FUSS 2/2013

Page 1


W NUMERZE: FUSS 4. MAKING TEATR KLASY B, TATTOO FEST, PROJEKT UPS

ZASŁYSZANE

6. TECHNOSTALGIA Magda Jasińska MIĘDZY SŁOWAMI

9.

OPOWIEŚĆ KRÓLOWĄ WSZYSTKICH MEMÓW wywiad z Piorem Czerskim

MIĘDZY INNYMI OCHOTĘ? Jak 14. MASZ seks w ciemnościach

wygląda

Aleksandra Piotrowska AR JU? - czyli co nas tu 17. HAŁ trzyma­ Daria Zielińska WARS 21. WIKI Katarzyna Wabik

FELIETONY DJ-e 24. KĄPIELOWI Kołłątajowska Kuźnia Prawdziwych Mężczyzn (NIE) ZOSTAŁAM 26. JAK STRIPTIZERKĄ,­czyli seksbiznes śmierdzi w państwie duńskim Natalia Grubizna /Nat Gru


NA WSCHÓD OD EDENU

KĄTEM OKA

O JANOSIKA, czyli­czyja jest 30. WALKA ta miedza

Pierwszym numerem FUSSa chcieliśmy zaanon­ sować­wiosnę. Jego tytuł, Gdy rozum śpi, okazał się jed­ nak proroczy – wiosna zaspała, a logiki w tym brak. Od razu przyszło lato. Jakby pogoda nie znała półśrodków.

Weronika Gogola — ŚWIĄTYNIA (SZTUKI) 34. KINO Marta Stańczyk

Dychotomia jest charakterystyczna nie tylko­dla naszych warunków meteorologicznych.­Pamiętacie­ braci z filmu Elii Kazana Na wschód od edenu? Fil­ mowy klasyk przedstawiał Cala i Arona­– chłopców różnych tak bardzo, jak tylko mogą się różnić oso­ by zrodzone z jednej matki. Podobnie jest z dzi­ siejszą kulturą – rozwija się prężnie i dynamicznie, a jednocześnie­dla niektórych zbyt szybko, więc marzą oni o powrocie do dawnych stylów i konwenansów. W FUSSie chcemy pokazywać obie strony medalu. Dlatego­piszemy tak o wikiwars, internetowej wojnie o „rząd dusz”, czyli­„prawdziwą” informację (s. 21), jak również o technostalgii, czyli chęci powrotu, w rytmach i sprzęcie muzycznym, do muzyki retro (s. 6). Pokazu­ jemy także rewers „tradycyjnego” myślenia i założeń – jak tych, że Janosik był tylko polskim bohaterem (s. 30), a oglądanie seriale nie było pełnowartościowym przeży­ ciem kulturalnym (s. 41)

WSCHODZIE U FRANKA 38. NA CASTORFA Magdalena Garlińska OD KULTURY 41. UZALEŻNIENI Aldona Pikul

OD SZATNI Z SIODŁA 44. ZRZUCENI Michał Oberc SIŁA W PIGUŁCE 47. MĘSKA Izabela Włodarz

Na wschód od edenu to także to, co znajduje się z dala od utopijnych krain – także tych myślowych. O innej stronie budowy idealnego ciała, czyli obrazie­wi­ dzianym oczami kobiety­pracującej w męskiej siłowni,­ przeczytacie na stronie 47, a wraz z Nat Gru możecie „od kulis” zobaczyć pracę w klubie go-go (s. 26). Kru­ chość idyllicznych wyobrażeń o życiu na emigracji przedstawiamy­w tekście o zmaganiach z brytyjską­co­ dziennością.

W DRODZE PULSUJĄ CAIPIRINHĄ 49. ZMYSŁY Łukasz Augustowski ALL INCLUSIVE 52. BACKPACKERSKIE Natalia Ogorzałek i Maciej Wardejn

Na wschód od edenu to również podróż w miejsca od­ ległe od tych, w których bywamy na co dzień – z ple­ cakiem do południowej Azji (s. 52) czy na karnawał do Rio de Janeiro (s. 49). Wraz z drugim numerem FUSSa zapraszamy Was na te wszystkie­czytelnicze wyprawy – nie tylko na wschód.

REDAKCJA: redaktorka naczelna - Magdalena Urbańska zastępczyni redaktorki naczelnej - Klaudyna Schubert ilustracje na okładce i w spisie treści - Maria Dagmara Skiba webmaster - Artur Gacek wydawca: CelEdu Anna Katarzyna Machacz ul. Cegielniania 13/30 30-404 Kraków

MAGDALENA URBAŃSKA

redaktorka naczelna

www.fuss.com.pl // redakcja@fuss.com.pl

3


MAKING FUSS

TEATR KLASY B to kino kameralne w Starym Teatrze w Krakowie. Nie ma w nim reklam przed seansem, ale czasami urywa się taśma, nie wszystko dobrze widać, słychać szumy i trzaski. Klasa­B może oznaczać zarówno złą jakość nagrania, jak i złe recenzje spektakli znanych „mistrzów”. Program jest performatywny, tworzony na bieżąco,­aby szybko i spontaniczne reagować na to, co dzieje się w Teatrze Starym. W Tk#b można­ zobaczyć nagrania spektakli­ niedocenionych, wstydliwych, niewygodnych,­szybko zdjętych z afisza­i wykluczonych z głównego nurtu.­ To inna biografia Starego Teatru. Spotkania odbywają się w każdy poniedziałek w Strefie BE – przestrzeni dawnego­muze­ um – gdzie można przyjść z kanapką,­posłuchać muzyki i porozmawiać.­ Zaczynamy o 20.00 z muzyką, seans pół godziny później. Wstęp zawsze wolny! Zapraszamy na Facebooka, gdzie znajduje się szczegółowy program: www.facebook.com/pages/ teatr-klasy-B/169096139908993

Projekt UPS

t w U l p

Główną ideą projektu UPS jest zacieśnienie kontaktów m poprzez niewiedzę i stereotypy. UPS ma zatem ambicję nie tylko na poziomie artystycznym, ale również społec

Pierwsze spotkanie w ramach projektu jest już za nami swoje wiersze, które zostały przetłumaczone na języki „ wykonującego muzykę oscylującą wokół ambientu. Już Zapraszamy: www.facebook.com/ProjektUps


TATTOOFEST 2013 8-9.06. KRAKÓW Siedem edycji, tysiące zdjęć tatuaży i uczestników, ponad 1500 modeli na scenie, artyści reprezentujący 35 krajów, setki wykonanych prac, kilkanaście recenzji w zagranicznej prasie, liczne towarzyszące atrakcje, zaadaptowany lemur, dokarmiony struś i wydra… Ósma edycja festiwalu tatuażu TattooFest odbędzie­się w dniach 8-9.06.2013 w Krakowie. To niepowtarzalna okazja, by wytatuować się u najlepszych artystów z Polski i z zagranicy,­ często nieosiągalnych w naszym kraju. To również szansa, aby pooglądać artystów w trakcie pracy, odnaleźć coś wyjątkowego dla siebie w bogatym i różnorodnym świecie współczesnego, artystycznego tatuażu. Tradycyjnie nie zabraknie na scenie pokazów i atrakcji dla publiczności, a także kwintesencji konwentu – konkursów na najlepsze tatuaże. Organizatorzy chcą zapoznać polską publiczność z nowymi stylami, odzwierciedlającymi zmiany zachodzące na scenie światowego tatuażu. Ponadto, podczas tegorocznego festiwalu będzie można wziąć udział w wykładach, które przybliżą historię tatuażu etnicznego i jego pozycję we współczesnym świcie, rzucą nieco światła na współczesny chiński tatuaż oraz ukażą jego oblicze w popkulturze.

to cykl spotkań młodych poetów z Polski, Ukrainy i Słowacji, odbywających się w Krakowie,­Bratysławie i Lwowie w przeciągu półtora roku. Jego celem jest zachęcenie mieszkańców­tych miast do nawiązania dialogu. Projekt UPS ma służyć budowaniu relacji­między trzema narodami oraz pomóc we wzajemnym poznaniu. Spotkania literackie mają stwarzać kontakty na międzynarodowym poziomie. Zwieńczeniem projektu będzie antologia podsumowująca cykl spotkań.

między mieszkańcami Polski, Ukrainy i Słowacji. Kraje te, mimo że tak od siebie nieodległe, oddalają się od siebie ę, by obalać mity i sprzyjać wzajemnemu poznaniu. Ma stanowić pozytywną stymulację do dalszej współpracy­— cznym.

i. W Krakowie gościła trójka poetów: Pawlo Korobczuk, Michał Habaj oraz Piotr Macierzyński. Zaprezentowali „kolegów po piórze”. Wieczór uwiecznił koncert Toniego Granko ze Słowacji, niezwykłego multiinstrumentalisty, ż wiemy, że w przyszłości będzie nie mniej ciekawie!

5


ZASŁYSZANE

technostalgia tekst: Magda A. Jasińska ilustracja: Mihau Dumin To już nawet nie jest tak, że tęsknimy za przeszłością. Za wszelką cenę próbujemy kurczowo trzymać się teraźniejszości, którą za pomocą jednego klawisza zamieniamy w niematerialny, czasoprzestrzenny­ artefakt. W świecie nadmiarów, nieustających promocji i ułatwiających nam życie­wielofunkcyjnych­ urządzeń, gdzieś tam w opozycyjnej niszy czai się technostalgia. Wzmagająca naszą tęsknotę­ za starszymi, wypartymi już na margines rynku formami rejestracji i odbioru – wymagającymi­ od nas zdecydowanie większego zaangażowania nie tylko percepcyjnego, ale także fizycznego. Wirtualne muzeum teraźniejszości Nasze prywatne kolekcje audio i video zawieszamy w próżni baj­ tów, html-ów, mnożących się pikseli i hipertekstów. Cyfryzujemy swoje życie, cyborgizujemy siebie i otacza­ jącą nas rzeczywistość – komputery stają się przedłużeniem naszej ko­ lektywnej i indywidualnej pamięci. Aktualizujemy naszą rzeczywistość automatycznie, często na ślepo lub krótkowzrocznie – w myśl tech­ nologicznych trendów. Nieuchwyt­ ność kusi nas ulotnością i jednocześ­ nie intensywnością chwili. Najpierw trzymamy się jej, łapiemy, potem przepuszczamy przez palce rozpę­ dzonej rzeczywistości, następnie pa­ nicznie próbujemy zatrzymać. Pstry­ kamy, nagrywamy, nie rozstajemy się z naszymi i-urządzeniami, których zakres aplikacji stylizujących nasze zdjęcia i modulujących głosy rośnie na potęgę. Facebookowe autokreacje­ – wirtualne, skomplikowane twory, będące przedłużeniem naszych oso­ bowości – stają się formą nowoczes­ nego archiwum, którym ekshibicjo­ nistycznie dzielimy się ze światem. Retromańskie wirusy rozprzestrze­ niają się w tych powierzchownych sieciach rynkowych i internetowych

maszynach, często na siłę próbu­ jąc wykorzystać nasze nostalgiczne słabości. Ocierają się one o main­ stream, równocześnie zaprzeczając, jakoby tym mainstreamem chciały być. Przeszłość coraz bardziej uwik­ łana jest w teraźniejszość, a teraź­ niejszość w przeszłość. Granice się zacierają, co doskonale widać w ob­ rębie całej kultury. Na całe szczęście w tym rozproszonym krajobrazie technokratycznego reżimu wciąż jeszcze tęsknimy. Jedni mniej, inni bardziej. Czasem na pokaz, czasem bo wypada, a niekiedy dlatego, że faktycznie próbujemy czymś wy­ pełnić nasilające się poczucie braku. Nostalgiczne działania zauważalne są we wszystkich obszarach kul­ tury. Jednak szczególnie ciekawie prezentują się one w sferze audio.

następnie coveruje­to Drake i Ri­ hanna, po czym z tak przetworzo­ nym muzycznym tworem mierzy się Florence and the Machine. Przy­ kłady podobnych seryjnych sieci dźwiękowych zapożyczeń można by mnożyć. Jazzowe sample i funkowe loopy nie od dziś stanowią muzycz­ ną bazę dla komercyjnych twórców spod znaku pop, a „bardziej ambit­ ni” muzycy sięgają po najświeższe hity ze szczytów list przebojów. Teraźniejszość przekształca prze­ szłość na swoje potrzeby, zachcianki i indywidualne widzimisię. Czasem w efekcie takich transformacji otrzy­ mujemy coś całkowicie wtórnego, niewartego uwagi, irytującego swym pretensjonalnym nawiązaniem do tego, co już było; ale czasem strate­ gie retromanii kreują coś zupełnie nowego, świeżego i zaskakującego, Take care w świecie retromanii ukazując niezauważalny wcześniej potencjał znanych nam już utwo­ Powroty do przeszłych dźwię­ rów. Tego typu działania wykorzy­ kowych tendencji można zauważyć stują nie tylko gotowe muzyczne na każdym kroku, a wszelkiego ro­ ready-made’y, ale również przeszłe, dzaju strategie przechwytywania odłożone do lamusa technologie. zalewają – komercyjne i nie tylko – programy muzyczne i stacje radio­ Chcemy być retro… we. Popkulturowe granice są coraz trudniejsze do wyznaczenia. Jamie … i cierpimy na technostalgię. xx odświeża utwór-legendę Gila Nie wszyscy. Może nawet niewielu Scotta-Herona I’ll Take Care Of You, z nas. Nie ulega jednak wątpliwości,

6



że liczne formy powrotów do prze­ szłości w kulturze trudno przeoczyć. Retro-atrapy i retro-stylizacje są wszędzie. Cała popkultura – moda, design, teledyski, muzyka – zarażona jest sprawdzonymi eks-tendencjami lub tylko ich symbolami (do obja­ wów technostalgii możemy zaliczyć: wizerunek kasety magnetofonowej na koszulkach, oklejone winylami ściany oraz odtwarzacze do i-podów wyglądające jak boomboxy). W zna­ komitej większości pojawiające się nowe gatunki muzyczne są wypad­ kowymi lub reedycjami wcześniej­ szych. Nie ma nic złego w muzycz­ nym przetwarzaniu, pod warunkiem, że nie jest ono wtórne, a postproduk­ cja nie wynika z autorskiego lenistwa czy wygody. Świadczy o tym rozwi­ jająca się od lat kultura didżejów i turntablistów z Christianem Marc­ layem i dj Spookym na czele, którzy gramofony i płyty winylowe traktują nie tylko jako narzędzia odtwarzające­ muzykę, ale jako autonomiczne instrumenty. Oczywiście aktywni artystycznie technostalgicy nigdy nie staną na komercyjnym podium popkultury. Niemniej jednak są cie­ kawi ze względu na pewne praktyki i artystyczne propozycje, które wpi­ sują w obraz muzycznych zjawisk. Rośnie zainteresowanie estetyką szumów, tęsknimy za skrzypiącą pły­ tą winylową i chcielibyśmy znowu móc za pomocą ołówka­nakręcić taśmę na magnetofonową szpulę. Festiwalowo-koncertowa kultu­ ra ma się coraz lepiej, co świadczy­ o potrzebie powrotów do rytualne­ go słuchania, jak również powrotu do sytuacji, w której muzyka nie sta­ nowi tylko scenograficznego tła dla otaczających nas zdarzeń i rzeczywi­ stości, a raczej percepcyjne centrum.

wybrednych, proponuje szereg bar­ dzo ciekawych artystycznych strate­ gii, w których najważniejsza jest już nie jakość (w przypadku muzyki ko­ rygowana za wszelką cenę od poja­ wienia się fonografu), a postproduk­ tywna inwencja, która z przeszłości czerpie garściami, ale w selektywny i nieprzypadkowy sposób. Pojawiają się muzyczne nurty, których repre­ zentanci powracają do starych form nagrywania. Przykładem tego jest lo­ -fi – gatunek, którego jednymi z naj­ świeższych reprezentantów są Ariel Pink czy John Maus. Obaj amerykań­ scy muzycy swoje pierwsze albumy nagrywali na magnetofony, przewija­ li, kasowali, a pierwszy z nich nawet instrumenty perkusyjne zastępował swoimi ustami. Obaj śpiewają o lice­ alnych miłościach, chłopakach, pla­ ży i marzeniach – zbliżając się nieco do kalifornijskiego popu. Zarówno w muzyce, jak i w klipach nie trudno wyłapać inspirację latami 60-tymi i 80-tymi. Wszystko jest proste, me­ lodyjne i dalekie od doskonałości. Na podobnej zasadzie działa hypna­ gogic pop, a także artyści spod znaku strategii hauntologicznych, którzy w jeszcze mniej oczywisty sposób korzystają z ech przeszłości: inspira­ cji muzyką rodziców, telewizyjnych reklam i innych dźwięków zareje­ strowanych nieświadomie w trakcie dzieciństwa i późniejszego dorasta­ nia. Technostalgiczne taktyki moż­ na by mnożyć. A stare technologie dzięki pojawianiu się nowych zysku­ ją nowe znaczenia, poprzez posze­ rzanie zakresu ich funkcji. Powstają małe wydawnictwa, które propagują powrót magnetofonowych kaset, czego najlepszym przykładem jest wrocławskie Songoplasmo Records; Audio Art coraz częściej sięga po analogi, a studenci wydziału inter­ Nie o jakość tu chodzi media krakowskiej ASP konstruują historyczne intonarumori (genera­ Oprócz didżejingu, kultura mu­ tory szumów, które wymyślił autor zyczna, dla tych odrobinę bardziej manifestu futurystycznego Sztuka

8

hałasów, Luigi Russolo). Alternatywna choroba cywilizacyjna Technostalgia i jej strategie po­ jawiają się przede wszystkim ze względu na wszechobecny przesyt i estetyczny eklektyzm otaczającej nas kultury muzycznej. Poza tym często są alternatywnym wentylem, który umożliwia nam powrót do tego, co materialne, a coraz częściej wypierane przez wszelkiego rodza­ ju cyfrowe formaty. Tak postawiona diagnoza nie jest wyrazem krytyki technokratycznych realiów, stanowi raczej pewien szereg spostrzeżeń, które wspólnie konstruują charak­ terystyczny dla pokolenia Y (klapek i i-podów) model rzeczywistości, w której technostalgia wydaje się być optymistycznym akcentem w zwro­ cie ku bardziej uchwytnej, bądź co bądź, przeszłości.

Magda A. Jasińska — absolwentka wiedzy o teatrze, studentka kultury współczesnej. Technostaligiczka.


MIĘDZY SŁOWAMI

Opowieść królową wszystkich memów z Piotrem Czerskim rozmawia Zosia Wiemann ilustracja: Karolina Kościelniak Gdybyśmy byli na przykład Anną Muchą i Piotrem Najsztubem, siedzielibyśmy na pluszowej sofie i w pełnym makijażu dyskutowalibyśmy o operacji piersi po kolejnym dziecku. Ale nie jesteśmy, więc spotykamy się w sieci. Twój artykuł My, dzieci sieci wywołał spore zamieszanie, sprowokował wiele dyskusji. Mnie nurtowała jedna kwestia: skoro my, dorastający z siecią i w sieci, będący świadkiem jej powstania oraz rozwoju, jesteśmy już tak z nią zrośnięci, to co będzie z naszymi dziećmi? Z pokoleniem, które nie zna życia bez Internetu, którego narodziny, dorastanie, pierwsze kupki i ząbki­ publikowane są na Facebooku?

teraz: dlaczego rewolucja przemy­ słowa (będę się trzymał tego punk­ tu odniesienia, wydaje mi się bar­ dzo adekwatny) w ogóle nastąpiła?­ Otóż: bo mogła. A skoro mogła, to i musiała. Ludzkość uzyskała moż­ liwość ujarzmienia nowych źródeł energii, o wiele wydajniejszych niż dotychczasowe, i natychmiast ją wy­ korzystała. Energia pozwala na prze­ kształcanie rzeczywistości na naj­ bardziej elementarnym poziomie, a świadome przekształcanie rzeczy­ wistości to umiejętność­fundamen­ talna dla naszego gatunku.­To dzięki niej prowadzimy ten dial­og,­siedząc wygodnie na szczy­­cie­piramidy po­ koleń. A dlaczego nastąpiła rewolucja informacyjna? Odpowiedź jest taka sama: bo mogła, więc i musiała. Ponieważ nasz świat składa się z informacji, skorzystaliśmy z moż­ liwości ich masowego przetwarza­ nia, skoro tylko warunki techniczne i ekonomiczne na to pozwoliły. Obecnie w ciągu roku wytwarzamy – czy może: wyciągamy z rzeczywi­ stości – więcej informacji niż w cią­ gu kilku tysięcy lat historii naszego gatunku i komunikujemy się tysiąc­ krotnie bardziej wydajnie niż kiedy­ kolwiek. Źródłem jest jednak ten sam pierwotny odruch: uzyskać informa­ cję, przetworzyć ją, przekazać dalej.

