Page 1


k u l t u ra : s ta n n a j n owsz y n u m e r 2 (13) 2017 REDAKTOR NACZELNY:

Marek Maciejewski REDAKTORKA PROWADZĄCA:

Emilia Walczak REDAKCJA:

Marcin Karnowski, Daria Mędelska-Guz, Karolina Sałdecka-Kielak, Michał Tabaczyński Hanna Trubicka STALI WSPÓŁPRACOWNICY:

Agnieszka Czoska, Filip Fierek, Małgorzata Major KOREKTA:

Emilia Walczak SKŁAD I ŁAMANIE:

Irmina Wąsik PROJEKT OKŁADKI:

Maciek Łazowski Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a także zastrzega sobie prawo do ich skracania i redakcji. NAKŁAD:

500 egz. ADRES:

85-056 Bydgoszcz ul. Marcinkowskiego 12–14 E-MAIL:

fabularie@gmail.com www.fabularie.pl

ŚMIEJMY SIĘ! 7 grudnia tego roku minie trzydziesta rocznica śmierci wybitnej polskiej pisarki i tłumaczki Ireny Tuwim. Tak, była młodszą siostrą Juliana Tuwima i  przez całe praktycznie życie pozostawała w  jego cieniu, lecz my właśnie w niniejszym numerze naszego pisma staramy się jej postać z owego mroku zapomnienia wyciągnąć. A pomagają nam w tym między innymi: Maciek Łazowski, który stworzył optymistyczną okładkową podobiznę Tuwim, Anna Augustyniak – autorka jej biografii zatytułowanej Nie umarłam z  miłości, Ewa Kamińska-Bużałek, która pisze o  łódzkim etapie życia poetki, czy też Weronika Szwebs rozprawiająca na temat jej działalności translatorskiej. Przemiła Fundacja imienia Juliana Tuwima i Ireny Tuwim dorzuca zaś do tego wszystkiego bezcenne materiały archiwalne oraz znakomity wiersz. Serdecznie dziękujemy w tym miejscu Pani Ewie Tuwim-Woźniak! Co jeszcze dobrego znajdą Państwo w numerze trzynastym? Samo dobro, na przekór złym czasom i pechowemu liczebnikowi porządkowemu! Jak zwykle mocnym akcentem zaznaczają się u nas wywiady: Agata Napiórska opowiada nam więc, „jak oni pracują”, Filip Zawada natomiast – „jak być emo sapiens”. W  dziale komiksowym znajdziecie obszerną rozmowę Agnieszki Czoski z  autorami hitowego memuaru Totalnie nie nostalgia – Wandą Hagedorn i Jackiem Frąsiem, a Anna Krztoń w formie graficznej podpowie Wam, co z  historii komiksowych najlepiej czytać w tym sezonie. No i dorobiliśmy się pierwszego melona! Jako że staramy się żywo reagować na to, co w  kulturze najnowsze, piszemy też o bodaj najgłośniejszych w Polsce książkach ostatnich miesięcy: Gorącym mleku Deborah Levy oraz Opowieści podręcznej Margaret Atwood (to akurat wznowienie, ale jakże spektakularne!). Drugie omówienie składa się zresztą na całkiem nowy fabulariowy blok tematyczny poświęcony serialom. Jest też drugi nowy blok: o  literaturze dziecięcej. Tu z kolei panowie – Krzysiek Lichtblau i Piotrek Kikta – podejmują trudny temat uchodźczy w książkach dla najmłodszych. Jak zwykle „Fabularie” obfitują też w poezję i prozę. W tej drugiej kategorii polecam Państwu zwłaszcza przepięknie zilustrowane przez Beatę Sosnowską, przewrotne miniatury autorstwa Grzegorza Pełczyńskiego – podczas ich lektury nie można przestać się chichrać. Zatem: „Śmiejmy się! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie”. Miłej lektury! PS Na redakcyjnym pokładzie m/s „Fabularie” witamy też nowe załogantki: Hannę Trubicką oraz Irminę Wąsik! I płyniemy dalej, mimo że – a może właśnie dlatego że – pod prąd.

redaktorka prowadząca WYDAWCA:

Bydgoska Fundacja Wolnej Myśli KRS 0000423238 Prezes Fundacji: Daria Mędelska-Guz e-mail: dmedelskaguz@gmail.com adres: 85-042 Bydgoszcz ul. Bocianowo 25c/30 www.freemindart.pl

Współwydawca

Zadanie współfinansowane przez Miasto Bydgoszcz


Irena Tuwim

IRENA TUWIM Rozmowa ze służącą Nikt nie poznał, tylko prosta służąca, Gdym wróciła do hotelu z wieczora. Myła schody. Raz spojrzała. Wiedziała. Załamała dłonie: „Signora!” W gruby fartuch otarła ręce, Zakrzątnęła się szybko z pościelą, Spracowana, czarna włoska madonna Ułożyła mnie na łóżku w hotelu. Otworzyła oczy – morza śródziemne – Zadartym głosem jęła mówić w pośpiechu: „Była tutaj jedna. Także młoda. Oczy miała ciemne I jak siostra do signory podobna z uśmiechu”. Położyła rękę na piersi ciężkiej: „Ach, niedobry to uśmiech, signora! Trzeba było potem drzwi wyważać… Strach pomyśleć… Na sznurze od wentylatora… Trzeba było kłaść do ziemi wdzięczne ciało, Miłe ręce, jedwabne włosy…” „Pewnie nie dość świat kochała, kiedy mogła…” „Może świat nie kochał jej dosyć?”

Text © Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim, Warszawa 2006

2

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

Odkrycie Ameryki Z czego się śmiała? W jej książkach widać, że ze świata, w którym utkwiła, i z samej siebie się śmiała, i to było śmiałe jak na tamte czasy, nawet jak na nasze czasy – z Anną Augustyniak, autorką biografii Ireny Tuwim Nie umarłam z miłości, rozmawia Emilia Walczak.

Kiedy i w jaki sposób pojawiła się w Pani życiu postać Ireny Tuwim? I co Panią na tyle w niej urzekło, że postanowiła Pani poświęcić jej swoją książkę? Czy to przyczynek do tworzenia herstorii literatury polskiej, próba wyciągnięcia Ireny z cienia starszego, od zawsze faworyzowanego brata, czy może jeszcze coś innego? Faworyzowanie Juliana było zrozumiałe: urodził się cztery lata przed siostrą, na dodatek naznaczony oszpecającą plamą na twarzy, więc uwaga matki skupiła się na nim całkowicie, dlatego gdy Irena przyszła na świat, od razu weszła w jego cień. Ale szybko zaczęła bratu dorównywać ogromną wrażliwością i talentem poetyckim, bowiem już w dzieciństwie pisała swoje pierwsze wiersze, tylko że Julek był chłopcem, potem mężczyzną i  to od początku pozycjonowało go wyżej, dając więcej możliwości i otwierając mnóstwo dróg. Jedną z nich był przyjazd na studia do stolicy, gdzie rozpoczęła się jego wielka kariera. Irena została w rodzinnym domu w Łodzi i mimo że jakiś rodzaj samodzielności, a  przynajmniej wypowiadania się własnym głosem posiadła, bo drukowała wiersze w  różnych pismach i w 1921 roku wydała swój własny tom poetycki, wciąż mieszkała z rodzicami. Dopiero wyjście za mąż za Stefana Napierskiego pozwoliło jej (może pomogło) opuścić rodzinne miasto i znaleźć się w środowisku artystycznym ówczesnej Warszawy, które wtedy w dużej mierze współtworzył właśnie jej brat. Znów więc była w jego cieniu, choć od początku pracowała literacko na swoje własne konto. Irena też miała wielki talent i  o  tym właśnie chciałam opowiedzieć w swojej książce – o życiu utalentowanej kobiety. Cieszę się, że Pani nazywa to przyczynkiem do tworzenia herstorii literatury polskiej, gdyż tak to widzę i  nie jest

fabularie 2 (13) 2017

to jakaś zaborcza perspektywa feministyczna, tylko przekonanie, że trzeba pokazywać fakty, a fakty są takie: naszą historię tworzyły również kobiety. I jeśli się natrafia na ich zapomnianą twórczość, to jest jak odkrycie Ameryki: ktoś już czuł i opisał to, co ja dziś czuję. Irena Tuwim była takim moim prywatnym odkryciem Ameryki. Swoją dykcją poetycką dotknęła we mnie jakichś strun… i konsekwencją tego stała się chęć zobaczenia jej postaci w pełni. Najpierw, wiele lat temu, napisałam artykuły do „Wysokich Obcasów” i do polonijnego „Nowego Dziennika”, książka biograficzna przyszła później. Moja „przygoda” z  Ireną Tuwim zaczęła się w  zeszłym roku w pewnym antykwariacie przy ulicy Piotrkowskiej w  Łodzi, gdzie natknęłam się na Łódzkie pory roku. To wspaniała proza, ale trzeba przyznać, że zamykające ją Widzenie jest jej najmocniejszym akcentem. Początkowo myślałam, że to kwestia mojego wyczulenia na pewne tematy, ale z lektury Nie umarłam z miłości wynika, że już wiele osób przede mną było tym opowiadaniem prawdziwie poruszonych. Juliusz Kleiner w liście do Ireny Tuwim pisał, że „to rzecz tchnąca prawdziwą poezją i wstrząsająca”, Zofia Nałkowska, że to doskonała proza, Stanisława Nowicka zwierzyła się, że płakała czytając ten fragment Łódzkich pór roku, Słonimski, że „opowiadanie jest bardzo piękne i  ogromnie wzruszające”, Wittlin – że temat to straszliwie smutny i on jest nim bardzo zaaferowany, itd., itp. Czy Pani też tak miała z Widzeniem? Chyba nie o wyczulenie, lecz o wczucie się podejrzewałabym Panią. Krytycy, przyjaciele Ireny, pisarze i  pisarki, którzy o  opowiadaniu Widzenie z  takim ostrym zachwy-

3


Irena Tuwim

tem mówili, to empatyczni czytelnicy. Oni wiedzieli bądź przeczuwali, że autorka pokazuje pewną historię ze swojej biografii i poza zakończeniem w postaci metafory oraz niewiadomej spisuje ją z życia w proporcji 1:1. Tak bezpośrednie opowiadanie o  wstrząsającym doświadczeniu mogło uchodzić wówczas za obnażanie się, ale porażało odwagą. Mnie poraziło jeszcze unaocznienie równoległości życia, które toczy się zatrute świadomością bezsilności człowieka w obliczu choroby kogoś bliskiego, kogoś najbliższego. Matka, jakkolwiek by nie uważać, jest najbliższym człowiekiem, zderzenie się z  jej niesprawnością i  niemożność niesienia pomocy albo dźwigania tego z nią może być zabójcze. Ale jak Irena miała dźwigać chorobę umysłową matki? Po targnięciu się matki na swoje życie razem z bratem podjęli decyzję o  oddaniu jej do zakładu dla nerwowo chorych Zofiówka w Otwocku. To było na kilka lat przed wojną. Opowiadanie powstało dopiero podczas wojny, w Ameryce, w której obojgu rodzeństwu udało się schronić. Spodziewali się, że po powrocie do Polski nie zastaną matki żywej, lecz zderzenia z  prawdą, że rzeczywiście nie żyje i  jak umarła1, przyszło im doświadczyć o wiele później, dlatego zakończenie Widzenia, choć katastroficzne, jest niejednoznaczne. Na mnie robi wrażenie fakt, że Irena Tuwim, drukując je w zbiorze Łódzkie pory roku w 1959 roku, nie zmieniła ani jednego zdania, zostawiła w  opowiadaniu tamtą siebie sprzed kilkunastu lat, tamtą, która wiedziała, ale równocześnie nie wiedziała. Wydaje się, że Irena Tuwim już dużo wcześniej była udręczona chorobą psychiczną matki – widać to przede wszystkim w  wierszach: Jak umierałam, który kończy się słowami: „Coś szepnęłam jeszcze małym głosikiem,/ Jakiś krzyk nieludzki usłyszałam –/ Tak to matka mnie moja żegnała,/ Jak mnie kiedyś powitała: krzykiem!”, oraz w Uśmiechu: „Wszystko, czym byłam żywa,/ A czym dziś jestem umarła,/ Zawarło się,/ Skurczyło,/ Zmalało// Matko moja, ty jedyna przeraziłabyś się tego uśmiechu”. Wizyta u chorej jest natomiast wersją Widzenia podaną w formie wiersza – czy dobrze to wszystko odczytuję? Inaczej to odczytuję. Te emblematyczne wezwania czy zwracanie się do matki w  wierszach wydają mi się raczej symboliczną grą słów, tworzeniem figur retorycznych, szukaniem odniesienia emocjonalnego. A… udręczona psychotycznymi zachowaniami matki Irena była od dzieciństwa. Kiedy pani Engelhard, znajoma rodziny, popełniła samobójstwo osierocając dwójkę dzieci, matka napomknęła o możliwości rozegrania się takiej tragedii również w ich mieszkaKiedy wybuchła II wojna światowa, Otwock znalazł się pod niemiecką okupacją. Rok później Niemcy – zgodnie z zarządzeniem Kreishauptmanna warszawskiej landratury, niejakiego doktora Rupprechta – utworzyli tu getto skupiające okoliczną ludność żydowską. Zofiówka weszła w  skład tzw. getta kuracyjnego i  jako jedyny zakład dla umysłowo chorych Żydów na terenie Generalnej Guberni – pod zarządem nazistowskiego lekarza Josta Walbauma – nadal funkcjonowała. Adela Tuwim ukrywała się jednak poza tym terenem – najpierw w budynku przy ulicy Ceglanej, później – Władysława Reymonta. 19 sierpnia 1942 roku, podczas likwidacji getta, Niemcy znaleźli ją i na miejscu zastrzelili, a ciało przez balkon wyrzucili na podwórko. Miała wówczas 70 lat. Ktoś pochował ją tam, gdzie zginęła – pod domem na Reymonta. Po wojnie syn Julian Tuwim ekshumował ciało i przeniósł je do rodzinnego grobowca na nowym cmentarzu żydowskim w Łodzi [przyp. EW].

1

4

Trzeba pokazywać fakty, a fakty są takie: naszą historię tworzyły również kobiety. I jeśli się natrafia na ich zapomnianą twórczość, to jest jak odkrycie Ameryki.

niu oraz życiu. Mówiła do Ireny i Juliana: „Dzieci do szkoły, mąż do pracy, służąca do sklepu, cyjanek potasu działa szybko, można go dostać bez trudu w aptece, zresztą wystarczy zaledwie odrobina”. I  Irena wspominała, że przez długie lata wracali ze szkoły w strachu, że matka wykorzystała ich nieobecność, że już po niej, że nie zastaną jej żywej. Trzeba przyznać, że w miłości Irena Tuwim też nie miała szczęścia, albo też owo szczęście trwało bardzo krótko: pierwszy jej mąż, Stefan Napierski, okazał się homoseksualistą, później leczył się w  ośrodku dla psychicznie i nerwowo chorych w Karolinie, by na koniec zostać rozstrzelanym przez Niemców; u  drugiego męża, Juliana Stawińskiego – z  którym początkowo tułała się na emigracji po Paryżu, Londynie, USA – po powrocie do Polski, w  trakcie licznych hospitalizacji zdiagnozowano dipsomanię i przewlekłą próbę popełniania samobójstwa. Nie miała dzieci, odumarł ją ukochany, pogrążony w neurozie brat Julian; w końcu – odeszła w osamotnieniu i, jak w tytule Pani biografii, bynajmniej nie z miłości… Szukała miłości i nigdy nie znalazła jej tyle, ile potrzebowała. Jednak bywała nieopisanie szczęśliwa. Myślę, że wielu innych ludzi będąc w relacjach bardziej udanych od tych, które Irenie udawało się tworzyć, nie dotknęło takiego uniesienia i upojenia szczęściem, bo nie dotknęło jego istotności. A  ona tak, chwilami, ale tak. Widziałabym tu inny problem, problem unicestwiania wszystkich radości, jakie się jej przytrafiały albo mogły spotkać. Kiedy rozpaczała nad utratą szczęścia, jej przyjaciel, akwarelista Kazimierz Szemioth, mówił: „Pani żal i smutek podcina lot pszczoły”. Ale ta rozpacz była jej potrzebna. Całkowite i  nieustające szczęście równało się poetyckiemu milczeniu. Irena przestawała pisać, gdy tonęła w oszołomieniu. Wracała do pracy twórczej wraz z  tęsknotami i  wynikającymi z  niej żalami, lamentami, niespełnieniem i poczuciem pustki. Już w Łódzkich porach roku Irena Tuwim pisała, że we Francuzicy Wiktora Gomulickiego „[d]o  głębi przejmujący był los starej nauczycielki francuskiego, która umiera na obczyźnie, w  samotności i  ostatecznym opuszczeniu”. A więc ona w pewien sposób antycypowa-

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

ła swój własny los swoim pisaniem – tak w prozie, jak i w poezji! Ale – no właśnie – 7 grudnia 1987 roku Irena Tuwim umiera, czy udaje jej się zrealizować szeroko opisywany w notesach plan odebrania sobie życia? Ten fragment Pani książki wydaje mi się niejednoznaczny… A  zapowiedź tego autodestrukcyjnego czynu mieliśmy już przecież dużo wcześniej w  wierszach – we wspomnianym już Jak umierałam (czy faktycznie miała za sobą epizod z nieudaną próbą samobójczą, czy to tylko jej „fantazja”?), lecz przede wszystkim chyba w  poruszającej Rozmowie ze służącą… Pytania o  śmierć Ireny Tuwim są dla mnie bardzo trudne i, powiedziałabym, wręcz kłopotliwe, zarówno o umieranie w wierszach, jak i w życiu. Z jednej strony, rozumiem tę chęć czytelników do ułożenia poetki w trumnie i ułożenia sobie tego, jak to się odbyło, zanim do tej trumny trafiła. Z  drugiej jednak strony, wydawało mi się, że wyraźnie zaznaczam w książce, iż niedopowiedzenie nie wynika z mojego tchórzostwa przed nazwaniem samobójstwa samobójstwem, lecz z  niewiedzy. Pewnie, że lepszy efekt uzyskałabym pisząc: było tak albo tak! Podczas kwerend w archiwum, w trakcie czytania listów i notatników szala przeczuć i wyobrażeń przechylała się, ale nigdy nie przechyliła do końca i  dlatego nie zdobyłam się na to, by coś niejednoznacznego dla mnie ujednoznacznić dla innych. Ma Pani rację, że poetka antycypowała swój los, bo to, co ją przerażało, czego bała się najbardziej, czyli samotności i opuszczenia, przytrafiło jej się w dosłowny sposób, i  to na długo przed końcem. Irena, nawet będąc w  relacjach z innymi, w związkach z mężczyznami czy przyjaciółmi, odczuwała jakiś rodzaj osamotnienia. A gdy bliscy zaczęli odchodzić i okazało się, że nowych znajomości nie daje się tak łatwo rozwinąć (bo z nawiązywaniem stosunków Irena nie miała problemów, jedynie z ich gęstością), rozpoczęła się walka o  to, by nie poddać się życiu. Były wtedy jeszcze żona i  córka brata, ale nie utrzymywały z nią bliższego kontaktu, ot czasem list albo rozmowa telefoniczna, zawsze nawiązywana przez Irenę. Umarła więc samotnie, podobnie jak ta stara nauczycielka francuskiego, tyle że nie na obczyźnie, a w środku Warszawy, i nikogo z  rodziny nie było też na pogrzebie, zaledwie garstka obcych osób, które przygnała jej poezja. Ciekawi mnie, jak to było możliwe, że w 1958 roku zbiór poezji Ireny Tuwim pt. Wiersze wybrane ukazał się w Instytucie Wydawniczym PAX, szefowanym przez Bolesława Piaseckiego, przed wojną lidera ONR oraz antysemickiej i antykomunistycznej Falangi? Co prawda nie wiemy nic (?) o  poglądach politycznych Ireny Tuwim, ale „romans” Juliana Tuwima z  socjalizmem był przecież jawny, podobnie jak żydowskie pochodzenie rodu Tuwimów i Krukowskich… I czy stąd właśnie skazujący ten tom – praktycznie rzecz biorąc – na niebyt skromny nakład 1500 egzemplarzy? Julian już wtedy nie żył i  jego głos, po jakiejkolwiek stronie opowiadający się, nie miał znaczenia dla losów wydawniczych siostry. Wiele osób albo zastanawiało się, albo miało za złe poetce, że wydała książkę w PAX-ie – przecież

fabularie 2 (13) 2017

Irena Tuwim, Warszawa, 30 stycznia 1949 r.

fot. Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim

to organizacja katolicka, na dodatek całkowicie podporządkowana władzom PRL-u i  prowadzona przez przedwojennego faszystę Piaseckiego! Anna Kamieńska, pisząc recenzję z  tomiku dla miesięcznika „Nowa Kultura”, dała wskazówkę, jak należy oceniać to wydanie: po prostu po wojnie nikt się wierszami Ireny Tuwim nie interesował, wszelkie kontrakty, jakie zawierała, dotyczyły tłumaczenia książek. Zresztą i sama odchodziła od poezji. Te wiersze, mimo świetnych opinii krytyków, były ostatnimi, jakie wydrukowała; dwie dekady później jedynie wznowiła ten sam tom, i  to również w  PAX-ie. Gdyby po wydawnictwach, w których ukazywały się jej przekłady z rosyjskiego i  angielskiego, oceniać postawę Ireny, nie wysnułoby się żadnych wniosków poza takimi, że walczyła o swój byt i  przetrwanie współpracując zarówno z  Wydawnictwem Literackim, Naszą Księgarnią, jak i Ruchem, Książką i Wiedzą, PIW-em, Czytelnikiem, MON-em, Iskrami… Pomimo tego że życie Ireny Tuwim było naznaczone wieczną udręką (już samo dzieciństwo nazwała przecież „nienawistnym”), to z  drugiej strony wyczuwalne jest u niej silne poczucie humoru – że przywołam tu choćby fragment Łódzkich pór roku, przy którym trudno się nie roześmiać: „Pełno tam było wszędzie tęsknot, mgieł, łez i  smutków. Pod wpływem tej lektury i  poetyckiego nastroju, jaki u nas panował, sama zaczęłam pisać wiersze. Były one, oczywiście, o tęsknocie, jak również o anemonach, agawach i arumach, choć nie miałam pojęcia, jak to wszystko wygląda”. A więc smutek przeplatał się u niej z żartem, ironią, jak w jednej z przetłumaczonych przez nią książek – Żegnaj Chips Jamesa Hiltona… Zaryzykuję tezę, że jeśli życie nie przynosiłoby udręk i nie było w pewnym sensie męczeńskie, talent Ireny Tuwim nie rozkwitłby tak bujnie, podobnie z  poczuciem humoru. Ten model dowcipu, jaki widać w jej opowiadaniach i wierszach, a też w przekładach, cechował formację inteligencji

5


Irena Tuwim

Julian i Stefania Tuwimowie z Ireną i Julianem Stawińskimi, Toronto, 1945 r.

fot. Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim

polsko-żydowskiej, z której się wywodziła, i środowisko literatów, pośród którego żyła w  przedwojennej Warszawie. „Wyprawy w  krainę bzdury i  absurdu” były wtenczas na porządku dziennym, rozmawiano nonsensami, bo kochano i czarny humor, i szyderstwo, i kpiono w imię maksymy francuskiego dramaturga Beaumarchais’a: „Śmiejmy się! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie”. Był to zresztą podtytuł, może motto, satyrycznego pisma „Cyrulik Warszawski” założonego przez skamandrytów, który to tygodnik poetka jako należąca do grupy regularnie czytywała, podobnie jak oglądała szopki polityczne z  tekstami pisywanymi przez pikadorczyków, w tym i jej brata. Poczucie humoru Ireny miało coś specyficznego w sobie, jakby melancholię połączyć z drwiną i pastiszem, a wszystko podprawić autoironią. Z czego się śmiała? W jej książkach widać, że ze świata, w którym utkwiła, i z samej siebie się śmiała, i to było śmiałe jak na tamte czasy, nawet jak na nasze czasy. À propos tłumaczeń i  Hiltona właśnie – ja sama do niedawna nie wiedziałam, że przekład stojącego u mnie na regale Żegnaj Chips jest autorstwa Ireny Tuwim! Podobnie chyba rzecz się ma z przetłumaczonymi przez nią bajkami: z Kubusiem Puchatkiem, Mary Poppins, Byczkiem Fernando, z  opowiadaniami dla dzieci autorstwa Osca-

6

ra Wilde’a… Co jeszcze możemy zrobić, by dziś, niemal trzydzieści lat od daty jej śmierci, przywrócić ludziom pamięć o kongenialnej siostrze Juliana Tuwima? Właśnie to, co Pani robi: czytać jej książki, namawiać wydawców do wznowień, pisać o niej i jej twórczości, upamiętniać w krytyce oraz literaturze i w przestrzeni miejskiej. Ostatnio zrobił coś dla niej Kolektyw Kobiet znad Łódki. To projekt nieformalnej grupy, przywracający pamięć o  niezwykłych kobietach z  Łodzi. Kolektyw wymyślił spacery szlakiem kobiet i jeden z takich spacerów poświęcono Irenie; czytano jej wiersze, pokazano ulice, gdzie mieszkała, gdzie chodziła do szkoły. Być może Łódź, jej miasto rodzinne, upamiętni ją kiedyś ulicą. Jej brat ma swoją ulicę, a ona nie. Czy Pani wie, że Irena Tuwim nie tylko w  Łodzi, ale w  całej Polsce nie ma ani jednej ulicy swojego imienia, ani jednej świetlicy, przedszkola czy biblioteki, a  Kubuś Puchatek, którego Irena wykreowała, ma! Postać literacka ma swoje ulice w Gdańsku, Bydgoszczy, Warszawie, Krakowie, Koszalinie, Olsztynie, Legnicy, Skierniewicach, Jeleniej Górze, Tczewie i… w  wielu innych polskich miastach i  miasteczkach. Tam wszędzie zna się Kubusia Puchatka, ale nikt, prawie nikt nie wie, że to Irena Tuwim go stworzyła. Irena Tuwim, a kto to taki? Zmieńmy to.

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

Nie wolno stale usuwać siebie w cień OLGA WRÓBEL

Ja mówię: „Irena Tuwim”, a wy wymieniacie hasła, z którymi kojarzy wam się ta postać. Czas start. Przekład Kubusia Puchatka? Dobrze, dawać więcej. Tłumaczenie Mary Poppins? Znakomicie, lecimy dalej. Co tak cicho? Siostra Juliana Tuwima, który wielkim poetą był? Bardzo dobrze, dostatecznie, wracajcie na miejsca i proszę otworzyć biografię autorstwa Anny Augustyniak na stronie 193. Poetka, próbująca po śmieci brata stworzyć poświęcony mu obszerny szkic biograficzny, martwi się: „Jaka nieuniknioność mówienia o  sobie przy mówieniu o  nim […]. Ludzie pomówią mnie o to, że mówiąc o sobie «przymierzam się do brata», a przecież mówię o kimś, kto żył ze mną i obok mnie i znał mnie na wylot jak nikt inny”. A teraz przenieśmy się na początek książki, gdyż warto podwójnie – ze względu na samą Irenę Tuwim i  ze względu na wysokiej próby narrację, którą wytworzyła wokół zapomnianej (lub zapamiętanej w  specyficznym wypaczeniu) poetce i tłumaczce Anna Augustyniak. Jestem autorce głęboko wdzięczna za odejście od ogłupiająco wytartego, ale wciąż popularnego schematu biografii, w  którym badacz-fabularyzator (lub badaczka-fabularyzatorka) zaczyna od pradziadków, potem sumiennie podąża przez wszystkie pokolenia, ogląda zdjęcia bohatera/bohaterki z  dzieciństwa wróżąc mu z  nich burzliwą przyszłość i niepospolity talent, by następnie, po omówieniu szczegółowo edukacji, przejść do lat świetności i  wiekopomnych dokonań, zanudzając czytelnika na śmierć. Augustyniak wie, jak sproblematyzować opowieść – od pierwszych stron ustawia Irenę Tuwim w kontekście osób i zjawisk, które zdeterminują jej życie i pamięć (a raczej niepamięć) o niej. W  przedziwnym splocie okoliczności na losy Ireny miały wpływ głównie osoby cierpiące na rozmaite schorzenia psychiczne. Bardzo silnie na życiu literackiego rodzeństwa odcisnęła się choroba matki, Adeli Tuwim, wprowadzającej Irenę i Juliana w polski język i kulturę,

fabularie 2 (13) 2017

ale dręczonej obsesyjnymi myślami o piętnie, jakim jest w  przedwojennej Polsce żydowskie pochodzenie (splecionym w jej przekonaniu z faktycznym znamieniem na twarzy syna). Kiedy Irena i Julian opuszczają na początku wojny kraj, ich matka zostaje w  Otwocku, w  zakładzie dla chorych psychicznie, i ginie podczas likwidacji otwockiego getta w  1942 roku. Tuwim nie potrafi poradzić sobie z  tym, co spotkało Adelę, chociaż w  listach do siostry pisze na pozór spokojnie, że nie ich jedynych dotknęła podobna tragedia. Poeta cierpi na emigracji, najpierw w  Ameryce Południowej, potem w  Północnej, nieustannie martwi się o siostrę, przebywającą z mężem w Anglii. Kiedy rodzeństwo spotyka się wreszcie pod koniec wojny, Irena z  przerażeniem zauważa, że brat jest cieniem siebie, znerwicowanym, postarzałym przedwcześnie człowiekiem. Jego śmierć w 1953 roku jest dla Ireny olbrzymim ciosem. Nie żyje już jej pierwszy mąż, Marek Eiger vel Stefan Napierski (bardzo ciekawa postać zasługująca na osobne omówienie), nie żyje matka, nie żyje brat, coraz więcej uwagi potrzebuje popadający w alkoholizm mąż nr 2, Julian Stawiński, bezlitośnie komenderujący żoną z kolejnych sanatoriów i zakładów dla chorych nerwowo. Irena, chwalona poetka i  genialna tłumaczka, zamienia się w  depozytariuszkę pamięci o bracie i służącą miotającego się w rzutach choroby alkoholowej Stawińskiego, który oprócz rozmaitych usług kuriersko-pielęgniarsko-urzędowych (nazwisko Tuwim może wiele), wymaga typowo kobiecego oddania w sprawach prowadzenia domu: dwudaniowego obiadu na stole, codziennie. „Biłabym siebie po mordzie za ten mój upadek. Sponiewierał mnie jak ostatnią szmatę” – notuje Irena. Widzą to jej przyjaciółki, widzi brat, który pomimo sympatii dla szwagra ocenia jego stosunek do Ireny bezlitośnie: „Zrobił z  ciebie kuchtę”. Ewa Szwarc pisze: „Iruś, miałaś i masz wielki talent, ale ty za często bawiłaś się w kobietę i to ci przeszkadzało w pisaniu”. Halina

7


Irena Tuwim

Sterling uderza w ten sam ton: „[…] myślę, że gdybyś nie była kobietą zagmatwaną w swoich osobistych sprawach – byłabyś wielkim pisarzem”. Jednak miłość i  kobiecość wydają się stanowić treść życia Ireny, która osamotniona w starości notuje ze wstrętem, jak zmienia się jej ciało, tracąc powab i moc uwodzenia. „Przestałam istnieć od kiedy przestałam budzić uczucia w mężczyznach” – stwierdza z rozpaczą w prywatnych notatkach. Augustyniak pisze, że postrzeganie kobiecości jako towaru było głęboko wpisane w sposób patrzenia na świat samej Ireny Tuwim, ale także epoki, w której wyrosła, i  specyficznego podejścia matki, która chciała, żeby córka z  brzydkiego kaczątka przeistoczyła się w  ponętną pannę i  za sprawą dobrego małżeństwa oddaliła od siebie – wyimaginowane i  realne – zagrożenia związane z  pochodzeniem. Co ciekawe, wątek żydowski w  twórczości i  refleksjach Ireny jest całkowicie nieobecny. O  ile Tuwim jest na dalekim planie kojarzony z  żydowskością (po odbębnieniu zachwytów nad jego wyjątkową biegłością w polskości, wyrażającą się przez twórczość dziecięcą i Kwiaty polskie), o tyle Irena wydaje się całkowicie oczyszczona z tożsamości polsko-żydowskiej, wpisana w literacki pejzaż w sposób przezroczysty, jako wyjątkowo utalentowana tłumaczka kanonu literatury dla najmłodszych. Chociaż nawet postać Tuwim-tłumaczki obciążona jest pewnym zafałszowaniem. Augustyniak przywołuje słowa Agaty Zawiszewskiej, według której karierę zawdzięcza Irena merytorycznej opiece brata i dwóch mężów, którzy także parali się sztuką przekładu. Tymczasem to Irena pomaga w tłumaczeniach bratu, z pierwszym mężem luźno tylko współpracuje, a  kiedy drugi stawia pierwsze kroki w tym trudnym fachu, ona może pochwalić się już znacznym dorobkiem i, chociaż robi to niechętnie, wspomaga debiutanta redaktorskim okiem („Gdy tylko się położyłam, J. przynosi mi maszynopis swego przekładu jakiegoś opowiadania 14 czy więcej stron i każe czytać. Czy można zawsze narzucać mi jakieś zajęcia jego sprawami? Dlaczego nie wolno mi mieć cienia własnego życia, tylko muszę być siłą pomocniczą choćby nawet najbardziej kochającego i kochanego męża?”). Niebagatelną zaletą książki Augustyniak jest pokazanie Ireny Tuwim na tle innych twórców i twórczyń, szczególnie w okresie szczytowo płodnego dla autorki dwudziestolecia międzywojennego. Augustyniak nie ogranicza się do opisywania biografii Tuwim i  jej trudnych związków, analizuje też wprawnie twórczość Ireny w  kontekstach epoki, podkreślając motywy wspólne dla twórczości kobiecej tamtego okresu (Iłłakowiczówna, Pawlikowska-Jasnorzewska, z  którą Tuwim-poetka zestawiana była najczęściej) czy nowatorstwo chociażby w  uczynieniu tematu lirycznego z  umierania na raka w  całej fizjologicznej dosłowności („dołem wciąż coś krwawi i ohydnie cieknie”). Cytuje recenzje, analizuje ich wydźwięk (niesamowity tekst Ludwika Hieronima Morsztyna, przerażonego w 1933 roku ekspansją „niedorozwiniętych umysłowo kobiet” na polu literatury, nieodpowiedzialnie piszących „bez namysłu to, co spod ich pióra czarną krwią wycieknie na papier”). Bezlitośnie punktuje redaktorów, którzy

8

– szczególnie po śmierci Juliana – próbowali skłonić Irenę do porzucenia własnego, oryginalnego spojrzenia prezentowanego w zbiorze opowiadań Łódzkie pory roku na rzecz upamiętniania życia słynnego brata. Nie umarłam z miłości to fachowa robota, książka wieloaspektowa, pokazująca Irenę jako poetkę, tłumaczkę, ukochaną siostrę sławnego brata, którego sława trwale przyćmiła jej talent i dokonania, osobę obdarzoną wielkim talentem i  pracowitością, a  jednak poddającą się tradycyjnym, kobiecym rolom, które nużą ją i czynią nieszczęśliwą, ale – paradoksalnie – w  jej własnej ocenie są ważniejsze niż dorobek poetycki, niż translatorski. Ostatnie kilkanaście lat życia Ireny Tuwim to coraz głębsza samotność, w której nie liczy się nic poza smutkiem utraconych miłości i zmierzchem wypracowanej, wywalczonej urody. Lata, które mogłyby być jeszcze wykorzystane na zawodowy rozwój, zostają strawione przez pogłębiającą się depresję. Książka Anny Augustyniak jest znakomitym punktem wyjścia do przywrócenia pamięci o Irenie Tuwim – można by zacząć od zmiany tabliczki na domu rodzeństwa przy łódzkiej ulicy Struga, która informuje, że wychował się tutaj znakomity Julian. O Irenie Łódź konsekwentnie nie pamięta. Ja natomiast udaję się na poszukiwania Łódzkich pór roku i Wierszy wybranych, mając skromną nadzieję, że kurzą się jeszcze gdzieś w głębi bibliotecznych regałów.

Anna Augustyniak Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości. Biografia wyd. Trzecia Strona Warszawa 2016

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

W cieniu jedliny (inspirowane opowiadaniem Ireny Tuwim Widzenie)

EMILIA WALCZAK

Była wczesna wiosna roku 1939, kiedy czterdziestojednoletnia wówczas Irena Tuwim zdolna była po raz pierwszy przebyć trudną dla niej psychicznie, niespełna godzinną podróż przepełnionym autobusem z Warszawy do sanatorium Zofiówka, położonego urokliwie, pośród rozległego, trzydziestomorgowego, świerkowo-sosnowego parku w  dzielnicy uzdrowiskowej miasta O. Urodzony w sztetełe Bełz słynny doktor Jakub Frostig, parę lat wcześniej mianowany na dyrektora tej placówki, od wielu już miesięcy – za pomocą długiej terapii – próbował wyciągnąć z głębokiej depresji jej matkę, Adelę Tuwimową z Krukowskich, która trafiła tu po nieudanej próbie samobójczej wywołanej śmiercią męża Izydora oraz dręczącym ją, maniakalnym przekonaniem o  nadchodzącej zagładzie. Wizyta ta – w rozmowie telefonicznej przez „znawcę dusz” Frostiga nazwana metafizycznie widzeniem – zapowiadała się dla Ireny na bardzo bolesną, nie tak jednak bolesną, jak nowatorskie wówczas metody leczenia schizofrenii, jakie stosował doktor na pensjonariuszach Zofiówki. Na podstawie obserwacji, jakie tu poczynił, stosując kuracje wstrząsami insulinowymi, kardiazolowymi i  błękitnometylowymi, opracował potem zresztą swą słynną, inspirowaną myślą Husserla, monografię pod tasiemcowatym tytułem Das schizophrene Denken: Phänomenologische Studien zum Problem der widersinningen Sätze. Od siedmiu lat uskuteczniał

fabularie 2 (13) 2017

również Frostig owe zabiegi na niejakim Naftuli Adlersztajnie, trzydziestosześcioletnim siostrobójcy z Tarnopola. Irena Tuwim wraz z matką Adelą siedziały teraz w parku, na jednej z  ławek ustawionych rzędem wzdłuż porośniętego kapryfolium parkanu, w cieniu rozwidlonej jodły słuchając pliszek siwych robiących „cjllip, cjewitt”, tak śmiesznie ruszających przy tym ogonkami, a także trzysylabowo – „gu-guh-gug” – hukających synogarlic w koloratkach. Gdyby nie te ptaki, owo pierwsze po niemal trzech latach spotkanie matki i córki spowijałaby zapewne dość niewygodna cisza. Adela Tuwimowa, delikatnie mówiąc, nie kwapiła się bowiem do rozmowy. Nagle, ni stąd, ni zowąd, pod żelazną kutą bramę ośrodka przy ulicy Kochanowskiego 10 – okolonego wysokim, bezlitośnie dzielącym świat na zdrowych i  chorych murem nie do przebycia – zajechały trzy policyjne fiaty 1100 i wysypał się z nich mały tłumek granatowych mundurowych. Jeden z  funkcjonariuszy, ten, którego naramienne dystynkcje wskazywały na starszego posterunkowego, na mocno naprężonej smyczy trzymał rozwścieczonego jamnika. Natychmiastowo zawezwany przez koczującego w  dyżurce portiera doktor Frostig – w  białym, powiewającym na wietrze kitlu narzuconym na swój elegancki, prążkowany garnitur z  gabardyny – szybkim krokiem, energicznie przemierzył szutrową alejkę prowadzącą ze

9


fot. wikimedia.org

Irena Tuwim

nej wytrzymałości. Bez wątpienia pies zwęszył trop. – Nas może czasem i tak, ale jego nos nigdy nie myli – powiedział anonimowy starszy posterunkowy, zawadiacko puszczając oko do doktora. Frostig cały się wyprężył, a na jego wysokie czoło wystąpiły nagle drobniutkie kropelki potu. Wszyscy teraz podążyli w ślad za zwierzęciem, w efekcie wchodząc do środka jednego z  pięciu białych, mocno przeszklonych pawilonów stacji klimatycznej w  O. Kondukt ów zamykały ciekawska Irena Tuwim wraz z  apatyczną i niezainteresowaną niczym matką Adelą. W szeroko otwartych oczach obserwującego całą tę sytuację, siedzącego na schodach w pasiastej piżamie dwudziestoletniego epileptyka Mersza Rotkopfa pojawił się strach.

* * * Zofiówka

zwieńczonego wolutowymi spływami budynku głównego do bramy numer jeden i zapytał: – Panowie, czy coś się stało? – Chcielibyśmy się rozejrzeć po placówce. W lasku nieopodal znaleziono dziś zwłoki czternastoletniej uczennicy – głębokim głosem oznajmił policjant przedstawiający się jako nadinspektor Kazimierz Smolar. Frostig pomyślał, że sprawa musi być naprawdę poważna, skoro pofatygował się tu, na te udręczone szaleństwem rubieże cywilizacji, ktoś tak wysoki stopniem. – Pies zgubił trop po kilometrze drogi w  stronę waszego szpitala – dodał nadinspektor Smolar, przypatrując się Frostigowi bardzo uważnie. Doktor spojrzał na jamnika z mieszaniną niedowierzania i pogardy malującej się na twarzy – twarzy wyraźnie opalonej ostatniej zimy w ośrodku narciarskim Sankt Moritz w bajecznej Szwajcarii. Irena Tuwim, słysząc to wszystko, poruszyła się niespokojnie i spojrzała na matkę. Marsowe oblicze tej, z wielką zawziętością i marszczeniem brwi wpatrującej się we własne, splecione na podołku ciemnej sukni dłonie, pozostało jednak niewzruszone. Bez wątpienia toczyła ją czarna melancholia. – Och, oczywiście, proszę wchodzić – powiedział Frostig i  odkluczył bramę. Ta otworzyła się z  głośnym, przyprawiającym Irenę o  ciarki na plecach i  dygot serca skrzypnięciem. – Czy wiadomo, kto to był? – z wyraźnym przejęciem indagował zaraz Frostig. – Córka niejakiego Rogozińskiego, urzędnika z Teklina. Wracała ze szkoły przez las. Ktoś rozkwasił jej głowę kamieniem. Brutalny mord, ekhm, nie ma co – odpowiedział chrząkając mianujący się komisarzem funkcjonariusz Zbigniew Bujak. – Tak… to bardzo przykre, ale czy podejrzewają panowie kogoś z moich kuracjuszy? – Pytanie Frostiga pozostało jednak bez odpowiedzi, bo w tym oto momencie smycz, na której prowadzony był znerwicowany jamnik, napięła się jeszcze bardziej niż na początku, do granic swej parcia-

10

Siostra Anna Lewinówna, brzydka pielęgniarka w nieokreślonym wieku, ale o dobrych, jasnych oczach w kolorze pilzneńskiego piwa, widząc kręcące się chaotycznie po korytarzu Adelę Tuwimową wraz z  elegancką, dostojną i zapewne również bardzo bogatą córką z Warszawy – w  końcu żoną adwokata i  radcy prawnego! – podeszła do nich i głosem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła szybko: – Pójdziemy teraz na górę, zobaczyć pokój mamusi. – Po czym wzięła obie kobiety pod rękę i zaczęła prowadzić je po zimnych, lastrykowych, ostro woniejących jakimś środkiem do dezynfekcji schodach, tuż obok wciąż siedzącego nań, niespokojnego Mersza Rotkopfa. Przez chwilę spłoszony wzrok padaczkowca napotkał na zimne, karcące spojrzenie seniorki rodu Tuwim, po czym Rotkopf… wpadł w  – z  początku lekkie i  ledwo dostrzegalne, ale zaraz już niebezpiecznie intensywne – drgawki i osunął się ze schodów. Hałas, jaki tym spowodował, natychmiast przyciągnął dwóch, tupoczących swoimi białymi sabotami, młodych sanitariuszy, starających się załagodzić objawy ataku epilepsji, między innymi poprzez umieszczenie w ustach chorego pogryzionego setkami zębów drewnianego knebla. – Chodźmy, chodźmy – ponaglała Irenę i jej matkę siostra Anna, starając się odciągnąć ich uwagę od tego, mało estetycznego raczej, zajścia. – Niech powiedzą, co zrobili z torebką – wybąkała niespodziewanie Adela Tuwimowa. – Co mówisz, mamo? – zapytała zaskoczona Irena. – Kto? – To nic, to nic, pani mamusi podano wczoraj kardiazol w  bolusie – wtrąciła się frasobliwa Lewinówna, ciągnąc Irenę za rękaw jasnopopielatej, kordowej marynarki, efektownie bramowanej na mankietach skórzaną torsadką. – Czasem się po tym mówi różne rzeczy. Chodźmy już!

* * * Zbliżała się już pora obiadu i w  kuchni szpitalnej, ze szczękaniem naczyń i  trzaskaniem fajerek, szykowano właśnie zofiówkowy table d’hôte, kiedy po długim zbiorowym obchodzie wszystkich pięciu pawilonów całkiem zdezorientowany już pies tropiący do reszty zgubił był ślad przestępcy. Funkcjonariuszom Policji Państwowej nie pozostało więc nic innego, jak tylko zarządzić przesłuchania

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

personelu kliniki. Na pierwszy ogień, jak na tym słynnym obrazie Trzeci maja 1808 Francisca de Goi, w swym jasnym odzieniu poszedł sam doktor Jakub Frostig. – Dyrektorze, (proszę, proszę siadać), zacznijmy od tego, czy istnieje jakakolwiek ewentualność, aby pana pacjenci mogli samodzielnie opuścić mury ośrodka? – rozpoczął przesłuchanie nadinspektor Kazimierz Smolar. – Jest to absolutnie niewykonalne. W  oknach każdego z pokoi znajdują się kraty, a cały teren jest szczelnie ogrodzony, sami panowie widzieli – odpowiedział solennie Frostig. – Nie ma czegoś takiego jak przepustka? – dopytywał komisarz Zbigniew Bujak. – Nie ma. – I nawet w towarzystwie rodzin chorzy nie mogą udać się na spacer poza mury Zofiówki? – upewniał się komisarz. – Nie, spacerom służy przyszpitalny park. Moi pacjenci nie mogą się dekoncentrować życiem zewnętrznym. To szkodzi ich terapii. – A pan? – zapytał Bujak. – Co – ja? – Czy pan opuszczał dziś Zofiówkę? – Opuściłem szpital wczoraj przed południem i wróciłem dziś z  samego rana. Byłem w  Warszawie na sympozjum Towarzystwa Psychiatrycznego. – Czego dotyczyło to sympozjum? – Zagadnień związanych ze zjawiskiem tremy. – Czy ktoś może to potwierdzić? – Co najmniej kilkadziesiąt osób. Zaraz, zaraz, czy ja jestem podejrzany? Najpierw Falanga oskarża mnie o molestowanie pacjentek i utworzenie na terenie Zofiówki jaczejki komunistów, a teraz to?! – oburzył się Frostig. – Dobrze, dobrze, a czy…? – spokojnym głosem pytał dalej komisarz. – Bujak, dość już tych niedorzeczności! – wypalił nagle nadinspektor Smolar po tym, jak w  wielkim zamyśleniu po raz kolejny przemierzył kancelarię od jednej jej, wyłożonej ładnymi majolikowymi tafelkami, ściany do drugiej. Komisarz zwiesił nos na kwintę. – Niech mi pan lepiej powie, kto z zewnątrz odwiedzał dziś placówkę. – Dzisiaj? Dziś nie jest akurat termin odwiedzin, ale w drodze małego nieporozumienia zmuszony byłem przyjąć Irenę Tuwim, której mama leczy się u nas na depresję oraz nerwicę przeniesieniową. – Czy ta kobieta jest szczególnie niezrównoważona? – z głupia frant zapytał Bujak, chcąc ponownie przypodobać się nadinspektorowi. – Kto? Pani Adela? Panowie, ta kobieta ma sześćdziesiąt siedem lat! O czym my w ogóle mówimy?! – ponownie oburzył się reflektant Frostig. – Tak… wobec tego kogo z  pacjentów wskazałby pan jako szczególnie niebezpiecznego dla otoczenia? – indagował dalej Smolar. – Cóż, mamy kilka przypadków ciężkiej schizofrenii… – A czy przebywają tu jacyś schizofrenicy-morrrderrrcy? – zapytał Bujak, grasejując i  szczerząc swe szarawe zęby. Raz po raz zerkał teraz w  stronę swojego pryncypała w oczekiwaniu na akt łaski. – Hm, jest jedna kobieta, która zabiła dwójkę własnych

fabularie 2 (13) 2017

dzieci, uznając je za wielkie karaczany. Ruchla Frajman. Aktualnie przebywa w izolatce. No i  jest jeszcze Naftula Adlersztajn… – Tak? Prosimy kontynuować. – Naftula dziesięć lat temu, kiedy mieszkał jeszcze w Tarnopolu, zabił swoją młodszą siostrę. Sprawa była głośna, bo mord był bardzo brutalny, w zasadzie, to… – Tak? – W zasadzie, to – o ile dobrze sobie przypominam z dokumentacji – Naftula zmiażdżył jej głowę… kamieniem. – Coś takiego! A ile lat miała ta siostra? – To akurat musiałbym sprawdzić. Zdaje się jednak, że uczęszczała do gimnazjum. – Ha! – krzyknął nagle nadinspektor Smolar i  klasnął w swe wielkie dłonie. – Dawać mi tu tego Adlersztajna! – No to mamy kanalię – z miną hieny wyszeptał komisarz Bujak.

* * * Podczas przesłuchania, które odbyło się w obecności siostry Anny Lewinówny i  doktora Frostiga, Naftula Adlersztajn nie był w  stanie przekazać policji niczego ponad to, że nosi imię jak słynny klarnecista z  Ameryki, Naftula Brandwein, i że jak był „na zewnątrz”, to też lubił sobie w szynku wypić wódeczkę oraz potańczyć. Mówił to w odpowiedzi na wszystkie zadane pytania, także to, jakie podsunął mu zniecierpliwiony Kazimierz Smolar – czy jest kalafiorem. Prowadzący dochodzenie śledczy – z uwagi na jego bezgraniczną tępotę – uznał go więc za całkowicie nieszkodliwego dla otoczenia: – Nie wydaje mi się, ażeby ten człowiek potrafił się wymknąć z  ośrodka. Najzwyczajniej w  świecie jest na to za głupi. Literalnie: warzywo – oznajmił nadinspektor Smolar, z politowaniem kręcąc szpakowatą głową. – Może i warzywo, ale na pewno nie kalafior! – wyparował Zbigniew Bujak i jako jedyny w pokoju zaśmiał się z własnego sytuacyjnego dowcipu. – Tak, ekhm, a nie wydaje się panu podejrzany ten cały Frostig? – Co ma pan na myśli? – Może i na pobyt w stolicy ma alibi, ale potem… potem wracał do Otwocka akurat nad ranem, w porze zabójstwa małej Rogozińskiej. – To bujda. Ten człowiek nie skrzywdziłby nawet muchy! – Skąd ta pewność? Zna go pan? – Tak się składa, że znam. Znam go jeszcze z Bełza. Tylko że on mnie nie pamięta… – Jak to? To pan też jest z Bełza? – Jestem. – To znaczy, że pan nadinspektor jest… Żyd? Toż to mało polskie miasto! – Tak, jestem, w  rzeczy samej. Poza tym nie małopolskie, a lwowskie. – Dobrze, dobrze. Ale jak to możliwe, skoro pan jest Kazik, a nie jakiś tam… Icchok Lejbusz… KACENSZPRUNGENSTEIN! – A  niech mi pan powie, jak to możliwe, że Julian Tuwim jest Julian Tuwim?!

11


Irena Tuwim

– Jak to? To Julian Tuwim też…? Nie może być! – Komisarzu Bujak, kiedy wrócimy do Warszawy, proszę mi przypomnieć, żebym cofnął pana do rangi aspiranta.

* * * Ponieważ personel Zofiówki składał się w owym czasie z dziewięciu lekarzy, jedenastu sióstr, około stu dwudziestu (!) pielęgniarzy i pielęgniarek, a także z dwudziestoosobowego działu gospodarskiego pod przewodnictwem superintendenta Pinkusa Singera, zmęczony i zrezygnowany Kazimierz Smolar zarządził później, że dalsze przesłuchania odbywać się będą przez najbliższych kilka tygodni w Warszawie.

* * * W czasie, gdy nadinspektor z  komisarzem w  wielkim furorze prowadzili te swoje antroponimiczne dysputy, Irena Tuwim wraz z matką siedziały same w ciszy urządzonego skromnie, zakratowanego pokoju pani Adeli. Żółte promienie słońca wpadały teraz przez okno o południowo-zachodniej ekspozycji, malując podłogę w  szachownicę i zamieniając kobiety w dwie, przeciwstawne sobie, damy. Biała – siedząca w świetle, w swoim jasnym, wykwintnym kostiumie Irena reprezentowała świat „żywych”, świat zewnętrzny, do którego w każdej chwili może wrócić. I chociaż wiele do ideału tamtej rzeczywistości za szarym murem na pewno brakuje, to jednak w zestawieniu z Zofiówką wypada nad wyraz sielankowo. Świat „umarłych za życia” pensjonariuszy tegoż zakładu przypomina bowiem jakieś żałosne przedpiekle, istny szeol błagalny, a czarna dama – siedząca w cieniu, w swej ciemnej, zapiętej pod samą szyję sukni pani Adela – jest tego świata ponurej izolacji bardzo reprezentatywną przedstawicielką. W końcu, nie wiedząc już, jak ma się zachować, nie mogąc też znieść widoku tych smutnych czterech gołych ścian oraz udręki, jaka malowała się bez ustanku na twarzy matki, Irena po kobiecemu poprawiła poduszki na łóżku i ułożyła na nich panią Adelę. Wtedy ta przemówiła: – Tam się będą działy straszne rzeczy. – Jakie rzeczy? Gdzie, mamo? – zapytała Irena. – Stra-szne rze-czy. Tam i  tu, i  wszędzie – powtórzyła dobitnie matka. – Mamo… – westchnęła Irena. – Słuchaj, niech oni lepiej powiedzą, co zrobili z tą torebką! – wypaliła nagle pani Adela i swą zimną, strupieszałą dłonią szarpnęła Irenę za rękaw. – Ale kto, mamo? Zginęła ci torebka?! – zapytała córka i nerwowo rozejrzała się po pokoju. Dobrze znana jej sprzed lat ulubiona skórzana aktóweczka matki pozostawała jednak na swoim miejscu – przewieszona przez oparcie krzesła. – Ci dwaj, co zawsze chodzą razem i robią tyle hałasu. Wte i wewte. Wciąż tylko te stukania, pukania, szurania, szurgoty! Irena Tuwim zrozumiała w tej jednej chwili, że przypadek jej mamy jest naprawdę beznadziejny i  że nigdy już nie będzie jej dane wrócić na tamtą stronę – do świata „żywych”…

12

Usiadła na tapczanie, ukryła twarz w dłoniach i trzęsąc ramionami, bezgłośnie zaszlochała. Adela Tuwimowa obojętnie patrzyła w  stronę zakratowanego, uchylonego skrzynkowego okna z rozetą, skąd dobiegało cichutkie kwilenie pliszek – równie, co ona, siwych.

