BE LATO

Page 1

BE

ISSN 2084–7823 / 0.00 PLN #64 / LATO–JESIEŃ 2021




Zamieszkaj w Bytomiu! Adres inwestycji:

Biuro sprzedaży:

Osiedle Bolko ul. Północna 2 41-902 Bytom

ul. Daszyńskiego 68 44-100 Gliwice + 48 796 995 857 kontakt@osiedle-bolko.pl


osiedle-bolko.pl

3 1 1+ 2 3+


Marka Maxfliz, właściciel największych salonów z wyposażeniem wnętrz w Polsce, zaprasza do zapoznania się z efektem wyjątkowej i niepowtarzalnej współpracy z Marcinem Tyszką. Zobacz jak wygląda zamieszKanie, to projekt będący scaleniem dwóch uzupełniających się wzajemnie spojrzeń na: kreatywność, design, ale przede wszystkim na pasję do piękna w projektowaniu aranżacji wnętrz.

12 tys. metrów ekspozycji! Odwiedź nasze salony KATOWICE Al. Rożdzieńskiego 191

WARSZAWA ul. Puławska 452

KRAKÓW ul. Zakopiańska 58 ul. Jasnogórska 4

WROCŁAW ul. Mińska 60A ul. Braniborska 14

U nas skorzystasz! WWW.MAXFLIZ.PL

MIESZKANIE POD KLUCZ


PŁYTKI

ŁAZIENKI

MEBLE

LAMPY

PODŁOGI

DRZWI

TAPETY

KUCHNIE

Marcin Tyszka

Ambasador marki Maxfliz

STREFA DLA ARCHITEKTA

KONSULTACJE PROJEKTOWE

WIZUALIZACJA WNĘTRZ

PRAWDZIWE RATY 0%


Redakcja

Od redakcji

Redaktor naczelny / Reklama / Wydawca Michał Komsta m.komsta@bemagazyn.pl +48 662 095 779

To było kilka intensywnych miesięcy dla naszej redakcji. BE w całkowicie nowej odsłonie, które ukazało się na początku tego roku, kiedy jeszcze szalała pandemia i nie bardzo było wiadomo, jak to wszystko się ułoży. Potem od razu ruszyły przygotowania do wydania przewodnika BE LOCAL. Jedz, pij, odkrywaj. Górny Śląsk i Zagłębie; w międzyczasie kolejny numer BE, wiosenny, jednocześnie ciągle trwające prace nad BE LOCAL; wreszcie premiera przewodnika i od razu kolejne BE, to, które trzymacie teraz w ręku...

Zastępca Redaktora Naczelnego Joanna Komsta j.marszałek@bemagazyn.pl Redaktor Prowadzący / Reklama Sabina Borszcz s.borszcz@bemagazyn.pl + 48 500 108 063 Korekta Małgorzata Kaźmierska Projekt graficzny / Skład Adam Janicki a.janicki@bemagazyn.pl Wydawca Magazyn BE s.c. Pyskowice, ul. Nasienna 2 www.bemagazyn.pl

Cała ekipa spisała się pięknie, przerzucając umiejętnie uwagę i zaangażowanie to na BE magazyn, to na BE LOCAL. I dlatego teraz możemy się chwalić. I szczerze polecać. - Uwielbiamy przewodniki. Te zrobione z sercem i przesłaniem, a nasze przesłanie jest proste: chcemy pokazać Wam nasz region. Przekonajcie się, jaki jest piękny; zobaczcie, gdzie jadamy na co dzień, a gdzie świętujemy ważne dla nas wydarzenia, dokąd chodzimy na spacery i co robimy w wolnych chwilach. Poznajcie ludzi, którzy swoją pracą i pomysłami sprawiają, że ten region jest wyjątkowy; dajcie się zaprosić na pyszną kawę lub do kina jedynego w swoim rodzaju. Poznawajcie i poczujcie, dlaczego tak bardzo kochamy to miejsce i chcemy tu żyć - mówią Joanna i Michał Komsta, nasi redaktorzy naczelni i wydawcy. Więcej informacji O BE LOCAL w środku tego wydania.

Zespół BE Magazyn nie odpowiada za poglądy zawarte w zamieszczanych tekstach. Wszystkie artykuły i felietony odzwierciedlają poglądy wyłącznie autorów odpowiedzialnych za treść merytoryczną w naszym magazynie. Ich treść nie zawsze pokrywa się z przekonaniami redakcji BE. Nie odpowiadamy za treści nadsyłane przez naszych reklamodawców. Wszystkie materiały zawarte w naszym magazynie są własnością BE i są chronione prawami autorskimi. Wszelkie zastrzeżenia i pytania związane z ich treścią należy kierować bezpośrednio do autorów. Redakcja BE Magazyn.

Znajdz nas na:

www.facebook.com/magazynBE www.instagram.com/be_magazyn/ www.issuu.com/bemagazyn

Ale świetny przewodnik to jedno, a z BE też zawsze fajnie jest! Tym razem jedziemy albo raczej lecimy na Islandię i Maltę, zahaczymy również o Little Italy w Montrealu i o Toskanię. W poszukiwaniu magicznego realizmu zajrzymy do Wisły, a potem do Japonii - będziemy inspirować się minimalizmem! Napijemy się matchy i kombuchy, pobierzemy 4 ważne lekcje z minionych igrzysk olimpijskich i zastanowimy się nad jakością życia w XXI w. W programie będzie też, jak zawsze, joga na macie albo na desce SUP, co kto woli. Zaprosimy Was już teraz na premierę thrillera Rój, z Romą Gąsiorowską i Erykiem Lubosem. Za realizację tego filmu odpowiadają ludzie m.in. z Gliwic. A w Kwestionariuszu Prousta jednym z gości jest Magdalena Gorzkowska – lekkoatletka, wielokrotna mistrzyni Polski w biegu na 400 m, zdobywczyni m.in. takich szczytów jak: Mont Blanc, Aconcagua, Kilimandżaro oraz jako najmłodsza Polka w historii – Mount Everest (w 2018 r.). Przepytujemy też Mateusza Ledwiga, w internecie szeroko znanego jako ROOBENS, influencera, freaka i wizjonera. Więcej dobrego w środku, czytajcie! Zdjęcie na okładce | Lostitalianos – Islandia


Spis treści 12

Belube

19

Wakacje

22

Kwestionariusz nr 15

24

Nowe przygody

28

Napij się!

36

Klient partnerem?

40

Jakość życia w XXI w. — czy zwracasz uwagę na detale?

42

Sisterhood is powerful

44

4 ważne lekcje z igrzysk

48

Rój

56

Minimalizm

60

Muzeum Magicznego Realizmu

62

Dziedzińce i tarasy

68

24 godziny na Islandii

74

W stronę słońca

76

BE Woman


10

Nasi autorzy Joanna Durkalec

Ola Czapla-Oslislo

Szalona fanka architektury bloku wschodniego i Henri Matisse’a. Służbowo związana z szeroko pojętym marketingiem. Niecierpliwa. Wszystkiego chce „na już”. Mama mopsa o imieniu Leszek.

Ślązaczka, recenzentka kulinarna i autorka bloga Ostryga. Jej nową pasją jest pieczenie domowego chleba na zakwasie. Na co dzień pracuje w Teatrze Śląskim jako szefowa Działu Programowego.

Karolina Kmita Studentka filologii angielskiej, entuzjastka pisania wierszy, które i tak lądują w szufladzie, miłośniczka lingwistycznych memów. Od lat niezmiennie uzależniona od „Przyjaciół” i utworów Johnny’ego Casha. Pisze o literaturze, fotografii oraz o wydarzeniach na Śląsku.

Kasia Konecka Na co dzień marketingowiec zakochany w meblach z PRL-u, które odnawia popołudniami. Odczuwa ciągły niedosyt podróżowania po świecie z plecakiem i na własną rękę. Cukiernik amator. Relaksuje się, ćwicząc z kettlebells.

Karolina Szulęcka Od 9 lat dyrektor marketingu Maranello Motors sp. z o.o. (importer marek Ferrari, Maserati), wcześniej marketingowiec w sektorze usług profesjonalnych. Od lat wspiera inicjatywy dla przedsiębiorczych kobiet. Pasjonatka świata mikro w fotografii makro.

Magdalena Michalak CEO SAVOIR7, autorka programów edukacyjnych. Jedyna w Polsce Trenerka Umiejętności Przyszłości. Certyfikowana trenerka umiejętności społecznych, wspomagania oświaty oraz postaw emocjonalnych dzieci i młodzieży. Więcej na: www.savoir7.pl

Grzegorz Więcław Certyfikowany psycholog sport. Na co dzień współpracuje z ludźmi, którzy chcą osiągać wyniki na miarę swojego potencjału oraz z organizacjami, wspierającymi ich w tych dążeniach. Prowadzi podcast Głowa Rządzi o psychologii sportu i optymalnym funkcjonowaniu. Więcej na www.glowarzadzi.pl.

Maciek Szczęch Rocznik ‚80. Członek kabaretu Łowcy.B. Totalne dno pisarskiego transcendentu, „0” to jego szczęśliwa liczba. Umiarkowanie wysportowany amator sportów. Niespełniony lekarz, modelarz i parkingowy na promie pasażerskim relacji Polska - Szwecja. Mąż żony i ojciec trójki dzieci jednocześnie. Ozdrowieniec, bo kiedyś chorował.

Wojciech S. Wocław Zawodowy konferansjer (występował w 10 krajach na 4 kontynentach). W 2017 roku jego nazwisko pojawiło się w rankingu „Najlepsi prowadzący eventy“ magazynu PRESS. Popularyzator wiedzy z savoir-vivre’u, etykiety w biznesie i dress code’u. Autor książek oraz filmowych poradników, które można oglądać na jego kanale w serwisie Youtube.


11

Karolina Frączek KF Consulting. Dwa lata temu porzuciła etat w budżetówce i wypłynęła na szerokie wody przedsiębiorczości. W tej niełatwej rzeczywistości robi to, co kocha, kreatywnie i z pasją pracuje nad każdym zadaniem. Słowa to jej żywioł. Obłaskawia je, a nawet ubiera w obrazy. Pasjonatka świata mikro- w fotografii makro.

Kamila Ocimek Autorka bloga pioropodrozy.com, pasjonatka podróży. Z pochodzenia tyszanka, obecnie mieszkająca w Warszawie. Jak o sobie mówi: „śląski krzok, który nauczył się doceniać to miejsce”. Udowadnia, że można pracować, studiować, żyć aktywnie i znaleźć jeszcze dużo czasu na podróże. Nie umie długo pozostać w tym samym miejscu i ciągle szuka swojej drogi. www.pioropodrozy.com

Martyna Szymańska Absolwentka wydziału Architektury Wnętrz na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki. ,,Moja praca to zarówno pasja, jak i misja, którą z całym sercem staram się wypełniać, angażując się w każdy projekt w stu procentach. Tworząc wnętrza domów, mieszkań, czy innych przestrzeni ‒ biurowych, restauracyjnych itp. kieruję się przede wszystkim tym, że mają one służyć ludziom. Moją inspiracją są ludzie, ich styl życia, praca, pasje.’’

Diana i Marcin Cześć, witają Was Diana i Marcin! Wspólnie zwiedzamy świat jako @Lostitalianos. Jesteśmy parą zagorzałych podróżników, pochodzących z południowej części Polski. Kochamy wojaże i odwiedziliśmy już prawie 40 krajów. Nasz głód podróżniczy wciąż jednak pozostaje niezaspokojony, dlatego dalej odkrywamy nowe miejsca. Więcej na www.lostitalianos.com

Magda Bajer Pasja jest życiem. Życie to pasja. Instruktorka jogi, SUP jogi i stand up paddleboardingu. Poza matą i deską działa marketingowo. Wielbicielka wody, fali, słońca i jesieni. Więcej na www.supfit.pl

Anna Szuba-Białas Architektka, projektantka wnętrz. Od 6 lat związana z pracownią Medusa Group. Współautorka projektów wnętrza Hali Koszyki, placu miejskiego przy ul. Grzybowskiej w Warszawie, adaptacji byłej stołówki wojskowej w Radzionkowie na obiekt biurowy (European Property Awards 2017 – Najlepsza architektura biurowa w Europie i w Polsce), aranżacji strefy wejściowej w parterze budynku banku przy ul. Sokolskiej w Katowicach.

Joanna Zaguła Pisze do magazynów lifestylowych o jedzeniu, lokalnym rzemiośle i ekologii. Lubi jeść pomidory, słuchać winyli Charliego Parkera, czytać opowiadania Virginii Woolf i patrzeć na morze.

Katarzyna Szota-Eksner Prowadzi szkołę jogi Yogasana www.yogasana.pl, organizatorka wielu kobiecych wyjazdów i warsztatów w całej Polsce. I w świecie. Współpracowała z Sunday is Monday, współtworzy gliwicki Klub Książki Kobiecej. Prowadzi autorską rubrykę Be Woman w „Be Magazynie” oraz rubrykę HerStory w magazynie „Liberté”. Twórczyni Kina Kobiet z Pyskowic oraz herstorycznego projektu Poznam Panią z Pyskowic. Więcej na: www. her-story.pl


12 BELUBE

Belube Subiektywny* przegląd ciekawych miejsc i wydarzeń w regionie

*czyli jedyny i słuszny ;-)

JOANNA DURKALEC Emocje, które intensywnie przeżywaliśmy tego lata, jeszcze na dobre nie opadły, a tu już złota jesień za pasem. W tym roku jednak życie płynie jakby normalniej. I bardzo mnie to cieszy, ponieważ nim nastała wiosna, widziałam w oczach wszystkich otaczających mnie osób prawdziwy głód rozrywki, miłego towarzystwa, chęćdoświadczania zgiełku miasta i podarowania sobie odrobiny hedonizmu. Tymczasem pisząc to, gdzieś w drugiej połowie sierpnia, mogę śmiało stwierdzić, że chyba wszyscy wreszcie poczuliśmy spełnienie! Well done!


13

Cel Przez wiele lat na katowickim starym dworcu muzycznie królował słynny, świętej pamięci INQ. Legendarne czasy tego miejsca są już (niestety!) przeszłością. Świat poszedł do przodu, dworzec wyremontowano i co tu dużo mówić – wygląda on teraz naprawdę pięknie. Pojawia się jednak pytanie, co dalej z muzyczną historią tego miejsca? CEL klimatem mocno nawiązuje do swojego poprzednika. Tutaj również przy dźwiękach dobrego techno zgubicie się w labiryncie ciemności, co ma swój osobliwy, nie przez każdego rozumiany charakter. Czy CEL ma szansę dosięgnąć sławy swojego poprzednika? Zobaczymy. Potencjał jest! Katowice, ul. Dworcowa 4 na zdjęciu | Cel


14 BELUBE

Perfumeria Tigerandbear

Tapas LaFirinda

Nie przywykłam polecać jakichkolwiek sieciówek, ponieważ uważam, że to, co można znaleźć również w innych miastach, przestaje być wyjątkowe. Tym razem zrobię jednak maleńki unik i opiszę Wam tę perfumerię, ponieważ druga jej filia, oprócz Katowic, istnieje jeszcze tylko w Krakowie, zatem na razie trudno Tigerandbear nazywać sieciówką. Znajdziecie tu bardzo szeroki wachlarz perfum od znanych nam wszystkich projektantów (nuda, przecież można je kupić wszędzie!), ale to, co jest tutaj naprawdę interesujące, to perfumy niszowe. Wyjątkowe, nawiązujące do rzemieślniczej tradycji produkcji perfum, nie trafią do gustów każdego. Są to niezwykłe zapachy, które nawet nie starają się podążać za klasycznym nurtem. Marki warte uwagi to: Aether duetu Amelie Bourgeois i Anne-Sophie Behaghel, L’Orchestre Parfum, czyli orientalno-drzewne perfumy dla kobiet i mężczyzn, czy chociażby Xerjoff - firma założona przez Sergio Momo, dobrze znanego miłośnikom haute parfumerie (co ciekawe, ceny ich wyrobów sięgają nawet 2 tysięcy złotych!). Jeżeli więc kochacie się w nietypowych przedmiotach, to warto tutaj zajrzeć i chociaż zaczerpnąć odrobiny magii, wąchając te wszystkie cuda!