Przede wszystkim, kategorie etyczne nie mają zastosowania tam, gdzie motorem napędowym jest nie­ uniknione. Czy rewolucja przemysło­ wa była krokiem w dobrym kierun­ ku? Skąd mielibyśmy to wiedzieć, jak to ocenić? Rewolucja przemysłowa­ jest z naszej perspektywy faktem. Nie znamy innego świata niż ten, jaki wyprodukowała i nie umiemy go so­ bie nawet wyobrazić. Czy nasz świat jest dobry? Cóż, pewnie lepszy niż światy, w jakich żyli nasi przodko­ wie­ . Miłość jest piękna, młodzież nieodmiennie gorsza niż kiedyś, a ludzi dobrej woli jest więcej, chociaż od czasu do czasu ktoś kogoś zabija. Myślisz, że to dobry kierunek?­ Nic nowego pod słońcem. Zapytajmy Wychowamy pokolenie uzależ-

9

nionych od Internetu kalek­czy wręcz przeciwnie? Jestem spokojny o przyszłość, na­ wet jeśli codzienność naszych dzieci będzie drastycznie różna od naszej, drastycznie w końcu różnej od co­ dzienności naszych przodków. Nie wiem, jak my ocenilibyśmy świat naszych dzieci, gdybyśmy mieli taką okazję, ale wiem, że one jakoś sobie poradzą. I wykorzystają moż­ liwości, których my jeszcze nawet nie dostrzegamy. Prawdopodobnie zresztą będzie się to wiązało z prze­ kroczeniem znanych nam biolo­ gicznych granic gatunku ludzkiego. Śledzę twój profil na Facebooku. Jesteś bardzo aktywnym użytkownikiem, a będąc na bieżąco z twoją tablicą, jestem na bieżąco właściwie z wszystkim, co obiega Internet lotem błyskawicy: filmikami, memami, artykułami - wszystkim, o czym za najdalej dwa dni rozgorzeje dyskusja. Mówiąc prosto: jesteś na bieżąco z siecią. Jak to się dzieje? Masz jakąś metodę na filtrowanie tych linków? Jestem po prostu czujnym wę­ złem sieci, dwukropek, nawias. Uczestniczę­w życiu polskiego Inter­ netu od wielu lat, poznałem­ w tym czasie mnóstwo osób, z któ­ r ymi utrzymuję kontakt. Wiele­z nich każdego dnia dzieli­ się z innymi ciekawymi treściami,


Karolina Kościelniak — studentka Zarządzania Firmą na UJ, maluje odkąd pamięta.


dawna kształtowany jest przez trans­ To już przeżytek w dzisiejszej sieci? fery gigantycznych ilości danych, tak Czy nowa era blogów modowych samo oczywiste i nieusuwalne, jak wypiera starą blogosferę?­ powszechność energii elektrycznej. To, co uważamy za Internet to tylko Dla mnie blogi skończyły się niektóre jego fragmenty, wyposażo­ właśnie­wtedy, kiedy pojawił się ter­ ne w interfejsy umożliwiające nam min „blogosfera”. Na początku był zobaczenie informacji i interakcję blog.art.pl Marcina Jagodzińskiego z nimi. Reszty po prostu nie dostrze­ i blog.pl Adama Wojtkiewicza. Blogo­ To talent czy efekt ciężkiej pracy gamy – podobnie jak nie widzimy pro­ wanie było zabawą dosyć ograniczo­ i lat doświadczeń? mieniowania elektromagnetycznego nej grupy, w obrębie której działały poza jego wąziuteńkim wycinkiem. naturalne mechanizmy społeczne: Mam to szczęście, że zawsze by­ A dzieją się tam, w tym niewidzial­ popularność zdobywało się głównie łem ciekawy rzeczywistości jako nym dla nas Internecie, fascynujące dzięki dodawaniu interesujących tre­ takiej; w naturalny sposób dążyłem rzeczy. Niedawno, dzięki dostępowi ści, a całe środowisko znało się mniej więc do zdobycia możliwie szerokiej do logów wyszukiwarki internetowej,­ lub bardziej bezpośrednio. Później ru­ wiedzy na niemal każdy temat. Dzięki obserwowałem na przykład ślady­ szył blox.pl, który wykreował własną temu odruchowo wyławiam z masy działania bota, który seriami i raczej zamkniętą społeczność, dzięki zasięgowi Gazety docierającą jednak Granica między rzeczywistością do szerokiego grona czytelników. Mniej więcej wtedy, jeżeli dobrze pa­ a Internetem już dawno zanikła, miętam, rozpoczęły się w Polsce roz­ ważania na temat blogosfery i statusu o ile kiedykolwiek istniała. blogerów. A zaraz potem pojawiły się informacji te, które faktycznie wno­ specjalnie­skonstruowanych zapytań blogi w formie, która dzisiaj kojarzy szą coś nowego, albo co do których budował bazę wiedzy na pewien te­ się z tym terminem – czyli po prostu mam pewność, że są ważne i będą mat. Dane zgromadzone na stronach prywatne platformy dystrybucji treści­ rezonowały. Właściwie powinienem internetowych, dzięki mechanizmowi o charakterze wortalowym, które zgodzić się z tym, że to wynik cięż­ indeksacji zebrane w wyszukiwarce, z dawnymi blogami łączy najczęściej kiej pracy – gdyby nie to, że nigdy nie metodycznie, seriami są przetwarza­ tylko wykorzystywany silnik CMS. traktowałem tego jako pracy, a tym ne przez program zmieniający ich po­ bardziej „ciężkiej”. Gdybyśmy byli stać w celu ponownego wykorzysta­ Dzisiaj sytuacja jest klarowna. Ist­ na Facebooku, wkleiłbym teraz link nia w jakimś serwisie, który zostanie nieje nieliczna grupa zawodowych­ do It’s my life Dr Albana na YouTube. zapewne zindeksowany przez wyszu­ blogerów, skupiona najpierw na kiwarkę... Na wysypisku informacji zbudowaniu pozycji rynkowej, Internet jest więc dla ciebie narzę- już teraz nieustannie operują całe za­ a następnie na jej podtrzymywaniu dziem? A może po prostu częścią stępy mechanicznych recyklerów. i wykorzystywaniu; dalej jest wielo­ rzeczywistości, tak samo oczywistą krotnie liczniejsza rzesza wannabes, jak pralka i pyralgina? Z Arystotelesem oczywiście żarto­ marzących o zdobyciu popularności wałem. i udziale w profitach, a gdzieś obok Nie wiem nawet, czy możemy mó­ funkcjonuje długi ogon, czy może: wić o części rzeczywistości w takim A co z blogami? Kiedyś byłeś wielki obłok, autorów, traktujących rozumieniu, w jakim częścią świata jest aktywnym blogerem, twój blog swoje blogi jako obszar czegoś, co pralka. Pralkę bowiem, jak dowodził czerski.art był, jak to określiłeś, nazwałbym „publikacjami prywat­ już Arystoteles, można wyodrębnić.­ „prywatną rubryką z felie­tonami”­; nymi”. Te blogi pozostają najbliższe Granica między rzeczywistością a In­ pamiętam też czasy bloga gadugadu,­ dawnemu rozumieniu zjawiska, cho­ ternetem już dawno zanikła, o ile kie­ którego do tej pory cytuję w co- ciaż socjometrycznie znajdują się dykolwiek istniała. Cały nasz świat od dziennym życiu. Blogi umierają? na odległych poboczach głównego które dotarły do nich dzięki innym osobom, które… i tak dalej. Podob­ nie jak oni wszyscy – jak my wszyscy – jestem selekcjonerem kontentu. Pewne informacje wydają mi się waż­ ne, interesujące albo zabawne – więc przekazuję je dalej za pośrednictwem któregoś z dostępnych kanałów.

11


nurtu.­Najpopularniejsze polskie blo­ gi są oczywiście wypełnione starannie sformatowanym, przewidywalnym i kompletnie nieinteresującym kon­ tentem, służącym raczej jako pretekst do interakcji; znacznie ciekawsze treści znajduję na tych prywatnych, ale żadnego z nich nie śledzę re­ gularnie. Sam od dawna noszę się zresztą z zamiarem uruchomienia czegoś w rodzaju skrajnie uprosz­ czonego dziennika, pozbawionego wszelkich ozdobników i możliwości komentowania, będącego właśnie „publikacją prywatną”, pozbawio­ ną pretensji do zdobywania zasię­ gu, przeznaczoną dla wąskiego gro­ na zainteresowanych odbiorców.

się, że po prostu powinno być. Więc robię to, w razie potrzeby ucząc się niezbędnego rzemiosła. Gdybym jed­ nak musiał wypełnić ankietę z ciasną rubryką na wpisanie dziedziny, zade­ klarowałbym się zapewne jako pisarz. Proza to jedyna forma, do której będę na pewno wracał, bo wydaje mi się najbardziej pojemna, wbrew poe­ tyckim komunałom. Wszystko jest opowieścią, bo w ludzkim świecie opowieść – historia, narracja – jest budulcem wszystkiego. Opowieść jest królową wszystkich memów – pisał Schopenhauer. Znów żartuję.

Jaką lukę w rzeczywistości wypełniała książka Ojciec odchodzi? Jak po latach oceniasz trafność tej dość Jesteś publicystą? Poetą? Prozai- jednak kontrowersyjnej tezy, którą kiem? Trudno oprzeć się wrażeniu, wtedy postawiłeś? że w przeszłości flirtowałeś z każdą z tych form. Co dalej? A może Jakiej? O nieistnieniu pokole­ „selekcjoner kontentu” to praca na nia JP2, o naskórkowym charak­ pełen etat? terze emocji? Jak długo to mogło być kontrowersyjne? Przez tydzień, Wydałem książkę poetycką, to­ dwa? Natomiast luka istniała: nie mik prozy, pisałem bloga, pisywałem było narracji innej od oficjalnej, felietony, reportaże, eseje i teks­ a w oficjalnej nie było miejsca na ty piosenek, wziąłem udział w na­ żadne­rejestry poza najwyższymi. graniu czterech czy pięciu płyt, Ojciec odchodzi nie jest minipowieścią, zrealizowałem­kilka teledysków, zro­ jak głosi informacja na okładce, ale fa­ biłem parę fotografii, stworzyłem bularyzowanym reportażem. Wszyst­ kilka memów, zrealizowałem kilka­ kie opisane, a kluczowe dla tematu dziesiąt projektów informatycznych, książki wydarzenia miały miejsce. zaprojektowałem parę interfejsów, To fakty okazały się kontrowersyjne. używanych na co dzień przez kilka milionów Polaków, a teraz w wolnych Czyli po prostu z uśmiechem pod chwilach najczęściej gram na gitarze.­ nosem mruczysz: „a nie mówiForma nie ma znaczenia, jest po łem?”, kiedy widzisz jak to, co już prostu­cechą komunikatu. Podstawo­ wtedy widziałeś okazuje się cowym motorem działania twórczego dziennie coraz bardziej boleśnie jest dla mnie identyfikacja domaga­ prawdziwe? jących się wypełnienia luk w rzeczy­ wistości. Czasem po prostu czegoś Przede wszystkim, nic się nie brakuje: wiersza, rozpoznania, frag­ okazuje. Okazało się już dawno. mentu prozy, piosenki, serwisu inter­ Po tych kilku latach wiadomo już, netowego. Czegoś nie ma, a wydaje­ że jedyne, co być może pozostało

12

z tamtego tygodnia, to jakieś odległe wspomnienia, nieostre fotografie, umieszczone na odległych stronach klaserów pamięci. Sytuacja okazała się kompletnie pozbawiona trwałe­ go znaczenia – chyba, że za takowe uznamy kilkadziesiąt czy kilkaset pomników i przemianowanych ulic.

Rola mediów była zresztą bardzo­ istotna – polskie­ telewizje na śmier­ ci­­Jana Pawła II ćwiczyły obsługę eventów, obecnie należącą już do standardu. I nadal uważasz, że to było potrzebne? Profanowanie sacrum, nawet jeśli dwutygodniowego? Może to lepiej, że choć na moment umieliśmy­znaleźć wspólny punkt odniesienia? Czy ja pisząc Ojca… sprofano­ wałem sacrum? Nie sądzę. Ten tekst nie jest, powtarzam, obrazoburczy. Wydaje mi się bardzo wyważony i mocno obciążony tradycyjną per­ spektywą. To jest narracja pisana z pozycji człowieka zmagającego się z kulturowym dziedzictwem katolicy­ zmu, noszonym w sobie mimo bra­ ku wiary w Boga. Jeżeli książka była istotna, to przez wskazanie, że istniały inne perspektywy. Pamiętam, że kie­ dy po jej wydaniu jeździłem po Pol­ sce i spotykałem się z czytelnikami, zawsze powtarzała się ta sama scena: ktoś podchodził i dziękował mi za to, że dzięki tej lekturze odetchnął, bo okazywało się, że nie on jeden


były przedstawiane w relacjach tele­ wizyjnych. Rola mediów była zresztą bardzo istotna – polskie telewizje na śmierci Jana Pawła II ćwiczyły ob­ sługę eventów, obecnie należącą już do standardu. Myślę, że jeżeli szu­ kać profanacji, to raczej tam, w tych przeprowadzanych dla podtrzyma­ nia zainteresowania widzów rozmo­ wach o przebiegu zapalenia pęcherza. Mówisz, że będziesz jeszcze sięgał po prozę. Masz już jakiś plan na kolejne publikacje? Czy na razie to tylko dalekie przeczucie? Obecnie pracuję nad dłuższym tekstem, ale nie wiem, kiedy go skończę. W tym roku mamy premierę trzeciej płyty Towarów Zastępczych, realizuję teraz dwa klipy, a kolej­ ne mam w planach, mam też zobowiązania wydawnicze. Cały czas jestem zaangażowany w działalność Nasiono Records, chciałbym wrócić do felietonów, szkicuję cykl tekstów o sieci. Dużo pracuję zawodowo. W tej chwili wolę działać niż planować.

Zosia Wiemann — konsumentka kultury,­ studentka zarządzania, wielbicielka i posiadaczka kotów oraz lekkiej logorei.

PIOTR CZERSKI — ukończył informa­ tykę,­studiował także filozofię. Debiutował w 1999 roku na łamach Toposu. Kolejne publikacje: Tygodnik Powszechny, FA-Art, Ha!art, Lampa, Studium, Kartki i inne. Zwycięzca 41. Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego o Laur Czerwonej Róży (2000). Autor książek pospieszne, osobowe (Korporacja Ha!art, Kraków, 2002; nagroda Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki) i Ojciec odchodzi (Korporacja Ha!art, Kraków 2006).

13


MIĘDZY INNYMI

Ma sz ochotę ? Jak wygląda seks w ciemnościach tekst: Aleksandra Piotrowska ilustracje: Morgan LeFly

Życie jest jak darkroom – nigdy nie wiesz, kto i w jaki sposób cię wydyma, ani też kogo ty wydymasz­i jak. Ale to zbyt podniecające, żeby ot tak po prostu wyjść.

Przygotowując się do pisania tego artykułu, uświa­ domiłam sobie kilka ważnych kwestii. Pomimo, że o tych istniejących w mroku miejscach zawsze myślałam przede wszystkim jako o przestrzeniach Rujana Jeger, Darkroom tajemnych, nieoczywistych i intrygujących, musiało­ (przekł. Dorota Jovanka Ćirlić-Mentzel) w końcu dotrzeć do mnie, że darkroom to jednak dar­ kroom: ma swoją określoną funkcję. Najważniejsza nie jest w nim więc jego tajemniczość, pragnienie od­ iedyś seks uprawiany w pośpiechu kojarzony­ słonięcia tego, co ukryte, chęć dostrzeżenia prawdy, był z nieciekawymi przydrożnymi motelami,­ ale najzwyczajniej możliwość zaspokojenia ochoty na gdzie wynajmowało się pokoje na godziny. Dziś – mechaniczną i dającą upust seksualnym pragnieniom zauważa­Olga Tokarczuk – czas przyspieszył i miej­ zabawę. Ci, którzy decydują się skorzystać z darkroo­ sca takie jak darkroom seks przeliczają na minuty. Ma mu prawdopodobnie nie szukają szczególnej blisko­ być żwawo, zwięźle, energicznie. I, jak sama nazwa ści czy czułości. Szukają za to podniety, dreszczyku wskazuje, bez odrobiny oświetlenia. Darkroomy są emocji. Podniecające jest to, że „nie wiem, z kim to więc enigmatycznymi, całkowicie wyciemnionymi­ robię”. Fascynująca jest ciemność, w której zanika pomieszczeniami znajdującymi się gdzieś na ty­ wstyd, a zmysł wzroku staje się czymś bezużytecznym. łach gejowskich klubów. Za ich drzwiami toczy się hałaśliwe, nocne życie. Przychodzi się tu na seks – Na jednym z forów, gdzie dyskutowano na temat­ najczęściej z nowo poznaną osobą, której prawdopo­ dobnie nigdy więcej się nie spotka. A nawet jeśli, to poznańskich darkroomów, dotarłam do postów bu­ marne są szanse na cudowne gejowskie anagnorisis. dzących niepokój i zastanowienie. „Byłem tam wczo­ raj jakoś po 1 w nocy. Strasznie ciemno. Ktoś mnie Darkroom jest świątynią upadłej, zwierzęcej roz­ przeleciał i nawet nie wiem jak wyglądał, super. Cią­ koszy, która nie ma prawa wypełznąć na światło gle mi staje, jak o tym myślę.” – pisze Pasywny_35. dzienne.­Precyzyjnie skrywająca ją ciemność kryje Dalej jest tylko gorzej: „Ależ ja jestem zwykłą suką też niesmaczny brak estetyki, a także (czy może prze­ i dobrze mi z tym. Łatwo mnie poderwać i szybko de wszystkim?) twarze współżyjących ze sobą osób. zdejmuję­ spodnie, mało tego, można robić ze mną Jest więc anonimowo, a co za tym idzie – ekscytująco. wszystko,­ obciągam, mam głębokie gardło, daję tyłka­

K

14



i co tylko ktoś zechce. I dobrze mi z tym, lubię być szawski „Fantom”. Byłem w takim klubie raz traktowany jak szmata” – znów uzewnętrznia­się i uważam, że można zaobserwować tam wie­ Pasywny. Wśród pełnych pasji opowieści­o prywat­ le ciekawych rzeczy – jak niektórzy bardzo chcą coś nych doświadczeniach zdobytych w wyciemnionych­ zainicjować,­ale nie potrafią albo nie spotykają się przestrzeniach, na forum można­przeczy­ wzrokiem z osobami, które chciałyby wejść z nimi tać również posty będące swoistą autoreklamą,­w bliższą interakcję”. „Niezobowiązujący seks opiera zachętą­do spotkania, kopulacji i sprawdzenia się się na dwóch filarach: czas poświęcony na podchody w czymś nowym.­„Chętnie dam się wyruchać każdemu, musi być odpowiednio krótki, a prawdopodobieństwo, kto będzie chciał. Jestem uległym osiemntastolatkiem. że partnerzy więcej się nie zobaczą – wysokie. Dar­ Jak chcesz, to pisz na gg (...)” – zachęca­mlody_PAS; kroom jest miejscem atrakcyjnym, ponieważ moż­ „Wyższy od ciebie, przystojny, ta sama waga, rok młod­ na w nim znaleźć właśnie to i nic więcej. O seks szy. Wszystko na miejscu. Podaj maila tutaj, to się ode­ można­się potknąć już przy wejściu, a ciemna i mglista zwę”. Młodzi­chłopcy, dojrzali mężczyźni, starzy, otyli atmosfera tylko sprzyja dyskrecji i anonimowości.­To faceci – wszyscy pragną spotykać się anonimowo i bez miejsce jest triumfem pierwotnej potrzeby i w pewnym­ zobowiązań, ukrywając swoje ciała w ciemnych miej­ sensie zwieńczeniem ludzkiej pomysłowości w ułatwianiu scach pachnących przypadkowym seksem. Gdy czy­ sobie życia. Ostatecznie to przecież dzięki niemu pogoń tam te wiadomości, uderza mnie przedmiotowe­podej­ za seksem jest krótsza – nikogo nie trzeba już zapraszać ście tych mężczyzn nie tylko do swoich kochanków, do domu, wystarczy znaleźć drogę do tej części klubu” – ale i do siebie samych. Nie ma tu miejsca na jakąkolwiek­ odpowiada mój drugi kolega. czułość, na szacunek czy subtelną intymność. W grę wcho­ dzi jedynie rżnięcie, które ma zaspokoić. Zatem: anonimowość, ciekawość, łatwy dostęp i ekscy­ tacja bez specjalnego zabiegania i starania się. To domena­ Zaryzykuję i wejdę w polemikę z Tokarczuk, trak­ darkroomów, które właśnie przez to, że są odpychające tującą darkroomy jako schronienie dla tych, który­ i budzące wstręt tak bardzo fascynują, zapraszają do mi – pomimo postulowania wyzwolenia seksualnego wejścia.­Przecież nie od dziś wiemy, że uczucie wstrętu – szarpie poczucie wstydu. Pisarka zastanawia się, dla­ często powoduje zarazem niepohamowaną ciekawość, czego nie wybieramy „lightroomów”, sprawiając tym a nawet ekscytację. samym, że seks dałby się trwale oswoić i przestałby być dla nas czymś obcym. Myślę jednak, że ten wybór­nie „Ludzie powinni zakochiwać się z zamkniętymi ocza­ wynika jedynie z faktu, że „spanie ze sobą” w dalszym mi” – powiedział kiedyś Andy Warhol. Gdyby każdy po­ ciągu jest czymś nieprzepracowanym, wstydliwym­ dzielał zdanie artysty, być może darkroomy stałyby się i nie do końca okiełznanym (choć pewnie­samo w so­ doskonałym miejscem do tego, by faktycznie odkrywać­ bie jeszcze cały czas jest, ale to temat na osoby ar­ coś interesującego: drugiego człowieka. Pomimo że tykuł). Ciemność zawsze była tajemnicza i atrak­ trudno­wyobrazić sobie inne przeznaczenie ciemnych cyjna; niewiedza jest błogosławieństwem jeszcze przestrzeni, to dobrze czasem pomarzyć, że seks nie jest bardziej wzmagającym podniecenie, za które – cóż za tylko zwierzęcym odruchem, wypięciem tyłka i zaspo­ wygoda! – nie trzeba brać żadnej odpowiedzialności. kojeniem potrzeb. Że nawet jeśli jest między ludźmi, Zapewne dla wielu użytkowników wszechobecny których nie łączy wielka miłość, to uwzględnia szacunek­ mrok jest czymś w rodzaju wyzwolenia spod cięża­ i podmiotowość. I wtedy może być pięknie nawet ru myśli „tego nie zrobię, bo się wstydzę”, jednak nie w darkroomie. to jest według mnie istotą tych miejsc. Podniecenie, podniecenie i jeszcze raz podniecenie – im bardziej za­ gadkowe i ukryte w głębi pomieszczenia, tym lepiej. Spytałam znajomych gejów, co sądzą o dark­ roomach­– w końcu najlepiej sięgnąć do źródła. Jeden z nich odpowiedział: „Zawsze ktoś chętny się znajdzie. Na imprezie wbrew pozorom sporo osób z nich korzysta. Są nawet kluby typu „dark room” stworzone­ w jednym celu, np. krakowski „Blue XXL” lub war­

Aleksandra Piotrowska – absolwentka teatrologii UJ, studentka kulturoznawstwa. Interesuje się kulturą współczesną. Morgan Le Fly – Ilustratorka, malarka, leśna wiedźma, studiowała w Cieszynie na wydziale Grafiki.