* * * – Co my teraz zrobimy? – zapytał nerwowo pielęgniarz o włosach jasnych niczym lniane pakuły. – Nie wiem – odpowiedział bezradnie ten drugi, o czuprynie czarnej jak noc. Czarnej tym bardziej, że za oknem dyżurki zapadł już gęsty mrok. – Musimy to zgłosić Frostigowi – powiedział po chwili namysłu, mocno ściskając w  ręku corpus delicti – torebkę zrabowaną czternastoletniej Rogozińskiej. – A jak nam nie uwierzy? – Co ma nie uwierzyć? – Nie wiem, nie uwierzy i będzie na nas! W tej chwili obaj spojrzeli na wciśniętego w ciemny kąt pokoju łapiduchów Naftulę Adlersztajna. Na tle olejnej lamperii w kolorze gotowanego groszku, w swym porozciąganym, wymiętym pasiaku wyglądał teraz jak ofiara losu. – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał go spokojnie ciemnowłosy pielęgniarz. – To nie ja, panie Maślanko, to wszystko Rotkopf! – oznajmił Adlersztajn z miną zbitego psa. – Kto was tam wie, uciekliście obaj! – wciął się histerycznie jasnowłosy sanitariusz. – Gdzie w  ogóle jest ta dziura w murze? – Od strony południowo-zachodniej, pod oknami starych kobiet. Ale przysięgam, że to nie ja. Ja tylko chciałem pójść na wódkę. Potrzebowaliśmy pieniędzy, ale ona nie chciała dać. Zaczęła krzyczeć i  wtedy on… tym kamieniem!… – Adlersztajn zaczął płakać.

* * * Następnego dnia rano zawezwana z Warszawy policja, w  obecności zdruzgotanego dyrektora Frostiga oraz dwóch leptosomicznych lekarzy ze szprycą z  relanium i  kaftanem bezpieczeństwa na podorędziu, znowu przesłuchała Adlersztajna, a  także Rotkopfa, który nie przyznał się do zarzucanego mu zbrodniczego czynu, jak ciężki kamień zwalając całą winę na kolegę-schizofrenika.

* * * Naftula Adlersztajn i Mersz Rotkopf, jako chorzy umysłowo, nie odpowiedzieli przed sądem za swą zbrodnię. Po fatalnych wydarzeniach w  Otwocku przewieziono ich do nieodległej stolicy i  osadzono w  jednym z tamtejszych zakładów dla obłąkanych – takim, który dawał większą gwarancję opieki nad niebezpiecznymi dla otoczenia pacjentami. Po tym, jak doczekali się swoich „pięciu minut” w  postaci krótkiej wzmianki w  warszawskim sensacyjnym dzienniku informacyjnym „Dobry Wieczór – Kurier Czerwony” z 23 kwietnia 1939 roku, ich dalsze losy pozostają nieznane.

fabularie 2 (13) 2017


fot. Ewa Kamińska-Bużałek

Irena Tuwim

Próby walki z niepamięcią EWA KAMIŃSKA-BUŻAŁEK

Łódź, al. 1 Maja 5. W mieszkaniu położonym w oficynie kamienicy w sierpniu 1898 roku przyszła na świat Irena Tuwim

fabularie 2 (13) 2017

Jej wiersze wielu krytyków ceniło wyżej niż twórczość Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, obecnej do roku 2017 w szkolnym kanonie. Postulowano, by obowiązkowo włączać je do antologii poezji wojennej. O  jej talencie świadczą nie tylko pozytywne, czasem wręcz entuzjastyczne recenzje, ale i odzew ze strony czytelników – podliczono, że autorskie książki oraz tłumaczenia Ireny Tuwim wydane tylko przez Naszą Księgarnię w ciągu 30 lat rozeszły się w  ponad 3,5 mln egzemplarzy. Mimo to w  Łodzi, rodzinnym mieście, którego fabryczno-podwórkowy klimat w plastyczny sposób opisała w opowiadaniach, Irena Tuwim została niemal kompletnie zapomniana. Nie da się już ocalić jej od zapomnienia. Trzeba ją wydobyć z niepamięci i opowiedzieć jej historię na nowo. Utarty slogan głosi, że Łódź jest miastem kobiet. Ma o tym świadczyć przede wszystkim jej struktura demograficzna, czyli rekordowa w kraju przewaga liczebna kobiet nad mężczyznami. Ale także różne dziejowe niesprawiedliwości, które dotykają miasto – od utrzymujących się od lat wyraźnie niższych zarobków niż w innych dużych ośrodkach po lekceważący sposób, w  jaki centralne władze potraktowały pracownice upadających po transformacji gospodarczej zakładów włókienniczych. Mieszkańcy Łodzi, nawet jeśli nigdy nie słyszeli o  perspektywie gender, dobrze ją rozumieją i często się nią posługują, tłumacząc sobie te zjawiska. Często przywoływany jest motyw pokrzywdzonych włókniarek, które nie miały kilofów, by protestować, ani czasu, by jechać pod siedzibę Sejmu, ponieważ jako kobiety musiały zająć się domem. Wydaje się zatem, że Łódź to wymarzone miejsce do pracy herstorycznej oraz do działań na rzecz zauważenia i docenienia wkładu kobiet np. w budowanie lokalnej toż-

13


Irena Tuwim

Nie da się już ocalić jej od zapomnienia. Trzeba ją wydobyć z niepamięci i opowiedzieć jej historię na nowo. samości. Najciemniej jest jednak pod latarnią. Pierwsza honorowa obywatelka Łodzi otrzymała ten tytuł dopiero w lipcu 2017 roku. Spacerując ulicami, trudno dostrzec, że przemierzamy „miasto kobiet”. Przykładowo, choć w nazewnictwie ulic Łódź chętnie odwołuje się do postaci kojarzonych z lewicą, to w centrum upamiętnia niemal wyłącznie mężczyzn. A ulicę 8 Marca „zdekomunizowano” zaraz na początku lat 90. Gdzie w  tym wszystkim jest Irena Tuwim? Podobnie jak dziesiątki innych kobiecych postaci, które zasługują na pamięć, nie doczekała się do tej pory – poza działaniami oddolnymi i efemerycznymi – prób uhonorowania w przestrzeni miejskiej. Jak trafnie zauważa jej biografka Anna Augustyniak, na ścianie kamienicy przy ulicy Andrzeja Struga, którą opisała w  Łódzkich porach roku, wisi tablica poświęcona jej bratu Julianowi. Tablicę powieszono niedługo po śmierci poety i, rzecz jasna, trudno mieć pretensje, że nie uwzględniono wówczas jego żyjącej siostry. Jednak 30 lat po jej odejściu ten brak jest uderzający. W ubiegłe wakacje Irenę Tuwim postanowiło przypomnieć Muzeum Miasta Łodzi. Zorganizowano m.in. spacer jej śladami, po którym część uczestników ruszyła do bibliotek szukać jej wierszy – większość bez skutku. Muzealny projekt, wedle mojej wiedzy, nie miał żadnej kontynuacji. Jednym z jego efektów był apel dziennikarki „Gazety Wyborczej”, która w  tekście Niech Łódź śmielej odkrywa swoją kobiecość upomniała się o powieszenie na kamienicy przy ulicy Andrzeja tablicy poświęconej Irenie Tuwim. Pomysłu nie wcielono jednak w życie.

Pasaż dla Ireny Próbę trwałego wydobycia Ireny Tuwim z cienia stanowi akcja „Pasaże dla kobiet”. Zainicjowała ją w 2016 roku nieformalna grupa aktywistek, która od kilku lat rozwija projekt Łódzki Szlak Kobiet. Okazało się bowiem, że nadarza się okazja, by wyrównać nieco proporcje płci w  nazwach śródmiejskich ulic. O ile próby zmiany istniejących nazw wzbudziłyby zrozumiały sprzeciw i były skazane na niepowodzenie, to perspektywa pojawienia się nowych dróg w centrum się niespodziewanym prezentem dla Łódź, al. 1 Maja 5. Wstała mieszkaniu położonym tych, którzy od lat wypominają miastu brak symboliczw oficynie kamienicy w sierpniu 1898 roku nych choćby na rzecz zachowania pamięci o  łoprzyszła na światdziałań Irena Tuwim dziankach. W związku z nadchodzącą rewitalizacją obsza-

14

rową Łodzi urzędnicy zaprojektowali przebicia wewnątrz starych ulicznych kwartałów – tak aby miasto stało się np. bardziej przyjazne dla pieszych, którzy w tej chwili często muszą nadkładać drogi. Plany są zaawansowane, wnioski o  dofinansowanie złożone, a  perspektywa powstania pasaży wydaje się całkiem realna. Łódzki Szlak Kobiet jako pierwszy w mieście zgłosił pomysł nazwania nowych przebić, oczywiście nazwiskami kobiet. Znalazły się wśród nich m.in. pochodząca z Łodzi pisarka jidysz Chawa Rosenfarb, rzeźbiarka Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, a jej prace można dziś oglądać w  tutejszym Muzeum Sztuki, Wanda Jakubowska, związana z Filmówką twórczyni pierwszego i święcącego niegdyś triumfy filmu o Holocauście Ostatni etap. Włączenie Ireny Tuwim do tego grona wydawało się dobrym pomysłem nie tylko ze względu na chęć przywrócenia sprawiedliwości, ale również ze względów czysto strategicznych – łodzianie często nie kojarzą tej postaci, ale wystarczy wspomnieć, że to tłumaczka Kubusia Puchatka, aby zdobyć ich przychylność. Notabene, jedna z ulic w Łodzi nosi imię wspomnianego misia. Czy podobnego zaszczytu dostąpi Irena Tuwim? Akcja „Pasaże dla kobiet” była pomyślana jako inicjatywa obywatelska. Do projektu uchwały miały zostać dołączone listy z podpisami mieszkańców. Podpisy miały stanowić trudny do podważenia dowód na szerokie poparcie dla pomysłu upamiętnienia kobiet w prestiżowym obszarze miasta, a  nie – jak dotąd – na dalekich obrzeżach. Jednak na przeszkodzie stanęły względy formalne i opinia magistrackich prawników, wedle której można nazwać jedynie ulicę, która została już wybudowana i oddana do użytku. A pasaże istnieją póki co na papierze. Akcję zatem zawieszono, ale ma powrócić. Co ciekawe, wstępnie swoje poparcie wyrazili radni wszystkich opcji politycznych. Napawa to pewnym optymizmem – może dyskusja nad projektem będzie merytoryczna i Irena Tuwim jako patronka nie padnie ofiarą rytualnych sporów między partiami. I może nie dojdzie do takich absurdów jak w podłódzkim Tuszynie, gdzie w  ferworze dyskusji radni odrzucili pomysł nazwania placu zabaw imieniem Kubusia Puchatka, powołując się na jego nieokreśloną tożsamość płciową.

Irena i Łódź Czy Łódź ma prawo traktować Irenę Tuwim jako „swoją”, skoro większość życia spędziła w  Warszawie? Wydaje się, że mimo późniejszych ważnych doświadczeń, w  tym doświadczenia uchodźstwa, to Łódź ją ukształtowała. I  mowa tu nie tylko o  tym, że to w  Łodzi mają początek jej zmagania z  trudnymi relacjami z  bliskimi. Chodzi także o  charakter pełnego kontrastów i  nierówności społecznych fabrycznego, ponurego miasta, które mało kogo pozostawia obojętnym. Miasta robotniczej nędzy, która popchnęła masy do udziału w  rewolucji 1905 roku, a z drugiej strony legendarnych wręcz balów w  rzęsiście oświetlonym pałacu fabrykanckiej rodziny Poznańskich (gdzie obecnie mieści się jeden z oddziałów Muzeum Sztuki).

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

Łódź, ul. Andrzeja Struga 42. Kamienica i podwórko sportretowane w Łódzkich porach roku. Tuwimowie mieszkali na ostatnim piętrze we frontowej części budynku. Wciąż brakuje tu zieleni, za którą tęskniła Irena Tuwim.

fot. Ewa Kamińska-Bużałek

Irena Tuwim urodziła się w 1898 roku w rodzinie spolonizowanych Żydów. Tuwimów można było zaliczyć do finansowych „średniaków”, jak to określiła Helena Boguszewska, autorka wstępu do Łódzkich pór roku. Najbardziej dotkliwą nędzę tylko oglądali, np. z  wychodzących na podwórko okien frontowej części kamienicy przy ulicy Andrzeja, gdzie zajmowali duże, lecz zimne i  ponure mieszkanie. Stać ich było na zatrudnienie dwóch służących, zresztą stale kłócących się o  politykę – Mania, wyjątkowo okrutna wobec dzieci, popierała opcję endecką, a ciepła Antosia chadzała na zebrania, na których rozprawiano o  prawach pracowniczych. Tuwimów było także stać na wyjazdy wakacyjne, choć może niezbyt imponujące, bo do pobliskiego Bedonia oraz do Inowłodza. Z drugiej strony, Adela Tuwim, matka Ireny i Juliana, co roku przerabiała u krawcowej ten sam zimowy płaszcz, który znikał w oczach, co dla dzieci było dotkliwą oznaką niedostatku. A  ślub Ireny ze Stefanem Markiem Eigerem (pseud. Stefan Napierski), pochodzącym z  bajecznie bogatej rodziny łódzkich fabrykantów Silbersteinów, stał się źródłem nieprzyjemnych plotek i był postrzegany jako podejrzany mezalians. W  podróż ślubną udali się na Wyspy Fryzyjskie. W  ten sposób Irena nadrobiła po latach dystans dzielący ją od fabrykanckich córek, które zgodnie z panującą modą właśnie tam spędzały wakacje, podczas gdy Tuwimowie jeździli do Bedonia. Zanim Irena wyszła za mąż i wyprowadziła się do Warszawy, skończyła w  Łodzi Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej, mieszczące się przy ul. Spacerowej (dziś jest to al. Kościuszki). W Łódzkich porach roku wspomina szkol-

fabularie 2 (13) 2017

ne koleżanki (tym żydowskim, zamordowanym przez nazistów, poświęciła także powojenny wiersz), ale o sobie i  osobistych doświadczeniach w  zasadzie nie pisze. Jak zauważała Anna Augustyniak, otwierające się w  tamtym okresie przed dziewczętami możliwości kształcenia sprawiły, że zyskały one narzędzia do wyrażania tego, co czuły. Tu i ówdzie publikowano kobiecą poezję, na co środowisko literackie reagowało dość nerwowo, zarzucając poetkom „brak odpowiedzialności za słowo” lub niedostatek prawdziwego talentu, który rzekomo maskowały pracowitością. Debiut Ireny przypadł na czasy, kiedy toczono tego typu dyskusje. Pierwszy tomik otworzył jej drzwi do grupy skamandrytów, a  także sprawił, że jej postacią zainteresował się wspomniany już Stefan Napierski, który bardzo szybko się oświadczył. Oświadczyny zostały przyjęte, pod wpływem narzeczonego Irena zgodziła się nawet przyjąć chrzest i wziąć ślub w obrządku katolickim.

Po opuszczeniu Łodzi Małżeńska sielanka nie trwała jednak długo. Raz, że mąż miał skłonności homoseksualne, dwa – Irena po pewnym czasie nawiązała romans z Julianem Stawińskim, dla którego ostatecznie zdecydowała się wziąć rozwód. Po wybuchu wojny Irena z drugim już mężem, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego jej jako Żydówce i wykorzystując koneksje Stawińskiego, szybko opuścili zaatakowaną przez Niemców Polskę. Stefan, mimo żydowskich korzeni oraz bogactwa, które pozwoliłoby mu na ucieczkę, pozostał w Warszawie. W 1940 roku został rozstrzelany w Palmirach.

15


Irena Tuwim

Irena poświęciła śmierci Napierskiego jeden ze swoich najbardziej przejmujących wierszy, w którym zastanawia się: „gdzieżem była w tej strasznej godzinie?”. Po kilku latach tułaczki po Europie i Ameryce Północnej Stawińscy, namawiani w listach przez rodzinę i przyjaciół, wrócili do Polski. Tuwim zdążyła dotrzeć do Łodzi, gdzie na cmentarzu żydowskim odbył się pogrzeb matki, zamordowanej kilka lat wcześniej w Otwocku i ekshumowanej dzięki staraniom starszego brata Ireny. W  powojennych latach na Irenę spadają kolejne ciosy. Nagła śmierć ukochanego brata, z  którym łączyły ją bardzo silne więzi. Konflikt z wydawnictwem, które chce wydać Łódzkie pory roku, ale długo żąda od autorki wyeksponowania postaci Juliana Tuwima, uzasadniając to troską o popularność książki – tak jakby twórczość Ireny nie była wartościowa i tylko uczynienie znanego poety głównym bohaterem mogły ją ratować. Choroba alkoholowa męża, z którą zmagać się będzie aż do jego śmierci, zamieniając się – jak to sama określa – w jego służącą i kuchtę. Kłopoty finansowe. I  wreszcie długie lata dojmującej samotności, z  którą początkowo próbowała walczyć, maniakalnie telefonując do znajomych, brak akceptacji dla starości, myśli samobójcze, poczucie życiowej klęski. Irena Tuwim umarła w wieku 87 lat. Wcześniej zapisała się do powołanego przez władze PRL Związku Literatów Polskich. Jak pisze Anna Augustyniak, o osobach w jej wieku mówiono, że decydują się na taki krok w nadziei na pogrzeb na koszt państwa.

W cieniu brata Irena Tuwim pozostawiła po sobie pokaźny dorobek: liryki, łódzkie wspomnienia, które czyta się jednym tchem, wciąż popularne utwory dla dzieci, liczne tłumaczenia – poza najsłynniejszą serią o  Kubusiu Puchatku przetłumaczyła z angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego lub hiszpańskiego m.in. książki o Mary Poppins, teksty Oscara Wilde’a, Gałkę od łóżka, Chatę wuja Toma, baśnie braci Grimm, bajki Tołstoja, Byczka Fernando. Miała również swój wkład w niektóre z tłumaczeń podpisanych nazwiskiem brata oraz drugiego męża. Dla polskiej literatury pozostaje ogromną stratą, iż pod wpływem osobistych tragedii, przede wszystkim zmagań z naznaczonymi psychiczną przemocą relacjami ze Stawińskim, Irena Tuwim przestała pisać. A znane nazwisko, które początkowo pomogło jej torować drogę do wydania debiutanckiego tomiku, po latach okazało się przekleństwem. Gdyby nie nazywała się Tuwim, pewnie traktowano by jej twórczość z większą uwagą, chętniej zamieszczano w antologiach, może nawet w szkolnych podręcznikach? Byłaby pisarką autonomiczną, nie tylko utalentowaną siostrą uwielbianego Juliana. Jeżeli w łódzkiej radzie miejskiej dojdzie do dyskusji nad propozycją uhonorowania Ireny Tuwim nazwą ulicy bądź placu, czy zamiast rozważań o dorobku nie usłyszymy, że jej brat „wyczerpał już limit” dla całej rodziny Tuwimów? Szczęśliwie jest jeszcze trochę czasu, aby przekonać radnych, że byłoby to działanie nie tylko ze szkodą dla pamięci o  wybitnej poetce, ale przede wszystkim ze szkodą dla jej rodzinnego miasta.

16

Tłumaczka i jej czas WERONIKA SZWEBS

Poza udanymi spolszczeniami wielu książek reprezentujących różne języki i gatunki, Irenie Tuwim udało się dokonać czegoś jeszcze trudniejszego i rzadziej spotykanego niż udany przekład. Znalazła się w  wąskim gronie tłumaczy, których nazwisko zostało zapamiętane przez szerszą publiczność – a  to głównie za sprawą znanych kilku pokoleniom czytelników przekładów książek A.A. Milne’a o Kubusiu Puchatku. W sukcesie, jaki stał się udziałem Ireny Tuwim, rolę decydującą odgrywał niewątpliwy talent. Jednak koleje jej translatorskiego losu – dobór przekładanych książek, tłumaczeniowe strategie i wybory, sposób ich odbioru – były kształtowane również przez okoliczności właściwe dla czasów, w  których pracowała. Zarówno same tłumaczenia, jak i  towarzyszące im reakcje czytelników, mówią wiele nie tylko o  tekście oryginalnym i  kulturze, w  której powstał, nie tylko o zdolnościach autora przekładu, ale także – pośrednio – o różnych aspektach kultury, którą współtworzą: o stanie języka, zmiennych konwencjach literackich i translatorskich, warunkach pracy tłumacza czy ewoluującej świadomości odbiorców. Opowieść o  tłumaczeniowym dorobku Ireny Tuwim jest pełna zawiłości. Trudno w niej o konwencjonalny początek, bo nie do końca wiadomo, który tekst uznać za pierwszy przekład – tłumaczka przyznała po latach, że jej debiutem był Złoty kluczyk Aleksego Tołstoja, który przełożyła, wyręczając zapracowanego brata Juliana, jednak to pod jego nazwiskiem ukazał się przekład1. Kłopotliwe kwestie autorstwa pojawiają się również, gdy przyjrzymy się znacznej części jej późniejszego dorobku – wiele książek, w  tym opowiadania Katherine Mansfield i Oscara Wilde’a oraz Chatę Wuja Toma Harriet Beecher Stowe Tuwim przełożyła bowiem razem ze swoim drugim mężem

M. Woźniak, Puchata przepustka do sławy. Pochwała Ireny Tuwim, „Przekładaniec” nr 26/2012, s. 118.

1

fabularie 2 (13) 2017


Irena Tuwim

Julianem Stawińskim. Czasem trudność w wyłonieniu cech tłumaczeniowego warsztatu wynika z  braku dokładnych informacji na temat oryginału – niektóre wydania książek dla dzieci opatrzone zostały jedynie informacją, że przekład został dokonany „na podstawie tekstu angielskiego”2. Na poszczególne wybory tłumaczki wpływ mogły mieć nie tylko różnice między językami oryginałów, tradycjami literackimi, gatunkami i zakładanymi odbiorcami, ale również nastawienie wynikające z  życiowego usytuowania. Przekłady przedwojenne (w tym Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka) miały jeszcze odcień prób uzdolnionej pasjonatki. Dokonywane tuż po wojnie tłumaczenia z  rosyjskiego wynikały jednocześnie z  politycznej koniunktury w obrębie życia literackiego i z konieczności zarobkowania. Bardziej osobisty stosunek Irena Tuwim miała, jak się zdaje, do przekładów z angielskiego, również tych późniejszych, zwłaszcza skierowanych do dzieci. W  pochodzącym z  1952 roku komentarzu zamieszczonym na łamach „Nowej Kultury” Irena Tuwim wygłosiła opinię zaskakującą z punktu widzenia hołubionego obecnie ideału „wierności” tłumaczenia. Stwierdziła, że jeśli tłumacz ma stworzyć tekst wysokiej klasy, musi mu przysługiwać duża swoboda, a  niekiedy nawet, zwłaszcza w  przypadku przekładów literatury dla dzieci, „przyjąć należy jako zasadę adaptację, nie zaś tłumaczenie”3. Zasadę tę realizowała w  miarę możliwości we własnej praktyce przekładowej, czego najlepszym i najbardziej znanym przykładem są książki o Kubusiu Puchatku. Inwencja i swoboda tłumaczki przejawiają się już w  sposobie tłumaczenia imienia głównego bohatera – Winnie the Pooh. W  wersji angielskiej zawdzięcza on swoje imię dwóm zwierzętom: niedźwiedzicy Winnie, którą A.A. Milne wraz ze swoim synem Christopherem odwiedzał w  zoo, oraz łabędziowi, którego nazywali Pooh. Tymi imionami chłopiec ochrzcił później swoją zabawkę, która stała się pierwowzorem literackiego bohatera. Również Kłapouchy i  Maleństwo to wynalazki tłumaczki niemające większego związku z  oryginalnymi imionami – imię osła, Eeyore, to onomatopeja naśladująca dźwięk wydawany przez to zwierzę, a imię małego kangurka, Roo, to część pomysłowo rozbitego słowa kangaroo, oznaczającego kangura (Kangurzyca w oryginale nazywa się Kanga). Tłumaczka, uzbrojona w  językową inwencję i  pozwalająca sobie na znaczną swobodę, wyszła obronną ręką z wielu najtrudniejszych zasadzek tekstu Milne’a – rozmaitych gier słownych, opartych najczęściej na przekręceniu poprawnego brzmienia wyrazu lub wyzyskaniu jego wieloznaczności. I tak na przykład poszukiwanie bieguna północnego – po angielsku North Pole – w  oryginale kończy się znalezieniem przez Puchatka patyka (pole to zarówno biegun, jak i  kijek), a  po polsku fragmentu należącego niegdyś do Krzysia konia na biegunach. Napis na wiszącej obok domu Prosiaczka złamanej tablicy – „TRESPASSERS 2 Np. Kamizelka Jeża, wg tekstu ang. napisała Irena Tuwim, Warszawa 1957; Miki Strażak, wg tekstu Walta Disneya napisała Irena Tuwim, Warszawa 1938; Królewna Śnieżka, wg tekstu Walta Disneya napisała Irena Tuwim, Warszawa 1939.

Irena Tuwim [w:] Pisarze polscy o sztuce przekładu: 1440–2005, red. E. Balcerzan, E. Rajewska, Poznań 2007, s. 185–186.

3

fabularie 2 (13) 2017

Nagradzając Puchatka za bohaterską postawę w czasie powodzi, Krzyś, zgodnie z historyczną konwencją, nazywa go „Sir Pooh de Bear”, co Irena Tuwim tłumaczy jako „Miś z Puchatkowa”, a nazwa domu Sowy, „Wolery”, to w polskim tłumaczeniu „Sowjufka”.

W”, przez dorosłych kojarzony z ostrzeżeniem „Trespassers will be prossecuted”, czyli „Wstęp wzbroniony”, a według Prosiaczka zawierający skrócone imiona dziadka, który nazywał się „Trespassers William” – w  wersji polskiej przyjmuje postać „WSTĘP BRON”, co ma być skrótem od „WSTĘP BRONISŁAW”. Tłumacząc niektóre gry słowne i aluzje, Tuwim stworzyła również rozwiązania skierowane raczej do starszych czytelników i  jednocześnie mocno zakorzenione w  kulturze polskiej. Nagradzając Puchatka za bohaterską postawę w  czasie powodzi, Krzyś, zgodnie z historyczną konwencją, nazywa go „Sir Pooh de Bear”, co Irena Tuwim tłumaczy jako „Miś z Puchatkowa”, a nazwa domu Sowy, „Wolery”, to w polskim tłumaczeniu „Sowjufka”. Powtarzający się element Puchatkowych mruczanek odsyłający niewątpliwie do kultury polskiej, a  nie angielskiej, stanowi ponadto „serdaczek” – wykorzystany przez tłumaczkę zapewne dlatego, że rymuje się z Prosiaczkiem. O  sukcesie przekładu Kubusia Puchatka świadczy fakt, że rozwiązania zaproponowane przez tłumaczkę pozostają przekonujące dla kolejnych pokoleń czytelników, a niektóre z nich – „małe Conieco”, „krewni i znajomi Królika”, „coś, co tygrysy lubią najbardziej” – stały się częścią języka potocznego. Fenomen tłumaczenia Tuwim polega również na tym, że potencjalne niedostatki nie tylko nie szkodzą jego popularności, ale wręcz zyskują w języku polskim autonomiczną wartość. Pomijając sporadyczne przypadki błędów wynikających z niezrozumienia oryginału, stworzona przez Irenę Tuwim wersja książki Milne’a była przede wszystkim realizacją jej pomysłu na to, jak Winnie the Pooh może zamieszkać w polszczyźnie, a nie w jaki sposób może pozostać jak najbliżej angielskiego oryginału. Stąd w Kubusiu Puchatku znacznie więcej zdrobnień niż w wersji angielskiej, co nie umknęło uwadze krytyków, ale najwyraźniej nie wpłynęło na ocenę czytelników. Zdaje się, że książkom o Puchatku nie przeszkadza rów-

17


Irena Tuwim

fot. Tomek Barczykowski / Nox Photo

nież upływ czasu, który przekładom szkodzi na ogół szybciej niż oryginałom. Delikatna patyna pokrywająca słownikową warstwę tekstu, użycie nieco już archaicznych z dzisiejszej perspektywy wersji czasowników – porachować, wystarać się, zmiarkować, zbudzić się – dodaje mu tylko subtelnego uroku. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu stosowanie rozwiązań tłumaczeniowych na granicy adaptacji, tłumaczenie „udomawiające”, zwłaszcza w  przypadku literatury dla dzieci, było znacznie bardziej powszechne niż obecnie. Mimo pewnych zmian, jakie dokonały się w praktykach wydawniczych i  w  czytelniczych przyzwyczajeniach, sentyment odbiorców do książek o Kubusiu Puchatku w ich pierwszej polskiej wersji nie słabnie. Odpowiedzią na tę sympatię były dokonywane przez lata wznowienia oraz publikowanie książek inspirowanych przygodami przyjaciół ze Stumilowego Lasu opartych na tłumaczeniu Ireny Tuwim. Również Nowe przygody Kubusia Puchatka, powstała niedawno oficjalna kontynuacja książek Milne’a, według deklaracji tłumacza Michała Rusinka i  z  aprobatą wydawcy zostały przetłumaczone „w  duchu Ireny Tuwim”4 . Mimo tego powszechnego entuzjazmu, pojawiały się również głosy polemiczne i  gesty odbrązawiające. Bodaj najbardziej radykalnym krokiem były dwa nowe przekłady dokonane przez Monikę Adamczyk-Garbowską – Fredzia Phi-Phi z 1986 roku i Zakątek Fredzi Phi-Phi z 1990. Rozwiązaniem najbardziej kontrowersyjnym, a jednocześnie zdaniem samej tłumaczki kluczowym, była zmiana imienia głównego bohatera na żeńskie, które w  większym stopniu odpowiadałoby oryginalnej etymologii. Adamczyk-Garbowskiej przyświecał cel pozostawania tak blisko oryginału, jak to możliwe, oraz zniwelowania w  jej przekonaniu infantylizujących zabiegów Ireny Tuwim. Choć założenia te wpisywały się w najczęściej deklarowane oczekiwania wobec przekładu, powszechne uznanie i  przywiązanie do przekładu Tuwim okazały się silniejsze – nowa propozycja nie przyjęła się i funkcjonuje tylko jako ciekawostka. M. Rusinek, Umówiłem się z wydawcami, że będę tłumaczył w duchu Ireny Tuwim (rozmowę przeprowadziła Monika Frenkiel), http://booklips. pl/wy wiady/umowilem-sie-z-wydawcami-ze-bede-tlumaczyl-w-duchu-ireny-tuwim-wywiad-z-michalem-rusinkiem-autorem-przekladu-nowych-przygod-kubusia-puchatka/ [dostęp: 10.07.2017].

Kontrowersje wokół Puchatka to jednak nie tylko spory o to, komu bardziej się podoba jakie rozwiązanie. U ich podstaw tkwi tocząca się od wieków dyskusja na temat zasadności i  konsekwencji przeciwstawnych strategii tłumaczenia – zachowywania „obcości” tekstu, która zmusza czytelnika, by wyszedł poza znane sobie językowe konwencje i  realia oraz „udomawiania” tłumaczonego tekstu, czyli zbliżania go do przyzwyczajeń i oczekiwań czytelników. Choć żadna z tych strategii nie występuje nigdy w stanie czystym, a na możliwość i sposób ich zastosowania składa się wiele czynników, stanowią one częsty element deklaracji tłumaczy i  języka opisu przekładów. Stosowana przez Irenę Tuwim strategia „udomawiająca” pozwoliła stworzyć teksty, które doskonale wpasowały się polszczyznę i cieszą kolejne pokolenia czytelników, ale współcześnie jest na ogół traktowana z  podejrzliwością. Przyjmuje się bowiem, że prowadzi do uproszczenia obrazu świata, tworzy iluzję, że ludzie wszędzie żyją tak samo, i w rezultacie służy wygodzie czytelnika, który nie ma ochoty podejmować wysiłku zetknięcia z czymś, czego mógłby nie zrozumieć. Można spojrzeć na tłumaczenia Ireny Tuwim i z tej perspektywy – śledzić, jak językowe wybory tłumaczki determinują nasze skojarzenia, jak z  przekładu ulatniają się informacje zawarte w stylu, jak za sprawą dobrze zakorzenionych sformułowań coś, co zawiera cząstkę obcości, zdaje się w tłumaczeniu całkiem pospolite. Jakie na przykład wyobrażenie buduje sobie przeciętny czytelnik wychowany w stosunkowo monolitycznej religijnie polskiej kulturze po lekturze takiego fragmentu: „Wójt był bogobojny, ale krewkiego usposobienia, zaklął więc siarczyście i  oświadczył, że ze wszystkich bluźnierstw najgorsze jest twierdzenie, że Jeździec, który miał się zjawić na Białym Koniu w  Dniu Sądu Ostatecznego, zamiast na konia wsiadł na osła. Nie zgadzało się to z tym, co głosiło Pismo święte”? Fragment wydaje się zgodny z prawdopodobnie znanymi przeciętnemu polskiemu czytelnikowi chrześcijańskimi wizjami apokalipsy i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzi z  książki Sudhina N. Ghose’a  Opowieści hinduskie5. Jaki udział w  tym złudnym wrażeniu swojskości ma fakt, że tłumaczka użyła sformułowania „Pismo święte” zamiast, za oryginałem, „(święte) księgi”, the scriptures? Co tracimy, kiedy z wypowiedzi Cyganów i służącego pastora z książki Edith Nesbit Pięcioro dzieci i coś znika klasowe nacechowanie? Jakie znaczenie dla obrazu świata ma nazwanie pani Brill, kucharki z książek Pameli L. Travers o Mary Poppins, Jakubową? Irena Tuwim była tłumaczką ukształtowaną przez swoje czasy – charakter zleceń, dostęp do informacji, wymagania wydawnicze, stan języka literackiego i  aktualną praktykę przekładową. Jej tłumaczenia, zwłaszcza te najbardziej znane, nie stały się jednak wyłącznie reliktem – wytrzymały próbę czasu i jako mocny element polskiej tradycji literackiej okazały się silniejsze od zmiennych konwencji i strategii tłumaczeniowych.

4

18

5

S.N. Ghose, Opowieści hinduskie, przeł. I. Tuwim, Warszawa 1966.

fabularie 2 (13) 2017


Proza: Grzegorz Pełczyński

Kawa i piwo W dworcowym barze było tylko ich dwoje. Przy jednym stoliku ona popijała z  filiżanki kawę. Przy drugim on z kufla piwo. Nie lubiła piwa, uważała je za napój ordynarny. I  ludzie, którzy raczyli się żółtawym płynem z pianką, wydawali się jej również ordynarni. Teraz ten mężczyzna. On zaś nie należał do amatorów kawy. Ktoś mu kiedyś powiedział, że powoduje ona wrzody żołądka. Ale ta kobieta najwidoczniej o tym nie wiedziała. Idiotka – stwierdził. Po kilku minutach przez megafony zapowiedziano odjazd pociągu. Kobieta i mężczyzna dopili swoje napoje, po czym ruszyli ku wyjściu. Wielkie było ich zdumienie, gdy okazało się, że mają miejsca w  tym samym przedziale. Ona uznała to za okoliczność nader przykrą. Gdy przyjdzie konduktor, zapytam, czy mogę zmienić przedział – postanowiła. Ale zanim przyszedł konduktor, mężczyzna pomógł jej włożyć walizkę na półkę. Gdyby chciała przenieść

się do innego przedziału, musiałaby go prosić o pomoc. Chyba jakoś wytrzymam. Jednak trudno było wytrzymać. Niechciany współpasażer przyglądał się jej, lekko dla niepoznaki przymykając powieki. Chciała się z  tego powodu zirytować, wyrazić swoje niezadowolenie nienawistnym spojrzeniem, lecz nie mogła. Za to się uśmiechnęła. Mężczyzna natomiast zaczerwienił się i odwrócił wzrok. Potem kilka stacji przejechali, nie zwracając na siebie uwagi. Co nie znaczy, że o sobie nie myśleli. On czuł się wprost zniewolony jej urokiem. Choć wydawała się wyniosła i  pozbawiona rozsądku, jednak podobała mu się. – A może napiłaby się pani herbaty? – zapytał nagle. – Obok jest wagon restauracyjny. – Nie, dziękuję – odpowiedziała stanowczo. Ale zaraz potem dodała: – A zresztą, bardzo chętnie. – Zatem chodźmy. – Chodźmy.

Było to ciche, urocze miasteczko. Wanda z przyjemnością szła po jego uliczkach. Wydawało się, że panuje tu jesień, choć tam, skąd przybyła, teraz dopiero zaczynała się wiosna. Na drzwiach jednej z secesyjnych willi ujrzała tabliczkę z napisem „Pokój do wynajęcia”. Od razu do tych drzwi zapukała. Pokój bardzo jej się spodobał. Zwłaszcza inkrustowany stolik i dyskretnie skrzypiąca podłoga. Przesympatyczna gospodyni chciała jej coś szybko upitrasić. Lecz Wanda miała ochotę zjeść w  restauracji, którą zauważyła przy jednej z uliczek.

– Królik z wiśniami, pstrąg sauté, krusztadki z  mózgiem… – recytował wyfraczony kelner. Nie mogła się nadziwić, że serwuje się tu takie rarytasy. Zamówiła jednak tylko omlet z konfiturami. – A co do picia? – Marzyłam o tej słynnej wodzie… – Dla tak miłego gościa na pewno znajdzie się odrobina. Wanda była jedynym gościem w tym lokalu, pomimo to cieszyła się, że skierowała doń swoje kroki. Wiedziała, że już za chwilę orkiestra z cicha zagra walca, a z mroku wyłoni się baron Milovitz w mundurze kapitana gwardii, by poprosić ją do tańca.

ilustr. Beata Sosnowska

Radoń Z pamiętników pewnej aktorki teatralnej Wanda dowiedziała się o  uzdrowisku Radoń: secesyjne wille, park w  stylu francuskim, a nade wszystko woda mineralna lecząca wiele schorzeń. Gdy już jechała tam pociągiem, jednej ze współpasażerek wyjawiła cel swojej podróży. – Nadaremnie pani się fatyguje – powiedziała ona. – Uzdrowisko Radoń przestało istnieć. Kilkanaście lat temu wyczerpały się źródła wody mineralnej. Wanda jej nie uwierzyła. A zresztą właśnie dojeżdżała do Radonia, więc musiała wysiąść.

fabularie 2 (13) 2017

19


Seriale

Kobiety mówią! KAROLINA SAŁDECKA-KIELAK

Tegorocznej wiosny Netflix przygotował aż dwie propozycje seriali, które albo już zawróciły widzom w głowach, albo dopiero zawrócą. Mowa o hiszpańskiej produkcji Telefonistki (Las Chicas del Cable) oraz o  swobodnej adaptacji powieści Lucy Maud Montgomery o Ani z Zielonego Wzgórza, Ania, nie Anna (Anne with an E). Popularności historii Ani z Zielonego Wzgórza nie trzeba nikomu wyjaśniać. Wystarczy przypomnieć sobie czytaną przez większość z nas w dzieciństwie – zapewne po raz pierwszy – powieść Maud Montgomery, a następnie film z 1985 roku z Megan Follows w roli głównej. Obraz w reżyserii Kevina Sullivana mnie także umilał niedzielne poranki, kiedy jako jako kilkuletnia dziewczynka jadałam śniadania w  piżamie, nieomal przyklejona do telewizora. Ponieważ czułam się szczególnie związana z  twórczością Lucy Maud Montgomery – dodatkowo za sprawą innej powieści, w  zasadzie serii książek o  przygodach Emilki ze Srebrnego Nowiu – postanowiłam z  początku zarzucić myśl o obejrzeniu nowego serialu o Ani. Jako dziecko byłam zafascynowana historią Ani z Zielonego Wzgórza, jako nastolatka czytywałam kolejne części serii. Jako dorosła zawsze z chęcią powracałam zarówno do powieści, jak i do ekranizacji. Na cóż kolejna adaptacja? – zapytywałam siebie. Pierwszy odcinek Ani, nie Anny (trwający ponad 80 minut) nie przekonał mnie w pełni, lecz bez wątpienia zaciekawił, zaniepokoił. Pokazał jednocześnie, na jakie tory będzie kierować widza cała seria. I nie są to tory bajecznego, sielankowego życia, gdzie nawet jeśli zdarzają się porażki, to zawsze są oswojone. Serialowe Zielone Wzgórze stało się miejscem mocno uwspółcześnionym, którego odczytywanie zbliża nas do sedna wielu problemów, często nienazwanych, odrzucanych. Doświadczenia serialowej Ani Shirley można by rodzielić pomiędzy kilka dorosłych osób. Koszmar przemocy fizycznej i psychicznej w rodzinach, u  których służyła; siła dyskryminacji w  sierocińcu, a później również w Avonlea – piętnowanie jej pochodzenia oraz wyglądu niemieszczącego się w kanonach tzw. klasycznego piękna to tylko jedne z wielu przykładów niesprawiedliwego traktowania. Wspomnienia dyskryminacji powracają u  dziewczynki w kluczowych chwilach – stresu, niepewności, odrzucenia. Tego rodzaju opisów oszczędzono nam w  powieści Lucy Maud Montgomery. Owszem, zapewne czytelnicza i życiowa dojrzałość, bogata w empatię podpowiada nam, że przeżycia dziewczynki spowodowały u  niej szereg urazów, jednak narracja zdaje się równoważyć te domysły, nie wspominać o nich wprost. W serialu widzimy skrzywdzoną nastolatkę, która staje się odporna na krzywdy i nie boi się mieć własnego zdania. Ania, tak samo jak i jej powieściowy wzorzec, opowiada o Jeziorze Lśniących Wód, odgrywa księżniczkę Kordelię, zrywa polne kwiaty i wije z nich wianki na wzór królewskich koron, pogrąża się w – już chyba zasługującej na miano kultowej – „otchłani rozpaczy”, ale jednocześnie potrafi zachować rozsądek, stać ją na mówie-

nie prawdy w każdej sytuacji. Jej dojrzałość zaskakuje w  rozmowach z  koleżankami, gdy deklaruje, że nie musi usługiwać mężczyznom, że nie marzy o zamążpójściu, ponieważ nie uważa tego za jedyną drogę samorealizacji, natomiast z rozmów dziewczynki z pozornie zgorzkniałą i wycofaną ciotką Józefiną Barry dowiadujemy się, że kobieta, mimo że formalnie nie wyszła za mąż, nie wiodła samotnego życia i w pewnym sensie była żoną. „Miałyśmy wspaniałe życie” – dodaje, zaś Ania kiwa głową… Serial zawiera zatem kilka wątków i  rozwiązań fabularnych, które nie występowały w  powieści. Mowa chociażby o  spotkaniach sufrażystek na Wyspie Księcia Edwarda, niekoniecznie konserwatywnym podejściu Maryli Cuthbert do roli kobiet w  rodzinie i  nie takiej znowu pruderyjnej Małgorzacie Linde, jaką Montgomery przedstawiła w swoim tekście. Kobiety w serialowej wersji opowieści o Zielonym Wzgórzu są odważne, silne i  niezależne, niekiedy wręcz nad wyraz. Co zaskakujące, serial obnaża tutaj pewną dysproporcję, bowiem męski świat zepchnięty jest na margines. Dlaczego? Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie; serialowe bohaterki radzą sobie na tyle świetnie, że nieustanne podkreślanie emancypacyjnej drogi staje się nużące. Być może zapowiadany drugi sezon serialu zmieni lub wyjaśni tę tendencję. Oprócz tego godne uwagi są rozbudowane wątki obyczajowe oraz to, że głębszej analizie poddano rodzeństwo Cuthbertów, zwłaszcza ich samotność wynikającą z problemów, braków emocjonalnych, wychowania… Siedmioodcinkowa opowieść o  Ani z  Zielonego Wzgórza pokazuje dzieciństwo bez mitologizacji oraz dorosłość bez szczypty lukru; każe mierzyć się z  cierpieniem, odrzuceniem, samotnością i śmiercią. Na szczęście scenarzystka serialu, Moira Walley-Beckett (znana przede wszystkim jako twórczyni Breaking Bad), zadbała o sporą dawkę inteligentnego poczucia humoru w swojej wersji opowieści. Wrażliwość Ani Shirley, jej rozbudowane monologi, pełne poezji, westchnień i  eksklamacji, zderzają się zazwyczaj z  rzeczywistością, jak w  scenie, gdy dziewczynki przyrządzają zapiekankę dla Gilberta Blythe’a  i  praktyczna Ruby Gillis powstrzymuje wywody bohaterki słowami: „Aniu, łzy kapią na ziemniaki”. Ponadto obsadzenie tak odmiennej od Megan Follows, lecz równie charakterystycznej i nietuzinkowej Amybeth McNulty bez wątpienia wpływa na sukces produkcji. Początkująca aktorka jest pełna werwy i ekspresji. Co więcej, gra na tyle przekonująco, że jesteśmy w  stanie uwierzyć, że malownicze Avonlea zmaga się dokładnie z takimi samymi problemami, jak każde inne współczesne miasteczko. ► Ania, nie Anna (Anne with an „E”), Canadian Broadcasting Corporation (CBC) na zlecenie Netflixa. Data premiery w Polsce: 12 maja 2017. Kobieca siła jest także mocnym atutem innej produkcji, której premiera miała miejsce na platformie Netlix pod koniec kwietnia tego roku. Akcję serialu Telefonistki umiejscowiono w latach 20. w Madrycie. Historia pierwszego sezonu łączy cztery bohaterki, które znajdują zatrudnienie w pierwszej firmie telefonicznej w kraju, imperium stworzonym przez znaną i bogatą rodzinę Cifuentes. Opis przypomina telenowelę? Nic bardziej mylnego! Warto bowiem sprawdzić, co łączy młode kobiety, które spotykają się w dniu rekrutacji i niemal od razu zawierają niezwykłe porozumienie. Pochodzą z  różnych rejonów Hiszpanii, z  różnych klas społecznych, mają bagaż doświadczeń, o  który trudno niekiedy posądzać osoby w tak młodym wieku.


Seriale

Piękna Lidia Aguilar (vel Alba) skrywa mroczną tajemnicę i zmaga się z  demonami przeszłości, wydaje się przebiegła, chłodna, wyrachowana, nieczuła, potrafi kraść i kłamać; jednak wraz z  rozwojem opowieści wrażenie to ustępuje. Poznajemy w jej osobie czułość i  silną potrzebę miłości, którą – niepewna siebie i  wcześniej zraniona – coraz częściej odrzuca. Chce być silna i  niezależna, zdaje sobie sprawę, że nie może polegać na nikim oprócz samej siebie. Stąd wrażenie wyniosłej i niedostępnej, która mężczyzn traktuje niczym kolejne dodatki do sukni czy kapelusza… Delikatna i  wrażliwa Marga przybywa do Madrytu ze wsi i jedyne, czego pragnie, to udowodnić własnej babce, reszcie rodziny i całej wsi, że nie wróci i  zrobi „karierę w  mieście”. Z  początku jest zrezygnowana, przestaje wierzyć we własne siły. Madryt przeraża ją i  onieśmiela, tak jak i  mężczyźni, odkrywanie pierwszych uniesień, własnej seksualności. Z  początku unika wszelkich „miejskich pokus”, jednakże pod wpływem odważniejszych przyjaciółek stopniowo przestaje obawiać się wszystkiego, co nieznane. Marga jest przykładem niesamowicie inteligentnej i  zdolnej dziewczyny, która o  mały włos zaprzepaściłaby życiową szansę. Głównie poprzez własną nieśmiałość i  wychowanie zgodnie z  kulturowym paradygmatem głoszącym, że kobiecie wykształcenie ani kariera nie należy się jakby ex definitione. Najbardziej wyzwolona ze wszystkich dziewcząt Carlota, córka szanowanego w Madrycie rodu Rodríguez de Senillosa, od lat prowadzi wojnę ze swoim ojcem, wysoko postawionym wojskowym oraz obsesyjnym mizoginem, który próbuje wydać ją za mąż i zamknąć w ramach tradycyjnej roli. Młoda kobieta jest nieustannie śledzona przez ojca, próbuje on przekupić właścicieli firmy, by wręczyli jej wymówienie, proponuje pieniądze jej narzeczonemu, aby zostawił ją w spokoju, ponieważ dziewczyna musi wyjść za mąż za kogoś dorównującego jej pochodzeniem. Wyemancypowana dziewczyna decyduje się jednak zamieszkać wraz z  innymi telefonistkami w  pensjonacie, wiąże się z  młodym, zdolnym wynalazcą oraz odkrywa w sobie skłonności biseksualne. Wątek Carloty jest ciekawie pomyślaną i wyreżyserowaną historią, która dodatkowo ubarwia serialową opowieść. Najbardziej poruszająca pozostaje jednak sprawa przemocy psychicznej i fizycznej w domu młodej żony i matki, Angeles. Jej mąż to typowy brutal, któremu przeszkadza żona zatrudniona w tej samej firmie i – co więcej – odnosząca w niej sukcesy. Mario Perez lubi dobrze zjeść, włóczyć się po barach, zadawać z typami o podejrzanym autoramencie, zdradzać żonę niemalże na jej oczach (romans z  Caroliną, firmową sekretarką) oraz – dodatkowo – mieć wszystko pod kontrolą. Typowa osobowość dyssocjalna ze skłonnościami do nadkontroli, chorobliwej zazdrości, wybuchów agresji. Niestety, Angeles nie może wystąpić o rozwód, bowiem hiszpańskie prawo w początkach XX wieku czyni kobietę własnością mężczyzny i stoi po jego stronie. Przerażona kobieta pozostaje w matni cierpienia i skonfliktowana wewnętrznie decyduje się do niego wrócić, gdy ten odbiera jej kilkuletnią córkę. To chyba najbardziej bolesny wątek w  tym kostiumowym serialu, urzekającym przecież atmosferą madryckich uliczek lat 20., kawiarni i  jednocześnie traktującym wprost o  strachu, miłości, zdradzie, zniewoleniu, zaufaniu i utracie złudzeń. Telefonistki to kolejny przykład odważnego kina, gdzie pozwala się kobietom mówić. ► Telefonistki (Las Chicas Del Cable), Bambú Producciones, Netflix. Data premiery: 28 kwietnia 2017.

fabularie 2 (13) 2017

Republika Gilead – czy jest już blisko? KAROLINA SAŁDECKA-KIELAK

W kwietniu tego roku premierowy odcinek serialu Opowieść podręcznej wyemitowano w Kanadzie, USA, Francji oraz w Polsce (27 kwietnia miała miejsce polska premiera serialu, dzień później zaś ukazało się wznowienie książki). Zarówno serial, jak i powieść wzbudza ogromne emocje. Wizja ukazana w  dystopii Margaret Atwood porównywana jest z  Rokiem 1984 George’a  Orwella. Recenzenci nazywają powieść wizjonerską, brutalną, przerażającą. Fenomen powieści Atwood można tłumaczyć na wiele sposobów. Przede wszystkim jednak istnieje sporo odniesień obyczajowych, ekonomicznych i  politycznych, na które nie sposób nie zwrócić uwagi w  trakcie lektury. Mimo że Opowieść… powstała w 1985 roku oraz że inspirowana jest wrażeniami pisarki z pobytu w krajach pozostających za żelazną kurtyną, gdzie dominował nastrój nieufności i niepokoju, w tekście odnajdujemy mnóstwo podobieństw do aktualnej sytuacji. Po wyborach prezydenckich w  Stanach Zjednoczonych zapanował (ogólnoświatowy) nastrój wzmożonej czujności, przeczucie bliżej nieokreślonego zagrożenia. Francuscy recenzenci serialu piszą wprost o analogii Republiki Gileadu do nowej państwowości tworzonej przez Donalda Trumpa. To nieskonkretyzowane odczucie bardzo szybko przybrało jednak wyraźne, wręcz ostre kształty. Mowa o ograniczeniu praw mniejszościom narodowym, seksualnym, dyskredytowaniu kobiet i  stopniowym odbieraniu im praw do funkcjonowania w społeczeństwie na równi z mężczyznami. Ukazana w powieści Republika Gilead wydaje się czymś na tyle nierealnym, że czytelnik ze zdziwieniem przeciera oczy, a jednocześnie zbieżność sytuacji opresyjnych, stygmatyzujących kobiety sprawia, że nietrudno odnaleźć je we własnej codzienności. Teraz, w  roku 2017. Coraz częściej bowiem przesuwamy granice, coraz bardziej przestajemy się zdumiewać, buntować, w ostateczności przyzwyczajamy się i do tego, co przed chwilą było dla nas niewyobrażalne: „Zwyczajne, mówiła Ciotka Lidia, to to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Teraz może się wam to nie wydawać zwyczajne, ale po jakimś czasie się wyda. To się stanie zwyczajne”. Zdanie wypowiedziane przez kobietę przygotowującą w powieści podręczne do ich nowej roli jest znamienne. To właśnie ze względu na powszechny relatywizm, swego rodzaju ospałość, permisywizm, w  Gileadzie udało się zaprowadzić określony porządek. Obywatele według dystopii Atwood pamiętają mgliście minione czasy. Bez dostępu do prasy, książek, nieomal bez słów (bowiem wszystkie napisy zostały wycofane, nawet te na witrynach sklepów), funkcjonują bardziej jako przedmioty niż osoby. Dotyczy to w zasadzie wszystkich, nie wyłączając najwyżej postawionych w hierarchii Gileadu. Zarówno Komendanci, ich Żony, jak i Marty oraz – pełniące funkcję wyłącznie rozrodczą – podręczne zostali ukształtowani jako społeczeństwo pół uszkodzone, pół martwe.