Katowice przez długi czas czekały na miejsce, w którym będzie można napić się chłodnej, mocno owocowej sangrii oraz przegryźć ją dobrym fuet, tudzież innymi tapasami. Bo tapas to, jak wiadomo, rodzaj niewielkiej przekąski, wywodzącej się ze słonecznej Hiszpanii, podawanej na ciepło lub zimno, idealnie komponującej się z winem i innymi napojami wyskokowymi. Sosnowiec ma swój doskonały Tapas Bar MAYA, a w Katowicach jest LaFirinda. To idealne miejsce na popołudniowe posiadówki z przyjaciółmi. Ponadto, lokal ma ciekawe i mocno eklektyczne wnętrze, co dodatkowo dodaje mu temperamentu. Jest dosyć drogo, ale przy wizycie w większej grupie koszt jednostkowy rozkłada się dosyć sensownie. Warto! Katowice, ul. Dyrekcyjna 9

Katowice, ul. Dworcowa 5

na zdjęciu | Tapas LaFirinda


15

na zdjęciu | JazBar Muchowiec

Kolektyw DAJSE

JazBar Muchowiec

Jestem wielką i oddaną fanką takich kolektywów. Grupa młodych, ambitnych, a przede wszystkim uzdolnionych artystycznie osób, która chce wyrazić się poprzez sztukę i z uśmiechem na twarzy zabiera się za organizację świetnych wydarzeń, skierowanych tak naprawdę do każdego - to samo dobro! Ludzie z DAJSE piszą o sobie, że chcą przełamywać stereotypy wokół sztuki i sprawić, by była ona bardziej dostępna i otwarta dla każdego. I udaje im się to, bo wierzą (Ba! oni o tym po prostu wiedzą!), że tworzyć każdy może i każdy jest w stanie czerpać z tego przyjemność. Moim zdaniem DAJSE ma w sobie genialną energię i - zaprawdę powiadam Wam sporo jeszcze namieszają w naszej okolicy! Trzymam kciuki za tę kreatywną bandę!

Katowiczanie uwielbiają plener. Można się o tym przekonać, odwiedzając latem miejscówki takie, jak Woda Beach Bar albo Sztauwajery. Jakiś czas temu na mapie plenerowych barów pojawił się nowy, bardzo konkurencyjny zawodnik - JazBar Muchowiec. Ulokowany w Dolinie Trzech Stawów, w zaskakującej aranżacji, zaprojektowanej przez świetne katowickie studio broKat, kusi niemiłosiernie. W surowej, ale i intensywnie zielonej scenerii, można raczyć się przeróżnymi koktajlami i pyszną pizzą z pieca opalanego drewnem (bardzo na plus!). Teren starej bazy Zieleni Miejskiej już teraz stał się istotnym punktem na muzycznej mapie Katowic. Osoby związane z tym miejscem od lat zajmują się organizacją koncertów jazzowych, a ich głównym planem był jazz, który wyszedł poza mury słynnego Jazz Clubu Hipnoza czy też monumentalnego gmachu NOSPR i wybrał się na spacer po Katowicach. Czy się udało? Moim zdaniem tak!

www.instagram.com/dajse__/

Katowice, ul. Francuska 263


16 BELUBE

KATARZYNA KONECKA Haja Girl i Larmo Boy Każdy ma inny sposób na komentowanie rzeczywistości. Mateusz Ledwig, twórca kanału „Roobens był z Bytomia”, znalazł swoją drogę. Klasyczne malarstwo skrzyżował ze śląską godką. Do dzieł jednego z najwybitniejszych malarzy epoki baroku Petera Paula Rubensa dodaje śląskie teksty. Obok takiej mieszanki nie można przejść obojętnie. Niech pierwszy podniesie rękę ten, komu nie drgnie choć kącik ust, kiedy patrzy na obraz barokowej piękności z podpisem „Łod jutra dieta”. W drugiej połowie 2020 roku „wzion i wystartowoł sklep Roobensa”, a w nim same perełki – damskie i męskie bluzy, T-shirty i biżuteria z kultowymi już memami. Od lipca tego roku bluzy i koszulki mogą też z dumą nosić najmłodsi, bo specjalnie dla nich powstał śląski sklep ino dla bajtli. Jak pisze sam twórca, to ubrania „do kożdyj małej HAJA GIRL i gryfnego LARMO BOYa, kere majom swoje zdanie”. Koszulki z hasłami: „dej mi pokój”, „nie fandzol, prosza Cie”, czy „ale bebokiem to Ty mie niy strosz, ja?” to tylko przedsmak tego, co możecie znaleźć w nowym sklepie online. Zajrzyjcie tam koniecznie. www.bajtel.co

na zdjęciu Sklep ino dla bajtli

Majtki z Sosnowca Happening, majtki, Sosnowiec i Katowice. Trzeba mieć głowę nie od parady, żeby połączyć ze sobą te cztery wyrazy w jedną historię powstania marki, której hasło mówi, że „Świata nie zmienisz, ale majtki już możesz!”. Poznajcie bieliznę, opowiadająca historie, a nazywającą się Majtki z Sosnowca. Zaczęło się od żartu, zawieszenia szyldu i oklejenia zdjęciami majtek witryny po dawnym second-handzie w Katowicach. Jak to w życiu bywa, dobry pomysł obronił się sam, a marketing szeptany i ludzka ciekawość sprawiły, że instalacja przeistoczyła się w markę, jakiej pragnęli konsumenci. Łatwo nie było, ale twórczyni nie dała za wygraną. Tak oto Weronika Twardowska znalazła szwalnię w Mysłowicach, w której są ręcznie szyte majtki z Sosnowca. Ich wyróżnikiem jest szeroka gumka w pasie i znajdujące się na niej hasła ‒ śmieszne, nietypowe, pasujące do wielu życiowych sytuacji. Zazwyczaj bielizna kojarzy się z czymś intymnym, ale nie majtki z Sosnowca. To coś dla ludzi odważnych, z poczuciem humoru i lubiących odrobinę pikanterii. Co ważne, produkty dostępne są w wersji dla kobiet i mężczyzn, a wytwarza się je z dzianiny bambusowej oraz wysokiej jakości bawełny. www.majtkizsosnowca.pl


17

grafika | Targi Jedyne w Swoim Rodzaju

Targi Jedyne w Swoim Rodzaju w Katowicach Jeśli zadajecie sobie pytania: gdzie znaleźć coś wyjątkowego do domu? Coś wykonanego z pasji, w niewielu lub jednym egzemplarzu? Coś niecodziennego do noszenia albo wyjątkowy prezent? - to weźcie długopis w dłoń, bo podaję adres, pod którym kupicie to wszystko i o wiele więcej. To Targi Jedyne w Swoim Rodzaju, które już 16–17 października odbędą się w katowickim MCK. To największe targi rzeczy wyjątkowych w Polsce. Zapytacie, dlaczego powstały? Powód był prosty: żeby rozpowszechnić rękodzieło. Ceramika, biżuteria, rośliny, naturalne kosmetyki, czy przedmioty codziennego użytku, a także akcesoria do domu i artykuły zero waste. Jedno jest pewne, wystawcy z całego kraju zaskoczą miłośników craftu pomysłowością, wykonaniem i jakością. Oprócz tego w planie są też panele dyskusyjne, podczas których będziecie mogli posłuchać o pracy twórców. A jeśli zgłodniejecie, to swoje kroki możecie skierować do strefy gastro. Miłym zaskoczeniem będzie specjalne miejsce z craftowymi piwami. Podsumowując: istnieje wiele powodów, by odwiedzić Targi Jedyne w Swoim Rodzaju i uwierzcie, każdy z nich jest dobry. 16–17.10.2021, MCK Katowice, godz.: 11:00–20:00, wstęp: 10 zł (dzieci do lat 12 – bezpłatnie)

Ogród Japoński w Parku Śląskim Japonia to niewielki kraj wielu kontrastów, z szacunkiem podchodzący do swojej kultury; pełen symboliki i niesamowitej roślinności. Ci, którzy nie odwiedzili jeszcze Kraju Kwitnącej Wiśni, mogą poczuć jego namiastkę w Chorzowie. Wystarczy zajrzeć do Parku Śląskiego i skierować kroki w stronę nowo otwartego Ogrodu Japońskiego. Znajdziecie go pomiędzy Halą Wystawową „Kapelusz” a rosarium. Ma wielkość 12,5 tys. metrów kwadratowych, czyli niemal tyle, ile dwa boiska piłkarskie. To miejsce naprawdę robi wrażenie, zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem, dzięki efektownej grze świateł. Dobrze jest zajrzeć tu, kiedy nie ma tłumów i wsłuchać się w szum wodospadu, poczuć wszechogarniający spokój. Po modernizacji teren zyskał duży zbiornik wodny, kaskadę, ogród bambusowy i żwirowy ogród Zen. Pojawił się także taras widokowy, dzięki któremu tę orientalną przestrzeń można podziwiać z innej perspektywy. Jest też wiśniowy sad, utworzony z wielu różnych gatunków i odmian tych drzew. Na wielbicieli flory czekają również typowo japońskie rośliny ogrodowe m.in.: jodły koreańskie, hortensje, kalie, różaneczniki, magnolie, jałowce, czy krzewy pierisa. Ogród Japoński, który przez 1,5 roku był rozbudowywany i modernizowany, można bezpłatnie zwiedzać przez cały tydzień w godzinach od 8:00 do 23:00. www.parkslaski.pl


18 BELUBE

Wycieczka do… Siemianowic Śląskich Czasami warto wybrać się w niedaleką podróż do miejsca, które mamy tuż obok, dlatego dzisiaj zapraszam Was do Bażantarni i w okolice stawu Rzęsa w Siemianowicach Śląskich. A jest tu co zobaczyć. Wybierając się z dziećmi, warto przejść ścieżką przyrodniczo-dydaktyczną. Na odcinku 3 km ustawiono 13 przystanków z opisem roślin i zwierząt, żyjących na tym terenie. W sąsiedztwie Stawu Rzęsa, utworzonego w miejscu byłej piaskowni i składającego się z 4 zbiorników podzielonych groblami, na najmłodszych czeka plac zabaw oraz Park Dinozaurów. Ten ostatni to lekcja historii i powrót do przeszłości w jednym. Ze znajdujących się tam tabliczek można zaczerpnąć wiedzę o danym gatunku, jego upodobaniach i stylu życia. Na osoby lubiące aktywnie spędzać czas czeka siłownia na świeżym powietrzu, boisko do siatkówki plażowej, a także sporo miejsca do jazdy na rowerze czy rolkach. Na terenie kompleksu zlokalizowana jest również niewielka tężnia solankowa, dlatego chętni mogą korzystać z jej zdrowotnych właściwości. To wszystko sprawia, że tutaj spędzi się cały dzień, nie nudząc się ani chwili. fot. Arch. UM Siemianowice Śl.

www.siemianowice.pl


FELIETON 19

ment ma zmierzyć się z najważniejszym logistycznym przedsięwzięciem w roku. Trzeba się spakować, zdecydować, co będzie potrzebne, a co nie. Majtki, skarpetki - to wiadomo. Koszulki z długim, z krótkim i średnim rękawem. Bluzy, spodnie, szorty, kurtki i koszule. Robi się tego dużo. Za dużo, bo jeszcze książki, które przeczytamy albo i nie, leki główne i poboczne, jakaś planszówka, kabelki, ładowarki i mnóstwo innych niekoniecznych drobiazgów. Teraz najgorsze - kolejność pakowania. Ręczniki na spodzie czy na wierzchu? Książki do podręcznego czy w walizce? To nie są proste rzeczy, a wyjazd tuż tuż. Przeplata się ze sobą poczucie braku czasu i jego wystarczalności. Trzy dni to za wcześnie, żeby drukować bilety. Po co, skoro można zrobić to przed wyjściem w pośpiechu, czwarty raz sprawdzając, czy wszystkie okna pozamykane.

Wakacje Parę razy byłem za granicą. Kiedyś to byłby szpan, ale w dzisiejszych czasach na nikim nie robi to wrażenia. Tak się jakoś składa, że najczęściej zagraniczne wojaże zbiegają się wakacjami, co w domyśle powinno kojarzyć się z totalnym relaksem, odprężeniem i brakiem jakiejkolwiek „spiny”. W końcu nie po to człowiek przez cały rok roboczy haruje jak wół, żeby w trakcie urlopu na śniadanie jeść pośpiech, na obiad stres, a na kolację grubo po osiemnastej - poczucie obowiązku i wyrzuty sumienia. Założenia są takie: odcinamy od siebie to całe dziadostwo, strzepujemy z koszuli kurz z warsztatu pracy i przeistaczamy się w Panów życia i sytuacji. Wedle całej masy wolnomyślicieli, aby taki stan osiągnąć, należy niezwłocznie po rozpoczęciu urlopu udać się poza granice kraju macierzystego. Tak, żeby wijące się macki z naszych zakładów pracy przypadkiem nie dosięgły nas podczas bezwstydnego oddawania się wczasom. Tyle teoria. Warto jednak pamiętać, że wakacje, jakiekolwiek by nie były, to nie jest instagramowa produkcja. Wakacje są częścią naszego życia, a życie, jak wszyscy dobrze wiemy, się z nami pieści albo nie pieści. Trzy dni do wyjazdu. Zjawiskowy miszmasz skrajnych emocji z pogranicza euforii, strachu i ogólnego „nieogaru” dochodzi do głosu. W mojej głowie pojawia się reisefieber, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „podróżnicza gorączka”. Temperaturę mam w normie, ale jest osobliwie. To, co robię, co myślę i co czuję, trochę nie przystoi osobie, która lada mo-

Na tych kilka dni przed wyjazdem uruchamia mi się również irytujący proces myślowy, który trwa do samego powrotu. Można go skwitować zdaniem: „Miejmy to za sobą”. Będąc w domu, myślę o tym, że chcę być już na lotnisku. Tam z kolei chcę być już po odprawie. Następnie pragnę wylądować, potem chcę mieć za sobą zakwaterowanie, które zresztą zgodnie z wolą żony zmieniamy co 2 dni i tak dalej, i tak dalej. Nie rozumiem tego, bo to by znaczyło, że wyjeżdżając na upragniony urlop, marzę o tym, żeby być już w domu, a przecież tak nie jest. Ja chcę tych wakacji, chcę celebrować każdy wolny od pracy i obowiązków dzień. Liczę, że zobaczę coś niesamowitego, że zjem ekstremalnie smaczne pożywienie lokalne albo, że po prostu coś sprawdzę, ot chociażby swój angielski. Bo angielski trochę umiem, ale trochę też nie. Momentami wydaje mi się, że jest OK, że ja właściwie już śmigam po angielsku. Próbuję wtedy ogarnąć coś więcej niż „Ekskjuzmi, łer is de tojlet?” i nie muszę wcześniej sobie tego układać w głowie. Tak było w Australii, gdzie miałem okazję zasiąść za kółkiem gigantycznej ciężarówki, potocznie zwanej road train. W przypływie emocji zuchwale zapytałem swoją, jak mi się wtedy zdawało, poprawną angielszczyzną, ile to cacko pali. Kierowca powiedział wtedy coś, co było zapewne odpowiedzią na moje pytanie, tylko, że ja nic nie zrozumiałem. Żeby nie wyjść na frajera, odpowiedziałem: „Wow, what a monster!”. Facet był wyraźnie zadowolony, w końcu jego fura zrobiła na mnie wrażenie. Gdyby on wiedział… Te wakacje są już na finiszu i nie ma co nad nimi płakać. Co roku kosztują nas dużo stresu i nerwów, o pieniądzach już nie wspomnę. Cieszmy się na nadchodzący czas pracy, chodźmy do swoich biur i fabryk dziarskim, żwawym i ochoczym krokiem. To tam naładujemy baterie na kolejne urlopy. Skupmy się, to już za niecały rok.

Maciek Szczęch


fot. Ra2ański


przewodnik

do kupienia online i stacjonarnie w wybranych sklepach

jedz, pij, odkrywaj! szczegóły na

www.be-local.pl


22 KWESTIONARIUSZ PROUSTA

Kwestionariusz Magdalena Gorzkowska

Przez 12 lat zawodowa lekkoatletka, specjalizująca się w biegu na 400 m. Wielokrotna mistrzyni Polski na tym dystansie, mistrzyni Europy U23, halowa wicemistrzyni świata w sztafecie 4×400. Olimpijka z Londynu. Porzuciła karierę sportową na rzecz zdobywania najwyższych szczytów świata. Jej celem jest Korona Himalajów i Karakorum, czyli 14 ośmiotysięczników. Obecnie posiada na swoim koncie Everest, Makalu i Manaslu. Ostatniej zimy podjęła próbę wejścia na niezdobyty wcześniej zimą K2.

