Page 1

OLSZTYN 55 | 2015

Redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza otwarty konkurs na

esej

ponadto redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza konkurs dla osób mieszkających (lub studiujących) w województwie warmińsko-mazurskim na

opowiadanie literackie oraz na

cykl wierszy

dla których inspiracją byłaby oryginalnie pojęta i ujęta tematyka regionalna, ideowa, kulturowa, osobista związana z Warmią, Mazurami, Powiślem.

Adres do korespondencji: Dom Mendelsohna ul. Zyndrama z Maszkowic 2 | 10-133 Olsztyn tel./fax 89 534 00 26 redakcja@borussia.pl | www.borussia.pl

>

Cena 15,00 zł

55 | 2015

Szczegóły s. 245


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Zrealizowano przy współudziale finansowym Samorządu Olsztyna Sfinansowano ze środków Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego

Redakcja: Redaktorzy naczelni: Kazimierz Brakoniecki, Robert Traba; sekretarz: Iwona Liżewska Zespół redakcyjny: Iwona Anna NDiaye, Maryla Paturalska, Janusz Pilecki (grafik), Rafał Żytyniec Rada Redakcyjna: Piotr Mitzner, Zbigniew Mikołejko, Anna Nasiłowska, Hubert Orłowski, Cezary Wodziński, Leszek Żyliński Korekta: Emilia Sawicka Projekt okładki i opracowanie graficzne: Janusz Pilecki Skład i łamanie: WZORCOWNIA | wzorcownia-art.pl Druk: Spręcograf | www.sprecograf.pl Okładka: Vittorio Campanelli, Rosso 2011, akryl na płótnie, 2011 | fot. Janusz Pilecki (kolekcja prywatna)

Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa „Borussia“ Adres do korespondencji: Dom Mendelsohna ul. Zyndrama z Maszkowic 2 | 10-133 Olsztyn tel./fax 89 534 00 26 redakcja@borussia.pl | www.borussia.pl Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do wprowadzania zmian i skrótów. Zapraszamy do współpracy. Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo pismo i stowarzyszenie, podajemy numer naszego konta: Bank Gospodarki Żywnościowej O/Olsztyn: 29 2030 0045 1110 0000 0334 3270 PL ISSN 0867-6402 Nakład: 500 egz.


55|2015

SPIS TREŚCI GEOGRAFIA TOŻSAMOŚCI

3

Iwona Liżewska, Robert Traba, Geografie tożsamości Zbigniew Kadłubek, List do Pani Geografii Iwona Liżewska, O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma... Mieczysław Ostrowski, Miasto, które nas przyjęło

5 7 12 20

Sebastian Rosenbaum, Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu” Andrzej Kotula, Szczecin. Topografia historycznej pamięci Jan Salm, Geografia tożsamości – refleksje wrażliwego frustrata Basil Kerski, Andrzej Trzeciak, Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej i Europejskie Centrum Solidarności Jacek Dębicki, Marcin Dębicki, Smutek żagańskiej stacji Tomasz Gęsina, Wewnętrzny głos. Rozważania wokół mojego Śląska Alicja Maliszewska, Gdzie jest nasz dom? Powroty do ojczyzny utraconej wysiedlonej ludności ukraińskiej Igor Kąkolewski, Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku Tożsamość Olsztyna – dyskusja Robert Traba, Postscriptum

87 101 122

POEZJA

127

Piotr Gwiazda, Cztery autobiografie, Świadectwo urodzenia, Na plaży, Strumień, Metro, Rodzice, Trzy kawałki na dwie ręce, Oszczędzanie dziennego światła, tłum. Jacek Gutorow Piotr Gwiazda, Jak niedźwiedź grający na flecie, tłum. Kazimierz Brakoniecki Marcin Cielecki, *** [Jeszcze nie minął czas…], Pieczęć, Ciało świata, Bałtyk, Jacek Malczewski, portret trumienny, Katherina Luter, *** [zatoki ciszy…]

129 135

PROZA

145

Dariusz Pawlicki, Podążając za wzrokiem poprzedników… Zbigniew Waszkielewicz, Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi Lothar Quinkenstein, Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora, tłum. Daniel Tomczak

147

21 35 47 51 66 72 79

139

153 165

1


DEBATA

175

Anna Wolff-Powęska, Auschwitz – negatywna ikona Europy?

177

ARCHIWUM ŻYWEJ PAMIĘCI

189

Zbigniew Brzozowski, Tak zapamiętałem, tak żyłem Zbigniew Masternak, Wymiarki

191 197

RECENZJE

203

Zaułek Leszka Szarugi Stan rzeczy [Henryk Waniek, Notatnik i modlitewnik drogowy, Szczecin 2013; Krzysztof Koehler, Wnuczka Raguela, Kraków 2014; Maciej Miłkowski, Wist, Warszawa 2014] Rafał Żytyniec, Prusy znane, Prusy nieznane. O najnowszej książce Leszka Żylińskiego [Leszek Żyliński, Od Prus do Europy. Szkice o tożsamości narodowej Niemców, Toruń 2014] Robert Traba, Koniec żałoby? Głos pokolenia postświadków [Anna Janko, Mała Zagłada, Kraków 2015] Anna Łozowska-Patynowska, „Odpominanie”, „przerozmawianie”, wciskanie przeszłości „między akapity” [Anna Janko, Mała Zagłada, Kraków 2015] Iwona Smolka, Chwytając paradoksy istnienia [Maciej Cisło, Niższe studia, Szczecin 2014] Zbigniew Chojnowski, Geopoetyka według Anny Kronenberg [Anna Kronenberg, Geopoetyka. Związki literatury i środowiska, Łódź 2014] Marcin Cielecki, Wszystkie nasze pętle [Zbigniew Mikołejko, We władzy wisielca, t. 2, Gdańsk 2014] Krzysztof D. Szatrawski, Szukając miłości w piekle pamięci [Олег Глушкин, Анна из Кенигсберга, Калининград 2013]

2

205 211 215 218 225 229 235 240


geografia tożsamości

3


4


Geografie tożsamości

Szukając nowego definiowania siebie, obywateli Polski na początku XXI wieku, często tracimy z oczu siłę różnorodności doświadczeń, historii, regionów. Przed laty Adam Zagajewski w wierszu „Lekcja fortepianu” przywołał ważną frazę, która mogłaby być lejtmotywem naszych rozważań: Nie wiemy, kim jesteśmy – chyba wędrowcami. Czasem myślę, że wcale nas nie ma. Tylko miejsca są. Tym miejscom właśnie stale nadajemy nowe znaczenia, staramy się je rozumieć, zadomowić się w nich i zadomowić je w sobie. Taki jest sens kulturowej sukcesji, która łączy pamięć miejsca z pamięcią (pamięciami) ludzi „miejsc”-„owych” i tych, którzy miejscowymi się stają w drugiej lub trzeciej generacji. Taką od lat ideę rozwija „Borussia” w różnych formach swojej aktywności. Tę idę kontynuuje również prezentowany zeszyt. Najwięcej jest w nim śląskości, bo śląskość to zarówno trwanie, jak i wielki transfer ludności. Migracje „z” i „na” Śląsk napiętnowały nie tylko fale średniowiecznego osadnictwa, odpływ ludności w trakcie nowożytnych konfliktów wyznaniowych i przybywanie nowych mieszkańców miast w czasie procesu XIX-wiecznej industrializacji czy też wymuszone przemieszczenia ludności pierwszej połowy XX wieku. Śląsk dzisiaj to również ojczyzna tysięcy ludzi przybyłych z dawnych Kresów Rzeczpospolitej oraz ze wsi i miasteczek całej Polski, w ramach socjalistycznej modernizacji. Przygodność i niewymierność losów ludzkich uzmysłowił w „kręgu Borussii” gliwiczanin z urodzenia – warszawianin z wyboru – Piotr/Peter Lachmann, poeta, tłumacz, reżyser teatralny. Jego książka „Wywołane z pamięci” (1999) inaugurująca naszą serię „Odkrywanie Światów” otwiera oczy na świat „pomiędzy”, którego istotą nie jest bycie w dwóch miejscach, lecz

5


w dwóch językach. W ankiecie katowickiego kwartalnika „Fabryka Silesia” na temat kanonu literackiego Śląska ta książka, ku naszemu zaskoczeniu, została również zauważona. Śląsk jawi się w niej nie jako kraina zapomniana czy peryferyjna, lecz jako uniwersalne doświadczenie dwu- bądź wielokulturowości. Nowe doświadczenie spotykania przeszłości w teraźniejszości widać w przestrzeni głównie miast śląskich. Katowicom udało się przede wszystkim dlatego, że chciały i potrafiły gorycz porażki w konkursie na „Europejską Stolicę Kultury 2016” przemienić w sukces uwolnienia energii obywatelskiej, czego skutki – jak napisała ostatnio jedna z katowickich gazet – obserwujemy cały czas w setkach inicjatyw społecznych, ale też w oporze mieszkańców wobec niektórych decyzji władz czy też chęci wpływania na takie decyzje. Siłą napędową tego procesu są „nowi Ślązacy”, czyli – jak pisała jedna z gazet katowickich – miks osób tutejszych, ze śląskimi korzeniami, jak i napływowych, którzy mieszkają na Śląsku w drugim, trzecim pokoleniu. Ten entuzjazm jest dziś na kulturalnej mapie Polski zjawiskiem nowym. Kiedyś na Śląsku zazdrościli nam „Borussii”, dziś my patrzymy na Śląsk w poszukiwaniu inspiracji. W tym zeszycie „Borussii” Śląsk jest bardzo wyrazisty. Poza nim są jeszcze inne regiony czy obszary, jak też różnorodne wątki, które się z ich przeszłością, dziedzictwem i tożsamością łączą. Terytorium, po którym się poruszamy, to przede wszystkim ziemie wymienionej krwi, obszary, gdzie po II wojnie światowej doszło do niemal całkowitej wymiany ludności i przerwania kulturowej ciągłości: Warmia i Mazury, Dolny Śląsk, Pomorze, Gdańsk. Ale jest też Polska centralna, na przykład fabryczna Łódź. Są wątki ukraińskie, żydowskie. Nie po raz pierwszy tematy te goszczą na łamach „Borussii”. Być może jednak po raz pierwszy zdajemy sobie sprawę z tego, że niezależnie gdzie żyjemy, ważne jest aktywne przywiązanie do miejsca zamieszkania, które polega na ciągłym odkrywaniu dla siebie jego znaczenia. Iwona Liżewska, Robert Traba

6


Zbigniew KADŁUBEK

List do Pani Geografii

Moja wielce szanowna Pani Geografio, Z uniesienia toskańskiego piszę do Pani! Poufnie i listownie rozmawiam z Panią, Która jesteś tak strojna oraz wytworna. W smutnym pokoju od północnej strony wzgórza, w którym sto lat temu umarł Arnold Böcklin, Zebrałem się na odwagę, przemogłem nieśmiałość, Patrząc na trzy cyprysy sempervirentes z tego samego okna Co malarz – i kreślę epistołę do Ciebie najdłuższą, A także zapewne najbardziej ostatnią. Bo już długo myślałem, jak to Pani wyznać. Twój majestat, Pani Geografio, od dawna mnie Zbytnio onieśmielał – czy nawet trwożył. Twe kolorowe suknie koronkowe z map przerażały mnie, Pieszego wędrowca wizygockiego, który niewiele czyta, A dużo chodzi, patrzy i wchłania krajobrazy. Mówisz na przykład do mnie: „To są tylko rzeki te nitki na sukni”. Ale to są granice państw i dystryktów, Pani Geografio. Chwalisz się: „Z tymi fałdowaniami bardzo mi do twarzy”. Ale to są obrysy obwodów administracyjnych oddzielających ludzi od ludzi, a także ludzi od krajobrazów. Wszystkie te niewinne zdobienia Twej szaty, łaskawa Pani Geografio, To budzące we mnie odrazę cytaty z Historii. Nawet południki i równoleżniki nie są bez zmazy. Jesteś nieodrodną siostrą Historii i Przemocy. Daleką kuzynką stalowej Wojny, jestem pewien. Kochasz się bez umiaru w kolorowej wystawności I w niezgodzie, i w kreskach, nie zaprzeczaj. Zresztą kreski na mapach bierzesz zbyt dosłownie. Poręczny i kreskowany nie jest świat. Tak samo jak światło. Mam więc do Ciebie osobiste pretensje. Dlatego to jest mój list pożegnalny, Pani Geografio.

7


Zbigniew Kadłubek

8

Nie jesteś Gają, masz za duże roszczenia. Jesteś tylko krzywym zwierciadłem Gai. Jesteś pożółkłym i wymiętym zdjęciem Gai. Pani Geografio, zrozum, nie jesteś światem i ziemią. Potrafisz tylko ziemię i świat udawać. Parodiujesz środowisko i kręgi rodzinne. Mówią do nas, Wizygotów: „Opuśćcie Historię, Idźcie do Pani Geografii, polepszy się wam!”. Są to wierutne kłamstwa, gdyż nie ma Geografii bez Historii. Ty, o Geografio, jesteś odpowiedzialna za nasze wizygockie wytracenie. Z powodu Ciebie ludzie strzelają do ludzi. To twoja wina, że prześladuje się ludzi, bo mówią inaczej, niż mówi większość. Gdy otwieram atlas, twój album rodzinny, Pani Geografio, Nie odczuwam bynajmniej żadnej wdzięczności. Dopiero wtedy odczuwam wdzięczność, Gdy chodzę wśród dębów i buków w północnym Simsforst. I wtedy wraca nadzieja, że gdzieś jeszcze zamieszkam I nie wszystko stracone, bo rosną wysokie buki. Niby jest tak, że gdy się o Tobie rozprawia, Pani Geografio, Mówi się o nierozerwalnej całości map i ludzi, Domów i kwiatów, mieszkańców i wędrowców, Radości i skalistych brzegów, języka i krajobrazu. Nie jest to jednak prawda, zdajesz sobie z tego sprawę, jak sądzę. Każdy krajobraz zamieszkują żale i wspomnienia. Koniec z tym, Pani Geografio, która nie umiesz się litować Nad całością i przecinasz liniami domy na pół i wszystkie wspólne pola. Nawet tu, w żółtym Fiesole, robisz wszystko, żeby mi było smutno. Oczywiście, Fiesole i oliwkowa okolica to nie jest mój kraj rodziny. Nie mam innej ojczyzny od wizygockich powiązań i przywiązań. „Fiesole ścieliło się białe i słoneczne na swej wyżynie I wszystkie wzgórza bieliły się i różowiły od kwiecia sadów”. Tak pisał dawno temu alemański pisarz i tak jest tutaj i dzisiaj. Ale nie ma w tym żadnej słodyczy, uwierz mi, Chociaż pachnie czymś miękkim i pożądliwym. Dotarłem tu po bardzo długiej podróży. Nie nazywam się Peter Camenzind, by zachwycać się szczerze Toskańską niefrasobliwością i powabem zieloności cyprysów. Przyglądają mi się te cyprysy z niedowierzaniem. Przygląda mi się z pogardą zuchwalstwo Florencji, Która jest w dolinie i pysznie świeci, i hałasuje.


List do Pani Geografii

Florenckie wieże to buta – wielka buta Medyceuszów. Z tarasu, na którym próżnował ze swoim kuzynem Jean d’Ormesson, Widzę ponad winnicami Convento Santa Maria Novella, Dostrzegam bazylikę, ale nie robi na mnie wrażenia Ten pstrokaty marmur z nadmiarem różu i zieleni. Patrzę w górę moimi oczami wizygockimi. A potem patrzę w dół na szafir Arno. Pociesza mnie bieg Arno, muszę Ci wyznać, Pani Geografio, rzeki, po której wiele się spodziewam. „Och, Arno, sprawuj swój sąd nad Toskanią. Bo ty, Arno, jesteś najwyższą instancją tej krainy. Arno, ty płyniesz jak pachnące ciepło ziemi i entfernte Ahnungen”, mówię. Powtarzał mi często ten francuski książę Wagramu, Że kartografia nigdy się nie uporała z pachnącym ciepłem ziemi. I prawił, że kartograf nie umie zobaczyć zawilców. Tylko poezja i personifikacja ziemi może to uczynić. Wizygoci życiem poetyzowali lasy całkiem nieświadomie. Tworzyli kosmiczne metafory jak garncarze naczynia. Nie robili niczego, co nie byłoby pięknem użytkowym. Wizygoci bardziej ufali czynom i zapachom niż historycznym słowom. Wśród Wizygotów, dodajmy, nie ma żadnych frakcji. Bo widzisz, Geografio, Wizygoci nie są zdolni do powołania żadnej partii, Ponieważ partia reprezentowałaby jedynie część, A Wizygotom chodzi o to, by nieść sztandar Całego Stworzenia. Ty zrobiłaś wszystko, żeby wymazać pamięć o Wizygotach! Wiem dlaczego! Ponieważ Wizygotom od zarania ich plemienia Bardziej zależało na życiu niż na tym, Co można o życiu powiedzieć i jak można życie namalować. Wizygotom bardziej potrzebny był do życia Ten albo tamten krajobraz niż jakaś geografia lub topografia. Z przesadą powiedziałbym, to sobie zapamiętaj, Pani Geografio, że Wizygoci akceptują Pewien rodzaj bezimienności, ponieważ byli przekonani, Że imiona odbierają rzeczom, miejscom i ludziom spokój. Dzisiaj o dzikim wizygockim spokoju serca mogą ludzie tylko marzyć. Tak, wszyscy wiedzieli, jak mają żyć Wizygoci, Tylko Wizygoci tego nie wiedzieli, choć żyli gorliwie swym życiem. Wizygoci nie zauważyli przy tym Historii Przepływającej koło nich obojętnie jak szeroki Dunaj, Rzeka w końcu nie tak trudna do przekroczenia. Wizygoci, zajęci życiem, nie zauważyli Historii

9


Zbigniew Kadłubek

10

Ani Kasjodora piszącego o nich piękną łaciną wielkie dzieło. Ani Jordanesa i jego pióra skrobiącego cicho. Nie pojmowali, co przepisał Jordanes z ksiąg Kasjodora. Przepatrzyli całkiem półgockie pióro Jordanesa i całą Historię Ci wizygoccy apolityczni czciciele krajobrazu. De origine actibusque Getarum Jordanesa nic dla nich nie znaczy. Wielbili wilka – jak mówi Kasjodor – misternie włóczący się Wizygoci. Niczym stary wilk, alþa wulfs, łaził i migrował każdy Wizygota bez map. Tylko krążąc za węchem, słońcem i szczęściem pejzażowym. Było ich widać w widnym świecie i byli obecni. A ty jak, Pani Geografio, zaznaczasz obecność ludzi na mapach? Teraz patrzę przez okno, przez które patrzył tyle razy Arnold Böcklin, Patrzył przez nie bez przerwy – aż namalował Wyspę umarłych. I to namalował ją w pięciu wersjach, bo w każdej, Jak mniemał, zbliżył się bardziej do tego, co widział Z tego okna, z którego teraz patrzę: smutek czarnych cyprysów tonących w złocie. Im więcej złota i promieni, tym bliżej leży Wyspa umarłych. Tak to połączył krajobraz widziany z okna z wizją śmierci, bo był już chory. Krajobraz stanowi wiedzę absolutną i diagnozę przeznaczenia – Mógł rozważać Böcklin w tym pokoju. A mnie tak łatwo opowiada się dzisiaj o Wizygotach, Gdy do Ciebie popędliwie piszę, Pani Geografio, A także o moich wizygockich identyfikacjach, Tych agrarnych i tych tajemniczo chtonicznych, Bo w Fiesole, na Monte Ceceri nie ma lat i wieków. Czy pójdę do Faentiny albo Settignano, Wszystko jedno, wcale nie zabiorę ze sobą mapy. Nie muszę znać odległości, by trafić do Olmo, Które otacza srebrzysty ocean oliwnych gajów. Wolę wersety łacińskie Benedykta Varchiusa, Który w szesnastym wieku stworzył zdumiewający Podręcznik anielskości landszaftów, dyskretnie wołając: „Fesulei colles”. Nie dawniej chyba, jak wczoraj, Pani Geografio, Doktor Alfredo Aglietti powierzył mi tajemnicę: „Fiesole – powiedział – wciąż pozostaje daleko przedrzymskie. I najmocniej niejako przedhistoryczne – dodał. Najbardziej Fiesole jest etruskie, a zatem najbardziej toskańskie”. Poprzez swą etruskość Toskania mówi kunsztowne wiersze. Byłem tego świadkiem niedaleko Monte Fanna. Uważam za własne, czyli za wizygockie,


List do Pani Geografii

Deklamacje nieistniejących etruskich wierszy, Gdy tak idę w skwarze wrześniowym do Monteloro. Cała okolica głośno recytuje świąteczne poematy. O, tak, Pani Geografio, będzie się Pani na mnie gniewać, Zaś twoi akademiccy słudzy drwić będą ze mnie. Ale proszę zrozumieć: problem zdyskwalifikowania map Stawiam poważnie w tej chwili i po wizygocku. Pani, droga Geografio, kocham różne krainy, Żadnej z nich nie mogę być wierny dłużej niż jedno życie. Żadnej z nich nie chcę oglądać na mapie, Od razu bowiem wydaje mi się za ciasna, za mała. Nie chcę mierzyć. Pragnę zmierzać ku wielkim mocom i odległościom. Cisnąłem do kosza na śmieci przewodniki i bedekery. I wie Pani, nie żal mi niczego, gdy leżę pod dębem korkowym. Bądź nauką, Pani Geografio, badaj powłokę ziemską, Eksploruj i opisuj zależności społeczne i gospodarcze. Wiem nie od dziś, że wolisz geomorfologów od poetów, Że przedkładasz prace analityczne nad katachrezy. Żegnaj! Żegna Cię twój wiecznie wizygocki wajdelota.

Zbigniew Kadłubek, ur. w 1970 w Rybniku, prof. dr hab., filolog klasyczny, komparatysta, pisarz, eseista. Kierownik Katedry Literatury Porównawczej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Autor wielu publikacji o dawnej i współczesnej kulturze Górnego Śląska. Ostatnio wydał: „Święta Medea. W stronę komparatystyki pozasłownej” (Katowice 2008, 2012 – nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2011).

11


Iwona LIŻEWSKA

O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma…

Miejsce było i wciąż jest jednym z ważniejszych emocjonalnych odniesień w życiu człowieka. Miejsce znane od dzieciństwa, oswojone zarówno przez własne, subiektywne postrzeganie, jak i poczucie ciągłości, żywą tradycję rodzinną lub miejscową, jest swojskie, znane i bezpieczne. Czynnikami, które kształtują przywiązanie do miejsca, są m.in. właściwości środowiska przyrodniczego i cywilizacyjnego, jak też relacje z ludźmi. Miarą zakorzenienia jest zarówno czas zamieszkiwania, jak i siła stosunków międzysąsiedzkich. 1.

12

Po II wojnie światowej na ziemie przyłączone do Polski przybyli osadnicy z różnych stron. Przyjeżdżali z Kresów, tj. zabranej Polsce, wschodniej części kraju, z Mazowsza i Podlasia, słabszych ekonomicznie ziem Polski centralnej oraz Kurpiowszczyzny, przed wojną z graniczącej z Niemcami. Niezależnie od przyczyn, które ich tu przywiodły, musieli zmierzyć się z zupełnie innym miejscem. Rzeczywistością obcą cywilizacyjnie, mentalnie, kulturowo, a nawet w znacznej części wyznaniowo. Murowana zabudowa z czerwonej cegły i znakomicie rozwinięta infrastruktura drogowa i kolejowa, uporządkowana prze-


O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma…

strzeń miast i świadomie kształtowany krajobraz wiejski, solidne i podkreślające majestat władzy budynki państwowe i komunalne, protestanckie kościoły z emporami, kazalnymi ołtarzami i figurami aniołów chrzcielnych, niemieckie napisy na domach, gmachach użyteczności publicznej i w świątyniach. To wszystko było nie tylko nowe i nieznane, było obce, a nawet wrogie. 2. Urodziłam się w Olsztynie ponad dwadzieścia lat po wojnie, zaraz potem ochrzczono mnie w kościele parafialnym w Klebarku Wielkim, gdzie mieszkali moi dziadkowie i gdzie dzieciństwo oraz lata szkolne spędziła moja mama. Jako mała dziewczynka przyjechała tu zaraz po wojnie ze swoimi rodzicami z okolic Sokołowa Podlaskiego. Mój ojciec urodził się i wychował w okolicach Kolna na Podlasiu, skończył Technikum Mechaniczne w Gliwicach i przybył do Olsztyna jako dorosły mężczyzna. Wakacje spędzałam zazwyczaj w warmińskich Polejkach, dokąd na początku lat 70. XX wieku przeprowadzili się dziadkowie i zamieszkali w pięknym, murowanym domu z werandą i ogromnym pokojem gościnnym, tak dużym, że pomieścił gości weselnych jednej z moich ciotek. Dom położony był na kolonii, pomiędzy zwartą zabudową właściwej wsi a odległym o 4 km parafialnym Jonkowem. Z ogrodem i sadem graniczyło drugie gospodarstwo, gdzie mieszkali miejscowi, czyli Warmiacy. Za ich czasów w ogrodzeniu pomiędzy sadami była furtka, która skracała drogę do sąsiadów. Dziadkowie, rodzice, ciotki i wujkowie bardzo dobrze ich do dzisiaj wspominają. Ja również. Na tej odludnej, wiejskiej kolonii miałam towarzystwo do zabaw (moi kuzyni byli znacznie młodsi). Dom moich dziadków położony był poza właściwym czworobokiem zabudowy podwórza (co dla tutejszego regionu jest nietypowe), niedaleko rozległego pastwiska. Ten nowy dom wybudowano w 1939 roku, roku, który dla Polaków był początkiem wojennej traumy, dla Warmiaków czasem gospodarczej prosperity. Poprzedni dom, który zamykał czworobok właściwego podwórza, w okresie II wojny światowej służył jako mieszkanie dla robotników przymusowych, zaś za czasów mojego dzieciństwa był tam kurnik. Nieproporcjonalnie duże w stosunku do niego budynki gospodarcze, świadczące o zamożności gospodarza, pochodziły zapewne z tego samego okresu co nowy dom. Były to murowane obory, chlewy, wozownia i składzik oraz ogromna drewniana stodoła z sąsiekiem, usytuowana naprzeciw starego domu. Do tej stodoły latem zwożono zboże, które później młócono na własnej młocarni. Przez otwarte wrota stodoły widać było ogromne pastwisko, w jego rogu rosła potężna lipa. W konarach i gałęziach tej lipy chowałam się, unikając obowiązków w rodzaju pasienia gęsi, krów czy innego rodzaju drobnych wiejskich prac. Tam się zaszywałam i czytałam książki mojego dzieciństwa. Były to m.in. opowieści o polskiej historii. Cała „Trylogia” Henryka Sienkiewicza, „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, „Paziowie króla Zygmunta” Antoniny Domańskiej itp., itd. Czytałam z wypiekami na twarzy, autentyczne czy wymyślone obrazy z dziejów Polski rozpalały moją wyobraźnię. Na szkolnych apelach śpiewaliśmy wtedy pieśń „O Warmio moja miła”, hymn mojego miasta i polskiej Warmii. A wokół lipy rozciągały się pola i lasy wsi Polejki, poprzez liście widziałam otwarte wrota stodoły i czerwone dachy domu oraz zabudowań gospodarczych, za pagórkami

13


Iwona Liżewska

połyskiwało jezioro, za lasem był stary, gotycki kościół w Jonkowie i znacznie młodsza, ale powszechnie znana i często odwiedzana przez gospodarzy w dni targowe, gospoda „Napoleonka” (spod tego napisu czasami przebijały niemieckie litery). Wokół był krajobraz, który towarzyszył mi od dzieciństwa, który mnie ukształtował i po dziś dzień jest moją fascynacją i miłością. W głowie mieszały się warmińskie krajobrazy i sceny z polskiej historii. 3. Krajobraz wiejski Warmii i Mazur wciąż wyróżnia harmonijna, tradycyjna zabudowa i regularne układy przestrzenne. Sieć osadniczą tworzą zwarte wsie i przysiółki o czytelnej strukturze i dobrze zachowanej zabudowie mieszkalno-gospodarczej, a także liczne zespoły pałacowo-parkowe, wszystko powiązane ze sobą siecią dróg, przedzielone rozłogiem pól i łąk. W malowniczym, polodowcowym pejzażu, wśród wzgórz, lasów i jezior wyraźnie rysują się panoramy miejscowości o zwartej sylwecie i charakterystycznych, czerwonych dachach, często z dominującą wieżą kościoła. Regularny rytm dachów o pięknej, ceglastej barwie zharmonizowanej z wszechobecną zielenią jest jedną z najbardziej charakterystycznych i wyrazistych cech tutejszego krajobrazu. Wnętrza wsi, ich układ przestrzenny, rozplanowanie zagród, a także zagospodarowanie przestrzeni publicznych kształtują logiczną i spójną strukturę o historycznym rodowodzie. W zwartej zabudowie wsi wyróżniają się budynki o szczególnym znaczeniu – kościół, szkoła, gospoda, młyn, remiza, kuźnia. Jednak najliczniejsze elementy składowe to domy mieszkalne i budynki gospodarcze. To one i ich wzajemne relacje tworzą krajobraz wsi i budują jej przestrzeń. Ich wyrazista i starannie opracowana architektura o powtarzalnych na obszarze regionu formach kształtuje jego tożsamość architektoniczną.

14

Wieś moich dziadków położona wśród pagórków i lasów, z jeziorami i stawami wokół, od końca XIX wieku połączona ze światem stacją kolejową w Bukwałdzie, była stosunkowo niewielka. Na początku XX wieku zamieszkiwały ją 103 osoby. W samej wsi znajdowało się kilka gospodarstw, wśród których wyróżniało się jedno z paradnym domem i ogromnymi zabudowaniami gospodarczymi. W centrum wsi stała tynkowana, smukła, trójkondygnacyjna kapliczka, wokół której zbierano się na majowe. Wokół było kilka kolonii, czyli dużych gospodarstw wiejskich, położonych w mniejszym lub większym oddaleniu od zwartej zabudowy. Te kolonie, zwane też samotniczymi gospodarstwami, zaczęły powstawać w drugiej połowie XIX wieku, w wyniku przeprowadzenia reform uwłaszczeniowych i separacji gruntów. Tym, którzy po scaleniu pól w większe areały zdecydowali się na osiedlenie w oddaleniu od sąsiadów i przyjaznego, znanego środowiska, przyznawano znacznie większe pola. Większe gospodarstwo dawało większe plony, co z kolei prowadziło do wzrostu zamożności gospodarzy. Kolonie rozsiane po całej Warmii i w znacznej części poza nią są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów tego krajobrazu. Wyróżniają je bogate i solidne budynki ustawiane wokół czworobocznego podwórza oraz wysoka zieleń. Tak jak lipa w rogu pastwiska u moich dziadków. Gospodarstwa te, dzisiaj świadectwo dziedzictwa historycznego, były wówczas symbolem postępu i modernizmu. Podobnie jak murowana zabudowa mieszkalna (z czerwonej cegły licowej lub tynkowa-


O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma…

na) oraz dachy kryte czerwoną dachówką ceramiczną. Ten nieodłączny, dzisiaj wręcz symboliczny element krajobrazu Warmii i Mazur jeszcze w połowie XIX wieku był świadectwem nowych czasów, modernizacji. Na radykalne przemiany w zabudowie wiejskiej w XIX wieku wpłynęło przede wszystkim ustawodawstwo, przepisy przeciwpożarowe oraz oczywiście sprzyjająca koniunktura gospodarcza. W XIX wieku w państwie pruskim kilkakrotnie wydawano ustawy, w których zakazywano stawiania budynków z nietrwałych materiałów i krycia ich słomą. Rosnąca zamożność części wiejskiej społeczności sprawiała, że murowana zabudowa była nie tylko rezultatem wymogów ustawowych, ale też widomą oznaką prestiżu i pozycji społecznej. Na terenach biedniejszych, np. na obszarze południowych Mazur, gdzie ziemie były gorsze, gospodarstwa mniejsze oraz dużo lasów, aż do połowy XX wieku powszechna była drewniana zabudowa, jednak i ona była już kryta dachówką ceramiczną. Jonkowo, które na początku XX wieku liczyło 859 mieszkańców i 111 domostw, było dużą wsią parafialną z kościołem i plebanią, gospodą, placem targowym, sklepami i licznymi kapliczkami. Usytuowany w centrum wsi XIV-wieczny kościół pw. św. Jana Chrzciciela i św. Rocha był kilkakrotnie przebudowywany. Ostatnia rozbudowa, projektu znakomitego królewieckiego architekta Fritza Heitmanna, miała miejsce w 1914 roku i była równie radykalna, co w efekcie harmonijna. Jak warmiński krajobraz. Sama wieś uległa, niestety, znacznym i raczej dysharmonijnym przekształceniom. Z dzieciństwa pamiętam targi, na które jeździłam z dziadkiem wozem konnym, żeby sprzedawać ziemniaki i nazbierane w sadzie jabłka, niewielkie sklepy i warsztaty w centrum wsi, jak też szare od dymu wnętrze gospody „Napoleonki”, gdzie po udanym targu gospodarze zachodzili na setkę, a ja dostawałam butelkę oranżady. Dzisiaj plac targowy zamieniony na parking i przystanek autobusowy razi brzydotą i nijakością betonu i polbruku, otaczającym zaś go budynkom w większości brakuje nie tylko duszy, ale również urody. Na szczęście sporo innych wsi, położonych w większym oddaleniu od ośrodków miejskich ciągle jeszcze zachowało wiejski klimat i specyfikę oraz charakterystyczne obiekty. Karczmy i gospody, budynki szkolne, które mimo przekształceń łatwo poznać po charakterystycznym rozmieszczeniu okien sal lekcyjnych, nielicznie zachowane remizy strażackie, młyny, wiatraki, mleczarnie. We wsiach parafialnych zarówno w sylwecie wsi, jak i we wnętrzu dominuje bryła kościoła otoczona wysokimi drzewami. Na Warmii i Mazurach występuje znaczna liczba gotyckich świątyń (zarówno na wsi, jak i w miastach) wznoszonych z czerwonej cegły licowej od początków chrystianizacji ziem pruskich, co nastąpiło w XIII wieku, niemalże do połowy XVII wieku. Było to tzw. długie trwanie gotyku. Wiejskie kościoły Warmii fundowane przez biskupów lub kapitułę warmińską budowano według dość prostego schematu. Były to świątynie salowe, z prosto zamkniętym prezbiterium od wschodu i wznoszoną zazwyczaj później drewnianą lub murowaną wieżą od zachodu. Kościoły, które powstawały na ziemiach zakonnych, często przybierały bardziej monumentalne formy. Miały wysokie, kilkukondygnacyjne, murowane wieże, czasami też były przesklepiane. Dla czasów nowożytnych (XVII-XVIII wiek) charakterystyczne są warmińskie sanktuaria pielgrzymkowe z najwcześniejszym w Stoczku Klasztornym i najbardziej znanym w Świętej Lipce oraz typ świątyni protestanckiej o surowej, prostej bryle i dyspozycji wnętrza. W wieku XIX do najlepszych należały kościoły realizowane

15


Iwona Liżewska

według państwowych projektów opracowywanych w Berlińskiej Deputacji Budowlanej (za każdym razem odpowiednio modyfikowanych) oraz bardzo liczne świątynie neostylowe, a zwłaszcza neogotyckie. Powszechne były również przebudowy lub rozbudowy świątyń gotyckich w duchu neogotyckim. Od zakończenia I wojny światowej przy kościele (czasami w jego wnętrzu) stawiano pomnik poświęcony parafianom poległym na frontach tej wojny. Do wsi prowadziły drogi wysadzane drzewami, przy czym wjazdy do miejscowości często podkreślano innym, czasami bardzo szlachetnym gatunkiem (np. kasztanowce). Przy drogach tych zachowały się jeszcze czasami domki dróżników, tzw. dróżniczówki, kamienie milowe czy kamienie przydrożne. Sieć alei przydrożnych stała się wyróżnikiem regionu. We wsiach warmińskich licznie występowały przydrożne kapliczki. Tradycja stawiania kapliczek na Warmii sięga co najmniej XVII wieku, znaczna ich liczba pojawiła się w XVIII stuleciu. Powszechny zwyczaj stawiania kapliczek zarówno w miejscach publicznych, jak i w obrębie gospodarstw chłopskich przypada na wiek XIX, a zwłaszcza jego drugą połowę i pierwszą połowę XX stulecia. Kapliczka stała się symbolem Warmii. Przez dziesiątki lat była widomym znakiem jej odrębności, wyrazem pobożności i kultury materialnej Warmiaków. Dzisiaj, bardzo często pozbawiona pierwotnej funkcji religijnej, stała się ważnym zjawiskiem krajobrazu kulturowego, szczególnym znakiem tożsamości. Wyróżnikiem krajobrazu protestanckich Mazur są cmentarze wiejskie, które w przeciwieństwie do katolickiej Warmii spotkać można nie tylko we wsi parafialnej, ale w każdej osadzie, wsi i przysiółku, a nawet przy młynarzówkach i leśniczówkach. Przyczyna była zupełnie prozaiczna. Na Warmii właścicielem i administratorem cmentarza była parafia. Na Mazurach opieka i zarządzanie cmentarzem znajdowały się w gestii gminy wiejskiej. Mazurskie cmentarze cechowała prostota i skromność. Wyróżniało atrakcyjne położenie i kompozycja. Zakładane były na skraju wsi, wśród pól albo na leśnych polanach. Podobnie jak kapliczki pozbawione swoich funkcji, z uwagi na prawie całkowitą zmianę ludności i wyznania stały się symbolem krajobrazu kulturowego Mazur, świadectwem ich protestanckiej tradycji i odrębności historycznej.

16

Kształtowany krajobraz wielkoobszarowych majątków ziemskich to rezultat XIX-wiecznych idei i przemian. Wiele zespołów dworsko-parkowych zakładano lub przekształcano wówczas w duże założenia krajobrazowe. Centrum założenia stanowił pałac lub dwór z zabudowaniami gospodarczymi, którym towarzyszył naturalistyczny park krajobrazowy o swobodnie kształtowanych ścieżkach, z wnętrzami parkowymi, układami wodnymi i małą architekturą. Kompozycja krajobrazowa nie kończyła się wraz z granicą zieleni wysokiej. Kształtowanie przestrzeni obejmowało osie, otwarcia i punkty widokowe, zalesienia ochronne, lokalizację podległych folwarków wraz z łączącymi je alejami i zielenią śródpolną. Tak powstawała swobodna kompozycja parkowa, tworzona w obrębie całych włości. W ten sposób przekształcono barokowe ogrody we wszystkich znaczniejszych majątkach, czasami tylko pozostawiając ślady regularnych założeń (Sztynort, Gładysze, Słobity). Architektura istniejących rezydencji nie podlegała takim zmianom jak krajobraz. Nieliczne tylko przebudowywano w nowym duchu (Prosna, Galiny), co oczywiście nie przeszkadzało w tym, aby nowe dwory i pałace budować zgodnie z modnymi wówczas nurtami architektonicznymi.


O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma…

4. Miasteczka mazurskie są tak naturalnie związane z terenem, że można je porównać do naturalnie powstałych tworów przyrody, a nie uważać za dzieła rąk ludzkich. Granicę krajobrazową miasta można, co prawda, wyznaczyć przy bliższej analizie dokładniej, jednak roztapia się ona i przenika z zielenią podmiejską, a zieleń ta wypływa na wzgórza otaczające miasto licznymi drogami, ukrytymi w cieniu prowadzących je drzew, wybiega kępami olszyn i wierzb na wybrzeża jezior, ujmując ich brzegi, i dalej łączy się z lasami panującymi na całym pojezierzu. Takie przenikanie się krajobrazu miejskiego z podmiejskim, krajobrazu miasta bogatego w liczne wspaniałe drzewa, a na zewnątrz opartego na doskonale wykorzystanych i z reguły niemal nagiętych do potrzeb warowności naturalnych warunków terenu – jest występującą wyraźnie, wspólną cechą omawianej grupy miast mazurskich1. Tak, niezwykle trafnie, w 1946 roku charakteryzował krajobraz miejski Warmii i Mazur Kazimierz Wejchert, jeden z najwybitniejszych polskich urbanistów. W latach 1946-1947 wraz z grupą studentów Politechniki Warszawskiej wykonywał inwentaryzację urbanistyczną oraz uproszczone plany zagospodarowania przestrzennego dla wszystkich miast województwa olsztyńskiego, wówczas jeszcze nazywanego okręgiem mazurskim. Miejskie ośrodki Warmii i Mazur w większości dysponują średniowieczną metryką. Zakładane przez biskupów, kapitułę lub zakon krzyżacki prawie wszystkie lokowane były na prawie chełmińskim. Wyjątkiem było Braniewo położone nad Zalewem Wiślanym, lokowane jak miasta hanzeatyckie na prawie lubeckim. Układ przestrzenny tych miast był regularny, w przestrzeni panował porządek i określona hierarchia ważności. W sylwecie miasta z daleka widoczne były symbole władzy świeckiej (zamek) i duchowej (kościół). Zarówno zamek, jak i świątynia budowane z czerwonej cegły, dominujące nie tylko w panoramie miasta, ale także w jego wnętrzu, do dzisiaj pozostają czytelnym śladem i symbolem historii oraz dziedzictwa tych ziem. Niewielka część miasteczek przywileje miejskie zyskała dopiero w czasach nowożytnych z rąk księcia lub króla pruskiego. Dotyczyło to zwłaszcza ośrodków położonych na wschodnich lub południowych rubieżach państwa, na terenie wielkiej puszczy. Zasadnicze zmiany w pejzażu miejskim pojawiły się w XIX wieku. W wielu miastach zaczęto utwardzać i oświetlać ulice. Powstawała kolej, a wraz z nią nie tylko dworce i nowa infrastruktura kolejowa. Zaczął się rozwój przemysłu, budowano mniejsze i większe fabryki, tartaki, cegielnie, młyny parowe, przemysłowe browary. Rozwój państwowej administracji, reformy i ustawodawstwo przyczyniły się do powstawania nowych gmachów użyteczności publicznej. Wznoszone były według państwowych projektów opracowywanych w Berlinie, na miejscu modyfikowanych i przystosowywanych do lokalnych potrzeb. Mimo różnic były podobne w stylistyce, repertuarze stosowanych form i detalu oraz rodzaju użytego materiału, w tym szczególnie cegły licowej. Świadczyły o sile władzy państwowej oraz powadze urzędu i urzędnika. Z końcem XIX i początkiem ............................................................ 1 H. Adamczewska-Wejchert, K. Wejchert, Małe miasta. Problemy urbanistyczne stale aktualne, Warszawa: Arkady, 1986, s. 150.

17


Iwona Liżewska

XX wieku w sylwecie miasta pojawia się jeszcze jedna dominanta. Wieża wodna położona w najwyższym punkcie miasta, kluczowy element komunalnego wodociągu, zarazem silny i interesujący akcent krajobrazowo-architektoniczny. Symbol nowej epoki, pary i żelaza.

18

Zasadnicze zmiany w wyglądzie miast w XX wieku przyniosły dwie wojny światowe. Rezultatem obu były zniszczenia wielu staro- i śródmiejskich centrów miast oraz ich nowe oblicza architektoniczne. Rozpoczęta jeszcze w czasie I wojny światowej planowa i konsekwentnie przeprowadzona odbudowa połączona z regulacjami urbanistycznymi, odwoływała się do tradycji budowlanych państwa pruskiego, tzw. stylu „ok. 1800”. Ten charakterystyczny dla budownictwa pruskiego na przełomie XVIII i XIX wieku nurt o klasycznych i pełnych umiaru formach, według jego zwolenników znacznie lepiej wyrażał tożsamość wschodniopruskich miasteczek niż alternatywnie wskazywany ceglany gotyk hanzeatycki. I tak w miejsce skromnej zabudowy małomiasteczkowej, często jeszcze o wiejskim charakterze, pojawiła się nowa architektura o znacznie większej skali, nowoczesnych i prostych formach, wyrazistym i dość jednorodnym stylu. Znaczna część wschodniopruskich miasteczek przekształciła się wówczas w ośrodki o niemal wielkomiejskim charakterze i dobrze rozpoznawalnym kodzie architektonicznym. Rozpoczęta dość późno – wyłączając Olsztyn – bo około dziesięciu lat po zakończeniu II wojny światowej odbudowa zniszczonych miast Warmii i Mazur nie tylko realizowana była w zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej i uwarunkowaniach polityczno-społecznych, oparta też była na założeniach dominującego wówczas modernizmu. Punktem wyjścia stało się odrzucenie tradycji i historii, zaś rozwiązaniem wszelkich problemów – społecznych, ekonomicznych, estetycznych – nowa i prosta architektura o powtarzalnych, typowych formach, nowoczesne materiały i technologie znacznie przyspieszające realizację inwestycji oraz rozluźniony, swobodny plan urbanistyczny. Moderniści stawiali sobie za cel nie tylko stworzenie nowoczesnej architektury, ale też tworzenie nowych wartości kulturowych i ładu społecznego. Na historycznych obszarach pojawiły się więc zupełnie nowe układy przestrzenne oraz szablonowa i monotonna zabudowa z elementów prefabrykowanych. W tym duchu odbudowano większość średnich i małych ośrodków miejskich. Rezultatem było zatarcie historycznej tkanki urbanistyczno-architektonicznej oraz wprowadzenie monotonnej zabudowy. Wyjątkiem była odbudowa Starego Miasta w Olsztynie zakończona w pierwszej połowie lat 50. XX wieku oraz jej dekoracja plastyczna wykonana dekadę później. Odbudowę prowadzono na podstawie koncepcji przywoływanego już wcześniej Kazimierza Wejcherta i Haliny Adamczewskiej, w oparciu o plany zagospodarowania terenu autorstwa m.in. Jadwigi Stańkowskiej, na podstawie projektów wykonywanych w Pracowni Konserwacji Zabytków w Gdańsku oraz w późniejszym etapie przez olsztyńskich architektów (Grzegorz Brojek, Edward Michalski, Kazimierz Wójcik). Był to pierwszy etap odbudowy miast w powojennej Polsce, który cechowało odwołanie do tradycji w szerokim tego słowa znaczeniu, poczynając od rekonstrukcji form historycznych, kończąc na utrzymaniu historycznego charakteru miast. W takim właśnie duchu, opierając się na historycznej parcelacji i odwołując się do architektury z okresu polskich wpływów na Warmii (a ściśle do istniejącej jeszcze wówczas, choć bardzo zniszczonej XVIII-wiecznej zabudowy Lidzbarka Warmińskiego), odbudowano stare miasto w Olsztynie. W jej wyniku większym zmia-


O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma…

nom nie uległ układ rynku (z drobnym odstępstwem w pierzei północnej, gdzie nie odbudowano jednej kamienicy, oraz niewielkimi zmianami w podziałach parcelacyjnych pierzei południowej i wschodniej), jednak jego wyraz architektoniczny i plastyczny zupełnie się odmienił. Po latach ta koncepcja się broni w przeciwieństwie do innych miast pozbawionych ducha i tkanki miejskiej. Co więcej, bardzo dobrze uzupełnia ją, do niedawna jeszcze niedoceniana, sgraffitowa dekoracja staromiejskich fasad wykonana w drugiej połowie lat 60. XX wieku i w większości zachowana do dzisiaj. Można nawet powiedzieć, że zarówno architektura odbudowanego starego miasta, jak i jego dekoracja plastyczna to jeden z kluczowych elementów nowej tożsamości powojennej Olsztyna. 5. O Warmio moja miła, rodzinna ziemio ma… ta polska pieśń plebiscytowa, opublikowana w „Gazecie Olsztyńskiej” w maju 1920 roku, po II wojnie światowej stała się hymnem Olsztyna. Od 1947 roku (z małą przerwą) wygrywana jest z olsztyńskiej wieży ratuszowej (od 2009 roku ponownie przez miejskiego trębacza). Melodię do tej pieśni skomponował Feliks Nowowiejski, warmiński kompozytor, dyrygent, pedagog, organista w kościele św. Jakuba w Olsztynie. Jak wiele innych postać symboliczna dla Warmii, dla historii i skomplikowanych losów ludzi i regionu. Prusy Wschodnie jawiły się osadnikom przybywającym po wojnie z różnych stron Polski jako miejsce cywilizacyjnie i mentalnościowo obce. Może jedynie pagórkowaty krajobraz z lasami i jeziorami wydawał się wygnańcom z Wileńszczyzny znajomy i bliski. Jeszcze dzisiaj przekraczając dawną polsko-niemiecką granicę na rzece Rospudzie, silnie odczuwamy odrębność dwóch światów: czerwonej cegły i dachówki, zieleni alei przydrożnych, gotyckich lub prostych w formie jednowieżowych kościołów nowożytnych po jednej stronie rzeki oraz barokowych dwuwieżowych fasad kościelnych, drewnianych domów i szarych dachów (wcześniej gontowych, obecnie eternitowych) po drugiej stronie. Mówiące mury, ściany budynków, na których spod warstw tynków pojawiają się dawne, niemieckie napisy – Kolonialwaren, Tobaco Geschäft, Louisen-Schule, Kreuzigungsgruppe – nie tylko po wojnie wzbudzały niechęć czy wrogość, nawet dzisiaj potrafią wywołać niepokój czy zdziwienie. Czy oswoiliśmy pruski krajobraz? Czy zachwyt nad jego bezsprzecznym pięknem łączy się z poczuciem swojskości i tożsamościową identyfikacją? Pozbawieni kulturowej ciągłości i protez rodzinnej tradycji budujemy swoje nowe tratwy tożsamościowe, wciąż poznając abecadło, odkrywamy znaki krajobrazu i ich treść. Włączeni we współczesną, zglobalizowaną rzeczywistość szukamy miejsca dla siebie, nie tylko poprzez pasywne zakorzenienie, ale też aktywne odkrywanie jego znaczenia. Iwona Liżewska „O Warmio moja miła”, utwór znany również pod tytułem „Hymn warmiński”, powstał w 1920 roku jako propolska pieśń plebiscytowa. 2 czerwca 1920 roku po raz pierwszy został wykonany na koncercie plebiscytowym. Autorem muzyki jest Feliks Nowowiejski. 18 maja 1920 roku tekst opublikowała „Gazeta Olsztyńska”, podając jako autorkę Marię Paruszewską; niektóre źródła informują, że słowa napisała Maria Zientara-Malewska. Hymn ten zawiera błąd, zamek kapituły warmińskiej w Olsztynie występuje jako zamek krzyżacki.

19


Mieczysław OSTROWSKI

Miasto które nas przyjęło

20

Pamięć znów odsłania Z krainy dzieciństwa Stare miasto wschodniopruskie Zadziwione biegiem zdarzeń Wyzwoleniem strasznym udręczone. Kiedy wreszcie za kręgiem rozpaczy Już z tej strony dzwonów Świętego Jerzego Oddech wyrównało Wówczas po skończonych lekcjach Przemykałem ulicami bezpieczny do domu Przy fasadach z niemieckimi napisami Gdzie codzienne sprawy porzucone Niedawnych mieszkańców co nagle odeszli Zabierając Wszystkie swoje ważne słowa o tej ziemi. Więc szukałem moich własnych W grach zabawach z kolegami Pośród kształtów barw w przestrzeni Żeby móc powiedzieć Rodzicom i dziadkom przesiedleńcom z Kresów Którzy za racją historii Między mrocznym przemilczeniem I świetlaną perspektywą szczęśliwego jutra Nadążyć nie mogli Że to miasto jest niewinne Że to miasto jest cierpliwe I że nas przyjęło.

Mieczysław Ostrowski, ur. w 1948 roku w Kętrzynie. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Od 1973 roku mieszka w Zielonej Górze. Nauczyciel akademicki, menedżer, wydawca, redaktor, księgarz, krytyk literacki, tłumacz i publicysta.


Sebastian Rosenbaum

Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

Sebastian Rosenbaum historyk, pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej, Oddział w Katowicach, zajmuje się problematyką narodowościową Górnego Śląska w XIX i XX wieku; opublikował m.in. „Germania. Niemiecka polityczność na Górnym Śląsku 1871-1945” (Gliwice 2012).

Górny Śląsk to kraina wyjątkowo intensywnie dziś przeżywana. Niemal neoficka gorliwość towarzyszy ekscytacji takimi fenomenami jak godka, czyli górnośląski dialekt, albo jak złożona tożsamość „miejscowych” – rdzennych Górnoślązaków, balansujących między polskością, niemieckością a (górno)śląskością (coraz częściej wynoszoną na pozycje kategorii narodowej, a nie regionalnej). Pośrodku tego kompleksu tematów mieści się obiekt prawdziwej namiętności wielu: górnośląski krajobraz kulturowy. Krajobraz realny wciąż istniejący i widmowy już usunięty, krajobraz zmienny i wieloraki, a nie tylko, jak chcieliby niektórzy, kręcący się wokół (po)przemysłowego rekwizytorium. Familok, wieża wyciągowa kopalni i hałda windowane są często na symboliczne manifestacje regionu, ale wynika to tylko z redukcjonizmu sprowadzającego Górny Śląsk do okręgu przemysłowego. Rodzi się zatem pytanie, które na wstępie wszelkich rozważań o tym regionie musi być postawione, by wybrnąć z nieuniknionych konfuzji poznawczych: czym właściwie jest Górny Śląsk? Jaki jest jego kulturowy krajobraz? Jaka jest społeczność, która region zamieszkuje i która w krajobrazie górnośląskim czuje się (albo stara się czuć) heimisch, swojsko, czy też, jak mówi się to w godce: przed sia, czyli na swoim?

21


Sebastian Rosenbaum

Scalanie rozbitego Górny Śląsk jest współcześnie regionem rozczłonowanym, nie tylko granicami województw i państw, ale też w świadomości jego mieszkańców. Mianem „Śląsk” określa się zwykle wschodnią część tej krainy, z uprzemysłowionym centrum wokół Katowic i mniejszym ośrodkiem industrialnym wokół Rybnika oraz obszarami wiejskimi koło Pszczyny i leśnymi w rejonie Lublińca. Cały ten obszar wchodzi w skład województwa śląskiego, gdzie łączy się z ziemiami bynajmniej nie górnośląskimi: Częstochowskiem, Zagłębiem Dąbrowskim, zachodnią Małopolską wokół Żywca. Z kolei zachodni Górny Śląsk, z historyczną stolicą Opolem, wraz z cząstkami Dolnego Śląska scalony w województwo opolskie nazywany bywa potocznie Śląskiem Opolskim. Dorzućmy do tego dawne austriackie skrawki regionu (Karniów, Opawa), które od 1918 roku należą do Czech, ale które przynajmniej z polsko-górnośląskiej perspektywy ciągle postrzegane są jako bliźniacze, własne, w sensie bliskości z Górnym Śląskiem leżącym w Polsce. Zatem – region pokawałkowany, którego poszczególne segmenty są sobie całkiem albo w pewnym stopniu obce.

22

W kontekście podziałów przywołać trzeba szalenie istotną – fantomową już dziś – granicę z 1922 roku. Po pierwszej wojnie światowej niemiecka rejencja opolska stała się obiektem terytorialnych roszczeń polskich odwołujących się do zasady etniczno-językowej: zamieszkały przez ludność polską region powinien znaleźć się w odrodzonej Polsce, deklarowali przedstawiciele elity polskiej nie tylko z kręgu Romana Dmowskiego (choć ci najmocniej). Przeprowadzono więc pod międzynarodowymi auspicjami plebiscyt (w 1921 roku), który miał rozstrzygnąć o przynależności regionu; wygrała go opcja niemiecka. Mimo to Górny Śląsk podzielono, Polsce przyznając najbardziej uprzemysłowioną część, która w połączeniu ze Śląskiem Cieszyńskim złożyła się na autonomiczne województwo śląskie – najmniejsze w II RP, acz zarazem najludniejsze. Stolicą województwa były Katowice, będące jednocześnie bastionem mniejszości niemieckiej, podobnie jak inne ważne miasta: Królewska Huta (Chorzów), Tarnowskie Góry, Bielsko. W Niemczech pozostała stolica regionu Opole i Racibórz, będący siedzibą wielu władz prowincjonalnych, ponadto ważny cypel przemysłowy na wschodzie: trzy miasta Bytom, Gliwice, Zabrze, obecnie należące nie – jak nakazywałaby logika – do województwa opolskiego, zbierającego większość dawnych niemieckich ziem górnośląskich, ale do województwa śląskiego. Granica z 1922 roku okazała się hiatusem mocno odróżniającym losy niemieckiej i polskiej części regionu, pchającym rdzennych mieszkańców obydwu fragmentów w przeciwnych kierunkach. W zachodniej, niemieckiej części doszło do wzmocnienia niemieckiej „opcji” Górnoślązaków (mimo obecności znaczącej liczby mniejszości polskiej), w części wschodniej szybko postępowały procesy polonizacyjne, aczkolwiek silna była też mniejszość niemiecka. I silne były postawy indyferentne: trzecia droga Górnoślązaków, narodowościowa obojętność, szukająca potwierdzenia w koncepcie autonomii województwa śląskiego. Sukcesorem tej opcji jest coraz silniejszy od końca XX wieku ruch zmierzający ku przekształceniu indyferencji w narodowościową odrębność: ślonsko nacyjo (naród śląski).


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

Dodać należy, że granica z 1922 roku powróciła (z retuszami) w 1950 roku, gdy rozdzielono polski już w całości Górny Śląsk między dwa województwa: opolskie i katowickie; podział ten z korektami przetrwał do dziś. Granica międzywojewódzka zdaje się wzmacniać różne drogi procesów tożsamościowych, przynajmniej wśród ludności rodzimej, górnośląskiej: w Opolskiem od lat 90. silna była i jest mniejszość niemiecka, podczas gdy w Katowickiem silniejsze pomiędzy rodowitymi Górnoślązakami zdają się być wspomniane intuicje „narodowo-śląskie”. Zatem jest to region historyczny, którego postrzeganiu jako całości nie sprzyjają ani rozstrzygnięcia administracyjne i geopolityczne, ani przemiany tożsamościowe. A jednak świadomość jedności rozmaicie rozdzielonych cząstek zdaje się coraz powszechniejsza. Na hasło „Opolszczyzna” coraz częściej reakcją jest ironiczne skrzywienie warg (termin uchodzi za ahistoryczny rusycyzm, przykład terminologicznego kolonializmu powojennych władz), a posługiwanie się mgławicowym terminem „Śląsk”, którym określa się często – głównie w ogólnopolskich mediach – wschodni (katowicki) Górny Śląsk, budzi nierzadko irytację. Percepcja Górnego Śląska jako jednej krainy geograficznej i historycznej, której kształt da się, nawet jeśli w przybliżeniu, to jednak opisać, przebija się coraz mocniej w opinii publicznej i wśród tych, którzy dyktują kierunki dyskusji o regionie. Podnosząc wątek kontredansu czynników unifikujących i dywersyfikujących obraz regionu, powrócić trzeba do pytania o formy górnośląskiego krajobrazu kulturowego i jego intelektualne, ideologiczne przetworzenia. Nie jest to bowiem krajobraz jednolity, zarazem świadomość wielości formacji krajobrazowych składających się na Górny Śląsk nierzadko z trudem przebija się do powszechnej świadomości. A jednak lektura owych różnych formacji przez współczesnych mieszkańców regionu prowadzi do zbieżnych wniosków, buduje zbliżoną narrację o przeszłości i tożsamości regionu oraz jego mieszkańców. Właśnie pytanie o mieszkańców poprzedzić musi spojrzenie na krajobraz kulturowy. „Autochtoni” versus „gorole”: (nie)spełniony melting pot Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście ludność rodzima, rdzenni Górnoślązacy. To rzadki przypadek: tzw. Ziemie Odzyskane – a zachodni, opolski Górny Śląsk to wszak ich cząstka – z reguły cechują się kompletną wymianą ludnościową dokonaną po 1945 roku. Niemców wysiedlono, Mazurzy, Słowińcy wyjechali niemalże in toto. Tymczasem Górny Śląsk ma swoją ludność rodzimą: niezmiennie, od stuleci. Stosowany wobec niej przez polskie powojenne władze termin „autochtoni” (używany też na przykład wobec Mazurów – w ogóle społeczności pogranicza przed 1939 rokiem będących Reichsdeutsch, obywatelami Rzeszy Niemieckiej) był tyleż prawdziwy, co odbierany przez zainteresowanych jako stygmatyzujący czy wręcz obraźliwy. Oczywiście: zachodni exodus z Górnego Śląska w powojennym półwieczu przyniósł drastyczny ubytek Górnoślązaków – co najmniej 1,1 mln uciekinierów, wypędzonych, wysiedlonych i przede wszystkim migrantów z okresu 1950-1990 trafiło do Niemiec, głównie zachodnich. Odsetek „autochtonów” i drugiej grupy górnośląskiej – nazywanych po prostu „Śląza-

23


Sebastian Rosenbaum

kami” Górnoślązaków z byłego przedwojennego autonomicznego województwa śląskiego – zmniejszył się do tego stopnia, że stali się mniejszością na Górnym Śląsku. Już od wiosny 1945 roku bowiem nieprzerwanie, przez kolejnych kilka dekad, trwał napływ nowej ludności: gdy dobiegała końca druga wojna światowa, na dworce w Katowicach, Gliwicach, Bytomiu, Opolu wjechały pierwsze transporty Kresowian, zwanych przez miejscowych hadziajami (tudzież Ukraińcami). Już wkrótce takie miasta jak Opole czy Gliwice w większości zamieszkałe były przez tych wygnańców: równolegle wysiedlano na Zachód miejscowych Niemców, na ogół rdzennych Górnoślązaków niemieckiej „opcji”. Za pracą i nowym domem ściągali też „centralniacy” ze zniszczonych okupacją miast i wiosek Polski centralnej, głównie z obszaru okupacyjnego Generalgouvernement – „gorole” wedle nomenklatury miejscowych (nazywanych w rewanżu przez napływowych zwykle hanysami albo po prostu Szwabami). Zakłady potrzebowały rąk do pracy, tym bardziej że nowe władze polskie postawiły na znacjonalizowanie przemysłu i następnie na forsowną industrializację. Przemysł ciężki Górnego Śląska, chłonny jak gąbka, przez wąskie gardła hoteli robotniczych i domów młodego górnika połykał coraz to nowe rzesze młodzieży z ubogich wiosek wschodniej i centralnej Polski. Zwani „werbusami” (bo werbowano ich do pracy) socjalizowali się w nieprawdopodobnej dziczy „wulców” (jak nie bez przyczyny nazywano wspomniane hotele robotnicze), tych rozsadników kryminalizacji, ale przecież zarazem wgryzali się, wżeniali w społeczność górnośląską, zmieniając ją gruntownie. Mimo iż trudno dziś o czystej krwi Górnoślązaków i czystej krwi napływowych – tygiel narodów okazał się dość zaskakująco iluzją. Akcentacja różnic kulturowych między miejscowymi a napływowymi, nawet jeśli nie należy do stałych motywów publicznego dyskursu w regionie, jest wciąż obecna, wisi w atmosferze regionu, o czym przekonać się może każdy, komu przydarzy się wziąć udział w spotkaniu ze znacznym udziałem Górnoślązaków: to oni bowiem chętnie wskazują na swoją specyfikę, wyznaczając linię delimitacyjną między sobą a napływowymi. A przy tym nie oznacza to braku integracji grup pochodzenia: ta postępuje równolegle do przypadków separowania się.

24

Dwa główne exodusy skierowane na Górny Śląsk: kresowy i centralnopolski, w połączeniu z migracjami rodzimych Górnoślązaków do Niemiec przeryły społeczność górnośląską, czyniąc ją podatniejszą na wielką narrację historyczną opowiadaną od pierwszych chwil objęcia Górnego Śląska w 1945 roku przez władze polskie. Opowiadaną niemal dzień po dniu w szkołach, w radiu, w prasie, w publikacjach, w popularnych piosenkach, za pośrednictwem odpowiednio spreparowanego folkloru (w stylu Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” z Koszęcina) i literatury regionalnych twórców, takich jak wszechwładny w województwie katowickim Wilhelm Szewczyk. Narrację głoszącą, iż rdzeniem „górnośląskości” – zarówno tożsamości Górnoślązaków, jak i charakteru miejsca, które zamieszkują – była polskość i ludowość (rolnicza i proletariacka). Nigdzie indziej na ziemiach zachodnich i północnych tego argumentu nie było: może w Szczecinie czy Wrocławiu „kamienie mówiły po polsku”, na Górnym Śląsku po polsku mówili „autochtoni”. Nowi migranci wzmocnili „spolszczenie” regionu, dostarczając dodatkowej legitymizacji wspomnianej narracji. Ale odczytanie „górnośląskości” przez okulary polskiego dyskursu


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

narodowego wzmocnionego dyskursem socjalistycznym potykało się o wiele przeszkód, najbardziej jednak może o jedną przeszkodę zasadniczą: górnośląski krajobraz kulturowy. Poczynając od 1955 roku, każda górnośląska szkoła wysyłała corocznie swych uczniów na Górę św. Anny, by tam czerpali z imaginowanego źródła polskości, na jakie wzgórze to kreowano. A przecież miejsce, do którego przybywały dzieci z Gogolina, Strzelec Opolskich, Lublińca, Bytomia i Chorzowa, było miejscem absolutnej ambiwalencji. Jeśli można je uznać za metaforę górnośląskiego krajobrazu kulturowego, to była to metafora niezwykle problematyczna dla polskiej metanarracji o Górnym Śląsku. Przemiany metaforycznego imago Góry św. Anny Góra Chełmska, bardziej znana jako Góra św. Anny, to niewielkie wzniesienie (408 m n.p.m.) na grzbiecie wapienia i dolomitu, górujące nad płaską jak talerz równiną nadodrzańską. Na szczycie wzgórza od XV wieku mieści się kościół z figurą św. Anny Samotrzeciej i klasztor Franciszkanów, a kalwaria, której 40 kaplic ciągnie się ku wierzchołkowi, poczynając od położonego w dolinie miasteczka Leśnica, powstała w początkach XVIII wieku. Wokół sanktuarium pielgrzymkowego rozsiadła się niewielka wioska pod tą samą co góra nazwą (w wersji niemieckiej Sankt Annaberg). To mons sacra Górnego Śląska – kontrreformacyjny w swej genezie symbol kreowanego na arcykatolicki regionu, cel pątniczy tysięcy katolików górnośląskich. W Górze św. Anny – jej klasztorze, kościele i kalwarii – manifestować się miała katolickość tej ziemi. Faktycznie, absolutna większość rdzennych mieszkańców regionu wyznawała katolicyzm, tworząc zresztą od 1870 roku podwaliny regionalnej potęgi katolickiej Partii Centrum, widoczne jeszcze pół wieku później, podczas pamiętnych wyborów ze stycznia 1933 roku. Górnośląscy katolicy byli zarazem w dominującej mierze polskojęzyczni – ślonsko godka była dla urzędników pruskich tożsama z polszczyzną. Pielgrzymi zmierzający na „świętą górę” śpiewali więc zwykle polskie pieśni i nieśli sztandary z polskimi napisami. Zatem symboliczna czy wręcz mityczna treść sanktuarium świętoanieńskiego miała przez długi czas swój wymiar wyznaniowy i językowo-narodowy nieprzystający do tego, co od schyłku XIX wieku coraz mocniej wyznaczało horyzont niemieckiej elity górnośląskiej: nacjonalizmu etnicznego. Zarazem jednak nie była symbolem narodowopolskim. Dbał o to utrakwistyczny (czyli dwujęzyczny) kler katolicki, którego formacja wyniesiona z wydziału teologicznego uniwersytetu we Wrocławiu zakładała konieczność obrony języka macierzystego (polskiego, niemieckiego, czeskiego) w liturgii i duszpasterstwie, wszelako bez absorpcji narracji nacjonalistycznych, co więcej, przy akcentacji patriotyzmu państwowego. Już w dobie Trzeciej Rzeszy ks. Carl Ulitzka z Raciborza, jeden z głównych bojowników plebiscytowych o pozostanie Górnego Śląska w Niemczech, niemiecki patriota sans doute, zakładał polskojęzyczne gazety dla wiernych, a przez Służbę Bezpieczeństwa Reichsführera SS traktowany był jako czołowy przedstawiciel „propolskiego kleru”. Krótko mówiąc: katolicka treść symboliki Góry św. Anny dość skutecznie impregnowała to miejsce na zakusy nacjonalistyczne, niezależnie z której strony pochodzące.

25


Sebastian Rosenbaum

Przypadek sprawił, że symboliczna funkcja Góry św. Anny uległa jednak głębokiemu przetworzeniu czy poszerzeniu o konkurencyjne, niekatolickie wątki w latach po pierwszej wojnie światowej, gdy nacjonalizmy stały się powszechniej niż u schyłku belle époque esencją myślenia o świecie, tak w Niemczech, jak i w Polsce. Walki stoczone na zboczach wzgórza świętoanieńskiego w czasie III powstania śląskiego (1921) między niemieckimi freikorzystami a polskimi powstańcami zrodziły drugi (i podwójny: polski i niemiecki) mit Góry św. Anny, tym razem wpisany już w obszar dyskursów nacjonalistycznych. Dla Niemców kluczowy był 21 maja 1921 roku, gdy freikorzyści Petera von Heydebrecka zajęli górę, spychając z niej polskie oddziały powstańcze. W latach 1934-1938 naziści zbudowali w nieczynnym kamieniołomie pod sanktuarium amfiteatr dla odprawiania ideologicznych wieców (thingów) oraz mauzoleum (Ehrenmal), w którym pochowano szczątki poległych 50 bojowców Freikorpsu. 14-metrowy germański wojownik z wnętrza mauzoleum, łączący artystyczną modernę z bojowym nacjonalizmem, był dziełem Fritza Schmolla [zw. Eisenwerth lub Schmoll von Eisenwerth], monachijskiego artysty związanego z ruchem secesyjnej odnowy sztuki z początku XX wieku. Monumentalne założenie wykonali naziści, ale przecież odbijały się w nim powszechne tęsknoty niemieckich narodowych Bürger żywione od czasu „wersalskiej zdrady” i od podziału Górnego Śląska między Polskę a Niemcy w 1922 roku: zwycięstwo von Heydebrecka było wszak pierwszym od jesieni 1918 roku sukcesem niemieckiego oręża. Nie trzeba dodawać, że nowy kult pielęgnowany na Górze św. Anny niewiele miał wspólnego z chrześcijaństwem.

26

Niemieckie mauzoleum wysadzono w powietrze z nakazu władz polskich jesienią 1945 roku – trudno o bardziej wyrazisty obraz końca niemieckiego panowania nad Górnym Śląskiem. Dziesięć lat później ukończono wznoszenie nowego sanktuarium świeckiego kultu. Pomnik Czynu Powstańczego, dzieło profesora krakowskiej ASP Xawerego Dunikowskiego, był odpowiedzią na niemiecki nacjonalizm dawnego Ehrenmal, odwoływał się do pokładów polskiego nacjonalistycznego imaginarium. Odwrócono znaki: zajęcie Góry św. Anny przez polskich powstańców śląskich uznano za moment świetnie nadający się do wykreowania go na symbol narodowego zrywu górnośląskich Polaków (symplifikując skomplikowany obraz powstań będących nie tylko zrywem, ale po części także interwencją zbrojną Rzeczypospolitej). Powstania śląskie, które pomnik Dunikowskiego upamiętniał, wpisano w linię odwiecznych zmagań polsko-niemieckich: nie przypadkiem na pylonach pomnika umieszczono sceny z bitwy pod Niemczą w 1017 roku (błędnie datowane na 950 rok). Po raz drugi już od połowy lat 30. symbolice katolickiej Góry św. Anny przybył nowy nacjonalistyczny konkurent. Przez lata Polski Ludowej pielgrzymki niezmiennie kierowały się do 66-centymetrowej figurki św. Anny Samotrzeciej, ale jednocześnie autokary zwoziły mieszkańców na komunistyczno-nacjonalistyczne wiece kommemoracyjne pod pomnikiem traktowanym jako symbol polskości Górnego Śląska, przede wszystkim tej jego części, która po podziale regionu w 1922 roku pozostała w Niemczech i po 1945 roku wpisana została w kompleks Ziem Odzyskanych (czyli tzw. Śląsk Opolski). Powstania odczytywano przy tym przez socjalistyczne okulary – jako narodowe w formie, a klasowe w treści, jako zryw polskich robotników przeciwko niemieckim kapitalistom.


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

Transformacja ustrojowa po 1989 roku przyniosła zaskakującą permutację symbolicznego wizerunku Góry św. Anny. Z transnarodowego katolickiego spojrzenia wyrosło wykreowanie sanktuarium na miejsce spotkań mniejszości narodowych, w pierwszym rzędzie oczywiście mniejszości niemieckiej mającej w tych stronach silną pozycję (dzisiaj wjeżdżających na górę witają dwujęzyczne tablice nazw miejscowych). Mit mniejszości nie powracał jednak, rzecz jasna, do dawnego nacjonalizmu Ehrenmalu, ale szukał dla siebie przestrzeni w utrakwistycznej (dwujęzycznej) perspektywie typowej dla górnośląskiego katolicyzmu podkreślającego znaczenie duszpasterskie i moralne pielęgnowania Muttersprache, języka macierzystego, domowego. W zaskakujący sposób łączył dyskurs narodowy z wyznaniowym w duchu dość typowym jednak dla ery przednacjonalistycznej. W splątaniu rozbieżnych symbolicznych wizerunków Góry św. Anny, gdzie zbliżało się i oddalało to, co nacjonalistyczne, i to, co konfesyjne, nie dostrzegano zwykle, że od początku lat 30. XX wieku góra i jej otoczenie nabrały cech sui generis metafory górnośląskiego krajobrazu. Otóż w latach 1930-1932 u stóp wzgórza, w niewielkim mieście Zdzieszowice wzniesiono potężną, nowoczesną koksownię. Do dziś z drogi wiodącej na Górę św. Anny rozciąga się widok na dolinę Odry pełną dymów dobywających się z wielkich koksowniczych kominów. Tym samym w serce sennego, rustykalnego krajobrazu białego, rolniczego Górnego Śląska, okraszonego zabytkami barokowej architektury sakralnej i pruskiego budownictwa wiejskiego z czerwonej cegły, wdarł się krajobrazowy znak zupełnie innych przestrzeni: cząstka leżącego pięćdziesiąt kilometrów dalej na wschód okręgu przemysłowego. Koksownia wyrosła jak artefakt modernizacji i jej najważniejszej na Górnym Śląsku manifestacji: uprzemysłowienia. Wszak od drugiej połowy XIX stulecia nazwę krainy konotowano natychmiast z tym, co wyrosło na jej wschodnich rubieżach, czyli z ciężkim przemysłem. Konfesyjność, nacjonalizm, modernizacja – trzy obszary, w których osadzony był imaginowany krajobraz górnośląski aż po schyłek minionego stulecia. Krajobraz industrialny i mity modernizacyjne Gdy w drugiej połowie XVIII wieku władze pruskie podjęły decyzję o uruchomieniu państwowych kopalni i huty pod Tarnowskimi Górami, gdy w tejże kopalni – nazwanej imieniem króla Fryderyka II, „Friedrichsgrube” – zamontowano w 1788 roku maszynę parową sprowadzoną z Anglii, jedną z pierwszych na kontynencie, gdy osiem lat później w pobliskich Gliwicach uruchomiono pierwszy w Niemczech wielki piec koksowniczy – Górny Śląsk stał się głośny w Niemczech, przyciągając licznych reprezentantów ówczesnej niemieckiej elity, poczynając od Johanna Wolfganga Goethego. W zrodzonym wtedy wśród „oświeconych” dyskursie region jawił się jako kraina paradoksów i sprzeczności, w której absolutne nowatorstwo założeń przemysłowych szło w parze z równie absolutnym zacofaniem miejscowej ludności. Owszem, dla XVIII-wiecznych wykształconych niższe warstwy społeczne wszędzie, we Francji, w Anglii, Włoszech, były Innym i Obcym, jednak wymiana kulturowa istniała: warstwy wyższe partycypowały w kulturze ludu (choć już nie odwrotnie), czerpiąc z jego baśni i uczestnicząc w jego dialek-

27


Sebastian Rosenbaum

tach. Na Górnym Śląsku pęknięcie było o wiele głębsze: elita była niemiecka, lud – nawet nie do końca polski, a, jak to wówczas zaczęto powszechnie powiadać, „wasserpolski”. Miejscowi ludzie – pisano w 1783 roku w „Fabris geographisches Lexikon” – w niczym jak tylko przez swą postać nie odróżniają się od zwierząt. Ich język jest chaotyczną mieszaniną języka polskiego i niemieckiego, bardzo ograniczoną wedle ciasnej zawartości pojęć… – i dalej w tym duchu. Region, cytując Goethego, leżał fern von gebildeten Menschen (z dala od wykształconych ludzi), a była to fraza dość kurtuazyjna i uprzejma na tle innych eksplikacji z tego czasu. Jednak uprzemysłowienie, które od państwowych pierwocin z końca XVIII wieku zaczęło nabierać gwałtownego przyspieszenia (a przemysł zaczął się zarazem prywatyzować), wymagało rąk do pracy i miejscowi mieszkańcy byli świetnym rezerwuarem taniej siły roboczej. To głównie za sprawą przemysłu (oraz rzecz jasna szkoły i wojska) zaczęło się na większą skalę wprowadzanie polskojęzycznych Górnoślązaków w obszar niemieckiego systemu kulturowego i kręgu językowego. Dlatego w potężniejącej od schyłku XIX wieku nacjonalistycznej retoryce industrializację postrzegano jako „niemiecką misję cywilizacyjną na Wschodzie”, akt podniesienia regionu skrajnie zacofanego na wyżyny kulturowego rozwoju. Nacjonalizm niemiecki łączył się z pochwałą kopalń i fabryk, przedsiębiorczości i pracowitości, kolei żelaznej i telegrafu, powszechnej skolaryzacji i alfabetyzacji. Industrializację i połączoną z nią urbanizację postrzegano jako dokonania par excellence niemieckie. Umiłowana Heimatscholle w dyskursie niemieckim pokryta była grubą warstwą czarnego pyłu. Świat rolniczy, świat lasów – tak ważny dla nacjonalizmu Niemców z innych części Rzeszy – postawiono na dalszym planie.

28

Tymczasem krajobraz na wschodnich kresach Górnego Śląska, na obszarze ówczesnego wielkiego powiatu bytomskiego (Kreis Beuthen OS), wokół takich miejscowości jak wsie Zabrze i Katowice, kolonia hutnicza Królewska Huta (późniejszy Chorzów) czy miasteczka o średniowiecznej proweniencji – Bytom, Gliwice, Mysłowice, ulegał drastycznej przemianie. Powstawały kopalnie początkowo głównie rud cynku i ołowiu, potem węgla kamiennego, otwierano huty, odlewnie żeliwa i koksownie. Zakład za zakładem, z szeregiem masywnych budynków z cegły, las kominów i wież wyciągowych kopalń, chmury dymów, malownicze ognie wielkich pieców, efemeryczne pasma górskie przykopalnianych hałd – to wszystko wyrosło pośród lasów, pól uprawnych i małych wiosek o rachitycznej drewnianej zabudowie. W połowie XIX wieku landrat (starosta) bytomski Hugo Solger widział okręg przemysłowy jako świat totalnie przetworzony: oderwany od natury, gwałcący jej prawa, wyniszczający ludzi, ale zarazem – jako jutrzenkę postępu, rozwoju i przyszłego rozkwitu regionu. Górny Śląsk potężniał, stawał się częścią Rzeszy ważną ekonomicznie, a tym samym też politycznie, już nie peryferyjną, zapijaczoną, odległą krainą „czerwonoskórych”, jak o polskojęzycznych Górnoślązakach pisał twórca miasta Katowice Richard Holtze, ale jedną z wiodących krain niemieckich. Na początku XX wieku, gdy rejencja opolska obejmująca większość terytorium górnośląskiego liczyła już sporo ponad dwa miliony mieszkańców, ponad 1,5 miliona więcej niż stulecie wcześniej, proces ten zdawał się być przypieczętowany.


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

Industrializacji towarzyszyły przemiany krajobrazu także pod innym względem, nie tylko poprzez powstawanie takich antropogenicznych form jak symboliczne dla okręgu przemysłowego hałdy: dymiące, czasem płonące, wysokie, czarne, wyrastające pomiędzy kopalniami i fabrykami. Przede wszystkim już od połowy XIX wieku na coraz większą skalę zaczęto budować osiedla robotnicze, głównie tzw. patronackie, wznoszone przez arystokratów przemysłowych (Donnersmarcków, Ballestremów, Schaffgotschów) i wielkie koncerny. Początkowo były to nieduże domki dla jednej czy kilku rodzin, potem coraz większe, wielorodzinne, koszarowe bloki z czerwonej cegły – osławione familoki (od niem. Familienhaus – dom rodzinny), zwane też kazerniokami (niem. Kaserne – koszary). Stały się tanim lokum dla rolników ściąganych z górnośląskich wiosek do centrów przemysłowych. Tu następowała przemiana socjalna: z chłopa powstawał robotnik, który coraz bardziej chciał się upodobnić do mieszczanina, ale przecież często niechętnie rozstawał się ze swym wiejskim zapleczem. Stąd widoczna od początku XX wieku tendencja wśród wielkich przemysłowców – jak hrabia Franz von Ballestrem – by budować osiedla robotnicze przypominające wiejskie domy, jedno-, góra dwurodzinne, z ogródkiem i warzywniakiem, „króliczniokiem” (chlewikiem dla królików) i gołębnikiem. Klasycznym przykładem był (a w zasadzie, choć w ograniczonym stopniu, nadal jest) katowicki Giszowiec (Gieschewald), którego destrukcję w latach 70. XX wieku przez wysłane przez komunistycznych kacyków z Katowic buldożery uchwycił kamerami Kazimierz Kutz, kręcąc „Paciorki jednego różańca”. Region pokrył się setkami kolonii robotniczych utrzymanych w rozmaitych stylistykach. Stały się one artefaktem symbolizującym okręg przemysłowy na równi z wieżami wyciągowymi kopalń, kominami hutniczymi czy hałdami. I znów jak za przemysłem, który wpisano w niemiecki krąg cywilizacyjny, tak i za budownictwem patronackim stała niemiecka szlachta, niemieccy przedsiębiorcy, niemieckie koncerny. Cały ten świat naznaczony był niemieckim znakiem firmowym w stopniu, który w polskich narracjach doby PRL można było jedynie przemilczeć. I podejmować nieskuteczne próby ich rugowania: jak z Giszowcem, który, aby ukryć niemiecką proweniencję nazwy (od spółki Giesche’s Erben), przemianowano w 1969 roku na Osiedle im. Stanisława Staszica. W tych koloniach toczyło się życie tak paradygmatycznych figur literackich górnośląskiego imaginarium, jak Cholonek z powieści Janoscha (Horsta Eckerta) pod tym samym tytułem, wydanej w Niemczech w 1966 roku. Dla autora „Cholonek oder der Liebe Gott aus Lehm”1 kosmosem była kolonia przemysłowa Poremba koło Zabrza: świat proletariacki, wpasowany w ceglane mury wielorodzinnych familoków, brutalny, szybki, niemoralny, klerykalny, pełen hipokryzji, pospolitej głupoty oraz niezdrowych aspiracji i marzeń o awansie społecznym. Fakt, iż powieść Janoscha powróciła pół wieku po pierwodruku jako spektakl katowickiego Teatru Korez2, stając się bodaj najpopularniejszym górnośląskim przedstawieniem teatralnym na początku XXI wieku, uznać trzeba za znamienny. Krajobraz kulturowy i mentalny pokazany w tej transowej, wizjonerskiej powieści uderzał, widać, w czułą strunę. Tysiące mieszkańców ............................................................ 1 Polskie wydanie: Janosch, Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny, tłum. L. Bielas, Katowice: Śląsk, 1974. 2 Prapremiera spektaklu Cholonek wg powieści Janoscha [zob. przyp. 1] odbyła się 16 października 2004 r.; tłum. na gwarę śląską K. Landowski, reż. M. Neinert, R. Talarczyk [przyp. red.].

29


Sebastian Rosenbaum

okręgu przemysłowego chciało odnaleźć siebie i swoją genealogię w postaciach z powieści Janoscha, nie przejmując się faktem, że pomnik, jaki ludziom z familoka wystawił niemiecki pisarz, był mało pochlebny. Zarazem rewitalizując familok jako przestrzeń prymarną dla okręgu przemysłowego, osadzając go w czarnych od sadzy murach kopalń i hut z kominami i wieżami wyciągowymi na horyzoncie, przywoływano niemiecką konotację tego świata. Także literackie przetworzenia lokalizowały się nierzadko w niemieckim kręgu kulturowym. Janosch był pisarzem niemieckim, patrzył na rzeczywistość familoków z perspektywy Niemca (cokolwiek by sam na ten temat nie mówił, unikając narodowościowych odczytań), w burych, ceglanych kazerniokach Poremby kłębili się Niemcy, Polacy, Ślązacy. Tak powszechne we współczesnym województwie śląskim rejestrowanie, pielęgnowanie, artystyczne przetwarzanie industrialnego krajobrazu kulturowego paradoksalnie, zupełnie nieoczekiwanie i być może wbrew oczekiwaniom samych uczestników owych przedsięwzięć, w gruncie rzeczy przyniosło także akceptację tej niemieckiej komponenty, akceptację, która dokonała się w społeczności regionu dość powszechnie, niezależnie – jak się wydaje – od grup pochodzenia.