21


Seriale

Z Opowieści… wynika, że obywatele nie mają pojęcia, kto tak naprawdę rządzi Republiką. Władza nie ma tożsamości, nie istnieją też media, a  jedynym środkiem przekazu jest… legenda. Niekiedy gdzieś, jakoś przedostają się informacje ze świata, w którym zachował się dawny ład, prawdopodobnie wraz z tradycyjnym pojęciem rodziny, społeczeństwa, ekonomii. Są to informacje drugiego obiegu, które wynoszą Komendanci z tajnych nocnych klubów (tak, podziemie w Gileadzie, jeśli nie kwitnie, to przynajmniej działa w miarę sprawnie). Przerażający obraz państwa totalitarnego otrzymujemy także, gdy mowa o karze śmierci dla mężczyzn, którzy sprzeniewierzyli się prawu Gileadu. Są między nimi lekarze, których posądzono o wykonanie aborcji, naukowcy, a także gwałciciele zebrani z codziennej łapanki. Ich ciała wiszą przez kilka dni na murze, ku przestrodze, a obok nich rysunki, dzięki którym łatwo domyślić się, za co zostali straceni. Bohaterka opowieści, Freda, wypatruje, czy wśród zawiniętych w białe płótno postaciach nie rozpozna przypadkiem sylwetki swojego męża. Zastanawia się, co się z nim dzieje, gdzie jest ich kilkuletnia córka. Bohaterka nie wie nawet, czy dziecko żyje, czy trafiło do innej rodziny, bowiem według prawa Gileadu dzieci odebrano parom rozwodników (Freda była drugą żoną Łukasza), związkom niesakremantalnym, parom pozostającym w  konkubinacie oraz parom homoseksualnym. Wcześniej jednak zniewolono same kobiety, z dnia na dzień zablokowano im dostęp do własnych kont bankowych, wręczono wypowiedzenia w pracy, nadano nowe imiona, w większości pochodzące od imion ich partnerów, jak np. Glena, Warrena czy wspomniana Freda. Co więcej, Gilead nie funkcjonuje bez religii. Życie obywateli podporządkowane jest wierze oraz ceremoniom takim jak Wybawianie Kobiet i Wybawianie Mężczyzn, co polega na ukazaniu zgromadzonym kilku grzeszników, a  następnie publicznym powieszeniu ich. Oczywisty absurd tych uroczystości, jak i  całego systemu kar, polega na tym, że nikt nie jest w  stanie określić, za jakie wykroczenia można zostać aresztowanym i  straconym. Podręczne boją się patrzeć na mężczyzn, a także swobodnie rozmawiać między sobą. Purytańskie, ortodoksyjne społeczeństwo gileadzkie ma za zadanie reprodukcję, jednakże pozbawioną jakichkolwiek cech namiętności, miłości, czułości. Wykreowane przez Atwood postaci, zarówno kobiece, jak i  męskie, widziane z  perspektywy zniewolonej podręcznej, pozostają szablonowe, pasywne. Jedynie pojawiające się w  powieści retrospekcje sprawiają, że czytelnik może wydobyć jakieś osobnicze cechy bohaterów. Ten wyraźny dualizm życia przed i w trakcie panowania reżimu gileadzkiego to również znaczący zabieg kompozycyjny, ukazujący wszelkie ułomności nowego systemu. Jednym z takich defektów jest usilne pozbawianie obywateli sfery emocjonalnej. Szczególnie mocną, zapadającą w pamięć sceną jest opis stosunku pomiędzy Komendantem i Fredą na łonie bezpłodnej żony hierarchy, któremu podręczna miałaby urodzić dziecko: Ramiona unoszę do góry, Serena Joy trzyma mnie za ręce, każdą z moich dłoni zamyka w swojej. Ma to symbolizować naszą jedność: jesteśmy jedną istotą, jednym ciałem. A  tak naprawdę oznacza, że Serena Joy panuje nad przebiegiem procesu, mając tym samym wpływ na produkt końcowy. O ile taki będzie. Pierścionki jej lewej ręki wpijają mi się w palce. Może to być zemsta, ale nie musi. Czerwoną spódnicę mam podkasaną do pasa, nie wyżej. Poniżej Komendant pieprzy. Pieprzy dolną część mojego ciała. Nie mówię: kocha się ze mną, bo to nie jest to. Kopulacja też nie byłaby właściwym słowem. Kopulacja bowiem zakłada udział dwóch osób, a tu zaangażowana jest tylko jedna. Gwałt też nie oddaje istoty rze-

22

czy: nie dzieje się nic takiego, co byłoby wbrew mojej woli. Wybór był niewielki, ale jakiś tam był, a ja dokonałam właśnie takiego. Bohaterka powieści Atwood odnosi się do sfery seksualnej tak, jak nauczono ją na szkoleniach, a powiedziano jej, że jedyną wartością, jaką posiada, jest jej zdolność do rodzenia dzieci. Freda sama stwierdza, że miłość, romantyzm czy nawet podniecenie to pojęcia, które nie mieszczą się w zasobie leksykalnym Gileadu. Są zakazane i prawdopodobnie można za nie zginąć: „Ale najprawdopodobniej ludziom tym nawet nie przychodzi na myśl ubranie porzucone na trawniku. Jeśli wyobrażają sobie pocałunek, to kojarzy im się on z natychmiastowym blaskiem reflektorów i strzałami karabinowymi”. Jaki świat pokazuje nam Atwood? Wyzuty z uczuć, zimny, pasywny, chory, z mocno zaburzonymi porządkami – obyczajowym i emocjonalnym. Epilog ukazuje komentarz historyczny do całego okresu Gileadu, co ma zapewnić czytelnika o upadku dystopijnego reżimu. Tak czy inaczej, o  wiele bardziej zastanawiająca jest jego geneza, przewrotnie zdefiniowana w  powieści: „Społeczeństwo skończyło się z nadmiaru wyboru”. Czy ta sytuacja nie przywodzi na myśl aktualnego kryzysu wartości, równoważonego coraz częściej przez populistyczne hasła i dążenia prawicowej władzy na świecie? Czy może sam fakt, że zadajemy sobie to pytanie, powinien niepokoić czy wręcz wzbudzać strach? Podobnie jak liczba tych, którzy z zapartym tchem śledzą losy powieściowej i/lub serialowej Fredy, nerwowo gryzą paznokcie, zastanawiają się szeptem, „co dalej, co będzie dalej?”. Na zakończenie kilka słów o serialu, który jest dosyć swobodną adaptacją powieści wraz z  rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Można pokusić się o stwierdzenie, że niektóre fabularne rozwiązania jako wariacje na temat rzeczywistości w  Gileadzie są dużo odważniejsze i niekiedy bardziej zaskakujące niż w powieści. Wpłynęło to bez wątpienia na dynamikę akcji, a  także pozwoliło rozdmuchać do granic brutalność i  okrucieństwo panujące w Republice Gilead. Warto wspomnieć, że pomysłodawcą i  twórcą serialu jest Bruce Miller (znany m.in. jako scenarzysta Ostrego dyżuru, 4400 czy The 100). Niedawno zapowiedziano też drugi sezon Opowieści podręcznej.

Margaret Atwood Opowieść podręcznej tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz wyd. Wielka Litera Warszawa 2017

fabularie 2 (13) 2017


Varia

Ciemne wizje i pewne odpowiedzi Nowa publikacja poetki nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia (2012) zapowiada niejako kontynuację wątków powracających w jej wcześniejszych utworach. Poemat przewrotnie nazwany „filozofującym”, nie zaś „filozoficznym”, jest konstrukcją misterną, trudną i  zagadkową. Najbardziej zaskakuje zderzenie zapowiadanej formy poematu z  krótkim, ascetycznym wręcz zbiorem myśli, sentencji. Język, którym posługuje się autorka, jest odważny, frenetyczny, dzięki czemu zyskujemy obrazy i  sceny o  przekazie silniejszym niż niejeden traktat. Niekiedy wydaje się, że to poezja surrealistyczna, mocno zabarwiona Bretonowskimi lub Apollinaire’owskimi frazami; niekiedy natomiast poetka odchodzi od tej linii na rzecz jeszcze innych, mniej lub bardziej wysmakowanych zabaw konwencją, jak w przypadku śmiałego i nietypowego przywołania prometejskiego mitu. W tekście pojawia się bowiem słowo dedykowane Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu: z Edą się ożeń (…) ciebie stać na więcej z lisem w pętli nie zamienię się geniuszem w ustach przyjaciela wieczność dwa Prometeusze Tym, co pozostaje stałą dominantą Poematu…, jest figura człowieka, jego losu. Według Ostrowskiej jest ona nierozerwalnie związana z transcendencją, z obecnością pierwiastka boskiego:

oniryczne, ciemne i dzikie wizje, by następnie stać się poezją typowo religijną, czystym wyznaniem wiary, przez co nieco zamyka się na dalsze interpretacje. Ostrowska to zdecydowanie poetka niepokoju, jednakże czy poprzez dosadność lirycznej wypowiedzi Poematu… nie powoduje, że czytelnik traci sporo ciekawości, którą został skuszony i uwiedziony na początku lektury? / Karolina Sałdecka-Kielak

Eda Ostrowska Poemat filozofujący, wyd. Episteme Lublin 2017

Czytelnicza rozkosz W ostatnim czasie na rynku wydawniczym pojawił się prawdziwy wysyp publikacji dotyczących życia i twórczości Zuzanny Ginczanki (1917–1944). Do katalogu towarzyszącego wystawie Zuzanna Ginczanka. Tylko szczęście jest prawdziwym życiem (Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w  Warszawie, 29 X 2015 – 29 II 2016; patrz: „Fabularie” nr 4/2015) pod redakcją Agaty Araszkiewicz i Joanny Pogorzelskiej dołączyły ostatnio: Notes Zuzanny Ginczanki, ilustrowany zdjęciami i rękopisami poetki wybranymi specjalnie na tę okazję przez Jarosława Mikołajewskiego, jaki ukazał się nakładem krakowsko-budapesztańskiego wydawnictwa Austeria, oraz tom Mądrość jak rozkosz – całkiem nowy wybór wierszy ikony życia literackiego międzywojennej cyganerii warszawskiej wydany przez Czułego Barbarzyńcę. Za selekcję utworów w tym przypadku znów odpowiada dr Agata Araszkiewicz. Gorąco zachęcamy do lektury obu książek! / Emilia Walczak

Pan będzie z tobą z jednej misy jeść wątrobę iść scieżką przez grube kęsy Całość Poematu filozofującego wydaje się wytrwale prowadzić czytelnika w  kierunku refleksji związanej z  Bogiem i  kiedy już wydaje się, iż czyni to w sposób łagodny, nienachalny, nawiązując raz po raz swobodnie do złośliwości i trudów życia, pojawiają się patetyczne eksklamacje (konam/ w ramionach/ Osób/ Trzech). Tego typu rozwiązania zaburzają nieco konwencję Poematu…, który niekiedy wchodzi w konwencję z barokowych Uwag śmierci niechybnej księdza Józefa Baki; niekiedy przechodzi w nadrealne,

fabularie 2 (13) 2017

Notes Zuzanny Ginczanki wybór tekstów i opracowanie Jarosław Mikołajewski wyd. Austeria Kraków–Budapeszt 2016

Zuzanna Ginczanka Mądrość jak rozkosz. Wiersze wybrane wybór i posłowie Agata Araszkiewicz wyd. Czuły Barbarzyńca Press Warszawa 2017

23


Varia

Zanikanie melancholii? MAKSYMILIAN WRONISZEWSKI

Fabien Lédé, The Gradual Disappearance of Melancholy, współpraca kuratorska: Joanna Stembalska, BWA Studio Wrocław, 31 III – 27 IV 2017

fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości BWA Wrocław

Wybierając się do Wrocławia na wystawę The Gradual Disappearance of Melancholy, przygotowaną przez tworzącego w tym mieście francuskiego artystę Fabiena Lédé, spodziewałem się konfrontacji z pracami mającymi przekonywać, że melancholia jest stanem, który nie mieści się już we współczesnej gamie nastrojów, nie przystaje do naszych czasów, niczego o naszym świecie nie mówi. Być może nawet obawiałem się trochę, że przejadę pół kraju, by zobaczyć wesołkowatą wystawę z  „pozytywnym przesłaniem”, natrętnie epatującą „dobrą energią” wyzwoloną lekturą pod-

24

ręczników samorozwoju. Szczęśliwie okazało się, że wystawa Lédé mówi o czymś zupełnie odmiennym; bada nie tyle nawet współczesne formy melancholii, co ukazuje jej tradycyjną postać (kto wie o  niej więcej niż Francuzi!) z  właściwymi jej fantazjami i  obsesjami, które bez przeszkód znajdują dla siebie miejsce w  naszej rzeczywistości. W  recenzji zamieszczonej w  internetowym wydaniu „Szumu” Daria Skok rozprawia się z wystawą Lédé równie bezlitośnie, co naiwnie. Nazywa ją „fajną” z  uwagi na „urzekającą aranżację”, ale zarzuca jednocześnie

brak „krytycznego potencjału” i „politycznego zaangażowania”. Recenzentka pisze o pracach francuskiego artysty jako o „sztuce dekoracyjnej”, nie zauważając przy tym, że krytyczne zacięcie sztuki może ujawniać się nie tylko w odniesieniu do religii, polityki, erotyzmu i seksualności. Sztuka o charakterze krytycznym nie kończy się na praktykach polskich artystów w latach 90. oraz ich kontynuatorów, spadkobierców, niekiedy także kiepskich naśladowców i epigonów, ale mówi także o  sprawach ogólniejszych, o  tym, co pozostaje w  sferze marzenia, fantazji, co nieujawnione, lecz tylko fantazmatycznie projektowane, ale wpływające zarazem na rzeczywistość, na nasz współczesny „model istnienia”. O  tym jest właśnie wystawa Fabiena Lédé. BWA Studio odwiedziłem cztery dni przed zakończeniem wystawy, kiedy ekspozycja mieniła się już wieloma kolorami, w tle słychać było odtwarzany świergot ptaków, a  ściany galerii zapełniły się jaskrawymi rysunkami. Początkowo bowiem wystawę oglądać można było w  „odsłonie nocnej”; w  jej nieoświetloną słonecznym światłem przestrzeń wchodziło się z latarkami. W następnych dniach wystawa stopniowo się rozświetlała, z  okien zrywane były przesłaniające je zasłony, światło wdzierało się w  ciemną przestrzeń. Właśnie ta strategia stopniowego „rozjaśniania” przestrzeni zdradza przewrotny charakter konceptu Lédé; pozornie zanikanie melancholii, mroku, ciemności wiąże się paradoksalnie z możliwością ujrzenia jej najbardziej trwałych fantazmatów. „Zanikanie” to nie „zniknięcie”; „zanikanie” sugeruje rozproszenie, rozmycie, ale przez to także ciągłą widmową obecność. Zdaje się, że tak właśnie trzeba przyglądać się wrocławskiej wystawie, za zasłoną koloru, jaskrawości, światła poszukiwać śladów melancholijnego rozpoznania rzeczywistości. Prace Lédé ujawniają je za sprawą swojej treści, ale przede wszystkim – formy. Melancholia tak jak jej siostry: Tragedia i  Ironia, rodzi się w  szczelinie, rozziewie, jest figurą (i  doświadczeniem) nierozstrzygalności. Jest dwoista. Jest świadomością istnienia w  stanie, który integralność świado-

fabularie 2 (13) 2017


Varia

mości wyklucza. Melancholijna świadomość jest rozproszona – stąd jej wewnętrzny przymus do określania siebie względem innych (osób, rzeczy, wartości…); ciągłe oglądanie siebie w odbiciu; niemożność wyrażenia sądów bez wzięcia ich w  cudzysłów, bez dopowiedzenia czegoś w  nawiasie, przypisie; stąd próby coraz to nowych definicji siebie samej; stąd też – pragnienie istnienia w stanie, który nie zna dwoistości, marzenia o  utraconym raju scalonej podmiotowości i  snucie fantazji o  prywatnych utopiach, o  których czytamy w  towarzyszącej wystawie ulotce. U schyłku XX wieku Jean Baudrillard wieścił kres melancholii w europejskiej kulturze; żyjemy w  świecie po orgii – powiadał – w  świecie nieskończonych możliwości i  dróg rozwoju, w  świecie pełni. Kilkanaście lat wcześniej, w  Ameryce, notował: „Ameryka szokuje przybysza nieoczekiwanym współistnieniem pierwszego poziomu (prymitywność i dzikość) i  świata trzeciego typu (simulacrum absolutne). Nie ma środka. Dla nas, dla których rzeczywistość drugiego stopnia, czyli refleksja, rozdwojenie, świadomość nieszczęśliwa, zawsze była uprzywilejowana, sytuacja taka jest trudna do pojęcia”. Powiedzmy na skróty: melancholia nie wdziera się w  świat prymitywny (lub jak kto woli: rajski, arkadyjski) oraz w  świat technologii, prędkości, niepowstrzymanego pędu. Problem w  tym, że zdanie sobie z  tego sprawy przekreśla możliwość uniknięcia melancholii, wzmagając jednocześnie fantazje o innej, lepszej rzeczywistości. Dlatego też formę prac Lédé traktować można nie jako próbę ucieczki w „sztuczne raje” prymitywizmu i  wizualnej ekstatyczności, ale jako odsłonięcie mechanizmu obrony przed melancholią, podkreślenie jej trwałości i ukazanie fiaska fantazji o  jej porzuceniu. Z  jednej strony francuski artysta odwołuje się bowiem do estetyki sztuki naiwnej: na ścianach znajdują się proste rysunki/graffiti, a cała przestrzeń zapełniona jest równie naiwnymi wyszywankami o  różnych rozmiarach i kształtach; z drugiej natomiast Lédé korzysta z  formy (świadomie prymi-

fabularie 2 (13) 2017

fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości BWA Wrocław

tywnej) animacji komputerowej oraz włącza do wystawy jaskrawe neonowe instalacje. Za formą u Lédé idzie treść. Pokazane na wystawie prace (choć w  zasadzie należałoby je traktować jako jedną wielką instalację) na różne sposoby wizualizują fantazmaty istnienia nieświadomego, które częściej niż rajską egzystencją okazuje się prymitywnym trwaniem w niewiedzy. Tak jest w  przypadku postaci „współczesnych prymitywów” wyszywanych i  malowanych przez artystę, ale oprócz nich do „rajskich” wyobrażeń nawiązują i  trywialne animowane komputerowo pejzaże, i  namalowany na płótnie dinozaur odsyłający do jakiegoś odległego status quo ante, i namiastka tropikalnego lasu (Je suis tropical – mówi jedna z  wyszytych przez Lédé postaci) stworzona z  roślin doniczkowych rozwiewanych przez pracujący wiatrak. Bardzo często tematem dzieł traktujących o melancholii – tak w sztuce, jak i  w  literaturze – było spojrzenie, wzrok, oczy. Piękną książkę poświęcił im u nas Piotr Śniedziewski, wcześniej Marek Bieńczyk zatytułował swoje studium o melancholii romantycznej Oczy Dürera. Przestrzeń wystawy Lédé także zdominowana jest

przez ten motyw, wypełniają ją oczy powielone, pokaleczone, poranione. Zazwyczaj melancholijny wzrok bywa wbity w ziemię, ciążąca głowa melancholika sprawia, że nie może on podnieść wzroku. Często podkreśla się też, że spojrzenie melancholika prześlizguje się po powierzchni, nie może się zatrzymać, wciąż krąży w  przestrzeni, niczego nie zgłębiając, nie mogąc poznać istoty rzeczy. Tak jak melancholik nie może rozpoznać i  określić siebie, tak i  jego wzrok nie scala tego, co obserwuje. To „prześlizgiwanie się” melancholijnego spojrzenia ma coś wspólnego z  błądzeniem po powierzchni monitorów i  ekranów, ale Lédé ukazując oczy okaleczone daje także raz jeszcze przykład demistyfikacji utopijnej nadziei na pożegnanie z  melancholią. Przedstawia rozświetlającą się przestrzeń wypełnioną barwnymi, świetlistymi pracami jako wywołującą ciągły przymus spojrzenia (jedno z prezentowanych na wystawie zdjęć przedstawia samego artystę z  przyklejonymi oczami-wyszywankami). Ekstatyczna feeryczność naszych czasów okazuje się nie lekka i  wyzwalająca, ale opresyjna i  destrukcyjna; nie radosna, lecz zmącona cierpieniem.

25


Varia

Na koniec powiedzmy o jednym jeszcze motywie, równie często powtarzającym się na wystawie i  być może zakorzenionym (świadomie? nieświadomie?) w  tradycji melancholicznej ikonografii. Jedna z głównych prezentowanych na wystawie prac to obiekt z obracającą się flagą, z dwóch stron której wyszyte są „uśmiechnięte” i  „smutne” emotikony (na ulotce wystawy znajdujemy z kolei taki oto zapis „The Gradual Disappearance of Melancholy :( Fabien Lédé :) <3 ;)”). Jest w tym być może jakiś współczesny powidok Czarnego Słońca, choć powracające co chwilę – malowane, animowane, wyszywane, rysowane – emotikony znaczyć (to chyba nieodpowiednie słowo, powiedzmy raczej: świadczyć) mogą o  trwałości jednej z  najważniejszych melancholijnych obsesji. Chodzi o  charakterystyczne

dla melancholii przeświadczenie o utracie sensu, szczególnie sensu i  znaczenia języka, który chciałby wyrazić wszystko z  boską precyzją, a nie jest władny wyrazić nawet własnej ułomności. Arkadyjskie fantazmaty sugerują i  ten aspekt marzeń o porzuceniu dwoistości, wiodą myśl w  stronę fantazji o  rajskim języku niweczącym niewspółmierność Słowa i  Rzeczy. Jeśli mielibyśmy szukać dziś współczesnej postaci tego pragnienia, to odnaleźć ją zapewne można w  systemie internetowych piktogramów, które są niczym innym jak śladem utraconego znaczenia słów, mającym rozpaczliwie przywołać ich sens i które – widział ktoś kiedyś śmiejącego się człowieka piszącego LOL? – same nie skrywają żadnego znaczenia, nie odsyłają w praktyce do żadnej emocji, a tylko

do naszego wyobrażenia o tym, jakie emocje powinny się nam udzielać. W rozpoznaniu tych melancholijnych ścieżek dzisiejszej wyobraźni prześwitujących spod „urzekającej aranżacji” tkwi siła wystawy Fabiena Lédé; taki jest jej „krytyczny potencjał”.

Bibliografia: J. Baudrillard, Ameryka, przeł. R. Lis, Warszawa 2011 M. Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 2012 D. Skok, Od urzeczenia do pustki, „Szum”, http:/magazynszum.pl/krytyka/odurzeczenia-do-pustki [dostęp: 26.05.2017] P. Śniedziewski, Melancholijne spojrzenie, Kraków 2011

REKLAMA

W numerze rozmawiamy z Dariuszem Sikorskim o Romana Brandstaettera walce z polskim szowinizmem. Piszemy o premierach teatralnych: spektaklach Mai Kleczewskiej (Malowany ptak w Teatrze Polskim w Poznaniu) i Katarzyny Szyngiery (Bóg w dom w Teatrze Polskim w Bydgoszczy). Agnieszka Czoska rozmawia z Martinem Pollackiem, a Marek Bochniarz z Orenem Rosenfeldem, reżyserem filmu Hummus. Zbigniew Pakuła opowiada o Alfredzie Henriquezie, żydowskim lotniku z Jamajki, którego grób znajduje się na poznańskiej Cytadeli. Jacek Surzyn pisze o Włodzimierzu Żabotyńskim, Krzysztof Bielawski o dziedzictwie materialnym polskich Żydów w kontekście turystyki regionalnej, Małgorzata Grzywacz o Heinrichu Kurzigu. Wspominamy Magdalenę Abakanowicz, piszemy o wystawach poświęconych Franciszkowi Raszei i emigrantom z wyspy Ellis. Ponadto: proza Savyon Liebrecht w tłumaczeniu Michała Sobelmana i zdjęcia Constantina Mashinski’ego.

26

fabularie 2 (13) 2017


Rozmowa: Agata Napiórska

fot. Zuza Krajewska / LAF Artists Managment

Książka nie jest dziełem jednej osoby Z Agatą Napiórską, autorką Jak oni pracują – zbioru rozmów z artystami, dziennikarzami, pisarzami na temat ich warsztatu pracy – rozmawia Małgorzata Major.

Czy będąc nastolatką wyobrażała sobie Pani siebie jako pisarkę w stylu Carrie Bradshaw z  Seksu w  wielkim mieście, czyli piszącą jeden felieton tygodniowo, który pozwala utrzymać się na dość wysokim poziomie w  Nowym Jorku, czy też już jako nastolatka miała Pani realne wyobrażenie pracy pisarza i kosztów życia w Nowym Jorku? W  związku z  tym – bliżej Pani do Carrie czy Hannah z Dziewczyn? Muszę panią rozczarować: w  wieku nastoletnim w  ogóle nie marzyłam o  byciu pisarką. Do 13. roku życia chciałam być komandoską i  pływaczką. Nastolatką byłam w  latach 90. – wtedy oglądałam co najwyżej serial Beverly Hills, 90210 czy Przystanek Alaska. Czytałam „Filipinkę” i  „Przekrój”, a  potem „Wysokie Obcasy” – do tej pory trzymam wszystkie numery, od pierwszego. Pod koniec liceum zaczęłam marzyć o karierze naukowej, startowałam w  olimpiadach filozoficznych i  naiwnie wyobra-

fabularie 2 (13) 2017

żałam sobie, że będę jak Simone de Beauvoir albo Hannah Arendt. Poszłam studiować filozofię, na studiach filozoficznych dużo się czyta i sporo pisze. Po studiach wiedziałam już, że chcę pracować w  wydawnictwie, a  kiedyś założyć własne. Ale droga do tego prowadziła jeszcze przez staże w  agencjach reklamowych i  PR-owych, które wspominam jako koszmar. Potem trafiłam do wydawnictwa Nasza Księgarnia, a prawie równolegle zaczęłam wraz z przyjaciółką z dzieciństwa pracować nad magazynem „Zwykłe Życie”, którym zajmuję się do dziś. Może więc jakiś inny popkulturowy wizerunek pisarki jest Pani szczególnie bliski? Lubię dwa wymienione przez panią. Ale uściślijmy: nie uważam się za pisarkę. Jestem autorką jednej książki z wywiadami, teraz pracuję nad kolejną. Do pisarki mi daleko. Zgadzam się z  Mariuszem Szczygłem: pisarz to ktoś, kto stworzył

własny mikrokosmos. Gdybym miała się jakoś określić, to nazwałbym się dziennikarką. Co jest takiego w kawiarniach, że stanowią częste biuro dla literatów? Czy kawa i  papierosy to nieodzowny atrybut każdego rasowego freelancera? Niektórzy po prostu nie mają w  domu warunków do pracy. W  domu jest też zawsze coś do zrobienia – a to wanna wymaga wyszorowania, a  to okna są do umycia – trudniej walczyć z  prokrastynacją. Kawa na pewno bywa pomocna, a  papierosy – nie wiem: ja, jak zapalę, to kręci mi się w  głowie i  nie jestem w  stanie pracować. Ale rzeczywiście np. Katarzyna Bonda, kiedy pisze, odpala papierosa od papierosa. Czy pracując na co dzień ze słowem pisanym ważny jest dla Pani warsztat w  postaci uporządkowanego biurka i regału z pomocną literaturą, czy może Pani pracować

27


Rozmowa: Agata Napiórska

w każdych warunkach, notując pomysły, plany, zadania choćby na serwetkach? Lubię mieć porządek na biurku, ale od pewnego czasu najlepiej pracuje mi się na kanapie. Mogę pracować w  każdych warunkach, byleby nikt niczego ode mnie nie chciał i nic do mnie nie mówił. Jak wyglądał Pani dzień pracy w  czasie zbierania materiału do książki? Poza tym, że każda rozmowa przebiegała w  innych warunkach – czy miała Pani określony rytuał „obróbki” materiału tuż po zakończeniu rozmowy, czyli przesłuchiwanie materiału, od razu przepisywanie, albo notowanie najważniejszych informacji? Starałam się spisywać rozmowy na bieżąco. Ale czasem się zagapiłam i  miałam potem kilka godzin do odsłuchania z dyktafonu. Wiem, że niektórzy zlecają spisywanie wywiadów, ja nie mogłabym tego zrobić – po pierwsze dlatego, że często te rozmowy są zbyt intymne i  wiele potem odsiewam, i  nie trafia do druku, a po drugie dlatego, że dużo jest zawsze powiedziane między słowami i tylko ja jestem w stanie to wychwycić, opisać emocje towarzyszące rozmowie. Czy któryś z  rozmówców zainspirował Panią do zmian w  rytuałach swojej codzienności? Wszystkie rozmowy były inspirujące. Podoba mi się sposób pracy Agaty Bielik-Robson, czyli tzw. tryb klasztorny; każde spotkanie z  Mariuszem Szczygłem jest inspirujące, bo z niego jest wielki entuzjasta pracy, rozmów, zwykłego życia. Bardzo dobrze wspominam spotkanie z Józefem Wilkoniem, który ma 87 lat, a  energią mógłby obdzielić tuzin o połowę młodszych od siebie osób: dlatego właśnie pracuję teraz nad wywiadem rzeką z  mistrzem Wilkoniem. Zatem czekamy na ten wywiad. Czy sądzi Pani, że w  przyszłości również Jak oni pracują doczeka

28

się uzupełniania o kolejne rozmowy, czy też Pani potrzeba poszukiwania informacji o  warsztacie pracy ludzi sztuki została zaspokojona? Planuję drugą część, w  której znajdzie się m.in. więcej rozmów z  naukowcami. Ma się ukazać w  2019 roku. Potrzeba nie została zaspokojona. To był mój największy problem przy pracy nad tą książką: wciąż wydawało mi się, że nie mogę jej skończyć, bo jest jeszcze tyle osób do przepytania. Czy bycie sową albo skowronkiem determinuje nasze osiągnięcia życiowe? Jakie są Pani spostrzeżenia po rozmowach z  osobami prowadzącymi rozmaite style życia, o odmiennych grafikach itd.? Absolutnie nie. Każdy pracuje inaczej, ważne jest wypracowanie swojego systemu i  własnych nawyków. Zrzucenie niektórych czynności na karb automatyzmów pozwala zaoszczędzić czas.

Po pierwsze, trzeba dużo czytać. Po drugie, trzeba żyć, żeby mieć o czym pisać. Po trzecie, ważna jest pokora, dużo można nauczyć się od mistrzów. Po czwarte, pamiętać, że książka nie jest dziełem jednej osoby. Poza autorem są redaktorzy, korektorzy, cały sztab ludzi z wydawnictwa, dobrze mieć tam ekspertów w swoich działkach, którym można zaufać. Po piąte, trzeba po prostu siąść na tyłku i  pisać. Nie wierzę w  natchnienie. Być może wiersz da się napisać pod wpływem chwili, pięknego widoku, mocnego przeżycia. Ale generalnie jest tak, że bywają momenty lepsze, bywają gorsze. Zawód jak każdy inny.

Czy doświadczyła Pani czegoś, co można określić jako idealny dzień pracy? Jak on wyglądał? Czy był to dzień, w którym odesłała Pani książkę do wydawnictwa? Idealny dzień wygląda tak, że nie zwracam uwagi na internet, radio ani pogodę za oknem, siadam w fotelu, mam duży kubek kawy, komputer na kolanach i to mi wystarcza. Rzadko zdarzają się takie idealne dni. A oddanie książki to jeszcze nie koniec pracy nad nią, potem trzeba przegadać wszystko z  redaktorem, zaakceptować korektę… Co poradziłaby Pani osobom chcącym pisać, ale mającym problem z  utrzymaniem samodyscypliny i  stworzeniem własnej rutyny, o  której jako elemencie koniecznym mówi Agata Bielik-Robson, ale wynika to z doświadczeń wielu Pani rozmówców? Czyli – jak odsiać wiarę w nadejście weny na rzecz systematycznego pisania, bo zbliża się deadline?

Agata Napiórska Jak oni pracują. Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców wyd. W.A.B. Warszawa 2017

fabularie 2 (13) 2017


Wiersz

KATARZYNA SZAULIŃSKA california dreaming stoję u bram i czekam na hasło pijąc cold brew w ten upał a beton pod którym oddychasz, Ziemio topi się jak masło na grzance i gra Trzaska i każda z tych nut jest kroplą wody z popsutego hydrantu jeszcze tylko jedna i zrozumiem że nie ma po co rozumieć przęseł mostu i falowania wieżowców i okna co odbija się w oknie odbija się w oknie

fot. unsplash.com


Rozmowa: Filip Zawada

Jak być fot. dzięki uprzejmości Autora

EMO SAPIENS

Wydaje nam się, że język jest doskonałą formą komunikacji, ale jeżeli ja ci teraz powiem: „jesteś głupia”, to ty możesz pomyśleć: „to jest kretyn, że tak powiedział”, albo możesz pomyśleć: „powiedział tak, ale wiem, że to żart”. Ludzie nawet w takich najprostszych kwestiach nie potrafią się dogadać, nie wiedzą, czy coś jest czarne, czy białe, bo język jest tak naprawdę kulawą formą komunikacji. Wydaje mi się, że dużo lepszą formą komunikacji są zdjęcia – z Filipem Zawadą przy okazji wydania jego nowej książki Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty rozmawia Hanna Trubicka.

Kiedy ostatnio się widzieliśmy, nie zajmowałeś się jeszcze łucznictwem, a teraz masz już na koncie ogromne sukcesy w  tej dziedzinie. Wielu pisarzy uprawia jakiś sport, ale jako zdobywca Pucharu Polski i Mistrzostwa Polski w łucznictwie polowym (2014 rok) jesteś w środowisku polskich artystów ewenementem. Skąd ten łuk? Wiele rzeczy odbywa się u  mnie na „klik”, z  łukiem było podobnie. Znajomy pozwolił mi strzelić ze swojego łuku – strzeliłem raz, strzeliłem dziesięć razy, poprosiłem go, czy mogę jeszcze chwilę postrzelać, i tak to się zaczęło. Łucznictwo jest mi po drodze ze wszystkim, czym się

30

zajmuję, bo jest po drodze z tym, w  jaki sposób funkcjonuje moja głowa, w jaki sposób myślę i w jaki sposób się koncentruję. Robienie muzyki, pisanie książek i  strzelanie z łuku to tak naprawdę jeden i ten sam stan – aby coś się udało, musisz się temu poddać, to musi się wydarzyć trochę samo. Dlatego nie jestem całkiem przekonany co do tego, że ja moje książki piszę. Czasem wydaje mi się, że ja je raczej przepisuję. Pracuję nad nimi oczywiście, ale wcześniej muszę „puścić”, przyzwyczaić się do myśli, że tak naprawdę nie muszę tego robić. I  dopiero jak „puszczę”, głowa sama zaczyna mi je dyktować. Dlatego ciężko

fabularie 2 (13) 2017


Rozmowa: Filip Zawada

jest mi pisać na konkretny termin, choć jak muszę, to się wyrabiam. Tekst, który miałem napisać na koncert z Fiszem [koncert Tworzywo i poeci na I Międzynarodowym Festiwalu Poezji Silesius we Wrocławiu – przyp. red.] napisałem dwa dni wcześniej, w  czwartek – wstałem rano, był „klik” i  napisałem całość od razu. Zmieniłem w  nim potem tylko kilka zdań. Ten tekst znalazł się później na płycie dołączonej do Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty [płyta została nagrana w 2017 roku w Ośrodku Postaw Twórczych we Wrocławiu – przyp. red.]. Mój brat, którego nie mam. Tak. Z  tym tekstem była jeszcze taka sytuacja, że na YouTube ten numer wisi jeszcze ze starym tekstem, ale nagrywając płytę musiałem go zmienić, bo tekst nie był już aktualny, dociekliwi znajdą różnice. Nie chciałeś tekstu zapisującego moment, który kiedyś był? Nie, nie, właściwie poprawiłem go dlatego, że ten tekst powstał jako pierwszy i to od niego wzięła się myśl o  nagraniu hiphopowej płyty. Trochę się śmieję z  tego określenia „hiphopowa”, ale to rzeczywiście Fisz zainspirował tę sytuację. Przy okazji koncertu? Tak. Spodobało ci się? Tak, i  spodobało mi się to, co Fisz powiedział o  moich tekstach – że to jest „gadanie” i skoro nie mam z tym problemów, to nie ma się nad czym zastanawiać i  powinienem to zrobić. W  pierwszej chwili pomyślałem: „to bez sensu, nie umiem”, ale ta sytuacja z nim mnie jednak uruchomiła – i  uruchomił mnie mój syn, który widział koncert i poprosił, żebym nagrał tę płytę. A już byłem na granicy takiej myśli, że nic więcej nie napiszę. Najpierw była płyta, a potem książka? Najpierw była książka, a  kiedy nie mogłem jej już pisać, bo ona się dla mnie w  pewnym momencie skończyła, przestałem to robić i  powiedziałem mojemu synowi: „wiesz, tata chyba jednak nie będzie pisarzem”, a on wtedy powiedział to, co jest na końcu książki: „trzeba żyć na miksimum”. Spodobało mi się to, bo nie wiadomo, czy to jest maksimum czy minimum… Płyta jest jakby dalszym ciągiem książki, bo jest tam po raz kolejny tekst o gównianej pracy na zmywaku, jest dalej rozszyfrowywanie tego samego, jest to, do czego dobrnęła książka, czyli jest to rozliczanie się ze smutkiem. W jakim stopniu inspiracją dla ciebie jest twój syn? Filip jest oczywiście bardzo dużą inspiracją dla mnie, pojawia się chyba w trzech moich książkach, poza tym był inspiracją już w Psach pociągowych – jeszcze go nie było na świecie, a  już była o  nim mowa. Wszystkie moje książki opowiadają o  moim życiu i  o  rzeczach, które mi się przytrafiają po kolei, więc nie da się tego

fabularie 2 (13) 2017

ukryć… Książka, którą teraz piszę, a której początek drukowany był w  „Znaku” [od września 2016 roku na łamach miesięcznika „Znak” ukazuje się powieść Filipa Zawady w  odcinkach pt. Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek – przyp. red.],  to jest książka, która w ogóle opowiada o dzieciach – tym razem takich, które wychowywane są przez siostry zakonne. Myślę, że będzie wzruszająca i  sam jestem zajarany, że ją piszę, odzyskałem dzięki niej chęć do pracy. Poza tym dzieciom się wszystko wybacza, więc można dzięki nim powiedzieć w  książkach wszystko – można powiedzieć „Murzyn”, a  nie „Afroamerykanin” itd. Część rzeczy, które mówię, jest politycznie niepoprawna, więc mówię je ustami dzieci. Filip jest trochę współautorem twoich książek? Trochę tak, ale na szczęście nie muszę go wpisywać jako współautora, ponieważ tak samo się nazywamy. Odpalasz mu honorarium? Odpalam, odpalam, kupiłem mu konsolę Nintendo za tę książkę. Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty zawiera rysunki twojego autorstwa stylizowane na rysunki dziecięce (rysunek w  tym stylu pojawia się także na okładce książki). Pamiętasz swoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa? Hm… (chwila ciszy) W  tej chwili nie pamiętam, więc może zamiast tego wytłumaczę się z  rysunków, które rzeczywiście wyglądają jak dziecięce, ale w  końcu nauczyłem się rysować od mojego syna. Zawsze chciałem rysować i  zawsze wydawało mi się, że nie umiem, ale później nauczyłem się rysować moje ziemniaki, które okazały się działać. Ziemniakami komunikuję się też w  domu z  moim synem, jeżeli zadaje mi jakieś pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Rysuję wtedy ziemniaka, mówię, że ziemniak musi się zastanowić, wieszam go na lodówce albo gdzieś indziej i jak ziemniak już wie, to odpowiada. Pytania zadawane przez dzieci bywają trudne i trzeba się nad nimi czasem zastanowić, nie wie się, jak odpowiedzieć, czy odpowiedzieć tak, jak zrobiłaby to matka, czy tak, jak zrobiłby to ojciec, czy tak, jak osoba, która stoi z boku… Niektóre z  rysunków w  książce właśnie w  ten sposób powstały, że narysowałeś je Filipowi? Tak. Czasami zostawiałem samo pytanie, bo już ono samo było istotne… Ciężko odpowiedzieć np. na pytanie: „kim wolałbyś być: szczęśliwym alkoholikiem czy nieszczęśliwym milionerem?”. Oczywiście wiem, jaka byłaby moja odpowiedź, ale udzielenie dziecku jednoznacznej odpowiedzi byłoby w  tym przypadku mało wychowawcze, więc postanowiłem, że tylko to pytanie zapiszę. Ziemniaki w Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty przekazują stoicką filozofię, co czyni tę książkę podobną do twoich poprzednich książek prozatorskich. Nowością

31


Rozmowa: Filip Zawada

Jeżeli rozumiesz, co się wydarzyło w sytuacji straty, to wygrywasz też zawody, które nazywają się życiem.

jest natomiast pojawienie się uczuć, których wcześniej w twoich książkach aż tak nie wyczuwałam, takich jak złość i frustracja – związanych z utratą miłości, o której opowiadają książką i  płyta… Jestem ciekawa, co twoim zdaniem przeważa – chciałeś tą książką dać nadzieję, czy raczej pokazać kryzys? Prawdę mówiąc, chciałem pokazać wszystko – jeżeli znajdujesz się w sytuacji krytycznej, nieważne, czy jest to utrata miłości, czy jakaś inna trauma, nie możesz zadecydować, że chcesz to przyjąć ze stoickim spokojem. Musisz przejść przez wszystkie etapy żałoby: najpierw

jesteś wkurwiony, później zdołowany, później wyzbywasz się depresji itd. To wszystko się odbywa niemalże z zegarkiem w ręku, praktycznie u wszystkich osób tak samo. Psychologia wie, że sytuacja żałoby następującej po największych stratach – śmierci bliskiej osoby, rozpadzie małżeństwa, stracie pracy – trwa od jednego roku do dwóch lat. Dlatego moja książka ma w  sobie zarówno agresję, jak i  stoicki spokój, jak i  inne rzeczy. Bo człowiek jest w  takiej sytuacji trochę jak shake, jak wódka zmieszana z ilomaś tam rzeczami, bo tak wygląda wtedy twoje ciało… Wszystkie emocje w  takiej sytuacji są dobre, dobre jest bycie złośliwym i  dobre jest bycie niezłośliwym, wszystko zależy od chwili. Właściwie te emocje nie są ani dobre, ani złe. Pojawiają się, bo są ci do czegoś potrzebne, i jeżeli to zrozumiesz – wygrałeś, bo to oznacza, że potrafisz wyciągnąć wnioski. Trochę jak w  łucznictwie… Mój trener lubił powtarzać, że żaden łucznik z jego klubu nigdy nie przegrał zawodów. Ja na to: „szefie, ja przegrałem zawody”, a on: „nie, nie przegrałeś żadnych zawodów”. Porażka ma cię czegoś nauczyć. Jeśli to wiesz, to nawet jeśli jesteś na ostatnim miejscu – wygrałeś. Tak samo w życiu – jeżeli rozumiesz, co się wydarzyło w sytuacji straty, to wygrywasz też zawody, które nazywają się życiem. Nie wiem, czy ta książka miała być pozytywna, czy negatywna, nie wiem, czy w ogóle miała być „jakaś”. Dlatego ja nie oceniam w mojej książce. OK, czasami oceniam, ale ta ocena też jest właśnie wynikiem złości i dlatego jest OK, bo ludzie tak czasami robią – nie jesteśmy dalajlamami, mamy różne emocje. A skąd temat polskiej emigracji w książce? Istotna była dla mnie kwestia językowa tej sytuacji [emigracji za pracą – przyp. red.] – kwestia zagubienia w  językach posłużyła mi do pokazania, „jak się dogadujemy”. Nie tylko ludzie mówiący innymi językami się nie rozumieją, ale także ci, którzy mówią w tym samym języku… Wydaje nam się, że język jest doskonałą formą komunikacji, ale jeżeli ja ci teraz powiem: „jesteś głupia”, to ty sobie możesz pomyśleć: „to jest kretyn, że tak powiedział”, albo możesz pomyśleć: „powiedział tak, ale wiem, że to żart”.  Ludzie nawet w  takich najprostszych kwestiach nie potrafią się dogadać, nie wiedzą, czy coś jest czarne, czy białe, bo język jest tak naprawdę kulawą formą komunikacji. Wydaje mi się, że dużo lepszą są zdjęcia. Gdy widzisz zdjęcie gołej baby, to komunikat jest jasny, natomiast słowa są bardzo kruchą konstrukcją i dlatego mamy z porozumiewaniem się za pomocą słów tyle problemów. To dlatego, gdy się kłócimy, mamy ochotę komuś przywalić – bo brakuje nam słów. Najbardziej agresywne osoby to chyba te, które najsłabiej umieją używać słów i to brak możliwości wysłowienia się powoduje, że chcą komuś dać w gębę… Wiele osób nie przywiązuje do tej kwestii wagi, nie ma specjalnie książek na ten temat. A temat płatnej miłości – skąd? Na przykład w piosence Dziewczyna na telefon bierze kąpiel albo w pojawieniu się tancerek go-go w książce?

32

fabularie 2 (13) 2017


Rozmowa: Filip Zawada

Nie ma u mnie tematu płatnej miłości, bo nawet jeżeli w piosence masz dziewczynę, z którą chcę się spotkać, to chcę to zrobić przez telefon, chcę z nią pogadać, więc to, co kupuję, nie jest do końca miłością, nawet nie jest seksem, tak jak tańczenie go-go nie jest seksem.

kładnie tak samo po drodze jak łucznictwo. Sport ciąży na nas wszystkich, jesteśmy nim obarczeni, chcemy wygrywać, chcemy być najlepsi i nie wiemy, jak to zrobić. A  te studia zrobiłem, bo mój mózg nieustannie potrzebuje pożywki, nowych informacji, które może przemielić.

OK, nie ma tematu fizycznego zbliżenia, ale jest temat kupowania uczuć. Kupowanie uczuć jest rzeczywiście istotnym tematem książki. Wydaje nam się, że możemy uczucia kupować i nimi zarządzać, a  przecież to niemożliwe. Uczucia są uczuciami i  myślenie o  tym, że można je kupić albo nad nimi zapanować, jest nieprawdziwe. Może dalajlama panuje nad swoimi emocjami…

Będziesz wykonywał ten zawód? Oczywiście. Nie wiem, czy nie wykonuję go już od wielu lat, bo nie wiem, czy moje książki nie są tak naprawdę poradnikami dotyczącymi życia. Ludzie, którzy piszą poradniki, zwykle piszą je w związku ze swoimi przeżyciami – większość z tych książek jest dla mnie nie do zniesienia, są nudne i przez wiele rozdziałów jest międlony jeden temat w kółko, więc jeśli chodzi o poradniki, jestem autorem totalnie przełomowym, bo piszę takie, które są ciekawe. Przynajmniej dla mnie, bo może to nie brzmi skromnie, ale pisząc książkę sam jestem ciekaw, jak to się skończy, dokąd w  niej zabrnę, w  którą stronę pójdę. Poza tym sądzę, że w  XXIII wieku ufoludki będą używały tych książek jako normalnych, standardowych poradników do życia.

…inspirujesz się filozofią Wschodu? Nie, chociaż okazało się, że ziemniaki dobrze gadają po japońsku… ??? Ziemniaki zostały przetłumaczone na japoński i sprzedawane są tam w formie fiszek, które można np. powiesić na lodówce – okazuje się, że także Japończycy uśmiechają się z  tych myśli [w  połowie czerwca br. rysunki Filipa Zawady ukazały się w Japonii także w formie książki; cały czas powstają też nowe, które ukazują się na blogu FilipItoIto.com – przyp. red]. Ziemniaki pojechały w świat i po wydaniu książki żyją swoim życiem, bo sprzedaję rysunki osobno. A wracając do twojego pytania, to za bardzo nie umiem na nie odpowiedzieć. Oczywiście, przeczytałem Tao i mnóstwo książek o Japonii, ale przeczytałem też mnóstwo książek o Rumunii, a inspiruję się pewnie także moim sąsiadem, bo go spotykam codziennie. Jak piszę, to nie zastanawiam się nad tym.

Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty są poradnikiem do…? Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty są poradnikiem, „jak być emo sapiens, czyli jak być człowiekiem emocjonalnym”. Dziękuję za rozmowę.

A skąd „sprzątacz” w twoim biogramie? Jesteś feministą? Nie, dlaczego? Bo dodajesz taką czynność obok „pisarz, muzyk, fotograf” itd. Chodzi o to, że wykonywałeś kiedyś taką pracę? Nie, chodzi o to, że sprzątam w domu. Jesteś jedynym pisarzem, który dodaje „sprzątacz” do swojego biogramu. Tak? Jest taka szansa. Pisanie notek o  sobie to raczej idiotyczna czynność i  trochę wkurwiająca, bo za każdym razem musisz je pisać na nowo. W tym momencie, w którym mam to zrobić, myślę sobie: „OK, spiszę rzeczy, które ostatnio robiłem”, i  to są rzeczy, które akurat przychodzą mi do głowy, np. „dzisiaj posprzątałem w domu, to napiszę, że jestem sprzątaczem”. Teraz powinieneś jeszcze dopisać „psycholog sportu”. Dopiszę w  następnej książce. Wszystko, co robię, wydaje się różne od siebie, ale psychologia sportu jest mi do-

fabularie 2 (13) 2017

Filip Zawada Nie wiem, jak nazywają się te kwiaty Wydawnictwo WBPiCAK Poznań 2017

33


34 NIEZALEŻNIE OD „LICEALNEGO” KLIMATU CAŁOŚCI, UWAŻAM, ŻE JEST TO HISTORIA UNIWERSALNA. TRAKTUJE O MIŁOŚCI, DEPRESJI, ŚMIERCI I DOJRZEWANIU DO EMPATII, DZIĘKI CZEMU BĘDZIE INTERESUJĄCA DLA KAŻDEGO CZYTELNIKA, A NIE TYLKO DLA OSÓB, KTÓRE MOGĄ SIĘ IDENTYFIKOWAC Z BOHATERKAMI. JAKO RYSOWNICZCE BARDZO IMPONUJE MI SPOSÓB, W JAKI JILLIAN TAMAKI POSŁUGUJE SIĘ JĘZYKIEM KOMIKSU. WARTO SIĘGNĄC PO JEJ PRACE  NIE TYLKO TE TWORZONE W DUECIE Z KUZYNKĄ. KRĄŻĄ PLOTKI, ŻE „THIS ONE SUMMER” MA DOCZEKAC SIĘ POLSKIEGO WYDANIA, TYM BARDZIEJ NALEŻY NADROBIC ZALEGŁOŚCI.

POZA WCIĄGAJĄCĄ I ZASKAKUJĄCĄ FABUŁĄ NA SZCZEGÓLNĄ UWAGĘ ZASŁUGUJE WARSTWA GRAFICZNA KSIĄŻKI. KYLE DALEKI JEST OD KOMIKSÓW ROZUMIANYCH KONSERWATYWNIE  NIE UŚWIADCZYMY TU NP. PODZIAŁU NA KADRY. NATOMIAST KAŻDA ROZKŁADÓWKA SAMA W SOBIE WYGLĄDA JAK DZIEŁO SZTUKI.

MNIE OSOBIŚCIE TEN KOMIKS PRZYWODZI NA MYŚL „DZIENNIKI GWIAZDOWE” STANISŁAWA LEMA. I TO CHYBA JEST NAJLEPSZA REKOMENDACJA. PRZEPIĘKNE RYSUNKI W POŁĄCZENIU Z NIEBANALNĄ HISTORIĄ HI  POLECAM WSZYSTKIM Z CZYSTYM SUMIENIEM, A SAMA SIADAM DO LEKTURY KOLEJNYCH KOMIKSÓW KYLE'A.

„SKIM” JEST BARDZO KAMERALNĄ HISTORIĄ. TYTUŁOWA BOHATERKA TO LICEALISTKA, PEŁNA CYNIZMU I WRAŻLIWA, TROCHĘ OUTSIDERKA, ZAINTERESOWANA TAROTEM I PRAKTYKUJĄCA WICCA. W TEJ HISTORII HI JEST DUŻO NASTOLETNIEGO GNIEWU I BARDZO OSOBISTYCH EMOCJI.

TYTUŁOWY „DISTANCE MOVER” TO NIESAMOWITA MASZYNA, DZIĘKI KTÓREJ JEJ WŁAŚCICIEL, MR. EARTH, MOŻE POKONYWAC OLBRZYMIE ODLEGŁOŚCI W MGNIENIU OKA. RAZEM ZE SWOIM TOWARZYSZEM, ARTYSTĄ MENDLEM, PODRÓŻUJĄ PRZEZ GALAKTYKĘ I POZNAJĄ NOWE KULTURY I SPOŁECZEŃSTWA.

MARIKO TAMAKI, GROUNDWOOD BOOKS, 2008

RYSOWNICZKA JILLIAN TAMAKI TO JEDNA Z TYCH OSÓB, KTÓRYCH PRACE ŚLEDZĘ NA BIEŻĄCO I CZYTAM KAŻDĄ KOLEJNĄ KSIĄŻKĘ. RAZEM ZE SWOJĄ KUZYNKĄ, PISARKĄ MARIKO TAMAKI, STWORZYŁY „SKIM” I „THIS ONE SUMMER” (OBA OBSYPANE NAGRODAMI, Z EISNEREM DLA TEJ DRUGIEJ WŁĄCZNIE).

SKIM, JILLIAN

KANADYJSKI RYSOWNIK PATRICK KYLE TWORZY W BARDZO CHARAKTERYSTYCZNYM, ILUSTRACYJNYM STYLU; CHOCIAŻ POSZCZEGÓLNE KOMIKSY RÓŻNIĄ SIĘ OD SIEBIE GRAFICZNIE. AUTOR PRZEZ DŁUGI CZAS ZAJMOWAŁ SIĘ GŁÓWNIE KOMIKSEM NIEZALEŻNYM, NIEZ OD NIEDAWNA WSPÓŁPRACUJE JEDNAK Z KOYAMA PRESS.

