Page 1

WIERSZE: BARGIELSKA, MANSZTAJN, KWIATKOWSKI, PONIZNIK

HENNING MANKELL – PAPIEŻ SZWEDZKIEJ LITERATURY KRYMINALNEJ

Z CZECH I WĘGIER: BOGDAN TROJAK, GÁBOR MEZEI

nr 4 (9) 2015 ISSN 2300-7281

cena

ku l tu ra: sta n na j n owszy

8 zł

(5% VAT)

PROZA: KATARZYNA SZAULIŃSKA ANDRZEJ BŁAŻEWICZ JAKUB CHILIMOŃCZYK

HADAS RESHEF KATARZYNA RODACKA ANNA ELEKTRA MALKOGIORGOS MAŁGORZATA MAJOR NATALIA NAZARUK HANNA TRUBICKA EMILIA WALCZAK KLAUDIA BARAN MIROSŁAW TYC BARTOSZ GIL

O WOJNACH, MIGRACJACH I WIELOKULTUROWOŚCI


Spis treści

Varia

Tuwim w spódnicy u Mickiewicza Nowy Jork w Starym Browarze Reymont u Dejmka 1:1

2

Papież szwedzkiej literatury kryminalnej Henning Mankell (1948–2015) Sprzedawca opowieści

2 3 3

Czechy: Bogdan Trojak przełożył Michał Tabaczyński

4 6

Jakobe Mansztajn ROB GORDON ODKRYWA THE NATIONAL

6

Grzegorz Kwiatkowski zbierać

Wyjechani Hanna Trubicka „Kultura” w liczbie pojedynczej – co to takiego?

12

Z Anną Elektrą Malkogiorgos rozmawia Adam Kruk Strach jest najgorszym doradcą Bartosz Gil Polerowanie duszy i szarpanie ran Katarzyna Rodacka Fotograf z Bloodland Małgorzata Major „Rozrywkowe wojny” w zwierciadle kultury popularnej

29

55

Nowa poezja Węgry: Gábor Mezei przełożył Mirosław Tyc

Wiersze Justyna Bargielska Wszystko dla

Ewa Poniznik zapiski

Proza

8 12 15 20

Z Hadas Reshef rozmawia Agnieszka Czoska Możesz zabrać dziewczynę z Izraela, ale Izrael z niej już nie

29

Z Mirosławem Tycem rozmawia Emilia Walczak Wrogów trzeba sobie wymyślić

36

Emilia Walczak Wojnę rozpętały świnie O XX-wiecznej odysei Stefana Zweiga

42

Natalia Nazaruk Nie tylko słowa: Humans of New York

48

Andrzej Błażewicz Piekło Północy Jakub Chilimończyk Chleb Katarzyna Szaulińska Café Anatomia

Brumba

41 50 11 25 35 47 26 58 68

Marcin Karnowski Ósemka

52

Z Moniką Aleksandrowicz rozmawia Marcin Karnowski 1,618033988…

55

Gender Klaudia Baran Im więcej bijesz żonę, tym lepszy kapuśniak?

61

Z czyśćca Konrad Kissin Utwór (nie)osobny Michała Bałuckiego

Recenzje Notki o autorach

64 74 84

Ilustracja na okładce: Marta Kubiczek


k u l t u ra : s ta n n a j n owsz y n u m e r 4 (9) 2015

adres: 85-042 Bydgoszcz ul. Bocianowo 25c/30 tel. 882 050 230 e-mail: fabularie@gmail.com www.fabularie.pl

Wędrowanie kultur niesie ze sobą czystą energię zmian. Burzy krew i stary porządek. Szuka kontaktu. Tak jest od zawsze, jednak współczesna akulturacja nie ma nic wspólnego z przeobrażaniem się wzorców kulturowych, której końcowym efektem powinna być unifikacja. Uniwersalny system relacji społecznych oparty na szacunku i zrozumieniu. Nie tym razem. To dziwne, bo poziom zbiorowej świadomości pozwala myśleć, że jesteśmy, jak nigdy wcześniej, na to gotowi. Tymczasem kultura wędrująca jest niechciana. Swoje korzenie trzyma w zaciśniętych dłoniach. Teraz patrzę, jak bardzo hermetyzują się obszary zdominowane kulturowo. Jak nie pozwalają wniknąć do swoich krwiobiegów żadnym odmiennościom. Zamykają się szczelnie jak muszle. Chronią swoje „perły”. To nic, że kultura wędrująca jest bezdomna. Że na stopniach pociągów donikąd pisze swoje wiersze. Jej wędrowanie i tak miksuje się stale, definiując na nowo nie tylko samą siebie.

MAREK MACIEJEWSKI

redaktor naczelny: Marek Maciejewski redakcja: Daria Mędelska-Guz, Marcin Karnowski, Karolina Sałdecka-Kielak, Michał Tabaczyński, Emilia Walczak korekta: Emilia Walczak skład i łamanie: Magdalena Powalisz Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a także zastrzega sobie prawo do ich skracania i redakcji. nakład: 500 egz.

wydawca: Bydgoska Fundacja Wolnej Myśli KRS 0000423238 prezes fundacji: Daria Mędelska-Guz e-mail: dmedelskaguz@gmail.com adres: 85-042 Bydgoszcz ul. Bocianowo 25c/30

Ostatnie wydarzenia związane z Państwem Islamskim wywołały szereg niełatwych dyskusji politycznych, lecz także dotyczących przynależności, tożsamości kulturowej, zagadnienia wygnania, odrzucenia i uchodźstwa, a ponadto rozbudziły naturalne i rudymentarne uczucie strachu. Świat na ten strach reagował różnie – przede wszystkim gniewem, agresją, niekiedy wręcz histerycznie wyrażaną nienawiścią. Parafrazując słowa Tołstoja, nie sposób przecież zaakceptować tego, czego się boimy. W nowym numerze „Fabularii” gromadzimy teksty, które strach niejako oswajają, ukazując inność, obcość z nieco odmiennej perspektywy. Anna Elektra Malkogiorgos w rozmowie z Adamem Krukiem próbuje określić, czym jest obecnie tożsamość narodowa i kulturowa, jak wypracować definicję wielokulturowości i jakie trudności napotykają cudzoziemcy w Polsce. Podobnie w wywiadzie Agnieszki Czoski z Hadas Reshef, gdzie przynależność kulturowa jawi się jako coś bardzo nieoczywistego, co kształtuje się procesualnie i przez pokolenia. W tematyce „oswajania obcości” mieści się również rozmowa z Mirosławem Tycem, tekst o Stefanie Zweigu, językoznawczy esej Klaudii Baran, blok tekstów o Iranie, etc. Wyrazisty akcent tworzy także proza – tym razem wybrane opowiadania Andrzeja Błażewicza, Jakuba Chilimończyka oraz Katarzyny Szaulińskiej – oraz poezja: w nowym numerze wiersze Justyny Bargielskiej, Ewy Poniznik, Jakobe Mansztajna, Grzegorza Kwiatkowskiego oraz poeci z Czech i Węgier – Bogdan Trojak i Gábor Mezei. Oddajemy zatem pismo bardzo złożone, lecz przede wszystkim pokazujące kulturową inność nie jako coś niepokojącego, lecz zupełnie naturalnego, gotowego do oswojenia.

KAROLINA SAŁDECKA-KIELAK

www.freemindart.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zadanie współfinansowane przez Miasto Bydgoszcz


Varia

Tuwim w spódnicy u Mickiewicza

29

października w warszawskim Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza przy Rynku Starego Miasta 20 otwarto wystawę, przygotowaną we współpracy z Fundacją Polskiej Sztuki Nowoczesnej, zatytułowaną Zuzanna Ginczanka. Tylko szczęście jest prawdziwym życiem… Kto zna poezję Ginczanki, ten wie, jak bardzo jest ona gęsta, intensywna, żywiołowa i pełna wigoru. Ekstatyczna. A to sprawia, że nie można jej czytać w nadmiarze, bo po prostu można od tego eksplodować. Może nam od jej nadmiaru (od nadmiaru jej nadmiaru) pęknąć głowa. W połączeniu natomiast z wiedzą na temat tego, że ta przepiękna, tak szaleńczo i żarliwie kochająca życie dziewczyna została tak brutalnie i nikczemnie w kwiecie wieku (27 lat) zamordowana, a wraz z nią uśmiercony został jej wielki talent (kto wie, czy niemający szansy prześcignąć nawet kunszt samego Juliana Tuwima?), a więc w połączeniu z tą wiedzą, oprócz głowy pęknąć może również i serce. Mnie pęka; Zuzanna Ginczanka była postacią tragiczną. I niezwykle fascynującą. Sylwetka Zuzanny Poliny Gincburg, polskiej poetki żydowskiego pochodzenia (urodzonej w 1917 r. w Kijowie, zastrzelonej przez hitlerowców w 1944 r. w Krakowie-Płaszowie, na kilka zaledwie tygodni przed zakończeniem wojny), prezentowana jest na wystawie za pomocą archiwaliów z kolekcji Muzeum Literatury – rękopisów i fotografii z prywatnych albumów Ginczanki, jak również poprzez dzieła sztuki współczesnej, które w metaforyczny sposób odnoszą się zarówno do jej życia, jak i poezji. Wystawa jest próbą wydobycia śladów jej myśli i sztuki i zestawienia ich z dziełami artystów współczesnych. Swoje prace prezentują m.in.: Hubert Czerepok, Aleksandra Waliszewska, Alex Czetwertyński, Marta Deskur, Aneta Grzeszykowska, Angelika Markul czy Magdalena Moskwa. Dzieła pokazane na wystawie są próbą spotkania z Ginczanką, opowiadają o jej niezwykłej twórczości, wyobraźni, wspomnieniach, kobiecości i smutnej biografii. Ekspozycję możemy podziwiać do 29 lutego 2016 roku. Naprawdę warto. Emilia Walczak

fot. Maciek Bociański / Muzeum Literatury

2

fabularie 4 (9) 2015


Varia

Nowy Jork w Starym Browarze fot. Magdalena Powalisz

4

listopada w poznańskiej galerii Art Stations, mieszczącej się w Starym Browarze 50 50 (ul. Półwiejska 42), odbył się wernisaż wystawy Izabelli Gustowskiej, zatytułowanej Nowy Jork i dziewczyna. To pierwsza indywidualna ekspozycja artystki w galerii Grażyny Kulczyk. Punktem wyjścia jest tu postać Josephine Hopper (1883–1968) – zapomnianej artystki, żony i modelki amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera. Stała się ona inspiracją dla projektu skupionego wokół twórczych kobiet z różnych pokoleń (m.in. Diane Arbus, Judy Chicago, Sylvia Plath) – ich wyborów, kolei losu i możliwości realizacji własnych celów i pragnień.

Wśród nich jest sama Gustowska, występująca w podwójnej roli: jako jedna z bohaterek-artystek, a zarazem autorka narracji o innych kobietach. W stworzonej przez nią fantazmatycznej opowieści biograficzne fakty przeplatają się z inspiracjami, długotrwałymi i nowymi fascynacjami, migawkami zapamiętanych słów i obrazów. Pracom Gustowskiej towarzyszą te autorstwa Anety Grzeszykowskiej, Ady Karczmarczyk oraz Evy Rubinstein. Kuratorką projektu jest Agata Jakubowska, prof. nadzw. UAM. Ekspozycję można oglądać do 7 lutego 2016 roku. Reakcje widzów są nadzw. entuzjastyczne. Emilia Walczak

4

grudnia w Dużej Sali Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. S. Więckowskiego 15) miała miejsce premiera Ziemi obiecanej Władysława Stanisława Reymonta w scenicznej adaptacji Michała Kmiecika, reżyserowana przez Remigiusza Brzyka – dawnego współpracownika Krystiana Lupy, zwycięzcę Lauru Konrada w 2014 roku, znanego przede wszystkim jako reżyser wielkiej literatury klasycznej. Jak zapowiadali jeszcze w listopadzie twórcy, spektakl – w odróżnieniu od słynnego filmu Andrzeja Wajdy opartego na tekście Reymonta – nie ma koncentrować się jedynie na trzech postaciach – dorobk iewiczach

fabularie 4 (9) 2015

proj. Sławomir Kosmynka

Reymont u Dejmka 1:1 Karolu Borow ieck i m, Maksie Baumie i Morycu Welcie – a jego głównym bohaterem ma być miasto Łódź, jej potęga opisana przez noblistę. W odróżnieniu też na przykład od wcześniejszej adaptacji Jana Klaty i Sebastiana Majewskiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu sprzed sześciu lat, Ziemia obiecana Brzyka ma stanowić „pierwszą sceniczną adaptację kultowej powieści wierną pisarzowi”. Co ciekawe, na scenie występuje tu m.in. Marcin „Zorak” Szymański, znany łódzki beatbokser i raper z labelu Asfalt Records. Recenzja z tego spektaklu ukaże się w kolejnym numerze „Fabularii”. Emilia Walczak

3


Varia

Papież szwedzkiej literatury kryminalnej

Henning Mankell (1948–2015) 5

października media obiegła wieść o śmierci Mankella. Pisarz od dawna zmagał się z chorobą nowotworową płuc, jednak czytelnicy wierzyli, że z pewnością wszyscy doczekamy obiecanej powieści o córce Kurta Wallandera. Niestety, tak się nie stanie, chyba że – jak w przypadku Larssona – pojawi się samozwańczy następca i uraczy nas kolejną dawką literackiej profanacji. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Śmierć Mankella stanowi rodzaj cezury dla fanów skandynawskich kryminałów, ponieważ zamyka rozdział twórczości jednego z najwybitniejszych literatów, który – podobnie jak wcześniej duet Maj Sjöwall i Per Frederik Wahlöö – stworzył podwaliny dla fenomenu, który rozwinął także Larsson. Oczywiście należałoby w tym miejscu wymienić wiele zasłużonych autorek i poczytnych autorów, jednakże warto powiedzieć, że Henning Mankell był jedyny w swoim rodzaju. Gdy 8 stycznia 1990 roku rozpoczęliśmy wraz z jego bohaterem życie w szwedzkim Ystad, równocześnie rozpoczęła się nowa epoka (cykl inauguruje powieść Morderca bez twarzy). Lata spędzone z Wallanderem to coś znacznie więcej niż tylko lektura do poduszki, umilanie podróży pociągiem czy książka kartkowana w tramwaju. Jak po dekadzie przyznał sam autor, gdy napisał już cały cykl o ystadzkim policjancie, przyszedł mu do głowy podtytuł dla swoich kryminałów: Powieści o szwedzkim lęku. Tym właśnie są wszystkie powieści Mankella – rozłożoną w czasie relacją z wchodzenia w epokę, której ludzie urodzeni w latach 40. nie mogą zrozumieć. Wallander w latach 90. był wczesnym 40-latkiem i właśnie wtedy zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że zmiany w otaczającej go rzeczywistości przerastają go. Nie rozumiał rodzącej się cyberprzestępczości, nie potrafił posługiwać się nowymi technologiami, nie wiedział, jak mierzyć się z pułapkami nowych czasów. Był policjantem starej daty, któremu przyszło konfrontować się z nieznaną rzeczywistością.

Pomnik trwalszy niż ze spiżu

Mankell stworzył bohatera, któremu chcemy towarzyszyć nie dlatego, że wzbudza naszą sympatię (choć często tak się dzieje), ale dlatego, że jest zwykłym człowiekiem, niewyposażonym w supermoce, a mimo wszystko wykonuje swoją pracę najrzetelniej, jak potrafi. Nie ma w nim heroizmu, przekonania o własnej nieomylności,

4

Henning Mankell w Betlejem, fot. Liftarn (Wikimedia Commons)

a jedynie zwykła ludzka przyzwoitość, chęć pomocy słabszym od siebie. Wallander nie jest święty, gdy przeżywa trudne rozstanie z żoną, szuka okazji, aby nieudolnie flirtować z kobietami i wbrew ich woli zapraszać je na drinki, wspólne wyjścia. Upija się, kompromituje, raz nawet jedzie po pijaku i zatrzymuje go podwładny, co w Szwecji (w przeciwieństwie do Polski, gdzie nawet dziennikarze wesoło opowiadają, że kierowca jechał „na podwójnym gazie”) jest sprawą niewybaczalną. Kurt wstydzi się więc podwójnie, czuje upokorzony wyrozumiałością współpracownika i obiecuje nigdy więcej nie upaść tak nisko. W Wallanderze jest coś tak szczególnego, że chcemy spędzać z nim czas. Dalej go lubimy, mimo wielu wpadek (jak przymusowa defekacja na terenie łotewskiego archiwum milicyjnego), nudnego stylu życia,

fabularie 4 (9) 2015


Varia czy ciągłego popełniania tych samych błędów (zawsze myśli, że jak zejdzie na dół do pralni bez uprzedzenia, to pralka z pewnością będzie wolna). Mimo że upokarza się przed żoną, u której wciąż żebrze o resztkę uczuć, niesprawiedliwie traktuje córkę, jesteśmy w stanie zrozumieć jego problemy, nieumiejętność funkcjonowania w społeczeństwie. Możemy zazdrościć mu natury słowika, ale już bezsenności, cukrzycy i nadwagi – raczej nie. Mankell napisał postać, która nie umarła wraz z twórcą, której nie naruszył ząb czasu, ani nie wy-

Między problemami pierwszego a trzeciego świata

Pisarz był nie tylko wybitnym autorem powieści o szwedzkim lęku – był społecznikiem, działaczem na rzecz pomocy krajom afrykańskim, których problematyka znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości. Połowę roku spędzał w Mozambiku, angażując się w działalność charytatywną, drugą natomiast w Szwecji. Pasjonował go teatr, ale najbardziej bieg historii powodujący, że część świata żyje lekko i przyjemnie, a w drugiej nie ma szkół. W Chińczyku pisał o milczącej i krwawej historii budowy amerykańskiej kolei, w Białej lwicy – o apartheidzie w RPA – bo wyzysk, wykluczenie i milcząca zgoda na niesprawiedliwość społeczną oburzały go najbardziej. Podobnie zresztą jak Kurta Wallandera, bowiem w wielu kwestiach byli do siebie podobni. W twórczości Szweda zawsze najważniejsze były relacje międzyludzkie. Pociągały go samotność, społeczne odrzucenie, sekrety, które pielęgnujemy, gdy nikt nas nie obserwuje. Z tego powodu tak wiele Wallander dowiadywał się o denatach albo mordercach, zaglądając do ich szuflad, biurek, skrytek domowych, bibelotów. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o motywacje sprawcy nie ograniczało się u niego do błahych rozwiązań, jak żądza posiadania czy pragnienie władzy. Zwykle w cieniu kryło się coś więcej, czasem po prostu paraliżujące i niewytłumaczalne zło albo sekrety z przeszłości, poczucie winy, odrzucenia, niewidzialności.

Pisarz był nie tylko wybitnym autorem powieści o szwedzkim lęku – był społecznikiem, działaczem na rzecz pomocy krajom afrykańskim, których problematyka znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości. parli z kanonu nowi, młodsi, ładniejsi bohaterowie najnowszych powieści z kryminalnego zagłębia. Wydaje się, że to właśnie Wallander (mimo że autor mówił wprost o osobistej niechęci do stworzonej przez siebie postaci) stał się dla Mankella pomnikiem trwalszym niż ze spiżu. Właśnie ten misiowaty, niezdarny, słabo mówiący po angielsku wielbiciel opery i fast foodu okazał się najważniejszą postacią napisaną przez Henninga Mankella. Zmarły pisarz w swoim dorobku ma znacznie więcej niż tylko jeden cykl o prowincjonalnym policjancie, ale ten okazał się najważniejszy. Warto jednak przypomnieć, że Mankell to także autor literatury dla młodzieży i powieści, w których nie pojawia się ystadzki komisariat z jednym konkretnym policjantem na czele. Mankell pisał również o Lindzie, córce Wallandera, a także – jak wspomniałam wcześniej – miał w planach powieść o jej dorosłym życiu. W tej sytuacji pozostaje nam jedynie powtórna lektura powieści Nim nadejdzie mróz, w której poznajemy perspektywę Lindy i zaczynamy rozumieć, dlaczego nie przepadała za swoim ojcem tak bardzo jak my.

fabularie 4 (9) 2015

Ołtarz z codziennych rytuałów

Szwecja, którą odmalował dla nas Mankell, to nie wielkomiejska rzeczywistość. To przede wszystkim małe miasteczka, wsie i domostwa rolników, w których brak cennych sprzętów czy śladów po rozpustnym stylu życia. Znajdziemy tam raczej kawiarki nastawiane już o 5 rano, meble kupione w latach 60. czy małe mieszkania w blokach, takie jak to należące do Wallandera. Mankell mistrzowsko opisuje codzienne rytuały. Jak bowiem wyjaśnić zachłanną lekturę tych fragmentów, w których Kurt przygotowuje śniadanie, spogląda na ulicę przez kuchenne okno, spisuje listę zakupów? Śmierć Mankella, a jeszcze wcześniej powolne odchodzenie Wallandera, którego losy autor zamknął w powieści Niespokojny człowiek, to wielka strata dla wielbicieli literatury najlepszego sortu. Strata także dla współczesnych, o przyszłości których nie będzie już lękał się tak wybitny znawca ludzkiej natury, jakim był Henning Mankell. Całe szczęście rękopisy nie płoną i za każdym razem, gdy zatęsknimy do 6 rano w Ystad, gdzie w pewnym mieszkaniu na czwartym piętrze już pali się światło, zawsze możemy zacząć przygodę z komisarzem Wallanderem po raz kolejny. Małgorzata Major

5


Varia

Sprzedawca opowieści Bazar złych snów to nowy zbiór opowiadań Stephena Kinga, który w listopadzie tego roku ukazał się w polskich księgarniach. We wstępie autor wyjaśnia, że część publikowanych opowieści była już drukowana; część to historie niedokończone, w których można by jeszcze sporo pozmieniać; część zaś jest zupełnie nowa, natomiast wszystkie zamieszczone teksty znalazły się w tym zbiorze nieprzypadkowo. King przedstawia samego siebie jako ulicznego handlarza, sprzedawcę opowieści, które mają czytelnika zaniepokoić, zastanowić, rozbawić lub przestraszyć. „Najlepsze z nich mają kły” – przestrzega lojalnie we wstępie. Czy rzeczywiście? Bazar złych snów zawiera 21 tekstów, wśród których trzy, może cztery mogą czytelnika zaskoczyć, przypominając „dawnego Kinga”, który w sposób mrożący krew w żyłach potrafił opisać strach i obłęd. Mowa o 130.kilometrze, Wydmie, Śmierci czy chociażby Premium Harmony. Pozostałe, owszem, posiadają niewątpliwie urok, aczkolwiek nie do końca przekonują treściowo i formalnie, co sprawia, że bardzo łatwo zapomnieć, co się przed chwilą czytało. Po opowiadaniu Wredny dzieciak można by oczekiwać nieco inaczej zbudowanego napięcia, atmosfery grozy i niepokoju, podczas gdy w miejsce demonicznej postaci dziecka otrzymujemy fantazję na temat złośliwego

HANNA TRUBICKA

S

Bazar złych snów tłum. Tomasz Wilusz Prószyński i S-ka Warszawa 2015 duszka o nieokreślonej proweniencji (co zresztą okazuje się nie mieć większego znaczenia). Podobnie w historii zatytułowanej Ur, gdzie wizje dotyczące alternatywnych rzeczywistości – zamiast intrygować – stają się nużące. Z kolei poetycki fragment Kościół z kości raczej wprowadza chaos do zbioru prozatorskich historii, niż podsyca ciekawość czy buduje specyficzną atmosferę, jak pierwotnie zakładał autor. Cały tom ratują ciekawe fabularnie rozwiązania w tekstach Moralność, Batman i Robin wdają się w scysję, Życie po życiu. Te historie czyta się jednym tchem i nie sposób zapomnieć ich w mgnieniu oka, dzięki czemu Bazar… trudno zakwalifikować wyłącznie jako lekką lekturę do pociągu czy metra. Dla fanów Stephena Kinga to, rzecz jasna, pozycja obowiązkowa, natomiast rozpoczynającym swoją przygodę z mistrzem grozy polecam sięgnąć po klasykę w stylu Misery lub Lśnienia. Karolina Sałdecka-Kielak

„Kultura” w liczbie pojedynczej – co to takiego?

łowo „kultura” opatrujemy często przymiotnikiem określającym daną zbiorowość etniczną. Mówimy: „kultura polska”, „kultura amerykańska”, „kultura arabska”, „kultura zachodnia” itd., mając tym samym na myśli kulturę danego społeczeństwa (społeczeństwa rozumianego etnicznie). W powyższych przypadkach będą to odpowiednio: kultura społeczeństwa polskiego, kultura społeczeństwa amerykańskiego, kultura społeczeństw arabskich, kultura społeczeństw zachodnich. Używając pojęcia kultury w powyższy sposób, zdajemy sprawę z tego podstawowego faktu, jakim

6

Stephen King

jest różnorodność sposobów życia ludzi na Ziemi. Ta różnorodność jest związana z tym, że dane grupy ludzi zamieszkują dane terytoria, że posługują się danym językiem, skłaniają się ku takim a nie innym przekonaniom religijnym, mają takie a nie inne obyczaje, taką a nie inną historię, literaturę, sztukę, moralność itp. Dla wielu ta różnorodność jest czymś pięknym. Chcemy ją pielęgnować. Smucą nas wiadomości o tym, że kultury różnych plemion świata ulegają zanikowi, że niszczeje wiele historycznych świadectw tej różnorodności, że giną języki obumierających zbiorowości. Niepokoi nas

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani trudne do okiełznania upowszechnianie się zachodnich wzorców kulturowych, dziwi – kiedy przeglądamy fotografie prasowe – widok przedstawiciela jakiejś niezachodniej kultury ubranego w T-shirt z nadrukiem w amerykańskim języku, z puszką coca-coli w dłoni… Ale obok powyższego rozumienia kultury istnieje w myśleniu potocznym jeszcze co najmniej jedno, nie mniej ważne. Wielu ludziom towarzyszy przeczucie, że pod pojęciem „kultura” możemy rozumieć też coś zupełnie innego, a jednocześnie coś do tamtego rozumienia podobnego. Że przez kulturę możemy pojmować coś znacznie więcej niż tylko kulturę danego społeczeństwa – znacznie więcej, a pod pewnym względem znacznie mniej. Co stanie się, kiedy przestaniemy łączyć to słowo z przymiotnikami takimi jak na przykład wcześniej wymienione? Kiedy słowo to zluzujemy z obowiązku łączenia się z innymi słowami? O czym wtedy zaczniemy myśleć? Na te potoczne przeczucia mocną odpowiedź dają nauki humanistyczne, w których bezprzymiotnikowe pojęcie „kultury” jest pojęciem centralnym. Nie jest ono jednak całkiem bezprzymiotnikowe, bo mamy przecież na myśli kulturę – „ogólnoludzką”. Opuszczamy jednak nieraz ten epitet, przyjmując milcząco, że kultura jest czymś, co przynależy jedynie zbiorowości ludzkiej, chociaż i w tej kwestii pojawia się niekiedy różnica zdań (niektórzy naukowcy twierdzą, że jest czymś uprawionym mówienie o „kulturze” występującej w królestwie zwierząt, skoro niektóre ich gatunki wykazują zachowania kulturowe – przykładem osławione delfiny). Kultura bezprzymiotnikowa to jednocześnie kultura w liczbie pojedynczej. I jako taka jest w różnych naukach humanistycznych silnie zadomowiona. Pierwszą dyscypliną naukową, która zasugerowała nam, że nie istnieją tylko „kultury” – różne sposoby życia poszczególnych zbiorowości ludzkich – ale że istnieje też coś takiego jak „kultura”, była antropologia kulturowa. Chociaż dyscyplina o tej nazwie zajmuje się przede wszystkim badaniem kultur poszczególnych społeczeństw, w polu jej obserwacji od początku znajdowała się również kultura ogólnoludzka. Brytyjski archeolog i etnolog Edward Burnett Tylor uznał, że jest nią wszystko to, co człowiek tworzy i dziedziczy społecznie, a nie biologicznie. Składają się na nią zatem: wiedza, wierzenia, sztuka, moralność, prawa, obyczaje, nawyki itp. Swoją słynną definicję sformułował w 1871 roku w książce zatytułowanej Cywilizacja pierwotna. Jemu samemu definicja ta posłużyła do badań nad kulturą społeczeństw pierwotnych, ale od samego początku jasnym było, że może ona stanowić punkt wyjścia do namysłu o znacznie szerszym zasięgu, to znaczy do refleksji nad człowiekiem jako istotą co prawda prymarnie biologiczną, ale różniącą się od innych gatunków biologicznych nie czym innym jak właśnie zdolnością tworzenia kultury. Na parę lat przed opublikowaniem przez Tylora swojej książki inny angielski humanista – poeta

fabularie 4 (9) 2015

i eseista Matthew Arnold – sformułował swoją własną definicję ogólnoludzkiej kultury. W książce Culture and Anarchy, pisanej w latach 1867–1869, zaoferował spojrzenie konkurencyjne wobec perspektywy Tylora. Pod pojęciem „kultury” Arnold rozumiał właściwie tylko dwie rzeczy: sztukę i filozofię. Tylko te dwie rzeczy składały się w jego odczuciu na „kulturę”, gdyż te dwie rzeczy były tym, co najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek stworzył człowiek jako istota gatunkowa. Jest tak dlatego, że najbardziej wartościowe dzieła sztuki i książki filozoficzne przypominają nam o bezustannej konieczności podejmowania wysiłku krytycznego myślenia, a tym samym umożliwiają rozwój ludzkości. Arnold przekonywał, że sztuka i filozofia uświadamiają, że nawet najbardziej utarte sądy i przekonania nie powinny być nigdy uznawane za oczywiste ani dane raz na zawsze. „Kultura”, czyli to, co najlepsze ze wszystkiego, co stworzył człowiek, jest więc osiąganą wciąż na nowo i pogłębianą samowiedzą ludzkości, jej stałym dążeniem do perfekcji. I jako taka właśnie nakazuje ostrożność wobec wszystkiego, co jest dziełem ludzi, w tym również wobec naszych najbardziej spektakularnych osiągnięć. Za czasów Arnolda takim szczytowym osiągnięciem ludzkości była rewolucja przemysłowa i to głównie wobec poczucia zadowolenia z postępu technicznego, jaki dokonał się w Anglii w połowie XVIII wieku, autor Kultury i anarchii zalecał szczególną ostrożność. Być może najciekawsze, a dla wielu z pewnością najmniej oczywiste, pojęcie kultury w liczbie pojedynczej wypracowała – i wypracowuje nadal – młoda dyscyplina naukowa, jaką jest kulturoznawstwo. Zwłaszcza w Polsce, gdzie dyscyplina ta rodziła się w specyficznych warunkach historycznych (lata 70. XX wieku), wiele miejsca poświęcono refleksji nad samym pojęciem kultury. Refleksja ta stanowiła u nas swoistą odtrutkę na marksizm – ideologię w ówczesnej polskiej humanistyce siłą rzeczy dominującą. Polskie kulturoznawstwo stało się terenem ucieczki od ideologii komunistycznej, gdyż oferowało wizję człowieka jako istoty realizującej kulturowe wartości, a nie tylko zaabsorbowanej walką o przetrwanie i uwikłanej w wielkie społeczno-polityczne procesy historyczne. Nacisk położony został w tym wypadku na ludzkie zdolności wartościoi sensotwórcze, na to, że nasz dorobek cywilizacyjny nie jest tylko wypracowanym w toku dziejów mechanizmem adaptacji do warunków, jakie stwarza nam natura, ale czymś więcej, czymś, w czym przejawia się ludzki duch, ludzka potrzeba sensu i wartości. Takie rozumienie kultury zawdzięczamy między innymi polskiemu socjologowi i filozofowi kultury światowej sławy – Florianowi Znanieckiemu. Według Znanieckiego i wielu podobnie myślących humanistów wytwory ludzkiej działalności nigdy nie są puste semantycznie, są zawsze nośnikami znaczeń – powstały jako takie i jako takie je odbieramy.

7


Strach

jest najgorszym doradcÄ…

fot. archiwum prywatne

8

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani

Solidarność europejska nieustannie jest testowana. Dookoła nas wrze, a my najchętniej zamknęlibyśmy się sami ze sobą, byle tylko nas to nie dotknęło – mówi Anna Elektra Malkogiorgos, pracująca na rzecz dialogu międzykulturowego we Wrocławiu, w rozmowie z Adamem Krukiem.

Czujesz się bardziej Polką czy Greczynką? Kiedy ktoś zadaje mi to pytanie, czuję się trochę podstawiona pod ścianę – jakbym musiała wybierać. A przecież nie trzeba określać się za pomocą tylko jednej tożsamości, niektórzy mają ich wiele. Urodziłam się i wychowałam w Polsce, mam polskie obywatelstwo, co nie oznacza, że Rota czy orzeł biały muszą uruchamiać we mnie jakieś wielkie uniesienia. Przede wszystkim przeżywam to, co się wokół dzieje. Najbardziej czuję się wrocławianką, bo więź z 38 milionami Polaków to byłoby już dla mnie za dużo. Z Grecją masz podobnie? Grecję kojarzę głównie z rajską krainą dzieciństwa, bo od początków mego bycia człowiekiem jeździłam tam z rodzicami na wakacje – mój ojciec jest Grekiem, a mama Polką. Od drugiego roku życia co roku spędzaliśmy tam kilka miesięcy. Kiedy rodzice pracowali (to było za komuny, kiedy trzeba było jakoś dorobić), ja chadzałam na plażę. Pamiętam strasznie długie podróże z przyczepą przez Czechosłowację, Węgry, Jugosławię i kiedy dojeżdżaliśmy do Grecji, pojawiała się zupełnie inna aura, zapach, temperatura. W porównaniu z PRL-em, było tam bogato i nowocześnie – słowem: „zachodnio”. Przepuszczona przez dziecięcą wrażliwość i masę wolnego czasu, Grecja wydawała mi się wtedy bliska ideału miejsca, w którym chciałoby się żyć.

fabularie 4 (9) 2015

Dziś obraz kraju rysuje się raczej posępnie – zawirowania polityczne, kryzys gospodarczy i migracyjny. Będąc w Atenach w tym roku, ujrzałam kraj popadający w ruinę – choćby się chciało trzymać dawnych wyobrażeń, trudno tego nie zauważyć. Rozsypujące się budynki, bezdomni żebrzący na ulicach. Tego w Grecji nie było, a przynajmniej ja sobie tego nie przypominam. Kiedy w zeszłym roku po wielu latach wróciłam do Grecji na wakacje, bardzo zdziwił mnie widok czarnoskórych imigrantów w Salonikach. To było dość szokujące. Oczywiście wiedziałam już wcześniej o tym, co się tam dzieje, ale nie zgadzało się to zupełnie z moimi dziecięcymi wspomnieniami. Sama pochodzisz z rodziny uchodźczej? Tak, moi dziadkowie byli uchodźcami politycznymi. Mój dziadek i pradziadek walczyli w partyzantce komunistycznej. Po czteroletniej wojnie domowej i nastaniu prawicowych rządów komuniści dostali tam wyroki śmierci – by przeżyć, musieli uciekać z kraju. Stalin pozwolił im osiedlać się w bloku wschodnim. Około 15 tysięcy takich osób trafiło na Dolny Śląsk – w tym mój pradziadek oraz dziadek i babcia, którzy poznali się dopiero we Wrocławiu. Tu urodził się ich syn – mój ojciec, a później ja. Dlatego wkurza mnie, kiedy ktoś sugeruje, że nie jestem stąd, bo nie nazywam się Nowak czy

Kowalska. Otóż jestem i mam na to akt urodzenia (śmiech). Jeszcze trudniej jest osobom ciemnoskórym – bez względu na to, czy przyjechali do Polski, czy się tu urodzili. Zewsząd słychać o kolejnych pobiciach na tle nienawiści rasowej. Przeraża mnie to, bo wydaje mi się, że tego rodzaju przestępczość się nasila, a co najgorsze – jest na nią przyzwolenie społeczne poprzez bierność, brak reakcji. Sama, gdy byłam mała, nie doznawałam jakichś wielkich przejawów nienawiści czy dyskryminacji. Pamiętam jednego kolegę z podstawówki, który nazywał mnie Żydogiorgos – pewnie w domu to usłyszał. Już wtedy wydało mi się to głupie. Absurdalne do granic możliwości myślenie, że wszyscy jakoś inni to Żydzi. Częściej jednak spotykałam się z zaciekawieniem, pojawiały się prośby: „A powiesz coś po grecku?”. Byłam takim powiewem egzotyki w naszym dość homogenicznym kraju. Ostatnio jednak atmosfera wyraźnie się popsuła, obcokrajowcy opowiadają o nienawistnych spojrzeniach, wyzwiskach, zaczepkach. Moja skromna osoba stała się obiektem zainteresowań różnych osób tylko ze względu na to, że mam inne nazwisko i pochodzenie. Coś wisi w powietrzu. Dzieje się to w momencie, kiedy wydawało się, że Polska staje się coraz bardziej otwarta i atrakcyjna do życia – także dla obcokrajowców.

9


Wyjechani bez gett, wykluczeń i przemocy. Po co budować poczucie zagrożenia? Strach jest najgorszym doradcą. Czy to z nim walczycie we Wrocławskim Centrum Rozwoju Społecznego? Nazywamy to podnoszeniem kompetencji międzykulturowych wrocławian. Organizujemy różnego rodzaju działania edukacyjne dla szkół, głównie dla nauczycieli. Stworzyliśmy grupę Ambasadorów Dialogu z nauczycieli, którzy chcą rozwijać osobiste kompetencje w tym temacie. Proponujemy im warsztaty, spotkania z ekspertami, wykłady – ostatnio chociażby w związku z tematyką is-

fot. archiwum prywatne

Mnie też się zawsze zdawało, że Polacy są chętni do poznawania innych narodów. Przecież wszędzie, gdzie się nie pojedzie, natkniemy się na Polaków. Zawsze chcieliśmy wyjeżdżać, zwiedzać świat. Ale co, jeśli kogoś zwyczajnie nie stać na podróże? Trudno wtedy, by czuł się związany z „lewacką” Unią Europejską czy rozumiał jakieś tam „multi-kulti”. Gorzej, że coś niedobrego stało się z polską gościnnością, którą tak lubimy się szczycić. Jeśli przyjezdnych zamiast uśmiechu wita się „podaniem z bara” w tramwaju, okazuje się ona pustym sloganem. Nie wiem, skąd się bierze ta agresja. Chyba z niewielkiej liczby interakcji z obcokrajowcami, nieznajomości języka. Nie bez winy są media, straszące nas falą najeźdźców, konstruujące zero-jedynkowe przekazy, zapraszające radykałów do programów publicystycznych. Ta agresja nie jest jednak skierowana wyłącznie przeciw „obcym”, czuć ją także między Polakami. Myślę, że wzbiera ona na sile od czasu Smoleńska – to wydarzenie nas tak strasznie podzieliło, że trudno odnaleźć wspólny język. Ale już wcześniej transformacja ustrojowa jednych wyniosła wysoko, innych zepchnęła na margines i wszyscy dziś czują się jakoś zagrożeni przez grupę, z którą się nie identyfikują. Często grupa ta w ogóle nie istnieje – to wyimaginowany wróg, sprawca naszego niepowodzenia. Jak w tym podzielonym społeczeństwie znaleźć miejsce dla ludzi przybywających z innych krajów? W szkołach, od najmłodszych lat umacnia się w Polakach świadomość samych siebie, buduje się tożsamość narodową i historyczną, uczy pewnego zestawu wartości. Niechęć wobec „innego” rodzi się wtedy, gdy boimy się, że wartości te są w niebezpieczeństwie. Ale czy są? Korzystając z doświadczeń innych krajów, mamy szansę wypracować własny model wielokulturowości,

10

lamską, przemocy, bullyingu czy cyberbullyingu. Dodatkowo kierujemy nasze działania do uczniów, uwrażliwiamy na stereotypy, uprzedzenia, dyskryminację. Chcemy docierać do ludzi głównie poprzez edukację. Czy pracujecie też z obcokrajowcami? Docelową grupą są dla nas jednak przedstawiciele tzw. społeczeństwa przyjmującego, tacy jak nauczyciele, straż miejska czy policja. Uwrażliwiamy ich na tematy związane z dialogiem międzykulturowym. To chyba coraz bardziej potrzebne w mieście, na rynku którego dokonano niedawno spalenia kukły Żyda.

Tak, choć to nie tylko problem wrocławski. Pamiętajmy, że sytuacja międzynarodowa jest trudna. Agresja rosyjska na Ukrainie, sytuacja z ISIS, Unia Europejska niepotrafiąca sobie poradzić z problemem uchodźców, niedawny kryzys ekonomiczny, który wstrząsnął m.in. Grecją. Solidarność europejska nieustannie jest testowana. Dookoła nas wrze, a my najchętniej zamknęlibyśmy się sami ze sobą, byle tylko nas to nie dotknęło. Żeby przypadkiem uchodźcy – symbolizowani znów przez nieśmiertelnego Żyda – nie przyjechali i nie porozwalali nam tego, co już sobie poukładaliśmy. Jednocześnie, gdyby Polakom zakazać wyjeżdżać, podniósłby się raban. Skąd ta schizofrenia? Człowiek nie jest jednorodny, a zbudowany z wielu elementów, także ze sobą sprzecznych. Przecież nawet nacjonalistom poglądy nie przeszkadzają iść po antymuzułmańskiej demonstracji na kebaba, a rasistowskich komentarzy dopuszczają się osoby w koszulkach z Michaelem Jordanem. Jeśli jest nam wygodne, to jedziemy do Anglii za chlebem, ale tutaj obcych nie chcemy – a przynajmniej niektórzy nie chcą. Nie widzimy w tym sprzeczności. „Bronimy swego interesu”. Nie wiem, czy puste żłobki i pełne domy starców są w naszym interesie. Wszyscy są zgodni, że Europa nie przetrwa bez imigrantów i że w pierwszej kolejności spłyną oni z Afryki. Starzenie się społeczeństwa wynika z naszego – coraz wygodniejszego i dostatniejszego – stylu życia i nie chodzi o to, czy jest to dobre, czy złe, ale o to, że to fakt. Dlatego zamiast opowiadać się przeciwko „obcym”, lepiej pomyśleć nad tym, jak ich oswoić. Poznawać ich kulturę, zarażać naszą, szukać punktów stycznych.

fabularie 4 (9) 2015


JUSTYNA BARGIELSKA

fot. www.unsplash.com

Wiersz

Wszystko dla Ktoś, kto szuka znaków, zawsze je znajduje, choć w takich dziwnych miejscach. Na przykład nekrolog znajomego z Łodzi miesiąc po jego śmierci, wysoko w górach, w przeznaczonych na podpałkę krakowskich gazetach. Czasem wydaje mi się, że nie ma znaku, którego nie mogłabym przepisać wyraźniej, tak bardzo bym chciała, żeby wszyscy byli szczęśliwi albo przynajmniej przeżyli. Nie wszyscy przeżyją, czyli nikt nie przeżyje, a światła będą świecić, dopóki nie zgasną. Jedyne, czego może spróbować przepisywacz znaków, to siąść w ciemnościach i tłumaczyć ludziom, zwierzętom, ptakom, glizdom i kamieniom: to, że zgasły, nie znaczy, że nigdy nie świeciły. Pod warunkiem, że sam się nie boi ciemności.

Justyna Bargielska (ur. 1977) – poetka, prozaiczka. Debiutowała w 2003 r. tomem poetyckim Datingsessions. Następnie opublikowała China Shipping (2005), a w 2009 r. Dwa fiaty, za który otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia 2010. Laureatka III edycji konkursu poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego (2001) i nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina (2002). W 2010 r. opublikowała swoją pierwszą książkę prozatorską Obsoletki, za którą została uhonorowana Nagrodą Literacką Gdynia 2011, nagrodą Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek dla najlepszej książki prozatorskiej lat 2010–2011, a ponadto znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2011 oraz wśród autorów nominowanych do Paszportu „Polityki” 2010. W 2012 r. ukazał się tom wierszy Bach for my baby, za który autorka otrzymała nominację do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej oraz do nagród: Gryfia, Silesius i Nike (książka znalazła się w finale tej ostatniej). W 2013 r. wydała powieść Małe lisy, która przyniosła jej nominacje do Nagrody Nike i Warszawskiej Nagrody Literackiej. W 2014 r. ukazał się kolejny zbiór wierszy Bargielskiej – Nudelman, a w Teatrze Witkacego w Zakopanem miał premierę monodram Clarissima w wykonaniu Aleksandry Justy. W listopadzie Teatr Dramatyczny w Warszawie wystawił jej dramat Moja pierwsza śmierć w Wenecji. Od kilku lat prowadzi warsztaty prozatorskie i poetyckie w podyplomowym Studium Literacko-Artystyczym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Warszawie.

fabularie 4 (9) 2015

11


Wyjechani

Polerowanie duszy i szarpanie ran

fot. Bartosz Gil

BARTOSZ GIL

Muzyka w Iranie nigdy nie miała łatwo. To trochę szara strefa. Nawet jeśli sacrum, to jednak profanum. Irańczycy uwielbiają muzykę i niemal każdy potrafi na czymś grać i śpiewać. Ale zajmować się tym profesjonalnie?

M

ało który szanujący się ojciec pozwoliłby swojej córce na małżeństwo z muzykiem. Nie lepszym statusem społecznym cieszą się suficcy mistycy. W uproszczeniu uważają, że natura miłości nie może tolerować dualizmu kochający–ukochany, i dąży do jedności, a stan upojenia winem porównują do stanu upojenia boską miłością. Uproszczenia sprawiają, że ich religijne spotkania postrzegane są często jako przykrywki do rozpustnych zachowań w zamkniętym gronie. Tymczasem mistyczne koncepcje dotyczące muzyki odzwierciedlają miejscowe wyobrażenia na temat pochodzenia świata, człowieka i celu ziemskiej wędrówki. Przekładają się na irański specyficzny sposób myślenia. Zrozumienie go nie jest możliwe za pomocą analitycznych narzędzi poznawczych człowieka Zachodu. Te tępią się, rysując ledwie jego powierzchnię. Poniższy tekst jest zatem z góry skazaną na porażkę próbą przybliżenia tego sposobu myślenia przez pryzmat amalgamatu muzyki i mistyki.

12

N

a kształtowanie się samego mistycyzmu na terenach Persji niewątpliwy wpływ miała szkoła neoplatońska. Przeszczepiona na miejscowy grunt choćby przez autora podręcznika do medycyny wykorzystywanego w całej średniowiecznej Europie, Awicennę. Źródeł mistycznych wyobrażeń na temat muzyki wielu badaczy doszukuje się jednak znacznie wcześniej, już u Orfeusza, którego muzyka dosłownie obrosła mitami. Miała przezwyciężyć śmierć, wprowadzając w zachwyt Hadesa i przyćmić śpiew syren, którym oparł się wcześniej tylko Odyseusz. Mistyczną wiarą Orfeusza między innymi w wędrówkę duszy ku samooczyszczeniu inspirowany był Pitagoras, twórca koncepcji „muzyki sfer”. Według niej rezonans orbitalny poruszających się gwiazd i planet tworzy harmonię idealną. To właśnie ten szmer galaktyk, tę kosmiczną symfonię obrotu niebios stara się odtworzyć człowiek grą na instrumentach i śpiewem – mówi żyjący w XIII wieku i tworzący po persku Dżalaluddin Rumi (w Iranie znany jako Moulana, czyli „nasz Pan”). Jeden z dwóch swoich wielkich

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani poematów – Masnavi – zaczyna jednak innym muzycznym toposem. Słuchaj pieśni mojej fletni, jak powiada o rozstaniach, jak skarży się na rozłąkę Odkąd wzięli mnie z sitowia nad jeziorem i mąż płacze w moim śpiewie i niewiasta Chcę rozewrzeć moje łono udręczone by wyłowić ból rozłąki i tęsknoty Każdy kogo los oderwał od korzeni patrzy ciągle czy mu wrócić los pozwoli W mojej skardze wszystkich skarg usłyszysz tony bo poznałem los i biednych i szczęśliwych [Początek poematu Dżalaluddina Rumiego Masnavi w tłumaczeniu Władysława Dulęby z Drugiego dywanu perskiego, s. 218; Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980].

Flet, w Iranie zawsze wyrabiany z kawałka trzciny, jest instrumentem w swoim brzmieniu najbardziej zbliżonym do ludzkiego głosu. Wyraża swoim śpiewem żal i smutek z powodu odcięcia od sitowia. Tak jak ludzka dusza oddzielona od Boga, tęskni za powrotem do miejsca, z którego pochodzi. Za muzyką perską ciągnie się opinia, że jest muzyką smutną. Trudno powiedzieć, że nie ma nic bardziej mylnego, ale warto na ten smutek spojrzeć w ujęciu mistycznym. Jako duchową tęsknotę za powrotem do tamtego świata. Wyrażanie tej tęsknoty poprzez muzykę daje poczucie zbliżenia, obcowania z miejscem pochodzenia duszy. Nawet jeśli nie ma w niej radości, to z pewnością jest pierwiastek ukojenia. Muzyka służy wzbudzaniu określonych stanów w odbiorcy. Niezależnie od swoich korzeni, jeśli tylko opiera się na duchowości, jest w stanie przekuć niepożądane emocje w te dobre. Strach zastąpi rozwagą, nienawiść – sympatią, niestabilną pasję – głęboką miłością, a cierpienie zakończy ukojeniem. Od starożytności muzyka służyła też celom terapeutycznym. Leczono poprzez przywracanie równowagi nastrojów, używając odpowiednich skal modalnych w zależności od jednego z czterech typów charakteru pacjenta. Do dziś śpiewa się, żeby wzbudzić płacz u tych, którzy cierpiąc po śmierci bliskiej osoby, nie mogą swojego żalu wypłakać.

