polonijnym temat homoseksualizmu wygląda dość skrajnie, bo albo jest się dobrym, albo jest się złym. Nie ma nic pośrodku. Niektórym Polakom brakuje tego fermentu różnorodności, o wiedzy na temat homoseksualizmu nie wspomnę. - Z Elą Rygas, rozmawia Damian Biliński. .

CIOCIA SAME ZŁO!


SPIS TREŚCI ► 02

OPEN ▶ POLISH MAGAZINE ▶ IN UK ISSUE ▶ 03 ▶ | 01 | 02 | 2013

| Str. 05 |

| Str. 07 |

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln. miejsc pracy. Opinia Polish Review

| Str. 09 |

Deal... or not to deal...

OPEN POLISH MAGAZINE IN UK Redaktor Naczelny | Damian Biliński ip.openscotland@gmail.com Tel: 07923378062 Reklama i Marketing | Małgorzata Bilińska mb.openscotland@gmail.com Skład i Grafika | Małgorzata i Damian Bilińscy Wydawca | Interactive Publishing SCOTLAND | Tel: 07923378062 www.openscotland.pl

Poglądy zawarte w felietonach, opiniach i komentarzach są osobistymi przekonaniami autorów i nie zawsze pokrywają się z poglądami redakcji Open Polish Magazine. Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń i reklam. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i przeredagowywania tekstów. Publikowanie zamieszczonych tekstów oraz zdjęć bez wyraźnej zgody redakcji jest niezgodne z prawem.

| Str. 22 |

Pilot zwany diablem

BLOG BISZOPA: Baza Sił Powietrznych Cesarskiej Marynarki Wojennej, Lae, Papua Nowa Gwinea, 17 maja 1942 roku, godzina 21:00.

| Str. 28 |

Zawsze jestem w drodze

W Filmhouse Cinema w Edynburgu trwa wystawa plakatów, inspirowanych filmografią Romana Polańskiego. Z ilustratorką Joanną Lisowiec rozmawia Małgorzata Bilińska

| Str. 39 |

Udźwignąć swój ciężar Felieton Beaty Waniek

Fot: ZUZANNA RYBAK

CIOCIA SAME ZŁO!

Krótka historia „Kosy” Reportaż Damiana Świątka

Fot: BEATA WANIEK

Fot: Na fotografii ELA RYGAS

W środowisku polonijnym temat homoseksualizmu wygląda dość skrajnie, bo albo jest się dobrym, albo jest się złym. Nie ma nic pośrodku. Niektórym Polakom brakuje tego fermentu różnorodności, o wiedzy na temat homoseksualizmu nie wspomnę. - Z Elą Rygas, rozmawia Damian Biliński. .

Fot: JOANNA LISOWIEC

Strachy na lachy czy,...

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► SZTUKA ► KULTURA ► HISTORIA ► WYWIAD ► FELIETON

Posłanka poinformowała swoich słuchaczy, że: „To nie jest tak, że jak się człowiek nażre hormonów, to jest kobietą. No jaka pani, no twarz boksera”.. Komentarz Damian Biliński

Fot: FOTOLIA

Jak się człowiek nażre...


REKLAMA ► 03

OPEN POLISH MAGAZINE Czytelniku!

Open Polish Magazine to tygodnik ukazujący się tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. Tygodnik przeznaczony jest dla osób poszukujących informacji, publicystyki, kultury i rozrywki. Open Polish Magazine to także miejsce na profesjonalną i skuteczną reklamę. Open Polish Magazine to miejsce, a raczej przestrzeń dla ludzi pozytywnie nastawionych, kreatywnych, ale przede wszystkim otwartych na człowieka, rzeczywistość oraz nowe technologie.

Fot: Fotolia

Zapraszamy w każdy piątek!

Zapraszamy w każdy piątek!

www.openscotland.pl

Czytelniku! Open Polish Magazine to tygodnik ukazujący się tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. Tygodnik przeznaczony jest dla osób poszukujących informacji, publicystyki, kultury i rozrywki. Open Polish Magazine to także miejsce na profesjonalną i skuteczną reklamę. Open Polish Magazine to miejsce, a raczej przestrzeń dla ludzi pozytywnie nastawionych, kreatywnych, ale przede wszystkim otwartych na człowieka, rzeczywistość oraz nowe technologie.

www.openscotland.pl


SŁÓW KILKA ► 04

Proszę pani, proszę pana Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale gdzieś słyszałem, gdzieś widziałem, a innym razem przeczytałem, że niby My Polacy jesteśmy jednym z najbardziej pesymistycznych narodów na świecie. Podobno w Europie Polaków wyprzedzają tylko Portugalczycy. Jestem przekonany, że to z powodu nadmiaru słońca, albo piłki nożnej?

to dopiero gdzieś w okolicy 2015 roku pod warunkiem, że David Cameron wspomniane wybory wygra. A nie będzie łatwo. Wystarczy spojrzeć na niezadowolenie wśród najniżej usytuowanych, którym obcina się zasiłki, którym podnosi się opłaty za mieszkania, prąd i gaz, którym obiecuje się, że będzie lepiej, a nawet lepiej, niż lepiej, pod warunkiem, że zakasają rękawy i wezmą się zdrowo, ochoczo i z radosnym uśmiechem do pracy - nawet za stawkę minimalną. Poza tym deszczem, mamy jeszcze Krystynę Pawłowicz, z której śmieje się pół Polski, choć ona sama nie rozumie dlaczego? Chemiofobka, homo, czy hetero? A nie, zaraz chwileczkę, to jest tego, przepraszam, już wiem, twarz psa! Tak, tego samego co to poseł, tzn., posłanka Grodzka ma na twarzy. Prawda, że może być zabawnie? Dlatego nie rozumiem, skąd te statystyki, że niby my Polacy tacy pochmurni i pesymistyczni. A to, że czasami ponarzekamy sobie tu i ówdzie na dziury w całym, że zamiast pochwalić, ganimy, że zamiast pomóc odwaracamy się na pięcie, że trochę poszepczemy za plecami, itd., itd., że to wszystko proszę państwa jest w gruncie rzeczy bardzo mało istotne, bowiem okazało się, że ten cały efekt cieplarniany to ściema i armagedonu klimatycznego nie będzie! A nie mówiłem, że będzie optymistycznie?

Jednak Portugalczyków zostawmy w spokoju, a zastanówmy się nad nami Polakami. I choć to bardzo trudna sprawa spróbuję powiedzieć coś optymistycznego. Otóż: od tygodnia pada deszcz, a między kroplami deszczu widać od czasu do czasu białe płatki śniegu. Wiatr popsuł parasolki, z którymi przyszły pod szkołę po swoje pociechy rodowite Szkotki. Oczywiście głównym tematem była pogoda. Dowiedziałem się, że słońce jeśli David Cameron pozwoli - zawita gdzieś w okolicy maja 2014 roku, ale dopiero po referendum. Tymczasem deszcz. Dookoła słyszę narzekanie na Unię Europejską, kolenją już falę kryzysu, falę nowej emigracji z Bułgarii i Rumunii oraz to, że być może za dwa lub trzy lata drugim najczęściej używanym językiem na Wyspach nie będzie język polski, a właśnie wspomniany przed chwilą bułgarski lub rumuński. Jednak i ten scenariusz może się nie sprawdzić, bo jeśli David Cameron wygra wybory, to jak straszą niektórzy, i my Polacy będziemy musieli spakować walizki. No, ale

Dziękuję. Zapraszam. Damian Biliński Redaktor Naczelny 01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► SŁÓW KILKA


KOMENTARZ ► 05

Jak się człowiek nażre...

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► KOMENTARZ

homofobii, ksenofobii i w umysłach blisko 30% Polaków. To nie Tusk jest problemem, a nawet Kaczyński. To problem zwykłego zdawać by się mogło obywatela Polski, pozbawionego elementarnej wiedzy: na temat życia, poszanowania godności, ale przede wszystkim zwykłej, powtórzę, zdawać by się mogło przyzwoitości.

Komentarz ► Damian Biliński Nie milkną echa po skandalicznej wypowiedzi posłanki Prawa i Sprawiedliwości Krystyny Pawłowicz, podczas spotkania z czytelnikami „Gazety Polskiej”. Posłanka w sposób niesłychanie skandaliczny szydziła ze zmiany płci posłanki Ruchu Palikota, Anny Grodzkiej. Posłanka poinformowała swoich słuchaczy, że: „To nie jest tak, że jak się człowiek nażre hormonów, to jest kobietą. No jaka pani, no twarz boksera”. W związku z wypowiedziami posłanki Prawa i Sprawiedliwości Janusz Palikot z Ruchu Palikota zapowiedział skierowanie wniosku do komisji etyki i sądu.

Zresztą to nie pierwsze takie spotkanie, na którym zwykły, zdawać by się mogło, obywatel Polski, przyklaskuje czemuś, co w innych krajach jest nie do pomyślenia. Niedawno, zwolennik prawej strony politycznej, reżyser Grzegorz Braun, autor takich dokumentów jak, „Towarzysz generał” czy „Plusy dodatnie, plusy ujemne” na spotkaniu z publicznością w równie skandaliczny sposób jak wyżej wymieniona posłanka powiedział: „przesądem polskiej inteligencji jest pacyfizm, wiara w to, że można cokolwiek załatwić, jak nie zostaną wyprawieni na tamten świat w sposób nagły, drastyczny i nieprzyjemny”. Kogo miał na myśli zdawać by się mogło, reżyser? Dziennikarzy TVN i Gazety Wyborczej.

Podczas spotkania z czytelnikami pani poseł nie była jedynym problemem, bo problem to część polskiego społeczeństwa, w tym przypadku zgromadzonej publiczności, która ochoczo bije brawo, rechocze i … nie rozumie; bowiem problem Polski nie polega na złowrogim spojrzeniu premiera Tuska, ani spojrzeniu Anny Grodzkiej. Problem leży u stóp Matki Boskiej Częstochowskiej; leży krzyżem przed Radiem Maryja; leży w wielu parafiach na terenie całego kraju; leży w Smoleńsku, w antysemityzmie,

Jestem przekonany, że podobnych spotkań w terenie ze zwykłymi, zdawać by się mogło, obywatelami jest znacznie więcej, ba, jestem przekonany, że takie spotkania mają miejsce w każdej wsi, w każdym małym mieście i wszędzie tam, gdzie zamiast zwykłego obywatela, brawo bije towarzyszka i towarzysz, bo przecież nie Smoleńsk, wszak ich zamordowano? Ale być może tylko mi się zdaje? Fot: Krystyna Pawłowicz. Screen za Mazowiecka TV


KOMENTARZ ► 06

Kto tu jest bystrzejszy? Komentarz ► Damian Biliński

i dla osób poszukujących pracy – są tysiące. Gdyby pracowali za stawkę podstawową, pieniędzy mieliby mniej więcej tyle samo, ale zaoszczędzony czas i jakby nie było zdrowie, rekompensują tę niewielką różnicę. To oczywiście relatywnie minimalistyczny tryb życia, ale chyba wielu może przyznać, że zamiast: wstawać o 6 rano, korzystać z transportu miejskiego, walczyć przy okazji z pogodą, a następnie użerać się z wymagającym pracodawcą, nieznośnymi współpracownikami, konsumować obiad w kiepskiej kantynie, pracować, wychodzić w przerwie na papierosa, wracać do pracy, do transportu miejskiego, do domu, a po miesiącu otrzymać 840 funtów, minus transport, czas, nerwy, obolały kręgosłup to... Rachunek może być prosty.