DISTANCE MOVER, PATRICK KYLE, KOYAMA PRESS, 2014

Komiks

fabularie 2 (13) 2017


Deborah Levy

O MATCE I CÓRCE RAZ JESZCZE HANNA TRUBICKA

W rozmowie z poetką Lavinią Greenlaw podczas British Council Literature Seminar w Berlinie dwa lata temu autorka Gorącego mleka – brytyjska pisarka i dwukrotna finalistka Nagrody Bookera Deborah Levy – przyznała, że tym, co najbardziej interesuje ją w pisaniu, jest próba pozostawienia czytelnikowi jak największej liczby niedopowiedzeń, które on sam może następnie próbować uzupełniać. Odwołała się do następującego przykładu, podawanego przez nią również na prowadzonych przez siebie kursach pisania: „Kiedy opowiem ci wszystko o mojej matce, ty możesz spytać: A czy masz ojca?”. Prawdziwą sztuką jest pozostawić czytelnikowi ani nie za mało, ani nie za dużo danych – tylko tyle, ile potrzebuje do samodzielnego wypełnienia pozostawionych w tekście „białych plam”. „To, czego w historii nie ma, jest tym, co okazuje się najciekawsze” – stwierdziła, dodając, że technikę tę stosuje zawsze, niezależnie od tego, czy pisze sztukę, powieść, czy opowiadanie (jest autorką siedmiu powieści, kilku antologii opowiadań, kilkunastu sztuk teatralnych i kilku słuchowisk radiowych). Czy tak jest w Gorącym mleku, pierwszej przetłumaczonej na język polski powieści Levy, opowiadającej o trudnej relacji między starzejącą się matką i dorastającą córką? Rose Papastergiadis (greckie nazwisko po mężu) i Sofia Papastergiadis nie umieją i  nawet już nie chcą ze sobą rozmawiać. Rose ma 64 lata, jest emerytowaną bibliotekarką. Sofia to

fabularie 2 (13) 2017

aspirująca do kariery naukowej absolwentka antropologii kulturowej, 25-latka na co dzień pracująca w londyńskiej kawiarni. Kiedy była mała, jej ojciec – były mąż Rose – porzucił je dla o wiele młodszej Greczynki, z którą założył nową rodzinę. Obie kobiety poznajemy, gdy przyjeżdżają do Hiszpanii na leczenie paraliżu nóg występującego u  Rose, którego przyczyn jak dotąd nie udało się ustalić. Wędrówka po lekarzach w Anglii nie przyniosła efektów, dlatego Sofia decyduje się zabrać matkę do obiecującego hiszpańskiego ortopedy, o którym dowiedziała się z internetu, a który przyczyn dolegliwości matki nie doszukuje się w obecności żadnej somatycznej choroby. Doktor Gomez równolegle do badań klinicznych przeprowadza swoje nietypowe leczenie – m.in. wypytując Rose o  jej dzieciństwo i  każąc jej zrobić listę swoich wrogów – które w pewnym momencie zaczyna obejmować także Sofię, zachęcaną przez lekarza do zyskania na śmiałości poprzez kradzież ryby na targu. Dorastająca córka, która nie może pozbyć się separacyjnego lęku, wybaczyć nieobecnemu ojcu, uniezależnić finansowo i emocjonalnie od matki? Matka, która wymyśla sobie choroby, żeby przytrzymać córkę przy sobie i nie dać się zaskoczyć jej nagłym odejściem? Brzmi znajomo? Nieschematyczność postaci nie jest najmocniejszą stroną prozy Levy, podobnie jak nie jest nią nieprzewidywalność wydarzeń – choć w zakończeniu powieści autorce udaje się czytelnika zaskoczyć. Mocną stroną natomiast jest narracja, utrzymana w niepokojąco spokojnym tempie, senna, ciągnąca się jak godziny spędzane na gorącej andaluzyjskiej plaży, nieskutecznie kamuflująca podskórne napięcie towarzyszące bohaterom. Narratorką jest apatyczna Sofia, która nawet najdziwniejsze i najbardziej niepokojące wydarzenia przedstawia tak, jakby niewiele się różniły od wydarzeń z codzienności. Przez to najbardziej szokujące fragmenty wywołują u czytelnika raczej uśmiech niż grozę, i jest to efekt zamierzony przez autorkę. Podobnie jak wywołanie zaniepokojenia dziwnie bezemocjonalnym trybem narracji. „Nie lubię niespokojnych zdań” – przyznała Levy w  przywołanym wcześniej wywiadzie – „W  im bardziej złożone zagadnienie planuję wniknąć, tym gładszej, doskonalszej powierzchni potrzebuję. Sprawiamy często wrażenie spokojnych, podczas gdy tak nie jest. Każdy z nas ma w sobie burzę. Nie muszę wam wierzyć, że jesteście spokojni, tak jak wy nie musicie ufać mojemu spokojowi”. Skoro tak, to autoanaliza, której dokonuje Sofia, nie może się do końca udać. Narzędzia antropologii kulturowej, które stosuje do opisu siebie i  innych, wypadają jej z  rąk, w równym stopniu pomagają, co utrudniają samopoznanie i  zrozumienie Drugiego. Levy pokazuje to w  mistrzowski sposób, puszczając do nas oko ponad głową Sofii i  wprowadzając drugą narratorkę. Ta nie ma imienia, pojawia się i znika, zajmując w powieści niewiele miejsca. Jej identyfikacja z jedną z bohaterek Gorącego mleka to zadanie, które czytelnik musi wykonać samodzielnie. Sami musimy też dostrzec, kiedy inteligencja Sofii obraca się przeciwko niej i zamienia w potwora intelektualizacji – wyjątkowo paskudny mechanizm obronny skutecznie utrudniający dostrzeżenie własnej wartości i zbudowanie jej trwałego poczucia u osoby nim się posługującej. U Sofii intelektualizacja to najlepiej wyrobiony mięsień, utrwalony przez lata studiów uniwer-

35


Deborah Levy

syteckich, dystansujący ją od innych, a zwłaszcza od matki, schowanej z  kolei za parawanem hipochondrii. Być może gdyby obie zrzuciły na moment swoje zbroje, zawiesiły sądy na swój temat i posądziły się o dobre intencje, porozumienie stałoby się możliwe. Ale wybaczanie ran, zaniechań i zaniedbań bywa na co dzień trudne, dlatego matce pozostaje wytykanie Sofii nieuczesanych włosów, córce – krycie się przed Rose ze swoimi pragnieniami. Gorące andaluzyjskie słońce, a przede wszystkim miłość do pewnej tajemniczej kobiety robią jednak swoje i podświadomość Sofii zaczyna dochodzić do głosu, ujawniając tłumione do tej pory potrzeby emocjonalne. To również w  powieści zostaje zaprezentowane mistrzowsko, z delikatnością i  wyczuciem. Za pomocą wplecionego w  narrację drobnego incydentu – pięknie prezentującego działanie projekcji, jednego z  podstawowych psychologicznych mechanizmów obronnych – Levy mówi czytelnikowi wszystko, co powinien wiedzieć o odkopanym przez Sofię marzeniu o bezwarunkowej miłości. Chaotycznie i  po omacku, nie zawsze w  pełnej zgodzie z  normami etycznymi, a  nieraz zupełnie je łamiąc, młoda kobieta budzi się do życia. Udaje się w podróż do ojca, poznaje swoją nową rodzinę, grecką macochę i maleńką siostrę. W dramatycznych okolicznościach pozostawia bez opieki matkę. Wdaje się jednocześnie w dwa różne romanse, z kobietą i  mężczyzną, za przyczyną jednego z  nich wkraczając w już istniejący trójkąt miłosny i funkcjonując w nim jako „ta czwarta”… Zaczyna działać, a  działając zaczyna odkrywać podstawowe prawa dorosłości, te najbanalniejsze – że porażki nie zawsze udaje się przekuć w lekcje, sprawiedliwość nie istnieje, samotność nie jest krótkotrwałym stanem emocjonalnym, ale jedyną formą naszego istnienia, i to całkiem już najbrutalniejsze – że żyjąc okradamy z życia innych, naszych najbliższych, dla których zawsze jesteśmy „za daleko”. Sofia jest „za daleko” dla swojej matki, zwłaszcza wtedy, gdy nie odstępuje jej na krok. W eseju Political Purpose znajdującym się w autobiograficznym zbiorze Levy Things I don’t want to know, autorka Gorącego mleka pisała, że obraz matki, jaki nosimy w sobie jako istoty społeczne – i zarazem obraz, o który toczymy polityczne spory – jest pewnym złudzeniem, czymś, co nie istnieje naprawdę. I  to złudzenie – a  nie rzeczywiste, istniejące wokół nas matki – jest tym, co kochamy jako społeczeństwo. Być może to feministyczna świadomość kazała pisarce odmalować Rose jako potwora – może tylko tak udaje się dzisiaj odtabuizować macierzyństwo, pokazać matki jako istoty z krwi i kości, które nie tylko dają, dają, dają, ale czasem także potrzebują, potrzebują, potrzebują, nieraz aż za bardzo. Mimo to zaczyna mi powoli brakować bardziej zniuansowanych wizerunków matek w  literaturze (także polskiej) i  dlatego z  ulgą odkrywałam, że melancholijny i  jednocześnie zabawny sposób opowiadania historii ratują powieść przed popadnięciem w  jednoznaczność. Dowcipna i błyskotliwa Rose momentami daje się lubić, a porozumienie nawiązujące się czasem między bohaterkami zarysowane jest w Gorącym mleku delikatnie, ale zauważalnie. Sofia i Rose otwierają się przed sobą nawzajem dopiero, gdy dadzą sobie wcześniej odrobinę oddechu – trochę tak jak drzwi hotelowe w Alexander Plaza w Berlinie, które otwierały się przed Levy dopiero, jak odsunęła się od nich na co najmniej pół metra.

36

TO, CZEGO NIE MOŻNA POWIEDZIEĆ KAROLINA SAŁDECKA-KIELAK

Młoda Sofia Papastergiadis opuszcza Londyn i wraz z matką udaje się do Hiszpanii, do kliniki doktora Gomeza. Wyjazd oznacza dla dwudziestopięciolatki porzucenie pracy w kawiarni oraz zawieszenie pracy doktorskiej z zakresu antropologii kultury. Podróż, andaluzyjskie plaże, konflikt z matką, jej choroba, nowe znajomości, związki, a może raczej erotyczne przygody. Opis fabuły zwraca się w kierunku lekkiej wakacyjnej lektury, przez co nieco trąci banałem? Byłoby tak, gdyby nie obnażone i  nazwane wprost relacje pomiędzy matką a córką, bez wątpienia wyniszczające obie strony. Czytając Gorące mleko można odnieść wrażenie, że Sofia zbyt wcześnie przestała być dzieckiem i weszła w rolę dorosłego, odpowiedzialnego partnera, a  nawet rodzica. Matka zaś z pewnego rodzaju ulgą złożyła na barki córki sprawy takie, jak myślenie o przyszłości, zabezpieczenie mieszkaniowe i finansowe obu kobiet. Wszak Sofia udaje się do ojca nie po to, by odnaleźć z nim relację, w której istnienie i możliwość odbudowania sama nie wierzy, lecz po dług z przeszłości – pyta ojca o pieniądze; przy okazji jedynie poznaje jego młodą żonę i kilkumiesięczną przyrodnią siostrę. Podróż do Grecji pozbawia dziewczynę złudzeń, bowiem jest dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Fanatycznie religijny ojciec jest całkowicie oderwany od rzeczywistości, a Sofia poprzez swoją podróż wydaje się jedynie potwierdzać to, co przypuszczała. Jak do spotkania z ojcem przygotowała ją matka? Otóż odpowiedź mieści się w  zdawkowych wzmiankach Rose Papastergiadis, która – jak może nam się z  początku wydawać – poradziła sobie z  porzuceniem, a  jednocześnie nieustannie dźwiga ciężar porażki i usiłuje powstrzymywać się od wypowiedzeń oceniających ojca. Kobieta jest zgorzkniała, uwielbia użalać się nad sobą i  w  sposób nie do końca chyba uświadomiony, lecz sprawiający jej przyjemność

fabularie 2 (13) 2017


Deborah Levy

i swego rodzaju spełnienie, dręczy Sofię własną rzekomą chorobą, niedołężnością i postawą zdziecinniałej staruszki (przy czym wiekowo staruszką nie jest). Łatwo rozpoznać więc w relacjach matki i córki specyficzną niezdrową symbiozę, wręcz sadyzm, który daje niedozwoloną przyjemność. Paradoksalnie, daje ją obu stronom. Nie bez przyczyny w powieści mowa o miłości, która „tnie jak topór”. Miłość do matki jest zatem niebezpieczną siłą, której niepowstrzymany prąd jest przyczyną niezdrowego uwikłania. Ta specyficzna sytuacja powoduje także inne komplikacje w emocjonalnym życiu dziewczyny. Można to stwierdzić obserwując powierzchowne relacje, jakie Sofia tworzy z  Ingrid, studentem z  punktu medycznego na plaży, ze swoimi londyńskimi znajomymi, a  wreszcie z matką i ojcem, z którymi chce, a jednocześnie boi się być blisko. Strach przed emocjami jest niebezpieczny, obnaża, demaskuje, obdziera wierzchni naskórek i  ukazuje rany. To nie somatyczne cierpienia, lecz duchowe leżą u podstaw cierpienia rodziny Papastergiadis oraz innych. „Pewnego dnia jadłam śniadanie w  kawiarni w  Paryżu i w karcie dań znalazłam lait chaud – gorące mleko. Od razu skojarzyłam to z  brytyjską – choć nie tylko – tradycją serwowania dzieciom chorym lub mającym problem ze spaniem bardzo ciepłego mleka, które ma je wyciszyć, ukoić, a  także wzmocnić organizm. Ale gorące mleko jest czymś innym, bo parzy w  język i  podniebienie, pozostawia ślady. I taką właśnie relację chciałam opisać – co jakiś czas sprawiającą ból, niepozwalającą o  sobie zapomnieć” – mówi Deborah Levy w rozmowie z  Michałem Nogasiem w „Wysokich Obcasach”, nr 29 (941). To zatem emocje rozkładają od środka stosunki pomiędzy kobietami, żadna z nich nie potrafi przerwać komunikacyjnej blokady, impasu. Postać doktora Gomeza (lekarza czy szarlatana?) wydaje się katalizatorem tłumionych, niewypowiedzianych emocji pomiędzy kobietami. Ekscentryczny Hiszpan potrafił bowiem zdemaskować grę nieprzystępnej Rose, zgorzkniałej i  niepewnej hipochondryczki, która kocha córkę i – zapewne jak większość matek – chciałaby zabezpieczyć jej przyszłość, zapewnić matczyną i  ojcowską opiekę jednocześnie. Rose udaje chorobę, by utrzymać córkę przy sobie, uzależnić ją od siebie, chociaż zdaje sobie sprawę z  nieuczciwości własnego postępowania. Kobiety nie rozmawiają szczerze, unikają siebie nawzajem, w zasadzie nie odzywają się do siebie poza typową komunikacją związaną z  opanowywaniem codzienności. Obserwują się jednak skrycie i dokładnie wiedzą, jakie są ich wzajemne potrzeby. Sofia pragnie silnej matki (bez frustracji i lęków na wyrost), a Rose silnej córki (również bez frustracji). Powieść Levy przypomina Wszystkie szczęśliwe rodziny Carlosa Fuentesa. Podobnie jak w  zbiorze opowiadań, u  finalistki Man Booker Prize pojawia się pytanie o możliwość scalenia poszarpanych relacji. Pytanie o  nadanie kształtu całości, powrót porządku. Czy rodzina to zawsze ból, niewyjaśnione sytuacje, przemilczane urazy? W cytowanej już rozmowie z Michałem Nogasiem autorka Gorącego mleka wspomina o kulturowym dziedzictwie, schematycznych zachowaniach, będących jak gdyby immanentną częścią naszego życiorysu, wdrukowaną pamięcią,

fabularie 2 (13) 2017

która decyduje o naszym postępowaniu. Levy uważa, że zbyt łatwo żonglujemy wspomnieniami: „Gdy coś jest dla nas zbyt bolesne, niewygodne, gdy nie możemy tego znieść, robimy wszystko, by wspomnienia do nas nie powracały. To jedno z  wytłumaczeń, dlaczego nie wyciągamy wniosków z  błędów własnych oraz tych popełnianych przez naszych przodków. Operujemy schematami. A  pamięć ma przecież wiele poziomów i wymiarów, nie da się jej oszukać”. Miłość Sofii i Rose została ukazana w sposób niezwykły, wielowymiarowy, również puentę powieści można rozumieć niejednoznacznie… Wolność? Zerwane więzi? Porozumienie? Językowa oszczędność Levy pozwala nie tylko na interpretacyjną dowolność, ale daje możliwość wejścia w rolę poszczególnych postaci i odczytywania ich na podstawie szczegółów fabularnych, ich pamięci, przeszłości, nieodwracalnych, nierzadko tragicznych zdarzeń z  ich życia (na przykład doświadczenia Ingrid, córki Gomeza, wspomnienia matki i córki o ojcu Sofii). Naprzemienna czułość i  zadawanie bólu, wzbudzanie poczucia winy w  córce, czynienie z  niej kogoś w  rodzaju służącej czy niewolnicy niekoniecznie oznacza wrodzone okrucieństwo Rose, lecz poważne problemy emocjonalne, wewnętrzną walkę z  własną przeszłością, poczuciem odrzucenia, samotnością. Levy nie daje gotowego przesłania, jednak podkreśla, że bliskim relacjom najbardziej zagraża milczenie. To ono prowadzi do konfliktów, nieporozumień, fałszuje rzeczywistość, a jednocześnie istotne jest przecież właśnie „to, czego nie można powiedzieć”. Jak poradzić sobie z tym paradoksem? Gorące mleko to swego rodzaju próba zebrania i scalenia strzępów emocjonalnych relacji, bliskości, wspomnień – pomiędzy rozmową a ciszą.

Deborah Levy Gorące mleko tłum. T. Bieroń wyd. Znak Kraków 2017

37


Proza

Klinika KATARZYNA SIKORA-BOROWIECKA

– Justynko, już jesteś? Przyjechała ciocia Agnieszka – przesadnie podniecony głos matki dobiegł z  różowego saloniku. Szarpałam się z drzwiami, zanim udało mi się je zamknąć pod naporem wichury. Policzki szczypały po zetknięciu z ciepłem. Zapach kawy i piernika uświadomił mi, że od śniadania nic nie miałam w ustach. – Dzień dobry! – krzyknęłam do ciotki. – Jak dyżur? – Matka weszła do przedpokoju, przewróciła oczami. Uśmiechnęłam się, mina nie pasowała do wystrojonej w białą garsonkę postawnej profesor neurochirurgii. Ciotka Agnieszka, bliźniacza siostra matki, emerytowany prokurator, należała do tych osób, które wpadają na kawę, a zostają na tydzień. Że też musiała przyjechać akurat dzisiaj. – Mamuś, w porządku. Jestem tylko trochę zmęczona – mówiłam jak robot, równocześnie wciskając taser do szuflady komody po babci. Ciotka Agnieszka na pewno zainteresowałaby się, po co mi taka broń. Przyszpiliłaby mnie masą pytań, w ciągu minuty zmusiłaby do przyznania się do winy, po czym postawiła w stan oskarżenia. Cholerstwo nie mieściło się między wełnianymi szalami. Wyjęłam stertę, podałam matce. Automatycznie odłożyła na półeczkę nad wieszakiem, równocześnie wpatrywała się we mnie czekając na wieści. – Sprawdzę za godzinę – wyszeptałam. Skinęła głową na znak, że się wszystkim zajmie, i poszła do kuchni. Weszłam do salonu, żeby ucałować ciotkę na przywitanie. Nie wybaczyłaby mi, gdybym od razu poszła do siebie. Ciotka rozsiadła się na atłasowej kanapie przed kominkiem i z kieliszeczka wielkości naparstka sączyła nalewkę z pigwy. Mama postanowiła ją upić, aby przytępić zmysły. Podeszłam i cmoknęłam ciotkę w oba policzki. Zmierzyła mnie wzrokiem. – Dziecko, coś ty ze sobą zrobiła? – Nie mogła ukryć zdumienia na widok mojej bezkształtnej sukienki w mysim kolorze, ściętych na jeża i pofarbowanych na czarno, kiedyś długich blond włosów. – W  sumie nie wyglądasz najgorzej. – Uśmiechnęła się. – Ale wolałam poprzednią wersję. – To taki mój nowy image – Zmusiłam się do uśmiechu. Nigdy nie zdradziłabym ciotce przyczyn mojej metamorfozy. Po nitce doszłaby do kłębka. Zatarła dłonie, przez głowę przeszła jej nowa myśl. – Słyszałaś o  tym gwałcicielu z  Bemowa? – zapytała

38

i zrzuciła z kanapy kwieciste poduszki, robiąc mi miejsce obok siebie. Nie usiadłam. Drewno w  kominku strzeliło, miałam wrażenie, że to odgłos broni palnej. Zrobiło mi się zimno, choć było tu tak gorąco, że poczułam się jak kurczak na rożnie. Przymrużyłam oczy udając, że próbuję sobie przypomnieć. – To się w głowie nie mieści, jak oni teraz pracują. Dowody dostarczone przez prokuraturę zostały podważone, zaświadczenie biegłych o  okaleczeniu ofiary na okres dłuższy niż siedem dni gdzieś się zapodziało. Oskarżony dostał jedynie wyrok za napaść! Pięć lat w zawieszeniu! – naprowadzała mnie. – Ach, tak, przypominam sobie – skłamałam, bo pamiętałam doskonale. – Niedawno skazany poszedł do lekarza skarżąc się na obniżone libido. Lekarz był zdumiony odkryciem. Pacjent przypomniał sobie tylko, tyle że został zaatakowany, ktoś przyłożył mu szmatę ze środkiem usypiającym. Ocknął się kilkanaście godzin później na klatce schodowej w swoim bloku. – I? – zapytałam udając zainteresowanie. – Został wykastrowany! Za takie okaleczenie grozi dziesięć lat pozbawienia wolności. Nie słyszałaś o tym? Słyszałam, ale byłam zbyt zmęczona, żeby się teraz nad tym zastanawiać. W dodatku za godzinę znów czekała mnie praca. – Muszę się zdrzemnąć. Ciocia nie będzie mi miała za złe, jak pójdę do siebie? – Ależ nie, kochanie, porozmawiamy przy kolacji – powiedziała i  uśmiechnęła się. Zaczęłam nabierać pewności, że ciotka wie o naszej misji. Weszłam do sypialni, zostawiłam uchylone drzwi, nie chciałam być całkiem sama. Próbowałam zebrać siły przed operacją, tym bardziej że matka nie mogła mi asystować. Musiała odwracać uwagę ciotki. Położyłam się i od razu zasnęłam. We śnie znów leżałam na ulicy, z nieba siąpił drobny deszcz, a ten potwór pochylał się nade mną i dyszał, owiewając moją twarz smrodem przetrawionego alkoholu. – Dobrze ci, dziwko, co? – wychrypiał i znów wbił się we mnie. – Mała kurwa! – wrzasnął. Zerwałam się z  łóżka. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że czuję na twarzy zimne kropelki deszczu, ale szybko przegnałam marę. Wyszłam z  sypialni i  zbiegłam po schodach obitych miękką wykładziną. Rozmowa matki z  ciotką dobiegała z kuchni. Drzwi były zamknięte. Wyjęłam z komody taser i poszłam do garażu. Otworzyłam bagażnik. Już nie spał. Próbował krzyczeć, ale przez taśmę izolacyjną, którą zakleiłam usta, nie wydobył się żaden dźwięk. Pomogłam mu wysiąść. Zatoczył się na zdrętwiałych nogach, ale na widok tasera szybko odzyskał władzę w mięśniach. Pozwolił sprowadzić się do piwnicy. Przekręciłam klucz w  zamku i  weszliśmy do „kliniki”. Spojrzał na stół operacyjny, przez chwilę przyglądał się też aparaturze medycznej; poczu-

fabularie 2 (13) 2017


Proza

łam, jak jego mięśnie natężają się. Musiał słyszeć krążące po mieście opowieści o setkach kastratów. Pogłoski zresztą odnosiły skutek i do nowych gwałtów dochodziło coraz rzadziej. Tylko nieliczni idioci ryzykowali dla chwili przyjemności. Wyszarpnął się, przyłożyłam taser do jego pleców, uruchomiłam. Facet wydał z siebie jęk i padł na posadzkę. Na wszelki wypadek przycisnęłam mu do twarzy maskę ze środkiem usypiającym. Podeszłam do łóżka, opuściłam je i podjechałam do faceta. Musiałam zapierać się stopami o ścianę, żeby wtoczyć kawał chłopa na łóżko. Rozebrałam, zdezynfekowałam i przeprowadziłam zabieg. Pół godziny później zasiadłam do kolacji. Na wszelki wypadek wzięłam do jadalni taser. Owinęłam go szczelnie w kaszmirowy szal i położyłam sobie na kolanach. Jeżeli ciotka połapie się, co robimy, będę musiała ją unieszkodliwić. A  może nawet zabić? W  przeciwnym razie doniesie na nas na policję. Nic nie powstrzymałoby praworządnej prokurator przed wymierzeniem sprawiedliwości. Nawet więzy krwi nie miałyby dla niej znaczenia w obliczu zdemaskowania zbrodni. Nie bardzo właściwie wiedziałam, po co mi ten taser. Mogłabym sparaliżować ciotkę i co dalej? Zabić ją? W  ostateczności musiałabym ją zabić. Jeżeli wpakuje nas do więzienia, to kto pomści te wszystkie ofiary gwałtów? Czy mama przeżyłaby za kratkami? Ile lat wyroku mogłoby nam grozić? Pięćdziesięciu pięciu kastratów! Dziesięć za każdego unieszkodliwionego. Czy to się sumuje?! Gonitwa myśli nie dawała mi spokoju. Poczułam na sobie badawcze spojrzenie ciotki. – Już wiem, co tu jest grane – oświadczyła z taką miną, jaką musiała raczyć oskarżonych o najcięższe zbrodnie. Złapałyśmy się z  mamą za dłonie. Wstrzymałam oddech. Z  ogrodu dotarło pohukiwanie sowy. Wypuściłam dłoń matki. Wymacała na moich kolanach zawiniątko. Spróbowała je schwycić, ale przesunęłam je poza zasięg jej dłoni. Delikatnie wysunęłam lufę tasera spod szala. Matka obrzuciła mnie zrozpaczonym spojrzeniem. Wciąż trzymając taser na kolanach wymierzyłam w ciotkę. Serce waliło mi teraz w piersi jak oszalały młot pneumatyczny. Po omacku szukałam palcem spustu. – Masz tam kogoś! – wykrzyknęła ciotka. Ręka zaczęła mi drżeć, spotniała, otarłam ją o chustę i znów zaczęłam macać w poszukiwaniu spustu. – To do niego wymykałaś się do garażu? – zapytała. Oblała nie fala gorąca. Matka złapała mnie za dłoń. Po jej skroni ściekała kropelka potu. Wyrwała mi z  ręki taser i  zepchnęła go z  moich kolan. Spadł na miękki dywan. Odgłos uderzenia wygłuszył wełniany szal. I tak nie miałabym odwagi zabić ciotki. Dalsze ukrywanie się nie miało już sensu. – Tak, mam kogoś… trzymam go w  piwnicy – wyznałam ze skruchą. Spuściłam głowę. Na co ciotka klepiąc się po udzie wybuchła gromkim śmiechem. Podniosłam wzrok i  spojrzałam na nią badawczo. – A to dobre! Doskonałe! – wykrzyknęła radośnie ciotka. – Kiedy ślub?

fabularie 2 (13) 2017

REKLAMA

Kwartalnik „Fabularie” i Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy zapraszają na:

PIERWSZY

KULTUROPIS

CZYLI TARGI CZASOPISM Czasopisma społeczno-kulturalne i literackoartystyczne to nie tylko wypełniane co jakiś czas nową treścią działy prozy, poezji, esejów, recenzji, wywiadów i sprawozdań z ważnych wydarzeń kulturalnych i artystycznych. To także obieg podobnych lub zbliżonych do siebie myśli i idei, które pojawiły się w tym samym czasie w umysłach twórców z różnych krańców Polski. Kwartalniki, półroczniki, nieregularniki poświęcone szeroko rozumianej kulturze i różnym dziedzinom sztuki. Z Bydgoszczy, Gdyni, Poznania, Krakowa, Łodzi, Warszawy, Mikołowa, Brzegu i nie tylko. Papierowe i sieciowe. Kto je czyta, dla kogo powstają, kto je tworzy? Dlaczego tak ważne jest, żeby były nie tylko mądre, ale i ładne? Czy można już mówić o pewnym środowisku ich twórców – powstałym ponad granicami polskich województw? Co nas, twórców czasopism, łączy, a co dzieli? Jak istotna jest dla nas lokalność? Na te i inne pytania będziemy próbowali odpowiedzieć podczas pierwszego „KULTUROPISU”. Pochylimy się nad sytuacją czasopism społeczno-kulturalnych i artystyczno-literackich i ocenimy kondycję tych wydawnictw w Polsce. Przeprowadzimy remanent nowych trendów i kierunków. Ocenimy aktualną moc opiniotwórczą czasopism i spytamy, do czego nam twórczy design. Razem z zaproszonymi redakcjami będziemy rozmawiać także o kulturze stanu najnowszego. Chcemy się spotkać, chcemy się poznać, chcemy porozmawiać. Uważamy, że głos małych, średnich i dużych czasopism społeczno-kulturalnych oraz literacko-artystycznych jest ważny i w sposób istotny może przyczyniać się do budowania w Polsce społeczeństwa obywatelskiego.

PRZYJEDŹ DO NAS I WYPOWIEDZ SIĘ!

KULTURA TO TY.

Bydgoszcz, 29–30 listopada 2017 r. Organizatorzy: kwartalnik „Fabularie” i Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy Partnerzy: Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy, Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. dr. Witolda Bełzy w Bydgoszczy Prowadzenie: Filip Fierek

39


Z czyśćca

Pocztówki z czyśćca literatury (8): Krystyna Nepomucka

Brudne stopy pięknych dziewczyn OLGA WRÓBEL

Biblioteka Narodowa od kilku lat organizuje w Warszawie czerwcową imprezę czytelniczą pod hasłem: „Imieniny Jana Kochanowskiego”. W  tym roku honorowym gościem imieninowym został Joseph Conrad, po raz kolejny mistrz Jan nie zaprosił kobiety. Wraz z Magdą Majewską z kolektywu Warszawa Czyta upomniałyśmy się o literatki w panelu „Dziewczyny wpraszają się na imieniny”. Kiedy skończyłyśmy swoje wywody o  pisarkach, które powinny zasiąść z Kochanowskim za świątecznym stołem, rozległy się głosy z  publiczności, dodające do naszej listy własne faworytki. Jedna z pań (jak to brzmi?! Kiedy wreszcie ludziom będą się wyświetlały nad głowami wizytówki?) wymieniła Krystynę Nepomucką, której nazwisko obiło mi się być może o uszy, ale jakoś tak bez konkretów. Jakież było moje zdumienie, kiedy dwa dni później, sumiennie przeczesując „wystawki” dzielnicowych bibliotek, natknęłam się na Rozwód niedoskonały Nepomuckiej właśnie! W takich chwilach boję się, że ktoś jednak steruje moim życiem (wolałabym kosmitów lub CIA niż boga), ale może o tym lepiej nie rozmawiajmy. Wrzuciłam nieco wymięty egzemplarz do walizki i  udałam się na szalony, bezinternetowy urlop, stwierdzając z  wściekłością, że Wydawnictwo Anta postarało się wydać Nepomucką w sposób wielce tajemniczy. Książka zaopatrzona jest jedynie w okładkowy opis stwierdzający, że mamy do czynienia z drugim tomem sześcioksięgu, ale można traktować go jako samodzielną całość – i że niezbędne będą chusteczki. To tyle. Żadnej stopki, żadnej strony redakcyjnej, daty wydania, NIC. Nawet odkrycie nazwy wydawnictwa wymagało zdarcia bibliotecznych naklejek z  grzbietu. Poczułam się trochę rozczarowana, ale z drugiej strony uznałam, że to świetna okazja, żeby ocenić Rozwód niedoskonały z  poziomu absolutnej niewinności.

40

Jeżeli bohaterka na pierwszych dwóch stronach poznaje na spacerze w Łazienkach przystojnego oficera lotnictwa i  udaje się z  nim do służbowej kawalerki na Okęciu, to jak sytuowalibyście akcję powieści? Kiedy „za mundurem panny sznurem” najlepiej opisywało polską rzeczywistość? (Z  konkursu wyłączamy lata emisji Czterech pancernych i  psa). Tak, w  dwudziestoleciu. Akcja powieści rozgrywa się w  późnych latach trzydziestych i  w  okresie wojennym, co osobiście bardzo lubię, ale dzięki dezynwolturze wydawnictwa nie miałam możliwości stwierdzić, czy Nepomucka pisze „na żywo”, czy może stylizuje Rozwód niedoskonały na powieść z epoki. Odważne pasaże obyczajowe przemawiałyby za tym drugim rozwiązaniem, ale ostatecznie czytałam Upiory Marii Ukniewskiej z porażającym opisem późnej aborcji, więc powstrzymałam się przed pochopnymi diagnozami. Jak wypada Rozwód niedoskonały? Dość powiedzieć, że przez pierwsze dziesięć stron byłam zirytowana czytaniem drugiego tomu jakiejś tam książki poleconej przez panią z publiczności, i to jeszcze na cennym urlopie, a po kolejnych dziesięciu nie mogłam się oderwać od lektury, dzięki czemu niedoglądana córka zjadła całą paczkę herbatników w  czekoladzie i  spakowała do mojego plecaka niebagatelny zasób podgniłych okazów przyrodniczych z  pobliskich szuwarów. Nepomucka czyta się jak zła – a  jednocześnie, wchłaniając literaturę jak najbardziej popularną, nie miałam wrażenia, że oddaję się taniej rozrywce i  marnuję czas (o  wewnętrznym przymusie czerpania profitów umysłowych z  każdej lektury też lepiej nie rozmawiajmy). Ostatnio zdarzyło mi się to przy Stangrecie Jaśnie Pani Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Gdzie są dzisiaj takie pisarki?

fabularie 2 (13) 2017


Z czyśćca

Imię bohaterki – narratorki pierwszoosobowej – nie pada, przynajmniej w tym tomie. Jest ona młodą dziewczyną z  nieszczególnie zamożnej rodziny, która jakiś czas temu rozstała się z  mężem, synem państwa radcostwa z  wyraźnie lepszego świata, kręcącego nosem na mezalians. Ojciec bohaterki jest drobnym kombinatorem, który w  momencie rozpoczęcia akcji odsiaduje w  więzieniu na Mokotowie malwersację na żenującą kwotę 150 zł, matka zajmuje się domem. Bohaterka nie bardzo ma środki do życia, dlatego ima się różnych zajęć, żeby w końcu jako początkująca tancerka rewiowa oczekiwać premiery show, zapowiadanej na pierwsze dni września 1939. Jej otoczenie to kobiety, na różne sposoby próbujące przetrwać w  świecie, w  którym przetrwanie to zależy od mężczyzn: ojców, mężów, wpływowych kochanków. Jeżeli wyjść za mąż, to bogato i najlepiej z miłości, ale bez przesady. Jeżeli zostać utrzymanką, to nie za parę pończoch i butelkę mleka, jak powszechnie wyśmiewana przez koleżanki z  „baletu” Jadźka. Panowie natomiast niezbyt dorastają do swoich ekonomiczno-romantycznych zadań – począwszy od przedsiębiorczego, ale zapijaczonego ojca bohaterki, poprzez jej kabotyńskiego eks-męża, zainteresowanego wpływem śmietany na rozwój wielkości biustu oraz zadaniami, które stawia przed żoną Kościół katolicki, po bogatego partnera Kostyrówny, który w  bombardowanej Warszawie organizuje dla rodziny luksusowe towary, ale w  zamian wymaga absolutnego oddania młodej żony i co noc spełnia z nią małżeński obowiązek w przepełnionym schronie, przy aprobacie teściowej, bez szemrania akceptującej władzę zięcia. Widać już, mam nadzieję, że wbrew obietnicom z  czwartej strony okładki, Rozwód niedoskonały nie jest sztampowym melodramatem osadzonym w  międzywojniu. Nepomucka pisze o  brudnych stopach wiecznie głodnych kandydatek na girlsy, o  szczęściu, jakie daje noszenie sukien ze zbombardowanych domów, o wojnie, która dla bohaterki jest szansą – wyrwana z szarej, niekończącej się nędzy rozkwita w  czasach, które wreszcie są trudne dla wszystkich, nie tylko dla niej. Zapisuje się na tajne komplety, z  powodzeniem studiuje medycynę, z rozmysłem unika konspiracji, która mogłaby zniszczyć jej jedną jedyną szansę na zdobycie wykształcenia. Kiedy zachodzi w ciążę, rozważa aborcję. Kiedy jej rodzice przeprowadzają się z Warszawy do rozpadającego się domku pod Legionowem, myśli o  jego poprzednich właścicielach, którzy musieli być może „umrzeć na rozkaz” – to znaczy o zamordowanych Żydach. Jej matka w pobliskim zagajniku urządza pogrzeb skrzynki z  mydłem, które prawdopodobnie wykonane zostało z ludzkiego tłuszczu. Skupiam się tu na ciekawszych wątkach obyczajowych, ale książkę Nepomuckiej ciągnie oczywiście kwestia miłosna – czy bohaterce uda się pokonać przywiązanie do skretyniałego Bunia i rozpocząć samodzielne życie?

fabularie 2 (13) 2017

Piszę ten felieton przebywając nadal na urlopie, dlatego w zakończeniu mogę powiedzieć o Nepomuckiej tylko tyle, że urodzona w  latach 20. wydała pierwszy tom tego cyklu (czyli Małżeństwo niedoskonałe) w roku 1960. Tyle sprawdził mi trzeszczący na łączach mąż, zagoniony w dalekiej Warszawie do Wikipedii. Czyli jednak stylizacja na międzywojnie – ale przynajmniej autorka widziała je na własne oczy. Dalszą kwerendę wykonam po powrocie do miasta, nie omieszkam też sięgnąć po kolejne tomy (jeszcze pięć przede mną!), ponieważ Nepomucka mnie zaintrygowała, uwiodła i urzekła. No i nie czarujmy się – muszę po prostu wiedzieć, co się będzie działo dalej, tym bardziej że pani z imienin Kochanowskiego powiedziała, że ostatni tom, dotyczący starości, jest zdecydowanie najlepszy. Czytajcie pisarki, dziewczęta*, czytajcie, do jasnej cholery. * i chłopcy

Krystyna Nepomucka Rozwód niedoskonały wyd. Anta Warszawa 2000

41


His/toria

Szahada po polsku, czyli za waszą i naszą wiarę, i wolność TOMASZ BOHAJEDYN

ilustr. Tomasz Bohajedyn

Koneserzy filmowi pamiętają z pewnością, jak bohater Rękopisu znalezionego w Saragossie, kapitan gwardii walońskiej Alfons van Worden, podróżując przez bezludne góry Sierra Morena zapętlił się w orientalnej kabale. Kuszony i zwodzony przez tajemnicze księżniczki z rodu Gomelezów wciąż wraca do ich jaskini, która albo jawi mu się jako miejsce rozkoszy – sypialnia egzotycznych piękności, albo brama do innego wymiaru, albo zwyczajna ciemna grota pełna szczurów. Sceny te dobrze oddają fascynację ludzi Zachodu w XVIII i XIX wieku światem islamu – odkrywanym na nowo, a przede wszystkim podbijanym w przez imperia kolonialne. W  historii zdarzało się też tak, że niektórzy z  europejskich przybyszy, by znaleźć większy posłuch wśród werbowanych na kolonialny żołd autochtonów i łatwiej zarządzać podbitymi terenami, przechodziło na islam i przyjmowało miejscowe zwyczaje, a  nawet nazwiska. Dobrym przykładem takiego konwertyty jest emir Abd el-Kader, czyli Rudolf von Slatin – austriacki oficer, który służąc w  Sudanie Brytyjczykom, dzięki poparciu słynnego generała Charlesa Gordona został gubernatorem prowincji w  Darfurze. Po wybuchu powstania Mahdiego w  sierpniu 1881

42

roku i pierwszych klęskach wojsk anglo-egipskich generał Slatin przeszedł na islam, by, jak sam twierdził w  swych wspomnieniach, lepiej dowodzić swymi muzułmańskimi żołnierzami, którzy uważali, że pasmo ich klęsk z rąk mahdystów spowodowane jest tym, że na ich czele stoi chrześcijanin. Przejście Slatina na islam nie ustrzegło go jednak przed kolejnymi niepowodzeniami i w końcu niewolą. Jednak w  odróżnieniu od swego protektora, generała Gordona, ocalił głowę (zatkniętą na pal głowę Gordona widział na własne oczy po zdobyciu przez Mahdiego Chartumu). Po 11 latach niewoli, w  czasie której zmuszony był m.in. służyć nieprzyjacielowi swą wiedzą wojskową, zdołał uciec i powrócić na służbę królowej Wiktorii. Takich jak Slatin europejskich najemników czy awanturników, starających się zrobić karierę pod zielonym sztandarem proroka na pograniczu sudańsko-etiopskim, było znacznie więcej. Na przykład Szwajcar Werner Munzinger – egipski gubernator Kerenu i  Massawy (dzisiejsza Erytrea); Duńczyk, pułkownik Ahrendrup, i rodak Slatina książę Zichy na czele wojsk egipsko-sudańskich najeżdżali chrześcijańską Etiopię, a  francuski oficer, pułkownik Olivier, tworzył w sztabie Mahdiego plany kampanii przeciw wojskom anglo-egipskim. Wszyscy oni wypowiadali szahadę, by umocnić wpływy imperiów kolonialnych, którym służyli lub zwyczajnie – dla zysku. Byli jednak wśród nich i tacy, którzy w przejściu na islam widzieli ratunek dla zniewolonej ojczyzny. Chodzi tutaj oczywiście o Polaków. Dzisiaj często zapomina się o tym, że w patriotycznych kołach emigracji polskiej, a zwłaszcza w kręgu księcia Adama Czartoryskiego, świat islamu cieszył wielkim zainteresowaniem i  sympatią. Nie bez podstaw zwłaszcza w  Turcji widziano sojusznika walk o  niepodległość Rzeczypospolitej. Wszak to imperium osmańskie jako jedyne nie uznało rozbiorów i otwierało swe granice dla pokonanych powstańców – już od czasów konfederatów barskich. Nie dziwi więc, że polscy wojskowi, którzy znaleźli się w  Turcji, chętnie nakładali muzułmańskie zwoje, by móc organizować „polskie legiony” i walczyć pod sztandarami proroka z Rosją. Niewątpliwie najsłynniejszym polskim wojskowym w armii imperium osmańskiego był Murat Pasza, czyli generał Józef Bem. Po klęsce armii węgierskiej w 1849 roku, jako jej naczelny wódz musiał ze swym sztabem uciekać do Turcji. By móc wstąpić do armii sułtana, dokonał formalnej konwersji na islam. Początkowo bohater Polski i Węgier nie miał łatwego życia w swej nowej ojczyźnie, gdyż po ugodzie

fabularie 2 (13) 2017


His/toria

Rosji z Turcją z 29 grudnia 1849 roku został wraz ze swymi towarzyszami internowany najpierw w  Kütahyi, a  następnie w  syryjskim Aleppo. Mimo początkowych szykan tureckie władze szybko przekonały się, że nie opłaca się ich podtrzymywać wobec tak wszechstronnego człowieka, jakim był Murat Pasza. Zaczęto brać pod uwagę zarówno jego plany reform wojskowych, jak i  projekty „cywilne” – np. regulacji biegu Tygrysu i Eufratu. W 1850 roku odkrył, że Aleppo stoi na bogatych złożach saletry, siarki i żelaza. Początkowo za własne pieniądze otworzył małą wytwórnię prochu, która szybko zyskała dotacje państwowe. Do pracy w  powstającej fabryce prochu generał ściągnął kilkudziesięciu innych internowanych weteranów powstania węgierskiego. Planował, że z ich pomocą otworzy w Aleppo nowoczesną szkołę artylerii. Niestety, te ambitne plany przerwała kolejna i  jak się miało okazać – ostatnia wojna w  życiu generała Bema. W  październiku 1850 roku w  północnej Syrii przeciwko tureckiej władzy zbuntowały się plemiona beduińskie. Przeszło 30-tysięczna armia powstańcza otoczyła Aleppo grożąc, że jeśli nie otrzyma okupu, spali miasto, a jej mieszkańców wymorduje. Murat Pasza obronił Aleppo, mając do dyspozycji jedynie 16 armat i 1200 żołnierzy. W listopadzie zwycięski wódz zapadł na malarię azjatycką i  zmarł 10 grudnia. Wdzięczni Turcy pochowali go na starym cmentarzu wojskowym leżącym na skalistej górze Dżebel el Isam (Góra Wielkich Ludzi). Spoczywał tam do czerwca 1929 roku, kiedy jego szczątki sprowadzono do Polski i pochowano w rodzinnym Tarnowie, zgodnie z muzułmańską tradycją – głową w stronę Mekki. Nadzieje związane z odzyskaniem wolności przy pomocy Turcji osiągnęły swe apogeum w latach wojny krymskiej. Najgłośniejsi organizatorzy polskich oddziałów w  Turcji, przeznaczonych do walki u  boku koalicji antyrosyjskiej, to Michał Czajkowski, który po konwersji na islam przybrał nazwisko Sadyk Pasza, generał Władysław Zamoyski i Adam Mickiewicz. Niestety, z wielkich planów armii polskiej walczącej z  Rosjanami na Krymie niewiele wyszło. Adam Mickiewicz zmarł nagle 26 listopada 1855 roku w Konstantynopolu w nie do końca jasnych okolicznościach, a dwaj pozostali „wodzowie pułków kozaków sułtańskich”, choć obaj przysłani byli do Turcji przez księcia Adama Czartoryskiego, rozpoczęli ostrą rywalizację między sobą. Zwłaszcza Zamoyski, stary kunktator, zamieszany w  niesławną rejteradę korpusu generała Girolamo Ramorino do Galicji w czasie powstania listopadowego rozniecał waśnie wśród Polaków nad Bosforem. W odróżnieniu od Czajkowskiego, który jako szef Agencji Głównej Misji Wschodniej Hotelu Lambert przebywał w  Turcji od 1841 roku i  ściśle współpracował z  jej władzami, Zamoyski bardziej stawiał na współpracę z Brytyjczykami (i ich wywiadem), od których otrzymał stopień generalski, choć na froncie żadnej roli nie odegrał. Trwałą pamiątką po tamtych czasach jest polska miejscowość, którą Czajkowski założył pod Stambułem w marcu 1842 roku i nazwał na cześć swego mentora, księcia Adama Czartoryskiego, Adampolem. Pierwszymi jej mieszkańcami byli wykupieni z niewoli tureckiej jeńcy polscy, przymusowo wcielani do armii rosyjskiej na Kaukazie.

fabularie 2 (13) 2017

Przypomniano sobie starą, ponad 100-letnią przepowiednię Wernyhory, że Polska odrodzi się „po tym, jak Turek napoi konia w Wiśle”.

Znacznie więcej, jeśli chodzi o realną walkę z  Rosjanami, udało się osiągnąć jednemu z  oficerów generała Zamoyskiego – Teofilowi Łapińskiemu, który postanowił stworzyć polską „Legię Czerkieską” i  pójść na pomoc wodzowi antyrosyjskiego powstania na Kaukazie – Szamilowi. Łapiński swą karierę wojskową rozpoczął na Węgrzech w 1848 roku pod dowództwem generała Bema. Podobnie jak jego wódz, był oficerem artylerii i wsławił się nie jedną szarżą konnej artylerii w  bitwach z  rosyjskim korpusem interwencyjnym w  Siedmiogrodzie. W  czasie wojny krymskiej, jako podkomendny generała Zamoyskiego, przedzierżgnął się w  kawalerzystę i  na czele niewielkiego oddziału „kozaków otomańskich” prowadził dywersję na tyłach wojsk rosyjskich w północnej Bułgarii. Wtedy też, by „znaleźć łatwiejszy język z Turkami”, przeszedł na islam przybierając imię Teffik-beja. Ułatwiło mu to późniejsze kontakty z ortodoksyjnymi góralami kaukaskimi. Teffik-bej nie był pierwszym Polakiem, który walczył u boku powstańców Szamila. Już w 1844 roku konsul francuski z  Trebizondy donosił w  swym raporcie do Paryża, że „gwardia honorowa Szamila składa się z 400 jeźdźców polskich towarzyszących wodzowi we wszystkich jego wyprawach”. Również wychodzący ówcześnie w  Paryżu emigracyjny „Dziennik Narodowy”, charakteryzując wodza górali kaukaskich, pisał: „Szamil zawsze na koniu, na czele gwardii wybranej, złożonej po większej części z ułanów polskich i jazdy kozackiej”. Dowodzić miał nimi niejaki Orłowski, były oficer z powstania listopadowego. Inny weteran roku 1831, Szaniawski, był najbliższym doradcą wojskowym imama, a  jego artylerię organizowali oficerowie o  nazwiskach Dzik i  Zaręba. Także przerzucenie na Kaukaz większego oddziału polskiego planowali przed Łapińskim inni współpracownicy księcia Adama Czartoryskiego: Ludwik Bystrzonowski, Kazimierz Gordon, Władysław Jordan i  Ludwik Zwierkowski. Jednak ich plany udaremnił wywiad rosyjski, a Zwierkowski i Gordon stali się ofiarami zatrutych sztyletów carskich agentów rezydujących w Stambule. Z tego też powodu Łapiński trzymał swoje plany w bardzo ścisłej tajemnicy i dzięki temu udało mu się je zrealizować.

43


His/toria

ilustr. Tomasz Bohajedyn

W kwietniu 1857 roku pod osłoną nocy angielski parowiec „Kangoroo” wysadził na kaukaski brzeg, na północ od Tuapse, 80-osobowy oddział polskich „legionistów”. Pułkownika Teffik-beja i  jego ludzi przywitał osobiście jeden z najbardziej zaufanych wodzów Szamila – Mehemet-Anim, na czele jazdy czerkieskiej z  plemienia Szapsugów i  Nautuchajów. Wielką radość wśród Czerkiesów wywołał fakt, że Polacy przywieźli z  sobą sześć lekkich dział polowych. Zostały one zakupione za pieniądze niezawodnego księcia Adama, który sfinansował zresztą całą tę wyprawę. O  „Legii Polskiej w  Czerkiesji” Rosjanie dowiedzieli się boleśnie w  kilka tygodni po jej wylądowaniu, kiedy w  potyczce w  dolinie Adagumu Polacy rozgromili Kozaków generała Grigorija Filipsona. Wdzięczny Szamil oddał pod dowództwo Teffik-beja świetnych jeźdźców z plemienia Ubychów, których pancerze i miecze, „znaczone wyobrażeniem lub imieniem Marii, znakiem Krzyża lub ustępem łacińskim z Biblii”, świadczyły o kontaktach Ubychów z średniowiecznymi krzyżowcami. Niestety, męstwo czerkieskich górali w połączeniu z tą średniowieczną bronią nie mogło na dłuższą metę zatrzymać rosyjskiej piechoty uzbrojonej w nowoczesne karabiny i  artylerię. Już jesienią 1857 roku Polacy i  Ubychowie zostali otoczeni przez Rosjan pod Gelendżykiem. Wprawdzie Polacy wyrąbali sobie bagnetami przejście przez rosyjski kordon, ale stracili przy tym większość swych dział, co dla powstańców było niepowetowaną stratą. Mimo tej porażki, legia Teffik-beja wzrosła znacznie dzięki napływowi polskich dezerterów z  szeregów carskiej armii i  pod koniec roku liczyła ponad 120 żołnierzy i oficerów.

44

Mimo bohaterskiej walki górali kaukaskich, w październiku 1859 roku wojska rosyjskie zdobyły po długim i  uciążliwym oblężeniu górską twierdzę Gunib, w  której bronił się Szamil wraz ze swymi najbliższymi ludźmi. Imam Czerkiesów dostał się do niewoli i został zesłany do Kaługi. Po tej klęsce walki partyzanckie na Kaukazie tliły się jeszcze przez jakiś czas, ale brak broni i  amunicji, a przede wszystkim tak charyzmatycznego wodza, jakim był Szamil, powodowały, że dowódcy powstańczy rozpuszczali swe oddziały i uciekali poza granice rosyjskiego imperium. Podobnie stało się i  z  polską „Legią Czerkieską”. Polscy ochotnicy opuścili Kaukaz kilkoma grupkami, odpływając na tureckich statkach do Konstantynopola. Mimo porażki planów kaukaskich, Teofil Łapiński jeszcze długo prowadził swą „robotę niepodległościową”. Między innymi w 1863 roku stanął na czele międzynarodowej wyprawy, która na parowcu „Ward Jackson” wyruszyła z angielskiego portu, by dotrzeć do Żmudzi z ładunkiem broni dla polskiego powstania. I ta wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Lecz pamięć o Teffik-beju nadal była żywa w górach Kaukazu, a on sam znalazł w latach 1863 i 1877 kilku naśladowców, którzy starali się organizować partyzantkę antyrosyjską wśród plemion czerkieskich. Mimo że plany łączenia sprawy polskiej z  islamem i  imperium osmańskim nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Nawiązując do przywoływanego na początku Rękopisu znalezionego w Saragossie, dla Polaków błądzących po „drogach (i bezdrożach) prowadzących do niepodległości” egzotyczna stolica imperium osmańskiego jak „grota Gomelezów” okazywała się często tylko ciemną jaskinią pełną szczurów. A  jednak niespodziewanie w  1916 roku pojawienie się wyznawców Mahometa na ziemiach polskich zostało odebrane jako zapowiedź odzyskania niepodległości. Mianowicie, gdy w Krakowie pojawili się tureccy żołnierze z  sojuszniczego XV Korpusu, który został wysłany do walki z Rosjanami w Galicji Wschodniej, przypomniano sobie starą, ponad 100-letnią przepowiednię Wernyhory, że Polska odrodzi się „po tym, jak Turek napoi konia w Wiśle”. I rzeczywiście, nieco rok po wycofaniu się ostatniego żołnierza XV Korpusu z frontu galicyjskiego niepodległość Rzeczpospolitej stała się faktem, a do dzisiaj w starych gazetach można znaleźć zdjęcia tureckich żołnierzy biwakujących nieopodal dworca kolejowego w Krakowie. Z Wisły musieli brać wodę dla swych koni…

Bibliografia: J. Gordon, Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila, Paryż 1865 M. Gralewski, Kaukaz. Wspomnienia z dwunastoletniej niewoli, Warszawa 2015 W. Sulewski, Konterfekty dziwnych Polaków, Warszawa 1973 P. Nykiel, Słów kilka o tym, co łączy Wernyhorę z krakowską turkologią, [w:] Od Anatolii po Syberię. Świat turecki w oczach badaczy, red. E. Siemieniec-Gołaś, Kraków 2010

fabularie 2 (13) 2017


Dla dzieci

Uchodźca. Nowy kolega na placu zabaw KRZYSZTOF LICHTBLAU

Banałem jest napisanie, że literatura dziecięca jest odpowiedzią na to, co dzieje się na świecie i co musi zostać wytłumaczone młodym czytelnikom. Jednym ze źródeł takich zagadnień są media. Pojawiające się w nich nośne hasła, które są słyszane przez dzieci, powodują obowiązek (miejmy nadzieję) tłumaczenia ich przez rodziców. Z pomocą przychodzi tu literatura dziecięca. Takim hasłami w  ostatnim czasie były choćby zagadnienia związane z  genderem, homoseksualizmem, ekonomią czy różnymi chorobami (zespołem Downa, cukrzycą, etc.), a uzupełniania wymagały tematy II wojny światowej, różnorodności religijnej i spraw dotyczących fizjologii organizmu 1. Tematem, który zdecydowanie zdobył media w ostatnich miesiącach, są uchodźcy. Pojawiają się w wielu kontekstach, są różnego pochodzenia i  wyznania. Przede wszystkim jednak z  różnych powodów poszukują nowych domów w naszej części Europy. Jak widziane jest to przez pryzmat literatury dziecięcej? W artykule chciałbym przedstawić kilka przykładów najnowszych książek poświęconych temu zagadnieniu. Z jednej strony staram się więc je pozbierać, z drugiej – przedstawić pewne tendencje zarówno w kwestiach treści, jak i rozwiązaniach formalnych, a przy tym wskazać na wiek zakładanego odbiorcy tych książek. Rozpocznijmy książeczką Kot, który zgubił dom Ewy Nowak i  Adama Pękalskiego – odpowiedzialnego za ilustracje 2 . Tę publikację wybrałem na początek, gdyż przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników, czyli 3+.

