Page 1

NR 20 / MARZEC-KWIECIEŃ 2018

eimperium.pl

SEKRETARZ METROPOLII

MAREK PSZONAK DETEKTYW HISTORII

GLIWICKIE CEGIELNIE

WYPAD NA WEEKEND

MIASTECZKO ANIOŁÓW MUZYCZNY SPACER

KĄCIK AGNIESZKI

NIEBIAŃSKIE DIY

ERITH I KRZIKOPA


02 / MAGAZYN EIMPERIUM

Spis treści WYDARZYŁO SIĘ W GLIWICACH

06

MAREK PSZONAK12

KĄCIK AGNIESZKI

38

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

42

SZTRYKOWANIE NA EKRANIE

43

PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

45

IE

36

N

MUZYCZNY SPACER

A

28

PL

LANCKORONA

A

20

N

DETEKTYW HISTORII

ZD JĘ C YM TE LE D

YS

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.

W

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O. ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki Andrzej Wawrzyczek Annabella Conti

IO

Wydawca: Prezes: Redaktor naczelny: Sekretarz redakcji:


S P I S T R E Åš C I / 03

SK

U

ER

IT

H

,

FO

T.

D

A

M

IA

N

SZ

EW

A

S


04 / MAGAZYN EIMPERIUM

CZY METROPOLIA ODMIENI TRANSPORT? TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia - tak nazywa się nowy twór samorządowy, który na mapie Polski pojawił się formalnie 1 stycznia tego roku. Nazwa nawiązująca do protoplasty metropolii, czyli Górnośląskiego Związku Metropolitalnego (ten sam skrót GZM) to kompromis pomiędzy utartą przez lata nieoficjalną nazwą Silesia a aspiracjami miast zagłębiowskich, które w potencjalnym przyłączeniu do Śląska boją się utraty własnej odrębności kulturowej. Nazwa to zresztą od początku była największa kość niezgody między włodarzami gmin członkowskich. Ta również nie jest idealna, ale nawet podczas niedawnej debaty o metropolii, jaka odbyła się w Urzędzie Miejskim w Gliwicach mało kto umiał podać jakąkolwiek inną. Trzeba się więc pogodzić z tym, że obecna nazwa zostanie z nami na dłużej. Przynajmniej w oficjalnych papierach, bo ludzie i tak będą mówić po swojemu. O ile w ogóle będą mówić, bo to też jest zadanie dla zarządu metropolii, żeby umiejętnie “sprzedać” ją mieszkańcom i sprawić, żeby poczuli się jej częścią. Kontrowersji wokół samej metropolii jest jednak więcej. Już sam jej ostateczny kształt jest mocno dyskusyjny. W nowym tworze znalazły się bowiem wszystkie gminy zrzeszone do tej pory w KZK GOP oraz te, na których terenie transport zbiorowy organizował MZK Tychy. Ale już obszar Międzygminnego Związku Komunikacji Pasażerskiej w Tarnowskich Górach został rozszarpany na dwie połowy. Z jednej strony do metropolii zaproszono peryferyjny Rudziniec, a zabrakło w niej miejsca na przykład dla Toszka. Jeszcze dziwniejszy jest jednak brak na przykład Miasteczka Śląskiego. Przeszło 7-tysięczna miejscowość przez lata była dzielnicą Tarnowskich Gór i zdążyła się w tym czasie mocno zrosnąć z tym miastem funkcjonalnie, a przede wszystkim komunikacyjnie (wystarczy wspomnieć, że wszystkie pięć obecnych w miasteczku linii autobusowych łączy je właśnie z Tarnowskimi Górami). W sytuacji gdy od przyszłego roku metropolia przejmie zadanie organizacji transportu zbioro-


S Ł O W E M W S T Ę P U / 05

wego, los komunikacji w Miasteczku Śląskim i innych gminach MZKP, które znalazły się poza metropolią (między innymi Tworów, Wielowieś czy Krupski Młyn) wydaje się być niepewny. Czy zostaną przygarnięte przez metropolię i zaopiekowane, niczym sieroty opuszczone przez rodziców, czy też będą musiały radzić sobie same? Tego nie wie jeszcze nikt. Wiadomo za to, że samodzielnie komunikację układać będzie sobie Jaworzno. Robi to zresztą z niezłym skutkiem od lat, bo nigdy nie przystąpiło do KZK GOP. Właśnie obawa przed pogorszeniem jakości usług w transporcie zbiorowym była jedną z kluczowych przesłanek, dlaczego blisko 100-tysięczne miasto samo zrezygnowało z możliwości stania się częścią metropolii. Jeśli chodzi o autobusy, Jaworzno dysponuje dziś jednym z najnowocześniejszych parków taborowych w regionie. Swoim pasażerom oferuje między innymi płacenia za przejazdy kartami zbliżeniowymi, a także oferuje bardzo konkurencyjne ceny biletów. Jakiś czas temu głośno było o ofercie biletu dziennego ważnego w autobusach PKM Jaworzno do północy w dniu skasowania, który kosztuje tylko 5 zł (bilet dobowy w KZK GOP, dla porównania, to 16 zł). Niedawno PKM Jaworzno obniżył również ceny biletów miesięcznych i kwartalnych. Trzy miesiące korzystania z przejazdów autobusami po Jaworznie to obecnie wydatek 140 zł. Podobny bilet w KZK GOP kosztowałby 310 zł. Nic więc dziwnego, że Jaworzno nie śpieszno do metropolii. Tym bardziej w sytuacji, gdy jedną decyzją swojego szefa metropolia wchłonęła niemal całe biuro KZK GOP i to właśnie ci ludzie dyktowaliby, jak ma wyglądać nowy transport zbiorowy w Jaworznie. Kazimierz Karolczak, przewodniczący zarządu GZM zapowiada co prawda, że pod jego kierownictwem komunikacja miejska w regionie będzie wyglądała zupełnie inaczej, ale wybór na szefa departamentu transportowego Marka Kopla, czyli dotychczasowego zastępcy dyrektora KZK GOP jest więcej niż

symboliczne. Podobnie, jak tryb, w jakim został wybrany. Formalnie Kopel wygrał na swoje stanowisko konkurs, ale o tym, że go wygra w kuluarach mówiło się jeszcze na długo zanim konkurs został rozpisany. W tej sytuacji i przy odpowiednio skrojonych wymaganiach od potencjalnych kandydatów, nie może dziwić, że Kopel był jedynym ubiegającym się o tę posadę, a wówczas jego zatrudnienie było tylko formalnością. Historia ta przypomina nieco praktykowane w KZK GOP organizowanie przetargów na duże pakiety linii, które choć formalnie były otwarte dla wszystkich, od samego początku rozpisywane były pod konkretne firmy przewozowe. Wytknęła to później w swojej kontroli Najwyższa Izba Kontroli, której pracownicy zwrócili uwagę między innymi na fakt, że wymagania taborowe względem potencjalnych oferentów dziwnym zbiegiem okoliczności pokrywały się z tym, jakimi autobusami dysponował w danym momencie późniejszy komunalny zwycięzca przetargu. Oczywiście nowa metropolia nie będzie zajmować się wyłącznie transportem zbiorowym, ale już na starcie nikt nie ma wątpliwości, że z tego będzie najsumienniej rozliczana. Nie przypadkiem pierwszymi decyzjami nowego szefa była obniżka cen biletów za autobusy oraz wprowadzenie darmowych przejazdów na terenie całej metropolii dla młodzieży szkolnej. O tym jednak, jak realnie zmiana organizatora przełoży się na jakość oferty transportu zbiorowego w naszych miastach dowiemy się dopiero w przyszłym roku, gdy metropolia formalnie przemie swoje obowiązki w tej kwestii. Wtedy również dowiemy się, jak zostanie rozwiązana kwestia gmin z północnej części MZKP oraz komunikacji w Rudzińcu, który w całej tej układance jest samodzielnym graczem z własnym, nizależnym od dużych graczy, transportem zbiorowym. Gdyby opierać się tylko i wyłącznie na zapewnieniach zarządu metropolii, które dostrzega problemy i obiecuje je w końcu rozwiązać, należałoby być w tej kwestii optymistą. Ale jak będzie naprawdę to już czas pokaże.


06 / MAGAZYN EIMPERIUM

24/02 DRUGIE ŻYCIE TERENÓW KOPALNI ”SOŚNICA” Na byłych terenach rekreacyjnych kopalni Sośnica, w miejscu dawnej restauracji i hotelu powstanie Centrum Kultury, placówka Duszpasterstwa oraz oddział Caritas. W przeszłości budynek należący do kopalni został przekazany Skarbowi Państwa, który jest reprezentowany i gospodarowany przez prezydenta miasta. Plany dotyczące rewitalizacji narodziły się już w 2006 roku – wtedy sąsiadująca, Parafia św. Jacka odkupiła nieruchomość od miasta Gliwice ze specjalnym 80 - procentowym upustem. Przez wiele lat starano się pozyskać środki na rewitalizację obiektu duszpasterskiego lecz bez skutku. Pod koniec lutego na stronach internetowych Regionalnego Serwisu Operacyjnego Województwa Śląskiego, pośród projektów otrzymujących dofinansowanie unijne – znalazła się adaptacja budynku pod nazwą „Dom św. Jacka”. - Dzięki dotychczasowej, niezbędnej pracy, na etapie projektów, zezwoleń i uzgodnień, a przede wszystkim dzięki przyznanemu dofinansowaniu, nasze wieloletnie starania o „Dom św. Jacka” od minionego tygodnia, zaczęły przyjmować realne kształty. - napisali duszpasterze w komunikacie skierow


Z D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 07

anym do wiernych. Autorzy projektu przewidują atrakcje zarówno dla mieszkańców Sośnicy jak i przyjezdnych. W Domu Kultury będą odbywać się lekcje muzyczne, warsztaty i wystawy plastyczne, koncerty oraz będzie działać klub seniora. Wyremontowana przez parafię muszla koncertowa już jest częścią kulturalnego kompleksu i służy wielu muzycznym ucztom. Znajdujący się obok Dom św. Jacka, będzie miejscem spotkań grup parafialnych oraz działalności katechetycznej. Oddział Caritas natomiast będzie pomagać najuboższym. Nowe życie terenów kopalni ma nieść pomoc, ale i być miejscem integracji przez kulturę. - Poprzez naszą działalność chcemy ożywić życie kulturalne w Sośnicy. Liczymy także na to, że uda nam się umocnić więzi między przedstawicielami różnych pokoleń i zmobilizować mieszkańców do społecznej aktywności – zapewnia proboszcz parafii św. Jacka i koordynator projektu ks. Krzysztof Śmigiera. Inwestycję oszacowano na 6,5 mln złotych. Przedsięwzięcie dofinansowane z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i z budżetu państwa ruszy po podpisaniu umowy dotacyjnej, jeszcze w 2018 roku.


