Page 1

Hill Size Magazine Iraschko-Stolz Lahti Horngacher RawAir

Magazyn o skokach narciarskich

2 0 1 7 H i l d e Wa l e n t y n k i Juvonen Brand Szturc

numer 4 / marzec 2017


zdjęcie: Przemysław Wardęga


BELKA STARTOWA Jeden z najlepszych sezonów w historii polskich skoków narciarskich w pełni. Trwa impreza zimy – Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym w Lahti. Wygrana Kamila Stocha w Turnieju Czterech Skoczni, seria zwycięstw Polaka, pozycja lidera Pucharu Świata. Tak wyczekany triumf Macieja Kota, życiowe osiągi Piotra Żyły, a jako wisienka na torcie pierwsze miejsce w Pucharze Narodów. Czego chcieć więcej do szczęścia? Hmm...może nowego numeru Hill Size Magazine? Jak to mówią każda historia ma swój początek, dlatego tym razem serwujemy Wam podróż w czasie z byłym trenerem kadry skoczków Jarosławem Węgrzynkiewiczem i prekursorem sukcesów Adama Małysza, Janem Szturcem. Nie zabraknie kilku słów od współtwórcy tak wielkich sukcesów biało-czerwonych – Stefana Horngachera. Zakulisowe fakty o organizacji Pucharu Świata przedstawi Sascha Brand. O swojej karierze, nie tylko “skokowej”, opowie Daniela Iraschko-Stolz, a Roar Ljoekelsoey poruszy temat życia na emigracji. Mistrzostwa Świata w Lahti? Bardzo proszę, o nich opowie Małgorzata Juvonen. Naszej uwadze nie umknęły oczywiście Walentynki. Zestawienie gorących propozycji na romantyczne wieczory znajdziecie na stronie 26. Pozostając w słodkich tematach tradycyjnie zapraszamy do Latającej Kuchni. Udanej lektury! Przemysław Wardęga

Hill Size Magazine

1


ROZBIEG

Redaktor naczelny Przemysław Wardęga wardega@hillsizemagazine.com Z-czyni redaktora naczelnego Martyna Ostrowska ostrowska@hillsizemagazine.com Sekretarz redakcji Maria Grzywa grzywa@hillsizemagazine.com Projekt graficzny Aleksander Milejski Makieta magazynu Magdalena Piwowar Reklama reklama@hillsizemagazine.com Współpraca: Aneta Biedroń, Ewa Bilan-Stoch, Ewa Blaszk, Jagoda Bodzianny, Karolina Chyra, Kata Deák, Michał Dejko, Klaudia Feruś, Bernhard Flatscher, Jakub Kot, Natalia Konarzewska, Stefan Piwowar, Paweł Skraba, Mikołaj Szuszkiewicz, Dominika Wiśniowska Wydawca Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości ul. Piękna 68, 00-672 Warszawa Adres i siedziba redakcji AIP VISTULA (Hill Size Magazine) ul. Stokłosy 3, 02-787 Warszawa Adres kontaktowy Hill Size Magazine Kręta 7/7, 50-237 Wrocław Zdjęcie na okładce Maria Grzywa

Partnerzy:

4

nr 04 | marzec 2017


zdjęcie: Przemysław Wardęga

spis treści BELKA STARTOWA ROZBIEG 6 | MIEJSCE PEŁNE NIESPODZIANEK 8 | EMIGRACJA

PRÓG 10 | UNIWERSJADA AŁMATY 2017 14 | CZŁOWIEK ORKIESTRA

BULA 18 | SKOKOWA KULTURA 20 | CIERPLIWOŚĆ JEST NAJWAŻNIEJSZA

ZESKOK 24 | KONTUZJE SKOKOWE 26 | ODLOTOWA WALENTYNKA 30 | ODWAGA PONAD STRACH

PUNKT K 34 | TWARDZIELKA 38 | NOWY ROZDZIAŁ 42 | HISTORIA

HILL SIZE 44 | POLSKIE TWARZE W LAHTI 48 | STEFAN HORNGACHER 52 | US SKI JUMPING CUP

SZPALER CHOINEK 56 | LEGENDA 58 | KSIĘGARNIA 59 | LATAJĄCA KUCHNIA

ODJAZD 62 | SOCIAL MEDIA 65 | KONKURS 68 | MISTRZOSTWA NORWEGII

Hill Size Magazine

5


ROZBIEG

Rozmowa: Maria Grzywa

MIEJSCE PEŁNE NIESPODZIANEK Klingenthal to szczególny dla Polaków przystanek Pucharu Świata. To tutaj pierwszy raz w karierze wygrał Krzysztof Biegun. Na Vogtland Arenie triumfowaliśmy również w tym sezonie, kiedy nasi skoczkowie odnieśli historyczne zwycięstwo w konkursie drużynowym. O organizacji zawodów w tym niezwykle szczęśliwym dla biało-czerwonych miejscu rozmawialiśmy z Saschą Brandem – szefem biura prasowego w Klingenthal oraz koordynatorem ds. mediów w żeńskich skokach narciarskich.

W tym sezonie pierwszy raz od trzech lat nie organizowaliście inauguracji Pucharu Świata w skokach. Uważasz, że zadecydowały o tym problemy z brakiem śniegu?

Nie sądzę. Rok w rok, za każdym razem udawało nam się zabezpieczyć konkursy, które zawsze dochodziły do skutku. Dostaliśmy wyraźne oświadczenie od FIS-u: Organizujemy ceremonię otwarcia tylko przez trzy lata. Złożyliśmy ponownie podanie, aby znów móc organizować takie wydarzenie. Nie jest żadną tajemnicą, że fiński związek bardzo starał się, aby ceremonia otwarcia wróciła do Ruki. Cieszymy się jednak, że mogliśmy gościć najlepszych skoczków świata tydzień po inauguracji cyklu Pucharu Świata. Problemy z pogodą. Co to oznacza dla organizatorów?

Głównie ogromny ból głowy i nieprzespane noce. Mogliśmy się spodziewać problemów związanych z  brakiem śniegu w połowie listopada, lecz w ubiegłych trzech latach mieliśmy do tego naprawdę ogromnego pecha! Generowało to również bardzo wysokie koszty. Na szczęście udało nam się konkursy przeprowadzić. Ośmielę się stwierdzić, że jesteście mistrzami w organizacji zagrożonych zawodów. W ubiegłym sezonie przygotowaliście skocznię w ciągu jednej nocy. FIS docenia takie starania. Jak to wygląda od Waszej strony?

6

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Prywatne archiwum Saschy Branda

Naszym głównym zadaniem jest doprowadzenie zawodów do skutku. Jesteśmy zawsze gotowi do zrobienia wszystkiego, co w naszej mocy. Jesteśmy dumni, że za każdym razem możemy się z tego tak dobrze wywiązać. Jak pracuje centrum prasowe podczas inauguracji sezonu? Czy są jakieś różnice pomiędzy zwykłym konkursem Pucharu Świata, a jego otwarciem?

Główną różnicą jest oczywiście liczba dziennikarzy. W porównaniu do ubiegłych lat liczba ta zwiększyła się o  ok. 30%. W  sumie w  tym sezonie przybyło do nas ponad 120 przedstawicieli mediów. Im więcej dziennikarzy, tym potrzebne jest większe biuro, szybszy Internet czy większy mixed zone. No i  silniejsze nerwy do radzenia sobie z tym wszystkim. Na szczęście, za każdym razem, wszystko się udawało.

Hill Size Magazine

Sascha Brand

Dostrzegasz wiele różnić pomiędzy przygotowaniem zawodów letnich i zimowych?

Z roku na rok do Klingenthal przyjeżdża coraz więcej dziennikarzy. Jak sobie z tym radzisz?

Przy Letnim Grand Prix dużym udogodnieniem jest fakt, że nie musimy martwić się o śnieg. To wiele ułatwia. Staramy się jednak, aby letnie zawody były zorganizowane na takim samym poziomie jak te zimowe.

Jak powiedziałem wcześniej – największym problemem jest trochę mała przestrzeń biura prasowego. Każdego roku musimy dodawać nowe stanowiska dla telewizji. Mieliśmy taką zabawną sytuację z telewizją z  Norwegii dwa lata temu. Prezenter miał wejście na żywo o  21:30 i  zażyczył sobie ujęcia prosto z zeskoku do czego potrzebne mu było główne oświetlenie skoczni. Wszystko zostało uzgodnione. O  21:35 szef skoczni powyłączał wszystkie światła i poszedł do domu. Norweska telewizja musiała przełożyć wejście o  pół godziny, a my musieliśmy ściągać szefa znów na skocznię. Na szczęście wszystko poszło dobrze i mam nadzieję, że Norwegowie przywieźli z  Klingenthal dobre wspomnienia. 

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Nigdy nie wiesz, co może się zdarzyć. Pracuję na tym stanowisku już od dziesięciu lat i zawsze coś mnie zaskakuje. Internet może się zawiesić, nagle braknie prądu w całym biurze. Mamy także szeroki wachlarz wariantów pogodowych, to nie pozwala na nudę. Przede wszystkim wymieniłbym jednak to, że pracujemy z  wieloma różnymi ludźmi. Daje nam to gwarancję nieustannych zaskoczeń i niespodzianek.

7


rozmowa i zdjecia: Martyna Ostrowska

ROZBIEG

ROAR LJOEKELSOEY

EMIGRACJA

Rok 2005, Zakopane, trwa konkurs indywidualny na Wielkiej Krokwi. W powietrzu powiewają biało-czerwone flagi, słychać szum trąbek i kibiców skandujących "Adam Małysz Adam!". Wszyscy wstrzymują oddech po skoku Roara Ljoekelsoeya. Czy odbierze zwycięstwo naszemu Orłowi? Chwila grozy. Konsternacja. Niesamowite, pierwsze miejsce ex aequo! Po dwunastu latach od historycznego konkursu, w Zakopanem spotkaliśmy się z Norwegiem Roarem Ljoekelsoeyem, obecnie drugim trenerem reprezentacji Niemiec. Jak czujesz się w Zakopanem? Sporo czasu minęło od Twojego zwycięstwa na Wielkiej Krokwi razem z Adamem Małyszem...

Rok 2005 był dla mnie wyjątkowy. To bardzo miłe wrócić w to miejsce po tylu latach. Atmosfera jest wyśmienita, kibice robią dużo hałasu, ale kibicują wszystkim, nie tylko polskim skoczkom. Uważam, że to miejsce z  najlepszymi kibicami w  całym Pucharze Świata. Tak, zdecydowanie dobrze znowu tutaj być. Twoja rola w skokach narciarskich nieco się zmieniła. Wspominasz czasem tamte czasy?

Rzadko zdarza mi się powracać do przeszłości. Mogę pamiętać moje lepsze skoki, ale nie robię tego zbyt często. Teraz skupiam się na czymś innym.

8

Po zakończeniu kariery najpierw byłeś trenerem w klubie Tronderhopp w Norwegii, teraz pracujesz jako asystent Wernera Schustera. Jak trudne było rozpoczęcie pracy po drugiej stronie?

Nie było to dla mnie bardzo ciężkie zadanie. Planowałem taki przebieg zawodowej kariery, kiedy jeszcze byłem skoczkiem. To było dla mnie dość naturalne, że zacząłem pracować jako trener po zawieszeniu nart na kołek. Dzięki mojemu doświadczeniu mam dobre wyczucie tego, jak skoczkowie czują i widzą swoje skoki. Dzięki temu mogę im pomóc na szerszą skalę. Kiedy zdecydowałeś się podjąć współpracę z drużynę Niemiec powiedziałeś, że jesteś szczęśliwy, ale jednocześnie się boisz. Co czujesz teraz?

To była bardzo dobra decyzja. Wykonaliśmy naprawdę dobrą pracę. Współpraca z trenerami z innych drużyn przebiega bezproblemowo. Wszystko się rozwija. Oczywiście mamy wzloty i  upadki, ale widzę, że nasza drużyna spisuje się lepiej z  konkursu na konkurs. Severin [Freund - zerwał więzadło w  kolanie, nie wystartuje do końca sezonu - przyp. red.] nie skakał co prawda tak dobrze

nr 04 | marzec 2017


zdjęcie z podium Jagoda Bodzianny

Roar Ljoekelsoey

jak wcześniej, ale mam nadzieję, ze wróci do topowej formy. Pozostali skoczkowie zrobili duże postępy, co pokazali również podczas weekendu w Zakopanem. W reprezentacji Niemiec jesteś również odpowiedzialny za loty narciarskie. Niemcy do tej pory nie brylowali na mamutach. Masz na to złoty środek?

To długotrwały proces, aby uczynić ze skoczka lepszego lotnika. Chodzi również o umiejętność utrzymania odpowiedniej prędkości. To bardzo ważne w  lotach. To pierwsze rzecz jaką musi rozważyć trenując do lotów. Nie polega to jednak tylko na skakaniu na największych skoczniach. Staramy się

Hill Size Magazine

sprawić, aby nasi zawodnicy skakali lepiej na normalnych obiektach i żeby to pomogło im skakać dalej na mamutach. Norwegów nazywa się urodzonymi lotnikami. Dlaczego jest tak, że jedna nacja jest lepsza od drugiej w lotach narciarskich? Co Twoim zdaniem Niemcy powinni zrobić, aby dobrze spisywać się na mamutach?

Myślę, że dla nas, Norwegów, to część kultury. Jesteśmy bardzo agrsywni, jeśli chodzi o skoki narciarskie. Zawsze chcemy skakać dalej i dalej i skaczemy bardzo agrsywnie. Myślę, że to nasza mentalność i elementy techniczne jakie prezentujemy nam w  tym pomagają. Dzięki nim utrzymujemy prędkość na stałym poziomie, co jest bardzo ważne w  pierwszej fazie lotu na skoczniach mamucich. Norwegia jest organizatorem turnieju Raw Air. Oczekiwania są bardzo wysokie. Jakie jest cel niemieckiej ekipy na te zawody?

Nie możemy doczekać się już lotów na skoczni w Vikersund, ale oczywiście będziemy ciężko pracować, aby utrzymać wysoki poziom w trakcie całego turnieju. Jeśli będziemy realizować nasz plan i cały czas robić postępy, jestem pewien, że weźmiemy czynny udział w Raw Air. Będziemy skakać na najwyższym poziomie i pojawiać się na podium. Mamy nadzieję sięgnąć również po główną nagrodę. Wracając do lotów narciarskich, uważasz, że możliwe jest pobicie rekordu świata?

Skocznia jest raczej taka sama. Aby pobić rekord świata potrzeba perfekcyjnego skoku, w idealnym czasie i świetnych warunkach pogodowych. To możliwe, ale to musi być skoczek, który leci nisko i  poradzi sobie z  utrzymanie odpowiedniej prędkości w  ostatniej fazie lotu. To warunek ustania tak dalekiego lotu. Jeśli leci się wysoko, przy takich odległościach nie ma się szans na udane lądowanie. 

9


PRÓG

Tekst: Jakub Kot

OKIEM|KOTA

UNIWERSJADA

AŁMATY 2017 Kto raz brał udział w Uniwersjadzie, ten z pewnością czeka z niecierpliwością następne dwa lata, aby pojechać na kolejną. W moim przypadku właśnie tak było. Znaleźć się w składzie na Zimową Uniwersjadę Ałmaty 2017 to był główny cel na ten sezon. Od Erzurum, poprzez Trentino i Strbskie Pleso, aż po Ałmaty – miałem przyjemność uczestniczyć we wszystkich tych wydarzeniach.

10

nr 04 | marzec 2017


Zdjęcia: Paweł Skraba

Okiem Kota

Spełnione oczekiwania Wyjazd rozpoczął się od oficjalnego pożegnania i ślubowania w Warszawie. W  imieniu sportowców – studentów przysięgę złożył… Jakub Kot. Było to dla mnie miłe zaskoczenie. Zaraz potem wszyscy wyjechali na lotnisko Okęcie, skąd przez Kijów dotarliśmy do Ałmat. Wioska dla sportowców w Kazachstanie robiła duże wrażenie. Czułem się jak na małych igrzyskach olimpijskich: wejście pilnowane przez policję, jedna ogromna stołówka

Hill Size Magazine

11


PRÓG

Atmosfera podczas Uniwersjady jest zupełnie inna niż podczas normalnych zawodów, kiedy każda dyscyplina ma swój kalendarz startów i od grudnia do marca podróżuje po całym świecie mijając się nawzajem. Tutaj wszyscy spotykamy się w jednym miejscu, na tych samych zawodach.

12

nr 04 | marzec 2017


Okiem Kota

i nowo wybudowane bloki, niczym akademiki na uczelni, słowem – wszystkie reprezentacje w jednym miejscu.

Uroczyste otwarcie Było dla mnie ogromnym, i jakże miłym, zaskoczeniem, że delegacja naszej ekipy zaproponowała do roli chorążego właśnie mnie. Naprawdę czułem wielką dumę trzymając Polską flagę i  wyprowadzając całą reprezentację podczas ceremonii otwarcia. Atmosfera podczas Uniwersjady jest zupełnie inna niż podczas normalnych zawodów, kiedy każda

Hill Size Magazine

dyscyplina ma swój kalendarz startów i od grudnia do marca podróżuje po całym świecie mijając się nawzajem. Tutaj wszyscy spotykamy się w jednym miejscu, na tych samych zawodach.

Ostatnie takie wspomnienie Oczywiście rywalizacja sportowa też jest ważna i nikt nie traktuje zawodów ulgowo. Szkoda, że do Kazachstanu przyjechałem nie do końca przygotowany (co nie usprawiedliwia naturalnie moich wyników). Oddałem parę lepszych skoków,

ale całościowo występ na skoczni muszę ocenić negatywnie. Przegrałem walkę o miejsce w drużynie i nie miałem szansy powalczyć wraz z kolegami o medal. Szkoda, bo stanąć na podium w  takich zawodach to super sprawa. Tym bardziej jest mi przykro, iż była to moja ostatnia Uniwersjada m.in. ze względu na wiek. Jednak to, co przeżyłem w  Kazachstanie, jak i  na poprzednich wyjazdach, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Warto było łączyć obowiązki studenta z profesjonalnym uprawianiem sportu. 

13


Rozmowa: Martyna Ostrowska, Dominika Wiśniowska

PRÓG

CZŁOWIEK ORKIESTRA Trener, menedżer, psycholog – to tylko niektóre role, które po zakończeniu sportowej kariery pełnił Vegard Haukoe-Sklett. Choć Norweg próbował już wielu zawodów, wszystkie łączył wspólny mianownik, jakim są skoki narciarskie. Były skoczek norweskiej kadry jest najlepszym przykładem na to, że sportowa emerytura to nie koniec świata. Zdecydowałeś się zakończyć karierę w 2015 roku. Później zacząłeś pracę w Trondheim. Jak to się stało?

Kończyłem studia na uniwersytecie i zostałem poproszony o objęcie roli trenera. Ja i Mortem Solem zajmowaliśmy się tym w zeszłym roku. Teraz Mortem pracuje w  FIS, gdzie jest odpowiedzialny za kontrolę sprzętu. W zeszłym roku zacząłem również studia

14

magisterskie. Jestem w trakcie pisania pracy, która będzie gotowa w  maju. Oczywiście piszę o skokach narciarskich. Jestem także menedżerem w  Tronderhopp. Oczywiste było dla ciebie, że po

zakończeniu swojej kariery zostaniesz przy pracy w skokach narciarskich?

Jestem bardzo przyzwyczajony do tego środowiska. Kocham skoki narciarskie. To moja pasja i doceniam, że mam możliwość pracy ze sportowcami. Nawet moja praca magisterska dotyczy sportu, a konkretnie psychologii w  sporcie. Ostatniej zimy byłem obecny na Holmenkollen, w  Vikersund i  w  Trondheim podczas konkursów Pucharu Świata, gdzie zbierałem dane wśród zawodników. Sprawdzałem wpływ czynników psychologicznych na występ sportowca w  skokach

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Martyna Ostrowska

narciarskich. W Tronderhopp zajmuje się codziennymi obowiązkami, takimi jak kontakt ze sponsorami. Mamy wiele wydatków, więc muszę dbać o to by wszystko właściwie działało. Posiadamy kawiarnie i bursę dla młodych sportowców, gdzie mieszkają i  spożywają posiłki. Zajmuje się tymi miejscami i sprawdzam, czy nie brakuje dostaw jedzenia, nart dla sportowców i materiału na kombinezony. Studiowałeś psychologię, a teraz zajmujesz się zarządzaniem. Co było dla Ciebie najtrudniejsze na początku tej pracy?