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► KOMENTARZ

Temat zasiłków w Wielkiej Brytanii na łamach prasy pojawia się dość często. Ostatnio w kontekście nowej fali emigracji z Bułgarii i Rumunii. Temat dyskutowany jest wśród zwykłych ludzi i specjalistów. Innymi słowy temat wraca jak bumerang, tyle, że źle rzucony. Osiemnastoletnia Gina i dwudziestojednoletni Danny, którzy ostatnio pojawili się w mediach to młodzi „beneficiarze”. Oboje otrzymują łącznie 17.860 funtów rocznie. Nie mają wyrzutów sumienia, ba, nawet twierdzą, że skoro ich rodzice płacili przez całe życie podatki, to oni mogliby z tych pieniędzy nieco skorzystać. I korzystają. Wynajmują komfortowe mieszkanie z dwiema sypialniami. Posiadają 47-calowy telewizor oraz niezbędne do funkcjonowania środki. Mieszkają tam razem ze swoim czteromiesięcznym dzieckiem. Gina i Danny nie uważają się za naciągaczy tym bardziej, że wcześniej pracowali. Jednak w obliczu rosnących kosztów życia postanowili, iż bardziej opłaca się nie pracować, niż być zatrudnionym za stawkę podstawową.

Oczywiście w żaden sposób nie zachęcam do pobierania zasiłków. Ale, gdy słyszę z jednej strony narzekanie na beneficiarzy, obelgi pod ich kierunkiem lub niewybredne żarty, a z drugiej strony biegające oczka tych, którzy pracują za stawkę minimalną i z pewnego rodzaju zazdrością spoglądają w kierunku pobierających zasiłki to, nachodzi mnie refleksja: kto tu jest bystrzejszy? Prezentów się nie odmawia, to niekulturalne. A jeśli Wielka Brytania chce rozwiązać problem wydatków socjalnych i kurczącego się budżetu to albo niech porzuci ideę państwa opiekuńczego, albo niech znacząco podniesie stawki minimalne dla osób pracujących, albo niech w spokoju zostawi pobierających zasiłki, albo – przestanie rządzić.

I nie ma się czemu dziwić. W podobnej sytuacji jak Gina i Danny, którzy co miesiąc otrzymują 1.473 funty zasiłków - housing benefit, zasiłki na dziecko Fot: Fotolia


Strachy na lachy czy realny scenariusz?

Fot: Fotolia

OPINIA ► 07

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► OPINIA

Polish Review ► (emi)

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln miejsc pracy i spadek dochodu narodowego o około 2 proc., może także zagrozić głównemu „przemysłowi” brytyjskiemu - londyńskiemu City


OPINIA WYWIAD ► 06 ► 08 do Unii. Już za rok - czy to się komuś w Londynie podoba czy nie – Rumuni i Bułgarzy otrzymają możliwość swobodnego wjazdu na Wyspy i poszukiwania tam pracy. To horror, którym żyją przeciętni Anglicy i Walijczycy. Horror napędzany przez prawicowe media, ale nie całkowicie oderwany od rzeczywistości. Londyn przestał już być miastem rdzennych Brytyjczyków - 55 proc. jego mieszkańców to przyjezdni, urodzeni za granicą imigranci. Ogółem stanowią oni 13 proc. ludności Zjednoczonego Królestwa. A zdaniem socjologów 10 proc. to próg, po przekroczeniu którego pojawia się zjawisko ksenofobii. Obserwujący dzielnice pełne imigrantów brytyjscy wyborcy gotowi są masowo głosować na partie ograniczające imigrację i unijny “dyktat”. Zjawisko ksenofobii, niezgodne z zasadą politycznej poprawności, staje się powszechne. Poseł Partii Pracy narzeka publicznie na cholernych Litwinów lub Polaków, którzy sprzedali mu na dworcu niesmacznego hamburgera, polska aktorka wraca z Wysp przerażona, że jedyne role jakie może grać to kreacje sprzątaczek lub prostytutek. Mówienie o kradzieży miejsc pracy przez wschod-

nich Europejczyków - kiedyś uchodzące za rażące - dziś niemal uchodzi. Partia Niepodległości UKIP zbiera w sondażach 15 proc. Więcej niż koalicyjny partner konserwatystów – liberałowie. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln miejsc pracy i spadek dochodu narodowego o około 2 proc., może także zagrozić głównemu „przemysłowi” brytyjskiemu londyńskiemu City, które może działać korzystając ze swobodnego dostępu na europejskie rynki finansowe. Brytyjskie wpłaty do Unii, choć wyższe od zysków, stanowią mikroskopijną cząstkę dochodu narodowego. Ale co innego logika, a co innego polityka i emocje w środku kryzysu. Jak mówił bohater pewnego brytyjskiego filmu: „Zacietrzewienie może nas niekiedy prowadzić w regiony, o których istnieniu nawet nam się wcześniej nie śniło”. Brytyjczyków może wyprowadzić z Unii. O ile wcześniej nie zaczną na chłodno rachować. Gdyby Brytyjczycy głosowali dziś, spora większość około 55-60 proc. opowiedziałaby się za opuszczeniem Unii. Referendum jest jednak jeszcze bardzo odległe, przynajmniej o kilka lat - ma nastąpić po wyborach w 2015 r.

Fot: Fotolia

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► OPINIA Fot: Fotolia

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może - zdaniem ekonomistów – oznaczać utratę 3 mln miejsc pracy i spadek dochodu narodowego o około 2 proc., może także zagrozić głównemu „przemysłowi” brytyjskiemu - londyńskiemu City, które może działać korzystając ze swobodnego dostępu na europejskie rynki finansowe. Premier David Cameron zamierza renegocjować z Unią zasady brytyjskiego członkostwa, o czym nie chcą słyszeć jego europejscy partnerzy, którym nie podoba się to, że UK wybiera z Unii to, co korzystne odrzucając to, co im nie pasuje. Po tych negocjacjach z Unią, Cameron gotów jest dać Brytyjczykom szansę na “Britexit” w wyniku referendum. Zapowiadając renegocjacje Cameron również o pewnych restrykcjach, które nie tylko miałyby charakter jednostronny, lecz również byłyby niezgodne z prawem unijnym. Konserwatyści chcą ograniczyć turystykę zasiłkową poprzez, jak to określa brytyjska prasa, zniechęcanie do “turystyki zasiłkowej” - imigracji ludzi, którzy pracują dorywczo na czarno, by po roku zażądać zasiłków. Faktem jest, że brytyjskie państwo opiekuńcze może przyciągać jak magnes. Samotna matka z dzieckiem otrzymuje 280 funtów zasiłków tygodniowo i lokum od władz lokalnych. To właśnie masowy napływ imigrantów, a nie unijna biurokracja, jest głównym źródłem niechęci Brytyjczyków


Deal... or not to deal...

Fot: Fotolia

Reportaż ► Damian Świątek

Są przykłady na świecie, gdzie marihuana ratuje ludzkie życie, ale są też i takie przypadki, gdzie to życie jest zupełnie zrujnowane. Zdaje się, że proporcje nie rozkładają się po równo, bo czym innym jest wypalić „Lolka”, a czym innym palić go kilka razy dziennie. Podobnie jest ze wszystkimi używkami. Krótka historia „Kosy”, ukazuje dość skrajny obraz życia „z” lub z marihuaną. Kim jest „Kosa”? - Wyjeżdżamy z różnych powodów. Jedni za chlebem. Drudzy dla przygody. Trzeci, by studiować na zagranicznej uczelni. A jeszcze inni wyjeżdżają, bo są do tego z jakiś tam powodów przymuszeni. Taki był powód wyjazdu „Kosy”, który miał do wyboru – ucieczka albo...

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REPORTAŻ

REPORTAŻ ► 09


REPORTAŻ ► 10

Chłodna, kiepsko oświetlona, odrapana klatka. Kosa zbiegł na dół po schodach, przeskakując co drugi stopień, zanim się jeszcze przywitał nabił działo. Lufa, czteropak z plecaka – norma. Tu nikomu ten zapach nie przeszkadza, bowiem tu prawie każdy pali.

Wyjazd albo... Szybka decyzja, szybki telefon. Do kumpli zjechał, a oni pod dach wzięli, robotę w hotelu nagrali – Dawaj Kosa do nas, tu dobrze jest. Daje radę się ogarnąć – mówili. Bez języka – zmywak. Kosa za długo nie wytrzymał. W robocie sześć miesięcy usiedział, choć jak mówi: - I tak wytrzymałem długo. Przejebane. Gorąc, jak w saunie, pot się leje, tłuszcz pod paznokciami. Co dzień wracałem, buty przemoczone – gnój totalny. Odciski, odparzenia. Nie dla mnie taka robota. Kosa brudną robotę zostawił. Kontakty złapał i do starych zajęć wrócił – dziś diluje. No, bo: - Co innego miałem robić? - kontynuuje - Bez języka, roboty normalnej nie ma. Do Polski wrócić nie mogłem, bo bym poleciał z miejsca. A że kontakty wpadły takie, jakie wpadły, to diluje. Klient jest, towar schodzi. Jak sam dużo nie przejaram, to nawet odłożyć idzie. W Polsce marihuana jest równie dostępna jak w Szkocji. 70% młodocianych doskonale zna miejsca,

Autor reportażu, Damian Świątek, na klatce schodowej, podczas rozmowy z “Kosą” do których udać się po towar, jednak jak podkreśla Kosa: - Szkocja to nie Polska. Tu takiej konfidencji nie ma. Poza tym sprzedaje tylko osobom, które znam. Handluje tylko Polakom, biorę w hurcie też od Polaka, tak właściwie jakby nie spojrzeć, to znam aby Polaków. Z towarem nigdzie nie łażę, nie rzucam się w oczy. Ktoś chce kupić, to do mnie do domu przychodzi, i jest git. Raz miałem motyw, że ktoś puka do drzwi. Puka raz – siedzę cicho, drugi raz – patrzę przez okno, a przed domem suka stoi, więc szybko spuściłem towar w kiblu, otwieram, a tu koleś liczniki chciał spisać. Parę uncji poszło się jebać. Ale... Lepiej stracić niż wpaść – wiadomo. Kosa twierdzi, że tu dilować jest łatwiej, lepszy grunt, wypłacalni klienci i mniejsze ryzyko wpadki. Bez zażenowania opowiada, że oczywiście: - Ryzyko i strach zawsze jest. Ale coś kosztem czegoś. Ale ogólnie tu jest elegancko. Ryzyko dużo mniejsze niż

w kraju i klient lepszy. A najbardziej mi się tu podoba to, że za kasą nie trzeba latać. Daje w kredo i mam pewność, że za tydzień lub dwa kasa będzie, jak przyjdzie po nowy towar. W Polsce dajesz w kredo i musisz się liczyć, że nie odzyskasz pieniędzy, a jak już to po czasie i wylatać trzeba. Do dziś mam pieniądze u ludzi. Najgorzej z małolatami, woli co dzień po mordzie być trzaskany o głupie trzydzieści złotych, a nie odda i już. Dilowanie w Polsce i tu to jak niebo i ziemia. Kosa z przyjemnością wypalił wcześniej nabitą lufę. Na zdjęcie rzecz jasna się nie zgodził, bowiem im więcej Kosy nie ma, tym bardziej, paradoksalnie, JEST. Kosa, póki co nie narzeka. Dilował, diluje i dilować będzie. Zdecydowanie woli to niż normalną, ośmiogodzinną pracę, nawet jeśli wiążę się to z pewnym ryzykiem.