08 / MAGAZYN EIMPERIUM

27/02 TU STACJA KULTURY W PYSKOWICACH Stacja w podgliwickich Pyskowicach długo nie była miejscem końcowym, a jedynie jednym z kilku przystanków relacji Wrocław – Bytom. W okresie powojennym stacja tętniła życiem za sprawą wielu połączeń: do Gliwic, Toszka, Opola czy Bytomia. Sporą część pasażerów stanowili pracownicy pobliskich kopalni czy hut. W latach 90. stacja powoli ”gasła” ze względu na konkurencyjność komunikacji autobusowej. Ostatecznym końcem było zamknięcie w 2004 roku połączeń do stacji Pyskowice Miasto, jednocześnie zamykając kasy i poczekalnię. Dziś wybierający się w podróż, mogą dojechać tylko do Opola, czekając na pociąg na peronach. Budynki dworca w Pyskowicach są ruiną, ale niedługo staną się kulturalnym punktem na mapie pyskowickich atrakcji. Dzięki nieodpłatnemu przejęciu przez gminę, nieczynnego budynku od spółki PKP, tereny zmienią się w obiekt pod nazwą ”Stacja Kultury”. Dzięki wielomiesięcznym negocjacjom, miastu udało się przejąć budynek dworca przy ulicy Wolności. Projektem funkcjonalno - użytkowym zajęła się firma P.A. Nova z Gliwic. która zagwarantuje pasażerom nowoczesną, odnowioną poczekalnie oraz strefę kultury przy zachowaniu funkcji transportowych. W budynku znajdą się m.in. sala koncertowa, audioteka i videoteka z kawiarnią, pomieszczenia multifunkcyjne przeznaczone dla organizacji pozarządowych oraz sale warsztatowe. Przy dworcu powstać ma także centrum przesiadkowe. Koszt inwestycji wyniesie około 8-9 mln złotych, ale by pomysł zagospodarowania przekształcił się w rzeczywiste zmiany, Pyskowice muszą otrzymać unijną dotację na ponad 1 mln złotych. Ze względu na długi czas oczekiwania na decyzję co do środków finansujących, prace będą podzielone na etapy, a ich realizacja może potrwać od 2 do 5 lat.


Z D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 09

28/02 DO ROWERU, GOTOWI, START! W całej Polsce działa kilkadziesiąt publicznych systemów wypożyczania rowerów. Z pierwszych miejskich rowerów mogli cieszyć się krakowianie, już w 2008 oraz mieszkańcy Szczecinka rok później. Choć Gliwice dostały rowery w 2017, liczba jednośladów zdążyła – w przeciągu roku urosnąć ze 100 do 150. Rekordowy czas pomiędzy wypożyczaniem to niemal półtorej minuty, odnotowany 31 marca minionego roku. Czerwono – niebieskie pojazdy cieszą się więc nie małą sympatią wśród gliwiczan, co potwierdza ilość zarejestrowanych osób w specjalnym systemie, która wynosi ponad 6700. Rowery miejskie wypożyczać możemy od 1 marca aż do ostatniego dnia listopada i są dostępne całą dobę, w każdy dzień tygodnia. Warunkiem koniecznym do korzystania jest rejestracja w specjalnym systemie. Firma Nextbike jest prywatnym dostawcą i operatorem, który dzierżawi od miasta teren pod swoje bazy rowerowe. Stojaki w tym roku pojawiły się w nowych lokalizacjach – w Łabędach przy ul. Przyszowskiej, w Sośnicy przy ul. Sikorskiego, Szobiszowicach przy ul. Lublinieckiej, przy Hali Gliwice oraz na osiedlu Obrońców Pokoju. Pomimo zwiększenia ilości punktów wypożyczenia, społecznicy dostrzegają drugą stronę medalu tej wiadomości. Okazuje się, że odległości pomiędzy stacjami są zbyt długie - Stacja w Łabędach będzie oddalona od stacji na Koperniku o 2,7 km (gdzie niewiele osób z Łabęd dojedzie) i o aż 6,6 km od stacji na Placu Piłsudskiego. Należy dodatkowo zaznaczyć, że pomiędzy Łabędami a Kopernikiem nie ma żadnej infrastruktury rowerowej, co poza znaczącą odległością, będzie dodatkowym czynnikiem zniechęcającym. - komentują.


10 / MAGAZYN EIMPERIUM

13/02 WIELE PERSPEKTYW, JEDNO LICEUM Misją Liceum Akademickiego jest połączenie doświadczenia i potencjału szkoły wyższej ze specyfiką szkoły ponadgimnazjalnej. Szkoły wyższe coraz chętniej inwestują w dobre relacje z liceami, z nadzieją na pozytywny wpływ współpracy na rekrutację najlepszych maturzystów. Od września w dwóch miastach na śląsku, Politechnika Śląska uruchomi publiczne Licea Ogólnokształcące nad którymi będzie sprawować patronat. 13 lutego na oficjalnej stronie gliwickiej uczelni pojawiło się zaproszenie na pierwszą konferencję poświęconą edukacji w szkole akademickiej, która już we wrześniu w budynku przy ulicy Marcina Strzody 10 otworzy drzwi dla zdolnej młodzieży. Celem takich szkół jest stworzenie dogodnych warunków uczniom, aby ci rozwijali zarówno swoje pasje badawcze oraz talenty. Dzięki kadrze akademickiej i możliwości współpracowania młodzieży z kołami naukowymi Politechniki, przyszłym adeptom nauk ścisłych, zapewniona będzie nauka na najwyższym poziomie. Będą mieli do wyboru dwa profile kształcenia: politechniczny oraz architektoniczny. W tym pierwszym kładziony będzie nacisk na matematykę, fizykę i chemię. Drugi natomiast przygotuję uczniów do studiów na kierunku architektonicznym lub budownictwa. Zajęcia tam będą także uzupełnione o rysunek czy historię architektury. Edukacja będzie prowadzona w oparciu o autorskie scenariusze prowadzących, a najzdolniejsza młodzież – jeszcze przed maturą - będzie miała okazję uczestniczyć w wybranych zajęciach odbywających się na Politechnice Śląskiej. - Naszą intencją jest stworzenie szkół średnich, gdzie innowacyjne myślenie połączy edukację z wiedzą akademicką. Z niecierpliwością zatem czekamy na Was - młodych pasjonatów, aby móc podzielić się naszą wiedzą, umiejętnościami i możliwościami realizacji zainteresowań w prawdziwej przestrzeni świata nauki – wyjaśnia Rektor Politechniki Śląskiej, prof. dr hab. inż Arkadiusz Mężyk. Nabór będzie odbywać się w ogólnym systemie elektronicznym dla szkół publicznych województwa śląskiego. Limit miejsc dla poszczególnych profili wynosi 25 miejsc.


Z D A R Z Y Ł O S I Ę W G L I W I C A C H / 11

14/02 WOJEWODA DEKOMUNIZUJE 2 września 2016 weszła w życie ustawa o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego. Zgodnie z jej założeniem w przestrzeni ublicznej nie można od tej chwili upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń czy dat symbolizujących represyjny i reżimowy okres w dziejach Polski. Instytut Pamięci Narodowej w całej Polsce wskazał 943 ulice, które podlegają ustawie dekomunizacyjnej. Czas na zmianę ich nazw samorządy miały do 2 września ubiegłego roku, jeżeli nie podporządkowały się ustawie - zgodnie z przepisami – ulice mógł zdekomunizować wojewoda. W Gliwicach, do zmiany były 34 ulice. 14 lutego wojewoda, Jarosław Wieczorek, wydał pierwsze zarządzenie zastępcze dotyczące zmiany nazw ulic w naszym mieście. Choć wybór poszczególnych patronów ulic leżał w jego kompetencji, wojewoda zwrócił się do rad osiedlowych, ale przede wszystkim do mieszkańców z prośbą o przedstawienie propozycji nowych nazw. Dużą zmianą dla gliwiczan jest z pewnością przemianowanie powszechnie znanej ulicy Józefa Wieczorka – dziś jest to już ulica ojca Jana Siemińskiego. Z kolei o opinię co do zmiany ulicy Tadeusza Gruszczyńskiego, wojewoda sięgnął do IPN-u, ze względu na bohaterskie okoliczności jego śmierci. Pierwszy powojenny prezydent Gliwic oddał życie w obronie kobiety, napadniętej przez sowietów. Wśród społeczności został uznany za Bohatera, którego - według nich - nie powinno pozbawiać się nazwy ulicy. Zgodnie z ustawą, gliwiczanie nie muszą zmieniać dotychczasowych dokumentów w związku z deko-