Nie byłem przyzwyczajony do tego rodzaju pracy. Posiadam wykształcenie w kompletnie innej dziedzinie, więc największym wyzwaniem było dla mnie wejście w rutynę. Zrozumienie, jak konkretne sprawy powinny być załatwiane i jak to wszystko funkcjonuje. Niełatwym zadaniem było dla mnie przygotowywanie sprawozdań dla księgowych. Nauczenie się, jak radzić sobie z  tymi obowiązkami sprawiało mi nieco trudności, ale w  gruncie rzeczy to świetne doświadczenie. Powiedziałeś nam, że wciąż jesteś bardzo zaangażowany w skoki narciarskie. Wyobrażasz sobie, że robisz coś innego?

Niezupełnie. Może coś, co byłoby bardziej związane z moją edukacją. Moim celem jest skończyć studia i zostać psychologiem sportowym specjalizującym się w  skokach narciarskich. Praca ze sportowcami, to coś, co chciałbym robić. Co według ciebie jest najważniejsze, jeśli chodzi o psychologię w skokach?

Skoki narciarskie to psychologia. Kiedy dochodzisz do naprawdę wysokiego poziomu wszyscy trenują w ten sam sposób, mają ten sam sprzęt i technikę. To, co różni tych dobrych od najlepszych to

Hill Size Magazine

Vegard Haukoe-Sklett psychologia. Ja również musiałem pracować nad tym aspektem, żeby skakać lepiej, odsunąć od siebie stres i zyskać pewność siebie. Bardzo ciekawi mnie jak używać psychologii wśród sportowców. Każda kadra narodowa powinna mieć psychologa? A może każdy ze sportowców powinien mieć swojego osobistego specjalistę w dziedzinie psychologii?

Kiedy byłem w kadrze narodowej mieliśmy do dyspozycji psychologa, na wypadek gdybyśmy go potrzebowali. Myślę, że to jest nieco krępujące, kiedy musisz udać się do specjalisty i  to dla wielu zawodników może być problem. Nikomu nie jest łatwo iść do psychologa i zacząć opowiadać o swoich kłopotach. Rozumiem to. Chciałbym, żeby zmiany zachodziły wcześniej w  karierze sportowca, a  nie w  momencie, kiedy problem już istnieje. Mam tutaj na myśli, że kiedy zaczynasz trenować systematycznie, wraz z  treningiem siłowym i  technicznym, powinno być miejsce również na trening mentalny. W  sporcie na najwyższym poziomie psychologia to 95% występu zawodnika. To może zmienić bardzo wiele w  jednym momencie. Umiejętności mentalne mogą pomóc ci być lepszym w sporcie, ale jeśli ich nie masz, nie możesz być więcej niż tylko dobrym. Według mnie, to bardzo ważne dla sportowców, żeby zacząć trening mentalny wcześniej, by później stać się silniejszym psychicznie. Czy myślisz, że jeśli sportowiec zacznie wcześniej pracować nad aspektem psychologicznym, to możliwe jest uniknięcie takich problemów, z jakimi zmagał się na przykład Gregor Schlierenzauer?

Ciężko powiedzieć, ponieważ nie znam zbyt dokładnie jego problemu. Wygląda na to, że to problem z motywacją. Osiągnął wiele sukcesów, więc może

tak być. Jest też Rune Velta. Co stało się z tym chłopakiem? Miał fantastyczny sezon, a  potem wszystko się zawaliło. Ja też mogę być dobrym przykładem. Miałem niezły rok, a potem totalnie się zagubiłem. Nigdy nie zdołałem pozostać w skokach na dobrym poziomie na dłużej, ale może jeśli byłbym bardziej skupiony na mentalnej części treningu, byłoby inaczej. Kto wie. Dlatego też jestem tak bardzo zainteresowany tą częścią sportu. Z drugiej strony, mamy też Phillipa Sjoeena. Jest młody i nie zdążył jeszcze osiągnąć tak wiele. Był świetny, kiedy był młodszy, ale co stało się potem? To są kwestie, które chciałbym zgłębić, by uniknąć tego typu sytuacji w przyszłości. Sportowcy na swojej drodze miewają sporo problemów. Wydaje się, że nie jest łatwo być skoczkiem w Norwegii. Nie jesteście zbyt popularni w swoim kraju, pomimo wielu sukcesów. Dlaczego tak jest?

Skoki narciarskie w Norwegii nie są zbyt popularne, a  na pewno znacznie mniej niż np. w  Niemczech. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak jest. Może dlatego, że biegi narciarskie są bardzo silną dyscypliną w  tym kraju. Myślę, że jesteśmy jedynym krajem na świecie, który tak bardzo interesuje się tą konkurencją. To nasz sport narodowy. Wszyscy uprawiają biegi narciarskie od dziecka. Mamy solidną, długą tradycję i jesteśmy jednymi z najlepszych na świecie. Również media są bardzo zainteresowane biegaczami i  zawodami. Mamy Petera Northuga, który jest ulubieńcem mediów. Jest bardzo pewny siebie. Często wygrywa i  jest wiele szumu wokół jego osoby. Myślę, że dlatego skoki nie są zbyt popularne w Norwegii. Organizujecie w tym sezonie wielki turniej – Raw Air Tournament.

15


PRÓG Myślisz, że to może uczynić skoki bardziej popularnymi w Norwegii?

Tak sądzę. Jestem w stu procentach pewien, że Raw Air będzie dla nas naprawdę udany i  wiele ludzi, także Norwegów, przyjdzie na skocznie by wspierać zawodników. Mamy teraz swój własny turniej – najtrudniejszy na świecie, z  ekstremalnym tempem, skokami codziennie i  konkursami lotów narciarskich na największej skoczni świata na końcu. To będzie naprawdę trudne. Przygotowania rozpoczęliśmy od ogłoszenia turnieju. Myślę, że wszystkim spodobają się te zawody. Jestem pewien, że będzie to spory sukces. Mam nadzieję, że jeśli wyniki będą dobre, zainteresowanie skokami narciarskimi w naszym kraju wzrośnie. Jeden z konkursów turnieju odbywa się w Trondheim. Jaka będzie twoja rola jako managera?

Nie będę bezpośrednio zaangażowany w turniej, ponieważ w  Tronderhopp nie mamy zbyt wielu skoczków w kadrze narodowej. Mamy natomiast przedskoczków. Naszym obowiązkiem jest także organizacja atrakcji dla kibiców. Będziemy mieć grupę wolontariuszy, więc musimy się nimi zająć. Zacząłem pracę tutaj w sierpniu, więc to będzie mój pierwszy Puchar Świata w  roli menedżera. Mój kolega jest odpowiedzialny za Puchar Świata w Trondheim i to on zajmuje się listą sponsorów, rozmawia z  osobami zaangażowanymi w  produkcję telewizyjną, mediami i  kontaktem z  potencjalnymi wolontariuszami. Jest bardziej doświadczony ode mnie, więc na pewno przydzieli mi jakieś zadania. Nasze obowiązki w  tym czasie zostaną podzielone, ale myślę, że będę miał sporo pracy. Będziemy pomagać, jak tylko będzie to możliwe. Każde miasto pracuje

16

indywidualnie, ale w całości jesteśmy grupą i potrzebujemy informacji zwrotnej z każdego miejsca. Razem pracujemy nad logistyką i  zakwaterowaniem, ponieważ naszym celem jest sprawić, by skoczkowie i  wszyscy uczestnicy tego wydarzenia czuli się komfortowo. Oczekiwania są naprawdę wysokie. Czy sądzisz, że Raw Air mógłby być turniejem organizowanym regularnie, tak jak Turniej Czterech Skoczni?

Chciałbym, żeby tak się stało, choć nie jestem odpowiednią osobą, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Mam nadzieję, że sportowcy sprostają ciężkiemu turniejowi. Wiem, z własnego doświadczenia, że gdybym musiał skakać przez osiem dni bez przerwy, a  potem jeszcze wystartować w  lotach narciarskich, musiałbym dużo wypoczywać, żeby być dobrze przygotowanym. To będzie ekscytujące zobaczyć, jak skoczkowie poradzą sobie w trakcie tych dni. Także oczekiwania w stosunku do naszego zespołu są naprawdę wysokie, szczególnie po fantastycznym ostatnim sezonie. Chcielibyśmy być wśród najlepszych. Tutaj w  Trondheim mamy nadzieję, że w  czołówce znajdą się zawodnicy z Tronderhopp. Andreas Stjernen jest teraz w dość dobrej formie. Myślisz, że ktoś jest w stanie pobić rekord świata w tym sezonie?

Tak, myślę że rekord może zostać pobity w Vikersund. Podchodzę do tych konkursów bardzo optymistycznie. Oczywiście, mam nadzieję, że nowym rekordzistą zostanie któryś z  Norwegów. Jeśli nie Anders Fannemel, to może Tande albo Stjernen. Także Forfang mógłby to zrobić, gdyby był w  wystarczająco dobrej formie. Myślę, że to możliwe. 

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Przemysław Wardęga

Hill Size Magazine

Podwójny Mistrz Świata Stefan Kraft

17


Tekst: Aneta Biedroń

BULA

„PODMIOT LIRYCZNY: Sztuka jest tak stara jak ludzkość, z którą ewoluowała i dojrzewała, tworząc nowe formy i środki wyrazu. Pieczę nad poszczególnymi dziedzinami sprawowały Olimpijskie Muzy, często przyprawiane o poważny ból głowy przez szalone wyczyny natchnionych artystów. Dziś piękne córki Zeusa mogą złapać się za głowę, gdy tematem przewodnim dedykowanych im dzieł stają się... skoki narciarskie. Zaśpiewaj Polihymnii Jerzy Stuhr pocieszał nas kiedyś, że „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Ponieważ nie ma znaczenia, jak to komu wychodzi, znaleźli się bardowie, którzy za temat swych pieśni obrali skoki narciarskie. Na początku nowego tysiąclecia prawdziwi polscy kibice skandowali „skacz, skacz jak Adam Małysz”, w  rytm hitu raperów z  Resort K-ce. Również znajdujący się wówczas u  szczytu popularności skład Ascetoholix nawiązał do chwalebnych wyczynów Orła z Wisły w kawałku „Maraton”. W bardziej rockowym klimacie utrzymany jest kawałek „Ski Jump Nose” grupy Mansun. Niestety, choć zapowiada się dobrze, ze skokami łączy go tylko tytuł, a tekst opowiada o nieszczęśliwej miłości. Uprzedzając pytanie- obiektem afektu nie jest żadna ze skoczkiń. Skacząca płeć piękna podbiła za to inne umuzykalnione serce. Walka amerykańskiej kadry kobiet o  możliwość rywalizacji w Soczi tak wzruszyły piosenkarkę Anne Wilson, że aż „rzuciło jej się na uszy”. Efektem tego było powstanie romantycznej, jazzowej ballady „Spirit”, która miała towarzyszyć dziewczynom na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 2014 roku. Sami sportowcy też lubią sobie pośpiewać. Nie chodzi tu jedynie o  prysznicowe trele czy weselne przyśpiewki, lecz chwytliwe kawałki nagrywane

18

w profesjonalnym studio. Przed Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w 2010 r. austriaccy sportowcy nagrali piosenkę „Wir sind Sieger” (Jesteśmy zwycięzcami, przyp. tłum.). W zespole o dość mało oryginalnej nazwie Team Rot-Weiss-Rot znaleźli się m.in. Gregor Schilerenzauer i  Wolfgang Loitzl. Choć utwór spotkał się z  ciepłym przyjęciem wśród rodzimych fanów, nie zdobył międzynarodowego poklasku. W roku 2016 Austriacy postanowili ponownie zmierzyć się z  mikrofonem. We współpracy z  piosenkarzem Leo Abererem, band złożony stricte ze skoczków narciarskich stworzył singiel „Jump Down Deep”. Lekkie,

nieco hip-hopowe brzmienie i niezłe wokalne przygotowanie zawodników sprawiają, że słucha się go z przyjemnością. Zdecydowanie najlepszym fragmentem piosenki jest (za) krótka solówka Manuela Fettnera, który swoim głębokim, melodyjnym głosem jest w stanie zahipnotyzować każdego!

Kino dla Talii Choć telewizja mieniona jest muzą samą w sobie, opiekunka komedii zapewne chętnie objęłaby pieczę nad tymi perełkami. Któż bowiem nie uśmiechnie się na widok pyzatego okularnika z brytyjskim akcentem, który usilnie stara się nie

https://www.facebook.com/JUMPNews

nr 04 | marzec 2017


Skokowa kultura

SKOKI NARCIARSKIE”

kadr z klipu Jump Down Deep - Leo Aberer feat. Skijumping Austria

zabić na rozbiegu skoczni? Mowa oczywiście o filmie „Eddie zwany Orłem”, opowiadającym o  perypetiach Eddiego Edwardsa- poddanego Jej Królewskiej Mości, który za wszelką cenę chciał wziąć udział w Igrzyskach. Lekka, nieco ironiczna narracja, połączona ze świetną kreacją aktorską Hugh Jackmana, zjednała produkcji przychylne opinie widzów na całym świecie. Polscy fani niestety nie mogli cieszyć się nią na dużym ekranie, gdyż z  niewiadomych (a  już na pewno nie logicznych) przyczyn „Orzeł” nie był wyświetlany w  nadwiślańskich kinach. Odwrotny biegun reprezentuje „Matti”, dramat opowiadający o  życiu Matti Nykänena. Każdy, kto choć raz słyszał o tym geniuszu skoków, łatwo może się domyślić, że tego filmu lepiej nie oglądać przy babci i  młodszym rodzeństwie. Twórcy postawili na realizm, nie szczędząc widzowi scen pikantnych wybryków fińskiej legendy. Pozycja tylko dla tolerancyjnych fanów o mocnych nerwach.

Pod rylcem Kalliope Choć motyw skoków w literaturze pojawia się dość często, najczęściej jednak pełni rolę szarego NCP (non-playable character; przyp.red.). Do godnych uwagi wyjątków należy „The Finnish Line”, książka autorstwa Lindy Gerber, będąca

Hill Size Magazine

częścią cyklu „Studenci za Siedmioma Morzami”. Główną bohaterką jest młoda skoczkini Maureen, która przeprowadza się do Finlandii, by przygotować się do wzięcia udział w Igrzyskach Narciarskich w  Lahti. W  przerwach między nauką, treningiem i  zwiedzaniem uczy się powozić psim zaprzęgiem i  flirtuje z  przystojnym kolegą z  kadry. Choć historia skierowana jest głównie do kobiet, panowie również znajdą coś dla siebie! Kobiety-skoczkinie zdominowały również dział latającej mangi&anime. Gdy 2007 roku Rin Okamoto wydał pierwszą część mangi „Nononono”, nie spodziewał się, jak wielkim będzie sukcesem. Nonomiya Yuuta, jest skoczkiem narciarskim. A raczej jest nim jego siostra-bliźniaczka Nono, która, by móc trenować z kadrą i wystartować na Igrzyskach Olimpijskich, „pożyczyła” od brata tożsamość. Takich dylematów nie ma już bohaterka „Ao no Retto: Sapporo: Kugatsu”, która o  olimpijskie laury może oficjalnie walczyć nawet z  literką „K” widniejącą w dowodzie osobistym. Mimo oczywistej babskiej dominacji w  tej kategorii, panowie nie powinni czuć się pokrzywdzeni, bowiem bohater pierwszej w  historii mangi o  skokach był płci męskiej. „100 Meters Jumper” to dziecko Yoichi Takahashi'ego, autora kultowego „Kapitana Tsubasy”, którego

większość z nas pamięta z  dzieciństwa i bajek puszczanych w popołudniowym bloku. Nieco nowszą pozycją jest „Harujan”, opowieść o  licealiście próbującym odnaleźć się w  świecie profesjonalnych skoków. Współczesny czytelni uzna jednak obie pozycje za archaiczne, bowiem jak tu zachwycać się nieco ponad 100-metrowym skokiem, gdy dziś zawodnicy latają na 250 metrów?

Lekcja historii z Klio Poza morzem biografii skoczków z  różnych stron świata powstało dość sporo tytułów bardziej ogólnie traktujących o  skokach narciarskich i  ich początkach. Miłośnicy historii wiele ciekawych faktów znajdą w „Skokach przez wieki” Harolda Anson'a, czy „Historii skoków narciarskich” Tim'a Ashburner'a. Dla tych, którzy chcą poznać swoją ulubioną dyscyplinę sportu od strony technicznej, Hal Lier uchyla rąbka tajemnicy w  „I  Hope I  Get a Purple Ribbon ...”. Niestety, by cieszyć się lekturą ww. książek trzeba dobrze znać język angielski, bowiem nie zostały one przetłumaczone na język polski. Oczywiście Polacy nie gęsi, swoje tomiszcza wydali. „Na skoczniach polski i  świata” Stanisława Marusarza, „Od Marusarza do Małysza” Wojciecha Szatkowskiego, „Poczet skoczków świata” Marka Serafina czy „Na światowych skoczniach i trasach” Wiesława Biedronia to tylko niektóre z  pozycji, które w  zestawie z  herbatką i  kocykiem mogą znaleźć się w  planach fana skoków na niejeden zimowy wieczór.

W odniesieniu do miłości: Erato Tu wybór może być tylko jeden: Hill Size Magazine, oraz jego absolutnie zakochani w skokach redaktorzy! 

19


Rozmowa: Mikołaj Szuszkiewicz

BULA

CIERPLIWOŚĆ JEST NAJWAŻNIEJSZA Kiedy był trenerem kadry, zarabiał grosze, a zawodnikom z oszczędności musiał smarować po pół narty. Dziś szkoli młode talenty w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku. O tym, jak z chudych lat polskie skoki narciarskie przeszły w lata tłuste, opowiedział nam Jarosław Węgrzynkiewicz.

20

Wiele osób o tym zapomina, ale był pan trenerem reprezentacji Polski w skokach narciarskich.

Kiedy zakończyłem karierę skoczka w 1989 roku, zostałem asystentem ówczesnego trenera kadry Lecha Nadarkiewicza. Potem mianowano mnie na głównego trenera. W praktyce zajmowałem się skoczkami na terenie Beskidów, w Zakopanem moim „odpowiednikiem” był Krzysztof Sobański. Na zgrupowania jeździliśmy razem. Mocno współpracowałem także z kadrą w kombinacji norweskiej, której trenerem był pan Marek Siderek [obecnie dyrektor sportowy PZN – red.]. Najważniejszą imprezą za mojej kadencji były Igrzyska w Albertville

w 1992 roku. Później praktyka była taka, że na zawody jako trener jeździł opiekun najlepszego zawodnika – w sezonie 1993 jeździliśmy wspólnie z Piotrem Pawlusiakiem, który był szkoleniowcem najlepszego wówczas skoczka – Wojtka Skupnia, czwartego skoczka MŚ juniorów w Harrachovie. Na igrzyskach w Lillehammer w 1994 roku był już tylko jeden trener - Pawlusiak. To był czas, w którym do bram światowych skoków zaczął pukać Adam Małysz.

Pamiętam taki trening na Średniej Krokwi, który obserwowałem wraz z trenerem Nadarkiewiczem. To było

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Prywatne archiwum Jarosława Węgrzynkiewicza

przed Lillehammer. „Super chłopak!” - komentowaliśmy. I faktycznie Adam nadawał się wtedy do tego, żeby pojechać na igrzyska. Na pewno nie był gorszy od Wojtka Skupnia, który jako jedyny Polak wystartował w  Norwegii. W  tym samym sezonie byłem z  Adamem na zawodach Pucharu Kontynentalnego w Austrii. Skakał bardzo dobrze technicznie, ale dysponował jedynie nartami do skoków na igelicie. Tracił przez to 4-5 km/h na progu! Wróciliśmy, dzwonię do Jasia Szturca [wujek Małysza i  jego ówczesny trener w  klubie – red.], mówię: „zdolny chłopak, wszystko super, ale trzeba mu załatwić narty!”. I  Jasio kupił mu jakieś „Atomiki”. Od razu jego poziom zaczął iść w górę. Trenowałem też wtedy jednego chłopaka, który szedł z Adamem łeb w łeb. Szybko się zniechęcił. Bieda w skokach była taka, że jak wybieraliśmy się na jakiś wyjazd, to musieliśmy prosić rodziców chłopców o jakieś pieniądze na obiady. No i jeśli tych pieniędzy nie było, to za co miałem mu to jedzenie kupić? Sam też dostawałem tyle, co nic.

