Page 1


Dawid Malek — studiuje projektowanie graficzne na ASP w Katowicach. Zajmuje się głównie ilustracją prasową i książkową.


Pieniądze, głupcze! Zamiast wstępniaka o braku umiaru słów kilka

T

ytuł tego numeru nie powstał bez przyczyny. Pierwotnie miał w tym wydaniu znaleźć się tekst-manifest: wykrzyczenie niezgody, bulwersacji, wezwania do wspólnego działania przeciw ludzkiej chciwości. Nie ma jednak nic gorszego niż głośne słowa buntu przy braku reakcji otoczenia. Gdy zaczęłam się dzielić ze znajomymi moją historią, mówili: nareszcie przejrzałaś na oczy, tak wygląda w Polsce „tworzenie kultury”.­

pamfletem na konkretną Fundację. Ma być o tym, jak osoba wspierająca całym sercem głośną akcję sprzed kilku lat: „Teatr nie jest produktem / widz nie jest klientem” , zaczyna powątpiewać w publiczne finansowanie kultury. No właśnie – bo czy kij nie ma dwóch końców? W połowie listopada Krystyna Janda na antenie radia TOK FM udzieliła dość głośnego wywiadu, przyznając, że ciężko jest utrzymać teatr bez dotacji. Uznała, że poprzez ich przyznawanie „promuje się nieudaczników, tych którzy źle pracują i którzy nie grają”. Jest to, oczywiście, nadrzędna generalizacja, a rok temu byłabym święcie oburzona taką wypowiedzią. Dziś nadal sądzę, że kultura wyższa nie może istnieć bez wsparcia państwa, ale z całą stanowczością przyznam również, że dofinansowania zmuszają do roszczeniowości, lenistwa i co tu dużo mówić – malwersacji.

Pokrótce historia wyglądała tak: trójka osób zmęczonych kulturową stagnacją w mieście, postanowiła zrobić projekt – zachęcić młodych ludzi do działania, dać im przestrzeń do pokazania się i twórczej aktywności. Szukała środków na dofinansowanie przedsięwzięcia. Byli pełni zapału, przekonani, że nie o zarobek tu chodzi, ale o ideę. Poprosili zaprzyjaźnioną fundację o możliwość działania pod ich szyldem – wszak istnieje ona na rzecz promocji takich inicjatyw, będzie mogła rękami i pracą innych osób Fakt, że teatr – zwłaszcza mniejszy, nie działający zdobyć promocję i podpisać się pod działaniami, któ- na podobnych zasadach, jak np. narodowa instytucja re leżą w ich statusie. Żadnych kosztów, same zyski. z premierą co miesiąc – otrzymuje wsparcie państwa; nieraz jest to jego jedyna szansa na istnienie. Ma wówSchody zaczynają się na samym początku. Przed- czas możliwość realizować ambitne sztuki, tematy, stawiciel Fundacji nakazuje, by część pieniędzy trafiła które nieraz znajdują się na marginesie coraz bardziej do niej prywatnie, a on wykreuje fikcyjne umowy na pauperyzowanej sztuki. Z drugiej strony – teatr, który jej pokrycie. Ale jak to? A młodzi artyści? A projekt? dostaje takie pieniądze jest pewien, że nie rozliczają go W rezultacie – mimo mojego głośnego sprzeciwu – z działań artystycznych, a z faktur. Reżyser nie skupia pieniądze trafią do Fundacji tak czy siak. A projekt zo- się na kwestiach artystycznych – kombinuje, gdzie jeszstaje zrealizowany jako ledwo odsetek tego, co można cze można dołożyć fikcyjną umowę. Aktor nie uczy się było zaoferować młodym ludziom za takie pieniądze. wersów, lecz kombinacji. W projekcie, który realizowałam, stawka za każde działanie była czterokrotnie wyżTen tekst nie ma być załamaniem rąk nad tym, jak sza niż normalnie. mnie oszukano, relacją z przepychanek o pieniądze czy

3


Z drugiej strony, pracowałam także przy projekcie dofinansowanym z Ministerstwa Kultury, który nie zaistniałby­bez takiego wsparcia. Uczciwie pracująca reżyserka, zrealizowała kawał znakomitego materiału, rozwijając temat i dziedzinę kultury, o której dotychczas nie mówiło się zbyt wiele. Projekt kontynuuje po dziś dzień, z dużym społecznym oddźwiękiem. No właśnie, są też przykłady pozytywne, zachęcające do myślenia o aktywności kulturalnej, jakie zawsze było mi bliskie. Jaka jest różnica pomiędzy dwoma projektami, które opisuję? Na tym drugim reżyserka zbytnio nie zarobiła.

W piątym numerze FUSSa m.in. o takiej formiepolityki kulturalnej rozmawiamy z Teatrem Próg. Piszemy także o braku zahamowań: w piciu, w przyjemnościach (nawet tych kulturalnych, jakimi są seriale), w seksie, w rodzinnych relacjach. I choć piszemy o nieumiarkowaniu, by przywołać wartości pozytywne, wciąż myślimy szeroko, głęboko, daleko. Bez umiaru.

MAGDALENA URBAŃSKA

redaktorka naczelna

Kongres Kultury Polskiej poszukiwał odpowiedzi na pytanie, jak powinna wyglądać polska sztuka w dwadzieścia lat po transformacji. Mówiono o zmianach pokoleniowych, myślano w głównej mierze o sprawach ideowych, mimo że jedną z ważniejszych dla niego postaci był ekonomista. Przyszedł chyba­czas, by coraz głośniej i wyraźniej mówić także o sprawach finansowych. Nie tylko o plusach dofinansowań, ale i ich minusach. Akcja „Teatr nie jest produktem / widz nie jest klientem” była wyrazem bojkotu wobec wprowadzania menedżerów do teatrów, spychania na margines ludzi kultury, ekonomizacji sztuki. Słuszne cele. Ale nikt nie postawił pytania i nie zasiał wątpliwości, czy odrzucając to wszystko, sami nie przemieniamy artystów w menedżerów. Teatru lub galerii w firmę. Nie poprzez prywatyzację kultury, ale także przez wymogi dofinansowania, formę jego rozliczeń, konkursy, strukturę teatru. Nie wiem, czy jest jakieś dobre lub jedynie słuszne rozwiązanie takiej sytuacji. Zamiast presji środowiskowa domagającego się czystości działania, słyszymy ciągłe awantury i wojenki o personalne przesunięcia, umowy, dyrektury. Oczywiście tego by nie było, gdyby na polską kulturę zostały przeznaczane większe pieniądze (na co z całą pewnością zasługuje). Ale kto zagwarantuje, że wtedy, przy względnym dobrobycie, dyrektorzy, aktorzy i ludzie kultury, rzeczywiście skupią się na kwestiach artystycznych? Że apetyt nie rośnie w miarę jedzenia?

REDAKCJA: redaktorka naczelna - Magdalena Urbańska zastępczyni redaktorki naczelnej - Klaudyna Schubert ilustracja na okładce - Michał Adamiec korekta: Sylwia Kępa webmaster - Artur Gacek wydawca: CelEdu Anna Katarzyna Machacz ul. Cegielniania 13/30 30-404 Kraków www.fuss.com.pl // redakcja@fuss.com.pl

4


W NUMERZE: SMAK HIPOKRYZJI Daria Antonatus // Magdalena Marcinkowska

F**CK ME, I'M ERASMUS Sonia Kaczmarczyk // Monika Źródłowska

„NIKT NIE RODZI SIĘ Z UPRZEDZENIAMI” – PARĘ SŁÓW O RASIZMIE

6.

#ARTHOUSE

45.

18.

NIEUMIARKOWANIE W SIEDZENIU I GNICIU, CZYLI O ŁAKOMSTWIE SERIALOWYM

50.

22.

Przemysław Zańko // Julian Zielonka

FUNERABILIA

Natalia Rusin // Dżina Jelizarowa

„MOŻE TO GRYPA, A MOŻE AIDS”,

CZEKAJĄC NA MIŁOŚĆ WE WSPÓŁCZESNYCH INDIACH

26.

Z zespołem Teatru Próg rozmawia Daria Kubisiak

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut // MARIA DAGMARA­ SKIBA

DZIKI BAROK Maja Starakiewicz

Szymon Jarosławski // Katarzyna Krutak

NA PROGU TEATRU

Marta Stańczyk // Katarzyna Urbaniak

32.

JESIEŃ NIE JEST WINNA Martyna Orlik // małgorzata maciejewska

Felieton wizualny Monika WIlk

UPIĆ SIĘ JAK KONSUL Bartosz Kliszczyk // Katarzyna Domżalska

40.

BYĆ FACETEM SEKSBLOGRKI Natalia Grubizna // Karolina Kościelniak

54. 58.

63. 66. 69.


tekst zdobył I nagrodę w konkursie Nowy Wymiar Kultury w kategorii tekst publicystyczny

SMAK HIPOKRYZJI tekst: Daria Antonatus ilustracja: Magdalena Marcinkowska

IRENA

Dziecko ma słuchać matki. Matka ma zawsze rację – to było jej motto życiowe. Nieważne, jaka jest i co robi, Krystyna. Hermenegilda. Hanna. Właściwie nikt nie zresztą ojciec też – tylko nie ten własny, ten był najgorwie, jak ma naprawdę na imię. Na dyplomach za najład- szy), „to so ojce” i koniec. niejszy ogródek działkowy za każdym razem widnieje Pewnego dnia kazała posprzątać małemu (4-letinne. Ona sama lubi, jak się mówi do niej Irena. Uroniemu) Wiktorkowi zabawki. Wiktor, jak to dziecko, dziła się… dawno. Gdzieś na wsi. Wygląda jak typowa babcia: pomarszczona, z okularami wielkimi i grubymi nie przejął się zbytnio żądaniami mamy i dalej bawił jak denka od słoików. Ale w przeciwieństwie do wielu się w najlepsze. Reakcja Ireny z pewnością nie zachwybabć, lubi nosić spodnie. Niewiele mówi o dzieciń- ciłaby Superniani ani nawet Najgorszej Matki Świata. stwie. Ale teraz chciałaby mieszkać za miastem, mieć No jak to, co zrobiłam?! Spaliłam mu misia w piecu. świnie i krowy. Zamiast tego ma swoją działkę. Męża też poznała na wsi. Lucjana. To on ją z niej wyciągnął. Zmieścić się nie chciał, ale dopchałam go nogą. Co z tego, że jego ulubionego? No płakał, ale jak nie słuchał matki, Miał takie przenośne radyjko i przyjeżdżał taksówką­– to teraz ma, o! znaczy się, bogaty był. Jak dla dziewczyny ze wsi.

Wzięli ślub i przenieśli się do miasta. Miasto jak miasto. Dużo samochodów. Starówka. Kościół. Szkoła. Ona pracowała na kolei. On zresztą też. Potem były dzieci: najpierw dziewczynka, 3 lata później chłopiec. A potem był rozwód. W tamtych czasach rozwód był godny potępienia. Ale jej nie zależało na tym, co ludzie powiedzą. Przynajmniej wtedy. On zdradził ją. Albo odwrotnie, zależy kogo o to spytać. Irena postanowiła nie wpuszczać Lucjana do domu, nie chciała, żeby miał jakikolwiek kontakt z dziećmi. Dzieci płakały bardzo. Irena chyba nie radziła sobie z obowiązkami wychowawczymi. To znaczy, nie chodziło o czystość. O, co to, to nie! Mieszkanie zawsze było wypucowane, wyglancowane, dzieci nie mogły być gorsze. Wykrochmalone­ spódniczki, spodenki, które wbijały się w tyłek przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Chodzi raczej o wychowanie psychiczne. Dla niej coś takiego nie istniało.

6

Starsza siostra Wiktora, Katarzyna, również nie mogła odczuć matczynego ciepła. Nie rób, nie dotykaj, nie odzywaj się – słowa te były nadużywane w domu Ireny.­ Kiedy Kasia obcięła sobie grzywkę w czasie, gdy jej mama robiła siku, Irena dostała szału. W końcu Katarzyna­została bez włosów. A potem w sercu Ireny pojawił się Hans. Brat Lucjana. Wszystko zostało w rodzinie. Irena promieniała. Nawet była miła. Potem, poza dziećmi, komenderowała Hansem. Jakie komenderowała?! Gdyby przynosił pieniendze do domu, nie musiałabym na niego wrzeszczeć. Ale jak tylko dostawał wypłatę, od razu leciał do baru. Pierwszeg­o zawsze wysyłałam dzieci na budowę, żeby go odebrały i przyniosły pieniendze. Zawsze powtarzał, że sam potrafi przyjść do domu. Srali muchy, będzie wiosna. Nic nie umiał!


Chociaż budować to on umiał. E tam, i tak był lepszy od Malinowej w mieście zamieszkałym przez Irenę. Po tego tam… przejściu na emeryturę, kazała wybudować Hansowi domek, w którym będą mogli mieszkać przynajmniej w seI tak zaczęły się lata, kiedy Irena pracowała na kolei, zonie letnim. Bo przecież złodzieje grasują, trzeba pilnokrzyczała na dzieci i konkubenta, sprzątała, gotowała wać mienia. W zimie Irena nie martwiła się złodziejami. w ilościach, których nikt nie był w stanie przerobić (bo „przecież chłop nie będzie robił w domu”), załaA po coś ty chcesz taki wielki domek budować?­Skróć twiała dzieciom maturę i wyprawiała je w dorosłość. go o połowę, kto będzie w takim wielkim domu sprzątał? No ja nie! – mówiła. Jakież było zdziwienie Ireny, kiedy po latach dowiedziała się, że Hans potrafi ugotować jajko na miękko. Hans, który po tylu latach miał serdecznie dosyć­narzekań swojej konkubiny, zrobił jak chciaDziałka, moja miłość ła. I schody się nie zmieściły. A domek był piętrowy. Hans dobudował wąską drabinę, imitującą schody. Największą pociechą Ireny była działka. No i wnuki. Chociaż te ostatnie to tylko pod pewnymi warunkami. No i jak my teraz będziemy schodzić w nocy po ciemku? Ale o tym zaraz. Ogródek działkowy mieścił się na ulicy­ Pozabijamy się. Mogłeś większy zbudować. A tam, chciałam

7


mniejszy… Nie chciałam! Skąd mogłam wiedzieć, że to bę- w konkursie na najpiękniejszą działkę. To przez nią dzie taki mały, ty jesteś budowlańcem – krzyczała. wszystko.­ Szczęśliwie nie wymyśliła rozpoczynania budowy od nowa i zadowoliła się tym, co ma. W dolnej części domku urządziła kuchnię, do której wstawiła też kanapę i stół, żeby ludzie nie mówili, że salonu nie ma („bo sąsiad obok to i saunę ma!”), a ona co, salonu ma nie mieć? Znalazło się także miejsce na łazienkę. Łazienka miała jeden defekt. Dokonując codziennych ablucji, wystawiało się na ogólny widok osoby (zazwyczaj Hansa), która akurat wykonywała prace stolarskie naprzeciwko łazienki, w miejscu zwanym przez Irenę „zachowankiem”. Pomiędzy jednym pomieszczeniem a drugim znajdowała się dziura, przez którą przeprowadzona była rura z wodą. A jako, że rura była znacznie węższa od dziury, widok z niej był doskonały. Na górze Irena i Hans spali. Był też balkon.

Irena lubiła też urządzać przyjęcia ogrodowe. Gotować dla gości. Usługiwać im. Czasem porozmawiać. To był jej żywioł. Ale wie pan, panie Stasiu, pana brat jest fajniejszy od pana. I pogada i pośmieje się. A pan to taki mruk. Takt nie był jej mocną stroną. Ale sąsiedzi z działki ją lubili. Dobrze jeść dawała.

Na cholerę on ten balkon robił. W ogrodzie można se posiedzieć, a nie na balkonie. Po kilku latach kazała zabudować balkon i zrobiła­ tam kolejne miejsce do spania. Dla wnuków. Albo innych gości, jeśli zmieszczą się w tej dusznej klitce.

TAKT NIE BYŁ JEJ MOCNĄ STRONĄ. ALE SĄSIEDZI Z DZIAŁKI JĄ LUBILI. DOBRZE JEŚĆ DAWAŁA.

Kiedy indziej trzeba było wymienić rury kanalizacyjne. Jednak Irena nie zamierzała wydawać na nie pieniędzy.­A przynajmniej nie tyle, ile kosztowały te najlepsze. Kazała Hansowi kupić te najtańsze. Hans nie był zadowolony, ale cóż – baba każe, chłop robi. Kupił najBrat tańsze. Po dwóch miesiącach rury pękły. Trzeba było wymieniać. Tym sposobem Irena wydała dwa razy więcej­ Zgodnie z zasadą „to so ojce”, w rodzinie Ireny uwielpieniędzy. biony był jej brat, Ryszard. Irena często ubolewała nad tym, że była odsuwana przez rodziców na rzecz brata.­ Nie moja wina, że gówno robio. Zrobiliby lepsze rury, to Jednak po latach sama uważała, że chłop w domu jest nie musiałabym wymieniać. najważniejszy i wychwalała Ryszarda pod niebiosa. Jednak najważniejsze były grządki. Buraki, truskawki, Wojskowy, pełen klasy, dobrze wychowany. Taki ogórki. I róże. Piękne. Czerwone. Rosły przy alejce. Były był mój brat. A jak sobie żonę ustawił! Zawsze pierwjej chlubą. Do czasu, aż jej wnuczka, Dorota, wywróci- szy musiał dostać talerz. Potem dzieci, a na końcu żona. ła się i połamała kwiaty podczas jazdy na hulajnodze. Ja też tak robię. Najpierw mężczyźni powinni jeść. Krew się polała. Z ręki, nie róż. Do dzisiaj została blizna. Na pytanie czy ona sama nie ustawiała Hansa, staPo co ta cholera po ciemku jeździła? Do dzisiaj nie mogę nowczo zaprzeczyła i wyszła zrobić kawę. Po powrocie tych róż odżałować. Od tej pory zajmuję drugie miejsce kazała mi szybko wypić i sobie iść.

8


Synowa

Pozostałe wnuki

Obwinianie i narzekanie – zaraz po działce i gotowaWszystkie uczucia, jakie Irena ma w sobie, wkłada w niu, ulubione zajęcia Ireny. Najlepiej było narzekać na dwójkę swoich wnuków: Pawła, syna Katarzyny i Sabisynową. O wszystko. nę, córkę Wiktora. Ponieważ Irena uważała, że największym dowodem miłości jest nakarmić swoje wnuki, PaOna kompletnie nie nadawała się na żonę dla Wiktora. wełek już w wieku 3 lat ważył 30 kilogramów. Po 10 na Dzieci głodziła. Mleka im nie dawała. A przecież mleko każdy rok. Kiedy miał lat 15, Katarzyna doszła do wniotrzeba dawać. To dlatego takie mizerne. Nie to, co Pawełek sku, że jej syn musi się odchudzić. Postawiła mu waru(syn Katarzyny). On taki pulchny, zdrowy. Suknie ślubną nek – jak w tydzień schudnie 5 kilo, to dostanie pizzę­ też miała brzydko. – a babci zabroniła podsuwać mu jakiekolwiek łakocie. Szczególnie czekoladę, na którą Paweł jest uczulony. Niemniej jednak nie ucieszyła się, kiedy Wiktor rozwodził się z żoną. Bała się, że zarówno on, jak i Irena, nie Dziecko musi jeść. Ja lubię, jak jest grube, takie zdrobędą mogli spotykać się z dziećmi. Tak, jak ona zrobiła we. A czekolada jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Dadawno temu. Zdziwiła się, kiedy Wiktor powiedział, że wałam mu ją pod stołem, jak Kasia nie widziała. Albo jest w związku ze swoją daleką kuzynką. Mówiła, że tej wsadzałam mu kotlety do kieszeni. Niech dziecko sobie kurwy nigdy do domu nie wpuści. Miesiąc później za- pojje. Pani zobaczy, jak teraz wygląda! Okaz zdrowia! praszała ją na obiad. Dziś Pawełek, karmiony babciną miłością, ma 20 lat Przecież nie mogłam utracić kontaktów z synem. Jaki i waży 120 kilogramów. Ma problemy z tarczycą, choruje by on nie był, to jednak mój syn. Ale synowa mogłaby cza- na cukrzycę i nadciśnienie. sem zadzwonić, pogadać. Przecież ja tak bardzo tęsknię. Sabinę, na szczęście, wielka porcja miłości Ireny doKontakt z jedną wnuczką straciła. Dorota nigdy nie tykała tylko w wakacje i czasami w ferie zimowe. Dzięki czuła się kochana przez babcię. Wkurzało ją też, że Ire- temu nie przytyła. Paweł miał mniej szczęścia – babcia na bez przerwy narzeka na jej mamę. Druga wnuczka, go wychowywała. Jednak tak, jak Pawełek był ukochaktórą Irena faworyzowała („Ona taka malutka”) do bab- nym wnukiem, bo jedynym, a poza tym lubił zjeść, tak ci przyjeżdża do dziś, przy okazji spotkań z Wiktorem. Sabina była najukochańszą wnuczką. Bo najmłodszą. Irena co dzień płacze. Nie może przeżyć, że jej synowa I garnęła się do pomocy na działce. i wnuczka odwróciły się od niej. Nie uważa jednak, żeby miała w tym swój udział. Twierdzi, że Dorota wyrosła na Oj, gdybym ja mogła mieć ją u siebie. Albo żeby chociaż gówno śmierdzące jak jej matka. O synowej nie chciała Wiktor ją wziął. Może na studia przyjedzie do Olsztyna. się więcej wypowiadać. Teraz Sabinka będzie miała osiemnastkę. Wie pani, jak

OBWINIANIE I NARZEKANIE – ZARAZ PO DZIAŁCE I GOTOWANIU, ULUBIONE ZAJĘCIA IRENY. 9


do nasz przyjeżdżała, to rosół już na śniadanie jadła. Serce się radowało, jak patrzyło się na to jedzące dziecko. A jak podlewała dżonkile! I pieliła! A jak tańcowała wieczorami z babko! Zupełnie inna dziewczyna niż Dorota.