GRAFIKA: Joanna Michalik


12 / MAGAZYN EIMPERIUM

PRACA DAJE MI SATYSFAKC Marek Pszonak


CJĘ

M A R E K P S Z O N A K / 13


14 / MAGAZYN EIMPERIUM

ANDRZEJ WAWRZYCZEK: Wiadomo, że jest Pan radnym Rady Miasta w Gliwicach i jej przewodniczącym, ale od niedawna pełni Pan również inną ważną, ponadlokalną funkcję - jest Pan sekretarzem Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, czyli tworu powołanego na podstawie ustawy przyjętej przez parlam ent na początku obecnej kadencji. Musiał Pan wygrać konkurs, żeby objąć to stanowisko? MAREK PSZONAK: Ta nowa funkcja i zadania, które mi powierzono nie wzięła się znikąd. Gdy w 2007 roku zostałem asystentem marszałka województwa śląskiego, nie przypuszczałem wtedy, że zwiążę się z samorządem wojewódzkim na tak długi okres. Przez te 10 lat zajmowałem się przede wszystkim sprawami związanymi z organizacją urzędu, a w ostatnim okresie pracy blisko współpracowałem z Kazimierzem Karolczakiem - wówczas członk iem zarządu województwa śląskiego. Gdy więc powstała metropolia, a Kazimierz Karolczak został jej szefem, zwrócił się do mnie z propozycją objęcia funkcji sekretarza, czyli osoby, której głównym zadaniem jest organizowanie urzędu metropolitalnego. Jako pracownik samorządowy, zgodnie z ustawą o pracownikach samorządowych, mogłem zostać przeniesiony na zasadzie porozumienia stron. Skorzystałem z tej możliwości i od października zeszłego roku faktycznie jestem sekretarzem metropolii, nowego organu ponadlokalnego, działającego w naszej konurbacji. 10-letnie doświadczenie z Urzędu Marszałkowskiego z pewnością się w nowym miejscu przyda.

To doświadczenie do olbrzymi kapitał. W Urzędzie Marszałkowskim współpracowałem z wieloma doświadczonymi urzędnikami od których uczyłem się kwestii zarządczych. Przyszedł czas na to aby te umiejętności wykorzystać przy tworzeniu urzędu metropolitalnego. Urząd już jest, działa i powoli mieszkańcy metropolii mają okazję o tym się przekonać. Za nami już pierwsze decyzje związane z nowymi taryfami obowiązującymi w komunikacji miejskiej na obszarze metropolii. Wkrótce kolejne decyzje zw iązane z uruchomieniem roweru metropolitalnego który, mam nadzieję, funkcjonować będzie również na obszarze Gliwic. Przywykliśmy, że wysocy urzędnicy organów regionalnych wybierani się z uwzględnieniem pewnego parytetu. Tymczasem w zarządzie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii mamy silną reprezentację gliwicką. Oprócz Pana członkiem zarządu jest również Grzegorz Kwitek, były naczelnik Wydziału Zamówień Publicznych w gliwickim magistracie. Tutaj muszę nieco zdementować, mianowicie sekretarz metropolii, podobnie jak skarbnik, nie jest członkiem zarządu. Mogą oni brać udział w posiedzeniach zarządu, ale tylko z głosem doradczym. W pięcioosobowym zarządzie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii są przedstawiciele wszystkich pięciu podregionów wchodzących w skład metropolii. Podsumowując, sekretarz metropolii to raczej odpowiednik dyrektora urzędu miejskiego, niż sekretarza miasta. Nie mniej, tworzenie od podstaw zupełnie nowego urzędu to nie lada wyzwanie, jakie przed Panem postawiono. Myślę że oba porównania są trafne, ponieważ wykonuję zarówno ustawowe zadania przypisane sekretarzowi, jak również te zw iązane z tworzeniem i organizacją Urzędu Metropolitalnego. A w związku z tym, że GZM to pierwsza w naszym kraju metropolia powołana w drodze ustawy, więc i tworzenie Urzędu Metropolitalnego jest nie lada wyzwaniem. Nikt w naszym kraju jeszcze tego nie robił. Nowo tworzona metropolia to niewątpliwie duże możliwości dla naszego regionu, ale też ogromne oczekiwania naszych mieszkańców. Jej utworzenie daje nam realne szanse lepszej i efektywniejszej realizacji zadań ustawowo przypisanych samorządom.


M A R E K P S Z O N A K / 15

Jakiego rodzaju będą to zadania? Na razie faktycznie najgłośniej jest o funkcji organizatora transportu zbiorowego, ale to chyba nie wyczerpuje zakresu odpowiedzialności metropolii. Zadania metropolii są ściśle określone w Ustawie o związku metropolitalnym w województwie śląskim i oprócz tej wspomnianej komunikacji miejskiej są to planowanie przestrzenne, rozwój społeczno-gospodarczy i promocja obszaru metropolitalnego. Koniec końców dużo będzie zależało od woli gmin, od tego które zadania zechcą przekazać do metropolii. Powinny to być te zadania które, dzięki ich wspólnej realizacji, będą tańsze i bardziej efektywne. Czyli ta lista nie jest jeszcze zamknięta. Może być tak, że kompetencje metropolii będą stopniowo rosły? Może się tak zdarzyć. Konieczne do tego będą jednak odpowiednie porozumienia pomiędzy gminami i metropolią. Zacieśnianie współpracy między miastami i zwiększanie kompetencji urzędu metropolit alnego to będą poniekąd kolejne kroki w stronę tego, co marzy się wielu mieszkańcom, a więc utworzenia na obszarze metropolii jednego, dużego miasta. Pana zdaniem to jedno miasto to jest właściwy kierunek rozwoju regionu? Myślę, że są zadania których realizacja jest i pozostanie zasadna na poziomie urzędu gminy. Trudno byłoby mieszkańcowi Gliwic z każdą sprawą udawać się do Katowic, czy innego miejsca, które stałoby się siedzibą urzędów „super miasta” w takim zjednoczonym organizmie. Część kompetencji z pewnością powinna więc pozostać na szczeblu lokalnym, żeby codzienne problemy można było załatwiać jak najb liżej ludzi. Ale gros zadań ma też charakter ponadlokalny i lepiej będzie, gdy otworzy się możliwość ich scentralizowania w rękach jednego, dużego, silnego podmiotu, który na arenie krajowej będzie miał większe możliwości niż każda z gmin oddzielnie. Panuje opinia, że prezydenci, burmistrzowie i wójtowie niechętnie rezygnują ze swoich kompetencji na rzecz instytucji zewnętrznych. Jak Pan myśli, znając nastawienie włodarzy metropolitalnych gmin, czy chętnie będą dzielić się swoimi prerogatyw ami z zarządem metropolii?

Najpierw to zarząd metropolii musi się wykazać, że działa sprawnie, a jeśli do tego dojdzie to też te rozmowy będą bardziej konkretne. To też wcale nie musi odbywać się na zasadzie przejmowania zadań, ale koordynowania ich na poziomie metropolii. To może być wspólny zakup energii czy powołanie wspomnianego roweru metropolitalnego. Wspólny zakup energii przywodzi mi na myśl poprzedni GZM, czyli Górnośląski Związek Metropolitalny, dla którego było to jedno z głównych zadań, bo innych po prostu nie było. Poprzednik dzisiejszej metropolii ze sprawnością działania miał niestety spore problemy, co niejednokrotnie mu wypominano. Ja myślę jednak, że dobrze się stało, że nieistniejący już Górnośląski Związek Metropolitalny powstał i przez kilka lat funkcjonował. Był to bowiem zalążek do powstania Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Uwarunkowania, które miał dawny GZM były zupełnie inne, niż możliwości metropolii. Był to związek międzygminny, który miał ogromne ograniczenia w swojej działalności. Dzisiejsza metropolia ma natomiast do dyspozycji zapisy ustawy, które czynią z niej podmiot o wiele silniejszy, z precyzyjnie określonymi zadaniami do wykonania. Jest to dzisiaj podmiot utożsamiany z samorządem. Wspomnieliśmy o Pana przeszło 10-letnim już doświadczeniu w jednostce organizującej pracę organu wykonawczego samorządu. Ale ma Pan również doświadczenie i to dużo większe w gremium uchwałodawczym, jakim jest Rada Miasta Gliwice. Tutaj historia sięga 1998 roku. Wtedy właśnie, po namowach mojego dobrego przyjaciela, świętej pamięci ojca Hilarego z parafii Franciszkanów zostałem kandydatem do Rady Miasta. Namówił mnie na wystartowanie w wyborach z uwagi na to, że nasza dzielnica - pochodzę z tzw. trójkąta, czyli ulicy Błogosławionego Czesława - również potrzebowała swojego przedstawiciela w magistracie. Byłem niechętny temu pomysłowi, ale po czasie zdecydowałem się kandydować z Forum Mieszkańców Gliwic - bodajże tak to się wówczas nazywało - z dziewiątej pozycji na liście. Dość nieoczekiwania udało mi się wtedy zdobyć mandat radnego, który sprawuję do dziś, a więc już 20 lat. A jakim argumentem udało się ojcowi Hilaremu Pana przekonać?


