Page 1

NR 18 / LISTOPAD 2017

eimperium.pl

PROF. DR HAB. INŻ.

ANDRZEJ KATUNIN WYPAD NA WEEKEND

CIESZYN FOTOSTORY

SZUKAJĄC PLENERU

PODRÓŻNIK GLIWICKI

DISNEYLAND PO TURECKU


02 / MAGAZYN EIMPERIUM

Spis treści WYDARZYŁO SIĘ W GLIWICACH

06

PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

11

ANDRZEJ KATUNIN

12

DETEKTYW HISTORII

22

PODRÓŻNIK GLIWICKI

28

FOTOSTORY

38

WYPAD NA WEEKEND: CIESZYN

46

Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Grafika:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O. ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Seweryn Chlewicki

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


CIESZYŃSKA WENECJA, FOT. ANDRZEJ WAWRZYCZEK


NAJWIĘKSZA PORAŻKA PREZYDENTA TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Prezydentowi Zygmuntowi Frankiewiczowi nie brakuje sukcesów, dzięki którym – szczególnie na początku swojej blisko ćwierćwiecznej kadencji – Gliwice wskoczyły na obecny poziom rozwoju. Cieniem na tych sukcesach rzucają się jednak również porażki, a szczególnie jedna dość osobista – przez te z górą 20 lat prezydent nie dochował się bowiem żadnego następcy. Prezydent Frankiewicz tak bardzo zmonopolizował gliwicką scenę polityczną, że wyrugował ze świadomości mieszkańców nie tylko całą opozycję, ale również osoby ze swojego obozu. Tak jakby liczył na to, że będzie żył i rządził w Gliwicach wiecznie. Naturalnym gronem, gdzie można byłoby szukać następcy prezydenta jest oczywiście zespół jego najbliższych współpracowników, czyli zastępcy. W tej grupie najsilniejszą pozycję ma oczywiście Piotr Wieczorek, który swoje stanowisko pełni chyba równie długo, co sam Frankiewicz. Od zawsze był drugą osobą w mieście, choć plotki mówią, że tak naprawdę to on podejmuje najważniejsze decyzje. Sam niestety kandydować nie może. Przez lata występowania w wielu środowiskach w roli „złego policjanta” skutecznie zraził do siebie gliwiczan. W efekcie w ostatnich wyborach startując na radnego z tzw. „dwójką” zgromadził w swoim okręgu 527 głosów. Tym samym przegrał wyborczy wyścig nie tylko z lokomotywą listy, czyli Tadeuszem Olejnikiem, ale także ze startującym z piątej pozycji Stanisławem Kubitem. To nie wróży mu raczej sukcesu w wyścigu o fotel prezydenta. W 2014 roku lepiej poszło innemu z wiceprezydentów – Adamowi Neumannowi, który – startując za plecami samego Frankiewicza – uzbierał 581 głosów. Niby niewiele więcej, ale on mandat zyskał (oczywiście zaraz po wyborach się go zrzekł oddając miejsce w Radzie Magdalenie Budny). Skoro już mowa o Neumannie. Drugą kadencję pełni on funkcję II zastępcy

prezydenta, gdzie odpowiada między innymi za planowanie strategiczne. Funkcja ta z jednej strony jest niezwykle istotna, z drugiej jednak implikuje bardzo często trzymanie się w cieniu. Na pierwszy plan wysuwają się bowiem raczej wykonawcy wszelkich strategii. Szansą aby pokazać się w świetle jupiterów jest za to dla Adama Neumana udział w rozlicznych oficjalnych wydarzeniach. Wiadomo, że prezydent Frankiewicz pojawia się na takich okazjach w ostateczności, a prezydent Wieczorek praktycznie nigdy. Adam Naumann jest zaś trzeci w kolejce do przecinania wstęgi, więc władanie nożyczkami ma opanowanie do perfekcji. Czy to jednak wystarczy, żeby przekonać do siebie gliwiczan? Jeszcze bardziej w cieniu schowany jest trzeci z zastępców, czyli Krystian Tomala. Najmłodszy z całej trójki wydaje się modelowym kandydatem na nowego prezydenta. Pod wieloma względami przypomina nawet innego słynnego śląskiego następcę, czyli Marcina Krupę z Katowic. Tomala, podobnie jak Krupa, również jest doktorem rodem z Politechniki Śląskiej. Stopień naukowy uzyskał na Wydziale Zarządzania, a jego promotorem był… Kto zgadnie? Tak, sam Zygmunt Frankiewicz. Od tego czasu młody samorządowiec jest protegowanym naszego prezydenta. Choć z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej, którym zarządzał jako dyrektor na początku tego wieku, odchodził w pewnej niesławie (cieniem na jego karierze rzuciła się gigantyczna dziura finansowa, jaka narosła za jego pracy w tej instytucji), szybko znalazł dla siebie miejsce w Miejskim Zarządzie Usług Komunalnych, skąd płynnie przeskoczył na fotel III zastępcy prezydenta odpowiedzialnego między innymi za oświatę, kulturę i zdrowie. Gdy zastępował na tym stanowisku Renatę Caban (która dla odmiany przeniosła się do MZUKu) mówiło się, że twardą ręką wyprowadzi na prostą kulejące gliwickie szpitale. Ostatnie problemy z jakimi boryka się jednak główna gliwicka placówka medyczna, czyli szpital przy ulicy Kościuszki (obecnie włączony w struktury Szpitala Miejskiego nr 4, czyli dawnego Szpitala Wojskowego) pokazują jednak, że ta misja nie do końca się udała. Natomiast sam fakt, że Tomala zupełnie nie uczestniczył w niedawnej gorącej sesji Rady Miasta poświęconej służ-


bie zdrowia (głos w imieniu miasta zabierali wówczas prezydenci Frankiewicz i Wieczorek) pokazał natomiast, jak bardzo młody urzędnik jest w magistracie marginalizowany. Trudno w takiej sytuacji oczekiwać, żeby nagle miał stać się poważnym kandydatem na głównego sternika miasta. Tym bardziej, że na jego niekorzyść przemawia fakt, że sam nigdy się do Gliwic nie przeprowadził i wciąż dojeżdża do pracy kilkadziesiąt kilometrów z położonego u stóp Góry św. Anny miasteczka Leśnica (gdzie był, swoją drogą, przez kilka lat zastępcą burmistrza). Gdzie jeszcze można by szukać następcy prezydenta? Zapewne wśród radnych z jego ugrupowania. Tu jednak brakuje wyrazistych osobistości chcących podjąć się tego zadania. W poprzednich wyborach najwyższe poparcie spośród wszystkich radnych uzyskała Krystyna Sowa – 1933 głosy to niewiele mniej, niż wspólnie uzyskali prezydenci Frankiewicz i Neumann. Pani Krystyna znakomicie czuje się jednak w roli radnej, która jest blisko mieszkańców ze swojego okręgu. Dlatego od lat odmawia propozycjom objęcia teki zastępcy prezydenta, więc tym bardziej nie byłaby raczej zainteresowana samą prezydenturą. Poza tym, nie wypominając pani Krystynie wieku, z pewnością nie byłaby to zmiana pokoleniowa. Potencjalnego następcy prezydenta upatrywać raczej należy w kimś młodym i energicznym, jak wspomniany Marcin Krupa z Katowic. Spore doświadczenie samorządowe ma Magdalena Budny, która od wielu lat jest sekretarzem w Starostwie Powiatowym w Gliwicach. Charakterystyczną osobą Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza jest również Michał Jaśniok – wykładowca akademicki i specjalista od marketingu, który z pewnością umiałby się świetnie sprzedać. Czy są to jednak osoby, które miałyby szansę porwać za sobą tłumy? Lata przebywania w cieniu prezydenta chyba skutecznie utemperowały ich osobowość. W Koalicji indywidualności nigdy nie były bowiem w cenie, a siłą ugrupowania – co często podkreśla sam prezydent – jest jego siła jako zespołu. Zespołu, który za dużo nie dyskutuje, za to chętnie podnosi ręce za prezydenckimi projektami i dobrym słowem broni nawet kiepskich projektów. Miarka przebrała się dopiero w lutym tego roku, gdy Rada Miasta na wniosek grupy radnych zajmowała się propozycją zwolnienia

osób niepełnosprawnych z opłat za parkowanie w mieście. Pomysł mocno skrytykował urzędujący prezydent, a większość radnych jego ugrupowania wstrzymała się od głosu. Michał Jaśniok (wspólnie z Janem Pająkiem i Grażyną Walter-Łukowicz) zagłosował jednak wówczas razem z opozycją. W ten sposób lista naturalnych następców prezydenta powoli zaczyna się kończyć. Oczywiście zawsze można sięgnąć po kogoś zupełnie nowego i to wcale nie musi być zły pomysł. Teoretycznie nawet rok wystarczy, żeby taką osobę skutecznie wypromować. Jest tylko jeden problem. Przez ostatnich kilkanaście lat, a więc od czasu wprowadzenia bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, miejska propaganda skutecznie wpaja gliwiczanom do głów jedną bajecznie prostą prawdę: tylko Zygmunt Frankiewicz jest gwarantem utrzymania obecnego tempa rozwoju miasta. I jak tu nagle wyjść do tych samych wyborców z komunikatem skrajnie sprzecznym, czyli że jednak nie ma ludzi niezastąpionych i oto przedstawiamy wam nowego, młodego kandydata, który tę gwarancję daje nawet bardziej? To jest ten sam rodzaj strzału w kolano, co w reklamach smakołyków kończących się hasłem: „teraz nowy, lepszy smak”. Widz sobie wtedy myśli: „a więc do tej pory byłem stale oszukiwany, gdy mówiono, że ten poprzedni smak był najlepszy”. Przed miejskimi propagandystami trudny orzech do zgryzienia. Albo przełkną gorzką pigułkę przyznania, że Zygmunt Frankiewicz jednak – wbrew wcześniejszym komunikatom – nie jest niezastąpiony, albo będą promować go do samego końca. Nie mam wątpliwości, że z obecną swoją pozycją Frankiewicz mógłby faktycznie pełnić funkcję prezydenta dożywotnio, a po śmierci trafić do mauzoleum ustawionym w parku swojego imienia (albo jeszcze lepiej w katakumbach świątyni swojej prezydenckiej kariery, jaką bez wątpienia pozostanie kończona właśnie Hala Gliwice). Kto rozsądny pisałby się jednak na wejście do historii u boku Lenina i jemu podobnych niezastąpionych przywódców? A nawet jeśli, to debata nad tym, kto ma zastąpić prezydenta Frankiewicza prędzej czy później powróci. Warto więc już teraz myśleć nad tym, żeby takiego kandydata wykreować. Wszak dla każdego króla odejście bezpotomnie było największą życiową porażką.