Pytania: 1. Główna cecha mojego charakteru? Szczerość. 2. Cechy, których szukam u mężczyzny? Poczucie humoru, szczerość. 3. Cechy, których szukam u kobiety? Otwartość, luz. 4. Co najbardziej cenię u przyjaciół? Pomoc, gdy jej potrzebuję. 5. Moja główna wada? Nieterminowość. 6. Moje ulubione zajęcie? Dzielenie się pozytywną energią, śmiech, radość z wszystkiego. 7. Moje marzenie o szczęściu? By każdy je w sobie odnalazł. 8. Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk? Nic. 9. Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem? Gdyby wszyscy wokół byli smutni. 10. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie była tym, kim jestem? Nie ma dla mnie lepszej opcji niż być sobą. 11. Kiedy kłamię? Gdy muszę. 12. Słowa, których nadużywam? Wszelkie wulgaryzmy. 13. Ulubieni bohaterowie literaccy? Wolę realnych bohaterów. 14. Ulubieni bohaterowie życia codziennego? Ludzie niebojący się zmieniać świat, przekraczający własne granice, działający na rzecz innych. 15. Czego nie cierpię ponad wszystko? Niesprawiedliwości, cierpienia innych, tchórzostwa. 16. Dar natury, który chciałbym posiadać? Mam wszystko, czego mi trzeba. 17. Jak chciałabym umrzeć? Nietuzinkowo. 18. Obecny stan mojego umysłu? Spokój. 19. Błędy, które najczęściej wybaczam? Takie, do których ktoś się przyzna z pokorą. 20. Twoja dewiza? Przeżyć swoje życie w najlepszy możliwy sposób. 21. Twoje ulubione miejsce na Śląsku? Park Śląski. 22. Stereotyp o Ślązakach, który uznajesz za prawdziwy? Że to twardzi ludzie. 23. Jakie jest twoje ulubione śląskie słowo? Hasiok. 24. A za którym ze śląskich słów nie przepadasz? Nie ma takich.


23

nr 15 Mateusz Ledwig

Kwestionariusz Prousta to rodzaj popularnej gry towarzyskiej z XIX wieku, która na przestrzeni czasu doczekała się wielu przeróbek. My do legendarnego zestawu pytań dodaliśmy kilka tych o Śląsk. Założyciel i właściciel marki Salty Entertainment Group, w internecie znany jako ROOBENS – influencer z łączną grupą fanów prawie 200 tysięcy obserwujących, freak i wizjoner, człowiek, który lubi z dnia na dzień wywrócić swoje życie do góry nogami, bo… „tak czuje”. W życiu kieruje się głównie intuicją, a nie zasadami i tym wygrywa. Swój sukces zawdzięcza niezwykle kreatywnemu podejściu do prowadzenia social mediów, co zaowocowało własną agencją, którą założył w wieku 25 lat. Jako influencer pracował i tworzył koncepcje kreatywne z takimi markami i instytucjami jak: Sprite, BaseCamp, Traficar, Netflix, Miasto Katowice, Sony Music, czy Coca-Cola. Jednak największą radość sprawia mu wspieranie, wcale nie takiej małej „mniejszości” LGBTQ i pomaganie swoim doświadczeniem każdej osobie, która jeszcze boi się żyć „po swojemu”. Kocha jeść majonez i wszystko, co tłuste.

Pytania: 1. Główna cecha mojego charakteru? Spontaniczność. 2. Cechy, których szukam u mężczyzny? Seksowny umysł. 3. Cechy, których szukam u kobiety? Nie szukam. 4. Co najbardziej cenię u przyjaciół? Prawdę. 5. Moja główna wada? Jedzenie pizzy w łóżku. 6. Moje ulubione zajęcie? Jedzenie. 7. Moje marzenie o szczęściu? Domek drewniany, w lesie pod miastem, jak w filmie “Nigdy w życiu”. 8. Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk? To, że przestałbym kiedyś w życiu być odważnym. 9. Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem? Nuda. 10. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem? Dodą. 11. Kiedy kłamię? Kiedy mówię: “właśnie kończę, już wysyłam”. 12. Słowa, których nadużywam? Żenada. 13. Ulubieni bohaterowie literaccy? Judyta z “Nigdy w życiu” K. Grocholi. 14. Ulubieni bohaterowie życia codziennego? Tim Ferriss. 15. Czego nie cierpię ponad wszystko? Braku konkretu w komunikacji. 16. Dar natury, który chciałbym posiadać? Brak zmęczenia. 17. Jak chciałbym umrzeć? Spektakularnie. 18. Obecny stan mojego umysłu? Spokój. 19. Błędy, które najczęściej wybaczam? Głupota. 20. Twoja dewiza? Życie, w którym się aktualnie znajdujemy, jest tym jedynym, co do którego mamy pewność, że istnieje; więc wszystko, czego chcesz spróbować, powinieneś właśnie tu i teraz. 21. Twoje ulubione miejsce na Śląsku? Katowice. 22. Stereotyp o Ślązakach, który uznajesz za prawdziwy? Mówienie wprost tego, co myślą. 23. Jakie jest twoje ulubione śląskie słowo? Haja. 24. A za którym ze śląskich słów nie przepadasz? “Przaja” — uważam, że jest brzydkie i mało subtelne, dlatego wolę używać ”kochom”.


24 SMAKI

Nowe przygody

Oto poradnik dla tych, którzy już wszystko widzieli i wszędzie byli. Nic ich nie dziwi, nie ma rzeczy, której by nie znali. Takich znajomych się nie lubi, chociaż każdy z nas czasem sam tak ma. A wtedy trzeba przypomnieć sobie kilka ostatnich zachwytów, by przywrócić nadzieję na nowe!

Joanna Zaguła



26 SMAKI

Udało się! Po ponad roku pandemicznego ukrywania się w domu udało mi się wyjechać na wakacje za granicę. A jak człowiek spragniony wakacji i stęskniony za nimi, to wybór jest prosty. Nie ma się, co zastanawiać nad nowymi kierunkami, tylko wybrać Włochy. Bo nigdzie nie będzie tak dobrze, jak tam. I tak też zrobiliśmy (ja i moi znajomi). Region chcieliśmy już wybrać jakiś choć trochę mniej znany, jednak ostatecznie stanęło na największym evergreenie – Toskanii. Ale przecież Toskanię uwielbiam, mam stamtąd wspomnienia najpiękniejszych widoków i najcudowniejszych kolacji. Jedźmy zatem! Jakież było więc moje zdziwienie, gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce i nie poczułam tego pełnego ekscytacji ukłucia w brzuchu w reakcji na nowe kolory i zapachy. No jest super, pięknie i w ogóle, ale żeby się zachwycać... Może za dużo razy byłaś już we Włoszech - powiecie. Cóż, niestety ta sama tępota emocjonalna dopadła mnie w Wietnamie, tak samo przestały mnie ekscytować nowe wydania magazynów kulinarnych. Kolejne urodziny to po prostu miły dzień, a dania próbowane w większości knajp są.... no okej. Martwiłoby mnie to jeszcze bardziej, gdyby nie wiadomość, że nie tylko ja tak mam. Brak zachwytów stał się tematem rozmów na tych naszych toskańskich wakacjach. Ubolewaliśmy nad tym, że za mało wzruszają nas mgły unoszące się znad wzgórz, że już to wszystko jakby kiedyś widzieliśmy, że już to wszystko kiedyś jedliśmy, że nic nas nie zaskakuje. Czy jesteśmy aż tak zblazowani? By sobie udowodnić, że nie, zaczęliśmy szukać w głowach ostatnich prawdziwych zachwytów. Owszem było wśród nich kilka spraw lub miejsc egzotycznych i niecodziennych, ale wiele z tego, co wymienialiśmy, nie miało nic wspólnego z jakimiś szaleństwami. Co więcej – nie da się ukryć,

że przynajmniej połowa z nich to kulinaria. Na swoje usprawiedliwienie chciałam tylko dodać, że to był naprawdę trudny rok. Moja (i nie tylko moja) głowa czasem nie ma po prostu siły na zawroty, ale jak człowiek pomyśli, to przypomina mu się kilka naprawdę mocnych akcentów w postaci kulinarnych odkryć. Tych z gatunku dań obsesyjnie powtarzanych na co drugim obiedzie i składników, które przyciągają wzrok podczas właściwie każdych zakupów, bo już nie da się bez nich żyć. Ja na przykład (wciąż jestem z tego powodu w szoku) w tym roku przekonałam się, że jednak lubię smak anyżu. Ileż wspaniałych połączeń smakowych otworzyło się przede mną z tej okazji. Żelki lukrecjowe to tylko jedna z nich. Pokochałam anyżowe czekoladki, które przywiózł mi znajomy z Islandii; wreszcie mogę z przyjemnością jeść sałatkę z fenkuła i pomarańczy, którą poznałam na Sycylii i która nie ma sobie równych we właściwościach orzeźwiających. Moim absolutnym faworytem jest jednak sałatka, podpatrzona na kanale youtubowym Alison Roman. Słodkie letnie pomidory polewa się sosem z anchois i nasion kopru włoskiego, podsmażonych w oliwie. Zapach tego sosu jest tak bogaty, ciekawy i pyszny, że można zwariować! Drugi zachwyt to Japonia. Od kiedy kupiłam książkę pełną przepisów na wegańskie dania japońskiej kuchni, nie ustaję w próbach poprawnego wykonania onigiri. Idzie mi średnio, za to tym, co nie ma prawa się nie udać, a jednocześnie robi megarobotę, jest ponzu. Brzmi jak coś ciekawego i może nawet skomplikowanego, ale to po prostu sos sojowy z sokiem z limonki i cukru. Polejcie nim grillowaną kukurydzę czy pieczone bataty, dodajcie oleju sezamowego i wszyscy będą przekonani, że mają do czynienia z kulinarnym geniuszem. Uwielbiam też ostatnio jeść oliwę na pół słodko. Jogurt


27

z miodem, orzechami włoskimi i oliwą albo kanapki z miodem, ricottą lub wiejskim twarogiem, gęstą dobrą oliwą i wędzoną solą. To moje, śniadanie, obiad i kolacja. Kocham to danie, jednocześnie lekkie i sycące, słodkie i słone, proste i wyrafinowane. Niezłym zaskoczeniem i potencjalnie zachwytem są też zawsze nieoczywiste połączenia. W dzieciństwie usłyszałam, że czyjś ojciec pił na kaca kawę z cytryną i wydało mi się to najbardziej paskudą rzeczą na świecie. Jednak dziś, jak ktoś proponuje mi kawę z cytryną, to najczęściej jest dripp lub chemex na ziarnach z Kenii, które w naparze pachną kwiatowo, owocowo, a w smaku mają przyjemną kwasowość. Dodajcie do tego lód oraz kilka plasterków cytrusa i macie idealny napój na lato. A tym, co najbardziej mnie w tym wszystkim zachwyciło, był powrót entuzjazmu. Już nie mam poczucia, że i tak nigdy nic się nie dzieje. Jest po co wstawać z łóżka, jest po co iść na zakupy, czeka na nas tyle pyszności. Szczególnie jesienią i późnym latem. Znowu zachciało mi się gotować, znowu słyszę wokół nowe, ciekawe pomysły. Jak choćby wychodzenie z kuchennej strefy komfortu. Wydaje się Wam, że w kuchni najczęściej się kroi, czasem sieka, rozdrabnia, uciera; ale czy myśleliście kiedyś w ten sposób o miażdżeniu? Rozgniatamy w rękach pomidory, by zrobić z nich sos do makaronu – świeży i bez gotowania, rozgniatamy ogórki i oliwki, żeby przygotować polaną oliwą sałatkę, miażdżymy czosnek, bo wtedy zachowuje dużo więcej wartości odżywczych, kruszymy ciasteczka na wierzch jogurtu z owocami (ale to wiadomo). Korzystajmy z urodzaju późnych zbiorów owoców i warzyw, jedzmy je na nowe i stare sposoby, i nigdy nie przestańmy (choćby próbować) się zachwycać, bo inaczej, co nam pozostanie!? Joanna Zaguła

Ilustracja – Malwina Pycia


28 SMAKI

Napij się!

Piszę najczęściej o jedzeniu i złapałam się na tym, że na picie nigdy nie zostaje wystarczająco miejsca. Niesłusznie, bowiem w świecie tego, co w butelkach, szklankach, kubkach dzieje się tak wiele!

Ola Czapla-Oslislo


29


30 SMAKI

Dlatego tym razem wszystkie znaki alfabetu przeznaczam na płyny, ale te nieoczywiste. Ferment w butelce

Nie wiem, kto zadbał o PR tego galaretowatego brązowo-żółtego brzydkiego grzyba, ale na pewno warto było, bo żal tracić tak cudowne właściwości, jakie posiada. Dziś już nie mają znaczenia legendy, mówiące o tym, że kombucha uzdrawiała cesarzy i nie sposób odtworzyć drogę, jaką z Dalekiego Wschodu przebyła do Europy (prawdopodobnie przez Rosję). Ten fermentowany napój z grzyba herbacianego robi zawrotną karierę i co więcej, można go przygotować w domu - skoro karmimy zakwas, hodujemy na parapecie kiełki, to i fermentujmy kombuchę! Miłośnicy zdrowego odżywiania wierzą, że napój z kombuchy wzmacnia odporność i pomaga oczyszczać organizm. Znawcy grzybów oburzą się i powiedzą, że to żaden grzyb, tylko „symbiotyczny zrost bakterii kwasu octowego i drożdży” (tzw. SCOBY, czyli symbiotic growth of acetic acid bacteria and osmophilic yeast). Ale mnie najbardziej interesuje perspektywa gastronomiczna tego napoju. Po połączeniu chińskiej herbaty ze SCOBY i sacharozą zaczyna się swoista alchemia i już po kilku, kilkunastu dniach fermentacji zostaje nam lekko gazowany kwaśnawy napój. Na stołach kombucha zagościła bez kompleksów wobec lemoniad, cydru, czy piwa, nie stronią od niej też barmani, którzy łączą ją w autorskich koktajlach; restauratorzy podają ją do odpowiednich dań na równi z winem. Na rynku zaś znajdziecie ją do wyboru do koloru, bowiem różni producenci ścigają się dziś w jej aromatyzowaniu, i tak np. możecie pić ekologiczną kombuchę z miętą, różą i granatem, odmianę lawendową albo fermentowaną na chmielu lub yerba mate. Owocowy recycling

Wydawało się, że z kawą zrobiono już wszystko. I to fakt po procesie zbierania, mycia, suszenia ziaren zostawały jedynie skórki otaczające pestki owoców. Przez lata wyrzucano je na śmietnik lub wykorzystywano zbędne łupiny w charakterze nawozu, jednak dziś zyskały drugie życie i do menu trafiły jako tzw. kaskara. Wyznawcy kultury specialty coffee wielbią ją na równi z kawą i degustują na specjalnie organizowanych cuppingach. Podkreślmy jednak: to nie jest kawa. A zatem co? Skoro napar na łupinach owoców, to może bliżej temu do herbat owocowych? Dylemat pozostaje nierozwiązany, choć chyba nikt nie zamierza się spierać o kaskarę na poważnie. Cascara po hiszpańsku oznacza skórkę, łupinę i tę oto uzyskaną z kawowca zalewa się gorącą wodą, parzy kilka minut i gotowe! W wielu krajach do naparu dodaje się np. korzenne przyprawy, by wg gustu aromatyzować gorący kubek. Latem ciekawą odmianę stanowi też kaskara zalewana na zimno - pozostawiając taki napój na kilka, kilkanaście godzin w lodówce, uzyskamy tzw. cold brew - świetną alternatywę dla orzeźwiającej


31

lemoniady. Cold brew można zastosować także do ziaren kawy - przekonajcie się, jaką kofeinową przyjemność daje takie „parzenie” na zimno ulubionych zmielonych ziaren. By było idealnie, do napoju (może lepiej nazywać go nalewką?) należy wrzucić kostki lodu, połączyć z cząstkami cytryny lub dodać łyżkę miodu. Pamiętając, że kawa to krzew owocowy, po niej i po naparze z jej owocowych łupin można spodziewać się prawdziwie orzeźwiających smaków. Herbata w proszku

Ma nieziemski kolor, należy ją parzyć zgodnie z rytuałem i potrafi być kosmicznie droga. Jej wysokość matcha - bo to w pewnym sensie królowa zielonych herbat - zyskała sobie specjalne traktowanie wśród naparów świata. To chyba też jeden z nielicznych produktów kulinarnych w proszku, który nie ma złej sławy. Japońska matcha (choć pochodzi historycznie z Chin) dojrzewa jak inne herbaty, ale w odpowiednim momencie proces wzrostu zostaje zatrzymany przez zaciemnienie plantacji specjalnymi konstrukcjami z bambusa. Świeżych liści, tzw. tenchy nie zwija się, ale rozdrabnia na pył na specjalnych żarnach i tak uzyskuje się matchę o intensywnie zielonym kolorze. Mieć matchę to jedno, a zaparzyć ją, to drugie. By dopełnić ceremoniału, należy zaopatrzyć się w specjalny zestaw: odpowiednią dużą czarkę, bambusową łyżeczkę i miotełkę/pędzelek do ubijania matchy (tak, trzeba ją mieszać aż do pojawienia się pianki na powierzchni). Można oczywiście i z domowych sprzętów przygotować zamienniki, ale efekt estetyczny na pewno będzie lepszy, jeśli zafundujecie i sobie i gościom niespieszny rytuał. Pochwał na temat matchy jest bez liku - od właściwości pobudzających, przez moce odchudzające, po wsparcie odporności; dlatego zalicza się ją do grona superproduktów i pewnie z tego powodu czasem cena zbiorów pochodzących z małych ekologicznych upraw potrafi być całkiem wysoka. Kto nie zakocha się w jej degustowaniu z czarki na gorąco, może konsumować ją np. w deserach, bowiem często trafia do ciast, dając im zarówno groszkowy kolor, jak i charakterystyczny smak. Ola Czapla-Oslislo Recenzentka kulinarna i autorka bloga Ostryga




ARTYKUŁ SPONSOROWANY



36 BIZNES

Klient partnerem? Jak działa marketing produktów luksusowych i w jakim kierunku dąży marketing nowych marek?

