Page 1

nr 1 (3) 2014 ISSN 2300-7281

ku l tu ra: sta n n a j n owszy

cena

8 zł

(5% VAT)

o kobietach o ukrainie o animacji

o jacku podsiadle – na jego urodziny


James Joyce Krzysztof Bartnicki, Labrys i drzewo James Joyce, Wiersze Marcin Szmandra, Finneganowizje Michał Tabaczyński, Joyce i wyczerpanie możliwości druku Marcin Karnowski, Radek Drwęcki, zmarnowany trup Spoza. Korespondencja Opowiadam historie. Rozmowa z Michałem Joachimowskim Nowsze medium Marcin Karnowski, Radek Drwęcki, brud na formach Zenon Fajfer, Szczelina/Balkon Sztuka komunikacji Tomasz Komendziński, O sztuce komunikacji inaczej, czyli dlaczego zbyt wiele słów bywa w niej przeszkodą Miłka Malzahn, Chronosoterapia Agnieszka Jelewska, Bioniczne algorytmy Katarzyna Taczyńska, Gdzieś pomiędzy światem ciszy i dźwięków… Katarzyna Taczyńska, Strategie komunikacyjne Mariny Abramović. Uwagi o filmie The Artist is Present Monika Dekowska, Face to face, czyli co mówią nasze twarze Dominacja i wykluczenie Michał Tabaczyński, Homoterroryzm i feminazizm, albo walka o męską dominację „Kulturowe i obyczajowe różnice miedzy krajami Europy Zachodniej i Środkowej oraz Europy Wschodniej i Południowej się zaostrzają”, z Rudolfem Vévodą rozmawia Michał Tabaczyński Aleksandra Derra, Pogmatwane ścieżki marginalizacji, czyli o języku, który może wykluczać i wyzwalać

Jeść, jeść, jeść Raymond Carver, Tłuścioch Radosław Sioma, Metafizyka obżarstwa Trzaska miłość Niepowtarzalne, endemiczne. Rozmowa z Mikołajem Trzaską Marcin Szymczak, Pozostał tylko uśmiech. O filmie Miłość Filipa Dzierżawskiego Zwierzęcenie Paweł Schreiber, Zwierzoludzie Jana Klaty David Foster Wallace, Pomyślcie o homarze Paweł Marcinkiewicz, Przedstawienia zwierząt w sztukach wizualnych: krótki rys historyczny Dariusz Gzyra, Krótka historia weganizmu Spoza. Korespondencja Nie interesuje mnie słowo tolerancja. Interesuje mnie słowo szacunek. Rozmowa z Xavierem Bayle’em Słowobraz Daria Milecka, Obraz i słowo Performans Niemożliwe obrazy w polu możliwości. Rozmowa z BBB Johannesem Deimlingiem Bez bagażu interpretacji. Rozmowa z Moniką Sobczak Fabularie Blisko Kujawsko-pomorskie. Nowa literatura


spis treści Tu nie ma nic zabawnego, z Agnieszką Graff rozmawia Emilia Walczak. . . . . . . . . . . . . 3 Marzena Adamiak, Klucze do kobiety. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6 Przemówić mogły tylko wtedy, kiedy dostały wyraźne pozwolenie, z Magdaleną Skrzyńską rozmawia Daria Mędelska-Guz. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Oksana Zabużko, Wiersze. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 Michał Tabaczyński, Objaśnianie Ukrainy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14 Architektura powstania z Oleksandrem Jaremą, Aleksandrem Baranowskim i Małgorzatą Schmidt rozmawia Szymon Andrzejewski. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16 Jerzy Armata, Narysować czas. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18 Kasper Linge, Bohater dynamiczny w muzyce rozrywkowej. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 21 Magdalena Skrzyńska, Co stało się z zaściankiem?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 22

Michał Igor, Lekcja angielskiego dla Dariusza Tomasza Lebiody, czyli dlaczego nie powinno się tłumaczyć z języków, których zupełnie się nie rozumie i co wynika z tego, że jednak się to robi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24

O Jacku Po d siadle na je go uro d ziny

Rowerem dookoła życia, z Jackiem Podsiadłą rozmawiają Tomasz Dalasiński, Aleksandra Szwagrzyk i Paweł Tański. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30 Piotr Michałowski, Kontestator w ogrodzie. Przedmowa z tomu Pod światło. . . . . . . . . 34 Karol Maliszewski, „Składam ci elegię, hołd tyci, daremny”. Na śmierć Michała Fostowicza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41 Michał Tabaczyński, „Nacje, tonacje, detonacje”, czyli wierszem w państwo. . . . . . . . 46 Paweł Marcinkiewicz, Granice communitas. Podmiot w relacji do Innego/Obcego (na przykładzie wiersza Trelinka, siekiera, puch). . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 48 Adrian Gleń, Długie ramiona Chrystusa. Notatki do wiersza. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 53 Tomasz Dalasiński, Wigilia: bunt w zawieszeniu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 62 Aleksandra Szwagrzyk, Bzy i braki. Notatka o wierszu Without . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 65 Bartłomiej Alberski, Jacek i zen. Wybrane wiersze Jacka Podsiadły w świetle buddyzmu zen. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 67 Sylwia Kordulasińska, Podsiadło i fotografia. Trzy odsłony (Historia pewnej . znajomości [nad fotografiami Davida Hamiltona], Miał za sobą słońce i Wędrówka po moich niegdyś okolicach). . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 71 Marta Irzyk, „Rozmyślam nad urządzeniem”… tej poezji. Jeszcze o pewnym sporze (na przykładzie Dynama znalezionego w rupieciach). . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 78 Michał Pranke, Modlitwa o „ja”. Jakie „ja”? O Lamencie świętokrzyskim. . . . . . . . . . . . 82 Paulina Śliwka, Skąd się biorą dzieci według Jacka Podsiadły. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 84 Noty o autorach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 88


k u l t u ra : s ta n n a j n owsz y

numer 1 (3) 2014 Adres: 85-042 Bydgoszcz ul . Bocianowo 25c/30 tel . 882 050 230 e-mail: fabularie@gmail.com www.fabularie.pl Red . naczelny: Marek Maciejewski Redakcja: Daria Mędelska-Guz,  Marcin Karnowski, Michał Tabaczyński

e-mail: fabularie.blisko@gmail.com Redakcja: Tomasz Dalasiński Skład: Bogdan Prus Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a także zastrzega sobie prawo do ich skracania i redakcji. Nakład: 500 egz.

Wydawca: Bydgoska Fundacja Wolnej Myśli KRS 0000423238 Prezes Fundacji: Daria Mędelska-Guz e-mail: dmedelskaguz@gmail.com Adres: 85-042 Bydgoszcz ul . Bocianowo 25c/30 www.freemindart.pl

ZADANIE WSPÓŁFINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA BYDGOSZCZY

2

fabularie 1 () 201

Z Ukrainy do Wenezueli Granice tworzą horyzonty i odcinają języki. Te z kolei są jak spoiwa i wiązadła. Nazywamy je kluczami do rozumienia kultur. To one stapiają horyzonty. Boję się i podziwiam, obserwując z dala tętniące życiem jądra wielokulturowych miast. Wolność nie jest tam obrazem granic, strachem przed tym co może nas wszystkich czeka. Bardziej jawi się ich przełamywaniem, poszukiwaniem, czego nie widać albo czego nie znamy . Wolność szczęśliwie nie wie, jak często przenika granice, również sztuki.

Marek Maciejewski


Z Agnieszką Graff rozmawia Emilia Walczak

Tu nie ma nic zabawnego O co chodzi z tą całą krucjatą przeciwko „ideologii gender”? I czy możliwe jest w Polsce mówienie o gender bez poruszania na przykład kwestii homofobii? Najzupełniej niemożliwe. Te tematy się łączą na kilku poziomach. Osobom, które są na pierwszej linii „świętej wojny” z gender, czyli księdzu Dariuszowi Oko i posłance Beacie Kempie, te dwie rzeczy zlały się w jedno. I oczywiście nie jest to przypadek, bo z punktu widzenia Kościoła katolickiego równość płci (to wszystko, co nazywają „ideologią gender”) i liberalne podejście do tożsamości seksualnej to jest dokładnie to samo. Ale też nie ma co udawać, że dla nas – badaczy i badaczek gender i seksualności, czy działaczy na rzecz równości – te kwestie są odrębne. Te wątki splatają się i w ruchach społecznych, i w akademickiej debacie. Wiele osób o tym pisze: społeczne normy dotyczące seksualności i płeć kulturowa są przecież powiązane, a my ten splot badamy, przyglądamy się różnym jego wersjom, pytamy, jak się zmieniał w czasie. Męskość  jest współcześnie konstruowana głównie w opozycji do homoseksualizmu, ale 200 lat temu – głównie w opozycji do niedojrzałości. Zresztą homoseksualizm jako tożsamość (a nie forma aktywności seksualnej) to stosunkowo młody wynalazek. Ale z punktu widzenia kościelnej doktryny takie rozważania są niedopuszczalne, nie ma miejsca na refleksję nad społecznym i kulturowym konstruowaniem tożsamości. Dla nich płeć i seks są kwestią natury i boskiej intencji. Esencją męskości i kobiecości jest heteroseksualność – koniec, kropka. I nawet się tego słowa nie używa. Kempa czy Oko powiedzą: normalność. Tymczasem cały spór, a właściwie awantura, toczy się w warunkach zmiany kulturowej. Społeczeństwo zaczyna dopuszczać pewną wolność czy pluralizm w wyborach dotyczących obyczajowości, form rodziny, coraz więcej ludzi akceptuje wielość  orientacji seksualnych… a konserwatyści widzą w tym tylko katastrofę. Wołają, że oto kres cywilizacji, zacierają się granice pomiędzy płciami. I coś w tym jest. Jeśli zakładaliśmy, że wszystko tu jest niezmienne i „naturalne”, to każda zmiana wyda nam się kataklizmem. Ale w nakładaniu się tych tematów jest też polityczny podtekst związany z postulatami i koalicjami środowisk równościowych. Kontekst odgrywa tu ogromną rolę. W Polsce po 1989 roku te dwa tematy – prawa kobiet, w tym prawa reprodukcyjne, i prawa

mniejszości seksualnych – długo funkcjonowały osobno. Jakoś tak po wejściu do Unii, za czasów tak zwanej „IV RP”, to się zmieniło: gej i feministka upolitycznili się razem, zaczęła się współpraca, trochę dlatego, że to była mobilizacja wobec wspólnego opresora, który jedną ręką zakazywał Parad Równości, a drugą próbował wprowadzić zakaz aborcji do konstytucji. Ciekawe, że we Francji, gdzie prawicowa nagonka na gender zaczęła się dużo wcześniej – i podobno była intensywniejsza nawet niż w Polsce – głównym przedmiotem mobilizacji środowisk prawicowych była kwestia ślubów dla osób tej samej płci. To był główny temat tego sporu. W Polsce kapitalną rolę nadal odgrywa temat aborcji, podczas gdy we Francji prawa kobiet w tej sferze są niekwestionowane. Prawo kobiet do przerywania ciąży na tyle zrosło się z politycznym i społecznych status quo, że prawica nawet nie stara się temu przeciwdziałać. A poza tym ta francuska nagonka na gender była, przynajmniej z pozoru, niezwiązana z Kościołem katolickim. Tam raczej uruchamiano lęki muzułmanów wobec mniejszości seksualnych. Skądinąd to jest w ogóle bardzo ciekawe, jak muzułmanie i islamofobia są rozgrywani przez różne strony debaty publicznej we Francji… Warto więc pamiętać, że ten spór nie jest sporem czysto polskim, choć ja sama na początku tak myślałam. Czytając te wypowiedzi, słuchając tych tyrad, czytając list biskupów, usłyszałam szczególną polską nutę. Zwłaszcza że u nas ten antygenderowy dyskurs czerpie garściami z antysemityzmu, konstruując wroga jako „obcego” (pisała o tym w „Tygodniku Powszechnym” Zuzanna Radzik). Ale potem zaczęłam śledzić te postacie i teksty, na które ci ludzie się powołują, między innymi taką książkę – to się chyba nazywa „Gender. Koniec cywilizacji”? – autorstwa pewnej belgijskiej teolożki. Wydano to w Polsce w tym roku. Źródła wojny z gender są w Watykanie, a nie w warszawski episkopacie. A może papież Franciszek zdoła odmienić oblicze polskiego Kościoła? To pytanie jest już nieaktualne. Szkoda na nie czasu. To znaczy, już widzimy po wizycie polskich biskupów, że on przyjął za dobrą monetę ich opowieść o zagrożeniu polskiego Kościoła przez różnych jego wrogów. Ja mu się zresztą nie dziwię, on ma bardzo wiele tych episkopatów, i pewnie w różnych innych miejscach jest większy bałagan niż w Polsce. Nie




przeceniałabym także dobrej woli Franciszka, jeśli chodzi o gender. Myślę, że tematem dla niego istotnym są kwestie ekonomiczne – i tutaj on się może rzeczywiście z naszymi biskupami jakoś tam pokłócić, humor im zepsuć – ale to jest tak naprawdę niezwiązane z wojną o gender. W odróżnieniu na przykład od Bożeny Keff czy Kingi Dunin, uważałam list Kongresu Kobiet do Franciszka za zabawny happening i coś, co może być potencjalnie ciekawą „wrzutą” do debaty publicznej. Ale oczywiście nikt, z autorkami tego listu włącznie, nie spodziewał się, że papież Franciszek przybędzie na białym koniu ratować polskie feministki przed biskupami. To była taka, powiedziałabym, rozgrywka medialno-happeningowa. Więc nie, odpowiedź na pytanie, czy Franciszek odmieni oblicze tej ziemi, brzmi: nie odmieni. Ostatnio dużo i z niepokojem myślę o odradzających się ruchach narodowych – nie tylko w Polsce, ale też na przykład na Węgrzech czy w Niemczech. Mechanizmy „myślenia” i działania wydają się być te same, co przed drugą wojną światową… A że „nie ma” już Żydów, to teraz naziolskie ostrza długich noży są wymierzone w inne „obcości”: na przykład w Romów, homoseksualistów, złe feministki-aborterki, genderystów… Ja oczywiście podzielam te niepokoje, choć jako osoba o żydowskich korzeniach nie lubię zdania „w Polsce nie ma Żydów”. Jesteśmy. Ale wracamy do gender. Wiele osób uważa, że Oko i Kempa są zabawni, że to trzeba obśmiać. Ja tak nie uważam. W swoim tekście o tej awanturze w „Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej” dowodzę, że to nie jest ani nieporozumienie, ale przeciwnie: porozumienie między integrystycznym nurtem Kościoła a nacjonalistami. Tu nie ma nic zabawnego, chociaż śmianie się zawsze jest przydatne (ja na przykład cenię gagi kabaretu Pożar w Burdelu na temat gender…). Rozsądek każe mi jednak myśleć o tym poważnie, jako o pewnym takim wzmożeniu po tej stronie prawicowej. Jest to kolejne stadium definiowania i piętnowania wroga. Dla mnie dość ciekawe jest, że ten wróg jest w tej chwili taki „poszerzony”, że nie jest to już tylko gejsodomita z jednej strony, a z drugiej strony wstrętna feministka, tylko jest to taka postać złożona trochę z feministki, trochę z geja, trochę z transseksualisty być może… Co ciekawe, w prawicowej prasie pojawia się też słowo „rozwiązłość” – wydawałoby się, że zapomniane… To wzmożenie rzeczywiście przypomina lata trzydzieste. To jest nacjonalistyczny i integrystyczny atak na modernizm, definiowany jako chaos moralny i zepsucie. To jest „cofka” w głąb tych najmroczniejszych zakątków prawicowej i nacjonalistycznej mentalności. Pytanie, czy tutaj jest jakieś realne niebezpieczeństwo, to znaczy, czy rzeczywiście należy się spodziewać przejścia od pogardy i mowy nienawiści do rzucania kamieniami w okna tego i owego… Ja, szczerze mówiąc, ciągle myślę, że nie, ciągle mam przeczucie, że to się w Polsce nie może zdarzyć. Na



fabularie 1 (3) 2014

przykład ten mężczyzna, który wrzucił bombę dymną do sali u dominikanów (to zresztą też jest ciekawe, że ta debata na temat gender parę miesięcy temu odbyła się na terenie kościoła…) – to jednak był w moich oczach raczej samotny szaleniec, a nie naziol nasłany przez innych nazioli. Miał zresztą taki wygląd i posturę, że kibole raczej by go nie polubili. Tak mi się wydaje przynajmniej – że to była tego typu marginalna, odklejona postać, a nie wojownik. Ale mogę się mylić, uznając, że do przemocy nie dojdzie. Należy pamiętać moment podpalenia „Tęczy” i fakt, że prawicowe media okrzyknęły zdjęcie tego wydarzenia najpiękniejszym, ich zdaniem, patriotycznym zdjęciem ostatniego roku. Warto sobie czasem odświeżyć kuriozalny wywiad z Cejrowskim w „Newsweeku”. Ten kult pogardy, niechęci, poczucia wyższości wobec „odmieńców” może powoli ewoluować w przyzwolenie na przemoc. Ale jednak ciągle uważam, że jest różnica pomiędzy podpalaniem przedmiotów a podpalaniem czyichś drzwi czy czyichś domów. Mam nadzieję, że nie okażę się naiwna… Ale przecież podpalenia mieszkań też się zdarzają… Na przykład w Białymstoku podłożono ogień pod drzwi czeczeńskiej rodziny. Neonaziści atakują mniejszości etniczne od kilku lat, ale to nie jest to samo, co wojna z gender. To znaczy, jest to część takiego w ogóle wzmożenia nacjo-

Malowała Monika Dekowska


nalistycznego w Europie, chodzi o przemoc i skrajną dyskryminację, i coraz częstszą przemoc wobec Romów. Ale to jest, moim zdaniem, jednak osobny nurt wobec tej wojny kulturowej, która toczy się w Polsce. Atak na gender to jednak jest atak na ludzi, których biskupi i narodowcy uważają za współplemieńców – oni walczą z innym plemieniem, natomiast w swoim plemieniu tropi się zdrajców i zboczeńców. No i pytanie, czy tych zboczeńców i zdrajców będzie się krzywdzić również fizycznie… W styczniu 1933 roku Sándor Márai opisywał wystąpienie Adolfa Hitlera w berlińskim Pałacu Sportu. Pisał między innymi tak: „Co za twarze! (…) wszędzie pozbawione wyrazu wodniste oczy, czerwone, opuchłe od piwa twarze, wygolone karki, postury trzeciej kategorii. Co dzieje się w głowie, która takimi oczyma spogląda na świat? Jaki chaos się w niej kłębi, jaka natrętna mania? (…) Zaczynam odczuwać dyskomfort, jakbym był zamknięty w jednej sali z dwudziestoma pięcioma tysiącami obłąkanych (…) już za rogiem normalna, pełna życia berlińska ulica. Niemcy są wielkim narodem i mają rozmaite poglądy. Tylko jedna piąta słucha (…) Mesjasza, który wśród gęstych błysków magnezji stoi przed swymi wyznawcami na podium w Sportpalast. Ta jedna piąta nie weźmie góry nad sześćdziesięcioma milionami, Mesjasz już o tym wie. Ale ta jedna piąta sześćdziesięciu milionów przysporzy jeszcze Niemcom, Europie i światu niewyobrażalnych szkód, chaosu i zagrożenia. Póki ta jedna piąta jest zwarta i trzyma się razem, póty nie ma mowy o pokoju na świecie. Mówię to, bo widziałem te twarze”. Moim zdaniem Márai jak z fusów wyczytał z „tych twarzy” przyszłość Europy, Holokaust… Ja dziś widzę takie same twarze na przykład na Marszu Niepodległości czy na stadionach piłkarskich. Widziałam je też jakieś cztery lata temu w Budapeszcie na narodowej manifestacji Jobbiku. Zmierzamy znów w niebezpiecznym kierunku i Historia ma szansę zatoczyć koło? Niesamowity cytat, bardzo sugestywny. Być może masz rację: to jest równia pochyła. Na przykład sygnatariuszki listu do ministry do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn sugerują, że ta mowa nienawiści powinna być traktowana jako preludium do przemocy. Myślę, że w gruncie rzeczy dla naszego środowiska – tak zwanego środowiska wolnościowego – to wzmożenie może być sprzyjającą okolicznością, jeśli chodzi o edukowanie tak zwanych „letnich liberałów”. To jest sytuacja pokrewna tej z momentu, kiedy Lech Kaczyński zakazał Parady Równości i nagle na wiecu na placu Konstytucji pojawiły się osoby w rodzaju Barbary Toruńczyk czy innych przedstawicieli tak zwanego „styropianu”. Więc ta sytuacja ma też tę dobra stronę: uczula tak zwanych „dobrych ludzi”, którzy uważali do tej pory te kwestie za kwestie ich niedotyczące, na fakt, że one jednak ich dotyczą, ponieważ stanowią przedmiot zainteresowania skrajnej prawicy. Na pewno jesteśmy świadkami znacznej intensyfikacji wojny

kulturowej w Polsce. Nie da się być neutralnym, jeśli kogoś interesują losy polskiej demokracji. Czy to dobrze, że to słowo – „gender” – stało się przedmiotem tak wielkiego zainteresowania tamtej strony? To jest fascynujące, bo to było do niedawna słowo niszowe, dla ogółu niezrozumiałe. I nawet nad tym ubolewano. Ale trochę mnie ten GENDER na pierwszych stronach gazet niepokoi. Chyba wolałam być atakowana jako feministka. W efekcie wojna kulturowa toczy się teraz na terenie uczelni, zaczynają się próby ograniczenia wolności badań, oskarżenia o „nienaukowość”. Pojawia się też pytanie, czy naszą strategią powinno być zaprzeczanie i łagodzenie. To jest strategia Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz: przecież tutaj nic złego się nie dzieje, gender to tylko kategoria badawcza, a jeśli projekt polityczny, to bardzo łagodny, chcemy jedynie przeciwdziałać dyskryminacji. Ale może warto od czasu do czasu powiedzieć, że owszem, tu chodzi o wielką zmianę kulturową, i że ta zmiana się odbywa na naszych oczach. Michał Witkowski niedawno mówił w wywiadzie dla „Wprost”: no tak, oni ze swojego punktu widzenia mają rację, bo odklejenie płci biologicznej od płci kulturowej jest z punktu widzenia fundamentalistów religijnych rzeczą skrajnie niebezpieczną. Ich światopogląd opiera się na przekonaniu o tym, że płeć jest czymś odwiecznym i niekwestionowalnym, a jeśli „skonstruowanym”, to wyłącznie przez Pana Boga i matkę naturę. Jeżeli do mainstreamu wchodzą przekonania sprzeczne z tymi „pewnikami” i stają się na tyle widoczne, że nawet kolega kibol się o nie ociera, to znaczy, że jednak dokonuje się to, co oni nazywają „pełzającą rewolucją”. Mnie to cieszy: nie jesteśmy kolonią Watykanu ani żadnym przedmurzem, nie będziemy „chrystianizować” Europy. Żyjemy jednak w kraju, który się modernizuje i laicyzuje, wbrew zaklęciom episkopatu i skrajnej prawicy. Feminizm i ruch LGBT się do tego ciut przyczyniły, ale nie tak znów bardzo. To jest proces, który się w Polsce po prostu odbywa.

Agnieszka Graff – kulturoznawczyni, amerykanistka, feministka. Współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, członkini Rady Kongresu Kobiet Polskich, członkini zespołu Krytyki Politycznej. Teksty naukowe i publicystyczne ogłaszała m.in. w „Res Publice Nowej”, „Dialogu”, „Krytyce Politycznej”, „Gazecie Wyborczej” i „Wysokich Obcasach”, „Public Culture”, „Feminist Studies”, „The Guardian”. Pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW i wykłada na warszawskich studiach podyplomowych Gender Studies. Jej książka Świat bez kobiet (W.A.B. 2001) to jedna z najważniejszych pozycji w polskiej literaturze feministycznej. Analizuje mechanizmy stopniowego wykluczania kobiecego głosu ze sfery publicznej w warunkach ustrojowej transformacji. W ostatnich pracach zwraca szczególną uwagę na przenikanie się dyskursu płci z narracjami nacjonalistycznymi (np. antysemityzmem) i rasowymi. W 2008 roku wydała książkę Rykoszetem. W wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazała się jej książka Magma (2011).




Marzena Adamiak

Klucze do kobiety* Nie myślałyśmy o niczym innym, jak o zbudowaniu zupełnie nowych stosunków. Kłopot tkwił w tym, że nie wiedziałyśmy, kogo mamy na myśli mówiąc my. A drienne R ich

Jak wkluczać, żeby nie wykluczać jednocześnie? Wydaje się, że pytanie to wydobywa na wierzch nieredukowalną aporię samego dyskursu o wykluczeniach. Aporię, która pokazuje, że walka z przemocą nieodmiennie rodzi przemoc innego rodzaju, że przedziwne mechanizmy kierujące ludzką faktycznością zawsze dążą do utrzymania pewnej homeostazy, opierającej się na wytwarzaniu, przetwarzaniu oraz relokowaniu centrum i marginesów. Wynikający z tego impas teoretyczny dochodzi do głosu również na pewnym etapie działania ruchów emancypacyjnych, wymuszając na nich ciągłe przemyśliwanie własnych założeń. Nie inaczej jest w przypadku feminizmu. Historia napływających po sobie fal pokazuje, jak zmieniało się podejście teoretyczek ruchu do kategorii leżącej u samych jego podstaw, mianowicie kategorii „kobiety”. „Kobieta” zainicjowała feminizm, rozpoznała, że jej udziałem jest doświadczenie opresji wynikające ze społecznych konsekwencji reprezentowania płci żeńskiej. Pierwsze postulaty związane z prawem do edukacji, pracy i głosowania wydawały się przedstawiać interesy wszystkich kobiet. Dość szybko jednak owa „jedność kobiet w walce z patriarchatem” okazała się problematyczna. Sprowadzenie doświadczeń, potrzeb i nadziei wszystkich kobiet do jednego mianownika, którym miał być fakt przynależności do płci żeńskiej, miało bowiem charakter opresyjny. Na gruncie społecznym, pod znakiem zapytania stanęła sama idea równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Jak słusznie zauważyła bell hooks, istotne jest: do których mężczyzn kobiety miałyby dorównać? Sytuacja społeczna czarnych mężczyzn bywa bowiem gorsza niż białych kobiet z klasy średniej. Identyfikacja rasowa, klasowa czy związana z orientacją seksualną może generować różnice statusu społecznego, przekładające się na jakość życia w sposób bardziej dotkliwy niż przynależność do płci. Wykluczające praktyki w obrębie feminizmu były zatem konsekwencją przyjęcia pewnej wizji ruchu, odzwiercied  Zob. b. hooks, Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum, przeł. E. Majewska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013, s. 46 i in. 

*  Inspiracją dla niniejszego tekstu były zajęcia, które prowadziłam w roku akademickim 2012/2013 na Gender Studies w Toruniu. Wszystkim dyskutantkom bardzo dziękuję.



fabularie 1 (3) 2014

lającej rzeczywistość, w jakiej żyła konkretna grupa kobiet, doświadczająca specyficznej dla tej grupy formy opresji, a także – co istotne – nie doświadczająca innych form. Czy zatem feminizm jako ruch równościowy oparty na kategorii kobiety, ma jeszcze rację bytu? A jeśli nie, to czy feminizm jako rozproszony głos wielu grup interesów, kultur i światów ma wystarczającą siłę politycznego oddziaływania? Czy jest jeszcze feminizmem? Nie jest to bynajmniej pytanie retoryczne. Wręcz przeciwnie, to pytanie, które domaga się odpowiedzi adekwatnej do tej post-krytycznej sytuacji. Problem z „kobietą” widoczny jest w działaniu politycznym, ale wszystkie swoje implikacje w pełni roztacza na polu teoretycznym. hooks twierdzi wręcz, że to zachodnia filozofia odpowiedzialna jest za utrwalanie hierarchicznych struktur dominacji i produkowanie opresji. Nie jest to bynajmniej zaskakująca perspektywa w obrębie samej filozofii. Krytyka tradycyjnej metafizyki – jako źródła przemocy wobec Innego – stała się jednym z głównych przedsięwzięć współczesnej myśli filozoficznej, wskazując choćby na koncepcje Emmanuela Lévinasa, Michela Foucaulta czy Jacquesa Derridy. Przemoc ta wynikałaby ze zorientowania filozofii na racjonalizm i abstrakcję, z poszukiwania poziomu czystej świadomości, na którym nic nie jest w stanie zakłócić przebiegu myśli. W przenikliwym świetle chłodnego świata platońskich idei nie ma miejsca dla sfrustrowanych niewolników zmysłów. Do przebywającego w procesie metodycznego wątpienia ego cogito nie dociera głos drugiego człowieka, a będące jego kolejną – ulepszoną – wersją Ja transcendentalne okazuje się jedynie warunkiem możliwości skupienia doświadczeń w jednym punkcie świadomości. Owa filozoficzna tendencja, by wspiąć się na najwyższy szczyt Wszechświata i ogarnąć Rzeczywistość rozumiejącym spojrzeniem jest tak samo pociągająca, jak zdradliwa. Stanowi produkt myślenia opartego na hierarchizacji i dualizacji. Sama tematyzacja – opisywanie, definiowanie, kategoryzowanie, a nawet nadawanie imion – prowadzi do wytyczania sposobów myślenia, które uznajemy za właściwe i odrzucania innych. Idąc dalej tym tropem, my sami/same – to, kim jesteśmy, za kogo się uważamy – nasza tożsamość, podmiotowość, jest produktem takiego zagarniania kawałków świata i uznawaniu ich za własne. Z takiej perspektywy, walka z wykluczaniem jest


jednym z najbardziej karkołomnych ludzkich przedsięwzięć, to bowiem walka z własnym myśleniem, byciem, z samą/samym sobą. Zatem, tak jak „podmiot”, „tożsamość”, „człowiek” czy inne kategorie, również „kobieta” jest pewną tematyzacją, która z jednej strony zapewnia jakiś rodzaj identyfikacji, z drugiej – do niego ogranicza. Poziom naszej akceptacji owej identyfikacji wynika zazwyczaj z tego czy wiążą się z nią jakieś przywileje, czy jest wręcz odwrotnie. Jeśli mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, mówimy o dyskryminacji i wykluczeniu. Jednak, jeśli nie dostrzeżemy nawyku hierarchizacji na najbardziej podstawowym poziomie myślenia i mówienia, będziemy tylko zamieniać wygranych i przegranych miejscami. Filozoficzna kategoria podmiotu stanęła pod znakiem zapytania, kiedy pojawiły się słuszne głosy, że być może pod jej uniwersalnością i neutralnością kryje się męskość. Tymczasem mająca ją uzupełnić, lub zająć jej miejsce, kobiecość okazała się reprezentować perspektywę pewnej konkretnej grupy kobiet: białych, wykształconych, z klasy średniej. Poszukiwanie istoty kobiecości, tożsamości właściwej kobiecie czy choćby jakiejś specyfiki bycia kobietą odbywało się dotychczas przede wszystkim w obrębie kilku obszarów czy kategorii. Ich cechą charakterystyczną było pozostawanie na marginesach filozoficznej refleksji, pośród tematów wykluczonych z głównych nurtów poważnych akademickich debat. Jeśli, będący u władzy, rozum wyznaczył normy podmiotowości, to ciało, szaleństwo, codzienność oraz język były tych norm głównymi adresatami. Postmodernistyczna krytyka dominującego w myśleniu o podmiocie racjonalizmu w sposób naturalny sprowokowała więc otwarcie filozofii na zagadnienia związane z tymi obszarami. Stanowiły one bowiem rezerwuar zapomnianych, czy też wypartych treści, wykluczonych z perspektywy ratio, a teraz możliwych do odzyskania. Pozbawiona przywilejów w męskim świecie „kobieta”, w sposób odruchowy zwróciła się w ich kierunku. Rodzi się pytanie, czy znalazła tam klucze do odkrycia i zrozumienia istoty kobiecości?

Klucz 1. Ciało.

Jest jednym z najbardziej eksplorowanych tematów w obrębie myśli feministycznej. Tworzenie opisów „kobiety” w oparciu o jej cielesność, specyfikę tej cielesności: biologiczną, fizjologiczną czy fenomenologiczną, stało się jednym z głównych rozwiązań teoretycznych feminizmu. Ważne okazało się dowartościowanie kobiecego doświadczenia cielesnego i wydobycie go z mroków mizoginii. „Wiele kobiet – pisze Adrienne Rich – rozumiało potrzebę rozpoczynania od kobiecego ciała – naszego własnego – (…) jako odnajdywania gruntu, na którym można autorytatywnie wypowiadać się jako kobiety”. Jednakże, w tym miejscu odsłania się wspomniana przeze mnie na początku aporia, charakteryzująca   A. Rich, Zapiski w sprawie polityki umiejscowienia, przeł. W. Chańska, [w:] „Przegląd Filozoficzno-Literacki”, nr 1 (3), Warszawa 2003, s. 33.

mechanizm wykluczania/wkluczania. Rozpoznawanie i definiowanie kobiecości poprzez cielesność stanowi, z jednej strony, możliwość dowartościowania „drugiej płci”, ale z drugiej – kontynuację myślenia w kategoriach klasycznej dychotomii, w której mężczyzna reprezentuje logos, a kobieta – eros. Sprowadzając istotę kobiecości do ciała, przyjmujemy tradycyjny stereotypowy model płci i ograniczamy tożsamościowy udział kobiet, w tym, z czego były wykluczone – w racjonalności.

Klucz 2. Szaleństwo

Za cezurę oddzielającą światły rozum od niebezpiecznego szaleństwa uważa się zazwyczaj kartezjański gest utożsamienia źródeł podmiotowości z myśleniem. Od tego czasu, za ego cogito, jak pisał Foucault, wlecze się jego cień, skupiający wszystko, co nie było wystarczająco racjonalne, by stać się uznanym fragmentem tożsamości. Szukanie „kobiety” pośród Erynii, czy „tam, gdzie mieszkają lwy” było konsekwencją tego podwójnego wykluczenia. Dla wielu jest bowiem oczywiste, że furia, czy histeria są domeną kobiet. Pacjentkami Freuda były głównie kobiety, „z natury” cierpiące na histerię i inne – typowo kobiece – fluidy. Zdaniem psychoanalityczki i filozofki Luce Irigaray, kobiety tkwią w kulturowych projekcjach patriarchalnych interpretacji mitów, które produkują lęki przed kobiecością: zębami waginy i otchłaniami macicy. Tym samym, kobiety – uwikłane w nie-swoje szaleństwo – lękają się własnych archaicznych mocy. „Lepiej odzyskać nasze szaleństwo i oddać mężczyznom ich własne”, pisze Irigaray. Pozostaje jednak pytanie, w jaki sposób kobiety mają odzyskać swoje, kobiece szaleństwo? Jak wyekstrahować je z fallogocentrycznej kultury? Czy zwrócić się w stronę instynktów, ciała, wypartej „prawdziwej kobiecej natury”? Irigaray proponuje między innymi reinterpretację mitów, powtórne odczytanie symboliki „szalonych” kobiet, które są w nich przedstawione: Klitajmestry, Elektry, Erynii. Stawia pytanie, czy są to kobiety szalone z powodu swej kobiecości, czy z powodu rozpaczy i niemocy wynikającej z kobiecej pozycji społecznej? Normalizowanie histerii, bagatelizowanie jej, sprowadzanie do poziomu salonowej ekstrawagancji, czy wreszcie – leczenie jako jednostki chorobowej, jest efektem dyskryminowania kobiecego doświadczenia opresji. Tymczasem, histeria jest adekwatną reakcją, pasywnie wyrażoną frustracją, w której tkwi być może zablokowana moc, potrzebna do odzyskania podmiotowości. Jednak znowu, czy opieranie kobiecej tożsamości na wypartym kulturowo szaleństwie nie stanowi przeszkody w odkrywaniu kobiecej racjonalności? Nie utrwala jej wykluczenia ze sfery ratio?

Klucz 3. Codzienność.

Wezwanie feminizmu drugiej fali, by to, co prywatne uczynić politycznym, zapoczątkowało refleksję nad kuluarami życia społecznego. Otworzyło



  L. Irigaray, Ciało-w-ciało z matką, przeł. A. Araszkiewicz, eFKa, Kraków 2000, s. 18. 




domy z ich kuchniami, bawialniami i wszystkim, co wymaga nieustającej krzątaniny: sprzątania, prania, prasowania, gotowania, przewijania. Kobieta, jak opisywał ją Lévinas, to istota z natury krzątająca się, dbająca o przestrzeń, w której rozwija się męski podmiot. Odebranie światu poczucia tej oczywistości, nadanie wszystkim domowym czynnościom miana pracy, która powinna zostać doceniona i opłacona było dużym krokiem naprzód dla ruchu feministycznego, dla kobiet. Świetnie obrazuje ten problem Obieranie ziemniaków Julity Wójcik – performance przedstawiony w warszawskiej Zachęcie w 2001 roku. Ubrana w fartuch artystka siedzi na taborecie, pochylona nad wiadrem i obiera ziemniaki, a wokół niej piętrzą się ich kilogramy. Przeniesienie tej – dzień za dniem podtrzymującej życie rodziny – czynności z zacisza domostwa do Narodowej Galerii Sztuk, miało być właśnie gestem uznania i wkluczenia. Jednak również tutaj daje o sobie znać aporia właściwa dla dyskursu o wykluczeniach. Czy tradycyjna kobieca codzienność, będąca kulturowo poddana opresji, może być również źródłem pozytywnej identyfikacji tożsamościowej? Poszukiwanie specyfiki kobiecego podmiotu w codziennym doświadczeniu, zepchniętym dotychczas na margines uznanego społecznie życia, jednocześnie otwiera i zamyka feministyczną perspektywę. Dowartościowuje krzątaninę, uświadamia, że pewne rzeczy nie dzieją się same: czysty dom, kotlet na talerzu, wyprasowana koszula, ale z drugiej strony – utrwala teorię kobiecych „naturalnych” predyspozycji do takiego trybu funkcjonowania. Innymi słowy, czy wkluczając prywatne do politycznego nie utrwalamy kobiecego wykluczenia z „wielkiej polityki”?

Klucz 4. Język.

I wreszcie ostatni klucz – język, będący pewnym meta-kluczem, otwierającym i zamykającym wszystkie drzwi, swoistym wytrychem. To, jak opowiadamy o ciele, szaleństwie czy doświadczeniu egzystencji zależy od wyborów, jakich dokonujemy w języku. Sposób, w jaki mówimy o wykluczeniach zależy od mechanizmów językowych, w jakie jesteśmy uwikłani. Język sankcjonuje i utrwala kulturowe stereotypy, ich przekraczanie również musi dokonywać się w języku. Przez wiele lat huraganom nadawano jedynie żeńskie imiona. Najgroźniejsze z nich, które przeszły do historii to Katrina, Wilma czy Emma. Do czasu protestów amerykańskich feministek, które zmusiły Światową Organizację Meteorologiczną, by dopuściła stosowanie również imion męskich. Histerycznemu bełkotowi szalonej kobiety przeciwstawiono poważną mowę medyczną. „By nas określić, by nadać nam miana, pozostawili nam jedynie braki, luki, niedostatki, błędy i wady. Własne negatywy”, pisze Irigaray, krytykując Freudowskie konstatacje dotyczące kobiecej struktury psychicznej. Zniszczenie utrwalonego, fallogocentrycznego mechanizmu dyskursywnego i znalezienie „kobiecych” struktur   L. Irigaray, Ta płeć (jedną) płcią niebędąca, przeł. S. Królak, Wydawnictwo UJ, Kraków 2010, s. 175. 



fabularie 1 (3) 2014

językowych stało się idée fixe myśli feministycznej na różnych poziomach: od lingwistycznych analiz, przez dekonstrukcję filozoficznych pojęć i kategorii, po écriture féminine. Dla wielu teoretyczek feminizmu, ale też artystek czy pisarek – odzyskać język to odzyskać ciało, doświadczenie i całą kobiecą specyfikę. Uzyskanie głosu, mówienie, ekspresja stały się synonimem tożsamości, zachowania podmiotu, który wpływa na rzeczywistość wokół siebie, kształtuje ją. Jak pokazałam, przedstawione wyżej obszary po których najczęściej porusza się myśl feministyczna, akcentująca potrzebę pozytywnych określeń kobiecej tożsamości, sytuują się w obrębie języka wykluczeń. Uzasadnia to historia opresji wobec kobiet, historia seksizmu i mizoginii, historia wykluczonych. Jestem jednak przekonana, że pozostawanie w tej perspektywie językowej ogranicza, nie tylko myśl feministyczną, ale również tożsamościowy rozwój kobiet. Zupełnie inną kwestią jest jednak: jak w niej nie pozostawać? Foucault, próbujący przeniknąć mechanizmy władzy wytwarzające podmiotowość, pisał o konieczności transgresji, wiedząc, że ostateczna transgresja jest niemożliwa. Derrida, szukający podstawy wszelkiego ruchu różnicowania, która jednocześnie nie byłaby podstawą w kategoriach klasycznej metafizyki również ostatecznie pozostał w jej obrębie. Irigaray, bogata w ich doświadczenia, nie ma złudzeń, że uda jej się sięgnąć poza horyzont zdarzeń, dotrzeć do prawdy o języku i metafizyce, ale również nie widzi innego sposobu, niż ciągła dekonstrukcja istniejącego systemu i podejmowanie strategii partyzanckich. Pomimo zatem postmodernistycznej krytyki konstruowania kategorii podmiotu jako naznaczonej przemocą, jak wynika z literatury przedmiotu, nadal istnieje potrzeba pozytywnych określeń kobiecości. Być może wynika to z naszej niegotowości na radykalne przewroty językowe i rzeczywiste rozumienie wyrafinowanych konstrukcji pojęciowych? A może o ich nieadekwatność do doświadczenia? Aporyczność i samozwrotność cechuje próby stworzenia nowego, nieopresyjnego języka, w którym moglibyśmy wypowiedzieć nie tylko kobiecość, ale tożsamość po prostu. A mimo to, uświadamiając sobie tę właściwość myślenia, można i trzeba nadal próbować zmieniać system od środka, realizować swoje cele. Niezależnie bowiem od teoretycznych problemów z kategorią „kobiety”, feminizm bez wątpienia zmienił świat na lepsze.

Marzena Adamiak – filozofka. Zajmuje się problematyką

tożsamości, głównie w obrębie francuskiej filozofii współczesnej i teorii genderowych. Studia doktoranckie ukończyła na UMK. Pracuje w Zespole badawczym psychoanalizy i badań nad kategorią gender w filozofii IFiS PAN. Autorka książki O kobiecie, która nawiedza myśl. Kobieta jako figura inności w koncepcji podmiotu Emmanuela Lévinasa (2007). W wolnych chwilach pisze bajki i ćwiczy tai chi.


Z Magdaleną Skrzyńską o życiu kobiet w krajach arabskich rozmawiała Daria Mędelska-Guz

Przemówić mogły tylko wtedy, kiedy dostały wyraźne pozwolenie Do Jordanii wyjeżdżałaś kilka razy, tak dobrze się tam czułaś? Wyśmienicie. Wszyscy traktowali mnie jak królową, miałam zapewnione wszelkie wygody. Mieszkałam z samymi kobietami, w takiej kobiecej przestrzeni ich posesji, do której mężczyźni nie mogli w ogóle wchodzić. W oknach były kraty, pod żadnym pozorem nie mogłam opuścić domu. Spotkałoby się to z niezrozumieniem ciotki Miriam, u której zamieszkałam. Była już wiekową osobą, bardzo sztywną, wychowaną w silnej tradycji muzułmańskiej. Nigdy by nie zrozumiała, że dziewczyna sama wychodzi na zewnątrz. To jest to wyjątkowe traktowanie? Już sobie wyobrażam codzienność… Stosunek Arabów do kobiet jest trochę inny niż w Europie i Europejczycy tego nie rozumieją. Funkcjonowałam tam tylko jako gość. W innej sytuacji moja uprzywilejowana pozycja automatycznie by się zmieniła. Obserwowałam relacje damsko-męskie w tej rodzinie i wyglądało to zgoła inaczej. Kobiety zajmowały się domem, gotowaniem, parzeniem kawek i herbatek, ewentualnie wychodziły posiedzieć przed domem (oczywiście nie same, tylko w grupie), ale nie miały absolutnie możliwości decydowania o czymkolwiek. Matka kolegi, który mnie do siebie zaprosił, nigdy nie wtrącała się do rozmowy, kiedy mówił jej mąż Muhammad. Nie otwierała w ogóle ust, nie wypowiadała żadnego słowa, tak samo zresztą jak reszta kobiet. Przemówić mogły tylko wtedy, kiedy dostały na to wyraźne pozwolenie od Muhammada, albo kiedy on sam je o coś zapytał. A jeśli podczas rozmowy jego wzrok stawał się karcący lub wskazujący na to, że coś go podirytowało, kobiety natychmiast reagowały odruchem wycofywania pleców, np. do tyłu podczas siedzenia. Ruchy ciała wskazujące na to, że dzieje się coś niedobrego, zaczynają się bać. Z tego co zauważyłam, trochę inne przywileje, prawa miała seniorka rodu, ciotka Miriam. Kilka razy zdarzyło jej się odezwać, ale bardzo cichutko, zresztą wymawiała tylko 2-3 słówka i do tego wtrąca-

ła tekst modlitwy z Koranu. Miałam wrażenie, że rodzina liczy się z tym, co ciotka ma do powiedzenia. Co by się stało, gdyby któraś z kobiet odezwała się bez pozwolenia? Nic, bo one tego nigdy by nie zrobiły. Tak są wychowane. Żyją w świecie, w którym nie wolno się odzywać. To tak, gdybym ciebie zapytać co by się stało jakby wyrosłaby tobie trzecia ręka. No przecież nie wyrośnie! I żadnej kobiecie do głowy nie przychodzi, żeby się zbuntować? Żadnej. Wielokrotnie widziałam przeciwne sytuacje, bardzo dramatyczne świadectwa przemocy i agresji wobec kobiet, na które nikt nie zwraca nawet uwagi, nie reaguje. Kiedy mąż okłada swoją żonę czym popadnie, to wszyscy myślą, że były ku temu powody. Zasłużyła na to. Czy te kobiety są według ciebie szczęśliwe? Trudno powiedzieć, bo nie wiadomo czym dla nich jest to szczęście. Jeśli miałabym odpowiedzieć na podstawie tego co widziałam: tak, uważam że są wręcz wniebowzięte i nie widzą absolutnie żadnej innej możliwości życia. Kiedy opowiadałam im o Europie, o tym jak funkcjonują tam małżeństwa, związki, że można żyć bez ślubu itd., nie potrafiły sobie tego wyobrazić. Nie wierzyły, że takie sytuacje mogą istnieć, nawet do głowy to im nie przyszło. Dla arabskich kobiet istnieje tylko świat, w którym są one tylko czyimiś żonami, matkami i poświęcają swoje życie na wychowywanie dzieci, kolejne ciąże, gotowanie jedzenia dla bardzo licznej rodziny. Nie mają żadnych aspiracji żeby ich życie inaczej wyglądało. Zresztą dlaczego miałoby inaczej wyglądać, skoro im to pasuje? W pewnym momencie poczułam, że ja też mogłabym tak żyć, tak funkcjonować, że odpowiada to moim przekonaniom. Chciałabym np. mieć męża, który będzie chodził do pracy, zarabiał pieniądze, wszystko ogarniał, a ja w tym czasie opiekowałabym się dziećmi w domu i nie musiała o nic martwić.




Muzułmanina są z nią związane. Jeśli w Koranie jest napisane tak a nie inaczej, to tak było, jest i będzie. Gdyby pojawił się ktoś, kto chciałby się wyłamać, np. jakaś feministka, to najprawdopodobniej dostałaby wyrok śmierci szybciej niż można by się spodziewać. Bo jak można głosić takie brednie? Szczerze mówiąc mnie to całe gadanie o równouprawnieniu zaczyna irytować. Jeśli arabki tego nie chcą, to dlaczego upieramy się, że powinny być wyemancypowane? A może właśnie takie życie jest lepsze? Dla mnie prawo do głosowania, chodzenia w spodniach czy pracy zarobkowej nie jest absolutnie potrzebne do szczęścia. Siedziałaś całymi dniami zamknięta z samymi kobietami. O czym ze sobą rozmawiałyście? Dnie spędzane przed domem na krzesełkach były dla mnie największą męczarnią. Rozmowa zupełnie się nie kleiła. Polegała właściwie tylko na wzajemnej wymianie uśmiechów. Czasem dopytywałam się np. co to jest za roślina, jakie to owoce. Uzyskiwałam oczywiście odpowiedź, ale to było wszystko. Aha! Dwa razy zapytano mnie czy mam ze sobą zdjęcia mojej córki i czy w Polsce rosną pomidory. Za to wieczorem, w moim pokoju, kiedy wszystkie znalazłyśmy się poza zasięgiem oczu mężczyzn, nasze rozmowy stawały się gorącymi dyskusjami o tym i owym.

No ale jak zrobisz coś nie po jego myśli, to dostaniesz manto Może by tak nie było… Nie wszyscy Arabowie biją swoje kobiety. Według Islamu mężczyzna ma prawo zareagować w określony sposób, bić kobietę i robić z nią co mu się tylko podoba, bo kobieta nie jest tam uważana za dysponującą pełnią władz umysłowych właściwym mężczyznom. Ci ostatni wychowują się w takim duchu i powielają zachowania ojca, dziadka, wujka. Nie są w stanie tego zmienić. Ale jest też dużo mężczyzn wychowywanych w duchu szacunku, którzy nie są żadnymi brutalami. A gdyby miał jeszcze trzy żony? Tego bym nie chciała. Ja po prostu kulturę islamską traktuję bardzo wybiórczo. Wybieram z niej tylko to, co mi się podoba. I za tym blaskiem stoi zaraz cień. To taka kultura, w której nie sposób wszystkim się zachwycić. Można wybrać sobie tylko pewne aspekty, które są sympatyczniejsze, ale równie dużo jest tych przykrych, niezrozumiałych. Czyli nie można mówić o jakiś szansach na równouprawnienie, wyzwolenie tych kobiet? Nie. Powodem jest tradycja, która jest bardzo ściśle związana z religią. Wszystkie ważne sprawy w życiu

10

fabularie 1 (3) 2014

To czym zajmowałaś się przez ten czas? Siedzeniem i robieniem zdjęć tego miejsca, w którym się siedziało. Szczerze mówiąc, to była jedna wielka nuda. To siedzenie będę pamiętała do końca życia. Kobiety rozkładały plastikowe krzesła ogrodowe, ustawiały je w półokrąg i siedziały godzinami patrząc w mur domu albo rozglądając się za biegającymi dziećmi. Żadnych śmiechów, żartów – nigdy nie słyszałam żeby żartowały między sobą. Skoro wychodzić nie mogłaś, nie widziałaś nic poza domem rodziny, u której pomieszkiwałaś Jordanię poznawałam na innych wyjazdach. Irbid, rodzime miasto mojego kolegi, widziałam raczej zza okien taksówki, bo nie miałam możliwości samodzielnego poruszania się po nim. Raz Muhammad, ojciec znajomego, zabrał nas na wycieczkę, ale zrobił to jakby w ramach przeprosin. Dzień wcześniej podczas rozmowy zadał mi pytanie, czy w Polsce wierzy się w holocaust. Odpowiedziałam mu, że powinien raczej zapytać, czy wszyscy w Polsce wiedzą o holocauście. Oburzył się. Według niego zagłada Żydów to bzdura, propaganda, która nigdy nie miała miejsca. Później wyraził swoją niechęć do tej nacji, uważając, że robi ona krzywdę całemu światu, a najbardziej muzułmańskiemu. Powiedział, że powinnam o tym wiedzieć, bo jestem chrześcijanką. Gdy oznajmiłam mu, że nie wyznaję żadnej religii, wszystkie kobiety automatycznie cofnęły się pół metra do tyłu. Muzułmanie nie szanują ateistów. Chrześcijanin, czy człowiek innej wiary monoteistycznej, ma jeszcze jakieś szanse na respekt. Ale bezwyznaniowców Arabowie mają w głębokiej pogardzie. Ojciec oburzył


się, że jego syn zaprosił taką osobę do domu i urządził wielką awanturę. Ze mną nie chciał mieć nic wspólnego, nawet się nie pożegnał kiedy, wyjeżdżałam z ich miasta. Próbowali przekonywać Ciebie do swojej religii? Wszyscy. Bardzo często. Zwłaszcza kobiety. Moja edukacja muzułmańska była tam bardzo szeroko zakrojona. 95% naszych rozmów toczyło się wokół Islamu. Pokazywali mi wszystko co było związane z ich religią. Spałam w wielkim łożu, obłożona siedmioma Koranami z lewej i prawej strony. Nad moją głową zwieszono specjalną makatkę informującą o jakichś sprawach religijnych, niosącą przesłanie dobrego snu w duchu religijnym.

A jak odbierano twoją sztukę? Jako malarka, artystka, nie spotkałam się w Jordanii ze zrozumieniem moich fascynacji. Kiedy mówiłam, że maluję obrazy, było to dla nich niepojęte. Oni takiej sztuki nie praktykują i nie respektują, a jeśli ją znają, to tylko z dóbr kultury nowoczesnej, takich jak Internet. Pokazywałam im w swoim telefonie i aparacie zdjęcia moich prac malarskich, ale nie spotkało to się w ogóle z uznaniem. Nie rozumieli jaki jest sens tworzenia czegoś takiego. Tradycyjna sztuka arabska właściwie zaczyna się i kończy na dekoracjach. Nie ma tam miejsca na np. malarstwo figuratywne, pejzaże, martwe natury i nie daj Boże akt… Arabowie nie lubią świadomości, że poza Koranem, coś jeszcze istnieje. Nie odczuwają potrzeby obcowania ze sztuką. A jeśli już to się zdarzy, to musi być związane z Allahem, z religią. Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Skrzyńska – rocznik 1978, malarka, członki-

ni Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików w Warszawie. Z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka. Miłośniczka języka arabskiego i kultury Wschodu.

Fotografie: Magdalena Skrzyńska

Z czego żyją Jordańczycy, czym zajmują się na co dzień? Pracują właściwie tylko mężczyźni. Ulubioną pracą typowego Araba jest prowadzenie własnego, małego biznesu, czyli sklepiku z czymkolwiek typu mydło i powidło, straganiku z warzywami. Każdy Arab o tym marzy. Siostry mojego kolegi są nauczycielkami i taka praca jest u kobiet najczęściej spotykana. Jedna z nich studiowała edukację islamską i zostanie katechetką w ichnim wydaniu, a druga język arabski, więc uczy arabskiego. Oczywiście w duchu koranicznym. Praca zarobkowa kobiet istnieje zatem w ich świecie,

ale tylko wtedy, kiedy jest podpięta pod wychowanie religijne.

11


Wiersze Oksana Zabużko (ur. 1960)

– ukraińska pisarka oraz działaczka kulturalna i społeczna. Urodziła się w Łucku, mieszka w Kijowie. Studiowała filozofię na Kijowskim Uniwersytecie im. Tarasa Szewczenki, tam też uzyskała tytuł doktora w 1987 roku. Na początku lat dziewięćdziesiątych prowadziła zajęcia z wiedzy o kulturze ukraińskiej w USA (na Stanowym Uniwersytecie Pensylwanii, Harvardzie i Uniwersytecie Pittsburskim). Jest autorką tomików poetyckich: Trawnewyj inij (1985), Dyrygent ostannioji swiczky (1990), Awtostop (1994), Nowyj zakon Archimeda (2000), Druha sproba. Wybrane (2005), Wirszi. 1980-2013 (2013) oraz książek prozatorskich: Inopłanetianka (1992), Poliowi doslidżennia z ukrajinśkoho seksu (1996), Kazka pro kałynowu sopiłku (2000), Sestro, sestro (2003), Muzej pokynutych sekretiw (2009). Wydała również kilka książek eseistycznych, literaturoznawczych i publicystycznych. Sławę przyniosła jej powieść Poliowi doslidżennia z ukrajinśkoho seksu, która stała się pierwszym narodowym bestsellerem niepodległej Ukrainy, a w 2006 roku zwyciężyła w plebiscycie na „książkę, która najbardziej wpłynęła na ukraińskie społeczeństwo po odzyskaniu niepodległości”. Oksana Zabużko

12

fabularie 1 (3) 2014

Oksana Zabużko

Nowe prawo Archimedesa „Nie rusz moich kół” (μή μου τούς κύκλους τάραττε) – tak, według przekazu, powiedział pogrążony w rozmyślaniach Archimedes do rzymskiego legionisty, kiedy wojsko rzymskie zajęło Syrakuzy. Nb: koło dla starożytnych Greków było nie tylko formą zapisu myśli, lecz także symbolem spójności i suwerenności życia duchowego w ogóle. Nie rusz moich kół – moje koła do ciebie nie należą. Hen, hen parostateczek z morzem nieboskłon zszywa. Po trochu burzy się i pustoszeje plaża. Zaczyna się katar. Zbieraj ręczniki i parasole – ale nie rusz moich kół. Są samowolne – jak w kamień wcałowane przez morze, ale i znikome – jak piasek-pod-wiatrem kruche. Jeśli jutro nasz świat upadnie, jak Sodoma i Gomora, to właśnie dlatego, że koła wyniszczał ponad miarę. A ja swoje długo pielęgnowałam (wychowywałam, hodowałam) – aż wreszcie ukazało się spod nich jak fosfor jaskrawe, że – nie, nie bywa się bliżej niż ciało do ciała w naszym świecie. Nigdy. W niczym. Z nikim. Co ma do tego ciało? O lustro, kim jest ta kobita? A ty się do niej śmiejesz – choćby zaraz gotów na śmierć, i wszystko, co mogę naprawdę dla ciebie zrobić – to kochać cię jak wobec Boga i morza: NIE ruszając kół! O tym – wszystkie drzewa-i-ptaki (łopoczącym listowiem), i ryby w morzu, i zwierzęta w polu – o tym samym: n i e r u s z m o i c h k ó ł ! – bo nie ma z nich dla ciebie pożytku, bo poza swoimi – niczego w życiu nie znajdziesz! O, wiedział mądry, co mówi, kiedy tak wyrżnął napastnikowi w oczy – na dwadzieścia potomnych wieków! I mówię po helleńsku: me mu tos kiklos tarate – mężczyznom, imperiom, czasowi: nie rusz moich kół.