HANS Jak doszło do tego, że związał się pan z byłą żoną brata?­ Tak naprawdę to było mi żal dzieci. Ale może od początku. Mieszkaliśmy wszyscy razem. Moja matka, Irena, dzieci, Lucjan i ja. Najpierw zazdrościłem Lucjanowi żony, bo ja też nie byłem już młody, a jakoś nie złożyło się spotkać tej jedynej. Coś między nami iskrzyło. Potem Irena pogoniła­ Lucka,­ale ja z matką zostaliśmy. Wszyscy myśleli, że to przeze mnie. Matka umarła, a ja sam nie chciałem zostawiać kobiety z dziećmi. Wtedy Irena była bardzo miła. Często się uśmiechała. Poza tym nie mogę mieć dzieci. A że Irena gospodarna, gotować umiała, dzieci do mnie nawet podobne­, to było to dla mnie idealne wyjście z kawalerskiego stanu. Brat miał do pana żal? Na początku trochę tak, zwłaszcza, że matka cały czas powtarzała: „Ja wiedziałam, że to tak się skończy”. Lucek myślał, że zdradziłem go z Ireną, a Irena jego ze mną, ale to nie było tak. Może między nami była, jak to się teraz mówi, chemia, ale nie zdradziłbym brata. Irena już od dawna chciała rozwieść się z Lucjanem, mówiła, że to babiarz. Ja z nim dobrego kontaktu nie miałem, mimo że mieszkaliśmy razem. Ja chodziłem do pracy, on też, wracaliśmy zmęczeni. A że Lucek babiarz, to było od zawsze wiadomo, ale czy zdradzał… Nie wiem. Od 20. lat rozmawiamy ze sobą normalnie. On wyjechał do Niemiec, nawet byłem u niego. A Irena? Obraziła się na mnie! Przez dwa miesiące się do mnie nie odzywała. Dla niej temat Lucka nie istnieje. Zresztą­ na Wiktora też się obraziła, jak pojechał do Lucka już

10


11


jako dorosły chłopak. Nie przyjechała na roczek Sa- huśtawkę­zrobić dla wnuków. Ostatnio musiałem zabudobiny. Ja też nie pojechałem, żeby mi nie gadała potem. wać taras przed domkiem, żeby można było na nim siedzieć nawet w deszcz. I tak można było na nim siedzieć, ale Irena Jak dzieci przeżywały rozstanie? wie lepiej. Ja już nie chcę się z nią kłócić. Za stary jestem. Małe były, to szybko zapomniały. Ale był czas, kiedy­za nim płakały. Zwłaszcza, jak przychodził w odwiedziny, a Irena Po tylu latach jednak musicie mieć wolny czas. Co go do domu nie wpuszczała. wtedy robicie? Kasia przynosi nam te romanse, to czytam je Irenie, bo Nie oponował pan? ona na jedno oko nie widzi, a na drugie ma -12. Słuchamy­ Nie miałem prawa, to nie moje dzieci. A nawet jakbym pró- też radia regionalnego. A czasem ja idę do sąsiada na kiebował, to Irena by jeszcze na mnie nawrzeszczała. Potem licha. Irena też ma przyjaciółki. Chociaż z jej przyjaciółKasia i Wiktor zaczęli mówić do mnie „tato”, chociaż dzi- kami to jest tak, że jednego dnia je ma, a drugiego są na siaj mówią „stryj”. Nie mam im tego za złe. Wiedzą, że ja siebie śmiertelnie obrażone. Za babami nie nadążysz. je wychowałem. Kiedyś nawet Kasia powiedziała, że wzięłaby mnie z ulicy, gdybym był pijany, brudny, dziadowaty, Jak by opisał pan Irenę? a matki to by kijem nie tknęła. Smutne to, ale prawdziwe. A nie powie pani tego nikomu? Irena to dobra kobieta… Ale głupia.

JA JUŻ NIE CHCĘ SIĘ Z NIĄ KŁÓCIĆ. ZA STARY JESTEM. Jak wyglądało pana życie z konkubiną? Nie chcieliście wziąć ślubu? Mnie ślub do niczego nie był potrzebny. Irena też o tym nie myślała. Chyba chciała mieć furtkę. Życie z nią nie było łatwe. Cały czas mną dyrygowała. Nawet, że się tak wyrażę, wysikać się nie mogłem bez jej gadania. Ciągle miała do mnie pretensje. Ciągle jej coś nie pasowało. A to za późno wracam z pracy, a to za wcześnie, a to za mało pieniędzy, a to za duży dom chcę budować. W końcu zacząłem pić. Zresztą wie pani, jak to jest, kiedy pracuje się na budowie. Kumple wyciągają na kielicha po robocie. A piwo też najlepiej gasi pragnienie podczas pracy na powietrzu. No i Irena miała pretensje. A mnie było coraz bardziej wszystko jedno.

KATARZYNA Wiek: 51 lat Stan cywilny: mężatka + syn Paweł Wygląd zewnętrzny: Łudząco podobna do matki. Nawet układ zmarszczek będzie się zgadzał za 20 lat. Z Kasią spotykam się w cichej, przyciemnionej kawiarni. Nie chce, żeby jakaś sąsiadka dowiedziała się i wygadała Irenie, że rozmawia z dziennikarką. A przynajmniej z osobą podobną do dziennikarki. Wszystko, co mam do powiedzenia na temat mamy, to to, że jest tylko kulą u nogi. Jeżeli nie zadzwonię do niej każdego dnia, od razu obraża się i muszę iść ją przepraszać z kwiatami. Mieszkamy 200 metrów od siebie. No chyba, że mama jest na działce, ale i tak muszę ją odwiedzać kilka razy w tygodniu. Paweł zresztą też. No tak, mama wychowała go, bo ja z mężem musieliśmy pracować, ale Pawełek jest już duży i ważniejsi są dla niego koledzy od babci. Poza tym ona zawsze go futruje słodyczami, makaronami

A czym pan się interesuje? Po tylu latach małżeństwa (oczywiście w cudzysłowie), nie ma się czasu na zainteresowania. Kiedyś lubiłem historię. Czytałem różne książki o huzarach, rewolucjach, II Wojnie Światowej. Ale u Ireny w domu zawsze trzeba było coś robić. Czytanie książek czy oglądanie filmów dokumentalnych było dla Irki leniuchowaniem. A na działce zawsze jest coś do roboty. A to trzeba wodę ze studni przynieść albo

12


Wiktor zaprosił mnie do domu swojego przyszłego teścia. Meble nie pasują do tapet i dywanów. Mówi, że dopiero się urządzają.

i ziemniakami. To przez nią on teraz taki gruby jest. Wysyłałam go na obozy odchudzające, ale po powrocie wracał do starej wagi. Nie, no nie powiem, pomogła nam, oczywiście. Ale dlaczego teraz ja muszę za to pokutować? Wiktor się spakował, jak miał 20 lat i pojechał nad morze. Założył tam rodzinę. Dopiero teraz wrócił. Podoba mi się ta jego nowa narzeczona.­Paznokcie mi robi. I rzęsy przedłuża. Ale przez ponad 20 lat sama musiałam się mamą zajmować. Kupowałam jej wodę 10-litrową, zanosiłam. W ogóle robiłam jej zakupy, jeździłam po lekarzach. Nie mogę tego bratu darować. Oczywiście, że brałam za to pieniądze. Przecież za swoje nie będę kupować! Matka ma pieniądze. Zawsze miała, ale całe życie twierdziła, że pieniądze muszą być w portfelu albo schowane. Wydawać ich nie wolno. Teraz mój mąż mówi, że ja wydaję za dużo. No nie powiem, jak zobaczę coś ładnego w sklepie, to muszę to kupić. Ile razy jestem w sklepie? Co najmniej trzy razy dziennie! Przecież zawsze się coś przyda.

Mama zawsze nas uczyła, że nie można źle mówić na matkę. I że matka ma zawsze rację. Dlatego, jak się z nią nie zgadzałem, to i tak jej przytakiwałem. A potem robiłem inaczej. Albo próbowałem przekonać sam siebie (i przy okazji swoją żonę), że mama ma rację. Spaliła mi misia, moje świadectwa ze szkoły. Nawet dyplomy i nagrody z regat. Dlaczego? Raz jej spadły na głowę. Poza tym, kiedy przy stole za dużo gadałem, mama opowiadała, że każdy człowiek ma określoną liczbę słów do wypowiedzenia i kiedy już je wszystkie powie, to umrze. Dziś jestem małomówny. I w ogóle denerwuję się, jak ludzie za dużo gadają i się śmieją. Ale mama była też dobra. Poszła załatwić mi dodatkowy termin egzaminu maturalnego, bo nie poszedłem zdawać, bo

MAMA ZAWSZE BĘDZIE MOJĄ MATKĄ. JAKAKOLWIEK BY NIE BYŁA. Co sądzę o Dorocie? Głupia jest, że zerwała kontakt z mamą. Przecież to rodzina. Ze mną też nie rozmawia. Ale ona zawsze była dziwna. Dobrze, że chociaż Sabina przyjeżdża do nas. To moja chrześniaczka. Szwagierka nie była zadowolona z wyboru mnie na chrzestną. Dorota mi powiedziała, jak Sabinka się urodziła. Ale Wiktor nalegał, a ja tak uwielbiam dzieci. Teraz mam Pawełka i Sabinkę. A mama zawsze będzie moją matką. Jakakolwiek by nie była i czego bym o niej nie mówiła. Tak, pamiętam, co kiedyś powiedziałam stryjowi. I co z tego?! Mogę myśleć jedno, a robić drugie. To moja moralność.

miałem regaty. Ale drugi raz też nie poszedłem. Dlaczego?­ Nie wiem, młody byłem. Dogadywała mi też, kiedy nie pamiętałem, gdzie jest jakaś ulica w moim rodzinnym mieście. A jak po ponad 20 latach mam pamiętać? I mama i Katarzyna miały do mnie pretensje, że wyjechałem. Przecież końcu wróciłem. Dlaczego? Bo to moje miasto. Tutejsi ludzie mi odpowiadają. Tu zawsze czułem się sobą. Była żona zawsze mi przygadywała, że kiedy jechaliśmy do mamy, ja się zmieniałem nie do poznania. Dlaczego związałem się z kuzynką? Po pierwsze to moja daleka kuzynka.­ A związałem się z nią, bo mnie podziwia. Jest na każde moje zawołanie. No i ładna jest. Jak moja była żona.

WIKTOR

Wracając do mamy, to już stara kobieta, trzeba jej pomagać. Poza tym jest wesoła. Lubi się śmiać. Czasem Wiek: 48 lat śmieje się z kawałów, wcale ich nie rozumiejąc. A DoroStan cywilny: rozwodnik + dwoje dzieci + narzeczona ta powinna w końcu do mnie przyjechać. I do babci. Jest z dziećmi zła, że odszedłem od jej matki, ale już jest pozamiataWygląd zewnętrzny: Chudsza i młodsza wersja Hansa: ne. Powinna przyjechać, pogodzić się z babcią. Ale zmuczarne włosy, piwne oczy, łysiejący. Niezbyt wysoki. szać jej nie będę. A matka… Nie jest zbyt inteligentna, ale nie będę jej karał za głupotę. To w końcu moja matka.

13


DOROTA

też nie robi. Tata trafił z deszczu pod rynnę. A babcia z jednej strony jest zadowolona, że tata wrócił do niej, do miasta, Dorota wysłała maila z odpowiedzią na pytanie, dla- a z drugiej płacze, że w sumie ta synowa to taka zła nie była. czego zerwała kontakt z babcią. Oto, co napisała: Katarzyna z kolei łapie 10 srok za ogon i nic nie kończy. I jest bardzo podatna na sugestie innych. Nie ma swoBabcia nigdy mnie nie kochała. Może jeszcze, kiedy nie było Pawła i Sabiny, to żywiła do mnie jakieś uczucia. Tak jego zdania. Pewnego razu, kiedy w gościach była kuzynka samo ciotka. Ale kiedy pojawił się na świecie Paweł, a potem męża Kasi, która jest wegetarianką, Kasia powiedziała: Sabina, widziały we mnie same najgorsze rzeczy. Rodzice „ja też bym nie jadła mięsa. Tylko muszę gotować, bo mąż wysyłali mnie do babci na wakacje. W dziewiątym roku ży- żre”, jednocześnie pochłaniając wielką kiełbasę z grilla. cia się zbuntowałam. Babcia nazwała mnie gównem śmierdzącym, tylko dlatego, że nie smakowały mi jej kopytka. Poza tym obwiniała mnie o to, że skręciłam sobie kostkę, kiedy ona chciała iść „mnie pokazać” swojej przyjaciółce. Babcia nie szczędziła też ostrych słów mojej mamie. Nawet powiedziała, że to mamy wina, że tata odszedł. Przecież to niczyja wina. Ale babcia zawsze musiała wszystkich obwiniać. Przykro to przyznać, ale babcią rządzi hipokryzja – dzisiejsza choroba cywilizacyjna. Jak można jednocześnie twierdzić, że matka jest najważniejsza i opowiadać o czyjejś matce, że jest nic nie warta? Inny przykład: „U nasz w domu nigdy wódki nie było” – mówiła babcia i zaraz potem stawiała butelkę na stół. Faktycznie, nie było, bo od razu dziadek wypijał. A jak już on, tata i cała reszta była pijana, babcia była zła i mówiła: „Ja lubię jak wódka stoi na stole. Ale nienawidzę, jak ją wypiją”. Wtedy obrażała się na wszystkich, twierdziła, że śmierdzą i szła sprzątać.

Mogłabym przytoczyć całe 20 lat mojego świadomego życia z babcią, ale nie będę zanudzać. Miałam dość ciągłego poniżania mnie i mojej mamy. Miałam dość tej ciągłej hipokryzji i… co tu dużo mówić, głupoty. Bo istnieje różnica pomiędzy głupotą wynikającą z niedouczenia a głupotą z natury. Nikomu nie życzę takiej babci. Mam wrażenie, że to właśnie przez nią jest, jak jest. Na szczęście w przyrodzie panuje równowaga i drugą babcię miałam cudowną

Na jej dzieciach też się odbiła ta hipokryzja. Tata na przykład jest pozornie odpowiedzialny. Szybko uciekł z domu, aż nad morze, bo po pierwsze lubił żeglować, a po drugie chciał się znaleźć jak najdalej od domu. Założył rodzinę. Imponował mamie. Był taki zaradny. Potem się okazało, że przez lata narobił masę długów. Wolał kupić nowe, najdroższe kino domowe, zamiast zapłacić rachunki. Potem powielił przykład dawany przez babcię. Znalazł sobie kochankę w rodzinnym mieście i wrócił. Poza tym teraz babcia jest najmądrzejsza i najlepsza. Nawet mnie to mówi. Wcześniej często powtarzał, że „stara jest głupia”, ale jak miał jej wytknąć błąd, to wolał siedzieć cicho albo wręcz jej przytaknąć, bo „to jest matka”. A mamie za powód rozwodu podał: „bo ty książki czytałaś”. Oczywiście, przed ślubem i jeszcze długo po nim imponowało mu, że mama jest inteligentna, oczytana. Jednak potem zaczął słuchać babci i odszedł od mamy do kobiety, która książki z pewnością na oczy nie widziała. I, co babci z pewnością by się nie spodobało, obiadów

Daria Antonatus — z zawodu kulturoznawczyni i przyszła absolwentka latynoamerykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Wielbicielka twórczości Fridy Kahlo, polskiego reportażu literackiego i historii zwykłych niezwykłych ludzi. Magdalena Marcinkowska — absolwentka ASP w Krakowie, studiowała również w Portugalii, zajmuje się ilustracją, komiksem, malarstwem i filmem animowanym.

16


I nagroda w konkursie Nowy Wymiar Kultury w kategorii plakat


F*CK ME, I’M ERASMUS tekst: Sonia Kaczmarczyk ilustracja: Monika Źródłowska

Erasmus, raczkujący jeszcze dekadę temu, w przeciągu kilku lat wyrósł na niegrzeczne dziecko Unii Europejskiej, która niczym pobłażliwy rodzic, przymyka oko na przewinienia swojej pociechy. A tych trochę się zebrało.

N

a stypendium programu Erasmus wyjeżdża rocznie ćwierć miliona studentów 1. Z samej Polski w świat jedzie 15 tysięcy młodych ludzi, którzy­ mogą wybierać z szerokiego wachlarza krajów partycypujących w programie międzyuczelnianej wymiany. Z okazji rocznicy 25-lecia istnienia Erasmusa, Komisja Europejska wypuściła serię filmów obrazujących benefity płynące z uczestnictwa w programie. Filmy inspirujące,

górnolotne, ale w niewielkim stopniu oddające realia erasmusowego życia. Jednakże każdy student w swojej aplikacji kwalifikacyjnej powiela kalki tych haseł, które stały w pierwotnym założeniu za stworzeniem współpracy międzyuczelnianej. Rozwijanie znajomości języka obcego. Osiągniecie samodzielności. Zdobywanie nowych doświadczeń, przydatnych w przyszłej pracy zawodowej. Poznawanie odmiennych kultur i nawiązywanie 1

Dane z raportów z oficjalnej strony programu Erasmus www.erasmus.org.pl.

18


zagranicznych kontaktów. Brzmi profesjonalnie i ambitne, ale któż nie słyszał wymownego określenia „Erasmus-orgasmus”, które w opinii publicznej funkcjonuje już od jakiegoś czasu. Skąd bierze się rozbieżność między oczekiwaniami inwestorów, a stereotypem Erasmusa i czy rzeczywiście „Erasmus-orgasmus” opisuje typowego studenta na wymianie zagranicznej?

trudno zauważyć, że człowiek zostaje wciągnięty w specyficzny tryb życia, którego podstawowym celem jest socjalizacja z resztą studentów Erasmusa. Cel ten zresztą wcale nie dziwi, bo pozwala uporać się z samotnością w obcym kraju i uniknąć szoku kulturowego. Rzadko bowiem zdarza się, że miejscowi angażują się w przyjaźnie z przyjezdnymi. Taka znajomość wymaga od lokalnych zaangażowania i poświecenia, czyli dość wysokich kosztów, których zagraniczny przyjaciel nie zwróci, bo przecież w przeciągu semestru, maksymalnie dwóch, wyjedzie. Stąd w każdym akademickim mieście istnieje swoista erasmusowa bańka, która rządzi się własnymi prawami.