06 / MAGAZYN EIMPERIUM WYDARZYŁO SIĘ W GLIWICACH

10/09 NOWA ARENA Po wielomiesięcznej budowie oddano do użytku nową arenę lekkoatletyczną na osiedlu Kopernika. O tym, że taka inwestycja jest w Gliwicach niezbędna wiadomo było już w 2010 roku, gdy ruszyła budowa nowego stadionu piłkarskiego. Stary dostosowany był zarówno do potrzeb piłkarzy, jak i lekkoatletów. Nowa arena ma już jednak tylko nową funkcję. Przez ostatnie lata lekkoatleci Piasta Gliwice byli więc bezdomni. O tym, że w naszym mieście niezbędna jest dedykowana wyłącznie im arena nie trzeba było nikogo przekonywać. Decyzja o budowie zapadła jeszcze przed otwarciem nowej areny piłkarskiej. Gorzej szło z samą realizacją inwestycji. Opóźnienia na budowie i przekładanie kolejnych terminów to niestety gliwicka specjalność. Nie inaczej było i tym razem. Po sześciu latach w końcu udało się jednak doprowadzić do zorganizowania pierwszych zawodów. Mityng otwarcia uświetnili swoim udziałem znakomici polscy lekkoatleci, między innymi mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek, medalista olimpijski w rzucie dyskiem Piotr Małachowski, czy obiecująca sprinterka młodego pokolenia Ewa Swoboda. Nowa arena powstała w miejscu dawnych boisk Zespołu Szkół Ogólnokształcąco-Ekonomicznych. W wyludniającym się z powodu niżu demograficznego obiekcie znalazło się również miejsce na zaplecze dla sekcji lekkoatletycznej Piasta. Wiadomo jednak, że z nowego obiektu korzystać będą mogli także uczniowie klas sportowych oraz wszyscy mieszkańcy Gliwic.


W Y D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 07

13/09 LOGO NIEZGODY Istniejące logo miasta przedstawiające wieżę radiostacji na tle zachodzącego słońca się przeterminowało. Tak przynajmniej uznały władze miasta rozpisując przetarg na nowe logo. Tak - przetarg. Nie ma wątpliwości, że dobre logo to dla miasta bezcenny nośnik promocyjny. Tym ważniejsze jest aby było nie tylko przemyślane, ale też po prostu ładne. To raczej nie miejsce na oszczędzanie. Tymczasem miasto przy zamawianiu nowej graficznej wizytówki poszło po linii najniższej ceny. Sytuacją jako pierwsi zainteresowali się społecznicy, którzy wystąpili do Urzędu Miasta o pokazanie wyników pracy grafików ze Słupska, którzy wygrali przetarg. “Zawnioskowałem do Wydziału Kultury i Promocji Miasta o udostępnienie efektów umowy z firmą Rio Creativo w celu przedstawienia ich opinii publicznej. I tu uwaga - bez zaskoczenia. p.o. Naczelnika Wydziału odmawia udostępnienia efektów wykonania umowy, gdyż "nie odnoszą się do sfery faktów". A do jakiej sfery, ezoterycznego anielskiego uzdrowienia wróża Macieja?? Dla mnie, jeśli urząd wydaje na coś publiczną kasę to jest fakt i to twardy. Chciałbym zobaczyć co kupiliśmy i z czego możemy wybierać. Co to za praktyka, że w Gliwicach zataja się działania urzędu?” - komentował na Facebooku Bartosz Rybczak z Ośrodka Studiów o Mieście. Czyżby oszczędność się miastu nie opłaciła i urzędnicy wstydzili się wyników udzielonego za 11 tys. zł zamówienia? Presja społeczna sprawiła, że trzy zaproponowane przez Rio Creativo w końcu ujrzały światło dzienne. I dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa awantura. Okazało się bowiem, że wszystkie trzy są wyjątkowo słabe. Miasto dyplomatycznie zwróciło się do mieszkańców z prośbą o wybór najlepszego. W odpowiedzi zewsząd posypała się jednak krytyka. Gorzkich słów nie żałowali nawet przy chyli prezyden-

towi radni. Czy w tej sytuacji znajdzie się chociaż jedna osoba, która nowe propozycje loga pochwali? Ośrodek Studiów o Mieście oficjalnie zaapelował do gliwiczan o wyrażenie krytycznej opinii względem wszystkich trzech wersji. Rozgłos medialny nadany sprawie doprowadził do tego, że urzędnicy faktycznie wycofali się z trzech propozycji i zdecydowali, że na nowe logo ogłoszony zostanie otwarty konkurs.

20/09 WALDEK-KING Waldemar Fornalik, były trener między innymi Ruchu Chorzów oraz Reprezentacji Polski został nowym szkoleniowcem Piasta Gliwice. Zastąpił na tym stanowisku Dariusza Wdowczyka, którego w Gliwicach zatrudniono w marcu. Wdowczyk zdołał wykonać postawione przed nim zadanie utrzymania niebiesko-czerwonych w ekstraklasie, ale w kolejnym sezonie Piastowi nie szło już tak dobrze, jak w końcówce poprzedniego. Gliwiczanie na stałe zadomowili się wręcz w strefie spadkowej, co zwiastowało kolejną nerwową końcówkę sezonu. Nowy prezes Paweł Żelem szybko więc stracił do szkoleniowca zaufanie, a na jego miejsce przyjął właśnie Fornalika - trenera, który niemal z niczego święcił triumfy ze wspomnianym Ruchem. To właśnie w Chorzowie narodziła się słynna ksywka Waldek-King. Ukuli ją kibice, którzy docenili kunszt trenerski Fornalika. Wszystko co dobre rodzi się jednak powoli, chciałoby się powiedzieć, bo w Piaście nowy trener zaczął swoją przygodę od słabych wyników - począwszy od porażek z Arką i Górnikiem, przez remisy z Sandecją i Zagłębiem. Dopiero piąty mecz przyniósł długo wyczekiwane przez nowego szkoleniowca zwycięstwo. Po niezłym meczu Piast wygrał 2:1 z Wisłą Płock. Kibice z pewnością nie mieliby nic przeciwko, żeby był to początek długiej serii sukcesów, a Fornalik zadomowił się w Piaście co najmniej tak samo dobrze, jak w Ruchu gdzie przepracował - z przerwą na pracę w reprezentacji - sześć lat.


08 / MAGAZYN EIMPERIUM

26/09 LIGOTA ZABRSKA BEZ WODY Awaria sieci wodociągowej postawiła na nogi całą Ligotę Zabrską. Na skutek wycieku do jakiego doszło na skrzyżowaniu ulic Ceglarskiej i Górników zakręcony został główny zawór wody, a mieszkańcy zostali pozbawieni dostępu do bieżącej wody. Jeszcze tego samego dnia w godzinach wieczornych na osiedle zadysponowany został beczkowóz Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. W tym czasie nad usunięciem awarii pracowała już administracja osiedla zarządzanego przez Spółkę Restrukturyzacji Kopalń. Woda pojawiła się w kranach następnego dnia, a w pierwszych dniach października doszło do wymiany całego odcinka rury kanalizacyjnej. Nie oznaczało to jednak końca kłopotów górniczego osiedla. Już trzy dni później na ulicy Ceglarskiej znów pękła rura i problem z dostępem do wody się powtórzył. 21 października doszło do kolejnego wycieku tym razem przy ulicy Cichej. Tym razem beczkowóz nie przyjechał jednak od razu, bo PWiK nie dysponował wolnym wozem. Spółka Restrukturyzacji Kopalń ściągała więc awaryjnie pojazd aż z Bytomia. Tydzień później sytuacja przy ulicy Cichej powtórzyła się. Tym razem woda w kranach była cały czas dostępna, ale z uwagi na okres świąteczny awarię usunięto dopiero po kilku dniach. W tym czasie tysiące litrów wody pitnej wylały się do gruntu. Jak podkreśla Marcin Ziach, przewodniczący zarządu Osiedla Ligota Zabrska, winny lawinowej ilości awarii jest fatalny stan techniczny sieci wodociągowej, która nie należy do gliwickiego PWiKu, ale jest administrowana przez kopalnię, która nigdy nie przykładała większej wagi do niezbędnych remontów. Dopiero po kolejnych awariach, gdy okazało się, że doraźne łatanie dziur nie wystarczy, wymieniono kilka odcinków rur. Kolejne wciąż czekają jednak na interwencję i grożą pęknięciem w każdej chwili.


W Y D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 09

03/10 DETEKTYW NAGRODZONY

Nasz redakcyjny kolega, Marian Jabłoński, znany również jako Detektyw Historii odebrał dyplom przyznawany przez Marszałka Województwa Śląskiego za zasługi dla rozwoju turystyki. Uroczystość odbyła się w Bielsku-Białej, w Zamku Sułkowskich. „Dyplomy Marszałka Województwa Śląskiego za Zasługi dla Rozwoju Turystyki” nadaje się osobom fizycznym oraz instytucjom państwowym, jednostkom samorządu terytorialnego, przedsiębiorcom, organizacjom społecznym i zawodowym, które swoją działalnością w sposób szczególny przyczyniły się do rozwoju turystyki w województwie śląskim. Redaktor Jabłoński to nie tylko postać medialna, ale aktywista i prawdziwy przewodnik. Do tej pory zorganizował ponad 150 wycieczek i wypraw o charakterze edukacyjnym. 77 z nich powstało we współpracy z Nowinami Gliwickimi jako „Wędrówki z Nowinami”, kolejne ponad 70 zrealizowane zostały wraz z Grupą Turystyki Historycznej „Eksploratorzy Gliwice”. Inicjatorem nominacji dla redaktora Jabłońskiego do dyplomu za turystykę było Starostwo Powiatowe w Gliwicach. To nie pierwsza i wierzymy, że nie ostatnia nagroda przyznana redaktorowi Jabłońskiemu. W 2012 roku otrzymał tytuł “Gliwicjusza” przyznawany przez Nowiny Gliwickie. Na swoim koncie posiada także nagrodę “Chłopca z łabędziem”. Otrzymał również podziękowanie z Senatu za propagowanie historii Gliwic i Śląska z rąk senatora Krystiana Probierza.