Kobieta z cytrynami Zapadały się szyby w milczenie i w mrok. Kogo w taką porę zamyślony śnieg napotka? Kobieta myła pod kranem   księżyce i cytryny, i sapał jej w plecy czajnik, samotny i chory. Przebierała cytryny – ostrożnie jak wspomnienia. Dudniła kuchenka niebieskimi kwiatostanami gazu, i rozlane w śpiewne wazy jarzyły się konfitury – słońcem korzennym lipcowym – co w ciele ściskają się tak tęsknie. Gdzieś tam kartkowały się okna i drzwi, jak księgi, a tu rozżarzyła się do białego spirala ciszy kręta. Namalujcie z pamięci, namalujcie styczniowym śniegiem twarz kobiety, która nie czeka na telefon. I udźwiękowijcie zegarem, który nieustannie minuty traci, te osunięte w zmrok oczy, nieme i bez wyrazu, te nadłamano-cienkie palce w pierścionkach, jak we wrzodach, że tak łatwo o nie poranić usta, ten ciąg uśmiechów – przelotnych, urwanych, krzywych, czujność ruchów – powolnych, przyczajonych. I cytryna do herbaty, i troszeczkę utraty – No a tak poza tym – wszystko jak u wszystkich, jak u wszystkich. Zmierzchały się szyby, rozjaśnione i smutne. No kogo w taką porę zamyślony śnieg napotka? Kobieta myje pod kranem miesiące i cytryny, i mówi jej w plecy czajnik, szepcze w plecy czajnik.

*  *  *

Ten, który mnie kocha, wyszedł z mroku i stanął przed oczami – z rozświetloną twarzą, ze szczęśliwych stworzony łez. Nie powiedziałam – pomyślałam: Jak ty późno, mój chłopcze – i słowa poleciały, jak ręce i włosy – na ukos. Jak ja na ciebie czekałam! Rozpoznawałam cię w przechodniach; wypuszczałam wersy – jak wieszczka z ognia gołębie. I wierzyłam jeszcze w Słowo – że Słowo jednak może. Wywołać o północy ducha, w południe – człowieka z tłumu. Z zagryzionych warg, jak krew, starłszy szept: Gdzie jesteś? – samymi ustami na wietrze pisałam powieść. Z takich właśnie glossolalii na światło wychodzą poeci, żeby przynieść na świat, czego w nim naprawdę nie ma. Jak ja to wszystko grałam! Nie na niby, nie z kaprysu, nie z głupoty – na pustej scenie, gdzie nikomu nikt nie jest suflerem, nauczyłam się ciebie takt po takcie jak partytury. Ty zjawiłeś się – niepodobny, i co nam teraz robić? Drugi raz tak nie będzie; drugi raz – to nie prawda, to nawyk: Wszystko jest za blisko, widać nawet zacieki od łez. Ta szalona fabuła już wciśnięta do popielniczki, tylko popiół leci jak włosy i ręce – na ukos.

jest zaliczana do stu najbardziej wpływowych osób na Ukrainie. W 2009 roku została uhonorowana Orderem Księżnej Olgi III stopnia, nadawanym wyłącznie kobietom za „wybitny osobisty wkład w integrację społeczeństwa ukraińskiego oraz rozbudowę demokratycznego, obywatelskiego i praworządnego państwa”. W 2012 roku wręczono jej odznakę Złoty Pisarz Ukrainy, przyznawaną powieściopisarzom, których ogólny nakład powieści przekroczył sto tysięcy egzemplarzy. W Polsce ukazały się jej trzy książki: w 2003 roku (wznowienie w 2008) – Badania terenowe nad ukraińskim seksem (przeł. Katarzyna Kotyńska), w 2007 roku – zbiór opowiadań Siostro, siostro (przeł. Katarzyna Kotyńska i Dawid Mońko), a w 2012 – powieść Muzeum porzuconych sekretów (przeł. Katarzyna Kotyńska). Tę ostatnią książkę uhonorowano Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus (2013). W 2013 roku wydano też wywiad-rzekę Ukraiński palimpsest. Oksana Zabużko w rozmowie z Izą Chruślińską. Jej wiersze weszły do antologii Cząstki pomarańczy. Nowa poezja ukraińska (2011; red. i przeł. Aneta Kamińska). Były również drukowane w „Odrze”, „Pociągu 76”, „Poboczach”, „Gazecie Wyborczej” i „Akcencie” (tłum. Aneta Kamińska i Andrij Porytko). Na podstawie Badań terenowych nad ukraińskim seksem warszawski Teatr Polonia wystawiał monodram Katarzyny Figury w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej.

13


Teoremat Spojrzeniem ciepłym, ciężkim rozpal mi usta. Milcz. – Jak nazywał się ten film Pasoliniego? – Teoremat chyba. I po plecach ściekają jak wosk po świecy zroszone mrówki strasznej i czułej tremy, a po pociemniałej szybie – za wężem wąż ognisty, wymijając wycieraczki jak boleśnie złamane brwi: ktoś odjeżdża (ta rola za każdym razem mnie przypada) – ktoś na peronie stoi nieznośnie podświetlony miłością. Deszcz przechodzi w śnieg (to prosty operatorski trik), latarniana jadowita żółć płatami sypie się z nieba. Ktoś na peronie stoi w próżni zawieszonych rąk, skuty strachem – żeby spojrzeć teraz z boku na siebie. Usta językiem obwiódł – jakby zakleił list jeszcze-nie-napisany: – Wiesz, od tego – umiera się… Ciemno płoną niebiosa. Tam, gdzie rozdzielono objęcia – została przestrzeń, jak arkusz papieru z oberwanym brzegiem. Och, nie umiera się! Naprawdę umiera się – nie tak (jak – nie powiem, studząc usta na wietrze). Śnieg opada – jak stado postrzelonych ptaków. Z łoskotem pustoszeje peron. Pojawiają się napisy.

(tłum. Aneta Kamińska)

Przekłady z antologii Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii, Ukrainy. Wybór i przekład: Zofia Bałdyga (z języka czeskiego), Agnieszka Będkowska-Kopczyk (z języka słoweńskiego) i Aneta Kamińska (z języka ukraińskiego). Wydawnictwo FA-art. Katowice 2013.

Objaśnianie Ukrainy Książka jest ogromna, bogata, bezbrzeżna po prostu. Prawdziwy wywiad-rzeka, najdosłowniej. I to rzeka szeroka i rozlewna. I przy tej całej rozlewności – proszę wybaczyć tani kalambur – nie ma tu lania wody. A co jest? Jest brawurowa inteligencja, jest przenikliwość i wiedza, jest wreszcie żar i wielkoduszność. Oksana Zabużko łączy bowiem w sobie cechy, które sprawiają, że taka książka jest nie tylko do pomyślenia w Polsce, ale też że faktycznie mogła powstać. Jest ona zresztą, ta książka, wspaniałym wybrykiem naszego rynku wydawniczego, kaprysem, który niemal nie miał szansy zaistnieć. Ale jednak zaistniał, w czym główna zasługa pisarki. Nie przestaje mnie to dziwić, chociaż oczywiście także nie przestaje cieszyć. Powtórzę więc: to, że ta książka powstała, to zasługa osobowości Oksany Zabużko: łączy ona w sobie pisarską klasę, naukową rzetelność, szerokie horyzonty, intelektualną odwagę. Nie ma w tym przesady, co nie znaczy wcale, że ze wszystkim, co pisarka mówi, trzeba się bezwarunkowo zgadzać (kto ma dość kompetencji, może się radować i próbować polemiki). Te cechy sprawiają jednak, że warto z nią choćby i dyskutować. Jednak jedno pozostaje bezsprzeczne: daje nam ona tu lekcję Ukrainy, na którą może i nie zasłużyliśmy, ale lekcję najlepszą z możli-

14

fabularie 1 (3) 2014

wych, taką, jaką damy radę – przy niejakim wysiłku – przyswoić i zaakceptować. Co poza tą lekcją?

*  *  *

Daje nam też spojrzenie na Polskę z zewnątrz. Nie, nie jest to książka o Polsce, ale jednak wiele o nas mówi. Przez to nasze najbliższe sąsiedztwo także i my sami lubimy siebie definiować, a ta książka może spowodować, że będzie to definicja jednocześnie bardziej zniuansowana i prawdziwsza. Unikanie intelektualnych łatwizn jest bowiem zasadą tej rozmowy (to, że prowadzi ją Iza Chruślińska jeszcze tę tendencję wzmaga). Na czym jeszcze polega wyjątkowość tej książki? Na tym, że – niezależnie od faktycznego stanu kultury ukraińskiej – Oksana Zabużko przypomina nam pisarski etos, który już utraciliśmy. Być może nie ma czego żałować i utrata tego etosu jest symptomem normalności i cywilizacyjnego rozwoju. Chodzi, rzecz oczywista, o pisarza w roli sumienia społeczeństwa. Utraciliśmy to, bo może nie potrzebowaliśmy już takiej figury (chociaż nie współbrzmi to z nieustannym kłopotem z autorytetami; więc może tylko: zdaje się nam, że nie potrzebujemy), z tego, co z tej książki da się wyczytać, niezbicie wynika, że


Ukraina wciąż potrzebuje takiego sumienia. Wydaje się, że Oksana Zabużko pełni rolę takiej instytucji i to pełni ją dobrze.

*  *  *

Objaśnia nam Ukrainę cierpliwie i z wyczuciem. Szczególnie tam, gdzie dla polskiego czytelnika porusza sprawy kontrowersyjne. Nie, nie ma tu usprawiedliwiania UPA, jest natomiast próba przedstawienia jej znaczenia dla współczesnego państwa i współczesnych Ukraińców. Inaczej będziemy patrzeć na te sentymenty, gdy zrozumiemy, że UPA stała się odniesieniem dla modelu oporu przeciw sowietyzacji, gdyż model dysydenta radzieckiego (i powiedziałbym – także polskiego) nie docierał na zamkniętą przed wpływami USRR. Zresztą, te wszystkie fragmenty (a są liczne i obszerne), w których pisarka opisuje stopień totalitarnej opresji, jaka panowała na sowieckiej Ukrainie, mogą się okazać najbardziej zaskakujące. To sowietyzacja, której Polska nigdy nie zaznała – to niemal zakazany i rugowany z przestrzeni publicznej i szkolnictwa język, to brak wznowień klasyków (tak jakby w Polsce przez kilkadziesiąt lat nie wznawiano Mickiewicza albo nie istniały krytyczne edycje klasyków polskiej literatury, albo nie istniał po polsku kanon literatury światowej), to fizyczna eksterminacja inteligencji na dużą skalę. Ukraiński palimpsest jest też trochę dla nas „książką zamiast”. Możliwy był taki eksces, jak wydanie tej rozmowy, ale raczej nie ma co liczyć, że zostanie on powtórzony i po polsku ukażą się teraz eseistyczne książki Zabużko o najważniejszych postaciach ukraińskiej literatury (France, Łesi Ukraince i Szewczence) czy trzy inne książki eseistyczne opisujące ukraińskie losy na tle kolejnych przełomów (początek lat 90. czy pomarańczowa rewolucja). W tym sensie jest „zamiast” i wypełnia tę lukę w naszej znajomości i jej książek, i ukraińskiej kultury.

*  *  *

Obecny kontekst, oczywiste, zmienia nieco tryb tej lektury (a przynajmniej: nie musi, choć istotnie

może go zmieniać). To, co dziś dla nas i dla świata wydaje się być zaskoczeniem, dla Oksany Zabużko – czyli dla ukraińskiej inteligencji, bo to w jej imieniu czy jako jej reprezentantka pisarka się wypowiada – było oczywiste od dawna. Realizacja putinowskiej koncepcji geopolitycznej przestrzeni określanej jako russkij mir, rosyjski świat, czyli ten obszar imperium rozciągający się wszędzie tam, gdzie mówi się po rosyjsku, jest mitem kremlowskiej polityki (i jej ideologiczną podstawą), z którym Ukraina zmaga się od początku swojego niepodległego istnienia. I teraz tak dramatycznie z nim przegrywa. Czytane teraz, już po rosyjskiej aneksji Krymu, te fragmenty odwołujące się do mitu podzielonej na proukraińską i prorosyjską część Ukrainy, muszą wywoływać jeszcze większy smutek: „W rzeczywistości nie ma prorosyjskiej Ukrainy. Mieszkańcy Doniecka, kiedy porusza się temat, czy aby nie oddać Doniecka Rosji, denerwują się mówiąc, że oni wcale nie chcą być częścią Rosji. Po II wojnie światowej, nawet na terenie Krymu, na obszarach, z których deportowano Tatarów Krymskich, ludność autochtoniczną i osiedlono przybyszów z Rosji, w ciągu trzech pokoleń wykształciła się nowa tożsamość – nie ukraińska, i nie rosyjska, a »krymska«. W tym kontekście widać, że nie ma powrotu do sytuacji sprzed 1991 roku, gdyż nie ma na Ukrainie regionów, które chciałyby być terytorialną częścią Federacji Rosyjskiej. Nie ma również regionów prorosyjskich. Owszem, jest znaczna część społeczeństwa w mniejszym lub większym stopniu zsowietyzowana czy poradziecka”. Czytane teraz, te wszystkie analizy dotyczące sytuacji Ukrainy (utraconego piękna Majdanu w czasie pomarańczowej rewolucji, strachu władzy przed obywatelskim gniewem, rosyjskich mitach władzy nad rosyjskim światem) potwierdzają banalną prawdę: gdyby ktoś słuchał tych analiz wcześniej, nie byłby dziś tak zaskoczony ukraińskim dramatem. Co dotyczy, oczywiście, Europy, ale także i nas. Nas, których Zabużko umieszcza w mitycznym projekcie restauracji Wielkiego Księstwa Litewskiego w wymiarze kulturalnym i duchowym. To alternatywne w istocie określenie mitu środkowoeuropejskiego (w trochę zawężonym wymiarze). Tym bardziej, gdy powołuje się na znany przykład tożsamości budowanej na bazie „rozsypanych historii rodzinnych”, a nie wielkiej historii. Z tego akurat wyłącza Polskę. Myślę, że błędnie (choć w pewnym sensie to kara za nasze wobec Ukraińców historyczne winy). Polska tożsamość też trwa na bazie historii prywatnych, chociaż chyba wielu Polaków chciałoby o sobie myśleć inaczej. Niepotrzebnie. Bo wśród wielu lekcji, jakie nam – choćby i przypadkiem – daje Oksana Zabużko, lekcja naszej fałszywej mocarstwowości (polskiej, ale i męskiej, bo to też ważny wątek tej książki) jest jedną z cenniejszych.

Michał Tabaczyński Ukraiński palimpsest. Oksana Zabużko w rozmowie z Izą Chruślińską, przedmowa Adam Michnik, Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wrocław 2013.

15


31 stycznia w Bydgoszczy miała zostać otwarta wystawa współczesnej architektury Ukrainy. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy goście dojadą – sytuacja w Kijowie wtedy właśnie się zaczęła poważnie zaostrzać. A przynajmniej wtedy nam się wydawało, że się zaostrza. Gości tej wystawy, ukraińskich architektów – co zrozumiałe – pytaliśmy głównie o sytuację w Kijowie. Dziś, po tym wszystkim, co się stało (a istotnie, stało się dramatyczne wszystko) ma ta rozmowa wymiar dokumentalny. Przypomnijmy więc sobie, co działo się w styczniu. Ze świadomością, co było później.

Architektura powstania U c zes t n i c y r ozmow y:

Oleksandr Jarema, wiceprezes Narodowego Stowarzyszenia Architektów Ukrainy Aleksander Baranowski, konsultant architektoniczny Małgorzata Schmidt, Stowarzyszenie Architektów Polskich

Obydwaj panowie mają polskie korzenie… OJ: Z ukraińskiej rodziny, ale pochodzącej z Polski. Moja rodzina została dotknięta przez Operację Wisła i zmuszona do przesiedlenia na lwowszczyznę. Ale historia Europy to historia jednego wielonarodowego społeczeństwa i czas i tak sprowadza wszystko na swoje miejsce. Nie da się nie porozmawiać dzisiaj o tym co dzieje się teraz na Ukrainie. Tym bardziej, że siedziba Stowarzyszenia Architektów mieści się bardzo blisko Majdanu… AB: Dwieście metrów od najbliższej barykady. Udało się nam przyjechać z wystawą do Polski, bo granica jest pusta. Wszyscy jadą w kierunku Kijowa. Zacznijmy od architektury. Przyjechaliście tu panowie na zaproszenie Stowarzyszenia Architektów Polskich z wystawą „Współczesna Architektura Ukrainy – 22 Lata Niepodległości”. Dzisiaj rano spacerowaliście po naszym mieście. Co myślicie panowie o architekturze Bydgoszczy? OJ: Bydgoszcz ma dobrą architekturę, ale ma też wiele problemów dotyczących zagospodarowania przestrzeni. Problemy te trzeba rozwiązać, by kulturowo i turystycznie zbliżyć wasze miasto do Gdańska czy Poznania. Jeśli chodzi o wystawę, to punktem wyjścia było dla nas Euro 2012. Patrzymy na nie przez pryzmat współczesnej architektury sześciu miast, które startowały w konkursie na gospodarzy rozgrywek. Każde z tych miast (Lwów, Kijów, Donieck, Charków, Dniepropietrowsk i Odessa) ma bardzo dużo ciekawych obiektów architektonicznych. Tak samo jak w Polsce tak i na Ukrainie istnieje ogromny potencjał turystyczny jednakże

16

fabularie 1 (3) 2014

ilość dróg, a przede wszystkim ich jakość pozostawiają wiele do życzenia. Na terenie obwodu Lwowskiego, na przykład istnieje dziewięć przejść granicznych, ale tylko cztery z nich są czynne. Doprowadzenie do nich sieci drogowej przyczyni się do zwiększenia ruchu turystycznego. A jest co pokazać, bo Ukraina ma mnóstwo ciekawych obiektów związanych z architekturą nowoczesną. Budynków sakralnych, budynków użyteczności publicznej, mieszkaniowych oraz kompleksów sportowych. Wszystko to jednak jest przyćmione tym co się na Ukrainie dzieje. I nie mówię tu tylko o Majdanie. W naszym branżowym piśmie „A+C” publikujemy apel skierowany do architektów na całym świecie, żeby zwrócili uwagę na sytuację naszego kraju. Mamy ogromny potencjał, ale żaden inwestor nie zainteresuje się robieniem interesów na Ukrainie mając świadomość permanentnego zagrożenia utraty swojego biznesu. Jakie są główne problemy architektoniczne na Ukrainie? Biorąc pod uwagę na przykład takie miasto jak Kijów. OJ: Problemy są różne tak jak różne są miasta, o których wspomniałem. Jeśli chodzi o Kijów to architektura tam musi być na najwyższym poziomie, bo to przecież miasto stołeczne. Z tego również powodu gdy myślimy o Kijowie, to rozważamy raczej rozwój nie samego miasta, ale całego okręgu kijowskiego – całej tej trzymilionowej aglomeracji miejskiej. Lwów z kolei to miasto absolutnie unikatowe w skali całej Europy. To miasto budowało kilka narodowości więc ludzie odwiedzający Lwów widzą jakby kilka miast. Lwów ukraiński, Lwów polski, żydowski, afgański. We Wrocławiu znajduje się jedyna w swoim rodzaju Pa-


norama Plastyczna Dawnego Lwowa, która powstała pod kierownictwem urodzonego zresztą we Lwowie polskiego architekta – Janusza Witwickiego. Gdy jesteśmy we Wrocławiu to zawsze ją oglądamy, a potem, po powrocie do domu stwierdzamy, że w centralnej części miasta któryś z oligarchów burzy zabytki, żeby postawić tam nowoczesne budynki. To bardzo boli. Pani Małgorzato, architektoniczny symbol Bydgoszczy to… MS: Już panowie pytali, gdzie znajduje się słynny budynek BRE Banku i spichrze… A symbol Kijowa? Lwowa? AB: W Kijowie to Kolumna Niepodległości na Majdanie. OJ: We Lwowie to na pewno rynek z ratuszem i otaczające ratusz czterdzieści cztery zabytki wpisane na listę UNESCO. Panorama Lwowa to nie jedyny polski akcent w architekturze Ukrainy… OJ: Tak. Ogłoszono kiedyś konkurs na projekt opery lwowskiej. Projekty napływały z całego świata, a wygrała praca nadesłana pod pseudonimem. Po ujawnieniu autora okazało się, że jest nim Polak, Zygmunt Gorgolewski. Następnym polskim akcentem jest park we Lwowie zaprojektowany specjalnie na przyjazd Jana Pawła II. AB: Park ten jest obecnie zrujnowany i znajduje się na nim zabudowa mieszkaniowa. Jest to przykład na to, jak władza nie służy ludziom tylko kieruje się własnymi interesami. Magiczne słowo „oligarcha” już padło więc przejdźmy do tego co teraz dzieje się na Ukrainie. Określenie „rewolucja” to kreślenie trafnie opisujące bieżące wydarzenia w panów kraju? OJ: To nie jest rewolucja. To jest powstanie. Naród ukraiński powstał, by zamanifestować swoje niezadowolenie przeciwko odwróceniu się władz od wartości europejskich. Wszystko jest zbudowane na kłamstwie. Nie powinniśmy być zakładnikami historii. Polskę od zawsze zamieszkują Polacy – Ukrainę zaś zamieszkują obywatele Ukrainy. Zrozumiałym jest, że my sami chcemy stanowić o naszym losie, naszej kulturze, historii i tożsamości narodowej. To straszne kiedy otrzymuje się wiadomości o tym, że do Lwowa przywożone są trumny z ciałami ludzi. Jednym z takich najtragiczniejszych przykładów jest Jurij Werbecki, ukraiński naukowiec, który został porwany, był torturowany i zamarzł na śmierć porzucony gdzieś w lesie. Zginął tylko dlatego, że był lwowiakiem. Świadek tego zdarzenia, któremu udało się ujść z życiem, a który też został straszliwie pobity opowiadał, że jak tylko rozeszła się wiadomość, że Jurij był ze Lwowa, to natychmiast „wyjęto” go z tłumu na Majdanie i uprowadzono. Mówiliście panowie, że Berkut wręcz poluje na ludzi.

AB: Berkut to bardzo „ciekawe” jednostki specjalne. To taka specjalna milicja, której istnienie nie jest jednak oparte o żadne podstawy prawne. Jej członkowie nie noszą żadnych identyfikatorów. Chodzą w maskach. To tacy ludzie bez twarzy. Władze wynajmują po prostu bandytów. Nazywa się ich „tituszki” od nazwiska przestępcy, bandyty, który został schwytany, ale go uniewinniono. OJ: Oni są wynajmowani przez władze dla zastraszenia ludzi. Zatrzymują samochody, wyciągają z nich ludzi i ich porywają. Znam przypadek takiego młodego chłopaka, Siergieja Nagajana, który pochodził z Górnego Karabachu. Uciekł ze swojego kraju, gdzie przecież cały czas trwa wojna i mieszkał w Dnietropietrowsku. Od początku był na Majdanie. Pisał wiersze po ukraińsku. Na Majdanie nosił transparent, na którym było napisane „Głos narodu to głos Boga”. Zginął od kuli snajpera. Stał się męczennikiem nowych czasów. Inny chłopak, Białorusin, został zastrzelony z bliskiej odległości gdy rzucił się by ratować kogoś przed Berkutem. W ręku miał półmetrowy kawałek drewna, jakąś deskę. OJ: Pewien ukraiński Kozak został złapany na Majdanie, zdarto z niego ubranie i publicznie torturowano. Przyciskali mu głowę butem do ziemi. Lżyli go. Sfilmował to jeden z członków Berkutu i musi się ukrywać, bo teraz polują na niego. OJ: Sytuację na Ukrainie najlepiej chyba obrazuje następująca historia. W Londynie pikietowano kiedyś pod mieszkaniem najbogatszego oligarchy w naszym kraju, Renata Achmetowa. To człowiek, który ma wpływ na wielu deputowanych w parlamencie ukraińskim. Okazało się, że naprzeciwko jego mieszkania ma swoje lokum Oksana Kaletnik, członkini obozu komunistów. Potem okazało się, że w zabytkowej dzielnicy Kijowa, która chroniona jest prawem o ochronie zabytków, buduje się centrum biurowe. Głównym inwestorem jest właśnie Oksana Kaletnik. Czy Ukraińcy wierzą, że prezydent Janukowycz ustąpi? OJ: Sytuacja na Ukrainie jest odmienna od waszej sytuacji za czasów Solidarności. Wy mieliście Wałęsę, którego wszyscy słuchali. U nas jest tak, że mamy wschód i zachód kraju. Jest część ludzi, którym przez pół wieku robiono pranie mózgu. I oni są naprawdę przekonani o tym, że Majdan został urządzony za pieniądze Stanów Zjednoczonych. Ze ludzie tam to agenci imperializmu, którzy czyhają tylko, by wszystkich na Ukrainie zniewolić. Prezydenta Janukowycza będzie trzeba z urzędu zdjąć. AB: To człowiek o kryminalnym pochodzeniu. Nie ma co ukrywać, że ma na swoim koncie wyroki i odbywał kary więzienia. Partia rządząca to tak zwany „klub miliarderów”. Ukraina jest obecnie pod okupacją kryminalistów. Gangi ze wschodu i południa kraju opanowały cały pion władzy. Rozmowa z nimi powinna być bardzo… stanowcza.

rozmawiał Szymon Andrzejewski 17


Jerzy Armata

Narysować czas

(przemijanie – starość – śmierć w polskim filmie animowanym) Film animowany bardzo długo był kojarzony u nas z produkcją kierowaną do najmłodszych widzów, a jeśli do dorosłych, to głównie w kontekście propagandowym, wszak „film – najważniejszą ze sztuk” – jak mawiał Lenin, widząc w X Muzie niezwykle skuteczny instrument upowszechniający „jedynie słuszną” ideologię. Dobrym, a właściwie „przedobrzonym” przykładem takiego kina jest Traktor A-1 (1950) Władysława Nehrebeckiego, późniejszego „ojca Bolka i Lolka”, pogodna opowiastka o zaletach mechanizacji rolnictwa w pewnym pegeerze, która – jak oceniła komisja kolaudacyjna – okazała się zbyt nachalna propagandowo i zamiast na ekrany trafiła do magazynu, stając się paradoksalnie pierwszym „półkownikiem” w dziejach polskiej animacji. Co ciekawe, artystyczne walory filmu animowanego dostrzegał już w latach dwudziestych ubiegłego wieku Karol Irzykowski – prozaik, dramaturg, tłumacz, także przenikliwy teoretyk i krytyk literacki

18

fabularie 1 (3) 2014

oraz filmowy – wieszcząc tej dziedzinie produkcji kinematograficznej świetlaną przyszłość. Na łamach wydanej w 1924 roku Dziesiątej Muzy, która była pierwszą w Polsce – i jedną z pierwszych na świecie – teoretyczną monografią poświęconą kinematografii (podtytuł książki brzmiał: Zagadnienia estetyczne kina), pisał: „Film rysunkowy jest jeszcze zawsze tylko zabawką, służy do humoresek lub dowcipnych reklamek (…) Losy jego są na razie takie same jak niegdyś innych wynalazków: prochu, druku. Ale i ta zabawka daje domyślnemu dostateczne wyobrażenie o potężnych możliwościach tkwiących w tym gatunku filmowym”. Za słowami, niestety, nie poszły czyny. Przed wojną film animowany w Polsce praktycznie nie istniał, choć czyniono nieraz nawet dość interesujące próby (m.in. filmy Canisa de Canisa, czyli Feliksa Kuczkowskiego, Stanisława Dobrzyńskiego, Jana Jarosza, Włodzimierza Kowańki, Marty i Karola Marczaków, Franciszki i Stefana Themersonów). „Do-


myślnymi” okazali się dopiero Walerian Borowczyk i Jan Lenica, realizując trzydzieści trzy lata po wydaniu Dziesiątej Muzy animowany kolaż z podtekstami – Był sobie raz… (1957). Filmy Borowczyka i Lenicy, a później podążających ich śladem Witolda Giersza, Mirosława Kijowicza, Daniela Szczechury, Kazimierza Urbańskiego i wielu innych utalentowanych twórców, były dziełami autorskimi, miały własny indywidualny wyraz. Okazało się, że w animacji można wiele powiedzieć. I to nie tylko w tonacji buffo. A i przechytrzenie cenzury – dzięki zachowaniu skrótu, symbolu, metafory – nie okazało się problemem. Przez penetrację zupełnie nowych rejonów treściowych, poszukiwanie nowych tworzyw i technik Lenica i Borowczyk stali się pionierami innego pojmowania filmu animowanego – już nie jako użytkowego, rzemieślniczego towaru, ale jako dzieła sztuki. I nagle animatorzy, którzy do tej pory byli postrzegani przez dużą część kinomanów jako opowiadacze historyjek typu, jak to ciamajdowaty krasnoludek potknął się o muchomorka, zaczęli poświęcać swe filmy, które często przybierały formę przypowieści filozoficznych czy wręcz „dokumentów” ludzkich wnętrz, takim sprawom, jak: miłość, przemijanie, starość, śmierć. Przyznam, że jednym z najmocniejszych przeżyć w kinie była dla mnie projekcja „Apelu” (1971) Ryszarda Czekały. Podczas tytułowego apelu oficer niemiecki znęca się nad stojącymi w zwartym szyku więźniami. Nieustannie rzuca komendy: „Padnij! Powstań!”. Człowiek, który się sprzeciwił, zostaje natychmiast zastrzelony. Wtedy powstają powoli pozostali więźniowie. Giną. Pozostał jeden, który się skulił, gdy inni stali. Podnosi się na rozkaz i również ginie… Ta animowana, krótka opowieść (8 minut), zrealizowana przed 43 laty, rozegrała się – co było wówczas szokiem – w realiach obozu koncentracyjnego. Z biegiem lat szok minął, zakres tematyczny tak „niepoważnych sztuk” jak komiks czy film animowany ogromnie się poszerzył, ale oddziaływanie dramaturgiczne filmu Czekały oparło się upływowi czasu, nadal wbija widza w fotel.

minąłeś / minęłam / już nas nie ma

Te słowa z Koniugacji Haliny Poświatowskiej pojawiają się w przejmującym songu Stanisława Radwana śpiewanym przez Halinę Wyrodek w nastrojowej etiudzie Cypriana Piwowarskiego Summertime (2009). Przemijanie to częsty temat animowanych impresji. Dostrzegam go szczególnie wyraziście w najsłynniejszym polskim filmie animowanym – Tangu (1980) Zbigniewa Rybczyńskiego, uhonorowanym w 1983 roku Oscarem w kategorii krótkometrażowego filmu animowanego, niezwykle skondensowanej opowieści o „pamięci pewnego pokoju”, będącej efektowną, ale i głęboką metaforą na temat zależności ludzkich losów i mijającego czasu. Oto w czterech ścianach pokoju rozgrywają się równocześnie wydarzenia z przeszłości z udziałem różnych jego lokatorów lub osób, które się w nim znalazły bardziej lub

mniej przypadkowo. Najpierw pojawia się jedna osoba, potem druga, trzecia i kolejne… Ktoś się ubiera, ktoś inny je zupę, na tapczanie kocha się para, mężczyzna wkręca żarówkę i porażony prądem z hukiem spada ze stołu na podłogę, cichutko, na paluszkach przemyka złodziej… Pomieszczenie coraz bardziej się zagęszcza, nikt jednak z nikim się nie zderza, nakładają się czasy, ale nie postaci, każda z nich znajduje w kadrze swoje własne miejsce. Dwadzieścia lat później nominację w tej samej oscarowej kategorii otrzymała Katedra (2002) Tomasza Bagińskiego, 6-minutowa ekranizacja fantastycznego opowiadania Jacka Dukaja. Historia pielgrzyma zwiedzającego gigantyczną, tajemniczą katedrę, której sekret odkryje dopiero blask wschodzącego słońca, urzeka przede wszystkim perfekcją wykonania i plastyczną urodą, choć trudno tu mówić o autorskości spojrzenia, wszak inspiracja sztuką Zdzisława Beksińskiego wydaje się aż nadto widoczna. Zresztą w warstwie treściowej także można dostrzec „ślady animowanej przeszłości”, ot, choćby zrealizowanych 35 lat wcześniej słynnych Schodów (1968) Stefana Schabenbecka, w których człowiek wspinający się przez całe życie po tytułowych schodach sam u kresu swej wędrówki staje się kolejnym ich stopniem. Kilka filmów Daniela Szczechury ma także charakter egzystencjalnych przypowieści. Oto bohater Wykresu (1966), narysowany niedbałą, ascetyczną kreską człowieczek i gęstniejąca tkanka odcinków tytułowego wykresu, w finale zaczerniająca cały ekran. Biegnie za czymś, co nieosiągalne, cały swój żywot poświęcając pogoni za „nieuchwytnym”, wszak „Nie o to chodzi by złowić króliczka, ale by gonić go…” – pisała Agnieszka Osiecka, koleżanka Szczechury z STS-u i łodzkiej szkoły filmowej, w tekście słynnej piosenki Skaldów. Wykres jest swoistym kinem drogi, w dosłownym znaczeniu tego słowa, wszak tytuł oznacza egzystencjalny trakt głównego bohatera, można rzec „życiowe EKG”. To niezwykle skondensowana opowieść, film trwa zaledwie trzy minuty. Podobną ascezę środków wyrazowych można dostrzec w podejmujących również egzystencjalne tematy filmach Mirosława Kijowicza, choćby w Drodze (1971) czy Andrzeja Warchała, np. w Retrospekcji (1977). Egzystencjalną refleksję zawartą w Wykresie kontynuuje Szczechura w Podróży (1970). W tym filmie pozornie nie dzieje się nic. Mężczyzna jedzie pociągiem. Wygląda przez okno, za którym przesuwa się ten sam monotonny krajobraz. Kolejowa kakofonia wizualno-dźwiękowa. Dojeżdża do celu podróży. Wysiada. Idzie aleją w kierunku jakiegoś białego domu. Staje przed nim, zawraca. Spada jeden z jesiennych liści. Mężczyzna wsiada do pociągu. Wraca do miejsca, z którego wyruszył. Słupy betonowe (1971) Zbigniewa Kamińskiego i Krzysztofa Nowaka, a także debiutancki Powrót (1972) Jerzego Kuci czy jego dokonania późniejsze – Winda (1973), Krąg (1978) – trzy filmy krakowskiego reżysera wykorzystujące trzy rodzaje ruchu: poziomy, pionowy i po okręgu, to obrazy jakby wyro-

19


słe z tego samego co Podróż egzystencjalnego pnia, kontemplujące ulotne momenty, filmowe refleksje o rytmie życia i upływającym czasie. Te niezwykle przejmujące opowieści „przetrzymane czasowo” – jak późniejsze filmy Andrzeja Warchała, zwłaszcza te aktorskie: Szpital polowy (1986), Dotańczyć mroku (1986), Amfilada (1987), Powolny dojazd do centrum miasta (1989) – nie zawierają w sobie akcji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, stają się esejami kontemplującymi sprawy najistotniejsze. Najważniejszy – i najdotkliwszy – jest czas, który ciągle płynie, zabierając z sobą nasze doznania, wypalając uczucia.

ta nasza młodość / ten szczęsny czas

Stary, emerytowany górnik – jak Karol Habryka z Paciorków jednego różańca Kazimierza Kutza – niemogący pogodzić się ze „stanem spoczynku”. Nadal codziennie wstaje o świcie, je śniadanie i udaje się pod bramę swej kopalni. Siada na ławce, oczekując końca szychty. I wraz z niedawnymi kompanami wraca z pracy do domu. Tak o starości opowiada Zbigniew Szymański w skromnej, czarno-białej Jesieni (1976). Debiutanckiego Syna (1970) Ryszard Czekała poświęcił relacji: rodzice – dziecko. Wykształcony kosztem wielu wyrzeczeń syn zapomina o starych rodzicach uprawiających w pocie czoła ziemię. A oni tęsknią za dzieckiem. Gdy przyjeżdża, nie potrafią jednak znaleźć z nim wspólnego języka. Podobną treść – jak i tonację – miała Zofia (1976), znakomity debiut fabularny słynnego animatora. Pięknie o starości opowiada Mariusz Wilczyński w Niestety (2004). Byli szczęśliwi, dobrzy, zgodni, piękni, tylko bardzo starzy oboje. Para starych aniołów. Pewnej nocy nawiedził ich sen, ten sam sen, w którym znów stali się młodzi. Bo jest coś przejmującego, pięknego i budzącego nadzieję właśnie w obrazie trzymających się za rękę staruszków. Można kogoś kochać całe życie, choć życie najczęściej bywa inne, niestety… I znów Warchał. Ta nasza młodość (1982), krótki film aktorski, już nie animowany, oparty na słynnym piwnicznym hymnie Tadeusza Śliwiaka i Zygmunta Koniecznego. Chór odświętnie ubranych starców, strojnych w brzęczące medale, śpiewa z przejęciem: Ta nasza młodość z kości i krwi / Ta nasza młodość co z czasu kpi / Co nie ustoi w miejscu zbyt długo / Ona co pierwszą jest potem drugą / Ta nasza młodość ten szczęsny czas / Ta para skrzydeł zwiniętych w nas.

na ziemi umieram / z tego przemęczenia / dalej nie rozumiem / ale mnie już nie ma

Najpiękniejszym, a zarazem najbardziej przejmującym „krótkim filmem o umieraniu” jest dla mnie ekranizacja Łagodnej (1985) dokonana przez Piotra Dumałę, opowiedziana niemal wyłącznie obrazem – i ekspresyjną muzyką Zygmunta Koniecznego – sugestywny traktat o miłości, zazdrości i nienawiści. Ta dwunastominutowa opowieść ma w sobie o wiele więcej z prozy Dostojewskiego

20

fabularie 1 (3) 2014

niż niejedna pełnometrażowa adaptacja fabularna, z Łagodną Roberta Bressona na czele. Efekt ten osiągnął dzięki zastosowaniu w filmie animowanym środków wyrazowych charakterystycznych dla kina aktorskiego (m.in. mimika twarzy, operowanie planami bliskimi, montaż wewnątrzkadrowy) w połączeniu z wyrafinowaną – nawiązującą do dawnego realistycznego malarstwa – plastyką, która często pełni tu także funkcje narracyjne. Podobne podejście do kina animowanego prezentował wcześniej Ryszard Czekała. Krakowski reżyser jest autorem aktorskiej etiudy Wypadek (1971). Ranek. Zimne wnętrze mieszkania w bloku. Bohater wstaje, starannie robi poranną toaletę, je śniadanie, czyta gazetę, ubiera się, poprawia krawat, spogląda na zegarek, jest godzina 7:50… Pewno zaraz pójdzie do pracy. Śpieszy się, by się nie spóźnić… I nagle, zamiast do drzwi, kroki swe kieruje do okna. Skacze… Siedem lat później Szczechura nakręcił Skok (1977), remake filmu Czekały. Protagonista Wypadku popełniał samobójstwo, ale czynił to w starej, zapuszczonej kamienicy, będąc schorowanym, zmęczonym życiem człowiekiem. Bohater Skoku wydawał się w miarę z życia zadowolony i – przynajmniej zewnętrznie – „poukładany”. Z otaczającą, paranoiczną rzeczywistością nie mógł sobie także poradzić bohater filmów Juliana Józefa Antonisza. „Piję, piję wódkę / i nic nie rozumiem / wszystko mi się kiwa / na ziemię się sunę / na ziemi umieram / z tego przemęczenia / dalej nie rozumiem / ale mnie już nie ma” – śpiewa bohater filmu „Dziadowski blues non camera, czyli nogami do przodu”.

&&&

A z drugiej strony, jak twierdził Antonisz w jednym z wcześniejszych filmów: „Każdy dobrze wie, choćby z własnego doświadczenia, że życie to jest film. Dowodem na to jest fakt, że gdy ktoś się wódki napije i bez życia leży na podłodze, to potem relacjonuje, że nic nie pamięta, bo mu się film urwał”. O swą egzystencję zatem trzeba zadbać, gdyż czas biegnie zbyt szybko. A jak to czynić, możemy dowiedzieć się właśnie z jego Kilku praktycznych sposobów na przedłużenie sobie życia (1974).

Jerzy Armata – ur. w 1953, krytyk filmowy i muzyczny,

dziennikarz, pedagog. Laureat Nagrody Stowarzyszenia Filmowców Polskich za publikacje poświęcone polskiemu filmowi animowanemu (1989). Ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Autor monografii Studio Filmów Animowanych w Krakowie (1995), współtwórca książek (m.in. Kino końca wieku, 2000; Kręci nas Zebra. 20 lat Studia Filmowego Zebra, 2008; Historia kina polskiego, 2006; Polski film animowany, 2008, Amerykański sen, 2009), encyklopedii, leksykonów i katalogów o tematyce filmowej.


Reflektor, Arcade Fire

Bohater dynamiczny w muzyce rozrywkowej Moja polonistka z liceum, podczas analizowania tekstów literackich, dużą wagę przykładała do akcentowania postaw bohatera dynamicznego – bohatera który w utworze przechodził (ideową) metamofrozę. Nie bez powodu; na maturze pytanie o bohatera dynamicznego było pewne, jak pojawiające się u chłopców w klasie pierwsze wąsy. Do powrotu do odległych maturalnych czasów skłonił mnie najnowszy album Reflektor zespołu Arcade Fire. Dziesięć lat temu wydali debiutancką płytę Funeral. Grupa założona przez małżeństwo, oddała na niej niezwykle poruszający hołd zmarłym członkom rodziny. Żarliwie wykonane, dość proste, rockowe piosenki stały się obowiązkowym repertuarem cierpiących na chandrę nastolatków. Kolejne płyty udowadniały talenty muzyków, lecz z postępem technicznym nowych wydawnictw opadła gdzieś nie-

zwykła aura targającej wnętrznościami melancholii. Być może tak głębokie płyty nagrywa się tylko raz w życiu. I oto, po dekadzie funkcjonowania, Arcade Fire na Reflektor w zasadzie niewiele ma wspólnego z Aracde Fire z Funeral. Zespół skończył żałobę i rozpoczął karnawał. Nie mogą dziwić dyskotekowe rytmy, skoro za produkcję odpowiada twórca tanecznego projektu LCD Soundsystem. Pomyślałem o wszystkich muzycznych bohaterach dynamicznych, którzy towarzyszyli mi podczas życiowych metamorfoz. Niektórzy przechodzili z dobrej strony na złą, inni wręcz odwrotnie, jeszcze inni wciąż poszukiwali, nie mogąc zdecydować się na konkretną tożsamość. Bywają odloty epizodyczne, które kończy powrót do dawnych nawyków, są również odloty totalne, które definitywnie odcinają od własnej przeszłości. Permanentnymi bohaterami dynamicznymi są Radiohead, którzy co jakiś czas, na przemian, przypominają sobie, że potrafią grać na gitarach i obsługiwać laptopa. U2 w latach dziewięćdziesiątych przechodzili epizod fascynacji światem elektroniki – wydali album Pop, a także Original Soundtracks 1 jako Passengers w kolaboracji z Brianem Eno, odbiegający od wszystkiego co nagrali wcześniej. Kolejne wydawnictwa udowadniały jednak, że są po prostu ciekawymi życia rockowcami. Wspomniany Eno jest zdecydowanie bardziej niestabilny stylistycznie. Zaczynał od glam rocka z Roxy Music i swoich kabaretowo-rockowych solowych płyt, a wyrósł na twórcę kompletnie odmiennego ambientu. Wśród rockowych „ojców założycieli”, co prawda rzadko, ale zdarzają się stylistyczne herezje. Do najpoważniejszych wiarołomców należą Fleetwood Mac i Genesis. Ci pierwsi zaczynali, jako rasowi biali bluesmani [sic!] z ekscentrycznym wirtuozem Peterem Greenem na gitarze, choć powszechnie kojarzeni są ze słodkich, popowych przebojów z końca lat siedemdziesiątych. Z kolei Genesis z Peterem Gabrielem na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych formowali rock progresywny, a już bez Petera Gabriela (na początku lat dziewięćdziesiątych) harcowali na plaży w hawajskich koszulach przy przebojowym I Can’t Dance. W popowym nurcie ciężko o zmianę kursu, gdyż to właśnie on gwarantuje największą popularność, ergo największe zyski, a z czegoś trzeba opłacić czyścicieli basenów i psiego fryzjera. Zatem najdonioślejszą woltę wykonali Talk Talk, którzy otrząsnęli się z synthpopowego ukąszenia we wczesnych latach osiemdziesiątych i ostatnimi albumami kładli fundamenty, jak chcą krytycy, pod post-rock. Bohaterowie dynamiczni najwięcej problemów przysparzają swoim fanom, którzy nie zawsze potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Czasami nic nie zapowiadało oddalenia, czasami jednak, gdy cofnąć się pamięcią, widać postępujące zmiany. Nigdy nie byłem satanistą, więc nie wiem, ale podobno Metallica skończyła się na Kill ’Em All.

Kasper Linge 21


Kto mógł wyjechał do miasta w poszukiwaniu łatwiejszego życia, tak jak córki pani Ireny, które wyprowadziły się do Grodna. Mieszka sama. Jej córki wyprowadziły się do Grodna. Cała osada to dziś troje mieszkańców – mieszkająca samotnie pani Irena, męski reprezentant rodu Bohatyrowiczów – Tadeusz i jego żona Teresa. Ich dzieci także przeniosły się do pobliskiego Grodna. Stąd ta cisza w Bohatyrowiczach.

Co stało się z zaściankiem? W powieści Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej zaścianek Bohatyrowiczów widziany przez Justynę po raz pierwszy robił takie wrażenie: „głowę podała naprzód, ciekawe i zachwycone oczy wlepiała w obraz tylko co ujrzany. Był to raczej mały i skromny obrazek wiejskiej zagrody, ale który dziś z bliska widziany powiał na nią czarem ciszy i świeżości”. Co dziś zostało z owych: czaru, ciszy i świeżości? Trochę czaru, jeśli zna się powieść Orzeszkowej, bo wstępuje się do jakiejś okolicy na pól legendarnej, mistycznej. Świeżości nie ma już żadnej, za to są poprzewracane resztki opłotków, popadające w ruinę domy, zarastające ścieżki. I na pewno jest cisza. Zaścianek Bohatyrowiczów w powieści składał się z domów krytych strzechą, zabudowań gospodarczych, pieczołowicie poskładanych wokół nich i w nich plonów rolnych, narzędzi rolniczych, zadbanych ogródków i sadów z ulami. Wszędzie panował ład a mieszkańcy byli najlepszym uzupełnieniem tego harmonijnego mikro świata – pogodni, życzliwi, pracowici. Dziś nie ma oczywiście domów pokrytych słomą i z całej tej sielankowej otoczki niewiele pozostało – chyba tylko kilka uli na tyłach jednej z podupadających posesji. Pewnie bez pszczół. W okolice Bohatyrowicz przyjeżdżam w Sylwestra. Oczywiście nie odczuwam tu atmosfery nadchodzącego prazdnika, która udzielała się mieszkańcom każdej innej odwiedzanej przeze mnie białoruskiej miejscowości. Cisza. Podjeżdżam pod każdy z domków, w końcu to mała osada, nigdzie ani żywej duszy. Wychodzę z samochodu, rozglądam się, podcho-

22

fabularie 1 (3) 2014

Magdalena Skrzyńska

dzę do furtek. Żaden pies nie szczeknął ani nawet się nie pokazał. Cisza. Skoro wieś wygląda na wymarłą, pora zawracać do domu. Nie udało się nikogo spotkać, z nikim porozmawiać – trudno. Nie ma też szans na odwiedzenie mogił opisanych przez Orzeszkową, bo nawet najlepszy przewodnik po białoruskich bezdrożach nie jest w stanie zaprowadzić do tych miejsc. Potrzebna jest pomoc mieszkańców Bohatyrowicz, a tych przecież nie dane mi było spotkać. Z uczuciem jakiegoś żalu ruszam w drogę powrotną. Dziurawa, wyboista droga prowadzi do szosy a ta z kolei ma mnie zaprowadzić do najbliższej większej miejscowości – Łunnej. – Może ona będzie wiedziała gdzie są mogiły? Zastanawiam się, widząc staruszkę sunącą powoli poboczem w pobliżu Łunnej. Ale w sumie stąd do Bohatyrowicz spory kawałek, pewnie nie będzie wiedziała…

*  *  *

– Ja wszędzie zaprowadzę, do samej mogiły. Mogiła jest w Miniewiczach a ja blisko mieszkam, w Bohatyrowiczach – z radością mówi starsza pani piękną polszczyzną, z czym spotykam się po raz pierwszy podczas pobytu na Białorusi. Zaproszona do samochodu martwi się – Jak ja się odwdzięczę? Przecież to trzeba benzyny… A tu drogi brzydkie… Tak, to prawda, nie idzie trafić do mogiły. Kiedyś był tu chłopek drewniany, co wskazywał drogę, ale ktoś jego zabrał. A więc spotykam przypadkiem mieszkankę Bohatyrowicz! Pytam, skąd tak dobrze zna język polski. – A moja


mamusia i babcia mówiły po polsku. Ja jestem z rodu Bohatyrowiczów, od Juliana. Dojeżdżamy pod Bohatyrowicze. Pani Irena (bo tak ma na imię potomkini rodu) pokazuje na jeden z domków w oddali i mówi: Ten żółty domeczek to moich rodziców. Tam kiedyś mieszkałam. Dziś pusty stoi. Ja mieszkam w tamtym, gdzie ta niebieska studnia – pokazuje na inny domek. Mijamy osadę, dojeżdżamy do Miniewicz. Też raptem kilka domeczków i ani żywej duszy. Podjeżdżamy pod las, do Niemna stąd kilka kroków. Pani Irena prowadzi wąską ścieżką, cały czas opowiada, stara się ukryć zmęczenie. – Jeden ksiądz dba o mogiłę powstańców. Czasami inni Polacy przyjeżdżają. Dochodzimy do mogiły. Jest jak w powieści Orzeszkowej – las, Niemen, piaszczysta skarpa. Ale to nie to samo miejsce – mówi pani Irena. Bitwa powstańcza była gdzie indziej i najpierw mogiła była tam – pokazuje na prawo. Pytam, czy w rodzinie Bohatyrowiczów byli uczestnicy powstania styczniowego. Nie, z mojej rodziny nikt nie walczył w powstaniu. Stąd walczył jedynie Kamieński, ale on był z Miniewicz. Zesłali go na Syberię, wrócił to już był chory, trochę pożył i zmarł – wyjaśnia pani Irena.

*  *  *

Co stało się z zaściankiem? Dlaczego okolica wymiera? Starsi poumierali. Kto mógł wyjechał do miasta w poszukiwaniu łatwiejszego życia, tak jak córki pani Ireny, które wyprowadziły się do Grodna. Mieszka sama. Jej córki wyprowadziły się do Grodna. Cała osada to dziś troje mieszkańców – mieszkająca samotnie pani Irena, męski reprezentant rodu Bohatyrowiczów – Tadeusz i jego żona Teresa. Ich dzieci także przeniosły się do pobliskiego Grodna. Stąd ta cisza w Bohatyrowiczach. A po zmroku ani światełka w oknach, wszystko zamiera. Zresztą taka sytuacja nie jest tylko cechą Bohatyrowicz, dzieje się tak na całej Białorusi. Kiedy mijasz po zmroku osady czy zabudowania, nie zobaczysz ani jednego płomyka w oknie. Wsie jakby wymierają. Opuszczam zaścianek. Pani Irena jeszcze długo stoi na dróżce przed swoim domkiem i macha ręką na pożegnanie. Mam dziwne uczucia – z jednej strony byłam w legendarnym miejscu, dotąd znanym jedynie z powieści, z drugiej rzeczywistość, której doświadczyłam, jest niezwykle brutalna. Legendy i fikcja literacka muszą tu ustąpić prawom demografii i ekonomii. Co by zostało ze słowa Bohatyrowicze, gdyby zdjąć z niego warstwę powieściowej magii?

Fotografie: Magdalena Skrzyńska

Rozwalające się domy, wiatr hulający po wnętrzach popadającego w ruinę dworku Kamieńskich, rozbite szyby w oknach, zarośla bezlitośnie opanowujące sady i ule bez pszczół. I jeszcze drewniane rzeźbyświątki. Niegdyś były trzy. Wskazywały drogę do Bohatyrowicz. Jeden z nich po prostu znikł, drugi stoi w środku pola przy wyboistej drodze znikąd do nikąd, trzeci – najważniejszy, stoi przy szosie do Łużnej. Z urwaną ręką – drogowskazem.

Magdalena Skrzyńska z Ireną Bohatyrowicz

Magdalena Skrzyńska – rocznik 1978,

malarka, członkini Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików w Warszawie. Z wykształcenia polonistka, z zamiłowania podróżniczka. Miłośniczka języka arabskiego i kultury Wschodu.

