Page 1

ISSN 1730—9409 / wydawnictwo bezpłatne

notes na 6 tygodni / nr 114 / listopad / 2017


okładka: Dominika Kowynia: bez tytułu, 2016, obraz olejny na płótnie, 92 × 65 cm

Praca jest zapisem refleksji dotyczących życia w rzeczywistości poszerzonej o tą, którą nazywamy wirtualną. Obraz przedstawia blogerkę modową, w miejscu jej głowy majaczy obraz z telewizyjnych wiadomości (łódź wypełniona ludźmi).

Dominika Kowynia – zajmuje się malarstwem figuratywnym. Interesuje ją styk osobistych doświadczeń z bieżącymi wydarzeniami, najnowszą historią i literaturą. Studiowała na katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie od kilkunastu lat pracuje, ucząc

malarstwa. Swoje prace pokazywała ostatnio między innymi podczas Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” w galerii Bielskiej w Bielsku-Białej (2015 i 2017), w galerii Widna w Krakowie (2017) i w przestrzeni Minus1 w Katowicach (2017).


Notes na 6 tygodni

Prezeska Zarządu

Wydawca

Departament Publikacji

nakład: 3 000 egz. Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana beczmiana.pl bec@beczmiana.pl

Bogna Świątkowska, bogna@beczmiana.pl Justyna Chmielewska, justyna@beczmiana.pl Matylda Dobrowolska, matylda@beczmiana.pl Michał Łukaszuk, michał@beczmiana.pl Ela Petruk, ela@beczmiana.pl

Adres redakcji

ul. Mokotowska 65/7, 00−533 Warszawa, +48 22 827 64 62, +48 505 802 884 nn6t@beczmiana.pl

Departament Dystrybucji

Bogna Świątkowska, bogna@beczmiana.pl

Paulina Pytel (członkini zarządu), paula@beczmiana.pl zamówienia, kontakt z wydawcami i księgarniami: +48 516 802 843 dystrybucja@beczmiana.pl

Redaktorka działu „Orientuj się”

Departament Księgarni

Redaktorka naczelna

Ola Litorowicz, ola@beczmiana.pl Ela Petruk, ela@beczmiana.pl

Łukasz Bagiński, Marek Michalski zamowienia@beczmiana.pl +48 22 629 21 85 (księgarnia) +48 22 625 51 24 (biuro)

Redakcja i korekta

Bęc Księgarnia Internetowa

Wersja elektroniczna

BĘC SKLEP WIELOBRANŻOWY

Reklama i patronaty

Justyna Chmielewska, justyna@beczmiana.pl Matylda Dobrowolska, matylda@beczmiana.pl issuu.com/beczmiana notesna6tygodni.pl nn6t.pl

beczmiana.pl/sklep

Warszawa, ul. Mokotowska 65 pon.–pt. 11–19, sob. 12–18 +48 22 629 21 85 BĘC: KSIĄŻKI I RZECZY

Projekt / skład

Laszukk+s / Hegmank+s

Warszawa, pl. Żelaznej Bramy 1 pt.–sob. 11.00–21.00 niedz. 11.00–20.00

Druk

P.W. Stabil, ul. Nabielaka 16 30−410 Kraków 12 410 28 20 Informacje i ilustracje w dziale „Orientuj się” pochodzą z materiałów prasowych promujących wydarzenia kulturalne. Drukujemy je dzięki uprzejmości artystów, kuratorów, galerii, instytucji oraz organizacji kulturalnych. Kontakt z redakcją: nn6t@beczmiana.pl

Znak FNKBZ

Małgorzata Gurowska Nn6t teraz także na czytniki nn6t.pl beczmiana.pl/sklep

Lokal przy ul. Mokotowskiej 65 w Warszawie jest wykorzystywany przez Fundację Bęc Zmiana na cele kulturalne dzięki pomocy Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy


114 listopad 2017 AUTORKI i AUTORZY:

Michał Augustyn, Ada Banaszak, Bartek Chaciński, Justyna Chmielewska, Łukasz Drozda, Artur Frankowski, Maciej Frąckowiak, Jan Grabowski, Alek Hudzik, Aleksandra Jach, Kolektyw Badawczy (Magdalena Ochał, Michał Kocikowski), Monika Kostera, Agnieszka Kowalska, Marta Królak, Wojtek Kucharczyk, Kurzojady (Olga Wróbel, Wojciech Szot), Aleksandra Litorowicz, Andrzej Marzec, Antek Michnik, Adam Przywara, Monika Rosińska, Stanisław Ruksza, Jana Shostak, Agnieszka Sosnowska, Władysław Strzemiński, Andrzej Szpindler, Katarzyna Szymielewicz, Bogna Świątkowska, Andrzej Tobis, Jan Topolski, Jakub Zgierski

RSS BOYS, N0B0DY, 2017 #świat #mrocznaekologia #radość #miłość #niepewność #uśmiech #łza #resist (#pogodawkratkę) (#pamiątkazkatalonii)


spis treści

ORIENTUJ SIĘ! RAPORT

Stan czytelnictwa w Polsce dziś opisuje Kolektyw Badawczy

28

81

ROK AWANGARDY

Urzędnik, który wspierał awangardę O Przecławie Smoliku z Iwoną Lubą, badaczką jego bogatej aktywności i zasługach dla instytucjonalizacji awangardy, rozmawia Aleksandra Jach

A-1/8

NOWY WYRAZ

Drop, Hora curka, Mamil, Outsourcing empatii, Państwo/prawo, Świeżaki, Zimno i inne

89

teksty

Klaustrofobia Z azerbejdżańską artystką i kuratorką Sabiną Shikhlinskayą o naturze murów, płotów, ogrodzeń i sztuki rozmawia Bogna Świątkowska

106

Ekoestetyka Z Blancą de la Torre, kuratorką wystawy Imbalance, o globalnych skutkach wyzysku przyrody przez człowieka i nowych relacjach między ekologią i sztuką rozmawia Ola Litorowicz

112

Widz totalny Grupy Otwartej Z członkami ukraińskiego kolektywu Open Group, skupiającego ponad 400 twórców, specjalnie dla NN6T rozmawia artystka Jana Shostak (oraz odwrotnie)

118

Śmierć apolityczności Czy możliwe jest działanie poza sferą polityczną? Czy może poza nią pozostawać kultura? Czy kiedy mówimy „apolityczność”, nie chodzi nam po prostu o apartyjność? Próbując podsumować intensywny rok bogaty w protesty i demonstracje, Ada Banaszak spytała o to dziennikarzy, aktywistów i badaczy współczesności

130


RSS BOYS, N0B0DY, 2017 #głosowanie #wybory #trudne #loko #andthewinneris (#N0B0DY) / #wstronęnieznanego #podwójność #zderzenie #wpunkt

ART-TERAPIA

Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach Marta Królak

RECENZJE KSIĄŻEK NOWYCH I STARYCH Kurzojady

USUŃ POEZJĘ

136

PLANETOM albo Jeden palec nam wszystkim wierzy Andrzej Szpindler

ART. BIUROWE

Lepiej teraz nic nie robić Jakub Zgierski

139

Alfabet / Komunikat Władysław Strzemiński / Artur Frankowski

140

GLEBA

Wzloty i upadki początkującej działkowiczki Agnieszka Kowalska

142

148

TYPOGRAFIA XXI WIEKU

BĘDZIE TYLKO GORZEJ

W świecie piękna. Program plastyki dla klas 7–8 Alek Hudzik

146

5

150


Z OSTATNIEJ CHWILI

Amplifikacja natury w Wenecji

Na 16. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji w 2018 roku Polskę reprezentować będzie projekt kuratorki Anny Ptak z udziałem Małgorzaty Kuciewicz i Simone De Iacobisa z Grupy Projektowej CENTRALA. Polskie jury uznało, że Amplifikacja natury wyróżnia się twórczym podejściem do koncepcji i przestrzeni wystawienniczej polskiego pawilonu. Warto przypomnieć, że tematem przewodnim tegorocznego biennale jest Freespace, a więc architektura pod każdym względem dostępna i hojna. 24.05 – 25.11.2018 16. Międzynarodowa Wystawa Architektury – La Biennale di Venezia labiennale.org

Spojrzenia na Honoratę Martin

Honorata Martin została zwyciężczynią konkursu Spojrzenia, organizowanego przez Deutsche Bank Polska S.A. oraz Zachętę — Narodową Galerię Sztuki. Jury nagrodziło artystkę „za wrażliwość, odwagę, konsekwencję w budowaniu relacji opartych na afirmacji, a nie na antagonizmach, za szczerość i uczciwość w odkrywaniu i reinterpretacji przestrzeni społecznej”. Laureatem drugiej nagrody został Przemysław Branas. Trwa wystawa prac wszystkich finalistów – zwycięzców oraz Ewy Axelrad, Agaty Kus i Łukasza Surowca. do 12.11 Warszawa, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, pl. Stanisława Małachowskiego 3 zacheta.art.pl

czytaj nn6t.pl


Szkoła w kontakcie z naturą

Pracownia Projektowa OOA Macieja Siudy wygrała miejski konkurs architektoniczny na projekt szkoły przy ul. Jerzego Zaruby w Warszawie. Najlepsza z 24 propozycji skupiła się na prostych formach wynikających z funkcji oraz na naturalnych materiałach, ale przede wszystkim położyła nacisk na zapewnienie społeczności szkolnej przestrzeni wspólnych, szczególnie na świeżym powietrzu. Tak zaprojektowana przestrzeń, dzięki obecności zieleni, małej architekturze, odpowiednim proporcjom i docenieniu kontekstu miejsca, a więc styku miasta i lasu, ma nie tylko wspierać postępy edukacyjne uczniów, ale też zapewniać im codzienny kontakt z innymi i z naturą. Biuro Architektury i Planowania Przestrzennego, które współpracowało z dzielnicą Ursynów przy organizacji konkursu, przygotowuje zarządzenie, które wskaże tryb konkursowy jako podstawowy w podobnych przypadkach. Szkoła przy ul. Zaruby pokazuje, że kryterium ceny musi ustąpić miejsca kryterium jakości, szczególnie w miejskich inwestycjach. Na zdjęciu: Projekt szkoły przy ul. Zaruby w Warszawie, przygotowany przez Pracownię Projektową OOA Macieja Siudy (2017)


ŚWIATEM RZĄDZĄ IDEE

Dlatego od trzech pokoleń nadajemy ton w sporze o republikę

WYDANIE

229

NR

już

W KSIĘGARNIACH

www.publica.pl


Przemek Branas Generał Bem wraca do domu 16—26.11.2017 kurator: Wojciech Szymański

PARTNER PROJEKTU BANK PEKAO PROJECT ROOM


37. Edycja Konkursu im. Marii Dokowicz

Konkurs na najlepszy dyplom Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu

Użyteczność Sztuki Otwarcie: 10 XI 2017, godz. 18.00 Wystawa czynna: do 16 XI 2017 www.uap.edu.pl

UNIWERSYTET ARTYSTYCZNY W POZNANIU


WYSTAWA PRAC MULTIMEDIALNYCH MŁODYCH ARTYSTEK I ARTYSTÓW od 24.11.2017 do 30.12.2017


NOWA KOLONIA LISTOPAD 2017 01-26.11.2017

EWA / JACEK DOROSZENKO /

WYSTAWA

04.11.2017

M8N / ULSSS /

KONCERT

10.11.2017

RT A S H A D B E C K E R /

KONCERT

16.11.2017

NOCNE KINO /

“PRESENTING PRINCESS SHAW” / FILM

25.11.2017

NEW ROME /

KONCERT

30.11.2017

NOCNE KINO /

“KASETA” / FILM

WT-CZW 12:00 - 20:00 | PT - SOB 12:00 - 24:00 | WWW.KOLONIA-ARTYSTOW.PL


Skoro krzywda twojej rodziny polegała na tym, że straciliście kamienicę, a moja na tym, że zabili mi dziadków i rodziców, to dlaczego odszkodowanie masz dostać ty, a nie ja? Książka Beata Siemieniako pokazuje nie tylko jak to się stało, że w majestacie prawa dochodzi do przekrętów w urzędach, sądach i prokuraturze, ale również, że ciągle nie wiemy, w jaki sposób uczciwie przeprowadzić reprywatyzację.


03

3 (194) | rok XXXIII ISSN 0867-2148 INDEX 354627

9 770 867 21 417 9

Nr 3/2017 cena 24 zł | 5% VAT

Im dalej w las, TYm mNIej dRZew waT – moc awaNgaRdY małgorzata lebda

IM DALEJ W LAS, TYM MNIEJ DRZEW Drzew ubywa (!), mimo że przybywa wiedzy o ich inteligentnym, złożonym, ale cichym życiu. Myśleć i mówić o lasach jako wielogatunkowych wspólnotach sieciowego przepływu energii i materii (Wood Wide Web) to wyzwanie i zadanie – konieczne, by przetrwały. Jednak ich biologiczne trwanie nie jest już w sposób oczywisty gwarantowane przez odwieczną obecność w ludzkiej wyobraźni: w leśnych mitopraktykach, leśnej nostalgii, arboretycznych ontologiach czy nawet pamięci o ludzkich ucieczkach do lasu jako miejsca schronienia i czynienia patriotycznej powinności. Gdzie więc teraz poszukiwać wsparcia dla drzew i lasów, gdy pomnikowość drzew i terapia lasem stawiają zaledwie znikomy opór krótkowzrocznej i gatunkowo szowinistycznej żądzy drewnianego zysku?

WAT – MOC AWANGARDY W tym roku mija 50. rocznica śmierci Aleksandra Wata. W tym roku obchodzimy stulecie awangardy. W numerze prezentujemy teksty o jednej z najciekawszych postaci polskiej literatury dwudziestowiecznej, ba!, o literacie arcyciekawym. Publikujemy artykuły o Wacie wczesnym i późnym, piszącym i szepczącym (do magnetofonu), ujmowanym punktowo i w szerokiej perspektywie. Wszystko pisane w skupionym napięciu. Napięciu 50W/100A. Pismo dostępne w dobrych księgarniach i salonach EMPiK Księgarnia internetowa: www.czaskultury.pl/sklep Archiwalne i anglojęzyczne wydania czasopisma w wolnym dostępie: www.czaskultury.pl


POZNAŃ W DZIAŁANIU to książka o tym, że tworzenie lepszego świata niekoniecznie musi być skutkiem rewolt, zerwań i zrywów. Przeciwnie, jak udowadniają i jej autorzy, i bohaterowie, prawdziwie rewolucyjne mogą się okazać ciągłość działania na rzecz dobra wspólnego i zwyczaj współpracy, solidarność i zaufanie oparte na solidnych podstawach organizacyjnych, praca organiczna. Brzmi niezbyt zachęcająco? Być może. Wystarczy jednak zajrzeć do książki, otwierając ją na dowolnej stronie, aby przekonać się, że organiczność potrafi być fascynująca, nadawać życiu sens i przynosić owoce, którymi cieszyć się możemy wszyscy. Jeżeli czytelnika nie wciągną opowieści o pierwszych organicznikach, o ruchach miejskich i ekologicznych, niezależnym teatrze, inicjatywach spółdzielczych, jeżeli nie zaciekawią go rozmowy z tymi, którzy współcześnie działają na rzecz dobra wspólnego, to zawsze może sam spróbować być organicznikiem, w czym pomoże mu zamykający książkę poradnik samoorganizacji. Do dzieła!

Marek Krajewski

Biblioteka Czasu Kultury | tom 45 Bezpłatny egzemplarz dostępny na zamówienie: www.czaskultury.pl


KonKurs KoŁo na projeKt ŁazienKi

ma wieloletnią tradycję i jest szeroko rozpoznawany w branży architektonicznej oraz wśród miejskich aktywistów. Skierowany jest do architektów i projektantów – studentów oraz absolwentów, którym daje możliwość stworzenia projektu obiektu użyteczności publicznej – toalety wielofunkcyjnej – który ma szansę na realizację. Przykładem poprzednich realizacji konkursowych jest np. Pawilon Plażowy w Warszawie, doceniony także przez zagraniczne media branżowe jak Archdaily oraz oddana do użytku mieszkańców w listopadzie 2015 r. toaleta przy Rondzie Mogilskim w Krakowie.

Pawilon Plażowa w Warszawie, realizacja konkursowa, 2010 r.