O

ile muzyka w ujęciu mistycznym jest pokarmem duszy i jej proweniencja jest pozaziemska, o tyle nauka jej wykonywania zwieńczona umiejętnością improwizacji jest metaforą drogi ku doskonałości. U jej kresu proces kreacji i jej autorstwo się zacierają. Uczeń szuka i wybiera sobie mistrza, od którego chce pobierać nauki. Mistrz musi go zaakceptować. W wyniku żmudnej i kilkunastoletniej nauki adept przyswaja

fabularie 4 (9) 2015

sobie przekazywany z pokolenia na pokolenie muzyczny alfabet. Perski alfabet muzyczny to radif. Składa się z dwunastu systemów modalnych – dastgahów. Każdy dastgah to dziesiątki krótkich, trwających najczęściej około minuty melodii (gushe). Ich genezy i czasu powstania nie zna nikt. Motywy te można traktować jak sznur dowolnie przestawialnych pereł tworzących dastgahowy naszyjnik. Podobnie rzecz ma się z całą perską poezją klasyczną. W każdym z powyższych dwuwersów z Masnavi zawiera się kompletna myśl. Dowolnie przestawiane nadal pozwolą całości zachować sens. Można też na nie patrzeć jak na tworzące dywan wątek i osnowę. Bo melodie przenikają się i przenicowują układając w określony wzór. To wreszcie niczym Baśnie tysiąca i jednej nocy niekończąca się opowieść, w której koniec jednej jest punktem wyjścia dla kolejnej. Ale to tylko alfabet. A tutejszych muzyków niespecjalnie interesuje teoria. To źródło, punkt wyjścia do tworzenia nowych melodii, baza do improwizacji. W perskiej muzyce klasycznej mniejsze znaczenie niż w indyjskich ragach czy arabskich makamach ma technika gry. Nie jest istotne, ile dźwięków potrafisz zagrać. Liczy się ich jakość i to, jaki nastrój budują, w jaki stan duszy (hal) wprowadzają. Żmudność procesu nauki polega między innymi na tym, że poza opanowaniem gry na instrumencie, zdobyciem wiedzy na temat radifu, zapoznaniem się z grą wielu profesorów, zaznajomieniem się z ramami i zawartością perskiej poezji, uczeń musi także jednocześnie dotrzeć do ukrytego znaczenia muzyki. Po Iranie krążą opowieści o mistrzach, którzy odsyłali swoich następców na długie miesiące, bo ci niewystarczająco ich zdaniem przykładali się do tego ostatniego, najistotniejszego. Jak to zrobić? Poprzez życie w skromności i szczerości, poprzez naukę i pomoc innym poleruje się swoją duszę, tak aby – to kolejny koncept przeszczepiony z mistycyzmu – coraz lepiej odbijała światło doskonałości. Tak jak polerowanie mechaniczne polega na ścieraniu niepotrzebnego osadu, tak i to duchowe polega na samooczyszczeniu. Im lustro duszy bardziej wypolerowane, im wnętrze i nieświadomość częściej i głębiej pobudzane są do aktywności, tym atrakcyjniejsza i bogatsza staje się wypowiedź artystyczna z tego wnętrza płynąca – mówi Mohammad Reza Lotfi, jedna z najważniejszych postaci w najnowszej historii muzyki perskiej. Nie jest to jednak proces, który ma swój początek lub koniec. To droga, na której cały czas trzeba pozostać zaangażowanym. Ten, kto uzna, że jego droga do poznania jest drogą jedyną, już skazał się na jej zgubienie. Cel jest jeden, ale ścieżki mogą się różnić. Udany występ przed publicznością wymaga harmonii wielu czynników. Obniżenie jakości któregokolwiek z nich wpływa negatywnie na odbiór, którego celem jest nastrojenie zagubionego serca. Muzyk musi nawiązać ze swoją publicznością relację. Jeśli nie chce jej nawiązać, chce grać tylko dla siebie, równie dobrze może robić

13


Wyjechani

W odpowiedni stan muzyk wprowadza się co najmniej dwa dni. Przypadki odwoływania koncertów w ostatniej chwili przez muzyków, którzy nie czuli się wystarczająco dobrze przygotowani mentalnie, nie należały jeszcze kilkadziesiąt lat temu do rzadkości. to w domowym zaciszu. Na jakość tej relacji wpływają tak różne kwestie jak przygotowanie słuchacza czy temperatura pomieszczenia, jego odpowiednie wyciszenie, dobrze dobrane oświetlenie i komfortowe siedzenia. Po stronie muzyka ważną rolę odgrywa koncentracja prowadząca do wyzbycia się samoświadomości. W odpowiedni stan muzyk wprowadza się co najmniej dwa dni. Przypadki odwoływania koncertów w ostatniej chwili przez muzyków, którzy nie czuli się wystarczająco dobrze przygotowani mentalnie, nie należały jeszcze kilkadziesiąt lat temu do rzadkości. Próba wyzbycia się samoświadomości i aktywowania hal (stanu duszy) poprzez używki jest drogą na skróty przynoszącą tylko powierzchowne wyciszenie za cenę uśmierzenia czystych instynktów. W ostateczności doprowadzi do tego, że hal nie będzie w stanie reagować i się zmieniać. Oczywiście lata ćwiczeń, powtórzeń tego, czego nauczyła się świadomość, sprawiają, że muzyk pewniej czuje się ze swoimi narzędziami. Ale wybór drogi, którą podąży improwizując, dokonuje się wyłącznie przy użyciu czystego serca. Perski mistycyzm rezerwuje to określenie dla tego, co nieświadome, co ukryte przed jaźnią. Muzyk szczery sam ze sobą czuje wolność odbieraną poprzez wsłuchanie się w głos z wewnątrz. Dzięki temu nie trzeba mieć żadnego repertuaru przygotowanego uprzednio w głowie. Ostatecznie sam muzyk staje się instrumentem w procesie tworzenia. Jest tłumaczem transcendencji na fizycznie wyrażane i odbierane dźwięki. Jednocześnie te najszczersze i najczystsze emocje wyrażane są bez żadnego wysiłku. Nie jest to więc proces intelektualny, ale emanacja duszy. Wszystko, co trzeba zrobić – mówi Mohammad Reza Lotfi – to po prostu pozwolić swoim uczuciom unosić się swobodnie w nurcie prawdy. Swój respekt dla tego procesu, dla tej transmisji, muzyk wyraża skromnością. Dlatego w trakcie

14

występu nie będzie ostentacyjnie miotał się po scenie, nie będzie teatralizował swoich gestów ani rozdzierał szat. W Iranie takie zachowanie kojarzone jest z niedojrzałością. Szczególnie gdy nałożyć na to koncept, który utożsamia grę na instrumentach strunowych z szarpaniem ran, po persku zakhme zadan. Rana, plektron i smyczek to w zasadzie to samo słowo. Szarpanie strun, piłowanie ich, jest jak przykładanie na nie własnej rany. Rana jest wewnętrzna i jest nią cierpienie w oczekiwaniu na powtórne połączenie duszy z ukochanym. Jedyny sposób, w jaki muzyk jest w stanie tę ranę pokazać, to wyrazić ją poprzez przyłożenie do strun. Siła niuansu w muzyce perskiej leży w umiejętnym stosowaniu dynamiki. Nie chodzi jednak o granie „raz cicho, raz głośno” ani też budowanie napięcia za pomocą crescendo. Tu nuty głośne i ciche przenikają się i współbrzmią, tworząc dwie płaszczyzny poznania. Obok warstwy tego, co odkryte, jest jeszcze to, co ukryte. Niczym duch i ścieżka poznania wiodąca do niego w mistyce. To, co ukryte, choć niedostępne dla każdego, nie istnieje jednak bez tego, co odkryte. Według Jeana Duringa, francuskiego etnomuzykologa, który studiował muzykę perską w Iranie przez dziesięć lat, brak zachowania balansu między tymi dwiema płaszczyznami w występie prowadzi do ostentacji lub manieryzmu. Perska muzyka teoretycznie może być zapisana tak, jak zapisuje się muzykę zachodnią, ale powszechna opinia jest taka, że jest to pozbawione sensu. Książki nie mają tu żadnego zastosowania – pisał urodzony pod koniec XIX wieku Sa’id Hormozi, wirtuoz gry na tarze i setarze – ponieważ nie są w stanie nauczyć nikogo dźwięku, którego pióro nie jest w stanie zapisać. Istotny jest nieustanny kontakt z nauczycielem, który bardziej swoją postawą niż w formie tradycyjnie rozumianej lekcji przekaże osobliwości i subtelności, także te na poziomie psychologicznych zmian wywoływanych przez konkretne melodie. To tu kryje się esencja sztuki improwizacji. Może być ona odebrana zatem jako bezkompromisowy i zdyscyplinowany rygor, ale z drugiej strony nie ma na nią jednej recepty, którą można spisać po nauczeniu się wszystkich teorii. Improwizacja, która w klasycznej muzyce perskiej ma znaczenie kluczowe, wyrasta z duchowości. Tę kształtuje się przez całe życie. W rezultacie aktywności analitycznej ktoś może analizować, krytykować czy wygłaszać przemówienia – mówił w trakcie wykładu na Sorbonie Dariusz Safwat, założyciel Centrum Ochrony i Propagowania Muzyki Irańskiej – ale nie może tworzyć. Kreatywność bierze się z aktywności syntetycznej. Mistyczne koncepcje odzwierciedlone w muzyce to tylko jeden z wielu punktów patrzenia na kulturę perską, samą w sobie będącą zwierciadłem kosmogonii i historiozofii. Podobnie jak dróg do poznania, może ich być nieskończenie wiele. To, co prawdopodobnie połączy wszystkie, to prymat świata metafizycznego nad tym, co namacalne.

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani

fot. Wikimedia Commons

KATARZYNA RODACKA

Fotograf z Bloodland Czemu używasz koloru krwi do wprowadzania zmian na zdjęciach? – Krew była najsilniejszym wspomnieniem, które wyniosłem z wojny. Jeśli ktoś by zapytał, co uważam za jej symbol, to po ośmiu latach przebywania na froncie i ciągłego robienia zdjęć odpowiedziałbym, że właśnie krew! W każdym miejscu, do którego przyjeżdżaliśmy, krew była pierwszą rzeczą, przyciągającą moją uwagę. Zostawiła we mnie ślad1. Fotografia (1) Może się wydawać, że miał wąsy odkąd skończył 12 lat. Wszystkie zdjęcia sprzed tego okresu są niewąsate, potem brakuje jego portretów, a później już Kave Golestan prezentuje się godnie z wąsem, prawie zawsze uśmiechnięty, podekscytowany. Zwłaszcza na tym jednym, gdzie stoi na rusztowaniu, a obok widać przechodzących w marszu ludzi, głównie mężczyzn. Stoi w szaliku, czapce i kurtce, na piersi ma zawieszony aparat z teleobiektywem, który musiał kosztować majątek. Stoi uśmiechnięty, ma niecałe 30 lat, w jego kraju właśnie następuje przełom, on to fotografuje, a jego zdjęcia publikowane są na okładkach zagranicznych magazynów. Światowy i postępowy, w przyszłości stanie się jednym z najlepszych irańskich fotografów. Teraz obserwuje Rewolucję Islamską w Teheranie. Irlandia Północna, Iran, Irak – jego życie to tysiące spustów migawek i karabinów. Książka (1) Po odejściu Kavego odezwało się do mnie wiele osób, które następnie przyniosło mi kasety z nagranymi wywiadami z nim. Najwięcej jest w nich opowieści o zamieszkach przed Rewolucją, o samej Rewolucji i o wojnie oraz opinie samego Kavego na temat tych wydarzeń. Mówi też o poszczególnych zdjęciach. Obie te taśmy dostałam od osoby przeprowadzającej wywiad, ale nie mogłam ich słuchać. Ten głos Kavego… Poprosiłam zatem osobę, która przeprowadzała ten wywiad, żeby go spisała, a ja potem go przeczytam. To wstęp do wydanej po 1

Wszystkie wywiady pochodzą z przetłumaczonego przeze mnie z języka perskiego fragmentu książki Kave Golestan, zdjęcia i wywiad.

fabularie 4 (9) 2015

persku książki Kave Golestan, zdjęcia i wywiad poświęconej najsłynniejszemu irańskiemu fotoreporterowi.

SZAHR-E NOU Fotografia (2) Drzwi częściowo zasłonięte starym materiałem. Na ziemi cztery kury. Okno obok drzwi jest zasłonięte, nie wiadomo, czy prowadzi na podwórko, czy do sąsiedniego pokoju. Po prawej widać szafki, to pewnie prowizoryczna kuchnia. Widać wyraźnie jedyne w pomieszczeniu gniazdko, ale raczej nie płynie przez nie prąd. Zimna betonowa posadzka. Na zdjęciu poniżej kobieta, być może w pomieszczeniu za drzwiami z poprzedniego obrazka. Trzyma się za głowę, bardziej jakby chciała rozczesać włosy niż ze zmartwienia. Siedzi na łóżku – miejscu swojej pracy. U jego podnóża dywanik. To na nim po nocy klienci kładą swoje stopy. Łóżko to w rzeczywistości twarda prycza, przykryta kawałkiem kołdry, nie ma żadnej poduszki. Lokal znajduje się w Szahr-e Nou, teherańskiej dzielnicy kabaretów, nocnego życia i prostytutek, która zniknęła z mapy stolicy zaraz po Rewolucji Islamskiej. Większość zdjęć to portrety. Kobiety, które siedzą na łóżkach w przypominających więzienne cele pokojach w sukienkach, z rozpuszczonymi włosami. Kobiety, które zerkają niepewnie przez okno. Kobiety, które się nigdy nie uśmiechają, nawet do zdjęcia. Galeria (1) Kurwy, robotnicy i wariaci. To tytuł wystawy z ’77. Wystawy, którą Kave zorganizował na uniwersytecie i która przetrwała tydzień, zanim została zamknięta przez władze uczelni. Została przeniesiona do galerii sztuki, wtedy jeszcze istniejącej pod królewskim protektoratem. Królowa stwierdziła, że musiał mieć bardzo ponure życie. Wywiad (1) Czy przy innych zdjęciach też korzystałeś z programu Photoshop? Na zdjęciach pochodzących z Szahr-e Nou, które zrobiłem rok przed Rewolucją, pracowałem kolorem

15


Wyjechani czarnym i białym. Nikt oprócz mnie nie ma stamtąd zdjęć. To, co pozostało z tamtej atmosfery, kultury i życia, to jedynie moje zdjęcia. Przed Rewolucją zrobiłem z nich wystawę na uniwersytecie w celu pokazania, jak zła sytuacja panuje w Szahr-e Nou. Ostatecznie w Photoshopie powlekłem te zdjęcia niebieską warstwą, przez co wyglądają, jakby były pokryte pleśnią. Na tych zdjęciach pracuję w tak surrealistyczny sposób, że paradoksalnie stają się one coraz bardziej realne.

w czasie trwania Rewolucji Islamskiej w Iranie, wydana na samym początku zmian, jakie zachodziły w tym kraju. Autor zadaje pytanie, na które my już znamy odpowiedź: co będzie dalej? Na wewnętrznej stronie okładki poprzedni właściciel wkleił cztery malutkie wycinki na maksymalnie dwadzieścia linijek tekstu w jednej kolumnie każdy. Dwa z „Rzeczpospolitej”, jeden z „Dziennika Polskiego”, ostatni z „Trybuny Ludu”. Opatrzone datami z lutego 1982 roku, krótko po ucieczce szacha z kraju. Szach, często przedstawiany jako wzór nowoczesności i piewca modernizacji, rządził Iranem skorumpowanych urzędników i SAVAK-u – tajnej policji podsłuchującej ludzi na przystankach. Funkcjonariusze chodzili w nocy po mieszkaniach, zabierali do aresztu i potem jedynie wysyłali do domu walizki więźniów, czasem bez informacji, gdzie pochowano ich właścicieli. Najbiedniejsza, a zarazem najbardziej religijna część obywateli pytała o zapomniane wartości i etykę, chciała powrotu do starych, tradycyjnych zasad. Intelektualiści chcieli swobody i przeciwstawiali się korupcji. Wszyscy oni szli potem ramię w ramię w marszach poparcia dla Chomejniego, a podczas głosowania w 1979 roku wrzucili do urny zieloną kartkę – znak, że pragną utworzenia islamskiej republiki.

Z notatek (1) Seks w Iranie to tabu. Prostytucja karana jest chłostą. Sto batów dla prostytutki i jej klienta, czasem dodatkowo areszt. Jeśli kobieta jest mężatką – grozi jej nawet kara śmierci. Mimo to na ulicach 12-milionowego Teheranu oficjalnie mówi się o 300 tysiącach zarabiających po zmroku pań. Burdele działają w ukryciu. Dorabiają studentki, wdowy, młode dziewczyny, mężatki – byleby jakoś związać koniec z końcem w kraju o zamrożonej ekonomii i otoczonym embargo. Oficjalnie jednak działa prawo pozwalające na sigheh – czasowe małżeństwo, na które przyzwala świat szyicki, podczas gdy sunnicka część zdecydowanie je odrzuca. Można je zawrzeć na dowolną ilość czasu – od 15 minut do 99 lat. Potem najzwyczajniej wygasa. Bez Fotografia (3) rozwodu, bez nadmiernej biurokracji, za to ze wszyst- To właściwie negatyw. Kodak. Dziewiętnaście klatek, kimi sypialnianymi przywilejami małżonków. Sigheh z czego piętnasta w zasadzie nieczytelna, rozmazana. było pierwotnie rozwiązaniem dla pielgrzymów idą- Pierwsze cztery prezentują samolot linii Air France. cych do Maszhedu lub Qom – dwóch świętych miejsc Jakby w oczekiwaniu na coś fotograf zaczął robić nerszyitów. Czasowe małżeństwo miało być lekiem na ich wowo zdjęcia w obawie, że przegapi kluczowy moment. cielesne potrzeby, lekiem podawanym bez naruszania Ten następuje na klatce piątej. Postać w ciemnym płaszzasad islamu. Z jednej strony postrzegane jest jako legal- czu idzie przez płytę lotniska. Idzie przez trzy klatki. na prostytucja po irańsku, z drugiej spełnia się jako roz- Na kolejne pięć klatek zatrzymuje się i z kimś rozmawiązanie dla młodych. Problemem jak zawsze pozostaje wia. Przez jedną klatkę, szybciutko, z samolotu wysiada jedynie kobiece dziewictwo – kobieta, która chce potem reszta pasażerów, nie są tak istotni, skoro fotograf przewziąć ślub z kimś innym, jest dyskryminowana. Irań- znaczył na cały tłum tylko jedno zdjęcie. Kolejne pięć to skie feministki uważają jednak, że sigheh to rozwiąza- postać w centralnym miejscu tłumu, szczelnie otoczonie na irańskie bolączki i powinno być wspierane przez na przez ludzi, którzy jeszcze niedawno kupowali na islamski rząd. Dziecko poczęte bowiem z takiego mał- czarnym rynku kasety z jej przemowami. Jest 1 lutego żeństwa nabywa prawa do dziedziczenia po ojcu. Dzięki 1979 roku, trzymilionowy tłum wita na lotnisku Cholegalizacji seksu wzrośnie z kolei poparcie młodych dla mejniego, kiedy ten wraca po 15 latach nieobecności rządu. Co jednak najważniejsze – zniknie irańska ob- w Iranie. Wkrótce to on stanie się symbolem tego kraju, sesja na temat dziewictwa, a stare, prześmiewcze przy- do dziś jego twarz znajduje się na bilbordach. słowie, że honor mężczyzny znajduje się między nogami kobiety, może wreszcie się zdezaktualizuje. Wywiad (2) Opowiedz trochę o swoim dzieciństwie. Mój dziadek prowadził w Szirazie gazetę „Golestan”. OjREWOLUCJA ciec był filozofem, artystą. Wrażliwy, ale nie bogaty. Byliśmy niezwykłą rodziną, a nasz dom był miejscem spoGazeta (1) Książkę kupiłam przez internet, ale po jej odbiór stawi- tkań wielu artystów. Potem mój ojciec zbudował studio łam się osobiście. Niepozorny dom w ciemnej uliczce filmowe, które było poniekąd częścią domu. Do tego stuniedaleko w centrum. Na półkach tysiące książek. Setki dia przychodzili najróżniejsi myśliciele – to było miejporadników, jak być optymistą, tyle samo publikacji hi- sce artystyczne. Nie miałem jeszcze 10 lat, jak usiadłem storycznych i edukacyjnych, sporo reportaży. Odebrałam w pokoju, a rozmawiali na temat, z którego zupełnie nic jeden wydany w 1981 roku. Byłem gościem Chomeiniego nie rozumiałem. Wszędzie unosił się dym z papierosów. Wojciecha Giełżyńskiego to książka pisana w 1979 roku, To były prawdziwe rozmowy filozoficzne.

16

fabularie 4 (9) 2015


fot. Bartosz Gil

Wyjechani

Do dziś twarz Chomejniego znajduje się na bilbordach

Miałeś zatem jakieś wsparcie, żeby stać się zawodowym fotografem? Mój ojciec, od momentu, gdy skończyłem 17 lat, do teraz, nie dał mi złamanego grosza. W tamtym czasie, kiedy chciałem robić zdjęcia, nie dostałem od niego ani jednej taśmy filmowej. Miał ciemnię fotograficzną, ale ani razu nie pozwolił mi do niej wejść. To było wszystko w latach, kiedy jeśli chciałem cokolwiek zarobić, pracowałem w studiu filmów reklamowych. Kiedy zostało opublikowane po raz pierwszy Twoje zdjęcie? Miałem 20 lat, kiedy wydrukowali mój pierwszy fotoreportaż w gazecie „Keihan” w Iranie. Jak to się stało, że zawodowo zacząłeś zajmować się fotografią reportażową? W czasie, kiedy wybuchła Rewolucja, nie było nikogo, kto by robił zdjęcia na ulicy, żadnego partyzanta ani wojownika. Powiedzieli mi, żebym zatem poszedł tam z aparatem i właśnie dlatego jestem jedynym fotografem, który posiada zdjęcia z samego początku Rewolucji, m.in. zdjęcia ulicy Czachar Mardan2. Inna sposobność, która mi się nadarzyła, to fakt, że na początku Rewolucji 2

Ulica w Teheranie, która w czasie walk w trakcie Rewolucji 1979 była jej sercem.

fabularie 4 (9) 2015

Islamskiej zostałem zatrudniony w piśmie „Time”, które stoi na najwyższym poziomie jeśli chodzi o fotografie, gdzie chcą zatrudniać fotoreporterów, gdzie dobrze płacą, gdzie praca jest zaszczytem. Tam miałem do dyspozycji filmy i aparat. Od 1979 roku nie dołożyłem ani grosza z mojej kieszeni do robienia zdjęć. To była szansa, której nie dostawał każdy. Na uczelni wstydziłem się powiedzieć, że w tydzień zrobiłem trzy rolki filmu, bo wiedziałem, że mój przyjaciel nie ma pieniędzy na robienie tak dużego materiału, skąd miałby mieć? Jeśli mój aparat by się zniszczył, wysłaliby mi nowy. Dlatego jeśli byłbym w miejscu, gdzie by mnie ścigali za robienie zdjęć, po prostu zniszczyłbym ten aparat i uciekł. Zatem, czemu zostawiłeś potem fotografię na rzecz pracy w telewizji? Według mnie fotografia reportażowa niewiele różni się od filmów reportażowych. Jedynie miejscem, w którym wykonuję swoją pracę, nie jest już gazeta, a telewizja. Oprócz tego, że ma więcej widzów i jest bardziej wpływowa. Mamy satelity w kosmosie, które zbierają filmy z całego świata, i zaraz potem, również dzięki nim, te filmy są na świecie ponownie wyświetlane. Obecnie robię film dla telewizji BBC i odłożyłem na bok fotografię. Bo jeśli magazyn „Time” tygodniowo czyta 25 milionów osób, to kanał telewizyjny ogląda codziennie 250 milionów widzów.

17


Wyjechani

Nikt, kto nie był na wojnie jako fotograf, nie ma prawa oceniać tych zdjęć. WOJNA Fotografia (4) Stoi na starym czołgu pozostawionym gdzieś w pustynnym krajobrazie. Gąsienice są zniszczone, czołg służy już tylko za stanowisko dla żołnierzy. Na wysokości działa stoi kobieta, jej czador powiewa tak, że wydaje się dwa razy większa. Skupiona na oddawaniu strzałów, jest wyprostowana, tak jakby niczego się nie bała albo jakby pozowała z prawego profilu. Stoi sama, nikt wokół nie biega, nie ma żadnych trupów. Nie widzimy, w jakim kierunku strzela. Możemy się tylko domyślać, że po drugiej stronie jest Irakijczyk. To jakaś wojenna potyczka w ośmioletniej wojnie iracko-irańskiej, której zza obiektywu przyglądał się Golestan, a na ekranach telewizorów śledził cały świat. Wojna zaczęła się jesienią 1980 roku, kiedy Irak zaatakował Iran w rejonie wspólnego ujścia Tygrysu i Eufratu. W jej wyniku zginął milion ludzi. Irak był wspierany przez kraje arabskie, Stany Zjednoczone, ZSRR. Wszyscy bali się ekspansji islamskiej republiki, która świeżo tworzyła się w Iranie. Irak obawiał się wcześniej, że szyicka ludność iracka będzie chciała zwrócić się przeciwko sunnickiemu rządowi tego kraju. Szyici coraz śmielej dokonywali zamachów terrorystycznych na terenie Iraku. Jedynym wyjściem był atak i zbrojne przekroczenie granicy. To zapoczątkowało 8 lat bombardowań i kolejne ponad 30 lat kultu męczeństwa. Wojna pozostała bez rozstrzygnięcia, na świecie przyjmuje się jednak sukces wojsk irackich. Wywiad (3) Jaki wpływ na Twoje życie miała Rewolucja, wojna i praca z tymi tematami? Dla mnie głównym tematem był człowiek i śmierć. Wraz z Rewolucją i każdym pojedynczym odgłosem wystrzału te tematy we mnie rosły. Podczas wojny widziałem, jak łatwo ludzie giną. Nie bałem się. Miałem potrzebę poznania tego zjawiska. Śmierć była bardzo blisko. Kiedy człowiek znajduje się w takiej sytuacji, popada w niemoc. Ja uzależniłem się od tego podekscytowania. Czasami czułem się jak padlinożerca, bo lecieliśmy helikopterem i wszędzie tam, gdzie leżeli zabici, robiłem zdjęcia, byłem towarzyszem śmierci. Wpadłem w kryzys psychiczny. Zastanawiałem się, czemu zginął ktoś obok, a nie ja. Kiedyś, gdy została wystrzelona rakieta, wskoczyłem do okopu, w którym leżało kilka ciał. Siedziałem w tej krainie umarłych, w tym grobie 6 godzin. Po wojnie przez kilka lat w ogóle nie mogłem się odnaleźć. Długo zabrało mi, żeby się wreszcie uspokoić.

18

Podczas wojny zawsze miałem przy sobie chusteczkę, na wypadek gdybym musiał zasłonić nos i usta. Ta chusteczka ma w mojej pamięci zapach śmierci. Prałem ją wiele razy, ale zapach nie znika. Wojna spowodowała, że popadłem w ciągły niepokój w związku z przemijaniem czasu. Nic mnie nie przerażało, nic mnie nie mogło zdumieć. Nie miałem wielu uczuć, widziałem w końcu podczas wojny koniec wszystkiego. Cały czas nie mam spokoju, wciąż chcę jak najbardziej wypełnić życie i korzystać z każdej jego chwili. Nie mam siły po prostu usiąść i czytać książki, wciąż chcę być w ruchu, coś robić. Z tego samego powodu przestałem się czegokolwiek bać, z tego samego powodu między mną a resztą ludzi wytworzyła się przepaść, której myślę, że nie dam rady już pokonać. Z notatek (2) Kifri to małe miasteczko w Kurdystanie Irackim. Miejski bazar ma typową, ottomańską architekturę. Kiedyś licznie zamieszkiwane przez Turkmenów, dzisiaj dominują tu Kurdowie. Nie wiadomo, którędy dokładnie szedł Kave w kwietniu 2003 roku. Na pewno szedł z aparatem, realizując materiał dla BBC. Ostatni krok postawił na minie. Galeria (2) Jedziemy z Yazdu do Szirazu. Albo z Teheranu do Qom, z Qom do Kaszanu. Jedziemy na wieś w góry, a wszędzie naokoło mijają nas zdjęcia. Dla Irańczyków są tak powszednie jak dla nas bilbordy reklamowe na Zakopiance. Wszystkich fotograf ustawiał tak samo, wszyscy patrzą centralnie w obiektyw. Ani nie są smutni, ani weseli, wszyscy mają po 20 lat i już nie żyją. To szahidzi – martwi weterani wojny iracko-irańskiej z lat 80. Pochowani na cmentarzu Beheszt-e Zahra na południu Teheranu, zaraz obok mauzoleum wystawionym na cześć Chomejniego. Obdarzani czcią bohaterowie filmów. Jest luty. Zwiedzamy stołeczne wystawy. Teheran to zbiór podziemnych galerii fotograficznych, z których najsłynniejsza to Silk Road Gallery. Wszystkie mieszczą się w prywatnych mieszkaniach, bez napisu na domofonie lub jedynie z malutkim logo przyczepionym gdzieś na bramie. Mieszkania są puste, wejście do galerii najczęściej darmowe. W Mohsen Gallery po prawej czarno-białe reportaże – świetna wystawa pokonkursowa. Naprzeciw wejścia wielkie portrety. Każda osobna praca składa się z dwóch zestawionych ze sobą twarzy. Po prawej – zdjęcie szahida. Po lewej – młody Irańczyk, który w chwili śmierci swojego „odbicia” mógł mieć maksymalnie kilka lat. Stoją po lewej w modnych koszulkach, w okularach, niesamowicie podobni do martwych twarzy, w założeniu autora mieli być jak najbardziej podobni do żołnierzy. Ten chudy i ten chudy. Ten z brodą w okularach i ten obok tak samo. Ten z lokami i ten z lokami. Ten martwy, a ten żywy.

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani Wywiad (4) Jak zostałeś fotografem wojennym? Byłem fotografem prasowym. Robiłem zdjęcia w Irlandii Północnej i podczas Rewolucji w Iranie. Przez prawie dwa lata robiłem zdjęcia podczas wojny, która toczyła się między siłami separatystycznymi a siłami rządu centralnego Republiki Islamskiej. W czasie, kiedy zaczęła się wojna iracko-irańska, byłem reporterem „Time” i edytorem zdjęć w Associated Press. Robiłem zdjęcia od momentu bombardowania lotniska Mehr Aabad3 do chwili wkroczenia żołnierzy Frontu Narodowego. Twoja obecność na wojnie ograniczyła się do jednej „akcji” albo jakiegoś specjalnego tematu? Różnica między bojownikiem a fotografem wojennym jest taka, że bojownicy zazwyczaj biorą udział w kilku akcjach, natomiast fotografowie biorą udział w całej walce. Podczas wojny byliśmy w bezpośrednich relacjach z kilkoma instytucjami rządowymi, m.in. z Ministerstwem Orientacji Islamskiej. Zapewnialiśmy zdjęcia do książek Ministerstwa. Najważniejszą pracą, jaką zrobiłem podczas tych dwóch lat na wojnie, było zobrazowanie Dżehad-e Sazandegi (Dżihad na rzecz Odbudowy)4 w całym Chuzestanie5. Sfotografowałem rolę Dżihadu w wojnie. To miało dla mnie bardzo dużą wartość. Twój sprzęt na wojnie to…? Szedłem na front z minimalną ilością sprzętu. Starałem się zostawić sprzęt w hotelu albo w jakimś innym ustalonym miejscu. Pracowałem, używając 4 aparatów. Miałem przy sobie małą torbę na pas, gdzie trzymałem tylko filmy. Fotografując wojnę, trzeba być „lekkim”, mobilnym, żeby móc czołgać się, skoczyć czy pobiec. Jakie ograniczenia narzuca fotografia wojenna? Jest wiele ograniczeń. Z częścią z nich można się pogodzić. Doznaliśmy dużego rozczarowania z powodu blokowania publikacji naszych zdjęć. Niektórzy próbowali oceniać nasze zdjęcia jako dobre lub złe, ale nikt, kto nie był na wojnie jako fotograf, nie ma prawa oceniać tych zdjęć pod takim kątem. Wiesz, ile dokładnie zrobiłeś zdjęć przez ten czas? Miałeś narzucony jakiś limit? Miałem to szczęście, że pracowałem dla zagranicznego magazynu. Mogłem zużyć tyle filmów, ile chciałem, nie

3

Główne lotnisko w Teheranie.

4

Dżehad-e Sazandegi (Dżihad na rzecz Odbudowy) – organizacja stworzona w ramach Rewolucji Islamskiej, mająca na celu faktyczną poprawę poziomu życia mieszkańców na wsi. W ramach działań tej organizacji nastąpiła mobilizacja wolontariuszy do pomocy przy żniwach w 1979 roku. Dżihad na rzecz Odbudowy zajmował się także budową dróg i kanalizacji na terenach wiejskich.

5

Prowincja na południowym wschodzie Iranu, graniczy z Irakiem.

fabularie 4 (9) 2015

miałem żadnych narzuconych ograniczeń. Możliwe, że zrobiłem 7 lub 8 tysięcy rolek filmu. Dzięki temu, że miałem dużo filmów, mogłem zrobić kilka zdjęć jednej sceny. Jakiej prawdy o wojnie najbardziej poszukiwałeś? Fascynująca była dla mnie kwestia śmierci i zetknięcia się z nią człowieka, zderzenie młodych ludzi ze śmiercią. To, jak są gotowi zaakceptować śmierć po to, by dotrzeć do wyższego stanu ducha. Chcę to odzwierciedlić. Chciałem pokazać schowane wewnątrz człowieka wartości. Przez 8 lat patrzyłem przez obiektyw aparatu na śmierć, na walkę przeciwko śmierci i na to, co człowiek jest w stanie zrobić, żeby przeżyć i kontynuować życie. Jakie było to jedno najważniejsze zdjęcie z okresu wojny? Jest takie jedno zdjęcie. Nie jest powodem do dumy, gdyż nie wysiliłem się bardzo, by je zrobić. W Abadanie widziałem pocięte na kawałki zwłoki noworodków. Byłem tak zszokowany i narosła we mnie taka wściekłość, że musiałem przekazać ludziom na świecie ten obraz, żeby pokazać nasze bestialstwo. Sześciomiesięczne dziecko pocięte na kawałki. To zdjęcie zostało szeroko opublikowane i mogło mieć głęboki wpływ na opinię publiczną przeciwko wielu zbrodniom Saddama. Czy myślisz, że fotografia wojenna ma rację bytu tylko w tym określonym czasie konfliktu i potem nie ma już żadnego zastosowania? Czy może pełni ona funkcję wycinka historii, prawdy historycznej, jej ochrony i późniejszego użycia? W tamtym czasie te zdjęcia miały zastosowanie całkowicie fotoreporterskie – publikowały je wszystkie gazety świata. Po jakimś czasie zyskały natomiast charakter dokumentalny. To 8 lat niezwykle poruszającego doświadczania życia i śmierci. Teraz mija 20 lat, jak wrzuciłem je do szuflady. Co z nimi zrobię? Do niczego się już nie nadają. Chociaż ostatnio na zdjęciach wojennych, za którymi znajduje się życie pełne doświadczeń i trudu, zdjęciach, które prześladują mnie z szuflady, popracowałem w Photoshopie. Samo zdjęcie zmienia się za sprawą warstwy czerwonego koloru, ono znika. To, co zostaje, to krew, moje najsilniejsze wspomnienie z wojny. Powoli ze zdjęć znika ich rzeczywistość, a one zaczynają żyć nowym życiem, krew jest symbolem. Nazwałem to zdjęcie Bloodland. Fotografia (5) Mężczyzna ma około sześćdziesiątki. Nie widać jego twarzy, schowana jest w dłoniach. Może jedynie płacze, może już rozpacza. Zdjęcie w pionie, mężczyzna siedzi w piżamie na kupie gruzu. Za nim w tle widać zniszczony meczet. Obok niego widać fragment drugiej postaci – ktoś siedzi obok, ale w kadrze zmieściła się jedynie zgięta noga. Siedzą we dwójkę na gruzach swojego miasta, tak jak dziś siedzą tysiące.

19


„Rozrywkowe wojny” w zwierciadle kultury popularnej Wciąż rosnąca popularność seriali nowej generacji powoduje, że widzowie mogą znaleźć – w szerokiej gamie (na ogół) amerykańskich seriali produkowanych przez stacje kablowe – tytuł zagospodarowujący dowolnie wybrane zagadnienie. Seriali opowiadających o współczesnym obliczu wojny powstało wiele. Zainteresowanie wzbudzają zarówno nieco starsze, jak Z archiwum X (The X Files, 1993–2002, wznowienie – 2016) mówiące o wojnie z obcymi cywilizacjami, jak i najnowsze, nakreślające wizję wojny jako starcie odbywające się przy użyciu jednego guzika klawiatury (Homeland, 2011–), ale również takie, które przywołują czynniki historyczne wpływające na to, co przez ostatnie dekady społeczeństwa utożsamiały z wojną. Serial Projekt Manhattan (Manhattan, 2014–) opowiada o pracy naukowców odpowiedzialnych za stworzenie bomby atomowej, a Zawód: Amerykanin (The Americans, 2013–) relacjonuje zawieruchę zimnej wojny i działania radzieckich szpiegów na terenie Stanów Zjednoczonych. Obydwa prezentują kluczowe rozdziały w życiu nie tylko amerykańskiego społeczeństwa, a także wskazują daleko idące konsekwencje dla ludzi żyjących w XXI wieku.

Królowa dronów1. Carrie Mathison (Homeland)

Sprowadzanie kobiet do roli ofiar wojennych, ewentualnie pracownic służb pomocniczych, pielęgniarek, opiekunek, nie odpowiada rzeczywistemu obrazowi 1

„W kulturze europejskiej przyjęło się uznawać wojnę za rzecz męską, chociaż od starożytności spotykamy się z mitami i przekazami opowiadającymi o walkach prowadzonych przez kobiety wojowniczki. Jednakże według dostępnych nam źródeł historycznych wojny prowadzili zawsze mężczyźni, kobiety zaś pełniły funkcje pomocnicze. Wojny, zwłaszcza XX-wieczne, prowokują zatem do refleksji na temat ról kobiet i mężczyzn oraz zakresu ich obowiązków w czasie konfliktu”. Więcej: K. Sierakowska, Wojna, [w:] Encyklopedia gender. Płeć w kulturze, red. M. Rudaś-Grodzka, K. Nadana-Sokołowska, A. Mrozik i in., Warszawa 2014, ss. 575–578.

20

fot. www.unsplash.com

MAŁGORZATA MAJOR

roli kobiet w wojnach XX wieku, jak i wieków wcześniejszych. Badaczki starają się na nowo opowiadać historię wojen, uwzględniając perspektywę gender i pisząc kolejne rozdziały herstorii. Kultura popularna (zwykle postępowa, ale nie radykalna) wspiera działania akademiczek i chętnie pokazuje wojnę z perspektywy kobiet. Z pewnością jeden z najgłośniejszych przykładów takiego popkulturowego działania stanowi amerykański serial Homeland, który od kilku lat nie tylko cieszy się popularnością widzów w wielu krajach, ale także wzbudza liczne kontrowersje ze względu na omawianą tematykę. Od początku bowiem wszelkie oblicza wojen na Bliskim Wschodzie (na których skupia się scenariusz serialu) poznajemy głównie z perspektywy agentki CIA, Carrie Mathison. Już we wstępie warto zaznaczyć, że Carrie nie pełni w strukturach CIA funkcji pomocniczych, administracyjnych, biurowych. Jest agentką działająca w terenie i mającą duże przyzwolenie na rekrutowanie kolejnych agentów metodami, które sama uzna za stosowne. W gronie współpracowników nigdy nie pojawia się kwestia jej płci jako problemu mogącego wpłynąć na jakość wykonywanych przez nią obowiązków. Niejednokrotnie udowodniła, że podejmowane przez nią działania są słuszne, mimo że często na granicy prawa albo wręcz daleko poza nią. Nie obawia się podejmowania ryzyka w terenie, nawet gdy nie może liczyć na wsparcie innych agentów. Postać Mathison jest interesująca z kilku powodów. Przede wszystkim pokazuje kobietę w sposób emancypujący i ubezwłasnowolniający równocześnie. Z jednej strony, stanowi bowiem przykład bohaterki, której płeć nie jest ograniczeniem dla obowiązków od wieków przypisywanych mężczyznom (rekrutowanie agentów w terenie, ryzykowne akcje związane z wysyłaniem dronów, a także inwigilowaniem potencjalnych agentów, uczestnictwo w misjach na Bliskim Wschodzie), czym łamie kulturowe tabu nakazujące

fabularie 4 (9) 2015


Popkultura kobiecie oczekiwanie na powrót z wojny męża, syna czy produkcja serialu nie nadzoruje przebiegu ich pracy, ojca. Z drugiej jednak strony, Carrie jest jedną z nie- zdecydowali się dokonać akcji sabotażowej i wykonalicznych agentek, które w męskim świecie struktur CIA li napisy, których treść brzmiała następująco: „Homeodgrywają ważne role na równi z mężczyznami. Trud- land jest rasistowskie”, „Homeland to nie serial”, „Hono w tym wypadku mówić o wywalczonym parytecie. meland to żart, który nas nie śmieszy”, „Ten serial nie W tym miejscu warto jako kontekst przytoczyć ekspe- reprezentuje poglądów artystów” itp. Odcinek serialu ryment medialny, którego jesienią 2015 dokonał bry- został pokazany 11 października 2015 i dopiero po jego tyjski serwis internetowy magazynu „ELLE”. Polegał emisji stacja odkryła znaczenie napisów, które zdobią on na wymazaniu postaci męskich ze zdjęć przedsta- prezentowaną w serialu lokalizację. Ten pojedynczy wiających dysydentów współczesnej światowej sceny akt sabotażu pokazuje, jak silne nastroje wywołuje propolitycznej. Po tym zabiegu okazało się, że na niektó- dukcja stacji Showtime, i mimo że serial nie aspiruje rych zdjęciach pozostały jedynie nieliczne kobiety (jak do opowiadania faktów historycznych czy też pouczabrytyjska królowa Elżbieta II, kanclerz Niemiec Ange- nia społeczeństw w kwestii opowiedzenia się po któla Merkel czy amerykańska była senator i sekretarz Sta- rejś stronie konfliktu, to bez wątpienia prezentuje ponów Zjednoczonych, a obecnie ubiegająca się o prawo gląd białego człowieka z amerykańskiej klasy średniej do walki o fotel prezydencki Hillary Clinton), a inne i jego interesy stawia na pierwszym miejscu. Homeland były zupełnie puste. Dowodzi to, jak symbolicznie ko- – jak bronią się twórcy – najprawdopodobniej nieintenbiety reprezentują społeczeństwo na najwyższych sta- cjonalnie prezentuje treści rasistowskie, pokazując, że nowiskach, czy to w strukturach rządowych, czy woj- mieszkańcy Bliskiego Wschodu, nawet jeśli nie działaskowych. Słynne zdjęcie z operacji „Trójząb Neptuna”, ją w organizacjach terrorystycznych, ale są spokrewmającej na celu zabicie Osamy bin Ladena, pokazu- nieni z członkami takowych, to sprzyjają im po cichu, je jedną kobietę – tylko Hillary Clinton uczestniczyła są przekupni, łatwi do manipulacji i zrobią wszystko, w śledzeniu postępów akcji, otoczona licznym gronem żeby skrzywdzić białego człowieka (dobry przykład tamężczyzn mających realny wpływ na decyzje związa- kiej perspektywy stanowi sytuacja z czwartego sezonu ne z poszukiwanym terrorystą. serialu, kiedy to bratanek terrorysty utrzymywał się Bohaterka serialu Homeland jest jedną z kobiet, z pieniędzy wuja, płacił nimi za szkołę, a mimo to sąktóre pozostałyby na zdjęciu stworzonym przez serwis dził, że jest niezaangażowany w konflikt wojenny i że „ELLE”. Jest profesjonalistką, która mimo licznych pro- jest neutralnym cywilem). blemów (choroba psychiczna, samotne macierzyństwo, Homeland pokazuje oblicze wojny, którą Amerykaniechęć zwierzchników, romans z potencjalnym zdraj- nie od 11 września 2001 sankcjonują szyldem „wojny cą narodowym, aresztowania za nieposłuszeństwo za- z terroryzmem”. Wszystkie wydarzenia, które stanowodowe), na pierwszym miejscu zawsze stawia obo- wią konsekwencje ataków terrorystycznych na Word wiązki wobec ojczyzny. Jednakże serial Homeland to Trade Center, znajdują odzwierciedlenie w scenariunie tylko jedna bohaterka – to przede wszystkim opo- szu serialu, dosyć wiernie podążającym za bieżącymi wieść o współczesnym obliczu wojny. Serial krytyko- wydarzeniami. W serialu śledzimy bohaterów, których wany jest nieustannie przez widzów i dziennikarzy, życie to stan permanentnej wojny, zatem ich perspeka także komentatorów politycznych za zbyt powierz- tywa nie pokrywa się z wyobrażeniem i wiedzą czy chowne pokazywanie konfliktów na Bliskim Wscho- też odczuciami tzw. opinii społecznej – amerykańskiej dzie, a nawet za rasizm. W związku z oskarżeniami czy światowej. Dla agentów CIA wojna jest czymś poo rasizm, Homeland był bojkotowany także przez mu- wszechnym, naturalnym, oczywistym. Bez zagrożenia zułmanów i społeczności arabskie. Piąty sezon serialu bezpieczeństwa narodowego czy konfliktów zbrojnych (emitowany jesienią 2015) po raz kolejny wzbudził emo- ich praca nie miałaby tak dużego znaczenia. Bohaterocje, ponieważ utwierdził społeczności arabskie w prze- wie, w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa, nie konaniu, że producenci serialu i emitująca go stacja odnajdują się w codziennych rytuałach, zwyczajach, Showtime nawet nie starają się, aby pokazać dwie stro- cywilnym stylu życia. Z tego powodu często decydują się na kolejną „ucieczkę” do regionu objętego konflikny konfliktu. Oburzenie społeczności arabskich wiąże się z dru- tem wojennym. Życie agenta działającego na rzecz danego rządu nagim odcinkiem piątego sezonu, w którym bohaterka serialu odwiedza obóz dla uchodźców syryjskich w Li- rodowego wzbudza zainteresowanie kinematografii banie. W związku z tym, że serial kręcono w Berlinie, i telewizji od dawna. Z tego powodu doczekaliśmy się obóz zainscenizowano na terenie byłych berlińskich rozmaitych, często kultowych już filmów i seriali. Wyzakładów zajmujących się magazynowaniem paszy starczy wspomnieć rodzimą Stawkę większą niż życie dla zwierząt hodowlanych. Producenci serialu, chcąc (1967–1968) czy Służby specjalne (2014). Amerykańska urealnić wizerunek tej lokalizacji, zatrudnili kilku telewizja w ostatnich latach chętnie zajmuje się tematyartystów zajmujących się street artem, aby stworzyli ką szpiegowską. Poza Homeland, wielką popularnością napisy w języku arabskim. Zleceniobiorcy, widząc, że cieszy się serial Zawód: Amerykanin (The Americans,

fabularie 4 (9) 2015

21


Popkultura 2013–). Nie sposób nie wspomnieć kultowego serialu W gruncie rzeczy dobro ojczyzny często majaczy w tle Z archiwum X, który co prawda opowiada o pracy agen- jako zakurzony priorytet, podobnie jak los niewinnych tów FBI, a nie CIA, ale ich pogoń za demaskacją rządo- ofiar wojen. Niejednokrotnie już udowodniła, że potrawych spisków nierzadko prześciga biegłość agentów fi poświęcić cywili, żeby zlikwidować poszukiwanego CIA. Wszystkie wspomniane tutaj seriale uzmysławia- terrorystę, albo nawet życie przyjaciela i byłego szefa, ją widzowi jedno – praca agenta CIA jest nieprawdopo- żeby „zdjąć” ustalony cel. Carrie jest poszukiwaczką dobnie ryzykowna, pozbawiona ram czasowych, ale przygód i wrażeń, lubi rozwiązywać zagadki i sprawi dająca spore przywileje. Niejednokrotnie w serialu dzać, czy w walizce jest drugie dno. Podobne motywaHomeland, ale i w Zawodzie: Amerykanin widzimy, że cje kierują rozmaitymi bohaterami (a dokładnie rzecz policja jest bezradna wobec nadużyć i przestępstw po- ujmując – antybohaterami) neoseriali, niezależnie od pełnianych przez agentów czy to w ramach obowiąz- gatunku, jak np. doktor Greg House czy Patric Jane. Choków służbowych, czy w życiu prywatnym. Niezależnie dzi im po prostu o pogoń za króliczkiem, w tym wypadod tego, czy agent CIA zostaje aresztowany jako podej- ku jest nim zagadka, a gdy już znajdują jej rozwiązanie, rzany o morderstwo, pobicie, czy zbyt dużą liczbę nie- tracą zainteresowanie danym tematem. zapłaconych mandatów, nie dosięga go system sprawieCarrie nazywana jest przez zespół swoich współdliwości, przed którym odpowiadają wszyscy cywile, pracowników stacjonujących w Bejrucie „królową droniezależnie od miejsca na drabinie społecznej. Mordo- nów”, ponieważ dzięki doskonałym danym od inforwanie agentów obcych wywiadów czy osób zagrażają- matora udaje jej się skierować drony w miejsca, gdzie cych bezpieczeństwu narodowemu to chleb powszedni przebywają terroryści stanowiący główne amerykańw ich pracy. W tej kwestii amerykańska telewizja nie skie cele. Jest w tym również wymiar symboliczny pozostawia widzom złudzeń. Oczywiście amerykań- – Carrie, podobnie jak dron, jest w stanie dotrzeć i zlokaskie struktury CIA wielokrotnie dementowały meto- lizować każdego, jeśli tylko jej na tym zależy, i podobdy ich pracy opisywane przez twórców serialu, ale nie nie jak dron bywa siłą niszczycielską. zaprzeczają temu, że jako eksperci pracują przy serialu osoby związane z CIA, co stanowi sygnał dla widza, Szpiedzy tacy jak my. że ma do czynienia z wysoce prawdopodobną fikcją Zawód: Amerykanin (The Americans) i sporą dawką realizmu. Peruki i dźwięki hitów Petera Gabriela, a także obrazCarrie Mathison jest agentką na wskroś doskonałą, ki przedstawiające sielskie życie na przedmieściach ponieważ, mimo że sama bezbłędnie manipuluje oto- Waszyngtonu stanowią paradoksalną zapowiedź jedczeniem, podatna jest na manipulację stosowaną przez nego z ciekawszych seriali opowiadających o wojnie swoich zwierzchników. Jest zaprogramowana na wy- przed epoką wszechwładnej technologii. Zawód: Amekrywanie spisków i dąży do celu nawet, gdy przeło- rykanin umieszczony w dekoracjach początku ameryżeni zdają się ją (czasem jedynie pozornie) zniechę- kańskich lat 80. wprawia nas w konsternację, ponieważ cać. Nawet w sytuacjach działania na szkodę Langley2 nie wiemy, czy spodziewać się nonszalancko zreferoostatecznie okazuje się, że jej motywacje służyły wyż- wanych banałów na temat okresu zimnej wojny, a może szym celom, które koniec końców odgrywają większą łzawej historyjki o uwikłaniu rodziny w polityczną zarolę w kwestii bezpieczeństwa państwa niż chwilowe wieruchę wywoływaną raz za razem przez FBI i KGB. niezadowolenie szefów. Carrie, wikłając się w sytuacje, Widzowie stacji FX, od ponad 20 lat emitującej seriaktóre można określić mianem zdrady ojczyzny (jak ro- le głównie dla mężczyzn, najprawdopodobniej nie spomans z żołnierzem marines oskarżanym o przejście na dziewali się, że kolejna propozycja nadawcy wywróci stronę wroga), zawsze w porę się z nich wycofuje albo do góry nogami to, co rozumiemy pod nośnym hasłem: podejmuje działania minimalizujące szkody. Werbu- „wojna stanowi domenę mężczyzn”. To nie jest kolejny jąc nowych agentów, nie cofa się przed żadną z dostęp- serial, który w sposób typowy dla przedemancypacyjnych metod. Wykorzystuje swoje ciało, a także wszel- nej telewizji opowiada o tym, że „męska rzecz [to] być kie słabości potencjalnego kandydata na agenta po to, daleko, a kobieca – wiernie czekać”3. Zawód: Amerykaby osiągnąć cel. Front wojenny, na którym nieustan- nin obala wiele stereotypów, nie tylko dotyczących ponie walczy Mathison, to w gruncie rzeczy jej prywat- tocznej wiedzy o tym, czym właściwie jest wojna, ale ny, osobisty wybór. Wybór ten nie jest podyktowany także tych związanych z wyobrażeniem, co znaczy względami finansowymi czy pragnieniem realizowa- uczestnictwo w niej i jak się wojny wygrywa4. nia określonej misji. Carrie potrzebuje silnych bodźców i adrenaliny, która zagłusza jej problemy zdrowot3 Cytat pochodzi z utworu Alicji Majewskiej pt. Jeszcze się tam żagiel ne, dysfunkcje rodzinne, a co najważniejsze – jest dobra bieli. w tym, co robi, i tylko w tej pracy odczuwa satysfakcję. 4 2

Siedziba CIA pod Waszyngtonem.