Karolina Szulęcka


37

Wszystko w naszym otoczeniu zmienia się, ewoluuje. Świat, ludzie, rynek i zasady nim kierujące podlegają zmianom. Kiedyś marketing skupiał się wyłącznie na produkcie oraz sposobach skutecznej prezentacji i sprzedaży. W świecie, gdzie podaż zdecydowanie przekracza popyt - marketing zaczyna coraz bardziej ukierunkowywać się na klienta i zrozumienie jego potrzeb, a produkt służy nie tylko do zaspokojenia potrzeb, ale wnosi dodatkowe wartości, emocje. Relacje wydają się być kluczowe w życiu, zarówno prywatnym, jak i biznesowym, dlatego też relacyjne podejście do klienta coraz częściej staje się oczywistym elementem prowadzenia biznesu. Na relacje pracuje się długo, wymagają one zaangażowania, ale pozwalają się rozwijać i stawiać kolejne kroki. To obecny trend – partnerskie traktowanie jest zdecydowanie bardziej na czasie i „opłaca się długofalowo”. W małej, lokalnie prowadzonej firmie każdego klienta ceni się na wagę złota. To oznacza, że należy o niego dbać. Chodzi tu zarówno o jakość produktu, ale przede wszystkim o jakość obsługi. Jeśli w konkretnym sklepie mamy lepszą, milszą i szczerą obsługę, łatwiej wydaje się tam pieniądze, wiedząc, że zarobi je ktoś, kto sprawia „przyjemność” podczas zakupu. W dodatku zadowolony klient w ramach „marketingu szeptanego” bezwiednie i bezpłatnie robi darmową kampanię. Nie jest ważna skala biznesu – duże rzeczy zaczynają się od małych, natomiast reguły obowiązują takie same. W biznesie co do zasady zawsze szukamy najlepszego rozwiązania za najniższą cenę lub najniższej ceny z najwyższą możliwą satysfakcją. Dlatego dla artykułów o masowej produkcji najbardziej sensownym rozwiązaniem jest marketing online. Jeszcze 15 lat temu kluczowe były kampanie w telewizji, na billboardach, czy w kolorowych magazynach. Aktualnie dla takich wyrobów największe znaczenie ma marketing online, w którym kampanie przybierają różne kreacje, odpowiadające profilowi docelowego klienta. Ich zadaniem jest budowanie świadomości i zaufania oraz nawiązywanie wirtualnej relacji z klientami, ale na skalę masową, gdzie produkcja/zasięg produktów liczy się co najmniej w tysiącach miesięcznie. Gdyby dobrze się zastanowić, to każdy influencer, który promuje określone artykuły, ma za zadanie dotrzeć do obserwujących go ludzi i budować zaufanie do promowanej przez siebie marki na podobnej zasadzie, jak kiedyś działo się to w reklamach telewizyjnych. W wypadku produktów luksusowych, których determinantą jest ograniczona ilość, wysoka cena, jakość, wyższy popyt niż podaż oraz indywidualny, emocjonalny aspekt – aby dotrzeć z odpowiednim komunikatem do odpowiedniego klienta, nakłady na działania online są zdecydowanie niewspółmierne do realnych możliwych korzyści. Działania marketingowe marek luksusowych opierają się na zaufaniu, emocjach i relacjach właśnie, dlatego w tym wypadku marketing zależy

w dużej mierze od osób odpowiedzialnych za produkt na etapie końcowym, czyli kontakt z klientem przy sprzedaży, odpowiednia obsługa posprzedażowa, stworzenie u klienta poczucia, że kwota, którą wydaje, jest adekwatna do poziomu otrzymanej obsługi i jednocześnie zakup sprawia mu „przyjemność”. Dlatego też trudność polega na odpowiednim doborze pracowników, którzy niejako stanowią ambasadorów marki i ich zadaniem jest długofalowe budowanie relacji z klientem. Wniosek: Najlepszy produkt nie obroni się obecnie na rynku, jeśli osoba za niego odpowiedzialna nie potrafi budować oraz odpowiednio zarządzać relacjami z potencjalnym nabywcą. Karolina Szulęcka


38

Dom na Jurze

Zapraszamy do przeczytania krótkiej rozmowy z Elwirą Błaszkiewicz, właścicielką domu na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, wyremontowanego według projektu pracowni Maciejewska Design.


39 Dlaczego zdecydowała się Pani na współpracę z pracownią Maciejewska Design?

Z Kasią Maciejewską poznałam się kilka lat temu przy okazji wykańczania mojego mieszkania w Katowicach. Od samego początku współpraca układała się bezproblemowo, mieszkaniem cieszę się do tej pory. Po drodze zrealizowałyśmy jeszcze dwa inne projekty, więc gdy podjęłam decyzję o remoncie domu po moich rodzicach, wybór był oczywisty. Czy projektantce udało się uzyskać efekt, o jaki Pani chodziło?

Ten dom był ciemny i ponury, królowała w nim boazeria, niefunkcjonalne meble i stare łazienki. Wszystko to składało się na przygnębiające wrażenie. Nie lubiłam tam przyjeżdżać. Poprosiłam więc Kasię, żeby stworzyła mi tam atmosferę weekendowego i wakacyjnego luzu, oddechu od zgiełku Katowic. Gdy zobaczyłam pierwsze wizualizacje, wiedziałam, że ten dom w weekendy będzie tętnił życiem. Zachwyciłam się tym projektem. Nie mogłam doczekać się realizacji. Remont trwał prawie 5 miesięcy, ale było warto. Wszystko zmieniło się nie do poznania, z niecierpliwością wyczekuję piątku i weekendu w tym domu. Podobnie jak moi znajomi, którzy zakochali się w nim równie mocno jak ja. Co by Pani poradziła osobom planującym remont lub budowę domu?

Generalny remont czy budowa domu to ogromne przedsięwzięcie. Trzeba zaplanować układ funkcjonalny pomieszczeń, punkty elektryczne i hydrauliczne, dobrać meble, płytki, armaturę, ceramikę, lampy, tkaniny i sto różnych innych rzeczy, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. W dodatku pochłonie to spore pieniądze, wiem coś na ten temat. Warto więc wydać je z głową. Zaplanować wnętrze i budżet to nie lada wyzwanie. Radziłabym zatrudnienie doświadczonego projektanta, który ma za sobą wiele takich realizacji. Zaoszczędzi to nie tylko nieprzewidzianych wydatków, ale także stresu związanego z wszystkimi pracami. Więcej realizacji na profilu: @Maciejewska Design, na Facebooku i Instagramie oraz na www.kmaciejewska.pl. Zapraszamy na niezobowiązującą rozmowę o Waszym nowym projekcie wnętrza. Czekamy na Was pod numerem telefonu: 502 235 747 Maciejewska Design

ARTYKUŁ SPONSOROWANY


40 EDUKACJA / DZIECKO / RODZINA

Jakość życia w XXI w. — czy zwracasz uwagę na detale? W czasach kiedy mamy dostęp do pożywienia, wody, wiedzy, wszelkich dóbr i rozrywek, a także rozwiniętej medycyny czy technologii, wydawałoby się, że jakość naszego życia jest na bardzo wysokim poziomie. Czy aby na pewno? Mamy teoretycznie wszystko to, co znacznie wpływa na jego jakość, ale czy naprawdę żyjemy?

Magdalena Michalak


41

Oczywiście to, co stanowiłoby dla nas zakres, jaki bralibyśmy pod uwagę, zastanawiając się nad jakością życia, jest różny. Dla jednych będzie to zdrowie, miejsce zamieszkania, status społeczny, drogi samochód, czy modny telefon. Najczęściej skupiamy się jednak na kwestiach zewnętrznych, które mają na nas wpływ, zapominając, że wewnętrzny stan psychiczny znajduje odbicie w życiu zewnętrznym, a istotne szczegóły, wymagające dostrzeżenia ich i pracy nad nimi, pozostają niezauważone. Robienie czegoś dla kogoś czy dla własnej wygody?

Tkwisz w nieszczęśliwej relacji, bo obawiasz się społecznej presji czy rozmowy z drugą stroną? Zgadzasz się na lekceważący stosunek do Ciebie, bo uważasz, że unikniesz konfliktu, czy boisz się szczerej rozmowy? Częściej włączasz dziecku bajkę w ramach atrakcji dla niego czy dla chwilowej ciszy? Godzisz się na kolejną godzinę grania na telefonie, aby dziecku sprawić przyjemność czy, żeby nic od Ciebie nie chciało? Zazwyczaj robisz to, o co Cię poproszono, bo nie umiesz odmówić, czy dlatego, że chcesz to zrobić? Jakość życia to samoświadomość tego, co lubię, na co się zgadzam, co mnie rani, czego potrzebuję. To odwaga przede wszystkim przed samym sobą do odpowiedzenia sobie na pytanie, czego ja chcę, a potem przeanalizowania swojego życia pod tym kątem, na płaszczyźnie relacji z innymi i ze sobą. Jeżeli będzie to konieczne, to także odwaga do podjęcia ważnych decyzji, jeśli po drodze zgubiliśmy siebie. Spędzanie czasu razem czy obok siebie?

Wyobraź sobie teraz parę oglądającą film, rodzica siedzącego na ławce podczas, gdy jego dziecko bawi się na placu zabaw; mamę, która prowadząc dziecko za rękę, korzysta z telefonu. Wydawałoby się, że w tych sytuacjach ci ludzie są razem, ale oni tak naprawdę znajdują się obok siebie. Pomiędzy nimi nie zachodzi żadna interakcja, nie ma komunikacji czy współpracy. Tak samo moglibyśmy powiedzieć o korku samochodów, stojących na światłach i że stoimy wraz z innymi kierowcami albo o pozostałych pasażerach w autobusie. Jednak tutaj raczej mówimy jedynie o sobie, a nie o nas Korzystamy z jedzenia czy usług fast, wszystkiego, co usprawni i przyspieszy domowe czynności. Ale co później dzieje się z tym czasem? Czy mając dostęp do tak wielu komunikatorów, dbasz o relacje i czas z najbliższymi, czy raczej jakość tych kontaktów jest powierzchowna?

Od poniedziałku czekasz na piątek, czy realizujesz się z pasją?

Badanie przeprowadzone przez CBOS wykazuje, że Polak przeznacza średnio 46 godzin w tygodniu na pracę zarobkową. To w sumie daje nam prawie 100 całodobowych dni w roku. W związku z tym dość kluczowym aspektem pozostaje pytanie czy praca, jaką wykonujemy, sprawia nam przyjemność, czy nas rozwija, czy panująca w niej atmosfera i ludzie, którzy nam w niej towarzyszą, są sympatyczni? Czy praca jest jednocześnie naszą pasją, umożliwia nam samorealizację, albo chociaż ją lubimy? Zdecydowanie stresujące zdarzenia, jakie mają miejsce w pracy, często przenoszone są do życia domowego, czasem rzutują na innych domowników, jeśli nie potrafimy kontrolować swoich emocji. Jednocześnie cały łańcuch następstw z powodu irytującej pracy znacząco wpływa na nasz czas wolny i jakość życia. Zarabiasz pieniądze po to, żeby… ?

Spełniać marzenia swoje i bliskich? Odżywiać się zdrowo? Rozwijać umiejętności i zainteresowania, zdobywać wiedzę? Podnosić jakość swojego życia? Kiedy myślisz o pieniądzach, to traktujesz je jako środek do celu czy przyczynę wszystkich problemów? Nie zawsze bogactwo finansowe mówi o jakości życia. Z pewnością pieniądze ułatwiają i umożliwiają dostęp do narzędzi, jakimi możemy budować satysfakcjonujące życie. Jednak dbanie o siebie nie jest możliwe tylko wtedy, kiedy stać nas na luksusowe zabiegi kosmetyczne i ubrania. Zdobywanie umiejętności wcale nie musi równać się z wydawaniem majątku. Troska o zdrowie nie wymaga skupiania się jedynie na drogim sprzęcie sportowym i suplementach z górnej półki. Brak pieniędzy nie oznacza, że nie można wieść szczęśliwego i satysfakcjonującego życia. A jego jakość to wiele innych sfer, o których często zapominamy. Czy zastanawiałeś/aś się, dlaczego wolisz do późna zostać w pracy, a po powrocie do domu zasiąść z książką lub przed telewizorem? Dlaczego łatwiej Ci wysłać mail lub SMS do partnera/ki, niż porozmawiać w domu? Czemu chętniej zaprowadzisz dziecko do psychologa, niż zastanowisz się, nad tym, jaka atmosfera panuje w domu? Czy łatwo Ci godzić się na to, co Cię unieszczęśliwia lub rani, czy jednak widzisz, że to iluzja świętego spokoju? Co dokładnie oznacza dla Ciebie satysfakcja w życiu? Odpowiedz sobie na to pytanie i zacznij żyć. Magdalena Michalak | www.savoir7.pl


42 SPORT / MOTYWACJA

Sisterhood is powerful Jest sam środek lata. Dom Łowyń — ustronne, cudowne miejsce nad małym jeziorem, gdzieś pod Poznaniem. Dookoła las i pola. Cisza.