Do obcego­ kraju w jednym czasie zjeżdża­ masa Następnym, naturalnym etapem wymiany jest studentów z róż- korzystanie z dobrodziejstw, jakie niesie za sobą nych zakątków Europy­ obecność w państwie oddalonym od swojego stao bardzo podobnych do- łego miejsca zamieszkania o setki czy tysiące kiświadczeniach i oczekiwaniach. lometrów. Seks, który w większości społeczeństw W związku z tym, że prawie każdy przyjeżdża jest nadal tematem tabu, na Erasmusie zyskuje spesam, z niewielką wiedzą na temat lokalnych cjalny status. Z dala od osądzających komentarzy obyczajów, bardzo szybko i łatwo nawiązuje się znajomych i rodziny, można pozwolić sobie na rozkontakty­ z innymi studentami Erasmusa. Wie- luźnienie obyczajów. Wielu ludzi, bez rozróżnienia lokrotnie znajomości te zaczynają się jeszcze na płeć, traktuje wyjazd na wymianę jako swoistą w dormitoriach hotelowych, by rozwijać się arenę do treningu własnych umiejętności seksuw trakcie wspólnego szukania mieszkania czy na alnych. Multikulturowość Erasmusa, daje dostęp kursie językowym. Na tym etapie integracji naj- do ogromnej różnorodności partnerów, którzy lepszą wspólną aktywnością jest mocno zakra- w domowych warunkach są nieosiągalni. A że piana libacja. Nic tak nie zbliża jak alkohol, któ- „wszyscy to robią”, nie ma lęku przed negatywna ry rozluźnia, rozwiązuje języki, ułatwia rozmowy oceną społeczną. Kobiety nie muszą obawiać się w obcym języku i stwarza bazę wspólnych wspo- slut-shamingu (otwartość seksualna jest u nich mnień dla przyszłych znajomych. W krajach, wręcz wskazana), poranny spacer we wczorajszym w których Erasmus trzyma się mocno (prym wie- ubraniu nie robi na nikim wrażenia, zaś ukradkodzie Hiszpania) istnieje cały przemysł zajmujący we uśmiechy mają charakter bardziej przyzwolesię organizacją imprez skierowanych na przyjezd- nia niż nagany. Nic tak nie pozwala na zdobywanie nych studentów. Firmy (StudyCool, ErasMusic 2), łóżkowych doświadczeń jak grupa rówieśników, które współpracują z klubami w przeciągu całego dla której wysoka liczba kontaktów seksualnych roku akademickiego, kuszą zagraniczną młodzież jest absolutną normą, nawet jeśli tylko na pół niskim cenami, imprezami tematycznymi i prze- roku. Bo właśnie to ograniczenie czasowe pozwala de wszystkim możliwością prawie codziennego rzucić się w wir przyjemności. Świadomość niewyjścia „w miasto”. Nawet jeśli nie ma się ocho- uchronnego powrotu do kraju macierzystego daje ty korzystać z gotowej oferty, można umówić się poczucie braku zobowiązań, stąd ludzie chętniej na głównym medium wyjazdowym, czyli oczy- decydują się na całą gamę różnych modeli relacji na wiście Facebooku. Idąc powyższym tropem nie wyjeździe: one night stand, friends with benefits, 2

19

Przykładowe nazwy firm z Malagi w Hiszpanii.


związki otwarte jak również klasyczne romanse. Istnieje milcząca zgoda co do trwałości erasmusowych relacji, niezależnie od tego jak płomienne mogły się wydawać. W momencie rozjazdu do domów, kochankom zostaje garść miłych wspomnień i kilka tęsknych SMS-ów. O tym, czy o romansie kiedykolwiek ktoś się dowie, decydują sami zainteresowani. Nawet osoby będące przed wyjazdem w związku muszą się jakoś zaadaptować do wszechobecności tematyki seksualnej. Począwszy od imprez o wymownych nazwach: „F*CK me, I’m Erasmus”, „Love Party”, „It’s not me, it’s tequila”, przez ogólne oczekiwanie rozwiązłości, aż do otwartych propozycji wspólnego spędzenia nocy. Alkohol, który jest szarą eminencją Erasmusa, dodatkowo znosi granice językowe i podnosi poziom libido. W takiej atmosferze trudno o zachowanie wierności. W pierwszej połowie roku 2013 przeprowadzono internetową sondę na temat zmian, które nastąpiły w związkach studentów przebywających na wymianie w Hiszpanii i Portugalii 3. Badanie nie stanowiło części żadnego oficjalnego raportu, miało charakter bardziej wewnętrzny i eksploracyjny, ale warto przytoczyć jego wyniki. Otóż ze 172 osób, które wyjechały na Erasmusa mając stałego partnera, tylko 55% przetrwało tę próbę i pozostało razem. Z drugiej strony potoczne przekonanie o częstości zdrad trzeba nieco zweryfikować, bo za granicą do skoku w bok przyznało się jedynie 20% ankietowanych. Z perspektywy partnerów procent zapewne wysoki, ale porównywalny z odsetkiem uzyskanym w raporcie na temat zdrad Polaków przeprowadzonym przez Centrum Badania Opinii Społecznej 4.

ność i otwartość na nowe doświadczenia. Wielką stratą byłoby ograniczenie młodym ludziom możliwości takiego osobistego rozwoju, niezależnie od tego, czy wszyscy z niej skorzystają, czy zagubią się w erasmusowych przyjemnościach.

Sonia Kaczmarczyk — studentka ostatnich lat psychologii, zainteresowana w szczególnośći seksuaologią, zapalona miłośniczka podróży i srebrnego ekranu. Monika Źródłowska— studentka Grafiki. Wychodzi z założenia że człowiek nic nie musi, ale wszystko może. W wolnych chwilach śmieje się z głupich i starych jak świat kawałów.

Czym w takim razie jest Erasmus? Hedonistyczną studencką przygodą za pieniądze z funduszów unijnych, czy szansą na ciekawszą przyszłość i lepszą pracę? Otóż jednym i drugim. Erasmus otwiera oczy i pozwala rozwijać się na różnych płaszczyznach, w tym na płaszczyźnie seksualnej. Rzeczywiście uczy samodzielność, a nawet jeśli nie pozostawia konkretnej wiedzy naukowej czy zaawansowanej znajomości obcego języka, rozwija te cechy, które ułatwiają pracę zawodową, czyli działanie w grupie, sztukę kompromisu, kreatyw-

20

3

Miesięczna ankieta objęła ponad 300 studentów na Erasmusie w Madrycie, Barcelonie, Saragossie, Maladze, Granadzie, Salamance i Lizbonie. 4

Warszawa, lipiec 2011. Deklaracje respondentów przyznających się do zdrady 14%, po poprawce metodologicznej 25%.


„NIKT NIE RODZI SIĘ Z UPRZEDZENIAMI” – PARĘ SŁÓW O RASIZMIE

tekst: Natalia Rusin ilustracja: Dżina Jelizarowa

Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: „Uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. Miałem sen, iż pewnego dnia moich czworo dzieci będzie żyło wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry, ale na podstawie tego, jacy są. Martin Luther King

J

ane Elliot i jej eksperyment dotyczący wyznacznik do wybrania w danym dniu grurasizmu bez dwóch zdań przydałby się py uprzywilejowanej oraz dyskryminowanej. Polsce. Zacznijmy jednak od samego początku. Dzieci mogły z sobą rozmawiać i bawić się tylko w obrębie swojej grupy. W jednym dniu Jane Elliot przyznaje w jednym z wywiadów, niebieskoocy byli grupą uprzywilejowaną,­ naże na pomysł przeprowadzenia eksperymentu stępnego dnia sytuacja się odwracała. Każwpadła po zabójstwie Martina Luthera Kinga de dziecko w grupie „gorszych” musiało nooraz po lekturze książek o nazistach i Holocau- sić na szyi granatowy kołnierz, aby z daleka ście. Była wtedy nauczycielką w jednej ze szkół było widać, do której grupy należy. Dzieci podstawowych i bardzo chciała wytłumaczyć z grupy dyskryminowanej mogły pić jedynie dzieciom, dlaczego Martin Luther King zgi- z jednorazowych kubków, nie mogły korzystać nął. Tak jak Hitler podzieliła ludzi, ze względu z tej samej toalety, co dzieci z grupy uprzywina cechę fizyczną, na którą nie mają żadnego lejowanej itp. Elliott powiedziała dzieciom, wpływu. Postanowiła, że będzie to kolor oczu. że te, które noszą kołnierze w dany dzień są gorsze od innych, nie są tak mądre i bystre; Tak więc parę dni po zabójstwie Martina zaznaczyła jednak, że jest to jedynie zabawa Luthera Kinga, Elliot zaproponowała swo- i wraz z końcem lekcji dobiega ona końca. im uczniom zabawę. Podzieliła klasę na dwie Dzieci to rozumiały, w przeciwieństwie do rogrupy: niebieskookich i brązowookich. Był to dziców i innych nauczycieli, którzy nie potrafili

23


połączyć współczucia dla białych dzieci, biorących w tym udział przez jeden dzień, z tym, czego kolorowe dzieci doświadczają przez całe swoje życie i na dodatek, czego biali są sprawcami.

stworzyła­­­dla ludzi biorących udział w eksperymencie nową rzeczywistość. Na początku rozdała „jasnookim” test inteligencji Dove’a, który mieli rozwiązać. Nie wspomniała jednak celowo, że test ten stworzył czarnoskóry mężczyzna, po to, aby pokazać białym, jak to jest, kiedy Po pewnym czasie eksperyment stał się głośny rozwiązuje się zadania, o których nie ma się żadnego pojęza sprawą transmisji filmu dokumentalnego pt. Oko cia i na tej podstawie uzyskuje się ocenę iloraz inteligencji. burzy na jednej ze stacji telewizyjnych. Od tego momentu Jane Elliott była atakowana za swoją działalZ zajęć, które przeprowadziła wtedy Jane Elliott poność. Rodzice dzieci, które miały uczyć się w szko- wstał film dokumentalny pt. Niebieskoocy. Dziś możemy le, w której pracowała, dzwonili i mówili: „Nie chcę, go zobaczyć np. na youtubie – jest on nie tylko dobitny, aby moje dziecko uczyła ta obrończyni murzynów”. ale i druzgocący. Warto poświęcić chwilę wolnego czasu i obejrzeć dokument z zajęć Jednakże nie tylko Elliott Jane Elliott oraz przemyśleć ucierpiała za swoje przekonasobie swoją postawę wobec wszelnia, ponieważ wszyscy atakokich przejawów nietolerancji. wali nie tylko ją, ale także rodziców kobiety, dzieci i męża. Na początku stwierdziłam, Jej rodzice prowadzili restauże taki eksperyment przydałrację, jednak gdy sprawa stała by się w Polsce, ponieważ nasz się głośna – to był koniec ich kraj nie jest tolerancyjny. Najinteresu. Dzieci nauczycielki gorsze jest jednak to, że ludzie, często wracały ze szkoły poktórzy są świadkami takiego bite i zapłakane. Dokuczali im­ zajścia, po prostu nie reagują. nie tylko rówieśnicy, ale także W tym momencie należy nawiąich rodzice i nauczyciele. zać do eksperymentu Jane Elliott i przytoczyć bardzo ważne słowa: Najważniejsze jest to, że To jest podstawą rasizmu, homofopomimo wszystkiego, co się działo, Elliott nie zaprze- bii, seksizmu i ageismu. Jeśli nic się nie robi, to tak naprawdę,­ stała swojej działalności i po latach przeprowadziła swój współpracuje się z oprawcą. W momencie, w którym eksperyment nie z dziećmi, ale z ludźmi dorosłymi. Ce- widzimy przejawy nietolerancji wobec innych osób, lem tego eksperymentu było to, aby ludzie biali poczuli a nie reagujemy na nie, stajemy się współodpowiedzialni.­ się przez jeden dzień tak, jak osoby kolorowe. Na pod- Warto przytoczyć tutaj kolejny cytat wypowiedzi Jane stawie koloru oczu Elliott przypisała im wszystkie ne- Elliot: Kiedy pod koniec drugiej wojny światowej, nazigatywne cechy. Wybrała kolor oczu, ponieważ decyduje ści zrobili czystkę w obozach koncentracyjnych, pastor o nim ta sama substancja, co o kolorze skóry – melanina. Martin Niemoller powiedział: Kiedy zabierali Żydów, Tak więc, jeżeli w skórze, oczach i włosach jest mało me- nie protestowałem, bo nie byłem Żydem. Kiedy przylaniny, mamy jasną skórę, oczy i włosy, jeżeli natomiast szli po homoseksualistów, nie protestowałem, bo nie bymelaniny jest dużo mamy ciemną skórę, oczy i włosy. łem przecież homoseksualistom. Kiedy zabierali Cyganów, nie protestowałem, bo nie byłem Cyganem. A kiedy Przez ponad 2,5 godziny ludzie o jasnym kolorze przyszli po mnie, nie miał, kto protestować. Jeśli nie bęoczu są dyskryminowani, tak samo, jak przez całe życie dziemy reagowali na krzywdę innych ludzi, to kiedyś dyskryminowani są ludzie o ciemnej skórze. Jane Elliot przyjdzie czas, w którym nam też nikt nie pomoże.

W MOMENCIE, W KTÓRYM WIDZIMY PRZEJAWY NIETOLERANCJI, A NIE REAGUJEMY NA NIE, STAJEMY SIĘ WSPÓŁODPOWIEDZIALNI

24


Minęło ponad sześćdziesiąt lat od zakończenia II wojny­światowej, a odnoszę wrażenie, że nasza mentalność pod względem tolerancji stanęła w miejscu. Niczego nas nie nauczyła przerażająca i tragiczna lekcja historii. Jedyną zmianą jest, że nie mamy już obozów zagłady, obozów koncentracyjnych i nie mordujemy ludzi w komorach gazowych. Ale w zamian za to stwarzamy dla ludzi „odmiennych” tutaj na ziemi prawdziwe piekło, co tylko potwierdza, że istnieją czasami rzeczy o wiele gorsze niż śmierć. Nikt nie rodzi się z uprzedzeniami – to fakt, który daje nam wiele do myślenia. Skoro nie rodzimy się z uprzedzeniami w stosunku do osób o odmiennym kolorze skóry, niepełnosprawnych, ludzi o innej orientacji seksualnej to dlaczego i po co nabieramy uprzedzeń z biegiem lat? Jeżeli chodzi stricte o kwestie rasizmu, zastanówmy się. Jeżeli ocenianie ludzi na podstawie ilości melaniny w skórze jest rozsądne, to tak samo rozsądne jest ocenianie­ludzi na postawie koloru oczu.

Natalia Rusin — studentka filologii polskiej na UŚ w Katowicach. Polonistka z powołania. Artystka z przymusu (pisarka,­poetka, malarka). Psycholog z zamiłowania. Interesuje się profilowaniem kryminalnym. Niczym Sherlock Holmes uwielbia zagadki. Posiada duszę Matki Teresy z Kalkuty, jednakże stanowczo reaguje i sprzeciwia się każdej niesprawiedliwości. Dżina Jelizarowa — po trzech latach studiów na Uniwersytecie Pedagogicznym w Rosji przeprowadziła się do Polski, gdzie ukonczyła licencjat na ASP we Wrocławiu na kierunku Mediacji Sztuki. Obecne kontynuuje edukacje na studiach magisterskich. Na codzień karykaturzystka.

25


„MOŻE TO GRYPA, A MOŻE AIDS”, CZEKAJĄC NA MIŁOŚĆ WE WSPÓŁ­CZESNYCH INDIACH tekst: Szymon Jarosławski ilustracje: Katarzyna Krutak

Z

e względu na swoją szaloną kontrastowość, Indie to kraj gdzie zjawiska społeczne widoczne są niezwykle wyraźne. Co więcej, nieco baśniowy styl narracji sprawia, że usłyszane tutaj historie często zawierają w sobie pewne przesłanie o wymiarze uniwersalnym – dlatego przemawiają one do nas niezależnie od tego, z jakiego kręgu kulturowego pochodzimy. Ośmiomilionowy Bangalur to dla wielu Indusów chluba rozwoju ekonomicznego ich kraju, Nowe Indie, wzorzec na przyszłość. Przedstawiam tu historie gejów z tego miasta, opowiedziane ich własnymi słowami. Ilustrują one ludzki wymiar ogromych przemian społeczno-ekonomicznych, zachodzących obecnie w miejskich rejonach kraju. Czy geje z Bangaluru to postępowi ideowcy, modernizujący mentalność swojego społeczeństwa, czy tylko wesołkowie korzystający z rozkwitu gospodarczego? Czy może jedno i drugie to tylko gry wymyślone przez nich w poczekalni na miłość?

jest marzeniem, on porzucił to zajęcie, by poświęcić się pasji. – Nie odpowiadał mi ciągły brak czasu dla siebie, ciągłe nieplanowane spotkania oraz atmosfera wyścigu szczurów w bangalurskim biurze. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na taniec i ukończyłem kilka kursów. W pewnym momencie poczułem, że chcę założyć własną szkołę tańca. Początkowo, gdy interes się dopiero rozkręcał, wciąż chodziłem do biura, a zajęcia prowadziłem tylko w weekendy. Choć mija siedem miesięcy, odkąd odszedłem z biura, wciąż muszę wspomagać się oszczędnościami, ale wiem, że za kilka lat będzie to przynosiło dobry dochód. Przyznam natomiast, że co do postępu w sferze obyczajów w Indiach, to żywię mniej optymizmu. Jestem gejem koło czterdziestki i od dłuższego czasu próbuję stworzyć związek. Ale u nas geje widocznie nie są na to jeszcze gotowi, bo nie widzę wokoło długotrwałych relacji. Chyba, że z kimś z Zachodu, kto wierzy, że to możliwe. Dlatego obecnie rozkręcenie mojego studia to główny obszar mojego życia, w którym mogę się spełniać.

Jeśli chodzi o ekonomię, to miejskie rejony Indii stały się obszarem ogromnych możliwości. Wszystko jest możliwe, jeśli ma się własny kapitał na start – twierdzi Roger, który przez wiele lat pracował w zdelokalizowanym biurze amerykańskiej agencji reklamowej w Bangalurze. Podczas gdy dla większości Indusów praca dla zachodnich koncernów

Roshan pracuje dla jednego z największych banków­ inwestycyjnych na świecie, gdzie jest jednym z naj­bar­ dziej zasłużonych pracowników. Ostatnio jednak wziął na pół roku bezpłatny urlop, aby zająć się pracą dobroczynną z biednymi dziećmi z sąsiedztwa. Pomogłem im zebrać fundusze na wyposażenie sali informatycznej i prowadziłem­ darmowe korepetycje, żeby mogły się dostać do college’u.

MÓJ OJCIEC RAZ POWIEDZIAŁ MI, ŻE JEDYNE CZEGO ŻAŁUJE, TO, ŻE NIE BĘDĘ MÓGŁ BYĆ Z KOCHANĄ OSOBĄ DO KOŃCA ŻYCIA JAK ON Z MATKĄ.

26


Jakie ma się wykształcenie w Indiach, zależy od tego, ile się ma pieniędzy. Kończąc państwową podstawówkę, nie ma szansy na dalszą edukację. Poziom jest opłakany. Dodatkowo dzieci wysyła się do pracy, a prywatne szkoły kosztują. W rezultacie tylko 15% uczniów w kraju kończy jakąkolwiek szkołę średnią. Praca z nimi przez ten okres nadawała mojemu życiu sens. Może nawet głębszy niż praca w korporacji. Jak wróciłem do biura po urlopie, to czułem się na powrót jak niewolnik. Chyba nie potrafię nakreślić tej granicy pomiędzy pracą a życiem prywatnym, i jest to chyba problem wielu ambitnych pracowników korporacji w Indiach. Zwłaszcza, że pieniądze, jakie nam płacą w międzynarodowych firmach, nie mogą się równać żadnym innym zarobkom w tym kraju. Ustępują może tylko show-biznesowi i sumom, które regularnie defraudują nasi skorumpowani politycy i urzędnicy. W biurze nikt nie wie, że jestem gejem, bo czy pracow-

przyjaciół i znajomych na domowe imprezy, na których gotuję. Moje ulubione danie to wołowina w czerwonym chilli – mogę jeść mięso, bo pochodzę z rodziny chrześcijańskiej. Zresztą staram się chodzić do kościoła co niedzielę i lubię tę odświętną atmosferę. W weekendy także lubię sypiać z pięknymi facetami. Moi rodzice mieszkają w naszym rodzinnym stanie, a ja żyję tutaj z moimi przyjaciółmi jak z przybraną rodziną. Bardzo nowocześnie, ale może przypomina to model licznej tradycyjnej rodziny indyjskiej.

***

Bangalur od dekad znany był z bogatego życia towarzyskiego, które odżywiała populacja studentów z rozlicznych uczelni znajdujących się w mieście;­wielu

Nieoficjalnie mówi się, że policjanci przyjmują łapówkę za nik roku mógłby być zboczkiem? Ja chyba sam sobie tego nie wyobrażam. Ale rodzicom­powiedziałem tak szybko, jak byłem tego sam pewien. Jestem z nimi bardzo blisko i dzielimy wszystko. Oboje są profesorami na uniwersytecie. Dość szybko zaakceptowali moją orientację, lecz mój ojciec raz powiedział mi, że jedyne czego żałuje, tego, że nie będę mógł być z kochaną osobą do końca życia, jak on z matką. Ma takie wyobrażenie o gejach, iż miłość między dwoma facetami nie jest możliwa, że może chodzić tylko o seks. Bo przecież skoro on nigdy takiej miłości nie widział, a pojęcie małżeństwa jednopłciowego nie istnieje, to w sumie takiej miłości nie ma. Mam nadzieję, że jak przydarzy mi się zakochać, to zmieni zdanie. Wierzę, że taka miłość istnieje bez definicji.

z

zgodę na tańczenie oraz sprzedaż alkoholu w nocy.

nich to osoby przyjezdne. Nic dziwnego, iż dla większości Indusów okres od rozpoczęcia college’u do zawarcia małżeństwa to jedyny czas, kiedy mogą sobie pozwolić na nieskrępowaną zabawę.