30

Od pięciu lat, od 2010 roku, na wzór akcji „ExtraSchicht” z Zagłębia Ruhry organizowana jest w województwie śląskim tzw. Industriada, ponoć, jak chcą organizatorzy, największy festiwal kultury dziedzictwa przemysłowego w tej części Europy. W punktach wpisanych do Szlaku Zabytków Techniki województwa odbywają się w wyznaczonych dniach czerwca dziesiątki imprez: wystawy, koncerty, spektakle, pokazy sprzętu, specjalne oprowadzania po muzeach, skansenach i obiektach przemysłowych. Od 30 tys. uczestników w 2010 roku do 77 tys. w 2014 – Industriada awansowała do rangi jednego z ważniejszych wydarzeń na mapie masowych imprez służących podtrzymaniu dziedzictwa kulturowego regionu. Mimo iż jednocześnie co roku w bezmyślny sposób niszczone są tysiące obiektów należących właśnie do przemysłowego dziedzictwa kulturowego, Industriada pokazuje, że społeczność województwa śląskiego identyfikuje się z industrialną spuścizną regionu i uważa jej podtrzymywanie za ważne. Organizatorzy festiwalu expressis verbis nie nazywają swego przedsięwzięcia promocją narracji o wielokulturowości regionu, ale faktycznie i taki wymiar ma Industriada. Podobnie jak tysiące drobnych inicjatyw o podobnym profilu, akcentujących przemysłowe dziedzictwo regionu, przyczynia się do demontażu jednostronnej polskiej narracji o Górnym Śląsku, ale przecież też nie odbudowuje niemieckiego mitu „misji cywilizacyjnej na Wschodzie”. Przyczynia się do kreacji obrazu o otwartej formule interpretacyjnej przeszłości tej ziemi przekraczającej, ale nieprzekreślającej, wątki narodowe. Otwartość mitu „Industrii” jest zaskakująca, daje się ją spożytkować także na korzyść rodzącej się narracji narodowo-śląskiej. Szczególnie widać ową funkcjonalizację na przykładzie lansowanego od kilku lat, szczególnie przez środowiska historyków sztuki i muzealników z Katowic, mitu moderny – architektury modernistycznej międzywojnia (a ostatnio coraz bardziej także powojnia), która swą praktycznością, prostotą, funkcjonalnością wyraża, zdaniem historyczki z Uniwersytetu Śląskiego Irmy Koziny, górnośląską specyfikę, swoistość mieszkańców regionu, zwłaszcza jego przemysłowej części. Moderna to nie industria, jednak obie te sfery stykają się w tym właśnie punkcie: oba elementy górnośląskiego krajobrazu kulturowego mają „wyrażać” odrębność regionu, jego


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

„charakter”, a ten tkwi w praktycznym, uporządkowanym świecie miasta i maszyny. Jeśli mitologizacje te swe korzenie mają w wąskich grupach elity katowickiej, nie sposób nie dostrzec – chociażby spoglądając na fenomen Industriady – że trafiły na podatny grunt. Świat rustykalny, świat junkierski Akcja wywołuje reakcję. Absolutyzacja „Industrii” jako „właściwego” krajobrazu Górnego Śląska wywołała, na dość skromną co prawda skalę, głosy przeciwne. Filolog klasyczny z Uniwersytetu Śląskiego, piszący także w godce, Zbigniew Kadłubek zwrócił uwagę, że przemysł zniszczył „stary” Górny Śląsk – uczynił ten region może bogatszym i ważniejszym w sensie rezonansu ekonomicznego i politycznego, ale zarazem uboższym w sensie związku z naturą, mniej ludzkim, mniej nadającym się do zamieszkania. Perspektywa Kadłubka była nieco zbyt „katowicka”, zakładała, iż punktem odniesienia krajobrazu kulturowego Górnego Śląska faktycznie czynić trzeba okręg przemysłowy, co jednak nie było tak oczywiste, chociażby przyjmując perspektywę mieszkańców województwa opolskiego i takich wiejskich regionów województwa śląskiego jak Pszczyńskie. Okręg przemysłowy stanowi(ł) z pewnością obszar największej intensyfikacji osadnictwa, kumulacji przemysłu, zagęszczenia zabudowy, ale przecież powierzchniowo tworzy(ł) niewielki wycinek Górnego Śląska. Pod względem areału gruntów przeważały i przeważają tereny rolnicze i leśne. W aglomeracji przemysłowej bytowała większość mieszkańców rejencji opolskiej, ale gdyby z lotu ptaka spojrzeć na całą krainę, to przecież krajobrazy wiejsko-leśne procentowo dominowały pod względem powierzchni. Pośród rozległych pasm gruntów uprawnych leżała stolica regionu – Opole. Inne kluczowe miasto, siedziba wielu władz regionalnych, Racibórz, także otoczone było polami poprzecinanymi resztkami rozległych niegdyś lasów. Pola zaczynały się na rogatkach obszaru zindustrializowanego: motyw snopków siana, pasących się krów na tle dymiących kominów jakże często powracał w fotografii czy sztukach plastycznych, by przywołać tylko malarstwo zapomnianego katowickiego artysty Franza Sikory. A jednak terytoria rolnicze i lasy uchodziły za drugorzędny i akcydensowy element górnośląskiego Landschaftu – w przeciwieństwie do okręgu przemysłowego, któremu odruchowo przypisywano pozycję centrum, a zarazem funkcję symbolicznej reprezentacji całego regionu. Tymczasem krajobraz rustykalny tworzył podstawowy punkt odniesienia dla kulturowej „fizjonomii kraju”. Był matecznikiem regionu: na jego fundamentach wyrósł świat przemysłowy. Wieś była też universum dwóch warstw o kluczowym znaczeniu: chłopstwa oraz szlachty i arystokracji. Te dwa światy, Bauerów i drobnych rolników z jednej strony, junkrów z drugiej strony, splatały się blisko nie tylko w wyimaginowanej rzeczywistości jednej z najważniejszych (a zarazem kompletnie zapomnianych) powieści o Górnym Śląsku „Die Prosna-Preußen” Hansa Lipinsky’ego-Gottersdorfa, nietłumaczonej na język polski3. Lipinsky urodził się w 1920 roku w Leśnicy u stóp Góry św. Anny, dzieciństwo spędził w majątku dziedzicznego sołectwa ............................................................ 3 Tenże, Die Prosna-Preußen, Göttingen: Vanderhoeck & Ruprecht, 1968.

31


Sebastian Rosenbaum

w wiosce Gotartów w powiecie kluczborskim i – odwrotnie niż dla Janoscha – przestrzeń familoków, hałd, fabryk była mu całkowicie obca. Jego przestrzenią były rozległe pola, przecinające je alejki drzew prowadzące wzdłuż wąskich dróg od wsi do folwarku, dalej Herrenhäuser, dworki lokalnej szlachty pruskiej zanurzone w starym drzewostanie niewielkich parków i ogrodów. Kościoły w centrum wsi (choć strony ojczyste Lipinsky’ego były akurat ewangelickie, nie katolickie) otoczone cmentarzykami, na których powtarzało się kilkanaście tych samych nazwisk, a groby miejscowych panów stykały się z mogiłami chłopów. Te dwa kompletnie odległe światy przenikały się zaskakująco. Apologie świata junkiersko-chłopskiego, np. pióra Lipinsky’ego, nigdy nie miały takiego rezonansu jak Janoschowy „Cholonek”. Nie miały takiego oddźwięku także dzieła ukazujące wsobny świat chłopski, konserwatywny i katolicki, jak powieść „Wiatr od Odry” Hansa Niekrawietza4. Podobnie jak Lipinsky, Niekrawietz także zamykał swoją książkę na 1914 roku. Obaj w wybuchu Wielkiej Wojny widzieli przede wszystkim zagładę wiejskiej utopii. Przyszłość należała do miasta, masy, maszyny, zdawali się mówić obaj autorzy.

32

Ale przecież jeszcze w międzywojniu świat rustykalno-junkierski istniał w najlepsze. W niemal każdej wsi pośród dziesiątków posiadłości chłopskich – rezydencja szlachecka, majątek rolny czy rolno-hodowlany, należące do junkrów czy tak zwanych Rittergutsbesitzer, posiadaczy majątku szlacheckiego, nierzadko mieszczan. Czasem to wielkie dobra, dominia i wielkie pałace, jak von Ballestremów w Pławniowicach, Hencklów von Donnersmarcków w Świerklańcu (dziś nieistniejący) czy Brynku, von Tiele-Wincklerów w Mosznej. Czasem niewielkie Herrenhäuser, niewiele większe od domów chłopskich. Setki, tysiące takich obiektów w całym regionie przed 1945 rokiem podupadających albo kwitnących, po 1945 roku bezapelacyjnie i kompleksowo wydziedziczonych. Jeśli do roku finis Silesiae, jak chce widzieć rok 1945 Henryk Waniek, świat junkierskiego dworku, wsi w cieniu dominium, stanowił mikrokosmos prowincji, po tej dacie został w absolutnym stopniu zmieciony z powierzchni ziemi, w skali być może jeszcze bardziej uderzającej niż w przypadku przemysłu. Owszem, upaństwowione zakłady przemysłowe przed 1945 rokiem miały prywatny charakter, ale zwykle stały za nimi dość bezosobowe koncerny i monopole. Folwark i Herrenhaus w wiosce był bardziej ludzki, bardziej bliski, namacalny. Jego właściciel trzymał chłopom dzieci do chrztu, urządzał przyjęcia pierwszokomunijne, podczas mszy siedział w ławce kolatorskiej, po śmierci trafiał do tej samej ziemi co chłopi. Był oczywiście „ponem” i bariera była dostrzegana i przestrzegana. Teraz na miejscu dominium i folwarku pojawiał się PGR, cała przestrzeń dworska w jej dotychczasowym kształcie ulegała dewastacji: park dziczał, dworek podupadał. Szansą dla pałacu było przejęcie go na szkołę, na ośrodek zdrowia, ośrodek wypoczynkowy. Ale przecież swoją funkcję kulturową tracił bezwzględnie. Zerwanie i pustka określały nowy kształt dawnego krajobrazu. Alejki lip czy wierzb nie wiodły do kwitnących gospodarczo folwarków, ale do niszczejących budynków, których przeznaczenie często trudne było do odgadnięcia. Gospodarstwa ............................................................ 4 Tenże, Der Wind weht von der Oder, Freiburg; Basel, Wien: Herder, 1961; wyd. pol. Wiatr od Odry, tłum. A. Lam, Opole: Konwersatorium im. Josepha von Eichendorffa, 2001.


Między modernistycznym mitem „Industrii” a kojącym konserwatyzmem „Heimatu”

chłopskie nierzadko trwały niemal bez zmian, ale chyba jednak częściej ulegały przetworzeniu, poczynając od morderczej przebudowy urokliwych, czerwono-ceglanych domków wiejskich w szarotynkowe kubusy ery Gomułki. Ale tak jak w okręgu przemysłowym rozpoczęto działania podkreślające wagę dziedzictwa industrialnego i walory tegoż krajobrazu, podobnie w odniesieniu do recepcji przestrzeni wiejskiej zaczęły się zmiany. Albumy poświęcone architekturze pałacowej, ale też innym zabytkom wiejskiej proweniencji, jak kościółkom drewnianym, mnożyły się od lat 90. na wielką skalę, podobnie jak coraz bardziej z czasem profesjonalne monografie historyczne poszczególnych miejscowości. Zjawiska te wpisywały się w proces głośniejszego artykułowania przez mieszkańców gmin wiejskich „bycia u siebie”, „na swoim”, odwieczności bytowania w „Heimacie”, które to słowo nabrało niezwykłego rozmachu bynajmniej nie tylko w kręgach mniejszości niemieckiej tak silnych w wioskach województwa opolskiego. W niewielkim stopniu udawało się, co prawda, tchnąć nowego ducha w dawne rezydencje junkierskie; powiodło się to może w przypadku pałacu von Strachwitzów w Kamieniu Śląskim, gdzie powstał ośrodek formacyjny diecezji opolskiej, czy pałacu Hencklów von Donnersmarcków w Nakle Śląskim, gdzie otwarto niedawno Centrum Kultury Śląskiej, instytucję powiatu tarnogórskiego i samorządu województwa śląskiego. Podobnie jak powstawały na masową skalę publikacje o rezydencjach, tak też z biegiem lat coraz więcej pisano o rodach arystokratycznych i szlacheckich Górnego Śląska. W niezliczonych wydawnictwach poświęconych historii lokalnej, powstających pod piórem miejscowych historyków amatorów czy rzadziej zawodowych historyków, pojawiał się stale jeden punkt narracji: były to wspomnienia miejscowych o „grofie”, „hercogu” czy innym przedstawicielu miejscowego junkierstwa, o szczegółach dotyczących krajobrazu kształtowanego przez tych nieobecnych. Wypytywano osoby pamiętające jeszcze świat przedwojenny, uzyskując obraz czasem zaskakująco trzeźwy, nierzadko krytyczny, często jednak pełen kojącej idealizacji, lokujący historię wioski niebezpiecznie blisko konserwatywnej utopii o dobrym życiu zgodnie z rytmem natury, bez konfliktów narodowościowych czy wyznaniowych. Okazało się, że ci, którzy chcieli odnowić dziedzictwo górnośląskiej wiejskiej prowincji w jego kształcie sprzed trzęsienia ziemi w 1945 roku, dysponowali źródłami osobowymi pozwalającymi inaczej niż tylko za pośrednictwem archiwaliów zbliżyć się do przeszłości: niezależnie od tego, czy owi poszukiwacze oral history wywodzili się spośród miejscowych, czy spośród napływowych mieszkańców regionu. Jedni i drudzy wydają się równie mocno zaangażowani w rekonstruowanie lokalnych niuansów feudalno-rustykalnego dziedzictwa. Są to jednak z pewnością działania mniej spektakularne niż w przypadku dziedzictwa przemysłowego, bardziej zdywersyfikowane. Sprzyjają im niektóre instytucje, jak Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej z Opola/Gliwic, od kilkunastu lat konsekwentnie prowadzący projekt poświęcony historii lokalnej w poszczególnych mniejszych miejscowościach regionu, będący wsparciem dla lokalnych rekonstruktorów przeszłości. Powtórzyć należy pytanie o to, jaką lekcję wynieść można z zaangażowania współczesnych mieszkańców Górnego Śląska w rekonstruowanie, pielęgnowanie, propagowanie tej prze-

33


Sebastian Rosenbaum

strzeni, w której żyją dziś mieszkańcy regionu. Ponieważ krajobraz kulturowy jest antropogenicznej natury, jego lektura, odczytywanie składających się nań artefaktów wiedzie do stawiania pytań o kondycję społeczności, która go ukształtowała. Nie zaskakuje, że interpretacja kształtu krajobrazowego regionu wzmacnia narracje akcentujące wielokulturowość, rozmontowując tym samym dominującą w dobie Polski Ludowej narrację: klasową i narodową („ziemia polskich chłopów i robotników”). Gdy studentka katowickiej ASP tworzy projekt rekonstruujący zburzony w 1945 roku tzw. Mały Wersal – monumentalny pałac w Świerklańcu należący do jednego z najbogatszych rodów Niemiec Hencklów von Donnersmarcków – jest oczywiste, że wprowadza niemiecką arystokrację i jej wpływ na krajobraz regionu w centrum debaty o fantomowych krajobrazach, w której to debacie powojenne zniszczenia, tak sowieckie, jak i polskie, traktowane są jako akty niewybaczalnego barbarzyństwa. Gdy historyk amator z Bytomia tworzy wirtualny katalog kamienic tego coraz bardziej rozpadającego się miasta przemysłowego, to siłą rzeczy wystawia pomnik niemieckiemu mieszczaństwu, które na terenie mało przyjaznym estetyce, w sercu okręgu przemysłowego wzniosło imponujące budowle mieszkalne. Wreszcie historia junkrów i ich rezydencji zostaje ukazana jako przykład symbiozy „tutejszych” chłopów i niemieckiej gentry, jako obecność pełna pozytywnego wpływu na region, by przywołać tylko albumy o rodach arystokratycznych wydane przez wspomniany Dom Współpracy. Takie inicjatywy wpasowują się w globalną interpretację dziejów Górnego Śląska – już nie ziemi odwiecznie piastowskiej, ale typowego pogranicza, melting pot wielu systemów kulturowych. Nie jest chyba przypadkiem, że o konserwację i zachowanie dziedzictwa przemysłowego najmocniej bodaj w całym województwie śląskim zabiegał ruch domagający się jednocześnie autonomii dla regionu i opowiadający się za (górno) śląską tożsamością jako odrębną „opcją” narodową, zarazem akcentujący narracje wielokulturowe jako jedyne adekwatne dla regionu. Sebastian Rosenbaum

34


Andrzej Kotula

Szczecin Topografia historycznej pamięci

Andrzej Kotula urodzony w 1958 r. w Szczecinie. Dziennikarz (m.in. w 1993 r. współzałożyciel Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarzy „Pod Stereo-Typami / Unter Stereo-Typen”), potem pracownik Urzędu Miasta Szczecin i Euroregionu Pomerania. Od 25 lat zaangażowany w rozwijanie współpracy na pograniczu polsko-niemieckim. Jako publicysta specjalizuje się w problematyce europejskich regionów granicznych. M.in. współredaktor (obok Basila Kerskiego, Krzysztofa Ruchniewicza i Kazimierza Wóycickiego) publikacji „Przyjaźń nakazana? Stosunki między NRD i Polską w latach 1949-1990”, wyd. II poszerzone (Wrocław 2009).

Andrzej, czy możesz sobie wyobrazić w Szczecinie małą uroczystość upamiętnienia ofiar pierwszej w III Rzeszy deportacji Żydów niemieckich? – zaczęło się od tego krótkiego e-maila od mojego niemieckiego przyjaciela i partnera z wyspy Usedom / Uznam. Obaj jesteśmy współprzewodniczącymi utworzonego dwa lata temu niemieckiego stowarzyszenia Deutsch-Polnisches Kulturforum Odermündung e.V. Kulturforum jest organizacyjną emanacją ruchu obywatelskiego niemieckich mieszkańców wyspy, zrodzonego z niezgody na – ich zdaniem – niejednokrotnie wątpliwy etycznie i historycznie przekaz hi-storii tajnego Wojskowego Ośrodka Doświadczalnego Peenemünde, projektującego i testującego broń rakietową III Rzeszy. Początkiem ruchu była publiczna i otwarta „Deklaracja z Peenemünde 2012” ze znamiennym zdaniem: Ostrzegamy przed idealizowaniem osoby Wernhera von Brauna, wystosowana przed 100. rocznicą jego urodzin. Dwie międzynarodowe konferencje „Peenemünde z perspektywy ofiar”, pokonferencyjna publikacja pod tym samym tytułem, uroczystości upamiętnienia ofiar obozów koncentracyjnych Peenemünde i Mittelbau Dora z udziałem polskiej i niemieckiej młodzieży oraz polskich i francuskich kombatantów, poświęcona ofiarom tych

35


Andrzej Kotula

kacetów tablica pamięci z tekstem w kilku językach ustawiona na skraju lasu, gdzie niegdyś znajdował się pierwszy z nich, oraz międzynarodowa Rada Naukowa Muzeum Historyczno-Technicznego Peenemünde, powołana niedawno przez władze landu Mecklenburg-Vorpommern (wcześniej niczego porównywalnego nie było) pod przewodnictwem prof. Andreasa Nachamy z Fundacji Topografia Terroru w Berlinie oraz z udziałem m.in. prof. Krzysztofa Ruchniewicza z Wrocławia – to dotychczasowy bilans społecznej aktywności mieszkańców tego prowincjonalnego pogranicza. Topografia zarówno pamięci, jak niepamięci, na wyspie Usedom (m.in. brak jakiejkolwiek wzmianki w muzeum Peenemünde o roli wywiadu Armii Krajowej w wykryciu i rozpracowaniu samego ośrodka doświadczalnego i jego rakietowego produktu V-2) są mi doskonale znane od 1992 roku, gdy po raz pierwszy odwiedziłem ten nadbałtycki cypel po odwołaniu w atmosferze międzynarodowego skandalu uroczystych obchodów 50-lecia pierwszego udanego startu V-2. Ponieważ Wernher von Braun był twórcą zarówno V-2, jak i rakiety Saturn V, która wyniosła amerykańskich astronautów na Księżyc, rocznicę narodzin tej pierwszej zinterpretowano wówczas jako datę… początków kosmonautyki! Pikanterii temu wydarzeniu dodawał fakt, że ten rakietowy sukces miał miejsce 3 października 1942 roku, a więc jego 50. rocznica przypadła akurat na… drugi Dzień Niemieckiej Jedności – od niedawna nowe święto państwowe zjednoczonej Republiki Federalnej. Historyczna pamięć selektywna to nie tylko problem Usedom i Peenemünde. Jako szczecinianin znam – jak sądzę nieźle – topografię tutejszej polskiej pamięci, niepamięci i… patologicznej pamięci. Do tej ostatniej zaliczam m.in. próbę zawieszenia na szczecińskiej kamienicy jednej z tablic poświęconych wybitnym polskim i niemieckim szczecinianom. Na domu, gdzie się urodził i spędził dzieciństwo, zawisnąć miała tablica poświęcona Heinrichowi Georgemu. To wprawdzie niewątpliwie wybitny aktor teatralny i filmowy pierwszej połowy XX wieku, ale również kreator głównych postaci nie tylko w ekranizacji arcydzieł „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina (notabene też urodzonego w Stettinie) czy „Metropolis” Fritza Langa, lecz także w nazistowskich produkcjach propagandowych „Hitlerjunge Quex” (1933), a zwłaszcza w tak jadowicie antysemickim „Jud Süß” (1940), co starannie przemilczał poświęcony mu biogram autorstwa polskiego młodego historyka (!).

36

W Szczecinie pamięć historyczna ma szczególne znaczenie, bo związana jest z poszukiwaniem tożsamości miasta. Dzisiaj po dziesięcioleciach wszechobecnej peerelowskiej cenzury i polonizacyjnej propagandy oraz po 25 latach wolnej Polski niepokojąco dominują na licznych portalach internetowych i w wypełniających księgarskie półki albumach poświęconych już nie tylko samemu Stettinowi, ale niemal każdej jego dzielnicy, ulicy czy skwerkowi, sentymentalne barwy sepii i ręcznie pokolorowane idylliczne landszafty, ukazujące to piękne miasto – z niezrozumiałą dla mnie


Szczecin. Topografia historycznej pamięci

autocenzurą, bo bez swastyk, bez terroru, zbrodni i śmierci, krótko mówiąc – bez wykrojonych z historii 12 lat Tysiącletniej Trzeciej Rzeszy. Za szczególną aberrację uważam tzw. historyczne pikniki lub festyny w przygranicznej gminie Kołbaskowo na obrzeżach Szczecina, gdzie – w tym roku już po raz trzeci z rzędu – członkowie kilku tzw. grup rekonstrukcyjnych odgrywali batalistyczne widowisko pod nazwą „Bitwa o Szczecin”. Ta hałaśliwa pukanina w westernowym stylu upamiętniać ma dzień 26 kwietnia 1945 roku, gdy sowieckie wojska II Frontu Białoruskiego zajęły Stettin. To, że polscy szczecinianie najwyraźniej z interpretacją tej daty i wydarzenia (niewątpliwie otwierającej nowy rozdział dziejów miasta) nie bardzo sobie dziś radzą, to pół biedy. Gorzej, że zagospodarowali ją – moim zdaniem pozbawieni poczucia smaku i moralnego ładu – domorośli edukatorzy, którzy wdziewają tego dnia mundury Waffen SS i na obrzeżach Szczecina, 400 metrów od polsko-niemieckiej granicy, ku osłupieniu licznych niemieckich turystów pobliską drogą zdążających do Szczecina i z powrotem odgrywają trzeciorzędną niemiecko-sowiecką potyczkę jako „bitwę” na zlecenie władz polskiej gminy i przy jej hałaśliwej reklamie oraz za pieniądze jej podatników. Zamiłowanie do „broni i barwy” przybiera tu postać oliwkowych sowieckich uniformów i czarnych mundurów SS, ich runicznych błyskawic, totenkopfów oraz fascynacji, której większość z tych pasjonatów militarystów ani nie chce, ani nie zamierza ukrywać. Na stronie jednego z tych stowarzyszeń pod swojską nazwą „SRH Die Freiwilligen” czytamy m.in.: Jak sugeruje nazwa Stowarzyszenia – „Die Freiwilligen” zainteresowania nasze związane są głównie z działaniami formacji ochotniczych walczących w ramach Waffen SS w latach 1944-45. W polskiej literaturze poświęcono bardzo mało miejsca temu dość specyficznemu, aczkolwiek niezwykle ciekawemu i zarazem szerokiemu tematowi. Naszym celem jest ukazanie właśnie tego, mniej znanego oblicza II wojny światowej poprzez edukację historyczną, z perspektywy tych ludzi, którzy rekrutowali się spośród niemalże wszystkich krajów Europy. Chcielibyśmy […] opowiedzieć historię ich wojennych losów, a przy pomocy licznych artykułów pokazać tych ludzi w nieco innym, naszym zdaniem obiektywnym świetle, jednakże pozbawionym jakiegokolwiek podłoża politycznego. [pisownia i interpunkcja oryginalna] Na wolnym rynku idei i edukacji mamy taką oto ofertę: 28 Dywizja SS „Wallonien” zrobiła wszystko, co było od niej wymagane. Jej żołnierze umiejętnie i dzielnie walczyli, pełni idealizmu przeciwko barbarzyńskiemu wrogowi – Związkowi Radzieckiemu, który zniewolił Europę pod pretekstem oswobodzenia jej. W końcowym rozrachunku cztery tysiące walońskich ochotników poległo na Froncie Wschodnim, co stało się ostatecznym dowodem i świadectwem poświęcenia walońskiego Legionu, Brygady i Dywizji1. ............................................................ 1 R. Landwehr, J.-L. Roba, R. Meriam, The Wallonien: The History of the 5th SS-Sturmbrigade and 28th SS Volunteer Panzergrenadier Division, Bennington (Vermont): Merriam Press, 1997 [tłum. własne].

37


Andrzej Kotula

W Szczecinie pamięta się o Dietrichu Bonhoefferze, protestanckim teologu z antynazistowskiego Kościoła Wyznającego, twórcy półlegalnego seminarium na obrzeżach Stettina, więźniu Buchenwaldu, straconym na osobisty rozkaz Hitlera w ostatnich tygodniach wojny. I o księdzu Carlu Lampercie, więźniu Dachau i Buchenwaldu, zamordowanym za działalność antypaństwową, wrogą wobec Rzeszy, za słuchanie wrogich radiostacji oraz innych ofiarach Fall Stettin, akcji gestapo, której celem było oczyszczenie Pomorza z katolicyzmu. Jednak coraz dotkliwiej odnoszę wrażenie, że w polskim Szczecinie sugestywny, sentymentalny obraz miasta w kolorach sepii oraz, co gorsza, jego heroiczno-militarystyczna wersja w stylu płaszcza i szpady 28. SS-Freiwilligen-Panzergrenadier-Division „Wallonien“ (to tylko jeden z wielu przykładów) wypierają z wolnego rynku pamięci mniej atrakcyjny, bo pełen brudu, zbrodni, terroru i śmierci obraz Stettina nazistowskiego i jego ofiar. Tak jak o Heinrichu Georgem woli się pamiętać, że grał w arcydziełach kinematografii, ale tego, że w politycznej pornografii Josepha Goebbelsa – już nie. Odkrywanie pamięci czy… niepamięci? Obecność nieobecnych (Szewach Weiss) * Po 75 latach Niemcy i Polacy po raz pierwszy w Szczecinie upamiętnili Żydów, którzy zostali stamtąd deportowani do Auschwitz. To ważniejsze niż uroczystość pamięci w Dreźnie. Na zniszczonym murze obok jednej z głównych ulic Szczecina wisi mała tabliczka w kolorze mosiądzu. Wskazuje, że niegdyś stała tu synagoga, która podczas nocy pogromów 1938 r. została zniszczona. Dalsze zdanie wyjaśnia, że w 1940 roku wszyscy pomorscy Żydzi zostali deportowani na śmierć. Ufundowali tę tablicę turyści, ponieważ dwie poprzednie tablice zostały zniszczone. Na tym niezauważalnym zakątku miasto chciało zbudować parking. Pytanie, czy jeszcze to planuje, pozostaje otwarte. Ponieważ w piątek, 13 lutego 2015 r., spotkali się tam po raz pierwszy Niemcy, Polacy i Żydzi, by upamiętnić deportację. 75 lat trwało, by ten poraniony region był zdolny do tego, by przypomnieć swoich Żydów.

38

Andrzej Kotula z Polsko-Niemieckiego Forum Kultury Regionu Ujście Odry i Robert Kreibig ze stowarzyszenia Alte Synagoge Stavenhagen mieli pomysł, by ten dzień obchodzić razem. Trudne przedsięwzięcie w mieście, które niegdyś nazywało się Stettin i było niemieckie. Żydzi nie żyją, Niemcy przesiedleni, a Polacy, którzy teraz żyją w tym mieście, pochodzą z tej części Polski, która teraz należy do Ukrainy. A zatem, czyi są ci Żydzi? Kto poczuwa się do tej pamięci? Być może to był powód, dlaczego tak długo trwała droga do tego upamiętnienia. […] Szczecin jest miastem, które na nowo odkrywa swoją historię. […] Niemieccy naziści, kolaboranci i ci zainteresowani zyskiem chcieli przetestować, czy mogą się posunąć dalej.


Szczecin. Topografia historycznej pamięci

Znamy rezultat. Pięć lat później alianci zbombardowali Drezno i do dziś jest wielu drezdeńczyków, do których nie dotarło, co ma jedno wspólnego z drugim. Dlatego 13 lutego w Szczecinie jest tym właściwym Dniem Pamięci. Ponieważ to stąd odjechał pociąg2. * W artykule „Które szczecińskie firmy są jeszcze żydowskie” wydrukowanym dwa dni po „kryształowej nocy” w przedwojennej szczecińskiej gazecie są adresy. Podobnie jak na listach Żydów deportowanych ze Szczecina 75 lat temu – 13 lutego 1940 r. Rozpoznałem tam śródmiejskie adresy. Mieszkania w centrum, w których mieszkają powojenni szczecinianie. Lokale na parterach, w których teraz działają sieciowe sklepy, banki, kawiarnie. Zabrane właścicielom. To nie Polacy zajęli mieszkania po ofiarach Holocaustu. Po 1940 r. zajęli je lepsi – z nazistowskiego punktu widzenia – obywatele wrogiej nam, Polakom i Żydom, III Rzeszy. Zbliżające się uroczystości związane z rocznicą wywózki szczecińskich Żydów, organizowane po raz pierwszy, mogą nam uświadomić, jak niewiele jeszcze wiemy o historii miasta, którego historia nie zaczyna się przecież w maju 1945 r. Należałem do tych, którzy z sympatią traktowali modę na stary, przedwojenny Szczecin z pożółkłych zdjęć i pocztówek. Jak ładnie było wtedy nad Odrą albo w Śródmieściu. I te restauracje w pobliżu wieży Bismarcka. Ale to tylko fasady. Za sentymentalnymi albumami z widokówkami prawie nigdy nie szła wiedza na temat tego, co działo się w Stettinie w latach 1933-1945. Być może niektórzy z nas wiedzą, że było to brunatne zagłębie. W Szczecinie i okolicach poparcie dla NSDAP było rekordowe. Ale większość z nas tej historii w ogóle nie zna. Warto, aby zbliżające się obchody choć trochę ją przybliżyły. Trzeba wiedzieć, co się działo we wnętrzach mijanych każdego dnia kamienic, aby lepiej zrozumieć miasto i jego skomplikowaną historię. Szczególnie, że teraz mieszkamy na polsko-niemieckim pograniczu bez granic3.

39

* […] Trzeba jeszcze raz przypomnieć, że piątkowe spotkanie nie było pierwszym poświęconym deportacji. Już dużo wcześniej pisali o niej historycy ze Szczecina, Greifswaldu, Muzeum na Majdanku. Spotkania organizowali szczecińscy Żydzi, a w 1999 tablice pamiątkowe na murze przy Książnicy Pomorskiej, w pobliżu miejsca gdzie do 1938 r. znajdowała się synagoga, umieścił ostatni Konsul Generalny RFN w Szczecinie Klaus Ranner, a po nim ............................................................ 3 A. Kahane, Pociąg śmierci, Berliner Zeitung, 18.02.2015 [tłum. własne].


Andrzej Kotula

grupa Amerykanów i Wielkopolan pod kierunkiem pani Jane Pejsa. Opisała ona potem to wydarzenie w książce wydanej w USA w 2000 r., a zatytułowanej „Mission to Pomerania, Where Bonhoeffer Met the Holocaust” (Misja na Pomorze, gdzie Bonhoeffer zetknął się z Holocaustem). […] Obie tablice wkrótce skradziono. Pierwsza była mosiężna, druga bitumiczna. Zawstydzony tym faktem ówczesny dyrektor Książnicy Stanisław Krzywicki umieścił w ich miejscu tablicę, która jest do dziś mocno zakotwiona w ceglanym murze. […] Ta rocznica przypominana w Szczecinie, mieście trudnej historii, powinna mieć szeroki wydźwięk, musi być bardzo ważna dla nas, mieszkańców miasta i regionu. W pamięci historycznej nie powinno być białych plam. Nasze miejsce na tej ziemi możemy naprawdę zrozumieć tylko wtedy, jeśli będziemy pamiętać o wszystkich stronach historii. Nie zrozumiemy go, jeśli wyłączymy z pamięci Szczecin nazistowski, brunatny, szowinistyczny, jeśli zapomnimy o Holocauście, Żydach, których stąd wywieziono, o tysiącach robotników przymusowych, których tu przywieziono, o bombardowaniach miasta i wyjątkowo trudnych jego powojennych początkach. Jeśli tego nie będziemy znać, jak uzasadnimy wnukom racje objęcia Szczecina przez Polskę w 1945 r.? Słowiańską mitologią, kresową epopeją? To stanowczo za mało. Szczecin został przyznany Polsce, by tu, w środku Europy, był pokój, by nie powtórzyło się zło, byśmy o pokój dbali, by nie wróciła w jakiejkolwiek postaci wielkomocarstwowa szarlataneria. Został nam przyznany także dlatego, że wcześniej był miastem nazistowskim, że tu było jedno z zarzewi kataklizmu sprowadzonemu przez Niemców na świat, Polskę, ostatecznie na samych siebie. […] Spotkanie nie było przygotowywane bezboleśnie […]. Ale przecież stało się dzięki niemu coś bardzo ważnego […]: tysiące mieszkańców Szczecina dowiedziały się choćby z mediów o wydarzeniach z 13 lutego 1940 r. Są bogatsi o tę wiedzę i przemyślenia. Myślę też, że są silniej związani ze Szczecinem […]4. Stettin, 13 lutego 1940 roku Nad ranem z tutejszego dworca towarowego odchodzi pociąg z dość typowym dla III Rzeszy ładunkiem: 1 107 Żydów, mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci…

40

Nietypowe jest to, że tym razem po raz pierwszy są to Żydzi obywatele niemieccy „Starej Rzeszy” (sprzed pierwszych aneksji). O ich losie zdecydowano niespełna dwa tygodnie wcześniej w trakcie narady wyższych dowódców SS i policji w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy przy Prinz-Albrecht-Strasse w Berlinie, z udziałem jego szefa Reinharda Heydricha. Jakby mimochodem, bowiem głównym tematem i celem spotkania były decyzje dotyczące wysiedlenia Polaków i Żydów do Generalnego Gubernatorstwa z wcielonych do Rzeszy ziem ............................................................ 4 B. Twardochleb, Siła związków ze Szczecinem, Kurier Szczeciński, 17.02. 2015.


Szczecin. Topografia historycznej pamięci

polskich (głównie z Reichsgau Wartheland), gdzie planowano osiedlanie Niemców bałtyckich i wołyńskich. Z protokołu konferencji wynika, że o deportacji Żydów z prowincji pomorskiej zdecydowano, ponieważ ich mieszkania są pilnie potrzebne z powodów wojenno-ekonomicznych (aus kriegswirtschaftlichen Gründen). Spekulacje na temat rzeczywistych powodów tego wysiedlenia, o 1,5 roku wyprzedzającego falę systematycznych deportacji Żydów z tzw. Starej Rzeszy (Altreich) jesienią 1941 roku – trwają do dziś. Niektórzy określają tę deportację jako „próbną” lub „eksperymentalną”. Być może chciano przetestować reakcje niemieckich współobywateli (choć już w 1935 roku ustawy norymberskie wykluczyły Żydów z niemieckiej wspólnoty narodowej) lub opinii międzynarodowej. Pomocy Żydom udzielili nieliczni, głownie mikroskopijne berlińskie środowisko kwakrów, wysyłając paczki i nawiązując korespondencję z wywiezionymi, obszernie zareagowała prasa, zwłaszcza duński dziennik „Politiken” oraz szwajcarska „Neue Zürcher Zeitung”, zdumiewająco dobrze poinformowane i wysyłające w świat drastyczne szczegóły brutalnej akcji deportacyjnej. Zdaniem niektórych badaczy jedną z przyczyn mogła być nadgorliwość gauleitera Pomorza Franza Schwede-Coburga, który był szczególnie zaangażowany we wdrażanie wszelkich „nowinek” polityki rasowego oczyszczania niemieckiej Volksgemeinschaft. Pomorze, jego okręg partyjny (gau), było jednym z najbardziej znazyfikowanych w całej Rzeszy. Wybory prezydenckie w roku 1932 roku wygrał tu nie Paul von Hindenburg, ale Adolf Hitler z najwyższym ze wszystkich 35 okręgów wyborczych wynikiem 52% (przeciętna całej Rzeszy – 36,8%). Wynikiem wyborów parlamentarnych w tym samym roku pomorska prawica z NSDAP na czele dała się wyprzedzić tylko Szlezwikowi. Z kilkuset polskich Żydów Pomorze zostało oczyszczone tak jak cała Rzesza w efekcie tzw. Polenaktion w końcu października 1938 roku. „Noc kryształowa” 9/10 listopada 1938 roku niewiele różniła się od innych pogromów w III Rzeszy: wszędzie płonęły synagogi, były demolowane sklepy i biura żydowskich właścicieli, bito i aresztowano ludzi. Ruiny spalonej tej nocy synagogi w Szczecinie przy ul. Grüne Schanze (dziś ul. Dworcowa) stopniowo rozbierane (głównie przy pomocy ładunków wybuchowych) ostatecznie zniknęły z powierzchni ziemi w 1940 roku. W akcji mordowania chorych psychicznie obywateli niemieckich Schwede-Coburg się wyróżnił: jeszcze jesienią 1939 roku około 2 300 pacjentów pomorskich szpitali psychiatrycznych zostało wyselekcjonowanych, wywiezionych do lasu pod Piaśnicą na Kaszubach i zastrzelonych przez SS. Kolejnych co najmniej 1 200 pacjentów z Pomorza zagazowano (nowy wynalazek – samochody komory gazowe) na przełomie lutego i marca 1940 roku. Partyjny okręg Pommern znów był w czołówce. Deportowani 13 lutego pomorscy Żydzi (w większości ze Szczecina) po trzech dniach podróży w nieogrzewanych wagonach, przy temperaturze ok. minus 30 stopni, dotarli na dworzec w Lublinie (wówczas już Dystrykt Lubelski Generalnego Gubernatorstwa), a stamtąd pędzono ich piechotą do podmiejskich gett: Piaski, Głusk i Bełżyce. Wielu z nich zamarzło jeszcze

41


Andrzej Kotula

w pociągu. Kilkudziesięciu innym już w Lublinie amputowano odmarznięte kończyny. W ciągu następnego miesiąca zmarło 230 z nich. Wiadomości od deportowanych docierały jeszcze do maja 1942 roku. W maju 1940 wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn wywieziono i słuch po nich zaginął. Pozostali – starcy, kobiety i dzieci – zostali skoncentrowani w Bełżycach, które SS opróżniło w nocy 28 października 1942 roku. Rodziny zostały rozdzielone, część zdolna do pracy wywieziona do obozów koncentracyjnych, stare kobiety i dzieci trafiły do komór gazowych, większość (w tym chorych przebywających w szpitalu) zastrzelono na miejscu. Nieliczni pozostali w obozie pracy, który został ostatecznie zlikwidowany w maju 1943 roku, a jego więźniowie w większości zastrzeleni. W sumie wiadomo, że z deportowanych w lutym 1940 roku Żydów pomorskich wojnę przeżyło 19 osób, znamy nazwiska 12 z nich. Przeprowadzony w listopadzie 1943 roku spis ludności wykazał obecność na Pomorzu 177 Żydów (z 3 329 ujętych w poprzednim spisie), w tym 79 w Szczecinie i 27 w Słupsku. W 1933 roku żyło na Pomorzu 6 317 wierzących Żydów, z czego 2 365 w Szczecinie. Kamienie, o które się potykałem Zależało mi, by w uroczystości wzięli udział oficjalni przedstawiciele Niemiec. Czułem i słyszałem, że tego oczekują reprezentanci szczecińskiej administracji, którzy na moją prośbę zaangażowali się w przygotowanie uroczystości. Ale miałem świadomość, że nie będzie to udział bezwarunkowy. Tymczasem „oficjalne Niemcy” czekały na oficjalne zaproszenie „oficjalnej Polski”. Natomiast oficjalna Polska dystansowała się: Andrzej, czy ty oczekujesz od nas, że staniemy ramię w ramię obok Niemców i razem z nimi będziemy przepraszali za Holocaust? To samo pytanie zadali mi dwaj przyjaciele: syn oficera AK czasu wojny, którego połowa rodziny walczyła i ginęła na różnych frontach lub poznała los więźniów niemieckich i sowieckich obozów, oraz syn Polaka, którego żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali w publicznej egzekucji na rynku jednego z okupowanych polskich miast.

42

Swoją rolę widzieli co najwyżej jako świadków i uczestników niemieckiej uroczystości. Sama jej nazwa: „Polsko-Niemiecki Dzień Pamięci” wzbudzał ich sprzeciw i niezgodę. A jaki ma być, jeśli w polskim Szczecinie chcemy po raz pierwszy wspólnie uczcić pamięć wymordowanych przez Niemców niemieckich Żydów? – to moje pytanie zawisało w próżni. – Kto ma być gospodarzem tego wydarzenia? Czas mijał, a ja tkwiłem w biurokratyczno-dyplomatycznym pacie. W końcu puściły mi nerwy i napisałem do mojego niemieckiego przyjaciela i partnera prywatny list:


Szczecin. Topografia historycznej pamięci

Günther, słyszę w Szczecinie zdziwione komentarze: czy niemieccy politycy rzeczywiście potrzebują oficjalnych pism z Polski, by uczcić niemieckich Żydów, którzy przed 75 laty zostali deportowani z niemieckiego Pomorza, wagonami niemieckiej kolei do okupowanej przez Niemców Polski i tam następnie zamordowani w utworzonych przez Niemców gettach i obozach? W sytuacji, gdy w organizację Dnia Pamięci zaangażowały się w Szczecinie obie administracje, regionalna i komunalna, nieobecność niemieckich polityków 13 lutego będzie negatywnie komentowana. Obawiam się, że te pierwsze bardzo pozytywne reakcje na naszą inicjatywę oraz zaangażowanie polskich instytucji w Szczecinie mogą się zmienić. Mój przyjaciel najprawdopodobniej metodą kopiuj-wklej po prostu wysłał moją opinię do tych wszystkich biur, do których wcześniej bezskutecznie się dobijał. I po kilku dniach zaczęły się sypać zgłoszenia: obecność w Szczecinie zapowiedzieli przedstawiciele rządu federalnego, deputowani parlamentu i członkowie rządu Meklemburgii-Pomorza Przedniego, wielu burmistrzów niemieckich sąsiedzkich gmin i miast… W tym czasie kilku dziennikarzy redakcji szczecińskich mediów na moją prośbę obszernie przypominało ten znany nielicznym, ale nieobecny w powszechnej świadomości, rozdział niemieckiej historii miasta. Dlaczego akurat teraz? – zadano mi pytanie podczas jednej z rozmów na antenie Radia Szczecin. – Proszę mi wybaczyć biblijne tony, ale – jak mówi Księga Koheleta – jest czas milczenia i czas mówienia. Ja uznałem, że już nadszedł w Szczecinie czas mówienia. Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? – odpowiedziałem odruchowo. W Archiwum Państwowym w Szczecinie w kilku tekturowych pudłach przechowywane są ocalałe karty personalne 1 780 Żydów z policyjnej kartoteki rejencji szczecińskiej, z charakterystycznymi literami „J” (Jude) pośrodku, skrótowo nazywane kenkartami. W większości niezbadane, choć korzystało z nich (i innych policyjnych dokumentów również dostępnych w archiwum) kilku historyków polskich i niemieckich. Wizerunki 28 z nich dzięki kopiom sporządzonym przez uczynnych archiwistów stały się twarzami szczecińskiej uroczystości, a przygotowana przez pracowników Książnicy Pomorskiej wystawa, na której pokazano zdjęcia deportowanych, towarzyszyła wygłaszanym referatom i prowadzonym rozmowom. Ich fotografie opublikowano w polskich, niemieckich i izraelskich mediach. To tak niezwykłe, surrealistyczne zjawisko, że z okazji tej tragedii w jednej sali spotykają się Polacy, Niemcy i Żydzi. Każdy z nich ma inny życiorys, inna historię, inne uczucia, całkiem inną pamięć i całkiem inny los… – powiedział z ekranu do zebranych prof. Szewach Weiss, który osobiście do Szczecina przyjechać, niestety, nie mógł.

43


Andrzej Kotula

Znamy więc twarze, ponieważ w Archiwum Państwowym w Lublinie zachowała się również pełna „Lista Żydów ewakuowanych ze Szczecina i Rejencji Szczecińskiej do Dystryktu Lubelskiego G.G. i zmarłych między 16.02.1940-31.03.1941", sporządzona wówczas przez Reichsvereinigung der Juden in Deutschland, mamy w rękach historyczny depozyt: 1 780 losów ludzkich. Ich twarze, imiona (z nieodłącznym drugim: Sara lub Israel), nazwiska, daty i miejsce urodzenia, odciski palców, zawód, wyznanie, rasę (jakżeżby inaczej!), urzędowe adnotacje… Wiemy, że niewielu z nich ocalało. Niektórzy zdołali wcześniej uciec (po styczniu 1933 i najpóźniej po „nocy kryształowej” w 1938 roku). Ich krewnych odnajdujemy teraz w Izraelu, Niemczech, Wielkiej Brytanii… Czytamy i tłumaczymy na polski ich nielicznie zachowane listy i wspomnienia z piekła… Co z tym depozytem zrobimy? Kamienie, o które być może będziemy się potykać na ulicach Szczecina Policyjne kenkarty nie zawierają adresów. Ale przecież mamy specyficzny dokument czasu, tekst opublikowany w 1938 roku, kilka dni po „kryształowej nocy” w „Pommersche Zeitung”, organie NSDAP pt. „Które firmy są jeszcze żydowskie?” – swoisty donos ponaglający do szybszej i bardziej zdecydowanej aryzacji majątku pomorskich Żydów. To po prostu lista kilkudziesięciu firm z nazwiskami ich właścicieli, profilem firmy i adresami… Adresami! Już proste porównanie tych nazw ulic i numerów kamienic niemieckiego Stettina z ich dzisiejszymi polskimi nazwami i numerami ujawnia nową, nieznaną nam topografię miasta. Żydowskiego Stettina. Zbadanie wszystkich 1 780 nazwisk i porównanie ich z zachowanymi niemieckimi książkami adresowymi pozwala ustalić adresy zamieszkania skądinąd nam znajome. Przecież przy wielu tych ulicach i w wielu tych domach dziś mieszkamy!

44

Jeśli to tak proste, jeśli te kartoteki pozostawały w naszym zasięgu od dziesięcioleci, to dlaczego nikt dotąd tego nie zrobił? Dlaczego ja tego nie zrobiłem? Przecież pół życia mieszkałem przy ul. św. Wojciecha 2, dawniej Karkutschstr. 2. Krajobraz mojego dzieciństwa to przestrzeń pomiędzy masywnym budynkiem z czerwonej cegły na drugim końcu tej ulicy, siedzibą… Archiwum Państwowego, starym cokołem z popiersiem brodatego i wąsatego męża i podpisem „Kornel Ujejski” na pobliskim skwerku a ulicą Śląską po drugiej stronie parku. Ile trzeba było czasu, bym uświadomił sobie, że pomnik Ujejskiego (podobnie jak Jana III Sobieskiego w Gdańsku i Aleksandra Fredry we Wrocławiu) pochodzi ze Lwowa i dzięki czemu dawna ulica Akademicka, a dzisiejsza Tarasa Szewczenki z moją ulubioną od wielu lat Księgarnią Naukową we Lwowie (z tym miastem mocno się zaprzyjaźniłem) jest tak bardzo „szczecińska”? Dla mnie, urodzonego w Szczecinie i niemającego w rodzinie kresowych korzeni, to nie plac Wyzwolenia w Szczecinie dzięki Kornelowi Ujejskiemu jest „lwowski”, lecz bulwar Szewczenki dzięki Ujejskiemu jest najbardziej „szczecińską” z ulic Lwowa! Na liście-donosie nazistowskiej „Pommersche Zeitung” figuruje firma: Ludwig Simonsohn, Bürobedarf, Karkutschstr. 2. To przecież mój dom! Mój adres! A dom po drugiej stronie parku, który mijałem codziennie przez 8 lat w drodze do mojej szkoły podstawowej (notabene imienia Janusza Korczaka) przy ulicy Śląskiej 51 (dawniej König-Albert-Straße 51), to przecież dom rodzinny Julo Levina,


Szczecin. Topografia historycznej pamięci

malarza ekspresjonisty zamordowanego w 1943 roku w Auschwitz. Ze wspomnień jego siostry dowiaduję się, że kilkadziesiąt lat wcześniej, będąc w tym samym wieku co ja, bawił się w tym samym parku! Przyjaciele i znajomi, których od kilku miesięcy zachęcam do podobnych badań topograficznych, dokonują podobnych odkryć! I reagują równie emocjonalnie! Nad imienną listą kenkart szczecińskiego archiwum od kilku tygodni ślęczą niemieccy studenci (ale również z Meksyku, Turcji i Francji), wolontariusze zaangażowani w pracę stowarzyszenia Alte Synagoge Stavenhagen, moich partnerów, współorganizatorów i uczestników szczecińskiego Dnia Pamięci 13 lutego. Porównują ich nazwiska z książkami adresowymi Stettina z końca lat 30. Uzupełniają każde z nich informacjami z innych źródeł. Spośród 1 780 twarzy i nazwisk około 60 ma już swoje szczecińskie adresy, niektórzy krótkie biogramy. Wiele z nich pokrywa się z „lubelską” listą deportowanych i zamordowanych. Po wakacjach, we wrześniu, dołączą do nich uczniowie szczecińskich ogólniaków, m.in. ci, który uczestniczyli w uroczystości i spotkaniu 13 lutego w Książnicy Pomorskiej, a także w spotkaniach i uroczystości w Peenemünde. W przyszłym roku dołączyć mają uczniowie jednego z gimnazjów w Greifswaldzie. Tamtejsze Muzeum Pomorskie (Pommersches Landesmuseum Greifswald), którego przedstawiciele również byli 13 lutego w Szczecinie, zainspirowani tym wydarzeniem przygotowują polsko-niemiecki projekt uczniowski. Powstaje Topografia Pamięci Żydowskiego Stettina, jak ją na razie roboczo nazywam. Ustalone adresy, naniesione na dzisiejszy polski plan miasta, sprawią, że ta Topografia Pamięci – mam nadzieję – stanie się również topografią polską. Ten proces kojarzy się trochę z układaniem puzzli, choć towarzyszą mu nieporównanie silniejsze emocje. W lutym 2015 roku niektórzy szczecinianie, choć od wielu lat są miłośnikami historii miasta, dopiero z audycji Radia Szczecin poświęconej nazistowskiemu Stettinowi dowiedzieli się, że na terenie dawnej stoczni Vulkan (po wojnie Stoczni im. Adolfa Warskiego, potem Stoczni Szczecińskiej S.A.) przez kilka miesięcy na przełomie 1933/1934 roku funkcjonował improwizowany, a więc „dziki” obóz koncentracyjny, w którym zwyrodnialcy ze szczecińskiej SA znęcali się nad rzeczywistymi lub domniemanymi wrogami III Rzeszy. Latem 2015 roku na kamienicy przy ul. Śląskiej 51, w ramach projektu „Kamienice Szczecina”, pojawi się tablica poświęcona Julo Levinowi, najbardziej znanemu w świecie mieszkańcowi tego domu. Na uliczną uroczystość zaproszenie przyjęli nie bez wzruszenia krewni artysty.

45


Andrzej Kotula

Ten sam termin, nie przypadkiem, to także wizyta w Szczecinie Guntera Demniga, artysty rzeźbiarza z Kolonii i autora Stolpersteine – tzw. kamieni potykaczy lub kamieni pamięci – specyficznej, ale przejmującej formy upamiętnienia ofiar III Rzeszy. Tych kamieni w Niemczech i kilku innych państwach jest już przeszło 50 tysięcy. Większości szczecinian są znane głównie z wycieczek do pobliskiego Berlina. Ale czy widzą sens ich obecności również w ich mieście? A jeśli tak, kto miałby być ich fundatorem: Polacy, Niemcy czy może jedni i drudzy? Ta dyskusja dopiero się rozpoczyna, choć już podczas uroczystości upamiętnienia ofiar deportacji 13 lutego 2015 roku od niektórych z jej uczestników, i ze Szczecina, i z Niemiec, usłyszałem, że chcą być fundatorami pierwszych w moim mieście „kostek pamięci”. Taki symboliczny „brukowiec” jest niewielki, ale by się pojawił, ktoś musi podjąć taką decyzję, a Rada Miasta wyrazić swoją zgodę. Jeśli wszystko się uda, wkrótce zaśpiewa w Szczecinie Mimi Sheffer, izraelska sopranistka i kantorka gminy żydowskiej w Berlinie, która 13 lutego na ulicy Dworcowej, pośród przejeżdżających tramwajów i samochodów tak przejmująco wykonała jeden z psalmów i odmówiła kadisz, że te kilka minut stało się najbardziej wzruszającym doznaniem większości wtedy tam obecnych. Mam nadzieję, że usłyszymy „Odę do Davida Eisenstadta”, przygotowaną z The Warsaw Singers, poświęconą pamięci tego warszawskiego dyrygenta i kompozytora muzyki synagogalnej związanego z Wielką Synagogą na Tłomackiem w Warszawie, w czasie Holocaustu twórcy orkiestry symfonicznej w warszawskim getcie, z którą śpiewała m.in. jego córka. Podczas likwidacji getta Eisenstadta i jego żonę wywieziono do obozu śmierci w Treblince. Miriam, jego córka, która usiłowała wsiąść do wagonu razem z rodzicami, została zastrzelona na ich oczach. Topografia historycznej pamięci mojego rodzinnego miasta zmienia się. Czy tylko we mnie? Andrzej Kotula

46


Jan Salm

Geografia tożsamości – refleksje wrażliwego frustrata

JAN SALM dr hab. inż. arch., prof. nadzw. w Zakładzie Historii Architektury, Budowy Miast i Konserwacji Zabytków w Instytucie Architektury i Urbanistyki Politechniki Łódzkiej. Zajmuje się historią architektury oraz problematyką badań i ochrony zabytkowych ośrodków miejskich. Autor i współautor około 60 publikacji naukowych i popularnonaukowych.

Kilka lat temu wysmażyłem dość pesymistyczny tekst o łódzkiej zranionej tożsamości, odbudowywanej różnymi metodami. Dalej twierdzę, że tożsamości nie można ot tak odbudować, lecz trzeba czekać, aż sama się odbuduje. Dlatego nie zawsze są one, te pomysły i metody, przekonujące i szczere. Było tam też trochę o kreowaniu współczesnego wizerunku Łodzi i próbach jego modyfikacji. I zapewne dziś napisałbym podobnie, wplatając nowe wątki, ale utrzymując markotny i krytyczny ton wypowiedzi. Prawdopodobnie znalazłyby się tam uwagi o łódzkim chaosie i próbach budowania nowego wizerunku Łodzi. Jednak nie byłoby tam pewnie opisu działań komunikacyjnego lobby, które postanowiło modernizować wszystkie niemal ulice mego miasta, zapominając o jego przestrzennej spoistości i logice porządkowania więdnącego miasta (Stadtschrumpfung zwą to Niemcy). Pisałbym natomiast o dostrzegalnym, ale na razie za mało skutecznym, zaangażowaniu się różnych grup łodzian – oddolnych ruchów społecznych – w sprawy dotyczące ich miasta, także dziedzictwa i przestrzeni, działaniach niekoniecznie związanych z historią, ale mówiących przecież o odradzaniu się lokalnej tożsamości. A może po prostu chodzi tu o zwyczajne poczucie odpowiedzialności za otoczenie, miejsce, w którym się żyje? Może dodałbym też coś o mani-

47


Jan Salm

pulowaniu historią i często nieprawdziwym, bo wybiórczym, wyciąganiu z przeszłości wygodnych obrazków i pomijaniu zjawisk, tradycji, wydarzeń niepasujących do kreowanego obrazu. Bo i w Łodzi, i wszędzie tak się zdarza. Napisałbym wreszcie, że tożsamość to zjawisko ulotne i trudne do zdefiniowania w sposób uniwersalny i obiektywny. Przeżywane czy też pojmowane na tysiące sposobów, a czasem, nie mam co do tego wątpliwości, przez wielu niedostrzegane. Bo nie jesteśmy zbyt wrażliwi w takich kwestiach jak tożsamość, ale też krajobraz, otoczenie, ład przestrzenny, porządek, uroda. Uważam, że Łódź to paradoksalnie jedno z najbardziej wykorzenionych miast w Polsce i to mimo przetrwania (niezniszczonej wojną, lecz podupadłej i bezwzględnie wyeksploatowanej w drugiej połowie XX wieku) „miejskiej substancji”. Dla mnie w takim przypadku miernikiem jest po prostu trwałość nazw miejsc, kojarzenie nazwisk z nimi związanych. A tu pojawiają się kłopoty. Popatrzmy tylko: słynna ulica Piotrkowska utraciła, prócz Grand Hotelu, wszystkie przedwojenne adresy i szyldy, a dla wielu, pewnie większości łodzian nie ma, a za chwilę nie będzie już innego podstawowego z punktu tradycji symbolu: fabryki Poznańskiego, bo zastąpił ją efektowny hotel Andel’s i doskonale prosperująca „Manufaktura” – centrum wszelakiej rozrywki o nazwie kompletnie niepasującej do niegdyś wzorcowo zmechanizowanego, wielkiego przedsiębiorstwa. Może pierwotnie planowana nazwa – „Nowy Świat” – byłaby mimo swej „warszawskości” jednak lepsza? Bo to przecie zupełnie nowy świat, choć usytuowany w podrasowanych industrialnych dekoracjach, sztucznych kulisach. Ale pewnie to zjawiska nieuchronne, powstałe niemal automatycznie na ruinach przypadłego świata, wypranej z pamięci urbanistycznej ruiny. Dziwne miasto Łódź pozbawione zostało bowiem w połowie XX wieku naturalnej kontynuacji – niemal wszystkich funkcjonujących wcześniej, choć podzielonych etnicznie, politycznie czy religijnie społeczności, w tym także elit. One budowały Łódź przez 140 lat i potrafiły się z nią zapewne identyfikować w naturalny sposób. Przez termin naturalny rozumiem coś nienarzucanego i kreowanego odgórnie, lecz wynikłego z tradycji, nieprzerwanego jakimś straszliwym kataklizmem przekazywania wspomnień, nazw, zwyczajów, anegdot, słowem – pamięci o miejscach i ludziach. No i jest tu jeszcze jeden czynnik – moim zdaniem bardzo ważny – zasiedziałość, zapewniająca rzecz równie istotną: ciągłość. A później przestały istnieć napędzające koniunkturę fabryki.

48

Mam, co tu kryć, swój problem z Łodzią. Mój emocjonalny związek z rodzinnym miastem to typowa Hassliebe – w gruncie rzeczy nieco irracjonalna, stymulowana głównie rodzinnymi historiami postmieszczańska duma, ale równocześnie świadomość ułomności i mankamentów obarczających wizerunek tego specyficznego tworu (może jednak potwora?), na wyrost nazywanego „polskim Manchesterem”. Architektura i miejski, często niepiękny pejzaż mają też w tym swą rolę. Z jednej strony więc mam trochę megalomańskie poczucie przynależności do niemal wymarłego i wytępionego klanu „lodzermeszów”. Oni leżą głównie przy ul. Ogrodowej i Brackiej. No i są prochy w Auschwitz. Jest również gorzka świadomość wykorzenienia, odcięcia od tamtego świata. Świata, który skończył się w 1945 roku i którego nikt mi już wiarygodnie nie objaśni.


Geografia tożsamości – refleksje wrażliwego frustrata

Bardziej ostrożnie, już bez osobistych emocji spoglądam w „borussiańskie” strony. Porównanie wybranych konserwatorskich dylematów tego regionu z Łodzią mam już za sobą1. Jeśli myślę o tożsamości Polski północno-wschodniej, to jednak zawsze są to Prusy Wschodnie z ich trudnym, pokiereszowanym dziedzictwem i Polską w tle. Obcy, ale przecież pociągający, świat. Znany mi przez pryzmat archiwalnych zdjęć ukazujących oblicza miejscowości położonych 350 km od Łodzi i funkcjonujących w odmiennym krajobrazie kulturowym. Na tle dynamicznej Łodzi, jej przemysłu – kominów, cuchnących ścieków i dymów, fabryk Poznańskich, Scheiblerów czy Barcińskich, setek budowanych kamienic – tamte Prusy Wschodnie żyły 150 czy 100 lat temu odrębnym łagodnym rytmem prowincji. Bo tam było inaczej – miasteczka odbijające swe oblicze w tafli jezior, gotyckie fary, rozbierane zamki, czworokątne rynki. Mniejszości – niby te same, ale inaczej i w innych relacjach funkcjonujące. Jeśli smród, to głównie obornika, uzupełniony najwyżej zapachem browarniczym, gorzelnianym lub garbarskim. Sielskość i prowincjonalizm, ale potem też konsekwentna modernizacja wywołana zniszczeniami Wielkiej Wojny2. Nakłada się na to obraz współczesny tego regionu. Myślę wtedy o brukowanych eratykami drogach (nazwa kocie łby akurat jest uniwersalna, bo w Łodzi też je mamy) i alejach prowadzących donikąd, zarosłych pokrzywami miejscach nieistniejących siedlisk. Zawsze przed oczyma stają mi wtedy zakodowane w podświadomości obrazy i symbole: strupieszałe Słobity, Pasłęk ze swym nieposkładanym w całość Starym Miastem, wieże Reszla, a jednocześnie to przecież także chałupa nad Kucem, gdzie przyszło mi spędzić kilka najwspanialszych wakacji. Z drugiej strony jest tam miejsce na postrzegane na różne sposoby dokonania współczesne albo w każdym razie powojenne – jak olsztyńskie Stare Miasto, ale i inne stare miasta – blokowiska, dyskusyjny Elbląg czy dziwaczne hotelowe realizacje lat ostatnich. One pokazują wyraziście, jak dynamiczny i wielopłaszczyznowy jest to proces i jak wpływa na oblicze regionu3. A prócz tego jest krajobraz, którego odmienność odbieram zawsze mocno, za każdym razem, gdy mijam Mławę i zostawiam za plecami mazowiecko-łęczyckie nudne równiny. Jednakowoż to wszystko to tożsamość krainy bardziej moja, prywatna, a oczywiście nie całych skaleczonych historią Prusowarmiomazur i ich aktualnych mieszkańców – głównie przybyszów – potomków pokiereszowanych tą samą zresztą historią. Tożsamość krainy, w której mimo wszelkich umizgów i starań będę zawsze tylko gościem i podróżnikiem, który nigdy nie zagrzał tu miejsca na dłużej. I nie ma tu znaczenia, czy to peregrynacje realizowane współcześnie, czy z użyciem machiny czasu – jak wtedy, gdy ruszyłem z frankońskiego Ellingen w poszukiwaniu spuścizny Kurta Fricka i innych zapoznanych architektów wschodniopruskich4.

............................................................ 1 Zob.: J. Salm, Między Łodzią a Prusami Wschodnimi, czyli zapiski malkontenta, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2000, nr 22, s. 103. 2 Zob.: tenże, Zapomniana odbudowa, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2005, nr 36, s. 101. 3 Zob.: tenże, Trzecia fala, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 1998/1999, nr 17, s. 223. 4 Zob.: tenże, Kurt Frick i inni, czyli zapomniana architektura Prus Wschodnich, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2001, nr 24/25, s. 89.

49


Jan Salm

Elementem tożsamości Polski północno-wschodniej albo Warmii i Mazur jest więc oczywiście istniejąca tu historyczna (czyli nie tylko wschodniopruska, ale i peerelowska), a nawet powstająca współcześnie architektura różnej maści i jakości. Nie ma wątpliwości, że tak jest. Pytanie tylko, jak ją potrafimy odczytywać i interpretować. I jakie chcemy przypisać jej znaczenie. Czy powinniśmy ją postrzegać tylko przez pryzmat wyniosłych brył kościołów i zamkowych ruin, monumentalnych i ważnych budowli, czy też przez realizacje zdecydowanie mniej wybitne – budowle zwykłe, ale tworzące codzienny, zwyczajny krajobraz. Są wśród nich na przykład prozaiczne przedmiejskie osiedla i skromne kolonie jednakowych domków, stawiane zwłaszcza w późnych latach 20. XX wieku i kolejnej dekadzie. Może nie zawsze już jednakowych, bo ostatnimi czasy na bardzo różne sposoby modernizowanych: ocieplanych, malowanych i przerabianych przez ich mieszkańców. Bo i architektura, i tożsamość ewoluują, przepoczwarzają się nieustannie. A tożsamość to nie termin o wyłącznie pozytywnym wydźwięku, ponieważ tworzy ją także zmarnowany krajobraz oraz dobra, zła albo spsiała architektura. Wszędzie tak jest. Iwona Liżewska wspomniała w intencjonalnym czy intencyjnym liście do potencjalnych autorów tego zeszytu „Borussii” o problemie przestrzeni chcianych i niechcianych, pustkach architektonicznych. Nie za bardzo potrafię taki podział przeprowadzić i dokonać odpowiedniej kwalifikacji terytoriów nadających się do miana akceptowanych. Może bardziej ciągnie mnie do tych niechcianych? Może uwodzą mnie pustki? Ale może to one są czasem ważniejsze, bardziej wyraziste niż miejsca „kompletne”. Mnie luki i pustki wabią z jednego choćby powodu – kryją zwykle tajemnicę oznaczającą, że tylko pozornie są puste i nieczytelne. Kiedyś (tak możemy przypuszczać) wyglądały inaczej – jak choćby zamieniony w ruinę dwór w Rantach czy zanikły rynek miasteczka Szyrwinty (Кутузово) w Kaliningradzkaj obłasti – dziś puste, przygraniczne pole nad Szeszupą. Można przywrócić pamięć o nich, ale ich samych nigdy się nie reaktywuje. A może miejsca zapomniane i przeinaczone to też integralny składnik – budulec tożsamości? I trzeba zaakcentować tę konstatację bez względu na geograficzną przynależność. Tam, w obwodzie kaliningradzkim to norma i reguła, ale i ona być może ulegnie kiedyś metamorfozie5. Coś się niechybnie zasklepi, ale nie będą to już oczywiście Prusy Wschodnie.

50

Czy z charakteryzowanych tu pobieżnie i subiektywnie łódzkich i warmińsko-mazurskich doświadczeń coś wynika? Czy realne jest pogodzenie różnych jakościowo, często przeciwstawnych dokonań i stworzenie z nich czegoś spójnego? Może trzeba po prostu czekać, aż ukształtuje się nowa tożsamość, nieuchronnie daleka od teorii, naiwnych mrzonek o potrzebie spójnej kontynuacji. Nic na to nie poradzimy, spróbujmy więc taki stan rzeczy zaakceptować, pogodzić się z nim. Nie udawajmy. To i tak będzie dużo. Jan Salm ............................................................ 5 Zob.: tenże, Po obwodzie, czyli krótka wyprawa do Darkiejm, Gąbina i Wystruci, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2006, nr 40, s. 105.


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

Historyczna i nowa agora Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej i Europejskie Centrum Solidarności

Basil Kerski ur. 1969 w Gdańsku, menedżer kultury, redaktor, politolog i eseista, dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności, redaktor naczelny Magazynu Polsko-Niemieckiego DIALOG. Jest autorem i redaktorem wielu książek na tematy historyczne, polityczne i literackie. Członek polskiego PEN Clubu. Andrzej Trzeciak ur. 1973 w Gdańsku, historyk i historyk sztuki. Pracował w Muzeum Narodowym w Gdańsku. Pełnił funkcję kierownika Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim i Pomorskiego Ośrodka Kontaktów z Polonią. Realizował projekty edukacyjne, kulturalne i naukowe oraz zajmował się rewitalizacją zespołu pałacowo-parkowego w Waplewie. Obecnie w Europejskim Centrum Solidarności. Współpracował przy realizacji wystawy stałej Centrum. Zajmuje się dziedzictwem kulturowym, historią Stoczni Gdańskiej oraz zagadnieniami związanymi z przestrzenią poprzemysłową.

To pewien paradoks: Stocznia Gdańska jest miejscem o dużym symbolicznym znaczeniu dla Polaków i Europejczyków, ale mało kto, oprócz byłych i obecnych stoczniowców, zna dobrze jej tereny. Stocznia Gdańska jest europejskim miejscem pamięci, którego zabytkową tkankę architektoniczną Polacy i Europejczycy dopiero zaczynają poznawać. Percepcję tego terenu zasadniczo zmieniło otwarcie 30 sierpnia 2014 roku Europejskiego Centrum Solidarności (ECS), instytucji łączącej funkcje nowoczesnego muzeum historii rewolucji Solidarności z zadaniami instytucji kultury, skupiającej się na wyzwaniach świata współczesnego. ECS mieści się przy pomniku Poległych Stoczniowców i historycznej Bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina. To tam strajkujący zawiesili tablice ze swoimi postulatami, stamtąd 31 sierpnia 1980 roku Lech Wałęsa ogłosił narodziny Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych. Podczas dwudniowego otwarcia ponad 17 tys. osób z Polski i zagranicy odwiedziło Europejskie Centrum Solidarności, pierwszy wybudowany po 1989 roku na terenie byłej stoczni budynek publiczny. Sercem Centrum jest duża wystawa stała poświęcona narodzinom Solidarności, historii polskiej opozycji demokratycznej, upadkowi komunizmu w Polsce i prze-

51


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

mianom systemowym w całej Europie Środkowej i Wschodniej w latach 1989-1991. Wystawa ta jest jedną z nielicznych narracyjnych ekspozycji stałych w Polsce, które nie mieszczą się w podziemiach. Z sal wystawy stałej ECS widać kluczowe dla historii Solidarności obiekty, Bramę nr 2 oraz pomnik Poległych Stoczniowców. Nowoczesny, ekspresyjny budynek, przypominający statek, którego głównym projektantem jest gdański architekt Wojciech Targowski, nawiązuje także estetycznie do przemysłowego dziedzictwa stoczni. Panorama stoczni i miasta Na szóstym piętrze siedziby ECS mieści się taras widokowy – można by rzec, że jest to druga wystawa stała Centrum. Z tarasu rozpościera się widok na cały obszar stoczniowy oraz historyczne śródmieście Gdańska. Ta perspektywa umożliwia odczytanie etapów rozwoju centrum miasta, pozytywnych przemian oraz efektów zanikania historycznej i symbolicznej tkanki miejskiej, szczególnie dawnej przestrzeni industrialnej, i skłania do refleksji nad wartością znaczeń i kodów kulturowych silnie wpisanych w to miejsce oraz ich oddziaływania na tożsamość miasta i ludzi. Pozwala jednocześnie na uchwycenie szczególnych relacji historycznych i przestrzennych tego terenu z innymi częściami Gdańska, ich szans, zagrożeń i wyzwań.

52

Fot. 1. Położenie najstarszej części Stoczni Gdańskiej. Po lewej zachowany kompleks dawnej Stoczni Cesarskiej (potem Danziger Werft). Nieco dalej plac powstały po rozebraniu obiektów stoczniowego wydziału kadłubowego K-2. U dołu po prawej zabudowania dawnej Stoczni Schichaua. Powyżej budynek Europejskiego Centrum Solidarności w budowie. W głębi gdańskie Stare i Główne Miasto z sylwetą kościoła Mariackiego. Fot. Paweł Stolarczuk (zbiory ECS).


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

Fot. 2. Budynek Europejskiego Centrum Solidarności powstał w bezpośrednim sąsiedztwie placu Solidarności i pomnika Poległych Stoczniowców 1970 oraz historycznej Bramy nr 2 i Sali BHP. Fot. Grzegorz Mehring/ECS.

Obszar Stoczni Gdańskiej leży na północ od gdańskiego Starego Miasta, blisko historycznego centrum miasta. Styk dwóch odrębnych przestrzeni miejskich bardzo czytelnie zaznacza się do dziś w krajobrazie. Z południowej strony tarasu widokowego ECS widać plac Solidarności z pomnikiem Poległych Stoczniowców, Dworzec Główny, siedzibę NSZZ „Solidarność" oraz panoramę odbudowanego po II wojnie światowej starego Gdańska. Jej dominujący element stanowi sylwetka bazyliki Mariackiej, kościołów św. Jakuba i św. Jana oraz wieża ratusza Głównego Miasta. Ze wschodniej strony dostrzec można dźwigi pracujące przy placu budowy powstającego Muzeum Drugiej Wojny Światowej, którego otwarcie planowane jest na drugą połowę 2016 roku. To kolejna obok ECS placówka tworząca narrację dotyczącą losów Gdańska oraz Polaków i Europejczyków w XX wieku. Z tej strony tarasu oraz z północnej otwiera się perspektywa ukazująca przestrzeń industrialną Gdańska, historyczną i współczesną. Główne tereny stoczni rozciągały i nadal rozciągają się wzdłuż lewego brzegu Martwej Wisły na ponad 70 hektarach. Po wschodniej stronie ECS widać obszerne puste tereny postoczniowe, będące własnością prywatnych inwestorów zagranicznych. Przewidywano tam budowę gigantycznej galerii handlowej o kubaturze większej niż bryła Europejskiego Centrum Solidarności. Planowana galeria zdominowałaby przestrzeń stoczni, zasłaniając zachowaną modernistyczną bryłę hali U-Bootów oraz architektoniczny zespół Stoczni Cesarskiej. Nadmiar powierzchni handlowych w Trójmieście spowodował, iż projekt budowy galerii został zawieszony.

53


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

Fot. 3. Widok z tarasu ECS na obiekty historyczne i przemysłowe. U dołu po prawej budynek z Salą BHP. Powyżej gmach dyrekcji stoczni oraz zabudowania dawnej Stoczni Cesarskiej. W głębi po lewej stanowiąca własność Stoczni Gdańsk S.A. ogromna hala na wyspie Ostrów (dawny COOPK – Centralny Ośrodek Obróbki i Prefabrykacji Kadłubów). Za nią dźwigi należące do Remontowa Holding S.A. W centrum, na najdalszym planie dźwigi terminala kontenerowego DCT Gdańsk. Fot. Andrzej Trzeciak/ECS.

54

Ze wschodniej strony tarasu ECS widać także budynki starej Stoczni Cesarskiej, w tym budynek dyrekcji oraz stary magazyn torped – „Torpedo-Lagerhaus” – czyli budynek z historyczną Salą BHP Stoczni Gdańskiej im. Lenina, w której 31 sierpnia 1980 roku podpisano porozumienie gdańskie. Gmach jest dziś własnością NSZZ „Solidarność", prezentowane są w nim wystawy czasowe. Obiekt pełni funkcję centrum konferencyjnego, jest jedynym budynkiem historycznym na terenie byłej stoczni, dokumentującym historię polityczną tego miejsca. Była dyrekcja oraz historyczne budynki Stoczni Cesarskiej należą dziś do zagranicznych właścicieli, m.in. operatorów duńskich funduszy inwestycyjnych, którzy planowali budowę Młodego Miasta, nowoczesnej przestrzeni mieszkalnej, biurowej i handlowej. W ostatnich latach właściciele terenu skupili swoje działania inwestycyjne na realizacji nowej infrastruktury drogowej na obszarze poprzemysłowym, zaniedbując działania zabezpieczające historyczne, stoczniowe obiekty. Wiosną 2014 roku otwarto nową, centralną arterię (ul. Nowa Wałowa), która polepszyła dojazd dla samochodów na historyczny teren stoczni. Inwestycja ta budziła wiele kontrowersji, ponieważ przecięła teren stoczni i ważne miejsce pamięci historii Solidarności, biegnąc pomiędzy Salą BHP a starą dyrekcją stoczni. Kontrowersyjna budowa ul. Nowej Wałowej pierwszy raz, od ogłoszenia upadłości stoczni w 1996 roku, zwróciła uwagę szerszej gdańskiej opinii publicznej na zagadnienie związane z terenem historycznego zakładu. Pozytywnym efektem tej debaty było to, że zarówno


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

otwarcie nowej ulicy jak i inauguracja działalności ECS w jego nowej siedzibie latem 2014 roku przyciągnęły na teren historycznej Stoczni Gdańskiej tysiące mieszkańców Pomorza, nieznających tych terenów i których rodziny nie były związane ze stocznią. Spacerując, jeżdżąc rowerami i samochodami, zaczęli poznawać miejsce pamięci, ta symboliczna, ale mniej znana część Gdańska połączyła się z centralną przestrzenią miejską. Losy przemysłu stoczniowego Z północnej strony tarasu widokowego ECS dostrzec można dźwigi stoczni. Dla wielu zwiedzających zaskoczeniem będzie, iż dźwigi te nadal pracują. Większość Polaków żyje w przekonaniu, że przemysł stoczniowy na Pomorzu całkowicie upadł, czego dowodem jest stan należącej do deweloperów przestrzeni wokół ECS i Sali BHP. Faktem jest jednak, iż przemysł stoczniowy funkcjonuje dziś na mniejszym terenie, nie jest zdominowany przez wielkie zakłady gospodarki socjalistycznej zatrudniające kilkanaście tysięcy pracowników jak przed laty Stocznia Gdańska im. Lenina. Obecnie polski przemysł okrętowy to dziesiątki mniejszych, wąsko wyspecjalizowanych firm, a także większych spółek czy grup kapitałowych takich jak należąca do ukraińskiego przemysłowca Siergieja Taruty Gdańsk Shipyard Group ze Stocznią Gdańsk S.A. czy Remontowa Holding S.A., w ramach którego działa Remontowa Shiprepair Yard – dawna Gdańska Stocznia Remontowa, czy Remontowa Shipbuilding – dawna Stocznia Północna. Dziś w przemyśle stoczniowym na Pomorzu pracuje około 30 tys. osób. Jest to nadal największa branża przemysłowa w Trójmieście. Większe zakłady pracy oddaliły się w ostatnich latach od centrum Gdańska, są dla mieszkańców i turystów mniej widoczne. Stocznia Gdańsk S.A. skupiła swoją produkcję na wyspie Ostrów (dawniej Holm), którą widać z północnej strony tarasu widokowego Europejskiego Centrum Solidarności. Najstarsze tereny Stoczni Gdańskiej graniczące ze Starym Miastem, zostały po ogłoszeniu upadłości zakładu w 1996 roku sprywatyzowane. Jednocześnie powstał plan stworzenia na tym terenie nowej dzielnicy miejskiej, tzw. Młodego Miasta, nawiązującego nazwą do średniowiecznej historii tego obszaru. W XIV wieku zakon krzyżacki utworzył m.in. na terenach późniejszej stoczni miejski kompleks osadniczy nazywany Młodym Miastem. Miało ono stanowić gospodarczą przeciwwagę dla gdańskiego Głównego i Starego Miasta, funkcjonujących w tym czasie jako odrębne organizmy miejskie. Podczas wojny trzynastoletniej mieszkańcy Głównego i Starego Miasta, popierani przez polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka, doprowadzili do zniszczenia Młodego Miasta. Jego obszar wykorzystywany był następnie jako teren składów drzewnych, a w XVII stuleciu powstały tu elementy gdańskiego systemu fortyfikacji. Znaczna część umocnień i wałów przetrwała do końca XIX wieku. Od połowy tego stulecia obszar ten wykorzystywany był także na potrzeby powstającego w królestwie pruskim przemysłu stoczniowego.

55


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

56

Fot. 4. Stocznia Gdańska powstała z połączenia dawnej Stoczni Cesarskiej i Stoczni Schichaua. Była największym tego typu zakładem w Polsce i jednym z największych w Europie. Na zdjęciu z lewej strony widok z wyspy Ostrów na nabrzeże wyposażeniowe, w głębi wydział kadłubowy K-3 (dawna Stocznia Schichaua). Fot. Zenon Mirota/ ECS.


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

W 1844 roku powstała tu baza postojowa i warsztaty dla okrętów szkolnych pruskiej marynarki. Po kilku latach na ich bazie stworzono tzw. Stocznię Królewską, produkującą głównie okręty wojenne. Wzrost potęgi Prus wiązał się także z rozwojem tego przedsiębiorstwa. W 1871 roku, po wojnie prusko-francuskiej stocznia otrzymała nazwę Cesarskiej i stała się jednym z najważniejszych państwowych zakładów stoczniowych nowych Niemiec. Przed i w trakcie I wojny światowej przedsiębiorstwo produkowało m.in. okręty podwodne. W dwudziestoleciu międzywojennym, po upadku Cesarstwa Niemieckiego stocznia przestawiona została na produkcję cywilną i stała się współwłasnością Wolnego Miasta Gdańska i Polski. Do zarządzania nią utworzono spółkę międzynarodową. Po 20 procent udziałów w przedsiębiorstwie przypadło państwu polskiemu i Wolnemu Miastu Gdańsk. Anglia i Francja zachowały 30-procentowe pakiety udziałów. Wówczas do użytku weszła polska nazwa zakładu – Stocznia Gdańska, stosowana obok niemieckiej – Danziger Werft. Rządową własnością Niemiec zakład stał się ponownie w czasie II wojny światowej. Powrócił wówczas do produkcji U-Bootów. Przez cały okres istnienia stocznia była jednym z największych zakładów przemysłowych w Gdańsku. Miała istotne znaczenia dla historii politycznej i społecznej miasta. Od końca lat 80. XIX wieku obok Stoczni Cesarskiej rozwijać się zaczęło drugie przedsiębiorstwo produkcji okrętowej – prywatna stocznia należąca do elbląskiego przedsiębiorcy Ferdinanda Schichaua. Budowała głównie jednostki specjalne, handlowe czy pasażerskie, w tym m.in. transatlantyki. W czasie wojen Stocznia Schichaua realizowała także niemieckie zamówienia rządowe na okręty wojenne, szczególnie łodzie podwodne. Po zakończeniu II wojny światowej oba przedsiębiorstwa przejęte zostały przez wojsko rosyjskie, a następnie administrację polską. W 1947 roku z połączenia obu zakładów powstała Stoczni Gdańska, nosząca od 1967 roku imię Lenina. W okresie PRL stała się największym przedsiębiorstwem produkcji okrętowej w Polsce i największym zakładem pracy na Wybrzeżu. Strajki i protesty, jakie rozegrały się w Stoczni Gdańskiej w grudniu 1970 i sierpniu 1980 roku, doprowadziły do powstania NSZZ „Solidarność” i były istotnym elementem procesu demokratycznych przemian w Polsce oraz Europie Środkowej i Wschodniej. One także nadały temu miejscu wyjątkowe znaczenie: jako miejsca pamięci. W grudniu 1970 roku władze komunistyczne każąc strzelać do pracowników stoczni, ponownie ujawniły zbrodniczy charakter systemu, stocznia stała się wówczas symbolem krwawego stłumienia wolnościowych ambicji społeczeństwa. Dekadę później – w sierpniu 1980 roku – protestujący stoczniowcy wyciągnęli konsekwencje z grudniowego protestu, zamknęli się w zakładzie i ogłosili strajk okupacyjny. Nie wychodząc na ulicę, uniknęli bezpośredniej konfrontacji z milicją i wojskiem. Stocznia stała się głównym miejscem negocjacji między reżimem a opozycją, jej teren przekształcił się w agorę skupiającą uwagę całego świata, zafascynowanego inteligentną, pokojową strategią oporu ludzi skupionych wokół Lecha Wałęsy, Bogdana Borusewicza oraz Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy.

57


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

58

Fot. 5. Stocznia stanowiła ogromny ośrodek produkcyjny. Pod koniec lat 70. pracowało w niej około 17 tys. ludzi. Fot. Zenon Mirota (zbiory ECS).