23


Kujawsko-pomorskie. Nowa literatura

Nr 1 (3) 2014

Lekcja angielskiego dla Dariusza Tomasza Lebiody,

Michał Igor

czyli dlaczego nie powinno się tłumaczyć z języków, których zupełnie się nie rozumie i co wynika z tego, że jednak się to robi Słowa – w powszechnej opinii – tracą na znaczeniu. Trudno się z powszechną opinią spierać, szczególnie – kiedy ma się podobne zdanie. Ale nawet jeśli ma się zdanie inne, to materialne dowody zdają się powszechną opinię potwierdzać. Takie słowo „tłumacz” na przykład. Wydawałoby się, że oznacza kogoś, kto w dziedzinie przekładu jest wysoce kompetentny. Szczególnie: w dziedzinie przekładu literackiego. Wydawałoby się, że trzeba mieć niejakie kompetencje, by móc względem siebie się tym słowem posługiwać. Trzeba mieć odwagę. Chociaż czasem – wystarczy bezczelna pewność siebie. Tak, historia przekładu zna takie przypadki. Ostatni taki przypadek – Dariusz Tomasz Lebioda. Tłumacz. Fraza ze strony tytułowej książki Roberta M. Gianettiego, Wizja w zimie, „z języka angielskiego przełożył” zaskakuje. To niby zupełnie standardowa formułka, chociaż zazwyczaj język przekładu zwykło się przywoływać tylko w przypadku tłumaczeń z języków mało popularnych i znanych wąskiemu gronu specjalistów, by podkreślić, że w danym przypadku obeszło się bez „rybki” albo że nie przekładano za pośrednictwem przekładu na język trzeci. Po lekturze przestaje ta fraza dziwić. Musi być angielski dla tego akurat tłumacza językiem,

24

fabularie 1 (3) 2014

którego znajomością trzeba się chwalić na karcie tytułowej. Dlaczego? Bo jest trudny. Jak trudny? Tak, że nigdy się go nie zdołał nauczyć w stopniu choćby podstawowym. A jednak nie przeszkadza mu to zeń tłumaczyć. Następna strona tej przedziwnej książki, strona redakcyjna, też przynosi pewne zaskoczenia. Okazuje się być Dariusz Tomasz Lebioda nie tylko tłumaczem tego tomu, ale też jego redaktorem („editor”, jak słusznie podpowiada) oraz autorem fotografii („photos”) do tego tomu. A poniżej – niespodzianka i zaskoczenie pełne: pojawia się oto nagłówek „co-translators” (w przeciwieństwie do wcześniejszych – tylko w wersji angielskiej), a pod nim dwie panie: Danuta Kostewicz i Alina Jelińska-Żelazny. Dlaczego nie pojawiają się te dwie – współtłumaczki w końcu – na stronie tytułowej, nie wiadomo. Wiadomo, że są ukryte. To może trochę ratuje je przed wstydem, który spada na każdego, kto maczał palce w tych tłumaczeniach. Dlaczego? Bo książka jest najeżona błędami, które wynikają z prostej nieznajomości języka angielskiego na poziomie gimnazjum. Bo myli się w tej książce tłumaczowi (i tym współ-tłumaczkom też) wszystko ze wszystkim. Bo książka jest niebywałym zupełnie popisem arogancji tak wielkiej, że kazała ona tłuma-


czowi zamieścić oryginalne wiersze obok przekładów. Ale dokładnie dlaczego? Oto dlaczego…

1. Pierwszy wiersz – Commitment. Tak się ten wiersz zaczyna w przekładzie: „Postanowiłem najlepiej jak potrafię / zapomnieć o moim marzeniu”. Pomijam nieszczęśliwą stylistykę. Spoglądam na oryginał i co widzę? „I resist as best I can / the forgetting of my dream”. A to znaczy coś zupełnie przeciwnego niż w przekładzie: „opieram się z całych sił zapomnieniu, które obejmuje (ogarnia) mój sen (ten, który się przyśnił)” albo po prostu: „staram się jak tylko potrafię nie zapomnieć mojego snu”. Zaczynam więc sprawdzać dalej i zaczynam niedowierzać. Kolejna linijka przynosi kolejne błędy. Tak się wiersz zaczyna w oryginale: I resist as best I can the forgetting of my dream drifting into and out of dozes, cat naps, awakening and writing in the dark, trying not to fall asleep…

A tak jest w przekładzie (quasi-przekładzie, tak, oczywiście, musiałbym używać za każdym razem cudzysłowu, więc proszę każde takie sformułowanie – tłumacz, przekład, tłumaczenie – traktować jako ironiczne): Postanowiłem najlepiej jak potrafię zapomnieć o moim marzeniu pojawiającym się i znikającym, o kocich drzemkach, o przebudzeniach i pisaniu w ciemności, i niepopadaniu w sen od nowa…

Otóż nie, zupełnie nie tak. Właściwie: zupełnie na odwrót. Co znaczy przytoczony fragment? Ano, znaczy coś takiego: Opieram się z całej siły ogarniającemu mój sen zapomnieniu, wybudzając się i zapadając w drzemki, rozbudzając się i pisząc po ciemku, próbując znów nie usnąć…

Widać różnicę? Jest to zresztą zgodne z logiką. Bohater wiersza chce zapamiętać swój sen (nie „marzenie”, a jeśli już marzenie, to tylko senne), więc walczy z usypiającą pamięcią, próbuje sen zapisać, próbuje nie zasnąć, ale zapada w drzemki (żadne „kocie drzemki”, catnaps to po prostu drzemki – co to są kocie drzemki? drzemki, w które zapadają koty? skąd tu się wzięły koty? w wierszu personą liryczną jest kot?). Dariusz Tomasz Lebioda myli oczywiście rzeczowniki z imiesłowami, składnia angielska stanowi dla niego wielką tajemnicę. Pomijam już takie banały, jak to, skąd się w przekładzie wzięła dodatkowa linijka. Trudno nawet te błędy zliczać, bo błędem tu jest wszystko.

Dalej wcale nie jest lepiej. „Utter prose” to wcale nie jest „krztusząca się proza”, a „I will not fail” to wcale nie znaczy „nie zawaham się”.

2. Drugi wiersz, tytułowy Winter Vision, jest krótszy, co mogłoby dawać nadzieję na mniejszą liczbę błędów. Przy pierwszej lekturze nie miałem już jednak nadziei, że dalej będzie lepiej, nie. Prawda jest taka, że od przeczytania pierwszego wiersza w książce jedyną rozrywką czytelnika może być tylko polowanie na błędy. Zaczynajmy więc: Winter trees, their leafless branches brittle as thinning hair, open the view from the path, exposing the bare hills beyond, now visible in the distance.

A co tu nam serwuje tłumacz? Drzewa w zimie, bezlistne gałęzie kruche jak przerzedzone włosy otwierają widok ze ścieżki, eksplodujący ponad nagimi wzgórzami, widocznymi w oddali.

Cóż powiedzieć? Wszystko przekręcone, czasem mniej zabawnie, a czasem aż do granic groteski. Tłumacz, niestety, nie zauważa i nie rozróżnia części mowy (a co za tym idzie, nie rozpoznaje poprawnie części zdania), co w angielskim może nie jest łatwe, bo jak na złość różne części mowy z jednej rodziny mają te same formy, ale naprawdę można się tego nauczyć. Nie zauważa więc tłumacz, że brittle to czasownik. A to jest tu czasownik o znaczeniu to be / to become brittle (choć tak w ogóle to także rzeczownik i, a to niespodzianka, przymiotnik też). Ale to jeszcze nic. Niewiarygodnym błędem jest dopiero „eksplodujący”. Jeśli się nie wie, co jakiś wyraz znaczy, a tylko się myśli, że się wie, to najlepiej zerknąć do słownika. Wtedy Dariusz Tomasz Lebioda zauważyłby subtelną, acz znaczącą różnicę pomiędzy słowami expose i explode. To drugie znaczy istotnie „eksplodować”, ale to pierwsze, to, którego użył w oryginale autor‑‑ „odsłonić”, „ujawnić”. Angielski jest zdradliwy – dwie litery i cały wysiłek translatorski idzie na marne. Tak powinien ten początek wyglądać: Zimowe drzewa, których bezlistne gałęzie łamią się jak rzednące włosy, odkrywają widok ze ścieżki, odsłaniając za sobą nagie wzgórza widoczne teraz w oddali.

Czy nie jest logiczniej? Dalej jest podobnie. W tym samym wierszu trzeba by Dariuszowi Tomaszowi Lebiodzie podpowiedzieć jeszcze, że „has given way” nie znaczy po prostu

25


„odeszło”, a „beckon across the vacant landscape” nie znaczy wcale „ścielić się pośród pustego krajobrazu”. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takich przesunięć semantycznych w tej dość prostej i często w oryginale również nieudolnej poezji.

3. Wiersz trzeci? Polowanie właściwie trochę zaczyna nużyć. To polowanie znudzonej pani od angielskiego na klasowego lenia i to lenia mało zdolnego, który z niewiadomych powodów uparł się, żeby poprawiać złe oceny, mimo że niczego się nie nauczył. Ale spróbujmy jeszcze raz. Wiersz nosi tytuł In the Natural Light. I naprawdę jest dopiero trzecim wierszem w tym tomie. Pierwsze trzy linijki w przekładzie: W naturalnym świetle wczesnego poranka patrzę na laurowe liście: dwadzieścia pięć stopni na werandzie.

Po dokonaniach z dwóch poprzednich wierszy z zaskoczeniem przyjmujemy fakt, że – pomimo wszystkich wad tego wiersza – tłumaczenie jest w miarę poprawne (tłumacz co prawda wyrzucił z wiersza słowo termometr: „termometr na ganku pokazuje 25 stopni” – tak jest w oryginale, a poza tym „laurowe liście” brzmi jednak po polsku jak nazwa przyprawy, a nie rośliny znanej jako wawrzyn, ale na tle wcześniejszych błędów to detale, dajmy więc spokój). Jest to jakiś sukces – pierwsze zdanie poszło tłumaczowi dość gładko. To dalej: Zawsze mogę powiedzieć, że to ciepło, patrząc na gęste kiście zieleni wszyte między krzewiące się sosny. Paprocie skupione pośród ciepła, tulą się do siebie jak przemarzłe ptaki. Tłoczące się pośród chłodu zostawiają…

Wystarczy. Choćby dlatego, że zauważamy, że coś tu zaczyna nie grać. Raz ciepło, raz zimno, znów ciepło i znów zimno, logika wiersza sypie się, więc trzeba wrócić do oryginału. Widać od razu, że „zawsze mogę powiedzieć, że to ciepło” nie jest szczególnie szczęśliwe. Może lepiej tak: „zawsze mogę powiedzieć, że jest tak ciepło” albo „mogę rozpoznać tę temperaturę” („I can always tell it’s that temperature”). No, chociaż dwadzieścia pięć stopni to istotnie ciepło, więc może niech tak zostanie. Ale dlaczego te paprocie „tłoczą się w gromadzie (tulą się do siebie), żeby się ogrzać” (bo tak trzeba przetłumaczyć „huddle together for warmth”, a nie tak jak w przytoczonym fragmencie), na dodatek jak przemarzłe ptaki, skoro jest tak ciepło? Ależ odpowiedź jest banalnie prosta. Bo jest zimno! Czyli, że te dwadzieścia pięć to w istocie minus dwadzieścia pięć? Nie. To tylko oznacza, że Dariusz Tomasz Lebioda zapomniał, że trzeba przetłumaczyć stopnie

26

fabularie 1 (3) 2014

z Fahrenheitów na Celsjusze. I wszystko się zgadza: 25 stopni Fahrenheita to jakieś 4 stopnie Celsjusza poniżej zera. Czyli, że jednak zrobił trzeci raz pod rząd błąd w pierwszym zdaniu wiersza? Tak jest.

4. Nie, czwartego wiersza już nie będzie. Wszystko ma swoje granice. Nie powinno się recenzować książek, których się nie przeczyta – to słuszna zasada. Są jednak książki, których czytać nie trzeba do końca, bo ich do końca przeczytać nie można. Nie da się, zresztą – nie warto. To jest taka książka. A to nie jest jej recenzja. Na podstawie tych trzech wierszy można przewidywać, że cały tom zawiera sto kilkadziesiąt błędów wynikłych z niezrozumienia tekstu oryginału – z niezrozumienia leksyki, gramatyki, składni. Jestem łaskawy: liczę średnio po pięć błędów na wiersz, a wierszy jest 30; myślę jednak, że jest tych błędów dużo więcej. Tym bardziej, że nawet nie czytając książki, można zauważyć, że Dariusz Tomasz Lebioda nie odróżnia słów insight od inside i to pierwsze – będące tytułem wiersza! – tłumaczy beztrosko jako „wnętrze” (nie, to nie „wnętrze”, a „przenikliwość”, „wgląd”, „spostrzeżenie”). Co to oznacza? Oznacza to, po pierwsze, że Dariusz Tomasz Lebioda nie powinien się brać za tłumaczenie z angielskiego. Przynajmniej do czasu, aż nie przebrnie przez podręcznik dla początkujących. I to solidnie. Źle to także świadczy o jego kompetencjach literaturoznawczych – czy czytając wiersze, które przełożył (bo chyba je czytał?), interpretował je jakoś spójnie pomimo tego mrowia błędów zupełnie zmieniających i groteskowo czasem wykoślawiających


ich znaczenie? Czy nie widział, że to złe, bełkotliwe zlepki zdań, które nic nie znaczą? Czy nie rozpoznawał w nich niekonsekwencji? Oznacza to, po drugie, że dwie panie współtłumaczki równie słabo znają angielski, co wydaje się dość dziwne, gdyż krótka internetowa kwerenda ujawnia, że pierwsza z pań mieszka w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, a druga jest lektorką języka angielskiego na Uniwersytecie Szczecińskim. Zostałyby więc wpisane do książki bez swojej wiedzy? Oby tak właśnie było. Choćby dla dobra studentów Uniwersytetu Szczecińskiego. Ale jest ta książka znakiem czegoś o wiele groźniejszego niż językowa ignorancja. Czegoś, co uprawomocnia pisanie o tej translatorskiej katastrofie ponad dwa lata po tym, jak się wydarzyła. Ma to związek ze wspomnianym na początku kształtem strony redakcyjnej. Otóż to „Redaktor/Editor: Dariusz Tomasz Lebioda” jest kluczem do zrozumienia nie tylko tego, jak ta książka w ogóle mogła się ukazać, ale także mechanizmów lokalnego życia literackiego. Pierwszy mechanizm to ZABURZONA HIERARCHIA. W życiu literackim, w którym brak prawdziwych hierarchii kreowanych przez mającą autorytet krytykę, hierarchia ulega zaburzeniu. Nie działają sprawne mechanizmy jej tworzenia. Co więc ją tworzy? To zależy od specyfiki środowiska. W najlepszym wypadku – tworzą ją fakty dokonane. To znaczy, że ten jest w hierarchii wyżej, kto – niezależnie od jakości swoich prac – zrobił je i zaprezentował, kto – mówiąc krótko – jest aktywny. Może też tworzyć hierarchię władza i siła. Mam na myśli władzę symboliczną i realną (polityczną, organizacyjną, finansową) oraz siłę np. medialną. Wreszcie, co może najgorsze, bo najbardziej niszczące dla rozwoju środowiska artystycznego – hierarchię tworzy fałszywy obraz stworzony poprzez walkę interesów w obrębie środowiska artystycznego. Wówczas o hierarchii decyduje manipulacja i intryga. Dlaczego mogą działać te inne, opaczne mechanizmy budowania hierarchii? Bo lokalny świat artystyczny żyje w getcie. Drugi mechanizm to właśnie SWOJSKIE GETTO. Jest mechanizmem obronnym i znakiem artystycznej bezradności oraz niedojrzałości. W swojskim getcie jest miło i przytulnie. Nie musimy z niego wychodzić, bo dostarcza nam wszystkiego, czego nam w życiu potrzeba: bezpieczeństwa (w swojskim getcie nikt nas nie skrytykuje), uwagi (jesteśmy częścią zbiorowości tak nielicznej, że każdy zostanie dostrzeżony), docenienia (w swojskim getcie chwalimy innych, bo inni chwalą nas). Swojskie getto tworzy się za sprawą dość prostego mechanizmu, a sprzyja jego powstawaniu: głęboka zmiana rynku książki i jego bezwzględna komercjalizacja (wydawnictwa nie dbają o rozwój literatury, one dbają o zysk), pojawienie się nowych technik druku (tanich i dostępnych technologii: składu komputerowego i druku cyfrowego), brak zainteresowania prasy lokalnej i upadek jej autorytetu (kto widział recenzje nowości literatury pięknej z regionu w lokalnych mediach?). Jednak pierwszym i najważ-

niejszym powodem tworzenia swojskiego getta jest spadek jakości produktów artystycznych – jesteśmy tak artystycznie słabi, że nie mamy szans na karierę na otwartym rynku artystycznym, więc zamykamy się w getcie. Powstanie gett jest znakiem obniżenia rangi lokalnego środowiska artystycznego (tu: literackiego) i poszczególnych jego przedstawicieli na arenie krajowej. Jak działa takie getto? Mamy przykład z Poznania. Otóż działa tak, że książka Wizja w zimie Roberta M. Giannettiego w przekładzie Dariusza Tomasza Lebiody otrzymała Nagrodę za Najlepszą Książkę Poetycką Roku 2011 podczas XXXIV Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu. Jak to się stało, że jury nie zauważyło tych kuriozalnych błędów w tłumaczeniu? Nie znało angielskiego? Być może. Na pewno angielskiego nie znał przewodniczący tego, trzyosobowego zresztą, jury. Skąd ta pewność? Bo przewodniczącym jury, które przyznało tę nagrodę był… Dariusz Tomasz Lebioda! Tak, też mi się nie chce wierzyć, ale to możliwe: jako przewodniczący jury przyznał nagrodę książce, którą sam przetłumaczył i sam zredagował. Znakiem gettowości życia literackiego jest coraz mniejsza liczba książek autorów z regionu wydawana przez liczące się wydawnictwa oraz coraz mniejsza liczba recenzji książek lokalnych autorów ukazujących się w liczących się pismach kulturalnych w kraju. Tak, ta niepozorna książka Roberta M. Giannettiego – który nie ma nawet świadomości, jak straszne wieści nam przynosi – jest sygnałem, że lokalne życie literackie potrzebuje gwałtownej naprawy i zmiany pokoleniowej. Potrzebuje krytyki literackiej, potrzebuje autorów, którzy zaistnieją na arenie ogólnopolskiej, potrzebuje niezależnych i ambitnych czasopism kulturalnych, potrzebuje wyższych kompetencji i prawdziwej hierarchii. Bez tego będzie niszczeć i staczać się w otchłań zaburzonej, skłamanej gradacji dokonań literackich, wedle której Dariusz Tomasz Lebioda będzie wybitnym tłumaczem z języka angielskiego. I, by tego dowieść, książkom, które przetłumaczy, będzie sam przyznawał nagrody.

Michał Igor – tłumacz z języka angielskiego, głównie tekstów specjalistycznych (chemia, medycyna, nowe technologie) i list dialogowych do filmów.

  Na stronie poznańskiego oddziału Związku Literatów Polskich jest relacja z tego wydarzenia pióra Miłosza Kamila Monasterskiego zatytułowana Słońce wschodzi raz jeszcze: „I wielki finał – wręczenie Nagrody za Najlepszą Książkę Poetycką Roku. Jury w składzie Andrzej Dębkowski, Paweł Kuszczyński, Dariusz Tomasz Lebioda (przewodniczący) w roku 2011 r. uhonorowało zbiór wierszy amerykańskiego poety Roberta M. Gianettiego Winter vision – Wizja w zimie (wydanie polskie Biblioteka Tematu, przekład Dariusz Tomasz Lebioda)”. Autora tego sprawozdania też to oczywiście nie dziwi – tak właśnie działa mechanizm gettowości. 

27


Jacek Podsiadło, 1985 lub 1986, Ciechocinek lub okolice

28

fabularie 1 (3) 2014


Jacek Podsiadło (rocznik 64.) jest jednym z najbardziej znanych i najlepiej rozpoznawalnych poetów polskich (bez podziału na pokolenia, bez stosowania generacyjnych i metrykalnych cezur, bez względu na style i szkoły poetyckie). Nie dosyć na tym: jest jednym z najświetniejszych poetów współczesnych. Oryginalność poetyckiej dykcji, maestria techniczna (w tej kategorii rywalizuje co prawda tylko ze Stanisławem Barańczakiem, więc grupa jest niewielka i miejsce na podium zapewnione, jednak staje do tego boju jak równy z równym, co zupełnie zmienia ostateczny wynik), niepokorność, odwaga, lekkość, niezwykła, zaraźliwa (acz ciężka do powtórzenia) atrakcyjność – oto cechy tego pisarstwa. Jacek Podsiadło opublikował więcej niż dwadzieścia książek poetyckich, z których wiele w momencie ukazywania uzyskiwa ło status legendy (tym łatwiej, im trudniej były dostępne – a wiele w tamtych legendarnych czasach książek było trudno dostępnych). Wiele z tych tytułów wydanych w latach dziewięćdziesiątych do dziś wspomina się z rozrzewnieniem, wiele po prostu przeszło do historii literatury i – w przypadku Podsiadły można być niemal pewnym – tam pozostaną: Arytmia, Dobra ziemia dla murarzy, Niczyje, boskie. Z okazji urodzin – dość są okrągłe, by nie wypominać których – ofiarujemy mu ten zbiór szkiców.

O Jacku Podsiadle na jego urodziny

Dział zredagowali: Tomasz Dalasiński i Paweł Tański

Wykorzystano fotografie autorstwa Jacka Podsiadły

2


Rowerem dookoła życia Z Ja c k iem Po d si a d ł ą r o zm aw i a j ą :

TOM ASZ DAL ASIŃSK I, A LEKSA NDR A SZWAGRZY K

Tomasz Dalasiński: W jednym ze swoich wierszy napisał Pan, że pracował w Toruniu przy odśnieżaniu miasta. Jesteśmy pismem toruńskim, więc niejako z obowiązku chcielibyśmy zapytać, jak to z tym było, kiedy to było, czy dobrze się odśnieżało, słowem – jak Pan to wspomina. Jacek Podsiadło: Odśnieżało się bardzo dobrze. To było w czasach, kiedy prowadziłem romantyczny żywot dzikiego włóczęgi, czyli osiemdziesiąty piąty lub osiemdziesiąty szósty rok. Tak, to była dokładnie ta zima. Ja wtedy podróżowałem bez celu po Polsce, często zatrzymując się u przyjaciół, znajomych i pracując dorywczo, żeby zarobić na tak zwane życie i kolejną jakąś tam podróż w siną dal. W Toruniu pracowałem u pewnego człowieka (nawiasem mówiąc, szwagra Kazika Staszewskiego – nie zdradzę tu chyba wielkiej tajemnicy). Odśnieżanie miasta było jednym z elementów sprzątania miasta, bardzo mi się to podobało, bo praca przy uprzątaniu śmieci jakoś tak wtedy nobilitowała. Odkąd się naczytałem utopijnych socjalistów, którzy do prac przy gównie i śmieciach chcieli zapędzić dzieci, zawsze chciałem robić coś „brudnego”, czego większość ludzi nie chce robić, choć te śmieci toruńskie akurat takie brudne nie były. I do dzisiaj, jak widzę, że śmieciareczka jedzie, to czuję takie ukłucie sympatii w sercu. Paweł Tański: I długo Pan tak pracował? Do chwili, kiedy poczułem, że wystarczy i powiedziałem mojemu pracodawcy: „Słuchaj, dawaj kasę i spadam, bo mam dość tego Torunia”. A on wtedy, pamiętam, odpowiedział, że przecież mielibyśmy być związani na dobre i na złe. Skoro tak, to zapytałem, może nie bardzo grzecznie, ale na pewno dowcipnie, kiedy będzie dobre, bo złego było już pod dostatkiem? Co było może trochę przesadą, ale w sumie poczekałem jeszcze z miesiąc i jazda. Do Torunia zresztą i wcześniej, i później jeszcze przyjeżdżałem. Miałem w życiu szczęście do aniołów i skoro już używam Kazika jako słupka orientacyjnego w lesie mej młodości, to takim toruńskim aniołem jest dla mnie na przykład jego teściowa, pani Teresa. Paweł Tański: Właśnie chciałem zapytać o inne przygody toruńskie. Jak Pan w ogóle trafi ł do Torunia?

0

fabularie 1 () 201

I

PAW E Ł TA Ń S K I

Tomasz Dalasiński: Właśnie; tym bardziej że Nie wiem ukazało się w Toruniu pod redakcją Jerzego Rochowiaka. No tak, ukazało się, i to niedługo później, w osiemdziesiątym siódmym chyba. Ja w osiemdziesiątym piątym roku wyfrunąłem z domu jako młody, choć metrykalnie dorosły, człowiek, dwudziestojednoletni, bo czegoś mi się chciało w życiu, a nie wiedziałem, czego. Jak każdy przyzwoity młody człowiek miałem samobójcze myśli, niezbyt natrętne, ale miałem, nie chciałem służyć dwóch lat w wojsku, odczuwałem brak sensu życia i pomyślałem, że może włóczęga mi ten sens da – i właśnie ona dała mi go aż nadto. Do dziś myślę, że najmądrzejszą rzeczą, jaką zrobiłem poza spłodzeniem dzieci, było to, że jako ten młodzieniec wybrałem życie dzikiego włóczęgi. A do Torunia trafi łem tak, że najpierw pojechałem na Mazury do takiego gościa, który zapraszał do siebie młodych ludzi, głównie studentów, z całej Polski, trochę do pracy, a trochę na wypoczynek. To było wtedy takie nietypowe działanie, bo to był schyłek komuny i mało kto robił takie rzeczy, tym bardziej prywatnie. I tam zaprzyjaźniłem się z gościem ze Szczecina, który zaprosił mnie do siebie. Tam trochę pracowałem i wałęsałem się, w końcu poznałem kolesia z ruchu Wolność i Pokój, który był też joginem zagorzałym, a mnie wtedy kręciły takie różne odmienne style życia, jakieś wspólnoty quasi-religijne. Z nim pojechałem pod Toruń, do gościa, który prowadził taką farmę ekologiczną z założeniem, że tam pracują ludzie, którzy sobie nie radzą w życiu – pracowali tam narkomani, kolesie, którzy wyszli z więzienia, różni wykolejeńcy. Myślałem, że to będzie super miejsce dla mnie, ale jak tam pojechaliśmy, to ta farma właśnie splajtowała. I z tej farmy wywoził sadzonki pomidorów człowiek z Torunia. Zgadałem się z nim, przyjechałem do Torunia i mieszkałem tam kilka miesięcy, a potem jeszcze tam wracałem. Ocierałem się w Toruniu o buddystów, jehowców, ruchy Ananda Marga i Dzieci Boga (ten ostatni używał wtedy raczej nazwy Rewolucja Jezusa), więc były to przygody takie bardziej duchowe. Nie bardzo pamiętam, jak doszło do wydania tego tomiku w Toruniu, który zresztą o tyle źle wspominam, że mi cenzura trzy wiersze wyrzuciła, w ogóle o tym nie uprzedzając.


Aleksandra Szwagrzyk: Mieliśmy okazję spotkać niedawno Pawła Marcinkiewicza, był u nas w Toruniu i opowiadał, że pojechał Pan rowerem do Albanii. Czemu rowerem i czemu do Albanii? A czemu gdzie indziej i czemu czym innym? Gdybym pojechał samochodem, to rozumiem, że by się Pani dziwiła. Aleksandra Szwagrzyk: No, to byłoby zbyt zwyczajne. Jechać tak daleko rowerem to bardziej niezwyczajne? Buntownicze? Dla mnie to jest zwyczajne. To znaczy, jeżeli mam gdzieś jechać nie „w celu”, jak teraz na spotkanie autorskie, jeżeli mam jechać po to, żeby odbyć podróż, na wakacje na przykład, to wybieram taką formę podróży, która jest przyjemna i znaczy coś więcej niż transport cielska. Generalnie siedzenie w samochodzie specjalnie przyjemne nie jest, w pociągu tym bardziej, nuda i wiadomo. Samolotami lubiłem kiedyś latać, bo lubiłem patrzeć z góry na chmury, jest to fajne, ale też się nudzi, a jak gdzieś lecę samolotem, to czuję się jak paczka nadana pocztą; lecę gdzieś, do zupełnie innego świata, i nagle w nim ląduję, i generalnie nie kumam, co się dzieje, nie znam ludzi i ich mentalności, dokładnie jak turysta: trafiam gdzieś i mogę wytrzeszczyć gały, patrzeć, ale nie mogę zrozumieć. [Do przechodzącej z filiżankami z kawą organizatorki spotkania] Przepraszam, mogę poprosić kawę? Ja jestem kawoszem. [Wyjmuje z plecaka kartonik mleka sojowego] A teraz zaszpanuję jako koleś, który jeździ z własnym mlekiem. Mam nadzieję, że to się cały czas nagrywa. Tomasz Dalasiński: Nagrywa. Wiedziałem, że to sojowe. Aleksandra Szwagrzyk: Sojowe, bo nie je Pan mięsa? Oczywiście. A Pani je? Aleksandra Szwagrzyk: Pewnie. O, no to nie ma wywiadu, koniec. Tomasz Dalasiński: To wróćmy do roweru. Rower? Rower spodobał mi się bardzo. Odkryłem go jako wehikuł podróży dosyć późno, dokładnie nie pamiętam, ale jakoś po trzydziestce chyba. Bardzo mi się podoba w rowerze, po pierwsze, to, że odczuwam cieleśnie kilometry, jakie pokonuję, bo pokonuję je siłą mięśni. Hm, jak byłem tym dzikim włóczęgą, także w Toruniu, to bardzo lubiłem chodzić. Z Torunia dokądś jest dwadzieścia kilometrów. Tomasz Dalasiński: Do wielu miejsc [śmiech]. No tak, ale to możliwe, że Inowrocław jest tak blisko? Aleksandra Szwagrzyk: Trochę dalej. Tomasz Dalasiński: Może Aleksandrów? O, może Aleksandrów. W każdym razie, dokądś tam wolałem pójść te dwadzieścia kilometrów, tym bardziej że droga wiodła przez las, niż jechać tam.

Tomasz Dalasiński: To na pewno Aleksandrów. A wracając do roweru, bo zapomnę – było po pierwsze, to teraz po drugie: gdy jadę do Albanii, to co chwila poznaję jakichś nowych ludzi. Jakbym tam przyjechał samochodem czy samolotem wylądował, to bym znowu był w innym świecie i nie wiedziałbym, o co tym tubylcom chodzi. A tak to widziałem, jak po drodze ludzie się zmieniali, jak po trochu coraz bardziej bałkańscy się stawali, i zaczynałem ich rozumieć, i kiedy już byłem w tej Albanii i z ludźmi rozmawiałem, to nie miałem wrażenia, że są bardzo inni. I krajobrazy się powoli zmieniały, więc jeśli jest coś takiego jak rozumienie pejzażu, to właśnie to rozumienie do mnie tak pomału przychodziło. Po prostu, podróż wymaga czasu. Paweł Tański: A czy na styl Pana włóczęgi miała wpływ postać Włóczykija – jedna z najpiękniejszych postaci w literaturze? Mamy na myśli tego z Muminków, tak? Paweł Tański: Tak. Nie, ja go zawsze lubiłem ze względu na jego imię, natomiast jako dziecko na Muminki się za bardzo nie załapałem, zresztą – Muminki są bardziej dla dorosłych tak naprawdę. I ja do dzisiaj Włóczykija bardzo lubię, ale to tak w dorosłym życiu. Pamiętam, jak mój syn był mały i byliśmy w jakiejś sytuacji bez zabawek, w restauracji jakiejś chyba, i wymyśliłem Włóczykija, to znaczy robiłem tak palcami [gest] i on chodził pomiędzy nami, i to był mój Włóczykij. Imię wziąłem z Muminków, ale w czasach toruńskich, niestety, a może i na szczęście, ze wszystkich włóczykijów postacią najbardziej inspirującą był dla mnie Stachura. Paweł Tański: Właśnie o to chciałem zapytać w związku z Aleksandrowem, Ciechocinkiem i Całą jaskrawością. No, ja do dzisiaj czytam o sobie, że wpływowi Stachury uległem, życiopisanie i te sprawy – i to w zasadzie jest prawda, tyle że nie w obrębie literatury. Bo kiedy byłem tym młodzieńcem, który nie wiedział, co zrobić z własnym życiem, to właśnie Stachura podsunął mi rozwiązanie, że można zostać włóczykijem, więc w tym sensie sporo mu zawdzięczam. Natomiast jako poecie nie zawdzięczam mu chyba niczego, bo jego poezja mi się nigdy nie podobała, te wszystkie piosenki i takie tam. Proza mi się podobała, ale ja jestem poetą, nie prozaikiem, więc literacko jego proza też mnie nie ukształtowała. Czyli on na młodego mnie wywarł duży wpływ, ale jako taki, powiedzmy, idol czy wzorzec, a nie jako poeta. Paweł Tański: Ale w Ciechocinku Pan nie pracował, nie miał Pan okazji? Tak jak Stachura właśnie, który to opisał w Całej jaskrawości? Nie, ale odbyłem romantyczną podróż jego śladami, właśnie w roku 1985. Nawet – jak obiecacie, że nie będziecie jeść mięsa – dam Wam zdjęcia, jakie wtedy

carver :: tłuścioch

31


zrobiłem, których nigdy nigdzie nie opublikowałem. Deklaracja: obiecajcie, że nie będziecie jeść mięsa.

my takie formy piłki nożnej, które można uprawiać we dwóch.

Paweł Tański: Obiecuję. Aleksandra Szwagrzyk: Obiecam. Nie „obiecam”, tylko „obiecuję”.

Aleksandra Szwagrzyk: A Pana dzieci zajmują się też jakoś literaturą, czy zupełnie się od tego odcinają? Ani się nie odcinają, ani się nie zajmują. Mój syn ma teraz osiemnaście lat i życzliwie mi kibicuje, to znaczy: jemu się podoba to, że ja piszę, czyta to, co napisałem i chętnie wyraża swoje zdanie. A ponieważ napisałem też kilka książek dla dzieci, naturalną koleją rzeczy było to, że to on był ich pierwszym czytelnikiem i mówił, co mu się podoba, a co nie. A córka ma dopiero sześć lat i ułożyła tylko jeden wiersz: „Dupa, kupa, zupa”. Jest z niego tak zadowolona, że nie układa nowych, tylko ciągle delektuje się tamtym.

Aleksandra Szwagrzyk: Obiecuję. Tomasz Dalasiński: No ja obiecać nie mogę. No to nie będzie zdjęć. Słabe ogniwo, przekonajcie kolegę. Paweł Tański: Tomku, obiecaj. Tomasz Dalasiński: No to obiecuję [śmiech]. O.K. [śmiech]. Toruń to dobre miasto do porzucania mięsożerstwa, ja właśnie w Toruniu wyzwoliłem się z tego wstydliwego nałogu ćwierć wieku temu. No, to witam Was w gronie normalnych ludzi i z wielką przyjemnością dam Wam te zdjęcia. Jakoś tak niedawno wpadły mi w ręce, nawet nie byłem pewny, że jeszcze je mam. Rzeczywiście byłem wtedy taki nawiedzony, że robiłem zdjęcia temu stawkowi, który Stachura kopał, w Nieszawie byłem, gdzie zrobiłem zdjęcie balustrady, którą on opisał, jak ją gryzł zębami. No, to może już dziś mieć wartość dokumentalną, bo nie wiem, czy ta balustrada przetrwała do dzisiaj, a przecież samo zdjęcie stalowej rury ze śladami zębów pisarza to już jest coś, co się nadaje do muzeum literatury. Tomasz Dalasiński: A w piłkę Pan grywa jeszcze czasem? Zdarza się? Tak! Głównie z synem moim. Ostatnio odkryliśmy coś, co się nazywa siatkonoga, taka siatkówka nożna, bo w sklepie sportowym takie siatki akurat sprzedawali. A jak gdzieś jedziemy na wakacje, to lubimy grać w piłkę, a trudno jechać na wakacje i znaleźć tam dwudziestu dwóch chętnych do gry, więc lubi-

Paweł Tański: A córka dopomina się, żeby rodzice czytali Muminki na głos? Dzieci z Bullerbyn ostatnio są na topie. Paweł Tański: Bo ja mojemu synowi próbowałem czytać, ale tak nie bardzo to idzie. A ile syn ma lat? Paweł Tański: Osiem. No właśnie, bo to dla nas starszych książka. Tomasz Dalasiński: A czy syn czytał Czerwoną kartkę dla Sprężyny jeszcze przed drukiem i jakoś wpłynął na jej kształt? Był dokładnie pierwszym czytelnikiem, czytał przed drukiem. Ja zresztą zawsze potrzebuję czytelnika próbnego, zwłaszcza, kiedy wydaję sobie coś sam, jak teraz Pod światło, albo nie ufam redaktorowi książki, że jego podpowiedzi mogą być dla mnie wartościowe. Wtedy szukam kogoś, kto przed wydaniem książki przeczytałby ją i właś-

Ruszyliśmy bulwarem na południe. Nurt rzeki płynął w przeciwnym kierunku.

32

fabularie 1 (3) 2014


Mini zaczepia Murke ok. 1995

ciwie osądził. A jak Sprężynę pisałem, to mój syn miał 13-14 lat, był idealnym czytelnikiem, więc po co miałem szukać gdzie indziej? Zresztą, nie wiem, czy to wiecie, Czerwoną kartkę… napisałem, inspirując się udziałem mojego syna w takiej drużynie piłkarskiej, tam trochę jest takich rzeczy z życia wziętych, bo jak zobaczyłem tych chłopaków, jak oni tę piłkę przeżywają, to aż żal mi było niektóre sytuacje zmarnować. Paweł Tański: Za rok matura Pana syna. I co dalej, jeśli można spytać? Chyba pójdzie na studia dziennikarskie, ale to są takie plany, które jeszcze można zmienić bez wielkiego bólu. Ja też mam plany z tym związane, bo od dawien dawna mieszkam w Opolu tylko dlatego, że mój syn tam mieszka i jego mama. Więc jak mój syn się wyniesie na studia, to ja z mamą mojej córki – sytuacja jest skomplikowana, ale widzę, że nadążacie – wyniesiemy się do Pragi. Paweł Tański: Czyli myśli Pan, żeby opuścić Opole? Tak, no i właśnie być może wyjedziemy do Pragi. Mnie wszystko jedno, gdzie mieszkam. Mieszkam w Opolu, miasto wydaje mi się nijakie, małe, brudne i prowincjonalne (w złym tego słowa znaczeniu), ale ja tu się czuję dobrze, jak wszędzie. Paweł Tański: A czemu Praga? Bo moja, nie bójmy się tego słowa, konkubina jest bohemistką, a urodziła się w Opolu. Ona mnie uwiodła, a ja ją podrywałem, jak ona mieszkała w Pradze. Ale pochodzi z Opola, więc naturalną koleją rzeczy ją tu ściągnąłem, do tej wojewódzkiej wiochy. I tak jak Wy mi obiecaliście, że nie będziecie jeść mięsa, tak ja musiałem jej obiecać, że jak Dawid pójdzie na studia, to my – myk do Pragi. Aleksandra Szwagrzyk: Na koniec pytanie ważne dla mnie. Ma Pan psa?

Nie, bo mieszkam w bloku. Ale mój syn ma psa. Pies nazywa się Piątka, bo syn dostał go na piąte urodziny. Paweł Tański: To ma już trzynaście lat. Tak. Imię psa świetnie nadaje się do tego, żeby obliczyć jego wiek. Jak nie wiem, ile Piątka ma lat, to odejmuję od wieku syna pięć. A właśnie niedawno opisałem losy Piątki w prozie, bo szykuję drugą swoją książkę prozatorską właśnie. Jeśli chcecie, to dam Wam to opowiadanie, i nie musicie nawet zostawać weganami, wystarczy mi pewność, że nie jecie psów. Paweł Tański: A jak Piątka wygląda? Taki malutki, brązowy kundelek, pyszczek ciemny, „podpalany” chyba się mówi. Ja zresztą opiewałem kiedyś w swojej poezji psa Murkę, również jej śmierć, bo Murki już nie ma, ale nie opiewałem w swojej poezji tego, jak bardzo Murka była ufna. Po prostu wbrew naturze, znajomi mi o tym niedawno przypomnieli. Jak ją kładłem sobie na ręce, kiedy była malutka, i rzucałem z góry na poduchy, takie miękkie, to leciała sobie spokojnie, bo była pewna, że jej się nic nie stanie. Spadała na grzbiet, nawet się nie oglądając, gdzie leci – i to była jej ulubiona zabawa. Paweł Tański: Mogła spać w łóżku? Mogła, gdzie chciała. My wtedy mieszkaliśmy na wsi, więc wylegiwała się, gdzie popadło. Aleksandra Szwagrzyk: Na poduchach mogła spać. Mogła, i spała. Aleksandra Szwagrzyk: To dobrze. Tomasz Dalasiński, Aleksandra Szwagrzyk, Paweł Tański: Dziękujemy za rozmowę. Dziękuję.

33


PIOTR MICHAŁOWSKI

Kontestator w ogrodzie.

Przedmowa z tomu Pod światło Wiersz Jacka Podsiadły zazwyczaj rozwija się jakąś odśrodkową energią skojarzeń. Słowa, frazy i zdania pojawiają się w natłoku wyliczeń a ich porządkiem często steruje podobieństwo brzmieniowe, które dopiero wtórnie naprowadza na bliskie lub odległe asocjacje znaczeń. Semantyka wyrazów zgromadzonych w jednym szeregu wersu lub rymowej klauzuli wydaje się pochodna wobec ich fonetyki i to, co niewątpliwie ze sobą współbrzmi, to współ-znaczy już tylko prawdopodobnie, bo tworzy związki nieoczywiste, wymagające dopiero weryfi kacji w uważnej analizie. Słuch i empiria dźwięku dziwią się hipotetycznym znaczeniom, z których powstają żywiołowo lawiny niespójnego sensu. Dzieje się tak tylko niekiedy, gdyż trzeba założyć, że tym procesom – opisanym celowo przesadnie – towarzyszy jednak jakiś ogólny racjonalny plan, ustanawiajacy albo wyjściowy motyw, albo ramę tematyczną, albo przynajmniej „tonację” nastroju. Zapewne nieraz można się dosłuchać jakiegoś echa – wprawdzie przetworzonego przez wielokrotne odbicia w długim tunelu tradycji XX wieku – wiersza awangardowego Przybosia z jego ideą nośnego „międzysłowia”. Oczywiście, wyraźniejsza niż samo nawiązanie jest polemika z tym modelem wiersza, bo Podsiadło manifestuje przede wszystkim anty-przybosiowskie rozgadanie, dalekie od zdyscyplinowanej konstrukcji i de-centryczność świata, kreowanego zamaszyście nieprecyzyjnym doborem słów – jakby nieuważnym i zdającym się na przypadek. W utworze Przedmowa. otwierającym tomik Pod. światło przedmiot wypowiedzi od początku jest niejasny i dopiero poszukiwany w toku rozwijającej się wypowiedzi – w licznych próbach: celnych i niecelnych, przybliżonych i poprawianych, dopisywanych i nad-pisywanych jakby po omacku. Ekspresja wydaje się obmacywaniem świata językiem – używanym swobodnie ale z rezerwą, bo ze świadomością, że każdy proces wyrażania skazany jest na aporię wynikającą z zarówno niedoboru leksyki jak jej nadużyć. Z klęski nie wynika jednak ani wstrzemięźliwość artykulacji bliska milczeniu, ani afazja, lecz logorea, hałaśliwe obijająca się o ściany niewyrażalności.



fabularie 1 () 201

Przedmowa Pewnie by nas tamta mgła otuliła, gdyby mogła. Czas na rozdział, rozbrat, rozłam. Wyprą się nas te godziny i wypiorą się te godła. Mgła opada. Rzedną miny. Pogrzebane województwa . Rozgrzebane zwoje ustaw. Moja dłoń i twoje usta. Leżmy cicho w tej cieśninie. W ciszy spada nam ciśnienie. Leżmy martwo, jak skapani w ogniu chłopcy, lwy z kompanii, z której nie ocalał ani kompan, Leżmy. Tamta wrzawa, siejba, kośba, szajba, żwawa krzątanina i kurzawa to gra o nic i niczyja, nie ma się co zastanawiać. Nie masz tarczy, nie masz kija. Na nic suknia i makijaż, gdy co krok ten rozziew mijasz, rozstęp w gładkiej skórze świata, uskok, zgrzyt, dysonans. A tak cenisz wszystkie te pasówki: paski, pliski, wsuwki, mufki i dokładne czyste czyny. Wierność mufce, szlufce, patce i pomadce masz po Matce, a po Ojcu wierność linii, wiarę prostą jak z kowadła. Wyprą się nas te rodziny, spaczą się prawidła, szyny i wyłamią się te radła. Wierne będą sukinsyny, pies, dziewica podupadła, bękart, żebrak, ciało, słowo, strach budzący się na nowo i krzyk, który był przed mową1 .

J. Podsiadło, Przedmowa, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 5-6. 1


1. Między rapem a heksametrem

Wiersz Podsiadły rozwija się eksplozywnie, niczym gwałtowna i niepowstrzymana erupcja wulkanu. Lawa słów toczy się jednak wyżłobionym korytem wiersza regularnego i raczej stroni od transakcentacji podobnej do jazzowej synkopy. Czasem zbliża się do systemu tonicznego, do skandowania długiej frazy albo do występu rappera; kiedy indziej natomiast można się w nim dosłuchać regularności zbliżonej do heksametru. Prozodyjna potoczystość Przedmowy kontrastuje z rozluźnioną spójnością tematyczną – z nieczytelną zasadą połączeń poszczególnych zdań i obrazów. Katarakty języka i wiry sensu zostały ujarzmione w prostym korycie wiersza numerycznego – dobrze zadomowionego w tradycji, pamiętanego choćby z komedii Fredry i Wesela Wyspiańskiego. To ośmiozgłoskowiec ze średniówką po czwartej sylabie, a ponadto sylabotonik, czterostopowiec trocheiczny. Płynność wiersza wprawdzie zakłócają tu i ówdzie przerzutnie i tok cezurowany, ale jego wzorzec narzuca się bardziej niż sensy zdań i związki między nimi. Katarynkowy rytm odwraca uwagę od niuansów semantycznych, a czasem wręcz je zagłusza. Początek utworu jeszcze nie zapowiada wypowiedzi tak zdominowanej formą prozodyjną, bo pierwszy wers kończy się kataleksą, która dopiero z perspektywy lektury dalszego ciągu ujawnia się jako pewne lokalne zakłócenie rytmu. Różnica formatu dzieląca ten 7-zgłoskowy wers od pozostałych wynika jednak z rozbieżności fonetycznej ważnej pary wyrazów umieszczonych w klauzuli: „mgła – mogła”. Rozbieżności niewielkiej sylabicznie, ale istotnej znaczeniowo. Polskie słowo oznaczające zjawisko atmosferyczne – zagęszczenie i zmatowienie bielą powietrza – wydaje się ze względu na pewną ikoniczność brzmienia bardziej adekwatne niż jego odpowiedniki w innych językach, gdyż świetnie eksponuje takie cechy jak: zanik widzialności, zdławienie krajobrazu, ścieśnienie i spłaszczenie przestrzeni, zamknięcie i niemoc poznania. Zbitka spółgłosek „mgł” przedłuża w artykulacji czas implozji stając się niewygodna dla aparatu mowy: grzęźnie w krtani, wstrzymuje oddech i z trudem przeciska się przez wargi. Znacznie łatwiej wymówić rozbudowane o samogłoskę słowo „mogła”. „O” to zarazem znak spontanicznej ekspresji. „O!” to wykrzyknik. „O” jest otwarciem, które następuje jako reakcja na zniewolenie. Oznacza ponadto zdystansowanie się do świata, ale również – jak się wkrótce okaże – doprowadzi do innej, bo już dobrowolnej izolacji i nowej formy zamknięcia.

kontakt; niebezpieczeństwo zostało zażegnane i autonomia ocalona. Ta obezwładniona możliwość spowodowania „naszej’ niemocy oznacza bezsilność, a raczej ograniczony zasięg władzy „mgły” – jej niemoc spowodowania niemocy. Rytm wiersza, wstrzymywany w pierwszej klauzuli oksytonem „mgła” rozwija się już pełnogłosem ośmiozgłoskowca we wszystkich następnych wersach bez większych przeszkód. Ale w doborze słów rozwija się po omacku – jakby we mgle.

2. Bilard brzmień i znaczeń

Stabilizacja rytmu wyraża swobodę oddechu, manifestuje asertywność i suwerenność podmiotu. Impulsem wyzwolenia jest rym trzeci w szeregu, dodany do różnoakcentowego „mgła – mogła”: „rozłam”. Podsiadło lubi szeregi wyliczeń oparte na eufonii – co zapowiada już wybór tytułu, tworzącego z nazwiskiem autora paronomazję: „Pod światło – Podsiadło” Uruchamiane gry brzmieniowo-znaczeniowe w swobodnie „rozkwitających” wypowiedziach, podszytych pokusą tworzenia poematu, mają coś z barokowego konceptyzmu i coś z jego kontynuatorów z Awangardą Peipera i poezją lingwistyczną lat 70. ubiegłego wieku. Kojarzenie słów czasem odkrywa zamierzchły wspólny źródłosłów, a niekiedy ustanawia nowe związki na licencji kalamburu i fałszywej etymologii. Stąd już bardzo blisko do poezji Stanisława Barańczaka, z którą kunszt Podsiadły zdaje się rywalizować. Są jednak istotne różnice w celu i efektach obu przedsięwzięć. Autor Przedmowy nie szuka asocjacji uniwersalnych i nie zawsze dba o logikę asocjacji. Jego rozgadanie bliższe jest logorei, ekspresji niepohamowanej i niekontrolowanej, gdzie skutki semantyczne w dużym stopniu zależą od fonetycznego przypadku. Jednak nawet jeśli wierszem rządzą ruchy Browna, nie zwalnia to interpretatora z poszukiwania sensu – czasem wbrew zamysłowi poety, którego gra, może w intencji czysto ludyczna, nie zawsze musi być natchnionym hazardem. Szczytowy kunszt stroficzno-wersyfikacyjny poeta osiąga w innym wierszu Matryca i bękart, w którym dokonuje żonglerki wariacyjnie przestawianymi motywami, ale rezultat tej operacji jest już wątpliwy, bo stochastyczne porządki wyliczanych słów, podyktowane wymianą rymu w klauzuli, ustanawiają sensy niejasne i pozostają puzzlem, z którego nie da się logicznie scalić żadnego obrazka – ani w porządku wartości, ani biografii pokolenia: Kto się urodził w sześćdziesiątym pierwszym, dla tego już zawsze odpusty, cystersi, msze, fugi, poeci, gokarty, trójkąty – będą jak szlam w sieci albo jak afronty.

Pewnie by nas tamta mgła otuliła, gdyby mogła.

Kto się urodził w sześćdziesiątym drugim, dla tego już zawsze cystersi, msze, fugi, poeci, gokarty, trójkąty, odpusty – będą jak znak startu albo jak znak pusty .

„Mgła”, określona zaimkiem wskazującym „tamta”, jest odległa, zewnętrzna i tym samym już niegroźna. Nieaktualność zagrożenia podkreśla tryb warunkowy zwrotu „gdyby mogła”. Nie nastąpiła więc żadna aneksja, wchłonięcie, ani nawet fizyczny 

  Tamże, s. 15.

35


I tak dalej – aż do roku 1966. Trudno odnaleźć zarówno uzasadnienia dla wszystkich podyktowanych rymową rozgrywką wyrazów, jak różnice w charakterystyce świadomości kolejnych roczników, prowadzonej wariacyjnie w kolejnych strofach. Wroćmy jednak do Przedmowy. Aliteracja „rozdział, rozbrat, rozłam” wydaje się łatwa do wyjaśnienia jako szereg synonimiczny. Drugie z tych słów można uznać nawet za zbędne bo tautologiczne dopowiedzenie do pierwszego, służące jedynie za sylabiczny wypełniacz wersu. I w pewnym stopniu temu właśnie służy, ale nie wyłącznie. Oto bowiem do innego znaczenia niż synonim „rozdzielenia” odsyła jeszcze „rozdział”, kiedy pojawia się w utworze zatytułowanym Przedmowa: może zapowiadać jakąś delimitację zastosowaną w książce poetyckiej, w której pierwszy wiersz zgodnie z tytułem byłby rodzajem wstępu. „Rozbrat” i „rozłam” już nie są synonimami „rozdziału” i znaczą tyle co „secesja” – choć jeszcze nie wiadomo, czego z czym. Różnią się jednak między sobą odcieniem semantycznym. „Rozbrat” może być przykrą rozłąką z czymś lub kimś dotychczas bliskim; oznacza rozejście się przyjaciół wskutek nie przezwyciężonej różnicy zdań i jakiegoś zdarzenia: gestu, kłótni, wykrycia zdrady, jakiegoś radykalnego aktu niezgody, nagłej decyzji. Inaczej niż „rozdział”, który jest wynegocjowanym i spokojnie trwającym stanem wzajemnej różnicy, osobności i obcości. Z kolei „rozłam” wydaje się aktem zbiorowym, wielopodmiotowym, odnoszącym się do podziałów społecznych: grup, stronnictw politycznych i partii, które zresztą w swej łacińskiej etymologii (pars) mają wpisaną zasadę podziału i części. Można by do tego szeregu aliteracji dopisać jeszcze element czwarty jako złagodzenie opisanego procesu i stanu: rozejm – po którym jednak nastąpić mogą już tylko zdarzenia z przeciwnego krańca pola semantycznego: „rebelia” i „rewolucja”. A jeśli nie następują, to przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: zbyt różnią się przedrostkami i stanowiłyby słabsze ogniwa aliteracji; po drugie: rozwinęłyby charakterystykę buntu w kierunku czynnej agresji, podczas gdy chodzi raczej o kontestację pokojową i pasywne wyobcowanie. A na „rozejm” nie ma miejsca tam, gdzie w ogóle nie doszło do wojny. Natomiast potem, niby dalekie echa pojawią się jeszcze dwa słowa przedłużające szereg z przedrostkami „roz-”: „rozstęp” i „rozziew”, a dalej sekwencja synonimiczna nie powiązana brzmieniem: „uskok, zgrzyt, dysonans”. Paronomazje i aliteracje są siła napędową wiersza, niekiedy odśrodkową, bo tryskającą promieniście skojarzeniami ubocznymi. Przeważają jednak związki wyznaczające pola wspólnoty semantycznej. Parę „wyprą – wypiorą” łączy skutek oddalenia, usunięcia, pozbycia się, wreszcie – konsekwencja „rozbratu”. „Pogrzebane” z „rozgrzebanymi” z kolei łączy wspólny rdzeń „grzebać”, a różni antonimiczność użytych przedrostków; pierwsze słowo oznacza utratę, drugie – bałagan. Spotkanie w rymowych

36

fabularie 1 (3) 2014

klauzulach „cieśniny” z „ciśnieniem” tworzy związek przyczynowo-skutkowy: objętość jest odwrotnie proporcjonalna do ciśnienia, toteż rośnie ono, gdy się zmniejsza szczelina. Przyczynę ze skutkiem określa również związek „krzątaniny” z „kurzawą”, natomiast skojarzenie „kompana” z „kompanią” po prostu przywraca zapomnianą zależność etymologiczną. Warto jeszcze zwrócić uwagę na ciekawy homonim, a ściślej homofon: „pomadce” – „po Matce”, który wskazuje na dziedziczenie przyzwyczajeń albo wyuczenie podpatrzonej sztuki makijażu. Triada „siejba, kośba, szajba” jest już bardziej skomplikowana. Pierwszy wyraz z drugim mieszczą się w tym samym polu semantycznym rolnictwa. (Nieco dalej rozszerzy to pole „radło”). Obydwie nazwy czynności powiązanych następstwem w procesie uprawy: siewu i żniw pojawiają się w swych formach archaicznych albo ludowych, co odsyła metaforycznie do ich znaczeń wtórnych, już poza-agrarnych, a konkretnie batalistycznych. „Kośba” staje się bitewną masakrą dokonaną bronią sieczną, inaczej zwaną „rzezią” (a w formie archaicznej: „rzeźbą”). „Szajba” – jeśli nie jest okrągłą podkładką pod śrubkę – to już nie nazwa czynności ani przedmiotu, lecz potoczna ocena dewiacji psychicznej. Szereg złożony z dwóch par połączonych rymem wewnętrznym: „paski, pliski” i „wsuwki, mufki” dotyczy stroju i „pasówek”, czyli staranności doboru jego elementów, harmonii tekstylnej, precyzji kroju, która jednak dowodzi nie tyle gustu i elegancji, ile szczelności okrycia i ujawnia perfekcjonizm jako atrybut posiadaczki. Trochę do współczesnej odzieży nie przystaje tylko „mufka” jako zabytek mody zimowej – futrzany lub wełniany rękaw z dwoma otworami, w którym ogrzewa się dłonie. Mufka należy bardziej do porządku języka niż opisu rzeczywistego stroju. Rozpędzony wiersz posiłkuje się wewnętrznym rymem a zamaszysta argumentacja współtworzy karykaturalną charakterystykę drugiej osoby – nieco archaizowaną i przez to bliska krytyki mieszczańskiej pruderii. Bilard rymowy odbywa się przeważnie triadami, najcześciej w układzie stycznym, ale zdarzają się też inne przeploty, a nawet dalekie echa. Para „godziny – miny” z wersów 4 i 6 zostaje dopełniona rymem trzecim dopiero w dalekim wersie 31: „rodziny” – który jednak można również powiązać jako rym przybliżony z pojawiającym się dwa wersy wcześniej wyrazem „linii” albo z następującą w bliskim sąsiedztwie parą „szyny – sukinsyny”. Poeta poszukuje także rymów rzadkich i trudnych, znów świadomie lub nie kontynuujących doświadczenia Awangardy. Do takich należy aż czteroelementowa sekwencja asonansowa: „niczyja – kija – makijaż – mijasz”, asonansowo-konsonansowa „mogła – rozłam – godła”, para z rymem składanym „świata – a tak”. Muzyka wiersza rozbrzmiewa i zgrzyta w rytmie z lekka wstrzymywanym granicami zdań i rozciąganym przerzutniami. Mimo


drobnych zakłóceń zwycięża jednak harmonia regularnego wiersza. Odwrotnie niż w świecie przedstawionym.