Na przekór temu zjawisku stanowa policja zakazała tańczenia w miejscach publicznych oraz sprzedaży alkoholu po 23.00. W stanie Karnataka polityka jest zdominowana przez Indyjską Partię Ludową, znaną Samuel organizuje co weekend imprezy dla gejów ze swojej konserwatywnej i nacjonalistycznej ideow droższych hotelach w Bangalurze. Jest jednym z trzech logii silnie powiązanej z hinduizmem. Większość baorganizatorów takich wydarzeń w mieście. Zaprasza rów i klubów w mieście pilnie tego zakazu przestrzega. DJ-ów­z całego kraju i czasem z zagranicy, organizuje efekty świetlne. Właściwie w Bangalurze gejowskie impreOrganizatorzy imprez dla gejów umawiają się jedzy nie mają konkurencji. Dlatego przychodzą na nie cza- nak z policją, że ta zezwoli na tańczenie w klubie po sem także heteroseksualiści. Utrzymujemy cenę za wstęp 23.00, nawet do 3.00. Nieoficjalnie mówi się, że polinie wyżej niż 300-400 rupii, żeby nawet studenci mogli cjanci przyjmują łapówkę za zgodę na tańczenie oraz sobie na to pozwolić. Zacząłem się tym zajmować poprzez sprzedaż alkoholu w nocy. Wozy policyjne ustawione moje zamiłowanie do organizowania ludziom zabawy. przed klubem zdają się pilnować porządku, a policjanMam 40 lat i w moim wieku typowy Indus poświęca się ci są obojętni na widok całujących się na ulicy par mężutrzymywaniu rodziny, co wymaga w naszym kraju bar- czyzn. Ci sami policjanci mogą w jednej chwili zamienić dzo ciężkiej pracy. Ja mieszkam sam, ale często zapraszam się w ich prześladowców, zauważa Vikas, który pracuje

27


w międzynarodowym koncernie informatycznym. Nad- pracowników­przy minimalnym koszcie. Oczywiście jedyną używając artykułu 377, policja może zamknąć homoseksu- zaletą delokalizacji do Indii jest właśnie niski koszt, więc alistę w areszcie i żądać łapówki za uwolnienie. przekłada się to na presję ze strony indyjskich menadżerów.­ Artykuł 377 Indyjskiego Kodeksu Karnego wprowadzonego przez brytyjskie władze kolonialne w 1860 roku kryminalizuje kontakty seksualne ,,niezgodne z naturą”. Krokiem w stronę dekryminalizacji była decyzja delhijskiego sądu najwyższego z 2009 r., który orzekł, że artykuł 377 jest niezgodny z równouprawnieniem wszystkich obywateli gwarantowanym przez konstytucję.

Wiedząc, że jestem gejem, szefowa zaczęła naciskać, że ciągle jestem chory i że być może to AIDS, więc wysłała mnie na badania, których wyniki chciała zobaczyć osobiście.

Faktem pozostaje, że interpretacja artykułu 377 pozostaje dowolna i nie ma aktów prawnych przeciwdziałających dyskryminacji takich osób. Filmy jak „I am” oraz „Mój brat Nikhil” ukazują historyczne i współczesne problemy gejów – kontynuuje Vikas. – Wiele innych powstaje niszowo, a zobaczyć je można głównie na festiwalach filmowych LGBT w Bangalurze i innych metropoliach w kraju. W pracy sam założyłem stowarzyszenie LGBT, na co dostaję pieniądze z amerykańskiej centrali, w ramach programu wspomagania mniejszości – wyjaśnia Vikas­. – Na paradzie maszerujemy grupą w korporacyjnych koszulkach, wraz z kolegami z podobnych stowarzyszeń z innych zachodnich korporacji w mieście. Oczywiście nie wszyscy LGBT dołączają do stowarzyszenia, ale jest to ważne dla zwiększenia naszej widoczności oraz chroni przed dyskryminacją, prześmiewaniem czy zastraszaniem w pracy, czego nie gwarantuje państwowy kodeks pracy. Taki „coming out” w pracy to może być początek dla „coming outu” w życiu prywatnym, a zwiększenie widoczności przyzwyczaja resztę pracowników do naszej obecności w społeczeństwie. Można to nazwać kolonizacją kulturalną z zachodu, ale tak samo można nazwać równouprawnienie kobiet, które w Indiach jest równie kulejące jak status ludzi LGBT. Dhruv opowiada o tym, jak czuł się zaszczuty w pracy­po ujawnieniu swojej orientacji. To, że musiałem wrócić do Indii po 10 latach przepracowanych w Niemczech uważam za największą próbę, na jaką wystawił mnie los. Z powodu kryzysu, nie mogłem tam znaleźć już pracy. W Bangalurze znalazłem pracę w amerykańskiej firmie, więc liczyłem, że pewne zachodnie standardy będą utrzymane.­ Niestety, oddział firmy był mały, nastawiony na wyzysk

Ale co gorsza, panowały tam prawdziwie indyjskie obyczaje. Każdą chwilę wolną od pracy poświęcało się na plotki i węszenie w życiu prywatnym. Począwszy od kolegów z biura, a skończywszy na szefowej. W końcu doszło do zdarzenia, które zadecydowało o mojej dymisji. Była zima, przeziębiłem się, i wziąłem kilka dni zwolnienia. Wiedząc, że jestem gejem, szefowa zaczęła naciskać, że ciągle jestem chory i że być może to AIDS, więc wysłała mnie na badania, których wyniki chciała zobaczyć osobiście. Okazało się, że to rzeczywiście zwykła grypa. Ale narosło przy tym tyle negatywnych emocji, że dawano mi do zrozumienia, iż muszę odejść. Co z lekkim sercem uczyniłem. Kilka miesięcy później znalazłem w innym mieście pracę, z której jestem zadowolony. Nikt nie wie tam, że jestem gejem i lepiej żeby tak pozostało. Jednak staram się przebywać w grupie z innymi gejami. Obaj z Vikasem uczestniczymy od kilku lat w Gay Parade organizowanej w Bangalurze Maszerujemy grupą w korporacyjnych koszulkach, wraz z kolegami z podobnych stowarzyszeń z innych zachodnich korporacji w mieście. Ostatnio także w cotygodniowej grupie wsparcia prowadzonej przez organizację pozarządową Good As You (GAY). Daje mi to wsparcie psychiczne. Generalnie, myślę, że w naszym merkantylnym społeczeństwie małżeństwa aranżowane to raczej akt powinności rodzinnej niż miłości. Jak na to patrzę, to jestem zadowolony z tego, że jestem gejem. Wręcz to właśnie my jesteśmy nadzieją na normalność. Tutaj małżeństwo sprowadzone jest do transakcji zawieranej na podstawie dopasowania

29


majątkowego, kastowego i etnicznego, a dla gejów nie liczy się z jakieś jesteś kasty ani ile masz na koncie Dla geja ważne jest tylko to, czy go facet kręci czy nie. Prosto i uczciwie. Jesteśmy ponad tą przestarzałą i bezduszną tradycją. Niestety znam wielu gejów, którzy ożenili się i dalej uprawiają seks z przygodnymi partnerami, niekiedy za przyzwoleniem ich żon. To nie ich mam na myśli – mówi Zane. Małżeństwo w tym kraju to nonsens – twierdzi Ravi, który szuka nowej pracy w outsourcingu. – Od 4 lat spłacam kredyt, który wziąłem, aby zapłacić posag dla mojej siostry. Musiałem go wziąć, bo mój ojciec nie żyje i jestem

nie mogla zajść w ciążę z mężem. Nie dość więc, że straciliśmy tyle pieniędzy, to jeszcze moja siostra została sama i jej szanse­na znalezienie nowego partnera są już dużo mniejsze. A ja przez ten kredyt musiałem od razu pójść do pracy, więc nie mogłem pójść na studia. Ale gdy spłacę dług, wezmę następny kredyt i pójdę do college’u. W Indiach bycie kobietą jest ciężkie, bo nie ma się wiele do powiedzenia. Ale ja odczuwam, że bycie facetem jest jeszcze cięższe, gdyż spoczywa na tobie dodatkowa odpowiedzialność za matkę i siostry. Z moim życiem muszę sobie radzić na drugim planie. Zmagając się z finansami, nie mam głowy do zakochiwania się. Od życia chcę po prostu trochę przyjemności.

jedynym mężczyzną. Cała rodzina aktywnie szukała kandydata na męża, który zapewni siostrze byt. Rodzina tego, którego ostatecznie wybrali, zażądała 2 tysięcy euro w posagu. Ten skurwysyn zaczął bić moją siostrę i po 2 latach ostatecznie zdecydowała się na wniesienie rozprawy o rozwód. W dodatku jego matka była okropna dla mojej siostry, gdy ta chorowała. Miałem wrażenie, że życzy jej śmierci, bo

Zayed przechodzi obecnie przez skomplikowany rozwód, w którym – jak mówi – stawką jest szczęście jego córki. Pomimo, że jako nastolatek czułem pociąg do mężczyzn, ożeniłem się mając 26 lat. Było to małżeństwo z miłości, ale po dość krótkim okresie narzeczeństwa, gdyż nalegała na to moja przyszła żona. Wkrótce potem mieliśmy córeczkę, lecz w naszym związku zaczęło się psuć.

30


Jej ciągłe wahania nastrojów i demoniczne wybuchy złości spowodowały, że zechciałem od niej odejść. Na pożegnanie kazała mi spierdalać. W odwecie postanowiłem przespać się z mężczyzną i powiedziałem jej o tym. Wkrótce wyjechałem do dobrze płatnej pracy biurowej na Bliski Wschód. W tamtych krajach łatwo o okazję na seks z facetami i miałem coraz więcej takich kontaktów. Raz zdarzyło mi się pieprzyć na lotnisku z celnikami – wzięli mnie do kabiny, aby sprawdzić mój bagaż. Ale poznałem tam też europejskich gejów, którzy mieli stałych partnerów i dzięki nim postanowiłem zaakceptować swoją seksualność. Zarazem zacząłem mieć szaloną potrzebę bycia kochanym przez faceta, potrzebę bycia zauważonym, wielbionym. Wielokrotnie straciłem głowę dla nieodpowiednich facetów. Powiedziałem żonie, że jestem gejem i poprosiłem o rozwód. Ona nagłe odmieniła się i zaczęła zabiegać o to, bym do niej wrócił aby odbudować nasze małżeństwo. Wróciłem do kraju, ale nie dla małżeństwa tylko dla mojej córki. Żona chciała, żebyśmy na powrót byli razem, kochali się, jednak straciłem kompletnie do niej serce. Chciałem ją dalej utrzymywać, wynająłem i umeblowałem jej mieszkanie, znalazłem pracę. Na nic się nie zgodziła. Namawiałem ją, żeby przestała chodzić zakwefiona i znalazła sobie nowoczesnego faceta. Bezskutecznie. W islamie kobieta ma zakaz pracy zarobkowej, więc zależy finansowo od męża, a rozwódka nie ma szans na dobrego kandydata. Czasem czuję jakbym zmarnował żonie życie. Ona nie potrafi się wyzwolić od swojej rodziny i społeczności. Ostatnio powiedziałem obu naszym rodzinom, że jestem gejem i że chcę rozwodu, co było chyba najtrudniejszą decyzją w życiu. Teraz cała poszerzona rodzina, społeczność i imamowie prowadzą na mnie nagonkę, żądając coraz to większych alimentów i przepisania na żonę mojej ziemi. Moja matka jest jedyną, która trzyma moją stronę. Ale to nie majątek, lecz los córki martwi mnie najbardziej. Jeśli obie wrócą w rodzinne strony, to zostanie ona wychowana w posłuszeństwie dla tradycyjnej społeczności, w poczuciu braku posiadania własnej woli, wiecznie spragniona bycia kochaną lub przynależności do kogoś. Nie wykształci w sobie, tak jak to się stało ze mną, wiary w siebie i swoją wartość. Więc zamiast znów wyjechać na Zachód, szukać wolności i szczęścia w miłości z partnerem, wolę zostać przy niej i być dla niej oparciem, skałą, która pozwoli jej się stać wolną i niezależną osobą, która nie obawia się podejmować samodzielnych wyborów.

Czy mogę wejść z Panem na górę? – pyta mnie kierowca autorykszy odwożący mnie późnym wieczorem do domu. – Jutro jest mój ślub, więc dziś w nocy mam ostatnią szansę się zabawić. Moja rodzina wybrała żonę, wczoraj ją widziałem. Mam późny ślub, po trzydziestce, bo mój młodszy brat poszedł do college’u więc rodzina czekała z jego ożenkiem, aż znalazł sobie dobrze płatną pracę. Rok temu była jego kolej, teraz przyszedł czas na mnie. Jutro zabawa się skończy. Czy mogę wejść z Panem na górę? Tylko na godzinę. Nie musi Pan płacić za kurs. Niech mi Pan tylko wskaże w którym budynku Pan mieszka.

MAŁŻEŃSTWA ARANŻOWANE TO RACZEJ AKT POWINNOŚCI RODZINNEJ NIŻ MIŁOŚCI. JAK NA TO PATRZĘ, TO JESTEM ZADOWOLONY Z TEGO, ŻE JESTEM GEJEM. WRĘCZ TO WŁAŚNIE MY JESTEŚMY NADZIEJĄ NA NORMALNOŚĆ

Imiona bohaterów zostały zmienione. Szymon Jarosławski — od kilku lat mieszka w Indiach, gdzie prowadzi badania o społecznych aspektach funkcjonowania ochrony zdrowia oraz zajęcia terapii jogą, ruchem i masażem tajskim. Łączy przy tym zamiłowanie do humanizmu oraz racjonalizm ukształtowany podczas pracy naukowej w dziedzinie biologii molekularnej. Katarzyna Krutak — ilustratorka, malarka, leśna wiedźma, studiowała w Cieszynie na Wydziale Grafiki.

31


NA PROGU TEATRU


Rozpoczęli niewinnie, w małym miasteczku, piwnicy, na antypodach teatru. Łączyła ich miłość do życia­ wyrażanego w sztuce i nieustanna potrzeba własnego rozwoju. Tak w ogromnym skrócie można opisać działalność Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego. Czystą profanacją byłoby porównać te teatry z działalnością Teatru PRÓG. Pewne podobieństwa zostały jednak wychwycone przez jury na rzeszowskim festiwalu „Źródła pamięci”. Co łączy wadowicki zespół z najważniejszymi twórcami polskiego teatru?

Z Bartoszem Nowakowskim, Natalią Tomską i Michałem Brańką rozmawia Daria Kubisiak zdjęcia: Klaudyna Schubert Jaka jest historia Teatru PRÓG? Jesteście dość młodym zespołem, bo działacie od 2005 roku – po drodze mocno ewoluowaliście. Co było przyczyną zawiązania tej grupy? Natalia Tomska: Powstaliśmy jako grupa nieformalna. Początkowo było to jedno z kół zainteresowań działających przy Wadowickim Centrum Kultury (WCK). W skład naszego zespołu wchodziły osoby, które potrzebowały czegoś więcej niż zajęcia szkolne. Byli to ludzie poszukujący swojego miejsca, pasji, możliwości rozwoju i kreacji. Po kilku latach takiej „młodzieżowej” działalności – tworzenia spektakli, zdobywania festiwalowych nagród, podróży, warsztatów, nasz zapał rósł. W związku z tym w 2011 roku założyliśmy stowarzyszenie, które dało nam samodzielność i formalną możliwość pozyskiwania funduszy. Jednocześnie nadal pozostajemy w ścisłej współpracy z WCK i nie ukrywamy, że bez tej placówki byłoby nam bardzo ciężko, choćby dlatego, że umożliwia nam dostęp do sal i cały czas wspiera nasze działania.

styka, tworzenie muzyki, praca z rytmem i wiele innych. Warsztaty, które prowadzimy są wypadkową doświadczenia zgromadzonego przez lata. Bartosz Nowakowski: Nasze warsztaty łączą się z samą ideą teatru, jaki chcemy tworzyć i proponować ludziom. Nie skupia się on na wydarzeniu, produkcji spektaklu, ale swoją działalność wpisuje w ruchy czy też zdarzenia społeczne i edukacyjne. Proponowana oferta wynika z różnorodności osób w naszym zespole, jak również z wyjątkowości spotkań z różnymi grupami docelowymi. To składa się na naszą oryginalność. W tym momencie prowadzimy w Wadowicach zajęcia teatralne dla niemal wszystkich grup wiekowych – od sześciolatków, przez gimnazjalistów, licealistów, studentów, aż po seniorów. Staramy się kreować przestrzeń do

Poza działaniami stricte teatralnymi i artystycznymi posiadacie również rozbudowany program edukacyjny. Czego można się od was nauczyć? Michał Brańka: Przez lata wspólnej pracy zajmowaliśmy się wieloma rzeczami, poznając bardzo dużo różnorodnych technik, związanych z teatrem w niekoniecznie oczywisty sposób: sztuka cyrkowa, fireshow, akrobatyka, śpiew, pla-

33


twórczości, ale i odbioru sztuki teatralnej. Współorganizujemy wydarzenia związane z szeroko rozumianą sztuką (festiwale plenerowe, prezentacje teatralne), ale też szukamy sposobu na spotkanie z tymi, którzy na co dzień nie mają do czynienia z takimi działaniami. Mam tu na myśli na przykład warsztaty dla koła gospodyń wiejskich czy zajęcia dla osadzonych w wadowickim zakładzie karnym, kolędowanie w szpitalu czy ośrodku dla ludzi starszych. To przykłady skrajne, ale dobrze opisujące spektrum naszych działań, w których teatr nie jest tylko „pudełkowym” spektaklem, ale relacją nawiązywaną z drugim człowiekiem. Edukujecie innych, ale sami też się rozwijacie. Jak wyglądał wasz proces kształcenia? N. T.: Od samego początku naszej działalności, oprócz stałej pracy, braliśmy udział w niezliczonej liczbie warsztatów organizowanych przez Bartosza, który zapraszał znajomych artystów z wielu dziedzin teatru i sztuki. Były to zajęcia wokalne, aktorskie, taneczne, gra na bębnach, robienie masek, makijaż sceniczny, team building, żonglerka­ … Długo można by wymieniać, ale na pewno rozbudziły­one w nas głód poszukiwań oraz chęć ciągłego rozwoju. M. B.: Początkowo cały zespół uczestniczył we wspólnych warsztatach, czasem też razem wyjeżdżaliśmy. Stopniowo jednak odkrywaliśmy swoją indywidualność, każdy z nas próbował dokształcać się samodzielnie i rozwijać w obszarze, który najbardziej go interesował. To spowodowało, że staliśmy się zbiorem indywidualności.

doświadczeniem. Jest to rodzaj fizycznej, muzycznej, wokalnej burzy mózgów. W pewnych momentach te różnorodności się krzyżują i powstaje z nich nowa wartość, z której rodzi się konkretny element spektaklu.

N. T.: Spektakl 90-120-90 powstawał prawie dwa lata. Sam temat bardzo mocno ewoluował, natomiast praca B. N.: I tak od kilku lat… Dzięki różnorodności nasze- techniczna rozpoczęła się od muzyki, której poświęciliśmy go zespołu udało nam się wypracować własny rodzaj bardzo dużo uwagi, więcej niż kiedykolwiek wcześniej. wspólnego treningu, lecz ciągłe dokształcanie się jest indywidualnym zadaniem aktora. Warsztaty, które pro- B. N.: Temat, który wzięliśmy na warsztat, to ludzkie wadzimy zawsze powinny zawierać element edukacji ciało. Jak w warsztacie samochodowym. Zaczęliśmy zwrotnej. Jeśli już pozwalamy sobie na uczenie innych, się jemu przyglądać: jak ono działa, jaka jest relacja powinniśmy pozwolić sobie samym na naukę od nich. między dwoma ciałami. Od tych rozważań wyszliśmy, a one rozwinęły się i przerodziły w spektakl. Te poszuJak więc powstał wasz spektakl? Co było dla was kiwania wciąż trwają i myślę, że kryje się w nich niepunktem wyjścia? Jak to było w przedstawieniu 90- skończoność. To fascynacja i fiksacja obnażająca nie 120-90? tylko to, co powierzchowne, ale też bezkres poszukiwań tego, co w środku. W tym „warsztacie silnikowym” naM.B.: Kiedy powstaje spektakl, sala prób staje się dla trafiliśmy na coś nieuchwytnego, co wydaje się istotą­ nas miejscem, gdzie wspólnie dzielimy się własnym odkrywania. Na dziwną duchowość codzienności.