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

Losy historycznych terenów stoczni W drugiej połowie lat 90. XX wieku stocznia wycofała produkcję z terenów leżących na lewym brzegu Martwej Wisły, przenosząc się na wsypę Ostrów. W 1996 roku ogłosiła upadłość, ale utrzymała produkcję okrętową. W latach 2006-2007 większościowym udziałowcem stoczni stał się ukraiński koncern ISD. Po latach funkcjonowania na granicy bankructwa, w maju 2105 roku część terenów zadłużonej Stoczni Gdańsk zakupiła Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna. Pozyskane w ten sposób pieniądze przeznaczone zostaną na spłatę wierzycieli. Tereny oraz infrastruktura pozyskane przez PSSE przejdą modernizację i w przyszłości wykorzystywane będą przez firmy z branży okrętowej i morskiej, kooperujące ze Stocznią Gdańsk. Ona sama zachowa dla własnych potrzeb największą w Europie, leżącą na wyspie Ostrów halę K1 i po jej zmodernizowaniu będzie produkować wieże wiatrowe, konstrukcje okrętowe oraz konstrukcje offshore. Część terenu stoczni już w 2013 roku została kupiona przez Remontowa Holding S.A. Niemal cały obszar, z którego wycofano produkcję okrętową, zawierający najważniejsze z punktu widzenia historii przemysłowej i politycznej zabytki, stał się własnością prywatną. Wpłynęło to na wytworzenie w tym miejscu bardzo złożonej struktury własnościowej. Zmieniły się także znacząco charakter i funkcje tego terenu. Uległ rozpadowi na kilka niezależnych przestrzeni. W dużej mierze pozostał miejscem pracy i produkcji, ale także przestrzenią kultury i pamięci. Znaczną cześć terenu, z którego wycofała się stocznia, kupiła spółka Synergia 99. Dziś obok niej funkcjonują także inne podmioty deweloperskie i przemysłowe, firmy jak: Drewnica Development, Atrium Real Estate, mająca realizować wielkie centrum handlowe czy firma produkcyjna Aluship. Część terenu, na którym funkcjonowała dawna Stocznia Cesarska, z najciekawszym zespołem obiektów, zakupiła duńska firma Baltic Property Trust szukająca inwestorów w celu realizacji projektu Młode Miasto. W ramach partnerstwa publiczno-prywatnego z miastem Gdańsk wbudowała główną arterię drogową Młodego Miasta ul Nową Wałową (od niedawna ks. Jerzego Popiełuszki). W ramach pakietu inwestycji w krajach nadbałtyckich kilka miesięcy temu przekazała szwajcarsko-duńskiemu konsorcjum także projekt Młode Miasto. Właściciele terenu dzierżawią obiekty jak hale czy urządzenia, w tym te historyczne, licznym mniejszym podmiotom gospodarczym, spółkom i firmom realizującym usługi i produkcję, także okrętową. Całą przestrzeń dawnego wydziału kadłubowego K-3 wraz ze zmodernizowanymi pochylniami Stoczni Schichaua dzierżawi obecnie Stocznia Nauta z Gdyni. W efekcie najbardziej atrakcyjne pod względem historycznym i architektonicznym części terenów dawnych stoczni Cesarskiej i Schichaua, a tym samym Stoczni Gdańskiej im. Lenina, są dziś trudno dostępne dla zwiedzających, za to nadal służą produkcji przemysłowej. Na pochylniach dawnego stoczniowego wydziału K-3 wciąż powstają statki. Działalność deweloperów gruntowych polegająca na przygotowaniu terenu pod inwestycje infrastrukturalne wiązała się z wyburzeniami wielu stoczniowych budynków, w tym także

59


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

istotnych historycznie. Było to także efektem niedostatecznej ochrony prawnej tego terenu oraz bierności urzędów konserwatorskich i władz. Inna była percepcja zabytków poprzemysłowych, zarówno przez specjalistów i przez społeczeństwo. Do niedawna większość gdańszczan nie interesowała się losem obiektów stoczniowych oraz działaniami prywatnych właścicieli. Stosunek do tych terenów zmieniło zasadniczo rozpoczęcie budowy Europejskiego Centrum Solidarności w 2010 roku. Centrum zwróciło uwagę na historyczny teren stoczni, ponieważ było inwestycją kontrowersyjną. Miasto zobowiązało się do przejęcia kosztów budowy siedziby tej współprowadzonej przez Gdańsk, marszałka województwa pomorskiego oraz ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Gdańszczanie nie rozumieli, dlaczego miasta miało sfinansować w tak znaczący sposób narodową instytucję. Kontrowersję budziła awangardowa architektura Centrum, mało czytelny był jej hybrydowy charakter muzeum i nowoczesnego centrum myśli o świecie współczesnym. Zniechęcały też wielu gdańszczan do tej inwestycji podziały wewnątrz starego obozu Solidarności. Spory wokół ECS, zbliżające się otwarcie tej instytucji, szczególnie jej wystawy stałej zaczęły stopniowo przyciągać uwagę gdańszczan do historycznego terenu stoczni.

60

Była to jednak uwaga nadal wąskich grup społeczeństwa, większość była zbyt mało krytyczna, aby zatrzymać proces znikania ważnych zabytków starej architektury przemysłowej. W ten sposób zniknęły m.in. Willa Dyrektora stojąca na trasie nowo budowanej ulicy miejskiej ks. Jerzego Popiełuszki czy budynek Biura Konstrukcyjnego organizujący przestrzennie obszar dawnej Stoczni Schichaua. Stał przy miejskiej ulicy Jana z Kolna i trasie Szybkiej Kolei Miejskiej. Jego zniknięcie nie pozostało niezauważone i spotkało się z ostrą reakcją społeczną. Zniknęły także zabudowania i pochylnie wydziału kadłubowego K-2, stołówka centralna, zabudowania starej odlewni i wiele innych. 13 grudnia 2014 roku w 33 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego rozebrano halę, w której pracowała Anna Walentynowicz. To ostatnie wydarzenie wywołało lawinę protestów. Z inicjatywy Anety Szyłak, kuratorki działającego na terenie stoczni Instytutu Sztuki Wyspa, oraz Basila Kerskiego, dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności, do prezydenta RP została wystosowana petycja z postulatem nadania stoczni rangi Pomnika Historii. Podpisało ją kilka tysięcy osób, w tym prominentni opozycjoniści i ludzie kultury, tacy jak Lech Wałęsa, Henryka Krzywonos, Zbigniew Bujak, Grażyna Staniszewska czy Anda Rottenberg1. W efekcie prezydent Bronisław Komorowski zwrócił się do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza z prośbą o objęcie stoczni opieką. Ten z kolei wystosował pismo do konserwatora wojewódzkiego o wpisanie całej stoczni do rejestru zabytków. Był to moment zwrotny w publicznej debacie na temat losu historycznej przestrzeni stoczniowej. Władze miasta i państwa poparły artystów, ludzi kultury, historyków sztuki oraz inicjatywy społeczne, które w ostatniej dekadzie zwracały uwagę na znaczenie kulturowe, architektoniczne i symboliczne terenów stoczni, chociaż ich działania przez lata były często odbierane jako blokujące inwestycje i rozwój tej przestrzeni miasta. Inicjatorzy petycji do pre............................................................ 1 Zob.: http://www.petycjeonline.com/stocznia_-_pomnik_historii


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

zydenta RP wyraźnie podkreślili, że nie chcą zatrzymać rozwoju terenów, nie chcą tworzyć skansenu historycznego. Wręcz przeciwnie, widzą szansę pogodzenia perspektyw, zbudowania pomostu pomiędzy interesami nowych właścicieli a opinią publiczną, ponieważ troska o los zabytków, troska o pamięć historyczną miejsca może zwiększyć atrakcyjność tych terenów, podnieść jakość życia w tej części miasta. Dowodem jest funkcjonowanie miejsc i przestrzeni publicznych na terenie stoczni, jak Sala BHP, ECS czy Instytut Sztuki Wyspa. Sam ECS w pierwszych czterech miesiącach funkcjonowania w nowej siedzibie przyciągnął ponad sto tysięcy gości. Należy dodać, że plany inwestycyjne i rachunek ekonomiczny, który spowodował wyburzenie jednych obiektów, dla innych stał się ocaleniem. Decyzją właścicieli pozostała w stanie nienaruszonym tzw. hala U-Bootów, jedna z najciekawszych realizacji architektonicznych na terenie stoczni. Przedstawiciele BPTO w swojej koncepcji funkcjonalnej założyli także np. realizację przystani jachtowej w odkopanych basenach przy dawnych pochylniach. Zabrakło jednak wizji całościowej. Wykorzystanie potencjału znaczeniowego i estetycznego obiektów dla celów komercyjnych miało jedynie charakter incydentalny, a nie kompleksowy. Prostszym i naturalnie tańszym rozwiązaniem okazało się podniesienie atrakcyjności gruntu poprzez „wyczyszczenie” go z tego, co w istocie tworzy jego charakter. Społeczne emocje nie miały żadnego znaczenia. Nowa fala zainteresowania dziedzictwem stoczni Próby poznania i wykorzystania dziedzictwa stoczni miały miejsce już w latach 90. Powstał niezrealizowany projekt zorganizowania na terenach postoczniowych oddziału Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. W realizację tej idei zaangażował się dyrektor placówki Jerzy Litwin. Niedługo po przejęciu terenu przez Synergię 99 w stoczni pojawili się artyści i kuratorzy sztuki współczesnej. Jako pierwsi dostrzegli potencjał tego miejsca. Uciekając od dominującej narracji koncentrującej się jedynie na wątkach związanych z historią Solidarności, odkrywali inne znaczenia i konteksty tej przestrzeni. Docenili i starali się dowartościować to, co było niezauważane, zapomniane, nieatrakcyjne, historię w wydaniu nieoficjalnym, samą formę estetyczną stoczni i związanych z nią ludzi. Powstała Kolonia Artystów, a później istniejący do dziś Instytut Sztuki Wyspa. Swoje spektakle realizował w stoczni m.in. Teatr Wybrzeże. W przestrzeni tej pojawili się animatorzy i artyści tacy jak Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman, Michał Szlaga czy Iwona Zając. Przez kilkanaście lat zbudowali nowy mit stoczni, stworzyli jej nową ikonografię i wyobrażenie, inspirujące zwłaszcza ludzi młodych. W 2013 roku Michał Szlaga wydał album fotograficzny stanowiący zapis jego kilkunastoletniej pracy dokumentalisty, utrwalającego powolny, dramatyczny proces zanikania stoczni. Działania artystyczne i społeczne stały się początkiem zmian świadomości, sposobu myślenia i odczytywania stoczni, wzrostu społecznej wrażliwości i zainteresowania tą przestrzenią.

61


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

Fot. 6. Otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności w sierpniu 2014 roku przyciągnęło na teren historycznej Stoczni Gdańskiej tysiące ludzi. Na zdjęciu prezydent Lech Wałęsa podczas przemówienia inaugurującego uroczystości otwarcia ECS. W tle historyczna Brama nr 2 oraz budynek ECS. Fot. Dawid Linkowski (zbiory ECS).

Obecnie mamy do czynienia z kolejną falą aktywności w zakresie rewitalizacji poprzez kulturę i pracę społeczną. Spontaniczna artystyczna kolonizacja stoczni weszła w fazę instytucjonalną. Dużą rolę w tym procesie odgrywa Europejskie Centrum Solidarności. W zabezpieczanie dziedzictwa stoczni włącza się Fundacja Promocji Solidarności i NSZZ „Solidarność” posiadająca historyczną Salę BHP. Aktywne są ponadto Fundacja Centrum Solidarności oraz gdański Instytut Kultury Miejskiej. Z kolei w planach miasta Gdańska i Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego jest utworzenie na terenie postoczniowym Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

62

Obszar stoczni ze swoją przemysłową poetyką stał się bardzo atrakcyjny dla twórców i odbiorców alternatywnej kultury, w szczególności muzyki. Od lat Instytut Sztuki Wyspa realizuje Międzynarodowy Festiwal Sztuk Wizualnych Alternativa. Powstała sieć klubów, takich jak Centrum Stocznia Gdańska, B90, Wdział Remontowy czy Protokultura, przyciągających ofertą szczególnie osoby młode. Ostatnio pojawiła się także nowa przestrzeń społeczna – ul. Elektryków. Kiedyś w tym miejscu pracował m.in. Lech Wałęsa. Podczas otwarcia stała się przestrzenią kultury, spontanicznych relacji międzyludzkich, wypoczynku i rekreacji zawartych w haśle: Stoczniuj! Nowe instytucje i inicjatywy społeczne starają się przeciwdziałać destrukcji tego terenu, walczyć z dotychczasową biernością urzędów, podnosić poziom społecznej świadomości. Kryty-


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

Fot. 7. Wiele obiektów pochodzących ze stoczni trafiło na wystawę stałą Europejskiego Centrum Solidarności. Na zdjęciu sala A „Narodziny Solidarności” z oryginalną mapą zakładu, suwnicą Anny Walentynowicz i wózkiem elektrycznym, z którego podczas protestu przemawiał Lech Wałęsa. W głębi oryginalne tablice z zapisanymi na nich 21 postulatami załóg strajkujących w sierpniu 1980 roku. Fot. Grzegorz Mehring /ECS.

kują działania deweloperów i władz, ale także szukają platform dialogu. Refleksję nad problemem zachowania stoczniowych dźwigów inicjował m.in. nieżyjący już Arkadiusz Rybicki. Działania w tym zakresie oraz presja społeczna doprowadziły do opracowania przez Urząd Miasta ewidencji stoczniowych i portowych żurawi. Na debatach o znaczeniu i przyszłości historycznych terenów stoczniowych organizowanych przez ECS pojawił się pomysł minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzaty Omilanowskiej objęcia terenu stoczni ochroną poprzez zastosowania formuły parku kulturowego. ECS opracowało pierwszy w historii spis postoczniowych zabytków, który stał się podstawą wpisu większości do gminnej ewidencji zabytków. Przygotowało także aplikacje i zdobyło dla stoczni szczególne wyróżnienie – Znak Dziedzictwa Europejskiego. Jest on nadawany przez Komisję Europejską miejscom i dokumentom, a poprzez to ideom mającym wyjątkowe znaczenie kulturowe i symboliczne w wymiarze ponadnarodowym, związanym z wartościami demokratycznymi i wspólnotowymi oraz zasadami tolerancji i humanitaryzmu. Dzięki temu Stocznia Gdańska, miejsce narodzin Solidarności, stanęła w jednym rzędzie z leżącą u stóp Akropolu ateńską agorą, a także unią lubelską i Konstytucją 3 maja. Ciągła praca wielu podmiotów coraz silniej wzmacnia walor symboliczny nie tylko ważnych miejsc pamięci Grudnia ‘70 i Sierpnia ’80, ale całej stoczni. Jej wcześniejsza historia staje się ważnym kontrapunktem dla dziejów Solidarności. Działania te przynoszą nowe zaangażowa-

63


Basil Kerski | Andrzej Trzeciak

Fot. 8. Miejsca pamięci o Grudniu ‘70 i Sierpniu ‘80 mają istotny wpływ na organizację nowej przestrzeni publicznej na terenach poprzemysłowych. Na zdjęciu widok od strony dawnego wydziału kadłubowego K-2 Stoczni Gdańskiej. W centrum pomnik Poległych Stoczniowców 1970 i Brama nr 2. Po prawej stronie gmach Europejskiego Centrum Solidarności. Po lewej powstający biurowiec Tryton Business House. Fot. Andrzej Trzeciak /ECS.

nie społeczne i indywidualne. Jest to dynamika, której nie da się już powstrzymać, trzeba ją jednak wciąż stymulować. Szukając pozytywnych zjawisk wynikających ze zmian, jakie zaszły na historycznym obszarze Stoczni Gdańskiej, jako jedno z najbardziej widocznych wskazać należy otwarcie tego terenu, poddanie jego dziedzictwa głębszej analizie historycznej, zabytkoznawczej i społecznej, w pewien sposób oddanie jej ludziom i miastu. Chociaż teren stoczni znajduje się niedaleko historycznego centrum miasta, jego świadomość jest wciąż niewielka, nawet wśród mieszkańców Gdańska.

64

Ze względu na brak koniunktury gospodarczej deweloperom nie udało się znaleźć podmiotów, które rozpoczęłyby inwestycje w tej przestrzeni. Młode Miasto jeszcze nie zostało zrealizowane. Jego powstawanie zainicjowała budowa ulicy Nowej Wałowej i Europejskiego Centrum Solidarności, które pierwotnie miało zwieńczyć proces realizacji nowej dzielnicy. Dzięki temu zamknięta dotąd przestrzeń stoczni została otwarta. Pozbawiona części swojej infrastruktury i zabudowań stała się podobnie jak samo ECS przestrzenią publiczną wpisaną w tkankę miasta. Funkcjonowanie ECS jako „bramy” stoczni pomaga zmienić myślenie o niej wśród mieszkańców Trójmiasta oraz gości z kraju i zagranicy. Pozwala na odkrycie dziedzictwa Solidarności i stoczni zarówno na wystawie stałej, jak i w otoczeniu. W bezpośrednim


Historyczna i nowa agora. Poprzemysłowe tereny dawnej Stoczni Gdańskiej...

sąsiedztwie ECS funkcjonują powszechnie znane obiekty symbole: Sala BHP, Brama nr 2 i pomnik Poległych Stoczniowców. Razem współtworzą spójną narrację. Miasto coraz bardziej przesuwa się w tym kierunku, nie tylko w wymiarze przestrzennym i urbanistycznym, ale społecznym i symbolicznym. Obok młodych ludzi poszukujących w przestrzeni stoczni wrażeń i rozrywki, ale także mitów oraz korzeni współczesności, w wymiarze osobistym, lokalnym i uniwersalnym, do stoczni powracać zaczynają także osoby starsze, ludzie, którzy tworzyli niegdyś to przemysłowe miasto, tworzyli Solidarność. Także dzięki nim ten teren z bezimiennej przestrzeni na powrót staje się miejscem wypełnionym emocjami. Coraz więcej takich osób trafia do Europejskiego Centrum Solidarności z potrzeby dzielenia się swoimi indywidualnymi doświadczeniami i pamięcią. Stwarza to możliwość pośredniczenia między tymi, którzy tworzyli liczne kody tej przestrzeni, a tymi, którzy są ich ciekawi i pragną je odczytywać. Basil Kerski, Andrzej Trzeciak

65


Jacek Dębicki | Marcin Dębicki

Smutek żagańskiej stacji

Jacek Dębicki pracuje w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się historią i krajoznawstwem (byłych) krajów niemieckojęzycznych z Europy Środkowej. Marcin Dębicki adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego (Zakład Socjologii Pogranicza); zajmuje się społecznym obliczem Europy Środkowej ze szczególnym uwzględnieniem polskich sąsiedztw; współredaktor (wraz z Julitą Makaro) serii tomów poświęconych sąsiedztwom III RP – z Litwą (2012), Czechami (2013) i Ukrainą (2015).

66

Smutek żagańskiej stacji najgłębszy jest porą jesienno-zimową. Szarobure chmury korespondują z tonacją, w jakiej zachowała się stacyjna zabudowa, oraz pozycją, jaką kolej utrzymała na żagańskiej ziemi. Sterczące tu i ówdzie suche badyle beznamiętnie przebijają się przez ciężki i brudny śnieg lub mgłę, która – bywa – przed stojącym u wrót dworca zaciera widok na ostatni tor. I chociaż – wtrąci ktoś przytomnie – taka sceneria jest idealna dla odrysowania bodaj każdego smętka, to jednak czy podobnym impresyjnym odkształceniem nie jest też kwitnąca wiosna, zielone lato lub złota polska jesień? Choć uczucie spleenu subtelnie podkreślają barwy nachylającego się grudniowego dnia, to jednak koloryt całego założenia oraz jego kulturowość – duchowa i materialna mizeria, by nie powiedzieć: pustka – bodaj najlepiej ujawnia się w tych godzinach, kiedy na stacji nie dzieje się (niemal) nic. Uwagę zwraca pięć solidnych peronów oraz siedemnaście torów, mimo to hobbyści uprawiający trainspotting czuliby się tu beznadziejnie. Ta liczba torowisk, zwrotnic, semaforów (dobrze, że nie ma tu trakcji elektrycznej) tylko pozornie kontrastuje z bezruchem stacji – nudą wieje bowiem ze-


Smutek żagańskiej stacji

wsząd. Przy odrobinie szczęścia można jednak dostrzec na jednej z bocznic rozgrzewającego się „rumuna” (tak w światku kolejarskim nazywa się popularną w Polsce lokomotywę spalinową produkcji rumuńskiej), który niebawem odjedzie – tylko nie bardzo wiadomo dokąd i po co. Ten statyczny klimat niekiedy ożywiają także manewry innego diesla, które w tych okolicznościach zdają się być nie więcej niż zwykłym bujaniem się maszynisty dla zabicia czasu i wyjeżdżenia swoich godzin. Ambient buduje też kolejarz, niespiesznie kroczący w stronę peronu z wymiętym świstkiem pod pachą, gdy akurat zabłąka się w te strony jakiś towarowy pociąg, a kierujący nim maszynista podpisze ów papier niczym tomik poetycki – a może kwit na węgiel. Nie trzeba upału, żeby mieć wrażenie całkowitego bezruchu, w którym utkwiła żagańska stacja, przygnieciona potężną infrastrukturą, jakby zbyt dużą jak na to miasto i zdecydowanie „przedwieczną”. Sytuacji nie poprawia także sama lokalizacja stacji, położonej pod lasem, dobry kawałek od centrum miasta. * Niemiecki Sagan – w średniowieczu stolica jednego ze śląskich księstw piastowskich – kolejową łączność ze światem uzyskał już w 1846 roku, z końcem zaś owego stulecia stał się potężną stacją towarową i pasażerską, z której jeszcze do początków III RP pociągi odjeżdżały w siedmiu kierunkach. Do dziś z tej kolejowej orgii pozostał Żaganiowi – obecnie 25-tysięcznemu miastu powiatowemu nad Bobrem, którego lewa odnoga malowniczo meandruje nieopodal dworca – status stacji przelotowej. Codziennie dociera tu parę składów pasażerskich, kursujących między Wrocławiem a Legnicą z jednej strony oraz Żarami i dalej Zieloną Górą lub niemieckim Forst z drugiej. Pamiątką po niegdysiejszej wielkości jest okołostacyjna infrastruktura, dziś – jak w wielu innych miejscach w Polsce – odrapana, z powybijanymi szybami i oknami zabitymi płytami. Na jednym z budynków ostała się tablica ze słowami: „Noclegownia drużyn konduktorskich st. Żagań”. Część torów zdążyła już pordzewieć, jednak każdy, niezależnie od swej kondycji, strzeżony jest przez wciąż czynny semafor – ten z czerwonym światłem lub choćby niebieskim (manewrowym, właściwym dla bocznic). Ząb czasu ujawnia się także pod postacią wcale dorodnej brzeziny, która zdążyła już rozgościć się pośród niektórych szyn. To jakby przedsmak Borów Dolnośląskich – trzeciego największego kompleksu leśnego w Polsce – które od zachodu i południa przylegają do stacji. Co prawda, po lepsze wrażenie trzeba udać się do Węglińca – prawdziwie śródleśnej kolejowej osady, która w 1846 roku rozłożyła się na polanie wyciętej w Borach, na ich przeciwległym krańcu, jakieś 40 kilometrów od Żagania – jednak również tutaj przyroda robi swoje. Co tu dużo mówić – nowoczesne i schludne autobusy szynowe (potocznie zwane szynobusami), pomalowane w barwy województwa lubuskiego bądź dolnośląskiego, które od kilku lat zajeżdżają do Żagania, stanowią ciało obce w zgrzebnej stacyjnej rzeczywistości (tradycyjnych

67


Jacek Dębicki | Marcin Dębicki

składów pasażerskich się tu już nie uświadczy). W ten sposób XXI stulecie wtargnęło głęboko w od dawna nieremontowaną XIX-wieczną infrastrukturę. Gdyby więc nie tych kilkanaście kursów dziennie, realizowanych eleganckimi, ale ekonomicznymi, szynobusami, Żagań dla pasażerów kolei przypuszczalnie byłby stracony... * Okoliczne iglaki, tworzące tło dla całego założenia stacyjnego, tchną w nie trochę życia, choć sformułowanie to nie jest do końca fortunne w kontekście nieodległych dziejów tej ziemi. Te bowiem zmaterializowały się pod postacią zlokalizowanego niedaleko stalagu, gdzie w czasie II wojny światowej zmarło lub zginęło około 10 tys jeńców różnych narodowości. Miejsce to upamiętnia Muzeum Martyrologii Alianckich Jeńców Wojennych. Wracamy na dworzec. Jego klimat utrwalają masywne drzwi na końcu prowadzącego na przestrzał pod stacją tunelu, które – znowu nastrój wojenny – przywodzą na myśl wejście do bunkra. I jeszcze ten widok budowli z otworem strzelniczym, ewidentnie przystosowanym do tego, aby wystająca ze środka lufa karabinu mogła być mobilna, natomiast obsługujący go żołnierz – bezpieczny. Wyobraźnia pulsuje coraz intensywniej, na twarzy i umyśle osiadają opary historii żagańskiej ziemi – tak obfite, że można je dotknąć. Duchy minionych dziejów co jakiś czas zresztą powracają: czy to na niedaleki słynny poligon, gdzie przed półwieczem zaczęto kręcić „Czterech pancernych i psa”, czy to na perony, które zresztą ledwie kilka lat temu w filmie „Yuma” Piotra Mularuka zagrały stację – okno bez perspektyw – w jakiejś nienazwanej miejscowości na pograniczu z Niemcami (plenerów użyczyło jej niedalekie Krosno Odrzańskie). Stacja w Żaganiu bardzo dobrze oddawała smutek owego miasteczka na kresach zachodnich Polski lat 90. XX wieku – główny bohater, nie widząc tu dla siebie przyszłości, ruszał do lepszego świata, właśnie „na yumę”, czyli żeby – jak mawiało się slangowo – zajumać (ukraść) to i owo w niemieckich sklepach. Owa filmowa beznadziejna stacja epatowała widza taką samą pustką, jaką w rzeczywistości spotykamy na żagańskich peronach, i taką samą żałością jak Wałbrzych Główny, który wystąpił w „Komorniku” Feliksa Falka i „Sztuczkach” Andrzeja Jakimowskiego.

68

* Około godziny 14:00 nostalgię i ospałość żagańskiej stacji przecina dwóch kolejarzy zmierzających w stronę stojącego na bocznicy szynobusu. Wreszcie jakiś ruch, długo wyczekiwane uczłowieczenie krajobrazu. Aczkolwiek – według rozkładu jazdy – pojazd ten ruszy w swój rejs (do Forst) dopiero za mniej więcej dwie godziny, ale cóż, taka praca (choć przecież może być i tak, że po dwóch dniach wolnego zwyczajnie stęsknili się za swą robotą, kamratami i maszyną). Kolejarze włączyli w pojeździe energię (a przy okazji światło), żeby – jak mawia się w środowisku – jednostka nie była zimna.


Smutek żagańskiej stacji

Odpalili więc przednie światło, ale tylko jedno. Jeszcze jedynie próba klaksonów (a może to pozdrowienie przesłane nastawniczemu?) i szynobus niespiesznie, wręcz dostojnie, przejeżdża po torze 20 przy peronie 5. Przetarł więc ten, lekko przerdzewiały, szlak, bo w podróż swą ruszy z peronu 1. Potem rozwiązuje się worek z połączeniami, rzeczywistość wyraźnie nabiera rozpędu: Żary, Wrocław, Żary, Żary, Legnica, Żary... Co ciekawe, w ciągu całego dnia z Żagania wyjedzie tylko jeden bezpośredni skład do współstolicy województwa – Zielonej Góry, natomiast do Wrocławia, czyli stolicy województwa sąsiedniego (dokąd jest jakieś drugie tyle), będą to kursy dwa. * Właśnie przez Żagań od 1875 roku, od strony nieczynnego dziś szlaku przez Lubsko (skąd tory prowadziły w pięciu kierunkach) i w przeciwnym kierunku przez Legnicę i Wrocław przebiegała główna linia łącząca Berlin z górnośląskimi kresami Rzeszy. Stacje czy przystanki są tu – zgodnie z niemieckim zamysłem – zlokalizowane dosyć rzadko (najbliższe punkty w obie strony tej trasy, Żary i Małomice, dzieli od Żagania kilkanaście kilometrów), wszak pociąg miał po prostu szybko połączyć duże ośrodki. Nic więc dziwnego, że w drugiej połowie lat 30. ubiegłego stulecia na pokonanie odcinka z Berlina do Wrocławia (ponad 330 kilometrów) pociąg o nazwie „Der Fliegende Schlesier” (Latający Ślązak) potrzebował – według różnych danych – od 2 godzin 40 minut do 4 godzin 10 minut. Zresztą, w rejonie Żagania, na prostym, pustym odcinku wśród borów, pociąg ten momentami osiągał prędkość 160 km/h. Nawiasem pisząc – w ciągu zaś kolejnych trzech godzin pociąg docierał do kresu drogi, czyli Bytomia, za którym rozciągała się już tylko Polska. Przy torze pierwszym żagańskiej stacji stoi poniemiecki słupek z kilometrażem „139,5”, pokryty złuszczoną farbą. Jeśli nikt tego nie odnowi – a po co miałby? – to niedługo po numeracji tej nie będzie śladu. A szkoda, bo to już materiał historyczny. Z reguły bowiem pomiar biegnie od centrum ku peryferiom, co oznacza, że podana w omawianym przypadku odległość liczona jest od Berlina – tu więc uchowała się optyka niemiecka. Przy innym zaś z torów stoi słupek „340,3” – a więc już ze współczesnym polskim kilometrażem, liczonym od Górnego Śląska. W pewnym okresie – ale też „za Niemca”, gdy kolej zaczęła stopniowo podlegać konkurencji ze strony samochodów – zachowaniu dużych odległości między stacjami w okolicach Żagania sprzyjało otoczenie: nieliczne sadyby, ubóstwo dróg kołowych, wszędzie tylko lasy, lasy i lasy... Wraz ze schyłkiem II wojny światowej na części trasy (nie tylko zresztą tej) trwale zdemontowano drugi tor – Sowieci traktowali go jako trofiejny, polska władza zaś łatała nim odcinki w ogóle nieprzejezdne, zniszczone wskutek działań wojennych. Dziś, oprócz rzeczonych słupków kilometrażowych, po realiach głównej linii z Berlina do Wrocławia pozostało tylko wspomnienie: między tymi miastami trasy głównej już tu po pros-

69


Jacek Dębicki | Marcin Dębicki

tu nie ma. Trudno przy tym oprzeć się smutnej refleksji, że nawet jeśli kiedyś, przy wsparciu unijnych środków, zostałyby odnowione najbardziej trefne fragmenty tego szlaku, to i tak czas przejazdu pociągu nieprędko zbliżyłby się do osiąganego przez przedwojennego „Schlesiera” (oczywiście jeśli najpierw zostałoby wskrzeszone samo połączenie przez Żagań). Przy okazji warto nadmienić, że w ciągu paru ostatnich lat zdezaktualizował się fakt, iż pociągiem z Wrocławia do Warszawy podróżuje się dłużej i trudniej niż do jego niegdysiejszej stolicy państwowej i dzisiejszej metropolii europejskiej – Berlina, dokąd obecnie (według bieżącego rozkładu jazdy pociągów) bezpośrednio nie jedzie się w ogóle. Zarazem jednak aktualnie sytuacja wydaje się być nieco lepsza niż jeszcze paręnaście lat temu, gdy polska kolej stawała przed zasadniczym tąpnięciem. Pociągi pasażerskie kursujące wówczas na linii Legnica–Żagań, składające się z bardzo nieekonomicznego zestawu: lokomotywy i jednego bądź dwóch wagonów, zwiastowały to, co najgorsze – że trasa ta pójdzie pod nóż. A wtedy po stacji żagańskiej chyba pozostałyby jedynie rosnące do dziś na peronach, raczej niespotykane w tego typu miejscach cmentarne tuje – jakby zaproszenie do eschatologicznej refleksji. Po przesunięciu granic państwowych w 1945 roku, jak również wskutek zaistniałej sytuacji politycznej, na obecnych polskich kresach zachodnich zmieniło się znaczenie niektórych linii kolejowych – główne do tej pory trasy, na przykład Berlin–Wrocław (a najkrócej jest właśnie przez Żagań), stopniowo traciły na znaczeniu. Można dodać, że miasteczko Lubsko – położone przy tym samym szlaku i niedaleko od Żagania, ale jeszcze bliżej granicy i mające kiedyś „tylko” pięć odgałęzień – od kilkunastu lat pozostaje odcięte od kolejowego świata (lubska stacja jest już żałosną ruderą, a torowisko porastają chaszcze po pas albo wyżej). Tak więc swoje, również w przypadku Żagania, zrobiły też przemiany po 1989 roku. *

70

Snujemy o dalszej czy bliższej przeszłości, tymczasem nad byłą ważną stacją węzłową Żagań dawno zapadła ciemność. Zanim jednak nadejdzie północ, z Borów Dolnośląskich wynurzy się jeszcze „Jan Kepler” – szynobus realizujący ostatni kurs z Wrocławia. W nazwie pociągu utrwa-lono osobę wielkiego niemieckiego astronoma (spolszczając przy okazji oryginalnego Johannesa), który w Żaganiu spędził trzy ostatnie lata swego życia (zm. 1630). Wzorem tej postaci strudzonemu całodniową „wędrówką w czasie i po żagańskiej stacji” łowczemu strzępów dawnej hegemonii kolei pozostaje tylko wpatrywać się w ciemność, by wreszcie dostrzec w niej zbliżający się obiekt. A potem odprawić ów szynobus, który jeszcze na kilkanaście kilometrów zaszyje się w okolicznych lasach, bo to właśnie w Żarach dokona się jego ostatnia dziś podróż. Gdy ciemność zapadła już na dobre, niezmącona żadnym zbłąkanym kursem (pierwszy pociąg odjedzie dopiero o godzinie 4.45), okolice stacji upodabniają się do choinki, na której skrzy się feeria semaforów świecących różnymi barwami kolei. Jeśli noc jest nie całkiem ciemna, na


Smutek żagańskiej stacji

horyzoncie zamajaczą sylwetki iglaków, wokół będzie cicho i spokojnie. Wprawdzie rozciąga się tu nie górzysty Las Turyngijski, lecz nizinne Bory Dolnośląskie, a zatem brakuje wierzchołków, to jednak ich role mogą odegrać semafory i pobliskie drzewa. A wtedy – jak ująłby to Goethe: Über allen Gipfeln ist Ruh’ (Nad wszystkimi wierzchołkami jest cisza). Dobranoc. Jacek Dębicki, Marcin Dębicki

71


Tomasz Gęsina

Wewnętrzny głos Rozważania wokół mojego Śląska

Tomasz Gęsina absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Publikował m.in. w „Masce”, „Borussii”, „Opcjach” i „Zalewie Kultury”. Laureat stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia w roku akademickim 2014/2015. Zainteresowania: badania nad przestrzenią w literaturze (zwłaszcza geopoetyka i nowy regionalizm), proza XX i XX wieku. Z zamiłowania podróżnik.

[…] opowieść o granicach, zarówno tych fizycznych i namacalnych, jak i tych nieuchwytnych, które konstruujemy w naszych głowach, żeby zbudować sobie zwodnicze poczucie porządku i kontroli nad rzeczywistością. Przeszłość – przyszłość, realne – nierealne, kobieta – mężczyzna, człowiek – zwierzę, sen – jawa, jeden kraj – drugi kraj, jeden język – drugi język. Biegunowość tych kategorii tworzy prostą siatkę, która pozwala nam czuć się bezpiecznie – mamy wrażenie, że rozumiemy świat. Jednak to, co najciekawsze, to, co najbardziej żywe i prawdziwe, dzieje się zawsze gdzieś pomiędzy, na nieskończenie wielkim pograniczu1. Olga Tokarczuk „Nieskończenie wielkie pogranicze" Granica

72

Szczepan Twardoch, w swojej najnowszej powieści „Drach", opisuje sytuację, z której dowiadujemy się, iż jedna z bohaterek – Valeska – powinna zmienić miejsce zamieszkania z powodu zaistniałej sytuacji politycznej i wiążącym się z tym ustanowieniem nowym granic: ............................................................ 1 O. Tokarczuk, Nieskończenie wielkie pogranicze, [w:] taż: Moment niedźwiedzia, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2012, s. 135.


Wewnętrzny głos. Rozważania wokół mojego Śląska

– Musicie się przekludzić, i to drap, zanim sam bydzie ôstuda – dodaje Czoik w odpowiedzi na milczenie Valeski. – Czamu? – dziwi się Valeska. – Bo sam bydzie Rajch – odpowiada Czoik. Valeska wzrusza ramionami. – Dyć sam dycki był Rajch. Nigdy żech niy była nikaj indziej, yno w Rajchu. Polska mie niy ma potrzebnô. Jo chcã wiedzieć, kaj je mōj chop. Nikaj, do żadnyj Polski się niy byda kludzić. – Niy musicie kajś daleko. Yno na drugô strona granice. – A kaj bydzie ta granica? Jest październik 1921 roku. Valeska jeszcze nie wie. Czoik już wie2. Valeska, pomimo iż większość znajomych kobiety poddaje się nowemu rozporządzeniu, postanawia być wierna miejscu, z którego pochodzi. Co ciekawe, nie czyni tego, by inni mogli ją podziwiać, chociażby za odwagę, czy też współczuć, że zbyt pochopnie podjęła decyzję i nie rozumie konsekwencji, jakie może nieść ze sobą takie postępowanie. Stanowisko Valeski wynika przede wszystkim z ogromnego przywiązania do ziemi, na której się urodziła, dorastała, następnie wyszła za mąż, by w końcu urodzić i wychować na niej swoje dzieci. Świadome zachowanie kobiety odczytuję jako podtrzymanie intymnej relacji z miejscem, w którym niczym dojrzewające drzewo zapuściła korzenie. Zmiana granic geopolitycznych nie odgrywa dla niej znaczącej roli – one zawsze się zmieniały, a ziemia pozostała niezmiennie taka sama. Jej własne granice nie zostały przesunięte, nadal znajdowały się w tym samym miejscu. Jedną z podstawowych cech granicy jest podzielność – ustanawia linię pomiędzy punktem X a punktem Y, jednocześnie odgradzając je skutecznie. Wytycza nowe szlaki, drogi, często wymusza zmianę nazw, dezintegruje zastany ład, próbuje ułożyć na nowo rzeczywistość. Jednak to tylko zewnętrze, które, owszem, wpływa na jakość życia, lecz nie jest jego decydującym czynnikiem. Działanie granicy jest zatem działaniem pozornym, gdyż uparcie wierzę, że nie dotyka wnętrza człowieka, będącego sferą intymną, niepubliczną czy wreszcie opoką chroniącą przed zawirowaniami losu, w której paradoksalnie kryją się jego wewnętrzne granice. Dlatego też granica geopolityczna jest gra-nic-ą – zewnętrznym „niczym” mieszczącym się jedynie na mapach politycznych. To zewnętrzne „nic” dotyka mnie, ale tylko powierzchownie, ponieważ własną przestrzeń chowam we wnętrzu, które pozostaje niezależne od zmian geopolitycznych. Gra-nic-a vs. granica Czymże jest gra-nic-a geopolityczna? Skutkiem decyzji kolejnych dowódców państw? Powodem, aby zagarnąć, uznać za własny jakiś obszar? A może stanowi tylko puste słowo, za którym kryją się dramaty zarówno przesiedlonych, jak i tych, którzy postanowili zostać? Marek ............................................................ 2 Sz. Twardoch, Drach, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2014, s. 296.

73


Tomasz Gęsina

Szulakiewicz w interesującym eseju „Granice jako problem współczesnej kultury – wprowadzenie” wskazuje, iż nieodłącznym elementem każdej filozofii jest problem granic, gdyż już na poziomie myślenia pojawią się dystans, ograniczenie, skłaniające do rozważenia tematu3. Trudno nie zgodzić się ze stanowiskiem autora, ponieważ doświadczenie dystansu pozwala spojrzeć na daną sprawę w sposób racjonalny, dzięki czemu można chociaż spróbować podjąć właściwą decyzję. Jednak co uczynić, gdy stworzenie owego dystansu okazuje się zadaniem karkołomnym, gdy zawodzi trzeźwy osąd, a w jego miejscu pojawiają się emocje, uczucia podpowiadające zupełnie inne rozwiązanie? Nie neguję istnienia granicy w ogóle, chęci ustanowienia nowego ładu, ponieważ, zdaniem Wiesława Trzeciakowskiego: gdy nie ma żadnych granic, danych opiekunów, żadnej wiedzy o terytorium i o podróży, stoi się przed milczącą otchłanią, między niebem a ziemią i każdy krok byłby potencjalnie ostatnim krokiem4. Proponuję jednak nieśmiało zmianę sposobu myślenia o niej – by nie traktować jej jako prawomocnie ustanowionego porządku, gdyż przeszłość już nie raz w swoim kaprysie pokazała, że taki stan może w krótkim czasie ulec znaczącej przemianie. Interesujące rozumienie granicy proponuje współczesna kultura, w której doszukuję się świadomej otwartości na Innego, gdyż rozumienie Drugiego to skierowanie się do Kogoś, on odsłania mnie dla siebie samego i jest w stanie ujawnić moje własne granice5.

74

Może to dzisiaj naiwne, ale sądzę, że tylko inteligentnie prowadzony dialog z Drugim naprowadza człowieka na właściwą ścieżkę zrozumienia siebie, na dostrzeżenie wyższości wewnętrznej granicy nad gra-nic-ą. Ona zawsze znajduje się pomiędzy, a dla wielu takie położenie ewokuje nieustanny proces zastanawiania się nad statutem własnej przynależności i doszukiwaniem się w nim jednoznacznego rozwiązania. Myślę, że uzyskanie odpowiedzi na te rozważania jest niemożliwe, gdyż nigdy w pełni nie osiągnie się porozumienia zarówno z jedną, jak i drugą stroną. Dlatego odpowiedzi należy doszukiwać się gdzie indziej – uczynienie z bycia na granicy swojego atutu, sprawić, by przestrzeń, na której dano mi żyć, stała się własnym miejscem. Funkcjonuję zatem świadomie na granicy, nie tej geopolitycznej, lecz tej prywatnej, której ważności nie muszę nikomu udowadniać. To moja własność, której każdego dnia doświadczam na nowo – wszak, jak napisałem na początku, konstytutywną cechą granicy jest jej nieustanne ustanawianie „nowego”. ............................................................ 3 M. Szulakiewcz, Granice jako problem współczesnej kultury – wprowadzenie, [w:] Granice i ograniczenia. O doświadczeniu granic i ich przekraczaniu, red. M. Szulakiewicz, Toruń: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2010, s. 7. 4 W. Trzeciakowski, Oddech niewidzialności (o subiektywnym rozpoznaniu niewidzialnych granic), [w:] Granice i ograniczenia…, s. 41. 5 M. Szulakiewicz, Granice…, s. 16.


Wewnętrzny głos. Rozważania wokół mojego Śląska

Górny Śląsk – miejsce na granicy W kategoriach granicy postrzegam miejsce, z którego pochodzę – Górny Śląsk. Jego geopolityczne uwikłania, usilne, zewnętrzne próby deklaracji, do której ze stron przynależy, targały tym regionem od stuleci. Jan Malicki, autor książeczki „Początki sporów o polskość i niemieckość Śląska”, wykazał, że antagonizm polsko-niemiecki był już widoczny w XIII i XIV wieku, Joachim Cureus w „Roczniku ludu śląskiego”, powołując się na liczne fantasmagorie, dowodził o praniemieckości tej krainy6 (oczywiście, działanie Cureusa nie było odosobnione, gdyż co jakiś czas pojawiały się osoby, które próbowały udowodnić niemiecki charakter śląszczyzny). W tej kwestii znajdziemy zarówno zwolenników, jak i przeciwników tego poglądu. Jednak nie można definitywnie stwierdzić, że Śląsk jest niemiecki. Na dodatek kwestię przynależności państwowej trudno rozpatrywać tylko z perspektywy naszych obecnych zachodnich sąsiadów, ponieważ na tożsamość Ślązaków miały również wpływy czeskie i polskie, co doskonale widać, chociażby jeśli idzie o kwestie „śląskiej godki”. Postrzeganie mojego miejsca w kategoriach granicznych koresponduje z myślą autorów książki „Dzieje Śląska”, którzy nazwali tę krainę pomostem pomiędzy Niemcami, Czechami oraz Polakami7. Moje miejsce jest zatem usytuowane na granicy, zarówno pod względem geopolitycznym, jak i kulturowym. Nie rozpatruję tego jako wady, wręcz przeciwnie – jego położenie w świecie, który coraz częściej pragnie monotematyzować wszelkie zjawiska, stanowi ogromną zaletę. Być może to właśnie owa graniczność powoduje, że zdaniem Zbigniewa Kadłubka śląskość wymyka się rygorystycznym badaniom naukowym8. Jednak, będąc wierny własnym przekonaniom, uznaję wyższość wewnętrznej granicy nad gra-nic-ą geopolityczną, chociaż zdaję sobie sprawę, iż obie funkcjonują wobec siebie w określonej relacji. Tożsamość pogranicza – dalsze rozważania Moje miejsce wpływa na moją tożsamość. Jednakże czym jest tożsamość człowieka pogranicza? W eseju zamieszczonym na łamach ostatniego numeru „Borussii” napisałem, że moja tożsamość jest równie niepoprawna, uciekająca od ciasnych klasyfikacyjnych szufladek9. Świadomość bycia na granicy niczym Heideggerowskie bycie-w-świecie identyfikuje osobowość z daną przestrzenią, w tym wypadku przestrzenią usytuowaną pomiędzy. Emmanuel Lévinas napisał kiedyś, że świadomość, niczym nuta utrzymująca się w swoim zawsze, w swojej tożsamości, w równoczesności swoich momentów, sprawia, że rzeczywistość dzieje się jako proces w teraźniejszości. Proces podmiotowości nie rodzi się na zewnątrz. Świadomość jest obecnością obecności10. ............................................................ 6 J. Malicki, Początki sporów o polskość i niemieckość Śląska, Katowice: Muzeum Śląskie, 1987, s. 4, 9. 7 A. Herzig, K. Ruchniewicz, M. Ruchniewicz, Śląsk i jego dzieje, tłum. A. Wziątek, Wrocław: Wydawnictwo Via Nova, 2012, s. 234. 8 Z. Kadłubek, Od Homera do Horsta, czyli zaproszenie do lektury, [w:] 99 książek, czyli mały kanon górnośląski, red. Z. Kadłubek, współpr. red. Ł. Staniczek, Katowice: Księgarnia św. Jacka, 2011, s. 10. 9 T. Gęsina, Czytając miejsce. Szkic o byciu w przestrzeni, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2014, nr 52, s. 135. 10 E. Lévinas, O Bogu, który nawiedza myśl, tłum. M. Kowalska, Kraków: Znak, 1994, s. 120.

75


Tomasz Gęsina

Proces powstania „ja”, pomimo zewnętrznych czynników – gra-nic geopolitycznych, zawsze odbywa się we wnętrzu – to tam docierają wszystkie sygnały, które następnie zostają reinterpretowane przez świadomość. W wyniku tego trwania „pomiędzy” tworzy się zalążek mnie, z którego krystalizuje się tożsamość. W moim – granicznym – przypadku jest to tożsamość śląska. Miejsce wnika we mnie, a zatem staje się moją własnością, składową częścią tożsamości. Nie istnieje więcej tożsamości – ona jest tylko jedna. Oczywiście, mogą funkcjonować jej różne części, lecz wszystkie składają się na pewną całość, nie zawsze jednak spójną. Świadomość bycia Górnoślązakiem to świadomość odczuwania przestrzeni – a więc miejsca, w którym żyję – naznaczonej niewidocznymi dzisiaj gra-nic-ami geopolitycznymi. O ich kruchości niechaj zaświadczy fakt, iż z ostatnio ustanowionego porządku wyłonił się kolejny, natomiast ustanowienia nazistowskiego systemu ulotniły się w powietrzu niczym dym nad płonącym wówczas Berlinem. Dlatego proponuję własną geografię tożsamości Śląska, którą wynoszę z rozważań Anthony’ego Giddensa: tożsamość to projekt refleksyjny [wyróżnienie – TG], za który jest odpowiedzialna jednostka. Jesteśmy nie tym, czym jesteśmy, ale tym, co z siebie zrobimy11. Owa geografia nie została wytyczona przez gra-nic-e, lecz przez granice, które tkwią głęboko we mnie, w moim jestestwie. Komponenty granicy W kształtowaniu się mojej geografii tożsamościowej aktywnie uczestniczą wewnętrzne granice, na które składają się dwa zasadnicze komponenty – świadomość języka i świadomość regionu. Oba składniki uzupełniają się wzajemnie, funkcjonują w obopólnej relacji, dzięki czemu moja śląskość staje się rzeczywistym faktem, stąd ważne wydaje się ich krótkie omówienie. Język

76

Jolanta Tambor w interesującej książce „Mowa Górnoślązaków oraz ich świadomość językowa i etniczna” zamieszcza fragment wypowiedzi pewnego księdza dotyczącej jego świadomości posługiwania się językiem. Oto i on: Jo już nié godóm po śląsku, jo już niy godóm po śląsku. To, co jo godom, to jest ino taki zlépek. Kiedyś tako fajno waza się potrzaskała, troch tych szkorup zostało. Po tych szkorupach widać, że to richtich musiała być fajno waza, ale to już nié jest cało waza, to już nikt z tego nie korzysto, tego nikt nie napełni12.

............................................................ 11 A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość: „ja” i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, tłum. A. Szulżycka, Warszawa: Wydaw. Naukowe PWN, 2001, s. 105. 12 J. Tambor, Mowa Górnoślązaków oraz ich świadomość językowa i etniczna, Katowice: Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2008, s. 9.


Wewnętrzny głos. Rozważania wokół mojego Śląska

Metaforyka tej wypowiedzi chyba najlepiej odzwierciedla moją świadomość językową, jeśli chodzi o posługiwanie się śląszczyzną. Mój śląski jest zlepkiem słów, w których brzmią echa pięknych, pełnych melodyjności wypowiedzi babci, dla której firanka już na zawsze pozostała gardiną. Doskonale zdaję sobie sprawę, iż trudno mówić o jednoznaczności „śląskiej godki”, której zapewne już nigdy się nie nauczę. Stanowi wewnętrzną granicę, która w znaczącym stopniu wpłynęła na kształtowanie się mojej śląskiej tożsamości. „Śląskopodobny język”, którego używam tylko w rodzinnym domu, jest niezwykle ważną częścią spojrzenia na świat, w którym przetrwała i tradycja, i szacunek do Innego. Puryści językowi zajmujący się gwarą?/ dialektem?/językiem? śląskim, czytający ten fragment eseju, zapewne już szykują się do ataku, ponieważ nie zawahałem się użyć pojęcia „język”, tym samym uznając śląszczyznę jako byt w pełni autonomiczny. Nic mylnego – nie roszczę sobie prawa do określania statutu śląszczyzny, mówię tylko o jej malutkim fragmencie, który noszę gdzieś głęboko w sobie niczym drogocenny skarb. Tambor słusznie zauważa, że język nie jest najważniejszym czynnikiem, jeśli chodzi o identyfikację tożsamości, jednak zajmuje istotną pozycję w jej kształtowaniu13. Mój intymny język wyrasta z głębokiego świata wartości, jaki odnajduję w jego semantyce. W jego melodyjności skrywa się zarówno obraz rodzinnego domu, jak i związane z nim wspomnienia. Ten język podtrzymuje moje śląskie korzenie, nieustannie uświadamia, skąd jestem i dokąd zmierzam14. Region Na śląską tożsamość pogranicza oprócz wspomnianego wcześniej języka ma również wpływ miejsce, do którego przynależę. Mowa o regionie, lecz nie o tym niezdefiniowanym, tkwiącym w nieustannej dyspucie między akademikami, w której jednym z głównych tematów sporów jest szukanie odpowiedzi, co w rzeczywistości rozumiemy pod pojęciem „Śląsk”15, ale o tym, w którym mogę realizować własny wymiar śląskości. W jego przestrzeni kultywuję intymne „ja”, które kryję w tożsamości. Regiologia, będąca w nierozerwalnym przymierzu z genius loci, uświadamia o ważności miejsca, z którego pochodzę. Nie chcę jednak popaść w stagnację – wiem, ............................................................ 13 Tamże, s. 19. 14 Zainteresowanych tematem kultywowania własnego rodzimego (śląskiego) języka odsyłam do znakomitej książki Anny Musialik-Chmiel pt. Amerykańscy Ślązacy. Dziedzictwo – pamięć – tożsamość, w której autorka opowiada historię Ślązaków w obu Amerykach, którzy pomimo życia z dala od swojej ojczyzny nadal kultywują swoją „śląską godkę”. Zob. A. Musialik-Chmiel, Amerykańscy Ślązacy. Dziedzictwo – pamięć – tożsamość, Katowice: Księgarnia św. Jacka, 2010. 15 Wojciech Kunicki, w tekście rozpoczynającym książkę Śląsk. Rzeczywistości wyobrażone, za Horstem Bienkiem przytacza zasadnicze pytanie dotyczące geograficznej lokalizacji śląskiej krainy – „Śląsk. Ale gdzie on leży?” – by następnie samemu sobie na nie odpowiedzieć: „dziś […] można stawiać pełnoprawnie to pytanie, bez szansy na udzielenie jakiejś zwięzłej, wiążącej i »prawdziwej« wypowiedzi”. Przytoczony fragment wypowiedzi Kunickiego koresponduje z pojęciem gra-nic-y geopolitycznej, a zatem z podziałem często sztucznym, ustanawianym w zależności od decyzji sprawujących władzę, przeto w moim mniemaniu ważniejszą kategorią staje się wewnętrzna granica, nieobciążona zewnętrznymi warunkami, która umożliwia odczytanie Śląska wedle własnych przekonań i wartości. Zob. W. Kunicki, Śląsk. Rzeczywistości wyobrażone, [w:] Śląsk. Rzeczywistości wyobrażone, red. W. Kunicki, współpr. red. N. Żarska, K. Żarski, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2009, s. 7.

77


Tomasz Gęsina

że trzeba mieć bliską ojczyznę, aby nie była dla nas koniecznością. […] Jeśli zna się tylko bliską ojczyznę, a poza tym nic innego, może to prowadzić do spustoszenia, do duchowego uwiądu w prowincjonalizmie16. Moja śląskość otwiera się zatem na „nowe”, nie rości sobie pretensji do bycia jedyną, najlepszą, potrafi uszanować kulturę Innego. Region kocha więź z kosmosem17 – pisze Kadłubek. Myślę, że jest nieustannym polem doświadczeń, jest granicą, która wyznacza charakter postrzegania rzeczywistości. Spotkanie na granicy Czym zatem jest mój Śląsk? Miejscem, które odczuwam w sobie. Niepotrzebne mu są mapy, gra-nic-e geopolityczne, gdyż te tylko dookreślają jego zewnętrzny charakter. Mój Śląsk tkwi na granicy języka i regionu, w których zapuścił swoje korzenie. Esej ten nie stanowi zatem jakiejkolwiek próby uporządkowania dotychczasowych znaczeń śląskości czy też ukazania jej nowego oblicza. Jest wewnętrznym głosem, wyjściem naprzeciw granicom, pomiędzy którymi nieustannie przebywam. Powstająca w tym procesie geografia tożsamości nosi znamiona prywatnego śląskiego jestestwa, z którym jestem związany od momentu narodzin. Kadłubek uważa, że Śląsk jest spotkaniem18. Dla mnie jest to spotkanie na granicy, gdzie nieustannie powstaje moja śląska tożsamość. Tomasz Gęsina

78

............................................................ 16 H. Bienek, Śląsk – ale gdzie on leży? Melancholijne wspomnienie, [w:] Śląsk. Rzeczywistości wyobrażone…, s. 473-474. 17 Z. Kadłubek, Od Homera…, s. 13. 18 Tenże, Spotkanie z tożsamością, [w:] tenże, A. Kunce, Myśleć Śląsk. Wybór esejów, Katowice: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Śląskiego, 2007, s. 130.


Alicja Maliszewska

Tożsamość Gdzie jest nasz dom? Powroty do ojczyzny utraconej wysiedlonej ludności ukraińskiej

Alicja Maliszewska doktorantka na Wydziale Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego, wcześniej ukończyła socjologię w WSGW oraz kulturoznawstwo Europy Wschodniej na UW.

Приїжджайте браття додому Де є гнізда наших прадідів Приїжджайте співайте по свому Щоб світ бачив, народ наш віджив. Ви колись так хотіли вертати Щоб хоч очі промити в ріці Ви думками летіли Карпати Щоб почути забуті пісні1. „Приїжджайте”, Василь Шляхтич

Pamięć ojczyzny utraconej jest jednym z najważniejszych elementów, budujących tożsamość Ukraińców wysiedlonych w roku 1947 na północne i zachodnie ziemie Polski w ramach akcji „Wisła”. Dla tej grupy pamięć o utraconej ojczyźnie to przede wszystkim pamięć uraty swojego domu, który nie tylko określał miejsce pobytu, ale również był synonimem bezpieczeństwa, spokojnego dzieciństwa i młodości. Z przeanalizowanych wywiadów biograficznych ludności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wynika, że Ukraińcy czują się ofiarami zastosowania wobec ich ............................................................ 1 В. Шляхтич, Мій Улюч, Zielona Góra, 2010, s. 26.

79


Alicja Maliszewska

społeczności zasady odpowiedzialności zbiorowej2. Ludność ukraińska została brutalnie wyrwana z otoczenia społecznego, z którą wiązały ją przyzwyczajenia, tradycje, interakcje z lokalną zbiorowością. Ze wspomnień badanych, dotyczących samej deportacji, wyłania się obraz przesycony brutalnością, bezwzględnością żołnierzy, którzy dokonywali wypędzenia, oraz wielkim strachem, dezorientacją, jaką odczuwali Ukraińcy. Wysiedleni doznali szoku kulturowego, spowodowanego poczuciem obcości, nieznajomością znaków i symboli, jakie zastali na nowych ziemiach, na których kazano im się osiedlić. Jednocześnie doświadczyli psychologicznej traumy, gdyż stracili dobra materialne, jak dom, ziemię, lasy, a oprócz tego musieli opuścić przestrzeń, krajobraz, do którego byli przyzwyczajeni i który utożsamiany był z ich ojczyzną3. Podczas badań narracji biograficznych wysiedlonej ludności oraz czytania literatury naukowej na temat wysiedleń zainteresował autorkę artykułu motyw powrotu. Powrót według „Słownika języka polskiego” PWN ma trzy znaczenia. Pierwsze jest to: przybycie lub podróż do miejsca, w którym się przedtem było, przebywało jakiś czas, drugie: ponowne znalezienie się w jakimś stanie, w jakiejś sytuacji, trzecie: wznowienie czegoś po przerwie4. W potocznej mowie powrót jest rozumiany jako ponowne znalezienie się w miejscu stałego zamieszkania, które najczęściej oznacza dom. Zatem powrót w dyskursie potocznym zawiera w sobie intencję pozostania. Z takimi powrotami „dosłownymi”, inaczej mówiąc „na stałe”, mamy do czynienia w kontekście powojennych, wymuszonych deportacji; składają się one na pierwszy typ opowieści. Z przeanalizowanych przez autorkę wywiadów pogłębionych przeprowadzonych w Przemyślu w latach 1996-1998 wśród przedstawicieli społeczności ukraińskiej wynika, że często w rodzinne strony powracały dzieci wysiedlonych Ukraińców, spełniając tym samym życzenia swych rodziców, którzy tęsknili za rodzinną ziemią. Na wysiedleniu żyli opowieściami o tym, jak było kiedyś, marząc, że w przyszłości jeśli oni nie zdążą, to chociaż ich dzieci będę miały szansę powrócić na tereny swych przodków. Oto fragment narracji jednego z rozmówców: Rodzicom ciężko było gospodarować na Mazurach, ja nie widziałem siebie na gospodarce, a ojciec ciągle marzył o tym, żeby wrócić. Pamiętam naszą taką rozmowę. Prosił mnie tak: „Synu, bardzo mi zależy, żeby spocząć tam, w naszej ziemi. Gdybyś ty mógł, to wracaj tam”. No i stało się. Przyjechałem tutaj do Przemyśla5.

80

Częstą motywacją powracających na stałe do miejsc, gdzie przed wysiedleniem mieszkali Ukraińcy, było wychowanie dzieci, wnuków w większym środowisku ukraińskim. Rozmówcy nazywali te przeprowadzki powrotem do swoich. ............................................................ 2 Autorka przeprowadziła 50 wywiadów biograficznych z osobami należącymi do mniejszości ukraińskiej w Polsce. 3 Zob. B. Domagała, Akcja „Wisła” w pamięci biograficznej wysiedlonych i w dyskursie historycznym, [w:] Pamięć utraconych ojczyzn, red. E. Nowicka, A. Bilewicz, Warszawa: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, 2012, s. 89. 4 http://sjp.pwn.pl/szukaj/powr%C3%B3t [data odczytu 28.07.2014]. 5 Ch. Hann, S. Stępień, Tradycja a tożsamość. Wywiady wśród mniejszości ukraińskiej w Przemyślu, Przemyśl: Południowo-Wschodni Instytut Naukowy, 2000, s. 120.


Tożsamość. Gdzie jest nasz dom? Powroty do ojczyzny utraconej...

Istotnym argumentem do powrotu oprócz wielkiej tęsknoty do utraconej ojczyzny był również niesprzyjający klimat na ziemiach odzyskanych. Ukraińcy chorowali na zapalenie stawów, astmę, niekiedy dolegliwości te, ze względów formalnych czy administracyjnych, ułatwiały powrót do rodzimych ziem. Proszę pana, myśmy próbowali wracać. Mój tatuś ciągle próbował wracać. Tatuś wcześniej przyjeżdżał, bo tatuś wcześniej chorował na astmę, dlatego na Mazurach nie mógł dłuższy czas przebywać. Dlatego tatuś otrzymał zaświadczenie. Mieliśmy takiego bardzo dobrego lekarza, Polaka Mularczyka, i on wystawił tatusiowi zaświadczenie, że tatuś choruje na astmę6. Moja matka leżała w szpitalu i diagnoza była taka, że albo zmieni klimat, albo umrze. Na podstawie takiego zaświadczenia rodzice wrócili i początkowo mieszkali z dziećmi (było nas dwóch braci i siostra) w miejscowości Stanisławczyk7. Nie można również zapominać o kwestiach materialnych związanych z powrotem. Z badań przeprowadzonych przez autorkę w Zielonej Górze oraz na Łemkowszczyźnie wśród osób pochodzenia ukraińskiego wynika, że na powroty w pierwszej kolejności decydowali się ludzie, których gospodarstwa, domy nie uległy zniszczeniu i które stały „wolne”, w takim sensie, że nie były przez nikogo użytkowane. Jeśli dom był zamieszkały przez osadników, którzy wprowadzili się do niego po wysiedleniu ludności ukraińskiej, dawni gospodarze mogli próbować go wykupić, płacąc ludziom, którzy w nim zamieszkali, aby się przeprowadzili. Niejednokrotnie rozmówcy wspominali o żalu, jaki czuli, gdy po prostu nie stać ich było na wykupienie domu wybudowanego przez ich przodków, w którym się urodzili i wychowali, a który został im odebrany w ramach akcji „Wisła”. Sytuacja komplikowała się jeszcze bardziej, kiedy powracający Ukraińcy, mając pieniądze na wykup swych gospodarstw, nie mogli dojść do porozumienia w tej sprawie z ludźmi, którzy zamieszkali w ich domach. Jeden z narratorów opowiada, jak jego mama, starsza już kobieta, przez kilka dni mieszkała w sieni swego dawnego domu na Łemkowszczyźnie, bowiem jej mąż prowadził pertraktacje z osadnikiem, który pomimo iż na początku zgodził się sprzedać gospodarstwo, to gdy przyjechali dawni właściciele, zmienił zdanie. Rodzice rozmówcy, którzy wcześniej uwierzyli, że w końcu uda im się odzyskać dom, podjęli dramatyczną decyzję o kolejnym wyjeździe na ziemie zachodnie. W opowiadaniach o powrotach przesiedlonej społeczności ukraińskiej dominuje motyw przeświadczenia, szczególnie u starszego pokolenia, o tymczasowości mieszkania na ziemiach odzyskanych. Babcia, która przez ponad 10 lat trzymała walizkę w pokoju i nie pozwoliła jej schować, bo przecież już niedługo będzie wracać, czy dziadek, który nie widział sensu w remoncie domu czy unowocześnianiu gospodarstwa, są przykładami postaw ludzi przekonanych o tymczasowości przesiedlenia. Jedna z ankietowanych powiedziała: ............................................................ 6 Tamże, s. 120. 7 Tamże, s. 124.

81


Alicja Maliszewska

Moi rodzice od samego początku, kiedy zostali wywiezieni, a właściwie dziadkowie, bo rodzice jeszcze byli małymi dziećmi, marzyli o powrocie na swoje rodzinne ziemie. Muszę powiedzieć, że nawet nie bardzo dbali o swoje gospodarstwo, które otrzymali tam, bo cały czas myśleli o tym tylko i wyłącznie, że powrócą. Nie przywiązywali zupełnie wagi do życia na tamtych terenach. Przy pierwszej okazji dla nich stworzonej przyjechali tutaj [do Przemyśla], tutaj kupili dom8. Jednak nie każdy z przesiedlonych zdecydował się na powrót na stałe w swoje rodzinne strony. Oprócz aspektu materialnego, o którym wspomniano wcześniej, badani tłumaczyli, iż nie widzą sensu ponownie zamieszkać na terenach sprzed wysiedlenia, gdyż w ten sposób nie odbudują więzi społecznych z ludźmi i przestrzenią, którą stracili. Nie ma bowiem już tam tych osób, z którymi byli zżyci za czasów swego dzieciństwa i młodości, a przestrzeń, która dawała im poczucie bezpieczeństwa, została diametralnie zmieniona po 1947 roku. Należy zwrócić uwagę na fakt, że osoby, które postanowiły nie wracać na stałe na ziemię swych przodków, decydują się jednak ją odwiedzić. W analizowanych narracjach rozmówców tę podróż w celu odwiedzin również nazywali powrotem. Takie rozumienie powrotu oddaje drugie znaczenie słowa z cytowanego wyżej słownika, czyli ponowne znalezienie się w jakimś stanie. Powrót w takich wypadkach związany jest z pracą nad biografią, tworzy drugi typ narracji. Rozmówcy odwiedzali rodzinne strony, by w ten sposób dopisać zakończenie swojej historii życiowej. Powroty badanych są przemyślane, świadomie przeżywane, pełnią funkcję symbolicznych domknięć biografii. Widoczne jest tu podobieństwo powrotów ocalonych Żydów z Zagłady, którzy decydowali się na tę podróż po wojnie, z Izraela do Polski, w której się urodzili, po to, by „zamknąć” w jedną całość swoje życie i w ten sposób harmonijnie zakończyć swoją pracę nad biografią. Praca nad biografią jest rozumiana jako podjęcie trudu refleksji nad doświadczeniami biograficznymi w odniesieniu do własnej tożsamości. Staje się ważna szczególnie dla tych osób, które przeżyły traumy, zmuszające ich do zmiany trybu życia9. W przypadku badanych rozmówców tą traumą były przesiedlenia.

82

Narratorzy odwiedzają swoje rodzinne strony, gdyż za nimi tęsknią, czują sentyment, nostalgię do miejsc, w których spędzili dzieciństwo i młodość. Rozmówcom udało się ułożyć swoje życie po przesiedleniu w sposób dla nich satysfakcjonujący, często opowiadali o awansach zawodowych, szczęściu rodzinnym. Można zaryzykować stwierdzenie, że pamięć o utraconej ojczyźnie została przez nich przepracowana i nie odbierają jej jako życiowej porażki. Ważne jest dla nich, żeby ich dzieci, wnukowie odbyli tę podróż razem z nimi, gdyż w ten sposób młode pokolenie przejmuję opiekę nad rodzinną pamięcią przodków. Poniżej zostanie przytoczony fragment narracji Łemkini, z którą autorka przeprowadziła wywiad, będąc na Watrze Łemkowskiej w Żdyni. Kobieta pochodziła z terenów Łemkowszczyzny, ............................................................ 8 Tamże, s. 127. 9 K. Kaźmierska, Biografia i pamięć. Na przykładzie pokoleniowego doświadczenia ocalonych z zagłady, Kraków: Zakład Wydawniczy „Nomos”, 2008, s. 29.


Tożsamość. Gdzie jest nasz dom? Powroty do ojczyzny utraconej...

została wraz z rodziną przesiedlona jako mała dziewczynka, dziś mieszka wraz z mężem w Zielonej Górze: W tej chwili ten mój dom rodzinny jest. Ja zawsze tam pójdę, popatrzę, bo już gospodarze poumierali, a jest córka rodziny, ale już pobudowała za naszym, za naszym domem jest już jej dom, taki jeszcze w stanie surowym, nie mieszka. My z mężem zabieraliśmy dzieci, potem wnuki, żeby zobaczyły, gdzie dawniej mieszkaliśmy, to znaczy ja, moi rodzice i rodzeństwo. Byli też z nami na Watrach. Widzą, że coś takiego jest10. Niektórzy rozmówcy, mimo że zostali przesiedleni jako bardzo małe dzieci i swoją ojczyznę utraconą pamiętają tylko z opowieści rodziców, najbliższej rodziny, czują obowiązek powrotu co jakiś czas na ziemie ojczyste, by w ten sposób oddać szacunek swoim przodkom, a także całej społeczności ukraińskiej, której dzieje związane są z danym terytorium. Oto cytat wypowiedzi Łemka, który podczas akcji „Wisła” był półtorarocznym dzieckiem (wywiad przeprowadzony również na Łemkowskiej Watrze w Żdyni). Co roku na Watrę przyjeżdżam, odwiedzam swoją rodzinną ziemię, co roku idę na te miejsce, plac, gdzieśmy mieszkali. I co tam teraz jest? Nie ma domu, tam ktoś inny przejął tą ziemię, ale jeszcze ileś lat temu to jeszcze był sad. Były gruszki takie potężne, jak ta czereśnia, nie, ale później zaczęły usychać, nie i ten właściciel to wszystko wyciął. Ale jest jeszcze takie wzniesienie, gdzie był dom, podwyższenie, odwiedzam. Obowiązek, jak to mówią, według rodziców, swojej narodowości, ziemi swojej…11. Ciekawą kwestią do badań są również opowieści wnuków przesiedlonych Ukraińców na temat odwiedzin ojczyzny utraconej swoich dziadków. Jeden z młodych ludzi pochodzenia ukraińskiego opowiadał o swojej babci, że ciągle, odkąd pamiętał, narzekała na swoje zdrowie. Jednak gdy pojechał z nią w podróż do wsi, gdzie babcia mieszkała ze swymi rodzicami i rodzeństwem przed wysiedleniem, staruszka ani razu nie skarżyła się na żadne dolegliwości. Wprost powiedziała do wnuczka, że przebywając na tej ziemi, czuje się zdrowa, a choroby, na które cierpiała, zniknęły. Interesująca jest również narracja młodego człowieka pochodzenia ukraińskiego, który relacjonował swoją podróż z babcią na ziemie, na których przed wysiedleniem starsza kobieta się urodziła. Narrator twierdził, że cała wieś była porośnięta zaroślami i pokrzywami i w zasadzie po domu babci nie zostało ani jednego śladu. Staruszka natomiast zaczęła przedzierać się przez chaszcze, tłumacząc wnuczkowi, gdzie stał dom, stajnia, studnia, gdzie była droga, prowadząca do cerkwi. Rozmówca był zaszokowany pamięcią babci, która potrafiła bardzo dokładnie odtworzyć przestrzeń, w której została wychowana. Należy podkreślić, że powroty do przeszłości wśród badanych wywołują nie tylko idealizowane wspomnienia z czasów dzieciństwa czy młodości, rozmówcy przypominają sobie także ............................................................ 10 Badania własne autorki [we wszystkich cytowanych wywiadach zachowano oryginalne brzmienie wypowiedzi]. 11 Badania własne autorki.

83


Alicja Maliszewska

ciężkie chwile, związane z negatywnymi uczuciami – bezsilności, cierpienia, złości. Powrót do ojczyzny utraconej wymaga zmierzenia się także z traumą przesiedleń. Pojawia się w tym momencie trzeci rodzaj narracji o powrotach-wyjazdach, które były dla rozmówców bardzo trudnym i ciężkim doświadczeniem. Powrót w rodzinne strony był bolesnym przeżyciem dla tych badanych, którzy nigdy nie pogodzili się do końca z utratą swojego domu, gospodarstwa. Nawet jeśli na ziemiach, gdzie zostali przesiedleni, potrafili sobie poradzić całkiem dobrze, jeśli chodzi o kwestie materialne, to nie zdołali zaakceptować nowego miejsca zamieszkania w aspekcie tożsamościowym. Ciągle czuli, że są obcymi na terytorium, na którym przyszło im żyć. Taki wyjazd, by pierwszy raz od czasów wysiedleń odwiedzić swoje ojczyzny utracone, kończył się wstrząsem psychicznym i fizycznym dla osób z najstarszego pokolenia Ukraińców. Co ciekawe, o tych przeżyciach pierwszego i często ostatniego powrotu opowiadają z pełnym zrozumieniem dzieci bądź wnuki przesiedlonych, którzy razem z dziadkami, rodzicami uczestniczyli w tym wydarzeniu. Poniżej przytoczono fragment wywiadu z młodym człowiekiem pochodzenia ukraińskiego, który opowiada, jak z dziadkiem wyjechał w jego rodzinne strony pierwszy raz po przesiedleniu:

84

Pojechaliśmy z dziadkiem tam kiedyś, to było w podstawówce, w ‘93 albo ‘95 jakoś tak, no ja widziałem, jakie to musi być szalone przeżycie dla niego, bo on tam pojechał pierwszy raz, po, załóżmy, 50 latach od przesiedlenia, i facet nic się nie odzywał przez kilka godzin. My próbowaliśmy ustalić, gdzie ten dom, tam były jakieś historie, że spalili tą wioskę, drogę przesunęli, w zasadzie jedynym punktem odniesienia był taki pagórek, na nim cmentarz, a gdzieś tam w okolicy musiała cerkiew stać, jej już nie było, jak my przyjechaliśmy. Ale wiesz, było się od czego odbić, tak: „Dziadek pamiętasz ten cmentarz?”. Nawet na tym cmentarzu próbowaliśmy jakieś nagrobki szukać, nazwiska czy takie, czy inne, które mogły asocjować, ale facet był po prostu jakby go nie było przez ileś tam godzin. Fizycznie on przebywał z nami, ale psychicznie był gdzieś daleko, może powrócił do czasów swojej młodości, dzieciństwa. Nigdy potem też nie byliśmy w stanie porozmawiać o jego uczuciach, co on wtedy czuł. Jakoś nigdy nie pytałem o to. W ogóle to trochę nas zaskoczył, za szybko odszedł. Zawsze to ja myślałem, że kiedyś, kiedyś usiądziemy, porozmawiamy. I widziałem, jakie to jest szalone przeżycie dla tego człowieka, w końcu jakoś znaleźliśmy jego dom, potem znaleźliśmy jego przyjaciela, który był Polakiem. To znaczy znaleźliśmy miejsce, w którym stał dom. Nie no domu nie było, pole kukurydzy, jeszcze gorzej. No i trochę się już rozkręcił u tego przyjaciela. Usiedli sobie przy stole, jakaś wódeczka, coś tam, zaczęli coś wspominać, ale po prostu wiem, że cały czas go ciągnęło, że cały czas to miał gdzieś w sercu, że jednak nie wrócił12. Oto jeszcze jedna relacja mężczyzny pochodzenia ukraińskiego, który razem z ojcem wyjechał odwiedzić ojczyznę utraconą: ............................................................ 12 Badania własne autorki.


Tożsamość. Gdzie jest nasz dom? Powroty do ojczyzny utraconej...

Ojciec bardzo tęsknił za swoją rodzinną wsią, gdzie napracował się, dokupował ziemi, dom budował, przed akcją „Wisła” nawet jeszcze nie zdążył go wykończyć. W starszym wieku, kiedy miał zanik pamięci, pojechałem z nim, teraz żałuję tego momentu, wtedy mu żyłka czy coś pękła w głowie i dostał wylewu i miał już zupełny zanik pamięci. Pojechaliśmy do rodzinnej wsi, tam nie odbudowano po spaleniu, wszystko było zarośnięte, pustak. Bardzo to ojciec przeżył13. Czwartym typem powrotu zawartym w narracjach przesiedlonych Ukraińców jest powrót symboliczny. Podróż w rodzinne strony przebiega w wyobraźni, ale w rzeczywistości z różnych przyczyn jest nieodbyta. Rozmówcy chociaż bardzo chcieli odwiedzić swój rodzinny dom, nie zdecydowali się na to głównie ze względu na lęk przed zbyt wielkim cierpieniem, jaki wywołałby w nich widok ojczyzny utraconej, do której nie mieliby już możliwości powrotu na stałe. Byli świadomi tego, że obecnie wsie, w których zostali wychowani, są nie do poznania, gdyż ludzi, którzy tworzyli dawną społeczność lokalną, już nie ma, a przestrzeń symboliczna, z którą byli silnie związani, uległa zmianie. Pomimo tego narratorzy żyją przeszłością, opowiadają o życiu w swoich rodzinnych stronach, idealizują czasy dzieciństwa i młodości, jednocześnie podliczając straty spowodowane przez wysiedlenie. W ich relacjach nie ma miejsca na teraźniejszość czy przyszłość, gdyż pomimo że żyją tu i teraz, najważniejsze jest dla nich rozpamiętywanie tego, co minęło. W podobnej sytuacji znajduje się starsza pani Eulalia Barron, postać literacka z książki „Chmurdalia” Joanny Bator. Eulalia została wychowana w żydowskiej rodzinie w Krakowie, w okresie zagłady Żydów udało jej się uciec z Polski do Stanów Zjednoczonych. Jednak w obcym dla niej kulturowo kraju nie odnalazła się, nie potrafiła zapuścić korzeni. Mieszkając w Ameryce, na każdym kroku rozpamiętywała swoją przeszłość, jakiej doświadczyła w Polsce. Eulalia codziennie „zanurzała się” we wspomnieniach z dzieciństwa, taki jej był sposób na życie. Okazało się, że Eulalia, w przeciwieństwie do swojego męża, chciała przeżyć nie po to, by żyć, lecz po to, by pamiętać, a to, co jest, z mężem włącznie, nie ma dla niej ani realności, ani znaczenia. Pamiętać, przypominać sobie, rozpamiętywać – Eulalia Barron zna każdą formę tego słowa, a na własny użytek wymyśliła całkiem nowe, rozprzypominać, zaprzypamiętywać i pozaprzypominać14. W artykule przedstawiono cztery wymiary powrotu zawarte w narracjach badanych przesiedlonych Ukraińców. Pierwszy z nich to powrót w dosłownym tego słowa znaczeniu, na stałe, drugi – powrót-podróż związany z ostatnim etapem pracy biograficznej, trzeci – powrót rozumiany również jako podróż w celu odwiedzenia rodzinnych stron, ale z towarzyszeniem traumy, spowodowanej okaleczoną tożsamością. Ostatnim wymiarem był powrót symboliczny, oznaczający powrót w ramach wspomnień, podróż wyobrażona, ale nigdy nieodbyta. Autorka zdaje sobie sprawę, że wymienione wymiary powrotu z pewnością nie wyczerpują ............................................................ 13 Ch. Hann, S. Stępień, Tradycja a tożsamość…, s. 118. 14 J. Bator, Chmurdalia, Warszawa: W.A.B., 2010, s. 262.

85


Alicja Maliszewska

całej typologii tego zjawiska. Dlatego też uważa, że warto prowadzić dalsze badania pamięci społecznej ludności przesiedlonej, gdyż może to doprowadzić do jeszcze bardziej wnikliwych analiz motywu powrotu, który – jak się okazało – jest kategorią złożoną i niejednorodną. Alicja Maliszewska

86


Igor Kąkolewski

Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

Igor Kąkolewski ur. 1963, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, zastępca dyrektora CBH PAN w Berlinie; specjalizuje się m.in. w historii Polski i krajów niemieckich od XVI do XVIII w. oraz badaniach nad kulturą pamięci i zjawiskiem wielokulturowości od XVI do XX w. Autor m.in. książek: Melancholia władzy. Problem tyranii w europejskiej kulturze politycznej XVI stulecia, Warszawa 2007, oraz Nadużycia władzy i korupcja w Prusach Książęcych w połowie XVI w. Narodziny państwa nowożytnego, Warszawa 2000.

Wpisaną w tło nieba i ziemi sylwetę miasta – wytworu ludzkiej cywilizacji zmieniającego gruntownie porządek natury – można oglądać na różne sposoby. Na różnych poziomach można też odczytywać nieregularny wizerunek miejskiego horyzontu. Współcześnie jest to trudne. Bez pomocy fotografii i perspektywy lotniczej nie sposób ogarnąć wzrokiem rozrosłe gwałtownie od XIX wieku organizmy miejskie. W epoce przednowoczesnej było to zdecydowanie łatwiejsze. Zbliżając się powoli (pieszo lub konno) nawet do dużego miasta, podróżnik widział majaczącą na horyzoncie linię krajobrazu z dominującymi w niej strzelistymi wieżami i dachami największych budynków. Był w stanie rozpoznać i lepiej zapamiętać panoramy różnych miast, dzięki ich charakterystycznym kulminacjom. Wystarczy sięgnąć do edycji popularnego atlasu „Civitates orbis terrarum”1 Georga Brauna i Fransa Hogenberga z przełomu XVI i XVII wieku ukazującego na sztychach wizerunki i plany miast europejskich. Współczesny obserwator mógł też nadawać im sens bardziej metaforyczny i symboliczny.

............................................................ 1 G. Braun, F. Hogenberg, Civitates orbis terrarum, liber primus [G. Bruin, S. Novellanus, F. Hogenbergius], Apud Petrum á Brachel, sumptibus Auctorum, 1623.

87


Igor Kąkolewski

Gdańsk ma kształt instrumentu klawiszowego, a jego spichrze są tam, gdzie na klawesynie klawisze. Zaiste jest to piękny, pożyteczny i doskonały instrument muzyczny, który wiele w sobie mieści, a także coś z organów posiada, które w sposób szczególny uczestniczą we mszy świętej i zagłuszają dźwięk lutni. A że wiemy, że Pan Bóg jest tam, gdzie słońce wstaje, wierzymy także, że sam na nim gra osobiście2 – pisał żyjący na przełomie XVI i XVII wieku gdańszczanin Martin Gruneweg. Aby sięgnąć po tę metaforę, ze sfery religii i muzyki, musiał nie tylko znać z oglądu nadbrzeże miejskie nad Motławą, lecz także najpewniej zobaczyć wcześniej plan miasta, rysowany lub utrwalony na sztychu. Lokowany na prawie lubeckim Gdańsk miał wrzecionowaty układ przestrzenny, który mógł inspirować do porównania z instrumentem. Natomiast już bez pomocy grafiki każdy zbliżający się do tego największego, wówczas 40-tysięcznego, miasta i portu w Rzeczypospolitej gołym okiem ogarniał imponującą panoramę metropolii, porównując widoczne na horyzoncie kulminacje z innymi znanymi sobie miejskimi krajobrazami i dominującymi w nich budowlami, wśród których wyróżniały się dachy i wieże kościołów. Ile by nie słynął kościół [św. Marka] w Wenecji, to niewiele mniej sławny jest też kościół gdański, który to w Polsce jako i w innych krajach nie zwą inaczej niż Wielki Kościół […]. Prawdziwy raj na ziemi. […] I jakimiż to cudami może się poszczycić sławny zegar z Pragi wobec tego, który znajduje się nad zakrystią w owym kościele? Który to zegar wskazuje od razu człowiekowi nie tylko wschody i zachody słońca i księżyca każdego dnia z osobna i przez cały rok, bieg planet i dwanaście znaków zodiaku w każdej godzinie, wraz z bardziej subtelnym ruchem gwiazd niebieskich, ale także kalendarz wraz z ruchomymi świętami na cały rok, przez co księża łacniej pamiętają o postach, świętach i porze kościelnych modlitw3.

88

Tak z kolei pisał Gruneweg o położonym w bliskim sąsiedztwie jego rodzinnego domu kościele Mariackim – największej w Rzeczypospolitej gotyckiej świątyni, która kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu reformacji w Gdańsku, do 1572 roku, służyła zarówno katolikom, jak i luteranom, zanim nie została przejęta na wyłączność przez tych ostatnich. Wspaniały mechaniczny zegar kościoła Najświętszej Marii Panny został skonstruowany i umieszczony nad zakrystią we wnętrzu świątyni w 1470 roku. Mimo że w połowie XVI wieku jego mechanizm popsuł się, nawet nieczynny przykuwał uwagę. Natomiast bardziej eksponowany był zegar na wieży gdańskiego Ratusza Głównego. Wieżę podwyższano kilkakrotnie, ostatecznie w 1561 roku otrzymała nowy hełm zwieńczony posągiem króla Zygmunta Augusta, na jej szczycie zaś osadzono nowy zegar i pierwszy karylion ............................................................ 2 Pod wspólnym niebem. Rzeczpospolita wielu narodów, wyznań i kultur (XVI-XVIII w.). Multimedialna Wystawa Muzeum Historii Polski. Zamek Królewski w Warszawie, od 3 maja do 31 lipca 2012 r. [katalog], Muzeum Historii Polski, red. nauk. I. Kąkolewski, M. Kopczyński, Warszawa 2012, s. 155. 3 Tamże.


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

– zespół dzwonów wieżowych, na których można wybijać melodie młotkami lub sercami dzwonów uruchamianymi przez mechanizm zegarowy. Umieszczenie figury króla Polski na najwyższym punkcie budowli ratuszowej Gdańska nie było przypadkiem – świadczyło o uznawaniu przez miasto zwierzchnictwa Korony Polskiej. Oprócz zegara wieżowego na ścianie ratusza zainstalowano w 1589 roku także chronometr słoneczny, dawne mechaniczne czasomierze bowiem z powodu swej niedokładności wymagały codziennych korekt przez porównywanie z czasem wskazywanym przez gnomon. Jego tarcza pokazywała nie tylko różne systemy godzinowe4 i pory roku, lecz zawierała też treści inskrypcyjne (m.in. łacińską inskrypcję: VMBRA SVNT DIES NOSTRI – Cieniem są dni nasze) oraz ikonograficzne: barwne znaki zodiaku i usytuowane u podstawy gnomona słońce mające ludzkie oblicze. Nie ulega wątpliwości, że przedstawienia astralne na zegarach gdańskich były próbą zarówno astronomicznej, jak również symboliczno-astrologicznej, interpretacji nieba. Niektóre zaopatrzone w zegary wieże ratuszowe, czasami zaś i kościelne, w epoce przed wynalezieniem w XVIII wieku osobistych chronometrów, służyły nie tylko lepszej orientacji w przestrzeni miasta, lecz także organizacji rytmu życia miejskiej społeczności. Nawet niewielki Olsztyn, liczący we wczesnej epoce nowożytnej około 2 tysięcy mieszkańców, dysponował od lat 20. XVII wieku zegarem umieszczonym na wieży ratusza. Aby rozpoznać dokładniej porę dnia, ludzie w epoce przednowoczesnej musieli częściej niż dzisiaj zadzierać głowy i kierować wzrok ku niebu lub – nielicznym jeszcze – wieżowym zegarom. Inny, dawniejszy sposób orientacji w czasie, a także komunikowania ważnych wydarzeń odbywał się za pomocą umieszczonych na wieżach kościelnych dzwonów. Ich dźwięk obwieszczał pory codziennych nabożeństw, uroczystych wydarzeń czy alarmował w razie niebezpieczeństw. Poza tym podróżujący, zbliżając się do miasta, unosili wzrok, by rozpoznać materiały, z jakich zrobione były dachy świątyń i innych budowli. W pamiętnikach z licznych podróży Martina Grunewega, najpierw kupca, później zaś po konwersji z luteranizmu na katolicyzm dominikańskiego zakonnika, roi się od takich opisów. Rodzaj pokrycia dachu – strzecha, gont lub dachówka – świadczył o tym, czy dana budowla w sytuacji zaprószenia ognia i pożaru – częstego niebezpieczeństwa i kataklizmu w przednowoczesnych miastach – miała szansę przetrwania. Poza tym solidność pokrycia dachu budynku dodawała prestiżu, podobnie jak jego wysokość. Stąd też niektóre budowle nie mogły być zbyt wysokie, aby nie stanowić konkurencji dla tych, które tradycyjnie dominowały w panoramie miasta. Widoczne to było zwłaszcza w sytuacji konkurencji pomiędzy religiami i konfesjami uprzywilejowanymi przez państwo a pozbawionymi tego atutu. Symptomatyczny jest tu opisany przez Grunewega incydent związany z wysokością dachu jednej ze szkół żydowskich we Lwowie u schyłku XVI wieku: Jako że pobudowali tę [drewnianą] szkołę na miejscu starej, dali jej wysoko podniesiony dach, ażeby się wyróżniała przed innymi budynkami. Panowie z Rady [tj. lwowscy rajcy] ............................................................ 4 Tzw. godziny babilońskie (mierzące czas od wschodu słońca), włoskie (od zachodu słońca) bądź też antyczne (godziny nierówne) oraz astronomiczne (godziny równe). Każdy z systemów miał własne linie i oznaczenia godzin.