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REPORTAŻ

Kosa szczęścia nigdy nie miał. Co wyszedł z pierdla to nowe problemy. Całe życie kombinował, ale zawsze się noga gdzieś podwinęła. Tu go na kradzieży przyłapali, tam go złapali z dragami. I tym razem za paserkę poleciał. - Cóż. Kasa zawsze potrzebna – wiadomo, to się latało. Tu się radio wyjebało z samochodu i sprzedało, tam co innego. Potem w dragi wszedłem. Trzeba było kombinować. Ryzyko zawsze na przypał jest, a mi się trafiło nie raz - opowiada z uśmiechem Kosa.


REKLAMA ► 11

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REKLAMA

www.openscotland.pl

OPEN POLISH MAGAZINE jesteśmy dostępni w zasięgu...

Fot: Fotolia

dłoni!

*

Nie piszemy małymi literkami! NASZA OFERTA DOSTĘPNA JEST PRZEZ CAŁY ROK! www.openscotland.pl


REKLAMA ► 12

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REKLAMA

Czy można być bliżej klienta? Z Nami można!

Fot: Fotolia

www.openscotland.pl

OPEN POLISH MAGAZINE


WYWIAD ► 13 01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

CIOCIA, SAME ZŁO! Fot: Na fotografii Ela Rygas

„W środowisku polonijnym

temat homoseksualizmu wygląda dość skrajnie, bo albo jest się dobrym, albo jest się złym. Nie ma nic pośrodku. Niektórym Polakom brakuje tego fermentu różnorodności, o wiedzy na temat homoseksualizmu nie wspomnę. Polska w tym wymiarze odstaje dość znacząco od reszty świata.”   O kowbojach, Indianach, Rzymianach, Szkotach, Polakach, homoseksualizmie i polityce z wrażliwą Elą Rygas, miłośniczką tatuaży, rozmawia Damian Biliński.


WYWIAD ► 14

 ry zajęte przez Rzymian od nieujarzmionych plemion piktyjskich i Goidelów, zwanych też Szkotami, których Rzymianie uważali za nieustraszonych i dzikich wojowników. Ale ty chyba nie bawiłaś się w Rzymskie wyprawy to jakie to były wojny?

DB: Jako dziecko z utęsknieniem czekałem, aż w telewizji publicznej pokażą kolejny western. Dobrzy lub źli kowboje kontra dobrzy lub źli Indianie. Jednak to Indianie utrwalili się w mojej świadomości głębiej. Być może dlatego, że stosowali mniej cywilizowane sposoby uśmiercania wroga. Pamiętasz jakie to były sposoby?

E.R.: Wielki Mur Chiński i Mur Berliński też miały chronić, na szczęście tylko jeden przetrwał i widać go z kosmosu. Drugi rozpadł się, bo zabrakło tej Fukujamowej historii (śmiech). Najpierw Ptolemeusz i Szlak Bursztynowy z racji Calisii potem Rzymianie, a i owszem nie bawiłam się w rzymskie wyprawy. Raczej komiksy, np.: Kajko i Kokosz; czarne piwko naprzeciwko, a potem kopanie piłki. Zawsze stawiali mnie na bramce. Poza tym z racji tego, że nie miałam ani kolegów ani koleżanek zabawy ograniczały się do spędzania czasu samej z sobą: czytanie, oglądanie, słuchanie i samochody. Czasem przeszkadzałam w warsztacie, cała usmarowana od smarów, grzebałam w skrzynce z narzędziami taty. Jak wspominała moja mama, byłam wszędzie, nawet w kredensie dziadków. Jeśli chodzi o zabawki, to miałam dwa zielono metalowe czołgi, ołowiane żołnierzyki, kolekcję egzotycznych zwierzątek oraz dwa samoloty ze znaczkami Lufthansy! Potem były puszki, po piwie.

Ela Rygas: Nie lubiłam westernów, a nawet, w pewnym sensie nienawidziłam tych sobót. Western był dla mnie okropną torturą. Wiecznie to samo: koń, kowboj i pogoń za Indianami. Za to styl kowbojski uwielbiam. Największy sentyment mam do butów kowbojskich. Koniecznie wysokie, z podbitym obcasem. Prawdopodobnie ściąganie skalpu jako trofeum było najokropniejsze.

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

DB: Głowy też obcinano. E.R.: I pewnie skręcano penisy! Tak, Indianie byli źli!, ale na szczęście to jeden z najgorszych stereotypów. Zawsze dziwiłam się, oglądając te nudne filmy, dlaczego kowboje ze strzelającymi kijami gonią Indian i po co? Jednym z nielicznych westernów, który obejrzałam do końca był „Tańczący z wilkami”. Dziwne, nawet z braćmi nie bawiłam się w kowbojów i Indian. Za to bawiłam się w wojnę.

D.B.: Nie wygląda to na trudne dzieciństwo, ale określiłbym je raczej jako twarde?

D.B.: O wojnę też chciałem zapytać. W Starożytności Juliusz Cezar opisywał między innymi plemiona celtyckie. Rzymianie nawet odgrodzili się od Kaledonii murem Hadriana, zbudowanym właśnie po to, by odgrodzić obsza-

E.R.: W dzieciństwie byłam strasznie smutnym dzieckiem, bo ani koleżeńskim ani rozchwytywanym przez inne dzieci! Potem gdzieś przeczytałam, że człowiek Fot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 15

 inteligentny nigdy się nie nudzi. I nigdy się nie nudziłam. Zawsze sama wymyślałam sobie zajęcie. Dzieciństwo twarde, bo ani się sama z sobą nigdy nie cackałam, ani nie oczekiwałam na przychylność i poklask. W szkole podstawowej jedynym czym mogłam uwieść rówieśników było opowiadanie o duchach, ale potem przychodzili inni i psuli zabawę.

D.B.: Pytałem o plemiona Indian, plemiona celtyckie, twarde życie nie bez powodu. W pewnym sensie łącznikiem jest walka. Twarda walka, ale czasami nie musi to być walka z przeciwnikiem, ale z rzeczywistością albo samym sobą Czy można pokusić się o twierdzenie, że musiałaś o swoje walczyć?

D.B.: Nie cackałaś się ze sobą, tzn.?

E.R.: Jeśli chodzi o walkę to mam nowe powiedzenie (śmiech). Nie jestem zupą pomidorową i nie każdy mnie lubi. Nigdy nie walczyłam, ani o uznanie, ani o poklask nie zabiegałam. Owszem, lubię bywać w centrum zainteresowania, ale to raczej domena kochliwych strzelców.

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

E.R.: Gdy się nudziłam to były zwierzęta i mój świat, czyli nauka i książka. Nie narzekałam mamie, że mnie nie lubią. Człowiek trochę popłakał, ale rano trzeba było wstać i pójść do szkoły! Generalnie nie lubię swojego dzieciństwa. Odżyłam dopiero w liceum. Tam spotkałam fajnych ludzi i wypłynęłam towarzysko. Spotkałam wspaniałych nauczycieli. Zawiązały się przyjaźnie na lata, a nawet małżeństwa. Mamy po 36 lat, a mogę powiedzieć, że znamy się 21 lat! To jest niesamowite!

D.B.: Co było pierwsze: tatuaż czy...? E.R.: Oczywiście tatuaż! D.B.: Jak się zaczęła twoja przygoda z tatuażem?

D.B.: Często, gdy dzieciństwo nie przebiega poprawnie, odreagowanie przynosi kłopoty. U ciebie też były?

E.R.: Pierwszym tatuażem, a raczej nieudolnym korzonkiem była różyczka na lewym przedramieniu. Straszna chała! Ale i tak dumna byłam, że zrobiłam pierwszy krok. Mama tylko spojrzała i wskazała miejsce, gdzie powinnam zrobić sobie tatuaż. Zamazanie tej pierwszej pracy odbyło się już tutaj, w Edynburgu. Potem była kolejna praca i tak już poleciało: ozdobiłam nogi, następnie przedramiona, klatkę piersiową, kark, biodra, ramiona i plecy - choć ta praca jeszcze jest nie ukończona! Ale to z powodu bólu. Tam najbardziej bolało, albo czas był nieodpowiedni? Każdy ma inna strefę bólu i każdy reaguje inaczej. Prawda

E.R.: Zero. Nigdy się nie spóźniałam. Sama wstawałam. Na wagarach byłam może dwa razy; raz gdy przyszłam w spódniczce, wtedy chyba pół szkoły wyszło mnie podziwiać, a drugi raz chyba nie poszłam na rysunek techniczny, bo nie miałam projektu. Papierosy dopiero w ostatniej klasie, a alkohol tak jak wszyscy w okolicach 18-stki. Nie byłam buntowniczką. Bałam się milicji, a potem policji. Fot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 16

 u kobiet jest taka, że ciało inaczej reaguje na tatuaż przed i po menstruacji. Ale prawda jest też taka, że części zewnętrzne ciała bolą najmniej. Najbardziej wrażliwe miejsca to pachwiny, żebra, piersi, szyja i głowa. Dlatego mam ogromny szacunek dla wszelkich tatuaży w takich miejscach. Jedno z większych wyzwań to czaszka. Trzeba znieść nakłuwanie i drganie przez całą pracę. To jak najgorsza chińska tortura.

idziesz za modą, ale wtedy wychodzą motylki, psy i koty lub imiona ukochanych na karku, ewentualnie przynależność państwowa lub klubowa. Jeśli jest się na serio z tatuażem, to robisz to dla ulepszania swego wnętrza. Wszak, ty, to świątynia, więc dlaczego by nie ozdobić ścian! D.B.: Nie rozumiem. Tatuaż robi się dla ulepszenia własnego wnętrza, czy miałaś na myśli, żeby to wnętrze uzewnętrznić?

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

D.B.: Dawniej, aby posiadać tatuaż trzeba było dokonać czegoś wielkiego, wzniosłego albo po prostu okrutnego np.: zdobyć wspomniany skalp albo nawet całą głowę. We współczesnym świecie (jeszcze niedawno) też trzeba było się wykazać, albo na ulicy, więzieniu albo przynależąc do gangu. Dzisiaj każdy może zrobić sobie tatuaż, gdzie chce, kiedy chce i jaki chce. Kiedyś tatuaż coś oznaczał a dzisiaj?