16 / MAGAZYN EIMPERIUM

Znaliśmy się od lat, spędziliśmy wspólnie bardzo wiele czasu, był zresztą naszym przyjacielem d omu i znał mnie bardzo dobrze. Dodam może tylko, że w parafii Franciszkanów byłem wcześniej przez 20 lat ministrantem. Ojciec Hilary wierzył, że wspólnie jesteśmy w stanie wypracować coś dla naszej dzielnicy, parafii, a może nawet szer zej - dla miasta. Ten tzw. trójkąt to jest dzielnica, która nie ma w Gliwicach zbyt dobrej opinii. Faktycznie diabeł jest taki straszny, jak go malują, czy jest w tym jednak więcej przesady? Wychowałem się w tej dzielnicy i mieszkałem tam przez przeszło 30 lat, tym samym udowadniając, że jest to zdecydowanie miejsce do życia. Można tam bezpiecznie dorastać, można się kształcić, można mieć marzenia i koniec końców te marzenia zrealizować. Oczywiście przez wiele lat była to mocno zapomniana część miasta, do tego mocno zdewastowana. Wiele bud ynku miało nieuregulowany stan prawny w tzw. tymczasowym zarządzie, co uniemożliwiało realizację na ich terenie jakichkolwiek inwestycji i potęgowało proces degradacji. Patrząc jednak z perspektywy czasu na tę dzielnicę i ten czas, który tam spędziłem w sz kole czy na podwórku z kolegami, z których wielu bardzo dobrze radzi sobie dziś w życiu - mus zę powiedzieć, że daliśmy radę. Sentyment ewidentnie u Pana pozostał, bo jest Pan wciąż związany ze swoją rodzinną dzielnicą. W wyborach niezmiennie startuje Pan z okręgu nr 3 obejmującego właśnie obszar na wschód od Śródmieścia aż do Sośnicy. Oczywiście, jest to mój okręg wyborczy, ale staram się w nim nie zamykać. Moje cele i zamierzenia dotyczą więc całego obszaru miasta. Wszędzie tam, gdzie widzę jakiś problem staram się pomóc, doradzić i znaleźć najlepsze r ozwiązanie. Nie dzielę ludzi na moich wyborców i pozostałych. To jest nasze miasto, to są nasze Gliwice i wszyscy powinniśmy być radnymi całego miasta. Od 20 lat startuje Pan w kolejnych wyborach samorządowych. Już bardziej z przyzwyczajenia, czy faktycznie ciągle widzi Pan dla siebie miejsce w tej Radzie i stawia przed sobą kolejne cele do zrealizowania? Każdy okres w Radzie Miasta jest inny.

Z czasem stopniowo zmienia się perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Rośnie też doświadczenie, które zaczyna procentować. Pierwsza, druga kadencja to było faktycznie spoglądanie głównie w stronę swojej dzielnicy, swojego okręgu wyborczego. Ten horyzont stopniowo się jednak poszerza, a możliwości, które stwarza byc ie radnym skłaniają do myślenia o zrównoważonym rozwoju całego miasta. Z perspektywy mojej wieloletniej współpracy z prezydentem Zygmuntem Frankiewiczem oceniam, że Gliwice stały się takim miastem, w którym chce się mieszkać, ale widzi się również dalsze możliwości rozwoju na kolejne lata, możliwości które pozwolą na dobre życie w tym mieście również kolejnych pokoleń. Radny Rady Miasta to osoba, od której mieszkańcy często oczekują “patrzenia władzy na ręce” oraz wsparcia w rozwiązywaniu problemów, często również takich, które wynikają ze złych decyzji urzędników. Tymczasem dla radnych z ugrupowania wspierającego prezydenta - Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza - wskazywanie i nagłaśnianie przypadków urzędniczych błędów może być, delikatnie mówiąc, niewygodne. Każdy radny po swojemu odnajduje swoją rolę w Radzie Miasta. Jedni współpracują z radami osiedli, inni z organizacjami pozarządowymi, jeszcze inni sami chodzą po dzielnicy, zbierając tematy, którymi później mogliby się zajmować. Myślę, że każde z tych podejść jest potrzebne i warte wkładanej w nie pracy. Ja od jakiegoś czasu posługuję się dewizą, że z ludźmi należy rozmawiać - z każdym, kto ma jakiś pomysł lub problem warto się spotkać. Ludzie często oczekują też, żeby im po prostu doradzić. Często bywa tak, że problemy, kt óre na pozór wydają się nie do przebrnięcia, dzięki naszemu, radnych wieloletniemu doświadczeniu w samorządzie, udaje się sprawnie rozwiązać. Potrafimy pchnąć sprawy na takie tory, o których istnieniu mieszkańcy mogą nawet nie mieć pojęcia. To też jest ważna rola radnych, żeby im takie ścieżki wskazywać. Oczywiście każdy z nas patrzy na miasto nieco inaczej. Część radnych skupia się na problemach dzieci i młodzieży, inni kierują swoje starania do seniorów, jeszcze inni w kwestie bezpieczeństwa, sportu, inwestycji…. Łącząc te nasze zainteresowania jesteśmy w stanie wspólnie pozytywnie tutaj funkcjonować. Nawet jeśli ktoś już jest w Radzie cztery czy pięć kadencji, to z pewnością wciąż ma nowe pomysły na poprawę jakości życia w mieście.


M A R E K P S Z O N A K / 17


18 / MAGAZYN EIMPERIUM

Drugi raz pełni Pan funkcję przewodniczącego Rady Miasta. To nie jest wyłącznie prestiżowe stanowisko. Wiążą się z nim również większe, niż u innych radnych możliwości. Dysponuje Pan między innymi inicjatywą uchwałodawczą i może składać Radzie propozycje uchwał. Rola przewodniczącego Rady Miasta jest precyzyjnie określona w Ustawie o samorządzie gminnym i sprowadza się do organizacji pracy Rady i prowadzenia sesji. To są te dwa główne elementy, które są z awarte w ustawie i tak naprawdę wokół tego jest ta praca przewodniczącego Rady Miasta określona. Przewodniczący nie jest w żadnym razie zwierzchnikiem służbowym pozostałych radnych czy ich kierownikiem. Formalnie jest dokładnie takim samym radnym, jak pozostałych dwudziestu czterech. Ma tylko dodatkowe obowiązki organizacyjne. Dodać można, że inicjatywę uchwałodawczą mają też pozostali radni pod warunkiem, że występują w grupie co najmniej pięciu osób. Nie mniej możliwość ta nie jest wykorzystywana zbyt często. W tej kadencji przykłady inicjatywy uchwałodawczej radnych

można chyba policzyć na palcach jednej ręki. Czy to znaczy, że gliwiccy radni są mało aktywni? Inicjatywa uchwałodawcza to nie jest jedyne narzędzie, z których mogą korzystać radni. Możliwości działania jest dużo więcej i zapewniam, że radni chętnie z nich korzystają. Każdy radny ma chociażby możliwość złożenia interpelacji do organu wykonawczego, czyli prezydenta miasta, dzięki czemu może pośrednio realizować swoje cele. Każdy radny działa również w komisjach Rady Miasta - zwykle dwóch, a czasem nawet trzech - które również posiadają inicjatywę uchwałodawczą. Tych elementów jest więc dużo, a formuła inicjatywy uchwałodawczej grupy radnych to tylko jedna z wielu możliwości działania organu uchwałodawczo-kontrolnego, jakim jest Rada Miasta. A jak Pan ocenia pracę Rady Miasta w tej kadencji? Bo tutaj można wskazać na pewien spór. Jedni twierdzą, że dobra Rada to rada zgodna, bo tylko z goda buduje. Inni uważają, że efekty przynieść może tylko pozytywny ferment, starcie odmiennych poglądów, które pozwala budować pewien konsensus.


M A R E K P S Z O N A K / 19

Jeśli tylko spierają się stanowiska i wychodzi z tego coś dobrego to na pewno jest to pozytywne i warto tak pracować. Ale oceną naszej pracy koniec końców i tak zajmą się mieszkańcy podczas jesiennych wyborów. Cieszy to, że potrafimy mieć różne zdania, ale wychodzić z tego z kompromisem i konkretnymi decyzjami. Zdarza się, że mamy te zdania podzielone i bardzo dobrze że tak jest. Byłoby zupełnie niezrozumiałe, gdybyśmy zawsze wszyscy mówili jednym głosem. Ważne jest to, żebyśmy nasze opinie wypowiadali bez negatywnych emocji, w taki sposób który nie obraża adwer sarza. Myślę, że w tej kadencji to akurat zostało dochowane i jest powodem do zadowolenia. Wspomniał Pan o zbliżających się wyborach. Podjął już Pan decyzję, czy będzie ubiegał się o mandat po raz kolejny? Do wyborów mamy jeszcze kilka miesięcy, więc póki co nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. W tej kadencji wciąż mamy bardzo wiele do zrobienia. Przed nami jeszcz e co najmniej pięć, może sześć sesji i kilkadziesiąt uchwał do podjęcia, także to kto będzie kandydował, z jakiego okręgu

i miejsca to jeszcze czas pokaże. Dzisiaj raczej zastanawiamy się nad zupełnie inną kwestią. Zmiany wprowadzone przez ustawodawcę w Kodeksie wyborczym budzą bowiem olbrzymie wątpliwości w jakich warunkach odbędą się te wybory. Mówię tu o takich kwestiach, jak podwójna ilość komisji wyborczych czy techniczne możliwości stałej obecności kamer w lokalach wyborczych. Te i wiele innych kwestii, które zostały zmienione w procedurze wyborczej powodują u nas niepokój, czy uda się utrzymać dotychczasowy standard realizacji pr ocedur wyborczych. Pracuje Pan w Katowicach dodatkowo ma też obowiązki tutaj w Gliwicach w Radzie Miasta. Jest Pan więc raczej dość zapracowaną osobą. Ale ja bardzo lubię pracować. Lubię być człowiekiem zajętym, bo daje mi to ogromną satysfakcję. Ale znajduję również czas na inne rzeczy. Wolny czas spędzam z rodziną. Mam też swoje pasje, w których potrafię się spełnić…gram w piłkę, uprawiam ogródek, grywam na gitarze. Pozwala mi to złapać pewien dystans i odpocząć, żeby później znów móc rzucić się w wir pracy ze zdwojoną aktywnością.