89


Igor Kąkolewski

od budowania miasta dla swawoli tak im doradzili, z pustej złośliwości pozwolili wszystko dokończyć i odśpiewać ich żydowskie „Te Deum laudamus”. A potem Żydów ukarali, niby że bez zgody panów z Rady z czystej pychy śmieli zbudować swoją szkołę wyżej niźli kościoły chrześcijańskie. Musieli tedy Żydzi zapłacić sztrafgeld i obniżyć dach o połowę, tako i stoi dziś popsuty i wygląda, jakoby się obłamał5. Wysokość gmachów wyróżniających się w sylwecie późnośredniowiecznych i wczesnonowożytnych miast odzwierciedla także rywalizację pomiędzy Kościołem a instytucjami władzy świeckiej. Znów dobrego przykładu dostarcza panorama niewielkiego Olsztyna. Stanowił on typ tzw. miasta schodzącego ze wzgórza. W jego sylwecie dominowały dachy i wieże dwóch późnośredniowiecznych gotyckich kompleksów budowlanych: kapitulnego zamku (formalnoprawnie położonego poza granicami miasta) – siedziby władzy terytorialnej, oraz miejskiego kościoła pw. św. Jakuba. Ustępowały im wieże Wysokiej Bramy i niewielkiego ratusza, budowli związanych ze sferą administracji municypalnej i miejskiej autonomii. Zasklepiony dachem w XV wieku kościół św. Jakuba miał pierwotnie jednak niższą niż dzisiaj wieżę dzwonniczą. Dokończenie jej budowy wedle pierwotnych założeń stało się możliwe dopiero w drugiej połowie XVI wieku. Zwieńczona w 1596 roku złotą gwiazdą kopuła dzwonnicy będzie odtąd aż do XIX wieku dominować w sylwecie niewielkiego rozmiarami miasteczka, niejako „doklejonego” do potężnej bryły budynku miejskiej fary. Takie właśnie miasto przedstawił berliński akwarelista Eduard Gaertner na panoramach Olsztyna, tzw. dużej i małej, namalowanych podczas jego podróży po Prusach Wschodnich w 1845 roku. Podobnie wyglądały sylwety wielu mniejszych i średnich miast warmińskich czy w ogóle europejskich. Nie jest też przypadkiem, że dominacja wieży olsztyńskiego kościoła farnego – najważniejszej dla kultury duchowej budowli w mieście – w panoramie Olsztyna rozpoczęła się w czasie, gdy okrzepła miejska autonomia, jego mieszkańcy przeżywali okres prosperity gospodarczej w XVI stuleciu, a miasto stać było na dokończenie inwestycji po prawie stuletniej przerwie spowodowanej brakiem funduszy. Kościół farny stanowił przecież centrum życia religijnego całej miejskiej społeczności. Poprzez funkcje sepulkralne (nagrobki i przyległy cmentarz) oraz treści ikonograficzne i inskrypcyjne pełnił kluczową rolę w funkcjonowaniu lokalnej pamięci zbiorowej, a jego gmach i wieża były wizytówką miasta.

90

Na horyzoncie większych monarszych ośrodków rezydencjonalnych jak stołeczny Kraków dominowały wzniesione na pobliskich wzgórzach zamki monarsze, w mniejszych zaś jak Lidzbark Warmiński biskupie. Choć w tym ostatnim przypadku zachowane drzeworytowe panoramy z XVIII wieku ukazują konkurującą z zamkiem potężną wieżę fary św. św. Piotra i Pawła kilkakrotnie podwyższaną w poprzednich dwóch stuleciach, po pożarze kościoła w 1698 roku i remoncie ozdobioną zaś hełmem zakończonym chorągiewką z herbem biskupim. Natomiast w większości miast przednowoczesnych w obrębie samych ich murów pod względem wysokości z reguły rywalizowały między sobą wieże ratusza i miejskiej fary. Wystarczy rzut ............................................................ 5 Pod wspólnym niebem…, s. 161.


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

oka na wizerunek Poznania – jednego z największych miast królewskich w dawnej Rzeczypospolitej – na rycinie Brauna i Hogenberga z 1618 roku. Potwierdza on dominację w linii miejskiego krajobrazu liczącej z hełmem i iglicą 114,80 metrów wieży gotyckiego kościoła farnego pw. Marii Magdaleny. Do momentu zniszczenia świątyni wskutek pożaru i zawalenia ścian w latach 70. XVIII wieku wieża poznańskiej fary stanowiła symbol miasta. Z kolei wieża królewskiego zamku na Wzgórzu Przemysła po rujnacji gotyckiej budowli i przebudowach rezydencji królewskiej zniknęła już w XVI wieku. Oprócz tego uwagę przyciągały jeszcze położone poza granicami miasta wysokie wieże katedry na Tumie, natomiast w obrębie samych murów wysokością wieży fary ustępowała jedynie strzelista wieża ratusza przebudowanego w stylu renesansowym na początku drugiej połowy XVI wieku przez Jana Baptystę Quadro, licząca około 90 metrów i nadbudowana jeszcze w latach 1781-1783. W sytuacji braku świeckich przedstawień pomnikowych, z nielicznymi wyjątkami, w przestrzeni publicznej w większości miast wczesnonowożytnych aż do początku XIX wieku rolę podobną do nich w funkcjonowaniu pamięci kulturowej pełniła ikonografia i treści inskrypcyjne umieszczane na ścianach zewnętrznych ratuszy bądź innych budynków (np. Dwory Artusa w Gdańsku i Toruniu) związanych z miejskimi elitami. Pod tym względem renesansowa budowla ratusza w Poznaniu była swoistą „księgą”. Ściany zewnętrzne pokryto inskrypcjami łacińskimi oraz przedstawieniami ikonograficznymi nawiązującymi do wydarzeń i postaci ważnych dla dziejów miasta i całego państwa. Stronę wizualną wzbogacono podczas renesansowej przebudowy, umieszczając w arkadowych polach attyki na fasadzie ratusza ścienne malowidła przedstawiające królów Polski z dynastii Jagiellonów, uaktualnione w XVII wieku o wizerunki kolejnych władców elekcyjnych. Rzecz jasna na tak bogatą, pełną odniesień do historii, oprawę ikonograficzną i inskrypcyjną ratuszy lub budynków związanych z patrycjatem stać było tylko miasta największe i najzamożniejsze. Istotną rolę w programie dekoracji poznańskiego ratusza odgrywały ściany ratuszowej wieży. Zainstalowany w połowie w XVI wieku u jej szczytu nowy zegar miał sławne „urządzenie błazeńskie”, czyli poznańskie koziołki – przypomnienie i nawiązanie do ważnej dla miasta legendy będącej niezbywalną częścią lokalnej kultury pamięci. Z kolei znajdujący się pod zegarem monogram Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz umocowany tam u schyłku XVII wieku prawie dwumetrowy orzeł z nitowanej miedzianej blachy, z herbami Rzeczypospolitej i królewskiego Ciołka, zawierały odniesienia do historii całego państwa oraz podkreślały fakt, że Poznań był ważnym miastem królewskim. Do wnętrza blaszanego dekorum już podczas jego instalacji i później w czasie konserwacji w 1783 roku włożono puszki, monety, pamiątki, a także części wieży zegarowej, które ocalały po zniszczeniu jej w trakcie wielkiej wojny północnej. Sens umieszczania wewnątrz tego rodzaju dekoracyjnych artefaktów treści związanych z kulturą pamięci jest dziś trudny do odczytania. Był to jednak w epoce przednowoczesnej zabieg dość powszechny, zwłaszcza gdy chodzi o elementy wieńczące szczyty dachów czy wież. Kule

91


Igor Kąkolewski

wieńczące dachy kościołów były bowiem miejscami przekazu pamięci historycznej poprzez umieszczanie w nich m.in. aktów erekcyjnych świątyń bądź innych cennych przedmiotów. Na przykład w 1654 roku w trakcie zorganizowanych uroczyście przez radę Torunia obchodów 200-lecia wybuchu antykrzyżackiego powstania i inkorporacji Prus do Korony Polskiej na wyremontowanym dachu wieży kościoła Najświętszej Marii Panny w Toruniu umocowano nową wieńczącą go kulę, do której wnętrza włożono łacińską inskrypcję. Jej fragment upamiętniał inkorporację Prus do Korony Polskiej w 1454 roku jako wydarzenie konstytuujące nowy etap dziejów miasta. Umieszczenie inskrypcji w zamkniętej kuli niejako dotykającej nieba symbolicznie uwznioślało to wydarzenie stanowiące ważny fakt w zbiorowej pamięci mieszkańców Torunia. Poza tym w inskrypcji wzmiankowano o istotnych sprawach współczesnych – politycznych i astralnych – mających wpływ na państwo i ludzkość, jakimi były szalejące na Ukrainie powstanie kozackie i ukazanie się komety na firmamencie nieba, odczytane jako zapowiedź przełomowych wypadków. W ten sposób zamknięta w kuli inskrypcja w zamyśle autorów tego ceremonialnego, symboliczno-magicznego, aktu stawała się medium istotnych treści historycznych i astrologicznych dla kolejnym pokoleń.

92

W krajobrazie miejskim w epoce średniowiecza i wczesnej nowożytności nie tylko pod względem wysokości, lecz także liczby, dominowały wieże kościołów. Ich kulminacje były wyrazem znaczenia religii w różnych wymiarach życia społecznego i miejskiej przestrzeni publicznej, ale również w odczuciu współczesnych niejako sakralizowały sylwetę miasta – nadawały jej metaforyczne znaczenie i symboliczny wizerunek. Doskonałym przykładem tego jest „Apoteoza Gdańska”, owalny obraz Izaaka van den Blocka namalowany w latach 1607-1608 na stropie Czerwonej Sali Ratusza Głównego Miasta. W jego górnej części zwraca uwagę ustawiona na łuku tryumfalnym panorama Gdańska z kulminacjami wież kościelnych i ratusza. Dzieło to powstało na zamówienie stanowiących wówczas w tym mieście wpływową mniejszość kalwińskich rajców. Stąd też zapewne wyciągnięta z obłoków „Ręka Opatrzności” (Manus Dei) dotyka celowo wywyższonej na obrazie wieży ratuszowej, a nie wówczas luterańskiego kościoła Mariackiego. Z kolei nad sylwetą miasta artysta umieścił tęczę – symbol pokoju między Bogiem a ludźmi, niebem a ziemią – której towarzyszy łaciński napis objaśniający sens tego przedstawienia: Coelesti iungimur arcu (Złączeni niebiańskim łukiem). Dzięki temu miasto Gdańsk zostaje skojarzone z biblijną Nową Jerozolimą (księgi: Ezechiela, Izajasza oraz Objawienia w Ewangelii św. Jana) – powrotem w chwale Jahwe do nowej świątyni oraz miejsca, w którym święci będą chwalebnie żyli z Chrystusem. Podobny sens kryje w sobie czarno-biała rycina Johanna Bassa z widokiem ogólnym Gdańska od północnego zachodu z 1652 roku. Powstała jako załącznik do karty dedykacyjnej dla rady miasta i zawiera elementy astralne i symboliczne (łuk tęczowy – symbol przymierza między Bogiem a ludźmi, słońce o zoomorficznych cechach – symbol Boga), a także cztery herby z nazwiskami urzędujących burmistrzów oraz 19 nazwisk rajców. Pewne treści ikonograficzne kojarzyć się mogą ze wspomnianymi wcześniej przedstawieniami znaków astralno-zodiakalnych na zegarach gdańskich. Dzięki temu miasto zostaje umieszczone w planie niebiańskiego, kosmicznego ładu.


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

Symboliczno-metaforyczne odczytanie sylwety XVII-wiecznego Gdańska jako Nowej Jerozolimy nie było wyłącznie wizją artystów wczesnej epoki nowożytnej. Analizując układ przestrzenno-urbanistyczny, wezwania świątyń i treści kultu patronujących im świętych postaci i wydarzeń, można dojść do wniosku, że z perspektywy chrześcijańskiej na dobrą sprawę każde średniowieczne i wczesnonowożytne miasto było w pewnym sensie odbiciem biblijnej Jerozolimy i związanych z nią miejsc i historii. Jak konstatuje znawca urbanistyki i architektury Olsztyna Andrzej Rzempołuch: W Olsztynie był wyjątkowo rozwinięty kult Męki Pańskiej. Cmentarz i kościół św. Krzyża, kapliczka z krucyfiksem na tymże cmentarzu, ołtarz świętokrzyski w farze św. Jakuba, a przy nim bractwo i beneficjum, wreszcie – kaplica jerozolimska; takie nagromadzenie w tak niewielkiej społeczności przejawów czci dla Ofiary na krzyżu, powinno inspirować do przebadania religijności dawnych olsztyniaków. Gdyby spojrzeć od tej strony, Olsztyn znajdował się w samym środku Ziemi Świętej; miasto położone było – w pewnym uproszczeniu, gdy idzie o orientację – między Golgotą (Mons Pietatis) na północy a Jerusalem na południu6. *** Na przestrzeni XIX i na początku XX wieku kształtuje się nowoczesny krajobraz miejski. Zmienia się układ urbanistyczno-przestrzenny miast: tam, gdzie to tylko możliwe, wyburza się dawne mury obronne, poza starówkami powstają nowe centra, infrastruktura komunikacyjna, tereny śródmiejskiej zieleni, a na dawnych terenach podmiejskich teraz przyłączanych do aglomeracji osiedla willowe i robotnicze – przestrzenie i budynki nieznane w epoce przed XIX-wieczną industrializacją i modernizacją społeczeństw, obok zaś wyrastają zakłady przemysłowe z ich strzelistymi kominami. Dzięki nowym środkom transportu – olbrzymie znaczenie miało wprowadzenie tramwajów elektrycznych, a potem autobusów – zmienia się sposób patrzenia na krajobraz miasta. Pasażerowie zaczynają obserwować go w coraz szybszym ruchu, stąd urbaniści i architekci stają przed wyzwaniem innego planowania miejskiej przestrzeni. Teraz pierzeje ulic przeplatane przestrzeniami zielonymi dają się obserwować w bardziej dynamiczny, a zarazem płynny sposób. Postępująca komercjalizacja powoduje ekspansję różnego rodzaju reklam i sposobów ich eksponowania. Olbrzymi przełom w percepcji miasta niesie jego elektryfikacja. Odtąd można bowiem dokładnie obserwować je nie tylko w dzień, lecz także nocą – wrażenie nieznane w epoce przednowoczesnej wypełnionej głosami miejskich strażników nawołujących do gaszenia ognia o wyznaczonej porze po zapadnięciu zmroku. W XX wieku światła neonów i modernistycznej architektury najpierw z cegły, potem żelaza, betonu i szkła ostatecznie wykreują fantom a city by night – miasta teatralno-filmowej scenografii ułudy, jak Siergiej Eisenstein scharakteryzował w połowie minionego stulecia ............................................................ 6 A. Rzempołuch, Architektura i urbanistyka Olsztyna.1353-1953. Od założenia miasta po odbudowę ze zniszczeń wojennych, Olsztyn: Urząd Miasta, 2004, s. 46.

93


Igor Kąkolewski

Nowy Jork. Ten moloch ze swymi drapaczami chmur jako stolica globu – refleks wszystkich wspaniałości i ułomności archetypicznego miasta i wieży Babilonu – przejmie po antyczno-średniowiecznym Rzymie i nowożytnym Paryżu rolę biblijnej Nowej Jerozolimy. Miasto zmieni też radykalnie swój symboliczno-metaforyczny krajobraz i mentalną mapę pamięci. Postępujące od XIX wieku procesy sekularyzacji zaznaczą się wyraźnie w przestrzeni miast – kosztem kulturowych treści religijnych ekspanduje sfera świeckiej historii w miejskiej przestrzeni publicznej. Pojawiają się nazwy ulic dedykowane postaciom i wydarzeniom z historii narodowej, rzadziej lokalnej i powszechnej – fenomen nieznany w poprzednich stuleciach. Podobnie nowym zjawiskiem w kulturze są masowo stawiane świeckie pomniki bohaterów z bliższej i bardziej odległej przeszłości – ich wizerunki we wczesnej epoce nowożytnej widniejące w „księdze pamięci” na elewacjach niektórych ratuszy czy reprezentacyjnych budowli związanych z kulturą miejskich elit, teraz niejako schodzą z ich ścian i zaczynają zapełniać coraz bardziej zdemokratyzowaną przestrzeń publiczną miast – ulice, place i skwery. XIX-wieczne monumenty wznoszone są na tle budynków – zanim w XX wieku nie przeważy modernizm – zaprojektowanych w tzw. neostylach, których architekci czerpią obszernie cytaty z gotyku, romańszczyzny, antyku i renesansu. Wskutek ekspansji historii w sferze publicznej dawniej dominujący w symbolicznej przestrzeni miejskiej wymiar sakralny znajduje się w defensywie. Radykalnie zmieniają się panoramy miast. Miasto powiększa swe rozmiary w takim stopniu, że staje się coraz trudniejsze, z czasem zaś wręcz niemożliwe do ogarnięcia wzrokiem. Najczęściej pomagają w tym zdjęcia pocztówkowe – nowy fenomen kultury (masowej), który pojawia się i podbija świat na przełomie XIX i XX wieku. Ich twórcy niekiedy musieli posługiwać się jednak fotomontażem, aby zmieścić i uporządkować wedle właściwej wysokości kulminacje w linii miejskiego horyzontu. Zarazem u schyłku XIX i na początku XX wieku w nowoczesnej kulturze urbanistycznej pojawiają się nowe tendencje i postawy wobec obiektów o dawniejszej metryce: obok prawodawstwa o ochronie zabytków państwo ustanawia regulacje o ochronie miejskiego krajobrazu, w tym sylwety miasta. Tak było na przykład w wilhelmińskich Niemczech: w 1907 roku wprowadzono prawo o ochronie krajobrazu miejskiego,

94

które obejmowało opieką nie tylko obiekty i zespoły zabytkowe, ale również sylwety, panoramy i osie widokowe ważnych dla obrazu miasta współczesnych budowli i zespołów urbanistycznych7. Konsekwencją podobnego ustawodawstwa w przypadku Wiednia jest obowiązujący do dziś zakaz wznoszenia w ścisłym centrum budowli wyższych od wieży katedry św. Szczepana. ............................................................ 7 G. Kodym-Kozaczko, Poznański Ring w przestrzeni miasta. Krótka nauka urbanistyczna według obyczaju europejskiego, [w:] Odkryj Dzielnicę Zamkową. Wydawnictwo pokonferencyjne. Konferencja popularnonaukowa towarzysząca V Weekendowi z Historią na Trakcie Królewsko-Cesarskim pod hasłem „Odkryj Dzielnicę Zamkową”, 24 września 2009 r., Poznań: Centrum Turystyki Kulturowej Trakt, 2011, s. 23.


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

Mimo zawrotnego tempa modernizacji organizmów urbanistyczno-przestrzennych i sekularyzacji większości sfer ludzkiego życia w XIX i na początku XX wieku w panoramach miast europejskich ciągle zauważalna będzie rywalizacja między elementami świeckości a sakralnymi, z tym że od pewnego momentu budowle świeckie „w wyścigu wysokości” zdobędą przewagę. W przypadku panoramy średniego miasta europejskiego, jakim na przełomie stuleci stał się liczący nieco poniżej 40 tys. ludności Olsztyn, zwracają uwagę, konkurujące z dawną dzwonnicą kościoła św. Jakuba, wieże dwóch neogotyckich świątyń: katolickiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa – konsekrowanego w 1903 roku na jubileusz 500-lecia lokacji miasta – oraz ukończonego na początku I wojny należącego do wojska kościoła garnizonowego. Jednak pozycję dominującą w sylwecie nowoczesnego Olsztyna, dzięki usytuowaniu budowli na wzniesieniu, osiągnie 60-metrowa wieża neorenesansowego nowego ratusza. Oddany do użytku w 1915 roku nowy gamach olsztyńskiego ratusza można uznać za swoistą księgę pamięci dla mieszkańców miasta m.in. dzięki ukończonemu nieco później bogatemu wystrojowi elewacji zewnętrznych zawierających przedstawienia ikonograficzne dotyczące dziejów lokalnych i narodowych z okresu Wielkiej Wojny (relief na tzw. wykuszu rosyjskim), a także znajdującemu się w jego wnętrzu miejscu upamiętnienia w niej poległych. Przy tym warto podkreślić fakt usytuowania nowej siedziby władz municypalnych w wyeksponowanym miejscu – pomiędzy starówką a nowym śródmieściem, na wykupionych terenach nieczynnego już cmentarza św. Krzyża, który w opinii olsztynian nadawał miastu religijny charakter. Ukończenie budowy nowego ratusza zbiegło się w czasie z oddaniem do użytku kościoła garnizonowego. Dotychczasowe katolickie dominanty – tj. stara wieża fary św. Jakuba oraz kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, którego strzelista, licząca 83 m wysokości bryła była jedną z najwyższych budowli w ówczesnych Prusach – miały konkurencję w postaci dwóch dodatkowych kulminacji związanych z jednej strony z państwowym w Królestwie Prus wyznaniem ewangelickim, z drugiej zaś z miejskim samorządem, tj. smukłych wież usytuowanego na wzgórzu nad jarem Łyny kościoła garnizonowego oraz wspomnianej już wieży nowego ratusza. Zaznaczające się w krajobrazie Olsztyna wieże konsekrowanego w 1877 roku parafialnego kościoła ewangelickiego oraz znajdujący się w jego sąsiedztwie średniowieczny zamek kapitulny, od schyłku XVIII do początku XX wieku będący własnością pruskiego państwa – to, co ewangelickie i związane z władzą, zaczynało równoważyć się w linii miejskiego horyzontu z tym, co tradycyjne i katolickie. W ten sposób mniejszość ewangelicka (stanowiąca w 1906 roku 35,6% mieszkańców) w mieście otrzymywała swoistą rekompensatę w duchu szerokiej tolerancji religijnej, będącej jedną z podstawowych zasad nowoczesnego państwa pruskiego. Że tolerancyjna postawa urzędników miała jednak swoje ograniczenia, świadczył fakt odrzucenia przez władze rejencji królewieckiej w 1871 roku podania żydowskiej gminy w Olsztynie o zakup gruntu pod budowę nowej synagogi na terenach przy zamku. Stwierdzono, że budowla mogłaby zepsuć symetryczną panoramę olsztyńskiej starówki. Na tym samym terenie sześć lat później ukończono budowę ewangelickiej kirchy – rzecz jasna tym razem bez zastrzeżeń, że neogotycka budowla mogłaby stanowić zagrożenie dla miejskiego krajobrazu.

95


Igor Kąkolewski

Epoka nowoczesności, konkretnie zaś jej faza wczesnej industrializacji, a także kształtowania się współczesnej świadomości narodowej i nacjonalizmów w XIX i na początku XX wieku, mogła pozostawić jeszcze inny ślad na linii miejskiego horyzontu. Wymownym przykładem jest nowo ukształtowana na przełomie stuleci sylweta Poznania. Gwałtownie wówczas rozrastający się przestrzennie Poznań dzięki rozbiórce murów wzniesionej w XIX stuleciu cytadeli, osiągnął poziom wedle ówczesnych standardów „miasta dużego”, tzn. liczącego w 1910 roku ponad 156 tys. mieszkańców, o dwunarodowościowej, polsko-niemieckiej strukturze etnicznej i wyznaniowej, w której jednak liczebnie przeważała ludność polska i wyznawcy katolicyzmu. Przełomem w rozwoju przestrzenno-urbanistycznym miasta było wybudowanie w pierwszej dekadzie XX wieku w ramach tzw. Hebungspolitik – polityki „podniesienia” cywilizacyjnego i upowszechniania niemieckości na wschodnich kresach Cesarstwa Niemieckiego – reprezentacyjnej Dzielnicy Zamkowej. Otoczona wzorowanymi na wiedeńskim Ringu przeplatanymi zielenią założeniami parkowymi i arteriami komunikacyjnymi Dzielnica Zamkowa stała się zgodnie z zamysłem jej twórców krajobrazową dominantą Poznania. Dzięki temu od 1910 roku objęta ochroną prawną – prawo ochrony krajobrazu miejskiego zostało w Poznaniu oparte na ogólnoniemieckiej ustawie z 1907 roku – sylweta miasta otrzymała nową, wyraźną kulminację w postaci strzelistej wieży neoromańskiego Zamku Cesarskiego, ostatniej zamkowej budowli w dziejach europejskiej architektury i monarchizmu. Dekoracje jego wnętrz zawierały bogate zdobienia i wykonane w duchu historyzmu przedstawienia ikonograficzne mające podkreślać ideę ciągłości cesarstwa – od Imperium Rzymskiego, poprzez Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, aż do współczesnego Cesarstwa Niemieckiego. Stąd też we wnętrzu wieży powstała kaplica z historyzującym programem nawiązującym do średniowiecznej architektury i sztuki Hohenstaufów. Dzięki budowie Zamku Cesarskiego Poznań awansował też w 1910 roku do elitarnej grupy miast Rzeszy obdarzonych statusem miasta rezydencjonalnego.

96

Neoromańskiej wieży zamku wysokością ustępowały dachy sąsiednich gmachów użyteczności publicznej usytuowane w obrębie Dzielnicy Zamkowej, jakkolwiek ich wieże lub kopuły również przykuwały uwagę. Wyróżniał się zwłaszcza wzniesiony latach 1905-1908 neobarokowy gmach Komisji Kolonizacyjnej. Statutowe cele tej instytucji, mającej wykupywać ziemię z rąk polskich, miało odzwierciedlać umieszczenie wokół tamburu imponującej kopuły budowli figuralnych rzeźb symbolizujących epoki pruskiego podboju i kolonizacji „niemieckiego Wschodu”: mnicha i rycerza zakonnego (średniowiecze), Salzburczyka i Holendra (XVIII wiek), chłopów z Westfalii i Szwabii (czasy współczesne). Poza tym na panoramicznych kartach z tamtego okresu uwagę przyciągał masywny dach z wieżycami cieszącego się wsparciem pruskiego państwa Domu Towarzystw Ewangelickich oraz smukła wieża ewangelickiego kościoła św. Pawła. Zresztą również niezwykłą wysokość w stosunku do głównego korpusu świątyni miały wieże wzniesionego w latach 40. XIX wiieku na krańcach nowego śródmieścia innego protestanckiego kościoła św. Piotra. Podobnie jak w przypadku Olsztyna można tłumaczyć to dążeniem władz do zaakcentowania dominacji pruskiej konfesji państwowej w pano-


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

ramie miasta, w którym liczebnie przeważały świątynie katolickie – zarówno zabytkowe z czasów dawnej Rzeczypospolitej, jak i nowe wznoszone w konwencji neostylowej architektury we włączanych do aglomeracji dzielnicach. Nowoczesny polski akcent w narodowo-ideologicznej konkurencji w panoramie Poznania wykreowała architektura fabryczna. W ukończonym w 1870 roku kompleksie zabudowań z elementami architektury neorenesansowej fabryki Hipolita Cegielskiego wzniesiono ozdobną wieżę pożarniczą i zegarową. Jej dekoracyjna forma nie miała równego sobie odpowiednika w stosunkowo powoli industrializującej się stolicy rolniczej Prowincji Poznańskiej: Nie ma wątpliwości, że wieża – symbol władzy i panowania – pojawiła się tu przede wszystkim jako imponująca reklama i silny atut w walce konkurencyjnej8. Zresztą z podobnej możliwości zaakcentowania prestiżu korzystały różne niemieckie instytucje epoki kapitalizmu. Tak na przykład budynek poznańskiej Ubezpieczalni Krajowej przykuwał uwagę strzelistą wieżą, podobnie jak masywny wysoki dach Banku Spółdzielczego (Raiffeisena). Istotnym punktem w krajobrazie miasta stała się też największa wówczas w Niemczech wieża ciśnień, tzw. Wieża Górnośląska – pozostałość po zorganizowanej w Poznaniu w 1911 roku Wschodnioniemieckiej Wystawie Przemysłu, Rzemiosła i Rolnictwa. Poza tym zwłaszcza przy okazji tego rodzaju imprez w przypadku zarówno Poznania, jak i Olsztyna – miast położonych w regionach przeważająco rolniczych – prestiżu dodawać mogły fabryczne kominy wzbogacające sylwetę modernizujących się miast. Świadczą o tym choćby pocztówkowe zdjęcia Olsztyna zrobione z wieży widokowej podczas krajowej wystawy przemysłowej w 1910 roku. *** Wraz z procesem poszerzania aglomeracji miejskich w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku poprzez włączenie pod zarząd administracji komunalnej przyległych terenów leśnych zaczęła kształtować się nowa przestrzeń życia publicznego o funkcjach parkowo-rekreacyjnych. Odegrała ona istotną rolę w ewolucji miejskiego krajobrazu kulturowego m.in. poprzez wypełnienie jej nie tylko pomnikami natury, lecz także licznymi miejscami upamiętnienia – pomnikami czy kamiennymi tablicami kommemoracyjnymi. Jako przykłady tego typu założeń parkowo-rekreacyjnych wymienić można choćby berliński Tiergarten-Park (w kształcie nadanym mu po 1871 roku) czy powstały w drugiej połowie XIX wieku nowojorski Central Park. W przypadku mniejszych i średnich miast europejskich ich mieszkańcy również otrzymywali szansę obcowania z wpisanymi w krajobraz parków treściami kulturowymi. Przykładem jest olsztyński Las Miejski, bodaj największy w Europie powstały na przełomie XIX i XX wieku miejski kompleks parkowo-rekreacyjny. ............................................................ 8 Z. Ostrowska-Kłębowska, Budownictwo przemysłowe, [w:] Dzieje Poznania w latach 1793-1945, t. 3, red. J. Topolski i L. Trzeciakowski, Warszawa; Poznań: Wydawnictwo Naukowe PWN, 1994, s. 526.

97


Igor Kąkolewski

Ważną rolę dla orientacji w jego przestrzeni odgrywały miejsca upamiętniania zainicjowane u schyłku XIX wieku, jak Wzgórze Bismarcka i Wzgórze Lentza (zasłużonego dla Olsztyna dowódcy tamtejszego garnizonu) czy odsłonięty w 1928 roku pomnik Plebiscytowy, usytuowane dla nadania im odpowiedniej rangi na naturalnych wzniesieniach. W Europie w XIX i na początku XX wieku w niektórych miastach lub na rekreacyjnych terenach w ich pobliżu wznoszono też niekiedy sztuczne wzgórza, w polskiej kulturze pamięci zwane kopcami, dedykowane ważnym bohaterom lub dziejowym wydarzeniom (np. kopce: Kościuszki, Unii Lubelskiej czy Horodelskiej). Oba przypadki wykorzystania naturalnych wzniesień i kreowania sztucznych świadczą o tym, że wywodząca się z zamierzchłej ery prehistoryczna tendencja kurhanowego upamiętniania bohaterów atawistycznie przetrwała również w przenikniętej racjonalizmem epoce nowoczesności, choć utraciła swój wymiar sepulkralny oraz symboliczno-magiczny sens ściśle związany z obserwacją i odczytywaniem nieba oraz zjawisk astralnych. Oprócz przypisywanych im przez archeologów funkcji grzebalnych, religijno-rytualnych czy sygnalizacyjno-obserwacyjnych kurhany miały, jak wskazują badania geodezyjne, również funkcje astronomiczne. Wyznaczały wiosenne zrównanie dnia z nocą, letnie przesilenie, równonoc jesienną i przesilenie zimowe – daty kalendarzowe nadające rytm rytuałom religijnym przedhistorycznych społeczności. Wznoszenie kurhanów – niekiedy sytuowanych na dogodnych naturalnych wzniesieniach lub ich zboczach – byłoby zatem pierwszym przejawem kulturowej tendencji do wznoszenia konstrukcji pnących się ku niebu i nadających symboliczny sens nieboskłonowi, tendencji przejętej w czasach historycznych, aż po nam współczesną epokę, przez rozmaitego rodzaju „wieże”, zwłaszcza zaś te kulminujące w horyzoncie miejskiej cywilizacji. Zresztą to ostanie pojęcie wywodzi się przecież od łacińskiego civitas oznaczającego w sensie organizmu polityczno-społecznego miasto-państwo (stąd ang. city czy franc. cité). Zapisane w nierównomiernej linii miejskiego horyzontu kształty budowli można zatem odczytywać jak kulturowy tekst, dominaty w owej skyline czy raczej cityline zaś jako strofy reflektujące nie tylko porządek społeczny czy polityczny, lecz także wyobrażony przez człowieka ład kosmosu. ***

98

Na przestrzeni XX wieku panoramy zwłaszcza dużych miast uległy znacznym przekształceniom. Dalszy ciąg procesów modernizacyjnych, przejście z fazy dominującej industrializacji w fazę komercjalizacji, postępujące udoskonalenie materiałów i technik budowlanych z zastosowaniem żelbetonu i szkła włącznie doprowadziły do pojawienia się w sylwecie miasta nowego typu kulminacji – budynków wysokościowych, tzw. drapaczy chmur. Mimo że z reguły są one odbiciem projektów prywatno-komercyjnych i swoistym zapisem w formie słupkowego diagramu osiągnięć poszczególnych podmiotów życia gospodarczego oraz manifestacją ich prestiżu. Wystarczy przeanalizować panoramiczne zdjęcia nowojorskiego Downtown. Geneza i etymologia tego amerykańskiego terminu (dosłownie: dolne miasto) sięga lat 30. XIX wieku, gdy zaczęto go stosować na oznaczenie kierunku podążania do centrum biznesowego na Dolnym Manhattanie, a w miarę upływu czasu (słownikowo po 1900 roku) zaczęto sto-


Wieże i dachy dotykają nieba… Horyzont miasta w zasięgu i poza zasięgiem wzroku

sować na oznaczenie śródmieści historycznych i komercyjnych w amerykańskich miastach. Doświadczenie z oglądu współczesnych metropolii w USA oraz przewrotna logika kalamburu nakazywałyby zastąpić go raczej określeniem high town (górne = wysokie)9. Współczesna metropolia typu high town jest symbolicznym refleksem supremacji wymiaru ekonomicznego nad wymiarem ideologiczno-politycznym czy sakralnym – tym ostatnim dominującym w epoce miast przednowoczesnych i dostarczającym klucza do zrozumienia znaczenia ich symbolicznej sylwety i przestrzeni. Natomiast śladem archaicznych wyobrażeń w amerykańskim współczesnym wokabularzu jest potoczna nazwa wysokościowców – towers (wieże). Najbardziej znaną nazwą własną zawierającą to słowo były nowojorskie Twin Towers – siedziba World Trade Center i cel zamachu z 11 września 2001 roku, będącego w oczach radykalistów islamskich symbolem zsekularyzowanej cywilizacji światowego kapitalizmu. Nieco inaczej rzecz wygląda w miastach Starego Kontynentu. Panoramiczny miejski horyzont niektórych współczesnych metropolii europejskich zawiera czytelne podpowiedzi urbanistyczne, dzięki którym jesteśmy w stanie rozpoznawać miejsca i przestrzenie „dawniejsze” (starówka) lub „nowsze” (nowe centrum, śródmieście). Przy tym sylweta panoramy niektórych, zwłaszcza stołecznych, aglomeracji miejskich w Europie zachowała charakterystyczne punkty dominujące – kulminacje w linii miejskiego horyzontu – będące odbiciem przewagi symbolicznego wymiaru sakralnego charakterystycznego dla miast przednowoczesnych lub bardziej nowoczesnego projektu „ideologicznego” władz miejskich lub państwowych. Spójrzmy na cztery przykłady. Po pierwsze, dominująca w krajobrazie starych dzielnic wieża średniowiecznej katedry św. Stefana w Wiedniu przypomina o czasach supremacji chrześcijaństwa w kulturze Europy. Jej supremacja w miejskim horyzoncie była długo podtrzymywana odpowiednimi regulacjami prawnymi, stąd nie jest przypadkiem, że ukończony w 2001 roku nowoczesny kompleks Vienna Twin Tower został usytuowany na słabo skomunikowanym ze śródmieściem południowym skraju miasta. Drugim przykładem jest paryska wieża Eiffla, wzniesiona na Wystawę Światową w Paryżu w 1889 roku, będąca nie tylko symbolem przyśpieszonej modernizacji oraz postępu techniki i wiedzy inżynierskiej w wyniku tzw. drugiej rewolucji przemysłowej, lecz także upamiętniająca hucznie obchodzony w stolicy Francji jubileusz stulecia Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Z kolei przykładu znamiennego zwłaszcza dla niektórych państw środkowo- i wschodnioeuropejskich, dotkniętych doświadczeniem totalitaryzmów, dostarcza szary socrealistyczny gamach warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie – refleks dominacji stalinizmu we wczesnej epoce PRL-u – który we wczesnych latach 50. XX wieku zepchnął na drugi plan przedwojenną chlubę Warszawy, budynek angielskiego Towarzystwa Ubezpieczeń „Prudential”, czyli „niebotyka”, jak go nazywali przedwojenni warszawiacy – przed 1939 rokiem drugiego najwyższego budynku w Europie i wizytówki modernizującej się Warszawy. ............................................................ 9 Póki co Hightown to nazwa kilku mniejszych miejscowości na Wyspach Brytyjskich, w Stanach Zjednoczonych zaś funkcjonuje w komiksowym świecie X-menów na oznaczenie bogatej dzielnicy w fikcyjnym mieście-wyspie Madripoor.

99


Igor Kąkolewski

Last but not least spójrzmy na berlińską wieżę telewizyjną na placu Aleksandra, najwyższą budowlę we współczesnych Niemczech. Jej geneza sięga okresu podziału Europy żelazną kurtyną. Fernsehturm ukończona w 1969 roku miała być nie tylko symbolem nowoczesności Berlina Wschodniego, lecz przede wszystkim ideologicznej supremacji DDR w podzielonej murem duchowej stolicy Niemiec. Los i natura spłatały jednak figla. W słoneczne dni na olbrzymiej szklanej kuli umieszczonej pod iglicą Fernsehturm promienie słońca układają się bowiem w refleks o wyraźnym kształcie krzyża. Zachodni berlińczycy z sarkazmem skomentowali to zjawisko jako Rache des Papstes – „zemstę papieża”. Igor Kąkolewski

100


DYSKUSJA

Tożsamość Olsztyna

Iwona Liżewska Tematem przewodnim tego numeru czasopisma „Borussia. Kultura. Historia. Literatura” jest hasło geografia tożsamości. Na łamach tego numeru pisma chcemy zastanowić się nad takimi zagadnieniami: czym jest tożsamość, jak ważne są nasze relacje z otoczeniem i jak one nas kształtują? Czy tożsamość, jeśli chodzi o miasto, to wartość in plus, czy in minus? Jaka jest tożsamość Olsztyna? Kazimierz Brakoniecki Po pierwsze, czy miasto, czy miejsce musi mieć tożsamość? Po drugie miejsce i ludzie muszą być razem. Dla mnie ludzie są ważniejsi od miejsca, ale rzeczywiście jedno z drugim się stapia, bo nie można tego oderwać, jak nie można oderwać od ciała umysłu. Skoro więc uznamy, że musi być taki związek, to mówimy o pewnym dziedziczeniu i przeniesieniu tej dziedziczności w czas współczesny. Jednak po pierwsze to co mnie najbardziej interesuje, to nie nieustanne uhistorycznianie miejsca, ale rozumienie i odkrycie, czym jest dla nas teraźniejszość w perspektywie bliższej i dalszej przyszłości. Czym jest miejsce jako pole energii pozytywnej, a nie jedynie taki a nie inny zespół architektoniczno-krajobrazowy. Jasne, że wszystko się nakłada na siebie i współgra (oby harmonijnie), ale wolę poszukiwać tożsamości miejsca w tym, co określa najlepiej moje poczucie człowieczeństwa, jakości życia i satysfakcji moralnej. Miejsca, w którego tworzeniu biorę aktywny udział, a nie jestem tylko w nim widzem w obcym mi spektaklu (światowidzem). Nie tylko w Olsztynie, nie tylko w Polsce, nie tylko we Francji, ale w ogóle na świecie coraz więcej wiemy i ideologizujemy dziedzictwo fundamentalistycznie: czy po muzułmańsku, czy po katolicku, czy po lewicowemu itd., ponownie traktujemy to instrumentalnie. Nie mamy już bezpiecznej i jasnej wiedzy o miejscu jako takim dla najlepszego życia (z powodu tzw. kryzysu i inflacji przyszłości). Historycyzm i renowacja zabytków to sprawa raczej prosta. O wiele łatwiej bronić kamienicy niż zastanowić się nad pewnymi problemami szerszej natury. Wcale nie mówię, że one są łatwe, nie mówię, że je rozwiązałem, wiem jednak, że tożsamość lokalna (która musi być związana z pewną szerszą wizją społeczną) nie ogranicza się tylko do ochrony zabytku i rewitalizacji parku.

101


Dyskusja

Rzecz tę oczywiście możemy rozpatrywać lokalnie i uniwersalnie. Uważam też, że bez tożsamości uniwersalnej tożsamość lokalna nic nie znaczy, ponieważ jest partykularna, może zaciemniać naszą egzystencjalną rzeczywistość i tworzyć pewną prowincjonalizację umysłową, geograficzną, kulturową. Najczęściej mówi się o tożsamości wielokulturowej i wielonarodowej Olsztyna, co oczywiście jest kompletną fikcją. Nie ma czegoś takiego. Nasz region też nie jest ani wielonarodowy, ani wielokulturowy. Chociaż „Borussia” zajmuje się tym od wielu lat, jest to pewna (potrzebna) fikcja, która nie rozwiązuje bieżących problemów ani politycznych, ani społecznych, ani kulturalnych. Łatwiej więc założyć Muzeum Nowoczesności, powiesić tam kilka informacji o niemieckim Allensteinie, jak wyglądała jakaś stara pompa i przejść na tym do porządku dziennego. A nad czym? Chociażby nad jedną rzeczą, że Olsztyn był i jest nic nieznaczącym miastem, które nie miało w swoich dziejach ani kultury, ani tożsamości wcześniej historycznej, ani wielkich, wybitnych tutaj osób. Co nie znaczy że nie możemy teraz postawić na kulturę i wiedzę. Zajmujemy się jedną malarką, która za czasów niemieckich namalowała ze trzy kiczowate obrazy i piszemy o niej artykuły, a np. nie zajmujemy się wybitnym malarzem z początku XIX wieku Janem Antonim Blankiem czy zdolnymi poetami i pisarzami, którzy tutaj jeszcze są. Mistyfikacje jak najbardziej dotyczą udziału w kulturze wysokiej czy głębokiej. Żadnego w niej praktycznie uczestnictwa mieszkańców nie dostrzegam, a tym bardziej studentów. Tym co nam pozostaje, jest ładne położenie, kulturowy prowincjonalizm. Następuje systematyczny drenaż najlepszych mózgów. Tożsamość kulturowa i artystyczna nie istnieje. Stara się utrzymać poziom droga memu serca „Borussia”, ale i ona przecież zawiesiła wydawnictwo, a czasopismo jest mało widocznym półrocznikiem, nie generuje już kręgu autorów. Najbardziej chyba widać artystów plastyków, dzięki temu, że istnieje wydział sztuki, liceum plastyczne, to oczywiście procentuje. Aleksander Kuberski Absolwenci tego wydziału wyjeżdżają.

102

Kazimierz Brakoniecki Jeżeli mówimy o tożsamości regionalnej, to do tej pory jako jedyną konkretnie zdobytą tożsamość regionalną, jeżeli chodzi o wysoką kulturę, przywołuje się utylitarną z natury literaturę regionalną. Trochę przesadzam, ale folkloryzacja (lepszy amator, debiutant niż profesjonalista) rzeczywistości kulturalnej oraz festiwalizacja kultury popularnej (np. święto puszczania baniek mydlanych, dlaczego nie stawianie baniek?) jest nieustannie przekazywane jako najbardziej istotne. I to jest oczywiście bardzo przykre. Każda tożsamość kulturalna miasta powinna opierać się na świadomej tożsamości uczestnictwa mieszkańca w tworzeniu naszej rzeczywistości kulturalnej, ale i obywatelskiej. Dotyczy to jednocześnie demokratyzacji kraju, procesów szerszej natury, ale także udziału obywatelskiego w przestrzeni miejskiej. Tożsamość przede wszystkim nie może być związana z prowincjonalizacją, folkloryzacją, akcyjnością, zamykaniem się w pewnych opcjach tylko jednej dyscypliny, jednej rzeczywistości,


Tożsamość Olsztyna

np. panuje przesadny historycyzm, muzealnictwo wszystkiego i w ogóle dominacja dziedzictwa nad współczesnością. Tak na marginesie, jestem wielkim zwolennikiem budowania linii tramwajowej. Brakuje mi wielodyscyplinarnej edukacji kulturalno-obywatelskiej, w której miasto nie byłoby tylko pewnym zlepkiem pomysłów doraźnych lub ułożeniem czy ocaleniem (a rzeczywiście mamy ich mało, bo Olsztyn nie był wielkim miastem historycznym) ładnych lub brzydszych kamieni, lecz dobrze zaprogramowaną na dziesiątki lat rozpoznawalną strukturą urbanistyczno-kulturowo-krajobrazową. Nie byłaby to jakaś mistyfikowana lepiej lub gorzej jednostronna tożsamość miasta (np. miasta ogrodu, muzeum, przedsionka turystycznego, miasta uniwersyteckiego i administracyjnego), ale genialnie zaprojektowana wizja obywatelskiego miasta-wspólnoty, miasta zintegrowanego, harmonijnie się rozwijającego stosownie do ustalonych, idealnych celów regionalnych, państwowych i europejskich. Nie chodzi o utopię, ale o konkretne miejsca pracy dla młodego pokolenia, o innowacyjność wiedzy i praktyczne stosowanie nowoczesności, o szacunek i zaufanie wzajemne dla tego, co budujemy i z kim to robimy. Ale wiem, że nawet najpiękniejsze mury mogą stać się murami więzienia. Iwona Liżewska Kazimierz Brakoniecki postrzega tożsamość jako krepujące więzy i jako in minus w mieście. Tożsamość zbyt człowieka przywiązuje, krępuje. Kazimierz Brakoniecki Może nie tak. Żyjemy cały czas w fałszywej tożsamości. Większości ludzi ta tożsamość, którą jako twórcy wysokiej kultury produkujemy, jest zupełnie niepotrzebna. Tożsamość ludzi opiera się w tej chwili na kulturze masowej, na rozrywce, na udziale w czymś, co nie tworzy spójnej wizji w rzeczywistości i miejsca. Jestem przeciwko tożsamości integrystycznej, dogmatycznej, jednostronnej, ale za policentryczną tożsamością integrującą opartą na wartościach postaw otwartych i uczestniczących (jak jest społeczeństwo zamknięte i otwarte), a nie zamkniętych. Iwona Liżewska Moim zdaniem tożsamość lokalna budowana jest w oparciu o specyfikę miejsca, w którym się mieszka oraz relacje z ludźmi. Czy rzeczywiście tożsamość powinno identyfikować się z pewnymi zjawiskami w kulturze, weryfikowanymi pozytywnie lub negatywnie, czy jest to inny zakres pojęciowy i z czym to się wiąże? Jacek Poniedziałek Ja na tożsamość patrzę nieco inaczej. Uważam, że pytanie to jest postawione nieco fałszywie. Tożsamość to cecha świadomej jednostki, a to, co może dać miasto, to treść tożsamościowa. To jest istota tożsamości. Jestem przywiązany do koncepcji, którą wprowadziła do Polski Antonina Kłoskowska. Tożsamość składa się z dwóch elementów, po pierwsze to jest identyfikowanie się z, to najczęściej identyfikowanie się z grupą ludzi, z jakąś wspólnotą, rzeczywistą lub wyobrażoną; wyobrażamy sobie wspólnotę, że ona istnieje jako pewna organiczna całość i dlatego się z nią identyfikujemy. Identyfikujemy się przez coś i to wówczas jest ważnym

103


Dyskusja

104

elementem naszych procesów identyfikacyjnych: miasto ze swoją przeszłością, miasto ze swoją architekturą, miasto jako pewien swego rodzaju kod kulturowy, który potrafimy bardziej lub mniej udanie odczytać. I wtedy miasto, to miejsce jest niezwykle istotne. To uwaga definicyjna. W tym rozumieniu każda jednostka utożsamia się z jakimś fragmentem rzeczywistości i ze wspólnotą. Co składa się na to, na tę tożsamość? Te tożsamości zawsze są wieloelementowe. Już dawno pożegnaliśmy takie, które były złożoną, integralną, organiczną całością. To jest paradoks tożsamości, że nie odczuwaliśmy potrzeby przemyślenia swojej tożsamości, nasza tożsamość była niezwykle silna. Chłopi sprzed procesów modernizacyjnych byli pewną całością tożsamościową, ich świat był jednością. Jeśli chodzi o Olsztyn, to na pewno mieszkańcy identyfikują się w mniejszy lub większy sposób z miastem bądź ze wspólnotą miejską. Są nawet twarde wyniki badań statystycznych i socjologicznych. Ale również identyfikują się, i tutaj jest ten problem, o którym mówił pan Kazimierz Brakoniecki, z pewnymi fragmentami zmityzowanej przeszłości. Przeszłość zawsze jest zmityzowana, chociaż historycy mówią nam, że nie jest, że oni nam pokazują, jak było. Ale dobrze wiemy, że historia z reguły jest zbrojnym ramieniem polityki historycznej. I mit jest niezwykle ważny w życiu każdego z nas, o czym uczył nas niezrównany Claude Lévi-Strauss. Ten mit zakorzeniający jest niezwykle istotny. Tam gdzie istnieje próżnia mityczna, a w Olsztynie trochę została wytworzona przez oczywiste procesy społeczne, na gwałt tworzy się mity podręczne. I to są te mity z wyeksploatowanym do granic możliwości Kopernikiem, to są te mity, o których pan Kazimierz Brakoniecki mówił, mity folkloryzujące przeszłość. Ale to są mity, które tworzą pewną tożsamość patchworkową. Ona pozwala funkcjonować. Taki model patchworkowej tożsamości funkcjonuje współcześnie. Wszyscy sobie budujemy tę tożsamość z różnych elementów i bardzo często przypomina to taki tożsamościowy supermarket. Ale czy potrafimy sobie sprofilować jako mieszkańcy miasta taką tożsamość, która pomoże nam funkcjonować? To moje pierwsze pytanie: czy my to potrafimy i czy potrzebujemy tego? Niektórzy powiadają, że świat zbyt szybko się zmienia, żebyśmy sobie budowali jakieś monolity tożsamościowe. Z reguły to są takie strategie przybierane ad hoc, żeby móc przetrwać w takim potoku, w schizofrenicznie poszatkowanej rzeczywistości. Tworzymy sobie tratwy tożsamościowe. Czy w Olsztynie takie tratwy tożsamościowe też budujemy? Tak. Tożsamość jest procesualna, zmienia się. Gdyby przeanalizować, jak te tożsamościowe treści były kiedyś kształtowane i jak są teraz kształtowane, i jak będą, to należy pozytywnie odpowiedzieć na to pytanie. Czyli jakie są elementy tej tożsamości? Czy one będą dobre, czy złe, to tak naprawdę zależy od tego, jak rozumiemy funkcję tożsamościową. Spoglądam na to jak socjolog. Tożsamość ma niezwykle ważną funkcję w społeczeństwie, bo pełni rolę ładotwórczą. Jeżeli się silnie identyfikujemy z jakąś grupą i miejscem, które jest przestrzenną lokalizacją życia takiej grupy, tym lepiej dla większości procesów społecznych, jakie się w mieście dzieją, to znaczy im się silniej identyfikujemy z miastem, z mityzowaną przeszłością, z przestrzenią, tym będziemy mieli wyższą tendencję do tego, żeby kontrolować poczynania władzy i partycypować w procesach politycznych. Im silniej się identyfikujemy, i na to też są wyniki badań, tym będziemy mieli mniejszą skłonność migracyjną, większą skłonność do tzw. patriotyzmu konsumpcyjnego czy gospodarczego. To też niezwykle istotne. Oczywiście ekonomiści głównego nurtu – myślimy, że jest tylko jedna szkoła, neoliberalna


Tożsamość Olsztyna

– mówią, że pieniądz nie ma tożsamości sentymentu. Jednak ma, bo ma. O czym uczy nas przykład Irlandii, która została rozruszana gospodarczo dzięki biznesowi tożsamościowemu, dzięki inwestycjom Irlandczyków amerykańskich, którzy tam chcieli lokować swoje pieniądze. A dlaczego? Dlatego że pomimo że w piątym pokoleniu mieszkają w Bostonie, czują się Irlandczykami. Silnie się identyfikują. To jest jedna z najistotniejszych funkcji tożsamości. Oczywiście tożsamość może mieć charakter zawężający albo też może być integrystyczna tożsamość, o czym pan Kazimierz Brakoniecki już wspominał, może mieć skutki negatywne. Nacjonaliści silnie utożsamiają się ze swoim narodem, wszelkiego rodzaju fundamentaliści również. Ale ta tożsamość, która pełni funkcje również społeczno-gospodarcze, jest rozpatrywana jako tożsamość prospektywna, czyli przyszłościowa. Wtedy może nam wiele pomóc. Postawiłbym dwa pytania: jakie elementy tak naprawdę tworzą tożsamość świadomej bardziej czy mniej społecznej jednostki mieszkającej w tym mieście? Po drugie co chcemy dzięki tej tożsamości uzyskać i kto powinien budować jej treści? I nie od dzisiaj wiemy, że to powinny czynić elity, elity polityczne i elity kulturalne. To duże zadanie. Zadaniem dla takich elit, jak borussianie, jest przedostanie się do świadomości bardziej masowego odbiorcy. Wyjście z pewnego intelektualnego getta. Bo mam dojmujące wrażenie, że elity intelektualne, wszyscy ludzie kultury i nauki, odgradzają się murem niedostępności od tzw. masowego zjadacza chleba, twierdząc, że albo ten masowy zjadacz chleba dozna jakiejś iluminacji intelektualnej i pozna to, co my robimy, albo jest zbyt głupi, żeby te treści przyswajać. Tu pojawia się kolejny problem, wybicia pewnej równowagi pomiędzy niebezpieczeństwem cepelizacji czy też banalizacji treści tożsamościowych, które mogłyby nam posłużyć do zbożnych celów, a jej umasowieniem. Od masowości nie ma ucieczki. Polscy chłopi zaczęli uświadamiać sobie, że są Polakami dzięki Sienkiewiczowi, który z wielką literaturą, w moim prywatnym mniemaniu, ma niewiele wspólnego, ale dzięki umasowieniu czytania „Krzyżaków” i „Potopu”, co zresztą pokazują pamiętniki chłopskie, oni sobie wtedy uświadomili, że są Polakami. Kto powinien to wdrukowywać? Odwołam się do Pierre’a Bourdieu: są instytucje przemocy symbolicznej, które mogą nam służyć do tego – literatura, przekaz medialny, szkoła i różnego rodzaju instytucje, które budują świadomość społeczną. Iwona Liżewska Właściwie odpowiedź na pytanie, kto powinien budować, kto jest odpowiedzialny za kształtowanie świadomości lokalnej, już padła. To zadanie elit, szkoły, szeroko pojętej edukacji. Chyba wiemy kto. Pytanie brzmi: co i w jaki sposób? Tomasz Birezowski Utożsamienie się z miejscem jest silnie związane z możliwościami jego kształtowania. Jeżeli człowiek nie czuje, że może dokonać w nim jakichś zmian, to wątpię, żeby rzeczywiście mógł się z nim identyfikować. Kiedy ktoś staje przed murem niemożności, na początku rodzi się jakiś bunt, potem szybko przechodzi się do przyjęcia faktów. Potem bardzo często kończy się to w naszym przypadku – mam na myśli moje pokolenie – wyjazdem, bo nie widzi się tu przyszłości.

105


Dyskusja

To jest moim zdaniem najistotniejszy powód emigracji, która stała się dla władzy rodzajem wentylu bezpieczeństwa. Z drugiej strony nic tak nie wzmacnia lokalnej tożsamości jak właśnie wyjazd za granicę. Trzeba poczuć się samotnym, trzeba zobaczyć inne grupy, jak są ze sobą związane, jak potrafią walczyć o swoje racje i jak budują własną kulturę. Dla większości olsztynian podstawową sprawą identyfikacji z tymi terenami jest fizyczna inność otaczającego nas krajobrazu, innego niż np. płaskie Mazowsze. Większości osobom na tym się kończy pomysł, czym właściwie jest Warmia i jaki sens ma istnienie naszego miasta. Bo kiedy dowiaduję się, że są ludzie, którzy mieszkając tutaj 10-15 lat, w ogóle nie byli na zamku czy nawet na Starym Mieście – a są naprawdę takie osoby – to zaczynam tracić grunt pod nogami. Założyłem tu wspólnie z grupą ludzi stowarzyszenie (Forum Rozwoju Olsztyna), które od wielu lat zajmuje się przestrzenią miejską. To zagadnienie nas najbardziej interesuje. Oczywiście łączy się to z poczuciem tożsamości, bo inaczej o przestrzeń miejską w ogóle nie da się walczyć. Jeśli nikomu nie zależy na miejscu, w którym mieszka albo nawet nie mieszka, tylko się po prostu z tym identyfikuje, to jest niemożliwe, żeby w takiej przestrzeni mógł zachodzić progres. Np. sprawa tartaku Raphaelsohnów, o który długo walczyliśmy wspólnie z innymi stowarzyszeniami. Dobry projekt, który na początku bardzo mocno integrował wiele miejscowych środowisk, po czym został całkowicie przejęty przez władze miasta. No i dzisiaj mamy trochę takie muzeum szuflad i zakurzonych gablot. Niewiele się różni od muzeów, które widziałem w Mongolii czy w innych dziwnych krajach. Wszyscy wiemy, jak duży potencjał ma to miejsce, ale moim zdaniem wciąż się go nie wykorzystuje. Zobaczymy, co będzie w przyszłości. Na razie niewiele się tam dzieje, chociaż są ludzie, którzy próbują to zmienić (np. Rafał Bętkowski). Pamiętam, że bardzo fajne pomysły na tartak miał Robert Traba. Szkoda że nie udało się ich kontynuować.

106

Jest jeszcze projekt, z którym wiążę ogromne nadzieje, mam oczywiście na myśli koszary dragonów. To duża przestrzeń, gdzie faktycznie może powstać coś ciekawego. I już właściwie się to dzieje! Naprawdę dużo ludzi tam bywa, wbrew wszelkiej logice, bo stan tego miejsca jest katastrofalny, jednak ludzie je lubią, kochają i tam działają. Wyobrażam sobie, że to ostatni przyczółek Olsztyna wspólnotowego, który może pokazać, że władza – ta urzędnicza – nie wszystko kontroluje i nie robi wszystkiego tak, jak chce. To jest bardzo dobry przyczynek do budowy tożsamości regionalnej. Jest to miejsce z historią, z którą niewielu się co prawda identyfikuje, ale to wszystko jest interesujące i stanowi budulec do pewnych działań. Fantastyczna przestrzeń pod względem architektonicznym i z wielką przyszłością. Mnie najbardziej interesuje proces, który tam zachodzi i mam nadzieję, że będzie kontynuowany. Nie chodzi o tę skończoną formę architektoniczną, to raczej metoda na przyciąganie turystów. Natomiast żeby rzeczywiście ludzie identyfikowali się z taką przestrzenią, dbali o nią, rozumieli ją, znali jej historię, to muszą wziąć udział w procesie budowy całego wydarzenia. Stąd też bardzo istotne jest, żeby jak najwięcej różnych osób w tym uczestniczyło. Jeżeli to się uda, to będziemy mieli prawdziwy zaczątek olsztyńskiego miejsca, o którym możemy mówić: tak, to jest nasze miejsce, sami je zbudowaliśmy, nie zbudował Niemiec, nie zbudowało PRL, tylko My.


Tożsamość Olsztyna

Zwróćmy też uwagę, jakie niesamowite historie działy się z Olsztynem. Nawet jeżeli mówimy o silnym tąpnięciu, załamaniu ciągłości kulturowej w ’45, to przecież przez kolejne kilkadziesiąt lat tutaj się budowało, istniały wielkie inwestycje. Olsztyn to miasto wręcz zbudowane na zewnętrznych inwestycjach: od kolonizacji Prus przez Krzyżaków i kapitułę, poprzez doprowadzanie kolei, a następnie umiejscowienie tu koszar armii. W nowszych czasach to słynne gierkowskie dożynki, a obecnie inwestycje unijne. Jakby tak patrzeć na etapy rozwoju miasta, to zawsze były to bodźce zewnętrzne. Chcemy to trochę zmienić. Czy się to uda? Zobaczymy. Wracam do PRL-u i jego spuścizny architektonicznej, bo ma ona przecież silny wpływ na wygląd Olsztyna. W wielu miastach Polski modernizm, który powstawał w tym okresie, jest znienawidzony przez większość osób. Ale są tacy, którzy go bronią i w jakiś sposób doceniają. Nawet w tym złym okresie tworzono dobre obiekty i jeśli znamy historię ich powstania, to negatywne skojarzenia zmieniają się często w fascynację. W Olsztynie jednak mieliśmy do czynienia z fatalnymi w skutkach wydarzeniami. Przede wszystkim zburzenie kina Kopernik i domu handlowego Dukat. Za chwilę pójdzie pod nóż nasz dworzec, który uważam za bardzo udaną budowlę. Dopiero teraz, właśnie przy sprawie dworca widać, że w końcu ludzie zaczynają myśleć inaczej o obiektach z okresu komunizmu. Że ostatnie 25 lat, które dokonało dużych zniszczeń w jego wytworach, nie zawsze wypada w samych superlatywach, zwłaszcza kiedy porównuje się je w miarę obiektywnie. W końcu dociera do masowej podświadomości, że budowanie zrębów tożsamości musi opierać się na pewnej kontynuacji zabudowy miasta, a niekoniecznie na odcinaniu się od kolejnych epok. To bardzo ważne w procesie identyfikowania się z przestrzenią. Jeżeli chodzi o tworzenie się zintegrowanych grup, które są podstawą społeczeństwa obywatelskiego, to paradoksalnie często powstają one w kontrze do pomysłów urzędników, np. przy okazji takich wydarzeń jak sprawa tartaku Raphaelsohnów, który miał być rozebrany, czy wielkiego projektu modernizacji transportu. Przy samym projekcie tramwajowym powstało kilka stowarzyszeń. Mam nadzieję, że będziemy w przyszłości w dobrych nastrojach, kiedy stwierdzimy, że olsztynianie stali się odpowiedzialni za miejsce, w którym żyją. A będą odpowiedzialni wtedy, kiedy uznają je za swoje. Moje pytanie do zgromadzonych tu gości: Czy w ogóle jest sens podejmowania prób budowania poczucia tożsamości poprzez instytucje państwowe, tudzież samorządowe? Czy są one w ogóle zdolne do takich przedsięwzięć? Iwona Liżewska Pojawił się wątek emigracji, głównie zewnętrznej. Chciałabym zapytać Tomasza Birezowskiego o emigrację wewnętrzną i działalność. Rzeczywiście znaczna część młodych ludzi wyjeżdża z Olsztyna. Może nie wszyscy z powodów czysto ekonomicznych, istotnym czynnikiem jest też siła przyciągania wielkich metropolii typu Warszawa, Gdańsk, Wrocław. Co jednak sprawia, że opuszczając Olsztyn i budując codzienne życie w innym miejscu, wraca pan tutaj, ale nie tylko

107


Dyskusja

z wizytą rodzinną, lecz również w poczuciu pewnej misji. Założył pan Forum Rozwoju Olsztyna, interesuje się sprawami miasta i jego przestrzeni, aktywnie włącza w procesy budowania lokalnej tożsamości. Tomasz Birezowski Musimy jednak dojść do zewnętrznej emigracji, bo tak naprawdę pomysł na FRO powstał w Szkocji. Byłem tam przez 2,5 roku, pracowałem m.in. przy paru projektach rewitalizacji w zdegradowanych częściach Glasgow. To było fantastyczne doświadczenie z ludźmi, których siła tkwi w silnym poczuciu wspólnoty i współodpowiedzialności za swoje miasto. Planowałem tam być 2 lata, w końcu zostałem 2,5..., a myślałem, żeby to jeszcze przedłużyć. Jednak w pewnym momencie stwierdziłem, że projektowanie w Szkocji nawet czegoś wielkiego nie podoba mi się tak bardzo jak zaprojektowanie przysłowiowej budy dla psa w ojczyźnie. Pewnie dlatego, że czuję się z Polską silnie związany. Miałem też możliwości ekonomiczne, które pozwalały mi w ogóle rozpatrywać takie kwestie. Wielu moich rówieśników nie mogło sobie na to pozwolić i wciąż tkwią w emigracyjnym tyglu. Takie decyzje to przecież wynik hierarchii znanej z piramidy Masłowa. Tożsamość i potrzeba identyfikacji pojawia się w niej gdzieś w okolicach potrzeby obcowania z kulturą, niekoniecznie tą wysoką, ale jednak jest dopiero w połowie całej drabinki. Znaczy to tyle, że aby się pojawiła, muszą być spełnione potrzeby niższego rzędu. Postanowiłem, że wracam do Polski, a jako że jestem architektem, w zasadzie tylko rynek warszawski oferował sensowne opcje. Ale pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po powrocie, było założenie FRO. Iwona Liżewska Warszawskie środowisko też jest w tej chwili jest bardzo ożywione, bardzo ciekawe. Bo również warszawiacy od kilku czy kilkunastu lat coraz aktywniej odkrywają i poznają swoje miasto oraz próbują mieć wpływ na jego oblicze. Można więc było zacząć działać w Warszawie. Ale jednak pchało coś pana do Olsztyna, mimo że z wielu względów mało to komfortowe?

108

Tomasz Birezowski Lata 2005-2009 to był okres formowania się wielu miejskich organizacji, które wtedy się wykrystalizowały i dziś działają prężnie, np. w Gdańsku, Lublinie, Poznaniu, Krakowie, Łodzi, Rzeszowie, Szczecinie, Katowicach, no i w Warszawie. Spotykamy się jako społeczność regularnie w internecie i w rzeczywistości. Większość tych organizacji miejskich ma wspólny mianownik, którym były początki działania na internetowym forum dyskusyjnym „SkyscraperCity” dotyczącym architektury i urbanistyki. Jego dział „Forum Polskich Wieżowców” stał się w pewnym momencie prawdziwym tyglem powstawania organizacji miejskich. Mówię tu o forum, którego liczba postów sięga dziennie milionów. To jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w sieci, nic więc dziwnego, że to właśnie na jego kanwie ludzie mogli się wzajemnie poznać i zorganizować. W okolicach 2005 roku dyskusje polegające na fascynacji wieżowcami i budowami przemieniły się w całkiem profesjonalną debatę o współczesnym rozumieniu miasta i o demokracji – bo to się wszystko wiąże. Ogromne wątki dyskusyjne o odpowiedzialności za przestrzeń, o ko-


Tożsamość Olsztyna

nieczności kontroli poczynań władzy, tego co ona właściwie robi, w jaki sposób wykonywane są publiczne inwestycje itd. Od tego się zaczęło, i szybko zeszło do szczegółów. Ludzie chodzili z aparatem po budowach, robili zdjęcia zbrojenia i krawężników, sprawdzali, na co wydawane są ich pieniądze z podatków, pisali zapytania do urzędów, zaczęli składać uwagi do planów miejscowych. To oni zbudowali tak naprawdę to forum, które teraz przerodziło się w wielki ruch w Polsce. To nie jest żadna polityczna siła (chociaż niektóre z tych organizacji kandydują do rad miasta), to zupełnie oddolna sprawa ludzi, którym po prostu zależy. Wspólnie wymieniamy się tam doświadczeniami. Są one zresztą zaskakująco podobne na terenie całego kraju, ale i kontynentu, bo ta dyskusja odbywa się również w języku angielskim. Tak samo czuję się olsztynianinem, czy jestem w Szkocji, czy w Warszawie. Mam bardzo dużo znajomych olsztynian w stolicy, którzy dokładnie tak samo to definiują. Ja oczywiście jednocześnie buduję też swoją tożsamość warszawską, zwłaszcza że większość inwestycji, którymi się zajmujemy, znajduje się w jej Śródmieściu, nasączonym historią. Myślę, że przyjezdnym zbudować tożsamość warszawską jest łatwiej niż np. tę olsztyńską. Jest tak m.in. przez ogrom wydarzeń historycznych, które są tam tak namacalne, a które znamy chociażby z lekcji w szkole podstawowej. Jest to więc trochę inna sytuacja. Więcej warszawiaków pamięta szczegóły z przeszłości miasta, o nich się tu ciągle mówi. Nawet ta słynna minuta ciszy ku pamięci Powstania. W ogóle Powstanie to jest mit założycielski współczesnej stolicy. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle, bo o samym sensie Powstania są skrajne opinie, ale tak jest. Zresztą wiele państw ma podobne doświadczenia, to nie jest jakaś typowo polska cecha, że buduje się identyfikację narodową na klęskach. W Wietnamie było chyba 1000 lat okupacji chińskiej, zrobili kilka powstań, fatalnie zakończonych, ale na tym też budują swoją dumę narodową. A co jest w Olsztynie mitem założycielskim? Chyba tylko akcja przesiedleńcza. Wojciech From W nieskończoność poszukuję, ja sam jako jednostka, też tożsamości, ale też na mniejszą lub większą skalę jako społeczność. Urodziłem w Płocku nad Wisłą. Nikt z moich przodków ani moi rodzice nie pochodzili z Płocka, dotarli tam na fali rozwoju miasta, kiedy budowano kombinat. Gdy się urodziłem, już kombinat funkcjonował, ale klimat piosenek Kazika ojca, np. „Chłopcy z Petrobudowy”, pamiętam dokładnie, bo było to wtedy naprawdę niezłe doświadczenie dla mnie jako dziecka. I pewnie pozostanie to we mnie. Moja rodzina jest ze wschodu i z zachodu, mama z Wilna, a ojciec spod Łodzi, ale samo nazwisko jest niemieckie. Przyjechałem potem do Olsztyna, skończyłem szkołę, później wyjechałem do Gdańska. Nie zostałem w Gdańsku, trafiłem do Grecji. Wiele osób wówczas wyjeżdżało, ja też, wielu moich przyjaciół, miłości studenckich. Życie nagle wszystkich rozdzielało, niektórzy aż za ocean się wybrali. Pracowałem na budowie, mieszkałem wtedy w Atenach. Wcześniej w Gdańsku zajmowałem się działalnością opozycyjną, to była też swego rodzaju nowa tożsamość, ruch buntu.

109


Dyskusja

Za wolnością tam pojechałem, żeby doświadczyć pewnych kwestii, które też są składową mojej tożsamości, niezwykle ważną dla mnie. Zaczęły się strajki majowe. I ja w Atenach jako robotnik na budowie poczułem, że to jest powiew zmian, trzeba wracać. Uczyniłem to zupełnie świadomie, bo gdybym nie miał tej tożsamości, pewnie bym został. Te więzi okazały się bardzo silne, tożsamość rodzinna, konglomerat wschodu z zachodem został połączony, no i pewna świadomość różnych potencjałów i tego, że tu wszyscy jesteśmy w pewnym sensie spadochroniarzami. To jest też doskonała przestrzeń do zupełnie nowych spotkań, nowych relacji. Jak teraz koszary dragonów, bo wokół nich powstają pewne tożsamości. Wszystko jest budową pewnych punktów w przestrzeni, na naszej wirtualnej mapie. Wokół koszar została wybudowania pewna tożsamość. Wprowadzenie wreszcie w życie pomysłów na koszary jest bardzo istotne, bo łączy pewną i materię, i różne czasy, i współczesność, i wspólnie przenosi nas ku przyszłości. Właśnie ten obiekt w Olsztynie, w sensie tożsamości, ma dla mnie jako jednostki i nie tylko, szerzej, bardzo istotne znaczenie. Tomasz Birezowski To jednocześnie odpowiedź na to pytanie, do czego jest tożsamość w ogóle potrzebna. Jest potrzebna, kiedy chcemy coś wspólnie zrobić.

110

Aleksander Kuberski Urodziłem się w Prusach Zachodnich, w Świeciu nad Wisłą, niedaleko Bydgoszczy. Potem mieszkałem w Bydgoszczy, Częstochowie, próbowałem również żyć na Śląsku. W momencie, kiedy w ’89 pojawiła się szansa przyjechania do Olsztyna, gdy żona została dyrektorem artystycznym Teatru Lalek, przyjechałem tutaj i nagle poczułem to, co można bagatelizować, taką biologiczną potrzebę tożsamości z przestrzenią. Nie ruchy społeczne, inne bardzo ważne społeczne uwarunkowania, lecz to, że urodziłem się w Świeciu, gdzie był zamek krzyżacki, czerwony, nad rzeką Wdą, gdzie się schodzi Wisła z Wdą. Wokół mnie były zawsze neogotyckie kościoły, dużo zieleni, jeziora. Po wędrówce po Polsce, gdy dojechałem do Olsztyna, zobaczyłem miasto, poznałem okolice, nawet w pierwszym momencie tego sobie nie uświadamiałem, że jestem u siebie. Sprawiły to na pewno elementy w przestrzeni podobne do tych, jakie towarzyszyły mi od dziecka. Czym innym jest budowanie związków w sferze społecznej, uczenie pewnych postaw. Był rok 2007, 2008. Dojrzeliśmy, jako liceum plastyczne, do tego aby przybrać sobie patrona, wokół którego będzie się budowało tożsamość szkolnej społeczności. Batalia o imię patrona była doskonałą okazją, żeby pomyśleć o tworzeniu przyszłości w otwartości na wielokulturowość bez obciążenia prowincjonalnością. W pewnym momencie zostało dwóch kandydatów: pan Hieronim Skurpski i Erich Mendelsohn. Gdybym wybrał Skurpskiego, wpisałbym się w powojenne, sztuczne i napuszone budowanie tożsamości w ramach PRL-u, który walczył z dziedzictwem niemieckim. Udało się nam jednak, trochę intuicyjnie, z pomocą „Borussii”, która trwała dosyć dzielnie obok nas, wybrać ponadkulturowego Ericha Mendelsohna. To nie wiąże nas prowincjonalnie i jednotorowo. Dzięki temu mamy w liceum plastycznym pewien oddech ponadregionalny, nawet kosmopolityczny w duchu modernistycznego patrona, co odczuwam cały czas jako bardzo duży plus.


Tożsamość Olsztyna

Kazimierz Brakoniecki Tradycja nie może być przekleństwem, nie może być zawężeniem, ma wyzwalać, inspirować do znajdowania, określania się wobec wyzwań teraźniejszości i przyszłości. Jacek Poniedziałek Odniosę się do tego, co pan skrytykował. Nie potępiałbym bezpośredniej przeszłości, prób budowania tożsamości, antagonizmu do kultury niemieckiej z uwagi na to, że to był olbrzymi projekt integracyjny. Nie chcę mówić mat, ale to była konieczność dziejowa. W takim skomplikowanym konglomeracie ludnościowym, na architektonicznie obcym terenie, w stanie permanentnego podtrzymywania tymczasowości trzeba było coś zrobić. Silniej budowało się wtedy przez tożsamość narodową, jednonarodową. Ja to rozumiem. Zgadzam się, że tradycje bywają zamknięte i otwarte. Gdy patrzę na mit założycielski Warszawy, widzę tam mit założycielski, który zaczyna być niebezpieczny. To jest kultura cmentarno-insurekcyjna, która mnie osobiście nie do końca odpowiada, dlatego że budowanie tożsamości miasta w takiej popartowskiej wersji wielkiego dramatu 200 tys. ludzi i morza gruzów zaczyna banalizować i trywializować przeszłość. To jest niebezpieczeństwo. Warszawa ma jednak inny mit założycielski, który służy jej prospektywnie: rekina kapitalizmu. Cokolwiek byśmy nie mówili, Warszawa to jedyne w Polsce miasto, w rozumieniu ogólnoświatowym, jak utrzymują eksperci. Kiedy jadę do Warszawy, czuję – przez to, że tam mieszkają słoiki, lemingi – buzowanie. Wymieszanie tych ludzi, chęć awansu społecznego w powiązaniu z potrzebami budowania tożsamości – tam tradycja, nawet ta powstańcza, nie ma charakteru wiążącego. Uważam, że niebezpiecznie jest wychowywać ludzi w kulcie cmentarnym, ale oczywiście należy docenić dokonania bohaterów. W Olsztynie wcale nie jest tak źle, jak można by było sobie to wyobrażać. Prowincja może mieć charakter zamykający, ale może mieć też charakter, szczególnie we współczesnym świecie, terapeutyczny. Pan [do Tomasza Birezowskiego] jest tego dobrym przykładem. Jest druga noga, która jest konkretna, zawsze w określonym miejscu. Jeżeli chodzi o mieszkańców regionu i o mieszkańców miasta, występuje tutaj, znów mam papiery w postaci wyników badań, bardzo silna identyfikacja z miejscem. Dużo wyższa niż w przypadku tzw. starych regionów, z wyjątkiem Kaszub, Wielkopolski i Śląska. Ta identyfikacja jest bardzo wysoka. Co oznaczy, że ludzie nawet jak wyjeżdżają, mówią: to jest mój region, to jest moje miejsce. Tomasz Birezowski Potwierdzam to w stu procentach. Jacek Poniedziałek Co się na to składa? Oczywiście przyjście na świat w tym miejscu. Ale to jest też to, co nazywamy markerami tożsamościowymi, to przestrzeń, to jest to, że w pewnym momencie, gdy jedzie się samochodem do Warszawy, one się włączają: mijamy tę, nie chcę obrażać mieszkańców Mazowsza, płaską, mazowiecką równinę i nagle coś się w nas odzywa…

111


Dyskusja

Jeżeli chodzi o przeszłość, występuje tutaj gradacja pokoleniowa. Widać skutki socjalizacji instytucjonalnej. Im starsze pokolenie, tym bardziej postrzega to miejsce jako swoje, ale przez perspektywę nacjonalizmu integrystycznego. Im młodsze pokolenie, w tym zauważamy w badaniach socjologicznych utratę mitu utraconych ojczyzn, przywiązania do ojczyzn zostawionych. Ta przeszłość przestaje przerażać. Młodych ludzi nie przerażają już koszary pruskich żołnierzy, dlatego że to jest przeszłość miejsca, z którego się wywodzą. To jest coś ciekawego, dlatego że ta tożsamość składa się z różnych elementów. Tak jak przeszłość krzyżacka. Krzyżacy byli czarnym ludem edukacji peerelowskiej. Współcześnie dzięki opracowaniom historyków, dzięki popkulturze Krzyżacy zaczynają jawić się jako dawni gospodarze tych ziem, sprawni gospodarze. To fakt, że Olsztyn jest miastem prowincjonalnym, i takim miastem zawsze będzie. I takim miastem będzie Rzeszów, Opole… Prowincja może mieć charakter terapeutyczny, bo możemy włóczyć się po Himalajach, a będziemy codziennie czytać olsztyńskie fora internetowe. Bo ludzie mają silną potrzebę zakorzenienia. Już kończę, wątkiem biograficznym. Niezupełnie się zgadzam, że Olsztyn staje się pustynią, że młodzi ludzie uciekają. Nie żebym ja wzbogacił tkankę kulturową Olsztyna, bo pewnie nie. Jestem emigrantem, doolsztyńskim, mieszkam w Olsztynie od 10 lat. I szczerze powiedziawszy, gdy musiałem się z Torunia przeprowadzić do Olsztyna, czułem się jak człowiek zesłany na Syberię. Oswajałem sobie Olsztyn tak, jak się obiera cebulę. Przyjechałem, mówię, co to jest za miasto, nie ma tylu knajp co w Toruniu, tylu fajnych miejsc… Ale jak wrastałem w miasto, to obierałem te suche skorupy cebulowe, i odnajdywałem soczyste i wyraźne miejsca, treści, ludzi… Dążę do tego, co można tutaj odkryć, co mówią świadomi olsztynianie, pisarze, którzy nie byliby pisarzami tej klasy, gdyby nie byli stąd, z tych skomplikowanych, dziwnych konstelacji. Potem odzierałem sobie kolejny raz ten Olsztyn. Jestem Wielkopolaninem, w Toruniu się tylko uczyłem. W Wielkopolsce jest niezwykle silna identyfikacja. Ten mit założycielski to gospodarność. Co jest tutaj?

112

Wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do Olsztyna, tak czyni. Być może teraz będę podlizywał się swojemu pracodawcy, ale uniwersytet ma szansę przyciągania takich ludzi, mnóstwo moich znajomych, kiedy ten uniwersytet się tworzył, przyjechało tutaj z różnych miejsc, z Torunia przyjechało kilku socjologów i antropologów w moim wieku, a więc średniopóźnomłodszych, cała garść. Oni, jak z nimi rozmawiałem, podobnie wchodzili w miasto. Iwona Liżewska Cieszę się z tego, co powiedział pan Aleksander Kuberski, gdyż poruszył wątek, który i dla mnie jest bardzo ważny. Moja tożsamość, osoby związanej z Olsztynem od urodzenia do dzisiaj, z przerwą na studia, w znacznym stopniu uwarunkowana jest historią miasta i regionu. Prze-


Tożsamość Olsztyna

szłości, której zasadniczą egzemplifikacją jest krajobraz kulturowy. Ja też wychowywałam się w cieniu kościołów z czerwonej cegły, porządnych, murowanych domów i kamienic, uporządkowanego i zhierarchizowanego w sensie urbanistycznym miasta. To mnie, nas wszystkich w jakimś stopniu kształtowało. Nie tylko naszą wrażliwość estetyczną. Również nasze poczucie swojskości lub obcości, stopień zakorzenienia, rozpoznawalności miejsca. Jaki zatem wpływ na nas ma przestrzeń i oblicze miasta? Czy jesteśmy w stanie się w nim odnaleźć poprzez związki i relacje z przestrzenią? Czy udało nam się znaleźć kotwice tożsamościowe właśnie w tym wymiarze? Na Warmii i Mazurach prawie każde miasto ma swój kod genetyczny, przy uniwersalnych cechach wspólnych ma swoje cechy odrębne, swoje własne DNA. Trzeba je tylko zidentyfikować. Jaki jest kod genetyczny Olsztyna? Czy jest nam bliski? Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Im głębiej sięgamy w przeszłość, tym bardziej jesteśmy wobec niej neutralni. Już w epoce PRL-u zamki, czy krzyżackie, czy biskupie, były odbudowywane, pielęgnowane, bo to były ślady kultury średniowiecznej. Im bliżej czasów współczesnych, tym więcej emocji, konotacji polityczno-narodowościowych, tym większe znaki zapytania wobec pewnych zjawisk, które tu zachodziły. Najgorętsze emocje wywołują czasy najbliższe, powojenne. Gdyby ktoś w odniesieniu do powojennej struktury miasta pozwolił na wprowadzenie zmian, co byście zrobili? Czy sgraffita na kamienicach Starego Miasta w Olsztynie, z całą naiwnością ich formy i przekazu tematycznego, to ważny element plastycznego wizerunku miasta, wart pielęgnacji, czy niechciane dziedzictwo przeszłości, z którym nie warto się liczyć? Co powinno się zrobić z pomnikiem Dunikowskiego? Tomasz Birezowski To jest jedyne w Polsce miasto, które naprawdę prowadzi dyskusję na temat postideologicznych pomników ku czci Armii Czerwonej. Gdzie indziej stoją zapomniane albo się je burzy. Olsztyńską debatę uważam za pozytywną rzecz, ten pomnik powinien przypominać o potwornościach, jakie tu się działy. Kazimierz Brakoniecki Jest to dzieło sztuki, pomnik historyczny. I tutaj chciałbym tak to wyrazić: sowiecka Armia Czerwona zdobyła czy zajęła niemieckie, hitlerowskie miasto Allenstein, żeby je wyzwolić dla polskiego Olsztyna. I to jest taki węzeł, dramat, spadek historyczny, i tyle. Jacek Poniedziałek Pomnik można pozytywnie wykorzystać. Wróćmy do zagadnień tożsamości. Być może wykonaliśmy tę pracę, taką dialektyczną. Przychodzi czas na syntetyzowanie przeszłości i na spoglądanie na nią zupełnie inaczej, bez nacjonalizowania przeszłości miasta, bez tego, żeby uparcie powtarzać, że poeci mazurscy byli polscy, bo byli w Polsce, ponieważ byli mazurscy, bo Kopernik był… Iwona Liżewska Ale myśmy już to mówili 20 lat temu w „Borussii”.