Magda Bajer


43

Totalnie magiczna przestrzeń. Zjeżdżają się uczestniczki letniego relaksu z SUP jogą, same kobiety. W różnym wieku, ale to bez znaczenia. Znaczenie ma to, że przy pierwszym spotkaniu, kiedy siadamy w kręgu i proszę o dowolne przedstawienie się, dziewczyny mówią swoje imię i kilka słów o tym, dlaczego tu przyjechały. Nie opowiadają, co robią w życiu i wbrew pozorom, to nadaje naszemu spotkaniu zupełnie wyjątkowy charakter. W jednej chwili dowiedziałyśmy się o sobie tak wiele, zdałyśmy sobie sprawę z tego, że oto jesteśmy razem, wszystkie takie same, piękne i delikatne, bez zbędnych definicji i słów. Potem pod relacją z wyjazdu napisałam „#sisterhood”. I to było to, siostrzeństwo w najczystszej postaci. Jestem w szoku! Kto z Was próbował kiedyś doszukać się jakiejś oficjalnej definicji słowa “siostrzeństwo”? Bo ja tak, ale przyznaję, nie znalazłam. Przecież nie jest to jakieś nowy, wymyślony przed chwilą wyraz! Sięgam więc dalej, szukam w Google, wertuję wirtualne strony artykułów w języku polskim i angielskim. Znajduję taką definicję w Cambridge Dictionary, która siostrzeństwo opisuje jako „pokrewieństwo między rodzeństwem płci żeńskiej”, ale także jako „silne poczucie przyjaźni i wsparcia wśród kobiet zaangażowanych w działania na rzecz poprawy sytuacji kobiet i ich praw”. Zastanawiam się nad tym, co ja rozumiem poprzez to określenie i od razu na myśl przychodzą mi coraz bardziej popularne kręgi kobiet, widzę przed oczami symbol błyskawicy, na dobre już wpisany w krajobraz naszej polskiej rzeczywistości, w której coraz częściej kobiety biorą się za ręce i wspólne maszerują, broniąc swoich praw. Slogan „Sisterhood is powerful” („Siostrzeństwo jest potężne”) zaistniał po raz po raz pierwszy jako myśl przewodnia w przemówieniu czołowej feministki Kathie Sarachild podczas konwencji New York Radical Women w 1968 roku. Źródłem moich rozważań na temat tego, jaką moc ma siostrzeństwo w nieco subtelniejszej formie, stały się jednak właśnie kobiece spotkania. Organizuję wyjazdy z jogą, SUP jogą i medytacją już od kilku lat. I szybko okazało się, że przybywają na nie same kobiety, choć nie miałam takiego założenia na początku. Przyjeżdżają po spokój, ciszę i możliwość pobycia z samą sobą. Ale też po to, by bez zahamowań śmiać się i płakać, mówić o tym, co jest ważne. I tak spędzamy kilka dni. Otwieramy się przed sobą, bo szybko okazuje się, że nikt tu nikogo nie ocenia, że dajemy sobie bezpieczną przestrzeń na to, by nie musieć się wstydzić. Nie definiują nas rzeczy, które robimy w życiu, nie mają znaczenia kształty naszych ciał; z zaufaniem czerpiemy ze swoich doświadczeń. Dajemy też sobie dużo swobody, bo kierujemy się zasadą, że możemy wszystko, ale nic nie musimy. Dla mnie, jako organizatorki tych spotkań, to, jak wielką one mają wartość, stało się jasne podczas jednej z takich luźnych rozmów. Gdzieś na środku jeziora, w jed-

nym z SUP-owych kółek dyskusyjnych (tak je ochrzciłyśmy, bo wszystkie małe i duże rozmowy odbywają się na wodzie), rzecz była o naszych dziwactwach. Na początku z pewną rezerwą, delikatnym dystansem. Ja na przykład, odważyłam się opowiedzieć o tym, że każdego wieczoru przed snem, muszę mieć pewność, że wszystkie szafy i szuflady w sypialni są domknięte, bo inaczej nie zasnę (dla jasności dodam, że otwarte szafki w kuchni w ogóle mnie nie interesują!), czasami więc wychodzę z łóżka, albo proszę mego towarzysza snu, żeby je zasunął… W obawie, że zostanę osądzona, nigdy wcześniej nie mówiłam tego osobom, których nie znam. I wiecie co się okazało? Że przynajmniej trójka z grupki może ośmiu osób wówczas dryfujących tam na wodzie, też tak ma! Może to i mała rzecz, ale wow! to małe wyznanie spowodowało lawinę następnych i okazało się, że dzielimy wszystkie te doświadczenia w nieco innych wymiarach i okolicznościach, ale nasze odczucia, emocje, wątpliwości, pytania mają charakter uniwersalny. Jakie to ważne, żeby dawać sobie przestrzeń, by mówić otwarcie i bez zahamowań. Świadomość, że ktoś inny też tak ma, też się z czymś mierzy, daje nam siłę i przekonanie, że nie jesteśmy same, a to, co czujemy, jest normalne. Nasza kobieca wrażliwość to ogromny dar i przywilej. Jakie to przykre, kiedy nieraz słyszę czy czytam, jak my kobiety osądzamy inne kobiety, jak bardzo staramy się pokazywać swoją wyższość, za wszelką cenę udowadniać własne racje, a przecież robiąc takie rzeczy, wyświadczamy naszemu siostrzeństwu niedźwiedzią przysługę. Muszę więc na koniec wyrazić swój żal z powodu wszystkich złych rzeczy, które kiedykolwiek powiedziałam i pomyślałam o innych kobietach jako mała dziewczynka i dojrzała już kobieta. Przepraszam moje wszystkie siostry za zazdrość, nieprzychylność, nieodpartą chęć oceniania. To wcale nie jest tak, że dziś już tego nie robię, bo wciąż łapię się na tym, że mój umysł biegnie gdzieś po utartych ścieżkach silnej pokusy wyrażania opinii na czyjś temat. Staram się więc świadomie zmieniać te negatywne emocje w szacunek i zrozumienie, bo przecież to my prowadzimy swój umysł, a nie on nas. A zmiana podejścia do innych kobiet, uzdrawia też relacje nas samych z sobą. Dziewczyny! bądźmy dla siebie dobre, #sisterhood ma moc. Zapraszam do spotkań, do zobaczenia na wodzie. Magda Bajer | www.supfit.pl


44 SPORT / MOTYWACJA

4 ważne lekcje z igrzysk

Głęboko wierzę, że sport jest mikrokosmosem życia, z którego możemy wyciągać ważne lekcje. Czego zatem nauczymy się z doświadczenia niedawno zakończonych igrzysk olimpijskich w Tokio?

Grzegorz Więcław


45


46 SPORT / MOTYWACJA Lekcja 1: Definiowanie sukcesu

Choć każdy sportowiec pragnie wygrywać i zdobywać najwyższe laury, to rzeczywistość jest brutalna. Na podium są tylko trzy miejsca, a chętnych na nie naprawdę wielu. Dlatego po igrzyskach wielu sportowców zwyczajnie obchodzi się smakiem. Czy zatem tylko medaliści są ludźmi sukcesu? Warto nad tym się zastanowić. Bo wszyscy wyznaczamy sobie własne cele i nie dla każdego sukcesem będzie podium olimpijskie. Jak zatem inaczej zdefiniować sukces? Choć w blasku jupiterów media najczęściej pokazują tylko tych najlepszych, to naprawdę dla większości sportowców udział w igrzyskach jest osiągnięciem samym w sobie. Możliwość sprawdzenia się na najwyższym poziomie współzawodnictwa to prawdziwa nobilitacja. Podium wcale nie musi być jednoznacznym kryterium olimpijskiego sukcesu. Dla niektórych może nim być rekord życiowy (np. Aleksandra Mirosław we wspinaczkowym sprincie), dostanie się na określony pułap zawodów (np. Krzysztof Chmielewski – 8. miejsce w finale na 200 metrów stylem motylkowym) albo po prostu reprezentowanie swojego kraju na arenie międzynarodowej (np. łuczniczka Sylwia Zyzańska albo nasi maratończycy). Oczywiście, że są tacy, których interesuje tylko medal i głośno o tym mówią. Pozytywnym tego przykładem są nasi młociarze, którzy zdominowali tę konkurencję lekkoatletyczną w Tokio i zgarnęli 4 na 6 możliwych medali. Po drugiej stronie spektrum są siatkarze i koszykarze 3 × 3, którzy jechali jako faworyci do złota, ale ani jedni, ani drudzy nie przeszli ćwierćfinału. Z doświadczania igrzysk dowiadujemy się zatem, że zarówno sukces jak i porażka to pojęcia względne, konstruowane przez nas samych. To konfrontacja rzeczywistości z założonymi celami i oczekiwaniami. W miarę jak zawodnik rozwija się i staje coraz lepszy, stawia sobie też coraz wyższe dążenia, ale niekoniecznie musi to być podium. Mądre ustalanie celów to sprawdzone narzędzie treningu mentalnego, które pomaga definiować i redefiniować sukces na arenie zmagań sportowych. Dobrze jest mierzyć wysoko, ale warto mieć również mniejsze zadania, które pozwalają skupiać się na tu i teraz. A ponad wszystko warto pamiętać słynną sentencję Pierre’a de Coubertina, ojca nowożytnych igrzysk olimpijskich: najważniejszą rzeczą w życiu wcale nie jest triumf, ale udział; nie liczy się zwycięstwo, ale walka. To mniej więcej znaczy, że skupiać powinniśmy się nie tyle na wygrywaniu, co na pokazaniu tego, co mamy najlepsze. Z takim nastawieniem zawsze można chodzić z głową podniesioną wysoko. Lekcja 2: Inkluzja

Oglądając dużą imprezę sportową, taką jak igrzyska olimpijskie, dobrze jest zwrócić uwagę na to, że w sporcie znajduje się miejsce dla każdego. Dla małych (np. gimnastyka artystyczna)

i dużych (np. koszykówka). Dla silnych (np. podnoszenie ciężarów) i wrażliwych (np. pływanie synchroniczne). Jest miejsce dla młodych (najmłodszy zawodnik na IO w Tokio to 12-letni tenisista stołowy z Syrii Hend Zaza) i starszych (najstarsza zawodniczka na IO w Tokio to 66-letnia Mary Hanna, po raz szósty reprezentująca Australię w jeździectwie). Medale zdobywają zarówno faworyci, jak np. Maria Andrejczyk w rzucie oszczepem, i kompletne żółtodzioby, jak choćby Dawid Tomala w chodzie na 50 km. Zwyciężają hegemoni z USA, Chin i Wielkiej Brytanii, a także kopciuszki z San Marino czy Fidżi. Udział mogą wziąć także uchodźcy pod flagą olimpijską. Na igrzyskach w Tokio było miejsce na pokaz siły – patrz choćby na żeńską i męską reprezentację Francji w piłce ręcznej, ale też wrażliwości i dbałości o siebie oraz swoje zdrowie psychiczne – patrz amerykańska gimnastyczka Simone Biles. To chyba właśnie jest najpiękniejsze. Na igrzyskach znajdzie się miejsce na wyrażenie siebie, swojej różnorodności i człowieczeństwa. Piszę to zarówno w kontekście światowym, jak i lokalnym, polskim. Bo w Tokio okazało się, że Polskę mogą dumnie reprezentować osoby różniące się kolorem skóry, wyznawaną religią, czy orientacją seksualną. W takim wymiarze hasztag Polskiego Komitetu Olimpijskiego, że jesteśmy jedną drużyną, nabiera prawdziwego znaczenia. Bo taki właśnie jest sport olimpijski: naprawdę pojemny i włączy każdego. Przekonaliśmy się o tym dobitnie w trakcie ostatniej olimpiady. Lekcja 3: Współdziałanie

Uprawianie sportu na każdym poziomie może pomóc ludziom w budowaniu wielu kompetencji społecznych, takich jak np. komunikacja czy współpraca. Sport może uczyć odpowiedzialności za drugiego człowieka, zaufania mu albo dawania wsparcia. I to niezależnie od tego, czy mówimy o dyscyplinie indywidualnej czy też zespołowej. Bo nawet sporty indywidualne mają w sobie elementy pracy drużynowej – obcowanie z innymi zawodnikami, trenerem, sztabem itd. Nikt nie żyje w próżni. Po prostu potrzebujemy ludzi po to, abyśmy sami stawali się lepsi. Amerykański psycholog David Light Shields twierdzi, że współzawodnictwo wśród ludzi może być najbardziej wyrafinowaną formą współpracy. Bo dzięki niemu każdy staje się lepszy, wznosi się na wyżyny swoich możliwości. Jednak granica między pozytywnym współzawodnictwem a grą nie fair bywa bardzo cienka. Trzeba nauczyć się ją dostrzegać. Świetnym przykładem współdziałania i współzawodnictwa podczas igrzysk może być niemalże każde ze zmagań w sportach drużynowych, np.: piłka nożna, siatkówka, piłka ręczna, hokej na trawie itd. Warto również zwrócić uwagę na funkcjonowanie specyficznych zespołów, jakimi są pary (np. w siatkówce plażowej, tenisie, badmintonie, sportach wodnych) albo lekkoatletyczne sztafety, które w Tokio przyniosły nam tyle radości w wydaniu 4 × 400 m.


47 Lekcja 4: Radzenie sobie z błędem, niepowodzeniem, przegraną

Wielkie imprezy sportowe są piękne, bo wszystko jest tam możliwe. Kopciuszek może nagle znaleźć się na podium, a wielki faworyt przełknąć gorzką pigułkę przegranej. Podczas igrzysk w Tokio byliśmy świadkami wielu spektakularnych wyczynów, ale też błędów, niepowodzeń, przegranych, a nawet klęsk. Jak zawodnicy radzą sobie, kiedy im coś nie wychodzi, jest jedną z najważniejszych lekcji, jakie możemy wyciągnąć z każdych igrzysk. W Tokio najbardziej spektakularnym przykładem była chyba Sifan Hassan, biegaczka z Holandii, która w trakcie rywalizacji przewróciła się, ale potem pozbierała i wygrała. W siatkówce mężczyzn także widzieliśmy niesamowitą reakcję drużyn w obliczu bardzo trudnych sytuacji (np. zespół Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego w półfinale z Brazylią). Warto takie rzeczy zauważać. Jak sportowcy reagują na popełniony błąd i czy są w stanie wrócić do gry? A co, jeśli okoliczności nie sprzyjają? Sędziowie podejmują kontrowersyjną decyzję, albo warunki do wykonania zadań nie są optymalne? W Tokio było mnóstwo takich przykładów, związanych choćby z pogodą (patrz: regaty wioślarskie na sporej fali albo temperatura powietrza podczas finałów lekkoatletycznych konkurencji wytrzymałościowych lub technologia bieżni, na którą mocno narzekali oszczepnicy). Zawodnicy dobrze radzący sobie z tego typu dystraktorami, zachowują elastyczność w swoim podejściu i potrafią się szybko „zrekoncentrować” na tych elementach zadania, które są w danym momencie istotne. Nie będzie też trudno znaleźć sportowców, którzy przeżyli rozczarowanie tego lata. W sieci krążą niesamowite kompilacje naszych zawodników, w szczery, otwarty sposób dzielących się swoimi emocjami. Rozczarowanie, błędy, przegrana. To wszystko stanowi część sportu. I życia także. Ciężko jest ciągle wygrywać, no chyba, że walczy się jedynie z dużo słabszymi od siebie. Nawet sportowcy, którzy osiągnęli najwyższy poziom wyczynu w swoich dyscyplinach sportowych, zdają sobie sprawę z tego, że nie zawsze zwyciężą. Choć zawsze pragną zwyciężyć i do tego dążą. Czasami bywa jednak tak, że pomimo dobrej postawy, zawodnik przegra mecz/ walkę/bieg, gdyż przeciwnik okazał się po prostu zbyt mocny. To również jest częścią doświadczenia. Zdobycie mistrzostwa w swojej dyscyplinie wymaga wielu lat treningu, praktyki i zbierania różnych doświadczeń. Droga na szczyt rzadko kiedy usłana jest różami. Zdarzają się zwycięstwa jak i błędy, niepowodzenia czy kontuzje. Potrzebne jest oczywiście wyciągnięcie z nich rozsądnych lekcji i... dalsze trenowanie! Grzegorz Więcław | www.glowarzadzi.pl


48 WYWIAD

Rój

Rój to historia rodziny, która walcząc o swoją wolność, podejmuje radykalną decyzję i na zawsze opuszcza znaną sobie cywilizację. Próba stworzenia od nowa idealnej społeczności okaże się jednak ekstremalna.

Rozmawiała Sabina Borszcz


49

fot. Adam Jakubowski


50 WYWIAD W rolach głównych Roma Gąsiorowska i Eryk Lubos. Film reżyseruje pochodzący z Gliwic Bartek Bala, odpowiadający również (wraz z Maciejem Słowińskim) za scenariusz. O produkcji zrobiło się głośno, zanim rozpoczęła się realizacja, ponieważ Rój to będzie pierwszy i dotychczas jedyny w Polsce pełnometrażowy film fabularny, który dzięki zbiórce internetowej zgromadził ok. 2 mln zł w ciągu 38 dni. O prekursorskim wykorzystaniu crowdfundingu w branży filmowej, pomyśle na tę produkcję, ekipie oraz o pracy rozmawiamy z Łukaszem Siódmokiem, pełniącym w spółce Film RÓJ SA rolę prezesa zarządu i producenta. Kiedy premiera?