E.R.: Nie, raczej nie. Nie robię się przez to ani lepsza ani atrakcyjniejsza, no, może mnie trochę dziary bronią (śmiech) poprzez zaklinanie. Ale dorabianie jakiejś szczególnej ideologii raczej nie! Nie czuje się wyróżniona, że mam tatuaż, i że jestem lepsza od innych. Nie, to nie leży w mojej naturze. Wszak ludzie są z natury dobrzy.

E.R: Pierwszy tatuaż w jakim się zakochałam był mojego wuja. Stara szkoła, którą miał z wojska. Wzór straszny, ale opowiadał mi o tym, jaki wycisk dostał po jego zrobieniu. To było coś! Drugi, który zrobił na mnie wrażenie to trzy gwiazdki u mężczyzny wynoszącego śmieci! Wiadomo, ile spędził czasu w zakładzie karnym. I trzecia grupa szacunkowa to ludzie, którzy czerpią zyski ze swego hobby, czyli tatuatorzy. Maszynka to nie ołówek z gumką. Tuszu nie można wymazać gumką! Ostatnio wielki plus dla mnie mają młodzi potomkowie osób, którzy przeżyli Holocaust. Młodzi Izraelczycy tatuują sobie numery obozowe dziadków. Wspaniała inicjatywa. Obecnie, jeśli chcesz dobry tatuaż to dajesz z siebie wszystko, czyli czas, pieniądze i ciało, albo

D.B.: Jednak, wciąż mnie zastanawia dlaczego? E.R.: Kochany, jak raz zaczniesz, to nie przestaniesz, to jak papierosy albo chodzenie po bagnach, a bagna wciągają. Jak raz się zacznie, to trudno przestać. Reakcja na ból oraz samo zaangażowanie w projekt. Wybór tatuatora i chęć sprawdzenia jego na sobie. Potem realizacja, aż w końcu duma, że jest następny tatuaż. To adrenalina spowodowana chęcią coraz większą ilością tatuaży. To podnieta na nowy wzór, obmyślanie, konsultacja z tatuatorem, sposób wykonania, to jest cel. D.B.: Mogłabyś opisać swoje tatuaże? Fot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 17

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

 E.R.: Szczególne upodobania mam w maskach i kobietach, te znajdują się na prawej ręce. Strona zewnętrzna to moja pocahontas jak to znajomi określają lub Matka Boska z opaską i cierniami. We wnętrzu jest twarz z szufladkami. To ukłon w stronę Dalego, bo mnie nie można zaszufladkować, a z szafy też już wyszłam. Symbol lambdy i napis Born this way. U góry po stronie przeciwnej kwiaty, lilia czyli czystość i pnącza, że czasem też błądzimy. Banda cierniowa, a na karku symbol Re. To akurat pierwsze litery imienia i nazwiska i taki ukłon w stronę Egiptu i techniki prac bardzo dobrego tatuatora Toffiego. Plecy to feniks, a ten powstaje z popiołów. Lewa ręka to sowa z kompasem czyli cierpliwość plus miłość do podroży. Siła smoka z ciepłem słońca to wyżej. Na sercu leci wesoło świnka, to chiński znak żony. A na przeciw na lewej nodze syczy mój znak węża. No i kwiaty: hibiskus lub róża chińska dość subtelnie i chryzantem czyli wieczność. To mój ulubiony kwiat, ale niedoceniany przez niektórych i kojarzony przede wszystkim ze Świętem Zmarłych. Lewa noga to Futura. Dwie postacie złączone pępowiną. I postać gorgona z burzą węży zamiast włosów, za to z twarzą Madonny. Prawa noga idąc ku górze to postać smutnego anioła w oknie gotyckim z lukiem przyporowym, manswerkiem i rozeta. Gotyk i katedry to mój ulubiony temat. Z racji magisterki i jako stylu w architekturze. Pośrodku klepsydra z refleksami światła. Free hand, ale jaki zręczny temat. Po stronie wewnętrznej jest natomiast figura pól anioła, pól złego. Dalej zwiędłe liście, a pośrodku, to temat z zamku św. Anioła z Rzymu. To pomysł z wyjazdu do Rzymu i

okładka do książki i filmu Anioły I Demony. Pośrodku oko opatrzności w glorii. Na udzie mój faworyt. Głęboko schowany i najlepszy. Portret Marlene Dietrich zmanierowany z papierosem w ustach i cylindrze. Słowem samo zło. D.B.: Czy mogę zapytać o miejsca intymne? E.R.: Możesz, ale tam nie mam zakusów. Za intymne sprawy. Poza tym bardzo boli, no i trzeba znaleźć odpowiednią osobę do projektu. Raczej szanujący się artysta odmawia tego typu prac. No wiesz, gdy pracujesz na penisie, to dla faceta hetero trzymającego obcego penisa w rękach i ciągle nabrzmiałego, to chyba trochę krepujące. D.B.: Powiedziałaś, że pierwszy był tatuaż, a żona? Czy twojej żonie podobają się tatuaże? E.R.: Bardzo, jest zagorzałą fanką. Gdy do mnie pierwszy raz przyjechała od razu zafundowała sobie tatuaż. Zresztą sama jest szczęśliwą posiadaczką kilku, a że jest tak samo zaangażowana, więc wzajemnie sobie doradzamy i wybieramy wzory. Tak, tatuaż był pierwszy. Kobiety były później. Pierwszy poważny związek był na studiach. Jednak ku uciesze wszystkich skończył się 2 lata po ich ukończeniu, a wyjazd na emigrację ostatecznie uciął znajomość. Pierwszym krachem był wyjazd do Niemiec do pracy. Ale dopiero tutaj w Szkocji zaczęłam nowy etap w życiu, i od razu wiedziałam, że musi to być dziewczyna z Polski. Dlaczego? Każdy chyba zna odpowiedź. Szybko po przyjeździe poznałam żonę. Fot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 18

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

D.B.: Chciałem zapytać o stopień tolerancji. Powiedziałaś, że pierwsza dziewczyna była w Polsce, później wyjechałaś do Niemiec, a teraz mieszkasz w Szkocji z żoną. Jakie są różnice między tymi krajami w postrzeganiu osób o orientacji homoseksualnej?

zza Odry. Zastanawiające jest to, że bardzo katolicka Portugalia jest bardziej ucywilizowana w kwestii homoseksualizmu, niż zdawać by się mogło rozmodlona Polska. Przypomnę tylko, że osoby tej samej płci mogą zawierać małżeństwa w Belgii, Holandii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, a od połowy czerwca ubiegłego roku także w Danii. Spoza Unii Europejskiej, w takich krajach jak Islandia i Norwegia również istnieje możliwość wiązania się osób homoseksualnych. W wyżej wymienionych krajach – z wyłączeniem Portugalii – możliwe jest także wspólne adoptowanie dzieci. W takich krajach nikt nie potrzebuje akceptacji, bo ona po prostu istnieje. Poza tym, my homoseksualni, nie potrzebujemy na siłę ani respektu ani tego, żeby nas ktoś lubił. To jest nasze życie i jednego czego oczekujemy to spokoju i jako obywatele równouprawnienia.

E.R.: W Niemczech byłam za krótko. Wiedziałam, że nie zapuszczę tam korzeni. Dlatego, ani nie chciałam się wiązać, ani nikogo nie szukałam. Tak naprawdę, Niemców bardziej od homoseksualizmu interesują problemy i trudności związane z ludnością etniczną, a także problemy z walutą Euro. Różnorodność kulturowa miała łączyć społeczeństwo, ale okazało się, że to nie działa. Poza tym, Niemcy nie mają problemu z orientacją seksualną określonej grupy obywateli. Oczywiście w naturze społeczności zawsze znajdzie się przyzwolenie na dowcipy czy uszczypliwości, ale poprawność polityczna zabrania mieszania się w intymne sprawy drugiej osoby. Zresztą w Szkocji jest tak samo. To nie jest problem osoby homoseksualnej, a osoby, która z powodu jakieś tam ideologii nie przyjmuje do świadomości odmienności, nie tylko ideologicznej, ale odmienności jakiejkolwiek, w tym homoseksualizmu. W środowisku polonijnym temat homoseksualizmu wygląda dość skrajnie, bo albo jest się dobrym, albo jest się złym. Nie ma nic pośrodku. Niektórym Polakom brakuje tego fermentu różnorodności,  o wiedzy na temat homoseksualizmu nie wspomnę. Polska w tym wymiarze odstaje dość znacząco od reszty świata. Postulaty katolickie powodują, że Polsce bliżej jest do średniowiecza niż do sąsiadów

D.B.: Czy w związku z twoją orientacją seksualną miałaś jakieś nieprzyjemności? E.R.: Generalnie nie, żadnych. Raczej zdziwienie. Czasem pytania. Chociaż wiem, że za plecami obgadują, ale co tam myślą już mnie nie obchodzi! DB: Czyli nie masz jakiś bezpośrednich komentarzy w stosunku do swojej osoby i twojego związku? E.R: Takie pytania są nie na miejscu i staram się omijać dyskusję, a jeśli nawet pojawiają się pytania to, jest to zbyt intymny temat, żebym chciała ochoczo o tym rozmawiać. Nikt nie ma prawa wchodzić z butami do mojego łóżka, a ludzi, którzy opowiadaFot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 19

 ją o swoich wyczynach po prostu nie szanuję. Chełpienie się wyczynami i zrzucanie na karb tego, że: życie jest krótkie, że lata lecą, że nie ma czasu, że trzeba brać do łóżka wszystko jak leci, uwłacza nie tylko rozumowi, ale i godności ludzkiej. Rozmowa ze Szkotami jest krótka, natomiast z Polakami zaczynają się podchody. Zawsze jest jakieś ale.

E.R.: Tak, to walka z polską nieomylnością i znaniu się na rzeczy lepiej niż ktokolwiek inny. Prawda jest jak dupa, jak mawiał klasyk, każdy ją ma, tylko, że Polacy na tej prawdzie znają się oczywiście lepiej. Jednak nie przyznawanie się do porażek, próba wywyższania i oceniania wszystkiego jak najgorzej, przeraża w Polakach najbardziej. Dodatkowo malkontenctwo i przeświadczenie, że Polska jest Chrystusem narodów na dłuższą metę męczy! Największą chyba pomyłką jest emigracja ludzi o ugruntowanym prawicowym pochodzeniu. Ale przypominam, że tutaj jest Szkocja! Kraj otwarty i tolerancyjny. Tymczasem Polacy zamykają się w polskich gettach, a następnie szukają winnych chaosu w świecie, rzecz jasna po swojemu. Dodatkowo przygnębiająca jest polska zazdrość. Jeśli coś mnie się nie udało to, dlaczego komuś innemu ma się udać? No i tłumienie marzeń i ciągle wojenki podjazdowe toczone w środowisku polonijnym. Nie mówię tu o zjednoczeniu emigracji, bo to utopia, ale wyłuskanie chociażby jednego swojego lidera do reprezentowania naszych interesów byłoby naszym wspólnym sukcesem. Niestety, Polacy jednoczą się tylko wtedy, gdy ktoś ich...