113


Dyskusja

Jacek Poniedziałek Potem mieliśmy do czynienia z zepchnięciem przeszłości w inne wątki. Wczytałem się, celowo wkładam kij w mrowisko, i sądzę, że niektóre projekty i narracje „Borussii” idą w tym kierunku, że najważniejszym elementem tkanki miejskiej przedwojennego Olsztyna była diaspora żydowska, której synem był Erich Mendelsohn. Przychodzi czas na to, ażeby tej tradycji nie traktować jako czegoś obciążającego, ale coś, co nas może prowadzić ku przyszłości. Średniowieczny zamek, który faktycznie stoi, w Toruniu nie stoi, został zmieciony przez ruch obywatelski… Powinniśmy zachować i te sławetne „szubienice", które powinny nam mówić coś o przeszłości. Powinniśmy pokazać przeszłość budowniczych w nowej rzeczywistości w zupełnie inny sposób. Człowiek kształtuje się w kilku środowiskach, co jest banalnym stwierdzeniem, ale warto je powtórzyć. Socjalizacja rodzinna jest ważna, ale bagatelizujemy wpływ szkoły. Mówimy tak: młode pokolenie wychowuje się tylko przez internet, szkoła jest do niczego. Nieprawda, szkoła, jako pewna instytucja, poddała się i nie chce socjalizować młodych ludzi. A czy ma wpływ na młodych ludzi szkoła? Przecież pokolenie Kolumbów zostało ukształtowane przez ówczesną szkołę. Iwona Liżewska I przez rodzinę. Jacek Poniedziałek Powstanie było pewnym wybuchem olbrzymiego przywiązania do miasta, do narodu i do kultury. Możemy więc wygenerować taki ruch, nie tylko obywatelski, który w Olsztynie wcale nie jest taki rachityczny. W niektórych miastach jest dużo gorzej. Nam brakuje jednego: spójnej polityki władz. Zauważam, że w Olsztynie, pomimo bardzo często dobrych chęci, brakuje konsekwencji, spójnego planu i konsultowania tego, komunikacji z mieszkańcami. To jest ten trójkąt: władza, społeczeństwo obywatelskie i zwykli ludzie. I tu możemy wykształcić tożsamość.

114

Iwona Liżewska Padło już pytanie o to, jakie elementy tworzą tożsamość olsztynian. Chciałabym ten wątek skonkretyzować. Mówiliśmy o procesach społecznych, o krajobrazie, o przestrzeni, o literaturze, o życiu artystycznym. Wszystkie te elementy – i te bardzo zanurzone w przeszłość, i te, które bardziej zbliżają nas do teraźniejszości – mogą być elementem tożsamości. Mamy jednak pewien problem z miejscem, w którym mieszkamy, z przerwaną ciągłością kulturową. W latach 90. zaczęliśmy odkrywać naszą małą ojczyznę, jak to pięknie zostało sformułowane w manifeście „Borussii”, w całym bogactwie jej historii i różnorodności. Potem nastąpiła mitologizacja, mistyfikacja, nadmiar sentymentalizmu, przejawiający się w sentymentalnym, czasami wręcz bezkrytycznym podejściem do wszelkich przejawów przeszłości.


Tożsamość Olsztyna

Podam przykład z dziedziny architektoniczno-urbanistycznej. Kilka lat temu zorganizowaliśmy konkurs architektoniczny „Mój dom, dialog z tradycją”. Odnosiliśmy się do pewnej tradycji, która już istniała 100 lat temu na tych ziemiach. Założeniem budowniczych sprzed stulecia oraz pomysłodawców konkursu było, ażeby budownictwo miejskie czy wiejskie było połączeniem tradycji z nowoczesną, funkcjonalną i estetyczną architekturą. Przed ponad stu laty powstała pewna liczba domów, która w udany, a zarazem innowacyjny sposób łączyła tradycję z nową formą. Pomysł na konkurs był następujący. W organizowanym pięć lat temu konkursie nagrodzono 28 prac. Na wystawę projektów, która wędrowała po województwie, jeździłam, zawsze omawiając zarówno elementy konkursu, jak i nagrodzone projekty. Okazywało się, że najwyżej nagrodzone projekty, te które zdaniem jury w najbardziej twórczy i kreatywny sposób „prowadziły” dialog z tradycją, najczęściej nie należały do faworytów publiczności. Ludziom najbardziej podobały się repliki starych domów, sentymentalne chatki z czerwonej cegły. Te projekty bardziej do ludzi przemawiały, bo były już oswojone, tak się tu budowało przed wojną, takie jest nasze przywiązanie, dość sentymentalne, do niedawno odkrytej tradycji. A jakie państwa zdaniem są najważniejsze, najbardziej istotne elementy tożsamości? To nie musi być architektura, mogą być jakieś inne elementy tożsamościowe. Kazimierz Brakoniecki Ja jako poeta i programista „Borussii” od lat wymyślałem pewne idee i dawałem pomysły (np. Atlantyda Północy, ponowoczesny regionalizm, metafizyka miejsca, światowanie i światologia), które potem szły swoim torem. Czy mamy szansę doprowadzić do harmonii? Jest przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna, jest krajobraz zewnętrzny i krajobraz wewnętrzny. Jednak problem pozostaje: jak osiągnąć pewną harmonię? Jest tak dużo czynników, które powodują naruszanie harmonii, nie wszystkie są od nas zależne. Naszą zasadą w pewnych momentach historycznych jest odnalezienie w sposób prosty i wolnościowy pewnych twórczych rozwiązań. Mamy teraz demokrację, szukamy demokracji partycypacyjnej, jak mówią Francuzi, i mamy tę szansę, by tę oryginalną harmonię miejsca i swojej odpowiedzialności, tę aktywną tożsamość odkryć i doświadczyć. Być może jest potrzeba zaznania jakiegoś kolejnego przeżycia wspólnotowego. Oczywiście nie przeze mnie, mam za sobą kilka przeżyć wspólnotowych, ostatecznie mam 62 lata. Druga fala demokracji jest zagrożona – partycypacyjna demokracja staje się demokracją populistyczną. To jest największe zagrożenie. Oba zagrożenia rzutują na czas obecny i przyszły. Co wybieramy i co tworzymy z dziedzictwa, co jest naszą tradycją? Jesteśmy tylko dziedzicami, spadkobiercami, a nie kreatorami? Z tym się nie zgadzam jako oryginalny twórca i świadomy obywatel polskiego suwerennego państwa. Na pewno ani naszą tradycją, ani europejskiego społeczeństwa obywatelskiego nie są obeliski Bismarcka ani pomnik kata AK [pomnik generała Czerniachowskiego w Pieniężnie – przyp. red.]. Są inne tradycje, jesteśmy tutaj 70 lat, jest przede wszystkim nasza nowa kreatywność i potrzeba zmiany tzw. dużej i małej narracji. Czuję, że jesteśmy ponownie na pewnym globalnym skrzyżowaniu czasów, emocji, idei, które musimy świetnie przemyśleć, aby tu w konkretnym miejscu na mapie, w konkretnym czasie historycznym nie stać się peryferiami Europy, świata, a nawet samej Polski, żeby nasze miasto prawidłowo się rozwijało, nasycane

115


Dyskusja

ciekawymi pomysłami, najlepszymi ludźmi, wydarzeniami. Ale musi być tutaj praca, zdrowa konkurencja, szacunek, wspólnota pozytywnych celów, a nie egoistycznych interesów i układów. Musimy znaleźć energetyczne pola naszej mocy (w tym w kulturze i tożsamości) dla otwartej przeszłości i atrakcyjnej przyszłości, żeby nie zamykać ludzi i środowiska w gettach wykluczenia, w obsesjach historyczno-muzealnych oraz rozrywkowo-konsumpcyjnych. Olsztyn – miastem otwartym dla odważnych, mądrych i przyjaznych ludzi. Oto moja nadzieja. Iwona Liżewska Czy można zgodzić się z przekonaniem, nie tylko turystów, ale mieszkańców, które w udany sposób wykpiwa w swojej książce „Gniew” Zygmunt Miłoszewski, że głównym atutem Olsztyna jest fakt, iż jest tu 11 jezior, jedna rzeka i ileś hektarów lasu? Jacek Poniedziałek To jest niezwykle istotne, niestety wychodzi to też w badaniach socjologicznych. To się nazywa brzydko: zewnętrzy i wewnętrzny wątek wiktymizacyjny. Bardzo często w Olsztynie i na Warmii i Mazurach tożsamość, zresztą trochę jak na Śląsku, budowana jest przez motyw ofiary. To znaczy: jesteśmy opuszczeni przez Boga i ludzi i nam się nie pomaga. I to nas charakteryzuje. Bardzo często wyjazd, czy emigracja, nie jest wcale koniecznością życiową, ale jest to bardzo często ucieczka od samodzielności. Z tym mają w Polsce emigranci kłopot. Nie dlatego uciekło z Polski 2 mln ludzi, że tutaj dramatycznie nie było co robić. Ani nie uciekła nam elita intelektualna z kraju, jak niektóre media mówią, bo najbardziej… Kazimierz Brakoniecki …wykształceni ludzie uciekli.

116

Jacek Poniedziałek Jest to nieprawda, bo uciekło, czy myśmy wypchnęli z kraju, czy uciekli ludzie, którzy bardzo często uciekali od tego, w co ich wplątało państwo polskie. Państwo polskie stworzyło mit dobrej pracy po szkole wyższej, rozbudziło w sposób niebotyczny aspiracje, które nie mogły z oczywistych względów być zaspokojone, dlatego że nie tylko my jako region – przypominam, Warmia i Mazury jest jednym z 10 najbiedniejszych regionów w Europie, a nożyce rozwojowe rozchodzą się, to się tak brzydko nazywa: dywergencja – po prostu ucieka nam reszta kraju, co widać, mamy poważne zapóźnienia gospodarcze. Budujemy sobie to zapóźnienie gospodarcze, budują nam to władze i buduje nam to gospodarka globalistyczna. My jakby nie chcemy tego przerwać. To buduje poczucie beznadziei, które jest też stałym elementem poczucia tożsamości, być może nie Olsztyna, bo Olsztyn mimo wszystko odstaje trochę na korzyść od regionu. Jest jeszcze coś, co nazywa się negatywną stereotypizacją. Np. jak warszawski dziennikarz z „Wyborczej” nie wie, co napisać, mówi sobie: a walnę tekst o biedzie na Mazurach.


Tożsamość Olsztyna

Mam wielką przyjemność częstego przebywania we Włodowie zaraz za rzeką graniczną Warmii, w Oberlandzie już, jeśli nawiązujemy do przeszłości. Kiedyś zadzwoniła do mnie jakaś warszawska dziennikarka. Najpierw chciała napisać artykuł o tym, jak to Olsztyn jest miastem zbiedniałym i niebezpiecznym. Ale Olsztyn jest jednym z najbezpieczniejszych miast w Polsce i to jest fakt. Potem chciała napisać o strasznych i niebezpiecznych włodowianach, ale tam wcale nie jest niebezpiecznie, tam dzieci z daleka mówią dzień dobry. Jest biednie… Ale biednie jest również w innych regionach, wystarczy pojechać na północ Mazowsza czy do mojej ukochanej Wielkopolski, tam też są miejsca, gdzie jest strasznie biednie. To jest jednak tak silnie wdrukowywane przez mass media, przez narrację medialną. Ta przemoc kulturowa powoduje, że młodzi ludzie bardzo często mówią: muszę opuścić to miejsce, muszę opuścić Olsztyn, bo on mnie dusi, on mnie trzyma. Bardzo często jest to wybór konieczny, pewnie architekt nie zrobiłby tu kariery, chociaż… To jest niebezpieczne, to co można by nazwać tożsamościowym samokolonizowaniem się. Kiedyś przeczytałem artykuł jakiegoś mieszkańca naszego miasta w lokalnej „Wyborczej”, który napisał: muszę uciekać z Olsztyna do Torunia, bo w Olsztynie nic się nie dzieje, ludzie tu umierają, a w Toruniu tyle się dzieje. Mieszkałem ileś tam lat w Toruniu. Toruń jest wspaniałym miastem, jest tam dobry uniwersytet, imponująca starówka, ale wystarczy zrobić krok poza Starówkę. I jest to, co się spotyka w Bydgoszczy czy Inowrocławiu, czy jeszcze gdzie indziej. A co Toruń zrobił? Jak zacząłem studiować w Toruniu, to Toruń był wspaniały, fajny, gotycki, ale prowincjonalny. Jak teraz jeżdżę do Torunia, bo jestem związany z tamtejszym uniwersy-tetem naukowo i patrzę na Toruń, to oczom nie wierzę, podziwiając sposób, w jaki zbudowano toruńskość. Tę toruńskość się tam czuje, że to jest miasto, żywe, humanistyczne. Budowano to, remontując starówkę. Uniwersytet żyje, a u nas uniwersytet wypycha się z miasta, on zaś powinien żyć w mieście. W Toruniu, jak się szło zimą, minus 20 stopni, to po Szerokiej tylko było słychać tupot studenckich butów. To m.in. oni budują tam kulturę miasta. A u nas się wypycha ludzi do Kortowa. Mają tam dwa sklepy i nie chce im się przyjeżdżać do miasta, więc kupują sobie 10 piw i piją nad jeziorem. I dyskoteka gra. Ja się im trochę nie dziwię… To jest pewien przekaz, bo przekaz Warmii i Mazur w kraju jest taki: jezioro, las i bieda. Olsztyn jest niczym, Olsztyn jest stacją benzynową na trasie na wielkie jeziora. Pokazują to też badania Polskiej Organizacji Turystycznej, która bada turystyczny odbiór regionu w kraju. I to jest straszne. My sobie – jako miasto, wszyscy, władze, które są naszą emanacją – nie potrafimy poradzić ze zrzuceniem tego wizerunkowego balastu. Bo ja bardzo nie chcę, żebyśmy się reklamowali przez jezioro i krzaki. Wszyscy przecież to wiedzą, że my to mamy.

117


Dyskusja

Iwona Liżewska „Mazury cud natury”. Jacek Poniedziałek: „Mazury cud natury” jest jednym z najbardziej szkodliwych działań, dlatego że to utwierdza nas w toposie jeziora i krzaków. Wszyscy to wiedzą. Próbujmy reklamować się twórczymi ludźmi. Ja, w odróżnieniu od pana Kazimierza Brakonieckiego, czytam poezję niedawną i prozę olsztyńską czy warmińsko-mazurską, nawet z lat 70., 60. z poczuciem nowości. Ona oczywiście jest naznaczona miejscem. Ale takiego fenomenu nie spotka się poza niektórymi miejscami w całym kraju, chodzi o taki wysyp pisarzy, ludzi piszących o tym miejscu. Pisanie o tym miejscu wywarło olbrzymi wpływ na wielu ludzi. Ludzie przed wojną i zaraz po wojnie budowali sobie wiedzę o tym miejscu przez te historie smętkowe, wańkowiczowskie, a potem w dużej mierze przez tę literaturę, która często była filmowana, która była tworzona tutaj. Od dzieciństwa wspominam bajki mazurskie, książki Nienackiego, „Pana Samochodzika” i inne. To też budowało obraz tego obszaru. Wykorzystałbym ten fenomen literatury tutejszej w sensie jakościowym, poetyki miejsca. Tomasz Birezowski Nie mówiliśmy w ogóle o Zatorzu, a to jest dzielnica z mocno opisaną tożsamością, silnym poczuciem odrębności. Wspominam o tym tylko ze względu na brak czasu, ale to ważny temat. Przed Olsztynem stoi wiele wyzwań, o których radni i urzędnicy zachwyceni unijnymi dotacjami woleliby zapomnieć, m.in. sprawa jedynej mniejszości, jaka się u nas zachowała, czyli Cyganów. Olsztyn ma jeden z największych odsetek tej ludności w Polsce, jeśli chodzi o duże miasta oczywiście. Poruszyliśmy kiedyś na stronach FRO ten wątek w ramach informacji o sprzedaży jednej z kamienic. To jest dopiero wyzwanie dla miasta! Bo co tam ludzie już zaczęli wypisywać, to prawdziwa tykająca bomba. Oczywiście mówię o klasycznych stereotypach. To jest problem! Nie Niemcy czy Rosjanie, Żydzi, ale to co będzie się działo z tą ludnością, która przecież też stanowi element kulturowy miasta. Chodziłem do LO II, przez całe Stare Miasto, od góry do dołu, wte i wewte. Widziałem wiele różnych zachowań tej ludności, ale nie wyobrażam sobie jednak ul. Marii Curie-Skłodowskiej bez tych ludzi, tymczasem tam zachodzi silna gentryfikacja, która z pewnością prędzej czy później zrodzi jeszcze większe problemy społeczne.

118

Kazimierz Brakoniecki Mieszkam w bloku, na Jarotach, nie mam dokąd pójść, ale blisko do lasu i działki. Brakuje mi dużej starówki. Na tej naszej małej jest za dużo festiwalowości, banału. Starówka jest doczepiona do bardzo ładnego urbanistycznie miasta. Śródmieście mamy cudowne, razem z Zatorzem. A starówka nasza jest zbyt mała, bo Olsztyn był malusieńkim miasteczkiem. Mamy ul. Dąbrowszczaków, mamy Zatorze. Mamy bardzo dużo miejsc, które mogą tworzyć, nawet w tym małym mieście, lokalne ośrodki energetyczne.


Tożsamość Olsztyna

Iwona Liżewska Powiedziałabym to inaczej. Nie mamy takiego miejsca jak na przykład przed wojną kawiarnia „Ziemiańska”, czy po wojnie „Czytelnik” w Warszawie. Było miejsce środowiskowe, zaczęło się tworzyć, w kawoksięgarni „Tajemnica Poliszynela”. Ale nie wytrzymało presji ekonomii. Brakuje mi w Olsztynie takich miejsc środowiskowych. Tomasz Birezowski Powstało nowe miejsce w Olsztynie, kompleks przy plaży miejskiej. Iwona Liżewska I to jest naprawdę bardzo dobre miejsce. Ale jednak bardziej rekreacyjne (to niewątpliwie ważne) niż kulturotwórcze. Chociaż Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała tam piknik i imprezy związane z książką. Zobaczymy, czy się przyjmie. Jacek Poniedziałek Poznań wybudował sobie zamek królewski. Iwona Liżewska To jest dramat. Jacek Poniedziałek A ja jako Wielkopolanin stwierdzam, że poznaniacy muszą mieć swój zamek królewski. Iwona Liżewska To niech postawią nowoczesne dzieło, a nie rekonstrukcję. Jacek Poniedziałek Chcę poczuć, że Olsztyn jest miastem. Jak jadę do jakiegoś dużego miasta, a jeżdżę coraz bardziej niechętnie, cenię sobie też to, że Olsztyn jest leniwy. To też atut Olsztyna… Kazimierz Brakoniecki Twórzmy śródmieście! Jest wspaniale urbanistycznie rozwiązane i oddziałuje nadal pozytywnie. Miałem kiedyś projekt śródmieścia, nazwałem go OLSZTEIN, nie Allenstein… To jest wynik nawiązania do dziedzictwa i lokowanie nowej jakości. Jacek Poniedziałek Mamy problem, i to jest też problem społeczny, że środek miast w dużej mierze jest zamieszkały nie przez klasę średnią, nie przez mieszczaństwo. Rewitalizacja też musi być społeczna.

119


Dyskusja

Tomasz Birezowski Jesteśmy na etapie degradacji. Przykro to mówić. Jacek Poniedziałek To jest zadanie dla miasta, które by to regulowało, żeby utrzymywało na niskim poziomie czynsze, dlatego że nie zawsze trzeba generować zyski. Trzeba też zrobić coś z ludźmi, którzy, nie ma się co oszukiwać, doprowadzają do tego, że kamienice popadają w ruinę. To jest to, co się działo w USA, odwołam się do klasycznych studiów szkoły chicagowskiej w socjologii miasta. Tam są oczywiście zupełnie inne uwarunkowania, ale amerykańskie miasta rozwijały się koncentrycznie. My mając europejskie tradycje i mając wspaniałe środki miast, fundujemy sobie obumieranie centrów miast z różnych względów, m.in. z tych względów, że duża część polskich środków miast albo jest w sposób zupełnie dziki zabierana przez nowych właścicieli… Tomasz Birezowski Przede wszystkim przez dziką deweloperkę. Jacek Poniedziałek Nie potrafimy sobie z tym poradzić. Jest to wskazywane w socjologii miasta jako casus polski, przypadek polski, bo wszędzie w Europie próbuje się z powrotem tchnąć życie do środka miast. Belgowie mają fantastyczny program kamienic socjalnych, gdzie się miesza ludzi z różnych środowisk i różnych kultur nie po to, żeby tworzyć getta. Iwona Liżewska Dziękuję państwu za udział w dyskusji.

W dyskusji udział wzięli:

120

Tomasz Birezowski, ur. 1979 r. w Bydgoszczy, od 1980 w Olsztynie, architekt. W 2004 r. ukończył Wydział Architektury i Urbanistyki na Politechnice Poznańskiej. Praktykę architektoniczną odbywał w wielu pracowniach polskich i zagranicznych. Współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia Forum Rozwoju Olsztyna, które działając od 2008 roku, zajmuje się szeroko rozumianą tematyką miejską. Kazimierz Brakoniecki, ur. 1952 w Barczewie; poeta, pisarz, animator kultury, tłumacz literatury francuskiej. Autor ponad 30, w tym nagradzanych, książek poetyckich i eseistycznych. Członek SPP i Pen Clubu. Współredaktor naczelny pisma „Borussia. Kultura. Historia. Literatura”.


Tożsamość Olsztyna

Wojciech From, ur. 1965 roku w Płocku. Studiował psychologię na Uniwersytecie Gdańskim w Gdańsku. Działacz opozycji demokratycznej w latach 80. Animator kultury, realizator projektów artystycznych i marketingowych. Członek awangardowej formacji artystycznej PRAFFDATA. Twórca FROM PUB i FROM BEER. Właściciel firmy FROM management. Aleksander Kuberski, absolwent Instytutu Wychowania Artystycznego w Częstochowie. Zajmował się filmem animowanym, malarstwem, grafiką użytkową i wydawniczą oraz malarstwem monumentalnym na obiektach, scenografią teatralną. Od 1992 roku jest dyrektorem Państwowego Liceum Plastycznego w Olsztynie, gdzie uczy reklamy wizualnej i podstaw projektowania. Tworzy z uczniami scenografie przedstawień plastyczno-teatralnych, koncertów muzycznych, kampanii reklamowych, instalacji. Iwona Liżewska, historyk sztuki, sekretarz redakcji pisma „Borussia” i członek stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa „Borussia”. Autorka publikacji i projektów związanych z krajobrazem kulturowym i architekturą regionalną, m.in. konkursu architektonicznego „Twój dom – dialog z tradycją”. Jacek Poniedziałek, doktor nauk humanistycznych, socjolog, adiunkt w Katedrze Socjologii UWM w Olsztynie, autor publikacji z zakresu socjologii regionu i narodu.

121


Robert TRABA

Postscriptum

Uważając historię nie tyle za jedynie słuszny wyznacznik patriotyzmu, ile za klasyczną „nauczycielkę życia”, traktujemy krajobraz kulturowy jako palimpsest, w którym zapisane są różne, nakładające się na siebie warstwy przeszłości. Nie wybieramy z nich tego, co nam aktualnie odpowiada, lecz przyjmujemy, że stanowią ciągłość i tylko w całości opowiadają nam prawdziwą historię miejsca. Tabuizując jedną z warstw, okrywając ją wstydliwą zmową milczenia, zamykamy drogę do zrozumienia przeszłości. W przypadku Mazur oznacza to m.in., że bez zrozumienia gloryfikacji Bismarcka na przełomie XIX i XX wieku nie zrozumiemy również, dlaczego w powiatach mazurskich w ostatnich wolnych wyborach w Republice Weimarskiej w 1932 roku większość ludności rodzimej głosowała na Adolfa Hitlera i NSDAP. Grozi nam uproszczona (=zafałszowana) wersja historii, w której Mazurzy niesprawiedliwie ciągle będą nazywani szwabami i zwolennikami Hitlera. Alternatywnie, możemy wyrzucić ten „wstydliwy” fragment z pamięci, sprowadzając dzieje tej ziemi do „obrony polskości w walce z germanizacją”. Problem zyskałby inny kontekst, gdyby ktoś, wygrzebawszy z ziemi stary postument poświęcony Bismarckowi, chciał nadać mu szczególną, pozytywną formę upamiętnienia czy wręcz gloryfikacji kanclerza. Taki fakt – mimo wielu insynuacji – nie miał jednak miejsca.

122

W epoce politycznych zmian, zrzucania niechcianych bohaterów z cokołów i fundowania setek nowych pomników pytanie o ciągłość czytania historii w krajobrazie ma istotne, uniwersalne znaczenie, szczególnie w byłych krajach tzw. bloku wschodniego. Również w tym wypadku jestem za traktowaniem krajobrazu kulturowego jako palimpsestu. Nie wyobrażam sobie zachowania pomników zbrodniarzy i ludobójców. Ale już przykład z udaną dydaktyzacją jakże kontrowersyjnego obiektu (tyle że oswojonego w świadomości mieszkańców nie tylko Warmii i Mazur), jakim jest kwatera Hitlera w Gierłoży pod Kętrzynem, pozwala inaczej spojrzeć na problematykę „wrogich pomników w polskim krajobrazie kulturowym”. Szczęśliwie, po przełomie uniknięto disneylandyzacji ruin „wolfschanze” i dzisiaj mogą służyć jako obiekt ciekawej refleksji nad historią II wojny światowej.


Postscriptum

Bezsensownie niszczeje natomiast w centrum Olsztyna monstrualny pomnik poświęcony Armii Czerwonej, dzieło jednego z najwybitniejszych europejskich rzeźbiarzy pierwszej połowy XX wieku Xawerego Dunikowskiego, który swój wielki talent oddał po wojnie nowej władzy. Przerobiony na parking, w części pomalowany bohomazami, niedługo przestanie być identyfikowalny z jakimkolwiek historycznym wydarzeniem. Zamiast cokolwiek przypominać, czegokolwiek uczyć, będzie straszył swoim wyglądem, aż któryś z oświeconych radnych wpadnie na zrozumiały w tej sytuacji pomysł, żeby go zburzyć. A czy nie lepiej byłoby opatrzyć go tablicą informującą, kim był autor, czym było „wyzwolenie” Olsztyna, jaka była funkcja pomnika w PRL-u i dlaczego przestał pełnić rolę centralnego miejsca pamięci miasta? Zamiast okaleczonego krajobrazu zwycięzców zachowujemy dla potomnych coś o wiele ważniejszego: znak czasu i przestrogę dla następnych pokoleń. Tak właśnie rozumiem rolę krajobrazu kulturowego jako palimpsestu. [Fragment: R. Traba, Pamięć zapisana w kamieniu czyli krajobraz kulturowy jako palimpsest, [w:] Przeszłość w teraźniejszości. Polskie spory o historię na początku XXI wieku, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie 2009.]

* To jest jeszcze do zrobienia… Dyskusja o potrzebie wyjścia z ciasnej formuły „muzeum jako świątyni”, o tworzeniu muzeum otwartego, o narracyjności i wizualizacji historii toczy się w Europie ze szczególnym nasileniem od lat 90. XX wieku. Muzea wyszły z zabytkowych obiektów. Nadają swoim kształtem nowy wyraz nie tylko tak zróżnicowanym przestrzeniom miejskim jak Berlin (Muzeum Pomordowanych Żydów Europy według projektu Petera Eisenmana czy Muzeum Żydowskie według projektu Daniela Libeskinda), lecz ingerują też w tak trwałe, niezmienne od wieków struktury urbanistyczne jak Wiedeń. Wiedeń długi czas reagował alergicznie na pomysł stworzenia Museums Quartier w centrum zabytkowego miasta. Społeczność Wiednia – mówił na łamach krakowskiego „Herito”1 austriacki polityk, wieloletni wiceburmistrz Wiednia Erhard Busek – jest bardzo konserwatywna, zbyt zapatrzona w przeszłość, dlatego tak trudno wytyczać nowe drogi. Museums Quartier to był projekt mniejszości, ale udało go się skutecznie przeprowadzić. Potrzeba było do tego najpierw wizji, odwagi w łamaniu utartych wyobrażeń o mieście i wreszcie współdziałania ludzi kultury, społecznikówz władzami miasta i władzami cen............................................................ 1 Mitteleuropa ciągle potrzebna. Z doktorem Erhardem Buskiem rozmawia Katarzyna Jagodzińska, Herito, 2011, nr 3, s. 88.

123


Robert Traba

tralnymi. Dzisiaj rozmach Museums Quartier wpisał się na trwałe w krajobraz Wiednia, stając się jego marką równą wybitnym obiektom czasów świetności monarchii habsburskiej. […] Tę szansę najlapidarniej można zdefiniować za pomocą czterech kluczowych pojęć, określających ramy ideowe olsztyńskiej debaty muzealnej: miejsce, kontrowersyjność, wieloperspektywiczność oraz tożsamość. Francuski antropolog, Marc Augé wprowadził do dyskusji o współczesnej tożsamości pojęcie nie-miejsca. Nie-miejsca to wszystkie amorficzne przestrzenie, w których jesteśmy, przez które przechodzimy, nie zauważając ich szczególności: dworce lotnicze czy kolejowe, sklepy, ale też parki tematyczne, w których historia służy tylko rozrywce. Nie kształtują one ani tożsamości, ani międzyludzkich interakcji. Są puste, pełnią rolę pasa tranzytowego, a nie miejsca spotkania, poznania, tworzenia więzi społecznych. Muzeum, które skupi w sobie zarówno interesujące eksponaty, jak i ciekawą wielowątkową wizualizację przeszłości, może stać się MIEJSCEM kulturotwórczym, zarówno dla zwiedzających, jak i dla samego miasta. Gwarantem kulturotwórczej roli muzealnej opowieści jest kontrowersyjność i wieloperspektywiczność. Tylko wówczas, gdy nie będziemy unikać tematów trudnych, gdy będziemy konfrontować skrajne postawy i wyobrażenia, możemy zachęcić do aktywnego zwiedzania. Dzięki temu widz przestanie być biernym odbiorcą, będzie mógł podmiotowo, aktywnie uczestniczyć i komentować muzealne wizualizacje. W ten sposób, chcąc nie chcąc, muzeum przybiera charakter tożsamościowego, tyle że ta tożsamościowość jest otwarta. Jej sens nadaje nie uczenie czy pouczanie kogoś, lecz UCZENIE SIĘ z historii, traktowane jako proces zwrotny. Stosowanie historii w przestrzeni miejskiej przestaje być zabawą w rekonstrukcje historyczne. Nabiera formy dialogu obywatelskiego i jednocześnie przeobrażania struktury miejskiej. Olsztyn nie był i nie będzie ani Wiedniem, ani Paryżem. Olsztyn ma jednak potencjał na muzeum, które swoją atrakcyjnością może się równać z najlepszymi europejskimi projektami. Jego przeszłość ostatnich około 150 lat w mikrohistorycznym wymiarze opowiada dzieje niedokończonego i przerywanego projektu modernizacji Polski, Niemiec, Europy.

124

Po „złotych czasach” Warmii, między XIV a XVIII wiekiem, Olsztynowi pozostały dwa wybitne obiekty – bazylika konkatedralna św. Jakuba i zamek – oraz pamięć o największym „moderniście wszechczasów”: Mikołaju Koperniku. Od schyłku XVIII wieku Olsztyn był miasteczkiem bez większego znaczenia, wyspowym przedłużeniem wiejskiego otoczenia południowej Warmii. Koło zamachowe wielkich przemian uruchomiła modernizacja państwa pruskiego po roku 1870/1871. Była ona możliwa nie tylko dzięki wpływowi ogromnych francuskich kontrybucji, ale również poprzez przekształcenie całych Prus Wschodnich w obronny bastion przeciw Rosji, co spowodowało napływ tysięcy żołnierzy ich rodzin. W konkurencji do Ostródy i Ełku Olsztyn stał się centralnym węzłem kolejowym południowych Prus Wschodnich (1872), a wkrótce trzecim administracyjnie (1905) i czwartym demograficznie miastem prowincji. W tym m.in. czasie powstał tartak Raphaelsohnów, kształtowała się mała dzielnica przemysłowa. Swoją pierwszą architektoniczną pracę pozostawił Olsztynowi jeden z najwy-


Postscriptum | Tożsamość Olsztyna

bitniejszych na świecie twórców architektury XX wieku – Erich Mendelsohn. Z miasta urzędniczo-koszarowego Olsztyn przekształcił się w znaczący, regionalny ośrodek rzemiosła i małego przemysłu. Nie udało się jedynie kulturze. W tej dziedzinie Olsztyn pozostał prowincją prowincji. Od końca XIX wieku Olsztyn żyje rytmem wielkich europejskich przemian w skali czasami przekraczającej potencjał jego możliwości. Ślady zostawiła tu I wojna światowa, druga faza modernizacji po jej zakończeniu oraz II wojna światowa, której najtragiczniejszym epizodem był – cytując Stanisława Piechockiego – eksperyment „czyściec zwany Kortau”. Z perspektywy nowoczesności interesująco rysuje się natomiast historia polskich Warmiaków. Z jednej strony kształtowanie się współczesnych narodów z samej istoty procesów nation building jest projektem modernistycznym. Z drugiej strony, w przypadku polskich Warmiaków, procesy te były osadzone w głęboko zakorzenionej tradycji, przywiązaniu do Kościoła katolickiego. Na przełomie XIX i XX wieku mniejszość polska na Warmii, podobnie jak w innych częściach Prus, stała się niewygodnym elementem w procesie ujednolicania administracji i oświaty potężniejącego państwa niemieckiego. Tworzy własną, specyficzną kulturę w opozycji do dominującej kultury niemieckiej. Rewolucję demograficzno-przemysłowo-kulturalną przeżył Olsztyn po II wojnie światowej. Na początku towarzyszył jej wielki, często tragiczny transfer ludności. Symbolem olsztyńskich przemian mogą być obiekty, które jak w soczewce skupiają kontrowersyjność nowoczesności: ideologiczny pomnik „Wdzięczności Armii Czerwonej” (zwany potocznie „szubienicami”), dłuta jednego z czołowych, nie tylko polskich rzeźbiarzy dwudziestolecia międzywojennego – Xawerego Dunikowskiego – zbudowany częściowo z płyt pomnika tannenberskiego, który uchodził za jedno z najwybitniejszych dzieł sztuki pomnikowej w Niemczech; Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych „Stomil” – pokazowy produkt polityki gospodarczej lat 60. (w 1961 rozpoczęto budowę, a w 1967 roku zaczęto produkcję), dzisiaj jeden ze znaków rozpoznawczych europejskiego potentata w przemyśle opon samochodowych – Michelin; planetarium – jako symbol przemian w epoce gierkowskiej; galeria handlowa „Alfa/Aura Centrum” – jako przykład skomercjalizowanego świata niby-kultury XXI wieku, burzącego przestrzeń urbanistyczną Olsztyna. Przykłady można mnożyć, rozwijać, wyostrzać, uszczegóławiać. […] Olsztyńskie muzeum powinno być tożsamościowe, ale jednocześnie w pełnym znaczeniu tego słowa otwarte, kontrowersyjne, ale nie konfliktowe, wieloperspektywiczne, ale nie ideologiczne. Nieprawdą jest, że na taki projekt jest za mało miejsca. Miejsce to nie dwa budynki (tartak i zajezdnia), lecz cała możliwa do zagospodarowania przestrzeń zakola Łyny, łącznie z tym, że może być ona rozbudowana zarówno „nad” jak i „pod” ziemią! Muzeum powinno wyjść poza tę przestrzeń, rozwijając „drogę nowoczesności” w kierunku DOMU MENDELSOHNA, który wkrótce może się stać małym, ale o światowym znaczeniu

125


Robert Traba

rarytasem architektonicznym. W takim makroplanie MUZEUM NOWOCZESNOŚCI będzie nie tylko obiektem samym w sobie, lecz projektem rozwoju, przedłużenia i ożywienia staromiejskiej struktury. Będzie nie tylko opowiadać, gromadzić eksponaty, ale również kształtować aktywnie NOWOCZESNY Olsztyn. [Robert Traba, Muzeum nowoczesności. Projekt stosowania historii w przestrzeni miejskiej, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2011, nr 50, s. 103.]

Postscriptum (grudzień 2011) […] Zanim sprawa potoczy się „normalnym” trybem, chciałbym jedynie przypomnieć, że Prezydent Olsztyna zobowiązał się w sierpniu 2011 roku do zorganizowania na początku 2012 roku specjalnej sesji Rady Miasta poświęconej przyszłości Muzeum Nowoczesności. Jeżeli taka debata się odbędzie, może otworzyć nową perspektywę i dać możliwość przekształcenia się idei w pragmatyczny projekt na skalę Miasta, Polski, Europy. Czekamy! [Robert Traba, Postscriptum, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2011, nr 50, s. 351.]

126


poezja

127


128


Piotr GWIAZDA

Cztery autobiografie 1. Próbowałem to zapisać: jak uciekłem z tonącego okrętu i znalazłem się na obojętnym brzegu pośród ludzi, których słowa były dla mnie niezrozumiałe, choć mówiłem wszystkimi językami świata. (Widzisz, już wszystko ulega zniekształceniu.) 2. Czasami ledwie siebie rozumiem, mieszkając w przestrzeni o nazwie Indoktrynacja. Goście mówią do mnie nagłówkami. Odpowiadam w formie absurdalnych przysłów. 3. Czekam na brzegu wybierając dane (?) ale moje słowa ślepną – jestem zbyt rozproszony. Mam do czynienia z profesjonalistą.

129


Piotr Gwiazda

4. Mieszkam sam w przemyślanym domu pomiędzy Atlantykiem i oceanem pamięci, i coraz więcej lat ma słońce tego pierwszego południa, zanim się wszystko zaczęło.

Świadectwo urodzenia Zdarzyło się to w roku, gdy bodaj wszystko było możliwe. Ciężkie czasy obrastały legendą. Przynajmniej raz mężczyzna i kobieta nie odczuwali winy z powodu swoich grzechów. Była zima, więc władze zorganizowały narodowe polowanie na dziecko ze złotą aureolą nad głową. Mój ojciec dał mi paszport z fałszywym nazwiskiem.

130

Jedynym świadkiem moich narodzin był ból.


Poezja

Na plaży Na plaży pełno jest morskich wymiocin i fałszywych śmieci.

Kaczki wyglądają bezbronnie. Rozkojarzona mewa chwyta zwijający się kolczyk. Wiatr zostawia siniaki. Chmury są gęste niczym „Dociekania filozoficzne”. Zaraz będzie padać. Nie będzie padać. Fale burzą się i wzbierają. Fale niosą ciszę. Przede mną obraz spokoju. Przede mną scena zamętu. Czuję się zupełnie swobodnie. Mój umysł to ranny wieloryb.

Strumień Często patrzę nań z mostku. Płynie znikąd donikąd niespiesznym meandrem. Kiedyś w lecie zupełnie wysechł. Nauczyłem się od niego pięciu rzeczy: Zawsze trzymaj klucze od poprzedniego mieszkania. Dobroczynność to forma nieodwzajemnionej miłości. Nie można utonąć dwa razy w tej samej rzece. Każdy krok jest mostem. Smutni żyją dłużej.

131


Piotr Gwiazda

Metro Pewnego dnia powrócę w miejsce, w którym wszystkie pociągi stoją nieruchomo. Na razie mieszkam w mieście (zawsze tak tu pada w weekendy?), którego ulice prowadzą pod ziemię, gdzie zjawy czytają gazety. Jestem jego jedynym mieszkańcem. Nie ma innych miast.

Rodzice Odkrywamy teraz, że też mają uczucia: prawdziwe, może nawet tak prawdziwe jak nasze, i coraz silniejsze. Nie daje nam to spokoju – jak lampka włączona przez cały dzień bądź dług, który trzeba będzie spłacić

132

powoli zmierzają ku chwili śmierci, postanawiamy więc już ich nie ranić, a kiedy musimy, robimy to szybko, z rutynową sprawnością pielęgniarek na ostrym dyżurze.


Poezja

Trzy kawałki na dwie ręce 1. Przechodzę przez parking, gdzie wkrótce powstaną luksusowe apartamentowce. Na prawo wózek ze sklepu. Na lewo martwa wiewiórka. Moja komórka. Dzwoni. Miło usłyszeć twój głos. 2. Budzę się, ale sen trwa. Siedzę na parkowej ławce w Warszawie lub Buenos Aires, czytam książkę o aniołach lub spadochroniarzach. Na trawniku czteroosobowa rodzina z psem o imieniu Sebald. 3. Nigdy nie przestałem szukać rękawiczki, którą zgubiłem dwadzieścia lat temu. Kiedy widzę jakąś zakopaną w śniegu, podnoszę ją, żeby sprawdzić… Nie, to nie moja rękawiczka. Nikt nie wierzy w tę historię.

133


Piotr Gwiazda

Oszczędzanie dziennego światła

Stonington, Connecticut

1. Coraz mniej chmur. Łódź wraca do zatoki. Październikowy błękit to negatyw błękitu. Mewa. Tyrania widzialnego: zawsze jakieś przeoczenie, zawsze mętlik. Coś ulega wyparciu. Ale co? 2. Mężczyzna i kobieta idą do końca przystani, siadają na ławce. On pali papierosa, ona wysyła esemesa. Podczas snu mówię językiem, którego nikt nie rozumie. Dziesięć minut później już ich nie ma. 3. Czas to więzienie, pisał Nabokov. Pamiętał niuanse cienia. Ja pamiętam stopnie świetlistości: lśnienie księżyca wczoraj wieczorem, gdy spacerowałem Water Street. Blask lampy zeszłej jesieni. 4. Wczorajszy dzień miał szarą barwę. Zeszły tydzień to zieleń przetykana żółtymi nitkami. Ostatni rok to płowiejący kolor, jakiego już nigdy nie zobaczę. Powietrze jak ostrze noża. Idealny dzień rozcięty na pół.

134

5. Dzień z życia… W głowie mam obraz poety, którego już nie ma. W ręce trzymam klucz do jego mieszkania. Dlaczego z roku na rok tyle zapominamy? W mieszkaniu jest odpowiedź: kamyki i gwiazdy.

Piotr Gwiazda z języka angielskiego tłumaczył Jacek Gutorow


Piotr GWIAZDA

Jak niedźwiedź grający na flecie

piotr gwiazda ur. 1973 r., debiutował wierszami w „Borussii” 1992/1, do USA wyjechał w 1991 roku jako uczeń III LO w Olsztynie; obecnie profesor literatury angielskiej na uniwersytecie Maryland w Baltimore. Autor kilku tomów wierszy w języku angielskim oraz prac krytycznoliterackich.

Konieczność wyodrębnienia przeczucia/ustanowienia? Własnego podejścia do konkretnej dziedziny języka Myung Mi Kim, „Commons” Prawdziwym wyzwaniem dla mojej tożsamości poetyckiej stało się pisanie po angielsku, który jest moim drugim językiem. Mając siedemnaście lat, opuściłem Polskę i udałem się do USA. „Naturalizowany” zostałem sześć lat później. Wydało mi się więc czymś „naturalnym”, że wybiorę język angielski. Mimo tego, że zacząłem pisać wiersze jeszcze w Polsce, a nawet kilka z nich opublikowałem w czasopismach literackich, to nie pamiętam, abym miał jakieś problemy z podjęciem decyzji. Czy to po prostu był jakiś szalony pęd ku asymilacji? W każdym razie od momentu osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych pisanie po angielsku zawsze było dla mnie sprawą praktycznej i artystycznej konieczności. Jeżeli, jak wielu wierzy, poetycki talent i wrażliwość zakorzenione są w nieświadomości, w tym co „zapomniane” albo przynajmniej we wczesnym dzieciństwie, to w takim przypadku twórczość w języku nauczonym wydaje się próbą skazaną na porażkę. George Santayana, urodzony i wychowany w Hiszpa-

135


Piotr Gwiazda

nii, pewnego razu wytłumaczył, dlaczego nigdy sam siebie nie mógłby określić jako poetę angielskiego: Nigdy nie syciłem się w okresie dzieciństwa rodzimymi rytmami i rymowankami [w języku angielskim, przyp. tłum.], w których czysta, spontaniczna poezja znajduje swoją istotę. Paul Celan, piszący po niemiecku, a żyjący w Paryżu, napisał: Jedynie w języku macierzystym można wyrazić prawdę. Poeta w obcym języku kłamie. Czesław Miłosz, który złożył hołd polszczyźnie w wierszu „Moja wierna mowo”, wielokrotnie zapewniał, że prawdziwy dialog między poetami a czytelnikami istnieć może jedynie dzięki wspólnemu językowi i literackiej tradycji. Mógłbym przytoczyć o wiele więcej tego typu sądów, które pilnie zbierałem przez lata, aby uwypuklić ten punkt widzenia. Najlepszym wytłumaczeniem mojego stosunku do angielskiego byłoby ponowne odwołanie się do Santayany: Jego korzenie [języka angielskiego, przyp. tłum.] nie całkiem sięgają mojego wnętrza. Ten stosunek na pewno jest w jakiś sposób powierzchowny i słaby, skoro język, którym piszę, nie przychodzi z „wnętrza”. Ale jest przecież dynamiczny, intensywny i ewoluuje. Czasami chciałbym nazwać go miłosnym. Możliwe, że znajduje się w nim głębsze psychologicznie wytłumaczenie, gdyż zmieniłem język na progu dorosłości. Przynajmniej dzięki temu dysponuję ostrą świadomością iluzji osobistej autonomii w obliczu kultury oraz (w końcu) języka bez względu na to, w jakim człowiek się urodził. Celan kiedyś tak zwrócił się do swojego przyjaciela Yves’a Bonnefoya: Jesteś u siebie ze swoim językiem, odnośnikami, pośrodku książek, dzieł, które lubisz. Jeśli chodzi o mnie, to ja nie jestem u siebie. Chodziło mu oczywiście o wyobcowanie, ponieważ mieszkał we Francji i pisał po niemiecku. A poza tym, jak wskazał jego biograf John Felstiner, język niemiecki dla Celana był językiem morderców jego matki. Jednakże koncept istnienia „nie u siebie”, status przesiedleńca, imigranta (czy to w sensie lingwistycznym, czy kulturowym, co nie gwarantuje sukcesu komunikacyjnego), wydaje mi się centralną ideą w koncepcji poezji jako takiej. Trzeba zaakceptować pewien poziom wyobcowania z życia w celu zamieszkania w całkowicie innym lingwistycznie obszarze. Tak naprawdę czym jest wiersz, jeśli nie indywidualnym aktem uwagi nad językiem? Wszyscy poeci bez wyjątku pozostają sami z ich językiem, bez względu na to, czy jest to ich pierwszy, drugi, czy trzeci język.

136

Sporo uwagi w naszych czasach poświęca się zjawisku literatury pisanej przez autorów posługujących się obcym językiem, pisarstwem zwanym „exophonic”. Nic w tym dziwnego, zważywszy liczbę współczesnych pisarzy funkcjonujących w międzynarodowym albo w międzykulturowym otoczeniu. Na przykład Marjorie Perloff w swojej najnowszej książce „Unoriginal Genius” omawia (między innymi) dzieło Yoko Tawady, japońskiej pisarki mieszkającej w Berlinie i piszącej po niemiecku i która we wczesnych latach na początku XXI stulecia spopularyzowała pojęcie „exophony”. Termin ten oznacza nowy stop z dwóch wpływających na siebie języków, który może wytworzyć oryginalną jakość syntaktyczną, frazeologiczną, rytmiczną, intonacyjną itd. Rezultatem jest coś w rodzaju uzyskania odczucia dziwności w trakcie zwykłej lektury poezji, przy czym odbiorca nie odczuwa obecności macierzystego języka autora, pomimo że w rzeczywistości w utworze to manifestuje. Perloff kategorycznie utrzymuje, że


Jak niedźwiedź grający na flecie

pisarstwo w drugim języku jest podstawowym ograniczeniem i ma rację. Jednakże główną jej tezą jest ukazanie, jak pisarze tworzą z narzuconymi sobie ograniczeniami jako częścią ich eksperymentów językowych. (Mimo wszystko na twórczość literacką w ojczystym języku też można spojrzeć jako na rodzaj samoograniczenia). W tym kontekście warto przywołać Samuela Becketta, który usprawiedliwiał swoją decyzję porzucenia języka angielskiego na rzecz francuskiego za pomocą cytatu le besoin d’être mal armé: potrzebą uczynienia się bardziej bezbronnym. Wydaje się, że Beckett zaczął pisać po francusku z zamiarem uzyskania efektu dziwności/obcości, jakby chcąc wejść w bardziej nieoswojoną, antagonistyczną, poetycką relację z danym środkiem ekspresji. Często uznaje się, że pisarze z kręgu „exophonic” (piszący w drugim, wybranym przez siebie nieojczystym języku), jak Beckett, są tak samo sprawni językowo zarówno w języku ojczystym, jak i adaptowanym. Przypuszczam jednak, że nie jest to prawda. Niewielu ludzi jest w stanie posługiwać się tak samo płynnie i z taką samą łatwością dwoma językami. Oprócz tego pojęcie „płynności” jest względne. Czy to rzeczywiście znaczy, że ktoś zna język, posługuje się nim po mistrzowsku, biorąc pod uwagę różnicę pomiędzy pisaniem a mówieniem? W każdym przypadku istotą jest nie płynność lub mistrzostwo, lecz czucie drugiego języka, fizyczne odczucie jego rytmiki i idiomów. Jest to objaw jakieś przyrodzonej nieumiejętności, którą porównać można do niedźwiedzia grającego na flecie, to przykre – oto opinia Johna Bayleya zamieszczona w recenzji napisanych po angielsku wierszy „So Forth” Josepha Brodskiego. Taka ocena powinna powstrzymać każdego, kto zamierza pisać wiersze w drugim (nauczonym) języku. Kiedy pierwszy raz w 1996 roku zapoznałem się z tą opinią, zaczynałem interesować się właśnie twórczymi aspektami dwujęzyczności. Czy niedoskonałe opanowanie języka, w którym się pisze (co specjaliści nazywają lingwistycznymi zakłóceniami), kiedykolwiek może doprowadzić do artystycznych odkryć? Czy ktoś, nazwijmy go „literacko poszkodowany” (niemający komfortu pisania w ojczystym języku), kiedykolwiek dowiedzie swojego estetycznego zwycięstwa? Jak pisanie w przyjętym jako własny języku pomaga w udziwnianiu tego języka? Podobne jest to do wymowy niemówiącego w swoim rodzimym języku imigranta, w ogóle do niestandardowej wymowy, która niekiedy staje się „song added to speech”: śpiewnością dodaną do aktu mówienia. Takie jest właśnie znaczenie etymologiczne słowa „akcent”? A jednak, jak Friedrich Schleiermacher wyraził się w swoim sławnym eseju o tłumaczeniu, to, co tworzy się w obcym języku, jest nieoryginalne. Odkąd opuściłem swój język ojczysty dwadzieścia lat temu, doświadczyłem osobliwych stanów samotności i dezorientacji, będących wynikiem świadomości, że w pewnym stopniu nie należę ani do ojczystej, ani do adaptowanej kultury. Już dawno temu pogodziłem się z faktem, że nie będę nigdy uważany za angloamerykańskiego autochtona w mowie i twórczości literackiej. Mimo wszystko nie chcę opisywać mojej sytuacji w tragicznych barwach, a szczególnie jeśli ma ona zakładać względnie statyczną koncepcję języka, narodowości, tożsamości. Jeżeli wiersz jest indywidualnym aktem uwagi w języku, to jednocześnie jest działaniem publicznym, przejawem rozmowy człowieka

137


Piotr Gwiazda

(umysłu) ze sobą samym. Innymi słowy: jestem w stanie tylko częściowo się opisać, a wiersze, które napisałem i które mam nadzieję, że napiszę jeszcze, są wynikiem mojej językowej odmienności, mojej barbarzyńskiej wrażliwości – być może taka jest ich wartość. Sztuczne wiersze sztucznej osoby? Prezentowane obecnie wiersze są poza tym refleksją nad zasadniczymi faktami mojej biografii: dzieciństwem i wczesną młodością w Polsce, przyjazdem do USA w wieku nastoletnim, pobytami w różnych amerykańskich miastach w ostatnim dwudziestoleciu jako nie całkiem zamerykanizowanego obywatela. Nieważne, jak obce moje wiersze wydają się amerykańskim czytelnikom, chciałbym, żeby nie mówiły tylko o moim odejściu od języka ojczystego do drugiego, lecz także o moim oddaniu się nowemu językowi i sposobom, które kształtują moje doświadczanie świata. Nie patrząc na to, ile one mnie kosztowały, mam nadzieję, że na zawsze już pozostaną przekładami obywającym się bez tekstów oryginalnych. Piotr Gwiazda z języka angielskiego tłumaczył Kazimierz Brakoniecki

138


Marcin CIELECKI

*** Jeszcze nie minął czas nocnych czuwań. Przyjdzie zima, ale i ona nie będzie prawdziwa. Karawan zerwał się z łańcucha i zabiera każdą porę roku. Niewiele zostało z tego, co mógłbyś jeszcze nazwać swoim. Karłowatość dni rozpisanych na drogę herbaty, na zapach koloru i ciszę pękającej ściany bloku zbudowanego na górze, która zrzuca nas ze swego grzbietu. Pozostał wszechmogący smak papieru, jego ze mną gry. I pewien rodzaj osadu, który zdejmujesz z dni. Barwa czasu, co nie wytrąca kształtu. Błazen, mój stroiciel fortepianu, zbiesił się. Nad ranem zanurzasz we mnie jedynie swój najmniejszy z palców. I piszesz raz jeszcze: biały kamyk, pięć zmysłów, zwierzęta.

Pieczęć Na siódmym jeziorze pęka już kra, w trzecim drzewie otwiera się dziupla dla moich rąk. W rozmowie z tobą dogania mnie echo rzeczy nieistotnych, przedziwni posłańcy, o których powrocie zapomniano. Przez chwilę jestem zasłuchany, zaproszony. Dzwon zatopiony w jeziorze, i dźwięk trąby, a w nią dmie anioł (słyszysz?). Pomiędzy nami te same zagadki, które już przymierzają moje ubrania, widok z czwartego piętra, moją skórę. Co im odpowiesz, czego by nie widziały? Na stare pytania nie mam nowych odpowiedzi. Emblematy pieczęci powtarzane przez trzepoczący język, nic więcej.

139


Marcin Cielecki

Martwa mowa. Żuję słowo i obracam podejrzanym narzędziem w ustach, gdy na siódmym jeziorze pęka już kra. Mierzyć się z tym? Jeśli nie masz własnych słów, niech mówi pieczęć.

Ciało świata

Mateuszowi

Oto ciało świata, którym cię karmię. Mięso, marchew, jabłko. To wszystko jeszcze nie ma nazwy, jak wtedy, gdy stajemy przy oknie – wyciągam moją rękę, przedłużenie twojego języka i mówię: patrz. Świat pochłaniasz od razu ustami, mielisz w dłoniach. Nie masz dość, choć jutro wrócimy i tak jak dzisiaj będzie już zawsze. Jeszcze w dawnym wczoraj czytałem przy twoim łóżeczku na głos „Drabinę Jakubową…” Bułgakowa. Patrzyłeś na mnie podobno wciąż niewidzącymi oczami, a jednak nieobce były ci słyszane słowa i znana skądś ta mowa. Zanim czołem zapiszesz na oknie ślad swojego zniecierpliwienia, zdążę ci jeszcze pokazać niedaleko nas przecież senną krowę, kury grzebiące, rzeźne konie.

Bałtyk 140

Bałtyk pracował w nas, potakiwały fale w zapatrzonych siebie mantrach. Spacerowanie, pisanie, zdjęcie zrobione życiu przy oknie, z książką, palcami wędrującymi po brodzie, ustach. Pierwszy raz nie interesuje mnie co jest za horyzontem, co jest dalej. Odbiegła ode mnie gonitwa, potoczyła się za inną bitwą, pies niewiary zgubił trop. Pióropusze fal, gdzie są głowy, które was nosiły? Wyobraźnia podsuwa obrazy, że tam, za mgłą słonie, urwiska skalne, liany, orchidee, dzikie zwierzęta. Na pokładzie planuję morderstwo doskonałe: utopić swojego


Poezja

starego człowieka w karczmie na dnie Bałtyku. Rozległość myśli, rozległość horyzontu, moje serce. Wewnątrz jestem nagi, wyprężony. Skrzący się cudowną samotnością. Nie ma syren, śpiewa cisza, brzeg jest nieoczekiwanie oczywisty. Wypowiedz morze, mówi wiatr. Czytaj: otwórz usta, oddychaj. Pod palcami mam coraz dziwniejszy różaniec. Tajemnice naszego życia i jego kolejne części: chwalebne rozdziały, pokutne psalmy. I słońce, w które wchodzisz. To, że jesteśmy razem, choć padły inne królestwa. Zdziwieni, patrzymy na siebie. Jakbyśmy widzieli siebie pierwszy raz. Od dawna. Morze mnie nie słucha, ma swoją własną opowieść.

Jacek Malczewski, portret trumienny Teraz leżysz w trumnie i żaden obraz tego nie opowie. Zejdźmy głębiej. Powinno być łatwiej. Tyle słów zostało napisanych, krajobraz na przekór życiu miał zawsze prostą drogę. Nad głową bocian, na ramieniu anioł. Trzepotała się ryba, w rękach drżała dusza. Ile razy siedziałem na krawędzi studni, tyle razy zaglądałem w jej puste oko. Z niego wyciągałem osoby, modele, portrety. Nie polepszył się od tego wzrok, zatem były jeszcze mundury, zbroje, rekwizyty. Z nich najważniejsza aureola, przymierzana od czasu do czasu na wszelki wypadek. Wierzba przydrożna, wiejska chata i nieskończone pole, na nim tańczą pory roku. Tyle widać znad studni. Na samym dnie widziałem siebie – chłopiec szedł przez moczary, a za nim wlókł się jego ogień. I nie było na to żadnego koloru, tylko pocałunki położone na dłoniach, stopach i boku. Nie polepszył się od tego wzrok. W ten dzień, postacie zejdą z płócien i wydadzą sąd o mnie. O innych niech mówią nuty, słowa, marmur. Żaden obraz tego nie opowie, co wie tylko ogień. Którego malowałem z własną twarzą rozpozna mnie teraz?

141


142

Fot. Mikołaj Pilecki.


Poezja

Katherina Luter W pierwszym roku małżeństwa miewa człek osobliwe myśli. Przy stole myśli sobie tak: przedtem siedziałeś sam, a teraz samotwór. W łóżku, kiedy się budzi, widzi obok siebie dwa warkocze, których przedtem nie było. Marcin Luter

Dwa warkocze na moich piersiach. Dla ciebie to szale wagi miłosierdzia i sprawiedliwości, tyle widzisz. Podobnie patrzysz na moje łopatki, ramiona, wargi. Pomiędzy nie wkładasz ręce złożone jak do modlitwy, lecz rozchylasz do miłości. Najpierw kochasz zbyt słabo, a potem zbyt mocno. To, co najlepsze, przydarzało się nam sporadycznie. Nocami, rozpoznawaliśmy się po języku. W oddechu na karku mówiłeś rzeczy, o których nie miałeś pojęcia (milczały o nich księgi, zawodziły przekłady), na moim udzie pisałeś swój traktat bez tytułu. W tamtych chwilach wiedzieliśmy tylko kilka rzeczy – oddech to rozkosz. Za tobą szedł Bóg jak cień, więc nocą przychodziłeś do mnie. Szukałeś we mnie coraz głębiej słowa, a miałeś je na swym języku, na wargach, w dymiącym obiedzie, w ciągnących za nogawki dzieciach. Serce jest wąskie, a modlitwa je rozszerza, mówiłeś. Zatem rozchyl raz jeszcze szale miłosierdzia i sprawiedliwość, zamknij w dłoni mój wilgotny płomień.

*** zatoki ciszy są tuż za rogiem. odrzucony został kamień miasta. po wodzie stąpa pani poezja, siostra niczyja. tobie odebrano głos, a mają go żaby, trzciny, liście zmurszałe. co zrobisz ze swoją wiedzą, gdy nikt nie słucha, bo rzeczywistość po prostu jest. otworzyć usta i łykać. naga ziemia na której próbujesz słowa bardziej prawdziwa jest.

143


Marcin Cielecki

wstępujesz w ścianę lasu. linia brzegu odgradza od patrzącego spod nieruchomej tafli wody. nie rozpoznajesz go, choć wiesz, że mędrcem jest on. otworzyć usta, bo skóra za wolno chłonie. miasto zapada się, echo dzwonu drzemie w ciele. posłańcy wyruszyli na cztery strony by zadąć już w trąby. Myślałeś, że uciekniesz przed życiem w życie?

Marcin Cielecki

Marcin Cielecki, ur. 1979, olsztyński poeta, eseista, recenzent, nauczyciel, autor trzech tomów wierszy, w tym „Ostatniego królestwa” (Sopot: Topos, 2010).

144


proza

145


146


Dariusz Pawlicki

Podążając za wzrokiem poprzedników...

Dariusz Pawlicki ur. w 1961 r., autor esejów, noweli, szkiców, wierszy. Członek Związku Literatów Polskich. Mieszka we Wrocławiu.

Przystępując do pisania tego tekstu, mam przed oczami obraz namalowany przez niemieckiego malarza Balduina Wolffa. Tytuł tej pracy brzmi: „Krajobraz z Chojnikiem”. Osobom niepotrafiącym usytuować owego Chojnika w konkretnym miejscu na ziemi wyjaśnię, że chodzi o umiejscowione u podnóża Karkonoszy, na wysokiej górze, ruiny zamku (wzniesienie nosi tę samą nazwę). Wolff tak je widział w 1845 roku. Natomiast jeśli o mnie chodzi, to ostatni raz ujrzałem je (mam nadzieję, że będą jeszcze kolejne razy) w trakcie pisania niniejszego szkicu. To znaczy 169 lat później. Nie zjawiłem się tam jednak specjalnie, aby stanąć, mniej więcej, w miejscu, w którym Wolff rozstawił swoje sztalugi bądź wykonał zestaw rysunków przygotowawczych/wstępnych. Ot, pojawiłem się w towarzystwie dwóch osób (w tym mojej żony), idąc z Cieplic-Zdroju w kierunku Podgórzyna. Nic, jak wierzę, nie dzieje się bez powodu, tak miało więc być… A wzmianka o „Krajobrazie z Chojnikiem” stanowi wprowadzenie do tego, co już za chwilę zacznę poniżej zapisywać. * Patrząc na obraz olejny, gwasz, akwarelę, rysunek, a także na dagerotyp czy bardzo starą fotografię, przedstawiające uchwycone przez ich autorów frag-

147


Dariusz Pawlicki

menty ówczesnej rzeczywistości, tej, z którą mieli do czynienia, stajemy się, w pewnym sensie, owymi twórcami sprzed wielu dziesięcioleci; „użyczamy” im bowiem naszych oczu, aby mogli ponownie spojrzeć na swoje dzieła. Ktoś mógłby zapytać: – Dlaczego miałbym stawać się jednym z nich? Tym bardziej że oni należą już do innego świata... Na takie pytanie odpowiedziałbym tak: – Aby poczuć więź z tymi, którzy byli przed nami. To, co pozostawili po sobie, owe ślady przyciągające uwagę kolejny raz (to nie dzieje się nigdy raz jeden), upewniają nas bowiem, że nie różnimy się niczym od nich (różnica sprowadza się do... garderoby i środków transportu). Bo i ich uwagę przykuwały te same co nas na przykład elementy krajobrazu. Choć uległy one, to fakt, większym Chojnik, fot. Dariusz Pawlicki. bądź mniejszym zmianom w czasie, jaki dzieli ich obserwacje od naszych. Większym, jeśli weźmie się pod uwagę chociażby szatę roślinną, mniejszym w przypadku, dajmy na to, niektórych budowli, a wręcz minimalnych/znikomych/niedostrzegalnych gołym okiem, jeśli brać pod uwagę kształty szczytów górskich/zarysy grani.

148

Lektura dawno temu napisanych utworów literackich, przykładem mogą być wiersze Jana Kochanowskiego, tak jak słuchanie „Sześciu symfonii hamburskich” Carla Philipa Emanuela Bacha, też jest, uświadamianym sobie, albo i nie, byciem/wczuwaniem się w tych konkretnych, lecz dawno nieżyjących, ludzi. A którzy przyczynili się do zbudowania, w przenośni, ogromnego gmachu. Z zawartości sal, które w nim się znajdują, korzystamy. A współcześnie żyjący dobudowują kolejne pomieszczenia z, mniej czy bardziej, zgrabnych, cegiełek bądź cegieł; wyposażają je też. I dzieje się tak bez względu na to, jakie role/funkcje pełnią w życiu. Gdyż, jak napisał w szkicu „Proust” Samuel Beckett, nie ma ucieczki od „wczoraj”, bo „wczoraj” nas odmieniło albo zostało przez nas zmienione. Podobna w swej treści jest taka oto myśl Benjamina Constanta: Stulecie to z konieczności suma wszystkich poprzednich stuleci i nie może być niczym innym, niż jest1. Trzeba mieć więc niezwykle wiele tupetu, i nie tylko tego, aby twierdzić z przekonaniem, że wszystko zawdzięcza się sobie: swej zaradności, zapobiegliwości, swym ............................................................ 1 Tz. Todorov, Ogród niedoskonały. Myśl humanistyczna we Francji, tłum. H. Abramowicz, J. M. Kłoczowski, Warszawa: Czytelnik, 2003.


Podążając za wzrokiem poprzedników...

talentom. Żywię bowiem przekonanie, że prawda jest zdecydowanie inna – każdy z nas jest sumą indywidualnych istnień (tego, co się na nie składało), jakie były przed nami: ojców, matek, dziadków, pradziadków... I nie chodzi tu tylko o kwestie kulturowe. Lecz i o to, o czym na przykład pisze Józef Życiński: Wchodzimy w życie obciążeni indywidualnym dziedzictwem genetycznym, z niepowtarzalną strukturą psychiczną, w specyficznym środowisku, które będzie rzeźbić na swój sposób te predyspozycje, na których genezę nie mieliśmy wpływu2. Tak więc to, co sobą reprezentujemy, nie bierze się znikąd. Można jednak dokonywać (wielokrotnie ta możliwość okazywała się szczęściem/wybawieniem), mniej czy bardziej świadomie, drobnych bądź większych, korekt w sobie. Na przykład w systemie wyznawanych wartości. * Spostrzeżenie, że oczy innych dużo wcześniej były skierowane na obiekt, na który i my patrzymy, może być, ale chyba tylko w pierwszym momencie, uznane za intrygujące czy odkrywcze. Zaraz potem pojawią się bowiem myśli niewesołe (chyba że szybko zostaną odegnane), zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na odległość w czasie dzielącą nas od konkretnych poprzedników, jeśli chodzi o owo patrzenie. A ta „odległość” niezmiernie często nie będzie pozostawiała jakichkolwiek wątpliwości, że oczy tych, którzy na Coś patrzyli przed nami, zamknęły się dawno temu. Mało tego, nie istnieją, nie pozostał po nich żaden ślad. Większość spośród tych, którzy patrzyli na „Krajobraz z Chojnikiem”, od początku jego istnienia, jest tego przykładem. Ale fakt jest faktem – i ich zachwycało, i nas zachwyca, niezmiernie często to samo. Tak jak i to samo budzi lęk. Co najwyżej, jeśli chodzi o naturę/przyrodę, różnica między nimi a nami może być taka, że ludzie żyjący na przykład w 1845 roku, żeby pozostać przy XIX stuleciu, mieli z nią o wiele częstszy kontakt. Był on przy tym zdecydowanie bardziej bezpośredni z tej choćby przyczyny, że znacznie więcej niż obecnie ludzi trudniło się wówczas rolnictwem, hodowlą, pasterstwem, jak też wyrębem drzew. No i w zdecydowanej większości żyli na wsi. Lecz i ci, którzy zamieszkiwali ówczesne miasta, mieli z naturą częsty kontakt, chociażby dlatego, że miasta w ogromnej większości były niewielkie, natura zaś, mało bądź wręcz nietknięta, rozciągała się tuż za rogatkami. Z jej wszechobecnością wiązało się jednak i to, że, mając ją na co dzień, na wyciągnięcie ręki, praktycznie jej nie dostrzegano. Traktowano ją bowiem jako integralny składnik rzeczywistości. A tak się dzieje, że marzy się, wzdycha do tego, do czego dostęp jest utrudniony, co jest rzadkie bądź bardzo rzadkie. To jak z mieszkańcem jakiejś współczesnej zachodniej metropolii, stawiającym naturę wręcz na piedestale, działającym przy tym aktywnie na rzecz jej ochrony. A to dlatego, że natura w pierwotnym albo niewiele zmienionym stanie na znacznych obszarach Zachodu już nie istnieje. Znacznie łatwiej dostrzega się czegoś Brak (jednak tylko na początku) niż jego codzienną obecność. ............................................................ 2 J. Życiński, Medytacje filozoficzne, Kraków: Wydawnictwo Petrus, 2008.

149


Dariusz Pawlicki

* Wspomniany obraz Balduina Wolffa, jak i podobne jemu w treści, namalowane przez przedstawicieli minionych pokoleń malarzy, mniej czy bardziej zdolnych, można traktować nie tylko jako utrwalenie należących do przeszłości chwil (ogromna większość spośród nich nie została jednak uwieczniona w jakikolwiek sposób). Są one bowiem równocześnie jakby „opisami” momentów przeżywanych na bieżąco. Ci zaś, którzy tego dokonywali, stali albo siedzieli przed rozstawionymi sztalugami bądź też pochylali się nad blokami papieru do rysowania. A momenty te utrwalali, nakładając farby na płótno, deskę bądź papier albo też kreśląc ołówkiem po tym ostatnim. W tym procesie ważna była ręka, a także oko. A na temat tego drugiego Hans Holländer napisał tak: Oko zwane oknem duszy jest główną drogą, przez którą zmysł [...] może najobficiej i najwspanialej poznawać nieskończenie mnogie dzieła natury3. * Pisząc o patrzeniu/spoglądaniu/widzeniu, odnoszę się, przede wszystkim, do czasu minionego. A mówiąc dokładniej, próbuję go przywołać. Rzecz jasna wiem, zresztą każdy to wie, że jest to daremne (przynajmniej jak dotąd). Ale efektem tego przywoływania jest, mam taką nadzieję, spowolnienie upływu czasu aktualnie przeżywanego – teraźniejszego. Odwołując się bowiem w tym tekście, ale i w innych, do tego, co było, tym samym sprawiam, że teraźniejszość nie ma do mnie dostępu; przez maleńką cząstkę czasu, ową chwilę. Ale jeśli już da o sobie znać, a w końcu da na pewno, to pisząc o kolejnym zdarzeniu, które nastąpiło, będę kontynuował spowalnianie czasu (będę to czynił niezmiernie często świadomie). Temu samemu również posłuży nienapomykanie o tym, co być może się wydarzy, co będzie. Z tym że w to, co może bądź na pewno zdarzy się pojutrze i później, niezwykle rzadko angażuję swoje myśli. Bo po pierwsze, nie interesuje mnie to, a po drugie, wiem, że, postępując tak, przyczyniałbym się do tego, że czas, ten mój, indywidualnie przeze mnie odczuwany/przeżywany, za każdym razem by przyśpieszał. I tylko ja, oczywiście, zdawałbym sobie z tego sprawę.

150

Wspomniane działania podejmuję w formie bardzo osobistej, ograniczonej wyłącznie do mnie. Lecz to, że współtworzę konkretne społeczeństwo/naród, jak też składam się na ludzkość, może powodować, że tymi działaniami wpływam na to, że czas „ogólny”, „globalny”, choćby minimalnie, ale jednak, zostaje spowolniony. Tak więc gdyby więcej ludzi zaczęło postępować podobnie (nie tylko pisząc o przeszłości i teraźniejszości), to może czas, nie tylko subiektywnie, wyraźnie by… zwolnił. A wtedy zawołanie Fausta mające charakter życzeniowy: Chwilo, trwaj, jesteś tak piękna!, miałoby większą szansę na pewnego rodzaju spełnienie się. Człowieka, który w usta, ale i w myśli, bohatera swego dramatu włożył powyższe życzenie, warto w tym miejscu wspomnieć również z takiego oto powodu: Johann Wolfgang von Goethe propagował podejmowanie działań mających na celu… zwolnienie tempa upływania życia. On, człowiek żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, zauważył już wtedy, że tym, co zagraża, dosłownie, ludzkości, jest m.in. właśnie tempo życia. Uważał bowiem, a bardzo nieliczni ............................................................ 3 H. Holländer, Literatura – malarstwo – grafika, [w:] Ut pictura poesis, red. M. Skwara i S. Wysłouch, Gdańsk: Słowo/Obraz Terytoria, 2006.


Podążając za wzrokiem poprzedników...

jemu współcześni podzielali jego pogląd, że zmienia ono świat, zanim ludzie poznają prawa, jakie nim rządzą. Co gorsza, tempo życia, w żaden sposób nieograniczane, nie pozwala ludzkości na zorientowanie się, gdzie jest i ku czemu zmierza. Goethe wskazywał jednoznacznie, że ku zagładzie. Ale wśród ludzi żyjących w tej samej epoce co on (a i w epokach następnych) dominował zachwyt nad zmieniającymi się formami życia... I wiara w wieczną szczęśliwość czekającą za kolejnym zakrętem. Obecnie niewielu więcej niż wówczas ludzi widzi jakikolwiek problem w coraz bardziej zawrotnym tempie współczesnego życia. Jeśli już, to uważa, że jest to „produkt” uboczny/immanentny element rozwoju cywilizacyjnego człowieka. I ma on stanowić przykład na poparcie stwierdzenia: coś za coś! Znacznie częściej zauważa się problem w konsumeryzmie, w charakterystycznym dla niego, i w ogóle dominującym, typie człowieka – konsumenta (raz po raz podnosi się przy tym kwestię: Mieć czy Być). Zwraca się uwagę na jego dającą często o sobie znać pożądliwość tego, co jest... Nowe! A czego ten czy ów konsument jeszcze Nie Ma! Wstępem do posiadania jest ciekawość wobec nowinek technicznych. Ale nie tylko wobec nich, bo i także na przykład nowinek... kulinarnych. Owemu konsumeryzmowi nie towarzyszy jednak refleksja, stawianie pytań (przede wszystkim sobie samemu) zarówno o sens tego, w czym bierze się udział, jak dotyczących kierunku, w jakim zmierza cywilizacja. Słychać najwyżej pełne troski komentarze o stanie naturalnego środowiska człowieka, któremu tzw. postęp techniczny, w sumie, jednak nie służy. Wyraża się przy okazji pogląd, że winniśmy mieć na uwadze stan środowiska naturalnego ze względu na następne pokolenia. Ale chyba częściej jest to jednak zawoalowana troska o, w miarę, nieskazitelną przestrzeń, w której owi zatroskani będą spędzać czas wolny. Spędzany zresztą ze wzrokiem utkwionym w, taki czy inny, czasomierz i kalendarz. * Czas, wbrew temu, co pokazują wszelkie zegary i zegarki, zgodnie jednak z ludzkim odczuwaniem/odczuciem przyśpiesza. Mają na to wpływ na przykład pociągi poruszające się szybciej i wciąż szybciej. Tak więc 3 godziny, których potrzebują obecnie pociągi na pokonanie jakiejś konkretnej trasy, za ćwierć wieku, jeżeli będą jeszcze pociągi, stopnieją do... 5 minut. Jak zagospodarujemy zyskane w ten sposób 2 godziny i 55 minut? Czy będziemy cieszyć się z tej dawki czasu, czy też ją przeklinać? Ten drugi przypadek, niestety, będzie występował bardzo często. I nie trzeba być w tym względzie wizjonerem. Gdyż już od kilku dziesięcioleci coraz większe rzesze ludzkie mają kłopoty z zagospodarowaniem czasu. Po prostu nie wiedzą, co z nim robić. W rezultacie najczęściej w grę wchodzi nie jego świadome wykorzystywanie, ale tego czasu, szczególnie w dni wolne, zabijanie... * Ale może za pośpiechem Coś się kryje! Jeśli tak, to Co? Może to, że jeżeli cywilizacja techniczna stanowi wytwór, jest emanacją gnostycyzmu, ów pośpiech nabierający jeszcze przyśpieszenia

151


Dariusz Pawlicki

ma na celu jak najszybsze... unieśmiertelnienie człowieka. Doprowadzenie, zarówno dzięki naukom przyrodniczym (humanistyczne nie są w tym pomocne), jak i technice, do takiego stanu, że ludzie będą żyli i żyli... A może nawet ci, którzy nie doczekali tego, zostaną przywróceni do życia. Czyli że dojdzie do swoistego zbawienia ludzkości, a mówiąc dokładnie: samozbawienia. No bo skoro mamy już do czynienia, z zauważanym na Zachodzie, szczególnie od półwiecza – ubóstwieniem człowieka... Ale bardzo wielu nie myśli ani o zbawieniu, ani tym bardziej o Zbawieniu, to znaczy wybawieniu/ocaleniu za sprawą Boga (rezultatem tego ma być nieśmiertelność w obecności/w Bogu). Dariusz Pawlicki

152


Zbigniew Waszkielewicz

Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali tej duszy żaden żywioł nie ukoi

Zbigniew Waszkielewicz ur. 1949 pod Ełkiem; obecnie mieszka we wsi Radzie w powiecie giżyckim. Jest absolwentem PWST w Krakowie. Prowadzi autorską działalność Teatr IOTA, realizując spektakle teatralne i projekty edukacyjne. Był też wykładowcą katowickiej AWF, prowadził specjalność teatr ruchu i dźwięku. Napisał powieść „Wujek Ziuniek na długie zimowe wieczory”, otrzymał za nią Wawrzyn 2012, Literacką Nagrodę Warmii i Mazur.

Przy polnej drodze do Klajnerki było jeszcze kilka brzóz zapewne sprzed pierwszej światowej, to na nie spoglądał, jadąc tędy Wujek Ziuniek przed 40 laty. Ile znaczy dla brzozy 40 lat? To czwarta część jej życia, czasem tylko trzecia. Tylko? Niejeden z nas by pozazdrościł jej żywotności, choć wśród drzew brzoza nie należy do długowiecznych akurat, ale za to w konkursie na dorodność zajęłaby na pewno jedno z pierwszych miejsc, zwłaszcza gdyby jurorem był Wujek Ziuniek. Zauważyłem sporo brzozowych odsadzeń, a może te młodzieńcze brzozowe kibicie to samosiejki, tak, raczej to drugie, kto by tam na przydrożnej miedzy brzozy odsadzał? A na tych najstarszych czyr za czyrem, widać jeszcze moda na leczenie nimi nowotworów tutaj nie doszła, a może jest to kraina, do której wolne rodniki nie docierają, zatem i medyczna nazwa tych narośli, włóknouszek ukośny (Inonotus obliquus), jest tu nieznana. A oto i obejście Smoluchowskich. Zatrzymuję mojego warkotliwego UAZ-a przed wjazdem na podwórko, wchodząc pieszo, wydam się bardziej swojski, chciałbym, żeby tak było, ano cóż, zobaczymy, na razie łomot serca mogący konkurować z warkotem UAZ-a nie daje mi o niczym pomyśleć.