19/10 ARMIN ZAGRA W GLIWICACH Jeszcze nie do końca wiadomo, kiedy uda się otworzyć powstająca przy ulicy Akademickiej halę widowiskowo-sportową, roboczo nazywaną od niedawna Areną Gliwice, ani kiedy odbędzie się w niej inauguracyjne wydarzenie. Wiadomo natomiast, że 30 maja 2018 roku nasze miasto stanie się europejską stolica muzyki elektronicznej. A to za sprawą koncertu A State Of Trance: Be In The Moment, który w Gliwicach zorganizuje Armin van Buuren. Holenderski DJ to obecnie jedna z największych gwiazd muzyki klubowej na świecie, co nadaje temu wydarzeniu wyjątkowej wagi. Decyzję o zorganizowaniu jednego z koncertów właśnie w Polsce gwiazdor ogłosił publicznie podczas prowadzonej przez siebie audycji radiowej, której co tydzień słucha na żywo 30 mln osób w 40 krajach. Pierwszy sukces promocyjny dzięki nowej hali Gliwice mają już więc za sobą. Ogłoszenie van Buurena wywołało euforię przede wszystkim wśród polskich fanów muzyki trance, a pierwsza partia biletów na to wydarzenie rozeszła się na pniu w ciągu kilkudziesięciu minut. Nie zmienia to jednak faktu, że to wciąż tylko jedno duże wydarzenie zakontraktowane w nowej hali na przyszły rok. Jeśli gliwiczanie mają uznać, że budowa Areny Gliwice za około 400 mln zł nie była przysłowiowym strzałem w kolano, tego typu wydarzeń w naszym mieście będzie musiało odbywać się znacznie więcej. Za ich przyciąganie do Gliwic po nieudanych przetargach na zewnętrznego operatora hali odpowiedzialna jest obecnie miejska spółka Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji, która była również inżynierem kontraktu w czasie budowy nowej areny.


10 / MAGAZYN EIMPERIUM

21/10 DŹWIĘK PRZY RADIOSTACJI Park sensoryczny przy gliwickiej Radiostacji to nowa atrakcja naszego miasta. Laboratorium pod chmurką pozwala przeprowadzać doświadczenia związane z dźwiękiem oraz rozchodzeniem się fal dźwiękowych w powietrzu. Na park składa się kilkanascie urządzeń prezentujących różne właściwości dźwięku. Do każdego dołączona jest instrukcja obsługi oraz wyjaśnienie fizycznych podstaw działania. Park został oddany do użytku z końcem września, ale na oficjalne otwarcie trzeba było poczekać do 21 października. Było jednak warto, gdyż uświetnili je swoją obecnością naukowcy z Politechniki Śląskiej, którzy w ciekawy sposób, prostym językiem opowiadali czym jest dźwięk i jak się go bada oraz wykorzystuje. Atrakcją była również prezentacja laserowych instrumentów muzycznych oraz plenerowy koncert.


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 11

Piękna codzienność Niech nadzieja wstąpi w nas... AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

Pr zed na mi kolej ne Św ię ta Bożego Na r od zenia - w yją t kow y c za s . Cza s r adośc i i bl i skośc i . Cza s zadu my, pr zemy śleń i pod su mowa ń . Pr zed na mi jed y ny w r ok u w iec zór, k ied y ta k moc no c zu jemy, że kogoś na m br a k u je . Kolej ny r ok ż yc ia mi ną ł niosąc ze sobą r óż ne koleje losu . Sied ząc pr z y w i g i l i j ny m s tole każd y z na s za k i m ś tę sk ni . Wspomi na my kogoś ba r d zo bl i sk iego kogo s t r ac i l i śmy c za sem z w ł a snej w i ny, c za sem bez na szej z god y. Pr z y s tole zos ta je pu s te miej sce . I gd y pr z yc hod z i W i g i l ia Bożego Na r od zenia tę sk ni my. Ba r d zo na m br a k u je c z yjegoś g ł osu , ge s tów, u śmiec hu . FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

KOLĘDA DLA NIEOBECNYCH A nadzieja znów wstąpi w nas, Nieobecnych pojawią się cienie. Uwierzymy kolejny raz, W jeszcze jedno Boże Narodzenie. I choć przygasł Świąteczny gwar, Bo zabrakło znów czyjegoś głosu. Przyjdź tu do nas i z nami trwaj, Wbrew tak zwanej ironii losu. Daj nam wiarę, że to ma sens, Że nie trzeba żałować przyjaciół. Że gdziekolwiek są dobrze im jest, Bo są z nami choć w innej postaci. I przekonaj, że tak ma być, Że po głosach tych wciąż drży powietrze, Że odeszli po to by żyć. I tym razem będą żyć wiecznie. Przyjdź na świat, By wyrównać rachunki strat. Żeby zająć wśród nas, Puste miejsce przy stole. Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas, I zapomnieć że są puste miejsca przy stole.

A nadzieja znów wstąpi w nas, Nieobecnych pojawią się cienie. Uwierzyli kolejny raz, W jeszcze jedno Boże Narodzenie. I choć przygasł świąteczny gwar, Bo zabrakło znów czyjegoś głosu. Przyjdź tu do nas i z nami trwaj, Wbrew tak zwanej ironii losu. Przyjdź na świat, By wyrównać rachunki strat. Żeby zająć wśród nas, Puste miejsce przy stole. Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas, I zapomnieć że są puste miejsca przy stole. Przyjdź na świat, By wyrównać rachunki strat. Żeby zająć wśród nas, Puste miejsce przy stole. Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas, I zapomnieć że są puste miejsca przy stole.

A u to re m te k s tu je s t S z y m o n M u cha w s p ó ł c ze s ny p o e t a i au to r p ie ś ni . Ko l ę da s wój d e b iu t mia ł a w 19 9 7 ro k u na p ł ycie Z b i g nie wa Pre i s n e ra p o d t y tu ł e m " M oje ko l ę d y na ko nie c w ie k u" w w y ko naniu g li w ic z ank i B eat y R y b ot yck ie j . " Ko l ę da dla nie o b e cnych" p ojaw i ł a s i ę rów nie ż w we r sji an g ie l s k ie j ( " Co m e to u s" ) , na p ł ycie C li f fa R ichar da , p o d t y tu ł e m " C li f f at C hr i s tma s". Ko l ę da o t ych i dla t ych , k tó r ych co ro k u nam b rak u je . D la t ych , k tó r y m ju ż ni gd y nie p ow ie my, il e dla na s zna c z y li , p o k tó r ych zo s t a ł o p u s te mie j s ce p r z y s to l e . D la o s ó b, k tó re nie w ie dz ą , il e dla na s zna c z ą . D la w s z y s tk ich s am otnych i o p u s zc zo nych z w iarą w to , że t ak nap raw d ę ni gd y nie je s te ś my s ami . Nie ch na dzie ja w s t ą p i w na s . . .


12 / MAGAZYN EIMPERIUM

NAUKA TO PRZYJEMNOŚĆ prof. Andrzej Katunin


P R O F . A N D R Z E J K A T U N I N / 13


14 / MAGAZYN EIMPERIUM

Andrzej Wawrzyczek: Został Pan jed nym z pięciu laureatów Nagrody Naukowej “Polityki” dla młodych, ambitnych - jak podkreśla redakcja naukowców w Polsce. To jest bar dzo duże wyróżnienie. Prof. Andrzej Katunin: Jest to niewątpliwie bardzo prestiżowa nagroda, która wiąże się też ze skomplikowanym konkursem. Cały proces wyłaniania laureatów był trudny, ale tym bardziej się cieszę, że udało mi się taką nagrodę uzyskać. Jest to niewątpliwie docenienie moich badań i starań, zmotywowanie, że warto je kontynuować. Doceniły mnie obie kapituły, zarówno profesorska, jak i obywatelska, i jest mi bardzo miło z tego powodu. Bez wchodzenia w bardzo naukowe szczegóły można powiedzieć, że w swojej pracy naukowej zajmuje się Pan badaniem materiałów. Tworze niem nowych materiałów, które będą mia ły zastosowanie między innymi w lotnictwie. Nie tylko. Nowoczesne materiały wielofunkcyjne to tylko jeden z kierunków, którym się zajmuję. Ich wielofunkcyjność polega na tym, że oprócz właściwości mechanicznych, m ają też inne zalety - mogą na przykład p rzewodzić prąd i ciepło, co może być wykorzystane potencjalnie właśnie w lotnictwie. Czynimy już po temu pewne kroki, żeby ten materiał komercjal izować i wprowadzać na rynek. Natomiast oprócz tej najnowszej, materiałowej gałęzi badań, zajmuję się również mechaniką kompozytów, czyli nowoczesnych materiałów dla lotnictwa i badaniami nieniszczącymi takich materiałów.

Co przesądziło o takim profi lu zainteresowania naukow ego u Pana? Już w trakcie studiów pierwszy mój mentor zaraził mnie pas ją do nauki. To było jeszcze w Suwałkach, gdzie kończyłem studia inżynierskie na Zamiejscowym Wydziale Mechanicznym Politechniki Białostockiej. Po drodze spotkałem też wielu innych wybitnych naukowców, dzięki którym udało mi się rozwinąć tę pasję i odnaleźć jakiś swój własny pomysł na tę naukę. A gdybyśmy cofnęli się jeszcze bardziej w czasie, żeby odnaleźć ten moment, gdy podjął Pan decyzję, żeby wybrać studia tech niczne właśnie na kierunku związanym z inżynierią ma teriałową? W szkole generalnie dobrze mi szło zarówno w przedmiotach ścisłych, jak i humanistycznych, więc miałem dylemat, co robić dalej. Odejście w kierunku technicznym zaczęło się od zainteresowania komputerami, więc pierwsze pomysły na studia wiązałem z branżą IT. Później przyszło natomiast zaproszenie na studia właśnie do Suwałk na Politechnikę Białostocką, gdzie była zbieżna z moimi zainteresowaniami specjalność - Komputerowe Wspomaganie Projektowania realizowana na kierunku Mechanika i Budowa Maszyn. Stwierdziłem, że zaryzykuję i zobaczę “z czym to się je”. Z każdym kolejnym dniem nauki ten kierunek podobał mi się jednak coraz bardziej. Na drugim albo trzecim roku studiów powstała zresztą moja pierwsza publikacja, którą napisałem wspólnie z moim ówczesnym mentorem i tak zaczęła się ta przygoda z nauką. Pochodzi Pan ze Lwowa, jakie to było dla Pana przeżycie, gdy przeprowadzał się Pan do innego kraju, w którym trzeba było so bie ułożyć życie na nowo? Z pewnością nie było łatwo. Mimo tego, że skończyłem polską szkołę we Lwowie, gdzie język polski był językiem wykładowym, a co za tym idzie, językowo nie miałem w Polsce żadnych trudności, to jednak spotkałem się z problemami natury prawnej. Na Ukrainie po 10 latach szkoły szło się wtedy od razu na studia, więc ja również trafiłem na uczelnię w wieku zaled-


P R O F . A N D R Z E J K A T U N I N / 15

wie 16 lat, więc jako nieletni nie miałem pełnej swobody w nowym kraju. Musiałem mieć opiekuna prawnego, żeby w ogóle podjąć studia. Więc było tutaj trochę takich prawnych przeciwności, na jakie natraf iłem.

obecnie. Zdarzało się jednak, że z jednej klasy nawet połowa osób wyjeżdżała do Polski. Z różnym skutkiem - niektórzy poddawali się w trakcie, inni kończyli studia i zostawali, tak jak ja, a jeszcze inni wracali po tych studiach. Te losy były więc bardzo różne.

