Issuu on Google+

Przegląd Polski MIESIĘCZNY

DODATEK

KULTURALNY

nowego dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

Z dwudziestu książek nominowanych do Nike – najważniejszej nagrody literackiej w Polsce – wyłoniono siedem finalistek. Tytuł i autor wybranej spośród nich najlepszej książki roku 2013 zostanie podany do wiadomości w pierwszą niedzielę października.

Wiersze pisze się w języku matki rozmowa z Anną Frajlich Paulina Małochleb

Gdynia Film Festival 2013 Najlepsze polskie filmy Hanna Kosińska-Hartowicz

Wratislavia Cantans Powrót do Włoch Agata Adamczyk


Wiersze pi sze się w ję zy ku mat ki 2 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

Z poetką Anną Frajlich rozmawia Paulina Małochleb

Jak czuje się człowiek, którego biografia odzwierciedla w pełni zawieruchy XX wieku? Urodziła się pani w Kirgizji, bo rodzinę wywieziono na Wschód, potem osiadła pani na ziemiach odzyskanych w Szczecinie.

Jeden z moich wierszy zaczyna się od słów: “Urodziłam się także w podróży/ gdyż ucieczka jest podróżą doskonałą”, a inny wiersz “Umrę tam/ gdzie mnie posiało/ gdzie mnie rzucił los”. Do Kirgizji dotarła moja matka, uciekając ze Lwowa przed Niemcami. Mój ojciec, technik z zawodu, w tym samym czasie został wcielony do batalionów pracy i pognany na Ural. Ich odnalezienie się to osobna epopeja, która już nawet została częściowo opisana. Gdybym urodziła się we Lwowie, nie przeżyłabym nawet niemowlęctwa, bo nikt z naszej rodziny, kto został we Lwowie, nie przeżył. Po wojnie ziemie odzyskane to była jedyna opcja dla ludzi takich jak my, którzy wracali ze Związku Radzieckiego. Do Lwowa, gdzie nasze rodziny żyły od pokoleń, nie było już powrotu. Pojechaliśmy więc do Szczecina, ponieważ to było miasto ludzi wysiedlonych z dawnych terenów wschodnich, autochtonów i Niemców, którzy nie zdołali lub nie chcieli wyjechać. Miasto zburzone, ale piękne, wieloetniczne i wieloreligijne. Do szkoły chodziłam z dziećmi z rodzin katolickich, żydowskich, protestanckich, razem uczyliśmy się i bawili. Do dziś z wieloma utrzymuję kontakty.

Czy na obczyźnie zmieniał się pani stosunek do języka polskiego? Czy język dla poety może być ratunkiem? Czy też raczej pobudza on tęsknotę?

Zmiana języka jest równie trudna dla inżyniera, co dla poety. Jeżeli Polska nie jest moim krajem, to język polski nim jest, a angielski zawsze pozostanie dla mnie drugim językiem. Nawet teraz, kiedy piszę eseje, chociaż staram się myśleć po angielsku i posługiwać właściwą mu składnią, zawsze muszę mieć edytora, który mój tekst sprawdzi i poprawi. Zawsze też będę mówiła po angielsku z akcen-

Anna Frajlich: Łodzią jest i jest przystanią. Szczecin: Wydawnictwo Forma, 2013, s. 113 Książkę,można zamówić w EK Polish Bookstore, tel. (201) 355-7496, cena 15,00 dol.

Dla mnie ratunkiem był w tym sensie, że stał się także moim zawodem, pomógł mi się utrzymać, no i leczyć poprzez literaturę. W pewnym momencie zaczęła pani pisać też po angielsku.

Pisanie artykułów czy prac naukowych stało się koniecznością zawodową, ale i osiągnięciem. Jednak wiersze piszę po polsku, z wyjątkiem kilku napisanych dla wnuka. Tak jak Miłosz wierzę, że wiersze pisze się w języku matki. Tylko nad tym językiem w pełni panuję, znam jego wszystkie ukryte możliwości, cały potencjał.

O Nowym Jorku pani pisze: “Tu poeci/ w dwustu językach dla nikogo/ piszą swe wiersze jak szaleni”.

W tym mieście kultury żyje ogromna liczba wielojęzycznych poetów, którzy często nie mają nawet kontaktu ze swoimi czytelnikami. Miasto samotnych poetów, którzy piszą, bo muszą. Ja zresztą początkowo, gdy powstał ten wiersz, także pisałam w obcym języku, “dla nikogo”. To była ta samotność wygnańca.

Co pozwoliło pani przetrwać zawieruchy historii – przecież pani sama wyjechała z Polski w 1969 roku? Rozpoczęła życie od nowa w Nowym Jorku.

Pomagają silne więzi rodzinne, wartości wyniesione z domu i, w moim przypadku, ze szkoły. A także lojalność i pomoc przyjaciół. Emigracja, dziś to mogę przyznać, wydawała mi się traumą nie do przeżycia. Ale emigracja nauczyła mnie też samodzielności, wytrwałości, pokory, wysokiej etyki pracy. Spotkałam wtedy wspaniałych ludzi – profesor Zoyę Yurieff, redaktorów: Stefanię Kosowską, Jerzego Giedroycia. Myślałam, że moje życie się skończyło z wyjazdem, a ono dopiero się zaczynało.

We wszystkich pani tomach powraca motyw przesadzania, poszukiwania miejsca, które stanie się domem. W wierszu “Inny emigrancki sen” motyw ten pojawia się pod postacią podróży przez Warszawę, ciążeniu notesu z adresami, wreszcie snów, w których powraca się do domu. Czy dzisiaj ciągle ma pani te same sny?

Czytając pani biografię można odnieść wrażenie, że jedyną stałą pani życia jest zmiana, przeprowadzka.

ZDJĘCIE: RYSZARD OPĘCHOWSKI

Warto zaznaczyć, że mieszkam w Nowym Jorku już ponad 43 lata, a więc prowadzę dość osiadły tryb życia. Kiedy 20 lat temu przeprowadziłam się do obecnego mieszkania, powiedziałam sobie: już nie jestem emigrantką, bo mieszkam w miejscu, gdzie chcę, a nie muszę mieszkać.

W jakim stopniu literatura pozwala posklejać własną tożsamość?

Myślę, że dzięki wychowaniu, jakie otrzymałam, nie miałam problemów ze swoją tożsamością. Rodzice wpoili mi bardzo silne poczucie godności. Jestem polską Żydówką, pochodzę z zasymilowanej, świeckiej rodziny, moja tożsamość kulturowa jest polska. To inni ludzie mogli mieć problem z moją tożsamością, ale to ich sprawa. Oczywiście wygnanie bardzo mnie dotknęło, nadszarpnęło mój świat. Przez lata odbudowywałam go, ale terapeutyczne właściwości literatury, która rodzi się z rany, pomogły mi pokonać kryzys.

ma żyjąc na emigracji, zrozumiałam ich poczucie utraty i ból. To jest ten język bólu ponad podziałami i pokoleniami. Razem ze Lwowem rodzice utracili całą rodzinę, której nigdy nie dane mi było poznać. Mam po rodzicach laminowany plan przedwojennego Lwowa. Dla mnie ważny jest jeszcze Szczecin – miasto mojego dzieciństwa i debiutu też w dużej mierze magiczne. O ile Lwów kojarzy mi się głównie z utratą, to Nowy Jork jest dla mnie miastem transformacji, zarówno własnej, jak i nieustannej transformacji przestrzeni. Gdy przyjechałam, 30 czerwca 1970 roku, to było miasto obce, ogrom zdawałoby się nie do oswojenia, przeznaczenie klęski. A tymczasem stał się “i łodzią, i przystanią”. Dlatego, że jest to miasto i społeczeństwo otwarte. Miasto, w którym udało mi się osiągnąć więcej niż kiedykolwiek się spodziewałam. I bardzo czuję się z Nowym Jorkiem związana emocjonalnie.

tem. Ale nie sądzę, że posługiwanie się angielskim w życiu zawodowym i codziennym ma jakiś wpływ na moją polszczyznę. Należę raczej do tej grupy, która jak intelektualiści z poprzedniej fali emigracji, tzw. niepodległościowej, biegle posługiwała się różnymi językami i nie przyszło nikomu do głowy używać anakolutów czy makaronizmów, jak robią to dzisiaj dziennikarze w polskiej telewizji. Język jest zarówno żywiołem, jak i narzędziem.

Dwa miasta wydają się pani miejscami magicznymi – Lwów i Nowy Jork.

Lwów to miasto moich rodziców, to było ich “Litwo, ojczyzno moja”. Tylko raz widziałam Lwów – latem 1969 roku, kiedy moja matka niemal zmusiła mnie, żebym tam z nią pojechała i pokazywała mi każde miejsce związane z ich życiem. Jako młoda osoba nie rozumiałam przywiązania i tęsknoty moich rodziców do miasta ich młodości, zresztą bardzo trudnej młodości. Dopiero sa-

Dwa elementy złożyły się na zmianę mojego położenia i spojrzenia na sprawę zakorzenienia. Po pierwsze, byłam w stanie zrealizować się jako człowiek, naprawdę wiele osiągnąć. Po drugie, zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce. W 1993 roku w Czytelniku ukazał się mój pierwszy tom wierszy w Polsce (ale piąty z kolei), za co do dziś jestem wdzięczna Henrykowi Chłystowskiemu. Wtedy też pierwszy raz pojechałam do Polski po 22 latach wygnania. Teraz jeżdżę do kraju za każdym razem, gdy publikuję nową książkę, mam kontakt z przyjaciółmi i ludźmi, których lubię i szanuję, z którymi współpracuję. Naturalnie to, co zaszło w moim życiu, ukształtowało moją osobowość i to, co piszę. Nie mam już jednak emigranckich snów, bo przestałam czuć się emigrantką. Tworzy pani poezję polską, o rosyjskiej zrobiła doktorat i napisała książkę, na co dzień żyje w amerykańskiej. Która z nich jest pani bliższa?

Najbliższa mi jest poezja, literatura i kultura polska i uczę tylko polskiego języka i literatury. Ale niewątpliwie zetknięcie się z innymi kulturami, rosyjską poprzez studia, amerykańską poprzez funkcjonowanie w tej kulturze, stwarza inną perspektywę także do oceniania polskiej poezji. Pogłębia i rozszerza moje spojrzenie.


PAŹDZIERNIK 2013 Wiele miejsca w swoich tekstach poświęca pani Tymoteuszowi Karpowiczowi – czy to najważniejszy dla pani twórca?

W Karpowiczu fascynował mnie jego dramat. Jego uczniowie bardzo szybko i “programowo” go zapomnieli. Nie był im potrzebny, kiedy odnaleźli własny głos i pozycję, to było dla mnie porażające. Moja przyjaźń z nim zaczęła się od zwykłej znajomości, nie byłam jego uczennicą, potem też dopiero doszłam do jego poezji. Rozumiałam ją, ale nie starałam się kopiować jego poetyki. Karpowicz docenił mnie i swoje ostatnie seminarium na uniwersytecie poświęcił moim wierszom i zorganizował całą sesję na ten temat z odczytami, udziałem dwóch aktorek, sama przyleciałam też wtedy z Nowego Jorku do Chicago. To było dla mnie wielkie przeżycie. Których poetów cenię? Największą miłością mego dzieciństwa był Władysław Broniewski i bardzo cieszę się, że zainteresowanie tym poetą wraca. Obecne pokolenie widzi siłę i wartość jego poezji. Potem, to jest po 1956 roku, nagle pojawili się poeci międzywojenni, których nie publikowano w czasach socrealizmu: Pawlikowska-Jasnorzewska, Leśmian, a jednocześnie cała plejada poetów z pokolenia Szymborskiej, Herberta, właśnie Karpowicza, Białoszewskiego… Na emigracji poznałam Miłosza, Iwaniuka, Balińskiego, Przyłuskiego. Drugą, obok Karpowicza, trwałą pani fascynacją literacką był Czesław Miłosz. Poświęciła mu pani nawet książkę “Czesław Miłosz. Lekcje”.

Miłosz to przeciwieństwo modelu Karpowicza, chociaż obaj pochodzili z Litwy i kiedy każdy z nich znalazł się w Stanach, pracował z poświęceniem nad propagowaniem polskiej kultury. Pierwszy raz zetknęłam się z książką Miłosza Człowiek wśród skorpionów, pisząc na Uniwersytecie Warszawskim pracę magisterską o Brzozowskim. Książka była tylko w “prohibitach” w Bibliotece Narodowej, dokąd jeździłam tramwajem przez pół miasta z listem prof. Kulczyckiej-Saloni, aby pozwolono mi ją czytać. Nic dziwnego, że kiedy w Stanach zobaczyłam tę książkę w polskiej księgarni i mogłam ją kupić bez pytania kogokolwiek o pozwolenie, zrobiłam to, a gdy pierwszy raz spotkałam Miłosza – poprosiłam o dedykację w tym właśnie egzemplarzu. Moje zainteresowanie Miłoszem rosło powoli, spotykałam go na konferencjach slawistycznych, czasem pisałam o tym dla Radia Wolna Europa, czasem Julita Karkowska zamawiała u mnie materiał do Przeglądu Polskiego, którego była wówczas redaktorką. Im bliżej poznawałam Miłosza, jego działalność naukową i twórczość literacką, tę niszę, którą potrafił sobie zbudować w trudnym, chwilami dramatycznym życiu, sposób, w jaki odpowiadał na wyzwania, coraz bardziej mi imponował. Jestem daleka od idealizowania go, ale podziwiam, poza poezją, to, co potrafił osiągnąć. Czesław Miłosz. Lekcje to mój prywatny hołd dla niego.

DODATEK KULTURALNY nowego wał” znajdziemy taki fragment: “Nie dotrzymuje mi kroku życie/ ja tam a ono zabłąkane/w fizjologii (…) ja mam plan w każdej kartce kalendarza/ a ono – przed Babilonem/ przed Chaldejczykami/ zna przypływy odpływy/nie zna kalendarza”.

Człowiek żyje, funkcjonuje na przecięciu się cywilizacji/kultury i biologii. Trwanie kultury, dzieło człowieka jest lekarstwem na przemijanie. Jest naszym śladem, od tych pierwszych rysunków w grotach do najnowszych osiągnięć. Jest też łącznością pokoleń, różnych cywilizacji. W Torbole nagle Goethe znajduje wiersz Wergiliusza o tym samym jeziorze, na które patrzy. To taka chwila objawienia. W “Wierszu” pisze pani, że są różne rodzaje poezji: “wiersz-dziecko”, “wiersz-kot”, “wiersz-tygrys”. Jakie nurty reprezentują te metafory i który wydaje się pani najbliższy?

Ten wiersz mówi o różnych źródła inspiracji, o tym, że nigdy nie wiadomo, z czego rodzi się poezja i czym stanie się w momencie swego zaistnienia, inny jest impuls, a inny punkt docelowy. Wiersz rodzi się “ślepy ze ślepych sił”. Niedawno na uroczystości wręczenia nagrody Fundacji im. Zbigniewa Herberta, jej laureat W.S. Marwin powiedział, że nikt nie wie, z czego i dlaczego powstaje wiersz. O wierszu dyktowanym przez daimoniona pisał też Miłosz. Ja wyznaję ten sam pogląd. Wiersz powstaje pod wpływem impulsu. Czasem takim impulsem jest lektura, czasem zapach zgniłych kartofli, czasem wystawa w muzeum lub głodny bezdomny na przystanku. Impuls musi być dostatecznie silny, aby przynieść ze sobą wiersz. Rilke pisał o ranie, rana to bardzo silny impuls. W różnych pani tomach, obok zapisu osobistego doświadczenia i refleksji, znaleźć można wiersze przynależące do nurtu publicznego, mówiące o wspólnocie (ostatnie wiersze w “Indian Summer” poświęcone stoczniowcom z 1981 roku, w “Łodzią jest i jest przystanią” – wspomnienie 11 września). W jakim stopniu poezja może służyć czemuś innemu niż sztuka? Czy powinna brać aktywny udział w życiu społecznym?

Zawsze stroniłam od aktywności politycznej, trzymam się z daleka od zabierania głosu w tych sprawach, ale sądzę, że mam prawo do refleksji na tematy, które mnie głęboko poruszają. Zachowuję dużo sceptycyzmu wobec programowych wierszy politycznych, ale te wiersze, o które pani pyta, były jakąś odpowiedzią na to, co wywoływało u mnie głęboką reakcję emocjonalną. Chociaż nie były to przeżycia osobiste, tylko społeczne, zbiorowe. W niektórych sytuacjach człowiek czuje się jednak częścią wspólnoty.