Spośród blisko 300 projektów nadesłanych do 19 edycji, jury pod przewodnictwem Ewy Kuryłowicz, profesor Wydziału Architektury PW, APA Kuryłowicz & Associates, wyłoniło Grand Prix. Miasto Poznań, które było partnerem konkursu, wyraziło gotowość realizacji budynku zgodnie z projektem.

Grand Prix tegorocznej edycji. Widok od strony zachodniej, il. Anna Grządka, Ewa Grządka

więcej informacji www.konkurskolo.pl


więcej na stronie mlodewilki.akademiasztuki.eu

MLODEWILKI.AKADEMIASZTUKI.EU

ORGANIZATORZY : Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

PARTNERZY :

Zadanie współfinansowane z budżetu Województw Zachodniopomorskiego

projekt współfinansowany przez Miasto Szczecin


Komuna Warszawa

grudzień premiera: 1|2|3 19.00

Anna Smolar

Ośrodek wypoczynkowy

patronat

Komuna Warszawa ul. Lubelska 30/32 www.komuna.warszawa.pl


orien

nn6t

uj siÄ™ strona zaprojektowana krojem pisma Komunikat / patrz s. 150

28


Konny pomnik męża stanu z założenia jest „trwalszy niż ze spiżu”. Mariusz Waras w centrum uwagi stawia jednak zazwyczaj pomijany i „niewidzialny” element tego przedstawienia, czyli konia. Współczesny mobilny pomnik to pomarańczowy koń cyklicznie napełniający się powietrzem, które następnie z niego uchodzi. Takiego pomnika nie trzeba obalać ani oblewać farbą, można go instalować w przeróżnych miejscach, nie upamiętnia też nikogo konkretnego. Praca powstała w ramach 9. Festiwalu Sztuki w Przestrzeni Publicznej „Otwarte Miasto” 2017. Fot. Mariusz Waras

29


Justyna Chmielewska dla NN6T: sztuka i życie

#POLSKA Ostatnio wszystkim ciągle brakuje czasu, wszyscy gdzieś się spieszą, pędzą na złamanie karku, by zmieścić się w deadline’ach. Wszystko ciągle musi być gotowe ASAP, nie ma przebacz, no mercy, wakacje dawno się skończyły, jesteśmy back to school do odwołania, a dni coraz krótsze. By nie dać się w tej gonitwie zapędzić w kozi róg, warto czasem odkleić się od monitora, wsiąść na rower (tak, jesienią też się da, i zimą również!), wyjechać kawałek za miasto i zobaczyć, co w trawie i krzakach piszczy. Przy odrobinie szczęścia można wtedy znaleźć dyskretne odpowiedzi na istotne pytania i natknąć się na rozwiązania trapiących nas problemów. Na przykład na taki bar, w którym – gdybyśmy tylko zdążyli przed jego zamknięciem – dałoby się, jak można przypuszczać, niedrogo nabyć trochę cennego czasu, albo przynajmniej przyjemnie go spędzić, nie licząc godzin ani monet. Podpowiedź: bar „Time” cierpliwie czeka przy jednej z wielu krętych dróg wiodących do Tłuszcza.

30


31


sztuka i życie

Antonisz uwspółcześniony Nowy Sącz, rodzinne miasto Juliana Antonisza, twórcy kultowych animacji (by wymienić chociażby Jamniczka), stał się miejscem realizacji interdyscyplinarnego przedsięwzięcia, w którym udział biorą córki artysty, odpowiadające za część archiwalną, ale też artyści reprezentujący różne dyscypliny, tacy jak Robert Kuśmirowski, Wojciech Waglewski i zespół Voo Voo wraz z Michałem Jacaszkiem. Wizualnie, dźwiękowo i performatywnie interpretują oni spuściznę Antonisza – twórcy wszechstronnego i coraz bardziej popularnego. Projektowi towarzyszy bogaty program wydarzeń komplementarnych wobec wystawy, w którego skład wchodzą między innymi pokazy filmów głównego bohatera imprezy, a także spotkania i prelekcje. 10.11 – 17.12 Nowy Sącz, Galeria Sztuki Współczesnej BWA „Sokół”, ul. Jana Długosza 3 bwasokol.pl

Julian Antonisz: scenopis obrazkowy do filmu Jak działa jamniczek?, 1971. Własność Danuty, Malwiny i Sabiny Antoniszczak

32


33


sztuka i życie

Op-art w sztuce polskiej Wystawa Przygody z op-artem jasno definiuje tytułowe pojęcie – i bynajmniej nie określa ono szerokiego wyboru zjawisk plastycznych, którym to określenie jest często przypisywane, ale dotyczy konkretnych przypadków, w których widzimy coś, co jest złudzeniem, a tak naprawdę nie istnieje. Według organizatora wystawy Stefana Gierowskiego „op-art jest sztuką prestidigitatora tworzącego sytuacje niemożliwe. Jest jakby badaniem krańców sztuki opartej na wiedzy i geometrii. Może wiedza i zabawa, a może wiedza i filozofia?”. Złudzenia wzrokowe na gruncie polskim przypominamy sobie i poznajemy poprzez optyki i iluzje zarówno prekursorów tego nurtu, jak i artystów współczesnych, a więc między innymi Wojciecha Fangora, Henryka Berlewiego, Edwarda Hartwiga i Maurycego Gomulickiego. do 20.12 Warszawa, Fundacja Stefana Gierowskiego, ul. Kredytowa 9 fundacjagierowskiego.pl

Edward Hartwig, Henryk Berlewi: Modelki, 1962, Moonblinx Gallery. © Sebastian Gaiser

34


35


Aleksandra Bujnowska: Bez tytułu, 2016, jedna z prac prezentowanych na wystawie finałowej „Bielskiej Jesieni” 2017

sztuka i życie

Bogactwo Jesieni Poziom prac zakwalifikowanych do drugiego etapu 43. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” był tak wysoki, że żaden artysta ani artystka nie zostali odrzuceni przez jury konkursowe. Tym samym na wystawie finałowej zobaczymy 194 obrazy 69 artystów wybrane spośród 2989 obrazów nadesłanych przez 700 twórców. Suma nagród i wyróżnień wynosi 70 tysięcy złotych, a zdobywca pierwszego miejsca zostanie także uhonorowany indywidualną wystawą. Jednak ta edycja Bielskiej Jesieni to nie tylko imponujące liczby. Organizowany od ponad półwiecza ogólnopolski konkurs to przede wszystkim otwarty przegląd młodego malarstwa, które w tym roku okazało się nad wyraz mimetyczne i dopracowane warsztatowo. Zróżnicowanie prac, szczególnie w sferze podejmowanej tematyki, każe postawić pytania o samą definicję i rolę obrazu. „Notes na 6 tygodni” jako patron wydarzenia przyzna również swoje wyróżnienie – o naszym wyborze z radością poinformujemy w kolejnym numerze. 9.11: otwarcie wystawy i ogłoszenie wyników konkursu 10.11 – 31.12: wystawa Bielsko-Biała, Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11 oraz Willa Sixta, ul. Mickiewicza 24 bielskajesien.pl

36


Zenon Moskwa: AAAASAAAA. Kolekcja BWA w Katowicach sztuka i życie

Awangarda po śląsku Setna rocznica I Wystawy Ekspresjonistów Polskich z 1917 roku w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych jest kanwą ekspozycji Linia i chaos – kompozycje przestrzenne świata, przybliżającej działalność awangardowych ruchów artystycznych na Śląsku. Zapoznamy się na niej z dokonaniami kilku pokoleń artystów, między innymi słynnej grupy St-53 zainicjowanej przez Władysława Strzemińskiego i Juliana Przybosia, operacjami na rozbitych znakach prowadzonymi przez Zenona Moskwę, a także twórcami, którzy od lat 70. najwyraźniej odciskali swoje piętno na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Nie zabraknie także współczesnych odniesień, które reprezentować będą swoimi multimedialnymi instalacjami Joanna Rzepka-Dziedzic, Wojtek Kucharczyk i Łukasz Dziedzic, a także rejestracji współczesnych działań w przestrzeni publicznej, nawiązujących do tradycji land artu. Treść wystawy współgra z obchodzonym w tym roku stuleciem awangardy w Polsce. do 3.12 Katowice, Galeria Sztuki Współczesnej BWA, al. Wojciecha Korfantego 6 bwa.katowice.pl

37


Michał Marczak i Norman Leto: Dostrzegalnia gwiazd, Narracje 2016. Fot. Bogna Kociumbas

sztuka i życie

Poza letnim zgiełkiem Wakacyjne destynacje poza sezonem mają specyficzny, na poły nostalgiczny i wyciszony klimat. Dziewiąta edycja Narracji – festiwalu sztuki w przestrzeni publicznej, odkrywającego na nowo dobrze znane miejsca w Gdańsku – eksploruje Brzeźno, niegdyś słynny nadmorski kurort. Artyści i artystki wybrani w otwartym naborze lub zaproszeni przez kuratorkę Annę Czaban przedstawią w nietypowych lokalizacjach dzielnicy obiekty, instalacje wizualne i dźwiękowe, performanse i inne prace, które reinterpretują charakter miejsca, włączają do współpracy mieszkańców i odkrywają lokalne historie lub tworzą je na nowo. 17–18.11 Gdańsk, Brzeźno narracje.eu

38


Marian Bogusz: sale wystawowe, z albumu Zabudowa terenu obozu Mauthausen, 1943–1945. Fot. Witalis Wolny, ze zbiorów Instytutu Sztuki PAN

sztuka i życie

Radość nowych konstrukcji Zachęta przypomina jedną z najważniejszych i najbarwniejszych osobowości polskiej sceny artystycznej po II wojnie światowej: Mariana Bogusza – malarza, projektanta oraz scenografa, a także współorganizatora imprez artystycznych, plenerów i sympozjów. Wystawa Radość nowych konstrukcji. (Po)wojenne utopie Mariana Bogusza prezentuje w niewielkim stopniu dorobek malarski artysty, koncentrując się przede wszystkim na pozamalarskich obszarach jego aktywności. Punktem wyjścia dla narracji jest zrekonstruowany projekt Międzynarodowego Osiedla Artystów opracowany przez Bogusza w obozie Mauthausen. Ważnym elementem postawy tego twórcy stała się wiara w moc zmiany organizacji przestrzeni, która miała realnie wpływać na relacje międzyludzkie, a w konsekwencji na zmianę stosunków społecznych. 6.11.2017 – 4.02.2018 Warszawa, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, pl. Stanisława Małachowskiego 3 zacheta.art.pl

39


Ania Witkowska, Adam Witkowski: Na początek, 2016. Fot. Ania Witkowska

sztuka i życie

Małe kłamstwa Białe kłamstwo to kłamstwo, które mówimy innym ludziom, żeby poczuli się lepiej. To także półprawdy, drobne oszustwa, świadome i intencjonalne przemilczenia lub niedomówienia. Czy jednak kłamstwo jest zawsze jednoznacznie złe? A może bywa potrzebne, nieodzowne, stanowi rodzaj społecznego bufora, który pozwala nam na funkcjonowanie w społeczeństwie? Kariera pojęcia postprawdy i jej globalne konsekwencje także skłaniają do zastanowienia się nad szerszym kontekstem zjawiska nieprawdy. Artyści, kuratorzy i autorzy podsumowującej wystawę publikacji przeprowadzą rodzaj śledztwa nad tytułowym Białym kłamstwem. Czy w jego ramach odkryją dla nas prawdę? 25.11.2017 – 5.01.2018 Bytom, Centrum Sztuki Współczesnej Kronika, Rynek 26 kronika.org.pl

40


Jacek Doroszenko: It Is Hard to Find a Polyphonic Body, wideo, detal, 2016

sztuka i życie

Performatywne fiordy Pracujący w duecie Ewa Doroszenko i Jacek Doroszenko przygotowali wystawę Polyphonic Body, na której prezentują wideo, kolaże oraz album dźwiękowy oparty na nagraniach z Norwegii i Austrii. Centralnym punktem tych wizualno-audialnych poszukiwań jest wideo It Is Hard to Find a Polyphonic Body, będące zapisem tworzenia i wykonywania partytury utworu przez zestaw wirtualnych instrumentów w scenerii norweskich fiordów. Standardowy zapis nutowy został tu zastąpiony wizualnym kodem o performatywnym charakterze. Umieszczane w przestrzeni obiekty-markery funkcjonują w skali odpowiadającej wysokości poszczególnych kadrów, a finalna kompozycja przybiera formę dziesięciogłosowego akordu, oddającego statyczny charakter krajobrazu. Wydarzenie odbywa się w ramach projektu „Open”, czyli Otwartych Projektów Eksperymentów Narracyjnych – przedsięwzięcia opartego na działaniach z zakresu sztuk wizualnych i dźwiękowych i prezentującego aktualne zjawiska w sztuce współczesnej. do 26.11 Gdańsk, Kolonia Artystów, al. Grunwaldzka 51 kolonia-artystow.pl

41


Krystian „Truth” Czaplicki: Bez tytułu (Zmęczenie), 2008. Fot. Małgorzata Kujda, © DTZSP

sztuka i życie

Wrocławski konkret Wystawa w dawnym niemieckim bunkrze pozwoli nam przejść przez labirynt zjawisk artystycznych wytworzonych na gruncie sztuki wrocławskiej lub powstałych w oparciu o złożoną historię Wrocławia i Dolnego Śląska. Rozpoczniemy w latach 60., a skończymy na dokonaniach artystów ostatnich pokoleń. Narracja nie jest jednak linearna – to bardziej opowieść bez kanonu, sygnalizująca i zestawiająca ze sobą zjawiska, formy i treści, którą odbiorca sam może odszyfrować i zbadać. Znajdziemy tu poezję konkretną, sztukę konceptualną, geometrię czy akcje i interwencje o wydźwięku społeczno-politycznym. Wszystkie prace pochodzą z kolekcji Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. W ramach prezentacji Konkret łączy je tytułowy rys, charakterystyczny dla obszaru wrocławskiej awangardy – zwięzłość, rzeczowość, brak sentymentalizmu i trafianie w sedno sprawy. do 26.03.2018 Wrocław, Muzeum Współczesne, pl. Strzegomski 2a muzeumwspolczesne.pl

42


Gregor Gonsior: fragment wystawy Neu Merzbau, 2016, Galeria V9

sztuka i życie

Osobowości i osobności Gregor Gonsior, Tomasz Mróz i Radek Szlaga oraz Zbigniew Natkaniec – ich nauczyciel z czasów nauki w opolskim „plastyku” – spotykają się we wspólnym działaniu. Wystawa 97 to nie tylko hołd uczniów dla nauczyciela, który zdołał rozbudzić w nich zainteresowanie sztuką nawet z perspektywy miejsca nieznajdującego się w samym centrum jej aktualnego obiegu, lecz także sytuacja artystycznej konfrontacji. Początkiem ich wspólnej opowieści jest miasto. Jak tłumaczy kurator Łukasz Kropiowski, „Opole ’97, stojące w rozległej kałuży powodzi tysiąclecia, jest nieco nierzeczywiste – niewyraźne, dziurawe i fragmentaryczne. Przefiltrowane przez specyficzne zdolności rejestracyjne pamięci i ograniczony sygnał koloru kaset VHS”. Warto zobaczyć, jak współpraca czterech osobowości, z których każda charakteryzuje się pierwiastkiem outsiderstwa i precyzyjnym, konsekwentnym wyborem tematów i form, objawi się w formie ekspozycji „dzielonej na cztery”. do 19.11 Opole, Galeria Sztuki Współczesnej, pl. Teatralny 12 galeriaopole.pl

