Page 1

eimperium.pl

NR 19 / STYCZEŃ-LUTY 2018

DETEKTYW HISTORII

70 LAT ZESPOŁU SZKÓŁ ŁĄCZNOŚCI PODRÓŻNIK GLIWICKI

UZBEKISTAN BRAMA DO AZJI 20 LAT W ŚRÓDMIEŚCIU

STANISŁAW KOLANUS


02 / MAGAZYN EIMPERIUM

Spis treści WYDARZYŁO SIĘ W GLIWICACH

06

PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

11

STANISŁAW KOLANUS

14

DETEKTYW HISTORII

24

PODRÓŻNIK GLIWICKI

30

WYPAD NA WEEKEND: OPOLE

40

Wydawca: Prezes: Redaktor naczelny: Grafika:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O. ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Seweryn Chlewicki

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


"D AM Y I HU ZA RY " W TE AT RZ E M IE JS KI M , FO T. AG NI ES ZK A BA RO N


ROK BEZBARWNY, ROK WYBORCZY TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Przełom roku to tradycyjny okres podsumowań. Tym razem w Gliwicach nie przychodzą one jednak łatwo. Rok 2017 nie obfitował bowiem w istotne wydarzenia czy charakterystyczne postacie, których działania odcisnęłyby na mieście wyraźne piętno. Ciężki orzech do zgryzienia będą więc miały kapituły rozlicznych konkursów na Człowieka Roku. Dowodem niech będzie chociażby wybór tegorocznego Gliwickiego Lwa, czyli nagrody Prezydenta Gliwic. Za 2017 rok Zygmunt Frankiewicz uhonorował bowiem Artura Tomasika, prezesa Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego S.A., które zarządza portem lotniczym w Pyrzowicach. To pierwszy w kilkunastoletniej historii tej nagrody laureat, który nie jest zawodowo związany z Gliwicami, stąd wskazanie przez prezydenta właśnie na tę osobę z pewnością było sporym zaskoczeniem, a przy okazji, być może niezamierzonym, wotum nieufności względem gliwickich elit biznesowych. W zeszłym roku nie doczekaliśmy się również oddania żadnych spektakularnych inwestycji. Przeciwnie, tradycyjnie spędziliśmy go na odraczaniu kolejnych terminów zakończenia prac. I tak, nie udało się na przykład dopiąć do końca budowy Hali Gliwice. W kwietniu minie dokładnie 5 lat od momentu wbicia pierwszej łopaty na placu budowy. I choć już w październiku prasa donosiła, że budowa się zakończyła, a hala ma pozwolenie na użytkowanie, to wciąż trwa jej wyposażanie, więc póki co nadal pozostaje ona martwym obiektem. Od grudnia w jej murach swoje mecze rozgrywać drużyna GTK Gliwice, ale wbrew wcześniejszym uzgodnieniom koszykarze nie zostali wpuszczeni do budynku. Obiekt w praktyce uznać należy więc za nadal niedokończony, choć już na maj tego roku zapowiedziana jest pierwsza duża impreza, która miałaby się w nim odbyć. W Gliwicach gościć ma guru fanów muzyki techno Armin van Buuren. Nie potwierdziły się natomiast inne doniesienia mówiące, że w Gliwicach w tym roku zagra również legendarne U2.

Poza występem holenderskiego DJ-a kalendarz imprez w Hali Gliwice pozostaje więc tajemnicą. Wiadomo natomiast, że jego układaniem zajmować ma się Fundacja Radan, której założycielem jest Tadeusz Wesołowski - właściciel firmy o tej samej nazwie, który zasiadał swego czasu w przedwyborczym komitecie honorowym Zygmunta Frankiewicza. Fundacja Wspierania Ratownictwa Górskiego, Sportu oraz Działalności Charytatywnej Radan, bo tak brzmi jej pełna nazwa, działa już od przeszło 10 lat. “Wspieramy wszystkie grupy GOPR, sponsorujemy imprezy i zajęcia sportowe dla dzieci i młodzieży, mając na względzie promocję młodych talentów w celu umożliwienia im ścieżki do kariery sportowej na arenie międzynarodowej” - można przeczytać na jej stronie internetowej. Organizacja imprez masowych z najwyższej półki będzie więc dla Fundacji Radan nowym wyzwaniem. Jak się z nim upora? To jedno z pytań, dzięki którym rok 2018 może okazać się niezwykle ciekawy. Jakie jeszcze pytania stawiamy sobie u początku nowego roku? Na przykład czy ruszy długo zapowiadana budowa nowego dworca autobusowego, a w zasadzie całego kompleksu przesiadkowego ulokowanego za torami kolejowymi (formalnie jest to teren dzielnicy Szobiszowice). To również ciekawy przykład porażki roku 2017. Jeszcze w 2016 roku prezydent miasta zwrócił się do mieszkańców z prośbą o pomoc w wyborze najlepszej z trzech zaproponowanych miastu koncepcji nowego dworca. Mieszkańcy niewielką większością głosów wskazali wówczas na koncepcję zakładającą wybudowanie nad peronami autobusowymi zielonego tarasu, który pełniłby jednocześnie funkcję skweru. Urzędnicy koniec końców i tak wybrali ten wariant, który im najbardziej przypadł do gustu, czyli nawiązującą do sąsiedniej hali peronowej dworca kolejowego łukową konstrukcję. “To rozwiązanie gwarantuje najlepsze ze wszystkich koncepcji zagospodarowanie przestrzeni wewnątrz obiektu. Zaletą jest m.in. wyrazista forma zadaszenia, która wzmocni potencjał estetyczny dworca. Mocnym akcentem będzie również konstrukcja z drewna klejonego, która jest wytrzymała, efektowna i funkcjonalna. Plusem tego wariantu jest również jednolite zadaszenie i brak podpór pośrednich, co umożliwi swobodny ruch pojazdów


i pieszych wewnątrz dworca autobusowego” – zapewniał na łamach Miejskiego Serwisu Informacyjnego Marcin Łazowski z Biura Rozwoju Miasta. Dopiero kilka miesięcy później okazało się, że zwycięski projekt ma też jedną poważną wadę - nie da się go wybudować. W lutym 2017 roku miasto wybrało w przetargu projektanta, który na podstawie koncepcji miał stworzyć projekt budowlany. Firma Pas Projekt z Nadarzyna po wykonaniu niezbędnych obliczeń stwierdziła jednak, że budynek zaprezentowany na wizualizacjach niechybnie by się zawalił. Stąd okazało się, że konieczne będzie przemodelowanie wstępnych założeń projektu. Jak więc ostatecznie będzie wyglądało centrum przesiadkowe? To wciąż nie jest pewne. Wiadomo natomiast, że zmian w projekcie będzie więcej i obejmą one nie tylko wygląd samego zadaszenia, ale także zagospodarowania całego otoczenia. Po protestach mieszkańców i społeczników miasto jest ponoć skłonne zachować przewidziany pierwotnie do wyburzenia charakterystyczny, ceglany budynek stojący przy ulicy Toszeckiej. Jeszcze w tym roku mają ruszyć pierwsze prace budowlane, o ile tylko przy tak szeroko zakrojonych korektach do projektu, uda się go przygotować na czas. Zdecydowanie największym sukcesem ubiegłego roku było natomiast uruchomienie wypożyczalni rowerów miejskich. Wieloletnie zabiegi radnych miejskich, w tym w szczególności Dominika Dragon, w końcu wymusiły na władzach Gliwic podjęcia się tego zadania. Co ciekawe, nawet podczas konferencji prasowej poświęconej temu tematowi odpowiedzialny za projekt wiceprezydent Piotr Wieczorek nie był do rowerowych wypożyczalni przekonany. Mieszkańcom zapadła w pamięć wypowiedź, jakoby rower miejski był rodzajem “galanterii”, czyli, krótko mówiąc, ciekawym ozdobnikiem pozbawionym praktycznej funkcji. Ciekawy jestem czy dziś, gdy znane są statystyki z pierwszego roku funkcjonowania wypożyczalni, prezydent Wieczorek również zdecydowałby się na tak daleko idące deprecjonowanie tej formy transportu miejskiego? Od marca do listopada gliwickie rowery wypożyczono aż 62 482 razy. Ten wynik sprawił, że miasto podszczypywane przez kolejnych radnych zdecydowało się na rozbudowanie systemu o pięć nowych stacji, a ogłaszana właśnie lista projektów zgłoszonych do

budżetu obywatelskiego również ugina się od propozycji budowy kolejnych punktów wypożyczania rowerów. Cieniem na całym projekcie rzuca się może jedynie niezbyt szczęśliwy wybór nowych lokalizacji pod stacje rowerowe. Praktyka zeszłego roku pokazała, że największą popularnością cieszyły się punkty wypożyczeń zlokalizowane w ścisłym centrum miasta: przy dworcu kolejowym, na ulicy Akademickiej, a także przy Rynku i na placu Piłsudskiego. Tymczasem miasto i wnioskujący o wypożyczalnie mieszkańcy, zamiast uzupełnić siatkę punktów w centrum miasta (na przykład o ulicę Kościuszki), zaproponowali oddalone od Śródmieścia lokalizacje, między innymi w Łabędach, Sośnicy czy w Bojkowie. Nie neguję oczywiście sensu rozbudowywania systemu wypożyczalni rowerowych w dzielnicach. Powinny to być jednak nie pojedyncze stacje, ale całe minisystemy złożone z kilku punktów. Każda podróż, także ta z wykorzystaniem roweru miejskiego, ma bowiem swój początek i koniec, a to wymaga istnienia co najmniej dwóch stacji. W Łabędach mogłyby to być na przykład obszar jednego z dużych osiedli mieszkaniowych oraz plac przed dworcem kolejowym. Ulokowanie pojedynczej stacji przy Centrum Kulturalnym “Łabędź”, a więc z dala od największych skupisk ludzkich, wydaje się więc mijać z celem. Ta lokalizacja to jeden z murowanych kandydatów do przejęcia miana najsłabiej wykorzystywanego punktu wypożyczeń, który obecnie należy do stacji zlokalizowanej na osiedlu Kopernika. Na jesieni 2018 czekają nas wybory. Niezależnie od tego, kto w nich wystartuje i jakie będą wyniki, rok wyborczy zawsze stanowi dodatkową motywację dla władz miasta, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle. Możemy więc spodziewać się wielu nowych inwestycji i ostatecznego dokończenia tych, które ślimaczą się od dłuższego czasu. Oprócz wspomnianych już wyżej wymienić można chociażby zapowiadane jesienią przekształcenie ulicy Wieczoraka w pierwszy na Śląsku woonerf - przestrzeń współdzieloną na zasadach równouprawnienia pomiędzy kierowców, pieszych i rowerzystów. Po latach oczekiwania ruszyły też już pierwsze prace przy południowym odcinku obdownicy miasta. Można więc w skrócie powiedzieć, że dla odmiany - będzie się działo.