22

Por. M. Major, Na froncie telewizyjnym. „Zawód: Amerykanin”, [w:] „Fragile” 2 (28) / 2015, wydanie internetowe: http://www.fragile. net.pl/home/na–froncie–telewizyjnym–%E2%80%9Ezawod– amerykanin/ [dostęp: 15.11.2015].

fabularie 4 (9) 2015


Popkultura Zawód: Amerykanin mierzy się z trudną tematyką działalności szpiegów radzieckich, którzy przez długie lata funkcjonowali w tzw. uśpieniu na terenie Stanów Zjednoczonych, by na początku lat 80. powrócić do czynnej służby na rzecz ZSRR. Elizabeth i Phillip Jenningsowie, jako (z pozoru) wzorowe amerykańskie małżeństwo prowadzące razem biuro podróży, to w istocie zwerbowani w latach 60. szpiedzy, o których nie wiemy, czy kiedykolwiek zawarli rzeczywiste małżeństwo, jednak z pewnością tak o sobie nawzajem myślą. Wspólnie wychowują dwójkę dzieci, które – ku przerażeniu Elizabeth – są obywatelami amerykańskimi, w przeciwieństwie do rodziców, przebywających na terytorium Ameryki nielegalnie. Jenningsowie swoją działalnością doskonale definiują dwa oblicza wojny. Phillip, mimo że aktywnie wspiera żonę i przeprowadza wiele akcji na rozkaz Zarządu S, w swoim usposobieniu i motywacjach przypomina raczej najemnika niż patriotę. Najchętniej bowiem zakończyłby działalność szpiegowską, zaangażował w rozwój biura podróży, żył spokojnie z rodziną i korzystał ze wszystkich przywilejów, jakie oferuje amerykański kapitalizm. Z kolei dla Elizabeth

fot. www.unsplash.com

W zależności od poleceń, zobowiązani są do tego, aby wchodzić w związki homoseksualne albo te ze znacznie młodszymi czy też starszymi partnerami.

fabularie 4 (9) 2015

cały pobyt w Stanach to pobyt delegacyjny, mimo dwóch dekad spędzonych poza ZSRR, wciąż czuje przynależność do społeczeństwa radzieckiego i nie zamierza zakończyć ani przerywać nawet na chwilę walki na rzecz Związku Radzieckiego, czuje się wyróżniona faktem, że może mu służyć. Serial ciekawie odwraca dobrze znane role społeczne – tutaj to kobieta jest siłą sprawczą, dynamicznie reagującą na nowe wydarzenia i kreującą okoliczności. Mężczyzna działa reaktywnie, a najchętniej nie reagowałby wcale. Jennings ma wiele wątpliwości nie tylko związanych z ryzykiem, które podejmują każdego dnia, ale przede wszystkim zastanawia się nad przyszłością swoich dzieci. Nie chce, aby musiały one kontynuować misję rodziców, czemu nie sprzeciwia się Elizabeth. Opierając się na swoim trudnym dzieciństwie i dorastaniu w Rosji, bohaterka uważa, że nie należy zwalniać kolejnego pokolenia ze zobowiązań wobec ojczyzny (pytanie tylko, jak definiuje ojczyznę swoich dzieci). Radzieccy agenci, poza akcjami takimi jak wykradanie materiałów, montowanie podsłuchów, zobowiązani są także do rekrutowania nowych jednostek. W związku z tym wchodzą w wiele rozmaitych relacji z ludźmi nieświadomymi, że wszystkie spotkania są wykreowane na potrzeby ich werbunku. Phillip zawiera fikcyjne małżeństwo z kobietą pracującą w biurze FBI, z kolei Elizabeth wikła się w wiele przelotnych romansów po to, aby uzyskać potrzebne informacje. W zależności od poleceń Zarządu S, zobowiązani są do tego, aby wchodzić w związki homoseksualne albo te ze znacznie młodszymi czy też starszymi partnerami. W ramach retrospekcji dowiadujemy się, że relacje seksualne z partnerami w różnym wieku i tej samej płci stanowiły jeden z elementów szkolenia, które bohaterowie przechodzili w latach 60. w Rosji. Pokazuje to także ogrom poświęcenia, na które zdobyli się, aby wejść w struktury szpiegowskie. Bohaterowie serialu Zawód: Amerykanin, w przeciwieństwie do Carrie Mathison, są konsekwentni w swoich działaniach, nie wykazują problemów psychicznych, a także w czasie akcji wywiadowczych nigdy nie pozwalają sobie na moment zawahania. Wątpliwości ogarniają ich częstokroć już po wykonanym zadaniu, prawdopodobnie z tego powodu ich skuteczność jest tak wysoka. Nigdy nie zostali aresztowani, ani też nie padł na nich cień podejrzenia o działalność agenturalną (jak wiadomo, Carrie niejednokrotnie miewała problemy zarówno z wymiarem sprawiedliwości, jak i własnymi zwierzchnikami). Gdyby porównać motywacje Carrie i Elizabeth, okazałoby się, że te bohaterki sporo łączy. Obie są zdeterminowane, aby osiągać ustalony cel, realizować wytyczne przełożonych, jednakże Carrie częściej rewiduje polecenia służbowe i jeżeli budzą jej wątpliwości, podejmuje autonomiczne decyzje. Skupione są na walce o ustalony porządek, który z perspektywy bohaterek jest

23


Popkultura jedynym słusznym rozwiązaniem dla współczesnego nieustannie powtarzali, że bomba atomowa ocali im świata. Z pewnością ciekawie wyglądałaby ich kon- spokój ludzkości. Wiemy obecnie, że projekt Roberta frontacja, biorąc pod uwagę fakt, że każda z nich mocno Oppenheimera był niczym otwarcie puszki Pandory. przywiązana jest do etosu narodowego swojego kraju. „Wnuczki” bomby atomowej oglądać możemy w serialu Z pewnością kolejny, emitowany w lutym 2016, Homeland, który zdominowany jest przez działania wosezon serialu Zawód: Amerykanin ujawni przedstawio- jenne oparte na najnowszych technologiach. ne już w serialu Deutschland 83 (2014–) oblicze ćwiczeń Manhattan pokazuje żmudny proces projektowao kryptonimie „Able Archer”. Jak dowodzą najnowsze nia bomby, a także ówczesną wiedzę naukową w tym publikacje dziennikarskie, oparte na odtajnionych je- zakresie. Z całą pewnością w nowym świetle pokazusienią 2015 dokumentach z roku 1983, świat mierzył się je motywacje naukowców, w serialu można rozpoznać wówczas z ryzykiem wojny totalnej, gdyż zorganizowa- postaci inspirowane biografiami m.in. Richarda Phillipsa Feynmana, Stanisława Ulama, epizodycznie pojawia się także Niels Bohr, a we wspomnieniach bohaterów – sam Werner Karl Heisenberg5, pracujący nad niemieckim projektem bomby atomowej.

Sami naukowcy pracujący nad dwoma projektami bomby atomowej naiwnie wierzyli w to i powtarzali, że ocali ona spokój ludzkości.

ne przez NATO ćwiczenia symulacyjne były dla ZSRR i NRD (o czym dokładnie opowiada wspominany serial Deutschland 83) sygnałem do rozpoczęcia działań zbrojnych. Omówienie kluczowych dla okresu zimnej wojny wydarzeń będzie kolejnym rozdziałem w mocno rozbudowanej ostatnimi czasy pophistorii opowiadanej przez amerykańskie stacje kablowe.

Projekt Manhattan (Manhattan): wojna o pokój na świecie

Ostatni z omawianych neoseriali poruszających tematykę wojenną to Projekt Manhattan. Realizowany w modnym ostatnio stylu retro (zdjęcia z filtrem sepii albo wyblakłej kolorystyki, dbałość o detale związane z wyglądem kobiet i mężczyzn tamtego okresu, skupienie na stylu życia amerykańskiego społeczeństwa okresu wojny) pokazuje, jak badacze w amerykańskiej bazie Los Anamos w 1943 pracowali nad budową „Gadżetu”, czyli bomby atomowej. Manhattan, produkowany przez niszową stację telewizyjną WGN America, to jeden z seriali rozprawiających się z mitem rozpowszechnianym przez amerykańską władzę i armię w okresie wojennym, polegającym na naiwnym wierzeniu, że bomba atomowa położy kres dalszym wojnom. Sami naukowcy pracujący nad dwoma projektami „Gadżetu” (jeden to „Thin Man”, drugi oparty był na teorii implozji)

24

Wojenna zawierucha w świecie telewizyjnych fabuł

Niewątpliwie obserwujemy wysyp seriali, w których wojna jest jedną z głównych bohaterek. Wynika to nie tylko z bieżących wydarzeń na całym świecie, który nieustannie znajduje się w stanie permanentnej wojny. Po części wiąże się to także z pokusą sięgania po wycinki najnowszej historii, które w dekoracjach muzycznych i obyczajowych lat 60., 80. albo przełomu XX i XXI wieku skutecznie przyciągają uwagę widza. Lubimy oglądać seriale, które rozgrywają się na tle ważnych wydarzeń historycznych. Z tego powodu tak dużym powodzeniem cieszy się serial Mad Men (2007–2015), którego twórca umiejętnie wplatał perypetie bohaterów pomiędzy takie zdarzenia, jak śmierć JFK czy Marilyn Monroe, albo pokazywał reakcje postaci na lądowanie Armstronga na Księżycu czy kryzys kubański. Serial Homeland można traktować jak relacje na poły kronikarską, ponieważ twórcy często odnoszą się do ważnych wydarzeń, które służą im za inspiracje do pisania scenariusza (w sezonie piątym pojawia się m.in. nawiązanie do Snowdena, a takich realnych wydarzeń przełożonych na język filmu jest znacznie więcej). Horrory oglądamy, ponieważ lubimy się bać, być może więc seriale o tematyce wojennej oglądamy z tych samych powodów, chociaż bardziej prawdopodobna wydaje się chęć oswojenia uczucia trwogi, które towarzyszy nam nieustannie zarówno podczas seansu takich seriali, jak wyżej omówione, jak i podczas wieczornych dzienników telewizyjnych.

5

Nie bez powodu inny bohater serialowy przyjmuje nazwisko Heisenberga jako pseudonim służący mu w komunikacji z kartelami narkotykowymi. Walter White (bo o nim mowa) w serialu Breaking Bad (2008–2013) chce być kojarzony z nieustraszoną siłą i rozległymi kompetencjami, a tak właśnie postrzegany był Heisenberg, fizyk, laureat Nagrody Nobla w 1932 roku za wkład w stworzenie mechaniki kwantowej.

fabularie 4 (9) 2015


Wiersz

JAKOBE MANSZTAJN ROB GORDON ODKRYWA THE NATIONAL kiedy mówiłem, że sobie idę, nie powiedziałaś, że pójdziesz ze mną. co za ironia, facet postanawia odejść i w kilka tygodni rozpada się miasto, pękają fasady, i facet już nie wie, skąd ani dokąd i co mu właściwie odbiło. w głowie odświeża plan trasy powrotnej: wita stwosza, drugie piętro i te drzwi jak światło trupiobiałe, a przecież wiadomo,

fot. www.unsplash.com

jak to się skończy: ona nie otworzy, on nawet nie zapuka. wracając, zabłądzi na schodach kolejny raz w tym tygodniu, a będzie (nie uwierzysz) dopiero wtorek.

Jakobe Mansztajn (ur. 1982) – poeta, bloger. Autor tomiku Wiedeński high life (2009), za który otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius 2010 w kategorii debiut roku oraz nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii poezji. Ponadto jest laureatem plebiscytu „Gazety Wyborczej” Sztorm Roku 2010 w dziedzinie literatury, a także nagrody im. Andrzeja Walentynowicza (za projekt K3 Sopot Slam). Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Odrze”, „FA-arcie”, „Lampie”, „Ricie Baum”. Tłumaczony na wiele języków, m.in. na francuski, białoruski, hebrajski, angielski, norweski. W 2014 roku ukazała się jego najnowsza książka poetycka, Studium przypadku.

fabularie 4 (9) 2015

25


Proza

ANDRZEJ BŁAŻEWICZ

Piekło Północy Każdego roku, w jedną z pierw- inny mógł wybudować swój przybyszych niedziel kwietnia odbywa tek dwa metry dalej? Zawsze wtedy się prawdopodobnie najtrudniej- uśmiecham się do M., a ona patrzy szy, jednodniowy, kolarski wyścig na mnie z zażenowaniem, bo wie, na świecie. Trasa Paryż–Roubaix, że mam ochotę opowiedzieć jakąś z powodu wielu odcinków bruko- operę mydlaną lub scenariusz tawanych – prawie pięćdziesiąt pięć niego porno o tym, jak facet z jedkilometrów prowadzi po XIX-wiecz- nego domku wyjeżdża w deleganych kocich łbach – oraz często nie- cję, kobieta z drugiego domku jest przychylnej aury obrosła legendą, w pracy i dochodzi do jakże tandetstała się wręcz mitem dla kolarskie- nego romansu tych, którzy akurat go świata. Wyścig zwyczajowo na- nieszczęśliwie są w domkach. Kicz zywany jest Piekłem Północy. jest zawsze prawdopodobny. Mogę Mniej więcej w tym samym cza- się założyć, że coś takiego ma w tych sie, kiedy kolarze zaliczają bole- domkach miejsce, przynajmniej od sne kraksy na francuskich brukach, czasu do czasu. razem z Martą wybieramy się na Weszliśmy w brzozowy szpaler naszą pierwszą, otwierającą sezon, i ziemia zaczęła nam się ruszać pod wycieczkę. Zawsze jest to jeziorko nogami. Nie byliśmy na kwasie ani Daisy. Wsiadamy w dziesiątkę i je- na gazie, a mimo to grunt wibrodziemy na koniec trasy do Pogorzały. wał, skakał i rechotał. Ropuszo-żaKursujemy tak aż do wczesnej jesieni, bia masa kotłowała się nam u stóp. jest to tak naprawdę nasze ulubione Rozpoczął się dziwaczny cyrk, bo miejsce. Wczesną wiosną, gdy trawy my razem z tymi żabami i wobec jeszcze się nie rozrosną, Marty nie żab zaczęliśmy przeskakiwać z nogi męczy alergia, a całe robactwo lata- na nogę, żeby czasem której nie nające, pływające, pełzające nie zdąży depnąć. To znaczy ja zapewne, gdywyściubić nosa na słoneczko, wynaj- bym był sam, szedłbym normalnym, dujemy małe polany z dala od szla- równym krokiem, ale wiadomo, że ku i kochamy się na kocu. Z każdym przy kobiecie żab deptać raczej nie miesiącem jest to trudniejsze, głów- wypada. Mrówki to co innego. Mianie ze względu na mrówki, które do- łem wrażenie, że zaraz zaczniemy prowadzają Martę do szału. Ucieka razem z żabami kumkać, rechotać przed tymi miniaturowymi stworze- – tak już byliśmy zżabieni i w żaby niami, krzyczy i tupie. Wygląda tro- wpisani. I po raz kolejny perspekchę jak mała Mi teleportowana z Fin- tywa miłości na wolnym powielandii na Dolny Śląsk. trzu poszła czy raczej poskakała się kumkać. Szliśmy tak któregoś razu, trzymaKilka dni później biegłem sobie jąc się za ręce, minęliśmy zrujno- poprzez świdnickie parki, skwerwane domostwo po prawej i trzy ki i inne takie. W końcu dotarłem nowe domki jednorodzinne po nad zalew Witoszówka. Słońce polewej. Po jakiego grzyba budować woli chyliło się ku zachodowi. Jadom na uboczu, żeby potem ktoś kieś małoletnie cwaniaki cykały

26

fotki lustrzankami za grube miliony, żeby później rwać dziewczyny na tę tandetę. I znowu żaby wylazły mi pod nogi. Tym razem to była zwierzyna ludzka. Punktem schadzek był przełom, z którego woda z zalewu lała się do syfiastej rzeczki Młynówki. Miejsce nazwanie dumnie Tamą było wylęgarnią młokosów spragnionych doznań. Dziewczyny w krótkich spódniczkach, z dekoltami do pasa. Chłopaki w spodniach opuszczonych tak nisko, żeby było widać, że ma majtki z Calvina czy Hugo Bossa. Nikt tam nie miał osiemnastki, ale wszyscy łoili browary, znajdując tylko jakiegoś frajera, który będzie się gapił, czy nie jedzie czasem duża suka. To nawet nie musiał być piątek, ale zapewne był, bo u nas ten piątek to już jest dzień wręcz święty. Przeskakiwałem te żaby i ropuchy i znowu skakałem razem z nimi w rytm jakiegoś taniego disco puszczonego z komórek. Wobec nich skakałem i przeciskałem się przez pielgrzymkę, która ciągnęła pod górkę do Łabudy, dokupić alkohol. Bo Łabuda nigdy dowodów nie sprawdzał, tylko ceny miał trochę zawyżone, no ale spokój był. Uciekałem przed żabami i myślałem o ucieczce. Bo my jesteśmy taki naród, ciągle dążymy do megalomanii i wszystko potrafimy przełożyć na uniwersum i absolut. Myślałem nad tym, dokąd uciekamy. Bo tak się składa, pomyślałem, że ciągle uciekamy. Najpierw uciekaliśmy sami przed sobą. Od morza do morza. Potem wielka emigracja, Francja, żabojady, co nas jadły. I tak w kółko. Albo w kółko i krzyżyk. Jak kto woli.

fabularie 4 (9) 2015


ilustr. AmbasaDaDa, Ucieczka z miasta

Proza

Dokąd ja uciekam? Oczywiście najpierw pomyślałem o Zachodzie. Przecież wyjazd do Stanów to był tak bardzo stereotypowy amerykański sen. Przemierzaliśmy drogę 66 wypożyczonym, ogromnym dodge’em z automatyczną skrzynią biegów. Zatrzymywaliśmy się w motelach wyjętych z filmów Tarantino, jedliśmy burgery z prawdziwą wołowiną i piliśmy colę, która smakowała jakże inaczej. Stopniowo popadaliśmy w maksymalizm i monumentalizm – Grand Canyon, sekwoje, Las Vegas i Golden Gate. Mam w głowie taką scenę: jedziemy przez jakieś zapomniane miasteczko w Arizonie i nagle widzę ręczną myjnię – a tam najprawdziwsze dziewczęta w jakichś fartuszkach, całe w pianie myją ogromnego pick-upa. Dla szczyla, jakim wtedy byłem, to było skopiowanie lasek z monitora i wklejenie ich przed moje oczęta roześmiane. Erotyczna inicjacja na odległość. Ale jakoś tak się złożyło, że dość szybko sam sobie ten mit zdekonstruowałem i zdemaskowałem. Runął kolos na glinianych nogach, zamiast nucić Californication Red Hotów, poszedłem w klimaty Dead Kennedys i obrazu Ameryki wyłaniającej się z piosenki Laibacha. Zresztą Zachód nie tylko za oceanem leży, ale też zaraz za granicą. Ale to już nie są ci sami wyrafinowani Francuzi, wyizolowani Brytole i porządni Niemcy. Banda pijaków i degeneratów tak jak my, tylko z grubszym portfelem i zamiast wódką pierwsi upijają się winiaczem, drudzy niskoprocentowym piwem, a ostatni sznapsem. Ot, kulturowe różnice.

fabularie 4 (9) 2015

Zaczęły się któreś wakacje i Filip wcisnął mi do rąk stertę książek. Tak się zaczęło ze Wschodem. Naczytałem się Hugo-Badera. To było trochę idylliczne gonienie za metafizyką z domieszką sentymentalizmu. Babcia – rasowa Kresowianka – urodziła się w Borysławiu, a mieszkała w Drohobyczu. Moich wujków plastyki uczył Bruno Schulz, a potem go zastrzelili. Babcię przesiedlili jak wszystkich na Dolny Śląsk – stąd wziąłem się ja. Nigdy jednak nie odbyłem podróży w tamte rejony, nie byłem na ulicy Krokodyli, nie szukałem sklepów cynamonowych. Nawet we Lwowie nie byłem. Ale dużo czytałem i słuchałem. Żyłem tym Wschodem tysiąc kilometrów dalej. Graliśmy z babcią w garybaldkę, jedząc

placek z jabłkami, babcia opowiadała, a ja jechałem – w myślach. Któregoś dnia zadzwonił telefon. To był Filip, który mnie chciał wciągnąć we Wschód jeszcze głębiej. Powiedział, że jedziemy na Syberię, załoić jakieś góry. Spakowałem toboły i pojechaliśmy. W kolei transsyberyjskiej wódki co prawda nie piłem, ale byłem Wschodem pijany, upity, przepity. Spijałem babuszki sprzedające kartoflane buły na czymś, co przypominało dworce. Odurzałem się panią prowadielniczką, która trzęsła całym wagonem i robiła pyszną herbatę w samowarze. Gapiłem się, będąc zupełnie na bombie, na starszych panów pijących wódkę od ósmej do ósmej. Po pięciu dniach wysiedliśmy z pociągu. Przez miesiąc tułaliśmy się

27


Proza

Banda pijaków i degeneratów tak jak my, tylko z grubszym portfelem i zamiast wódką pierwsi upijają się winiaczem, drudzy niskoprocentowym piwem, a ostatni sznapsem. Ot, kulturowe różnice.

po tundrze, podmokłych kępach My z ojcem jej w tym zakochaniu podniety. Nie trzeba się bowiem dei opuszczonych gułagach. Gdyby nie – bo to chyba lepsze słowo – lojalnie finiować wobec czegoś, co nie ma to, że nieśliśmy na plecach masę lio- towarzyszyliśmy. Uczestniczyliśmy kształtu. Nie przyjmuje się żadnej fili i dla odciążenia barków trzeba we wszystkich śródziemnomor- postawy i nic się nie odgrywa. Po było je zjeść, moglibyśmy się żywić skich rytuałach: obowiązkowym prostu się trwa. Nihilizm tego miejwyłącznie grzybami, niedźwiedzim podwójnym espresso, nieodłącz- sca ma w sobie coś erotycznego. czosnkiem, jagodami i moroszkami. nej sjeście, no i fieście czasem też. Jest sam dla siebie fetyszem. BezZrósłbym się z tym Wschodem raz Włóczyliśmy się wieczorami po miar, pustka, lęk, który się przyja dobrze, ale kończyła mi się wiza. różnych wąskich uliczkach stareń- muje i codziennie z tym lękiem rozByliśmy jeszcze przez tydzień w Mo- kich miast. Pociliśmy się na placach mawia. Czas tutaj się rozpada, nie skwie. Mieszkaliśmy na Arbacie. i placykach, łapaliśmy oddech w bu- płynie linearnie, tylko leży w strzęNie trzeba pisać więcej. tikach, w których mama przymie- pach, które można zebrać lub pominąć. Fizjologia staje się przeżyciem, Zakochałem się też w polskim rzała buty, sukienki i inne szmaty. wschodzie, jeździłem namiętnie Ten świat na krótką chwilę jest kropla – wody doznaniem. Nie chonad Bug, dużo tam łaziłem, kry- bardzo atrakcyjny, płynie sobie dzi mi nawet o jakiś żążakowski jąc się przed pogranicznikami, bo wolno, ma wszystkich w nosie, jest powrót do źródeł czy pierwotność, nie chciało mi się zgłaszać wyjść. sam dla siebie. Ale gdy się w nim tylko o fakt porzucenia siebie. RozJeździłem przez całą Polskę do Te- człowiek zbyt długo zasiedzi, robi lokowania myśli na wietrze, kępach atru Wierszalin, żeby chłonąć ich się mdły. Nad Tybrem zbiera się na traw i skalnych urwiskach. teatr ubogi, nieokrzesany, niepoko- wymioty. Bo jak długo można jeść te Tam można zapomnieć, nie jący. Słuchałem bandyckich pieśni wszystkie pasty, tagliatelle? Wsta- trzeba nic robić, wystarczy się roLecha Dyblika w Alkierzu. Podcho- wać późno, zaraz potem znowu się zejrzeć, się wejrzeć. Wejść w siebie dziłem żubry w Białowieży. Miałem kłaść spać, żeby potem nie spać. przez Północ i się w niej rozpaść I przede wszystkim – ile można – i tak żyć. swoją kochankę. Ale jak w prawie każdej miło- w siebie wlewać prosecco, które ści, coś się zaczęło między nami funkcjonuje jako substytut wody? Kończyłem swoją przebieżkę ze psuć, wypalać. Wschód się zmiePołudnie to takie bagno, w które świadomością, że wrócę do domu, niał, ja nie chciałem, żeby tak się się nieustannie wsiąka; niby jest spakuję plecak i wyjdę. Truchtem działo. Drażniliśmy się nawzajem. cieplutko i przyjemnie, ale jest się przemierzałem bruk prowadzący Mnie się zaczęło wydawać, że upra- skrępowanym. Ani w lewo, ani do bramy. Zdążyłem jeszcze minąć wiam jakiś zakamuflowany postko- w prawo, można tylko tam. Dławić, mojego sąsiada – pana Józia, który lonializm. Wschód widział we mnie zapychać się antykiem, renesan- na rowerze wracał z wędkowania. dziwaka. Nastąpiła separacja. Poza sem – kolumnami, kolumienkami, Krzyknąłem do niego motywująco: – Allez! Allez! tym Wschód się puszczał z Zacho- arrasami. dem. Nakryłem ich kilka razy. – Spierdalaj – odrzucił, jak zwyZostała mi już tylko ona – Królowa. kle uprzejmy, pan Józio. W tym momencie potknąłem się I myślałem tak sobie, biegnąc – bie- Północ. Za kołem podbiegunowym ganie pomaga w myśleniu – że je- byłem trzy razy. W sumie spędzi- o jedną z wystających brukowych steśmy w klinie, że nas ten Zachód łem tam prawie rok czasu. Chciał- kostek i wywaliłem w sposób nienaze Wschodem biorą w kleszcze i że bym uciec do niej na zawsze. turalnie finezyjny. Pan Józio przejenaturalny wentyl jest na górze i na Jest coś niebezpiecznie nęcącego chał mi po stopach, po czym zaśmiał dole. Albo na dole i na górze. Połu- w tej przestrzeni. Ona nie jest okre- się po francusku, albowiem język ślona i stwarza rodzaj niepokojącej ten był mu bardzo dobrze znany. dnie kochała Mama.

28

fabularie 4 (9) 2015


Możesz zabrać dziewczynę z Izraela, ale Izrael z niej już nie

Young Golda Meir Arriving at the Tel Aviv beach By the United States’ Ship Pocahontas computer painting, 2012

ilustr. Hadas Reshef, Young Golda Meir arriving at the Tel Aviv beach by… Pocahontas

Rozmowa trzeciego pokolenia

Golda Meir, who will one day become Israel's first female prime minister, arrives at the shore of Tel Aviv as it is today, decades after Czoski z breeze Hadas Reshef. her death. The sand is long conquered – by Agnieszki tractors and cranes and the is blocked by luxury hotels housing the very rich. Meir is wrapped in armor and carrying a giant red flag, perhaps mocking what has become of the country, perhaps, ready to fight for the socialistic principles Israel was supposedly built on. kneeling in front of Meir Remez and Zalman Shazar,Olga her two famous lovers. On the beach, Davidjesteśmy Ben-Gurion Spotkałyśmy sięas wproposing, PoznaniuDavid na zajęciach z niemiecTokarczuk powiedziała, że wszyscy doing his well known head stand. kiego. Zaczęłyśmy rozmawiać i rozmawiamy tak już uchodźcami, imigrantami. Chodziło jej o Wrocław, ale od ponad roku. Ten wywiad to coś w rodzaju streszcze- to prawda także o moim Pomorzu. Chwin, Huelle, Grass nia, wyimek z naszych dyskusji. Jeśli wydaje się cha- przenieśli to już do literatury, ale to nie znaczy, że już otyczny, to dlatego, że wciąż się uczymy, pytamy i szu- jesteśmy zupełnie u siebie. Organizowanie tego „bycia u siebie” wciąż się dzieje, tak samo jak w Izraelu… kamy odpowiedzi… Zawsze interesowałam się żydowską kulturą. Lubię Prowadziłyśmy tę rozmowę po angielsku, czasem Isaaca Bashevisa Singera, Amosa Oza, Etgara Kereta… używałyśmy niemieckich lub hebrajskich zwrotów, Ale Hadas jest pierwszą osobą z Izraela, którą pozna- które zostawiłam w tłumaczeniu. łam bliżej. Wiele z tego, co mi opowiedziała, zupełnie mnie zaskoczyło. Na przykład wspomniana w wywia* * * dzie opowieść o wychowaniu jej taty w kibucu, ale też Od czego zaczniemy? Ja cię już znam, ale może chcesz wszystkie historie o drożyźnie, upolitycznieniu wszyst- się przedstawić? Nazywam się Hadas Reshef, ale ostatnio zaczęłam zapikiego i codziennym zagrożeniu życia. Sama mam trochę skomplikowane pochodzenie, sywać swoje nazwisko po polsku: Reszef. Co zabawne, ukraińsko-kaszubskie, dlatego zawsze da się mnie na to nazwisko zhebraicyzowane, poprzednie nazwisko mówić na rozmowę o historii, tej wielkiej i tej rodzin- mojej rodziny zostało zamienione na formę bardziej henej. O tym, co to znaczy mieć korzenie w trochę innej brajską. Stało się tak z nazwiskami wielu Żydów, którzy ziemi niż wszyscy dookoła, i jak kultywować swoją z konieczności lub dobrowolnie wyemigrowali do Izraela w XX wieku. „kolorowość”.

fabularie 4 (9) 2015

29


Coś takiego działo się wszystkim emigrantom, chociażby ze względu na błędy w zapisie starego nazwiska w nowym kraju… Tak, błędy zdarzały się ciągle. Ale mogło być też tak, że ktoś stwierdzał: „Jesteś Agnieszka, ale od teraz będziesz Anna, to łatwiejsze”, a do tego zapisze to jako Channa. Albo: „Będziesz Dana, to ci pasuje”. Tak po prostu. Byłeś Bratysławskim, teraz będziesz Benjaminem, Benim. Czasami ludzie zmieniali nazwiska, bo chcieli. Imię mojego dziadka, Yosef, też było pisane inaczej zanim przyjechał do Izraela. Urodziłam się w małym mieście na pustyni. Dlatego, że było takie małe, nie było tam dobrej szkoły. Opuściłam dom w wieku 15 lat. Dostałam się do szkoły z internatem w Jerozolimie i zaczęłam uczyć się w szkole artystycznej. Poszłam na studia, zostałam artystką, kuratorką, pisarką… i nagle jestem tutaj, w Poznaniu, robiąc magisterkę z etnologii i antropologii kulturowej. Bum, hardkor! Wszystko dlatego, że zaczęłam być aktywna politycznie, zaczęłam zadawać sobie mnóstwo pytań i postanowiłam douczyć się teorii na uniwersytecie. A po roku studiów pojawiła się propozycja stypendium w Polsce, w Poznaniu…

fot. archiwum prywatne

Wyjechani

A tak się składa, że masz trochę polskie pochodzenie… Tak. Nazwisko Reshef nie było rodowym nazwiskiem mojego taty. Nazwisko dziadków brzmiało przed hebraicyzacją Schiffedrin. Urodzili się na terenach dzisiejszej Polski na początku XX wieku, jeszcze przed odzyskaniem przez nią niepodległości. Naprawdę wiem bardzo mało o tej rodzinie, o ich zwyczajach, przekonaniach, o miejscach, gdzie się urodzili. Babcia pochodziła z Zamościa. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tą nazwę w książeczce dla dzieci, nie mogłam przestać się śmiać. Nie miałam pojęcia, jak to można wymówić. Za czasów babci Zamość był w Rosji. Dziadek urodził się w Oświęcimiu. „Tak, Auschwitz, ale przyjechał do Izraela przed Holokaustem” – zwykle muszę to uściślić. Wtedy to były Austro-Węgry. Dziadek umarł, gdy miałam sześć lat, babcia – gdy byłam w armii (jak każdy świecki obywatel Izraela musiałam odsłużyć dwa lata). Babcia wtedy już od lat nie słyszała, trudno było się z nią porozumieć, pisaliśmy do niej na małych karteczkach… Tak czy siak, byłam zbyt młoda i nie wiedziałam tak naprawdę, o co pytać. Historie rodzinne czasem docierają do nas w dziwny sposób… Kilka lat temu zorganizowano na Facebooku wydarzenie „Stapiamy tygiel powracając do porzuconych nazwisk”1. Uczestnicy na tydzień zmieniali

1

„We are melting the melting pot”, przy czym wszystkie czasowniki są tu w formie żeńskiej, jakby „my dziewczyny stapiamy”. Słowem „tygiel” określa się stawanie się po imigracji do Izraela „nowym Żydem”, zupełnie nowym człowiekiem. Imigranci mieli zapomnieć o różnicach i stać się jednym narodem. Rozmawiamy o tym trochę później.

30

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani swoje obecne nazwiska na oryginalne nazwiska rodziców lub dziadków, te sprzed imigracji. I żeby napisali coś o swojej rodzinie. Mój Facebook kompletnie się wtedy zmienił. Osobiście nie wiedziałam, co wybrać. Powiedziałam, że oryginalne nazwisko ojca to Schiffedrin, ale tak naprawdę nazwisko jego ojca brzmiało Winterholz. Schiffedrin to nazwisko babci. Dziadkowie zdecydowali się na nie, bo brzmiało „bardziej żydowsko”. Zastanawiałam się też nad nazwiskiem ze strony mamy, Cohen albo Atia. Każde jest pełne znaczeń i historii… W końcu wygooglałam swoją rodzinę. „To, co znalazłam, zmieniło moje życie”… Żartuję, ale ważne było. Okazało się, że kibuc moich dziadków stworzył strony poświęcone każdemu z nich. To było wstrząsające, pierwszy raz poznałam ich przeszłość, zwłaszcza dziadka. Nie miałam o niczym pojęcia… Twój tata nic nie opowiadał? Mój tata urodził się w kibucu… Kibuc to mała społeczność oparta na komunistycznej lub socjalistycznej ideologii. Wtedy dzieci wychowywano w czymś jak Kinderhaus2, już od dawna się tego nie robi. Ojciec wyrastał z innymi dziećmi, to było wspólnotowe wychowanie. Wszystkie dzieci spały razem, od małego. Stała za tym idea, że cała społeczność jest odpowiedzialna za wychowanie, zdrowie, kształcenie ideologiczne i praktyczne do życia w kibucu. Dzieci miały opiekuna i nie wychowywały się z rówieśnikami. Codziennie mogły odwiedzać swoich rodziców, na jakieś dwie godziny. Już mi o tym mówiłaś, ale ciągle mnie to szokuje. Tak. Wiele dzieci przeżyło traumę, ale inne, w tym mój tata, mówią, że to było wyjątkowe i nic nie zastąpi tego poczucia jedności. To jak ekstremalna wersja szkoły. To nawet więcej niż szkoła z internatem. To pełne uczestnictwo w społeczności, czasami w kibucu żyło się tak aż do dorosłości, a nawet do końca życia. Tak, nie masz dokąd uciec… Tata akurat wyprowadził się do rodziców, gdy był nieco starszy… Tak czy siak, nie opowiada zbyt dużo, z dziadka też nie był opowiadacz… To dość typowe dla ojców i dziadków. Raczej kobiety opowiadają historie rodzinne. Naprawdę nie bardzo miałam kogo pytać, a jeśli mogłam, to oni nie bardzo mówili. Albo nie byli specjalnie zainteresowani wszystkimi tymi historiami. Poza tym ludzie tej generacji często zostawiali przeszłość za sobą, chcieli tworzyć nowe społeczeństwo i nową

kulturę. Zostawić to, co złe… W rezultacie nie opowiadali o przeszłości, dla niektórych była zbyt bolesna. Więc kiedy po raz pierwszy czytałam historię dziadka… Wcześniej wiedziałam tylko, że urodził się w Oświęcimiu. Wtedy dowiedziałam się, że był w obozie dla uchodźców pod Pragą, a potem przeniósł się do Berlina, uciekając przed rosyjskimi pogromami, epidemią, narastającym polskim antysemityzmem. On i jego rodzice? Tak, cała rodzina. Od 13. do 20. roku życia dziadek mieszkał w Berlinie. Właśnie wtedy, jako nastolatek, zainteresował się syjonizmem. Można powiedzieć, że cała rodzina zaliczała się do Ostjuden3, Żydów ze wschodniej Europy. Mieszkali w dzielnicy Mitte, dziś bardzo modnej, wtedy biedniejszej, zamieszkanej przez bardziej religijnych Żydów prowadzących małe biznesy. Pradziadkowie byli bardzo religijni i dlatego nie chcieli, żeby dziadek jechał do Izraela jako syjonistyczny pionier. Powiedzieli: „Nasz syn nie będzie rolnikiem”. To ciekawe! Myślałam, że to powinno działać dokładnie odwrotnie. W wieku 21 lat dziadek wyprowadził się do Leipzig4. Mieszkał tam, aż skończył 24 lata i mógł legalnie wyjechać do Izraela, dokonać samodzielnie alii. Nic z tego w dzieciństwie nie wiedziałam! Szukałam jeszcze potem dokumentów na temat dziadków, ale prawie nic nie zostało. Nawet nie wiem, jakiej byli narodowości… No tak… A pradziadkowie zostali w Berlinie? To też ciekawa historia. W archiwum syjonistycznym w Jerozolimie znalazłam dokumenty na ten temat. Z września 1933 roku. To była korespondencja kibucu dziadka z agencją żydowską z prośbą o pomoc w alii pradziadków. Kibuc zdeklarował: „Chcemy sprowadzić jego rodziców, brata i siostrę do Izraela. Zajmiemy się nimi…” – co oznaczało, że ponosili odpowiedzialność finansową. Poza tym znalazłam tam ich berliński adres. Nie wiem, czy dziadek też tam mieszkał, ale jego rodzina – na pewno. Kiedy brałam udział w wystawie w Bundestagu, zorganizowanej przez partię Die Linke5, poszłam zobaczyć kamienicę pradziadków. To było dziwne, wyglądała jak zupełnie typowy berliński budynek… A jeśli pomyślisz o kibucu i o tym cholernym Berlinie, to jak inny wymiar, dwa różne światy. Jak one się mogą ze sobą spotkać? Zaczęłam się zastanawiać… Kiedy byliśmy mali, mój tata kazał nam zmieniać kanał w telewizji, jeśli tylko usłyszał niemiecki. A ja nagle orientuję się, że mój dziadek mówił po niemiecku! 3

Z niemieckiego: „Żydzi ze wschodu”.

4

Lipsk, oczywiście. Ale niemiecka nazwa to jedyna, którą obie znamy.

2

Z niemieckiego, dosłownie: „dom dzieci”.

fabularie 4 (9) 2015

5

Dosłownie: „Lewica”.

31


Wyjechani fot. archiwum prywatne

Powtórzę coś, co mówię na okrągło. Nie chcę posługiwać się dychotomicznymi podziałami. Jak syjonizm i antysyjonizm. Nie mogę być antysyjonistyczna ze względu na moich dziadków, powiedzieć, że zrobili źle, przyjeżdżając do Izraela. Oni dosłownie ocalili życie; gdyby nie przyjechali, raczej by nie przeżyli. Tak, to przecież były już lata 30. A Izrael jeszcze był brytyjską Palestyną. To też zabawne… Mój tata mawia: „Jestem Palestyńczykiem, mam to w akcie urodzenia!”. Palestyńczykiem? Tak, bo urodził się w brytyjskiej Palestynie. No tak. A on po jakiemu mówił? Po hebrajsku? Tak, tylko po hebrajsku.

Hadas Reshef podczas wystawy

w Bundestagu, zorganizowanej przez partię Die Linke

Naprawdę mówił po niemiecku? Mieszkał w Niemczech od 13. do 24. roku życia. Racja, pewnie znał niemiecki. Raczej tak. A jidysz? Tak, to wiem na pewno. Mam takie poczucie, że ze względu na moje poszukiwania powinnam popytać ojca, pewnie by mi powiedział… Chociaż nie wiem… To szokujące, jak bardzo nie wiem nic, za cholerę, ja i całe moje pokolenie, nie mamy pojęcia. Więc zaczynasz interpretować. I rodzą się pytania. O tożsamość, ale też o twoje wykształcenie. Wcześniej byłam bardzo patriotyczna. Wierzyłam w dobro…

A jego rodzice? Z nim po hebrajsku. Miedzy sobą w jidysz. A nawet „róźniej”: „ich weiss es nicht”, „nie wiem”, „lo yoda’at”6. No więc kiedy dokładnie zaczęłaś się nad tym wszystkim zastanawiać? I dlaczego? Powiedziałaś, że po armii. Ile wtedy miałaś lat? Po armii, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat. Jednym z powodów była wojna libańska. Na początku myślałam: „Zaatakowali nas, musimy odpowiedzieć”. Ale w końcu zaczynasz rozumieć, że coś, co uważałaś za konieczną obronę, jest tak naprawdę fundamentalnie złe, coś jest tam cholernie nie tak. Zaczynasz dostrzegać, że przywódcy z obu stron mają w d… ludzkie życie.

To dość typowe dla polityków… Wtedy zaczęłam też udzielać się politycznie. To było jak… my mówimy „kaffa”, cios, taki policzek, że aż Państwa Izrael? Że to, co robią władze, jest dobre? „Wierzyć w państwo” to problematyczne sformułowa- dzwoni w uszach. Więc „kaffa” za „kaffą”, „kaffa” za nie. No i nie chodzi mi właściwie o „dobro”, chodzi „kaffą”… Kolejne wydarzenia sprawiały, że coraz baro obronę. dziej zmieniałam zdanie. Jednym z nich był wielki strajk studentów w 2007 roku, kiedy byłam na ostatnim roku licencjatu. Więc O konieczność obrony? O wiarę, że nie ma innego sposobu. Że były wojny, więc musimy się bronić. Teraz wiem, że to, co dzieje się obecnie, to już nie jest obrona. Nie wiem, od kiedy… 6 „Nie wiem” po niemiecku, polsku i hebrajsku.

32

fabularie 4 (9) 2015


Wyjechani zaczął się strajk, dwa miesiące bez studiów na wszystkich izraelskich uniwersytetach. Powodem były planowane cięcia budżetowe i podwyżki czesnego, już bardzo wysokiego, zwłaszcza w porównaniu z Europą. Były wielkie demonstracje, trochę jak święto… Zrobiłam wtedy film Wyjdźmy tańcząc, ze starą syjonistyczną piosenką w tle. Cały ten tłum wyglądał, jakby tańczył. Film był krytyką tego, co się stało. Nieduża grupa ludzi naprawdę rozumiała powód strajków i była zaangażowana, ale na koniec ci, którzy podpisali porozumienie, zgodzili się na wszystko… To jak korupcja i zdrada. Widać, jak politycy zaczynają w związkach studenckich… Potem przeniosłam się z Tel Awiwu… Miasto było niesamowite, ale nie czułam się tam nigdy bezpieczna. Ceny zaczęły rosnąć. Starałam się pracować jak najlepiej, ale moja ostatnia wystawa była jak pożegnanie… Byliśmy młodzi, wolni, mieliśmy zdrowe zęby… Ale zaraz potem były strajki z 2011, prawie pół miliona ludzi na ulicy, widząc to, rozumiesz, że rząd jest przeciwko ludziom. Zaczęłam być jeszcze bardziej zaangażowana, dawać z siebie więcej. To, co stało się w Gazie, zupełnie mnie załamało, ale jakby za sprawą jakiejś magii tego samego dnia dostałam stypendium do Polski. To ironiczne, kraj, z którego uciekła moja rodzina, pozwolił mi uciec. Ale jak to mówią: „Możesz zabrać dziewczynę z Izraela, ale Izrael z niej już nie”, więc pobyt tu pozwala mi dalej drążyć sprawy, którymi się interesowałam. Może pomoże mi to zrozumieć moją szaloną, ale i wspaniałą kulturę bez tego narastającego ciśnienia, które czuć w Izraelu. Czy możemy pociągnąć temat izraelskiej edukacji? Bo to wiele tłumaczy. Więc uczycie się Biblii… Tak, a od liceum uczysz się analizować opowieści biblijne jako zapis naszej historii… Konkretnie, uczysz się historii do czasów zburzenia Drugiej Świątyni. Czyli czasów, kiedy Żydzi wciąż byli w Izraelu. Potem jest… jakby czarna dziura. Dwa tysiące lat diaspory. Mówimy na to „galut”, nie tylko diaspora, ale wręcz wygnanie. To słowo bardzo jasno wskazuje, że nie jesteśmy w domu, u siebie. Nasz dom to Izrael, żydowska ziemia, którą dostaliśmy jako lud wybrany. Żydowska niezależnie od nazwy: Kanaan, Syjon, Jerozolima. Przy okazji, powodem wielu toczących się wciąż walk jest podział Jerozolimy właśnie… Ale wracając do lekcji – po tych dwóch tysiącach lat skaczemy do czasów współczesnych nacjonalizmów, powstania i wzrostu antysemityzmu i syjonizmu. Oczywiście punkt kulminacyjny to Holokaust i stworzenie państwa Izrael w 1948. Potem historia się kończy. Nic na temat diaspory, różnych żydowskich społeczności na świecie. No, może jest coś o niektórych, ale z powodu Holokaustu. Co jest w tym najważniejsze, to zapamiętać, że mamy swój jeden kraj. A jeśli chodzi o historię sztuki… Uczyłam się jej od

fabularie 4 (9) 2015

Potem przeniosłam się z Tel Awiwu… Miasto było niesamowite, ale nie czułam się tam nigdy bezpieczna. To, co stało się w Gazie, zupełnie mnie załamało.

15. roku życia. Naprawdę sporo. No i mamy tam prehistorię, Mezopotamię, Grecję, Rzym, chrześcijańskie średniowiecze. Potem już wszystko jest chrześcijańskie. Renesans, barok, sztuka współczesna… Wszystko europejskie? Tak, chociaż współczesna też z USA. Naprawdę – wiem mnóstwo na temat chrześcijańskiej ikonografii, rozwoju kościołów… Na licencjacie miałam jeden kurs na temat sztuki muzułmańskiej, więc wiem trochę o mozaikach w Iranie (są niesamowite!). Nigdy nie miałam zajęć o sztuce żydowskiej, na przykład średniowiecznych ręcznie pisanych zwojach. Nawet jednej lekcji o synagogach, o różnicach pomiędzy sefardyjską i aszkenazyjską synagogą i skąd się wzięły. Bo sztuka jest „kosmopolityczna”. A to zupełne kłamstwo, według mnie sztuka to wyjątkowość, odmienność stylu, kultury, czasu, miejsca, polityki… cała estetyka. Wszystko to, co było dla mnie zawsze interesujące w sztuce, to Zeitgeist7, to, co sprawia, że sztuka nie jest tylko lustrem. To nie odbicie czasów, sztuka tworzy społeczeństwo, zwłaszcza jako element praktyk religijnych. To coś, co trwa, co można wyraźnie zobaczyć. Możesz bardzo dokładnie zrozumieć zmiany historyczne, studiując sztukę, jak różnicę pomiędzy chrześcijaństwem i protestantyzmem. I tu pojawia się pytanie, dlaczego nic nie wiesz o synagogach… Nie wiem nic, to zabronione. Mogę się samodzielnie dokształcać, ale żydowska sztuka nie jest w żadnym wypadku elementem programu. Teatr, muzyka, filozofia – wszystkie te programy nauczania w Izraelu po prostu ją ignorują.

7

Duch czasu.