Przyjaźniła się pani i z Miłoszem, i z Szymborską. On pisał z łatwością, dużo. Ona była znana z nieustannego wyrzucania wierszy do kosza, powolnego pisania. Do której grupy pani należy?

Mojej znajomości z Miłoszem nie można nazwać przyjaźnią. On darzył mnie pewną serdecznością i odnosił się z szacunkiem do mojej twórczości, ale do przyjaźni stąd daleko. Szymborskiej stosunek do mnie był bardzo Sama nie wiem, jak malarstwo trafiło do mo- przyjazny, byłyśmy na “ty”, podziwiałam ją i ich wierszy. Nie umiem nawet rysować. Myślę, czułam dla niej wdzięczność, ale też ja nie użyże patrzeć na obrazy nauczył mnie przymuso- łabym sformułowania “przyjaźniłam się”, bo wy pobyt we Włoszech w 1970 roku, tuż po to byłoby podszywanie się. Myślę, że każdy wyjeździe z Polski. Tam na co dzień obcować ma jakieś frazy, które potem rozrastają się w można ze wspaniałą sztuką renesansu nie tyl- wiersze lub nigdy nic z nich nie wychodzi. Ja ko w muzeach, ale nawet na ulicach. Ponadto nigdy nie siadałam do pisania wierszy, bo nie Nowy Jork jest jednym wielkim muzeum, czę- miałam takich warunków. Kiedy wiersz “przysto przechodząc ulicą w oknie galerii można zo- chodził” do mnie i jeśli miałam czas go zapibaczyć arcydzieło. Obraz czy też utwór muzycz- sać, wówczas taki wiersz zaistniał. Rzadko wrany jako cytat jest dopełnieniem naszego wyobra- cam do tekstów zapisanych w połowie. Mam żenia o życiu, a jednocześnie czymś, czego nie w szufladzie taką kopertę kartonową, w któda się nigdy do końca wypowiedzieć słowami. rej są jakieś niedokończone zdania i może kiedyś je uporządkuję. p Wielu krytyków podkreśla obecność malarstwa w pani poezji, dużo tu aluzji do Cézanne’a, Braque’a, Renoire’a. Jaką rolę spełnia taki cytat kulturowy?

Szczególne miejsce w pani poezji zajmuje czas – zderza pani krótkie trwanie biologiczne z wiecznym czasem kultury. W ostatnim tomie “Łodzią jest i jest przystanią” w wierszu “Za-

Rozmowa z Anną Frajlich ukazała się (w szerszej wer sji) we wrze śniowym wyda niu mie sięcz ni ka Nowe Książki, 2013.

dziennika

Przegląd Polski

Życie na Marsie

3

ARTUR D. LISKOWACKI

Na twórczość Anny Frajlich zwykło się patrzeć przez pryzmat jej emigracyjnych, tożsamościowych doświadczeń – żydowskiej i polskich – i opisywać ją jako próbę odnalezienia się w losie kogoś, kto tracił i odzyskiwał: dom i pamięć, codzienność i marzenia.

Także jej nowy tom Łodzią jest i jest przystanią można czytać jako dziennik tej nieustannej tułaczki, podróży w czasie i przestrzeni. Której etapy – niby rogi trójkąta – stanowiły: Kirgizja, gdzie się Anna Frajlich urodziła, a dokąd trafili jej pochodzący ze Lwowa rodzice, Szczecin, gdzie zamieszkała z nimi po wojnie i gdzie upłynęła jej młodość, a który uważa do dziś za swoje miasto, i Nowy Jork, w którym się znalazła w efekcie antysemickiej nagonki roku 1968, po wyjeździe z Polski. Przyznam jednak, że trochę mnie już męczy taki sposób lektury tej poezji. Akcentujący jej emigranckie traumy i tożsamościowy charakter, a odsuwający na plan dalszy oryginalną urodę i związki z najlepszymi tradycjami polskiej poezji. Nie da się jednak ukryć, że najnowszy tomik Frajlich też do takiego czytania zaprasza. Już jego tytuł, będący puentą jednego z wierszy, to czytelny i bogaty w sens znak tej interpretacji. Łodzią i przystanią jest tu bowiem Nowy Jork – barka życia i jego port zarazem. Czy docelowy, ostateczny? Tonacja wiersza, a i całego tomu, w którym pojawiają się echa przeszłości i innych miejsc z nią związanych – m.in. Lwowa, Lublina, Szczecina właśnie – zdaje się wskazywać, że... dostateczny. Udomowiony przez życie, bo też życiem samym będący. “To miasto jest moje/ i ja jestem jego” – czytamy, a “czy jest piękne?” – w domyśle: wymarzone, najlepsze z możliwych – “to mało istotne pytanie”, odpowiada sobie i nam poetka. W słowie “przystań” (znana to metafora: zawinąć do przystani) zawiera się jednak nie tylko ukojenie, jakie daje odpoczynek po żegludze, ale i przypomnienie, że prawdziwa podróż nigdy się nie kończy. Jest nieustanną drogą, nieogarniętym oceanem. A przystań może być przecież początkiem nowego rejsu... Tyle że wiersz Nowy Jork jest przede wszystkim spokojną, wyzbytą egzaltacji pochwałą miejsca, które dało wytchnienie i schronienie po sztormach. Ale czy tylko – miejsca? Tego akurat miasta będącego symbolem Nowej Ziemi, luksusu, sukcesu? Otóż chyba nie tylko, bo i życia w ogóle zakotwiczonego wreszcie, spełnionego – czy raczej dopełniającego się w akceptacji tu i teraz. A zarazem całej przeszłości, która do tu i teraz wiodła. Akceptacja nie oznacza, oczywiście, zgody na wszystko, co było, co wciąż jest i boli, a dojrzałą świadomość tego, że życie jest takie właśnie. W jednym z piękniejszych wierszy tomu – zatytułowanym po prostu Życie – mały news, zgoła felietonowa obserwacja – “Tylko z Marsa/ są dobre wiadomości/ wylądował już kosmiczny rower” – prowadzi do rzuconej niby mimochodem, a fundamentalnej puenty – “żeby sprawdzić/ czy było tam życie/, czyli cierpienie”. I o życiu właśnie, osobnym, jedynym, lecz i życiu jako zjawisku, fenomenie przyrody, cudzie, a i sztancy wszechświata, mówi najnowszy tom Frajlich. Bardzo intymny, a zarazem usytuowany mocno w rzeczywistości (są tu np. echa zamachu z 11 września 2001 r.). Jego diariuszowa forma – wiersze ułożone są w kolejności dat ich powstania, od 2001 do 2012 r. – sprzyja też intymności lektury. Tym bardziej że pełen jest szczegółów prywatnej codzienności, wprowadza nas w świat ludzi autorce bliskich, w krąg jej lektur i artystycznych fascynacji. Co nie znaczy, że nie ma tajemnic. Przeciwnie – to, iż ujawnia chwile intymne, pozwala dotknąć miejsc bolesnych (Zawał, otwierający

tom, to zapis szpitalnego doświadczenia z krawędzi życia i śmierci), nie znaczy, że czyni nas, czytających, świadkami, którzy wszystko widzą i wiedzą. Sporo tu przecież zawieszeń głosu, niedopowiedzeń, półsłów i półcieni, a błysk migawki wydobywa nagle z ciemności życia – swojego i cudzego – jakąś niejasną, pozornie nieistotną scenę. Jak dzieje się w Powieści gotyckiej będącej – wysnutą z fotografii (?) – opowieścią o pięknych, a umarłych już kochankach, których “grób/milczy jak grób”. Albo jak w lirycznym mikroreportażu z wsiadania do autobusu (“do 86-tej czy dojadę?”) – spiętym w tytule wiersza klamrą łacińskiego napomnienia Memento mori, czy w równie egzystencjalnej anegdocie z towarzyskiej przechadzki (Drzwi do lasu), w której pojawia się, bliżej nieznana, “pani Urszula”, a za nią... Dante Alighieri. To odwoływanie się do konkretnych, choć nie zawsze dookreślonych osób i postaci – bliskich, znajomych, innych poetów – widzianych we wspomnieniu albo przywoływanych w epitafium – nie stanowi tylko o “domowym” charakterze tych zapisów, ale i o ich, by tak rzec, panoramicznym ujęciu. Wprowadzającym tu ton obrachunku, którego pełniejszy wymiar uzyskujemy właśnie przez odniesienia do innych bilansów i sum. Patrz choćby wiersze z Tymoteuszem Karpowiczem, z którym poetka była zaprzyjaźniona i którego czyni swoim Mistrzem. To gorzkie portrety artysty samotnego, wyobcowanego, a mimo to zwycięskiego. Swą sztuką. Nie bez kozery los i dzieło Karpowicza znajduje tu odbicie w życiu i dziele Norwida. Anna Frajlich podziwia Mistrzów, pochyla się zachwycona nad frazą Miłosza, Yeatsa czy Wergiliusza, ale w jej lirykach nie ma koturnu, do wysokości Wielkich zbliża się poprzez drobiazg, szczelinę czasu, dotknięcie chwili. Jak w powstałym w błysku wzruszenia wierszu List Goethego pisany 12 września 1786 roku w Torbole, który jest śladem momentu – niezwykłego spotkania – trzech poetów, trzech epok i trzech zachwytów nad chwilą: Goethego, Wergiliusza i jej samej. Historia – ta powszechna, będąca areną i grobem władców i ludów, państw i kultur – stanowi zresztą dla Frajlich taki sam płomyk chwili jak pojedyncze ludzkie życie. Którego bohaterski pęd, dramatyczny rozpęd staje się – z gaśnięciem kolejnych chwil – nieważny, niezrozumiały (“Kto wie po co ginęli?/ inne były hasła/ a inne słowa w krtani zaciśniętej gasły”), lecz finał ma zawsze czytelny, bo ten sam: “tak było i tak będzie/ w tajemniczym języku/ śmierć wzywa tych/ co poszli”. Trzeba tu podkreślić, że mimo owych wysokich rejestrów, w których porusza się poetka, jej diariusz – pełen wierszy ujmujących prostotą, uderzających lirycznym skrótem, mistrzowsko, lecz nie na siłę spuentowanych – stanowi przede wszystkim zapis chwil drobnych i ulotnych, sytuacji i obserwacji błahych, często traktowanych jako błahostki właśnie. Stąd lekki, bywa że i bliski fraszce styl i klimat wielu utworów (kłania się – myślę, że nie bez kozery – Kochanowski ze swym widzeniem życia jako fraszki właśnie), stąd zabawa rymami, ukryte wśród wersów uśmiechy i mrugnięcia okiem, stąd autoironia (“kupiłam cebulę/ paprykę/ ogórek/ jaką by zrobił z tego Cezanne/ martwą naturę!”). Ale te okruchy ważą tu często więcej niż niejeden patos. A bywa, że stają w oczach – i w gardle – jak łzy. p Recenzja ukazała się również w Kurierze Szczecińskim, czerwiec 2013.


4 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

Czy masz się do kogo przytulić HANNA KOSIŃSKA-HARTOWICZ

czyli refleksje z 38. Festiwalu Filmowego w Gdyni Tegoroczny festiwal filmów w Gdyni trwał sześć wrześniowych dni. Międzynarodowe jury pod przewodnictwem Janusza Głowackiego przyznało Złote Lwy Pawłowi Pawlikowskiemu za film Ida, zaś nagrody dla najlepszych aktorów pierwszoplanowych otrzymali Andrzej Chyra i Agata Kulesza, a za reżyserię – Małgorzata Szumowska. stiwalu nie zyskało uznania jury, w skład którego weszli m.in. Agnieszka Holland, Agata Buzek, Christopher Hampton, Kirsten Niehuus. Poza nowościami i kilkoma premierami tegoroczny festiwal w Gdyni przypomniał też polską klasykę, m.in.: Jak być kochaną Jerzego Wojciecha Hasa, Człowiek z żelazaAndrzeja Wajdy czy Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego, a także niemalże nieznane polskie produkcje science fiction. Odbył się również przegląd polskich filmów w cyklu Konkurs Młodego Kina, podczas którego zaprezentowano aż 41 tytułów.

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

Filmów w konkursie głównym nie było wiele, bo tylko 14; w konkurencji brała zatem udział wyselekcjonowana już czołówka najlepszych polskich obrazów roku. Część z nich nie była jeszcze pokazywana w kinach, więc publiczność festiwalowa w Gdyni miała możliwość obejrzenia ich jako pierwsza. Film Chce się żyć Macieja Pieprzycy – zdobywca Srebrnych Lwów oraz nagrody publiczności – miał polską premierę właśnie w Gdyni, a za sobą wielką nagrodę na festiwalu w Montrealu i nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej. Nagród było sporo, chociaż kilka filmów uznawanych za faworytów tegorocznego fe-

ZDJĘCIE: PAP ADAM WARŻAWA

Magdalena Berus za postać młodocianej matki w Bejbi blues Kasi Rosłaniec została nagrodzona w kategorii debiut aktorski

Reżyser filmu Ida Paweł Pawlikowski ze Złotymi Lwami za najlepszy film gdyńskiego festiwalu

Filmy biorące udział w konkursie głównym także piękną, opartą na cygańskich motywach były bardzo zróżnicowane tematycznie i sty- muzyką, za którą Jan Kanty Pawluśkiewicz dolistycznie. Po raz pierwszy w historii festiwa- ceniony został nagrodą jury. Duszą Cyganów lu “temat gejowski” pojawił się w dwóch na- jest jednakże kolor i natura, a tego tu zabragrodzonych przez jury filmach. Obraz Małgo- kło. Mimo całej poetyczności filmu i wzruszarzaty Szumowskiej W imię otrzymał Srebrne jącej historii zagubionej poetki – nie ma w nim Lwy (razem z filmem Pieprzycy) oraz nagro- dość “cygańskiej duszy”. W trudnej konwencji zderzającej surrealizm dę za reżyserię i za najlepszą rolę męską dla Andrzeja Chyry, a film Płynące wieżowce To- i wzruszającą, tragikomiczną balladę znakomimasza Wasilewskiego – nagrodę dla młodego cie odnalazła się złotowłosa Magdalena Różańreżysera i za znakomitą drugoplanową rolę żeń- ska w tytułowej postaci filmu Dziewczyna z szafy w reżyserii debiutującego w fabule Bodo Koską dla Marty Nieradkiewicz. Młodych, świetnych aktorek było zresztą kil- xa, uważanego za jednego z najciekawszych i ka i warto tu odnotować ich nazwiska, bo na najoryginalniejszych przedstawicieli polskiepewno po zabłyśnięciu na tegorocznym festi- go kina niezależnego. Niezwykle interesującą walu w Gdyni można się spodziewać kolej- rolę cierpiącego na chorobę psychiczną Tomasza zagrał tu Wojciech Mecwaldowski. To bynych, ciekawych ról w ich wykonaniu. Sztuka aktorska wymaga, poza warsztatem, ła jedna z kilku niezapomnianych kreacji tego umiejętności zachwycenia widza, jakiejś nie- festiwalu. Charakterystyczne może się wydauchwytnej magii, pozwalającej zrobić na nim wać to, że najciekawsze męskie role przypawrażenie. Takie wrażenie jest cenne, jeśli po- dły bohaterom grającym osoby niepełnozostaje w pamięci emocjonalnej oglądające- sprawne, ułomne, chore psychicznie czy niepasujące do “norgo. Tego rodzaju kreacji aktorskich młomal ne go” spo łe Mimo różnorodności tematycznej dych ludzi w tegoczeństwa… Niezwykły, zarocznych filmach nie i estetycznej motywem przewodnim zabrakło. I tak debiuskakujący film Bowiększości festiwalowych filmów, do Koxa był już potująca w filmie Ida a tym samym polskiego kina 2013, Agata Trzebuchowska kazywany w kinach zagrała zakonnicę, któi cieszył się sporą jest samotność. frekwencją. Filmy rej naiwność i religijność są na równi przejtego reżysera odmujące i wiarygodne. Magdalena Berus wy- znaczają się specyficznym czarnym humorem, stąpiła w głównych rolach aż w dwóch filmach: a jego debiut fabularny został w Polsce Nieulotne Jacka Borcucha i w Bejbi blues Ka- okrzyknięty przez krytykę najlepszym debiusi Rosłaniec, gdzie za postać młodocianej mat- tem od lat. W Gdyni jednak nie przyznano mu ki otrzymała nagrodę za debiut aktorski. żadnej nagrody. Znana nam wszystkim Małgorzata Potocka Wzruszająca jest rola Jowity Budnik jako cygańskiej poetki Papuszy – w pierwszym fil- stworzyła świetną kreację malarki (filmowa żomie w języku romskim zrealizowanym przez na Bogusława Lindy) w filmie Bezdech Anmałżeństwo Joannę Kos-Krauze i Krzysztofa drzeja Barta, pokazywanym poza konkursem Krauzego. Ten czarno-biały obraz zachwycił głównym. O filmowych kreacjach tegorocznego festiwidzów swoją poezją i znakomitymi zdjęciami Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia, a walu można by napisać wiele; mam nadzieję,