06 / MAGAZYN EIMPERIUM WYDARZYŁO SIĘ W GLIWICACH

WIZUALIZACJA: PROJARCH

15/11 WOONERF PO ŚLĄSKU Ulica Wieczorka 7 lat temu doczekała się gruntownego remontu. To był rok 2010 - tuż po likwidacji tramwajów w Gliwicach, więc remont tej ulicy wraz z usunięciem zdezelowanego torowiska to był dla władz miasta inwestycyjny priorytet, aby pokazać, jak dzięki likwidacji komunikacji szynowej poprawia się sytuacja w mieście. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwotnie miał to być “typowy remont”, tzn. na jezdni miał zostać wylany nowy asfalt, a na chodnikach ułożona nowa betonowa kostka. Dopiero staraniem miejskich aktywistów i po osobistej interwencji prezydenta Frankiewicza Zarząd Dróg Miejskich zmienił projekt przebudowy i w miejsce asfaltu oraz betonu zaproponował granitową nawierzchnię jezdni i chodników. To czego wtedy nie udało się wywalczyć to zwężenia bardzo szerokiej jezdni i tym samym poszerzenia chodników. Nie było też w ogóle mowy aby na Wieczorka pojawiła się jakakolwiek zieleń. Remont zakończył się inwestycyjnym i wizerunkowym sukcesem miasta. Później uwidoczniło się jednak to, że miasto nie ma pomysłu na to, co dalej robić z tą niezwykle perspektywiczną ulicą. W końcu z pomocą przyszli projektanci z pracowni architek


W Y D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 07

tonicznej PROjARCH, którzy zaproponowali aby na ulicy dedykowanej przede wszystkim samochodom urządzić tzw. woonerf, czyli przestrzeń w równym stopniu przystosowaną dla samochodów, pieszych czy rowerzystów z dodatkowymi funkcjami rekreacyjnymi. Projekt adaptacji powstał pro publico bono, a miasto zgodziło się wydać 500 tys. na zakup niezbędnych do metamorfozy mebli miejskich. Dzięki temu już na wiosnę na wieczorka pojawią się między innymi tzw. parklety, czyli niewielkie przestrzenie wypoczynkowe z miejscami do siedzenia otoczone zielenią, ulica zostanie sztucznie zwężona oraz zorganizowana w taki sposób, aby wymusić na kierowcach zdjęcie nogi z gazu, pojawią się również miejsca parkingowe typu kiss&ride oraz stojaki na rowery. Wydaje się, że może to być prawdziwa rewolucja, która z czasem oddziaływać może także na inne śródmiejskie ulice. Jedyne czego żal to straconego czasu, że musieliśmy na taki pomysł z tym miejscu czekać aż siedem długich lat.


08 / MAGAZYN EIMPERIUM

18/11 NOWY BISKUP POMOCNICZY Od momentu powstania w 1992 roku diecezji gliwickiej Kościoła katolickiego kierowali nią niezmiennie jej ordynariusz ks. bp. Jan Wieczorek oraz wikariusz generalny ks. bp. Gerard Kusz. Pierwszy na zasłużoną emeryturę przeszedł już pięć lat temu, a na stanowisku zastąpił go ks. bp. Jan Kopiec, dotychczasowy biskup pomocniczy diecezji opolskiej. W 2014 roku wiek emerytalny - 75 lat - osiągnął również ks. bp. Kusz. Mimo to wciąż pełni swoją funkcję biskupa pomocniczego diecezji. Również i on z końcem roku mógł w końcu odpocząć od pracy na rzecz diecezji. 18 listopada Nuncjatura Apostolska w Polsce ogłosiła nazwisko jego następcy. Został nim ks. prałat Andrzej Iwanecki, dotychczasowy proboszcz parafii św. Franciszka w Zabrzu. Sakrę biskupią ks. Iwanecki otrzymał podczas uroczystości, która odbyła się 7 stycznia w gliwickiej katedrze. Tradycją jest, że każdy z biskupów pomocniczych otrzymuje własną stolicę tytularną wybieraną spośród nieistniejących już historycznych diecezji. Stolicą ks. bp. Iwaneckiego została Arcavica - obecnie zrujnowane miasto w środkowej Hiszpanii. Poprzednim biskupem tytularnym tej diecezji był ks. bp. Grzegorz Ryś z Krakowa, który przeszedł na emeryturę we wrześniu 2017 roku.


W Y D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 09

22/11 PROF. SIEROŃ DOKTOREM HONORIS CAUSA Prof. Aleksander Sieroń został 50. doktorem honoris causa w historii Politechniki Śląskiej. Absolwent wydziału elektrycznego tej uczelni oraz wydziału lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej odebrał tytuł podczas specjalnej gali zorganizowanej w Centrum Edukacyjno-Kongresowym Politechniki Śląskiej. Prof. Aleksander Sieroń to wyjątkowa postać zarówno w polskim, jak i międzynarodowym środowisku naukowym, która w swojej pracy naukowej łączy różne obszary wiedzy. Uważany jest za jednego z najbardziej liczących się w świecie ekspertów w dziedzinie oddziaływań biologicznych oraz zastosowań medycznych pól elektromagnetycznych i światła niskoenergetycznego. Podczas uroczystości w CEK prof. Sieroń wygłosił wykład pod tajemniczym tytułem „You can see more by looking” (w wolnym tłumaczeniu: “Patrząc zobaczysz więcej”), który zaczerpnięty został z jednej ze złotych myśli… Misia Yogi.

ZDJĘCIE: MZUK GLIWICE

09/12 PIRUET ZAPRASZA Jak co roku na Kąpielisku Leśnym w sąsiedztwie pływalni Olimpijczyk otwarte zostało plenerowe lodowisko Piruet. Z inicjatywy Miejskiego Zarządu Usług Komunalnych gliwiczanie mogą przez całą zimę bezpłatnie ślizgać się na tafli o rozmiarach 30 x 15 metrów. W sąsiedztwie działa również wypożyczalnia i serwis łyżew. W poprzednich latach plenerowy Piruet był raczej ciekawostką i służył przede wszystkim mieszkającym w pobliżu mieszkańcom Łabęd i osiedla Kopernika. Tym razem jednak awaria systemu chłodniczego sparaliżowała funkcjonowanie głównego gliwickiego lodowiska, czyli Tafli. Zarządzany przez Ośrodek Sportu Politechniki Śląskiej obiekt jest własnością miasta. Opieszałość, a być może również zwykłe skąpstwo urzędników, którzy nie znaleźli w budżecie na czas 200 tys. złotych na wymianę systemu chłodzenia lodowiska, sprawiło, że Piruet w grudniu i styczniu był jedynym miejscem w Gliwicach, gdzie można było ślizgać się na sztucznym lodzie.


10 / MAGAZYN EIMPERIUM

19/12 GLIWICZANIE W KOSMOSIE? Konsorcjum trzech śląskich firm pod nazwą FP Space to nowa inicjatywa, która dzięki budowie innowacyjnego mikrosatelity, potrafiącego robić bardzo dokładne zdjęcia ziemi, ma doskonalić technologie związane z rolnictwem, leśnictwem, górnictwem czy obronnością. Jednym z liderów projektu jest gliwicka spółka Future Processing, która odpowiada za oprogramowanie do komputera pokładowego konstruowanego satelity. W projekt zaangażowana jest również spółka-córka Future Processing – FP Instruments, odpowiedzialna za projektowanie i produkcję urządzeń elektronicznych. FP Space to nowy projekt, który wciąż się rozwija. Konsorcjum intensywnie szuka nowych inżynierów wyspecjalizowanych w elektronice, automatyce i informatyce.

31/12 SYLWESTER Z BIG CYCEM Rok 2017 gliwiczanie żegnali przy muzyce punkrockowego zespołu Big Cyc, a następnie byli świadkami znakomitego pokazu fajerwerków. Prawdopodobnie było to również pożegnanie placu Krakowskiego, jako etatowego miejsca wydarzeń ludycznych w Gliwicach. Władze miasta ju zapowiedziały bowiem, że gdy tylko stan prac na to pozwoli, tego typu wydarzenia odbywać się będę przed nowobudowaną Halą Gliwice, gdzie również powstał spory plac mogący pomieścić wielotysięczną widownię. Zdania mieszkańców są w tej sprawie podzielone. Dla części przeniesienie głośnych koncertów w mniej zamieszkaną część miasta wydaje się rozsądne. Zdaniem innych, wyprowadzenie ważnych wydarzeń poza obręb Śródmieścia wpłynie negatywnie na frekwencję widzów. Niektórzy miejscy radnyi już dziś zaproponowała, żeby inauguracją nowego miejskiego placu było zorganizowanie w tym miejscu, przy okazji tegorocznych piłkraskich Mistrzostw Świata, tzw. strefy kibica. Można by tu w większej grupie fanów piłki nożnej oglądać spotkania reprezentacji Polski na dużym telebimie.


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 11

Piękna codzienność Przypadek? AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

Pr z y padek - los , t r af, z bieg okol ic z nośc i . To w ł a śnie on c zę s to towa r z y sz y poc zą t kom mi ł ośc i . Pr z y pad k iem ten fel ie ton będ z ie w ł a śnie o mi ł ośc i . A może to nie pr z y padek , żeby w l u t y m pi sać o pr z y pad kac h mi ł ośc i ?

FOT. PIXABAY.COM

WISŁAWA SZYMBORSKA

Miłość od pierwszego wejrzenia Oboje są przekonani, że połączyło ich uczucie nagłe. Piękna jest taka pewność, ale niepewność piękniejsza. Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej, nic między nimi nigdy się nie działo. A co na to ulice, schody, korytarze, na których mogli się od dawna mijać? Chciałabym ich zapytać, czy nie pamiętają – może w drzwiach obrotowych kiedyś twarzą w twarz? jakieś „przepraszam” w ścisku? głos „pomyłka” w słuchawce? – ale znam ich odpowiedź. Nie, nie pamiętają.

i tłumiąc chichot odskakiwał w bok. Były znaki, sygnały, cóż z tego, że nieczytelne. Może trzy lata temu albo w zeszły wtorek pewien listek przefrunął z ramienia na ramię? Było coś zgubionego i podniesionego. Kto wie, czy już nie piłka w zaroślach dzieciństwa?

Bardzo by ich zdziwiło, że od dłuższego czasu bawił się nimi przypadek.

Były klamki i dzwonki, na których zawczasu dotyk kładł się na dotyk. Walizki obok siebie w przechowalni. Był może nawet pewnej nocy jednakowy sen, natychmiast po zbudzeniu zamazany.