20 / MAGAZYN EIMPERIUM

Detektyw Historii

DETEKTYW

HISTORII TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI

Historia gliwickich cegielni

C

egła to najpopularniejszy materiał budowlany, znanym od około 7 tys. lat. Mniej więcej 5 tys. lat przed naszą erą mieszkańcy Mezopotamii budowali już swe domy z ubitego mułu i trzciny. Ich wadą był jednak brak odporności na deszcz, dlatego tak budowano tylko w rejonach pustynnych, gdzie deszcz w zasadzie nie pada, a brakuje drewna dla budownictwa. Cegła z wysuszonej słońcem gliny pojawiła się mniej więcej 3000 lat przed narodzeniem Chrystusa. Słońce przez kilka miesięcy musiało suszyć taki materiał zanim nadawał się do użytku. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego rozwój cegielni produkujących ten wyśmienity przecież budulec został w dziwny sposób zahamowany. Dopiero w XI wieku zaczęto na powrót stosować cegły w budownictwie.

wietrzenie i dołowanie. W zależności od doboru temperatury uzyskuje się różne odcienie cegieł.

Wszystkie czynności przy produkcji cegieł wraz z suszeniem i wypalaniem w piecu w temperaturze 850-1100°C trwają od 2 do 8 dni, a samo wypalanie trwa ok. 8 godzin. Cały proces produkcji zaczyna się od wykopania gliny i przewiezienia jej w małych wagonikach – kolebach ciągniętych przez równie małe, lokomotywki do cegielni. Tu glina zostaje dokładnie przemielona i wyrobiona na jednolitą masę. Dawne techniki przewidywały ponadto naturalne

W roku 1848 opatentowano cegłędziurawkę znacznie tańszą od pełnej. Cegły miały różne wymiary w zależności od okresu – cegła romańska 28x13x9 cm, gotycka 30x14x9 a nasza współczesna 25x12x6,5cm. Odrębne wymiary mają cegły tzw. kanałowe użyte do budowy m.in. gliwickich kanałów pod miastem, oraz cegły do stawiania budowli hydrotechnicznych dawnego Kanału Kłodnickiego, międz innymi beztrosko zburzonej, ostatniej

Epokowym przełomem w ich produkcji było zastosowanie prasy ceglarskiej berlińskiego fabrykanta Schlickeysena w roku  1854 i  patent prusko-austriacki z roku 1858 na piec  kręgowy do wypału ceramiki budowlanej, skonstruowany przez Friedricha Hoffmanna. Uformowane cegły wprowadzane są do komór pieca gdzie cyklicznie, przez kanały stropowe zasypuje się ułożone cegły miałem węglowym. Miał spala się bezpośrednio na cegłach, przy bezustannym nadmuchu bardzo gorącego powietrza. Spaliny uchodzą z komór pieca do komina który jest wyróżnikiem każdej cegielni.


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 21


22 / MAGAZYN EIMPERIUM

gliwickiej śluzy przy ul Dubois. Bardziej artystyczne wyroby klinkierowe zobaczymy w murach kościołów, wież ciśnień przy ul Sobieskiego i Leśnej oraz niektórych dawnych szkół. Cegielnie były budowane w miejscach występowania gliny, oraz co jest najważniejszym wyróżnikiem – w miejscach gdzie powstawał przemysł i nowe miasta. W naszym rejonie przemysłowe Gliwice rozkwitły pod koniec XVIII wieku, wtedy więc powstały pierwsze cegielnie dostarczające cegieł do budowy nowych zakładów, kopalń, hut, kościołów i domów mieszkaln ych. Analizując stare mapy miasta można odnaleźć tam szereg dawnych cegielni oznaczanych skrótem „Zgl”. Charakterystyczne po nich, są dziś głębokie, zalane wodą glinianki. Właściwie Gliwice otoczone były przez cegielnie ze wszystkich stron. W Wójtowej Wsi były aż dwie, ślad po jednej z nich to stawy na terenie ogrodów działkowych „Czerwona Róża”. W Ostropie działała do niedawna ostatnia gliwicka cegielnia przy ul Daszyńskiego. W rejonie ulicy Góry Chełmskiej na obszarze POD „Radość” do dziś są stawy po wybranej glinie do kolejnej cegielni. Przy ulicy Rybnickiej były aż trzy – przy skrzyżowaniu ulicy

Zubrzyckiego i Bajana, przy skrzyżowaniu ulicy Zubrzyckiego oraz Rybnickiej, w rejonie zabudowań Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Tu ciekawostka – cegielni już nie ma kilkadziesiąt lat, ale ślad po niej zachował się w nazwie pobliskiego przystanku autobusowego – „Gliwice Cegielnia”. Do niedawna istniała tu również linia kolejki wąskotorowej równoległa do ulicy Rybnickiej, przecinająca ulicę Bardowskiego na Trynku, między ogrodami działkowymi, po której w „kolebach” wożono glinę z glinianek do wymienionych cegielni. Tor istniał jeszcze w połowie lat 70, ubiegłego wieku. Na początku XX w. pozyskiwano glinę bardzo blisko centrum, bo w trójkącie ulic Styczyńskiego, Daszyńskiego i Andersa. Na mapach z tego okresu jest w tym miejscu adnotacja "Lehmgrube". Do dzisiaj ten fragment jest wyraźnie zagłębiony w stosunku do terenów wokół. Ciekawostką jest też fakt, iż dawna tzw „Gliwicka Wenecja” czyli nieistniejący już staw na dzisiejszym Sikorniku była po prostu zalaną wodą zwykłą glinianką, przy której zbudowano niegdyś restaurację i pomosty dla łódek. Cegłę produkowano też między dzisiejszymi ulicami ZWM i Jasną. Kolejne istniały na Zatorzu przy skrzyżowaniu ulicy Lipowej


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 23


24 / MAGAZYN EIMPERIUM


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 25


26 / MAGAZYN EIMPERIUM

z Opolską, w Ligocie Zabrskiej przy ulicy Kujawskiej – tu pozostał po niej potężny staw powstały po wybranej glinie, służący obecnie nie tylko wędkarzom, ale również spragnionym ochłody w upalne dni mieszkańcom dzielnicy. Cegielnie istniały także w Łabędach, Czechowicach i w Starych Gliwicach w okolicy ulicy Wiejskiej. Wszystkie bazowały na wydobywanej glinie, ale istniała również jedna, przy dawnej Starej Hucie przy ul Robotniczej wykorzystująca szlakę hutniczą. Stała mniej więcej w rejonie dzisiejszej szkoły podstawowej i boiska „Piasta”. Działał tu kafar i młyny mielące szlakę hutniczą na drobne ziarenka które po dodaniu spoiwa były materiałem do produkcji niezmiernie twardych, szarych cegieł. Stara Huta postawiła w latach 20tych ub wieku przy ul Robotniczej 4 domy z takiej cegły – wyróżniają się wśród pozostałych czerwonych klinkierowych budynków otynkowanymi elewacjami. Okres wzmożonego budownictwa w Gliwicach to lata przełomu XIX i XX wieku. Cegielnie pracowały wtedy pełną parą dostarczając materiału do budowy kamienic i kościołów. Na bardziej eksponowane elewacje sprowadzano lepsze cegły klinkierowe z dalszych rejonów Śląska, gdyż gliwicka glina nie była najwyższej jakości. Cała dawna zabudowa miasta oparta jest na klinkierze. Proszę zauważyć że w zasadzie

bardzo mało jest elewacji otynkowanych, króluje bowiem przy ulicach czerwony kolor cegły klinkierowej. Postawiono z niej m.in. pocztę starą i nową przy ul D. Wałów, „Czerwoną Chemię” przy Strzody, wszystkie kościoły, wszystkie najstarsze wieże ciśnień i mnóstwo ozdobnych kominów na naszych dachach. Wszystkie osiedla robotnicze też tak właśnie zbudowano. Materiał to bowiem w miarę tani, a ponadto budynek nie wymaga dodatkowego tynkowania. Budowle te stojąc od 100-200 lat, nie są w ogóle ruszone zębem czasu w odróżnieniu od murów tynkowanych – te straszą w wielu miejscach odpadającym tynkiem. Użyto bowiem do budowy tych domów tańszej zwykłej cegły, potem otynkowanej. W różnych punktach miasta stoją masywne kamienice wyróżniające się wśród szaro-czerwonej zabudowy pięknymi elewacjami w żółtym i białym kolorze. Tu użyto specjalnych cegieł klinkierowych o takiej właśnie barwie. Łatwo je znaleźć – stoją m.in. przy ul. Lipowej i Opolskiej, Korfantego, Z. Starego, Kaczyńcu, Dolnych Wałów, Krupniczej i Chorzowskiej (przed wiaduktem). Są prawdziwą ozdobą naszego miasta. Dawni majstrowie włożyli wiele wysiłku, by ich praca przetrwała długie lata. Zachęcam gliwiczan do zadarcia głowy do góry – elewacje gliwickich kamienic to nie tylko szarość lub pstrokatość porozwieszanych reklam, to także sztuka dawnych mistrzów budowlanych i kunszt cegielni które już przeminęły.