3. Azyl we mgle

Jeśli sytuację liryczną Przedmowy skojarzyć z poezją wojenną Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ryzykuje się gwałtowny protest Czytelnika, który natychmiast wytknie dowolność tej analogii: przecież chodzi tu o zupełnie inny czas, innego bohatera, a przede wszystkim odmienne realia historyczne; przecież nie sposób porównywać wojny i okupacji z czasem pokoju, poety „barbarzyńcy” z poeta-bojownikiem a przestrzeni miasta z sielskim odludziem, bliższym raczej sceneriom wędrówek Edwarda Stachury. Zgoda, wszystko wydaje się różnić te sytuacje, ale w jednym są one podobne. Obaj poeci podejmują bowiem trudną próbę izolacji od świata zewnętrznego, pragną „wypisać się” choćby na chwilę z historii, oderwać od aktualnych realiów życia zbiorowego; uciekają przed presją obowiązku publicznego w prywatność, częściowo utopijną i trochę baśniową. Oczywiście, inne są okoliczności i motywacje buntu, ale jednak ewazyjność i kierunek ucieczki od patriotycznego imperatywu podobny – w erotyczną intymność. Dla Baczyńskiego przymusem stała się walka partyzancka z wszystkimi ograniczeniami, jakie narzuca szalejący wokół wiatr historii; w utworze Podsiadły nie ma już ani wojny ani wiatru. Ich miejsce wypełnia szczelna mgła: nieprzezroczystość, białe

matowe zagęszczenie powietrza, niezdrowe dla płuc, dławiące oddech i ograniczające pole widzenia. Przemoc mgły jest pozornie czuła, bo zdolna „otulić”, na pozór przygarnąć i otoczyć opieką zapewniając bezpieczeństwo. Natomiast z przeciwnej perspektywy, to znaczy z punktu widzenia „nas”, jej wszechwładza okazuje się właśnie źródłem zagrożenia, przed którym należy się schronić gdzie indziej – właśnie w prywatność. Dla Baczyńskiego była to sceneria domu i wypełniający mieszkanie mikro-błogostan miłości. Miejsce alienacji Podsiadły określa również intymna sytuacja szczęścia dzielonego we dwoje; albo we troje – jeśli doliczyć pojawiającą się w niektórych wierszach tomiku i na załączonych fotografiach córeczkę poety. Czym jest mgła? Najpierw oczywistą alegorią niepoznawalności świata, dezorientacji, braku perspektyw, bezsilności, beznadziei, zdławienia. Zatem – symbolem uniwersalnym. A czym ponadto przez jakiś czas jeszcze pozostanie, dopóki nie zwietrzeje w pamięci współczesnych i nie zblednie jako tragiczny epizod historii najnowszej? Tymczasem ciągle wydaje się równie czytelną aluzją – nawet zbanalizowaną przez media – do katastrofy smoleńskiej, której scenerią i jedną z przyczyn była właśnie mgła nad lotniskiem. Mgła jako metonimia tego zdarzenia stała się niemal martyrologicznym symbolem narodowym, budząc u jednych potrzebę trwałego kultu, u innych irytację. Niewyjaśnione od kilku już lat przyczyny i okoliczności tragedii, obrastają wciąż w nowe fakty, kłamstwa, zataje-

37


nia, tajemnice, śmiałe i niepokojące opinię publiczną hipotezy, które zarówno rzutują na politykę wewnętrzną i zagraniczną, (zwłaszcza wschodnią) naszego rządu, jak tworzą niezdrowy klimat życia zbiorowego i determinują nastroje społeczeństwa podzielonego na dwa obozy. Podgrzewane emocje przez kolejne rewelacje, zmowy milczenia i niepełne raporty o katastrofie radykalizują postawy polityków, polaryzują poglądy, powodują właśnie – „rozłam”. Przedłużający się stan wojny między partiami, z pyskówkami w Sejmie, ostentacją rytuałów żałobnych w kolejne rocznice może wreszcie znużyć i zniechęcać do jakiegokolwiek udziału w życiu zbiorowym. Podsiadło pozostając konsekwentnym kontestatorem przemawia z pozycji odseparowania od pokus uczestnictwa. Nie musi nowo odcinać się od spraw, które go nie dotyczą, do których nigdy nie zgłaszał akcesu i w które dotąd się nie angażował. Teraz odcina się więc nie tyle od stanowiska PiS-owskich orędowników „sprawy narodowej”, naciskających na ostateczne wyjaśnienie katastrofy, bo w tym łatwym geście wyręczyła go już większość polskich mediów i kabaretów. Chodzi o coś więcej: o niezgodę na cały spór narosły wokół tego faktu, a zatem – odcięcie się od stanowisk obu stron sporu politycznego. Postawa kontestacji jest więc alternatywą wobec wojny nie tylko „polsko-ruskiej” lecz również „polsko-polskiej”. I – wobec polityki w ogóle, której zostaje przeciwstawiona perspektywa prywatności i samostanowienia jednostki. Apoteza tak pojętej alienacji jest zresztą symetryczną reakcją obronną na roszczenia władzy państwowej i opozycji politycznej rywalizujących ze sobą o „rząd dusz”. Poeta przeciwstawia się chorym założeniom, że „wszystko jest polityczne” i wszyscy żyją problemami państwa, myślą kategoriami globalnymi, w których można zlekceważyć indywidualne potrzeby, prawa, i prywatne systemy wartości Istoty Poszczególnej. Z perspektywy jednostki nie muszą być oceniane poważnie takie zjawiska jak: upojenie patosem przemówień z populistyczną tandetą retoryki, zjadliwość polemik i wzajemnych ataków, kłamstwa i manipulacja, które razem składają się na obcy rzeczywistości rytuał: „Wyprą się nas te godziny”. I dobrze! Skoro polityka nie raczy dostrzec jednostki, to jednostka ta, zmuszona uznać jej przewagę i zasadę nec Hercules contra plures w rewanżu może zrobić tylko jedno: zignorować sferę polityki. Taka odmowa wydaje się łatwym i oczywistym gestem anarcho-pacyfisty. Jeśli udział w życiu publicznym może być tylko bierny, a więc pozorny – polegający na przeglądzie prasy, słuchaniu radiowych wiadomości z Wiejskiej i Krakowskiego Przedmieścia, oglądaniu i czytaniu serwisów internetowych (o telewizji nie wspomnę, bo jest już domeną głównie starszych pokoleń), to można po prostu z tego wszystkiego zrezygnować – nie kupując gazety lub nie włączając internetu w laptopie. Wystarczy nie korzystać z mediów, by

38

fabularie 1 (3) 2014

się znaleźć poza zasięgiem szaleństw polityki i wpływów władzy. Chciałoby się więc zbojkotować środki masowego przekazu, ale w sytuacji po-smoleńskiej byłby to już akt spóźniony. Toksyna przeniknęła do świadomości i konieczne jest zastosowanie jakiejś odtrutki. Takim antidotum staje się krytyka. Wprawdzie zakłóci ona błogostan izolacji a bunt i ewazyjną odmowę zmieni w aktywność publiczną i obywatelskie zaangażowanie, ale trudno, stało się, innego wyjścia już nie ma. Kontestacja będzie jednak czynnym, choć ograniczonym do minimum, udziałem, toteż kontestator sięga po oręż publicysty. Żeby coś zanegować, trzeba to najpierw dostrzec i określić, a dopiero potem odmówić mu prawa do ingerencji we własną osobność. Dlatego aż do ósmego wersu poeta rozwija charakterystykę negatywną tego, co odrzuca. Co znaczy, że „wypiorą się te godła”? Albo chodzi o dewaluację symboliki patriotycznej w przesadnej celebracji żałoby narodowej i partyjnych potyczkach, albo mowa o jakimś katharsis, oczyszczeniu które nastąpi po wyczerpaniu tych rytuałów. Kolejne elementy opisu sytuacji kraju wskazują raczej na sens pierwszy: „Mgła opada. Rzedną miny”. Mgła służy więc za parawan, zasłonę dymną dla nędzy polityki, której dowodzą: bezradność władzy, bałagan w gospodarce i ustawodawstwie, niemoc pozasłownej infrastruktury państwa, ujawniające się, gdy tylko sprawa smoleńska czasowo przycicha: „Pogrzebane województwa./ Rozgrzebane zwoje ustaw”. Opis kondycji kraju zostaje spuentowany jednoznacznym odrzuceniem irytującego zamieszania, które tylko mogłoby zakłócić harmonię życia jednostki a jako doświadczenie wspólne wydaje się „niczyje” – nikomu nie służy, więc może również nikogo nie obchodzić. To – siejba, kośba, szajba, żwawa krzątanina i kurzawa to gra o nic i niczyja, nie ma się co zastanawiać.

Tu mocna kropka kończąca zdania uzasadnia postawę kontestacji. Puenta całą sprawę ostatecznie zamyka i wydaje się autoperswazją samodyscyplinującą poetę, zapowiada zatem zmianę tematu. Między dwiema częściami tego opisu jednak mieści się fragment manifestujący kontrastową wobec jego przedmiotu charakterystyką bezpiecznej enklawy życia prywatnego – niby otulonej nieprzyjazną mgłą, od której można się odgrodzić czymś więcej niż tylko narzuconą z zewnątrz niewidzialnością. W „cieśninie”, gdzie – wbrew zasadom fizyki i wbrew związkowi podsuniętemu przez paronomazję – „ciśnienie” opada; ale chodzi o spadek ciśnienia krwi, a zatem upragniony spokój i wystudzenie emocji. Jednak biorąc pod uwagę proporcje opisu świata intymnego i publicznego, trzeba zauważyć, że poecie nie bardzo się to udaje. Osobność ustanawiająca prywatną mikrowspólnotę zostaje scharakteryzowana za pomocą zaledwie kilku elementów, które brzmią


skromnie w porównaniu z wyliczeniową lawiną inwektyw, jakimi poeta zasypuje świat odrzucony: „Moja dłoń i twoje usta”. Zapewne chodzi o pieszczotę i pocałunek jako metonimie intymnego związku „ty i ja”, może aktu erotycznego; ale sytuacja nie jest oczywista, ponieważ z dalszych partii opisu wynika, iż mowa tu o wytchnieniu, wypoczynku – pragnieniu ciszy i spokoju, w którym ciśnienie spada, a nie rośnie, a zatem o stanie bliższym omdlenia lub anabiozy niż jakiejkolwiek aktywności życiowej. Impreratyw spokoju obejmuje więc nie tylko szczęśliwą harmonię, ponieważ opisuje sytuację hiperbolicznie. Aktualizuje się znów narodowa martyrologia, tym razem z osobistym – choć wyimaginowanym – udziałem w roli bohaterów poległych na polu chwały. „Leżmy cicho” – leżmy martwo”. Drugi z tych okoliczników sposobu rozwija się z metafory wypoczynku w dosłowność realiów pola bitwy: Leżmy martwo, jak skąpani w ogniu chłopcy, lwy z kompanii, z której nie ocalał ani kompan […].

„Skąpani w ogniu” to frazeologizm utrwalony między innymi przez tytuł filmu wojennego z 1963 r. (według powieści Wojciecha Żukrowskiego, w reżyserii Jerzego Passendorfera), który poeta mógł obejrzeć w dzieciństwie, przypadającym w epoce PRL-u, kiedy to połowa polskiej produkcji kinowej podejmowała tę tematykę. W kontekście odżegnywania się od politycznego zgiełku dziwi jednak ta aluzja do historii i tradycji jako apoteoza krwawej ofiary za ojczyznę. Skąd nagłe anty-pacyfistyczne wcielenie w martwego bojownika? O co miałaby się toczyć walka poprzedzająca śmierć? Chyba tylko o wolność jednostki. Być może jednak mowa o rozgoryczeniu z powodu rozpadu wspólnoty dawnych sojuszników, a nawet zdrady obozu antykomunistycznego po transformacji ustrojowej? Byłaby to jednak reakcja spóźniona o dwudziestolecie. Osamotnienie (we dwoje lub troje?) ostatniego wiernego Rolanda skazuje go na bliska śmierć – jeśli nie biologiczną, to cywilną. Czuje się on jakimś reliktem epoki minionej, który paradoksalnie potrafi przetrwać tylko w stanie bliskim całkowitego zaniku czynności życiowych.

4. Kontestacja i konserwatyzm

Stateczne przywiązanie do dawnego porządku rzeczywistości, opartego na nieingerencji państwa w życie jednostki – jeśli taki w ogóle kiedykolwiek istniał i nie jest utopią – nie wystarcza, kiedy brakuje oręża do jego obrony, gdy – „Nie masz tarczy, nie masz kija.” Pasywna izolacja nie gwarantuje ocalenia ładu prywatności: „Na nic suknia i makijaż,/ gdy co krok ten rozziew mijasz”. Enklawę spokoju zainfekował już chaos, toteż zachowywanie dawnych zasad organizacji życia opartego na niezawisłości i samostano-

wieniu znaczy niewiele więcej niż podtrzymywanie złudzeń. Auto-konserwacja postawy zresztą ogranicza się do rytualnych pozorów – dbałości o strój i wygląd. Dlatego granice autonomii pokrywają się z granicami ciała, poza którym, ledwie milimetr dalej widać już symptomy destrukcji na przylegającej „skórze świata”. Postawa kontestacji staje się zatem uporem konserwatysty. Charakterystyka żeńskiego „ty” obejmuje prawdopodobnie także niektóre cechy dające się przypisać podmiotowi. Wierność – niemal przywołująca etos Herbertowskiego Pana Cogito – zostaje karykaturalnie sprowadzona do kosmetyki i detali garderoby, misternie dobieranych, posłusznie i szczelnie przylegających do ciała. Jednakże poza zasięgiem tej (auto)ironii pojawia się motyw poświęcenia na ołtarzu idei. Nawet jeśli serio mielibyśmy odczytać martyrologiczne tęsknoty, to i tak zauważymy pośród wyliczonej pasmanterii brak „guzika”, którego w hiperbolicznych deklaracjach żołnierzowi broniącemu ojczyzny oddać nie wolno – nawet za cenę krwi i życia. Opisane detale stroju manifestują wierność sobie i przodkom; stanowią dowody odziedziczonej wiary w ład i system wartości – wiary prostej, niekwestionowanej i niezłomnej. Tymczasem jednak wpojona nam wierność zostanie zdradzona przez samych naszych nauczycieli: Wyprą się nas te rodziny, spaczą się prawidła, szyny i wyłamią się te radła.

Wierność okaże się postawą straceńczą i absurdalną – zresztą znów jak w Przesłaniu Pana Cogito – bo wkrótce nie znajdzie żadnego powodu ani uzasadnienia, oparcia w przedmiocie, któremu służy, na przykład w ojczyźnie. Wcześniej proroctwo osamotnienia jest jeszcze czarniejsze, bo mają się nas wyprzeć także zrymowane z „rodzinami” „godziny”, czyli czas, a może Historia – i tu znów zbliżamy się do Baczyńskiego, tym razem z jego pesymistyczną wizją niewdzięczności przyszłych pokoleń i zapomnienia o poniesionej ofierze. Natomiast moment sprzeniewierzenia się „rodzin” i „godzin” wykorzystają uzurpatorzy. Ideał zostanie zawłaszczony przez inne siły, które wypełnią pustkę – także pod osłoną mgły: Wierne będą sukinsyny, pies, dziewica podupadła, bękart, żebrak […].

W finale pojawia się ta najważniejsza enumeracja, już nie związana pokrewieństwem brzmieniowym. Trzeba się jednak zatrzymać w jej połowie, za którą nastąpi już coś zupełnie innego: „ciało, słowo, strach i krzyk” a nieco dalej – „mowa”. Pierwsze ogniwa tego łańcucha mają charakter wartościujący i obejmują przedstawicieli grup społecznych, jeśli nie wykluczonych, to na pewno pogardzanych i zmarginalizowanych. W tym kontekście wyraz „pies”, umiesz-

39


czony zaraz po „sukinsynach” a przed „dziewicą podupadłą” (która wydaje się po prostu ironicznym pseudonimem prostytutki) traci konotacje pozytywne, przestaje być wiernym przyjacielem człowieka, a nabiera mocy tradycyjnego wyzwiska. Następny w kolejce – co bywa owocem dziedzicznego następstwa, jest „bękart” a korowód zamyka podążający za nimi „żebrak”. Ten szereg jednak znajduje przedłużenie, a zarazem osiąga jakiś jako punkt zwrotny „ciało”, jakby podsumowujące wymienione wcześniej figury. Właśnie to hasło inicjuje nowy, inaczej ukierunkowany ciąg skojarzeń, którym jest wyprowadzone z Ewangelii wg św. Jana spotkanie „ciała” ze „słowem”. Kluczowe dla poety (zresztą każdego) „słowo” – wprawdzie sprowadzone do sfery profanum jako zapisane małą literą – otwiera ostatnie pole semantyczne; wprowadza w dziedziny psychiki, emocji i ekspresji, zarówno słownej, jak pozawerbalnej: „strach” – „krzyk” – „mowa”. A więc autotematycznie powraca do sytuacji genezy wiersza. Któż lub cóż jeszcze prócz wymienionych indywiduów dochowa wierności? Fizjologiczne odruchy, nawyki obyczajowe i automatyzmy języka? Napady lęku i jego niepohamowana ekspresja – od krzyku i przekleństw po mowę neutralną? Od mowy potocz-

nej po publiczną – choć niekoniecznie wygładzoną, zracjonalizowaną i atrakcyjną retorycznie. Wreszcie – po mowę wiązaną, która zostaje zapisana na papierze (lub – jak w tym wypadku – w elektronicznej pamięci e-booka) i ocaleje jako poetycka diagnoza sytuacji, świadectwo minionych już emocji. Zbiór poetycki mieści jednak utwory różnotematyczne i przeważnie dalekie od wątku zawiązanego w Przedmowie, choć wpisane w tę samą ramę sytuacji autobiograficznej. Dalej miejscami również wybrzmiewa podobny bunt, ale – by sparafrazować Grochowiaka – nie tyle się on „ustatecznia”, ile „ustatycznia”, bo zastyga w formach na różne sposoby cyzelowanego wiersza. Na końcu książki poeta umieścił wiersz zatytułowany jakby symetrycznie do pierwszego: Spis treści, który jednak nie jest wykazem utworów, lecz rodzajem pamiętnikarskiego strumienia świadomości, a zarazem posłowia i klamrą spinającą cały tomik przywołaniem głównego motywu „rozłamu” wmieszanego w potok innych (z parafrazowanymi pieśniami religijnymi Franciszka Karpińskiego Kiedy ranne wstają zorze oraz Wszystkie nasze dzienne sprawy, do których nawiązuje również melodia wiersza: Będzie wielkie pustosłowie bzdur i dyrdymałów wyścig, wreszcie się i krowa dowie, co poeta miał na myśli. Wszystkie nasze ciemne sprawy, wszystkie oderwane słowa przejmie po nas i przechowa hodowaniec z bocznej nawy. Zapamiętam wielką ciszę w tamten ranek, kiedy przyszedł czas na rozłam, rozbrat, rozdział. […] Budowałem ci nietrwałe piętra, schody, wzwody, wały, trakty słów, przerzutnie, przęsła….

Końcowy utwór jest swego rodzaju manifestem, ale przede wszystkim podsumowaniem tego, co się stało w świecie i wierszu. Jest dokumentem wewnętrznej burzy, która przetoczyła się w świadomości poety sprzed procesu pisania. Natomiast inicjalna Przedmowa jak wskazuje tytuł, zawiera niespełnioną do końca zapowiedź tego, co dopiero miało nastąpić na dalszych stronach tomiku Pod światło. Ostatnim azylem okazał się jednak kunszt słowa, a nie to wszystko, co go poprzedziło i się wydarzyło „przed mową”.

Powoli ruszyliśmy w stronę tenisowych kortów do magazynu.

40

fabularie 1 (3) 2014



  Tamże, s. 50.


KAROL MALISZEWSKI

„Składam ci elegię, hołd tyci, daremny”.

Na śmierć Michała Fostowicza

Nie pamiętam, co robiłem w momencie, gdy zadzwonił telefon. Któryś z kolegów z wrocławskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich poinformował mnie o śmierci Michała Fostowicza. Było to 18 grudnia 2010 roku. Jacek Podsiadło o wiele lepiej pamięta ten moment. I na pamiętaniu opiera kształt monologu wypełniającego interesujący mnie utwór . Na śmierć Michała Fostowicza Słuchałem Israela Kamakawiwo’ole, w tle rwały się dźwięki z kreskówki Marianki, z kosmosu, choć się czeka, nie dochodził sygnał, więc sprawdziłem pocztę, trochę machinalnie, i był mail od Śliwy, jedno zdanie czy też ledwie równoważnik, nabrały powagi szczebioty, skowyty rysunkowej zgrai oraz gitara, na której ten gruby Hawajczyk grał teraz tak, jakby grał idąc pod górę z dzieciakiem na plecach i walcząc z wichurą, która nam z powrotem wpycha oddech w usta, i zamajaczyła mi gdzieś moja młodość, okolice Kłodzka i twoja Alicja, że do domu do was szło się bardzo długo, bo jak mieszkać, to tylko wysoko, jak ptaki, i że nic dziwnego, że gwałtownik, pijak, w ogóle ktoś taki jak ja w tamtych czasach nie sterczał w kolejce po buddyjską mądrość u twych drzwi, i w sumie to nawet i lepiej, żeś nie znał wznoszonych za ciebie toastów ni cichych podziwów, takich jak nad ranem, gdy się ujrzy mrówkę czy źdźbło w nowym świetle, bo to w samotności poznajemy piękno, co tu zresztą gadać, gdy pora wysiadać, świat anonimowy i animowany przychodził po nasze triumfy jak po swoje, resztką słów i ledwie mrucząc je pod nosem składam ci elegię, hołd tyci, daremny, by wyznać nikomu, wydukać w tę pustkę, że zawsze, ilekroć byłem w Międzygórzu, lubiłem myśleć, że jesteś: tam, w górze1 . J. Podsiadło, Na  śmierć  Michała  Fostowicza, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 12-13. 1

Podmiot mówiący, porte-parole poety, otrzymał maila od „Śliwy”, czyli Krzysztofa Śliwki, z informacją o śmierci Fostowicza. Dokładnie zapamiętana została ta scena i odtworzona ze szczegółami. Istotne jest tło dźwiękowe towarzyszące procesom zachodzącym w psychice bohatera. Nakładają się na siebie różne dźwięki. Przede wszystkim słuchana przez poetę ulubiona muzyka etniczna (Podsiadło prowadzi domowe radio „Studnia” propagujące rdzenną muzykę różnych kultur), tu konkretnie gitarowy utwór w wykonaniu Israela Kamakawiwo’ole, nieżyjącego już hawajskiego wirtuoza. Do głosu w przestrzeni mieszkania dochodzi inna – niewybrana świadomie, a narzucająca się z zewnątrz – ścieżka dźwiękowa, kojarzona z wpatrzoną w ekran córeczką poety, Marianką („w tle rwały się dźwięki z kreskówki”). Początek utworu wydaje się nieco żartobliwy, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie krążące w internecie zdjęcie tego 350-kilogramowego Hawajczyka grającego na ukulele albo uświadomimy sobie „szczebioty, skowyty rysunkowej zgrai”. Ta ciepła i domowa, z lekka krotochwilna, atmosfera pierzchnie momentalnie, gdy poeta odbierze pocztę i z listu dowie się, co się wydarzyło. Decyzja o sprawdzeniu poczty poprzedzona jest konstatacją o milczącym kosmosie. Otoczony dźwiękami liryczny narrator czekał na najważniejszy dźwięk, który byłby „sygnałem z kosmosu”. Czy mamy tu do czynienia z toposem milczącego nieba i nieobecnego Boga? Być może. W innych utworach tego zbioru pojawiają się aluzje poświadczające istotność tropu braku zaufania do ostatecznej instancji, której obecność jest iluzoryczna i niegodna już wiary, „choć się czeka”. Doczekać się można co najwyżej kolejnej wiadomości o śmierci zaistniałej wśród ważnych dla bohatera osób. A więc wracając myślami do śmierci, o której wieść rozeszła się w dolnośląskim środowisku literackim lotem błyskawicy, muszę dodać, że znaczenie informacji dotarło do mnie dopiero nazajutrz. Nie stać mnie było na upamiętniającą elegię, coś jednak

1


zapisałem w zeszycie, a o godzinie 11.05 umieściłem na internetowej stronie. Wczoraj o 20.13 zmarł po długiej walce z rakiem Michał Fostowicz, poeta, malarz, krytyk, wykładowca, znawca Blake’a, towarzysz niegdysiejszych walk o poezję toczonych na spotkaniach Kłodzkiego Klubu Literackiego. Podobno tuż przed śmiercią wdrapał się jeszcze na Marię Śnieżną. Tak nazywamy szczyt, który naprawdę nazywa się Igliczna. To charakterystyczna wysepka w archipelagu Śnieżnika. Widać ją dobrze z kotliny. Nieraz na niej świeci światełko. Nie miałem zbyt bliskich kontaktów z Michałem. Ostatnio zacieśniły się podczas czytania zbioru esejów Świat bez prawdy (przysłał Marcin Czerwiński z „Rity Baum”). Tym samym nawiązałem kontakt z Michałem Fostowiczem jako formą duchową. Z projektem filozoficznym, który wydał mi się poważny, głęboki, inspirujący. Raz po raz odrywałem się od lektury, by zapisać jakiś odprysk, by skierować myśli i zdania na własny już tor. Czekałem na ciąg dalszy. Pewnie jest do odnalezienia w obszernej dysertacji o Blake’u. Muszę do niej dotrzeć. Muszę złożyć hołd. Tak się zapala świeczkę – gdy czyta się całym sobą. Ciała już nie ma, a duch, owszem, jest. I dopiero teraz zaczyna się jego prawdziwe bytowanie. Taka cześć w pamięci, taka czułość dla tego, czego śmierć nie jest w stanie zniweczyć .

W utworze Podsiadły zwraca się uwagę na to, co zmieniło się w jednej chwili, niemal z sekundy na sekundę. Otaczające podmiot przypadkowe dźwięki nagle nabrały sensu i powagi, a w gitarowej muzyce doszły do głosu minorowe tony: „grał teraz tak, jakby grał idąc pod górę/ z dzieciakiem na plecach i walcząc z wichurą”. Nieznaczące dźwięki zaczęły znaczyć, wznosząc się na poziom adekwatnej ilustracji rozwijającego się stanu wzruszenia i wspomnienia. Już były na miejscu, mówiły coś o życiu i śmierci, antycypowały w wyobraźni poety to, co miało za chwilę wydarzyć się w słowach. W muzyce dało się słyszeć wysiłek istnienia – obrazowo sprowadzonego do wdrapywania się na górę, mozolnego zdobywania szczytu „z dzieciakiem na plecach”. A w następnych wersach z poziomu uogólnienia, metafory bycia przechodzi się do konkretów segregującej pamięci, opisu wędrówki do domu Fostowicza postawionego na realnej, wysokiej górze. Ale góra już zaistniała, wcześniej zaświtała jej wyniosłość w wysilonej, natężonej muzyce, w empatycznym uniesieniu nasłuchującego poety. Jakże charakterystyczne jest to gramatyczne przejście z wstępnego „ja” do ogólnoludzkiego „my”: „która nam z powrotem wpycha oddech w usta”. Figura Syzyfa, ulubionej postaci egzystencjalistów, pojawia się w tle jako symbol trudu dźwigania czegoś w marszu pod górę. Tutaj nie kamień, a dziecko. I dodatkowo wiatr spychający w dół, chwiejący ludzką postacią – jakaś organiczna przeciwność   Zob. http://www.literackie.pl/dziennik.asp?idautora=21 &log_month=12-2010&lang= . 

42

fabularie 1 (3) 2014

„wpychająca z powrotem oddech w usta”. Przywołanie „my” ma walor filozoficzny, to pierwszy krok do momentalnie stającej przed oczami nośnej symboliki antropologicznej. Żmudna wędrówka, opór materii, walka z samym sobą, przekraczanie – oto parametry naszego losu, właściwa treść wypełniająca prawdziwe znaczenie zaimka „nas”. Ten majaczący w dali obraz zbiorowości generuje wspomnienia związane z odległą wspólnotą młodości. Wprawdzie wers podkreśla pojedynczość obecnego doznania („zamajaczyła mi gdzieś moja młodość”), lecz wyznanie, które zapoczątkowuje, odnosi się do jakichś wspólnych przeżyć; posiadane przeze mnie informacje oraz równolegle czytany poemat Krzysztofa Śliwki pt. Gambit rzucają światło na charakter młodzieńczych wędrówek po „okolicach Kłodzka”, dookreślając ich właśnie wspólnotowy wymiar. Jacek Podsiadło nigdy w Międzygórzu nie był sam, zazwyczaj towarzyszył mu przyjaciel, Krzysztof Śliwka, wówczas mieszkaniec Ząbkowic Śląskich. To z tego miasta ruszali na południe w stronę Kłodzka, a potem Masywu Śnieżnika. Nie mam pewności, czy autor Dobrej ziemi dla murarzy w ogóle w domu Fostowicza był. Lektura poematu Śliwki podsuwa hipotezę, że celem wypadów do Międzygórza był dom, mieszkających na innym zboczu, przyjaciół posiadających stadninę koni. O Fostowiczach myślano i mówiono. Tak, o Fostowiczach, nie pomyliłem się. W omawianym utworze wspomina się przecież Alicję, żonę Michała. Czy kiedykolwiek doszło do odwiedzin, trudno powiedzieć. Zatrzymajmy się na chwilę, by posłuchać poetyckiego świadectwa, jakie znajdujemy w „Gambicie” Śliwki. Przyjeżdża Jac Po, pokonując na standardowo wyposażonej Kolarzówce trasę Opole-Ząbkowice w niecałe sześć godzin (105 kilometrów przy średniej prędkości 18,5 km/h). Następnego ranka po śniadaniu bierzemy kurs na Międzygórze: Za rogatkami miasta skręcamy w lewo (uzupełniamy zapas Wody mineralnej, pstrykamy zenitem zdjęcia i jemy Nadziewane chałwa wafle, które Bodek i Aneta pakują nam Na dalszą drogę); za Złotym Stokiem zaliczamy dziewięcioKilometrowy stromy podjazd bez przerwy na odpoczynek I ustalamy nowy rekord prędkości (51 km/h), mijając zwoje Serpentyn i warstwy coraz rzadszego powietrza. Wszystko Przebiega zgodnie z dopracowanym wcześniej planem. Dopiero Za przełęczą Puchaczówka gubimy właściwy trop, wprowadzamy Rowery pod przekaźnik na Czarnej Górze (1205 m n.p.m.), Rozkładamy mapę i jest już jasne, że musimy przeforsować


Wyżłobione wzdłuż ścieżek koleiny, kamieniste rumowiska I fermentujący pomiędzy świerkami fiolet. Pod wieczór Dobijamy do celu, rozluźniamy mięśnie nóg i zamawiamy Herbatę z dodatkiem odpowiedniej ilości whisky jako antidotum Na przeziębienie. W międzyczasie Ira i Trocki obwąchują nas Jak gdybyśmy wdepnęli w coś zaskakująco nieświeżego, Około północy Jacek idzie spać, a ja wypijam kilka pięćdziesiątek Gorzkiej żołądkowej. Kac nie jest zbyt uciążliwy, Więc po przebudzeniu wdrapujemy się do położonej Kilkaset metrów wyżej stadniny. Po drodze natrafiamy Na krzaki dzikich porzeczek i agrestu. Ira, tarzając się w trawie, Próbuje zdjąć uciskający ją kaganiec i płoszyć konie, Które Tadeusz sprowadza z pastwiska w szeregu jak Zdyscyplinowane dromadery. Opychając się dojrzałymi jeżynami, Patrzymy na ascetyczny Smrekowiec i cienie chmur Prześlizgujące się po zalesionych zboczach. Świerszcze: Chociaż ich nie widzimy, słyszymy je wyraźnie. Ismena, Przeczuwając czekające ją ujeżdżanie, parska i nerwowo stąpa Po wybiegu. Nie zwracając uwagi na skurcze mięśni i daleko Posunięte zakwasy, przekraczamy kilka lotnych premii, Napełniamy bidony i odbijamy, każdy do innej linii mety […].

Wracam do pytania o to, czy kiedykolwiek doszło do odwiedzin. Pierwszy impet wspomnienia podsuwa obraz długiej drogi do wysoko położonego domu. Podmiot prawdopodobnie ją przeszedł, bo jakżeby inaczej poznał Panią Alicję. Ta gorączkowa fala wspomnień w ciekawy sposób kształtuje język wypowiedzi, w którym zachodzi kolejna wyraźna zmiana gramatyczna. Zaczyna się rozmowa z umarłym, następuje bezpośredni zwrot do bohatera utworu wpleciony w zastanawiający tok antytetyczny – „moja młodość”, „twoja Alicja”. Tak jakby podmiot miał tylko swoją niedojrzałość, nieopierzoną młodość, zaś podziwiany mieszkaniec wysokiej góry prawdziwe życie, wiedzę i pewność, wartości poniekąd warunkowane obecnością Alicji, może także symbolu tajemnicy tego, co po drugiej stronie lustra. Jeżeli założymy, że Jackowi Podsiadle przydarzyło się choć raz odwiedzić domostwo Fostowiczów, to zastanawia brak w opisie szczegółów wizyty. Może zastał zamknięte drzwi? Inni odwiedzający medytującego, malującego, piszącego Michała zazwyczaj podkreślali niezwykłość sytuacji i tajemniczość przestrzeni:   K. Śliwka, Gambit, [w:] tegoż, Dżajfa & Gibana, Poznań 2008, s. 47-48.

Do swojej pracowni musiał przechodzić spiralnymi schodkami biegnącymi szczelnie zamkniętą tubą poprzez piętro skutecznie zawłaszczone przez sąsiadów. Ale po przebyciu owego eksterytorialnego pionowego korytarza pracownia otwierała się zaskakująco, wielorako, niczym kwiat wydobywający się z wąskiej łodygi. Przestrzeń otwierała się wielkim oknem, ukazującym spomiędzy rozchylających się zboczy, ponad koronami starych czerwonych buków, dalsze wzniesienia. Odmienne zupełnie dale ukazywały stojące pod ścianami obrazy, duże, bardzo barwne, nieodgadnione w swej semantycznej perspektywie witraże pod- czy nadświadomości. Innego rodzaju rozległość czaiła się we wszechobecnych książkach, stertach kserograficznych kopii, wnętrznościach komputera.

Można więc założyć, że Jackowi Podsiadle nie dane było zbyt często bywać w domu na górze. Gdyby było inaczej, więcej by zapamiętał. Nie poznał też dobrze człowieka, o którym teraz pisze upamiętniający wiersz. Nie opisuje człowieka z krwi i kości, lecz raczej zbiera krążące o tej postaci pogłoski i domysły, budując mit przewodnika duchowego, z którym nie udało się zaprzyjaźnić. Nie udało się z różnych przyczyn. Niedojrzałość młodości tylko w pewnym sensie usprawiedliwia ówczesną niegotowość podmiotu do podjęcia dialogu z duchowością reprezentowaną przez Fostowicza. Pojawia się tu wątek wyrzutów sumienia z powodu lekkomyślnej młodości („gwałtownik, pijak, / w ogóle ktoś taki jak ja w tamtym czasach”) i straconej szansy na autentyczny, głęboki kontakt z uwiarygodnioną transcendencją. Tu dygresja o odczuciach brzmieniowych. Większość utworów z najnowszego zbioru Podsiadły wręcz pławi się w dźwiękowym nadmiarze. Poeta rozgrywa dodatkowe niuanse znaczeń, nadużywając rymów dokładnych i gramatycznych. Omawiany utwór wyłamuje się z przyjętej metody. Wydaje się wręcz ascetyczny w tym względzie, nader powściągliwie szafując asonansami. I oto między piętnastym a siedemnastym wersem rozlega się coś niezwykłego – uderza w nasze uszy jedyny tu pełny, prawie homonimiczny, a dodatkowo wewnętrzny, rym „ptaki-taki”, zbierając w kontrastujący pęk znaczeń „wysoką”, ptasią, niemal boską pozycję opisywanych postaci i „niską”, przyziemną i nikczemną pozycję podmiotu. Wspomnienie nie jest konsekwentne, szybko znosi samo siebie, rozchodząc się w dwóch kierunkach. Rdzeniem tej rozterki wydaje się być zwrot „i w sumie to nawet i lepiej”. W pierwszym znaczeniu dotyczy tego, że nie „stało się w kolejce po buddyjską mądrość”; ubolewanie nad tym, że podmiot ominęło w młodości istotne doświadczenie duchowe zostało oddalone – tak musiało być, nieznane są motywy przeznaczenia, może to i lepiej. Bo mogło być tak, że uległoby się zbyt potężnemu wpływowi, straciłoby się coś ze swoistości własnego doświadczenia. Ludzkiego i poetyckiego. Filozoficzno-estetyczny projekt





  A. Matuszkiewicz, Pusty dom duszy, „Fraza” 2011, nr 1, s. 59.

43


Fostowicza zakładał całkowitą przemianę, negację siebie jako literata i otwarcie się na człowieka wewnętrznego. Chcąc przybliżyć dorobek tego autora, odwołam się w tym miejscu do fragmentu recenzji zbioru jego wierszy pt. Wolna miłość: Paradoksalne jest to zepchnięcie wiersza na dalszy plan, pokazywanie go jako ubocznego skutku rozgrywającej się w ciszy i ciemności praktyki duchowej; a z drugiej strony wiersz jest jedyną informacją o przebiegającym procesie przeistaczania się, jest zapisem monotonnego głosu medytującego podmiotu. Mamy więc chyba do czynienia z medytacją, która znosi samą siebie, ujawnia swą zbędność. Albo inaczej: która znosi konieczność swej ekspresji w literackiej formie, gdyż sama w sobie ma wartość. Literacki minimalizm odpowiada religijnemu maksymalizmowi, a mówiąc „religijność” mam na myśli duchowość, czyli coś, co powoduje, że jedzenie, wydalanie, kopulowanie, szukanie dachu nad głową i czystej wody do picia jest punktem wyjścia do ustanowienia wartości człowieczeństwa, zaś punkt dojścia pozostaje tajemnicą, która prosi w religijnym akcie o swoje nieustanne ustanawianie i odnawianie.

Nie wiem, czy Jacek Podsiadło był wówczas gotowy na taką metamorfozę, na poddanie się dyktatowi religijnej dyscypliny. Literatura była jego religią, codzienną modlitwą. I zapewne bliżej mu wtedy było do idei ekspansywnej aktywności niźli biernej kontemplacji. Patrzył na górę zamieszkałą przez tych prawie bogów, myślał o nich i ich podniebnym domu, ale omijał – w drodze na biesiadę, popijawę, spotkanie z przygodą. Jednakże ten sam zwrot otwiera się niemal przerzutniowo w stronę drugiego znaczenia: „to nawet i lepiej, / żeś nie znał wznoszonych za ciebie toastów / ni cichych podziwów”. Brak owych spotkań („u twych drzwi”, a może i wewnątrz świątyni dumania „buddyjskiego mnicha”) pozbawił podmiot szansy na ukierunkowany rozwój duchowy, lecz i samego bohatera tej opowieści odciął od możliwej zażyłości i komitywy z obiecującymi poetami wstępującego pokolenia, od wiedzy o tym, co poczynają jego młodzi przyjaciele, członkowie nieobliczalnej cyganerii artystycznej. Może lepiej, że On o tym nie wiedział, nie słyszał. Kto wie, co wygadywali na rauszu, jakiego rodzaju toasty wznosili i czy podziw nie mie  K. Maliszewski, Pod własnym ciężarem. O jednym tomiku Michała Fostowicza, „Fraza” 2011, nr 1, s. 77.



  Następujący opis znajdujemy w cytowanym już szkicu Matuszkiewicza: „Mały domek drewniany opodal jego domu. Wybudowany własnymi rękoma, jako odpowiedź na wewnętrzne wyzwanie, jako przedmiot duchowego pragmatyzmu, opierający się nieomal o las »dom duszy«, by posłużyć się tutaj tytułem wiersza Kawafisa. Niewielkie pomieszczenia, w głównym królujące miejsce do „siedzenia”, poduszka, koc do medytacji. W przejściu książki. To własną pracą stworzone miejsce pracy nad sobą. Istotniejsze niż wspaniała pracownia, jakiej się doczekał po latach” – A. Matuszkiewicz, dz. cyt., s. 58. 

44

fabularie 1 (3) 2014

szał się z szyderstwem. Dobrze się stało – rozmyśla po latach podmiot – że to zostało temu szlachetnemu człowiekowi oszczędzone. Że nie zbrukano ikony, nie strywializowano ideału, nie zaburzono hierofanicznego ładu, wedle którego Michał Fostowicz określał „górę”, zaś podmiot i przyjaciele (np. Śliwa) ofiarnie i po ludzku wypełniali powinności „dołu”. Tym samym świat był ustrukturyzowany, a podmiot czegoś pewien – własnej małości, a Jego czystości, wzniosłości. Poznawał ją i chłonął tak, jak się chłonie, dojrzewając, inne świętości świata, na przykład obserwując przyrodę i dostrzegając obok jej okrucieństwa magnetyczny urok i zaskakującą celowość. Postać poety i filozofa zrównana zostaje z innymi elementami natury, występując obok mrówki i źdźbła. Po nocy spędzonej na sianie w stajni (wyobraźmy to sobie), w promieniach wschodzącego słońca przez chwilę widzi się inaczej, a rzeczywistość mieni się nowymi znaczeniami. Tego rodzaju transcendentne uniesienia przeżywa się w samotności, po otrząśnięciu się z magii wspólnotowych, nocnych obrzędów. Rytuał indywiduacji polega na jednoczesnym i wstrząsającym doznaniu alienacji i poczucia przynależności. Piękno, które widzę wokół, wyodrębnia mnie, odrzuca, a jednocześnie przywołuje, przyzwala, już wchłania. I tak staję się jego częścią, fragmen-


tem niepojętej Całości. W tym sensie żadne praktyki religijne nie są mi potrzebne, bowiem w zasięgu serca pozostaje naturalna hierofania, przyrodzona medytacja, dostępna, jak twierdził Edward Stachura, a wcześniej Mircea Eliade, wszystkim, nie tylko dyplomowanym poetom czy zdeklarowanym buddystom. Chwila samotności, skupienie, „inne światło”, wyczucie obecności piękna, oto składniki przygotowujące nas do transu i przejścia. Być może nadużywam zaimków zbiorowych, lecz czynię to nie odstępując od wymowy utworu, od tych jego fragmentów, które budują opozycję między okrutnym przemijaniem i paskudnym światem a grupką szybko starzejących się młodych ludzi. Znamienne jest to żachnięcie się wypełniające cały wers, gdyż następuje po patetycznym aforyzmie o poznawaniu piękna w samotności – „co tu zresztą gadać, gdy pora wysiadać”. Ucina się nagle to rzewne rozpamiętywanie, ową subtelnie przeprowadzoną estetyzację doświadczeń, prostacko klaszcząc następnym w tym wierszu jaskrawym, wręcz groteskowym, pełnym rymem wewnętrznym „gadać-wsiadać”. Żadnych złotych i wzniosłych myśli nie będzie, gdyż „pora wysiadać”. Gadanie, język, logos ustępują pod naporem okazjonalnych uwarunkowań i tyranii przygodności. Jesteśmy świadkami chwilowego załamania, poddania się. Na szczęście podmiot reflektuje się i przypomina okoliczność, która wywołała lawinę wspomnień, poruszyła utracony czas. Wraca do tematu, już wprost określając gatunkowe ramy wypowiedzi, intencję pisania elegii. Zanim jednak padną słowa „składam ci elegię, hołd tyci, daremny”, zamyka się wątek podsumowania młodości i dotychczasowego życia. W tym momencie wracamy na chwilę do ciasnej przestrzeni mieszkania, w którym słychać muzykę, a obok „leci” kreskówka. Złudzenia młodości, idealizacja gestów poszukiwania piękna, naznaczanie prywatnego sacrum – wszystko to zderzone z bezceremonialnym „co tu zresztą gadać”, wskazuje na świat jako źródło nieszczęścia. Jest on dokładnie taki sam, jak to, co Marianka ogląda na ekranie. Nie do końca prawdziwy, narysowany, migotliwy. Słowo „animowany” ma jeszcze jedno znaczenie wskazujące na ruch. Ktoś animuje, porusza, ale jakby bez naszej wiedzy i udziału. Skazani jesteśmy na rysunkowy film, umieszczono nas weń na mocy nieznanego wyroku. Złowroga paronomazja („anonimowy i animowany”) pogłębia wrażenie bezduszności; automatycznie zabierane życie, konsumowane niby przez nas, ale w trybie zależności od czegoś większego, zaborczego – „przychodził po nasze triumfy jak po swoje”. Gdzie się podziało piękno kontemplowane o poranku? Gdzie liczba pojedyncza samotniczych wzlotów? Powtarzam: „po nasze triumfy”. W obliczu przemijania stajemy się anonimową zbiorowością poruszanych i okradanych przez kogoś (coś) kukieł. Liczba pojedyncza powraca w końcówce utworu i wiąże się z heroiczną gotowością do sprostania konwencji żałobnego pożegnania, „łączącego moty-

wy osobiste z problemami metafizycznymi”. Wysiłek jest znaczny i ma coś wspólnego z paraliżującym poczuciem ludzkiego i poetyckiego osamotnienia. Podmiot musi mówić we własnym imieniu, nie mając już oparcia w pokoleniowej czy kumpelskiej wspólnocie. Odnosi się wrażenie, że tego oparcia nie ma również we wspólnocie czytelniczej („by wyznać nikomu, wydukać w tę pustkę”). Nie tylko piękno poznajemy w samotności. Najwyraźniej ta konstatacja dotyczy również śmierci. Szczególnie trudno, gdy „z kosmosu nie dochodzi sygnał”, natomiast dane są, i to w kłopotliwym nadmiarze, „dźwięki z kreskówki”. Szczególnie trudno, gdy trzeba mówić w kosmiczną pustkę, więc słowa nie mają mocy, transcendentnego umocowania. Cóż to właściwie za hołd, wymruczany, wydukany, korzystający z ograniczonego (ogranego?) repertuaru gestów, kurczącego się zasobu słów. Elegia sparaliżowana własną niemocą? W zarodku uniemożliwiona żałoba? Ale epitet „tyci” nie tylko o bezsile mówi. To jest ta wątła nić porozumienia z językiem dziecka, czyli początkiem, a przez to z życiem, przecież obok opłakującego ojca siedzi prawdopodobnie uśmiechnięta Marianka. To do niej należy czas teraźniejszy i przyszły, ojca zdaje się zupełnie pochłaniać to, co przeszłe. A zresztą, czy w tej wszechogarniającej kreskówce jest miejsce na prawdziwą elegię, autentyczny ból? Podjęcie tych gestów w świetle telewizora wydaje się co najmniej dwuznaczne. Podkreślmy na koniec to, czym wiersz chce nas pożegnać. Nie wiem, czy to utrata wiary w dotychczasowy porządek świata, który opierał się na pewności dotyczącej instancji zamieszkującej górę. Ta instancyjność wywiedziona z niedoszłych spotkań, zaocznych toastów i „cichych podziwów” mimo wszystko trwa. Podmiot „lubił tak myśleć” i nic nie wskazuje na to, żeby stanowczo zerwał z tym przyzwyczajeniem. Michał Fostowicz w jego wyobrażeniach pozostaje trwałym symbolem (archetyp strażnika świętości?) nadal zamieszkującym wyobrażoną Górę, mimo że w sensie dosłownym i fizycznym już go nie ma. Intencja elegii pozostaje jasna. Po to się ją pisze, żeby rozpamiętywana postać nadal między nami była. I żeby przez chwilę było tak, jakbyśmy wszyscy (we wspólnocie odbioru, nie w pustce) „w Międzygórzu w bieli śniegu / stali nad Jego grobem / milcząc jak śmierć / między tak a nie”, jednocześnie stojąc, symbolicznie i katartycznie, nad grobem własnej młodości.

  M. Głowiński, T. Kostkiewiczowa, A. Okopień-Sławińska, J. Sławiński, Podręczny słownik terminów literackich, Warszawa 1998, s. 75. 

  Z. Mirska, Czerń i biel, Nowa Ruda 2013, s. 6; fragment wiersza poetki z kręgu Kłodzkiego Klubu Literackiego obecnej na pogrzebie poety. 

45


MICHAŁ TABACZYŃSKI

„Nacje, tonacje, detonacje”, czyli wierszem w państwo 1

Małe piąstki poezji (no bo przecież nie poety) wygrażają całemu złu tego świata: wygrażają możnym i wpływowym z takim samym zaangażowaniem i taką samą pasją, z jakimi wygrażają biednym, ale bezwzględnym. Wygrażają im wszystkim, bo przyjęło się sądzić, że poezja (poeta niekoniecznie) zawsze służy dobru, że sprawie dobra jest oddana bezwarunkowo, że jej estetyka nieodzownie zmienia się w etykę, że to w istocie ta sama wartość. Tak właśnie to przepiękne i niezwykłe stwierdzenie (estetyka jest źródłem etyki) nakłada na poezję wielkie zobowiązania i pozwala pokładać w niej wielkie (tak wielkie, że aż niespełnione czasem) nadzieje. Te nadzieje są źródłem wyjątkowości, jaką poezja posiada, wyjątkowości, która czyni z niej najważniejszą ze sztuk. Dlaczego najważniejszą? Dlatego, że w sposób najbardziej ścisły związaną z człowiekiem, z jego społeczną i historyczną egzystencją. Żeby to ująć wprost: jest poezja ze wszystkich sztuk najbardziej ludzką, nie da się bowiem z niej zdjąć tych etycznych zobowiązań (bo przecież nie da się z niej zdjąć zobowiązań estetycznych, nie da się jej estetyki pozbawić, bo ona cała jest z estetyki zrobiona).

2

Jacek Podsiadło jest poetą, który bezwarunkowo wierzy w to wysokie powołanie poezji. Ale co tam wierzy, wierzy to mało, zresztą mogę tylko zgadywać, w co wierzy – on to jej wysokie powołanie próbuje realizować, on temu powołaniu stara się sprostać (i tego już zgadywać nie muszę, to mam – jak to się mówi – czarno na białym). Zresztą, mówiąc „wysokie”, mam na myśli to najbardziej przyziemne, to najbardziej ludzkie, najbardziej banalne (to jest: takie, które towarzyszy człowiekowi w jego zwykłym, codziennym życiu). Podsiadło wydaje się najbardziej ludzkim poetą albo ostrożniej: poetą najmniej nieludzkim. Dawał temu wyraz wiele razy, dawał temu wyraz w wielu (we wszystkich?) wierszach, a sporo ich przecież napisał. Troską o ludzki wymiar poezji był podyktowany jego artykuł Daj mi tam, gdzie mogę  dobiec. W wierszu Spróbuj być Bogiem takie dawał dyrektywy (a właściwie to jemu tam je dawała pewna pierwsza napotkana istota): „Pisz wiersze przeciw



fabularie 1 () 201

czołgom, wiersze oczyszczające ścieki przemysłowe”1. I takie wiersze pisywał. Pisał. Pisze nadal.

3

Pisał całe książki przeciwko. Najbardziej zdumiewającą książką napisaną przeciwko jest Dobra ziemia dla  murarzy. Wiersze z tej książki powstawały przez rok – od grudnia 1990 do grudnia 1991 roku (o ile można wierzyć datom umieszczonym pod wierszami, a wierzyć zapewne można, bo datowanie, jak to w tamtych czasach u Podsiadły, jest nadzwyczaj dokładne). Czyli wiersze te powstawały w tym samym czasie, co wiersze składające się na dwa inne tomy: Arytmię i Języki  ognia opublikowane w roku wydania Dobrej ziemia… Obok wielu zdumiewających wierszy w tej książce jest tam i cykl, którego poszczególne części ten sprzeciw ujawniają od samego swojego tytułu zaczynając – chodzi oczywiście o sześć wierszy przeciw państwu (które łatwo jest traktować po prostu jako sześcioczęściowy poemat). W istocie książka jest doskonale spójna i bez wielkiego ryzyka błędu dałoby się każdy z wchodzących w jej skład wierszy tytułować tak samo; tak jest, książka ta zawiera całe dwadzieścia i siedem wierszy przeciw państwu. Nawet pomieszczone w tej książce fotografie (autorstwa poety) też zdają się być fotografiami przeciw państwu.

4

Pierwszy wiersz  przeciw  państwu  jest ustaleniem i opisaniem pozycji autora: kim jest? Skąd patrzy na świat, a więc jakie w nim zajmuje miejsce? Jakie miejsce zajmuje w państwie, przeciw któremu pisze wiersze? Wszystkie te właściwości pozycji autora względem świata (i państwa jako trybu jego funkcjonowania, formy jego organizacji) wyznaczają interpretacyjny horyzont tych wierszy. Jaką więc zajmuje pozycję i względem jakich orientacyjnych punktów ją opisuje? To pozycja człowieka myślącego określana względem tych, co działają (w domyśle: nie myślą), to pozycja człowieka wątpiącego określana względem tych, którzy wiedzą, więc wątpliwości nie J. Podsiadło, Spróbuj  być  Bogiem, [w:] tegoż, Wiersze  zebrane, Warszawa 2003, s. 303. 1


mają: „Niewieścieję, gdy inni, liczni i nie wątpiący, / krzepną, obrastają w zwoje prężnych mięśni”. Nie jest to w żadnym sensie pozycja wygodna, nie jest to pozycja przynosząca jakiekolwiek realny zysk, jest to pozycja straceńcza i zagrożona porażką, jedynym z niej zyskiem jest natomiast poczucie moralnej słuszności i wewnętrznej wolności (zyski, owszem, niebagatelne, ale przecież dość niepewne i nieproporcjonalnie wysoko wycenione). Wolność ta czym się objawia? A dokładniej: od czego to wolność i do czego? Wolny jest od przymusu wspólnoty i spraw społecznych oraz wolny do prywatności, tych „małych, samotnych spraw” człowieka, wolny do bycia obok, z boku, wyjścia „poza kadr”. I nie jest ważne, że to dość naiwna wiara w możliwość oddzielenia się od reszty – społeczeństwa? ludzkości?, ważne, że ten eskapizm jest szczery, a jeszcze ważniejsze, że jest taki – tak to nazwijmy – malowniczy.

5

Co z takiego miejsca (takiego, jakie zajmuje poeta) wynika? Co wynika z takiego, a nie innego rozwiązania odświeżonego dylematu: vita activa czy vita contemplativa? Wynika przede wszystkim bezkompromisowość. I, owszem, jest Podsiadło bezkompromisowy w tych wierszach, jest nawet – i to ciekawe – bezkompromisowy w swojej wyrozumiałości wobec wszystkich oznak obojętności (swojej i cudzej) na państwowe zniewolenie. A jakie to zniewolenie? Dokładnie: zniewoleń tych jest wiele i z każdym z nich w kolejnych wierszach się rozprawia. Rozprawia się z polityką rozumianą jako spójny system państwowych ideologii (w wierszu drugim), z ekonomią czy może dokładniej – z pieniądzem (w wierszu trzecim), z religią czy – znów precyzyjniej – z czymś, co można by nazwać religią państwową (w wierszu trzecim, ale i drugim też), wreszcie z fałszem konwenansu w życiu społecznym (w wierszu piątym, ale i trzecim również).

6

Ładny zestaw tematów, tym ciekawszy, rzecz jasna, że wiersze te są nienaganne w tonie, że retorycznie i stylistycznie są wyrafinowane. Tej brawury nie sposób nie cenić, nie sposób jej nie zazdrościć: „każdą myślą, której nie oddałem żadnej ze spraw społecznych, / na stronę człowieka i jego małych, samotnych spraw / na kółku słowa »najważniejsze« ciągnąłem chybotliwe i ciężkie »jest«”. Bezbłędność takich fraz nie jest ciekawa; to znaczy, jest ciekawa w lekturze, jest ciekawa jako fenomen estetyczny, nie jest jednak szczególnie płodna interpretacyjnie. Inna zupełnie sprawa jest tu ciekawa. Ciekawe jest mianowicie to, jak utrzymać siłę krytyki przy jednoczesnym utrzymywaniu autonomii sztuki poety-

ckiej. Autonomia poezji powoduje nałożenie na nią sankcji nieważności. Przeciwko takim negatywnym skutkom zachowania autonomii można się jednak bronić. Jacek Podsiadło musi sobie zdawać sprawę z tego, że autonomia, którą wywalczył i którą podtrzymuje, tępi ostrze jego krytyki, unieważnia ten antypaństwowy gniew, w najgorszym razie ośmiesza bunt. Za ucieczkę z pola władzy trzeba zapłacić cenę. Zresztą, ta ucieczka, prawdziwa i skuteczna – też nie jest właściwie możliwa. I gest zerwania z rzeczywistością jest już przez władzę zawłaszczony, mieści się w jej rekwizytorium.

7

Imre Kertész pisał gdzieś w Dzienniku galernika: „Istnieje poważny sposób myślenia i niepoważny. Ten poważny reprezentują: interes, władza państwowa, biznes, tajna policja i każdy rodzaj rządzenia, niepoważny natomiast artyści, filozofowie, poeci, święci – ci wszyscy, którzy się nie liczą”.