33


Wyjechani Co rozumiesz przez „zabronione”? Z powodu hebra- hebrajski to bardzo poetycki język. Już znasz słowa icyzacji, punktu topnienia? Konieczności stworzenia „alia” i „yerida”… nowej ideologii? Nie chodzi tylko o ideologię. Ludzie mieli w Izraelu zbu- Tak, te metafory! „Alia”, czyli wstąpienie do Izraela, dować razem nową tożsamość… Oczywiście zapocząt- i „yerida”, zstąpienie, czyli emigracja. Język to makowało to wojnę tożsamości, wojnę kultur, można po- tryca, dzięki której możesz myśleć i kategoryzować. wiedzieć, że to ostateczny kształt izraelskiej tożsamości Więc dla Izraelczyków, jak mówiłaś, jedyne oficjalzostał nam autorytarnie narzucony. Spójrzmy teraz na ne podejście do swoich korzeni to bycie z zachodu moich rówieśników, trzecie pokolenie Izraelczyków, lub wschodu, „ashkenazim” albo „mizachrim”. Cotrzecie od Holokaustu i ustanowienia państwa… Pierw- kolwiek bardziej szczegółowego już jest nieważne. sze pokolenie wypracowało to wszystko. Drugie ciągle Tak, ale trzecie pokolenie właśnie tym się interesuje. było pod presją. Dopiero my możemy zacząć zadawać Na Facebooku jest mnóstwo grup zrzeszających takie pytania, tak jak teraz, rozmawiając. Myślę, że to wyda- osoby. Grupy dla tych, których dziadkowie są z Libii, rzyło się też tu, w Polsce. Iraku itp. i którzy chcą razem przypominać sobie te tożsamości. Gotując, ucząc się języków. Moja przyjaciółka, W Polsce, w Niemczech… U nas dotyczy to mniejszo- która ma rosyjskie korzenie, zbiera odeskie dowcipy ści, Żydów, Ukraińców, Białorusinów, Kaszubów, Ślą- i kręci filmy… zaków… Trochę to bardziej skomplikowane, bo za komuny promowano sztukę ludową… Ale i tak, wielu A ty jesteś teraz w Polsce. wstydziło się na przykład używać swoich języków. Dla mnie przyjazd tutaj to próba przemyślenia wielFaktycznie, moje pokolenie i może młodsi ludzie za- kiej nieobecności w życiu każdego Izraelczyka. Takiej czynają chcieć wracać do korzeni. Języki mniejszo- dziury w osobistej historii, o której niezwykle trudści pojawiają się w szkołach. no zebrać informacje, a która ma wpływ na obecne To kolejna ważna sprawa, oficjalne podejście do grup et- myślenie. Więc dla mnie mieszkanie w Polsce, ronicznych. W hebrajskim mamy słowo „eda”, niby grupa bienie z podróży pomiędzy Polską i Niemcami czeetniczna, ale tylko żydowska. Więc nie powiesz: „grupa, goś codziennego, jest sposobem na zyskanie szerszej która przybyła z Afryki”, tylko: „edit-ha-mizrach”, Żydzi perspektywy. Być tu, zrozumieć różnice pomiędzy Poze wschodu. lakami i Niemcami. Także po to, żeby zrozumieć różnice, jakie mogły być pomiędzy Żydami z tych krajów. Żeby zdekonstruować płaskie pojmowanie kultury Ze wschodu? No właśnie, to też część problemu. aszkenazyjskiej. Przypuszczam, że podobne odczucia mogą mieć ludzie z pochodzeniem jemeńskim i maAfryka nie jest geograficznie na wschód od Izraela… rokańskim, tunezyjskim i libijskim, podobni, a jedTak, właśnie o to chodzi. Na „wschodzie” są Irak, Iran, nak różni. Rodzinne podróże do miejsc sprzed alii naale też Jemen, Turcja i Maroko. Wszyscy stamtąd są zywa się „podróżami do korzeni”. Rodziny odbywają „mizrachim”, ze wschodu. Wszyscy z Europy są „ash- je, żeby zobaczyć, a nie wrócić. A najpopularniejsze kenazim”. Rosja jest gdzieś pośrodku, a Etiopia zupeł- przekleństwa w hebrajskim to „wracaj, skąd przybynie poza klasyfikacją, co w jakiś szalony sposób tylko łeś”, „wracaj do Polski”, a nawet „do komór gazowych”. zwiększa rasizm pomiędzy samymi Żydami. Po hebraj- Dla Izraelczyka Holokaust to coś, co wypija z mlekiem sku mówi się: „irakijska eda”, nie mówimy: „grupa et- matki, od urodzenia, nie można pojechać do Polski niczna z Bagdadu”. Od razu jest jasne, że to Żydzi. Nie czy Niemiec i nie widzieć w głowie obozu. Jednak ja użyjemy terminu „mniejszość etniczna”. Taki termin jeszcze nie byłam w żadnym, chcę mieć inne doświadistnieje, „bney-miutim”, „synowie mniejszości”, powie- czenia. Nawet mimo że dziadek urodził się w Oświęmy tak na przykład o Beduinach, zwykle w kontekście cimiu. Wtedy to był po prostu sztetl. Pewnie w końcu medialnego doniesienia o przestępstwie… Tak się kon- pojadę, ale jeszcze nie teraz. struuje tożsamości. Więc są różne „edot”. Ale z drugiej strony jest stapianie, tygiel. Żydzi przybywający Mam taką teorię, że korzenie są jak homeopatia, z całego świata do Izraela mieli stać się nowymi Izra- w miarę czasu, przez pokolenia, „podróż do korzeelczykami, „tzabar”. „Tzabar” to owoc kaktusa, opun- ni” staje się pielgrzymką. cja i ktoś, kto urodził się w Izraelu. Teraz rozumiesz, Myślę, że coraz więcej osób z naszego pokolenia chce dlaczego przejście przez tygiel, ujednolicenie, było spojrzeć głębiej, poza wojnę. Chcą zobaczyć kultury, tak ważne. I miało tak silny wpływ na naszą pamięć. zrozumieć różnice. Wcześniej było to zupełnie nieJa jestem już trzecią generacją „tzabarit”8. W ogóle, możliwe z powodu traumy… „Wybierać życie” nie oznacza braku szacunku dla ofiar, oznacza szacunek dla ludzi, którzy byli, tego, kim byli, a nie tylko tego, 8 Rodzaj żeński. że umarli.

34

fabularie 4 (9) 2015


Wiersz

EWA PONIZNIK zapiski pogniotłeś kartkę z moją twarzą wymazałeś wszystkie linie zdarzeń o których nie śniłam nawet nie wiesz jak mam na imię a jednocześnie wiesz że byłam taka zwykła jak zwykle najzwyklej codziennie nie dla ciebie lecz dla tej którą rozbierałeś wzrokiem okradłeś ze wszystkich tajemnic na ciele zostawiałeś wszystkie złe zamiary przekłułeś jej oczy gdy się obudziłeś na nowej czystej stronie nowa twarz do zapisywania twoich snów jej narodzin i tego że wcześniej niczego nie było że ty nie istniałeś nie patrz wstecz kochanie dziś będzie nam dobrze jutro twoja twarz wyląduje w koszu

Ewa Poniznik (ur. 1988) – mieszka i pracuje w Gdańsku. Absolwentka filologii rosyjskiej i filologii polskiej UG, stypendystka Instytutu im. A.S. Puszkina w Moskwie, obecnie na I roku Filologicznych Studiów Doktoranckich UG. Wyróżniana i nagradzana w ogólnopolskich konkursach poetyckich (m.in.: Nagroda Burmistrza w VI Konkursie Literackim w Debrznie, II miejsce w konkursie poetyckim Nadnoteckich Dni Literatury 2012, III miejsce Konkursu Jednego Wiersza XVIII Chojnickiej Nocy Poetów, wyróżnienie drukiem w XXII OKP im. M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej) i turniejach jednego wiersza (m.in.: III miejsce w XIII Poetyckim Praniu na Strychu, III miejsce w XIII Połowach Poetyckich w Gdyni, I miejsce w TJW Młodej Ambitnej Literatury Trójmiasta MALT 2014, II miejsce w TJW MALT 2012, II miejsce w TJW Nagrody Literackiej Gdynia 2011). Tłumaczona na język białoruski. Publikowała w „Blizie”, „Autografie”, białoruskim dodatku do gazety „Nowy Czas” – „Literaturnaja Biełarus” oraz w antologiach pokonkursowych. Wydała arkusz poetycki czas teraźniejszy niesumienny (2011).

fabularie 4 (9) 2015

35


Rozmowa: Mirosław Tyc

fot. archiwum prywatne

Z hungarystą, tłumaczem wydanej niedawno biografii Viktora Orbána, Mirosławem Tycem, o polityce kulturalnej Węgier, węgierskiej literaturze i knajpach rozmawia Emilia Walczak.

Wrogów trzeba sobie wymyślić Jesteś jednym z tłumaczy książki Józsefa Debreczeniego pt. Viktor Orbán. Powiedz, czy autor pisze w niej coś o aktualnej polityce kulturalnej Węgier, czy skupia się wyłącznie na osobie węgierskiego premiera? W wydaniu węgierskim autor opisuje życie Viktora Orbána od lat dziecięcych do 2009 roku, czyli do czasu tuż przed wyborami w 2010. Książka ukazała się na Węgrzech w listopadzie 2009. Dobrze pamiętam ten czas, miałem wtedy okazję mieszkać na Węgrzech. Uderzająca była wiara w to, że Fidesz przyniesie świeżość, porządek i sprawiedliwość. Ludzie byli zmęczeni rządami socjalistów, licznymi aferami, oszustwami, które

36

sukcesywnie wychodziły na światło dzienne. Z drugiej strony patrząc, obawiano się też Jobbiku, który rósł w siłę. Przyznam, że Fidesz i Orbán wydawali się w tamtym czasie najlepszym wyborem. Tak też sądziła ponad połowa osób, która udała się do urn w kwietniu 2010. Polskie wydanie zawiera uzupełnienie Debreczeniego, które sięga 2014 roku, czyli wielotysięcznego wystąpienia przeciw pomysłowi opodatkowania przez rząd węgierski używania Internetu. Dzięki polskiemu wydaniu książka jest o wiele bogatsza, ponieważ opisuje czasy, kiedy Orbán po raz wtóry doszedł do władzy. Można też porównać, na ile sprawdziły się przepowiednie Debreczeniego przed 2010 rokiem.

fabularie 4 (9) 2015


Rozmowa: Mirosław Tyc Książka jest bardzo szczegółowym źródłem wiedzy Wspomniana czwarta poprawka ograniczyła też na temat postkomunistycznej historii Węgier – od cza- uprawnienia Trybunału Konstytucyjnego i mam sów Gyuli Horna po drugi rząd Orbána. Z tej lektury wrażenie, że z tego powodu węgierskie Zgromadzebędą zadowoleni ci, którzy chcą dowiedzieć się więcej, nie Narodowe, w którym partia Orbána – narodowoniż przedstawiają nasze media, tak rzadko informują- -konserwatywny Fidesz – ma dwie trzecie mandatów, ce nas o tym, co dzieje się nad Dunajem. Książka De- po prostu robi, co chce, całkiem bezkarnie. Podobbreczeniego przedstawia wiele wydarzeń, w których nie ministrowie. Na przykład w 2013 roku strącono uczestniczył on sam, zawiera osobiste opisy rozmów ze stanowiska dyrektora Teatru Narodowego Róbermiędzy nim a obecnym premierem Węgier i innymi po- ta Alföldiego, zarzucając mu niehołdowanie owym litykami. Jest to osobista, lecz uargumentowana wie- „narodowym wartościom” oraz homoseksualizm, loma pasjonującymi i barwnymi przykładami opinia i zastąpiono go Attilą Vidnyánszkym, poplecznikiem na temat zmian, jakie zachodziły na przestrzeni czasu Orbána. Znasz więcej tego typu przypadków? w szefie węgierskiego rządu. Zdecydowanie polecam tę Celem Viktora Orbána jest nadanie kierunku, w którym książkę tym, których frapują kwestie podobieństwa po- ma się rozwijać jego kraj na kilkadziesiąt lat naprzód. lityki u nas i u nich; możemy dowiedzieć się z niej m.in. Niezależnie od tego, czy kolejne wybory wygra inna o tym, do jakiego stopnia Viktor Orbán jako student in- partia o zupełnie innym programie, jej działania mogą teresował się polską polityką. napotkać na wiele przeszkód, które zostawił aktualny premier Węgier. Nie mówię tutaj tylko o konstytucji. Czytałam ostatnio, że odkąd w 2013 roku skrajnie Mam również na myśli długość trwania mandatów na prawicowy rząd Orbána wniósł do węgierskiej kon- stanowiskach w wielu węgierskich instytucjach, takich stytucji (nowej, wprowadzonej w życie w 2011, i tak jak Bank Centralny, Komisja Budżetowa czy Trybunał już ograniczającej demokrację i wolność słowa) tzw. Konstytucyjny, które skutecznie mogą uprzykrzyć czy czwartą poprawkę, zgodnie z którą sztuka ma „słu- nawet uniemożliwić skuteczną działalność węgierskieżyć wartościom narodowym i chrześcijańskim”, kul- go parlamentu. Przy okazji chciałbym dodać, że Fidesz tura w kraju nad Dunajem jest w opłakanym stanie. zmienił ustawę o ordynacji wyborczej na tyle skuteczStanowiska w instytucjach kultury przyznawane są nie, że doprowadził do następującego kuriozum: w 2002 tym, którzy popierają obecny rząd, podobnie fundu- i w 2006 roku nie udało im się wygrać wyborów parsze na działalność kulturalną, nagrody artystyczne lamentarnych, zaś w 2014 zdobyli dwie trzecie miejsc itd. Zdarzają się przypadki cenzury… w parlamencie, mimo faktu, że zdobyli w tym roku To prawda. W nowej konstytucji znajduje się wiele od- mniej głosów niż w 2002 i 2006. niesień do chrześcijańskich korzeni, do narodu. Jest Co do Róberta Alföldiego, chciałbym odejść trochę to bardzo ciekawe, szczególnie że społeczeństwo wę- od twojego pytania i skupić się bardziej na samej kwegierskie jest w znacznym stopniu bardziej laickie niż stii osób homoseksualnych, ich statusu, która w ostatpolskie. Nie mam tu na myśli jedynie tego, że na Wę- nich kilku tygodniach jest dość gorącym tematem na grzech mieszka więcej ateistów i agnostyków. Mamy Węgrzech. wśród nich również żydów (budapeszteńska synagoga Od 2009 roku możliwe jest zawieranie rejestrowajest trzecią co do wielkości na świecie), muzułmanów, nych związków partnerskich. Wydawałoby się więc, że a co do chrześcijan, to sytuacja jest również inna niż Węgrzy nie mają problemu z homoseksualizmem per se, w Polsce, gdyż dość spora część Węgrów to reformaci, są w większym stopniu akceptujący niż Polacy. To przektórzy mają w Debreczynie największą świątynię w tej cież na Węgrzech, już w 1982 roku, Károly Makk nakręczęści Europy. Poza tym warto zwrócić uwagę na fakt, cił film Egymásra nézve (Inne spojrzenie), który traktoże wśród mieszkańców tego kraju około 83% deklaru- wał o miłości lesbijskiej. Notabene, polecam ten ilm ze je narodowość węgierską, zaś zachodnia część Rumunii (Siedmiogród), północna część Serbii (Wojwodina), przygraniczna część Słowacji i Ukrainy są zamieszkiwane przez bardzo dużą liczbę osób uważających się za Węgrów. Ponad 6% obywateli Rumunii ma prawo do węgierskiego paszportu. To prawie tyle samo ludzi, ile jest wszystkich mieszkańców Budapesztu. Biorąc pod József Debreczeni uwagę te dwa fakty, bardzo trudno jest określić, jakie są owe wartości narodowe i chrześcijańskie. Uważam, Viktor Orbán że powołując się na naród, jego rację, można łatwo poWydawnictwo Akurat zyskać zgodę większości społeczeństwa, nawet jeśli nie Warszawa 2015 każdy jego członek rozumie, czym jest ów naród. W ten sposób dość łatwo można dopuścić do nadużyć władzy w wielu dziedzinach, m.in. w kulturze.

fabularie 4 (9) 2015

37


Rozmowa: Mirosław Tyc względu na świetną rolę Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, nagrodzoną w Cannes. W tym roku jednak wydarzyła się rzecz przedziwna. W maju na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Homofobią. Z tej okazji Viktor Orbán został na konferencji w Debreczynie poproszony o zajęcie stanowiska w tej sprawie. Zaskoczony premier powiedział tyle, że Węgry to kraj tolerancyjny, gdzie wielką wagę przykłada się do wartości rodzinnych, tradycyjnych. Dodał, że jest wdzięczny węgierskim homoseksualistom za to, że nie zachowują się w sposób prowokacyjny, tak jak w wielu innych europejskich krajach. Jego zdaniem ten prowokacyjny sposób zachowania nie prowadzi do pogłębienia akceptacji osób nieheteronormatycnych w społeczeństwie. Pozwolę sobie nie komentować logiki tej wypowiedzi. Powiem z kolei o tym, że Klára Ungár, działaczka LGBT, na swoim facebookowym profilu napisała, że m.in. jeden z fideszowskich polityków, Máté Kocsis, zapewne zgadza się z premierem i z tego powodu się nie ujawnia. Tylko tyle i aż tyle. Polityk pozwał aktywistkę o zniesławienie i o dziwo… proces wygrał. Ungár ma zapłacić „poszkodowanemu” dwa miliony forintów, czyli około 30 000 złotych, usunąć „obraźliwy” wpis, a także publicznie przeprosić Kocsisa. Będzie się odwoływać. Sprawa jest na tyle kuriozalna, że należy zadać sobie pytanie, czy bycie osobą homoseksualną niesie ze sobą jakieś moralne wartości? Kocsis ma żonę i dziecko. Reporterzy pytają go, czy gdyby ktoś wyzwał go od zielonookiego, to również poszedłby z tym do sądu. Odpowiada, że rozumie aluzję, lecz odnosząc się do zaistniałej sytuacji, czuje się pokrzywdzony i orzeka, że jest w stanie udowodnić szkody, jakie poniósł. Reasumując, pary homoseksualne są w jakiś sposób chronione na Węgrzech, natomiast już samo bycie homoseksualistą oznacza bycie osobą drugiej kategorii, która nie może piastować niektórych stanowisk; nie powinni oni występować w życiu publicznym, muszą cierpliwie tolerować fakt, że są mniejszością, i nie są co prawda przestępcami, lecz muszą uznać wyższość osób hetero. Nazwanie kogoś gejem powoduje bezsenność i strach przed jutrem. Moim zdaniem, pomimo braku uregulowań prawnych skierowanych dla par osób tej samej płci w Polsce, mając Biedronia, Grodzką, Legierskiego i wiele innych osób w życiu politycznym, nie mówiąc już o kulturalnym – z Dehnelem, Raczkiem, Szczygielskim, Witkowskim, Filipiak czy nawet Kwiatkowskim – jesteśmy o wiele bardziej akceptującym społeczeństwem niż Węgrzy. Na Węgrzech nie ma czegoś takiego jak ministerstwo kultury – jest za to Ministerstwo Zasobów Ludzkich. Na jego czele stoi teraz Zoltán Balog, który jeszcze jako minister ds. integracji społecznej w 2013 roku „zabłysnął” przyznaniem kontrowersyjnemu prezenterowi telewizyjnemu Ferencowi Szaniszló – wielo-

38

krotnie oskarżanemu o antysemickie i antyromskie wypowiedzi – odznaczenia Táncsicsa. To kolejny przykład na to, jakie postawy popiera Orbánowska dyktatura większości? To prawda, chciałbym jednak zacząć od tego, że w chwili obecnej na Węgrzech jest siedem ministerstw. W czasach przed 2010 było ich 12–14. Wśród obecnych ministerstw możemy wyróżnić: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak wspomniałaś – Ministerstwo Zasobów Ludzkich, Ministerstwo Rolnictwa, Ministerstwo Obrony, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwo Gospodarki Narodowej. Czy jest to bardziej sukces, ograniczenie zbędnej administracji, czy może jest to furtka do generalizowania, ignorowania, marginalizowania wielu kwestii?

Lektura dzienników Máraiego ukazuje niezliczone podobieństwa pomiędzy tym, co działo się w Europie przed II wojną światową, a tym, co dzieje się teraz w kręgach skrajnej prawicy. Co do odznaczenia Sztaniszló nagrodą Táncsicsa, sprawa jest bardzo ciekawa i nie obyła się również bez skandalu. Po tym, jak Zoltán Balog nominował kontrowersyjnego dziennikarza do tej nagrody, wielu jej laureatów postanowiło w ramach protestu ją zwrócić. Balog oznajmił, że raz przyznanej nagrody nie można się zrzec, przyznanie jej Sztaniszló odbyło się przez pomyłkę, jednocześnie poprosił go o jej zwrot. Dziennikarz dostosował się do prośby i zwrócił nagrodę w pięć dni od jej wręczenia. W swoim programie telewizyjnym oświadczył, że nie chce jej otrzymać za cenę szantażowania narodu. Rezygnuje z niej, zwraca ją tym, którzy uważają go za osobę jej niegodną, by ci mogli zmienić zdanie na jego temat. Czy na Węgrzech wytworzyła się jakaś nowa kulturalna alternatywa, sztuka krytyczna, politycznie zaangażowana, nasiliły się zjawiska offowe, czy wręcz przeciwnie – tego typu inicjatywy już tylko dogorywają, pozbawione jakiejkolwiek, centralnie przyznawanej, dotacji? I jeszcze – co z prasą, także tą kulturalną? Jednym z organów wspomagających działalność Ministerstwa Zasobów Ludzkich jest tzw. Komitet ds. Kultury i Prasy, pełniący funkcję nadzorującą. Czy ten nadzór równa się cenzurze?

fabularie 4 (9) 2015


Rozmowa: Mirosław Tyc Sztuka alternatywna czy też dziennikarstwo alternatywne wciąż działają. Pytanie – czy mają odbiorców. Obecnie największym, najprężniej działającym i najtrudniejszym do kontroli medium jest Internet. Na Węgrzech najbardziej prężnie działającą stroną informacyjno-opiniotwórczą jest www.444.hu. Jest to strona bardzo antyorbánowska, bardzo nowoczesna, czasami w swojej formie, moim zdaniem, zbyt nowoczesna. Mam na myśli krótkie, kąśliwe teksty obśmiewające niektóre wydarzenia czy osoby. Mnóstwo memów. Często można tam zobaczyć obsceniczne, wulgarne obrazy. Czasami przypomina mi francuski „Le Canard enchaîné”. To jest język, sposób komunikacji najmłodszego pokolenia. Kolorowy, świecący telegraf. Jeżeli chodzi o wydarzenia, miejsca offowe, alternatywne – pojawiają się one i znikają. Pamiętam miejsce o nazwie Sirály na Király utca w Budapeszcie – wspaniała knajpa, która prowadziła wiele alternatywnych wydarzeń, pokazów filmowych, koncertów, spotkań, dyskusji. Od 2011 nie działa ze względu na „niepłacenie rachunków”. Do dziś na ich stronie internetowej widnieje gorzkie pożegnanie oraz wyraz obawy przed nadchodzącymi nowymi czasami i porządkiem. Miasto nie zgodziło się na żadne dotacje dla tego miejsca. Na szczęście raz na jakiś czas pojawia się nowa alternatywna miejscówka. Kiedy umrze, pojawia się następna. Obecnie mamy w Budapeszcie na przykład RoHAM bár, organizujący koncerty, wystawy i alternatywne imprezy. „RoHAM” to alternatywny magazyn, który już od kilku lat pojawia się co jakiś czas w budapeszteńskich alternatywnych klubach. Nakład nie jest jednak zbyt duży.

i twórczością węgierskiego poety Endre Adyego. Charyzmatyczna postać, która bierze się za bary z Bogiem, miłością, stosunkami rodzinnymi, rozliczeniem idei narodowowyzwoleńczych. Jeżeli chodzi o współczesną literaturę piękną, cynicznym byłoby polecać kogokolwiek ze względu na niewiele tłumaczeń na język polski czy angielski. Pozwolę sobie jednak wymienić dwa nazwiska. Po pierwsze, Lajos Parti Nagy i jego Fülkefor, w którym krytykuje polityczną rzeczywistość Węgier w przeuroczych krótkich, jednostronicowych opowiadaniach, przypominających żywoty świętych czy może raczej podania ludowe. Używa w nim starego, ludowego języka, prawie gwary, obśmiewa polityków, na przykład byłego prezydenta Pála Schmitta, który wszędzie chodzi ze swoim zeszytem i się doucza. Po drugie, László Darvasi i Isten. Haza. Csal. Zbiór nowel zabierających czytelnika na węgierską, umierającą prowincję. Do świata starych, oszukanych przez życie ludzi, zostawionych przez młodych, którzy wyjechali do lepszego świata. Starzy ludzie pozostali sami, ze swoimi marzeniami, obawami, wartościami, przez które oni sami zostali zdradzeni, zostawieni samym sobie.

György Spiró mi się jeszcze przypomniał… OK, a czy wiesz coś może na temat dotyczącego literatury i czytelnictwa programu „Márai”, zainicjowanego w 2011 roku przez węgierski Narodowy Fundusz Kulturalny? Tak. Celem programu jest propagowanie w kraju, jak i poza jego granicami, literatury – głównie – węgierskiej, zachęcanie do czytania literatury pięknej, także do słuchania audiobooków. Do programu można zgłaszać biblioteki oraz książki. Warunkiem wpisania na Daje się zauważyć, że węgierska sztuka jest z powo- listę książek jest to, by ukazały się na Węgrzech, tzn. du działań rządów Orbána bardzo osłabiona i przez były wydane przez węgierskiego wydawcę, na przeto praktycznie nieobecna na arenie międzynarodo- strzeni ostatniego roku. Tak na przykład na ostatnią wej. Wyjątkiem jest może jedynie kino węgierskie – listę dostał się Anatole France. Do tej pory stworzosą Béla Tarr, Benedek Fliegauf, Kornél Mundruczó… no pięć tzw. list Máraiego, zawierających różne pozyA co ze współczesną węgierską literaturą? Bo o ile cje. W tym roku stworzono piątą listę, skupiając się na ja jestem w stanie wymienić jednym tchem klasy- literaturze skierowanej do dzieci. Program ma dwie ków takich jak Sándor Márai, László Németh, Tibor ogromne zalety – w bibliotekach pojawiają się nowe, Déry, Imre Kertész, no i „odkryty” niedawno dla Pol- świeże pozycje, a dostęp do tej literatury jest większy. ski przez „Literaturę na Świecie” Géza Csáth, o tyle Biblioteki nie mają teraz w swoich zbiorach wyłącznie nie przychodzi mi do głowy żaden reprezentant mło- zakurzonych klasyków, stają się bardziej atrakcyjne. dego pokolenia. Podobno w ostatnim czasie znaczą- Uważam, że jest to świetna akcja, która nie tylko może co spadła na Węgrzech produkcja i sprzedaż książek, powiększyć grono czytelników, ale i sprawić, że biblioa z upolitycznionych mediów znikają programy po- teki mają jakiś sens w XXI wieku. święcone literaturze. Wymienieni przez ciebie autorzy to klasycy XX wieku, Wróćmy do Orbána; był on już premierem Republiki których szczerze polecam każdemu wielbicielowi litera- Węgierskiej w latach 1998–2002. Zdążył chyba wówtury pięknej. Szczególnie Máraiego, który opisuje świat czas pokazać, jaki jest? Trochę już o tym powiedziaw przeddzień rozkwitu nazizmu w Europie. Lektura łeś, ale chciałabym tę sprawę jeszcze nieco podrąjego dzienników ukazuje niezliczone podobieństwa po- żyć… A więc – dlaczego ludzie głosowali na niego między tym, co działo się w Europie przed II wojną świa- ponownie w 2010 oraz na jego partię w ostatnich wytową, a tym, co dzieje się teraz w kręgach skrajnej pra- borach parlamentarnych? Poprzedni, socjalistyczwicy. Jeżeli chodzi o klasyków XX wieku, zdecydowanie no-liberalny, rząd zawiódł społeczeństwo, to jego polecam polskim czytelnikom zapoznanie się z życiem oskarża się o kryzys gospodarczy, czy może Węgrzy

fabularie 4 (9) 2015

39


Rozmowa: Mirosław Tyc potrzebują wodza, który „rozprawi się” na przykład z Romami? Zaznaczmy tu, że nacjonalistyczny Jobbik też ma się całkiem nieźle – w 2014 roku w wyborach parlamentarnych cieszył się poparciem ponad 20-procentowym, a do europarlamentu – prawie 15-procentowym. To bardzo dużo… Obawiam się, że ta sytuacja dotyczy nie tylko Węgier, ale i całego regionu Europy Środkowej. Krajów, które znów tęsknią za byciem potęgą, hegemonem, za posiadaniem kolonii. Obydwa narody straciły w pierwszej połowie XX wieku swoje kolonie: Polska – Kresy, Węgry – Siedmiogród i Słowację. W okresie międzywojennym chadecja, ruchy narodowe były w obu krajach bardzo silne. Czasy komuny spowodowały, że na chwilę zapomnieliśmy, czy też kazano nam zapomnieć, o tych aspiracjach, które były bardzo żywe w dwudziestoleciu międzywojennym. Teraz – po tym, kiedy w latach 90. zachłysnęliśmy się wolnością do tego stopnia, że nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić, następnie dążeniem do wejścia do Unii Europejskiej, wejściem do niej – coraz częściej słyszymy, że jakieś decyzje zapadają nie nad Wisłą czy Dunajem, tylko w Brukseli, Strasburgu. Nie do końca to rozumiemy, nie do końca się z tym zgadzamy. Rodzi się sprzeciw i chęć powrotu do… No właśnie – do czego? To jest dobre pytanie. Do starych granic? Do monarchii? Do rządów chadecji? Do wyraźnego podziału my–oni? Te potrzeby są zaspokajane różnego rodzaju ugrupowaniami mniej bądź bardziej politycznymi, które przekonują swoich wyborców do tego, że kiedyś było lepiej. To słynne: „najlepiej nam było przed wojną”, „kiedyś to było inaczej”. Polakowi może się to wydawać absurdalne, lecz całkiem spora część Węgrów czuje nostalgię za czasami Austro-Węgier. To taki poziom absurdu, jakby dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie wspominali i tęsknili za Lwowem i Wilnem. Najgorsze jest to, że w dzisiejszych czasach w Europie nie mamy przeciw komu walczyć. Wrogów trzeba sobie wymyślić. Są nimi już nie Niemcy, lecz: homoseksualiści, osoby innej wiary czy ateiści, imigranci, osoby o poglądach lewicowych, którzy mają według ludzi poszukujących zmiany – na przykład jobbikowców – zniszczyć ład i porządek, od którego nikt inny, jak sami jobbikowcy właśnie, chcą uciec. Z drugiej strony, ludzie, którym nie podoba się aktualny stan rzeczy, którzy na Węgrzech się duszą – bo na przykład nie mogą swobodnie tworzyć – emigrują. W ostatnim czasie Węgry opuściło około pół miliona osób… Jak widzisz przyszłość tego kraju? To bardzo ciekawa kwestia. Przy mojej ulicy w Poznaniu mieszka dwóch Węgrów. W pracy mam trzy Węgierki. Są to ludzie młodzi, wykształceni, ciekawi świata i ludzi. Każda z tych osób mówi o swoim przyjeździe do Polski jako o ucieczce. Z dużą dawką emocji obserwowali wybory prezydenckie i parlamentarne. Nie wszyscy

40

Całkiem spora część Węgrów czuje nostalgię za czasami Austro-Węgier. To taki poziom absurdu, jakby dzisiejsi 50-latkowie wspominali i tęsknili za Lwowem i Wilnem. mówią po polsku, więc czasem opowiadam im o tym, co się dzieje w polskiej polityce. Bardzo często wybuchają śmiechem i nie dowierzają. Polska jest dziś dla Węgrów wzorem do naśladowania (przynajmniej pod względem ekonomicznym czy kulturowym), dlatego też niektóre wypowiedzi polskich senatorów czy posłów dotyczących in vitro i aborcji (które to na Węgrzech nie budzą tak wiele emocji, co u nas) wydają się im komiczne, nie dowierzają im. Czy chcą wracać? Nie. To wiem na pewno. Nie wiem tylko, czy chcą pozostać w Polsce. Nasz język jest dla części z nich barierą nie do przejścia. Wierzę, że jest to ostatnia kadencja Fideszu. Tak samo, jak poprzednio MSZP, po dwóch kadencjach się „przeje”. Trudno jest mi wytypować zwycięzcę wyborów w 2018 roku. Wydaje mi się, że jeszcze się nie pojawił i że będzie to partia niewywodząca się z MSZP czy LMP. Nie wierzę w konsolidację obecnej węgierskiej lewicy czy liberałów. Niedługo Węgry będą wymagały remontu. Poważnego remontu. Autostrady zbudowane naprędce w latach 90. czy koleje są w nie najlepszym stanie. Jeżeli obecny rząd skupiać się będzie na etyczno-narodowych kwestiach, polityce prorodzinnej i będzie ignorował rozwój infrastruktury, gospodarki – to będzie jego koniec. Ale takiego zakończenia rządów Fideszu nie będzie można nazwać węgierskim happy endem. Uważam, że nie możemy pozwolić sobie na czekanie, aż sprawy same się rozwiążą. I mam tu na myśli nie tylko Węgrów czy Polaków. Wydaje mi się, że powinniśmy więcej działać w regionie Europy Środkowej; środowiska kulturalne, lewicowe, liberalne światopoglądowo, różnego rodzaju inicjatywy powinny się wspierać w Grupie Wyszehradzkiej. To nas połączy, wzmocni. To jest nasza siła, której narodowcy czy konserwatyści nigdy nie osiągną. Oni na arenie międzynarodowej najwyżej założą bluzy z napisem „Polak– Węgier dwa bratanki”. Węgier i Słowak takiej bluzy mieć nie będą. Ta konsolidacja, to porozumienie musi mieć miejsce lokalnie, nie pochodzić z Brukseli, Sztokholmu czy Paryża. Musimy przeżyć rok 1968 jeszcze raz i zrobić to lepiej. Kiedy u nas krzyczano wtedy: „Syjoniści do Syjonu”, w Paryżu najgłośniejszym hasłem było: „Zakaz zakazywania” („Il est interdit d’interdire”). Musimy zrobić naszą, nową, środkowoeuropejską rewolucję – odejść od wartości, które nie przyniosą nam nic dobrego. Lecz by to zrobić, musimy działać razem, ponad podziałami.

fabularie 4 (9) 2015


Nowa poezja

GÁBOR MEZEI Przełożył MIROSŁAW TYC

miedziany gwóźdź bo miedziane gwoździe rosną w drzewach i w ścianach. by wszystkie uschły, na pniach głowy gwoździowe wyrosły jak guziki. słychać ich ciągłe wbijanie w pustym lesie. rytm drzew po stronie wzgórza. na gwoździach są karteczki, na karteczkach powolne napisy. doliny i pokoje upływają, ruszają.

beton rankiem bagno zamokło. na parującym gorącym jeszcze betonie widać odciśnięte ślady. nieustanna niemożność ruchu, łapy, palce i pazury. płetwy, wysychające ryby. ości w pęcherzykach betonu, wyciągnięty pęcherz pławny. trzeszczenie ości, wieczorny pejzaż dźwięków stygnącego betonu.

monstrum2 z jego czarnego, zakurzonego tułowia wyrastają skrzydła, w sercu czuje ból. na tułowiu ma łeb, skrzydła podnoszą się, jego ból byłby rozdał, lecz nie można go podzielić. na środku jego podzielonego cielska jest serce, ciało podzielono na dwie równie ciężkie uskrzydlone części, tułów drętwieje. czarny tułów żywcem na dwoje podzielony, do ledwo poruszającego się łba podłączono silny lek przeciw pęknięciu serca, a we łbie ostro łupie ból. serce jest jedno całe i niepodzielne.

Gábor Mezei urodził się w 1982 roku w Gyöngyös. Dorastał w Miszkolcu, studiował w Debreczynie, żyje w Budapeszcie. Literaturoznawca, poeta. Jego pierwszy zbiór wierszy pt. függelék (pol. uzupełnienie) wydało w 2012 roku wydawnictwo L’Harmattan Kiadó. Obecnie pracuje na budapesztańskim uniwersytecie ELTE na wydziale literatury porównawczej i wiedzy o kulturze. Tłumacz poezji Lőrinca Szabó oraz angielskich powieści i piosenek. Regularnie publikuje swoje wiersze w czasopismach literackich i w Internecie.

fabularie 4 (9) 2015

41


EMILIA WALCZAK

Wojnę rozpętały świnie O XX-wiecznej odysei Stefana Zweiga

J

uż sam podtytuł wznowienia książki Stefana Zweiga (1881–1942), wydanej przez PIW w 1958 roku, Świat wczorajszy – mianowicie: Wspomnienia pewnego Europejczyka – stanowi jej clou; niejako jest także jej kondensacją czy nawet… streszczeniem. Wspomnienia pewnego Europejczyka – nie: Austriaka, nie: wiedeńczyka. Czuł się bowiem Zweig, podobnie zresztą jak jego przyjaciel Joseph Roth, z którym miał wiele punktów wspólnych (austro-węgierski rodowód, żydowskie korzenie, łatkę konwertyty, do pewnego przynajmniej momentu wspólne, lewicowe poglądy, wieczną tęsknotę za c.k. monarchią, wiarę w mit habsburski oraz gargantuiczną wręcz niechęć do nacjonalizmu), obywatelem Europy, starej, przedwojennej (mowa tutaj o pierwszej wojnie światowej), duchowo zjednoczonej Europy, dającej mu poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Europy bezpowrotnie utraconej, zrujnowanej przez nacjonalizm i później przez faszyzm i hitleryzm. A więc – czuł się obywatelem tytułowego „świata wczorajszego”. Bez przeciwko hitleryzmowi, w 1942 roku popełnił wraz wątpienia był wyznawcą status quo ante. z żoną samobójstwo. Jak widać – całkiem nadaremnie. Stefan Zweig pisał Świat wczorajszy – autobiografię, Podobnie jak wcześniej nadaremnie utopił w alkoholu ale też portret „starego Starego Kontynentu” – w ostat- swój wielki talent i samego siebie Joseph Roth, o którym nich latach swojego życia, przebywając na emigracji w pośmiertnym szkicu Stefan Zweig pisał tak: „Tryumf czy też raczej, jako Żyd: na przymusowym wygnaniu, Antychrysta na Ziemi: pryncypialne zło, nienawiść, najpierw w Stanach Zjednoczonych, później w Brazylii. gwałt i kłamstwo – to właśnie przekształciło jego życie Stąd też książka ta pełna jest nostalgii, melancholii, roz- w pasmo nieustającej rozpaczy”1. Zdaje się, że rok 2015 jest doskonałym, najwyższym goryczenia, rozczarowania i biernej niezgody na okrucieństwo, niegodziwość i upadek moralny wielkiej Eu- już czasem na wznowienie w Polsce dzieł Zweiga (rówropy, tak racjonalnej na pozór, tak rozsądnej przecież… nież Rotha, którego na nowo wydaje od jakiegoś już Tak wzniosłej i uduchowionej, z Goethem, Hölderlinem czasu krakowsko-budapesztańska oficyna Austeria, czy i Schillerem, z Schubertem, Mozartem i Bachem. tez np. Sándora Máraiego, którego na bieżąco odświeZweig pisał swą książkę in extremis; owo wielkie ża warszawski Czytelnik – a więc zażartych przeciwdzieło będące rozpaczliwym wołaniem o opamiętanie ników nacjonalizmu). Będąc dziś – jako kraj – my, Posię, lamentacją XX-wiecznego proroka Jeremiasza na- lacy, częścią projektu wspólnotowego, jakim jest Unia pominającego omamioną ludzkość (to oczywiście nawiązanie do słynnego antywojennego dramatu Zweiga, 1 Stefan Zweig, Joseph Roth, [w:] Samotny wizjoner. Joseph Roth we zatytułowanego Jeremiasz właśnie, z 1917 roku; nadwspomnieniach przyjaciół, esejach krytycznych i artykułach pramieńmy, że przyjaciele Zweiga nazywali go nie inaczej, sowych, pod red. E. Jogałły, przekład z jęz. niemieckiego P. Krzak, jak „Jeremiaszem”!). Wkrótce potem, na znak protestu Wydawnictwo Austeria, Kraków–Budapeszt 2013, s. 146.

42

fabularie 4 (9) 2015


Europejska, dobrze zdajemy sobie sprawę, ba, widzimy na własne oczy i słyszymy na własne uszy podczas różnej maści demonstracji czy innych pieniaczych wystąpień, kto jest tego projektu największym zagrożeniem: nacjonaliści. To nacjonaliści są dziś bowiem obsesjonatami zrywania sojuszy, „rozwalania układów”, „systemów” – systemów wzajemnych połączeń niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania europejskiego organizmu; fanatykami owego ślepo destrukcyjnego działania w imię niejasnych partykularnych interesów, będącego zagrożeniem dla z trudem wypracowanego i utrzymywanego – na drodze wielu kompromisów i wielkiej, mądrej, wyważonej i zręcznej dyplomacji – pokoju na kontynencie. Przewrotna historia lubi, niestety, zataczać koła i z perspektywy czasu doskonale można dziś zauważyć (przy idealistycznym założeniu, oczywiście, że chce i potrafi się patrzeć i rozumieć), iż dokładnie przed tym samym niecnym zjawiskiem – szowinizmem – ostrzegała nas już na długo przed dojściem gwałtem do władzy w Europie narodowosocjalistycznej partii Hitlera (a więc jeszcze przed owych ruchów nacjonalistycznych ukoronowaniem) pewna grupa myślicieli, w tym pisarzy, jak choćby wspomniany Joseph Roth, który to w 1934 roku pisał w Popiersiu cesarza m.in. tak: „Posłuchaj mnie, Salomonie! Ten obrzydliwy Darwin, który powiada, że ludzie pochodzą od małp, zdaje się jednak mieć rację. Nie wystarcza już ludziom, że są podzieleni na ludy, nie!, chcą należeć do określonych narodów. Narodowy, słyszysz, Salomonie?! Na taką myśl nie wpadłyby nawet małpy. Teoria Darwina wydaje mi się jeszcze niekompletna. Może z kolei małpy pochodzą od nacjonalistów, bowiem małpy oznaczają pewien postęp. Znasz Biblię, Salomonie, wiesz, że jest tam napisane, iż szóstego dnia Bóg stworzył człowieka, ale nie człowieka narodowego. Nieprawdaż, Salomonie?”2. Oraz wymowne: „Od człowieczeństwa przez narodowość do bestialstwa”3. To akurat powtarza Roth za Franzem Grillparzerem. I właśnie owe trzy etapy historycznego regresu, a w konsekwencji: upadku Europy, jej samozagłady, moralnego auto da fé, opisuje w swej książce Stefan Zweig, sam zresztą Grillparzera w niej cytując, nazywając sam siebie tym, który „kroczy żywy za własnym pogrzebem” (s. 303). Znajdziemy w Świecie wczorajszym, podobnie jak w dziełach Rotha, wiele literackich momentów radykalnego krytycyzmu wobec postaw szowinistycznych, ot chociażby takie: „Wbrew woli stałem się świadkiem najstraszliwszej klęski rozumu i najdzikszego triumfu brutalności w historii świata” (s. 8); „Wszystkie trupio blade konie Apokalipsy przecwałowały przez moje życie: rewolucja i głód, inflacja i terror, epidemia

i emigracja. Widziałem, jak szerzyły się wielkie ideologie masowe: faszyzm we Włoszech, hitleryzm w Niemczech, a z drugiej strony bolszewizm w Rosji – a przede wszystkim owa straszliwa zaraza, nacjonalizm, która zatruła kwiat naszej kultury europejskiej” (s. 10); „Dopiero po wojnie rosnący nacjonalizm wprowadził zamęt w świecie i jako pierwsze uchwytne zjawisko zrodziła się z tej epidemii naszego stulecia ksenofobia: chorobliwa niechęć do cudzoziemców lub co najmniej strach przed nimi” (s. 391).

* * *

Wiedeń końca XIX wieku, opisany w pierwszych partiach książki, jawi się u Zweiga jako kraina wielkiej szczęśliwości, w której „tolerancji nie uważano (…) za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną” (s. 35), gdzie „żyło się przyjemnie i wygodnie, a małe troski głaskano jak posłuszne, oswojone zwierzęta domowe, których w gruncie rzeczy nikt się nie boi” (s. 36), gdzie „obierano jeszcze kwiatki jako symbole partyjne, a nie buty z cholewami, sztylety i trupie czaszki” (s. 69). To w Wiedniu poznał Zweig pisarza, poetę i dramaturga Hugona von Hofmannsthala, a także twórcę i głównego ideologa ruchu syjonistycznego, Theodora Herzla, duchowego ojca państwa Izrael, którym to postaciom poświęca obszerne fragmenty Świata wczorajszego, przypatrując się im z psychologiczną wnikliwością godną Sigmunda Freuda – z którym zresztą przyjaźnił się i który był dla niego zawsze wielką inspiracją („W ciągu tych wielu lat rozmowa z Freudem sprawiała mi zawsze najwyższą rozkosz duchową. Można się było uczyć od niego i podziwiać go zarazem, chwytał w lot każde słowo, rozumiał wszystko; nie znał żadnych przesądów, niczyje zwierzenia nie przerażały go, żadne stwierdzenie nie odbierało mu spokoju; tak bardzo pragnął nauczyć innych jasności widzenia

Stefan Zweig Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka przeł. Maria Wisłowska

2

Józef Roth, Popiersie cesarza, tłum. I. Maślarz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984, s. 17.

Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 2015

3

Tamże, s. 16.

fabularie 4 (9) 2015

43


i jasności odczuwania, iż pragnienie to przeobraziło się w jego impuls życiowy” – s. 402). Później opisuje Zweig swe liczne, arcyciekawe podróże – będące jedynym, jego zdaniem, gwarantem zrozumienia Europy (bo widzianej wówczas z dystansu), jak i świata w ogóle. W Berlinie poznaje – kosmopolita i już wtedy poliglota – Zweig pisarza Petera Hillego oraz twórcę antropozofii Rudolfa Steinera; w Belgii – poetę Émile’a Verhaerena; w Paryżu – pisarza i krytyka literackiego Léona Bazalgette’a, a także samego Rainera Marię Rilkego, o którym pisze niezwykle pasjonująco. Oto przykład: „W nie mniejszym stopniu niż umiarkowanie fizyczną niemal potrzebę stanowiły dla niego ład, czystość i cisza. Jazda w przepełnionym tramwaju czy siedzenie w gwarnym lokalu psuły mu humor na długie godziny. Wszystko, co wulgarne, było dla niego nie do zniesienia i chociaż żył w bardzo skromnych warunkach, wykazywał zawsze największą troskę o wygląd zewnętrzny. Jego ubranie, zawsze schludne i gustowne, było zarazem dobrze przemyślanym i dobrze skomponowanym arcydziełem niepozorności, lecz wyposażone w jakiś drobny, całkiem osobisty akcent, jakiś drobiazg, z którego Rilke cieszył się skrycie, na przykład cienka srebrna bransoletka na przegubie ręki. To estetyczne poczucie doskonałości i symetrii sięgało aż do spraw najbardziej osobistych” (s. 142). (Później zobaczy Zweig wymizerowanego Rilkego wciśniętego w wojskowy mundur…). W drodze z Kalkuty do Indochin poznaje z kolei Zweig Karla Haushofera – geografa i twórcę geopolityki, którego jednym ze studentów był Rudolf Hess; za pośrednictwem tego drugiego idee Haushofera oddziałały później na ekspansjonistyczną strategię Hitlera. Pisze autor Świata wczorajszego: „Hitler, chociaż niewiele miał zrozumienia dla nieznanych mu idei, instynktownie przyswajał sobie wszystko, co mogło być pożyteczne dla jego celów osobistych. Toteż wykorzystał «geopolitykę» dla siebie i dla polityki narodowosocjalistycznej na tyle, na ile mogła służyć jego ambicjom. Narodowy socjalizm starał się zawsze o podbudowę ideologiczną i pseudomoralną dla swego na wskroś egoistycznego dążenia do władzy i w pojęciu Lebensraum uzyskał filozoficzną osłonę maskującą nagie cele zaborcze” (s. 182). We Florencji natrafia w końcu Zweig na swojego duchowego sprzymierzeńca – socjalistę, ale przede wszystkim – wielkiego pacyfistę i antymilitarystę – Romain Rollanda; człowieka, który „nieulękłym, jasnym wzrokiem spoglądał na kłębiący się chaos świata” (s. 254). Zachwyca się jego powieścią Świt, stanowiącą pierwszą księgę Jana Krzysztofa (1904–1912), książką „świadomie internacjonalistyczną” – jak określił ją autor Świata wczorajszego – „pierwszym zdecydowanym apelem do narodów o zbratanie” (s. 195). Jednak Rolland, zdaje się, już wówczas porzucił był nadzieję, tuż przed Międzynarodowym Kongresem Socjalistycznym, który miał odbyć się w Wiedniu latem 1914 roku, pisząc tak: „Ilu

44

zdoła się oprzeć, gdy przeczyta plakaty z nakazem mobilizacji? Żyjemy w czasach tak wielkich doznań zbiorowych, tak wielkiej histerii mas, że trudno przewidzieć jej rozmiary w razie wojny” (s. 205). Brzmi znajomo? I faktycznie, „(…) 28 czerwca 1914 roku padł w Sarajewie strzał. W ciągu jednej sekundy świat pewności i bezpieczeństwa, świat twórczej myśli, w którym byliśmy wychowani, w którym dorastaliśmy i który stał się naszym domem – rozpadł się na tysiące odłamków niby puste gliniane naczynie” (s. 206). Jak sugeruje Zweig, wieczne swary Austrii z Serbią powstały „w gruncie rzeczy tylko na tle paru umów handlowych w sprawie eksportu serbskich tuczników” (s. 211). Pierwsza wojna światowa wybuchła z winy świń.

„Berlin przekształcił się w wieżę Babel całego świata, wesołe miasteczka i domy rozpusty wyrastały jak grzyby po deszczu”. * * *

W czasie wojny, w zuryskim „Café Odeon” poznaje Stefan Zweig Jamesa Joyce’a, owego „bardzo utalentowanego pisarza angielskiego” – jak błędnie powiedziano o nim wcześniej autorowi Świata wczorajszego – który „przesiadywał przeważnie samotnie” (s. 263) w kawiarnianym kącie, stanowczo odżegnując się w rozmowach od rzekomego angielskiego pochodzenia, z pełnym zdecydowaniem podkreślając natomiast swoją irlandzkość. Po zakończeniu wojny wraca natomiast Zweig do Austrii, a właściwie do tego, co z niej zostało („kadłub, broczący krwią ze wszystkich żył” – s. 269), na stacji pogranicznej Feldkirch będąc świadkiem wyjazdu z kraju ostatniego cesarza, Karola, i jego małżonki, Zyty. „Była to historyczna chwila, podwójnie wstrząsająca dla mnie, wychowanego w tradycji cesarstwa” (s. 272) – wspomni potem na kartach Świata wczorajszego. „Była to chwila, w której tysiącletnia prawie monarchia skończyła się na zawsze” (s. 273). Ostatecznie osiada Zweig w zrujnowanym, splądrowanym, piszczącym biedą Salzburgu (o tym, czym była wtedy Austria, z jakim powojennym chaosem i niedorzecznościami musiano się wtedy zmagać, najlepiej świadczą szkice Josepha Rotha publikowane niedawno na łamach „Literatury na Świecie”4), w którym 4

„Literatura na Świecie”, nr 7–8 (528–529) 2015. Choćby: „W rogu przepełnionego wagonu tramwajowego nagle rozległ się kobiecy krzyk: «Mleko!». Gdyby zawołano: «Pali się!», wywołałoby to zapewne o wiele mniejsze poruszenie. Widziałem blade, pokryte

fabularie 4 (9) 2015


– jego zdaniem – nastały „dzikie, anarchistyczne, nie* * * prawdopodobne czasy, kiedy wraz z topniejącą warto- Latem 1928 roku udaje się Stefan Zweig po raz pierwszy ścią pieniądza zachwiały się wszystkie inne wartości” do Moskwy, zaproszony na obchody stulecia urodzin (s. 287), i to zarówno jeśli chodzi o sztukę, jak i panu- Lwa Tołstoja. Ale żeby tam dojechać, musi oczywiście jące obyczaje. „Okazało się w owych dniach, że moral- przeciąć Polskę, o której napisze później tak: „W Warność tego świata zależała wyłącznie od stabilizacji wa- szawie żaden ślad nie wskazywał na to, że przez mialuty. Jest to stara prawda, która poszła w zapomnienie sto przechodziły dwukrotnie, trzykrotnie, czterokrotw ciągu tych lat, kiedy pieniądze miały bezsporną war- nie armie zwycięskie i zwyciężone. W kawiarniach tość. O moralności społeczeństw decydują giełdy świa- roiło się od eleganckich kobiet. Oficerowie, wysmukli ta”5 – pisał Joseph Roth w swej wyśmienitej powieści i ściśnięci w pasie, wyglądali raczej na dobrych aktoRechts und Links z 1929 roku, mówiącej o środkowoeu- rów grających tę rolę niż na prawdziwych wojskowych. ropejskich czasach tuż po pierwszej wojnie światowej Wszędzie widać było ruch i można było wyczuć pewi ich, tych czasów, duchowej pustce oraz moralisches Ir- ność siebie i uzasadnioną dumę, że nowa republika Polresein – „obłędzie moralnym”. ska wydźwignęła się z gruzów stuleci” (s. 314). W Związku Radzieckim poznaje wreszcie Zweig Maksima Gorkiego, autora przekładów swoich książek, a sama Rosja wyda się autorowi Świata wczorajszego krajem wielu kontrastów, „uosobieniem dwoistości” (s. 315).