Książka ta jest swoistym reportażem (tak przynajmniej jest zaklasyfikowana przez wydawnictwo), gdyż opowiada o prawdziwej historii kota – Kunkusha – oraz jego ludzkiej rodziny. Ataki w Iraku powodują, że rodzina wraz Z kotem postanawia emigrować z kraju. Na załadowanym po brzegi pontonie uciekają do Grecji. Podczas dobijania do brzegu kot z przerażenia chaosem ucieka z transportera. Rodzinie, mimo poszukiwań, nie udaje się go znaleźć, a muszą ruszać w dalszą drogę. Znajdują nowy dom w Norwegii. Rasowy i  udomowiony Konkush nie radzi sobie żyjąc w  dziczy miasta. Zostaje dostrzeżony przez mieszkańców i dzięki wolontariuszom trafia do rodziny zastępczej w Berlinie. To dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu tych drugich irackiej rodzinie udaje się odnaleźć kota. Wszystko kończy się więc szczęśliwie. Lubimy takie historie. Mamy tutaj przedstawienie tęsknoty za zwierzęciem. Często właśnie to los zwierzęcia jest przedstawiany w  tej wczesnej literaturze 3 . Dzięki temu historia ta nie ma być aż tak tragiczna, a przy tym dobrze pokazywać brak. Podobnie losy zwierząt zostały przedstawione w  innej książce – Wędrownych ptakach Michaela Rohera 4 . W  książce austriackiego autora mamy jednak metaforę ludzi-ptaków wędrownych, którzy pojawiają się w kolejnych miastach na chwilę, ale wszędzie są obcy. Potwierdzają to ilustracje, na których widzimy ludzi w maskach ptaków, co przypomina nieco słynny komiks Maus Arta Spiegelmana. Podsumowaniem historii jest zdanie pani Lorenz, która przygarnia „ptaki”: „Ludzie często boją się obcych. Dlatego nie chcą się z  nimi niczym dzielić ani nawet zbliżyć do nich” 5. W  ostatnim czasie ukazał się również Kot Karima i obrazki Liliany Bardijewskiej i Anny Sędziwy (ilustr.) 6 . W powieści przedstawione są losy uchodźców z Syrii i ich kota Bissa. Opowieść ta jest dla nieco starszych dzieci niż poprzednie dwie publikacje (7+). W kontekście tych „kocich” książek Ewelina Rąbkowska pisze: „Nieprzypadkowo zatem obydwie książki wprowadzają zagadnienie rasowości. Rasa, odmiana jest różnie postrzegana przez ludzi w  odniesieniu do nich samych i  do zwierząt” 7. Chodzi tu o  fakt, że rasowość w  kontekście zwierzęcym postrzegana jest pozytywnie, zaś w  kontekście ludzkim prowadzi do podziałów na Innych. Kot Karima i  inne obrazki to książka z  serii „Wojny dorosłych – historie dzieci” 8 Wydawnictwa Literatura, o  której można napisać wiele pozytywnych słów. Po publikacjach poświęconych m.in. II wojnie światowej Podobny zabieg zastosowany został np. w książce poświęconej gettu warszawskiemu: B. Dagan, Czika, piesek w getcie, Oświęcim 2012.

3

4 M. Roher, Wędrowne ptaki, przeł. K. Bratkowska, Warszawa 2017. Książka w oryginale ukazała się w 2012 roku. 5

Tamże, s. 21.

6

Kot Karima i obrazki, L. Bardijewska, A. Sędziwy (ilustr.), Łódź 2016.

Pozwalam sobie na niewymienianie tu konkretnych tytułów, gdyż literatura dziecięca opisująca te tematy jest bardzo bogata.

7

Kot, który zgubił dom, E. Nowak i A. Pękalski (ilustr.), Warszawa 2016.

8

1

2

fabularie 2 (13) 2017

E. Rąbkowska, Zwierzęcy uchodźcy w literaturze dla dzieci i młodzieży, „Ryms” nr 29, 2017, s. 2. Cała seria poświęcona jest dzieciom 7+.

45


Dla dzieci

Tematem, który zdecydowanie zdobył media w ostatnich miesiącach, są uchodźcy. Pojawiają się w wielu kontekstach, są różnego pochodzenia i wyznania.

w ostatnim czasie widoczny jest w  niej właśnie trend do opisywania uchodźców. Ukazały się w  niej: Chłopiec z Lampedusy9, Która to Malala?10, Hebanowe serce11, Teraz tu jest nasz dom 12 . I  tak pierwsza z  tych książek opowiada historię polskiej dziewczynki Andżeliki, która z mamą przyjechała na włoską wyspę Lampedusę w  celach zarobkowych. Młodej dziewczynie udaje się zaaklimatyzować w  nowym miejscu. Jednak jej życie zmienia się, gdy pewnego dnia będąc przy brzegu zostaje okradziona z  chleba przez czarnego chłopca. Kara, którą dostaje za to od matki, powoduje chęć zemsty dziewczynki, która wraz z koleżankami zaczyna poszukiwać chłopca. Znajdują go na skraju wyczerpania. Udaje im się dowiedzieć, że ma na imię Tandżin i pochodzi z Erytrei, a na wyspę przypłynął pontonem, który przewrócił się przed brzegiem, co doprowadziło do zagubienia rodziców. Chłopcem tymczasowo opiekuje się były burmistrz miasta. Pewnego dnia dostaje on telefon z  centrum ds. uchodźców w  Rzymie, że rodzice Tandżina znajdują się właśnie tam. Chłopak może wreszcie połączyć się z  rodziną. Podobną historię znajdziemy w  Hebanowym sercu, które jest opowieścią o Omance uciekającej z synem z ogarniętego wojną kraju. Która to Malala? to książka opowiadając historię Malalai Yousafzai, pakistańskiej autorki bloga, za który była później prześladowana przez talibów. W 2014 roku została najmłodszą laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. W  mniejszym stopniu jest więc to historia uchodźców, a  w  większym przedstawienie historii osoby, która pochodzi z kraju, gdzie prześladowani obywatele poszukują nowego domu. Innego rejonu świata dotyczy Teraz tu jest nasz dom. W historii tej znajdziemy opowieść o ukraińskiej rodzinie, która musi zostawić swój dobytek w  ogarniętym wojną Doniecku i uciekać do Polski. W nowym kraju tra-

9

Chłopiec z Lampedusy, R. Witek, J. Rusinek (ilustr.), Łódź 2016.

10

Która to Malala?, R. Piątkowska, M. Szymanowicz (ilustr.), Łódź 2015.

11

Hebanowe serce, R. Piątkowska, M. Szymanowicz (ilustr.), Łódź 2016.

12

Teraz tu jest nasz dom, B. Gawryluk, M. Szymanowicz (ilustr.), Łódź 2016.

46

fiają do miejsca, w którym poznają język i aklimatyzują się z  nową rzeczywistością. Dopiero po pobycie w  obozie mogą znaleźć nowy dom w kraju, w którym pojawili się jako goście. Teraz muszą zacząć żyć naprawdę wśród osób, które patrzą na nich z różnej perspektywy. Inną książką poruszającą wątki syryjskie jest Moje cudowne dzieciństwo w  Aleppo Grzegorza Gortata 13 . W  książce za sprawą ośmioletniej Jasminy poznajemy życie w  kraju, w  którym wojna toczy się już od pięciu lat. Dzięki dziewczynce poznajemy nie tylko życie w takim świecie, ale również terminy odnoszące się do tej (i nie tylko) wojny. Nieznaną bliżej przestrzeń opisuje Jarosław Mikołajewski w książce Wędrówka Nabu 14 . Nie wiemy tu, gdzie rozgrywa się akcja i  dokąd zmierza bohaterka. Po spłonięciu domu w  rodzinnym mieście dziewczynka Nabu wyrusza przed siebie w poszukiwaniu spokojnego miejsca. Na swojej drodze trafiła kolejno na żołnierzy, policjantów i  celników, którzy wskazują jej na kolejne nieprzekraczalne granice. Dziewczynka nie rozumie, czemu istnieją miejsca, których ktoś nie może przejść. Przepływając wpław wodę trafia na drugą stronę, gdzie… obcy zaczynają na brzegu dyskutować na jej temat. Od ich decyzji zależy, czy Nabu przekroczy tę granicę. Mikołajewski zostawia nas jednak z zakończeniem otwartym. Również Podróż Franceski Sanny nie opisuje konkretnego kraju. Widzimy świat ogarnięty wojną, z  którego trzeba uciekać. W  tej opowieści przedstawione są losy nie w miejscu wyruszenia czy na finiszu drogi, ale właśnie pomiędzy. Jak pisze w  posłowiu autorka: „Podróż to tak naprawdę historia wielu podróży. Zaczęła się od opowieści dwóch dziewczynek, które poznałam w  obozie dla uchodźców we Włoszech. Zrozumiałam wtedy, że w ich podróży jest niesamowita moc” 15 .

* * * Ten błyskawiczny przegląd najnowszej literatury dziecięcej poświęconej zagadnieniom uchodźców miał na celu pokazanie jej różnorodności. Widzimy tu więc różne kraje, różne historie, różne drogi bohaterów. Do tego dochodzą oczywiście inne sposoby ilustrowania i nasycenia słowem pisanym tych książek. Mamy więc książki dla dzieci w różnorodnym wieku. Autorzy tłumaczą w  nich wiele komunikatów medialnych, które mogą dochodzić do naszych pociech. Robią za nas więc dużą pracę, za co należy podziękować – chyba najlepiej poprzez czytanie tych książek. Co ciekawe, z  książek tych wynosimy jeden duży wniosek: granice, różnice między ludźmi odmiennych narodowości są sztucznym wymysłem dorosłych. Dzieci zawsze widzą człowieka. Moje cudowne dzieciństwo w  Aleppo, G. Gortat, M. Sztyma (ilustr.), Warszawa 2017.

13

14 Wędrówka Nabu, J. Mikołajewski, J. Rusinek (ilustr.), Kraków–Budapeszt 2016. 15

F. Sanna, Podróż, przeł. A. Napiórska, Warszawa 2016.

fabularie 2 (13) 2017


PIOTR MACIERZYŃSKI

Wiersz

Zniszczenie KL Auschwitz około 56 tysiącom więźniów zafundowano marsze śmierci trzydzieści kilometrów dziennie na dwudziestostopniowym mrozie noclegi w stodołach lub pod gołym niebem różnymi drogami prowadzono grupy głównie do Wodzisławia skąd odkryte węglarki zabrały ich do Gross-Rosen ale tam bezradnie rozłożono ręce obóz przepełniony i wysłano do Ravensbrük gdzie rozłożono ręce i wysłano do Sachsenhausen gdzie rozłożono ręce i zawrócono do Ravensbrük gdzie zmuszono komendanta do przyjęcia podróżnych jednym trafił się wyjazd wagonami dla bydła na podłodze znaleźli grubą warstwę nawozu mniej szczęścia miała grupa jadących w głąb Rzeszy ponieważ zamarzły zawiasy wagony trzeba było otwierać palnikiem część zastygła w różnych pozach inni zginęli z głodu pozostali nie potrafili wyjść o własnych siłach kolejni zmarli po kilku dniach pobytu w nowym obozie 8500 więźniów nie nadawało się do transportu i musieli zostać w szpitalach odwiedzali ich esesmani obłożnie chorych rozstrzeliwali na łóżkach chodzącym kazali zabierać ze sobą sienniki i wyganiali na powietrze z ciał i sienników układali stosy i podpalali wielu chorych udawało zdrowych i zgłaszało się do ewakuacji jeśli podczas marszu więzień się zatrzymał żeby poprawić buty albo zrobić siusiu miał do czynienia z komandem egzekucyjnym po kilkaset trupów robiło za drogowskazy w pasiakach ponad jedna czwarta nie przeżyła marszu reszta miała co wspominać jak więzień Jan Wygas który opisał wzruszającą scenę w Gliwicach do kolumny podeszła kobieta z bańką i powiedziała po niemiecku dajcie im się napić, przecież to ludzie i podała wodę

fabularie 2 (13) 2017

wtedy esesman strzelił jej w tył głowy

47


Proza

Berlin, czwarta rano ALEKSANDRA M. PERZYŃSKA

ilustr. Aleksandra M. Perzyńska

Jesień. Deszcz. Berlin, czwarta rano. Za godzinę kobiety w Berlinie obudzą się, wstaną i  ruszą do pracy. Zaczną urządzać świat dla mężczyzn, którzy jeszcze będą spać. A ja stoję z walizką w jednej i torebką w drugiej ręce na Zentraler Omnibusbahnhof i  nie wiem, dokąd iść. Jest jeszcze zupełnie ciemno, noc. Panuje przenikliwie wilgotne zimno, od którego gorsze jest tylko zmęczenie po nieprzespanej nocy w  autobusie relacji Gdańsk–Berlin. Pada obfity deszcz i nie mam parasolki. Zresztą, nawet gdybym nie zapomniała jej zapakować, to i tak nie mam trzeciej ręki, aby ją trzymać. Panuje dziwna aura. Na ulicach nie ma świateł oprócz tych ze śmiesznymi człowieczkami na przejściach dla pieszych. To nadaje

48

efekt sztuczności. Świat staje się nierealny i obcy – w zimnym, mokrym i zupełnie mi nieznanym mieście. Ruszam przed siebie, wychodzę z  dworca na ulicę i  rozglądam się. Po prawej wiadukt, po lewej, gdzieś w  oddali widzę skrzyżowanie ulic. Bezdomni i  pijacy zaczynają coś do mnie wykrzykiwać – nie znam niemieckiego. Nie potrafię niczego z tych tablic odczytać, ani zapytać o  drogę. Muszę liczyć sama na siebie. Muszę sobie zaufać. Ruszam prosto w deszcz szybkim krokiem, jakbym wiedziała, dokąd idę, chociaż nikt nie dałby się na to nabrać, bo widać po mojej twarzy, że jestem kompletnie zagubiona w  tym mieście i  w  życiu. Ale idę, w  lewo – do skrzyżowania. Mój instynkt miejskiego zwierzęcia podpo-

wiada mi, że tam musi być jakieś przejście podziemne, stacja benzynowa, cokolwiek, gdzie będzie toaleta i coś ciepłego do picia – po tylu godzinach w autobusie to naprawdę konieczność. Po pierwszych pięćdziesięciu metrach mijam małą stację benzynową, po kolejnych stu dochodzę do przejścia podziemnego ze znaczkiem metra. Przypominam sobie film Nieodwracalne i  wybieram przejścia naziemne. Chociaż już całkiem przemokłam. Po drugiej stronie ulicy widzę światła i  liczę na to, że znajdę jakąś kawiarnię, być może już otwartą o  tej godzinie. Nikogo jeszcze nie ma na ulicach. Zastanawiam się, o  której pierwsi berlińczycy idą do pracy. Znajduję wreszcie, dopiero co otwartą, piekar-

fabularie 2 (13) 2017


Proza

Jest już zupełnie jasno, chociaż dzień będzie pewnie szary, a zachmurzone ołowiane niebo ciężkie jak moje zmęczone powieki.

nię z kilkoma stolikami i ekspresem do kawy. Za kontuarem dojrzała kobieta o  dziwnych rysach twarzy nie mówi po angielsku i  widać, że jest zmęczona. Dogadujemy się jakoś i  przynosi mi słabą, ale gorącą kawę. Siedzę przy ogromnym oknie i  obserwuję świat za nim. Po drugiej stronie ulicy jakiś wielopoziomowy salon samochodowy z  parkingiem, oświetlony słabym, tak chłodnym, że prawie zielonym światłem. Pusto jak w filmie science fiction. Czuję się, jakbym znalazła się w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości po kataklizmie, w  prawie zupełnie opustoszałym mieście. Czuję jednocześnie strach i  fascynację. Jak zwykle, kiedy jadę w nieznane, czuję przypływ adrenaliny i jakby radość życia. Przez kolejny kwadrans kobieta przygotowuje na zapleczu ogromne kanapki i słodkie wypieki, które z precyzją i  spokojem układa równiutko w  rzędach za szybami lady. Wchodzi klientka, podaje karteczkę i otrzymuje zapakowane bułeczki. Orientuję się, że nie słyszy. Kobiety znają się, wymieniają uśmiechy i  kilka szybkich gestów, których znaczenia nie domyślam się. Niechętnie opuszczam przyjemnie ciepłą i  suchą piekarnię. Zachęcona widokiem kilku osób na ulicy wchodzę do przejścia podziemnego. Pusto

fabularie 2 (13) 2017

i obskurnie jak na dworcu autobusowym w Gdańsku. W okienku w ścianie młoda kobieta z  chustą na głowie organizuje na półkach kolejne kanapki, obok, w większym okienku, leżą gazety i papierosy. Na samym środku krzyżujących się korytarzy stoi maszyna wypluwająca bilety. Prawie pół godziny zajmuje mi walka o bilet-przepustkę do tego niegdysiejszego zachodniego raju. Jadę prawie pustym pociągiem w noc. Kolejne kilometry tuneli i zimnych, drażniących oczy świateł. Skomplikowane przesiadki – wreszcie wysiadam i  idę schodami w  górę, na powierzchnię, gdzie naturalne światło, drzewa i  powietrze. Potsdamer Platz – pusto i  zaczyna świtać. W  ogromnym szklanym biurowcu na którymś z  niższych pięter młoda kobieta na wysokich obcasach, w obcisłej spódnicy i białej bluzce układa papiery na ogromnym stole konferencyjnym. Jest sama w oślepiającym świetle biurowych jarzeniówek. Mijam kilka spektakularnych fragmentów muru berlińskiego, pobazgranego wyblakłymi sprayami. Dotykam jednego z nich i nic nie czuję. To powinno mieć dla mnie jakieś znaczenie, ale tak jak Stocznia Gdańska – kojarzy mi się tylko z ojcem. W Gdańsku, przy pomniku Poległych Stoczniowców 1970 roku jest tablica upamiętniająca nie jego śmierć, tylko chłopaka – zbiegiem okoliczności – o  tym samym imieniu i  nazwisku, który zginął postrzelony w Gdyni. Mur kojarzy mi się z  dniem mojej pierwszej komunii, w którym ojciec posadził mnie na kolanach, ubraną w  śliczną białą sukienkę, i powiedział, że wyjeżdża do Berlina do pracy jako Gastarbeiter. To był jeden z najsmutniejszych dni w  moim życiu i  pierwsze z  wielu rozstań z nim aż do tego ostatecznego. Już nawet nie potrafię odczuwać tego smutku. Pozostała tylko nostalgia. Mijając park obserwuję kilku elegancko ubranych rowerzystów zmierzających chyba do pracy. Nie przeszkadza im nawet deszcz. W  niemieckim porządnym stylu mają nawet pokrowce przeciwdeszczowe na kaskach. Ktoś wyprowadza psa do parku. Jest już zupełnie jasno, chociaż dzień będzie pewnie szary, a  zachmurzone ołowiane niebo ciężkie jak moje zmęczone powieki. Szybkie przejście obok

Bramy Brandenburskiej. Pusto, cicho i niemal mistycznie, kiedy wracam koło pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Jego ogrom i ciężar nieco umniejszają, zbyt delikatne na pierwszy rzut oka, w zderzeniu z ciężkimi betonowymi stelami, zieleniące się mimo późnej jesieni drzewka i ptaki radośnie wyśpiewujące na ich gałązkach swoje poranne trele. Było coś magicznego w  tej chwili. Uświadomiłam sobie, że w godzinach szczytu w weekendy musi tu być straszny hałas i tłumy turystów uzbrojonych w  aparaty fotograficzne. Miałam wiele szczęścia mając na kilka chwil to całe puste i ciche miasto tylko dla siebie. To było jedno z najintensywniejszych przeżyć w moim życiu. Jasno, prawie dzień. Mitte – kolejna kawiarnia i stolik przy oknie z widokiem na Berlin, który powoli, ale nieuchronnie zaczyna tętnić życiem. Inna, tym razem bardzo młoda kobieta podaje mi kawę. Patrzę na nią, zamieniamy kilka słów po angielsku. Zaczynam myśleć o niej i o wszystkich kobietach, które dzisiaj spotkałam w tym mieście o zupełnie innym obliczu przed świtem. Kobiety w Berlinie jeszcze nie dziennym, ale już nie nocnym przecież. W tym dziwnym czasie pomiędzy. Kobiety, które przygotowują Berlin dla innych ludzi, przygotowują świat przed świtem – dla mężczyzn. Kawiarniane sprzedawczynie słodkości, podające kawy, układające kanapki. Od szóstej rano za kontuarem. Nie wiem, kiedy przychodzą do pracy, ale jeszcze jest ciemno. Asystentki i sekretarki przygotowujące stoły z  filiżankami na poranną kawę i  papiery do jakiejś ważnej narady. Widziałam ich szczupłe, zaangażowane ciała przez okna wysokich szklanych biurowców z rażącymi w oczy, ostrymi światłami. Muzułmanki w  chustach na małych głowach wychylających się z  okienek dworcowych obskurnych sklepików. Czuję z  nimi jakaś pierwotną więź, w  końcu też przyjechałam tutaj do pracy. I ta piękna, młoda dziewczyna o  arabskich rysach twarzy, która podaje mi bez uśmiechu kawę. Dziękuję jej, dziękuję im wszystkim. To dzięki nim świat staje się bardziej przyjaznym miejscem, mniej obcym w  zimnym, mokrym, zupełnie nieznanym mieście.

49


Wiersz

KAMIL GARA nienawiść powinniśmy wyginąć zaraz po dinozaurach i czekać na nadejście nowej ery martwi ciekawe czy ktoś chciałbym przyjąć nas do żywych gdyby wiedział jaki los potrafimy zgotować sobie i innym kiedy czytam ludziom w myślach boję się wychodzić na miasto ktoś rozstrzelał mnie wczoraj z uśmiechem na ustach za to co powiedziałem o Bogu na głos dźwigamy nasze ciała jak ciężką chorobę z rozsypanych w głowie komórek trzeba szukać szarości kopaliśmy już w brzuchach matki i coś nam z tego zostało na zawsze


Komiks

Najtrudniejsze było pionierstwo Z Wandą Hagedorn i Jackiem Frąsiem rozmawia Agnieszka Czoska.

Z autorami Totalnie nie nostalgii umówiłam się we Wrocławiu, tuż przed ich pierwszym wspólnym spotkaniem z publicznością (relacja do obejrzenia na Facebooku Wydawnictwa Komiksowego). Opowiedzieli o wspólnej pracy nad graficznym memuarem, wspomnieli o reakcjach czytelników, trudach i satysfakcji z projektu. Dopiero podczas drugiego czytania Totalnie nie nostalgii zobaczyłam, jak świetnie skonstruowane jest połączenie pomiędzy tekstem i rysunkiem, czasami metaforyczne, czasami tworzy dowcip, dopowiada kontekst. Nie chodzi o  to, że obraz nie zadziałał na mnie za pierwszym razem, po prostu odebrałam to jako całość dopiero potem… WANDA HAGEDORN: Rozwarstwiłaś to? Tak, i  skupiłam się na tym, jakie mechanizmy zostały użyte do skonstruowania spójności. Na spotkaniu w  Poznaniu opowiadałeś, Jacku, że dla ciebie stworzenie nie tylko ilustracji, ale czegoś, co doda głębszego sensu, będzie samodzielnym bytem, było bardzo ważne. JACEK FRĄŚ: Tak, to nie jest książka, żeby do niej stworzyć ilustracje. Rysunek w  komiksie ma zupełnie inną rolę niż udekorowanie go czy zrobienie ładnych ilustracji. OK, to teraz będzie prawdziwe pierwsze pytanie. Wiem, że to o rysunki jest pytaniem irytującym, jakby zadawanym z pozycji „komiks to ilustrowana książka”. Sporo już mówiliście w  innych wywiadach o  tym, co było dla was ważne pod-

fabularie 2 (13) 2017

czas pracy, ale i tak chcę was jeszcze raz zapytać: co było, lub okazało się w  trakcie tworzenia, najważniejsze? Co chcieliście, żeby było w tym komiksie, na czym wam zależało, żeby w nim umieścić? WH: Olbrzymie pytanie… Dla mnie oczywiście bardzo ważne było to, że nie tworzyliśmy książki ilustrowanej, tylko memuar graficzny. Zdawałam sobie sprawę z  tego, że warstwa tekstowa i  warstwa graficzna powinny – każda – wnosić coś nowego, a  jednocześnie być spójne i  zintegrowane. Jednocześnie, jeśli chodzi o  gatunek memuaru, chciałam, żeby w jakiś sposób całość odzwierciedlała, albo była bliska temu, co chciałam stworzyć – mojej wizji dzieciństwa. I  oczywiście bardzo prędko się zorientowałam, że interpretacja graficzna nie może być identyczna z obrazami z mojej pamięci! Pamiętany obraz – osobisty – okazał się zupełnie innym niż ten, który stworzyliśmy, odtworzyliśmy i  zinterpretowaliśmy w  komiksie. Spójność, o której mówiłaś, była dla mnie bardzo ważna. A więc najważniejsze i najtrudniejsze było zbliżenie się do rzeczywistości dzieciństwa – tak żeby rysunki rezonowały ze mną, żeby były bliskie temu, co chciałam przekazać, a jednocześnie nie ograniczały wolności twórcy rysunków. Zależało mi, żeby to była

całość, zintegrowana, żeby między jednym medium a drugim była harmonia. JF: Dla mnie…? Myślę, że już teraz jestem w  stanie to ocenić bardziej na chłodno – ponieważ komiks skończyliśmy właściwie rok temu, a  ukazał się prawie pół roku temu. Tak po czasie myślę, że to, co było dla mnie najważniejsze, to sam proces. Czyli od samego początku: z  jakimi oczekiwaniami wchodziłem do tego projektu, jak one się zmieniały w trakcie, jak się zmieniało moje postrzeganie tej historii. Chciałem stworzyć coś najpełniejszego, w  każdej jednej warstwie, na poziomie wielu warstw, o  których sam nie wiem, nawet przede mną są zakryte. Nawet jeżeli coś jest już skończone, to zdaję sobie sprawę, że (i myślę, że to jest najbardziej fascynujące) ktoś może w  tym znaleźć coś zupełnie niezaplanowanego przeze mnie i  przez Wandę. I  to jest chyba najfajniejsze. Wtedy powstaje pytanie, czy to wyszło przypadkiem, czy gdzieś się udało całość tak skonstruować, nawet w tajemnicy przed nami. Taka niespodzianka. WH: Mnie się wydaje, że – jak mówisz – każda czytelniczka i każdy czytelnik przynosi do każdej lektury swoje własne życie. Zaczyna to kolorować. JF: Podkłada się pod – w tym przypadku – bohaterkę.

51


Komiks

WH: Czytelnicy przynoszą swoje własne doświadczenia i czytają wedle nich i wszystkich innych swoich „parametrów”… JF: Jest takie określenie jak „wielość w jedności” albo „jedność w wielości”… Także komunikacja między wami była dla was ważna – dopiero niedawno się zorientowałam, że wewnętrzna strona okładki to wasze rozmowy, wasze maile…? JF: Skype. To też bardzo memuarowe. JF: To jest niejako pokazany proces. Chaotycznie, żeby nie było to takie czytelne na pierwszy rzut oka, na chłodno. Niektórzy potraktują to jako dodatkową dekorację i  przejdą dalej. Ale jeżeli ktoś rzeczywiście się na tym zatrzyma, to zobaczy tam bardzo dużo naszych dyskusji. Wszystko to cytaty, bez żadnego poprawiania. Tak trochę przypadkowo wybrane. WH: Ale to słowo – „komunikacja”… Oczywiście to, co tworzymy, było bardzo ważne, ale zanim zaczęliśmy, jak gdyby, dochodzić do wspólnych wniosków, ta komunikacja między nami była niezwykle ważna. Także dlatego, że myśmy się właściwie nie znali. To kolejny dosyć niezwykły aspekt naszej współpracy – przeważnie ludzie dobierają się dlatego, że są znajomymi, albo że ro-

52

bili jakiś projekt razem, albo mieszkają w jednym mieście, a my przecież mieszkaliśmy na antypodach. I  mogliśmy tylko komunikować się pisemnie, także to było dość trudne. Tylko pisaliście? Nie rozmawialiście przez Skype’a twarzą w twarz? JF: Bardzo rzadko. WH: To byłoby za bardzo czasochłonne. Parę razy spotkaliśmy się, zrobiliśmy sobie podsumowanie: „no, to co myślimy, co się dzieje?”. JF: Spotkaliśmy się kilkukrotnie osobiście, już w trakcie pracy. Ale głównie pisaliście? To niesamowite. Trzeba umieć naprawdę dobrze pisać, to musiał być niezwykły trening wyrażania myśli. JF: Dla mnie był. WH: Ja mam taki trening, bo uczyłam literatury i  dramatu angielskiego, więc patrzenie na tekst albo produkcje i  ocenianie ich, opisywanie moich wrażeń, dzielenie się tym, co widzę przed sobą, co czytam, było wymogiem profesjonalnym. Precyzowanie wrażeń i  konstruktywna krytyka każdej nowo powstałej strony naszej książki były dla nas bardzo ważne. A  jednocześnie prowadziliśmy z Jackiem różne inne dyskusje na tematy niezwiązane z  komiksem, co też było bardzo ważną częścią naszej współpracy, komunikacji i  poznawania naszego myślenia.

Czyli profesjonalnie też piszesz? WH: Pisanie jest u nas częścią każdej pracy. Na przykład pisanie raportów podczas pracy nad jakimkolwiek projektem: czyli kiedy robiłam projekty w  organizacjach pozarządowych, o  gender, musiałam pisać raporty z  każdego etapu postępowania projektu. Tego typu pisanie pomaga bardzo w jasnym i zwięzłym opisywaniu tematów. …co bardzo czuć, kiedy piszesz o  kontekście feministycznym. Na przykład o  pismach wydawanych na Zachodzie w  czasie, kiedy ty nie wiedziałaś, jak można się buntować i  interpretować swoją historię. A wracając do komunikacji. Jest coś, co pamiętam z wywiadów i spotkań z  wami, chociażby spotkania w  Poznaniu: chcieliście także komunikacji z czytelnikiem. Czyli, z pewnej perspektywy, Totalnie nie nostalgia to podobny projekt jak ten, w  którym poznajemy Wandę. Zaraz po śnie widać cię, jak zajmujesz się programem szkoleń dla kobiet, które mają uczyć mężczyzn, jak się komunikować. Chciałam was zapytać, czy to się udało? Minęło pół roku. Czy dostajecie informację zwrotną, widzicie, że coś się zmienia dlatego, że ktoś przeczytał ten komiks? Mówi się o nim w prasie. Może ktoś do was podszedł i powiedział, że to go otworzyło, pokazało inną perspektywę?

fabularie 2 (13) 2017


Komiks

Pamiętam, że ojcowie córeczek na spotkaniu w Poznaniu stwierdzili, że dla nich Nie nostalgia ukazała inną perspektywę. JF: Ale oni wyrażali raczej swoje zaniepokojenie takimi sytuacjami w kontekście swoich dzieci w przyszłości. WH: Przestraszeni rodzice. Nie wiem, co masz na myśli mówiąc: „coś się zmieniło”. Ja dostałam może około 10 maili mówiących: „o, to ze mną zarezonowało”, „ja też przez to przeszłam”. Nikt nie mówił: „to otworzyło mi nową drogę” czy „pokazało coś nowego”. Raczej dało poczucie solidarności, rozpoznanie swojej własnej historii w tej przedstawionej w Nie nostalgii. I  ciekawe jest to, że przedział wiekowy był duży, maile były od kobiet w moim wieku i dużo młodszych. Wiem z  rozmów z  Jackiem i  mojego własnego zorientowania, że najmniejszą grupą, przynajmniej w  Polsce, czytającą komiksy są kobiety mojej generacji. Komiks źle im się kojarzy, a powieść graficzna nie jest jeszcze tak rozpowszechnionym gatunkiem, albo nawet konceptem, żeby po nią sięgały. Poza tym wciąż pokutuje pogląd, że jeśli „tekst jest z rysunkami – to pewnie dla dzieci”. Dlatego myślałam, że do nich będzie najtrudniej trafić. Natomiast młodsze kobiety już pewnie słyszały o powieści graficznej. Znam wiele dziewczyn, które czytają komiksy. Próbuję też wcisnąć Totalnie nie nostalgię mojej mamie, ale póki co wygląda to na wciskanie i nic więcej. Jak na razie przeczytała jeden komiks, Zaduszki Rutu Modan, który jej się bardzo podobał, ale potem powiedziała, że dalej nie lubi komiksów. JF: Ja nie dostawałem żadnych maili, jak Wanda, ale śledziłem recenzje, które podsyłał mi Wojtek [Szot z  Wydawnictwa Komiksowego, wydawca Totalnie nie nostalgii – przyp. red.]. Chyba najważniejsze, co się stało, co się udało osiągnąć tym komiksem, to że on wyszedł poza środowisko komiksowe. To absolutnie największa wartość, którą w tej chwili mamy. Jest i był rozpatrywany przez ludzi, którzy otwarcie mówią, że nie czytają komiksów – a ten przeczytali i im się strasznie spodobał. Kobiety, pokolenie mojej mamy… To coś, co komiks powinien

fabularie 2 (13) 2017

robić w Polsce zdecydowanie częściej. Jeżeli nie robi – szkoda; dobrze, że nasz to robi. WH: Mówi się, że w  Nie nostalgii dotykamy tabu. Tabu? (śmiech) Nie zdawałam sobie sprawy, do jakiego stopnia pewne tematy w polskim społeczeństwie, może bardziej „mainstreamowym”, mogą wciąż stanowić tabu. Myślę więc, że dzięki tej książce czytelniczki, czytelnicy pomyśleli, że można o nich mówić, że to nie jest burzenie świętości albo wyciąganie czegoś, co powinno siedzieć w zaciszu domowym i nie być dotykane. Mnie akurat dziwi mówienie o  tym, że to wy nagle wyciągnęliście rzeczy, o  których się nie mówi. Nie do końca tak jest, jeśli popatrzeć na polską literaturę. Chociażby taka książka: dokładnie w tym samym roku, w lipcu, była premiera drugiego, poprawionego wydania Czcij ojca swego Eli Sidi. Ona pisze o ojcu alkoholiku, a  struktura rodziny alkoholika jest bardzo podobna do schematu rodziny dysfunkcyjnej, który pokazujecie. Sidi, która sama stwierdziła, że pisała bardzo szczerze rzeczy, trudne dla niej i dla jej rodziny, dostała bardzo dużo pozytywnego feedbacku. Także od osób, które przyszły na spotkanie z nią na Literackim Sopocie. Nie zebrała „batów”. JF: Batów nie było… WH: Ja to odbieram… Nie czytałam wszystkich recenzji, tylko parę, ale wydaje mi się, że to były raczej stwierdzenia faktów, a nie krytyka. JF: Chyba najbardziej ostro, z tego co widziałem, wypowiedział się Ziemkiewicz. W takiej krótkiej notce gdzieś – już nie pamiętam, na czym on to umieścił. WH: Ja nawet nie wiem, kto to jest. Odniosłam takie wrażenie, nie pamiętam dlaczego (czy przez czytanie recenzji, czy przez stwierdzenie z  jakiegoś wywiadu, który odbyliście), że pomysł na tę książkę był też taki, żeby była poniekąd edukacyjna. Podobnie jak u  Alison Bechdel, która pisząc o  swojej rodzinie wplata w  to psychoanalizę, gender studies, wątki feministyczne i  krytycznoliterackie. Możliwe, że mylnie odniosłam takie wrażenie…

WH: Nie myślałam o edukacyjności. Podobała mi się, kiedy przeczytałam drugi komiks Bechdel (bo w  Fun Home nie ma takich wątków, dopiero w  Are you my mother? – Jesteś moją matką?), wielowarstwowość, która umieszcza osobistą opowieść w  szerszym kontekście. Dodanie takiego kontekstu „spoza” opowieści: „sygnałów” ze świata zewnętrznego, publicystyki, referencji literackich, jest współczesnym traktowaniem autofikcyjnego pisania. Nadaje wielowarstwowości.

Wanda Hagedorn: – Ziemkiewicz? Nawet nie wiem, kto to jest. Ja też chciałam umieścić moją opowieść na różnych płaszczyznach, żeby lepiej zrozumieć, co i dlaczego działo się w naszej rodzinie i w Polsce. Zanim się dowiedziałam, że Totalnie nie nostalgia naprawdę jest inspirowana Bechdel, dostrzegałam podobieństwa. Dla mnie jej powieści graficzne także są niezwykle ważne. A czy inspirowałaś się może też, lub czytałaś, Maggie Nelson? Ona także pisze memuarowo-literackie pamiętniki, nie graficzne – prozę. Napisała książkę, którą poznałam przez grupę Our Shared Shelf Emmy Watson, The Argonauts. To historia jej patchworkowej, mocno transgenderowej czy niebinarnej rodziny. Opowiadając o in vitro, o transgenderowości swojego partnera, bardzo często wplata w osobistą narrację cytaty z literatury. WH: Wszystkie moje inspiracje wymieniam w komiksie. To prawda. Co zresztą bardzo fajnie pokazałaś w  jednym z  rysunków: Wanda siedzi na kanapie czy podłodze, a wokół niej jest pełno książek – o pisaniu komiksów, Bechdel i inne cytowane w  Nostalgii. To kolejna naukowa, uniwersytecka praktyka. WH: Podobna (śmiech).

53


Komiks

To teraz jeszcze jedno pytanie, które może okazać się ogromne czy skomplikowane. Wasza książka jest często przedstawiana jako komiks feministyczny. I nagle ty, Jacku, stałeś się specjalistą od feminizmu w Polsce… JF: Absolutnie nigdy nie chciałem wcielać się w  taką rolę. Nie mam takich… jak to powiedzieć? Żadnej bazy, żeby występować w tym imieniu, nigdy się tym nie zajmowałem poza moim życiem osobistym – wydaje mi się, że nie dyskryminuję kobiet w  życiu osobistym. Aczkolwiek Wanda może mi zwrócić uwagę na pewne rzeczy związane z naszą kulturą, których ja też nie dostrzegam na co dzień. Tak było na przykład, kiedy rozmawialiśmy. Opowiadała chociażby o  sposobie używania niektórych słów. Ale rzeczywiście, kiedy wyruszyłem w tzw. trasę promocyjną, zdałem sobie sprawę po kilku spotkaniach: niedobrze się stało, że Wandy nie ma i że robię to sam. Nie było mi z tym wygodnie, denerwowałem się bardzo. Bardzo szybko dowiedziałem się też od Wandy, dla kogo głównie ona robi ten komiks [dla kobiet]. Ale równie szybko jej odpowiedziałem, że dobrze, nie mam z tym problemu, ja będę robił w takim razie dla „swoich” odbiorców, wyimaginowanych jakichś. To jaka jest ta twoja grupa? JF: Każdy. Każdy, kto zechce po niego sięgnąć i  przeczytać go ze skupieniem, jest dla mnie jakąś grupą docelową. WH: Ale też… Nie masz kogoś ta-

54

kiego, o kim myślałeś, o  jakiejś konkretnej osobie? Często mamy takich ukrytych mentorów… JF: Pierwszą osobą była Wanda, na pewno – ona kontrolowała to pod względem „całościowym”. Jeżeli czułem, że już była pewna liczba stron, które Wanda oceniła, zależało mi też na tym, żeby ktoś inny na to spojrzał. I miałem takie trzy osoby: moja partnerka Ola była pierwszą, potem pewna koleżanka i kolega, na których zdaniu polegałem dając im co jakiś czas większą część materiału do przeczytania. Po prostu chciałem, żeby się podzielili wrażeniami, to było dla mnie ważne. Wanda robiła to samo ze swoimi znajomymi. Ale nie z siostrami, prawda? WH: Nie, ja nie poddawałam go ich opinii. Natomiast pokazywałam wszystkie kolejne strony komiksu mojemu partnerowi Markowi, ale on był zawsze bardzo pozytywny, wszystko mu się podobało… Ale również zauważał pewne szczegóły, nieścisłości; komentował na przykład użycie koloru, albo zauważał coś, co myśmy z Jackiem przeoczyli. To też było bardzo cenne. Ale nie prowadziliśmy dyskusji w  sensie: „co myślisz o  zabiegach literackich?”. Siostrom także pokazałam parę stron. Na spotkaniu w  Warszawie jakiś czytelnik zapytał mnie: „czy miałaś taki moment, kiedy twoja rodzina zobaczyła któreś sceny i  stwierdziła: nie, tak nie było?”. To był fragment, gdzie opisuję nasze eks-

perymentowanie z seksem, między nami. Ania powiedziała: „nie sądzę, że rozmiar naszych piersi się zgadza” (śmiech). Jestem cały czas pod dużym wrażeniem tego, że udało ci się całą rodzinę – przecież liczną – wszystkie te kobiety przekonać do tego, żeby wydać memuar. Do tego jako komiks, w  którym będzie wszystkich widać… Że wyraziły na to zgodę, że macie do siebie tyle zaufania i  cały ten temat na tyle przepracowany. To jest ogromna robota. WH: Mamy bardzo dużo wzajemnego zaufania, to nie ulega wątpliwości. Każda z nas wierzy drugiej, nie wątpimy w siebie i w to, że nasze motywacje wobec siebie są szczere i  dobre. Poza tym chodzi tu o  nasze dzieciństwo, a nie życie obecne; nie wiem, co byłoby, gdyby to było o  życiu teraz… To zostało już omówione, przegadane, byłyśmy w tym razem. Potem inaczej nam się życia potoczyły, ale w okresie mniej więcej do 20. roku życia dzieliłyśmy wiele podobnych doświadczeń i  oczywiście miałyśmy wspólnego wroga, który nas bardzo jednoczył. Nie sądzę, żeby któraś z moich sióstr miała problem z opublikowaniem naszej historii w  formie komiksu. Często zaskakuje mnie to pytanie – czy miałam trudności z przekonaniem swojej rodziny. Nie miałam, żadnych. JF: Może dodam, że zupełnie inaczej patrzy się na to teraz, kiedy to już

fabularie 2 (13) 2017


Komiks

jest zamknięte i komiks leży sobie tutaj, ma już jakiś, powiedzmy, status. Zupełnie inaczej, kiedy ktoś to planuje, jak w przypadku Wandy… Najpierw planujesz, potem ktoś nad tym pracuje… Nie wiadomo, po pierwsze, czy to zostanie skończone, jak będzie wyglądało… Komiks? W takim pierwszym skojarzeniu to co? Tytus? Co to będzie? Tam będą wesołe hipki chodziły? Dopóki to nie będzie zamknięte, to właściwie jeszcze nawet nie jest embrion. Dopiero jak przyjdzie z drukarni i zostanie poddane weryfikacji, wtedy nagle okazuje się, że albo stworzyliśmy działo, którym można strzelać, albo taką małą petardę. U  was to raczej wychodzi na to, że raczej działo. JF: Mam nadzieję, że raczej tak… WH: Raczej nie popieram tej militarnej metaforyki, może unikajmy jej, ale… …wiecie, działo zawsze może być na wiwat. JF: Mogę użyć innego sformułowania. No tak, ale czy to jest po prostu – żeby powiedzieć innymi słowami – ważne i  zauważalne, czy nie. Komiks może mówić o  bardzo ważnych rzeczach, a  zostać kompletnie niezauważonym. Takich publikacji jest bardzo dużo w  Polsce. I  nie wiem, dlaczego pozostają w  wąskim gronie znawców komiksu – i już. A myślisz, że dlaczego wam się udało? Czy po prostu ze względu na trasę promocyjną, której w  Polsce dla komiksów się nie robiło, czy jednak wygrała forma, to, jak bardzo poważnie do tego podeszliście? Bo też odwaliliście kawał dobrej roboty, a  całość Totalnie nie nostalgii jest spójna i wyraźna. JF: Komunikatywna? WH: Na pewno i to, i to. Trasa promocyjna odegrała wielką rolę w zwróceniu uwagi publiczności i  krytyków. Gdyby Nie nostalgia pojawiła się na tydzień w księgarniach, bez przygotowania i promocyjnych akcji zorganizowanych przez Wojtka Szota, na pewno nie dotarłaby do tak szerokiej publiczności. Oczywiście, jeśli książka, mimo promocyjnych wysiłków, nie przemówi do czytelniczek i  czytelników, to konkluzja jest jasna. Cieszymy się, że wszystkie „komunikaty” sprzęgły się.

fabularie 2 (13) 2017

JF: A że komiks jest komunikatywny, to wydaje mi się jak najbardziej naszą zasługą i  siłą. Dzisiaj o  tym rozmawialiśmy w  drodze tutaj, do Wrocławia, że, no cóż, komunikat, który chcesz przekazać, może być przekazany na wiele różnych sposobów. Może być bardzo „kłujący”, zbyt ostry, a może chaotyczny, za bardzo zagmatwany. Wydaje mi się, że sposób przekazu jest bardzo ważny. A w przypadku komiksu jest to rysunek. Coś, co przy pierwszym wertowaniu jest atrakcyjne lub nie. Zachęca lub odrzuca. Potem, w trakcie czytania, nie męczy, ale wręcz przeciwnie – pozwala się dalej wciągnąć. I dla mnie komunikatywność tego, co robię, od zawsze jest na pierwszym miejscu. I  test rodzinny, czyli pokazywanie komuś i pytanie: „co ty o tym sądzisz, czy udało mi się przekazać, zrealizować plan, czy poległem?”. WH: W moim pojęciu Nie nostalgia jako tekst jest spójna i  wyraźna dzięki równowadze między grafiką a  tekstem. To, co mnie bardzo pociągnęło i  zachwyciło w  memuarach Bechdel: pierwszy raz zobaczyłam taką ilość tekstu w  graficznym przekazie. Wiem, że ona jest też krytykowana za tę ilość tekstu, zwłaszcza w  Polsce, gdzie jeszcze przeważa tradycyjne podejście do komiksu, to znaczy: komiks to rysunki, teksty są incydentalne. JF: To były też moje pierwsze pytania do Wandy: „czy nie ma za dużo tekstu?”. Bo faktycznie, tekstu jest dużo. Ale Wanda kategorycznie zakomunikowała mi, że tak ma być i koniec, więc nie walczyłem (śmiech). I dlatego są tam takie pomysły jak „rysowane kartki”, to znaczy tekst nie tylko w dymkach czy narracja, ale do tego coś w  rodzaju skanów książek, które cytujesz, dokumentów – co dodaje graficznego wyrazu elementom, jakby nie było, tekstowym. JF: Może ma bardziej dokumentalno-dekoracyjną funkcję. Szczególnie na początku. WH: Taką uautentyczniającą. Albo wnoszącą jeszcze jedno medium. Wydaje mi się to ciekawe, jeszcze jeden zabieg formalny. Dla mnie to jest bardzo współczesne, bo teraz tak się dzielimy, na

Instagramie albo Facebooku, tym, co czytamy. Więc do mnie te zabiegi przemawiały trochę jako bezpośredni komunikat: „to przeczytałam, tu jest coś ciekawego”. WH: Tak, to są bezpośrednie cytaty, bez konieczności ich autorskiego opisu albo wyjaśniania. Chciałam wam zadać jeszcze jedno pytanie, i to o  sprawy trudne. Co było dla was najtrudniejsze – i teraz już nie pytam o  komunikację, ale w samej książce – co okazało się najtrudniejsze do zrobienia? Na przykład – jaki fragment? Dla ciebie, Jacku, ciężki był fragment ze stróżem, z tego co pamiętam… JF: Dla mnie najtrudniejsze było zdobycie doświadczenia, zdobywanie doświadczenia podczas rysowania. Nigdy nie robiłem tak poważnej pozycji, nie pracowałem nad czymś tak długo. Nie poświęciłem się czemuś na tak długi czas, więc walka ze swoją niecierpliwością, gdy nie mogłem się doczekać, kiedy komiks zostanie opublikowany, z  różnymi przeciwnościami w  trakcie. Wpadanie w  taki trans pracy, który był mi bardzo potrzebny, pewien rodzaj wyciszenia… Różnie z  tym też bywało, nie wychodziłem przecież do pracy, tylko pracowałem w  domu. No i  różne techniczne rzeczy, z którymi uczyłem się sobie radzić w  trakcie pracy. To było najtrudniejsze, ale też chyba najwięcej mi dało nauki. Dla ciebie, Wando, to też jest coś takiego „holistycznego”? WH: Myślę, że tak… To jest moja pierwsza powieść graficzna, kompletnie nowy projekt w  każdym sensie. Okiełznywanie tego materiału było trudne, ale również niezwykle satysfakcjonujące. Dużo się wcześniej przygotowywałam, przeczytałam prace teoretyczne na temat komiksu, powieści graficznej, jak również wiele powieści graficznych. Ale najtrudniejsze było pionierstwo… JF: Tak, przy tak długim projekcie zdecydowanie zdarzają się chwile zwątpienia. Szczególnie kiedy mija pół roku pracy nad nim, jeszcze dużo przed nami i  nie wiadomo, czy to się w ogóle kiedyś skończy. Czy jest w ogóle coś poza tym? (śmiech)

55


Komiks

Strasznie mi się to podoba, że traktujecie cały ten przekaz i pracę jako całość, która kończy się wydaniem, ale dalej macie kontakt z tą opowieścią… Chociaż bardzo często, gdy rozmawiamy o książkach, nawet na uczelni, mówimy o fragmentach, które ewentualnie mają jakiś kontekst. JF: Gdybyś zapytała o  fragmenty, momenty, które na przykład mi się po czasie najbardziej podobają, to bardzo lubię pewne obszary tego komiksu, bardziej niż inne… Lubię całą historię babci Wandy, też dlatego, że wydaje mi się, że udało mi się tam zrobić w  rysunku coś, z  czego jestem wciąż zadowolony, czego bym nie chciał poprawiać. A niektóre inne rzeczy już mógłbym. Sceny na dworcu, z  uciekającą babcią… Ten rozdział jest też najbardziej graficznie zróżnicowany, tam się najwięcej dzieje. Bardzo podobają mi się wplecione w  niego infografiki. Trochę dlatego, że pokazują, jak dużo wiemy – ale teraz. To ogromny kontrast w stosunku do tego, co wówczas wiedziałyście z  mamą i  siostrami. Rozdział o  babci, wątki o potrzebie samodzielności także u  osób z  chorobą Alzheimera, przypomniał mi książkę Vity Sackville-West All Passion Spent (Wygasłe namiętności). Jej bohaterką jest starsza pani, która otrzymuje spadek po mężu i  wreszcie może żyć sama, jak chce – choć cała rodzina stara jej się to wyperswadować jako nierozsądne. WH: Tak, a  ona doskonale sobie radzi. Wando, a  czy są takie fragmenty dla ciebie?

WH: Chyba nie mam takich konkretnych fragmentów jak Jacek. Najbardziej mi się podobał – czym byłam zaskoczona – sam proces pisania, który prowadził mnie w różne strony. Do tego stopnia, że czasami go nie kontrolowałam. Pisarze często mówią: „moja opowieść zaczęła mnie prowadzić sama”. I naprawdę zaczęła! Pewne tematy, które poruszyłam, nawet drobne sytuacje, zaskoczyły mnie swoim pojawieniem się. Może ty też tak miałeś rysując? JF: Absolutnie tak. WH: Kontekst rzeczywisty, czas teraźniejszy pisania, rozmowy niezwiązane z pisaną książką – wszystko zaczyna grać rolę i  bardzo wpływać na pisanie. To bardzo ciekawy proces, bardzo mi się podobał. Nie sądziłam, że tak to się rozegra. W  tych momentach myślałam, że „naprawdę piszę”. JF: Nie ma znaczenia, co robisz: piszesz, rysujesz czy grasz, udaje ci się czasami zgromadzić takie „kółka zębate”, które jeszcze nie działają – i  nagle następuje coś takiego, czasami świadomie, czasami nagle – to wszystko zaczyna się kręcić. I to jest często niespodzianką: „o, udało się zakręcić, nie wiem jak, ale to działa”. WH: I  to ma sens. Że tam powinnam pójść, nie w inną stronę. JF: Ale to, wydaje mi się, przyjdzie tylko kiedy się rzeczywiście nad czymś pracuje cały czas i  nie czeka się na tzw. natchnienie. WH: To nie jest natchnienie! Ciężka praca! Czy ci się chce w ten dzień pisać, czy nie, trzeba kontynuować, żeby projekt skończyć.