Jeszcze nie całkiem gotów zamienić się dla nich w los, zbliżał ich i oddalał, zabiegał im drogę

Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie.


12 / MAGAZYN EIMPERIUM

„Żył sobie w świecie ludzi Przypadek. Sam nie bardzo wiedział skąd się wziął. Wydawało mu się, że był od zawsze. Przypadek był taki naturalny, taki bezpośredni – jak dziecko. I – podobnie jak wszystkie dzieci – chciał tylko się bawić i cieszyć. Bardzo lubił wpaść do kogoś znienacka, żeby zadziwić i rozweselić. Ale ludzie zwykle bali się go i mówili różne przykre rzeczy: - Co za durny Przypadek, - mówili. – że też mnie to musiało spotkać! - Jaki głupi Przypadek! - Okropny Przypadek mi się wczoraj przytrafił! Ludzie nie lubili Przypadku i było mu przykro. Przypadek nie rozumiał, dlaczego nikt nie cieszy się z jego obecności. Z czasem Przypadek posmutniał i stał się nieszczęśliwy. Wówczas ludzie wpadali w panikę. - Nieszczęśliwy Przypadek! – tłumaczyli sobie każde zdarzenie, które stawało się ich udziałem przez własne niedopatrzenie, brak zaufania albo bezmyślność. Z powodu tego globalnego braku zrozumienia i akceptacji, Przypadek popadł w rozpacz. Pewnego pochmurnego dnia naburmuszony Przypadek siedział na ławce pod mokrą topolą i ponuro myślał: - Dobrze, jak sobie chcą, to będę Nieszczęśliwym Przypadkiem! Jak nie chcą się bawić to nie! Sami sobie winni głupi ludzie! Tymczasem alejką szła sobie Ona. Miała zielone oczy i biały płaszcz. Z przeciwka zaś – płynnie i w pełnej zadumie – sunął na rolkach On. Ich drogi w żaden sposób nie mogły się skrzyżować, ale to naprawdę - w żaden! I wtedy wtrącił się Przypadek. Wyłącznie za jego sprawą On się potknął, wykonał parę idiotycznych wymachów, próbując złapać równowagę, ale Przypadek nie odpuścił. On wylądował na brzuchu w samym środku głębokiej błotnistej kałuży z impetem ochlapując Ją od stóp do głów. Przypadek patrzył ponuro na dzieło swoich rąk i czekał, kiedy zaczną go przeklinać. I nagle… wydłużająca się pauza została przerwana wybuchem niepohamowanego śmiechu. On, leżąc w kałuży, patrzył na Nią i się śmiał: - Nigdy przenigdy nie padłem jeszcze damie do stóp w tak elegancki sposób! Ona uśmiechnęła się niepewnie… A następnie też się roześmiała… A potem? Potem Jej śmiech dźwięczał niby wesoły srebrny dzwoneczek w całej alejce, w całym parku, na całym świecie. - Nigdy przenigdy nie czułam się jak zmokła kura! Teraz już wiem jak to jest!

- Jako człowiek uczciwy, muszę teraz panią dostarczyć dokądkolwiek pani zechce! – powstając z kałuży oświadczył On. - Mieszkam w tamtym domu. Jako prawdziwa dama jestem zmuszona zaproponować panu możliwość umycia się, ogrzania i wypicia herbaty z miodem i malinami, - uśmiechnęła się Ona. Przypadek był w szoku. Nie rozumiał co się dzieje, kiedy wreszcie zaczną go przeklinać i oskarżać? Wlókł się za poszkodowanymi, kombinując co robić dalej. Mokra para wsiadła do windy. - Chyba czas, abym znowu się wtrącił - mruknął Przypadek. Winda skrzypnęła, drgnęła i stanęła między piętrami. Przypadek przygotował się na awanturę. - Ale romantycznie! – powiedziała Ona. - Jak w najlepszej komedii rodem z Hollywood! – ucieszył się On. - Lubi pan filmy? – spytała Ona. Nic tak nie zbliża ludzi jak wspólne ugrzęźnięcie w windzie. Po pół godzinie wiedzieli już o sobie prawie wszystko. Po godzinie On chuchał na Jej zmarznięte dłonie. Po półtorej – ich usta po raz pierwszy się zetknęły. Gdy ekipa techniczna uruchomiła windę i jej drzwi nareszcie się otworzyły – para wyszła trzymając się za ręce, nad ich głowami latały szczęśliwe amorki, a na klatce schodowej słychać było w tle marsz Mendelsona. Przypadek wraz z technikami obserwował tę scenę z zachwytem. - Jakiż to szczęśliwy Przypadek nas ze sobą zetknął? – po paru godzinach zapytał On, siedząc w przytulnej kuchni i patrząc w oczy swojej księżniczce, która tak niedawno, za sprawą Przypadku, była zmokłą kurą. - Ciekawa sprawa, - roześmiała się Ona. – Mogłoby się wydawać, że nieszczęśliwy Przypadek, a się okazał bardzo szczęśliwym Przypadkiem. - Czy to o mnie mówią? – speszył się Przypadek. – Może coś jeszcze fajnego im zrobię? Prąd wyłączę? Do rana… a co tam! Gdy w jednej chwili zgasło światło w całej dzielnicy, On i Ona po prostu stali przy oknie i patrzyli na migające gwiazdy, które dopiero się obudziły. Teraz Przypadek szczęśliwy."

naprawdę

był

absolutnie

(źródło: "Po pierwsze ludzie" na FB)


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 13


14 / MAGAZYN EIMPERIUM

20 LAT W ŚRÓDMIEŚCIU Stanisław Kolanus


S T A N I S Ł A W K O L A N U S / 15


16 / MAGAZYN EIMPERIUM

ANDRZEJ WAWRZYCZEK: Ze spółdzielczością gliwicką związany jest Pan od… STANISŁAW KOLANUS: Bezpośrednio od 1997 roku, czyli już 21 lat. Natomiast wcześniej pracowałem dla firmy wykonawczej, która budowała obiekty na rzecz spółdzielni. Budując osiedla, dla których spółdzielnia była inwestorem miałem oka zję blisko współpracować z jej pracownikami. Który to był okres? To były czasy świetności budownictwa mieszkaniowego - od końca lat 70. do początku lat 90. Lata 70. ubiegłego wieku to był rozk wit budownictwa wielkopłytowego, gdy zaczęły powstawać największe gli wickie osiedla. Liczba mieszkań rosła wtedy w tempie lawinowym. Wielka płyta narodziła się w Gliwicach z końcem lat 70. Z jednej strony narzekamy dzisiaj, że to blokowiska, przeżytki, ale jak popatrzymy na zainteresowanie i ceny mieszkań to okazuje się, że wielu kupujących jednak do tej niechcianej wielkiej płyty zmierza. To są obiekty dobrze przemyślane i zagospodarowane, które nie są ustawione pod to, żeby jak najwięcej mieszkań wybudować i sprzedać, ale żeby zapewnić też na miejscu dostępność usług, obiektów handlowych i miejsc do rekreacji. Lata 70. to był generalnie okres pewnej radosnej twórczości. Szczególnie u nas na Śląsku, gdzie dodatkowo napływały wówczas siły i środki z całego kraju, żeby jak najszybciej nasycić rosnący głód

mieszkaniowy w naszym regionie. Pracowały nie tylko lokalne firmy, ale na “gościnne występy” przyjeżdżały także przedsiębiorstwa z Wrocławia czy Opola. Osiedle Millenium to jest taki przykład osiedla, które zaczęły budować firmy z zewnątrz. Pan z kolei ma opinię człowieka, który wybudował osiedle Obrońców Pokoju. Budowa osiedla Obrońców Pokoju przypadła na początek kryzysu lat 80. Ja zaczynałem pracę jeszcze jako młody inżynier na osiedlu Gwardii Ludowej. Później stawiałem ostatni etap osiedla Kopernika. Stamtąd tra filiśmy już prosto na osiedle Obr ońców Pokoju. Nie obyło się jednak bez problemów, bo w tym samym czasie rozgrze bane stało osiedle Milenium, które zaczęły firmy z zewnątrz i nikt nie palił się do tego, żeby je dokończyć. Spółdzielnia postawiła więc warunek, że uruchomi środki na budowę osiedla Obrońców Pokoju, na czym bardzo zależało firmie wykonawczej, pod warunkiem, że wcześniej ukończone zostanie osiedle Milenium. Nie mieliśmy wyboru. Przerwaliśmy budowę na Obrońców Pokoju i przerzuciliśmy wszystkie siły na Milenium. Z konieczności zostawiliśmy za sobą budynki w stanie surowym, które w międzyczasie ucierpiały nieco pod wpływem warunków atmosferycznych, co miało później przełożenie na problemy ich mieszkańców. Ostatecznie budowa osiedla Obrońców Pokoju rozciągnęła się w czasie mniej więcej od roku 1981 do początku lat 90. Ostatnie budynki były już więc stawiane w warunkach trudnych reform gospodarczych. Nagle okazywało się, że w trakcie spłaty zmieniały się warunki udzielonych kredytów. Później tak się potoczyły koleje losu, że przez krótki okres czasu prezesowałem też spółdzielni na Obrońców Pokoju. To był początek Pana pracy “po drugiej stronie”, czyli w sektorze spółdzielni mieszkaniowych. Tak. Po tym krótkim okresie na osiedlu Obrońców Pokoju rozpisany został konkurs na stanowisko prezesa zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej “Śródmieście”, który udało mi się wygrać. I od tego czasu, czyli od roku 1998 jestem już w tym miejscu. Czyli w tym roku będzie obchodził Pan jubileusz 20-lecia pracy w Spółdzielni Mieszkaniowej “Śródmieście”. Tak, dokładnie 2 listopada.