16


MIĘDZY INNYMI

Hał ar ju?

– czyli co nas t u t aj t rzy ma tekst: Daria Zielińska ilustracja: Magdalena Lentowicz Co my tu jeszcze robimy? Temat emigracji Polaków na Wyspy Brytyjskie, ich pracy,­trudów i znojów, został już (wydawać by się mogło) wyeksploatowany i wrzucony do kosza pod tytułem „To już wszystko było, ile można?!”. Jednakże od kilku ostatnich ty­ godni, kiedy to w brytyjskich mediach ogłoszono wyniki powszechnego spisu ludności w roku 2011 (Census 20111) i gdy okazało się, że drugim najpopularniejszym języ­ kiem na Wyspach jest polski, kwestia statusu polskich emigrantów­odżyła na nowo. Ilu nas w końcu jest i co my tu jeszcze robimy? Liczba osób mówiących po polsku w Wielkiej Brytanii­ obecnie wynosi ponad 500 tysięcy. Część, po fazie za­ chłyśnięcia się „dobrobytem” i obietnicami gór pieniędzy­ za „nicnierobienie”, wróciła z czkawką rozczarowania do domu. Część przetrwała anticlimax i założyła rodziny,­ pobiera benefity, pracuje w fabrykach i jakoś im się żyje. A co ze sławnymi studentami na zmywaku? I co ja tu w końcu robię? Chciałabym podzielić się kilkoma moimi­spostrzeżeniami dotyczącymi kultury brytyjskiej, a w szczególności walijskiej i szkockiej, która to często ginie, przysłonięta kolejkami do agencji pracy i wyprzedażami w Primarku. Bo chyba nie tylko to nas, Polaków, tutaj trzyma?­

kolejnego­deszczowego dnia, spróbowałam nieśmiało zagadać­ mojego workmejta o pogodę. Uświadomił mnie, że jak teraz zaczęło padać (był to koniec września), to prze­ stanie dopiero na wiosnę i zwieńczył to wszystko śmie­ chem. Innego razu, po powrocie z letnich wakacji w Polsce,­ chwaliłam się na prawo i lewo jak to „fajnie” i ciepło na bałtyckiej plaży, aż mój (inny tym razem) szkocki kolega nie wytrzymał i spytał, ile było stopni. Ja mu na to mówię: trzydzieści. Na to on, że w Szkocji też mają trzydzieści stop­ ni. Jak to? A tak to, dziesięć stopni rano, piętnaście w połu­ dnie i pięć wieczorem. Kto by się przejmował pogodą? Nie pytam ironicznie – Szkoci i Walijczycy nic sobie nie robią z deszczu czy zimna. Ciekawe zjawisko można zauważyć, gdy wyjdzie słońce, a termometr wskazuje piętnaście stopni

Ciągle pada… Zacznę od pogody. Niby trywialna rzecz, ale jak bardzo­ potrafi utrudnić życie, szczególnie takiemu Polakowi. Nam to zawsze w zimie za zimno, latem za gorąco, a jesienią za dużo pada. Wyobraź sobie teraz, że tutaj (i w Szkocji, i w Walii, a w Anglii pewnie jest podobnie) cały czas pada, z niewielką przerwą na kilka tygodni w maju i we wrześniu.­ 1 546 tysięcy według Census 2011, http://neighbourhood. Zaczynając moją pierwszą pracę w Szkocji, pewnego statistics.gov.uk.

17


na plusie. Zaraz wszyscy wskakują w szorty i klapki, lody w jednej ręce, koc w drugiej i misja „Park – chill na trawniku”.­ Czyżby? Po trzydziestu miesiącach pobytu na Wyspach sama zrozumiałam, że piętnaście stopni to właściwie lato. Sorry, how are you? Stacja numer dwa: język i interakcja z tubylcami. Nie będzie­tutaj nic o dialekcie mieszkańców Glasgow (Glaswegian)­czy języku walijskim, bo to tematy na osobne­ artykuły. Bardziej interesuje mnie komunikacja interper­ sonalna. Nie wiem, czy to mój charakter w szczególności,­ czy Polacy są bardziej niechętni, w porównaniu do Brytyjczyków,­do rozmawiania o emocjach, ale średnia częstotliwość zapytań o to, czy mam się dobrze, przekracza moje maksimum. W szkole na lekcjach angielskiego mówiło się, że pytanie how are you? pada, gdy poznaje się kogoś no­

wego, tudzież spotyka­kogoś znajomego, czyż nie? A tu sły­ chać je na okrągło­– jak mam się mieć po godzinie od ostat­ niego widzenia z tobą? Chyba tak samo, nie? Wydaje mi się, że bardziej przemawia do mnie polskie „Co słychać?”, gdzie kwestia tego, jak się mam, nie jest istotna… Bo przecież i tak nikogo nie interesuje, jak się naprawdę mam, to tylko zwrot grzecznościowy. Kolejne „obiegowe” słowo to sorry. Zarówno Szkoci jak i Walijczycy przepraszają się nawzajem całymi dniami, jak na brytyjskiech dżentelmenów przystało. Muśniesz kogoś na ulicy – sorry. Wejdziesz na kogoś w sklepowej alejce – sorry. Stoisz za blisko kogoś – sorry. Jak nie wiesz, co po­ wiedzieć, też przeproś, nie zaszkodzi. Co więcej, mówi się, że rodowici Brytyjczycy są tacy powściągliwi i zamknięci w sobie – nic bardziej mylnego, szczególnie w przypadku­ Szkotów. Ci są szczególnie nastawieni na interakcje


z nieznajomymi. Spróbuj wyjść na ulicę Glasgow z mapą w ręce i poczekaj dwie minuty – gwarantowane minimum 5 osób chcących ci pomóc znaleźć drogę. Usiądź samotnie­ w autobusie – na kolejnym przystanku dosiądzie się do cie­ bie twój nowy przyjaciel (bynajmniej nie pijany!), który nie dość, że opowie ci wszystko o sobie, to jeszcze dora­ dzi którędy do najbliższego pubu. Trudności z doniesie­ niem tygodniowych zakupów do domu? Nie martw się, ktoś przejeżdżający samochodem zatrzyma się dla ciebie i da ci lifta do domu. Za darmo. Komunikacja „miejska” (bardziej „wiejska”) w północnej Walii, gdzie mieszkam obecnie,­jest jeszcze bardziej nastawiona na interakcję (tak, w tym zdaniu „komunikacja” powinna być rozumiana dwuznacznie) – znać wszystkich kierowców z imienia, ich adres zamieszkania i krótki życiorys to normalna sprawa. Ja(ś) + fasola – przepis na dramat Stacja numer trzy: jedzenie. Kuchnia szkocka, walijska­ czy polska, kto by pomyślał, że czymś się różnimy. O lanczach­i dinnerach już wszyscy słyszeli, nic nowego, prze­ cież cały świat teraz wychodzi na lancz zamiast na obiad. Kto słyszał o owsiance na śniadanie? Za moich czasów chodziły słuchy, że do jedzenia owsianki zmuszano dzieci w przed­ szkolach, nigdy jednak żadnych dowodów nie odnaleziono. Tutaj natomiast, jak Wyspy długie i szerokie, od przedszko­ li do domów spokojnej starości najzdrowszą­formą śniada­ nia jest owsianka. Alternatywą jest tzw. full English­breakfast­ – boczek, kiełbaski, jajko sadzone, hash browns, czyli­coś à’ la­­placki ziemniaczane, black pudding, czyli podróba na­ szej kaszanki, smażone pieczarki i pomidory, wszystko zalane keczupem i brązowym sosem (brown sauce). Jeśli chodzi o mnie – pomysł nieco chybiony, za ciężko,­za tłu­ sto, na samą myśl nie chce mi się nic robić. Czas na lancz, czy, jak kto woli, lunch. Co serwujemy? Beans on toast, czyli­ fasolka w pomidorowym sosie z puszki i tosty. I chipsy. Kanapka z boczkiem/jajkiem/serem/szynką… i chipsy. Pot nuddle, czyli zupka chińska w kubku. I chipsy. Generalnie­ lunch bez chipsów to niepełny lunch, jak burger bez bułki. Następnie obiad i słynny Sunday roast: pieczona wo­ łowina, ziemniaki typu duszone i pieczone, marchewka, brukselka i – uwaga! wreszcie coś, co lubię – Yorkshire pudding.­Nie ma to nic wspólnego z deserem, czy innym budyniem, w skrócie są to pieczone naleśniki. Jak już mowa o deserze, to według mnie najbardziej typowa jest szarlotka­ lub ciasto rabarbarowe plus custard – bardziej słodka i płynna wersja budyniu waniliowego. Warto wspomnieć,­

że w Walii prym wiedzie, nazywany po walijsku, bara brith („cętkowany chleb”) – połączenie polskiego pier­ nika z bakaliami, jadany z masłem. Co na to wszyst­ ko my, Polacy? Przepłacamy w polskich sklepach za chleb, śląską, bigos i karpatkę z paczki. Nikt nie narzeka, o dziwo. Ot, wpływ kuchni brytyjskiej na Polaka pospolitego.­ Media „na luzie” Stacja końcowa: telewizja i prasa. Telewizja na pierwszy ogień – po pierwsze: zero polityki. Nic o rządach, sejmach, skandalach, obradach, nic. W wiado­ mościach, których nikt zawzięcie nie śledzi, gdyż są emi­ to­wane o dziesiątej wieczorem,­mowa jest głównie o tym, co wydarzyło się na świecie, w kraju i lokalnie. Pogoda­na koniec i tyle, dziękuję, dobranoc. Bardziej wyczekiwany, szczególnie przez męską część widowni, jest Match of the Day w każdą sobotę wieczorem i/lub Sgorio w przypad­ ku obywateli rodem z Walii. Plus, rzecz jasna, regularne mecze piłki nożnej tudzież rugby, które to, szczególnie w Walii, jest popularne na równi z futbolem. Śledząc dalej program telewizyjny, ogromnym zainteresowaniem cie­ szą się programy kulinarne czy „kulinarnopodobne”, jak choćby Come Dine with Me (w polskiej wersji Ugotowani), w którym to nierzadko gotowanie schodzi na drugi plan pod presją feerii charakterów uczestników. Oprócz tego, nie sposób pominąć „klasyków”, takich jak Masterchef, 30 Minute Meals Jamiego Olivera itd. Kolejnym trendem goszczącym na ekranach brytyjskiej telewizji jest seria programów nazywanych „dokumentalnymi” (będącymi raczej „paradokumentami”). Historie „innych” – ludzi cier­ piących na nietypowe choroby, próbujących odnaleźć mi­ łość w Undateables czy dzień z życia sklepu z kurczakami w The Fried Chicken Shop: Life in a Day przykuwa uwagę wi­ dzów każdego wieczoru. Zastanawiająco-niepokojąca jest funkcja rozrywkowa tego typu programów – czy w istocie­ obraz dziewczyny z zespołem Downa przygotowującej się do pierwszej w życiu randki, czy 18-latka haftującego po całonocnej libacji jest na tyle atrakcyjny, by pokazać go w prajm tajmie? Na koniec, żeby nie było, że brytyjska telewizja to samo zło – seriale i filmy. Mechanizm se­ rialowy wszędzie działa tak samo – każdy coś ogląda, nie każdy chce się przyznać. Wybór, jak wszędzie, jest przeogromny.­Co różni seriale czy produkcje rozrywkowe od polskich, to ogromna popularność stand-up comedy. O kabaretach i kabaretonach nikt tutaj nie słyszał. A filmy?­ Trochę bardziej na czasie, wielbiciele Ramba, Szklanej Puła­ pki­ czy Kevina samego w domu mogą się czuć zawiedzeni.

19


Kultura nie bzdura Powracając do pytania ze wstępu: co nas tutaj trzyma? Skoro uroki pogody nie są gwoździem programu, nie prze­ padamy za fasolką, herbata jest za mocna, czasem nie jest ok, mimo iż wmawiamy to naszemu rozmówcy, a w telewizji­ nie puszczają Czterech Pancernych…? Czas wspomnieć wstydliwe­słowo na „p”: pieniądze. Jasne, żyje się dużo lżej z myślą, że po tygodniu pracy na zmywaku stać nas na wakacje­w Hiszpanii, lodówka jest pełna, a na obiad dziś KFC, a co. Mam jednak wrażenie, że to nie tylko o pieniądze­ chodzi, inaczej po kilku latach pracy na emigracji wrócili­ byśmy do domu. A nie wracamy, wręcz przeciwnie – ścią­ gamy rodziny i osiedlamy się na stałe. W czym tkwi sekret? Moim zdaniem (przepraszam z góry za banał) w ludziach i wzajemnej życzliwości. Tu każdy chce ci pomóc i w istocie­robi wszystko, by cię zadowolić, zaczynając od pani w markecie pakującej ci zakupy, a kończąc na miłych (tak, miłych!) paniach w urzędach, stających na rzęsach, by wypłacić ci jak największy zwrot podatku. Tu nikt nie rzuca nikomu kłód pod nogi, ludzie nie wstydzą się roz­ mawiać o drużynach, którym kibicują i zawsze przepusz­ czają pieszych na przejściu. Pod koniec dnia każdy super­ market przecenia świeże produkty, które można kupić za ułamek ceny, wszyscy bez wyjątku segregują śmieci, a na litr benzyny­pracujemy przez 10 minut. Nie zamierzam w tym miejscu czynić z Wielkiej Brytanii drugiej Utopii, bo, jak wiadomo, takowa nie istnieje. Chcę zaznaczyć, że fakt, jakim jest liczba Polaków osiedlona w różnych rejo­ nach Wielkiej Brytanii, nie jest bez znaczenia i że coś tak prostego (a jednocześnie trudnego) jak kultura może tyle zmienić w podejściu do życia.

Daria Zielińska — absolwentka poznańskiego filmoznawstwa, obecnie studiuje lingwistykę kognitywną na Uniwersytecie w Bangor. Mieszka w Walii, tęskni za Szkocją i lubi angielski. Magdalena Lentowicz — absolwentka filologii polskiej z logopedią UP, studentka konserwacji malarstwa ASP, interesuje się wszystkim, co związane z kulturą i sztuką.

20


MIĘDZY INNYMI

WIKI WARS tekst: Katarzyna Wabik ilustracja: Michał Adamiec

Podstawowym narzędziem manipulacji rzeczywistością jest manipulacja słowami. Jeśli potrafisz kontrolować znaczenie słów, potrafisz kontrolować ludzi, którzy muszą tych słów używać.1 Philip K. Dick

Z przemowy Philipa K. Dicka How To Build A Universe That Doesn’t Fall Apart Two Days Later (1978) 1


T

ego, czym jest internetowa­ encyklopedia Wikipedia,­ tworzona w oparciu o model pro­ dukcji partnerskiej, chyba nie trzeba­ nikomu wyjaśniać. Pomimo świado­ mości, że nie stanowi ona do końca­ wiarygodnego naukowo źródła, to zawarte w niej hasła stanowią co­ dzienny punkt odniesienia dla wielu z nas. Informacje dostępne w Inter­ necie – niezależnie od tego, czy są prawdziwe czy też nie – wpływają­ na postrzeganie rzeczywistości przez miliony ludzi. Doskonale­zdają sobie­z tego sprawę różne podmioty,­ chcące­realizować za pomocą za­ mieszczanych tam informacji­rozma­ ite partykularne interesy. Najbardziej charakterystyczną­ ce­ chą Wikipedii jest jej otwar­ tość. Oznacza to, że encyklopedię może edytować każdy. W związku z tym nierzadko dochodzi do tak zwanych wojen edycyjnych (ang. edit warring). Taka sytuacja ma miejsce wtedy, gdy dwie lub więcej osób nie zgadza się co do treści danego hasła i uporczywie je edytują. Istnieją dwie subwersywne praktyki: jedna z nich polega na ciągłym wzajemnym zmienianiu treści, druga natomiast to bezustanne „rewertowanie”, pole­ gające na przywracaniu poprzednich wersji tekstu. Wojny edycyjne są za­ zwyczaj spowodowane rozbieżnoś­ ciami ideologicznymi. Cyberbitwy na słowa wybuchają najczęściej przy okazji jakichś istotnych wyda­rzeń o charakterze społeczno-polity­cznym,­­ takich jak na przykład wypadek sa­ molotu Tu-154 w 2010 roku, nie toczą się natomiast wokół zagadnień z pola nauk ścisłych. Najświeższa wojna edycyjna w historii polskiej Wikipedii miała miejsce w marcu tego roku i rozpoczęła się kilka mi­ nut po wyborze nowego papieża.­ Wokół osoby obecnej głowy kościoła­

katolickiego­pojawiają się bowiem o przekształcanie­przekazu kul­ liczne kontrowersje i oskarżenia turowego w taki sposób, aby uzy­ o współpracę z juntą wojskową. skać określony efekt – najczęściej prześmiewczy lub demaskatorski. Interesujące jest to, że historię Najbardziej chyba znanym przy­ edycji każdego z wątków można kładem tego zjawiska jest działal­ prześledzić. Przy niektórych, bu­ ność AdBusters, czyli grupy Ka­ dzących najwięcej emocji kwestiach nadyjczyków, którzy zmieniają widać, jak bardzo gęste są te zmia­ komunikaty reklamowe znajdujące ny. Pomimo otwartości Wikipedii, się w przestrzeni publicznej, nadając na stronie działają administratorzy, im znaczenie antykonsumpcyjne.­ mający rozszerzone uprawnienia. Culture jammers mogą jednak dzia­ Wojna edycyjna trwa więc do cza­ łać w wielu sferach – nie tylko­wi­ su zablokowania możliwości edycji zualnej, ale także w audialnej oraz danego wątku, co robi się po to, by wirtualnej. Odróżnianie tego typu emocje interlokutorów mogły opaść. praktyk od aktów wandalizmu Jeśli doszło do obrzucania się inwek­ może być czasem kłopotliwe, jed­ tywami, konta niepokornych wiki­ nak rozstrzygająca zdaje się być pedystów najczęściej są blokowane. intencja nadawców komunikatu. Zdaje się więc, że Wikipedia jest Przykładowo, ciągłe „rewertowa­ jak papierek lakmusowy społeczeń­ nie” może być uznane za wandalizm stwa – dobrze oddaje jego nastroje i pospolity internetowy trolling, i poglądy oraz wskazuje punkty za­ z drugiej zaś strony może stanowić palane. Przyglądanie się zmianom również ideologiczne,­iście party­ encyklopedii, pozwala nawet na zanckie działanie. szybkie zorientowanie się w aktual­ nej sytuacji społeczno-politycznej. Drugim biegunem opisywa­ Jak twierdzi Paweł Jochym,­współza­ nych powyżej oddolnych praktyk są łożyciel polskiej Wikipedii, w naszej w pewnym sensie podobne działa­ rodzimej wersji projektu znacznie nia, podejmowane przez duże firmy. częściej niż gdzie indziej dochodzi PR-owcy­­owych koncernów edytują do wirtualnych potyczek. Może to wpisy w Wikipedii po to, by ukazać wynikać z faktu, że jako społeczeń­ swoją firmę bądź jej klientów w lep­ stwo jesteśmy właściwie mało zróż­ szym świetle i zatuszować niewygod­ nicowani światopoglądowo. Istnieją ne fakty. W listopadzie zeszłego roku tylko dwa, zupełnie antagonistycz­ dziennik The Times przeprowadził ne obozy: ten na prawo oraz ten na dochodzenie, które wykazało, że lewo. brytyjska agencja PR o nazwie RLM Finsbury edytowała wpis w Wiki­ Część oddolnych praktyk zwią­ pedii dotyczący rosyjskiego oligar­ zanych z edytowaniem komu­ chy Alishera Usmanova. Skasowane nikatów w Internecie, również zostały między innymi informacje w Wikipedii, można rozpatrywać dotyczące jego wyroku z 1980 roku w szerszym kontekście. Mogą być oraz zagadkowego zaginięcia jego traktowane jako przejaw zjawi­ biznesowego oponenta. Zamiast ska znanego jako culture jamming, problematycznych faktów z życia co po polsku tłumaczone jest jako miliardera pojawiły się wzmianki „zagłuszanie kultury” lub „zakłó­ o jego filantropijnej działalności canie kultury”. Generalnie chodzi i prywatnej kolekcji dzieł sztuki.