43


Ławka w parku Kwiatkowskiego w Mościcach, 1929. Fot. ze zbiorów Marka Tomaszewskiego

sztuka i życie

Zieleń „Azotów” Wystawa Mościce – Miasto – Ogród, z pewnością ważna dla lokalnej społeczności Tarnowa i Mościc, jest ciekawym wydarzeniem także w ponadlokalnej skali, na jej przykładzie możemy bowiem przyjrzeć się modelowi planowania miast i dzielnic mieszkaniowych zgodnie z dziewiętnastowieczną ideą miast-ogrodów Ebenezera Howarda. Wokół Państwowej Fabryki Związków Azotowych, niegdyś jednej z najnowocześniejszych fabryk w Europie, od 1927 roku powstawała skąpana w zieleni dzielnica mieszkaniowa z obiektami użyteczności publicznej. Wystawa pokazuje miejsca ważne dla początków Mościc, a jej motywem przewodnim są nie tylko ogrody, ale także ówcześni mieszkańcy tej okolicy. Fotograficzny zapis pozwala obserwować ich zarówno przy wykonywaniu codziennych czynności, jak i w sytuacjach odświętnych. Między innymi na podstawie tego, co „robią” w przestrzeni publicznej oraz we wspomnianej zieleni (na przykład w przydomowych ogródkach), możemy próbować odgadnąć ich status społeczny, a także lepiej poznać codzienność przyfabrycznego osiedla. do 30.11 Tarnów, Centrum Sztuki Mościce, ul. Traugutta 1 csm.tarnow.pl

44


Materiały promocyjne festiwalu. Projekt graficzny: Post-Noviki

sztuka i życie

Młode Wilki 17 Czwarta edycja festiwalu dźwięku i obrazu, na którym można zobaczyć prace studentów szkół artystycznych oraz niestudiujących, lecz zainteresowanych sztuką współczesną osób, które nie ukończyły 25. roku życia. Tegoroczny program, podczas którego poszukiwane są bezkompromisowe i rewolucyjne pomysły, inspirowany jest kobiecą energią. W związku z tym w całości damskie jury wyłoni 17 prac spośród nadsyłanych na konkurs filmów eksperymentalnych, działań performatywnych, realizacji z pola sztuki dźwięku, rzeźb, instalacji, projektów utopijnych i niestandardowych oraz koncepcji wykraczających poza ramy konkursów. Zwycięzca otrzyma nagrodę w wysokości 5000 zł, przyznane będą także dwa wyróżnienia po 2000 zł. W piątkową noc festiwalowiczów czekają występy studenckich zespołów muzycznych, grup, duetów i indywidualistów, natomiast prace zakwalifikowane do finału zostaną pokazane w formie projekcji kinowej lub prezentacji. 16–18.11 Szczecin mlodewilki.akademiasztuki.eu

45


Danwen Xing fotografuje artystów Zhanga Huana i Ma Liuminga podczas performansu Trzeci kontakt, 1995

sztuka i życie

Dziennik chińskiej awangardy Dziennik autorstwa Danwen Xing to zbiór fotografii dokumentujących środowisko chińskiej awangardy od 1993 roku. Reżyserzy, malarze, performerzy i muzycy, których wizerunki i aktywność zapisywała na zdjęciach Xing, to pokolenie ludzi urodzonych w latach 60., a więc w trakcie rewolucji kulturalnej, wchodzących w dorosłość w trakcie politycznej odwilży lat 80., a twórczo aktywnych w czasie protestu na placu Tiananmen. Wystawę można więc potraktować nie tylko jako zapis losów artystycznego podziemia, ale także jako lekcję najnowszej historii Kraju Środka, opowiadaną z perspektywy borykających się z trudnościami i nierzadko zepchniętych poza margines artystów różnych dziedzin. Na fotografiach Xing zobaczymy Pekin i organizowaną tam komunę East Village, a także prześledzimy słabiej zapisane w powszechnej świadomości środowisko twórcze Kantonu, z działającą w nim Big Tail Elephant Group. do 7.01.2018 Warszawa, Muzeum na Pańskiej, ul. Pańska 3 artmuseum.pl

46


Wystawa Grupy Budapeszt Tadzio. Równanie cienia, Trafostacja Sztuki. Fot. Kamil Macioł sztuka i życie

Bez cienia Grupa Budapeszt otwiera w Trafo nowy sezon zatytułowany Niezdrowy entuzjazm. Igor Krenz, Michał Libera i Daniel Muzyczuk w ramach wystawy Tadzio. Równanie cienia zastanawiają się nad pojęciem półwymiaru. Trójwymiarowy świat, od którego wychodzą, zostaje przez nich zredukowany o pół wymiaru. Przedstawiony przy pomocy rzeźb, obrazów, filmów, obiektów i instalacji świat 2,5 D nie ma na przykład cienia, czyli głównego atrybutu trójwymiarowości. Składa się z elementów, które używają rozmaitych strategii kamuflażu swojego trójwymiaru. Czy w tym świecie wszystko do siebie pasuje? Co zyskujemy, a co tracimy, ciążąc w kierunku 2 albo 3 D? I co wynika z eksperymentu związanego z dematerializacją rzeczy­wistości? do 22.11 Szczecin, Trafostacja Sztuki, ul. Świętego Ducha 4 trafo.art

47


Anish Kapoor: Blood Cinema, 2000, własność prywatna. © Anish Kapoor, DACS 2017. Fot. Magda Starowieyska / Muzeum POLIN

sztuka i życie

Płyn pełen emocji Krew – odwieczna, niezbędna, nieobojętna. Źródło życia, fascynacji i odrazy oraz jeden z najbardziej pojemnych symboli. Tematykę krwi w kontekście kultury żydowskiej najpierw podjęła wystawa w Muzeum Żydowskim w Londynie. Jej polska odsłona rozwija tę narrację, wzbogacając ją o nowe prace oraz wątki związane z kulturą żydowską w Polsce. Krew. Łączy i dzieli to opowieść zbudowana przy pomocy obiektów historycznych dokumentujących kulturę i życie religijne. Krew staje się w niej kanwą dla tematów związanych z teologią, rytualnością, przesądami, eugeniką, zagadnieniami rasy czy medycyny. Rozszerzenia tych wątków podejmuje się szóstka artystów: Piotr Uklański, Eliza Proszczuk, Moshe Gershuni, Bogna Burska, Dorota Buczkowska i jeden z najważniejszych współczesnych twórców – Anish Kapoor. W holu muzeum zwiedzających wita jego rzeźba Blood Cinema (Kino krwi), masywny krąg o połyskującej czerwonej powierzchni. To pierwsze dzieło Brytyjczyka pokazywane w Polsce. do 29.01.2018 Warszawa, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, ul. Mordechaja Anielewicza 6 polin.pl

48


Fot. Helena Wawrzeniuk

sztuka i życie

Poetyka miejskiego krzaka Wystawa poprzez teksty, grafiki i obiekty opowiada o lokalnych, mało znanych miejscach w Warszawie. Te często z pozoru zwyczajne, niezdefiniowane przestrzenie, jak choćby obrzeża czy nieużytki, ciągle czekają na odkrycie. Potraktowanie ich jako bohaterów subiektywnych opowieści o mieście mieszkańców ma opowiedzieć o tożsamości stolicy. Poetyckich i egzotycznych poszukiwań dokonują Małgorzata Czekajło, Martyna Ciszewska, Agnieszka Dragon i Helena Wawrzeniuk. 20.11 – 3.12 Warszawa, Rotacyjny Dom Kultury, ul. Jazdów 3/18 facebook.com/RotacyjnyDomKultury

49


Jeremy Deller: Battle of Orgreave, 2001. Fot. Martin Jenkinson

sztuka i życie

Solidarni Walka o demokrację z kulturoznawstwem sztuka i życie

Bitwa o Orgreave autorstwa Jeremy’ego Dellera to wykonana w 2001 roku instalacja zbudowana z archiwalnych dokumentów, obiektów, wideo, materiałów dźwiękowych oraz dokumentacji filmowych odtwarzających starcie górników z policją, które odbyło się w 1984 roku w Orgreave, w Yorkshire w północnej Anglii. Kontekst pracy się nie zdezaktualizował – strajki w obronie demokracji stanowią przecież naszą teraźniejszość, nie tylko historię. Pracę brytyjskiego artysty można zobaczyć na solowej wystawie Bitwa o Orgreave / Archiwum (An Injury to One is an Injury to All), której towarzyszy program edukacyjny oraz publikacja poruszająca między innymi problemy klasy robotniczej.

W ramach nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin zapowiedział redukcję dyscyplin naukowych między innymi o kulturoznawstwo, które ma w Polsce długie tradycje. Wielu naszych współpracowników, przyjaciół, podziwianych przez nas ludzi nauki i praktyków aktywnych na polu kultury to kulturoznawcy i kulturoznawczynie – cenimy ich nie tylko za wiedzę i umiejętności, lecz także za unikalne kompetencje i wnikliwy sposób patrzenia na świat. Wspierajmy ich protest! Jeśli wy też nie wyobrażacie sobie polskiej nauki i kultury w proponowanym kształcie, podpisujcie listy solidarnościowe i internetowe petycje.

10.11 – 30.12 Gdańsk, Gdańska Galeria Miejska 2, ul. Powroźnicza 13/15 ggm.gda.pl

facebook.com/ towarzystwokulturoznawcze petycjeonline.com/petycja_w_obronie_ dyscypliny_kulturoznawstwa

50


Rys. Jaśmina Wójcik

sztuka i życie

Alfabet Stilonu Trudno mówić o Gorzowie Wielkopolskim i nie wspomnieć o latach świetności Zakładów Włókien Chemicznych Stilon, ukształtowały one bowiem przemysłową historię miasta. Wielu mieszkańców pracowało w tym przedsiębiorstwie, które powstało w 1951 roku i nadal pozostaje ważnym punktem odniesienia w społecznej świadomości. Właśnie ten społeczny wymiar funkcjonowania zakładów zainte­ resował artystkę wizualną Julitę Wójcik. Z pomocą mieszkańców odkrywa ona miejscowe historie oraz tworzy słownik oparty na nazewnictwie związanym z działal­ nością przedsiębiorstwa. Zanurzeniu w lokalnym kontekście sprzyja fakt, że wystawa odbywa się w ramach obchodów 760. rocznicy otrzymania praw miejskich, a siedziba jej gospodarza, czyli Miejskiego Ośrodka Sztuki, także stanowiła część kompleksu zakładów Stilon, mieszcząc funkcje oświatowe, kulturalne i pro­pagandowe. do 26.11 Gorzów Wielkopolski, Miejski Ośrodek Sztuki, ul. Pomorska 73 mosart.pl

51


ARCHITEKTURA I MIASTO

Awers i rewers Bohdana Lacherta przedstawiać nie trzeba – to jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych polskich architektów awangardowych, przez ponad dekadę tworzący z Józefem Szanajcą duet architektoniczny. Zorganizowana w 30. rocznicę jego śmierci wystawa Awers/rewers. Architekt Bohdan Lachert ma jednak ambicje ukazania jego dokonań w jeszcze szerszym kontekście. Dlatego obok najbardziej znanych realizacji z okresu międzywojennego zobaczymy mniej znaną twórczość powojenną – dopiero takie całościowe spojrzenie pozwala bowiem przedstawić Lacherta jako artystę konsekwentnie realizującego idee modernizmu. Tytułowy awers twórczości to jeden z pierwszych awangardowych budynków w Warszawie, czyli dom Lacherta z 1928 roku, zrealizowany przy ulicy Katowickiej 9. Rewers odsyła z kolei do zaprojektowanego zaraz po wojnie i nigdy niezrealizowanego studialnego domu atrialnego, wyprzedzającego o dekadę współczesne mu propozycje. Opowieść o Lachercie zostanie zbudowana poprzez projekty i rysunki architektoniczne, fotografie archiwalne, makiety, rzeźby, prototypy i patenty mebli, okładki książek, teksty architekta, wywiady oraz materiały filmowe. 24.11.2017 – 2.04.2018 Wrocław, Muzeum Architektury, ul. Bernardyńska 5 ma.wroc.pl

52


Bohdan Lachert: projekt kompletu mebli z wyeksponowaną Rzeźbą abstrakcyjną (1) Katarzyny Kobro (1924) na biurku, 1926. Ze zbiorów Muzeum Architektury we Wrocławiu

53


ADAM PRZYWARA DLA NN6T:

ARCHITEKTURA I MIASTO

Ettore Sottsass na Triennale Milano Gigant włoskiego projektowania, artysta i filozof Ettore Sottsass kształcił się w Turynie doby faszyzmu, po wojnie osiadł w Mediolanie i pracował między innymi dla słynnego producenta maszyn Olivetti, a w latach 80. został jednym z członków Memphis Group, której meble należą do kanonu światowego dizajnu. Przez całe swoje dziewięćdziesięcioletnie życie Sottsass tworzył, aplikując szeroki wachlarz technik do poskromienia swojej śródziemnomorskiej fantazji i skłonności do intelektualnych ekscesów. Przekrój jego prac architektonicznych, użytkowych i artystycznych możemy zobaczyć w budynku Triennale w Mediolanie. Na wystawę There is a Planet zdecydowanie trzeba się wybrać, a dla niektórych mocnym argumentem może się okazać zestawienie projektów z niepublikowanymi fotografiami Sottsassa z lat 90. Wprawnie dokumentuje on na nich styk świata natury i ludzkiego procesu zamieszkiwania. * Jeśli wciąż jesteście niezdecydowani, wrzućcie w wyszukiwarkę hasło „Shiva Vase”. (AP) do 11.03.2018 Mediolan, Palazzo della Triennale, Viale Alemagna 6 triennale.org


Kalkulator Olivetti Summa 19 zaprojektowany przez Ettore Sottsassa. Fot. Christos Vittoratos, CC-BY-SA-3.0

55


Rowley Way, Alexandra and Ainsworth Estate, Camden, Londyn. Fot. Oxyman, CC-BY-2.5

ARCHITEKTURA I MIASTO

Złoty medal dla Neave’a Browna Neave Brown (ur. 1929) swoje najsłynniejsze projekty architektoniczne, będące arcydziełami nurtu brutalizmu, stworzył w latach 60. XX wieku – w czasie rządów Partii Pracy, sprzyjającej eksperymentalnej i prosocjalnej polityce mieszkaniowej. Wszystkie budynki Browna w Londynie są dziś zarejestrowane jako zabytki, a to w dużej mierze za sprawą dokonywanych przezeń formalnych i funkcjonalnych mediacji pomiędzy klasycznym modelem angielskiego domu szeregowego a surowymi nowoczesnymi formami brutalizmu. Za najbardziej udaną realizację w tej typologii można uznać Alexandra Road Estate w londyńskim Camden – i właśnie za to osiedle architekt otrzymał złoty medal Królewskiego Instytutu Brytyjskich Architektów (RIBA). Ukształtowane zostało na bazie zbiegających się betonowych tarasów, pomiędzy którymi prowadzi chodnik – i w związku z tym bywa porównywane do rozciętego krokodyla. W projekcie Brown osiągnął dużą gęstość zaludnienia przy niskich kosztach budowy i wysokim komforcie zamieszkiwania, i takie rozwiązanie miało stanowić realną alternatywę dla promowanych w tym czasie prefabrykowanych punktowców. Jednocześnie zainteresowanie architekta scenograficznym wymiarem architektury sprawiło, że Alexandra Road zyskała status gwiazdy ekranu – osiedle pojawiło się w kilkudziesięciu brytyjskich i międzynarodowych produkcjach filmowych. (AP)

56


Sylke Rohrlach: Octopus tetricus, CC-BY-SA-4.0

ARCHITEKTURA I MIASTO

Atlantyda ośmiornic Ośmiornice znane są ze zdolności do transformacji bezkostnego ciała, a jednocześnie wykazują ogromną inteligencję – na przykład naśladują inne morskie gatunki i używają skorup kokosa jako zbroi. Okazuje się, że te słonowodne bestie parają się również architekturą i urbanistyką. Publikacja podsumowująca badania zespołu naukowców prowadzone w australijskiej zatoce Jervis potwierdziła niedawno istnienie fenomenu Octlantis – podwodnego miasta budowanego przez ośmiornice gatunku Octopus tetricus. Drugie z odkrytych dotychczas miast powstało na głębokości 15 metrów, w miejscu, gdzie na dnie nie ma żadnych naturalnych kryjówek, z których mięczaki mogłyby skorzystać. Kilkanaście utworzonych w dnie nor obsypanych hałdami muszli zjedzonych ofiar tworzy apokaliptyczny krajobraz. Jak donoszą naukowcy, sprzyja to socjalizacji ośmiornic (kopulacje, dotykanie się, sygnały optyczne, pokazy siły) – a stworzenia te dotąd uznawano za samotniki. (AP)

57


MONIKA ROSIŃSKA DLA NN6T:

DIZAJN

Ikea dla zwierząt Ikea, meblowy gigant, którego tradycje sięgają powojennej demokratyzacji dóbr konsumpcyjnych, stworzyła kolekcję Lurvig (w języku szwedzkim oznacza to „kudłaty”), przeznaczoną dla psów i kotów. Została ona opracowana przez hiszpańskich projektantów i obejmuje specjalne łóżka, drapaki, dozowniki i pojemniki na żywność, transportery, obroże, a także zminiaturyzowane wersje stałych modeli Ikei, takich jak sofa Klippan. Podczas tworzenia kolekcji Inma Bermudéz współpracowała z lekarką weterynarii Barbarą Schäfer, aby uwzględnić specyfikę różnych ras oraz typowe zachowania psów i kotów. (MR) ikea.com

58


Zdjęcie dzięki uprzejmości firmy Ikea

59


Dmitrij Moor: Śmierć światowemu imperializmowi, 1920. Ze zbiorów Davida Kinga (Tate Museum)

DIZAJN

Historia wizualna Rosji Radzieckiej W tym roku przypada setna rocznica rozpoczętej w październiku i zakończonej w listopadzie rewolucji, podczas której bolszewicy dokonali w Rosji zbrojnego przewrotu. Rebelia zapoczątkowała przebudowę życia codziennego, kultury i społeczeństwa i ostatecznie doprowadziła do powstania Związku Radzieckiego. Nową kulturę wizualną, nowe przedmioty, a także architekturę będącą narzędziem transformacji starego porządku tworzyli artyści tacy jak El Lissitzky, Gustav Klutsis, Dmitrij Moor czy Nina Vatolina. Wystawa w Tate obejmuje te plakaty propagandowe, druki i fotografie, które są mniej znane i nierzadko noszą znamiona państwowej cenzury. Główną jej część stanowi kolekcja Davida Kinga, którą londyńska galeria przejęła po śmierci fotografa. (MR) 8.11.2017 – 18.02.2018 Londyn, Tate Modern, Bankside tate.org.uk

60


Charles i Ray Eamesowie pozują na motocyklu Velocette, 1946. © Eames Office LLC

DIZAJN

Eamsowie i Uniqlo Charles i Ray Eamsowie to jeden z najsłynniejszych duetów projektowych ubiegłego wieku. W ich bogatym portfolio znajdują się innowacje materiałowe powstałe w wyniku współpracy z armią w czasie wojny, systemy mebli biurowych tworzone wkrótce po niej dla najważniejszych amerykańskich korporacji, a także wystawy propagandowe przedstawiające bajeczny świat Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny. Także stworzona przez nich definicja projektowania, głosząca, że jest to pewien plan i sposób zorganizowania elementów służący osiągnięciu zamierzonego celu, stała się milczącym założeniem właściwie każdej aktywności projektowej. W tym roku także japońska marka Uniqlo świętuje dorobek projektantów i w najnowszej kolekcji produktów (koce, t-shirty, kapcie) wykorzystuje najsłynniejsze grafiki opracowane przez Ray Eames, między innymi Dot Pattern czy Circles print. (MR) do 25.02.2018 Weil am Rhein, Vitra Design Museum, Charles-Eames-Str. 2 design-museum.de

61


JAN GRABOWSKI DLA NN6T:

FILM I FOTOGRAFIA

Portrety zmiany

FILM I FOTOGRAFIA

Autoportret zapośredniczony W znakomitej większości przypadków praca fotografa dokumentalnego polega na uwiecznianiu tego, co znajduje się na zewnątrz, a co za tym idzie, łączy się pozostawaniem niejako w cieniu własnych zdjęć. Co stanie się jednak, gdy wracając do archiwum artysty, połączy się jego prace w nigdy wcześniej niezaplanowany sposób, rodzinne sceny traktując równorzędnie z tymi zrealizowanymi na zlecenie? Przekonamy się o tym podczas wystawy Joanna Helander: Archiwum otwarte, w trakcie której to sama artystka będzie naszą przewodniczką. Wystawa Helander to nie tylko opowieść o emigracji, PRL-u i ludziach kultury tamtych czasów, ale przede wszystkim portret fotografki złożony ze zdjęć, które zrobiła innym. (JG)

Holenderska fotografka i artystka wideo Rineke Dijkstra została w tym roku uhonorowana jedną z najbardziej prestiżowych nagród w dziedzinie fotografii, przyznawaną przez Międzynarodową Fundację Hasselblada za wybitne osiągnięcia. W swojej twórczości artystka bada granice zarówno jednostkowej, jak i zbiorowej tożsamości. Jej portrety – zdystansowane i często realizowane przy użyciu fleszowego światła – składają się na typologie ludzi doświadczających zmiany: młodzieży u progu dojrzałości, kobiet po porodzie czy zakrwawionych torreadorów tuż po zejściu z areny. Podczas wystawy The One and the Many mamy okazję przyjrzeć się jej prezentowanym na wielkoformatowych odbitkach pracom, które na poziomie pojedynczych obrazów okazują się niezwykle intymnym i pełnym uwagi zapisem konkretnego momentu w życiu człowieka. Mimo że jest on przeżywany przez uwiecznioną na zdjęciu osobę, widz może odnaleźć w nim swoją własną historię. (JG)

do 15.12 Katowice, Fundacja Kultura Obrazu, ul. Augustyna Kordeckiego 2 kulturaobrazu.org

do 30.12 Humlebæk, Louisiana Museum of Modern Art, Gl Strandvej 13 louisiana.dk

62


Rineke Dijkstra, Kołobrzeg, Polska, 26 lipca 1992. © Rineke Dijkstra

63


George Hoyningen-Huene: Divers, Horst and Model, Ltd London 1930. Dzięki uprzejmości Staley Wise Gallery

FILM I FOTOGRAFIA

W strumieniu czasu W Bydgoszczy odbędzie się wystawa fotografii wchodzących w skład kolekcji należącej do znawczyni sztuki i kuratorki Loli Garrido. Wśród artystów prezentowanych w ramach In the Stream of Time znajdą się między innymi Henri Cartier-Bresson, Man Ray, Dorothea Lange, Alexandr Rodczenko, Robert Capa, Diane Arbus, Cindy Sherman czy Nan Goldin. Trudno zbagatelizować fakt, że ta mająca przekrojowy charakter wystawa organizowana jest w ramach odbywającego się równolegle i obchodzącego swoje dwudziestopięciolecie Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage, dzięki czemu ikoniczne fotografie zostaną zaprezentowane w kontekście współczesnej filmowej sztuki tworzenia obrazu. (JG) 13.11.2017 – 28.01.2018 Bydgoszcz, Galeria Miejska BWA, ul. Gdańska 20 galeriabwa.bydgoszcz.pl

64


Torbjørn Rødland, Heiress with Dogs, 2014. Dzięki uprzejmości artysty i Rodolphe Janssen

FILM I FOTOGRAFIA

Niewygodne The Touch That Made You to przekrojowa wystawa prac Torbjørna Rødlanda – jednego z najciekawszych i najbardziej wszechstronnych współczesnych fotografów. Znalazły się na niej prace z ostatnich dwudziestu lat, od wczesnych autoportretów z przedmiotami codziennego użytku, przez niepokojąco surrealistyczne, utrzymane w stylistyce fotografii komercyjnej scenki rodzajowe oraz odpychające martwe natury, po sesję zdjęciową Paris Hilton i jej piesków. Ze zdjęciami Rødlanda na pewno warto zmierzyć się na żywo, ale nie wszyscy mają ku temu okazję – dlatego czytelnikom nieprzebywającym aktualnie w Londynie polecamy śledzenie Instagrama artysty. do 19.11 Londyn, Serpentine Gallery, Kensington Gardens serpentinegalleries.org instagram.com/rodland.jpg

65


ANDRZEJ MARZEC DLA NN6T:

Kadr z filmu Najpiękniejsze fajerwerki ever, reż. Aleksandra Terpińska, Studio Munka / SFP FILM I FOTOGRAFIA

FILM I FOTOGRAFIA

Polscy marzyciele

Edypalny trójkąt

W polskim kinie od kilku lat obserwujemy tendencję, którą można nazwać „drugim życiem Kieślowskiego”. Małgorzata Szumowska w Ciele wchodzi w twórczy dialog z tak zwaną kieślowszczyzną, a Zjednoczone stany miłości Tomasza Wasilewskiego są estetycznie zadłużone w Dekalogach. Film Agnieszki Terpińskiej wygrał konkurs na najlepszy scenariusz z okazji Roku Kieślowskiego, dlatego nawiązanie do wspomnianego reżysera nie jest wcale przypadkowe. Obraz przypominający Marzycieli Bernarda Bertolucciego pokazuje trójkę młodych bohaterów żyjących w izolacji i estetycznej utopii, wiodących życie niezaprawione żadną ideologią; ich spokojna egzystencja zostanie jednak zakłócona poprzez wkroczenie w ten idylliczny świat postaw radykalnych. Najpiękniejsze fajerwerki ever analizują ludzkie zachowania w obliczu niespodziewanego konfliktu zbrojnego. Ostatnie wydarzenia w Polsce pokazują, że ten ciekawy film, mimo uniwersalnej wymowy, być może dotyczy przede wszystkim kraju, w którym powstał. (AM)

Elina Psykou po 4 latach od doskonałego debiutu Wieczny powrót Antonisa Paraskevasa wreszcie powraca z filmem niezwykle entuzjastycznie przyjętym na festiwalu Tribeca (Best International Narrative Feature Award). Syn Sofii to mroczna opowieść o transgresji, transformacji i przechodzeniu w niepokojący stan dorosłości. Główny bohater, jedenastoletni chłopiec Misza (Niedźwiedź/Miś), staje przed trudnym wyborem między dziecięcą rzeczywistością pluszowej miękkości i infantylnego upupienia a przemocą i agresją niezrozumiałego świata dorosłych. Psykou tworzy surrealistyczne kino familijne, mocno zaprawione psychoanalizą. Reżyserka wnikliwie śledzi dramatyczne losy edypalnego trójkąta (mama, tata, dziecko). Przekracza przy tym stylistyczne ograniczenia greckiej Nowej Fali i tworzy autorskie kino przywołujące estetyczną niesamowitość oraz baśniowość znaną głównie z filmów Jana Švankmajera czy braci Quay. (AM)

66


Materiały dystrybutora

FILM I FOTOGRAFIA

Album wideofoniczny „Odczuwamy straszliwą trwogę przed mającymi nastąpić narodzinami potomka” – to jedna z wielu fascynujących i ekshibicjonistycznych wypowiedzi Beksińskiego, który prowadził wideobloga na długo zanim powstał serwis YouTube, a słowo „bloger” pojawiło się w jakimkolwiek słowniku. Beksińscy. Album wideofoniczny w reżyserii Marcina Borchardta to swoisty portret trumienny, wideoblog z zaświatów, w którym dziś już nieżyjący ludzie mówią do widzów o tym, że za chwilę umrą, i dotrzymują obietnicy. Prawdopodobnie z tego właśnie wynika niezwykła szczerość oraz autentyczność tego obrazu. Geniusz, błyskotliwość i inteligencja Beksińskiego jest nieodłącznie związana z kondycją ludzką: fizjologią, jedzeniem (by nie powiedzieć żarciem), śmiertelnością, chorobą oraz materialnością modernistycznych warszawskich blokowisk. (AM) premiera: 10.11

67


FILM I FOTOGRAFIA

Rejestracje

Kadr z filmu Cała nasza nadzieja, reż. Karen Gieworkian, materiały organizatora

Sputnik już po raz jedenasty pojawi się nad Warszawą. Dla widzów przygotowano pokazy rosyjskich filmów w dwóch sekcjach konkursowych (fabularnej i dokumentalnej), przegląd najlepszych tytułów z poprzednich edycji oraz szereg innych atrakcji – koncerty, spektakle teatralne i wystawę sztuki. Wśród prezentowanych filmów znalazły się między innymi rosyjski kandydat do Oscara, czyli Niemiłość Andrieja Zwiagincewa, pokazywana w Cannes Bliskość Kantemira Bałagowa oraz Arytmia Borisa Chlebnikowa, za którą reżyser odebrał Grand Prix tegorocznego festiwalu Kinotawr. Wspomnieć trzeba także o Małym Sputniku – sekcji, w której wyświetlane będą propozycje dla dzieci i młodzieży.

Trzyletni program prezentujący materiały filmowe dające wgląd w działania międzynarodowej awangardy i artystycznej alternatywy z lat 60., 70. i 80. XX wieku. Zapisy te nie mieszczą się w kategorii filmów o sztuce, ale są realizowaną na żywo dokumentacją performansów, happeningów, koncertów, akcji ulicznych oraz efemerycznych działań z pogranicza sztuk wizualnych, teatru i muzyki. W pierwszej edycji programu prezentowane są materiały związane z awangardowymi ruchami aktywnymi w latach 60. i 70. w Europie Wschodniej i Zachodniej. Nagrania realizowane na ulicach Nicei, Wiednia i Lublany pokazują praktyki radykalnych artystów funkcjonujących wówczas na marginesie oficjalnego obiegu artystycznego, a obecnie zaliczanych do klasyków sztuki XX wieku. W ramach przeglądu zostaną pokazane rejestracje filmowe akcji ulicznych Bena Vautiera, performatywnych działań słoweńskiej grupy OHO, wiedeńskich akcjonistów i ikony sztuki feministycznej VALIE EXPORT. Tegoroczne pokazy obejmą również robione przez Józefa Robakowskiego filmowe dokumentacje alternatywnej sceny muzycznej i manifestacji artystyczno-społecznych w Polsce czasów schyłkowego PRL-u.

2–12.11, Warszawa, kina Luna, Elektronik i Iluzjon listopad 2017 – marzec 2018: trasa po Polsce

8.11 – 2.12 Warszawa, Fundacja Profile, ul. Franciszkańska 6 fundacjaprofile.pl

FILM I FOTOGRAFIA

Kinowy satelita

68


Ben Vautier: Rentrer dans l’eau tout habillé avec un parapluie, 1963. © Ben Vautier

69


FILM I FOTOGRAFIA

Manifesto Manifesty artystyczne pełne są radykalnych idei, utopijnego entuzjazmu, gotowości do zrewolucjonizowania sztuki i życia, a także poszukiwań tożsamości. Na podstawie ich lektury swoje zainteresowanie teatrem, malarstwem, tańcem, filmem czy architekturą od młodych lat pogłębiał niemiecki artysta wizualny Julian Rosefeldt. Fragmenty tych słynnych tekstów zacytował w swoim filmie Manifesto, w którym plejada postaci wygłasza na ekranie fragmenty manifestów związanych między innymi z futuryzmem (makler), suprematyzmem i konstruktywizmem (naukowiec), dadaizmem (mówca pogrzebowy), pop-artem (konserwatywna matka) czy sztuką konceptualną i minimalizmem (prezenterka telewizyjna i reporterka). W każdą z tych 13 postaci wcieliła się Cate Blanchett. Film to więc nie tylko popis gry jednej z najbardziej wszechstronnych współczesnych aktorek, ale i wciągający przewodnik po ideach, koncepcjach artystycznych i sztuce XX wieku. Okazuje się wciąż aktualny, bo manifesty, jako „sejsmografy swoich czasów”, mają to do siebie, że dokonują bezkompromisowej krytyki systemu, dominujących prądów intelektualnych i nawyków społecznych, stając się impulsem nie tylko do zmiany myślenia, ale i do podjęcia działania. premiera: 17.11 gutekfilm.pl

Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, dystrybucja Gutek Film

70


71


AGNIESZKA SOSNOWSKA DLA NN6T:

RUCH I DŹWIĘK

Volksbühne, czyli teatr ludzi

W 2004 roku badaczka performansu RoseLee Goldberg zainicjowała w Nowym Jorku Performę – biennale performansu – jako całkiem nowy i wyjątkowy model prezentacji. Performa stanowi przejaw radykalnego urbanizmu, jest przedsięwzięciem łączącym możliwości i zasoby wielu organizacji, angażuje ponad trzydziestu zagranicznych kuratorów. Jej wyjątkowość polega również na samowystarczalności, biennale finansowane jest bowiem przez osoby prywatne, fundacje i artystów. Z każdą kolejną z sześciu poprzednich edycji nabierało coraz większego rozmachu, urastając dzisiaj do rangi jednej z najbardziej prestiżowych imprez performatywnych na świecie. Tegoroczny temat wiodący to ruch dada. A raczej: znowu dada, po tym jak rok 2016 stał pod znakiem stulecia dadaizmu. Teraz czas na dada 101 lat później. (AS)