DODATEK KULTURALNY nowego

nych obrazów, wśród nich niewidomy nauczyciel z przejmującego ImageAndrzeja Jakimowskiego, nakręconego w malowniczym portugalskim miasteczku, oraz bohaterowie filmu Miłość Sławomira Fabickiego (nagroda specjalna jury). Wydaje się, że mimo wysokiego poziomu festiwalowych filmów ich najsłabszym punktem jest scenariusz. Za najlepszy z nich uznano autorstwa Jacka Bromskiego do Biletu na Księżyc – przepełnionej humorem opowieści o późnych latach 60. Dwaj bracia jadą “od gór do Świnoujścia” przez całą Polskę tamtych lat – budząc wzruszenie, zwłaszcza wśród pamiętających tamte czasy. Bohaterem wielkiej owacji publiczności był film Chce się żyć w reżyserii Macieja Pieprzycy oraz odtwórca głównej roli w tym filmie Dawid Ogrodnik. Ta optymistyczna opowieść o nieuleczalnie chorym człowieku oparta jest na autentycznej historii i wzbudziła prawdziwy zachwyt widowni. Wątek gejowski pojawił się w polskim filże kilka z tych filmów zaprezentujemy na fe- mie w Sali samobójców Jana Komasy w 2011 roku, a Tomasz Wasilewski w Płynących wiestiwalu w Nowym Jorku. Mimo różnorodności tematycznej i estetycz- żowcach poszedł jeszcze dalej, penetrując świat, nej motywem przewodnim większości festi- w którym homoseksualizm czy raczej bisekwalowych filmów, a tym samym polskiego ki- sualizm już nas nie szokuje, ale na pewno, zwłaszcza dla polskiej widowni, nie jest temana 2013, jest samotność. Samotny jest pracujący z trudną młodzieżą tem oswojonym. Nagroda dla młodego talenksiądz Adam w filmie Małgorzaty Szumow- tu reżyserskiego przyznana autorowi tego filskiej W imię (nagrodzony za tę rolę Andrzej mu, który był zresztą wcześniej pokazany na Chyra), młoda – niedająca sobie rady z obo- kilku międzynarodowych festiwalach – mięwiązkami matki – dziewczyna w Bejbi Blues, dzy innymi w Karlovych Varach i podczas Tritakże kilku niepełnosprawnych bohaterów in- beca Film Festival 2013 – jest dowodem na to,

Przegląd Polski

dziennika

5

że tematy tabu w polskim filmie zostają prze- ścią o księdzu, dla którego największą do połamane. Film Wasilewskiego to opowieść o ro- konania przeszkodą staje się sama wiara. mansie dwóch mężczyzn, ale jest to też poszu- Ksiądz Adam musi stłumić w sobie nie tylko kiwanie możliwości opowiadania o tym w kra- homoseksualizm, ale uczucie pożądania w ogóju, który ten temat “wpuszcza” do filmu znacz- le… I tu znowu spotykamy motyw samotnonie później niż kraje zachodnie. “Zakazana mi- ści i pełne bólu pytanie, które w tym filmie załość” to trudny temat w kraju nad Wisłą, a film daje Andrzej Chyra, ale mogliby zadać je wszyMałgorzaty Szumowskiej W imię podejmuje scy prawie bohaterowie festiwalowych filmów: jeszcze trudniejsze wyzwanie, bo jest opowie- “Czy masz się do kogo przytulić?”. p

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

PAŹDZIERNIK 2013

Andrzej Chyra, który w filmie Małgorzaty Szumowskiej zagrał księdza niemogącego poradzić sobie z miłością do jednego z młodych parafian, otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora

W końcu lata o głosach przyrody NASZA OJCZYZNA-POLSZCZYZNA – KRYSTYNA S. OLSZER

szą to whines (skomlą). Wieloryby (whales) komunikują się na odległość donośnie śpiewając (singing), jęcząc (moaning), krzycząc (crying), chrapiąc (snoring), stękając (groaning). Jeden z nich, wieloryb beluga, wyśpiewuje tak pięknie swoje chirps i clicks, że marynarze nazywają go morskim kanarkiem (the canary of the sea). Morsy (sea lions) mają potężne głosy; ich ryk (roar) słychać na odległość półtorej mili. Kolejne pytanie nasuwające się w obcowaniu z przyrodą w Ameryce: jak po angielsku nazywają się pary zwierząt i ich małe? Pomijam koty i psy, z którymi jesteśmy za pan brat w obu językach. Odnalazłam jednak kilka innych terminów, które mogą się przydać podczas wypraw

– rams, sheep i lambs. Z końmi sprawa jest bardziej skomplikowana – stallion to ogier, a mare – klacz; źrebaki nazywają się foals, ale odróżnia się ich płeć – colt i filly. Inne pytanie, na które nie mam odpowiedzi: jak nazywa się po angielsku klucz żurawi (cranes)? Wiem tylko, że ich głos, znany po polsku jako klangor i po angielsku nazywa się clangor. Dowiedziałam się również, że te piękne ptaki zwołują się (calls) głośnym doooo i odpowiedzią doot-doot. Kosy (black birds) wabią się melodyjnym gwizdem (whistle), na który odpowiadają gardłowym ark-ark. Szpaki (starlings)świergoczą po angielsku pit-pit. Gołąb (pigeon) grucha po polsku, a coo po angielsku. Indyk gulgocze gul-gul-gul po naszemu, a po angielsku gobble, gobble. Paw wrzeszczy. Czy on po angielsku screams? Ptasie pisklęta kwilą mewl?twitte? Inne ptaki – piszczą (pipe), terkocą (rattle), świszczą (whistle).Nasz skowronek dzwoni. Może on chimes po angielsku? Nikt nie mógł mi tego potwierdzić. A słowik (nightingale), którego ponoć w ogóle nie ma w Ameryce? U nas kląska. Słowniki nazywają to stonechat lub tłumaczą na munch. Ale czy któreś z tych słów działa poza słownikiem? Mikołaj, mój wnuk-konsultant, twierdzi, że nie. Przy takich terminologicznych brakach i różnicach, tłumaczenie tuwimowskiego Ptasiego radia wydaje się niemożliwe. A jednak w internecie możliwe jest wszystko. Oto znalezione tam tłumaczenie przytoczonej wyżej tuwimowskiej strofki: First – the nightingale Kogut w Polsce budził nas swoim ku-ku-ryku, Started thus: natomiast w Ameryce kogut (rooster) pieje Hulloh! Oh, hulloh oh oh oh oh! cock-a-doodle-do Here ere ere ere ere ere Bird radio, ray-dee-oh, dee-oh, dee-oh, do lasu, na farmę czy po prostu do ogrodu zooTee-oh, tree-oh, true loo loo loo loo logicznego. Lis z lisicą mają lisiątka, po angielPio pio pee-oh low low low low low sku nazywają się fox, vixen i pups. Wilk i wilPloh ploh ploh ploh hello! czyca (zwana po polsku również waderą) to wolf, A inne zwierzęce i ptasie głosy, stada i rodzishe-wolf lub bitch, a szczenię nazywa się cub. Samce krowy (cow), słonia (elephant), nosoroż- ny? Po odpowiedź na liczne w tym felietonie ca (rhinoceros), wieloryba (whale), foki (seal) pytania i wątpliwości zwracam się do bardziej to bulls, a ich potomstwo – calves. W świńskich ode mnie obeznanych z przyrodą Czytelników. rodzinach mamy hogs, pigs i piglets, w owczych Z góry dziękuję za uzupełnienia i korekty. p RYS. ARCHIWUM

Najtrudniej nam nazwać i wyrazić głosy zwierząt i ptaków. Jak właściwie słyszymy i odtwarzamy odgłosy przyrody? Najczęściej stosujemy zabieg uczenie zwany onomatopeją – próbujemy te głosy naśladować. Problem w tym, że nasze polskie ucho inaczej je słyszy niż na przykład ucho amerykańskie. W pewnej mierze musi to być i sprawa nawyku. Od dzieciństwa powtarzamy za mamą, że kwoka gdacze, gdy zniesie jajo: ko-ko-ko-ko-ko-dak-dak, że kotek miauczy miau-miau, piesek szczeka hau-hau. Kukułka (cuckoo) w Ameryce nie kuka, bo niestety, chyba wcale jej tu nie ma. Głos wiewiórki (squirrel) rzadko daje się słyszeć. Poza tym w Julian Tuwim Ptasie radio Ameryce nie jest ruda, a tę szarą lub czarną nazywają tu często chicaree lub sciurine, co wyCzarne niedźwiedzie – black bears, mimo swej wodzi się ponoć od jej ostrego, chrypiącego głoimponującej siły, są z natury niewielkie, nieśmia- su: check, check. Kogut w Polsce budził nas swołe i niezbyt groźne. Na widok człowieka wyco- im ku-ku-ryku i – o dziwo – bardzo podobnym fują się w głąb lasu, od czasu do czasu leniwie zawołaniem budzi ludzi w całej Europie. Ale nie oglądając się za siebie. Jakby z lekceważeniem. w krajach anglosaskich. Tam jego pianie ludzie Dzieci darzą je przyjaźnią i zwykle wśród ulu- najwidoczniej słyszą inaczej, bo ich kogut (robionych przytulanek mają polskiego misia/niedź- oster) pieje cock-a-doodle-do. Sugeruje to, że – wiadka lub angielskiego teddy bear. Niedźwie- poza językowym nawykiem – jakąś rolę w nadzie rzadko wydają głos. Tylko – jak się ten głos szym odbiorze i oddawaniu dźwięków przyronazywa? Po polsku niedźwiedź ryczy albo war- dy gra fonetyka. Zwłaszcza odmienne artykułowanie samogłosek, co i w ludzkim języku przyczy. A po angielsku? On roars lub growls. Te wstępne uwagi prowadzą mnie, jak w ubie- sparza nam kłopotów. Przykłady potwierdzają to przypuszgłorocznym felietonie o drzeczenie. Nasz wach, do dwujęzyczności w Onomatopeja to wyraz lub zespół wróbel ćwierobcowaniu z przyrodą. Na ka ćwir-ćwir, ogół wiemy, jak po polsku i wyrazów naśladujący dźwięki podczas gdy po angielsku nazywają się i odgłosy naturalne, w tym dźwięki amerykański gatunki i poszczególne odwydawane przez zwierzęta. chirps –chirpmiany zwierząt. Z nazwami -chirp lub grup – stadami zwierząt chirrup; kruk (herds lub flocks), sforami psów czy wilków (packs), rojami pszczół czy nam kracze kra-kra, gdy amerykański crows – os (swarm lub hive of bees/wasps) – bywa go- caw-caw; żaba po polsku kumka, a po angielsku rzej. Angielski – język zapalonych myśliwych mówi ribbit-ribbit albo croaks, koń rży po pol– rozróżnia wiele grup stworzeń, jak na przy- sku ii-ha-ha-ha, gdy angielski – neighs-neigh. A jak nazywają się po angielsku głosy różkład pride of lions (rodzina lwów), school of fish (ławica ryb), a pod to grupa morskich ssa- nych gatunków (species) stworzeń? Wilki (woków – delfinów (dolphins), wielorybów (wha- lves) i kojoty (coyotes) – howls (wyją), growls (warczą), yap (ujadają), a gdy cierpią lub się łales), fok (seals).

Pierwszy – słowik Zaczął tak: Halo! O, halo, lo lo lo lo! Tu tu tu tu tu tu tu Radio, radijo, dijo,ijo, ijo Tijo, trijo, tru, lu lu lu lu Pio pio pijo lo lo lo lo lo Plo plo plp plo plo halo!


6 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

teatr

wieści o pewnym Albinie Lompie, natchnionym szaleńcu, rozpoczyna się Piąta strona świata – powieść Kazimierza Kutza i przedstawienie przygotowane przez Roberta Talarczyka na podstawie tekstu śląskiego pisarza. Lompa był górnikiem, zjeżdżał na dół, pracował solidnie, dzień w dzień, zjadał chleb z marmoladą, po szychcie powracał na ziemię. Normalnie i w codziennej miałkości. Aż któregoś dnia powaliło go pytanie, z którym nie mógł sobie poradzić: “Skąd to wszystko się wziyno? Jak powstało?”. Głos narratora wije dalej “karuzelową opowieść”, przywołując Lompę i innych, którzy dawno odeszli. Inscenizacja jest wstrzemięźliwa, utrzymana w tonacji czarno-białej, lekko zabarwionej sepią. Pozwala słowu toczyć się swobodnie wprzód i w tył, kołem luźnych asocjacji, w rytmie rozbudzonych wspomnień. Rozpoznać tu można wspólnotę z poetyckim teatrem pamięci Kantora. Z pochyleniem się z czułą uwagą nad zdjęciami w starym rodzinnym albumie, nad fotkami, które są precyzyjne w szczegółach, lecz enigmatyczne w wymowie. Obrazy na scenie, na tle jasnego ekranu, są tylko zaznaczane stylizowanym ruchem, wywoływane z nicości przede wszystkim słowem. Opowieść skupia się na konkretnych losach ludzkich. Narrator pozostaje na uboczu, oddając miejsce w świetle naszej uwagi dwóm najbliższym przyjaciołom. Lucjan Czornynogi, nieśmiały, szlachetny idealista, Fausta Goethego znał na pamięć i kolegów zaraził pasją do książek. Alojz, mimo wielkiej biedy, był jakby przeznaczony do nauki, mądry, z darem widzenia wszystkiego “w splocie komplikacji”. Lucjan życie poświęcił, jako lekarz i człowiek prostego serca, pomaganiu innym. Alojz po powrocie z Ostfrontu poszedł do pracy jako ślusarz, żył samotnie, w prostocie i ciszy poszukując zrozumienia “istoty rzeczy”. Życie i klęska samobójczej śmierci tych dwojga rysuje się na tle innych losów: dziadka Wawrzka Basisty, co miał na sumieniu zabójstwo dwóch ludzi, lecz zmarł własną śmiercią po wiosennej kąpieli w stawie; babki Halźbiyty, która utrzymała tajemnicę dziadka przez 36 lat; babci Anny ze wsi Bojszów, która z Pisma Świętego czerpała “mądrość, surowość i szacunek do spraw duchowych”; ojca o fiołkowych oczach, który dzięki przewidywaniom matki przeszkolił się na telegrafistę i znalazł pracę na kolei; Karlika, starszego brata Alojzego, który uciekł do Południowej Afryki i nigdy nie odpisał na żaden list… A także kolegów z młodości narratora, których Lucjan w naturalny sposób skupiał wokół siebie: Jorg Brajter, nazywany Hindolem, bo był smagły jak Hindus, po argentyńskim dziadku; dwa Langsmany, Starszy i Młodszy, Frydek Orendosz: “My, samorodki z naszego błogosławionego zadupia, w budce Lucjana znaleźliśmy namiastkę utraconego raju, bo tu każdy mógł być sobą, tu rozbudzaliśmy naszą ciekawość świata i potrzebę pojmowania losu, który nadszedł z jesienią 1939 roku”. Każda z tych indywidualnych ścieżek jest poszczególna, jedyna. Wszystkie wpisują się w zbiorową historię Śląska, fragmentu ziemi przeoranego wojnami i powstaniami, naznaczonego arbitralnością przypadku, lecz i trzymanego w żelaznym rygorze przez oscylacje “wielkiej polityki”: “Po dwa razy na przemian byliśmy obywatelami Niemiec i Polski. Tylko dziadek Wawrzyniec i ja mieliśmy trochę szczęścia, bo gdybyśmy przyszli na świat o dwa lata wcześniej, on mógłby być zagazowany pod Verdun a ja skonać pod Stalingradem. Jak mój brat, wujek czy chrzestny ojciec. I tak w każdej rodzinie”. Wiodącą siłą powieści nie jest jednak socjologiczna pasja. Historia wyznacza mapę, na której musisz się określić. Wymóg poszukiwania prawdy sięga jednak głębiej i trudniej. “Piąta strona” odnosi się do pogranicza między Niem-