Wanda Hagedorn, Jacek Frąś Totalnie nie nostalgia. Memuar Wyd. Komiksowe i Kultura Gniewu Warszawa 2017

56

Dzieci, które chcą się bawić PIOTR KIKTA

Zapewne większość z nas ma szczęście nie wiedzieć z  własnego doświadczenia, jak wygląda codzienne życie w  kraju ogarniętym wojną. Tym bardziej możemy sobie tylko wyobrażać, jak funkcjonują dzieci w  takiej sytuacji: czy się bawią? Jeśli tak, to w co? Jak i z kim? Co je zajmuje? Czy mają marzenia? Czy się śmieją? Czy na snucie takich wyobrażeń może być stać nasze dzieci? Istnieje dość dużo książek dla dzieci (albo czytanych przez dzieci, mniej lub bardziej chętnie – mam na myśli lektury szkolne) o  tematyce wojennej. Są to opowieści nie tylko o  bohaterskich lotnikach albo harcerzach, ale też takich o  codzienności cywilów. Moim zdaniem to ważna gałąź dziecięcej literatury; sam chętnie podsuwam innym rodzicom wszelkiego rodzaju książki zaangażowane. Taką jest Moje cudowne dzieciństwo w  Aleppo Grzegorza Gortata. To historia mieszkającej w  zniszczonym syryjskim mieście rodziny opowiadana przez najstarszą córkę, ośmioletnią Jasmin. Dziewczynka żyje z  rodzicami i  dwoma młodszymi braćmi: sześcioletnim Nabilem i trzyletnim Tarikiem, w domu bez okien (szyby popękały podczas bombardowań). Rodzina bardzo się kocha. Są dla siebie czuli i cierpliwi.

fabularie 2 (13) 2017


Dla dzieci

Rodzice to typowi przedstawiciele klasy średniej. Dowiadujemy się, że ojciec studiował literaturę amerykańską. Obok mieszka też pan Safik, będący przed wojną nauczycielem akademickim, wykładowcą matematyki, a teraz schorowany, z powybijanymi przez bandytów zębami, uczący dzieci z okolicy na czymś w rodzaju tajnych kompletów. Są to tzw. normalni ludzie; nie mają raczej nic wspólnego z brudnymi i krzykliwymi „uchodźcami”, z  którymi tak wielu ludziom kojarzy się Syria. Czytając powieść próbowałem sobie wyobrazić różne aspekty życia na fizycznym i  moralnym gruzowisku, w  ciągłym strachu przed nalotami, snajperami mogącymi czaić się wszędzie albo wizytami różnych podejrzanych, uzbrojonych grup mężczyzn w  terenówkach. I  muszę przyznać, że Gortat subtelnie, ale bardzo wyraźnie opisał wojenny krajobraz: budowanie kryjówek z  gruzu, zabawy w  chowanego, improwizowane mecze piłki nożnej, ale też strach, głównie strach rodziców, wyrażany w ciągłym upominaniu dzieci: nie odchodźcie dalej, jak na sto kroków, nie kręćcie się w pobliżu rozwieszonych kolorowych ubrań, bo ściągniecie na siebie uwagę. Rodzice dzieci z trudem próbują walczyć z  codziennością: ojciec wyrusza na poszukiwanie drewna (to akurat bywa całkiem fajną zabawą dla dzieci), zdobywa baterie, by móc przez chwilę posłuchać radia, bo prąd jest włączany tylko raz dziennie na kilka godzin, a za korzystanie z  niego sporo się płaci. Martwi się, jak upiec chleb nie mając mąki… Mniej znaną postacią jest mama. Odzywa się rzadko, częściej w milczeniu wykonuje różne domowe czynności. Przemawia głównie wyrażając sprzeciw w  różnych sytuacjach. I tu warto wspomnieć pojawiający się kilkakrotnie czarny charakter: to stryj Husajn, szemrany gość, cwaniak i kombinator, typowy przedstawiciel islamskiego (tu akurat islamskiego) patriarchatu. Przywozi prezenty (głównie żywność z pomocy humanitarnej), namawia Chalima (tak ma na imię ojciec) do ucieczki z kraju, „załatwia” pracę, która okazuje się niepracą… Matkę ignoruje; jeśli się do niej zwraca, to z pogardą. Widać, że to typ bez skrupułów, załatwiający dzięki wojnie swoje interesy.

fabularie 2 (13) 2017

Jest też Haszim, chłopiec, który w wyniku jakiegoś wojennego zdarzenia stracił nogę. Razem z kilkoma innymi „jednonogimi” zakłada drużynę piłkarską. Autor rysuje go jako pełne niewysłowionej złości na swój los, odgrywające się na innych, ale na dnie przecież sympatyczne i normalne jak każde inne, dziecko. Jedno, co mnie razi w  tej książce, to, niestety, dość często spotykany u dorosłych podających się za dzieci, nieco nadęty obraz samych dzieci. Możemy się zgodzić, że ośmioletnia narratorka Jasmin staje się czasem narratorką wszechwiedzącą i  w  jej opowieści rzeczy, o  których ośmiolatka nie ma pojęcia, jawią się tak, jakby to pojęcie miała. Możemy przyjąć, że taka jest forma, i  przejść nad tym do porządku. Jednak w wielu innych miejscach miałem wrażenie, że Gortat nie tylko nie mieszkając w wojennym Aleppo wyobraża sobie, jak by to było tam mieszkać, co moim zdaniem wychodzi wiarygodnie, ale niestety jakby nie mając pojęcia o  dzieciach, próbuje naśladować ich sposób myślenia, tyle że nie prawdziwy, ale taki, jak mu się wydaje, że on wygląda. No i  to już wypada o wiele gorzej. Mówi się, że dzieci w trudnych czasach muszą szybciej dorastać. Być może tak jest, ale czy aż w takim stopniu? Czy tak szybko i tak… daleko? „Nabil jest wysoki, jak na swoje sześć lat. Uważa, że jest prawie mężczyzną i  coraz częściej zadziera nosa” – mówi ośmiolatka. Pan Safik stwierdził, że mały Tarik ma inżynieryjna smykałkę. I autor ustami Jasmin mówi: „Zbliżała się pora lekcji z panem Safikiem, Nabil bez przynaglania ruszył za mną do drzwi. Tarik też się poderwał, żeby nam towarzyszyć. – A  most? – przypomniał mu tata [Tarik z  ojcem budowali most z  puszek]. – Dokończę, jak wrócę. Pan Safik mówi, że dobry konstruktor musi znać matematykę. A  ja nie umiem jeszcze liczyć” – ogłasza trzylatek. Takich psychologicznych, że tak powiem, niezręczności jest w książce niestety więcej. Zastanawiałem się, jakie piętno odciska wojna na dzieciach. Czy mimo tych wszystkich traum, strachu, ucieczek, śmierci, mają szansę prowadzić później normalne życie? Podczas lektury przypominałem sobie opowieści mojego dziadka z  czasów II wojny

światowej. Dziadek (rocznik ’34) był wtedy małym chłopcem. Ale w jego opowieściach ten czas był po prostu czasem dzieciństwa. Czasem zabaw. Równie normalne jak to, że bawili się w  lesie, rzucali kamieniami nad potokiem, albo paśli krowy (dziadek pochodzi ze wsi), było to, że przychodzili Niemcy i zabijali psy. Ale nie to jest w  tej książce najważniejsze. Moim zdaniem bowiem, w czasach, kiedy codziennie w wyniku wojen giną setki albo i  tysiące ludzi, moralnym obowiązkiem jest mówienie o tym. Wskazywanie, że ludzie TAM są TACY SAMI jak my. Że są dzieci, które chcą się bawić, chodzić do szkoły, słuchać bajek; że są rodzice, którzy się o te dzieci troszczą i  starają się zapewnić im możliwie najlepsze warunki życia, choćby czasem oznaczało to po prostu zdobycie kromki chleba. I  że wszyscy oni nie zasłużyli sobie na to, aby tak cierpieć. W  tym kontekście Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo to bardzo ważna książka. A  ponieważ dochód z jej sprzedaży w całości przeznaczony jest dla Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc ofiarom wojny w Syrii, trzeba ją kupić i przeczytać koniecznie.

Grzegorz Gortat Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo wyd. Bajka Warszawa 2017

57


Proza

Lipiec i komary ANNA DWOJNYCH

Lipiec – czas, kiedy dzień układa się do drzemki po dwudziestej pierwszej, a przeciąga z rozleniwieniem kilka godzin później, z pierwszą rozmową ptaków. Kiedy niemal wszystkie oczy wieżowców z wielkiej płyty są zamknięte, a ich mieszkańcy już dawno zasnęli, nieświadomi, co dzieje się w ostatnim jasnym oknie. Ewa siedzi w maleńkim pokoju na siódmym piętrze przed monitorem kilkuletniego komputera. W słuchawkach rozbrzmiewają jej ulubione melodie, które zwykła nazywać „nastrojowymi’ – rockowe ballady Uriah Heep czy polskie przeboje lat osiemdziesiątych – Lady Pank i Maanam. Między wystukiwaniem dwuznacznych zdań do swojego rozmówcy sięga po kieliszek różowego wina. Druga strona monitora, ta, zza której on pisze, otwiera przed nią świat, którego dotąd nie znała – bezpieczeństwa, akceptacji, zainteresowania. Wtedy, gdy wszyscy wokół pogrążeni są we śnie (jej rodzice w drugim pokoju, jego rodzina – za ścianą, o którą on opiera laptop), czuje się naprawdę szczęśliwa. Temperatura w pomieszczeniu rośnie i trudno powiedzieć, czy

58

to wpadające przez uchylone okno gorące powietrze, czy rozbudzająca zmysły konwersacja. Elektroniczna godzina w prawym dolnym rogu ekranu zmienia się zaskakująco szybko i nie wiadomo kiedy. Pięć komplementów, siedem żartów, trzy opowieści temu jeszcze była północ. Wschodzące słońce może ich zdradzić, więc trzeba szybko zakończyć tę wymianę znaków. Odwlekają ten moment tak długo, jakby jutro miał nastąpić koniec świata. W końcu ulegają szarości dnia – on kładzie się do swojego łóżka, ona do swojego. Ona jednak, zanim zaśnie, próbuje zrekonstruować całą, wpół dzisiejszą, a wpół wczorajszą rozmowę, zachłystując się każdym jego słowem. Spogląda na sufit, wtedy dostrzega nieproszonych gości – kilkanaście komarów, korzystając z nieuwagi gospodyni, zakradło się do pokoju. Przyczajone, gotowe do ataku, gromadzą się wokół lampy. Zapowiadają ból.

fabularie 2 (13) 2017


Film

Klient dzwoni tylko raz KATARZYNA RODACKA

Co sprawia, że kino irańskie, pochodzące z innego kręgu kulturowego, jest tak dobrze rozumiane i przyjmowane przez Europejczyków? Najwidoczniej pozornie inne zwyczaje i egzotyczny język są mniej istotne niż uniwersalne wartości, a sytuacje, które rozgrywają się w dalekim Teheranie, wbrew pozorom nie odbiegają tak bardzo od tego, co dzieje się w lokalnym, przeciętnym polskim mieście.

Obecnie na ekranach wciąż jeszcze wyświetlany jest Klient w reżyserii Asghara Farhadiego, tegoroczny zdobywca Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. To historia młodego małżeństwa – Rany i  Emada – które wprowadza się do nowego mieszkania w  jednym z  teherańskich wieżowców. Ich poprzednie mieszkanie nie nadaje się dłużej do użytku – wskutek robót budowlanych konstrukcja całego bloku została naruszona, ściany popękały, instalacja gazowa najpewniej jest już nieszczelna. W  nowym lokum, wynajętym od znajomego z  teatru, dochodzi do napaści na Ranę, jednak do końca nie wiadomo, co się właściwie stało. I na tej niewiedzy zbudowany jest cały szereg domysłów, a na nich – pozostała fabuła filmu. Echem całego wydarzenia jest nie tylko ciągły niepokój Rany, ale także piętrzące się nieporozumienia między małżonkami. Dodatkowo Rana nie czuje się na siłach, by grać w spektaklu teatralnym, w którym oboje biorą udział. Niedopowiedziana i niepokazana część filmu snuje się wokół pytań, co właściwie przytrafiło się głównej bohaterce. Czy została „jedynie” zaatakowana, czy sprawca posunął się jeszcze dalej. Mimo że w filmie ani razu nikt nie mówi o jasnym podejrzeniu o  gwałt, między słowami możemy wyczytać, że bohaterowie obawiają się, że mogło do tego dojść. W oparciu o tę niewypowiedzianą obawę budzi się wiele pytań o dalsze kroki – czy iść na policję i oficjalnie zgłosić napaść, czy zapomnieć o sprawie, czy może samemu znaleźć sprawcę? W miarę rozwoju akcji zmienia się także postawa Emada. Bohater początkowo chciał zapomnieć o  całym zajściu, do czego nama-

fabularie 2 (13) 2017

wiał także swoją żonę, jednak potem przeważyła nad nim chęć samodzielnego odnalezienia sprawcy, chęć zemsty, a być może po prostu chęć udowodnienia własnego męstwa. Obojętne, jaki motyw kieruje Emadem, coraz bardziej jest on zdeterminowany, żeby samemu znaleźć i ukarać winowajcę. W ostatnich scenach można mieć wrażenie, że bardziej niż na dobru własnej żony zależy mu na zemście. Ostatecznie bowiem staje się swego rodzaju strażnikiem moralności – już nie osądza winnego o napaść na żonę, ale głównie o bycie nie w porządku wobec własnej rodziny. Nie wiadomo zatem, jaki motyw stoi za szukającym sprawiedliwości mężem. Widać natomiast, jak łatwo człowiek poddaje się zemście oraz jak odmienność zdań powoli oddala od siebie ludzi. Farhadi pokazuje złożoną sytuację, w  której ostatecznie ofiara napaści bardziej niż jej obrońca skłonna jest przebaczyć. Ten skomplikowany system wartości ludzkich jest przedstawiony przez Farhadiego w sposób minimalistyczny i  subtelny. Niewielka liczba bohaterów, symboliczne dialogi, wiele niedopowiedzeń i  niejasności. Prawdziwy film zaczyna się tam, gdzie kończy się nakręcony obraz. Interpretacja z  jednej strony ewidentnie narzuca się sama – świadczy o tym chociażby fakt, że większość odbiorców odbiera pewne symbole w ten sam sposób, co oznacza, że Farhadi z  sukcesem przekazał swoją myśl. Jego dzieło pozostawia jednocześnie wiele niejasności oraz podaje przykłady okoliczności, w  których testuje naszą moralność, nawet w  na pozór najdrobniejszych sytuacjach, jak wtedy, kiedy Emad w swoim prywatnym śledztwie odsłuchuje automatyczną sekretarkę na pozostawionym w mieszkaniu telefonie poprzedniej lokatorki. Ciekawym pytaniem, które narodziło się od razu w  polskim internecie, jest to o sam tytuł filmu. Jak i czy w ogóle zmieni się nasze postrzeganie, jeśli okaże się, że tytułowym bohaterem nie jest Klient, tylko Sprzedawca – gdyż tak właśnie brzmi tytuł oryginału? Czy oryginalny tytuł nawiązuje do wykorzystanej w  filmie sztuki teatralnej Śmierć komiwojażera, czy do jeszcze innego bohatera lub bohaterki? W języku perskim rzeczowniki nie mają rodzajów – słowo forushande oznacza zarówno sprzedawcę, jak i sprzedawczynię. Kto się zatem kryje pod tytułową rolą? Czy przeniesiemy wtedy ciężar naszych myśli z jednej na drugą osobę i na jej relacje z głównymi bohaterami? I która z nich jest dla nas ważniejsza? Możliwe, że jest to jedynie po prostu zabieg polegający raczej na nadawaniu przez dystrybutora nowego tytułu zamiast tłumaczeniu oryginału. Niezależnie od tego, jaka była motywacja, sama zmiana pozostawia sporą przestrzeń do myślenia. Co sprawia, że Irańczycy w  tak uniwersalny i  jednocześnie subtelny sposób konstruują swoje filmy? Klient nie jest jedynym oscarowym filmem Farhadiego. W 2012 roku reżyser otrzymał swoją pierwszą statuetkę za film Rozstanie – także subtelną fabułę z konfliktem tragicznym w tle. Rozstanie zostało wplecione w  ramy kulturowe Iranu, które nie istnieją nigdzie indziej, jednak film uniwersalnie oddziałuje na całym świecie i wnosi pytania o egoizm, miłość, więzy międzyludzkie i system wartości. Biorąc pod uwagę oba filmy i dorzucając jeszcze głośny Co wiesz o  Elly? – także w  reżyserii Farhadiego – można stwierdzić, że irańska kinematografia to próba udowodnienia, że codziennie jesteśmy stawiani przed sytuacjami, które trenują nasze sumienie i poddają próbie naszą moralność.

59


Film

Road movies w drodze MAGDALENA URBAŃSKA

Niezależnie, czy kierowca pędzi bez przerwy przez kilka dni z zawrotną prędkością, czy porusza się na swoim traktorku-kosiarce; czy popycha go do tego ambicja, czy chęć pogodzenia się z sobą i światem – stanowi on część sprawnego mechanizmu napędzającego odbiorcze wyobrażenia o wolności. Choć bohaterowie różnią się od siebie niczym sześciopasmowa autostrada od prowincjonalnej drogi, to kontestatorzy zastanego porządku, buntownicy, ale i outsiderzy, tworzący mit amerykańskiego kina drogi.

W Stanach Zjednoczonych jest 75 tysięcy kilometrów autostrad, co oznacza, że można by nimi prawie dwukrotnie owinąć Ziemię. Mit drogi stanowi fundament współczesnej amerykańskiej kultury. Kino drogi (road movie) jako forma gatunkowa powstało w  latach 60. – w  okresie kontestacji i  buntu, w  czasie sprzeciwu względem wojny w  Wietnamie, jako odpowiedź na dyskryminację określonych grup społecznych. Amerykański fenomen filmów łączących wymiar przygodowy i  egzystencjalny, dosłowną, znikającą wraz z  kolejnymi krajobrazami za szybą, szosę, jak i  drogę jako metaforę życia oraz poszukiwania sensu istnienia, wyrasta zatem z głęboko zakorzenionego w historii USA mitu wolności. Mimo, że

60

istnieje szereg charakterystycznych cech nurtu, to często zmieniał on swoje oblicze – każdorazowo komentując aktualne zmiany społeczne i obyczajowe (zazwyczaj odnosząc się do nich krytycznie, choć – trzeba przyznać – z czasowym opóźnieniem względem realnej sytuacji politycznej). Podróż w  kinie drogi jest więc indywidualną historią osobistego dorastania do buntu, ścieżką do samopoznania, ale i nierzadko obrazem grup społecznych, chcących zaznaczyć swą obecność w  dyskryminującym ją głównym nurcie, tak kinematograficznym, jak i  społecznym. Przesunięcia akcentów, modyfikacje motywów względem klasycznych road movies sprawiają, że kino drogi nawiązuje do swoich kontestacyjnych początków, ponownie wjeżdżając do mainstreamu z głośnym warkotem silnika.

Ucieczka do wolności Najświeższym przykładem tak rozumianego kina drogi jest American Honey (2016) Andrei Arnold. Brytyjska reżyserka, znana w środowisku filmowym ze swojego społecznego zaangażowania, kieruje kamerę na grupę młodych ludzi marginalizowanych przez system – wraz z główną bohaterką, Star (autentyczna i naturalna amatorka Sasha Lane), wsiadamy do busa i ruszamy przez kolejne miasta Ameryki, silnie skontrastowane z uczestnikami podróży. Domy z basenami, auta z odkrytymi dachami czy po prostu wysokie budynki lub domek na przedmieściu to dla biednej klasy społecznej wciąż ekonomiczna „wyższa półka” – na co dzień niedostępna i  podniecająca. Oryginalna mieszanka wagabundów i społecznych wyrzutków z  jednej strony wyrasta z  pokolenia swoich dziadków – bitników: żyjących chwilą, z  ciągłym byciem w  drodze, odrzucających mieszczańskie normy, z  drugiej – stanowi ich karykaturalny portret: bez złudzeń co do magnetycznej siły wolności, którą poświęca tylko dla „robienia kasy”, stanowiącej cel najwyższy. Rozśpiewany i  głośny bus z  American Honey to w  rzeczywistości gorsza twarz Ameryki – prowincjonalna, ekonomicznie zależna, pozbawiona skrupułów. Droga nie jest tu tylko poszukiwaniem wolności czy lepszego „ja”, lecz społecznym przymusem, jedną z  życiowych alternatyw, którą nieudolnie chce się przysłonić brak perspektyw, zgubić w  pędzie zmieniających się moteli niską samoocenę czy w  grupie pozornie maskować samotność. Od bitników, zwłaszcza tych sportretowanych przez Waltera Sallesa w adaptacji W drodze (2012), odróżnia ich świadomość pustki ziejącej z wyboru tej życiowej drogi. Choć wypijany hektolitrami alkohol pozostał ten sam, to Star nigdy nie będzie gwiazdą – jej marzenia są skromne, przyziemne, a jej „kontrkulturowi dziadkowie” powiedzieliby, że wręcz ordynarne.

fabularie 2 (13) 2017


Film

Kontestacyjny charakter kina drogi od początku wynikał z obrazowania indywiduów – przedstawicieli grup często pomijanych i marginalizowanych. Za kierownicą siadał oryginał odstający od reszty społeczeństwa, czego symbolem był wehikuł znacznie różniący się od egalitarnego forda. Pierwszy klasyczny road movie, na długie lata ustanawiający harleya-davidsona symbolem wolności i buntu, Easy Rider (1969) w reżyserii i z główną rolą Dennisa Hoppera, wyznaczył kilka ciekawych tropów, którymi później podążało kino drogi. Przede wszystkim czynił z  bohatera „swobodnego jeźdźca” – osobę nieskrępowaną konwenansami społecznymi, o swobodnych obyczajach, żyjącą „tu i  teraz”. Niezależnie, czy kierowca jechał sam (jak Barry Newman w  Znikającym punkcie [1971]), czy z  towarzystwem (Thelma i  Louise [1991] Ridleya Scotta), zmierzał w  stronę niezależności. Choć portret bohatera stanowi najważniejszy element ekranowej kontestacji, to równie istotny jest ukazywany pejzaż społeczny. Easy Rider jako portret rebeliantów wszelkiej maści w latach 60.: końcowego pokolenia bitników, trwającego buntu rockersów czy rozwijającej się kontrkultury z hipisami na czele, pokazuje przede wszystkim ich niedopasowanie do zewnętrznego świata – rysując w ten sposób społeczeństwo jako obiekt buntu. Śledzimy losy kierowcy, by zrozumieć, co i dlaczego poświęca w imię wolności. Większość najważniejszych filmów drogi – poza absolutyzacją wolności rozumianej jako wartość abstrakcyjna („Prędkość oznacza wolność dusz” – jak mówi Super Soul w  Znikającym punkcie) – opowiada zatem o  bardzo konkretnym społecznym wykluczeniu. Thelma i  Louise walczą o  swoje prawo do samostanowienia, zapowiadając de facto trzecią falę feminizmu. Podróż zmienia się w ucieczkę za sprawą morderstwa po próbie seksualnego wykorzystania, podobnie jak w Chłopakach na bok (1995), gdzie wariackie trio: Whoopi Goldberg, Mary-Louise Parker oraz Drew Barrymore, dokonuje przypadkowego zabójstwa przemocowego kochanka. W wielu filmowych przypadkach początkowa droga staje się przymusem czy policyjną pogonią jako symboliczną kategorią społecznych represji. W Cloudburst (2011) Thoma Fitzgeralda dwie starsze lesbijki po ponad 30 latach wspólnego związku postanawiają wziąć ślub. Jako że jest to niemożliwe w  ich rodzinnym Maine, wyruszają do Kanady, by tam – wbrew rodzinnym decyzjom i  nakazom odwrotu – oficjalnie potwierdzić swój związek. Pełen zaskakujących rozwiązań i  elementów komediowych film pokazuje także podróż jako ucieczkę od starości, niezgodę na pojawiającą się w  starszym wieku zależność (podobny temat rodzi się w  Lynchowskiej Prostej historii [1999]). We wszystkich wspomnianych przykładach ważną funkcję pełni też figura autostopowicza – pełniącego rolę fil-

fabularie 2 (13) 2017

Choć wypijany hektolitrami alkohol pozostał ten sam, to Star nigdy nie będzie gwiazdą – jej marzenia są skromne, przyziemne, a jej „kontrkulturowi dziadkowie” powiedzieliby, że wręcz ordynarne.

mowego kontrastu względem społecznego wykluczenia, z którymi spotykają się bohaterowie na kolejnych przystankach podróży. Kino drogi jest zatem nie tylko pochwałą wolności, ale społecznym manifestem – niezgodą na dyskryminację, uwzniośleniem kategorii inności, walką w  sprawie prawa do samostanowienia i  odmienności, czy to seksualnej (jak w nieco ironicznej i pastiszowej formule pokazuje Gus van Sant w  I  kowbojki mogą marzyć [1993]), czy społecznej.

Szybcy i wściekli: zawrócić mit American Honey demitologizuje tak rozumiany schemat o  tyle, że nie ma w  nim manifestacyjnej diagnozy, choć nie brak tu „społecznego pazura”. Bohaterowie są wiarygodni, co nie znaczy, że budzą sympatię, która pozwala widzowi przymknąć oko na ich niedostatki czy – jak to ma zazwyczaj miejsce w  kinie drogi – łamanie prawa. W road movies zazwyczaj krzyżują się dwie drogi: zewnętrzna i  wewnętrzna, społeczna i  jednostkowa, a  podróż stanowi tak emanację marzeń o  szeroko rozumianej wolności, jak również impuls do indywidualnej ewolucji. U Arnold kwestia przemiany wewnętrznej nie następuje. Podróż nie staje się ścieżką do samopoznania, zaś ruszenie w dalszą podróż byłoby paradoksalnie wyrazem nie buntu, a  konformizmu, działaniem niejako wbrew własnym ideom. Droga jest więc – jak w  rzeczywistości – długa, monotonna, podkreślona długimi ujęciami mijanych krajobrazów, charakterystycznymi dla kina drogi travellingami. Nie obserwujemy ewolucji bohaterów, ale łapiemy ich po prostu na życiowej drodze, która nie ma wyznaczonego ostatecznego celu.

61


Film

Kino drogi jest nie tylko pochwałą wolności, ale społecznym manifestem – niezgodą na dyskryminację, uwzniośleniem kategorii inności, walką w sprawie prawa do samostanowienia i odmienności.

Kino drogi od początku łączyło się także z kontestacją filmową, prezentując stylistyczne odchylenia od normy – kina głównego nurtu. Klasyczny dla nas dzisiaj Easy Rider, kręcony w  1968 roku, otworzył Hollywood na zupełnie nową epokę. Amerykańska nowa fala poniosła kino w stronę formalnej niezależności, nie tylko skupiając funkcję reżysera, aktora i producenta w jednym ręku, ale także kreując autorską wizję świata. Dennis Hopper świadomie wyjeżdżał poza schematy kina mainstreamowego w  stronę arthousowej propozycji: z  ujęciami POV, tożsamymi z punktem widzenia bohatera, zabiegiem flash-forward, antycypującym wydarzenia chronologicznie późniejsze, czy dynamicznym montażem. Z tego rejestru środków korzystali także późniejsi twórcy kina drogi. Dzisiaj novum wydaje się powrót do bardziej klasycznej narracji – jak we wspomnianym American Honey – kontestującej środki przynależne „tradycyjnym” road movies. Kino drogi od początku było polemiczne: tematycznie wobec mitu amerykańskiego snu (co świetnie przedstawił także Jim Jarmusch w Inaczej niż w raju [1984]), formalnie względem klasycznego kina, a  z  czasem względem samego siebie. Nurt ten stał się impulsem dla dzieł ironicznych, pastiszowych, świadomie przełamujących filmowe konwencje, a  nawet autotematycznych. Kultowe Dzikość serca (1990) Davida Lyncha czy Urodzeni mordercy (1994) Olivera Stone’a  wyśmiewają kino drogi jako kiczowaty element popkultury. Lynch przewrotnie przetwarza także motywy ze swojego filmu w  późniejszej Prostej historii: zamiast szaleńczej prędkości mamy powolną jazdę kilometr po kilometrze, zamiast auta – traktor, zamiast młodości – schyłek życia, a  zamiast żądzy przygody – pogodzenie z  odchodzeniem. Równie ironicznie do kina drogi podchodził Jarmusch, choć w jego wydaniu to przewrotna zabawa na pograniczu gatunków i konwencji, tematów, motywów, a nawet jawy i snu, jak w Truposzu (1995). Krok dalej idzie enfant

62

terrible amerykańskiego kina, czyli Quentin Tarantino, który w Grindhouse: Death Proof (2007) jak zawsze korzysta z  obfitej listy zapożyczeń, readaptacji gatunkowej, chwytów, klisz i  postaci znanych „skądinąd”, tworząc jedno wielkie kinowe symulakrum. A jednak – podobnie jak inni twórcy kina drogi – jawi się jako rzecznik wykluczonych, odwracając filmowo-społeczne zależności, dając kobietom prawo do symbolicznej zemsty. Podobną przejażdżkę, choć już jawnie autotematyczną, oferuje Kyle Sith w Blue Higway (2013). Bohaterowie wyruszają w  podróż przez Stany Zjednoczone, mając świadomość dość powszechnej konwencji tego typu wypraw – podążają więc śladem znanych z  kinematografii miejsc i  filmowych lokacji. Pełna nostalgii opowieść sprowadza się jednak do typowego dla nurtu samouświadomienia postaci – tym razem odnośnie do łączącego parę uczucia. Choć droga zazwyczaj stanowi impuls do poznania samego siebie i drugiego człowieka – jego akceptacji (jak w Rain Manie [1988] Barry’ego Levinsona) czy zrodzenia się przyjaźni aż po grób (jak w  Thelmie i  Louise) – tutaj zostaje potraktowana o  tyle przewrotnie, że niewiele zmienia ona w życiu bohaterów.

Świat zza szyby Kino drogi coraz rzadziej jest już jawnie kontestacyjne, choć motyw podróży nieuchronnie łączy się z konkretnymi oczekiwaniami odbiorczymi. Liczne przetworzenia i  readaptacje pokazały, że wachlarz tematów nie zamyka się tylko w  ramach „drogi do”, choć zarówno klasyczne dzieła nurtu, jak i współczesne (pop)kulturowe czy postmodernistyczne jego wariacje wciąż wykorzystują charakterystyczną dla nurtu ikonografię czy elementy formalne. Przede wszystkim nie byłoby kina drogi bez samochodu. Z jednej strony, produkcja aut i rozwój przemysłu motoryzacyjnego były jak najbardziej bezpośrednią przyczyną rozwoju nurtu, z  drugiej – wehikuł stanowi element odmienności bohatera. Nie byłoby „swobodnego jeźdźca” bez harleya, prostej historii Straighta bez jego kosiarki, Barry Newman nie znikałby tak szybko za horyzontem, gdyby nie jego biały challenger, a Susan Sarandon i  Geena Davis zawdzięczają kultowość filmu Scotta tyleż swoim charakternym postaciom, co słynnemu thunderbirdowi. Oryginalność motoryzacyjnego aspektu odnosi się nie tylko do klasyki: trudno sobie wyobrazić rodzinną bandę indywiduów zmierzającą na konkurs piękności w Małej miss (2006) inaczej niż w słynnym żółtym „ogórku” Volkswagena. Ponadto, niezależnie od całej tradycji tematycznej road movies, filmy nurtu są gwarantem tego, co sami

fabularie 2 (13) 2017


Film

najbardziej lubimy w byciu w drodze: zmieniających się za szybą z zawrotną prędkością obrazów i adekwatnych do podróży playlist. Choć istnieją dzieła, jak Inaczej niż w  raju, które są ostentacyjnie pozbawione tych elementów (co wszak stanowi o ich interpretacyjnym wydźwięku), trudno wyobrazić sobie współczesne kino drogi bez długich travellingów, którym towarzyszy żywiołowa muzyka, oddająca nastrój mijanych krajobrazów. W Znikającym punkcie, obok głównego bohatera i samochodu,

trzecim bohaterem jest radio i jego spiker. Kino drogi – jak wiele innych form gatunkowych – przechodzi ewolucję, choć wciąż, co widać choćby po najnowszym obrazie Arnold, pozostaje – bardziej lub mniej dosłownie – społecznie zaangażowane. Dzięki jego adaptacji do rzeczywistości zewnętrznej, społeczno-obyczajowej, a  nawet politycznej jest gwarancja, że nie umrze jak western. A  wszyscy chcemy czasem w  kinie poczuć, że jesteśmy born to be wild.

melon

fabularie 2 (13) 2017

63


Wiersz

MONIKA MACIASZ sanatorium nawet gdybyś na wódkę nie chorował gdybyś tu był cały z ciałem pierwszy śnieg tej zimy nasz wspólny nie będzie bezczelność świata ma za nic nasz koniec tramwaje nie zmieniły trasy dzieci wciąż rodzą się płacząc

fot. unsplash.com


Recenzje

R E C E N Z J E Pomów o obrazach, pomów obrazy

Nicholas Mirzoeff Jak zobaczyć świat tłum. Łukasz Zaremba wyd. Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie Kraków–Warszawa 2016

Obraz nie poradzi sobie bez języka wspomnień. W przypadku zwycięstwa obrazów na świecie zapanowałaby zupełna cisza, wszystko by się pokazywało. Nie potrafię sobie tego wyobrazić i  dlatego myślę, że ta walka [języka z  obrazem] wcale nie jest beznadziejna. [Peter Turrini w rozmowie z Moniką Muskałą] Twierdzenie, że wzrok i  wiedza warunkują się  wzajemnie, stanowi jedną z  głównych myśli książki Jak zobaczyć świat. Praca Nicolasa Mirzoeffa nie jest jednak kolejną opowieścią o znaku równości, jaką zachodni okularcentryzm w swojej obsesji wizualnych metafor postawił między „widzę” i  „wiem”. Przeciwnie – to apel, by nauczyć się „myślenia wzrokowego”, czyli rozpoznać, jak z jednej strony ideologicznie uwarunkowane przeświadczenia nadal maskują to, co dziś z coraz większą energią domaga się widzialności, a z drugiej – jak oko może uczestniczyć w kształtowaniu nowej wizji społecznego ładu. „Czy nam się to podoba, czy nie, powstające właśnie społeczeństwo jest społeczeństwem wizualnym” – pisze we wstępie do swojej książki Mirzoeff. Występując przeciwko naiwnemu ikonoklazmowi, twierdzi, że polityczna zmiana, jeśli w  ogóle do niej dojdzie, dokona się właśnie dzięki obrazom. Powodzenie tego projektu o wciąż nieostrych granicach zależy jednak od tego, czy nauczymy się produkować i  patrzeć na nie inaczej, niż nas do tego przyuczono. Klasyczne analizy ze Sposobów widzenia Johna Bergera, który centralnym punktem swojej krytyki uczynił genderowe i  klasowe uwarunkowania wzroku1, znajdują w  książce Mirzeoffa dopełnienie w postaci pozytywnego zadania postawionego przed kulturą wizualną. Strategii subwersywnej recepcji obrazów musi towarzyszyć  strategia równie wywrotowej produkcji nowych form widzialności, w której niesprawiedliwa polityczna reprezentacja ustępuje miejsca mówieniu własnym głosem i we własnym imieniu. Mirzoeff twierdzi, że przynajmniej po części dzieje się to na

naszych oczach, właśnie tu i właśnie teraz: społeczeństwo wizualne, domagając się prawa jednostki do patrzenia i bycia oglądaną, tworzy coraz obszerniejsze przestrzenie autoreprezentacji. Przemoc wzroku, przenikliwie omówiona w obu pracach o fotografii Susan Sontag 2 , zostaje w jego ujęciu odsunięta na dalszy plan i zastąpiona optymistycznym spojrzeniem w przyszłość, w której obrazy odegrają niemałą rolę w  emancypacji zarówno poszczególnych jednostek, jak i całych grup społecznych. Autor Jak zobaczyć świat nie myli się, kiedy pisze, że do innego modelu politycznej i wizualnej reprezentacji rzeczywistości mógłby prowadzić obecnie coraz powszechniejszy dostęp do sieci i  smartfonów. Obrazy pochodzące spoza kręgu zachodniej cywilizacji – by przypomnieć tu chociażby wydarzenia w  Zatoce Perskiej – nadal konstruowane są jednak głównie przez zachodnie oko. W  państwach Trzeciego Świata, takich jak Uganda czy Etiopia (czyli tam, gdzie naprawdę potrzeba nowej reprezentacji), odsetek populacji posiadający smartfony wynosi 4%, podczas gdy Pete Souza szacuje, że w ciągu 8-letniej prezydentury Baracka Obamy wykonał mu około 2 mln zdjęć. Jak patrzeć, skoro zdjęcia bogactwa i prestiżu utrzymane w estetyce glamour rzeczywiście przyciągają wzrok i tworzą wzorce społecznego awansu, a pornografia cudzego cierpienia dotarła już do punktu ekscesywnej widzialności? Mirzoeff proponuje, byśmy akt wzroku czynili nieprzezroczystym – nauczyli się, że widzenie ma wymiar polityczny: już to dzięki temu, że pozwala stare i nowe reprezentacje odczytać na nowo, już to dzięki temu, że służy produkcji alternatywnych form wizualności. „Celem jest zmiana świata”. Wydaje się jednak, że aby ten świat zmienić, najbardziej konieczne jest dzisiaj uzmysłowienie sobie, że obrazy, multiplikowane w  tysiącach kopii i  dystrybuowane tysiącami kanałów, nie radzą sobie bez językowej narracji. Projekt Humans of New York tworzony jest ze świadomością niewystarczalności obrazu mimo jego powszechnej inflacji w  społeczeństwie globalnym – Stanton Brandon, który zaczął od robienia spotkanym w mieście ludziom wyłącznie zdjęć, szybko zdecydował się uzupełniać je krótkimi historiami 3. Zofia Rydet (której cel podczas tworzenia dzieła życia był co prawda socjologiczny, a  kadr fotografii wypełniały przedmioty codziennego użytku dające wgląd w  społeczny status fotografowanych) nie widziała jeszcze potrzeby językowego komentarza do swoich prac4 . Ludzka postawa i  twarz, która przez wieki obiecywała fizjonomistom wejrzenie w  charakter człowieka, a  nawet odtworzenie jego biografii 5, dziś zdają się nie mówić nikomu niczego istotnego. Mimo powszechnego zalewu obrazu jesteśmy wizualnie niepiśmienni, a przepowiednia Susan Sontag, że „pewnego dnia podpisy oczywiście staną  się potrzebne”6, jest dziś aktualna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. 2 S. Sontag, O fotografii, tłum. S. Magala, Kraków 2009; taż, Widok cudzego cierpienia, tłum. S. Magala, Kraków 2010. 3 Zdjęcia składające się na projekt Brandona można zobaczyć na stronie http://www.humansofnewyork.com (dostęp: 16 stycznia 2017).

Od 2013 roku trwa digitalizacja Zapisu socjologicznego Zofii Rydet. Efekty tej pracy można znaleźć na stronie http://zofiarydet.com (dostęp: 16 stycznia 2017).

4

5

Zob. na ten temat w szczególności J.-J. Courtine, C. Haroche, Historia twarzy, tłum. T. Swoboda, Gdańsk 2007.

1

J. Berger, Sposoby widzenia, tłum. M. Bryl, Warszawa 2009.

fabularie 2 (13) 2017

6

S. Sontag, Widok cudzego cierpienia, dz. cyt., s. 39.

65


Recenzje

Tematem zdjęcia Zhang Leia wyłonionego w zeszłorocznym konkursie World Press Photo jest smog, który odebrał  autorowi możliwość ostrego sfotografowania ostatnich planów. Gdyby nie opis informujący, że zdjęcie zostało zrobione w  czwartym pod względem wielkości mieście Chin, można by pomyśleć, że ofiarą zanieczyszczenia jest Londyn albo Kraków (i nie byłoby to przypuszczenie niedorzeczne). Dopiero sporządzony w  języku manifest dołączony do fotografii przekonuje, że jej stawka jest konkretna i polityczna – chodzi przecież o, by tak rzec, „przemówienie do oka” chińskim politykom i przekonanie opinii publicznej, że zmiana klimatu i  zanieczyszczenie środowiska nabrały nowego rozpędu. Gdyby nawet zaufać w wizualne kompetencje widza umiejącego rozróżnić mgłę od smogu, a romantyczne przedstawienie zachodzącego słońca od politycznego głosu w  obronie środowiska, i  przyjąć, że fotografowi dokumentującemu problem pojedynczego miasta chodziło też o  wyrażenie ogólniejszej prawdy o  globalnym zjawisku, zdjęcie pozbawione językowego uzupełnienia nie komunikowałoby swojego pierwotnego przekazu: „Nawet jeśli wszędzie dzieje się źle, zobaczcie, jak źle żyje się ludziom właśnie w  Tiencinie”. Odebranie obrazowi możliwości językowej legitymizacji i uczynienie zeń globalnej metafory może prowadzić tylko w  jednym kierunku – do bezproduktywnego stwierdzenia, że smog jest wszędzie, czyli nigdzie. Skoro z  dużym prawdopodobieństwem można bowiem przyjąć, że Mirzoeff uznałby Zhang Leia za „aktywistę wizualnego”, należałoby też wskazać, że aktywizm, o którym mowa, w swojej najlepszej (a zarazem najbardziej podstawowej) wersji jest przecież działaniem na rzecz konkretnego miejsca i konkretnego momentu historycznego. Mirzoeff, którego Jak zobaczyć świat nie jest przecież czysto wizualnym esejem, ale efektem pracy wykonanej w  materii języka, postuluje „odwidzieć” świat, czyli oduczyć się starych nawyków myślenia, ale paradoksalnie przemilcza albo nie zauważa potrzeby zaangażowania języka jako jednej z  podstawowych strategii działania w  społeczeństwie wizualnym. Dziś nie wystarczy „odwidzieć” obrazów – trzeba jeszcze o  nich pomówić, nawet ryzykując, że się je pomówi. Pomówić o obrazach znaczyłoby tu nadać im sens i osadzić w społecznym kontekście. Problem niewystarczalności obrazu, który wytraca polityczny impet bez pomocy języka, nie dotyczy wyłącznie fotografii Zhang Leia, ale większości zdjęć robionych każdego dnia w każdym miejscu na ziemi. Nie wystarczy zgodzić się  z  Barthes’owskim przyznaniem fotografii indeksalnego charakteru7 albo z  jeszcze radykalniejszym (bo uczynionym na gruncie fenomenologii) ujęciem Eduarda Pontremoli, który pochodzące ze Światła obrazu „To-było” zastępuje mocniejszym „To-jest” 8 , by oddalić ten problem. Semiotyczna czy ontologiczna „prawda” obrazu nie ma nic wspólnego z  kwestią wybrakowania kontekstu. Czy zdjęcie przedstawiające połów krabów albo zbiór liści herbaty przedstawia ludzi pracujących według zasad fair trade, czy przeciwnie – dokumentuje wyzysk na Morzu Beringa

lub w Sri Lance? Na te pytania nie sposób odpowiedzieć bez znajomości wypowiedzianego w  języku komentarza. Być może pomówienie rozumiane jako oskarżenie nie jest nawet ryzykiem wpisanym w  opowiadanie o  obrazach, ale punktem, od którego każde takie opowiadanie powinno się zaczynać. Pomówić obrazy znaczyłoby tu więc zapytać je najpierw o  interesy, na rzecz których świadomie bądź nieświadomie działają, podać w wątpliwość ich rzekomą przejrzystość (zarówno w znaczeniu politycznej transparentności, jak i  semiotycznej referencjalności), a  także zakwestionować z  pozoru oczywiste etyczne motywacje, które kierują ich autorkami bądź autorami. Dopiero to podwójnie rozumiane (jako narracja i  zarazem oskarżenie) pomówienie mogłoby, jeśli to w  ogóle możliwe, otwierać drogę do realizacji proklamowanego według Mirzeoffa przez społeczeństwo wizualne prawa patrzenia i bycia oglądanym, które staje się jednocześnie etycznym wyzwaniem: „Musimy uczyć się widzenia z perspektywy innych ludzi, a także z naszej własnej”. Zdanie to przypomina nieco teoretyczną propozycję Kai Silverman znaną pod pojęciem pamięci czy identyfikacji heteropatycznej. Katarzyna Bojarska, zwięźle komentując pomysł Silverman, pisze: „Pamięć heteropatyczna (odczuwanie i cierpienie z innym) oznacza możliwość powiedzenia: «to mogłam być ja, to także byłam ja», a  jednocześnie (z  naciskiem na jednocześnie) «ale to nie byłam ja»” 9. Wydaje się jednak, że wobec inf lacji obrazów, która każdego dnia podnosi próg wrażliwości na ludzkie cierpienie, strategia polegająca na wizualnym przejmowaniu pozycji Innego i w konsekwencji wczuwaniu się w jego los wcale nie jest tak oczywista. Książka Eli, Eli, stanowiąca zapis wspólnej podróży Wojciecha Tochmana i  fotografa Grzegorza Wełnickiego po Filipinach, zawiera wobec niej zarzut najcięższego kalibru. Tochman tak pisze o bohaterach swojego reportażu: „Złodziejstwo, kurewstwo, prochy i głód – to ich codzienność. A obok – korporacje, banki, hotele po tysiąc euro za noc. Cały majątek mieszkańców slumsów to zwykle stare plastikowe klapki, stare gacie i stary T-shirt. Gnieżdżą się po dwadzieścia osób na ośmiu metrach kwadratowych, więc połowa rodziny śpi na ulicy. Jedyna cenna rzecz, jaką posiadają, to informacja o sobie, o swoim sąsiedztwie, o swojej biedzie. Ja im tę informację zabieram, pakuję do bagażu i  lotem za tysiąc euro przywożę do domu” 10. Pamiętając, że reportaże, które składają się na Eli, Eli, rozpoczynają się od zdjęć Grzegorza Wełnickiego, a one z kolei niejednokrotnie determinują bieg myśli Tochmana, należałoby dodać, że równie cenną rzeczą, jaką  posiadają ci bohaterowie, jest możliwość sfotografowania ich i  przywiezienia tych fotografii do domu. Tochman nie pozostawia złudzeń, że z  podróży do Trzeciego Świata, odbytej naprawdę, a  nie wirtualnie zza biurka, z  propozycji Kai Silverman może powrócić jak natrętne echo wyłącznie ostatnie zdanie: „to nie jestem ja”. Co więcej, Eli, Eli dowodzi, że wiemy to właśnie dzięki paktowi, jaki obraz zawarł z językiem. / Filip Fierek

7

R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, tłum. J. Trznadel, Warszawa 2008.

9 K. Bojarska, Rzecz na łasce opowieści. Na marginesie „Rzeczy i Zagłady” Bożeny Shallcross, „Teksty Drugie” 2011, nr 5, s. 147.