22


Zdemaskowana firma wystosowała publiczne przeprosiny i zapewniła, że jej klient nie był świadomy tego procederu. Przykładów takich praktyk, jak ta opisana powyżej jest całe mnóstwo.­ Wśród zmieniających wpisy wy­ mienia się nie tylko konkretne, pry­ watne firmy, ale również rządy poszczególnych­krajów (istnieją wzmianki o modyfikacjach wprowa­ dzanych przez hiszpański rząd celem napędzania turystyki), czy też agen­ cje państwowe, takie jak CIA czy FBI. O niektórych przykładach można­ przeczytać szerzej tutaj: http:// en.wikipedia.org/wiki/Paid_edi­ ting_on_Wikipedia. Bezprecedenso­ wa natomiast sytuacja miała miejsce w 2011 roku, kiedy francuska firma Hi-Media została ukarana wyrokiem sądu za zmianę wprowadzoną w Wi­ kipedii. W artykule dotyczącym mi­ kropłatności we francuskojęzycznej wersji encyklopedii koncern usunął nazwę konkurencyjnej firmy z listy­ dostawców usługi. Pomimo że wpis został zmieniony anonimowo, na podstawie adresu IP ustalono, że zmiany dokonano z urządzenia nale­ żącego do Hi-Media, w wyniku czego na przedsiębiorstwo nałożono karę grzywny w wysokości 25 tysięcy euro.

zdjęć Guantanamo przez komputery­ FBI. Narzędzie dostępne jest po adresem: http://wikiscanner.virgil. gr/, chociaż aktualnie nie działa z po­ wodu przenoszenia na nowy serwer. Cóż więc nam pozostaje w oczeki­ waniu na ponowne uruchomienie na­ rzędzia, które chociaż trochę pomoże nam w weryfikacji informacji znajdo­ wanych w Internecie? Polecam lektu­ rę hasła: „lamest edit wars” w Wikipe­ dii. Dla odprężenia przeczytamy tam o sporach krzepiąco – w tej sytuacji – trywialnych: na przykład o kon­ trowersjach dotyczących pisowni nazwy znanego zespołu muzycznego z Liverpoolu­(The Beatles czy the Be­ atles?!) lub hasła dotyczącego japoń­ skiej konsoli­do gier (Wii, Nintendo Wii, Nintendo’s Wii, czy the Wii?).

W odpowiedzi na przybierające­ na sile negatywne zjawisko, w 2007 roku powstało interesujące­ narzędzie. Stworzony przez młodego­ Amerykanina Wikipedia Scanner umożliwia rozpoznanie źródłowego­ adresu IP osób, które dokonywały zmian w konkretnym artykule – w taki właśnie sposób przestają być one ano­ nimowe. Program wykazał między in­ nymi edycje w tekście dotyczącym in­ terwencji zbrojnej w Iraku z 2003 roku z komputerów należących do CIA, jak również usunięcie satelitarnych

23

Katarzyna Wabik — kulturoznawczyni zainteresowana kulturą wizualną. Kuratorka wystaw, autorka projektów i animatorka kultury. Michał Adamiec — grafik projektant, z zamiłowania typograf i ilustrator.


FELIETON

KĄPIELOWI DJ-e tekst: Kołłątajowska Kuźnia Prawdziwych Mężczyzn ilustracja: Jacek Kalinowski Zawsze staram się bardzo dobrze poznać myjącego­ Być może dlatego mycie się jest zabiegiem tak bardzo się. Chętnie słucham historii z jego dzieciństwa. skomplikowanym i trudnym. Cena za ostatnią wystającą Znam straty, żale, niepowodzenia, rozpacze. Jestem półkę podczas lotu w otchłań rozpaczy musi być wysoka. wyczulony­na dźwięki, na to, gdy ktoś mówi o dźwię- Nawet jeśli półka miałaby posłużyć tylko jako przystanek. kach, staram się je zapamiętać, zapamiętać ich konotacje z emocjami, a także bezpośrednio utwory – te z ważnych Badania nad związkami pomiędzy kąpielą i depresją do­ momentów – pierwszy taniec, rozstania, najlepsze wakacje... prowadziły mnie do dwóch wstrząsających wniosków. Po TooTwo, 26 lat, Nowy Jork, didżej pierwsze – żeby sprostać myciu się, z racji na jego rangę i strukturę, potrzebny jest rytuał. Nikt jednak nie zna po­ Prawdziwa kąpiel nie istnieje. Ablucja jest tylko fantazmatem­, prawnej formuły mycia, jest ono nieodgadnione w swojej a pragnienie jej — objawem nerwicy natręctw. Prysznicowa­ czystej, uniwersalnej konwencji. To z kolei zaprowadziło słuchawka to ta, w której nigdy nie usłyszysz: Halo? A mimo mnie do wniosku numer dwa, który, można przypuszczać, to wracasz do tego „wolny jak ptak i wolny jak ślimak”. jest równie czystym szaleństwem: nie ma mycia realne­ Jeśli­mogę, to chcę zobaczyć kąpiel taką, jaką faktycznie­ go. Fantazmat mycia – to jedyne, o czym możemy mówić jest. A wodę można ujrzeć tylko w pryzmacie muzyki. wprost. Psycho Zig, 32 lata, Wielka Brytania, producent Wtedy właśnie wpadłem na trop kąpielowych DJ-ów – Jeszcze zanim poznałem funkcję kąpielowych DJ-ów, idąc po ścieżce rytualnych odkształceń spowodowanych wierzyłem w jedną zasadę. Spośród wszystkich rzeczy, oprawą. Nagle można było zrozumieć wszystkie spektaku­ które wybijają rytm życia szczególną, wyjątkową i naj­ larne konwencje i wymiary mycia. Kąpiele przy świecach, bardziej tętniącą jest: mycie się. Jeśli utraciliśmy raj, to kąpiele błotne, kąpiele w mleku, kąpiele w morzu. Zawsze albo przez to, że nie możemy powstrzymać entropii, lub w znamiennych okolicznościach – bryza, temperatura, przez to, że nie potrafimy jej zaakceptować. Mycie się słońce, opieka, obsługa. Po to, by nadać strukturę i od­ nie jest kwestią higieny, tylko organizacji, poczucia włas­ kształcić to, co w myciu jest symboliczne i wyobrażeniowe. nej wartości; jest papierkiem lakmusowym stabilności. Jak jednak wybałuszyć te zależności, strukturę i kon­ Mycie się jest tchnieniem sensu, obrazem sensu, zna­ wencję w myciu codziennym? W normalnym fundamental­ mieniem obecności sensu. Jeśli coś ma sens – to jesteś nym myciu, któremu trzeba nieraz z trudem i beznadzieją umyty. Jeśli masz wszystko wyprute na talerz rozpaczy, sprostać? A przede wszystkim, jak sterować swoim rytua­ życie poszarpane w drobne bruzdy, śmieci w przedpoko­ łem mycia, by nie osunąć się w otchłań, tylko właśnie odbić ju, z sufitu zwisają ci marzenia przyklejone do lepów na się od niej. To zbyt skomplikowane, by móc to osiągnąć we muchy, a ostatnie pieniądze zgubiłeś razem z nadzieją na własnym, domowym kraterze. Zwłaszcza jeśli zakładamy, nadzieję – to jeśli jest tak, a masz jeszcze ciągle czas, żeby że jesteśmy na skraju mycia i codzienna kąpiel to coś, co wstać rano i się umyć, to wiesz dobrze, że nie jest to jeszcze przychodzi z niechęcią, bo kąpiel zapowiada obowiązki, ostateczność. Nawet jeśli wywracasz się pod prysznicem, wyjście gdzieś po coś, staranie się i mierzenie się z niespra­ nie masz mydła i brakuje ciepłej wody, to mycie się jest wiedliwością brudnego, notabene, świata. ostatnim szczebelkiem przed odmętem ciemnej depresji. Jeśli życie jest jak ser z dziurami, to momenty, w których Dlatego tak ważny jest dobry bicik. Dlatego właśnie, jak bohatersko zbierasz się do mycia są tymi, kiedy jest żółto. mniemam, pojawili się kąpielowi DJ-e, a scena ta rozrasta się

24


bardzo szybko i nabiera niezwykłego, nie­ zależnego i niepowtarzalnego wy­ razu. To, co pociąga zarówno producentów, jak i wyko­ nawców i odbiorców, to doświadczenie muzy­ ki, która przechwy­ tuje nasze Ja jak szaman i prowa­ dzi je bezpiecz­ nie przez ką­ piel. Mantry nie pozwalają nam się roz­ paść i załamać, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że właś­ nie zaczęliśmy­ nowy, ciężki dzień. Bądź skoń­ czyliśmy stary i lepki­ dzień. Muzyka spra­wia, że mydło przylega do skóry, woda nie omija ciała. Muzyka, która nigdy nie wiadomo jak dobrać, bo może strasznie pokaleczyć lub nie po­ zwolić wyjść ze snu.

Inaczej jest w przypadku DJ-ów kąpie­ lowych, których radość tworzenia ma w sobie coś z zabawy. Dzię­ ki temu kąpiel jest jak eks­ peryment rozwojowy. Kąpielowy DJ pogry­ wa z nami i wyciąga jedyną prawdziwą słuchawkę, jaką jest słuchawka­ prysznica. Bro­ dzik i wannę­ zamienia w parkiet dla najbardziej zuchwałych tancerzy. Do­ daje otuchy, by podołać niewy­ jaśnionemu.

Kąpielowi DJ-e puszczają muzyczkę, gdy się kąpiesz. Kiedy szampon szczypie cię w oczy, ręce są namydlone i zbyt mokre, żeby obsłużyć sprzęt elektroniczny. Kiedy chcesz zmienić kawałek, bo gdy odkręciłeś wodę, nag­ le wpadłeś w inny nastrój. Znają infrastrukturę twoje­ go miejsca życia, wykorzystują ją, by wprowadzić mu­ zykę do twojej kąpieli. Wszystko jedno, czy w łazience masz wentylację, okno, szparę w drzwiach czy po pro­ stu cienką ściankę z dykty, która przepuszcza dźwięk. Kąpielowi DJ-e są inni niż ci z dyskotek. Tamci są nieludzko oddaleni. W ciemnych, ciasnych salach, za­ barykadowani drogocennym sprzętem i w słuchawkach odległych od siebie jak domy po dwóch stronach Styk­ su. Zwykły DJ niby gra dla wszystkich, ale nigdy tak na­ prawdę nie gra dla ciebie. Podobnie ludzie wiją się między sobą, ocierają się o siebie, ale nikt nie jest w stanie wyjść z siebie i uruchomić mechanizmu, który zapala światło. To jest właśnie ból odtrącenia, spowodowany rozrywką.

25

Kąpielowego DJ-a może stworzyć chwila. Ich pracy przyglądam się od dawna i sam dobrze wiem z doświadczenia, że nie ma większe­ go zaszczytu, niż kiedy ktoś podchodzi do ciebie i pyta cię: „Czy możesz zostać moim kąpielowym DJ-em”? Nigdy nie odmawiaj. To najpiękniejsza przysługa, jaką można zgotować bliźniemu. Jeśli ktoś przestanie

uważa, że kąpiel nie istnieje, niech się myć. Szybko poczuje różnicę 水泳のために果たしている男性

Kołłątajowska Kuźnia Prawdziwych Mężczyzn romantyczna, studencka bohema artystyczna, w wydaniu Drużyny A, zrobionej za polski budżet. Najsmutniejsi idioci z miasta artystów. Nieudacznicy i biedacy. Śmiech przez łzy. Jacek Kalinowski - rzemieślnik z wyboru artysta z przymusu, miłośnik dalekiego wschodu i futurologii, autor licznych grafik dla KKPM.


Małgorzata Maciejewska - absolwentka wiedzy o teatrze UJ, obecnie studentka performatyki UJ i dramaturgii PWST. Pisze dramaty i opowiadania, jest miłośniczką czeskiego kina. Poza zajęciami literackimi zajmuje się ilustracją, fotografią i projektowaniem.

26


“NA WSCHÓD OD EDENU” - FELIETON

Jak ( nie) z o s t ała m str ip t izer k ą ,

Moja koleżanka każdego lata pracuje we Włoszech jako consummator – dziewczyna, która zapewnia miłe towarzy­ stwo dżentelmenom podczas pobytu w nocnym klubie. Jej rola ogranicza się do konsumowania z klientami drinków, zabawiania konwersacją i namawiania do zakupu kolej­ nych butelek szampana. Żeby było jasne: mężczyźni pła­ cą za towarzystwo, nie za seks. Jej szafa pełna­jest ubrań i dodatków od Gucciego, Dolczego i Gabbany, Armaniego czy Prady i to od niej pożyczałam te wszystkie luksusowe­ dobra, które lubię, ale chwilowo mam inne finansowe priorytety. Kia, bo takie jest jej „klubowe” imię, nigdy nie ukrywała, że praca towarzyszki na wieczór nie wiąże się jedynie z pensją, ale też z drogimi prezentami. Consummators są zatrudniane przez kluby ze striptizem, ale też przez nocne lokale typu lounge i mają zakaz zbytniego za­ przyjaźniania się z klientami. To dzięki niej mogłam po­ znać branżę rozrywkową od środka – właśnie ona namó­ wiła mnie, bym poszła z nią na rozmowę kwalifikacyjną.

czyli seksbiznes śmier dzi w państwie du ńskim.­ ­ tekst: Natalia Grubizna / Nat Gru ilustracja: Małgorzata Maciejewska

„Jesteśmy tu po to, by spełniać marzenia” – oświadczył­ sympatyczny menedżer-gej jednego z klubów nocnych Kopenhagi, gdy wraz z koleżanką prezentowałyśmy swoje­najpiękniejsze uśmiechy jako kandydatki do pracy w charakterze egzotycznych tancerek ze Wschodu. „Przy­ chodzą do nas mężczyźni, którzy w codziennym ży­ ciu nie mają śmiałości do kobiet albo na których żony przestały­zwracać­uwagę. Chcemy, żeby czuli się ważni i podziwiani” – kontynuował. „Możecie liczyć na zarobki rzędu kilku­tysięcy koron za wieczór: prowizję od sprze­ danego szampana, lady drinków, napiwki za taniec topless. Najlepsze dziewczyny potrafią wyciągnąć jednej nocy około dwudziestu tysięcy”. Opowiadał nam historie na miarę Pretty Woman, o nadzianych klientach zakochują­ cych się ze wzajemnością w jego pracownicach, które już nie muszą świecić cyckami za kasę, bo każda z nich ładne torebki i drogie kosmetyki ma dorozwodowo zapewnio­ ne. Załatwił też wejściówki VIP dla nas i naszych przyja­ ciół na imprezę w modnym miejscu, bo opowiadałyśmy, że chcemy tego wieczoru gdzieś wyjść. Tydzień później miałyśmy stawić się na naszej pierwszej, próbnej zmianie.

Dlaczego dziewczyna z wyższym wykształceniem miałaby wpaść na pomysł pracy w miejscu, w którym niemal codziennie narażona jest na wysłuchiwanie od­ zywek klientów w stylu: „zejdź mi z oczu, jesteś gruba jak krowa” czy „masz takie wielkie uda, ale bym cię ru­ chał”? Powodów może być kilka. Kia nie tylko ma trzy­ miesięczne płatne wakacje w ciepłym kraju, ale z pie­ niędzy zarobionych latem pomaga finansowo matce i opłaca akademik przez kolejny rok. Robi to, co nor­ malnie robiłaby w sobotę w klubie – flirtuje z facetami, tańczy­i spędza miło czas, z tą różnicą, że jako consummator dostaje wynagrodzenie i nie musi płacić za swoje drinki. Czasem tylko narzeka, że po otwarciu granic­nad­ ciągnęła konkurencja w postaci rumuńskich dziewczyn­, które „robią więcej za mniej”. Dlaczego nie znajdzie „nor­ malnej” pracy? Wyjaśnię może na swoim przykładzie. Gdy żyje się w raju leżącym na południe od wschod­ nioeuropejskiego Edenu – Polski, a jako jedyne źródło utrzymania ma się stypendium, które wystarcza li tyl­ ko na pokrycie czynszu, bochenek chleba i dwa kartony mleka tygodniowo, naturalną koleją rzeczy jest szukanie zatrudnienia. Rozsyła się więc aplikacje, licząc na set­ ki koron spływające za każdą przepracowaną godzinę, a w odpowiedzi albo cisza, albo „dziękujemy, wybraliśmy in­ nego kandydata”. O pracę w kraju, który każdemu przyjezd­ nemu wydaje się emigracyjną arkadią, a w rzeczywistości­ okazuje się, że i tak nikt tam nie lubi muzułmanów, osób nieduńskojęzycznych i potencjalnie idących na ciążowy

27


oraz macierzyński młodych kobiet, jest trudno. W tym nego szampana (ceny w karcie zaczynały się od 2500 ko­ przeświadczeniu utwierdził mnie nawet doradca zawo­ ron, kończyły na kilkuset tysiącach), dodatkowo dwieście dowy z duńskiej organizacji wspierającej imigrantów. za podrygiwanie przy stoliku klienta topless, czterysta za dwie piosenki (też topless) podczas prywatnego wystę­ Istnieje jednak branża zawsze otwarta na napływ świe­ pu, osiemset za towarzyszenie w loży przez pół godziny żej, międzynarodowej krwi. Branża rozrywkowo-erotycz­ i tak dalej. Do tego jeszcze napiwki. Uwaga: żadnej pensji na. „Staramy się, by każdego wieczoru były na zmianie podstawowej, żadnej stawki za godzinę. „To nieuczci­ dziewczyny białe – brunetki i blondynki – czarne i Azjatki,­ we, żebym płacił dziewczynom tylko za siedzenie­ choć z tymi ostatnimi teraz u nas krucho” – oświadczył­ w klubie, gdy mają zły humor albo boli je brzuch. menedżer. „Klienci muszą mieć w czym wybierać”. Klienci przychodzą tutaj, oczekując towarzystwa­ i uwagi. Dziewczyny wynagradzane wyłącznie za sta­ Kia stwierdziła więc, że dopóki porządnie nie nauczy nie przy barze im tego nie zapewnią. Tylko prowizje się duńskiego, jej jedyną szansą na zarobek będzie zwró­ motywują je do działania i pracy”. Dla niego to było cenie się ku dobrze znanemu sektorowi obsługi życia fair, by kobietę, która jest zobligowana do rozbierania nocnego. Rozesłała swoje aplikacje do niemal wszyst­ się na scenie 2–3 razy w ciągu nocy wynagradzać tak kich klubów nocnych Kopenhagi. Okazało się, że w jed­ samo, jak konsultantkę kosmetyczną, dostającą­pro­ nym z nich może wykonywać pracę „w stylu consum- cent od sprzedanych artykułów. Dla mnie, niestety, nie. mator”, ale musi liczyć się z występami topless na scenie Nawet Kia wcześniej z brakiem pensji się nie spotkała. oraz prywatnymi pokazami. Inne lokale wymagały albo pełnej nagości, albo usługi lapdance. „Nie jesteśmy pro­ „Na kontrakty przyjeżdżają dziewczyny z różnych stron stytutkami. Jesteśmy inteligentne i mądre” – widnia­ świata. Jak się nie sprawdzają albo przez nie atmosfera ło w materiałach powitalnych klubu, w którym miała w klubie siada, odsyłamy je do domu. Tym, które nas obydwie czekać świetlana zawodowa przyszłość. nie zdążyły zarobić, opłacamy bilet powrotny i anulujemy­ rachunek za mieszkanie”. „Kontraktowe” mogą dostać­

Przed rozpoczęciem zmiany na rozgrzewkę polewają nam szampana. To jakoś pozwala łatwiej znieść fakt, że jestem najmniej rozebraną wśród koleżanek. „Musisz być uśmiechnięta i słuchać, co klienci mają do powiedzenia, nawet gdyby gadali bzdury” – Kia ma tę wrodzoną właściwość, która sprawia, że w jej towa­ rzystwie wszyscy czują się dobrze. Potrafi tak umiejętnie otworzyć oczy w zdziwieniu i chichotać w odpowiednich momentach, że dowartościuje każdego, a największego cieniasa przekona, że jest co najmniej Bradem Pittem. Nie muszę chyba ukrywać, że sama nie mam takich zdolności. Dissuję bezlitośnie, a na przejawy werbalnego molestowa­ nia reaguję soczystym: „hollaback, chłopcze!”. Naprawdę nie nadaję się do tej branży, ale bardzo chciałam poznać ją od środka. Menedżer obiecywał: „Nie musicie rozbierać się na pierwszej zmianie”; zapewniał, że jak tylko poczujemy się niekomfortowo, możemy przerwać, cokolwiek robimy z klientem, i odejść. Podczas tej pierwszej rozmowy sama nie wiedziałam, jak daleko się w swoim śledztwie posunę.

współdzielony pokój w mieszkaniu należącym do klubu. Płacą za nie dosyć wysoką stawkę dzienną. Nie ma zmiłuj – nawet gdy klienci danego wieczo­ ra nie dopisują i żadne pieniądze do torebki nie wpadły,­czynsz pokryć trzeba. Ale te dziewczyny za­ zwyczaj reprezentowane są przez agencje i to one or­ ganizują im posady we wszystkich krajach Europy.

Przed rozpoczęciem zmiany na rozgrzewkę polewa­ ją nam szampana. To jakoś pozwala łatwiej znieść fakt, że jestem najmniej rozebraną wśród koleżanek. Kuse sukienki dziewczyn i buty na przezroczystych platfor­ mach ewidentnie świadczą o tym, że mamy spełniać marzenia mężczyzn, ale takie wykreowane przez por­ nole. Trafiłam do świata sztucznie wytworzonych prag­ nień, raju opalania natryskowego, kwasu­hialuronowe­ go w ustach i przedłużanych włosów. Czułam się jak Zarobki miały być, jak wspomniałam, imponujące. kopciuszek w innej rzeczywistości, w której kobiety nie Sto koron za lady drinka, dwadzieścia procent od sprzeda­ mają prawdziwych imion, tylko klubowe pseudonimy.