Jarosław Węgrzynkiewicz

torach lodowych, takie smarowanie jest może mniej ważne, ale na śniegu taki proszek zwiększał prędkość najazdu o 1 km/h. Porównując z dzisiejszymi warunkami…

Nie ma w ogóle porównania. Do Albertville pojechaliśmy bez kombinezonów. Kupił nam je w  ostatniej chwili pan Pawlikowski [Józef Pawlikowski-Bulcyk, zakopiański biznesmen – red.], ale tuż przed samymi zawodami wciąż nie mieliśmy ich fizycznie. Dwa-trzy dni do startu olimpijskiego, a my nie mamy w  czym skakać! W  końcu przywiózł je z  Zakopanego Janusz Duda [były skoczek narciarski zakopiańskich klubów– red.], ale całą noc z  panem Siderkiem szukaliśmy ich w  wiosce olimpijskiej. Dopiero nad ranem ktoś się z  nimi pojawił. Dostarczyliśmy je niecierpliwie czekającym zawodnikom praktycznie bezpośrednio przed startem, trzeba było je na szybko plombować… Dzisiaj nie do pomyślenia.

Z transportem też były problemy.

Polski Związek Narciarski miał dwa busy. Często było tak, że czekaliśmy, aż biegacze skądś wrócą i dopiero my mogliśmy jechać na zawody czy zgrupowanie. Parę razy jeździło się nawet na Puchary Świata prywatnymi samochodami. Pamiętam, jak raz z trenerem Krzyśkiem Sobańskim jechaliśmy na Turniej Czterech Skoczni. Mieliśmy wtedy problemy z autem. Podróż trwała całą noc. Udało nam się dotrzeć do Oberstdorfu dopiero o 10 rano, tuż przed oficjalnym treningiem. I w zasadzie prosto po nocy przespanej w busie trzeba było wyjść na skocznię. Wspomniał pan, że mieliśmy wówczas utalentowanych skoczków. Kogo na przykład?

Na przykład Alojzego Moskala. Pamiętam próbę przedolimpijską w Courchevel w  1991 roku. To były zawody Pucharu Europy [ówczesny odpowiednik Pucharu Kontynentalnego – red.], ale przyjechała tam światowa czołówka.

To wyjaśnia, dlaczego wczesne lata 90. były na osi czasu historii polskich skoków „dziurą” bez większych sukcesów zawodniczych.

Skoczkowie nie byli wcale gorsi, niż w innych okresach. Ale organizacyjnie... Trochę odstawaliśmy od Europy. Na igrzyskach w  Albertville nie mieliśmy głupiej kamery do filmowania skoków. W  końcu pożyczyliśmy ją od ludzi z  PKOl-u. Mieli kamerę do własnych potrzeb, ale ponieważ miała nam się przydać do celów szkoleniowych, to nam ją odstąpili. Inny przykład: kiedy zaczynało się smarować narty proszkami, te proszki były bardzo drogie, jedna sztuka kosztowała chyba 100 marek. I jak sobie radzić, skoro mieliśmy jeden proszek na całą drużynę? Smarowało się po pół narty! Teraz, kiedy skacze się na

Hill Size Magazine

21


BULA Wszyscy chcieli przetestować tę skocznię przed igrzyskami – Austriacy, Niemcy, Norwegowie, Finowie... Poziom sportowy był więc wysoki. Moskal był wtedy dwudziesty, pokazał się z bardzo dobrej strony. Byłem przekonany, że załapie się do kadry na Albertville. Moim zdaniem nadawał się w  stu procentach. Wróciliśmy, rekomendowałem go, tłumaczyłem, że osiągnął naprawdę dobry wynik. Ale „górze” to nie wystarczyło. Bo w  końcu to był „tylko Puchar Europy”… Potem nie osiągnął już w skokach niczego szczególnego. Jak teraz analizuję takie sytuacje z  perspektywy czasu, to nie dziwię się, że następowało u tych zawodników pewne zniechęcenie do dalszego trenowania. Bo kiedy ktoś się przykłada, a potem i tak nie dostaje szansy… Może się zniechęcić.

I zniechęcali się. Już wtedy ważna była np. waga. Wystarczyło, że chłopaki chwilę się nie przypilnowali i  potem już było coraz trudniej wrócić do formy. Inaczej też podchodzi do trenowania skoczek, który nie musi się martwić, czy będzie miał narty, buty, kombinezon; który ma do dyspozycji psychologa, specjalistę odnowy biologicznej. Dobrze to było widać po Małyszu. On to wszystko miał i od razu były efekty. Dla nas, te kilka lat przed Małyszem, los nie był łaskawy. Nie pomagała mała kwota startowa – dwóch lub trzech zawodników. Kiedy chcieliśmy uprosić możliwość zgłoszenia czterech skoczków, choćby tylko w  treningu, by wyłonić tych najlepszych, kręcono nosem. W Niemczech przynajmniej nie robiono nam problemów, żeby zgłosić chłopaków jako przedskoczków. W  Austrii mówiono tylko: „Jesteście za słabi!”. A  co jeszcze istotne, rozgrywano już wtedy w  Pucharze Świata konkursy drużynowe. Nie mieliśmy więc szansy na odpowiednie przygotowanie

22

startowe całej czwórki. Raz po sezonie, na wiosnę, byłem na spotkaniu działaczy w Salzburgu. Chciałem wywalczyć mocniejszą pozycję dla naszej reprezentacji. Niektórzy nas bronili, mieliśmy za sobą np. Słoweńców. Ale tacy Austriacy powiedzieli: „Może byście się najpierw nauczyli lepiej skakać?”. Odpowiedziałem, że jeszcze kiedyś takie czasy nastaną. Kiedy Adam Małysz zaczął osiągać pierwsze sukcesy, podszedłem do tych samych działaczy i  powiedziałem: „No i co? Nauczyliśmy się”. Przytaknęli. Pańska przygoda ze szkoleniem skoczków na poziomie reprezentacyjnym nie potrwała długo.

W związkach sportowych brakowało wtedy pieniędzy na wszystko, między innymi na wypłaty trenerskie. Dlatego ja i  koledzy zrezygnowaliśmy. Później w  kadrze pojawił się Czech Pavel Mikeska, który był wcześniej trenerem klubowym w Niemczech i wiedział, jak funkcjonują skoki na Zachodzie. Dzięki temu, że miał swoje pieniądze i  trochę zainwestował w  grupę, wszystko ruszyło do przodu. Potem pan Apoloniusz Tajner – jego reprezentacja funkcjonowała wzorowo pod kątem organizacyjnym. Wszystko dopiął na ostatni guzik.

Nie musieli się martwić o sprzęt, transport, mieli fizjologa, psychologa. Dalszą historię znamy. I do tej pory mamy efekty tej historii.

Kluczem do sukcesu jest praca u podstaw. Klub – szkoła sportowa – kadra. To naturalna droga zawodnika. Piotr Żyła, Aleksander Zniszczoł, Krzysztof Biegun, Jakub Wolny… Ci skoczkowie wyszli ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w  Szczyrku, gdzie pracuję od trzech lat. W  szkole zawodnik trenuje regularnie, systematycznie. Pięć-sześć dni w tygodniu, od ósmej do dwunastej ma super zorganizowany trening pod opieką szkoleniowca, ma też opiekę związaną z żywieniem, ma obiekty sportowe na poziomie. Nie musi się poniewierać w  autobusach, bo wszystko jest na miejscu. Czasami ktoś przychodzi do szkoły i trzeba go od zera uczyć jeździć na nartach. Miło jest po jakimś czasie zobaczyć efekty! Jest pan trenerem także w klubie Sokół Szczyrk. Kluby w Polsce funkcjonują dobrze?

Wszystko się trzyma dzięki wsparciu sponsorskiemu. Jest taki układ, że Lotos daje piętnastu trenerom z całej Polski

nr 04 | marzec 2017


Jarosław Węgrzynkiewicz 1300 zł miesięcznie. Ktoś powie, że za dużo, ktoś powie, że za mało. Ale pamiętam taki moment w latach 90., pracowałem w  klubie za 150 zł. Miesięcznie. To było mniej, niż maksymalny zarobek przy statusie bezrobotnego. Musiałem zrezygnować. Czyli polskie skoki są zdane na łaskę sponsorów?

Bez ich pomocy trenerom nie chciałoby się działać. Ilu pan znajdzie pasjonatów? Kiedy na jakiś czas skończyłem z trenowaniem, prowadziłem firmę transportową. Potem wróciłem i próbowałem robić te dwie rzeczy naraz – nie dało się. Jak już się weszło w sport, to trzeba się na tym sporcie skupić. Teraz, kiedy jestem trenerem w szkole i trenerem w Sokole, poświęcam się temu całkowicie. Ale nie dałbym rady, gdyby nie pomoc kadrowiczów. Prosty przykład – oddają nam kombinezony, których przestają używać. My je przeszywamy - dla młodszych skoczków taki strój jest pełnowartościowy. To samo z butami, nartami… Tak wspierają nas np. Stefan Hula czy Krzysiek Biegun. W  ten sposób korzystamy z  dobrej organizacji kadry narodowej. W reprezentacji liczba miejsc jest ograniczona. Słyszy się często, że skoczek-senior, który nie łapie się do kadry… ma problem.

To prawda. Niektórzy w takiej sytuacji są zmuszeni skończyć ze skakaniem. Przykładem jest Konrad Janota. Praktycznie nie miałby za co żyć, musi iść do pracy, wybiera się teraz na AWF. A  przydałby mi się w  klubie, bo miał dobry wpływ na drużynę. W  skokach moment osiągania dużych wyników przychodzi coraz szybciej. Nie zmienia to faktu, że młodzież różni się pod kątem rozwojowym. Jedni w wieku 16-17 lat są już rozwinięci fizycznie, inni troszkę później. Czasami mamy bardzo

Hill Size Magazine

utalentowanych młodych skoczków, ale nagle zaczynają szybko rosnąć i gubią się. Rosną, nabierają wagi, zmieniają im się parametry. Trzeba to przetrzymać, czasami nawet rok. Mając dwadzieścia kilka lat skoczek może dopiero zacząć odnosić sukcesy, dlatego nie można rezygnować z  tych chłopaków. Cierpliwość jest najważniejsza.

„mamucie” w Harrachovie na wysokości 12 metrów. Teraz to najwyżej 6 metrów. Dzięki lepszemu sprzętowi jest dużo mniej upadków, niż kiedyś - swego czasu nawet 30% skoków w konkursie kończyło się upadkami i podpórkami.

Wrócę do obiektów sportowych – Szczyrk nie może teraz narzekać na skocznie?

Cieszę się, że wykorzystuje się wiedzę doświadczonych osób. To wielka sprawa, że do dyspozycji jest taki autorytet, jak Adam Małysz. Mieliśmy już spotkania z nim, widać że bardzo mocno się zaangażował. Kto, jak nie Małysz, ma inspirować młodzież? Szkoleniowca kadry Stefana Horngachera znam jeszcze z  czasów zawodniczych. Obserwowałem jego pracę z juniorami w Niemczech, za jego kadencji zrobili ogromne postępy. Teraz, będąc w Polsce, współpracuje z  nami, trenerami szkolnymi i klubowymi - i dobrze się to układa. To bardzo spokojny i pomysłowy chłopak. Ma poważanie wśród zawodników, bo sam był świetnym skoczkiem. Z  juniorami pracuje jeszcze Piotr Fijas, też spokojny, ma dużą wiedzę i doświadczenie. Takich ludzi nam trzeba. Młodzi trenerzy także dobrze się sprawują – Robert Mateja czy Maciej Maciusiak są bardzo ambitni. U nas w szkole mamy Sławomira Hankusa, trenera kadry dziewczyn. Jeśli my wszyscy będziemy mocno zaangażowani, jeśli nie zostanie odłączone wsparcie sponsorów i  władz sportowych, będzie dobrze. I cierpliwość. Zawsze powtarzam skoczkom: jeśli będziecie wytrwale pracować, to każdy z was może być bardzo dobrym zawodnikiem. Nie każdy będzie wybitny. Ale każdy może stać się solidnym skoczkiem, potrzebnym w  drużynie. Stefan Hula kilka lat temu stał na skraju rezygnacji. Dzięki cierpliwości teraz jest ważnym ogniwem kadry. 

Brakuje malutkiej, 20-metrowej skoczni na Skalitem. Niby są obiekty w Bystrej i  Wiśle, gdzie czasem jeździmy, ale jednak logistycznie jest to pewne utrudnienie. Gdyby wszystko było na miejscu, wtedy można by dogadywać się z nauczycielami i organizować skoki na lekcjach WF-u. Taka selekcja – wziąć dziesięciu, z  takiej grupy zostawałoby dwóch, trzech, którzy nie zrezygnują, kiedy raz czy drugi się przewrócą... Będziemy dążyć do tej budowy. Nie da się pingpongisty nauczyć grać na stole kuchennym – tak samo my potrzebujemy skoczni, która będzie przede wszystkim bezpieczna. Żeby taki chłopak lub dziewczyna, którzy pojawią się na treningu, nie przewrócili się i  nie powiedzieli, że już więcej na tę skocznię nie przyjdą. Spójrzmy w przyszłość. Jakie widzi pan perspektywy dla szczyrskiego SMS-u?

Troszkę obawiam się, co będzie po reformie szkolnictwa. Aspirujący zawodnicy przychodzili do nas w pierwszej klasie gimnazjum. Po ośmioletniej podstawówce będzie nieco za późno, taki kandydat musiałby być wybitny. To też wynik zmian w skokach. Ja pierwszy raz skakałem na Wielkiej Krokwi, kiedy miałem 18 lat, teraz zaczynają w  wieku 14-15 lat. Jest inna technika, profile skoczni są bezpieczniejsze. Pamiętam loty na

Polskie skoki przeżywają teraz naprawdę dobry okres. Wszystko idzie w dobrym kierunku?

23


Tekst: Aneta Biedroń

ZESKOK

SKOKOWE KONTUZJE:

KRĘGOSŁUP

Mawia się, że to, co optymiście draśnie naskórek, pesymiście zdoła przetrącić kręgosłup. W świecie skoków, rządzonym przez zimną fizykę i kapryśną naturę, wszyscy mogą liczyć na jednakowe traktowanie przez siłę grawitacji. Pozytywne usposobienie może za to przydać się później, gdy upadek okaże się bardzo bolesny. Feralny miesiąc Styczeń jest w skokach narciarskich miesiącem niezwykle pechowym pod względem urazów kręgosłupa. W  2015 roku w  trakcie kwalifikacji do finałowych zawodów Turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen świat wstrzymał oddech, gdy po nieudanym lądowaniu Nicholas Fairall nie podniósł się z  zeskoku. W  szpitalu Amerykanin usłyszał bardzo złe wieści: złamanie kręgu L1 z przemieszczeniem, które doprowadziło do uszkodzenia rdzenia kręgowego, złamane dwa żebra, pęknięte płuco, stłuczona nerka oraz krwawienie do jamy brzusznej. Konieczna była natychmiastowa interwencja chirurgiczna, która na szczęście zakończyła się sukcesem. Dzięki udanej operacji kręgosłupa, udało się zachować czucie w  nogach. Pieniądze na późniejszą kosztowną rehabilitację Fairallowi i  jego rodzinie pomagali zbierać koledzy ze skoczni, sponsorzy oraz specjalnie powołana do tego celu fundacja „We're with you Nick!”. Skoczek pozostaje jednak przykuty do wózka inwalidzkiego. Rok po po tragicznych wydarzeniach odwiedził ponownie skocznię w  Bischofshofen, by na konferencji prasowej podzielić się z  dziennikarzami refleksjami na

24

temat życia po upadku oraz opowiedzieć o swoich planach na przyszłość.

Co rok, to... Nieco ponad tydzień po wystąpieniu Amerykanina do kolejnego groźnego wypadku doszło na innej austriackiej skoczni – w Kulm. Dla Lukasa Müllera miał to być kolejny treningowy skok na tym obiekcie. Tym razem jednak skoczek nie dopilnował prawidłowego przygotowania sprzętu, a  nieprawidłowo założony lewy but kosztował go upadek na zmrożony zeskok z  prędkością ponad 100 km/h. Pamięta lot. Pamięta moment upadku. Pamięta ból i brak czucia w nogach. Oraz diagnozę lekarza – złamanie 6 i  7 kręgu szyjnego połączone z  naruszeniem ciągłości rdzenia kręgowego. Dla wielu ludzi zabrzmiałoby to jak wyrok dożywocia na szpitalnym łóżku. Mimo to, wykonujący operację doktor Ulf Karner nie pozbawiał zawodnika nadziei; paraliż był częściowy, a płuca i kończyny górne wciąż pracowały prawidłowo. Austriakowi to jednak nie wystarczyło, chciał chodzić o własnych siłach. Po kilku miesiącach żmudna rehabilitacja przyniosła efekty – skoczek mógł przejść samodzielnie kilka metrów. Wspierany przez rodzinę,

przyjaciół i fanów z całego świata walczy dalej, by osiągnąć jak najlepsze rezultaty.

Trochę anatomii Jak pewnie większość z nas pamięta z  lekcji biologii, kręgosłup zbudowany jest z 33-34 nieparzystych, symetrycznie zbudowanych kręgów. Za względu na lokalizację, dzielimy je na kręgi: szyjne (7), piersiowe (12), lędźwiowe (5), krzyżowe (5), które zrastają się w kość krzyżową, oraz guziczne (4-5) tworzące kość guziczną. Każdy kręg składa się z dwóch części: łuku i trzonu, który jest tym większy i bardziej wytrzymały, im niżej znajduje się dany kręg. Obie te struktury obejmują otwór kręgowy, zaś wszystkie otwory tworzą kanał kręgowy, w  którym znajduje się rdzeń kręgowy i jego opony. Od łuku odchodzi dodatkowo siedem kostnych wyrostków, będących miejscem przyczepu mięśni. Choć mówi się, że kręgosłup ma być „prosty”, to fizjologicznie występują w nim krzywizny nadające mu kształt litery „S”: lordoza szyjna i lędźwiowa oraz kifoza piersiowa i krzyżowa. Kręgi pierwszych trzech odcinków oddzielone są od siebie chrzęstnymi krążkami międzykręgowymi. Ich wysokość waha się od 4 do 12

nr 04 | marzec 2017


Zdjęcie: Maria Grzywa

mm i może zmieniać się pod wpływem obciążeń – dlatego rano jesteśmy nawet o1-2 cm wyżsi niż wieczorem! Część zewnętrzna krążka to pierścień włóknisty, zaś wewnątrz znajduje się galaretowate jądro miażdżyste. W wyniku uszkodzeń może dojść do jego uszkodzenia i  wypłynięcia, powszechnie znanego jako „wypadanie dysku”. Urazy kręgosłupa klasyfikuje się ze względu na ich mechanizm (np. kompresyjne, m.in. przy skoku na nogi z dużej wysokości), obraz kliniczny (stabilne/niestabilne) i  obraz morfologiczny (stłuczenie, skręcenie, zwichnięcie, złamania). Najbardziej niebezpieczne to te, w których dochodzi do uszkodzenia rdzenia kręgowego i/lub nerwów rdzeniowych, lub gdy obrażenie takie może powstać wtórnie, np. w  wyniku przemieszczenia się niestabilnego odłamu. Dlatego każdorazowo wykonuje się badanie neurologiczne, oceniając ruchomość, czucie i odruchy na tułowiu i kończynach poszkodowanego. Im więcej

Hill Size Magazine

Kontuzje

z nich jest zachowanych i  im szybszy powrót tych, które zanikły, tym lepsze rokowanie na odzyskanie pełnej sprawności fizycznej. Leczenie nieoperacyjne sprowadza się głównie do stabilizacji i  odciążenia uszkodzonego odcinka. Służą do tego specjalne kołnierze i gorsety, które optymiści w  najlepszym wypadku mogliby porównać do gipsowego odpowiednika pancerza rycerskiej zbroi. Niestety najczęściej konieczna jest jednak interwencja chirurgiczna, szczególnie jeśli zagrożone są elementy układu nerwowego. Części kostne stabilizuje się za pomocą śrub oraz odpowiednio dostosowanych tytanowych płyt. Jeśli zachodzi taka potrzeba, można wykonać także przeszczep kostny, aby uzupełnić ubytek tkanki i  zapewnić odpowiednią regenerację kręgu. Dużo trudniej wyleczyć obrażenia rdzenia – o ile w ogóle jest to możliwe. Łączenie ze sobą przerwanych fragmentów, wszczepianie fragmentów nerwów

celem odtworzenia ciągłości, próby zastosowania komórek macierzystych – neurochirurdzy robią, co tylko mogą. Największa rolę odgrywa jednak późniejsza rehabilitacja i determinacja pacjenta, co wspaniale udowodnił Lukas Müller.