* * *

Później wyjeżdża Zweig do Włoch, następnie zaś do Niemiec, a tu… istnie orgiastyczny okres w dziejach tego kraju! „Wszystko uległo przewartościowaniu, i to nie tylko w sensie materialnym; dekrety państwowe stawały się pośmiewiskiem, zasady moralności nie budziły w nikim szacunku, Berlin przekształcił się w wieżę Babel całego świata, wesołe miasteczka i domy rozpusty wyrastały jak grzyby po deszczu. To, co widzieliśmy w Austrii, wydawało się łagodnym i nieśmiałym prologiem tego sabatu czarownic, Niemcy bowiem uprawiali perwersję z właściwą sobie metodycznością i systematycznością” (ss. 299–300) – napisze Zweig w Świecie wczorajszym. A wszystkiemu zawiniła inflacja. jednodniowym zarostem męskie twarze o zachłannych, wygłodniałych, wychodzących nieomal z orbit oczach, widziałem kobiety o udręczonych twarzach i gorączkowych, jastrzębich spojrzeniach, ostrych jak grot strzały, patrzyłem na dzieci – blade, jasnowłose, chude i pergaminowe jak warzywny susz, które w zdumieniu, z przestrachem, drżąc jakby w obliczu czegoś wielkiego i nieoczekiwanego, pięknego i strasznego zarazem, szeptały ze sobą i spoglądały ciekawsko w gąszcz rąk i nóg, w ten róg tramwaju, skąd szczeliną w podłodze wagonu płynęła powoli i spokojnie cienka strużka, tłustawa, białożółta jak kość słoniowa” (ss. 12–13). 5

Józef Roth, Rodzina Bernheimów, tłum. dr I. Berman, Wydawnictwo Globus, Lwów–Warszawa 1933, https://wolnelektury.pl/katalog/ lektura/roth-rodzina-bernheimow.html [dostęp: 30 grudnia 2015]. Pozycję tę pod nieprzeinaczonym tytułem – a więc zgodnie z oryginałem i zamysłem Rotha: Z prawa i z lewa – ogłosiło w 2015 roku krakowsko-budapesztańskie Wydawnictwo Austeria.

fabularie 4 (9) 2015

W końcu na powierzchnię światowej polityki wypływa z głębin szaleństwa bestia: Hitler – persona, w której ewentualny przyszły triumf nikt na razie nie wierzy – wszyscy traktują go raczej z dużą dozą pobłażliwości: „Gdy owego pamiętnego dnia w styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem, nie tylko szerokie masy, ale nawet ci, którzy wysunęli go na to stanowisko, uważali, że będzie piastował tę godność tylko tymczasowo, a panowanie narodowych socjalistów będzie zaledwie krótkotrwałym epizodem” (s. 346). Ale pisarze – owi baczni obserwatorzy świata z pozycji właściwego sobie dystansu – już wi(e)dzieli swoje… W tym samym 1933 roku, 29 stycznia – a więc dokładnie w przeddzień nominacji Hitlera na kanclerza Rzeszy – Sándor Márai, w szkicu zatytułowanym wymownie Mesjasz w Pałacu Sportu, napisze: „Niemcy są wielkim narodem i mają rozmaite poglądy. Tylko jedna piąta słucha, z przekonania, wyrachowania czy bezradnej rozpaczy, Mesjasza, który wśród gęstych błysków magnezji stoi przed swymi wyznawcami na podium w Sportpalast. Ta jedna piąta nie weźmie góry nad sześćdziesięcioma milionami, Mesjasz już o tym wie. Ale ta jedna piąta sześćdziesięciu milionów przysporzy jeszcze Niemcom, Europie i światu niewyobrażalnych szkód, chaosu i zagrożenia. Póki ta jedna piąta jest zwarta i trzyma się razem, póty nie ma mowy o pokoju na świecie. Mówię to, bo widziałem te twarze!”6. Znamienne: wkrótce zaczęto na pół oficjalnie, acz publicznie palić (lub przybijać gwoździami do słupa) „zwyrodniałe” książki (w tym także książki Zweiga), cichaczem budując też pierwsze tajne bunkry i obozy koncentracyjne. A przecież: „Wo man Bücher verbrennt, 6

Sándor Márai, Mesjasz w Pałacu Sportu, [w:] W podróży, tłum. T. Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2011, ss. 189–190.

45


Dawny dom Stefana Zweiga w Petrópolis, fot. Andreas Maislinger (Wikimedia Commons)

verbrennt man am Ende Menschen” – „Gdzie się pali książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi”. To wydedukował już w roku 1817 Heinrich Heine. Jednakże wciąż jeszcze nie upatrywano w tych wyskokowych działaniach Hitlera i jego popleczników żadnego poważniejszego zagrożenia… A gdyby istniało wówczas pojęcie „performance’u”, zapewne tak właśnie by je określono: „polityczny performance”, i machnięto nań ręką. Tymczasem wkrótce coraz więcej rąk ochoczo zaczęło się unosić w miarowym, chwalebnym i oddanym geście „Heil Hitler!”.

* * *

W październiku 1933 roku opuszcza Stefan Zweig swój piękny dom w Salzburgu, postanawiając tę zimę spędzić za granicą. Nie wie wtedy jeszcze, że będzie to już właściwie z owym domem pożegnanie. Preludium do definitywnego rozstania. Udaje się do Anglii. Tu, w Londynie, zaczyna prace nad zbeletryzowaną biografią Marii Stuart. W 1934 przyjeżdża (na chwilę) do Austrii, odwiedza Wiedeń i ponownie udaje się do swojego domu w Salzburgu, gdzie już niebawem czeka go niespodziewana i niczym nieuzasadniona rewizja. Wtedy to podejmuje decyzję o ostatecznej emigracji do Anglii. Odtąd każde kolejne miejsce zamieszkania będzie dla niego ledwie prowizorium, erzacem prawdziwego, na zawsze utraconego domu (bo dobrze, zdaniem Zweiga, jest wyjeżdżać, ale bardzo miło jest także wracać – zwłaszcza mając

46

dokąd wrócić!). Domu nie tylko w sensie dosłownym, ale też symbolicznym: stanie się bowiem Zweig bezpaństwowcem, z białym nansenowskim paszportem w dłoni. Później przeprowadzi się do Bath, gdzie stworzy swe obszerne studium o Balzacu. Tu też, 1 września 1939 roku, w urzędzie stanu cywilnego będzie chciał poślubić swoją przyszłą towarzyszkę życia – lecz dosłownie w chwili podpisywania papierów dobiegnie ich wieść o napaści Niemców na Polskę i wybuchu drugiej wojny światowej, w efekcie czego ślub nie zostanie wówczas sfinalizowany… W Anglii mieszkać będzie do roku 1940. Tu pozna Bernarda Shaw i H.G. Wellsa. Nie przestanie jednak podróżować: odwiedzi Stany Zjednoczone i Amerykę Południową. „Ale podróże, nawet podróże pod inne gwiazdy i na inne kontynenty, nie oznaczają jeszcze ucieczki od Europy i od troski o Europę” (s. 381). Owa niezbywalna troskliwość zaprowadzi go już za dwa lata, tuż po ukończeniu swojego ostatniego dzieła – Noweli szachowej – nad skraj rozpaczy, znad którego nigdy już nie powróci. Zabierze ze sobą żonę. 22 lub 23 lutego 1942 roku, po przedawkowaniu barbituranów, trzymający się za ręce państwo Zweig zostaną znalezieni martwi w swoim domu (!) w mieście Petrópolis w południowo-wschodniej Brazylii. Ostatnie trzy zdania, jakie wyjdą spod pióra Stefana Zweiga (w liście samobójcy), zabrzmią tak: „Żegnam wszystkich przyjaciół! Niechaj oni ujrzą świt po tak długiej nocy! Ja, zbyt niecierpliwy, odchodzę”.

fabularie 4 (9) 2015


fot. www.unsplash.com

Wiersz

GRZEGORZ KWIATKOWSKI zbierać ulubioną zabawą dzieci było kopanie dołów do których wrzucały zwłoki zwierząt a potem je zasypywały a kilka tygodni później odkopywały i tak w kółko aż nie było co zbierać

Grzegorz Kwiatkowski (ur. 1984) – mieszka w Gdańsku. Poeta, muzyk. Wydał 5 tomów wierszy: Przeprawa (2008), Eine Kleine Todesmusik (2009), Osłabić (2010), Radości (2013), Spalanie (2015) oraz dwujęzyczny polsko-angielski zbiór Powinni się nie urodzić (2011). Członek zespołu Trupa Trupa. Autor słów do spektaklu Duety nieistniejące Teatru Dada von Bzdülöw i Mikołaja Trzaski (2011). Współautor adaptacji libretta opery Madame Curie Elżbiety Sikory (2011). Współrealizator spektaklu Istota kolektywu artystycznego Polka dot (2012). Dwukrotnie zgłoszony do Paszportów „Polityki”. Stypendysta m.in.: Międzynarodowego Domu Pisarzy w Grazu (2015), programu NCK „Młoda Polska” (2013), Ministra Kultury (2012). Nominowany do Nagrody „Aktivista” w kategorii artysta roku za płytę ++. Laureat m.in.: nagrody Splendor Gedanensis, Nagrody Specjalnej Marszałka Województwa Pomorskiego, Nagrody Artystycznej Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki, Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców. Publikował m.in. w „Zeszytach Literackich”, „Tygodniku Powszechnym”, „Twórczości”, „Midraszu”, „Lampie”, Dwutygodniku. Tłumaczony na jęz. angielski i niemiecki.

fabularie 4 (9) 2015

47


Wyjechani NATALIA NAZARUK

Nie tylko słowa: Humans of New York N

astoletni chłopiec w czarnej puchowej kurtce pozuje do zdjęcia z zaciśniętymi ustami – być może trochę z chwilowego onieśmielenia, zaskoczenia faktem bycia fotografowanym przez obcego człowieka, który przed chwilą zaczepił go na ulicy. Jego oczy zdają się jednak mówić, że jest energicznym i bystrym młodym człowiekiem. W tle widać rząd szaroburych bloków, charakterystycznych dla nowojorskiego Brooklynu. Pod zdjęciem możemy przeczytać dialog, w którym fotograf pyta chłopaka, kto ma największy wpływ na jego życie. Nastolatek odpowiada, że jest to dyrektor jego szkoły, pani Lopez, która w razie problemów z uczniami, zamiast ich karać, zawieszać w prawach czy usuwać ze szkoły, robi wszystko, aby wytłumaczyć im, dlaczego tak ważne jest, aby unikali złych wyborów w życiu; zapewnia, że każdy z nich jest ważny, daje motywację i wsparcie. W kilku zdaniach chłopak opisuje wspaniałego nauczyciela i wzór do naśladowania. Kilka dni później zdjęcie ma już kilka milionów tak zwanych „polubień” na Facebooku, setki tysięcy dalszych udostępnień, zainteresowanie mediów i osób publicznych. Mierzalnym efektem publikacji zdjęcia są setki tysięcy zebranych dolarów, które przeznaczone będą na doroczną podróż na Harvard dla uczniów szkoły, do której chodzi chłopak. Wspomniany w tej historii nastolatek ma na imię Vidal, zaś fotografem jest Brandon Stanton, autor fenomenalnego i cieszącego się niezwykłą popularnością (aktualnie ponad 16 milionów fanów na Facebooku!) bloga i strony Humans of New York, czyli Ludzie Nowego Jorku. Brandon poprzez swój projekt HONY każdego dnia pokazuje mieszkańców Wielkiego Jabłka, fotografując ich i rozmawiając z nimi w taki sposób, że każda z tych historii trafia wprost do naszego serca. Zwykle prezentowane przez Brandona historie i fotografie pozwalają nam odkryć emocje i codzienne problemy ludzi często odległych od nas nie tylko geograficznie, ale i kulturowo. Niezależnie od miejsca zamieszkania, mamy dostęp do najgłębszych emocji, trosk i codziennych zmagań ludzi, których nie mielibyśmy szans spotkać osobiście.

48

Nie do przecenienia jest wspaniała praca Brandona na rzecz tolerancji i wzajemnego zrozumienia się ludzi z całego świata. Wiele z prezentowanych przez niego historii ma jednak swój ciąg dalszy i często pozytywny finał. Trudno zliczyć akcje zbiórki pieniędzy dla potrzebujących, którzy znaleźli się w wyjątkowo trudnej sytuacji życiowej, rozliczne są oferty stypendiów dla ambitnych młodych talentów od przypadkowych internautów czytających HONY, częste są też słowa wsparcia zarówno mentalnego, jak i realnego od wielkich tego świata. Wspomniany na początku artykułu Vidal miał okazję spotkać się z prezydentem Obamą, który zaprosił go do swojego gabinetu i mówił o tym, jak ważne jest, by młodzi ludzie wierzyli w swoje marzenia i dążyli do ich realizacji, niezależnie od tego, w jak trudnej sytuacji się obecnie znajdują. Jedno z innych zdjęć wykonanych przez Brandona Stantona przedstawia młodego chłopca, który płacze, nie patrząc w obiektyw. Pod zdjęciem możemy przeczytać, że chłopiec jest homoseksualistą i bardzo się boi, jak będzie wyglądać jego życie w przyszłości, oraz, że nikt go nie polubi. Pod zdjęciem pośród tysięcy wspierających komentarzy znalazł się także niesamowicie ciepły komentarz od Hilary Clinton. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko słowa, jednak dyskusja kilkudziesięciu tysięcy internautów, w tych osób szeroko znanych opinii publicznej, ma, moim zdaniem, realną moc zmieniania opinii i poglądów osób, które dopiero dzięki takim historiom mogą odkryć lęki i problemy innych ludzi. Jedno z kolejnych zdjęć na HONY przedstawiało mężczyznę w garniturze i okularach oraz bardzo podobnie do niego wyglądającego i ubranego około 10-letniego chłopca. Chłopiec wyznał fotografowi, że jego marzeniem jest zostać dziennikarzem, tak jak jego tata, a jednym z największych planów jest przeprowadzenie wywiadu z dyrektorem NASA na temat fantastycznych konstrukcji, nad którymi agencja kosmiczna pracuje. Jakież było zdziwienie osób śledzących historię pod zdjęciem, kiedy wkrótce NASA opublikowała komentarz zapraszający chłopca do swojej siedziby w celu przeprowadzenia wywiadu!

fabularie 4 (9) 2015


To, czego na swoim blogu i stronie dokonał Brandon Stanton, jest fantastycznym przykładem na to, jak w odpowiednich rękach Współczesne media mogą przyczynić się do realnego zmieniania świata.

fot. www.unsplash.com

Aktualnie jednym z ważniejszych tematów dla Brandona są historie imigrantów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia lub w ucieczce przed wojną podróżują lub mieszkają w Stanach Zjednoczonych oraz Europie Zachodniej. Niezwykle uważny, delikatny i poruszający styl Brandona pozwala milionom ludzi na całym świecie spojrzeć na imigrantów w zupełnie nowy sposób. Pozwala odkryć ich poruszające historie, niewyobrażalne straty i doświadczenia, nadzieje, które wciąż mają i które już stracili. Kolejne zdjęcia przedstawiają tych, którzy stracili wszystko lub bardzo wiele, którzy borykają się z codziennością, ale także tych, którzy dzięki swojej determinacji i nierzadko pomocy przypadkowych ludzi dobrej woli mogą rozpocząć swoje życie od nowa. To, czego na swoim blogu i stronie dokonał Brandon Stanton, jest fantastycznym przykładem na to, jak w odpowiednich rękach współczesne media mogą przyczynić się do realnego zmieniania świata, zwłaszcza jeżeli chodzi o budowanie zrozumienia i wzajemnej akceptacji między ludźmi pochodzącymi z zupełnie różnych kręgów kulturowych czy o skrajnie przeciwnych opiniach. Nic dziwnego, że w 2013 roku Brandon Stanton został ujęty przez „Time Magazine” w zestawieniu 30 najbardziej wpływowych osób przed ukończeniem 30. roku życia zmieniających świat. Wielu sympatyków coraz śmielej wspomina też o tym, że Brandon powinien być naturalnym kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla. Trzymam kciuki!

fabularie 4 (9) 2015

49


Nowa poezja

Przełożył MICHAŁ TABACZYŃSKI

Królewskie Pole

Vítowi Slívowi, Robertowi Fajkusowi, Vojtěchowi Kučerze

Któż srebrnych nie wydobyłby łez z podziemnych żył tej rudy, gdy zasłoną rdzawych przyłbic zachodzi wzrok nocy i grudy niezoranego pola ścieli tętent światła, ten galop bieli. Tu na podwórkach gronostaj w cieple kurzego łajna zaległ, w sercu osad win pozostał, win, które trzeba tu pić stale.

Rankiem nad polem Światło jak krokiew się wznosi ku niebu, skąd kania jak smoła spada. A z nią śmierć. W tej kropli lepiku. Poranek, kres, pionowa zagłada.

Potok

Bogdan Trojak urodził się w 1975 roku na czesko-polskim pograniczu (dokładnie: w Czeskim Cieszynie). Pisze swoje wiersze po czesku (choć doskonale włada też językiem polskim), w niezwykle zresztą finezyjnej, kunsztownej czeszczyźnie. Wydał do tej pory cztery tomy wierszy (a także jeden tom gromadzący trzy pierwsze książki poetyckie) oraz tom prozy Brněnské metro. Za swoje książki otrzymał ważne nagrody: Nagrodę Jiříego Ortena za drugą swoją książkę Pan Twardowski, a w roku 2005 najważniejszą czeską nagrodę literacką Magnesia Litera za tom Strýc Kaich se žení. Jego poezja nosi ślady wcale nierzadkiego dziś w czeskiej poezji formalizmu (bo oprócz Trojaka są i Petr Borkovec – szczególnie w swojej wczesnej twórczości, i Radek Malý, i J.H. Krchovský), ale także brneńskim (Trojak też zresztą jest poetą brneńskim) klasykiem Janem Skácelem. Ostatnio mniej aktywny na polu literackim, jest niezwykle cenionym winiarzem („winiarz-wizjoner” – tak o nim piszą).

Wąziutki dom, taki opływowy, na dnie nocy gdzieś, nie wiadomo gdzie, przecieka. Dom zakleszczony między stromymi, czarnymi brzegami. Postawiony w potoku. Zamieszkały przez drobnych ludzi.

50

fabularie 4 (9) 2015


Nowa poezja

Czary Na polach bezwietrznie. Nogi mi oblepia ziemia. Ale brnę dalej. W świetle księżyca staruszka wyplata kosz. Zły pies ujadając na miedzianym drucie chce do niego wskoczyć. W oddali słyszę grzechotkę północy – obchodzi właśnie wieś ze swoimi niemymi towarzyszami. Z trudem powłóczę nogami i wciąż się potykam. Zatrzymam się dopiero przy potoku, bo do tego, żeby się czar spełnił, potrzeba wierzbowej gałązki, szczypiec raka i błogosławieństwa stuletniego jaszczura…

W obejściu Karela Tonowskiego Spękanie kamiennej wiedźmy czyni wiadomym w fundamentach nocy pisk ryjówek buszujących w piwnicznych zapasach dyni. Ziewa nów. Ja też dziś nie zasnę. Nagle w oknie mi miga blada plama podkoszulka sąsiada – pofurczał w dal tym swoim pojazdem.

Ja i Bella Wśród pól – szalupy nędznych wioseczek. W głębokich bajorach błyskają ryby, które otrą się o cokolwiek, gdyby tylko to miało sprawić, że z ich trzewi wyciecze zygzakowata strużka mleczu. Kradnijmy stropowe belki, miłością wybawmy od złych przeczuć białą noc rozdygotaną aż do korzeni chrzanu! I teraz już nic nam nie grozi przy spotkaniu tej kobiety, w której głośno chrzęści czarny lód z jądra komety.

fabularie 4 (9) 2015

51


Brumba

Ósemka MARCIN KARNOWSKI

1

Mieszkaliśmy na peryferiach dużego miasta, na skraju lasu. Gdy szło się w głąb, w pewnym momencie wyrastał drut kolczasty, który bronił wstępu do rozległych zakładów chemicznych. Tutaj kończył się świat. Po drugiej stronie spacerowali uzbrojeni strażnicy. Kiedy mieliśmy osiem lat, Boniek strzelił Belgom trzy bramki. Zbieraliśmy okrągłe nalepki z napisem „España 82”. Widzieliśmy, jak wódka przy ogórkach cieszy się po zwycięstwie nad Francją. Później, każdego dnia po lekcjach biegliśmy do lasu kopać piłkę między drzewami. Po meczach zbieraliśmy poziomki, nanizując owoce na źdźbła trawy. Nieopodal znajdowała się pętla tramwajowa. Siadaliśmy na ziemi i patrzyliśmy na przegubowe pojazdy. Wszystkie miały nr 8.

52

Marzyliśmy sobie, że pracujemy w tajemniczym zakładzie. Po robocie bierzemy prysznic i przebieramy się w szatni wypełnionej metalowymi szaf kami zamykanymi na kłódki. Przewieszamy przez ramię brązowe skórzane torby z niedojedzonymi śniadaniami i plastikowymi grzebieniami. Wychodzimy przez dużą bramę, idziemy wąskimi chodnikami. Docieramy do pętli, zapalamy papierosy bez filtra. Kiedy nadjeżdża ósemka, rzucamy niedopałki na tory. Wsiadamy do tramwaju. Zajmujemy miejsca przy oknach. Dzwoni dzwonek, drzwi zamykają się hałaśliwie i wagon rusza w nieznane, do miasta.

2

Na początku nie chcieliśmy chodzić do klubów i kawiarni. Nie wiedzieliśmy, co trzeba mówić i jak wyglądać.

fabularie 4 (9) 2015


Brumba

Wstydziliśmy się. Ale pewnego wieczoru trafiliśmy do „Trytonów” na koncert i kupiliśmy wino. Było dużo ludzi. Wszystko nam się podobało. Anioł za perkusją nosił brodę i długie włosy.

3

Słuchaliśmy kaset, zbieraliśmy samosiejkę, którą suszyliśmy na kaloryferach, trochę wagarowaliśmy. Wieczorami wsiadaliśmy do ósemki, która mknęła przez ciemne ulice i zabierała nas do miasta. W knajpie, przy okrągłych drewnianych stolikach rozlewaliśmy piwo na blatach i gadaliśmy o muzyce. Zakładaliśmy zespoły, wymyślaliśmy nazwy, pisaliśmy teksty. Długo ustalaliśmy szczegóły, a później spieszyliśmy się na ostatni tramwaj. Wracaliśmy do domu i okłamywaliśmy rodziców. Pracowaliśmy w wakacje i za wypłatę kupiliśmy pierwszy instrument. Nie brzmiał, ale i tak byliśmy szczęśliwi. Nie potrafiliśmy grać, więc robiliśmy taką muzykę, jaka nam wychodziła. Uczyliśmy się na własnych błędach. Dawaliśmy pierwsze koncerty, imponując dziewczętom; łapaliśmy byka za rogi. Nagrywaliśmy pierwsze płyty; z radości nie potrafiliśmy opanować rozdygotania. Rodziła się muzyczna świadomość. Wrażliwość rozszerzała się i czasami, we śnie, wyciekała przez ucho na poduszkę. Wstawaliśmy wówczas w środku nocy i patrzyliśmy przez okno na tramwajową pętlę skąpaną w lichych światłach latarni. Pewnego dnia spakowaliśmy rzeczy i opuściliśmy osiedle pod lasem, zabierając ze sobą wspomnienia.

4

W dłonie wpadło nam czasopismo o kulturze, a w nim artykuł o książkach, które rozsypują znaczenia poza kodeksową formę, o książkach uwolnionych od standardowych reguł. Zenon Fajfer pisał o liberaturze. A my pomyśleliśmy, że pisze nasze myśli o muzyce.

5

W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że samo nagrywanie dźwięków i umieszczanie ich na nośniku już nam nie wystarcza. Chcieliśmy opowiedzieć fizyczność muzyki. Obudziło się w nas pragnienie. Gasiliśmy je poprzez kolejne wydawnictwa. Przygotowywaliśmy grunt do spotkania muzyki, słów i obrazów w jednym miejscu.

fabularie 4 (9) 2015

6

Był cichy wieczór w pokoju. Siedzieliśmy zanurzeni w miękkość fotela, balansując między jawą i snem. Na ławie pachniała mała biała. Papieros wkomponowany w szczelinę szklanej popielniczki nieuchronnie zmierzał do kresu. Za oknem ktoś trzepał dywany. Przyśniła nam się ósemka wjeżdżająca na pętlę z przeraźliwym piskiem kół osadzonych na szynach. Wagon zatrzymał się, a my weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy oknie, otworzyliśmy książkę w zaznaczonym miejscu, założyliśmy słuchawki na uszy i włączyliśmy muzykę. Zadzwonił dzwoneczek, motorniczy zamknął drzwi i rozpoczęła się nasza podróż. Na kolejnych przystankach wsiadali i wysiadali rozmaici pasażerowie; niektórzy byli tu tylko przez chwilę, inni pozostali na dłużej, jeszcze inni, pochłonięci rozmową, pokonywali trasę niemal automatycznie. Trochę ich podsłuchiwaliśmy, trochę gapiliśmy się przez okno, trochę czytaliśmy, a muzyka w słuchawkach zdawała się opowiadać naszą historię. Jechaliśmy długo, aż w pewnym momencie wydawało się, że podróż dobiega końca. Za oknem zapadł zmrok, a my zostaliśmy sami w pustym wagonie. Wtedy poczuliśmy, że jesteśmy właśnie wymyślani lub wyśniewani. Przestraszyliśmy się, że ktoś kopnął ósemkę w głowę (aż upadła na bok) i ustawił trasę na nieskończoność. Kiedy osiem miesięcy później zostaliśmy zaproszeni do realizacji międzynarodowego przedsięwzięcia opartego na współpracy artystów z różnych dziedzin twórczych i z różnych krajów, natychmiast pomyśleliśmy o tramwajowym wydawnictwie.

7

Wyobraziliśmy sobie pasażera, który wsiada do tramwaju ze słuchawkami na uszach i książką w ręku. Zajmuje miejsce przy oknie, otwiera lekturę w zaznaczonym miejscu i włącza muzykę. Tramwaj rusza i tak zaczyna się przejażdżka, do której nagraliśmy ścieżkę dźwiękową. Podczas realizacji projektu Brumba – Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich chodziło nam także o to, aby różnice między opowiadającym a opowiadanym uległy zatarciu. (Relacje między twórcą a głównym bohaterem są zawsze wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju). W tramwaju

53


1

Brumba nr 8 zdarza się tak, że książka – co prawda przez krótką chwilę, ale jednak – odczuwa, że jest czytana, natomiast pasażer zaczyna z niepokojem podejrzewać, że właśnie jest wymyślany. Dźwiękowa warstwa Linii nr 8 powstawała etapami, aczkolwiek kulminacja wydarzeń przypadła na czerwiec 2015 roku. Najpierw było kilkanaście (co najmniej) przejazdów ósemką. Wchodziliśmy do tramwaju z mikrofonem i jeździliśmy od pętli do pętli. Czasami wysiadaliśmy na losowo wybranych przystankach i rejestrowaliśmy dźwięki na zewnątrz; prosiliśmy motorniczego, aby zadzwonił dzwonkiem; wyjaśnialiśmy zaciekawionym współpasażerom, dlaczego nagrywamy. Później przyszedł czas na sesję nagraniową. Spotkaliśmy się z naszym partnerskim zespołem z Islandii na strychu Biblioteki Wojewódzkiej w Bydgoszczy, aby zarejestrować 8 utworów muzycznych korespondujących z warstwą tekstową wydawnictwa. Na Panos From Komodo trafiliśmy kilka miesięcy przed rozpoczęciem wspólnych działań w Polsce. Był to jednak kontakt wirtualny, wymieniliśmy kilka maili. (Nie znaliśmy się wcześniej). Zarówno dla nich, jak i dla nas (dla 3moonboys) nagrywanie łączyło się z wzajemnym poznawaniem, wydeptywaniem wspólnej ścieżki. Do realizacji projektu szukaliśmy artystów „z innej bajki”. Powodowani przeczuciem, że ta wspólna podróż tylko wówczas będzie ciekawa, jeśli doprowadzimy do konfrontacji różnych estetyk, różnych rodzajów wrażliwości. Chyba się udało. Pamiętam doskonale, jak to wszystko się zaczęło. Po publikacji książki Notatki z podróży, która podsłuchiwała rozmowy pasażerów korzystających z komunikacji miejskiej, przyszło mi do głowy, aby metaforę wędrówki uwydatnić, dodając, między innymi, warstwę dźwiękową, a z pisania o podróży uczynić samą podróż właśnie. Gdzieś z tyłu głowy odezwało się wówczas wspomnienie marzenia o wydawnictwie kompletnym: domkniętym w swej złożoności, a jednocześnie otwartym, albo raczej otwierającym nieskończone relacje z odbiorcą. Marzenie odłożone na później do szuflady z napisem „do realizacji”. Kiedy zespół 3moonboys został zaproszony do projektu Brumba…, z dreszczykiem emocji odszukałem właściwą szufladę, a w niej nieco przykurzone marzenie.

54

Linia nr 8 – dziecięce „pudełko skarbów” – zawiera: opowiadanie będące fragmentem i całością jednocześnie, bilet komunikacji miejskiej, muszelkę, kartki, na których zapisane są teksty utworów, oraz płytę CD w niebieskiej kopercie

Nagrywanie materiału na strychu Biblioteki Wojewódzkiej, gdzie na tydzień zamknęliśmy się wszyscy, aby razem grać, późniejsze podróżowanie i wspólne koncerty w Oslo, Reykjavíku, Bydgoszczy, Krakowie i Warszawie, poznawanie nowych ludzi, błądzenie i odnajdywanie się, wszystko to przyniosło doświadczenia owocne i niezwykle cenne, nie zawsze łatwe. Dziś przede mną, na ławie, obok niedojedzonej czekolady i kubka z czarną herbatą, leży efekt rocznej pracy wielu ludzi: wydawnictwo zatytułowane po prostu Linia nr 8. Biorę do rąk srebrną blaszaną puszkę (rzecz w swej materialnej postaci przypomina dziecięce „pudełko do skarbów”) z opowiadaniem będącym fragmentem i całością jednocześnie, biletem komunikacji miejskiej, muszelką, kartkami, na których zapisane są teksty utworów, i płytą CD w niebieskiej kopercie. Otwieram ją i zamykam. Nie mogę się zdecydować.

fabularie 4 (9) 2015


1,618033988… W roku 2015, w ramach międzynarodowego przedsięwzięcia zatytułowanego Brumba – Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich realizowano na terenie Polski, Norwegii i Islandii szereg działań artystycznych, warsztatowych i społecznych. Jedną z uczestniczek projektu była Monika Aleksandrowicz, malarka, twórczyni interdyscyplinarna, projektantka wielu wydawnictw poświęconych sztuce, z którą udało nam się porozmawiać krótko po prezentacji jej książki w Norwegii. Rozmawia Marcin Karnowski. krystalizacji twojego stylu, niepowtarzalnego języka? Sama nie wiem. Chyba wynika to z faktu, że zawsze mi mało.

Jesteśmy po spotkaniu autorskim w Oslo. Co sądzisz o konfrontacji z czytelnikami? Cieszę się, że tak dużo osób przyszło. W sumie prezentacja książki podzieliła się na dwie części – anglojęzyczną i polskojęzyczną. No właśnie, wczorajsza publiczność dopisała. Myślę, że tak liczną frekwencję można przypisać staraniom koordynatorki projektu w Oslo, Oli Misztur, notabene świetnej polskiej artystce wrośniętej już w środowisko norweskie. Zorganizowała prezentację w Kulturhaus Hausmania Kafe, nowo powstałej galerii sztuki, położonej w artystycznej dzielnicy Oslo. Pomógł również wywiad

fabularie 4 (9) 2015

i prezentacja całego projektu w radio Oracle. Szczerze, czuję się zaszczycona tak świetnym przyjęciem i odbiorem mojej pracy. Okazuje się, że zainteresowanie tematem jest bardzo duże, i to niezależnie od środowisk, z jakich wywodzą się odbiorcy. Liberatura intryguje i pozwala odkrywać nowe środki wyrazu. Jak ci się podoba Norwegia? Bardzo lubię takie miejsca jak Oslo, z wielu powodów… Cieszę się też, że miałam okazję zobaczyć kilka dobrych wystaw, np. Damiena Hirsta. Otwartość Norwegów na kulturę nie pozostaje tu bez znaczenia. Jesteś artystką, która konsekwentnie podąża własną ścieżką. Poszukujesz własnej formy; są takie elementy w twych pracach, które spotkamy wyłącznie u Aleksandrowicz. Jak przebiegał proces

I już? Już (śmiech). Zapytam więc o konkretne działania. Porozmawiajmy chwilę o Stanisławie Dróżdżu. Jesteś autorką doskonałego projektu wydawnictwa początekoniec prezentującego twórczość ojca polskiej poezji konkretnej. Opowiesz o tym szerzej? Nie miałam okazji poznać Stanisława Dróżdza osobiście. Zaproponowano mi współpracę przy realizacji wystawy i katalogu wkrótce po jego odejściu. Bardzo żałuję, że się z nim minęłam. Słyszałam o Dróżdżu przy okazji rozmów w grupie artystycznej związanej z prof. Wandą Gołkowską i Janem Chwałczykiem, którzy wspólnie działali w niezależnej Galerii Pod Moną Lizą we Wrocławiu w latach 60. (założycielem galerii był Jerzy Ludwiński). Wówczas

55


Brumba Dlaczego zdecydowałaś się na udział w projekcie Brumba? Bo to doskonała inicjatywa, która zakłada współpracę różnych środowisk artystycznych, co zazwyczaj przynosi zaskakujące efekty formalne. Projekt dał mi również szansę na realizację idei, która świetnie wpisywała się w ramy prac liberackich. Miałam pomysł na stworzenie pracy opartej na matematyce.

rzeczywiście artystycznie wrzało we Wrocławiu. Gotowało się wręcz od śmiałych koncepcji artystycznych; dużo teoretyzowało się na temat sztuki, aż w pewnym momencie powstała koncepcja dewaluacji przedmiotu sztuki w ogóle. Przygotowania do realizacji wystawy Dróżdża w Muzeum Narodowym we Wrocławiu trwały 7 miesięcy. Często do dyspozycji miałam jedynie szkice autorskie, zapisane długopisem pomysły lub materiały archiwalne z wcześniejszych ekspozycji. Kuratorką wystawy była Elżbieta Łubowicz i razem z nią konsultowałyśmy wszystkie powstające na nowo materiały z żoną artysty, Anną Dróżdż. To głównie ona stała na straży wierności odwzorowania koncepcji męża. Zależało nam, aby książka precyzyjnie oddała sens jego twórczości, skupionej na słowie i przestrzeni. Forma wizualna jego artystycznej wypowiedzi była jednocześnie analizą rzeczywistości języka. W książce nie ma nieuzasadnionych marginesów, wolnych przestrzeni. Każda strona publikacji ukazuje konkretną pracę. Z rozmów z Anną Dróżdż wiem, że ta realizacja bardzo spodobałaby się autorowi. Odnoszę wrażenie, że twórczość autora pojęciokształtów wciąż pozostaje niedoceniona. Dla mnie prace Dróżdża mają charakter aprioryczny, uniwersalny, istnieją poza czasem i przestrzenią. Są natomiast mocno ugruntowane w języku. Dróżdż pisał w języku polskim i bardzo trudno jego twórczość

56

Opowiedz o tym. Dlaczego stwoprzełożyć, a jednak istnieje słowo, rzyłaś tę książkę? Po co jest Sektóre doskonale oddaje charakter miografia? jego pracy – metakomunikacja. Semiografia, słowo, które zapożyNie jest on autorem łatwym, nigdy czyłam z języka włoskiego, odnonie stanie się twórcą popularnym. si się bezpośrednio do terminoloNa szczęście! Pozostawia swoim od- gii muzycznej. Uogólniając, jest to biorcom swobodę interpretacyj- sztuka pisania znaków specjalnych. ną, wolną wolę. Pewnie nie wszyscy Semiografia adekwatnie opisuje to, czują się w tej sytuacji komfortowo. czym ostatnio się zajmuję. Myślenie o książce jako projekcie Czy jego twórczość pozostaje niedoceniona? Zdecydowanie tak. Wie- rozłożone jest w czasie. Wszystko zarzę jednak, że to się zmieni. Byłam czyna się od zamysłu, najczęściej kiełświadkiem rozmowy w tramwaju, kującego od dawna; powstają pierwktóry akurat przejeżdżał przez plac sze szkice, koncepcje graficzne… Strzegomski we Wrocławiu, gdzie znajduje się Muzeum Sztuki Współ- A później następuje etap realizaczesnej. Na jego fasadzie umieszczo- cji i trzeba te niemożliwe koncepno pracę z cyklu Klepsydra (Było, jest, cje wprowadzić w życie. będzie) Dróżdża. Starsza pani zapy- (śmiech) Tak. I zaczynają się kłopoty. tała osobę (najprawdopodobniej nie- Do powstania Semiografii zużyłam znajomą) siedzącą naprzeciwko, czy 1,5 ryzy papieru. Książka wymagawie, co to jest. Klepsydra, usłyszałam ła myślenia całościowego. Znacząodpowiedź, a później nastąpił po- ce było pierwotne założenie. Każda uczający wykład, w wolnej interpre- drobna zmiana w projekcie pociągała tacji. To cudowne, że sztuka Dróżdża za sobą inne. Przewrotnie zastosowaporusza do tego stopnia, że ludzie łam klasyczne, matematyczne środchcą o tym rozmawiać w tramwaju! ki do uzyskania niekonwencjonalDla mnie praca przy realiza- nych rozwiązań. Zastosowanie liczby cji książki i wystawy była przede phi (znanej już od starożytności i stowszystkim fantastyczną przygodą sowanej w najróżniejszych dziedziintelektualną. nach do obliczeń proporcji) umożliwiło zbudowanie formy. Zajmujesz się kilkoma gałęziami Konstrukcja oparta na bazie złotwórczymi, co pociąga cię najsilniej? tych proporcji jest ukłonem w kieLubię projektować książki i jedno- runku tradycji projektowania ksiącześnie realizować się artystycznie. żek w ogóle. Graficzny zapis znaków Najlepiej wyszło mi to połączenie specjalnych zastosowanych w proprzy realizacji projektu Brumba. jekcie zupełnie odbiega od formalTęsknię czasami do tradycyjne- nych założeń budowania treści go malarstwa, jednak życie zawo- i sensu. Obiekt, znak graficzny wchodowe skutecznie wypełnia mój czas dzi w relację z innymi obiektami, i oddala od realizacji kolejnego ar- znakami, zmienia tym samym swoją tystycznego planu. formę, staje się już nowym obiektem,

fabularie 4 (9) 2015


Brumba nowym znakiem. Zwielokrotnienie tego procesu zmienia jego pierwotny kształt, a w relacji z innymi nadbudowuje go, określa na nowo. Wiem, że w pewien sposób sukces Semiografii zależy również od aktywności „czytelnika”. Reguły gry adresat poznaje dopiero po zastosowaniu instrukcji zamieszczonej w książce. Idąc za wskazówkami, zagina poszczególne kartki wzdłuż linii przerywanych – wpływając na jej kształt, tworzy książkę, która staje się nowym obiektem. Minimalistyczna forma może zaskakiwać. Zaprasza do odkrywania nowych sensów. Odbiorca, wchodząc z nią w relację, zgadzając się na propozycję gry, może poczuć się jak dziecko odkrywające zależności i reguły rzeczywistości książki. Wydawnictwo ma w ymiary 300 x 185,41 mm. Opiera się, jak już wspomniałam, na złotych proporcjach i liczbie phi, która pozwoliła wyliczyć kolejne proporcje zastosowane w pracy. Linie przerywane wskazujące miejsce zaginania stron są liniami przebiegającymi przez punkty wspólne spirali i wierzchołków kwadratu. Poziome odbicie lustrzane tworzy z nich specyficzną siatkę będącą jednocześnie szablonem, według którego zbudowane zostały figury geometryczne nawiązujące swym kształtem do figur niemożliwych. Publikacja jest tak zaprojektowana, by zginanie poszczególnych kartek tworzyło z pozostałymi stronami nowe, pasujące do siebie figury geometryczne. Tradycyjna forma okazuje się tu bardzo trudną materią ze względu na środki techniczne wykorzystane do jej produkcji. Niezbędna była najwyższa precyzja wykonania. Zastosowano oprawę szwajcarską, bez klejenia okładki do grzbietu, co umożliwia pełne rozłożenie stron i dokładniejsze „odczytanie”. Moja książka wydaje się pozbawioną emocjonalności sumą zimnych kalkulacji. Jest minimalistyczna i sterylna, a jednak przez ostatnich kilka miesięcy targały

fabularie 4 (9) 2015

mną różne emocje i nie nazwałabym ich chłodnymi. Była to pasjonująca dociekliwość, sen wariata o formie idealnej, uproszczonej do granic możliwości, marzenie o opanowaniu struktury dzieła. Wszystko wokół mnie zasypane było szkicami, poprawkami, poprawkami poprawek. Każda drobna zmiana pociągała za sobą przeprojektowanie reszty. Inność tej książki polega głównie na tym, że jest to wydawnictwo utopijne, niemożliwe. Technologicznie trudne i uciążliwe pod względem introligatorskim, jednak powstało. Cieszę się, że mogę się nią podzielić. Udało ci się. Semiografia jest imponująca. Onieśmiela i zachwyca rozmachem. Powstała w ramach większego przedsięwzięcia, lecz bez trudu obroniłaby się w pojedynkę. Co odróżnia działanie w ramach projektu od występów solowych? Solo nigdy nie jest tak wesoło. A tak poważnie, działanie w ramach większego projektu daje przyjemne poczucie przynależności, współpracy w realizacji zamierzonego celu. Istotny jest też ten kocioł, kiedy zupełnie różni ludzie spotykają się, by zrealizować wspólny plan. Czasami wrze od ścierania się rozmaitych koncepcji, odmiennych wizji i ideologii. Różnimy się i to jest najciekawsze i szalenie pouczające. Co jest dla ciebie najważniejsze w pracy twórczej? Standardowo: najbardziej pociąga mnie sam proces dochodzenia do celu. Pokonywanie trudności, przełamywanie barier – własnych i materii, w której się pracuje – sprawia największą radość i satysfakcję. Czego obawiasz się najbardziej, gdy pojawia się nowa idea? Myślę o momencie, gdy na dnie serca lub umysłu zaczyna kiełkować kolejny zamysł artystyczny… Najbardziej boję się tego, że mój pomysł nie zadziała. Wówczas wstępna idea może okazać się niemożliwa. Nie tylko w sensie realizacyjnym.

Na początku myślenie o projekcie jest zawsze intuicyjne. Może wynikać bezpośrednio z wcześniejszych doświadczeń, ale nie zawsze musi. Takie nieugruntowane pomysły są zawsze ryzykowne – ale także rewolucyjne i istotne. Czy Brumba to zamknięta sytuacja? Co udało się wynieść? Czy pojawiło się coś nieoczekiwanego, inspirującego? Formalnie projekt właśnie się kończy. Jednak faktycznie, sytuacje, które pojawiły się od marca do tej pory, wniosły bardzo dużo, zarówno w zakresie artystycznym, jak i społecznym. W ramach projektu powstały prace liberackie, wyszła płyta nagrana w kooperacji grup 3moonboys i Panos From Komodo; Agata Borowa realizowała interesujący projekt angażujący społeczności z mniejszych miejscowości do tworzenia słownika wyrazów istotnych dla tych środowisk, a niewystępujących nigdzie indziej (w innych regionach); grupa Massmix realizowała cykl warsztatów, podczas których prowadziła zajęcia z sitodruku, angażowała też lokalnych mieszkańców w działania streetartowe. To wszystko odbyło się w celu promowania działań liberackich w Norwegii, Islandii i wielu miastach w Polsce, m.in. w Bydgoszczy, Warszawie, Wrocławiu, Krakowie i Lublinie. Koordynatorka przedsięwzięcia, Justyna Górska, zdołała zapanować nad sprawnym przebiegiem poszczególnych działań. Nie spodziewałam się aż tak pozytywnego obioru. Nasze zaangażowanie w projekt i jego efekty przerosły moje oczekiwania. Cieszę się z tego. O czym będzie twoja nowa praca? Obecnie pracuję nad nowym projektem książki Wacław Szpakowski (1883–1973) Linie rytmiczne. Jest to monografia, która ma towarzyszyć wystawie prac Szpakowskiego. Propozycja współpracy ponownie wypłynęła od kuratorki i redaktorki książki, Elżbiety Łubowicz. Sztuka Szpakowskiego to czysta matematyka.

57


Chleb Proza

JAKUB CHILIMOŃCZYK

Z całą pewnością Mark mógł rzec, że chleb jest ważną częścią jego życia. Odkąd tylko pamiętał, w jego rodzinnym domu zawsze była gigantyczna spiżarnia z piecem, koszykami, kilkoma stołami wiecznie pokrytymi mąką, ciastem i drożdżami, a między nimi krzątała się jego babka, potem matka i siostra, czasem on sam, jeśli akurat nie rozwoził z ojcem wypieków do okolicznych piekarni, a teraz jego żona i córka. Każde jego wspomnienie owiane było aromatem piekącego się pieczywa, przyjemnym chrzęstem kruszącej się skórki, delikatnym posmakiem miąższu spacerującym leniwie po języku. Nic więc dziwnego, że chleb zawsze kojarzył mu się z domem, z bezpieczną codzienną, pełną miłości rutyną, porankami, kiedy bujał się przy stole, pozwalając, by słońce ogrzewało jego zaspaną twarz, a on czekał, aż mały piegowaty rudzielec przyniesie mu pierwszy koszyk, z naburmuszoną miną, że musi wstawać tak wcześnie. Poprawił na sobie flanelową koszulę, wetknął ją niedbale w spodnie, oprószone gdzieniegdzie śladami mąki, kiedy Pola zaczęła strzepywać ją ze swojego fartuszka, marudząc pod nosem. – Tato… – powiedziała nagle, przeciągając znacząco sylaby, jak każde dziecko, które czegoś chce, ale wstydzi się o to poprosić, czekając na zachętę. Mark spojrzał na córkę marszcząc lekko brwi. W takich chwilach przypominał starego lwa. – No, słucham? – Pojedziemy dzisiaj na snopki? – zapytała błagalnym tonem, przyszpilając go wzrokiem utkanym z dwóch fragmentów bezchmurnego nieba. Chwyciła go za serce bezlitośnie, z dziecięcą łatwością zmiażdżyła w nim każdy argument, by odmówić, w głowie już wykluła się wizja ich dwojga skaczących po snopkach na środku pola. Cóż, sam był sobie winien, w końcu zabrał ją tam pierwszy. – Niech będzie – machnął ręką, niby przypadkowo odwracając się, by sięgnąć po wyładowany po brzegi koszyk i ukryć przebijający się coraz mocniej na twarz uśmiech. Pola pisnęła radośnie, podskakując lekko, i pognała do pokoju z piecem, który w domu znany był szerzej jako „wypiekarnia”. Za nią, lekkim powiewem, ruszył zapach chleba. Pewnie za chwilę powie matce, a wtedy przyjdzie druga burza włosów i opieprzy go z góry do dołu za nierozsądne i nieodpowiedzialne podejście do dziecka.

58

Wyszedł, by zapakować pierwszy koszyk do furgonetki.

* * *

Greg wpatrywał się w leżącą na biurku kanapkę wzrokiem godnym skazańca, który w gruncie rzeczy nie zawinił, a właśnie idzie na ścięcie. Tym razem gilotyna kryła się w prostej postaci kanapki z szynką lub raczej tego, co się za nią kryło. – Kurwa mać – westchnął policjant wspierając głowę na dłoniach i przecierając oczy. Cierpiał na klasyczne wypalenie gliny w prowincjonalnym miasteczku, gdzie internet ledwie sięga, a hipermarket jest traktowany jak atrakcja turystyczna. A swoje cierpienie, z czego dobrze zdawał sobie sprawę, zawdzięcza tylko własnej osobie – wstąpił do policji z bohaterską wizją ratowania świata przed przestępcami, a jedyne, co go spotkało do tej pory, to nieudany pościg za żulem, który wyszczał się na pomnik jakiegoś symbolicznego generała. Wypalenie byłoby całkiem znośne, gdyby nie fakt, że standardowo świat zbudowany na papierologii przypierdolił mu w zmęczoną, przeoraną myślami „co by było gdyby” twarz toną raportów z dziennego pierdzenia w stołek. Miał szczerą ochotę stać się geniuszem zbrodni i wypowiedzieć wojnę biurokracji, życie jednak dalej boleśnie usadzało go na tyłku żoną, dziećmi oraz ponurą świadomością, że geniuszem mógłby być jedynie pomiędzy przedszkolakami z porażeniem mózgowym. Kurwa. Mać. Miał dość kanapek z szynką, miał dość tego mdłego zapachu chleba, który przypomina mu, że w domu czeka na niego wiecznie niezadowolona kobieta oraz wyszczekany dzieciak, miał dość wiecznie suchego miąższu swojej nudnej, rutynowej pracy; oddałby cały chleb tego świata za możliwość pierdolnięcia sobie w łeb albo rozpoczęcia życia od nowa. Chwycił drugie śniadanie i ugryzł kęs, powoli żując swoją marną egzystencję. Tyle jeśli chodzi o buntownika – każdy potrafi sprzeciwiać się wyobraźnią i myślą, niewielu chwyta za czyny i głos. Pobożne życzenia to tylko pocieszające zaprzeczenie rzeczywistości. Rzygał już swoim chlebem, oddałby wszystkie bochenki świata, byleby coś – cokolwiek! – wyrwało go ze smętnego trawienia swoich błędów i porażek, które brukowały jego życiową ścieżkę.

fabularie 4 (9) 2015


ilustr. AmbasaDaDa, Kuglarskie sztuczki


Proza Za kilka chwil miał się dowiedzieć, jak blisko prawdy był.