28


Wśród pięknych koleżanek mogłam zostać­uznana co chodzą, pytam, dlaczego nie chcą zamówić tańca. „Moja najwyżej za tę, o której – przez grzeczność­– mówi się, kobieta nie byłaby zadowolona” – odpowiada jeden z nich. że ma „oryginalną urodę”. „Wszystko przecież zostaje tutaj, w klubie” – prowokuję. Chyba jestem przekonująca, bo w końcu wykupują lożę. Atmosfera między pracownicami jest miła. Roz­ Tajemnica „męskiego wieczoru” raczej nie wyjdzie na jaw. mawiam przy kieliszku z dwiema Węgierkami. Pra­ cowały w tym lokalu niedługo, może z tydzień, Mija kilka godzin. Kia – bardziej obeznana z bran­ a agencja wysyła je wkrótce do Niemiec. Znaczy – klub żą – wysiada psychicznie i chce wracać do domu. Oby­ nie jest z nich zadowolony. Jedna zwierza się, że od cza­ dwie wiemy, że nie odnajdziemy się w absurdalnej su kiedy powiększyła sobie piersi (miała gigantyczne), rzeczywistości podrygiwania na scenie w stringach, klienci częściej ją kupują. Druga mówi, jak bardzo tęsk­ gdy na sali więcej jest pracownic niż klientów, a faceci ni za bliskimi i siostrzeńcami – ciągłe wyjazdy i specyfika płacą 250 koron za lady drinka, który, zależnie od sta­ pracy nie sprzyjają założeniu rodziny, więc dzieci siostry nu upojenia dziewczyny, jest albo rosé, albo sokiem traktuje jak swoje. O Polce, która jako jedyna z nas nosi żurawinowym z wodą sodową. Żadna z nas nic nie za­ perukę, wcześniej powiedział mi menedżer. Przerzuci­ robiła, ale przynajmniej wstawiłyśmy się za cudze. li ją z Norwegii, gdzie ewidentnie nie miała szczęścia. Kiedy ją pytam, czy planuje zostać w Danii dłużej, par­ Choć praca w nocnym klubie okazała się nie dla mnie, ska śmiechem: „Żartujesz? W Polsce mam swoje życie”. nie dajcie się zwieść mitowi „smutnej dziwki” (jak wie­ lu z pewnością chętnie określiłoby panie zarabiające Napiwki – dziewczyny nie pozostawiły mi złudzeń dzięki spełnianiu różnych marzeń mężczyzn), patrzącej – dostaje się raczej od zagranicznych gości. Duńczycy w przyszłość bez perspektyw, zmuszonej do wykony­ są przekonani, że przy tak wysokich ustawowych staw­ wania pogardzanego społecznie zawodu. Side, Dunka, kach godzinowych nie trzeba już nikogo tipować. Jed­ w jeden, jak sama przyznaje, kiepski wieczór potrafi wy­ nak godzinówek, jak wspomniałam, tu nie uświadczysz. ciągnąć cztery tysiące koron; w dobry – kilka razy tyle. Jedna z Węgierek mówi, że to najczęściej miejscowi Pieniądze zarobione­w seksbiznesie gwarantują bowiem zagadnięci tylko odwracają się plecami, zamiast odpo­ życie na poziomie, o którym większość z nas marzy, choć wiedzieć, „jak w każdym innym kraju”: „nie, dziękuję”. się nie przyznaje. Kto by nie chciał mieć wakacji przez osiem miesięcy w roku? Mia, Czeszka, dwa dni przed Menedżer każe nam wyjść przed klub i machać do go­ moją próbną zmianą wróciła z wczasów w Kolumbii, ści Fashion Week, którzy przyjechali autobusem na pokaz a na co dzień jak gdyby nigdy nic nosi torebkę, której w klubie obok. Do tego lokalu też w weekendy wysyła wartość przekracza kwotę mojego miesięcznego czynszu. dziewczyny, by nagoniły klientów, gdy pustka. Nie jest Dlaczego dziewczyny dobrze prosperujące w przemyśle już tak życzliwy, jak przy pierwszym spotkaniu. Barman­ nocnych rozrywek nie znajdą sobie innej, „godniejszej” ki krzyczą na nas, że siedzimy, zamiast atakować klientów pracy, tylko – póki są młode i atrakcyjne – chwytają się i próbować cokolwiek zarobić. Jedyna osoba zaintereso­ „łatwych pieniędzy”? Wszystkie są zgodne: seksbiznes wana kupieniem mnie to kobieta, która przyszła ze swoim jest do tej pory jedyną branżą, w której zarobki kobiet są facetem w towarzystwie innych znudzonych bogaczy. Nie równe z zarobkami mężczyzn, a nawet znacząco je prze­ mam ochoty, więc uśmiechając się uprzejmie, żegnam ją wyższają. Po co więc ciągnąć od pierwszego do pierw­ i wychodzę do toalety. Zakaz dotykania nie obejmuje szego, gdy już poznało się smak życia na poziomie? najwidoczniej obejmowania ramieniem, macania po ko­ lanie czy karesów ze strony selekcjonera. „To normalne” – przekonuje mnie Kia – „pracujemy przecież ciałem”. „Skarbie,­Gisele Bündchen też pracuje ciałem i nikt nie ma prawa jej dotykać w ten sposób” – odpowiadam. Skoro po­ wiedziano mi „żadnego dotykania”, tego właśnie oczekuję. Tej nocy przychodzą głównie stali klienci, odwiedza­ jący swoje ulubione dziewczyny. Dwóch „nowych”, czego świadkiem jestem w palarni, koleżanki namawiają na pry­ watny pokaz. Ci wzbraniają się, więc gdy namawiające wy­

Natalia Grubizna — pornolożka i kolekcjonerka­ wrażeń. Obecnie kończy studia na wydziale filmu i mediów Uniwersytetu Kopenhaskiego. Od sierpnia 2012 matka założycielka portalu proseksualna.pl. Napisz do mnie: nat@proseksualna.pl.

29


KĄTEM OKA

Wal k a o J a nosi k a , czyl i cz y j a j e s t t a m i e dz a tekst: Weronika Gogola ilustracja: Agnieszka Gogola

„Wisi harnaś, wisi, za poślednie ziebro, pytają panowie, ka złoto i śrebro”. Słowa­ polskiej góralskiej pieśni, a melodia... no właśnie. Melodia łudząco przypomina­ hymn Słowacji. A może hymn Słowacji łudząco przypomina polską piosnkę? Muzyczne wędrówki rządzą się swoimi prawami, nie zważając na góry, lasy i doliny.

W

przypadku Polski i Sło­ wacji góry są naszym zbawieniem. Po pierwsze dlatego, że naturalna granica, trudna do przekro­ czenia, oddala zagrożenie ewentual­ nego konfliktu „o miedzę”. Po drugie, naród bez gór jest pozbawiony cha­ rakteru. Góry czynią nas kimś wyjąt­ kowym. Owszem, nadmiar charakteru­ może zaszkodzić. Mój wujek jest ra­ townikiem i twierdzi, że: „najwięcej wisielców zbieramy jak halny zawieje”. Ale nie o halnym miało być, a o Janosiku. Czy wy też staliście się swego czasu ofiarami serialu Jerzego Passendorfera? Pamiętam ten dzień jak dziś. Wczesne lata dziewięćdzie­ siąte, szatnia w przedszkolu, śmier­ dzące potem i kurzem półki na kapcie. (Ktoś jeszcze pamięta te segmenty ze sklejki?) I dwóch kolegów kłócących się między sobą: „miedza jest moja!” „Mojej miedzy ci nie dom!”„Coś ty pe­ dzioł, twoja miedza?!” Gdybym wte­ dy znała wyrażenie „wtf ”, na pewno

wyświetliłoby mi się nad głową. Ale zanim zdążyłam zadać pytanie, mama naciągnęła mi rajstopy prawie pod pa­ chy (pamięta ktoś jeszcze te cudowne rajtuzy w kolorze… kawy z mlekiem?) i powiedziała: „To jest z Janosika”. Po tych słowach kolejny rok moje­ go dziecięcego życia spędziłam już pod jego wezwaniem. Serial zna­ łam na ­pamięć, w domu przebiera­ łam się w gorset i kwieciste spód­ nice, malowałam już nie gołe baby i Madonny (ulubione motywy mo­ jej dziecięcej twórczości), a Janosika­ wraz z całą kompanią. Zajęłam się również aktywnym zbójowaniem. Nie zapomnę, jak wujek powiedział mi, że ma pewnego rodzaju dojścia i może mi załatwić wpis Janosika i Maryny do mojego pamiętniczka. Wyobraź­ cie sobie mój zachwyt, kiedy w pa­ miętniku nie tylko znalazłam wpis od Maryny i Harnasia (wraz z ich podo­ biznami), ale przede wszystkim wpis o treści: „Na pamiątkę wspólnego zbó­ jowania wpisał się Walenty Kwicoł”.

30

Wpis zrobił furorę, a ja przez chwilę mogłam być przedszkolną gwiazdą. A teraz wyobraźcie sobie ten mo­ ment, kiedy dowiaduję się, że mój prywatny bohater, mój absolutny hero jest czyimś bohaterem narodowym! Hola! Do dziś pamiętam swoje obu­ rzenie. Przecież Harnaś jest nasz, podhalański!­Pamiętam też zdziwienie znajomego Słowaka, kiedy dowiedział się, że w Polsce istniał serial o jego bo­ haterze narodowym i że większość Polaków widziała go więcej niż jeden raz. Jeżeli chodzi­o ekranizacje historii Janosika, Słowacy raczej nie są przy­ wiązani do jednego aktora, bo po­ cząwszy od roku 1921 tych ekranizacji było całe mnóstwo. Tymczasem dla mnie, prywatnie, odkrycie, że Janosik nie jest Markiem Perepeczko, było druzgocące. Chociaż sam Perepecz­ ko miał potencjał, żeby zainteresować Słowaków. Pamiętam, że na jednym z forów o Janosiku natknęłam się na



zdjęcie naszego aktora, rzecz jasna z wiatrem między włosami... na klacie,­a pod spodem podpis jednego­ ze słowackich użytkowników: „wy­ zera jak Rambo”. O tym nie pomy­ ślałabym nigdy! Przy nim Václav Jiráček z Prawdziwej historii Agnieszki Holland wygląda jak kruszynka.

się przed sądem do 12 czynów (nie Janosik zginął jednak powieszo­ było to jednak dwanaście prac Her­ ny za poślednie ziebro. Jest to fakt. kulesa, a raczej napady i morderstwa). Janosik tu i tam Romantycznie Od pół wieku każdego lata od­ Co do samej śmierci Janosika, bywa się w Terchowej letni festiwal powróćmy do serialu Passendorfera „Dni Janosika”. W programie koncerty,­ i sceny, kiedy Maryna na tle czerwo­ wystawy,­szwarc, mydło i powidło. Ale prawdziwe historie są nudne. nego jak krew słońca całuje go po W Polsce z kolei Janosik dorobił się swo­ Prawdziwy Janosik to był facet, który raz ostatni. A Janosik idzie zawis­ jego komiksu, autorstwa duetu Kwiat­ zajmował się działalnością przestępczą.­ nąć – nie na haku (wszak to byłoby kowski i Skarżyński. Komiks ukazał się Nazywajmy rzeczy po imieniu. Ale nieestetyczne),­a na sznurze. Idzie wraz z wielokrotnie wspominanym se­ o ile piękniejsza jest legenda o jego przez stado baranów, które, nie wie­ rialem. Jednakowoż najsilniej Janosik magicznych kierpcach i pasie, które dzieć czemu, akurat wtedy się napato­ obecny jest w kinematografii. Właś­ powodowały, że był kimś w rodzaju czyły. Ale romantyka jest. Przypomi­ ciwie jego obecność w świecie filmu­ superbohatera i mógł uratować się na mi się też pewna pieśń z Podhala, jest swoistego rodzaju fenomenem. z każdej opresji. Sami porównajcie. Filmy o Janosiku Faktycznie 1921 (reż. Jaroslav Siakeľ) – pierwszy Juraj Janosik urodził się w 1688 film o Janosiku. Niezwykle ciekawy. roku w Terchowej (a więc nieco da­ Jak zaraz po I wojnie światowej Słowa­ lej od gór, niż przyjęło się uważać). cja mogła pozwolić sobie na pełnome­ Świadczy­o tym metryka chrztu: Anno trażowy film? Oczywiście dzięki zapa­ 1688 In Januario Die 25. Eadem die bapłowi żyjących w Chicago Słowaków, tisavi infantem natum e Martino Janosik którzy założyli Tatra Film Corporation et Anna Czisznik, cui datum est nomen i wysłali całą ekipę filmową na Słowa­ Georgius. Patrini erant Jacobus Merjad cję. Film jest również interesujący ze et Barbara Kristofik e Terchova. Me­ względu na konstrukcję. Wszystko za­ tryce nie odmawia się autentyczności. czyna się od sceny, kiedy to turyści spo­ Wiemy też, że brał czynny udział tykają bacę, a ten zaczyna snuć janosi­ w powstaniu Franciszka II Rakoczego.­ kową opowieść. Turyści sami stają się W bitwie pod Trencinem (1708) trafił bohaterami historii i zaczynają w niej do niewoli i potem, już jako cesarski­ w której­cała historia z pojmaniem Ja­ uczestniczyć. Dodatkowym, dziś po­ służalec, był strażnikiem zamku nosika jest może bardziej dramatyczna wiedzielibyśmy – uroczym, atutem fil­ w Bytci.­Tam poznał Tomasza Uhor­ niż romantyczna. To kobieta zdradza mu są napisy, ponieważ film jest niemy. czyka, szefa zbójnickiej bandy i, zbójnika: „Pierso godzina z północy można­powiedzieć, tak to się wszyst­ była, jesce się gwiazda na niebie tliła, 1935 (reż. Martin Frič) – tym razem ko zaczęło. Janosik został zbójnikiem. kie mnie, kie mnie ma miła, kie mnie film jest już dźwiękowy. Film kła­ Kiedy razem z Uhorczykiem trafili do kie mnie ma miła panom zdradziła”. dzie duży nacisk na przekaz ludowy, niewoli w 1712 roku, udało im się wy­ Tak czy siak, romantyczna wersja znana opowiada o czynach Janosika na po­ łgać za pomocą łapówki w postaci... z legend z miłością nie ma nic stawie tworzonej przez lata historii sera i futra z lisa. W 1713 roku najwi­ wspólnego.­O ile mnie pamięć nie mówionej. W filmie grają również doczniej sera już zabrakło i Janosik myli, Janosik przez nieuwagą­zapo­ naturszczycy, mieszkańcy okolic­ miał mniej szczęścia. 13 marca został mniał swoich magicznych kierp­ Terchowej. Chociaż wytrawnych skazany za wszystkie swoje przewiny i, ców i pasa, i poślizgnął się na aktorów­rzecz jasna również nie bra­ zgodnie z ówczesnym prawem, zawisł groszku!­Wersja faktyczna zaś mówi kuje: Aniczkę, dziewczynę Janosika (à na haku pod lewym bokiem. Przyznał o zdradzie Uhorczyka. Było jak było, propos,­według Słowaków dziewczyną

32


Janosika była Aniczka, żadna tam Maryna), zagrała uważana za pierw­ szą ze słowackich gwiazd aktorskich Zlata Hajdúková. Muzyka (obecna również) jest autentycznie ściągnięta­ z terchowskich okolic. Film stał się absolutnym czechosłowackim hitem.

1974 (reż. Jerzy Passendorfer) – o serialu padło już wiele słów. I chociaż góralszczyzna bohaterów z prawdziwą góralszczyzną nie ma wiele wspólnego,­ i chociaż serial nie ma w sobie nic z prawdziwej historii, i chociaż Pere­ peczko „wyzera jak Rambo”, to jednak pozostaje on absolutnym polskim hi­ 1962/1963 (reż. Paľo Bielik) – po nie­ tem. co dłuższej przerwie nadchodzi czas na pierwszy w kolorze film o Janosiku. 2009 (reż. Kasia Adamik, Agnieszka Film składa się z dwóch części. Pierwsza Holland) – długo oczekiwany film. opisuje młodość Janosika, jego studia Również przeze mnie. Jednak, nie i powrót do rodzinnych okolic. Druga wiedzieć czemu, zawsze „praw­ część opisuje formowanie się zbójnic­ dziwe historie” powodują u wi­ kiej bandy i działalność Janosika na dza pewnego rodzaju znużenie. tymże polu. Film próbuje odejść od I tak było w tym przypadku. Roz­ legendy, a skupić się na obrazie społe­ czarowanie po obu stronach Tatr. czeństwa słowackiego tamtych czasów.

Janosik dorobił się również dwóch filmów animowanych. Z 1976 i 1991 roku. Pozostaje nam czekać na Janosika w 3D. Najlepiej w ko­ produkcji, żeby uniknąć konfliktu. Walka o Janosika Problem w tym, że walka w ogóle nie istnieje. Mogłaby. Ale okazuje się, że Janosikiem można się podzielić. Pytanie tylko, dlaczego nikt nie chce się o niego kłócić? Czasami zasta­ nawiam się, czy spora część Słowa­ ków nie chciałaby go nawet oddać. Nie wkurzają was te ciągłe reakcje na hasło­„jestem z Polski” pod tytułem: „A! Wojtyła! Wałęsa!” albo, jeszcze lepiej, nieśmiertelna gadka: „miałem kiedyś dziewczynę z Polski”? To te­ raz wyobraźcie sobie, że na hasło: „jestem ze Słowacji” słyszycie: „Ja­ nosik! Owce! Prażenyj syr!” albo nieśmier­ telną gadkę: „lentilki, kofola i studencka”. No właśnie.­Może ktoś wy­ pożyczy Janosika? Tak na dekadę? Weronika Gogola — studentka ukrainoznawstwa na UJ, śpiewa w zespole pieśni tradycyjnych POREMBISKO,­ koordynatorka i pomysłodawczyni ukraińsko-polsko-słowackiego projektu UPS.

Agnieszka Gogola­ — ukończyła Państwo­ we­­­­­ Liceum Sztuk Plasty­ cznych w Nowym­Wiśniczu. Obecnie­jest studentką II roku grafiki­ na ASP w Krakowie. Zajmuje się rysunkiem, malarstwem, grafiką warsztatową i projektową­ oraz ilustracją.

33


KĄTEM OKA

a i n y t ą i w ś – o n i K ) i k u (szt tekst: Marta Stańczyk ilustracja: Szymon Szelc

K

iedy scjentyczny światopo­ gląd zainspirował krucjatę przeciw zabobonom, pozycja religii w życiu człowieka została mocno nadszarpnięta. Wydawać by się mo­ gło, że wraz z rozwojem wiedzy, pro­ pagowaniem modnej samorealizacji i indywidualnej ekspresji postępować będzie również sekularyzacja społe­ czeństwa, ale transcendencja zdaje się wkradać na scenę tylnymi drzwiami. Słowo „scena” nie jest jednak najod­ powiedniejsze – domeną renesansu duchowości powoli staje się kino. Do tej pory prym w filmowych przedstawieniach szeroko rozumia­ nych kwestii religijnych wiodły trzy schematy. Po pierwsze, obrazy w oczy­ wisty sposób interpretowane jako re­ ligijne ze względu na temat – zwykle zwulgaryzowane, epickie hagiografie, bardziej w stylu Joanny d’Arc Luca Bessona niż niemego arcydzieła Carla Theodora Dreyera. Po drugie, filmy, w których religia jest przypisana do tra­ dycyjnych społeczności i traktowana jako produkt lokalnej cepeliady oraz źródło mądrości życiowych dla tury­ stów, jak w Jedz, módl się, kochaj Ryana Murphy’ego. Po trzecie, obrazy kryty­ kujące rytuały, uprzedzenia, fanatyzm­

etc., czego ukoronowaniem jest nie­ dawno goszczący na polskich ekra­ nach Raj: Wiara Ulricha Seidla. Nawet jeśli religia była obecna w filmie, trud­ no było mówić o doświadczeniu cho­ ciaż na poły metafizycznym. Pozornie ludzie na dobre zadomowili się już „na wschód od Edenu”, ale rzeczona pustka­ świątyń przekroczyła mury i stała się dotkliwie odczuwalna. Tymczasem kino reaguje niczym sejsmograf – po­ maga widzowi zakorzenić się w rze­ czywistości i nadać sens codzienności, pod której powierzchnię się zanurza.

miarowości i głębi, a z „nadmiaru” materialności­świata przedstawionego – przeczucie transcendencji. Rzeczy­ wistość ukazana wydaje się tylko po­ wierzchnią, co uruchamia intuicje me­ tafizyczne. Jednym z podstawowych wyznaczników tej filmowej ducho­ wości staje się przez to kontemplacja.