ZDJĘCIE: KONRAD PUSTOŁA

POWIADA SIĘ, ŻE KAŻDE LOKALNE ZADUPIE POSIADA SWEW WARSZAWIE GO MĘDRCA I SWEGO WARIATA. CZASEM TRUDNO ROZRÓŻNIĆ, KTÓRY JEST KTÓRY. CZASEM TO JEDNA I TA SAMA OSOBA. Od enigmatycznej przypo-

Magdalena Popławska jako Desdemona w Opowieściach afrykańskich według Szekspira w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego

cami i Polską. Do zakoli pamięci. Ale także do duchowego wymiaru jednostki. “Trzeba mieć sumienie muzykalne na słowo prawdy. Ja usłyszałem Alojza, druha niepokornego, ucieszył mnie jego duchowy firmament. Będę się wspinał” – wyznaje narrator i jego wyznanie wywołuje echo jak dźwięk dzwonu nawołującego w południe na Anioł Pański. Melodia, która powraca w powieści prawie niewidzialnym lecz upartym strumykiem, to potrzeba samookreślenia nie tylko w wymiarach “śląskości” i “polskości”, w rodzinnych powiązaniach czy zawodowych ambicjach, lecz także w esencji ludzkiego bytu. Inaczej ciebie także powalą pytania: Skąd to wszystko? Po co? Kim jesteś w swej jednostkowej samotności? Jak spotkasz się ze śmiercią? Zasługą Talarczyka jest, że potrafił wśród hałasów historii i karuzeli zwyklejszych spraw ludzkich usłyszeć ten delikatnie szkicowany wątek i stworzyć na scenie przestrzeń także dla tej tęsknoty. Piękne przedstawienie pozwala zabrzmieć słowom Kutza w całym ich skomplikowanym bogactwie. Piątą stronę świata oglądałam jako spektakl nagrodzony w 10. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, odbywający się z inicjatywy Instytutu Teatralnego. Mniej udane było drugie przedstawienie goszczące w Teatrze Polskim w ramach przeglądu Nówka Sztuka. Betlejem polskie odwołuje się do tradycji ludowych pastorałek i widowiska Lucjana Rydla z 1905 r., który betlejemską szopkę umieścił pod Wawelem zaludniając biblijne opowieści postaciami z historii Polski oraz z marzeń o jej odrodzeniu. NAWET JEDNAK TO PŁACZLIWIE PRZAŚNE BETLEJEM POLSKIE POTWIERDZA, ŻE W POLSKIM TEATRZE”COŚ SIĘ DZIEJE”. DZIEJE DOBRZE, BO Z PASJĄ. Coś fermentuje, przewa-

la się i zderza. Komuś na czymś zależy na tyle i z takim pomyślunkiem, by z tym się zmierzyć na scenie. Wielka sprawa. Zachwyca fakt, że na każdym przedstawieniu, które widziałam w Warszawie, a w sumie było ich sporo, choć miejsca starczy tu tylko na odnotowanie kilku i zaznaczenie ledwie konturów szerszego obrazu, sala była wypełniona po brzegi i buzowała młodością. Dokładna odwrotność moich teatralnych doświadczeń nowojorskich, gdzie wśród siwiejących, siwych i jeszcze siwszych głów z rzadka odstaje jakiś młodzian jak przybysz z innego świata.

Prawie już zapomniałam, jaki może być dobry teatr: miejsce publicznej debaty o ważnych sprawach i wspólnego ich przeżywania. Nic nie mam przeciwko rozrywce czy musicalowi jako formie przyjaznej dobrym nastrojom. Ale wiadomo, co się dzieje, gdy codzienną strawą staje się fast food i przyjemność. Pęczniejesz, napuszasz się i powolniejesz – w gestach i myśli. Gdzieś trzeba się choć od czasu do czasu porządniej pożywić. Coś próbować rozgryźć. Z czymś się nie zgodzić. Za czymś opowiedzieć. Wizyta w Warszawie przypomniała mi, że taki teatr jest możliwy, i to nie od święta. Niespokojny duch zaangażowania i poszukiwań wyczuwałam na wielu przedstawieniach – warszawskich i tych z Katowic, Wałbrzycha czy Krakowa. Teatr się znowu liczy. Może być żywy w różny sposób – społeczny i obyczajowy, smętnie i prześmiewczo, w wymiarze filozoficznym i egzystencjalnym. Żywi się także obecnością młodych, licznych na scenie i na widowni. Bez iluzji: niektóre teatry z zacną tradycją znajdują się obecnie w transformacji, jak to określają jedni, lub w kryzysie, jak to widzą inni. W ciągu ostatnich czterech lat, od czasów Gustawa Holoubka, Teatr Ateneum doświadczył czterech zmian na stanowisku dyrektora, trudno więc mówić o jego wyrazistym profilu. Polski pod kierunkiem Andrzeja Seweryna powoli staje na nogi starając się tchnąć nowego ducha w klasykę. Powszechny bardziej wydaje się zabawiać dzieci niż służyć dorosłym. Współczesny nadal gnieździ się w ciasnej przestrzeni, z przestarzałym zapleczem technicznym. Za to teatr komercyjny, często po prostu powielający amerykańskie spektakle rewiowe, pączkuje coraz to nowymi, nowoczesnymi salami. Jedni narzekają na niejasno określone kryteria rozdzielania państwowych finansów. Inni podkreślają ogólnie skąpe dotacje na kulturę. Przygnębia konieczność ciągłego gonienia za groszem i niepewność jutra. Martwi brak miejsca w gazetach i tygodnikach na solidną krytykę. Poza krótkimi notkami i okazyjnymi recenzjami większych premier, teatr jakby nie istniał. Trzeba znać niszowe publikacje i polegać na internetowych źródłach informacji. Lecz odzwierciedla to raczej ogólny kryzys tradycyjnej prasy i zaniedbanie spraw kultury w masowych mediach. Warto jednak chodzić do teatru i jest gdzie chodzić, bo obok dawnych scen teatru “publicznego” rozwija się ambitny teatr prywatny (np. Och-Teatr na Ochocie, czyli większa scena Te-

atru Polonia Krystyny Jandy, czy IMKA prowadzona z rozmachem przez Tomasza Karolaka z myślą szczególnie o “pokoleniu 40-latków”). Zespoły działające od lat bez stałej sceny zdobywają własne siedziby, jak np. Teatr Nowy czy Teatr Konsekwentny. Różne spotkania i festiwale stwarzają szersze orbity, tak iż przynależność do grona kilku uprzywilejowanych teatrów stołecznych czy krakowskich nie jest już miarą osiągnięć. GORĄCYCH TEMATÓW DOSTARCZA HISTORIA: PAMIĘĆ O TYM, CO PRZEMINĘŁO I JAK SPECYFIKA KONKRETNEGO MIEJSCA OKREŚLA NASZĄ INDYWIDUALNĄ I ZBIOROWĄ TOŻSAMOŚĆ. To są znaczące wątki Piątej stro-

ny świata, gdzie Kazimierz Kutz dopomina się o uwagę dla odrębności śląskich doświadczeń i dla większego rozpoznania znaczenia Śląska w narodowej świadomości Polski. Młodzi artyści natomiast podejmują temat powstania warszawskiego, który przecież mógłby się wydawać odległy od ich własnych problemów. Spektakl Kamienne niebo zamiast gwiazd, przygotowany przez Krzysztofa Garbaczewskiego i Marcina Ceckę na obchody 69. rocznicy wybuchu powstania, był trudny, estetycznie brzydki i mocno zagmatwany w wymowie. Mieszały się tu konwencje dokumentu i wolnej ekspresji; energia hip-hopu i szmirowatość historyjek o zombies wśród żywych; agresja protest songu i nuta nostalgii za utraconą niewinnością. Skomplikowany kolaż, w jaki zostało wpisane zwięzłe opowiadanie Jerzego Krzysztonia sprzed ponad pół wieku zespalała intensywna muzyka Julii Marcell. Dobitny w tym zagmatwaniu był jednak ton sprzeciwu wobec celebrowania mitów samobójczego bohaterstwa i aneksowania historii dla celów politycznych rozgrywek. Zaskoczył mnie tłum ślicznej młodzieży, który zebrał się w sierpniowy wieczór na premierze w Muzeum Powstania Warszawskiego: w grupkach i pojedynczo, supermodnie i całkiem nijako ubranych, obytych, rozgadanych, niby wolnych od ciężaru historii. Zdumiewał także ładunek emocjonalny, jaki przepajał słowa i gesty aktorów. Jakby wbrew samym sobie chcieli wyśpiewać pełną bólu opowieść o mieście brutalnie naznaczonym krwią. Jakby nawet w proteście czuli się zagrożeni przez niewypały pamięci. (Przedstawienie zostało włączone do październikowego repertuaru Nowego Teatru, koproducenta z Muzeum PW).


Zupełnie inaczej konfrontuje się z trudnym dziedzictwem kabaret Pożar w Burdelu Michała Walczaka i Macieja Łubieńskiego występujący w Teatrze WARSawy. Ich Gorączka powstańczej nocy – skecze, komentarze typu komedii stand-up i piosenki – rozwija się wokół przygód powstańca Wiesława, który przez nieprawdopodobny tunel łączący epoki znajduje się w dzisiejszej Warszawie, by zdobyć posiłki dla wygasającego powstania. Satyra na współczesnych hipsterów miesza się z politycznymi dowcipami i docinkami pod adresem Hanny Groniewicz-Waltz, pani prezydent miasta; żarty o gejowskim lobby z podcinaniem sentymentalnych skrzydełek ludziom, którzy w Muzeum PW zachęcają dzieci do strzelania i podziwiania cmentarnych mogił. Kabaretową formę wybrał też Krzysztof Warlikowski dla swego nowego przedstawienia, Kabaret warszawski. 5-godzinny spektakl otoczyła aura sensacji jeszcze przed premierą. Nie dziwi mnie to z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze, Warlikowski zasługuje na specjalną uwagę dzięki jakości swej pracy i odwadze poszukiwań. Oglądałam Opowieści afrykańskie według Szekspira, wcześniejsze przedstawienie o podobnie wagnerowskim rozmachu i uważam je za jedno z najtrudniejszych, lecz i najciekawszych artystycznych osiągnięć. Z Króla Leara, Kupca weneckiego i Otella Warlikowski wyciąga wątki różnych wersji niespełnionego pożądania. Szekspirowski tekst skupiony na postaciach Leara, Shylocka i Otella zderza z monologami napisanymi przez Wajdi Mouawada dla ich kobiecych partnerów i przeciwników: Kordelii, Porcji i Desdemony. Otrzymujemy tryptyk, który w dramatyczny sposób objawia starogreckie olśnienie zrozumieniem, jak blisko sprzymierzone są Eros i Tanatos. Jak groźnie zderzają się i łączą zmysłowa Miłość i Śmierć. Jak osobny “Ja” zmagam się z “Obcym”, rozdzieleni przepaścią rasy, płci czy wieku. Jest to teatr zbliżony w ambicji do wielkiej opery, gdzie fuzja elementów wizualnych, intelektualnych i emocjonalnych, rozwijająca się w ogromnej przestrzeni i czasie, zmierza ku efektowi “totalnej sztuki”. Po drugie, Nowy Teatr stał się już jednym z newralgicznych punktów na mapie kulturalnej Warszawy. To precyzyjnie zgrany, stały zespół teatralny. To miejsce spotkań w księgarni, kawiarni, na warsztatach dla dzieci, na wieczorach autorskich i na wystawach. To teatr nie tylko jako “przedstawienie”, ale także jako pulsujące życiem “polis”. Po trzecie, bo jestem wdzięczna za przekornie natchnioną scenę, która zamyka Opowieści afrykańskie. Według rytmicznych wskazówek wspaniałej Stanisławy Celińskiej, Król Lear, Shylock i Otello, Kordelia, Porcja i Desdemona, Antonio i Yago, wszyscy porzucają swoje trudne i nieuniknione role cierpiących, samotnych, rozdartych, i umierających. Łączą się w prostym tańcu salsa – raz, dwa, trzy i raz, dwa, trzy i raz, dwa trzy – w zwykłej, a pięknej afirmacji życia.

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Przegląd Polski

muzyka

Koniec września i początek października to otwarcie nowego sezonu muzycznego, a wiadomo, że Nowy Jork posiada jedną z najznakomitszych ofert kulturalnych na świecie. W dzisiejszym artykule podejmę trudne zadanie przybliżenia Państwu choćby w drobnej zaledwie części owego fantastycznego nadchodzącego sezonu. Ponieważ ogromna liczba koncertów może każdemu sprawić niemały problem z wybraniem odpowiednich propozycji muzycznych, które umilą jesienno-zimowe wieczory, postanowiłam skupić się na kilku czołowych instytucjach muzycznych. Jako skrzypaczka miałam oczywiście w zamyśle rozpocząć naszą podróż po ofertach koncertowych takich sal, jak Carnegie Hall czy Lincoln Center, jednakże uwagę moją zwróciła bardzo mocna polska reprezentacja na gali otwierającej sezon w Metropolitan Opera, która odbyła się 23 września. Dwie najważniejsze role męskie, w tym tytułowa rola, w operze Czajkowskiego Eugeniusz Oniegin należą do Polaków: Mariusza Kwietnia i Piotra Beczały. Bravo, bravissimo dla naszych znakomitych śpiewaków! Krakowianin i baryton Mariusz Kwiecień, nazywany jest przez New York Timesa polskim księciem sceny operowej. Tym razem gwiazda Mariusza będzie świeciła jasno w nowej produkcji Metropolitan Opery, gdzie towarzyszyć jemu będzie diwa sceny operowej, Rosjanka Anna Netrebko. Urodzony w Czechowicach Dziedzicach tenor Piotr Beczała zadebiutował natomiast w Metropolitan w 2006 roku w operze Giuseppe Verdiego Rigoletto. Występował też na deskach słynnych Covent Garden Theatre czy La Scali. Jeśli chodzi o inne tegoroczne produkcje Metropolitan Opery, zdecydowanie warto wybrać się na fantastyczną operę Cosi fan tutte Mozarta, która zapewni nam dużo rozrywki i dostarczy pięknych doznań muzycznych. Znany jest też tak zwany efekt Mozarta, którego to muzyka potrafi nie tylko wprowadzić nas w stan relaksacji, obniżając ciśnienie krwi, tętno, wpływając tym znakomicie na serce, ale też słyszano o takich efektach, jak zwyżka inteligencji i poprawa zdolności myślenia przestrzennego. Na podium dyrygenckim w Cosi fan tutte powraca uwielbiany przez publiczność James Levine. Nowojorscy filharmonicy prezentują przed nami równie wspaniały, co ciekawy sezon. Jeśli chodzi o mnie, na pewno wybiorę się na jedyny koncert filharmoników w tym sezonie wykonany z bezsprzeczną królową skrzypiec Anne Sophie Mutter, która zagra 10 grudnia piękny koncert skrzypcowy czeskiego kompozytora Antonina Dworzaka. 24, 25 i 26 października usłyszymy Concerto grosso na trzy wiolonczele z towarzyszeniem orkiestry naszego znakomitego kompozytora Krzysztofa Pendereckiego. Solistami będą koncertmistrz wiolonczeli nowojorskich filharmoników Cartera Breya razem z Alicją Weilerstein i Danielem Müllerem-Schottem. Oprócz tego usłyszymy skrzyGRAŻYNA DRABIK paczkę Janine Jansen aż cztery razy w pięknym koncercie skrzypcowym naszego SzymanowKazimierz Kutz, Piąta strona świata, w adapta- skiego w dniach 21-24 maja 2014. Warto wspocji i reżyserii Roberta Talarczyka. Scenografia i mnieć, że jedną z inspiracji Szymanowskiego kostiumy: Ewa Satalecka, światło: Maria Machow- do napisania owego koncertu był wiersz Tadeska, muzyka: Przemysław Sokół. Występują: Bar- usza Micińskiego Noc majowa, a sam Szymatłomiej Błaszczyński, Dariusz Chojnacki, Andrzej nowski pisał o dziele w swoich korespondenDopierała, Barbara Lubos, Ewa Leśniak, Marcin cjach: “Muszę powiedzieć, że jestem bardzo kontent z całości – znów różne nowe nutki – a zaSzaforz, Artur Święs, i in. Teatr Śląski im. Wyrazem trochę powrotu do starego. – Całość straszspiańskiego w Katowicach, przedstawienie w War- nie fantastyczna i nieoczekiwana”. szawie, 21 września, w Teatrze Polskim. Tegoroczny sezon będzie wypełniony rówOpowieści afrykańskie według Szekspira, w re- nież piękną muzyką fortepianową, ponieważ żyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Adaptacja: honorowy patronat artystyczny nad sezonem Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński; sce- nowojorskich filharmoników obejmuje znakonografia i kostiumy: Małgorzata Szczęśniak, mu- mity pianista Yefim Bronfman. Usłyszeć go będzie można już między 26 września i 1 paźzyka: Paweł Mykietyn. Występują: Stanisława Cedziernika w jednym z najsłynniejszych i najlińska, Ewa Dałkowska, Adam Ferency, Wojciech bardziej lubianych koncertów fortepianowych: Kalarus, Marek Kalita, Zygmunt Malanowicz, Ma- Koncercie fortepianowym b-moll nr 1 Czajkowja Ostaszewska, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, skiego. Warto również obejrzeć na żywo inną, Magdalena Popławska. 15 września, Nowy Te- ale już jakże wielką legendę świata muzyki klaatr,Warszawa; www.nowyteatr.org. sycznej: elektryzującego swoją osobowością