Sztuka dla sztuki W 2014 roku komisja FIS wprowadziła nowy zapis, zezwalający skoczkom narciarskim na starty w  ochraniaczach na kręgosłup. Testowało je wiele drużyn, w  tym reprezentacja Polski. „Żółwiki” nie zyskały jednak aprobaty zawodników, ze względu na ograniczanie ruchów i  ogólny dyskomfort stosowania. Ostatecznie nikt nie zdecydował się wprowadzić ich na stałe do użytku i nic nie wskazuje na to, by sytuacja w  najbliższych latach uległa zmianie, bowiem sami sportowcy uważają skoki narciarskie za sport bezpieczny, a  podobne środki ostrożności – za zbyteczne. 

25


ZESKOK

Tekst: Martyna Ostrowska, Dominika Wiśniowska

ODLOTOWA WALENTYNKA z Andersem to bajka – romantyczne spacery po zaśnieżonym Lillehammer i letnie wyjazdy w  odwiedziny na rodzinną farmę. Dziewczyna Andersa nie może być uczulona na trawę i  mleko, i  zdecydowanie nie może być wegetarianką. Ze względu na ograniczenia wzrostowe konkurencja w  walce o  serce Andersa jest znacznie uszczuplona. Na starcie zdyskwalifikowane zostaną modelki, siatkarki i koszykarki. Choć z typowego wyobrażenia o  silnych, dzikich i  błękitnookich Wikingach, Fannisowi pozostały prawdopodobnie tylko niebieskie oczy, to wierzymy, że jego wewnętrzny Wiking jeszcze przebudzi się tej zimy. O  czym pamiętać umawiając się z  Andersem? O liczbach. Nie, nie chodzi o to, ile wynosi liczba pi, jaki jest twój numer telefonu, czy liczba zer na koncie. Chodzi o długość. Długość lotu oczywiście! A  więc powtarzajcie za nami: rekord świata w długości lotu wynosi 251.5 m…

Luty to bardzo romantyczny miesiąc. Święto zakochanych, wszędzie serduszka i amorki, a w kinach najnowsza część przygód Christiana Greya. Z tej okazji kobieca część redakcji przygotowała coś specjalnie dla największych fanek skoków narciarskich, a może raczej skoczków? Przed Wami krótki przewodnik po najbardziej pożądanych kawalerach (i nie tylko) Pucharu Świata.

Chłopak z klasą - Gregor Schlierenzauer

Nie wiadomo w jakiej kolejce stał, kiedy wszyscy czekali na wzrost...Legenda niesie, że po rozum, ale mamy nieco mieszane uczucia. Prawdą jest jednak, że małe jest piękne: małe pieski, małe dzieci i  mały debet na koncie. Jedyne małe, co nie cieszy to małe piwo i mamy przeczucie, graniczące z  pewnością, że Anders zgadza się z  tą opinią. Randki

26

Fot.: Klaudia Feruś

Mały, ale wariat - Anders Fannemel

Gregor to chłopak z przeszłością. Zdarzało mu się zadzierać nosa. Jego humor uzależniony bywał od podmuchów wiatru, a jak wiadomo, ten lubi płatać figle. No i spłatał. Gregor na rok zniknął z radarów skokowych singielek. Na szczęście miesiąc temu, chimeryczny Austriak z hukiem powrócił na listę startową, a co równie istotne do swoich wiernych fanek. Wydaje się, że trudne doświadczenia z  poprzedniego sezonu wpłynęły na Gregora pozytywnie. Złote dziecko austriackich skoków stało

nr 04 | marzec 2017


Odlotowa walentynka

Fot.: Ewa Blasz

się mężczyzną przed trzydziestką, dojrzałym i wciąż w znakomitej formie. Której z nas nie marzą się weekendowe wypady w góry, cztery gałki lodów czekoladowych w Innsbrucku, sesja zdjęciowa z Red Bullem w tle i niedzielne obiadki u mamy Angeliki? Warto dodać, że Schlieri to chłopak zamożny. Poza bogatą kolekcją medali i  trofeów, posiada również nieruchomość w  postaci placu swojego imienia w  rodzinnym Fulpmes oraz własną kolekcje odzieży. Chłopak jak marzenie dla każdej miłośniczki zakupów i mody!

Szkolny Podrywacz - Domen Prevc dla wygibasów w postnrdowskich klu-

Freitag Shore - Richard Freitag Nazwisko zobowiązuje. Piątek imprezy początek. Nie dla niego wystawne rodzinne przyjęcia, obiady u babci, czy wspólne ubieranie choinki. Ryszard żyje

Hill Size Magazine

bach w rytm niemieckich hitów techno. Jednak spotkasz go tam tylko w piątkową noc. Weekendami skacze i czaruje młode dziewczęta przez szklany ekran telewizora. Niech jednak ten opis Was nie zmyli. Richard to chłopak do tańca i do różańca. Dzielnie trenuje, kocha mamę i  młodszą siostrę, a  po zakończeniu kariery chciałby zostać lekarzem (niestety nic jeszcze nie wiadomo na temat specjalizacji). Nic dziwnego, że ma większe powodzenie niż suknie ślubne w czasie londyńskiego Black Friday. Jeśli szukasz chłopaka niezawodnego jak niemieckie samochody, wybierz Richarda!

Gorąca czekoladka - Andreas Wellinger Chłopak z charakterem! Wolimy nie wiedzieć, co dzieje się w jego domu po przegranych Bayernu. Grunt to bunt. Kiedy strzela focha nie zważa na okoliczności. Kiedyś zdenerwował go sam Walter Hofer nakazują powtórzyć skok. Młodzieniaszek z  Niemiec na złość Władcy Skoczni zjechał po zeskoku jak na sankach. Wydaje nam się, że świetnie się przy tym bawił, ale sam nie wyraził swojego zdania. W chwilach wolnych od buntu byłby najlepszym partnerem świata, ponieważ swoją wybrankę zasypywał by słodkościami owiniętymi w  liliową

Fot.: Klaudia Feruś

Pamiętacie szkolne czasy? Każda z nas miała swojego Demona… to znaczy Domena! Łobuza, który siedział za Tobą w  ławce, ciągnął Cię za warkocze i  szturchał na lekcjach. Jednak jak powszechnie wiadomo: kto się czubi, ten się lubi! Większość szkolnych smyków ma problemy z matmą, fizyką albo wychowaniem do życia w rodzinie. I to właśnie wtedy pojawiamy się my, kujonki, i  oferujemy swoją nieocenioną pomoc. Nie zaglądałyśmy Domenowi do dziennika, ale biorąc pod uwagę, że najmłodszy z klanu Prevców zadomowił się w Pucharze Świata, ma zapewne spore zaległości. Wyobrażacie sobie wspólne wieczory przy kominku na dywanie z niedźwiedziej skóry, a wokół całe stosy książek i zeszytów? I koniecznie kalkulator! Przecież jakoś musicie policzyć przeliczniki za wiatr i  stosunek masy skoczka do jego prędkości na rozbiegu. Byłoby pięknie, niestety życie to nie High School Musical, a  my już dawno nie mamy 17 lat. Mamy nadzieję, że wy lepiej przekalkulujecie swoje szanse!

27


ZESKOK folię. Jedynym minusem randkowania z Andreasem może być spora konkurencja. I nie mamy na myśli rzeszy fanek. Po pierwsze Andreas ma kochającą mamę i dwie starsze siostry, których wymaganiom zapewne trudniej sprostać niż wymaganiom niemieckiego księcia. Po drugie, już na starcie musisz pogodzić się z faktem, że zawsze będziesz na drugim miejscu. Tuż za Robertem Lewandowskim.

Austriacki lodowiec - Michael Hayboeck

Latka lecą, a tu nic się nie zmienia. Piotruś Pan skoków narciarskich nadal w formie. Otrząsnął się po amerykańskim śnie i  znów pełnoetatowo może kontynuować karierę wiecznego kawalera. Jak możecie przeczytać w naszym wywiadzie, randkowanie z Tomem to spore ryzyko, może grozić kalectwem lub trwałym uszkodzeniem ciała, a  przed należy skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Czego jednak nie robi się z miłości? Tom to szalony chłopak, który skok na bungee uważa za nudziarstwo, natomiast ma obawy przed wchodzeniem po schodach. Mało kto wie, że był także gwiazdą norweskiej telewizji, a konkretnie serialu Hotel Cæsar. Norweg zagrał tam niezwykle uroczego dostawce kwiatów, i  choć scena trwała zaledwie 10 sekund, a z tego co powiedział Tom zrozumiałyśmy tylko „do widzenia” to i tak był to najlepiej spędzony czas w naszym życiu (tak, oglądałyśmy to w trybie zapętlenie). Tom Hilde jest jak George Clooney skoków narciarskich – wieczny kawaler, występów w Pucharze Świata więcej niż odcinków Ostrego Dyżuru, a codzienność jak we wszystkich częściach Ocean’s. Ale nie martwcie się dziewczyny! Nie ma portu, do którego nie da się przycumować. Nawet hollywoodzki Clooney znalazł swoją drugą połówkę, więc może i na Toma przyjdzie czas. Parafrazując

28

Fot.: Klaudia Feruś

Młodzieniaszek - Tom Hilde

Fot.: Klaudia Feruś

Z jednej strony chłopiec o spojrzeniu zimnym jak austriacki lodowiec. Z  drugiej na jego widok niewiastom robi się gorąco, nawet jeśli zawody Pucharu Świata rozgrywane są w mroźnym Kuusamo. Kamienny wyraz twarzy kręci nawet najbardziej wybredne sztuki, a zawadiacka grzywka sprawia, że niejedna nie pamięta, kto wygrał zawody, nawet jeśli był to właśnie Michi. Ten chłód i  poza zimnego drania to tylko pozory. W  gruncie rzeczy Austriak jest spokojnym i rozważnym mężczyzną, który nigdy nie da zginąć damie w opałach, szczególnie takiej która dobrze wie, ile bramek strzelił Leo Messi w  ostatnim sezonie La Liga. Idealna partnerka Michaela powinna lubić Stefana Krafta, uwielbiać grać na playstation ze Stefanem Kraftem, zgadzać się na wspólne wakacje ze Stefanem Kraftem i  właściwie nie mieć nic przeciwko wszystkiemu, co ma związek ze Stefanem Kraftem. Ale nie martwcie się dziewczęta! Męska przyjaźń jest piękna, a z czasem może i Ty zostaniesz jego Stefanem!

nr 04 | marzec 2017


Fot.: Przemysław Wardęga

Odlotowa walentynka

reklamę z Georgem w roli głównej: Tom Hilde, what else?

Synalek - Daniel Andre-Tande Ten rozrabiaka o anielskiej twarzy oparcie najchętniej znajduje u  mamy. Nie mniej chętnie wpadłyby w  twoje objęcia. Zanim został bożyszczem tłumów sprzedawał dresy w sklepie za rogiem. Teraz oprócz zapierających dech w piersiach skoków, upodobał sobie czwarte miejsca. Niewątpliwym plusem Daniela jest kompaktowość. Co prawda jest wysoki, ale poza tym nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Idealna dziewczyna dla Daniela nigdy nie pyta ile wynosi pierwiastek z 16, kocha kotki, wyjazdy pod namiot i  kąpiele w  jeziorze. Daniel to perfekcyjny kandydat dla wielbicielek musicali. Norweski skoczek uwielbia pląsy i  koncerty, które sam często daje. I choć koledzy z kadry tego nie znoszą, Ty musisz być gotowa na wysłuchanie i owacje na stojąco, po najgorszej w Twoim życiu wersji „I believe I can fly”. Kochane melomanki, zatyczki w uszy i powodzenia! 

Hill Size Magazine

Poza konkurencją: Kamil Stoch - Żywe złoto

Niestety ten Pan jest już zajęty, jednak absolutnie musiał się znaleźć w naszym zestawieniu. Diament, i to oszlifowany. Gentleman w każdym calu, uwielbiany zarówno przez płeć piękną, jak i tę nieco brzydszą. Kto z nas nie płakał, kiedy Kamil stawał na podium w Val di Fiemme, Soczi i Bischofshofen? Dzięki takim wzruszeniom, możemy nawet przełknąć żal, że nie jesteśmy na miejscu małżonki mistrza. Jak to mawiają nasze babcie: „Ideał! Nie dość, że przystojny, to jeszcze zdolny!”.

29


Rozmowa: Martyna Ostrowska

ZESKOK

ODWAGA PONAD STRACH Toma Hilde spotykam przy okazji jednego z konkursów Pucharu Kontynentalnego w Austrii. Wyluzowany, uśmiechnięty, w zawadiackiej czapeczce. Aż ciężko wyobrazić sobie, że ten skoczek o beztroskim wyrazie twarzy ma za sobą już ponad dziesięć lat startów w Pucharze Świata i ogromny bagaż doświadczeń. Potwierdzisz moją teorię, że skoczkowie są uzależnieni od adrenaliny?

- Być może, ale uważam, że będąc skoczkiem narciarskim jest się bardziej perfekcjonistą niż osobą uzależnioną od adrenaliny. Chce się osiągnąć sukces w tym, co się robi. Kiedy oddaję skok jestem bardzo zdenerwowany i  skupiony bardziej na tym, aby uzyskać dobry wynik, niż na tym, jak groźny jest skok sam w  sobie. Aktualnie poziom w  naszej dyscyplinie jest bardzo wysoki. O dobrym rezultacie może zadecydować duże doświadczenie.

Adrenalina niekoniecznie decyduje o wyniku. Żeby być lepszym trzeba po prostu ciężko trenować.

dokładnie taką jak teraz, kiedy skaczę. Myślę, że to, co robię to jedna z rzeczy, które przybliżają człowieka do realizacji marzenia o lataniu. Każda istota ludzka o tym marzy i my, skoczkowie, jesteśmy tego bardzo blisko. Uważam, że to właśnie dlatego to, co robimy jest takie fajne. W tym przypadku można słowo adrenalina zamienić na wyraz ekscytacja.

Pamiętasz swój pierwszy skok? Denerwowałeś się?

- Oczywiście, byłem bardzo zdenerwowany. Nie pamiętam dokładnie tego pierwszego skoku, ale dobrze zapamiętałem skakanie w okresie dzieciństwa. Wszyscy zaczynali na najmniejszych skoczniach. To nie było dla mnie zbyt straszne. Czułem raczej ekscytację,

Pamiętasz, co było główną przyczyną, dla której zacząłeś uprawiać skoki?

Fot.: Jagoda Bodzianny

- Tak, to wszystko stało się przez mojego brata. Była nas trójka. Rodzice nie mieli na tyle czasu, żeby zajmować się nami przez cały czas, dlatego też przez siedem lat włóczyłem się za moimi braćmi na treningi. Uważałem, że skoki to super sprawa już od samego początku. Po ośmiu latach zdecydowałem, że to jest właśnie to, co chcę robić. Zająłem się treningami na poważnie.

30

Jesteś zadowolony z podjętej wtedy decyzji?

- Nie mógłbym być dobry w żadnej innej dyscyplinie. Jestem bardzo chudy i niezbyt silny, więc skoki są dla mnie perfekcyjnym sportem. Nie lubię za dużo

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Facebook Toma Hilde

trenować, nie mógłbym być biegaczem narciarskim. Tam trzeba naprawdę harować. Skoki narciarskie świetnie wpisały się również w mój charakter. Czy to prawda, że większość skoczków, nawet tych najbardziej doświadczonych, odczuwa respekt przed skoczniami mamucimi?

- Tak, to prawda. Podczas lotów narciarskich osiągamy bardzo duże szybkości. Nie jesteśmy też przyzwyczajeni do tych obiektów, skaczemy na nich dwa do trzech razy w roku. Mamy dużo mniejsze doświadczenie na mamutach, niż na normalnych skoczniach, na których trenujemy cztery razy w  tygodniu i  rywalizujemy w średnio czterdziestu konkursach. W lotach również istnieje dużo większe prawdopodobieństwo wypadku. Tu także chodzi o osiągane przez nas szybkości. To właśnie dlatego odczuwamy duży respekt przed tymi skoczniami. Wypadki na skoczni to nieodłączna część tego sportu. Istnieje dobry sposób na pokonanie strachu przed upadkiem?

Tom Hilde Nie bałem się. Jak wspominasz pierwszy skok po upadku?

- Pierwszy skok był naprawdę świetny. W ogóle dużo skoków, które oddałem po upadku, było dobrych. Wygrałem kwalifikacje w  Klingenthal, moich pierwszych zawodach Pucharu Świata po tym niefortunnym dniu. Niestety konkurs został odwołany. Pięćdziesiąt dni po upadku byłem w  czołówce zawodów w lotach w Oberstdorfie. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Są chwile, kiedy ten dzień do Ciebie wraca?

- Już nie myślę o tym upadku. Bardziej martwię się, że mogę złapać kontuzję w  trakcie mojego czasu wolnego, na przykład kiedy gram w piłkę nożną bądź robię jakąś głupotę. Nie boję się wypadków na skoczni, ale tego, co może przydarzyć się w trakcie zwykłej codziennej czynności, jak na przykład wchodzeniu po schodach w hotelu.

Nick Fairall powiedział, że skoki narciarskie to wciąż bardzo bezpieczny sport.

- I miał rację. Kiedy jesteś na takim poziomie jak zawodnicy z Pucharu Świata dochodzisz do momentu, w którym nie możesz się bać. Jeśli się boisz, nigdy nie osiągniesz światowego pułapu. Uważam, że Thomas Morgenstern zrobił coś bardzo mądrego. Czuł się gotowy do powrotu na 95% i dlatego zrezygnował. Nie mógł dłużej rywalizować, bo było to zbyt ryzykowne. Nie było 100%. To najlepszy sposób, w jaki można to wyjaśnić. Kiedy nie czujesz się pewny na maksa, w tym sporcie nie masz szans. Uważasz, że to indywidualna sprawa każdego sportowca jak reaguje na upadki?

- Jeśli zdarza się to raz, nie należy rozpatrywać tego jako problemu. Wciąż skoczyłeś w swoim życiu wystarczająco dużo razy, a  jeden upadek nie powinien niczego zmienić. Jeśli jednak

- W swojej karierze miałem jeden poważny upadek. Do nieprzyjemnej sytuacji doszło w Oberstdorfie. Potem bałem się o  coś zupełnie innego niż kolejne skoki. Po upadku nigdy nie wiesz jak zareaguje twoje ciało. Nie skakałem wtedy przez czterdzieści dni. Każdego dnia rehabilitacji zastanawiałem się jak zachowam się przy pierwszej próbie po wypadku, kiedy usiądę ponownie na belce by wykonać skok. Podczas rekonwalescencji strasznie brakowało mi skoków, starałem się nie skupiać na tym, co może pójść źle. To było w środku zimy, więc chciałem jeszcze wrócić do zawodów. Bardziej koncentrowałem się na tym, dlaczego tak bardzo lubię ten sport i  jak mogę dalej czerpać z  niego taką samą radość jak przed upadkiem, a przy tym nie odczuwać strachu. Zadziałało.

Hill Size Magazine

31


ZESKOK taka sytuacja ma miejsce więcej razy i jest spowodowana błędem skoczka, a  on tak naprawdę nie wie dlaczego, to już problem. Ja osobiście zacząłbym się zastanawiać, co dalej. Tak właśnie było w  przypadku Morgensterna. Upadek na skoczni nie powinien zdarzać się ponownie w  krótkim odstępie czasu. Jednak w  przypadku jednorazowego upadku każdy jest w  stanie szybko sobie z  tym poradzić. Upadek to taka lekcja pokory dla skoczka?

- Kiedy jesteś kontuzjowany, jesteś nieco wycofany ze sportu. Oglądasz zawody z zewnątrz. Dzięki temu zyskuje się czysty mentalny przekaz. Każdego dnia przez wiele godzin analizujesz i zastanawiasz się jak to będzie, kiedy już wrócisz. To także dobra okazja do tego, aby popracować nad tym, w czym jesteś słabszy. W trakcie sezonu nie mamy za wiele czasu na skupienie się na wszystkich aspektach, bo trenujemy głównie technikę. Mamy trening siłowy, podnoszenie ciężarów itp. Kiedy zyskujesz dodatkowy czas, możesz go więcej poświęcić na stabilizację i te inne, dość nudne sprawy. Robisz krok wstecz, ale możesz poprawić wszystko, co jest ważne w codziennym treningu. Taka przerwa sprawia, że jest się bardziej zmotywowanym do pracy?