Premiera kinowa jest zaplanowana na drugą połowę września 2022, czyli mniej więcej za rok, ale data i forma premiery mogą ulec zmianie w zależności od toczących się właśnie rozmów z platformami VOD, a także od sytuacji związanej z pandemią, mającej istotny wpływ na sposób funkcjonowania kin.

także naprawdę fantastyczny zespół doświadczonych realizatorów, takich jak: Jacek Hamela, Jarek Golec, Artur Zwierzchowski, Aleksander Pałasiński, Przemysław Drosik, Arkadiusz Rośczak oraz Bartosz Rośczak i wielu innych, którzy współpracują przy największych polskich produkcjach, również tych oscarowych. Na planie wykorzystujemy najwyższej klasy sprzęt kamerowy i oświetleniowy, takich marek jak ARRI oraz Leica, za którego dostawę odpowiadają firmy Heliograf oraz ATM System. Jesteśmy dobrze przygotowani, jednak jak to powiedział kiedyś Marc Randolph, jeden z założycieli Netflixa: Nikt nic nie wie. Zdaniem Williama Goldmana te cztery słowa są kluczem do zrozumienia Hollywood. Nikt w zasadzie nie wie, jak dobrze poradzi sobie dany tytuł, dopóki nie zostanie ukończony. „Nikt nic nie wie” nie jest oskarżeniem. To przypomnienie. Zachęta. Bo jeśli nikt nic nie wie, nie da się przewidzieć, które pomysły są dobre, a które nie. A skoro nie da się przewidzieć, kto osiągnie sukces, każdy pomysł ma potencjał. Skoro nikt nic nie wie, musisz sobie zaufać. Musisz się sprawdzić i musisz być gotowy na porażkę. Zatem, z zaufaniem do siebie realizujemy nasz pomysł i wierzymy w sukces, ale oczywiście mamy w sobie też dużo pokory. Kogo ten film powinien zainteresować?

na zdjęciu Bartek Bala | fot. Krzysztof Kusz

O czym jest Rój?

To historia rodziny, która przed 10 latami podjęła radykalną decyzję ‒ postanowiła na zawsze opuścić cywilizację i znaleźć swoją wolność, żyjąc w zgodzie z naturą, z dala od nieakceptowanych przez nią zasad. Rodzina opanowała sztukę przetrwania – uprawiają warzywa, hodują drób i pszczoły, polują na zwierzęta oraz łowią ryby. Jednak, jak to bywa z utopiami, nie wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami. Walka z dziką naturą staje się zbyt trudna, a problemy psychologiczne zaczynają się piętrzyć… w końcu jest to thriller! Nie mogę niestety powiedzieć więcej, żeby nie zepsuć widzom filmu :). Szykujecie się na sukces?

Staraliśmy się, żeby film posiadał wszystkie czynniki sukcesu, które można zaplanować. Ma świetnie napisany i wysoko oceniany scenariusz, wyjątkowo ambitnych i zdeterminowanych młodych twórców oraz znakomitą obsadę. Zgromadziliśmy

Rój to thriller z elementami dramatu psychologicznego. Od kilku dekad jest to najpopularniejszy i najchętniej oglądany gatunek filmowy. Rój kierujemy do widzów dorosłych, przede wszystkim pomiędzy 25 a 50 rokiem życia. Szczególnie do osób aktywnych zawodowo, zmęczonych konsumpcjonizmem i światem korporacji. Myślę, że historia, jaką opowiada ten film, dotrze głównie do widzów, którzy pomimo, że wszystko z pozoru układa się w ich życiu dobrze, choć raz poczuli pustkę i pomyśleli, że może warto byłoby porzucić to, żeby zacząć od nowa, np. w przysłowiowych Bieszczadach. Bez wyścigu szczurów i społecznego obowiązku stawania się nieustannie lepszą wersją siebie, w imię wartości, które są dalekie od naszej pierwotnej natury. Rój na pewno spodoba się widzom, lubiącym filmy mające w sobie głębszy wymiar. Dobrym przykładem takiego kina jest Fight Club (Podziemny krąg), będący czymś więcej niż historią facetów okładających się pięściami na parkingu podziemnym, a potem wysadzających świat. Choć fabuła, rzeczywistość i bohaterowie w tych dwóch filmach są zupełnie inne, to tak jak w Podziemnym kręgu tak i w Roju mamy do czynienia z dwoma splecionymi ze sobą warstwami. W warstwie fabularnej jest to mocny thriller, trzymający widza w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty i niepozwalający się nudzić. Jednak w warstwie refleksyjnej autorzy zaszyli głębszy


51 A kogo zobaczymy w rolach głównych?

W główne role wcieli się dwoje znanych i bardzo charyzmatycznych aktorów ‒ Roma Gąsiorowska (w roli matki) i Eryk Lubos (ojciec). Roma i Eryk byli naturalnymi wyborami Bartka, który „zobaczył” ich w swojej głowie, jako idealnych kandydatów do tych ról, już na etapie pisania scenariusza. Wtedy też, we wczesnej fazie powstawania projektu, aktorzy zdecydowali się na udział w nim. Rój to film pod kątem aktorskim wyjątkowy i jednocześnie bardzo wymagający. Osobiście uważam, że mogą to być najlepsze role tych aktorów. Scenariusz już we wczesnej fazie był pisany „dla nich”, a to nie zdarza się często. Oboje są także bardzo zaangażowani emocjonalnie w swoje kreacje. na zdjęciu Maciej Słowiński | fot. Maciej Nowaczyk

przekaz, który zostanie w głowach widzów na długo. Rój dotyka bardzo fundamentalnych dla każdego człowieka wartości, spraw związanych z osobistą wolnością, drogą do jej uzyskania, ludzką naturą oraz wewnętrznymi konfliktami, które czasem przyjmują skrajną formę, a to może skończyć się źle. Kto jest reżyserem i kto odpowiada za scenariusz filmu?

Film reżyseruje pochodzący z Gliwic Bartek Bala. Jest on niezwykle utalentowanym reżyserem młodego pokolenia, który Rojem zadebiutuje na dużym ekranie. Choć słowo „reżyser” nie zamyka tego wszystkiego, czym zajmuje się Bartek, będący przede wszystkim pomysłodawcą całego projektu i jego spiritus movens. Bartek pracuje nad filmem już blisko 6 lat i jest także współautorem jego scenariusza wraz z Maciejem Słowińskim – znakomitym scenarzystą oraz autorem znanego w branży bloga Przygody Scenarzysty. Połączenie dwóch odmiennych, uzupełniających się charakterów pozwoliło stworzyć naprawdę wyjątkowy scenariusz – bardzo głęboki w swoim przekazie, a jednocześnie dopracowany w rzemieślniczych aspektach scenariopisarstwa. Skąd w ogóle pomysł na taki film i jak doszło do jego realizacji?

Autorem pomysłu jest Bartek Bala. W późniejszym czasie, w różnych okolicznościach do zespołu dołączały kolejne osoby - w tym ja. Pierwotnie staraliśmy się (z udziałem producenta z Warszawy) o dofinansowanie w PISF, co jest standardem w produkcji filmów pełnometrażowych w Polsce. Niestety bez sukcesu. To niepowodzenie stało się jednak motorem do mojej ścisłej współpracy z Bartkiem Balą nad produkcją Roju. Moje doświadczenia biznesowe pozwoliły nam z sukcesem podejść do pozyskania finansowania w sposób dotychczas nieznany w branży filmowej. Od blisko 3 lat, w których współpracuję z Bartkiem, dołożyłem do projektu cegiełkę spojrzenia szerzej na produkcję filmu przez pryzmat projektu biznesowego.

Gdzie zrealizujecie zdjęcia do filmu?

Zdjęcia do filmu rozpoczynają się z końcem września tego roku i kończą mniej więcej w połowie listopada. Zdjęcia zrealizowane zostaną w Polsce, w dużej mierze na polskim wybrzeżu. Jest Pan producentem filmu, proszę opowiedzieć, na czym polega Pana praca?

Słowo „producent” w filmie nie jest jednoznaczne. Czasem mamy na myśli osobę producenta, czasem mowa o całym podmiocie, który film realizuje – w naszym projekcie jest nim spółka celowa Film RÓJ SA. Jestem prezesem zarządu spółki celowej i na mnie spoczywają przede wszystkim sprawy o charakterze biznesowym. Moje zadania odpowiadają tym, jakie wykonuję w spółkach działających na innych rynkach. Przy czym produkcja filmu to na pewno specyficzne przedsięwzięcie. W wymiarze finansowym jest ono nieco podobne do projektów deweloperskich. Najpierw inwestuje się i wydaje środki, a dopiero po realizacji swojego zamierzenia inwestycyjnego produkt trafia na rynek i zaczyna się sprzedaż. To, co różni projekty filmowe od innych, to na pewno wyjątkowe środowisko pracy, tworzone przez artystów. Zespół, który pracuje przy filmie, w tym składzie spotka się tylko jeden raz, żeby zrobić coś wyjątkowego. Ta atmosfera udziela się wszystkim. Można się wciągnąć. fot. Łukasz Dambiec


52 WYWIAD

fot. Adam Jakubowski


53

fot. Adam Jakubowski


54 WYWIAD

Poza tym realizacja filmu to praca bardzo zespołowa. Producentami są także Bartek Bala oraz Tomek Langner – wieloletni przyjaciel Bartka i jego wspólnik w HOLE Films. W trójkę staramy się uzupełniać kompetencjami i zadaniami w ramach swoich doświadczeń oraz możliwości. Film Rój to nie jedyne nasze zajęcie, więc pogodzenie wszystkich obowiązków wymaga dużej elastyczności, wzajemnego zrozumienia i jednocześnie koncentracji nad wspólnym celem. Mamy bardzo dobre, przyjacielskie relacje w całym zespole, choć nie jest to turkusowa organizacja, ale na co dzień nie odczuwa się u nas wyraźnej i sztywnej struktury. Zespół w kulminacyjnym momencie będzie składał się z ponad 70 osób, jednak trzon grupy stanowi kilka osób – wyjątkowych pasjonatów i przyjaciół tego przedsięwzięcia. Szczególne podziękowania należą się przede wszystkim kierownictwu produkcji – Justynie Koziarz oraz Arthurowi Czernikowi. Niestety nie sposób tutaj wymienić wszystkich, którzy na co dzień bardzo nam pomagają, ale serdecznie ich pozdrawiam! Wasza produkcja przetarła szlaki na polu crowdfundingu inwestycyjnego. Co to znaczy w praktyce?

Nigdy wcześniej w Polsce żaden film fabularny nie spróbował w ten sposób uzyskać środków finansowych na realizację. Jesteśmy prekursorami takiej formy finansowania filmów. Założyliśmy spółkę akcyjną, która realizuje film, a potem będzie czerpała z niego zyski. Korzystając z platformy Crowdway przygotowaliśmy „teaser inwestycyjny” i zapytaliśmy ludzi, czy chcieliby zainwestować w nasz projekt. Kampania promocyjna emisji była bardzo angażująca, miała swoje wzloty i gorsze momenty, ale udało nam się dopiąć emisję w 100%. Zdołaliśmy zrealizować nasze zamierzenie, co dla wielu w branży filmowej wydawało się być niemożliwe. Do teraz, kiedy rozmawiamy z takimi osobami, które nie słyszały jeszcze o sukcesie inwestycyjnym Roju, zdarza się nam spotykać z niedowierzaniem – przede wszystkim pozytywnym. Ile pieniędzy zgromadziliście w ten sposób? I w jakim czasie?

Udało nam się zebrać ok. 2 mln zł, w ciągu 38 dni. Oczywiście przygotowanie emisji i jej kampanii rozpoczęło się znacznie wcześniej i zajęło ok. 3 miesiące. Był to dla nas bardzo intensywny okres. W projekt filmu Rój zainwestowało ok. 300 osób – od niewielkich kwot rzędu 300–400 zł, po inwestorów, którzy nabyli akcje za ceny powyżej 100 tys. zł. Jak Pan myśli, dlaczego takim sposobem, taką drogą udało się zabrać tyle pieniędzy, w tak krótkim czasie? Czy idzie nowe

Myślę, że nowe jest potrzebne w branży filmowej i może nasz sukces zbuduje nowy standard niezależnego finanso-

wania produkcji filmowych. Rola prekursora niesie za sobą duże ryzyko, którego się obawialiśmy. W przypadku niepowodzenia ta i pewnie wiele innych ścieżek finansowania naszego projektu zostałyby zamknięte. To było spore ryzyko, ale świadomie je podjęliśmy. Przeważył aspekt związany z dużym rozgłosem projektu w jego bardzo wczesnej fazie, zapowiadający sukces tej formy zbiórki. A nawet najlepszym filmom nic nie jest potrzebne bardziej od tego. W okresie zaledwie kilku miesięcy kampanii ukazało się ponad 500 publikacji o filmie Rój, które dotarły do 3 mln osób. Niezależny instytut związany z monitorowaniem mediów określił ekwiwalent reklamowy projektu w całym cyklu jego życia na poziomie od 100 do 200 mln zł. Ta popularność przyciąga nie tylko inwestorów, ale i sponsorów projektu, którzy chcieliby promować swoją markę z wykorzystaniem tej popularności. Obecnie w grupie firm wspierających projekt jest kilka znanych podmiotów lokalnych i ogólnopolskich. To doskonała okazja na promocję marki, nie tylko wśród firm z branży filmowej. Ostatnio nawiązaliśmy współpracę m.in. z firmą NBIT z Gliwic, zapewniającą bezpieczeństwo danych na naszym planie filmowym, a to zajęcie niezwykle odpowiedzialnie. Są też partnerzy, z którymi realizujemy działania o zupełnie innym charakterze. Przykładem jest Tenczyńska Okovita SA (Browar Tenczynek) Janusza Palikota, zajmująca się między innymi destylacją wysokiej jakości alkoholi wysokoprocentowych. Wspólnie wydajemy właśnie limitowaną edycję (do 100 butelek) okowity RÓJ, która będzie dostępna wyłącznie dla naszych partnerów, jako kolekcjonerski artefakt związany z filmem. Projekt jest bardzo medialny i wartościowy w swoim przekazie, więc ma spore zainteresowanie sponsorów oraz mecenasów. Źródłem sukcesu kampanii jest także to, że nasz zespół w trakcie emisji zrobił bardzo dużo wartościowej pracy. Zarówno tłumacząc na zrozumiały język biznes filmowy, oferując bardzo uczciwe warunki naszym akcjonariuszom, a także tworząc wysokiej jakości treści marketingowe. Duże znaczenie miało wsparcie Pawła Komara oraz jego licznych współpracowników, którzy bardzo zaangażowali się w emisję i jej sukces. Ankiety, jakie przeprowadziliśmy dla naszych inwestorów już po emisji, pokazały ciekawy fakt, że dla 50% osób była to pierwsza inwestycja w formie crowd inwestycyjnej, a dla blisko 15% pierwsza inwestycja w ogóle. Większość ankietowanych zdecydowała się na to, bo chciała wziąć udział w unikalnym projekcie filmowym, pierwszym tego typu. Ryzyko bycia pierwszym udało się nam więc skutecznie przekuć na korzyść projektu. Na to samo liczymy w momencie premiery. W październiku zeszłego roku mówił Pan: „Dziś jesteśmy pierwszą fabularną i komercyjną produkcją filmową, która przed rozpoczęciem


55 planu zdjęciowego ma w pełni zabezpieczony budżet, dzięki któremu cała ekipa filmowa ze spokojną głową może skupić się na stworzeniu najwyższej jakości warstwy artystycznej.” Czy zatem taki model finansowania jest lepszy od tego bardziej klasycznego?

Wiele produkcji filmowych korzysta z dofinansowań z PISF. To droga dotacyjna, wymagająca wkładu własnego, który produkcjom ciężko uzyskać. Dużo trudniejsze jest także zapanowanie nad cash flow takich projektów. Mając środki na koncie, na pewno jest łatwiej. Ale to nie zasługa crowd inwestycji, a po prostu inwestycyjnej formy realizacji projektu. Względem klasycznego modelu inwestycyjnego, my jako spółka akcyjna z 300 akcjonariuszami mamy mimo wszystko trochę więcej pracy z formalnościami.

Łukasz Siódmok | założyciel oraz prezes zarządu Fulco System sp. z o.o., czołowego polskiego producenta elementów małej architektury oraz wyposażenia przestrzeni publicznej. Doświadczony menedżer, inżynier i projektant. Jako członek zarządu w kilku spółkach odpowiadał strategicznie i operacyjnie za kilkanaście marek oraz wprowadzenie na rynek kilkuset produktów. Prywatnie pasjonat kina, uczestnik planów filmów pełnometrażowych Agnieszki Holland, Władysława Pasikowskiego oraz Macieja Pieprzycy. Ze swoim doświadczeniem w zakresie zarządzania projektami i wprowadzania produktów na rynek, w spółce Film RÓJ SA pełni rolę producenta (executive producer).