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 27


28 / MAGAZYN EIMPERIUM

WYPAD NA WEEKEND

LANCKORONA. TU CZAS PŁYNIE Są tylko dwa wyjścia: przyjedziesz do Lanckorony, zakochasz się w niej i przepadniesz albo odwiedzisz raz i nigdy do niej nie wrócisz. To miejsce ma wyjątkowy klimat, swoisty urok i uwodzicielską siłę. Lanckorona. Nie wstąpisz do niej "po drodze", leży na uboczu na wysokiej górze, ukryta w gęstych lasach Beskidu Makowskiego. Przypadkowych turystów w niej nie ma, docierają do niej tylko ci, którzy naprawdę chcą. A tych nie brakuje.

Lanckorona jest perłą Małopolski, leży 30 km na południowy-zachód od Krakowa. To niewielka, malownicza wieś znajdująca się na Szlaku Architektury Drewnianej Pogórza Karpackiego. Co decyduje o urodzie tego miejsca? Na pewno XIX-wieczna, charakterystyczna drewniana zabudowa, wąskie brukowane uliczki, maleńkie podwórka, ukwiecone ogródki, piękne widoki, wszędobylskie anioły i koty. Lanckorona to przecież miasteczko (przez blisko 600 lat do 1934 roku


W Y P A D N A W E E K E N D / 29

ZDJĘCIA: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC TEKST: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC "Lanckorona, Lanckorona rozłożona gdzie osłona od spiekoty i od deszczu, od tupotu szybkich spraw." Marek Grechuta Miasteczko byłoby ukryte i senne, gdyby nie artyści, którzy wśród pięknych krajobrazów, otoczeni ciszą i spokojem odnajdują tu od wielu lat swoje natchnienie. Bywali tu między innymi: Jerzy Nowosielski, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Wajda, Krystyna Zachwatowicz, Jerzy Trela, Zofia Kucówna, Kazimierz Wiśniak i oczywiście Marek Grechuta, autor piosenki „Lanckorona”. Wieść głosi, że Wojciech Pszoniak, który miał dom w miasteczku aniołów w czasie wakacji w Toskanii powiedział do żony: „Wiesz, tu jest tak pięknie. Zupełnie jak u nas w Lanckoronie!”.

E INACZEJ Lanckorona posiadała prawa miejskie, ale dzisiaj formalnie jest wsią) aniołów i kotów. Ale jest coś jeszcze poza zabytkami i cieszącymi oko obrazami. Coś nieuchwytnego. Magicznego. Lanckorona przyciąga ludzi ceniących piękno na co dzień, a nie od święta, ludzi wrażliwych. Oczarowuje tych, którzy ponad wszystko chcą spokoju. W Lanckoronie jest go w nadmiarze. Czas płynie tu inaczej. Już po godzinie człowiek staję się spokojniejszy, wyciszony. Odnajduje tu źródła własnej tęsknoty, zaczyna wolniej spacerować, docenia ciszę. Rozkoszuje się naturą i pięknem.

Gustaw Holoubek we „Wspomnieniach z niepamięci” opisuje wakacje w tej wsi. Najpierw przyjazd na stację kolejową i smak zrywanych nieopodal granatowych ostrężyn, zmysłowych „tak jak bywają zmysłowe wilgotne usta dziewczyny". A potem umieszcza pean na cześć prostoty lanckorońskiego trybu życia, w tym celebrowania zwykłych posiłków: „Lanckorona była naszą letnią rezydencją. Była to izba w wynajętej chacie. Stał w niej stół, kilka krzeseł, na ścianach wisiały święte obrazki, a podłoga była zasłana słomą pokrytą lnianymi prześcieradłami. Ilekroć jestem świadkiem dywagacji o jedzeniu (…) nie mogę się wyzbyć współczucia dla tych wielbicieli francuskiej, włoskiej czy węgierskiej kuchni, którzy w ich


30 / MAGAZYN EIMPERIUM


W Y P A D N A W E E K E N D / 31

smaku dopatrują się szczytu wykwintu i wyrafinowania. Biedni. Nie byli nigdy z nami w Lanckoronie. Wiecie, co to jest jajecznica z jajek, z których każde ma czerwone żółtko, przegryzana gorącym jeszcze wiejskim chlebem o chrupiącej skórce, z masłem zrobionym w domu, jedzona wspólnie z ogromnej patelni umieszczonej na środku stołu, na obrusie haftowanym w polne kwiatki.” Chlubą Lanckorony jest niewątpliwie Rynek z drewnianą zabudową, wybudowany na stoku o pochyleniu 9,5 stopnia, co powoduje, że jest jednym z najbardziej stromych w Polsce. Wokół niego skupione są tradycyjne domy, kryte gontem z szerokimi okapami. Sercem miejscowości jest natomiast zielony plac, ławki zapraszające do odpoczynku i podziwiania rozległej beskidzkiej panoramy oraz studnia przykryta drewnianym daszkiem, ozdobiona słowami piosenki Marka Grechuty: "Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy...". Te słowa są idealnym przesłaniem tego miejsca. Tam doskonale łapiemy równowagę, odnajdujemy to, co jest w życiu ważne. Na rogu Rynku i ulicy Piłsudskiego, mieści się Muzeum Regionalne (pod numerem 133). Zgromadzono w nim eksponaty pochodzące z Lanckorony i okolic: meble, narzędzia rolnicze, rzemieślnicze, przedmioty codziennego użytku. W muzeum jest też mały sklepik z pamiątkami, oferujący wyroby lokalnych twórców. W Lanckoronie nie znajdziecie sklepików

z tandetnymi pamiątkami, ani budek z szybkim jedzeniem. Są za to pracownie ceramiczne i galerie. Rdzenni lanckoronianie wychowani w duchu tego miejsca, jak i napływowi mieszkańcy ceniący jego wyjątkowość, starają się, aby Lanckorona nie uległa dużym zmianom i wpływom. Chronią jej charakter. Mówi się, że Lanckorona to płuca Krakowa, słynie ona z niepowtarzalnego mikroklimatu. Jest się czym pochwalić: powietrze, przyroda i cudowne miejsca spacerowe. Te najatrakcyjniejsze są w okolicach ruin zamku. Są tu Aleje Zakochanych i Cichych Szeptów, okrążające górę. Spacer zajmuje ok. godziny. Są też trasy Na Moczary i Do Dawnego Kamieniołomu, które biegną przez mieszany las, głównie wśród sosen, jodeł i modrzewi. Trasy mają altanki i miejsca biwakowe. Sąsiadujące z nimi paśniki sugerują, że w lesie nie brak zwierząt. Prawie wszystkie szlaki kończą się w Rynku. Powietrze w Lanckoronie pachnie kwiatami i ziołami rosnącymi w przydomowych ogródeczkach, maciejką i nagietkami oraz chlebem z pobliskiej piekarni. Zapach świeżego chleba roznosi się po całej wsi, z Rynku zaprowadzi nas na ulicę Świętokrzyską, gdzie od lat w piekarni u Siwka, w starym stuletnim piecu, wypieka się tradycyjny, zdrowy, chleb bez polepszaczy. Marek Grechuta w swojej piosence także wspomniał tę piekarnię: "stroma uliczka wiedzie do piekarni, stygnie na półkach zwyciężona gleba. Młoda piekarka sypie dla ptaszarni pachnące ziarno, w kształcie ziaren chleba (...)"


32 / MAGAZYN EIMPERIUM


KLIKN

IJ

P

W Y P A D N A W E E K E N D / 33

O

W

IĘC

EJ


34 / MAGAZYN EIMPERIUM

Miło jest patrzeć jak dzień chyli się ku końcowi, obserwując zachodzące słońce na lanckorońskim Rynku czy też balkonie lanckorońskiej willi, delektując się pachnącymi obwarzankami z miejscowej piekarni. Pod wieczór nie trudno docenić urok miejsca w którym pełno aniołów. Wychylają się z okien galerii, pilnują domów, ogródków i anielskich studni. W Lanckoronie mają nawet swoje święto. Zimowy Festiwal Anioł w Miasteczku odbywa się rokrocznie w grudniu. Wspaniała impreza w trakcie której mieszkańcy i turyści przebierają się za anioły. Jedyna taka w Polsce i niepowtarzalna. Zakwaterowanie w Lanckoronie można znaleźć w starych, przedwojennych willach, po wcześniejszej rezerwacji. Stali bywalcy pokochali te miejsca i ciężko o wolne terminy. Willa Zamek otoczona "zaczarowanym" ogrodem z licznymi ciekawostkami dendrologicznymi, Willa Tadeusz ukryta w zieleni i cieniu górskiego zbocza to miejsca z duszą, klimatem i wieloletnią tradycją. Miejsca noclegowe oferują także lokalne agroturystyki i hotele. Cafe Pensjonat czy Cafe Arka to miejsca, gdzie w niebanalnych wnętrzach, w niepowtarzalnym klimacie kawiarnio-galerii można rozkoszować się pyszną kawą i domowym ciastem. Lanckorona ma swoisty irracjonalny urok. Ostatnio przeczytałam opinię jednej z miłośniczek Lanckorony "Dla mnie w Lanckoronie najfajniejsze jest to, że się tam jedzie nie po coś, tylko po nic". Nie sposób się z tym nie zgodzić. Listopadowa niedziela 2015 roku w Lanckoronie. Moja pierwsza wizyta w tym anielskim miejscu. Wystarczyło - przepadłam. Zakochałam się.