34


Jaki jest efekt tego procesu? W co przerodziły się wasze poszukiwania, czyli o czym de facto opowiada wasz spektakl? B.N.: W tym kontekście, polemizujemy także z techniką teatralną i własną estetyką, poszukując nowych dla nas rozwiązań. Korelujemy elektronikę, kable, naszpikowane­„inteligentnymi” podzespołami instrumenty muzyczne­z naturalnym głosem żywego aktora. Prezentujemy rodzaj ruchu, który ciężko poddać klasyfikacji – nie jest to ani ruch wzajemności, ani taniec współczesny. Członkowie zespołu są na scenie jednocześnie aktorami­, muzykami, tancerzami, nieustannie zmieniają role. Przestrzeń spektaklu jest duża, ale nie wypełnia jej scenografia. To kontrasty i ciągły przepływ energii aktorów, dramaturgia muzyki i dźwięku buduje 90-120-90. Bartosz, jesteś odpowiedzialny za reżyserię i to ty musisz podjąć decyzję, kiedy zakończyć dany proces i zamknąć go w gotowy spektakl… B. N.: Jestem trzecim okiem w spektaklu – muszę zakończyć improwizację i wskazać kierunek dalszej drogi. Czasem aktorzy mówią mi, że grozi to dyktaturą. Jednak nie jest tak, że całkowicie zamykam dany proces i nie słucham już wątpliwości zespołu. Zawsze staram się konfrontować swoje doświadczenie jako reżysera i jako widza z tym, co czują aktorzy w działaniu. Często te odczucia nie są tożsame. Staje się to problematyczne przy pracy nad przedstawieniem w finalnej fazie, jednak działamy wspólnie, pracując nad naszym przyszłym spektaklem. Nigdy nie traktuję aktorów jak małp, które wykonywałyby moje polecenia, bo taki teatr nas nie interesuje. W jakiej sytuacji teraz jesteście? Jesteście stowarzyszeniem, funkcjonujecie dzięki wsparciu centrum kultury i działacie jako teatr półprofesjonalny, lecz po obejrzeniu Waszego spektaklu wielu będzie gotowych nazwać Was zawodowcami. Gdzie i jak możecie znaleźć swoje miejsce w światku teatralnym? N. T.: To jest bardzo trudne pytanie, bo i sytuacja jest skomplikowana. Treść Twojego pytania stanowi istotę naszego problematycznego położenia – jak teatr naszego pokroju może podjąć próbę przebicia się przez mainstreamowe środowisko. Jakieś dwa miesiące temu napisałam do moich znajomych teatrologów, animatorów: „Potrzebna pomoc! Dajcie radę, pomysł, podsuńcie

miejsca, organizacje, wydarzenia, drzwi, do których teatr taki jak nasz mógłby zapukać?” Odzew był niewielki (nie licząc kilku wyjątków, które na szczęście istnieją), bo życie kulturalne w Polsce nie jest dynamiczne. Trzymane w kilku parach rąk nie jest wspólnym dobrem, nie tworzy się spontanicznie i często prawdziwa wartość musi ustąpić przed większym, silniejszym. Prawda jest taka, że jesteśmy z małego ośrodka. Może jeśli osiem lat temu zaczynalibyśmy w Krakowie, to dziś nasza sytuacja wyglądałaby inaczej, ale może też byśmy już nie istnieli. B. N.: To jest też bardzo niebezpieczne pytanie, bo jeśli chcielibyśmy sobie szczerze porozmawiać, to z jednej strony trzeba przyznać, że ogrom ludzi chwali młode teatry i nawołuje do wspierania ich. Z drugiej jednak, najczęściej nic konkretnego z tego nie wynika. W pewnym momencie grupa amatorów w procesie rozwoju nabiera znamion profesjonalizmu. W ten sposób staje się konkurencją na rynku. Zaczynają zdobywać nagrody, dobre notowania. Pojawia się więc pytanie: „Co dalej?” I jest to pytanie skierowane do teatrologów i do dyrektorów teatrów oraz do ludzi


36


pracujących przy centrach kultury. Może też do polityków­ tu kontestować systemu prawno-politycznego w Polsce, czy urzędników zarządzających finansami na kulturę. skoro nawet w branży, światku, czy jakkolwiek tę naszą teatralną rzeczywistość nazwiemy,­nie ma współpraWłaśnie to nie jest tak, że jesteście niedoceniani - cy. Próbowałem zwrócić się o pomoc do teatrów, któbo jesteście! Wygrywacie liczne festiwale, ostatnio re zaczynały podobnie do nas.. Do tych, którzy kiedyś dostaliście nagrodę w Rzeszowie „Źródła pamięci. byli szlachetną inspiracją. Ale za słowami, uprzejmymi Szajna – Grotowski – Kantor.”. Bartosz powtórzę zapewnieniami pomocy, pozorną aprobatą nic się nie Twoje pytanie: „Co dalej?” Czy myśleliście o tym, kryje. Trudno się dziwić, gnają za projektami, granjak się dalej rozwijać? To jest też tak naprawdę pyta- tami, sponsorami, ale chyba o czymś zapomnieli, coś nie o teatr offowy w Polsce. umknęło z własnej przeszłości, z meritum istnienia. M. B.: Jestem zdania, że nazywanie teatru „offowym” czy „alternatywnym” stało się już tylko frazesem. Przy tak dużej różnorodności prezentowanych form podział teatrów na „alternatywne” oraz „nie-alternatywne” jest zwyczajnie mało rzetelne i tworzy sztuczne podziały. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby to, aby zacząć otwarcie mówić – jak w przypadku kina – o teatrze autorskim. Istnieje też szereg konkursów skierowanych do teatrów „alternatywnych”, które w praktyce najczęściej okazują się być zwykłą grą pozorów. W konsekwencji teatry „alternatywne” prześcigają się w tym, kto jest bardziej „alternatywny”… Jeśli jednak chce się szukać możliwości konfrontowania swojej twórczości, to możliwości zazwyczaj szybko się kończą.

Mam też poczucie, że specyfika waszego zespołu wymyka się systemom grantowym i wszelkiego rodzaju dofinansowywanym projektom. Opisywaliście rodzaj waszej pracy jako „działanie w procesie”, więc z góry pokazujecie, że nie jesteście w stanie na początku drogi jasno sprecyzować do czego dojdziecie.

N. T.: Dodatkowo granty na stworzenie spektaklu czy jakiegoś wydarzenia artystycznego, są przez organizatorów pomyślane tak wysokobudżetowo, że znajdują się poza naszym zasięgiem. Dedykowane są wielkim, znanym ośrodkom z zapleczem, przede wszystkim finansowym. Natomiast mniejsze granty skupiają się głównie na działalności społecznej i edukacyjnej. Wymagają od grantobiorców edukowania miejscowej społecznoN. T.: To jest nasz główny problem. Nie mamy szans na ści i wciągania ich w działanie, ale jest to sfera, która to, żeby zagrać w Krakowie na tzw. „dużej scenie”. Dla- nas rozwija jedynie jako organizację, a nie jako teatr. tego zastanawiamy się, jak przekonać ludzi ze świata sztuki, żeby przyjechali do małej miejscowości i zoba- M. B.: Animacja kultury jest dla nas bardzo ważna. Ten czyli nasz spektakl w Wadowickim Centrum Kultury. wymiar kultury interesuje nas i staramy się go realizować. Stygmat małego miasteczka ich najwyraźniej odstrasza. Ale jesteśmy teatrem, więc musimy się rozwijać – tworzyć spektakle, a nie tylko organizować projekty edukacyjne. B. N.: Myślę, że cały ruch teatrów takiego typu jest traktowany w Polsce niezbyt poważnie. Wspomniana Mimo wszystko nie poddajecie się i staracie się walgranica nie do przejścia dla potencjalnych widzów, to czyć o wasz teatr… w naszym przypadku 50 km i godzina drogi samochodem. A jak bez tego przekonać branżowych decydentów B. N.: Lada chwila będziemy obchodzić dziesięo istocie czegoś, czego nawet nie widzieli? Paradoksal- ciolecie powstania. Cały czas działamy, współtwonie, tę samą drogę część moich aktorów pokonuje trzy rzymy teatr, pomimo że większość z nas nawet nie razy w tygodniu, aby dotrzeć na próby. Wiem, że takie mieszka w Wadowicach. Tym bardziej więc szkoda,­ zmagania nie są obce także ludziom z większym od że tylko dlatego, iż jesteśmy z małego miasteczka­ naszego­doświadczeniem i dorobkiem. Nie chciałbym i nie mamy znanych nazwisk, ani nie występujemy

37


występujemy w serialach (śmiech), nie możemy się przebić.

działacie w repertuarowych teatrach. Tylko w małej miejscowości staracie się robić swoje.

Powracając jeszcze do nazwy festiwalu na którym zdobyliście nagrodę czyli „Źródła pamięci. Szajna – Grotowski – Kantor.” Na ile te nazwiska mają na was wpływ i co was z nimi wiążę?

N. T. : Nie staramy się na siłę być do nich podobni. Łączy nas z nimi próba przebicia się przez środowisko i rodzaj działania na uboczu, za sprawą własnych poszukiwań i wytrwałej pracy.

B. N.: Robiąc teatr nie da się nie „zachorować” w pewnym momencie na Kantora czy Grotowskiego. W tej fascynacji nie ma nic złego. Nie wiem czemu, ale często w Polsce jest tak, że jeżeli ktoś wychodzi od tych ikon to, albo je dokładnie cytuje, albo całkowicie przekreśla i udaje, że ich nie zna. Jeżeli istniał dobry teatr, to czemu z niego nie czerpać i nie kontynuować jego dokonań oraz praktyk? Człowiek w teatrze – jeżeli jest otwarty – będzie samodzielnie kombinował i w duchu wielkich poszukiwał swoich własnych środków wyrazu. Podążając tropem wspomnianych nazwisk, uważam, że teatr to spotkanie z drugim człowiekiem. Ale my natrafiamy na ludzi już innych niż nasi poprzednicy, więc i efekt tego zdarzenia jest odmienny.­Jesteśmy przedstawicielami współczesności, więc do niej się odnosimy i w niej osadzamy nasz teatr.

B. N.: Najbardziej boli, że polski teatr oparty na projektach powoli staje się pewną hochsztaplerką, czymś tymczasowym i przechodnim. My walczymy o przetrwanie, ale także o pewną stałość – zarówno dla siebie, jak i dla sztuki, którą uprawiamy. Stałość oznacza jednak ciągłe poszukiwanie, eksplorowanie tego, co nowe. Więc pytanie do ludzi ze światka teatralnego... Co dalej?

Nie bez powodu padają te nazwiska, bo spoglądając na to, jak funkcjonowały te teatry, to wasza sytuacja jest podobna. Nie należycie do mainstreamu, nie

TEATR PRÓG POWSTAŁ W 2005 ROKU W WADOWICKIM CENTRUM KULTURY JAKO JEDNA Z GRUP ZAINTERESOWAŃ POD WODZĄ BARTOSZA NOWAKOWSKIEGO. NA SWOIM KONCIE MA LICZNE NAGRODY NA PRESTIŻOWYCH FESTIWALACH W KRAJU I ZA GRANICĄ. CZŁONKOWIE TO ABSOLWENCI I STUDENCI PERFORMATYKI, WIEDZY O TEATRZE, ANIMACJI KULTURY, INSTRUMENTALISTYKI I INNYCH KIERUNKÓW ARTYSTYCZNYCH I HUMANISTYCZNYCH.


Upić s


się jak konsul tekst: Bartosz Kliszczyk ilustracje: Katarzyna Domżalska

Dyplomata kojarzy nam się z grzecznym panem w garniturze, który mówi „naokoło”­o trudnych sprawach. Przekraczanie granic w wypadku takiej osoby to co najwyżej efektywne­wykorzystanie paszportu dyplomatycznego. Jednak Geoffrey Firmin, brytyjski konsul w Meksyku, przeszedł do historii jako człowiek przekraczający­granice alkoholizmu.

Ś

więto zmarłych, 2 listopada 1938 roku na zawsze wpisało się w pijacko-literacki etos. Tego dnia bohater stworzony przez Malcolma Lowry’ego, Geoffrey Firmin w doskonałym literackim stylu zapił się na śmierć. Tu trzeba wyjaśnić, że z pracy konsula był już zwolniony, a zginął spadając pijany po zboczu wąwozu. Nie upił się jednak kurtuazyjnie na bankiecie, butelką Moët&Chandon rocznik 1911, tylko pił naprawdę mocno, na miarę radzieckiego towarzysza.

przypominającym płyn na kaszel lub podłe wino. Po takim śniadaniu­można dalej pić. Praca czy przyjazd żony nie są w stanie go zatrzymać. Odwiedza podłe meksykańskie bary, ale też pociąga z flaszki ukradkiem w ogrodzie. Jak na prawdziwego alkoholika przystało, nie gardzi nawet płynem na porost włosów, który mu smakuje. W dniu swojej śmierci sięga po alkohol ponad trzydzieści razy. Robi to tak często, że nie sposób dokładnie policzyć jak dużo. Oprócz wspomnianego powyżej płynu, pije whisky, tequlię, mescal oraz – niewinnie wyglądające w tym towarzystwie – piwo i koktajle.

Gdy poznajemy konsula, jest już w zaawansowanym stadium alkoholizmu. Lubi pić w samotności, szczególnie mocne trunki. Jego nałóg jest w takim stadium, że na trzeźwo ma problem z utrzymaniem butelki czy szklanki w ręku. Dopiero jak się napije, wraca do stanu używalności.­Dla przykładu, dopiero po dwóch szklankach whisky jest w stanie wziąć długopis do ręki i się podpisać. Poranny zestaw śniadaniowy, podawany mu na tacy przez służącą, składa się z butelki whisky napełnionej do połowy, syfonu z wodą sodową, dzbanku z lodem oraz z drugiej butelki napełnionej do połowy tajemniczym mętnoczerwonym płynem,

Firmin paradoksalnie traktuje swoje picie jako terapię na stan, do którego doprowadziło go wcześniejsze, długoletnie picie. Tym samym nigdy nie trzeźwieje. W pewnym momencie konsul robi sobie swoisty rachunek sumienia. Podlicza alkohol wypity w życiu, wszystkie szklanki i butelki aguardiente, anyżówki, sherry, porto, wina, absyntu, whisky, wódki, tequli, mescalu… Trunki z każdego miejsca na ziemi, które odwiedził. Jak widzicie, pojęcie brytyjskiego alkoturysty to nie wymysł dzisiejszych czasów.

41


Jeśli lubicie przekraczać granice, zwiedzać kraje nie tylko pod względem kultury i plażowania, ale także alkoholi, to dla zainteresowanych zamieszczam poradnik, jak zostać zawodowym konsulem-nałogowcem. W końcu żyjemy w czasach, w których pasję można zamieniać w zawód. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że dużo łatwiej osiągnąć ten cel będąc Brytyjczykiem. W tym jednak wypadku wrodzona słowiańska odporność na alkohol może w znaczący sposób przyczynić się do wydłużenia kariery. Resztę nadrobimy ciężką pracą i kreatywnością.

frachtowca niemieckich oficerów. Oskarżono o to palaczy, ale obwiniano też Firmina. Jak przyznał się wiele lat później swojemu przyjacielowi – sam spalił jeńców w piecu. Wyrzuty sumienia i ciągnąca się za nim opinia nie pomagały w karierze, a potęgowały picie. Geoffrey chciał wstąpić do służby cywilnej w Indiach, za którymi od dzieciństwa tęsknił, jednak rozpoczął pracę w służbie dyplomatycznej. Tak został konsulem. Być może ze względu na aferę z czasów wojny, a może na wzmagający się problem alkoholowy był spychany na coraz gorsze placówki dyplomatyczne, żeby swoim zachowaniem nie przysparzał wstydu Imperium. W końcu wylądował w Meksyku, w mieście o wdzięcznej nazwie Quauhnahuac, pod tytułowymi dwoma wulkanami. Tutaj już nikogo nie interesowało jego pijaństwo. I to właśnie w tym miejscu został zwolniony z pracy.

Konsul jako małe dziecko przebywa z rodzicami w Kaszmirze. Niestety jego ojciec rusza w Himalaje i znika. Macocha, pod opieką której zostaje chłopiec, wkrótce umiera i mały Geoffrey z młodszym, przyrodnim bratem zostają odesłani z Indii do Anglii. Tam bohater trafia do kuzynów, rodziny Taskersonów. Wuj Abraham, pisarz i głowa rodziny, pije cały czas – jest to wyraz jego rozpaczy po śmierci ukochanego syna. Jego żona też jest wprawnym pijakiem i dotrzymuje dziarsko towarzystwa trójce ich synów. Ci, jak na młodych, angielskich gentlemanów przystoi, potrafią w czasie ośmiokilometrowego marszu odwiedzić pięć pubów, w każdym wypijając ponad litr piwa. Najmłodszy z nich, piętnastolatek bez problemu pochłania sześć kufli w ciągu jednego popołudnia. Spiżarnia Taskersonów pełna jest piwa, po które może sięgać każdy domownik, kiedy tylko nadejdzie go ochota. Nikogo nie dziwi obraz rodziny odsypiającej na podłodze wieczorną pijatykę. Młody Geoffrey ma dobrą szkołę picia już od dziecka. Nie wiemy dokładnie, co przyszły konsul robi przez kolejnych kilka lat. Spotykamy go w trakcie I wojny światowej jako oficera okrętu o przewrotnej, jak się okazało, nazwie Samarytanin. Zadaniem tej jednostki było zakamuflowane polowanie na niemieckie statki. W czasie jednego z rejsów spalono żywcem w piecu

Nie patrzmy na konsula jak na prostego pijaka. Był człowiekiem wykształconym i oczytanym. Znał się na sztuce. Gdy nie był w stanie upojenia alkoholowego zachowywał i ubierał się jak rasowy gentleman. Interesował się ezoteryką oraz symboliką. Jego żona Yvonne była aktorką rozwijającą karierę w Hollywood. Nie mając nadziei na przerwanie nałogu męża, mimo miłości do niego, najpierw wdała się w romans, a potem odeszła od konsula. Miejsce akcji jest jednocześnie piekłem i rajem. To zawieszenie między dobrem a złem cały czas nurtowało Geoffreya. Jego świątyniami były meksykańskie bary zwane cantynami. Jak sam mawiał, znaczyły dla niego tyle co sanktuarium, raj jego niezrozumiałej rozpaczy. Miejsce bezpieczne, gdzie spokojnie może się napić i nikt od niego nic nie chce. Nie wiemy, dlaczego Lowry umieścił Firmina akurat w meksykańskiej scenerii. Czy równie dobrze nie mógłby on pić w Nowym Jorku, Paryżu czy Londynie? Lowry był alkoholikiem, znał

42


dobrze Meksyk, bo sam w nim mieszkał. Jednak dlaczego uznał go za dobre miejsce, gdzie przenika się piekło z niebem? Filozofię Firmina w skrócie, dobrze obrazują cytaty z filmów Pasikowskiego jednoznacznie określając książkę jako przykład konstrukcji męskiego świata. Franz Maurer: ,,Będę w piekle, co?… Tu jest tak dużo lepiej?” czy Alex (Reich): ,,Nie ma żadnego piekła poza tym tu i że właśnie w nim jesteśmy, i że będziemy dręczeni aż do śmierci, i że sami musimy ją sobie zadać”. Jeśli interesuje was tematyka alkoholowego przekraczania granic, to polecam wyruszyć w podróż przez kartki pijackich historii. Na naszym polskim podwórku zaczynamy od Pętli Marka Hłaski i baru „Pod Orłem” poprzez historię Marka Marka z Dom dzienny, dom nocny Olgi Tokarczuk, aż po quasi-dziennik Jurusia z Pod mocnym Aniołem Jerzego Pilcha i Tequilę Krzysztofa Vargi. Jeśli wolicie przekraczać granice w Ameryce, to Bukowski czy przygody bohaterów Huntera Thomsona powinny zadowolić was niczym butelka waszego ulubionego trunku znaleziona przypadkiem w barku.

CIEKAWOSTKI: Znany rytuał picia tequili wraz z solą i limonką powinien wam kojarzyć się z powieścią Lowry’ego. Wielką popularność tej czynności i samego trunku przyniósł nakręcony na podstawie książki film Pod wulkanem z 1984 roku w reżyserii Johna Hustona. Mescal – meksykańska wódka powstająca z destylatu rdzenia zielonej agawy. Czasem dodaje się do niej larwy żerujących na roślinie owadów. Tequlia – odmiana mescalu destylowana z soku niebieskiej agawy.