8

Podsiadło też ma świadomość nieskuteczności sprzeciwu (moralnie wartościowy, pragmatycznie jest nieistotny). Tak przynajmniej można interpretować wygłos Czwartego wiersza przeciw państwu: „Światy zostały od siebie tragicznie odgrodzone” . Te światy zostały rozdzielone i nie ma między nimi kontaktu. Świat małych ludzkich spraw i świat wielkich operacji społecznych pozostają w sytuacji braku kontaktu. Nie znaczy to, że nie ma między nimi związku, owszem, jest: jest to związek siły, dzięki której ten poważny świat panuje nad światem niepoważnym. Siła jest z gruntu czymś innym niż kontakt, kontakt zakłada bowiem – choćby czasową – równoważność dwu stron. Odwrócenie stosunku siły jest możliwe (nie mówię tu o rewolucji, mówię tu o poezji), ale wymaga pewnego wysiłku. Nie chodzi bowiem o prostą (i łatwą) kontestację. Nie chodzi o zwrot w stronę prywatności, nie chodzi o zwykłą drwinę, nie chodzi nawet o wzgardę, niezależnie od tego, jak wydaje się ona silna i wszechmocna („Na koniec już tylko używam, choć nie wiem przeciwko komu, / mnogiej liczby słów takich jak »kurwa«, »plugawiec« czy »chuj«”).

9

O co więc chodzi? O wciągnięcie władzy w pole poezji. Ma to miejsce w Piątym wierszu przeciw państwu: Słowa w srebrnych kokonach. Przedmioty w zbrojach form. Zwoje labiryntów, pogmatwane spirale leżą pomiędzy mną a sednem każdej rzeczy, jądrem atomu, które chce rozbić wiersz. Żal mi nuklearnych   Tenże, Czwarty wiersz przeciw państwu, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 306.



  Tenże, Pierwszy wiersz przeciw państwu, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 300.





  Tamże, s. 301.

  Tenże, Trzeci wiersz przeciw państwu, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 303. 

47


mocarstw zajmujących się w tajnych laboratoriach, na atolach i pustyniach tworzeniem ciemnych, nieudanych poezji6 .

Wciągnięcie władzy w pole poezji, by tu, jakby to powiedzieć, na własnym boisku się z nią rozprawić, jest pomysłem sprytnym, ale chyba już nieaktualnym. W tamtym jednak czasie, w roku 1990 czy 1991, był jeszcze skuteczny (nie twierdzę, że w tym konkretnym przypadku, w przypadku poety Jacka Podsiadły i ówczesnego państwa, mówię raczej o pewnej regule tamtych czasów). W tamtym czasie taki poetycki gest mógł, przynajmniej w teorii, przywracać na chwilę symetrię stosunków wzajemnych literatury i władzy. Tuż po totalitaryzmie, a przed nastaniem naszej współczesności, władza była (już i jeszcze) na tyle zdezorientowana i słaba, by mogła nieustannie utrzymywać ową asymetrię sił. Dziś jest inaczej i Podsiadło też chyba o tym wie, co widać choćby po Wierszu zalecanym  przez  ministerstwo  edukacji  do  użytku  szkolnego  z tomu Pod  światło, który pierwotnie miał być kolejnym (dziesiątym? może i tak, skoro Tenże, Piąty wiersz przeciw państwu, [w:] tegoż, Wiersze  zebrane, s. 314. 6

Dziewiąty… był w Wychwycie Grahama? a może i sto dziesiątym?) wierszem przeciw państwu, a który znów podnosi swoje piąstki, żeby wygrażać złu tego świata, wygrażać państwu, które przecież nieustannie kleci swoje grafomańskie wiersze w tajnych laboratoriach, przeludnionych urzędach, biurach sekretnych i jawnych służb, zakrystiach swoich państwowych kościołów, salach posiedzeń i szklanych biurowcach swoich przedsiębiorstw. Przeciwko nim poezja unosi swoje piąstki i grozi – zapamiętale, żarliwie, furiacko: Poetów będą zapraszali. Orkiestrę dętą, kiedy święto. Staną u żłoba, bo żałoba. A nad tym wszystkim krzyż i jastrząb, papież lub pielgrzym, albo obaj. Polsko. Ojczyzno moja. Jesteś jak choroba7 .

Tenże, Wiersz zalecany  przez  ministerstwo  edukacji  do  użytku szkolnego, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 42. 7

PAW E Ł M A RC I N K I E W IC Z

Granice communitas. Podmiot w relacji do Innego/Obcego (na przykładzie wiersza Trelinka, siekiera, puch) Z perspektywy dwudziestu lat od ich pierwszej publikacji najważniejsze tomy Jacka Podsiadły – Wiersze wybrane 1985-1990 (1992), Arytmia (1993), Dobra ziemia  dla  murarzy (1994) czy Języki  ognia (1994) – nadal zaskakują swoim bogactwem formalnym i tematycznym, choć oczywiście inaczej niż w momencie, gdy się ukazywały po raz pierwszy. W konfrontacji z najmłodszą poezją polską – której dominującymi trendami wydają się „honetyzm”1 przejawiający się atomizacją gestów lirycznych oraz semantyczny dryf

Nawiązuję tu do defi nicji Karola Maliszewskiego z książki Nowa poezja polska 1989-1999, Wrocław 2005, s. 125. 1



fabularie 1 () 201

à la Andrzej Sosnowski – może bardziej widoczny jest dziś u Podsiadły podmiot. Ale jest to podmiot – wbrew obiegowym opiniom o poecie – niewiele mający wspólnego z liryczną maską nadwrażliwca odziedziczoną po Stachurze i Milczewskim-Bruno, dzięki której poeta snuje autobiograficzne impresje. Dziś widzimy lepiej, że podmiot w wierszach Podsiadły, zwłaszcza z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, to precyzyjna konstrukcja wchodząca w dynamiczne relacje z Innym/Obcym, aby na nowo defi niować swoje bycie-w-świecie. Niniejszy szkic próbuje udowodnić, iż głównym efektem literackim, a także poznawczym, owej konstrukcji jest poszerzenie sensu wspólnotowości, którą


Ściskałem rękami tak mocno poręcz nadbrzeżnej balustrady, że krew uciekała mi z palców i dłoni w przeguby, i dalej w łokcie, i wyżej, po ramiona i uderzyła mi do głowy. Nachyliłem się jeszcze i w zęby ująłem metalową poręcz balustrady, którą ściskałem kurczowo rękami. Ale jeszcze zębami. I gryzłem. I niech mnie nikt nie rusza.

„pokolenie »brulionu«” odziedziczyło po Nowej Fali i dopasowało do własnych potrzeb, wzbogacając go o starsze i odleglejsze kulturowo modele tego, co Zygmunt Bauman nazywa „byciem razem”. Roberto Esposito być może najtrafniej z myślicieli dwudziestego pierwszego wieku formułuje podstawowe dla naszego momentu historycznego pęknięcie w sferze publicznej: współczesne kategorie polityczne, prawne i estetyczne próbują uodpornić ciało społeczne na zagrożenia wspólnotowego munus. Bez zbytniego roztrząsania etymologicznych zawiłości: munus to w łacinie dar, ale też obowiązek i dług. Dołączając do wspólnoty, czyli communitas, otrzymujemy dar, ale jednocześnie bierzemy na siebie zobowiązanie. Fakt, iż munus jest również źródłosłowem w immunitas, czyli odporności, pokazuje ukryte prawo, które rządzi relacjami międzyludzkimi w społeczeństwach Zachodu. Immunizacja, czyli uodpornienie, kompensuje ciężar zadłużenia zaciąganego u wspólnoty – zadłużenia, które zmusza jednostkę, by opuściła i zmieniła siebie. Pozostać sobą we wspólnocie można tylko wtedy, gdy zdoła się na nią uodpornić. W rezultacie wspólnota jest „obiektem immunizacji oraz jednocześnie punktem oporu wobec niej”. Jednakże w odróżnieniu od innych współczesnych filozofów zajmujących się tematyką biopolityki, jak chociażby Jacques Derrida, projekt Esposito ma charakter afirmatywny. Zdaniem włoskiego filozofa dialektyka communitas-immunitas jest co prawda naji-

stotniejszą osią relacji społeczno-politycznych, ale możliwe i konieczne jest utworzenie wspólnoty przefiltrowanej przez nowe pojęcie „odporności”, w której aparat immunizacyjny nie będzie zwalczał bios (życia w najpełniejszej dla danego gatunku formie) poprzez produkcję zoē (życia ograniczonego do funkcji biologicznych). Co więcej, w dyskursie biopolitycznym bios nie powinien być przeciwstawiany zoē, ale stanowić jego ultymatywny horyzont, promując taką formę wspólnotowego życia, w której odporność nie zwalcza tego, co inne, ale inność chroni. Funkcjonowanie podstawowych mechanizmów biopolityki widać wyraźnie na styku retoryki i kultury w historii literatury polskiej. Poezja polska – zwłaszcza od rozbiorów – miała silne poczucie swojej wspólnotowej siły, które umotywowane było koniecznością ocalenia narodu pozbawionego państwowości. Jednakże ten mechanizm obronny skutecznie immunizował kulturę polską – i może w mniejszym stopniu literaturę – na obce wpływy. Wyraźna była w dziewiętnastym wieku niechęć do wszelkich ruchów progresywnych w sensie społecznym czy estetycznym. Jan Śniadecki, wybitny profesor Uniwersytetu Wileńskiego, nazwał romantyzm „szkołą zdrady i zarazy”. Echa dziewiętnastowiecznej niechęci do tego, co nowe, znajdujemy w Panu Tadeuszu, na przykład we fragmencie Księgi I odnoszącym się zapewne ironicznie do czasów współczesnych Mickiewiczowi,   Jako przykład wykluczenia ze sfery bios Esposito podaje osoby bezpodstawnie oskarżone o terroryzm, nielegalnie torturowane lub zabijane, posiadające tylko zoē. 

  R. Esposito, Immunitas. The Protection and Negation of Life, przeł Z. Hanafi, Cambridge-Malden 2011, s. 5. Cytaty z języka angielskiego w moim przekładzie, chyba że zaznaczono inaczej. 

  Cyt. za: Cz. Miłosz, Historia literatury polskiej, Kraków 1993, s. 244. 

49


czyli początku czwartej dekady dziewiętnastego wieku: „Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować, / Cywilizować będzie i konstytuować; / Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymówni / Zrobili wynalazek: iż ludzie są równi”. Romantyczna poetyka, a później poetyka modernizmu, zapośredniczona z Francji, wkraczały do Polski powoli i z oporami. Młoda Polska potrzebowała ponad dekady – od debiutu „Życia” w 1887 roku po pierwsze wydanie „Chimery” w 1901 roku – na przebicie się przez krytykę niechętnie nastawionych intelektualistów, takich jak Ludwik Krzywicki czy Aleksander Świętochowski, aby zmienić przyzwyczajenia literackie inteligencji ukształtowane przez pozytywizm. Po II wojnie światowej propagowana przez władze komunistyczne wspólnotowość opierała się głównie na przynależności do kultury narodu, zwłaszcza tej najdawniejszej i najbliższej folklorowi, i tradycji wyznaczanej przez wyselekcjonowane wydarzenia historyczne. Przeciwstawiająca się jej wspólnotowość Polski podziemnej oparta była w rzeczywistości na analogicznych podstawach, umieszczając w swoim centrum naród i etos inteligencki oraz wydarzenia historyczne, które zaprzeczały oficjalniej propagandzie. Dopiero koniec XX wieku spopularyzował pojemniejsze modele wspólnotowości, nieoparte jedynie na rygorystycznie rozumianej narodowości, ale na człowieku w najszerszym znaczeniu oraz na istotach żyjących, a także przedmiotach nieożywionych. Oczywiście pojawiały się one wcześniej, najpierw w poezji największych modernistów połowy XX wieku: u Miłosza, Różewicza i Herberta wspólnota to historia i tradycja Zachodu, ale też współcierpienie żyjących. Mimo całej empatii dla natury – wspólnota ta ma charakter kulturowy, a granica pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem jest granicą pomiędzy tym, co ludzkie, a nieludzkie. Szersza wspólnotowość Szymborskiej, manifestująca się w jej transhumanizmie, widoczna jest już w Wołaniu do Yeti (1957) i Soli (1962). W tym ostatnim tomie Rozmowa z kamieniem może najbardziej radykalnie przedstawia utopię tego, co pod koniec lat sześćdziesiątych zostało nazwane „głęboką ekologią”: nasze pukanie do „drzwi” natury jest li tylko metaforą, która zdradza nostalgiczną tęsknotę za światem-księgą. W takim rozumieniu relacji człowieka do świata, człowiek zawsze pozostanie – jak to określa Slavoj Žižek – „funkcjonariuszem Życia” i „punktem Omega” całego wszechświata. „Pokolenie »brulionu«” zaatakowało przede wszystkim wspólnotowość państwową, opartą na

  A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, red. K. Górski, Warszawa 1982, s. 23. 

  W. Szymborska, Rozmowa z kamieniem, [w:] tejże, Wybór wierszy, Warszawa 1979, s. 91-92: „Pukam do drzwi kamienia, / – To ja, wpuść mnie […] / Nie wejdziesz – mówi kamień. – / Brak ci zmysłu udziału. […] Pukam do drzwi kamienia, / – To ja, wpuść mnie // – Nie mam drzwi – mówi kamień”. 

  Zob. S. Žižek, „Of Cells and Selves”. The Žižek Reader, red. E. Wright i E. Wright, Malden 2004, s. 304. 

50

fabularie 1 (3) 2014

narodzie i historii, tak istotną dla tożsamości pokolenia Nowej Fali. W głośnym wierszu Dla Jana Polkowskiego Marcin Świetlicki trafnie wyraził przewartościowanie w relacjach społecznych wspólne chyba dla wielu poetów debiutujących na początku lat 1990: „Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem / głodny, samotny, my dwoje, nas czworo, / nasza ulica – mówią cicho: Wanda / Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid, / Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa”. W innych wierszach z Zimnych krajów wyraźne jest zmęczenie uczestnictwem w jakichkolwiek formach wspólnotowości: w przestrzeni przedstawianego świata „psy osaczają” i podmiot liryczny rozpoznaje „niektóre z nich”. W kontekście dat, które pojawiają się przy wszystkich wierszach w tomie (usuniętych w drugiej wersji zbioru zatytułowanej Zimne kraje 2) te zabiegi wydają się na pierwszy rzut oka umocowaną w dialektyce epoki krytyką „narzuconej” wspólnotowości późnego reżymu komunistycznego. Nic bardziej mylnego: w głosie Świetlickiego już wtedy daje się słyszeć ton, który kilka lat później stanie się dominującą cechą poetów spod znaku polskiej szkoły „nieokreśloności”: communitas ograniczone jest do troski o „nieformalne, nieforemne państwo”10 własnych wierszy. W tej perspektywie wczesna poezja Jacka Podsiadły stanowi interesującą przeciwwagę dla redukcyjnych w swojej istocie poetyk Nowej Fali, „brulionu” czy eksperymentatorów spod znaku „nieokreśloności”. Jeżeli Podsiadło porzuci ideę afirmatywnego communitas – rozczarowany komercjalizacją relacji międzyludzkich – będzie to podszyte wycofaniem się w przedwspólnotową, „biologiczną” prywatność: partnerka Olga, córka Marianka i syn Dawid staną się jedynymi gwarantami niepewnej harmonii, którą osiągnie podmiot liryczny, jak w wierszu Strzemię i metrum z tomu Pod światło: „I my ze swym szczęściem pośród ołtarzysk stacji paliw. / Potem, już w domu, z balkonu wypatrujemy tych gwiazd. / Olga mówi Mariance, że trzeba pomyśleć marzenie. / A ono już jest. »Żeby nigdy nie umarliśmy«”11. Artystycznym wyrazem tego porzucenia – podobnie jak dla sporej liczby współczesnych twórców – będzie często poetyka krzyku. Ale najważniejsze dla dyskursu communitas utwory Podsiadły powstały w pierwszej połowie lat 1990 i z pewnością jest w tym ślad euforii zwią  M. Świetlicki, Dla Jana Polkowskiego, [w:] tegoż, Zimne kraje, Warszawa 1992, s. 54. 

  Nawiązuję tu do znanego studium krytyczki amerykańskiej Marjorie Perloff, The Poetics of Indeterminacy [Poetyka nieokreśloności] z roku 1981, w którym autorka opisuje w perspektywie historycznej najważniejsze cechy stylu poetów amerykańskich wywodzących się od Rimbauda, w tym Johna Ashbery’ego. 

  Ton ten dominował w późniejszych tomach poety, między innymi w Muzyce środka (2006), skąd pochodzi cytat (M. Świetlicki, Marcin, [w:] tegoż, Muzyka środka, Kraków 2006, s. 25). 10

  J. Podsiadło, Strzemię i metrum, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 37. 11


zanej z rodzącą się wspólnotowością demokratycznej Polski. Trelinka, siekiera, puch to wiersz pod wieloma względami typowy dla twórczości poety z tego okresu. Pierwszoosobowa narracja odsłania najbliższą podmiotowi lirycznemu rzeczywistość podopolskiej wsi, którą Podsiadło przywołuje w dziesiątkach tekstów. Jest to rzeczywistość toporna – okaleczona przez dekady komunistycznej bylejakości i przykryta cienką warstwą wolnorynkowego blichtru. Dramatyczne wydarzenie opisywane w wierszu rozgrywa się na zwyczajnej wiejskiej ulicy, ale też sięga do jednego z najdawniejszych i najbardziej bolesnych wspomnień podmiotu lirycznego. Czasowa oś utworu wpisana jest w jego tytuł: najpierw narrator musiał dobić konającego psa „trelinką”12, w czasie teraźniejszym zadaje śmierć konającemu kotu poprzez cios „siekierą”, a „puch” to stan umysłu, czy też szerzej – wrażliwości – którą podmiot osiąga, scalając swoją przeszłość i teraźniejszość: Mogę mówić o tym całkiem bez emocji. Kot miał wytrzeszczone oczy i rozwarty pysk. Płuco pod rozdartą skórą zostało nietknięte, przy każdym oddechu za karkiem wyrastał mu balon. Z grzbietu wystawał kawałek kości. Sąsiedzi przyszli patrzeć całymi rodzinami, mnie przyprowadziła Lidka, żebym zwierzę dobił. „Siekierę?”, upewniał się sąsiad. „Może lepiej pręt?” Taką już miał wrażliwość, że źle znosił widok krwi, natomiast ból kociej agonii niewiele mu przeszkadzał. Poszedł po narzędzie, nie było go ze trzy minuty. Kot jak pijany przeczołgał się tymczasem na drugą stronę płotu. Raz już, jako dziecko, musiałem dobić psa, któremu przetrącił kręgosłup jeden z rówieśników. Spazmatycznie szlochałem bijąc go w łeb trelinką. Tym razem odciąłem łeb kota z zimną kacią sprawnością, a płakał pięcioletni Krzyś z buzią wciśniętą w brzuch Matki. Nie utraciłem chyba swojej wrażliwości. Rozkawałkowana dawniej, scaliła się teraz, zaokrągliła jak talerz, już nie wyłazi ze mnie nagle, w niespodziewanym miejscu, jak kawał kości przez skórę. Stałem się opanowany jak Olga Korbut na równoważni, gdy ma wykonać swoje śmiertelne salto, chwilę przedtem. 93.06.1213.   „Trelinka” to nazwa gwarowa (właściwie powinno być „trylinka”) pochodząca od nazwiska polskiego inżyniera Władysława Trylińskiego (1878-1956), który wynalazł betonową płytę w kształcie sześciokąta, wszechobecną w PRL-owskim budownictwie – jako odpowiednik współczesnego „polbruku” – w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 12

  J. Podsiadło, Trelinka, skiekiera, puch, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 2003, s. 189. 13

Jak wszystkie utwory Podsiadły z tego okresu, wiersz jest datowany: letnie popołudnie, szosa biegnąca przez wieś, potrącone przez nonszalanckiego kierowcę zwierzę – to najzwyczajniejsza sceneria polskiego lata. Pojawiająca się w niej społeczność również jest generyczna: bezimienne rodziny sąsiadów i ten jeden „wrażliwy” sąsiad, który zaoferował przyniesienie siekiery. Z tłumu wyróżnia się pięcioletni Krzyś i jego „Matka”, a także oczywiście Lidka, bohaterka wielu wierszy poety z tamtego okresu, z którą dzieli ognisko domowe, i jego Muza. Tym, co chyba najbardziej odróżnia poetykę Podsiadły od poetyk Nowej Fali, czy rówieśników jak Świetlicki, jest zakorzenienie podmiotu w communitas: u Barańczaka czy Krynickiego widoczny był jeszcze dystans wobec Innego/Obcego, charakterystyczny dla etosu inteligencji, przejawiający się w lekceważącym bądź jawnie niechętnym stosunku do przedstawicieli innych grup społecznych14 . Podmiot Podsiadły jest zawsze u siebie: Inni/Obcy, których spotyka, szybko stają się swoimi, nawet jeśli ta swojskość bywa niekomfortowa, co najczęściej wyrażane jest w wierszu za pomocą ironii. W Trelince… sąsiedzi, którzy przyszli patrzeć „całymi rodzinami” na agonię kota, początkowo wydają się odpychający czy nawet przerażający – podobnie nadgorliwy i usłużny sąsiad, który oferuje przyniesienie narzędzia do zabicia kota; ale „pięcioletni Krzyś”, który wtula się w matkę i płacze, rozwiewa te wątpliwości. Mieszkańcy wsi to zwyczajna społeczność, odmienna w swoich reakcjach, lecz niepozbawiona rudymentarnego poczucia międzyludzkich więzi. Ale Trelinka… pokazuje coś jeszcze: do communitas i do sfery bios przynależą także kot, jak również powracający we wspomnieniach pies. Tu właśnie twórczość Podsiadły różni się zasadniczo od poezji „pokolenia »brulionu«”, a także bezpośrednich i dalszych literackich poprzedników. W Trelince… bios nie przeciwstawia się zoē, ale jest jego oczywistym rozszerzeniem, obejmującym tak ludzi, jak zwierzęta. Zakończenie ciosem siekiery męczarni kota jest w wierszu przedstawione oszczędnie, ze sporą dozą poetyckiego kunsztu: „odciąłem łeb kota z zimną kacią sprawnością”. Frazeologizm „z kocią sprawnością” zostaje przekształcony w swoje semantyczne przeciwieństwo, sygnalizując kulminacyjny moment utworu. To właśnie ten akt, podobnie jak powracające we wspomnieniach zabicie psa, stano  W Niepodległych nicości (1988) pisze w wierszu Postój Ryszard Krynicki: „Podczas przedłużającego się postoju / W Berlinie Wschodnim / młody celnik gorliwie odśrubowuje / blaszane sklepienie / znad korytarza wagonu; wspinając się na palcach / sprawdza, czy nikt się nie ukrył; bluza munduru / unosi się / odsłania pulchny / bezbronny brzuch i wtuloną weń // kaburę pistoletu” (s. 156). Podobny ton rozbrzmiewa w wielu wierszach Barańczaka z tego okresu, np. w wierszu Tłum, który tłumi i tłumaczy z tomu Ja wiem, że to niesłuszne (1977): „Tłum, który tłumi i tłumaczy; / który tupotem i tępą głuchotą, / stłoczony w autobusach i tunelach, tłumi / słabiutkie tętno sensu, stukające w czaszce” (s. 80). 14

51


wi spłatę wspólnotowego munus. Co więcej, podmiot dokonuje owej spłaty również w imieniu anonimowego w większości tłumu gapiów, potwierdzając i realizując niejako wolę zgromadzonych, co ukazuje paradoks immunizacji, według którego są oni jej obiektem i jednocześnie punktem oporu. Wspólnota ludzi obecnych przy śmierci kota nie zwalcza tego, co inne w podmiocie/ narratorze, ale jego inność akceptuje i chroni. W tym szczególnym momencie wszyscy mieszkańcy wsi rozumieją, że każdy ma prawo do wrażliwości i każdy jest zobowiązany do ochrony bios. To właśnie w imię tej ochrony „kacia sprawność” kończy bezsensowne i niewyobrażalne cierpienie zwierzęcia, okazując się narzędziem troski oraz jednocząc świadków opisywanych wydarzeń, którzy w trakcie wiersza niejako opuszczają i zmieniają siebie. A zatem Trelinkę… łączy z filozofią Roberto Esposito dążenie do przełamania dręczącej zachodnią świadomość dialektyki communitas-immunitas. Przełamanie to ma w wierszu Podsiadły jeszcze jeden wymiar: w ostatniej strofie pojawia się odniesienie do białoruskiej gimnastyczki Olgi Korbut (występującej w reprezentacji ZSRR), która na Olimpiadzie w Monachium w 1972 roku jako pierwsza wykonała salto w tył na równoważni i zeskok saltem w tył z równoważni: „Stałem się opanowany jak Olga Korbut na równoważni, / gdy ma wykonać swoje śmiertelne salto, chwilę przedtem”. To nawiązanie – dopełniające wspomnianą wcześniej figurę „kaciej sprawności” – jest nie tylko metonimicznym powrotem do czasów dzieciństwa na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale również metaforą powrotu do wspólnoty: wyzwoleniem się z bolesnej, „rozkawałkowanej” wrażliwości, aby móc dostąpić „opanowanej” i „scalonej” wrażliwości, dostępnej dla wszystkich zgromadzonych. Jednak nie jest to wędrówka w stronę wartości statycznych i niezmiennych, a wprost przeciwnie: podmiot (i z nim czytelnik) za moment wykona śmiertelne salto i porzuci bezpieczeństwo judeochrześcijańskiej tradycji, w której bios nigdy nie zniża się do zoē, by odnaleźć więź z Innym/Obcym niejako przefiltrowaną przez pojęcie odporności. W chwili, gdy staje się „opanowany jak Olga Korbut”, podmiot Podsiadły mógłby powtórzyć za Esposito: „nie da się pomyśleć dziś o innej polityce niż polityka życia”15. Ten sposób rozumienia communitas – widoczny w utworach kilku rówieśników poety, jak Olga Tokarczuk czy Andrzej Stasiuk – będzie stopniowo zanikał w wierszach Podsiadły pod koniec lat dziewięćdziesiątych, by w Krze i Pod światło przybrać formę dominującą w mainstreamowej literaturze. Być może początek ery niepodległości III RP był momentem najbardziej radykalnej „komunizacji”, która później musiała znaleźć swoją przeciwwagę w rosnącej odporności na tendencje uwspólnotawiające.

Euforia wolności mogła jedynie na krótko zasłonić proces zawłaszczania jednostki przez wspólnotę, więc szybko uwidocznił się mechanizm autoodporności, demonstrujący, iż instytucje zachodniej polityki, których celem jest obrona wolności, prawa i demokracji, znajdują się blisko swoich semantycznych przeciwieństw, to znaczy izolacji, przemocy i śmierci. Nieufność – żeby nie powiedzieć wrogość – do wspólnoty stanie się w późnej poezji Podsiadły podstawą świadoodczucia, która nadaje wierszowi nieco zgorzkniały ton i niemal nienawistny impet. Przedmowa – prolog do tomu Pod światło – dobitnie wyraża tę zmianę w postrzeganiu społecznego „bycia razem”: Czas na rozdział, rozbrat, rozłam. Wyprą się nas te godziny i wypiorą się te godła. […] Leżmy martwo, jak skąpani w ogniu chłopcy, lwy z kompanii, z której nie ocalał ani kompan. Leżmy. Tamta wrzawa, siejba, kośba, szajba, żwawa krzątanina i kurzawa to gra o nic i niczyja. […] Wyprą się nas te rodziny, spaczą się prawidła, szyny i wyłamią się te radła. Wierne będą sukinsyny, pies, dziewica podupadła, bękart, żebrak, ciało, słowo, strach budzący się na nowo i krzyk, który był przed mową16.

Podmiot Podsiadły zostaje sam: nie jest to tylko kwestia jego wyboru, ale raczej zaniku pewnego typu relacji międzyludzkich, przemiany „kompanów” w odpychających „sukinsynów” czy „podupadłe dziewice”. Być może to zjawisko nie dotyczy tylko wierszy Podsiadły i współczesna poezja polska – wraz z „hordyzacją” sfery społeczno-politycznej – wchodzi w erę krzyku. Ten krzyk wydaje się być odpowiedzią na wyłaniającą się od co najmniej dekady nową wspólnotowość, opartą na egzystencji wolnej od wszelkiego sensu. Roberto Esposito powiada, iż nasz świat jest „światem-i-niczym-więcej” – to właśnie owo „nic-wspólnego, którym jest świat, łączy nas we wspólnotę, w kondycji, polegającej na wystawieniu na najbardziej radykalny brak sensu, a równocześnie na otwarcie sensu jeszcze niepomyślanego”17. „Krzyk, który był przez mową” wynika z logiki immunizacji: to niezgoda na świat, w którym bios i zoē stanowią nierozróżnialną Obcość/Inność, ale też nadzieja na oderwanie się od języka „trelinki” i „siekiery” i nowy język oparty na wrażliwości „puchu”.

16

  R. Esposito, Bios. Biopolitics and Philosophy, przeł T. Campbell, Minneapolis 2008, s. 15. 15

52

fabularie 1 (3) 2014

  J. Podsiadło, Przedmowa, [w:] tegoż, Pod światło, s. 5-6.

  R. Esposito, Wspólnota i nihilizm, przeł. M. Surma-Gawłowska, „Politeja” 2013, nr 23, s. 41-52. 17


ADRIAN GLEŃ

Długie ramiona Chrystusa. Notatki do wiersza 1. Koniec „pop-poezji”? Introdukcja nieco przewrotna

Chciałbym rozpocząć – kreśląc najszersze z kół w jakim umieścić by można wiersz, któremu zamierzam poświęcić niniejszy szkic – od frapującego wątku fenomenu poczytności poezji Jacka Podsiadły, co odnotowuje w zamknięciu swojej ostatniej książki Stanisław Stabro. Badacz ujmował tę sprawę w następujący sposób: Czynnikiem przesądzającym o dużej popularności tej poezji w pewnym okresie, w kręgach specyficznej, młodszej publiczności literackiej, był sposób jej istnienia w przestrzeni nadawca-odbiorca. A. Legeżyńska scharakteryzowała lirykę Podsiadły jako „pop-poezję”, adresowaną do nowej już generacji, której obce były mitologie narodowych powstań i antykomunistyczny etos. Temu celowi służyło również sięgnięcie przez Podsiadłę do […] koncepcji „życiopisania” […]1 .

Świetnie pamiętam rzecz z autopsji. Podczas odbywania moich polonistycznych studiów w Opolu – była końcówka lat 90. – autor Wychwytu Grahama odbywał nieustające peregrynacje po wszystkich bibliotekach i domach kultury, zawsze gromadząc nieprzebrane tłumy, a tydzień bez spotkania autorskiego Podsiadły był faktycznie rzadkością. Utyskiwaliśmy wówczas w gronie młodych z opolskiego pisma „Przez czerń” na autokreację Jacka Podsiadły. Choć ceniliśmy autentyzm tej twórczości, to mocno raziło nas jednak nadmierne epatowanie środowiskową niechęcią jej autora, jego starannie obliczony autsajderyzm, anarchistyczna anihilacja wartości, które wykraczały poza wąski krąg tych przezeń przyjętych i eksponowanych. To był jednak czas, kiedy i my (młodsi od „brulionowców” o ponad dziesięciolecie), czuliśmy, że demokracja z dyktaturą wolnego rynku nie musi być najlepszym z możliwych pod słońcem systemów regulacji społecznej. Tęskniliśmy za jakąś wersją „ponowoczesnego odwrotu od cywilizacji”, upatrując w poezji Podsiadły

niezbędnej, a witalnej, siły do upominania się o wartości tak bardzo zagrożone przez współczesność, która nagle okazała się niezwykle drapieżna, cyniczna, bezwzględna, płytka, banalna… I być może rację ma Stabro, pisząc w ostatnim zdaniu, że generalne przesłanie i oddziaływanie [poezji autora Cisówki – przyp. A.G.] może być […] narażone na szwank przez żywotny, bałwochwalczy stosunek w Polsce do tych kapitalistycznych wartości (to między innymi wolny rynek, „wyścig szczurów”, „świńskie media”, masowa kultura zniwelowanego, masowego społeczeństwa), które już przecież dawno, pół wieku temu, zostały zakwestionowane i przenicowane […]2 .

Minęła dekada z okładem. Jacek Podsiadło wydał przed paroma miesiącami (piszę te słowa w grudniu 2012 roku), a po długim milczeniu, nowy tomik; 13 grudnia odbyła się jego promocja w PBW w Opolu (spotkanie prowadziła Dorota Różycka), na sali zasiadło kilkanaście osób, część – jak to bywa – zdziwiona własną w tym miejscu obecnością… A przecież nie tak znów wiele w tej poezji się zmieniło… A przecież (i równocześnie) głos Podsiadły brzmi dzisiaj jakby czyściej, bardziej przekonująco…

2. Wiersz jako dziennik, życie jako droga. Uwagi o autentyzmie twórczości Jacka Podsiadły

„Histeryczną szczerością” określił postawę bohatera poezji Podsiadły Karol Maliszewski, nazywając przy okazji protagonistę „wiecznym tułaczem, piewcą Wolności, nosicielem Miłości i bardem Drogi”3 . W tym samym niemal czasie wtórowała wytrwałemu krytykowi Anna Legeżyńska, pisząc, iż autor Dobrej ziemi dla murarzy

2

Tamże.

K. Maliszewski, Niepoczytalne notatki,  od  nieufności  do  afi rmacji, [w:] tegoż, Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, Bydgoszcz 1999, s. 74. 3

S . Stabro, Jacek Podsiadło a kontrkultura, [w:] tegoż, Klasycy i nie tylko… Studia o poezji XX wieku, Kraków 2012, s. 257. 1




Przy źródle obudowanym kamienną wnęką, z kilkoma w dół od trotuaru schodkami, napiłem się instynktownie wody.

łączy doświadczenia poety-trampa (np. Stachury czy amerykańskich bitników) z realistycznymi donosami późno-peerelowskiej rzeczywistości (niczym Białoszewski) i trochę Różewiczowskim typem wrażliwości postkatastroficznej. Wszystko to wypowiada […] zindywidualizowanym, metaforyczno-reporterskim idiomem poety poszukującego sojuszu między Konkretem a Metafizyką.

Czytając tomiki Podsiadły, napisane na przestrzeni lat 90., odnosi się wrażenie, jakby miało się w ręku spójne karty intymnego dziennika, lubo oglądało telewizyjny serial. Nie, nie chcę, bynajmniej, wikłać się w stary spór krytycznoliteracki o granice poezji i życia, nie chcę przywoływać, ani omawiać metafor i paralel, jakich używano do opisania tej twórczości, nie chcę jej wreszcie dyskredytować poprzez używanie określonych figur retorycznego dyskursu. Lecz jedynie skonstatować fakt, iż z ogromnej ilości wierszy czytelnik – obcując z chronologicznie, przez samego autora, ułożonymi tekstami – w najdrobniejszych szczegółach poznaje życie bohatera, którego poeta rozmaitymi nićmi stara się spleść ze sobą i zaskarbić dlań sympatię odbiorcy: przeżywamy przeto razem z protagonistą tych wierszy wszelkie jego przygody, rozterki, sekundujemy mu w miłosnych związkach, etc. Jeśli godzi się używać tego określenia: „serial poetycki”, to tylko po to, aby podkreślić swoistą sekwencyjność zdarzeń, poetyckich obrazów, które tworzą nie tyle ponowoczesną kolekcję, ile po prostu spójną   A. Legeżyńska, Wiersze do plecaka, „Polonistyka” 1998, nr 8, s. 566. 

54

fabularie 1 (3) 2014

opowieść o konkretnym podmiocie, nanizaną na oś czasu. Nolens volens bierzemy udział – mając do dyspozycji np. dwutomowe wydanie Wierszy zebranych Podsiadły, wydanych przez Dunina-Wąsowicza – w konsekwentnym, a być może w ogóle najkonsekwentniejszym w polskiej poezji XX wieku (oczywiście, do pewnego momentu i do pewnego stopnia), projektem „życiopisania”, z taką mianowicie jego odmianą, która nie problematyzuje języka, strategii i możliwości osiągnięcia swoistej jedności życia (doświadczenia) i pisania (za-świadczania). Komentując w pewnym sensie zamysł i przedsięwzięcie wydania wierszy zebranych Podsiadły, Piotr Śliwiński zanotował ważne dla mnie w tym miejscu słowa:   Maliszewski twórczość Podsiadły nazywał po prostu „wylewającym się poematem-rzeką” (K. Maliszewski, dz. cyt., s. 76). 

  Chyba tak można by rozumieć również uwagi Piotra Kępińskiego o pisarstwie Jacka Podsiadły. Krytyk, polemizując z pewnym mitem obecnym w lekturowych doświadczeniach poezji Podsiadły, zauważał, iż nie ma w niej niezgody na zastany język literacki a życiopisanie autora Języków ognia wyraża się za sprawą frazy Miłosza, dykcji amerykańskich bitników, czy odniesień do Franka O’Hary. W konkluzji zaś pisał: „Podsiadło stanął po stronie słowa, na które wielu dzisiejszych poetów nie może się zgodzić. […] Sosnowski, Pióro i Sendecki opowiedzieli się za tym, co po tym słowie zostało – opowiedzieli się za pustką. Podsiadło trzyma się tradycji, rezygnuje z buntu. Oni wybrali bunt i muszą teraz opisywać NIC” – P. Kępiński, Kilka zdań o poezji Jacka Podsiadły w ogóle: o poezji zrozumiałej i niezrozumiałej, [w:] tegoż, Bez stempla. Opowieści o wierszach, Wrocław 2007, s. 93-95. 


Wydanie wszystkich wierszy, jakie zostały do pewnego momentu napisane, przedsięzwięte przez Pawła Dunina-Wąsowicza, jawi się jako konieczność narzucona przez charakter tej twórczości: otóż jeśli poezja, której istotą jest nakładanie kolejnych masek, nie wymaga, by traktować ją jako organiczną część życia autora, to poezja Podsiadły owszem. Rozciąga się ona wzdłuż biograficznej osi swego twórcy, nie można zatem dokonywać jej fragmentaryzacji, tym bardziej, że doprawdy nie wiadomo, co miałoby decydować o większej ważności tego lub tamtego fragmentu.

W istocie – owo dwutomowe wydanie Wierszy zebranych przyniosło obraz poezji Podsiadły jako twórcy, który realizuje w praktyce totalny projekt „życiopisania”, czy „poezjożycia”, polegający na konsekwentnym nadawaniu swojej sygnatury bohaterowi, nasycaniu świata przedstawionego najdrobniejszymi detalami pochodzącymi z własnej empirii, wpisywaniu do wierszy indywidualnych adresów, dedykacji, umieszczaniu w niej przyjaciół (także tych „lekturowych”), słowem – na budowaniu całości, na jaką nie odważył się ostatecznie ani Białoszewski, ani Stachura (pierwszy asekurujący się autoironią i literacką grą z konwencją, drugi zdający sobie sprawę z egzystencjalnych niemożności: różnicy między doświadczeniem a językiem, byciem a pisaniem, fundamentalnej nietożsamości języka i świata). Wiedza ta każe interpretatorowi dzieła poetyckiego Podsiadły podchodzić do lektur pojedynczych wierszy z niezwykłą ostrożnością. Z jednej bowiem strony nawet dla starannie zdelimitowanego zapisu poetyckiego znaleźć można inną, szerszą perspektywę, w której dopiero umieszczony stanie się on pełnoprawnym tekstem, z drugiej zaś budowanie wniosków natury syntetycznej na podstawie wyróżnionego wiersza może okazać się niemożliwe ze względu tak na liczne powtórzenia, jak i wynikające zeń – a wielokroć wskazywane przez krytyków i komentatorów – niekonsekwencje poety. Joanna Orska widzi poezję debiutantów lat 90. przez pryzmat gier z autentykiem, o tyle szczególnych, że z ich poezji „wyłączona została konieczność komunikowania czegokolwiek, co mogłoby […] nieść […] wartości uniwersalne”. Powstająca w ten sposób prywatność nie jest już dla badaczki ideą przezroczystego języka, za pomocą którego poeta próbuje prze-pisać swoją egzystencję w tekst (uczynić ją tekstową), lecz staje się „tekstualną enigmą”, w której to, co swoiste, pojedyncze pozostaje poza możliwością wskazania (Orska pisze o „niemożności udostęp-

  P. Śliwiński, Wiersz jako dziennik intymny (O Jacku Podsiadle, 1998), [w:] tegoż, Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej, Kraków 2002, s. 150.



  Zob. A. Gleń, „W tej latarni…”. Późna twórczość Mirona Białoszewskiego w perspektywie hermeneutycznej, Opole 2004, s. 37-43.

nienia prywatności”10). Nikt z nas nie zna bowiem i nie jest w stanie bezpośrednio poznać egzystencji Podsiadły, Świetlickiego, Wiedemanna, Sośnickiego. A rozwój historii przedstawionych w ich pisarstwie determinowany jest przez żywioł języka silnie uwikłanego w tradycję literacką, wszelkie zasady cytacji i korespondencji. Skoro zaś tak, to teksty te można co najwyżej – choć i to wedle Orskiej jest nadużyciem – widzieć w perspektywie znaku sylleptycznego (vide Nycz), w którym wiersz jednocześnie jest i nie jest zapisem konkretnej egzystencji. Nie mamy prawa zatem ani danych, aby upierać się przy lekturze biograficznej. Liryką narracyjną nazywa Orska „gatunek poetycki” (termin biorę w cudzysłów, gdyż mówienie o paradygmacie tej wypowiedzi jest – nawet w świetle precyzyjnych ustaleń autorki – chyba jeszcze przedwczesne), w którym opowiadanie i budowanie dyskursu, a nie podmiot wysunięte zostają na plan pierwszy. Wymieńmy – w dużym, rzecz jasna, uproszczeniu – podstawowe cechy „liryki narracyjnej” wydobyte przez wrocławską badaczkę: podstawową jednostką sensotwórczą jest zdanie a nie słowo, czy wers; napięcie między sferą narracyjną i poetycką; skomplikowane gry z formami, w których to grach formy stają się już tylko „cytatami struktur; elementami układanki”; rozszczepienie podmiotu (uniemożliwiające ostatecznie jego tożsamość) na uwikłanego w texte general „twórcę dyskursu” – z jednej strony i „bohatera fragmentarycznej historii” – z drugiej, bohatera, który „przeżywa” swoje życie w rytm głosów cudzych11. Co ciekawe, centralny dla tej formy akt opowiadania nie zostaje tu podporządkowany, jak twierdzi Orska, zasadom konstrukcji narracji (opisanym choćby przez francuskich narratologów), lecz po de Manowsku rozumianej „zasadzie retorycznej”, czyli specyficznej autorefleksji, w której równocześnie podkreślony zostaje wtórny charakter opowieści, jej fikcyjność, nieprawdziwość oraz nieciągły i nieskończony zarazem przebieg. Ważnej dla mnie w tym miejscu książce wrocławskiej literaturoznawczyni patronuje Paul de Man, w którego pismach odrzucona zostaje możliwość istnienia (i re-konstrukcji) języka nieironicznego, skutkiem czego staje się ustanowienie retoryki w miejscu epistemologii. Zaufanie do przewodnika zawodzi Orską jednak w przypadku poezji Podsiadły: jak bowiem zgodzić sylwiczną twórczość tego autora, zorganizowaną wokół idei opowiedzenia historii samego siebie12 z jednoczesną świadomością (z ducha de Manowskiego wyrastającą) o niemożliwości tej idei zrealizowania? Nie jestem pewien, czy językowa stylizacja w wierszach Podsiadły wyklucza epifaniczność tej literatury; trudno sądzić, wobec tak totalnego projektu „życiopisania”, iż przeświadczenie o możliwości wyrażenia epifanii jest u autora Arytmii potraktowa-



  J. Orska, Liryczne narracje. Nowe tendencje w prozie polskiej 1989-2006, Kraków 2006, s. 31.



10

  Tamże.

11

  Zob. tamże, s. 32-33.   Zob. tamże, s. 39.

12

55


ne jedynie ironicznie13. Cecha fragmentaryczności, niepełności „dziennikowej” narracji Podsiadły (nigdy nie dowiadujemy się „co było dalej”) zostaje związana u Orskiej ze zjawiskiem, które autorka nazywa „hermetycznością prywatności”14. To prawda, poezja opolskiego poety wymaga od czytelnika „mimetycznie motywowanej wiary”15, ale ułamkowe widzenie w żaden sposób nie może legitymizować tezy o niedostępności tego, co pojedyncze. Być może to, co moje, prywatne (ale nie – tabuiczne) nie może być ujawnione właśnie inaczej, jak tylko w zapisie momentalnym, epifaniczym, w narracji niedokończonej, niepełnej, zatrzymującej się na progu wyrażalności i językowej inwencji stylizacyjnej (sama zaś stylizacja wszak nie musi oznaczać koniecznie wykluczenia „sobości” na rzecz tego, co obce; dziwi tutaj nazbyt chyba proste – substancjalne i, by tak rzec, homogeniczne językowo – traktowanie podmiotowości). Jakkolwiek by jednak nie było – mamy dostęp do życia poety przez tekst, a wiersz traktujemy jako tegoż świadectwo, czy też każdy zapis jest tekstoidalny i nie można traktować go jako analogon realnej egzystencji? – czytelnik odczuwa swoistość radykalnej autobiografizacji obecnej w tej twórczości. Uległem jej mimowolnie do tego stopnia, że tego roku chciałem za wszelką cenę znaleźć się w owym „dawnym miejscu kultu pogańskiego”, tym bardziej, że mógłbym przekonać się – równo po 20. latach od daty napisania wiersza – czy na dębowym krzyżu Skometa wciąż widnieją ślady świadczące o swoistym pragnieniu obecności… Odnalezienie tych nieskomplikowanych inskrypcji mogłoby wszak stanowić dowód na to, że pieczęć autentyczności wiersza, przynajmniej jakiejś jego części, jest oryginalna i nienaruszona. (Niestety, różne okoliczności stanęły na drodze do zrealizowania detektywistycznego planu; z konieczności zatem musiałem ograniczyć się do przejrzenia zasobów przepastnego internetu, gdzie wyczytałem – a nawet zobaczyłem – że pielgrzymi wciąż wciskają w rozeschnięte drewno krzyża drobne monety, wysublimowanych zapisów jednak – które zdecydował się przywołać w zakończeniu wiersza poeta – już z tego źródła zarejestrować nie sposób… Byłyż-li, czy nie byłyż?).

3. Przeciw Państwu i Cywilizacji. „Nowy Thoreau” – Jacek Podsiadło

Ciepło rodzinnego ogniska, spokojne życie we dwoje – z dala od miasta i jego cywilizacji a bliżej natury – stają się w wierszach Podsiadły świętością, wartością najwyższą. Swoistą świątynią jest dom z ogrodem, ważne zaś jest wszystko, co z domem się łączy, i co zeń wynika: dym z komina, kobieta, pies, łóżko, stół, chleb… Trochę jak we wczesnej poezji Bia13

  Zob. tamże, s. 44.

  Tamże, s. 46.

14

15

  Tamże, s. 50.

56

łoszewskiego, protagonista Podsiadły staje się w tym wszystkim „kapłanem własnego obrządku”. Zwłaszcza ten fragment, bez rozlicznych retuszy, można by chyba umieścić w słynnych Obrotach rzeczy: Został mi odsłonięty kształt wszelkiej codziennej czynności. Ujrzałem odwrócony każdy przedmiot. Podbrzusze stołu, spód wiadra, wnętrze bryły mydła. Niepoliczone święta w których nie bierzemy udziału16.

Z drugiej zaś strony – Droga. Nie zaraz jakaś wieczna tułaczka, raczej rodzaj ponowoczesnej wersji nomadyzmu, jak u „ludzi rasta” z wiersza Gorączka złota (WZ1, 145), weekendowe, czy wakacyjne wyjazdy, z których jednak zawsze chętnie wraca się w swoje strony. Tak zakreślone kręgi własnej aktywności oddzielają jednocześnie podmiot tego pisarstwa od wszelkich zinstytucjonalizowanych ról i relacji społecznych. Jak słusznie zauważał Stabro, wskazujący na kontrkulturowe korzenie postawy bohatera tych wierszy prowokacyjne i manifestowane wycofywanie się podmiotu lirycznego do utopijnej krainy pierwotnych wzruszeń i doznań, prawie jak z dzieciństwa, przekorny, upozowany infantylizm, odmowa odpowiedzialności za zło współczesnego świata szły w parze z atakiem poety na skonformizowane społeczeństwo17.

Kontestacja obecna w dziele Podsiadły swoim ostrzem zwrócona jest przeciwko wszelkim opresywnym praktykom zinstytucjonalizowanego aparatu władzy, bohater autora Hej konsekwentnie tropi, obnaża i z całą mocą przeciwstawia się tendencjom kontroli obywateli obecnym w systemie przyjętym w państwie, które jawi się – niczym w słynnej metaforze kantowskiej – jako moloch niszczący indywidualność, prawo do bycia odrębnym, osobnym18. W tej mierze, będąc nieprzejednanym krytykiem myślenia technicznego, cywilizacji przemysłowej, głosząc pochwałę poszukiwania łączności z naturą jest poeta nieodrodnym synem Jana Jakuba Rousseau i amerykańskich transcendalistów (Thoreau, Emersona)19. Zrozumiałe poniekąd, bo wywiedzione z takich właśnie stanowisk, są również „religijne przeświadczenia”, które wyczytać można z wierszy Podsiadły. Poeta zdaje się zatem nadmiernie nie troszczyć o kon  J. Podsiadło, Mowa oddechu, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, t. 2, Warszawa 1998, s. 396 (dla tego wydania stosuję dalej skrót: WZ1 – dla tomu pierwszego i WZ2 – dla tomu drugiego). 16

  S. Stabro, dz. cyt., s. 247.

17

  „Dystans wobec świata i równocześnie maksymalna obrona własnej intymności – pisał Marian Kisiel – tak dalece są w poezji Jacka Podsiadły manifestowane, że wydają się niezwerbalizowanym dyskursywnie programem poetyckim” – M. Kisiel, Hipster nowej poezji, „Śląsk” 1997, nr 9, s. 61. 18

19

fabularie 1 (3) 2014

  Zob. S. Stabro, dz. cyt., s. 250.


sekwencję i spójność własnych poglądów na sferę sakralną i transcendentną. Jeśli ktoś chciałby podjąć się – przestrzegał czytelników Rafał Rżany – karkołomnego zadania określenia w sposób zwięzły, czytelny i maksymalnie jednoznaczny przekonań religijnych bohatera poezji Jacka Podsiadły, tego porte-parole autora […], to musiałby sięgnąć […] do wiersza Plateau, kończącego się wyznaniem: „Dwojąc się i trojąc / – w pojedynkę przymierzam usta do twego imienia”20.

Bynajmniej, karku łamać nie zamierzamy, ale w formule zawartej w powyższym cytacie skrywa się jeszcze jeden klucz do przejrzenia „religijnych” przeświadczeń obecnych w poezji Podsiadły. Chodzi mi o frazę „dwojąc się i trojąc” – faktycznie nie przebiera w środkach autor Języków ognia, gdy próbuje dawać odpowiedzi na temat natury tego, co sakralne21. W jego pisarstwie odnajdziemy zarówno wpływy buddyzmu (motyw nirwany – zob. np. wiersze Chciałbym ci to dać – WZ2, 264; Pielgrzymi, bracia w wędrówce, WZ2, 325) i echa idei reinkarnacji 22 (zob. np. Przebierańcy, WZ2, 351), nauk Kriszny (zob. np. Sistems must change, WZ1, 162), elementy myślenia panteistycznego (co widoczne jest chociażby w wierszu, który chcę za chwilę przeczytać), ogólnie rzecz ujmując – religii dalekiego wschodu i powiązanych z nimi ponowoczesnych wierzeń „newage’owych”23 (zob. np. List do Mariusza, WZ2, 293), czy pierwotnych wyobrażeń animistycznych (Ósmy wiersz ekozoficzny, WZ2, 363), wreszcie – obok tego wszystkiego i przy znanych, szeroko opisywanych przez krytyków i badaczy, wierszach-manifestach 24 , z których przeziera głęboka niechęć wobec   R. Rżany, Imię Boga. O kilku wierszach Jacka Podsiadły, „Twórczość” 2000, nr 6, s. 160.

katolicyzmu jako religii najbardziej podatnej na instrumentalizację – niewątpliwy wpływ franciszkanizmu 25 (zob. np. Żaba, WZ1, 186). A być może koniecznym, skoro dokonujemy takiego przeglądu motywów religijnych obecnych w tej poezji, byłoby dotarcie do tajemnicy ognia, któremu poświęcił Jacek Podsiadło cały tomik, z jakiego pochodzi wiersz Długie ramiona Chrystusa? „Mijają kolejne tysiąclecia. Patrzymy w ogień” – pisze Podsiadło w wierszu otwierającym Języki ognia (zob. Ognisko domowe, WZ2, 160). I przy tym wszystkim, niech to będzie introdukcja do –

5. tego oto wiersza: Miejsce miało być święte. „Święte Miejsce, uroczysko nad Rospudą w Puszczy Augustowskiej, dawne miejsce kultu pogańskiego” – głosi informacja na odwrocie mapy. Ta nazwa podniecała. Kusiło położenie, z jednej strony łuk rzeki, z drugiej jezioro Jałowo, daleko od ludzkich osad. I porzuciliśmy myśl o zamku kamedułów na półwyspie wigierskim. Z Gołdapi do Olecka spalinowa ciuchcia ciągnęła trzy wagony równo dwie godziny. Jak w dziecinnym marzeniu siedziałem na stopniach z nogami wyciągniętymi w noc, z rozdętymi nozdrzami i rozpaloną głową. Nazajutrz rano do Raczek. Westernowe miasteczko. Stąd dziesięć kilometrów piechotą, z plecakami. Zamknięta na głucho kapliczka, kilka aut, dwie staruszki, drzewa wkrąg obwieszone wotami ufności. „Tu kiedyś się pokazała Maryja, dawno temu”,

20

  Do uwag poniższych zainspirowała mnie jedna z pierwszych prac magisterskich poświęconych poezji Jacka Podsiadły autorstwa mgra Ryszarda Jankiewicza (napisana w maju 2000 roku, obroniona w IFP UO, napisana pod kierunkiem prof. Juliana Kornhausera; maszynopis znajduje się w Archiwum Biblioteki Wydziału Filologicznego UO). Wiele zawdzięczam też – jakkolwiek nie zgadzam się z założeniami jego pracy – uwagom samego Autora, któremu w tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować, zwłaszcza za wskazanie wielu interesujących dla tej części mojego tekstu fragmentów wierszy Jacka Podsiadły. 21

  Por. G. Olszański, Nie ma wierszy bez ognia, „Fa-Art” 1995, nr 2, s. 58. 22

  Zob. S. Stabro, dz. cyt., s. 243-245.