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

D.B.: Znośniej żyje się ze Szkotami, niż z Polakami? E.R.: Tak, zdaje się, że życie tutaj w Szkocji jest znacznie znośniejsze, niż w Polsce. Trzeba trzymać się słów Aleksandra Wielopolskiego, który był sceptyczny wobec rodaków. Dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, ale z Polakami nigdy. Stereotypy trudno przełamać. Tym bardziej, że często „KK” swoje ataki na odmienność określa jako uzasadnione i usprawiedliwione. Mentalność, kompleksy, podatność na manipulację generują taki stan rzeczy. Człowiek jest tzw. zwierzęciem stadnym i boi się często mieć inne zdanie niż większość otoczenia. Zwłaszcza, że nierzadko grozi mu swoisty lincz za tą odmienność poglądów. Dzielą nas lata świetlne od krajów zachodnich, gdzie nikomu nie przeszkadza widok pary nie hetero na ulicy. Zaledwie 10% Polaków stać na otwartość, a przekonanie reszty do swych postulatów to trudna droga. Najłatwiej jest określić kogoś po wyglądzie zewnętrznym. Tak jest chyba lepiej i bezpieczniej dla konserwy prawicowej?

D.B.: Polacy, Polska, to dziwny kraj? Jakbyś skomentowała niedawne głosowanie w sprawie legalizacji związków partnerskich? E.R.: To był najsmutniejszy dzień dla demokracji. Morze jadu i zaciekłości, wylatującej z gęb katoterrorystów, którzy próbują narzucić swoją wizję społeczeństwa. Prawicowcy przywdziewają postać

D.B.: Zaściankowość, hipokryzja, zazdrość, a może mesjanizm? Fot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


WYWIAD ► 20

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► WYWIAD

owiec, gdy w rzeczywistości są zdeprawowanymi oszustami. Trzy ustawy o wynagrodzeniu przeszły bez echa, drugą o związkach partnerskich odrzucono, a trzy o przywróceniu funduszu kościelnego po cichutku uchwalono! Wielu gorączkuje się „pedałami”, a nie patrzy co tak naprawdę weszło w życie. To dodatkowe pieniądze wyrzucone na kościół. Podczas gdy pary żyjące w konkubinacie mogłyby spokojnie rozliczać się i przynosić gospodarce dochód. Rząd wypiął się na obywateli, ale przynajmniej pokazał swoje oblicze. Rozgoryczenie z traktowania ludzi i dzielenie na kategorie, odbije się niezadowoleniem społecznym w następnych wyborach. Zostaliśmy okłamani. Jest mi strasznie smutno, tak jak i większości niezadowolonych Polaków. Mam nadzieję, że idąc tropem choćby Czechów ustawa przejdzie choćby i w 5 głosowaniu. To niedopuszczalne, by 60-letnia singielka o dewocyjnym spojrzeniu, wraz z 63-letnim małym i osieroconym ostatnio przywódcą, nakazywali każdemu jak ma żyć! Pospólstwo i małomiasteczkowość dały znać o sobie. Mnie pozostaje pluć jadem, zaciskać groźnie brew. Współczuć rodakom i popierać deklaracje rozpowszechniane na FB.

kąskę! Słowem Ciocia, samo zło! (śmiech). To i tak lepsze niż nazwa np.: Klub mola książkowego.

D.B.: Ela Rygas, a raczej „Ciocia, same zło” nie przebiera w słowach. Skąd wzięłaś pomysł, aby tak się określać?

D.B.: Zapomniałem zapytać o twoje hobby (motoryzacja), ale może następnym razem?

D.B.: Reasumując: Ciocia, same zło!, z mocnymi tatuażami na 60% ciała, a do tego żonata lesbijka to... E.R.: Życie to żart! Nie można być takim samym. Nie można być nudnym. Moja matematyczka kiedyś mocno zdenerwowana wyrzuciła z siebie: „a jakbyś zjadła pół kilo kiełbasy i pół kilo kaszanki to co, zerzygałabyś się?!” Ja ani nie zachęcam do zerzygiwania się, ani na mnie, ani tym bardziej na siebie, ale wyrzucić z siebie to, co zalega w głowie i ciele jest zdrowym podejściem. Po ablucji czujemy się czyści. Mnie nie przeszkadza ani to, że mam tatuaże ani to, że jestem lesbijką, a że większość utożsamia lesby babochłopy o groźnym spojrzeniu, w dodatku wydziarane, to jego problem. Ciocia, same zło!, jak każda ciocia, dba, żeby było dobrze, bo jednak ludzie są z natury dobrzy, nawet jeśli powierzchniowo (redakcja celowo usunęła słowo), nic na to nie wskazuje.

E.R.: Ależ chętnie odpowiem. Hobby z żoną mamy wspólne. Obok tatuaży, tematu dominującego w naszym życiu są jeszcze podróże. Jesteśmy głęboko nieszczęśliwe, gdy dłużej posiedzimy w domu. Umrzeć nie widzieć Akropolu czy Rzymu, byłoby dla nas torturą nie do zniesienia! Poza tym wypady na koncerty i spotkania. Jednym słowem jesteśmy jak te utracjuszki (śmiech). Dziękuję za rozmowę

E.R.: Pierwotnie miało być Dzieje Grzechów Świata. To wcześniejszy performance pisany w formie listów do przyjaciół. Potem Eluta, ale to było za krótkie. Następnie miało być Matka, bo jak matka dobre rady daję i żywność i wikt. Jednak rola Matki mnie przerosła. Nie jestem tak opiekuńcza jak większość matek. Więc padło na Ciocia, bo z nią nie ma pitu pitu, i wchodzenia między wódkę a zaFot: Na fotografii tatuaż Eli Rygas


REKLAMA ► 21

Fot: Fotolia

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REKLAMA

www.openscotland.pl

www.openscotland.pl


Pilot zwany Diabłem

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► HISTORIA

Baza Sił Powietrznych Cesarskiej Marynarki Wojennej, Lae, Papua Nowa Gwinea, 17 maja 1942 roku, godzina 21:00.

Dowódca dywizjonu porucznik Junichi Sasai zwany był przed podwładnych „Latającym Tygrysem” od sprzączki pasa w kształcie głowy wielkiego kota – podarunku od ojca, który zawsze nosił. Mimo tej groźnie brzmiącej ksywki był człowiekiem bardzo łagodnym. W przeciwieństwie do innych dowódców, którzy wierni hierarchii służbowej i kastowemu systemowi społecznemu traktowali swoich pilotów z wyższością, Sasai traktował swoich podwładnych jak ojciec. No, może nie jak ojciec, ale starszy brat na pewno. Po bazie krążył dowcip, że porucznik Sasai nigdy się nie denerwuje, bo po prostu nie wie, jak to się robi. Trzech pilotów wyprężonych na baczność w jego gabinecie właśnie przekonywało się na własnej skórze, że ten dowcip miał niewiele wspólnego z prawdą. Blady z wściekłości porucznik Sasai trzymał w ręku jakiś papierek i gwałtownie nim potrząsał. - Czy wy wiecie co to jest???!!! Nie???!!! To ja wam powiem!!! To jest ulotka, którą nieprzyjacielski myśliwiec zrzucił godzinę temu nad naszą bazą! Zaczął ją czytać. Ulotka była w języku angielskim i porucznik czytał powoli, tłumacząc ją na japoński. Trzej wyprężeni na baczność piloci zaczęli przygryzać wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. Wszyscy trzej pomyśleli to samo. Kara za dzisiejszy wyczyn ich nie minie, ale… warto było! Fot:Hiroyoshi Nishizawa zwany „Diabłem” – japoński as lotniczy.

Hiroyoshi Nishizawa urodził się w styczniu 1920 roku w górskiej wiosce w prefekturze Nagano w rodzinie dyrektora lokalnej gorzelni sake. Po ukończeniu szkoły zaczął pracować w tkalni. Kiedy miał 16 lat zobaczył plakat zachęcający młodych Japończyków do wstąpienia w szeregi Yokaren – rezerwy lotnictwa wojskowego. W marcu 1939 roku ukończył szkolenie i rozpoczął służbę w dywizjonach Oita, Omura i Sakura. W październiku 1941 roku dołączył do Grupy Lotniczej Chitose. W styczniu 1942, już po ataku na Pearl Harbor i rozpoczęciu wojny ze Stanami Zjednoczonymi dywizjon, w którym służył został przeniesiony na lotnisko Vanukanau na Nowej Brytanii – jednej z wysp Archipelagu Bismarcka na wschód od Papui Nowej Gwinei. W tym czasie latał na przestarzałych myśliwcach Mitsubishi A5M. Niedługo jednak – jeszcze w tym samym miesiącu piloci otrzymali nowe myśliwce A6M2 „Zero”. Mitsubishi „Zero” (według amerykańskiej nomenklatury wojskowej – „Zeke”) był samolotem niezwykle zwrotnym i w początkowej fazie wojny przewyższał pod względem osiągów wszystkie alianckie myśliwce obecne w rejonie Pacyfiku. Miał jednak także wady.


Fot: Samolot myśliwski Mitsubishi „Zero” pilotowany przez „Diabła”

Najpoważniejszą była wrażliwość na uszkodzenia. Konstruktorzy samolotu świadomie zrezygnowali z opancerzenia kabiny oraz zastosowania samouszczelniających się zbiorników paliwa. Wskutek tego „Zero” spadał w płomieniach w dół po jednej dłuższej celnej serii z karabinów maszynowych alianckiego myśliwca. Nie imponował także uzbrojeniem – miał dwa działka kalibru 20 mm umieszczone w skrzydłach i dwa karabiny maszynowe zamontowane w kadłubie i zsynchronizowane ze śmigłem. Nishizawa zgłosił swoje pierwsze zwycięstwo w powietrzu już 3 lutego 1942 roku. Lecąc swoim „Ze-

rem” nad Rabaul zauważył dwie latające łodzie typu Catalina należące do Australijskich Sił Powietrznych. Zaatakował jedną z nich i zniszczył jeden z jej silników. Patrząc na tracący wysokość samolot ciągnący za sobą smugę dymu uznał, że nie ma on szans na dolecenie do bazy, więc po powrocie do Vanukanau zgłosił swoje pierwsze zestrzelenie. Catalina nie spadła jednak do morza. Jej pilot, porucznik G. E. Hemsworth zdołał dolecieć na jednym silniku do Port Moresby i bezpiecznie wylądować. Przez kolejny miesiąc Nishizawa ze swoim dywizjonem patrolowali przestrzeń powietrzną wokół Archi-

pelagu Bismarcka i kilkakrotnie starli się z Amerykanami uzyskując sześć zestrzeleń, z których jedno zgłosił przyszły as. 24 marca podczas misji nad Port Moresby Nishizawa zestrzelił australijski myśliwiec, który zidentyfikował jako Spitfire. W tamtym czasie jednak Australijskie Siły Powietrzne nie dysponowały myśliwcami tego typu. Japoński pilot najprawdopodobniej posłał na ziemię Warhawka P-40. W tym samym czasie japońskie oddziały zajęły północną część Papui – Nowej Gwinei i utworzyły tymczasowe lotnisko w Lae. 1 kwietnia dywizjon Nishizawy został tam przekierowany i włączony w skład Grupy Lotniczej Tainan. Warunki w Lae były koszmarne. Lotnisko składało się z prowizorycznego pasa startowego wyrąbanego w dżungli i nędznych, pełnych robactwa baraków, w których zakwaterowano pilotów. Miało za to jedną ważną zaletę – znajdowało się w odległości zaledwie 180 mil od „gniazda alianckich szerszeni”, czyli od Port Moresby. 11 kwietnia grupa japońskich myśliwców natknęła się tam na cztery amerykańskie Airacobry. Jako pierwszy