S T A N I S Ł A W K O L A N U S / 17

Kiedyś się mówiło, że bloki to są tak ie tymczasowe mieszkania. Że po 25 latach wielka płyta będzie do rozebra nia. Dzisiaj już wiemy, że te prognozy nie były prawdziwe. Dobre utrzymanie powoduje, że bloki służą nam nadal i po 40 latach. To były wyłącznie jakieś plotki. Nikt nigdy ofic jalnie nie mówił o żywotności blo ków liczonej na 25 lat. Jeżeli coś jest solidnie wybudowane z betonu to będzie stało tak długo, aż się ten beton nie rozsypie. Co najwyżej niechlujstwo wykonawcy mogłoby spowodować, że żywotność takiego obiektu byłaby krótsza. Wiadomo, że osiedla powstawały w tamtym czasie w trybie ciągłym przez całą dobę na trzy zmiany. Sytuacja z blokami jest zbliżona do konstrukcji domku z kart - kluczowa dla trwałości jest jakość połączeń pomiędzy płytami. Jeśli tylko zostały one wykonane zgodnie z zasadami tej technologii, to możemy być o te budynki spokojni. Oczywiście, trzeba je na bieżąco kontrolować - robimy przeglądy roczne i pięcioletnie i w razie czego reagować, ale póki co nie zdarzyła nam się jeszcze taka sytuacja, żeby trzeba było naprawiać konstru kcję jakiegoś bloku. Lata 70. i czasy późniejsze aż do lat 90. to był okres, gdy w Gliwicach dz iałała jedna duża spółdzielnia obe jmująca swoim zasięgiem wszystkie osiedla. Dodatkowo działała jeszcze i działa nadal spółdzielnia, można by powiedzieć, branżowa, czyli Spółdziel nia przy Politechnice Śląskiej. Mniej więcej 25 lat temu zaczął się jednak podział Gliwickiej Spółdzielni Miesz kaniowej i dziś tych spółdzielni w cały mieście jest sporo. Bywa, że na jed nym osiedlu działają dwie albo i trzy spółdzielnie dzielące się majątki em. Skąd się wzięły te podziały? Powody były takie, jak to w rodzinie bywa, że w pewnym momencie ambicje zaczęły przeważać nad zdrowym rozsądkiem. Było wtedy takie chwytliwe hasło, że małe jest piękne. A że spółdzielnia była jedną z większych na terenie Śląska, toteż władze skłóciły się między sobą i zaczęła się rewolucja. Niestety nie była to bynajmniej rewolucja aksamitna, a podział nie był bezbolesny. Sytuacja przypominała raczej sytuację po eksplozji granatu, który rozerwał spółdzielnię na strzępy. Jedno po drugim odchodziły kolejne osiedla ogłaszając swoją niezależność, zabierając ze sobą ma-

jątek oraz członków spółdzielni, ale również zobowiązania finansowe. Spółdzielnie już na swoim borykały się jednak wciąż z tymi samymi problemami, czyli koniecznością obsługi zobowiązań finansowych, które trzeba było pilnie “wyczyścić”. Niespłacane kredyty powodują bowiem, że zadłużenie rośnie w postępie geometrycznym. Z pewnością nie było tym spółdzielniom czego zazdrościć. Na początku lat 90. spółdzielni w Gliwicach było już trzynaście. Z dawnej Gliwickiej Spółdzielni Mieszkaniowej ostała się jedynie niewielka grupa spółdzielni obejmujących Śródmieście oraz osiedla Kopernika, Obrońców Pokoju oraz Żwirki i Wigury. W końcu i ta grupa jednak się rozpadła. Całkowity podział jednak i dojście do tej sytuacji, którą obserwujemy obecnie, to już relatywnie niedawna historia. Jeszcze na początku tego wieku spółdzielnie mocno spierały się ze sobą w sądach. Kres temu położyła dopiero wymiana kadr w spółdzielniach. Gdy do zarządów weszło nowe pokolenie, które postanowiło te zaszłości zdecydowanie zakończyć, sytuację udało się unormować. Czy ten układ kilkunastu spółdzielni, który mamy w Gliwicach jest już trwały, czy wciąż możemy obserwować jakieś podziały? Ruchy odśrodkowe w spółdzielniach były, są i pewnie będą. Przyjmują jednak nowe formy. Odkąd pojawiła się prawna możliwość tworzenia wspólnot mieszkaniowych, wiele środowisk doszło do wniosku, że same będą umiały się lepiej rządzić i zaczęły występować ze spółdzielni. Były kilka lat temu głosy, żeby w ogóle zlikwidować spółdzielnie jako przeżytek dawnych czasów. Nie mam wątpliwości, że te głosy nie były dziełem przypadku. Nie brakuje dużych zarządców nieruchomości, którzy chętnie podzieliliby między siebie ten tort. Wiadomo, że duże obiekty muszą mieć profesjonalnego zarządcę, więc dalsze dzielenie spółdzielni jest tym firmom na rękę. Jak wygląda obecnie aktywność członków w codziennym życiu spółdzielni? Na ile oni czują się częścią tej większej społec zności? Czy w ogóle przychodzą jeszcze na spotkania i interesują się tym co się dzieje w spółdzielni?


18 / MAGAZYN EIMPERIUM

Ta aktywność jako żywo przypomina to, co się dzieje w Polsce co kilka lat podczas wyborów. Ludzie zaczynają się uaktywniać dopiero gdy zaczyna się palić. Zauważyliśmy u nas w spółdzielni taką zależność, że jeżeli jest wszystko w miarę dobrze poukładane - mówię “w miarę dobrze”, bo idealn ie to nigdy nie jest - to mieszkańcy raczej nie czują potrzeby pojawiania się na zebraniach. Przychodzą tylko ci, którzy uważają, że to jest ich obowiązek oraz ci, którzy mają jakąś sprawę dla zarządu. Ale jeśli tylko zdarzyłoby nam się źle rozliczyć wodę czy ogrzewanie, to nie mam wątpliwości, że dbając o własny interes, grupa przyszłaby znaczna i bardzo aktywna. Mieliśmy już takie przypadki. Na szczęście zwykle kończyło się na tym, że mieszkańcy po wyartykułowaniu swoich uwag przyjmowali nasze wyjaśnienia i udawało się załagodzić konflikt.

Po pierwsze trzeba dysponować w tym celu jakimś terenem. Poza tym, zmieni ły się moc no zasady finansowe. Kiedyś państwo mocno wspierało spółdzielnie - łatwo było dostać wieloletni kredyt na mieszkanie. Dziś to działalność czysto komercyjna, nowi najemcy muszą sami ponosić koszt y inwestycji w nieruchomość, a także samodzielnie wystarać się o kredyt w banku.

Czyli, mówiąc półżartem, jak Pan idzie na takie zebranie spółdzielców, wcho dzi na salę i widzi puste krzesła to poja wia się u Pana takie westchnienie ulgi, że jednak nie przyszli - znaczy jest do brze?

A to nie jest też tak, że rynek dewelop erski po prostu znacznie się rozrósł w ostatnich latach i spółdzielniom nie jest już tak łatwo na nim konkurować, jak wtedy gdy miały praktycznie mo nopol na wielorodzinne budownictwo mieszkaniowe?

Nad ulgą przeważa raczej poczucie niedosytu. Po latach pracy w spółdzielni prezentowanie sprawozdania do pustej sali nie daje satysfakcji. Szczególnie, że przygoto wanie każdego takiego spotkania kosztuje nas wiele pracy. Trzeba przygotować wszystkie materiały, wynająć salę, a na koniec okazu je się, że obsługa spotkania jest liczniejsza, niż przybyli mieszkańcy. Po tym boomie inwestycyjnym, który miał miejsce w drugiej połowie po przedniego wieku, aż do początku lat 90., obecnie nowe budynki powstające przy spółdzielniach policzyć można chy ba na palcach jednej ręki. Większość sił i środków przekierowana na działania modernizacyjne, przede wszystkim re monty i termomodernizacje budynków. Taka jest potrzeba chwili? Tak to siłą rzeczy wygląda, że jak już się coś wybudowało, to później trzeba to utrzymać przez kolejne lata w jak najlepszym stanie. A modernizacja posiadanych zasobów to już potr zeba czasów. Ale gdyby teraz spółdzielnia zdecy dowała, że jednak chce wybudować nowe bloki. Myśli Pan, że nie byłoby na nie chętnych? To jest argument przeci wko inwestowaniu w nowe obiekty czy tylko brak sił i środków?

Natomiast faktycznie, my też mamy obecnie na tyle dużo zajęć z istniejącą tkanką, że nie szukamy sobie dodatkowych obowiązków. No chyba, że trafiłby się na ryn ku bardzo atrakcyjny teren do zagospodarowania, wtedy na pewno rozważylibyśmy możliwość inwestycji. Natomiast w samym mieście ta kich terenów nie ma już za wiele. Musielibyśmy obecnie raczej w sąsiednich gminach szukać dla siebie miejsca.

Nie patrzyłbym na to w kategoriach konkurencji. Po prostu każdy ma swoją działkę, w której się stara realizować. Ma ak urat skupiamy się głównie na utrzymaniu i modernizowaniu tego co mamy, a nie na budowie nowych obiektów. Jaki jest więc ten współczesny zasób Spółdzielni Mieszkaniowej "Śródmieś cie"? Czy jest to jest obecnie największa spółdzielnia w Gliwicach? Nieco większa jest Spółdzielnia przy Politechnice Śląskiej, która ma już p rzeszło 50 lat i nigdy nie przechodziła takich rewolucji, jak my. Jeśli natomiast chodzi o Spółdzielnię Mieszkaniową “Śródmieście” to obecnie mamy na stanie 77 budynków mieszkalnych, około 12 tys. m kw. lokali użytkowych i dodatkowe obiekty techniczne, takie jak hydroforownie i wymiennikownie ciepła. Przy czym budynki te są rozsiane począwszy od ulicy Chorzowskiej, a kończąc na Góry Chełmskiej, czy li dokładnie całe centrum obejmujące swoim zasięgiem. Tak. Chorzowska i Brzozowa to jest jeden z rejonów, do tego dochodzi ulica Warszawska i Osiedle Operetki. Mamy też trochę pojedynczych budynków w ścisłym centrum,


S T A N I S Ł A W K O L A N U S / 19


20 / MAGAZYN EIMPERIUM

na przykład przy ulicy Gruszczyńskiego, ale w naszych zasobach jest też jedna z kamienic przy Rynku i kilka innych plomb na Starym Mieście, które powstały w ra mach powojennej odbudowy Gliwic.     Pracuje Pan w Spółdzielni Mieszkanio wej “Śródmieście” praktycznie do 20 lat. Jak w tym czasie zmieniała się sy tuacja w spółdzielni i ogólnie na ryn ku mieszkaniowym w Gliwicach? Sytu acja polityczna i otoczenie biznesowe zmieniło się w tym czasie diametral nie. Spółdzielnia musiała jakoś rea gować na te zmiany. Spółdzielnia nasza, podobnie jak wszystkie inne, na początku borykała się z olbrzymimi problemami finansowymi. Także niezależnie od sytuacji w jakiej było nam żyć i pracować niezmiennie kluczowe było zapewnienie płynności finansowej. Z jednej strony nie dziwię się mieszkańc om, którzy oczekiwali, że opłaty za mieszkania będą jak najniższe, ale potrzeby finansowe spółdzielni były wysokie. W pierwszym okresie mojej pracy zajmowałem się głównie gaszenie pożarów. Przycho-

dziłem w poniedziałek do pracy i dowiadywałem się na przykład, że gdzieś został odcięty gaz, bo była nieszczelna instalacja. Nie było więc czegoś takiego, jak planowe remonty. Ekipy pracowały tam, gdzie akurat była pilna potrzeba ich interwenc ji. Dopiero po jakimś czasie udało nam się okiełznać ten chaos i przejść do normalnej, planowej gospodarki. Wiadomo, potrzeby zawsze są większe, niż możliwości. Szczęśliwie udaje nam się pozyskiwać środki zewnętrzne, dzięki którym remonty mogą postępować dużo szybciej. A dzięki temu, że zachowujemy ciągłość w pracach remontowych nasze wysiłki nie idą na marne, ale udaje nam się kompleksowo modernizować całe obiekty. Napoleon kiedy powiedział, że żeby prowadzić wojnę potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Tak samo jest w spółdzielni. Można mieć najbardziej nawet fantastyczne pomysły na rozwój, ale bez pieniędzy i tak nie uda się ich zrealizować. Praca w zarządzie spółdzielni w dużej mierze sprowadza się więc do tego, żeby te środki finansowe pozyskiwać i w sposób rozsądny wydawać. To jest stałe balansowanie pomiędzy umiejętnością