Objęcie dyrekcji słynnego teatru Volks­ bühne w Berlinie przez Chrisa Dercona – byłego szefa londyńskiego Tate Modern – odbiło się głośnym echem. Zaczęło się od prowadzonej we wrześniu okupacji teatru przez aktywistów z kolektywu artystycznego Staub zu Glitzer. Po kilku dniach pod eskortą policji zostali oni wyproszeni z budynku na Rosa-Luxemburg-Platz. Główne obawy widzów i środowiska wiążą się z zerwaniem z wyraźnie lewicowym profilem teatru, jaki nadał mu poprzedni wieloletni dyrektor Frank Castorf. Warto przypomnieć, że początki Volksbühne wiążą się z działalnością stowarzyszenia widzów, które popierało teatr wolny od komercjalizacji i presji cenzury, a budynek powstał ze składek społecznych. Tymczasem na miejsce zaangażowanego politycznie, radykalnego teatru ze stałym zespołem aktorskim i repertuarem Dercon chce powołać interdyscyplinarny ośrodek prezentujący głównie wystawy, performanse i taniec. Zaczyna od nazwisk świetnie znanych w świecie współczesnej choreografii – w Volksbühne mają się pojawić Boris Charmatz, Tino Sehgal i Jérôme Bel. Trzy listopadowe wieczory Volksbühne poświęca relacji sztuki i języka, prezentując jednoaktówki Samuela Becketta i prace Tino Sehgala. (AS)

1–19.11 Nowy Jork performa-arts.org

10–12.11 Berlin, Volksbühne, Linienstraße 227 volksbuehne.berlin

RUCH I DŹWIĘK

101 lat później

72


Samuel Beckett: Nicht Ich / Tritte / He, Joe. Fot. Østre Gasværk Teater; Christina Hauschildt, Kopenhaga 2017. Dzięki uprzejmości Volksbühne

73


RUCH I DŹWIĘK

Czarne szmaty Podczas Czarnego Protestu w październiku 2016 roku kolektyw akcjonistyczny „Czarne szmaty” zablokował ruch uliczny w Alejach Jerozolimskich przy pomocy dwudziestometrowego czarnego transparentu z napisem „Granica pogardy”. Akcja była zaproszeniem do kolektywnego działania – zakładała spontaniczny udział przypadkowo napotkanych kobiet w geście oporu wobec przekraczania granic w polityce dotyczącej praw kobiet oraz praw reprodukcyjnych. W rocznicę tamtego protestu na warszawskich syrenkach (na Powiślu przy moście Świętokrzyskim, na wiadukcie na Karowej, na Rynku Starego Miasta i innych) zawisły czarne szarfy z hasłem „Nie jesteś sama”. Prawdopodobnie czarne szmaty, czyli niezapowiedziane interwencje w przestrzeni publicznej, będzie można zobaczyć także na kolejnych demonstracjach. (AS)

Akcja kolektywu Czarne Szmaty / #czsz. Fot. Marta Jalowska

74


75


ANTEK MICHNIK DLA NN6T:

RUCH I DŹWIĘK

Między dyscyplinami Jak co roku, sezon festiwalowy w Krakowie zamyka organizowany przez Marka Chołoniewskiego Audio Art Festival. Wydarzenie to tradycyjnie łączy różne nurty eksperymentów na marginesach komponowanej muzyki współczesnej i różnych scen muzyki niezależnej, a także przygląda się pracom z obszaru sztuki dźwięku. Chołoniewskiego od lat interesują eksperymenty z nowymi mediami, festiwal posiada więc specyficzny futurystyczny charakter. W tym roku szczególnie interesująco zapowiadają się występy duetów: Duo Tragovi z wykorzystaniem preparowanego pianina; Aqui, no Ahora łączącego muzykę elektroniczną z tańcem i video, a także Heike Fiedler i Marie Schwab operujących dźwiękami elektronicznymi i elektroakustycznymi, jak również poezją dźwiękową i wizualną. Do tego Andrey Smirnov, wybitny badacz dźwiękowych awangard w Rosji, przetworzy na dźwięki fale mózgowe, a Jonathan Reus prawdopodobnie zaingeruje w obwody starego komputera iMac G3 („iMAC Music”). Z pewnością warto też pójść na występ operującej elektroniką Annabelle Playe i zobaczyć koncerty polskich wykonawców: Neo Electric Quartet; duetów Hybryduo i Zorka Wollny, Anna Szwagier oraz tria Wnuk-Zakrzewska-Saldan. (AM) 17–26.11 Kraków, różne lokalizacje

RUCH I DŹWIĘK

Między Detroit a Toronto Na początku listopada w Polsce wypadną dwa przystanki na wspólnej trasie dwóch ważnych zespołów grających współczesną mieszankę postpunku oraz noise’u – Kanadyjczyków z Metz oraz amerykanów z Protomartyr. Oba zespoły wydały niedawno dobrze przyjęte płyty. Metz na Strange Peace (Sub Pop) nieco rozrzedzają ścianę hałasu wypełniającą ich dwa pierwsze albumy. Wyprodukowana przez Steve’a Albiniego nowa płyta formacji z Toronto silniej odwołuje się do protogrunge’owego nurtu amerykańskiego postpunku drugiej połowy lat 80. Nowe brzmienie zbliżyło Metz do muzyki Protomartyr. Zespół z Detroit na niedawnym Relatives in Descent (Domino) łączy melorecytacje Joe Caseya (przywodzące na myśl manierę Nicka Cave’a) ze zróżnicowaną paletą gitarowych brzmień i struktur rozpostartą między Sonic Youth z połowy lat 80. a dzisiejszymi reinterpretacjami postpunku spod znaku Preoccupations. (AM) 3.11 (Wrocław), 4.11 (Warszawa) Wrocław, Firlej, ul. Grabiszyńska 56 Warszawa, Hydrozagadka, ul. 11 Listopada 22

76


Okładka płyty, projekt: Patryk Hardziej

RUCH I DŹWIĘK

Elektronika i przestrzeń

RUCH I DŹWIĘK

Woo!Man

Na dwóch koncertach pojawi się w Polsce Rashad Becker, wybitny specjalista od masteringu wydawnictw muzycznych, a do tego muzyk grający znakomite koncerty. Becker posiada wyjątkową umiejętność gry z przestrzenią koncertu, świadomie wybiera brzmienia oraz faktury ze swej różnorodnej twórczości. W efekcie jego występy zawsze są pełne energii. Szeroką paletę jego zainteresowań najlepiej pokazuje zeszłoroczny album Traditional Music of Notional Species vol. II (PAN), wchodzący w dialog z różnymi nurtami muzyki elektronicznej. W Bydgoszczy Becker wystąpi w ramach finału tamtejszej części Mózg Festiwal. Poza nim zagrają również Marek Pospieszalski Quartet, Kondensator Przepływu oraz ÆDM. (AM)

Nowy krążek stylistyczno-wizerunkowego kameleona. Siódmy album grupy Dick4Dick przynosi żeńskie wokale we wszystkich aranżacjach, czego zapowiedź odnajdujemy już w tytule płyty Dick4Dick is a Woo!Man, wydanej przez Mystic. Na pierwszym singlu zaśpiewała (ale też stworzyła tekst i linię melodyczną) Woska, czyli Lena Wołowska. Trzynastolatka jest rówieśniczką zespołu i zarazem córką Nygga Dicka. Gościnnie wystąpiły również Natalia Nykiel, Justyna Chowaniak, Julita Zielińska, Marsija Loco, Ania MoMo i Joanna Halszka Sokołowska. Wszystko wskazuje na to, że czeka nas bardzo futurystyczna, syntetyczna i przebojowa jesień.

10.11 (Gdańsk), 11.11 (Bydgoszcz) Gdańsk, Kolonia Artystów, al. Grunwaldzka 51 Bydgoszcz, Mózg, ul. Gdańska 10

Premiera: 10.11 facebook.com/DICK4DICK

77


ADA BANASZAK DLA NN6T:

TECHNOLOGIA I PRZYSZŁOŚĆ

Pralnia pieniędzy Kryptowaluty, takie jak bitcoin czy ether, wciąż są zupełnie nieprzydatne w większości codziennych sytuacji, takich jak kupowanie bułek czy płacenie za komunikację miejską, ale przyciągają coraz więcej spekulantów, zwolenników decentralizacji pieniądza oraz osób pragnących realizować transakcje anonimowo (a raczej pod pseudonimem, ponieważ każdy użytkownik kryptowaluty ma swój niepowtarzalny identyfikator). Z tym rosnącym ruchem w kryptointeresie wiąże się jednak gigantyczne zużycie energii. Wynika to z metody weryfikowania transakcji, wymagającej użycia maszyn o wielkiej sile obliczeniowej, nieprzerwanie wykonujących coraz bardziej złożone operacje. Sieć Ethereum zużywa obecnie tyle samo prądu, ile cały Cypr, a operacje realizowane w bitcoinach w 2020 roku będą pochłaniały więcej energii niż Dania. Z tym palącym niczym przegrzane serwery problemem postanowił się zmierzyć pracujący w Berlinie artysta i entuzjasta kryptowalut Julian Oliver. W instalacji HARVEST, na którą składa się mała turbina wiatrowa, komputer w wodoodpornej obudowie oraz mobilny modem, wykorzystuje moc coraz częstszych w naszym regionie wichur i burz, aby wytwarzać czystą energię do produkcji kryptowalut. Zyski z przeprowadzonych w ten sposób operacji (obecnie tylko w ramach sieci ZCash i na małą skalę) Oliver przekazuje organizacjom pozarządowym badającym przyczyny i konsekwencje globalnego ocieplenia. (AB)

TECHNOLOGIA I PRZYSZŁOŚĆ

Kryptopaństwo Katalońscy proniepodległościowi politycy i aktywiści w obliczu represji ze strony władz w Madrycie zapowiadają utworzenie cyfrowego rządu na uchodźctwie. Być może brzmi to dziwnie, ale nie byłoby to wcale działanie bez precedensu. Podobne kroki po wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy podjęła Estonia, inicjując działanie cyfrowych ambasad, aby – jak tłumaczył odpowiedzialny za tę operację Taavi Kotka – w przypadku ataku online lub inwazji offline móc odtworzyć kluczowe dla rządu dane, a w razie utraty terytorium przetrwać jako państwo w przestrzeni wirtualnej. Choć ani polityczna przyszłość Katalonii, ani szczegóły planu proklamowania internetowej niepodległości nie są w tej chwili znane, po wydarzeniach z września i października można się spodziewać, że katalońskim działaczom chodzi przede wszystkim o stworzenie bezpiecznej – nieinwigilowanej – przestrzeni dla wymiany myśli i danych oraz działalności politycznej. (AB) wired.co.uk xnet-x.net/en

julianoliver.com

78


Jenny Odell: I Live Here, z serii Neo-Surreal, 2017

TECHNOLOGIA I PRZYSZŁOŚĆ

Cyborg z reklamy Cykl Neo-Surreal to obiekty – a raczej ich przedstawienia – znalezione przez amerykańską artystkę Jenny Odell na łamach czasopisma „Byte”, wydawanego w Stanach Zjednoczonych w latach 60. i 70. Pecet w czapce oficerskiej gotów w każdej chwili użyć leżącego obok klawiatury pejcza, kobieta-dyskietka ­– bez twarzy, ale w szpilkach, procesor umieszczony w gotowej do użycia kroplówce czy drukarka wykluwająca się z jajka to tylko niektóre z pomysłów ówczesnych speców od reklamy i sprzedaży sprzętu elektronicznego. Dziś wydają się one nie tyle surrealistyczne, co groteskowe. Jednak to właśnie te obrazy, które wraz z pojawieniem się pierwszych komputerów osobistych zaczęły krążyć wśród szerokich kręgów potencjalnych nabywców sprzętu elektronicznego, są w dużej mierze odpowiedzialne za to, jak dziś postrzegamy nowe technologie i nasze relacje z nimi. Tak rodziły się nie tylko fantazje dotyczące czujących i myślących maszyn oraz żyjących obok nich ludzi-cyborgów, ale również wizja zacieśniania więzi pomiędzy człowiekiem i komputerem jako kolejnego kroku w ewolucji, „naturalnej” kolei rzeczy – co świetnie widać w zbiorze reklam zebranych i opatrzonych przez Odell rewelacyjnymi tytułami. (AB) jennyodell.com/neosurreal twitter.com/the_jennitaur

79


Przemysław Jasielski: Photo Robotoid, 2016. © Przemysław Jasielski

TECHNOLOGIA I PRZYSZŁOŚĆ

Nonsensowne technologie Czy każdy wynalazek musi być użyteczny i czy każdy wynalazca powinien kierować się czystą pragmatyką? Prace Przemysława Jasielskiego i Rainera Prohaski dowodzą, że technologia może okazać się subwersywna i autoironiczna. Odwiedzający wystawę Nonsensowne technologie mogą zapoznać się z interaktywnymi obiektami i instalacjami, nad którymi artyści pracowali w latach 2009–2017. Poprzez łączenie nauk ścisłych i sztuki twórcy komentują coraz silniejsze przywiązanie ludzi do urządzeń elektronicznych i przekładanie się tej sytuacji na relacje społeczne. Nie zabraknie odniesień do takich zjawisk jak sztuczna inteligencja czy sam proces powstawania wynalazków. Prezentowane nonsensowne urządzenia pokazują, że koncept i efekt końcowy w postaci wynalazku wcale nie muszą poddawać się rygorom racjonalności. do 1.04.2018 Kraków, Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK, ul. Lipowa 4 mocak.pl

80


NN6T raport

Na podstawie raportu Stan czytelnictwa w Polsce w 2016 roku, Banku Danych Lokalnych Głównego Urzędu Statystycznego oraz opracowania Biblioteki publiczne m.st. Warszawy. Diagnoza i rekomendowane zmiany przygotował Kolektyw Badawczy kolektywbadawczy.pl


Z raportów o stanie czytelnictwa w Polsce z kilku ostatnich lat dowiadujemy się, że czytanie książek ze zbiorów bibliotecznych i korzystanie z bibliotek to dwie różne sprawy. Coraz częściej osoby przychodzące do biblioteki mogą skorzystać nie tylko z jej tradycyjnych usług, czyli wypożyczania książek i czasopism oraz czytania ich na miejscu. Biblioteki stają się miejscami, gdzie można spotykać się z innymi użytkownikami i mieszkańcami, uczestniczyć w szkoleniach i innych formach edukacji oraz w wydarzeniach kulturalnych, korzystać z komputera, konsoli do gier i innych urządzeń czy z internetu. Biblioteki zyskują też nowe lub zmodernizowane obiekty architektoniczne. Dla wielu osób najbardziej atrakcyjna jest właśnie ta nowa infrastruktura i mniej tradycyjne funkcje. Biblioteki jako miejsca prawdziwie egalitarne, dostępne dla każdego, niwelujące różnice kapitałów i coraz bardziej przyjazne, spełniają wiele warunków „miejsca trzeciego” – neutralnej przestrzeni służącej lokalnej społeczności i dającej odpoczynek zarówno od pracy, jak i od rutynowych domowych czynności. Tak biblioteki chciałoby widzieć wielu bibliotekarzy i pracowników innych instytucji kultury, ale wyniki badań nie pokrywają się z tymi optymistycznymi wyobrażeniami. Mimo że biblioteki i czytelnie są najczęściej odwiedzanymi instytucjami kultury, odsetek osób korzystających z nich wciąż pozostaje niewielki. Najnowszy, czternasty już raport dotyczący stanu czytelnictwa w Polsce w 2016 roku1 dostarcza informacji o użytkownikach bibliotek i osobach, które z nich nie korzystają. Względem poprzednich lat odsetek ludzi 1 Izabela Koryś, Jarosław Kopeć, Zofia Zasacka, Roman Chymkowski, Stan czytelnictwa w Polsce w 2016 roku, Warszawa 2017. Wyniki badania przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową we współpracy z Kantar Public na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 3149 respondentów w wieku co najmniej 15 lat.