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► HISTORIA

HISTORIA ► 23


HISTORIA ► 24

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► HISTORIA

zaatakował je Saburo Sakai i po krótkiej walce strącił dwa wrogie myśliwce. Kolejnego strącił Nishizawa. Ostatnia Airacobra próbowała uciec, ale dopadł ją inny japoński pilot – Toshio Ota. Krótko potem Sakai, Ota i Nishizawa zostali najbliższymi przyjaciółmi. Zawsze latali razem i wśród innych pilotów szybko zyskali nazwę „Tria Czyścicieli” od sprawności, z jaką „czyścili” niebo z alianckich samolotów. Nishizawa różnił się od swoich przyjaciół zarówno wyglądem, jak i charakterem. Był bardzo wysoki jak na Japończyka i przeraźliwie chudy. Za nic nie mógł przyzwyczaić się do tropikalnego klimatu – był wiecznie dręczony przez malarię i choroby skóry. W odróżnieniu od Oty i Sakai był bardzo małomówny i spokojny, nigdy nie uzewnętrzniał swoich uczuć. Poza tymi dwoma pilotami z nikim się nie przyjaźnił. Za to za sterami „Zera” stawał się wcielonym demonem. Ota i Sakai również byli asami lotniczymi, ale to, co z myśliwcem wyrabiał Nishizawa sprawiało, że nawet im opadały szczęki. „Jego akrobacje zapierały dech w piersiach i niemal przyprawiały nas o atak serca. Były całkowicie nieprzewidywalne, skrajnie karkołomne. Niemal przeczyły prawom fizyki” – wspominał Sakai. Nishizawa miał także sokoli wzrok. Dostrzegał nieprzyjacielskie samoloty z olbrzymich odległości, na długo przed swoimi kolegami.

Właśnie ze względu na te niezwykłe cechy towarzysze nazwali go „Diabłem”. Nishizawa szybko udowodnił, że w pełni zasługuje na ten przydomek – w ciągu trzech dni (1-3 maja 1942 roku) zestrzelił sześć amerykańskich maszyn. Potem z niewielu lotów bojowych powracał bez zwycięstwa. W pierwszej połowie maja tropikalne deszcze uniemożliwiły loty z Lae. Piloci nudzili się w swoich nędznych kwaterach i słuchali australijskiej stacji radiowej. Właśnie leciał „Danse Macabre” Camilla Saint-Saensa. - Słyszeliście, że jutro mamy lecieć nad Port Moresby? Może byśmy odtańczyli tam nad lotniskiem „Taniec Śmierci”? – odezwał się milczący dotąd „Diabeł”. Ota i Sakai spojrzeli na niego ze zdumieniem. - Co masz na myśli? - Kiedy rozpoczniemy odwrót oderwijmy się od formacji pod jakimś pretekstem, wróćmy nad lotnisko w Port Moresby i wykręćmy parę pętli nad nim. Wyobrażacie sobie miny Ozików i Jankesów? – wyjaśnił Nishizawa. Ota i Sakai mieli pewne wątpliwości, ale w końcu zgodzili się. Następnego dnia, 17 maja 1942 roku porucznik Tadashi Nakajima poprowadził dywizjon nad Port Moresby. Doszło do starcia z amerykańskimi Airacobrami i po krótkiej walce Japończycy zestrzelili pięć maszyn sami tracąc dwie. Podczas odwrotu Sakai lecący jako skrzydłowy Nakajimy zameldował dowódcy, że za-

uważył jeszcze jedną wrogą maszynę i oderwał się od dywizjonu. Nad Port Moresby czekali już na niego Ota i Nishizawa. Lecąc we trójkę wykręcili sześć ciasnych pętli tuż nad alianckim lotniskiem. W ich stronę nie poleciał ani jeden pocisk. Australijczycy i Amerykanie z otwartymi ustami podziwiali popis trzech japońskich myśliwców. Tego samego dnia o godzinie 21:00 cała trójka została wezwana do kwatery ich bezpośredniego przełożonego, porucznika Junichi Sasai. Ten, blady z wściekłości odczytał im ulotkę zrzuconą nad lotniskiem przez nieprzyjacielski myśliwiec. Do dowódcy bazy w Lae, Z podziwem oglądaliśmy dzisiaj popis trzech japońskich pilotów, którzy zaprezentowali wspaniałe akrobacje nad naszym lotniskiem. Przepraszamy, że nie zorganizowaliśmy im właściwego powitania. Chcemy ich zaprosić ponownie. Zapewniamy, że tym razem zostaną właściwie przywitani. Trzej piloci z trudem ukrywali rozbawienie, którego ich dowódca bynajmniej nie podzielał. Kary ich nie minęły, ale cała trójka uznała, że było warto.


HISTORIA ► 25

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► HISTORIA

Tydzień później Amerykanie postanowili zbombardować bazę w Lae. Rajd sześciu średnich bombowców B-25 Mitchell spotkał się jednak ze zdecydowaną odpowiedzią Japończyków. „Diabeł” zestrzelił dowódcę formacji, Ota dopadł drugiego, Sakai „zaliczył” aż dwa bombowce, a piątego zestrzelił ich dowódca, porucznik Sasai. Tylko jeden z B-25 uszedł z życiem. Na początku sierpnia 1942 roku Grupa Lotnicza Tainan została skierowana do bazy w Rabaul na Nowej Brytanii i natychmiast rozpoczęła działania przeciwko Amerykanom, którzy uderzyli na Guadalcanal. Japońscy piloci starli się w walce z amerykańskimi myśliwcami startującymi z lotniskowców. 7 sierpnia 1942 roku, w dniu kiedy Amerykanie rozpoczęli inwazję „Diabeł” zestrzelił pięć myśliwców F4F Wildcat i ciężko uszkodził szósty. Tym szóstym był Wildcat pilotowany przez porucznika Herberta Browna. Pociski z „Zera” Nishizawy podziurawiły osłonę kabiny i raniły pilota w udo. „Diabeł” zrównał się ze swoją ofiarą, popatrzył na rannego pilota, zamachał skrzydłami i odleciał. Prawdopodobnie pomyślał, że uszkodzony myśliwiec nie wróci już na swój lotniskowiec. Mylił się. Porucznik Brown zdołał utrzymać maszynę w powietrzu i wylądować na USS „Saratoga”. Następnego dnia na Nishizawę spadł ciężki cios – jego najbliższy przyjaciel Saburo Sakai został ciężko ranny. Zbliżył się od tyłu do formacji amerykańskich

samolotów, które mylnie uznał za Wildcaty. Były to jednak bombowce torpedowe Avenger, których tylni strzelcy natychmiast otworzyli ogień do japońskiego samolotu. Jeden z pocisków uderzył japońskiego pilota w głowę oślepiając go. Nishizawa zauważył brak samolotu Sakai i ruszył na poszukiwania. Przeczesywał niebo nad Pacyfikiem, ale nigdzie nie mógł dostrzec przyjaciela. Zaczęła go ogarniać czarna rozpacz. Nie miał już amunicji, ale gdyby napotkał na drodze jakiś amerykański samolot był gotów staranować go. W końcu ochłonął i wrócił do bazy. Ku zdziwieniu wszystkich Sakai przeżył i mimo ran zdołał dolecieć do Rabaul. Natychmiast trafił do szpitala, a później został ewakuowany do Japonii. Stracił oko, ale w 1944 roku wrócił do służby operacyjnej. Walki nad Guadalcanal kosztowały Japończyków drogo. Pod koniec sierpnia 1942 roku poległ porucznik Sasai, a w październiku zginął Toshio Ota – drugi najbliższy przyjaciel „Diabła”. On sam został w listopadzie odwołany do Japonii, by szkolić młodych pilotów. W tym czasie miał na koncie około 55 zestrzelonych samolotów wroga. Szkolenie młodych kadetów zupełnie mu nie odpowiadało. Często skarżył się na to swojemu przyjacielowi Sakai, który ciągle przebywał na rekonwalescencji po ranach odniesionych w sierpniu. Chciał znów za-

siąść w kabinie myśliwca i ruszyć na polowanie. Na południowy Pacyfik wrócił w maju 1943 roku i jako pilot 251. Dywizjonu ponownie patrolował niebo nad Nową Gwineą i Wyspami Salomona. Walki z australijskimi, nowozelandzkimi i amerykańskimi pilotami przyniosły mu nowe zwycięstwa. Za swoje osiągnięcia otrzymał samurajski miecz – katanę z wyrytymi słowami Buto Batsugun („Za szczególne męstwo na polu walki”). W październiku 1943 roku został ponownie odwołany do Japonii, a miesiąc później dostał awans na stopień chorążego. W tym czasie miał już na koncie 85 zwycięstw. Skierowano go jako instruktora do Grupy Lotniczej Oita, ale szczerze nie znosił tej pracy, co szybko zostało zauważone przez przełożonych. W lutym 1944 roku otrzymał przydział do 210. Dywizjonu broniącego Wysp Kurylskich przed atakami amerykańskich bombowców. W tym czasie Japończycy już od ponad roku znajdowali się w defensywie na Pacyfiku. Amerykanie systematycznie odbijali kolejne wyspy i nieubłaganie parli naprzód. Nishizawa został przerzucony ze swoim dywizjonem


HISTORIA ► 26

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► HISTORIA

na lotnisko Mabalacat na filipińskiej wyspie Cebu. 25 października 1944 roku eskortował pierwszy rzut samobójców kamikaze przeciwko grupie amerykańskich okrętów u wybrzeży Filipin. Podczas misji zestrzelił dwa Hellcaty podnosząc swój osobisty rekord do 87 strąconych samolotów wroga. Atak kamikaze okazał się skuteczny – z pięciu samolotów pilotowanych przez samobójców cztery uderzyły w lotniskowiec eskortowy USS „St. Lo” zatapiając go.Po powrocie do bazy zgłosił swojemu dowódcy, pułkownikowi Nakajimie gotowość do wzięcia udziału w kolejnej samobójczej misji. Tym razem nie jako eskorta, ale jako jeden z kamikaze. Motywował to tym, że podczas lotu miał wizję, według której i tak zginie następnego dnia. Chciał więc, by jego śmierć nie poszła na marne. Pułkownik Nakajima oczywiście odmówił nie chcąc tracić tak doskonałego pilota i zrugał go za opowiadanie bzdur. Następnego dnia „Diabeł” wraz z kilkoma pilotami wsiadł na pokład bombowca jako pasażer. Mieli lecieć na wyspę Luzon, by odebrać dostawę nowych myśliwców „Zero”. W tym samym czasie do myśliwca zazwyczaj pilotowanego przez Nishizawę wsiadł Tomisaku Kutsamata. Kilkadziesiąt minut później jako kamikaze wbił się w kadłub lotniskowca USS „Suwannee” ciężko go uszkadzając.