7

ZDJĘCIE: M. MIKOŁAJCZYK

PAŹDZIERNIK 2013

Metropolitan Opera otwiera sezon 2013 Eugeniuszem Onieginem Piotra Czajkowskiego, w którym w roli tytułowej występuje polski baryton Mariusz Kwiecień

sceniczną wenezuelskiego dyrygenta Gustavo Dudamela w dniach 27-29 marca 2014. Wśród najważniejszych wydarzeń programowych nowego sezonu Carnegie Hall ogłoszonych przez dyrektora artystycznego Brytyjczyka Cliva Gillinsona jest trzytygodniowy festiwal pt. Wiedeń: miasto marzeń, który trwać będzie od 21 lutego do 16 marca 2014 i uhonoruje niezwykłą artystyczną spuściznę jednej z największych stolic kultury. Festiwal oferuje imprezy w Carnegie Hall oraz w 14 partnerskich organizacjach kulturalnych w całym Nowym Jorku, gdzie usłyszymy między innymi solistów Opery Wiedeńskiej w koncertowych produkcjach opery Wozzek kompozytora Albana Berga (28 lutego) i opery Salome Richarda Straussa (1 marca), jak i znakomitych filharmoników wiedeńskich pod batutą Franza Welsera-Mosta (25-26 lutego 2014) czy Zubina Mehty (16 marca 2014). Urodzony we Lwowie i mówiący po polsku pianista Emanuel Ax zabierze nas na fascynującą podróż muzycznymi ścieżkami kompozytora Johannesa Brahmsa. Na koncertach, które odbędą się w Carnegie Hall 28 stycznia, Ax we współpracy z mezzosopranistką Anne Sofie von Otter i wiolonczelistą Yo-Yo Ma (23 lutego) wykona pieśni, sonaty wiolonczelowe i fortepianowe Brahmsa, wielkiego geniusza romantycznej muzyki niemieckiej. Wielbicieli muzyki mistrza Johanna Sebastiana Bacha ucieszy recital urodzonego na Węgrzech brytyjskiego pianisty Andása Schiffa, który wykona sześć partit na fortepian solo już 30 października w audytorium Sterna w Carnegie Hall. Wiolonczelista Yo-Yo Ma po raz kolejny już przywozi do Carnegie Hall swój barwny karawan muzyków kultury wschodniej, która pochodzi ze słynnego jedwabnego szlaku łączącego Chiny z Europą i Bliskim Wschodem. 16 października w Carnegie Hall usłyszymy więc Silk Road Ensemble i takich wirtuozów, jak Sandeep Das, hinduski mistrz gry na tabli, czy perskiego wirtuoza gry na kemancheh Kayhana Kalhora. Będzie to na pewno bardzo ciekawy, kolorowy i dość mocno improwizowany koncert z silną energią twórczą płynącą od artystów, których Yo-Yo Ma zgromadził wokół siebie z myślą rozpowszechniania pięknej tradycyjnej muzyki azjatyckiej.

13 i 14 listopada w Carnegie Hall legendarny dyrygent Michael Tilson Thomas ze swoją orkiestrą San Francisco Symphony zaprezentują muzykę Coplanda i Mahlera, w której Thomas się specjalizuje. Polskie akcenty ponownie zagoszczą w Carnegie Hall 14 grudnia, gdy niemiecka skrzypaczka Anna Sophie Mutter, tym razem w recitalu, w 25. rocznicę jej debiutu w Carnegie Hall, wykona światową premierę utworu Krzysztofa Pendereckiego pt. La Folia, napisanego specjalnie dla niej. Tego samego wieczoru usłyszymy też znakomity otwór Witolda Lutosławskiego pt. Partita, który skrzypaczka wykona na recitalu razem z pianistą Lambertem Orkisem. Oczywiście gorąco polecam też koncerty ukochanej przez publiczność muzyki kameralnej z cyklu Chamber Music Society w Lincoln Center. Dyrektorzy artystyczni, a zarazem znakomici wirtuozi: wiolonczelista David Finckel i pianistka Wu Han stworzyli wyjątkowo bogaty i czarujący repertuar dla publiczności doceniającej perłę muzyki klasycznej, czyli muzykę kameralną – moją ulubioną formę muzyki. 14 grudnia usłyszymy przepiękny kwintet fortepianowy Antonina Dworzaka w wykonaniu legendarnego pianisty Menahema Presslera, który – w znakomitym towarzystwie kwartetu smyczkowego Emerson, pianistki Wu Han, wiolonczelisty Davida Finckela i skrzypka Daniela Hope’a – będzie świętował swoje 90. urodziny i koncert ów będzie jego artystycznym benefisem i zarazem hołdem oddanym artyście. New York Chamber Musicians na koncercie, który odbędzie się 26 kwietna w przytulnych, a zarazem pięknych pomieszczeniach DiMenna Center for Classical Music, zaprezentują gościa specjalnego: genialnego skrzypka Philipa Setzera, dziewięciokrotnego zdobywcę nagrody Grammy. W programie zapowiedziane są utwory wspaniałych romantyków: Brahmsa i Schuberta. Do zobaczenia na koncertach! JOANNA KACZOROWSKA

W INTERNECIE:

Więcej informacji na stronach: carnegiehall.org lincolncenter.org nychambermusicians.com


8 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

Amerykańscy moder niści w M oM A BOŻENA CHLABICZ

Opisuje ono nasz historyczny kompleks względem Zachodu przez wielkie “Z”, ze szczególnym uwzględnieniem jego osiągnięć cywilizacyjnych i kulturowych. Czasami jednak niedocenianie “swego” zdarza się w miejscach i okolicznościach, które ani geograficznie, ani też mentalnie nie mają wiele wspólnego z choćby najszerzej rozumianą polskością. Na przykład… w oddziale wystaw czasowych na drugim piętrze nowojorskiego Museum of Modern Art, gdzie prezentowana jest aktualnie ekspozycja American Modern: Hopper to O’Keeffe. Bez mała setka prac malarskich, fotograficznych, rzeźbiarskich i graficznych upchnięta tu bowiem została w kilku zaledwie ciasnych salkach, niektóre eksponaty, z racji szczupłości miejsca, trzeba było zawiesić w korytarzu, a jeszcze inne, choć znalazły się w katalogu, w ogóle nie trafiły na wystawę. A przecież projekt pod tytułem American Modern podejmowano z zamiarem rozprawienia się z dość rozpowszechnionym wśród miłośników sztuki amerykańskiej przekonaniem, że największe nowojorskie muzeum sztuki z “modern” w nazwie od chwili, kiedy otworzyło się dla publiczności w 1929 roku, traktuje rodzimą twórczość nowoczesną gorzej niż po macoszemu. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że dla kolejnych szefów tej instytucji dokonania lokalnych artystów z pierwszej połowy XX stulecia “nie nadążają” za artystycznym postępem. Teraz jednak przyszedł moment rehabilitacji zakurzonych amerykańskich modernistów. Niemal sto prac zrealizowanych w latach 191550 reprezentuje na wystawie trzy dekady, liczone od przełomowego roku 1913, kiedy doszło w Stanach do pierwszej prezentacji dorobku europejskiej awangardy na słynnej nowojorskiej The Amory Show. To wszystko są dzieła z epoki, kiedy amerykańska tradycja została brutalnie skonfrontowana z europejską rewoltą artystyczną i gdy – w związku z tym – ważyły się dalsze losy sztuki amerykańskiej w kontekście jej znaczenia w wymiarze międzynarodowym. Czym zajmowali się amerykańscy artyści, zanim Marcel Duchamp zainstalował im na salonach zabytkowej Zbrojowni na Manhattanie muszlę klozetową, w charakterze manifestu modernistycznej awangardy? Z materiału zgromadzonego na wystawie wynika, że pomimo zdecydowanych różnic dzielących poszczególnych twórców i reprezentowane przez nich nurty sztuki tamtego czasu, wszyscy próbowali zdefiniować, dostępnymi sobie sposobami, poczucie amerykańskiej tożsamości. Starali się uchwycić to, co składa się na “amerykańskie doświadczenie: i wyrazić je – najlepiej jak potrafili – w języku sztuk plastycznych. Usiłowali też wyodrębnić (lub stworzyć) zespół środków formalnych, dzięki którym można by – możliwie przejrzyście – opisać językiem malarstwa, rzeźby czy fotografii dramatycznie zmieniającą się rzeczywistość Ameryki. Stojącej wtedy w pół drogi między epoką przedindustrialną a “wiekiem przemysłu”, z jego gwałtowną mechanizacją, urbanizacją i dewaluacją dotychczas obowiązujących norm i wartości.

ZDJECIE: ARCHIWUM

Porzekadło “cudze chwalicie, swego nie znacie” jako jedno z nielicznych w skarbnicy polskiej mądrości ludowej nie jest tłumaczeniem z łaciny. Wymyśliliśmy je sami, wywodząc z analizy najbardziej trwałych i charakterystycznych cech narodowego charakteru.

Charles Sheeler, American Landscape, 1930 r.

Na wystawie American Modern te poszukiwania reprezentują artyści, o których – z racji wartości ich dokonań – wspominają podręczniki do historii amerykańskiej sztuki najnowszej, choć ich nazwiska są na ogół mało znane szerszej publiczności. Nic w tym dziwnego, skoro – jak już była o tym mowa wyżej – większego wyboru prac nawet takich wybitnych przedstawicieli sztuki amerykańskiej pierwszej połowy XX stulecia, jak Marsden Hartley, Arthur Dove, John Marin, Charles Demuth czy Charles Sheeler, próżno szukać w magazynach muzeum z “modern” w nazwie. To, co udało się zgromadzić na wystawie jej kuratorkom – Kathy Curry i Ester Adler – i tak stanowi więc wyjątkowo bogaty i rozległy materiał źródłowy do dziejów amerykańskiej sztuki najnowszej. A dla publiczności – rzadką okazję, by przekonać się na własne oczy, że sztuka amerykańska nie zaczęła się od Jacksona Pollocka. Choć – z drugiej strony – ta sama wystawa dowodzi, że nawet w zespole MoMA znalazłoby się wielu historyków sztuki najnowszej, którzy woleliby zapomnieć, że istnieje w ogóle jakaś amerykańska tradycja artystyczna z czasów przed abstrakcją ekspresjonistyczną. Skąd to podejrzenie? Stąd, że na ekspozycję trafiły wyłącznie prace “modernistów koncesjonowanych”. A więc takich, którzy już w swoich czasach uchodzili w Ameryce za wojującą i – co ważniejsze – usiłującą nadążać za Europą awangardę nowoczesności. Do katalogu American Modern trafili więc głównie malarze i fotograficy skupieni wokół Alfreda Stieglitza i jego żony Georgii O’Keeffe – Marsden Hartley, John Marin, Charles Demuth czy Arthur Dove. O intencjach, czy może raczej obiekcjach i lękach kuratorek, związanych z artystyczną przeszłością Ameryki zdecydowanie więcej mówi lista nieobecnych na wystawie. Brakło na niej bowiem większości tych twórców, którzy definiowali “amerykańskie doświadczenie” nie używając do tego języka awangardy. Na ekspozycji dominuje niepewna swego, trochę “szkolna” i lekko pogubiona w aktualnych wówczas na Starym Kon-

tynencie trendach i tendencjach wczesna abstrakcja. A w tematyce przeważa to, na czym koncentrowała się uwaga światowego modernizmu, a więc “miasto, masa i maszyna”. Próżno szukać wśród artystów nominowanych przez MoMA do kategorii amerykańskich modernistów brutalnego realizmu codzienności, reprezentowanego przez malarzy z kręgu urban realism, na przykład George’a Bellowsa, Johna Sloana czy Roberta Henriego. Zupełnie brakło też choćby skromnej reprezentacji działających głównie poza Nowym Jorkiem regionalistów, z fotograficzną precyzją uprawiających na amerykańskiej prowincji malarstwo rodzajowe w konwencji american scene, której trzymał się na przykład Grant Wood i jego słynny American Gothic. Nie ma również “socrealistycznych” produkcji Thomasa Charlesa Bentona. Kartoteka wykluczonych jest znacznie dłuższa niż spis obecnych. Z czego wynika, że nowoczesność jest w amerykańskiej sztuce połowy minionego wieku może nie tyle dobrem rzadkim, co ściśle reglamentowanym. W pojęciu zawodowych historyków sztuki najbardziej liczy się bowiem “postępowość” oraz “awangarda”. Natomiast wszystko, co choćby w sferze warsztatu nawiązuje do tradycji czy przemawia do upodobań estetycznych i wyobraźni masowej widowni, budzi w nich konsternację, o ile nie zażenowanie. Przy takim podejściu realistyczne sceny rodzajowe, które w początkach XX wieku zdecydowanie przeważały w Ameryce nad nieśmiałymi flirtami z abstrakcją, w kręgach profesjonalistów wciąż stanowią zjawisko wstydliwe. Pomimo że nowoczesność ich środków wyrazu nie budzi wątpliwości. W myśl aktualnych standardów duża wystawa w prestiżowym muzeum nie powinna bowiem pokazywać dzieł “anachronicznych”, a więc może i wykazujących zainteresowanie nowoczesnością, ale jednak w sposób niewystarczający. To założenie w przypadku American Modern dało ostatecznie taki efekt, jakby – robiąc podobną ekspozycję w Polsce – Muzeum Sztuki w Łodzi wystawiło wyłącz-

nie Strzemińskiego, Stażewskiego i Szapocznikow. A skrzętnie ukryło w magazynach Waliszewskiego, Makowskiego i Stryjeńską, nie mówiąc już o tym wszystkim, co mogłoby się choćby luźno kojarzyć z Rozwadowskim albo Janem Styką. Tymczasem amerykańska sztuka z pierwszej połowy XX wieku to – w sumie – sztuka świetna, choć wyjątkowo mało znana. Może dlatego, że w cieniu Pollocka, Rothki i Newmana mistrzostwo Hartleya, Hoppera czy Demutha wydaje się nieco “starszej daty”. Jakby nie do końca przystawało do pojęcia modernizmu. A zresztą – może rzeczywiście Hopper do modernizmu nie za bardzo pasuje… Sama wystawa jest natomiast wyjątkowo godna polecenia. Choćby dlatego, że pokazuje dzieła rzadko wystawiane, a ponadto ilustruje na ich przykładzie trudny proces poszukiwania przez Amerykanów własnej tożsamości, w tym także tej artystycznej. Stany Zjednoczone były pod tym względem przez długie wieki w położeniu jeszcze trudniejszym niż Polska, choćby ze względu na odległość dzielącą Nowy Jork od Paryża. Od nas było bliżej… Ekspozycja w MoMA uświadamia też publiczności swoistą “prowincjonalność” amerykańskiej sztuki z przełomu minionego stulecia, którą udało się Ameryce przezwyciężyć dopiero za sprawą abstrakcji ekspresjonistycznej. To chyba stąd to patologiczne “chwalenie cudzego” i kompleksy wobec własnej artystycznej przeszłości, skutkujące długą “listą nieobecnych”. A przecież – by zacytować w tym miejscu inne polskie porzekadło – cytat z anegdotycznej rozmowy Matki Boskiej z malarzem Styką – nie chodzi o to, żeby malować “na kolanach” wobec aktualnych trendów. Ważne, by malować dobrze. p AMERICAN MODERN: HOPPER TO O’KEEFFE

17 sierpnia 2013 – 26 stycznia 2014 Museum of Modern Art 11 West 53rd Street, Manhattan www.moma.org


DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Gra li te rac ka J o an ny C lark PAŹDZIERNIK 2013

Przegląd Polski

9

CZESŁAW KARKOWSKI

Tranzyt można nazwać “dalszym ciągiem” książki Joanny Clark W cichym lesie Vermontu, ale lepiej czytać nową powieść autorki z Princeton w New Jersey jako odrębne dzieło.