23

  Zob. np. R. Rżany, dz. cyt., s. 161. Zmieniając nieco optykę w stosunku do swoich wcześniejszych ustaleń, Zofia Zarębianka dostrzegła w poezji Podsiadły specyficzny dla ponowoczesnego czucia religijności typ doświadczeń duchowych, zauważając, iż we wszelkich krytykach praktyk instytucjonalnego Kościoła autorowi Cisówki chodzi o „przywrócenie sacrum jego absolutnych i metafizycznych sensów”. Tego rodzaju zaś praktyka artystyczna jest przez badaczkę postrzegana jako świadoma „strategia artystyczna [mająca] służyć […] promocji duchowości o zabarwieniu anarchistycznym” – Z. Zarębianka, Rzeczywi24

stość i duchowość w nowej poezji na przykładzie twórczości pokolenia „bruLionu”, [w:] tejże, Czytanie sacrum, Kraków 2008, s. 91.   Por. A. Legeżyńska, P. Śliwiński, Poezja polska po 1968 roku, Warszawa 2000, s. 147. Konkluzja dotycząca religijnego eklektyzmu poezji Podsiadły w pracy Jankiewicza była dla autora Dobrej ziemi dla murarzy dość druzgocąca: „Generalnie […] jest to mieszanka dosyć wybuchowa, w której bohater sam nie może się odnaleźć, bo gdy mówi o »wędrówce dusz«, [od razu] w innym tekście stwierdza, że nasze życie ogranicza się tylko do materii (Nauka o człowieku, WZ2, 328); mówi o istnieniu Boga, chociaż gdzie indziej neguje jego istnienie, a przede wszystkim śpiewa o wolności, o tym, że wszelkie religie są bezwartościowe, sam starając się stworzyć własną religię i być jej kapłanem” – R. Jankiewicz, Poezja bruLionu, maszynopis BWF UO, s. 42. Moim zdaniem jednak, w czym skłaniam się ku stanowisku reprezentowanemu przez Zarębiankę i Rżanego, doświadczenie lekturowe autentycznego doznania duchowego, w którym poszukuje się imienia sacrum wywołanego przez jednorazową, momentalną epifanię usprawiedliwia (i tym samym de facto umożliwia) podjęcie refleksji nad wizją zawartą w pojedynczych wierszach Podsiadły, będących w tym ujęciu „utworami – jak przekonująco pisał Rżany – w których [jeszcze] nic nie jest oczywiste, nie ma innych rozmów prócz głuchego wołania, jest nadzieja, której trudno nie stracić” – R. Rżany, dz. cyt., s. 161; cytat nieznacznie zmieniony. 25

57


wyjaśniają babcie. „A co jest tam za mostem?” „Tu wszędzie święte miejsce”. „Panie tak sobie siedzą?” „Przychodzim, pomodlimsia, a za parę dni znowuż”. „Do środka wejść nie wolno?” „Ludzie są różne, panie. Brudzili, pili wódkę, niecili w środku ogień”. Krzyże przedłużające wątłe ramiona Jezusa. Gdzie się da, powtykane monety i stuzłotówki. Jeden krzyż nadpalony, zaśniedziała tabliczka: „Krzyż dębowy, stary, wzniesiony prawdopodobnie przez dawnych tutejszych mieszkańców, Jadźwingów z drużyny Skometa, którzy w r. 1283, w liczbie 1600 dusz przyjęli chrzest i wyemigrowali do Samlandji w obawie przed prześladowaniem niechszczonych Jadźwingów. Był przez reakcję pogańską usunięty, palony i wrzucony do rzeki, postawiony na nowo około 2 lata później po przyjęciu chrztu przez Skometa i resztę jego drużyny. Ks. prob. z Janówki Kochański, na podstawie historii i podań miejscowej ludności”. Na moście Matka z córką, które wziąłem za siostry. Zdziwione, że przeszliśmy dziesięć kilometrów. I jeszcze, że nie wędkuję. „Co, ryb pan nie lubi?” „Lubię”. Rzadko rozmawiam tak lekko, płynnie i sympatycznie.

„Jesteśmy tu przypadkiem. Czy pan wie coś o tym miejscu?” „To miejsce kultowe Jaćwingów. Lecz kult się, jak widać, zmienił”. Wieczorem jeszcze słowna utarczka z turystami: „Proszę nie hałasować i nie siusiać do rzeki, z której ja wodę piję” Odjadą późną nocą. Miejsce stanie się święte. Z ziemi, która jedna pogan z chrześcijanami, moc wejdzie w moje ciało. Lidka rano zaznaczy głosem zmiękczonym snami: „A nie pisz o tym, jak się…” „Zrobię, jak zechcę” – ucinam. Święty jest ogień na wietrze i popiół w moich włosach. Święta czapla przepływa ponad naszą polaną. Świętym głosem przemawia niezwykła w tym miejscu rzeka, brzeg jasny i brzeg ciemny, z tej strony łąka, las z tamtej i, dno zielonymi włosami dokładnie myje nam stopy. Święte są nasze ciała zmagające się z prądem. Jest jeden Bóg w wielości. W trawie, w drewnianym moście, w stercie śmieci pod krzyżem, w kamieniach na dnie rzeki. Ponad posążki, inskrypcje, ofiary i nabożeństwa wznosi się nieruchomy Wielki Właściciel Wieczności, wbrew któremu staramy się uwieczniać dane nam chwile, daremni w wysiłkach jak tamte napisy ujrzane znienacka, litery mozolnie skrobane w dębowym krzyżu Skometa: „Tu srałem. Heniek z Jastrzębia”. „Bylim tu – Jan i Elżbieta”. 92.08.26 [Długie ramiona Chrystusa, (z t. Języki ognia, Warszawa 1994), cyt. za: WZ2, 184-185]

Ilekroć wracam do tego wiersza, przyciągającego z siłą platońskiego magnetytu ponownie w swoje pobliże, słyszę timbre głosu samego autora, który z lubością odczytuje tych kilkadziesiąt linijek zapisanych w jedną z sierpniowych nocy podczas peregrynacji po północnych rubieżach Polski. Czy w tej decyzji Podsiadły – czytającego wciąż i stale utwór Długie ramiona Chrystusa na różnych spotkaniach autorskich (przynajmniej tych, na których byłem gościem…) – nie skrywa się aby dowód na to, iż tekst ów stanowi reprezentamen widzenia rzeczywistości poety? Wszak uporczywe powtarzanie, uczył Kierkegaard, służy nam do podkreślania i ponawiania wartości, zwłaszcza tych, które szczególnie chcielibyśmy – w ten sposób, poprzez powtórzenie właśnie – odnawiać i umacniać. Być może zatem Długie ramiona… kryją w sobie i skupiają zarazem to, co stanowi o principium individuationis tej mowy, może jest – jak ujmowali to krytycy tematyczni i inspirowani myślą Crocego estetycy – siedliskiem duszy poety, w pewnym sensie wierszem programowym?

58

fabularie 1 (3) 2014


Nie chcę jednak przeprowadzać dowodu dla tych hipotez. Zarysowałem uprzednio konteksty, w których wiersz ten winien być niewątpliwie umieszczony nie po to jednak, aby upierać się przy jego semantycznej niewystarczalności, czy tłumaczyć go przez pozostałą część tego pisarstwa, nie zależy mi na lekturze historyka i biografa. Chciałbym przyjrzeć się bowiem jego intensywnej sile wysłowienia BYCIA, bo tym przede wszystkim zdaje się on uwodzić swojego czytelnika. „Liryczna narracja” Podsiadły, będąca w istocie relacją z podróży, relacją dokonaną niejako in statu nascendi et scribendi, nie jest wypełniona i zaprzątnięta, by tak rzec, problemem reprezentacji, przeległości poetyckiego słowa do doświadczenia. Podsiadło wypowiada dzieje egzystencji, odsuwając właściwie z pola widzenia cały dyskurs o warunkach wstępnych „życiopisania”, nie interesuje go skomplikowana genealogia problemu związku języka i rzeczywistości. Opowiada historię, mówi językiem, który oddany mu został do rozporządzenia, przyjmuje pewną tradycję wiersza, ale samo pochodzenie formy wydaje się nie mieć dla niego większego znaczenia. „Wiersz taki – zauważa Marian Kisiel – dobrze oddaje świat codzienności, która także jest rozlewna i nieuporządkowana […]” 26 . I to jest chyba właściwa motywacja: forma jakby sama wynika ze złożonej, nie dającej się przejrzeć i zhierarchizować w dokonującym się w „wiecznym Teraz” doświadczaniu świata. Wyczulenie, uważność, pamięć – pozwalają poecie (Miłoszowego, zauważmy, wnuka) zatrzymać doznane w drodze rozmowy, spostrzeżenia i spleść je następnie z aktem kontemplacji, który wieńczy opowiedziane w wierszu wydarzenie. Słowo się rzekło: wy-darzenie. Bycie dla Podsiadły ma naturę narracyjną, dzieje się w pewnym ciągu, którego ramy wyznacza poetycki zapis, będący w istocie dopełnieniem, epilogiem bycia, jego zwieńczeniem i pieczęcią. Autor Języków ognia jest w tej mierze spadkobiercą i kontynuatorem myślenia egzystencjalnego, które porusza się w kręgu refleksji nad zawartością (i opisywalnością) istnienia, teraźniejszego istnienia, bo tylko ono – upierali się Heidegger i Sartre – jest prawdziwym siedliskiem samego Bycia. Zadanie bohatera Podsiadły jest identyczne z tym, jakie postulowali ojcowie egzystencjalizmu: być poszukiwaczem Bycia. I podobnie jak u filozofa, owo poszukiwanie nie jest w dziele poety – jak się zdaje – aktem, który zależałby od ludzkiej inwencji i zdolności tworzenia. Poszukiwanie dla Heideggera to tyle, co „utrzymywanie-się-już-w-prawdzie, w Otwartym tego, co się skrywa i usuwa”27. To jakby samo wy-darzanie [das Ereignis] Bycia (korzystając z maszyny do pisania, pogimnastykujmy jeszcze 26

  M. Kisiel, dz. cyt., s. 61.

  M. Heidegger, Przyczynki do filozofii (Z wydarzania), przeł. B. Baran, Kraków 1998, s. 81. 27

polszczyznę28) namawia człowieka do pozostania jego obrońcą i stróżem. To, co się odkrywa i wydarza (Bycie), daruje się [es gibt], niejako samo z siebie, człowiekowi. Podmiot Długich ramion… z ufnością poddaje się nieprzerwanemu strumieniowi zdarzeń, których stara się być wiernym i skrupulatnym rejestratorem, tym samym – jak powiedziałby Heidegger – wyraża niemą zgodę na to, aby zostać w tym procesie życia-i-pisania wy-darzonym 29, przynależąc – to znaczy: stróżując, strzegąc [wahren], przechowując dzieje Bycia. Człowiek jako Da-sein [jawno-bycie] jest zatem w tym ujęciu swoiście „używany przez samo Bycie jako [jego] obrońca […]” [PF, 247]. Zatem przynależność i – by tak rzec – równoczesność. Nie ma człowieka bez Bycia. I na odwrót: Bycie bez człowieka byłoby apofatyczne czy wręcz nieme. Najprecyzyjniej rzec wysłowił Gadamer: „Fakt, że bycie uobecnia się w prześwicie i że myślący człowiek jest w ten sposób tym, kto zachowuje miejsce dla bycia, wskazuje na pierwotną wzajemną przynależność do siebie bycia i człowieka30”. Zadaniem człowieka pojmowanego 28   W języku polskim ‘wydarzenie’ pochodzi od słowa ‘dar’ (zob. A. Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1989, s. 85, 649; tezę Brücknera potwierdza także: A. Bańkowski, Etymologiczny słownik języka polskiego, Warszawa 2000, s. 251-252). 29

  M. Heidegger, dz. cyt., s. 240.

  H.-G. Gadamer, Heidegger i język metafizyki, przeł. A. Dorobiński, „Aletheia” 1990, nr 1/4, s. 129. 30

59


jako jawno-bycie31 jest zatem zamilknąć, milczeć-o, „odpowiadać wezwaniu bycia”32, pokornie wsłuchiwać się w język, którego jest świadkiem33. Czyż nie jest to charakterystyka postawy ukazanej w Długich ramionach…? Zresztą, rzecz to już zauważona, i niekoniecznie trzeba używać do jej wysłowienia dyskursu egzystencjalnego: Aby żyć i kochać, trzeba być w Drodze: wędrując koleją, pisząc listy lub w zimnych pokojach tworzyć wiersze. Wtedy objawia się to, co najważniejsze: zwyczajność, ale poddana kontemplacji; własne istnienie, ale przyjęte jako dar. […] Wiersze [Podsiadły] można nazwać wariacjami wokół słowa JEST, czyli tego, co trwa tu i teraz […]34.

Wiersz Podsiadły właściwie – zauważam, że ani razu jeszcze nie przywołałem określonego zeń passusu – nie poddaje się procesowi eksplikacji (co dla Jacka Gutorowa, skądinąd adwersarza autora Dobrej ziemi… w sporze o „poezję zrozumiałą”, jest warunkiem doskonałości wiersza!), każe rozgrywać się – wrósłszy w ucho czytelnika – w swoim języku. Do czego tedy wieść może krytyczny opis takiego wiersza? Niewątpliwie – do powtórzenia, umocnienia frazy poety, niekoniecznie zaś do jego interpretacji, która jest – jak pisała już Susan Sontag – każdorazową trans-formacją literatury, przekładem na obcy względem niej dyskurs35. Podobnie zresztą   Nadzwyczaj precyzyjne wydaje mi się peryfrastyczne określenie Bogdana Barana: „bycie-w-otwartości wobec bycia” – zob. B. Baran, Heidegger i powszechna demobilizacja, Kraków 2004, s. 155. 31

  J. Mizera, Torowanie bezdroży bezgruntu. W drodze do innego początku, „Principia” 1998, t. 20, s. 18. Sygetyka Martina Heideggera, wpisując się w problematykę dekonstrukcji podmiotowości, jest wielce ciekawym przykładem re-interpretacji klasycznych podstaw podmiotowości, które funkcjonują w metafizyce zachodnioeuropejskiej i daje asumpt do przekroczenia paradygmatu tegoż myślenia. Ów rys szeroko pojętej XX-wieczności stanowi ważne zjawisko powstałe jako konsekwencja kryzysu filozofii racjonalistycznej a także próba zbliżenia modi istnienia kultury Wschodu i Zachodu, co – jak sądzę – jest wątkiem, który warto przywołać w kontekście twórczości Jacka Podsiadły, poszukującego archetypicznych, uniwersalnych form doświadczania (por. S. Stabro, dz. cyt., s. 252; M. Stala, Druga strona. Notatki o poezji współczesnej, Kraków 1997, s. 26-27). 32

  Heidegger zresztą nie ma wątpliwości: Bycie istoczy się w języku, poza nim nie ma możliwości doświadczania Bycia, trzeba przeto tak pojmować język, aby dało się ów doświadczać w związku z Byciem. To z kolei nie wymaga odkrycia nowego metajęzyka w ogóle, dla Bycia nie da wymyślić się innego języka. Zamilknięcie człowieka dokonywać ma się w obliczu nadchodzącego powiadania, języka, który wskazuje [zeigen] Bycie. Języka, na który człowiek ma się otworzyć, „pozwolić-sobie powiedzieć” (określenie Otto Pöggelera). 33

  A. Legeżyńska, P. Śliwiński, Poezja polska po 1968 roku, Warszawa 2000, s. 147.

wypowiadał się o specyfice wierszy Podsiadły i ich lektury Piotr Śliwiński, który zauważał, że moc tej poezji kryje się we „wdzięku” (w znaczeniu zaczerpniętym z myśli młodego Ciorana, pragnącego rozprawić się z dualizmami zachodniego myślenia), co sprawia, że określone wysłowienia przez autora W lunaparkach śmieszny… „urody świata”, niezwykle plastyczne, sugestywne i sensualne nie dają się zredukować i sprowadzić do kostycznego dyskursu literaturoznawcy 36. Introdukcja do całej historii domaga się odbioru, w którym na nic przydają się kategorie naszego ratio, czytając ten np. fragment trzeba przestroić się raczej na, by rzec za Levinasem, smakowanie [jouissance] rzeczywistości dostępnej w języku poety, odszukać w sobie pragnienie uczestnictwa, uruchomić „zmysł udziału”: Z Gołdapi do Olecka spalinowa ciuchcia ciągnęła trzy wagony równo dwie godziny. Jak w dziecinnym marzeniu siedziałem na stopniach z nogami wyciągniętymi w noc, z rozdętymi nozdrzami i rozpaloną głową.

Oczywiście, nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby zdać sobie sprawę, że wiersz ten, ta poezjoproza, jest właściwie zawoalowanym traktatem nt. świętości, jej napotykania, doświadczania. W następnym po Językach ognia tomie Podsiadło, używając formuły modlitwy, wypowie – równie dyskursywnie i explicite – swoje poetyckie credo dotyczące wydarzania świętości, która, jak czytamy, dziać ma się poza „instytucjonalnym rytuałem”, poza ofiarą, poza tym, co wspólnotowo usankcjonowane i zadekretowane a koniecznie poprzez świat37: Lecz oddal ode mnie ten kielich, przybliż las, tamta panią i psa co pisze ogonem na ziemi, słońce przybliż, i powietrze, którego nie sięgam płucami, przysuń mi krzesło, pod nos podsuń wonne kontynenty, zezwól mi oprzeć się wzrokiem o czyjeś zamknięte piękno, zabierz ode mnie ten kielich, przybliż mi świat. [Dzień nr 101, WZ2, 308]

Jakiej proweniencji są tedy epifanie Podsiadły? Co tak naprawdę odkrywa się w finalnej iluminacji? Nietrudno zapewne wskazać tutaj na animistyczne, pierwotne wyobrażenia związane ze świętością, oto doznanie świętości objawia się w ciszy samotności38: 36   Zob. P. Śliwiński, Wiersz jako dziennik intymny (O Jacku Podsiadle, 1998), s. 164.

  Zob. J. Tischner, Fenomenologia jako wydarzenie w kulturze, [w:] Edyta Stein. Filozof i świadek epoki, red. J. Piecuch, Opole 1997, s. 16-17.

34

37

  Zob. np. S. Sontag, Przeciw interpretacji, [w:] tejże, Przeciw interpretacji i inne eseje, przeł. M. Pasicka i in., Kraków 2012, s. 14.

38

35

60

fabularie 1 (3) 2014

  Nie szukałbym odniesień teoretycznych zbyt daleko, sądzę, że bliska poecie wydałaby się koncepcja Miłosza,


Odjadą późną nocą. Miejsce stanie się święte. Z ziemi, która jedna pogan z chrześcijanami, moc wejdzie w moje ciało.

Istnienie tajemniczej mocy (mana?) tkwiącej immanentnie w ziemi (matce?), sprawiającej, iż staje się ona miejscem przejawiającej się świętości niekoniecznie musi od razu informować o charakterze tejże świętości. Status ontologiczny rewelacyjnego fragmentu rzeczywistości, którą autor Języków ognia nazywa tutaj świętością (święty jest ogień, popiół, czapla, rzeka i ludzkie ciała…) odsyła pośrednio do bliżej nieokreślonej transcendentnej sfery sankcjonującej wystąpienie elementu nadnaturalnego39. Świętość przychodzi od ziemi, ale za chwilę okaże się, że za wszystkim stoi ów „Wielki Właściciel Wieczności” (a może to parodystyczna wersja „Wielkiego Budowniczego…”?). Czy to wizja panteistyczna, będąca odwróceniem dominującej dzisiaj w dyskursie teologicznym teologii apofatycznej, czy wpływ nauk Kriszny? A być może w ogóle jeszcze innej „orientacji”? Tego chyba właściwie nie sposób dociec. Zauważmy, że przejawianie sacrum zależne jest tutaj od jakiejś potencjalnej mocy tkwiącej w rzeczy, nie zaś od człowieka-demiurga, który twórczo posługuje się przedmiotami i niektóre spośród nich, kapryśnie i samozwańczo, obdarza mianem i funkcją metafory. Nie można zatem podejrzewać (i oskarżać) postawy Podsiadły o propagowanie ponowoczesnej mutacji religijności, która winna „pasować” do predylekcji i apriorycznych wyobrażeń podmiotu. Świętość jest w świecie, nie zostaje wytworzona, spreparowana, narzuca się z całym swoim widzialnym bogactwem form. Archaiczne, elementarne doświadczenie świętości, które odnajdujemy w wierszu Podsiadły wymierzone jest w zasadzie przeciw instytucjonalnym symbolom, które są jedynie świadkami „pogańskiej” natury człowieka, który – niezależnie od czasów, historii i kultury – odczuwa Całkiem Inną Rzeczywistość „ponad posążkami, inskrypcjami, ofiarami i nabożeństwami”. Z drugiej jednak strony, świętość owa musi wydawać się paradoksalna – jeśli chcieć ją rozumieć zgodnie z ustaleniami współczesnej antropologii podejmującej refleksję nad pierwotnymi formami myślenia religijnego – oto bowiem znana, cały czas obecna rzeczywistość nagle przeistacza się ze zwyczajnej w niezwykłą, świętą. Świętość, rzecz jasna, nie musi być właściwością trwałą i niemal

który pisał, iż niezależnie od wszelkich różnic w jej pojmowaniu każda epifania opiera się na tym, iż „przerywa […] codzienny upływ czasu i wkracza jako jedna chwila uprzywilejowana, w której następuje intuicyjny uchwyt głębszej, bardziej esencjonalnej rzeczywistości zawartej w rzeczach czy osobach” – Cz. Miłosz, Przeciw poezji niezrozumiałej, „Teksty Drugie” 1990, nr 5.   Zob. M. Eliade, Mity, sny i misteria, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1999, s. 56. 39

wszystko może stać się jej siedliskiem40, jednakowoż takie przemieszanie porządków – profanicznego i sakralnego – nie do wyobrażenia byłoby w typie doświadczenia animistycznego. Dziedzina profanum bowiem jawi się jako sfera powszechnego użytku, sfera czynów, które nie wymagają przedsiębrania żadnych środków ostrożności i które pozostają na wąskim marginesie, jaki ma do swej dyspozycji człowiek, aby móc swobodnie działać. Nato­miast świat sacrum, wprost przeciwnie, to świat tego, co groźne lub zabronione: jednostka nie może się do niego zbliżyć, nie uruchamia­jąc sił, nad którymi nie panuje i wobec których staje bezbronna w swej słabości41.

Napotkanie niesamowitego zjawiska lub przedmiotu jest jednocześnie wskazaniem momentu przerywającego codzienny porządek. To prawda, charakter sakralnego ujawnienia jest w swej strukturze podobny zarówno u Podsiadły, jak i w opisywanych przez antropologów doświadczeniach animistycznych, każda hierofania polega bowiem na ukazywaniu się „czegoś całkiem innego – rzeczywistości nie należącej do naszego świa­ta – w przedmiotach, które stanowią integralną część naszego świata naturalnego, świeckiego”42, tym niemniej jednak u dzisiejszego poety doświadczeniu temu nie towarzyszą żadne doznania bojaźni i trwogi. Powstająca ad hoc, na oczach zdumionego bohatera świętość, jest bliska, namacalna, jak najbardziej osiągalna… Jak to wyjaśnić? To daje do myślenia… Czy czasem wiersz ten, który jawił się wielu jako przykład postmodernistycznych, newage’owych praktyk nie jest głęboką medytacją nad ludzkim odczuwaniem świętości? Czy tremendum musi być nieodzownym składnikiem tego doświadczenia? A może jest jedynie rysem zachodnioeuropejskiego „myślenia religijnego”, w którym nierozerwalnemu połączeniu uległa wizja kosmologiczna z projektami etyki i eschatologii? Może istnieje jednak ponad uwarunkowaniami wszelkich religii, tak Wschodu, jak i Zachodu pewien fundament doświadczania świętości? A nawet jeśli nie umieszczać go, jak czyni poeta, w doznaniu fascinans, to być może uczynienie zeń doświadczenia pierwszego, prymarnej płaszczyzny, na której dokonuje się spotkanie ze świętością, pozwoli na zbliżenie tych dwóch, przeciwstawianych sobie modi religijnego bycia? Piewca ekstatyczności jako podstawy ludzkiego bytu, Georges Bataille, zanotował w Teorii religii zdanie, które dobrze chyba utrafia w charakter epifanii Podsiadły: „To, co święte, jest kipielą życia, które by trwać, wymaga pęt porządku rzeczy; za sprawą tego, co święte, owo spętanie przemienione zostaje w rozpętanie. […] Święte może być w ścisłym   Zob. R. Caillois, Człowiek i sacrum, przeł. A. Tatarkiewicz i E. Burska, Warszawa 1995, s. 20-21. 40

  Tamże, s. 24.

41

42

  M. Eliade, dz. cyt., s. 132-133.

61


znaczeniu porównanie do pochłaniającego drewno płomienia43”. Świętość nie jawi się w Długich ramionach… jako wyróżniony modus egzystencjalny (np. idealna bezgrzeszność), stan, w którym odczuwalna jest obecność bóstwa w człowieku, ale jako wypadkowa uspokojenia, obcowania ze wspaniałością natury, poczucia zadomowienia we własnym byciu. Być może kontemplacja Podsiadły wieść ma nas, „na trwałe odwróconych Europejczyków”, jak pisał Rilke, z powrotem do świata, do porażającego zmysły wewnątrz, do którego tęsknimy, które utraciliśmy, jak chciał Heidegger, wraz z wtargnięciem tyranii ratio, rozbijającego presokratejski żywioł świata jako całości? Niezwykłą przenikliwością moim zdaniem wykazał się Stabro, który konstatował – i niech to posłuży za odpowiedź – iż ewolucja postawy bohatera Podsiadły wiedzie od partykularnego hedonizmu, który w pewnym momencie przeradza się „w akceptację wszechświata i przekonanie narratora o własnej wraz z kosmosem nieśmiertelności. Miłość, jako podstawowa wartość kontestacyjnego światopoglądu, była jedyną drogą G. Bataille, Teoria religii, przeł. K. Matuszewski, Warszawa 1996, s. 48.

przezwyciężania samotności i pojednania człowieka ze światem44”. No i jeszcze na koniec słowo o tym ironicznym wdzięku, który równie dobrze widziany jest przecie jako sztubacki, wysilony, nadmiernie kokieteryjny, ale dla mnie świadczy o osobliwym uroku poety, który w autoironicznym geście dezawuuje również i swoje odkrycia: staramy się uwieczniać dane nam chwile, daremni w wysiłkach jak tamte napisy ujrzane znienacka, litery mozolnie skrobane w dębowym krzyżu Skometa: „Tu srałem. Heniek z Jastrzębia”. „Bylim tu – Jan i Elżbieta”.

Można zapewne zżymać się na młodoliteracką, buńczuczną manierę poety. Ale przecież to nowoczesna wersja koheletowej marności. Ogień. Wiatr i popiół… – oto nasze imiona, przydane na chwilę. Dlaczego by nie odpowiedzieć im uśmiechem, najbardziej przecież ludzkim z wszystkich gestów?…

43

44

S. Stabro, dz. cyt., s. 252.

TOMASZ DALASIŃSKI

Wigilia: bunt w zawieszeniu 1

Wigilia

Oto mamy, proszę państwa, do czynienia z wierszem. Takim, na który się czeka i takim, który sam czeka – na czytelnika, na jego inwencję, na ruch w swoim kierunku co chwila poszerzający znaczeniowy horyzont. Wiersz tak prosty, że aż trudny. I nie są to żadne komunały, próby usprawiedliwienia niemożliwości wyrażenia poetyckiej niewyrażalności w krytycznych deskrypcjach; jest to raczej konsekwencja minimalizmu doprowadzonego do granic, poza którymi znaleźć można już tylko jego przeciwieństwo, tj. nieustannie poszerzające się pole relacji semantycznych:

2

fabularie 1 () 201

Nie potrafię się przełamać1 .

Poetyka sygnalizacji propozycji czytania, jaką przyjmuję w tym szkicu, pozwala na ujawnienie tych semantycznych relacji czy przynajmniej – na pokazanie jakiejś ich części. Nie zwalnia jednak w żadnym wypadku od postawienia zasadniczej interpretacyjnej hipotezy, do której sprowadzać się będą poniższe rozważania. Hipotezą tą jest pojęcie buntu w zawieJ. Podsiadło, Wigilia, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 39. 1


szeniu, buntu osłabionego – nie po Grochowiakowsku „ustatecznionego”, ale takiego, który, pomimo wątpliwości co do swojej zasadności i istotności, nie może zostać (nomen omen) przełamany.

2

Zanim jednak bunt czy kontestację przeniesiemy na nie wiadomo jak odległe płaszczyzny, pozostańmy przez moment na poziomie literalności. Co się w tym wierszu dzieje? Otóż – dzieje się preludium do chrześcijańskiego święta, jednego z dwóch najważniejszych w liturgicznym kalendarzu. Preludium, w którym w polskiej tradycji religijny wymiar sytuowany jest najczęściej na planie dalszym, stanowi sens naddany jak najbardziej świeckiemu obcowaniu ze sobą członków rodziny, niespodziewanych gości, duchów przodków, a nawet zwierząt. Prawdziwa fizycznometafizyczna mieszanka, hybryda prowadząca do legitymizacji (apriorycznej, bo implikowanej religijnie) harmonii wszelkiego dającego się pomyśleć bytu. A no właśnie – harmonia. Czy harmonia nie jest aby nie tyle przeciwieństwem buntu, co jego jedynym źródłem, jedyną możliwością, jedynym motorem napędowym? Jak podmiot opowiada się w stosunku do tej harmonii? Z jednej strony – wie, że należy jej się podporządkować; bohater trzyma w rękach opłatek i już, już ma zamiar podzielić się nim z innymi uczestnikami wigilijnej kolacji. Ale z drugiej strony pojawia się coś, co to podzielenie się i podporządkowanie metafizycznemu ładowi uniemożliwia. Jakiś ferment, który nie pozwala podmiotowi „się przełamać”. Czy jest to czynnik wolitywny w postaci chęci buntu, wewnętrznego przymusu kontestacji? Paradoksalnie – niekoniecznie. Paradoksalnie, bo przecież, jeśli jesteśmy uważnymi (ba, nawet średnio uważnymi czy wręcz okazjonalnymi) czytelnikami wierszy Podsiadły, to z pewnością dostrzegamy, jak ważną w tej poezji kategorią jest kategoria sprzeciwu (nie trzeba sięgać daleko – wystarczy zerknąć do pomieszczonego w tym numerze, niezwykle interesującego, tekstu Michała Tabaczyńskiego). Niekoniecznie, gdyż o ile czynnik wolitywny jest w Podsiadłową konstatację wpisany, to, po pierwsze, pełni tam rolę presupozycji, a po drugie – dotyczy nie woli buntu, a właśnie… woli jego przełamania. „Nie potrafię się przełamać” nie znaczy wszakże: nie chcę tego zrobić. Wręcz przeciwnie: chcę, próbuję, ale nie jestem w stanie, odczuwam niemożność sprzeciwienia się własnemu sprzeciwowi. No i proszę: misternie skonstruowany literalny poziom semantyczny za pomocą zastosowania figury uwieloznacznienia (swoją drogą – jak blisko czasem Podsiadle do lingwistów! Kiedy czyta się na przykład wiersz W parku między Chopina a Arkońską: „o czym nie pomyślę / gdzie nie spojrzę / – miecz / na ławce jak na tarczy / prostuję plecy do przysięgi: / będę walczył / do ostatniej kropli / wiersza // kap // (i co? już? / po mnie? / po moim trupie?”, nie można oprzeć się   Tenże, W parku miedzy Chopina a Arkońską, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 2003, s. 78.



wrażeniu, że autor Arytmii zaczytał się w Barańczaku i Białoszewskim) przenosi nas na płaszczyznę buntu, którego już tak jednoznacznie określić się nie da.

3

Kontestacja w wierszach Podsiadły, mająca, jak możemy dowiedzieć się tu i ówdzie, rozmaite podłoża, w Wigilii przenoszona jest na poziom meta-, staje się wypowiedzią na temat buntu przy pomocy narzędzi charakteryzujących sam bunt. Kontestacja jest tutaj zarówno językiem, jakim się mówi, jak i tym, co poprzez ten język (i w nim) tematyzowane. Jak wygląda Podsiadłowy bunt widziany (proszę wybaczyć kiepską metaforę) swoimi własnymi oczyma? We wstępnej partii szkicu postawiłem hipotezę buntu osłabionego. Słabość, jak dowodzą Gianni Vattimo i Constantin Noika, jest „zwróceniem szczególnej uwagi na to wszystko, co bytowo kruche, ułomne, kalekie, wybrakowane i uczynienie z tych obszarów punktu wyjścia refleksji filozoficznej oraz kulturowej”; jest rodzajem metarefleksji dotyczącej różnych obszarów antropologicznego doświadczenia – w naszym wypadku doświadczenia buntu – a zyskującej status swoistej „filozofii błądzenia” (pojmowanej jako świadome zacieranie ostatecznego celu poznania, konstrukcji, życia i prawdy). Osłabiona kontestacja to zatem nic innego niż bunt pozbawiony swoich własnych podstaw, ale mimo wszystko wciąż odczuwalny, kierujący się ku jakiemuś przedmiotowi, jednakże nie w celu jego przezwyciężenia, ale w celu przezwyciężenia samego siebie. Osłabienie nie oznacza więc destrukcji – bunt wciąż istnieje i ma się dobrze, zmienia się tylko (rozszerza) horyzont zastosowania tej kategorii oraz jej jakość (wewnętrzna koherencja, spoistość, pewność). Zauważmy, że wigilia to nie tylko wstęp do Świąt Bożego Narodzenia, ale także – etymologicznie – czuwanie i oczekiwanie na coś, co zmieni dotychczasową perspektywę postrzegania. Podsiadłowy bunt w Wigilii również na coś czeka, lecz tym, co może go spotkać, nie jest zniesienie aktualnego systemu, w stronę którego bunt jest wymierzony (a tak, zdaje się, było do tej pory, vide: wiersze przeciwko państwu mające doprowadzić do zaszczepienia w czytelniku przekonania o niesłuszności porządku polityczno-społecznego), lecz zniesienie samego buntu, jego „przełamanie”. Podmiot w Wigilii oczekuje przełomu – bo przecież i jako przełom intepretować można „przełamanie” – we własnej buntowniczej postawie, poeta buntuje się przeciwko buntowi, który uniemożliwia mu funkcjonowanie zgodnie z przyjętymi w danej   Najciekawszym z nich wydaje się podłoże kontrkulturowe – zob. np. S. Stabro, Związki liryki Jacka Podsiadły z tradycją kontrkultury, [w:] Literatura polska 1990-2000, red. T. Cieślak i K. Pietrych, Kraków 2002, t. 1. 

  A. Zawadzki, Przedmowa, [do:] tegoż, Literatura a myśl słaba, Kraków 2009, s. 5. 

   Zob. G. Vattimo, Koniec nowoczesności, przeł. M. SurmaGawłowska, wstęp A. Zawadzki, Kraków 2006, s. 154-159.

63


wspólnocie regułami. Przedmiotem buntu jest więc on sam, jednak… nie do końca i nie wyłącznie. Światełko kontestacji tli się bowiem również w innych przedmiotach, właściwie: jest na inne przedmioty nakierowane. Bo mimo że podmiot wyraża dość jasno sprzeciw w stosunku do własnego „nie”, to jednak nadal buntuje się także przeciwko swojemu „tak”, które istnieje jako potencjalność, coś, co jeszcze nie zostało (a czy kiedykolwiek zostanie?) zrealizowane. Wigilia jest dlatego wierszem ważnym, że te dwie postawy buntownicze – nazwijmy je postawą „prymarną” i postawą „meta-” – kontaminuje, ukazując hamletyczną nieomal walkę, jaka rozgrywa się w psychice „ja” pomiędzy pragnieniem wspólnotowości a „outsideryzmem”. Wiedząc, jak wygląda osłabiony bunt przeciwko buntowi, należy teraz zadać pytanie: w jaki sposób przy pomocy takiego buntu sprzeciwiać się temu, co stanowiło (i, mimo wszystko, wciąż stanowi) prymarne przedmioty kontestacji?

4

Zacznijmy od religii. Dostrzegalny w Wigilii sprzeciw dotyczy kwestii instytucjonalizowania religijności oraz problemu opresywności, jaką charakteryzuje się władza dyskursu sakralnego. Nie jest to więc, jak mogłoby się wydawać, wyraz radykalnego sekulary-

zmu, ale próba znalezienia jakiejś nowej formuły duchowości, która łączyłaby indywidualne przeżywanie praxis wiary (prywatną postawę metafizyczną) z możliwością włączenia jej w porządek liturgiczny (instytucjonalny). Podsiadło nie występuje już zatem z tak jawnej jak niegdyś pozycji religijnego anarchisty destruującego tradycyjny ład obrzędowy  (spójrzmy choćby na Kolędę!), lecz z pozycji kogoś, kto stara się ten anarchizm wpleść w obręb zrytualizowanego porządku liturgicznego. Osłabiony bunt pokazuje ścieżkę, jaką należy pójść, aby pogodzić ze sobą dwa na pozór sprzeczne warianty religijności; bohater Wigilii jednak nie jest jeszcze w stanie postawić na tej ścieżce pierwszego (najważniejszego chyba) kroku – nowa formuła duchowości pozostaje w zawieszeniu, choć, co najistotniejsze, jest już ona uchwytna i możliwa do zaistnienia.

5

Podobnie rzecz się ma z perspektywą społeczną. To przecież właśnie wspólnota jest tym, co wprowadza instytucjonalnie sankcjonowane wyznaczniki harmonijnego świętowania do sfery praxis, stając się tym samym kolejną instytucją (czy quasi-instytucją) stojącą na straży porządku, przeciwko któremu skierowany był Podsiadłowy bunt. Przystępując do wypełnienia rytuału dzielenia się opłatkiem, bohater – niezadomowiony tramp – poddaje się van Gennepowskiemu obrzędowi przejścia, włączenia w obręb wspólnoty poprzez wyzbycie się postawy buntu wobec regulujących ją zasad. Ale znów – zatrzymuje się on na progu, nie potrafi, wbrew własnej woli, wejść do tej wspólnoty z wszystkimi konsekwencjami takiego zachowania, nie potrafi dopełnić rytuału oferowanego (ofiarowanego?) mu przez społeczność, w stosunku do której podmiot pozostaje zawsze trochę na uboczu. Tolerowanie, ba, nawet akceptowanie społecznego porządku nie oznacza zatem możliwości narzucenia go sobie, przyjęcia go za swój. Wola buntu równoważy wolę wyzbycia się sprzeciwu – i żadna z nich nie zyskuje przewagi wystarczającej do ostatecznego opowiedzenia się za którąkolwiek ze stron wewnątrzpodmiotowego konfliktu.

6

I wreszcie – rodzina. Trzeci poziom instytucjonalny, może z najmniejszą siłą oddziaływujący w perspektywie makro-, ale bez wątpienia najważniejszy z jednostkowego punktu widzenia. Rodzina zdaje się tutaj bezpośrednim narzędziem opresywności instytucji, sui generis władzą wykonawczą, realizatorem zasad postępowania rozdysponowywa  Pisałem o tym w szkicu Anarchia i doświadczenie, czyli od dekonstrukcji religii do „słabej” metafizyki zawartym w mojej książce „Nie mogę okłamać cię w wierszu”. Sześć studiów o poezji Jacka Podsiadły, Poznań 2013.



  Zob. J. Podsiadło, Kolęda, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, s. 391.



64

fabularie 1 (3) 2014


nych przez skonsolidowany system religijno-społeczny. To właśnie na poziomie rodzinnym konfl ikt między postawą anarchistyczną a postawą buntu wobec buntu jest dla podmiotu najdotkliwszy – i właśnie na tym poziomie rozwiązanie go wydaje się najtrudniejsze, a co za tym idzie, ostateczne. Bo jeśli któraś z konkurencyjnych postaw przeważy w tym momencie, to konsekwencje tego będą widoczne na obydwu pozostałych poziomach. Jednak bohater, jak wiemy, nie potrafi przełamać się opłatkiem z najbliższymi, nie potrafi stać się – można chyba zaryzykować postawienie takiej tezy – pełnoprawnym członkiem rodziny, kimś, kto nie jest „odszczepieńcem” zaledwie tolerowanym ze względu na więzy krwi. Lecz i „odszczepieńcem” nazwać go nie wypada, bo przecież trzyma w dłoniach opłatek, bo przecież usiłuje, stara się, nie wstaje od stołu i nie wychodzi ostentacyjnie z pokoju. Być może potrzeba mu więcej czasu, wszak przełamanie (i przełom) to często – w opinii rodziny – coś, do czego trzeba dojrzeć. Ale porzućmy gdybanie; faktem jest, że nawet na poziomie rodzinnym bunt charakteryzujący podmiot Wigilii jest osłabiony i pozostaje w stanie zawieszenia, nie mogąc ani zlikwidować swojego pierwotnego przedmiotu, ani dokonać autodestrukcji.

7

Powyższe rozważania prowadzą do wniosku, że to, co było jednym z najważniejszych wyznaczników poezji Podsiadły w zasadzie od początków jej istnienia – postawa buntownicza – trwa w tej poezji nadal, choć w nieco zmienionej formie. Bunt dla buntu ustępuje w Wigilii miejsca takiemu buntowi, który ma nie tyle służyć obaleniu istniejącego porządku, ile umożliwić podmiotowi włączenie się w niego poprzez łagodzenie postaw (z obydwu stron8). W tym sensie Wigilia jest pewnego rodzaju summą kontestacji, podsumowaniem anarchiczności poprzez kontaminowanie buntu prymarnego i buntu osłabianego, zawieszanego. Mówiąc metaforycznie, Wigilia przypomina nadmuchany do granic możliwości balon, który pęknie, jeżeli tylko dodać do niego jeszcze trochę powietrza albo jeśli ktoś (bo któż powiedział, że rozwiązanie konfl iktu dwóch kategorii sprzeciwu nie może nadejść z zewnątrz?) zwyczajnie go przekłuje. Co się dalej z tym balonem stanie? Poczekamy (na kolejny tomik), zobaczymy; jedno wszakże pozostaje pewne – bez wątpienia zwycięży bunt. Wydaje się, że na podobnej zasadzie skonstruowany jest inny tekst z tomu Pod światło – Wiersz zalecany przez ministerstwo edukacji do użytku szkolnego (s. 40-42). 8

ALEKSANDRA SZWAGRZYK

Bzy i braki. Notatka o wierszu Without Kiedy w internetowej wyszukiwarce wpiszemy hasło „Jacek Podsiadło interpretacja wiersza”, odkryjemy, że „poeta kultowy” (określenie autorów Parnasu Bis.  Słownika  literatury  polskiej  urodzonej  po  1960  roku) nie został jeszcze pożarty przez szkolną maszynę interpretacyjną. Zdesperowani uczniowie na serwisach z pracami zaliczeniowymi zadają pytania typu: „Zna ktoś jakąś interpretację wiersza Podsiadły?”, „Czy ktoś już interpretował Podsiadłę?”. Co gorsza – odpowiedzi zwykle nie ma, zdarzają się tylko komentarze o tym, że to poeta, którego nie można zrozumieć, i że „w ogóle, ale o co chodzi”. Bunt Podsiadły stracił na sile, młodzież, czytając, czuje raczej (o)presję, a nie niezgodę i kontestację. Czy Podsiadło się jeszcze buntuje? Wiadomo, próbuje (przykład: tomik Pod  światło; na marginesie

– tytuł jest zachwycający). Nie jest to jednak już ten niepokój z lat osiemdziesiątych. Nie jest to kontestacja w stylu arkusza Hej! z roku 1987 (wydanego w nakładzie 1000 egzemplarzy). Zbiorek Hej! poprzedza dedykacja: „wszystkim, którzy przygotowali dla mnie kanapki na Drogę1”; bardzo trafnie opisuje ona poetykę wierszy w nim zebranych. Są to właśnie takie liryki – pisane w drodze, w czasie podróży, której celem jest tylko samo podróżowanie, a nie dotarcie do wcześniej wyznaczonego celu. Wiersz Odmawiam współudziału zadedykowany został „kontestatorom”, ale tak naprawdę i każdy inny liryk z arkusza mógłby mieć taką dedykację. Mnie najbardziej zaintereJ. Podsiadło, Without, [w:] tegoż, Wiersze  zebrane, Warszawa 2003, s. 107. 1




sował jednak inny utwór, a w zasadzie – utworek, wiersz pod tytułem Without, napisany 17. września 1986 roku. W czym kryje się wyjątkowość Without? Po pierwsze, w jego umiejscowieniu w tomiku (tuż przy wierszach o znaczących tytułach: Profanum, Easy Rider, Odmawiam współudziału). Po drugie, w jego budowie i objętości. Po trzecie – w tytule, który świetnie „szyfruje treść”. Jak zatem brzmi wiesz, o którym piszę? Zacytuję całość: przyniosłem ci bez.

Krótko? Nawet bardzo. Dlatego i moja notatka na temat tego dziełka będzie krótka. Blisko omawianemu wierszykowi do Easy ridera, umieszczonego poniżej Without. Easy rider – wiadomo – bunt, droga, szybkie motocykle i amerykańskie bezdroża. Marzenie kontestatora. Marzenie Podsiadły, który stoi, a „Droga



  Tamże.



  Tamże, s. 114.

Od kościoła stojącego opodal, nowo bielonego olśniewającą w słońcu kredą, niosła się muzyka organów i chóralne śpiewanie.

66

fabularie 1 (3) 2014

przelatuje obok”. Z drugiej jednak strony, jest i Podsiadło, który nawołuje w Profanum: „uczyńmy świat własnym pępkiem”. Podsiadło odwraca wartości, droga biegnie, on stoi, a świat jest tylko jego pępkiem. Tylko JA oraz moja podróż. W podróży jest jednak przerwa, przerwa na wyznanie quasi-miłosne, pojawia się fraza „przyniosłem ci bez”. Co przyniósł mężczyzna? Pęk fioletowej wiosny, która ma tendencję do szybkiego więdnięcia? Tak, owszem, też. Zabrał jednak i brak. Dojmujący brak wszystkiego – brak chęci, brak weny. Przynosząc bez, przyniósł nic. Przyniósł swój bunt i swoją niechęć do życia w społeczeństwie w jego obecnym kształcie. Skąd to wiemy? Z tytułu. Angielski przyimek „without” to w tłumaczeniu oczywiście „bez”. W połączeniu znaczenia tytułu z ostatnim słowem wiersza objawia się cały geniusz tego lakonicznego utworu. Mniej istotny jest fakt, że pierwsze słowo to czasownik w czasie przeszłym – „przyniosłem”. Czas przeszły oznacza, że czynność się dokonała. Bohater nie przynosi bzu regularnie, zrobił to raz (a czy brak można „przynosić” wielokrotnie? Czy też może to właśnie brak „przynoszenia” jest najdosadniejszym zaświadczeniem o braku). Dodatkowo cała konstrukcja jest utartą frazą, mówimy „ktoś przyniósł komuś kwiaty”, tu kwiat ma podwójne znaczenie – fioletowy bez to znak zapętlenia bohatera, jego niepewności. Kwiat okazuje się brakiem. W tym miejscu można by, rzecz jasna, przywołać całą symbolikę kwiatów w literaturze, ale wydaje mi się to zupełnie zbędne w mojej notatce. Kwiat to równocześnie symbol szczęścia oraz bezpieczeństwa, ale i smutku czy żałoby. Tak jest i u Jac Po. Z jednej strony to prezent, prawdopodobnie dla ukochanej, choć nie została ona tutaj szczególnie wyróżniona, zaimek „ci” nie został nawet napisany wielką literą. Z drugiej to znak smutku – dostarczenie komuś braku. Brak ten, oprócz tego, że jest niezgodą na świat takim, jaki on jest teraz, jest też znakiem dezintegracji samego autora. Brak to znak jego własnego rozpadu, bohater to przecież easy rider – życie płynie nie przez niego, tylko obok niego, własnym nurtem. Czy ukochana to zrozumie? Nie wiemy; odpowiedź trudno znaleźć nie tylko w Without, ale i na przestrzeni całego arkusza Hej!.



  Tamże.



  Tamże.

  Co interesujące, podobną strategię Podsiadło stosuje w wierszu No more censorship (tamże, s. 250).




BARTŁOMIEJ ALBERSKI

Jacek i zen. Wybrane wiersze Jacka Podsiadły w świetle buddyzmu zen Znać naprawdę, znaczy zostać przemienionym przez to, co się zna. Anthony de Mello1 Jeden z elementów twórczości Jacka Podsiadły wydaje mi się niezwykle ciekawy. Widoczny jest on zwłaszcza w zbiorze Cisówka, z którego wybrałem trzy utwory, oraz w tekście „Umysł” z tomiku Niczyje-boskie. Teksty te są najbardziej reprezentatywne dla wspomnianego problemu. Mam na myśli obraz poety-pustelnika. Obcowanie z naturą, w sposób przypominający dawnych eremitów, jawi się jako jedyna droga do ziemskiego szczęścia. Głęboki spokój, przenikający niektóre z utworów, wskazuje na odnalezienie swoistego matecznika, który koi człowieka, dając mu mądrość i bezpieczeństwo. Myślę, że można w tym wypadku mówić o zbieżności tego przesłania z przesłaniem buddyzmu zen. Moje rozważania podzieliłem na dwie części: pierwsza poświęcona jest próbie przybliżenia założeń buddyzmu zen, natomiast druga wskazuje te miejsca w utworach Podsiadły, które w moim odczuciu realizują te postulaty.

1. Buddyzm zen

Już w punkcie wyjścia chciałbym zaznaczyć, że z samego założenia zen wynika trudność sformułowania jego reguł, czy poglądów 2. Przyczyną tego stanu rzeczy jest programowe dążenie zen do wyzwolenia, uproszczenia życia i odrzucenia przywiązań. Wydaje mi się jednak, że na potrzeby tego szkicu konieczne będzie nakreślenie kilku kluczowych kwestii. Przy czym podkreślam, że jest to podział A . de Mello, Przebudzenie, przeł. B. Moderska i T. Zysk, Poznań 1992, s. 197. 1

W próbie ich zrekonstruowania posłużę się książką Nie zawsze tak. Jej autorem jest Shunruy Suzuki, który w 1959 roku założył w San Francisco Centrum Zen, był jednym z najwybitniejszych nauczycieli Wschodu i napisał jedną z najważniejszych książek traktujących o buddyzmie, pt. Umysł zen, umysł początkującego .

sztuczny, wyłącznie użytkowy, gdyż koncepcja zen jest kompletna i zasadniczo niepodzielna.

1.1. Czujność

„Cokolwiek się dzieje, czy uważasz to za dobre, czy złe, studiuj uważnie i sprawdzaj, co odkryjesz”3 . Niezwykle istotna dla praktyki zen jest ciągła uwaga. Prawdziwe życie oznacza ciągłe rejestrowanie otaczającego świata, wyczulenie zmysłów i swobodne odczuwanie. Pozbawione jednak zachłannej analizy kolejnych bodźców. Świadomość pracująca bezustannie łączy się z wielką otwartością na świat. Mówi o tym poniższy fragment: Kiedy zaś czegoś szukasz, twoja prawdziwa natura działa w pełni. Przypomina to sięganie w ciemnościach po poduszkę. Jeśli wiesz, gdzie ona jest, twój umysł nie działa w pełni, ale w ograniczonym zakresie. Kiedy szukasz poduszki, nie wiedząc, gdzie się znajduje, wówczas twój umysł jest otwarty na wszystko. W ten sposób będziesz bardziej wyczulony na wszystko i zobaczysz rzeczy takimi,  jaka  jest  [sic! – B.A.] (S 84).

Bardzo ważne jest też skupienie na wykonywaniu czynności, na życiu samym, pozbawionym ciągłego domagania się realizacji zadań. Trochę jak powolne kroczenie, niedążące do celu, por. „Jeśli potrafi sz wolno chodzić, nie dążąc do celu, jesteś dobrym uczniem zen” (S 42) ..Sensem jest droga, a nie jej kres. Po prostu idąc, możemy doświadczyć pustki. „Jeśli na przykład kaligrafujesz, a twój umysł nie jest w stanie pustki, twoja praca powie ci: »nie jestem w stanie pustki«. Zatem powinieneś przestać” (S 51). Można interpretować to doświadczenie jako oczyszczanie samego siebie w doświadczaniu, dążenie do czystego percypowania, pozbawionego naszych wyobrażeń i myśli, które mogłyby ograniczyć

2

S . Suzuki, Nie zawsze  tak.  Praktykowanie  prawdziwego  ducha zen, przeł. M. Motak, Poznań 2003, s. 84. Kolejne cytaty z tej pozycji oznaczam literą S i odpowiednim numerem strony. 3




jego wieloaspektowość. Gdy skupimy się, patrząc na kogoś, nie dostrzegamy innych, gdy nie patrzymy na nikogo, wówczas dopiero możemy zarejestrować ruch każdej osoby. „Owa gotowość, czy też otwartość jest bardzo ważna, ponieważ mamy skłonność do popadania w przesadę i przywiązywania się do czegoś. W ten sposób możemy utracić spokój umysłu, który powinien być jak zwierciadło” (S 120). W takim doświadczaniu następuje ponowne uwrażliwienie na bodziec, którego uprzednia powtarzalność spowodowała zmniejszenie lub zanik reakcji. Ciągłość praktyki ma swoje źródło także w ciągłej gotowości do oświecenia. Przy odpowiednim przygotowaniu stanu umysłu, można osiągnąć oświecenie, mówi o tym Suzuki: „gdy idziesz do łazienki, masz szansę osiągnąć oświecenie. Gdy gotujesz, masz szansę osiągnąć oświecenie. Gdy myjesz podłogę, masz szansę osiągnąć oświecenie” (S 26).

tutaj” (S 29). Medytacja jako element praktyki jest narzędziem do oczyszczania umysłu. Można nawet potraktować to jako higienę umysłu. Doskonałym tego zobrazowaniem jest fragment:

1.2. Przywiązania

Najważniejsza jest wytrwałość w praktyce, niezależnie od trudów czy bólu. Niezbędna jest też harmonia ciała i ducha, należy dbać o ciało, by dobrze służyło. Jednocześnie należy zachować umiar: „Kiedy przyjmujecie pokarmy i napoje, traktujcie je jak lekarstwo […] Nie przyjmujcie niczego i nie odrzucajcie na podstawie swoich upodobań […] Jeśli zechcesz je [pragnienia – przyp. B.A.] kontrolować, nieustannie będziesz zmagał się z problemem, na ile ograniczyć swoje pragnienia lub jedzenie, co stworzy jeszcze więcej problemów” (S 33-34). Na zasady wszelkiego typu można spojrzeć dwojako: pozytywnie i negatywnie. Pozytywne patrzenie na reguły widzi w nich przede wszystkim narzędzia przydatne do praktyki, są one potrzebne przede wszystkim początkującym. Jednak w miarę wzrastania należy odrzucać reguły, stopniowo odchodząc od różnych przywiązań, trzeba brać odpowiedzialność za siebie i swoją drogę. Negatywne widzenie zasad polega na ścisłym ich przestrzeganiu i tym samym ograniczanie siebie w rozwoju. Myśląc dyrektywami, przestajemy brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Poza sukcesywnie eliminowanymi regułami, ważną rolę w kroczeniu ścieżką zen odgrywają koany, czyli zagadkowe pytania, odpowiedzi i anegdoty mistrzów, które są często paradoksalne. Ich natura polega na wskazywaniu oświecenia w sposób intuicyjny, a nie racjonalny, np. „Czym jest wasza praktyka? Czymś do podtarcia się w ubikacji” (S 54).

„Kiedy nie wpadamy w pułapkę słów ani zasad, nie mamy z góry wyrobionych osądów, naprawdę coś robimy, a robiąc to, stosujemy naszą naukę” (S 107). Dążenie do czystego doświadczenia łączy się z kwestią przywiązań. Należy je rozumieć nie jako literalne więzy, relacje itd., ale jako nasze wewnętrzne przekonania co do natury świata. Mając w umyśle obrazy zjawisk i rzeczy, obcujemy nie z właściwymi zjawiskami i rzeczami, ale z naszymi własnymi o nich wyobrażeniami. Wpędzamy się w sidła, narzucając sobie ograniczenia w poznaniu. Dzięki obserwowaniu zmienności świata powinniśmy zrozumieć, że nie ma rzeczy stałych, więc przyzwyczajenie, nawyki muszą zostać odrzucone, aby cieszyć się życiem i unikać rozczarowań. Dobrym komentarzem są słowa: „ziemia nie zawsze jest taka sama. […] Ziemia… oznacza wszystko, nie tylko »ziemię«. Oznacza praktykowanie naszej drogi bez prób powtarzania tego samego doświadczenia” (S 155). Należy smakować każde doświadczenie, spoglądając na nie jako na nowe, jednocześnie nie wolno zatrzymywać go, trzeba pozwolić mu iść dalej. Podobnie w kontaktach z innymi, nie możemy uzależniać się od innych i nie możemy uzależniać innych od siebie. Wówczas unieszczęśliwimy naszym przywiązaniem siebie i innych. Chociaż dążymy do oświecenia, należy pamiętać, że nie osiągniemy go, jeśli będziemy tego pożądać. Oświecenie ma źródło w praktyce, o czym pisałem w poprzednim akapicie. Jest ono stale z nami, więc nie powinniśmy kurczowo się go trzymać. Powinniśmy z pokorą i radością podchodzić do świata i zrozumieć, że nasze życiowe trudności są potrzebne do wzrostu i mamy ich dokładnie tyle, ile powinniśmy. Całe nasze życie wygląda właśnie tak, jak powinno.

1.3. Praktyka

„Zapomnieć o czubku słupa to znaczy być dokładnie tam, gdzie jesteś teraz. Nie w ten czy inny sposób, nie w przeszłości czy w przyszłości, ale dokładnie

68

fabularie 1 (3) 2014

Nasza kultura jest oparta na idei pozyskiwania lub gromadzenia czegoś. Na przykład nauka jest gromadzeniem wiedzy. Nie wiem, czy współczesny naukowiec jest lepszy od naukowca z szesnastego wieku. Różnica polega na tym, że my zgromadziliśmy swoją naukową wiedzę. To jest dobre, a zarazem niebezpieczne. Grozi nam bowiem, że zostaniemy pogrzebani pod tą całą zgromadzoną wiedzą. Każdy wie, jak pójść do toalety i nie przywiązywać się do czegoś, co mamy w ciele. Kiedy zdamy sobie sprawę, że wszystko już mamy, do niczego nie będziemy przywiązani. Naprawdę mamy wszystko. Mamy to nawet bez lotów na Księżyc. Gdy próbujemy wylądować na księżycu oznacza to, iż myślimy, że księżyc do nas nie należy (S 55-56).