153


Zbigniew Waszkielewicz

154

– Trzeba było wjechać na podwórko – zawołała stojąca na progu jejmość w dojrzałym wieku. – Trawy tu niewiele, miastowi wjeżdżają aż pod próg, by lakierek przy takiej pogodzie nie zabłocić. – Ja nie miastowy, już z powrotem wioskowy – próbuję chytrze być bardziej swój. – Ale tam, jaki wioskowy? Śmierdzi na kilometr mieszczuchem, z dalekiego to miasta? – Z Bohdziewiczów jestem, Zdzisław – jak byłem tutejszy, to wołano na mnie Zdzicho, a jeszcze częściej Piegus – powiedziałem wszystko, co w tych okolicznościach należało, bo na progu stała bez wątpienia Trouta. – A pani jest Trouta, przepraszam, Teresa Smoluchowska. – To chyba mogę pana Zdzicha uściskać trochę – objęła mnie ramieniem lewym, a prawe oparła o mój lewy bark, obracała mnie trochę, raz w jedną, raz w drugą, powoli bardzo… i przyglądała mi się, lekko zmrużywszy oczy – nie poznałabym, ale pamiętam chrześniaka… Jurkiewiczów. – Moja chrzestna wujenka Jadzia trzyma się dziarsko mimo lat, których ma dużo… Każdego roku odwiedza synów w Nowym Jorku, Ryśka i Miczurina, czyli Miecia… A Wujka Ziuńka nie ma już, całe 9 lat jak przepadł bez wieści. – Wiem… Jak zaginął, to go Jadzia i tutaj szukała… Nie wiedzieć czemu, do mnie też zajechała pytać… a on tu jak 40 lat temu wyjechał, to już nigdy Sentek nie odwiedził, to i u mnie też nie był… – patrzyła mi prosto w oczy, jakoś na wskroś patrzyła… i zamilkła, i trwaliśmy w tym milczeniu dobrą chwilę. Oczy mają to do siebie, że mokre są z natury, ale czasem ich wilgotność przybiera i bez wątpienia oczy Trouty były wilgotne do granic jej powiek – muszę jeszcze raz pana przytulić, panie Zdzisławie… – Zdzicho albo Piegus, jak dawniej, proszę… – szepnąłem jej już prawie na ucho, bo znowu mnie zagarnęła do siebie, tym razem już obojgiem ramion. – No dobrze, niech będzie, panie Piegusie, choć ani jednego piega z tamtych czasów nie zostało – powiedziała, uśmiechając się poprzez całkiem wilgotne oczy – rozumiem, że ta nasza tajemnica, Wujka Ziuńka i moja, wcale nie była taka wielka, jak myśleliśmy – bo i w twoich oczach to widać, i Jadzia tu zajechała Wujka Ziuńka szukać, może jej to po latach wyznał, nie pytałam, ale czułam, że wie… – To wciąż jest wasza tajemnica, no teraz to już też moja… Wujek Ziuniek kilka tygodni przed swoim zniknięciem opowiedział mi o was, powiedział, że to ostatnia okazja, żeby sobie ważne rzeczy powiedzieć… że ktoś o tej wielkiej miłości musi jeszcze wiedzieć oprócz tych, których dotyczy… i że póki będzie żyła Jadzia, to nie może się, broń Boże, dowiedzieć… wystarczy, że dwojgu pękło serce, trzecie należy oszczędzić… – przerwałem, bo Troucie z oczu wilgoć popłynęła sobie gdzie bądź, a głównie na bluzkę… wyjąłem chusteczkę i podałem, położyłem ją wprost na jej mokre oczy – mnie to powiedział nie wiedzieć czemu… – Byłeś jego pupilkiem, panie Piegusie. Książki związały was bardziej chyba niż pokrewieństwo. Wiedział, że mola książkowego pojmie drugi taki jak on. W tej jego surowości wyczuwałam duszę wrażliwego wciąż dziecka… Starał się to ukryć, także przede mną, może nawet tym bardziej przede mną, bo go kochałam, bo mnie kochał… i nie chciał bym go przytulała jako chłopca marzyciela. Nie przeszkadzało mi to, a jedynie jeszcze bardziej rozrzewniało… Proszę wybaczyć starej, rozkleiłam się, ale cóż, taka już twoja rola, wspólniku, jak cię Wujek


Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi

Ziuniek do tajemnicy dopuścił, to masz za swoje, Piegusie… – zwróciła się już całkiem nieoficjalnie, pomijając wtrącanego wcześniej „pana”. – Dostanę sławnej waszej oskoły, Trouta? – zapytałem, też idąc na coraz większe skróty w tym zwracaniu się do siebie. Kiedyś to ona była zwyczajnie dla mnie starą Niemrą, jak mówiła o niej Jadzia, ale dzisiaj, gdy stuknęło mi 49 lat, a jej 67, to przestało to już być wiekową różnicą, a inne lody puściły od razu, bo tak jakby wcale ich nie było. – Skoro zjawiłeś się na wiosnę, to bez oskoły się nie obejdzie – zaśmiała się i zniknęła w głębi domu, a ja udałem się do sadu, bo tam przy grubym dębowym stole piło się sok brzozowy u Trouty, a po drodze zbierałem wątki długiej opowieści, bo przecież muszę opowiedzieć jej, co się działo z Wujkiem Ziuńkiem, odkąd wyjechał z Sentek. Jak skończyłem opowiadać, to zająłem się dolewaniem oskoły, i Troucie, i sobie. Potem, by dać Troucie czas do wsłuchania się w jej własną opowieść, opowieść poruszonej na nowo duszy, zacząłem się powoli rozglądać po sadzie, tym samym, ale też całkiem innym, bo niektóre poniemieckie jabłonie, czereśnie i śliwy zniknęły, pojawiły się za to nowe, ale mniej już ich było. Przeszedłem się nawet w głąb sadu, bo nagle zaciekawiły mnie kwitnące wiśnie, zdążyłem oddalić się w samą porę, a i tak dotarł tam do mnie głos Trouty, ale to nie było słowo. Odetchnąłem z ulgą, że w porę umknąłem, bo umiem podać chustkę na wilgotne oczy, ale co podać na wzdychające serce, to ciągle nie wiem, więc tkwiłem wciąż w najdalszym kącie sadu, od wiśni przechodząc do bzów, ucieszyła mnie ich niewątpliwa poniemieckość, wyraźne już grona pąków lada dzień ujawnią zamknięte w nich kolory, będzie trochę białych, ale najwięcej tych najbardziej typowych, niebieskoróżowych, o których nigdy nie mówiłem lilaróż. – Możesz już wracać, Zdzicho, bo ja też już jestem z powrotem tutaj… – wróciłem zatem do stołu, sięgnąłem po szklankę oskoły. – Pewnie chcesz wiedzieć, co u nas. Po kolei zatem, mego Genka pożegnaliśmy jeszcze w PRL-u, w ‘88, nie dożył tego dzisiejszego raju, zresztą nie czułby się w nim najlepiej. Grób ma w Pisanicy, na katolickim cmentarzu, no właśnie, a co ze mną będzie, przecież ja ewangeliczka jestem, może też tam, niech chociaż po śmierci ma mnie cały czas koło siebie… Doreen dalej jest w Bartoszycach z tym swoim elektrykiem Alfredem, z dwiema córkami bliźniaczkami i synem. A moje pociechy? Danka mieszka w Ełku, jest pielęgniarką w wojskowym szpitalu, za męża ma piekarza, Karol mu na imię, mają dwoje dzieci: chłopca i dziewczynę. Tutaj miał gospodarzyć Rysiek, ale wolał wyjechać do Anglii, jakby tu na informatyków popytu nie było. – To nie lepiej by mu było do Niemiec, tam ma krewnych… Właśnie, co z waszymi w Heimacie? – Fiksacja Elke się skończyła, leży na cmentarzu komunalnym w Düsseldorfie, w grobie wykupionym przez Ludwika… Sam Ludwik ma się dobrze, najlepiej z nas wszystkich… Jest szychą w tamtejszej policji, drugi po Bogu… – A co… chciałem też zapytać… – Śmiało, Zdzicho, pytaj… zresztą już odpowiadam, z radością cię powiadamiam, że mała Inge żyje… Wielki komisarz Ludwik nie mógł jej odnaleźć, a tu, proszę, zguba sama się znalazła… Po prostu, któregoś dnia zastałam ją tu na progu, jak ty dzisiaj mnie… Wracam na skuterze z targu w Ełku, tak, wyobraź sobie, z roweru przesiadłam się na skuter… Wjeżdżam na podwór-

155


Zbigniew Waszkielewicz

156

ko, a na progu stoi piękna młoda kobieta… Zobaczyłam ją po 20 latach, ale od razu poznałam. – A jak dotarła na próg domu w Klajnerce? – Mercedesem… i wjechała nim całkiem na podwórko. – Bo to jej podwórko. Ale nie o to pytałem… – No tak… Dotarła do Sentek przez sierociniec w Minden, szkołę powszechną i średnią też w Minden i w końcu przez Uniwersytet w Bielefeld. Skończyła filozofię. – Z filozofii nie da się żyć. – A z twojej psychologii można? Pracuje w hospicjum w Hannoverze, jest świecką siostrą od trzymania za rękę i zamykania oczu. I to ona słyszy ostatnie słowo. – I sama mówi ostatnie słowo, z którym ktoś odchodzi. Filozofia na pewno się przydaje w takiej chwili, może się przydać. – Nie przydaje się, tak przynajmniej o tym mówi Inge. – Przez skromność. Wszystko się jej przydaje, całe jej życie składa się na tę ostatnią chwilę z kimś odchodzącym, także filozofia, nie w wydaniu akademickim, oczywiście… A jej własne życie? Ona teraz ma… chwileczkę, jest rok 1998, zatem ma teraz 54 lata. – W październiku skończy, nie dodawaj jej, Zdzichu… – zaśmiała się Trouta. – Przepraszam, liczę latami… To już może zrobiła cię ciotką… A mąż? – Nie ma męża… Ma żonę. – Jak to? Aaa, rozumiem. – Ja też rozumiem, Zdzicho. Moja mała Inge może mieć nawet cztery żony, moje małe kochane Besatzungskind może mieć, co chce, i robić, co chce. Przyjeżdża tu co roku, nieraz i trzy razy w roku. Przyjedzie w lipcu ze swoją Aleksandrą… Po raz pierwszy przyjadą obie, wcześniej nie chciała robić w Sentkach zamieszania, ale jak nakrzyczałam, to zrozumiała… Jak krzyknąć, to nawet filozof zrozumie. – A jakie są relacje z Ludwikiem? – Trudne. On kupił dla mnie mieszkanie w Düsseldorfie, to miłe z jego strony, ale nie skorzystam… Stara się wciąż o moje względy, to ja go wyniańczyłam, byłam mu starszą siostrą… I trochę mu matkowałam, nie wiem, czy pamiętasz, nasza mama parę lat po wojnie umarła, a wcześniej długo chorowała. – Wiem, chyba ten chóralny gwałt, jak te zbiorowe upusty chuci nazywają Rosjanie, podkopał jej zdrowie… – Na pewno… Trudno wrócić do zdrowia ze zdruzgotaną psychiką. – Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali – tej duszy żaden żywioł nie ukoi – tak to jakoś ujął Wujek Ziuniek. – Może dlatego tak pokochałam Inge, owoc tego, jak mówisz, chóralnego gwałtu… A wracając do Ludwika, bardzo mi pomógł, gdy zdiagnozowano mi nowotwór żołądka. Opłacił klinikę w Düsseldorfie, mam już tylko pół żołądka, ale żyję… Piję napar z brzozowych czyrów, na szczęście wszędzie tego tu pełno… Chyba mi pomaga albo, jak mówi Inge, ja w to wierzę, więc mi pomaga. Inge i Ludwik nie widują się, nie chodzi o odległość fizyczną, bo Hannover i Düsseldorf dzieli raptem 300 km, dzieli ich to, co w głowach i w sercach, a ta odległość to lata świetlne. Pan komisarz policji mógłby gościć Inge u siebie, ale bez jej partnerki…


Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi

W związku z tym wysyła do Inge kartki na święta, cały Ludwik. Dużo mu zawdzięczam, ale też wiele mu nie mogę wybaczyć. Wyszperał, że ojciec został jako dezerter pod koniec wojny pojmany i rozstrzelany. Ma mu za złe, że od koszmaru wojny uciekał do domu, do rodziny. Taki tropiciel, a nie potrafił wcześniej znaleźć Inge, to ona nas znalazła… Ale tak naprawdę to tylko mnie znalazła, tylko ja na nią czekałam. – Besatzungskind, dziecko poradzieckich żołnierzach, to bolesny temat i póki żyją ci, których to dotyczy, to rana się nie zabliźni. Opowiadałaś wiele o tym Wujkowi Ziuńkowi, ja to wiem z kolei od niego. A Inge, czy ona rozmawia o tym z tobą, Trouta? – Ze mną tak, pewnie też ze swoją Aleksandrą, wspominamy naszą mamusię, to temat jest wciąż żywy. Raz ze śmiechem zażartowała, że ma tak wielu tatusiów – ja na to, że dwunastu, bo ja ich nawet wtedy policzyłam… I Inge się rozpłakała. – Czy myślisz, że rozmawiałaby o tym ze mną? Jestem psychologiem, co nie znaczy, że mógłbym jej pomóc, ale może pomógłbym chociaż sobie… Próbuję to zrozumieć jako człowiek i pojąć jako psycholog… Zresztą to zły pomysł, moje potrzeby są tu nieistotne. – Nie wydaje mi się, że to się da zabliźnić… Jest to we mnie, jest to w niej, w każdej z nas trochę inaczej. To, że rozmawiałam o tym z Wujkiem Ziuńkiem i rozmawiam z tobą, Zdzicho, czyni ten kamień lżejszym, jakbym część jego ciężaru składała na wasze serca. Spróbuj rozmawiać, kto wie, przygotuję grunt, że będziesz w ogóle mógł zapytać… Ale czy dojdzie do rozmowy, tego nie wiem. Myślę, że jakaś szansa jest i dla Ingi, gdyby rozmawiała, czasem trzeba coś wypowiedzieć głośno, usłyszeć słowo, które się wypowiada, może je łatwiej wypowiedzieć wobec kogoś, kto nie jest wspólnikiem doświadczenia, kto to wie… – Była też Gabi, Gabriele, także Besatzungskind, mieszkała w Łojach… – Mieszkała i dalej tam mieszka, Gabi Konopko, ale już sama od kilku lat, jak umarła matka. – Myślisz, że uda mi się z nią porozmawiać? – Nie sądzę, ale próbować można. One z matką żyły bardzo odludnie, nie dlatego, że na kolonii jak tu w Klajnerce. Żyły znane jako dwie dziwaczki, mówiło się o nich, że pszczołami mogą poszczuć, nie tylko psami. Widywałam je czasem w kościele ewangelickim w Ełku, potem i tam przestały zachodzić, jak Gabi poszła do szkoły… Wołaliście na Gabi w szkole Ruska, pamiętasz? Inge zresztą też tak żeście przezywali, ale rzadziej. Pewnie dlatego, że Inge lepiej to znosiła, udawała, że ma to gdzieś, wzruszała ramionami… Poszła do szkoły po śmierci mamy i Christiene, szkolne przycinki to już nie były dla niej wielkie razy, zresztą miała w szkole troje starszego rodzeństwa, a razem ze mną, to już były cztery kochające serca. Gabi mieszkała tylko z matką… – Tak, były w klasie z Sałepą, znaczy się z moim bratem Cześkiem… W szkole było nas wszystkich ze czterdzieści dzieci w 7 klasach, więc się wszyscy znali… I nie każdy wołał Ruska, Ruska… – Dzieciakowi wystarczy, że kilku, i to tyle samo znaczy, jakby wszyscy ją przezywali… – Przyszedł dzień, że już nikt nie przezywał, bo jednego razu Gabi wyłupiła komuś ołówkiem oko, była dopiero w czwartej klasie, ale ołówek lekki… i nie trzeba siły, żeby wbić go komuś w oko… Pamiętam jak dziś, byłem dopiero w pierwszej klasie, było zamieszania co niemiara i lekcje tego dnia się od razu skończyły.

157


Zbigniew Waszkielewicz

158

– Tak, to jeden z Muszczyniaków oberwał, dzisiaj ma oko szklane, sam mówi, że ładniejsze. Widzisz zatem, jaka to dzikuska zawsze była. I dziś z nikim nie rozmawia, jak nie musi, co najwyżej ze sklepową, co jej trzeba i ile to kosztuje. Nawet miodu u niej nie kupisz. Pamiętasz, mrukliwy Rogowski to chociaż do kuchni wpuścił dla ubicia miodowego interesu. A ona tylko na progu i tylko dla trzech rodzin, co jeszcze matka z nimi handlowała. Resztę gdzieś wozi motocyklem, jedzie w kierunku Ełku, ale na targu z miodem jej nie widać, pewnie ma tam na mieście jakichś stałych klientów. Pogadaj z Martinem Wankiem, on z nią rozmawiał czy chociaż próbował… – A kto to ten Martin? – Z Berlina, doktor, ale nie od leczenia, on socjolog, ty psycholog, może znajdziecie wspólny język. Przyjeżdża tu od trzech lat, robi badania nad przemieszczaniem się ludności po II wojnie światowej, rozmawia z wszystkimi: ze starymi Mazurami, z Ukraińcami z akcji „Wisła”, z tymi, co przyjechali zza Buga, zza Niemna, jak twoi Bohdziewicze i Jurkiewicze. Pisze książkę, mówi, że wszystkim nam przyśle – wielkie dzięki, jakby tu książki kto czytał, dwóch czytało – tu Trouta mrugnęła do mnie z uśmiechem – ale wyjechali. Znajdziesz Martina u Waltera Baczewskiego, ostatni dom po prawej, jak się Laski Wielkie kończą… – Pamiętam Waltera, on mnie może nie, ale bardzo kolegował się z moim ojcem, trop w trop za moim ojcem po zabawach chodził, śpiewał z nim drugim głosem. Zresztą wielu tu odwiedzę, nie wszystkich od razu… Zamieszkałem już tutaj… – Odkupiłeś rodzinny dom, Zdzicho? – ożywiła się Trouta. – Nie, nie jest do sprzedania – w gminie Wydminy, we wsi Radzie mieszkam od niedawna. Mówię, że zamieszkałem tutaj, bo to raptem 37 km od Sentek… Będę tu bywał, szybko Troucie oskoły zabraknie… Zacząłem podnosić się od stołu, który jak dawniej był dębowy, ale nie tamten sprzed lat, też jednak solidny, widać nie ostatnim tu cieślą był Wujek Ziuniek. – Oskoła się wnet skończy, ale wciąż mam dobre wino, teraz rzadziej mam gości, to wino robi się coraz starsze, a to nie jest zła nowina. Zapraszam, Zdzicho, a Inge przyjedzie za trzy miesiące – mówiła już przy UAZ-ie, do którego mnie odprowadziła. Kuj żelazo, póki gorące, powiedziałem sobie i od razu od Trouty pojechałem do Lasek Wielkich, do siedliska Waltera Baczewskiego, ładnie nad jeziorem Selment Wielki położonego. Po drodze chciałem wstąpić do szkoły, znaczy się obejrzeć sam budynek i jego otoczenie. Gwaru dzieciaków to już od lat w niej nie słychać, bo raj Balcerowicza dotarł przecież i tutaj, i na początku lat 90. szkołę zlikwidowano, teraz gmina Kalinowo chce budynek z działką sprzedać. Wiem to od Miczurina, jego nostalgia przygnała tu wcześniej niż mnie, może dlatego, że z Nowego Jorku nostalgii bliżej, bo im dalej, to paradoksalnie bliżej, bo tęsknota większa. Od jeziora dzieli droga, ale tam nad jeziorem też był szkolny spłachetek, trzeba to koniecznie obejrzeć, może namówię któregoś z braci, ich tu też ciągnie. A to niespodzianka! Gołą działkę zastałem, budynek szkoły zniknął, widać świeży nabywca nie zdecydował się na rewitalizację tego oryginalnego poniemieckiego rupiecia, piszę rupiecia, bo mogę sobie wyobrazić, jak po kilku latach mógł wyglądać opuszczony, nieogrzewany budynek. Jaka szkoda, że nie kupił tego ktoś, kto dostawał w łapę piórnikiem od Durgrafowej, kto nie fruwał przy ścianach, a czasem pod sufitem, gdy jego ucho było epicentrum pilotażu w wykonaniu dyrektora


Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi

Durgrafa. Takiemu komuś nie przyszłoby nigdy do głowy wyburzać jednego z najciekawszych miejsc swego dzieciństwa. Oj, Miczurin, Miczurin, pomyślałem sobie. Mógł przecież kupić na pniu, a nie jedynie rozpowiadać… A my też, gapy jedne, każdy z nas trzech, oprócz mnie też Sałepa i Hipek, odpowiadaliśmy Miczurinowi Kup ty albo my kupimy! I co? Pstro! Teraz żal d… ściska, jak mawiali zasłużeni pastuszkowie z Łąk Wielkiej Przygody. W obejściu Waltera cicho, głucho, zatem ani starego Mazura, ani przyjezdnego Niemca nie ma. Zacząłem łazikować po podwórku, zaglądać po kątach, w razie czego się wytłumaczę jakoś z tej wścibskości, pomyślałem. Ale co można zobaczyć na niemieckim podwórku? Walter to stary Mazur, a porządek u autochtonów całkiem niemiecki jest, a może jeszcze większy, żeby dawać przykład tym wszystkim znajdom zza Buga, z polskiej Ukrainy, z Podlasia, z Kurpiówi Bóg jeden wie skąd jeszcze. Usłyszałem zbliżający się warkot traktora, więc stanąłem przy moim UAZ-ie, by grzecznie doczekać Waltera. – Dzień dobry, panie Walterze, przywożę pozdrowienia od moich rodziców Heli i Franka Bohdziewiczów – szybko, na skróty wkradałem się w łaski Baczewskiego. – Witam, witam i zapraszam do domu, a to niespodzianka. Któryś ty z młodych Bohdziewiczów, bo było was trzech? – Najmłodszy, Zdzisław. – Dziękuję za pozdrowienia i też rodzicom przekaż ode mnie… Jak się czują, co robią, Franek jest ode mnie 11 lat starszy, to już ma 78 dzisiaj. – Oboje są już od dawna emerytami, mieszkają w Oświęcimiu, tam, dokąd 40 lat temu wyjechaliśmy, ale za dwa lata przeprowadzą się do Włocławka, do najstarszego syna Hipka, ma tam dom z dużym ogrodem, lepiej im będzie niż w mieszkaniu w tzw. blokach. – Nie ma to jak złota jesień w rodzinnym domu. A ja tu od kilku lat gospodarzę sam, kupiłem żonie, byłej żonie, mieszkanie w Ełku… Słyszysz, jak nowoczesność nas tu, w tych mazurskich zakamarach dogoniła. Rozwód na wsi to dawniej była rzecz niespotykana. Zachodź do środka, jest o czym pogadać… Ważna była rozmowa z Walterem Baczewskim, ale bez napoju wysokoprocentowego nie byłoby to możliwe. Walter zaoferował mi nocleg, bo w tej sytuacji nie mogłem wracać do siebie UAZ-em. Miał wygodny, duży dom, „nówkę”, bo cóż znaczy 10 lat dla domu. Starego nie wyburzył, wyremontuje go dla letników. Za co? Sprzedawał ziemię po przekwalifikowaniu na cele rekreacyjne, za cztery hektary podzielone na 6 działek wziął kilka razy więcej pieniędzy niż za pozostałe 11 ha rolnej – ot, co znaczy poniemiecka zapobiegliwość. Teraz jest już na emeryturze, ma 30-arowy spłachetek dla siebie nad jeziorem, najładniejszy kawałek, pagórek łagodnie schodzący do jeziora Selment Wielki. – Alina, moja była, próbowała mnie wsadzić za kratki, ale się obroniłem, bo na ełckiej wyspie nie ma już od 1970 roku więzienia, więc nie mogłem przecież iść siedzieć do Suwałk czy Barczewa. – No tak, siedzieć w zamku komtura i późniejszego mistrza krzyżackiego Ulryka von Jungingena to inaczej niż w jakimś tam pozbawionym historycznej charyzmy pierdlu. Ostatnim ważnym gościem na zamku na początku XIX wieku był car Aleksander I, a kilkanaście lat później gośćmi zaczęli już być wyłącznie różni zasądzeni życiowi rozbitkowie, zasądzani czasem

159


Zbigniew Waszkielewicz

160

pochopnie jak kiedyś Wujek Ziuniek, ale sądy nie są przecież od czynienia sprawiedliwości, tylko od przyznawania racji jednej ze stron. – Ciekawie posłuchać o dziejach tego miejsca, ja miałem na myśli nadwodne położenie – wychowanemu nad jeziorem byłoby tam łatwiej niż gdzie indziej. Alina miała mi za złe, że pochylałem się nad samotnością okolicznych kobiet i nawet po latach nie mogła mi tych skoków w bok wybaczyć. Dobrzy ludzie zawsze podpatrzą ukryte, powiedzą temu, kogo to najbardziej dotyczy, pewnie by zobaczyć ból bliźniego, wtedy własne cierpienia, troski może mniej bolą. Miała prawo Alinka mieć mi za złe, że interesowała mnie czułość innych kobiet, ale żeby się zaraz okaleczać? I biec na obdukcję do lekarza, żeby stwierdził, jak wielka była moja przemoc? – Tak się wam zdarzyło? – Nie zdarzyło, ale powtarzało się nieustannie, aż musiałem uciec się do różnych forteli, by wynajęta papuga mogła mnie wybronić. Ale teraz już jest święty spokój, ona sobie żyje w Ełku, a ja tutaj. – Dom macie, Walterze, wybudowany pod koniec PRL-u, a w latach 80. nie wiodło się przecież rolnikom najlepiej. – W 1975 wyjechali do Niemiec moi bracia: starszy Zygmunt i młodszy August, ja postanowiłem zostać na ojcowiźnie, ale systematycznie jeździłem do braci w latach 80., pracowałem w zakładzie mechaniki pojazdowej, wiesz przecież, że każdy rolnik w tej swojej biedzie musiał być też mechanikiem, by naprawiać stare traktory, kombajny, bo na nowe nigdy nas nie było stać. Jeśli mogłem naprawiać przez lusterko skrzynię biegów w bizonie, to te umiejętności spieniężyłem na robotach w Niemczech. – Fajnie to brzmi: na robotach w Niemczech, Walterze – po kilku wódkach byliśmy na ty. – Na robotach, na które sam siebie zsyłałem. Zresztą to wielkie halo, jakie się robi w mediach odnośnie tych pamiętnych robót w Niemczech, jest pełne przejaskrawień. Niektórym na tych robotach żyło się jak u pana Boga za piecem. Oczywiście, ktoś czasem gorzej trafił, to się czuł jak niewolnik, jak Murzyn na amerykańskich plantacjach bawełny kiedyś tam. – To kiedyś tam skończyło się z końcem wojny secesyjnej w 1865 roku… A tu w środku Europy, w połowie XX wieku zorganizowano niewolnictwo w wielkiej skali. Jeśli to przyrównać do losu tych, których pochłonęło zorganizowane ludobójstwo, to rzeczywiście pobyt na robotach w Niemczech był wręcz dobrodziejstwem, czy to chcieliście mi powiedzieć, Walterze? – Walter wstał od stołu, przeszedł się wzburzony po pokoju, po czym siadł, pocierając prawą dłonią czoło, jakby chciał pobudzić jakąś najwłaściwszą myśl, która by się nadała w tej chwili. – Wiesz co, Zdzicho, chyba nie powinniśmy tego jątrzyć, byłem za młody, by być na froncie i robić tam wszystko to, co robił mój brat Zygmunt, kuzyni. – A co oni tam robili? Wiadomo, co się robi na wojnie, dlatego wojna to nic dobrego, każda wojna. – Wiem, wiem, co się robi na wojnie: strzela się i zabija się… Ale czy tylko żołnierzy przeciwnej armii? Mówiąc, że nie robiłem tego, co brat i kuzyni, mam na myśli wszystko inne niż strzelanie do inaczej umundurowanych żołnierzy, co też jest niedobrym zajęciem, zgadzam się z tobą. Nie wiem, co oni tam robili, oni tego nie mówili, a ja nie pytałem… Niedobrze, że nie pytałem, niedobrze. Szczęśliwie dla mnie, że Martina jeszcze nie ma, bo byście mnie wzięli w dwa ognie.


Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi

– On jest przecież Niemiec! – Tak, ale on jest Wessi, czyli z zachodu, a ci z zachodnich Niemiec mają większe poczucie winy z powodu wojny niż Ossi. Ci ze wschodnich Niemiec to na ogół wcale jej nie mają, a starszym z oczu wyziera wręcz nostalgia za Hitlerem. – Myślę, że wyparcie nazizmu w NRD było ogłoszone oficjalnie jako arbitralna wyższość nad imperialnym zachodem, w domu tego tematu nie przerabiano, ale przeżuwano jednocześnie w domowych pieleszach krzywdę bycia skazanym na Ossich, w tym na socjalistyczną mizerię ekonomiczną. Wessi to przechodzili jako długi proces, tego nie da się ogłosić żadnym edyktem, to musi mieć czas mierzony miesiącami, latami… i musi mieć równoległe tory tej specyficznej edukacji: i w życiu publicznym, i prywatnym. – To będziesz miał o czym rozmawiać z Martinem, ten proces jest wciąż jego zdaniem przetrawiany, wciąż niezakończony. – A wracając do wojennych pobytów na robotach w Niemczech, to rzeczywiście można było lepiej lub gorzej trafić. Matka mojej Renaty miała źle u gospodarza niemieckiego, a że była rezolutną osiemnastolatką, to poszła do Arbeitsamtu, poskarżyła się na złe traktowanie i przeniesiono ją do innego bauera, tam traktowana była wraz z grupą jeńców belgijskich i francuskich całkiem dobrze, na tyle dobrze, że pisywała po wojnie do swoich gospodarzy, skorzystała z ich zaproszenia i odwiedziła ich wraz z dorosłą już moją Renią w latach 70., gdzieś pod Dreznem to było. Skorzystała też z odszkodowań, które rząd nasz wynegocjował z Niemcami… I to by paradoksalnie pozwalało ją policzyć wśród tych, którym przydzieliłeś miejscówki u pana Boga za piecem, Walterze. Chodzi mi o to, że to nie był ich wybór, ten wyjazd na roboty, to była tzw. oferta nie do odrzucenia. Człowieka nie wolno do niczego zmuszać. – Tak, to była przymusowa zsyłka, ale zakończmy już spory albo odłóżmy na kolejny raz, bo ja teraz bym zaczął wytaczać inne przymusy, te, które spotkały Niemców od aliantów, też różne przyjemności narzucane nam tutaj, najpierw przez Rosjan, a potem przez Polaków… I od razu potwierdzam, że to my wywołaliśmy II wojnę światową, że nasza pozycja jest przez to inna… Ale to jest stosowanie zbiorowej odpowiedzialności, Zdzicho… – zamruczało dieslem na podwórku w tym momencie, spojrzał Walter na okno. – O, wraca Martin… – Dobry wieczór, widzę, że masz gościa, Walter, to ja idę do siebie w takim razie – rzucił nowo przybyły od progu. W drzwiach stał wysoki blondyn, w moim mniej więcej wieku. – Nie, nie, siadaj przy stole Martin. Pan Bohdziewicz wypije z tobą herbatę, a nawet coś więcej. Zdzicho chciałby ciebie poznać, a że nocuje dzisiaj u mnie, więc możecie jeszcze posiedzieć, myślę, że znajdziecie wspólny język… Ja idę spać, bo Zdzicho wiedząc, że wrócisz, trochę mnie oszukiwał w degustacji mojej pigwówki, zachwalał ją, ale pił mniejszymi łyczkami… – Walter podszedł do kredensu, wyjął kolejną butelkę nalewki i postawił na stole. – Zostawiam wam coś, co pomoże wam zadzierzgnąć dobrosąsiedzkie stosunki polsko-niemieckie… Pościel ci już, Zdzicho, położyłem na tapczanie, dobranoc, chłopaki… – nim zdążyliśmy z Martinem zareagować, to już Waltera nie było. Rzeczywiście, od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka… i tak zeszło nam do drugiej w nocy. Martin przyjechał tu już po raz piąty w ciągu trzech lat, tym razem jest od 3 miesięcy i będzie jeszcze trzy, łącznie z wakacjami, potem wróci do Berlina, na uniwersytet, a przede

161


Zbigniew Waszkielewicz

162

wszystkim do kończenia i wydania książki o starych i nowych Mazurach. Następnym razem przyjedzie już z książką, zatem gdzieś za półtora roku. Ale jeszcze trochę tu będzie, zaprosiłem go oczywiście do Radzi, obiecał, że przyjedzie; był już przez 4 miesiące w gminie Wydminy, ale kręcił się po jej północno-wschodnim skrawku, a konkretnie we wsiach Łękuk Mały, Orłowo i Gajrowskie. Ma pięcioletni grant na swoje badania i książkę, w tej puli jest trochę pieniędzy na podróże i socjal, skromne środki, ale na jego potrzeby wystarcza. W trzech pierwszych wyprawach mieszkał w samochodzie volkswagen transporter T4, przystosował go na jeżdżące mieszkanie, adaptacja niewielka, bo wstawił pryczę, do tego materac i kuchenkę na gaz. Przytulał się do jakiegoś siedliska, żeby mieć dostęp do studni, także WC, najczęściej były to sławojki, specjalnie wybierał siedliska skromniej uposażone, bo parę groszy za jajka, mleko i warzywa bardziej się tam przydawały, na niedzielę zamawiał pieczoną kaczkę lub gęś i zapraszał na obiad gospodarzy z tego siedliska. – Jesteś Niemcem, Martin, więc byłeś chyba brany często za emisariusza ludzi, którzy chcą odzyskać dawne swoje gospodarstwa. – Rzadko, natomiast jak przebywałem koło Szczytna – Martin mówił całkiem dobrze po polsku, choć z obcym, twardym akcentem – to odczuwałem ten niepokój, bo tam wielu gospodarzy ma wieczystą dzierżawę na swoje domy i ziemię. Tutaj mają akty notarialne własności tych siedlisk, ale i tak na początku wyczuwałem niepokój połączony z ciekawością… Trudno mi ich było przekonać, że ludzie, że oni sami są tym głównym powodem, dla którego tu jestem… Że interesuje mnie też miejsce, które wybrali do życia. Oni na to: Tu nic nie ma, wszystko, co interesujące i ważne, jest w miastach. Nie wszyscy tak odpowiadali, ale bardzo wielu, szczegól-nie ci, którym się nie udało, przynajmniej im się wydaje, że się nie udało. – Ciekawią mnie twoje początki, przełamywanie lodów… – Wymyśliłem sobie, że muszę im coś dać, wkupić się… Pieniędzy nie mam, ale to nie jest wartość sama w sobie, nawet ci, co je mają, to też tak czują, nawet jeśli tego nie mówią. – I co takiego im dajesz? – Osiedlam się, to znaczy przytulam się okresowo do jakiegoś siedliska i idę do szkoły… Tam proponuję, że będę uczył dzieci języka niemieckiego. Na początku jest opór, zarządzający szkołą odpowiadają, że językiem obcym, którego dzieci się uczą, jest angielski, że można by po lekcjach, gdyby było zainteresowanie, ale on nie ma środków, rodzice też raczej nie. Ale jak mówię, że będę robił to za darmo, że to moja skromna wdzięczność, że zajmuję czas dorosłym, rozmawiam z nimi, fotografuję, to wtedy już idzie jak z płatka. I nie ma dla mnie znaczenia, czy tych dzieci jest troje, czy dziesięcioro, mógłbym uczyć nawet jednego, ale zawsze jak na razie jest co najmniej pięcioro. A że moje pobyty są nie krótsze niż czteromiesięczne, więc podstaw nowego języka można nauczyć. – Aha, wieść o tym dziwnym Niemcu rozchodzi się… I jest ci już łatwiej z dorosłymi? – Tak, niewątpliwie… To nie załatwia wszystkiego, ale pomaga bardzo… Moją kwerendę badawczą zaczynam po miesiącu pobytu, kręcenia się tu i tam po okolicy. Widzą mnie nad jeziorem, na polach, w lesie, zawsze z aparatem fotograficznym, już mnie sami zagadują, podpytują gospodarzy, u których mieszkam… – Socjotechnika niemieckiego socjologa… – komentuję z uśmiechem.


Deszcz nie zmyje, ogień nie wypali, tej duszy żaden żywioł nie ukoi

– Nazywaj to, jak chcesz, ale to działa. Potem mam 3 miesiące intensywnej pracy, nie mogę nadążyć, bo już gdzieś na mnie czekają, przypominają mi, żebym o nich nie zapomniał… I w najbiedniejszym nawet domu czekają nie tylko z kawą, ale i ciastem, a na stole leży świeży obrus. Jak wyjeżdżam, to jest mi smutno, bo zostawiam ludzi, którzy są niemal moją przybraną rodziną. – Zawsze dochodzi do zadzierzgnięcia serdecznej znajomości? – Prawie zawsze. Najtrudniej jest tam, gdzie tkwi w nich zadawnione doświadczenie, jakiś niemiły czy tragiczny kontakt z Niemcami – dotyczy to najstarszych mieszkańców, ale też czasem młodych, bo zadecydował o tym międzypokoleniowy przekaz. – Zapytam cię teraz o pewne doświadczenie, które przyniosło na świat Besatzungskinder…. Spotykasz ludzi z takim doświadczeniem? Czy rozmawiałeś z Gabrielą Konopko, mieszkanką Łoi? – Próbowałem, ale nie udało mi się z nią rozmawiać – wie dobrze, kim jestem, wszyscy wiedzą, mieszkam już u Waltera 3 miesiące, tutaj przychodzą dwa razy w tygodniu dzieci na język niemiecki, pięcioro z Lasek Wielkich, dwoje z Łoi, dwoje z twoich Sentek. Próbowałem kilka razy, jak cię to interesuje, to spróbuj ty, Zdzisław – wymawia moje imię bez odmiany – może się tobie uda, właśnie dlatego żeś nie Niemiec. Rozmawiałem w Sentkach z Troutą, którą dobrze znasz, jak słyszę, rozmawiałem z jej młodszą siostrą Inge – to jest niezabliźniona rana, ale one z tym potrafią żyć łatwiej niż inni, może dlatego, że nie przywaliły tego skałą milczenia, oswoiły trochę tego demona. Z Gabi jest dużo gorzej, spotkałem już takie osoby w innych miejscach Mazur, zawsze w końcu rozmawiały, choćby o czymś innym, a ona w ogóle nie rozmawia z ludźmi. – To jest jedna z najboleśniejszych stygmatyzacji, poczucie napiętnowania ze wszystkich stron: przez tutejszych i też pobratymców w macierzy. Bardzo mnie to też interesuje, bo obchodzi mnie wszelkie dziedzictwo dotyczące Mazur, również to trudne, a Besatzungskinder, okupacyjne dzieci, należą do najtrudniejszego dziedzictwa. – To jest bolesne dziedzictwo wielu kultur, bo od zarania dziejów ludzie to sobie robili. Często było to wpisane w działania zwycięskich armii jako niezbędny rytuał: pokonasz wroga, jak posiądziesz wszystko, co jest jego, ziemię, to, co zebrał na swej ziemi jako bogactwo materialne, ale także jego kobiety, które należy posiąść, nie pytając o zgodę, które należy też zapłodnić. – Robili to jeźdźcy Złotej Ordy Czyngis-Chana, robili to rzymscy legioniści, średniowieczni rycerze, w kodeksie Bushido są stosowne zalecenia dla samurajów i tak się dzieje aż do tej chwili, bo wczoraj robili to Serbowie u siebie na Bałkanach. Czasem w menu tego niechlubnego procederu przyrządzano dania specjalne: wojska napoleońskie w okupowanej Hiszpanii brały za cel swych gwałtów zakonnice, wśród szarżujących na zakonnice oddziałów dowody swej jurności złożyli również polscy szwoleżerowie. – Jakie byłoby lekarstwo na traumę takich jak Gabi i Inge? – Nie ma na to chyba lekarstwa, należałoby doprowadzić do tego, żeby trauma nie powstała, należy wykluczyć gwałty wojsk okupacyjnych, nie będzie wtedy Besatzungskinder. – To jest nie do zrobienia, bo nie da się uchwalić likwidacji wojen. – Wróćmy, Martinie, do konkretnych ludzi, którzy nie chcą lekarstwa na traumę szukać, wróćmy do Gabi Konpko, która jest z tym sama i chce, żeby tak pozostało… Ma prawo oczeki-

163


Zbigniew Waszkielewicz

wać, żeby uszanowano jej samotność, jej zamknięcie się w sobie. – Ale czy nie byłby to grzech zaniechania z naszej strony? Należy uszanować jej tabu, ale rozmawiać z nią o wszystkim innym trzeba, o czymkolwiek… Spróbujesz, Zdzisław? – Myślę, że ból zadawany przez swoich bardziej doskwiera, to ty, Martin, musisz znaleźć słowo, gest, coś, co Gabi odczyta jako białą chorągiew – dzisiaj nie wiesz, ale jutro znajdziesz drogę do Gabi Konopko… dobranoc, Martinie. – Śpij dobrze, Zdzisław. Martin dotrzymał słowa, odwiedził mnie w Radziach, po dwóch tygodniach od nocnej rozmowy w Laskach Wielkich u Waltera Baczewskiego. Bez słowa położył dużą białą kartę kartonu formatu A3 zapisaną odręcznie dużymi kulfonami, tak jak piszą dzieci. Na kartonie był tekst: „Nazywam się Martin Wank, jestem Niemcem, mieszkam w Berlinie, chciałem cię w imieniu wszystkich Niemców prosić o wybaczenie i porozmawiać o twoich pszczołach”. – Przywarłem z tą białą chorągwią do szyby w oknie i tak tkwiłem tam. Przyciskałem ten papier prawą dłonią, ale coraz bardziej nie wiedziałem, co mam zrobić z lewą. Prawa już mi sztywniała, bolała, bo to trwało i trwało, ale miała właściwe zajęcie, natomiast lewa coraz bardziej mi przeszkadzała, nie wiedziałem, co mam z nią robić. Trochę potrzymałem ją w kieszeni, ale wydało mi się to niestosowne, więc postanowiłem ją też oprzeć o papier, czyli o szybę obok prawej… I jak tylko to zrobiłem, to skrzypnęły drzwi… – Rozmawialiście? – Nie. Wpuściła mnie do środka, po czym z szafki kuchennej wyjęła słoik miodu i wręczyła mi ze słowami „Tu jest wszystko o moich pszczołach”. I był spokój w jej twarzy, patrzyła mi prosto w oczy, bez tej swojej zaciętości jak przedtem, gdy kategorycznie odżegnywała się od rozmowy. Zrozumiałem, że powinienem iść, wziąłem słoik, powiedziałem „Dziękuję” i już w drzwiach dodałem „Do widzenia, Gabriele”, a ona wyszła za mną na próg i gdy ruszyłem w stronę mego T4, to usłyszałem „Do widzenia, Martin”. Obejrzałem się jeszcze, stała na progu, twarz jej była poważna, ale łagodna zarazem… Masz, Zdzisław, to dla ciebie – wyjął z przepastnej kieszeni panterki słoik miodu i postawił przede mną. – Nie mogę tego przyjąć, to prezent dla ciebie, Martinie. – To jest pierwszy słoik, ale nie ostatni. Zamierzam tam wrócić… Powiedziała „Do widzenia, Martin” – i w tym momencie Martin pożegnał się ze mną, też mówiąc mi „do widzenia”, zatem wróci, zatem dowiem się być może, jak smakował Martinowi miód z następnego słoika.

164

Zbigniew Waszkielewicz

Powyższy tekst jest jednym z rozdziałów drugiej części sagi o Wujku Ziuńku, pierwsza była wydana pod tytułem „Wujek Ziuniek na długie zimowe wieczory” (Gdynia: Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne, 2012), tytuł roboczy części drugiej brzmi „Wujek Ziuniek – kopiuj, wklej” .


Lothar Quinkenstein

Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora Pamięci Arona Krajnera

Lothar Quinkenstein ur. w 1967 r., niemiecki pisarz i germanista. Publikuje artykuły literaturoznawcze, eseje, recenzje w polskich i niemieckich czasopismach. Mieszkał w Polsce, m.in. w Poznaniu, Malborku, obecnie mieszka w Berlinie.

Czy zdarzyło ci się zasnąć kiedyś na lekcji, zapytał kędzierzawy młodzieniec o fizjonomii Jimiego Hendrixa, reklamującego końsko zdrową żywność pełnowartościową, piękność u swego boku, której prerafaelickie rysy twarzy ukazały się szczególnie korzystnie na tle hieroglificznie osprejowanej szyby S-Bahnu. Nie chodzi mi o  taką kimę, wyjaśniał, żeby ułatwić jej zastanawianie się, to się przecież częściej zdarza, ale tak na fest... Skręciła lok koloru miedzi, poszukała koniuszkiem języka okruszka polewy donuta w  kąciku ust, i  wtedy przypomniało się jej: Tak... raz u Wintersteina na historii. Na peronie podziemnego poziomu wiało przeraźliwie. Większa rodzinka stała zgromadzona wokół wieży babilońskiej z bagaży. Dwóch mężczyzn nosiło niebieskie połyskujące bluzy dresowe z  logo FSV Waiblingen. Że mi akurat teraz, w tym przewiewie dworca to niebieskie połyskiwanie przypomniało tego niepohamowanego romantyka, którego zabiła febra1. By się oderwać od myśli o majaczeniu w gorączce na łożu śmierci, przywołałem kilka pięknych linijek z  jego „Gedichte aus Italien”. Tymczasem na ekranie pomiędzy najnowszymi wiado............................................................ 1 Wilhelm Friedrich Waiblinger, ur. w 1804 w Heilbronnie, zm. w 1830 w Rzymie, niemiecki poeta i pisarz epoki romantyzmu, znany ze swego awanturniczego charakteru.

165


Lothar Quinkenstein

mościami pojawił się cytat z Edmunda Hillary’ego: To nie góra jest tym, co pokonujemy, my pokonujemy nas samych. Kobieta siedząca naprzeciwko mnie przyjechała z  Hamburga i  uważała, że pociąg jest „straszny”. Co jej nie odpowiada w  szczególe, chciałem się dowiedzieć, na co machnęła ręką z  wyrazem twarzy człowieka, który orientuje się w  wystarczającym stopniu, ażeby nie wchodzić w  detale. Ciągle to samo, powiedziała, od lat to samo, i  opisała, bym sam wyrobił sobie zdanie, oskarżycielskim ruchem dłoni, wagon bezprzedziałowy, który sunął nienagannie na trasie Berlin–Praga–Budapeszt Keleti. Całe Niemcy Wschodnie już zjeździły, kontynuowała, piątka przyjaciółek związanych ze sobą od czasów szkolnych, a  teraz, zobaczywszy wszystkie zabytki, które warto było zwiedzić, spotykają się co roku w Dreźnie, bo Drezno to, co by nie powiedzieć, najładniejsze wschodnioniemieckie miasto. Dzisiaj niestety pogoda niezbyt przyjazna, ale mniejsza o  to, kto mieszka w  Hamburgu, jest przecież przyzwyczajony do deszczu. Tylko do tego straszliwego pociągu nie może się nawet teraz, po tylu latach przyzwyczaić. Ale nie chcę panu przeszkadzać, pan chciałby z  pewnością dalej czytać. Wskazała na książkę, którą trzymałem na kolanach, palec pomiędzy stronami. Schyliła się poufnie, gdy zwlekałem z odpowiedzią: Miał pan sporo zabawy przy lekturze, wolno mi zapytać, co to jest? Pokazałem jej okładkę: Michael Chabon, „The Mysteries of Pittsburgh” [Sekrety Pittsburga], egzemplarz z  grzebskrzyni, 50 centów, pożółkły brzeg. Zajmujące?, zapytała. Zajmujące, odparłem i powróciłem do burzliwego lata dorastania. Gdy pociąg wjechał na drezdeński Dworzec Główny, poprosiła mnie, bym pomógł jej z walizką. Dziękowała kilkakrotnie, życzyłem przyjemnego pobytu, gdy już też podleciała do niej kobieta w  podobnym wieku, najwyraźniej jedna z  przyjaciółek, z  którymi zjeździła Niemcy Wschodnie, i krzyknęła czyściusieńkim, dźwięcznym głosem: Sieglinde, jak się cieszę...!

166

Pociąg do Drezna Neustadt był prawie pusty. Mężczyzna, około pięćdziesiątki, w rozczłapanych adidasach, z  których czubków zwisały zelówki, głaskał dłoń kobiety, zanurzał raz po raz twarz w  jej włosach, na co ona zamykała oczy, czule pomrukując. Ledwie co pociąg opuścił halę, pojawiły się perony zarośnięte trawą i wszelkim zielskiem do wysokości bioder. Dzika roślinność w  tak bliskim sąsiedztwie Dworca Głównego działała kojąco, pomyślałem o  wierszu Charlesa Reznikoffa ...It is not to be bought for a  penny…, jednak zanim dotarłem do distant lots, do rusting cans and Jimpson weeds, rozległ się głos pasażera, który poza zasięgiem mojego pola widzenia prowadził rozmowę przez telefon komórkowy. Że wszystko jeszcze raz obczaił z  Arnfriedem i  że teraz wszystko jest elegancko, oznajmił rześkim tonem, a  kiedy wiersz niczym luźna nitka wymsknął się i odfruwał pomiędzy koronami jesiennych drzew, na widnokręgu pojawił się orientalny bajer byłej fabryki papierosów Yenidze, ażeby wyszeptać mi w  ucho następne echo: A  gdzie poseł z  Lechistanu? Adamopol w  migoczącym świetle... fatamorgana hipoglikemicznego ducha, który musiał zrezygnować ze śniadania, bo ciało za późno wypełzło z pierzyn, i tam, na najdalszym horyzoncie, gdzie niebo nieskończonej myśli dotyka ziemi skończonego życia, galopują husarze Izraela do Wisły pod Synajem – zanim jednak ten


Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora

galop zdołał się unieść z nizin hipoglikemii do odpowiedniej wzniosłości, pociąg zatrzymał się w Dreźnie Neustadt, a ja musiałem wysiąść. Gdy wyszedłem z  budynku dworca, zauważyłem, że zapomniałem karteczki z  adresem. Można się ugryźć, ale dobra, nie powinno to nastręczać większych trudności. Obrałem kierunek do pierwszego przechodnia i  zapytałem, czy się orientuje w  okolicy. Jasne!, odparł i  spojrzał na mnie pełen oczekiwania... Co za muzeum? Zapytał i mierzył mnie już bardziej sceptycznie. To ma być w Dreźnie? Jako następnych zapytałem parę młodzieży, która wzajemnie i  z  rosnącą zażyłością wyjaśniała sobie drogę do muzeum Ericha Kästnera. Ale to... jak to się, jeszcze raz, nazywa... Nigdy nie słyszeli. Młoda kobieta ze srebrną perłą w  skrzydle nosa potrząsała głową, zanim doprowadziłem pytanie do końca – wtedy zobaczyłem nadruk na jej kurtce: Kinder bueno. Wszystkim innym niż stąd, oznajmiła wesoło, ale czy nie chciałbym może spróbować? Nie miałem ochoty na nic słodkiego, okej, żaden problem, odparła, życzyła mi miłego dnia i  zawołała do wyżelowanego blondyna, który w  takiej samej kurtce zagadywał grupę na czerwonym świetle: Oni są tu zdrowo dziwaczni, nie uwierzyłbyś! A ja wróciłem do hali dworcowej, wszedłem do księgarni. Czy znam może nazwę ulicy, zapytała kobieta przy kasie, a  ponieważ akurat nikt nie płacił, podeszła ze mną do planów miasta i  przewodników podróżnych. Proszę... tu jest... na Nordstraße, pokazała mi zdjęcie idyllicznie położonego domu z  ażurowym ornamentem snycerskim w  szczycie. Rozpostarłem plan miasta, znalazłem Nordstraße na przedmieściu. To chyba nie ta ulica...? Ekspedientka rzuciła spojrzenia w kierunku kasy, dwie kobiety stały tam, trzymając małe dzieci za dłonie. Chwileczkę, podała mi przewodnik, zaraz wracam. Obracałem dwoma planami miasta, szukałem w spisie ulic... W końcu znalazłem drugą Nordstraße, znalazłem mały czerwony kwadracik, obok był napis, nie było już żadnych wątpliwości, trafiłem do: Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. Żyję już całkiem długo w  Dreźnie, powiedziała, trzymając czytnik nad metką z  ceną, ale o  takim muzeum jeszcze nic nie słyszałam, a kiedy zaczęła objaśniać mi najkorzystniejszą drogę pieszą, jej ciemne oczy jakby chciały przeprosić za wcześniejszą nieuwagę, zaszkliły się wręcz niczym węgielki Emilii Plater. Masywną szarością sterczał budynek zakładu transportu na placu Alberta. Rozbite szyby zabite były płytami z dykty. Kiedy to było – wycieczka szkolna do NRD? 1983? 1984? Pojęcie „blok wschodni” wymazuje wszystko, co ma określić. Gdyby nam wtedy ktoś przeczytał to zdanie, nawet byśmy nie podejrzewali, o  czym ono mówi, tak arcywygodnie się urządziliśmy w  pokoju zimnej wojny. Nasz

167


Lothar Quinkenstein

katecheta zabrał się, ledwo co była mowa o jakiejś potyczce Izraelitów, do omawiania Stalingradu, ilustrując drastycznymi szczegółami nieludzkie traktowanie niemieckich żołnierzy w  syberyjskiej niewoli, ażeby przejść od losu wycieńczonych jeńców, wracających dopiero w  latach 50., do niemiecko-niemieckiej granicy, której konstrukcję rysował z  maniakalnym pietyzmem na tablicy, przy czym szczególną pieczołowitość poświęcił urządzeniom samostrzelniczym zainstalowanym przez tę „czerwoną hołotę”. Zaś nauczyciel historii rozweselał nas żartobliwymi pytaniami: Dlaczego Herbert Wehner2 ma krzywe usta? Bo podczas swoich wizyt na wschodzie musi jeść sierpem i młotem... Dotarłem do Bischofsweg. Ile to już czasu... prawie dziesięć lat... jak właśnie tutaj, w  mieszkaniu na pierwszym piętrze z widokiem na Alaunpark, wspominaliśmy nostalgicznie zamgloną przeszłość. Münster i Bächle, kanapki zwane Seelen, malutki bar studencki, dziwaczni profesorowie i  prorocy rewolucji światowej w  proseminarium. Gdy wieczorem jechaliśmy z  Drezna do Zgorzelca, zaczął prószyć śnieg. Następnego ranka świeciło chłodne zimowe słońce. Staliśmy nad grobem Jakuba Böhmego, przytrzymując ręką obie strony kołnierza pod brodą, przestępując z  nogi na nogę w  zgrzytającej szreni. I  jakby tylko czekało na hasło „śnieg”, dało się poznać przedsiębiorstwo „Castorp & Ollux”, studio graficzne, reklamy z  jajem. Przy następnych drzwiach wejściowych zwracano uwagę, kolejny raz już od placu Alberta, skserowaną kartką A4 na „Odczyt przeciwko zapomnieniu”: 88 dusz lub dzieci z  Lidic, okno dalej brazylijskie specjały, przeszedłem na drugą stronę ulicy, skręciłem w  Kamencką, gdzie jakiś człowiek zajmował się wrzucaniem całego bagażnika butelek do wygłuszających kontenerów.

168

Granitowe cieniowania płyt chodnikowych podsunęły mi inny trotuar pod moje kroki – jesienne wieczory w Poznaniu, gdy mokre liście latały ulicami, że aż z  wdzięcznością uciekało się do suchego na kufel Ambra w przytulnie mrocznej knajpie, która też już znikła jakąś małą wieczność temu, na rogu Piekary/Ogrodowa. Melancholia domów na Krysiewicza, Strzeleckiej, Wrocławskiej. Mleczny listopadowy księżyc nad dachami starego miasta, którego uliczki co niektórej letniej nocy jak zaklęte pragnęły stać się labiryntami, że aż się człowiek gubił, gdy każdy róg i  każdy kąt opowiadały tysiące historii – zobaczyłem banner muzeum, nieruchomo w  deszczu, strumyk szumiał, brzoza rozmyślała, otworzyłem furtkę, trawnik cętkowany zwiędłymi liśćmi, ławki w  półkolu, wokół werandy przekwitały ostatnie róże, na jabłonce rosły dwa rodzaje jabłek, jedne duże i żółte, drugie czerwone i maciupeńkie. Kierowniczka muzeum powitała mnie rozradowana, poprowadziła zaraz na wystawę, pokazała fotografie Zbigniewa Libery. Grupa rowerzystów w  kolorowych odzieniach sportowych rozkłada w  najlepszym humorze szlaban graniczny. Wypompowani sportowcy na piasku, nad ............................................................ 2 Herbert Richard Wehner: ur. w 1906 w Dreźnie, zm. w 1990 w Bonn, polityk zachodnioniemiecki, należący do Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), postrzegany w konserwatywnych kręgach RFN-u jako inkarnacja komunistycznego wroga.


Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora

którymi chylą się postacie. To również było w naszym podręczniku do historii: Mieszkańcy Kerczu poszukują krewnych wśród martwych na obszarach walk. Niebo ciężkie od chmur, zwłoki w błocie, twarze i dłonie czarne od mrozu. Dylana i  Cohena słuchaliśmy w  ’83, ’84, i  mowy wodza Seattle podmalowanej muzyką sfer René Bardeta. A  córka aptekarza, w  której się beznadziejnie zakochałem podczas tego tygodnia w NRD, mieszka dzisiaj z mężem i trójką dzieci w ekologicznym domu na energię słoneczną z  widokiem na pradawne łąki zabaw w  Indian z  lat szkoły podstawowej. Gdzie się właściwie podział album, do którego wkleiłem te zdjęcia z wycieczki? Dziesiątki razy Zwinger, widok na Łabę, na zamek Wartburg, Bach w  Lipsku, Goethe i  Schiller w  Weimarze, słoneczna pustka w miejscu pamięci Buchenwald, napis na murze berlińskim – cała klasa go pstrykała: Także ten mur zawdzięczamy naszemu Adolfowi. Mieszkanie gościnne znajdowało się w domku ogrodowym. Włożyłem klucz do zamka i  zanim zdążyłem zażegnać tę zużytą sztuczkę, obrazy nałożyły się na siebie, a ja zrobiłem kolejny krok o lata wstecz. W całkiem podobnie przykrojonym domku, tak samo wtulonym w  zaczarowaną niszę fantazji, słuchaliśmy z  upodobaniem w  deszczowe jesienne wieczory romansów Schumanna na fortepian i  obój. Tu nie leciała żadna muzyka, przywitało mnie tylko stęchłe powietrze sporadycznie używanych pomieszczeń, a  w  koszyczku na komodzie leżało gliniane serduszko z  drobniutkimi, odręcznie namalowanymi słowami: Bogaty jest ten, kto dużo ma. Bogatszy ten, kto nic nie potrzebuje. W  regale na książki mały stos. Na samej górze „Kleine Nachbarschaftskunde“ Brigitty Jäger-Dabek. Na okładce czerwony maluch zasuwał po wiejskiej drodze, tak bardzo polskiej, z drzewami alejowymi i  pszenicznozłotą poświatą, że aż prawie przewracało się w  żołądku. Zastanawiałem się, kiedy ostatni raz siedziałem w  Polsce w  maluchu. To musiało być w  1995 roku. Jako następne książka o  księżycu, baśnie i  legendy ludowe z  tylu i  tylu stuleci – album ze zdjęciami Krzysztofa Gierałtowskiego – na samym dole grube jak Biblia wydanie kieszonkowe: dwa dreszczowce w jednym tomie. Na ścianie trzy sztychy z panoramą Drezna. Kalendarz z sentencją: Kto znalazł swoją wewnętrzną równowagę, nie straci balansu także na trudnych szlakach. Położyłem się na łóżko, słuchałem szumu deszczu. „Klementyna z  Tańskich Hoffmanowa jedzie do Yowty”, błądził mi po głowie tytuł jeszcze nienapisanej noweli. Przed oknem mokry ogród, ostatnie liście na gałęziach już straciły kolor, ciemniały o zmierzchu.

169


Lothar Quinkenstein

Gdy wróciłem do muzeum, oba pomieszczenia na parterze były dobrze wypełnione. Jednak jak miało się okazać, zwiedzający byli zainteresowani Liberą. Jeden za drugim wychodzili, i kiedy miał zacząć się mój odczyt, byliśmy już tylko w trójkę. Kierowniczka muzeum próbowała nas pocieszać. Zbyt dużo konkurencyjnych imprez w  mieście, właśnie dzisiaj. Do tego ten deszcz. Ale to nie powód, by zwieszać nos na kwintę. Komu kawy, komu herbaty? Przyniosła filiżanki, przyniosła miskę ze słodyczami, jedliśmy delicje z  malinowym nadzieniem, delicje z  pomarańczowym nadzieniem, podgryzaliśmy jeżyki, podgryzaliśmy michałki kokosowe, co pragnęło nas troszkę pogodzić z nieodbytym. I którym droższy niż laur Kapitolu Wianek rękami wieśniaczki usnuty, Z modrych bławatków i zielonej ruty… zacytował mój wydawca. W  tym samym czasie słyszeliśmy jęk drzwi wejściowych, słyszeliśmy kroki, i jakby to była zjawa, pomiędzy rzędami pustych krzeseł stał mężczyzna, który na pierwszy rzut oka przypominał Allena Ginsberga, a  na drugi Lwa Kopielewa. Czy dobrze trafił na wieczór literacki, zapytał. Kiwnęliśmy. Przysiadł się do nas do stołu. Tak... jeśli mi wolno..., i  wyciągnął co nieco z  kieszeni kurtki, rozrolował i  rozwinął, i  zaczął czytać poemat, który, jak wyjaśnił, inspirowany jest obrazem Kraszewskiego „Krajobraz wołyński”. Czytał ze stłumionym głosem; wersy, jeden wynikający z  drugiego, rosły, jak gdyby było to drzewo, a  koronę szerzej i  szerzej pochwycił wiatr, i  zaklęcie pęczniało, i  rozlało się, stulecia przychodziły i  odchodziły, a  kiedy się podniósł, ażeby wydeklamować na stojąco musujący heksametrami finał, kładąc w  końcu także dłoń, jak gdyby oślepiła go prawda przepowiedni, wyglądał doprawdy jak Wernyhora Matejki. Długo siedzieliśmy oniemiali.

170

Czy to nie było cudowne?, zapytała kierowniczka muzeum, która pierwsza znalazła słowa. To powinno być wydane, powiedział mój wydawca. Koniecznie dwujęzycznie, powiedziała kierowniczka muzeum, która krótko potem przeprosiła, ponieważ dzwonił jej telefon komórkowy. Poeta wydawał się być speszony. Ale nie, odpierał, to za duża pochwała... Przecież jedynie chciał spróbować, sformułować kilka myśli, które przyszły mu do głowy podczas przypatrywania się obrazowi...


Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora

Kilka myśli... wydawca rozpostarł dłonie. Kosmos, to jest kosmos! Proszę przysłać mi manuskrypt. Tak szybko, jak to możliwe. To musi wejść jeszcze do wiosennego programu, to będzie perełka i oczywiście zrobimy to dwujęzycznie, z  pewnością dwujęzycznie! Zna pan kogoś, kto mógłby to przetłumaczyć? Jeśli nie, to my to zrobimy, nieprawdaż? Dla pana to przecież nie powinien być problem... zwrócił się do mnie, i  zanim odpowiedziałem, poeta ściskał mi żarliwie dłoń: Co mam powiedzieć? Co mogę rzec? Danke, danke! Dziękuję, tysiąckroć! Spasiba! Niebo pana zsyła...! Kierowniczka muzeum wróciła do pomieszczenia, przekazała mi katalog wystawy, mój wydawca dał mi zaproszenie na następny wieczór literacki jednego z  podopiecznych swoich autorów z okazji Dni Habsburgów w Jarosławiu. Staliśmy pod latarnią w podwórzu. Wydawca rozpostarł parasol, pod którym także poeta znalazł schronienie. Zatrzymali się na kilka zdań przy furtce, chwilę później wydawca i  poeta zgubili się w  jesiennie rozwianej ciemności. Kierowniczka muzeum wsiadła do samochodu, światła się zapaliły, rzuciły migoczące odbicia na bruku. Głos silnika oddalał się, latarnia zgasła. Krople deszczu spadające z rynny wystukały swój rytm do jednostajnego szumu. Przeszedłem przez most, bulgoczący strumyk, skręciłem w  ulicę Wiosenną, a  potem już zdałem się na przypadek chodzenia. Lokali było ponad miarę, zdecydowałem się na knajpę na rogu, do której weszlibyśmy przed dwudziestoma pięcioma laty, ażeby z  Adornem przegnać na dobre mieszczańską sztukę, zanim nie celebrowalibyśmy romansami Schumanna drugiej połowy jesiennie zamyślonej nocy. Podczas gdy delektowałem się pikantnym sosem gorgonzola, czmychały słowa, jak gdyby wywabił je nieustanny szum zza kulisów nocy, ażeby znalazły drogę do światła dnia z ich domniemanego czasu przeszłego... Z  matki obcej: krew jego dawne bohatery, a  imię jego będzie czterdzieści i cztery... a czy kelner nie wyglądał doprawdy momentami jak Gustaw Holoubek w mistycznym świetle „Dziadów”, łeeee, zawołała kobieta, siedząca wśród wesołej gromadki przy stole obok, ten drink jest przecież z cointreau, to smakuje gwiazdkowo, w październiku to raczej pomyłka! I zamówiła mojito. Ledwo co drinki były podane, towarzystwo stało się tak swobodne, że zrezygnowałem z kolejnego piwa i wróciłem na deszcz. Sklep otwarty do późnych godzin, polecający się mottem lepiej późno niż wcale, kusił myślą o trunku na dobranoc w domku ogrodowym.

171


172

Fot. Janusz Pilecki.


Pewnego drezdeńskiego popołudnia i wieczora

Grupka przemoczonej młodzieży starannie wybierała napoje i prowiant najwyraźniej na jakąś imprezę. Wydawało się, że mężczyzna za ladą ich zna, żartował z  nimi, mówił im po imieniu. Na ścianie wisiała olbrzymia mapa Tajlandii. Poprosiłem o  butelkę małpeczkę „Wilthener Gebirgskräuter”. Na etykietce było odnotowane, że recepturę wymyśliła kiedyś Amalia Dietrich, zielarka z Saksonii. Nawet jeśli wynik jej starań tylko w  przybliżeniu przypominał gorzką żołądkową, była to odpowiednia substancja na ten wieczór. Wilthen, powiedział mężczyzna, jak gdyby gwarantowało to wysoką jakość produktu, jest niedaleko stąd. Zapłaciłem i  z  powrotem na deszczu zastanawiałem się, dokąd człowiek by dotarł, gdyby obrać za połowę drogi miejsce pomiędzy Wilthen a jego miastem rodzinnym na Dalekim Wschodzie. Trzy okna parterowe zasłonięte były kolorowymi indyjskimi tkaninami, dom dalej, jak gdyby reinkarnacja Hoogstratena prowadziła pędzel, siedziała młoda para przy kolacji w  kuchni ze starodawnym piecem. Kolejne dwa domy dalej dostrzegłem przez okno w  suterenie rozczochraną czuprynę w dziecięcym łóżeczku pośród zoologu pluszowych zabawek. We Freiraum Orange3 pokazywane były przeźrocza. Kilkanaście osób, w  dłoniach kieliszek czerwonego wina czy butelka napoju ekologicznego, patrzyło pochłonięte na ekran. Właśnie zniknęła kopuła skalna, a  pojawiły się dwie kobiety czytające „Süddeutsche Zeitung”, spoczywające w Morzu Martwym. Stanąłem przed wyrwą w zabudowie, spróbowałem likieru. Daleko mu było do gorzkiej żołądkowej, lecz wspomnienie i  tak mnie dogoniło. W  wyrwie stał duży klon, zapach liści, ciężki i cierpki w mokrym powietrzu – tak pachniała pierwsza jesień w Mielcu lata temu, kiedy przechodziłem po cotygodniowym meczu siatkówki w  piątkowy wieczór przez śpiące miasteczko, przez rynek i  ulicę Kościuszki, gdzie żółte liście lip kleiły się do kocich łbów, a  cechmistrz Eibenschütz oczekiwał mnie z  łykiem Złotego Kłosa w  skromnej kuchni kawalerki internatu. Śpij, moje Szagalewo, śpij, u  boku masz swą rzekę... Tak zagubiony szedłem w  woni listowia, że dopiero kilka przecznic dalej zauważyłem, że zabłądziłem. Wielki budynek musiał być niegdyś fabryką. Małą przybudówkę zamkniętą od dawna nadgryzł ząb czasu. Zniszczone drzwi wejściowe były od góry do dołu osprejowane. Na plamistej od pleśni ścianie widniała wiadomość zadziwiająco kaligraficznie zasupłana jak na takie miejsce: Drezno Neustadt jest żywą i kolorową dzielnicą – bez wątpienia. Blichtr i sławę przynieśli idealiści i wizjonerzy. Jednak dzisiaj widzę już tylko Yuppies. Szkoda. ............................................................ 3 Stowarzyszenie będące reprezentantem kultury alternatywnej. Ma w swojej ofercie różnego rodzaju zajęcia i imprezy (dosłownie: wolna przestrzeń pomarańczy).

173


Lothar Quinkenstein

Przy murze, który łączył się z przybudówką, odkrywałem gwiazdę Dawida, ukośnie popisaną słowem Palestyna. Obok tego, w innym kolorze: ANTIFA! Na końcu muru nisza, furtka. Spoglądałem przez pręty. Nagrobki gubiły się w  ciemnościach; poświata, którą rzuciło oświetlenie parkingowe, padła na pierwszy rząd. Peh i Nun – jedyne litery, które zdołałem pojąć. And who by fire, who by water… who in mortal chains, who in power? Pod palcami krusząca się rdza prętów. Śpij, moje Szagalewo, husarze Izraela poją konie nad brzegiem Huczwy, nad Wisłą dzwony, marcowe chmury żałoby. Wersy, napisane w  Ramersdorfie, w  Szwarcwaldzie, w  Bonn. Wersy, napisane dziewiątego listopada. Siostry Kafki, siostrzenice Kafki. Szagalewo nieosiągalne za berlińskim murem. Cichsze niż wcześniej wydają się puste ulice. Szedłem pomiędzy milczącymi domami. Znalazłem Bischofsweg, znalazłem Kamencką, skręciłem w  Nordstraße. Przeszedłem przez most i bulgoczący strumyk. Moje kroki zatopiły się w rozmiękczonej ziemi. Bez ruchu w deszczu brzoza, jabłonka. Notować, myślałem, zdejmując ociekającą kurtkę, przemoczone buty, musisz notować, teraz. Inaczej nie zaznasz snu. Drezno / Berlin, październik-grudzień 2013 Lothar Quinkenstein Z języka niemieckiego tłumaczył Daniel Tomczak

174


debata

175


176


Anna Wolff-Powęska

Auschwitz – negatywna ikona Europy?

Anna Wolff-Powęska prof. dr hab. Anna Wolff-Powęska,

politolog, historyk idei; autorka licznych książek naukowych poświęconych głównie stosunkom polsko-niemieckim; w latach 1990-2004 dyrektorka Instytutu Zachodniego w Poznaniu.

Próby politycznego umiędzynarodowienia pamięci Holocaustu mają młodą metrykę. Europa, zajęta przezwyciężaniem kolejnych kryzysów, stosunkowo późno spostrzegła deficyt poczucia przynależności swych obywateli. Narody europejskie, które doświadczyły w ostatnim stuleciu dwóch totalitaryzmów, dwóch wojen światowych, rewolucji bolszewickiej, zimnej wojny, zanurzone są w tym wspólnym doświadczeniu oddzielnie. Fakt ten stanowi podstawową przeszkodę w  kształtowaniu wspólnoty. Pytanie, nurtujące wielu zatroskanych przyszłością Unii Europejskiej, czy możliwe jest konstruowanie transnarodowej pamięci, jest wielce zasadne. 70. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau stanowi dostateczną okazję do refleksji na temat europeizacji pamięci wydarzenia, które stanowiło największą dotąd katastrofę cywilizacji europejskiej. Ustanowienie decyzją Zgromadzenia Narodowego ONZ (1 listopada 2005 roku) 27 stycznia, daty wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w  1945 roku, Dniem Pamięci Ofiar Holocaustu stanowi jedną z  prób instytucjonalizacji pamięci o  bezprzykładności i  znaczeniu tego faktu historycznego dla ludzkości. Czy ma ona wpływ na pogłębienie świadomości, przyswojenie i  przepracowanie tego doświadczenia w  Europie, pozostaje pytaniem, na które nie znajdujemy dotąd satysfakcjonującej odpowiedzi.

177


Anna Wolff-Powęska

Punktem wyjścia, inspirującym do internacjonalizacji pamięci o Holocauście, była poświęcona mu konferencja sztokholmska w  2000 roku. Podczas niej około 600 delegatów (przywódców państw, naukowców, świadków) z ponad czterdziestu krajów debatowało na tmat pamięci, wychowania i  pracy badawczej dotyczącej Zagłady Żydów. To niezwykłe spotkanie, zakończone „deklaracją sztokholmską”, stanowiło kolejny krok w procesie – zainicjowanym przez premiera Szwecji Gorana Perssona – którego efektem było powołanie do życia Grupy Roboczej do Międzynarodowej Współpracy w  Dziedzinie Edukacji, Pamięci i  Badań nad Holocaustem (Task Force for International Cooperation on Holocaust Education, Remembrance and Research)1. O  ile niewidoczna dla opinii publicznej codzienna praca rzeszy badaczy, nauczycieli, animatorów kultury przynosi wymierne efekty, o  tyle w  obszarze publiczno-oficjalnym mnożą się kontrowersje i  trudności, którym nie łatwo stawić czoła. Czynniki stwarzające wyzwanie dla upamiętniania Holocaustu mają zróżnicowaną naturę. Każdy oficjalny dzień pamięci, święto upamiętniające historyczne wydarzenie, jest formą rytuału, który stanowi integralny element życia politycznego. Rytuał ma integrować, utrwalać pojedyncze wydarzenia, nadawać sens rzeczywistości i  rozumieniu świata, wzbudzać emocje. Symbole rytualne nie są jednak nigdy jednoznaczne, a  nadawana im treść nie jest jednolita. Uhonorowanie pamięci europejskich Żydów 70 lat po wyzwoleniu Auschwitz wywołuje zróżnicowane skojarzenia i emocje z uwagi na narodowość, religię, orientację polityczną, wyznawane wartości. Nie bez znaczenia pozostaje, po czyjej stronie było państwo, którego obywatele dzisiaj przywołują pamięć Zagłady: narodu okupowanego podczas II wojny światowej czy okupującego, uczestniczącego w deportacji Żydów, zwycięskiego czy przegranego, sprawcy czy ofiary.

178

Na przepracowanie Holocaustu i transformację pamięci zbiorowej rzutuje w  dużej mierze przełom 1989/1990. Zakończenie zimnej wojny, przywrócenie w  krajach Europy Środkowo-Wschodniej wolności słowa, tym samym uwolnienie od cenzury, zaowocowało z jednej strony powstaniem placówek naukowych i  kulturalnych, które przywróciły pamięć o  ciemnej stronie postawy narodów i  polityki państw tej części Europy wobec Żydów. Do opinii publicznej przedostały się po dziesięcioleciach milczenia fakty dokumentujące kolaborację z  zaborcą, przejawy antysemityzmu, pogromy. Z  drugiej strony demokratyzacja i  prywatyzacja pamięci sprawiły, iż do statusu ofiar zgłosiły się narody środkowej i  wschodniej Europy, których pamięć była przez cztery dekady ocenzurowana. Pamięć katastrof historycznych nie łączy. Każda strona oczekuje rekompensaty za doznane cierpienia. Toteż zjednoczeniu Europy bynajmniej nie towarzyszy zjednoczenie pamięci. Przeciwnie, nie tylko pamięć wschodniej i  zachodniej Europy różni się zasadniczo od siebie; państwa byłego bloku radzieckiego w zróżnicowany sposób oceniają swoją postawę wobec Holocaustu.

............................................................ 1 Szerokie omówienie procesu sztokholmskiego zob.: J. Kroh, Transnationale Erinnerung. Der Holocaust im Fokus geschichtspolitischer Initiativen, Diss., Frankfurt a. M.; New York: Campus-Verl., 2008.


Auschwitz – negatywna ikona Europy?

Naprzeciw totalitaryzmu nazistowskiego staje totalitaryzm stalinowski, ofiary Gułagu chcą zrównania z ofiarami Auschwitz. Wschód i  Południe Europy coraz głośniej domagają się upublicznienia doświadczenia Hołodomoru, zagłady Ormian podczas I  wojny światowej, czystki etnicznej podczas wojny na obszarach byłej Jugosławii. Zmagania o  to, czyje doświadczenie ma zdominować zbiorową pamięć Europejczyków i  pozostałego świata, nie mają końca. Głębokie zmiany w  procesach demograficznych starego kontynentu, jego pogłębiająca się wielokulturowość, wieloetniczność i  wielowyznaniowość, coraz bardziej spektakularne zamachy terrorystyczne nie mogą pozostać bez konsekwencji dla hierarchizacji cierpień i  ofiar w  katalogu europejskiej pamięci. Aktualna rzeczywistość narzuca nowe tematy. Narastają spory wokół dziedzictwa kolonializmu i  jego wpływu na obecną politykę migracyjną, a  trauma wypędzeń, ucieczki przed głodem, wojną i  prześladowaniami ukazują globalny wymiar problemu. Niosące grozę zamachy fanatycznych islamistów, pakistańskich talibów w  Peszawarze, ostatnie zamachy w Paryżu uderzają w serce kontynentu i stawiają przerażony świat wobec nowych wyzwań. Kraje Unii stają przed dylematem, jak integrować to, co dotąd dzieliło. Czy pamięć europejskich katastrof może łączyć? Pytania te niosą w  równym stopniu materiał konfliktowy, prowadzą często do upolitycznienia debat, ale też  gotowość do dialogu. Stanowią płaszczyznę refleksji: czy afirmacyjny patriotyzm europejski, a  więc Europa jako historia sukcesu po 1945 roku i zwycięskich rewolucji pokojowych po 1989 roku, czy krytyczny patriotyzm, a więc nazistowskie i  stalinowskie mordy, brunatny i  czerwony totalitaryzm, zsyłka na nieludzką ziemię, komory gazowe, kolonie karne, można zintegrować w oficjalnej pamięci Europy?2 Polska z  uwagi na uwarunkowania historyczne znajduje się w  samym centrum historiograficznych i  publicznych debat. Jako ofiara dwóch okupacji, dwóch totalitaryzmów, państwo, na którego obszarze Niemcy zbudowali największe obozy zagłady, społeczeństwo, które miało udział zarówno w  ratowaniu, jak i  deportacji Żydów, było ojczyzną pogromów Żydów po 1945 roku i sporego wysiłku na rzecz przywrócenia prawdy o Holocauście po 1989 roku, staje przed szczególnie odpowiedzialnym zadaniem. Odgórnemu usankcjonowaniu Dnia Pamięci towarzyszyły od początku spory: Czy Holocaust ma być negatywną ikoną, mitem założycielskim Europy? Jak wypełnić go treścią? Jak edukować, by współczesna Europa uznała nie tylko dziedzictwo Aten, Rzymu i  Jerozolimy za swój fundament cywilizacyjny, lecz pomieściła również doświadczenie Auschwitz? Starożytnik Christian Meier poszukując odpowiedzialnych za wyciągnięcie właściwych wniosków z  przeszłości obywateli, pyta:

............................................................ 2 Zob. m.in. C. Leggewie zusammen mit A. Lang, Der Kampf um die europäische Erinnerung. Ein Schlachtfeld wird besichtigt, München: C. H. Beck, 2011; S. Troebst, Postkommunistische Erinnerungskulturen im östlichen Europa. Bestandsaufnahme, Kategorisierung, Periodisierung, Wrocław: Mimex, 2005.

179


Anna Wolff-Powęska

czy czasem nie brakuje spadkobierców; dokładnie rzecz ujmując: społecznej zdolności i gotowości do tego, by dziedzictwo to – niezależnie z jakiej perspektywy i w jakim wymiarze – uznać za własne 3. Czy demokracjom europejskim uda się wyjść poza upaństwowioną i  znacjonalizowaną historię, historię ku pokrzepieniu serc i uczynić pamięć o Zagładzie uniwersalnym ostrzeżeniem? Każda interpretacja historii służy realizacji jakiegoś celu. Wyniesienie pamięci Holocaustu na poziom globalny jest sygnałem dla państw narodowych, by w  imię odpowiedzialności za przyszłe pokolenia dostrzegły również mroczne doświadczenie kontynentu; kontynentu, który obok strzelistych wież katedr, uniwersytetów i  prawa rzymskiego stworzył w  połowie XX stulecia Treblinkę, Dachau, Teresin, Ponary i Auschwitz, nowoczesne miejsca kaźni. Rabin Leo Baeck po uwolnieniu z obozu w Terezinie z rezygnacją stwierdzał: Dla nas Żydów z  Niemiec pewna epoka w  historii dobiegła końca. Taka epoka kończy się, gdy trzeba pogrzebać na zawsze nadzieję, wiarę, zaufanie. Wierzyliśmy, że duch niemiecki i  żydowski spotkają się na niemieckiej ziemi i  […] staną się błogosławieństwem. To było iluzją – epoka Żydów w Niemczech skończyła się raz na zawsze 4. A  jednak 70 lat od momentu, gdy ostatni Żyd w  Auschwitz został wysłany do komory gazowej, właśnie na ziemi niemieckiej zamieszkuje najliczniejsza społeczność pochodzenia żydowskiego w Europie. Żydzi nie wrócili po Holocauście do państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ta część kontynentu pozostała ziemią bez Żydów.

180

Mimo jednak iż Żyd stał się po wojnie wielkim nieobecnym na starym kontynencie, to wrogość wobec niego jako wyobrażenia obcości i inności pozostała w  świadomości wielu Europejczyków i  przybiera w  ostatnich latach na wadze. Nie jest to już tradycyjny, motywowany religijnie i  rasowo antysemityzm, lecz wtórny, motywowany judeofobią antysyjonizm. Najbardziej skrajną jego formą jest obecnie intencjonalne zaprzeczanie Holocaustowi. Jego ostrze skierowane jest również przeciw Izraelowi. Skoro bowiem wielu zakłada, iż Holocaust odegrał ważną rolę w  powołaniu do życia żydowskiego państwa, a  pamięć o  Zagładzie legła u  podstaw jego tożsamości, to uznanie Holocaustu za żydowską chimerę oznacza odmawianie prawa Izraela do egzystencji. Już w  1838 roku prawnik Gabriel Riesser nazwał wrogość do Żydów nienawiścią […] bez konkretnej treści […], która przeżyła swą pierwotną religijną zawartość, […] morzem martwym pełnym trucizny i nienawiści5. ............................................................

3 Ch. Meier, Od Aten do Auschwitz. Rozważania nad kondycją historii, tłum. A. Artwińska, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2013, s. 178. 4 Za T. Gidal, Die Juden in Deutschland von Römerzeit bis zur Weimarer Republik, Gütersloh: Bertelsmann Lexikon-Verl., 1988, s. 426 [tłum. cytatu i nast. AW-P]. 5 Za G. Botsch, Von der Judenfeindschaft zum Antisemitismus. Ein historischer Überblick, Aus Politik und Zeitgeschichte, B. 28-30, 2014, s. 17.


Auschwitz – negatywna ikona Europy?

Antysemityzm po Auschwitz obecny jest w Europie w  różnych formach. Stanowi mieszaninę antysyjonizmu, tradycyjnych stereotypów, legend i  mitów zakonserwowanych od czasów średniowiecza. Dają one o  sobie znać w  okresie nasilających się kryzysów, utraty poczucia więzi związanych z tempem życia, wzajemnego zaufania, zaniku autorytetów. Wyniki regularnie prowadzonych w  Europie badań opinii publicznej nie pozostawiają w  tym względzie wątpliwości, że figura kozła ofiarnego jest niezmiennie obecna w świadomości tych, którzy czują się zagrożeni przez inność, odmienność, zróżnicowanie. Najnowsze, opublikowane w  maju 2014 roku, a  przeprowadzone przez najstarszą, bo powstałą w  1913 roku, amerykańską Ligę przeciw Zniesławieniu, wyniki badań pokazują skalę problemu. Badania przeprowadzono między lipcem 2013 a  lutym 2014 rokuna próbie 53  100 osób ze stu krajów. Za kryterium postawy wobec Żydów posłużyły akceptacja względnie odrzucenie takich stwierdzeń, jak m.in.: Żydzi mają w sobie coś osobliwego i nie pasują do nas; Żydzi mają za duży wpływ na świat interesów i  finansów; Żydzi za dużo mówią o  Holocauście. Polska i  Węgry znalazły się na czele, Czesi na końcu niechlubnej listy państw środkowo- i wschodnioeuropejskich. Wśród starych demokracji antyżydowską postawą wyróżniają się Grecy6. Ponad połowa pytanych Niemców przypuszcza, że tematyka Holocaustu jest przesadnie eksponowana przez Żydów. Europejska Agencja Praw Człowieka bije na alarm, wskazując, iż 75% osób pochodzenia żydowskiego, żyjących w  krajach Unii Europejskiej, odczuwa lęk w  związku z  szerzącym się antysemityzmem w internecie, na forach społecznościowych jak Facebook czy Twitter. Anonimowość nowych mediów pozwala na retorykę ujawniającą najskrytsze uczucia. Stygmatyzującą siłę języka propagandy antysemickiej poznali Żydzi na długo, zanim zostali wysłani do gazu. Czy mogliśmy przypuszczać, że da ona o  sobie znać z  nową mocą po Auschwitz? Język nienawiści nie tylko dyskryminuje, pełni szczególną rolę w  przenoszeniu stereotypów, pobudza negatywne emocje, wskazując na demonizowanych Żydów jako osoby obce, odrębne. Język tworzy własną rzeczywistość. Ta nowa retoryka zniesławiająca Żydów nie odnosi się do konkretnej postaci. Napiętnowaniu podlega bowiem cała żydowska egzystencja. Antysemityzm XXI wieku w  odróżnieniu od XX-wiecznego funkcjonuje poza Holocaustem. W  jego centrum jest konflikt na Bliskim Wschodzie. Już nie bezojczyźniany, wieczny Żyd tułacz, lecz Żyd jako inkarnacja Izraela aktualizuje dawne uprzedzenia. W  warunkach prywatyzacji pamięci przełamywanie antysemickiego tabu następuje najczęściej w  imię praw człowieka lub dziecka, przy okazji debat o obrzezaniu lub o uboju rytualnym zwierząt. Nie chodzi już tylko o  bazę radykalnej prawicy i  lewicy. Uprawniony, demokratyczny antysemityzm lokuje się w samym środku społeczeństwa. Upublicznione wyniki badań przemocy słownej przeprowadzonych na korpusie 14 tys. e-maili i  listów, które w  latach 2002-2009 wpłynęły do Centralnej Rady Żydów w  Niemczech oraz w  latach 2004-2012 do ambasady izraelskiej w  Belinie, dokumentują bogaty arsenał mo............................................................ 6 J. Wetzel, Erscheinungsformen und Verbreitung antisemitischer Einstellungen in Deutschland und Europa, Aus Politik und Zeitgeschichte, B. 28-30, 2014, s. 24-31.

181


Anna Wolff-Powęska

żliwości wyrażania agresji. Pozwalają przyjrzeć się aktualnym tendencjom w ocenie Żydów, wyrażanych przez ludzi różnych zawodów i  wykształcenia7. Unaoczniają kontynuację starych mitów, legend i uprzedzeń funkcjonujących od niemal dwóch tysięcy lat. Opakowane są tylko w  aktualną frazeologię. Reaktywowane są bowiem legendy o  mordzie rytualnym i  spożywaniu krwi zabitych dzieci. Tak więc przypisane Żydom w średniowieczu żądza mordu i rausz krwi obecnie odnoszą się do Izraela jako terrorystycznego państwa żydowskiego, które karmi się krwią palestyńskich cywilów, a  wybrany naród okazuje się bandą żądną krwi i  mordercą dzieci. Imputowane im od wieków cechy: podstępność, kłamstwo, chytrość, obłuda występują w oskarżeniach o dążenie do panowania nad światem. Kryzys gospodarczy sprzyja przywoływaniu starych epitetów ludzi pieniądza i podstępnych lichwiarzy na rynku finansowym świata. Ożywieniu ulega repertuar nazistowski. Izrael zostaje zrównany z  polityką hitlerowskich Niemiec. Strefa Gazy występuje w analizowanych tekstach jako wielki obóz koncentracyjny. Wstydź się podły narodzie żydowski […], nie jesteś lepszy od nazistów, piszą anonimowi nadawcy. Powraca dehumanizująca Żydów retoryka. Znów są zwierzętami: tchórzliwymi, brudnymi świniami; pasożytami żyjącymi kosztem innych; agresywną szarańczą; szczurami; wirusami; pijawkami; płodem diabelskim; naroślą rakową Bliskiego Wschodu. Żyd jawi się jako dusza kramarska; bolszewik. Nie brakuje kartek skierowanych do ambasady z  Heil Hitler! Wy podludzie; Nadszedł wreszcie czas, by właściwi Aryjczycy odkręcili kurek z  gazem; Jesteście gorsi niż führer nazistów. Dziennikarzy ARD, pierwszego programu niemieckiej telewizji, określono lobbystami krzywonosych. Jesteście chorą rasą, krzyczą niektóre nagłówki e-maili. Uznani za duchowo i  moralnie mniej wartościowych ludzi, winni zniknąć, by nie zakłócać więcej pokoju na świecie. Uosabiają bowiem całe zło świata. Dlatego niektórzy żądają wypędzenia ich z  Izraela i  rozproszenia na świecie: przecież są od wieków do tego przyzwyczajeni. Żydowskie bagno musi zniknąć z Bożej ziemi. Dopadniemy was wszystkich, to tylko kwestia czasu. Bóg jest z nami.

182

Obywatele niemieccy żydowskiego pochodzenia, gdy wypowiadają się publicznie, nie mają prawa krytykować Niemców. Wypomina im się wówczas, że są Żydami. W skrajnej postaci brzmi to: Ty potępiony przez Boga morderczy płodzie nie waż się nas wskazywać moralizującym palcem. Nie brakuje oskarżeń o  szantażowanie niemieckich polityków Holocaustem. Nie ma zgody, by po dziesięcioleciach wykorzystywać ciągle tę samą moralną maczugę i  brutalnie realizować własne interesy. Zbijają kapitał polityczny na cierpieniu przodków, brzmią oskarżenia. Niemcy nie są nic winni Izraelowi. Lepiej byście troszczyli się o  prawa człowieka w  okupowanej Palestynie. W  analizowanych tekstach nie sposób nie dostrzec określonej strategii. Z  jednej strony są to bezpardonowe ataki fundamentalistów i  radykałów. Z  drugiej inteligenci, niektórzy z  akademickimi tytułami, którzy starają się argumentować swoje stanowisko. Podczas gdy ekstremiści mają na celu obrażanie i  dyskryminowanie, ci, którzy reprezentują środek, chcą najpierw ............................................................ 7 Cytowania na podstawie: M. Schwarz-Friesel, J. Reinharz, Die Sprache der Judenfeindschaft im 21. Jahrhundert, Berlin; Boston: De Gruyter, 2013.


Auschwitz – negatywna ikona Europy?

obronić swoją twarz i przekonać odbiorców, że mają rację: Jestem przecież humanistą, jak pisze jeden z  nich. Jedni dla utwierdzenia się w  głoszonej „prawdzie” podpierają się cytowanymi autorytetami. Inni jako urodzeni wiele lat po wojnie deklarują, że nie czują się za nic odpowiedzialni. Głównym celem jest relatywizacja Holocaustu. Kiedyś, dawno temu miał on miejsce, ale nas nie było na świecie. Do rytuału należy przedstawianie siebie: Należę do obywateli, dla których człowiek pozostaje człowiekiem. Nieważne jakiej religii lub światopoglądu. Ja nie jestem w  żadnym razie antysemitą, ale… Nie wykorzystują obrażającej, prymitywnej leksyki. Sposób myślenia i charakter uprzedzeń nie różni się jednak od przedstawicieli radykalnych ugrupowań. Wyzwaniem dla przechowywania pamięci o  Holocauście są zmiany społeczne w  Europie, która staje się w  coraz większym stopniu kontynentem wieloetnicznym i  wielokulturowym. Nie jest więc obojętne, jak muzułmanie, największa mniejszość religijna na starym kontynencie, odnoszą się do pamięci o Auschwitz. Dwie trzecie europejskich muzułmanów żyje w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii, największych demokracjach Unii Europejskiej. Dlatego w trzech stolicach tych państw przebadano w latach 2005 do 2007 osiemnastoletnich chłopców. Wszyscy oni bez względu na różnice religijne – w  Londynie pochodzą głównie z  Pakistanu, Bangladeszu lub Indii, Berlinie z Turcji i w Paryżu z krajów północnoafrykańskich – identyfikowali się jako muzułmanie8. Ich wiedza na temat polityki nazistowskiej jest znikoma. Wielu myliło drugą wojnę światową z  upadkiem muru berlińskiego. Mimo otrzymania elementarnego korpusu wiedzy na temat prześladowania Żydów przez nazistowskie Niemcy niektórzy bagatelizowali w  odpowiedziach lub zaprzeczali temu, czego uczyli się w szkole. Uczniowie twierdzili, że Żydów trzeba było w  czasie wojny spalić, gdyż zarazili się tyfusem. Komory gazowe służyły nie do uśmiercania, lecz do odwszawiania. Jedni zrównywali Holocaust z wojną z Irakiem, a prezydenta USA z Hitlerem, inni z  niewolnictwem, AIDS, historią kolonialną Francji. Jedyną różnicę w  stosunku do polityki nazistowskiej wobec Żydów upatrują niektórzy w  tym, że Hitler działał sam, a  Żydom pomaga dziś Ameryka. Nie brakuje argumentacji, iż Żydzi dokonują na Palestyńczykach zemsty za Holocaust. Nie jestem pewien, czy nie chcą wymordować wszystkich Palestyńczyków… Żydzi zabijają dzieci, bo mają ciągle ten czarny punkt na sercu. Wy mordercy Palestyńczyków!… w  następnej nocy kryształowej nie będziemy tłuc szkła, tylko wasze czaszki przepełnione żądzą zagłady. Rozpowszechnione jest przekonanie, że Żydzi wykorzystują cierpienie ofiar Holocaustu dla realizacji własnych interesów. Izrael służy wielu ludziom w  całej Europie jako kozioł ofiarny dla kompensacji i  wyładowania oburzenia z  powodu wojny na Bliskim Wschodzie, a  obraz Izraela jako centralnego wroga służy budowaniu wspólnoty gniewu świata arabskiego i  jego sojuszników. Strategia polityków Izraela budzi uzasadnione obawy. Analiza opinii publicznej pozwala jednak odróżnić uprawnioną krytykę polityki tego państwa od antysemityzmu. Można w  przybliżeniu stwierdzić, iż na miano ............................................................ 8 Umstrittene Geschichte. Ansichten zum Holocaust unter Muslimen im internationalen Vergleich, hg. G. Jikeli, R. Stoller, J. Allouche-Benayoun, Frankfurt a. M.; Campus-Verl., New York 2013.