Jakie kolejne realizacje przed Panem? I czy też z tą samą ekipą?

Póki co jesteśmy skupieni w 100% na Roju. Jednak oczywiście, kiedy uda nam się skutecznie sfinalizować go, na pewno przyjdzie czas na kolejne. Zapraszam Państwa do śledzenia losów projektu na stronie www.filmroj.pl. na zdjęciu Łukasz Siódmok | fot. Dawid Markysz

Dziękuję za rozmowę.

fot. Adam Jakubowski

www.filmroj.pl


56 WYSTRÓJ WNĘTRZ

Minimalizm

Czym jest minimalizm we wnętrzach? W skrócie: mniej znaczy więcej — to główna zasada, którą należy się kierować, urządzając wnętrze w stylu minimalistycznym.

Martyna Szymańska


57


58 WYSTRÓJ WNĘTRZ

Wizualizacje | Martyna Szymańska


59

Powinnyśmy się wystrzegać dużej ilości bibelotów, które tak naprawdę niczemu nie służą. Zwróćmy uwagę na materiały, jakich używamy. To mają być dobre, jakościowe rzeczy, które będą służyć latami. W tym aspekcie minimalizm splata się z ekologią. Nie generujmy śmieci, jakimi są tanie odpowiedniki, nadające się do wymiany co kilka lat, a może nawet i co sezon. Zainwestujmy w takie elementy, jak blat kuchenny czy stół jadalny, które będą nam towarzyszyć dłużej. Styl ten to nie tylko jakościowe materiały i wykończenie, ale również prosta forma, podążająca za funkcją. Co kryje się za tym stwierdzeniem? Każdy przedmiot, każda bryła we wnętrzu ma mieć swoją funkcję. Nie dokładamy zbędnych elementów, by wypełnić przestrzeń. W mieszkaniu/domu minimalistycznym to przestrzeń ma grać główną rolę! Należy odpowiedzieć sobie również na pytanie, czy nasze życie jest minimalistyczne? Czy aby na pewno przedmioty, które posiadamy, są nam autentycznie potrzebne? Czy nie zagracamy sobie życia/przestrzeni niepotrzebnymi bibelotami. Czy kolejna pościel w szafce jest nam naprawdę niezbędna, a co za tym idzie również miejsce do przechowywania? Czy zamiast kolejnego regału nie zostawić… pustej przestrzeni? Po prostu! Niech we wnętrzu zapanuje ład i harmonia. Oczywiście, jakieś meble muszą się znaleźć w naszym domu. Wybierajmy zatem takie, które są ascetyczne i proste w formie, pozbawione zdobień, o jednolitych fakturach. Styl, o którym mowa, wywodzi się z Japonii. Czerpie on z filozofii zen, pozwalającej na wyciszenie zmysłów. Zen oznacza dążenie do stanu, w którym osiąga się jedność

ciała i ducha. Styl japoński wprowadzi spokój i równowagę w nasze często zabiegane i wypełnione obowiązkami życie. Zasady feng shui, z którymi również warto się zapoznać, pomogą nam w zaprojektowaniu wymarzonego wnętrza w japońskim, minimalistycznym stylu. We wnętrzach urządzonych w ten sposób najważniejsza jest otwarta przestrzeń, dająca wrażenie lekkości. Pomieszczenia często nie są oddzielone od siebie, lecz płynnie przechodzą jedno w drugie. Jednak idąc za potrzebami indywidualnymi, należy wziąć pod uwagę rozwiązania pozwalające rozłączyć niektóre części funkcyjne w domu, jak np. kuchnię od salonu czy łazienkę od sypialni. W Japonii umożliwiają to fusuma, czyli drzwi przesuwne, parawany. Tradycyjne japońskie fusumy stworzone są z drewna i papieru. Jednak nowoczesne rozwiązania wykorzystują takie materiały, jak np. szkło czy stal. Czysta, przejrzysta przestrzeń ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. Gdy wszystko we wnętrzu stoi na swoim miejscu, o wiele łatwiej jest nam się skupić. Co więcej, w przestrzeni, w której znajdują się tylko najważniejsze dla nas rzeczy, czujemy się spokojniejsi. Urządzajmy wnętrza w stylu minimalistycznym, ale również żyjmy zgodnie z tą zasadą. Nasza planeta coraz bardziej tego potrzebuje, a i my odczujemy tego dobre skutki. A zatem… zen.

Martyna Szymańska


60 ARCHITEKTURA

Muzeum Magicznego Realizmu Magiczne, ale realne i piękne miejsce w centrum Wisły. Secesyjna willa przetrwała ponad sto lat, by teraz zachwycać sztuką i inspirować historią.

zdjęcia | archiwum Muzeum Magicznego Realizmu

Karolina Frączek


61 Budowniczy

Historii willi nie byłoby bez jej twórcy, który dzięki swoim dokonaniom na polu fizyki, psychologii i filozofii dołączył do gremium najwybitniejszych naukowców naszego kraju. Julian Ochorowicz, bo o nim mowa, to wszechstronnie uzdolniony wizjoner oraz ideolog i propagator pozytywizmu w Polsce. Wynalazki, jakie stworzył, wyprzedzały swoją epokę. Przypisuje mu się koncepcyjny wkład w wynalezienie telewizora, który sam nazwał telefotoskopem, a także urządzenia rejestrującego i emitującego dźwięki. Telefonu, który zbudował, gratulował mu ówczesny prezydent Francji. Dzięki genialnemu pomysłowi zamontowania na szczycie wieży Eiffla nadajnika radiowego, uratował słynną konstrukcję przed rozbiórką, a tym samym ocalił od zapomnienia niezaprzeczalny symbol Paryża. Żaden z wynalazków nie został jednak opatentowany, a o niektórych zachowały się jedynie zapiski. Ochorowicz zasłynął również jako badacz i publicysta zagadnień z dziedziny hipnotyzmu, telepatii, także mediumizmu. W 1899 r. przybył do Wisły i wybudował pierwszy murowany dom w tej miejscowości, nazwany od jego nazwiska Ochorowiczówką. Lata świetności

To właśnie tutaj założył niepubliczne laboratorium psychologiczne, gdzie powadził samodzielną praktykę i doświadczenia z zakresu psychologii eksperymentalnej i hipnologii. Nie bez znaczenia jest fakt, iż budynek stoi w magicznym miejscu na czakramie mocy ‒ naukowiec długo poszukiwał dogodnej lokalizacji. Co ciekawe, aby nie zakłócać pola magnetycznego, i stworzyć dogodne warunki do przeprowadzania eksperymentów, zrezygnował z metalowych elementów konstrukcji budynku. Gośćmi w willi, która wówczas tętniła życiem, bywali najznamienitsi przedstawiciele polskiej nauki, kultury i sztuki, między innymi: Bolesław Prus, Maria Konopnicka, Maria Skłodowska-Curie z mężem, a także Władysław Reymont, który napisał tam pierwszy tom „Chłopów”. Ochorowicz wyprowadził się z Wisły w 1912 r., zostawiając meble, książki i urządzenia badawcze, które były stopniowo niszczone przez lokalnych mieszkańców. Zmarł 1 maja 1917 r. Czas nie oszczędzał Ochorowiczówki, ale mimo zawirowań historycznych i niepokojów wojennych przetrwała. Od ruin do perły architektury

Po II wojnie światowej budynek przeszedł w posiadanie miasta. Stworzono w nim lokale komunalne, wielokrotnie go przebudowywano i dobudowywano nowe części, co zniekształciło pierwotną, secesyjną bryłę. Po latach, w 2014 r. pożar dokończył dzieła dewastacji. W 2015 r. powstał pomysł przywrócenia dawnej świetności willi i stworzenia w jej murach Muzeum Magicznego Realizmu. Przygotowania projektu odbudowy Ochorowiczówki podjęła się pracownia Górnik

Architects. Twórcy musieli stawić czoła wielu pojawiającym się w trakcie odbudowy problemom. Ściany, które straciły nośność, naruszona pożarem, grożąca zawaleniem konstrukcja i niestabilne fundamenty kamienne, wymagające natychmiastowego wzmocnienia ‒ to tylko niektóre z nich. Projektantom, Mateuszowi i Magdalenie Górnikom, zależało na tym, by przywrócić i zachować jak najwięcej oryginalnych historycznych detali, takich jak: drewniany ganek, stolarka okienna i drzwiowa, czy kolorystyka. Podstawowa bryła została rozbudowana o szklano-drewniane skrzydło, które na tle zabytkowej części prezentuje się lekko i nowocześnie. W ten sposób udało się stworzyć dialog dawnej Ochorowiczówki z jej współczesną wersją. Magiczny klimat

Dziś, tak jak przed laty, willa Ochorowicza gości znamienitych twórców, a dokładniej ich dzieła. W odnowionych przestrzeniach muzeum można obejrzeć ponad 300 prac polskich mistrzów magicznego realizmu: Zdzisława Beksińskiego, Rafała Olbińskiego, Tomasza Sętowskiego, Jarosława Jaśnikowskiego, Jakuba Różalskiego, Marcina Kołpanowicza, Jacka Szynkarczuka, czy Artura Kolby. Przenoszą one zwiedzających w sferę nieskrępowanej wyobraźni. Tam, gdzie bajka łączy się z mrocznym światem maszyn i snów, wywołując niepokój, ciekawość oraz pragnienie poszukiwania sensu i nowych znaczeń. Specjalne miejsce zarezerwowano tu także dla ojca surrealizmu ‒ Salvadora Dali. Na stałej ekspozycji muzeum można podziwiać ponad 60 unikalnych prac na papierze, wykonanych w różnych technikach oraz kilka przedmiotów sztuki użytkowej, dekorowanych przez artystę, m.in. flakony perfum czy wieloletnią porcelanę Rosenthal, malowaną przez Dalego i sygnowaną jego nazwiskiem. A i Ochorowicz ma w willi swoją przestrzeń, będącą hołdem dla tego zapomnianego człowieka renesansu. Wypełniona niegdyś transcendentalnym duchem eksperymentów dra Ochorowicza, dziś jest metafizyczną ostoją sztuki surrealistycznej. To miejsce wyjątkowe na artystycznym szlaku Polski i Europy. Nie odmawiajcie sobie przyjemności i będąc w Wiśle lub okolicach, zajrzyjcie, by posmakować niezwykłości muzealnych. Magiczny realizm zadomowił się w Ochorowiczówce i ugości was najpiękniej. Karolina Frączek


62 ARCHITEKTURA

Dziedzińce i tarasy

W Montrealu, w okolicy o urokliwej nazwie Little Italy stoi niepozorna kamienica, która kryje w sobie wyjątkowe wnętrze.

Anna Szuba-Białas


63


64 ARCHITEKTURA


65

Budynek pochodzi z początku XX wieku, a za jego renowację odpowiada Atelier Barda — grupa znana z konstruktywnego podejścia do projektowania, polegającego na założeniu, że ostateczna wizja architektoniczna jest składową wielu czynników, takich jak np. kontekst geograficzny, społeczny i kulturowy oraz indywidualne potrzeby klienta. Zasadę racjonalizmu projektowego zastosowano również w przypadku wspomnianej przeze mnie kamienicy. Architekci zdecydowali się na pozostawienie zabytkowej fasady w zastanym kształcie, przearanżowano tylko to, co konieczne, by dzięki nowemu programowi funkcjonalnemu obiekt przystawał do realiów obecnych czasów. Po remoncie, na parterze kamienicy nadal miała być część handlowa, na wyższych piętrach zaś zaplanowano jednorodzinną luksusową rezydencję z apartamentem dla gości. Na zerowej kondygnacji w bryłę wkomponowano garaż, wygospodarowany ze zmniejszonej o połowę powierzchni handlowej. Dodatkowe metry pozwoliły na relokalizację wejścia, które wcześniej znajdowało się od strony głównego bulwaru handlowego, a teraz przeniesiono je na elewację przy spokojnej uliczce o rezydencjonalnym charakterze. Główną ideą towarzyszącą tym interwencjom, było uszanowanie dawnego stylu ceglanej fasady. Nowe elementy wprowadzono z szacunkiem dla przeszłości, jedynie delikatnie akcentując otwory za pomocą zaokrąglonych filarów. Podczas gdy obiekt z zewnątrz prezentuje się raczej tradycyjnie, to rozwiązania przestrzenne zaproponowane w środku są bardzo rzadkie w zabudowie miejskiej. Na drugim piętrze znajduje się apartament dla gości, złożony z trzech sypialni i salonu z aneksem kuchennym. Kolejny poziom służy jako główna przestrzeń mieszkalna. Zgodnie z projektem w kubaturze piętra ulokowano wewnętrzny dziedziniec, który odseparowuje strefę dzienną i nocną. Wydzielony szkłem, wyposażony w japońską wannę z bujną roślinnością wokół, sprawia, że mieszkańcy mogą poczuć się raczej jak w podmiejskiej willi z tarasem niż w miejskim apartamencie, co czyni ten projekt tak wyjątkowym. O dostęp do zieleni zadbano również organizując dwa ogrody na dachu. W jednym jest warzywnik, w drugim część loungowa i jadalnia. Zieloną przestrzeń tworzy dobudowana kubatura — ostatnie piętro budynku, gdzie znajduje się główna kuchnia i jadalnia apartamentu. Taki podział funkcjonalny wynika z faktu, że właściciele często przyjmują gości. Wnętrze rezydencji charakteryzuje powściągliwy dizajn, który dzięki zestawieniu minimalistycznego wystroju, wysokiej jakości materiałów i przemyślanych detali sprytnie nakierowuje użytkownika na to, co stanowi istotę tego budynku — serce w postaci zielonych dziedzińców i tarasów. Anna Szuba-Białas Projekt | Atelier Barda Zdjęcia | Alex Lesage, Threefold via v2com-newswire.com


66


67


68 PODRÓŻE

24 godziny na Islandii

Tym razem zabierzemy Was do miejsca, które przez dwa miesiące w roku spowijają ciemności.

Lostitalianos


69


70 PODRÓŻE


71


72 PODRÓŻE

W ciągu lata jest jednak totalnie na odwrót. W czerwcu dzień trwa praktycznie 24 godziny. I powiemy jedno — nawet te dwudziestoczterogodzinne dni nie wystarczyły, żeby zobaczyć wszystko, co mieliśmy zaplanowane. W tym roku w końcu udało nam się odwiedzić tę wyspę i od razu zakochaliśmy się w niej. Żeby jednak było łatwiej zobrazować, co można robić przez jedną dobę — opiszemy, jak wygląda taki długi dzień na Islandii. Po wyjściu z lotniska pewnie będziecie zbyt podekscytowani, żeby zasnąć. I słusznie, nie ma czasu do stracenia. Obieracie kierunek i pędzicie, żeby zobaczyć najnowszą atrakcję Islandii — Fagradalsfjall, czyli aktywny wulkan. Znajduje się on niedaleko stolicy kraju, a od kilku miesięcy wypluwa z siebie lawę i kłęby dymu. To niesamowity spektakl i można mu się przyglądać godzinami. Wszystko zależy tylko od Was i od tego, jak szybko znudzi się Wam oglądanie go - a to nie jest łatwe. Kiedy w końcu oderwiecie się od tego abstrakcyjnego widoku, możecie pojechać kawałek dalej, żeby zobaczyć jedne z najpiękniejszych wodospadów na świecie. Mówi się, że na Islandii jest prawie 10 000 wodospadów i po tych 10 dniach jesteśmy skłonni w to uwierzyć. Są takie, gdzie trzeba dotrzeć kanionem wypełnionym po kolana wodą, ale również takie, które znajdują się praktycznie na parkingu. Najpierw imponujący, 60-metrowy Seljalandsfoss ‒ odwiedzony o odpowiedniej porze i przy dobrej pogodzie, rozświetla się na złoto pod promieniami zachodzącego słońca. Zaraz przy nim, schowany w kanionie czeka Gljúfrabúi. Ale prawdziwa perełka tej okolicy znajduje się 10 kilometrów szutrową drogą dalej. Nauthúsagil to gęsto pokryty mchem kanion z wartką rzeką. Czy uda się Wam przejść go suchą stopą? Nam się nie udało, jednak po kilkunastu minutach wędrówki i wspinaczki wspomaganej łańcuchami czekała na nas niesamowita nagroda. Przepiękny wodospad, który, gdyby nie panujący chłód, jeszcze mocniej kojarzyłby się nam z egzotycznym Bali. Ale czas jechać dalej. Zmienić zimne, mokre skarpetki na czystą parę i wsiadać za kierownicę, bo kolejne atrakcje czekają. Chłodno? Na to najlepiej pomoże gorące źródło, w którym można się rozgrzać. Na Islandii takich źródeł jest niezliczona ilość i prawie każde znajduje się w niezwykłym miejscu. Po kąpieli szybka drzemka, emocje pewnie już opadają i zaczyna się czuć zmęczenie. Poza tym, to przecież środek nocy, nawet jeśli jasność nieba na to nie wskazuje. Wyobraźcie sobie niewielką polanę, na której zaparkowaliście samochód, a na nim nasze łóżko, czyli namiot dachowy — naszym zdaniem obowiązkowy dodatek w letniej podróży po Islandii. Obok samochodu pasą się dzikie konie, a po horyzont sięgają fioletowe pola łubinu. Początkiem lata łubiny pokrywają niemal każdy skrawek wyspy.