Kiedy bombowiec z Nishizawą na pokładzie znajdował się nad wyspą Mindoro został zaatakowany przez dwa amerykańskie Hellcaty z lotniskowca USS „Wasp”. Jeden z nich, pilotowany przez porucznika Harolda Newella wpakował w niego długą serię z karabinów maszynowych. Bombowiec zapalił się i spadł korkociągiem w dół, rozbijając się gdzieś w dżungli. Hiroyoshi Nizhizawa zwany „Diabłem”, niepokonany jako pilot myśliwca zginął jako bezsilny pasażer bombowca. Podaje się, że miał na koncie 87 zestrzelonych samolotów wroga, ale jest to liczba dyskusyjna. Japończycy w przeciwieństwie do Amerykanów, Brytyjczyków, czy Niemców nie przypisywali zwycięstw indywidualnym pilotom, tylko dywizjonom i grupom lotniczym. Ustalenie prawdopodobnej liczby zestrzeleń danego pilota wymagało porównywania zapisków i zeznań świadków, co robiono już po wojnie. Skutkiem tego liczby te są mało dokładne. Z całego „Tria Czyścicieli” wojnę przeżył tylko Saburo Sakai, który zestrzelił 64 wrogie maszyny. Po wojnie został buddystą i przysiągł, że nigdy nie zabije żadnej istoty, nawet komara. Założył małą drukarnię i z tego utrzymywał rodzinę. Kilkakrotnie odwiedził Stany Zjednoczone, gdzie był podejmowany z honorami. Spotkał się z byłymi pilotami wojskowymi, którzy podobnie jak on walczyli na

Pacyfiku. Służył także swoimi radami twórcom gry komputerowej „Combat Flight Simulator 2″. Zmarł 22 września 2000 roku na atak serca po uroczystym obiedzie wydanym na jego cześć w bazie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Japonii.

Autor: http://blogbiszopa.pl/ Blog Biszopa. Zapiski z Granitowego Miasta Źródło: Jon Guttman, Hiroyoshi Nishizawa Japan’s World War II Ace of Aces, Aviation History, 07/1998. Mike Spick, Asy światowego lotnictwa myśliwskiego 1914-2000, Bellona, 2006. Hiroyoshi Nishizawa, http://en.wikipedia.org, Dostęp 6.01.2013. Saburo Sakai, http://en.wikipedia.org, Dostęp 6.01.2013.


REKLAMA ► 27

www.openscotland.pl

Oferujemy: - Możliwość zdobycia doświadczenia w pracy dziennikarskiej na zasadach non-profit - Współpraca w profesjonalnym zespole - Poznanie najnowszych technologii - Promocję własnej osoby - Oferujemy certyfikat poświadczający współpracę. - Serwis nie wyklucza zatrudnienia (okres próbny 6 miesięcy) Oczekujemy: - Umiejętności posługiwania się poprawną polszczyzną - Znajomości języka angielskiego na poziomie komunikatywnym - Zainteresowania szeroko pojętą tematyką kulturalno-społeczną - Sprawnej obsługi programów pakietu MS Office - Kreatywności, zaradności i zapału do pracy - Sumienności i rzetelności - Lekkiego pióra Jeśli uważasz, że to ogłoszenie jest dla Ciebie nie zawahaj się zgłosić swojej kandydatury. Może czekamy właśnie na Ciebie?! Buduj swoje dziennikarskie portfolio z serwisem Open Scotland.pl! Współpraca z serwisem Open Scotland.pl odbywa się na zasadach tzw. dziennikarstwa obywatelskiego i jest bezpłatna. Wyślij swoje CV i próbny tekst na adres: ip.openscotland@gmail.com Fot: Fotolia

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► REKLAMA

Serwis informacyjny Open Scotland.pl zaprasza do współpracy osoby przebojowe i dynamiczne, oraz takie które nie boją się wyrażać własnego zdania.

www.openscotland.pl

Serwis informacyjny Open Scotland.pl oraz Open eBusiness.biz zaprasza do współpracy osoby z doświadczeniem w sprzedaży powierzchni reklamowej. Oczekujemy: - Doświadczenia w sprzedaży powierzchni reklamowej - Samodzielności oraz bardzo dobrej organizacji pracy - Sprawnego posługiwania się Internetem - Sprawnej obsługi programów pakietu MS Office - Znajomości języka angielskiego na poziomie komunikatywnym - Kreatywności i sumienności Oferujemy: - Współpraca w profesjonalnym zespole - Poznanie najnowszych technologii - Udział przy nowych rozwojowych projektach - Wysoką prowizję od sprzedaży powierzchni reklamowej Jeśli uważasz, że to ogłoszenie jest dla Ciebie nie zawahaj się zgłosić swojej kandydatury. Zarabiaj z Nami! Wyślij swoje CV oraz list motywacyjny na adres: ip.openscotland@gmail.com


Obecnie w Filmhouse Cinema w Edynburgu trwa wystawa plakatów, inspirowanych filmografią Romana Polańskiego, przygotowanych przez Edinburgh College of Art. Jednym z twórców wystawy jest Joanna Lisowiec, z plakatem do filmu „Śmierć i dziewczyna”. Z Joanną Lisowiec, ilustratorką rozmawia Małgorzata Bilińska

Zawsze jestem w drodze... Fot: Na fotografii Joanna Lisowiec

Fot: Fotolia 01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► ROZMOWA

ROZMOWA ► 28


ROZMOWA ► 29

Małgorzata Bilińska: To już trzeci raz ECA przygotował wystawę przy współpracy z Filmhouse Cinema. Czy sama wybrałaś film „Śmierć i dziewczyna”? Jeśli tak, dlaczego akurat ten film?

bardzo zadowolona z tej decyzji i mam nadzieję, że będę mogła kontynuować pracę w ilustracji w przyszłości.

Joanna Lisowiec: Tak, ta wystawa cieszy się dużym powodzeniem przez ostatnie trzy lata, więc mam nadzieję, że w przyszłości też będzie odnosić sukcesy. Filmy zostały wylosowane z kapelusza, to, że dostałam „Śmierć i dziewczyna” to był czysty przypadek. To jednak ciekawy film, który jest adaptacją sztuki teatralnej dramaturga Ariela Dorfmana.

J.L.: Dla mnie najważniejszym pytaniem jest, z jakiego powodu zaczynam jakiś projekt i co chcę przez to uzyskać. Muszę się zastanowić, jaką ideę zamierzam przekazać i w jaki sposób to wyrazić poprzez wizualny obraz. Ilustracja jest jakby nośnikiem idei.

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► ROZMOWA

M.B.: W galerii będziemy mogli jeszcze zobaczyć plakaty do: „Podwójne życie Weroniki” Kieślowskiego i „Twin Peaks” Lyncha. J.L.: W pierwszym roku tej wystawy nie było konkretnego tematu i można było wybrać dowolny film. Ja zrobiłam wtedy plakat do filmu „Podwójne życie Weroniki”, jednego z moich ulubionych. Zrobiłam ten plakat używając techniki linorytu i sitodruku. Ta metoda mi się spodobała, więc w następnym roku też wzięłam udział w wystawie i zrobiłam plakat sitodrukiem do filmu Davida Lyncha. M.B.: Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z ilustracją? J.L.:Ilustracja to jest po prostu coś, co mi sprawia najwięcej przyjemności w życiu. Zawsze lubiłam rysować i potem na studiach w Edinburgh College of Art ilustratorstwo stało się naturalną kontynuacją moich wcześniejszych zainteresowań. Jestem

M.B.: Jak powstaje ilustracja?

M.B.: Kto Cię inspiruje? Jak Twoja inspiracja zmieniała się wraz z upływem czasu? J.L.: Jestem inspirowana przez samo życie. Każde zdarzenie dnia może być natchnieniem. Znajduję inspirację wśród wielu artystów np. Edwarda Bawdena, M.C. Eschera, Jana Szancera oraz bardziej nowoczesnych ilustratorów jak Matthew Lyons, Stacey Rozich i Oliver Jeffers. Mogłabym wymieniać nazwiska w nieskończoność. Także dużą inspiracją dla mnie są moi rodzice, którzy ciężko pracowali i starali się zapewnić nam wszystkim ciekawe życie pełne przygód i podróży. M.B.: Kim jest „Obłąkany” i czy się z nim w jakieś części identyfikujesz? J.L.: To jest projekt, nad którym pracowałam dwa lata temu, kiedy wymyśliłam takiego podróżnika, który się zagubił w górach i w tym zagubieniu też dostał pomieszania zmysłów. Nie wiem czy ja się z nim identyfikuję tak naprawdę. Myślę, że już dawno się pogubiłam w tej podróży, która jest życiem i

może z tego rodzą mi się w głowie takie pomysły. M.B.: Seria ilustracji „Spirit”, gdzie przeważają ciemne barwy, nie jest lekka w odbiorze. J.L.: Ta seria jest inspirowana głównie moim pobytem w Ameryce. Kultury indiańskie Ameryki Północnej są dość interesujące i legendy, które pochodzą z tej kultury mnie bardzo ciekawiły. M.B.: Na swojej stronie internetowej napisałaś, że pochodzisz ze skromnych obrzeży Warszawy. Dalej, wychowana na Dzikim Zachodzie w Ameryce, dojrzewa w Szwajcarii – podobnie jak wszystkie dobre sery, teraz jest w Szkocji i obawia się, że może nabrać odrobinkę pleśni, po czym dodaje, że to nic złego – nada nowego smaku. Jaki to smak? J.L.: Może taki trochę bardziej pikantny? Nie znam się za bardzo na serach. M.B.: Dalej zastanawiasz się nad swoją tożsamością? Czujesz się mniej lub bardziej określona? J.L.: Teraz moja filozofia bardziej pasuje do tego, co powiedział Thomas Szasz: „People often say that this or that person has not yet found himself. But the self is not something one finds, it is something one creates.” “Ludzie często mówią, że ten albo tamten człowiek jeszcze siebie nie odnalazł. Ale tożsamość to nie jest coś, co się znajduje tylko coś, co człowiek tworzy.”


01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► ROZMOWA

ROZMOWA ► 30

Fot: Na fotografii Joanna Lisowiec

„Zawsze staram się wędrować, bo to jest dla mnie najciekawsze w życiu. Uwielbiam łazić po górach i wspinać się. Jeśli nie pracuję akurat nad jakimś projektem, to zwykle jestem gdzieś w drodze do którejś szkockiej Munro”.

M.B.: Czy posiadasz dzieło, z którym jesteś najbardziej związana emocjonalnie? J.L.: Z każdym dziełem jestem trochę związana, dlatego że dużo pracy wkładam we wszystko, co robię. Cieszę się bardziej z tych prac, które robię wyłącznie dla siebie raczej niż z tych na zlecenie. Dużą przyjemność sprawia mi, gdy ktoś inny chce mieć mój rysunek lub drzeworyt na ścianie we własnym domu. M.B.: „Wędrówką jedną życie jest człowieka”. Za słowami Edwarda Stachury, wędrujesz? J.L.: Zawsze staram się wędrować, bo to jest dla

mnie najciekawsze w życiu. Uwielbiam łazić po górach i wspinać się. Jeśli nie pracuję akurat nad jakimś projektem, to zwykle jestem gdzieś w drodze do którejś szkockiej Munro.