Do Polski przyjechał Pan kilkanaście lat temu. Jeszcze zanim zaczęła się ta masowa imigracja z Ukrainy, jaką ob serwujemy obecnie. Obecnie nawet w samych Gliwicach Ukraińców miesz ka już stosunkowo dużo. Wtedy jednak te szlaki nie były jeszcze tak przeta rte.

Podejrzewam, że początkowa faza poby tu w Polsce, czyli studia w Suwałkach były jeszcze o tyle prostsze, że wschód Polski ma długą tradycję kontaktów i przyjmowania imigrantów z krajów daw nego ZSRR, więc pewnie łatwiej było się tam zaaklimatyzować. Co więc sprawiło, że nie został Pan tam, ale zdecydował się przyjechać na południe Polski, c zyli do Gliwic?

Zgadza się. Wówczas w Polsce nie było tak wiele osób z Ukrainy, jak obecnie. Jeśli chodzi o pozyskiwanie studentów, to wówczas - nie wiem, jak jest obecnie - nawet przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej przyjeżdżali do polskich szkół na terenie zachodniej Ukrainy i tam były przeprowadzane egzaminy wstępne na studia i w ten sposób - zdając taki egzamin jeszcze na Ukrainie - można było kwalifikować się na studia w Polsce. Oczywiście osoby, które w ten sposób trafiały z Ukrainy na polskie uczelnie to były pojedyncze przypadki. To była niewielka skala w porównaniu z tym, co obserwujemy

Przede wszystkim w Suwałkach nie było studiów magisterskich na kierunku, który studiowałem. Były takie studia w Białymstoku na macierzystej uczelni, ale gdy miałem do nich przystąpić, akurat w tamtym roku nie zostały uruchomione. Zaproponowano mi jedynie naukę w trybie zaocznym. Zdecydowałem jednak, że chcę studiować dziennie w związku z czym zacząłem poszukiwania innej uczelni Polsce, która oferowałaby kontynuację nauki na interesującym mnie kierunku. No i padło na Gliwice.


16 / MAGAZYN EIMPERIUM


P R O F . A N D R Z E J K A T U N I N / 17

Dalsza Pana kariera naukowa potoczyła się wręcz błyskawicznie. Ma Pan w tej chwili niecałe 32 lata i stanowisko pro fesora nadzwyczajnego. Na Politechnice Śląskiej trafiłem na specjalność Komputerowe wspomaganie projektowania i eksploatacji maszyn, a więc kierunek ściśle związany z tym, co robiłem w Suwałkach. Po dwóch latach studiów magisterskich dostałem natomiast propozycję pracy w charakterze asystenta naukowo-dydaktycznego. Przy okazji, , zabrałem się za pisanie doktoratu. Tematyka, którą pod jąłem w swojej pracy magisterskiej to pewne zjawiska cieplne zachodzące w kompozytach w pewnych specyficznych warunkach pracy i wpływ tych warunków na żywotność badanych struktur. Bardzo mnie ta tematyka zaintrygowała, dlatego kontynuowałem ten wątek badawczy również później. Kolejnym etapem był właśnie doktorat z tej tematyki. Dodam, iż było to bardzo niszowe zagadnienie, którym zajmowało się w całym kraju zaledwie kilka osób. Być może właśnie to stało się takim moim znak iem rozpoznawczym, że chętnie zajmuję się tematami mało do tej pory zbadanymi. Po szukuję takich tematów, gdyż uważam, że w takich tematach - bardzo niszowych, a często także interdyscyplinarnych i złożonych - jest sedno i przyszłość pracy bad awczej. Ostatecznie w roku 2012 szczęśliwie z wyróżnieniem obroniłem mój doktorat tutaj na Wydziale Mechanicznym-Technolo gicznym. Cały przewód zajął mi w sumie trzy lata. Wielu naukowców bardzo długo pracuje nad uzyskaniem habilitacji. Panu udało się to niemal z marszu już w kilka lat po obronieniu doktoratu. Zgadza się. Sekret tkwi w tym, że ja nie zacząłem zajmować się habilitacją po obronieniu doktoratu, ale prowadziłem moje badania habilitacyjne równolegle z doktorskimi. Cały proces zaczął się więc już w roku 2009. W sumie habilitacja kosztowała mnie więc około siedmiu lat intensywnej pracy . Bodźcem, który skłonił mnie, żeby ruszyć z tymi badaniami był projekt z Narodowego Centrum Nauki, który udało mi się pozyskać. To był bezcenny zastrzyk finansowy, który bardzo przyspieszył te badania. Oczywiście kosztowało mnie to wiele wysiłku i poświęceń, żeby wszystko dopiąć w taki sposób, jak to wygląda obecnie i żeby sprostać niełatwym wymaganiom, które są stawiane teraz p rzez ustawę o stopniach i tytułach. Najważniejsze jednak, że się udało

i to z bardzo pozytywnym wynikiem. W efekcie dwa lata temu szczęśliwie zakończyłem postępowanie habilitacyjne nadaniem stopnia doktora habilitowanego, a od marca tego roku zostałem zatrudniony na stanowisku profesora nadzwyczajnego. Mamy tu przed sobą kilka płytek tego supernowoczesnego materiału polime rowego, który niedawno Pan zgłosił Pan do ochrony patentowej. Ile to jest pracy i wysiłku, żeby powstało coś takiego? Coś co jest nowe, przełomowe, czego nikt inny wcześniej nie dokonał. Rozgłos medialny wokół tego projektu zaczął się jakieś dwa lata temu. Natomiast pracujemy intensywnie nad tym materiałem już od około czterech lat. Pomysł zrodził się w sumie zupełnym przypadkiem z bliskiej współpracy, jaką prowadzę z zespołem naukowców z Wydziału Chemicznego. Prowadziliśmy wtedy zupełnie inne badania, ale w ich toku pojawiła się koncepcja wykorzystania tzw. teorii perkolacji - to teoria, dzięki której bada się pewne właściwości skokowe - w tym konkretnym przypadku naszym przysłowiowym orzechem do zgryzienia było zmieszanie ze sobą polimerów, z których jeden przewodzi prąd, a drugi nie. Pierwszy z nich cechował się jednak dosyć słabymi właściwościami mechanicznymi, natomi ast ten nieprzewodzący był materiałem znacznie bardziej wytrzymałym. Obliczenia w ramach tej teorii pozwoliły nam uzyskać najwłaściwszy stosunek udziałów obu materiałów w taki sposób, żeby powstały z ich połączenia wynikowy materiał jednocześnie przewodził prąd i był wytrzymały. Czyli, żeby dzięki odpowiedniej koncentracji materiału przewodzącego w nieporzewodzącym powstały ścieżki przewodzenia umożliwiające swobodny przepływ prądu w takim materiale. Początkowo to były prace czysto teoretyczne skupiające się na modelowaniu zjawisk perkolacyjnych, do czego wykorzystywaliśmy superkomputery w Cyfronecie na Akademii Górniczo-Hutniczej. Nasze obliczenia musieliśmy przenieść do Krakowa z uwagi na to, że do ich realizacji potrzebowaliśmy naprawdę dużych mocy obliczeniowych. Jak to się stało, że teoria zmieniła się w praktykę? Udało mi się zdobyć program stażowy z Fundacji Nauki Polskiej, dzięki któremu trafiłem na Uniwersytet w Porto. Odbyłem tam staż, którego celem było głównie pod niesienie moich kompetencji miękkich, ale przy okazji z moim mentorem realizowałem


18 / MAGAZYN EIMPERIUM

zagadnienie naukowe. Tak się złożyło, że mój mentor był bardzo mocno związany z zagadnieniami lotnictwa i przemysłu aerokomsicznego, więc gdzieś podczas naszych dyskusji wykiełkował pomysł na taki właśnie materiał, któr y będzie chronić przed wyładowaniami atmosferycznymi minimalizując uszkodzenia spowodowane przez uderzenie pioruna. Po powrocie do Polski postanowiłem natomiast starać się o grant, który umożliwiłby kontynuację prac. Był to relatywnie mały projekt również z Fundacji Nauki Polskiej. Aplikacja miała tutaj formę konkursu, którego regulamin wymagał ode mnie przygotowania prezentacji na temat projektu interdyscyplinarnego, a następnie przedstawienia jej przed kapitułą konkursu. Miałem zaledwie pięć minut na to, żeby zarazić moim pomysłem jurorów zasiadających w kapitule i to mi się udało. Ostatecznie zająłem w tym konkursie trzecie miejsce, dzięki czemu uzyskałem roczne finansowanie moich dalszych badań. Wielkich pieniędzy z tego nie było, ale uważam, że był to przełomowy grant, który dał nam kolejny impuls do dalszych badań. Mogliśmy w końcu wejść do laboratorium i nasze teoretyczne symulacje wypróbować w praktyce. Efekty tych prac możemy już obecnie namacal nie dotknąć. To ta czarna płytka, którą trzymam w ręku. Dzięki środkom z projektu zakupiliśmy między innymi nie zbędne odczynniki, dzięki którym możliwe stało się zsyntezowanie polimeru, który stanowi osnowę tego kompozytu. Polimer, który ma zdolność przewodzenia prądu elektrycznego na bardzo dobrym poziomie porównywalnym z możliwościami półprzewodników. Następnie już własnym sumptem dalej rozwijaliśmy ten polimer do formy kompozytu poprzez dodanie do nie go tkaniny węglowej, mającej na celu nadać mu właściwą sztywność i trwałość. Przeprowadziliśmy również próby piorunowe. Jak widać po tych płytkach, które mamy przed sobą, uszkod zenia wywołane aplikowanymi przez nas w laboratorium sztucznymi piorunami nie są zbyt rozległe. W kilku miejscach materiał odparował, ale jeśli przyjmiemy, że normalnie temperatura w miejscu uderzenia pioruna wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy stopni, to nie mo że to szczególnie dziwić. Natomiast dzięki temu, że nasz materiał nie działa jak izolator, ale odbiera ładunek elektryczny, ta temperatura jest znacznie niższa. Z naszych obliczeń wynika, że strumień cieplny w tej sytuacji jest mniejszy o trzy rzędy wartości. W efekcie pior un nie jest w stanie przebić tej struktury na wylot, co ma w lotnictwie kluczowe znaczenie . Najgorszy efekt uderzenia pioruna to bowiem uziemienie maszyny i wymuszenie przeprowadzenia naprawy, co jest nie tylko kosztowne, ale powoduje też, że samolot, który nie lata przynosi dalsze straty. Nieco upraszczając, mamy tutaj do czynienia z p lastikiem. Plastik co do zasady nie przewodzi