* * *

Sigmund nie pamiętał już, kiedy ostatni raz miał w ustach chleb. Proces zapominania pustoszył jego umysł w zaskakującym tempie, siejąc zamęt wśród wspomnień, odrywając od siebie pasma wydarzeń, usuwając smaki, zapachy i uczucia, które niegdyś były dla niego rutyną, codziennością. Chleb, ciepło rodzinnego domu, dłoń ukochanej muskająca mechaty policzek, śmiech dziecka bawiącego się w sąsiednim pokoju. Zapominał. Jak każdy z pląsawicą Huntingtona. I cieszył się, że zapominał. Jak każdy, który stracił chleb, dom i rodzinę. Zwinął się w kłębek w kartonowym siedlisku, obserwując uliczkę niczym brudny, wygłodniały sęp czekający na jakąkolwiek okazję, by pochwycić padlinę i uciec, byle daleko. Lubił myśleć o sobie w takich momentach jak o filozofie, który urodził się w złym okresie historycznym. W tej erze nawet Diogenes zostałby uznany za jeszcze jednego wydalonego przez społeczeństwo menela, któremu w życiu nie wyszło. Niezależnie od poziomu elokwencji, w przylepianiu łatek ze społeczeństwem nie wygrasz. Więc Sigmund siedział, obserwował i rozmyślał nad filozofią ciepłej wody i pełnego żołądka, modląc się w duchu, by filozofia przerodziła się w matematykę przypadku i zesłała mu chociaż odrobinę szczęścia. Nawet w postaci zmarłej ciotki, zapisującej mu w testamencie cały majątek. Gwałtowny huk poderwał go na nogi.

* * *

Nie zdążył. Chciał, próbował, rozpaczliwie szarpnął kierownicą w drugą stronę. I nie zdążył. Wszystko przez to, że chciał podnieść z wycieraczki jeden bochenek chleba, który się osunął i wypadł z koszyka. Nie zauważył terenówki, wyjeżdżającej o wiele za szybko z bocznej uliczki. Próbował zdążyć. Usłyszał jedynie metaliczny grzmot, który szybko przerodził się w jęk wgniatanego metalu. Odgłos pękającego szkła umknął mu, kiedy wyrżnął głową w szybę, na ułamek sekundy tracąc kontakt z rzeczywistością. Coś uderzyło go w tył głowy; gwałtownym, desperackim haustem wciągnął wypełniający wnętrze zapach chleba. Próbował się rozejrzeć, nie wiedząc, czy to on wiruje, czy po prostu świat dookoła niego kręci się niczym bąk. Ostatkiem sił umysł zarejestrował zmianę pionu góry na dół, bochenki latające wszędzie i wypadające przez bite szyby. Przypomniał sobie, że nie może umrzeć, przecież ma jechać z Polą na snopki. Musi rozwieźć chleb. Musi wrócić. Po prostu nie może umrzeć. Ktoś musi zająć się chlebem.

60

A potem wszystko nagle runęło, z hukiem wrzucając go w ciemność. I cichnąc.

* * *

Wszyscy słyszeli ten huk. Greg wybiegł na ulicę razem z innymi oficerami, zamierając na ułamek sekundy zaskoczony. Na całej szerokości ulicy, pomiędzy odłamkami szkła i metalu, leżał chleb. Najzwyklejszy w świecie, świeżo wypieczony chleb, sądząc po intensywnym zapachu, który zagościł nagle przed posterunkiem. Wraz z odorem śmierci. Ciężarówka przypominała bardziej zgniecioną puszkę coli niż samochód. Bok był całkowicie zmiażdżony, dach wbity do środka, przyczepa trzymała się kadłuba na zaledwie kilku nędznych metalowych nitach. Większość szyb była zbita, migające kawałki błyskały ostro na ulicy. Obok samochodu leżało ciało. Greg ruszył powoli z miejsca, niepewnie odrywając stopy od ziemi. Miał wrażenie, że grawitacja złamała się pod ciężarem śmierci i wzrosła kilkukrotnie, jakby próbowała powstrzymać wszystkich przed ujrzeniem spoczywającego obok ciężarówki z chlebem mężczyzny we flanelowej koszuli. Stanął kilka metrów od ciała, wiedząc, że nie ma już najmniejszego sensu podchodzić bliżej. Ktoś wezwał karetkę, ktoś krzyczał, wibrujący pisk kobiety rozcinał eter i drażnił uszy. Do ludzi docierało, że ktoś umarł. Rozejrzał się, wodząc powoli oczami po bochenkach rozrzuconych po ulicy. Niektóre z nich nosiły na sobie ślady krwi. Ten facet zginął, rozwożąc coś, czego Greg szczerze zaczął nienawidzić. Nienawidził wszystkiego, co kryło się za chlebem. Nienawidził jego smaku, który przywodził mu na myśl niechciany dom, zapachu, który odbijał mu się czkawką niezadowolonej żony i wkurzonego dzieciaka. I z jakiegoś powodu nienawidził siebie za to. Wyrzuty sumienia wpiły się w umysł i szarpnęły mocno. Odwrócił wzrok i zamknął oczy, wciąż jednak czując mdlący zapach chleba.

* * *

Sigmund rzucił się na pieczywo rozrzucone po całej ulicy, zbierając je na kolanach do niewielkiej, brudnej i poszarpanej torby. Z całych sił starał się powstrzymać eksplozję radości, drżenie rąk na myśl o tym, że dzisiaj w końcu się naje do syta, że przypomni sobie dawno zapomniany smak chleba, że w końcu wróci do niego jakiś mały ułamek straconego życia. Wiedział, że ktoś zginął, słyszał ludzi, zapach śmierci unosił się w powietrzu, przywędrował razem z jazgotem karetki i krzyczącymi policjantami. Ale Sigmund nie przejmował się nimi wszystkimi. W tej chwili tylko jedna rzecz miała znaczenie. Chleb.

fabularie 4 (9) 2015


Gender KLAUDIA BARAN

Im więcej bijesz żonę, tym lepszy kapuśniak?

W

każdym języku istnieją zlepki słów, nazywane przekonują – w zależności od swojej konstrukcji – fraze- się na całym świecie ologizmami, przysłowiami, powiedzeniami przedstawiciele wielu nacji, grup lub paremiami, które pretendują do tego, by mówio- społecznych czy religijnych. Jednak to steno o nich „mądrość narodu”. Właśnie ową mądrością reotypy płciowe mają bez wątpienia największą siłę chciałabym nieco zachwiać. Czy można bowiem na- i największy zasięg. Pojęcia kobiecości i męskości stanozwać mądrymi hasła typu: „cierpienie uszlachetnia”, wią bowiem podstawowe atrybuty zbiorowej świado„winny się tłumaczy”, „wszedłeś między wrony – mu- mości każdej kultury. Muzułmanin, Żyd, Rom, premier sisz krakać jak i one”, „co cię nie zabije, to cię wzmoc- – to przede wszystkim mężczyźni; Afganka, katoliczka, ni”, „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” itp.? nauczycielka – to w pierwszej kolejności kobiety. Kiedy O ile w tego typu powiedzeniach mądrość ta nie jest trzeba opisać człowieka (na zajęciach z języka obcego, dosłowna i można przymrużyć na nią oko, o tyle w gru- w policyjnych statystykach), nieodmiennie zaczyna się pie przysłów dotyczących płci jest rzadziej podawana od określenia płci. Dlatego też, z jednej strony, tak łatwo w wątpliwość, tym samym ma większą siłę i staje się stereotypom związanym z płcią przeniknąć do języka, wręcz niebezpieczna. Dlaczego? Odzwierciedlenie rela- a tym samym do rzeczywistości, z drugiej – tak trudno cji genderowych w paremiach i frazemach jest bowiem je dostrzec i z nimi walczyć. A jest z czym… nie tylko przekazaniem tego, jak w narodzie miały/mają Jak bardzo stereotypy genderowe przeniknęły rosię owe stosunki. Jest też elementem JOS-u – językowego syjskie przysłowia – chciałabym pokazać choć na małą obrazu świata1 – który według badaczy odbija, interpre- skalę. Nie dlatego wybrałam paremie rosyjskie, by wytuje, a nawet kreuje rzeczywistość za pomocą języka (por. tknąć naszym sąsiadom, że mają z czym walczyć. My stanowiska m.in.: Wilhelma von Humboldta, Ernsta Cas- też mamy (weźmy chociażby słynne: „jak bije, to kocha” sirera, Jolanty Maćkiewicz, Renaty Grzegorczykowej). Co czy: „baba bez chłopa – jak chałupa bez płota”), jednak więcej – przysłowia i frazeologizmy mogą być (i bardzo w języku i kulturze Rosji jest takie bogactwo przysłów, często są) nośnikami stereotypów, czyli „funkcjonują- powiedzeń i frazeologizmów, które tak bardzo polarycych w świadomości społecznej skrótowych, uproszczo- zują płcie, ustawiają relacje między mężczyzną a konych i zabarwionych wartościująco obrazów rzeczywi- bietą, przypisują im określone role, że warto zwrócić stości, odnoszących się do osób, rzeczy, grup społecznych, uwagę choć na wybrane. instytucji itp., często opartych na niepełnej lub fałszyAby usystematyzować przytaczane przeze mnie wej wiedzy o świecie, utrwalonych jednak przez trady- przykłady, przyporządkuję je do wybranych społeczcję i z trudem ulegających zmianom”2. O tym, jak bole- no-kulturowych kontekstów: sne, niesprawiedliwe i krzywdzące mogą być stereotypy,

Rodzina i małżeństwo

1

  JOS to „zawarta w języku interpretacja rzeczywistości, którą można ująć w postaci zespołu sądów o świecie. Mogą to być sądy utrwalone w samym języku, w jego formach gramatycznych, leksyce. […] Słowa nie odwzorowują rzeczy fotograficznie, lecz «portretują» je mentalnie” [cyt. za:] Jerzy Bartmiński, „Punkt widzenia, perspektywa, językowy obraz świata”, [w:] Językowy obraz świata, pod red. Jerzego Bartmińskiego, Lublin 1999, ss. 103–104.

2

  Uniwersalny słownik języka polskiego, t. III, pod red. Stanisława Dubisza, Warszawa 2003, s. 1391.

fabularie 4 (9) 2015

Jak ważną sprawą dla kobiety jest/powinno być zamążpójście (lub po prostu mężczyzna), świadczą dwa frazemy: Невеста без места (Kobieta bez miejsca). Побежать за парнями (Pobiec za chłopakami). Pierwszy z nich używany jest, gdy mówi się „o kobiecie długo niewychodzącej za mąż”. Tak więc, jeśli nawet wybiera się drogę inną niż małżeństwo, w oczach

61


Gender społeczeństwa pozostaje się osobą „bez swojego miejsca”. Zupełnie jakby wyjście za mąż stanowiło jedyną słuszną drogę. Drugi przykład kryje w sobie znaczenie „stać się dorosłą”. Zawiera w sobie pogląd, że to właśnie zainteresowanie płcią przeciwną, a nie tak ważne faktory w procesie osiągania dojrzałości, jak np. wiek, wiedza, wykształcenie, stanowi cezurę między dzieciństwem/ młodością a dorosłością. Samo małżeństwo jednak wzbudza ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jest dążeniem i celem życiowym, z drugiej – gdy już jest, jawi się jako ciężar, a nawet niewola. O tym świadczą przysłowia: Жена не сапог, с ноги не скинешь (Żona nie but, z nogi nie zrzucisz). Жена не рукавица, с руки не сбросишь (Żona nie rękawica, z ręki nie zrzucisz). Z pozoru niegroźne, mogą nawet wywołać uśmiech, a jednak kryją w sobie tapeinozę – rodzaj litoty (figury retorycznej, polegająca na użyciu takiego słowa lub wyrażenia, które osłabi wartość, jakość lub znaczenie danego zjawiska), która pomniejsza wartość kobiety. Przyrównanie (mimo że przez zaprzeczenie) jej do rękawicy czy buta, których nie można (choć w rzeczywistości można) zrzucić, uprzedmiotawia ją. Co ciekawe, nie ma odpowiedników tych przysłów, które mogłaby powiedzieć żona o mężu. O rolach i rozkładzie sił w małżeństwie można dowiedzieć się co nieco z przykładów: От хозяина чтоб пахло ветром, от хозяйки дымом (Od gospodarza niech pachnie wiatrem, od gospodyni dymem). Бабе дорога – от печи до порога (Babska droga – od pieca do progu). Мужик да собака всегда на дворе, а баба да кошка завсегда в избе (Mężczyzna niczym pies – zawsze na dworze, a kobieta jak kotka – zawsze w domu). Jak widać – za pomocą metafor i metonimii (których celem jest tu zmiękczenie obrazu – każda kobieta powinna chcieć być kotką, czyż nie?) podtrzymano status quo – mężczyźnie wolno więcej, taka już jego natura, jest jak wiatr, cóż zrobić… Utrwalono też stereotyp dotyczący kobiety – jej miejsce jest w domu, konkretnie „przy piecu”, czyli w kuchni. Użycie przysłówka „zawsze” dodatkowo podkreśla, że to przecież naturalny stan rzeczy, skoro nigdy nie było inaczej. W taki właśnie sposób działają stereotypy – przekazują domniemaną wiedzę, będącą wyrazem postawy generalizującej i nieweryfikowalnych sądów. Jest jeszcze jedna rola dla kobiety zamężnej, prócz troski o dom – być ozdobą męża: Муж жене отец, жена мужу венец (Mąż jest dla żony jak ojciec, żona dla męża jak wieniec). I nie ma szans na zamianę ról: Не петь куре петухом, не владеть бабе мужиком (Nie jest zadaniem kury piać jak kogut, a baby rządzić

62

facetem). Tu znów odwołanie do natury, czyli niepodważalnego argumentu… A jednak – są i zalety bycia w związku! Nieważne, jaki mąż, ważne, że w ogóle jest, a kobieta przy nim nie musi się nikogo i niczego bać: Худ мой мужилка, а завалюсь за него – не боюсь никого (Zły mój facet, ale stanę za nim i nikogo się nie boję). Муженек хоть всего с кулачок, да за мужиной головой не сижу сиротой (Choć mój mężuś zawsze z pięściami, bez niego byłabym jak sierota). Побереги, бог, мужа вдоль и поперёк, а я без него ни за порог (Strzeż, Boże, mojego męża wzdłuż i wszerz, bo bez niego nie wyjdę nawet za próg). Ten stereotypowy obraz kobiet, jako nieradzących sobie z niczym bez mężczyzny, przymykających oczy na poważne niedociągnięcia w związku, byle tylko nie stracić przysłowiowego oparcia, odziera je z godności, przedstawiając niemal jako przedmioty niezdolne do samodzielnego bytowania.

Przemoc domowa

Nieodłącznie związana z tematem małżeństwa… Rosyjskie przysłowia bardzo wyraźnie sankcjonują używanie siły fizycznej. Jest oczywiście odpowiednik naszego „jak bije, to kocha”: Кого люблю, того и бью (Kogo kocham, tego i biję), a prócz tego cała gama zachęt do bicia, jego usprawiedliwiania, znajdowania korzyści zeń rzekomo wynikających: Люби жену как душу, тряси её как грушу (Kochaj żonę jak duszę, trząś nią jak gruszą). Шубу бей – теплее, жену бей – милее (Wstrząśnij kożuchem, będzie cieplejszy, wstrząśnij żoną, będzie cię bardziej kochać). Чем больше жену бьешь, тем щи вкуснее (Im więcej bijesz żonę, tym lepszy kapuśniak). Бей жену к обеду, а к ужину опять; без боя за стол не сядь (Bij żonę przed obiadem i znów przed kolacją; bez tego nie siadaj do stołu). Бабий быт – завсе бит (Kobiecy los – być bitą za wszystko). Жена без грозы, хуже козы (Żona bez strachu jest gorsza od kozy). Любить жену – держать грозу (Kochać żonę – to trzymać ją w strachu). У мужа жена всегда виновата (Przed mężem żona jest zawsze winna). Straszne? W kulturze, w której od wieków uważa się coś za normę, niekoniecznie. W XVI wieku powstał na Rusi Домострой (Domostroj, in. Budowniczy), dokument, który był niejako przewodnikiem obyczajowo-prawnym dla tzw. zwykłych ludzi. Warto przytoczyć w tym miejscu fragment odnoszący się właśnie do „wymierzania kar” w rodzinie:

fabularie 4 (9) 2015


Gender A bić należy ostrożnie kańczugiem: rozważnie i boleśnie, straszno i zdrowo. A jeno za wielką winę i sprawę poważną, straszliwe nieposłuszeństwo i lekceważenie, zdjąwszy koszulę, kańczugiem uczciwie według winy oćwiczyć za ręce trzymając i rzec dobre słowo, aby gniewu nie było; niechby ludzie o tym nie wiedzieli, nie słyszeli i skarg na to nie było3.

Podejście znane dobrze i w naszej literaturze – dulszczyzna pełną parą! Podobnie kończy się też fragment Domostroja, który w szczegółowy sposób określa zachowanie kobiety wobec męża. Otóż powinna go pytać, jak się ubrać, z kim spotkać, a kiedy już dojdzie do jakiegoś spotkania, to wówczas: Niech się żona jak najbardziej wystrzega picia: źle, gdy mąż pijany, a całkiem już nie przystoi kobiecie być pijaną przy ludziach4.

Intelektualne i emocjonalne predyspozycje

Stereotypowo męskie i żeńskie cechy muszą być spolaryzowane, jeśli więc w strefie duchowo-umysłowej mężczyźnie przypisuje się m.in.: aktywność, niezależność, abstrakcyjne myślenie, siłę, indywidualizm, to kobiecie: bierność, zależność, konkretne myślenie, słabość, kolektywizm. Wart uwagi jest fakt, że przeważająca większość przysłów odzwierciedlających ten stereotypowy porządek dotyczy kobiet: Женские умы, что татарские сумы (Żeńskie umysły są zmienne). Меж бабьим да и нет не проденешь иголки (Między babskim „tak” i „nie” igły nie wciśniesz). У бабы волос долог, да ум короток (U baby włosy długie, ale rozum krótki). Добрая кума живёт и без ума (Dobra kuma żyje i bez rozumu). У бабы волос долог, а язык длинней (U baby włosy długie, ale język jeszcze dłuższy). Где баба, там рынок, где две, там базар (Gdzie jedna baba, tam rynek, gdzie dwie, tam bazar). Три бабы – базар, а семь – ярмарка (Trzy baby – bazar, siedem – jarmark). Лучше раздразнить собаку, нежели бабу (Lepiej rozdrażnić psa niż babę). O mężczyźnie pojawia się tylko jedno powiedzenie, zaskakująco – na jego niekorzyść: Мужик напьётся – с барином дерётся, а проспится – свиньи боится (Facet jak się napije, sprzecza się i z panem, a jak się prześpi – boi się świni). Mężczyzna pojawia się w jeszcze jednym przykładzie, tym razem idealnie wpisującym się w stereotyp: Муж – голова, жена душа (Mąż jest głową, żona duszą).

Imponderabilia

Są takie frazemy i przysłowia, których nie sposób jednoznacznie sklasyfikować, ponieważ wyrażają one nie tylko jednego rodzaju relację genderową, są nie do końca uchwytne i mierzalne, a jednak przekazują stereotypowe myślenie o płci. Jednym z takich przykładów jest: Баба с прицепом (dosł. Baba z przyczepą). Odnosi się on do kobiet, którą zostają samotnymi matkami. Jest to jedna z wielu życiowych sytuacji, ale określenie jej takimi słowami powoduje, że odbierana jest ona negatywnie w percepcji społecznej. Przyczepa nasuwa jednoznaczną asocjację z ciężarem, który trzeba nieść lub ciągnąć, nie zawsze zgodnie ze swoim życzeniem, co w tej sytuacji może nie odpowiadać rzeczywistości, a tym samym może stać się przyczyną doświadczenia nieprzyjemności, a nawet stać się obraźliwe. Innymi przykładami, które w sposób niemal nieuchwytny poniżają kobiety, są przysłowia mówiące o ich domniemanej pierwotnej grzeszności, a nawet ich diabelskim pochodzeniu: Бабьи-то промыслы, что неправые помыслы (Babskie rzemiosło to nieprawe pomysły). Где чёрт не сладит, туда бабу пошлет (Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle). Баба да бес – один у них вес (Baba jak diabeł – są sobie równi). Вольна баба в языке, а чёрт в бабьем кадыке (Baba jest swawolna w języku, gdy diabeł u niej w grdyce). Prawdopodobnie większość cytujących je osób czyni to z uśmiechem, w wierze, że inni przyjmą je z humorem, i tak też najczęściej bywa. Jednak są one bezspornie krzywdzące i niesprawiedliwe w stosunku do kobiet, co więcej – pośrednio leżą u podstaw przemocy wobec nich, usprawiedliwiając ją (wszak z diabłem trzeba walczyć). Choć więc nasz język nie może „pochwalić się” takim bogactwem paremii związanych z płcią, to i tak warto zatrzymać na chwilę myśl, gdy właśnie chcemy „wzbogacić” swoją wypowiedź jedną z nich. Bowiem utrwalony w nich obraz świata zbudowany jest na antytezach, które uprawomocniają nierówność płci, różny status kobiety i mężczyzny w życiu społecznym, rodzinnym, małżeńskim, a tym samym wzmacniają genderowe stereotypy.

* * * Przysłowia pochodzą ze słownika:

3

  Urszula Wójcicka, Literatura staroruska z elementami historii i kultury dawnej Rusi, Bydgoszcz 2010, s. 261.

4

  Ibidem, s. 262.

fabularie 4 (9) 2015

Большой словарь русских поговорок, под ред. Валерия Михайловича Мокиенко и Татьяны Генадьевной Никитиной, Москва: ОЛМА Медиа Групп, 2007 (Wielki słownik przysłów rosyjskich, pod red. Walerija Michaiłowicza Mokienko i Tatiany Gienadiewnej-Nikitiny, Moskwa 2007).

63


Z czyśćca

Pocztówki z czyśćca literatury (4): Michał Bałucki KONRAD KISSIN

Utwór (nie)osobny Michała Bałuckiego KILIŃSKA (tuląc się do męża i całując jego rękę): Boże! Jaka ja szczęśliwa! KILIŃSKI (całując ją w czoło): Maryniu droga! [M. Bałucki, Kiliński. Obraz historyczny w pięciu aktach]

M

ichał Bałucki? „Wybitny komediopisarz w polskiej literaturze – zaraz po Fredrze”. Ta opinia Ignacego Gogolewskiego jest niezwykle znamienna. Wybitny aktor, występujący przecież nieraz w spektaklach według sztuk Bałuckiego, akurat wie, co mówi. Nie sposób wszak zaprzeczyć, że to komedie właśnie, obok powieści tendencyjnych i nowel, stanowią główny nurt twórczości autora należącego do pokolenia tzw. przedburzowców. Grube ryby, Dom otwarty, Klub kawalerów, Ciężkie czasy, Radcy pana radcy – to nie tylko tytuły z wyboru lektur dla studentów polonistyki przygotowujących się do egzaminu z pozytywizmu; dzieła te stale są obecne w repertuarach polskich teatrów. Ba, obecność owa jest tak silna i wyrazista, że teatrolog Anna Sobiecka zastanawiała się nawet (co prawda niewiele ponad 10 lat temu, refleksja ta pozostaje jednak nadal aktualna) nad tym, czy można już mówić „Bałucki redivivus”, o odrodzeniu dramaturga. Tak, pozostaje w zbiorowej świadomości związany z Krakowem pisarz głównie autorem licznych komedii, których część doczekała się wręcz miana klasyki. Tym bardziej zasadne wydaje się więc przypomnienie innej strony twórczości Bałuckiego. Mało kto np. pamięta, że to właśnie on jest autorem słów znanej pieśni Góralu, czy ci nie żal (pierwotnie utwór nosił tytuł Za chlebem). Prawdziwy utwór zapomniany twórcy jest jednak inny. Fakt ten jest doniosły bardziej jeszcze w kontekście dramaturgicznego dorobku Bałuckiego. Autor, kojarzony głównie jako komediopisarz, ma

64

wszak w swoim dorobku również… dramat historyczny. Kiliński. Obraz historyczny w pięciu aktach, bo o nim mowa, ukończony został w 1892 r., a wydany w Krakowie rok później. Ważne są tutaj okoliczności ukazania się utworu. Naprzód, samo miejsce wydania okazuje się nieprzypadkowe, miasto to znajdowało się w zaborze austriackim w granicach autonomii galicyjskiej, gdzie istniała największa swoboda polityczna i kulturalna spośród wszystkich zaborów. Mimo to Bałucki decyduje się przecież opatrzyć swoje dzieło pseudonimem Jan Załęga. Widać istniała może obawa autora przed możliwymi konsekwencjami, mogącymi pojawić się, gdyby doszło do wydania utworu i w innych zaborach. Kiliński powstał wszak, co trzeba podkreślić, głównie „ku pokrzepieniu serc” – jego treść i forma determinowane są właśnie celami patriotycznymi. Podobna przewrotowa działalność była oczywiście nie na rękę ówczesnym władzom na terenach dawnej wtedy Rzeczypospolitej.

„Spektakularne zwycięstwo zza grobu” TRĄBKA: Nie mogę, kumoszko najdroższa. Ja muszę pić (na pół z płaczem), żeby zalać robaka, bo mnie serce boli patrzeć na to, co się dzieje: naród biedny, panowie łajdaki – a król…

Tłem dla akcji w utworze Bałuckiego jest, jak nietrudno się domyślić, insurekcja kościuszkowska. Lesław Eustachiewicz, w swojej monografii młodopolskiej dramaturgii (przypominany obraz historyczny sytuuje się na przełomie okresów pozytywizmu i Młodej Polski), zalicza Kilińskiego do nurtu ludowego dramatu tematyki narodowej. Wskazuje przy tym dwa okresy

fabularie 4 (9) 2015


Z czyśćca tematycznie wyróżniane: powstanie styczniowe i po- się można, iż spotkało się ono z niemałym zainteresowstanie z roku 1794 właśnie. Do utworów realizujących waniem. Podobnie dzieje się dzień później w Teatrze ten drugi temat, obok omawianego dramatu, zaliczyć Polskim. Sukces tych pierwszych spektakli sprawił, że można Kościuszkę w Petersburgu oraz Bartosa Głowac- odbywały się następne; na wszystkich dopisywała pukiego Adama Staszczyka, Racławice znanej autorki ksią- bliczność niezawodna prawie jak ta na stadionie warżek dla młodzieży Walerii Szalay-Groele, czy Kościuszkę szawskiej Legii. w Sosnowicy Adama Stodora. Jak się przekonamy, spoWreszcie Kiliński wraca na sceny w pierwszych śród wszystkich tych dramatów największy sukces od- dniach Drugiej Rzeczypospolitej, w których panuje jeszniesie właśnie Kiliński Bałuckiego. Choćby z tego powo- cze euforia z powodu odzyskania niepodległości. Wydu wart jest dzisiaj przypomnienia. stawia go m.in. Teatr Miejski im. Juliusza Słowackiego Anna Kuligowska-Korzeniewska, omawiając hi- w Krakowie (4 września 1920). Inscenizacja w reżysestorię inscenizacji dzieła, nazwie je „spektakularnym rii Józefa Sosnowskiego i z udziałem wybitnych aktozwycięstwem zza grobu” autora. To prawda, utwór rów (np. Zygmunt Nowakowski jako tytułowy bohater) odegra znaczącą rolę dopiero w okresie odzyskiwania doczekała się nawet pozytywnej opinii Tadeusza Boyaprzez Polskę niepodległości. Wcześniejsze sceniczne re- -Żeleńskiego: „Kiliński Bałuckiego ma wszelkie warunalizacje jego dramatu nie cieszą się dużą popularnością, ki, aby już stale utrzymywać się w repertuarze jako dzieje się tak zarówno w Krakowie, jak i we Lwowie. jedno z najlepszych naszych widowisk narodowych”. Jest rok 1892, Bałucki posyła Kilińskiego na Konkurs Tak to utwór osobny przynosi niekiedy autorowi im. Konstantego Wołodkowicza, lecz nie uzyskuje żad- laury. Lecz przypomnijmy: pierwszy ogromny sukces nej nagrody. Utwór polecony za to zostaje do wystawia- ma miejsce 7 lipca 1916 r. – Michał Bałucki nie żyje już nia na scenie. Lecz na to znowuż przychodzi pisarzo- 15 lat. Ano właśnie… wi poczekać – ingerencja austriackiej cenzury sprawia, że pierwszy spektakl w Krakowie odbywa się dopiero Tajniki sukcesu 29 listopada 1894 r. (prapremiera w Poznaniu 12 lutego 1893). Dochodzi do ledwie trzech przedstawień – ludzie KONOPKA (drwiąco): Świat się kończy – żydy nawet do nie chcą oglądać… Tylko nieco lepiej wiedzie się Kilińbroni się biorą. skiemu na scenie lwowskiej (premiera 3 marca 1894) – HIRSCH: No, a czemu nie? A co to żyd – pies? tu z czasem publiczności zaczyna przybywać. Początki bywają trudne… Jak porównać te liche Lecz skąd w ogóle to „pośmiertne zwycięstwo”? Czemu pierwociny z późniejszym sukcesem, z tą narastają- właśnie Kiliński? Bezsprzecznie wpisał się on w sprzycą atmosferą wielkiego święta, którego zwieńczeniem jające okoliczności, o których była już mowa. Przecież staje się właśnie odegranie spektaklu na podstawie cała literatura patriotyczna taka jest – należy do tego obrazu historycznego Bałuckiego? Pierwszy duży suk- rodzaju twórczości, który wykazuje silne związki z rzeces osiągnął Kiliński w Warszawie. Sprzyjały temu wa- czywistością społeczno-polityczną miejsca, w którym runki: Warszawa nie była już wówczas pod wpływem powstaje. Harmonizuje rzeczywistość, tworzy wzorRosji, narastał nastrój bliskiego uzyskania niepodle- ce postępowania, kreuje grupowe mity, stawia sobie głości („oliwa nierychliwa, ale sprawiedliwa”). Przed- za zadanie bezpośredni wpływ na odbiorcę – pojedynstawienie, które miało znakomitą obsadę (m.in. Józef czego wprawdzie, ale będącego elementem większej Węgrzyn, Aleksander Zelwerowicz, Józef Sosnowski), całości – społeczności, narodu. Ma pobudzać, nieść na„zapełniło widownię aż 29 razy”. Warto zwrócić uwagę, dzieję. Robił to właśnie Kiliński, tuż przed i po odzyskaże owa publiczność była przy tym różnorodna – obok niu niepodległości. tej ludowej pojawiali się stali bywalcy o bardziej wyraPytanie rodzi pytanie: w jaki sposób jednak gwafinowanych gustach. rantował to wszystko dramat Bałuckiego? Odpowiedź, Dalej było jeszcze lepiej: śladami stolicy poszła Łódź. zda się, tkwi w jego kompleksowej strukturze. DyW listopadzie 1916 r. dochodzi w niej do bijatyki mię- chotomiczna struktura postaci, przestrzeń znaczona dzy dwoma teatrami. To oczywiście mało wyrafinowa- dużym ładunkiem emocjonalnym, dwojaki czas – konna metafora: Teatr Polski i Teatr Popularny rywalizują spiracyjny i walki, a także środki leksykalne i dwie kao publikę Kilińskim właśnie. Pierwszy inscenizacji dra- tegorie tak ważne dla twórcy Grubych ryb – demokramatu Bałuckiego dokonuje Teatr Popularny, co wpisy- tyzm i religia – widoczne w każdej warstwie utworu, wało się w ówczesną politykę Zrzeszenia Artystów Pol- otóż wszystko to podporządkowane jest jednemu: celoskich, mającego swą siedzibę właśnie w tymże. Obok wi patriotycznemu. satyrycznych spektakli o „stosunkach gospodarczo-woW strukturze owej ważna okazuje się nawet dedyjennych” pojawiają się w nim te narodowe o wymowie kacja utworu. Poświęcenie dramatu „Braciom mieszantyrosyjskiej. Premiera odbywa się 1 października czanom na rok 1894” pozostaje nie bez związku z tre1916 r. i choć łódzka prasa dość oszczędnie relacjonuje ścią dramatu: to mieszczaństwo spełnia w nim bowiem to wydarzenie (nie pojawiły się recenzje), to dowiedzieć główną rolę. Stąd też Bałucki celowo wybiera insurekcję

fabularie 4 (9) 2015

65


Z czyśćca warszawską jako ważne dla tego stanu wydarzenie, ob- zawodów, pod przywództwem szewca za karabin razuje ona bowiem chwilę narodzin świadomości na- chwytają m.in. rzeźnik, złotnik, adwokat… Kategoria rodowej właśnie wśród obywateli miast. Znamien- religii, silnie obecna w dramacie, ma swoją bezpośredne są tutaj słowa tytułowego bohatera, wybranego na nią reprezentację w postaci księdza Mejera. Demokraich przywódcę: „dotąd szlachta tylko stawała do obro- tyzm posuwa się jednak jeszcze dalej, obejmując nawet ny Rzeczypospolitej, teraz i my mieszczanie pokażmy kobiety i dzieci. Tym drugim jest nawet dany utworze światu, że równie jak szlachta, walczyć umiemy w obro- wielki czyn – „małe Dawidy, co idą śmiało na wielkienie kraju, w obronie praw naszych i konstytucji”. No go Goliata” zdobywają armatę. właśnie, szlachta: nie sposób mówiąc o mieszczaństwie Ostatecznie (mimo krytycznego przedstawienia nie zestawić go z nią. Choć w Kilińskim pozytywni i ne- szlachty) dochodzi w dziele do „sojuszu szlacheckogatywni bohaterowie pojawiają się zarówno pośród -mieszczańskiego”, którego pierwszym przedstawiciejednych i drugich, to nie można zaprzeczyć, że obraz lem jest główny bohater. Pozwala na to już samo zestawyższej warstwy społeczeństwa jest dość krytyczny: wienie przywiązania „pułkownika z szerokiego Dunaju” to ona zostaje przedstawiona jako odpowiedzialna za do tradycji sarmackiej (objawiające się m.in. w noszozniewolenie Rzeczypospolitej. Oprócz Konopki, uciele- nym przezeń stroju) z jego zawodem oraz przynależśniającego wszystkie szlacheckie przywary (gwałtow- nością społeczną. Aby jeszcze uwypuklić wszystkie ność, kłótliwość, pozostawanie pod przemożną siłą pie- przymioty Kilińskiego (a jest on właściwie bez jakiejniądza), mamy jednakże również taką Florę Załężankę. kolwiek skazy, sprawiedliwy, rozsądny, inteligentny, pracowity, niepozbawioNic tak nie buduje patriotyzmu jak bohaterska śmierć – ny nawet poczucia humoru, co prawda nieco rubaszneto właśnie ta kobieta, zrazu próżna, ba, kochanka rosyjgo), daje mu autor oponenta skiego namiestnika, chcąc w osobie rosyjskiego amba„krwią zmyć pocałunki mosadora Osipa Igelströma (to skiewskie z twarzy”, umiera właśnie jego kochanką była na polu bitwy. wspomniana Flora). Ten to jest całkowitym jego przePiękna to historia, wzruszająca – jak każda ze spekciwieństwem… Wulgarny, próżny głupiec, schlebiatakularną przemianą w tle. To kolejny chwyt stosowający tanim gustom i mało w yrafinowanym rozry wny przez Bałuckiego dla osiągnięcia bezpośredniego kom, tchórz bez talentów militarnych, zostaje w finacelu oddziaływania na odbiorcę. Obok postaci statyczle całkowicie skompromitonych, od początku do końca stabilnych, do których zali- wany. (Utwór kończy ponadto laudacja na cześć szewczyć można oczywiście Kilińskiego, daje autor postaci, ca). Nie może to jednak dziwić. To utwór patriotyczny: których konstrukcja jest dynamiczna – oni dopiero konstrukcja postaci musi rodzić jednoznaczne przejęw trakcie trwania akcji zyskują miano bycia godnymi cie czytelnika. Zaprojektowany kontrast daje odbiorcy ojczyzny, co tylko uwydatnia ogrom jej pozytywnego rzeczywistość podzieloną na dwie strony – dobro, które znaczenia, jej przemożny wpływ na ludzkie zachowa- związane jest z polskimi patriotami, i zło, czyli służąnia. Metamorfoz takich w dramacie nie brakuje: pijak cych sprawie zniewolenia Rzeczypospolitej ich przeciwTrąbka ofiarowuje panu Jezusowi i Polsce zniewolonej ników. Nie ma tu miejsca na wątpliwości, na trudne pyswoją alkoholową wstrzemięźliwość, gwałtowny Siera- tania, na analizę. kowski pokornieje, a tchórzliwy Hering bije Moskala Owa dychotomia ujawnia się zresztą w każdej warniby epopeiczny heros. stwie dramatu. Tak jest również w przypadku miejDemokratyzm Bałuckiego w Kilińskim, niczym nie- sca akcji, związanego z owymi dwoma oponentami skrępowany, rozprzestrzeniający się niepowstrzyma- i przez to posiadającego ogromny ładunek emocjonalnie, demokratyzm totalny, ujawnia się w szeregu róż- ny. Najpierw otrzymujemy obraz mieszkania szewca, norodnych postaci. Wszyscy Polacy to wielka rodzina. rzecz jasna schludnego, oczywiście urządzonego po Nawet ci obcego pochodzenia. Kupiec Tykiel mówi mieszczańsku, na ścianie ukrzyżowany Chrystus, wio sobie łamaną polszczyzną: „Ja nie żadna Niemiec. Ja zerunki świętych, królów i hetmanów. Religia i tradynie mówila dobre po polski, to wiem; ale ja miala pol- cja. A lokum rosyjskiego ambasadora? Nazwane nawet ska serce, ja kochala polska kraj”. Żydzi Hirsch i Dawid w tytule jednego z aktów „klatką tygrysa” jest swoistym biorą udział w insurekcji, co początkowo spotyka się ze mariażem kosmopolityzmu, przepychu oraz braku zdziwieniem części bohaterów. Podobnie jak struktu- umiaru i gustu. Takie przedstawienia budzą jednora narodowościowa, heterogeniczna jest reprezentacja znaczne konotacje.

66

fabularie 4 (9) 2015


Z czyśćca Tylko nieco inaczej jest w przypadku czasu w dramacie. W tej kwestii mówić chyba można – za Boyem-Żeleńskim – o tym swoistym dla Bałuckiego „nerwie scenicznym”, dzięki któremu wszystko zostaje odpowiednio „wprawione w ruch”. Ponadto podział na czas konspiracyjny i czas walki również sprzyja ostatecznemu celowi patriotycznemu. Uściślijmy, dominuje ten pierwszy, przez większą część akcji dramatu oglądamy przygotowania do rozpoczęcia powstania, na końcu aktu czwartego mieszczaństwo rozpoczyna bitwę, natomiast ostatni akt przedstawia wygasające już walki i zgodnie zresztą ze swoim tytułem – zwycięstwo. Zakończenie okazuje się wyjątkowo ważne w kontekście konstrukcji postaci: umożliwia ono bowiem ukazanie przemian, jakim ulegli bohaterowie – dostali oni możliwość sprawdzenia się w boju. Podkreśla także stabilność postaci, które takich zmian nie przechodzą: Kiliński od początku to postać spiżowa, a Igelström – budząca jednoznacznie negatywne emocje. Finał te cechy jeszcze uwydatnia – szewc prowadzi swych ziomków do wielkiego zwycięstwa, a Rosjanin przybiera cechy zbrodniarza, wydając rozkaz rozstrzelania więźniów, i budzi politowanie, gdy drżąc ze strachu ucieka z pola bitwy. Funkcja obecności czasu walki jest jeszcze inna – ujednoznacznia sens utworu. Z pewnością, gdyby akcja była ograniczona do konspiracji, gdy nie widzielibyśmy ostatecznego zwycięstwa, ten taki by nie był. A więc i czas służy celom utworu stworzonemu „ku pokrzepieniu serc”. Czas jest w Kilińskim – podobnie jak i inne elementy świata przedstawionego – nośnikiem patriotycznego nastroju.

Z jednej więc strony, doceniało się elementy związane z jego scenicznym przeznaczeniem: funkcjonalność przedstawianych sytuacji, oszczędność słowa w budowaniu dialogów, komizm postaci ściśle związany z językiem, duży potencjał dla ciekawych kreacji aktorskich. Z drugiej natomiast, zarzucało schematyzm akcji i postaci, podporządkowanie fabuły chęciom uzyskania jednoznacznego efektu, nieumiejętność stworzenia satyry spowodowaną zbyt jaskrawą karykaturą. Warto zwrócić uwagę, że w ocenach takich Bałucki wielokrotnie bywał traktowany niesprawiedliwie. Choć oczywiście zwolennik mieszczaństwa nie był jego apologetą, jak słusznie zwróciła uwagę Irena Sławińska, nie uciekał od ukazania również jego negatywnych cech. Tymczasem formacja Młodej Polski wyraźnie utożsamiła go z obskurantyzmem i prostactwem myślowym. Nazwała zacofanym konserwatystą zadeklarowanego demokratę, postulującego zrównanie stanów wobec prawa. Oczywiście wiele zarzutów w stosunku do Kilińskiego jest uzasadnionych, choć warto brać poprawkę na okoliczności, w jakich dramat powstawał, jakie cele miał osiągać. Zdaje się, że współcześnie wartość jego polega jednakże zupełnie już na czym innym – niezależnie nawet od jego immanentnej wartości artystycznej. Nie rzecz w tym chyba bowiem, by poddawać się pokusom klasyfikowania, nazywania, wreszcie rozstrzygania, czy rzeczywiście idzie – biorąc pod uwagę jego komiczną dominantę – o dzieło osobne. Kiliński spełniać może jeszcze inną rolę, może poświadczać prawdę o wątpliwych dysonansach, przypominać o niejednoznacznościach, które ostatecznie tworzą jedność „Zjełczały tłuszcz” sylwetki twórczej. Ostatecznie tym dramatem histoczy doskonały „nerw sceniczny”? rycznym Bałucki robić może mimowiednie coś podobnego (zachowując wszelkie proporcje), jak swoim geHERING: Powiedzcie mi panowie, czy to bardzo boli, jak na stem samobójczym. Podsumowując, powiedzieć można przykład taka kula dostanie się do ciała? To musi być okrop- za Jakubem Malikiem analizującym tę śmierć: Kiliński ny ból. „wniósł zamęt w proste myślenie, zamieszał w prostych kategoryzacjach i myśleniu stereotypami”. Mówiąc o utworach osobnych, warto przedstawiać je zawsze na tle tzw. twórczości właściwej, odnajdywać podobieństwa. W przypadku Kilińskiego nie jest to wbrew pozorom wcale takie trudne. W tym dramacie historycznym znać przecież wyraźnie warsztat kome- Bibliografia: diopisarza. Pośród wielu zalet dzieła wymienia Boy- Jan Załęga [Michał Bałucki], Kiliński. Obraz historyczny w pięciu -Żeleński m.in. „akcenty szczerego humoru, w miarę aktach, Kraków 1898 przeplataną rzewną i poważniejszą nutą”. „Sam Igel- Lesław Eustachiewicz, Dramaturgia Młodej Polski, Warszawa 1986 ström nie taki straszny jak go malują: nakrzyczy, jucha, Anna Kuligowska-Korzeniewska, „Patriotyczny” Kiliński, czyli bo nakrzyczy, ale rozumu Bóg mu nie dał, dziecko wypośmiertne zwycięstwo Bałuckiego, [w:] Świat Michała wiodłoby go w pole!” – powiada w innym miejscu kryBałuckiego, pod red. T. Budrewicza, Kraków 2002 tyk. „I patrzymy na to wszystko, i śmiejemy się ser- Jakub A. Malik, Ostatnia ze sztuczek, czyli jak zakończyć życie…, decznie”. Wyraźnie więc autor Flirtu z Melpomeną na [w:] Świat Michała Bałuckiego, pod red. T. Budrewicza, Kraków pierwszym miejscu w dziele, stricte komedią niebędą2002 cym, stawia komizm… Henryk Markiewicz, Literatura pozytywizmu, Warszawa 1986 Ponadto Kiliński oceniany był w podobnych kate- Anna Sobiecka, Bałucki redivivus?, [w:] „Słupskie Prace Filologiczne. goriach, co i inne utwory dramatyczne Bałuckiego. Seria Filologia Polska” 2004, nr 3

fabularie 4 (9) 2015

67


Proza KATARZYNA SZAULIŃSKA

Café Anatomia W

śród studentek ten typ męskiej psychofizjonomii określano mianem „czosneczka”. Postura wątła, grube okulary zakrywające maleńkie kaprawe oczka, sweter po ojcu. Ogolony, lecz gdy przypatrzeć się odrastającej brodzie – nie rośnie bujnie, po męsku, ale w smętnych kępkach. Samczyk beta. Bez fantazji, ale idealista – chętnie spędza długie godziny w kieracie. Zainteresowania: medycyna. Postępy w proktologii, dla przykładu. Chłopiec tego gatunku ewoluuje, przekuwając młodzieńcze kompleksy w profesorskie zadęcie. Zamienia sweter na przyduży garnitur, zdolny pomieścić ego, rozprasowane stopniem naukowym. Wymięta koszulka z obozu integracyjnego w Chłapowie, ta z obrazkiem Człowieka witruwiańskiego pod rentgenem, ląduje w śmieciach. Zastąpi ją koszula wykrochmalona tak, że jak się spoci, pod pachą zbierze mu się kisiel. Taki oto kawaler, Maciej Bolesławik, student piątego roku medycyny, zaprosił dziś Adelę na randkę. I to randkę z nadziejami na zmianę stanu cywilnego.

Adela drżała ze szczęścia. Obciągnęła czerwony topik z gigantycznym dekoltem, na którym widniały pozamazywane korektorem pryszcze. Topik natychmiast podjechał znowu do góry odsłaniając brzuch i lędźwia. Tak było nawet lepiej. – Sexy! – skomentowała Zosia, wykorzystująca swój czas w dwójnasób – czytając „Cosmo” oraz susząc pomalowane paznokcie u nóg – uniesionych w górę i opartych o ścianę w celu odciążenia krążenia żylnego. Adela mieszkała z Zosią i Hanią (która w tym momencie była w toalecie), w jednym pokoju w akademiku Żwirek, leżącym dokładnie naprzeciwko szpitala na Banacha. Wszystkie trzy studiowały kierunki wysoce humanistyczne: odpowiednio kulturoznawstwo, europeistykę i historię. Uznawały kierunki te za wzniosłe i ważne, a wszelka rozmowa o prawach rynku pracy wywoływała w nich chichot. Było to śliczne i czarujące. Co do Macieja Bolesławika, Adela poznała go na szalonej imprezie w Proximie. Szpanował koszulką

68

z napisem „II Wydział Lekarski”, gdzieś pod ścianą, licząc, że jawne obnoszenie się ze studiowaniem medycyny zdobędzie mu kilka adoratorek wśród pięknych dziewcząt z akademika. Nie pomylił się. Adela ścierpiała nieudolne umizgi niewprawnych, podnieconych dłoni Macieja (niechby te dłonie lepiej się zajęły krojeniem ludzkich brzuchów!). Cierpliwie zniosła również opowieści o ciężkim zakuwaniu przez całe noce. Adela dbała o wierność wzniosłym zasadom humanizmu jedynie w pewnym zakresie. Kręgosłup moralny wzbija się w chmury idei tylko, gdy stąpa po twardym podłożu. Nawet jeśli podłoże to miałoby być steranym grzbietem człowieka pracującego. Adelę cechowała tylko pozorna pogarda dla brutalnych praw przeżycia. Polska jedną nogą stoi w kryzysie, drugą w akcie fałszywego obrzydzenia wyciera z krowiego łajna, które jeszcze wczoraj nie budziło w nim odrazy. W takiej sytuacji człowiek musi dbać o bezpieczeństwo dla realizowania swoich wyższych potrzeb. Takiego męża jak Maciej potrzebuje kobieta na czas ekonomicznej zawieruchy. Zarobek może nie najwyższy, ale stały. Nieodmienny prestiż. Długie dyżury. Do tego oczywiście kochanek, jak słodki poncz przesycający tort dobrobytu. Ale o tym później. Maciej Bolesławik zostawił swą legitymację studencką na recepcji i udał się windą na siódme piętro. Korytarz wionął śmieciami wystawionymi na korytarz w nieszczelnie związanych workach opartych o puste kartony po pizzy. Woń rybich ości, resztek piwa i wódki, podpasek, słoików po maminych gołąbkach i ziemniaczanych obierek mieszały się w zapierające dech w piersiach kompozycje. Maciej mieszkał jeszcze z rodzicami, więc zapach ten zarówno fascynował go, jak i odrażał wielokrotnie bardziej niż każdego mieszkańca – mimo że przecież nie był tu pierwszy raz. Dotarł do drzwi i zapukał. Otworzyła mu, piękna i kolorowa, kiwająca biodrem do Radia Eska, i ucałowała go w usta. Śmialutko, aż spąsowiał. Maciej wręczył jej bukiecik róż, niewielki, stosowny do budżetu studenckiego. Nastawiła czajnik na herbatę. Maciej poczuł, że kiszki grają mu marsza. Konkretnie dolny odcinek przewodu pokarmowego. – Przepraszam. Idę kupę. Adela zaczerwieniła się spuszczając oczy. Maciej wyszedł z pokoju z rolką papieru w dłoni. Jego plecak został na łóżku Adeli. – Brudny plecak stawia, no! – zauważyła Zosia. – Nie czepiaj się – odrzekła Adela i zdejmując plecak z łóżka, z ciekawości zajrzała do środka. Spoczywał tam fartuch szpitalny i małe granatowe, aksamitne pudełeczko. Adela zadrżała. W pudełeczku leżał pierścionek z diamentem. Małym, bo małym, ale diamentem. Adela w ułamku sekundy sprawdziła kamień, tworząc rysę na szklance z herbatą. Wydała z siebie pisk, niemy, żeby nie

fabularie 4 (9) 2015


Proza zapeszyć. Kiedy Maciej wrócił, wyraźnie odprężony, plecak leżał zapięty na podłodze, a w sercu Adeli dudniła nadzieja.

– A to są zroślaki – powiedział Maciej, piastujący w dłoniach wielki słój z bliźniakami zrośniętymi kręgosłupem. Był tak dumny, jakby trzymał na rękach własne dziecko. Adeli zakręciło się w głowie. – Aha… – szepnęła. „Ach, to tak, nudziarzyku! No ładnie! Troszkę, ciut, ciutek cię nie doceniałam”. Adela wzięła głęboki oddech i ujrzała przed oczyma następująca scenę: ona, Adela, leży w lekkiej satynowej koszulce nocnej w jasnoróżowej pościeli. Obok dryfuje filiżanka po kawie latté z syropem karmelowym i książki – tu Houellebecq, tam Proust, gdzieniegdzie Mann. Ona, Adela, zaciąga się papierosem zostawiając na nim ślad szminki. Światło poranka rysuje łagodne cienie na parkiecie, na którym ona, Adela, stawia krok w stronę kuchni. Czas na śniadanie. Słodki samotny poranek spędzony na rozkosznym, intelektualizowanym nieróbstwie. Dzień jak co dzień.