Tranzyt natarczywie nawiązuje do wydarzeń z poprzedniej powieści, ale znajomość tamtej książki nie jest konieczna, by dać się ponieść urokowi tego niezwykłego utworu. I to niezwykłego nie tylko w warstwie fabularnej. Rzecz się bowiem dzieje w 2025 roku. W Warszawie w dużej mierze, po części zaś w Ameryce. Można więc Tranzyt nazwać powieścią fantastyczną, ale autorka tylko markuje ów przyszłościowy świat. Jak się łatwo domyślać, rzeczywistość bohaterów Tranzytu jest rzeczywistością dzisiejszą, a nawet nieodległej przeszłości. Ktoś inny może dopatrzyć się w Tranzycie elementów powieści sensacyjnej: policyjne państwo polskie w dziwacznych aliansach międzynarodowych, które prześladuje młodą niepokorną inteligencję; głęboka tajemnica związana z postacią najbliższej przyjaciółki bohaterki, Mai, ni to porwanej, ale obecnej, później ni to zmarłej na tajemniczą chorobę, ale może faktycznie nieumarłej, tajemnica morderstwa sprzed lat, ostatecznie rozwikłana, ale może tak się tylko czytelnikowi wydaje. Powieść Joanny Clark jest w warstwie fabularnej pełna niedomówień, sygnalizowanych tajemnic, których w ogóle być może nie ma. Tylko świat dla ludzi w nim zanurzonych jawi się jako tajemny, sekretny, nieprzenikniony. Z czasem, z biegiem lat objawia swą prostą i w istocie nieskomplikowaną strukturę. Bohaterką Tranzytu jest mieszkająca chwilowo w Warszawie młodziutka Anna, córka Haliny Szadurskiej, tragicznie zmarłej Polki w rezydencji wielkiego amerykańskiego pisarza Edwarda Rubina. Poznajemy losy polskiej dziennikarki w poprzednim utworze Joanny Clark W cichym lesie Vermontu. Ciężko ranna strzałem w głowę Halina rodzi jeszcze dziecko, dziewczynkę, która po 17 latach usiłuje dociec przyczyn śmierci matki, a także ustalić sprawcę morderstwa. Przebywa jednak chwilowo w Warszawie, mieszka u ciotki, tu

chodzi do szkoły. Ale rzeczywistość szkolna zajmuje marginalne miejsce w życiu Anny, ważne natomiast, niemal dominujące – teatr amatorski i przygotowania do przedstawienia według Braci Karamazow Dostojewskiego. Reżyserem jest spolonizowany Rumun, aktorami – koledzy i koleżanki bohaterki. Inscenizacja ta – jednorazowe przedstawienie – podczas której dochodzi do politycznej demonstracji-prowokacji i w jej rezultacie do prześladowania niezależnych środowisk intelektualnych stolicy, ma wyraźny pierwowzór w warszawskim wystawieniu Dziadów i w jego następstwie represji po Marcu ‘68. Anna nawiązuje krótki, ale namiętny romans z przystojnym, opiekuńczym Theo, i... wyjeżdża do Nowego Jorku. W Ameryce toczy się druga część Tranzytu, gdzie na miejscu bohaterka chce do końca rozwikłać tajemnicę śmierci matki. Rozmawia z pozostałymi przy życiu świadkami tragedii sprzed 17 lat.

W Tranzycie elementami gry powieściowej są także aluzje literackie, nawiązania do współczesnych i dawnych wydarzeń, do polskich i nowojorskich realiów. Mimo sensacyjnego charakteru powieści i mimo dramatycznego tła oraz tajemnicy spowijającej świat, w którym porusza się bohaterka, w Tranzycie nie ma przedstawionych wielkich konfliktów i wielkich tragedii. Oczywiście one istnieją, bo przecież poruszają fabułę, ale występują jakby w tle życia Anny, dziwnie przygaszone i sprowadzone do “normalnego” kontekstu życia. Jej własne, osobiste, ciężkie przecież perypetie, w tym rozstanie z Theo, znajdują się również osobliwie “na porządku dziennym”. To

i inne wydarzenia, miast budzić wielkie emocje i rozpalać gwałtowne namiętności, stanowić wątek zażartych dyskusji i głębokich rozmyślań, mają w powieści niemal taki sam kaliber, jak mało znaczące poczynania postaci dramatu. No cóż, życie... zdaje się powiadać autorka. Wszystkie wielkie i małe sprawy, ogromne namiętności i głębokie tragedie życie niweluje i sprowadza do rangi, owszem, dramatycznego, ale jednak tła, drugiego planu, wypadków rozgrywających się gdzieś w dalszej perspektywie: wydarzenia wielkie i małe znajdują się w jednakim wymiarze. Bohaterka nie wydaje się być bardziej poruszona dziwną chorobą i domniemaną śmiercią najbliższej przyjaciółki, prześladowaniami kolegów po inscenizacji Braci Karamazow czy zwłaszcza rozstaniem z Theo niż innymi zdarzeniami ze swej warszawskiej egzystencji. Narrator wszystkiemu przygląda się z dystansem, odnotowuje ze swoistym stoicyzmem. Czy rozpoznajemy w tym rys charakteru samej autorki? Narracja powieści jest “gęsta”, wymagająca dużej uwagi, nie można “prześlizgiwać się” przez opowieść, traktować mimochodem wydarzenia “małe”, by koncentrować się na wielkim dramacie życia Anny. Sama autorka na to nie pozwala właśnie poprzez to specyficzne zrównanie poziomów ważności zdarzeń, toteż czytelnik nie wie, czy następny akapit traktować będzie o sprawach tak zwyczajnych, jak wypicie kawy z ciotką bohaterki, czy też może o represjach policyjnych spadających na mieszkańców osobliwej części miasta zwanej “Gułagiem”. Poza tym narrator nieustannie sugeruje dalsze tajemnice albo zapowiada już wkrótce rozwikłanie poprzednich zagadek. Wskutek tego zatrzymuje uwagę czytelnika nad każdym zdaniem, kolejną stroną książki, wciąga go w grę powieściową, jakby przez ciągłą kompromitacją gatunku powieści sensacyjnej zwracając czytelnikowi uwagę, że istotniejszy w literaturze jest tryb narracji, świat przedstawiony utworu, rzeczywistość skojarzeń i impresji, nastrój emocjonalny i intelektualny książki. To są jakby z punktu widzenia Joanny Clark, wytrawnej i bardzo subtelnej pisarki, najważniejsze cechy literatury; one stanowią o wartości dzieła. W Tranzycie elementami wspomnianej gry powieściowej są także aluzje literackie, nawią-

zania do współczesnych i dawnych wydarzeń, do polskich i nowojorskich realiów. Autorka tworzy przedziwny melanż, z którego wyłania się świat przedstawiony Tranzytu. Zbudowany jest on z elementów fikcji i rzeczywistości, z fragmentów przeszłości i całkiem współczesnych, ze składników polonijnego i warszawskiego świata, rzeczywistość i fikcja nieustannie przeplatają się ze sobą. Czytelnik znajdzie i Mariusza Kwietnia wciąż w owej przyszłości występującego w Metropolitan Opera, i architektoniczną realizację K-dronu Janusza Kapusty i Nowy Dziennik. Także powieść Joanny Clark W cichym lesie Vermontu, czytaną i komentowaną przez bohaterów książki, oraz wspomnienie o znanej aktorce (Elżbiecie Czyżewskiej?) zostają wpisane w świat przedstawiony Tranzytu. Zaś motywem przewodnim, przewijającym się przez cały utwór, są aluzje do dziecinnej zabawy dziewczynek w “Różyczkę w czerwonym wieńcu”. Fragmenty tej wyliczanki, czy prostej piosenki, co pewien czas przypominają czytelnikowi, że Tranzyt jest swoistą grą literacką. W jej centrum znajduje się bohaterka Anna i jej perypetie, ale jak każda zabawa, również powieść Joanny Clark wymaga uczestników, ludzi, którzy podejmą proponowaną przez autorkę grę. Jeśli to zrobią, znajdą piękną literaturę oraz spotka ich nagroda fascynująca estetycznie i intelektualnie. p

mieszczonych nie tradycyjnie na papierze, a na płótnie nadającym ujęciom malarskości. Na dynamicznej fotografii pt. Sexting napięcie tkwi między wizerunkami dwóch flirtujących par z ulicznych reklam. Sugestywny tytuł i bijąca ze zdjęcia pikanteria relacji płci przeciwnych mnożą potencjalne interpretacje na temat, jak doszło do spotkania kobiety i mężczyzny i co nastąpi, wyzwalając refleksje dotyczące współczesnych obyczajów. Kurator wystawy Grigory Gurevich podkreślał narracyjność w ujęciach polskiego artysty: “Jego prace są oryginalnie kinomatograficzne”. Ową kinomatograficzność, wyjaśniał Sławek, uzyskuje często drogą pewnej przypadkowości, gdy kilka płaszczyzn zejdzie się w jednym kadrze i zegra w treściwą narrację. Niegdyś zaangażowany w film i teatr, Sławek znalazł swoje miejsce w fotografii: “Myślę fotograficznie, mimo że nie robiłem żadnej szkoły fotograficznej”. Skąd bierze się to urzeczenie zwierciadłem i grą odblasków, zapytałam artystę. “Zawsze zafascynowany byłem lustrem. Chciałem w nie wejść” – śmiejąc się mówi o swoim nieustannym hoplu, który ma od czasu dzieciń-

stwa. Na koniec naszej rozmowy bliżej określa to, co absorbuje jego wyobraźnię: “Interesuje mnie relacja między pięknem naturalnym i sztucznym”. Obecnie 37 fotografii Sławka można oglądać w ramach wystawy pt. “Way Off Theatre – Reflections” w Clowes Memorial Hall of Butler University w Indianapolis, gdzie artysta teraz mieszka. p

Fotograficzne refleksje

Joanna Clark, Tranzyt, wyd. Norbertinum, 2013

KATARZYNA BUCZKOWSKA

Na zbliżających się targach sztuki współczesnej Spectrum New York 2013, które trwać będą od 3 do 6 października w nowym budynku Javits Center North na Manhattanie, swoje fotografie zaprezentuje Stanisław Goc, pseudonim artystyczny Sławek.

Wizje utrwalone na jego fotografiach często pochodzą z ulic Manhattanu – materiału, który porusza zmysły tego artysty, bowiem miejsce to posiada wymiar szekspirowskiej sceny. Podążając za światłem, Sławek zatrzymuje w kadrach energię kinetyczną przestrzeni, w których przechodnie, budynki, pojazdy łączą się, w optycznych iluzjach, w rapsodyczne kompozycje. Nowojorskie rapsodie drukuje na płótnie lub na aluminiowych płytach, gdyż metal wydobywa z nich ostrość, chłód, dozę agresji i intelektualną surowość. Na początku lata, przez ulotnie krótkie, lecz artystycznie intensywne dwa dni 27-28 czerwca br., w 25 Central Park West Gallery na Manhattanie prace artysty były częścią wystawy 2013 International Art Festival. Dwie jego fotografie znalazły się wśród stu prac międzynarodowych twórców różnych mediów, mniej znanych no-

wojorskim kręgom, a odznaczających się wysokim poziomem artystycznej indywidualności. W fotografiach Sławka świat rzeczywisty i świat przedstawiony splatają się w kalejdoskopowych układach. Sceny uliczne, przechodzące postacie odbijają się we wszędobylskich reklamach, w witrynach sklepowych, rezultatem czego jest dialog lub kolizja, w których świat komercji i pop-artu bierze górę. Ta wszechobecna syntetyczna membrana powlekająca nasze otoczenie fascynuje fotografika, bowiem stanowi wymowny komentarz o stanie społeczeństwa. Swoje prace Sławek określa jako “notatki nieśpiesznego przechodnia”. “Wszędzie chodziłem z aparatem jak z brudnopisem, aż uświadomiłem sobie, że moje ujęcia mówią pewnym konsekwentnym językiem” – powiedział mi podczas wernisażu, stojąc obok swoich fotografii oprawionych w ornamentalne solidne ramy i za-


10 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

W ratislavia C antans po włosku AGATA ADAMCZYK

Niezwykle błękitne niebo, malownicze krajobrazy z winnicami, gajami oliwnymi, alejami cyprysów, zapachem ziół i kwiatów – m.in. takie skojarzenia budzi w nas słoneczna Italia. Aby dopełnić obrazu, należałoby wymienić również gorący temperament Włochów, ale przede wszystkim bogatą, wielowiekową kulturę i tradycję kraju. W światowym panteonie gwiazd sztuki znajdziemy zdumiewającą liczbę nazwisk włoskich malarzy, rzeźbiarzy, architektów, poetów, pisarzy czy muzyków. Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Francesco Petrarca, Tycjan, Giovanni Lorenzo Bernini, Francesco Borromini, Antonio Vivaldi, Claudio Monteverdi, Giuseppe Verdi – to przecież tylko niektórzy z nich. Tegoroczny, 48. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans – który zabrał nas w muzyczną “podróż do Włoch” – jeszcze przed rozpoczęciem wzbudzał wielkie zaciekawienie, przede wszystkim za sprawą nowego dyrektora artystycznego Giovanniego Antoniniego, uznanego dyrygenta specjalizującego się w interpretacjach repertuaru barokowego i klasycznego, współzałożyciela sławnego zespołu Il Giardino Armonico. “Jest to w dużej części festiwal odkryć – podkreślał dyrektor generalny Andrzej Kosendiak. – Żaden z utworów nie jest przypadkowy, a wszystkie tworzą spójną linię programową. Jednak efekt ostateczny w przypadku wielu koncertów pozostaje niewiadomą. Dlatego dla mnie to przede wszystkim festiwal pełen emocji i oczekiwania”. Jak zatem został skonstruowany program jednego z najważniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce? Porównując z zeszłorocznym, skoncentrowanym na muzyce Johanna Sebastiana Bacha, znalazł się on na zupełnie skrajnym biegunie, zarówno geograficznym, kulturowym, jak i stylistycznym. W tym roku tematem przewodnim stały się muzyczne Włochy. Publiczność zatem miała okazję posłuchać dzieł kompozytorów, takich jak Orlando di Lasso, Francesco Lambardi, Giovanni Maria Trabaci, Fa-

bio Vacchi, Giovanni Gabrieli, Giacomo Puccini, Luigi Boccherini, Domenico Scarlatti, Giuseppe Verdi, Gioacchino Rossini, a także utworów kontrowersyjnego niegdyś muzyka, księcia, mistyka i mordercy w jednej osobie Gesualdo da Venosy czy nawet przedstawiciela włoskiej awangardy Luciano Berio. Oprócz nich znalazły się też kompozycje artystów innych narodowości, inspirowane jednak słoneczną Italią w większym bądź mniejszym stopniu. Tutaj można było znaleźć dzieła Georga Friedricha Händla, Johanna Sebastiana Bacha, Franza Bibera, utwory ucznia Gabrielego – Heinricha Schütza, kompozycje Franza Schuberta, Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego, Igora Strawińskiego oraz Wolfganga Amadeusza Mozarta, a nawet Richarda Wagnera. W programie nie zabrakło również jednego z czołowych kompozytorów polskich – Witolda Lutosławskiego. Podczas koncertu w Filharmonii Wrocławskiej zabrzmiały jego słynne Gry weneckie – utwór, który stał się przełomowym w karierze artysty, gdyż po raz pierwszy Lutosławski zastosował w nim technikę aleatoryzmu kontrolowanego. Muzycy sami decydowali o tym, kiedy i ile razy mają zrealizować swoje partie. Pierwsze wykonanie dzieła odbyło się ponad pięćdziesiąt lat temu podczas Biennale w Wenecji, a dyrygował nim wówczas Andrzej Markowski – założyciel Wratislavia Cantans. Tradycją wrocławskiego festiwalu jest zamawianie utworów specjalnie na potrzeby programu. Podczas tegorocznej edycji odbyło się zatem prawykonanie kompozycji innego polskiego twórcy – Wojciecha Ziemowita Zycha, którego III Symfonia jest wynikiem inspiracji architekturą bazyliki św. Marka w Wenecji oraz włoską techniką polichóralną. Stąd też podczas koncertu orkiestrę rozmieszczono wokół widowni, dzięki temu słuchacz stawał się częścią muzyki, będąc zrazem przez nią otoczony i nią przenikany. Podążając za motywem przewodnim tegorocznego festiwalu, wybór

Niezwykłych emocji dostarczyły festiwalowej publiczności dwa koncerty włoskiego wiolonczelisty Giovanniego Sollimy

ZDJĘCIA: WWW.WRATISLAVIACANTANS.PL

“W 2013 roku festiwal zwraca się w stronę południa Europy (…). Jest to nawiązanie do wizerunku Italii sprzed wieków, kiedy to kraj ten był kolebką muzyki i sztuki, a wizyta w nim była uznawana za obowiązek artystów i intelektualistów” – zapowiadał Wratislavię Cantans jej nowy dyrektor artystyczny Giovanni Antonini.