P R O F . A N D R Z E J K A T U N I N / 19

prądu, więc już w tym momencie ten polimer, o którym rozmawiamy jest unikalny. A jak wyglą da sytuacja z jego wytrzymałością? Czy ona była testowana? Wytrzymałość tego elementu jest bardzo wysoka, porównywalna do kompozytów konstrukcyjnych obecnie stosowanych w lotnictwie. Badaliśmy to w laboratorium i wyniki były nawet kilkunastokrotnie lepsze, niż w przypadku tradycyjnego materiału, jakim jest stal i to przy dużo niższej masie. Nie samymi materiałami człowiek jednak żyje. A Pana pasją, taką nieco poboczną, jest również matematyka. Zgadza się. Nawet nie do końca sama matematyka co jej dość specyficzny, żeby nie powiedzieć, że egzotyczny dział jakim jest geometria fraktalna. Nawet sami matematycy często dość niechętnie zaliczają ten dział do swojej dziedziny. Jako pojęcie geometria fraktalna rozwinęła się zresztą całkiem niedawno, bo niespełna 40 lat temu za sprawą uczonego z Francji, polskiego pochodzenia, Benoit Mandelbrota, który jako pierwszy zdefiniował termin fraktal. Dla mnie osobiście fraktale to rodzaj gimnastyki dla umysłu. Są to niezwykle ciekawe zagadnienia, często bardzo skomplikowane i mocno teoretyczne. Jest to więc dla mnie taka odskocznia od codziennej pracy w laboratorium, od rzeczy bardzo namacalnych i dużo bardziej rzeczywistych. Mimo swojej teoretyczności, fraktale - czyli takie niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju formy mają też swoje zastosowanie praktyczne. Oczywiście. Dlatego też stale próbuję łączyć obie dziedziny moich zainteresowań. Fraktale oprócz t ego, że są piękne mają też zastosowanie w bardzo wielu dziedzinach nauki i techniki. Osobiście wykorzystuje je w zagadnieniach badań nieniszczących. Istnieje bowiem pojęcie wymiaru fraktalnego, dzięki któremu możliwe jest wykrywanie uszkodzeń w materiałach kompozytowych. Odbywa się to w ten sposób, że badając strukturę, która jest w jakiś sposób uszkodzona - nawet jeśli jest to uszkodzenie niewidoczne, podpowierzchniowe - wykorzystując bardzo precyzyjną aparaturę do pomiaru drgań na przykład wibrometr laserowy jesteśmy w stanie uzyskać charakterystyczne postacie drgań takiego elementu. Następny element badań polega na analizowaniu rezonansów, w jaki wchodzi pobudzana w ten sposób struktura. Wiedząc w jaki sposób wygina się ten element, przy zastosowaniu wyrafinowanego aparatu matematycznego, jesteśmy w stanie odszukać takie uszkodzenie w postaci własnej drgań. Właśnie tego typu kwestie były przedmiotem mojej habilitacji, chociaż wtedy stosowałem do badań nieco inne narzędzia.


20 / MAGAZYN EIMPERIUM

Jakie jeszcze zastosowania mają frak tale? Zastosowania geometrii fraktaln ej wykraczają daleko poza inżynierię materiałową. Można ją stosować również w innych naukach: od biologii molekularnej, poprzez chemię - tutaj mamy niezwyk le ciekawe zagadnienie rozrostu dendrytów, które tworzą char akterystyczny wzór będący fraktalem, a kończąc na takich “odlo towyc h” zagadnieniach, jak kosmos - astronomowie również próbują opisywać to, co obserwują językiem geometrii fraktalnej. Możemy mówić między innymi o fraktalnej teorii wszechświata, która zakład a, że cały wszechś wiat jest jednym, wielkim f raktalem. Nawet teoria perkolac ji, o której już mówiliśmy, ma wiele wspólnego z geometrią fraktalną. Tzw. klaster perkolacyjny, czyli zbiór ścieżek przewodzenia w materiale również ma właściwości fraktalne. Mamy często w głowie obraz naukow ca ja ko kogoś, kto skupia się tylko na badaniach, niechętnie wychodzi z laboratorium, zajęcia dydaktyczne ze studentami prowadzi bardziej z obow iązku, zresztą i tak nie umie dobrze przekazać swojej wiedzy, bo posługu je się bardzo hermetycznym językiem. Pan jest zupełnym przeciwieństwem tego stereotypu. Często można spot kać Pana podczas wydarzeń służących popularyzacji nauki. Widać, że przeka zywanie wiedzy również jest Pana pas ją. Jeśli c hodzi o coś, co można nazwać popularyzacją nauki, to zawsze widziałem w ty m dla siebie pewną przyjemność, ale również praktykę. Dzięki wydarzeniom popular-

nonaukowym, nawet tak specyficznym, jak wykłady dla dzieci w ramach Uniwersytetów Dziecięcych, które prowadzę od kilku lat, nie tylko czuję satysfakcję, ale też uczę się opowiadać o moich badaniach, często bardzo skomplikowanych, prostym i przystępnym językiem. Szczególnie dzieci stanowią tutaj bardzo duże wyzwanie. O ile bowiem studenci akademiccy muszą mnie słuchać, bo od tego zależy ich wiedza oraz szansa na zaliczenie, o tyle o uwagę dzieci, często kilkulatków, to ja muszę specjalnie zabiegać. Takie wykłady muszą być więc bardzo interaktywne, przewidywać jakieś zjawiskowe symulacje oraz być opowiadane łatwo przyswajalnym językiem, żeby dziecko nie tylko wysłuchało wykładu, ale też zrozumiało sens zagadnień, o których jest mowa. Oczywiście zawsze jest też wówczas mnóstwo pytań, często bardzo zaskakujących. Nie brakuje również kuriozalnych sytuacji. Podczas jednego z moich sztandarowych wykładów na temat czarnych dziur opowiadałem na przykład, że za pięć miliardów lat nasze słońce może przekształcić się w czerwonego olbrzyma i pochłonąć Ziemię. Wywołało


P R O F . A N D R Z E J K A T U N I N / 21

to płacz i przerażenie jednej z dziewczynek, która nie do końca zdawała sobie sprawę, ile to jest pięć miliardów lat. Trze ba było ją następnie uspokajać, bo bardzo ją zmartwiła ta przedstawiona przeze mnie perspektywa. Jak się pracuje z dziećmi? Czy łatwo jest im te skomplikowane teorie opow iedzieć w taki sposób, żeby zrozumiały o co w nich chodzi? Wiadomo, że postrze ganie świata przez dzieci jest inne, niż przez osoby dorosłe. Wyjaśnianie im ta kich bardziej abstrakcyjnych pojęć, jak na przykład istnienie kosmosu wydaje się być zadaniem skrajnie trudnym. Dzisiejsze młode pokolenie - mówię tu o obecnych kilku- czy kilkunastolatkach - to już nie są te same dzieci, co kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Oni są wychowani na takich portalach jak YouTube i na kanałach w rodzaju Discovery, więc gdy przychodzą na mój wykład to mają już pewną wiedzę na omawiany przeze mnie temat. Dwulatek, który często jeszcze poprawnie nie mówi, ale już potrafi obs łużyć smartfon czy tab-

let ma dostęp do niebywałej bazy wiedzy. Gdy jest starszy potrafi nie tylko z tej bazy czerpać, ale wyrabiać sobie własne zdanie na temat zagadnień naukowych. Dla mnie to również bywa zaskakujące, gdy prowadząc moje wykłady i zadając dzieciom pytania otrzymuję często bardzo dojrzałe odpowiedzi. Jestem wręcz zszokowany, ile te dzieci wiedzą i z jakimi pojęciami są zaznajomione. Zagadnienia, o których opowiadam nie są więc proste, ale jednocześnie trafiają na bardzo podatny grunt, przygotowany zawczasu właśnie dzięki powszechnie dostępnym programom popularnonaukowym. A warto zauważyć, że powstają też specjalne centra popularyzacyjne - sztandarowym przykładem jest tutaj Centrum Nauki “Kopernik” w Warszawie - które też odgrywają swoją rolę w przekazywaniu wiedzy naukowej najmłodszym. A i sama popularyzacja wiedzy jest dziś obecnie w Polsce czymś modnym, więc również rodzice pilnują tego, żeby ich dzieci miały z nauką styczność od najmłodszych lat. Dzięki temu również mnie jest później dużo łatwiej przekazywać młodym słuchaczom kolejne porcje wiedzy.


22 / MAGAZYN EIMPERIUM

Detektyw Historii

DETEKTYW

HISTORII

NA GLIWICKIM BRUKU - ULICE TEKST i zdjęciea: MARIAN JABŁOŃSKI

W

okresie rewolucji przemysłowej Gliwice szybko się rozwijały. Fabryki i kolejne dzielnice mieszkaniowe na ówczesnych obrzeżach rosły jak na przysłowiowych drożdżach. Łączono je z centrum miasta drogami, bardzo szybko przekształcanymi ze zwykłych gruntowych w ulice brukowane. Z biegiem czasu wszystkie ulice centrum miasta i poszczególnych dzielnic otrzymały taką nawierzchnię. Uważnie przeglądając stare pocztówki można dostrzec właśnie ten dawny bruk, nazwany potocznie potem „kocimi łbami”.


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 23

N

ajlepszym materiałem na miejski bruk okazał się granit, niezwykle wytrzymały na ścieranie i warunki atmosferyczne. Granit jest zwykłą skałą magmową występującą we wszystkich okresach geologicznych Ziemi i na wszystkich kontynentach. Nazwa pochodzi z języka włoskiego – granito oraz z łaciny od słowa granum – ziarno. Odznacza się łatwością łupania w trzech prostopadłych kierunkach, co ułatwia produkcję kostki brukowej i np. krawężników ulicznych. W Polsce obecnie granity eksploatowane są głównie w rejonie Dolnego Śląska (Strzelin, Strzegom, Kamienna Góra), natomiast w przeszłości wszystkie granity były wydobywane w niewielkich lokalnych kamieniołomach. Poszczególne „duże” kostki bruku o wymiarze standardowym ok. 20x20x20 cm ważą przeciętnie 12 kg, na metr kwadratowy drogi trzeba ich 25 sztuk co daje sumaryczną wagę 300 kg. Przeciętnie ulica ma 6 m szerokości, więc z prostych rachunków wynika że na ułożenie 100 m potrzeba 180 ton budulca. To ciężar tylko krótkiego odcinka drogi, a miasto ma ich w sumie kilkadziesiąt km, więc dawni

kamieniarze, woźnice i brukarze mieli co robić. Kostki były łupane i obrabiane tak, by w przekroju stawały się klinem, skutecznie blokującym ich niepożądane osiadanie w podłożu. Wiele ulic, zwłaszcza tych o mniejszym ruchu kołowym wyłożono drobniejszą kostką o wymiarze 10x10x10 cm, co pozwalało prawie o połowę zmniejszyć wagę transportu kostek z kamieniołomów. Przy okazji, zmniejszeniu uległ hałas dobiegający z tak wykonanej ulicy. Turkotanie wozów jadących po dużej kostce jest bowiem nieporównywalnie większe niż po tej drobniejszej. Dla wyciszenia ulic ówczesny magistrat gliwicki zdecydował nawet na doświadczalne wyłożenie fragmentu dzisiejszej ulicy Sobieskiego, przed szkołą, kostką drewnianą. Pamiętać to powinni starsi mieszkańcy tej ulicy, bo drewniana kostka drogowa przetrwała tam do początków lat 50. XX wieku. Nie wiadomo dokładnie kiedy zaczęła się era asfaltu w mieście. Beztrosko zalewano