S T A N I S Ł A W K O L A N U S / 21

zdoby cia pieniędzy z zewnątrz i jednoczesnym zapewnieniem środków na wkład własny, bo bez tego nie można liczyć na jakiek olwiek dotacje. Trzeba więc skutecznie docierać do mieszkańców z informacją, że pieniądze pochodzące z ich opłat nie trafiają w próżnię, ale służą realnej p oprawie jakości ich życia. Ewidentnie jest Pan doceniany za tę pracę. Zerkam w tej chwili na szafę w Pana gabinecie, na której roi się od nagród i wyróżnień dla Pana i dla Spółdzielni. Daje to Panu satysfakcję z dobrze wykonanej roboty? Nikt nie powinien czuć się w pracy jak katorżnik. Gdybym nie czerpał z tej pracy satysfakcji, to bym się zajął czymś in nym. Albo gdyby spółdzielnia nie chciała ze mną współpracować, to zatrudniłaby kogoś innego. Oczywiście, jak w każdej pracy, są różne nastroje. Czasem jest za dowolenie, a czasem człowiek ma ocho tę wszystko rzucić. Na szczęście więcej jest tych pozytywnych chwil. Myślę, że nie ma większej satysfakcji, niż wtedy gdy uda się wyprowadzić sprawy z beznadziejnej sytu-

acji i spotka się to z podziwem i uznaniem ze strony obserwatorów. To co jest najbardziej budujące w tej chwili, to to że kiedyś tylko gasiliśmy pożary, a dzisiaj mamy czas na kompleksowe remonty połączone z kosmetyką budynków. Bo tego też oczekują mieszkańcy, żeby nie tylko u nich w mieszkaniach, ale w całym budynku było estetycznie i przyjaźnie. Nie tak jak kiedyś, że na klatkę wchodziło się jak do jakiejś obory. Najlepiej było zamknąć oczy i wstrzy mać oddech. Dopiero za drzwiami włas nego mieszkania robiło się przyjemnie. Dla wielu mieszkańców to był stres, bo wstyd było czasem kogoś do domu za prosić przez te części wspólne bloków. W tym miejscu warto podkreślić, że mieszkanie jest również towarem. Nie tylko w nim mieszkamy, ale często podlega ono wynajmowi czy sprzedaży. W takiej sytuacji to, jak wygląda elewacja budynku, w jakim stanie utrzymana jest klatka schodowa i otoczenia budynku ma niebagatelny wpływ na cenę jaką będzie można uzyskać za lokal. Dlatego przykładamy obecnie bardzo dużo uwagi nie tylko do samych budynków, ale też do ich otoczenia. Inwestujemy w zieleńce i tereny rekreacyjne. Ostatnio pokusiliśmy się nawet o pierwszą w naszych zasobach siłownię plenerową, która powstała na Osiedlu Operetki. Przyznam, że z początku podchodziłem do tego z pewną rezerwą, ale gdy zobaczyłem jakim zainteresowaniem się ona cieszy - szczególnie dojrzałych pań - podjęliśmy decyzję, że w tym roku w naszych zasobach powstaną jeszcze dwa podobne “miejsca tortur”, jak lubię o nich żartobliwie mówić. Zabiegamy w tej chwili w Ministerstwie Sportu o dofinansowanie do tej inwestycji. Wspomnieliśmy o tym, że spółdziel nia przez lata musiała radzić sobie w zmiennych warunkach polityczno-gos podarczych. Ale zmienne są również oczekiwania samych mieszkańców. To już nie są realia rodem z serialu “Alter natywy 4”, gdzie każdy się cieszył, że w ogóle ma mieszkanie. Teraz oczekuje my, żeby te mieszkania były spełniały również wysokie standardy nie tylko estetyczne, ale także funkcjonalne. Weźmy na przykład pod uwagę osiecio wanie budynku. Kiedyś szczytem techni ki było przyłącze telefoniczne, a dzisiaj standardem jest dostęp do szerokopas mowego internetu i cyfrowej telewiz ji kablowej. Przy tym dobry zarządca nieruchomości nie czeka aż mieszkańcy


22 / MAGAZYN EIMPERIUM

czegoś zażądają, ale jest pół kroku przed nimi i wyprzedza ich oczekiwania. Pamiętam tak ą sytuację, gdy stawialiśmy nowy budynek na Osiedlu Operetki - to był koniec lat 90. W projekcie było przewidziane różne uzbrojenie, ale gdy przekazywałem go pracownikom powiedziałem: “Ale nie zapomnijcie o oprz ewodowaniu pod internet”. “A co to jest?” - padło pytanie. Wyjaśniłem, że to jest kolejny kabel, który może się przydać. Później przyszedł ten czas, gdy firmy do starczające internet zaczęły wyrastać jedna po drugiej. Każda z nich wchodziła na klatki z własnymi ciągami instalacyjnymi. Dzisiaj staramy się to nieco cywilizować. W każdym budynku jest wspólna sieć rozprowadzająca sygnał do wszystkich mieszkań. Jeśli na budynek wchodzi nowy operator, wystarczy, że podepnie się do centralki w piwnicy. Nic więcej nie musi robić. Wychodzimy w ten sposób naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, którzy z jednej strony chcą mieć wybór operatora internetu, a jednocześnie estetyczne klatki schodowe, na których nie roi się od kabli i szafek. Także w miarę możliwości, przy okazji remontów części wspólnych, staramy się dzisiaj całą tę infrastrukturę techniczną, pierwotnie prowadzoną w różnego rodzaju korytkach, chować pod tynk, żeby była możliwie miało uciążliwa dla mieszkańców. Bo kiedyś wystarczyło, że podawaliśmy sygnał internetu, a dzisiaj trzeba go jeszcze elegancko podać. Takie są oczekiwania naszych mieszkańców. Czego wobec tego można Panu i Spółdziel ni Mieszkaniowej “Śródmieście” życzyć na kolejne 20 lat pracy? Ja życzyłbym sobie przede wszystkim, żeby starczyło nam cierpliwości i żebyśmy nauczyli się radzić sobie w czasach, gdy przepisy zmi eniają się niemal z dnia na dzień. To z pewnością wymaga od zarządów spółdzielni sporo wkładu pracy, żeby nadążać za tymi zmi anami. Każda ekipa rządząca próbuje obecnie swoimi pomysłami uszlachetniać tę naszą ideę spółdzielczości, która liczy sobie już zresztą przeszło 200 lat - pierwsze organizacje spółdzielcze na terenie Polski zakładał jeszcze Stanisław Staszic na początku XIX wieku. Osobiście uważam, że spółdzielnie to obecnie prężnie działające firmy, które znakomicie radzą sobie na rynku. Kolejne rządy próbują nam jednak trochę na siłę pomagać, a że my jako organizacja nie potrafimy się temu wystarczająco mocno sprzeciwić, dlatego musimy dostosowywać się do nieustannych zmian w prawie.


S T A N I S Ł A W K O L A N U S / 23


24 / MAGAZYN EIMPERIUM

Detektyw Historii

DETEKTYW

HISTORII

70 lat Zespołu Szkół Łączności TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI

M

odne ostatnio łączenie nazw szkolnych w zespoły, wprowadza odrobinkę niepewności o jaki zespół w ogóle chodzi. Dawniej było od razu wiadomo – liceum ogólnokształcące, technikum takie albo takie, zasadnicza szkoła zawodowa – i już. Ale jakby nie było – szkoła z nagłówka artykułu ma już 70 lat. Przy ul. Warszawskiej w Gliwicach uczy 37 lat, brakujące 33 lata to okres istnienia przy ul. Dworcowej. A co było tu wcześniej?


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 25 Ruch masoński rozwijał się w całej Europie już od początku XVIII w. W Niemczech pierwsze loże wolnomularskie powstały w 1733 roku, w Polsce od 1742 r. Należy tu pamiętać, że Gliwice trzeba chronologicznie zaliczyć do ówczesnych miast niemieckich. Lożę masonów przeniesiono z Koźla do Gliwic w 1854 i od tej daty należy liczyć funkcjonowanie masonów w Gliwicach. Wolnomularstwo to bardzo dziwny nurt społeczny. Zrzeszeni w nim masoni wyznawali przekonania metafizyczne i dążyli do zmian w całych społeczeństwach dla osiągnięcia swoich wyznaczonych celów. Była to organizacja całkowicie tajna i elitarna. Podobno w takiej postaci funkcjonuje do dziś, zmieniając niezauważalnie losy świata wg swoich potrzeb. Do rzeszy gliwickich masonów z końcówki XIX wieku należy zaliczyć całą śmietankę polityczną, fabrykantów i myślicieli Gliwic: fabrykant Huldschynsky, wydawca „Wanderera” – Neumann, historyk Nietsche, twórca browaru – Scobel, fotograf Beermann, dyrektor huty – Stenz, Hieronumus – budowniczy. To tylko kilka nazwisk ze sporej rzeszy dawnych gliwiczan chcących zmieniać świat po swojemu. Jak jednak powiązać masonów z Technikum Łączności? Masoni zbudowali budynek dla swojej loży, będący po wojnie siedzibą szkoły. Budowla powstała w 1878 r, łączyła lożę masońską z niewielkim hotelem o nazwie „Zur Loge” – „Pod Lożą”. Obiekty miały wspólne wejście – to samo przez które potem przechodziły tysiące uczniów Technikum Łączności. Hotel posiadał suterenę, a w niej : piwniczkę na wino, spiżarnię, kuchnię, pokój bilardowy, kręgielnię. Powyżej znajdował się hol, dwie sale jadalne, garderoba, bufet oraz 4 pokoje hotelowe. W ogrodzie znalazła miejsce zadaszona weranda i scena dla orkiestry. Latem odbywały się tu bale ogrodowe i koncerty. Rok 1931 to koniec istnienia hotelu „Zur Loge”, a niedługo potem restauracji o tej samem nazwie. Co prawda zmieniono w 1935 roku ją na „Reichsgarten”, ale presja nazistów niemieckich na nurt wolnomularski jako zagrażający narodowi niemieckiemu, spowodowała w 1938 przejęcie całego terenu przez pocztę. Stąd też, powojenna obecność w takich technicznych zabudowaniach – Poczty Polskiej. Uczniowie późniejszego technikum, przebywając w pomieszczeniach urządzonej tu szkoły, nie zdawali sobie zapewne sprawy że mury sutereny, sal lekcyjnych i baraków na podwórzu będącym dawnym ogrodem – mają korzenie wolnomularskie.