183


Anna Wolff-Powęska

antysemity zasługuje każdy, kto neguje prawo Izraela do egzystencji, a w  ocenie tego państwa stosuje podwójne standardy: przedstawia państwo izraelskie za pomocą symboli, obrazów, stereotypów o  wydźwięku antysemickim; gdy zrównuje je z  hitlerowską Rzeszą, a  Żydów z  nazistami; wreszcie, gdy Żydów na całym świecie czyni odpowiedzialnymi za poczynania rządów w  Jerozolimie. Czyż bowiem przyjdzie komukolwiek do głowy, by za przypadki pedofilii księży oskarżać wszystkich katolików na świecie, a  za politykę Putina stawiać pod pręgierz wszystkich zamieszkałych w Paryżu, Rzymie lub Genewie Rosjan? Vladimir Jankélévitch, żydowski filozof, wyjaśniał zjawisko antysyjonizmu jako zjawisko, które stanowi […] niespotykaną gratkę, bo daje nam przyzwolenie, prawo czy wręcz obowiązek bycia antysemitą w  imię demokracji! Antysyjonizm to antysemityzm usprawiedliwiony, dostępny wreszcie dla każdego. Jest przyzwoleniem na bycie antysemitą w sposób demokratyczny. A gdyby tak Żydzi sami byli nazistami? Byłoby cudownie!9 Mówić o  tym jest niemożliwe, milczeć o  tym, zabronione, stwierdzał Elie Wiesel, laureat pokojowej Nagrody Nobla. Na pytanie, jak nie milczeć, otrzymujemy różne odpowiedzi. Rządy i instytucje, które 27 stycznia corocznie inspirują do refleksji nad doświadczeniem Holocaustu, wychodzą z założenia, że pamięć milionów pomordowanych Żydów nakłada obowiązek i zobowiązuje do wysiłku. Monstrualność liczby ofiar, które się już wcześniej wykluczyło ze wspólnoty, brak indywidualnych grobów, zastępujących historyczne relikty na miejscu byłych obozów, utrudniają jednak żałobę. Imre Kertész, noblista w  dziedzinie literatury, który przeżył Auschwitz, wyjaśniał, że obecna żałoba po Holocauście jest świadomą społeczną decyzją, opowiedzeniem się za wartościami. Zdolne do życia społeczeństwo musi stale utrzymywać i odnawiać wiedzę o sobie i własnej świadomości. Jeśli jego decyzja oznacza obchodzenie żałoby nad Holocaustem jako istotnej części tej świadomości, to wówczas decyzja ta bazuje nie na jakimkolwiek uczestnictwie w żałobie lub żalu, lecz na żywotnej ocenie wartości. Holocaust jest bowiem wartością, ponieważ doprowadził on poprzez niezmierzone cierpienie do niezmierzonej wiedzy, tym samym niesie on niezmierzoną moralną rezerwę10.

184

W świecie indywidualizmu, tempa życia skazującego nasze przeżycia na ulotność, praktyki corocznego rytuału pamięci Zagłady przybierają coraz bardziej zróżnicowane formy. Najczęściej służą jako uniwersalne przesłanie do walki z  rasizmem i  wszelkimi formami dyskryminacji. Polityka i  historyczne urazy rzutują na narodową specyfikę. W  Danii i  Szwajcarii nie ma ............................................................ 9 Za P. Zawadzki, Antysemityzm w epoce postnarodowej. Refleksje o metamorfozach ideologii (na przykładzie francuskim), [w:] Zagłada Żydów. Pamięć narodowa a pisanie historii w Polsce i we Francji. Wybrane materiały z kolokwium polsko-francuskiego, Lublin, 22-23 stycznia 2004, red. B. Engelking, J. Leociak, D. Libionka, A. Ziębińska-Witek, Lublin: Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, 2006, s. 259. 10 I. Kertész, Język na wygnaniu, tłum. E. Sobolewska, Warszawa: WAB, 2004.


Auschwitz – negatywna ikona Europy?

centralnych uroczystości. Bardziej akcentuje się bowiem lokalne i kantonalne obchody. Liczy się pedagogiczna aktywność na rzecz edukacji o  Holocauście. W  Austrii 27 stycznia jest rocznicą, której nie nadaje się politycznego znaczenia. Już bowiem w  1997 roku uznała ona 5 maja 1945 roku jako dzień uwolnienia obozu koncentracyjnego w  Mauthausen za Dzień Pamięci przeciw Przemocy i  Rasizmowi. Francja odsłoniła w  60 rocznicę uwolnienia obozu w  Auschwitz pomnik, na którym wyryte zostały nazwiska 76 tys. Żydów deportowanych z  Francji do obozów śmierci. Łotwa czci głównie 4 lipca na pamiątkę spalenia tego dnia w 1941 roku synagogi w Rydze. Dla Litwy ważnym dniem refleksji jest dzień 23 września, data likwidacja getta w Wilnie w 1943 roku. Wybór daty ciągle wywołuje kontrowersje. Jedni bojkotują ją z  uwagi na fakt, iż Auschwitz wyzwoliła Armia Czerwona, a  nie wojska zachodnich aliantów, innym kojarzy się głównie z  posiedzeniami karnawałowymi, a  faszyzm mylą z  fashing. Y. Michal Bodemann uznał ją za sztuczną konstrukcję; wyzwolenie Auschwitz, miejsca w  obcym kraju, bez niemieckich aktorów sugeruje, jak mówi porzekadło: koniec dobry, wszystko dobrze oraz odcięcie od niemieckiego sprawstwa. Dlatego sugerował jako dzień pamięci utworzenie obozu, a nie jego wyzwolenie11. Zygmunt Bauman wyeksponował w  nowoczesności jej zdolność do zorganizowanej destrukcji. Nie sposób jej pominąć, gdy przywołuje się do pamięci wyjaśnienia komendanta obozu koncentracyjnego Auschwitz Rudolfa Hoessa przed Trybunałem w  Norymberdze w  kwietniu 1946 roku. Wyrażał on dumę z ulepszeń, jakie wprowadził w Treblince. W Auschwitz kazał zbudować komory gazowe, które mogły jednorazowo pomieścić 2 tys. ludzi, podczas gdy w Treblince 10 komór mieściło tylko 200 osób. Gdy w Treblince ofiary wiedziały, że idą na śmierć, w Auschwitz staraliśmy się utrzymać ofiary w stanie ogłupienia, by wierzyły, że to odwszawienie. Ignatz Bubis, wieloletni przewodniczący Centralnej Rady Żydów w  Niemczech, miał rację, gdy przypomniał, iż Niemcy nie wymyślili antysemityzmu. Ale Auschwitz jest ich wynalazkiem i dlatego antysemityzm w Niemczech ciągle jest czymś innym aniżeli antysemityzm gdziekolwiek. Kolejne rządy w  Berlinie mają tego świadomość. Toteż odpowiedzialne elity polityczne tego kraju traktują zdolność do przyswojenia i  przepracowania Holocaustu jako ważny wyróżnik kulturowy i cywilizacyjny. Dzisiaj czwarta generacja po Auschwitz wchodzi w  życie i  główne pytanie brzmi, co zrobić, by cała oświeceniowa praca ostatnich dziesięcioleci nie poszła na marne. Od czasu, kiedy 10 maja 2005 roku w  centrum Berlina postawiono po kilkunastoletniej debacie pomnik Pomordowanych Żydów Europy, miejsce to odwiedziło około 15 mln ludzi. Większość to mło............................................................ 11 Za H. Schmid, Europäisierung des Auschwitzgedenkens? Zum Aufstieg des 27. Januar 1945 als „Holocaustgedenktag“ in Europa, [w:] Universalisierung des Holocaust? Erinnerungskultur und Geschichtspolitik in internationaler Perspektive, hrsg. von J. Eckel, C. Moisel, Göttingen: Wallstein-Verl., 2008, s. 186.

185


186

Fot. Janusz Pilecki.


Auschwitz – negatywna ikona Europy?

dzi ludzie w zorganizowanych wycieczkach szkolnych. Co widzą, jak odczuwają ten symbol, jakie uczucia w nich obudził, zapytano uczniów berlińskich gimnazjów i szkół głównych w wieku od 14 do 24 roku życia. Z  odpowiedzi wynika, że podczas wędrówki między ułożonymi w  równoległych szeregach betonowymi blokami-stelami (2 711 sztuk) w  większości odczuwali jakby nakaz smutku i  żalu, powinność współuczestniczenia w  żałobie. Ich dylemat polega na tym, że odczuwają normatywną, wymuszoną żałobę. Nie mają bowiem żadnego emocjonalnego związku z  ofiarami i  świadkami. Wiedzą, że oczekuje się od nich współczucia. Jeden z  uczniów wyznał, że udało mu się być smutnym tylko wówczas, gdy w  części informacyjnej spostrzegł zdjęcie zamordowanego rówieśnika, urodzonego w tym samym dniu12. Czy pamięć Auschwitz będzie, jak chciał tego Tony Judt, kartą wstępu do pociągu europejskiego, nie sposób dzisiaj odpowiedzieć13. Aby 27 stycznia nie pozostał parlamentarną rutyną, jednodniowym rytuałem, odhaczonym w  politycznym kalendarzu państw, zagubionym między Dniem Pamięci o  Handlu Niewolnikami, Dniem Ofiar Ludobójstwa w  Rwandzie, Europejskim Dniem Pamięci Ofiar Stalinizmu i  Nazizmu, Międzynarodowym Dniem Walki z  Ubóstwem, Światowym Dniem Walki z  Pustynnieniem i  Suszą, Dniem Zerowej Tolerancji dla Okaleczenia Żeńskich Organów Płciowych, świadomość doświadczenia Holocaustu musi zejść w  dół, do ludzi. Najważniejsze jest to, co dzieje się między świętami pamięci. Przełamanie obojętności wobec zła stanowi największe zobowiązanie. To stała praca edukacyjna na rzecz przywrócenia zaufania do człowieka, a  jednocześnie zrozumienia jego możliwości twórczych i destrukcyjnych. Prezydent Izraela Szymon Peres występując 27 stycznia 2010 roku przed niemieckim Bundestagiem, przypomniał, iż dzień ten to nie tylko wyrzut sumienia ludzkości, ale lekcja nauki dla nieuważnego świata. Holocaust przynosi przykre pytanie, które dotyka nieskończonej głębi ludzkiej duszy. Na jaką głębokość zła człowiek może się pogrążyć? I jak długo narody, znające kulturę i szanujące intelekt, mogą milczeć? Jakie potworności muszą być dokonane? Jak długo moralny kompas może być zagłuszany? Mądrość i  dalekowzroczność prezydenta wyraziła się przede wszystkim w  przesłaniu, jakie zostawia światu. Czy pomordowani chcieliby, aby przyszłe pokolenia zapamiętały tylko dym krematoriów? Odpowiedział za nich, apelując, by pamiętać europejskich Żydów, jakimi mogliby być, gdyby żyli. Kim byłoby 1,5 miliona pomordowanych dzieci dla kultury i  nauki ży............................................................ 12 M. Klein, Trauerimperativ: Jugendliche und ihr Umgang mit dem Holocaust (-Denkmal), Aus Politik und Zeitgeschichte, B. 42-43, 2013, s. 41-46. 13 Zob. T. Judt, Die Geschichte Europas seit dem Zweiten Weltkrieg, aus dem Engl. von M. Fienbork und H. Kober, Bonn: BpB, 2006, s. 934; polskie wyd.: tenże, Powojnie. Historia Europy od roku 1945, tłum. R. Bartołd, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2013. [tłum. cytatów z j. niem. – autorka]

187


Anna Wolff-Powęska

dowskiej oraz świata. Peres nawoływał o patrzenie w  przyszłość. Marzył bowiem o  Bliskim Wschodzie, w  którym państwa pozostawią konflikty swych rodziców dla pokoju swych dzieci. Pamięć nigdy nie jest pełna, jest bezradna. Auschwitz winno jednak pozostać jako wiążący dekret utrzymujący w mocy świętość życia, równość ludzi, wolność i pokój. Anna Wolff-Powęska

188


archiwum şywej pamięci

189


190


Zbigniew Brzozowski

Tak zapamiętałem, tak żyłem

Zbigniew Brzozowski ur. 1952 w Olsztynie, od 1988 roku mieszka w  Niemczech (Düsseldorf). Z zawodu technik chemik, od 1 maja 2015 roku na emeryturze.

Urodziłem się jak każdy człowiek, czyli normalnie, matka mnie urodziła, a było to 29 kwietnia roku 1952. Matka z  ojcem mieszkali wtedy kątem u  ciotki na ul. Barczewskiego w Olsztynie, w podwórku w jakimś baraku. Nie mogę nic złego powiedzieć, bo po prostu nie pamiętam tej nory. Gdy miałem trzy lata, przeprowadziliśmy się na ul. Jagiellończyka i ten moment już pamiętam. Jechaliśmy wozem konnym, z meblami, obok mnie dwie siostry, jedna miała dwa lata, druga dopiero co się urodziła. Było wtedy zimno, musiało to być w grudniu, a może w styczniu... Czas szybko upływał, ani się nie obejrzałem, a  już wylądowałem w Szkole Podstawowej nr 12 wybudowanej na tej samej ulicy. To były ciekawe czasy, miałem fajnych sąsiadów, dużo kolegów rówieśników. Zawsze mieliśmy coś do roboty i  to bez dzisiejszych smartfonów i  laptopów. Wystarczył koc, Jezioro Kortowskie, a  jak jeszcze później doszła gitara i  dziewczyny, to już nic innego nam nie brakowało. Wszystkim żyło się dosyć skromnie, ale jakoś nikt za bardzo nie narzekał. Myślało się o  jakiejś dobrej szkole, dobrym zawodzie. Takie były czasy, trzeba było jak najszybciej pomyśleć o samodzielności. Rodzina potrzebowała pomocy finansowej. Nikt się nie zastanawiał, w  jakim systemie żyjemy, socjalizm czy kapitalizm?

191


Zbigniew Brzozowski

Co to komu przeszkadzało? Po szkole podstawowej poszedłem do szkoły chemicznej, bo to niby przyszłość, ale prawdę mówiąc, mój wybór to nie był (raczej mojego ojca), i za bardzo trafny też nie był. Wtedy interesowała mnie przede wszystkim muzyka, ale z  tego niestety nie dało się jeszcze wtedy żyć... Pamiętam naukę gry na gitarze, pokrwawione palce, ale tak trzeba było, żeby czegoś się nauczyć. Wielu moich kolegów z ulicy próbowało, ale tylko ja wytrzymałem. Jestem z tego dumny, bo nawet teraz po latach zagram jeszcze dla znajomych i nawet teksty pamiętam... Niestety, po śmierci ojca, miałem wtedy dopiero 17 lat, zawaliło się moje życie, zmieniły się moje plany. Po szkole, miałem wtedy 18 lat, poszedłem do pracy w  Kortowie, wtedy to była Wyższa Szkoła Rolnicza. Pracowałem jako szklarz precyzyjny, taki trochę egzotyczny zawód, ale pociągała mnie ta praca, bo to była ręczna robota. Wyrabiałem studentom różne probówki, chłodnice i  kolby z  rurek szklanych. Ale przede wszystkim mogłem pomóc matce finansowo. Wtedy już moja matka coraz częściej wspominała o  wyjeździe do Niemiec, wówczas dla nas wszystkich takiej Ziemi Obiecanej... Nikt się wtedy nie zastanawiał, że to zupełnie inni ludzie, inny kraj, inny system. Zrobiliśmy już nawet zdjęcia do paszportów. Ale ja miałem wtedy 18 lat i  byłem zakochany w  mojej dziewczynie (jak zresztą w  każdej). I  z  tego tylko powodu nie zgodziłem się na wyjazd. Do tego wystraszyłem się, że jako najstarszy będę musiał sam na wszystkich pracować w  obcym kraju. Dla matki miał ten wyjazd na pewno jakieś znaczenie, pochodziła z  rodziny niemieckiej (warmińskiej), może brakowało jej języka. Ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Urodziłem się w  Polsce, miałem ojca Polaka, mówiłem po polsku, myślałem po polsku i lubiłem polskie dziewczyny...

192

Postanowiłem pójść do technikum chemicznego, bo uważałem, że stać mnie na więcej niż szkołę zawodową. Wkrótce ożeniłem się, bo żona była w ciąży (kiedyś normalka), więc przeniosłem się do szkoły wieczorowej i  zmieniłem pracę. Poszedłem pracować do fabryki opon samochodowych Stomil, zacząłem jako wulkanizator, a  po ukończeniu szkoły zostałem mistrzem wydziału. Warto było, bo i  płaca o  wiele lepsza i  stanowisko pracy ciekawsze. Jak mi się syn urodził, byłem w  siódmym niebie. A  już jak po trzech latach żona urodziła córkę, myślałem, że mam wszystko. Niedługo po tym przeniosłem się do szkoły chemicznej i  pracowałem tam jako instruktor zawodu. Nareszcie mogłem poświęcić więcej czasu rodzinie i zająć się moim hobby, czyli grą na gitarze i  wędkowaniem. Prowadziłem w  tym czasie szkolny zespół muzyczny, w którym też grałem. Dyrektor szkoły pozwalał nam czasami zagrać gdzieś na weselu, a  jeszcze lepiej na sylwestra, kiedy mogliśmy sobie nieźle zarobić. Niestety, nie zauważyłem, że ciągłe próby zespołu, nowe znajomości powodowały pomału, ale nieuchronnie, rozpad mojego małżeństwa. Moja żona zaczęła pić, ja tego nie widziałem, a  jak już zauważyłem, było o wiele za późno. Nie mogłem sobie z tym poradzić, nie chciałem rezygnować z dotychczasowego życia, a  trzeba było, w  imię dobra rodziny... W  1980 roku syn mojego szefa, mój dobry kumpel, odwiedził mnie w  mojej pracowni w  szkole. Od słowa do słowa namówił mnie na wyjazd do Niemiec do pracy. Pracowaliśmy ciężko na budowie za pieniądze, które były


Tak zapamiętałem, tak żyłem

w Polsce w  tamtych czasach nie do osiągnięcia. Zarabiałem dziennie tyle, co w  Polsce przez trzy miesiące. Ale nie to było dla mnie najważniejsze. Przypominam sobie szok, jakiego doznałem po wyjściu z  pociągu w  Essen. Supermarkety, te ilości towaru, te domy, samochody, ci elegancko ubrani ludzie, wszystko to zamieszało mi totalnie w  głowie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, gdzie ja do tej pory żyłem. Jak działała propaganda socjalistyczna w Polsce. Czym oni nas karmili przez te lata. Zobaczyłem, jak ludzie mogą żyć, jakimi samochodami mogą jeździć, dokąd mogą polecieć samolotem. I to normalni robotnicy, wtedy pierwszy raz pomyślałem, że żyjemy 100 lat za Murzynami (nie obrażając Afrykanów). Wróciłem do kraju już inny, już nikt nie mógł mi wmówić, jak to w  socjalizmie super się żyje. I co ciekawe, w ogóle nie widziałem Niemców jako nazistów, ci ludzie, których tam poznałem, nie mieli już nic wspólnego z  wojną i  nie mieli żadnych uprzedzeń w  stosunku do Polaków. Nie powiem, język niemiecki denerwował mnie, taki twardy, nieprzyjemny, ale im bardziej go poznawałem, tym mniej mi działał na nerwy. Byłem zresztą z  niemieckim obeznany, dużo słów rozumiałem, moja matka miała przyjaciółkę sąsiadkę, z  którą rozmawiała po niemiecku. Ale tylko w czasie, kiedy ojciec był w pracy, on nie znosił tego języka. Rok później, w  1981, przed stanem wojennym udało mi się jeszcze raz wyjechać do Niemiec do pracy. Wróciłem tylko dlatego, że miałem rodzinę, nie mogłem jej tak zostawić. Ale już wtedy postanowiłem, że kiedyś wyjadę tam na stałe, żeby żyć po prostu jak człowiek. Nie ze względów ideologicznych, ale typowo finansowych. Wiedziałem, że otrzymam obywatelstwo niemieckie po matce. To oznaczało, że będę mógł oficjalnie tam pracować, mieszkać, żyć... Chciałem żyć bez ciągłego oglądania pijanych, wulgarnych żuli, których widok nagle zaczął mnie denerwować. Po powrocie już nie miałem żadnej motywacji do życia w Polsce. Trwało to jeszcze kilka lat. Wkrótce siostra, później matka wyjechały na stałe. A  mnie żyło się coraz gorzej. Próbowałem jeszcze ratować moje małżeństwo, ale moja żona niestety już nie była w  stanie wyjść z  nałogu. Nie chciała słyszeć o  terapii odwykowej. Do tego jeszcze zaszła w  ciążę i  było jej wszystko jedno, co będzie dalej. Urodziła ładną dziewczynkę po pijanemu. Pamiętam, wróciłem z  pracy, a  ona stała w  przedpokoju i  trzymała małą między nogami. Na szczęście sąsiadka mi pomogła, mała się urodziła na tapczanie, za chwilę przyjechał lekarz i wszystko dobrze się skończyło. Ale ja po tym straciłem już serce, żona stała się mi obca. Bałem się tylko o  córeczkę, czy wszystko będzie w  porządku, ale dzięki Bogu jest OK. Dzisiaj jest piękną 28-letnią kobietą... W  1988 roku poprosiłem matkę o  przysłanie zaproszenia do Niemiec, sprzedałem samochód, podzieliłem pieniądze i  wyjechałem sam. Bardzo ciężko było mi na początku, tęskniłem za dziećmi, kolegami. Zacząłem chodzić na kurs języka niemieckiego, wszystko mi się mieszało, miałem polsko-niemieckie koszmary, budziłem się mokry. Po kilku miesiącach poprosiłem moją nauczycielkę o  kilka dni wolnego i  potajemnie pojechałem odwiedzić moje dzieciaki. Miałem już samochód marki VW polo, odkupiłem go i  wyremontowałem sam, nigdy mnie

193


Zbigniew Brzozowski

potem nie zawiódł. Pieniądze na życie dla dzieci musiałem zostawić mojej teściowej, inaczej po miesiącu nic by nie zostało. Po powrocie poznałem moją obecną żonę, która miała dwie córki. Postanowiliśmy razem zamieszkać i przywieźć moje dzieci z  Polski. Rok później zabrałem moje córki na wakacje i  już ich nie odwiozłem. Miałem prawo to zrobić, bo prawa rodzicielskie miałem wtedy już tylko ja. Nie mogłem dopuścić, żeby dzieci trafiły w  końcu do sierocińca. Syn został z  matką w  Polsce, chciałem, żeby skończył szkołę i  potem do mnie przyjechał. Byłoby mu dużo lżej z  zawodem w  ręku. Niestety nie przyjechał, bo postanowił żyć w  Polsce. Był już dorosły, mógł sam decydować. A  ja z  moją kobietą i  czworgiem dzieci musieliśmy sobie radzić. Nie było łatwo, najmłodsza córka, która miała dopiero pięć lat, bardzo przeżywała rozstanie z  matką. Przełomem było podjęcie pracy, którą zresztą sam przypadkowo znalazłem. To była firma kosmetyczna produkująca w  większości środki do kąpieli. Zostałem tam operatorem maszyn. Była to naprawdę ciekawa, odpowiedzialna i  dobrze płatna praca. No i wielu kolegów, różnych narodowości, w tym dużo też ludzi z Polski. Języka ojczystego więc mi nie brakowało. Nie było żadnych zakazów używania języka, każdy porozumiewał się, jak chciał. Ale szefowie byli Niemcami, więc najważniejsze było szybko uczyć się języka, po prostu żeby nie być wtórnym analfabetą. Z  tym niemieckim to nie była wcale taka łatwa sprawa. Przede wszystkim dlatego, że polski i  niemiecki to dwa zupełnie inne języki. Nie można po prostu tłumaczyć słowo w słowo z polskiego na niemiecki. Tak było na początku i dochodziło do wielu śmiesznych sytuacji. Ale z czasem poznałem tajniki języka niemieckiego i  szło mi już o  wiele łatwiej. W  tej chwili uważam, że znam niemiecki bardzo dobrze, w  mowie i  piśmie, aczkolwiek słowiański akcent pozostanie już na zawsze. I  dobrze, wcale się z  tym nie kryję, skąd pochodzę. Nie udaję „Niemca”, jak to robi większość ludzi ze Śląska. Myślę, że oni wstydzą się po prostu swojego śląskiego akcentu, dlatego wolą mówić źle po niemiecku niż źle po polsku. W naszym regionie mówiło się czysto po polsku, więc nie mam problemu rozmawiać z kimś z Polski. Po 27 latach w Niemczech nie zauważyłem u siebie żadnego obcego akcentu, moi polscy znajomi zresztą też. I to mnie cieszy niezmiernie...

194

Moja praca pozwoliła mi przede wszystkim na założenie nowej rodziny. W 1996 roku ożeniłem się ponownie. I  już wszyscy razem przeprowadziliśmy się do nowego 106-metrowego mieszkania. Nie miałem łatwo z moimi dziewczynami, bo było ich pięć, a ja sam jak palec. Ale dałem sobie radę. Ja pracowałem, żona pracowała, żyliśmy na całkiem wysokim poziomie. Nie mówię, że stać mnie było na ferrari, ale mogłem kupić porządny samochód, utrzymać go bez problemu. Co roku mogliśmy sobie pozwolić na urlop czy w Polsce, czy za granicą. Oczywiście trzeba było uważać finansowo, ale to ja trzymałem kasę i  potrafię do dziś rozsądnie wydawać tyle, ile mogę, nie tyle, ile bym chciał. Do dziś nie mam żadnych długów, nigdy nie brałem pożyczek, najpierw zaoszczędziłem, potem wydawałem. Ale to nie po niemiecku, bo Niemcy biorą co roku pożyczkę na urlop, spłacają przez rok, biorą nową i  znów jadą na urlop. To takie trochę życie na kredyt...


Tak zapamiętałem, tak żyłem

Z biegiem czasu pomniejszała się liczba domowników, starsze córki pokończyły szkoły, wyszły za mąż, przeprowadziły się na swoje. W  2005 roku firma, w  której pracowałem, przeniosła się do Anglii. Nagle w  wieku 53 lat byłem bezrobotny. Powyżej pięćdziesiątki ma się bardzo małe szanse na znalezienie pracy. Ale miałem szczęście, firmę odkupił prywatny inwestor i  po dwóch latach przy pomocy mojego byłego szefa wróciłem do pracy, niestety na mniej korzystnych warunkach. Odeszły z  domu następne córki i  duże mieszkanie stało się dla mnie za duże i za drogie. Znalazłem mniejsze, tańsze, ale trzypokojowe, z którego jestem bardzo zadowolony. Położone jest przy parku, przy bocznej uliczce, jest cicho i  spokojnie. Każdego ranka widzę, jak wiewiórki ganiają po dachu garażu. Supermieszkanie na stare lata... Po trzech latach firmę, w  której w  sumie przepracowałem 18 lat, zamknięto. Nikt jej nie przejął, stoi teraz pusta, czasem tam jadę zobaczyć, czy coś nowego się dzieje i serce mi się ściska, bo na drogach rosną już małe brzózki i metrowa trawa... Od tego czasu zaczęła się moja walka o  przetrwanie. Pracy już nie mogłem znaleźć, a  z  tego co dostawałem z urzędu pracy, nie szło wyżyć. Na szczęście moja żona miała pracę jako sprzedawczyni w  sklepie z  butami, więc jakoś wystarczało na życie. Z  czasem poznałem jej szefa i  on zaproponował mi pracę u  siebie. Potrzebował kogoś, kto się zajmie towarem, magazynem, czyli jak się to dziś mówi, logistyką. Była to praca w  niepełnym wymiarze godzin, więc i  wynagrodzenie było odpowiednio mniejsze. Ale w  sumie wystarczało to na dwie osoby. Jednak pech prześladował mnie dalej. Ze względu na przebudowę miasta wiele sklepów nie przetrwało i w 2014 roku szef musiał sklep i magazyn oddać. Oznaczało to dla mnie stratę pracy. Dostałem ponownie bezrobotne, ale w  sumie z  żony wypłatą było to tylko na „styk”. No cóż, zrezygnowałem z  urlopów, z  chodzenia do kawiarni, wycieczki samochodowe zamieniłem na rowerowe. Dla zdrowia fizycznego to właściwie lepiej, ale dla psychicznego nie za bardzo... Ale najgorsze było to bezczynne siedzenie w  domu i  popadanie w  pesymizm, w  niemoc. Nawet ładna pogoda nie zmieniała tego stanu. Aż powróciłem do mojego dawnego hobby, czyli wędkowania. To mnie uspokoiło i  zrozumiałem, że jestem, jak to Niemcy ładnie mówią, Auslaufmodell, czyli czymś, co można jeszcze używać, ale trzeba zastąpić nowym, młodszym... Zacząłem też częściej odwiedzać moje córki, mam teraz dużo czasu, żeby zająć się wnukami. A  mam ich już sporą gromadkę, dwie wnuczki,18i  3-letnią, a  także dwóch wnuków, jednego 11-letniego tu w  Niemczech i  jednego 10-letniego w  Olsztynie. Mam do nich o  wiele więcej cierpliwości niż do własnych dzieci. Podobno z  wiekiem tak jest, ale ja myślę, że po prostu wnuki widzi się rzadziej, można odwiedzić, wrócić do domu i mieć spokój... A i z wiekiem ma się większą cierpliwość do dzieci. Korzystając ze zmiany przepisów emerytalnych, od maja tego roku przechodzę na zasłużoną emeryturę. Ponieważ mam przepracowane 45 lat, mogłem przejść na emeryturę w  wieku 63 lat. Porównując z  emeryturą polską, jest to całkiem niezła sumka, pozwalająca godnie żyć. Gdybym miał teraz uczciwie powiedzieć, czy zrobiłem dobrze, wyjeżdżając do Niemiec, to niestety nie znalazłbym prawdziwej odpowiedzi. Tęsknię za Polską, za jeziorami, za lasami, a  jednocześnie nie mogę się już tam znaleźć... Jestem dosyć często w  Olsztynie, widzę te

195


Zbigniew Brzozowski

wszystkie zmiany, wszystko pięknieje, ale widzę też, że mnie to jakby już nie dotyczy. Mam wielu kolegów i przyjaciół w  Polsce, ale te kontakty nie są już tak emocjonalne jak kiedyś. Wydawałoby się, że już się „zniemczyłem”, ale uważam, że ani się nie „zniemczyłem”, ani się nie „odpolszczyłem”. Jestem takim szczególnym stworem naszych czasów niestety... Jak to się mówi po polsku: ni pies, ni wydra... Kiedyś myślałem, że na emeryturze wrócę do Polski i  będę spokojnie żyć, a  teraz wcale nie jestem pewny, że tak zrobię. Musiałbym całą rodzinę zostawić, a tego już nie zrobię... Myślę, że najważniejsze kim się czuję, obojętnie gdzie jestem, czy w Niemczech, czy Japonii.. Zbigniew Brzozowski

196


Zbigniew Masternak

Wymiarki

Zbigniew Masternak ur. 1978, prozaik, autor scenariuszy filmowych, dramaturg, publicysta. Mieszka w Puławach. Autor m.in. cyklu powieściowego „Księstwo”; ostatnio opublikował powieść „Nędzole” (2014). Laureat nagrody im. Władysława Orkana. Kapitan Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej.

1. Nie byłoby mnie jako pisarza, gdyby nie biblioteka w mojej rodzinnej wsi – przeczytałem chyba wszystko, co w  niej się znajdowało. Niestety, już od dawna nie istnieje – została przeniesiona do szkoły podstawowej, a  jej księgozbiór okrojony do jednej dziesiątej. A  była to jedyna forpoczta cywilizacji w  tamtej okolicy. Kiedyś na spotkanie autorskie przyjechał tutaj Ernest Bryll. Zniechęcał mnie do pisania, jak się tylko dało. Dzięki temu – zachęcił. I w ten oto sposób teraz to ja objeżdżam biblioteki, domy kultury i inne instytucje. Sądząc po częstotliwości, najbardziej popularny jestem w  powiecie dzierżoniowskim na Dolnym Śląsku, gdzie gościłem już dziesięciokrotnie. Z  wizytami w  rodzinnych stronach jest znacznie gorzej, może to dlatego, że trudno być prorokiem we własnym kraju. W  tej kwestii na Kielecczyźnie spotkało mnie największe upokorzenie. Jest końcówka 2007 roku, ogromna aula Kieleckiego Centrum Kultury, impreza przyzwoicie rozreklamowana, piątkowy wieczór – i  co? Przyszła jedna starsza pani i  zapytała, czy gdzieś tutaj można kupić drożdżówkę. Tak oto wyglądał powrót syna marnotrawnego w  rodzinne strony. Ze Świętokrzyskiem także wiąże się mój największy sukces, jeżeli chodzi o  frekwencję. Był

197


Zbigniew Masternak

luty 2008 roku, przyjechałem do domu kultury w Wąchocku. Obawiałem się, że publika wytnie mi jakiś kawał, ale nie, zeszło się z  pół gminy, trudno było domknąć drzwi – może dlatego, że poprzedniego dnia byłem gościem przedziału z książkami w „Teleexpresie”. Zwykle przygotowuję całe tournée po konkretnym terenie – w  maju 2014 roku po okolicach Krakowa, a  potem Katowic jeździłem z  rodziną prawie dwa tygodnie. Przy okazji odwiedziliśmy też Czechy i  Słowację. Najważniejsza w  takich wyprawach jest logistyka – trzeba znaleźć najtańsze połączenia, niedrogie noclegi, restauracje i  bary z  tanim a  smacznym jedzeniem. Od 2008 roku liczba moich spotkań autorskich systematycznie się zwiększa. Do tej pory było to zwykle między 70 a 100 rocznie. Jednak w 2014 roku odwiedziłem aż 134 miejsca! Najbardziej jednak cenię sobie spotkania autorskie z  młodzieżą w  miejscach takich jak Rychliki czy Jasienica, Lubawka albo Sycyna. Może dlatego, że pochodzę z  jeszcze mniejszej miejscowości. Gdy tylko zaproszono mnie do Wymiarek, tuż przy granicy z  Niemcami, bez wahania wyruszyliśmy z żoną Renatą w daleką podróż. Staram się zabierać małżonkę w takie trasy (nie tylko dlatego, że robi świetne zdjęcia), coraz częściej towarzyszy nam w tych wyprawach nasz kilkuletni syn. Po całonocnej podróży pociągiem z  Puław dotarliśmy do Żar. Zwiedzanie okolicy zaczęliśmy od… Bad Muskau koło Łęknicy. Te dwie miejscowości były kiedyś jednym łużyckim miasteczkiem, które nazywało się Mużaków. Gdy przeszliśmy przez most na Nysie, zatrzymał mnie niemiecki policjant i zajrzał do mojej wielkiej torby podróżnej. Myślał pewnie, że przemycam fajki! Kiedy zobaczył egzemplarze najnowszej powieści „Nędzole”, machnął ręką zrezygnowany. Cóż, dzisiaj trudno zainteresować ludzi literaturą. Bad Muskau i Łęknica – dwa różne światy, mimo że tak blisko siebie położone. Bad Muskau oszałamia – zwłaszcza pałacyk i  park. Po polskiej stronie znajduje się druga część parku – tylko że zaśmiecona i  zdewastowana. Niemieckiego parku dogląda dziesiątka ogrodników – polskiego jeden, w  dodatku chyba ciągle pijany. W Bad Muskau kwitnie turystyka, w Łęknicy handlują fajkami. W dodatku po niemieckiej stronie pamiętają o  łużyckich korzeniach – wszystkie ulice noszą nazwy niemieckie i  łużyckie. Ciekaw byłem, jak to będzie w  Wymiarkach i  okolicznych wioskach, które także kiedyś były łużyckie. Czy tam został chociaż jakiś ślad po dawnych mieszkańcach tej ziemi? Może ktoś zna jeszcze język Łużyczan? 2.

198

Do Wymiarek dotarliśmy z Łęknicy przez Przewóz ostatnim autobusem, w  ciągu dnia zajeżdża ich tutaj tylko kilka. Było jeszcze sporo czasu do imprezy, więc zostawiliśmy torbę z „Nędzolami” w bibliotece i poszliśmy zwiedzać wioskę. Tak naprawdę jest to coś w rodzaju małego miasteczka, widziałem już wiele tego typu miejscowości w Polsce – Strzałkowo koło Poznania, Jabłonka pod Nowym Targiem, Łącko opodal Szczawnicy-Zdroju. Wymiarki, położone na skraju Puszczy Zgorzelecko-Osiecznickiej, zostały odnotowane po raz pierwszy 27 maja 1427 roku w dokumencie żagańskiego księcia Jana I. W piśmie skierowanym do mieszczan z Görlitz stwierdził, że ludzie z  rodu von Hakenborn, władającego Żarkami Wielkimi (miejscowość w  pobli-


Wymiarki

żu), wraz ze wspólnikami złamali zawarty wcześniej pokój i dopuścili się kradzieży dwóch koni sędziemu Ottonowi von Melhose z Wese. Najstarsze udokumentowane nazwy wioski brzmią: Wese, Wiese, Wiesa, Wiesau, co tłumaczy się z  niemieckiego jako łąka. Pierwotnie była to ulicówka, która przekształcona została w drugiej połowie XIX wieku w wielodrożnicę o charakterze miejskim. I ten charakter utrzymany został do dziś – Wymiarki w porównaniu z większością maleńkich czeskich miasteczek, takich jak choćby Police nad Metują, wydają się metropolią. W 1445 roku w księgach sądowych łużyckiego Budziszyna wymieniona została gospoda morderców z  Wymiarek… Ponurą sławę zyskała potem na łamach powieści E. Erdmanna „Der Mordkretscham bei Wiesau”, zekranizowanej przez reżysera francuskiego jako „Czerwona oberża” ze znakomitym Fernandelem w roli głównej, odtwarzającym postać współwłaściciela zajazdu – Wenzela. Gospoda została rozebrana dopiero po roku 1945. I do dziś nie ma gdzie w Wymiarkach spać ani nie ma gdzie zjeść obiadu – po spotkaniu dyrektorka biblioteki obiecała odwieźć nas do Żagania. Majątek Wymiarki wielokrotnie zmieniał właściciela – po panach Melhose rządzili tutaj Schellendorfowie, ród von Dyhern, a  także książę żagański Albrecht Wallenstein. Rozwój Wymiarek zaczął się od powstałej tutaj w  średniowieczu kuźni żelaza. W  miejsce kuźni Czesi prawdopodobnie w roku 1677 założyli hutę szkła. Dlaczego tutaj? W okolicy zalegały złoża piasku kwarcowego, surowca niezbędnego do wyrabiania szkła. A  wszędzie ciągnęły się wielkie bory. Mieszkańcy wsi nie znali tego rzemiosła, nieliczna wówczas miejscowa społeczność składała się z chłopów zagrodników, wasali pracujących w dobrach szlacheckich. Należało zatem ściągnąć fachowców z  zewnątrz. Trafili tutaj głównie z  Niemiec, częściowo z  Czech. Przywieźli ze sobą swój język i swoje obyczaje. I to oni przyczynili się do rozwoju miejscowości. Huta była najważniejsza w  całej okolicy, słynęła w  Europie. Jej koleje były różne: zmieniali się właściciele, jednak przetrwała wieki. Ostatnio zawiesiła działalność. Wchodzimy na teren zespołu huty szkła „Wymiarki”, w  którym się znajdują: budynek wielofunkcyjny, budynek produkcyjny, magazyn form, budynek regeneracji, warsztat elektryczny, magazyn techniczny, budynek głównego technologa, komin, willa właściciela (obecnie budynek administracyjny), ogród willowy. Jest też wysokie ogrodzenie od strony zachodniej. Wszystko zaczyna powoli niszczeć. Czy znów zacznie działać? – Wszyscy tutaj mają taką nadzieję… – mówi stróż, który wpuszcza nas na teren huty. Pozwala nam na to, kiedy mówię, że przyjechałem do tutejszej biblioteki promować swoją najnowszą książkę o Polakach na emigracji we Francji. – Gdyby huta działała, nie trzeba byłoby emigrować za pracą do Zielonej Góry albo jeszcze dalej, za niemiecką granicę. Wyjechało około 450 osób, prawie połowa wsi. W tym mój syn… Zawsze staram się wypytywać ludzi przed spotkaniem, kim są i  jakie mają problemy. Potem łatwiej nawiązać kontakt z  publicznością. Wyćwiczyłem się w  tym w  ciągu ostatnich kilku lat. Zaczynałem od jednej imprezy w 2006 roku w Nałęczowie. Potem z roku na rok było ich coraz

199


Zbigniew Masternak

więcej, teraz jestem w nieustannej wędrówce od wsi do wsi, od miasta do miasta. Mam w głowie rozkłady jazdy wszystkich busów, autobusów i  pociągów. Znam wszelkie skróty. Nawet wiem, gdzie można za darmo „się odlać” we Wrocławiu czy w Olsztynie. Poznaję Polskę, znam ją lepiej niż niejeden polityk. Ludzie chętnie opowiadają mi o swoich problemach. Wielu ciągle naiwnie wierzy, że pisarz ma moc sprawczą, a słowo – siłę. Wioski w  Polsce przy granicy zachodniej są zaskakująco oklapłe. Spacerując po Wymiarkach, czuję się przytłoczony upadkiem, jaki się tu dokonał. Kiedyś żyli tutaj Łużyczanie, po których pozostały jedynie ślady w  nazwach miejscowości. Po nich – Niemcy, trochę Czechów. Myślę o  terenach poniemieckich, których ciągle Polakom nie udało się zagospodarować tyle lat po wojnie. Ludzie się bali, że Niemcy kiedyś wrócą i wszystko zabiorą. Więc nie było sensu starać się o  to, co po Niemcach pozostało. Niektórzy niszczyli zabytki i  budynki gospodarcze celowo. Wybijali szyby, kradli cegły. Z czasem zapominano, do czego dany przedmiot służył. Po co wzniesiono ten, a  po co tamten budynek. Ale niemiecka robota była solidna. Mimo upływu lat stare budowle trzymają się mocno. Podupadłe, ale z  klasą. Nowe, polskie, wyglądają przy nich jak dzieła barbarzyńców. Chociaż to przecież w  czasie II wojny światowej barbarzyńcami okazali się nasi germańscy sąsiedzi. Coraz częściej przyjeżdżam w  te strony. Bolesławiec, Wschowa, Gorzów, Myślibórz. Najbardziej podobają mi się budynki szachulcowe. Spod tynków przebijają często niemieckie napisy. Jak w  Kargowej. Napis na kiblu po niemiecku (gotykiem). Na nim – po polsku – „Ustęp” i nowszy – „WC”. Trzy różne epoki. Kiedy Polacy zaczną dbać o te tereny? Kiedy rynki w Prochowicach koło Lubina albo w Ścinawie koło Wołowa znowu zaczną tętnić życiem jak na poniemieckich starych fotografiach? Kiedy życiem zaczną tętnić Wymiarki?

200

Jaka jest tożsamość tego miejsca? Czy bliskość granicy, łużycko-czesko-niemieckie dziedzictwo mają jakiś wpływ na obecnych mieszkańców Wymiarek? Po II wojnie światowej w wyniku ruchów migracyjnych ludność napływowa kształtowała swoją przyszłość, przywiózłszy ze sobą wartości kulturalne z  rodzinnych ziem wschodnich byłej II Rzeczpospolitej. Przybysze wymieszali się z miejscowymi, ale do dziś jeszcze w Wymiarkach oraz innych miejscowościach gminy można napotkać ślady odrębności pochodzenia mieszkańców. Antagonizmy nie zostały przezwyciężone mimo kolejnych zmian pokoleniowych. Polscy repatrianci zastali w  Wymiarkach wysoką kulturę materialną, dorobek wielu pokoleń ludzi tutaj żyjących. Jak go potraktowali? Dopiero dziś wstydliwie przebąkuje się o niszczeniu poniemieckich cmentarzy czy innych dóbr, co starannie realizowano zgodnie z wytycznymi radnych i wójta. Spoglądając na pijaczków pod sklepem, staram się doszukać w nich śladów wielkości ich przodków (?), którzy rozwijali tę miejscowość, którzy tutaj żyli od wieków, i przybyszów. Niczego nie dostrzegam. Jak ktoś był tutaj przedsiębiorczy albo coś potrafił, wyjechał pewnie do pobliskich Niemiec.


Wymiarki

Wymiarki zmarnowały swoją przemysłową szansę, zubożały. Paradoksalnie – obecnie ściana zachodnia zdaje się znacznie biedniejsza niż ściana wschodnia. Wschodnie rubieże Polski – od Suwałk przez Hajnówkę i Chełm aż po Przemyśl – w  ciągu ostatnich kilku lat bardzo przyspieszyły, zmieniły się nie do poznania. A  na ścianie zachodniej – od Pieńska (okolice Zgorzelca) przez Kostrzyn nad Odrą aż po Wolin – nastąpił nieprawdopodobny regres. To już nie jest ta bogata zachodnia Polska. O  dziwo – mimo że tutaj biedniej, to wszędzie drożej. Widać po cenach biletów autobusowych. Z  Gorzowa do Lubniewic jest jakieś dwadzieścia kilometrów i kosztuje to ponad osiemnaście złotych. Z Łęcznej do Lublina jest podobna odległość i  za bilet płacimy 3 złote. Kolosalna różnica. Lubię obserwować te anomalie, dzięki nim lepiej poznaję Polskę. Idziemy na odrapany przystanek autobusowy sprawdzić rozkład jazdy. Łatwiej tutaj przyjechać, niż stąd wyjechać. Dziś już wyjechać się nie da. Ale i  tak jest tu więcej możliwości niż w mojej rodzinnej wsi. To prawie małe miasteczko. Pijacy machają do nas, zapraszają na tanie wino, moja piękna żona chyba wpadła im w  oko. Uprzejmie odmawiamy. Udajemy się na stadion klubu piłkarskiego, który jeszcze niedawno tu istniał, kiedyś grał nawet w II lidze. Pani wójt wszystko wysprzedała, jest zarząd komisaryczny, klubu już nie ma – wytłumaczył nam napotkany na zarośniętej trawą płycie jakiś staruszek. Były piłkarz pamiętający lepsze czasy? To stąd wywodził się sławny zawodnik Zdzisław Gut. Może kiedyś grali razem. Nie chciałem o to wypytywać, bo dziadek i tak się rozkleił. Piłka była całym jego życiem. 3. Pani dyrektor kieruje GOK-iem od dwóch miesięcy. Wcześniej pracowała w  bibliotece. Pierwsze, co zrobiła, jak została dyrektorką, to zorganizowała ze mną spotkanie. Przychodzi na nie kilkanaście kobiet, to głównie emerytki. Wyciągam od nich informacje. Po chwili wiem, że jedna z  pań ma córkę w  Wiedniu na studiach doktoranckich. Syn drugiej był utalentowanym oszczepnikiem, który zdobył dużo medali, ale w wieku 25 lat zakończył karierę i wyjechał pracować w  rzeźni w  Anglii. Trzecia była księgową w  hucie, gdy ta działała. Jej mąż jest Łużyczaninem od pokolenia. Szkoda, że nie przyszedł na spotkanie, bo chciałem go wypytać o kilka spraw związanych z jego przodkami. Podobno w Żarach starają się kultywować pamięć o pierwszych mieszkańcach tych ziem. Zwykle zapraszają mnie na spotkania z  młodzieżą, żebym „dawał przykład”, jakkolwiek to pompatycznie zabrzmi. Potwierdzałem swoim przykładem, że mimo iż droga spod Świętego Krzyża na literackie czy filmowe salony jest strasznie długa, to można ją przebyć. Te moje prezentacje podczas spotkań autorskich to nieco taka praca u  podstaw jak u  mojego mistrza Żeromskiego. Tylu utalentowanych młodych ludzi marnuje się po wsiach – mogliby być aktorami, muzykami, piłkarzami. Ale jakoś nikt nie wyciąga do nich ręki, nie przyjmuje z  otwar-

201


Zbigniew Masternak

tymi ramionami: równość szans to bujda lansowana przez media. Nie ma kto wstrząsnąć tymi młodymi, powiedzieć, że to już w gimnazjum walczą o swoją przyszłość. Potem jest zwykle za późno, zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Cieszy mnie, jak ktoś z  nich podchodzi do mnie po spotkaniu i  prosi o  radę. Czasem jest to jedna osoba, czasem grupka, bo tak raźniej. Pytają: Co zrobić, żeby zostać aktorem? Gdzie szukać szkoły filmowej? Jak trafić do dobrego klubu piłkarskiego? I właśnie dla tych kilku osób warto organizować takie imprezy: a  nuż kogoś uda się natchnąć, przekonać, żeby uwierzył w  siebie i  wyrwał z  zaklętego kręgu niemocy? Dość marnowania Janków Muzykantów i  im podobnych. Zadowolona dyrektorka wiezie nas do pobliskiego Żagania. Mamy spać w  hotelu Arena przy nowoczesnych obiektach Czarnych Żagań. Klubu z  tradycjami, który także niedawno został rozwiązany z  powodu kłopotów finansowych. Spaliśmy tutaj już dwa lata temu. W  Czarnych Żagań grał z  kolei w  młodości późniejszy znany aktor Maciej Kozłowski. Stworzył Reprezentację Artystów Polskich. Naśladując go – jako niespełniony futbolista – założyłem Reprezentację Polskich Pisarzy. Przy wylocie z  Wymiarek zwiedzamy stary kościół z  legendą z  XV wieku oraz jedziemy pod pałacyk, który remontuje miejscowy bogacz. Widziałem taki odremontowany zamek krzyżacki w  Rynie – imponujące dzieło zamienione w  hotel, co nie wszystkim miejscowym się podoba. Lepiej niech powstanie tutaj jakiś hotel, niż coś tak pięknego miałoby popaść w zupełną ruinę. Ileż miejsc w  Polsce straciło w  ten sposób najcenniejsze zabytki. Chyba tylko Francuzi i Niemcy potrafią dbać o swe materialne dziedzictwo. Może jeszcze Włosi i Hiszpanie. Wyjeżdżamy stąd późnym wieczorem. Ktoś przekręcił tablicę i  nazwa Wymiarki znajduje się z drugiej strony, niż powinna. Jakby Wymiarki były wszędzie. Jakby trudno je było opuścić.

Zbigniew Masternak

202


recenzje

203


204


Zaułek Leszka Szarugi

Stan rzeczy

„Notatnik i modlitewnik drogowy” Henryka Wańka to dziennik dziwnej podróży, którą należałoby określić jako dochodzenie do siebie. Czyni to autor w  błyskach, fragmentach, anegdotach, aforyzmach, w  narracji nieciągłej, lecz przecież spójnej i  logicznie uzasadnionej nawet wówczas, gdy posługuje się paradoksem. W  tok zapisów wkomponowane zostały na półsurrealistyczne narracje (historia podróżna, opowieść o  Frycu) notowane w  sposób nieciągły, lecz stanowiące spójne opowieści, które, być może, kiedyś doczekają się odrębnej publikacji. Tak czy inaczej mamy do czynienia z  tym, co Ryszard Nycz określił mianem utworu sylwicznego, w  którym nie bez znaczenia wydaje się jeden ze złośliwych aforyzmów: Uniwersytecki wydział historii podręczników historii literatury. Sporo tu anegdot – zapisy obejmują dziesięciolecie 1984-1994 – o  wspólnikach podróży Wańka, w  większości zresztą już nieżyjących, a  swego czasu przydających barw życiu warszawskiej i  katowickiej (to dwa rejony najczęściej przez autora przywoływane) niegdysiejszej bohemy: pojawiają się tutaj zatem w  migawkowych portretach Adam Kreczmar, Kazimierz Ratoń, Edward Stachura czy Jonasz Kofta. Z  tych konszachtów towarzyskich wynikały czasem zabawne i  warte pamięci wydarzenia. Oto w  roku 1970 – a  trzeba pamiętać, że było to dwa lata po inwazji wojsk moskiewskiej ekipy na Pragę czeską – drogą pośrednią autor „Notatnika” dotarł z  wierszami do Stanisława Grochowiaka, wówczas redaktora warszawskiej „Kultury”, który utwory owe zapragnął wydrukować: Wcześniej Grochowiak zatelefonował z pytaniem, czy dodałbym do tekstu jeszcze rysunek. Specjalnie zrobiłem. […] Wręczając mu dwa – do wyboru – ostrzegłem (cenzura), że na jednym jest palący się Lenin. Jeszcze wtedy unosił się w powietrzu odór po bohaterskich samospaleniach. Więc on – Włodzimierz Ulianow – siedział tam pomiędzy Palachem a czarownicą. Grochowiak spojrzał, może uśmiechnął się, uznał, że nie jest za bardzo podobny i wydrukował. To był mój drugi – przedostatni – debiut poetycki.

205


Leszek Szaruga

Dodać należy, że w notatniku również odnaleźć można wiersze Wańka. Aforyzm: Pośmiertnie skazany na karę śmierci, w  naszych obecnych warunkach i  okolicznościach nie jest tylko i  wyłącznie lingwistyczną krotochwilą. Nie należy chyba sądzić, by Waniek, gdy układał tę sentencję, myślał, że będzie się ona wypełniać lustracyjną materią naszej epoki, choć jeśli czynił to już w latach 90. ubiegłego stulecia, mógłby i taką jej lekcję mieć na uwadze. W  ogóle ma autor skłonność do wyszydzania naszego poczucia dumnej odrębności, co znajduje wyraz w takich choćby pomysłach: W  krótkich słowach przedstawił projekt. Chciał wprowadzić czas polski. Inny od środkowo-europejskiego i moskiewskiego. Gdy w Berlinie będzie 17.00, a w Moskwie 20.00, w Warszawie powinna być 18.37. Jakby na drugim biegunie odnaleźć można eseistyczne rozważania dotyczące życia duchowego: Przez cały czas, bez przerwy – choć na ogół bezwiednie – otoczeniu i przedmiotom, wśród których przebywamy, oddajemy cząstkę swego ducha. Cząstkę. Ale w  tej cząstce również jest on cały. Na tym polega bowiem jedność ducha, że nawet rozdrobniony, w  każdym swym atomie zachowuje naturę całości. Można „Notatnik” określić mianem przewodnika, lecz jest to przede wszystkim bedeker, z  którego pomocą narrator zmierzający bezdrożami poszukuje wyjścia ze świata doraźnych doświadczeń w  przestrzeń, w  której możliwe jest podążanie przeczuciem sensu egzystencji. To, co realne – a  ma Waniek niezwykły wprost szacunek dla detalu – okazuje się ledwie punktem wyjścia. Zarazem jednak uderza w tych notatkach pełen ironii dystans wobec siebie i  innych, a  także dyskretne, choć nieusuwalne poczucie humoru, choćby w  tym fragmencie, w którym snuje autor refleksje na temat badań ankietowych:

206

Mam powody, by podejrzewać, że ankieterzy stawiają krzyżyki na oślep; nie wchodząc do domu; nie szwendając się po mrozie i nie ryzykując zaczepiania przechodniów. Raz dla próby udawałem takiego ankietera, więc wiem, czym to grozi. Z  plikiem w  ręce zbliżyłem się do przypadkowego przechodnia i spytałem go, jak ocenia stan gospodarki. Odpowiedź nie nadawała się do żadnego komputera. Można podejrzewać, że równie wątpliwe i trudne do opracowania wyniki przyniosłyby badania nad stanem świadomości, szczególnie politycznej, naszego społeczeństwa.


Stan rzeczy

„Wnuczka Raguela” Krzysztofa Koehlera to kolejna, obok poetyckiej prozy, jaką jest powieść Grzegorza Strumyka „Łzy”, opowieść o bezdomnych – jej akcja rozpięta jest między dwoma wydarzeniami: rozpoczyna się 10 kwietnia 2010 roku od ukazanej w  tle katastrofy prezydenckiego samolotu w  Smoleńsku, kończy się zaś 12 października 2012 roku, gdy Felix Baumgartner wykonał skok ze stratosfery na ziemię – relacje z obu pojawiają się w mimochodem oglądanych przez bezimiennego i  bezdomnego po rodzinnej tragedii bohatera relacjach telewizyjnych. Dla niego są one zresztą mało znaczącymi epizodami – ma ważniejsze problemy, musi walczyć o przetrwanie. Narratorowi wydają się jednak na tyle istotne, iż uczynił z  nich ramę swego utworu: oba mają coś wspólnego z  przestworzami, a  w  nich wszak rezyduje tytułowa postać powieści – archanioł Raguel, którego kult potępiony został przez papieża Zachariasza w  roku 745, a  który pojawia się w  apokryficznej Księdze Henocha, stając się w  judaizmie i  islamie nie tylko, jak wskazuje jego imię, „Przyjacielem Boga”, lecz także patronem ludzi przegranych, a także pomocnikiem w budowaniu harmonii z bliskimi. Można się domyślać, że uwaga czytelnika ma zostać skierowana ku temu, co się dzieje w przestworzach: katastrofa statku powietrznego, lot śmiałka ku ziemi, a  wreszcie i  wnuczka archanioła, mieszkańca sfer niebieskich – wszystko to odsyła ku obszarom nieznanych zwykłym śmiertelnikom. Domysł ten wszakże jest niepewny, choć przecież w  lekturze do pewnego stopnia uzasadniony, choć zapewne trudno by było odnaleźć dla tych trzech zjawisk element wspólny – chyba że miało to być odnalezienie się w  przestrzeni pozaziemskiej, wspólnej dla ofiar katastrofy, wznoszącego się do stratosfery wyczynowca i  istoty wyższej. Tak czy inaczej – w  świecie przedstawionym utworu takie skojarzenia wydają się prawomocne, choć trudno dociec, co z nich miałoby wynikać. Tytułową wnuczką Raguela jest bezimienna dziewczyna, której tropem podąża główny bohater. Ich przypadkowe spotkanie ma charakter dramatyczny – podobnie jak chłopak, bezdomna dziewczyna zostaje zawłaszczona przez bandę włóczęgów, których herszt ją gwałci. Sponiewierana i  ciężarna ucieka do Warszawy, gdzie przyłącza się do obrońców krzyża postawionego przed pałacem prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu – narracja nie pozostawia wątpliwości, że jest to wybór trafny: Zdecydowanie trwali na posterunku jak jakaś grupa komandosów. Ci, co mieli zabezpieczać cenny ładunek przed przejęciem w  niepowołane ręce. Tłum. Obrońcy samozwańczy grupy i  krzykliwa młodzież. Dziewczyna na początku się bała. Potem przywykła. Patrzyła spode łba na wydelikaconych chłopaków, którzy ustawiali krzyż z  puszek po piwie. Bawili się w  biczowanie. Miała wrażenie, że drażni rozwścieczonego lwa. Z  satysfakcją wyrzucała z ust serie zdrowasiek prosto w jego pałające oczy. Widziała te oczy, zimne, dzikie, zielone, płonące coraz większą złością. Jeden z młodzieńców, w czarnym podkoszulku, z fantazyjną fryzurą, obsikiwał Elżbietę. Dziewczyna podnosi się z klęczek, podchodzi do chłopaka.

207


Leszek Szaruga

Oczywiście – zwycięża, przepędza go siła spojrzenia, którego wydelikacony chłopiec nie potrafi wytrzymać. Nie ma starcia racji – jest starcie gestów zrozumiałe jedynie dla czytelnika, który zna kontekst sytuacyjny, wie, jaki był bieg zdarzeń, które w powieści są jedynie sygnalizowane i  zrozumiałe tylko dla tych, którzy wiedzą, o  co chodzi. To zresztą jeden z  głównych grzechów utworu Koehlera: sygnały, jakie się tu pojawiają, są czytelne tylko dla kogoś, kto skądinąd, bo nie z tekstu, wie, o co chodzi – obawiać się można, że za 10 lat nawet określenie „pisiory” pojawiające się w  jednym z  dialogów będzie dla młodych czytelników niezrozumiałe, tak jak niepojęte dziś są określenia „ozonowiec” czy „Chjeno-Piast”. Zbyt wiele jest tu odwołań do wiedzy pozatekstowej, co kieruje lekturę raczej w  stronę publicystyki niż literatury. Stanowisko narratora nie pozostawia wątpliwości, po której jest stronie: opowiada się za wyrzucającą „serię zdrowasiek”, choć chyba nie do końca rozumiejącą, co robi dziewczyna, a  przeciw wydelikaconemu chłopcu sikającemu na jej koleżankę. Modlitwa odpiera strumienie moczu, a  bohaterka jest w  swym działaniu motywowana podniosłością chwili, gdy ów młodzieniec szydzący z  obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie reprezentuje nic poza własną głupotą. I  to właśnie ma zostać powiedziane: z  jednej strony mamy siły intuicyjnie, niekoniecznie świadome tego, co robią, broniące wartości symbolizowanych przez krzyż, z  drugiej niezdające sobie sprawy ze zła, które czynią, ciemne, obskuranckie moce zdezorientowanych, i  w  tym pomieszaniu stanowiących sługi szatana, pozornie tylko cywilizowanych „młodzieńców”. Racja w  oczywisty sposób jest przy tych pierwszych, tym bardziej że drudzy reprezentowani są tylko przez skłonnych do ekscesów, bezmyślnych i  podłych gówniarzy. I  choć to tylko epizod opowieści Koehlera, to przecież chyba w  książce najbardziej znaczący, umacniający racje „pisiorów” jako ostatnich obrońców zagrożonych wartości chrześcijańskiej, katolickiej cywilizacji w  coraz bardziej zeświecczonym świecie. Przy czym, co ważne, wszystko się tu rozgrywa na poziomie ludzi w  ten lub inny sposób wykluczonych, zredukowanych, nieskażonych pogłębionym myśleniem, bliższych raczej natury niż kultury, ale przez to, jak można sądzić, uznanych przez narratora za autentycznych w  swym odbiorze rzeczywistości, dokonujących zatem trafnych wyborów.

208

A wszystko to pojawia się w  wysoce skomplikowanym kontekście. Wiadomo bowiem, przynajmniej takie wzmianki pojawiają się w  Starym Testamencie, że „dzieci Boga” czyli, jak się przypuszcza, aniołowie, ale raczej ci upadli, zbliżali się do córek człowieczych, a  te im rodziły (Rdz. 6,1-4), przy czym córki owe to potomkinie Kaina, zaś ze związków tych na świat przychodzili giganci. Nic natomiast, o  ile się orientuję, nie wiadomo o  dzieciach archaniołów. Skąd zatem wśród ludzi pojawić by się mogła „wnuczka Raguela”, dociec dość trudno. Tak czy inaczej jest nią tutaj owa dziewczyna, podstępnie wykorzystana seksualnie przez herszta bezdomnych, rodząca jego dziecko i – pod opieką chłopaka darzącego ją nieodwzajemnioną chyba miłością – oddająca niemowlę w  opiekę sióstr zakonnych za pośrednictwem „okna życia”. Jak się ta historia kończy, nie bardzo wiadomo, dość, że – tak przynajmniej sugeruje narrator – po rozstaniu z  dziewczyną, która odeń uciekła, bohater ją odnajduje, co zrelacjo-


Stan rzeczy

nowane jest w ostatnim fragmencie książki pisanym kursywą: Nie odrywał od niej wzroku. Wszystko, co bylibyśmy mogli zrobić. Wszystko, czego nie zrobiliśmy. Wszystko, co mogło nas zaprowadzić gdzie indziej, gdzieś dalej od tego, co jest tu i teraz.

„Wist” Macieja Miłkowskiego, książkowy debiut autora, to zbiór opowiadań podejrzanie „literackich”: narrator co jakiś czas daje nam do zrozumienia, że „wie, jak to się robi”, ujawnia szwy opowieści, by nie powiedzieć, że je nie bez samozadowolenia demonstruje. I od razu chciałbym powiedzieć, że nie traktuję tego jako wady – przeciwnie: niezależnie od zawartości owych relacji wydaje mi się, że jest coś istotnego w  owym manifestowaniu nie tyle umiejętności i sprawności warsztatowej, ile swoistej profesjonalnej dumy, która ocala wymiar artystycznego powołania będącego czymś więcej niż rzemiosło (w  niemieckim jest to precyzyjnie wyrażone przez terminy Beruf (zawód) i  Berufung (powołanie). Miłkowskiego cieszy to, co Szymborska określiła mianem radości pisania, która jest zemstą ręki śmiertelnej na Nicości, która pochłania wszystkie nasze dzienne sprawy. To bodaj najważniejsza nić łącząca wszystkie pomieszczone w  zbiorze utwory. Lekturę jednak proponuję zacząć od ostatniego z nich – „Notatki do opowiadania” (od razu warto podkreślić swoistość homonimu „opowiadanie”, co pozwala na dwie lekcje tytułu: bądź mowa tu o notatkach, które można opowiadać, bądź o notatkach do jeszcze niegotowego utworu – jedno zresztą drugiego nie wyklucza) rozpoczynającego się tak: Chciałbym napisać opowiadanie. Można powiedzieć, że już je piszę, chociaż nie wiem jeszcze, o czym ono jest, w jaki sposób jest napisane ani gdzie się w tej chwili znajduje. Chciałbym odnaleźć je, natknąć się na nie – kompletne i ukształtowane. Już w  tych słowach status pisanego utworu wydaje się wysoce nieokreślony: opowiadanie zarazem jest i  go nie ma – jest już w  jakiś sposób napisane i  ulokowane zostało w  jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. Zdawać by się zatem mogło, iż narrator podający się za autora w  procesie pisania opowiadania jednocześnie trudzi się jego poszukiwaniem i  interpretacją. Jest zatem jego pierwszym czytelnikiem, choć wiemy skądinąd, że rzecz wciąż jeszcze nie została zakończona. Ten utwór to nie tylko zabawa czy gra, lecz zarazem dość przewrotny, acz zajmujący, utwór programowy, swego rodzaju manifest artystyczny. Nie sposób, by nie popsuć lektury przyszłemu czytelnikowi tej książki, zrelacjonować składające się na nią poszczególne opowiadania czy relacje: najistotniejsze w  nich wydają się bowiem puenty, a  tych wyjawiać, podobnie jak w  omówieniach kryminałów, recenzentowi nie przystoi: w końcu i ta profesja ma swoje zasady, od których odstępować nie należy. Trudność w  tym wypadku polega na tym, że kłopot sprawia również relacjonowanie tego, o  czym te utwory traktują. Oto przyciągające swoim tytułem opowiadanie „Polska” rozpoczyna się od

209


Leszek Szaruga

obrazu twórczego wysiłku: Siedzę przed pustą kartką papieru i myślę, że jej zapełnienie będzie porażką. Można to odczytać jako powiadomienie o  stanie narratora w  obliczu podjęcia trudu opowiadania. Ale gdy czytać to zdanie jako rozwinięcie tytułu, wówczas można się zastanowić nad jego skrytą zjadliwością. Bo przecież nie tylko tworzenie literatury jest rodzajem powołania, dotyczy to w  równej mierze sztuki lektury. Podobnie jak autor rozważający różne warianty zapisywanego zdania, czytelnik także dysponuje różnymi możliwościami interpretacji. Pozornie proste teksty mogą okazać się przy uważniejszym ich odczytywaniu bardziej złożone i  skomplikowane, niż się to zrazu wydaje. Tak właśnie dzieje się w  tym wypadku, co zaświadcza oryginalność narracyjnego talentu Miłkowskiego. A  zresztą i  sztuce czy po prostu radości czytania i  interpretowania poświęcił autor osobny utwór, jakim jest „rozprawka” zatytułowana „Uwaga na Monikę Maillot!”. A zatem: uwaga na Macieja.

Leszek Szaruga

Henryk Waniek, Notatnik i modlitewnik drogowy, Szczecin: Wydawnictwo Forma; Dom Kultury 13 Muz, 2013. Krzysztof Koehler, Wnuczka Raguela, Kraków: Wydawnictwo M, 2014. Maciej Miłkowski, Wist, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2014.

210


Rafał Żytyniec

Prusy znane, Prusy nieznane O najnowszej książce Leszka Żylińskiego

Zawierający jedenaście szkiców tom Leszka Żylińskiego „Od Prus do Europy. Szkice o tożsamości narodowej Niemców” podzielony jest na cztery części. W  pierwszej z  nich autor dokonuje „pruskich remanentów”. Stawiając pytanie o aktualność Prus (i przypisywanych im cnót) w niemieckich i  polskich debatach na początku XXI wieku, o  której świadczą obchodzone w  ostatnich latach rocznice historyczne, Żyliński stwierdza, że w  niemieckiej pamięci Prusy pozostają nie tylko jako zamierzchła przeszłość, zlikwidowana po klęsce nazizmu „zakała” Europy (s. 10), lecz równie często można w niej spotkać odwołania do modernizacyjnego potencjału tego państwa oraz do katalogu pruskich cnót, do janusowego oblicza społeczeństwa, w którym bezwzględne posłuszeństwo władzy szło w parze z tolerancją, oświecenie z duchem militarnym. (s. 10) W odniesieniu do polskiego pamiętania Prus autor wysuwa tezę, że to właśnie antagonizm polsko-pruski, który w osiemnastym wieku doprowadził Prusy do rozkwitu, a Rzeczpospolitą do upadku, zaważył konsekwentnie na naszym obrazie tego państwa. Prusak stał się wrogiem: brutalnym i  ekspansywnym, lekceważącym prawa innych, którego cnoty w  dialektycznym procesie obracały się nawet na powszechną zgubę. Natomiast w pozytywnym niemieckim autostereotypie przypisywane sobie cnoty pruskie miały, szczególnie od schyłku XVIII wieku, stać się obrazowym przeciwieństwem negatywnego stereptypu „polnische Wirtschaft”. (s. 10-13) Kwestia aktualności pruskich cnót w XXI wieku jest dla autora punktem wyjścia do opisu historii Prus, w  której wyróżnione zostają dwa etapy: trwający do połowy XIX wieku etap Prus przednarodowych, będących co prawda państwem militaryzmu, administracji i sprawnego fiskusa, lecz potrafiących umiejętnie zintegrować zamieszkujące państwo liczne mniejszości

211


Rafał Żytyniec

narodowe i religijne, oraz datujący się od połowy XIX wieku etap Prus jako czynnika jednoczącego Niemcy, cechujący się przewagą rozpasanego niemieckiego nacjonalizmu. Granice i  niebezpieczeństwa ukształtowanych do tego czasu cnót pruskiej religii obowiązku wobec państwa (s. 20) ujawniły się dopiero za czasów Hitlera, co jednak nie może przysłaniać faktu, że były one również źródłem inspiracji dla działania grupy spiskowców skupionej wokół hrabiego Stauffenberga, który dokonał zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku czy też dla postawy wywodzącej się z  pruskiej arystokracji Marion Gräfin Dönhoff. Stąd też, reasumuje Żyliński, mimo że bilans dziejów jest dla Prus mimo wszystko ujemny, to warto współczesnym Polakom uświadamiać również pozytywy tyleż pruskiej tradycji, ile wartości, na których opierało się tamto społeczeństwo (s. 23). Jak widać, w  swojej eseistyce Leszek Żyliński nie stroni więc od twierdzeń polemicznych i  (na pierwszy rzut oka) wyglądających na kontrowersyjne. Na „pruskie remanenty” toruńskiego germanisty składają się ponadto eseje o  Prusach w  literaturze XVIII i  XIX wieku oraz o  biografii Marion Gräfin Dönhoff, będące znakomitym uzupełnieniem i egzemplifikacją ogólnych tez pierwszego tekstu.

212

W drugiej części książki autor podejmuje zagadnienie „niemieckości jako problemu”. Otwiera ją esej poświęcony wizerunkowi Niemców w  oczach własnych i  cudzych. Przeglądu niemieckich auto- i  heterostereotypów Żyliński dokonuje na przykładach takich kluczowych pojęć kultury niemieckiej, jak: Gemütlichkeit (przytulność), Innerlichkeit (wsobność), Heimat (mała ojczyzna) oraz Ordnung (porządek). Następnie autor przedstawia sylwetkę niemieckiego pisarza, laureata Nagrody Nobla z  1972 roku, Heinricha Bölla, opisując pokrótce również recepcję jego dzieł w  Polsce. W  kolejnym tekście przedstawione zostają zawiłości niemieckiej polityki wobec pamięci po 1945 roku. Punktem wyjścia jest tutaj lektura książki Anny Wolff-Powęskiej pt. „Pamięć: brzemię i  uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945-2010)”. Tematem ostatniego eseju drugiej części książki są niemieckie święta i rocznice państwowe, które zostają pokazane na szerokim tle historycznym XIX i  XX wieku. Rozważania autora koncentrują się na ukazaniu ambiwalencji niemieckich rocznic, takich jak np. dzień 9 listopada, który jest rocznicą aż czterech wydarzeń: powołania do życia republiki podczas rewolucji listopadowej w  Niemczech w  1918 roku, monachijskiego puczu Hitlera z  1923 roku, „nocy kryształowej" z 1938 roku oraz upadku muru berlińskiego w 1989 roku. Oprócz tego autor opisuje również niemieckie problemy z  dniem 20 lipca, będącym rocznicą zamachu na Hitlera, dokonanego w  1944 roku przez pułkownika Stauffenberga; 8 maja, czyli dniem zakończenia II wojny światowej oraz 18 marca (data powołania pierwszej niemieckiej republiki przez pierwszy wybrany parlament kraju niemieckiego w  Moguncji w  1793 roku, powstanie obywateli w Prusach w 1848 roku, data pierwszych wolnych wyborów w NRD). W omawianym tutaj przyczynku uwidacznia się polemiczny temperament autora, który wskazuje na korzyści z  ustanowienia 18 marca oficjalnym świętem w Niemczech: Posiada ono jednakże jedną przewagę nad innymi upamiętnianymi datami – nie odwołuje się do lat 1933-1945 ani do Zagłady. Dawałoby więc Niemcom szansę odniesienia się do dużo


Recenzje

szerszej, a do tego własnej demokratycznej tradycji. Historii Niemcy nie zmienią, ale sami decydują, z jakiej tradycji chcą czerpać wzorce i siłę – konstatuje na koniec Żyliński (s. 204). Interesujące byłoby w  tym kontekście uzupełnienie wymienionych wyżej dat o inne oficjalne święto, ważne w kontekście polsko-niemieckich debat o  wypędzeniach i  przymusowych wysiedleniach po 1945 roku, którym jest obchodzony 6 sierpnia Dzień Stron Ojczystych (Tag der Heimat). Wchodzące w  skład części trzeciej trzy eseje opatrzone zostały tytułem „Konteksty europejskie”. Pierwszy z  nich poświęcony jest dyskusjom pisarzy i  intelektualistów europejskich, toczonych w  latach 80. XX wieku na temat koncepcji Europy Środkowej (Mitteleuropy), mającą być antidotum na odstąpienie krajów naszej części Europy, przynależącej do kręgu kulturowego Zachodu, obcej im cywilizacji rosyjskiej. W  kolejnym przyczynku z  tej części książki autor podejmuje próbę paralelizacji dwóch miejsc pamięci: niemieckiej Mitteleuropy i polskiego Międzymorza. Omawiając zmienne w  czasie znaczenie obu miejsc pamięci dla tożsamości Polaków i  Niemców, autor stwierdza, że jako koncepcje polityczne czy obszary cywilizacyjne mają one swoje miejsce w  archiwum dziejów; współcześnie natomiast mogą wieść żywot tylko jako metaforyczne czy kulturowe punkty odniesienia (s. 258). Zamykający „konteksty europejskie” esej na temat koncepcji europejskich niemieckich intelektualistów w stuleciu po I wojnie światowej nawiązuje do toczonych w ostatnich latach w Niemczech debat na temat przyszłości integracji europejskiej, szczególnie po rozszerzeniu Unii Europejskiej o  państwa Europy Środkowo-Wschodniej w 2004 roku. Książkę zamyka epilog, w  którym autor stawia pytanie o  europejskie Prusy. Przejawem europejskości Prus jest dla Leszka Żylińskiego fenomen Wspólnoty Kulturowej i Fundacji „Borussia”, której poświęca końcowy esej. Fenomen ów polega wg autora na szczęśliwym i inteligentnym połączeniu regionalizmu i uniwersalizmu. Wziąwszy w posiadanie małą ojczyznę poprzez poznanie, akceptację i  sukcesję jej historii borussianie otworzyli się na różnorodność postaw i  kultur. Otwarty regionalizm owocuje otwartością na świat, powoduje, że na przysłowiowej prowincji tworzy się przestrzeń dyskusji publicznej i  pewien kulturowy biotop, który jest ciekawy także dla innych. […] Przez wszystkie lata działalności „Borussia" konsekwentnie szła wytyczoną drogą. Od czujnego poznawania duchów przeszłości obcej (z początku) ziemi poprzez emancypujący dialog o tejże historii z  innymi jej mieszkańcami oraz konfrontację z  odmiennymi wzorcami pamięci przekształciła się w  instytucję trwale wpisaną w  północno-wschodni rejon Polski i  otwierającą dodatkowe możliwości uczestnictwa w  europejskim dialogu kultur. Owocne trwanie i rozwój takich organizacji stanowią jednocześnie o jakości tkanki społecznej w Polsce. (s. 316-317)

213


Rafał Żytyniec

Reasumując, należy stwierdzić, że najnowszy tom esejów Leszka Żylińskiego, którego osią tematyczną są dzieje i kultura Prus, podejmuje wiele ważnych i  istotnych kwestii z  punktu widzenia historii Niemiec, historii polsko-niemieckich wzajemnych oddziaływań (Beziehungsgeschichte) oraz historii Europy ostatnich trzech stuleci. Autor w  pełni wykorzystuje możliwości formy eseju, przedstawiając opisywane zjawiska w  sposób przystępny, a  zarazem intelektualnie głęboki, z  jednoczesnym zachowaniem spojrzenia wieloperspektywicznego. Żyliński nie stroni przy tym od formułowania własnych sądów i  stawiania ważnych dla czytelnika pytań. Książka toruńskiego germanisty wskazuje ponadto na wiele deficytów w  polskiej historiografii na temat Prus. Wiele z  opisywanych przez autora zjawisk pozostaje ciągle jeszcze w  Polsce mało znanych (np. postaci życia literackiego Prus w  XIX wieku). Wynika stąd pilna potrzeba opracowania nowoczesnej monografii historii Prus, która uwzględniłaby wypracowane w  ostatnich latach przez polskich i  niemieckich historyków transnarodowe postulaty historii wzajemnych oddziaływań. Pozycja taka mogłaby z  powodzeniem zastąpić aktualną i  wznawianą jeszcze do dzisiaj, lecz jednak leciwą już monografię Stanisława Salmonowicza „Prusy. Dzieje państwa i  społeczeństwa” (pierwsze wydanie w  1987 roku). W  tym sensie zbiór tekstów Leszka Żylińskiego można również potraktować jako wiele interdyscyplinarnych odniesień metodologicznych dla dalszych prac nad koncepcją wspomnianej wyżej monografii czy też ogólnie dla badań nad historią Prus i  relacji polsko-niemieckich. Na marginesie dodajmy, że pierwszą jaskółką zmian w  tym zakresie będzie na pewno zapowiadany na 2015 rok tom „Prusy – mit i rzeczywistość” (koncepcja, opracowanie i wstęp Andreas Lawaty i Hans-Jürgen Bömelburg), mający się ukazać w  ramach wydawanej przez Huberta Orłowskiego „Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej”. Na koniec jedna krytyczna uwaga. Nieco mylący (w  sposób pozytywny) wydaje się podtytuł książki: „Szkice o  tożsamości narodowej Niemców”. W  zbiorze esejów Leszka Żylińskiego również społeczeństwo polskie odnajdzie wiele elementów swojej tożsamości, kształtowanej najpierw przez istniejące realnie, a w ostatnim półwieczu przez Prusy jako jedno z najważniejszych miejsc polskiej pamięci zbiorowej. Rafał Żytyniec

214

Leszek Żyliński, Od Prus do Europy. Szkice o tożsamości narodowej Niemców, Toruń: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2014.


Robert Traba

Koniec żałoby? Głos pokolenia postświadków

Każde pokolenie doświadcza zwrotu pamięciowego. Wraz z odchodzeniem pokolenia świadków tragedii pamięć indywidualna przechodzi w  posiadanie następnych pokoleń – postświadków. Oni też muszą sobie poradzić z  dziedzictwem swoich rodziców i  dziadków. Ten fenomen opisuje Anna Janko, gdy pisze w „Małej Zagładzie”: Właśnie około pięćdziesiątki człowiek zaczyna się bardzo mocno oglądać za siebie. Tyle że uniwersalne zjawisko w  wydaniu autorki skupionej bardzo na osobistym doświadczeniu przybiera rodzaj głosu pokolenia. Jej JA, w różnym wymiarze i skali przeżyć, można zastąpić MY: My już to wszystko raz wiedzieliśmy. W polskiej socjalistycznej szkole nie robiono tajemnicy ze zbrodni Hitlera. Dzieci powinny były mieć świadomość, od jakich rzeczy uwolnili nas żołnierze radzieccy i kto jest naszym wiecznym wrogiem. Janko jest jednak w  jednym inna. Ona nie tylko ulegała zideologizowanej edukacji „antywojennej”, która większość z  nas odrzucała od wiecznych ofiar, martyrologii, poświęcenia itp. W  odwrotności do większości z  nas słuchała swojej matki. Przeżywała jej życie i  łapczywie chłonęła wszystko, co związane było z  rodzinną tragedią we wsi Sochy, pierwszego czerwca 1943 roku. To, co wydawało się jej prawie chorą świadomością (świadomość się rozszerzała do chorych rozmiarów), w  rzeczywistości było próbą przeżycia i  zakończenia okresu żałoby. Nie własnej, lecz żałoby jej matki przeniesionej również na nią po stracie całego realnego i  wyobrażonego świata. Swoją książką Anna Janko kończy ten okres dla siebie. Składa go w  ofierze swojej matce-córce, jak sama definiuje relacje z matką. Obie uwalniają się od wielkiej, dręczącej je całe dziesięciolecia traumy: Zabrałam ci twoją historię, mamo, twoją apokalipsę. […] Dziś może więcej jej we mnie niż w  tobie. […] Co mam z  tą naszą historią zrobić teraz? Moje dzieci jej nie chcą. Włożę ją w szczelnie zamknięte akapity. Żeby się już ani dym, ani języki ognia, ani łzy nie pokazywały. I żebyś jej nie musiała zabierać na tamten świat. Po wszystkim napiszę słowo: „koniec”.

215


Robert Traba

„Mała Zagłada” nie kończy się na osobistym doświadczeniu autorki. Po II wojnie światowej Polacy nie mieli jako społeczność możliwości przeżycia żałoby po najbliższych. Książka Janko opisuje proces nieprzeżytej i nieprzepracowanej żałoby. Jest dla mnie autentycznym głosem pierwszego pokolenia postświadków tragedii. Odblokowuje normalną (nie ideologiczną) potrzebę opowiadania o balaście wojennych doświadczeń przeżytych przez naszych rodziców, pozwala odzyskać zdolność do krytycznej refleksji i działania (Anna Zeidler-Janiszewska). Są w  niej porażające liczby ofiar, jeszcze straszniejsze opisy zdarzeń, fizyczne i  psychiczne cierpienia ludzi (głównie dzieci) doświadczonych przez machinę ludobójstwa. Tak sucho można by wyliczać, by na końcu wykrzyknąć: Znowu! Przecież „my już to wszystko raz widzieliśmy!”. Nie. Na tym polega siła narracji wyzwolonej z  udowadniania, piętnowania, oskarżania i przepraszania. Anna Janko budując swoją opowieść na dialogu z matką, dialogu ze sobą, czasami przechodząc w  formę antyczno-biblijnej lamentacji, pozostaje przede wszystkim autentyczna, poruszająca w potrzebie dotarcia do istoty prawdy. Tej najokrutniejszej. Przywoływanie detali niemieckiego mordu na mieszkańcach Soch nie służy emanacji okrucieństwa i zła, lecz zrozumieniu, dlaczego tak się stało, jak można żyć z takim życiowym balastem i jak się z niego wyzwolić. Nie chodzi też o  narodową konkurencję ofiar, która może prowadzić do pustej retoryki „wielkiej liczby” (w  sensie „im więcej, tym lepiej”), lecz o  uświadomienie sobie, że oprócz biologicznego unicestwienia i  zniszczenia materialnych podstaw kultury okupacja to codzienne przeżywanie strachu, poniżanie godności ludzkiej, demoralizacja, psychiczna degradacja jednostki, patologie społeczne czy fizyczny wyzysk. Ci, co zginęli, nie mieli szansy przekazać swojej opowieści. Ci, co przeżyli, nigdy nie mieli szansy na realne, psychologiczne przepracowanie traumy. Następne pokolenia odziedziczyły nieprzerobiony balast tragicznego doświadczenia. Bez poznania tych procesów trudno oczekiwać empatii, zrozumienia i pojednania. Książka Anny Janko wpisuje się w jeden z najważniejszych europejskich nurtów nowego przepracowania tragedii II wojny światowej w  duchu zrozumienia i  dialogiczności. Jedno z  pól tej dialogiczności wyznaczył przed kilku laty Timothy Snyder w  artykule „Przyczynowość kommemoracyjna”:

216

Spróbujcie wyobrazić sobie historię Holokaustu – pisał w jednym z  artykułów – w  której zostałoby odnotowane, że na terenach, na których miał on miejsce, zostało zabitych osiem milionów nie-Żydów w okresie, kiedy Hitler był u władzy, zanim nastąpiła masowa eksterminacja ludności żydowskiej lub równocześnie z nią. Jeżeli brakuje tej wzmianki, czytelnik zostaje pozbawiony podstawy do dociekań nad innymi mechanizmami przyczynowymi masowego zabijania, które mogły być aktywne w  danym miejscu i  czasie. Jednak fundamentalnym problemem narratologicznym […] jest nieobecność lokalnych tekstów, nieobecność źródeł w  miejscowych językach. Jeżeli źródła niemieckie ukazują schyłek i  upa-


Recenzje

dek cywilizacji, to nieobecność źródeł w językach jidysz, polskim czy rosyjskim powoduje, że unicestwienie władających nimi jednostek i  społeczeństw okazuje się nieistotne dla historii. Tadeusz Różewicz w filmie Piotra Lachmana „Moje pojednanie” (2014) odniósł się po latach do wstrząsającego swą prostotą opisu zbrodni w wierszu „Warkoczyk”: Pod czystymi szybami leżą sztywne włosy uduszonych w komorach gazowych w tych włosach są szpilki i kościane grzebienie […] W wielkich skrzyniach kłębią się suche włosy uduszonych i szary warkoczyk mysi ogonek ze wstążeczką za który pociągają w szkole niegrzeczni chłopcy Poeta nie chciał używania metafory dla opisu ZŁA. Metafora uniwersalizuje, wzbogaca, pogłębia, a  jednocześnie zwiększa dystans autora do odbiorcy: Chciałem poezji bezwymiarowej. Głos Anny Janko to proza bez metafory i bez dystansu wobec czytelników. Wyrywając nas z melancholii, histerycznego samobiczowania własną ofiarą, otwiera drogę do dialogu z nieprzepracowaną przeszłością. Robert Traba Anna Janko, Mała Zagłada, Kraków: Wydawnictwo Literackie 2015.