Adela ubrała się w puchówkę i wyszli w jesień. – Dokąd idziemy? – spytała na przystanku Banacha-Szpital w stronę centrum. – Dzisiaj pójdziemy w specjalne miejsce – powiedział Maciej uroczystym głosem. – To będzie coś w rodzaju kolacji, z bardzo ważnymi ludźmi. Nie zawiedź mnie. Uścisnął jej palce spoconą ręką, w której przed chwilą miętosił zasmarkaną chusteczkę higieniczną. Oddała uścisk, rozradowana pierwszymi oznakami awansu społecznego. „Czosneczku mój” – szemrało jej w głowie pachnące słowo. Wysiedli na przystanku Dworzec Centralny i udali się w stronę Chałubińskiego. Przy skręcie w Oczki wziął ją za rękę i poprowadził po kamiennych schodach w górę. – Na pierwszym roku mamy tu anatomię, a teraz tutaj chodzę na koło anatomiczne. Adela zacisnęła w pięści zwątpienie i mocno je poddu– Są tu trupy? siła. Wypuściła powietrze. – Są. – Bardzo tu miło… – powiedziała słabiutkim głosem. Maciej zatrzymał się nagle, bo coś sobie przypomniał. Oparł dłonie na ramionach Adeli i spojrzał jej Wyszli i skierowali się korytarzem w lewo. Minęli zaw oczy. wieszone na ścianach drewniane gabloty i ławki. Doszli – Słuchaj, Adeluś. Musisz udawać, że studiujesz me- do klatki schodowej, zeszli serpentyną schodów na półdycynę. W przeciwnym razie klęska, wyrzucą mnie. piętro i wylądowali pod białymi drzwiami z plastiku. Nie możesz mnie zawieść. – To tutaj. Uważaj na trupy. Ale nie bój się – pokrze– D-dobrze… Postaram się mało odzywać – wybąka- piająco uśmiechnął się Maciej i otworzył przed nią ła Adela. drzwi. Na ciężkich drewnianych drzwiach widniała ta„Panie przodem, proszę bardzo, pewnie!” – Adeli aż bliczka „Collegium Anatomicum”. Nobliwie. Szacownie. się jelito skręciło ze strachu. Przepuścił ją w drzwiach. W środku panował komunistyczny półmrok jarzeniówek, oddających światu ostat- – Oho! Witamy nową członkinię! – usłyszała nagle. nie luksy. Przedsionek, w nim szatnia z marmurowym – Witam – odpowiedziała głosowi, który pochodził blatem, kamienne kolumny. Oddali kurtki, otrzymując z ust przysadzistego mężczyzny w średnim wieku, siew zamian metalowe numerki. dzącego w głębi sali. Jego ogromny tyłek oblewał obro– Podobne przywiązuje się trupom do dużego palca towy stołeczek niczym polewa tort. – Zapraszam państwa do środka! u nogi – zadumał się Maciej. Minęli dwóch ochroniarzy, wyglądających, jakby Adela postąpiła przodem, Maciej za nią, trzymając mieli co najmniej drugą grupę inwalidztwa. Nie zwró- jej rękę na ramieniu. Sala była ogromna, oświetlona jacili na nich uwagi. rzeniówkami. Mieściło się w niej pięć dużych stołów Weszli po następnych schodach. Maciej pokazał jej i nie wiedzieć czemu wanna. Trzy stoły były plastikowe palcem drzwi. i otoczone wianuszkiem krzesełek obrotowych, z któ– Najpierw tutaj. Muszę ci to pokazać. rych tylko jedno było zajęte. Na dwóch pozostałych, marmurowych stołach leżały trupy. Adela minęła je nie Adela otworzyła drzwi i przełknęła ślinę. Musiała patrząc. Studenci medycyny są przyzwyczajeni do taoprzeć się o framugę, żeby nie zemdleć. kich widoków, a ona w końcu musi udawać jedną z nich. Na drewnianych półkach zajmujących wszystkie ścia- Przełykała ślinę i zaciskała dłonie, walcząc z czarnyny tego niewielkiego pokoju piętrzyły się słoje wypełnio- mi punkcikami kołującymi przed oczami. Powtarzała ne formaliną. Pływały w niej różnego rodzaju i kształ- sobie, że nie może zemdleć, bo byłby to ostateczny blatu martwe płody, z rozszczepem kręgosłupa, bezgłowe, maż i koniec jej marzeń o szczęściu i dobrobycie. Jej krobezmózgie, z wybałuszonymi oczyma, żabimi twarzycz- kom przyświecał blask diamentowego pierścionka, ale kami, malusieńkimi kończynkami. Te, które posiadały chwiała się. Wtedy Maciej ścisnął jej ramię z siłą, o jaką głowy, bez wyjątku miały złośliwy wyraz twarzy. go nie podejrzewała.

fabularie 4 (9) 2015

69


Proza Usiadła na brzeżku krzesła, Maciej obok niej. – Świeża krew – skonstatował. – Studentka czy – To moja dziewczyna, Adela, profesorze. Przypro- lekarka? – Studentka – odpowiedział za nią Maciej. – To moja wadziłem ją, żeby… – Wszystko rozumiem, panie Macieju – przerwał dziewczyna, Adela, a to doktor Brzdylski. gruby profesor i wyciągnął w ich kierunku tacę z kieDoktor ponownie spojrzał na nią, podejrzliwie. liszkami pełnymi czerwonej cieczy. Zmrużył oczy. – Boisz się. – Może kieliszeczek? Świeżuteńko przeterminowana! – Nie boję – powiedziała słabieńko. Adela mimowolnie wybałuszyła oczy. – Nie ma czego. Będziemy po prostu jedli – wyjaśnił – Tak, to krew, kochanie! Ale bez obiekcji i fałszywych patrząc jej w oczy przeciągle, bez mrugania. Adeli zroprzekonań. Próbowałaś kiedyś krwi cytrynianowej? – N-nie próbowałam… biło się gorąco. Brzdylski zaczął rozpruwać niebieski – No to siup! – powiedział i dla zachęty sam opróż- worek, z którego powoli wyłaniał się kształt owłosionił kieliszek. nej męskiej nogi. Maciej podał Adeli kieliszek z rżniętego krysztaW trakcie tego wywodu drugi mężczyzna, ten chudy, łu i sam wziął jeden dla siebie. Adela chwyciła kieli- przyszedł się z nią przywitać. Nazywał się Bóg. Marek szek w dwa palce. Maciej uśmiechnął się do niej ciepło Bóg. Transplantolog, wyjątkowo uprzejmy. Wyjął z teczi wzniósł leciutko rękę. Adela obejrzała płyn pod świa- ki spory pakunek, jak wyjaśnił, zawierający stłuszczotło. Był ciemnoczerwony, nieprzejrzysty. Spojrzała na ną wątrobę. Macieja raz jeszcze. W jego oczach znalazła tyle zachę– Bez wirusów, sam alkohol tego dokonał – zareklaty, że wypiła do dna. mował swój pakunek.– Myślę, że jest wyjątkowo esenKrew była chłodna, miała cytrusowo-metaliczny cjonalna. Lubi pani foie gras? Adela lubiła. Do dziś. posmak. Lekko słona. Gęsta. – To A plus. Jest pyszna, ale nijak się nie ma do AB – Panie Stefanie! Przyniesie pan kuchenkę? – rzucił prominus – westchnął z rozmarzeniem profesor. – To do- fesor i zza kolumny wynurzył się mężczyzna. Adela nie piero rarytas. Prawie nigdy się nam nie przedatowu- zauważyła go do tej pory, jakby wtopił się w otoczenie. je. A przecież nie będziemy mordować pacjentów pijąc – Pan Stefan jest tutaj strażnikiem i woźnym – szepświeżą krew! – wybuchnął rubasznym śmiechem. nął jej na ucho Maciej. – Pan, Macieju, już jest trochę obyty, toteż pewnie zaAura śmierci nadaje jej akolitom nader paskudny uważył, jak inaczej smakuje krew żylna od tętniczej? wygląd. Wzdyma gałki oczne, przygina łeb do ziemi, W tej pierwszej dominuje nuta wiśniowa, a tętnicza jest fałduje w górę garb. Zbyt prostym byłoby jednak pojakby truskawkowa, bardziej ożywcza. równanie ciecia Stefana do zwłok na marmurowym – To pewnie za sprawą utlenowania, profesorze – po- stole. Tym, co naprawdę słało siarki po kręgosłupie wiedział uprzejmie Maciej. Adeli, od potylicy aż po rowek, było jego żywe, żarto– Domyślam się, że tak. Drażni mnie tylko posmak bliwe wręcz wejrzenie. konserwantu i myślę, że to niezdrowe dla żołądka, ale – Pewnie panią dziwi, dlaczego spotykamy się bez niego wszystko by zakrzepło. Gdyby tak zamiast w takim miejscu – uśmiechnął się do niej profesor. – Jest niego dawali kapkę cytryny… I tabasco. Może jesz- tu dość… nieprzytulnie. I nie ma warunków do gotowania. Ale wszyscy, łącznie z pani narzeczonym (tu Adela cze kieliszeczek? Nagle na stole przed Adelą wylądował worek zadrżała), chodziliśmy na koło anatomiczne. Byliśmy z czymś miękkim i żółtym. Zafrapowana piciem krwi zakochani w tajemnicach ludzkiego ciała i atmosfera nie zauważyła, że kolejna osoba weszła do sali. Męż- tego miejsca niezwykle nas przyciąga. Poza tym to już czyzna o zmarszczkach ostrzykniętych botoksem po- swego rodzaju tradycja. Spotykamy się tu od kilkudziepatrzył na nią oczami bez wyrazu. Maciej przedstawił sięciu lat, ciągle nowe pokolenia. Ale, pani Adelo, proszę ich sobie. Doktor Aleksander Wołejko zajmował się chi- opowiedzieć o sobie: jakie są pani plany na przyszłość? rurgią plastyczną. Jaka specjalizacja? – Lipo było. I to duże. Możemy pomrozić. – Niesprecyzowane – odpowiedział za nią Maciej Jak wyjaśnił jej Maciej, worek na stole zawierał ko- z drugiego końca sali. Był czujny. – Adela zastanawia biecy tłuszcz odessany z otyłego brzucha. się nad psychiatrią i neonatologią. – Nad czym? – bąknęła Adela, na szczęście cicho. Pro– Chyba i ja wam kiedyś oddam trochę sadła – zaśmiał się profesor, ważąc w dłoni torbę. – I to trzy fesor czule pogłaskał ją po głowie dłonią jak bochen razy więcej! chleba. Adela myślała o tym, jak będzie przechadzała W tym momencie do sali weszli dwaj mężczyźni po- się pod rękę z Maciejem, już wtedy profesorem, w elegrążeni w rozmowie. Jeden wysoki i chudy, drugi ma- ganckim futrze – dla gapiów – i w czerwonej bieliźnie sywny i krępy, z mocną męską szczęką. Masywny wyjął pod spodem – dla kochanka. Czuła na palcach u nóg zza pazuchy niebieski worek i rzucił na stół. Podał rękę słodki ucisk szpilek od Louboutina. To wystarczyło. A potem zaczęło się gotowanie. grubemu profesorowi i Maciejowi i spojrzał na Adelę.

70

fabularie 4 (9) 2015


ilustr. Beata Ĺťurawska

fabularie 4 (9) 2015

71


Proza Profesor obwiązał się wyjętym z aktówki fartuchem z wizerunkiem kury domowej, poprawił kołnierzyk i zatarł ręce. Pozostali lekarze wyjęli drewnianą deskę, patelnię, noże, torbę omszałych renet, gałązki rozmarynu. Każdy dostał jakieś zadanie. Adeli na szczęście przypadło w udziale tylko umycie jabłek nad wanną i pokrojenie ich na cząstki. Kroiła, nachylona nad stołem, ale trup nachalnie wdzierał się w jej pole widzenia. Brzdylski oprawiał nogę z wielką wprawą. Zdjął z niej owłosioną skórę i tasakiem podzielił na zgrabne kotleciki z kością w środku. Stopę wraz z kawałkiem kostki cisnął do wielkiego garnka przyniesionego przez ciecia Stefana. – W tym garnku obgotowuje się ludzkie głowy, żeby stały się ładnymi gładkimi czaszkami. Skóra wtedy lepiej schodzi. Kiedyś robili to studenci, gdy udało im się wykonać maleńką ekshumację dla dobra nauki! – roześmiał się sarkastycznie. Adeli znowu zrobiło się miękko w głowie. Marek Bóg zalał stopę wodą i postawił na kuchence, po czym zabrał się do krojenia wątróbki w cieniutkie plastry. Profesor podłączył do prądu kuchenkę, postawił patelnię na fajerce. Kiedy się rozgrzała, wylał hojnie kobiecy tłuszcz z worka. Zabulgotało. Z pietyzmem ułożył kawalątki wątroby, które następnie oprószył płatkami cebuli i kwaśnym jabłuszkiem. W drugim garnku kipiał już wywar ze stopy, w który profesor wrzucił włoszczyznę, liść laurowy i sporą garść suszonych śliwek. W trakcie gotowania rozmawiali o pacjentach, badaniach naukowych i medycynie. A także sprawach okołomedycznych. …zawsze zastanawiałem się, jak smakuje nowotwór. Myślałem też o tym, żeby skosztować pasożytów Albo: …oddają tę krew, jakby ich parzyła. Za pół litra osiem czekolad i dzień wolny od pracy. I przyłażą! Bardzo dobrze, to chwalebne, ale…! Trepy z kiłą, pijaki, narkomani, recydywiści w garniturach! Słyszałem o lekarce tak uzależnionej od krwiodawstwa, że jak zaszła w ciążę, która jest oczywiście przeciwwskazaniem, to sama sobie robiła upusty… Do sali wbiegła zdyszana smukła, czarnowłosa kobieta. – Przepraszam za spóźnienie. Musiałam odebrać Marysię ze żłobka. Za to upiekłam dla was ciasteczka! – powiedziała wyjmując foliowy woreczek z torebki. Wysypała jego zawartość prosto na marmurowy blat. Ciasteczka miały kształt czaszek, ale wyglądały apetycznie. Adela chwyciła jedno i wpakowała do ust. – Pyszne, nie? Nadziewane galaretką z ludzkiej krwi – pani doktor uśmiechnęła się ciepło, a Adela zakrztusiła się. – Przyniosłam też z Chochelki talerze i sztućce. – Chochelka to nasza studencka stołówka – szepnął Adeli na ucho Maciej. – A to jest pani doktor Upuścińska.

72

Pani doktor zakasała rękawy i zabrała się za rozkładanie talerzy. Oczom Adeli ukazały się dziwnie posiniaczone zgięcia łokciowe z czymś jakby… małymi dziureczkami. – Jejku, super, że poszłaś na medycynę – rzuciła nagle pani doktor. – To jest dla kobiety fantastyczna droga do niezależności. Może się walić i palić, restrukturyzacje, rozwody, a ty masz ciepłą posadkę. Takich kobiet nam trzeba! Adela uśmiechnęła się kwaśno i skupiła na dojadaniu ciasteczka. Tymczasem profesor nagryzł rożek plastikowego worka z krwią i wlał zawartość do małego garnuszka. Rozrobił ją z odrobiną mąki i dodał do wywaru pyrkającego w wielkim garze. Już wkrótce na stole wylądowały potrawy: czernina z kluseczkami, kotlety z udźca i wątróbka z jabłuszkiem. Profesor wetknął truposzom z marmurowych stołów w usta świeczki i podpalił je. Następne dwie umocował w stężałych pośmiertnie dłoniach i zgasił jarzeniówki. Atmosfera była jednocześnie upiorna i wigilijna.

Myślała o holenderskich martwych naturach, na których bujne kwiaty mieszają się z gnijącymi i toczonymi przez robactwo. Na dole zawsze napis „Vanitas”. Zasiedli wokół plastikowego stołu – profesor, po jego prawicy Adela, Maciej, Bóg, Upuścińska, Wołejko, cieć Stefan i Brzdylski. Nalali zupy. Profesor nalegał, żeby obsłużyć Adelę. Dostała kopiastą michę gęstej czerniny. Patrzył z nadzieją, jak brała do ust pierwszą łyżkę. Ślina gromadziła się w jej ustach i miała ochotę prędko je opuścić wraz z zawartością żołądka. Tylko spokojnie, głęboki oddech. Nie mogę go zawieść. Moja przyszłość oto się waży. Adela poczuła wirujące przed oczami czarne punkty „Pierścionek. Futro. Mercedesik. Louboutiny. Bądź twarda, bijacz! Zamknij oczy i myśl o pieniądzach!” – powtarzała Adela swoją mantrę. – I jak? – spytał profesor, podenerwowany jak student na egzaminie. – Doskonała… – powiedziała Adela, rozpaczliwie trzymając zupę w zaciśniętym policzku. Smak powoli rozchodził jej się po ustach, chociaż bardzo tego nie chciała. Wlewał się mikronieszczelnościami w zdesperowanym policzku, które kwaśna czernina z każdą chwilą poszerzała. W pewnym momencie poczuła go w pełni.

fabularie 4 (9) 2015


Proza I oniemiała. Wcale nie był wstrętny, tylko pyszny! Nie potrzebowała już pozytywnych motywacji, zupa była wspaniała. Rzecz jasna, o ile nie pozwoliło się sobie na dywagacje o jej składnikach. – Jejku, doskonała! – wykrzyknęła szczerze, podskakując na stołku, a profesor dopiero wtedy rozprasował zmarszczone brwi. Kolejną potrawą był kotlet z ludzkiej nogi. Leżał przed nią i promieniował zapachem, który był podobny do zwierzęcego mięsa, z pewną subtelną różnicą. Być może tę różnicę podpowiadała jej tylko wyobraźnia. Nagle poczuła w uszach tętniącą ciszę. Myślała o wygranej. Widziała ją. Żyli długo i szczęśliwie, karmiąc się kąskami ze swoich talerzy: ona jemu piersi, on jej futro z norek, ona jemu cipkę, on jej mieszkanie, ona mu czarną dziurkę, on jej kostium Chanel. Gryzła, przeżuwała i połykała. Całymi dniami. Kawałek po kawałku, mielone, po benedyktyńsku, płonące, au vin. Żeby to wszystko dostać, musiała tylko dotrwać do końca wieczoru z uśmiechem na ustach. Mięso okazało się jeszcze lepsze, kruchutkie i soczyste. Ale i tak nie miało porównania z wątróbką, przy której profesor przeszedł samego siebie. Jedli, aż uszy im się trzęsły, i dyskutowali, wznosząc kolejne toasty krwią cytrynianową. – Maciej mówił, że jest pani humanistką. To wspaniałe, kiedy humaniści wybierają medycynę. W końcu Adela, starając się nie przestawać być grzeczną, zapytała profesora, dlaczego do ciężkiej cholery robią to wszystko. – Musimy postępować etycznie – powiedział. – Te odpady należy w jakiś sposób utylizować, a nikt przed nami nie wpadł na to, że można je po prostu zjeść. Ale ludzkie ciało to tabu. Istniały, owszem, doniesienia tych, co przeżyli na pustyni dzięki temu, że zjedli swojego kolegę. Są też przecież plemiona kanibalistyczne. Ale niech pani zwróci uwagę, że my nikogo nie krzywdzimy, wykorzystujemy tylko resztki, to, co ludzkość uznaje za niejadalne. Lekarze od czasów Hipokratesa badali organoleptycznie płyny ciała. Nie rozumiem, dlaczego nastąpił tak gwałtowny obrót. – Nie rozumiem, w jaki sposób bardziej etyczne miałoby być jedzenie zwierząt niż marnujących się resztek ciał ludzkich – dodała Upuścińska. – Zamiast spalać te szczątki i napędzać efekt cieplarniany, jemy je. Tyle żelaza, białka, energii ocalamy przed zmarnowaniem się. – Wie pani, Adelu, my gotujemy ten oto skromny posiłek i podliczamy, ile by to kosztowało w staropolskiej restauracji w Warszawie. Zupka ze dwie dychy, wątróbka też dwie, mięso ze cztery. Trunki trzydzieści od łebka, przecież nie żałujemy sobie. W sumie z napiwkiem ponad sto złotych. I my tę sumę przelewamy na konto organizacji charytatywnych. Pomnożoną kilkukrotnie. – Czyli jesteście jakby… klubem charytatywnym?

fabularie 4 (9) 2015

– Dokładnie tak. – A prywatni pacjenci i tak mówią o mnie „krwiopijca” – powiedział Wołejko oblizując czerwoną kropelkę z górnej wargi. Jak zwykle zachował kamienną twarz. Adela nie przestawała myśleć o pięknych drobiazgach, jakie mogłaby nabyć za te wielokrotności stu złotych. Tworzone na zamówienie perfumy, na przykład. Albo chociaż ordynarne kosmetyki Chanel czy bransoletka Pandora. „Ja też jestem biedna” – myślała zirytowana. „Mogliby to wydać na mnie”. Z drugiej strony, kąpała się w blasku dobroczynności. Czuła, że każdy spożywany przez nią kęs poprawia losy wszechświata. W bliżej, co prawda nieokreślony, sposób, bo ona bynajmniej nie zamierzała wspierać żadnych organizacji. Kolacja zakończyła się zbiorowym myciem naczyń nad wanną za pomocą szlaucha. – Tutaj normalnie myjemy mózgi z formaliny – powiedział Maciej. Adela, której po całej tej kolacji było już wszystko jedno, zatrzymała się nad trupem leżącym na marmurowym stole i przyjrzała mu się dokładnie. Był cały zszarzały i jakby wysuszony. Oglądała wyżarty brzuch, nadszarpnięte studenckimi pęsetami mięśnie, klatkę piersiową przekrojoną i ogołoconą z serca. Świeczka, którą profesor wetknął mu w usta, oświetlała twarz w upiorny sposób. Migocący płomień zmieniał miny martwej twarzy, która przybierała raz złośliwy, a raz dobrotliwy wyraz twarzy. Myślała o holenderskich martwych naturach, na których bujne kwiaty mieszają się z gnijącymi i toczonymi przez robactwo. Na dole zawsze napis „Vanitas”. Adela, ku swojemu zdziwieniu, zapragnęła nagle położyć się koło niego, wolna od trosk życia doczesnego. Wtedy poczuła ramię Macieja obejmujące ją w talii. Pocałował ją w czubek głowy. – Byłaś wspaniała – szepnął. – Chodźmy. Pożegnali się ze wszystkimi czule i wyszli z prosektorium. Na schodach Maciej oświadczył się jej. Kiedy zobaczyła wymarzony diamencik, Adela poczuła, po raz pierwszy tego wieczora, a może i po raz pierwszy w życiu, kontakt ze swoim wnętrzem. W jej wnętrzu była ludzka krew, ludzka wątroba, ludzkie mięśnie. Jesteś tym, co jesz, mawiają, i Adela w tym momencie była człowiekiem. To nagłe człowieczeństwo wezbrało w niej falą obrzydzenia. Na schody Collegium Anatomicum spłynęły bryzgi posoki, niepogryzione ochłapy sinego mięsa, nadtrawione kluseczki, okruchy wątroby. Barwny ślubny kobierzec. Być może człowieczeństwo kotłujące się w Adeli przybrało postać maleńkiego płodu i stąd te drastyczne, niepowściągliwe wymioty, często w końcu towarzyszące ciążom. A więc nowa droga życia. Adela spojrzała na Macieja przez łzy. W jej oczach było błaganie. Pomyślał, że jest dzielna, wrażliwa i czysta.

73


R E C E N Z J E Bardzo mądre wątpliwości

Katarzyna Gondek Otolit Świat Książki Warszawa 2015

– Więc jednak pamiętasz coś o Matce? – Pamiętam całą Matkę. Moja pamięć jest przesiąknięta Matką, jej opowieściami, jej zapachem, tym, jak wyglądała, kiedy była szczęśliwa, tym, jak wyglądała, kiedy była zrozpaczona. Cała moja głowa wiruje pamiętaniem jej, Matki, mieszkanki moich labiryntów. Choćbym nie wiem jak się starała, nigdy nie uwolnię się od Matki.

Hasło „proza psychologizująca” wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Zwykle obawiam się, że przydomek „psychologiczny” stanie się synonimem egocentrycznych wywnętrzeń autora, które prócz terapeutycznej roli zrzucenia z siebie ciężaru osobistych traum, prowadzą czytelnika donikąd. Dlatego z wielką ostrożnością sięgnęłam po Otolit Katarzyny Gondek. Wiedziałam, że jest to powieść o skomplikowanej relacji Matki i córki oraz katalizującym wpływie Miasta, w którym obie kiedyś mieszkały. Nie jest łatwo pisać o bliskich relacjach, by nie popaść w tani patos, jeszcze trudniej pisać o Mieście, mając przed sobą takich poprzedników, jak Magdalena Tulli, Paweł Huelle czy Jacek Dukaj. Na domiar złego, początek mojej przygody z Otolitem był niezbyt udany, bo po obiecującej wizji snu wprowadzającego nastąpił językowo niezbyt zręczny opis sytuacji (dialogi nie są mocną stroną tej powieści), na której zasadza się cała fabuła utworu, a którą można ująć następująco: Matka głównej bohaterki zniknęła. Na szczęście w miarę czytania moja uwaga coraz bardziej przywiązywała się do światów kreowanych przez autorkę i już nie miała ochoty wyplątywać się z nich. Mówię o światach, a nie o świecie, bo to one, światy, mnożą się w miarę schodzenia w głąb tej opowieści, w głąb głównej bohaterki – Oli, w głąb psychiki jej Matki, w głąb Miasta, które staje się oddzielnym bytem przenikającym wszystkie te rzeczywistości.

74

Schodzimy do piwnic nieświadomości, w której mechanizmy obronne mieszają się z legendami, toksyczne relacje – z magicznymi próbami poradzenia sobie z nimi. Tak wygląda głowa Oli, a czytelnik, chcąc nie chcąc, musi wykąpać się w strumieniu jej świadomości. Takie kąpiele bywają jednak bolesne. Nawet bardzo. Zwłaszcza dla Oli, dorosłej młodej kobiety, która dawno temu („sto lat temu, może dwieście, a może pięć?”) uciekła od toksycznych emocji wiążących ją z Matką, ojcem oraz miejscem, w którym żyła – tak zwanym Miastem. O przeżyciach Oli związanych z dzieciństwem nie dowiemy się wiele. Są pochowane w zamkniętych szufladach niepamięci i dlatego tylko umożliwiają Oli samodzielną egzystencję kobiety, która wraz ze swym partnerem wiedzie typowe miejskie życie. Informacja o zniknięciu dawno niewidzianej Matki zmusza Olę do otwarcia się na tę część siebie, która kiedyś (a może zawsze) była Olą-córką, Olą-dzieckiem. Po raz kolejny (może ostatni?) główna bohaterka dość niechętnie przywdziewa strój odpowiedzialności za dorosłą przecież Matkę i wyrusza w głąb siebie, żeby odnaleźć własną i matczyną historię, a także po to, by dookreślić wreszcie relację, która obie kobiety łączyła. Tymczasem do powieści wkrada się Miasto. Miasto, które staje się żywą Istotą. Okazuje się, że Istota ta przyjęła rolę Wszechmocnego Boga, a sam Bóg zawiódł, nie pozwalając żyć Matce i córce tak, jak obie pragnęły („Nie mówimy nic o Bogu, Bóg to typowo ludzki wymysł”). Zabawy i legendy, które wymyśla Matka Oli, a potem także sama Ola, to mosty, którymi obie mogą swobodnie wędrować, komunikując się ze sobą nawzajem, nadawać sens przeżywanym traumom w sposób twórczy, a kto wie, czy po prostu nie jedynie im dostępny. Wdrukowane w dzieciństwie Oli przeświadczenie, że choroba jej błędnika oraz sama Ola wrośnięta jest w tkankę Miasta i zależna od jego nastrojów, utrudnia młodej bohaterce dorośle spojrzeć na własne dzieciństwo. Miasto, które na użytek Matki i córki nazwane zostało Otolitem, mami i kusi, żeby za chwilę ukarać swą ukochaną mieszkankę-uciekinierkę powrotem błędnikowej choroby. Zabiera jej świadomość, by w zamian podarować złożone światy dziecięcej wyobraźni, mistycznych snów oraz magicznych chwil utraty przytomności. „To jest Otolit, a ty jesteś Olą z Otolitu” – mówi Matka. Wszystkie wątki i wspomnienia uderzają w czytelnika jednocześnie, wirują onirycznie, nie dają wytchnienia ani czasu, żeby nadać im nowe sensy, żeby poukładać własną historię na nowo. Ola mówi w końcu, że przyjeżdżając do Miasta, trafia do własnego Piekła. Z chrześcijańskiego Czyśćca można jeszcze zawrócić, ale z Piekła niekoniecznie, zwłaszcza jeśli Piekłem jest jej Miasto, t o Miasto, w dodatku zasypane śniegiem.

fabularie 4 (9) 2015


Recenzje Chcąc nie chcąc, bohaterka zdradza czytelnikowi stare i nowe obrazy dotyczące „znikniętej Matki”. Matka Oli nie jest mamą. Jest Matką, i to pisaną wielką literą, w całym utworze, w całym Oli życiu. Bolą słowa, w których bohaterka opisuje nieudolność rodzicielską tej bezimiennej kobiety: „(…) miałaś być Matką (…) zaczęłaś perfekcyjnie, może nawet za dobrze, bo zostawiłaś mnie w tęsknocie tak bolesnej, że pewnie nigdy niczym jej nie zaspokoję (…)”. Miłość, która wiąże kobietę i dziecko, a potem kobietę i kobietę, jest zaborcza i opresyjna, zero-jedynkowa, istnieje tylko pod bezwzględnym warunkiem przyjęcia przez dziecko wizji matczynej rzeczywistości. Jaka to rzeczywistość? Psychotyczna i masowo zaprzeczająca, pełna magicznych wyjaśnień dotyczących życiowych niepowodzeń kobiety, która nie jest gotowa na wychowywanie córki i na życie z mężczyzną – ojcem Oli. Matka pokazuje Oli świat ściśle symbiotyczny i gdy córka zrywa okowy matczynych więzów, jej Matka, niczym skrzywdzone niemowlę, cofa się i zamyka w swym autystyczno-depresyjnym świecie wyobrażeń. To jednak nie wszystko – bo okazuje się, że nawet wyobrażenia potrafią zdradzić. Co wówczas pozostaje? Zniknąć. Nie być. Umrzeć. Skoro tak, to dlaczego Ola nie doznaje ulgi, jaką daje uwolnienie się? Dlaczego wraca i błądząc nad spiralnie utkaną przepaścią, schodzi w dół swej historii? Żeby zrozumieć? Żeby przeanalizować oba życia, to jest: swoje i matczyne? Rozłożyć je na kawałeczki, ponownie im się przyjrzeć i skleić w lepszą całość? A może wybaczyć niezdarną nieobecność Matki w świecie tęskniącego dziecka? Cała opowieść pełna jest tego typu pytań. Jakby autorka wahała się, czy warto rozstrzygnąć tajemnicę tej wielowątkowej relacji, czy nie. Niestety, każde rozważanie pełne jest egocentryzmu. Bohaterka zawsze myśli o sobie i odnosi się do siebie, nawet wtedy, gdy myśli o Matce i o magicznym Otolicie. W końcu każdy z nas jest kawałkiem Miasta. Jest małym kamyczkiem błędnikowym, z których zbudowano miejskie mury. Każdy z nas jest Otolitem, a każdy Otolit jest w każdym z nas. Co ciekawe, Ola zaczyna obawiać się, że sama „odziedziczyła swoją Matkę”, a ta pewnie tylko czeka, żeby zawładnąć jej ciałem i umysłem. Kiedy pojawia się możliwość, że Ola sama zostanie (niechcianą) matką, w całą historię wlewa się bodaj największy z lęków tej opowieści. Strach nie tylko o to, że historia się powtórzy, ale o to, że być może Matka nie była do końca zła. Że każdy z nas ma swoje dobre i złe tajemnice i nie ma możliwości, aby zarówno jednych, jak i drugich nie przekazać kolejnemu pokoleniu. Jakże łatwo i bezpiecznie jest wyobrażać sobie, że zła Matka to ta, która żyje i „nie chciała mnie kochać”, a rolę dobrej pełni wymyślona kaleka Matka Boska zamieszkująca w lesie dziecięcej wyobraźni. Rozumiejąca, racjonalna i wspierająca. Trudniej za to przyjąć myśl, że oto obie Matki są jedną i tą samą osobą. Bo wtedy dziecko, które deleguje własną złość

fabularie 4 (9) 2015

na „złą Matkę”, a miłością obdarza Matkę Dobrą (wymyśloną), staje się współodpowiedzialne za nieszczęście własnej rodzicielki. I Ola uświadamia sobie ten fakt bardzo boleśnie. Oczywiście rodzi się etyczne pytanie, czy mała dziewczynka może siebie samą obciążać odpowiedzialnością za klęskę emocjonalnie niedojrzałej Matki, której obowiązkiem jest dawać miłość? Nie powinna czuć winy, była przecież jedynie dzieckiem reagującym złością na brak dojrzałego uczucia. A jednak czuje i obarcza siebie odpowiedzialnością, mówiąc: „umarłam Matkę”. Poczucia winy nie zmyje nawet autoterapeutyczny powrót do Otolitu, nie wystarczy opowiedzieć tej historii na nowo. Nie zmieni się nic, bo Matki już nie ma i brak jest osoby, która powie: „wybaczam ci, moja córko”. W tym miejscu powieść dotyka bardzo ważnego wątku: bycia dzieckiem osoby zaburzonej psychicznie. Życia w symbiotycznej relacji, z której nie ma innej ucieczki niż przez totalne zerwanie więzów. A może jest? Może nie trzeba było doprowadzać Matki do nerwowego załamania? Jest to bolesne pytanie dorosłej już Oli, która dopiero teraz odkrywa, że zrozumienie Matki i przebaczenie jej to alternatywna droga ku zbawiennej separacji i samodzielnej egzystencji. Ale co z tego, skoro świadomość dróg wyjścia nie oznacza jeszcze podążania nimi? Nie wiemy, jak się skończy ta historia, bo autorka pod koniec swej książki anuluje całą fabułę. Zwija po kolei wszystkie wątki, a czytelnik znów traci grunt pod nogami, podobnie jak Ola, kiedy błędnik regularnie odmawia jej posłuszeństwa. Co nam zostaje? Zmyślona opowieść z niepokojącym śladem w naszej głowie? Nie wiadomo. „Plącze się opowieść z przeszłością. I dobrze. Prawdziwe historie podobno nigdy nie wydarzają się naprawdę”. Zgoda, ale tu Katarzyna Gondek zostawia mnie samą z licznymi pytaniami na otwartych ustach, bo przecież każda książka jest obietnicą wobec czytelnika. Obiecuje, że świat po jej lekturze nie będzie już taki sam, ba, obiecuje terapeutyczne katharsis, zwłaszcza że mamy tu do czynienia z prozą psychologiczną. I niby wiem, że powieść nie musi mieć jednoznacznego zakończenia, ale jednak brakuje mi w tej książce czegoś odkrywczego, jakiegoś klucza do tej szczególnej relacji matczyno-dziecięcej, o której tyle tu napisano i z którą zostawiono czytelnika sam na sam. Podczas lektury miałam nawet wrażenie, że czytam wynurzenia pacjentki leżącej na kozetce, która opowiada własną historię i w usta Oli wkłada wątpliwości, zarówno swoje, jak i potencjalnego terapeuty. Bardzo mądre to wątpliwości, ale co z nich wynika? A może „nicniewynikanie” jest treścią naszego życia i trzeba z tym faktem pokornie się pogodzić? Przeczytanie tej książki zajęło mi dwa dni mojego życia. Czy było warto? Nadal nie wiem. I może o to autorce chodziło (?). Monika Dekowska

75


Recenzje

Świat należy do Trisolaris!1

Cixin Liu The Three Body Problem wyd. Tor Nowy Jork 2014

The Three Body Problem Cixina Liu 2 to książka, która wywołała spore zamieszanie w Chinach i Ameryce i pierwsza chińska powieść fantastycznonaukowa przetłumaczona na angielski. Mimo że tłumaczenia nie sprzedają się na amerykańskim rynku, Three Body odniosła wydawniczy sukces. Liu dostał też za nią tegoroczną nagrodę Hugo. Co więcej, po tych sukcesach trochę zmieniło się amerykańskie nastawienie do tłumaczeń i na przykład Clarkesworld, jedno z ważniejszych czasopism nurtu science fiction, stara się obecnie zamieścić w każdym numerze opowiadanie chińskiego autora. Zanim Three Body stała się sławna w USA, poruszyła Chiny. To pierwsza chińska książka s.f., która naprawdę wyszła poza „środowisko”: czytają ją miłośnicy poważnej literatury, „geeki” i naukowcy. I wszyscy o niej dyskutują. The Three Body Problem (Problem ruchu trzech ciał; na blogu Lektura Obowiązkowa pojawiło się też tłumaczenie: Trzy ciała) to tytuł pierwszej części trylogii Remembrance of Earth’s Past (Wspomnienia z przeszłości Ziemi), ale czytelnicy zwykle posługują się nim w odniesieniu do całości. Na razie po angielsku pojawiły się dwa tomy. Pierwszy w 2014, drugi, The Dark Forest (Ciemny las), został wydany w tym roku, na trzeci, Death’s end (Koniec śmierci), trzeba poczekać do kwietnia 2016. Muszę przyznać, że czekanie już jest dla mnie trudne. Dostępne tomy są wspaniałe, a znajoma z Chin twierdzi, że trzeci jest oszałamiający… Co takiego wywołało tyle zamieszania? Pozornie to, co zwykle – inwazja obcych na Ziemię. Obcy pochodzą z planety Trisolaris, krążącej pomiędzy trzema słońcami, z chaotycznego Układu Słonecznego. Są stanowczo

1

Jedno z haseł rozpoznawczych wielbicieli Three Body: „Eliminate human tyranny! The world belongs to Trisolaris!”; wszystkie tłumaczenia na polski – własne. 2 Podaję tu imię i nazwisko Cixin Lui zgodnie z polskimi zasadami, choć zwykle chińskie czy japońskie nazwiska podaje się w odwrotnej kolejności: najpierw nazwisko, potem imię.

76

bardziej zaawansowani technicznie niż my i przysłali swoich szpiegów, ale ludzie mają 400 lat na przygotowanie się do spotkania. Liu opisuje ludzkie społeczeństwa przechodzące od rozpaczy do pewności siebie i z powrotem oraz jednostki, które z różnych powodów obarczone są odpowiedzialnością za losy świata. Akcja pierwszego tomu dzieje się w latach dwutysięcznych, dla których perspektywą historyczną jest Rewolucja Kulturalna i odnowa Chin po Rewolucji. Chciałabym tu napisać, że terror Rewolucji stanowi wyraźną klamrę kompozycyjną i został odzwierciedlony w brutalnym i twardym świecie Trisolaris, że Trisolarianie to metafora chińskiego społeczeństwa… ale sam Liu jest bardzo niechętny takim porównaniom. Raczej nie powoduje nim strach przed oskarżeniem o bycie dysydentem. Chciał po prostu pokazać szerszy problem: co dzieje się w każdym społeczeństwie, w którym ludzie zaczynają funkcjonować jako masa poddana jednej idei. Może chciał także wskazać, że ideały podporządkowania i „bycia twardym” są uniwersalne w skali kosmicznej. Fabuła drugiego tomu dzieje się już w przyszłości, gdy ludzie są „na połowie czasu” dzielącego ich od inwazji. Starają się, mimo ograniczeń, rozwijać naukę i technikę i żyć w cieniu zbliżającego się „Dnia Sądu”. Trzeci tom dzieje się już w odległej przyszłości. Każda część ma nieco inny charakter. Pierwsza jest najmniej fantastycznonaukowa i trochę kojarzy mi się z twórczością Yiyun Li – tu też samotność wydaje się motywem przewodnim. Druga dzieje się w klasycznym świecie fantastyki naukowej, ludzkość żyje w wielkich miastach, podbija kosmos i ma się całkiem nieźle. Natomiast trzecia to twarda fantastyka naukowa, podobno przywodząca na myśl film Interstellar Nolana. Najwspanialsze w Three Body jest to, że to książka poruszająca intelektualnie, a jednocześnie bardzo subtelna. Czytając ją czy dyskutując o niej, chce się pytać o granice poznania, moralność, człowieczeństwo… Krótko mówiąc: stawiać wielkie pytania. Czasami takie kwestie poruszane są w wypowiedziach bohaterów, ale częściej myślenie prowokują zdarzenia albo ich zestawienia, kontrasty pomiędzy bohaterami, tym, co myślą i gdzie żyją, ludźmi i Trisolarianami. Wiele razy w Three Body wspomina się także o problemach współczesnej matematyki i fizyki, klasycznej i kwantowej. Sam Liu nie ukrywa, że jego trylogia ma ambicje filozoficzne. W krótkim tekście dla swojego amerykańskiego wydawnictwa Tor napisał: „I wrote about the worst of all possible universes (…) out of hope that we can strive for the best of all possible Earths” („Napisałem o najgorszym z możliwych wszechświatów z nadzieją, że możemy dążyć do najlepszej z możliwych Ziem”). Jeszcze coś o tłumaczach i tłumaczeniu. Według tych, którzy czytali książkę po chińsku, wykonali oni kawał dobrej i trudnej roboty. Liu używa żargonu naukowego i wymyśla neologizmy (jak każdy autor

fabularie 4 (9) 2015


Recenzje fantastyki naukowej), ale także opisał Trisolaris bardzo specyficznym językiem, który miał oddać obcość tego świata. Pierwszy i trzeci tom tłumaczy(ł) Ken Liu (zbieżność w brzmieniu nazwisk przypadkowa). Sam jest uznanym autorem fantastyki naukowej, jako jedyny otrzymał za jedno opowiadanie, The Paper Menagerie (Papierowa menażeria), trzy nagrody: Hugo, Nebula i World Fantasy. Drugą część trylogii przetłumaczył Joel Martinsen, także pisarz i miłośnik chińskiej fantastyki naukowej. To wszystko po angielsku; po polsku jest znacznie gorzej… W Polsce wydano tylko jedno opowiadanie Cixina Liu, Wędrującą Ziemię; znalazło się ono w zeszłorocznym tomie antologii Kroki w nieznane. U nas bardziej znany jest Ken Liu, jego opowiadania publikowały po polsku m.in. „Nowa Fantastyka” czy portal Poltergeist. Agnieszka Czoska

Pikantne smaczki i gorzkie wspomnienia

Szlaki kobiet. Przewodniczka po Polsce emancypantek Fundacja Przestrzeń Kobiet Kraków 2015

Przewodnik, a właściwie – „przewodniczka” (podkreślmy, że w całej publikacji przejawia się konsekwentna feministyczna walka o język!) po Polsce emancypantek zatytułowana Szlaki kobiet, pod redakcją Ewy Furgał, wydana przez Fundację Przestrzeń Kobiet, to lektura inspirująca. Inspirująca i napawająca chęcią nie tylko przespacerowania się pieczołowicie opracowanymi i świetnie opisanymi w książce tytułowymi szlakami kobiet w poszczególnych, wybranych polskich miastach, ale również dająca asumpt do opracowania takiej marszruty dla miasta Bydgoszczy, której, niestety, zabrakło w publikacji. No właśnie – dlaczego? Otóż podejrzewam, że nie ma komu w mieście nad Brdą takiej – wymagającej, misternej,

fabularie 4 (9) 2015

niewdzięcznej być może – roboty wykonać. Projektów herstorycznych jest u nas jak na lekarstwo, a właśnie takowych inicjatyw sieciowania efektem są Szlaki kobiet. Cóż, może kiedyś… Ale do rzeczy. Zabrakło w Szlakach kobiet Bydgoszczy – pojawiają się za to: Gdańsk, Konin, Kraków, Poznań, Warszawa, Milanówek oraz Łódź. Tę właśnie wymieniam jako ostatnią – choć w spisie treści sytuuje się mniej więcej pośrodku – bowiem właśnie przez pryzmat „polskiego Manchesteru” chciałabym spojrzeć na całość publikacji. Łódź znam bardzo dobrze, czego nie mogę powiedzieć na przykład o takim Koninie, w którym co prawda byłam, ale pamiętam z tego tylko kominy. Przepraszam za ignorancję; chodzi mi po prostu o to, że nie mogę sobie opisanego w książce konińskiego szlaku zwizualizować i to znacznie zubaża mi jego lekturę. Dlatego najpierw z pazurami „rzuciłam się” na Łódź. I jestem urzeczona. Łódzki szlak kobiet opracował kolektyw „Kobiety znad Łódki”, w składzie: Izabela Desperak, Ewa Kamińska-Bużałek, Inga Kuźma, Paulina Machałowska, Anna Musiałowicz, Danuta Niśkiewicz, Izabela Olejnik i Joanna Sikorzanka, i bardzo im za tę pozytywistyczną pracę u podstaw dziękuję. Piszą autorki: „Jeśli miasto może mieć płeć, to Łódź jest z pewnością kobietą”. I trudno się z tym nie zgodzić – nie będzie przecież nadużyciem twierdzenie, że dawną swą potęgę Łódź zawdzięcza w głównej mierze ciężkiej pracy kobiet w pozornie lekkim przemyśle włókienniczym. Ale jak na złość im i nam, o nich pamiętającym, nie ma dziś w Łodzi żadnej formy uczczenia łódzkich włókniarek – paradoksalnie jest aleja Włókniarzy, nie „Włókniarek”, choć to przecież kobiety stanowiły przeważającą większość fabrycznych załóg (80–90%!). Na szczęście pojawiła się ostatnio – o czym wspominają w Szlakach kobiet ich autorki – szczytna inicjatywa uhonorowania włókniarek skwerem w centrum miasta (na Facebooku jest już nawet grupa inicjatywna pod nazwą „Plac Włókniarek Łódzkich”). Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Taką mam przynajmniej nadzieję… Jakie postaci „spotkamy” na łódzkim szlaku kobiet? Na przykład Katarzynę Kobro, artystkę niedocenianą za życia, bo pozostającą w cieniu swojego męża, Władysława Strzemińskiego, i jego unistycznej sztuki. (W momencie, gdy piszę te słowa, Andrzej Wajda kręci w Łodzi film o Strzemińskim, zatytułowany Powidoki; główną rolę gra Bogusław Linda, który twierdzi, że Łódź to „umarłe miasto meneli”… O Kobro powstała niedawno książka Skok w przestrzeń, ogłoszona przez Wydawnictwo Czarne – pisaliśmy o niej w 7. numerze naszego pisma). Obok Kobro spotkamy też autorkę bestsellera Sztuka kochania, Michalinę Wisłocką, która mieszkała w Łodzi przy ulicy Lutomierskiej 41, gdzie wdała się wraz z mężem w trójkąt małżeński, będący po części

77


Recenzje wyrazem miłości do partnera, po części zaś próbą „rozwiązania problemu seksualnego niedopasowania” (więcej na ten temat znaleźć można w wydanej w 2014 roku biografii Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki pióra Violetty Ozminkowski). No, tego typu pikantne smaczki znajdziemy w Szlakach kobiet. Ale jest też i Alina Szapocznikow, którą jako więźniarkę Litzmannstadt Getto zakwaterowano pod adresem Zgierska 24, gdzie trafiła z getta w Pabianicach, w których spędziła dzieciństwo. (O tej artystce książkę zatytułowaną Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow wydały niedawno wspólnie Wydawnictwo Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – i o niej również pisaliśmy w 7. numerze „Fabularii”). Jest też Miriam Ulinower, tworząca w jidysz poetka mieszkająca przy ulicy Jakuba (dawniej św. Jakuba), autorka zbioru wierszy zatytułowanego Der bobes ojcer – jednego z pierwszych tomików poezji kobiecej w Polsce (1922). Przyznaję – nie wiedziałam, że ktoś taki w ogóle istniał i tworzył, a teraz już, dzięki niezawodnym Szlakom kobiet, wiem i bardzo się z tego faktu cieszę. Chyba pora się troszkę dokształcić… Jest tu też słowo o Marii Piłsudskiej, która wraz z mężem Józefem w kamienicy przy ulicy Wschodniej 19 drukowała konspiracyjne pismo „Robotnik”; jest i Romana Pachucka (pseudonim Anima) – pedagożka, feministka, nieprzeciętna dyrektorka dawnego Państwowego Gimnazjum Żeńskiego nr 39 im. Emilii Sczanieckiej przy ulicy Pomorskiej 16, do którego w latach 1926–1936 wprowadziła zasady systemu daltońskiego. Z jej inicjatywy powstało też w podłódzkich Sokolnikach tzw. „Osiedle”, gdzie w okresie letnim uczennice gimnazjum przyjeżdżały na turnusy wypoczynkowo-edukacyjne. Ze współczesnych postaci mamy z kolei Ewę Partum, która co prawda mieszka w Niemczech od 1983 roku, ale z Łodzią wciąż bardzo wiele ma wspólnego. Co? Nic już więcej nie zdradzę – musicie same/sami sięgnąć po Szlaki kobiet i się (z) nimi przespacerować – także po pozostałych opisanych w książce sześciu miastach oraz wsiach. Kto nie sięgnie, ten trąba, bo publikację tę przeczytać naprawdę warto; to po prostu kawał bardzo dobrej archiwistyczno-pisarsko-redaktorsko-korektorskiej roboty. Jest też miła dla oka (zwracają uwagę ciekawe rozwiązania graficzno-typograficzne, książka jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami), a także dla… dłoni – co zapewnia jej zastosowana na okładce folia typu soft touch. Piszę o tych wszystkich, pozornie błahych, szczegółach na dowód tego, że Szlaki kobiet jako całość stanowią wydawniczą perełkę i moim skromnym zdaniem trafić powinny pod każdą polską strzechę. Książka jest nieodpłatna, można ją zamówić, pisząc na adres: przestrzen.kobiet@gmail.com. Emilia Walczak