Rok 1945 – Poczta Polska, megafony i kołchoźniki Nowy ład polityczny i społeczny w Gliwicach po zakończeniu II wś wymagał odpowiedniej oprawy propagandowej. Zapewniły ją urządzenia i pomieszczenia tech-

niczne przy ul Dworcowej przejęte po poczcie niemieckiej. Ogromne szpule po kablach długo jeszcze zalegały na terenie dawnego ogrodu „Zur Loge”. Łącznościowcy porozwieszali druty na budynkach prawie całego miasta łącząc tym sposobem radiowęzeł przy ul Dworcowej z mieszkaniami gliwiczan. Na honorowym miejscu wisiały w ich pokojach skrzynki z głośnikiem, tzw. „kołchoźniki” przez które w tych pierwszych powojennych latach ludzie słuchali audycji. Głośniki posiadały możliwość regulacji głośności lub wyłączenia. Kupno własnego radioodbiornika było wtedy praktycznie niemożliwe. Potrzebne było odpowiednie zaświadczenie z rady zakładowej potwierdzające zaangażowanie polityczne i społeczne pracownika chcącego zakupić taki sprzęt prywatnie. Dla celów propagandy ulicznej podczas wieców i pochodów rozwieszano w miejscach publicznych duże tuby megafonów. Prawdopodobnie sterowane były początkowo właśnie z radiowęzła z ul Dworcowej, po jakimś czasie dopiero uruchomiono oddzielne studio w tzw. budynku Partii przy obecnej ulicy Jana Pawła II, znanym potem jako budynek ZUS-u i ubezpieczeń PZU. Do dziś można zauważyć na wielu budynkach Gliwic dziwne haki z izolatorami – to właśnie ślad po instalacjach „kołchoźników”.

Rok 1947. Początki szkoły łączności Dyrekcja Okręgu Poczty i Telekomunikacji w Katowicach w budynkach przy ul. Dworcowej (późniejsza ulica 1-go Maja) zorganizowała dla swoich pracowników dwuletni kurs, którego ukończenie uznawane było jako zdobycie średniego wykształcenia technicznego. Słuchacze znajdowali zatrudnienie w placówkach podległych ówczesnej Poczty Polskiej. W roku 1952 powstało na bazie tych kursów dwuletnie Technikum Telekomunikacyjne Ministerstwa


26 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 27 Poczt i Telegrafów. Technikum posiadało początkowo dwie klasy, a mieściło się w nieistniejącym obecnie budynku przy ul. Dolnych Wałów, tuż przed kinem „Bajka”. Oprócz sal lekcyjnych znajdował się tu internat żeński, administracja i warsztaty. Rok 1952 to utworzenie także pierwszej pracowni pomiarów elektrycznych zlokalizowanej początkowo przy ul. Dworcowej, przeniesionej w 1955 roku na ul. Kazimierza Wielkiego. Kiedy szkoła pozyskała cały budynek przy ulicy Dworcowej, przeniesiono tu całą dyrekcję oraz wszystkie klasy. W budynku przy ulicy Dolnych Wałów utworzono internat męski, a żeński przeniesiono na ulicę Kazimierza Wielkiego.

Lata PRL-u, czyli morderca Feliks Dzierżyński patronem szkoły Broszurka propagandowa wydana na 20-lecie szkoły (rok 1967) to smutne źródło informacji o politycznych aspektach towarzyszących nauce młodzieży. Cytat: „Dziś uczy się w naszym technikum młode pokolenie znające tragiczne wydarzenia lat 193945 tylko z opowiadań ludzi starszych. Wszyscy zaś są dziś zbratani przez udział w porywającym dziele budowy socjalizmu. Tworzą go dzień w dzień, tu w piastowskich Gliwicach – na ziemi przepojonej krwią bohaterów walki o narodowe i społeczne wyzwolenie, tej ziemi oderwanej przed wiekami od Polski i w naszych czasach przez triumf sprawiedliwości dziejowej, znów zrośniętej z nią na zawsze, dzięki zwycięstwu radzieckiego i polskiego żołnierza.” Propagandowa miłość do Związku Radzieckiego zaowocowała nadaniem szkole patrona – Feliksa Dzierżyńskiego. Wówczas zapewne z braku odpowiedniej wiedzy historycznej nikt nie wątpił, że patron to bohater i „syn narodu polskiego” jak głosiła tablica pamiątkowa zawieszona w szkole w 1967 roku, w 20. rocznicę istnienia szkoły. Dziś, Feliks Dzierżyński uznawany jest jako komunistyczny morderca setek tysięcy ludzi, umierających po przerażających torturach utworzonego przez Dzierżyńskiego aparatu represji – Wszechrosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, w skrócie Czeka. Mogli zabić, torturując każdego człowieka bez wyjątku. Sadystów rosyjskich porównać trzeba z mordami inkwizycji średniowiecznej i niemieckich hitlerowskich oprawców z lat wojny. Kolejny cytat z broszurki z roku 1967: „Jubileusz 20-lecia naszej szkoły zbiega się z 25 rocznicą PPR i 50 rocznicą Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Naród polski wraz z narodami radzieckimi i krajów obozu socjalistycznego uroczyście obchodzi rocznice tych doniosłych wydarzeń.” Patron Dzierżyński figurował jeszcze długo na świadectwach szkolnych uczniów – prawdopodobnie cichutko bez rozgłosu usunięto ten PRL-owski relikt dopiero po roku 1989.

Nowy patron prof. Stanisław Fryze zaczął sławić szkołę swym nazwiskiem dopiero w roku 1997 – w 50-lecie istnienia Zespołu Szkół Łączności, ale już w nowych murach przy ul. Warszawskiej.

Rok 1980 – Zburzenie budynków przy ul. Dworcowej i koniec starej szkoły Polityka PZPR tego okresu miała charakter wybitnie amatorski. VI Zjazd PZPR w roku 1971 określił nowe cele inwestycyjne dla Polski programami „dynamicznego rozwoju kraju”. Bez oglądania się na wskazówki ekonomistów, urbanistów i architektów. W Gliwicach zaplanowano wybudowanie przy ulicy Dworcowej (przechrzczonej przy okazji na ulicę 1-go Maja) tzw. „Ściany Zachodniej”,. Przygotowanie miejsca pod taką zabudowę wymagało potężnej jak na ówczesne Gliwice inwestycji. Wymieniono w latach 1979-80 stary most na Kłodnicy na nowoczesną, szeroką konstrukcję (jak się później okazało niestety wadliwą; wyremontowaną dopiero w roku 2017) oraz wyburzono cały ciąg budynków od ulicy Strzody do ulicy Dolnych Wałów. I na tym realizację amatorskich planów sekretarzy PZPR zakończono. Ofiarą padł też stary budynek Technikum Łączności.

Technikum Łączności przy ul. Warszawskiej Uczniowie klas z przełomu roku 1979/80 byli świadkami przenosin szkoły w nowe miejsce. Rok szkolny zakończono dwa tygodnie wcześniej, by wolni od obowiązków szkolnych uczniowie pomagali przy przenosinach dobytku ruchomego Technikum Łączności z ulicy 1-go Maja na ulicę Warszawską. Świadkowie tych wydarzeń wspominają z żalem do dziś wyrzucanie na śmietnik historii różnych materiałów drukowanych, fotografii, tablic ze zdjęciami wychowanków, niepotrzebnych już przyrządów i mebli pamiętających historyczne początki budowli i szkoły. Rok 2017 przyniósł kolejną już rocznicę istnienia tej placówki szkolnej. Nie do wiary, ale już 70-ta. Będą znów wspomnienia i wzruszenia uczniów pamiętających swoich dawnych nauczycieli i swoje młode lata.

Podziękowania za pomoc w tworzeniu artykułu Dziękujemy absolwentom dawnego Technikum Łączności za udostępnienie swoich archiwalnych materiałów: Krzysztof Mrówka – zdjęcia z okresu do roku 1980, broszury na 20- oraz 50-lecie szkoły Andrzej Matwiejew – zdjęcia ul Dworcowej z lat PRL-u Wojciech Czaplicki – świadectwa szkolne i zdjęcia z lat 70-tych Marek Ostrowski – świadectwa, tarcza szkolna, zdjęcia z życia szkoły przy ul. Warszawskiej


28 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 29


30 / MAGAZYN EIMPERIUM

ZDJĘCIA: ŁUKASZ TRUSZ TEKST: ŁUKASZ TRUSZ


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 31

podróżnik gliwicki

UZBEKIS TAN brama do Azji

D

ziś chciałbym zabrać Was do Azji Środkowej. Gdzieś hen hen na wschód od Polski, ale znowu nie aż tak przesadnie daleko, leży pewien ciekawy kraj. Pośród bajecznych gór, rwących rzek i pięknych jezior. Kraj, o którym w Polsce niewiele wiemy, a turystycznie jest chyba w ogóle pomijany. Czy jednak słusznie? Myślę, że nie. Podróż tam to niczym podróż w czasie. Choć ciężko mi porównać go do Polski sprzed 30 lat, to myślę, że ma on dość wiele wspólnego z naszym krajem w tamtych czasach. Zatem dokąd dziś ruszamy? Kochani, przed nami swe bramy otwiera Uzbekistan. Graniczy on z Kazachstanem, Kirgistanem, Tadżykistanem, Afganistanem i Turkmenistanem. Całkiem sporo tych „stanów” dookoła. W 1991 roku Uzbekistan ogłosił niepodległość. Wcześniej był częścią Związku Radzieckiego. Istotnym wydarzeniem w historii państwa była śmierć poprzedniego prezydenta, który odszedł w 2016 roku. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Islam Karimov był prezydentem Uzbekistanu przez 25 lat , czyli od momentu ogłoszenia niepodległości. W Uzbekistanie, a właściwie w jego stolicy Taszkencie, miałem okazję być zarówno podczas jego rządów, jak i po przejęciu ich przez Shavkata Mirziyoyeva. Co się zmieniło z punktu widzenia turysty? Przede wszystkim nie widać policji co kilkaset metrów, więc można wnioskować, że i ludzie czują się mniej kontrolowani, a kraj jest nieco mniej policyjny niż wcześniej. Zresztą, złego zdania o nowym prezydencie nie słyszałem.