- W moim przypadku tak było. Podczas rekonwalescencji byłem bardziej zmotywowany. Więcej problemów w  takim przypadku mają pewnie ci, którym kontuzje przydarzają się częściej. Niektórzy zawodnicy odnoszą tylko lekkie kontuzje i czas ich rehabilitacji nie wymaga od nich zbyt wiele dodatkowego wysiłku. Z  drugiej strony są skoczkowie, którzy odnoszą poważniejsze kontuzje kilka razy z  rzędu, tak jak Kenneth Gangnes w naszej drużynie. Jest mi bardzo przykro z  jego powodu. Ponowne zerwanie

32

Nie mógłbym być dobry w żadnej innej dyscyplinie. Jestem bardzo chudy i niezbyt silny, więc skoki są dla mnie perfekcyjnym sportem. Nie lubię za dużo trenować, nie mógłbym być biegaczem narciarskim. Tam trzeba naprawdę harować.

nr 04 | marzec 2017


Tom Hilde więzadła w kolanie oznacza powtarzanie tego samego, bardzo długiego schematu rehabilitacji od nowa. Kolejne miesiące i godziny spędzone nad czymś, co już się przerabiało. Jeśli uda mu się wrócić, będę pod wielkim wrażeniem. Jestem jednak przekonany, że to zrobi. To twardy facet. Jeśli miałbym wskazać kogoś, kogo na to stać, to będzie to właśnie Kenneth. Lubisz adrenalinę nie tylko na skoczni. Jedną z Twoich pasji jest spadochroniarstwo. Kiedy i jak się to zaczęło?

- Chciałem wyrobić licencję spadochroniarską już kilka lat temu, ale ponieważ to dość długotrwały proces, nie miałem wystarczającej ilości czasu. W 2012 lub 2013 roku nasz trener, Alexander Stoeckl zasugerował, że możemy zorganizować nasze letnie przygotowania tak, aby było to możliwe. Nasza federacja narciarska zafundowała nam kurs licencyjny. Zajęło nam to tydzień. Przeznaczyliśmy ten czas na oswojenie się z  lataniem, na złapanie odpowiedniego uczucia powietrza w trakcie lotu. Chcieliśmy porównać to do naszego treningu, ale było to bardzo trudne. Kiedy wyrabiasz licencję zaczynasz wszystko od podstaw i potrzebujesz naprawdę wielu skoków, zanim możesz zacząć porównywać to do skoków narciarskich. Wiedza ze skoków przydaje się w lotach ze spadochronem?

-Aktualnie mam około 55 skoków ze spadochronem i uważam, że to, co wiem na temat skoków narciarskich bardzo mi w tym pomogło. To działa także w drugą stronę. Dużo nauczyłem się podczas skakania ze spadochronem i to pomogło mi stać się lepszym skoczkiem na obiektach mamucich. Oczywiście jest wiele rzeczy, które można porównać w  tych sportach i czasem działa to pomocniczo w obie strony.

Hill Size Magazine

Spróbowałeś również skoku na bungee...

- Nie sprawiło mi to jednak przyjemności. To fajne, ale nie jest tak naprawdę niebezpieczne. Wszędzie jest się zabezpieczonym, a ja wolę sporty, w których dużo więcej odpowiedzialności spoczywa na mnie. To trochę jak rollercoaster. Jest w porządku, ale cały czas wiesz, że nie ma w tym realnego zagrożenia. Jest zatem coś, czego naprawdę się boisz?

- Tak naprawdę boję się wielu rzeczy. Najprostszy przykład? Niepokój wywołuje u mnie zwykły regularny trening, albo ćwiczenia w  trakcie lata. Boje się tego bardziej ze względu na wysokie ryzyko kontuzji. Uraz to nasz największy wróg. Dlatego, kiedy robię rzeczy wykraczające nieco poza moją strefę komfortu, serio się boję. Wyjaśnij, co to za zawody, które odbywają się co roku w Lillehammer (Sørperennet)?

- Nigdy tam nie skoczyłem, ale to coś w rodzaju imprezy połączonej z zawodami w nieco bardziej zabawnej formie, którą organizujemy zawsze na koniec zimy. Nie skupiamy się na tym, kto wygra, ale bardziej na zabawie i wspólnym spędzaniu czasu. Podczas sezonu wszyscy sportowcy latają i jeżdżą z miejsca na miejsce, z konkursu na konkurs. Wszyscy są poważni. To bardzo fajne, że mamy czas, kiedy możemy spotkać się wszyscy razem po długim sezonie zimowym. Pytanie-odpowiedź:

1) Najlepszy obecnie skoczek na świecie: Anders Fannemel 2) Mistrzostwa Świata czy Igrzyska Olimpijskie: jedno i drugie 3) Ulubiona skocznia narciarska: Bischofshofen 4) Idol z  dzieciństwa: Janne Ahonen i Roar Ljoekelsoey 5) Najlepszy kolega w drużynie: Anders Fannemel 6) Jeśli nie skoki, to...siedzenie w biurze i robienie nudnych rzeczy 

33


Rozmowa: Martyna Ostrowska

PUNKT K

TWAR DZIEL KA Angielska Premier League, niemiecka Bundesliga, skoki narciarskie i policja. Na pierwszy rzut oka to dość wybuchowy zestaw, ale Daniela Iraschko-Stolz nie wyobraża sobie bez niego życia. Kiedy nie skacze, gra w piłkę nożną i kibicuje. Wstąpiła do policji. Przełamywanie stereotypów to dla niej codzienność, a przede wszystkim ogromna satysfakcja i radość. Wszyscy znają Cię jako skoczkinię, ale poza skokami grasz także w piłkę nożną. Skąd taki pomysł?

W piłkę nożną grałam już jako dziecko, jeszcze zanim zaczęłam skakać. W Austrii obowiązuje zasada, że dziewczynki po ukończeniu dwunastego roku życia nie mogą grać w jednej drużynie z chłopcami. W  wielu przypadkach dla dziewczyn kończy się to rozbratem z futbolem. Podobnie było ze mną. W moim rodzinnym mieście nie było drużyny żeńskiej, dlatego zaczęłam trenować skoki. Może właśnie dzięki temu tak bardzo kocham piłkę nożną. Mogę w  nią grać w  czasie lata, a skaczę głównie zimą. To dla mnie

34

idealne rozwiązanie. Bardzo lubię rywalizację w piłce nożnej. Jest ona zupełnie inna niż w  moim drugim sporcie. Jeśli jesteś skoczkiem, jesteś w  drużynie, ale ostatecznie o wyniki starasz się sam. Wygrywasz i przegrywasz sam. Oczywiście wygrywanie w skokach jest dużo lepsze, a przegrywanie gorsze. Kiedy jesteś piłkarzem, przegrywasz jako zespół i to jest dużo bardziej komfortowa sytuacja. Jak duże różnice dostrzegasz pomiędzy treningiem wykonywanym w skokach narciarskich a piłce nożnej?

Różnic jest wiele. Mój trener piłkarski od początku wiedział, że moim

priorytetowym sportem będą skoki. Dzięki temu mogę planować swoje treningi sama, a w  ich trakcie korzystać nieco z  tego, co wykonuje podczas ćwiczeń potrzebnych do treningu skoczka. Nie muszę trenować futbolu bardzo często. W  Austrii nawet jeśli grasz na najwyższym szczeblu rozgrywek, to wciąż traktowane jest to jako hobby. Jest zupełnie inaczej niż w przypadku męskiego futbolu. Tylko niewielki odsetek najlepszych dziewczyn otrzymuje wynagrodzenie za grę. To dlatego większość z  nich pracuje, uczy się, a dopiero potem gra w piłkę nożną. Dla mnie jest w  zasadzie tak

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Fletscher Photography

samo. Skaczę na nartach, a dopiero potem gram. Miałaś kiedykolwiek wątpliwości, który ze sportów będzie Twoim pierwszym, czy zawsze wiedziałaś, że będą to skoki?

Zawsze byłam tego pewna. Kiedy tylko rozpoczęłam treningi, wiedziałam, że to będzie całe moje życie. Nigdy nie zrezygnuję ze skoków narciarskich na rzecz piłki nożnej. Nie zmienia to jednak faktu, że staram się uprawiać te dwa sporty jednocześnie. Na przykład piłkę nożną trenuję w poniedziałki i czwartki, a  trening siłowy zaplanowany mam na środę. Mogę zorganizować się i  pogodzić obydwa treningi, ponieważ w  obu dyscyplinach wykonuje się podobne ćwiczenia, szczególnie latem. Gra w piłkę nożną może być zatem częścią mojego treningu przed sezonem zimowym. Kiedy tak się dzieje, mam z tego wielką frajdę. W obu sportach muszę być szybka. Gram głównie jako prawy lub lewy pomocnik, dlatego szybkość jest tu bardzo ważna. Trenowanie piłki nożnej niesie ze sobą duże ryzyko dla Ciebie, jako skoczkini?

Myślę, że może tak być, ale jakby się nad tym zastanowić to każdy trening może być niebezpieczny. Doznałam kontuzji kolana robiąc nic. Po prostu wykonałam zły krok. Miało to miejsce podczas treningu piłkarskiego, ale nie zrobiłam nic, co mogło się do tego przyczynić. Uważam, że chodzi tu bardziej o szczęście lub jego brak. Nie jest tak, że można doznać poważnego urazu grając w piłkę. Mimo tego, wydaje mi się, że mój trener od skoków i Austriacki Związek Narciarski nie są największymi fanami mojej drugiej pasji. Ale to moje życie, a najważniejszym jest dla mnie bycie szczęśliwym.

Hill Size Magazine

Daniela Iraschko-Stolz Czy to prawda, że grałaś także na pozycji bramkarza?

Grałam na tej pozycji tylko kilka razy, ponieważ nie mogliśmy znaleźć nikogo odpowiedniego. Wybrali mnie, bo mogę wysoko skakać i jestem szybka. To całkiem interesujące, ale z  drugiej strony czujesz się wtedy nieco wyobcowany ze swojej drużyny. Nie możesz cały czas biegać z  innymi zawodniczkami. Po prostu stoisz i czekasz, a kiedy piłka się pojawia musisz ją złapać. Dla mnie to po prostu nieco nudne. To było fajne doświadczenie, ale dla mnie nic specjalnego na dłuższą metę. Kochasz grać w piłkę nożna, zdarza Ci się też kibicować?

Oczywiście, w domu zdarza mi się oglądać dużo meczów. Aktualnie Austria ma najlepszy zespół od bardzo dawna, i  nawet jeśli Euro we Francji nie było najlepsze dla naszych piłkarzy, to jesteśmy na naprawdę dobrej drodze do tego, żeby grać coraz lepiej w kolejnych miesiącach i latach. Wspierasz swoją drużynę narodową, a jeśli chodzi o kluby piłkarskie...

Oglądanie austriackiej Bundesligi to nie najlepsze zajęcie, ale oczywiście posiadam swoją ulubioną drużynę. Jest nią FC Wacker Innsbruck [obecnie w pierwszej lidze austriackiej- przyp. red.]. Grałam tam i  wciąż znam tam wielu zawodników. Kiedy byłam dzieckiem, kibicowałam Sturm Graz. Tak, to zdecydowanie dwie najbliższe mojemu sercu drużyny w Austrii. Bardzo lubię również Borussię Dortmund i  Liverpool. Grają wspaniały futbol. W  zeszłym sezonie byłam również pod wrażeniem ekipy z  Leicester. Grali futbol na wysokim poziomie i  uważam, że są świetnym przykładem na to, że w  piłce nożnej wszystko jest możliwe. To właśnie to, co sprawia, że ten sport jest taki wspaniały. Myślę, że po ostatnim sezonie każdy był pod

wrażeniem tego zespołu. Oni bardzo zasłużyli na ten sukces. Jesteś naprawdę dobrze zorientowana w świecie futbolu.

Tak, jestem w to bardzo wkręcona. Oczywiście nie wiem wszystkiego, ale tak jak powiedziałam, oglądam sporo meczów, a  kiedy nie mam na to czasu sprawdzam wyniki, informacje i nowości transferowe. Lubię także oglądać Ligę Mistrzów. Na szczęście większość spotkań odbywa się poza sezonem zimowym, dlatego nie opuszczam wielu meczów, kiedy jeżdżę na zawody. Grasz w piłkę nożną, skaczesz na nartach i jesteś policjantką. Wyobrażasz sobie, że za kilkanaście lat będziesz pracować w zawodzie?

Jestem zadowolona, że miałam szansę wstąpić do policji. W Austrii kiedy twój sport jest dyscypliną olimpijską, możesz iść do szkoły policyjnej i  zostać zawodowcem w  trakcie kariery sportowej. Możesz wybrać pomiędzy policją i  armią. Kiedy musiałam zdecydować byłam bardzo młoda, ale teraz wiem, że to był dobry wybór. Mogłam chodzić do szkoły, dzięki której mam wyuczony zawód. To bardzo interesujące, że w  naszym kraju zarówno dziewczyny, jak i chłopcy mają równe szanse na karierę w policji. Każdego roku pracuję po dwa-trzy miesiące, zależy od ilości wolnego czasu. To ciężka praca, ale bardzo dobra. Myślę, że mogłabym być policjantką po zakończeniu kariery. Może nie jestem tego pewna w stu procentach, ale zobaczę, co przyniesie przyszłość. Być może będę trenerem, ale na razie jest za wcześnie, żeby o tym mówić. Mam z czego wybierać i to dla mnie bardzo korzystny układ. Raz spróbowałaś już jak to jest być trenerem. Mam na myśli otwarcie skoczni narciarskiej w Twoim rodzinnym Eisenerz. Dałaś znak do

35


PUNKT K startu skoczkowi, który wykonywał pierwszą próbę na nowym obiekcie. Jakie to było uczucie?

Zrobiliśmy to tylko na potrzeby zdjęcia, ale czasem zdarza mi się trenować tam z dzieciakami i bardzo to lubię. To bardzo fajne podpowiadać ludziom, co mogą poprawić. Bardzo kocham skoki narciarskie i  to świetne uczucie, kiedy mogę pomóc lub dać im kilka wskazówek. Jestem najstarsza w  naszej drużynie i  czasami pracuję jako nieoficjalny trener w  naszej grupie. Dzielę się z  młodszymi dziewczynami moimi doświadczeniami. Wiem bardzo dużo o  skokach, a  one zadają wiele pytań dotyczących szczegółów. Rozmawiamy o  różnych sprawach, między innymi o  ich odczuciach dotyczących skoków. Myślę, że tak samo zachowywałabym się gdybym została kiedyś trenerem. Oczywiście zadaniem trenera jest zwrócenie Ci uwagi: byłeś spóźniony na progu, wybiłeś się zbyt wcześnie, ale to ty sam musisz wiedzieć jak czułeś swój skok. To istotne, ponieważ sam nie zobaczysz siebie w  trakcie lotu. Musisz czuć to, co robisz źle. Jako młoda sportsmenka mogłaś liczyć na taką pomoc? Był ktoś szczególny, kto Ci wtedy pomagał?

Kiedy rozpoczęłam przygodę ze skokami, nie miałam wokół siebie wielu osób tak mocno zaangażowanych w ten sport. Była jedna dziewczyna, Eva Ganster, ale nie darzyła mnie sympatią, więc nie podpytywałam jej o  szczegóły. Mimo tego mieliśmy bardzo dobry zespół, również z  chłopcami. Lubiliśmy się, więc nie było problemów. Spędzaliśmy razem czas. Teraz jest inaczej. Wtedy byłam przeszczęśliwa, kiedy udało się zorganizować dwa lub trzy konkursy dla kobiet w  trakcie sezonu. Teraz mamy ich więcej, możliwości są dużo większe. To wszystko jest normalne

36

dla młodych zawodniczek, a dla mnie wręcz przeciwnie. Czasami to bardzo dziwne uczucie. Kiedy przyznano nam możliwość startu w  Igrzyskach Olimpijskich pomyślałam: nareszcie mogę cieszyć się moim sportem na najwyższym poziomie. Teraz czas na młodą generację dziewczyn, które na swoje barki muszą wziąć odpowiedzialność za nasza dyscyplinę. Wszystko dla dobra skoków kobiet. Niestety zdałam sobie sprawę, że młode dziewczyny cieszą się z tych rzeczy, ale dla nich tak było od zawsze. Pamiętam, jak musiałyśmy walczyć o nasze prawa do startu wcześniej. Zawsze będę się czuła ważną postacią skoków narciarskich. Możemy startować w Igrzyskach i to też jest wynik mojej ciężkiej pracy. Jestem z tego naprawdę dumna. Zgodzisz się, że istnieje coś takiego jak super kobieca siła wśród skoczkiń z całego świata? Czujesz, że walcząc razem sprawiacie, że Wasza dyscyplina jest coraz lepsza? Dziewczyny z USA powiedziały mi, że nawet jeśli mają lepsze wyniki niż mężczyźni, ludzie wciąż dziwią się, że kobiety również skaczą.

Tak uważam, że jesteśmy taką wielką międzynarodową rodziną. Kiedy zaczynałam, byłam ja i Anette Sagen z  Norwegii. Rywalizowałyśmy, czasem wygrywała ona, czasem ja. Miałyśmy również silne rywalki z  Niemiec i  to było wszystko. Bardzo doceniam to, jak skoki kobiet wyglądają obecnie i  uważam, że każda z  nas powinna. W  USA nie mają funduszy na skoki i  nie organizują konkursów. Sponsorowanie skoków wciąż nie jest tam tak silne jak w  Europie. One zawsze mogą powiedzieć, co jest nie tak i że potrzebujemy więcej konkursów. Myślę, że to taki amerykański styl. Porównując skoki do ski crossu czy innych dyscyplin, jesteśmy szczęściarami mając tyle zawodów.

Nie powinnyśmy narzekać. Oczywiście możemy mieć więcej, ale musimy o to zawalczyć, razem jak rodzina. Może wtedy otworzą się przed nami kolejne możliwości, nie tylko finansowe. Fair play jest bardzo ważne zarówno w skokach, jak i piłce nożnej. Otrzymałaś tą nagrodę, po tym jak pożyczyłaś swoje narty słoweńskiej skoczkini, Spelji Rogelj. Jak to się stało?

Spela nie otrzymała swoich nart na czas. Na lotnisku zgubiono jej bagaż. Na szczęście posiadamy ten sam rozmiar. Zapytała mnie, czy mogłabym pożyczyć moich nart. Zgodziłam się bez wahania, ponieważ zawsze mam ze sobą kilka par, a nie potrzebuję wszystkich naraz. To była zabawna sytuacja, ponieważ ja używam nart firmy Fisher, a ona

nr 04 | marzec 2017


Daniela Iraschko-Stolz

W Austrii nawet jeśli grasz na najwyższym szczeblu rozgrywek, to wciąż traktowane jest to jako hobby. Jest zupełnie inaczej niż w przypadku męskiego futbolu. Tylko niewielki odsetek najlepszych dziewczyn otrzymuje wynagrodzenie za grę. To dlatego większość z nich pracuje, uczy się, a dopiero potem gra w piłkę nożną. Dla mnie jest w zasadzie tak samo. Skaczę na nartach, a dopiero potem gram.

normalnie korzystała ze sprzętu innej marki. Byłam bardzo ciekawa, jak poradzi sobie na moich deskach. Moje wiązania okazały się zbyt wąskie i musiała bardzo szybko je zmienić, żeby skoczyć. W  konkursie poradziła sobie świetnie. Po tych zawodach obie prowadziłyśmy w  Pucharze Świata. To było zabawne, ponieważ oddawała lepsze skoki na moich nartach, niż na swoich. Spodziewałaś się, że po tej sytuacji, możesz dostać jakąś nagrodę?

Nie spodziewałam się niczego, ponieważ dla mnie moja decyzja była oczywista. Jestem przekonana, że gdyby problem dotyczył mnie, ona zachowałaby się tak samo. Jest jedną z najstarszych zawodniczek, tak jak ja. Wie, jak wszystko wyglądało wcześniej i  jak walczyła dla słoweńskich skoków narciarskich

Hill Size Magazine

kobiet. To było takie rodzinne odczucie, żeby pomóc. To jest właśnie to, co powiedziałam wcześniej. Musisz walczyć o swój sport i  robić wszystko coraz lepiej. Takie sytuacje pokazują, że traktujemy się jak rodzina i  poświęcamy się sportowi, który kochamy. Postęp widzę u nas, w Austrii, ponieważ co roku jest coraz większe zainteresowanie mediów, coraz częściej udzielamy wywiadów. Więcej ludzi nas rozpoznaje, a to szansa na pozyskanie większych funduszy. To działa, ale bez aktywnych zawodniczek nie byłoby tak dobrze. Widziałam, kiedy mój sport rozwijał się bardzo powoli i  obserwuję to, co dzieje się teraz i jak szybko to się dzieje. Rozpiera mnie duma. Kiedy myślisz o zakończeniu kariery, widzisz talenty na miarę

Twojego, które mogą zastąpić Cię w przyszłości?