Bartosz Kliszczyk — wierzy, że wszystko jest komunikacją więc to jedyne co go interesuje. Oprócz tego wyraża się przez pisanie i fotografię. Dolnoślazak i miłośnik wina. Katarzyna Domżalska — absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer

44


#

arthouse tekst: Marta Stańczyk ilustracje: Katarzyna Urbaniak

K

ino nigdy nie było zjawiskiem, które dawałoby się waloryzować biegunowo. Wszelkie podziały na kino artystyczne i komercyjne, elitarne i popularne czy ambitne i rozrywkowe są arbitralne i nie wyczerpują­ możliwości opisu. Gatunki filmowe nie muszą zakuwać twórczości w kajdany, czego dowodem chociażby Alfred­Hitchcock, Robert Aldrich czy Stanley Kubrick, a współcześnie np. adaptacje komiksów Alana Moore’a. Stają się one przestrzenią niespodziewanej wolności wyrazu i nie docierają wyłącznie do „zjadaczy popcornu”. W tym artykule przyjrzę się jednak przeciwnej tendencji: przekuwaniem kina artystycznego w nowe Hollywood.

czasoumilacze.­Niektóre filmy wypada tworzyć. Papierkiem lakmusowym stają się laury na wybranych festiwalach, zwłaszcza w Toronto czy Rotterdamie. Na tym ostatnim w ubiegłym roku nagrodzono histeryczny debiut Maji Milos, Klip, który opowiadał klasyczną historię nastolatki z dysfunkcyjnej rodziny, ale przez użycie nagrań telefonem komórkowym zaklasyfikowany został jako „głos na temat ery post-fejsbukowej”. Inny zwycięzca z tamtej edycji festiwalu, film Od czwartku do niedzieli (Dominga Sotomayor Castillo), uciekał się do podstawowego chwytu współczesnego arthouse’u, czyli do wyciszenia, które spuściło zasłonę milczenia na konwencjonalną historię alienacji rodzinnej, przyozdobioną jeszcze bardziej oklepanym sztafażem kina drogi. By nie szukać jednak daleko, taką wykalkulowaną skromnością środków w ostatnim czasie wzbogacił polskie kino Paweł Pawlikowski w Idzie (2013).

Pomijając aspekt produkcyjno-dystrybucyjny, można definiować je w sposób analogiczny do tego, jaki towarzyszy opisowi kinematografii hollywoodzkiej, czyli za pomocą określonych konwencji i wytyczonych modeli odbioru. Zabija się kino artystyczne przez wtłaczanie go w pseudointelektualne klisze, przez mierzenie go, dzielenie, ważenie i kategoryzowanie. Przez przypinanie łatek i ujednoliconych miar jak w Sèvres, które nie tylko ułatwiają interpretację i ocenę, ale także kalkulowanie kolejnych „arcydzieł”. Panuje bowiem logika must-see, ale i do it yourself. Na niektóre filmy trzeba bowiem chodzić, czego dowodem jest niedawny Festiwal Kina Rumuńskiego w świątyni małopolskich miłośników filmu, czyli w Kinie pod Baranami. Sala była przepełniona, choć rumuńscy artyści to nie

Artystyczna/artystowska poza — zarówno w przypadku twórców, jak i odbiorców — to jak „odkrywanie” dziewiczych terenów, gdy tymczasem śpi się w Sheratonie na obrzeżach dżungli, przemierzanej utartym szlakiem i na dodatek w rikszy. Kinofil już nie szarpie się po kinach studyjnych, nie miota po festiwalach, nie przeszukuje gorączkowo surrealmoviez.info i nie wertuje kolejnych rankingów magazynu „Sight and Sound”, ponieważ kino artystyczne zostało skutecznie „otagowane”. Żeby uniknąć „wpadek” filmowych

45


czy żeby być „na bieżąco”, wystarczy opanować krótki przewodnik po najbardziej poszukiwanych wyznacznikach arthouse’u – obowiązujący w środowisku kinomanów oraz artystów wannabe, jak również selekcjonerów festiwalowych, którzy zdają się używać tego katalogu jako probierza. Przy czym sama możliwość skatalogowania motywów filmowych uświadamia, jak kino artystyczne uległo hegemonii pseudointelektualnych klisz i przewidywalnych konwencji, przypominając coraz częściej gotowy, wystudiowany produkt.

„Rośnie popyt na spokój…” …te słowa Duńczyka z Vabanku (1981, Juliusz Machulski) w końcu­udowadniają, że Polska może być Mesjaszem narodów: jeśli nawet nikogo nie zbawi, to przejęła pałeczkę lakonicznych proroctw. Wystarczy spojrzeć: w ciągu ponad trzech dekad minimalizm filmowy metodycznie, choć dyskretnie, w ciszy kompletnej zdobywał kolejne flanki. A teraz same arcydzieła! Im dłuższe, wolniejsze i bardziej monotonne, tym lepiej, bardziej refleksyjnie i bogato. Wiadomo: język zdradziecki jest, epitety naiwne, dialogi fałszywe, więc np. Le quattro volte (2010) do opisu cykliczności życia i śmierci nie potrzebuje ani jednego słowa. Film

Michelangelo­Frammartino jest dziełem jak najbardziej udanym, lecz jednocześnie tym lepiej służy za wzorzec dla mód czy tendencji. Nawet jeśli dialogi pojawiają się w kinie minimalistycznym, pełnią funkcję czysto fatyczną, ale nie tylko one podlegają redukcji: zwalnia rytm, rozluźniają się związki przyczynowo-skutkowe, panuje monotonia, wręcz martwy czas, eliminowane­ zostają interakcje bohaterów, a nawet zdarzenia, w czym widać odwrót od meandrycznych mindfucków narracyjnych Christophera Nolana czy Charliego Kaufmana.­Przykładem jest Koń turyński (2011, Béla Tarr), gdzie o apokalipsie i dehumanizacji opowiada się za pomocą wydłużonych i powtarzających się scen: jedzenia ziemniaków, nabierania wody w studni, zmagania się z wiatrem. I tak w kółko – aż do ponurego końca. Spokój otacza postaci filmowe, ale i widzów osnuwa nieprzeniknioną mgiełką, chowając ich w wieży z kości słoniowej przed histeryczną codziennością. Wyłączenie z biegu świata rzeczywistego może jednak być zgubne: poza ukołysaniem do snu grozi pogrzebaniem resztek umiejętności interpersonalnych oraz szokiem termicznym po opuszczeniu sali kinowej. Niema groza nie zmienia faktu, że wystawianie cierpliwości widza na próbę, które otaczane jest większą liczbą teorii niż zdarzeń w filmie, stanowi prowadzący tłumy głos. Pardon, głosu jest niewiele. Do tego dochodzi jeszcze jeden istotny czynnik – metraż filmu. Bowiem do wyciszenia i zanurzenia się w filmach minimalistycznych potrzebny jest czas, przez co takie filmy, jak np. Melancholia (2008, Lav Diaz; 450 minut), Szatańskie tango (1994, B. Tarr; 450 minut) czy Hitler – film z Niemiec (1977, Hans Jürgen Syberberg; 442 minuty), stają się obiektami kultowymi i budzą zachwyt. Niemy, oczywiście.

Sklep kolonialny Artystyczne kino azjatyckie nierzadko okrasza minimalizm egzotycznymi przyprawami. Czasami jest to dżungla, innym razem monsun szalejący na ulicach potwornej metropolii, koloryt lokalny lub obraz spotworniałych metropolii, a koloryt lokalny doprawiony zostaje szczyptą curry: wysmakowanymi scenami seksu (wystarczy przypomnieć fenomen japońskich

46


filmów erotycznych, które np. doczekały się swojej retrospektywy na Nowych Horyzontach oraz przetłumaczonej na język polski antologii Jaspera Sharpa). Barwna obcość – nawet etniczna – przyciąga z niezrównaną siłą cepelii. Jak imperia kilka wieków temu podbijały kolejne prowincje w poszukiwaniu przypraw korzennych, tak teraz grono dzielnych filmoznawców, dyrektorów programowych festiwali czy po prostu filmowych zapaleńców zagarnia mackami Pan-Ek Ratanaruanga czy Apichatponga Weerasethakula.

od tworu nieudanego, od fanaberii czy od bezrefleksyjnego naśladownictwa. Stałym elementem rekwizytorni kina grozy – by wymienić Blair Witch Project (1999) czy [Rec] (2007, Jaume Balagueró, Paco Plaza) – stały się sceny kręcone kamerą wideo, co jest mniej lub bardziej­ uzasadnione fabularnie (pierwszy z filmów jest imitacją prywatnego nagrania, a bohaterką drugiego jest reporterka telewizyjna). Jednak już w Królach lata (2013, Jordan Vogt-Roberts) kamera z ręki jest czystym ornamentem, w dodatku używanym w przypadkowych scenach, naprzemiennych ze skrajną estetyzacją. Odwrócenie wektora również może wywołać zawroty głowy. Jeśli światła błyskają z dużą częstotliwością, wywołując migotanie przedsionków i palpitacje wszystkich części ciała, a przy tym nie jesteśmy na techno party, prawdopodobnie oglądamy film Gaspara Noé. Już w czołówkach swoich filmów – chociażby w Enter the Void (2002) – reżyser ten wykorzystuje efekt stroboskopowy. Inwazyjność tej techniki ma być wyrazistym sznytem autorskim. Pulsujące światło jest jak puszczenie oczka do wytrawnych kinofilów. Zawrót głowy gwarantowany, ale kiedy jest za dużo tych mrugnięć, należy zacząć obawiać się epilepsji, choć, jak powszechnie wiadomo, ta choroba należy do ekwipunku ludzi wybitnych, geniuszy i proroków. Idealnie dla spiskowców intelektualnej rozkoszy.

Właśnie, im trudniejsze nazwisko, tym lepiej. Ciężko wymawia się również niektóre nazwiska z Europy Środkowej. Dzięki nim rumuńskie czy węgierskie zabłocone drogi i podupadłe wioski urozmaiciły filmowe pocztówki z Toskanii, Paryża i Nowego Jorku, które nie mogą już zaimponować kinofilom. Obraz przedstawianej z pietyzmem (oraz turpizmem) nędzy, wewnątrz której umiejscowić można alienację, dehumanizację, samotność, abnegację, poniżenie, atawizmy, upadek i multum innych przykrych wyznaczników kondycji ludzkiej, łechta poczucie własnej inteligencji, a może i porusza jakieś postkolonialne sentymenty. I staje się kolejną pocztówką.

Vertigo

Z krwi i kości

Zachłyśnięcie się Dogmą to rozdział zamknięty – nawet jej najbardziej znany przedstawiciel, Lars von Trier, zastąpił drżącą kamerę z ręki precyzyjną rejestracją drgnień własnej skołatanej duszy. Jednak poetyka niedbałości weszła na stałe do rekwizytorni arthouse’owej jako ekwiwalent realistycznego, paradokumentalnego stylu, więc kiedy w głowie się kręci od potrząsań kamerą, sceny są niedoświetlone, w planach dalekich nie jesteśmy w stanie rozróżnić (czy nawet zauważyć – jak w finale Ukrytego, z 2005 roku, w reżyserii Michaela Hanekego) postaci, a struktura dramaturgiczna zostaje wyśmiana w seriach improwizowanych scen, można stwierdzić, że to dzieło co najmniej nietuzinkowe i odważne, a na pewno jak najdalsze od tego obmierzłego hollywoodzkiego cyzelowania. Problemy zaczynają się przy konieczności odróżnienia zamysłu artystycznego

Skoro o rozkoszy mowa… Kwestia cielesności powraca w kinie artystycznym z perwersyjną wręcz natarczywością. Oczywistym przykładem jest „wisceralny” David Cronenberg, by przytoczyć tylko Wideodrom (1983), w którym ukazane zostało tworzenie się „nowego ciała”, połączenia człowieka z medium, eXistenZ (1999), gdzie broń stworzona była z kawałków mięsa i kości, czy Dreszcze (1975), którego bohaterowie, mieszkańcy podmiejskiego osiedla, tracą rozum przez atawistyczne pożądanie seksualne. Zresztą­ kino artystyczne bywa wręcz kojarzone z graficznym obrazowaniem seksu: filmowcy ściągają kołdry przykrywające kochanków w kinie hollywoodzkim, nie zadowalają się grą aktorską i symulowaniem orgazmów.

48


*** Ten krótki katalog powinien uświadomić, że u podstaw ucieczki widza i twórców filmowych o artystycznych ambicjach od wstrętnego crowd-pleasingu leży nierzadko hipokryzja. Oczywiste oczywistości blokują refleksję. W Apokaliptykach i dostosowanych Umberto Eco umieścił Cahiers de doléances, w którym wyszczególnił zarzuty wobec kultury popularnej, symbolizowanej m.in. przez kino hollywoodzkie: zachęcanie do biernego i bezkrytycznego postrzegania świata oraz do naskórkowego odbioru, nieustanne potwierdzanie tego, co myślimy, inflacja sensów, nieangażująca uwagi konwencjonalizacja – i tak dalej. Ten opis nie oddaje stanu kina artystycznego en bloc, lecz zwraca uwagę na dominację klisz filmowych – zarówno na etapie produkcji, jak i recepcji. Pozorowane odkrywanie białych miejsc na kinematograficznej mapie zamienia płaszczyznę eksperymentów i kreatywności w nowe Hollywood.

Stąd takie dzieła jak 9 songs (2004, Michael Winterbottom) czy Intymność (2001, Patrice Cheréau) borykały się z oskarżeniami o niebezpieczne zbliżenie się do pornografii, które jawnie wykorzystane zostało w Kapryśnej chmurze (2005, Tsai Ming-Liang). Pierwsza scena tego filmu stała się już kultowa – przedstawia stosunek seksualny, wykorzystujący połówkę arbuza. Próżno szukać takiej kreatywności u zwykłych wyrobników porno. Jednak namiętnie wizualizuje się nie tylko uniesienia erotyczne, ale i sceny przemocy. Wspomniany już Noé, zaliczany do ekstremizmu francuskiego, każe widzowi przez kilka minut przyglądać się scenie gwałtu w Nieodwracalnym (2002). Z kolei Michael Haneke, chcąc uświadomić realność cierpienia i krwawe żądze odbiorców, zastępuje krew bohaterów krwią realną, poświęcając na planie zwierzęta. Krytyczka Moira Weigel oskarżała autora Funny Games (1997) i innych reprezentantów podobnej strategii o „sadomodernistyczne” skłonności, przedkładające wykoncypowany efekt artystyczny nad życie czworonogów. Powinno jednak paść pytanie, dlaczego wyrafinowany widz biernie – ba! z rozdziawioną z zachwytu buzią – przygląda się składaniu na ołtarzach kolejnych kozłów ofiarnych? A w dodatku potrafi ubrać je w zgrabny dyskurs teoretyczny. Niekoniecznie wegańsko-ekologiczny.

Marta Stańczyk — studentka Uniwersytetu Jagielloń­ skiego, filmo­znawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem. Katarzyna Urbaniak — absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie; maluje, ilustruje, zamuje się projektowaniem graficznym i ciągle poszukuje...

49


tekst: Natalia Grubizna / Nat Gru ilustracje: Karolina Kościelniak

NIEUMIARKOWANIE W SIEDZENIU I GNICIU, CZYLI O ŁAKOMSTWIE SERIALOWYM


tekst: Przemysław Zańko ilustracja: Julian Zielonka

D

awno, dawno temu, kiedy jeszcze studio- w gruncie rzeczy obszerna całość, podzielona na wałem, okres wypoczynku po sesji był za- części tylko dla wygody widza (i zarobku produwsze czasem serialowej orgii. centa), oraz że tylko oglądając w sposób ciągły, można właściwie ocenić budowę całej opowieści. Sam wybór sposobu oglądania miał w sobie coś Nie jest moją intencją roztrząsanie, kto w tym z uczty. Można było spożywać odcinki po kilka, sporze powinien zwyciężyć – prawda, jak zwykle, jak pierogi z talerza, robiąc przerwy na trawienie leży pośrodku. Skoro foton może być zarazem cząlub wciągać całe sezony od razu jak długie nitki steczką i falą, niech i te dwa sposoby rozkoszowaspaghetti. To doprawdy niewiarygodne, ile godzin nia się serialem żyją sobie w najlepsze. Ale ciekawi oglądania telewizji pod rząd jest w stanie wchłonąć mnie to, co z nich wynika. w siebie człowiek, który wie, że co najmniej przez kilka najbliższych dni ma święte prawo wylegiwać Trudno oprzeć się wrażeniu, że w obu wypadsię brzuchem do góry – zdarzało się nieraz, że pięć kach mamy do czynienia z pewnym szczególnym sezonów poleconego i pożyczonego dobra połyka- rodzajem łakomstwa. Pochłaniamy wszelkiej małem w trzy dni. Doktor House, Sześć stóp pod zie- ści opowieści w ilościach hurtowych i już nawet mią, Jak poznałem waszą matkę, Glee... Rzecz jas- nas to nie dziwi. Głód fikcji to oczywiście nic na – przy takim tempie oglądania serialowy seans złego­ – daleko mi do zatroskanego rodzica, który niewiele miał wspólnego z delektowaniem się zna- biadoli, że ze wszech miar przecudowny owoc jej/ komicie przyrządzonym posiłkiem. Było to raczej jego lędźwi spędza za dużo czasu w świecie ksiąweselne zapychanie żołądka: miłe, błogie, ponad żek, gier czy komiksów. Mam na myśli raczej to, miarę obfite i za każdym razem dziwnie męczące. że zdolność – i chęć! – do pochłaniania tylu fabuł jednocześnie zadziwiłaby porządnie naszych Wiem z opowieści znajomych, że nie byłem przodków, którzy wychowali się w legendarnym w tym odosobniony. Ba! Wielu z nich na co dzień świecie przed internetem. oglądało znacznie więcej tasiemców niż ja w czasie posesyjnej laby. Rekordziści w okresach szczyJaki jest najczęstszy zarzut, padający pod adretowej formy potrafili śledzić do pięćdziesięciu (!) sem sieci, gdy mowa o jej wpływie na młode seriali równocześnie. Niektórzy robią to do dziś. umysły? Rozkojarzenie. Utrata zdolności do konA jednocześnie pracują, studiują, mają (miewa- centracji przez dłuższy czas na jednym temacie, ją) życie towarzyskie. Poważnie rozważam zgło- problemie, zajęciu. Wszyscy to znamy. Ile okien szenie tych ludzi do Księgi rekordów Guinnessa. przeglądarki masz otwartych w tym momencie? Ile programów uruchomionych na komputerze? Trzeba przyznać, że jest coś niezwykłego Zdarzają się dni, gdy łapię się na tym, że w jaw fakcie, iż równolegle funkcjonują aż dwa „do- kiś sposób „równocześnie” (czytaj: na przemian, myślne” sposoby oglądania serialu: z przerwami żonglując priorytetami) piszę artykuł, czytam po każdym odcinku lub całymi sezonami naraz. książkę, oglądam odcinek serialu, rozwieszam Zwolennicy tej pierwszej formy odbioru słusznie pranie i rozmawiam z trzema osobami na czaargumentują, że przy pochłanianiu seriali ciur- cie. Gdyby zobaczyli to moi rodzice, uznaliby, kiem, gubi się dramatyzm i rozmywa się on jakoś że zwariowałem albo że wskutek prokrastynacji w jednolitej masie – genialna nieraz – konstrukcja goni mnie tak wiele terminów, że po prostu nie poszczególnych odcinków. Ale fani sposobu dru- mam innego wyjścia i muszę robić wszystko nagiego również mają rację, twierdząc, że serial to raz. A przecież dla mnie – dla nas – to norma.

51


Tak się bowiem składa, że owo „rozkojarzenie” to cena, jaką musimy zapłacić za niezbędną do przetrwania umiejętność, jaką jest dziś multitasking, czyli wielozadaniowość. Odkąd internet wkroczył nieproszony w nasze życie i przemodelował je na swój obraz oraz podobieństwo, zalewa nas codziennie gigantyczna wprost ilość informacji. Nasze biedne oczy i uszy, powstałe, by wypatrywać lwów w wysokiej trawie sawanny i nasłuchiwać zbliżającej się od gór burzy, bombardowane są obecnie ze wszystkich stron przez tysiące bodźców domagających się uwagi: „Kup mnie!”, ,,Nie, lepiej zakup mnie!”, „Uważaj!”, „Tędy!”, ,,Halo!”, ,,Słuchaj!”, ,,Zawróć!”, ,,Przepraszam!”, ,,Witaj!” ,,Powiększ penisa za darmo!”, ,,Obejrzyj kolejny odcinek!” Żeby nie oszaleć w tym chaosie, nauczyliśmy się selekcjonować informacje i zarządzać wieloma zadaniami naraz – ale w zamian straciliśmy zdolność doczytania stronicowego artykułu do końca bez zerknięcia na Facebooka przynajmniej trzy razy.