Sochy Wieś Sochy położona jest koło Zwierzyńca na Zamojszczyźnie. 1 czerwca 1943 roku specjalne oddziały niemieckiego Wehrmachtu i SS w odwecie za domniemaną współpracę mieszkańców z partyzantami dokonały brutalnej zagłady wsi. Zabito około 200 mieszkańców. Wieś zbombardowano i spalono. Podobny los w latach 1943-1944 spotkał ponad 100 wsi na Zamojszczyźnie. Dziś powoli zdarzenia w Sochach przywracane są pamięci i przypominane w kontekście zbrodni w Lidicach i Oradour-sur-Glane.

217


Anna Łozowska-Patynowska

„Odpominanie”, „przerozmawianie”, wciskanie przeszłości „między akapity”

„Mała Zagłada” Anny Janko to książka niezwykle sugestywna. Oddziałuje na czytelnika w sposób ambiwalentny. Z  jednej strony zmusza go, by do ostatniej linijki nieprzerwanie śledził opisywane historie nękanych ludzi, z drugiej strony bardzo sugestywnie przedstawia wydarzenia i  każe czytelnikowi przerywać w  pewnych momentach lekturę tekstu. Prowadzona w  ten sposób opowieść o losach dzieci w czasach wojny, przedstawiona w różnych wymiarach, przyciąga i  odpycha. Zmusza do przyjęcia wizji świata, który już przeminął, ale który w  każdej chwili może powrócić.

218

Anna Janko rozpoczyna od rozmowy z matką. Dotyczy ona strasznej historii jej niespełnionego dzieciństwa. Tak jak średniowieczni autorzy, tak i  Janko w  rozdziale „Początek” inicjuje pozorny dialog, który w  rzeczywistości jest monologiem. Chce nawiązać rozmowę z  matką, która wydaje się być już niedostępna. Ale chwilami matka jeszcze odżywa, właśnie w  tych momentach, gdy bohaterka drąży temat. Autorka tekstu inicjuje swoją opowieść pocieszenia, od załagodzenia stanu matki, który jest krytyczny. Jej matka pozbawiona została podstawy rozwoju: własnego dzieciństwa i rodziców. To tak jakby wyrwano jej z rąk życie, a ona nie dostała za to żadnej rekompensaty. W rzeczywistości matka i córka przeżywają tę samą historię. Natomiast Anna wyraża prawdę o  sobie, o  swojej niespójności i  niewystarczalności wobec świata. Jest to bardzo trudna sytuacja egzystencjalna, którą określa Janko następującymi słowami: Bo między ocaleniem a śmiercią są różne stany przejściowe. Żyjesz w jednym z nich. Matka autorki, a  w  rezultacie ona sama, jej córka Anna Janko, istnieje jako nieistniejąca. Jest ocalałą nie z wyboru, lecz z konieczności. Żyje w świecie, który dla niej już nie jest prawdziwy. Mówiąc innymi słowy, Janko opisuje historię śmierci własnej matki. Dlatego przedstawia umieranie szczególnego rodzaju, które jest znacznie lepsze niż życie. Ma ono charakter odwróconego ars moriendi. Jej matka znajduje się w  nieodwracalnym stanie agonii wewnętrznej, który jest najgorszym z  dokonanych przez psychikę ludzką wyborów, bo uniemożliwia


Recenzje

prawdziwą śmierć. Córka mówi o kresie życia matki, o  jej półżyciu, byciu martwym na jawie (o  takim procesie wspominał przecież Adam Mickiewicz w  utworze „Gdy tu mój trup…”). Janko w  następujący sposób charakteryzuje matkę: jesteś figurą bólu. Renia jest jedną z  wielu ocalałych po tej rzezi, dla których nie istnieje nic poza dręczącym kompleksem uniknięcia śmierci z  jednoczesną świadomością utraty życia. Jej osoba jest wypadkową niespełnienia siebie, człowiekiem wyrwanym z właściwej egzystencji, i z tego powodu okazuje się być istotą żyjącą w poczuciu wiecznego lęku. Dzięki postaci swojej matki Janko próbuje przedstawić istotę ludzką również w  jej aspekcie psychologicznym. Stąd wielokrotne i  długotrwałe „dłubanie” w  człowieku dzięki serii wspomnień. Matka Anny Janko, której pogłębiony portret psychologiczny kreśli autorka tekstu, to osoba niepotrafiąca odnaleźć punktów orientacyjnych w  otaczającej ją rzeczywistości. Wydaje się być człowiekiem zanurzonym w  świecie, który nie obroni nikogo przed złem. Janko konfrontuje ze sobą dwa światy, aktualny świat zmiany i  rzeczywistość matki, która nie uległa przeobrażeniu. Aktualny świat nadal jest tym samym piekłem. Przeszłość w  historii opowiadanej przez Janko jest teraźniejszością albo, inaczej mówiąc, jest równorzędną opowieścią względem zdarzeń aktualnych. Autorka tekstu i  jej matka nie ożywiają przeszłości, nie pozwalają jednak przeszłości umrzeć. Dla matki bowiem czas miniony to jedyna aktualność, jedyny czas realny. Dlatego w bocznym korytarzu czasoprzestrzeni istnieje matka. Trwa ona w  stanie pseudożycia, życia utajonego, w  ciele istoty obojętnej na wszystko. Janko opisuje proces unicestwienia człowieka, a  paradoksalnie jego rewolucję światopoglądową, wywrócenie świata do góry nogami. Ale ta rewolucja mentalna, trauma przeszłości ukazana została jako ewolucja, ponieważ autorka utworu o  charakterze autobiograficznym szczegółowo i  małymi krokami postanawia dotrzeć do zdarzeń przeszłych. Janko rozkopuje grób dawno zasypany przez czas, mogiłę, która uwięziła jej matkę w klatce własnego niespełnienia. Ewolucja postępuje w  odwrotnym kierunku przez retrospekcję, wielokrotne reminiscencje zakończonego dawno koszmaru egzystencjalnego, podbudowane głęboką egzemplifikacją historii wielu innych ludzi mających podobne doświadczenia. W ten sposób czas cofa się, a świadomość nieodwracalnego losu bardzo powoli wzrasta w jej matce. Matka pomalutku i nieznacznie powraca do żywych, a jej córka co jakiś czas diagnozuje jej kondycję, która wydaje się być gorsza niż na samym początku. Dlatego najważniejszy problem w „Małej Zagładzie” to pamięć i  funkcja wspominania. Janko opisuje swoją symboliczną chorobę – uczulenie na świat, w którym jej matka doznawała traumy. Anna jest wyrzutem sumienia matki, skrywaną niechęcią do przestrzeni, w  której nagle zakończyło się wszystko. W  jej ujęciu jest to świat, który chyli się ku kresowi. Do przestrzeni nagłego rozpadu powraca matka bardzo często, wciąż rozpamiętując ten czas, omawiając wydarzenia z  różnych perspektyw. W  rozdziale „Poranki dnia pierwszego” Janko pisze: Twoja pamięć zetlała i  tyle z  niej uszło. […] Musimy razem usiąść i  odpomnieć, ile się da. Historia „odpominania” to nie moment przypominania ani zapominania. „Odpominanie” to w  pewnym sensie wypieranie treści przypomnianych, tracenie, które jest tym samym zyskiwaniem siebie

219


Anna Łozowska-Patynowska

dawnej. Przypominanie tamtego świata pełni funkcję ocalania prawdy o przeszłości. Nie chodzi tu tylko o  samo ponowne przeżycie bólu, ale o  nauczenie przyszłych pokoleń uniknięcia tego doznania. Dlatego córka Reni decyduje się na brutalne wejście w  dawny świat bólu, mówiąc: musimy to wyrozmawiać, przerozmawiać na wylot, pisze Janko. To tak jakby mówiła, że należy opowiedzieć wszystkie możliwe historie, ukazać każdą ze stron, by wypowiedzieć siebie do końca, wykrzyczeć prawdę ostateczną, która nie wydawała się przez długie lata potrzebna. W tym celu na gruzach przeszłości tworzy własną historię o człowieku. Gdy czytamy „Małą Zagładę”, mamy wrażenie, że jest to rzeczywistość somnambuliczna. Tkwimy nadal we śnie, który jest koszmarem dziejącym się naprawdę. A zagłada zdarza się na co dzień w każdym człowieku. Sen ma właściwości ocalające pamięć i  współkreujące naszą tożsamość. Pogłębia traumę, bo jest powtarzalny, zdarza się co jakiś czas, jest cykliczną drogą, wzbudza czujność, wzmacnia napięcie, przeraża. We śnie skrywa Janko teorię odbicia człowieka w człowieku. Janko pragnie tego, aby tekst był schronieniem człowieczeństwa: włożę ją [historię] w szczelne zdania, w zamknięte akapity. Ma on odizolować człowieka od wspomnień, wypowiedzieć do końca, wypełnić go po brzegi prawdziwym ludzkim istnieniem, tchnąć w  niego życie, ocalić przed prywatną zagładą powtarzającą się w  człowieku co jakiś czas. Janko chce nauczyć matkę, a  przede wszystkim siebie, jak należy w końcu żyć w pełni i prawdziwie.

220

Ale autorka „Małej Zagłady” mówi o pamięci jako o fragmentarycznym zanurzaniu się w przeszłości, która zostanie ożywiona w  samym człowieku. I  taki charakter ma również jej książka, będąca melanżem ludzkich opowieści, które, choć zostały ocalone, wolałyby być dawno zapomniane. Opowieści Janko to minitraktaty, obrazki poszczególnych części nadchodzącej ostateczności. W strukturze tekstu Janko dominuje brak układu chronologicznego, wielokrotne dopisywanie dygresji, łączenie ze sobą w całość różnych opowieści. Ten tekst jest sumą zasłyszanych zewsząd opowieści. Córka Reni dochodzi do wniosku, że równocześnie pamięć ocala i pamięć niszczy. Struktura psychologiczna bohaterki, małej dziewczynki doświadczonej przez nagłą metamorfozę świata, jest fragmentaryczna. O  wielu faktach zapomina, niektóre zniekształca. Przeszłość istnieje w  wymiarze zdeformowanym. Bo każdy, Renia i  jej rodzeństwo, pamiętają te same sytuacje inaczej. Zabity ojciec w opowieści Reni leży na plecach, a w historii przedstawionej przez jej brata na brzuchu. Co jest w takim razie prawdą? Janko daje świadectwo tego, że człowiecza pamięć jest zawodna, lecz psychika ludzka uzupełnia jej luki, tworząc własną, jednolitą opowieść. „Mała Zagłada” jest utworem autobiograficznym, bo pisząc o  matce, autorka kreuje siebie, pokazuje poszczególne odsłony swojej psyche. Janko spogląda wstecz w całkiem inny sposób. Patrzy oczami matki, wciela się w jej rolę, stara się współodczuwać, ale jej obserwacja prowadzona jest z „pobocznej” perspektywy. Uważa, że w  jej życiu brakuje właściwego miejsca zakorzenienia. Autorka opisuje proces zapadania się w  sobie, pogrążania się człowieka we własnej podświadomości. „Mała Zagłada” wpisuje się w  zakres tekstów będących fikcją wydarzeń


Recenzje

ściśle rzeczywistych. Jest to autofikcja (Serge Doubrovsky, Anna Turczyn), fragmentaryczna opowieść stanowiąca całość, w której wiele jest prawdy, ale opowieści zasłyszane przez Janko niosą w  sobie również możliwość braku tej autentyczności. Mimo wielokrotnych prób weryfikacji przeszłości pozostajemy tylko w sferze domniemania. Janko jest pewna, że jej matka nie posunęłaby się do zwykłej mistyfikacji. Ale nie może sprawdzić innych historii. W nich właśnie tkwi trochę nierealności. Nie znaczy to jednak, że autorka tekstu nas oszukuje. Ona po prostu mówi o  wszystkim, co inni kiedyś powiedzieli na temat traumatycznego doświadczenia wojennego. W  mówieniu, w  procesie artykulacji przeszłości tkwi możliwość ujrzenia aksjomatu prawdziwości. Bo według niej prawda istnieje, lecz nie wiadomo, w  którym miejscu. Dlatego Janko waży prawdę, testując możliwości obciążenia ludzkiego sumienia. Wyzwanie, które podejmuje, to skomplikowana próba oceny ludzkiej wrażliwości, czyli tego, ile jesteśmy w stanie znieść, i  co stanie się z  człowiekiem, który przekroczy granicę swojej wytrzymałości, na ile nasze ciało jest silne i  na ile dusza jest mocniejsza lub słabsza od niego. Janko chce obejrzeć człowieka w  całości, dostrzegając również jego skomplikowane wnętrze. Jednocześnie zastanawia się nad pamięcią, nad imionami tych, którzy zginęli. Wspomina niektóre osoby, podkreślając okrucieństwo misternie zaplanowanej przez nazistów zbrodni. Ale imion morderców już nie pamiętamy, może tylko niektórych z  nich. I  wtedy to one stają się symbolem zła. Jedną z cech pamięci jest wypieranie zdarzeń traumatycznych. Janko mówi o tym, że pamięć tasuje i  rozrzuca, nie jest kompletna, ma w  sobie luki, braki. Według autorki: Strach jest rodzajem pamięci. Pisze o zaszczepionym w człowieku lęku, który nie daje człowiekowi szansy na uczestniczenie w świecie i odczuwanie drugiego człowieka, budowanie z nim poprawnych relacji. Strach jest instynktem, a  pamięć jest rodzajem duchowej intuicji, która każe nam czytać świat w taki sposób, by uzasadniać jego zdarzenia przeszłe w oparciu o teraźniejszość. Janko buduje alternatywną rzeczywistość biblijną i  opowiada historię człowieka od jego stworzenia do wyniszczenia duchowego. Druga „Księga Genesis” otwiera opowieść, a „wewnętrzna Apokalipsa” ją zamyka. Ale po każdej zagładzie istnieje możliwość odnowienia świata. Janko dostrzega iskierkę nadziei na restytucję i  ponowne stworzenie hierarchii wartości ogólnoludzkich. Poza tym twierdzi, że kolejna apokalipsa już nie nastąpi. „Mała Zagłada” ma na celu rozprawienie się z  okrutną przeszłością. Pełni funkcję oczyszczającą. To mikroskopijne katharsis, szczątkowe, bo pośrednie wypowiedzenie historii małej dziewczynki. I  dlatego jest to „mała Zagłada”, bo to opowieść o nieludzkim traktowaniu dzieci, których sytuacja z czasów wojennych została pominięta. To katastrofa, która zdarzyła się w świecie małego człowieka. W  oczach dziecka wszystko przecież wygląda inaczej niż z  perspektywy dorosłego. Janko spogląda wstecz, wcielając się w  dziewczynkę z  czasów wojny. I  w  ten sposób może oglądać świat w  skali makro. Inna optyka oglądu rzeczywistości zależy także od wieku dziecka. Zauważa także to, że fakt bycia niedorosłym nie powinien dyskwalifikować nas w  procesie wypowiadania przeszłości. Janko, mówiąc o swojej matce, opowiada zatem o Holokauście, o mordowaniu ludzi na oczach wszystkich dzieci i  odbieraniu życia również im, tak bezbronnym istotom. Dzieci z  czasów

221


Anna Łozowska-Patynowska

otwartych działań wojennych w latach 40. były prześladowane, podobnie jak dziś dzieci albinoskie z Tanzanii. Janko potrafi dostrzegać i  zestawiać ze sobą podobne problemy, ukazując ten sam przypadek, choć w  różnych odsłonach. Albinosów nazywa mięsem duchów. Pojęcie to można przenieść na grunt czasów wojennych w  Polsce, gdy w  obozach koncentracyjnych ginęli ludzie. Obóz chronił albinosów przed złym światem i  był miejscem snucia w  spokoju planów i nadziei, a lagier z czasów II wojny światowej unicestwiał ludzi i człowieczeństwo. Albinosi oraz dzieci doświadczone przez grozę wojny to osoby, które nigdy nie mogły stać się dorosłe albo dorosły po prostu za wcześnie. Zarówno jedne, jak i  drugie mogą zostać uznane za mięso duchów, albinosi dlatego że ich ręce i nogi to dla innych talizmany pozostawione przez przodków, dzieci wojny dlatego że są artefaktem boskiego świata, przeczuciem prześladującym oprawcę, w którym pozostały jeszcze resztki człowieczeństwa. Dziecko to ucieleśnione wyobrażenie arkadii, która ma szansę przetrwać bądź zginąć na naszych oczach. Opowieść Janko jest nierozerwalnie związana z  historią zniszczenia mitycznej krainy szczęśliwości. Dlatego autorka „Małej Zagłady” chce uporządkować chaos, który stworzyła masowa zagłada. W rozdziale „Postscriptum. Porządkowanie masakry” na nowo zasiedla mieszkańców ówczesnych Soch w dawnych domach. W oczach dziecka świat wydaje się jeszcze większy, niż jest. W pamięci dziecka nie zapisują się dokładnie zdarzenia, lecz utrwalane są z jakąś niedookreśloną hiperdokładnością i przenoszone do podświadomości. Dziecko stwierdza, że skoro zniknęła z  powierzchni ziemi jego arkadia, zaginął mit wiecznej szczęśliwości, to nigdy, nawet po śmierci, nie będzie już szansy na uczestniczenie w  raju odzyskanym. A  raj otrzymany na nowo nie będzie już tym samym rajem co ten, który bezpowrotnie został utracony. Dlatego olbrzymi świat, który ma otwierać dziecięcy potencjał po doświadczonej traumie, ulega zniekształceniu i zawężeniu aż do całkowitej redukcji. W psychice ludzkiej występuje bowiem tryb wewnętrznego samounicestwienia i moment zagłady właśnie go aktywuje.

222

„Nie patrz tak na nich, nie patrz” to tytuł rozdziału oznaczający pozornie zwyczajną obserwację. Rozpoczyna się historią chłopca, który ucieka w kierunku lasu, by łapczywie zjeść garść trujących jagód. Jego zachowanie można uznać za absurdalne. Tymczasem próba samobójcza podejmowana przez chłopca wydaje się najrozsądniejszym wyjściem w sytuacji osaczenia przez oprawców. Janko każe zakryć w tym momencie oczy nie tylko czytelnikom, ale i własnej matce, aby i ona nie otrzymała jeszcze większej dawki okrucieństwa. Już w samym akcie patrzenia na męczeństwo dziecka rozpoczyna się apokalipsa, zdarza się na naszych oczach. Janko mówi o zabijaniu niewinności, o podnoszeniu ręki na dziecko podczas wojny. I stwierdza, że zachowania ludzi były wobec nich bardzo różne. Kto miał jeszcze resztki sumienia, ten nadal czuł, że kto zabija jakieś dziecko, trochę też i swoje zabija… Byli też tacy, który celowo planowali morderstwo na tych czystych istotach, i  to przeraża Janko najbardziej. Autorka nie tylko próbuje odpowiedzieć na uniwersalne pytanie: unde malum?, ale także pragnie scharakteryzować różne przejawy zła, by oczyścić siebie i  swoją mat-


Recenzje

kę z bezlitosnej świadomości uczestnictwa w katastrofie człowieczeństwa. Janko przygląda się również oprawcom tuż po wojnie. Twierdzi, że dawni mordercy najbardziej bali się samych siebie. Tak naprawdę ilustruje „efekt lucyfera” (Philip G. Zimbardo), stan, w  którym człowiek znajduje się w sytuacjach ekstremalnych. Janko przytacza różne opowieści o „dobrych” i „złych” Niemcach, tych, którzy mieli serce, a także tych, którym go stanowczo zabrakło. Autorka wyznacza granicę między ludźmi i  nie-ludźmi, między zaangażowaniem a  obojętnością. W  pewnym sensie tworzy uniwersalny mit człowieczeństwa, który ulega degeneracji. Pisze: Mit jest ludziom bardziej potrzebny niż prawda. Bo daje nam wiarę w to, że historia świata dąży ku przezwyciężeniu zła. Mit ocala tak naprawdę fałsz, który niesie nam ratunek przed samym sobą, przed własnym złem. Według Janko jest on bardzo wygodny. O  ile pamięć rozporządza ułamkami wspomnień, mit gromadzi skrawki historii o człowieku i łączy je w jedną opowieść o istocie ludzkiej jako o stworzeniu idealnym. Janko zauważa różnicę między teoretycznym aspektem człowieczeństwa akcentującym jego fenomenalność a  faktycznym stanem jego natury, która jest obłudna i  nieprzewidywalna. Autorka „Małej Zagłady” uważa, że jesteśmy po prostu ludźmi i tylko od nas zależy, w jaki sposób zrealizujemy swoje człowieczeństwo. Janko twierdzi, że kiedy na oczach dzieci giną ich rodzice, to również i cały świat zostaje unicestwiony, a  w  dziecku powstaje rana nie do wygojenia. Przestaje istnieć sens ludzkiej egzystencji, bo traci źródło swojego pierwotnego zakorzenienia. Rezygnują z  bycia dziećmi, tracą swoją niewinność, przechodząc do stanu racjonalnego przetwarzania bodźców zewnętrznych. Dzieci pozbawione rodziców stają się w  jednej chwili dorosłe, a  świat uczuć zostaje zawieszony. Pozostaje tylko zdroworozsądkowość, trzeźwe patrzenie na otoczenie i  drugiego człowieka, który może zostać uznany tylko za agresora. W  świecie tego człowieka najbardziej boli niepewność o  jego kondycję oraz sens własnej obecności w  świecie. Janko mówi o  mechanizmie zabijania i ginięcia jako o procesie, który jest awersem i rewersem tego samego stanu: strachu. Nie jest do końca tak, że oprawca jest niewinny, ale Janko podkreśla źródło jego przewinienia, które nie znajduje się bezpośrednio w nim samym. Jest poboczne. Dlatego nielogiczne zachowania znajdują w  obliczu tych rozważań jasne wyjaśnienie, wszyscy jesteśmy tylko marionetkami w  teatrze, a  ktoś mający nad nami władzę porusza sznurkami, które każą nam czynić nawet to, czego nie chcemy. Janko mówi także o  czarnej pedagogice, czyli wychowywaniu dziecka przez przemoc. Ilustruje to bogato przykładami, które przyprawiają czytelnika o nieprzyjemne dreszcze i przewlekły ból w żołądku. Janko próbuje zracjonalizować Holocaust, pokazując schizofreniczne stany nazistów, którzy z  jednej strony byli bezlitosnymi wykonawcami wyroków, i w tym momencie wygaszali swoje uczucia, z drugiej strony byli ciepłymi, kochającymi swoje rodziny mężami i ojcami. To tak jakby byli przełączani naprzemiennie raz w jeden, potem w drugi stan. Zło to kluczowy problem człowieka. Człowiek, rozniecając w  sobie iskierkę zła, nie boi się wejść w  ogień całkowitej nieprawości, zagłuszyć w  sobie najcichsze głosy swojego sumienia.

223


Anna Łozowska-Patynowska

Ale, jak twierdzi Janko, są ludzie, którzy nigdy nie podejmą takiego wyzwania, nie przeciwstawią się sobie, nie sprzeciwią się daimonionowi. Janko zaczyna rozumieć, że człowieczeństwo może ulec nie tylko spłaszczeniu i wykrzywieniu, ale i  całkowitemu unicestwieniu. Tego powinniśmy się bać najbardziej. Anna Łozowska-Patynowska

Anna Janko, Mała Zagłada, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2015.

224


Iwona SMOLKA

Chwytając paradoksy istnienia

Wszystko jest warte zapisu i utrwalenia. Dla Macieja Cisły nie ma rzeczy nieważnych, wydarzeń, które można pominąć. Wiadomo, że: Drobiazgi, pożywny plankton zdarzeń każą patrzeć, słuchać, dotykać. Ktoś kicha, ktoś pcha wózek, a jeszcze czuć Zapach młodego żelaza. To się jakoś samo układa w pełny dzień. Poeta spontaniczny, jeden z tych, którzy są wolni od schematów myślowych, nie przyjmuje do wiadomości gotowych sądów ani opinii, także schematów społecznych. Luzak, który bawi się skojarzeniami, bo przecież w metaforycznych obrazach, w porównaniach ukrywa się bogactwo życia. Dać wyraz temu rozproszonemu światu, uchwycić jego paradoksy, zobaczyć w nim samego siebie od wielu lat jest zadaniem tej liryki. Nie ma gotowych formuł na poezję. Ona ma być odkryciem czegoś nowego. Jest nieoczywista jak samo życie, zaskakująca w swojej wędrówce od myśli do myśli, od konkretu do abstrakcji. Maciej Cisło, autor wielu tomów wierszy, zbioru esejów zatytułowanego „Błędnik”, krytyk literacki, jest twórcą niezwykle różnorodnych gatunkowo utworów. W tym najnowszym tomie znajdziemy obok żartu lirycznego prozę poetycką, obok sentencji i aforyzmów – sielankę i lirykę miłosną. Myślenie tego poety opiera się na paradoksie, jest tropicielem sprzeczności, które składają się na nasze życie i postrzeganie świata. Wiele tu pytań ontologicznych, wiele rozmyślań o naturze człowieka, a także o istnieniu-nieistnieniu Boga. Twierdzenie natychmiast wywołuje zaprzeczenie, powaga zamienia się w żart, każdy dowód może zostać podważony, tak jak to się dzieje w wierszu „Dowód na istnienie muzyki”. Dowodem na istnienie muzyki jest słuch muzyczny. Dowodem na istnienie Boga jest słuch Boga. (Głuchemu człowiek muzyczny wydaje się komiczny,

225


Iwona Smolka

bo słyszy to, czego nie ma przecież, Boga słyszy, muzykę, a w końcu może i sam słuch! Nonsens). Mikołaj Sęp Szarzyński pytał w XVII wieku, kim jest owo ja rozdwojone w sobie. To samo pytanie zadaje Cisło, pisząc: Biję się z myślami, jakbym miał nie jedną, ale dwie dusze. Kim jest ja – w jednej, wyjątkowej chwili i zarazem pamiętający wydarzenia sprzed wielu lat? Kim jest mówiący I pragnę jednocześnie bezpieczeństwa i przygody, niewzruszonych praw oraz wolności od nich. Żyjąc – umieram – umierając – osiągam żywot wieczny. Na to pytanie odnajdziemy w tym tomie wiele sprzecznych odpowiedzi. Jedno stwierdzenie wydaje się być ważne – istnienie, a raczej „zaistnienie”, musi być usprawiedliwione przez wykonany los i powołanie. Pytanie o tożsamość łączy się w tych wierszach z niezwykle intensywnym przeżywaniem czasu teraźniejszego, zmysłowym odbiorem wszystkich bodźców, które płyną z pejzażu, ale również z książek, muzyki, malarstwa. Poezja tyleż intelektualna, często filozofująca, refleksyjna idzie w parze z niemal ekstatyczną pochwałą istnienia. A przecież „Niższe studia” to nic innego jak uczenie się śmierci i sama śmierć, która zabierze każdego czciciela życia. I raz mówi to poeta piszący o duszy, która w sobie samej pragnie cudowności, raz naturalista potwierdzający wiedzę, że: Życie poluje na siebie, żywi się sobą i użyźnia, rozrywa siebie na strzępy. Jest nieustanną ofiarą i żałobą.

226

Okrucieństwo obok piękna, świętość obok brutalności, czystość obok brudu – tak postrzegany jest świat w tych wierszach. I w tym wszystkim pojawia się zasadniczy dla tej twórczości wers: Jak brzmi pytanie, jeżeli wszechświat jest odpowiedzią? Jest to pytanie, tak sądzę, o istnienie lub nieistnienie Boga, o krótki czas naszego życia. W czasie owych studiów – niższych niż trawa, które zdać musi każdy, umierając, bardzo ważne jest nasłuchiwanie. W tej poezji jest pełno dźwięków. Rozlega się muzyka, śpiewy ptaków, ludzkie i zwierzęce głosy, zakłócające hałasy cywilizacji, a także brzmi cisza. A rodzaje ciszy to:


Recenzje

milczenie, oniemienie, głusza, bezgłos. Cisza jak makiem zasiał. Cmentarna. Przed burzą. Ogromna jak w katedrze i maleńka jak w kołysce, w której dziecko śpi. Już samo to wyliczenie odwołujące się do porzekadeł, zbitek językowych, do utartych powiedzeń przypomina, że mamy do czynienia z poezją wykorzystującą wszelkie możliwości języka, a jeszcze Cisło powiada: Za granicą języka polskiego żyje wiele nieznanych polskich języ-ków obcych. Wystarczy nauczyć się słuchać. Często możemy sądzić, że czytamy dziennik poetycki. Odnotowany jest dokładny czas zapisu, miejsce, a nawet pogoda. Zanotowane są ludzkie wypowiedzi i głosy ptaków. Dowiemy się, że: Kszyk pika (taki ptaszek), derka derkacz, kraska wrzeszczy, jemiołuszka skwierczy, lelek łęczy. Opis krajobrazu miesza się z określeniem stanów emocjonalnych, uchwycona w obrazach chwila ma w sobie zapach, kolor i dźwięk. Skupienie i medytacja odsłaniają inną twarz rzeczywistości. Bardzo powoli siedziałem na tarasie, zmierzchałem w zgodzie z krajobrazem w sobie i w ogrodzie. Realizm i nadrealizm, w tej samej chwili odbieranej wszystkimi zmysłami, są połączone, tak jak łączy się krwiobieg ludzki i roślinny. Sentencje i – nazwijmy je – wiersze mądrościowe nie kłócą się z lirykami miłosnymi, jako że według Macieja Cisły wszystko może być wszystkim, a świat jest wciąż stwarzany przez nas – widzów i uczestników. Jest to bowiem jedna z najbardziej subiektywnych wypowiedzi artystycznych. To „ja” = autor, a nie żaden podmiot liryczny, widzę, poruszam się, myślę, przeżywam, odczuwam, wspominam. Poeta, który upodobał sobie paradoks, porusza się po świecie samosprzecznym, lubi również żart językowy, purnonsens, poetykę absurdu. Bawi się, a nam każe się zastanowić nad światem bez przeciwdziałań i przeciwwskazań. „Wierszyk bezsensowny”, a także „Tylopy, dźwiedzie i toperze” oraz „Nieruchome ruchome schody” mają w sobie nie tylko wdzięk, ale również namysł nad ludzkim losem. Śmiech, zachwyt, refleksja, sentencja, aforyzm dopełniają tę różnorodną, bujną przestrzeń poetycką.

227


Iwona Smolka

Ten twórca chętnie posługuje się kolażem, łączy rozmaite cytaty z dzieł poetów i filozofów, tworząc poezję otwartą na dopływy wszelkiej myśli. Lubi, a może nawet podziwia wiersze swojej żony Anny Janko i z ogromną dezynwolturą wprowadza jej zwrotki do swoich utworów. Zachwyci go myśl Stanisława Jerzego Leca i nie omieszka zbudować na niej swojego liryku. Czasami jest to irytujące, czasami daje niezwykły efekt. Przerabia własne wiersze, cytuje samego siebie, żongluje cytatami. Bywa ironiczny i autoironiczny. Obok utworów o wymyślnej formie posługuje się zwykłym notatnikiem poetyckim. Chodząc po mieście, potrafi odnaleźć ukryty sens zwykłych rzeczy. Oto widzimy „Koło i trójkąt”: Dwa poniżone wielkie symbole kosmiczne koło i trójkąt na drzwiach szaletu publicznego. Błazenada i mądrość, czystość lirycznych obrazów, piękno porównań, a obok tego małe dawki dydaktyzmu. I przestrzeń tej poezji trudna do ogarnięcia. Dom ze sprzętami i wszechświat, pejzaż oswojony i zaskakujący swoją odmiennością. Namysł nad życiem, w którym jest miejsce dla Boga i wątpliwości wiary-niewiary. A wszystko to związane z jednym, wyrazistym „ja” – Maciejem Cisłą, poetą niepokornym, który potrafi widzieć i myśleć inaczej, wbrew naszym przyzwyczajeniom. Iwona Smolka

Maciej Cisło, Niższe studia, Szczecin: Wydawnictwo Forma, 2014.

228


Zbigniew Chojnowski

Geopoetyka według Anny Kronenberg1

Kryzys humanistyki jest faktem. Łatwiej go stwierdzić, niż działać na rzecz wyjścia z trudnego położenia. Atomizacja dyscyplin i  zamykanie się w  wąskich specjalizacjach, a  jednocześnie skłonność do nadmiernego czy raczej nieodpowiedzialnego teoretyzowania sprawiają, że humanistyczna praca traci swój przedmiot i  sens. Toteż nie ma innej rady, jak tylko poszukiwać źródeł odnawiających humanistykę. Już nie wystarcza refleksja człowieka nad samym sobą, nad usytuowaniem społecznym, ekonomicznym czy historycznym, sycenie się i zadowalanie nieprzeżywaną i obojętną emocjonalnie mądrością. Potrzebujemy kształtowania i  wypraktykowania nowych, żywych, twórczych, angażujących wielokierunkowo relacji z  pozaosobistą, pozaludzką, nieuświadomioną, przyrodniczą i  kosmiczną rzeczywistością. Postulat wynika z  zapobiegliwości i  widzenia problemów nie z  perspektywy przeszłości i  teraźniejszości, ale przede wszystkim dalszej przyszłości. Przyczyna takiego myślenia wydaje się banalna: chodzi o  uniknięcie globalnej katastrofy, wywołanej przez opartą na wielopiętrowej i  działającej jak reakcja łańcuchowa przemocy, cywilizację ekspansji; nie musi nastąpić zagłada rozumiana ekologicznie (przyroda zapewne da sobie radę bez homo sapiens), może to być tsunami kulturowe, niewyobrażalna reprymitywizacja naszego gatunku. Człowiek, chcąc żyć jako istota rozumnie dążąca do etycznej harmonii, powinien wciąż się rozwijać, pogłębiać, pobudzać wewnętrznie, duchowo i  poznawczo. Zagładzie, degradacji i  anihilacji życia z  przestrzeni i  czasu kultury sprzyja przyzwolenie na prymitywizm zachowań, systemowa amputacja refleksji moralnej, burzenie i zrywanie więzi między ludźmi i szeroko pojętym środowiskiem, hodowla konsumpcjonizmu i  egoizmu, konstruowanie stronniczych i  niesprawiedliwych hierarchii czy też, mówiąc bardziej nowocześnie, globalna produkcja oraz upowszechnianie symulakrów i symulacji. ............................................................ 1 Artykuł powstał w ramach projektu badawczego Narodowego Centrum Naukowego Regionalizm w badaniach literackich: tradycja i nowe orientacje, 2013/09/B/HS2/01132.

229


Zbigniew chojnowski

Ginie zdolność do rozróżniania symbolu od tego, co jest symbolizowane, mapy od terytorium, rzeczywistego od wyobrażonego. Humanistyka więc została zdegradowana do bycia jedną z wielu iluzji, która na dodatek utraciła funkcję bycia w  centrum zainteresowania „opinii publicznej”. Co więcej, utraciła moc sprawczą, nie angażuje w swoje „sprawy” jakiejś dającej się obserwować większości czy skonsolidowanej grupy. Sytuacji zanadto nie przerysowuję. Toteż z  intelektualnym zadowoleniem oddałem się lekturze, napisanej z  entuzjazmem, znawstwem i  pasją, książki Anny Kronenberg „Geopoetyka. Związki literatury i  środowiska” (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2014). Niedawno pod tym samym głównym tytułem ukazała się obszerna rozprawa Elżbiety Rybickiej „Geopoetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich”2. Krakowska autorka przeprowadziła swój wywód w  ramach topograficznego zwrotu w  badaniach literackich, natomiast łódzka3 pod znakiem mocno zaakcentowanych idei ekologicznych i z nią powiązanych (jak np. feminizm). Lista różnic jest dłuższa, wynikają one m.in. z przyjęcia przez Kronenberg i  Rybicką całkiem odmiennych stanowisk wobec geopoetyckiego pisarstwa-działalności twórcy terminu „geopoetyka”, Kennetha White’a. Kronenberg nie poprzestaje na zainspirowaniu się jego ideą, lecz jest w  pełni świadomą jej głosicielką, interpretatorką i wdrożycielką (dokumentuje to aneks, zawierający zapis z przeprowadzonych warsztatów geopoetyckich z „zielonego” pisania). Łódzka badaczka daleko wykracza poza zagadnienia literackie, widząc je w kontekstach historyczno-kulturowych i w zgodzie z prądami umysłowymi, kształtującymi się na zachodzie Europy w  ostatnim półwieczu. Można by rzec, że Anna Kronenberg przyswaja i  upraktycznia myśl White’a, widzi ją jako projekt metodologiczny odwróconej antropologii stosowanej. Chodzi o to, że poniekąd próbuje przeciwstawić się skutkom podbojów i kolonizacji, wpłynąć na procesy dokonujące się w  myśleniu, które nie umacniałaby tradycyjnych wpływów europejskich, lecz umożliwiałyby rozpoznanie danej kultury „tubylczej”, przywrócenie jej naturalnego i  holistycznego ładu w wymiarze przyrodniczo/geograficzno-duchowym.

230

Autentyczne przeżywanie i doświadczanie miejsc, natury (nie jako obiektu, lecz podmiotu) na całym globie ma wywołać transgresję ludzkości, która przez tysiąclecia hołdowała prawu bezwzględnej dominacji (Kronenberg jako ekofeministka ten utrzymujący się stan rzeczy kojarzy z patriarchalizmem). White w  ujęciu Kronenberg swoim dorobkiem nie tyle ilustruje, ile realizuje „życiopisanie”, życiobadanie, „nomadyzm intelektualny”, ponieważ praktykuje styl istnienia, w  którym strona ............................................................ 2 Kraków: Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, 2014; zob. też Z. Chojnowski, Geopoetyka według Elżbiety Rybickiej, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2014, nr 54, s. 280. 3 Zob. A. Kronenberg, Kenneth White: geopoetyka – dopływ w rzece zmian, Borussia. Kultura. Historia. Literatura, 2014, nr 54, s. 28.


Recenzje

faktyczna, zmysłowa (chciałoby się powiedzieć: dotykowa) zbiega się nieodparcie z mentalną, wewnętrzną, refleksyjną, poznawczą. W  ten sposób odnawia się przymierze człowieka z  realnością, wyznaczoną przez jego indywidualne, osobiste zdolności do przeżywania i  doświadczania, a jednocześnie ekosystem i biosferę. Przezwyciężenie, a  nie kultywowanie iluzjotwórczych, fałszujących świadomość pojęć, klasyfikacji, opozycji jest możliwe poprzez praktykowanie nowych relacji człowieka z  Ziemią, dlatego Kronenberg, dzieląc się swoim rozumieniem geopoetyki, formułuje wiedzę geopoetycką na kształt zadań do wykonania, jak np. w rozdziale o „zielonym” pisaniu i czytaniu. Autorka organizuje czy też projektuje i  wypunktowuje kierunki i  cele badań nad związkami literatury i  środowiska. Trzeba zredefiniować związki człowieka i  środowiska, krytycznie odczytać tradycję starożytną, judeochrześcijańską, współczesną (modernistyczną i  postmodernistyczną), dokonać krytyki antropocentryzmu i patriarchatu, opracować zagadnienia: natura/ kultura/płeć – wpływ płci na relację ze środowiskiem przyrodniczym i  ze zwierzętami oraz na sposób ich przedstawiania (ekofeminizm), „odzyskać” dziedzictwo i wiedzę rdzennych mieszkańców; śledzić etykę relacji między ludźmi i  zwierzętami (animal studies), ludzi i  środowiska, poznawać literackie przedstawienia miejsc geograficznych i  przyrody. Kronenberg stawia też pytania: jak literatura i kultura utrwalają reprezentacje Natury oraz jaki mają wpływ na dewastację planety. Z  ponawianych jakby wciąż od nowa i  uszczegółowianych kwestii, propozycji, wniosków, postulatów wyłania się projekt humanistyki ekologicznej, której praktykowanie powinno zamieszkiwanie na Ziemi uczynić delikatniejszym, piękniejszym. Idea Kennetha White’a, jak udowadnia badaczka, nie jest wyizolowana ani diachronicznie, ani synchronicznie, ponieważ ma swój początek w  romantycznym światopoglądzie, a  następnie w  ruchach intelektualno-ekologicznych ostatniego półwiecza (romantyzm wciąż trwa!); bierze się z wiary, że można uzyskiwać wiedzę niezależną od dominujących dyskursów – krytycy „geopoetyki” White’a  znajdują na tej podstawie przesłanki do lokowania jej wśród konceptów utopijnych. A  przecież daje ona asumpt do refleksji nie tyle inter-, ileż transdyscyplinarnej, łączy bowiem literaturę z  geografią, geologią, etnografią, onomastyką, meteorologią, zoologią, botaniką, filozofią itd. Wśród polskich romantyków byli tacy, którym nieobce było systematyczne interesowanie się dziedzinami wyżej wymienionymi (np. Seweryn Goszczyński, Wincenty Pol, Cyprian Norwid). Kronenberg krytycznie ocenia stan transdyscyplinarności, zwłaszcza w  odniesieniu do tej o  orientacji ekologicznej, w  Polsce. Sumuje: na gruncie krajowych badań nad literaturą kierunki związane z  ekologią dzielą czasem los, jaki spotkał prace Kennetha White’a, którego dorobek zdeprecjonowano, zanim jeszcze został poznany.

231


Zbigniew chojnowski

Badaczkę obrusza to, że zainspirowane przez intelektualnego nomadę poszukiwania odeszły od jego idei, a stały się „literacką geopolityką”, pod którą kryją się: polityka miejsca i  pamięci czy nowy regionalizm. Kłopot z  wykluczeniem polityczności w  polskim (nie tylko) literaturoznawstwie jest problemem ponadgeopoetyckim i  w  tej sprawie nie upatrywałbym złej woli u  badaczy; filtrowanie wyników badań przez politykę stanowi w  Polsce „przezroczystą” przypadłość humanistów. Toteż, owszem, polityzacja idei White’a jest początkiem rozminięcia się z nią. Zasadnicza w  geopoetyce jej twórcy jest przypisanie kluczowej roli poezji, a  właściwie poetyckiemu stosunkowi do świata. Można więc rzec, że „geopoezja” do pewnego stopnia jest terminem, stawiającym poezję u  jej źródeł. Widzieć poetycko znaczy bowiem dotykać w  takim czy innym przejawie życia i  środowiska przynależność do Ziemi i  Kosmosu, odkrytą przez osobę w  wymiarze jednostkowym, co nie znaczy egoistycznym lub nieodpowiedzialnym. Powrót do Natury, jej otwieranie w  geopoetyckim projekcie prowadzi do duchowości zorientowanej na niedający się niczym oszukać lub zmanipulować szacunek wobec Życia jako fundament odrodzonej ludzkości i tworzonej przez nią kultury. Anna Kronenberg swoje ideowe i  metodologiczne credo wywiedzione z  pism Kennetha White’a  demonstruje, referując wyniki dociekań nad twórczością Mariusza Wilka, Kazimierza Brakonieckiego oraz Teresy Podemskiej-Abt, Anny Frejlich i Janiny Katz. Analizy dzienników Wilka, nazwanych „książkami-tropami”, pozwalają dostrzec w  nich liczne analogie z geopoetyckim postępowaniem White’a, polegającym na „otwieraniu” geograficznie zdefiniowanego świata, ale również liczne niezgodności. Ujawniane są tym samym pewne predyspozycje i  zahamowania, uniemożliwiające Mariuszowi Wilkowi stanie się w  pełni geopisarzem, np. wtedy, gdy aktualizuje

232

dualizm świata duchowego i fizycznego i wartościowanie tych elementów, czyli organizowanie swej narracji według starych paradygmatów. Narrator [„Wilczego notesu”] twierdzi, że źródło prawdziwej twórczości można odnaleźć w  sobie, wycofując się ze świata. White natomiast uważa, że źródłem „nowej, ocalającej twórczości wysokich energii” może być tylko konkretne miejsce, najlepiej dzikie, i  napotykani ludzie. Tymczasem podmiot mówiący Wilka rozumie swoją twórczość pisarską jako analogiczną do praktyki religijnej wedle tradycyjnych reguł (negacja rzeczywistości jako przestrzeni grzesznej i  zwrócenie uwagi ku abstrakcjom). Dlatego narrator Wilka przejawia tendencję do zamykania się w  sobie, niejednokrotnie wyrażoną wprost. (s. 149-150) Kolejne konfrontacje zapisów literackich Mariusz Wilk – Kenneth White na innych płaszczyznach oryginalnej, wyjściowej wykładni geopoetyki wypadają nie najlepiej, gdyż pozwalają uchwycić wcale pokaźne zasoby konserwatyzmu u  tego pierwszego, jego deklaratywizm


Recenzje

geopoetycki. Podmiot Wilka, mimo że zamieszkuje/wędruje, opisuje geograficzne miejsca, oddaje ciału głos: zapisuje swoje sny, przeczucia, wizje, emocje, nie przejawia otwartej, transgresywnej tożsamości, jest pasywny, utrwala europocentryzm, patriarchalizm i stereotypy, związane z narodami, płciami, rasami i wiekiem biologicznym człowieka; nie stać go na afirmację rzeczywistości. Odstępstw od poglądów White’a  w  prozie Wilka jest więcej. Wyniki komparatystycznego badania właściwie obnażają fasadową i nierzadko pozorną odkrywczość tekstów polskiego pisarza, ale i  niesłychany, tkwiący w  jego podświadomości, niemożliwy (?) do przezwyciężenia opór, aby stać się geopisarzem w rozumieniu Kennetha White’a. Anna Kronenberg, odnosząc badaną twórczość do modelu geopoetyckiej teorii i  praktyki, uzmysławia, że umożliwia on komparatystyczną refleksję, ukierunkowując dość ściśle interpretację. To zawężenie jest nieuniknione, co widać w rozdziale o pisarstwie Kazimierza Brakonieckiego, charakteryzującym się większą pojemnością semantyczno-egzystencjalną i  wielowymiarowością, niż to wynika z ustaleń autorki. Spłaszczenie interpretacyjne może dodatkowo wynikać z  mylnego skojarzenia, że olsztyński poeta, skoro jest tłumaczem poezji i  esejów Kennetha White’a, wyjątkowym propagatorem jego dorobku, może odgrywa rolę polskiego odpowiednika szkockiego myśliciela. Kronenberg świadomie (na użytek budowanej w  swej książce metodologii) redukuje perspektywę oglądu utworów Brakonieckiego, aby pokazawszy je jako świadectwo zmagania się z  polskimi paradygmatami kulturowymi, wskazać na geopoetyckość mistycznego ateisty, której dorobił się, chodząc swoimi drogami. Wszak nie znając poglądów White’a, głosił ideę metafizyki miejsca. Autorka trafnie zsyntetyzowała tę sferę (okrojoną do programu geopoetyki) twórczości Brakonieckiego. Dostrzegła w  niej reprezentacje rzeczywistych miejsc (pochodzą one z  Warmii i  Mazur, Bretanii, ale też z  innych terytoriów Polski, Europy czy Ameryki Północnej), tematykę ekologiczną (która stanowi jedną z  wielu warstw poetyckiego ustosunkowywania się do przyrody). Zostało zauważone, że geo- i kosmopoezja Brakonieckiego ma swe źródło również w  poczuciu uświadomionych i  jasno wypowiadanych powinności, takich jak: wprowadzanie pojednania narodów, penetracja i podtrzymywanie pamięci rodzinnej, regionalnej, narodowej, ludzkiej (transpamięci?). Przyjęcie odpowiedzialności za miejsce zamieszkania (w  rozumieniu lokalno-globalno-kosmicznym) idzie w  parze z  podsycaniem emocjonalnej więzi z  nieogarnialnym, lecz wciąż obserwowanym często w ekstatycznym zachwycie bogactwem form życia. Metodę przyjętą wobec tekstów Mariusza Wilka i  Kazimierza Brakonieckiego Kronenberg zastosowała wobec poetek i  pisarek, które połączyło doświadczenie emigracyjne: Teresy Podemskiej-Abt (Australia), Anny Frajlich (Stany Zjednoczone) i  Janiny Katz (Dania). Wykreowane przez nie podmioty nomadyczne mówią zgodnie z postulatami geopoetyki.

233


Zbigniew chojnowski

Mimo że w bieg wywodu zakradają się: schematyzm, skłonność do wielokrotnego powtarzania tych samych sformułowań, sądów i  przekonań, redukcjonizm wobec dzieł literackich, szlachetna stronniczość, proponowana przez Annę Kronenberg koncepcja „geopoetyki” zaangażowanej w  ustanowienie w  kulturze biocentryzmu jest godna uwagi ze strony noworegionalistów, ekologów, nauczycieli, dziennikarzy czy humanistów poszukujących uzasadnienia swoich przeznaczeń. Należy do nich sprzyjanie wzrastaniu wizjom, ideom i  narracjom przyjaznym wszystkim żywym istotom, planecie i przyszłym pokoleniom. Zbigniew Chojnowski

Anna Kronenberg, Geopoetyka. Związki literatury i środowiska, Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2014. Artykuł powstał w  ramach projektu badawczego Narodowego Centrum Naukowego „Regionalizm w badaniach literackich: tradycja i nowe orientacje", 2013/09/B/HS2/01132.

234


Marcin Cielecki

Wszystkie nasze pętle

Czy to ostatnie słowo w sprawie powieszonego? – pytam siebie, patrząc na drugi tom „We władzy wisielca” Zbigniewa Mikołejki. Część pierwsza, choć miała zaznaczoną na karcie wstępnej liczbę jeden, nie zapowiadała ciągu dalszego. Poprzez mity i  podania, poprzez Biblię, czasy dawne i  współczesne wiódł Mikołejko czytelnika wąską ścieżką szubienicznego sznura. I  po tamtej lekturze – nieoczywistej – chciało się powiedzieć: dość. Dotarliśmy do punktu, w  którym sznur wisielca oplótł nas wszystkich, zamknął w  swojej pętli. Czytać o  tym dalej? A może bardziej należałoby zapytać: pisać o tym wciąż? Kolejne „lekcje”, jak nazywa swoje eseje Mikołejko, to już jest kurs zaawansowany, swoiste korepetycje dla wtajemniczonych. I  choć można czytać drugi tom „We władzy wisielca” bez znajomości pierwszego, to trzeba powiedzieć, że całość zamyka się rozległą panoramą pełną szczegółów, detali, ukrytych miniatur w większym dziele. Zamieszczone w drugiej części następne lekcje traktują o  pejzażu z  szubienicą zarówno w  Starym, jak i  Nowym Świecie, jakby chciały oznajmić, że zarówno tam, gdzie króluje oświecenie, jak i  tam gdzie włada tolerancja, bezwstydnie dynda człowiek powieszony na sznurze. Za kolejnymi opisami wisielców wywyższonych poprzez stulecia, Autor dostrzega, iż kryje się ciemna i plugawa, pogmatwana i przeraźliwa baśń o wielu wątkach, które trzeba jakoś pozbierać, odczytać i połączyć. Także – jak w tym oto tomie – baśń nowoczesna, baśń o nowoczesności. Baśń o nowoczesności, czyli opowieść niezmienna o nas samych Książkę taką jak „We władzy wisielca” nie sposób ująć jednym spojrzeniem. W tej lekturze potrzebny jest narrator. Dostrzegam ich dwoje: krzywy uśmiech i czarownica. Na szczęście na pierwszego nie trzeba długo czekać. Pojawia się na pierwszych stronach, i choć jego obecność nie zawsze

235


Marcin Cielecki

będzie oczywista poprzez całość książki, mam wrażenie, że nigdy nie odstępuje czytelnika ani na krok, ani na długość wersu. Przewodnikiem od szubienicy do szubienicy – tym drzewem ludzkiego wynalazku – będzie postać wymyślona przez Victora Hugo: Gwynplaine – człowiek śmiechu. Chłopiec o zniekształconej twarzy, rozciągniętej w  zastygłym uśmiechu. Mikołejko przedstawia jego postać zgodnie z  wersją Hugo, ale jednocześnie pisze rozległy komentarz na marginesie. Zamieszczając tam zdjęcie Conrada Veidta, aktora grającego Gwynplaine’a  w  filmie z  1928 roku, odsyła do znaczeń znacznie bardziej współczesnych. Historia Gwynplaine’a  nie kończy się przecież na kartach powieści Victora Hugo ani w  klatkach filmowych. Przeciwnie: czytając „We władzy wisielca”, nieustannie słychać jego chichot, zza szubienicy wyziera jego obłąkany uśmiech. Wprowadzenie na scenę postaci „Człowieka śmiechu” zaczyna się od Victora Hugo, lecz czytelnik odnajduje jego dalszą obecność. To, czego nie uchwyci literatura, dostrzeże kinematografia. Upudrowana twarz, pomalowane na jaskrawy kolor włosy, a  nade wszystko ten wielki uśmiech odsłaniający zęby – toż to współczesny Joker. Od lat stanowiący dopełnienie postaci Batmana, na trwałe wpisał się w  kulturę masową. Jego wizerunek stworzył Jerry Robinson, a  oparty został właśnie na obłędnym wizerunku aktora Conrada Veidta w  filmie „The Man Who Laughs”: biały makijaż, wielki uśmiech odsłaniający zęby, zaczesane do tyłu włosy. Siła tego wizerunku jest niesamowita, nie traci na złowieszczym blasku od lat. Joker pojawia się po raz pierwszy w komiksie „Batman” wiosną 1940 roku – od tamtego czasu stanie się pełnoprawną postacią kultury masowej. Postacią, która w  jakiś przedziwny sposób zdołała uchwycić szaleństwo. Im bardziej ofiara błaga o  litość, im bardziej się boi, tym głośniej Joker się śmieje. Chichocząca mowa, nerwowa gestykulacja zdradza osobę, wokół której można mnożyć jedynie przymiotniki: obłąkana, schizofreniczna, psychopatyczna, okrutna. Z poczuciem humoru tyleż czarnym, absurdalnym, co zabójczym. Mikołejko pisze zdania frapujące jak te: A  jednak, z  mocy jakiegoś paradoksu strasznego, obecnego zarazem i  w  ewangelicznym przesłaniu o zbawczym dziele szubienicznego Krzyża nad Krzyżami, i w opowieści ludowej, magicznej, pod poczerniałym drzewem śmierci i w jego kręgu dzieją się cuda. Cud ocalenia i ozdrowienia. Ale także cud kary.

236

Na czym polega cud: że niewidomi odzyskują wzrok, a mężczyźni potencję – i  cały inny spis chorób, które uzdrowić może tylko ciało i sznur wisielca. Pisząc o cudzie kary, należy pamiętać o  drugiej postaci kluczowej w  tym tomie, a  mianowicie o  czarownicy. Nie bez przyczyny poświęcono jej aż dwa z sześciu rozdziałów. Szubienica, jak to szubienica, wciąż potrzebowała nowych ofiar, wciąż nowych ofiar stadnych. Bardziej, by tak rzec, wyszukanych, bardziej wymownych. W hrabstwie Essex od roku 1560 do 1675 oskarżono o czary 760 osób. Ich los był różny – stos, więzienie, uniewinnienie. Tyle Stary Świat. Ale Nowy Świat wcale nie był wolny od głodu


Recenzje

szubienicy. Przypadek z Salem do dziś nie przestaje zaprzątać myśli. Notatki wyniesione z  lekcji Autora „We władzy wisielca” stwierdzają, iż zakres pojęciowy czarownictwa nie został nigdy precyzyjnie określony, dlatego przed trybunałem mógł stanąć każdy. Na czarownictwo składa się wiele elementów. Podstawowym czynnikiem jest działalność szkodząca drugiemu człowiekowi lub wspólnocie: otrucie zwierząt hodowlanych, zabicie dziecka, uwiedzenie małżonka. Dopiero dalej, niejako na dalszym planie, pojawiają się czynniki, wydawałyby się, pierwszoplanowe: zawarcie paktu z  diabłem, udział w  praktykach magicznych, poszukiwanie znamienia na ciele podkreślającego więź z  demonem. Rzadko jednak podnoszono kwestię sensowności oskarżeń. Wszak osoba będąca w komitywie z diabłem nie tyle wykorzystywała go do osiągnięcia korzyści, ile raczej była sama przez niego wykorzystywana. W  czasie procesów oskarżone przyznawały często, że pakt został wymuszony strachem, a  domniemanemu współżyciu seksualnemu ze złym towarzyszyła nie rozkosz, ale fizyczny i  psychiczny ból. Kto zatem był traktowany jako czarownik? Odpowiedź jest zastraszająca: każdy, na kogo złożono donos. Opamiętanie przychodziło dosyć późno, najczęściej wtedy, gdy szubienica była już syta. Warto jednak przytoczyć jeszcze głośny przypadek z  Salem w  Massachusetts. W  1692 roku tamtejsi sędziowie orzekli winę 20 osób, jednak rok po procesie zrewidowali(!) swoje zdanie: Wyznajemy, że sami nie potrafiliśmy zrozumieć ani się oprzeć tajemnym ułudom ciemnych mocy i księcia powietrza, lecz z braku własnej wiedzy oraz lepszych informacji od innych daliśmy się przekonać, aby użyć przeciwko oskarżonym takich dowodów, które po dłuższym namyśle i  uzyskaniu dalszych informacji słusznie uważamy za niewystarczające, by odebrać któremukolwiek z nich życie1. Trudno oprzeć się wrażeniu po „korepetycjach” z  lekcji Mikołejki, że polowanie na czarownicę było próbą zbrodni, usprawiedliwieniem żądzy mordowania, takim „pomordowaniem sobie”. A  ciała powieszonych mówią dalej, poza wąską ścieżką sznura. Nie dość, że gromadzą widownię pod szafotem, to jeszcze są skazywane na dekapitację i  laboratoryjną anatomizację. Wstawione za szklaną gablotę raz jeszcze zadają pytanie: kto tu na kogo patrzy? Kto tu kogo osądza? Poruszony sznur – przez wiatr, przez ciężar ciała – wprawia nasz wszystkich w  wir. Dalsze losy ciała powieszonego stanowią smutne postscriptum do szaleństwa – paski ze skóry oskarżonych o  czary (jak na przykład Mary Bateman) sprzedawano jako magiczne amulety służące do odpędzania złych duchów. Czy potrafimy wyjść z pętli szubienicy? Wisielec – wątpliwy cud kary i wątpliwy cud ozdrowienia. Powracam uparcie do tej myśli Mikołejki. Każde powieszenie staje się przewrotnym znakiem, wskazaniem na przekór – wisielec ............................................................ 1 R. Thurston, Polowania na czarownice. Dzieje prześladowań czarownic w Europie i Ameryce Północnej, tłum. J. Kierul, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2008.

237


Marcin Cielecki

skazuje nas na karę (własnej przemocy), uzdrawia, wpędzając w chorobę (bo ujawnia tkwiące w  nas zapotrzebowanie na spektakl okrucieństwa). Pozostaje jeszcze cud ocalania, równie wątpliwy. Wychodzimy od sceny na Golgocie, wędrujemy poprzez czas od zbrodni do zbrodni, by szukać kolejnych odsłon i  jednego odsłonięcia. Tu tkwi najgłębszy sens pisania Mikołejki, a  mojego czytania: nie sadyzm, ale głęboka solidarność z  cierpiącym każe trzymać się mocno tej książki. Podskakujący śmiesznie na wietrze wisielec, dyndający bezwstydnie na sznurze, odsłania moje własne uwikłanie się w  zbrodnię. Nawet jeśli nie przyłożyłem ręki do zadania ciosu, to wszak podniosłem wzrok – wizerunki śmierci są wszędobylskie aż po horror vacui. Na okładce książki widnieje niesamowity pomnik stojący w  kościele Świętego Stefana w  Bar-le-Duc, dłuta Ligiera Richiera. Przedstawia księcia Oranii René de Chălon, a  raczej jego ciało w  niepojętej próbie przejścia – ze śmierci w  zmartwychwstanie? Trudno to orzec, dość, że nie sposób oderwać wzroku. Czy to już jest pornografia śmierci? Tego jednak nie wiemy – rozważa Mikołejko. – Co więcej, wcale nie musimy wiedzieć, by ulec przerażającej fascynacji władczym i  wymownym trupem z  Bar-le-Duc, odtworzonym dokładnie w  białym kamieniu – z  taką mocą, z  niesłychaną dbałością o  dosadną, wyuzdaną retorykę piszczeli, nagich żeber i  mostka, strzępów skóry, przegniłych wątpi, czaszki z  resztkami włosów odrzuconej do tyłu, wyszczerzonej w  bólu konania. A  jednak dumnej, władczej nawet. Duch tu triumfuje nad materią, nad trądem śmierci? Czy materia nad duchem. Tego też nie musimy wiedzieć. Patrzę, czytam. Moja pierwsza ciekawość ulega rozproszeniu, teraz czytam opisy i  oglądam reprodukcje z  niejakim zażenowaniem. Wisielec nie pozwala jednak porzucić raz rozpoczętej lektury. I  zdaje mi się, że to nie ja czytam o  wisielcu, ale poprzez wisielca czytam o  samym sobie. O narzucającej się widzialności zmarłych Mikołejko pisze: Chodzi zatem o  rzeczy znane, bardziej chyba niż znane. Ale czy właśnie z  tego względu, choć na zawsze stanęły nam przed oczyma i  zaczadziły umysł widokami cierpienia i bezsilności, widzimy je naprawdę, widzimy je rzeczywiście?

238

Widzieć rzeczywiście – przebić się przez zasłonę ciała, przez ścianę śmierci, przez wąską ścieżkę szubienicznego powrozu. Widzieć znaczy zrozumieć. Cień powieszonego kładzie swój znak na ziemię, na gapiów. I wreszcie na nas – czytających, oglądających. I trzeba to powiedzieć wprost: w powieszonym nie ma sensu. Zło jest złe. Zło, to widziane poprzez szparę ciała powieszonego, pomimo cech demonicznych pozostaje zawsze w  dyspozycji człowieka. I  choć stara się nadać sposobie pozór szatańskości, pozostaje dziełem typowo ludzkim. To ważne: nie chodzi tu o badanie ani o samo opisywanie zła; chodzi o  jasne mu się przeciwstawianie. Co więcej, ostatecznie zło pozostaje „zwyczajne”, bez większej ekscytacji. Choć opatrzone rekwizytami, nie ma w  sobie niczego ze sztuki. To prymitywny i  banalny czyn, dokonany najczęściej za pomocą siekiery i  łopaty, sznura i  pętli.


Recenzje

Za pomocą żądzy, nudy, ciekawości. Raz jeszcze okazuje się, że zło jest banalne w tym sensie, że nie jest ani czyste, ani fascynujące, a  zza każdej zbrodni wyziera jego tępa gęba. Zbrodnia, mieniąca się różnymi twarzami i  przejawiające swą obecność na niezliczoną ilość razów, definitywnie okazuje się złem skończonym. Skończonym, czyli nie absolutnym, czyli możliwym do zamknięcia lub powstrzymania. Na pewien czas. Człowiek współczesny to duchowy syn Dostojewskiego: to Stawrogin próbujący stworzyć Człowieka-Boga, to Iwan Karamazow zwracający swemu Bogu bilet za ten świat. Osamotniony umysł – ten oświecony i  wyzwolony – niedialogujący z tajemnicą, z wiarą, z Bogiem, zna tylko jedno ostatnie słowo: Auschwitz. Zaciskająca się na szyi pętla jest jednym z  wielu – poskręcanych jak sznur, niełatwych jak supeł – przypisów do tej historii. Marcin Cielecki

Zbigniew Mikołejko, We władzy wisielca. 2: Ciemne moce, okrutne liturgie, Gdańsk: Słowo/Obraz Terytoria, 2014.

239


Krzysztof D. Szatrawski

Szukając miłości w piekle pamięci

Jednym z najczęściej powtarzanych, stereotypowych wręcz stwierdzeń dotyczących literatury i  sztuki drugiej połowy XX stulecia jest teza, że nie da się wypowiedzieć pełnej prawdy na temat Zagłady. Wydarzenia lat 30. i  40. porażają ogromem i  jedynym w  swoim rodzaju bestialstwem, w  którym zmieszały się pierwotna nienawiść, ideologiczna zajadłość i  nowoczesna organizacja. Jeżeli jednak jest coś, co daje nadzieję, że zdoła wyrazić niewyrażalne doświadczenia XX-wiecznej historii, to jest to właśnie sztuka. Artyści kierując się nie tylko namysłem, ale też intuicją, często przekraczają ograniczenia pojęć i  metod. Sztuka, literatura, muzyka i  kino przełamując barierę racjonalności, odwołują się wprost do ludzkiej duchowości, na poziomie głębszym niż intelekt czy emocje. Z  jednej strony zatem niewyrażalność zbrodni, z  drugiej konieczność zmierzenia się z  moralnymi i  cywilizacyjnymi dylematami to bieguny, pomiędzy którymi rozpościera się przestrzeń zmagań ze społeczną pamięcią o Zagładzie.

240

Problem dotyczy w podobnym stopniu zarówno opisu literackiego, jak i  prób odzwierciedlenia Zagłady w  kinie, sztukach pięknych lub za pomocą innych środków artystycznych. Nawet warsztat autorów, którzy osobiście zetknęli się z  ludobójstwem, okazuje się często bezsilny, kiedy próbujemy ogarnąć ogrom hitlerowskich zbrodni. Tradycyjne ujęcia historyczne i  statystyczne, operując językiem faktów i liczb mają niewielkie oddziaływanie, zważywszy, iż współczesna kultura podporządkowana regułom wolnego rynku stale poszukuje nie tylko nowych sposobów, by pozyskać uwagę odbiorcy, ale również nowych, nieeksploatowanych wcześniej tematów. W  takim kontekście społecznym i  historycznym koszmar Zagłady zaczyna się relatywizować i zacierać. I jest to zjawisko szczególnie niebezpieczne w kontekście współczesnego dyskursu moralnego. Moralność zawsze była wyzwaniem, tym większym, im wyższa była świadomość konsekwencji. Nie umiejąc ogarnąć wyobraźnią indywidualnego cierpienia każdej z  ofiar, nie pojmując rozmiarów zbrodni i  liczby zamordowanych, zbiorowa świadomość ucieka w  automatyzm rytuałów i powierzchownych stwierdzeń. Postępujące zapomnienie o losie ofiar staje się ostatnim aktem Zagłady. Niemożność ujęcia i wyrażenia Zagłady w bezpośrednich komunikatach sprawia, że wielu artystów rezygnuje z  podobnych ambicji, skupiając się na węższych aspektach,


Recenzje

historiach prywatnych, tematach pobocznych w stosunku do głównego nurtu historycznej narracji. Niezależnie jednak od tego, z  jakiej perspektywy są podejmowane, wszelkie próby mierzenia się z problematyką sensu życia i warunków zaistnienia dobra pozostają cechą literatury i sztuki o najwyższym walorze moralnym i filozoficznym. Do grupy utworów o  epickim założeniu należy zaliczyć najnowszą powieść Olega Głuszkina „Anna z  Kenigsberga”. Akcja umieszczona w  roku 1960, a  także główny wątek tej powieści będący historią odnalezienia ukochanego tytułowej bohaterki, jej ponownego z  nim spotkania i  podejmowane próby ułożenia sobie życia od nowa sprawiają, że już na wstępie można ją uznać za powieść o  miłości. Miłości głębokiej, opartej nie tylko na fascynacji, ale głębokim poznaniu i  przeżyciu drugiego człowieka, na nadziei, ale też i  niemożności spełnienia. Ku takiej niemożliwej, samotnej miłości kieruje motto z  „Babiego Jaru” Jewgienija Jewtuszenki. Anna jest młodą kobietą, która po wojnie zamieszkała w głębi ZSRR, starając się wtopić w wielonarodowe społeczeństwo. Ukrywa, że jest Żydówką z Königsberga (Królewca), ukrywa, że jej pierwszym językiem jest niemiecki. W  uporządkowanej codzienności próbuje odnaleźć poczucie bezpieczeństwa. I  udaje się jej to osiągnąć, jest cenioną pracownicą swojej fabryki. Żyje jednak samotnie, gdyż straciła wszystkich, których kochała. Rodzinę Anna utraciła w  czasie wojny. Przetrwała tylko ona. Początkowo ukrywała się w  rodzinnym Königsbergu, później więziono ją w  obozach koncentracyjnych. Udało jej się przeżyć marsz śmierci i ostatni w czasie wojny akt ludobójstwa w Palmnicken, gdzie nocą 31 stycznia 1945 roku Niemcy rozstrzelali pozostałych przy życiu więźniów. Przetrwały 33 osoby. Jedną z  nich jest bohaterka powieści. Choć ocalona, mówiąca wyłącznie w  języku niemieckim, kobieta już wkrótce znalazła się w niebezpieczeństwie. Na szczęście w porę zjawiła się osoba, która mogła i chciała jej pomóc. Jest nią Michaił, oficer Armii Czerwonej, który domyślając się jej żydowskich korzeni, zadaje jej pytanie: Ma niszma, i uzyskuje odpowiedź również w języku hebrajskim, co pozwala mu uwolnić Annę od podejrzeń o szpiegostwo. Rychło jednak okazało się, że ani Anna, ani otaczający ją opieką i coraz bardziej zaangażowany uczuciowo Michaił, nie są bezpieczni. W okresie stalinizmu zarówno dobra znajomość niemieckiego, jak i  żydowskie pochodzenie były wystarczającym powodem do aresztowań. Kiedy Michaił trafia do łagru, Anna chroni się w  głębi Rosji, znajduje pracę w  fabryce oraz mały domek z  małym wiśniowym sadem, w  którym może samotnie cieszyć się uporządkowaną codziennością. Przeszłość została zepchnięta w  niepamięć, co wprost wyraża pierwsze zdanie powieści: o przeszłości już dawno kazała sobie zapomnieć. W takiej sytuacji odnajduje ją list od ukochanego, który po wyjściu z  łagru, oczyszczony z  zarzutów i  zrehabilitowany, mimo możliwości rozwoju w większych ośrodkach badawczych zamieszkał w Kaliningradzie w nadziei, że ją spotka. Przypadkiem znalazł informację o niej w gazecie i prosi, aby przyjechała. Anna, pielęgnująca przez wiele lat czułą pamięć o  ukochanym, wyrusza bez zastanowienia w  podróż do rodzinnego miasta. Znajomi z  fabryki nie mają wątpliwości, jak ważne jest dla

241


Krzysztof D. Szatrawski

Anny spotkanie z Michaiłem, dostaje nawet podwójny urlop, wszyscy chcą mieć udział w  jej szczęściu. Już na etapie przygotowań trudno się oprzeć wrażeniu, że będzie to podróż o  kluczowym znaczeniu dla jej dalszych losów. Jedzie, aby odzyskać ukochanego, wraca do miasta swego dzieciństwa. Mieszkanie Michaiła zastaje puste. Jako konstruktor okrętowy wypłynął w rejs próbny na nowym statku. Anna błądzi po pustym mieszkaniu, odnajdując w nim ślady obecności człowieka, którego kocha, poznaje sąsiadów. Później podobnie odkrywa swoje miasto, a  w  nim ślady ludzi, których kochała, i  świata, którego już nie ma. W  końcu Michaił wraca z rejsu i szczęśliwa Anna odnajduje w nim człowieka, którego kocha. O subtelności powieściowej narracji świadczyć może idealizacja tej postaci. Zamiast deklaracji miłości czytelnik otrzymuje uzupełniony w  całej powieści rysunek postaci, który może uzasadnić jedynie spojrzenie osoby zakochanej. Okres szczęścia, którego nie mogą zmącić nawet niedogodności życia codziennego, to również próba symbolicznego uporządkowania przeszłości, nieistniejących grobów, cmentarzy zamienionych w  parki. Anna coraz lepiej odnajduje się w  przyjaznym otoczeniu, zdobywa przyjaciół. Jej znajomość języka niemieckiego jest ceniona. Zatrudniona przez biuro konstrukcyjne do tłumaczenia przedwojennej dokumentacji szybko zyskuje sympatię i  szacunek. Jedynym kłopotem wydaje się nieuchronny powrót do odległego życia. Choć ma być krótkotrwały, musi trwać przynajmniej tyle, aby załatwić formalności, uzyskać zgodę na przeprowadzkę, na rozstanie z fabryką. I jak się okaże, wcale nie będzie to łatwe. Opowiedziana z perspektywy głównej bohaterki powieść „Anna z  Königsberga” jest owocem precyzyjnego założenia konstrukcyjnego. Pod względem stylistycznym w wielu miejscach jest to narracja współczesna, chwilami nawet minimalistyczna, w której niczym w soczewce skupia się rzeczywistość czasu powieściowego i retrospekcje.

242

Stany świadomości bohaterki najlepiej charakteryzuje treść jej spostrzeżeń i wspomnień, czasami towarzyszy im refleksja. Prostota i  dyscyplina środków stylistycznych sprawia, że czytelnik przyjmuje punkt widzenia ukrytego narratora trzecioosobowego, podążając za bohaterką i bez trudu odczytuje jej emocje. Już w pierwszym rozdziale staje się jasne, że będzie to podróż do najbardziej bolesnych wspomnień. List od ukochanego sprawia, że wspomnienia ożywają z  siłą zwielokrotnioną przez upływ czasu i  stłumienie nierozstrzygniętych konfliktów. Gest odrzucenia pamięci szybko okazuje się wyłącznie próbą ratowania godności. Skoro wszystko, co przeżyliśmy, buduje naszą tożsamość, to ani ucieczka przed pamięcią, ani jej zaprzeczenie nie są możliwe. Powrót Anny do rodzinnego miasta staje się doświadczeniem egzystencjalnym. Już w  momencie kiedy zapada decyzja o wyjeździe, pojawia się dramatyczne napięcie pomiędzy nadzieją a lękiem. Każde kolejne przybliżenie do celu podróży ujawnia ścisły związek pomiędzy pamięcią bohaterki i  traumatycznymi wydarzeniami z  przeszłości a  jej oczekiwaniami. W  świadomości czytelnika ten kompleks ujawnia się jako zanurzenie w  historii pozwalające zrozumieć podejmowane przez nią wybory i  decyzje. Wszystkie wątki splatają się i  wyjaśniają wzajem-


Recenzje

nie. Perypetie miłosne, przede wszystkim podróż zmierzająca do odzyskania utraconej miłości, okazują się osnową nadającą opowieści formę. Opowieść o Annie zdecydowanie nie jest romansem, nie ma tu typowych dla literatury miłosnej uniesień i nawet marzenia są w istocie projekcjami uporządkowanego życia. Zamiast tęsknoty i  elektryzujących spotkań z  ukochanym jest dążenie do ucieczki w  jego ramiona przed niepokojem. Już sam fakt, że codzienny porządek jest szczytem marzeń, że 15 lat po wojnie wciąż jest nieosiągalnym marzeniem, kieruje uwagę czytelnika na traumatyczne przeżycia, które mimo minionych lat nie pozwalają bohaterce zaznać spokoju. Pozory uporządkowanego życia, które udało jej się zbudować, okupiła trudnym wyparciem wszystkiego tego, co sprawia, że pamięć okazuje się bolesna. To wyparcie mogło być skuteczne, kiedy bohaterka wychodziła z  kina, nie mogąc znieść obrazów ludzkiego cierpienia. Kiedy jednak pojawia się ukochana osoba, zmuszona jest stawić czoła pamięci. W  istocie każdy krok zmierzający do odzyskania miłości przekształca się w  drogę przez piekło wspomnień i  kolejnych warstw wymazanej z  pamięci przeszłości. To schodzenie w  coraz głębsze pokłady świadomości, zagłębianie się w  cierpienie własne i  wszystkich tych, których cierpienie bohaterka zapamiętała, kieruje ku mitowi orfickiemu i  fundamentalnej w  kulturze europejskiej wizji dantejskiego piekła. Obydwa związki mają swoje uzasadnienie. Pierwszy krąg to wspomnienie przedwojennych przyjaciół i  sąsiadów, którzy okazywali obojętność, wyższość lub pogardę. Na tym etapie kontrastująca swą szlachetnością widnieje postać samego Michaiła. W  kolejnych kręgach mieści się wizerunek Kaliningradu w  roku 1960, na który nakłada się obraz zapamiętanego w  dzieciństwie Królewca, kondycja samotnej ze swymi wspomnieniami kobiety, która spacerując po mieście, rozmawia ze zmarłymi, przede wszystkim z dziadkiem Jankielem, z  którym była najbliżej związana. Została sama jako nastolatka, z  całej rodziny przeżyła tylko ona, a  teraz, kiedy ma 32 lata, rozpaczliwie próbuje uporządkować swoją pamięć, gdyż taka kondycja nie pozwala jej odnaleźć się u  boku kochanego mężczyzny. Nie mogąc ukoić swego niepokoju, Anna stopniowo otwiera się na pamięć, sięgając coraz głębiej. Następuje swoista redukcja transcendentalna, kiedy odrzucane są wszelkie przypadkowe uzasadnienia i  emocje. W  końcu pozostaje rozpaczliwa wola życia, która pozwala wyrwać kromkę chleba z rąk umierającego. Ostatnim kręgiem tego piekła będzie duchowa śmierć bohaterki na plaży w  Jantarnym, w miejscu, w którym miała zginąć z tysiącami współwięźniów. Ani Michaił, ani Anna nie mają świadomości, że wycieczka do znajomego artysty jest powtórzeniem drogi, z której miało nie być powrotu. Anna zaniepokojona podobieństwem miejsc wychodzi na spacer i  szybko odnajduje te, które noszą w sobie pamięć tragedii: płot, budynek starej ślusarni, i czuje, że dzieje się z  nią coś niedobrego, nie potrafi jednak zawrócić i  coraz szybciej osuwa się w  wyparte z  pamięci cierpienie. Jak zahipnotyzowana znajduje wreszcie miejsce na plaży, w  którym miała umrzeć. Odrętwiałą, na skraju wyczerpania, podobnie jak po ucieczce przed śmiercią

243


Krzysztof D. Szatrawski

17 lat wcześniej, znajduje ją wojskowy patrol. I znów powtarza się rytuał zatrzymania, wyjaśnień, braku wiarygodnych argumentów. I  chociaż tym razem z  pomocą przychodzi główny inżynier stoczni, który, jak się okazuje, jest w  stopniu generała, to symetryczne powtórzenie tej sytuacji unieważnia całe pracowicie zbudowane poczucie ładu i bezpieczeństwa. Nawiązanie do toposu podróży przez piekło ma podstawowe znaczenie symboliczne i  intelektualne. O  ile jednak w  zdecydowanej większości literackich ujęć piekłem był świat wojny, w  powieści Olega Głuszkina piekłem jest samoświadomość ofiary, gorsza od śmierci staje się niemożność ocalenia uczuć i  dawania miłości. Podążająca za głosem serca w  otchłań najgorszych wspomnień Anna podejmuje wędrówkę doskonale znaną z  mitu orfickiego. Cierpienie ma być ceną, którą musi opłacić swoje szczęście. W  końcu okazuje się, że istotą nie jest kwestia uczuć konkretnych bohaterów, lecz pytanie o  sens i  możliwość miłości w  ogóle. Z  tego punktu widzenia właściwe wątki ujawniają się stopniowo. Schemat mitu orfickiego został tu odwrócony. Podobnie jak mityczny poeta Anna nie mogła się nie obejrzeć. I  jej zwrócenie ku przeszłości uniemożliwia powrót do ukochanego. Pozostaje tęsknota i  dylemat przyszłości. Ostatni akt dramatu pamiętania własnych przeżyć staje się podstawą moralitetu, w  którym sens życia i  przekazywania tradycji następnym pokoleniom staje się podstawową kwestią. Nie jest to już problem psychicznej integralności postaci, lecz dyskurs moralny dotyczący wartości życia i  miłości. W  świadomości bohaterki rozgrywa się dramat. Miłość nie może się spełnić, pozostaje więc nadzieja, ta jednak ustępuje miejsca pamięci, w  której wciąż od początku rozgrywają się dramatyczne losy Anny i  jej rodziny. W  zakończeniu powieści pojawi się szansa na jedyne spełnienie, jakie w tej sytuacji wydaje się możliwe.

244

Oleg Głuszkin przedstawiając tragiczne przeżycia Anny, w sposób dyskretny opowiedział historię, która jeszcze niedawno była poza zasięgiem społecznej świadomości. W latach 90. nikt nie pamiętał, jaki był los grupy więźniów z  obozów pracy w  Prusach Wschodnich. Rozpowszechnione do niedawna przekonanie, że w  ostatnich miesiącach wojny nie mordowano już Żydów, nie jest prawdą. W  ostatnich dniach stycznia 1945 roku, kiedy wojna nieuchronnie zbliżała się do zakończenia, 13 tys. osób skierowano do Palmnicken (obecnie Jantarnyj). Większość z  nich zastrzelono podczas marszu śmierci z  Königsberga, kiedy ukraińscy konwojenci strzelali na oślep do kolumny więźniów w pasiakach. Prawie 3 tys. osób, którym udało się przetrwać marsz śmierci, rozstrzelano 31 stycznia na plaży w  Palmnicken. Próby zrozumienia pobudek zbrodniarzy, przypisywanie im racjonalnej kalkulacji i  planu usunięcia śladów nie mogą oprzeć się krytyce. Bestialstwo cechuje m.in. to, że rozumowe przesłanki nie mogą prowadzić do jego wyjaśnienia ani akceptacji. Podobnie poza zasięgiem zrozumienia jest dramat ofiar bestialstwa. Przedstawiona w powieści „Anna z Kenigsberga” próba odpowiedzi na pytanie o dalsze losy Orfeusza jest ważną częścią pytania o kondycję człowieka po Zagładzie. Krzysztof D. Szatrawski Олег Глушкин, Анна из Кенигсберга, Калининград: Издательство „Кладезь”, 2013.


Redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza otwarty konkurs na esej w trzech kategoriach: Kategoria I – transformacja polityczno-społeczna: obraz przemian społeczno-gospodarczo-cywilizacyjnych na Warmii i Mazurach po 1990 roku Kategoria II – przemiany kulturowo-tożsamościowe: obraz zmian w kulturze, regionalnej tożsamości, identyfikacji indywidualnej i zbiorowej na Warmii i Mazurach po 1990 roku Kategoria III – pamiętnik, wspomnienie, kronika, dziennik osobisty: prywatne świadectwo życia po 1990 roku. Prace konkursowe do 20 stron maszynopisu w formie elektronicznej prosimy przysyłać do 31 grudnia 2015 roku na adres redakcji „Borussia. Kultura. Historia. Literatura” Prosimy o podanie krótkiego biogramu, miejsca zamieszkania i elektronicznego adresu zwrotnego. Prace nagrodzone przez zespół kierowany przez historyka Roberta Trabę zostaną opublikowane w półroczniku „Borussia. Kultura. Historia. Literatura” w 2016 roku oraz uhonorowane wynagrodzeniem.

Ponadto redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza konkurs dla osób mieszkających (lub studiujących) w województwie warmińsko-mazurskim na opowiadanie literackie (do 20 stron maszynopisu) oraz na cykl wierszy (od 5 do 10 wierszy), dla których inspiracją byłaby oryginalnie pojęta i ujęta tematyka regionalna, ideowa, kulturowa, osobista związana z Warmią, Mazurami, Powiślem. Prosimy o podanie krótkiego biogramu, miejsca zamieszkania i elektronicznego adresu zwrotnego. Prace konkursowe w formie elektronicznej prosimy przysyłać do 31 grudnia 2015 roku na adres e-mailowy: brakoniecki@cpf.olsztyn.pl

Prace nagrodzone przez zespół kierowany przez poetę Kazimierza Brakonieckiego zostaną opublikowane w półroczniku Borussia Kultura. Historia. Literatura w 2016 roku oraz uhonorowane wynagrodzeniem.

245


246


OLSZTYN 55 | 2015

Redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza otwarty konkurs na

esej

ponadto redakcja czasopisma Borussia Kultura. Historia. Literatura ogłasza konkurs dla osób mieszkających (lub studiujących) w województwie warmińsko-mazurskim na

opowiadanie literackie oraz na

cykl wierszy

dla których inspiracją byłaby oryginalnie pojęta i ujęta tematyka regionalna, ideowa, kulturowa, osobista związana z Warmią, Mazurami, Powiślem.

Adres do korespondencji: Dom Mendelsohna ul. Zyndrama z Maszkowic 2 | 10-133 Olsztyn tel./fax 89 534 00 26 redakcja@borussia.pl | www.borussia.pl

>

Cena 15,00 zł

55 | 2015

Szczegóły s. 245

Borussia 55 int  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you