2. Podsiadło-zwierciadło

„Osobowość [artysty – przyp. B.A.], którą widzimy w sztuce, powinna zostać dobrze wyszkolona, tak by człowiek wyzbył się wielkiego ego. […] Ego jest czymś, co przysłania twoją dobrą osobowość” (S 103). W niektórych utworach Jacka Podsiadły wyraźne są ślady czystego widzenia rzeczywistości. Chciałbym przyjrzeć się bliżej tekstom: Umysł, *** (Lidka umyła…), *** (Święta godzina poranka…), *** (Powietrze po deszczu…) i Dzień zwycięstwa. Poza


tymi wierszami swoistą realizację praktyki zen można dostrzec też w innych utworach, np. Cisówka, Bezhołowie, Piechotą do sklepu w Szymkach i *** (Zegarek pokazuje dwunastą…). Jednak różnią się one tym, że poza opisem świata nie zawierają w końcowej części utworu myśli o charakterze puenty lub refleksji natury ogólnej. Aby ujednolicić przedmiot analizy postanowiłem ograniczyć się do wymienionych powyżej pięciu tekstów. Chciałbym też zauważyć, że utwory w zbiorze Cisówka, na które zwróciłem uwagę – zarówno te analizowane, jak i tylko wspomniane, są wyróżnione przez dwie fotografie. Na pierwszej (ze strony 21.) widoczne jest drzewo z chałupą w tle, a na drugiej (strona 31.) widzimy przez okno osłonecznioną chatę. To są jedyne zdjęcia znajdujące się wewnątrz tomu. Stanowią one klamrę wymienionych przeze mnie utworów i świadczy to, moim zdaniem, o spójnym charakterze tych tekstów. Nie bez znaczenia pozostaje przedmiot tych fotografii; zdjęcie otwierające ten wewnętrzny cykl pokazuje chatę z zewnątrz, świat obserwowany. Tymczasem obraz chaty widzianej z wnętrza innego budynku, który wieńczy wybrane teksty, pokazuje, że jesteśmy już wewnątrz obserwowanego uprzednio świata. Oznacza to, że duchowa droga, którą pokonaliśmy podczas lektury, miała doniosłe znaczenie i pozwoliła nam zbliżyć się do sensu poetyckiego świata. Wspomniane ślady czystego widzenia rzeczywistości przejawiają się w kilku aspektach. Chciałbym pokazać je kolejno w następnych częściach tekstu.

2.1. Symultaniczność

Czujność widoczna jest w utworach Podsiadły zwłaszcza w konstrukcji obrazu poetyckiego. Dotyczy on często bardzo różnych elementów rzeczywistości, które obserwowane są jednocześnie, dowodzą tego fragmenty: „Wiatr gwałtownie wyrywa z komina dym, / szybko rozgrzewają się kaloryfery. / Topnieje zapasik węgla w piwnicy. / Pralka automatycznie przeżuwa pieluchy Dawida” (N 34); „Ognisko szumi i pachnie. Suszy się ubranie. / Moi starzy rodzice żyją daleko stąd” (C 25); „I widać już pół księżyca. Ogień przygasa. Lecz nie ma / końca śpiewowi ptaków, ryczeniu krów, wrzawie pszczół (C 30)”. Wyraźna jest również otwartość na doświadczenie, także to powtarzane wielokrotnie: „Każdy dźwięk sięga wprost do garnka mojej głowy (C 24)”, „Człowiek rąbie drzewo, zwycięski, przebudzony” (C 24), „Kamienia, który tu leży, od lat nie ruszano. Wygląda jak sztuczne oko wmurowane w murawę” (C 26), „Suszy się ubranie” (C 25), „Murka cierpliwie biega / po kamyk, który cierpliwie rzucam za płot” (C 30). Jest tutaj czułość na każdy bodziec, który zostaje zarejestrowany, jednak nie ma głębszej analizy. Po prostu czytelnik przechodzi, bez zatrzymywania   Cytaty z utworów Podsiadły oznaczam literą określającą zbiór (C- Cisówka, N- Niczyje-boskie) i odpowiednim numerem strony. 

się, przez kolejne obrazy, które najpierw są nagromadzone, np. poprzez wyliczenia – „jesień, chłód, wiatr” (N 34) – aby zobaczyć świat nowy i świeży.

2.2. Nowość

Nowość wynika zasadniczo z dwóch elementów. Pierwszym jest użycie konkretnych słów, np. „godzina poranka” (C 24), „powietrze po deszczu” (C 25), które w oczywisty sposób budują skojarzenie nowości i orzeźwienia. Odpowiednio: nowy dzień dający nową szansę oraz oczyszczający deszcz, po którym powietrze jest rześkie i pobudza do życia. Drugim elementem wywołującym wrażenie świeżości świata przedstawionego jest zestawienie obrazów, niekiedy odległych mimo tego, że pozostają w kręgu świata codziennego, które zmuszają do zastanowienia się i ponownego spojrzenia. Taki zabieg zbliża te utwory do koncepcji koanów. Dobrymi przykładami są fragmenty: Pszczoły, huczące powietrzne kombajny, zbierają swój słodki plon Człowiek rąbie drzewo, zwycięski, przebudzony, Nigdy nie dosięgniemy serca tajemnicy (C 24). Komar zalotnie krąży przed moim gładkim czołem z kopią gotową do pchnięcia. Kamienia, który tu leży, od lat nie ruszano. Wygląda jak sztuczne oko wmurowane w murawę. Chciałbym, by reszta życia, która mi pozostała, wyglądała podobnie (C 26).

2.3. Metanoia

Chciałbym przywołać cztery cytaty: Nigdy nie dosięgniemy serca tajemnicy (C 24). Chciałbym, by reszta życia, która mi pozostała, wyglądała podobnie. (C 26). Moi starzy rodzice żyją daleko stąd. Słupy dymu i powietrzne mosty do wysokich gniazd krzyżują się na mapach, których nikt nie sporządził (C 25). Pralka automatycznie przeżuwa pieluchy Dawida, zatrzymuje się, znowu rusza, przebiera w swoich programach bez najmniejszego wahania, jak ktoś, kto ma czysty umysł (N 34).

Każdy z nich, mimo elementu wspólnego, mówi o czymś innym. Częścią wspólną jest charakter puenty, który wyróżnia się spośród całego tekstu i wychodzi poza niego. Pierwszy fragment można wpisać w teologię apofatyczną, która polega na uznaniu ograniczoności Stworzenia w próbach poznania Stwórcy. Wszelkie próby zamknięcia Nieograniczonego w formułach i pojęciach mijają się z celem. Wyrzeczenie się wszelkich wyobrażeń na temat Boga może przybliżyć nas do jego natury. Tak jak postrzeganie świata bez uprze-

69


dzeń i oczekiwań pozwala na widzenie go w pełni jego piękna. Religia jest jednocześnie zaledwie i aż ścieżką do Boga, jednak przy zbytnim przywiązaniu się do niej możemy przegapić Boga. Celnym komentarzem są słowa jezuity Anthony’ego de Mello: „Bóg, zgodnie z nauką Jezusa Chrystusa, byłby znacznie bardziej zadowolony widząc waszą przemianę niż waszą religijność”. Warto zauważyć, że w kontekście całego utworu nie jest to bynajmniej stwierdzenie przepełnione goryczą czy rozpaczą. Wręcz przeciwnie – taka konstatacja po kojącym opisie poranka, przechodząc przez obrazy harmonijnej natury i człowieka szczęśliwego, ma znamiona pogodnego i pokornego poznania własnej skończoności. Słowa: „chciałbym, by reszta życia, która mi pozostała, wyglądała podobnie” (C 26) należałoby w moim odczuciu rozumieć jako moment samoświadomości. Widzenie prawdziwej natury świata w rozbłysku, dojrzenie istoty rzeczy, daje wolność i radość, co jako stan pożądany pragnie zostać zatrzymane. Życzenie to poprzedza opis prostych codziennych czynności, następnie obraz kamienia, który mimo swojej stałej obecności zostaje spostrzeżony zupełnie na nowo. Te słowa są wyrazem pragnienia zachowania epifanii. Trzeci fragment należałoby podzielić na dwa segmenty. Słowa: „moi starzy rodzice żyją daleko stąd (C 25)” odnoszą się właśnie do rzeczywistości poza

bezpośrednim otoczeniem podmiotu. Podkreśla to właśnie równoczesność wydarzeń w całej rzeczywistości. Choć można tu próbować szukać osamotnienia lub tęsknoty, to byłbym od tego bardzo daleki, ponieważ cały utwór przepełniony jest spokojem i kontemplacyjnym skupieniem. W moim odczuciu słowa te są właściwie rodzajem epifanii. I właśnie to poznanie pozwala na spokojne zrozumienie tej odległości, przy jednoczesnym braku negatywnych emocji. Natomiast „słupy dymu i powietrzne mosty do wysokich gniazd / krzyżują się na mapach, których nikt nie sporządził (C 25)” stawiają problem porządku świata („mapy, których nikt nie sporządził” –istnieje ład świata, chociaż nie znamy twórcy tego porządku) oraz bliskości człowieka i natury („krzyżujące się słupy dymu i powietrzne mosty” – odpowiednio: ludzkie siedziby, drogi ptaków). Ostatni z przywołanych fragmentów wskazuje na doskonałość czystego widzenia. Skuteczność i wewnętrzny spokój istoty, która trwa w stanie pustki, są doskonałe. Nasze zaprogramowanie to sposób, w jaki reagujemy na określone elementy świata. Są rzeczy, które budzą nasz niepokój, czasami drobiazgi potrafią wprowadzić zamęt w nasze emocje. Tymczasem w innych okolicznościach, przy innym nastawieniu, nie mają one dla nas znaczenia. Warto jest spojrzeć na osobę, zjawisko lub rzecz, która jest źródłem naszego niepokoju, nie oceniając jej postępowania, tylko obserwując jak zbliża się do nas i jest niezależna. Gdy dostrzeżemy, że całe źródło zamętu znajduje się w nas, a nie w tym bodźcu, uzyskamy wyzwolenie. Skrótowo i trafnie ujmuje to de Mello: „Tak naprawdę to nie zadecydowałeś nawet o tak podstawowych sprawach jak twoje pragnienia, chęci i tak zwane potrzeby; twoje wartości, gusta i postawy”. Wziąwszy pod uwagę cechy buddyzmu zen i moją analizę utworów Jacka Podsiadły, wydaje mi się słuszne uznanie tych tekstów za współczesne koany. Wspomniałem wyżej, że koany cechuje zaskoczenie i intuicyjne wskazywanie prawdy. Z pewnością nieoczekiwane zestawienia obrazów i stwierdzenia spełniają pierwsze założenie koanów. Drugie natomiast jest realizowane wyłącznie we współpracy z odbiorcą, którego cechuje otwartość i wrażliwość. Należy pamiętać, że utwory Podsiadły mają wartość estetyczną, która nie jest jednym z wyznaczników koanu. Moim jednak zdaniem nie wyklucza to ich wpływu na intuicyjne wskazywanie prawdy, co już jest jednym z tych wyznaczników. Można oczywiście uznać, że próbując odszukać jakąś wartość, zazwyczaj udaje się ją odnaleźć, albo skonstatować, że to wrażliwość odbiorcy czyni wartość sztuki. W moim odczuciu to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ te wiersze, te okruchy zen, przy właściwym spojrzeniu, mogą skierować nas do prawdy, co stanowi ich największą wartość.   A. de Mello, Wezwanie do miłości, przeł. E. Nartowska i S. Obirek, Kraków 1998, s. 19.

 

  A. de Mello, dz. cyt., s. 70.

70

fabularie 1 (3) 2014


SYLWIA KORDULASIŃSK A

Podsiadło i fotografia. Trzy odsłony (Historia pewnej znajomości [nad fotografiami Davida Hamiltona], Miał za sobą słońce i Wędrówka po moich niegdyś okolicach)

Roland Barthes zwraca uwagę na znaczącą funkcję fotografi i, jaką jest poświadczanie autentyczności rzeczywistości minionej, co stawia ją w hierarchii ważności ponad językiem: ,,Nazywam »odniesieniem fotograficznym« nie rzecz względnie realną, do której odsyła obraz czy znak, ale rzecz koniecznie realną, którą umieszczono przed obiektywem, a bez której nie byłoby zdjęcia. Malarstwo może udawać realność nie widząc jej. Wypowiedź słowna może łączyć znaki, które oczywiście mają odniesienia, ale te odniesienia mogą być i najczęściej są »chimerami«. W przeciwieństwie do tych imitacji, w wypadku fotografi i nigdy nie mogę zanegować faktu, że ta  rzecz tam była […]”3 .

Nie ma już świata, który można by pokazać, tylko obrazy, które się cytuje. Wszechświat cytatów tworzy pamięć. Bogusława Bodzioch-Bryła1 Wszechobecność techniki to znak rozpoznawczy przełomu XX i XXI wieku. Wkroczyła ona w niemal każdą sferę egzystencji człowieka, a co za tym idzie – znalazła swoje miejsce także w kulturze wysokiej, modyfi kując tym samym jej estetykę. Środki masowego przekazu, ,,galopujący” rozwój technologii oraz zjawisko popkultury to zagadnienia obecne także w poezji po roku 1989. Trudno za pomocą skończonego zasobu słownictwa opisać nieskończoną ilość zjawisk zachodzących we współczesnym świecie. Stąd rzeczywistość w dziele literackim ma jedynie charakter fragmentaryczny 2. Jednak technika nieustannie ewoluuje, a jej zdobycze niosą ze sobą szereg możliwości. Na przykład fotografi a, która względem literatury zaczyna zyskiwać wartość prymarną. Dlaczego? Bodzioch-Bryła przywołuje niezwykle trafne spostrzeżenie Rolanda Barthes’a. W przypadku obiektu fotografowanego mamy pewność, że przedmiot ten faktycznie istniał.w momencie uwieczniania . Cechy tej nie można przypisać zarówno literaturze, jak i malarstwu:

B. Bodzioch-Bryła, Ku ciału post-ludzkiemu… Poezja polska po 1989 roku wobec nowych mediów i nowej rzeczywistości, Kraków 2006, s. 7. 1

Chodzi tu o miejsca niedookreślenia w dziele literackim – R. Ingarden, Z teorii dzieła literackiego, [w:] tegoż, Szkice  z fi lozofi i literatury, Kraków 2000, s. 20-45. 2

Nadrzędna rola języka jako środka opisu, zaczyna być zatem coraz mniej oczywista – zwłaszcza w zestawieniu z ,,wszechogarniającą kulturą obrazu”4: Susan Sontag, zestawiając fotografię z tradycyjnym sposobem rejestrowania informacji, który daje nam pismo, właśnie fotografi i przyznaje miejsce nadrzędne, głównie ze względu na jej potencjał, możliwość bezpośredniego rejestrowania rzeczywistości. ,,Zdjęcia nie tylko zmieniają defi nicję materii, z której utkane jest codzienne doświadczenie […], ale i dodają wiele materiału, którego normalnie nie zauważamy. Sama rzeczywistość ulega przedefi niowaniu – staje się przedmiotem wystawienniczym, zapisem do przypomnienia, celem śledztwa”5 .

W swoim artykule chciałabym pokazać obecność zarysowanego powyżej problemu w poezji Jacka Podsiadły.

3

B. Bodzioch-Bryła, dz. cyt., s. 57.

4

Tamże, s. 47.

5

Tamże, s. 52.

1


Czytając po raz pierwszy wiersze tego poety, można zauważyć, że dużo miejsca w jego twórczości zajmuje przywoływanie cudzych słów. Uwagę zwraca także powtarzalność motywu fotografii. Cytowania, zamieszczanie autentycznych nazwisk oraz ekfrastyczne opisy ,,mają charakter quasi-dokumentów, stają się komponentami prawdziwości, ewokują realność tekstowej rzeczywistości”. Wiele wierszy dowodzi, iż autor przypisuje zdjęciom wartość szczególną – jak na przykład w utworach: Wędrówka po moich niegdyś okolicach, Redblack, black-white, Miał za sobą słońce czy wreszcie w Historii pewnej znajomości (nad fotografiami Davida Hamiltona). W trzech pierwszych zarysowana jest nieoceniona wartość fotografii – zaleta zatrzymywania czasu, z kolei w wierszu odwołującym się do twórczości Hamiltona zdjęcia użyte są jako dodatkowy środek perswazji. Nie mniej znaczący okazuje się jednak warsztat słowny. Można odnieść wrażenie, że zarówno literatura, jak i fotografia w twórczości tego poety pełnią funkcję dwóch uzupełniających się biegunów. W swojej pracy postaram się poszukać odpowiedzi na pytanie, co fascynuje Podsiadłę w sztuce fotografii? Dlaczego ten motyw tak często pojawia się w jego wierszach oraz co daje połączenie rzeczywistości znanej ze zdjęć ze słowem pisanym? Przed rozpoczęciem rozważań chciałabym nadmienić, że esej ten nie będzie dokładną analizą i interpretacją utworów, stanowiących oś moich refleksji. Pragnę skupić się jedynie na obecnym w nich motywie fotografii. Ograniczę się zatem wyłącznie do tych fragmentów wierszy, które uważam za niezbędne, aby uargumentować tezy, jakie postanowiłam zawrzeć w niniejszym szkicu. Proponuję podróż przez świat fotografii w twórczości Podsiadły zrealizowaną w trzech odsłonach. Zapraszam do wspólnego oglądania albumu, zawierającego fascynujące zdjęcia wykonane metodą poetycką. Ich wywołanie nie jest potrzebne – wystarczy odrobina wyobraźni.

racją stały się dlań fotografie. Często mówi się, że poszukiwacz ekfraz musi posiadać ,,zmysł detektywistyczny”, gdyż poeci niezwykle rzadko wskazują bezpośrednio na źródło swojej inspiracji. W utworze Podsiadły mamy natomiast bardzo wyraźne nawiązanie do konkretnego twórcy – Davida Hamiltona. Pojawia się ono w tytule liryku. Moim zdaniem nieprzypadkowo, o czym za chwilę. Wiersz składa się z pięciu strofoid. Pierwsze cztery realizują ten sam wzorzec kompozycyjny. Piąta zaś znacząco różni się od pozostałych. Pełni ona rolę puenty i jest o wiele krótsza. Ponadto nie zawiera elementów ekfrazy. Początkowe partie wiersza zawierają bardzo dokładne opisy fotografii Hamiltona. Tak dokładne, że odnalezienie zdjęć będących źródłem inspiracji w liryku Podsiadły nie stanowi żadnego problemu. Poeta zwraca szczególną uwagę na obiekty znajdujące się na pierwszym planie, a więc na bohaterki sesji. Ma to związek z ideową wymową utworu. Wspomniałam, że pierwsze cztery strofoidy realizują ten sam model kompozycyjny. Miałam na myśli to, iż każda z nich rozpoczyna się nawiązaniem do fotografii Hamiltona, kończy zaś opisem zawierającym elementy zaczerpnięte z rzeczywistości wojennej. Atmosfera wiersza jest zatem niejednoznaczna, a nawet kontrowersyjna. Początkowo mamy do czynienia z wyrafinowaną, subtelnie erotyczną charakterystyką kobiecego ciała, która po chwili zmienia się w opis najgorszych instynktów, jakie drzemią w człowieku. Instynktów związanych z zadawaniem bólu, cierpienia, wreszcie – z zabijaniem. Delikatność przeistacza się w okrucieństwo, bestialstwo i zezwierzęcenie. Wraz z kolejnymi partiami wiersza dzikie instynkty podmiotu lirycznego wyrażane są coraz dosadniej. Początkowo mówi on: ,,Wycelowałem i strzeliłem pod lewą łopatkę. Potem jeszcze raz”. W sformułowaniu zawiera się zatem sam opis czynności. W następnej strofoidzie relacja zostaje wzbogacona: Teraz mogę widzieć chude udo, skraj majtek i pasek nieopalonej skóry. Drgnęły, kiedy granat odbił się głucho od deski, a później wszystko poleciało bardzo wysoko.

1. Odsłona pierwsza: Historia pewnej znajomości…

Wzajemne uzupełnianie się słowa i obrazu zauważył już Charles Baudelaire: „Skoro bowiem piękny obraz jest przyrodą przemyślaną przez artystę, dobrą krytyką będzie ów obraz przemyślany przez umysł inteligentny i wrażliwy. Tak więc sonet czy elegia może być najlepszą recenzją obrazu”. Poeta zwrócił tym samym uwagę na istotę zjawiska ekfrazy, które rozumiemy jako poetycki opis dzieła malarskiego. Po podobny zabieg sięgnął Jacek Podsiadło w wierszu Historia pewnej znajomości (nad fotografiami Davida Hamiltona). Podobny, ponieważ inspi-

Podobnie w kolejnej: Ptaki były spokojne, zupełnie się nie bały. To mnie denerwowało, jeszcze gorszy był spokój dziewcząt, w dodatku te ich usta drażniące wyobraźnię. Czy są twarde? Jaki smak mają ich języki? Karabinowa seria długo mieszała ze sobą ptasie pióra, ich ciała i odłamki tynku. 



  Tamże, s. 54.

  Cyt. za: A. Grodecka, Przedmowa, [w:] Interakcje sztuk: literatura, malarstwo, ekfraza, red. D. Heck, Wrocław 2008, s. 8.



72

fabularie 1 (3) 2014

  Tamże, s. 16.

  Wiersz Jacka Podsiadły Historia pewnej znajomości (Nad fotografiami Davida Hamiltona) cytuję według edycji: J. Podsiadło, Historia pewnej znajomości (Nad fotografiami Davida Hamiltona), [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 1998, t. II, s. 32-33. 


Na Styku przerzucony był mostek. Bajkowy taki, rusałkowy, wierna rekonstrukcja tych w paradisie mostków nad czystymi wodami. Taki łagodnie wchodząco-schodzący. Spięty balustradami, na których opierając się kuracjusze w letnim sezonie karmili tłuste karpie, białe łabędzie i japońskie kaczki.

Poznajemy myśli i odczucia ,,ja” lirycznego, które coraz bardziej się konkretyzuje. Wreszcie dowiadujemy się, że osoba mówiąca w wierszu jest (a raczej była) żołnierzem (wcześniej także pojawiały się pewne akcenty, które na to wskazywały – np. karabin, granat): Szliśmy w ośmiu. Sierżant zatrzymał moją rękę: „Najprzód se podymamy. Lepsze takie cnotliwe chucherka, niż nic. Naszykować kutasy”.

Lektura tego fragmentu przywodzi na myśl brutalne gwałty dokonywane na kobietach w czasie wojen. Ekstremalnie ciężkie warunki oraz ciągły stres pozbawiały żołnierzy skrupułów i litości. Każdy konflikt zbrojny obnaża najgorsze instynkty drzemiące w ludziach. W normalnych warunkach zwykle się one nie ujawniają. To wojna oraz konieczność walki o własne życie wyzwalają skrajne emocje i aktywizują uśpione skłonności, których istnienia człowiek wcześniej sobie nie uświadamiał. Podmiot liryczny mówi: ,,Lepsze takie cnotliwe chucherka, niż nic”. Widać wyraźnie, że wszystko sprowadza się do zaspokojenia nieposkromionych rządz. Kobiece ciało traktowane jest jak przedmiot seksualnego spełnienia. Nieważne, jakie ono jest, czy się mężczyźnie podoba, czy też nie – służy wyłącznie do zaspokojenia pożądania. Przejdźmy do znaczenia tytułu, którego rozumienie może być wieloaspektowe. Nie wiadomo bowiem, czy chodzi o znajomość rozumianą jako zapoznanie się poety z twórczością Hamiltona, czy może o koleżeństwo dwóch dziewcząt będących bohaterkami sesji fotograficznej, która posłużyła za inspirację do napisania tego wiersza. Bardzo prawdopodobna jest

także hipoteza dotycząca historii samego podmiotu lirycznego, któremu z wojny pozostała ,,słabość do nimfetek”. Zdjęcia, których bohaterkami są młode, być może nieletnie dziewczęta (na tym polega kontrowersyjny charakter twórczości Hamiltona), przypomniały mu o tym, przywołały wspomnienia związane z wojną. To także swego rodzaju znajomość. Znajomość, która pozostała na całe życie w postaci zboczenia seksualnego: Mam tyle lat, co Noe. Z wojny zostały mi ordery i słabość do nimfetek. Zostałem nauczycielem, by móc brać je na kolana.

W utworze Podsiadły ścierają się instynkt seksualny oraz instynkt zła. To dwa różne, lecz równie silne popędy. Podmiot liryczny mówi: ,,Mam tyle lat, co Noe”, zwracając tym samym uwagę na historię rodem z Księgi Rodzaju. Noe kojarzy się przede wszystkim z biblijnym Potopem, który był karą zesłaną na człowieka przez Boga. Potop symbolizuje nowy początek. ,,Mam tyle lat, co Noe” nabiera wartości metaforycznej i może oznaczać tyle, co ,,jestem stary, jak świat, mam ogromne doświadczenie, wiele w życiu widziałem i wiele przeżyłem”. A co przeżył podmiot? Między innymi wojnę, na której walczył dla kraju (,,z wojny zostały mi ordery”). Dzięki niej poznał wyniszczającą siłę instynktów. Konflikt zbrojny dobiegł końca, zaś świadomość własnych popędów została – mimo upływu czasu są one niezbywalne. Powróćmy jednak do zaniechanego wątku celowego zamieszczenia w wierszu nazwiska fotografa, którego zdjęcia stały się przedmiotem opisu w omawianym utworze. Pamiętam wrażenie towarzyszące pierwszej lekturze tego liryku. Otóż, zwróciłam szczególną uwagę na tytuł, który wydał mi się za

73


długi. Nawiązanie do twórczości konkretnego fotografa sprawiło, że od razu nabrałam pewnych oczekiwań co do treści Historii… Zdziwienie było duże, gdy się one nie sprawdziły. Nie spodziewałam się bowiem, że Podsiadło ,,ożywi” sytuacje uwiecznione na zdjęciach Hamiltona i stworzy z kilku fotografii poetycką opowieść. Poeta dał bohaterkom sesji to, czego fotograf dać nie może – wzbogacił ich historię o ruch. Z ciekawości zaczęłam szukać zdjęć, które zostały wykorzystane w wierszu. I nie zrobiły one na mnie takiego wrażenia, jakie bez wątpienia wywarłyby, gdybym zobaczyła je przed lekturą Historii… Poetycka realizacja Podsiadły wydała mi się pełniejsza i piękniejsza. Bo czy kobiecy erotyzm to tylko fizyczność (na zdjęciach właściwie tylko to zwraca uwagę), czy może także specyficzne ruchy, gesty, śmiech…? Poeta wzbogacił fotografie Hamiltona o tak niewiele elementów, część z nich zachował zgodnie z pierwowzorem, a jednak efekt końcowy jest nieporównywalny. Moim zdaniem, powołanie się na konkretnego fotografa oraz na realnie istniejące zdjęcia mogło mieć jeszcze jeden cel. Otóż, jak już wspomniałam, wiersz mówi o instynktach. Trzeba przyznać, że pomimo mistrzowskiego opisu wykreowanego przez Podsiadłę, jego utwór nie oddziałuje w takim stopniu na ludzkie zmysły, w jakim ma szansę zrobić to fotografia czy film. Człowiek jest przede wszystkim wzrokowcem i choćby miał maksymalnie rozwiniętą wyobraźnię, to nigdy żaden, choćby najwybitniejszy wiersz, nie obudzi w nim takiego pożądania, jakie wzbudza zdjęcie erotyczne. Podsiadło chce nas przekonać, że wszyscy jesteśmy skarbnicami najrozmaitszych instynktów. Zdaje sobie przy tym sprawę, iż żeby tego dokonać, powinien w jakiś sposób doprowadzić do ich rozbudzenia. W momencie, gdy potencjalny odbiorca zechce zadać sobie nieco trudu i poszukać fotografii Hamiltona, przekona się, że on sam, czytelnik, również jest nośnikiem popędów. W tym przypadku zdjęcie wzmacnia siłę perswazji. Słowo ma wielką moc kreowania, lecz przynajmniej w jednym nie może dorównać fotografii, filmowi, obrazowi… Mianowicie, nigdy nie zadziała tak silnie na nasz zmysł wzroku.

2. Odsłona druga: Miał za sobą słońce

„Do jego właściwości [fotograficznego medium – przyp. S.K.] bowiem zaliczyć należy zdolność uobecniania tego, co już nieobecne. Tym samym więc fotograficzne archiwum, w tym każdy stary album, staje się rezerwuarem pamięci. Wszelako wynikają z tego rozmaite konsekwencje”10. Te słowa Ryszarda Przybylskiego świetnie ilustrują atmosferę kolejnego

wiersza, który chciałabym omówić. Miał za sobą słońce to utwór, który pokazuje największą siłę fotografii – moc trwania rzeczywistości, która została na niej uwieczniona. Podoba mi się wieloperspektywiczność świata stworzonego przez Podsiadłę w tym tekście poetyckim. Mamy bowiem możliwość zanalizowania go z punktu widzenia wielu osób. Oprócz tego, że oglądamy zdjęcia oczyma podmiotu lirycznego, możemy także ,,mierzyć się ze spojrzeniem fotografowanych osób bądź patrzeć przez obiektyw wzrokiem tego, kto fotografuje”11. Miał za sobą słońce to przepiękna poetycka impresja oraz najbardziej nastrojowy utwór Podsiadły z motywem fotografii w tle. Wiersz to zbiór wrażeń i refleksji towarzyszących podmiotowi lirycznemu w czasie oglądania zdjęć, które prawdopodobnie pochodzą z czasów pierwszej wojny światowej (biorąc pod uwagę, że tekst powstał w 1991 roku, zaś fotografie są ,,sprzed siedemdziesięciu kilku lat”12, to mogą pochodzić właśnie z tego okresu). O trafności takiego datowania świadczy także wspomniany w drugiej strofoidzie proszek błyskowy (magnezja), który zaczął być wykorzystywany w fotografii w końcówce XIX wieku i pozostał w użyciu jedynie do 1925 roku: „W latach osiemdziesiątych XIX wieku proszek błyskowy – mieszanka sproszkowanego magnezu metalicznego i chlorku potasu – znany jako „magnezja” stał się standardem fotografii pozostał w użyciu do wynalezienia prototypu spaleniowej żarówki błyskowej w 1925 roku przez Paula Vierkottera”13. Śledząc niektóre spostrzeżenia zawarte w wierszu14, dostrzegamy, że nie są one dziełem laika, lecz pojawiły się z pełną świadomością, i że wynikają z wiedzy. Myślę zatem, iż stwierdzenie, że Podsiadło interesuje się fotografią, nie będzie nadinterpretacją. Tłumaczyłoby to częste nawiązania jego poezji do tego typu działalności artystycznej. W wierszu Miał za sobą słońce w przeciwieństwie do poprzednio omawianego utworu autor nie wprawia bohaterów w ruch. Wiernie opisuje to, co widzi na zdjęciu, czyli ludzi, którzy ,,zastygli” w bezruchu w momencie, gdy ,,buchnęła magnezja”. Mam wrażenie, że pierwsza strofoida tego wiersza ukazuje swego rodzaju ,,fałszywą obietnicę” fotografii. Sztuczną obietnicę trwania. Zdjęcie powoduje, że ludzie żyją ,,skróceni do jednego wyrazu twarzy, latami wykonujący ten sam prosty gest, zesztywniali, niemi”. Tymczasem każdy człowiek jest niezwykle barwną   A. Łebkowska, Fotografia jako empatyczna mediacja, [w:] tamże, s. 115. 11

  Wiersz Jacka Podsiadły Miał za sobą słońce cytuję według edycji: J. Podsiadło, Miał za sobą słońce, [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 1998, t. II, s. 24. 12

  M. Biełuszka. Historia fotografii, http://www.plmbielu. pl/page39.php , dostęp 16 maja 2012. 13

  R.K. Przybylski, Jak fotografia zahacza się o rzeczywistość? A jak literatura wiąże się z fotografią?, [w:] Intersemiotyczność. Literatura wobec innych sztuk (i odwrotnie). Studia, red. S. Balbus, A. Hejmej i J. Niedźwiedź, Kraków 2004, s. 134. 10

74

fabularie 1 (3) 2014

  Mam tu na myśli specyficzny sposób postrzegania fotografii, dostrzeganie szczegółów kompozycyjnych czy fachowe słownictwo (pojawia się ono sporadycznie, ale się pojawia). 14


i fascynującą postacią. To jedyne w swoim rodzaju indywiduum, składające się z tysięcy gestów, specyficznej mimiki. Wszyscy przeżywamy proces stopniowej ewolucji, zmieniamy się przez całe życie. Zdjęcia nie są w stanie tego uchwycić. Można powiedzieć, że ,,redukują” człowieka do jednego momentu, mimo że ludzka egzystencja składa się z setek, tysięcy, milionów chwil. Druga strofoida zawiera jednak przekonanie, że nawet obietnica ,,pozornego trwania” jest nam potrzebna. Niesie bowiem ze sobą choć częściowe spełnienie odwiecznego marzenia każdego z nas, aby po śmierci nie zostać zapomnianym. Podsiadło próbuje zilustrować moment odejścia człowieka, porównując je do nieoczekiwanego zaniku prądu w mieszkaniu. Takie zestawienie przywodzi na myśl następujące konotacje: śmierć przychodzi nagle, nie można się na nią przygotować, bo zawsze zjawia się za wcześnie. ,,Pomyśl o kamieniach, które przeniosłeś, o meblach przesuniętych, by nigdy nie wróciły na poprzednie miejsca” – mówi podmiot liryczny, wskazując tym samym na fakt, że z życiem niezwykle ciężko jest się pożegnać. Człowiek w czasie swej ,,ziemskiej wędrówki” pokonuje szereg przeciwności, stara się zaadaptować przestrzeń, w której przebywa – jednym słowem: podejmuje trud egzystencjalny, który w jednej chwili, w chwili śmierci, traci znaczenie. Dlatego każdy z nas marzy, aby cokolwiek po nim zostało. Takie same pragnienia mają postacie uwiecznione na zdjęciu opisywanym przez Podsiadłę: Tak i na ich twarzach, gdy bucha magnezja, zapala się olśnienie: ta chwila się nie skończy, wieczna jest ulica, na której stoimy, i wieczne przedmioty, które mamy w rękach.

Prawdopodobnie był artystą, widać to po zdjęciach. I chyba przystojnym, bo zalotnie patrzy w jego stronę dziewczyna […]. Może nie chciał należeć do tamtego świata. Lecz należał, jawnie o tym świadczy jego cień z rękami uniesionymi na wysokość głowy.

Każdy fotograf pokazuje nam świat z bardzo konkretnej perspektywy zachęcając jednocześnie, abyśmy i my, oglądający, w jakiś sposób do niej się ustosunkowali. Marian Kisiel zwraca uwagę na znamienną cechę wierszy Podsiadły: ,,[…] oddają świat codzienności, która także jest rozlewna i nieuporządkowana, atakuje nas rozmaitością doznań wzrokowych (informacji) i wymusza, abyśmy wobec nich zajęli jakieś stanowisko”15. Zauważmy – fotografia także jest przyjęciem określonego stanowiska wobec świata i zachodzących w nim zjawisk. Stąd marzenie o zdjęciu, obiektywnym nośniku tego, co faktyczne – wciąż pozostaje niespełnione. Ale Podsiadło wcale nie chce rozszyfrowywać rzeczywistości. Wręcz przeciwnie. Dla poety pozostaje ona ,,[…] wobec literatury czymś wyższym, nieuchwytnym, czymś, na co zabiegi literackie nie mają żadnego wpływu”16. I, paradoksalnie, właśnie to wzmacnia wrażenie autentyczności.

  M. Kisiel, Hipster nowej poezji, [w:] tegoż, Świadectwa, znaki. Glosy o poezji najnowszej, Katowice 1998, s. 72.

15

  J. Orska, Sezon na leszcza. Autentyk w poezji Jacka Podsiadły, [w:] tejże, Liryczne narracje. Nowe tendencje w poezji polskiej 1989-2006, Kraków 2006, s. 50. 16

Fotografia daje więc namiastkę wieczności (nie bez przyczyny mówi się o ,,uwiecznianiu” jakiejś sytuacji na zdjęciu), nadzieję, że następne pokolenia nas wspomną i tym wspomnieniem choć na chwilę ożywią. To dlatego Podsiadło stwierdza, że będziemy istnieć tak długo, ,,jak długo przetrwa papier i sztuka kopiowania”. Można by pomyśleć, że w tym miejscu utwór się kończy. I rzeczywiście mogłoby tak być, gdyż ostatni wers drugiej strofoidy brzmi jak puenta. Pojawia się jednak kolejna część wiersza i jest kolejnym zaskoczeniem, gdyż dotyka rzadko poruszanego problemu. Mówi o fotografiku, który robi zdjęcie, a o którym nieczęsto się myśli, ponieważ prawie nigdy nie ma go wśród sfotografowanych osób. Jednak w utworze Podsiadły autor fotografii ma więcej szczęścia, albowiem w chwili uwieczniania ulicy Piotrkowskiej w Łodzi ,,miał za sobą słońce”. Na zdjęciu widać ,,jego cień z rękami uniesionymi na wysokość głowy”. Podsiadło zwraca uwagę, aby nie zapominać o fotografach, bo choć zwykle nie znamy ich nazwiska i najczęściej nie są oni uwiecznieni wraz z innymi postaciami, to tak naprawdę zawsze coś o nich wiemy. Podmiot liryczny wiersza pokazuje, jak wiele o autorze może mówić jego zdjęcie:

75


gę pokrytą podeptanymi kwiatami. Pojawia się nawet refleksja, dotycząca jakiegoś rolnika. Pasażerom wydał się śmieszny, gdyż próbował obronić się przed czymś, czego nie było widać (prawdopodobnie przed pszczołą). Ta komiczna sytuacja szczególnie zapadła podmiotowi lirycznemu w pamięć. Po tym, rzec można, sielankowym opisie, pojawia smutna refleksja: Nie da się odbudować niczego, choć byłbym gotów na nowo wykopać rów wzdłuż ulicy Zakanale, kanion Colorado, rów Mariański, zastąpiony dzisiaj bezduszną podziemną rurą. Mógłbym na nowo wypisać kawałkiem czerwonej cegły ,,Te-ok-tey” lub inicjały dwunastoletniej ukochanej na suficie piwnicy. Wydeptać stare ścieżki w trawie, której już nie ma. Lecz nie da się zająć swojego miejsca w szkolnej ławeczce ani na fotografii sprzed lat dwudziestu dziewięciu.

Pozostał nam do wykopania i wywalenia muł ze środka basenu, gdzie miał być postawiony mały kopiec z kamieni i do niego wmontowany wodotryski, może nawet z jakąś chytrą iluminacją.

Niezwykle ważna zdaje się być również rola człowieka – istoty nadającej rzeczywistości (samej w sobie przecież neutralnej) szereg znaczeń i emocji. Na ten problem szczególną uwagę zwraca André Rouillé: Nałożyć na rzeczywistość i na obraz fotograficzny zupełnie inną rzeczywistość: własne pragnienia, emocje, oczekiwania i marzenia. Wkomponowanie obrazu mentalnego w obraz rzeczywistości, obecność czegoś innego w tym, co tu i teraz, przemieszanie wirtualnego z aktualnym, subiektywnego z obiektywnym, a zwłaszcza owo wtargnięcie „ja” w proces, który powinien wykluczać to „ja”, wszystko to razem burzy iluzję panowania nad zdjęciem, przenosząc obraz poza „tu i teraz” i skazując go na bezustanne omijanie rzeczywistości17.

Podsiadło w liryku Miał za sobą słońce uczy nas, jak ,,czytać fotografię”. Moim zdaniem robi to niezwykle przekonywująco, udowadniając, że jest nie tylko wirtuozem słowa, lecz także wrażliwym i wnikliwym obserwatorem obrazu.

3. Odsłona trzecia: Wędrówka po moich niegdyś okolicach

Wędrówka po moich niegdyś okolicach odsłania podobny aspekt fotografii, z jakim spotkaliśmy się już podczas lektury wiersza Miał za sobą słońce. Główny problem zarysowany w utworze dotyka procesu zmian zachodzących w człowieku. Kolejny raz ukazana zostaje fałszywa zdolność zdjęć do zatrzymywania czasu. Sytuacja w wierszu zaczyna się niepozornie i początkowo nic nie wskazuje na to, że pojawi się w nim motyw fotografii. Podmiot liryczny opowiada o wspomnieniach związanych z dniem Bożego Ciała. Pamięta barwne procesje, podróż autobusem i dro  A. Rouillé, Fotografia. Między dokumentem a sztuką współczesną, Kraków 2007, s. 128. 17

76

fabularie 1 (3) 2014

Podmiot liryczny powraca wspomnieniami do czasów młodości – czasów beztroskich zabaw, dziecięcej wyobraźni, która inspirowała do budowania kanionu Colorado oraz do momentu pierwszego zakochania. Stwierdza, że do niektórych rzeczy i miejsc można wrócić, lecz człowiek nigdy nie będzie już taki sam jak wcześniej, ponieważ z biegiem czasu staje się sumą wielu doświadczeń. Następnie dowiadujemy się, co jest przyczyną tych refleksji. Okazuje się, że to zdjęcia spowodowały intensyfikację wspomnień i związanych z nimi wrażeń. Fotografia z 1966 roku, na której podmiot liryczny siedzi wraz ze swoim bratem na motocyklu, spowodowała, że powrócił zapach tamtych dni. Wiersz zawiera także retrospekcje związane z rodzicami – osoba mówiąca w wierszu przypomina sobie wspólne podróże jednośladem, zastanawia się także, do kogo jest podobna. Płot widoczny na zdjęciu budzi do życia wspomnienie ,,obluzowanej sztachety”, którą można było przedostawać się na sąsiednie podwórko. Wiersze Podsiadły ,,układają się w poetycki dziennik […] życia upływającego w warunkach z pozoru całkowicie niepoetyckich. Rozwija [poeta – przyp. S.K.] wątki egzystencjalne, drąży sytuacje i nastroje towarzyszące raczej zwykłości niż ekstrawagancji lub egzotyce”18. W oglądanych fotografiach zawiera się więc echo młodości zwykłej i niezwykłej. Niektóre jej aspekty podmiot liryczny analizuje z prawdziwym sentymentem, inne zaś z humorem: O tutaj, proszę bardzo, archetypiczne duo: ja, trzyletni bobas na środku wiejskiej Drogi ze swoim, czarnym jak Cygan, najlepszym wtedy kolegą. Zgięty w kucki, jak gwatemalski partyzant osłaniający czyjś odwrót, trzymam w dłoniach karabin a mój towarzysz niemrawo bawi się samochodem. Biały jest dziś poetą. Ten czarny policjantem.

  P. Czapliński, P. Śliwiński, Inni Inni, [w:] tychże, Literatura polska 1976-1998, Kraków 1999, s. 316-317.

18


W rozmowie z Jerzym Sosnowskim mówił [Podsiadło – przyp. S.K.]: ,,Pomimo wysiłków nie potrafię zrozumieć pewnych, może nawet fundamentalnych zjawisk naszej kultury. I na przykład nie rozumiem tego, że ludzie się wstydzą swojej prywatności”. […] Ta właśnie prywatność okazała się w jego przypadku nadzwyczaj bogatym źródłem poezji. Jeśli celem poety nie jest bowiem kodowanie własnego życia, plątanie ścieżek prowadzących od materii tekstu do wnętrza egzystencji, komplikująca aranżacja duszy lub wreszcie testowanie różnorakich możliwości języka poetyckiego, lecz wypowiadanie swej subiektywności […], to wszystko, czego poeta dotknie, każdy krok, każdy oddech – zamienia się w wiersz. Wiersz – manifest istnienia […]21.

Wniosek, jaki nasuwa się po lekturze tego wiersza, to przede wszystkim fakt, że człowiek ciągle się zmienia. Kolejny raz Podsiadło zwraca uwagę na przewrotność fotografii. Owszem, uwiecznia ona jakąś część naszej historii, lecz gdy sięgamy po nią po latach może okazać się, że jesteśmy już zupełnie innymi ludźmi. Nie można zatrzymać procesu dorastania, dojrzewania, co najdobitniej wyrażają końcowe partie utworu: Biały jest dziś poetą. Ten czarny policjantem. Nic więcej o nim nie wiem, a jednak jestem pewien: nie byłby dzisiaj gotów umrzeć za Gwatemalę.

Nie można jednak odebrać fotografii jednego – budzi w nas wspomnienia, powoduje, że w jednej chwili ożywają, nabierają intensywności. Nawet te, których zbyt dokładnie nie pamiętamy. Chciałabym jeszcze powrócić do tezy z początkowej fazy rozważań. Przywoływałam słowa Bodzioch – Bryły, mówiące o tym, że w poezji Podsiadły powoływanie się na autentyczne dokumenty, cytaty i nazwiska ma za zadanie przywodzić na myśl ,,realność tekstowej rzeczywistości”19. Tak jest również w przypadku Wędrówki po moich niegdyś okolicach. Wiele elementów w wierszu wskazuje na to, że podmiot liryczny można utożsamić z autorem. Pierwszy argument to podpis na zdjęciu: Piotruś i Jacuś. Drugi – data na fotografii: 1966 rok. Podsiadło urodził się w 1964 roku, a osoba mówiąca w wierszu wspomina: ,,ja, trzyletni bobas”, czyli trafiamy na zgodność wiekową. Następnie pojawia się informacja: ,,biały jest dziś poetą” – trudno o bardziej dosadną wskazówkę. Można odnieść także wrażenie, że fotografie opisywane w utworze mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Oczywiście, nie możemy mieć co do tego całkowitej pewności, jednak to prawdopodobne, że inspiracja do napisania tego wiersza mogła narodzić się podczas oglądania zdjęć pochodzących z prywatnego archiwum poety. Tym bardziej że wiemy, iż bardzo często natchnień poetyckich dostarczały Podsiadle autentyczne postaci i wydarzenia (warto chociażby wspomnieć Yoko Ono). Poeta sięga po wyraźne konteksty: „W poezjach Podsiadły czytelny musi być kontekst, w przeciwnym razie wiersz mógłby być mylnie odczytany. A tego Podsiadło boi się chyba najbardziej. Bynajmniej nie ironizuje. To jeden z nielicznych współczesnych polskich poetów, któremu zależy na czytelnikach. I który czytelników poważa20”. Jak widać, motyw zdjęcia w twórczości poety zajmuje miejsce szczególne. Przyczyn tego faktu, moim zdaniem, można dopatrywać się w zamiłowaniu do fotografii, lecz nie tylko. Tym, co bez wątpienia wyróżnia poezję Podsiadły jest mnogość wątków egzystencjalnych.

19

  B. Bodzioch-Bryła, dz. cyt., s. 57.

  P. Kępiński. Bez stempla. Opowieści o wierszach, http:// biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=2A0&co=txt_ 1401, dostęp: 16 maja 2012. 20

Tomasz Cieślak z kolei wyraźnie wskazuje na zjawisko ,,życiopisania” w poezji Podsiadły, a więc i na manifestację jednostkowości 22, którą Julian Kornhauser określa wprost mianem ,,postawy egocentrycznej”23. ,,Miłość, Droga (pisane zawsze dużą literą), miejsce, wspomnienie dzieciństwa i młodości stanowią dla niego punkt wyjścia (ale i punkt dojścia…)”24. Czyżby stąd tak żywe zainteresowanie fotografią, która daje możliwość choć częściowego ich zatrzymania? A może tak częste posługiwanie się tym motywem wiąże się z chęcią wyjścia poza schemat, uniezależnienia się od konwencji, z dążeniem do czegoś więcej, niż do ,,opisu wychodka”25. Cieszy mnie owo dojrzewanie do rzeczy większych […]. A takimi rzeczami są dla mnie wyraziste gesty opowiadania się po stronie spraw pierwotnych, niezbędnych dla normalnego funkcjonowania człowieka. Chodzi po prostu o Prawdę, Dobro, Piękno, chodzi o pozostawanie w kręgu jakiegoś absolutu, strefy stałych odniesień dla filozoficznych napięć i twórczych sublimacji 26

– pisze o poezji Podsiadły Karol Maliszewski. I nie sposób nie przyznać mu racji. Każdy liryk autora Arytmii dąży do uchwycenia jakiegoś piękna. I właśnie to wydaje się być największym atutem jego twórczości.

  P. Śliwiński, Wiersz jako dziennik intymny (O Jacku Podsiadle, 1998), [w:] tegoż, Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej, Kraków 2002, s. 150.

21

22   T. Cieślak, Barbarzyńscy poeci ,,bruLionu” wobec Nowej Fali (rekonesans), [w:] Polska proza i poezja po 1989 roku wobec tradycji, red. A. Główczewski i M. Wróblewski, Toruń 2007, s. 343-344.

  Cyt. za: tamże, s. 344.

23

  Jacek Podsiadło, http://www.culture.pl/baza-literaturapel na-t resc/-/eo_event _ asset _pu bl isher/eA N5/content /jacek-podsiadlo, dostęp: 16 maja 2012. 24

  K. Maliszewski, Acentryczny labirynt, [w:] tegoż, Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy. Szkice o nowej poezji, Bydgoszcz 1999, s. 60. 25

26

  Tamże, s. 60.

77


MARTA IRZYK

„Rozmyślam nad urządzeniem”… tej poezji. Jeszcze o pewnym sporze (na przykładzie Dynama znalezionego w rupieciach)

Gdyby do literatury przykładać kryterium marketingowe, Jacek Podsiadło i Marta Skwara powinni wzajemnie sobie podziękować za dyskusję na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 2005 roku. Poszło o tekst szczecińskiej badaczki pt. Jacek Podsiadło pisze, a potem drze na strzępy list do Henry’ego  Davida  Thoreau zamieszczony w wydanym w 2002 roku w Krakowie pod redakcją Tomasza Cieślaka i Krystyny Pietrych zbiorze Literatura  polska  1990−2000. Skwara skomentowała w nim1 opublikowany przez Podsiadłę w 1999 roku tom Cisówka. Co konkretnie nie spodobało się poecie? Niestety, ciężko dziś się tego dowiedzieć – jego felieton, będący odpowiedzią na wspomniany artykuł, ukazał się w czterdziestym pierwszym numerze „Tygodnika Powszechnego” w 2005 roku. Na próżno szukać go jednak w internetowym archiwum 2 . Odnaleźć można za to odpowiedź poety skierowaną do Grażyny Borkowskiej, oburzonej jego (rzekomo) agresywnym tonem wobec Skwary. Podsiadło tłumaczy, co wzbudziło w nim zdecydowany sprzeciw: Marta Skwara kpiła tam z moich bliskich i moich uczuć do nich, co uważam za niesmaczne. Zarzucała mi też fałsz, mistyfi kację, „żałosny infantylizm” oraz „grafomaństwo czystej wody”, do czego miała prawo, choć moim zdaniem w dużym stopniu się myliła. Wspominam o tym, aby Pani uproszczenie nie było zbyt duże, aby skorygować wizję, w której nieludzki i niechrześcijański prostak i cham napadł na delikatną i łagodną polonistkę, erudytkę i pionierkę, aczkolwiek przyznaję, że pani Skwara zwykła poprzedzać nieuprzejmość zwrotem „Ośmielam się także twierdzić” bądź inną arbitralną elegancją3 .

Jak można wywnioskować z internetowych komentarzy4, ostra wymiana zdań między poetą a badaczką wzbudziła zainteresowanie zarówno samą Cisówką, jak i artykułem Skwary. Powstało bowiem pytanie: czy jest w ogóle o co się spierać?

1. Między twórcą, badaczem i odbiorcą

Artykuł Skwary miał za zadanie skomentować czy podsumować Cisówkę jako całość. Nie zamierzam dyskutować z wiedzą badaczki na temat transcendentalizmu, jednak po lekturze książki, będącej osią sporu – Walden, czyli życie w lesie – muszę przyznać, że nie zgadzam się z autorką artykułu chyba u samych podstaw. Nie podważam roli Thoreau jako transcendentalisty, fi lozofa czy pisarza, który oddziaływał na kolejne pokolenia, jednak nie jest on dla mnie „mistrzem”, jak określa go Skwara5 . Walden uważam za zręcznie napisaną i skomponowaną książkę, w której głównym tematem nie są, jak deklaruje Thoreau, problemy ówczesnego człowieka, a kreacja autora na wszechwiedzącego mentora pragnącego poprowadzić za sobą zbłąkane owieczki. O wiarygodności i szczerości głoszonych przez niego haseł można by dyskutować, przy zaznaczeniu, że byłaby to dyskusja oparta w dużej mierze na odczuciach6. Sądzę jednak, że stosunek do Walden i jej autora.może mieć znaczenie również przy ocenie Cisówki . Badaczka pisze, że tom Podsiadły został „zrobiony”7. Dotyka tym samym chyba kluczowego zagadnienia, które jednak nie pojawia się w jej tekście wprost. Http://forum.gazeta.pl/forum/w,32956,34434000,346517 19,Pon_Podsiadlo_contra_poni_Skwara.html 4

M . Skwara, Jacek Podsiadło pisze, a potem drze na strzępy  list  do  Henry’ego  Davida  Thoreau, [w:] Literatura  polska  1990−2000, red. T. Cieślak i K. Pietrych, Kraków 2002, s. 293. 5

Ściślej mówiąc – skrytykowała, zarzucając poecie (w uproszczeniu): niezrozumienie Thoreau, wyrywanie cytatów z kontekstu, przypisywania sobie osiągnięć tłumaczki czy wreszcie „nieudolność poetycką”. 1

Choć, jak poeta sam mówi: „Nie zabiłem Marty Skwary i nie dworowałem z jej nazwiska, choć faktem jest, że poświęciłem jej dziesięć nieprzyjaznych i kąśliwych zdań”. Zob. http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1580,1255327,0,dzial. html . 2

3

Tamże.



Ale nie tylko; o wiarygodności Thoreau mogą świadczyć m.in. konsekwentnie przez niego pomijane kwestie fi nansowe. Zob. na przykład: J. Margolis, Thoreau – an overrated  fraud  who  cared  mainly  about  himself, http://news.google. com/newspapers?nid=1314&dat=19911210&id=KUVXAAAA IBAJ&sjid=9O8DAAAAIBAJ&pg=2237,10196869. 6

7

fabularie 1 () 201

M. Skwara, dz. cyt., s. 281.


Bo czy nie byłoby dużym udogodnieniem operować w tym przypadku terminem intertekstualność? Zdaję sobie sprawę, że to dość nieostre pojęcie może niewiele rozstrzyga, ale na pewno pomaga zrozumieć istotę zabiegów Podsiadły w Cisówce. Zarzuty, jakie Skwara stawia Podsiadle, a więc przywłaszczanie sobie całych wersów z Thoreau w tłumaczeniu Cieplińskiej, każą pytać o rozumienie poezji. I jest to chyba spór nierozstrzygalny – czy twórca, żonglując cytatami, tworzy nowe dzieło, czy jest po prostu intelektualnym złodziejem, jak zdaje się sugerować badaczka? Wyrok w takiej sprawie najczęściej ogłasza czytelnik w zależności od własnych oczekiwań wobec literatury. Aby pokazać, jak nastawienie wobec źródła – w tym przypadku Walden – i praktyk twórczych (tu: intertekstualności) może wpłynąć na odbiór wiersza, skorzystam z jednego z utworów z Cisówki. Dynamo znalezione w rupieciach Stary płot z żerdzi, którego najlepsze lata już przeminęły, był dla mnie wielką zdobyczą. Złożyłem go w ofierze Wulkanowi, albowiem w przeszłości służył bogowi Terminusowi Henry D. Thoreau, Walden, czyli życie w lesie O szóstej rano zbudziła mnie mucha idąca po moim nadgarstku, zapchany nos i sklejone powieki, oto człowiek rano. Mży, w nocy wiało, nad studnią osypuje się kwiecie śliwy, powierzchnię wody w miednicy pokryły białe płatki, więc kiedy nabieram jej w dłonie i chlustam sobie w twarz, wyglądam, jakbym jadł garściami kwiaty, otacza mnie ptasi śpiew i zapach zmoczonej ziemi, przyjemnie mnie przenika dreszcz chłodu. W domu cisza, aż dzwoni. Odgrzewam wczorajszą zupę, przezornie zgromadziłem pod piecem zapasy suchego drewna z porąbanego płotu. Został go jeszcze kawałek, leży tam, gdzie padł i nie stanowi już żadnej niepotrzebnej granicy. Bity obuchem, gdy trzeba oddzielić sztachety od żerdzi biegnących w poprzek, raniony rozpędzonym ostrzem i kawałkowany jak pasztet, daremnie przywołał minioną swą nietykalność. Burczy mi w brzuchu, sroka przyleciała pod okno wyjadać odpadki z miski, zupa ma kolor różowy (buraczek + śmietana) i pachnie tysiącem jarzyn, kiedy napełniam talerz. Na niewidzialnym piśmie, w niesformułowanych myślach „zwracam się” do Boga i słucham, co mi nakaże w ten majowy poranek. „Nie będziesz budował granic między jednym a drugim. Nie będziesz czynił różnicy pomiędzy dwojgiem istnień, jak nie różniłyby się w swoich zewnętrznych postaciach. Szukaj spokoju i ciszy”. Sroka zniknęła, pusty jest talerz i krzesło po drugiej stronie stołu. Mechanicznie rozbieram na części rowerowe dynamo znalezione w rupieciach i rozmyślam nad urządzeniem tego świata.