Jacy jednak są ludzie? Czy jest bezpiecznie? Jak zachowują się w stosunku do turystów? Zacznę od tego jak przywitał mnie kierowca taksówki, po zapytaniu skąd jestem „Jesteśmy Islamistami, ale pijemy alkohol. Bardzo dobry – musisz spróbować!”. Czy taka osoba może mieć jakieś złe zamiary? Trzeba przyznać, że faktycznie Uzbekistan to w około 97 proc. muzułmanie, ale przechadzając się ulicami miasta i obcując z nimi ciężko to właściwie jakoś odczuć. Kobiety raczej nie chodzą w burkach. Wszyscy bardzo lubią biesiadować, dużo jeść, a chyba jeszcze więcej pić wódki i lokalnych alkoholi. Kuchnia nie jest zbyt skomplikowana, ale najważniejsze, że jest smaczna i tania. Królują mięsa grillowane na różny sposób z dodatkiem ryżu lub lokalnego okrągłego chleba. Choć sami Uzbecy ubierają się dość smutno, głównie na czarno i w odcieniach szarości, to mimo wszystko są bardzo radośni i lubią sobie pożartować. Nie szczędzą gościnności i chętnie dzielą się wszystkim co mają. Aż chciałoby się powiedzieć „Gość w dom, Bóg w dom”. Jak już jesteśmy w domu to przejdźmy do nieco pikantniejszej sfery życia i zajrzyjmy tam, gdzie nie chcielibyśmy, aby zaglądano nam. Czyli idziemy do łóżka. Rola kobiety w małżeństwie niestety jest nieco gorsza, niż przywykliśmy do tego w naszej kulturze. A może nawet nie tyle gorsza co po prostu nierówna. Dlaczego? Już tłumaczę. Zacznijmy od tego, że mężczyzna może mieć, aż cztery żony, choć podobno nowe pokolenie już od tego odchodzi i zostaje przy jednej. Kobieta oczywiście nie może mieć wielu mężów. Tak samo nie może mieć wielu kochanków


32 / MAGAZYN EIMPERIUM

przed ślubem. Prawdę mówiąc nie może mieć żadnego, gdyż jeśli nie pozostanie „czysta” to prawdopodobnie żaden Uzbek jej nie zechce. W takich wypadkach kobiety zazwyczaj wychodzą za Rosjan. Trochę smutne, ale prawdziwe. Jednak gdy już dojdzie do ślubu, to jak on wygląda? Zazwyczaj są to imprezy na kilkaset osób, w których biorą udział najbliżsi, ale również koledzy i przełożeni z pracy rodziców. Niejednokrotnie na taką imprezę zbierają pieniądze przez kilka lat, co wcale nie oznacza, że są to duże koszty. Uzbecy po prostu mało zarabiają, ale do tego jeszcze wrócimy. Imprezy odbywają się w pokaźnych domach weselnych we wszystkie dni tygodnia. Towarzyszy im naprawdę bogata oprawa, tysiące kwiatów, „ścianka” z rzeźbami do robienia sobie na jej tle zdjęć i wiele innych urozmaiceń. Biesiadowanie jest podzielone na dwie części. Pierwsza z nich odbywa się rano, gdzie zapraszani są zazwyczaj najstarsi i spożywa się wtedy uroczyste, uzbeckie śniadanie. Jest to czysta, tak zwana „posiadówka”. Wieczorem zaczyna się prawdziwa impreza

z tańcami. Kobiety są wystrojone jak „milion dolarów”. Zabawne jest jednak to, że bawią się maksymalnie do północy, a i to bardzo rzadko, ponieważ nie można urządzać, tak późno imprez. Przyznacie chyba, że jak na imprezę życia, na którą odkłada się kilka lat, to jednak marna perspektywa, gdyż chciałoby się bawić do białego rana. No cóż. Jaki kraj takie obyczaje. Skoro tak dobrze idzie nam „pływanie” między tematami, to jak wygląda oszczędzanie na wesele, czyli ile zarabiają Uzbecy? W porównaniu do Polski zarabiają mało, a spoglądając na zachodnią Europę, to nawet skrajnie mało. Mimo, że w lokalnej walucie, czyli w sumach, kwoty są pokaźne, bo aż milionowe, to ich wartość nabywcza jest znacznie mniejsza. Zacznijmy jednak iście na bogato. Zarobki dyrektora państwowej firmy plasują się na poziomie 4 mln sumów. Niby liczba ogromna, jednak to odpowiednik zaledwie 1730 złotych. Szok? Porównajmy jeszcze zarobki lekarzy. Tutaj wersje były różne, nie mniej jednak kwota oscyluje w granicach 280 – 420 złotych


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 33

miesięcznie. Jeszcze na koniec zarobki właściciela ręcznej myjni samochodowej. Taki prywatny przedsiębiorca zarabia 1050 złotych. Wisienką na tym finansowym zakalcu jest emerytura. Milion sumów, a w przeliczeniu aż 430 złotych. Nawet nie chcę się śmiać, bo nie zdziwię się, jeśli moja będzie wyglądała równie pokaźnie. Ehhh ...chciałoby się rzec „jak żyć?”. Żeby jednak nie było tak całkiem smutno i ponuro, przejdźmy do życia codziennego, a także tych nieco zabawniejszych jego aspektów. Długo zastanawiałem się jakie Uzbecy upodobali sobie samochody i dlaczego są to Chevrolety? Tak jakby zebrać wszystkie Matizy i nieco większe auta, i rozdać w jednym miejscu. Przyznam szczerze, że dość długo czekałem na rozwiązanie zagadki, a przyszło ono podczas ostatniej wizyty w stolicy. Okazało się bowiem, iż kupując lokalnie wyprodukowany samochód (zgadza się, w Uzbekistanie powstają Chevrolety) jesteśmy zwolnieni z opłat, jakie ponosimy w przypadku zakupu „zachodniego” auta. W przypadku tak niewielkich zarobków wybór samochodu raczej jest prosty. Na szczęście użytkowanie wszelkiego rodzaju pojazdów jest dość tanie. Litr benzyny 95 kosztuje około 2,60 zł. Jeszcze lepsza sytuacja jest z gazem, gdyż cena za 5 litrów waha się na poziomie 0,65 groszy. Choć tutaj przeliczanie nie było takie łatwe podczas rozmowy, to niemniej jednak i tak jest bardzo tanio. Turystyczne podróżowanie po Uzbekistanie również jest bardzo przyjemne i tanie. Właściwie wystarczy wyciągnąć rękę i dosłownie po chwili zatrzyma się prywatna osoba i zaproponuje nam podwózkę. Co prawda nie zawsze za darmo, ale za kilka złotych i tak będzie to najwygodniejsza opcja. Nawet jeśli nie znamy rosyjskiego, ani uzbeckiego, to zdarzyło się, że kierowca dzwonił do kogoś kto znał angielski i ustalaliśmy wspólnie, gdzie chciałbym dojechać. Piękna rzecz. Chyba najlepszy dowód na to, że są otwarci i pomocni. A kiedy mamy już swojego szofera, to gdzie warto pojechać? W samej stolicy, czyli Taszkencie atrakcji nie brakuje. Warto zacząć od serca miasta i spaceru dookoła centrum zaczynając od placu „Amir Temur Square”.


34 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 35


36 / MAGAZYN EIMPERIUM

Na jego środku znajdziemy wielki posąg Timura siedzącego na koniu. Panował w latach w latach 1370-1405 i był zdobywcą większości Azji Środkowej, Iranu, Iraku i Zakaukazia. W okolicy placu znajdziemy dużo zieleni, ulicznych artystów malujących portrety oraz sprzedających przeróżne rękodzieła. Nieopodal znajdziemy również piękne meczety, które są perełkami architektury, na przykład Minor Masjidi. Ponadto warto zobaczyć pałac prezydencki z pomnikiem Szczęśliwej Matki, tuż obok niego. Jeśli ktoś lubi muzea, to również powinien znaleźć coś dla siebie. Ciekawym przeżyciem jest również zwiedzanie targu o nazwie Chorsu Bazar. Iście kultowe miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić. Można tam kupić wszystko od weselnych tortów, poprzez przyprawy, mięso, suknie ślubne, po porcelanę i wszelkie rzemieślnicze wyroby. Ja sam skusiłem się na piękny zestaw uzbeckiej porcelany do picia herbaty. Oczywiście trzeba się targować. Bez tego nie ma zabawy. Dla miłośników natury polecam wybrać się koniecznie do Chimgan oraz Charvak, gdzie znajdziemy piękne góry. Powiedziałbym, że takie uzbeckie Tatry. Widok jest nieziemski. Można wejść

o własnych siłach lub wjechać kolejką, która też jest dość swojska. Jakby tego było mało to zjeżdżając w dolinę Charvak, możemy dostać się nad brzeg jeziora i zjeść świeżo wyłowione ryby. Czysta uczta dla zmysłów. Natura, piękne widoki i pyszne jedzenie. Z jeziorem jest powiązana również ciekawa historia. Otóż wybudowana jest tam tama, która podczas zagrożenia lub w razie jakiejś potrzeby może zostać zniszczona, wskutek czego zostaną zalane okoliczne wioski, a woda w ciągu 10 minut dotrze do Taszkentu. Ile w tym prawdy nie wiem, ale tama faktycznie jest spora. Jak już sobie pojeździmy i pozwiedzamy, to polecam również spróbować tradycyjnej potrawy o nazwie plow. Podstawą tego dania jest ryż, mięso i warzywa, takie jak marchew, cebula oraz czosnek. Zdrowo i pożywnie. Oczywiście można to również zalać odpowiednim trunkiem. W końcu, jak to mówią, „lepiej zapobiegać niż leczyć”, a flora bakteryjna nie zawsze musi odpowiadać naszym żołądkom. Tym miłym gastrologicznym akcentem dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że choć trochę udało mi się Was zainteresować Uzbekistanem i samą Azją Środkową. Być może kiedyś sami odwiedzicie te rejony i również coś mi o nich opowiecie.


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 37


38 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 39

Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził trzy kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).