8 E. Pontremoli, Nadmiar widzialnego. Fenomenologiczna interpretacja fotogeniczności, tłum. M. Kalinowski, Gdańsk 2006.

10 W. Tochman, Eli, Eli, Wołowiec 2013. Fragment pochodzi z okładki tego wydania.

66

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

Śniące narody Europy

Ziemowit Szczerek Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową wyd. Czarne / Agora SA Wołowiec–Warszawa 2017

Międzymorze w najnowszej książce Ziemowita Szczerka funkcjonuje jako idiom, który metaforycznie odsłania cały szereg różnic i pęknięć w paśmie Europy Środkowej i  Wschodniej. W  tym sensie geopolityczna idea Międzymorza ulega literackiej demaskacji, obnażając przy tym fantazmatyczne fundamenty takiego myślenia o  Europie, którego prawdziwego renesansu doświadczamy obecnie. Książka Szczerka nie narzuca jednego kontekstu. Przypomina raczej meandryczną gawędę międzymorskiego everymana, który piwną rozmowę z punkami przy dworcu w  Cottbus porzuca po to, by momentalnie przenieść się do słowackiej knajpy starego Rusina. Szczerek niestrudzenie przebija się przez kolejne warstwy europejskich nacjonalizmów i  peryferyjności, ukazując przy tym sposoby symbolicznego przepracowania ran historycznej pamięci. Najciekawiej wypadają te fragmenty, w których to właśnie spotykani ludzie mówią własnym językiem – niekiedy prostym bądź pompatycznie rozdmuchanym. Ten zabieg sprawia, że odbiorca może doświadczyć sprzecznej i  pękniętej rzeczywistości społeczno-politycznej krajów pasma Europy Środkowej, samodzielnie kształtowanej przez wolę mieszkańców. Bohaterowie, których spotyka Szczerek w swojej podróży, stają się niemal symbolami dwóch strategii konstruowania tożsamości narodowej. Sąsiad Mariana Kotleby (ekstremistycznego przewodniczącego Partii Ludowej Nasza Słowacja) nieśmiało chwalący swojego kolegę za podejście do nauki wuefu, staje się metaforą nacjonalistycznej radykalizacji Słowacji, ukrytej gdzieś pod tkanką idyllicznej wiejskości i spokoju. Z kolei jeden ze spotkanych Madziarów może stanowić literackie exemplum węgierskiej maniakalnej megalomanii – szczególnie wobec rumuńskich sąsiadów. Co ciekawe, to właśnie Rumunia, a  nie Węgry, najbardziej przypomina Polskę, choć z przekąsem Szczerek stwierdza, że to jednak betonowe Kosowo wygląda jak estetyczny klon Rzeczpospolitej.

fabularie 2 (13) 2017

Narracja Międzymorza momentami przypomina styl Siódemki, jednej z wcześniejszych powieści Szczerka, który polegał na swobodnym przepływie nierealnych skojarzeń, jakie doskonale pasowały do aktualnej rzeczywistości. W  Międzymorzu te passusy nie mają już tej magicznej mocy, wydają się powieleniem zużytej metaforyki, choć swoim niedopasowaniem paradoksalnie komponują się z  groteskową peryferyjną nowoczesnością społeczeństw Europy Środkowej. Siłą narracji Szczerka jest jednak pewna szorstkość, chaotyczność i  surowość. Pojawia się również ironia, szczególnie literacko obecna przy demaskacji mikroskopijnych imperiów. Ironia zamienia się momentalnie w narracyjną empatię – zrozumienie dla bohaterów, którzy poruszają się w oparach idyllicznego mitu. Wszak doskonale znamy ten mityzujący odruch – na nim opiera się „nasza” książkowa galicyjskość, kresowość. Wszystkie te elementy okazują się doskonałym narzędziem literackiego opisu wyobrażonych ojczyzn – fantasmagorycznych tworów istniejących w  narodowych mitach, które z  kolei często są reprodukowane przez język polityki, momentalnie zbliżającej się do rachitycznego systemu metafizyki, zasłaniającego sztandarem pozornej wielkości to, co najbardziej traumatyczne. Efektem naiwnego poszukiwania „macedońskości” jest zakwitanie placów pomnikami Aleksandra Wielkiego. Historyczne nieprzepracowanie doświadczenia brutalnej polityki Josefa Tisy skutkuje erupcją słowackiego nacjonalizmu. Książka Ziemowita Szczerka porusza kilka zasadniczych wątków, które łączą się w  nowoczesny dyskurs postkolonialny. Aporia Zachód–Wschód została w  sposób przemyślany ukryta w  meandrycznej narracji podróżniczej, pełnej anegdotycznych koncepcji (np. Transylwania jawi się jako rubieże zachodniej cywilizacji, stąd popkulturowa demonizacja na modłę horroru z Vladem Palownikiem). Szczerek świetnie ilustruje specyfikę antagonistycznych relacji, będących wyrazem alternatywnych poszukiwań autonomicznych wzorców, które przestaną już być echem zapatrzenia w Zachód – symbol wszelkich pozornych wartości uniwersalnych. Międzymorze świetnie literacko uzupełnia horyzont myślowy wytyczony przez publikacje Jana Sowy (przede wszystkim Fantomowe ciało króla) w polskiej dyskusji na temat polskości i słowiańskości. Dlatego wielowątkowość Międzymorza świetnie pomaga w zrozumieniu specyfiki tego regionu, który nigdy nie będzie słowiańską czy peryferyjną jednością – dla Chorwatów ich narodowość jest bardziej śródziemnomorska niż słowiańska, dla Czechów ich państwowość jest bardziej zachodnioeuropejska niż ludowo-peryferyjna. Międzymorze zawiera nowoczesną ideę zniesienia nawyku myślenia uniwersalistycznego, zastępując go rozpoznaniem relacji różnic i  inności kulturowych. Książka Szczerka to podróżniczy zapis rozpadu wielkiej rodziny odmiennych narodów, których jedyną wspólną cechą jest szukanie kompensacji w  groteskowo poważnych narracjach na temat własnej potęgi. Raczej wyobrażonej niż prawdziwej. / Michał Trusewicz

67


Recenzje

Leśny sowizdrzał

Ernst Wiechert Moje życie, moje czasy tłum. Krzysztof Gębura Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa „Borussia” Olsztyn 2016

Do roku 2017 Ernst Wiechert i jego twórczość pomieszkiwali w  moich myślach dwojako. Trudno powiedzieć, żeby owo zakwaterowanie było wspólne, wymieszane, jednoczesne. Raczej gdy pojawiało się jedno, znikało drugie. Kiedy wspominałem dzieciństwo i  wczesne nastoletnie lata z  segmentem „stylowskim”, przeróżne „biblioteczki” o  wiśniowej politurze, z  których wypadały co jakiś czas szyby, żeby w końcu zdenerwować ojca lub matkę i zostać wyjęte na zawsze, Wiechert był jednym z napisów na grzbietach stojących tamże książek. Próbuję sobie przypomnieć inne nazwiska. Pojawia się jedynie Wiech ze swoim Śmiech śmiechem i Cafe pod Minogą. Gdy przeczytałem wszystkie młodzieżowe książki i wyczerpałem możliwości biblioteczne w czasach PRL-u, z ciekawości sięgnąłem, nie wiadomo dlaczego, po Wiecha, a nie Wiecherta. Warszawiak wygrał z pisarzem urodzonym o jakieś czterdzieści kilka kilometrów od XIX-wiecznego Rastenburga, pełnego Niemców, Mazurów, Żydów i potem… masonów. Autochton to „rdzenny mieszkaniec danego obszaru, tubylec”. Tyle na ten temat PWN-owski Wielki słownik wyrazów obcych pod red. Mirosława Bańki. Jeśli rzecz w rdzeniu, to oczywiście nie mam się co porównywać z tubylczością Wiecherta, bo moi rodzice, nie wspominając o dziadkach, nie urodzili się na tych terenach. W autobiografii pisarza Moje życie, moje czasy przeczytamy o związkach Wiecherta z Prusami Wschodnimi, które pojawiły się jeszcze przed jego urodzeniem. Zwracam tu uwagę na relacje autora z  jego ojcem, zasiedziałym w  leśniczówce, potem na wsi, wśród łąk i  pól, nad brzegami jezior, zapewne także w łodziach sunących po taflach słodkowodnych zbiorników. Z tej łączącej Wiecherta seniora i juniora linii genetycznej, wychowawczej, z  podglądania, podpatrywania, brania przykładu, zapewne i  dziecięcych prób upodobniania się do ojca, wyrasta swoisty leśny sowizdrzał, rozumiany jako włóczęga, włóczykij, co podpowiadają wszak słowniki synonimów. Włóczęga, który nad czerpanie fizycznych, materialnych, ekonomicznych, gospodarczych, finansowych korzyści z  otoczenia przedkłada jakieś uniesienie, pomieszanie panteizmu i humanizmu, poezję, spokój. Mnóstwo w autobiografii fragmentów, które na to wskazują, podkreślają uczucia, jakimi młody Wie-

68

chert darzy lasy gdzieś pomiędzy Mrągowem (niem. Sensburg) a Rucianem-Nidą (przed II wojną światową Rudczanny). Chociażby pisze tak: „[…] towarzyszyło mi jednak trochę uczucia uniesienia i ekstazy, kiedy wracałem do bliskiego mi otoczenia […]. O ile milszy dla ucha stawał się szum wierzchołków drzew w  porównaniu z  wszelką muzyką słyszaną w  mieście. Długo też mogłem leżeć we mchu, przytulając twarz do ciepłych, drobnych roślin”. Jego powroty po pobieraniu nauk w  gimnazjum, po studiach, po pierwszych dorosłych obowiązkach zarabiania poza rodzinnym domem w Królewcu i nad Zatoką Kurońską zawsze kończyły się wyrażaniem emocji w taki właśnie sposób. Bardzo poetycki, czasami aż tak bardzo przeraźliwie przesiąknięty tęsknotą i melancholią, że przywodzący na myśl zdesperowaną afektywność powrotu nie na łono natury, lecz do łona matki: ciepłego, cichego, bezpiecznego, odgradzającego wrażliwego człowieka od niebezpieczeństw świata zewnętrznego. Faktycznie, w  mazurskich, pruskich lasach, tuż na skraju Piskiej Puszczy wielokrotnie dochodzi do połączenia Wiechertowskiego wnętrza i zewnętrza. Prawdopodobnie w jakiś dziwny, niepojęty współczesnemu człowiekowi sposób tak właśnie rodzi się humanizm Ernsta, który ulepia go jako wrażliwego poetę i literata, tudzież niezwykle tolerancyjnego i wyjątkowo rozumiejącego uczniów i studentów nauczyciela i akademika. Gdy pisarz nieco epatuje czytelnika mnóstwem nazw roślin i  ptaków (ogromne wrażenie wywołują co rusz wplecione literackie opowieści, gdzie niczym Reymont w Chłopach, Myśliwski w trylogii wiejskiej albo Thoreau w Waldenie, maluje na niebie, łąkach, drzewach, morzu, jeziorach mewy, żurawie, czaple, jerzyki gdzieś w  oddali, lecące, znikające za horyzontem, lub ich głos, wyznaczający porę dnia, porę roku – cykl życia człowieka poza obrębem murów i  zgiełku ulic miast), to znajdujemy w tym odpowiedź na jego pytania o wybór drogi życiowej, studenckiej, akademickiej, zawodowej w końcu. Być może w tym właśnie czasie rodzi się ledwo dostrzegalny konflikt Ernsta z ojcem, jakaś drobna szara chmurka nad miłością matczyną: „Kiedy wróciłem już do domu, nie miałem zupełnie czystego sumienia wobec ludzi z mojego leśnego środowiska. Raczej to ukrywałem za zasłoną niejednej niewinnej, długiej przemowy. Wiedzieli chyba, że pierwszy dzień pracy niekoniecznie przynosi od razu złoty medal. Nie pytali także zbyt wiele. Ojciec chciał chyba tylko skromnie dowiedzieć się o nazwy kilku roślin […]”. Otóż właśnie, Wiechert filolog czy leśnik, może botanik? Nie zamyka się ani w drewnianej chacie na polanie, której dach pokryty jest darnią, ani, przynajmniej na początku, w książkach. Gdy zatrzaskują się za nim od środka uniwersyteckie bramy, szuka, przyznaje się, że błądzi, nabiera doświadczenia. Czytelnik tych królewieckich fragmentów autobiografii jest świadkiem drugiego już, po panteistyczno-przyrodniczych wyrażeniach uczuć, mistrzowskiego pióra Wiecherta, eleganckiego, interesującego, wcale nienużącego, bez swady, lecz delikatnie dociekliwego i obnażającego opisywany obiekt dzięki wrodzonemu zmysłowi obserwacji, który w  połączeniu ze znakomitą interpretacją wyglądu zewnętrznego, zachowań i  plotek tudzież pogłosek zanurza czytelnika w  świat nie tylko akademicki (wykładowcy, studenci), ale i  mieszczański (stancje, na których student Ernst pomieszkiwał). Nie ukrywam – choć to w jakimś sensie stawia mnie w nieco niezręcznej sytuacji dość infantylnego czytelnika – że opisy postaci są dla mnie w autobiografii Wiecherta deserem, cygarem, kawą podaną w filiżance Rosenthal w  kolorze écru. I  nie tyle w  pruskim Królewcu,

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

weimarskim Berlinie, lecz kosmopolitycznym Wiedniu czasów austro-węgierskich. Owe przyjemności pisarz będzie serwował z wdziękiem nienagannego pod względem kultury, manier, języka i stroju kelnera podającego na srebrnej tacce także poranny dziennik. Zastanawiam się, czy użyć słowa „osobliwości”? Nie, jednak nie zamierzam. Postaci, o których Wiechert wspomina, to ludzie, z którymi się spotyka na swojej drodze studenta, nauczyciela, pisarza, podróżnika. Zawsze odnosimy wrażenie, że jego ocena, której prawie nigdy nie unika, jest sprawiedliwa. Nie w tym jednak rzecz. Czy to czasy, czy umiejętność pisarska, czy wrażliwość literacka, bądź cokolwiek innego, ale za każdym razem Wiechert opowiada nam o ludziach od Królewca, przez wschodni region nadbałtycki, Berlin, Francję, Szwajcarię aż po Bawarię. Jeżeli poetyka opisów przyrody, bądź raczej ekspresji uczuć autora związanych z  mazurską i  nadbałtycką naturą, daje obraz świata zastygłego w  spokoju, boskim humanizmie, zaś odgłosy istnienia są anielskimi chórami, kierującymi człowieka na ścieżki tylko wyższych uczuć, to za pomocą portretów ludzkich pisarz przedstawia czytelnikowi swoistą galerię Europy Środkowo-Wschodniej z muzeum 1. poł. XX wieku. Przy każdym obrazie znajduje się notatka sporządzona przez Wiecherta. Wskazuje na pochodzenie postaci (geograficzne, klasowe) i, co wydaje się najważniejsze dla tak wnikliwego obserwatora i klasyfikatora (jakież to podobieństwo do pracy przyrodnika!), wartość człowieczą osobnika. Nie wątpię, że autor przeprowadza owo dokooptowanie do odpowiednich zbiorów przez pryzmat swojej postawy intelektualnej i moralnej, wzorowanej nie tyle na odrodzeniu i antyku, ale mazurskim panteizmie. Godne podziwu jest, że pisarz w ciemnych latach 30. nie przekreśla osób zafascynowanych nazizmem. Dostrzega w  nich strony jasne, wydobywa na wierzch, traktuje ich ze zrozumieniem. Podobnie jak w  stosunku do komunistów: „Waltera Husemanna odwiedziłem dwa lub trzy razy w Berlinie. Do niewielu ludzi czułem taką sympatię jak do niego. Był przekonanym komunistą, wierzył w swoje dogmaty, podobnie jak każdy człowiek żyjący wiarą”; „Jeszcze zanim zostałem aresztowany, moje książki przyczyniły się do zawarcia przyjaźni z ówczesnym nadleśniczym krajowym Badenii Wilhelmem Hugiem. Jeśli chodzi o jego przekonania, był niewzruszonym narodowym socjalistą, kawalerem złotej odznaki partyjnej, starym «wiarusem», ale mimo to «przyzwoitym człowiekiem», jak zanotowałem w dziennikach”. Wielokrotnie przy ważnych dla Wiecherta ludziach pojawia się słowo „miłość”. Częstotliwość i – ze współczesnego punktu widzenia – nieadekwatność jego użycia wzbudza zniecierpliwienie, nawet zażenowanie. Wydaje się, że mazurski poeta szafuje emocją, ponad miarę nią obdarza. Mamy wrażenie, że powinna być zarezerwowana jedynie dla rodziców, żony, dzieci, kochanki. Cóż, jakże bardzo jesteśmy w XXI wieku, zaś Wiechert w XIX. O jednym z najbliższych dla siebie mężczyzn pisze tak: „Gdybym nie wytrwał, nie zasłużyłbym na ponowne spojrzenie jego oczu. Nie mogę wyrazić tego inaczej niż w słowach: «Pozostałem w jego miłości, podobnie jak w Miłości Boga»”. Ileż w tym krótkim, prawie erotycznym, zdaniu wyraża się powieściowa poetyka sióstr Brontë albo Wilkie’ego Collinsa. Równoważenie miłości boskiej i ludzkiej, którą Wiechert kiedy indziej mógł odkryć, jak nie wtedy, gdy przytulał twarz do wilgotnego mchu i słuchał świergotu jerzyków? Jak hojnie używa – bo wcale przecież nią nie obdarza – miłości, tak również zdecydowanie gani. A czasy ku temu szczególnie sprzyjają. Strofowanie jest przepełnione smutkiem, po wielekroć rezygnacją, oczywiście tęsknotą i  ucieczkami do

fabularie 2 (13) 2017

lasu, za granicę. Z głupotą, chamstwem, pozerstwem, hipokryzją, obłudą, pogardą w stosunku do ludzi, nienawiścią do otoczenia, butą spotyka się – rzecz jasna – już w środowisku akademickim. Cóż, i miłość, i humanizm, i wszelkie zło mieszają się w  pruskim kotle. W  początkowych rozdziałach Wiechert ów kalejdoskop moralności traktuje jako zwykłą różnorodność, być może spotkanie sielskiej mazurskiej wsi i  wielkomiejskości, tudzież snobizmu magnaterii pruskiej. Następnie opisuje w  ten sposób schyłek Republiki Weimarskiej i  narodziny Trzeciej Rzeszy. Szczególne znaczenie ma tu udział pisarza w I wojnie światowej i prześladowania w trakcie II, poprzedzone uwięzieniem w  obozie koncentracyjnym. W  Moim życiu… poświęca tym okresom najwięcej stron. Wydaje się to zrozumiałe. Tak ogromny przewrót w traktowaniu ludzkiego istnienia (niewymagający tutaj przecież żadnego komentarza; odsyłam choćby do Primo Leviego, Hannah Arendt, Giorgio Agambena, Güntera Grassa) wywiera straszliwy wpływ na wrażliwym literacie i  prowokuje do intelektualnych, moralnych, etycznych i  religijnych rozważań podszytych zagubieniem, niemożnością tworzenia lub jego wzmożeniem. W tym czasie pisarz ucieka za granicę, podróżuje, próbuje się konfrontować z nową rzeczywistością, podobnie jak było po jego udziale w I wojnie światowej. Tak czy inaczej, nigdy na długo nie przerywa pracy pisarskiej. Z  niesmakiem wspomina działalność literacką w  czasach nazizmu. Przerażająco, jak opowieści z  okopów roku 1918, o strachu przed aresztowaniem w latach 30., czy o lęku o  życie w  obozie koncentracyjnym, brzmią opisy spotkań autorskich, którym przyglądają się ludzie z czerwono-białymi opaskami na ramionach z szydzącą czernią swastyką. Ta dramatyczna trwoga, tragiczna obezwładniająca bojaźń spowodowała, że pisarz zakopywał swoje relacje z  tego okresu w przydomowym ogrodzie. Tematem autobiografii „jest własne życie autora, jego koleje losów i czyny, zdarzenia, których był świadkiem, doświadczenia, których nabywał, ewolucja zapatrywań i postawy wobec świata” (Słownik terminów literackich pod red. J. Sławińskiego). Własne życie… Dopiero jakiś czas po zakończeniu lektury skonstatowałem, jak mało w  Moim życiu… jest Wiecherta dziecka. Być może na blisko 400 stronach wspomnień znajduje się parę fraz dotyczących kilku- bądź kilkunastoletniego Ernsta. A to przy ojcu leśniku, a to jakieś słowa matki. Czy to wynik chłodnych relacji z  rodzicami? Wszakże sporo o  nich w książce pisze. Szczególnie dużo miejsca poświęca ojcu. Dramatycznie opisuje śmierć matki, o  przypadkowym ocaleniu w  czasie I  wojny tak pisze: „Wydawało mi się, że uratowało mnie przed śmiercią poczucie obowiązku albo ocalił mnie duch mojej matki”. Z kolei bardzo zdawkowo traktuje starszego brata, młodszego, zmarłego w 1895 roku, nie wspominając. Może to kwestia dość szybkiego opuszczenia domu rodzinnego i wadzenia się z sobą samym szukającym miejsca do pracy i tworzenia literatury w świecie albo mazurskich lasach? Dziwne, powikłane i  czymś zmącone są u  Wiecherta bliskości z  rodziną. W  jakimś stopniu zakrywają ponurą mgłą jego pierwsze małżeństwo: „Trudno mi mówić na ten temat, jednak nasze światy – mój i żony – nie dopasowały się do siebie tak, jak sądziłem, co byłoby potrzebne, aby zrodziła się podstawa ogromnego spokoju”. Ów spokój zapewniła sobie Meta Wiechert trując się po stracie dziecka. Jej grób znajduje się na Mazurach. Nie było ani ciszy, równowagi, pogody, ani zatem miłości. Przynajmniej takiej, o  jakiej pisze w  Historiach bli-

69


Recenzje

skoznacznych Kazimierz Brakoniecki: „Spacerowali, pływali, siedzieli objęci, wspólnie czytali, kochali się w gęstwinie czasu, pogody i  przestrzeni”. My, ludzie, wychowani w  czasach względnego spokoju, bezwzględnego braku wojny, pozbawieni straszliwych rozstań i nieszczęsnych wyborów, jak możemy zrozumieć oficera, ba! wybaczyć i nie pomyśleć o Wiechercie jako samolubnym, egotycznym, egocentrycznym, wielokrotnie zadowolonym z  siebie bohaterze ojczyzny odznaczonym Żelaznym Krzyżem, nauczycielu i  literacie szukającym tylko i wyłącznie spokoju, gdy: „W listopadzie urodził mi się syn, ale umarł, zanim go zobaczyłem. W  moim domu nie rozumiano, że nie wziąłem wtedy urlopu. Ja z  kolei nie rozumiałem, jak można myśleć w taki sposób, szczególnie kiedy umiera bardzo wielu synów i państwo nie ma czasu udzielić urlopu z powodu śmierci”. Ta postawa nie jest naganna, nieetyczna, amoralna. Ona w  jakiś sposób dowodzi braku miłości u  Ernsta i  Mety. Dopełnia wizerunek pisarza szukającego czegoś innego niż rodzina, dzieci. Przeraża zaś porównanie fragmentów, gdy Wiechert z  czułością pisze o  swoich przyjaciołach, ludziach bliskich spoza rodziny, poznanych na studiach, w wojsku, do tego nawet nie chłodu uczuciowego, ale jakiejś suchej okrutnie relacji, owiniętej w  nieomylność własnych poczynań, które idą w parze z nadrzędnością… otóż właśnie, czego? Ernst Wiechert nie pisze z  dokładnością chronologiczną. Daty pojawiają się mniej więcej od lat 30. Często wraca wspomnieniami do tych samych zdarzeń. Nazwy geograficzne też nie pojawiają się zbyt często. Nie ułatwia czytelnikowi odnalezienie ważnych dla pisarza miejsc, ponieważ pomija szczegółowość. Dokładny z kolei jest w historii własnej twórczości. I to gratka dla czytelników zainteresowanych nie tylko samą treścią utworów, ale historią ich powstania, ówczesną sytuacją polityczno-społeczną kraju i  emocjonalną Wiecherta, uczuciami autora związanymi z tworzeniem i wydawaniem książek. Niezwykle ważne wydaje się wymienianie imion i  nazwisk współczesnych Wiechertowi pisarzy i poetów. Jego adwersarzy i braci po piórze. To kolejna gratka dla zainteresowanych niemiecką literaturą. Książka wydawać się może nierówna. Wrażenia, uczucia, afekty, podniety przekreślają czasami całe strony, jakby autor się złościł, smucił, popadał w niezrównoważenie albo mistyczne uniesienia. Czasami dostrzec można podobieństwo do twórczości Hessego, z którym Wiechert spotkał się co najmniej raz. Bliższa jest takim fragmentom autobiografii Podróż na Wschód niż Wilk stepowy. Aczkolwiek wskazuje to na pewien kierunek dyskutowanych poglądów, który zapewne opanowywał spotkania niemieckich twórców literatury i poezji. Z kolei powojenna beznadzieja, szaleństwo straszliwych przeżyć, lęk przed przyszłością zdaje się przywoływać Imre Kertésza, porównywalnego oczywiście nie pod względem doświadczonych przezeń dramatów, ale człowieczej i literackiej wrażliwości. Przyznaję, że prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnął po Wiecherta, gdyby nie seria przypadkowych zdarzeń, i  nie wiem, czy będę miał okazję poznać jego kolejne utwory. Poniekąd zrozumiałe jest, że w ważnych szkołach Warmińsko-Mazurskiego, niegdyś Olsztyńskiego, 30 lat temu o Wiechercie się nie wspominało. Rozglądając się po miejscowym kulturalnym otoczeniu widzę, rzecz jasna, Kętrzyńskiego, Holza, Nowowiejskiego. Ani słowa jednak od lat o Wiechercie. Dwadzieścia kilka kilometrów od Mrągowa, niecałe 90 od Olsztyna, około 100 od Królewca. W miejscu dumnym choćby z pracy Zofii Licharewej, prawie równolatki Wiecherta, i  wydanych niedawno wspomnień autochtonów. / Jerzy Lengauer

70

Panorama polskiej prowincjonalności w dwóch obrazach

Jacek Ostrowski Ostatnia wizyta wyd. Od Deski Do Deski Warszawa 2017

Wojciech Kuczok Czarna wyd. Od Deski Do Deski Warszawa 2017

Wydawnictwo Od Deski Do Deski zrobiło sporo zamieszania na polskim rynku wydawniczym. Inna dusza Łukasza Orbitowskiego udowodniła, że chętnie czytamy powieści non-fiction. Kolejne publikacje oficyny dowiodły, że na rodzimym gruncie wiele jest historii wartych opowiedzenia, zwłaszcza gdy mowa o rodzinach ofiar, które przez lata nie doczekały zadośćuczynienia ze strony wymiaru sprawiedliwości. Dwie najnowsze powieści – choć z pozoru zupełnie odmienne – łączą swojskość i specyficzna przaśność świata, w którym żyją bohaterowie Ostatniej wizyty oraz Czarnej. Łączy je także unikatowy folklor świata przedstawionego, skrupulatnie rekonstruowany przez autorów powieści, czerpiących z akt sądowych opisywanych spraw. Ostatnia wizyta inspirowana jest wydarzeniami, które miały miejsce w  Płocku i  Koninie w  1970 roku, kiedy to ceniona miejscowa lekarz pediatra została uprowadzona przez nieznanego mężczyznę pod pretekstem odwiedzenia chorego dziecka w jednej z okolicznych wsi. Nigdy nie udowodniono podejrzanemu Zbigniewowi Pielachowi zamordo-

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

wania Stanisławy Krzemińskiej, gdyż ciała nie odnaleziono, ale skazano go za uprowadzenie i przetrzymywanie zaginionej. Najprawdopodobniej sprawca działał na zlecenie KGB, chcącego uzyskać od byłej żołnierki AK informacje wciąż potrzebne Związkowi Radzieckiemu. Ostrowski znał osobiście zaginioną, gdyż leczyła go w dzieciństwie, i to właśnie stało się impulsem dla autora, by po latach przyjrzeć się sprawie tajemniczego uprowadzenia. Pisarz posługuje się oszczędnym, dosadnym, pozbawionym ozdobników językiem i taki też kreuje świat przedstawiony. Główny bohater, Iwan Siemieniuk, nielegalnie przebywający w Polsce obywatel ukraiński podszywający się pod Polaka Zbigniewa Pielacha, jest postacią odrażającą – czytelnik odruchowo współczuje każdemu, kto musi funkcjonować w  jego orbicie (żonie, synom, sąsiadom, współpracownikom). Pielach nie może zagrzać miejsca w żadnej pracy, jest kombinatorem, oszustem, szantażystą. Wszedł do grona lokalnych notabli i  usiłuje czerpać z  tego profity, ale na niewiele się to zdaje, bo brakuje mu kompetencji i dokumentów potwierdzających deklarowane wykształcenie i  umiejętności. Fakt, że lokalna komenda milicji w postaci swoich pracowników zwierza się Pielachowi z poczynań w rozmaitych śledztwach i zaprasza do swojego grona, świadczy o niskim poziomie intelektualnym ówczesnych funkcjonariuszy. Postać uśpionego agenta KGB, do którego po latach odzywają się zwierzchnicy, ciekawie koresponduje z  popularnym w ostatnich latach amerykańskim serialem Zawód: Amerykanin (The Americans, FX, 2013–). W serialu obserwujemy agentów KGB wybudzających się po czasie uśpienia na przedmieściach Waszyngtonu. Mimo że inicjują wiele bulwersujących wydarzeń, jak morderstwa, pobicia, oszustwa, to widz w  jakimś stopniu się z  nimi identyfikuje. Śledzimy ich działalność w  Ameryce pierwszej połowy lat 80. Zastanawiające, czy widownia tak samo chętnie kibicowałaby postaci Iwana Siemieniuka, ukraińskiego agenta KGB, gdyby powstała telewizyjna adaptacja powieści Ostrowskiego. Czy mielibyśmy tyle samo wyrozumiałości i  współczucia dla nielegała torturującego Krzemińską, co do uroczej pary agentów nieruchomości z  amerykańskiego przedmieścia? Im także zdarzyło się niejedno ciało wynieść w walizce z pokoju hotelowego. W  jakimś sensie popularność serialu Zawód: Amerykanin dowodzi, że widownia „kupi” każdą historię, byle była ładnie „zapakowana”. Agenci nie przeklinają, nie bywają wulgarni, nie wyładowują swojej frustracji na najbliższym otoczeniu. Łatwiej ich lubić niż odrażającego, pozbawionego moralności sadystę, ale najprawdopodobniej to jemu bliżej do rzeczywistych agentów KGB niż postaciom z amerykańskiego serialu. Ostrowski pokazuje nam Siemieniuka w różnych odsłonach i  każda jest tak samo przerażająca, mimo że akcentowane są różne kwestie w zależności od tego, czy widzimy go oczyma żony, znajomych z milicji obywatelskiej, sąsiada, czy lekarza ratującego żonę po akcie samobójczym. Niezależnie od tego, czyimi oczyma spoglądamy na tego człowieka, jedno jest pewne: życie ludzkie nie ma dla niego żadnego znaczenia, jest skupionym na sobie egoistą, dbającym o własne przyjemności i potrzeby. Portret bohatera jest zatrważająco wiarygodny i to właśnie budzi w czytelniku największą grozę. W  końcu, pozbawienie życia człowieka nie jest dla Siemieniuka/Pielacha ani czymś nowym, ani wzbudzającym szczególne emocje.

fabularie 2 (13) 2017

Ostatnia wizyta Jacka Ostrowskiego wydaje się powieścią z innego porządku niż najnowsza publikacja Wojciecha Kuczoka pt. Czarna, ale w  jakimś sensie te pozycje ze sobą korespondują. Kuczok opowiada o  znanej i  głośnej sprawie z początku wieku, kiedy to nauczycielka z Czarnej Białostockiej zamordowała chłopca, którego ojciec z nią romansował. Kuczok prowadzi swoją opowieść w charakterystycznej dla niego, nieco męczącej manierze zabawy słowem i jego znaczeniami. Trochę przez przypadek Czarna przybiera charakter softpornograficznej opowiastki, w  której seksualne zbliżenia bohaterów mają znaczenie większe, niż powinny. Kuczok zrekonstruował szowinistyczny (a przy tym wysoce prawdopodobny) wycinek polskiej prowincji, pełnej drobnych przedsiębiorców i lokalnych notabli mających ambicje awansu do wyższej klasy średniej. Znudzony przedsiębiorca Jeremi romansuje z  miejscową nauczycielką Maryśką, mającą opinię szukającej rozrywki singiel ki – czyli w  istocie większość kobiet uznaje ją za puszczalską i latawicę rzucającą się na każdego mężczyznę w okolicy. Autor z dużą znajomością realiów opowiada o  polskiej małomiasteczkowości, gdzie każdy odgrywa określoną rolę. Niezamężna i bezdzietna kobieta zawsze jest podejrzana. Należy ukrywać przed nią swoich mężów, synów i  braci. Na kartach powieści jad polskiej hipokryzji i  zaściankowości sączy się niezmiennie z taką samą intensywnością. Swego czasu media szeroko opisywały sprawę nauczycielki-morderczyni, nie skupiając się w ogóle na kontekście, a  ten jest równie ciekawy, co moment kulminacyjny omawianego prowincjonalnego romansu. Gdy żona Jeremiego dowiedziała się o  tym, że mąż ją zdradza, wraz z  teściową i  dziećmi rozpoczęła krucjatę przeciwko Maryśce, nachodząc ją w domu, prześladując, utrudniając życie w miasteczku. Maryśka została napiętnowana jako „ta trzecia”, która zmusiła Jeremiego do podjęcia ryzykownej gry zwanej romansem. Kuczok ciekawie kontrapunktuje romans prowincjonalny pragnieniem ukarania kobiety za to, że poddaje się swoim seksualnym żądzom. Dużo mniej miejsca autor poświęca konsekwencjom romansu, znanym powszechnie z relacji medialnych. Zarówno Ostrowski, jak i Kuczok błyskotliwie opowiadają polską obyczajowość czy to lat 70., czy początku XXI wieku. Pokazują społeczne wady, z  największą na czele, czyli biernością, nieangażowaniem się we wspólnotę, niepodejmowaniem działań ani najmniejszego choćby ryzyka, nawet jeśli przypadkiem miałoby to ocalić komuś życie. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że za opisywane morderstwa autorzy winią całą społeczność: wiecznie schodzącą z drogi problemom, zajmującą się swoimi sprawami, nieudzielającą pomocy. Nieważne, czy mowa o kobiecie załamanej nerwowo z objawami poważnych zaburzeń psychicznych, czy psychopacie zagrażającym ludziom i  zwierzętom na każdym kroku (w  końcu uprowadzenie lekarki to nie było jedyne działanie przestępcze Siemieniuka i sąsiedzi doskonale o tym wiedzieli). Jesteśmy obłudni i  nieskorzy do pomocy – tak wynika z  dwóch portretów polskiego społeczeństwa powstałych w wydawnictwie Od Deski Do Deski. Zainteresowanie tymi publikacjami dowodzi, że czytelnicy potrzebują rodzimej odmiany non-fiction, które dostarcza swoistego katharsis, albo przynajmniej zmusza do podjęcia refleksji nad społeczną odpowiedzialnością za pomoc potrzebującym i mniej uprzywilejowanym od nas. / Małgorzata Major

71


Recenzje

Ludzie żyją w cichej rozpaczy

Andrzej Dybczak Pan wszystkich krów wyd. Nisza Warszawa 2017

Jak sam mówi – mało zmyśla. Jego opowiadania bywają nazywane reportażami, zwłaszcza że jeden już napisał – Gugarę. Antropolog, dokumentalista, etnolog, parobek i pilarz. W Panu wszystkich krów opisał rzeczywistość z perspektyw powszechnie uznawanych za przyziemne – robotnika fizycznego, niezbyt bogatego ojca dwóch dziewczynek, spokojnego mężczyzny w pogoni za pracą, mieszkańca terenów (po)łemkowskich. Zacznę od tego, co jest mi najbliższe. Pojawiająca się w opowiadaniach miejscowość K. to Krynica Górska, z której pochodzi autor. Stoi w niej cerkiew, po akcji „Wisła” zamieniona w kościół katolicki, obecnie oddana z powrotem grekokatolikom. Jest drewniana i ma pięć cebulastych łebków, a mogła zostać zwrócona pierwotnemu wyznaniu, bo na osiedlu powstała nowa, betonowa świątynia. Wiem to nie tylko dlatego, że te uzdrowiskowe tereny graniczą z  górami mojej babci – Dybczak mimochodem przekazał mi historię swojego miasteczka opisując zwykły spacer. Jestem mu wdzięczna za to opowiadanie, zupełnie pozbawione ocen, pretensji, porównań – a mimo to pozwalające na spojrzenie, jakby się było stamtąd. Trochę smętna rzeczywistość Dybczaka, który mówi o swoim pisaniu jako o „próbie oswojenia tragizmu istnienia”, jest pełna dyskretnej i  nieromantycznej wielokulturowości i  wielojęzyczności. Polskojęzyczny narrator nie tylko bywał wyzywany od „Łemków” (w czasach jego dzieciństwa to słowo funkcjonowało jako nieładne określenie), ale także rozładowuje setki ton zamrożonego dorsza razem z  całą Europą Środkową, krajami bałtyckimi i  Rosją. Szczerek czy Twardoch zrobiliby z  tego opowieść o tożsamości, Dybczak chyba nie miał do tego serca – pracy było mnóstwo i  każdy chciał wrócić do domu, zanim odmrozi sobie ręce lub, nieuważny ze zmęczenia, oberwie w  głowę kawałem ciężkiej mrożonki transportowanej dźwigiem. Mój ojciec bywał czasami po słonecznej stronie połowu tej ryby, wędkował na małych kaszubskich kutrach. Przywoził potem skrzynie świeżych dorszy z  niemal psimi pyskami; czytając wciąż czułam ich zapach: wilgotny, wcale nie rybi, przejrzysty i czepiający się wszystkich ubrań. Czy narrator, wracając do siebie po kilkunastu godzinach w lodowni wielkiego statku, też cały nim przesiąkał? Najpiękniejsza w  całym tomie jest Gopala. To właściwie opowiadanie tytułowe, bo w  ten sposób nazywa się Krysznę, „opiekuna krów”, który, jak narrator, był kiedyś pasterzem. Gdy Brahma ukradł mu stado, Gopala wyobraził sobie, że wciąż je

72

ma (lub, w innych wersjach mitu, sam zamienił się w zwierzęta). Bohater opowiadania Dybczaka nie miał tego luksusu, za każdą zgubioną krowę musiałby sporo zapłacić jej właścicielom. Nabył jednak sporo mądrości – zobaczył stado trzydziestu krasul w  galopie, poznał podstępy byka usiłującego ukryć się między nimi i dostać do obory. To także najstraszniejsze z tych opowiadań – mówi o krowiej pamięci, wrażliwości, ale i o tym, że są one tylko elementem ludzkiej ekonomii, otaczanym troską i okrucieństwem w zależności od koniunktury i bezrefleksyjnie. Ja też pamiętam z dzieciństwa przytulanie się do ciepłych, mruczących brzuchów, byka sąsiadów szalejącego w oborze i cielaki karmione mlekiem matki – ale z wiadra. Mamy tu do czynienia z  pisarstwem autobiograficznym, być może o lekkim zabarwieniu autofikcją – przypuszczam, że prawdziwe życie nie zawsze układało się w idealną kompozycję. Z radiowych wywiadów z autorem wynika, że dla wielu krytyków połączenie pisarstwa z „robolstwem” to spore zaskoczenie, więc autor co i rusz musi przyznawać się do posiadania licencji na ścinanie drzew – bo w jednym z opowiadań pisze o szkoleniu. Pan wszystkich krów jest o tym, że „porąb i spal” to niekoniecznie hipsterskie zawołanie, że świat zwykłej roboty wciąż istnieje, choćby i  ginący. Dybczak powiedział w  jednej z  rozmów, jeszcze o Gugarze: „Nie lubię postępu, wolałbym spokojne trwanie, żeby wszystko było mniej więcej takie, jakie jest. A tu te wszystkie zmiany, przy których zniszczenia są nieuchronne. Szkoda mi tych wiórów, to świat, który znam”. Najwyraźniej wciąż tak jest, ten zbiór to sporo miłości do przemijającego świata, bez romantycznych porywów i patosu. Także bez oceniania – to ewentualnie możemy wziąć na siebie. / Agnieszka Czoska

Kryzys twórczy

Joanna Bator Rok królika wyd. Znak Kraków 2016

Mam w gronie znajomych pisarkę i  dziennikarkę, która regularnie w  serwisach społecznościowych udostępnia strony tabloidów z  intrygującymi nagłówkami. Przypuszczałam, że był to skutek uboczny jej codziennego przeglądania prasy i pretekst do ośmieszenia kolegów po fachu. Natomiast lektura nowej książki Joanny Bator skłoniła mnie do refleksji, że być może szukanie ciekawych nagłówków w  prasie jest dla mojej znajomej jednym ze źródeł inspiracji dla twórczości. Julia Mrok, główna bohaterka Roku królika, ma pokaźną kolekcję

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

sensacyjnych tytułów artykułów w czasopismach. Jest poczytną autorką krwawych romansów historycznych, z  fabułami luźno opartymi na tekstach prasowych. Pewien nagłówek o  groźnym króliku, w  którego weszła dusza opiekunki, sprowokował pisarkę nie tylko do napisania powieści, ale też całkowitej zmiany swojego życia. Bohaterkę zastajemy w  momencie przemiany tożsamości. Poznajemy jeszcze ostatnie chwile Julii Mrok, dla której decyzja o zniknięciu z dotychczasowego życia jest następstwem kryzysu twórczego. Julia nie jest miłą i sympatyczną osobą, kieruje się raczej egoistycznymi pobudkami, także w sferze seksualnej, wobec której ma wygórowane oczekiwania. O  czym świadczy fakt, że dotąd mieszkała z dwoma kochankami. Choć jest zgrabna i atrakcyjna, to, jak sama zauważa: „jestem kobietą, w której mężczyźni najpierw widzą lewe ucho, a dopiero potem inne części ciała” [s. 8]. Jej kalekie ucho jest czujnikiem, który rozpoznaje zbliżającą się przyjemność, wynikającą zarówno ze słuchania prawdziwej opowieści, jak i  z  doznań erotycznych. Taką historią okazały się dramatyczne wydarzenia w  Ząbkowicach Śląskich, miasta, którego mieszkańcy padli ofiarą królika. To jest też jedyny moment, w którym bohaterka może wyrwać się z marazmu, w jakim tkwiła od dłuższego czasu. Postanawia zniknąć, przybrać nową tożsamość i stać się Anną Karr, której osobowość i pozycję w społeczeństwie zacznie dopiero budować. Słońce już zaszło, kiedy wsiadłam do samochodu pod przydrożnym hotelem, w  którym zmieniłam kolor włosów i  oczu. Wiedziałam, że to najważniejsza podróż w moim życiu, z której, jeśli przeżyję, wyjdę odmieniona. Ja, Anna Karr, uzbrojona, ruda, na tropie królika grozy [s. 50]. Budowanie tożsamości Anny Karr przebiega na podobnej zasadzie, jak kreacja postaci w literaturze. Zaczyna się od nadania imienia i  określenia wyglądu, przypisania pewnych cech charakterystycznych, które w wyniku jakichś wydarzeń zostaną uwypuklone. Tworzy się też historia bohaterki. Jedna jej część tworzy się na bieżąco, natomiast przeszłość musi zostać dopowiedziana. Julia Mrok vel Anna Karr ma wprawę w  wymyślaniu przebiegu swojego dzieciństwa, gdyż fakt, że znana pisarka była sierotą, szczególnie interesował media. Dla ich potrzeb tworzyła udramatyzowane czy podkolorowane narracje o  zagubionej, bezimiennej trzyletniej dziewczynce. Zresztą Julia Mrok to personalia nadane przez urzędniczkę. Choć można czytać Rok królika jako powieść kryminalną, dla mnie jest ona przede wszystkim opowieścią o  poszukiwaniu własnego ja i ciągłej konfrontacji z przeszłością. Anna Karr nie tylko wraca do przeszłości swojego poprzedniego wcielenia, o którym zaczęła mówić w trzeciej osobie: „Przypomniał mi się ciepły dom i  łóżko Julii Mrok, rozkosz, jaką tam przeżyła, zapach cynamonu” [s. 70], ale też konfrontuje cechy charakteru obu postaci, rozważając na przykład, czy jako Anna może przestać być wegetarianką, bądź preferować inny typ mężczyzn: Nie mogłam od razu rzucić bohaterów sobie w ramiona, ale byłam pewna, że stworzony przeze mnie artysta wydaje zwierzęce odgłosy, kiedy szczytuje. Julia Mrok nie znosiła mężczyzn milczących podczas uprawiania miłości, a tacy, którym tylko szkliły się oczy i nawet się nie pocili, budzili w niej panikę, bo podejrzewała, że […] nie są zdolni do prawdziwej namiętności [s. 137]. Budowa nowej tożsamości, która początkowo może wydawać się tymczasowym projektem realizowanym na potrzeby napisania nowej powieści, podobnie jak pobyt bohaterki w  Ząbkowicach Śląskich, przebiega równolegle z  pisaniem

fabularie 2 (13) 2017

nowego romansu. Jego bohaterką jest Sandra, która jest literackim odpowiednikiem niemal legendarnej już mieszkanki Ząbkowic, będącej zarazem opiekunką królika, córką Dziadka Konkursowego, a może też siostrą Anny Karr. Bohaterka Roku królika jest pogrążona w  dwa procesy twórcze, które w  pewnym momencie się zapętlają. Nie ma pewności, czy Anna poważnie wierzy, że jest zaginioną bliźniaczą siostrą Sandry. Nie wiemy, czy to kolejna kreacja na potrzeby powieści, czy też sposób na zakorzenienie nowej tożsamości. Sądzę, że Rok królika można czytać na dwa sposoby. Po pierwsze, jako uniwersalną powieść o  ciągłej potrzebie kreacji własnego ja, dostosowując się do rzeczywistości, w której chcemy czy też musimy się odnaleźć. Bator podkreśla związek przyszłości z przeszłością: Przyszłość była samotną pustką, a  przeszłość Anny Karr dopiero zaczęłam fastrygować z tego, co znalazłam do tej pory w  miasteczku królika grozy, i  czułam się rozdarta, pogubiona między trzema kobietami, których los się tu splótł [s. 207]. Bez ustalenia źródeł pochodzenia, przebiegu przeszłości, która nas kształtuje, nie możemy iść naprzód. Nawet zupełnie nowa tożsamość nie może być pozbawiona korzeni, dlatego Anna Karr chce wierzyć, że pochodzi z Ząbkowic, że być może ten dziwny staruszek z  pasją rozwiązujący krzyżówki jest jej ojcem, że Sandra jest z nią spokrewniona, a po Julii Mrok „została tylko plama krwi na podłodze piwnicy” [s. 207]. Pytanie o to, kim jest nowe ja, pojawi się jeszcze później, kiedy bohaterka odkryje, że według jej nowych personaliów nie urodziła się w  roku Królika, w  przeciwieństwie do Julii i  Sandry. Kolejny kryzys tożsamości opiera się na problemie: czy Anna Karr może w swój bagaż doświadczeń wpisać taką narrację o przeszłości, która według danych osobowych pasuje tylko do Julii Mrok? Po drugie, treść Rok królika można potraktować jako strumień świadomości podmiotu twórczego. Anna Karr nie zaczyna pisać nowego romansu, ale scenariusz swojego życia, w którym kontynuuje zawód pisarki. Ustala rolę dla siebie, kreuje przestrzeń i historię. Jej byt zależy od procesu pisania. „Dopóki pisałam, byłam” [s. 27] – mówi bohaterka Bator. Rok królika zapowiadał się jako powieść niebezpiecznie podobna do Ciemno, prawie noc. Niebezpiecznie, bo choć książka stała się w 2013 roku laureatką Nike, nie uważam jej za dobrą. Podobieństwa są, ponieważ obie książki koncentrują się na tajemniczej atmosferze miast, do których wybierają się bohaterki celem zebrania materiału do książki. Tematem obu powieści jest powrót do korzeni i  próba uporządkowania przeszłości; łączy je także motyw zaginionych dzieci. Na tym podobieństwa się kończą, gdyż autorka prawdopodobnie uwzględniła uwagi krytyków poczynione względem wcześniejszej książki. W  Roku królika nie trzeba się obawiać zarówno mnogości poruszanych problemów, jak i drastycznych scen, które, z jednej strony, przekroczyły granice wrażliwości wielu czytelników, a z drugiej, były konsekwencją realistycznej kreacji świata. Jeśli Ciemno, prawie noc zostało docenione za realizm, to właśnie jego brak może być zarzutem wobec najnowszej książki Bator. Świat Roku królika to przestrzeń pełna osobliwości: miasto, którego rzeka każdej wiosny wyrzuca kolejne ciała topielców, zwane marcowymi dziećmi; Spa pod Królikiem, które okazuje się kryć klinikę eutanazyjną z usługami seksualnymi; oraz szereg postaci o dziwnych usposobieniach. Kreacja bohaterów będących klientami kliniki to główne źródło śmiechu, jaki towarzyszy podczas lektury książki Bator. Czasem jest to śmiech konsekwentnie zaplanowany przez autorkę, kiedy charakter postaci jest odpowiednio wyra-

73


Recenzje

zisty, a jego osobliwe cechy znajdują swoje miejsce w komicznej sytuacji, podkreślając wręcz jej humor. Częściej jednak się zdarza, że autorce brakuje wyczucia granicy między barwną postacią a przerysowaną. Czego następstwem są liczne sceny zahaczające o groteskę – tu najbardziej żenującym przykładem jest nocna wizyta inspektora Hardego u Anny, z zakrwawioną ręką, ponieważ nie potrafi sobie obciąć paznokci. W nowej książce Joanny Bator można dostrzec nie tylko pewne podobieństwa z jej poprzednią powieścią, ale także powrót do motywów, z  którymi rozpoczęła przygodę z  pisarstwem. Tytuł Rok królika nasuwa skojarzenia z  kulturą Dalekiego Wschodu, gdzie kalendarzowi patronują poszczególne gatunki zwierząt. Mając w pamięci zainteresowania i przeżycia Joanny Bator, która mieszkała przez dwa lata w Japonii, oraz jedną z jej pierwszych książek zatytułowaną Japoński wachlarz, będącą pokłosiem osobistych doświadczeń autorki – można spodziewać się, że w Roku królika znajdą się elementy kultury japońskiej. I  rzeczywiście, wspomnień o Japonii jest sporo. Anna Karr w wiadomościach trafia głównie na informacje o ofiarach tsunami i trzęsienia ziemi, które zestawia z  doświadczeniem Czarnobyla, albo porównuje pewne zaistniałe sytuacje z obyczajami Japończyków. I w końcu urodzenie się w tytułowym roku Królika jest tym, co zdeterminowało przejście duszy ludzkiej w skórę królika. Rok królika to powieść wyraźnie czerpiąca z dotychczasowego dorobku Joanny Bator. Powielanie motywów wzmacnia obraz kryzysu tożsamości podmiotu twórczego, który zdaje się głównym tematem książki. Jest to kryzys, który przejawia się zacieraniem granic między kreacją bohaterów w  swoich książkach a  tworzeniem autorskiego ja na potrzeby pisania. I wreszcie kryzys, który może być jedynym wyjaśnieniem, dlaczego nową powieść laureatki Nike czyta się równocześnie dobrze i z pewnym zażenowaniem. / Katarzyna Kurowska

Okoń pana Roberta

Robert Pucek Siedemnaście zwierząt wyd. Czarne Wołowiec 2017

Nowa książka Roberta Pucka – tłumacza, który jako autor zadebiutował w 2014 roku tomem Pająki pana Roberta – to zbiór niezwykle interesujących esejów. Interesujących z  dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, zachwyca język pisarza; polszczyzna Pucka to mieszanka starej elegancji i stylistycz-

74

nej dezynwoltury. Po drugie, Siedemnaście zwierząt – bo tak się rzecz nazywa – to zbiór tekstów dziwacznych, które często wzbudzają intelektualny opór; nie za każdym razem łatwo przełknąć to, co się nam proponuje. Zachwyt i irytacja, tak. Pucek ma swój własny styl, to pewne. Wygina język w różne strony, bawi się składnią, miesza w leksyce. Czytanie go to niezaprzeczalna estetyczna przyjemność – z czym ją porównać? Podobnie cieszy mnie np. język Marka Bieńczyka; nie twierdzę, że Pucek i autor Przezroczystości to stylistyczne pokrewieństwo pierwszego stopnia, chodzi mi o to, że obydwaj z podobną starannością obchodzą się z językiem polskim. Idą różną drogą, inne w  ciągu wędrówki zbierają doświadczenia, ale koniec końców dochodzą do podobnego efektu – do pięknej, zapadającej w pamięć frazy. Do kojącego rytmu. „Pod wieczór zaczęło się wypogadzać. Wyszedłem przed chatę i zobaczyłem młodego ślimaczka, który wędrował teraz w odwrotnym niż wcześniej, zdaje się, że już trzecim tego dnia kierunku. Tym razem od kosaćców ku drewutni. Mój Boże, pomyślałem, ma domek na plecach, a zachowuje się tak, jakby nie miał dokąd wrócić” – czy to nie ładne? Odwlekam to nieco, ale trzeba się wreszcie zmierzyć z  eseistycznym miąższem Siedemnastu zwierząt. O  czym to w  ogóle książka? No pewnie, o  zwierzętach – to odpowiedź prawdziwa, ale tylko w połowie. Bardziej: o ludziach, którzy mogliby się wielu przydatnych rzeczy od zwierząt nauczyć, ale z jakichś powodów nie szukają u nich życiowej mądrości. Chyba można zaryzykować takie twierdzenie: Pucek jest rozczarowany współczesnością czy może raczej tym, jak człowiek się w  tej współczesności umościł. Czasem to rozczarowanie przynosi fenomenalne efekty, jak np. w  cytowanym przed sekundą tekście Samotność ślimaka, w  którym nie o  ślimaka naprawdę chodzi, a  o  nas, o  samotność jak najbardziej ludzką (trzeba tylko się dobrze przypatrzeć). Samotność to w  ogóle ważny element tej niewielkiej książki, istotny budulec jej świata. Pisarz, który żyje w – jak sam to ujmuje – chatce w lesie, niejako zrywa z rzeczywistością, a przynajmniej z tymi jej aspektami, które są dla niego nie do zniesienia. Widać to np. w jego stosunku do życia w mieście, które staje się synekdochą nowoczesnych cywilizacji. Co mi w tym nie pasuje? Co mnie – jak napisałem na samym początku – irytuje? Pisarstwo Pucka, napędzane poczuciem oderwania, celebracją outsajderstwa, skręca niekiedy w  niebezpiecznym, w  moim odczuciu, kierunku. W  każdej sprawie eseista ma swoje bardzo odrębne zdanie – jak gdyby stawiał sobie tę odrębność za cel. A to budzi moją podejrzliwość. Zastanawiam się, czy nie jesteśmy robieni – trzymajmy się zwierzęcych klimatów – w konia. Najlepiej widać to we fragmentach poświęconych darwinizmowi. Pucek lubi się z  tej wizji świata nabijać. Czemu? Sprawia mu ewidentną frajdę kopanie poważnych naukowców po kostkach. Drwi sobie ze szkiełka i  oka, chce zwrócić uwagę uczonych na sprawy wymykające się zero-jedynkowym kategoryzacjom. Szanuję to, rozumiem pokusę ironii, ale zastanawiam się, czy pisarz nie idzie w  tym swoim zamyśle za daleko. Może jajogłowi bywają śmieszni, może faktycznie naukowy świat aż prosi się o kilka pstryczków w nos za swoją pychę – ale czy to nie ci ludzie pchają nas do przodu? Czy to nie oni mają rację? Nawet jeśli retoryczne wygibasy pisarza są tylko intelektualnym konstruktem, mającym na celu wytrącenie nas z samozadowolenia i przekonania, że wiemy na pewno, jak się rzeczy mają – to jego ironia przeradza się niekiedy w  zapiekłe stawanie okoniem. A  ja chcę myśleć, że da się połączyć naukę z metafizycznymi potrzebami, z miłością do Tajemnicy.

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

Nie chcę, żeby zabrzmiało to tak, jakbym patrzył na pisarza z góry. Nie mam nawet do tego prawa, Pucek ma wiedzę ogromną, braki wytknąłby mi z łatwością. Ale nie jedynie ze strachu się wstrzymuję. Eseista jest zbyt inteligentny, zwodzi, zaciera ślady; nie padają żadne deklaracje. Naśmiewa się z  darwinizmu, ale nie zapomni zapewnić o  tym, że nie jest żadnym skrajnym kreacjonistą. Wierzę, że Pucek chciał nas przetestować, zapraszając do swojej chatki, w której rozmyśla o zwierzęcej egzystencji. Problem w tym, że chyba trochę przeszarżował; przez to jego eseistyka – tak piękna, pełna wdzięku – jawi się jako stworzona głównie na pokaz. Wywody zamykają się na czytelnika, zostaje bardzo mało miejsca na zaistnienie prawdziwej relacji, twórczej zależności. Wszystko jest jakby za szkłem: możemy popatrzeć, pokiwać głową i iść dalej. Tak to widzę. Ale może się mylę? Może czegoś nie rozumiem? Prawdopodobne. Jestem przecież tylko śmiesznym darwinistą. / Karol Płatek

Tajemniczy Franciszek

Tomasz Wiśniewski Wstrząsająco przystojny mężczyzna wyd. Lokator Kraków 2016

Współczuję Tomaszowi Wiśniewskiemu. Wydał dopiero drugą książkę, a już wszyscy – zdaje się – wiedzą, co myśleć o  jego literaturze, wszyscy podoklejali mu upraszczające łatki. Jakie? W  notkach biograficznych autor Wstrząsająco przystojnego mężczyzny zostanie uwieczniony jako „ten od absurdu”, „ten od abstrakcyjnego humoru” czy – to moje ulubione – „ten od zabawy słowem”. I niby wszystko prawda, ale istota tej literatury gdzieś się w tych zabiegach gubi; irytująco okrągłe omówienia sprawiają, że dopiero co rozpędzająca się twórczość Wiśniewskiego wpada w  koleiny banalnej recepcji. Wpada, bo czytamy dziś dużo bardziej niechlujnie niż (uwaga, określenie nieprecyzyjne) kiedyś. Każdy następny interesujący debiut zostaje wtłoczony w jakieś nieznoszące sprzeciwu ramy – i musi sobie w nich wegetować, licząc na to, że ktoś w końcu zacznie czytać literaturę, a nie to, co wokół niej narosło. Wspominam o  tym wszystkim (zgoda: raczej pluję jadem), bo mikropowieść Wiśniewskiego, jak mało co ostatnimi czasy, zasługuje na poważne potraktowanie, na lekturę bez uprzedzeń. Bo to książka, której sednem jest tajemnica – taka prawdziwa, którą czuliśmy kiedyś, otwarł-

fabularie 2 (13) 2017

szy po raz pierwszy, a co mi tam, Niewidzialne miasta. Tyle przydługiego wstępu. A  teraz do rzeczy. Spokojnie, powoli, bez nerwów. Wstrząsająco przystojny mężczyzna to relacja z  pogrzebu Franciszka Blumenberga, szarmanckiego oryginała, który życie spędził wplątując się w  trudne do wyjaśnienia awantury i  biznesy opierające się gładkiej racjonalizacji. Bliscy Blumenberga żegnają go w  bibliotece publicznej (konkretniej: w  dziale rękopisów azjatyckich – bo czemu nie). Trumna stoi sobie spokojnie, a zgrupowani wokół niej żałobnicy słuchają historii życia zmarłego, którą czyta Volfgang Erfindenfeld, prawnik Franciszka. Tak to wygląda na powierzchni. Bo jest i głębia. Wiśniewski tworzy małą szkatułkę; opowieść o  pogrzebie razem z  wyimkami z  biografii Franciszka okazuje się literacko opracowana przez niejakiego Emanuela – to on jest narratorem. Narratorem, który się trochę wstydzi, dlatego też brzemię autorstwa zrzucił na – tak, tak, wszyscy się domyślają – Tomasza Wiśniewskiego, młodego prozaika. To jeszcze nie koniec narracyjnych perypetii; po drodze czytelnicy wpadną jeszcze na kilka niespodzianek – nie chcę więcej zdradzać, nie chcę zabierać frajdy. Niewiele to moje częściowe omówienie fabuły dało, wiem. Chciałem po prostu, żebyśmy mniej więcej wiedzieli, na czym stoimy. A jak widać – stoimy na spiętrzonej literaturze. Każdy akapit Wstrząsająco przystojnego mężczyzny zbudowany jest z przeczytanych kiedyś słów, z cieni rzucanych przez inne teksty. Cały świat Wiśniewskiego opiera się na książkach. Wspomniałem o bibliotece pełniącej funkcję kaplicy, ale to przecież nie koniec. Bo i egzystencja postaci, które pojawiają się w historii Franciszka, jak gdyby zależy od literatury. Co chwilę ktoś coś czyta, przegląda, kartkuje. I wszyscy, zdaje się, snują swoje własne opowieści, wszyscy tworzą swoje własne literatury. Jak sąsiad głównego bohatera, który codziennie stwarza (czy odtwarza) świat wokół siebie, dbając o to, by rzeczywistość zachowywała jako taką harmonię – co swoją drogą przypomina nieco Gombrowiczowskie przywracanie ładu w Kosmosie. Oczywiście – Wiśniewski się zapożycza. U  kogo? Poniekąd sam tę kwestię wyjaśnia; na końcu książki zamieścił niewielką notę zawierającą listę nazwisk autorów, do których w swojej powieści w taki czy inny sposób nawiązał. Jak gdyby nie ufał czytelnikom, jak gdyby nie wierzył, że poradzą (poradzimy) sobie z tym wykwintnym rebusem. Cóż, chciałbym tutaj zaprotestować, chciałbym powiedzieć, że to jego założenie jest nieuzasadnione. Naprawdę – chciałbym. Ale to chyba pisarz ma rację; leniwy i beztrosko rozrywkowy model współczesnej lektury nie sprzyja wielopoziomowemu poznawaniu literatury – a takiego potraktowania wymaga Wstrząsająco przystojny mężczyzna. No ale nic to; dał nam autor ściągawkę, to skorzystajmy. Na czyich więc barkach Wiśniewski się podciąga? Czyja twórczość jest literackim podglebiem jego opowieści? Jest Barth, jest Borges, jest Calvino (najlepszy pisarz na świecie, nie mówcie, że jest inaczej); Mrożek, Witkacy, Vian; Carroll, O’Brien… I inni jeszcze. Dużo. Warto jednak na tym nie poprzestawać, warto szukać na własną rękę. Bo Wiśniewski to uczeń OuLiPowców – a  tacy nauczyciele zobowiązują. Na przykład do skutecznego zacierania śladów, do przykrywania szwów. Można więc w historii o  Franciszku Blumenbergu znaleźć – co już sygnalizowałem – delikatne odbicia dzieła Gombrowicza, z tej czy innej kartki macha do nas Ionesco. A i to pewnie nie koniec. I dobrze, inaczej byłoby nudno. Wiśniewski nie jest autorem skupionym na kwestii języka, ale to nie znaczy, że pozbawiony jest lingwistycznego zmysłu. Chodzi mi o  to, że nie koncentruje się na pojedynczym słowie, zdaje się, że interesuje go raczej poziom składni. Kiedy może, rozbija skostniałe metafory, utarte – że tak to nazwę – powiedzonka.