Od dłuższego już czasu obserwować­można ponadkulturową i rodzącą się spontanicznie tendencję­ do minimalizmu. W slow cinema prefe­ rowany jest wolny rytm, długie ujęcia i kontemplacja świata przedsta­ wio­ Dlaczego akurat kino? Umberto­ nego.­Wynika to poniekąd z roz­ Eco porównał filmy do gotyckich czarowania teraźniejszością i chęcią katedr, gdyż – z wyjątkiem dzieł au­ wyłączenia się z jej biegu. Twórcy torskich – pozostają one ważniejsze­ gorliwie przyglądają się rzeczywi­ od twórcy, spychając jego osobę stości i zmuszają widza, by odkrył jej na dalszy plan. Podobieństwo kina podskórny nurt, doświadczając me­ głównego nurtu do religii można­ tafizyki lub właśnie jej namacalnego rozciągnąć m.in. na wspólnotowe braku (jak np. w Sangre Amata Esca­ uczestnictwo, często kompensacyjną­ lante, gdzie nawet cud – przejście po czy eskapistyczną funkcję i konser­ tafli wody – nie potrafi zmienić życia watyzm. Jednak film przekracza wąs­ bohatera). Mimo rozmaitych strategii kie ramy jednego wyznania. Jako me­ twórczych, wyczuwalna staje się po­ dium audiowizualne łączy w sobie trzeba duchowości, głębi, tajemnicy potencjalną symboliczność obrazu czy przywrócenia moralnego środka. i sublimacyjny­walor dźwięku. Po­ W takiej parareligijnej optyce nie przez oddziaływanie na różne zmysły chodzi­bowiem o konkretną doktrynę,­ budowane jest wrażenie pełnowy­ a o coś bardziej esencjonalnego:

34


Szymon Szelc — student Krakowskiej ASP, zajmuję się komiksem, rysunkiem, ilustracją. Działa w BANDZIE, grupie Lasem, Kole naukowym wydziału Grafiki, Grupie RZWR, współtworzy niezależny magazyn komiksowy Mydło.


potrzebę przywrócenia codzienności „duszy”, zobowiązaniom ich sensow­ ności, a życiu – celu. Górnolotny wy­ dźwięk tych zdań potwierdza jedynie tezę o wyjątkowości sztuki kinowej: posługując się obrazem, sugestywnym, a zarazem wymykającym się dosłow­ ności, pokonuje ograniczenia języka. Szukanie cech religii w kinie na tym się nie wyczerpuje. Twórcy fil­ mowi uprawiają mniej lub bardziej zawoalowaną moralistykę. W kinema­ tografii stale obecny jest wątek krytyki materializmu i próżni znaczeniowej, a takie filmy jak Milczenie Ingmara Bergmana, w którym jedna z bohate­ rek uprawia seks w kościele, uczyniły z Zachodu symbol przestrzeni sprofa­ nowanej. Dzisiaj Pascal nie zakładałby się prawdopodobnie o istnienie Boga, lecz o istnienie wartości, zwłaszcza że publiczność szuka niewymagają­ cej rozrywki, często pełnej agresji. A kino głównego nurtu wykorzystuje te „grzechy”. Jednak istnieją również filmy, które za cel stawiają sobie nie rozrywkę i żerowanie na emocjach, a raczej potrzebę refleksji etycznej. Na poziomie treści prezentuje to przy­ kładowo nowe kino science-fiction, z Nie opuszczaj mnie Marka Romanka i Księżycem Duncana Jonesa na czele. Oba poruszają problem uprzedmioto­ wienia ludzkiego życia – w pierwszym hodowani są dawcy organów, w dru­ gim – darmowa siła robocza w postaci klonów. Bardziej interesująca jest re­ fleksja nad formą. We współczesnym kinie artystycznym często pojawia się wątek odpowiedzialności twórcy za widza. Stąd film ma przełamywać konwencje, skłaniać do zastanowienia,­ dezorientować, utrudniać odbiór i nie dostarczać gotowych odpowiedzi,­ przywracając niejako publiczności wolną wolę. W większości filipik anty­ hollywoodzkich widoczne jest uwraż­ liwienie na kwestię wychowania czy –

dosadniej – zmuszanie widza gwałtem do autonomii, by zacytować Michaela Hanekego, jednego z głównych przed­ stawicieli formalnych moralistów. Troska o rozwój duchowy wyrażo­ na jest również poprzez włączenie do fabuł pewnych tematów czy motywów tradycyjnie wiązanych z religią, czytel­ nych mimo oderwania od kontekstu. Często powraca wątek eschatologicz­ ny, naświetlana jest psychomachia, poddaje się refleksji sens ofiary i po­ święcenia (jak np. w szokująco niean­ tyklerykalnych Ludziach Boga Xaviera Beauvois). Motyw grzechu i pokuty

Dzisiaj Pascal nie zakładałby się o istnienie Boga, lecz o istnienie wartości pojawia się w rozrachunkach z historią­ – jak w przypadku kina austriackiego,­ zmagającego się z wyparciem fa­ szystowskiej przeszłości. Trudnym tematem jest przebaczenie, jednak w takich obrazach jak Pieta Kim KiDuka­ czy Syn braci Dardenne­boha­ terowie stają w sytuacji granicznej – spotykają zabójców swoich dzieci – lecz zamiast zemsty przychodzi wyba­ czenie. W obu przypadkach, u całko­ wicie odmiennych twórców, okazuje się, że człowiek jest lepszy, niż sądził. Takie fabuły traktują o kwestiach z du­ cha religijnych. Choć mówi się raczej o świadomości etycznej niż o teologii, natarczywość powracania pewnych wątków obnaża dotkliwe odczucie luki w posttranscendentnym świecie. Dodatkowo filmy o postaciach świę­ tych czy zjawiskach cudownych (jak np. Ricky François Ozona, Lourdes­

36

Jessiki Hausner czy Wyspa Pawła­ Łun­ gina) wbijają kij w mrowisko pew­ nych konwencji „metafizycznych” kina mainstreamowego, w którym dominują horrory satanistyczne czy anioły uwikłane w perypetie miłosne. Mimo że komercyjnym filmom bliżej do handlu dewocjonaliami niż do głę­ bokiej religijności, wydają się czerpać z szerszych tendencji czy tęsknot. Naj­ skromniejszą, ale bodajże najbardziej szlachetną i z gruntu humanistyczną formułę reprezentują filmy poru­sza­ jące­temat spotkania. Kontakt z dru­ gim człowiekiem znów staje się bez­ pośredni, fizyczny, ale przez to na poły transcendentny. Dzieje się tak np. w Tyranozaurze Paddy’ego Considine’a czy Moim Nikiforze Krzysztofa Krauzego, gdzie nawiązuje się więź między kom­ pletnie różnymi osobami: brutalem i katoliczką, wykształconym plasty­ kiem i niedorozwiniętym psychicznie artystą. Spotkanie umożliwia prze­ kroczenie siebie i – poprzez relację z innym – dostrzeżenie­wyższego po­ rządku. Oczywiście, można mnożyć rów­ nież kontrargumenty. Jednak, uni­ kając kategorii katharsis, iluminacji, komunii itd., kino daje świadectwo żywotności potrzeb metafizycznych. Prawdopodobnie znakiem czasu nie stanie się jakaś nowa duchowość, a religia wciąż będzie stereotypizowana i marginalizowana, lecz w filmach coraz­częściej można znaleźć próbę nadania rzeczywistości głębi, dotarcia do tajemnicy i, bynajmniej, nienaru­ szenia jej. Jeśli nawet jest to myślenie życzeniowe, coraz łatwiej znajduje so­ bie onygodną niszę w sali kinowej. Marta Stańczyk — studentka Uniwersytetu Jagielloń­ skiego, filmo­ znawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem.


Polub siebie. Uwierz w ducha. Zrób biznes. Biznes Mama - projekt dla świadomych kobiet. www.biznesmama.com.pl


KĄTEM OKA

NA WSCHODZIE U FRANKA CASTORFA tekst: Magda Garlińska ilustracja: Dominik Kowalczyk

W

1990 roku urodzony w Berlinie Wschodnim reżyser Frank Castorf ma trzydzieści­ dziewięć lat. Zdążył już być drama­ turgiem w prowincjonalnym teatrze­ w Senftenbergu, reżyserem w Bran­ derburgu i szefem niezależnego ze­ społu w Anklam. Mur, który dzielił jego rodzinne miasto na dwa osobne organizmy przez prawie trzydzieści lat, właśnie runął. Droga na zachód nie wiedzie już przez obóz przej­ ściowy w Marienfelde, teraz każdy może zrobić zakupy w modnych sklepach na Kurfürstendamm. Dla niezależnego enerdowskiego reży­ sera kończy się okres banicji. Nie musi już reżyserować na prowincji. Jego świat powiększył się o Ham­ burg, Kolonię, Bazyleę, Monachium. Kiedy zrealizuje Zbójców według­ Schillera w Deutches Theater w swo­ im­rodzinnym mieście, przestanie być anonimowym Frankiem Castorfem, reżyserem z NRD, a stanie się tym Frankiem Castorfem. To, co nie mieś­ ciło się w ciasnych umysłach urzęd­ ników zza muru – agresja, montaż tekstów, inscenizacyjny chaos – po jego upadku wyniosło Castorfa na europejski teatralny Olimp. Paradok­ salnie zresztą, bo jego najgłośniej­ sze spektakle zrealizowane w latach dziewięćdziesiątych nie pozostawiają suchej­nitki na nowym ustroju. Wspo­

mniani Zbójcy są requiem dla NRD. Kolejne inscenizacje, niezależnie od tego, czy będą adaptacjami Haupt­ mana czy Szekspira, łączyć będzie kry­ tyka krwiożerczego kapitalizmu, po­ zjednoczeniowego huraoptymizmu i kolonialnej polityki landów zachod­ nich względem landów wschodnich. Wszystko przedstawione w formie długich, kilkugodzinnych spektakli, gdzie wodewil i bulwarowy humor przeplata się z klasykami światowe­ go dramatu, tekstami teoretycznymi i projekcjami, u Castorfa doprowadzo­ nymi do skrajności – spora część akcji umieszczona jest w zbudowanych na scenie domach, których wnętrza są widoczne dla widzów jedynie w for­ mie filmu wyświetlanego na ekranie. Rok 1992 jest przełomowy dla niemieckiego teatru. Wtedy Frank Castorf obejmuje stanowisko dyrek­ tora miejskiej sceny we wschodniej części Berlina, Volksbühne am Rosa­ -Luksemburg-Platz. Jego dramatur­ giem zostaje Mathias Lilienthal, póź­ niejszy dyrektor Hebbel am Ufer, a gwiazda berlińskich scen Martin Wuttke opuszcza Berliner Ensemble, by zasilić zespół Castorfa, przesuwając tym samym teatralny punkt ciężkości­ z Zachodu na Wschód. Odtąd Volksbühne stanie się miejscem piel­ grzymek. Początkowo z Berlina Za­ chodniego, a później już niemal z całej

38

Europy. Frank Castorf jako dyrektor odkryje w sobie talent do wyławiania aktorskich i reżyserskich talentów. To pod jego skrzydłami rozkwitnie talent­dzisiejszej gwiazdy Volksbühne ,Sophie Rois. Nie kto inny, a właśnie Frank Castorf zaprosi do współpracy wyklętego w Szwajcarii za wytykanie­ rodakom współpracy z nazistami Christopha Marthalera. Jego odkry­ ciem będzie też Christoph Schlingen­ sief, który w pewnym momencie swo­ jej kariery będzie nawet nagrywał na scenie teatru emitowane w telewizji talk show. I w końcu uczeń Castorfa – René Pollesch, obecnie jeden z naj­ ważniejszych niemieckich reżyserów. Volksbühne pod dyrekcją Castorfa to wzorcowy teatr ze spójnym pro­ gramem artystycznym, wiernymi wi­ dzami, którym poza spektaklami ofe­ ruje się koncerty, czytania dramatów, a także­działania w ramach Theaterpedagogik (spotkania z widzami poprze­ dzające spektakle, przy teatrze działa­ także młodzieżowa grupa teatralna). Jeśli szukać na mapie naszego kraju teatru podobnego do Volksbühne, to w pewnym okresie swojej działalności był nią z pewnością TR Warszawa.­Po­ lacy, szukając lepszego­życia, zawsze z sentymentem spoglądali na Zachód. Frank Castorf prze­ciwnie.­Najpierw jego rajem utraconym­była NRD, a przynajmniej jej socjalistyczne idee.


Kiedy na początku dwudziestego­ pier­w­szego wieku kwestia zjednoczeniczenia Nie­ miec przestała być najbardziej aktual­ nym problemem, Frank Castorf bie­ rze na warsztat li­ teraturę rosyjską. Inscenizuje spek­ takle na moty­ wach Demonów, Skrzywdzonych i poniżonych, Idioty Dostojew­ skiego oraz Mistrza i Małgorzaty Micha­ iła Bułhakowa. U Do­ stojewskiego najbar­ dziej interesuje go boska wola istniejąca poza wolą człowieka i będąca w stanie de­ cydować o jego losach. Jak twier­ dzi Castorf, jest to podejście zu­ pełnie obce „ludziom Zachodu”, jak nazywa samych Niemców. W jego spektaklu z 2012, Die Wirtin na motywach Dostojewskiego, Bert Neumann buduje na sce­ nie obrotowej długą drewnianą chatę z kominem, ulatującym z niego dymem i przywiązaną do postronka kozą. Wnętrze chaty wy­ pełniają ikony i zdobione tkaniny, jest nawet mały ołtarzyk przed którym główna bohaterka i jej mąż, ubrany w strój popa, raz po raz się kłaniają. Ona wygląda jak córka bojara, z tym wyjątkiem, że jej stroje są zdecydo­ wanie zbyt prześwitujące jak na przy­ kładną wyznawczynię prawosławia. Między­trójką bohaterów: kobietą, jej mężem, a „tym trzecim”, rozgrywa się miłosny dramat,­u Castorfa przedsta­ wiony w formie slapstickowych po­ ścigów wkoło drewnianej chaty, pate­ tycznych wyznań, groteskowych scen masturbacji i igrania ze stereotypem Rosjanina-pijaka. Wszystko w rytm

chologicznego budowania postaci, zupełnie obcego­reżyserowi. Tym większe było zaskoczenie, kiedy w 2010 roku postana­ wia zrealizować spektakl na pod­ stawie Trzech sióstr Antonie­ go Czechowa,­ twórcy nie­ o d ł ą­c z n i e kojarzonego z metodą Stani­ sławskiego. Nie­ miecki reżyser nie dostrzega jednak u Czechowa realizmu i smutku. Jego zdaniem dramaty Rosjanina są ab­ surdalnymi komediami, odda­ jącymi ducha modernizmu. Bo czy istnieje na świecie coś bardziej absurdalnego niż tęsknota za minionym i planowanie przyszłości, któ­ ra nie ma szansy się wydarzyć? Zdaniem Castorfa Czechow­ najchętniej widziałby swoje­ sztuki w wydaniu kome­ diowo-wodewilowym. I tak też realizuje swoją wersję Trzech sióstr, nazwaną przewrot­ nie Nach Moskau! Nach Moskau!­ ­(Na Moskwę! Na Moskwę!). misternie­skomponowanej ścieżki Gdzieś z boku stawia nawet nieod­ dźwiękowej, w której piosenka Ni­ łączny w insceni­­ zacjach Czechowa cka Cave’a towarzyszy sercowym samowar i strzelbę, która w ostatniej rozterkom, Marilyn Manson wy­ scenie musi wystrzelić. Poza tym buchom gniewu, a melodie cer­ są drewniane­konstrukcje, neony, kiewne piciu wódki. Bohaterowie projekcje, migające światła. Akto­ Castorfa­próbują nawet śpiewać, rzy poruszają się w takt głośnej mu­ ale, jak w większości jego spektakli, zyki i sami głośno krzyczą. Andriej śpiew ma tu wymiar żenujący. W śpie­ jest zniewieściałym pantoflarzem, wie bohaterowie Castorfa, niemal który panicznie biega po scenie ze przez cały spektakl krzyczący, mó­ swoim dzieckiem, w drodze na za­ wiący z manierą i naśladujący różne­ kupy do sklepu z biożywnością. On akcenty, są nadzy, zbliżają się do psy­ i jego żona Natasza są jedynymi­

39


przedstawicielami klasy średniej, jego siostry reprezentują raczej biedę i brud rosyjskiej prowincji, która sta­ je się dla Castorfa wręcz fetyszem. Swój ostatni spektakl Das Duell, na podstawie opowiadań Antona Cze­ chowa, Castorf ponownie umieszcza­ w drewnianej chacie. Jest jeszcze ciem­ niejsza i brudniejsza niż ta z Die Wirtin. Reżyser usypuje górę żwiru i każe aktorom się w niej tarzać, jeść naniej i opalać. W męskich rolach obsadza kobiety. Sposób, w jaki aktorki budują postaci jest przerysowany, niemal drag kingowy. Nic się jednak nie zgadza, bo zachowująca się jak mężczyzna ko­ bieta raz nosi sukienki, raz wojskowe buty. Aktorzy gubią się w labiryntach scenografii, tak jak „gubią” rys psy­ chologiczny własnych postaci. Jedna chata pełni tu rolę dwóch mieszkań, bo, jak to w Rosji, wszyscy mieszkają w komunałce. I jak to u Castorfa, nie wszystko odpowiada zasadom logiki. Prawie czterogodzinna wyprawa z Frankiem Castorfem na rosyjską prowincję jest męcząca. Wielu wi­ dzów wychodzi. Jeśli ktoś myślał, że dyrektor­Volksbühne robi efek­ towny teatr dla klasy średniej, to się pomylił. Frank Castorf ten teatr dla niej dekonstruuje. Choć miejsce, w którym­stoi budynek Volksbühne już dawno utraciło swoją enerdowską egzotykę i stało się centrum modnej­ części miasta, niektórzy, siedząc na widowni, wciąż mogą czuć powiew dawnego Berlina. Tutaj jesteśmy na wschodzie u Franka Castorfa. Magda Garlińska ­— ukończyła wydział Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Interesują ją zależności i zbieżności między teatrem polski a niemieckim w ostatnim dwudziestoleciu. Dominik Kowalczyk — zajmuje się malarstwem, ilustracją i urban artem.

Specjalnie dla czytelników FUSSa bilety na spektakle w cenie 15zł. Wystarczy przy rezerwacji biletów podać hasło “FUSS”.

40


KĄTEM OKA

UZALEŻNIENI OD KULTURY tekst: Aldona Pikul ilustracja: Agata Trybus

K

iedy miałam jedenaście lat, mama dała mi w prezencie­Harry’ego Pottera i Kamień Filozoficzny.­Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj: wiem dokładnie, które­zdanie przeczytałam jako pierwsze, potrafię przywołać uczucie nieznośnego zniecierpliwienia­ koniecznością spędzenia całego dnia w szkole, nim z powro­ tem zanurzę się w lekturze. A znam wszystkie te szczegóły dlatego, że właśnie tego dnia zaczęło się moje codzienne oczekiwanie­na kolejną część serii – które trwało następną dekadę.

dotknięciem magicznej – nomen omen – różdżki, poprawia się ogólna postawa moralna, czy co tam jeszcze. Tymczasem ci sami rodzice wzdrygają się na samą myśl, że w tym czasie ich bystre dziecko (w okrągłych okular­ kach) mogłoby spędzać całe noce oglądając jakiś serial. A przecież podobno żyjemy w czasach kultury obraz­ kowej. Głosy są podzielone, dobrze to czy źle, ale trud­ no sytuacji zaprzeczać, widać to wszak gołym okiem. Kiedy to samo dziecko (a umówmy się, że używam tego słowa­raczej dla oznaczenia związku rodzinnego niż wieku)­idzie na premierę filmu – tak samo odbywającą się w środku nocy – nie budzi to wątpliwości co do jego uczestniczenia we współczesnej kulturze. Film jest uznaną przez wszystkie strony formą artystycznego wyrazu – a że zdarzają się buble, cóż, i wśród książek trafi się 50 twarzy Greya. Ale już oglądanie w środku nocy premierowego odcinka­serialu nawet uznanego przez krytyków, prędzej zostanie­uznane za ulżenie uzależnieniu niż za naturalną niecierpliwość aktywnego uczestnika życia kulturalnego.