24 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 25

nim granitową kostkę brukową, ufając że takie podłoże jest mocne i odpowiednie. Tymczasem pod sztywnym, zwłaszcza zimą asfaltem, poszczególne kostki „klawiszowały” pod kołami pojazdów, asfalt pękał i odpadał całymi płatami. Corocznie po zimie możemy zaobserwować jeszcze do dziś na naszych niektórych ulicach śliczną kostkę brukową, wyglądającą ciekawie przez dziury w asfalcie na ten świat. Wypolerowana oponami aż się prosi by ją zostawić w spokoju. Przynajmniej na ulicach nieprzelotowych miasta, gdzie oryginalny stary granitowy bruk przystoi XIX-wiecznym kamienicom. Także chodniki dla pieszych wykonane z granitu wytrzymały przecież wiele dziesiątków lat. Prezentujemy pierwszą część galerii zdjęć sprzed 10 lat, pokazujących ówczesne gli-

wickie brukowane ulice. To już teraz zdjęcia archiwalne, bo cały obszar na przykład Starego Miasta wyłożono nowym granitem, a stare wypolerowane oponami kamienie powędrowały na plac magazynowy. Zagadką do rozwiązania przez naszych czytelników niech będzie archiwalne zdjęcie z początku XX wieku (publikujemy je na stronie obok) pokazujące roboty brukarskie na jednej z głównych ulic miasta. Kto rozpozna to miejsce? Granit przybiera różne barwy, najczęściej szare, jasnoszare, niekiedy prawie białe, białoróżowe, zielone, czerwone, ciemnoszare i inne. W kolejnym opracowaniu o gliwickim bruku zaprezentujemy dawne kamienne chodniki naszego miasta oraz kolorowe kamienne kostki brukowe z geologicznej kolekcji autora.


26 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 27


28 / MAGAZYN EIMPERIUM

ZDJĘCIA: ŁUKASZ TRUSZ TEKST: ŁUKASZ TRUSZ


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 29

PODRÓŻNIK GLIWICKI

DISNE YL AND

po turecku K

tóż z nas w dzieciństwie nie marzył o latającym dywanie lub magicznej lampie Alladyna? Możliwość niczym nieskrępowanego latania i zdobywania przestworzy siedząc na miękkim, wygodnym, bogato zdobionym i ręcznie utkanym dywanie była iście kuszącym, dziecięcym „Złotym Graalem”. Również lampa, z której po jej potarciu do tej pory w zagadkowy sposób wydostawał się potężny i spełniający życzenia dżin była wielce przez nas pożądana. Jestem przekonany, że nie jeden z nas choć raz próbował pocierać czajnik albo dzbanek z nadzieją, że wyleci z niego coś więcej niż tylko kilka kropel herbaty. A sam dywan? No cóż, w tej kwestii chyba jedyne latające dywany to były te, które w bajeczny i zniewalający sposób zdobiły ściany w mieszkaniach naszych dziadków. W tamtych czasach zapewne taka ozdoba stanowiła o szyku i klasie, a być może nawet zamożności właściciela. Jak mówi bowiem stare tureckie przysłowie „jaki kraj taki latający dywan”. No dobra, nie ma takiego przysłowia, ale przyznacie, że akurat Turcy do tego by pasowali. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak zabrać Was dziś do krainy rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Lecimy do Turcji. Choć w sumie Rumunia pod względem dywanów też pasowałaby do dzisiejszej opowieści, ale zostawmy to na inny raz. Tak więc zmierzamy do miasta o nazwie Kadriye. Położone około 35 kilometrów od Antalyi nad samym Morzem Śródziemnym. Z tego co wiem, to Antalya jest bardzo popularnym ośrodkiem wypoczynkowym, więc być może ktoś z Was był w okolicy

podczas wczasów na riwierze tureckiej. Tak czy inaczej nasz cel podróży położony jest nieopodal tej właśnie miejscowości. O samym Kadriye niewiele można poczytać w sieci, bo skoro nawet Wikipedia w języku tureckim nie podaje żadnych informacji, to już nie wiem gdzie można by coś znaleźć na temat tego miasta. To tak pół żartem, pół serio. Może Wikipedia nie jest wyrocznią i jedynym źródłem wiedzy, ale zdecydowanie jest jednym z najczęściej przeglądanych. Swoją drogą całkiem niedawno rząd turecki zablokował dostęp do Wikipedii, ponieważ umieszczano na niej informacje, które były – że tak to ujmę – niekorzystne wizerunkowo dla władz. Głównymi atrakcjami w Kadriye są pola golfowe, teoretycznie stary targ, o którym jeszcze sobie poczytamy, a także Kraina Legend, czyli The Land of Legends. Jeśli byłbym dzieckiem to zdecydowanie chciałbym tu zamieszkać i myślę, że spełniłbym większość swoich zachcianek. Śmiało można to porównać do Disneylandu połączonego z weneckimi kanałami, po których możemy pływać łódkami oraz przebogatego aquaparku, gdzie poza zjeżdżalniami możemy wziąć udział w pokazach z delfinami, żółwiami i rekinami. Jakby tego było mało to znajdziemy tu również pasaż z butikami z tzw. wyższej półki, a co jakiś czas organizowane są również koncerty gwiazd światowego formatu. Jeśli ktoś od nadmiaru tego bogactwa miałby natomiast potrzebę odpocząć i zmrużyć na chwilę oko, to może skorzystać z jednego z trzech hoteli położonych na terenie parku.


30 / MAGAZYN EIMPERIUM

Generalnie wstęp i dostęp do atrakcji jest płatny, ale jest pewna strefa darmowa, którą warto odwiedzić. Gdy przekroczymy bajkowe wrota i bramki niczym na lotnisku, naszym oczom ukaże się ogromny pałac podświetlony kolorami tęczy. Natomiast po prawej stronie będzie wodna przystań z łódeczkami i knajpkami, w których możemy nakarmić nasze spragnione kubki smakowe. Idąc dalej napotkamy pomnik dwóch syrenek. Trzeba przyznać, że z pewnej odległości wygląda majestatycznie, dlatego gdy podejdziemy bliżej proponuję nie pukać w niego i nie sprawdzać z czego jest zrobiony. Wtedy być może czar nie pryśnie. Następnie znajdujemy się pod pałacem, przy którym jest również scena na różnego rodzaju imprezy. Nieco dalej dostrzegamy rydwan i jeźdźców na koniach brodzących w wodzie, a także oświetlony wodny kanał, którego nie sposób ogarnąć w całości wzrokiem. Będąc tu wieczorem wszystko się mieni, błyszczy i nas czaruje. Jeśli zdążymy to pod wieczór wypuszczane są tysiące baniek mydlanych wraz z towarzyszącym im pokazem świateł. Cóż, jak się bawić to z rozmachem! Na tym lista darmowych atrakcji niestety się kończy. Już nawet ta oferta zapiera jednak dech w piersiach. Zatem cóż zrobić aby ochłonąć? Najlepiej coś zjeść i wypić lokalny napar, czyli turecką herbatę.

W tym celu najlepiej udać się do miejsca hucznie nazwanego „Kadriye Old Town Turkish Bazaar”, czyli turecki bazar na starym mieście. I tu właśnie pojawia się zagwozdka. Ani to wielki bazar, ani stare miasto. Zabawny widok robotników stawiających styropianowe niemalże greckie kolumny w losowych miejscach miasta z jeszcze nie do końca przeschniętą farbą. Z daleka może widok ładny choć nie wiem czy pasujący do miasta, ale z bliska to już niestety trochę ocieka kiczem i tandetą. Zresztą nie od dziś tureckie targi znane są z podrobionych ubrań, zegarków i złota, więc jaki problem podrobić sobie stare miasto i zrobić je od nowa. Nie umniejszam im oczywiście jakości, ponieważ wśród wszelkiego badziewia, za które jako cena wywoławcza życzą sobie horrendalne sumy, możemy jak najbardziej znaleźć coś godnego uwagi i faktycznie kupić w dobrej cenie. Jednak całość należy traktować z przymrużeniem oka i nie nastawiać się z góry na wydanie wszystkich pieniędzy w pierwszym napotkanym butiku. Swoją drogą przemysł podróbkowy osiągnął tutaj mistrzowski poziom, bo to już nie są wyłącznie podwórkowe stoiska, ale wręcz całe eleganckie salony z ekspozycjami. Ekskluzywne zegarki, które u nas kosztują nawet kilkadziesiąt tysięcy


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 31

złotych, tam na początku zaczynały się od 80 euro, a przy zakupie dwóch to już była taka promocja, że żal było nie kupić. No i oczywiście dwuletnia gwarancja, jak na szanującą się firmę przystało. Choć wcale nie ma gwarancji, że nawet za tydzień ten butik jeszcze nadal będzie tutaj stał. Także, takie to właśnie tureckie klimaty. W sumie mają coś w sobie baśniowego, bo możemy znaleźć rzeczy, o których nawet nam się nie śniło. Całkiem serio mogę za to polecić gastronomiczną stronę tego miejsca. Możemy zakupić wiele lokalnych smaczków, nie wspominając już o niemalże kultowych i niezwykle aromatycznych tureckich przyprawach. Jednak również w tej kwestii należy odwiedzić co najmniej kilka stoisk, gdyż można naprawdę słono przepłacić. Moją zdobyczą numer jeden była jadalna, jak sądzę, bawełna, której wcześniej nie spotkałem nigdzie do kupienia. Przypomina nieco watę cukrową, też należy ją stopniowo odrywać, jedynie jest nieco gęstsza i ciągnie się w niewielkich paskach. Polecam tego spróbować jeśli tylko nadarzy się Wam okazja. Herbata to również klasyk, więc jeśli ktoś lubi, to warto się napić zwłaszcza, że kosztuje przysłowiowe grosze.