75


Recenzje

Zdecydował się na bardzo prostą, ale dającą świetne efekty, metodę. Otóż: prozaik często ukonkretnia przenośnie, odczytuje je jak najbardziej dosłownie. Niby banał, ale doskonale wpisuje się w świat przedstawiony powieści; współgra z kolorową wyobraźnią autora, z abstrakcją, z nieoczywistym humorem. Tak na przykład Franciszek opisuje plajtę jednego ze swoich interesów, czyli surrealistycznej cukierni: „A jednak pewnego lata cały biznes zaczął się topić. Początkowo tylko pracownicy i lada: kilkakrotnie na koniec dnia, gdy zamykałem zakład i smarowałem podłogę mopem, zdumiony odkrywałem twarz ekspedienta w wiadrze”. Widzimy, na czym polega myk: topnienie cukierni, które można sobie spokojnie wyobrazić jako metaforę problemów finansowych, staje się prawdziwym, fizycznym procesem, zmianą stanu skupienia. Właśnie takie mechanizmy napędzają świat Franciszka – i nasze nim zainteresowanie. Zabawna to książka? Tak. Lekka? Też. Urocza? Tak, nawet to. Ale nie wolno ignorować jej – że tak to ujmę – filozoficznego miąższu. Przykryty jest on prześcieradłem humoru, to prawda, ale radziłbym się do niego dokopać. Bo to mądra – a przy tym nie przemądrzała – rzecz. Rozsiał Wiśniewski po swojej fabule mikrotraktaty – jak choćby ten o „jedności w wielości”, będący jawnym dialogiem z teoriami Witkacego. Ale nie chodzi jedynie o  te mrugnięcia okiem co parę stron. Całościowa wymowa powieści również daleka jest od czczej gadaniny. Finał historii (spokojna głowa, nic nie powiem) to wielka – właśnie bez mała filozoficzna – apoteoza śmiechu. Końcowa scena, o której siłą rzeczy piszę naokoło, zapada w pamięć przez swoją cichą wzniosłość, a jednocześnie daje jakąś dziwną nadzieję. I  jeszcze jedno: po przeczytaniu Wstrząsająco przystojnego mężczyzny wcale nie mamy wrażenia, że do końca rozwiązaliśmy zagadkę, że tajemnica przestała być tajemnicą. Innymi słowy: ta cieniutka książka działa jak znakomita literatura. Przepraszam, jakie znowu „jak”? To jest znakomita literatura – i chciałbym takiej więcej. / Karol Płatek

Fabuły, hagiografie, aretalogie, poezje

Kazimierz Brakoniecki Zakład biograficzny Olsztyn Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa „Borussia” Olsztyn 2016

Gwoli formalności: dwa rozdziały ujęte w spisie treści Zakładu biograficznego Olsztyn ukazały się kilkanaście i kilka lat wcześniej. Światowanie to zbiór wierszy wydany w 1999

76

roku przez wydawnictwo Nowy Świat. Historie bliskoznaczne zaś to niejednorodny, heterogeniczny, iście kalejdoskopowy zestaw historii, wymyślonej epistolografii i biografii, dramatu, poezji z tego samego wydawnictwa z 2008 roku. Tak jak przed 17 i  ośmiu laty, w  pozostałych w  spisie treści dziewięciu współczesnych sylwach Kazimierz Brakoniecki nie ma najmniejszego zamiaru trzymać się ram jakiegokolwiek gatunku. Niewątpliwie wzbudza to u czytelnika naturalne zniecierpliwienie, czasami wprost niechęć do tekstu, choć z drugiej strony wzbudza zaciekawienie zarówno Zakładem…, jak i osobą autora. To banał i frazeologia przypominać, że my, czytelnicy, chętniej przyjmujemy to, co nie wykracza poza obrzeża danego gatunku lub konwencji, czy to prozy, czy to poezji. Mamy ulubione formy literackie, podobnie jak autorów opowiadań, powieści i wierszy. Lubimy wiedzieć, co nas czeka. W prozie zaskakiwać ma nas akcja, konstrukcja postaci, miejsca wydarzeń, w poezji zaś temat przemyśleń, obiekt podporządkowany duchowi artysty, ponieważ zazwyczaj jesteśmy już przygotowani na odczytywanie jego wrażliwości, wiru emocji. Z Brakonieckim tylko pod jednym względem jest podobnie, a  i  to podlegać może krytycznym rozmyślaniom. Mianowicie rzecz w  obiekcie, przedmiocie. Bez względu na to, czy jest traktowany poetycko, czy prozatorsko. Czy fikcyjnie, czy jak najbardziej realnie. Czy za pisarzem stoją jego własne doświadczenia, czy opowiada historie usłyszane, przetrawione własnym, wciąż niespokojnym, 64-letnim duchem. To oczywiście Olsztyn, Allenstein. Najpierw wprawdzie Brakoniecki pisze: „Miasto zupełnie mnie nie interesowało”, ale dalej mamy erupcję środków literackich na temat Olsztyna, która przyprawi o  zawrót głowy nie tylko czytelnika, ale leksykologa, kulturoznawcę językowego i krytyka poetyckiego. Ów wybuch to nie hymn pochwalny na temat miasta czy pochylanie się nad jego nieszczęśliwymi dziejami, od pruskiego miasta przemysłowego bez krztyny ośrodków kulturalnych, przez faszystowsko-komunistyczne władztwo i  najazdy, tęsknotę za tramwajami i żmudną szarość PRL-owskiego miasta wojewódzkiego, aż po nowy budynek Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej, znakomity Teatr Jaracza i cicho sunące ulicami nowoczesne tramwaje. To jakiś mistyczny związek, który zaczyna się na brudnych podwórkach Zatorza, nastoletnich wyprawach na podmiejskie łąki i brzegi jezior, a kumuluje w  lirycznych rozmowach z  bogami, Jezusem, duchami Mazurów, Warmiaków, Żydów, Ukraińców, tych, którzy wyjechali do Niemieckiej Republiki Federalnej na fali przypomnienia sobie o własnej narodowości. Miasto zupełnie go nie interesowało, bo przecież po przeprowadzce z  Barczewa, gdzie się urodził, dopiero co szedł do przedszkola z siostrą Barbarą i bratem Andrzejem. Wówczas czuł się niepewnie, wyciągnięty z  bezpiecznego barczewskiego matecznika, gdzie być może już wtedy powstawać zaczęły podświadomie historie rodzinne i  wydobyte na wierzch dorosłe traumy. Z tego rodzą się późniejsze pisarskie wyznania, co jakiś czas niezwykle dramatycznie rozpoczynające kolejne podrozdziały: „Niekiedy chciałbyś o  ojczyźnie zapomnieć, ale nie możesz zapomnieć matki i ojca, więc musisz o niej pamiętać tak, abyś o nich nie zapomniał”; „Chciałbyś opowiedzieć o wielkiej historii, ale kiedy przymykasz oczy, widzisz rude włoski na wielkiej dłoni twojego dziadka, który pod koniec życia jeszcze trzyma silnie siekierę”.

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

Nie może więc, czy jednak opowiada o wielkiej historii? Banalnie rzecz ujmując, wielka historia zamyka się w  dość mało znaczącym pruskim mieście, które leży gdzieś pomiędzy Pomorzem a  Inflantami, między Gdańskiem a  Królewcem. Mieście, które na kartach Zakładu… nazywa się nie tylko Allensteinem i Olsztynem, ale Atlantydą Północy. A to już znamionuje wielkość. Dla młodego Brakonieckiego, czy też tego, który po studiach na Uniwersytecie Warszawskim wraca do domu i nazywa ów dom takim właśnie toponimem, górnolotnym, szlachetnym, powiązanym mitycznie i  przez to prawie antycznie, znamionującym wartość kulturalną, estetyczną, zapomnianą, ale dającą nadzieję na wyniesienie z  fal nieco uspokojonych mórz, mgieł i  mroków „średniowiecznego” socjalizmu: „Postępek ten jednak pozwolił mi na wymyślenie i  zrealizowanie we współpracy z  poważnymi muzeami kilku wspaniałych wystaw sztuki XX stulecia (sztuka żydowska w  Polsce międzywojennej, sztuka polskiego Wilna 1918–1945, «Atlantyda Północy. Dawne Prusy Wschodnie w fotografii»)”. Wcześniej pisze tak: „Olsztyn był małym i prostym miastem”; „Ówczesny Olsztyn zamykał się dla mnie wyniosłym ratuszem przy placu Wolności, kinami «Odrodzenie» i «Polonia», katedrą św. Jakuba, biblioteką na starówce, kinem «Awangarda» […]”. Zaś „po powrocie do Olsztyna pod koniec lat 70. XX stulecia zaintrygowały mnie świadomie, intelektualnie, emocjonalnie, wręcz historiozoficznie ślady dziedzictwa, które ujawniły się na Warmii i  Mazurach […]”. Owszem, Brakonieckiego zainteresowały. Stąd niewątpliwie praca, rodzina, działalność kulturalna i  w  końcu Borussia. Co tam jednak zainteresowanie… Gdyby autorem był pisarz o  mniejszej wrażliwości, czy raczej węższej wyobraźni, Zakład biograficzny Olsztyn zamiast tego tytułu obnosiłby się na okładce literacką historią, mitologicznym truizmem, kalką eposu, epopei nawiązując do Gilgamesza, Bhagawadgity, Homera, Starego i  Nowego Testamentu. Pisarska mądrość i  doświadczenie wyznaczyły granice na Atlantydzie Północy. Żadnych wszakże barier i szlabanów nie uznawał Brakoniecki na około 400 stronach tekstu książki wymykającej się kanonom. Książki, o  której właściwie można mówić tylko jako o zbiorze. Potem powinna zaś rozgorzeć dyskusja o  formach pisarskich, dalekich perspektywach, sięganiu za widnokręgi. Olsztyn tutaj oczywiście nie jest fikcyjny. Realizm kamienic, podwórek, ulic, placów, krajobrazów podmiejskich, bibliotek, szkół, świątyń. Wierność historii przedwojennej i powojennej, zachodzące zmiany („Na początku lat 60. z naszej ulicy zniknął uliczny szlifierz noży, nożyczek […]”), poczynając od pamięci pisarza, przez zanotowane bez wątpienia wspomnienia innych, czerpaną wiedzę, pobrane nauki, aż do teraźniejszości miasta wojewódzkiego, swoją administracją obejmującego fragmenty Warmii i Mazur, zagarniającego płaty Pomorza i  Suwalszczyznę i  sięgającego aż pod Mazowsze. Przymiotnik „biograficzny” w  tytule poprawiałem wielokrotnie, ponieważ i  w  myślach, i  w  tekście bezwiednie, podświadomie wychodził mi „autobiograficzny”. Prawdopodobnie skupiałem większość uwagi z lektury na wątkach z  życia Brakonieckiego. Sugestywnych, obszernych, niezwykle malowniczych, jeśli można przyjąć, że ówczesny Olsztyn mógł być kolorowy w  oczach dziecka i  nastolatka. Próbuję zrozumieć, dlaczego ta sugestia jest taka nieodparta, ostra. To chyba płynność opowieści. Tak, pisarz przecho-

fabularie 2 (13) 2017

dzi niezwykle delikatnie, potoczyście, fluktuacyjnie, nawet eterycznie z własnej autobiografii do szkiców (wspomnień, przeżyć, wrażeń, wyrażania uczuć) o osobach najbliższych, najważniejszych; dobrych, złych, tragicznych, dramatycznych. Naznaczonych traumą czasów i oddających tę traumę dzieciom, żonie, przyjaciołom, sąsiadom, bezwzględnością wyborów, pauperyzacją moralną i społeczną, plebejskością, upadkiem: „Dużo naszych ojców upijało się w latach 50. i 60., ale byli i  tacy, co całkowicie uzależnili się od alkoholu. Ojciec Zdziśka należał do tych bardziej niebezpiecznych. Byli i  tacy, co rzadziej pili, ale w  stanie upojenia groźni i  agresywni stawali się dla rodziny, takim był mój ojciec”. I  właśnie przy olsztyńskich personach zaczyna czytelnik mieć wątpliwości. Ten niesamowity rozdział zatytułowany Historie bliskoznaczne aż skrzy się od postaci, które mogą być i prawdziwe, i dalekie od prawdziwości. Wizja zatem? Wizja wspomnień czy wizja życia, poczynań realnych osób w realnych czasach? A może fikcyjnych osób w zapamiętanych realiach? W książce Historie umiejscowione są po rodzinnych wizjach, ocalonych z  niepamięci genealogiach, opowieściach o rodzinnym domu, koledze z podstawówki – Zdziśku Sadliku (tudzież całej plejadzie innych kolegów), rozdziałowi poświęconemu w  całości babci Tosi, podrozdziale dotyczącym Wacława Sokólskiego i poniekąd podsumowującym tę część książki Światowaniu, wierszu czteroczęściowym, z  których każda część składa się z  siedmiu strof. Pierwsze trzy części to świat Brakonieckiego, pisany najpierw toponimami miejscowości warmińskich i mazurskich, ozdobionych miejscami kultu (Gietrzwałd) i cerkwiami (Asuny), potem antroponimami (brak imion stwarza obraz wyrzucania przez poetę z  siebie nazw z  szybkością oddającą złość, ten pierwszy, najgorszy smutek, rozpacz, jakieś zachłystywanie się płaczem, ogromny żal połączony z nagłą tęsknotą dziecka), na koniec fitonimami. „Poniekąd”, ponieważ następny, kilkustronicowy rozdział poświęcony został matce. Narratorem pierwszoosobowym nie jest tutaj Brakoniecki: „Żebyś widział ją teraz w kąpieli. Dałbyś jej sześćdziesiąt kilka lat. Skóra jędrna i różowa. Sama wychodzi z wanny. A ja już tak łatwo nie mogę. A mam zaledwie 64 lata, a ona całe 90. Kolejny wizyjny, prawie metafizyczny literacki zabieg. Pisarzowi zdarza się pisać także w  drugiej osobie i  wcale nie jest to korespondencja. Przyjmując, że Zuzia jest pożegnaniem z matką, to na stronie 149. autor żegna się z olsztyńską ulicą Jagiellończyka, gdzie „mieliśmy jako jedni z pierwszych: telewizor, telefon, centralne ogrzewanie”. Historie bliskoznaczne naszpikowane są, tak jak poprzednie rozdziały, postaciami. Czytamy z  zainteresowaniem, przyglądając się im, podobnie jak tym z  rodzinnych opowieści, zastanawiając jednocześnie, gdzie Brakoniecki wspomni, czy to krewni Tosi, Zuzi, może ojca. Dramat hospitalizacyjny, teatralna sztuka, ten nieznośny, burzliwy dialog Miserere rei z  drobnymi didaskaliami przypomina miejscami – szczególnie gdy przechodzi w dłuższy monolog – Obłęd Krzysztonia, zmarłego śmiercią samobójczą w 1982 roku. A  czyż wymuszenie współpracy z  bezpieką nie może doprowadzić do desperackiego czynu kogoś, kto uciekał przed wojskiem, reżimem? Na przykład Andrzeja, który „trochę pisze. Kiedyś wiersze, teraz opowiadania”. Czy da się wrócić na własną prośbę do szpitala, gdy: „No a  teraz drobna formalność. Proszę podpisać ten papierek, że nie powie pan nikomu o  naszym spotkanku i  o  naszej rozmo-

77


Recenzje

wie. Proszę tylko o podpisek na dole i  nic więcej. Tak więc gdyby co, to wie pan co i jak…”. Owszem, dopuszczam myśl, że ten dramat może być cierpkim wyznaniem, wybuchem rozżalenia, obarczeniem winą tamtego świata przez samego pisarza. Ale, jak w  całych Historiach bliskoznacznych, przeplata się przecież synonimiczność. Krewni, przyjaciele, sąsiedzi, znajomi, koledzy przybierają inne imiona, wymieniają płcią, wykonywanymi zawodami, fakty z ich życia zmieniają się. Czy tworzy się w ten sposób na wpół wymyślona hagiografia olsztyńskich świętych i przeklętych? Swoista biblia miejsca, zaczynająca się stworzeniem tamtejszego świata przez ówczesnego boga (i  cara): „Pierdolony Stalin żył jeszcze na Kremlu i trząsł całym światem […]”. A ja, głupi, tę nie-fantastykę i  nie-realizm potraktowałem poważnie, jako dalszy ciąg Autobiografii i  Genealogii, bo jakże to z Historiami pokrewne sobie literatury! Wstyd, ale się przyznam. Kilka nazwisk wpisałem do wyszukiwarki internetowej. Wynik oczywisty. Absolutna pewność przyszła na 259. stronie w  tym zdaniu: „Iwona Bowszyc, urodzona w  1980 roku w Morągu, po studiach na olsztyńskim uniwersytecie zatrudniona w  urzędzie wojewódzkim, do partii Demokraci dla Przyszłości wstąpiła w  wieku 28 lat, wyszła za mąż za komendanta miejskiej policji w  Olsztynie, matka dwóch córek, w  2020 roku mianowana wojewodą Warmii i  Mazur z ramienia koalicji Dobrobyt i Praworządność […]”. Konsternacja – nie, ale skrępowanie, zakłopotanie, zmieszanie bez wątpienia. Że dałem się oszukać, że nie zrozumiałem intencji autora, że brak mi znajomości literatury. Że Brakoniecki w  swojej pisarskiej metafizyce przerasta kanony. Tworzy zaś nie tylko własny model i zasady, ale wyjątkowe literackie prawo, ba! świętość. To światowanie i  nieprzeczytaną przeze mnie Światologię, choć teraz to już nie wiem, które z  tych wyrażeń ująć w  cudzysłów. Z  jednej strony mamy utwór poetycki (zbiór wierszy?) i  dziennik podróży ujęte metafizycznie, a  może lepiej napisać: pozbawione ram realizmu? Z drugiej zaś oglądanie świata, jego badanie, bycie w  nim i  jednocześnie poza nim. Jakby być jego częścią, ale także spoglądać nań przez teleskop bądź mikroskop. Nasz pisarz zamienia się w naukowego filozofa ateistę, który spędza dzień w laboratoryjnym kitlu, by po przeprowadzonych obserwacjach, za pomocą nauk pomocniczych – antropologii kulturowej, religioznawstwa, kulturoznawstwa, filozofii religii – dokonywać w  głębokim fotelu mistycznych przewartościowań i  świata, i  siebie, przechodząc delikatnie od ateizmu do agnostycyzmu. Który obraz bliższy prawdy? Na próżno szukać odpowiedzi w  Zakładzie biograficznym Olsztyn, w na pozór wyjaśniającym drogę filozoficzno-poetycką Brakonieckiego („Błądzę, szukam, pragnę. Zamiast wierzyć w  Boga katolików, protestantów, muzułmanów, hindusów, buddystów muszę wpierw zmierzyć się z  własną psychiką, która sprawia mi największy kłopot”; „Piszę wiersze, bo nienawidzę, bo nie chcę nienawidzić, bo cierpię, bo boję się śmierci, bo kocham, bo jestem”) ostatnim rozdziale – Ateista mistyczny. Ostatnie około 50 stron wcale nie jest manifestem pisarza. Rzecz jasna, jest to popis erudycji, stylowy wykład, od Platona do Simone Weil, Romano Guardiniego i Ciorana. Ta teoretyka i  duchowe wyznania („Ateiście mistycznemu nie potrzeba ani Boga osobowego, ani w  ogóle religii objawionej, ani tym bardziej instytucji kościelnej, żadnego Boga teistycznego, aby zgodnie z własnym sumieniem oraz własną pozytywną wolnością posługiwać się rozumem kry-

78

tycznym, twórczym, niezależną i humanitarną etyką oraz potrzebą sprawiedliwości społecznej i  indywidualnej”) przerywane są objawieniami rzeczywistości i  spowiedziami, które niechybnie stanowią wynik głębokich przemyśleń, przebudzeń. A może jedynie wynurzeniami to udręczonego, to wybawionego i uspokojonego satori humanisty? Czyli teoria i przykłady… Sam naprzeciw światu. Badacz i  mistyk. Od swobodnych, podwórkowo-szkolnych opowieści przypominających czasami (gdy zapomni się o  powojennych dramatach) niektóre gorzkie książki Niziurskiego, przez równie bolesne i  szare quasi-hrabalowskie olsztyńskie pejzaże, przez krytykę, wręcz wzburzenie na podobieństwo Thomasa Bernharda, przez próby zrozumienia wydarzeń historycznych i  politycznych, aż po ateizm mistyczny na końcu. / Jerzy Lengauer

Samotni i wiarygodni

Wells Tower Ruiny i zgliszcza tłum. Michał Kłobukowski wyd. Karakter Kraków 2017

Z nakomity tom opowiadań pod tytułem Ruiny i zgliszcza Wellsa Towera to bardzo dojrzały debiut. Amerykański prozaik swoją pierwszą – i jak na razie jedyną – książkę wydał w 2009 roku w wieku 36 lat. Czytając tę literaturę nie ma się wątpliwości, że napisana została przez osobę doświadczoną, pewną, świadomą rzemiosła. Dziewięć prostych historii, które się na ten tom składają, to żywy dowód na to, że forma opowiadania jest czymś dużo więcej niż literackim półproduktem, antraktem między powieściami. Samotność i wiarygodność – te dwa słowa najlepiej oddają charakter zawartości książki Towera. Samotność, bo jego bohaterowie to niemalże bez wyjątku ludzie, którzy muszą zmierzyć się z tym stanem. Amerykanin często tak projektuje opowiadania, by jego postaci znalazły się w zwrotnym punkcie swoich biografii. Nie chodzi mi tu o jakieś fabularne sensacje czy przetasowania, lecz o niezwykłe emocjonalne kulminacje, o wewnętrzne przesilenia. Młody chłopak uciekający z domu nowego męża swo-

fabularie 2 (13) 2017


Recenzje

jej matki, nastolatka próbująca zrobić wrażenie na swojej atrakcyjniejszej kuzynce, starzec podglądający sąsiadkę swojej córki – wszyscy oni są tragicznie wręcz samotni, wszyscy oni starają się w tej samotności nie utonąć. Co ciekawe, pisarz chyba nie planował tego tomu jako studium samotności i rozpaczy. Tak po prostu wyszło, tak się okazało, kiedy z oddzielnych opowieści ułożył książkę (opowiadania powstawały na przestrzeni siedmiu lat). Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że samotność jest motywem spajającym tom, nieco się rozczarował, bo myślał, że pisze rzeczy bardzo różnorodne – jak autoironicznie stwierdził w jednym z wywiadów. A czemu wiarygodność? Bo Tower potrafi wejść w czyjekolwiek buty, każdemu z jego narratorów wierzymy, chociaż ci różnią się od siebie w znacznym stopniu. Weźmy na przykład wspomnianego starca z opowiadania Drzwi w twoim oku – pisarz ze sporym wyczuciem odmalowuje przed czytelnikiem psychikę swojego bohatera, ma się wręcz wrażenie, że to opowiadanie napisał ktoś dużo starszy, ktoś urodzony dużo wcześniej niż w 1973 roku. Ta wiarygodność to efekt nie tylko trudno uchwytnego, jak to określiłem, wyczucia czy talentu, lecz także – zaawansowanej świadomości warsztatowej. Tower inteligentnie dobiera rodzaje narracji do swoich utworów – tak by jego opowieści brzmiały naturalnie. Najlepszym tego przykładem jest chyba Lampart – opowiadanie, którego głównym bohaterem jest zakompleksiony jedenastolatek nienawidzący swojego ojczyma. Tower postanowił użyć tutaj – rzadkiej, najczęściej występującej jako prozatorska ciekawostka – narracji w drugiej osobie. Dystans, który pojawia się między opowieścią a bohaterem, jest pozorny. Paradoksalnie druga osoba pozwala uniknąć fałszywych nut, które niechybnie pojawiłyby się, gdyby pisarz zdecydował spróbować oddać psychikę dziecka jeden do jednego poprzez użycie narracji pierwszoosobowej. Tak więc niech nie zwiedzie nikogo rzekoma prostolinijność tych opowieści; to starannie wypracowane literackie struktury, a nie rachityczne opowiastki. Wells Tower skupia się w swoich tekstach na ludzkich emocjach. Każdy element jego literackich światów jest podporządkowany temu nadrzędnemu celowi – wiernemu ukazaniu rozczarowania, lęku i rozpaczy kłębiących się w głowach bohaterów. Już otwierające tom opowiadanie Brunatny brzeg pokazuje czytelnikom, po jakich rejonach będziemy się poruszać. Bob Munroe to człowiek, któremu posypało się niedawno życie prywatne, a i to zawodowe mogłoby wyglądać o niebo lepiej. Żeby uporać się z przytłaczającym go kryzysem, przenosi się na jakiś czas do zaniedbanego domu swojego stryja. Zajmuje się tam głównie trzema rzeczami: stara się doprowadzić budynek do stanu używalności, łowi ryby i inne wodne zwierzęta, żeby zapełnić nimi znalezione w domu akwarium, i spędza czas z poznanym na miejscu małżeństwem. Prozaik wrzuca nas w sam środek bolesnej egzystencji Boba. Nie dostajemy mnóstwa szczegółów dotyczących jego życia, ostatecznie nie wiemy też, jak poradzi sobie z przeciwnościami losu (jeśli w ogóle, oczywiście) – przez te 30 stron możemy za to współodczuwać razem z nim, możemy poczuć się tak, jakbyśmy to my szukali sensu w zapuszczonej ruderze. Brunatny brzeg to utwór przywodzący na myśl minimalizm Raymonda Carvera – nawet końcówka tekstu, która

fabularie 2 (13) 2017

jest prawdziwym stylistycznym majstersztykiem, kojarzy się z prozą autora Katedry: ta sama sugestywność obrazu, to samo ciche oczekiwanie na zmianę, która nigdy nie nadejdzie. Reszta opowiadań jest pod tym względem podobna; zbiór tworzy spójną całość, na którą składają się kameralne realistyczne opowieści, których sednem są relacje międzyludzkie. Czytanie Towera to intensywne przeżycie. Ma się wrażenie, że debiutujący autor zna wszystkie możliwe przypadłości, które mogą dopaść współczesnego człowieka. Jedynym tekstem, który mocno się wyróżnia, jest tytułowe opowiadanie zamykające książkę. Nagle opuszczamy Amerykę i jej lęki czy frustracje – i trafiamy do świata wikingów. Nie wyobrażam sobie, żeby kogoś ta wolta nie zaskoczyła (sam pisarz przyznaje, że na spotkaniach autorskich czytelnicy najczęściej pytają właśnie o to, skąd się tu, cholera, wzięli wikingowie). Ruiny i zgliszcza to prosta historia grupy skandynawskich wojowników (czy raczej: grabieżców i gwałcicieli), którzy napadają na raz już przez siebie „odwiedzony” rejon. To raczej literacki żart; Tower świetnie się bawi, wkładając w usta wikingów dialogi, które – jak podejrzewam – nie spełniają warunków historycznego prawdopodobieństwa. Z początku byłem nieco zawiedziony tym tekstem; czy raczej tym, że Tower popsuł idealną wręcz kompozycję tomu i do tego tak ten tekst wyeksponował, umieszczając na samym końcu książki. Jednak zmieniłem zdanie. Chyba wiem, dlaczego pisarzowi tak na tym opowiadaniu zależało. Jego ostatni akapit to fragment tak piękny, że nie dziwię się, iż Amerykanin chciał zakopać w pamięci czytelników właśnie tych kilka zdań. A dosłownie ostatnie zdanie to już czyste złoto. Sam się dziwię, że to piszę, ale skojarzyło mi się ono z nieśmiertelną końcówką Wielkiego Gatsby’ego. Naprawdę. Nie zmyślam. Warto też zwrócić uwagę na bogaty język Amerykanina. Tower pisze niby prosto, ale potrafi tu i ówdzie wstawić abstrakcyjną metaforę czy kolorowe porównanie, których nie powstydziłby się sam autor Żegnaj, laleczko. Do tego Tower ma słuch do dialogów. Rozmowy jego bohaterów są pełne inteligentnej ironii i gorzkiego humoru. Dzięki temu powołani przez niego do życia nieszczęśnicy są bardziej autentyczni, a nam chce się przejmować ich niedolą. Należy tu, oczywiście, podkreślić to, jak świetną pracę wykonał Michał Kłobukowski, który Ruiny i zgliszcza przetłumaczył. Byłoby wielką stratą, gdyby frazy Towera brzmiały po polsku papierowo. Tak na szczęście nie jest. Tak więc – niski ukłon dla tłumacza. Po przeczytaniu tych opowiadań chce się jeszcze. Problem w tym, że na razie nie ma niczego więcej. Podobno Tower intensywnie pracuje nad swoją pierwszą powieścią. Przyznam, że doczekać się nie mogę. Ale mam też cichą (taką naprawdę cichutką) nadzieję, że nie zrezygnuje z uprawiania krótkiej formy. Te nieduże utwory są fantastyczne i szkoda by było, gdybyśmy my, wielbiciele opowiadań, po raz kolejny zostali zdradzeni przez pisarza, który nas najpierw w sobie rozkochał, a później porzucił, by produkować przeraźliwie grube cegły. Zwłaszcza że dla Towera 30 czy 40 stron to aż nadto, by stworzyć przekonujący świat i opowiedzieć kompletną, nieoczywistą historię, która zostaje w pamięci na długo. / Karol Płatek

79


Recenzje Wiersz

MARIUSZ TENEROWICZ Mandala – rowerowanie Czas strojenia rowerów; wyłuskiwanie z futerału piwnic pordzewiałych ukrain, kolarek, górali, wyszukiwanie metalowych pompek, badanie kondycji opon, klejenie dętek plastrami po wietrznej ospie. Wyruszaliśmy wczesnym rankiem przez głęboki talerz mgieł, łańcuch asfaltu napinał się do pierwszych domów przedmieścia, łąki otwierały oczy zaropiałych fos, na taboretach siodeł lub pod ramą przecinaliśmy wartkie strumienie dmuchawców, dozując kolejnym przerzutkom: dynamo pędu, szybkości, beztroski, wspomnienia wiodły nas wytrwale za odblaskowy trójkąt wzgórza obok kapliczek wpisanych w płomienie łopianów i pokrzyw, jechaliśmy dalej przez żydowski cmentarz spróchniałe wierzby kładły swe głowy na kamiennych poduszkach macew słońce za wzgórzami łamało pordzewiałe szprychy promieni zostawiając nam tylko nieznane inskrypcje, pisane od prawej ku lewej rudy pył i mech, ciszę; jakby spadł meteoryt i ogłuszył ocean przestrzeni

fot. unsplash.com

lub rozpoczęło się „Święto namiotów” a dobry bóg czekał w ukryciu chował się, był o kilka wiorst – o jedną modlitwę stąd


Psychologia

O muchach KATARZYNA SZAULIŃSKA

Udawanie śmierci przez znieruchomienie zwiększa szanse na ujście z życiem, lecz dzieje się to, oczywiście, kosztem tych, którzy odważnie zostaną na placu boju. [AnnaBłońska, artykuł o trojszykach gryzących (tribolium castaneum)]

1. Obóz jogi w Szadku koło Uniejowa. Upalne sierpniowe popołudnie, powietrze jak zupa z wibrującą mięsną wkładką. Za oknem kula słońca i  las, żywozielony, dudniący. Kładziemy się, każdy na swojej macie, półtoragodzinne ćwiczenia za nami. Śavasana, pozycja trupa, będąca podsumowaniem każdego cyklu ćwiczeń, polega na „zwykłym leżeniu”, ale według B.K.S. Iyengara, założyciela jednej z czołowych szkół jogi, jest pozycją najtrudniejszą. „Śavasana dotyczy rozluźnienia. A co nie sprzyja rozluźnieniu? Napięcie. Napięcie wynika ze zbyt kurczowego trzymania się życia – i  z  kolei bycia trzymanym przez miriady niewidocznych nici, które wiążą nas ze znanym światem, znanym «ja» i ze znanym otoczeniem, w którym owo «ja» działa. […] Śavasana korzysta z technik relaksacji w  celu przecięcia owych nici. Rezultatem nie jest, jak w medytacji, wolność, lecz utrata tożsamości. Utrata tożsamości to odkrycie, kim jesteśmy”. Wszystko jasne, rozumiem plus minus podbudowę teoretyczną. Problem polega na tym, że kiedy kładę się na macie i moje pokryte błonką potu kończyny zaczynają emitować ciepło – obsiadają mnie muchy. Dziesiątki much. Dotychczas, kiedy ćwiczenie to wykonywałam w  zamkniętej sali, umiałam przynajmniej doprowadzić się do stanu zrelaksowania. Nie mówię o większych odjazdach, bo tego nie było, ale przynajmniej leżałam na granicy snu, nie czując, że wykonanie ćwiczenia jest całkowicie niemożliwe, tylko że może kiedyś mi się uda. Ale tu, w brzęku much, z poczuciem, że na moich policzkach, w uszach, na podeszwach stóp przysiadają gównożerne owady, których lot jest raz koszący, innym razem zygzakowaty, a jeszcze innym razem po prostu nieprzewidywalny – no, przepraszam. To trudne. Jestem tak wściekła, że granica, na której

fabularie 2 (13) 2017

81


Psychologia

Każdy chodził na lekcje polskiego i wie, że po spokojnym renesansie musi nastąpić krwisty barok.

się znajduję, nie jest granicą rozlania tożsamości, a granicą oddzielającą mnie od wyjścia z tej sali z hukiem zatrzaskiwanych drzwi. Po chwili zastanowienia decyduję się pozostać, to tylko dwadzieścia minut, da się je przetrwać z zaciśniętymi zębami, machając od czasu do czasu ręką, w iluzorycznym geście obrony. I  kiedy tak trwam, staram się wykonać jakiś zabieg mentalny, po to, żeby łatwiej to znieść, liczę do stu, potem na odwrót. I nagle – to spływa na mnie. Wniosek: przecież to nie muchy. Zdziwicie się może, ale to rzeczywiście nie były muchy. W  chwili, kiedy miałam zamknięte oczy, muchy nie były muchami, ale były dźwiękiem i  dotykiem. Dźwięk, pozbawiony kontekstu ohydnego owada, był właściwie obojętny, zbliżał się i oddalał, ale dało się go znieść. Dotyk był dla mnie zaskoczeniem. Kiedy odkroiłam go od kontekstu, stał się dziesiątkami delikatnych, pieszczotliwych muśnięć. Moment, tuż zanim mucha siada na skórze, był wyraźnie wyczuwalny przez miejscowe ochłodzenie powietrza, a samo lądowanie – niemal rozkoszne. Mimo że wciąż na zewnątrz wyglądałam jak spocony człowiek, na którym siadają owady, nagle stałam się czującą, rozlaną powierzchnią, akceptującą to, co dzieje się wokół. Akceptującą w całej istocie, z odciętą wiedzą i założeniami. I wtedy – odleciałam.

2. Redukcja fenomenologiczna to metoda zestawiająca wszystkie możliwe informacje na temat danej rzeczy, po to by znaleźć jej istotę, zredukować ją do esencji. Edmund Husserl, twórca fenomenologii, najbardziej lubił posługiwać się przykładem stołu. Jeśli odjąć stołowi wszystkie warianty nożności i materii, z jakiej może być wykonany, stół w swojej stołowatości staje się po prostu płaską, równą powierzchnią. Odpada drewnianość, plastikowość, odpada starość, nowość, inne cechy osobnicze. W  redukcji fenomenologicznej nieważne jest, czy stół istnieje, czy nie.

3. Edmund Husserl był rektorem Uniwersytetu we Fryburgu. W 1916 roku jego asystentem stał się chmurny Martin

82

Heidegger, który zastąpił go w funkcji rektora w roku 1929. Swoje panowanie Heidegger rozpoczął od płomiennej mowy rektorskiej sławiącej politykę nazistowską i  zachęcającej młodych Niemców do wstępowania do wojska. Na pytanie: „Jak człowiek tak niewykształcony jak Hitler rządzić może Niemcami?”, Heidegger – nie wiadomo, czy stosując redukcję fenomenologiczną, czy inny zabieg mentalny – odpowiedział: „Wykształcenie jest najzupełniej obojętne. Proszę się przyjrzeć, jak cudowne są jego ręce”. Hitler był przecież – może i kiepskim, ale – malarzem. A Stalin i Karadžić byli poetami. Gdy myślę o rękach Hitlera jako o wyniku dziwacznie pojętej redukcji fenomenologicznej, zastanawiam się, czy redukując muchę do pieszczoty popełniam karygodny błąd, czy przeciwnie – powinnam być dumna. Myślę o wszystkich innych sytuacjach, które skłaniają do namysłu nad działaniem albo wstrzymywaniem się od działania. Jak mawiają niepijący alkoholicy na zebraniach AA: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniała to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego”. Szukam definicji trzeźwego umysłu.

4. Może gdybym miała telewizor, to rozważania o muchach odnosiłyby się do współczesnej rzeczywistości i setek informacji o konfliktach, wojnach, aferach, politykach. Oraz nietracenia nadziei na to, że posiada się wpływ na sinusoidę czasów, życie i śmierć, konflikt i pokój. Każdy chodził na lekcje polskiego i wie, że po spokojnym renesansie musi nastąpić krwisty barok. Każdy kto ma telewizor, albo wchodzi na portale informacyjne w sieci, wie też, że na niebie i ziemi pachnie dziś wojną.

5. Oto kolejne wyjaśnienie zabiegu redukcji, tym razem wywodzące się od Sigmunda Freuda. Sytuację, w której świat zaczyna zachowywać się jak zwarzona zupa ze śmietaną, czyli rozdziela się na frakcje, teorie psychoanalityczne nazywają rozszczepieniem. Z  jednej strony dobrzy, z  drugiej źli. Ja kontra inni. Oni przeciwko nam. Ofiara i kat. Rozszczepienie nie ma dobrej prasy, uznawane jest za niedojrzałe i  pozbawiające niuansowego widzenia oraz wprowadzające klimat opresji. Aspekty sytuacji niepasujące do naszego myślenia zostają usunięte z  pola świadomości. Hitler staje się ręką. Z  drugiej strony, kiedy dokładanie wiadomo, w  jakim kierunku powinien zostać ułożony wektor nienawiści – jakież proste staje się działanie! Dlatego wymyślono packi na muchy – sprężyste, kolorowe, z plastiku, albo wyrafinowane – takie na baterie, podobne do rakiety tenisowej. Za pomocą takiego urządzenia można muchę przysmażyć, uzyskać spektakularny efekt iskrzenia

fabularie 2 (13) 2017


Psychologia

i jako nieoczekiwany bonus – smród spalonego muszego mięsa. Dla tradycjonalistów pozostaje zwinięta w rurkę gazeta. Dla intelektualistów wagi ciężkiej – rzut książką.

6. Skoro jesteśmy przy teoriach psychoanalitycznych, to należy zauważyć, że każdy, kto wybierze się na psychoterapię, dojdzie w pewnym momencie do frustrującego wniosku, że terapeuta nie posiada w głowie rozwiązania twojego problemu, za to zajmuje się przywoływaniem „drugiej strony”. Dlatego jeśli mówisz terapeucie o jakimś aspekcie swojego przeżywania („Bardzo chciałabym zaangażować się w  życie polityczne”), możesz się spodziewać, że za chwilę usłyszysz: „A  z  drugiej strony…” („…boi się pani, że to nie ma sensu”). Jeśli na kolejną sesję przyjdziesz zwrócony w stronę tej części prawdy, o której przypomniał terapeuta („Nie będę się angażować w życie polityczne, bo to nie ma sensu”), możesz się spodziewać, że ta część, którą przywoływałeś ostatnio, wróci jak bumerang („A  z  drugiej strony, ma pani taką potrzebę”). Psychoterapia jest ćwiczeniem utrzymywania szerokiej świadomości, wielu aspektów doświadczenia naraz. Taki stan – stan ambiwalencji – bywa wielce frustrujący, ale podobno jest pożądany, bo bliższy zdrowiu. Aby w tym pomóc, terapeuta powinien być jak najbardziej neutralny, innymi słowy – nie ingerować swoją osobą w pole świadomości pacjenta. Z drugiej strony, czy sam terapeuta jako człowiek może nie mieć żadnego zdania? Co zrobi terapeuta, kiedy obsiądą go muchy? No i  czy ja jednak nie powinnam otrząsnąć się z  rozkosznych pieszczot, otworzyć oczu i zobaczyć, że łażą po mnie wielkie, tłuste robacznice i  lada moment złożą na mnie jajeczka?

7. Martin Niemöller: „Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było”.

8. Jeden z czołowych terapeutów w  Polsce, Bogdan de Barbaro, ostro krytykujący obecną sytuację polityczną, wychodzi z pozycji neutralnej – poświęca ją dla celu, jaki uznaje za wyższy, czyli walki o wolność. Bogdan de Barbaro, krytykując rozszczepienie, do jakiego zaprasza partia rządząca, jednocześnie apeluje o  szukanie podobieństw, wspólnego języka i spraw, które dla wszystkich są ważne.

fabularie 2 (13) 2017

Co na to jego pacjenci? Czy też uważają, że już jest o co walczyć? Czy współczesna Wiejska to już Reichstag? Czy wypowiedzi członków opozycji opisujące działania PiS-u jako napaść na wolność obywatelską i demokrację nie wydają się śmieszne w obliczu przekrętów finansowych Mateusza Kijowskiego?

9. Gdybym chciała znaleźć prawdziwą wojnę, to nie muszę długo szukać – właśnie trwa pokojowy marsz z Berlina do Aleppo, w którym nie uczestniczę. Nie udostępniłam żadnej informacji na ten temat na mojej ścianie na Facebooku, podobnie jak żadnej informacji o działaniu The White Helmets, ratujących z  gruzów ofiary wojny – prawdziwe trupy, a nie ludzi udających trupy na zajęciach jogi. (Oczywiście, nawet pisząc teraz, wolę jednak poszukać wojny trochę dalej – no, Ukraina jest stanowczo zbyt blisko). Moja facebookowa ściana jest ścianą między mną a  tym, czego nie chcę wiedzieć, nie chcę usłyszeć, na co nie chcę mieć wpływu, bo gdybym miała, to musiałabym jakoś się do tego ustosunkować, na przykład stwierdzić, że mimo że mam na coś wpływ, to i tak decyduję się niczego nie robić.

10. Zostaje na razie sama z moim „nie wiem”. Czy leżąc w pozycji trupa powinno się oganiać od much, czy „ożyć” i  wybiec z  pokoju, czy może udać się na emigrację wewnętrzną (czyli coraz bardziej udawać trupa?). Czy wybierać rozluźnienie, czy napięcie? Być może – tak jak pisze Iyengar – utrata tożsamości to odkrycie tego, kim jesteśmy. Wybierając bierność uświadamiam sobie, że nie będzie moją ani tożsamość bohatera, ani kata, ale może dzięki temu bezboleśnie przetrwam, odbierając informacje o  świecie zewnętrznym jak biały szum, szum nie-muchy, czując je jako łaskotkę nie-muchy, a może nawet zamieniając torturę w rozkosz. Cała intelektualna fasada wielkich nazwisk pozwoli mi siebie samą usprawiedliwić. I odlecieć. Jak mucha.

83


Notki o autorach

Anna Augustyniak – dziennikarka i autorka książek: Hrabia, literat, dandys. Rzecz o Antonim Sobańskim (2009), Kochałam, kiedy odeszła (2013, nominacja do Nagrody Literackiej „Gryfia” 2014), Bez ciebie (2014, III Nagroda „Złoty Środek Poezji” 2015), Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości. Biografia (2016). Jej teksty tłumaczone były na jęz. ukraiński, angielski, niemiecki, hiszpański, serbski, turecki, rumuński, rosyjski, białoruski. Tomasz Bohajedyn – artykuły o sztuce publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Przekroju”, „Le Monde diplomatique” i „Ricie Baum”. Jest stałym współpracownikiem i rysownikiem „Le Monde diplomatique”, a grafiki publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dużym Formacie”, „ART-eonie” i „Midraszu”. Agnieszka Czoska (1986) – wieloletnia doktorantka poznańskiej kognitywistyki, naukowo językoznawca od czytania. Sama czyta sporo i eklektycznie: prozy poetyckie, reportaże, komiksy, czasem nawet głupoty, do tego w kilku językach. Regularnie pisze także dla blogów Arytmia.eu i Nietylkogry.pl. Miłośniczka jeży europejskich i ptaków śpiewających. Anna Dwojnych – socjolożka i filozofka, doktorantka w Zakładzie Badań Kultury Instytutu Socjologii UMK. Badaczka polskich seriali, twórczości Larsa von Triera i estetyzacji ciała. Współredaktorka magazynu „Inter-”. Pisze poezję i prozę. Publikowała m.in. na łamach „Odry”, „Gazety Wyborczej”, „Lampy”, „Cegły”, „Wyspy”, „Wakatu”, „Blizy”, „Śląskiej Strefy Gender” oraz w antologii Młody Toruń poetycki. Autorka tomiku gadu gadu. Filip Fierek – członek zespołu Korporacji Ha!art. Współpracownik magazynu „Literacka” festiwalu Literacki Sopot. Współorganizator cyklu spotkań z pisarkami i pisarzami Aneks Literacki na Pomorzu. Publikował w „Popmodernie”, „Midraszu” i „artPapierze”. W 2017 roku ukaże się powieść Lutza van Dijka Verdammt starke Liebe, którą przetłumaczył z Agatą Chmielecką. Ostatnio niepokoi go twórczość J.M. Rymkiewicza. Jacek Frąś (1977) – rysownik komiksów, malarz, plakacista, ilustrator, perkusista grupy Dick4Dick (a w latach 2001–2008 zespołu Cool Kids of Death). Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Kamil Gara (1991) – zadebiutował tomikiem poezji Szum wokół ciszy, wydanym dzięki zwycięstwie w Ogólnopolskim Konkursie Literackim KryWaj (2014). Publikował w tygodniku „Angora” oraz w magazynie „Helikopter”. Pisze także teksty piosenek. Jest zafascynowany poezją R. Wojaczka. Mieszka w Katowicach. Wanda Hagedorn – urodziła się w Szczecinie. W 1986 roku wraz z mężem Markiem i bliźniakami Malwiną i Jędrkiem wyemigrowała do Australii. Przez ostatnie 10 lat pracowała

84

w organizacjach pozarządowych koordynując projekty na temat gender i zapobiegania przemocy wobec kobiet. Ewa Kamińska-Bużałek – absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego, od ponad 10 lat związana z łódzkim sektorem pozarządowym. Wiceprezeska Ośrodka Działań Ekologicznych „Źródła”. W pracy zajmuje się projektami z zakresu edukacji na rzecz zrównoważonego rozwoju. Po godzinach współtworzy Łódzki Szlak Kobiet, współorganizuje łódzkie Manify oraz koordynuje cykl „Główne nurty feminizmu” w Świetlicy Krytyki Politycznej.

Monika Maciasz (1992) – ukończyła pedagogikę resocjalizacyjną na UG. Zdobywczyni I miejsca podczas: Konkursu Jednego Wiersza XV Ogólnopolskiego Prania Poetyckiego na Strychu w Gdyni oraz na Festiwalu Młoda Ambitna Literatura Trójmiasta 2016. Członkini Gdańskiego Klubu Poetów. Jej wiersze wydrukowano w antologiach Pomost 2016 oraz Aspekty 2016. Mieszka w Gdańsku.

Piotr Kikta – z wykształcenia nauczyciel muzyki i klarnecista, pracuje w księgarni dla dzieci. W Bydgoszczy prowadzi warsztaty i inne zabawy dla najmłodszych.

Piotr Macierzyński (1971) – wiersze publikował m.in. w „Studium”, „Akcencie”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”. Wydał tomiki: Danse macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu (2001), tfu, tfu (2004), Odrzuty (2007), Zbiór zadań z chemii i metafizyki (2009), antologia wierszy ss-mańskich (2011, 2016), kwik (2013), Antologie esesáckých básní (Praga 2015), Książka kostnicy (2017).

Anna Krztoń – ilustratorka i rysowniczka komiksów. W 2013 roku obroniła dyplom z grafiki warsztatowej na ASP Katowice. Współpracuje m.in. z „Newsweekiem” i „Kulturą Liberalną”. Swoje prace publikowała w magazynach i antologiach komiksowych w Europie i USA. Redaguje i wydaje zin „Brudno”. Mieszka w Warszawie. WWW: Anna.Krzton.com, FB: Komiksy krztoniowe.

Małgorzata Major – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa UG. Interesuje się nowomedialnym odbiorem seriali telewizyjnych typu post-soap, figurą antybohatera w amerykańskiej popkulturze oraz socnostalgiczną recepcją polskich seriali okresu PRL-u. W 2014 roku ukazała się redagowana przez nią książka Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji.

Katarzyna Kurowska – studentka II st. tekstów kultury oraz krytyki literackiej na UJ. Tekstami kultury zajmuje się głównie w ujęciu transmedialnym. Interesuje się kulturą kulinarną, mitologiami codzienności, współczesnymi reinterpretacjami zjawisk epoki PRL-u oraz zagadnieniami cielesności. Współpracowała z „Ińskie Point”, obecnie pisze recenzje dla wortalu literackiego Granice.pl.

Agata Napiórska (1983) – urodzona w Grudziądzu. Dziennikarka i tłumaczka z angielskiego. Redaktorka naczelna magazynu „Zwykłe Życie” i autorka książki Jak oni pracują Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców (2017). Mieszka w Warszawie.

Jerzy Lengauer (1970) – mieszka i pisze w Kętrzynie. Absolwent UWM w Olsztynie. Kurs kreatywnego pisania i studia podyplomowe Wiedza o kulturze w Instytucie Badań Literackich. Eseista, felietonista, recenzent. Jeden z autorów tekstów zamieszczonych w Liście do ojca (Biblioteka „Gazety Wyborczej”, 2008). Autor Niepoprawnie subiektywnego dziennika podróży (Mamiko, 2014) i Ścieżek myśli (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 2016). Krzysztof Lichtblau (1989) – doktorant w Instytucie Polonistyki i Kulturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim. Sekretarz redakcji kwartalnika literacko-kulturalnego „eleWator”. Publikował m.in. w „Pograniczach”, „Midraszu”, „Odrze”, „Tyglu Kultury” i „Zeszytach Komiksowych”. Wiceprezes Fundacji Literatury im. Henryka Berezy. Maciek Łazowski – grafik i ilustrator. Autor komiksów (m.in. Boska Tragedia, Głosy w mojej głowie) i książek dla dzieci (m.in. Co się dzieje, kiedy śpisz?). Absolwent Wyższej Szkoły Sztuki i Projektowania w Łodzi. Mieszka w Warszawie ze swoją żoną Urszulą i świnką morską Drakulą. WWW: MaciekLazowski.com.

Grzegorz Pełczyński – profesor w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel i redaktor naczelny czasopisma „Our Europe. Ethnography – Ethnology – Anthropology of Culture”. Wydał m.in: Najmniejsza mniejszość. Rzecz o Karaimach polskich (1995), Ormianie polscy w wieku XX. Problem odrębności etnicznej (1997), Dziesiąta muza w stroju ludowym. Wizerunki kultury chłopskiej w kinie PRL (2002), Karaimi polscy (2004), Restauracja Kresowa (2011), Ewangelikalizm w Rosji (XIX–XX wiek) (2012, 2013), Mniejsze mniejszości i inne szkice (2017). Aleksandra M. Perzyńska – poetka, pisarka, artystka wizualna. Wydała tomy poetyckie: Anima, Ja, Bukowska oraz Samsara. Jej utwory pisane prozą ukazały się m.in. w polsko-niemieckiej antologii Dzieciństwo w Polsce – Dzieciństwo w Niemczech oraz w zbiorze Ranne szychty wydanym we współpracy Gdańskiej Galerii Miejskiej, BWA Wrocław i Fundacji im. T. Karpowicza. Stypendystka miasta Gdańska i urzędu marszałkowskiego woj. pomorskiego. Karol Płatek (1992) – skończył polonistykę na UW, współpracuje m.in. z „Twórczością” i „Nowymi Książkami”.

fabularie 2 (13) 2017


Fabularie 2/2017  

Fabularie - trzynasty numer kwartalnika prezentującego możliwie najszerzej kulturę współczesną…

Fabularie 2/2017  

Fabularie - trzynasty numer kwartalnika prezentującego możliwie najszerzej kulturę współczesną…

Advertisement