To jednak nie jedyna zmiana, jaka nastała, odkąd na tronie zasiadł jaśnie umiłowany Internet I Zdobywca. Jest jeszcze łakomstwo. Bo nieprzypadkowo­ zacząłem od seriali i tego, jak je pochłaniamy: w tej naszej ekranowej diecie kryje się moim zdaniem pewna ważna prawda na temat współczesności.­­ Okazuje się mianowicie, że wraz z utratą zdolności do skupienia się, straciliśmy też umiar w napychaniu głów fikcją. Odkąd przywykliśmy do myśli, iż kultury, czyli pożywki dla zmysłów, nie zabraknie, żremy ją jak szaleni. Nie umiemy się powstrzymać. Łykamy seriale, tak jak przeglądając internet pochłaniamy tony informacji. Wielozadaniowo oglądamy po kilkanaście produkcji naraz – jak weselnicy, którzy widzą przed sobą tak wiele pysznych potraw, że choć pękają z przejedzenia, po prostu muszą sięgać po kolejne półmiski. Bo znajomy polecił. Bo wszyscy o tym mówią. Bo ponoć to Breaking Bad takie fajne.­ Naszym rodzicom czy dziadkom, przyzwyczajonym do pustych półek w sklepach, mogły wystarczać dwa kanały telewizji, a na nich nieśmiertelny Colombo, Oddział Specjalny „Kobra” czy Klan – ale dla nas to za mało. Chcemy jeszcze. Czy nasz apetyt na przedstawione w serialach cudze życie nigdy się nie nasyci? Być może jest jeszcze nadzieja. Brytyjski antropolog Robin Dunbar zaproponował pewną wielkość, nazwaną od jego nazwiska liczbą Dunbara, na określenie maksymalnej ilości ludzi, z którymi jednostka jest w stanie utrzymywać stałe relacje społeczne. Jak się okazuje, gdzieś pomiędzy liczbami 100 a 230 przebiega granica pojemności naszego mózgu – jeśli zmuszeni jesteśmy utrzymywać codzienne kontakty z bardziej liczebną grupą, „nadwyżkę” zaczynamy po prostu ignorować. To dlatego (między innymi) w ogromnych organizacjach takich jak rząd, korporacja czy firma najczęściej zawodzi współpraca między poszczególnymi działami: instynktownie czujemy, że tamte setki ludzi, z którymi stykamy się sporadycznie, nie należą do naszego „stada”. Trudno powiedzieć, czy nasz mózg zarządza danymi na temat postaci fikcyjnych w taki sam sposób, jak obraca informacją na temat kolegów z firmy czy znajomych z klasy. Do dziś umiem

52


SPYTAJCIE KIEDYŚ CHLIPIĄCEGO PRZED EKRANEM WIDZA, CZY DO EKRANOWYCH BOHATERÓW CZUJE SIĘ PRZYWIĄZANY MNIEJ NIŻ DO PRAWDZIWYCH W OSÓB dobiegnie końca lub zostanie zawieszony – czy to po rozstaniu, czy wyjeździe, czy śmierci – spoglądamy wstecz, by objąć spojrzeniem tę opowieść jako całość. Tworzymy plebiscyty ulubionych bohaterów i składanki najfajniejszych wspomnień. Wykłócamy się z przyjaciółmi o detale. Czasem ślemy w eter długie petycje z żądaniem, by serial wrócił na ekrany – i czasem rzeczywiście wraca.

rozrysować siatkę powiązań między bohaterami Zagubionych i pamiętam wszystkie sto pięćdziesiąt imion oryginalnych Pokemonów, a ludzi czasem nie rozpoznaję na ulicy. Ale powiązanie wydaje mi się o tyle ciekawe, że oba wspomniane przeze mnie na początku tryby oglądania seriali – w kawałkach lub większymi całostkami – są w gruncie rzeczy dość podobne do utrzymywania relacji z ludźmi z krwi i kości. Życia naszych przyjaciół i znajomych też przecież nie śledzimy dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale we fragmentach. Z obserwowaniem wielu jednocześnie także nie mamy problemu. Urodziny, imieniny, spotkania przy kawie lub piwie, telefony w środku nocy, SMS-y, wpisy na Facebooku – są jak kolejne odcinki wciągającego serialu, w którego perypetiach sami nieraz uczestniczymy. Kłótnie! Wyznania! Rozstania! Rozwody! Choroby, ciąże i powroty zza grobu! No, to ostatnie może ciut rzadziej.

Naciągane? Na wyrost? Być może. Żywy człowiek z krwi i kości to bez wątpienia nie to samo co serialowa postać. Ale spytajcie kiedyś chlipiącego przed ekranem widza, czy do ekranowych bohaterów czuje się przywiązany mniej niż do prawdziwych w osób. Ciśnie w was pilotem.

A bliższe więzi? One z kolei przypominają połykanie całych sezonów ukochanego serialu: w natłoku zdarzeń gubią się detale, spiętrzona fala emocji czasem aż nas zalewa, ale przynajmniej akcja toczy się wartko, a wszelkie cliffhangery rozwiązują się natychmiast. Czujemy się bezpieczniej i stabilniej. Inne fabuły schodzą na plan dalszy. Zanurzamy się głęboko w cudze życie. A gdy serial

Artur Nowrot — absolwent edytorstwa na UJ, obecnie student przekładoznawstwa. Redaguje, tłumaczy, chłonie popkulturę, zaś wrażeniami dzieli się na Pulpozaurze i na blogu wysznupane.blogspot.com. Mieszka z dwoma kotami. Julian Zielonka — na co dzień specjalista od sprzedaży ziemniaków i marchewek, po nocach niespełniony z pasji rysownik. Meloman siedzenia w domu, podziwiania dinozaurów i czytania komiksów. Tegoroczny maratończyk.

53


tekst: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut ilustracja: Maria Dagmara Skiba

Tu trzeba ostrożnie nogi stawiać, wie Pani… orła można­pięknie wywinąć. Ja sam nie raz wywinąłem, a 40 lat grabarzem­tu jestem. (fragment rozmowy z grabarzem z miejscowości Trzemeśnia, gm. Myślenice)

P

isząc o śmierci bardzo lubię stosować zwrot Rudolfa­ Otto, którego używał w odniesieniu do studiów nad doświadczaniem przez człowieka­ sacrum, mianowicie – „misterium tremendum et fascinans” – misterium grozy i fascynacji. Bliskość śmierci wywołuje często krańcowe reakcje i postawy, podobnie zresztą jak obcowanie z martwym ciałem czy przebywanie w miejscach związanych ze śmiercią (cmentarze, kostnice, miejsca kaźni czy bitew). Mało tego – ze śmiercią i martwym ciałem wiążą się określone tabu. Niektóre­ z nich są typowe dla wierzeń chrześcijańskich, inne wywodzą się z kultury ludowej. Na to wszystko nakładają się dodatkowo przemiany społeczne­ i obyczajowe, które na fali konsumpcjonizmu­

próbują wtłoczyć w dotychczasowe­ ramy kulturowe powszechny, dla zachodnich społeczeństw, kult młodości, urody, zdrowia i długiego życia, estetykę wyznaczaną przez sterylną czystość, wygodę oraz komfort, identyfikację poprzez posiadane przedmioty. Śmierć nie jest mile widziana we współczesnym świecie, pisanie o niej jest niemodne, a wszystko, co z nią związane – wstydliwe i spychane na margines życia publicznego. Tabuizacja śmierci w ponowoczesnym społeczeństwie prowadzi nie tylko do tego, że o śmierci boimy się mówić, ale już nawet nie potrafimy. Nie potrafimy się również coraz częściej wobec niej zachować.

54


CZYM SĄ FUNERABILIA? Mimo tego, co jakiś czas groby przekopywano, by zrobić miejsce na nowe. Wyłącznie zasłużeni, szanowani włodarze o odpowiedniej pozycji mogli zapewnić sobie wieczny odpoczynek i trwałą pamięć poprzez pochówek w obrębie kościoła. Na to stać było bogatych ziemian oraz szlachtę, a także – rzecz oczywista – koronowane głowy.

Jestem antropologiem kultury, choć może etnograf zabrzmi bardziej swojsko. To taka pani (może być też pan), która chodzi po wsi i pyta najstarszych mieszkańców, co pamiętają z dawnych czasów. Większość współczesnych etnografów bada społeczności miejskie, subkultury, imigrantów, więźniów, mniej lub bardziej zamknięte enklawy i wspólnoty. Mnie fascynują funerabilia. To mój własny termin. Określam nim pamięć śmierci i to, co upamiętnia zmarłych. Funerabiliami mogą być cmentarze albo pojedyncze epitafia nagrobne, biżuteria żałobna, zabytkowe karawany pogrzebowe, butelki na łzy z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej lub stare, wiejskie zdjęcia post-mortem wykonane w Polsce w czasach przedwojennych. To może być stary różaniec, zdjęcie nieistniejącego już cmentarza wojskowego, opis dawnych praktyk balsamacyjnych, wycinek z gazety z artykułem dotyczącym pogrzebu jakiegoś dygnitarza. Wszystkie są niezwykle cenne, bo każde z nich opowiada historię – zakurzoną, zapomnianą, ale na pewno nie mniej przez to fascynującą. Podróżuję również po cmentarzach – tych dużych, miejskich oraz tych malutkich, zagubionych po wsiach, gdzie staram się rozmawiać z ludźmi, spisać jak najwięcej epitafiów, które prof. Kolbuszewski nazywał „wierszami cmentarnymi”, zrobić jak najwięcej zdjęć. Być może kiedyś te inskrypcje zaginą, groby się zapadną, ludzie zapomną. Ja chcę je ocalić od zapomnienia.

Od XVIII wieku rozpoczęto budowę cmentarzy miejskich, oddalonych od kościołów i siedzib ludzkich. Powodowane było to względami sanitarnymi i postępem nauk medycznych, a społeczny opór wobec zmian był ogromny. Nowe cmentarze przejęły dotychczasową symbolikę–­ ­­miejsce przecięcia dróg w centralnej części było szczególne i wyjątkowe, zwano je „niebem” i stawiano tu kaplicę bądź krzyż. W tym miejscu chowano najznamienitszych obywateli. Z kolei lewy narożnik tradycyjnie zwano „piekłem” i (zwłaszcza na wsi) uważano za najgorsze miejsce na cmentarzu, przeznaczone do pochówku nieochrzczonych dzieci, samobójców, niewierzących oraz innowierców, osób tragicznie zmarłych, których status po śmierci był – delikatnie mówiąc – niepewny bądź niebezpieczny w sensie magiczno-religijnym. Takie groby zwykle pozostawały nieoznaczone, rzadko kto je odwiedzał, a przy okazji świąt nie przechodziła tędy procesja. Istotne przy zakładaniu cmentarza było również, aby kompozycja przestrzenna, architektoniczna i roślinna nekropolii współgrała z jej symboliką. Np. księżna Izabela Czartoryska podkreślała, że cmentarze należy koniecznie obsadzać topolami włoskimi, brzozami i wierzbami płaczącymi, gdyż gatunki te podkreślają atmosferę miejsca. Nie bez znaczenia były również wierzenia ludowe, np. lipa uznawana za drzewo dobroci i spokoju, dąb, jako symbol mocy i trwałości na cmentarzach oznaczał nieśmiertelność czy wreszcie żywotnik – typowe drzewo cmentarne, symbol smutku i żałoby. Z kolei jesion miał zapewniać zmarłym spokój, a odwiedzającym bezpieczeństwo. Na cmentarzach sadzono również cierniste krzewy, jak głóg czy róże, które­ powinny zniechęcać dusze do powrotu w krainę żywych. Nawet bukszpan, który obecnie kojarzy nam się wyłącznie z koszyczkami wielkanocnymi, posiadał swoje znaczenie sepulkralne – od początków chrześcijaństwa jest zarówno symbolem śmierci, jak i nieśmiertelności.

CMENTARZE – HISTORIA I SYMBOLIKA Dla kogoś, kto nie interesuje się tym, jak dawniej umierano i chowano, może się to wydać szokiem, ale nie zawsze cmentarze wyglądały tak, jak obecnie. Dawniej grzebano ludzi wyłącznie przy kościołach, a wielkość przykościelnego cmentarza wyznaczał najdłuższy cień bryły świątyni. Najlepiej było spocząć jak najbliżej kościoła, pod rynnami, tam gdzie ściekała uświęcona kontaktem z dachem kościoła woda. Taka lokalizacja była zarezerwowana dla najbardziej pobożnych parafian

55


56


OGRODY (JUŻ TYLKO) UMARŁYCH Słowo „cmentarz” pochodzi z greki (κοιμητήριον) oraz łaciny (coemeterium) i oznacza dosłownie nie tyle miejsce spoczynku, co odpoczynku, snu. Brzmi pięknie i niezwykle poetycko. Ale niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Czym są cmentarze? Dawniej były miejscem organizującym życie społeczności, odnotowującym wszystkie ważne dla niej wydarzenia, świadectwem jej przeszłości i elementem tożsamości. Chodziło się tam często, chętnie; spędzano czas w atmosferze rodzinnej, jednocząc się ze społecznością. Na cmentarzach odbywały się spotkania, pikniki, spożywano posiłki, pito trunki (vide nasze rodzime „dziady”), a obrzędy pogrzebowe uświetniano… tańcami. Obecnie cmentarz jest zapomnianym miejscem, które żywi odwiedzają z konieczności raz lub dwa razy do roku, miejscem smutnym i ponurym, obwarowanym szeregiem zakazów i nakazów. Przykład? Zgodnie z regulaminem jednego z krakowskich cmentarzy komunalnych, musimy mieć zezwolenie na zasadzenie przy grobie krzewu róży. Również w przypadku, gdy wnosimy dekorację z ewentualnym zamiarem zabrania jej np. po uroczystości, potrzebujemy zgody. Ponadto zachowanie na cmentarzach obwarowane jest szeregiem współczesnych konwenansów, o czym miałam się okazję nie raz w mało przyjemny sposób przekonać. Nietrudno się dziwić, że ludzie na cmentarz przychodzą niechętnie i czują się w tym miejscu nieswojo. Moim marzeniem jest, aby w przyszłości cmentarze stały się prawdziwymi parkami – ogrodami zarówno umarłych, jak i żywych, miejscami, gdzie można byłoby przyjść, pospacerować, posiedzieć na trawie w przyjaznej, radosnej atmosferze. Miejscami, o które żywi chcieliby (i mogliby) dbać bez względu na to, czy mają tam bliskich, czy nie. Elementem naszej przestrzeni, z której moglibyśmy aktywnie korzystać, a nie jakiś ciemnym, smutnym fragmentem zepchniętym poza jej margines.

ci, będąc ściśle powiązanym z danym miejscem, regionem czy krajem; ich historią i tożsamością. Potrafię odczytywać cmentarze poprzez cały zespół elementów, symboli czy znaków jako przestrzeń i tekst w jego kategoriach kulturowych, wyznaniowych, społecznych czy historycznych. A jednak zawsze przyglądam się pojedynczym grobom, które mają potwierdzać dwukierunkową relację żywi-umarli, miejsce ich współistnienia. Pamięć żywych jest elementem konstytuującym grób – dopóki żyje rodzina, dopóty żyje pamięć. Albo może – dopóki żyje ktokolwiek, kto ma życzenie się danym grobem opiekować. Dawniej chowano w grobach ziemnych, rodzina stawiała drewniany, rzadziej żeliwny krzyż. Krzyż się przewrócił, grób zarósł, znaczy to, że rodziny już nie ma. Współczesne nagrobki lastrykowe czy granitowe są wyrazem „uniezależniania się” grobów nie tylko od fizycznego istnienia rodziny, ale przede wszystkim od jej pamięci o zmarłych. Co więcej, jeśli rodzina nie ma czasu (albo życzenia) zadbać o grób, może wynająć w tym celu osobę prywatną­ lub firmę. Gdy odwiedzam stare cmentarze i patrzę na kamienne pomniki lub groby, które niemalże w całości pochłonęła już ziemia, zastanawiam się, jak będą wyglądać zapomniane, zaniedbane współczesne cmentarze za sto lat. Tysiące hektarów kolorowego lastryku, który natura uparcie próbuje odzyskać.

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut — autorka jest absolwentką etnologii i antropologii kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, zawodowo pisze i tłumaczy, a hobbystycznie bloguje. Blog Funerabilia jest dostępny pod adresem: www.funerabilia.pl

Cmentarz ma być z założenia miejscem prze- Maria Dagmara Skiba — absolwentka komunikacji wizualnej w Accademia di Belle Arti di Napoli. Ilustratorka, chowywania, jak również przywoływania pamię- rysowniczka­, kulturoznawczyni.

57


DZIKI BAROK

Projekt Mai Starakiewicz

58


Powiedziałbym, że barok jest stylem, który świadomie wyczerpuje (czy pragnie wyczerpać) swoje możliwości i który­graniczy ze swą własną karykaturą. J.L.Borges, Powszechna historia nikczemności

P

rzyjmuje się, że barok wziął swoją nazwę od portugalskiego określenia „pewnych pereł o kapryśnych kształtach”. Zaczęło się zatem „od słowa, które oznaczało rzecz dziwną, niezwykłą, budzącą przez to niechęć i negatywną ocenę”1 . Zauważono podobieństwo między kuriozum natury i dziełami artystów, którzy tak wyginali swoje madonny, spiętrzali ludzkie kłębowiska, na przemian topili wszystko w ciemności i zalewali światłem.

Namiastkę tych wrażeń daje obejrzenie ilustracji Ernesta­Haeckela. Zwłaszcza, gdy zostaną wyrwane z kontekstu encyklopedii i staną się kompozycjami, zbiorem barwnych plam na płaszczyźnie. Zwierzęta morskie, owady i kwiaty – nagromadzone i ściśnięte na prostokącie kartki, wijące się, jakby chciały odpłynąć czy wyrosnąć poza margines, we wszystkich kierunkach. Meduzy wyciągają swoje poskręcane macki. Pnącza tworzą plecionki i labirynty. Mnożą się pąki. Życie pulsuje Natura, prekursorka wszystkiego, co zostało i zosta- na powierzchni papieru. We wzrastaniu jest napięcie nie stworzone przez artystów, także nie zna powściągli- i nerwowość, pośpiech i gorączka. Układy rozkwitają wości. Wykorzystuje wszystkie sposoby, by pomnażać z bezczelną bujnością w rytm tańca wybranej ze Święta i rozrastać się. Swoimi bujnymi palcami szuka nowych Wiosny (po rosyjsku Świętej Wiosny, Весна священна,). obszarów do zaanektowania (trzeba jednak przyznać, że Niewiele brakuje do granicy przesytu. potrafi być cierpliwa). Potrafi bombardować kolorami, dźwiękami i zapachami, które choć piękne, wywołują 1 uczucie duszności. Wystarczy spojrzeć na kwitnące kwiaJ. Białostocki, Barok: styl, epoka, postawa, [w:] „Pięć wieków myśli o sztuce”, Warszawa 1976. ty, by przekonać się, że kicz narodził się w przyrodzie.­

59


Dojrzały owoc granatu można uznać za symbol tego nadmiaru. Kolor – czerwień tak nasycona, że jedno spojrzenie daje nam zapowiedź smaku – skoncentrowanej cierpkiej słodyczy pomnożonej przez tysiąc ziaren, które tłoczą się w środku. Pęknięty granat jest nieprzyzwoity. Czerwień dźwięczy jeszcze bardziej w ramie z białej skórki. Napęczniały życiem, które wylewa się ze środka, jakby ten jeden owoc miał przeprowadzić botaniczną ekspansję na cały świat. Granat jest piękny w swoim nadmiarze. Motyw jabłka granatu, tak ugruntowany w kulturze, powraca w twórczości Andre Massona, który twierdził, że nie potrafi zwalczyć w sobie nawyku kojarzenia tego owocu z obrazem zakrwawionego ciała pewnego żołnierza, które zobaczył w Szampanii. Symboliczny związek tego owocu z życiem i śmiercią potwierdza mitologia – granatowiec miał wyrosnąć z krwi rozszarpanego przez tytanów Dionizosa.

wych form i choć nie ruszają się (znikomość tropizmów i nastii zupełnie nie przystaje do wybujałego wyglądu tych roślin), to ich sylwetki są tak dynamiczne, że dają niemal iluzję ruchu. Gdy roślin jest dużo, razem tańczą shimmy nieprzerwanie drażniąc oczy patrzących na nie.