82

bywających w bibliotekach nieznacznie, ale systematycznie spada. W 2016 roku osobiście bibliotekę odwiedziło 16% badanych, z czego 11% było w bibliotece publicznej, 5% w bibliotece szkolnej, a 2% w pozostałych typach bibliotek – naukowych, pedagogicznych, fachowych i innych. Aż 83% badanych nie skorzystało z żadnej biblioteki w ciągu roku poprzedzającego badanie. Wśród korzystających z biblioteki i czytających wypożyczone tam książki przeważają „czytelnicy intensywni”, czyli czytający 7 lub więcej książek rocznie, osoby kupujące książki, otaczające się nimi i rozmawiające o nich, a także ludzie młodzi – uczniowie i studenci. Brakuje szczegółowych danych, które pozwoliłyby określić faktyczny styl korzystania z bibliotek, ale dysponujemy ogólnymi deklaracjami badanych co do sposobów ich użytkowania. W raporcie o stanie czytelnictwa autorzy wyodrębnili dwie grupy użytkowników bibliotek: tych, którzy przychodzą „po książki”, i tych, którzy przychodzą „do biblioteki”, także w innych celach. W grupie, która deklaruje, że przychodzi „do biblioteki”, znalazły się głównie osoby korzystające z bibliotek szkolnych i uczelnianych – ludzie młodzi, uczniowie i studenci, częściej młode kobiety niż mężczyźni. Poza nimi w grupie przychodzących „do biblioteki” są częściej single niż osoby w związkach, częściej osoby owdowiałe niż rozwodnicy, rodzice małych dzieci oraz osoby nieaktywne zawodowo, ale zajmujące się domem. Osoby deklarujące się jako zajęte i zapracowane, obciążone kredytami i będące na dorobku, jeśli w ogóle przychodzą do biblioteki, to tylko „po książki”. W tej grupie widać jednak pewne rozbieżności, które pozwalają wątpić, czy deklaracje dotyczące czytania książek z zasobów bibliotecznych są prawdziwe.


Przez zdecydowaną większość badanych biblioteka postrzegana jest jednowymiarowo i stereotypowo – jako magazyn i miejsce wypożyczania książek do domu. Mimo postępującej digitalizacji i rosnącej liczby organizowanych w bibliotece wydarzeń ani wizja „biblioteki bez książek”, ani biblioteki będącej lokalnym centrum kultury wciąż nie jest powszechna. We wspomnianym badaniu osoby, które zadeklarowały, że odwiedzają biblioteki, zostały też zapytane o korzystanie z różnych ich funkcji. Wyniki są ciekawe; otóż jeśli pytanie dotyczyło nieokreślonej dokładnie przeszłości („kiedyś”), odsetek osób, które potwierdziły korzystanie z tradycyjnych i pozatradycyjnych funkcji bibliotek, był relatywnie spory, natomiast gdy ograniczono zakres czasowy („przynajmniej raz w ciągu ostatniego roku”), osoby deklarujące swoją aktywność stanowiły już znacznie mniejszy procent. Dotyczyło to zarówno wypożyczania książek do domu (kiedyś – 56%, w ciągu ostatniego roku – 17%), korzystania z czytelni (26% / 6%), jak i dyskutowania w bibliotece o przeczytanych książkach (24% / 11%), korzystania z multimediów (12% / 4%), spotkań z innymi ludźmi w bibliotece (21% / 6%), udziału w spotkaniu, wykładzie, szkoleniu, warsztacie (15% / 4%), czytania na miejscu czasopism i gazet (24% / 5%), spędzenia czasu w przyjaznym i bezpiecznym miejscu (24% / 6%). Większość doświadczeń z biblioteką dotyczy zatem nieokreślonej przeszłości. Jak zauważają autorzy, może to oznaczać, że intensywność korzystania z bibliotek zależy od wieku i jest największa w okresie obowiązkowej nauki, a zmiany w tym zakresie mogą oznaczać pojawienie się alternatywnych sposobów zaspokajania różnych potrzeb. Poważnego konkurenta upatruje się w internecie i jego powiększających się zasobach, do których dostęp ma coraz więcej

gospodarstw domowych. Z dodatkowych funkcji bibliotek, podobnie jak z tych tradycyjnych, korzysta więc wciąż wąska grupa odbiorców. Zadano też otwarte pytanie o przyczyny, które sprawiły, że respondenci przestali korzystać z biblioteki publicznej w ostatnim czasie. Badani tłumaczyli to najczęściej brakiem czasu lub potrzeby, wynikającym zarówno z braku zainteresowania książkami, jak i z możliwości korzystania z innych źródeł oraz zakończenia edukacji formalnej. W świetle tej wiedzy przekonanie byłych użytkowników do powrotu do bibliotek wydaje się dość trudnym zadaniem – chyba że zwiększy się świadomość różnorodnych możliwości, jakie oferują obecnie biblioteki. Powyższe dane z ogólnopolskiego raportu o stanie czytelnictwa i praktykach czytelniczych mogą znaleźć praktyczne zastosowanie w nawiązywaniu współpracy pomiędzy bibliotekami publicznymi a instytucjami kultury, na przykład w obszarze budowania publiczności. Warto je wówczas łączyć z danymi GUS udostępnianymi między innymi w Banku Danych Lokalnych2. Przykładem mogą być dane o warszawskich bibliotekach publicznych.

2 bdl.stat.gov.pl/BDL

83


Z danych udostępnionych w Banku Danych Lokalnych GUS wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat liczba miejskich bibliotek wraz z filiami nieznacznie wzrosła – ze 195 w 2012 roku do 200 w roku 2016. Systematycznie powiększa się również ich księgozbiór. W roku 2012 warszawskie biblioteki dysponowały 5 143 988 woluminami, a w roku 2016 ich liczba sięgnęła 5 361 488. Jest to zjawisko odwrotne do ogólnych tendencji w kraju. W ujęciu ogólnopolskim w tym samym czasie zmalały liczby zarówno gminnych oraz miejskich bibliotek i ich filii, jak też posiadanych przez nie księgozbiorów. Warto przyjrzeć się nieco dokładniej warszawskim bibliotekom miejskim w rozbiciu na poszczególne dzielnice. Ciekawe dane zawiera opracowanie Biblioteki publiczne m.st. Warszawy. Diagnoza i rekomendowane zmiany3 autorstwa Romana Chymkowskiego, Weroniki Parfianowicz-Vertun i Andrzeja Ociepy. Z danych za rok 2015 wynika, że najwięcej filii bibliotecznych funkcjonuje w Śródmieściu (27), na Mokotowie (23) i Pradze-Południe (22). Dzielnice te mają najgęstszą sieć bibliotek publicznych. Najmniej filii – po dwie – funkcjonuje natomiast w Wilanowie, Rembertowie i Włochach. Interesujące okazuje się zestawienie tych danych z liczbą mieszkańców przypadających na jedną bibliotekę publiczną lub jej filie w dzielnicy. Okazuje się, że o ile Śródmieście znów wiedzie prym w rankingu z liczbą 4119 mieszkańców na jedną bibliotekę, to Mokotów z liczbą 8858 mieszkańców na bibliotekę zajął dopiero 9. pozycję. Na drugim i trzecim miejscu zestawienia znalazły się natomiast Wesoła i Praga-Północ – odpowiednio 5698 i 6857 mieszkańców na bibliotekę. Najwięcej mieszkańców 3 Roman Chymkowski, Weronika Parfianowicz-Vertun, Andrzej Ociepa, Biblioteki publiczne m.st. Warszawy. Diagnoza i rekomendowane zmiany, Warszawa 2017.

84

na bibliotekę lub filię – ponad 14 000 – przypada w Ursusie, na Białołęce i Bemowie. Na marginesie warto dodać, że w Polsce w roku 2016 na jedną bibliotekę publiczną lub filię przypadało 4814 osób. W mieście wskaźnik ten był prawie trzykrotnie wyższy niż na wsi i wynosił 8435 dla miasta i 2 919 dla wsi. Dla instytucji kultury chcących nawiązać współpracę z bibliotekami w obszarze budowania publiczności dane te mogą stanowić ważną informację o potencjalnym zasięgu oddziaływania, szczególnie jeśli zestawi się je z frekwencją. Tu wskaźnikiem może być liczba użytkowników zarejestrowanych w bibliotece lub liczba czytelników, przy czym te ostatnie są najłatwiej dostępne (na przykład w Banku Danych Lokalnych GUS). Niestety ani przytaczany wcześniej raport Biblioteki publiczne m.st. Warszawy, ani Bank Danych Lokalnych nie podają liczby czytelników w rozbiciu na dzielnice. W ostatnich latach coraz większą uwagę zwraca się na inne poza udostępnianiem księgozbioru funkcje bibliotek. Omawiany raport o stanie czytelnictwa pokazuje jednak wyraźnie, że owe funkcje generują wciąż niewielki odsetek ogólnej frekwencji w bibliotekach. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że liczba czytelników w ciągu roku pozostaje wciąż najbardziej miarodajnym wskaźnikiem frekwencji.


Biblioteki i filie prowadzone przez gminę / miasto na prawach powiatu

2012 warszawa polska 2013 warszawa polska 2014 warszawa polska 2015 warszawa polska 2016 warszawa polska

195 7991 194 7919 195 7898 200 7854 200 7787

Księgozbiory bibliotek i filii prowadzonych przez gminę / miasto na prawach powiatu

2012 warszawa polska 2013 warszawa polska 2014 warszawa polska 2015 warszawa polska 2016 warszawa polska Źródło: Bank Danych Lokalnych, GUS

85

5 143 988 119 416 357 5 200 714 118 539 798 5 249 741 118 003 028 5 315 593 117 148 575 5 361 448 116 032 657


Biblioteka jednostka organizacyjna lub jej

Czytelnik (użytkownik aktywnie wypożyczający)

część posiadająca uporządkowany (zinwentaryzowany) zbiór książek, czasopism i innych materiałów piśmienniczych liczący co najmniej 300 jednostek inwentarzowych, której głównymi celami są tworzenie i obsługa zbiorów oraz udostępnianie ich użytkownikom w sposób kontrolowany.

– zarejestrowany użytkownik, który wypożyczył na zewnątrz co najmniej jedną pozycję w okresie sprawozdawczym. Dane o czytelnikach dotyczą osób korzystających z wypożyczalni, a więc otrzymujących materiały biblioteczne do wykorzystania poza terenem biblioteki. Podstawowym dokumentem służącym do gromadzenia danych o czytelnikach w bibliotece jest aktualna karta wypożyczeń (karta czytelnika) lub inny dokument służący do rejestracji.

Księgozbiór obejmuje wydawnictwa nieperio-

dyczne (książki i broszury wydane po 1800 roku) oraz wydawnictwa periodyczne (gazety i czasopisma). Jednostką obliczeniową księgozbioru jest wolumin, czyli tom (zawartość jednej okładki) zarejestrowany w księdze inwentarzowej. W przypadku periodyków za wolumin uważa się zbiór (zazwyczaj roczny) numerów jednego tytułu gazety lub czasopisma stanowiący jedną pozycję inwentarzową.

Użytkownik zarejestrowany w bibliotece osoba, która w roku sprawozdawczym

co najmniej raz skorzystała ze zbiorów i usług biblioteczno-informacyjnych biblioteki (na przykład na podstawie aktywnego konta i karty bibliotecznej), a więc wypożyczała materiały biblioteczne na zewnątrz, korzystała z czytelni, pracowni komputerowych, multimedialnych, usług informacyjnych, baz danych i katalogów itp., i korzystała z tych usług zarówno na terenie biblioteki, jak i poza nią (posiada prawo dostępu do zdalnych usług biblioteki). Z tego wyliczenia wyklucza się osoby, których dane osobowe zostały wprowadzone automatycznie do bazy czytelników (na przykład nowo przyjętych studentów) i które do końca okresu sprawozdawczego nie aktywowały swojego konta osobiście lub zdalnie. Rejestracji nie podlegają użytkownicy korzystający wyłącznie z usług innych niż biblioteczno-informacyjne, na przykład spotkań autorskich, dyskusyjnych klubów książki, wystaw, lekcji bibliotecznych, kursów, zajęć uniwersytetu trzeciego wieku itp.

Filie biblioteczne są to placówki podporządkowane

organizacyjnie bibliotece macierzystej, obsługujące część terenu objętego działalnością tej biblioteki oraz posiadające stały księgozbiór.

86


Czytelnicy w Warszawie w ciągu roku

2012 2013 2014 2015 2106

455 465 448 165 443 536 436 905 426 655

Źródło: Bank Danych Lokalnych, GUS

Kolektyw Badawczy Michał Kocikowski badacz, antropolog i kulturoznawca. Współpracował ze znaczącymi agencjami badawczymi (PBS, SMG/KRC Millward Brown), od dwóch lat realizuje badania społeczne na zlecenie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Magdalena Ochał badaczka, socjolożka. Doktor socjologii, specjalizuje się w badaniach stylu życia. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Socjologicznego i Transdyscyplinarnej Sieci Badaczy Jakościowych. Świetnie orientuje się w bieżących nurtach metodologicznych. kolektywbadawczy.pl

87


OPEN CALL!

6 pomysłów na: biblio-łączniki Ze statystyk i badań, jakie w tym roku prezentowaliśmy na naszych łamach, wynika, że biblioteki są najczęściej odwiedzanymi instytucjami kultury. Celem ogłaszanego przez nas naboru jest wydobycie pomysłów na sposoby dotarcia z informacją kulturalną do czytelników i czytelniczek bibliotek. Przez informację kulturalną rozumiemy wszelkie treści dotyczące sektora kultury, które zwiększają zainteresowanie lub prawdopodobieństwo uczestnictwa w kulturze

– programy wydarzeń realizowanych przez muzea, galerie, organizacje pozarządowe czy inicjatywy twórcze. Zaproponowane pomysły powinny: uwzględniać codzienny rytm pracy biblioteki, mieć charakter działań nieskomplikowanych we wdrożeniu, mieć charakter cykliczny, być realistyczne wykonawczo, być realistyczne kosztowo (zarówno instytucje kultury, jak i biblioteki dysponują skromnymi budżetami).

Autorki / autorzy wyróżnionych zgłoszeń otrzymają wynagrodzenie w wysokości .... 500 zł netto Prace należy nadsyłać nie później niż do .... 15.12 na adres ..................................................... nn6t@beczmiana.pl z dopiskiem ................................................. „6 pomysłów” Więcej info: beczmiana.pl W redakcji „Notesu na 6 tygodni” utworzyliśmy w tym roku minizespół badawczy. W ramach trzyletniego projektu pracujemy nad stworzeniem bazy danych i narzędzi analitycznych, które ułatwią zrozumienie tego, od jakich czynników zależy podejmowanie decyzji o uczestniczeniu w kulturze. Naszym partnerem jest Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy – Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego. Dzięki tej współpracy i danym pochodzącym z bibliotek działających na terenie Mazowsza mamy nadzieję przygotować mikroopracowania dotyczące zainteresowań czytelników i czytelniczek – w samej Warszawie z ponad 190 bibliotek, czytelni i punktów bibliotecznych korzysta 250 000 osób.


Był lekarzem psychiatrą, ławnikiem, tłumaczem, pisarzem i popularyzatorem sztuki, postacią charyzmatyczną i niezwykle zasłużoną dla instytucjonalizacji awangardy. To dzięki jego staraniom w Muzeum Sztuki w Łodzi możemy dziś oglądać znakomitą kolekcję prac awangardowych. O Przecławie Smoliku z Iwoną Lubą, badaczką jego bogatej aktywności, rozmawia Aleksandra Jach.


Aleksandra Jach: Przecław Smolik, choć nie był artystą, odegrał niezwykle ważną rolę w historii Muzeum Sztuki w Łodzi. Zawsze zastanawiał mnie ten łódzki urzędnik, który miał na tyle otwartą głowę, że zaufał wizji grupy artystów, by w przemysłowym mieście pokazać sztukę uważaną ówcześnie za trudną i niezrozumiałą. Dzięki niemu udało się zrealizować marzenie grupy „a.r.”, a przede wszystkim Władysława Strzemińskiego oraz Katarzyny Kobro, i zaprezentować polskiej publiczności międzynarodową kolekcję sztuki awangardowej. Jak Przecław Smolik wylądował w Łodzi? Skąd się tam wziął?