Mamy naprawdę zdolną młodzież. Jest jedna dziewczyna w mojej rodzinnej miejscowości. Jest bardzo młoda, ale skacze wyśmienicie. Mogę porównać jej styl do mojego. Skacze troszkę jakby ze złamanymi rękami, podobnie do mnie. Jest wystarczająco szalona do tego sportu i bardzo się cieszę, że mogę obserwować jej skoki. W naszej kadrze również mamy utalentowane dziewczyny, które są coraz pewniejsze siebie i  z  roku na rok zdobywają coraz więcej punktów w  Pucharze Świata. Dzięki temu wiedzą, że stać je na naprawdę dobre skoki. W ostatnim sezonie wygrałyśmy Puchar Narodów, co było świetnym wynikiem. Nie wygrałyśmy indywidualnie, ale Sara Takanashi zgarnęła wszystko ;) 

37


Rozmowa: Przemysław Wardęga

PUNKT K

NOWY ROZDZIAŁ Jan Szturc Jego trenerska kariera rozkwitła wraz z pojawieniem się Małyszomanii. Dołożył cegiełkę do sukcesów Adam Małysza. Dzisiaj swoje doświadczenie wykorzystuje w pracy ze specjalistami kombinacji norweskiej. O początkach kariery, rodzinnych tradycjach i nowej roli opowiada Jan Szturc. Jest pan doświadczonym trenerem i wielkim autorytetem w środowisku skoków narciarskich. Kiedy Łukasz Kruczek zdecydował się na zakończenie współpracy z kadrą, nie przeszło panu przez myśl zaproponowanie swojej kandydatury?

Nawet się nad tym nie zastanawiałem. To nie wchodziło w grę, ponieważ od niespełna dwóch lat jestem asystentem w  kadrze narodowej kombinacji norweskiej. Jest to dla mnie nowy rozdział w  dotychczasowej karierze. Zresztą ja, jako były specjalista kombinacji, bardzo zaangażowałem się w tą pracę. Wspólnie z  Mateuszem Wantulokiem, pierwszym trenerem, a  zarazem moim wychowankiem, próbujemy wprowadzić pewne zmiany, aby w kolejnych sezonach nasi zawodnicy osiągali lepsze wyniki. Łukaszowi Kruczkowi, który jest wspaniałym szkoleniowcem, życzę wszystkiego najlepszego. To on przecież doprowadził Kamila Stocha do wielkich sukcesów, podobnie jak drużynę w Val di Fiemme czy w Falun. Myślę, że obecnie mało który szkoleniowiec może poszczycić się takim dorobkiem. Zawsze jednak nadchodzi moment, w  którym trenerzy po wielu latach pracy w  danym miejscu muszą podjąć decyzję o jej

38

zakończeniu. Ta decyzja z pewnością nie była łatwa, ale należy ją przyjąć i uszanować.

kombinację. Nie byli zachwyceni, ale uszanowali moją decyzję i od tego czasu byłem kombinatorem norweskim.

Kiedy skoki narciarskie pojawiły się w pana życiu?

To prawda, że pański dziadek wybudował skocznię?

Przygodę ze sportem zaczynałem jako biegacz narciarski. Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 4 w Wiśle-Głębcach, która organizowała zawody zarówno w  biegach, jak i  w  skokach. Z  mojej szkoły wywodzą się znakomici narciarze: Adam Małysz, Piotr Żyła, także Mateusz Wantulok. Biegało się i skakało także na WF-ach. Ci, którzy nie mieli nart skokowych, mogli je wypożyczać. Ja byłem bardziej nastawiony na biegi, ponieważ rodzice nie chcieli zgodzić się na to, bym skakał. Pewnego razu byliśmy na zgrupowaniu na Baraniej Górze. Koledzy namówili mnie na skok. Były tam dwie skocznie: 50- i  30-metrowa. Pożyczyłem narty i  buty skokowe od jednego z  kolegów i spróbowałem swoich sił na „trzydziestce”. I… skok wyszedł całkiem dobrze. Trzy dni później odbyły się zawody, w  których zająłem trzecie miejsce. Kiedy wróciłem z  Baraniej Góry, poinformowałem rodziców, że będę uprawiał biegi i  skoki narciarskie - a  więc

Tak, to było w Wiśle-Kopydle. Dziadek Andrzej Szturc wybudował skocznię w  okresie międzywojennym. Można było tam skakać nawet do 50 metrów. Rekord należał do nieżyjącego już pierwszego olimpijczyka z  Wisły, Jana Raszki. Rozbieg był drewniany, więc kiedy spróchniał, po prostu się rozpadł. Nawet potem organizowano zawody dla chłopców. Wtedy przygotowywano rozbieg, którego długość dochodziła nawet do ponad stu metrów! Można było wtedy nabrać prędkości przed wyjściem z progu. Sam nie miałem przyjemności skakać na skoczni dziadka, ale widziałem jak robili to starsi chłopcy. Wieża sędziowska przetrwała do lat 60., a później runęła. Na ile, według pana, zmieniły się skoki narciarskie od czasów, w których pan startował? Wtedy nie było rekompensat za wiatr i belkę...

Od lat 70. i 80. ubiegłego wieku - do dziś - w skokach narciarskich miała miejsce prawdziwa rewolucja. Zmienił się sprzęt

nr 04 | marzec 2017


Zdjęcia: Paweł Skraba

i zmieniły się skocznie, które musiano dostosować do obecnej techniki skoku. Mamy teraz przeliczniki, ale to nie jest dopracowany system. Wszystkie pomiary są uśrednione od wyjścia z  progu do momentu lądowania. Rezultat często nie jest wykładnikiem tego, co rzeczywiście dzieje się na skoczni. Przy wietrze przednim punkty są odejmowane i kiedy zawodnicy lecą daleko, nie ma problemu. Inaczej jest w  przypadku tylnych i bocznych wiatrów. Jeśli zawodnik skacze w  takich warunkach krótko, nie jest do końca sprawiedliwie. Dostaje wtedy zbyt mało dodatkowych punktów, aby mieć szansę walczyć z zawodnikami, którzy skoczyli dalej przy wietrze z  przodu i  ujemnych punktach. Poza tym nie zawsze można stwierdzić, że wiatr wieje dokładnie z  tyłu. Niejednokrotnie występują wiatry boczne, może wiać z  lewej lub prawej strony w plecy zawodnika.

Jan Szturc Wiąże się to z kosztami. Jeżeli wszystko pójdzie w tym kierunku, to obawiam się, że zawodnicy z krajów, w których na skoki przeznacza się mniejszy budżet, nie będą mieli szans na dogonienie tych ze wsparciem bogatych federacji. Jest teraz taka tendencja - każdy chce przechytrzyć odpowiedzialnych za sprawdzanie kombinezonów. Jak to zrobić wiedzą tylko Ci, którzy je przeszywają i  nad nimi pracują. Mają oni przeróżne metody, aby dojść do perfekcji. Ale oczywiście sam kombinezon nie skacze - zawodnik też jest potrzebny! Kiedyś skoczkowie mieli dużo mniejsze możliwości. Nie tylko sprzętowe,

ale też treningowe i logistyczne. Bardziej doceniali to, co mieli?

Na treningi docieraliśmy różnymi środkami komunikacji. Od rowerów po autobusy kursowe, pociągi, czasem jechało się nyską. Wyjazd na zawody do Zakopanego czy Karpacza zawsze był sporym przedsięwzięciem. A podróże za granicę – to była ogromna radość, bardzo się je przeżywało. Muszę przyznać, że ceniliśmy sobie chwile związane ze sportowym życiem. Obecnie żyjemy w czasach komercjalizacji sportu. Jeśli jesteś dobry, masz stypendium, sponsorów, zdobywasz punkty w  Pucharze Świata, zarabiasz - wówczas traktujesz treningi jako pracę zawodową. A nie każdy może być

A jakie są różnice w sprzęcie skoczków?

Obecnego sprzętu - nart, kombinezonu, wiązań - w zasadzie nie da się porównać z  wyposażeniem zawodnika w  moich czasach. W tej chwili sprzęt dopasowuje się do wzrostu, wagi i obwodu ciała. Kombinezony właściwie balansują na granicy przepisów. Wystarczy pół centymetra materiału za dużo i może trafić się dyskwalifikacja. Jeżeli kombinezon jest za szeroki, zawodnik zyskuje, szczególnie na dużych i wietrznych skoczniach. Praca przy tym wymaga wielkiej sztuki i  mistrzostwa krawieckiego, biorąc pod uwagę wszystkie możliwości, kombinacje i  ciągle pojawiające się nowości w  krojach. Chociaż wszystko jest zgodne z parametrami i przepisami, to fachowcy, czyli trenerzy, asystenci i producenci, cały czas szukają sposobu, jak zwiększyć lotność zawodnika w  powietrzu. To nieco niepokojące. Niektórzy skoczkowie dostają kombinezon na jeden konkurs, a  później na przykład wykorzystują go do treningu.

Hill Size Magazine

39


PUNKT K Adamem Małyszem, Kamilem Stochem czy Justyną Kowalczyk - oprócz talentu liczy się profesjonalne podejście i zaangażowanie na treningach. Dzisiaj pewnie nie wszyscy zawodnicy doceniają możliwości, które mają, ale z drugiej strony nie wszyscy wytrzymują presję wynikową. Niejednokrotnie pracował pan z grupami kilkudziesięciu skoczków.

i Wiśle-Centrum (K-17, K-23, K-40). Latem jeździliśmy do Zakopanego. Było ciężko?

W Łabajowie wylałem dużo potu. Jako trener odpowiadałem za bezpieczeństwo zawodników, a  co się z  tym wiąże, za przygotowanie skoczni. Nieraz, kiedy spadł śnieg, trzeba było wstawać rano i  iść do Łabajowa, żeby deptać zeskok nartami. Do pomocy mieliśmy pracownika klubu, który również kierował ruchem drogowym, bo wybieg przecinał drogę powiatową. W  2000 roku obiekty

40

W latach 90. byłem jedynym szkoleniowcem w  klubie. Przełomem był sezon 2000/01. Sukcesy Adama Małysza sprawiły, że do klubu napływało coraz więcej chętnych do skoków narciarskich. Zatrudniono wówczas trenerów współpracujących, takich jak Mirek Kędzior, Grzesiek Śliwka i Jan Kawulok.

Dziś Wisła posiada przebudowany kompleks skoczni w Centrum (K-9, K-19, K-37) do szkolenia podstawowego. W  Szczyrku jest kompleks K-40, K-70, K-95 z  wyciągiem krzesełkowym, do szkolenia zaawansowanego, także wszystkich kadr szkoleniowych PZN. Wtedy praca wyglądała zupełnie inaczej. Mieliśmy do dyspozycji jedynie pięć małych skoczni: w  Wiśle-Łabajowie (K-35 i  K-65)

w Łabajowie zostały przebudowane, pięć lat później zamontowano wyciąg orczykowy i  doprowadzono wodę do naśnieżania. Wtedy wypożyczaliśmy armatkę śnieżną. To ułatwiało sprawę, bo nie byliśmy zależni od naturalnego śniegu. Przygotowanie pięciu skoczni stanowiło wielkie wyzwanie, ale jako szkoleniowiec cieszyłem się z tego, że dzieciaki, które przyjeżdżały na treningi mogły skakać na bezpiecznej, dobrze przygotowanej skoczni. To dawało siłę. Z  drugiej strony nikt nie pytał, kto przygotował skocznię.

Z czasem, kiedy obiektów było coraz więcej i przychodziły intensywne opady śniegu, trzeba było zatrudniać robotników. Pomagali oni w  okresie zimowym, czyli przez dwa, trzy miesiące. Nie byłem w  stanie robić wszystkiego samemu, tym bardziej że treningi odbywały się przed południem, a także popołudniami i  wieczorami przy sztucznym oświetleniu. Niejednokrotnie na skoczni spędzało się całe dnie, a do tego trzeba było jeszcze biegać z  chłopakami na nartach. Mimo że było to ogromne wyzwanie, bardzo miło wspominam ten

Jakie były wtedy warunki do treningu?

nr 04 | marzec 2017


Jan Szturc

Pewnego razu byliśmy na zgrupowaniu na Baraniej Górze. Koledzy namówili mnie na skok. Były tam dwie skocznie: 50- i 30-metrowa. Pożyczyłem narty i buty skokowe od jednego z kolegów i spróbowałem swoich sił na „trzydziestce”. I… skok wyszedł całkiem dobrze. Trzy dni później odbyły się zawody, w których zająłem trzecie miejsce. okres. Nie wyobrażam żeby obecnie trener miał Przede wszystkim przez pieczeństwa i  technikę, poszła do przodu.

sobie jednak, tak pracować. względy bezktóra bardzo

Oprócz kompleksu w Szczyrku-Skalitem, najlepsi skoczkowie mogą trenować na dużym obiekcie w pańskiej rodzinnej Wiśle. Odbywa się tam Puchar Świata i Letnia Grand Prix. Pojawiają się jednak krytyczne głosy wobec tej skoczni. Jaka jest pańska ocena?

Obiekt spełnia wymogi FIS-u. Opinie o zrealizowanym projekcie skoczni były różne. Inne warianty przewidywały na przykład wybieg, który miałby sięgać aż za rzekę oraz trybuny podobne do tych przy Wielkiej Krokwi. Realia tamtych czasów, wpłynęły na wybór taki, a  nie inny. Prawdopodobnie można było przewidzieć pewne przeróbki, jednak uważam, że skocznia prezentuje się bardzo dobrze. Można dyskutować, czy pomieszczenia znajdujące się przy niej są dobrze wykorzystane. Uważam, że można by utworzyć trybuny dla widowni wzdłuż zeskoku, tak aby łączyły się z obecnie istniejącymi przy przeciwstoku. To pozwoliłoby na wpuszczenie większej ilości kibiców, a przecież zainteresowanie skokami w  Polsce jest niezmiennie duże. Na pewno trzeba pomyśleć o zamontowaniu lodowych torów najazdowych, które już dziś funkcjonują na większości

Hill Size Magazine

skoczni i są konieczne do spełnienia obecnych wymogów. Byłoby to też dużym udogodnieniem dla naszych kadr podczas przygotowań przed sezonem. Skoczkowie nie musieliby wyjeżdżać w  poszukiwaniu obiektów zaopatrzonych w tego typu technologie. Co prawda przebudowa Wielkiej Krokwi nieco rozwiąże ten problem, jednak potrzebne jest to też w Wiśle i Szczyrku. Jak sam pan wspomniał, trenuje pan kombinatorów. Jak bardzo skoki narciarskie różnią się od kombinacji norweskiej?

Kombinator norweski powinien dobrze skakać i dobrze biegać. Skoczek - tylko dobrze skakać. W technice skoku nie ma różnicy. Chodzi tu o umiejętność łączenia dwóch konkurencji. Bardzo trudno jest to wyważyć. To długa i żmudna praca, a  zarazem ogromne wyzwanie. Całoroczne plany szkoleniowe trzeba ułożyć tak, by biegi nie zaburzały techniki i koordynacji potrzebnej do skoków. Na skoczni powinna być moc, a  na trasie wytrzymałość. Jeśli zbierze się jak najwięcej informacji o zawodniku, poprzez różnego rodzaju badania i  testy, można odpowiednio dobrać dawki różnego rodzaju treningów: wszechstronnego, ukierunkowanego, specjalistycznego, treningu na siłowni, treningu na trasach biegowych. Nie może być tak, że każdy zawodnik będzie trenował tak samo każdy ma inne możliwości. Dla trenera

to ogromne wyzwanie. Kiedy to wszystko zagra, wówczas mamy rezultaty. Jakie według Pana cechy powinien posiadać trener skoków narciarskich?

To ciekawe, a zarazem trudne pytanie. Wiadomo, że trzeba być fachowcem i  pasjonatem, współpracować ze sztabem szkoleniowym. Obszar tej współpracy jest coraz szerszy. W  końcu nie tylko trener, ale też współpracownicy odpowiedzialni są za formę, jaką prezentują skoczkowie. W kombinacji norweskiej, za przygotowanie motoryczne, a więc siłę i moc zawodnika, odpowiedzialny jest fizjolog. Istotne są testy na platformie i  indywidualne recepty na treningi siły i mocy. Wytrzymałość bada się podczas testów w terenie, na ergometrze narciarskim i  na bieżni ruchomej. Pomaga współpraca z  Instytutem Sportu. Ważną funkcję pełnią fizjoterapeuci, którzy wielokrotnie przywracają zawodnikom „świeżość”. Nie można zapomnieć również o serwismenach, lekarzu i  dietetyku. Współpraca trenera z  tymi wszystkimi osobami musi być tak zgrana, aby każdy wiedział, za co dokładnie odpowiada i  realizował swoje zadania według planu. Dodatkowo trener musi posiadać umiejętność planowania przygotowań tak, aby trafić z odpowiednią formą i treningiem na imprezy docelowe. Niezależnie czy mowa o  pojedynczych jednostkach treningowych, mikrocyklach, czy planach rocznych lub dłuższych, wszystko musi być tak dopasowane, żeby efekty, latem czy zimą, były widoczne. Dobry trener powinien też umieć dobrać odpowiednich współpracowników, tak aby nikogo nie brakowało. W tej chwili szkoleniowiec, który decyduje się na prowadzenie kadry, musi mieć wszystko poukładane. Tak, aby dawało to wymierne rezultaty. 

41


Rozmowa: Przemysław Wardęga

HILL SIZE

POLSKIE TWARZE W LAHTI Specjaliści od “czarnej roboty” wykonujący niezbędną, ale jednocześnie niewidoczną na pierwszy rzut oka pracę, często stoją za wieloma sukcesami, także sportowymi. Tak właśnie jest w przypadku Małgorzaty Juvonen, która od 2001 roku współpracuje z kadrą polskich skoczków, a też z kombinatorami norweskimi czy biegaczami narciarskimi. Wcześniej jako attache, a obecnie team host. Od wielu lat mieszkasz w Finlandii, co skłoniło Cię do wyboru tego kraju?

Mąż. Przeprowadziłam się do Finlandii z przyczyn osobistych. Dokładnie było to w  1999 roku. Wcześniej w  Polsce pracowaliśmy razem w tej samej firmie. Dopiero, kiedy zaczęliśmy otrzymywać zbyt wysokie rachunki za telefon, trzeba było się zdecydować, co robić. Trafiło na mnie. Jak wygląda Twoje codzienne życie?

Jeżeli nie zna się języka, w takim mieście jak Lahti, gdzie mieszka 100 tysięcy ludzi – jest ciężko. Jeśli nauczysz się języka fińskiego to życie nie różni się znacząco od tego w  Polsce. Rano chodzę do pracy, z  pracy wracam do domu, wyprowadzenie psa na spacer, jem obiad. Potem mam czas na hobby – na przykład siłownię. Różnicą może być fakt, że sklepy nie są tutaj czynne całą dobę. Pracujesz w branży IT, zajmujesz się tłumaczeniami, a do tego jesteś attache polskiej kadry skoczków narciarskich. Sporo tego...

44

To nie wszystko. Zajmuję się również tresurą psów. Mam owczarka niemieckiego i sama go szkolę. Uwielbiam podróżować i  fotografować, ale szczerze powiedziawszy nie zawsze mam na to wystarczająco dużo czasu. Z  mężem dużo podróżujemy po świecie. Daty wybieramy tak, aby podróże nie zahaczały o żaden puchar czy zawody. Jakoś da się wszystko połączyć.

być dostępni też w nocy, o każdej porze. Czasem trzeba pojechać do apteki, szpitala czy innych miejsc. I nie tylko dla narciarzy. W Lahti odbywają się też zawody biathlonowe, lekkoatletyczne, zależy co organizują i  jakie jest zapotrzebowanie. Każdy z  nas ma kilka reprezentacji. Ja na przykład poza Polską byłam odpowiedzialna jeszcze za Bułgarię i Rumunię. Po prostu staramy się ogarnąć ten chaos.

Wiele osób pyta – na czym właściwie polega praca team host?

Pełnisz tę funkcję od Mistrzostw Świata w 2001 roku, nie dopadła Cię rutyna?