W Y P A D N A W E E K E N D / 35


36 / MAGAZYN EIMPERIUM

TEKST: AGNIESZKA BARON

Neonowy elf wychodzi z internetu

KLIKN

IJ

P

Obok twórczości Martyny Biłogan znanej szerszej publiczności jako Erith nie można przejść obojętnie. Albo się ją pokocha albo… zapamięta. W pamięci szczególnie zapadają jej koncerty. Pulsująca wielowymiarowa muzyka, światła i pomalowana fluorescencyjnymi farbami Erith pląsająca w rytm muzyki. Występuje sama, bo tworzy sama. Od tekstu, przez aranżację po wykonanie. Czasem w procesie twórczym towarzyszy jej wierna gromadka - trzy koty i jeden pies. Teraz 24-latka dzięki wsparciu swoich fanów wydała swój debiutancki album “Speed of light”. To przekrój jej dwóch ostatnich lat twórczości, którą można było zaobserwować w Internecie i podczas koncertów. Jak powiedziała Erith podczas programu “Studio prasowe” dopieściła każdy z utworów. Efekt jej pracy można posłuchać i zobaczyć. Album promuje teledysk “This is what we are”, który można zobaczyć także na naszym kanale telewizyjnym. Polecamy go podwójnie, ponieważ jego reżyserem jest nasz redakcyjny kolega - Jacek Batóg. O

W

IĘC

EJ


M U Z Y C Z N Y S P A C E R / 37

KLIKNIJ PO CE

J

sznytu. Obok akordeonu, bębna na scenie pojawia się także konsola z dj-em u steru. Ta mieszanka spodobała się także pracownikom ambasady RP, którzy wytypowali ten zespół jako muzycznego reprezentanta naszego kraju na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu. Ekipa Krzikopy zagrzewała do boju sportowców i promowała Polskę w Korei Południowej. Wyjazd dodał zespołowi wiatru w skrzydła. Dziesiątki wywiadów, także tych udzielonych Telewizji Imperium, poskutkowały wypromowaniem zespołu w naszym kraju. Muzycy już pracują nad debiutancką płytą, a w międzyczasie pakują już instrumenty na kolejny festiwal, tym razem do Szwecji. Obserwujcie ich uważnie i zobaczcie ich koniecznie w akcji. Mnie do dziś przechodzą ciarki na wspomnienie ich grudniowego koncertu w Starej Fabryce Drutu. Podczas przyśpiewki “Poszła Karolinka” poczułam się jak na jakiejś dobrej potańcówce, zresztą nie tylko ja.

Grupkę muzyków rozrzuconych po Śląsku połączyła miłość do regionu. Zespół działa już kilka lat i nieco zmienił skład, ale dalej wskrzesza śląskie przyśpiewki dodając im nowoczesnego

W

Krzikopa dostała kopa!


38 / MAGAZYN EIMPERIUM

długie wieczory sprawiają, że poszukujemy nowych rozrywek. Ile seriali można zobaczyć? Każdy ma przecież jakąś “wyporność”. Z widza biernego można, a może nawet trzeba stać się - aktywistą! Bierzemy w dłoń klej na ciepło i do dzieła! Któż z nas nie oglądał namiętnie filmików instruktażowych, Jak zrobić karmnik dla ptaków? ALBO Jak zrobić witraż? ALBO Jak zrobić ciasto szpinakowe? Jednak większość poprzestała na zobaczeniu. Ja postanowiłam pójść krok dalej. Zrobić i nagrać i to jednocześnie! Ileż frajdy ma człowiek z własnego “dzieła”. Od razu przestrzegam przed tymi, którzy od razu myślą o zbyt ambitnych projektach. Zacznijmy od czegoś prostego, np. lampy w kształcie chmury. W zależności od naszych preferencji może to być obłoczek, który zobaczymy na błękitnym niebie, albo chmura gradowa.


K Ą C I K A G N I E S Z K I / 39

tekst i wykonanie: Agnieszka Baron

zdjęcia: Filip Twarkowski

Jak zrobić swoją chmurkę? Zanim zabierzemy się do pracy potrzebujemy kilku produktów. Po pierwsze papierowy abażur (cena ok. 8 złotych), poduszkę o wypełnieniu poliestrowym (wym. 70x80 cm, wystarczy na ok. 4 chmurki, koszt 15 złotych), nożyczki, klej na ciepło (pamiętajcie o zapasowych wkładach!), stojak lampy stołowej (najtańszy ok. 20 złotych) i jakieś zabezpieczenie dla blatu. Całkowity koszt to około 45-50 złotych. Mnie przy realizacji mojej pierwszej chmurki wspomaga Magda Foltyniak z Warsztatu Miejskiego. W programie “Cafe Floriańska” pojawił się także pluszowy miś, ponieważ teoretycznie do zrobienia naszej lampy nadaje się wypełnienie z pluszowych zabawek, jednak jest ono trudniejsze do zdobycia. KROK 1 Zaczynamy od rozpakowania abażuru. Zdecydowałam się na średnicę 30 cm. Docelowo moja lampa ma pełnić funkcję lampy stołowej. Przed przystąpieniem do następnego etapu można pomalować papierowy stelaż na pożądany kolor albo od razu kupić taki, jaki nam w duszy gra. Wkładamy stelaż do środka. W międzyczasie rozgrzewamy klej. Następnie rozcinamy poduszkę i wyjmujemy kilka garści puchu. Za pomocą kleju na ciepło przytwierdzamy urwane wypełnienie poduszki do abażuru. W zależności od naszego pomysłu na chmurkę - możemy przyklejać gęstsze albo rzadsze “kęsy” pianki. Podczas tej czynności trzeba uważać, aby się nie oparzyć klejem. Pokrycie całego abażuru poliestrowym puchem zajmie nam ok. 30-40 minut.

KĄCIK AGNIESZKI


40 / MAGAZYN EIMPERIUM

KROK 2 Kiedy cały abażur jest już pokryty pianką można go założyć na odpowiedni stojak, włożyć żarówkę i odpalić naszą chmurkę. Przy tej opcji należy pamiętać, aby żarówka nie stykała się z papierowym abażurem ani z oprawką lampy. Możemy poeksperymentować z barwami światła neutralne, ciepłe a może chłodne? Wybór należy do nas. Na rynku są także dostępne “kolorowe żarówki”. Do rozważenia podrzucam pomysł, aby naszą puszystą kulę wypełnić lampkami, najwygodniej takimi na baterie. Dzięki temu rozwiązaniu możemy położyć naszą chmurkę w dowolnym miejscu nie zważając na to, czy w pobliżu znajduje się kontakt. WIELKI FINAŁ! Chmurkę można dowolnie modyfikować doklejając koraliki, gwiazdki. Papierowy abażur to nie jedyna opcja na zrobienie chmurki. Można obkleić puchem przezroczyste, plastikowe opakowanie, na przykład po lampkach choinkowych. Możemy się też pobawić kształtem sklejąc zawczasu kilka takich opakowań. Bo jak mawiają Amerykanie “Sky is the limit”!

K

K LI

NIJ

PO WI ĘC EJ


K Ą C I K A G N I E S Z K I / 41

KĄCIK AGNIESZKI


42 / MAGAZYN EIMPERIUM

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

TEKST: AGNIESZKA BARON ZDJĘCIE: AGNIESZKA BARON

Galeria Jednego Zdjęcia to miejsce, w którym cyklicznie prezentować będziemy fotografie, za którymi kryją się unikatowe historie. Zachęcamy do przesyłania do naszej redakcji takich fotografi wraz z opisem. Z wielką przyjemnością będziemy je prezentować na naszych łamach.

W poszukiwaniu przygód wraz z grupką znajomych wybrałam się na drugi koniec Polski. Daleka mityczna mroźna północ. Zaskakująco Białowieża i okolice przywitały nas słońcem i ujemną temperaturą. Takie połączenie poskutkowało piękną pogodą i błękitnym niebem. Puszcza Białowieska zachwyca o każdej porze roku. Wysokie szlachetne buki, energetyczne świerki i całe mnóstwo innych gatunków flory i fauny. Nas jednak zainteresował jeden konkretny gatunek. Bison bonasus (łac.) po polsku żubr. Pierwszego przedstawiciela tego gatunku spotkaliśmy podczas jego kolacji, koło paśnika. Młody osobnik spoglądał na nas spod byka, więc zachowaliśmy bezpieczną odległość około 150 metrów. Spotkanie z żubrem tuż przy granicy z Białorusią zdziwiło nawet patrol Straży Granicznej, który zatrzymał nas i przepytał wnikliwe po jednym z naszych spacerów. “Mieliście Państwo szczęście, że go spotkaliście” powiedział jeden ze strażników. “Chcecie zobaczyć całe stado?” - zapytał drugi. “Oczywiście” krzyknęli wszyscy jednocześnie. Strażnik zdradził miejscówkę żubrzego stada. Nazajutrz rano jeszcze przed wschodem Słońca wyposażeni w aparaty i termos z ciepłą herbatą udaliśmy się na “polowanie”. Kilkukrotnie przejechaliśmy obok wskazanej przez strażników granicznych lokalizacji. Niestety na próżno. Po południu, nieco podłamani na duchu niepowodzeniem naszego “safari”, ale przede wszystkim głodni pojechaliśmy do karczmy w miejscowości Budy. Oryginalny wystrój wewnątrz i na zewnątrz, potrawy i przyprawy z regionu,

a to wszystko w ramach skansenu etnograficznego. Zapowiadało się bardzo dobrze. Do stolika podszedł kelner i kucharz w jednej osobie. Polecił nowości z karty, złożyliśmy zamówienie. Pan na odchodne zapytał się czy mamy już zdjęcie z “ich żubrem”. “Mamy!” - powiedziałam dumna, “ba nawet mam z nim selfie” - dodałam po chwili. Pan kelner nieco się zdziwił. Jedna ze znajomych zapytała, czy chodzi o tego żubra na końcu sali. “Eeee nie, chodziło mi o żywego, a nie wypchanego!” powiedział z dumą pan kelner

“Jak poczekacie do deseru, czy do godz. 13:30 to zobaczyc prawdziwego. Zawołam Was Zjedliśmy pyszny posiłe i z zapartym tchem czekaliśm na Wojtka, bo takie imię dost żubr od mieszkańców Bu ponoć na cześć zasłużonego d Puszczy leśniczego. Po obiedz jak przepowiedział kelner zjaw się Wojtek, nastoletni żub z ułamanym prawym rogiem.