2. Hołd czy pastisz?

Sytuacja liryczna, wydawałoby się, typowa zarówno dla Podsiadły, jak i dla ducha esejów Thoreau – afirmacja codzienności z dala od cywilizacji. Zwykły dzień prostego człowieka rozpoczyna się banalnie: bohatera ze snu wyrywa „naturalny budzik”, czyli natrętna, brzęcząca mucha. Co ciekawe, Thoreau również wspomina o porannym spotkaniu z owadem, ale w nieco innym tonie: „Wraz z rankiem powraca epoka herosów. Delikatne brzęczenie niewidocznego komara, który odbywał nieprawdopodobną podróż po moim mieszkaniu o najwcześniejszym świcie, gdy siedziałem przy otwartych oknach i drzwiach, miało na mnie podobny wpływ jak opiewająca sławę trąbka”. Plastyczny opis pozwala wyobrazić sobie wygląd bohatera wiersza po przebudzeniu niezwykle dokładnie: sklejone, zaspane powieki, zapchany nos, zapewne spuchnięte, czerwone oczy… Tymczasem Thoreau zdaje się nie doświadczać podobnie jak reszta śmiertelników: „Ranek, ta najbardziej pamiętna pora dnia, jest godziną przebudzenia. Najmniej w nas wówczas ospałości; nawet ta cząstka, która drzemie w nas przez resztę dnia i nocy, budzi się przynajmniej na godzinę”. Podmiot liryczny w takim stanie idzie do miednicy pełnej wody, którą (jakby na przekór żałosnemu wyglądowi człowieka) pokryły białe płatki, po czym „chlusta sobie w twarz” i wygląda, „jakby jadł kwiaty garściami”. Wagę porannej kąpieli pomaga zrozumieć niezawodny Thoreau: „Każdy ranek zachęcał mnie radośnie, abym żył równie prosto i powiedziałbym – niewinnie jak sama Natura. Jutrzenkę wielbię podobnie żarliwie jak Grecy. A zatem wstawałem wcześnie i kąpałem się w stawie; ten z gruntu religijny obrzęd to jedna z najistotniejszych czynności, jakie wykonywałem”10. Pobudka i kąpiel bohatera odbywa się w sielskim otoczeniu rześkiego powietrza i śpiewu ptaków. Podobnie w Walden: Niewiele należy oczekiwać od dnia – czy w ogóle można nazwać go wtedy dniem? – jeśli nie budzi nas własny duch, tylko jakiś sługa mechanicznie trącający nas łokciem, jeśli nie budzi nas – zamiast syreny fabrycznej – własna świeżo zyskana siła wewnętrzna i pragnienie działania, i, przy akompaniamencie falującej niebiańskiej muzyki, odurzający zapach powietrza11.

Dalsza część wiersza równie mocno ewokuje ducha Thoreau, więcej – dosłownie go przywołuje. U Podsiadły stary płot nie służy jednak gotowaniu posiłku dla „człowieka powracającego z wyprawy”, ale podgrzewaniu wczorajszej zupy, co skrzętnie odnotowuje Skwara12. Badaczka rozbieżność w kwestii płotu uważa za „klęskę odwołań [Podsiadły – przyp. M.I.]   H.D. Thoreau, Walden, czyli życie w lesie, przeł. H. Cieplińska, Warszawa 1991, s. 119. 



  Tamże, s. 120.

10

  Tamże, s. 119.

11

  Tamże, s. 120.   M. Skwara, dz. cyt., s. 292.

12

79


do Thoreau”, do czego jeszcze wrócę. Tymczasem bohater wiersza poczuł głód, co sygnalizuje obrazowe „burczenie w brzuchu”; przyrządził już obiad i dzieli się ze światem przepisem na różową zupę: Burczy mi w brzuchu, sroka przyleciała pod okno wyjadać odpadki z miski, zupa ma kolor różowy (buraczek + śmietana) i pachnie tysiącem jarzyn, kiedy napełniam talerz.

U Thoreau – podobna kulinarna szczegółowość i dokładność. Przypadek? Gotowałem przyzwoity obiad, przyzwoity pod wieloma względami, składał się na niego po prostu talerz portulaki (Portulaca oleracea) gotowanej z dodatkiem soli, a zrywanej na poletku kukurydzy. Podaję nazwę łacińską ze względu na aromat naszej nazwy popularnej. I powiedzcie, czego więcej może pragnąć rozsądny człowiek w spokojnych czasach, w zwykłe popołudnie, nad dostatni garnek zielonej kukurydzy cukrowej ugotowanej z dodatkiem soli 13?

Konsekwentnie podążając śladem Thoreau, zaryzykuję, traktując punkt kulminacyjny utworu, czyli „zwracanie się” do Boga, jako zwrot do… samego Thoreau. Filozof nie wypowiada oczywiście zacytowanych w wierszu słów wprost, ale sądzę, że zjednoczenie z naturą to jedno z pierwszych wskazań płynących z Walden. Przewrotnie: mało istotne kwestie, takie jak pobudka czy obiad, w utworze odsyłają swoim stylem bezpośrednio do cytatów z poszczególnych esejów, natomiast problem centralny Dynama… nie jest już tak oczywisty. Od razu okazuje się bowiem, że „Sroka zniknęła, pusty jest talerz i krzesło po drugiej stronie stołu”. Pozbycie się płotu – granic – na niewiele się zdało. Po, wydawałoby się, całkowitym zespoleniu z naturą, człowiek pozostaje sam, sam ze swoimi przyziemnymi potrzebami i sam wobec innych stworzeń. Kontrast między utworami Podsiadły i Thoreau nie jest już groteskowy, lecz raczej tragiczny. Przechadzam się pośród Natury mając dziwne uczucie wolności – jestem Jej cząstką. […] Wszelako wiem z doświadczenia, że najmilsze i najserdeczniejsze, najbardziej niewinne i zachęcające towarzystwo można znaleźć w każdym tworze Natury; znajdzie je nieszczęsny mizantrop i największy melancholik14.

Bohater wiersza nie znajduje towarzystwa w Naturze, a wizja całkowitego zniesienia granic po raz kolejny okazuje się utopią. Może dlatego posiłkiem przygotowywanym na deskach ze starego płotu jest wczorajsza zupa, a nie strawa dla wojownika? Podmiot liryczny odkrywa gorzką prawdę – pięknie brzmiące hasła o całkowitym zespoleniu z innymi 13

  H.D. Thoreau, dz. cyt., s. 88-89.

  Tamże, s. 165-167.

14

80

fabularie 1 (3) 2014

ludźmi, czy w ogóle istnieniu, są tak naprawdę stare i bezużyteczne, choć nadal można się nimi karmić. Pozostaje dalej wnikać w istotę świata i człowieka, rozbierając go na czynniki pierwsze, bo nie jest tak prosty, jak przekonuje Thoreau. Mechanicznie rozbierane dynamo byłoby w tym kontekście jądrem owej istoty, czynnikiem napędzającym wszelkie trybiki. „Rupieciami”, wśród których zostaje znalezione, są tu właśnie zużyte, górnolotne hasła, które przestały być komukolwiek potrzebne i cokolwiek znaczyć. Równie dobrze mogą być to także przedmioty codziennego użytku, przesłaniające rzeczy naprawdę wartościowe. Zarówno metaforycznie, jak i dosłownie rozumiane „rupiecie” trzeba odsunąć na bok, by nie przeszkadzały w syzyfowych zmaganiach ze skomplikowanym mechanizmem napędzającym świat. Rację ma więc Skwara, mówiąc, że z podejmowanych przez podmiot liryczny czynności nic nie wychodzi15. I racja – nie wychodzi „z definicji”! Nie uważam tego jednak za porażkę Podsiadły, wręcz przeciwnie – w konfrontacji z rzeczywistością to hasła Thoreau okazują się puste i bezużyteczne. Same wartości, takie jak kontakt z naturą, poszukiwanie spokoju i samoświadomości, a także oparcie życia na pracy, są oczywiście szczytne i dobre. Podsiadło, wyrywając z kontekstu i przetwarzając jakby całe cytaty z Walden, zdaje się tego nie kwestionować. Subtelna trawestacja nie przekreśla bowiem całkowicie ideałów Thoreau w obrębie sytuacji lirycznej. Podjęcie przez bohatera próby zrozumienia mechanizmu działania świata świadczy o zwycięstwie naczelnej idei Walden, czyli pracy, a w tym przypadku – pracy nad samym sobą. Wyrywanie z kontekstu fragmentów utworu transcendentalisty, co Skwara zarzuca Podsiadle, nie umniejsza więc wagi tekstu Thoreau, bowiem nie treść jest tutaj na pierwszym miejscu. Poeta nieco ironiczne upodabniania swój styl do sposobu kształtowania wypowiedzi przez filozofa, co pozwala czytelnikowi spojrzeć na niego z dystansem i bez bałwochwalstwa, a także zrewidować jego wzniosłe idee z dzisiejszej perspektywy. Dlatego też sądzę, że postawa podmiotu lirycznego jest jak najbardziej „próbą życia świadomie”, co „mistrz” Thoreau zaleca odbiorcom, a Skwara wypomina poecie jako brak w jego poetyckim światopoglądzie. Powróćmy jeszcze na chwilę do początku utworu. Nieco pretensjonalne odwołanie do bogów16 15

  M. Skwara, dz. cyt., s. 292.

  Myślę, że warto przytoczyć odpowiedź Podsiadły na postawiony przez Skwarę zarzut powielania błędu gramatycznego tłumaczki (forma „bogowi Terminusowi”): „Uważam, że małostkowe wytykanie w innym miejscu Halinie Cieplińskiej i mnie innego rzekomego błędu gramatycznego, czyli użycia w odniesieniu do Terminusa formy »bogowi«, a nie »bogu« dowodzi, że nie wie, czym się różnią Bóg i bóstwo, bogowie i bogi, że prawdopodobnie nie widzi też różnicy między dzikimi końmi i koniami trojańskimi, a tym samym, że jest ślepa na urodę ana16


w sąsiedztwie starego płotu z żerdzi, umieszczone jako motto, bezsprzecznie rozstrzyga o możliwości odczytywania wiersza w kontekście prac transcendentalisty. Powagi, w moim przekonaniu, ujmuje cytatowi bezceremonialne potraktowanie płotu przez podmiot liryczny, a także (po raz kolejny) groteskowe ujęcie tematu przez Podsiadłę: Bity obuchem, gdy trzeba oddzielić sztachety od żerdzi biegnących w poprzek, raniony rozpędzonym ostrzem i kawałkowany jak pasztet, daremnie przywołał minioną swą nietykalność.

Płot „bity obuchem” i „raniony rozpędzonym ostrzem” to jeszcze wysokiej rangi symbol podziału, jednak „kawałkowany jak pasztet” staje się parodią samego siebie. Zniszczone sztachety nie znaczą już zniesienia granic, ale ukazują pustosłowie i zużycie wzniosłych haseł. W moim przekonaniu, wobec trawestacyjnego potraktowania nawet motta utworu, poważnie odczytywać można jedynie ostatnie wersy. Jednak również w nich jestem skłonna doszukiwać się zawoalowanej drwiny poety ze swojego bohatera czy, szerzej, z człowieczych wysiłków dociekania istoty mechanizmu dynama. Cały utwór ma w tym kontekście wydźwięk tragikomiczny, a podmiot liryczny to kolejna, zbłąkana owieczka postawiona wobec tajemnicy istnienia, której nie jest w stanie pomóc nawet Thoreau.

3. Granice literackiej wolności

Grażyna Borkowska zarzuca poecie, że w sporze z badaczką „nie bronił żadnej »sprawy« ani nawet zagrożonej polszczyzny, tylko swoich poetyckich poczynań, które wyłączył spod publicznego osądu, odmawiając czytelnikom prawa do błędu, opacznej interpretacji, np. niezgodnej – co dość powszechne – z intencjami autora17. Wtrącając się do sporu Skwara–Podsiadło, bronię prawa poety do literackiego przetwarzania dorobku innego pisarza, co, w moim przekonaniu, zostało w Dynamie… przeprowadzone umiejętnie. Podzielam za to niepokój Skwary o granice intertekstualnej wolności, a więc o intelektualną i twórczą uczciwość18. Powraca jednak pytanie o rozumienie poezji i oczekiwania wobec niej. Jako czytelniczka, poszukuję rewidowania zastanych, skostniałych systemów myślowych i kanonów, a tego właśnie poeta dokonuje z Walden, dlatego też zabiegi intertekstualne uważam tu za udane i uzasadchronizmu i głucha na niuanse języka w dużym stopniu stanowiące o jego uroku, więc nie powinna wypowiadać się na temat poezji” – zob. http://tygodnik2003-2007.onet. pl/1580,1255327,0,dzial.html   Http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1580,1255327,0,dzial. html 17

  W Dynamie znalezionym w rupieciach problem ten w zasadzie nie występuje, ale jeśli idzie o całą Cisówkę, można by już się zastanawiać. 18

nione. Jeśli to oznacza, że nie rozumiem Thoreau lub nie potrafię docenić jego kunsztu, to chyba razem z Podsiadłą. Do czego ostatecznie doprowadza intertekstualna gra? Autor, subtelnie trawestując Walden, zastanawia się nad miejscem człowieka w przyrodzie, a także jego możliwościami wobec zagadki istnienia, a więc nie staje w opozycji do problemów poruszonych w „biblii transcendentalistów”. Poprzez mój sceptyczny stosunek do Walden, Dynamo znalezione w rupieciach uważam za delikatny przytyk do nieco pretensjonalnego stylu filozofa, a także jego utopijnych idei. Jeśli Thoreau traktuje się jak „mistrza”, wiersz Podsiadły rzeczywiście uznać można za „klęskę odwołań” do filozofa; jest to chyba kwestia dystansu czytelnika do twórcy i jego dzieł. Ani Skwara, ani Podsiadło z pewnością nie powinni drzeć swoich tekstów na strzępy. Ich polemika uświadamia, jak potrzebna jest dziś dyskusja o intertekstualności, jej zadaniach i zakresach. Zakładając, że poeta nie okradł intelektualnie tłumaczki i nie przypisał sobie myśli Thoreau, można by nawet dojść do wniosku, że przysłużył się propagowaniu ich dorobku. Warto by jednak pochylić się ponownie nad Cisówką w całości, a nie, jak zrobiłam to powyżej, wyrywkowo; wnioski z pewnością mogłyby zaskoczyć nie tylko mnie, ale również Skwarę, Podsiadłę, miłośników Thoreau, propagatorów intertekstualności i wszystkich, którzy są zainteresowani żywą dyskusją o literaturze.

81


MICHAŁ PRANKE

Modlitwa o „ja”. Jakie „ja”? O Lamencie świętokrzyskim Powyżej postawiona kwestia jest tyleż kłopotliwa, co względem hermeneutyki literackiej obdarzona szczególnym urokiem. Tekst opatrzony takim właśnie tytułem, w dobrym tonie byłoby rozpocząć od przywołania jakiegoś efektownego cytatu z Sartre’a, Heideggera, przypomnienia któregoś z fragmentów dzieł Gombrowicza czy choćby – mniej spektakularnie, ale równie skutecznie – Kanta. Zaczniemy jednak inaczej, bo od historii z Ostatniej taśmy  Krappa Becketta . Tytułowy Krapp – starzec, półtrup niemal – przez dziesiątki lat zapisywał swoje monologi na magnetofonowych taśmach, numerowanych „szpulach”, monologi te zaś stanowiły raczej kolejne streszczenia tzw. „życia codziennego” niż notatki jakiegokolwiek innego rodzaju. Co mogło być celem tych działań? Wydaje się, że była to nie tylko próba ocalenia „siebie” przed zapomnieniem, ale też próba zachowania wewnętrznej spójności „ja”, a także – poprzez wielokrotne trwanie w kolejnych zapisach – odwleczenie nieuchronnej śmierci. Przy tym wszystkim należy mieć w pamięci, że uderzający jest kontrast pomiędzy (domniemaną) skrupulatnością magnetofonowych zapisów, a ujawnianym w dramacie wewnętrznym rozbiciem bohatera1 . Jak to wszystko ma się do wiersza Podsiadły? Otóż wydaje się, że poeta, wybierając dla zapisu swojego poznania i rekonstrukcji podmiotu formę „lamentu”, działa podobnie. Rzecz jasna i dość oczywista, że nawiązania do tekstu sakralnego w analizowanym utworze nie są szczególnie rozwinięte, niemniej nie bez przyczyny w tytule niniejszego tekstu pojawia się słowo „modlitwa”. Wyjaśnieniu tej kwestii poświęcimy jednak dalsze fragmenty tekstu. Na początku, jak wymaga tego porządek szkicu, zajmijmy się sprawą wielości lub jedności wcieleń „ja” występujących w wierszu. Problematyka ta odOdsyłam także do znakomitego monodramu Teatru Telewizji wykonywanego przez Tadeusza Łomnickiego. Zob. S . Beckett, Ostatnia taśma Krappa, reż. A. Libera, Teatr Telewizji, 1989 . 1

2

fabularie 1 () 201

krywa się przed czytelnikiem już w pierwszych wersach Lamentu świętokrzyskiego2: Gdyby jakiś pamiętnik. Jakieś ja, jakieś dziś, jakieś bardzo . Owszem, opasły zeszyt: cegła, złom, boazerie, rury ocynkowane, ilość, ceny i daty.

Bez wątpienia mamy tu do czynienia z kwestią poszukiwania tożsamości. Wydaje się także, że pierwiastek autobiograficzny obecny w wierszu, subtelnie zaznaczony poprzez „pamiętnik” oraz pojęcia ze sfery znaczeń temporalnych i kwantytatywnych, to dodatkowy trop wskazujący na temat eksploracji rzeczywistości w celu samoidentyfi kacji podmiotu 3. Nie można wykluczyć również tego, że podobnym rodzajem tropu, bo obdarzonym znaczeniem lokatywnym, jest drugi człon tytułu wiersza – tym bardziej że pojawiające się dalej w wierszu „Słowo Ludu” było wszak czasopismem właśnie regionu świętokrzyskiego. Pierwszymi elementami układanki są obrazy z dzieciństwa, właściwie dwa: rodzice, „ludzie prości” z „jasnym gwintem słońca na pobrużdżonych czołach” oraz dojmująca dość bieda i nuda. „Świat […] gospodarczego cudu, / dla którego ruiny nie są gorsze od budów”. Świat opisany przez tę samą gazetę, którą „chleb owijali” i „tyłki wycierali”. „Świat umierania z nudów i prób kindersztuby”. Mit rodzinny jest w tym przypadku raczej ciemny, a „cukier i brukiew” zamiast słodkości i „zabijanie much” to, intuicyjnie, Wszystkie cytaty z wiersza wg.: J. Podsiadło, Lament  świętokrzyski, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 31-36. 2

Dla problemu tożsamości autobiografi zm może być szczególnie ważny z bardzo prostego względu, na który wskazywał Edward Balcerzan: „nie ma peryferyjnych życiorysów i nie ma peryferyjnych istnień ludzkich”. Rekonstrukcja tożsamości „ja” eksplorującego rzeczywistość w poczuciu faktu, że to „ja” jest jej centrum, staje się zatem bardziej przekonująca. Por.: E. Balcerzan, Powracająca fala  autobiografi  zmu, [w:] tegoż, Kręgi wtajemniczenia, Kraków 1982, s. 383. 3


chyba nieszczególnie radosny wybór wspomnień. Dzieciństwo bohatera lirycznego rozświetlić ma dopiero „telewizor Rubin”, bowiem wtedy „do domu wprowadza się jasność”, a sam bohater „oślepiony na zawsze” dorasta i staje się kimś innym, powoli staje się poetą. Kolejne fragmenty konfesji Podsiadły są szczególnie interesujące. Zawarta pomiędzy dalszymi częściami opisu konsekwentnej, poetyckiej i życiowej drogi podmiotu refleksja nad językiem: mielizny polszczyzny, ostrowy mowy. A ona? To nie język, to jakiś paroksyzm trytona, uśpiona w paroksytonach, w drakońskich przypisach, samica pół-psa, pół-ibisa, niedorobiona matrona, mać cynocephalusa i chroma dziwożona

to fragment – powtórzmy – wyjątkowo zajmujący. Podsiadło łączy tutaj wymienioną wcześniej „polszczyznę” z zakorzenioną na gruncie mitologiczno-religijnym agresywną metaforyką. Co charakterystyczne dla poety, w nawiązaniach do religii szeroko rozumianej następuje swoiste pomieszanie elementów z różnych kultur: od Grecji, przez Egipt i Indie do Słowiańszczyzny. Autor Kry o języku mówi z właściwym dla całego tomu Pod światło wykorzystaniem różnego rodzaju konsonansów, asonansów i wszelkiej maści paronomazji, jednocześnie ukazując w ten sposób choć niektóre trudności związane z właściwym opanowaniem języka polskiego, zwłaszcza na poziomie literackim. Polszczyzna – ironicznie i z przekąsem – „to nie język”. Z jednej strony to demonica, z drugiej matka, lecz znów „niedorobiona” i „chroma”, raz potworna krzyżówka, innym razem bóstwo. Chyba właśnie takie, kontrastujące ze sobą rozpoznania języka, dają jego finalny obraz.   Zauważmy skądinąd, że lata przypadające na wprowadzanie kolorowego modelu tegoż do Rzeczpospolitej Ludowej (lata 70. XX w.) pokrywają się z latami przypadającym na dzieciństwo urodzonego w 1964 r. Jacka Podsiadły. 

  Podkreślmy wyraźnie, że nie mamy tutaj raczej do czynienia z żadnego rodzaju reminiscencją romantycznego mitu szczególnie uzdolnionego dziecka-poety, bo w chronologii dalszego opisu następuje od razu znaczny przeskok, od dzieciństwa do dorosłości. 

  Np. w znaczeniu Durkheimowskim: „Religia jest systemem powiązanych ze sobą wierzeń i praktyk odnoszących się do rzeczy świętych, […] to znaczy rzeczy wyodrębnionych i zakazanych, wierzeń i praktyk łączących wszystkich wyznawców w jedną wspólnotę moralną zwaną kościołem”. Cyt za: É. Durkheim, Elementarne formy życia religijnego: system totemiczny w Australii, Warszawa 1990, str. 31. 

  Tytułem dopowiedzenia dodajmy, że pewien niepokój badawczy budzą nieuwzględnione wcześniej możliwości interpretacji omawianej powyżej strofy. Co bowiem w sytuacji, gdy uznamy, iż bohater wcale nie mówi o języku, a o śmierci? Szczególnie interesująca stanie się wówczas symbolika psa, która w rozmaitych mitologiach silnie związana jest ze sferą eschatologii. Podobnie zresztą byłoby w przypadku pół-ibisa (egipskiego Thota, autora Księgi 

W następnych fragmentach bohater powraca do przesyconej pierwiastkiem autobiograficznym rekonstrukcji życiorysu, a czyni to wyjątkowo skrupulatnie. Dorosłość – lub jak być może należałoby powiedzieć, jej kolejne wydania – to rozpięte pomiędzy kolejnymi podróżami i „człapaniem” elementy „metafizyki rzeczywistości”, których nie ma konieczności teraz wymieniać. Co ważne, przejawy transcendencji w rzeczywistości owej niezupełnie są dla bohatera dotykalne, nie istnieje między nią a bohaterem komunikacja w pełnym znaczeniu tego słowa, bohater porusza się „ze świata do świata”. Tym samym jego poszukiwania i „Droga” nie kończą się. Całość opisu zmierza do kluczowego momentu przemiany podmiotu i mistycznego, niemal epifanijnego zrozumienia dotychczasowych życiowych starań, przy czym łatwo zauważyć to już w samej dynamice wiersza i przepływie jego tekstu. Moment ów przypada na dwie ostatnie strofy poematu następujące zaraz po fizjologiczno-pożegnalnej frazie „byle ciał, byle ciał, byle ciał, ciał, ciał”. Bohater Podsiadły zdaje się być wówczas pogodzony nie tylko ze sobą, ale i z klęską, nicością, wreszcie ze śmiercią. „Zostaną czyny przyzwoite / i kilka coraz gładszych liter. […] Chłopiec pogodził się wreszcie, że trzeba czasem płakać” – czytamy. Co szczególnie ciekawe, nagle jawi się właśnie jako „szczeniak”, „chłopiec”, powraca się do optyki dziecięcej. Jest to jednak postrzeganie inne niż wcześniej, bowiem oparte na dziwnym, niespotykanym zwykle u dzieci spokoju. Co znamienne, podobnie jak na początku wiersza bohater wcielając się w postać dziecka mówi o sobie sam, na chwilę zmieniając perspektywę z „opowieści o kimś” w „opowieść o sobie”. W gruncie rzeczy nieskomplikowane, bo oparte w głównej mierze na brzmieniowej i rymotwórczej zabawie słowem, a budujące na poły narracyjny i wysoce liryczny poemat opisy kolejnych epizodów życia bohatera, pozwalają odkryć pewną prawdę. Zdaniem Podsiadły bowiem tożsamość ludzka, „ja” człowieka to bardziej jedność wielości niż odwrotnie, nie całość jednolita, a zbiór kolejnych wcieleń, przy czym, rzecz jasna, poprzednie wpływają na następne tworząc mniej lub bardziej doskonałą emulsję. Wydaje się, że pomimo deklarowanego „pogodzenia się” z losem, zza pozornego spokoju bohatera wygląda coś niebezpiecznego, jego szczęście jest chyba chwilowe w równej mierze co szczęście „dzieci blisko doktora Korczaka”. Trudno jest jednak o rozstrzygnięcie tej kwestii. Umarłych). Wskazana tutaj kwestia jest jednak względem tematu pracy poboczną i winna zostać podjęta w stosownym szkicu.   Ograniczone rozmiary niniejszego tekstu nie pozwalają na opisanie wszystkich obrazów przedstawionych w wierszu, zaś wybranie tylko niektórych z nich byłoby, zdaje się, równoznaczne z uznaniem innych za mniej istotne. 

  Mam na myśli rozumienie nawiązujące do fizjologii bólu i śmierci przywołane w wierszu przez „flagelantów” i „partyzantów, oraz brzmieniowe zbliżenie polskiego „ciała” do włoskiego „ciao”. 

83


Zamiast tego na moment powróćmy do pytania postawionego wcześniej. Dlaczego „modlitwa”? Czy słusznie poemat Podsiadły nazwać można „modlitwą o »ja«”? Wydaje się, że tak. Po pierwsze dlatego, że utworem tym realizuje on wielokrotnie wygłaszany postulat, według którego przedmiotem literatury miałaby być możliwie daleko posunięta prywatność, a jak doskonale wiemy, poza szczególnymi przypadkami modlitwa rzadko nie dotyczy prywatności właśnie. Po drugie zaś, przez uwagę na swoisty pietyzm i precyzję budowy poematu, staje się on godny sakralnego wyniesienia w porządku świata proponowanym przez poetę. Opowieść, jaką buduje Podsiadło – quasi-genezyjski opis, od mitu rodzinnego, przez dorastanie i podróże wiecznego trampa-tułacza, aż do obrazu teraźniejszej, „najnowszej” dojrzałości – nosi znamiona poetyckiej spowiedzi i rozliczenia z dotych-

czasowym dorobkiem, mnóstwo bowiem jest w niej wspomnień i nawiązań do prywatnej legendy autora Brother Death Blues. Przekonujące są jego melancholijne konstatacje, tak samo jak ważne są jego poszukiwania samego siebie. Jak powiedział niegdyś Tadeusz Peiper, „wybierając słowo spośród słów, zdradzamy się. Każdy utwór poety pełen jest samozdrad i te samozdrady należą do treści utworu”10. Zgodnie z tym Podsiadło jawi się jako obdarzony wyjątkowymi kompetencjami kulturowymi i językowymi, przyzwyczajony do określonego widzenia i wykorzystujący właściwy sobie zestaw środków twórca, bez którego panorama polskiego życia literackiego zdecydowanie byłaby mniej barwna .

10

T. Peiper, Myśli o poezji, Kraków 1974, s. 43.

PAU L I N A ŚL I W K A

Skąd się biorą dzieci według Jacka Podsiadły Kiedy zapytałam, już ładnych parę lat temu, moją mamę o to samo, o co pyta Podsiadło w tytule swojego wiersza, dostałam dość wymijającą odpowiedź. Dowodzi to, że taki pytanie było i jest dość kłopotliwe, żeby nie rzec nawet, że zbyt trudne. Może to realia Polski Ludowej, a może panujące do dziś przeświadczenie o prokreacji jako sferze tabu można uznać za przyczyny tego, iż udzielenie jasnej i jednoznacznej odpowiedzi nie wydaje się być rzeczą łatwą. Zarumienieni rodzice często nie radzą sobie z wyjaśnieniem dziecku faktu, skąd wzięło się ono na świecie lub (co gorsza) formułują swoją historię tak nieudolnie, że – zamiast rozjaśnić – zaciemniają i tak już niewyraźne wyobrażenie małego człowieka. Trochę przypomina mi to kadr ze znanego fi lmu Juliusza Machulskiego, gdzie wcielający się w rolę Maksa Jerzy Stuhr próbuje uświadomić Lamii, na przykładzie kultowych już dzisiaj „pszczółek”, jak jest, powiedzmy, urządzony damsko-męski świat. Chciałam zadać sobie trud i zapytać, co dzieci myślą na ten temat, ale uczyniła to już niejedna osoba przede mną. Przedszkolaki odpowiadały całkiem pomysłowo; gdyby spróbować napi-



fabularie 1 () 201

sać powieść o tym, skąd według nich biorą się dzieci, można by wymienić przeróżne metody, od zdrowego odżywiania aż po przeświadczenie, że po dzieci chodzi się do szpitala, gdzie czekają na rodziców w małych plastikowych łóżeczkach. To mógłby być nawet spory sukces wydawniczy. A Podsiadło, zdaje się, mówi całkiem poważnie. Zresztą nie tylko on. Skąd się biorą dzieci jest parafrazą tekstu rosyjskiej piosenki1. W wierszu niektóre wersy zostały przełożone z dokładnością kalki językowej, inne, mimo zmian stylistycznych, zachowały swój pierwotny sens. Wiele fragmentów zostało też dołożonych przez poetę i nie znajdują się one w, nazwijmy to tak, oryginalnej wersji tekstu. Autor Cisówki rozszerzył prezentowaną w tekście piosenki

Chodzi o utwór zespołu Kukły Klausa pod tytułem Piosenka dla kobiet o dzieciach. Informuje o tym pierwszy wers wiersza, wzięty zresztą w nawias, a więc oddzielony wyraźnie od kolejnych trzech strof: „(Pierwszy raz słyszałem to u Kukieł Klausa)”. Zob. J. Podsiadło, Skąd się biorą dzieci, [w:] tegoż, Pod światło, Opole 2011, s. 43-44. 1


wizję świata przesiąkniętego popkulturowo zorientowanym XXI wiekiem. Otóż w praktyce translatorskiej […] przekład sensu stricte […] bezustannie krzyżuje się z interpretacją translatorską. Zazwyczaj gra w świecie znaków (między językiem L1 a językiem L2), jeżeli odbywa się w pracowni żywego tłumacza, a nie w podzespołach maszyny do tłumaczenia, nie jest grą „czystą”, odizolowaną od biografii przekładowcy, jego doświadczeń życiowych, kultury literackiej czy wreszcie intencji nadającej translacji kierunek„ ideologiczny”, jak to się dzieje w […] przekładach utajonych czy polemicznych .

Skąd się biorą dzieci nie jest, co prawda, przekładem sensu stricte, ale niepodważalnie miesza się z poetycką wizją jego twórcy. Zarówno wierszowana forma, jak i przemieszanie sensów, jakimi posługuje się autor, sprawiły, że tekst piosenki stał się jedynie podwaliną nowego utworu, którego wydźwięk różni się znacznie od formy będącej inspiracją dla wiersza. Teksty będące przekładami z reguły są trudne w interpretowaniu. Pierwszym problemem jest tu dostosowanie realiów opisywanego kręgu kulturowego do realiów kraju, na język którego tekst jest tłumaczony. Podsiadło zgrabnie wykonał ten manewr, co więcej – zmienił adresata tekstu (z kobiet na szeroki krąg odbiorców różnej płci). Z racji tego, że Rosja i Polska zdają się nie różnić aż tak bardzo, jeśli chodzi o sferę tabuizacji rzeczywistości, problem innej kulturowości rozmył się na korzyść dla poety. Inną przeszkodą dla zaistnienia rzetelnej translacji intersemiotycznej może być zachowanie lub celowe odrzucenie pierwotnej muzyczności tekstu, czy, jak w przypadku umuzycznienia poezji, odpowiednie przełożenie literackiej melodyjności. Wiersz Podsiadły zdaje się nie mieć nic z pieśniarskiego charakteru swojego prototypu. Ta niemuzyczność wyraźna jest do tego stopnia, że nie wiedząc, iż utwór niejako   E. Balcerzan, Literatura z literatury (strategie tłumaczy), Gdańsk 2000, s. 4.



  Przekład piosenki z języka rosyjskiego brzmi następująco (tłum. M. Grupa): „Dzieci biorą się z wojny. / Z bitwy z okupantami za prawo, żeby spać, palić, korzystać. / Przecież nasze siły nie są równe. / Dzieci biorą się z tego, że jesteśmy trochę zakochani. / Dzieci pojawiają się jak życie, którego nie było. / Pieluszki, kuchnie, noce, my państwowi robotnicy – budowniczowie jaśniejącej wiosny. / Dzieci pojawiają się i już nam opowiadają sny. / Dzieci rosną. / Egzaminy, wakacje, popijawy i po szkole nasze dzieci bardzo rzadko widujemy. / Bo przecież, na chuj my im potrzebni! / Dzieci rosną, teraz to już laski i ziomale. / Wnuki biorą się z wojny. / To bój z separatystami za prawo, żeby spać, palić, korzystać. / Ale nasze siły nie są równe. / To znaczy obok znów ktoś niejasno opowiada sny”. Warto zaznaczyć, że kolejne fragmenty oryginalnego tekstu nie są wykorzystywane przez Podsiadłę w sposób chronologiczny.

„powstał z piosenki”, niemożliwe byłoby, na podstawie tekstu, domyślenie się tego. Autor Pod światło „dopisał” partię inicjalną (zarysował sytuację ludzi przed pojawieniem się dziecka), dodał kontekst inicjacji seksualnej, trochę o „szlamie w sieci”, „chorobach i nieciekawych śmieciach”, podkreślił smutny los XXI-wiecznego starca i jakby uważniej przyjrzał się rozpadowi więzi międzypokoleniowych. Tytuł wiersza nie do końca odzwierciedla to, co zostało w tekście zawarte. Utwór bowiem nie podaje tylko źródła pochodzenia dzieci, rzekłabym za to, że jest opisem ich dorastania i zmian – tych, które zachodzą w nich samych i tych, które mają miejsce w otaczającym je świecie. Etapy rozwoju dziecka opisane przez Podsiadłę przypominają nieco teorię rozwoju Erika Eriksona. Porzucam tutaj opis kolejnych stadiów psychomotoryki dziecka i jego społecznoemocjonalne umiejscawianie się w grupie; chodzi mi o dość wyraźnie zarysowane w wierszu formowanie się autonomicznej tożsamości człowieka ze zwróceniem uwagi na kolejne etapy tego procesu, co wiąże się z przedstawionym przez amerykańskiego badacza diagramem epigenetycznym: Gdy próbujemy zrozumieć wzrost, dobrze jest pamiętać o zasadzie epigenezy, która wywodzi się ze wzrostu organizmów in utero. Ogólnie rzeczy ujmując, zgodnie z tą zasadą, co rośnie, ma plan p o d s t a w o w y , i odpowiednio do tego planu wzrastają części; każda część na swój czas szczególnego rozwoju, aż w końcu wszystkie tworząfunkcjonującą całość.

Rozwój ma więc charakter całościowy, a jego kolejne fazy i płaszczyzny służą wykształceniu się niepowtarzalne i świadomej jednostki. Nie chcę zbyt głęboko wchodzić w dyskurs pedagogiczny, gdyż nie to jest celem tego tekstu; warto jednak zauważyć, że niektóre elementy teorii Eriksona wpisują się doskonale w to, co Podsiadło przedstawił w swoim wierszu. W obu przypadkach stadia rozwoju to kolejno: ufność, autonomia i inicjatywa. Zacznijmy jednak od początku. Dzieci biorą się stąd, że są popioły i oddech albo strzemię i stopa że leci papierowy samolot, spada liść, że zderzają się ze sobą różne punkty widzenia.



  Mam tutaj na myśli, po pierwsze, przekład z języka rosyjskiego na polski, po wtóre zaś – szeroko rozumiany przekład tekstu muzycznego na tekst literacki. 



  Chodzi o motyw hłaskowskich „kroków w chmurach”.

  Por.: E.H. Erikson, Tożsamość a cykl życia, przeł. M. Żywicki, Poznań 2004, s. 50. 



  Tamże, s. 48.

  Teoria Erika Eriksona opiera się na 8 stadiach rozwoju człowieka, jednak w kontekście interpretacji Skąd się biorą dzieci przywołam tylko trzy pierwsze z nich. Według amerykańskiego badacza rozwój człowieka ma charakter spiralny i każda kolejna faza pojawia się, kiedy następuje kryzys poprzedniej. 



  J. Podsiadło, dz. cyt.

85


Popioły są ulotne, ale symbolizują pewne trwanie. Oddech, strzemię i stopa w połączeniu sugerują pewną życiową ciągłość, podobnie ruch i powietrze. Model samolotu i liść unoszony na wietrze to przemijanie („kolej rzeczy”). Taką samą nieuchronnością losu zdaje się być tutaj zderzenie punktów widzenia, połączenie dwóch osób, za sprawą których na świat przychodzi potomstwo. I już pojawia się zarodek konfliktu, który będzie stale narastał, a o którym będzie jeszcze mowa. Później pojawia się odrobina miłości (bo „jesteśmy troszkę zakochani”). Ten początkowy fragment Skąd się biorą dzieci jest wprowadzeniem do sytuacji, która ma miejsce później. Kiedy dziecko już się, w sensie fizycznym, pojawia na świecie, przestaje istnieć ład panujący dotąd wśród dorosłych. Pieluchy, przewijaki, jakieś podgrzewacze, cały dom podminowany Grzechotkami, gadającymi miśkami, pozytywkami10.

Pierwsze stadium – ufność. W tym okresie wyostrzają się zmysły, kształtuje się słuch, co pozwala na odbieranie wzmożonych bodźców wymienionych w cytowanych wyżej wersach. Całkowicie poddane opiekunom dziecko ufa im w pełni i nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Dziecięce poznawanie świata jest okupione trudem rodziców, którzy powoli zaczynają się stawać podstawowym wzorcem do naśladowania i autorytetem. Ufność jednak, w miarę nieuniknionego rozwoju, ustępuje miejsca nieufności i pewnemu zachwianiu tymczasowo wypracowanej równowagi. Kiedy mówiące zabawki przestają wystarczać, pojawia się potrzeba autonomii11. W tym okresie wyraźne stają się też wstyd i zwątpienie. Chodzi o autonomiczną wolę dziecka, które teraz może już robić, co chce. Dzieci biorą się z wojem, powstań, bitw o swoje prawa: żeby spać, żeby krzyczeć, śmiać się, palić i używać naszych rzeczy 12.

chy okresu niemowlęctwa. Później jest młodzieńcze doświadczanie rzeczywistości i podkradanie „dorosłych przedmiotów”. W drugim fragmencie dążenie do wyodrębnienia się z całości przywołuje na myśl bardziej okres młodzieńczego buntu, tak samo jak palenie (tutaj zdaje się w zupełnie innym kontekście niż poprzednio) i grabieże. Wcześnie było „używanie” rzeczy, teraz jest już ich „zabieranie”. Drobne na pozór różnice semantyczne powodują uściślenie sensu. Pragnienie poczucia autonomii wydaje się stawać tak silne, że przyświeca celom współczesnej młodzieży, o której tutaj mowa. Nastoletni bunt, przedstawiony przez pryzmat toczącej się wojny, jest zgrabnym zabiegiem poetyckim pozwalającym zamienić na chwilę, na płaszczyźnie analizowanego tekstu, życie w pole walki. Wydaje się, że następuje wzmożenie międzypokoleniowego konfliktu, chociaż nie można tego tłumaczyć faktem, że zjawisko młodzieżowej agresji jest wyjątkowym znakiem współczesności14. Takie zachowanie zdaje się być przesłanką do zdiagnozowania utraty kontroli społecznej starszych nad młodszymi oraz agresywności towarzyszącej młodzieżowym buntom15. Tożsamość dziecka powstaje w drodze jego spiralnego rozwoju, którego nieodłącznym elementem jest przeciwstawienie się realiom otaczającego go świata. W Skąd się biorą dzieci jest to walka o swoje prawa do permanentnej samodzielności, czasem nawet okupowanej łzami. Erikson pisał, że poczucie autonomii „jest podtrzymywane przez manipulację małą jednostką, co wyraża poczucie słusznie należnej godności i prawowitej niezależności”16. U Podsiadły manipulacja się rozszerza. Zdaje się obejmować coraz to większe rejony rzeczywistości i zmieniać się we wspomniane już wcześniej pole walki. To z kolei łączy się z inicjatywą, chronologicznie następnym stadium rozwoju człowieka. Młode jednostki przestają zadowalać się poczuciem własnej wolności i decydują się na działanie pozwalające na samodzielne smakowanie świata. Rosną. Pierwsze popijawy, Pierwsze szlugi po zajęciach, kroki w chmurach. […] widujemy je na zdjęciach i już: na chuj jesteśmy im potrzebni. Co im po naszych chorobach i nieciekawych śmierciach17.

I dalej: Wnuki też się biorą z wojny. Z separatystycznych pragnień, żeby krzyczeć, palić, brać13.

Pierwszy z cytowanych fragmentów, mimo wszystko, jest bliżej dzieciństwa. Sen i krzyk to ce-

10

  Tamże.

  U Eriksona wszystkiej wymienione przeze mnie stadia mają miejsce we wczesnym dzieciństwie; tekst ten nie jest jednak pracą pedagogiczną, a próbą interpretacji utworu poetyckiego, którzy rządzi się własnymi prawami, dlatego usiłuję stadia te niejako rozszerzyć na etapy dorastania, czy nawet kolejne etapy buntu, jakie przechodzi dorastający człowiek. 11

  Pisała o tym K. Szafraniec w swoim szkicu Z perspektywy socjologicznej – nie ma konfliktu pokoleń, „Kwartalnik Myśli Społeczno-Pedagogicznej – Teraźniejszość Młodego Pokolenia”, numer specjalny 2000, s. 30. 14

15

  J. Podsiadło, dz. cyt.

16

  Tamże.

17

12 13

Teraz przychodzi pora na zaspokojenie ciekawości. Sprawdzanie działania niedozwolonych w tym wieku używek, chowanie się przed przyłapaniem na robieniu rzeczy nie zawsze legalnych, często tłumione poczucie winy, wreszcie – inicjacja sek-

86

  Zob. tamże.

  E.H. Erikson, dz. cyt., s. 69.

  J. Podsiadło, dz. cyt.

fabularie 1 (3) 2014


sualna (metafora „kroków w chmurach”) to rzeczy zupełnie charakterystyczne w tym czasie. Wchodzącej w świat dorosłości jednostce wydaje się, że jest gotowa na zderzenie ze światem realnym, co faktycznie musi nastąpić, ale zderzenie to często jest zbyt szybkie i bolesne. Choroby, „nieciekawe śmierci”, a w kolejnych wersach jeszcze „przeciwbólowe prochy” i „nasze szpitale” to podświadome wołanie rozpaczy odrzuconych niejako rodziców. Jest w tym i trochę żalu do świata, XXI-wiecznej machiny globalizmu i konsumpcjonizmu, gdzie wszystko jest typu instant i wszystkiego potrzeba na teraz. W końcu, jak pisał Zygmunt Baumann, „od zawartości strumienia bardziej liczy się szybkość przepływu – i odnosi się to zarówno do wygaszania pożądań, jak i do ich zaspokajania”18. Chodzi również o pożądania dorastających dzieci, nie bardzo już zainteresowanych światem rządzonym przez ich rodziców. Dawna więź zostaje przerwana i w miejscu wzajemnego zaufania i troski pojawia się teraz niepohamowane pragnienie zdobywania świata w pojedynkę. „Laski” i „ziomale”, którzy przechadzają się w wierszu szpitalnymi korytarzami, zdają się być obcy odwiedzanym przez nich pacjentom; z użytku wychodzi pielęgnowane przez tradycję pozytywnie wartościowane znaczenie rodziny, zanika solidarność, co z kolei prowadzi do izolacji i uwiądu powiązań społecznych19. I jeszcze ten smutny obrazek niechcianej starości, uważane dziś za żałosne wspomnienia, które nie chcą zniknąć. Wszystko się zapętla i sprowadza do wytworzonego na potrzeby przestrzeni literackiej pola walki. Skąd się biorą dzieci to historia rozwoju dziecka – od jego pojawienia się na świecie aż do momentu, w którym staje się ono zupełnie niezależne od rodziców. Nie jest to proces stały i jednorodny, często „ulega przyspieszeniu i zwolnieniu, zna okresy wzburzenia i chwile wyciszenia”20. Źródło takiego stanu rzeczy zdaje się być poszukiwane w kolejnych wersach utworu. Elementem pojawiającym się we wszystkich trzech strofach są sny – w pierwszej nagle opowiadane zaskoczonym rodzicom, w drugiej tymże rodzicom podpowiadane, w trzeciej natomiast jakby ukradzione, a potem rozpowiadane „wszem i wobec”. Sny mogą być tutaj swoistą klamrą pełniącą funkcję momentów przejściowych między kolejnymi etapami rozwoju autonomicznej tożsamości dziecka. Na temat znaczenia snów, również w kontekście pojawiania się ich w utworach literackich czy stosowania onirycznej perspektywy opowiadania świata powstało już wiele prac. Nie chodzi mi o rolę

snu taką, jaką pełnił on w kształtowaniu literackiego świata u Kafki czy Schulza; w wierszu Podsiadły sen jest raczej jedną z metafor, symbolem aniżeli sposobem przekazu. Zgodnie z tradycyjnymi wierzeniami sny zapowiadają przełom, przestrzegają przed czyhającym złem i niepowodzeniem. Jeśli faktycznie przyjąć koncepcję Eriksona to, zgodnie z kryzysami rozwojowymi, znalazłoby to swoje miejsce w tekście utworu. U Podsiadły sny alarmują o tym, co się już wydarzyło. Zapalają czerwoną lampkę w momencie krytycznym, kiedy sytuacja wymknęła się już spod kontroli i kiedy nie jest możliwe zatrzymanie opisywanego biegu zdarzeń. Opowiadanie znaczy tyle, co zaufanie – co do tego nie ma wątpliwości. Podpowiadanie ma już lekkie zabarwienie pejoratywne, wiąże się bowiem z przejęciem kontroli i kierownictwa nad losem. To, co dzieje się w ludzkiej podświadomości podczas snu, jest efektem korelacji, jakie zachodzą między jednostkami czy też grupami w świecie realnym. Podpowiedzenie snów to inaczej przyczynienie się do ich wytworzenia, czy, z innej strony patrząc – interpretacji. Rozpowiadanie jest najgorsze, nie kojarzy się z niczym dobrym, a raczej z plotkarstwem, brakiem zaufania, a nawet chęcią wyrządzenia krzywdy. Ponieważ wyśnione obrazy wydają się być intymną częścią człowieczej świadomości, to, po pierwsze, ich ujawnianie musi być czymś istotnym motywowane, po drugie zaś – ich opowiadanie osobom postronnym oznaczać może tylko zawiedzione zaufanie śniącego podmiotu. Nie chciałabym, aby to całe tłumaczenie snów wybrzmiało tutaj zbyt zawile i pseudopsychologicznie; chodzi mi jednak o wychwycenie drobnej, a jednak tak znaczącej tutaj różnicy semantycznej między „opowiadać”, „podpowiadać” i „rozpowiadać”. Wszystkie z wymienionych czasowników zawierają w sobie podstawowy pierwiastek opowiadawczości, zupełnie inny jednak jest, w każdym z przypadków, jego motyw i skutki, jakie on wywołuje. Wiersz Skąd się biorą dzieci, chociaż nie zachował nic ze swojej muzycznej melodyjności, został napisany dosadnie i jasno (oczywiście z uwzględnienie subtelnego kodu poetyckiego). Użyty w drugiej zwrotce wulgaryzm wyniesiony został z piosenki i pozostał w wierszu. Ekspresja, jaką wywołuje, jest, gdyby rozrysować wiersz za pomocą kolorów oznaczających emocje, najczerwieńszym punktem na tej mapie, wyrazem totalnej bezsilności pomieszanej ze sprzeciwem i buntem, tym razem ze strony rodzica-opowiadacza. Bo i rodzice mają swoje kryzysy rozwojowe. Po lekturze wiersza Podsiadły widzę to jakby wyraźniej, tylko… chyba nadal nie umiem wytłumaczyć, skąd się biorą dzieci.

  Z. Baumann, Konsumenci w społeczeństwie konsumentów, [w:] Od kontestacji do konsumpcji. Szkice o przeobrażeniach współczesnej kultury, red. M. Kempny, K. Kiciński, E. Zakrzewska, Warszawa 2004, s. 87. 18

  Pisał na ten temat D. Goleman w swojej pracy Inteligencja emocjonalna.

19

  M. Debesse, Etapy wychowania, przeł. I. Wojnar, wstęp B. Suchodolski, Warszawa 1966, s. 15.

20

87


NOT Y O AU TOR ACH BARTŁOMIEJ ALBERSKI – student filologii polskiej na UMK. Związany z pismami „AVANT” i „Inter-”. Członek artystycznej grupy ż.U.b.r., gitarzysta i basista. Współpracował z big bandem Walentyna Kurżewa, zespołami Veres, Kore i innymi. TOMASZ DALASIŃSKI – ur. 1986. Poeta, okazjonalnie prozaik. Laureat X Tyskiej Zimy Poetyckiej (2010), redaktor naczelny czasopisma „Inter-. Literatura-Krytyka-Kultura”, współpracownik bydgoskich „Fabulariów”. Autor książek z wierszami porządek i koniec (2011) i Stosunki przegrywane (2013), redaktor antologii Młody Toruń poetycki (2013), autor pracy „Nie mogę okłamać cię w wierszu”. Sześć studiów o poezji Jacka Podsiadły (2013). ADRIAN GLEŃ – krytyk literacki, teoretyk literatury, adiunkt w Zakładzie Literatury Polskiej XX i XXI wieku przy Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Opolskiego. Jest redaktorem kilku tomów zbiorowych i autorem 6 monografii. Zredagował antologię tekstów krytycznych poświęconych pisarstwu Juliana Kornhausera Było nie minęło (Opole 2011). Stały współpracownik „Toposu” i „Przeglądu FilozoficznoLiterackiego”. Mieszka pod Opolem z żoną i dwójką synów. MARTA IRZYK – ur. 1991. Absolwentka UMK w Toruniu, obecnie studentka polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmuje się kulturą współczesną, w szczególności literaturą polską i muzyką rockową. Mieszka w Sopocie. SYLWIA KORDULASIŃSKA – ur. 1990 w Płocku. W roku 2012 ukończyła studia licencjackie z zakresu filologii polskiej na UMK, obecnie kontynuuje naukę na studiach magisterskich. Aktualnie pisze pracę poświęconą zagadnieniu zła w dramatach Norwida. Zainteresowania badawcze: wątki antropologiczne w literaturze, proza XIX-wieczna. Interesuje się także marketingiem – w szczególności category managementem. KAROL MALISZEWSKI – ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. PAWEŁ MARCINKIEWICZ – adiunkt na Uniwersytecie Opolskim, poeta i tłumacz poezji. Wydał książkę o relacjach między przestrzenią miasta a poezją The Rhetoric of the City (2009) oraz monografię poświęconą poezji Johna Ashbery’ego pt. Colored Alphabets’ Flutter (2012). Jego ostatni zbiór wierszy to Dni (2009).

88

fabularie 1 (3) 2014

W lutym 2014 w nowojorskim wydawnictwie Spuyten Duyvil ukaże się polsko-angielska edycja jego wierszy wybranych pt. The Day He’s Gone w przekładach Piotra Florczyka. Jest laureatem nagród Fundacji Kultury i Czesława Miłosza. Mieszka i pracuje w Opolu. PIOTR MICHAŁOWSKI – ur. 1955. Literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny oraz poeta. Ukończył polonistykę na UAM w Poznaniu, tam też się doktoryzował. Habilitację uzyskał w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. Jest profesorem Uniwersytetu Szczecińskiego, kieruje Zakładem Teorii i Antropologii Literatury. Publikował w czasopismach naukowych i literackich, wydał cztery książki o poezji: Miniatura poetycka (1999), Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012). Więcej informacji na stronie: www.us.szc.pl/michalowski. MICHAŁ PRANKE – ur. 1991 w Pile. Student IV roku filologii polskiej na UMK, wcześniej student MISH-u. Publikował w czasopismach krajowych. Muzykant nieformalnych grup instrumentalno-wokalnych. ALEKSANDRA SZWAGRZYK – ur. 1989. Sekretarz redakcji pisma „Inter-” i redaktor naczelna „ProLogu. Interdyscyplinarnego Pisma Humanistycznego”. Absolwentka toruńskiej polonistyki i Podyplomowego Studium Nauczania Języka Polskiego jako Obcego, doktorantka z zakresu literaturoznawstwa, laureatka stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (2012). Publikowała w czasopismach i tomach zbiorowych, współpracuje z WSG w Bydgoszczy jako lektor. MICHAŁ TABACZYŃSKI – ur. 1976, eseista, krytyk literacki, tłumacz. Ostatnio opublikował tom esejów Widoki na ciemność (Wrocław 2013) i przekład książki J.D. Boltera Przestrzeń pisma (Kraków 2014, z A. Małecką). PAWEŁ TAŃSKI – ur. 1974 w Toruniu. Adiunkt (dr hab.) w Zakładzie Antropologii Literatury i Edukacji Polonistycznej Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek: W cieniu poematu. Emigracyjna poezja Mariana Czuchnowskiego (2003), Tradycja i talent. Szkice o poezji emigracyjnej (2006), Sandały Hermesa. Szkice o poezji (2008), Ja, motyl i inne szkice krytyczne (2010), Ślad. Świat poetycki Jerzego Hordyńskiego (2012). Wydał zbiory wierszy: ukryty pod topolami (1997), Zdania z wiśni (2000), Baśnie, głosy, przedmioty (2001), Ogrody toruńskie (2006), mikrotony (2011). PAULINA ŚLIWKA – ur. 1991 w Chełmży. Studentka filologii polskiej i pedagogiki. Jeśli już coś pisze, to z reguły do szuflady. Lubi otaczać się książkami, które niekoniecznie potem czyta.


Wystawa Współczesna architektura Ukrainy. 31 stycznia 2014 r., Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy. Fot. Dariusz Gackowski


autorzy numeru:

Marzena Adamiak Bartłomiej Alberski Szymon Andrzejewski Jerzy Armata Tomasz Dalasiński Adrian Gleń Michał Igor Marta Irzyk Aneta Kamińska Sylwia Kordulasińska Kasper Linge Karol Maliszewski Paweł Marcinkiewicz Daria Mędelska-Guz Piotr Michałowski Michał Pranke Magdalena Skrzyńska Aleksandra Szwagrzyk Paulina Śliwka Michał Tabaczyński Paweł Tański Emilia Walczak Oksana Zabużko

www.fabularie.pl

Fabularie 1/2014  

Fabularie - trzeci numer kwartalnika prezentującego możliwie najszerzej kulturę współczesną…

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you