Kolejny intensywny dzień rozpoczynacie od ogrzania się poranną kawą i od krótkiego śniadania, bo nie ma czasu do marnowania go na szwedzki stół. Zresztą po kilku godzinach snu jedyne na czym Wam zależy, to szybka pobudka. A co lepiej obudzi, jeśli nie piękne widoki? Czas na kolejne atrakcje! Jedną z nich jest — a jakże — następny wodospad. Mowa tu o ikonicznym Skógafoss, który z powodu jego siły widać już z daleka. Masy wody spadające przed oczami i latające gdzieniegdzie ptaki tworzą obraz jak z bajki. Wcześnie rano prawdopodobnie będziecie podziwiali ten spektakl natury zupełnie sami. Nam jednak bardziej przypadł do gustu inny — Kvernufoss. Znajduje się zaledwie kilkaset metrów dalej, a przez to, że wciąż nie ma go na mapach Google, w przeciwieństwie do swojego słynnego kuzyna wydaje się być częściej pomijany. Idzie się do niego kilka minut w otoczeniu ciszy i zieleni. Wodospad jest imponujący, a ostrożnie stąpając po śliskich kamieniach, można nawet przejść kawałek za nim. Siła wody zapiera dech w piersiach! Przed Wami pół godziny — tym razem na celowniku spokojne miasteczko Vik z przepięknie usytuowanym, otoczonym łubinami kościołem i czarną, surową plażą. Na plaży pogoda potrafi rozpędzać wiatr do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, więc ubierzcie wszystkie warstwy, jakie macie! Wybierzcie się też w pobliże latarni Dyrhólaey, gdzie latem zobaczycie odpoczywające na lądzie maskonury. Następnym przystankiem jest najprawdziwszy lodowiec i plaża, na której znaleźć można diamenty. Diamenty? Mowa o mieniących się w słońcu kawałkach lodu, oderwanych od lodowca Jökulsárlón, a przez fale oceanu wyrzucanych z powrotem na brzeg. Bryły lodu są bardziej imponujące zimą, ale latem też można coś dostrzec. Podziwianie o 1 nad ranem różowego nieba nad lodowcem było dla nas surrealistycznym doświadczeniem. W tym momencie nadszedł czas na kilka godzin snu. I tak zakończyła się nasza pierwsza doba na Islandii. Tych kilka zupełnie różnych od siebie atrakcji, odwiedzonych w trochę ponad 24 godziny, to tak naprawdę jedynie przedsmak Islandii. A najlepsze i tak dopiero przed Wami. Latem dostępna jest dzika, pusta, środkowa część wyspy. Żeby dotrzeć do najpiękniejszych i najbardziej abstrakcyjnych krajobrazów Islandii potrzebujecie samochodu z napędem na cztery koła, niemałego doświadczenia za kółkiem i stalowych nerwów. Przyda się to wszystko podczas przekraczania strumyków oraz rzek, które przepływają bezpośrednio po drodze. Ale warto. Niektóre widoki po prostu nie mieszczą się w głowie, bo jak ogarnąć umysłem miejsce, gdzie są aktywne wulkany, góry kolorowe jak w Peru, lodowce oraz jeziora o zabarwieniu w kolorze szmaragdowym. Wszystko to niemal na wyciągnięcie ręki, a droga jest atrakcją samą w sobie.


73

Islandia to duża wyspa, żeby zobaczyć wszystkie atrakcje, z pewnością nie wystarczy nawet kilkanaście dwudziestoczterogodzinnych dni. Nam w ciągu dziesięciodniowego wypadu udało się poznać zaledwie jej malutki wycinek, ale zauroczyła nas na tyle, że mamy już wykupione kolejne bilety. Islandia to jedno z tych miejsc, do których wraca się raz za razem. Już zrozumieliśmy jej fenomen. Diana i Marcin | www.lostitalianos.com


74 PODRÓŻE

W stronę słońca

To nie był mój pomysł, nie moje miejsce z prywatnej listy must see, nie mój cel, który sobie wymarzyłam i tylko odliczałam dni do wyjazdu właśnie tam.

Kamila Ocimek


75

Czułam, że jedziemy, kierując się bardziej otwartością kraju na turystów w pandemicznym, dopiero rozpoczynającym się sezonie letnim, niż innymi, wyższymi, podróżniczymi pobudkami. Brak podróży doskwierał nam jednak tak bardzo, że po prostu kierowaliśmy się w stronę słońca. Okazało się, że wszystko było inaczej, łącznie (a może w szczególności) z moimi wątpliwościami co do miejsca. I choć rzadko to robię, muszę głośno powiedzieć: jakże się myliłam! Malta, bo o tej słonecznej wyspie mowa, zachwyciła od pierwszych chwil i, mimo że słońca rzeczywiście mieliśmy pod dostatkiem, to nie samą pogodą żyliśmy. Malta ma do zaoferowania tyle, że po dwóch dniach zastanawiałam się, jak w ogóle śmiałam wątpić w jej atrakcyjność. A jeśli ktoś myśli, że można tam tylko imprezować i plażować, to jest w dużym błędzie. Skusiły nas umiarkowanie tanie ceny lotów oraz fakt, że podczas, gdy w Europie panował wszechobecny wymóg wykonywania kosztownych testów przed wylotem do danego kraju, Malta wabiła możliwością zrobienia testu na miejscu i to jeszcze za darmo. Oczywiście wiązało się to z ryzykiem uzyskania wyniku pozytywnego i przymusową kwarantanną w maltańskim hotelu (to już na koszt własny), może bez widoku na mur, jak to przewidywała moja podświadomość w ponurych snach na kilka tygodni przed wyjazdem, ale na pewno nie z widokami na aktywne zwiedzanie. Ponadto, by wesprzeć turystykę na wyspie, tamtejszy rząd uruchomił program oferujący turystom do 200 euro dofinansowania za hotel, przy minimum tygodniowym pobycie. Pięknie, co? No właśnie... Kilka dni przed wyjazdem zmieniły się godziny naszego lotu oraz przepisy wjazdowe. W momencie przylotu już musieliśmy okazać negatywne wyniki testów, wykonanych przed dotarciem na Maltę - o darmowych testach mogliśmy zapomnieć. Dobrze, że na bieżąco śledziłam doniesienia stamtąd i czułam, że coś się święci, więc nie byłam aż tak zaskoczona nagłymi zmianami, choć trochę rozczarowana na pewno. A dofinansowanie do noclegów? Podobno rzeczywiście istniało, choć tylko w wyznaczonych hotelach. Finalnie taniej wyszła rezerwacja przyjemnego, małego hoteliku niż konkretnego, wskazanego w programie miejsca z dopłatą. „Bolało” też troszkę obowiązkowe noszenie maseczek na zewnątrz przy ponad 30-stopniowym upale. To wszystko przestało mieć znaczenie. Liczyło się fantastyczne miejsce, do którego trafiliśmy. W końcu, po kilku miesiącach stagnacji ruszyliśmy z przytupem w świat. Wciąż była to podróż naznaczona pewnymi ograniczeniami, ale liczy się, że była. I tak oto Malta otworzyła swe ramiona, witając nas jak starych przyjaciół, oferując całe dobrodziejstwo przepięknej stolicy

Valletty, która dołączyła do mojej listy najpiękniejszych europejskich stolic; dawnej stolicy Mdiny, czyli Miasta Ciszy; Rabatu - gdzie zwiedzaliśmy katakumby; „maltańskiego trójmiasta”: Birgu, Cospicua, Senglea; urokliwej Sliemy, czy przepięknej wioski rybackiej Marsaxlokk. Dotarliśmy też do Comino - najmniejszej z trzech zamieszkałych wysp archipelagu maltańskiego, żeby popływać w Blue Lagoon, a następne odwiedzić Gozo - drugą co do wielkości wyspę, by zwiedzić Victorię i podziwiać piękno rozciągających się na zachodzie wyspy klifów oraz siłę natury, która dawała pokaz swoich możliwości w postaci rozbijających się o skały fal. Podziwialiśmy charakterystyczne dla Malty balkoniki gallarija, megalityczne świątynie, zatoki, groty w tym obowiązkowo Blue Grotto. Zaprzyjaźniliśmy się z Maltą do tego stopnia, że czuliśmy się jak u siebie, kursując pomiędzy miastami i miasteczkami komunikacją miejską, która dociera praktycznie wszędzie, choć nikt nie wie według jakiego rozkładu - a nawet i do ruchu lewostronnego też się przyzwyczailiśmy. Jak to między przyjaciółmi bywa, Malta uraczyła nas dobrymi winami, choć jej specjalnością są likiery - w szczególności z opuncji - i oczywiście dobrą strawą. Jako że na Malcie dominują wpływy włoskie, to w pizzach i makaronach mogliśmy wybierać. Spróbowałam też ftiry, czyli maltańskiego chleba oraz qassataty - przysmaku z ciasta francuskiego. Myślę, że rozpoczęliśmy fajną przyjaźń z Maltą i pozwolimy sobie wprosić się jeszcze na kolejne odwiedziny. Wszak przyjaźnie należy pielęgnować.

Kamila Ocimek


76 BE WOMAN

Drogie Siostry! Istnieje takie miejsce, do którego ostatnio wracam bardzo często. Nie jest ono gdzieś na końcu świata, jednak trochę ukryte przed światem. Tylko nasze. Ale jest też miejscem zająca, sarny, mrówek i pająka. Czasem płaczę tutaj, ale częściej się śmieję. Otulona drzewami, przy ognisku u podnóża Skały rozmyślam i staram się nie rozmyślać. Kasia! Rób nic. (Nie do końca potrafię, nasiona moich myśli kiełkują i mnożą się w zatrważającym tempie.) Kroję zatem warzywa na ogniskowego grilla, popijam wino, odzyskując powoli jego smak i zapach, wystawiam twarz do słońca albo chowam się przed deszczem, którego ciężkie krople uderzają w ziemię. Małgorzata Rychert-Kita - psycholożka gestalt - pisze w swoim ostatnim tekście (bardzo polecam!): „Kręcimy się na karuzeli defleksji pod murami getta... Odcinamy się od trudnych emocji i niewygodnych faktów. Niepohamowana konsumpcja, beztroska dewastacja natury, rozszalałe ego polityków... Ustanawianie praw, podatków, wytycznych i obostrzeń, straszenie, zabranianie, ograniczanie... Nic, zupełnie nic, nie oddzieli nas od cierpienia. Ani wakacje na Zanzibarze, ani szczepienia, ani spacer po wycinanych lasach (nawet jeśli nazwiemy go shinrin yoku) nie sprawią, że ominiemy lęk, ból, furię, rozpacz i całą resztę trudnych emocji.” Niedawno prowadziłam jogę-warsztat-krąg w Lublińcu. Wspaniałe kobiety, miejsce, atmosfera. W trakcie bardzo zbliżyliśmy do sobie. Były łzy i bardzo osobiste oraz trudne wyznania. Mimo, że zawsze prowadząc zajęcia jestem skupiona i podążam zgodnie z planem, który mam zapisany na kartce, to udało mi się tym razem zatrzymać. Spojrzeć na te Kobiety (i trochę też na siebie) z czułością. Pozwoliłam sobie na chwilkę milczenia i oddalenia, chociaż zazwyczaj na zajęciach staram się „wykorzystać” każdą minutę w przyzwyczajeniu wyciśnięcia ostatniej kropelki do cna. To był piękny moment (też miałam przez chwilę łzy w oczach)! Dziękuję! (To teraz jest dobry czas na wiersz.)

zdjęcia | Monika Burszczan


77

O Cierpliwości, R. M. Rilke

*Wakacyjna herstoria*

Należy dać rzeczom przestrzeń Na własny, cichy i niczym niezmącony rozwój, Rozwój, który wypływa głęboko z wnętrza I nie przyśpieszany, Ani nie spowalniany Wszystko donosi i we właściwym czasie na świat wyda... Dojrzewać musi, jak to drzewo, Które toczy swe soki i bez obaw stoi Wbrew wiosennym burzom Bez lęku, że lato mogłoby nigdy nie nadejść. Lato przyjdzie! Ale tylko do cierpliwych Do tych, co żyją tak, jakby przed nimi była wieczność. Bez zmartwień, cicho i rozlegle... Trzeba mieć cierpliwość! Do tego, co w sercu nie rozwiązane I trzeba spróbować pokochać pytania, Jak zamknięte pokoje I jak książki napisane w obcym nam języku. Bo chodzi o to, żeby przeżyć wszystko. Kiedy się żyje pytaniami, To może żyje się krok po kroku, Nie zauważając nawet Jak pewnego dnia Odpowiedzi same Przekraczają próg naszego życia.

Wierzbno. Niedziela. Malutka nieczynna stacja kolejowa. Na stacji smażalnia ryb (czekamy na lawetę).

PS Lato przyszło przecież - myślę sobie... Życzę Wam dużo radości z lata, które przyszło i z tego, które nadejdzie! K.

„A dla pana to rekin?” Dwie kobiety. Ta starsza (matka) zwraca się z uśmiechem do jednego z gości. A potem sama wybucha głośnym śmiechem. Smażalnia spłonęła w lutym. Prawie wszystko. Jedna z córek zorganizowała zrzutkę w internecie. Udało się odbudować. Teraz na stacji kwitną kwiaty w doniczkach. Pomogli ludzie. Właścicielka wynosi z kuchni pełne wiaderko resztek dla rodziny lisów. Przychodzą w krzaki za torami. „Wszystko zjedzą. Nie to, co kotka, ta woli rybkę wędzoną.” Chwilkę rozmawiamy. Zepsuł nam się samochód - kobiety bardzo chcą pomóc. Dzwonią do Ryśka, Adama, Jacka i do kogoś jeszcze. Jesteśmy bardzo wzruszeni (ludzie są dobrzy - myślę po cichutku). Dwie kobiety. Matka i córka. Malutka zapomniana stacja kolejowa a, w zasadzie smażalnia ryb. Sielawa albo rekin. To może po prostu pstrąg… Dopijam piwo i żegnamy się czule.

Katarzyna Szota-Eksner


KASZEROWANIE

KASZEROWANIE Aa

GRAWERGRAWER

DRUK CYFROWY Aa

PROJEKTOWANIE GRAFICZNE PROJEKTOWANIE GRAFICZNE

drukarnia drukarnia DRUK CYFROWY

CNC

DRUK OFFSETOWY

CNC DRUK OFFSETOWY

DRUK UV

DRUK UV INTROLIGATORNIA

INTROLIGATORNIA


Na Porsche nigdy nie jest za wcześnie. Skorzystaj z oferty finansowania z ratą miesięczną w wysokości 0,9% wartości samochodu.

Porsche Centrum Katowice Auto Lellek Group ul. Kochłowicka 103 40-818 Katowice

Porsche Taycan Turbo S Cross Turismo. W zależności od wariantu i wersji zużycie energii elektrycznej w cyklu mieszanym 24,4-26,4 kWh/100 km, emisja CO₂ 0 g/km, zasięg w cyklu mieszanym 388-419 km (dane na podstawie świadectw homologacji typu). Zużycie energii elektrycznej i emisja CO₂ zostały określone zgodnie z procedurą WLTP. O szczegóły zapytaj Autoryzowanego Dealera Marki Porsche lub sprawdź na stronie www.porsche.pl/porsche-wltp.


Perfect automation by APA

Zanim zrobisz projekt... poznaj NAZCA

Zeskanuj QR kod

Platforma BMS pozwalająca zarządzać budynkiem, dzielnicą, fabryką, a nawet całym miastem.