W skrócie, praca ta polega na tym, aby wszystko działało tak jak powinno. My jesteśmy od tego, że jak coś nie funkcjonuje dobrze, to mamy to poprawić. Na przykład transport z  i  na lotnisko, przejazdy, prowiant, problemy ze zdrowiem, zagubienie dokumentów. Bywa też, że nie ma pokoi w hotelu, trzeba zapłacić za trening czy zebrać pieniądze. Jeżeli natomiast wszystko jest w  porządku, team host jest na stadionie i patrzy, jak wszystko się rozgrywa. Jeżeli natomiast biega po stadionie, to wiadomo, że coś się dzieje, coś jest nie tak. Wtedy nas potrzebują. Nie mamy jednak normowanego czasu pracy, na przykład od 7 do 15. Musimy

Każde zawody są zupełnie inne. Nigdy nie jest tak, że wszystko wygląda tak samo. Każdego roku przyjeżdżają inni ludzie. Na początku nie mieliśmy telefonów komórkowych i Internetu, co powodowało, że trzeba było wszędzie chodzić, biegać, osobiście się pojawić. Teraz jest dużo łatwiej. Nasza drużyna jest bardzo samodzielna. Wystarczy sms, wiadomość what’s up i sprawa załatwiona. Są jednak też sytuacje, których nie przewidzimy – auto się zepsuje, nie przyjedzie, pęknie opona, może się zdarzyć cokolwiek. I to nie tylko jeżeli dotyczy to polskiej reprezentacji, bo jeżeli

nr 04 | marzec 2017


zdjęcia: Prywatne archiwum Małgorzaty Juvonen

Hill Size Magazine

Małgorzata Juvonen

45


HILL SIZE jesteśmy w biurze i coś się dzieje z niemiecką czy norweską reprezentacją też musimy iść i  pomóc. Bywa też, że ktoś z nas zachoruje, wtedy musimy siebie zastąpić. Tak więc nie ma mowy o rutynie. Przez tyle lat współpracy z kadrą obserwowałaś wiele sytuacji. Na Twoich oczach skoczkowie wychowali się, niektórzy rozpoczynali swoje kariery, inni je kończyli…

To jest świetna sprawa. Przytoczę jeden przykład. Dla mnie szczególnie fajnie to widać, kiedy patrzę na Klemensa Murańkę. Nie tak dawno przyjeżdżał na letnie zgrupowania do Finlandii jako 10-latek, a teraz to już dorosły, dwa razy wyższy ode mnie mężczyzna i do tego już tata. Z kolei Ci, którzy skakali w 2001 roku teraz przyjeżdżają jako trenerzy. Adam Małysz jako dyrektor sportowy czy Grzesiu Sobczyk. Zmienia się pokolenie. Za kilka lat pewnie ktoś inny przejmie też moją funkcję.

Liczę, że zdobędziemy w skokach medal drużynowy. To byłaby największa nagroda.

Najpiękniejszy moment, który pamiętasz?

Zdecydowanie 2001 rok. Pierwsze Mistrzostwa, pierwszy raz jako attache – to pamięta się najbardziej. Pierwsze medale. Pierwszy był srebrny – nikt w to nie wierzył. Wszyscy cieszyliśmy się jak byśmy wygrali w  lotto. To przychodzi falami. Później Kamil zaczął i  przyjeżdżało dużo polskich kibiców. Tak samo w przypadku Finów. Jak dobrze skakali, było dużo publiczności. Teraz skaczą jak skaczą i na trybunach jest pusto. Kiedy Adam Małysz w 2001 roku zdobył srebrny medal był w świetnej formie. Był zawód, że tylko srebro, a nie złoto?

Nie, absolutnie. To było tak jakby zdobył trzy razy złoto. Później zresztą zdobył je na normalnej skoczni rekompensując sobie drugie miejsce na dużej. Zobaczymy jak będzie na Mistrzostwach Świata w tym roku. Wszystko jest możliwe.

46

nr 04 | marzec 2017


Małgorzata Juvonen Chociaż tu po cichu mówi się o powrocie Finów do wysokiej formy. Muszę przyznać, że lubię też momenty, kiedy Polacy drużynowo stawali na podium – wszyscy razem. To było niesamowite.

stawiać na młodych, to jest przyszłość. Pieniądze też na pewno stanowią dużą rolę. Podobnie było zresztą w Polsce. Kiedy nie było pieniędzy sponsorskich, nie było wyników.

Fińscy skoczkowie przestali brylować. Otwarcie mówi się tu także o głębokim kryzysie finansowym w skokach narciarskich. Jak Ty to odbierasz?

Klub w Lahti ma duże problemy finansowe, uważasz, że MŚ mogą poprawić tę złą sytuację?

Myślę, że Finowie sami nie wiedzą, co się dzieje. Mają dobre zaplecze, związki narciarskie, ale im nie wychodzi. Są tu też dobrzy trenerzy, ale nie potrafią dotrzeć do ludzi. Dlatego stawiają na starszych – na przykład Janne Ahonena. To ich wybór, ale ja uważam, że powinni

Muszą. Nie może być już gorzej, sytuacja może się już tylko poprawić. Przynajmniej ja na to liczę. Czy Lahti jest dobrym miejscem do organizacji MŚ? Jakie są atuty tego miejsca?

Uważam, że Lahti jest świetnym miejscem. Przede wszystkim dobra jest infrastruktura, dlatego, że ośrodek sportowy jest w centrum. Można tu rozgrywać wszystko w  niemal jednym miejscu – skoki, biegi i kombinację. Nowością jest wioska mistrzowska, która w 2017 roku będzie mieściła się około 35 km od Lahti. Poprzednio zawsze mieściła się w samym Lahti. Zobaczymy więc jaka będzie atmosfera i  czy będzie tak jak w  2001 roku, kiedy wszyscy mieszkali w  Lahti. Trzeba jednak przyznać, że dużo pieniędzy zostało zainwestowane w przebudowanie skoczni, budynki, trasy narciarskie, systemy zaśnieżające, tory lodowe, nowy most czy świetlny ekran. Duża skocznia została przebudowana, jednak jej profil nie uległ zmianie. Może to stanowić problem, kiedy skocznia straci homologację, to nie będzie możliwości jej liftingu. W grę będzie wchodziła jedynie przebudowa...

Tu pewnie w grę wchodziły pieniądze. Związek dostał wytyczne od FIS-u, który zrobił kontrole i to pewnie wystarczyło. Na rok 2017 skocznia dostała zielone światło, a co będzie później to zobaczymy. Wiele osób narzeka na te betonową skocznię. Jednak dopóki jest homologacja, skoczkowie będą tu skakać.

Hill Size Magazine

Finowie są dobrymi organizatorami?

Trudno mi powiedzieć, bo nie mam porównania z innymi. Na pewno jest to ogromne wyzwanie i wszyscy się bardzo starają. Czasem idzie lepiej czasem gorzej, tak jak w Polsce. Jest tyle drużyn, osób. Każdy ma swoje oczekiwania. My tu pracujemy jako wolontariusze i  musimy spełnić oczekiwania, żeby wszystkim było dobrze. Największym wyzwaniem będzie transport do wioski i  z  powrotem. To jest element, który trzeba zdecydowanie poprawić. W  porównaniu do zeszłych lat poprawiły się inne rzeczy, na przykład wcześniej bywały problemy z jedzeniem. Adam Małysz w Polsce to bohater narodowy. Jak postrzegany jest w Finlandii?

Finowie mają do Adama ogromny szacunek. Jest to człowiek, który był i jest tu sławny. Do tego miał fińskiego trenera, o  którym zawsze wypowiadał się w  samych superlatywach, co też było bardzo pozytywnie odbierane. Sam Adam niejednokrotnie mówił, że dobrze czuje się w  Lahti. Nigdy nie było żadnych wojen polsko-fińskich, tak jak miało to na przykład miejsce na linii polscy kibice – Sven Hannawald. A co z Hannu Lepistoe?

Szczerze przyznam, że nie wiem, bo nie jestem na bieżąco. Wiążesz jakieś nadzieję w związku z Mistrzostwami Świata w Lahti?

Liczę, że zdobędziemy w skokach medal drużynowy. To byłaby największa nagroda. Chciałabym abyśmy też w biegach narciarskich mieli dobrą drużynę, męską czy żeńską, ale drużynę. Nie żeby było tak, że będzie Justyna Kowalczyk, a potem długo, długo nic. Wiadomo jednak, że największe szanse mamy w skokach narciarskich. 

47


Tekst: Mikołaj Szuszkiewicz

HILL SIZE

TRENER POŻĄDANY Kiedy tylko zaczęły pojawiać się plotki o tym, że Stefan Horngacher zastąpi Łukasza Kruczka na stanowisku trenera reprezentacji Polski, środowisko zgodnie przyklasnęło tym pogłoskom. Nie licząc lat przedwojennych, kiedy każdej zimy na zajęcia z polskimi narciarzami przyjeżdżał inny szkoleniowiec ze Skandynawii, niewielu zagranicznych trenerów prowadziło naszą reprezentację skoczków. Trudny w  obyciu Pavel Mikeska i  ówczesny trenerski młokos, Heinz Kuttin, są w  Polsce wspominani zazwyczaj jako postacie kontrowersyjne, a ich wkład w rozwój kadry „Biało-Czerwonych” poddaje się pod szerokie dyskusje. Zupełnie inaczej jest z  kolejnym obcokrajowcem w  roli trenera reprezentacji Polski w  skokach narciarskich: solidnym niegdyś skoczkiem reprezentującym Austrię, przyjacielem Kuttina, Stefanem Horngacherem. - Wszyscy na niego czekaliśmy. Decyzja o  jego zatrudnieniu została przyjęta wiosną z  dużym zadowoleniem – mówi Kazimierz Długopolski, dwukrotny olimpijczyk w kombinacji, trener skoków narciarskich obecnie pracujący w zakopiańskim AZS-ie. Wydawało się, że jeśli któryś z  polskich szkoleniowców mógłby jednak czuć się zawiedziony wybraniem Horngachera, byłby to Maciej Maciusiak. Po udanym dla jego kadry B sezonie, był jedynym Polakiem

48

wśród kandydatów do przejęcia sterów po Kruczku. Jak mówiło się w kuluarach, na takie przejęcie miał mieć zresztą ochotę. Okazuje się, że po kilku miesiącach współpracy (Maciusiak jest obecnie trenerem kadry juniorów) z  Austriakiem, Polak jest wielkim orędownikiem Horngachera. - Stefan znacząco poprawił atmosferę. Jest chętny do pomocy i  niezapatrzony w  siebie. Nie zależy mu na sukcesie jednego, czy dwóch zawodników, ale na sukcesie reprezentacji – chwali opiekuna kadry A były członek sztabu Adama Małysza. Przy okazji najwyraźniej nawiązuje do postawy Łukasza Kruczka, z którym w ostatnich miesiącach reprezentacyjnej współpracy nie miał najlepszych relacji. Także Kazimierz Długopolski wypowiada się w  podobnym tonie:

nr 04 | marzec 2017


Fot.: Przemysław Wardęga

ny zian Bod da ago .: J Fot

- Plusem Horngachera jest jego spokojny charakter, wyważenie. U Łukasza Kruczka było za dużo „filozofii” - uważa szkoleniowiec. Choć Kruczka broniły (przynajmniej do pewnego momentu) niespotykane dotąd świetne wyniki drużyny narodowej, wydaje się, że środowisko zgodnie oczekiwało jego odejścia. Przy okazji licząc na następcę z  zewnątrz, a  nie wybranego we własnym gronie. Sytuacja nie do wyobrażenia, przykładowo, w rodzimym środowisku piłkarskim. Jest dopiero połowa sezonu, a  „Biało-Czerwoni” już opływają w  sukcesy. Czy zrównoważenie i  koncyliacyjność, o  których tak chętnie opowiadają polscy trenerzy, to jedyne cechy fachowca z tyrolskiego Wörgl, które zbawczo wpłynęły na naszą reprez e n tację? Dużo mówi się o  solidnym warsztacie Horngachera, zdobytym w  Austrii i  Niemczech. O  znajomości technicznych nowinek i kreatywności przy przygotowywaniu

Fot.: Przemysław Wardęga

Stefan Horngacher

Hill Size Magazine

metod treningowych. Wreszcie: o znajomości polskiej specyfiki jeszcze przed objęciem obecnego stanowiska. Wszak nie kto inny, jak Stefan Horngacher prowadził ekipę naszych juniorów wtedy, kiedy jej trzon stanowili Piotr Żyła i Kamil Stoch. Jest jeszcze jeden aspekt, na który zwraca uwagę Długopolski. Choć wszystkim wyżej wymienionym cechom Austriaka nie można odbierać znaczenia, być może kluczowa jest

jego... narodowość. - Każde słowo zagranicznego trenera zawodnicy traktują jak święte. Cokolwiek powie – tak ma po prostu być i koniec. A  do polskiego szkoleniowca zawsze można mieć jakieś „ale”, zawsze jest ta pokusa, żeby się z  nim trochę posprzeczać – ocenia były mistrz Polski w  skokach i  kombinacji. I  nie da się ukryć, że ma rację. Widać to dobrze na przykładzie Piotra Żyły, który

49


Fot.: Ewa Bilan-Stoch

Fot.: Przemysław Wardęga

HILL SIZE

Stefan Horngacher Urodzony w 1969 r. austriacki trener skoków narciarskich. Były zawodnik (dwukrotny mistrz świata w drużynie). Jako trener pracował w Austrii (asystent trenera kadry), Polsce (trener kadry B) i Niemczech (trener kadry B i osobisty szkoleniowiec Martina Schmitta). W sezonie 2016/17 doprowadził Polaków do pierwszej w historii wygranej w konkursie drużynowym PŚ, a Kamila Stocha i Piotra Żyłę do dwóch czołowych miejsc w Turnieju Czterech Skoczni.

50

za czasów Kruczka nie chciał słyszeć o zmianie swojej charakterystycznej pozycji najazdowej. Kiedy tylko przyszedł Austriak, Żyła nagle skorygował sylwetkę na rozbiegu. Nie miał wyjścia. Musiał, ale też chciał posłuchać nowego-starego trenera. Obaj panowie dobrze dogadywali się już za czasów pierwszego pobytu Austriaka w Polsce. W ostatni weekend poprzedniego sezonu, w Planicy, długo rozmawiali ze sobą po zawodach. Zapewne zdawali sobie sprawę ze zbliżającej się współpracy, choć żadne oficjalne decyzje wówczas jeszcze nie zapadły. Po stronie Stefana Horngachera od początku stoją wszyscy ludzie polskich skoków. Zawodnicy, trenerzy, działacze. Co ważne, także kibice. To ogromny kredyt zaufania, którego nie miał na początku swojej trenerskiego doświadczenia z kadrą A Łukasz Kruczek. Pomimo początkowych problemów, Polak zdołał doprowadzić drużynę do pierwszych w historii medali na mistrzostwach świata, a  Kamila Stocha do wielkich sukcesów indywidualnych. Poprzeczka dla Austriaka zawisła więc bardzo wysoko. O  tym, że można ją strącić z  hukiem, przekonał się już Heinz Kuttin. Ponieważ panowie znają się jak łyse konie, Kuttin przed zimą zapewne ostrzegł dobrego kolegę przed możliwymi trudnościami. A  Horngacher najwyraźniej nieszczególnie przejął się taką perspektywą. I całe szczęście. 

nr 04 | marzec 2017


Fot.: Jagoda Bodzianny

Stefan Horngacher

Hill Size Magazine

51


HILL SIZE

US SKI JUMPING CUP 2017 MINNEAPOLIS

Tekst i zdjęcia: Michał Dejko

Jest mi niezmiernie miło, że mogę podzielić się moimi wrażeniami oraz spostrzeżeniami po jednym z konkursów, który odbył się 25 stycznia w Minneapolis w Stanach Zjednoczonych w Stanie Minnesota. Mieszkam w  Stanach już kilka lat i  jestem wielkim fanem skoków. Zanim zawitałem za Ocean co roku, przez prawie dekadę, stawiałem się w  Zakopanem na zawodach Pucharu Świata. Rzeczą jasną dla mnie, mojego ojca czy brata było to, że każdy styczeń stał pod znakiem skoków na Wielkiej Krokwi w zimowej stolicy Polski. Od kilku lat muszę zadowalać się jedynie kibicowaniem w kapciach i mocnym dmuchaniem w telewizor, gdy skaczą nasi. Ten rok jednak nie mógł zacząć się lepiej dla fana skoków, którym niezależnie od miejsca zamieszkania, jestem. Do Minneapolis, a dokładnie na jego przedmieścia tj. Bloomington, zawitał US Ski Jumping Cup 2017. O konkursie dowiedziałem się dość przypadkowo. Trzy godziny przed rozpoczęciem zawodów, jadąc z  pracy po autostradzie, zauważyłem, że wokół skoczni w  Bloomington zgromadzona jest spora liczba ludzi i  samochodów. Cały obiekt był oświetlony. Zaciekawiony podjechałem zobaczyć, co to za zbiegowisko. Po ujrzeniu sporej grupy skoczków, trenerów oraz rozmowie z  jedną z  wolontariuszek było jasne, gdzie spędzę nadchodzący wieczór. Plan był prosty. Szybki powrót do domu, coś na ząb, termos pełny gorącej herbaty z  miodem i  cytryną, a później z powrotem na skocznię. Muszę

52

nr 04 | marzec 2017


2017 Minneapolis

zdradzić, że bardzo fajnie było znowu ubrać rzeczy, które przez lata zakładałem na konkursy na Wielką Krokiew. Ubiór pewnie dobrze Wam znany. Styl "Syberia" - dwie pary skarpet, kalesony, spodnie narciarskie, najcieplejszy golf, kurtka zimowa, rękawice i czapka. Na skocznię dotarłem przed godziną 19, dosłownie na minutę przez rozpoczęciem zawodów. Udało mi się zaparkować tuż przy samym zeskoku. Miejscówka jak marzenie! Blask jupiterów, duża ilość kibiców, hymn USA i  konkurs rozpoczęty!

Kilka słów o zawodach Impreza została zorganizowana przez Minneapolis Ski Jumping Club we współpracy z  USA Nordic, organizacją zrzeszającą największą liczbę skoczków oraz skoczkiń w Stanach Zjednoczonych (zarówno w  skokach, jak i  kombinacji norweskiej). Dodatkowego smaczku imprezie dodawał fakt, że po raz pierwszy w  historii zawodów na obiekcie K-70 pod Minneapolis, zaproszono zawodników i zawodniczki z Europy i Kanady. Oprócz wyżej wspomnianych drużyn z Ameryki Północnej mieliśmy przyjemność podziwiać skoki w wykonaniu ekip z Finlandii, Słowenii, Estonii czy Bułgarii. Konkurs został również podzielony na kilka kategorii: Masters, Junior, Female (skoki żeńskie) i US Cup 5 Hills. W kategorii 'Masters', gdzie skoki oddawali panowie w wieku przekraczającym

Hill Size Magazine

nawet 50 lat, pierwsze miejsce zdobył Cooper Dodds, który poszybował na odległość 68 oraz 69 metrów. W kategorii 'Junior' zwycięzcą został Hunter Gibson, który jako jedyny z  pośród 25 zawodników przekroczył punkt "K" skacząc w  drugiej serii 70,5 metra. W  tej kategorii miał pojawić się również brat znanego z Pucharu Świata Bułgara Vladimira Zografskiego. Z  niewiadomych przyczyn Martin Zografski nie wziął jednak udziału w  zawodach. Spośród pań najlepsza okazała się Logan Sankey, która oddała skoki odpowiednio na 60 oraz 62,5 metra. Najdłuższe skoki podziwiać można było w kategorii US Cup 5 Hills. Tutaj bezkonkurencyjni okazali się skoczkowie z  Europy zajmując trzy pierwsze miejsca. Zawodnicy oddawali przy tym skoki grubo przekraczające punkt konstrukcyjny skoczni. Wygrał Słoweniec, Nik Fabijan, uzyskując w pierwszej serii 73, a w drugiej aż 77,5 metra. Drugi był Fin, Henri Kavilo, który osiągnął odpowiednio na 72,5 oraz 73,5 metra. Trzecie miejsce wywalczył Estończyk Kenno Ruukel po skokach na odległość 72 i 74,5 metra.

Organizacja konkursu W trakcie zawodów swobodnie można było przemieszczać się wokół zeskoku, spotkać skoczków, sędziów czy trenerów. Pełen luz i  żadnych restrykcji. Obok budynku klubowego ustawiono

53


HILL SIZE sporą liczbę grzejników gazowych oraz rozpalono małe ogniska. Dzięki temu większość osób wytrzymała na mrozie prawie trzygodzinne zmagania. Z głośników pod skocznią mogliśmy usłyszeć najnowszą muzykę pop, a  miejscowy spiker naprawdę nieźle radził sobie z  wyczytywaniem zawodników i  komentowaniem skoków. W  samym budynku klubowym można było kupić pamiątki miejscowego klubu skoków narciarskich Minneapolis Ski Club. Do tego oczywiście ciepłe napoje i posiłki.

54

Nie zabrakło...piwa i chipsów! Pod budynkiem stał również namiot z  gadżetami od USANORDIC.ORG oraz Food Truck oferujący hamburgery, hot-dogi i  ciepłą fasolkę, przypominającą znaną w Polsce fasolkę po bretońsku. Właśnie w  tym miejscu miałem okazję poznać jednego z  organizatorów konkursu i  zarazem byłego skoczka Davida Zarlinga. Starszy Pan kiedy tylko usłyszał, że pochodzę z Polski, od razu zaczął wspominać Adama Małysza.