23-letnia rosyjska sopranistka Julia Leżniewa zachwyciła słuchaczy i nowego dyrektora artystycznego festiwalu we Wrocławiu Giovanniego Antoniniego

programu wydaje się niezwykle konsekwentny. Swoistym ukłonem w stronę polskiej publiczności było wykonanie Trzech preludiów Fryderyka Chopina w transkrypcji Auguste’a Franchomme’a przez włoskiego wiolonczelistę Giovanniego Solimmę oraz pieśni Hulanka w interpretacji Gemmy Bertagnolli. Do festiwalowych koncertów zaproszeni zostali soliści, tacy jak: Roberta Invernizzi, Silvia Frigato, Loriana Castellano, Anna Ciuła-Pehlken, Sonia Prina, Krystian Adam Krzeszowiak, Anicio Zorzi Giustiniani, Furio Zanasi, Christopher Purves, Maciej Straburzyński, Gianluca Buratto, a także wirtuozka gry na harfie podwójnej Margret Köll. Bardzo duże wrażenie na publiczności wywarł występ młodziutkiej, ale obdarzonej wielkim talentem rosyjskiej sopranistki Julii Leżnewy. Niezwykłych emocji dostarczyły również dwa koncerty włoskiego wiolonczelisty Giovanniego Sollimy. Z jednej strony emocje te spowodowane były podziwem dla jego umiejętności technicznych, z drugiej zaś niecodziennością repertuaru zaproponowanego przez wyjątkowo ekspresyjnego muzyka. Podczas pierwszego z koncertów zostały wykonane dzieła Bibera, Carlo Gesualdo, Wagnera, kompozycje własne, a nawet transkrypcje Nirvany – zespołu grunge’owego, tak przecież odległego od stylistyki muzyki klasycznej. Lecz jak wyjaśnił Sollima, dzieli on muzykę tylko na dobrą i złą, nie uznając tym samym żadnych innych podziałów. Solistę wspomagał, stworzony na potrzeby festiwalu, zespół kilkunastu wrocławskich wiolonczelistów. Podczas drugiego koncertu, który odbył się w ostatnim dniu, Sollima zaprezentował swój niezwykle eklektyczny Koncert wiolonczelowy. Ten eklektyzm, zabawa konwencjami jest wynikiem inspiracji artysty muzyką etniczną, jazzem oraz rockiem. Występ zakończył się owacją na stojąco, wiolonczelista bisował aż cztery razy. Podczas tegorocznej Wratislavii przy pulpitach dyrygenckich stanęły takie osobowości, jak: sam Giovanni Antonini, Szymon Bywalec, Peter Neumann, Corrado Rovaris oraz Ed Spanjaard. Do udziału w festiwalu zostały również zaproszone znakomite zespoły – specjalizujący się w wykonawstwie muzyki dawnej Il Giardino Armonico, Wrocławska Orkiestra Barokowa, Kölner Kammerchor, Collegium Cartusianum, nietuzinkowa

B’Rock (Belgian Baroque Orchestra Ghent), Quartetto di Cremona, Spira Mirabilis, Vox Luminis, wyjątkowy pod względem artystycznym i kolorystycznym bułgarski chór żeński Le Mystere des Voix Bulgares – nietuzinkowo prezentując się w muzyce włoskiego renesansu – a także Chór i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Wrocławskiej. Podczas koncertu wieńczącego festiwal, wraz z orkiestrą filharmonii wystąpił jeden z najlepszych zespołów wokalnych – The Swingle Singers – zachwycając publiczność doskonałą interpretacją Sinfonii na osiem głosów i orkiestrę autorstwa Luciano Berio. Zespół bisował, niestety, tylko raz, jednak zrobił piorunujące wrażenie na słuchaczach genialną i perfekcyjnie wykonaną aranżacją Badinerie z II Suity Johanna Sebastiana Bacha. Wybór takiego repertuaru na zakończenie “włoskiej” Wratislavii Cantans okazał się trafny. Tegoroczny festiwal wzbudził wiele emocji, ponieważ został zaprezentowany w bardzo nowoczesnej odsłonie. Niektóre koncerty przeprowadzono w zupełnie nowej formule, co w gruncie rzeczy dziwić nie powinno, zważywszy że wraz ze zmianą dyrektora należało spodziewać się również zmiany koncepcji festiwalu. Najwięcej kontrowersji wzbudził jeden z koncertów, nazwany przez prowadzącego Giovanniego Biettiego “salonikiem muzycznym”. W murach synagogi Pod Białym Bocianem melomani wysłuchali arii i toastów z oper Verdiego, Donizettiego i Rossiniego, przy fortepianowym akompaniamencie Biettiego, dodatkowo okraszone anegdotami dotyczącymi powiązań włoskiej muzyki z winem. Po koncercie zaś publiczność została zaproszona do degustacji trunków pochodzących z winnic włoskich. Choć zdania dotyczące nowej konwencji festiwalu (tj. zaskakującego mariażu muzyki dawnej z rozrywkową czy też dosyć rozluźnioną formą niektórych wykonań) były podzielone, to jednak wszystkie koncerty cieszyły się bardzo dużym powodzeniem, a większość z nich kończyła się owacjami na stojąco. Organizacja 48. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans była debiutem Antoniniego. Zainteresowanie i frekwencja potwierdziły jednak, że program nowego dyrektora artystycznego z mottem “Viaggio in Italia” (Podróż do Włoch) okazał się dla melomanów atrakcyjny. p


PAŹDZIERNIK 2013

DODATEK KULTURALNY nowego

Jak z Mrożka

Ale nie w Krakowie; tam nawet humoryNajpierw w Italii zmarł Sławomir Mrożek. 17 września, w stów, błaznów i innych felietonistów grzebią rocznicę wkroczenia Ruskich, na poważnie. Choć potem, czasem, przemieszprzez Kraków przeszedł do- czają, aby zrobić miejsce dla bardziej zasłustojny kondukt, a w przeszklo- żonych. Niż na przykład pies. Oto czytam, że nym karawanie jechała urna z przy krakowskich Błoniach zostanie wmuroprochami pisarza. Pochowano wany kamień węgielny pod pomnik Armii Krago z wielką pompą (funebris) jowej; stanie na bulwarze Czerwieńskim, w w Panteonie Narodowym na Grodzkiej. Po- miejscu istniejącego już pomnika czarnego mietem w Irlandii zmarł Seamus Heaney. – Po- szańca Dżoka, który przez rok czekał na ronchowali go spokojnie na cmentarzu w rodzin- dzie Grunwaldzkim na zmarłego tam swego nej wsi, godnie, bez ceregieli. Za co im chwa- pana. Jak pisze węsząca wszędzie sensację krała. A nam nauka na przyszłość – pisał do mnie kowska prasa, czterometrowy pomnik za mój stały korespondent i stary przyjaciel, dr czterysta tysięcy złotych ma przedstawiać beSabo z Vancouver. Dodał też argumentację: tonową wstęgę wyłaniającą się spod ziemi, a współczesna Irlandia nie ma odpowiednika odzwierciedlającą granice Polski sprzed II wojpocztu poetów polskich, jak Miłosz, Szymbor- ny światowej. Krakowianie zadają niewygodska, Herbert, Różewicz, więc właściwie po- ne pytania – dlaczego pomnik Armii Krajowinni byli się na niego rzucić: grzebać, ale mo- wej nie może stanąć 30-40 metrów od pomnika Dżoka? – Bo tak przeże właściwie nie grzebać, ale jak widuje zwycięska konnie grzebać, skoro trzeba grzeW Krakowie cepcja – odpowiada Fibać w uświęconych miejscach nawet humorystów lip Szatanik, zastępca – wśród starożytnych celtyckich dyrektora Wydziału Inkrólów, wśród ojców-założyciegrzebią na poważnie... formacji, Promocji i Tuli niepodległej Irlandii, w podrystyki Miasta. Te słoziemiach królewskiego zamku, wśród iluminowanych zwojów Księgi z Kells, wa Szatanika podziałały na mieszkańców gromoże w krainie Sweeneya, z którą nigdy się du Kraka niczym Szatańskie wersety Rushdiew swoim życiu piórem kreślonym nie rozsta- go na Chomeiniego. Niewdzięczni forumowiwał. A że kryzys nieźle kąsa, chleb drożeje, ta- cze komentują: “Polityka wtargnęła już do parki całodzienny cyrk na koszt państwa mógł- ku Jordana. Teraz politycy zabierają krakowianom miejsce rekreacji, żeby postawić paskudby poprawić społeczeństwu samopoczucie. Mógłby, drogi Romanie, ale oni widać nie ny pomnik”. Albo: “I co to za durny pomysł, znają zasad retoryki rzymskiej i tradycji ka- żeby pomnik miał kształt granic II RP? Jedyzań panegirycznych, nie mają, oj, nie mają, sza- ny pomnik w Krakowie zrodzony z potrzeby cunku dla swoich wielkich, a może tylko usza- serca i z bezinteresownej miłości ma ustąpić nowali wolę zmarłego, aby nie było pompy, je- miejsca kolejnemu pomnikowi megalomanii no skromny pochówek? A może Heaneya spo- i oszołomstwa”. Albo: “Co by się stało, gdytkała po śmierci kara za grzech porzucenia wia- by projektant ustawił pomnik AK w miejscu ry? Polski katolicyzm ma wiele wspólnego z smoka pod Wawelem? Czy smoka by przesuirlandzkim, choć różnić się może właśnie umie- nięto?”. Sytuacja jak z Mrożka, czyli pełna abjętnością przymykania oka (opatrzności?) na surdów. Bogusław Kośmider, przewodniczący rady grzechy młodości, a nawet dorosłości, o ile tylko nieboszczyk za ziemskiego żywota zdążył miejskiej i członek jury, które wyłoniło prosię wdrapać na parnas albo inny stolec do chwa- jekt, tłumaczy krakusom jak dzieciom, że poły. Może Mrożek także nie chciał, aby wychwa- mnik będzie “centralnym miejscem historyczlano jego cnoty i czyny pisarskie, w końcu nie no-wizytowego salonu parkowego pod Wawepo to uciekł ze snobistycznego Krakowa do lem”, a pomnik psa do tej koncepcji nie przycichej Nicei, by po śmierci wysłuchiwać z nie- staje. Innymi słowy: do pomnika AK będą pielbieskiej chmurki panegiryków, mów, kazań i grzymować turyści, napełniając miejską kabegzort na swój temat. Tym bardziej że z kato- zę dutkami, a do pomnika czworonoga piellicyzmem nie był, delikatnie mówiąc, za moc- grzymują jak na razie inne czworonogi w wiano zaprzyjaźniony. Na jednym z jego rysun- domym celu, prowadzące przy okazji na spaków dziecko pyta rodzica: czy istnieje życie cer swych dwunożnych właścicieli. Jest nadzieja, że w grodzie Kraka postawią pozagrobowe? Wyłącznie – pada odpowiedź. Agnostyk Mrożek może wolałby usłyszeć na niedługo kolejny pomnik – Heaneya, którego własnym pogrzebie epitafium w takim oto sty- łączyła przyjaźń z Miłoszem. Irlandczyk odlu: “Urokiem lorda Clive (zwanego Jimmy)/ wiedził Miłosza w Krakowie dwa razy, dlaJest to, że nie ma go między żywymi./ Trze- czego by zatem nie postawić mu dwóch poba w ogóle docenić uroki/ Roztaczane przez mników? No tak, ale w Krakowie nie ma jeszniektóre zwłoki” (Edmund Clerihew Bentley, cze ani jednego pomnika Miłosza, więc projekt upada... p przeł. Stanisław Barańczak).

Sławomir Koper: Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej W swojej kolejnej książce Sławomir Koper przedstawia życie i kariery największych gwiazd teatru, kina, kabaretu i spor tu w latach 1918-1939, jak Jadwiga Smosarska, Zula Pogorzelska, Tola Mankiewiczówna, Loda Halama, Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa, Józef Węgrzyn, lekkoatletki Halina Konopacka i Stanisława Walasiewiczówna oraz tenisistka Jadwiga Jędrzejowska. Jak zwykle opisuje życie prywatne swoich bohaterów, ich miłości, sukcesy i rozczarowania. A wszystko na tle niezwykle barwnej epoki. s. 342, 21.00 dol.

Przegląd Polski

Kawa i herbata

11

PIOTR FLORCZYK – LISTY Z LOS ANGELES

MAREK KUSIBA – ŻABKĄ PRZEZ ATLANTYK

EK POLISH BOOKSTORE POLECA – ZADZWOŃ: (201) 355-7496

dziennika

Według trzech z sześciu gdyby ktoś w międzyczasie ukradł mi molokalnych stacji telewizyj- je cacko? Zgroza o tym myśleć, więc nie nych kawiarnie w Los An- będę rozwijał tematu. A język, jak to język, geles mają poważny problem boleć przestanie. Bo musi. Po mojej prawej, dwa stoliki dalej, siez klientami, którzy przesiadują u nich godzinami, nic dzi facet, do którego jak ulał pasuje stereonie kupując. Tak, pomyśla- typ nakreślony w wiadomościach. Nie dość, łem, nareszcie ciekawa wia- że przyszedł tutaj na bosaka, to jego sterdomość, coś, co pozwoli nam zapomnieć o czące utlenione włosy już dawno nie widziazabójstwach, pościgach autostradowych i nie- ły się z grzebieniem. Nawet jeśli te dziury zmieniającej się pogodzie. W końcu nie ma na kolanach jego dżinsów pozwalają zasunic gorszego od wykorzystywania dobrodziej- gerować, że jest on gwiazdą hollywoodzką, stwa gospodarzy, przekonuje wysoki barista, która właśnie ma wolne od kręcenia zdjęć, kiwając głową na boki, tym bardziej że bie- to metaliczny MacBook Pro na stoliku jedsiadnicy mają do dyspozycji nie tylko obni- nak robi z niego prozaika lub scenarzystę żający ciśnienie podkład muzyczny w posta- piszącego kolejny blockbusterowy film. ci łagodnego jazzu, ale również darmowy in- Tak, poetą na pewno facet nie jest, bo pisaternet. Przecież to wszystko kosztuje, doci- nie na klawiaturze idzie mu zbyt sprawnie, na pracownica z czterema kolczykami w no- a on sam nie przestaje pisać, aby co parę sie. Sam fakt, że klienci-pasożyci nic nie ku- chwil z otwartymi ustami wpatrywać się w pują, to mało w porównaniu ze szkodami, ja- sufit. W porównaniu z niejednym z nas on kie wyrządzają odstraszając prawdziwych natchnienie ma w genach. To widać i słyklientów, takich, którzy też pojawiliby się u chać. Stuk-puk, puk-stuk, trata-tata – wynas ze swoimi laptopami i innymi gadżeta- lewają się z niego myśli, idee oraz genialmi, ale zapewne kupiliby kawę, może her- ne dialogi. Słuchawki w uszach chronią go batę, kawałek lub dwa sernika, a i pewnie przed światem, włącznie ze mną, ale straszjeszcze coś na drogę. Z doświadczenia wiem, nie mam ochotę do niego podejść i zapytać, że dziennikarka i kamerzysta odwiedzili ka- nad czym pracuje. Kto wie, być może zowiarnię, która rzeczywiście nie serwuje nic stalibyśmy współpracownikami. Oscara jeszcze nie mam w swojej kolekcji trofeów. poza cukierniczymi smakołykami. Skoro jestem w tej kawiarni już ponad pięć Niestety, to nie tam obecnie siedzę i piszę te słowa. Wprawdzie zamówiłem spo- godzin, a gdy przyszedłem – on już tu był, ry kawałek sernika przekładanego malina- to najwyższa pora, abym kogoś o tym pomi, który, o dziwo, kosztował mniej niż dwa wiadomił. Może facet przyrósł do stołka i ru szyć się nie dolary, ale w porówmoże? To wcale naniu z tymi, które jaW kawiarni na rogu Santa Monica nie jest śmieszne. dłem w innych lokai Westwood siedzi facet, Dawno, dawno lach, ten był suchy. te mu żył ta ki Jeśli chodzi o kawę, to który nie robi nic, chłopak, co grał poparzyłem sobie nią tylko pisze coś na komputerze. w gry komputeusta i język tak mocrowe non stop no, że jeszcze długo przez dwie doby, nie będę mógł się wysłowić. Więc co z tego, że kawka była wy- a dokładnie do momentu, w którym spadł z śmienita, pokryta puszystą pianką itd., sko- krzesła i umarł. Nikt nie zwracał na niego ro degustacja skończyła się dla mnie uwagi, a on stracił rachubę czasu i sam souszczerbkiem na zdrowiu. Przynajmniej bie pomóc nie mógł – zresztą musiał ciągle mam superszybki internet, w którym mo- uciekać przed goniącymi go potworami. Więc gę szperać i węszyć do oporu. Poparzenie gdzie jest ta telewizja? Oni zaraz by się zaczęści ciała kawą, według internauty o nie- jęli moim sąsiadem. Literki, cyferki, świat. cenzuralnym pseudonimie, można złago- Pisząc w tak szybkim tempie musi wydawać dzić pijąc dużą ilość lodowatej wody mi- co najmniej cztery książki rocznie, ale wineralnej. Ale skąd ja wezmę wodę mine- docznie są słabe, bo poza mną nikt się nim ralną, skoro tutaj wszyscy piją kranówę. nie interesuje. Zatem wybieram mniejsze zło, Oczywiście mógłbym poprosić o nią pa- czyli takie które nie boli i nie parzy, i dzwonią o pięknych perskich oczach, zapłacić, nię do radia. Tak, słucham? Dzień dobry. wraz z napiwkiem, dziesięć dolarów, ale Dzień dobry. Mam donos. Już chwileczkę, to wymagałoby ode mnie wstania od sto- biorę ołóweczek i karteczkę. W kawiarni na lika – skądinąd mojego ulubionego, przy rogu Santa Monica i Westwood siedzi facet, samym oknie – i odstąpienie od laptopa do- który nie robi nic, tylko pisze coś na komsłownie na chwilę, która mogłaby zamie- puterze. I co? Nic. Jest bosy i ma podarte nić się w nieskończoność, bo co by było, spodnie. I co dalej? I pisze. p