Iwona Luba: W sensie najbardziej dosłownym – z Bochni, gdzie urodził się w maju 1877 roku. Do Łodzi przybył w 1926 roku z Krakowa, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim na przełomie XIX i XX wieku studiował medycynę, ze specjalizacją z psychiatrii. Praktykował jako lekarz do około 1920 roku, także jako austriacki jeniec na Syberii. Po I wojnie światowej i powrocie z niewoli pracował jako redaktor i nauczyciel gimnazjalny, a równocześnie realizował swoje literackie i artystyczne pasje. Obracał się w środowisku młodopolskich pisarzy, artystów i kompozytorów, przekładał teksty z kilku języków europejskich, publikował własne rzeczy, pogłębiał wiedzę z zakresu historii sztuki, religioznawstwa i etnologii. Miał naprawdę wszechstronne zainteresowania. Pasjonowała go sztuka książki, zainicjował funkcjonowanie towarzystw bibliofilów w Krakowie i Łodzi. Zgromadził sporą kolekcję książkową oraz etnograficzną. Od 1928 roku, pracując jako ławnik w łódzkim magistracie, dbał o rozwój edukacji i kultury. Współtworzył Muzeum im. Bartoszewiczów, zalążek dzisiejszego Muzeum Sztuki oraz

Miejskiego Muzeum Etnograficznego. Współpracował ze środowiskiem awangardy, między innymi z Karolem Hillerem i Władysławem Strzemińskim. W świecie moich pasji badawczych pojawił się za sprawą tych dwóch artystów, zwłaszcza po badaniach studyjnych do artykułu o przyznaniu Strzemińskiemu Nagrody Artystycznej Miasta Łodzi. Zaczęłam szukać informacji o Smoliku i odkryłam jego książki o Syberii, potem pojawiła się myśl o ich reedycji i opracowaniu biografii tej bardzo ważnej do Łodzi postaci. Pracuje pani obecnie nad dwoma projektami. Pierwszy z nich to wznowienie pism Smolika po rosyjsku z pani wstępem. Ten jest niemal gotowy. Drugi to jego biografia. Porozmawiajmy najpierw o tym pierwszym przedsięwzięciu. Czym kierowała się pani przy wyborze tekstów Smolika?

Te dwa projekty w mojej świadomości istnieją jako fragmenty jednego dużego przedsięwzięcia. Podjęłam badania nad Smolikiem, bo mnie zaintrygował – to postać nietuzinkowa, wymykająca się prostym klasyfikacjom. Zaczęłam od poszukiwań informacji o ławniku zaangażowanym w sprawy rozwoju kulturalno-artystycznego Łodzi, a z każdą kolejną kwerendą prasową, biblioteczną i archiwalną odsłaniała się przede mną coraz bardziej wielowymiarowa osobowość intelektualisty-pasjonata, który angażuje się całym sobą w każdą aktywność i pozostaje otwarty na otaczający go świat nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach – na przykład jako jeniec-zesłaniec na dalekiej Syberii w czasie I wojny światowej, podczas dwóch rewolucji i kontrrewolucji. Smolik wciąż przekracza schematy myślowe oraz stereotypy zachowań, chłonie, stara się poznać i zrozumieć odmienność.

stulecie awangardy — 2


Kopia umowy dotyczącej kolekcji grupy „a.r.” podpisanej przez Przecława Smolika i Władysława Strzemińskiego. Materiał archiwalny dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki w Łodzi

stulecie awangardy — 3


Bezinteresownie pomaga innym, zachowując przy tym własną tożsamość. Już od kilku lat pracuję nad jego monografią, a wciąż mnie zaskakuje. Koncepcja reedycji tekstów Smolika w krytycznym opracowaniu, z obszernym biograficznym i historycznym wprowadzeniem, pojawiła się w momencie, kiedy odkryłam i przeczytałam jego książki nawiązujące do jego zaskakujących doświadczeń syberyjskich i prowadzonych tam obserwacji antropologicznych, pogłębionych systematycznymi indywidualnymi badaniami terenowymi i studiami bibliotecznymi na temat między innymi syberyjskiego lamaizmu, szamanizmu oraz kultury autochtonicznych ludów zamieszkujących Zabajkale – głównie Buriatów, ale też staro­ obrzędowców. Początkowo planowałam publikację wyboru tekstów Smolika o tej tematyce, opracowanych z perspektywy historii kultury oraz antropologii kulturowej i wpisanych w kontekst badań nad Syberią, podejmowanych w ramach działań Wschodniosyberyjskiego Oddziału Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego. W trakcie mojego pobytu studyjnego w Irkucku dzięki życzliwej pomocy pana Marka Zielińskiego, tamtejszego Konsula RP (obecnie Konsula RP w Moskwie), pojawiła się szansa przygotowania rosyjskiej edycji tych tekstów. Byłyby opracowane pod innym kątem – raczej jako świadectwa dramatycznych wydarzeń z historii Syberii pozostawione przez Polaka, jeńca armii austriackiej w Rosji. Byłyby to zatem świadectwa przybysza z zupełniej innej rzeczywistości kulturowej i politycznej, a zarazem inteligentnego, uważnego obserwatora i uczestnika wydarzeń zmieniających oblicze Rosji i świata. Jakby tego było mało, był też żołnierzem tworzonej wówczas na Syberii polskiej formacji

wojskowej pod dowództwem generała Waleriana Czumy. Mam nadzieję, że możliwa będzie także reedycja jego tekstów w Polsce, po blisko 90 latach od ich pierwszych publikacji. Zresztą życiorys Smolika sam w sobie jest pasjonującym tematem. Pozwoli pani, że zatrzymam się przy wątku związanym z zainteresowaniem pani bohatera kulturą Syberii. Jak to się stało, że lekarz psychiatra, na dodatek jeniec-zesłaniec mógł prowadzić tam badania terenowe?

Smolik został wzięty do niewoli już na początku I wojny światowej i wraz z tysiącami innych jeńców z armii austriackiej (głównie Czechów) trafił do obozu na Zabajkalu. W pierwszych miesiącach nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek będzie mógł w miarę swobodnie przemieszczać się po terytorium Syberii. We wstępie do książki Wśród wyznawców Burchan-Buddhy. Szkice z życia, opowieści i legendy Mongoło-Buriatów (Kraków 1925) streścił ten pobyt w kilku zdaniach jako sześcioletnią włóczęgę: „po całej niemal Syberii, od Uralu po Daleki Wschód, Mandżurię, Chiny i Japonię, i od Tomska do podnóża Ałtaju. Pobyt ten mój na Syberii był przymusowy. Zostałem tam «dostawiony» pod strażą czterech bagnetów, jako austriacki jeniec wojenny, jesienią r. 1914. Włóczęgi jednak moje następne po Syberii nie tylko nie były przymusowe, ale raczej szczęśliwie, choć nie zawsze radośnie, samowolne… Z tych sześciu lat spędziłem cztery w kraju Zabajkalskim – wcale blisko, bo tylko o 200 wiorst od granicy Mongolii, znajdując przy tym osobliwą przyjemność i interes w pożyciu nie tyle z miejscowymi Ariami i Semitami, ile z odwiecznymi ziemi tej autochtonami, Mongoło-Buriatami. Piąty rok tej mojej «woli-niewoli»

stulecie awangardy — 4


spędziłem u stóp Ałtaju, wśród Rosjan-starowierców i Kirgizów, a szósty – na uporczywych wysiłkach zlikwidowania pobytu mego na Syberii, uwieńczonych ostatecznie powrotem w r. 1920 przez «lądy i oceany» do Ojczyzny”. Smolik nie zdradza wszystkich okoliczności swoich syberyjskich peregrynacji, wiadomo jednak, że pracował w różnych miejscach jako lekarz – nie tylko w obozie jenieckim, po pewnym czasie zaczął bowiem leczyć również okoliczną ludność, także autochtoniczną. Wtedy zetknął się z prawdziwym, wielowymiarowym obrazem Syberii; zainteresował się etnografią i kulturą regionu w tak dużym stopniu, że zaczął czytać fachową literaturę na ten temat i podjął zabiegi o uzyskanie zgody na wyjazd do Irkucka, aby wziąć udział w posiedzeniu wspomnianego już Wschodniosyberyjskiego Oddziału Cesarskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Dzięki rekomendacji jednego z Polaków, najprawdopodobniej zajmującego wysokie stanowisko w strukturach armii rosyjskiej we Wschodniej Syberii, na początku 1917 roku otrzymał przepustkę na wyjazd, w trakcie którego spisał szczegółową relację z posiedzenia, głównie z prelekcji. Irkucki oddział towarzystwa miał znakomicie zaopatrzoną bibliotekę, także w specjalistyczną literaturę obcojęzyczną. Smolik mógł mieć do niej dostęp. Interesował się syberyjsko-mongolskim lamaizmem i buddyzmem tybetańskim, utrzymywał przyjazne kontakty z lamą z tamtejszego klasztoru. Pisał o tym nie tylko we wspomnianej książce Wśród wyznawców Burchan-Buddy. Można więc powiedzieć, że cały przymusowy pobyt w charakterze jeńca na Syberii stał się dla niego okresem swoistych badań terenowych, do których wiedzę i warsztat badawczy zdobywał poprzez własne doświadczenia i lektury.

Katalog do wystawy Międzynarodowej Kolekcji Sztuki Nowoczesnej w Miejskim Muzeum Historii Sztuki im. J. i K. Bartoszewiczów w Łodzi. Kolekcja grupy „a.r.”, reprezentująca głównie kierunki takie jak kubizm, futuryzm, konstruktywizm, puryzm, neoplastycyzm i surrealizm, została udostępniona publiczności 15 lutego 1931 roku. Materiał archiwalny dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki w Łodzi

Gromadził też prywatną etnograficzną kolekcję syberyjskich i mongolskich artefaktów. Wiedzę o historii, etnografii, kulturze i wierzeniach ludów zamieszkujących Syberię i Mongolię oraz o lamaizmie Smolik pogłębiał także po powrocie do Krakowa. Co się stało z kolekcją obiektów, które przywiózł z Syberii? Czy można je obecnie gdzieś oglądać?

Tego jeszcze dokładnie nie wiadomo, przede mną liczne kwerendy. Smolik przywiózł prawdopodobnie znaczną liczbę obiektów różnego typu – od fotografii, przez mongolskie buddyjskie malowidła, lamaistyczne obiekty religijne,

stulecie awangardy — 5


po stroje ludowe i sprzęty autochtonicznych ludów Syberii. Część niemal cudem ocalała w warszawskim mieszkaniu Smolika w czasie II wojny światowej, uratowana przez jego pasierbicę jako osobiste pamiątki, szczególnie dla niego ważne. Część syberyjsko-mongolskiej kolekcji Przecława Smolika trafiła do Miejskiego Muzeum Etnograficznego w Łodzi i do dziś znajduje się w zbiorach tamtejszego Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego. Wróćmy jednak do jego dokonań w obszarze instytucjonalizacji awangardy. Być może właśnie na przykładzie tego wyjątkowego „urzędnika sztuki” można zrozumieć, jak istotne znaczenie dla historii tego ruchu mieli nie tylko sami artyści, ale także osoby, które umożliwiały prezentowanie szerszej publiczności dorobku nowoczesności. Smolik, ze swoim doświadczeniem translatorskim, pisarskim i etnograficznym, potrafił zrozumieć i docenić wkład nowej sztuki w „dorobek kultury duchowej”, jak sam to określał. Jak pani opisałaby w kilku zdaniach jego urzędniczą karierę?

Kariera urzędnicza Smolika w Łodzi była krótka, trwała od 1928 do 1933 roku. Przyjechał z Krakowa do Łodzi już w 1926 roku i początkowo pracował jako nauczyciel języka polskiego w Społecznym Polskim Gimnazjum Męskim. Rok później wspólnie z Janem Augustynowiczem powołał do życia Towarzystwo Bibliofilów w Łodzi – działało prężnie, także wydawniczo i ekspozycyjnie. W roku 1928 objął stanowisko ławnika i przewodniczącego Wydziału Oświaty i Kultury Magistratu Miasta Łodzi. Dbał o szkolnictwo, miał nieocenione zasługi dla ożywienia intelektualnego i kulturalnego miasta oraz dla trwałej zmiany jego wizerunku – z ośrodka

przemysłowego w ważne centrum kultury, w tym awangardy. Zmienił też wizerunek magistratu, pokazując jego wkład w proces kulturalnego rozwoju miasta. Na początku swej pracy w magistracie, w 1929 roku, Smolik wydał opracowanie Dziesięć lat oświatowej i kulturalnej działalności Samorządu m. Łodzi, zwracając uwagę na tę kwestię. Jak wspomniałam, powołał do życia Muzeum Miejskie im. Bartoszewiczów. Pozyskał dla niego nie tylko krakowską kolekcję Juliana i Kazimierza Bartoszewiczów, lecz także – już na samym początku istnienia tej instytucji – dzieła artystów awangardowych: pięć obrazów Władysława Strzemińskiego i trzy rzeźby Katarzyny Kobro, o czym pisał w pierwszym katalogu zbiorów w kwietniu 1930 roku. Później oboje artyści sukcesywnie przekazywali swoje prace w darze Muzeum. Dzięki współpracy z nimi pozyskał jako depozyt Międzynarodową Kolekcję Sztuki Nowoczesnej „a.r.”, a przyszłe Muzeum Sztuki zaistniało w Polsce i na świecie. Przyczynił się do rozpropagowania kolekcji między innymi przez przyznanie w 1932 roku Nagrody Artystycznej Miasta Łodzi Władysławowi Strzemińskiemu. Łączył aktywności w różnych instytucjach i stowarzyszeniach, promował nowoczesność i awangardę. Staraniem Towarzystwa Bibliofilów ukazała się książka jego współautorstwa O sztuce nowoczesnej1. W 1933 roku Smolik przeszedł na emeryturę. W 1935 opuścił Łódź i przeniósł się do Warszawy, a w 1945 wrócił na krótko do Łodzi, gdzie zmarł w lutym 1947 roku. W tym roku mijają więc dwie okrągłe rocznice – 140. urodzin Przecława Smolika i 70. jego śmierci.

1

Jan Brzękowski, Leon Chwistek, Przecław Smolik i Władysław Strzemiński, O sztuce nowoczesnej, Łódź 1934.

stulecie awangardy — 6


Katalog do wystawy Międzynarodowej Kolekcji Sztuki Nowoczesnej w Miejskim Muzeum Historii Sztuki im. J. i K. Bartoszewiczów w Łodzi. Kolekcja grupy „a.r.”, reprezentująca głównie kierunki takie jak kubizm, futuryzm, konstruktywizm, puryzm, neoplastycyzm i surrealizm, została udostępniona publiczności 15 lutego 1931 roku. Materiał archiwalny dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki w Łodzi

Iwona Luba kieruje Zakładem Historii Sztuki i Kultury Nowoczesnej Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, wykłada też w Katedrze Historii Sztuki i Teorii Kultury Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Prowadzi badania nad sztuką polską i powszechną XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem awangardy. Aleksandra Jach kuratorka, pracuje w Muzeum Sztuki w Łodzi. Interesuje się „momentami krytycznymi” w rozwoju różnych dziedzin, ostatnio zwłaszcza wzajemnymi wpływami sztuki i nauki. Stara się zrozumieć, w jaki sposób sprzyjające środowisko wytwarza ciekawe zjawiska, także te kulturowe. Wspólnie z Pauliną Kurc-Maj przygotowała wystawę i książkę dotyczącą postrzegania przyrody i jej przemian przez awangardę artystyczną Superorganizm. Awangarda i doświadczenie przyrody (Muzeum Sztuki w Łodzi, luty–maj 2017).