Przywoływał wspaniałe momenty, w tym medale i niezapomniane konkursy olimpijskie z  Salt Lake City, które David widział na żywo w 2002 roku. Nie zabrakło też rozmów o  Kamilu Stochu i  świetnej dyspozycji naszych skoczków w tym sezonie. Zamieniliśmy kilka słów na temat amerykańskich skoków. Niestety tu nie jest tak kolorowo, ale w USA liczą na odrodzenie dyscypliny. Poznałem również powód, dla którego w  tym roku

nr 04 | marzec 2017


2017 Minneapolis zdecydowano się zaprosić europejskie zespoły. Warto dodać, że organizatorzy pokryli koszty podróży i wiz każdej z ekip. Wszystko po to, aby jak najwięcej osób przyszło na skocznię. Jak się okazało za rok, w Minneapolis, na nowo wybudowanym, w całości krytym i  klimatyzowanym Stadionie US Bank odbędzie się Finał Amerykańskiej ligi NFLSuper Bowl. Jest to

Hill Size Magazine

wydarzenie najwyższej rangi w USA, a co za tym idzie, i na świecie. Dlaczego o tym wspominam? Otóż finałowi Super Bowl co roku towarzyszą różnego rodzaju eventy, które mają na celu przyciągnąć uwagę fanów i  potencjalnych sponsorów. Jednym z takich wydarzeń będzie właśnie konkurs skoków na skoczni pod Minneapolis. Konkurs będzie pokazywany w  telewizji, a pisać o nim będzie bardzo duża liczba portali

internetowych. Lepszej promocji skoków w USA nie można sobie wyobrazić. Organizatorzy liczą, że to przyciągnie do ich klubu, a przede wszystkim do tej dyscypliny, zarówno rzeszę młodych adeptów, jak i sponsorów. Miejmy nadzieję, że tak się stanie i  za kilka lat Puchar Świata będzie mógł zawitać do tej części globu! Jeśli tak będzie, na pewno Wam o tym napiszę :) 

55


SZPALER CHOINEK

ADAM MAŁYSZ Polska 03.12.1977

Cztery Kryształowe Kule i jedno trzecie miejsce w Pucharze Świata

3 srebrne i jeden brązowy medal Olimpijski

4 złote, jeden srebrny i jeden brązowy medal Mistrzostw Świata

Wygrana i trzecie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni

3 wygrane i 2 drugie miejsca w Turnieju Nordyckim

3 wygrane w Letnim Grand Prix

39 złotych, 6 srebrnych i 2 brązowe medale Indywidualnych Mistrzostw Polski

39 wygranych konkursów Pucharu Świata

56

nr 04 | marzec 2017


zdjęcie: Kata Deåk

Hill Size Magazine

Legenda

57


SZPALER CHOINEK

Tekst: Klaudia Feruś

RYCINY SKALNE I NAJSTARSZE ZACHOWANE NARTY Tym razem w Księgarni nie polecę Wam żadnej lektury związanej ze skokami narciarskimi, ale za to zabiorę w podróż z narciarstwem w tekstach kultury. Czy zastanawialiście się jak długo ludzie korzystają z nart i skąd czerpiemy wiedzę o historii naszego ulubionego sportu? Według norweskich źródeł, narciarstwo pojawiło się już 22 tys. lat temu. Jednak rysunki naskalne, najstarsze dowody na istnienie i  użytkowanie nart w  Skandynawii i  Syberii, pochodzą zaledwie sprzed kilku tysięcy lat. W okresie neolitu, ale przede wszystkim w epoce brązu, istniał zwyczaj wykonywania rytów naskalnych. Są one dziś bardzo cennym źródłem wiedzy o  ówczesnych wierzeniach i aspektach codziennego życia ludzi. Do najsłynniejszych rytów należy ten przedstawiający narciarza (dł. ok. 65 cm), znajdujący się w Tro na wyspie

58

nr 04 | marzec 2017


Grafiki: Aneta Biedroń

Rødøy w Norwegii. Jest to najstarsze znane przedstawienie ikonograficzne człowieka na nartach. Rycina datowana jest na ok. 3343–2939 r. p.n.e. Jestem przekonana, że wszyscy doskonale ją kojarzycie (może nawet o tym nie wiedząc), gdyż stała się ona jednym z symboli Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer. Ryciny przedstawiające narciarzy znaleziono również pod norweską miejscowością Alta. Narty pomagały mieszkańcom mroźnej Skandynawii w  sprawniejszym przemieszczaniu się po zaśnieżonych terenach, były wykorzystywane w  codziennym życiu, a  przede wszystkim podczas polowań. Najstarsze zachowane narty zostały odnalezione na szwedzkim torfowisku w Hoting, a ich pochodzenie datuje się na 2500 rok p.n.e.

BOGOWIE I NORWESKIE SAGI Narciarstwo nabrało zupełnie nowego znaczenia wraz z  rozwojem poematów epickich mitologii nordyckiej. Narty

Hill Size Magazine

Księgarnia przestały być jedynie środkiem transportu i stały się obiektem kultu. W  Skandynawii wierzono w obdarzonego wielką urodą boga narciarstwa, myślistwa i łucznictwa Ulla, od którego nazwę wzięło ponad 80 skandynawskich miejscowości. Jego siedzibą był Ydalir w  Dolinie Cisów. Ull nie bez przyczyny mieszkał w lesie cisowym. Drzewo to do dziś uważane jest za najlepszy materiał do wykonywania łuku (do wykonywania nart niezastąpione jest drzewo sosnowe i  brzozowe). W  mitologii skandynawskiej wyróżniamy także boginię gór Skadi, która często przedstawiana była z  nartami. Według wierzeń posiadała ona znakomite umiejętności narciarskie, a  jej imieniu zawdzięczamy obecną nazwę „Skandynawia”. Wikingowie byli jednymi z najlepszych narciarzy i  łuczników swoich czasów. Jazda na nartach i polowania były nieodłączną częścią ich życia. Dobry narciarz cieszył się wielkim uznaniem. Zdarzało się, że przy wyborze przywódcy patrzono na umiejętności władania łukiem i styl jazdy na nartach.

OPOWIADANIA KRÓLEWSKIE Także w sagach o  losach norweskich królów, autorstwa Islandczyka Snorre Sturlasona (1179-1241), znajdujemy potwierdzenie, że narty były zimowym środkiem lokomocji w  całej Skandynawii na długo przed jego urodzeniem. Według jednej z  opisanych w  nich legend, między 1044 a  1066 r., pierwszy skok na śniegu wykonał narciarz Heming, ratując się przed śmiercią na stromym stoku wyspy Bremengen.

Obecność nart w opowiadaniach królewskich może dowodzić, że sam król interesował się narciarstwem lub było ono ważnym elementem w życiu poddanego mu społeczeństwa.

MILITARNE NARCIARSTWO Narty były także powszechnie wykorzystywane w wojsku. Najstarszy zapis o militarnym użytkowaniu nart dotyczy bitwy pod Isen (1200 r.) koło Oslo. Kolejne, kapitana holenderskiej marynarki Corneliusa de Jonga, pochodzą dopiero z 1796 r. i opisują ćwiczenia wojskowe norweskich żołnierzy pod Trondheim, którzy ćwiczyli skoki z ośnieżonego dachu szałasu.

NARCIARSTWO JAKO SPORT Dzięki tekstom kultury dowiadujemy się, że narciarstwo zrodziło się z potrzeb człowieka i  początkowo nie było traktowane jako sport. Od kiedy jednak ludzie traktują narciarstwo jako rodzaj rekreacji? Każdy fan skoków narciarskich doskonale zna określenie: telemark, czyli sposób lądowania, podczas którego skoczek wysuwa jedną z nóg do przodu, amortyzując tym samym lądowanie. Telemarkiem określana jest także stara technika zjazdowa, silnie rozpowszechniona w  Norwegii. Geneza obu terminów nie jest przypadkowa. Telemark to region administracyjny w południowej Norwegii, w którym znajduje się miejscowość Morgedal będąca kolebką rekreacyjnego narciarstwa. Morgedal było niewielką wspólnotą żyjąca wśród gór, której członkowie musieli pracować niezwykle ciężko, aby związać koniec z  końcem. Jedynymi rzeczami, których nie brakowało im nigdy był: śnieg, drzewa i kamieniste zbocza gór. To właśnie tam mieszkał znany Wam już zapewne cieśla - Sondre Auersen Nordheim, którego maksyma: „Zbocza wzywają, a ja muszę

59


SZPALER CHOINEK odpowiedzieć” przeszła do kanonu narciarstwa. Urodzony w 1825 r. Norweg wprowadził narciarstwo w  nowy wymiar. Pokazał ludziom, że narty są nie tylko doskonałym środkiem komunikacji, ale przede wszystkim sposobem na spędzanie wolnego czasu. Nordheim zachęcał młodzież do uprawiania narciarstwa, był konstruktorem typu wiązań z luźną piętą, a jego skok na odległość 30 metrów (w  1860 r.) na 30 lat stał się rekordem świata.

młodym bohaterem był szewc z Telemarku Torjus Hemmestveit, który oddał skok na odległość 23 metrów. Rok później na zawody w  Holmenkollen zjechało 20 tys. kibiców, pragnących na własne oczy zobaczyć ten niesamowity

wszystkich sportów. „Jeśli cokolwiek zasługuje na miano ‘sportu sportów’, musi to być właśnie ten” - stwierdził po przebyciu na nartach w 1888 r. pokrywy lodowej Grenlandii. Kilka lat później Nansen obrał za swój cel Biegun Północny, ale nigdy do niego nie dotarł. Przenikliwe zimno i trudne warunki na lodzie zmusiły Nansena i  jego towarzysza Hjalmara Johansena, do powrotu szlakiem, którym podążali. Łącznie spędzili ponad rok przemierzając na nartach lodowe pustkowie, całkowicie odcięci od reszty świata. Innym śmiałym przedsięwzięciem była wyprawa Roalda Amundsena na Biegun Południowy w  latach 1910-1912. Wraz z czwórką norweskich towarzyszy, Amundsen jako pierwszy człowiek dotarł do bieguna i zatknął na nim norweską flagę. Piątka uczestników wyprawy przebyła na nartach dystans około 3000 kilometrów. Część sprzętu używanego w  wyprawach polarnych przez Nansena i  Amundsena możemy oglądać dziś w  Muzeum Narciarstwa w Oslo.

sport, a ich zwycięzca otrzymał specjalny puchar króla Norwegii.

Czy wiesz, że…?

ROZWÓJ NARCIARSTWA Szeroki świat po raz pierwszy usłyszał o sporcie narciarskim od Llewellyna Lloyda - dziennikarza Field Sports of the North of Europe, który tak relacjonował swój pobyt w Telemarku: „Zobaczyłem tu zabawę, która była znana wszystkim mieszkańcom tego zakątka - zjazd na nartach po bardzo stromym stoku górskim". Pierwszy klub narciarski powstał w  1861 r. w  Norwegii pod nazwą Trysil Shooting and Skiing Club. Pięć lat później na stoku w Holmenkollen zorganizowano pierwsze zawody narciarskie Holmenkollen Nordic, które z  czasem zyskały miano Igrzysk Nordyckich. W 1881 r. tygodnik Norsk Idraedblad tak relacjonował zawody w Christianii: „Młody, elastyczny jak sprężyna wybił się z  progu skoczni i  poszybował spokojnie jak ptak. Małe ugięcie kolan i już wylądował, kończąc zjazd telemarkiem. Jak meteor wjechał między zdziwiony tłum, oczarowany niezwykłym zjawiskiem...". Tym

60

NARTY W PODBOJU ŚWIATA Narty towarzyszyły ludzkości także podczas wielkich wypraw. Norwescy badacze polarni zwykli podkreślać miłość do narciarstwa jako symbolu do swojej ojczyzny. Fridtjof Nansen pisał w  „Pierwszym przemarszu przez Grenlandię” o swojej miłości do narciarstwa, które uważał za najbardziej norweski ze

… w wielu językach stosujemy zapożyczenia z norweskiego? Jednym z nich jest: slalom. Pierwsza sylaba sla oznacza stok, wzgórze lub gładką powierzchnię, a  låm (czyt. „lom”) to szlak w dół stoku. Początkowo slalåm był biegiem przełajowym przez pola, wzgórza i skalne ściany, zygzakiem między zaroślami. Innym przykładem jest słówko: ski, które początkowo oznaczało rozszczepiony kawałek drewna. 

nr 04 | marzec 2017


Przepis: Alicja Chyc-Kuros

Latająca kuchnia

Tort makowy

40 dkg cukru pudru 50 dkg maku 2 łyżki tartej bułki 1 torebka prawdziwego cukru wanilinowego 12 jajek 15 dkg drobno posiekanych orzechów 15 dkg mielonych migdałów

LATAJĄCA KUCHNIA

Do gotującego mleka wlać śmietanę zmieszaną z roztrzepanymi jajkami. Podgrzewać na małym ogniu aż się dobrze zważy i zrobi się serek. Odcedzić przez sito, wystudzić. Utrzeć masło z cukrem, dodawać po 1 łyżce sera, ucierać na gładką masę. Podzielić na 2 części, do jednej dodać kakao lub kawę, do drugiej bakalie i sok z pomarańczy. Tortownicę wysmarować masłem, na spód dajemy masę ciemną, odkładamy do lodówki. Gdy stężeje galaretka wylewamy na tą masę. Następnie kładziemy drugą masę i na wierzch galaretkę.

Poncz 4 łyżki rumu 1/2 l soku wiśniowego sok z 1/2 cytryny i z 1 pomarańczy

Masa: 3 kostki masła ucieramy z 30 dkg cukru pudru na pulchną masę. Następnie dodajemy 1/4 l śmietany kremówki - dodawać stopniowo, cały czas ucierając. Następnie sok z całej cytryny i pomarańczy i 2 torebki prawdziwego cukru wanilinowego. Gdy masa się zetnie dodajemy ją na ciepłą płytę i ucieramy tak długo, aż stanie się jednolita. Wtedy dzielimy ją na 2 części. Do pierwszej dodajemy 20 dkg mielonych orzechów. Do drugiej mieloną czekoladę gorzką i przekładamy placki. Górę polewamy polewą czekoladową białą lub czarną i dekorujemy według uznania.

Hill Size Magazine

61


Przygotowała: Maria Grzywa

ODJAZD Wzloty i upadki Gregora Schlierenzauera Kontuzja, której wybitny skoczek z Austrii, doznał podczas jazdy na nartach wykluczyła go na długo z regularnego treningu. Rehabilitacja zerwanego więzadła trwała bardzo długo. Do skakania Schlieri powrócił w Wiśle, dobrze spisując się przed polską publicznością. Niestety podczas lotów w Oberstdorfie zaliczył dość poważnie wyglądający upadek. Na szczęście obrażenia jakie odniósł nie były na tyle poważne. Austriak podczas minionych trzech tygodni ciężko pracował, aby wrócić do optymalnej dyspozycji. Jego praca została doceniona i Heinz Kuttin powołał go do kadry na MŚ w Lahti. Instagram.com/gregorschlierenzauer

Ręcznie robione trofea Do norweskiego Rawair pozostały mniej niż dwa tygodnie. Norwegowie pilnują, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nie zapomnieli o trofeach, które zostaną wręczone najlepszym zawodnikom nowatorskiego turnieju. Do ich wykonania zostali zaproszeni podopieczni Alexandra Stoeckla - Daniel Andre-Tande, Anders Fannemel i Joachim Hauer. Skoczkowie podczas wykuwania statuetek mogli wykazać się swoimi artystycznymi talentami. Jak widać na załączonym obrazku Daniel Andre-Tande w poprzednim wcieleniu na pewno pracował w kuźni ;). https://www.facebook.com/DanielAndreTande/?fref=ts

Marzenia wypowiadane na głos Już chyba każdy Polak wie, co jest ulubionym gadżetem Piotra Żyły. Tak, to oczywiście podgrzewana deska sedesowa. Niestety takie rarytasy nasz skoczek mógł podziwiać tylko w odległej Azji. Jakże miła niespodzianka czekała na niego po powrocie z Pjongczang. Jeden z producentów akcesoriów łazienkowych podarował Piotrowi takie właśnie sanitarne cudo. Oczywiście nie mogło obyć się bez zdjęcia. Jak to niewiele trzeba aby człowieka uszczęśliwić ;) https://www.facebook.com/Piotr-%C5%BBy%C5%82aOfficial-419219738138922/?ref=ts&fref=ts

62

nr 04 | marzec 2017


social media Urodziny najlepszego przyjaciela 18 lutego Andreas Wank skończył 29 lat. W tym dniu nie obyło się bez wesołych zdjęć urodzinowych zamieszczanych na portalach społecznościowych. Tej okazji nie przegapił Andreas Wellinger, który składając najlepszemu przyjacielowi życzenia, opublikował na instagramie fotografię z jubilatem. Dołączamy się do życzeń Andreasa Wellingera. Alles gute! https://www.facebook.com/andreas.wellinger.skispringen/?fref=ts

Simon Ammann ponownie ojcem Puchar Świata zawitał do Polski, a świat skoków narciarskich obiegła radosna nowina. Simon Ammann został dumnym ojcem córeczki. Do synka Theodora dołączyła mała Charlotte. Miejmy nadzieję, że narodziny drugiego potomka dodadzą Simiemu wiary w siebie i znów będziemy mogli oglądać jego dalekie skoki. Igrzyska Olimpijskie już w przyszłym roku... https://www.facebook.com/SimonAmmann-192475986354/?fref=ts

Ukryty lew Dobrze wiemy, że Maciej Kot to ukryty talent. Stefanowi Horngaherowi małymi krokami udaje się ten talent odkrywać. Zakopiańczyk podczas azjatyckiego tournée odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata. Liczymy na to, że w młodszym z braci Kot podczas nadchodzących Mistrzostw Świata obudzi się drzemiący w nim lew i udowodni sobie i wszystkim niedowiarkom, że jest zawodnikiem najwyższej klasy. I niech ten pluszowy lew będzie tego zwiastunem... Instagram.com/maciejkot

Hill Size Magazine

63


Zdjęcie: Przemysław Wardęga

ODJAZD

ZDJĘCIA KIBICÓW

Kamil Stoch ze swoim Oficjalnym Fanklubem

64

nr 04 | marzec 2017


KONKURS

selfie ze skocznią

WYNIKI I miejsce ALEKSANDRA NIEMIEC

Wyróżnienia

MICHAŁ KARDYNAŁ

WERONIKA KOSMATA Wszystkim nagrodzonym serdecznie gratulujemy! Hill Size Magazine

65


ODJAZD

Zdjęcie: Przemysław Wardęga

#getwellsoonSeverin


Zdjęcie: Dominika Wiśniowska

#welcomebackSchlieri


ODJAZD

Zdjęcie: Dominika Wiśniowska

MISTRZOSTWA NORWEGII

Andreas Stjernen został ulubieńcem najmłodszych kibiców. Po zawodach skoczek reprezentujący lokalny klub Trondherhopp znalazł czas na wspólne zdjęcia i autografy

Daniel Andre Tande pewnie prowadził już po pierwszej serii konkursu. Trzeci zawodnik Turnieju Czterech Skoczni wylądował na 138.0 m.

68

nr 04 | marzec 2017


Mistrzostwa Norwegii

Krajowe mistrzostwa cieszyły się ogromnym zainteresowaniem ze strony samych zawodników. Chętnych do walki o tytuł najlepszego skoczka Norwegii było tak wielu, że w wieczór poprzedzający zawody konieczne było rozegranie kwalifikacji.

Wśród obserwujących zmagania najlepszych norweskich zawodników był także trener kadry narodowej Alexander Stoeckl. Poza skokami swoich podopiecznych, austriacki szkoleniowiec obserwował postępy młodych zawodników, przyszłych gwiazd norweskiej ekipy.

Chyba wszyscy pamiętają tego zawodnika. Anders Bardal kibicował młodszym kolegom z trybun skoczni Granasen

Podczas, gdy jedni spędzali czas z kibicami, inni musieli zmierzyć się z pytaniami dziennikarzy. Anders Fannemel w wywiadzie dla norweskiej telewizji NRK

Hill Size Magazine

69


ODJAZD

70

Holmenkollen

10-12.03

Lillehammer

13-14.03

Trondheim

15-16.03

Vikersund

17-19.03

nr 04 | marzec 2017


Hill Size Magazine marzec 2017  

Jeden z najlepszych sezonów w historii polskich skoków narciarskich w pełni. Trwa impreza zimy – Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasyczny...

Hill Size Magazine marzec 2017  

Jeden z najlepszych sezonów w historii polskich skoków narciarskich w pełni. Trwa impreza zimy – Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasyczny...

Advertisement