40 / MAGAZYN EIMPERIUM

WYPAD NA WEEKEND

OPOLE

W cieniu rywalizacji o miano stolicy Śląska prowadzonej przez Wrocław i Katowice, w połowie drogi między oboma miastami, skryte jest (relatywnie) niewielkie Opole. Miasto kojarzone dziś chyba głównie z klimatycznym amfiteatrem oraz Festiwalem Polskiej Piosenki w rzeczywistości ma jednak do zaoferowania znacznie więcej. Opole to dziś najmniejsze z osiemnastu polskich miast wojewódzkich, a jednocześnie stolica najmniejszego województwa. Opolskie jako jedyne nie przekracza miliona mieszkańców i 10 tys. km kw. powierzchni. Mimo to jego centralne miasto poszczycić może się między innymi własnym Uniwersytetem i Politechniką, co dla wielu innych miast wojewódzkich jest tylko

niedościgłym marzeniem. Co jednak nie mniej istotne, Opole cechuje również przebogata historia licząca sobie przeszło tysiąc i spory potencjał turystyczny. To bardzo klimatyczne miejsce, w którym przeszłość bardzo udanie przeplata się ze współczesnością tworząc niezwykle interesującą mieszankę. Przechadzając się po innych miastach chętnie dopatruję się różnic pomiędzy nimi, a znanymi mi znakomicie Gliwicami. Różnice takie stanowią bowiem wyróżnik danego miasta i przesądzają o jego atutach. W przypadku Opola taką cechą szczególną z pewnością jest rzeka. O ile w Gliwicach nasz Kłodnica wydaje się być elementem obcym, niezrośniętym z tkanką miasta, o tyle Odra w Opolu jest immanentnie wpisana w pejzaż miasta. Z jednej strony jej główny


W Y P A D N A W E E K E N D / 41

ZDJĘCIA: ANDRZEJ WAWRZYCZEK TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

nurt stanowi wyraźną granicę pomiędzy Starym Miastem na prawym jej brzegu i nowoczesną, blokowiskową zabudową po lewej stronie. Z drugiej zaś strony, kameralny Kanał Młynówka tnący Stare Miasto na dwie części, wraz z przerzuconymi nad nim charakterystycznymi mostami, wytycza jeden z bardziej malowniczych traktów spacerowych miasta. Biegnący brzegiem zielony Bulwar Młynówka to ten kluczowy element, który odróżnia stosunek do rzeki w Gliwicach, od tego, jak do rzeki podchodzi się w Opolu. Nie bez znaczenia jest również to, że Kanał Młynówka jest żeglowny, co pozwala na ulokowanie na wodzie statkówkawiarni. Spacer tym urokliwym traktem rozpocząć można przy ulicy Katedralnej stanowiącej

główną bramę wjazdową do Starego Miasta od strony zachodniej. Oprócz, jak sugeruje sama nazwa ulicy, podziwiania opolskiej katedry pw. Podwyższenia Krzyża, znajdziemy tu również relikty miejskich murów oraz bardzo ciekawą panoramę centralnej dzielnicy. Nieopodal znajdziemy również monumentalny gmach Urzędu Wojewódzkiego, zza którego bryły dostrzec można bodaj najbardziej charakterystyczny opolski budynek, a mianowicie Wieżę Piastowską datowaną na przełom XIII i XIV wieku. To pozostałość po istniejącym niegdyś na wyspie Pasiece zamku, wzniesionym przez księcia Kazimierza w 1217 roku w miejscu dawnego grodu, który pamiętał jeszcze czasy Mieszka I. Sama wieża, pełniąca funkcje mieszkalno-obronne, jest jednak późniejsza. Dziś Wieża Piastowska to symbol miasta


42 / MAGAZYN EIMPERIUM

i całego regionu, czego przykładem może być jej obecność w logotypach, zarówno Opola, jak i województwa opolskiego. Rozpoznawalność wieży potęguje fakt, że u jej podnóża zlokalizowany jest słynny opolski amfiteatr. Zabytkowy obiekt stanowi więc charakterystyczne tło wszystkich odbywających się tam festiwali i koncertów. Wieży nie trzeba podziwiać wyłącznie z zewnątrz, gdy została również udostępniona do zwiedzenia. Idąc dalej wzdłuż kanału w kierunku południowym mijamy kolejne mosty: na ulicy Zamkowej i Mozarta. Szczególnie ten ostatni, stanowiący faktycznie kładkę dla pieszych, zauroczyć może fantazyjną formą żeliwnej konstrukcji. Po jej pokonaniu trafimy bezpośrednio na plac Wolności. Ozdobą zielone skweru jest kolorowa, moizaikowa fontanna. Charakterystycznym obiektem jest również gmach Biblioteki Miejskim. Zabytkowy obiekt został kilka lat temu rozbudowany o nową część, której ciemna fasada ozdobiona jest wersami literackimi autorstwa Edwarda Stachury, który prowadząc żywot wędrowca bywał również w Opolu. Na murach biblioteki wyryto między innymi oryginał i angielskie tłumaczenie jego piosenki “Opadły mgły, wstaje nowy dzień”. W ten niecodzienny sposób można obcować z poezją nawet bez wchodzenia do wnętrza biblioteki.

Biblioteka nie jest jednak jedyną gratką dla fanów architektury, jaką znajdziemy na placu Wolności. Warto również zwrócić uwagę na niepozorną z pozoru wiatę, która posadowiona jest przy postoju taksówek na rogu z ulicą Minorytów (dawniej był tu przystanek autobusowy). Betonowa, dekonstruktywiczna bryła to dzieło Floriana Jesionowskiego, który zaprojektował również wspomnianą wcześniej fontannę na tym samym placu. Oryginalnie była ona betonowa i nawiązywała swoim wyglądem do wiaty. Mozaikę dodano dopiero niedawno podczas jej generalnego remontu. Jesionowski był również autorem projektu opolskiego amfiteatru oraz wielu innych realizacji rozsianych po całym mieście. Nad projektowanie domów przedkładał jednak tworzenie małej architektury oraz aranżowanie wnętrz. Jesionowski studiował w Gdańsku, a w Opolu miał być tylko na chwilę. Za sprawą namowy Karola Musioła, ówczesnego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Opolu, został jednak na stałe. Sam Karol Musioł również jest ciekawą postacią. W dużym skrócie można by określić go mianem “opolskiego Ziętka”. Od 1952 roku przez 13 lat pracy na rzecz miasta zyskał sobie miano prawdziwego gospodarza. Był inicjatorem wielu wydarzeń w tym między innymi budowy szkoły muzycznej oraz amfiteatru i organizacji


W Y P A D N A W E E K E N D / 43

Festiwalu Polskiej Piosenki, który do dziś rozsławia Ople w całym kraju. Za swoje działania w 2008 roku, a więc 25 lat po śmierci, doczekał się pomnika, który stanął przy ulicy Zamkowej niedaleko tzw. “żółtego mostu”. To właśnie tutaj często można było go spotkać, gdy z teczką pełną dokumentów szedł z Urzędu Wojewódzkiego do Ratusza. Właśnie w takiej pozycji, z krawatem targanym porywistym wiatrem, został przedstawiony na monumencie. Jak nietrudno się domyślić, rzeźba wciąż budzi w mieście kontrowersje, a w związku z przyjętą niedawno tzw. ustawą dekomunizacyjną jej los jest niepewny. Tymczasem śladem ciekawych przykładów opolskiej małej architektury dotarliśmy na Rynek. Na środku głównego placu miasta od XIV wieku stoi monumentalny gmach Ratusza. Sam plac, otoczony ze wszystkich stron malowniczymi kamienicami, jak to często bywa, życiem wypełnia się przede wszystkim wieczorami i w weekendy, gdy licznie ściągają tu szukający rozrywek mieszkańcy. Na uwagę turysty zasługuje jednak nie tylko Rynek, ale całe opolskie Stare Miasto pełne klimatycznych zaułków i zaskakujących pomy-słów architektonicznych. Przykłademmoże być tutaj ulica Muzealna, ponad którą rozpięty jest na wskroś nowoczesny, szklany łącznik umożliwiający bezpośrednie przejście pomiędzy dwoma budynkami należącymi do Muzeum Śląska Opolskiego. Łącznik powstał w 2008 roku w ramach dużego projektu polegającego na remoncie i rozbudowie muzeum także o zupełnie nowy gmach. Po budynku biblioteki to kolejny ciekawy przykład, jak w Opolu udaje łączyć się zabytkowe obiekty z zupełnie nowymi realizacjami. I wcale nie ostatni. Udając się jeszcze dalej na wschód od Rynku, pośród czynszowych kamienic nowszej części miasta natrafimy również na przebudowany niedawno Teatr Lalki i Aktora przy ulicy Kośnego. Zachwycająca bryła obiektu to efekt ogłoszonego jeszcze w 2009 roku konkursu architektonicznego, który wygrał architekt Jacek Rzyski wraz ze swoim zespołem z warszawskiej Pracowni TREX. Niesamowite wrażenie robi jednak nie tylko


44 / MAGAZYN EIMPERIUM


W Y P A D N A W E E K E N D / 45


46 / MAGAZYN EIMPERIUM

elewacja, ale również wnętrze budynku. Bez wątpienia jest to istotny przystanek podczas zwiedzania miasta przez miłośników współczesnej architektury. Opole to duże miasto o rozległym Śródmieściu. Nie sposób zwiedzić go w całości w czasie jednego tylko spaceru, czy nawet całego dnia. Ciężko też opisać w jednym miejscu wszystkie jego walory i atrakcje, a tych jest sporo. Ciekawostki warte uwagi znajdą tu również miłośnicy historii kolejnictwa, a to za sprawą ciekawych stacji kolejowych. Nie tylko główny dworzec przyciąga uwagę neogotycką zabudową oraz charakterystycznym układem torowym. Nie mniej ciekawie jest na przystanku Opole Wschodnie, położonym na nieco peryferyjnej linii do Jelcza-Laskowic, gdzie perony w sprytny sposób scalone zostały z przyczółkiem wiaduktu.

Osobny artykuł można by również napisać o dzielnicy rozciągającej się od Rynku w kierunku południowym do wspomnianego głównego dworca kolejowego. To okolica bogata w eleganckie place miejskie oraz w spaniałe kamienice i gmachy reprezentujące wiele historycznych stylów. Również tutaj przespacerujemy się ulicą Krakowską, czyli głównym handlowym deptakiem miasta przy którym dominuje z kolei zabudowa powojenna. W czasie kolejnych spacerów warto również zboczyć w kierunku terenów rekreacyjnych położonych po obu stronach Odry w tym koniecznie odwiedzić położone na wyspie Bojko popularne wśród mieszkańców opolskie zoo. Być może nie tak znane, jak chorzowskie czy wrocławskie, ale również mogące poszczycić się ciekawymi okazami fauny.


W Y P A D N A W E E K E N D / 47


48 / MAGAZYN EIMPERIUM


W Y P A D N A W E E K E N D / 49


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 19

Magazyn eIMPERIUM nr 01/2018  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Magazyn eIMPERIUM nr 01/2018  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Advertisement