J.L.: Pewnie, że tak.

M.B.: Czy „Feeling good” to dobra piosenka na zakończenie naszej rozmowy? ”Birds flying high you know how I feel Sun in the sky you know how I feel Breeze driftin’ on by you know how I feel It’s a new dawn It’s a new day It’s a new life For me… And I’m feeling good”

J.L.: Dziękuję, że mogłam być Waszym gościem.

M.B.: Dziękuję za rozmowę i wszystkiego dobrego.

Zapraszam wszystkich, którzy interesują się sztuką, na wystawę absolwentów z Edinburgh College of Art., która się odbędzie na początku czerwca. Jestem otwarta na zlecenia plastyczne poprzez kontakt na mojej stronie internetowej: http://cargocollective.com/illustrography.


GALERIA ► 31

OPEN GALERIA Ilustracja by Joanna Lisowiec

Z serii „Aviary”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 32

Z serii „Posters”. Autor: Joanna Lisowiec.

Z serii „Posters”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 33

Z serii „Posters”. Autor: Joanna Lisowiec.

Z serii „Book covers”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 34

Z serii „Deranged”. Autor: Joanna Lisowiec

Z serii „Deranged”. Autor: Joanna Lisowiec


GALERIA ► 35

Z serii “Fiction State”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 36

Z serii „Spirit”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 37

Z serii “You can’t always be serious”. Autor: Joanna Lisowiec.

Z serii “You can’t always be serious”. Autor: Joanna Lisowiec.


GALERIA ► 38

Z serii “Fiction State”. Autor: Joanna Lisowiec.


KULTURA ► 39

Potrafisz unieść swój własny ciężar?

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► FELIETON

„Ugięty pod ciężarem świata trwał. Ukarany za bunt odebraniem wolności. Tylko czy na pewno? Bogowie uwięzili ciało Atlasa, ale czy udało im się również zniewolić jego ducha, myśl? Czy to w ogóle możliwe? Wolny człowiek, to wolny  umysł. Atlas przygnieciony światem nie był  zniewolony. Miał wrażliwość,  która pozwalała mu stwarzać własne światy, ogrody i w nich żyć.. Kontrastem dla Atlasa jest Herakles. Na chwile przejmuje od Atlasa Ziemię, ale ciężar jest dla niego zbyt wielki. Zresztą może nie o ciężar tu chodzi, ale o to  co  dzieje się w głowie. O myśli, których trzeba posłuchać, o pytania natrętne jak mucha. Dla Heraklesa to za wiele. Boi się swoich myśli. Woli ich nie słyszeć. Wielu heraklesów chodzi po ziemi. Krzątają się, wykonują swoje zadania i nigdy nie pytają o głębszy sens. Ze strachu czy z  nieświadomości?  Bohaterki “Godzin” przywiodły mi na myśl Atlasa, upodobniły się do niego. Każda ma świadomość własnego ciężaru. Wszyscy musimy go unieść. “Im więcej dokonań, tym więcej do dźwigania. Książki, domy, kochanki, żywoty,  wszystko  spiętrzone na grzbiecie.” Potrafisz unieść swój własny ciężar? A kiedy  juz się z nim pogodzisz, pokochasz go, przestaniesz go zauważać, spojrzysz mu  w oczy, to co wtedy zrobisz? Będziesz miał siłę, żeby go zrzucić, uwolnić się od niego? “Atlas kochał Ziemię [...] Skoncentrował cały swój wysiłek na jej  utrzymaniu. Potworny ciężar decydował o wszystkim. Dlaczego? Dlaczego by  nie zdjąć po prostu Ziemi z barków?”. Tytan zrzucił swój ciężar i nic się nie stało. Ziemia mogła istnieć bez niego, nie potrzebowała go. Potrafisz tak, jak on zostawić dźwigany balast? Kochasz go na tyle, żeby  na  niego spojrzeć i zostawić? Czy nadal go potrzebujesz? Czym dla Ciebie jest?

Obejrzałam “Godziny”. Kilka lat temu czytałam książkę. Lektura pozostała głęboko w mojej pamięci, ale czas zdążył przykurzyć wrażenia. Przywołał je na nowo film. Piękny obraz, albo raczej niezwykły. Skłaniające do refleksji studium samotności, wrażliwości i tego ciągłego, nieokreślonego pragnienia, które w nas tkwi, niepogodzenia........ Pod koniec filmu Virginia Woolf mówi: “patrzeć życiu w twarz, pokochać je takim, jakie jest i właśnie wtedy umieć odejść.” Odejść czyli umrzeć, zrezygnować  z  życia, popełnić samobójstwo.........? Myśl o nim wciąż krąży nad bohaterkami. Jest jak natrętny kochanek stojący za plecami, muskający wargami szyję i uwodzący kuszącym szeptem aby za nim podążyć. Po co?  Dlaczego? “Aby paradoksalnie ci co zostaną mogli docenić urodę życia”. Ale przecież nie o śmierć tu chodzi. Raczej o izolację, odpowiedzialność,  wolność, o dla każdego osobny ciężar własnego losu, świata, o możliwość porzucenia go....... A przecież “człowiek wolny nigdy nie myśli o  ucieczce”.  Jestem po lekturze książki Janette Winterson “Brzemię”. To na nowo opowiedziana historia mitycznego Atlasa dźwigającego na swoich barkach Ziemię. Tytan ukarany przez bogów na wieczny ciężar, nieskończoność, niezmienność losu. “Kto jest dostatecznie silny, by uniknąć własnego losu? Kto potrafi uniknąć zostania tym, kim musi zostać?”. Atlas przyjął swój  los. Fot: Beata Waniek

Felieton ► Beata Waniek


KULTURA | POEZJA ► 40 01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► POEZJA

Dziobak a jak dorosnę chcę być dziobakiem; środowisko naturalne: wanna

Poezja ► Zuzanna Rybak

wanna to umieralnia dnia nerwów powszednich tych kiedy tłukę słońca i szklanki biegam boso po kuchni i pieprzę to! pieprzę a wciąż nie ma smaku sens zawsze przychodzi spóźniony do mnie na herbatę mija się z celem tego szaleństwa cel się obraził wyszedł ja się pomarszczyłam wychodzę

Powierzyłam powietrze powierzyłam powietrze w twe ręce dawkujesz zdawkowo co dzień mniej i mniej uśmiechów w wątłym zadufaniu wybija nas dwojga z rytmu zwykłam mówić, że umieram porankiem zwykłam oddychać żyć twoim wydechem zatraciłam zdolność zachwytu w bezdechu dławię się jedynie łzami Fot: Zuzanna Rybak

powiedz mi, że jestem jeszcze choć trochę wolna

Fot: Zuzanna Rybak


KULTURA | POEZJA ► 41 01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► POEZJA

Femme fatale chodź, chodź, Kochany podaj mi swe oczy a ja? ja będę twoją Dalilą impresją chłodnym wrażeniem moich dłoni na twych zwłokach nagich obdartych z rąk i z nóg

miłość?

Pewnego dnia pewnego dnia pocałunek rozpadnie się jak szkło roztrzaskane moment wcześniej trwały tak i mocny zbyt kruchy dotyk spłynie zupełnie pozostając na skórze ciepłą smugą tatuażu z twoich pieszczot a potem będzie bladł bladł aż do zniknięcia i tylko tyle nam pozostanie nieprzeniknione bezkresy twoich ksiąg zakazanych po które już nie wrócisz zamknięte w mojej komodzie zmiętoszone lustra prześcieradeł głębia pościeli przyprószona twoim odcieniem jak otchłań zapachu i stalówka złamana w filiżance Fot: Zuzanna Rybak

tylko tyle

Poezja ► Zuzanna Rybak

smugi rozczłonkowanych pocałunków wypisane na zimnej twarzy turlającej się głowy

Fot: Zuzanna Rybak


01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► ROZRYWKA

KULTURA ► 42

Fot: Fotolia

► WYSTAWA

► WYSTAWA

► WYSTAWA

BLAZING WITH CRIMSON | TARTAN PORTRAITS 1 grudnia 2011 − 31 grudnia 2013 Edynburg | Scottish National Portrait Gallery

THE MODERN SCOT 23 luty 2013 − 31 grudnia 2013 Edynburg | Scottish National Portrait Galery

CITIZENS OF THE WORLD | DAVID HUME & ALLAN RAMSAY 1grudnia 2011 − 31grudnia 2015 Edynburg | Scottish National Portrait Gallery

Kilt, szkocka spódniczka i tkanina tartan są powszechnie uznawanym znakiem Szkocji i tożsamości szkockiej. Wystawa bada, jakie znaczenie miały te charakterystyczne szaty i ten materiał dla sześciu różnych ludzi, którzy byli namalowani pomiędzy 1680 a 1780 rokiem. (Zdjęcie: Richard Waitt, Kenneth Sutherland, 3rd Lord Duffus, d. 1734. Jacobite, Scottish National Portrait Gallery)

W okresie odbudowy, po pierwszej wojnie światowej (1914-1918), artyści usiłowali znaleźć odpowiednie środki ekspresji twórczej dla tak radykalnie zmienionego społeczeństwa. Odkryj jak szkoccy artyści i pisarze wyrazili wyjątkowo nowoczesną wrażliwość w pierwszych dekadach XX wieku.

Szkocja z jej obywatelami dokonała znaczącego wkładu do europejskiego Oświecenia XVIII wieku. Przyczyniła się do zmian w postawie, które miały wpływ na świat. Dwóch Szkotów, David Hume, wielki filozof i Allan Ramsay, wybitny malarz, byli w centrum tej rewolucji kulturalnej i intelektualnej. Wystawa bada ich świat, ich przyjaciół, ich rodzin i opiekunów.


ROZRYWKA ► 43

YAMATO THE DRUMMERS OF JAPAN UK TOUR 2013 15 LUTY – 10 MARCA Cardiff | 15.02 Norwich | 17.02 Brighton | 18.02 EDINBURGH | 19.02 INVERNESS | 21.02 Birmingham | 22.02 Coventry | 23.02 Milton Keynes | 24.02 Manchester | 26.02 Bristol | 27.02 Truro | 28.02 Bromley | 03.03 York | 05.03 Buxton | 06.03 Stoke-on-Trent | 07.03 Canterbury | 08.03 Canterbury | 09.03 Woking | 10.03

Fot:http://www.yamato.jp/

01 | 02 | 2013 | OPEN ► 03 ► ROZRYWKA


Wielkość i cena modułu

OPEN POLISH MAGAZINE

420 x 297 120 funtów na tydzień www.openscotland.pl

+ VAT


Wielkość i cena modułu

205 x 145

205 x 297 60 funtów na tydzień + VAT www.openscotland.pl

30 funtów na tydzień + VAT

100 x 145 15 funtów na tydzień + VAT


Jesteśmy otwarci! A Ty?

Fot: Fotolia

www.openscotland.pl

Open Polish Magazine  
Open Polish Magazine  

Informacje, publicystyka, rozrywka, kultura

Advertisement