78

Nietrwały szew historycznych okoliczności

Przemysław Gulda Moi sąsiedzi nie żyją Wydawnictwo Oskar Gdańsk 2015

Innego rodzaju spacer proponuje nam Przemysław Gulda w swej niewielkiej (formatem i objętością, lecz nie tematem i nie sposobem jego realizacji) książeczce zatytułowanej intrygująco Moi sąsiedzi nie żyją, wydanej nakładem gdańskiej oficyny Oskar. To spacer – a w zasadzie kilka wędrówek w czasie i przestrzeni – zatartymi już mocno śladami przedwojennych właścicieli wrzeszczańskiego mieszkania, w którym dziś mieszka autor: niemieckiej Żydówki Heleny Pulvermacher i jej rodziny. I nie wiadomo, dokąd nas te wędrówki zaprowadzą; nie wiadomo też, czy po drodze po wielokroć się nie zgubimy, czy nie zajdziemy w cul-de-sac albo w „szemrane” rejony berlińskiej oficyny wydawniczej Verlag Alfred Pulvermacher & Co., która w 1910 roku ogłosiła słynną do dziś, skandaliczną swego czasu książkę prekursora – obok Alfreda Kinseya i Havelocka Ellisa – seksuologii, Magnusa Hirschfelda, Die Transvestiten. Eine Untersuchung über den erotischen Verkleidungstrieb. Albo czy nie zakończymy swej drogi niefartownie na gdańskiej Szubienicznej Górze czy też w którymś z… obozów zagłady. Lecz mimo to podążamy wraz z Guldą tropem Pulvermacherów, bo od wyśmienitego reportersko-eseistycznego stylu autora nie sposób się oderwać. To właśnie, plus wspomniana skromna objętość książeczki (92 strony) sprawiają, że Moich sąsiadów… czyta się jednym tchem, na jeden raz. „Helene Pulvermacher urodziła się 4 kwietnia 1865 roku, a zginęła 14 stycznia 1943 roku w Terezinie. I właściwie nic więcej o niej nie wiem. Wiem jedno: mieszkam w jej mieszkaniu” (s. 5) – zaczyna Moi sąsiedzi nie żyją Gulda. W dalszej części książki dodaje: „Kilka osób, którym opowiadałem o poszukiwaniach Pulvermacherów, albo przynajmniej jakichkolwiek śladów po nich, pytało mnie, pytam zresztą

fabularie 4 (9) 2015


Recenzje nieustająco sam siebie: po co to robię? I nie ma chyba jakiejś jednej, jednoznacznej, a przede wszystkim – prostej odpowiedzi” (s. 68). Trapią go wyrzuty sumienia odziedziczone po przodkach? Czuje, że powinien kogoś w ten sposób przeprosić, albo że jest komuś coś winien? A może to zwykła reporterska ciekawość podparta historyczno-regionalną pasją? Pewnie wypadkowa powyższych, i ja doskonale to dręczące, ale jednocześnie dobre, bo motywujące do działania, uczucie rozumiem. Wiem też bardzo dobrze, że ludzie często zadają owo kluczowe pytanie: „po co?”. Po co robić cokolwiek, skoro można nie robić nic? Nie potrafię na nie odpowiedzieć, ale jedno oznajmić mogę: książka Przemysława Guldy nie jest skierowana do części społeczeństwa składającej tego typu roszczeniowe interpelacje. Nie jest to bowiem pozycja wydawnicza dla ignorantów. To książka dla: a) pasjonatów historii regionu, ale nie tylko regionu (mnie samej Trójmiasto jest dość obce, a książkę „pożarłam” jednym kęsem); b) d la ludzi wrażliwych i empatycznych, zadających sobie co rusz bardzo trudne egzystencjalne pytania; c) ludzi ciekawych świata i drugiego człowieka – nawet jeśli wiedza o nich okazuje się czasem niespecjalnie krzepiąca… I w końcu – d) d la tych mających klarowne poglądy na niegodziwość ludzką, ceniących mocne, zdecydowane, zawierające tezę nie do podważenia, zakończenia, wieńczące całość jak wielka czarna kropka. No i dla smakoszy ciekawych, oryginalnych stylów literackich – bo potrafi pisać Gulda m.in. tak:

Anarchiczny nadkoloryzm

Hawaikum red. M. Kozień, M. Miskowiec, A. Pankiewicz Wydawnictwo Czarne, ASP im. J. Matejki w Krakowie oraz Muzeum Historii Fotografii im. W. Rzewuskiego w Krakowie Kraków 2015

Hawaikum, stworzone wspólnie przez Wydawnictwo Czarne, Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i krakowskie Muzeum Historii Fotografii, jest reklamowane jako książka o polskim kiczu, sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Tom złożony z esejów różnych autorów porusza bowiem znacznie większe spektrum problemów, co pociąga za sobą konsekwencje w postaci raczej zasygnalizowania pewnych zagadnień niż wyczerpania jednego, spójnego tematu. Po lekturze tomu można odnieść wrażenie, że poszukiwania autorów w obrębie estetyki polskiego kraJak bardzo przesiąknięty byłbym wtedy propagandą i skry- jobrazu przeobraziły się niepostrzeżenie w próby zdewaną przez lata nienawiścią do języka, którym posługiwa- finiowania polskości w ogóle, co dało efekt z jednej li się jego [mieszkania] mieszkańcy, do narodu, do które- strony inspirujący, z drugiej jednak spowodowało wrago może chcieli należeć, a może raczej byli tylko przyszyci żenie pretekstowości czy przypadkowości kolejnych nietrwałym szwem historycznych okoliczności, który tak tekstów zawartych w książce, zamiast spójnego całołatwo pękł i rozszedł się, kiedy tylko ktoś przeciął jedną ściowo projektu. Czym bowiem jest „hawaikum”? Filip Springer defiz nici, jak bardzo przesiąknięty byłbym pragnieniem zemsty, choćby tej, polegającej na zajęciu czyjegoś mieszka- niuje to słowo jako zgrzyt, fałsz, element do Polski nienia, akcie – tego przecież byłbym wówczas stuprocentowo pasujący, importowany, spoza kontekstu. Znajdujemy pewien – historycznej sprawiedliwości za wszystkie cierpie- tu zatem teksty o lirycznych wyczynach Violetty Villas, palmach i krasnalach w naszej polskiej przestrzeni punia i za całe zło? (ss. 28–29) blicznej, wyjątkowych fuzjach w różnego typu lokalach gastronomicznych, pojawia się jednak również próba Ów „nietrwały szew historycznych okoliczności” zdyskursywizowania gatunku ludzkiego, jakim jest przeczytałam kilka razy, nie mogąc się nadziwić, jakie polski dres-kibol, a nawet esej Józefa Tischnera o choto ładne. I takich właśnie fragmentów mnogością urze- chole sarmackiej melancholii oraz fragment Fantomoka najnowsza książka Przemysława Guldy. Gdyby tylko wego ciała króla Jana Sowy. I gdy tak brniemy w kolejne teksty ze zbioru, coraz zabrakło w niej kilku drobnych korektorskich (albo wynikających z braku korekty) wpadek, Moi sąsie- wyraźniej widzimy, że tu o polskość, nie o sam kicz dzi nie żyją byłaby nie lada brylantem. A tak pozosta- chodzi. Że problem estetyczny autorzy próbują wyjaje tylko (?) nieoszlifowanym diamentem. Niemniej jed- śnić naszym usytuowaniem geopolitycznym, histonak, błyszczy obiecująco pod stertą makulatury. rią, „narodowym charakterem”, że skoro już różne Emilia Walczak osoby cytujemy, to może wypadałoby znaleźć tutaj

fabularie 4 (9) 2015

79


Recenzje również miejsce choćby dla Gombrowicza, a może i dla Brzozowskiego. Jednak większy problem, który rodzi się podczas lektury, to pytanie o spójność definicji. Bo to wszystko, o czym piszą autorzy – i melancholia, i skłonność do szalonych fantazji i estetycznych fuzji, i nawet same zapożyczenia po równo ze Wschodu i Zachodu – wydaje się esencjalnie wręcz nasze, swojskie do bólu. Jak pisze Marcin Smerda: „Wystarczy się przypatrzyć, a okaże się, że nasze polonicum to w rzeczywistości hawaikum”. A może zatem jest jednak odwrotnie? Może z czegoś znanego i swojego właśnie autorzy starali się uczynić rzecz egzotyczną? Takie odwrócenie perspektywy jest na pewno bardzo efektowne, prowadzi również do ciekawych spostrzeżeń, nowość tematu okazuje się jednak zupełnie pozorna. Dostajemy też raczej opis znanej nam dobrze zastanej sytuacji (który jest bardzo przyjemny w lekturze) niż jego analizę, próbę diagnozy czy dekonstrukcji. To prawda – w Polsce, gdy „ma być ładnie”, coś się nie udaje, nie wychodzi, a wszystko spowija smutek, że jest „jak zawsze”. I pewnie dużo jest racji w tych argumentach historycznych i ekonomicznych, które wysuwają autorzy, pozostawiają one jednak w czytelniku ogromny niedosyt, wrażenie zawieszenia rozmowy na poziomie pytań. Mam wrażenie, że bardzo dobrze ten stan obrazuje esej fotograficzny Agaty Pankiewicz i Marcina Przybyłko zamykający Hawaikum. Być może to najmocniejszy materiał w tej książce – uderzający swoją wizualnością w naszą dyskursywną niemoc. Bo to, o czym piszą autorzy esejów, jest nam w pewien sposób bliskie i znane, ale to, co widzimy na fotografiach, daje poczucie zwielokrotnionego absurdu, który chwilami odbiera mowę. Zdjęcia są świetne, bardzo umiejętnie wykadrowane, wykorzystują maksymalnie groteskowy potencjał sytuacji i obrazów. I możemy to nazywać anarchią, nadkoloryzmem, kiczem i czymkolwiek jeszcze chcemy, ale patrząc na wypchane zwierzęta i ryby z przeraźliwymi grymasami na pyszczkach, na koszmarne plastikowe figury, krasnale wśród gołej ziemi i kamieni bez śladu trawnika, obserwując nieskończone szaleństwa dekoracyjne na zewnątrz i wewnątrz budynków, stajemy się bezradni. I w tym chyba tkwi siła Hawaikum, że nam ten brak języka uświadamia, że budzi w nas potrzebę poszukiwania odpowiedzi. I jeszcze jedno jest tutaj chyba ważne – że autorzy tomu próbują (choć nic dziwnego, że nie zawsze się udaje) nie odcinać się od tej opisywanej rzeczywistości – jest nasza, nie jesteśmy w stanie od niej uciec, więc Hawaikum stawia przed nami zadanie – trzeba skończyć z udawaniem, że jej nie ma, spróbować ją przyjąć i zrozumieć – dać się porwać w chocholi taniec we wszystkich odcieniach naszej anarchicznej i nadkolorystycznej, szalonej narodowej wyobraźni. Aleksandra Byrska

80

Kto steruje zapadnią?

Patryk Zimny Mantry Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia Gdańsk 2015

Wydana w 2015 roku książka poetycka Patryka Zimnego jest już trzecim tomem młodego autora (uchoko, 2010; przejście, 2012). Mantry to pozycja ciekawa i zdecydowanie bogatsza, bardziej różnorodna tematycznie oraz formalnie niż poprzednie publikacje. Zupełnie jak gdyby dojrzałość poety, silnie zaznaczona już w tomie przejście, ukazała się w nowej odsłonie – umocnionej, obudowanej konkretnymi doświadczeniami, które łączy wspólny mianownik – poszukiwanie. Wnikliwa lektura tomiku pozwala bowiem dostrzec nagromadzenie pytań, wątpliwości, zdań urywanych, niespokojnych. Prawidłowość ta, jeśli tak właśnie zdecydujemy nazwać to zjawisko, dotyczy wierszy związanych z samym procesem tworzenia, można by rzec – tekstów stricte autotematycznych. Autor pisze wprost o „naznaczeniu” poezją, niejako trudnym, męczącym; niekiedy, a nawet z reguły niewygodnym obowiązku pisania, jak w tekście o incipicie [Nie pisać wierszy]: noce przypominają wieloryby tylko że utopić się nie da żyjesz w nich śpisz czekasz na nowy dzień na nowy tekst dobry wiersz na wieloryba

Taka wizja poezji jako swego rodzaju piętna, znaku utrzymuje się w całym tomiku, łącząc się w naturalny szereg z egzystencjalnym niepokojem, szczególnie nurtującym w kontekście poszukiwania uczuć, wartości, autorytetu. Wydaje się, że Zimny próbuje zapełnić pustkę, odnaleźć brakujące elementy, które pomogłyby w ocaleniu prywatnego świata; kto wie, może świata

fabularie 4 (9) 2015


Recenzje w ogóle. Świadomość bólu istnienia, nieuchwytności uczuć, bezradności wobec potrzeby wypowiedzenia tego, co niewypowiedziane pojawia się niemal w każdym tekście w Mantrach, podobnie jak w utworze o incipicie [ten wiersz pojawi się]: ten wiersz pojawi się tylko w twojej głowie (…) pojawi się na wejściu w progu gdy właśnie wyjdziesz i zniknie zanim cokolwiek zapiszesz

Refleksje autotematyczne należą zatem do najtrudniejszych w całym tomie; w tym kontekście warto polecić uwadze czytelnika także wiersz Funkcje oraz Muza, gdzie szczególnie wnikliwym obserwacjom zostaje poddany język jako tworzywo tekstu oraz celowość pisania. Rozterki poety prowadzą jednocześnie w stronę rozważań o przemijaniu i odchodzeniu. To kolejna warstwa niepokoju, którą odsłania i próbuje zgłębić Patryk Zimny. Śmierć, przemijanie, choroba, stopniowa utrata kontroli nad własnym starzejącym się ciałem to motywy powracające m.in. w utworach: ars moriendi, Dziadek mróz, [Ciężar należy nacinać szwedzkim nożem], show, czuły poranek, Mantry, Sklepy mięsne, Okrąg, Wiem, czego nie chcę stracić. Najbardziej bolesne dla osoby mówiącej we wskazanych wierszach wydaje się przeczucie, wrażenie, że żyje, porusza się na granicy snu i złudzenia, jak gdyby w pokoju z podłogą z wbudowanym mechanizmem zapadni. W każdej chwili można zostać zaskoczonym upadkiem w niewiadome, a może co gorsza – w pustkę. Poeta utyskuje, że nie ma innej wizji, że nie ma nikogo odpowiedzialnego za sterowanie zapadnią, a przecież chciałoby się wierzyć lub wiedzieć, że jest. Najbardziej wyraziste i przepełnione goryczą stają się obserwacje zawarte w utworze show: Modlitwa staje się programem telewizyjnym. Patrz, tyle reklam pomiędzy Wierzę w Boga a Zdrowaś Mario. Zamiast różańca w dłoni to coś z elektroniczną diodą, Przełącz modlitwę, przyśpiesz modlitwę, wycisz modlitwę. A po co na klęczkach, kiedy kanapa z Ikei, Wygodna na większość z dziesięciorga przykazań. (…)

Podobnie w wierszu Zalogowany, gdzie poeta piętnuje wirtualną rzeczywistość jako pozornie łatwą, dającą nieskończoność wyborów i możliwości, podczas gdy to tak naprawdę cyberzłudzenie, proces podobny do mielenia przez maszynkę do mięsa (w ten sposób Zimny określa w tekście portal społecznościowy Facebook). Świat przedstawiony w utworze skłania wyłącznie do

fabularie 4 (9) 2015

pesymistycznych spostrzeżeń, nie ma w nim nadziei, radości; pozostaje jedynie marazm i zwątpienie: Mielimy się kochani: na miazgę, na rzadkie, z nowymi dodatkami. Każdego dnia smakowani, czy aby na pewno nie jesteśmy gównem. (…) Kręć się, młynie, kręć. Obracaj dwanaście kabin, w każdej dwunastu apostołów z inną wersją androida. Pilnuj IOS, Stróżu mój. (…) Siedzę na dupie, na fejsie.

Kolejne sfery poszukiwań obejmują również miłość. Wiersze takie jak Kołowrotek czy Sklepy mięsne mogą sugerować, że poeta poszukuje przede wszystkim jedności, zespolenia – i to nie wyłącznie w erotycznym ujęciu. Mowa przede wszystkim o poczuciu bliskości, zjednoczeniu duchowym. Czy jest możliwe? Czy istnieje? – zdaje się pytać poeta, po czym ukazuje postawę rezygnacji wobec miłości, wyraz niewiary i zwątpienia w wierszu o incipicie [kilkanaście tysięcy razy przyglądałem się słowu miłość]: wypadało z mojego słownika leczyło kaca odurzało wpadało do ucha po czym lądowało w innym łóżku niekiedy w koszu na śmieci albo przeżywało post zapomniałem że je traciłem udawałem że jest

To chyba najbardziej poruszająca deklaracja w całym zbiorze Mantry. Wyznanie poety, a w zasadzie szczerość i odwaga, z jaką decyduje się przyznać do własnego wątpienia, i to nie jako do czegoś, co jest ułomne, wybrakowane, ale do czegoś naturalnego, zwyczajnego – owszem – może wzruszać, ale już nie zaskakuje. Zupełnie tak jak gdyby świat bez miłości nie był niczym niespotykanym, niezwykłym. Jak gdyby poeta zaznaczał, że droga rozczarowania, iluzji i kolejnych zawodów nie powinna dziwić, ponieważ jest wpisana w nasz los. Zimny pisze zatem otwarcie o własnym lęku związanym z codziennością, z przeżywaniem bólu, błądzeniem, poszukiwaniem – wszystkim tym, co może pozbawić nas sił, a jednocześnie – paradoksalnie – pobudza do życia. Co więcej, ta niełatwa strona istnienia wpisuje się jednocześnie w część zadania, swego rodzaju misji poety – relacjonowanie, opowiadanie o najtrudniejszych chwilach, powtarzanie bolesnych historii, przypominanie o celowości egzystencji, jak w poincie wspomnianego już wiersza Wiem, czego nie chcę stracić: Nie chcę stracić tego co pozostało jakby ważyło się życie które trwa bez tchu

81


Recenzje Nowy tom wierszy Patryka Zimnego to jednak nie tylko poetycka opowieść o odniesionych ranach, nie tylko relacja z emocjonalnego pola bitwy. To przede wszystkim próba odsłonienia tego, co często nieco patetycznie określamy jako „tajemnicę życia”. Próba bardzo dojrzała, intrygująca i wciągająca. Bo przeczytawszy Mantry po raz pierwszy, niemal natychmiast jasne staje się, że trzeba to zrobić po raz kolejny. Karolina Sałdecka-Kielak

Pomysłu i realizacji konflikt odwieczny

Łukasz Suskiewicz Zależności Wydawnictwo FORMA Szczecin 2015

W ostatnim numerze „Fabularii” Maciej Robert i Krzysztof Varga, w związku z wydaniem nowej powieści tego drugiego, powieści, w której niezwykle ważny jest – co kluczowe – kontekst alkoholowy, zastanawiali się między innymi, dlaczego w ostatnich latach w Polsce wielu twórców zajmuje się właśnie tematem nałogowego picia. Ilustracją tezy o ogromnej popularności tego motywu (oraz asumptem do podjęcia przynajmniej raz jeszcze rzeczonej dyskusji) jest najnowsza powieść Łukasza Suskiewicza. Siłą rzeczy muszą więc znaleźć się w utworze mieszkającego w Częstochowie prozaika elementy nienowe, nieomal podręcznikowe dla żywiołu fabularnego, syconego wątkami literatury obyczajowej. To pierwsze ważne spostrzeżenie piszącego niniejszą recenzję: niezmierzające jeszcze do wartościowania. Nihil novi sub sole. Są czytelnicy rozsmakowani w oswojonych historiach, starych jak świat, mający klarowne oczekiwania od lektury: książka niechaj im będzie niby przytulny, cieplutki kącik przy domowym kominku. Lubią po prostu wiedzieć, z czym będą mieć do czynienia. (I nic też w tym złego). Opowieść o alkoholiku? Wódka na weselu pita jednym haustem i papieros, patologiczna rodzina, żona namawiająca męża na zabieg wszycia esperalu. (Wszyscy lubimy piosenki, które już znamy). To wszystko jest również w powieści Suskiewicza. Ale zakończenie omawiania Zależności tą konstatacją

82

byłoby cokolwiek niesprawiedliwością. W tym miejscu pojawić się musi druga ważna obserwacja, której tym razem niezwłocznym uzupełnieniem będzie próba wartościowania. Owa opowieść, jakich zda się wiele, przedstawiona zostaje przecież w sposób w prozie obyczajowej niespotykany. Koresponduje z wykorzystaną formą ciekawy tytuł, zapowiadając nam właściwy temat utworu. Nie tyleż idzie wszak o uzależnienia, ale o zależności właśnie. Zaryzykować chyba można twierdzenie, że to fonetyczne podobieństwo było tutaj celowym zamierzeniem autora, sugerującego poprzez nie jakby niejaką zbieżność ewokowanych pojęć w kontekście prezentowanej historii: rzecz tyczy się związków między ludźmi, prowokowanych w dużej mierze właśnie nałogiem. Jak przedstawia je Suskiewicz? Ano właśnie za pomocą zróżnicowania narracji. Bohaterowie powieści nieustannie przerzucają między sobą ładunek emocjonalny – niby szczypiorniści piłkę. Narrator wysłuchuje przeplatających się monologów matki, ojca i brata (z których przeważają jednakże te matki) – bynajmniej nie mając na to ochoty. (A daliby mu już spokój! Nie, z tej siatki ciągłych roszczeń się chyba nie wydostanie). Tak, to bardzo śmiała i interesująca koncepcja artystyczna, ale… no właśnie, w takich przypadkach często pojawia się (jak jakiś cień) on. Konflikt odwieczny pomysłu i realizacji. Konsekwencją zróżnicowania narracji jest to, że wypowiedzi członków rodziny skierowane bezpośrednio do głównego bohatera (ojciec) czy też relacjonowane przez niego w mowie pozornie zależnej (matka, brat) są stylizowane na mowę potoczną, z charakterystycznymi dla niej dygresjami i składniowymi paralelizmami. W żywiole monologów postaci, pozbawionym na pozór komentarza wysłuchującego konfesji (może dlatego, że nimi piekielnie wymęczony), ujawniają się ich osobowości. Lecz – podkreślmy –właśnie tylko na pozór: nieliczne wtręty i błahe, zdawałoby się, uwagi narratora sprawiają, że pojawia się dystans, a nawet ironia, i dalej jeszcze – już u odbiorcy – śmiech, nie zawsze przez autora zakładany… Ostatecznie przecież rysy charakterologiczne mówiących monologi nie są zanadto pogłębione, sprawiając, że bardziej przypominają oni osoby satyry, której przedmiotem krytyki są drobnomieszczańskie przywary, nadmierne interesowanie się życiem innych i przesadny strach przed nazbyt poluzowanym krawatem na weselu, niźli osoby wyrafinowanego psychologicznego dramatu. Tak raz jeszcze dysonans między artystycznym konceptem a realizacją stanowi o finalnym efekcie przedsięwzięcia. Dosyć czytelna (pomimo podjętego sposobu narracji) forma sprawia jednakże, że owi odbiorcy, o których wzmiankowaliśmy na wstępie, bez wahania sięgną po Zależności, ażeby po raz kolejny zapomnieć się – by użyć słów słynnej piosenki Krzysztofa Krawczyka – w „tych cichych dramatów scenach niezliczonych”. Konrad Kissin

fabularie 4 (9) 2015


Recenzje

Weltschmerz po bydgosku

Emilia Walczak Hey, Jude! Wydawnictwo FORMA Szczecin 2015

W swojej drugiej książce, Hey, Jude!, Emilia Walczak zabiera nas nie tylko w podróż po Bydgoszczy, nazywanej tu i ówdzie „małym Berlinem”, Bydgoszczy widzianej z perspektywy kamienic w Śródmieściu i nieco zapomnianych pubów pełnych nieprzeciętnych bywalców, ale także w pełną wnikliwej obserwacji i czułej uwagi podróż po emocjach, wspomnieniach i pragnieniach swoich bohaterów. A postacie to nie byle jakie! W pierwszej części książki narratorem jest mieszkający z psem Em. – intelektualista w bliżej nieokreślonym wieku, pracujący z mozołem nad swoją habilitacją z filmoznawstwa, popijający spore ilości alkoholu, ale nade wszystko: beznadziejnie zakochany w swojej przyjaciółce, Czarnej. To właśnie ona jest narratorką drugiej części powieści. Czarna jest inteligentną, młodą Żydówką, która borykać się musi nie tylko ze skomplikowaniem życia osobistego, ale i z żywo obecnymi wciąż w Polsce antysemityzmem i szerzej – ksenofobią. Dowodem na to są wplatane w narrację autentyczne fragmenty artykułów z prasy lokalnej, jak i fragmenty dyskusji z forów internetowych. Znaczna ich część skupia się na subkulturze kibolskiej, rozbojach i przestępstwach popełnionych na tle rasowym. Wraz z postępem czytania rośnie w czytelniku zdziwienie skalą zjawiska i niezgoda na taki stan rzeczy. Przede wszystkim jednak z lektury tych autentycznych doniesień wysnuć można bardzo smutny wniosek – otóż przestępstwa na tle rasowym traktowane są z niebywałą pobłażliwością zarówno przez organa ścigania, jak i przez przeciętnych obywateli, oraz tłumaczone są często nadinterpretacją oraz niefortunnym użyciem słów. Trzygłosowa narracja tej książki pozwala czytelnikowi zapoznać się z szeroką gamą problemów i spojrzeć na nie z różnych perspektyw – od nieszczęśliwej miłości, przez zmagania z odkrywaniem własnej tożsamości, aż po kondycję otwartości i tolerancji polskiego społeczeństwa. Jeśli dodać do tego barwne postaci drugoplanowe, mnóstwo, nieraz przewrotnego, humoru i zabawę słowem – często bardzo wymagającą w stosunku do czytelnika – otrzymamy lekturę,

fabularie 4 (9) 2015

która potrafi pochłonąć na kilka godzin i ani się obejrzymy, a Hey, Jude! żegna nas ostatnią stroną opowieści. To właśnie objętość książki Emilii Walczak jest jej jedyną w mojej opinii wadą – chciałoby się czytać dalej, sprawdzić, jak radzi sobie Em., kogo pokocha Czarna, czy przyjaźń tych dwojga przetrwa emocjonalne zawirowania i w jakich nastrojach będą w kolejnym sezonie kibole bydgoskiego „Zawiszy” i innych klubów piłkarskich. Wiele jest w książce wątków zasługujących na rozwinięcie, lektura daje mnóstwo przyjemności, ale także niepokoju powodowanego prawdziwością opisanych zdarzeń, szerzącym się w ostatnich latach nacjonalizmem, czy generalnie: towarzyszącym bohaterom Weltschmerzem. Bydgoszczanie i osoby dobrze znające miasto będą też mieć niewątpliwie satysfakcję z odkrywania w powieści znanych sobie z codziennego życia miejsc, klubów, ulic… Już pierwsza książkowa publikacja Emilii Walczak (wtedy podpisanej jako Emilia Plateaux), Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach, pokazała sarkastyczny, przewrotny i inteligentny styl autorki. Hey, Jude! oferuje jeszcze większą przyjemność czytania, rozbudzając apetyt na kolejne publikacje młodej bydgoszczanki. Natalia Nazaruk

Praca u podstaw v. négationnisme au naturel

Annette Wieviorka Czym było Auschwitz? Rozmowy z moją córką przeł. Paulina Tarasewicz Wydawnictwo w Podwórku Gdańsk 2015

Chyba nie powinienem świadomie i celowo zaniedbywać mojego szczególnego powołania do czynienia dobrze w dziedzinie, w której społeczeństwo tego ode mnie wymaga, to jest nie wolno mi zaniechać ratowania wszechświata przed zagładą. [Henry D. Thoreau, Walden, tłum. Halina Cieplińska]

Książka Annette Wieviorki (ur. 1948) – wybitnej francuskiej historyczki specjalizującej się w tematyce Szoah,

83


Recenzje potomkini polskich Żydów zamordowanych w Au- sosie własnym), a skupmy się na rzeczonych młodych schwitz – pt. Czym było Auschwitz? Rozmowy z moją pokoleniach – w nich bowiem cała nadzieja. córką jest pierwszą publikacją tej autorki dostępną po Annette Wieviorka dedykuje swoją książkę (tytułopolsku, choć na całym świecie od daty swej premiery, wej) córce, Mathilde, oraz jej kuzynkom – Sophie, Ève, to jest od 1999 roku, zdążyła się już ukazać w kilku- Elsie i Nadii. Czym było Auschwitz?… w sposób przystępnastu tłumaczeniach. Pracę Wieviorki ogłosiła młoda ny odpowiada na prawie 80 pytań zadawanych z pergdańska oficyna – Wydawnictwo w Podwórku (to wła- spektywy jeśli nie małego dziecka, to na pewno kogoś, śnie oni wydali w 2014 roku m.in. głośną pozycję za- dla kogo Szoah jest już czymś prawie że abstrakcyjtytułowaną: Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja nym, czymś, co niełatwo jest dziś pojąć, objąć zdrowym historii Érica Barataya!). Książka mile zaskakuje czy- umysłem. Czymś, co wymyka się wszelkim racjonaltelnika zarówno pod względem edytorskim: począwszy nym interpretacjom. Pewnie dlatego właśnie pytania, od ciekawie zaprojektowanej okładki, na której wyko- jakie faktycznie zadała, bądź też które mogłaby zadać rzystano ilustrację autorstwa Tamary Deuel, poprzez Mathilde – ale i każdy inny przedstawiciel nowych poestetyczne i przejrzyste skład oraz łamanie, na bez za- koleń – często brzmią być może nawet i naiwnie (np.: rzutu przygotowanym redakcyjnie i korektorsko tek- „Dlaczego Berthe ma na ręce wytatuowany numer?”; ście skończywszy (a właściwie od tego począwszy, bo „Co to jest obława?”; „Dlaczego ich gazowano, skoro byli to właśnie jest każdej książki podstawa). Tyle forma. Co przydatni, «zdolni do pracy»?”; „Raz mówisz Auschwitz, do treści – to bardzo znaczące, że Czym było Auschwitz? raz – Birkenau…”; „Czym dokładnie było getto?”; „Jak Rozmowy z moją córką ukazują się właśnie teraz, w cza- mogli to robić dzieciom?” itd.), ale to właśnie stanowi sie, kiedy w całej Europie szerzy się nacjonalizm i odra- dowód na to, jak niepojęte było Szoah… To też pewnie dzają różnej maści (choć najczęściej jednak brunatnej) efekt przemyślenia przez Annette Wieviorkę praktyczruchy faszyzujące, i potrzebna jest znów swego rodza- nej formy dla swojej książki, która stanowić ma ogólnoju praca u podstaw. Kiedy tracimy już – jako nowe po- dostępne i czytelne świadectwo tego, co kiedyś wydakolenie – bezpośrednią łączność z tamtymi strasznymi rzyło się gdzieś na końcu cywilizacji, ale też która ma wydarzeniami towarzyszącymi drugiej wojnie świato- być przestrogą zrozumiałą dla każdego – bez względu wej, to jest z ludobójstwem. Ostatni świadkowie tam- na wiek czy poziom wiedzy historycznej. To uniwersaltych okropnych zajść, ostatnie ocalałe ofiary Zagłady ne, utylitarne wydawnictwo, jakim jest Czym było Auumierają i już za chwilę – kolejnym pokoleniom – bar- schwitz? Rozmowy z moją córką, powinno moim zdadzo trudno będzie w to wszystko uwierzyć, tak jak trud- niem trafić – jeśli nie do kanonu lektur szkolnych – to na no było uwierzyć w to, co dzieje się gdzieś w środkowej pewno w ręce każdego młodego obywatela świata. O to Europie, całemu Zachodowi… Zresztą, przecież nawet niechaj zadbają wszyscy przyzwoici rodzice, którzy nie i dziś pewne grupy (negacjonistów) w Szoah nie dowie- muszą wcale zaczytywać się w książkach Timothy’ego rzają, w imię jakichś partykularnych politycznych in- Snydera, żeby czuć potrzebę przestrzegania ich przed teresów nazywając je perfidnie „kłamstwem oświę- złem i wpajania im tego jakże ważnego hasła: „Nigdy cimskim”. Lecz tych niegodziwców pozostawmy może więcej”. Emilia Walczak lepiej samym sobie (niechaj się międlą w brunatnym

Notki Monika Aleksandrowicz – malarka, grafik i twórca interdyscyplinarny, realizująca postawę estetyczną i filozoficzną nawiązującą do nurtu wrocławskiego konceptualizmu i minimalizmu. Projektantka wydawnictw poświęconych sztuce (m.in.: Stanisław Dróżdż początekoniec, Natalia LL Opera Omnia, Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones). W jej dorobku artystycznym znajduje się ponad 50 wystaw zbiorowych, sympozja poświęcone sztuce konceptualnej oraz ekspozycje indywidualne, które organizowane i prezentowane były w kraju i za granicą. Przez kilka lat związana z wrocławską grupą „Kontynuacja i Sprzeciw” i z Grupą artystyczną „7+”. Charakterystyczną cechą jej

84

twórczości jest poruszanie tematu przekraczania granic czytelności dzieła sztuki oraz jego otwartość interpretacyjna często balansująca na krawędzi absurdu. Klaudia Baran – rocznik 1982. Filolożka – absolwentka filologii polskiej oraz rosyjskiej. Z zawodu także dziennikarka. W kręgu zainteresowań naukowych: etnolingwistyka, socjolingwistyka, lingwokulturologia. Andrzej Błażewicz – rocznik 1996. Student krakowskiej PWST na wydziale reżyserii dramatu. Publikował w „Wyspie”, „Formacie”, „Cegle”, „Odrze”. Finalista 10. Połowu Poetyckiego. Laureat Olimpiady Literatury i Języka Polskiego specjalizacji teatrologicznej. Członek Międzynarodowego

Młodzieżowego Jury podczas VII Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Okiem Młodych”. W Świdnicy scenicznej premiery doczekały się jego dramaty Andrzeju, nie denerwuj się i Rady Pana Ojca; dramat Narodziny Krokodyla był częścią instalacji teatralnej Królowa Studniówki. Kocha góry i dużo podróżuje. Aleksandra Byrska – rocznik 1990. Absolwentka krytyki literackiej na UJ. Doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zajmuje się literaturą najnowszą, a szczególnie doświadczeniem intymnym i literaturą kobiet. Teksty krytyczne i wywiady publikowała m.in. w „Wielogłosie” i piśmie kulturalnym „Fragile”. Recenzentka Xięgarni.pl.

fabularie 4 (9) 2015


Notki Jakub Chilimończyk – pochodzi z Zielonej Góry, obecnie podziwia horyzonty zdarzeń z okna poznańskiego osiedla. Eks-student filologii angielskiej na UZ i UAM, obecnie studiuje Mediaworking na Collegium Da Vinci. Agnieszka Czoska – rocznik 1986. Doktorantka poznańskiej kognitywistyki, zajmuje się psycholingwistyką. Naukowo zajmuje się metatekstem i przetwarzaniem tekstu, współpracuje z fonetykami i gestologami, lubi statystykę. Dużo i eklektycznie czyta, mało recenzuje. Jej ulubione książki to m.in. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, Ghost in the shell Shirow, Woroszyłowgrad Żadana i Małe lisy Bargielskiej. Monika Dekowska – doktor psychologii, psychoterapeutka, malarka i designerka. Interesuje się funkcjonowaniem ludzkiego mózgu oraz relacjami między nauką a wiarą. W wolnych chwilach tworzy autorską biżuterię i ilustracje dla dzieci. Jej malarstwo doczekało się kilkunastu wystaw indywidualnych. Szczęśliwa posiadaczka kota Kajetana. Filip Fierek – student MISH na UJ. Lubi kino Béli Tarra, obrazy Francisa Bacona i prozę Brunona Schulza. Zdarza mu się publikować w „Popmodernie” i „artPapierze”. Bartosz Gil – pracuje w radiowej Trójce od 2004 r. Przygotowuje oraz prowadzi audycje „Radio Teheran” oraz „Przed godziną zero”. Jest wydawcą audycji „Magiel Wagli”, „Gh+” oraz „Program alternatywny”, czuwa także nad głosowaniem na „Listę przebojów Programu Trzeciego”. Marcin Karnowski – poeta, prozaik, perkusista, bibliotekarz, animator kultury. Publikował m.in. w pismach „FA-art”, „Ha!art”, „Korespondencja z ojcem”. Współtwórca i redaktor kwartalnika „Fabularie”. Współautor pokonkursowej publikacji Pisz do Pilcha (Warszawa 2005). Wydał książki Notatki z podróży (Bydgoszcz 2011) i Brudna forma – wspólnie z Radkiem Drwęckim (Bydgoszcz 2013). Nagrał kilkanaście płyt, zagrał ponad sto koncertów w Polsce, Norwegii, Islandii, Niemczech, na Słowacji, we Włoszech, na Litwie. Współtwórca interdyscyplinarnych festiwali Liberatak i Adaptacje oraz Czytelni Liberatury w Bydgoszczy. Na co dzień perkusista i autor tekstów w zespołach 3moonboys i BRDA. Perkusista zespołów Variété, George Dorn Screams i Ur Jorge. Konrad Kissin – urodzony w 1989 r. w Radomsku. Absolwent filologii polskiej na UŁ. Aktualnie doktorant w Instytucie Polonistyki

fabularie 4 (9) 2015

tegoż, gdzie zajmuje się stosunkiem Gombrowicza do mitów romantycznych. Publikował w „Lampie” i „Czytaniu Literatury”. Adam Kruk – dziennikarz filmowy i muzyczny. Publikował m.in. w „Filmie”, „Ekranach”, „Kwartalniku Filmowym”, Filmwebie. Współautor tomów Wajda. Przewodnik Krytyki Politycznej, Stanisław Lenartowicz. Twórca osobny, Cóż wiesz o pięknem?, Polskie kino niezależne. Laureat nagrody im. Krzysztofa Mętraka (2012). Marta Kubiczek – absolwentka warszawskiej ASP, projektantka graficzna, ilustratorka. W swoich pracach lubi nawiązywać do mitologii różnych kultur i realizmu magicznego. Małgorzata Major – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa UG. Interesuje się nowomedialnym odbiorem seriali telewizyjnych typu post-soap, figurą antybohatera w amerykańskiej popkulturze oraz socnostalgiczną recepcją polskich seriali okresu PRL-u. W 2014 r. ukazała się redagowana przez nią książka Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji. Anna Elektra Malkogiorgos – absolwentka kulturoznawstwa i stosunków międzynarodowych, studentka Studiów Doktoranckich Nauk o Kulturze Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 2014 r. pracuje w roboczym zespole ds. dialogu międzykulturowego we Wrocławskim Centrum Rozwoju Społecznego, gdzie zajmuje się podnoszeniem kompetencji międzykulturowych osób odpowiedzialnych za edukację oraz bezpieczeństwo. Absolwentka „Weź kurs na wielokulturowość” – kursu umiejętności trenerskich w zakresie kompetencji międzykulturowych organizowanego przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Prowadzi i organizuje szkolenia i warsztaty. Natalia Nazaruk – rocznik 1983. W piątym numerze „Fabularii” ukazało się jej opowiadanie zatytułowane Syreny. Hadas Reshef – rocznik 1982. Aktualnie mieszka w Poznaniu i studiuje na Wydziale Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dzięki stypendium polskiego rządu. Studiowała sztukę w Szkole Artystycznej Hamidrasha i w Beit Berl College w Izraelu. Stypendystka izraelskiego Ministerstwa Edukacji za wybitne osiągnięcia. Miała kilka indywidualnych wystaw, była uczestnikiem i kuratorem wielu wystaw zbiorowych. Przez jakiś czas pisała felietony „Not just cheap wine” („Nie tylko tanie wino”) o wystawach i innych artystycznych wydarzeniach w Izraelu.

Katarzyna Rodacka – twórczyni dokumentalnej inicjatywy TRAWERS (trawerswpolske.pl). Podróżuje i potem pisze, uwielbia miejsca nieoczywiste. Fotografuje głównie analogowo. Z pasji do lokalności robi festiwal o Polsce. Z wykształcenia iranistka, w wolnych chwilach organizuje koncerty na własnym balkonie. Karolina Sałdecka-Kielak – rocznik 1983. Polonistka i romanistka, doktor nauk humanistycznych. Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Kwartalniku Literackim TEKA”, na stronach internetowych „Dekady Literackiej”, „Arteriach”, „Blizie”. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich, w tym Konkursu im. Rainera Marii Rilkego. Autorka zbioru wierszy Na własne oczy (2011) oraz książki „Żyjemy wciąż jeszcze na rusztowaniach”. Wizerunek kobiety w polskich powieściach doby realizmu socjalistycznego (2013). Członkini zespołu redakcyjnego kwartalnika „Fabularie”. Katarzyna Szaulińska – rocznik 1987. Kiedyś rysowała komiksy, teraz leczy ludzi. Publikowała w „Chimerze”, „Kulturze Liberalnej” i w „Zadrze”. Michał Tabaczyński – rocznik 1976. Tłumacz, eseista, krytyk literacki. Ostatnio opublikował przekłady dwóch książek z dziedziny teorii nowych mediów: Przestrzeń pisma J.D. Boltera (z A. Małecką, Kraków–Bydgoszcz 2014) i Cybertekst Espena Aarsetha (z P. Schreiberem, Kraków–Bydgoszcz 2014) oraz dwie książki eseistyczne: Widoki na ciemność (Wrocław 2013) i Legendy ludu polskiego (Szczecin 2014). Emilia Walczak – rocznik 1984. Autorka książek Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach (2013) i Hey, Jude! (2015). Publikowała w kilku periodykach literackich, a także w 2014. Antologii współczesnych polskich opowiadań Wydawnictwa FORMA i 3. zeszycie Czytanek miejskich wydawanych przez MCK w Bydgoszczy, pt. Skrzyżowanie świata. Opisanie pięciu ulic dla Georges’a Pereca; recenzje m.in. w „Zeszytach Komiksowych” i „eleWatorze”; felietony, wywiady – w „Bydgoskim Informatorze Kulturalnym”. Napisała teksty piosenek dla zespołów: George Dorn Screams i BRDA. Członkini zespołu redakcyjnego kwartalnika „Fabularie”. Beata Żurawska – absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie. Laureatka wielu nagród i wyróżnień za ilustracje i komiksy. Na co dzień zajmuje się ilustracją i projektowaniem graficznym.

85


Notki Jakub Chilimończyk – pochodzi z Zielonej Góry, obecnie podziwia horyzonty zdarzeń z okna poznańskiego osiedla. Eks-student filologii angielskiej na UZ i UAM, obecnie studiuje Mediaworking na Collegium Da Vinci. Agnieszka Czoska – rocznik 1986. Doktorantka poznańskiej kognitywistyki, zajmuje się psycholingwistyką. Naukowo zajmuje się metatekstem i przetwarzaniem tekstu, współpracuje z fonetykami i gestologami, lubi statystykę. Dużo i eklektycznie czyta, mało recenzuje. Jej ulubione książki to m.in. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, Ghost in the shell Shirow, Woroszyłowgrad Żadana i Małe lisy Bargielskiej. Monika Dekowska – doktor psychologii, psychoterapeutka, malarka i designerka. Interesuje się funkcjonowaniem ludzkiego mózgu oraz relacjami między nauką a wiarą. W wolnych chwilach tworzy autorską biżuterię i ilustracje dla dzieci. Jej malarstwo doczekało się kilkunastu wystaw indywidualnych. Szczęśliwa posiadaczka kota Kajetana. Filip Fierek – student MISH na UJ. Lubi kino Béli Tarra, obrazy Francisa Bacona i prozę Brunona Schulza. Zdarza mu się publikować w „Popmodernie” i „artPapierze”. Bartosz Gil – pracuje w radiowej Trójce od 2004 r. Przygotowuje oraz prowadzi audycje „Radio Teheran” oraz „Przed godziną zero”. Jest wydawcą audycji „Magiel Wagli”, „Gh+” oraz „Program alternatywny”, czuwa także nad głosowaniem na „Listę przebojów Programu Trzeciego”. Marcin Karnowski – poeta, prozaik, perkusista, bibliotekarz, animator kultury. Publikował m.in. w pismach „FA-art”, „Ha!art”, „Korespondencja z ojcem”. Współtwórca i redaktor kwartalnika „Fabularie”. Współautor pokonkursowej publikacji Pisz do Pilcha (Warszawa 2005). Wydał książki Notatki z podróży (Bydgoszcz 2011) i Brudna forma – wspólnie z Radkiem Drwęckim (Bydgoszcz 2013). Nagrał kilkanaście płyt, zagrał ponad sto koncertów w Polsce, Norwegii, Islandii, Niemczech, na Słowacji, we Włoszech, na Litwie. Współtwórca interdyscyplinarnych festiwali Liberatak i Adaptacje oraz Czytelni Liberatury w Bydgoszczy. Na co dzień perkusista i autor tekstów w zespołach 3moonboys i BRDA. Perkusista zespołów Variété, George Dorn Screams i Ur Jorge. Konrad Kissin – urodzony w 1989 r. w Radomsku. Absolwent filologii polskiej na UŁ. Aktualnie doktorant w Instytucie Polonistyki

fabularie 4 (9) 2015

tegoż, gdzie zajmuje się stosunkiem Gombrowicza do mitów romantycznych. Publikował w „Lampie” i „Czytaniu Literatury”. Adam Kruk – dziennikarz filmowy i muzyczny. Publikował m.in. w „Filmie”, „Ekranach”, „Kwartalniku Filmowym”, Filmwebie. Współautor tomów Wajda. Przewodnik Krytyki Politycznej, Stanisław Lenartowicz. Twórca osobny, Cóż wiesz o pięknem?, Polskie kino niezależne. Laureat nagrody im. Krzysztofa Mętraka (2012). Marta Kubiczek – absolwentka warszawskiej ASP, projektantka graficzna, ilustratorka. W swoich pracach lubi nawiązywać do mitologii różnych kultur i realizmu magicznego. Małgorzata Major – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa UG. Interesuje się nowomedialnym odbiorem seriali telewizyjnych typu post-soap, figurą antybohatera w amerykańskiej popkulturze oraz socnostalgiczną recepcją polskich seriali okresu PRL-u.

Katarzyna Rodacka – twórczyni dokumentalnej inicjatywy TRAWERS (trawerswpolske.pl). Podróżuje i potem pisze, uwielbia miejsca nieoczywiste. Fotografuje głównie analogowo. Z pasji do lokalności robi festiwal o Polsce. Z wykształcenia iranistka, w wolnych chwilach organizuje koncerty na własnym balkonie. Karolina Sałdecka-Kielak – rocznik 1983. Polonistka i romanistka, doktor nauk humanistycznych. Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Kwartalniku Literackim TEKA”, na stronach internetowych „Dekady Literackiej”, „Arteriach”, „Blizie”. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich, w tym Konkursu im. Rainera Marii Rilkego. Autorka zbioru wierszy Na własne oczy (2011) oraz książki „Żyjemy wciąż jeszcze na rusztowaniach”. Wizerunek kobiety w polskich powieściach doby realizmu socjalistycznego (2013). Członkini zespołu redakcyjnego

W 2014 r. ukazała się redagowana przez nią książka Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji. Anna Elektra Malkogiorgos – absolwentka kulturoznawstwa i stosunków międzynarodowych, studentka Studiów Doktoranckich Nauk o Kulturze Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 2014 r. pracuje w roboczym zespole ds. dialogu międzykulturowego we Wrocławskim Centrum Rozwoju Społecznego, gdzie zajmuje się podnoszeniem kompetencji międzykulturowych osób odpowiedzialnych za edukację oraz bezpieczeństwo. Absolwentka „Weź kurs na wielokulturowość” – kursu umiejętności trenerskich w zakresie kompetencji międzykulturowych organizowanego przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Prowadzi i organizuje szkolenia i warsztaty. Natalia Nazaruk – rocznik 1983. W piątym numerze „Fabularii” ukazało się jej opowiadanie zatytułowane Syreny. Hadas Reshef – rocznik 1982. Aktualnie mieszka w Poznaniu i studiuje na Wydziale Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dzięki stypendium polskiego rządu. Studiowała sztukę w Szkole Artystycznej Hamidrasha i w Beit Berl College w Izraelu. Stypendystka izraelskiego Ministerstwa Edukacji za wybitne osiągnięcia. Miała kilka indywidualnych wystaw, była uczestnikiem i kuratorem wielu wystaw zbiorowych. Przez jakiś czas pisała felietony „Not just cheap wine” („Nie tylko tanie wino”) o wystawach i innych artystycznych wydarzeniach w Izraelu.

kwartalnika „Fabularie”. Katarzyna Szaulińska – rocznik 1987. Kiedyś rysowała komiksy, teraz leczy ludzi. Publikowała w „Chimerze”, „Kulturze Liberalnej” i w „Zadrze”. Michał Tabaczyński – rocznik 1976. Tłumacz, eseista, krytyk literacki. Ostatnio opublikował przekłady dwóch książek z dziedziny teorii nowych mediów: Przestrzeń pisma J.D. Boltera (z A. Małecką, Kraków–Bydgoszcz 2014) i Cybertekst Espena Aarsetha (z P. Schreiberem, Kraków–Bydgoszcz 2014) oraz dwie książki eseistyczne: Widoki na ciemność (Wrocław 2013) i Legendy ludu polskiego (Szczecin 2014). Emilia Walczak – rocznik 1984. Autorka książek Fake, czyli konfabulacje zachodzą na zakrętach (2013) i Hey, Jude! (2015). Publikowała w kilku periodykach literackich, a także w 2014. Antologii współczesnych polskich opowiadań Wydawnictwa FORMA i 3. zeszycie Czytanek miejskich wydawanych przez MCK w Bydgoszczy, pt. Skrzyżowanie świata. Opisanie pięciu ulic dla Georges’a Pereca; recenzje m.in. w „Zeszytach Komiksowych” i „eleWatorze”; felietony, wywiady – w „Bydgoskim Informatorze Kulturalnym”. Napisała teksty piosenek dla zespołów: George Dorn Screams i BRDA. Członkini zespołu redakcyjnego kwartalnika „Fabularie”. Beata Żurawska – absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie. Laureatka wielu nagród i wyróżnień za ilustracje i komiksy. Na co dzień zajmuje się ilustracją i projektowaniem graficznym.

85


Tu możesz przeczytać „Fabularie”: http://issuu.com/fabularie

„Fabularie” 2/2013

„Fabularie” 1/2013

„Fabularie” 1/2014

Tu możes z przeczyta htt p://iss uu.com/fab ć „Fabu lar ie”: ularie WI ER SZE : BA RGIEL SK KW IAT KO A, MA NSZTAJN , WSKI, PO NI ZN IK

„Fabular

„Fabular

„Fabular

ie” 1/2014

„Fabularie” 3/2014 ie” 2/2014

„Fabular

„Fabular

y

2 0 1 5

„Fabular

ie” 2/2015

„Fabular

„Fab ula ie” 3/2015

www.fabu larie.pl https://ww w.faceboo k.com/fa

rie” 4/2

015

bularie

AN NA EL

O WOJNA CH, MIGR ACJACH I WIELOK ULTUROW O Ś CI

„Fabular „Fabularie” 2/2015

„Fabularie” 3/2015

www.fabularie.pl https://www.facebook.com/fabularie

cena

8 zł

(5% VAT)

( 9 )

ie” 1/2015

st a n na j n ow sz

PROZ A: KATA RZ YNA SZ AU AN DR ZE LIŃSK A J BŁ JAK UB CH AŻ EW ICZ ILI MOŃC ZY K

4

ie” 3/2014

ku l tu ra :

„Fabularie” 1/2015 n r

„Fabular

Z CZECH I WĘGIE R: BOGDAN TROJA GÁ BOR ME K, ZE I

nr 4 (9) 20 15 ISSN 2300 -7281 ie” 2/2013

f a b u l a r i e

„Fabularie” 2/2014

ie” 1/2013

HE NN IN G – PA PIEŻ MA NK EL L SZW EDZK LIT ER AT URY KRYM IEJ INA LN EJ

HA DA S RE SH EF KATA RZ YN EK TR A MA A RODACK A LK MA ŁGOR OGIORGOS ZATA MA JOR NATA LIA NA ZA RU K HA NNA TRUBICK A EM ILI A WA LCZA K KL AU DIA BA RA N MI ROSŁ AW TYC BA RTOS Z GIL

ie” 4/201

5

Fabularie 4/2015  

Fabularie - dziewiąty numer kwartalnika prezentującego możliwie najszerzej kulturę współczesną…

Fabularie 4/2015  

Fabularie - dziewiąty numer kwartalnika prezentującego możliwie najszerzej kulturę współczesną…

Advertisement