Nie tylko granatowiec jest rośliną niezwykle dionizyjską – cała rodzina nepenthes (dzbaneczników) również przywołuje na myśl gwałtowne obrazy. Przyroda stworzyła falliczne kształty tych roślin kreśląc kaligraficzną linię, która wyznacza granice plam przepysznych kolorów. Całość tworzy obraz niepokojący swoją zmysłowością. Jednak te rośliny nie uwodzą bezinteresownie – są mięsożerne. W ich kształtach rzuca się w oczy pewne „nabrzmienie” (Hans Hoffman, szwajcarski historyk sztuki zastosował to określenie do opisu cech wczesnego baroku). Dzbaneczniki są bardzo karnawałowe – nietrudno wyobrazić sobie je w formie zastawy na jakimś orgiastycznym stole. Należą do widowisko-

Natura posiada wyobraźnię nieskończenie bogatszą niż wszyscy malarze abstrakcyjni świata. Artyści pozbawiający się kontaktu z naturą są jak ci, którzy umierają z pragnienia, znajdując się w pobliżu fontanny – pisał Balthus, choć miał na myśli raczej ogół widzialnego, świat istniejący materialnie (jako opozycję wobec nie-figuratywnego świata sztuki abstrakcyjnej). Jednak gdyby zawęzić to stwierdzenie do „przyrody” – nabiera nowego sensu. Zachwyt nad przyrodą wyklucza uczucie „artystycznego” pragnienia, o którym pisał Balthus. Nadmiar widzialnego, którym chełpi się natura­, jest źródłem bez dna. Wystarczy zacząć czerpać.

Spokój jest tylko w pejzażu – w przyrodzie widzianej z dystansu, bo na szkłach mikroskopów, w ziemi, na gałęziach drzew trwa walka o przetrwanie, przedłużenie gatunku, zdobycie pożywienia. Życie toczy się z całą intensywnością, w każdej chwili coś się rodzi, a coś innego umiera, zaś nawet martwa materia ma swoje nowe życie. Ogniwa łańcucha pokarmowego są przecież doskonale dopasowane. Ład przyrody, który wydaje się nam tak długi w porównaniu z chaosem cywilizacji, opiera się na przypadku. To porządek, który przewyższa swoją doskonałością chirurgiczną precyzję osiągnięć nauki.

61


Maja Starakiewicz — studentka II roku grafiki na ASP w Krakowie. Interesuje się ilustracją, manieryzmem i absurdem w różnych dziedzinach sztuki orazliteraturą. Lubi kolorowe rajstopy i haftowane koszule.

62


Jesień nie jest winna tekst: Martyna Orlik ilustracja: Małgorzata Maciejewska

Listopad najczęściej siada na ławie oskarżonych i zawsze ginie pod kołami wyrzutów sumienia. Zamiast płacić składki na ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków losowych, powinniśmy ubezpieczać się przed nieszczęśliwymi ludźmi, którzy zamiast wybrać się w podróż do psychiatry, wyruszają w podróż po mieście. Ten tekst jest o tym, że nikt z nich nie dowartościował jesieni, a jest to jedyny czas w roku, kiedy mogą mieć depresję legalnie. Ktoś powinien nam powiedzieć, że nie należy zamykać się w pokoju przed światem – należy zamknąć się w domu przed trującymi ludźmi, którzy ruszają w miasto z nowym sezonem Poison Break.

J

est listopad i wszystko odpada. Od drzew odklejają się liście, od skaleczeń opatrunki, od samochodów rejestracje – mózgi zaczynają chorować na miłosne choroby serc. Dziewczyny z rozdwojeniem jaźni i końcówek, zamiast palić w piecu, palą coraz więcej papierosów i zamiast palić je w milczeniu, grzeszą rozmową o romantycznych krainach, do których dociera się tylko wyobraźnią. Wieczory są szybsze – trzeba uciekać rosnącej nocy, żeby przeżyć malejący dzień i wrócić z nim do domu jak z wypchaną reklamówką pełną tanich książek, które już od premiery sprzedaje się po niższej cenie. W tym roku w domach panoszą się najgroźniejsze choroby – jeśli masz dużo przyjaciół, to pewnie nawet nie zauważysz, że kaszlesz. Kasłanie zaczniesz traktować jak trochę głębszy wydech, katar jak trochę słabszy węch. Gorączka przestanie być znakiem reakcji obronnej twojego organizmu na obecność ciał obcych w twoim otoczeniu, a zacznie być jej efektem ubocznym. Będziesz leżeć w łóżku bez syropów, tabletek i okładów wierząc, że coś cię właśnie prześladuje­

i że prawdopodobnie znowu jest to rzeczywistość. Od września ruszają psychiczne przygotowania do jesieni. Żegnamy się z latem i zaczynamy podejrzewać, że nadchodzi najgorsza pora roku; pora, gdy apteki wysyłają kurierów z tabliczkami „Leki antydepresyjne – Zaopatrzenie”. Wszystkie brudy pozostałych miesięcy zazwyczaj traktujemy wtedy wybielaczem, a potem pierzemy je w 60 ° C. Są jakby mniejsze i trochę mniej serio, a już na pewno przeżywało się je milej, kiedy świeciło słońce. Teraz słońca jest coraz mniej, więc ci, którzy żyją dzięki fotosyntezie, mają wreszcie usprawiedliwienie – jak nie ma słońca, to przynajmniej nikt im nie powie: „Taki piękny dzień, a ty tak marudzisz”. Dzień jest brzydki i możesz robić sobie wyścigi w marudzeniu. Ciągle czegoś brakuje, ciągle czegoś jest mało. W listopadzie szuka się ciepła najpierw u ludzi – dopiero potem odkręca się grzejniki. Ale ci ludzie też cierpią na brak, więc nie produkują wystarczającej ilości energii i zamiast się nią dzielić, zabierają resztki twojej.

63


Pierwszy listopadowy błąd polega właśnie na tym, że szukamy pomocy u tych, którzy sami powinni dzwonić na pogotowie. Umawiam się na kawę z dawnym Mistrzem Emocjonalnego Konsensusu, a rozmawiam z Podróbką Kompromisu. Ludzie z reguły są nieszczęśliwi, więc każde moje słowo jest interpretowane w kontekście zbiorowego nieszczęścia. Dzięki temu moje minidramaty zaczynam przeżywać w maksistylu i rozciągam to na wieczność, żeby było chujowo, ale stabilnie. Wyglądam potem jak uosobienie nędzy i rozpaczy, a na każdą klamkę patrzę tak, jakby zapadła. Ten błąd można usprawiedliwić, bo szukając natychmiastowej pomocy w obliczu bezdechu, wybieramy najbliższego, a nie najlepszego lekarza (zgodnie z zasadą, że każdy z nich potrafi przeprowadzić resuscytację).

go ci potrzeba, już kiedyś od kogoś usłyszałeś. Lepiej być samotną wyspą z dostępem do morza, niż statkiem, który tonie z przeludnienia. A w listopadzie przybywa ludzi. Magazynując w sobie ich życiowe reklamacje, stajesz się przechowalnią śmieci i zaczynasz wyglądać jak zepsuty sprzęt AGD. Podobno temperatura rośnie razem z chaotycznym ruchem cząsteczek układu, więc większość czasu zastanawiasz się dlaczego, kurwa, jest tu tak zimno. Ani się obejrzysz, a odmarzną ci dłonie, którymi trzymałeś kogoś przy sobie i zamiast go ocieplać jak styropian, będziesz chłodził jak stal. Kraków to zadymiony pokój bez okien i klimatyzacji i ludzie tutaj powinni chodzić w maskach, bo nawet jak nie palą papierosów, to i tak czarnieją im płuca. Maski przydadzą się również do tego, żeby zakrywać swoje wykrzywione od jesieni twarze i nie zarażać nimi innych przechodniów. Meteorologów najbardziej martwi, że nie jest to wina ani przemoczonych butów, ani drzew w stroju Adama. Nieszczęścia zdarzają się, bo mogą, a ludzie się rozstają, bo z jakichś powodów przestali się kochać, a nie dlatego, że zmusiły ich do tego okoliczności pogodowe. Każda gra toczy się o zakończenie, więc rzucaj kostką z myślą, że nawet Król Lew kończy się dobrze, ale gdy rzuca twój przeciwnik pamiętaj, że w połowie ginie Mufasa.

Drugi błąd usprawiedliwić jest trochę trudniej. Zaczyna się wtedy, kiedy po wizycie u przyjaciela-lekarza wracasz do domu z rozerwaną klatką piersiową i wiesz, że przyłożyłeś do tego rękę. Bo zamiast bronić się przed nieszczęściami, stawiając mury ochronne, bronisz się przed stawianiem murów. Łatwo jest się w swoim nieszczęściu rozpłynąć, a jeszcze łatwiej popłynąć z tym prądem, gdy ktoś ci potwierdzi, że tak, faktycznie, ty to naprawdę masz przerąbane. Co z tego, że podobno pisze się wtedy najlepsze teksty – tekst można napisać w trzy dni, nie zawsze potrzeba do tego trzech miesięcy. Trzeci błąd (tym razem całoroczny) to ciągła pretensja do życia, że nie jest takie, jakie powinno, choć właściwie nikt nie wie, jakie powinno ani co zrobić z marzeniami, gdy się spełniają. Przez okrągły rok jesteśmy od kogoś lub czegoś uzależnieni, ale dopiero na jesień łaskawie zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę. Brawo. Listopadowe statystyki pozwalają przeżyć jesień w kontekście depresji, a im więcej toksycznych ludzi wtedy spotkasz, tym trwalszych łat potem potrzebujesz. Depresja jest przenoszona z ust do ust, dlatego trzeba uważać, żeby się nie zarazić i żeby samemu nie roznosić chorób. Nie wmawiaj sobie, że potrzebujesz ludzi, kiedy potrzebujesz jedynie świętego spokoju i towarzystwa przy fajce. Prawdopodobnie wszystko, cze-

Martyna Orlik — ukończyła polonistykę UJ, bo mogła. Pisze, bo może. Małgorzata Maciejewska — absolwentka wiedzy o teatrze UJ, obecnie studentka performatyki UJ i dramaturgii PWST. Pisze dramaty i opowiadania, jest miłośniczką czeskiego kina. Poza zajęciami literackimi zajmuje się ilustracją, fotografią i projektowaniem.

65


Monika Wilk — mieszka w Warszawie, studiuje Historię­ ­­Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się kolażem, ilustracją oraz projektuje.


BYĆ

FACET

EM

SEKSB

LOGE

RKI

tekst: Natalia Grubizna / Nat Gru ilustracje: Karolina Kościelniak

W

iecie na jakie pytania najczęściej musi odpowia- otwarcie z tysiącami ludzi, nie rozumiem, dlaczego nie dać seksblogerka?­„Czy nie będzie­ci głupio,­jeśli miałabym tego samego robić z własnym dzieckiem. kiedyś twoje dzieci natrafią na te zapiski?” oraz: „A co na to twój facet?” – dopiero po nich pojawiają się pytania w Sprawa z facetem jest już trochę bardziej skomstylu: „Jaki wibrator byłby najlepszy?”. plikowana. Grono przyjaciół mojego partnera jest raczej męskie i zdecydowanie uległo mitowi, iż Sprawa z dziećmi jest prosta: póki co – nie planuję, ale dziewczyna pisząca o seksie to jak wygrana na lojuż teraz wiem, że stawiałabym na otwartość w edukacji terii, bo w sypialni gwarantuje więcej wrażeń niż seksualnej i sprawa niechcianej ciąży nie byłaby moim tajska prostytutka. I chociaż uważam się za najlepnajwiększym zmartwieniem w przypadku nastoletniej szą polską seksblogerkę, na dodatek ze świętym latorośli. Bardziej martwiłabym się, czy latorośl nie przekonaniem, że nowe dziewczyny moich byłych robi nic wbrew swojej woli i czy ma fajny i bezpieczny kochanków powinny wysłać mi kwiaty w podzięce­ seks. Skoro poprzez bloga potrafię rozmawiać o seksie za uczynienie z nich ,,zadowalaczy”, czasami myślę

69


sobie: to ja miałam znacznie więcej szczęścia. Trafiłam na wyrozumiałego człowieka, który cierpliwie znosi to, iż raz na jakiś czas zachciewa mi się romansu „dla historii” oraz spóźniam się godzinę na spotkanie z jego znajomymi, bo akurat dopadła mnie pisarska wena. Pragnień o skoku w bok co prawda nie realizuję, ale związek ze mną jest pasmem przygód – od wypróbowywania nowych gadżetów poprzez wizyty na różnych erotycznych wystawach, skończywszy na kompletnie irracjonalnych pomysłach typu: „Chodźmy się przekonać, co dzieje się na weekendowych warsztatach tantry!”. Gdy dodam do tego niekończące się wykładanie, jak niewiele kobiet szczytuje w wyniku samej penetracji, dochodzę do wniosku, że w sumie sama siebie nie poprosiłabym o chodzenie.

poznając mnie, gdyż okazało się, że to ja nie rechoczę jak opętana, słysząc słowo „doszłaś”. Moja jawność chyba także przyczyniła się do tego, że nie mam na blogu tak zwanego „pospolitego hejterstwa” – oczywiście, pojawiły

SEKSBLOGERKI DZIELĄ SIĘ NA DWA GATUNKI: TE, KTÓRE WYOBRAŻAJĄ SOBIE, ŻE SĄ JAK CARRIE BRADSHAW I TE, KTÓRE

Mój partner, Marian, został wyoutowany na blogu na własne życzenie. Nie pomagały żadne tłumaczenia, że nie piszę o nim, bo chcę chronić jego prywatność. Sama beknę za to, co napiszę o sobie i jak wiele podam do publicznej informacji, ale bardzo nie chciałam brać odpowiedzialności za to, że ktoś właśnie przekazuje swój wizerunek w moje ręce. Żyjemy w irracjonalnych czasach: z jednej strony bezpardonowo wywalamy w mediach to, co najbardziej intymne (w końcu jest na to popyt), zaś z drugiej chcielibyśmy wierzyć, że ludzie, z którymi obcujemy, są bezcieleśni i obce im są sypialniane uciechy. Dlatego większość piszących o seksie chowa się za pseudonimami – zapewne ze strachu przed tym, co będzie, gdy szef/ wykładowca/sąsiadka zza ściany się dowiedzą. Ja postawiłam na, może ryzykowną, szczerość – Proseksualna od początku miała twarz, a teraz ma nawet dwie: moją i mojego partnera. I nie publikuję na blogu nic, czego bez skrępowania nie powiedzielibyśmy w gronie naszych znajomych. Czy czytają mnie moi byli wykładowcy? Być może, kilkoro nawet zostało moimi fanami na Facebooku. Gdy się spotykamy, mamy nieco inne tematy do rozmowy niż sprawy łóżkowe, dacie wiarę? Bo na co dzień jestem całkiem normalna, przysięgam. Na pewnej blogerskiej imprezie usłyszałam nawet od jednego blogera i czytelnika, że poczuł ulgę,

MUSZĄ Z TYM MITEM WALCZYĆ

się pojedyncze jednostki, ale celowały głównie w ideę kobiety piszącej o seksie, nie we mnie i nie w mojego partnera personalnie, więc myślę, że jest to sukces. Chociaż nigdy nie odżegnam się od poglądu, że ujawnianie się w internecie jest dla ludzi o twardych tyłkach. Znacznie częstszy jest feedback dotyczący tego, że czytanie Proseksualnej zmieniło czyjeś życie na lepsze. Seksblogerki dzielą się na dwa gatunki: te, które wyobrażają sobie, że są jak Carrie Bradshaw (główna bohaterka Seksu w wielkim mieście) i te, które muszą z tym mitem walczyć. Należę do tych drugich, ale oczywiście wyobrażenia czytelników na mój temat bywają całkiem zabawne. Zwłaszcza gdy dostaję maila w stylu: „Chętnie obejrzałbym film erotyczny bazujący na twoim życiu” (zdarzyło się naprawdę!), a odczytuję tę wiadomość, siedząc pośrodku barłogu, który jednocześnie jest moim salonem, miejscem pracy oraz sypialnią. Nie jestem też ubrana

70


w seksowny peniuarek i klapki z puszkiem, zaś konsul- jesz online i w ogóle nie martwi mnie to, że cały świat tacja z partnerem pozwala mi skonstatować, że ten film jakoś uczestniczy w moim prywatnym życiu. Zresztą byłby najmniej podniecającym erotykiem świata. mam w związku z tym jakieś korzyści, na przykład jak przysyłają nam kolejne elementy wyposażenia sypialni. Idąc tym tropem – być facetem seksblogerki to również godzić się na wyobrażenia innych o tym, jak wygląda Ale nie dajmy się zwieść jego męskiej skromtwoje życie. Dlatego z Marianem od początku grałam ności i bycia szarą eminencją w bardzo ważnej w otwarte karty, mówiąc czym zajmuję się „po godzinach”. misji. Mówiąc w towarzystwie, że jego dziewW moim życiu nie byłoby miejsca dla tego, kto uważa, czyna jest seksblogerką, trochę zyskuje na byciu intereże pisanie i gadanie o seksie jest tylko dla ludzi, którym sującym. Wiecie, jaka była konkluzja jego wypowiedzi? czegoś brakuje, albo że seks jest czymś, co się uprawia, a nie teoretyzuje na temat. Myślałam więc, że najbarDzięki tobie wszyscy myślą, że mam najlepsze życie sekdziej niezręczną częścią bycia w związku z taką ekshibi- sualne ever. cjonistką online jest to, że cały pieprzony internet wie, co dzieje się w twojej sypialni. Marian wykazał bardzo dużą przytomność umysłu – wie, że blog jest w dużej mierze stylizacją, wydestylowaną esencją moich myśli i doświadczeń. Jak sam przyznał, dużo bardziej obawiał się twitterowego projektu #natLDR (o naszym byciu w związku na odległość), bo ten w dużo większym stopniu dotyka tego, co dzieje się w warstwie emocjonalnej Natalia Grubizna — pornolożka, teatrolożka i kolekcjonerka wrażeń. Właśnie wyruszyła w świat w poszukiwaniu miejsca, naszej relacji. Przyznaje jednak, że przede wszystkim jest w którym mogłaby zapuścić korzenie. Od sierpnia 2012 blodumny. Oświadczył: guje jako proseksualna.pl. Napisz do mnie: nat@proseksuNaprawdę, jest mi obojętne to, że blogujesz o sek- alna.pl. sie, ale cieszę się, że będąc twoim facetem mogę ci jakoś Karolina Kościelniak — studentka zarządzania firmą na UJ, w tym pomagać. Totalnie ufam ci z tym, co publiku- maluje odkąd pamięta.


WALL O AUTORZY DARIA ANTONATUS dariaantonatus@wp.pl

DARIA KUBISIAK kubisiak-daria@wp.pl

AGNIESZKA BUKOWCZAN-RZESZUT kassildah@gmail.com www.funerabilia.pl

MARTYNA ORLIK martynaorlik@gmail.com

NATALIA GRUBIZNA nat@proseksualna.pl www.proseksualna.pl

NATALIA RUSIN runatattoo@gmail.com

SZYMON JAROSナ、WSKI szymjaroslawski@o2.pl www.FindYourYoga.blogspot.com

MARTA STAナイZYK stanczykowa@gmail.com

SONIA KACZMARCZYK sonyakaczmarczyk@gmail.com

PRZEMYSナ、W ZAナガO pulpozaur@gmail.com www.pulpozaur.pl

BARTOSZ KLISZCZYK b.kliszczyk@gmail.com


OF FAME ILUSTRATORZY JOANNA BASICZ joannbas@gmail.com www.joannbas.wordpress.com

MAGDALENA MARCINKOWSKA magdalenowo@gmail.com www.marcinkowska.blogspot.com

KATARZYNA DOMŻALSKA domzalska.katarzyna@gmail.com www.katarzynadomzalska.blogspot.com

MARIA DAGMARA SKIBA www.facebook.com/ MariaDagmaraSkiba

DŻINA JELIZAROWA www.dzhinabutl.tumblr.com

MAJA STARAKIEWICZ www.cargocollective.com/starakiewicz

KAROLINA KOŚCIELNIAK www.karolinakoscielniak.pl www.karolinakoscielniak.blogspot.com

KATARZYNA URBANIAK katarzynaurbaniak86@gmail.com katarzynaurbaniak.blogspot.com

KATARZYNA KRUTAK katarzyna@krutak.com www.facebook.com/pages/KatarzynaKrutak

JULIAN ZIELONKA zielonkajulian@gmail.com www.slugozaur.deviantart.com

MAŁGORZATA MAJCIEJEWSKA inez.welt@gmail.com www.inezwelt.digart.pl

MONIKA WILK moniwilk@outlook.com www.moniwilk.tumblr.com www.facebook.com/MonWilk

DAWID MALEK www.malekilu.blogspot.com www.behance.net/DavidMalek

MONIKA ŹRÓDŁOWSKA monikazrodlowska@gmail.com www.zrodlowska.pl


DOŁĄCZ DO NAS!

KONTAKT: redakcja@fuss.com.pl reklama@fuss.com.pl

www.fuss.com.pl www.facebook.com/fuss.magazyn

FUSS 5/2013  

FUSS to internetowe pismo społeczno-kulturowe, jakiego jeszcze nie było. Znajdziesz tu niesztampowe podejście do: kultury, sportu, życia....