To co na pewno Turcy i Polacy mają ze sobą wspólnego to wielką miłość do ucztowania i biesiadowania. Tak więc gdy tylko zasiądziemy do stołu i wybierzemy to, co nas interesuje, to na początku zostaniemy obstawieni licznymi przystawkami – od sałatek z cebuli, papryki po jakieś lokalne przysmaki prosto z pieca. Z ręką na sercu przyznaję, że niebo w gębie. Żyć nie umierać i co tam jeszcze można by pod tym napisać? Samymi przystawkami można się już sowicie zapełnić. W menu królują oczywiście mięsa. Pieczołowicie przyrządzone, często pieczone w piecach opalanych drewnem i niesamowicie aromatyczne. Mięso delikatne, że aż się rozpływa w ustach. Oczywiście także wegetarianie mogą znaleźć tutaj coś dla siebie – od naprawdę dobrych zup, po różne grillowane warzywa. Nie mogę zapewnić, że taki serwis jest zawsze i wszędzie w Turcji, jednak będąc w Kadriye za każdym razem byłem równie mile zaskoczony. Na deser możemy jeszcze zaserwować sobie turecką sziszę, czyli tak zwaną fajkę wodną, choć przyznaję, że ja akurat nie skusiłem się na tego rodzaju rarytas, mimo że kiedyś byłem wielkim fanem tego wynalazku. Żeby jednak nie było tak całkiem kolorowo, wrócę jeszcze na chwilę na


32 / MAGAZYN EIMPERIUM


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 33


34 / MAGAZYN EIMPERIUM

nasze targowiska. Wszystko świetnie wygląda dopóki po uliczkach przechadzają się turyści z Zachodu z grubymi Łukasz Trusz. portfelami i chęcią wydania Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronniezłej sumki na oryginalne, ik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą lokalne wyroby. W końcu to odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlesławetny turecki stary bazar! kiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować Trąbią nawet o tym bilbordy, i oglądać filmy. Póki co odwiedził trzy kontynengdy przejeżdżamy po okolicy, ty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie). więc ciężko w to nie uwierzyć. Niby fajnie, ale wszystko wydaje się być robione na pokaz, więc nie poczujemy klimatu prawdziwego targowiska, na którym targują się lokalni bywalcy. Natomiast wystarczy przejść kawałeczek dalej i zobaczymy, że zaraz za sklepikami są rozwalające się budynki, stare samochody, kury biegające po trawie i tylko jeszcze bieda tu nie piszczy. Cały czar miejsca trochę pryska, ponieważ nie jest już tak kolorowo. Niemniej jednak nie powinno nas to zniechęcać do odwiedzenia tego miejsca. Widać taki ma urok i pewnie tak funkcjonuje od wielu lat. Warto odnaleźć uliczkę z podwieszonymi kolorowymi parasolami, gdyż ma iście bajeczny klimat. Być może nie spotkamy Dżina, ani nie polatamy na dywanie, ale z pewnością możemy zjeść na nim doskonałą ucztę i wypić czaj. Siedząc na dworze w cieniu drzewa, gdy w słońcu temperatura osiąga ponad 40 stopni, a dookoła nas roznosi się orientalny zapach można się trochę oderwać od naszej codzienności i zanurzyć w nieco innej. Właściwie nawet jeśli atmosfera starego miasta i targu wydaje się nieco sztuczna, to jednak ludzie są prawdziwi, a to oni są najważniejsi w każdej podróży. Tym miłym akcentem dziękuję Wam za kolejną podróż i zachęcam do zaparzenia gorącej herbaty. W końcu już za naszymi oknami jesień!


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 35


36 / MAGAZYN EIMPERIUM


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 37


38 / MAGAZYN EIMPERIUM

fotostory ***

SZUKAJĄC PLENERU TEKST I ZDJĘCIA: PAWEŁ LEBIEDZIŃSKI

Czysto

amatorsko

czy

profesjonalnie?

Na

Instagram

czy

Facebooka? Do albumu rodzinnego czy na ścianę? Nie ważne w jakim celu robisz zdjęcia, jaki masz sprzęt i jakie umiejętności. Ważne, gdzie te zdjęcia zrobić. Jesteś z Gliwic lub okolic? Wystarczy, że weźmiesz swój telefon albo aparat i pójdziesz w jedno z tych siedmiu miejsc, które polecam z własnego doświadczenia.


F O T O S T O R Y / 39

FOTOSTORY

1

Hałdy pokopalniane w Nowych Gliwicach Jest to moje ulubione miejsce do robienia sesji fotograficznych. Hałdy pokopalniane świetnie udają góry, sprawdzają się też jako mroczna sceneria oraz świetnie wyglądają na zwykłych selfie. Jednym minusem jest fakt, że są one na bieżąco usuwane, więc trzeba się spieszyć, bo niedługo nie będzie po nich śladu.


40 / MAGAZYN EIMPERIUM

2

Plac Krakowski Bardzo popularne miejsce, w którym odbywają się gliwickie imprezy masowe . Stare trybuny oraz wieżowiec, który stoi po prawej stronie placu, robią świetny klimat rodem z lat 80. i 90. Znajduje się tam też wyremontowany skatepark, który również może fajnie zagrać na zdjęciu.


3

F O T O S T O R Y / 41

Boiska i "Orliki" W Gliwicach aktualnie większość boisk przyszkolnych jest po remoncie. Ich nawierzchnia jest bardzo kolorowa, dzięki czemu świetnie nadaje się jako tło do zdjęć. Na przykładowej fotografii znajduje się boisko przy Zespole Szkół Samochodowych.


42 / MAGAZYN EIMPERIUM

4

Giełda Towarowa przy ul. Toruńskiej Giełda znajduje się obok lotniska w Gliwicach. Jest to miejsce ze specyficznym, lekko przemysłowym klimatem, w którym zdjęcia zawsze wychodzą zjawiskowo. Samo lotnisko jest również dobrym plenerem do robienia zdjęć ze względu na otwartą przestrzeń oraz tereny zielone dookoła.


F O T O S T O R Y / 43

5

Pola za lotniskiem Także pola za lotniskiem to przepiękne miejsce, które o każdej porze roku wspaniale prezentuje się na zdjęciach. Ważna jest jednak odpowiednia stylizacja, tak aby zdjęcia nie wyglądały tanio i bardzo amatorsko.


44 / MAGAZYN EIMPERIUM

6

Wilcze doły, czyli pola za Sikornikiem Pola za Sikornikiem są bardzo wyjątkowe. Płynie tam niewielki strumyk, a teren jest bardzo zróżnicowany pod względem roślinności. Często można spotkać tam też sporo zwierząt tj. dziki, sarny czy lisy. Jeśli słońce nie jest bardzo mocne zdjęcia na Wilczych Dołach zawsze wyjdą świetnie.


7

F O T O S T O R Y / 45

Plac przy Piwnej, czyli dawny teren Focusa Wielki plac, na którym miało powstać centrum handlowe, a

pozostała

tylko

betonowa

wylewka.

Nie

ma

co

płakać

z tego powodu, ponieważ jeśli chcesz zrobić piękne zdjęcia grunge’owe, to miejsce to jest idealne. Szara przestrzeń na zdjęciu nadaje zdjęciom minimalistycznego szlifu i będzie świetnym tłem.


46 / MAGAZYN EIMPERIUM

WYPAD NA WEEKEND

CIESZYN

Do tej pory wraz z Podróżnikiem Gliwickim zabieraliśmy Was w dalekie strony. Nie każdy ma jednak czas i możliwość dalekiego wyjazdu. Dlatego od tego numeru rozpoczynamy nowy cykl poświęcony krótkim, weekendowym albo kilkudniowym wypadom. Pokażemy Wam, że wcale nie trzeba jechać daleko, żeby spędzić czas w wyjątkowym miejscu. Nie będę pisał dużo. Być może więcej opowiem zdjęciami. Mam nadzieję, że wyprawy przypadną Wam do gustu. Zaczynamy od miejsca dla mnie szczególnego. Z Cieszyna pochodzi część mojej rodziny, więc jest to miasto, do którego zawsze chętnie wracam. Kiedyś stolica wielkiego księstwa, dziś raczej senne miasteczko przy granicy. Warto je jednak odwiedzić z co najmniej kilku

powodów. Pierwszy z nich ujawnia nam się, gdy tylko przekroczymy jego rogatki. Zanim jednak dojdę do sedna, najpierw krótki rys kontekstu. Cieszyn to około 35-tysięczne miasto powiatowe malowniczo rozłożone na kilku wzgórzach. Gdyby pokusić się o wykonanie przekroju ukształtowania terenu miasta z północy na południe otrzymalibyśmy coś w kształcie zbliżonym do litery M. Dwa dominujące wzniesienia to dzielnice Pastwiska i Podgórze, pomiędzy którymi w dolinie ulokowało się centrum miasta. Taki układ powoduje, że Cieszyn zwiedzać można na kilka sposobów. Podstawowy to oczywiście zagłębienie się w plątaninę ulic i uliczek. Można jednak również zatrzymać się na jednym ze wzniesień , a następnie podziwiać


W Y P A D N A W E E K E N D / 47

ZDJĘCIA: ANDRZEJ WAWRZYCZEK TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

wspaniałą panoramę miasta. Ale nie tylko miasta.

bazą wypadową na bardzo ciekawe wycieczki górskie o średnim poziomie trudności.

I teraz dochodzimy do sedna, które zapowiadałem dwa akapity temu. Gdy tylko wjedziemy do Cieszyna od północy, po minięciu niewielkiej, peryferyjnej dzielnicy jaką są Kalembice, od razu czeka nas stromy podjazd na wspomniane Pastwiska. Ze szczytu niewielkiej góry wznoszącej się na wysokość około 350 m n.p.m. - jeśli tylko dopisze nam dobra widoczność - ujrzymy nie tylko samo miasto, ale również bajeczną panoramę czeskich Beskidów z dominującym szczytem Łysej Góry liczącej sobie 1324 m n.p.m. Od jej podnóża dzieli nas zaledwie 30 km. Jeszcze bliżej mamy stąd do Ustronia i Wisły. Cieszyn - jeśli ktoś zdecyduje się na dłuższy pobyt w tym mieście - jest więc znakomitą

Jedną z wartych polecenia, mniej popularnych tras jest czarny szlak na Małą i Wielką Czantorię. Wycieczkę warto rozpocząć nieopodal zamku w Dzięgielowie to raptem 9 km od Cieszyna - dokąd bez trudu dojedziemy autobusem. Stamtąd w ciągu 3-4 godzin dotrzemy granią na szczyt jednej z najpopularniejszych gór Beskidu Śląskiego. Po drodze odwiedzić możemy również czeskie schronisko położone nieopodal szczytu przy trasie łączącej Małą i Wielką Czantorię. Wycieczkę zakończyć możemy zjeżdżając kolejką linową do UstroniaPolany, skąd również bez trudu złapiemy autobus powrotny do Cieszyna.