Przychodzi tu od 2-3 lat. Rezyden można rzec, z manieram Przechodzi przez furt a wodą podzieli się z kotem. N


yli cie s”. ek my tał d, dla zie wił br

nt mi. tki Nie

S Z T R Y K O W A N I E N A E K R A N I E / 43

Czy o wszystkim zadecydują faceci w garniturach? Przyjęło się myśleć o robótkach na drutach jako o kobiecym zajęciu. Sztrykowały nasze babcie, mamy i ciocie, my natomiast staramy się nauczyć dziergać nasze córeczki. Tak przynajmniej jest w polskiej kulturze. W polskich sklepach z włóczką, na pewno tych stacjonarnych obsługują nas zwykle także kobiety. Ale stojąc w kolejce i wpatrując się w kolorowe motki na półkach zupełnie nie zastanawiamy się, kto decyduje o zawartości tych regałów i o tym co pojawia się w sprzedaży. A uwierzcie mi – są to faceci w garniturach. Byłam na największych w Europie targach branży rękodzieła Handarbeit + Hobby w Kolonii w Niemczech. I mimo, iż zarówno wśród odwiedzających jak i wystawców przewijało się mnóstwo kobiet, to na najwyższych szczeblach rozmowy toczyły się głównie między mężczyznami.

pogardzi jabłkiem, bananem w skórce czy resztkami z karczmy, a nawet kanapką ze smalcem. Da się też pogłaskać po głowie i pięknie zapozuje do zdjęcia. Wojtka już kilka razy próbowano się pozbyć, ale za każdym razem wracaił. Raz po dwóch dniach, drugi raz po sześciu. Żubr z Bud to prawdziwy celebryta. Jego historia została zaprezentowana w ogólnopolskich stacjach telewizyjnych. Wojtek czuje się przed aparatem jak ryba w wodzie. Oceńcie sami!

Akredytacja dziennikarska na wielu wydawców działała elektryzująco, chcieli pokazać swoje produkty z jak najlepszej strony, ale niestety to nie była reguła. Czasami akurat prowadzili ważne rozmowy (bo przecież w tym celu organizowane są targi) i nie znajdowali czasu dla dziennikarki z Polski, albo nie mieli ochoty rozmawiać przed kamerą, zwłaszcza pod koniec dnia i pod koniec targów. Z zadziwiającą regularnością rozmowy przebiegały wg takiego samego scenariusza: rozpoczynałam rozmowę z kobietą (zwykle potrafiącą sztrykować, szydełkować lub haftować), a kiedy okazywało się, że firma mogłaby jakoś skorzystać z filmów produkowanych przez Telewizję IMPERIUM, albo przyczynić się do tego by program był pełen ciekawych nowości, wzywany był mężczyzna. W kilku przypadkach pojawiała się wprawdzie bariera językowa, szczególnie na stoiskach firm tureckich, gdzie panie nie przyjechały, by prowadzić jakiekolwiek rozmowy, raczej jako ozdoby stoisk. Ale nawet tam, gdzie z kobietami dogadywałam się swobodnie po angielsku – decyzję podejmować miał wyżej postawiony mężczyzna. Nierzadko nasza rozmowa była mu streszczana w jeszcze bardziej obcym języku i to on miał decydujący głos. Na targach widziałam wiele stoisk firm, których włóczek nigdy w Polsce nie spotkałam. Nie posiadam swojego sklepu, do którego mogłabym te włóczki sprowadzić, więc nawet nie zawracałam głowy tym wystawcom. Zaskoczyło mnie jednak, że nawet oferta firm obecnych na polskim rynku jest dużo szersza niż to co spotykamy w naszych sklepach. Dlaczego tak się dzieje? Czy dlatego, że aby nowości pojawiły się w ofercie pasmanterii, faceci w garniturach musieliby


44 / MAGAZYN EIMPERIUM

zaryzykować? Czy może dlatego, że to my, klientki końcowe zbytnio boimy się tego, czego nie znamy. Jeśli się boimy, to nie kupujemy i wtedy towar się nie sprzedaje. A tego nie lubią faceci w garniturach. Myślę, że ciągle jeszcze zbytnio kierujemy się ceną produktów i wolimy kupić więcej włóczki, nawet gorszej jakości i o gorszym składzie, niż odłożyć na nieco lepszy produkt, którego otrzymamy jednak mniej. Przez to nasze rękodzieło wykonane z tanich i złych jakościowo składników staje się tandetą. Więc i importerzy sprowadzają tandetę. To z pewnością również z tej przyczyny polscy producenci dostarczają do naszych sklepów jedynie tanie akryle i nie odważają się wprowadzić do oferty droższych włóczek na wyższe półki. Co możemy zrobić, żeby oferta sklepów była ciekawsza? Pytajmy o nowości. Próbujmy ciekawostek. Nie bójmy się ich. Chwalmy się tym co robimy, co nam wyszło, z czego jesteśmy dumne. Pokazujmy swoje dzieła z nowych włóczek w pasmanteriach i na blogach. Niech nasze drutowe koleżanki też pytają o nowości w swoich sklepach.

Powiecie, że przecież są sklepy internetowe. I rzeczywiście! Na targach spotkałam kilka właścicielek (!) takich właśnie polskich sklepów. To dobrze, że zaradne babki biorą sprawy w swoje ręce. Spotkałam też przedstawicielki polskich firm (chociaż niezupełnie związanych ze sztrykowaniem), które wystawiały się na targach lub przymierzały się do tego na nadchodzący rok. Ja wiem, że nie sprawdziłabym się w tej roli. Mam zbyt wiele włóczkowych humorów. Są włóczki, z których robi pół Polski, a mnie otrzepuje na samą myśl o nich, a są i takie, którymi zachwyca się cały świat, a ja nie mogę już patrzeć na wyroby z nich wykonane. Wiem, że w handlu nie zrobię kariery, bo żadna tam ze mnie „trensweterka”. Nie podążam za modą i nie wiem co może się podobać (czyli sprzedać) w nadchodzącym sezonie. Dumna jestem jednak z tych Polek, które odważają się zaryzykować i kupić te tony włóczek, by były dostępne w naszej walucie. Dumna jestem, że potrafią za nas dokonać wyboru. BARBARA PALEWICZ


PIĘKNA CODZIENOŚĆ

P I Ę K N A C O D Z I E N O Ś Ć / 45

MIX IT

AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC na

"Wiosna cieplejszy wieje wiatr, wiosna znów nam ubyło lat... " Nareszcie wiosna! Po długich, ciemnych, zimowych dniach nadchodzi upragniona, ciepła, słoneczna, budząca świat z zimowego snu - wiosna. Znowu wszystko się odradza. Wiosna jak żadna inna pora roku, zawsze sprzyja zmianom i odnowie wszystkiego. Tak jak przyroda zaczyna budzić się do życia, tak ja regeneruje organizm, nabieram sił, czuję nową energię i chcę działać. Zaczynam planować i zmieniać. Takie wiosenne porządki w szafie, w domu, w ogrodzie i w życiu. Zmieniam aranżację wnętrz i wystrój mieszkania. Po fascynacji stylem skandynawskim i białym kolorem, potrzebuje wiosennej metamorfozy. Tej wiosny kieruję się trzema zasadami: wprowadzam kolor, łącze stare z nowym, miksuje style. Moja przestrzeń jest odzwierciedleniem mnie i mojej rodziny, naszych zainteresowań, pasji i sentymentów, tego co lubimy i co sprawia nam przyjemność. To my mamy się czuć w niej dobrze. Surowe białe, minimalistyczne wnętrza nie są dla nas, źle się w nich czujemy, potrzebujemy koloru i jego energii. Wzory tkanin wprowadzają nowe życie do wnętrz. Wiosną stawiam na motywy roślinne i kwiaty. Lubię łączyć stare z nowym. W najpiękniej zaaranżowanym mieszkaniu z pachnącymi nowością meblami czuję się jak w salonie meblowym. Potrzebuje ciepła, klimatu i niepowtarzalności starych rzeczy. Taki element sentymentalny - odziedziczony po rodzinie mebel, filiżanka ze starego fajansu czy zdjęcia na ścianie. Wnętrze które odzwierciedla nas i to co jest dla nas ważne, gdzie czujemy się u siebie. Miksuje style. Może wynika to z tego, że za dużo rzeczy mi się podoba: vintagowa lampa, nowoczesna grafika, rustykalny kredens. Rozwiązaniem jest dla mnie eklektyzm. Lubię tworzyć mój mały świat, co pewien czas go zmieniać tak jak i ja się zmieniam. Zachęcam Was do zmian. Odwagi. Wiosna sprzyja.


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 19

Magazyn eIMPERIUM nr 02/2018  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Magazyn eIMPERIUM nr 02/2018  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Advertisement