Pamiętam też inne okoliczności wiążące się z zostaniem fanką cyklu o młodym czarodzieju: krycie się przez pewien czas z zainteresowaniem Harrym Potterem przed innymi dziećmi w szkole (kto lubi nieprzyjemne łatki, jakie bywają­ udziałem małoletnich moli książkowych?), niechęć do przyznania przed „normalnymi” znajomymi, że ma się też takich poznanych na internetowym forum poświęconym książce; ale i podekscytowanie oczekiwaniem o świcie lub w środku nocy w długiej kolejce w księgarni na najnowszą część cyklu (najpierw na tę w oryginale, a pół roku później znów, w tłumaczeniu, bo kto by sobie odmówił tej przyjem­ ności?), a później zarywanie nocy na lekturze. I czytanie od Ze słowem „serial” wiąże się wciąż trudne do zrozu­ początku, znów i znów. mienia piętno, sprawiające, że spędzanie dużej ilości cza­ su na oglądaniu podobnych produkcji jest postrzegane Mimo całego, prężnego w swoim czasie, ruchu prze­ jako lekkomyślne marnotrawstwo: „przecież mogłaś w ciwników cyklu książek J.K. Rowling, jednemu nie można tym czasie przeczytać książkę”. Jasne, mogłam, w koń­ zaprzeczyć: popularność Harry’ego Pottera przyniosła za­ cu mam wolną wolę i mogę sama decydować, jak spędzę chwyt nad wzrastającym poziomem czytelnictwa wśród wieczór. Ale kiedy wybieram produkcje w rodzaju Girls młodzieży. Rodzice nie posiadali się z radości, kiedy ich (Dziewczyny), In Treatment (Bez tajemnic) czy Six Feet niezbyt zainteresowane kulturą dziecko nagle spędzało cały Under (Sześć stóp pod ziemią), wcale nie mam wrażenia, wolny czas z nosem w książce: przecież na pewno staje się że spędzony przy nich czas różni się jakościowo od tego od tego bystrzejsze, znajomość ortografii polepsza się jak za przy lekturze. Co więcej, wydaje mi się, że bardzo trudno

41


byłoby napisać tekst, który równie trafnie oddałby rosnące znerwicowanie Hannah (Lena Dunham), upadki i wzloty Sophie (Mia Wasikowska), dylematy poszukujących włas­ nej drogi Davida i Nate’a Fisherów (Michael C. Hall, Pe­ ter Krause). Wszak obraz wart jest więcej niż tysiąc słów.

piszącym­o serialach właśnie – ale czasem i ta linia obrony­ nie wystarcza. Padło ostatnio pod adresem redakcji owego­ portalu pytanie jednego z – nie wiem, jak go nazwać – chyba czytelników, a na pewno kogoś, kto trafił na nasz fanpage. Pytanie brzmiało: „Po co? Po co zajmować się serialami?”. Zrozumieliśmy to jako zarzut dotyczący kilku Mój dzień zaczyna się od sprawdzenia kalendarza: poziomów problemu traktowania seriali poważnie. Raz: po widzę­w nim nie tylko, czy czekają mnie dziś spotkania, co poświęcać większą część wolnego czasu na prowadzenie­ zadania do wykonania czy terminy, których powinnam portalu zajmującego się wyłącznie tematem produkcji dotrzymać, ale i jakie seriale dziś wieczorem obejrzę – w odcinkach, przecież można lepiej go wykorzystać? Dwa: i o jakich jutro napiszę krytyczny tekst. Przed ostrą oceną­ po co marnować siły analityczne na pochylanie się nad mogę się bronić tym, że jestem przecież blogerką w portalu­ przedmiotem mało wartościowym, przecież jako ludzie


porządnie wykształceni powinniśmy umieć oddzielać ziarna­od plew? Trzy: po co trawić czas na oglądanie nie­ kończących się sezonów miernych z definicji produkcji,­ przecież w tym czasie można obcować z prawdziwą kulturą?­

Jeśli więc mogę połączyć w jednym miejscu przy­ jemność śledzenia dobrze zrobionego filmu w od­ cinkach, intelektualny wysiłek skomentowania go trochę głębiej, trochę dokładniej niż się to zwykle czyta, wreszcie zaangażowanie innych komentato­ rów – to nie będę miała poczucia straty ani jednej A jednak w czasie spędzonym na uniwersytecie minuty­mojego czasu. I żadnego powodu do wstydu! tłuczono­mi do głowy, że wszystko jest tekstem, więcej:­ wszystko jest tekstem kultury. Na zajęciach uczono PS. Po dzieła zebrane Arthura Conana Doyle’a sięg­ mnie analizować nie tylko literaturę i nie tylko film z nęłam dopiero po obejrzeniu Sherlocka (BBC). Czy to użyciem tych samych narzędzi, zachęcano do podej­ o mnie świadczy? mowania własnych prób z wyborem przedmiotów re­ fleksji, ucząc krytycznego spojrzenia na każde dzieło, Inspiracja polemiczna: Olga Święcicka, Życie w odcinna które trafię na swojej drodze, jak i takich dzieł roz­ kach, „Przekrój” nr 14, 2013, s. 36–39. poznawania. Rozmawiam czasem niezobowiązująco­ o filmach z kolegą­filmoznawcą w przerwie na kawę i z lekkim zaskoczeniem odkrywamy, że mimo innego ukierunkowania­posługujemy się podobnym słowni­ ctwem, podobnymi narzędziami do opisywania naszych wrażeń po seansie. Wykorzystywanie tych samych intuicji i metod do rozmów o serialach jest dla mnie całkowicie naturalne, a może nawet mające więcej sensu niż pisa­ nie w ten sposób o niszowej literaturze – czego się ode mnie oczekuje – bo znajdujące większą grupę odbiorców. Spójrzmy prawdzie w oczy (tu postawię śmiałą tezę): większość z nas ogląda taki czy inny serial, a ci, co nie oglą­ dają, robią to zwykle z wyboru, nie z przypadku, ogłaszając­ się ludźmi „którzy nie oglądają żadnego serialu”, jakby w opozycji do tych, co oglądają (por. „nie mam w domu telewizora”). Tym samym przyznajmy, że fakt obcowania – bądź nie – z tą częścią kultury audiowizualnej jest częścią określania własnej tożsamości. (Kontemplacja na margi­ nesie: porównajmy przez chwilę w ciszy człowieka, który głośno przyznaje się do nieoglądania seriali z tym, który publicznie głosi, że z wyboru nie czyta żadnych książek).

Aldona Pikul­ — redaktor naczelna blogoportalu o serialach Pulpozaur.pl, naukowo związana z Uniwersytetem Jagiellońskim w Krakowie; edytorka, blogerka, w wolnym czasie tłumaczy­i robi na drutach. Agata Trybus — magister form przemysłowych, stu­ dentka architektury wnętrz. Projektantka, z zami­ łowania instruktorka fitness i zumby.

43


Zrzuceni z siodła tekst: Michał Oberc ilustracja: Zuzanna Wollny

Zuzanna Wollny - studiuje sztukę mediów na ASP we Wrocławiu. Zajmuje się projektowaniem graficznym, rysunkiem, ilustracją.


OD SZATNI

Żeby dowiedzieć się, jak wygląda życie żużlowca, nie wystarczy przyswoić­ maksymy Sławomira Drabika: „Zawody, ostro w beret, zawody, ostro w beret”. Kibice wymagają spektakularnych występów, ponieważ tor żużlowy­stanowi teatr zmagań czterech jeźdźców, ukrywających twarz pod kaskiem. Idealna reakcja na starcie

R

obert Dados, Rafał Kurmański­ i Łukasz Romanek wywo­ dzili się z różnych środowisk, szlifo­ wali umiejętności pod opieką innych fachowców, ale łączył ich wspólny mianownik – talent. Wnikliwi obser­ watorzy sportu żużlowego wiedzą, że prognozą dalszego losu żużlowca są osiągnięcia w wieku juniorskim. Wy­ czucie idealnego momentu na starcie i wstrzelenie się w przestrzeń pod uno­ szącą się taśmą startową stanowi nie­ zbędną umiejętność dobrego jeźdźca. Dados bardzo szybko rozbudził apetyt na sukces i swoje nieprzecięt­ ne umiejętności zamienił w Indywi­ dualne Mistrzostwo Świata Junio­ rów. Po bratobójczej walce pokonał w decydującym biegu Krzysztofa Jabłoń­skiego i na torze w Pile wspiął się na najwyższy stopień podium najważniejszych juniorskich zawo­ dów. Został idolem młodych kibiców z Grudziądza, ale, wbrew swojej nie­ pokornej naturze, z dużym spokojem poruszał się w nowym entourage’u. Mniej spektakularnie, lecz bardzo obiecująco w sportową dorosłość wkroczyli dwaj młodzi jeźdźcy, którzy zdobywali złote medale mistrzostw juniorów. Rafał Kurmański uczył się jazdy na zielonogórskim owalu, gdzie mógł podglądać doświadczonych part­ nerów z zespołu: Andrzeja Huszczę i Piotra Śwista. Choć młody adept żużla­ wychował się w rozbitej rodzinie, nie wspominał dzieciństwa z przykrością.­

Rodzice pomogli mu spełnić naj­ większą z zachcianek, czyli realizację marzeń­o laurach na torach żużlowych. Dzięki nieprzeciętnemu talentowi z roku na rok umacniał swoją pozycję w drużynie z Myszką Miki na plastronie.

2 maja 2000 roku Robert Dados śpieszył się na trening i z dużą pręd­ kością pędził ścigaczem po ulicach Grudziądza. Na drodze napotkał prze­ szkodę w postaci poloneza, którego kierowca wymusił pierwszeństwo i doprowadził do karambolu, który Łukasz Romanek całe życie ści­ nieomal zakończył karierę utalen­ gał się barwach Rekinów z Rybnika. towanego żużlowca. Motocyklista Od początku uważano go za perfek­ doznał ciężkich obrażeń w postaci cjonistę, a ojciec nauczył go czuwać uszkodzenia głowy, złamanego oboj­ nad warsztatem i dbać o każdy detal czyka, odbitej nerki i pęknięcia wą­ w przygotowaniu motocykla do troby, a uniknął śmierci tylko dzięki zawodów.­Posiadał własny dwustu­ bezzwłocznej interwencji chirurgicz­ metrowy tor za rodzinnym gospodar­ nej. Organizm powoli się regenerował, stwem i szlifował na nim umiejętności, lecz „Dadi” cierpiał coraz bardziej, które predestynowały go do osiąg­ nie umiejąc zaleczyć ran w psychice. nięcia sukcesów. Był tytanem pracy i wiele energii wkładał w trening na Kurmański napotkał pasmo nie­ torze czy ulepszanie swojego „żela­ powodzeń w pierwszym sezonie znego rumaka”. Na rodzimym torze w gronie seniorów, choć nie były one w Rybniku osiągnął apogeum swoich efektem kolizji. „Kurmanek”, pomimo możliwości i zdobył tytuł Indywidual­ dobrego kontraktu, nie był w stanie za­ nego Mistrza Polski młodzieżowców. robić wystarczająco na torze, ponieważ­ notował kiepskie wyniki. Nie spłacając Trudny wyjazd z pierwszego rat za samochód czy rachunków za zakrętu telefon, każdą złotówkę inwestował w sprzęt, który często go zawodził. Żużel jest specyficzną dyscypliną­ W  kuluarach spekulowano o jego prob­ sportu. Czterech mężczyzn próbuje­ lemach z alkoholem i narkotykami, po starcie idealnie zablokować choć podobno największego „kopa” da­ przeciwnika, by wysforować się na wało mu żucie sprasowanego tytoniu. czołowe­miejsce. Na pierwszym łuku zawsze panuje duży ścisk, a zawod­ Łukasz Romanek w 2002 roku nik przepycha się łokciami, by przy spotkał się ze śmiercią oko w oko, wyjściu na prostą wywieźć oponen­ wpadając na ogrodzenie okalające­ are­ ta na ogrodzenie i zasypać mu go­ nę wyścigów. Rybniczanin odzyskał­ gle nawierzchnią toru, wyrzucaną przytomność dopiero w szpitalu, lecz przez koło napędowe motocykla. bezpowrotnie zmienił swoje­podejście

45


do życia. Z rzadka się uśmiechał, za­ zrobić wszystkim na przekór i po­ nie umieli uciec przed swoimi sła­ mknął się w sobie i w skrytości przeży­ wiesił się w budynku gospodarczym. bościami, które wpędzały ich w de­ wał niepowodzenia. presję. Wyniki nie satysfakcjonowały Pewnej majowej nocy 2004 roku kibiców,­sprzęt odmawiał posłuszeń­ Co prawda wywalczył Mistrzostwo Rafał Kurmański został zatrzymany stwa, a niespełnione ambicje odbie­ Polski Juniorów, lecz w meczach ligo­ przez policję za jazdę pod wpływem rały chęć do dalszej jazdy. Natomiast wych nie wnosił wystarczającego do­ alkoholu. Po tym wydarzeniu, „Kur­ ludzkie oko nie potrafi dostrzec robku punktowego do wyniku RKM manek” wynajął pokój w hotelu­ wszystkich emocji, które towarzyszą Rybnik. Niechęć kibiców do Romanka­ i następnego dnia powiesił się bohaterom wyścigu, bo oprócz kurzu objawiała się na stadionie czy na na klamce drzwi do łazienki. wzniecanego przez motocykle, dręczą­ forach­internetowych, a przybierała W liście pożegnalnym przepraszał ich problemy finansowe czy mozol­ postać obelg i zarzutów wobec słabej swoją ukochaną za życie, które nie ne dochodzenie do dyspozycji po postawy w zawodach drużynowych. sprawiało mu satysfakcji. kontuzjach. Oto historia trzech żuż­ lowców, którzy nie potrafili przekuć Defekt na pierwszym Łukasz Romanek, mimo licznych swojego­talentu w karierę pełną suk­ okrążeniu sugestii, nie zdecydował się na pomoc cesów. Wyścig liczy cztery okrążenia, psychologa, pogrążając się w depresji. a młodzi­zawodnicy zdefektowali przed Robert Dados ostatnie lata karie­ 2 czerwca 2006 roku przygotowywał ukończeniem pierwszego kółka. Gdy ry spędził w WTS Wrocław. Zimą się do wyjazdowego meczu z Unią życie sypnęło szprycą w oczy, stracili 2003 roku planował wyjazd z druży­ Leszno. Kilka godzin po treningu chęć dojechania do mety, bo ścieżka­ ną na obóz przygotowawczy, jednak powiesił się w swoim warsztacie.­ okazała się zbyt kręta, a owalny tor sta­ ostatecznie został w domu, ponie­ Można domyślać się, czy obelgi wał się coraz bardziej kwadratowy. waż musiał nosić opatrunek na roz­ kibiców doprowadziły do aktu des­ ciętej ręce. Jak później się okazało, peracji, czy może problemy rodzinne podciął sobie żyły, a niedługo potem albo relacje z dziewczyną wywołały próbował­się powiesić. Żona uratowa­ w Romanku myśli samobójcze? ła go przed śmiercią, ale nikt nie mógł przewidzieć, kiedy „Dadi” kolejny raz Mieli trzy okrążenia spróbuje odebrać sobie życie. Umarł do mety Michał Oberc — student prawa na UJ. 30 marca 2004 roku. Kiedy wszy­ Wnikliwie obserwuje świat sportu. Kibic scy liczyli, że w rodzinnym Lublinie Dados, Kurmański i Romanek i amator tenisa ziemnego, piłki nożnej odbuduje swoją karierę, postanowił omijali przeciwników na torze, ale i sportów zimowych.


OD SZATNI

Męska siła w p igułce tekst: Izabela Włodarz ilustracja: Milena Kołodziej

Stań się prawdziwym mężczyzną – nęci zmysł wzroku migający pop-up na jednej ze stron oferujących zabieg wydłużenia penisa. W reklamówce pełno obietnic. Oczekiwany średni przyrost – 3 cm. Pacjenci z dobrą motywacją – 5 cm! Odkąd odczarowano mit o pompkach powiększających prącie o dwa cale, panowie przestali bać się igieł, skalpela i narkozy. Dla leniwych, liczących na szybki efekt, kaloryfer w miejsce bojlera. Dla twardzieli naciąganie skóry i implanty szczęki.

W

yzywający look. Sylwet­ ka budząca podziw i re­ spekt. Nimb męskości odgrzebany, rozczłonkowany i utytułowany przez samego Lwa-Starowicza. Recepty in blanco wystawione. Bierzcie panowie­ i korzystajcie z nich wszyscy, to jest bowiem lek na kryzys męskiego ego oraz homo-femino-propagandę.

Mimo to, byłam pełna obaw. Siłownia­ to męski świat. Świat anaboliczny. Świat męskości niewysublimowanej, obutej w skarpety i japonki. Świat stuningowanych epigonów. Leszek Miller powiedziałby, że jest miej­ scem szorstkiej męskiej przyjaźni.­ Kobieta w tym samczym antura­ żu jest jednym z wielu rekwizytów. I jak one podlega selekcji. Kategorie: Operacja nie dała oczekiwanego ładna – brzydka, szczupła – gruba, efektu? Załóż obciążniki na prącie, po mały cyc – duży cyc. Te wzdychające,­ kwadransie daj odpocząć klejnotom i czyli łatwe i te winne impotencji­ tak cztery serie, powtarzane rano i wie­ – feministki, a najpewniej lesbijki. czorem. Mięśnie mimo morderczego wysiłku nadal wyglądają jak babskie? Rzeźba – gnoza łącząca mniema­ To żaden problem. Suplementy i do­ nie o sobie z dobijającą rzeczywi­ ping farmakologiczny,­do tego woda stością. Wszak nie każdy mógł pre­ po gotowaniu parówek­wstrzyknięta tendować do muskulatury młodego domięśniowo. Nie marzysz o kultury­ Schwarzeneggera.­Jeśli naturalne styce, a jedynie o idealnym wyglądzie me­­tody zawodzą, sięga się po sub­ na wakacje? Proszę bardzo – testo­ stytuty. BCAA, HBM, glutamina, steron przyjmowany dożylnie uczyni stymulatory testosteronu, kreatyna, z ciebie Adonisa. boostery azotowe, stacki, l-karnityna, HCA. Jeśli można modyfikować ge­ Przez rok pracowałam na stano­ netycznie żywność, czemu nie ciało? wisku­­­ instruktorki kulturystyki. Jestem Suplementy te zapewniają gwałtowny kobietą pracującą, żadnej pracy się nie przyrost masy mięśniowej, szybszą boję – niczym mantrę powtarzałam redukcję tłuszczu, wzrost siły. Oczy­ w myślach za Ireną Kwiatkowską. wiście są ogólnodostępne. Pożądane.

47

Przekazy są proste: Wypij napój białkowy. Chcesz schudnąć? Kup odżywkę. To kobietom przypięto łatkę tych, które obok podpasek i maści­ujędr­ niających Hydro-Curve, obowiąz­ kowo mają w swej apteczce zapas środków odchudzających. Goodbye Appetite, Slim and Beauty. Produkty, po zażyciu których można najeść się jedną nitką makaronu bez sosu. A co z mężczyznami?­Czemu w reklamach nie ma facetów łykających tabletki z wyciągiem z woła argentyńskiego,­ czy aplikujących sobie hormon wzro­ stu?­Temat tabu? Bynajmniej. Jednak sami zainteresowani prześcigają­się w opowieściach z krainy anabolików – krasnoludków czyniących cuda. To temat z podziemia, niczym męska pro­ stytucja, znana jako pomoc reprodukcyjna antykoncepcja dla mężczyzn, czy mąż na godziny. Co zostałoby­ z umięśnionego­faceta, gdyby wyco­ fano­z rynku odżywki­białkowe, buzery­ testosteronu, carbo­–węglowodany, gainery, HMB, kreatyny, nitrobolony, aktywatory­ tlenku azotu, przedtrenin­ gowe wspomagacze czy termogeniki?


Siownia zawsze wypełniona osiłka­ mi. Codzienny widok. Koleś z wygolo­ ną głową,­kwadratową szczęką, dłońmi jak bochenki chleba. Obcisłe spodenki, w których szwy ledwo wytrzymują na­ pięcie. I nieodłączne japonki plus skar­ pety. Ktoś z jękiem odkłada sztangę i cały w pąsach obserwuje nowego przy­ bysza, ukradkiem próbując doło­żyć na gryf jeszcze­dwa 20-kilowe obciążniki. Gladiator z ironicznym uśmiechem patrzy na marne­100 kilo ciężaru. Ci­ sza nasączona­ testosteronem­ odbija­ się od ścian. Nagle ktoś beka. I całe napięcie opada. Dla nowoprzy­ byłego ten zwykły ludzki gest rów­ nież stał się akcesem do rozluźnienia. Rzuca­rubasznie w przestrzeń: cześć chłopaki i zaczyna rozgrzewkę. Staje przed jednym z luster, napina biceps, triceps, wypina klatkę piersiową. Oglą­ da się z przodu, z tyłu, z boku. Podcią­ ga obcisłe getry tak wy­ soko, że każde z jąder mogłoby rozpocząć samodzielne życie na krawędzi szwu. Ostentacyjnie wyci­ ska pryszcza z za­­ka­­ marka nosa, po czym chwyta za najcięższe hantle i dysząc zaczyna­ ćwiczyć,­ przery­wa­ jąc­­­ serie­ okrzykiem: Kurwa!­ I tak przez 10 minut.

palpacyj­nie badał twardość ­­kolegi i delikatnie, prawie erotycznie, opla­ tał jego ramię sztywnym metrem. Mówiłem ci, że mam większe!­To skwi­ towanie działało ożywczo­na prze­ granego. Biegł do łazienki, a po po­ wrocie łapczywie opróżniał butelkę płynu. Zaintrygowało mnie to. Moje zaciekawienie zaspokoiła zdegusto­ wana „konserwatorka powierzchni płaskich”, narzekająca na walające się po podłodze podpaski. Czyżby ci Herkulesi, mocarze, waligóry w zaci­ szu szatnianej toalety przyklejali do slipek­Belle Perfecta maxi lub Always Ultra ze skrzydełkami? Wydaje się to logiczne,­gdyż tajemnicą poliszynela jest, że podnoszenie ciężarów ma swo­ je ekskrementalne konsekwencje.­

Zgadzam się, że człowiek dąży do doskonałości. I nawet jeśli nie inte­ lektualnej, to chociaż anatomicznej. Kobiety również spędzają godziny na siłowni. Ale żadna z nich biegnąc po bieżni nie pluje na ścianę. Nie rozdziera­ koszulki, bo zrobiło się jej gorąco. Nie molestuje mężczyzn, nie wykrzykuje: Geje i Żydzi do gazu. Znany zawodnik­ sportów walki, Jérôme Le Banner powiedział: Na siłowni możesz wypracować sobie mięśnie klatki lub mięśnie ud. Nie możesz jednak wzmocnić swoich jaj. Albo się z nimi urodziłeś, albo nie. Dlatego chylę czoła przed wszystkimi­paniami, które uparcie i niestrudzenie przekraczały próg tej podmiejskiej siłowni, i mimo seksi­ stowskich komentarzy dzielnie ćwi­ czyły. Do tego trzeba mieć naprawdę grandes cojones. Izabela Włodarz ­— wuefistka z wykształcenia, feministka z wyboru. Ciągle podążająca za olimpijskim hasłem Citius - Altius - Fortius w każdej sferze życia.

Rytuałem panów było mierzenie roz­ miarów swoich bicep­ sów. Zawsze przy asy­ ście ziomala. Podczas gdy jeden się na­ pinał, drugi Milena Kołodziej – graficzka, webmasterka, z wykształcenia informa­ tyczka i dziennikarka. Wolny czas poświęca zgłębianiu wiedzy z zakresu amerykańskiej kryminalistyki, medycyny sądowej i psychopatologii.