48 / MAGAZYN EIMPERIUM

Wróćmy jednak do samego Cieszyna. Miasto ma wielowiekową tradycję. Legenda głosi, że założyli je w 810 roku trzej bracia Bolko, Leszko i Cieszko, którzy po długiej wędrówce spotkali się przy bijącym niedaleko obecnego Rynku źródle. W miejscu ich spotkania do dziś usytuowana jest zresztą zabytkowa Studnia Trzech Braci. Warto przy niej przystanąć, żeby zapoznać się z całością legendy założycielskiej Cieszyna. Inne ważne dla historii miasta miejsce to Wzgórze Zamkowe górujące nad graniczną rzeką Olzą. Obecnie wzgórze zamienione jest na park, w którym zobaczyć można najstarszy cieszyński zabytek, czyli Rotundę pw. św. Mikołaja wybudowaną w stylu romańskim. Dawna zamkowa kaplica z XII wieku sławna stała się po denominacji polskiego pieniądza, pojawiła się bowiem na rewersie nowego banknotu dwudziestozłotowego. Nieopodal znajdziemy również inną pozostałość po nieistniejącym już zamku - gotycką Wieżę Piastowską. Z jej szczytu rozciąga się piękny widok na polską i czeską część miasta oraz dzielącą je rzekę, która meandrując omija wzgórza, na których rozlokowano miasto. Na samym wzgórzu zamkowym warto jeszcze zwrócić uwagę jeszcze na trzy obiekty: po pierwsze zabytkowy pałac Habsburgów, w którym obecnie mieści się szkoła muzyczna oraz przylegający do niego przebudowany budynek oranżerii - siedziba

Zamku Cieszyn, czyli instytucji kulturalnej specjalizującej się w zagadnieniach designu, która podczas swoich wystaw prezentuje nowoczesne wzornictwo i architekturę, a także tradycyjne rzemiosło w zupełnie nowym ujęciu. Na tyłach wzgórza, patrząc od strony centrum, od blisko 200 lat działa również Browar Zamkowy. Podczas wizyty w Cieszynie spróbować można więc lokalnego piwa, ale także zobaczyć, jak się je wytwarza. Zwiedzenia browaru dla osób indywidualnych możliwe jest w piątki i soboty. Opuszczając Wzgórze Zamkowe możemy do dalszego spaceru wybrać jedną z dwóch ulic: albo pnącą się w górę w kierunku Rynku ulice Głęboką - pełniącą rolę handlowej ulicy Cieszyna, albo ciągnącą się wzdłuż rzeki al. Łyska, z której po około stu metrach odbijamy w lewo w ulicę Przykopa. To jedno z najciekawszych miejsc w miejsce - tzw. Cieszyńska Wenecja. Malownicze kamieniczki ulokowane są tutaj nad brzegami kanału Młynówki, którego wody niegdyś zasilały miejscowy młyn. Budynek młyna, choć nie wytwarza się już w nim mąki, nadal pozostaje ważną częścią życia dzielnicy, dając schronienie instytucjom kulturalnym i artystycznym, takim jak świetlica Krytyki Politycznej czy pracownia ceramiczna Bogdana Kosaka. Ulica Przykopa to znakomite miejsce szczególnie na wieczorny spacer połączony z kolacją w jednej z tutejszych restauracji.


W Y P A D N A W E E K E N D / 49

Jeśli zdecydujemy się na spacer ulicą Głęboką, warto koniecznie zaglądać również w odchodzące od niej boczne uliczki, gdzie pochowane są największe cieszyńskiej skarby, na przykład wspomniana ju Studnia Trzech Braci. Zanim jednak dotrzemy do pierwszej przecznicy, warto zwrócić uwagę na Muzeum Drukarstwa. Wpisana do Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego instytucja prezentuje zabytkowe maszyny, które przed wiekami służyły ludziom do tworzenia publikacji, a także przybliża dzieje drukarstwa na Śląsku Cieszyńskim. A te są przebogate o czym przekonuje również wizyta w Książnicy Cieszyńskiej zlokalizowanej przy ulicy Menniczej, a więc tuż za rogiem. Ta wyjątkowa biblioteka sprawuje pieczę nad starodrukami, które powstały w Cieszynie w okresie od XVIII do XX wieku. Jednym z niedawnych odkryć pracowników Książnicy jest fakt, że słynna “Rota” Marii Konopnickiej po raz pierwszy ukazała się drukiem w “Gwiazdce Cieszyńskiej” 7 listopada 1908 roku. Poetka chętnie gościła bowiem na Śląsku Cieszyńskim i utrzymywała ożywione kontakty z tutejszymi działaczami polonijnymi. Również na ulicy Menniczej znajduje się secesyjny gmach Teatru im. Adama Mickiewicza z 1910 roku. Patrząc na ten budynek nikt nie powinien mieć wątpliwości, dlaczego Cieszyn bywa nazywany Małym Wiedniem. Utrzymany w eklektycznym stylu obiekt to bardzo wyrazista, choć wcale nie jedyna pamiątka po austro-węgierskiej przeszłości tych ziem. Urodę tego miejsca doceniali i wciąż doceniają filmowcy kręcący w tym miejscu swoje dzieła. W “Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy Cieszyn wraz z teatrem “grał” XIX wieczną Łódź, a stylowe wnętrza gmachu wykorzystali także twórcy serialu ,,Modrzejewska'' z Krystyna Janda w roli tytułowej. Skoro już spacerujemy Głęboką, warto być

ulicą może


50 / MAGAZYN EIMPERIUM

wspomnieć, że sto lat temu kursował nią tramwaj, łączący centrum miasta z dworcem kolejowym. Trasa uruchomionego w 1911 roku pojazdu zaczynała się na Wyższej Bramie, niedaleko kościoła ewangelickiego, a następnie prowadziła przez Rynek i most na Olzie na drugą stronę rzeki - biegła więc przez całe ówczesne miasto. Tym, co sprawiło, że cieszyński tramwaj zapisał się w annałach komunikacji i dlaczego warto o nim wspomnieć był natomiast fakt, że przewozy zakończyły się już w 1921 roku, a więc dokładnie dziesięć lat po otwarciu linii. Był to więc bodaj najkrócej działający system tramwajowy na świecie. Dlaczego?

z nim zachodnią część Cieszyna. Rok później nowa granica na Olzie została zatwierdzona umowami międzynarodowymi. Od tego momentu każdy tramwaj przejeżdżający przez most Przyjaźni (to jego dzisiejsza nazwa) musiał przechodzić kontrolę celną. W czasem stało się to męczące, więc linię tramwajową zamknięto. W tym czasie na potrzeby nowego cieszyńskiego dworca zaadaptowano już niewielki przystanek kolejowy zlokalizowany przy ulicy Hajduka. Pamiątką po ofiarach czechosłowackiej napaści jest natomiast pomnik bogini Nike ustawiony na kolumnie przy Wzgórzu Zamkowym.

Pierwsze lata po zakończeniu I Wojny Światowej to był burzliwy okres w dziejach Europy. Upadły trzy wielkie mocarstwa, a na ich gruzach rodziły się państwa narodowe nieobecne na mapach przez dziesiątki, a często nawet setki lat. Każdy chciał obciąć dla siebie możliwie dużo z europejskiego sukna. W czasie gdy Polska zajęta była między innymi wojną z Ukraina, Czechosłowacy niespodziewanie dokonali zbrojnej interwencji na naszych południowych granicach, zajmując w 1919 roku między innymi Zaolzie, a wraz

Gdy dotrzemy już na cieszyński Rynek naszą uwagę z pewnością przykuje Ratusz, bardzo ciekawe gmachy Poczty oraz Domu Narodowego, a także niezwykle bogata Kamienica pod Jeleniem. W centralnym punkcie placu zlokalizowana jest również zabytkowa fontanna, którą zdobi figura św. Floriana z 1777 roku. Sama fontanna jest jednak o około sto lat starsza. Nie warto jednak zwiedzania Cieszyna w tym miejscu kończyć. Dalej na południe rozciągają się bowiem kolejne warte uwagi kwartały. Wielowiekowa historia Cieszyna oraz fakt, że miasto


W Y P A D N A W E E K E N D / 51

omijały poważniejsze konflikty zbrojne sprawiły, że na mapie miasta zachowały się budynki z różnych okresów historycznych. Od wspomnianej romańskiej rotundy, poprzez gotycką wieżę czy klasycystyczny pałac, a na modernizmie kończąc. Bardzo ciekawa pod względem architektonicznym jest ulica Błogocka. Oddalona nieco od centrum miasta stanowiła od zawsze oazę ciszy i spokoju dla majętnych mieszkańców miasta. Stąd też zabudowa w tym miejscu nie ma już charakteru kamienicowego, ale willowy. Każdy z budynków jest jedyny w swoim rodzaju i zachwyca kunsztem wykonania oraz dbałością o detale. Już z samych tylko ogrodzeń cieszyńskich budynków można by stworzyć nie lada galerię. Jedną z perełek ulicy Błogockiej jest modernistyczny budynek schroniska młodzieżowego, w którym dawniej zlokalizowany był klub garnizonowy dla pobliskich koszar wojsk cesarskich, w których - w szczytowym okresie - stacjonowało nawet dwa tysiące żołnierzy. Obecnie dawne koszary wykorzystywane są głównie jako

budynki szkolne. W dawnym wojskowym szpitalu zorganizowano natomiast restaurację, a we wspomnianym klubie garnizonowym - schronisko. Łącznie na dawne koszary składały się 22 budynki, które dziś stanowią wartą uwagi dzielnicę miasta. Jeszcze dalej na południe, tuż za Wyższą Bramą, główna ulica biegnąca przez miasto znów zaczyna piąć się górę. Stromy podjazd kończy się dopiero na szczycie zwanym Banotówką. W latach 70. i 80. powstało na nim osiedle z wielkiej płyty - jedno z największych w Cieszynie. Warto tu jednak zawitać z zupełnie inne powodu. Z góry rozciąga się bowiem najpiękniejszy widok na całe Śródmieście. Z łatwością rozpoznacie z tego miejsca wszystkie charakterystyczne gmachy - zarówno te, o których napisałem, powyżej, jak i te, na których szersze opisanie brakło miejsca. Z tej drugiej kategorii wyróżnić można na pewno bogato zdobiony budynek Sądu Rejonowego wraz z rozległym Zakładem Karnym czy, dla odmiany, oszczędny z swojej stylistyce Kościół Jezusowy - największa ewangelicka świątynia w Polsce,


52 / MAGAZYN EIMPERIUM


W Y P A D N A W E E K E N D / 53

a także licea ogólnokształcące zlokalizowane przy placu Wolności (ulica boczna od Wyższej Bramy) czy też zdobioną masywną kopułą bramę cmentarza komunalnego przy ulicy Katowickiej. Warto właśnie w tym miejscu zakończyć wypad do Cieszyna, aby na dłużej zapisać w pamięci wspaniałą panoramę tego niezwykłego miasta, które choć dziś może wydawać się nieco senne, z chęcią odkrywa przed zwiedzającymi swoją niezwykłą, wielowiekową historię.


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 18

Magazyn eIMPERIUM nr 09/2017  
Magazyn eIMPERIUM nr 09/2017  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Advertisement