WWW.EKBOOKSTORE.COM

Andrzej Olkiewicz: Jak żyć szczęśliwie w innym kraju Autor adresuje swoją książkę do ludzi mieszkających poza krajem ojczystym. Zastanawia się, co emigranci mogą uczynić, aby w miarę bezboleśnie, zachowując poczucie godności, zintegrować się ze społeczeństwem, w którym postanowili żyć. Analizuje postawy i reakcje, podpowiada, jak łagodzić nieuniknione rozczarowania. Autor wyznaje, że jako emigrant popełnił “większość błędów, które są udziałem człowieka decydującego się osiąść w obcym kraju”. Podstawowy błąd polega na podtrzymywaniu stereotypów i generalizowaniu. Jednak skupia się przede wszystkim na tym, co można samemu zrobić, aby życie w nowym kraju stało się łatwiejsze i przyjemniejsze. s. 205, 19.00 dol.

Henryk Zamojski: Jak wywołano powstanie warszawskie. Tragiczne decyzje Dlaczego podjęto tak tragiczną w skutkach decyzję, kiedy sytuacja na froncie warszawskim stawała się coraz bardziej skomplikowana? Dlaczego po podjęciu decyzji nie poczyniono niezbędnych starań, by wzmocnić okręg warszawski i lepiej przygotować go do walki? Ta książka to rekonstrukcja przebiegu wydarzeń przedpowstaniowych oraz okoliczności im towarzyszących, zarówno w sferze działalności politycznej, jak i wojskowej pozwalająca na lepsze zrozumienie niejasnych niekiedy kwestii związanych z genezą powstania. s. 269, 21.00 dol.

Damien Echols: Życie po śmierci W 1993 roku trójka nastoletnich chłopców została aresztowana pod zarzutem morderstwa. Procesowi, opar temu na poszlakach i wymuszonych zeznaniach, towarzyszyła atmosfera histerii opinii publicznej, domagającej się wyroku skazującego. Wszyscy byli przekonani o ich winie. Damien Echols, będąc jedynym pełnoletnim podejrzanym, został skazany na najwyższy wymiar kary. Trafił do celi śmierci, w której spędził ponad siedemnaście lat ze świadomością, że w każdej chwili wyrok może zostać wykonany. Po latach, w obliczu nowych dowodów, on i jego koledzy wyszli z więzienia. W kampanii na rzecz ich uwolnienia wzięły udział tak znane postaci, jak Johnny Depp, Peter Jackson i Eddie Vedder. s. 496, 26.00 dol.


Ze świata kultury 12 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

PAŹDZIERNIK 2013

notatnik na październik MORGAN LIBRARY themorgan.org 225 Madison Ave. i 36 St., NY

4 X Edgar Allan Poe: Terror of the Soul – ponad sto dokumentów związanych z życiem i twórczością Edgara Allana Poego; do 26 stycznia 2014 8 X Beethoven’s Ninth: A Masterpiece Reunited – zaprezentowanie po raz pierwszy dwóch rękopisów beethovenowskiej 9 Symfonii w ramach uczczenia 200lecia istnienia Królewskiego Towarzystwa Filharmonicznego w Londynie; do 1 grudnia 2013 25 X Leonardo da Vinci: Treasures from the Biblioteca Reale, Turin – wystawa rysunków Leonarda da Vinci i jemu współczesnych; do 2 lutego 2014

THE FRICK COLLECTION www.frick.org 1 East 70th St., NY

Vermeer, Rembrandt, and Hals: Masterpieces of Dutch Painting from the Mauritshuis – piętnaście obrazów namalowanych między innymi przez Vermeera, Rembrandta i Halsa; do 19 stycznia 2014

ZDJĘCIE: WWW.TERAZWROCLAW.PL

22 X

Europejska Noc Literatury po raz pierwszy odbyła się w Polsce. Stolicą Literatury stał się 21 września Wrocław. Nietłumaczone wcześniej teksty europejskich twórców, piszących w różnych językach i w różnych stylistykach, czytane były w nietypowych miejscach miasta od godz. 6:00 wiecz. do 11:00 w nocy przez wyjątkowe postaci życia artystycznego i społecznego. Motywem przewodnim Nocy Literatury stała się podróż. Przewodnikami byli zarówno bohaterowie tekstów, jak ich autorzy – pisarze z dziesięciu krajów europejskich: Ylljet Alićka z Albanii, Harkaitz Cano z Hiszpanii, Philippe Claudel z Francji, Herkus Kuncius z Litwy, Borislav Pekić z Serbii, Petr Sabach z Czech, Ingo Schulze z Niemiec, Zadie Smith z Wielkiej Brytanii, David Soares z Portugalii i Colm Tóibin z Irlandii. Z kolei w rolę przewodników po literackim świecie wcieliły się znane osobowości życia publicznego, dla których sztuka słowa ma szczególne znaczenie – aktorzy: Magdalena Kumorek, Jan Peszek (na zdjęciu; czyta pływając łódką we Wrocławskim Centrum SPA), Ewa Skibińska, Bartłomiej Topa; pisarze: Olga Tokarczuk, Michał Witkowski, Michał Rusinek; językoznawca Jan Miodek, polityk Jarosław Obremski i muzyk L.U.C. Europejska Noc Literatury jest realizowana i współfinansowana w ramach programu Kultura (2007-2013). Miastami partnerskimi projektu są: Brno, Bukareszt, Dublin, Lizbona, Wilno i Praga.

POETA Z DETROIT Amerykański poeta Philip Levine urodził się w Detroit i tam spędził młodzieńcze lata, pracując w fabryce Chevroleta. W 1963 roku zadebiutował zbiorem wierszy On the Edge. Mieszkańców miasta pracujących w fabrykach samochodów sportretował w zbiorach poezji zatytułowanych Not This Pig, What Work is oraz News of the World. We wrześniu 85-letni twórca, zdobywca Nagrody Pulitzera, uhonorowany został Wallace Stevens Award za dorobek życia i mistrzostwo artystyczne. Levine odebrał czek w wysokości 100 tysięcy dolarów.

MONTREAL – WENECJA – TORONTO Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Montrealu od lat promuje młodych twórców i artystów. W tym roku Grand Prix de Amériques, Nagrodę Jury Ekumenicznego oraz Nagrodę Publiczności zdobył obraz Macieja Pieprzycy Chce się żyć. Główną rolę niepełnosprawnego Mateusza cierpiącego na porażenie mózgowe zagrał brawurowo Dawid Ogrodnik. Mateusz jest inteligentnym, wrażliwym chłopakiem, który walczy o prawo do normalnej egzystencji. Dramat Pieprzycy porównywany jest do filmu Jima Sheridana Moja lewa stopa. Natomiast na Festiwalu Filmowym w Wenecji triumfy święcił dokumentalny film Gianfranco Rosiego Sacro GRA, którego bohaterami są zwykli ludzie mieszkający przy głównej rzymskiej obwodnicy zwanej GRA. To właśnie im reżyser zadedykował główną nagrodę – Złotego Lwa. Srebrny Lew za najlepszą reżyserię trafił do rąk Alexandrosa Avranasa z Grecji za obraz Miss Violence opisujący przemoc seksualną w rodzinie. Występujący w nim Themis Panou uznany został za najlepszego aktora, natomiast najlepszą aktorką okazała się 82-letnia Elena Cotta z Włoch. Z kolei na festiwalu filmowym

w Toronto nagrodę publiczności – People’s Choice Award – otrzymał brytyjski reżyser Steve McQueen za obraz 12 Years a Slave oparty na wspomnieniach Solomona Northupa (w tej roli Chiwetel Ejiofor), który jako wolny człowiek został porwany i sprzedany na plantację w Luizjanie. Nagroda Krytyków Filmowych – Fipresci Prize – przypadła Pawłowi Pawlikowskiemu za poruszający dramat Ida.

FRIDA Muzeum Sztuki Współczesnej ARKEN koło Kopenhagi zorganizowało wystawę zatytułowaną Frida Kahlo – życie w sztuce. Kahlo zmarła w wieku 47 lat, zostawiając po sobie ok. 150 obrazów, w większości autoportretów. Jej burzliwe życie, liczne związki z mężczyznami i kobietami, ukazuje film Frida z Salmą Hayek, który wyświetlany jest codziennie w muzeum. Oprócz płócien meksykańskiej artystki zwiedzający obejrzeć mogą prace jej męża – Diego Riviery oraz dzieła José Clemente Orozco i Juana Soriano. Wystawiono także fragmenty pamiętnika Fridy, jej szkice i rysunki, fotografie, prekolumbijskie rzeźby, meksykańską biżuterię oraz stroje ludowe.

W MIEŚCIE BEETHOVENA Od 1845 roku w Bonn, gdzie urodził się wielki kompozytor, odbywają się festiwale muzyczne Beethovenfest. Tematem przewodnim tegorocznej imprezy, która potrwa do 5 października, są Metamorfozy. Oprócz utworów Beethovena, w tym jego jedynej opery Fidelio, miłośnicy muzyki klasycznej mają okazję wysłuchać kompozycji Szostakowicza, Wagnera, Ravela, Czajkowskiego, Brahmsa i Mozarta. Wśród zaproszonych artystów znaleźli się wybitni pianiści: Borys Bierezowski, András Schiff i Hélene Grimaud oraz dyrygenci: Paavo Järvi, Kent Nagano, Krzysztof Penderecki i Neville Marriner.

POLSKA WE LWOWIE We Lwowie zakończyło się 20. Forum Wydawców – największe targi książki na Ukrainie. Wzięło w nich udział 650 wydawców ukraińskich i 20 zagranicznych. Gościem honorowym była Polska. Do Lwowa przyjechali m.in. pisarz Janusz Wiśniewski, socjolog Zygmunt Bauman, Adam Michnik oraz Danuta Wałęsa. Odbyły się pokazy filmów Krzysztofa Zanussiego i Andrzeja Wajdy. W targach wzięło udział ponad 50 tysięcy osób.

VAN GOGH ZE STRYCHU Obraz z 1888 roku Zachód słońca koło Montmajour przez ponad 100 lat leżał na strychu norweskiego kolekcjonera. W 1991 roku eksperci uznali go za falsyfikat. Niedawno specjaliści z Muzeum van Gogha w Amsterdamie ponownie przeprowadzili analizę obrazu i stwierdzili, iż jest on autentycznym dziełem holenderskiego postimpresjonisty. Pejzaż przedstawiający dębowy las na południu Francji powstał w tym samym okresie co Słoneczniki, Sypialnia w Arles i Żółty dom. Dyrektor muzeum Axel Rueger oświadczył: “Kiedy powiedziano mi, że to prawdziwy van Gogh, nie mogłem uwierzyć. Takie odkrycie zdarzyło się w moim życiu po raz pierwszy”.

BRAZYLIJSKA INWAZJA Tegorocznym gościem Targów Książki we Frankfurcie, które rozpoczynają się 9 października, jest Brazylia. Z tej okazji galeria Schirn Kunstahalle w tym mieście zaprosiła jedenastu najpopularniejszych brazylijskich artystów graffiti, m.in. Speto, Fefe Talaverę i Alexandra Oriona. Mistrzowie sztuki ulicznej pokryli swoimi abstrakcyjnymi wizerunkami liczne miejsca we Frankfurcie, w tym galerię Schirn, most i wieże nad Menem, kościół św. Mateusza oraz dawny budynek policji. OPR.: MAŁGORZATA MARKOFF

METROPOLITAN MUSEUM OF ART metmuseum.org 1000 5th Ave., NY 1 X Artists and Amateurs. Etching in Eighteenth-Century France – m.in. Antoine Watteau, Francois Boucher, Jean-Honoré Fragonard, Hubert Robert; do 5 stycznia 2014

CARNEGIE HALL carnegiehall.org 881 7th Ave., NY 2 X Rozpoczęcie sezonu: w programie utwory Ravela, Saint-Seansa i Czajkowskiego. Wystąpią filharmonicy z Filadelfii pod dyr. Yannicka Nezeta-Seguina; Joshua Bell – skrzypce; godz. 7:00 wiecz. 10 X Zespół Muzyki Kameralnej z La Scali przedstawi fragmenty oper Verdiego w ramach uroczystości związanych z 200. rocznicą urodzin kompozytora; godz. 8:00 wiecz.

LINCOLN CENTER lincolncenter.org Avery Fisher Hall 10 Lincoln Center Plaza (Columbus Ave. i 65th St.) 3 X Ludwig van Beethoven: 9 Symfonia – w wykonaniu filharmoników nowojorskich pod dyrekcją Alana Gilberta. Koncert będzie powtarzany również w innych terminach; godz. 8:00 wiecz. 12 X Koncert skrzypcowy Mendelssohna i Symfonia nr 8 Dworzaka w wykonaniu filharmoników nowojorskich. Arabella Steinbacher – skrzypce; godz. 8:00 wiecz. 20 X 20 X Londyńska Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją Bernarda Haltinka zaprezentuje Koncert fortepianowy Amadeusza Mozarta i 9 Symfonię Szostakiewicza; fortepian – Emanuel Ax; godz. 3:00 ppoł.

STATE THEATRE, NJ statetheatrenj.org 15 Livingston Ave., New Brunswick, NJ

I Puritani (Purytanie) Belliniego – pokaz opery na wielkim ekranie w HD w wyk. zespołu teatralnego z Bolonii; godz. 7:00 wiecz. 19 X Beijing Symphony Orchestra pod dyr. Tana Lihua; Tang Jun Qiao – chiński tradycyjny flet; w programie utwory: Guo Wenjinga i Prokofiewa; godz. 8:00 wiecz. 28 X Spartacus Chaczaturiana – pokaz na wielkim ekranie w HD w wyk. Baletu Teatru Bolszoj; godz. 7:00 wiecz. 15 X

NJPAC Newark, NJ njpac.org 1 Center St. Newark, NJ

Koncert Orkiestry Maryjskiej pod dyr. Walerego Georgijewa, pianista – Denis Matuszew; w programie utwory Strawińskiego i Rachmaninowa; godz. 3:00 ppoł. 13 X

Miesi´czny dodatek kulturalny nowego dziennika

www.dziennik.com/przeglad-polski Redaguje: Jolanta Wysocka jw@dziennik.com


Nowy Dziennik 2013/09/27 Przegląd Polski