48


W DRODZE

Zmysły pulsują caipirinhą tekst: Łukasz Augustowski ilustracja: Barbara Wiewiorowska Wyjazd do Brazylii czasem przytrafia się niespodziewanie. Lampka wina połączona z późnolistopadowym wieczorem przy komputerze, urozmaiconym błędem w systemie linii lotniczych, może poskutkować impulsywnym­ zabukowaniem biletów. Jakby tego było mało, błąd w systemie może obejmować przełom stycznia i lutego – wymarzoną porę na trzy tygodnie na drugiej półkuli, po pierwsze­ze względu na radykalnie inne temperatury na miejscu, a po drugie – karnawał. Cóż zrobić? Skoro się już kliknęło A, trzeba powiedzieć B i polecieć.

K

arnawałowe wieczory w cidade maravilhosa do sennych z pewnością nie należą. Z jednej strony bizantyjskie korowody na Sambodromie, ubrane – chociaż to zdecydowanie za dużo powiedziane – w pióra i malowa­ ne na złotoptasio, z drugiej mniejsze, ale nie mniej ciekawe imprezy uliczne w każdej z dzielnic. Przy starym akweduk­ cie rozstawiono doraźne kioski z caipirinhą, czystą cachaçą i głośnikami emitującymi ekstatyczne rytmy. Trudno przedrzeć się przez tłum, ale przecież można tańczyć tam, gdzie akurat znajdzie się skrawek miejsca. Każdy zresztą jest otwarty na wspólne imprezowanie. Wprawdzie gdzie­ niegdzie zaplątały się pojedyncze sztuki gringos, ale dziś jest tu niepodzielne królestwo cariocas*. Wszyscy znają najświeższe kawałki na wyrywki, energia tłumu wibruje­ intensywnie, może odrobinę atawistycznie, caipirinha – która to już? czwarta? siódma? – mocno szumi w gło­ wie. Mimo późnej pory wciąż jest znacznie powyżej trzy­ dziestu stopni, do tego ta upiorna wilgotność powietrza. Wokół jest pięknie i szpetnie zarazem. Rio po prostu trzeba kupić z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z tymi wszystkimi obdrapanymi budynkami, przemieszanymi z wytwornymi biurowcami z czasów stołecznych, chod­ nikami przywodzącymi na myśl podłogę w kuchni po do­ brej imprezie, do tego porzuconymi tu i ówdzie barłogami i starymi pralkami lub workami śmieci, składowanymi na niektórych co mniej reprezentatywnych skrzyżowaniach. Ulice w Rio nie służą temu, by zwyczajnie nimi przejść i udać się do celu. Ulica często jest celem samym w sobie. I nie chodzi tylko o licznych bezdomnych, śpiących na

wznak w wykuszach i pod drzewami. Jest miejscem życia we wszystkich jego formach. Wytworne życie kawiarniane toczy się gdzieś tam daleko nad Atlantykiem, w porażająco zamożnych dzielnicach Copacabana, Ipanema, czy Leblon. Tu jednak jest Lapa, prawdziwe Rio de Janeiro. Wysmako­ wane art déco ominęło ten zakątek miasta, za to mozaika kolonialnych kamienic i bardziej współczesnych plomb dekadencko murszeje. Ale nie jest to dla mieszkańców dzielnicy jakieś palące zmartwienie. Przyjdzie czas i na re­ monty, póki co jednak codzienność toczy się przy wejściu do piekarni, w bardzo lokalnym barze i na krzesełkach po­ lowych, rozstawionych w okrąg na Praça da Cruz Vermelha,­ często przez kobiety w szlafrokach i wałkach na głowie. Praca, rozmowy, przyjaciele, wszystko wciąż blisko sie­ bie. Emocje nigdy nie pozostają letnie, a sensualność kipi. Nie, nie chodzi o obsceniczne epatowanie, ale o zrozu­ mienie i akceptację cielesności, na której opiera się kon­ takt z innymi. Nie ma w tym napięcia, nie ma zaperzenia. Jest za to szczera radość życia, nawet jeśli częstokroć to­ warzyszy jej bieda. Jest też muzyka, która nieustannie do­ chodzi z barów, z domów, zewsząd. Słychać gitary, trąbki, tamburyny, rytmiczne uderzenia w bębny… Nawet jeśli akurat w danej chwili nie słychać ich w uszach, słychać ją w głowie. Muzykę da się także zobaczyć: w każdym ru­ chu, w każdym uniesieniu ręki. Nogi nie unoszą się wysoko, kiedy chodzą: cariocas płyną, my zaś przy nich człapiemy jak przez śnieżne zaspy. Ich stawy i mięśnie są zdecydo­ wanie bardziej mobilne od naszych, co też nie dziwi, bo w końcu nie paraliżuje ich przez pół roku skurcz wywołany

49


Trzydzieści kilka stopni przez okrągły rok daje błogie uczucie relaksu, ale nie spowolnienia czy ospałości. Radość życia kipi.

50


zimnem. Trzydzieści kilka stopni przez okrągły rok daje błogie uczucie relaksu, ale nie spowolnienia czy ospałości. Radość życia kipi. Łatwo da się zaobserwować wszech­ obecne nieskrępowanie i nieudawaną nonszalancję. Nie jest to żadna poza – jest to ich naturalna cecha. Jest w tym coś szelmowskiego, ale ta zadziorność nie prowadzi do agresywnej konfrontacji. Wiadomo, tak też pewnie się zdarza, ale nie jest na nią z zasady obliczona. Inna jest też obecność ludzi. Jeśli są – są bardzo, całymi sobą i nie ma mowy o półśrodkach, o nieśmiałej kurtuazji. Kiedy zama­ wiają kolejkę cachaçy, wyrażają to tonem i gestykulacją, pochylają tułów ku rozmówcy, pozostając jednak przy tym rozbrajająco uprzejmymi. Tak, w tej pozornie szorstkiej łobuzerskiej formie mieszczą się bez problemu szczerość i szeroki uśmiech. Kiedy się idzie ulicą, trudno nie zauwa­ żyć innej od naszej granicy prywatności. Dotyk jest po­ zbawiony tabu. W Brazylii nawet stoliki w kawiarniach wydają się węż­ sze. Przesunięcie granic – wiadomo – ma związek z geo­ grafią, ale Brazylijczycy poszli o krok dalej: całkowicie za­ akceptowali cielesność. I potrafią się nią cieszyć. Kobiety i mężczyźni, jedni i drudzy – nie zawsze plakatowo piękni, ale zawsze radośnie oswojeni ze swoim ciałem. Ciało jest lubiane, dlatego też jest podmiotem dbałości. Tańczące ciało jest wyrazem hołdu dla swojego piękna. Kult ciała? Niekoniecznie, raczej jego umiłowanie. Nie wiem, czy Rio cieszy się seksem częściej niż inne miejsca na świecie, za­ uważyłem jednak, że nie udaje, jakoby go nie lubiło, skoro lubi tak bardzo. Nie chodzi o wyuzdanie, które gdzie in­ dziej być może bierze się ze sprzeciwu wobec ciasnego gor­ setu norm. Rio takiego gorsetu nie posiada, więc i nie ma w nim wyuzdania. Jest naturalność. Nie istnieje też znana nam dobrze potrzeba obsesyjnego definiowania wszyst­ kiego i wszystkich. Rio czuje się bezpiecznie bez szufladek, nic nie jest jednoznaczne. Nikt nie rwie włosów z głowy, jeśli mniej lub bardziej świadomie zdarzy mu się zakosz­ tować przyjemności z kimś o płci innej niż zazwyczaj pre­ ferowana. Rozmowa o seksie i cielesności też nie wykra­ cza poza dopuszczalne w znajomości (nawet przygodnej) granice. Przesunięcie następuje także w sferze wolno-nie wolno, nie ma problemu-nie wypada. Pocałunek może, ale nie musi zobowiązywać: przecież ci, którzy się nim obda­

rowują, wiedzą, dlaczego to robią. W ten ostatni wieczór karnawału chyba zrozumiałem, co gra w duszy Rio. Jest to hedonizm. Ale hedonizm bez purytańskich konotacji. Atmosfera ulicznego karnawału w dzielnicy Lapa zdecydowanie różni się od podobnych imprez w São Paulo, Belo Horizonte czy Ouro Preto – tam chodziło o nieogra­niczoną radość płynącą ze wspólnej zabawy, podczas gdy karnawał w Rio wyzwala wewnętrzny obo­ wiązek odczuwania zewsząd wypełniającej, zniewalającej przyjemności. Rio wprawdzie uchodzi za niebezpieczne miejsce, jednak na ogół jedynym zagrożeniem, z jakim trzeba się zmierzyć jest jego uzależniająca siła, dzięki któ­ rej nawet wiele tygodni po powrocie do domu rytm tego miasta pulsuje w ciele.

Łukasz Augustowski ­— orientalista, eventowiec, podróżnik, ostatnio radiowiec, na co dzień pisze, opowiada, mądraluje i szwenda się gdzieś pomiędzy Kuala Lumpur, Teheranem a Sao Paulo. Barbara Wiewiorowska — po zrobieniu licencjatu z filmoznawstwa na poznańskim UAM-ie z rozpędu kontynuuje ten kierunek. Kiedy dorośnie, chciałaby zająć się rysowaniem komiksów i ilustracji do książek.

51


W DRODZE

B a c k pa ckersk all inclusiv tekst i zdjęcia: Natalia Ogorzałek i Maciej Wardejn

P

odróżowanie z plecakiem jedynie za pomocą­publicznych środków trans­ portu oraz z wykorzystaniem lokalnej i nisko­ kosztowej bazy noclegowej, zamiast nabywania­ zorganizowanych­wakacji w biurze podróży z opcją­ all inclusive i pełnym programem wycieczek z każdym rokiem zdobywa coraz więk­ sze grono zwolenników, zarówno za granicą, jak i – coraz­częściej – w Polsce. Backpacking, jak można najprościej­nazwać to zjawisko, jako styl życia oraz dość lukratywny­biznes w wielu krajach pojawił się z początkiem obecnego wieku, a dużą rolę w jego popularyzacji odegrał dynamiczny­roz­ wój tanich przewoźników lotniczych­i obszernej bazy hostelowej w wielu częściach świata. Jednak początków tego zjawiska należy się doszukiwać wśród pokolenia hipisów z lat 60. i 70., którzy zaczęli masowo wyjeżdżać z plecakiem do Azji w celu „odnalezienia­siebie”.

backpacking zmienił się w pewnego rodzaju za­ mkniętą kulturę. Obecnie częściej można spotkać backpackerów dzielących się swoimi­doświadcze­ niami i poglądami z innymi­podróżnikami, aniżeli z mieszkańcami odwiedzanych miejsc.

Słysząc takie opinie, postanowiliśmy zobaczyć, co takiego ciekawego kryje się w bieganiu bez celu z plecakiem po świecie. W ten sposób dwa lata temu zdecydowaliśmy się na pierwszą egzo­ tyczną podróż, mając w kieszeni jedynie dobry przewodnik­i bilet lotniczy do punktu startowego.­ Nasz wybór padł na region, który ze względu na prostotę poruszania się po nim można nazwać „backpackerską piaskownicą” – Azję Południo­ wo-Wschodnią. I tak oto przeżyliśmy swoje pierwsze półtora miesiąca,­błąkając się bez celu po Tajlandii, Wietnamie, Laosie,­Kambodży czy Indonezji. Bez trudu zdołaliśmy się zakochać w tym trybie podróżowania i po dwuletniej prze­ Głównym celem backpackingu jest poczu­ rwie, pełnej­planowania, oto znów trafiliśmy do cie autentyczności doznań w podróży, stąd Azji. Przy okazji­wyjazdu na wymianę studencką backpackerzy, zamiast­zamykać się w resor­ do Korei Południowej zdecydowaliśmy się na tach tworzonych w iście zachodnim­stylu,­ lekki objazd i kolejną­miesięczną wizytę w Azji preferują bycie jak najbliżej lokalnych ludzi, Południowo-Wschodniej,­­tym razem wy­bór padł ich zwyczajów i stylu życia. Ten pierwotny cel na Tajlandię i Malezję. W rejonie­tym, ze wzglę­ backpackingu­z biegiem lat uległ jednak rozmyciu, du na dużą popularność wśród turystów, rozwi­ a w wyniku­ogromnej popularyzacji tego trendu nęła­się ogromna infrastruktura dla przyjezdnych.


k ie ve


W większości miejsc hosteli jest tyle, że miejsc nie braknie­w nich nigdy, a tanie jedzenie wszelkiej maści­ można tu dostać na każdym kroku. Równie banalne i wygodne jest tu przemieszczanie się na duże odległości:­w każdym miejscu, w którym może po­ jawić się podróżnik­znajdują się biura, które zarezer­ wują mu miejsce w dowolnym autobusie, pociągu lub na promie w regionie. Niektórzy mogą to jednak na­ zwać pewnym wypaczeniem idei backpackingu, któ­ ra nakazuje podróżowanie lokalnymi środkami trans­ portu, a nie busikami z miejscowych agencji, jednak w wielu krajach regionu granica ta się rozmywa. Ze względu­na skalę zjawiska, środki transportu dla „przy­ jezdnych” szybko tanieją i miejscowi­zaczynają ich używać tak samo jak podróżnicy, gdyż są szybsze i wygodniejsze. Z najciekawszą sytuacją tego typu spotkaliśmy się, chcąc się przemieścić ze stolicy Laosu – Wientianu­do Vang Vieng, jednego z najpopularniejszych backpackerskich­ spotów w kraju. Na stacji autobusowej okazało się, że publiczny autobus, jadący sześć godzin bez klimatyzacji,­ z kurami na pace kosztuje równowartość 20zł,­nato­ miast za klimatyzowany minibus, skracający drogę o połowę trzeba było zapłacić w granicach 25 zł, dlatego w minibusie, który­teoretycznie jest środkiem komu­ nikacji przewidzianym dla turystów, byliśmy jedynymi­ Europejczykami. Podobnie jest w większości miejsc, któ­ re odwiedziliśmy – niedawno spędziliśmy kilka godzin na wycenianiu podróży z tajskiej wyspy Koh Tao do malajskiej wyspy Langkawi za pomocą­ publicznych środków

transportu, by potem się dowiedzieć, że miejscowe agencje­ zorganizują nam taką wyprawę­dwa razy szybciej i dużo taniej. Dodatkowym atutem ułatwiającym podróż jest możliwość zaczerpnięcia rady od jakiegokolwiek innego­ podróżnika spotkanego na drodze. Zwykle wystarczy zamienić kilka słów z przypadkowo poznaną osobą, a już wiemy, jak dotrzeć do naszego celu. Tutaj każ­ dy żyje podróżowaniem i cały czas o tym mówi. Przeżycie w tym regionie, nawet przez kilka miesięcy, ułatwiają też ceny! Podróżowanie i życie są tu niebywale­ tanie: przez pół Tajlandii, która i tak jest najdroższym krajem­w regionie, można przejechać za 75 zł, i to wyle­ gując się na łóżku w pociągu przez całą drogę. Podobnie­ wygląda kwestia spania – zależnie od kraju i miejsca, najprostszą bambusową chatkę, która ma oczywiście swoje zalety, jak i wady, można znaleźć za równowar­ tość 10–30zł­od osoby. Do wad takich chatek należą sporadyczni nocni goście, czyli szczury czy karaluchy! Przy różnicach cenowych relatywnie drogim wyjąt­ kiem jest, ku zaskoczeniu­wielu, alkohol – fani procen­ tów mocno się zdziwią, gdy okaże się, że cena małego piwa w sklepie zaczyna się od równowartości 3,5 zł, a w dobrych pubach i barach możemy­za nie zapłacić na­ wet ok.­8 zł! Jednak tak już bywa – ludzie w tych krajach czują biznes i wiedzą, co się sprzedaje niezależnie od ceny.


z nich zawsze jest skory pomóc zagubionemu towarzy­ szowi, który nie może znaleźć miejsca do spania czy do­ trzeć kolejnego miasta na swoim planie podróży; każdy potrafi bez żadnych ogródek przysiąść się do obcej oso­ by w celu wymiany poglądów na życie, które niejedno­ krotnie mocno odbiegają od tych szeroko przyjętych w zachodnich społecznościach. Nieraz spotkaliśmy się też z sytuacją, że osoby, które razem podróżują pozna­ ły się tak naprawdę dopiero tutaj, w Azji, i postanowiły wędrować razem. Miejscowi zwykle też są bardzo mili i chętni do pomocy, większość z nich mówi znośną an­ gielszczyzną i zawsze uśmiecha się do podróżnych. Dla nas wybór pomiędzy wakacjami all-inclusive a backpackerskim wyjazdem jest prosty – zawsze chętniej ruszamy w podróż z plecakiem. Wierzymy też w to, że udało nam się przekonać więcej osób do tej drugiej opcji. Zapewne za pierwszym razem tego typu wyjazd może być mocno stresujący, jednak z czasem łatwo się przekonać, że backpacking uzależnia.

Chcąc przekonać sceptyków do tego typu podróży,­ warto także wspomnieć o bezpieczeństwie. Pewnie wielu­ osobom region kojarzy się kradzieżami na ulicach, plą­ drowaniem pokojów i tak dalej.­W rzeczywistości sytua­ cja jest diametralnie­inna. Na chwilę obecną w większości­ krajów regionu zbyt wielu miejscowych jest zaangażo­ wanych w biznes turystyczny, by pozwolić­sobie na takie ryzyko­jak obrabowanie­podróżnika. To się po prostu nie opłaca! Wśród backpackerów plotki i opinie roznoszą się bardzo szybko: gdy tylko ktoś usłyszy, że w jakimś miejscu nie jest bezpiecznie, natychmiast zmienia plan podróży. Poza tym niektóre z tych krajów są już na tyle rozwinięte, że większość ludzi, często nawet straganiarzy i taksówkarzy,­ posiada nowsze zabawki elektroniczne niż my. Osobiście nie spotkaliśmy się z żadnymi kradzieżami ani innymi problemami z bezpieczeństwem – wydaje nam się wręcz, że w większości miejsc Azji Południowo-Wschodniej jest na pewno bezpieczniej niż na poznańskich Jeżycach czy warszawskiej Pradze. Jednak mimo wszystko nikogo, kto uda się do tego regionu nie ominie powszechne naciąganie i oszukiwanie, ale i z tym problemem można sobie pora­ dzić. Zdecydowanie największą wartością takich wyjazdów są ludzie, jakich możemy spotkać po drodze,­a backpa­ ckerzy w naszej opinii są jedną z najbardziej otwartych­ i przyjaznych grup społecznych na świecie. Każdy

55

Maciej Wardejn i Natalia Ogorzałek — z wykształcenia para zapalonych finansistów, studentów SGH w Warszawie, w wolnym czasie maniacy podróży i backpackingu. Autorzy bloga podróżniczego bagtags.pl.


WALL O AUTORZY ŁUKASZ AUGUSTOWSKI l.augustowski@interia.pl

ALDONA PIKUL pulpozaur@gmail.com www.pulpozaur.pl

MAGDALENA GARLIŃSKA magdagarlińska@gmail.com

ALEKSANDRA PIOTROWSKA aleksandrapee@gmail.com

WERONIKA GOGOLA weronikagogola@gmail.com www.facebook.com/ProjektUps NATALIA GRUBIZNA nat@proseksualna.pl www.proseksualna.pl MAGDA JASIŃSKA magda.agnieszka.jasinska@gmail.com

KOŁŁĄTAJOWSKA KUŹNIA PRAWDZIWYCH MĘŻCZYZN www.facebook.com/kuznia.kkpm

MICHAŁ OBERC michaloberc@gmail.com www.prostaepika.blogspot.com www.krotkapilka.pl

MARTA STAŃCZYK stanczykowa@gmail.com KATARZYNA WABIK katarzyna.wabik@tlen.pl www.katarzynawabik.blogspot.com NATALIA OGORZAŁEK MACIEJ WARDEJN www.facebook.com/bagtagsblog ZOSIA WEIMANN zofia.wiemann@gmail.com IZABELA WŁODARZ wlodiza@poczta.fm DARIA ZIELIŃSKA daria.zielinskaa@gmail.com


OF FAME ILUSTRATORZY MICHAŁ ADAMIEC michal.adamiec@hotmail.com www.michaladamiec.pl

MAGDALENA LENTOWICZ mlentowicz89@o2.pl

MIHAU DUMIN www.dumin.pl

MAŁGORZATA MAJCIEJEWSKA inez.welt@gmail.com www.inezwelt.digart.pl

AGNIESZKA GOGOLA agogola9@gmail.com JACEK KALINOWSKI www.m0tt0m0.deviantart.com MILENA KOŁODZIEJ milencorek@gmail.com KAROLINA KOŚCIELNIAK www.karolinakoscielniak.pl www.karolinakoscielniak.blogspot.com DOMINIK KOWALCZYK dominikkowalczyk@onet.eu www.behance.net/dominikkowalczyk MORGAN LE FLY morganlefly@gmail.com www.morganlefly.weebly.com

MARIA DAGMARA SKIBA www.facebook.com/ MariaDagmaraSkiba SZYMON SZELC sz.szlec.@gmail.com www.szszymon.blogspot.com AGATA TRYBUS agata.trybus@gmail.com www.atrybus.com BARBARA WIEWIOROWSKA b.wiewiorowska@gmail.com ZUZANNA WOLLNY zuzannnnka@gmail.com www.be.net/ZuzannaWollny


DOŁĄCZ DO NAS!

KONTAKT: redakcja@fuss.com.pl reklama@fuss.com.pl

www.fuss.com.pl www.facebook.com/fuss.magazyn


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.