Przecław Smolik ur. 22.05.1877 w Bochni, zm. 15.02.1947 w Łodzi. Lekarz, etnograf, literat, kolekcjoner sztuki azjatyckiej i ekslibrisów, wybitny bibliofil i znawca sztuki książki. Absolwent medycyny (psychiatria) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (1901). Mieszkał w Krakowie (1895–1926), Łodzi (1926–1935 i 1945–1947) i Warszawie (1935–1945). W zawodzie pracował do 1920 roku. Był redaktorem „Poradnika Graficznego”, jednym z założycieli Towarzystwa Miłośników Książki w Krakowie. W 1926 roku przeniósł się do Łodzi, gdzie pracował jako nauczyciel języka polskiego w gimnazjum męskim. Od 1928 roku działał w Radzie Miasta Łodzi jako ławnik, a następnie przewodniczący Wydziału Oświaty i Kultury (do emerytury w 1933 roku). Współzałożył Towarzystwo Bibliofilów w Łodzi (1927), w latach 1927–1935 był jego prezesem. Źródło: ekslibrispolski.pl

stulecie awangardy — 7


Słowo kłamie – oko nigdy. Nowoczesność w fotografii polskiej 1918–1939 do 19.01.2018 Instytut Polski w Düsseldorfie, Citadellstraße 7 Wystawa zorganizowana przez Muzeum Sztuki w Łodzi i Instytut Polski w Düsseldorfie prezentuje fotograficzny dorobek polskiej awangardy. Fotografię postrzegano jako narzędzie nowatorskie samo w sobie – miała najlepiej wyrażać nowoczesność, utożsamianą przede wszystkim z postępem technicznym, industrializacją, urbanizacją, kulturą miejską i pracą w przemyśle, była traktowana jako nowy sposób widzenia i obrazowania rzeczywistości. Nowoczesna fotografia w Polsce międzywojennej opierała się na eksperymencie i programowym poszukiwaniu nowatorskich i coraz bardziej zaskakujących ujęć. W jej arsenale znalazły się fotografia abstrakcyjna, bezkamerowa, fotomontaż oraz szereg

zabiegów kompozycyjnych, jak nietypowa perspektywa czy kadrowanie. Tendencje te przenikały do popularnej prasy i ilustracji. Nowy sposób patrzenia na świat i innowacyjny sposób jego rejestrowania miały pomóc przeciętnemu odbiorcy sprostać wyzwaniom, jakie niosła nowoczesność, i stworzyć język najbardziej adekwatny do nowych czasów. Język ten jest wykorzystywany do tej pory i nadal fascynuje swoją formą oraz trafnością. ARTYŚCI Jan Maria Brzeski, Kazimierz Podsadecki, Stefan Themerson, Jan Neuman, Witold Romer i Krystyna Gorazdowska

Kobro & Strzemiński. Avant-Garde Prototypes

Katalog, który towarzyszył wystawie pod tym samym tytułem w Museo Reina Sofia w Mad­ rycie, jest już dostępny w księgarni Muzeum Sztuki w Łodzi. Publikacja jest najnowszym tak obszernie analizującym twórczość tych artystów wydawnictwem w języku angielskim i hiszpańskim.

WWW.ROKAWANGARDY.PL – tu znajdziecie kalendarium i zapowiedzi wydarzeń, listę instytucji tworzących program Roku Awangardy w Polsce oraz materiały informujące o roli polskich awangardystów w kształtowaniu współczesności.


Neologizm (z gr. νεος + λογός – nowe słowo) – środek stylistyczny; nowy wyraz utworzony w danym języku, aby nazwać nieznany wcześniej przedmiot czy sytuację lub osiągnąć efekt artystyczny w utworze poetyckim. Źródło: Wikipedia

nowy wyraz* to rubryka w NN6T, która ma charakter leksykonowy. Wraz z zaproszonymi autorami tworzymy spis słów, które mają znaczący wpływ na opisywanie lub rozumienie zjawisk zachodzących obecnie, lub takich, które „produkowane” są przez postępujące zmiany w układzie sił polityczno-ekonomiczno-społeczno-kulturalno-naukowo-technologiczno-obyczajowych. Pracę nad leksykonem pragniemy kontynuować przez trzy lata, czyli do roku 2019. Propozycje haseł można nadsyłać na adres redakcji: bogna@beczmiana.pl

* Nazwa inspirowana jest czasopismem „Nowy Wyraz. Miesięcznik Literacki Młodych”, wydawanym w Warszawie w latach 1972–1981. Debiuty pisarzy, poetów i krytyków były tam ilustrowane pracami artystów młodego pokolenia. Nazwa miesięcznika nawiązywała do pisma międzywojennej awangardy „Nasz Wyraz” (1937–1939).

nr5


Awokado „Kiedy próbowałem kupić pierwszy dom, nie wybierałem pasty z awokado za 19 dolarów i 4 kaw za 4 dolary każda”. Ta wypowiedź australijskiego magnata nieruchomości Tima Gurnera stała się ogólnoświatowym viralem pokazującym infantylizm rentierów oraz oderwanie przedstawicieli klasy wyższej od realiów życia przeciętnych ludzi. Na swój sposób przypomina wręcz aforyzm przypisywany Marii Antoninie. W przededniu Rewolucji Francuskiej królowa miała sugerować, że ci, którzy nie są w stanie kupić chleba, powinni jeść ciastka. Gurner odniósł się tak do pytania o to, jaką strategię mają przyjąć milenialsi, aby móc pozwolić sobie na zakup własnych mieszkań, obecnie bezprecedensowo drogich. Kuriozalna wypowiedź jest reprezentatywna dla wielu neoliberalnych komunałów tłumaczących biedę przy pomocy zarzutu lenistwa i bezrozumności, które to cechy mają rzekomo cechować ludzi ze społecznych nizin. Awokado stało się zaś artefaktem symbolizującym neoliberalną paplaninę tego typu. Do pewnego stopnia przypomina caffè latte, obecną już od dłuższego czasu w polskim języku potocznym – pojawiły się nawet żarty dotyczące wspólnej konsumpcji tych produktów. ŁUKASZ DROZDA Dezalienacja pracy Praca stała się dziś koszmarem, rodzajem śmierci za życia – tak przynajmniej przekonują profesorowie zarządzania Carl Cederström i Peter Fleming. Alienacja, czyli oddzielenie ludzkiej sprawczości od wykonywanej pracy oraz charakterystyczne dla kapitalizmu strukturalne poczucie wyobcowania w miejscu zatrudnienia, o którym pisał już Karol Marx, osiągają nowe poziomy, wręcz zaskakujące dla badaczy. W swojej najnowszej

książce Peter Fleming opisuje kondycję współczesnego człowieka, dla którego praca jest źródłem cierpienia, niemającym nic wspólnego z silną potrzebą aktywności i uczestnictwa w budowaniu relacji społecznych. Pracownicy odcinani są od tej sfery swojej osobowości, niszczy się także kolektywne więzi powstające na tej bazie. Zamiast tego skłaniani są do wysiłku, w którym coraz większy odsetek ludzi nie widzi żadnego sensu, w oparciu o system motywacyjny stworzony na podstawie absurdalnego modelu homo oeconomicus. Koncepcja ta zakłada, że człowiek jest istotą w pełni racjonalną i kieruje się wyłącznie względami własnych korzyści, pojmowanych w kategoriach opłacalności i zysku. Proces pracy podzielony został na drobne fragmenty – wykonawstwo zostało odcięte od podejmowania decyzji, a potem, jak opisał to Harry Braverman, owa fragmentaryzacja objęła kolejne stanowiska i zawody; wskutek tego praca w większości współczesnych miejsc zatrudnienia zatraciła jakiekolwiek znamiona spójności i sensu. Nancy Harding dowodzi, że jest to fundamentalna dysfunkcja systemowa. Przekonuje, że praca jest odwieczną częścią ludzkiego losu i źródłem tożsamości, a więc takie zarządzanie jest formą morderstwa potencjalnych jaźni. Roland Paulsen twierdzi natomiast, że proces alienacji pracy jest elementem aktywnego systemu zarządzania, powodującym oderwanie człowieka od jego aktywności zawodowej i twórczej. Wraz z Jerzym Kociatkiewiczem opisaliśmy proces odwrotny: dezalienację, która ma miejsce w organizacjach alternatywnych, czyli – klasycznie – w klasztorach, gdzie praca traktowana jest jako droga do świętości (jak u cystersów), i – współcześnie – w organizacjach podejmujących działalność

90


ekonomiczną, gdzie zysk jest środkiem, a nie celem. Celem w takich organizacjach bywa pewna zasada, idea lub wartości, takie jak ekologia, demokracja czy też praca jako taka. Praca traktowana jest tam jako część ludzkiego życia, jednostkowa i społeczna potrzeba, a zarazem jedna z podstawowych zasad organizacyjnych – bez pracy nie ma przynależności, nie ma korzyści ani zarządzania. Osoby zatrudnione w tych organizacjach nie zawsze są właścicielami czy współwłaścicielami środków produkcji, ale zawsze są współwłaścicielami swojego życia organizacyjnego. Pozwala to nabrać szacunku do siebie (lecz nie „wiary w siebie”, a więc postawy kojarzącej się z budowaniem fasady ułatwiającej osiągnięcie sukcesu w neoliberalnej firmie) i robić coś, co jest przydatne dla innych, dla społeczności lokalnej i środowiska naturalnego. Przez wiele spośród badanych przez nas organizacji program ten postrzegany jest jako radykalny, niosący ziarna potencjalnej większej zmiany polityczno-ekonomicznej. MONIKA KOSTERA Drop Rodzaj artystycznego zrzutu ery cyfrowej. Na rynku muzycznym opisuje się tak styl dystrybucji albumów z piosenkami w czasach, gdy trudno utrzymać napięcie pomiędzy ogłoszeniem premiery a samą premierą – zwykle bowiem po drodze dochodzi do wycieku ogłaszanych treści (tak zwanego leaku) do internetu. Drop jest zatem formą odpowiedzi na leak i odnosi się do albumu spadającego na nas jak grom z jasnego nieba – do płyty niespodzianki, udostępnianej zwykle w wersji cyfrowej i od razu całemu światu: zarówno fanom, jak i krytykom muzycznym. W ten sposób w 2013 roku swój album wydała na przykład Beyoncé. Teorie na temat

potencjalnych niespodzianek ze strony kolejnych artystów stają się więc tematem internetowych dyskusji. W grach wideo drop to zrzut uzbrojenia albo symbolicznie przedstawione „wypadanie” przedmiotów czy sztabek złota z zabijanych przeciwników (doczekało się ono również polskiego czasownika „dropić”). Zjawisko siostrzane to shop dropping, czyli partyzanckie wrzucanie do sklepów podmienionych towarów – taką działalność prowadzili w latach 90. członkowie Barbie Liberation Organization, zamieniający w amerykańskich sklepach czipy głosowe lalek Barbie i figurek G.I. Joe, by poprzez prowokację artystyczną walczyć z seksizmem obecnym w świecie zabawek. BARTEK CHACIŃSKI Epic drop Epicki upadek. Czy w muzyce można wyobrazić sobie bardziej spektakularne opadanie niż wiecznie schodzące glissando? Płynny dźwięk ześlizgujący się w dół – można go zagrać na niektórych instrumentach dętych (puzon!) albo smyczkach, można go zaśpiewać, dał też tytuł pewnemu magazynowi muzycznemu. Wykonując opadające glissando, akustycznie zawsze dojdziemy jednak do końca skali naszego głosu czy instrumentu. Tymczasem pionierzy muzyki elektronicznej Roger Shepard i Jean-Claude Risset wynaleźli coś w rodzaju dźwiękowego perpetuum mobile. Nazwane ich nazwiskami glissando korzysta ze sprytnego zestawienia w czasie kolejnych descendentalnych tonów, które wyłaniają się z ciszy, osiągają apogeum i znów zanikają. Chociaż w istocie centrum dynamiczne wciąż pozostaje w tym samym zakresie częstotliwości, odnosimy wrażenie, że glissando wciąż opada. W każdym momencie rozbrzmiewa bowiem zwykle parę tonów składowych, ale te

91


niższe po kolei cichną, a wyższe stają się głośniejsze. Mózg automatycznie syntetyzuje je w jeden zapętlony descendentalny dźwięk złożony, podobnie jak robi to z widmem harmonicznym: nawet jeśli ton podstawowy nie występuje, to z regularnie oddalonych alikwotów dedukowana jest jego częstotliwość. Słuchanie przez dłuższy czas glissanda Sheparda-Risseta jest doświadczeniem wybitnie transowym, a u osób bardziej wrażliwych może wręcz wywołać nudności czy halucynacje. Można to przyrównać do wizualnej iluzji „osobliwej pętli” (strange loop) znanej z tradycyjnych fryzjerskich słupków pomalowanych w skośne czerwone i niebieskie pasy. W wersji napędzanej silniczkiem wzór kręci się w osi poziomej, choć sprawia wrażenie, jakby paski wędrowały po osi pionowej. Kiedy zwizualizujemy glissando Sheparda-Risseta w postaci spektrogramu, ujrzymy bardzo podobne, równoległe diagonalne linie kolejnych tonów składowych1. Epicki upadek jest niczym pilot wciąż lecący w samolocie bez paliwa w Dunkierce Christophera Nolana czy raz po raz spadająca z dachu bloku staruszka ze Swobodnego opadania Györgya Pálfi’ego. Surrealistyczne przeżycie. JAN TOPOLSKI Fajnienie miasta Wskutek tego procesu różne funkcje i obszary miasta mają stawać się bardziej przyjemne i wywoływać stany euforyczne. Powiązany jest on z przekonaniem, że produktywne dla miasta są te przestrzenie, w których można doświadczyć czegoś przyjemnego – za takie miejsca czujemy się odpowiedzialni, właśnie dookoła nich tworzymy relacje i kapitał społeczny, a więc wszystko to, na czym chcemy budować w mieście. Fajnienie 1 Zob. wideo „Shepard-Risset glissando visualization” na YouTube.

dowartościowuje kategorię przyjemności jako jedną z najistotniejszych zasad projektowania i doposażania przestrzeni, a także zwraca uwagę na systemową rolę efemerycznych i epizodycznych doznań oraz emocji. Przykładem mogą być rzeźby oraz instalacje w przestrzeni publicznej – działania artystów, chociażby Maurycego Gomulickiego, ale także coraz popularniejsze place zabaw dla dorosłych czy mgiełki wodne. W tym formacie mieściłyby się także przeróbki istniejącej infrastruktury – tak, by przyjemność dostępna była nie tylko w wolnym czasie, lecz także podczas wykonywania codziennych czynności. Można tu wymienić trampolinowy most przez Sekwanę w Paryżu albo przypominającą węża kopenhaską ścieżkę rowerową, której kawałek wije się wysoko nad wodą. Co istotne, fajnienie miasta zakłada chęć demokratyzowania przyjemności, a więc oferowania jej nie tylko tym, którzy mogą za to zapłacić – i ten trend staje się coraz częstszy. Obejmuje swoim zakresem nie tylko artystyczne lub projektowe interwencje materialne, ale także zdarzenia. Do tych ostatnich zaliczyć można czasowe udostępnianie widoków i tarasów wysokich budynków, które znajdują się w prywatnych rękach, albo organizowanie darmowych lotów balonem dla przypadkowych przechodniów czy wspólne puszczanie papierowych samolotów z okien śródmiejskich budynków. MACIEJ FRĄCKOWIAK Ftopa Słowo powstałe przez połączenie dwóch innych: „foto” i „wtopa”. Określa ono zdjęcia i krótkie filmy dokumentujące wpadki znanych osób, szeroko rozpowszechniane i komentowane, najczęściej w mediach społecznościowych. Ftopa ma wiele wspólnego ze zjawiskiem fejli (z ang.

92


fail), czyli „śmiesznych” obrazów prezentujących wypadki i krępujące sytuacje, najczęściej wybryki imprezujących nastolatków, upadki skejterów czy popisy rosyjskich kierowców. Podobnie jak one, ftopy nie uwieczniają jednak wydarzeń tragicznych w skutkach. Dzięki rosnącej popularności smartfonów i wideorejestratorów często są dziełem zwykłych uczestników czy przechodniów, inaczej niż ich pierwowzory z drukowanej prasy (na przykład zdjęcia celebrytów palących ukradkiem papierosy lub w bluzkach prześwitujących od błysku fleszy) tudzież z telewizji (jedna ze stacji emitowała program zmontowany z fragmentów nagrań, na których sportowcy tracili kontrolę lub przydarzało im się coś nieoczekiwanego). Dystynktywną cechą ftop jest jednak to, że przedmiotem ich zainteresowania są politycy, a celem – podanie w wątpliwość ich zdolności i moralnego lub estetycznego mandatu do sprawowania władzy. Upowszechnieniu ftop sprzyja nie tylko ewolucja mediów czy specyficzna kultura sieci, ale także obserwowana od pewnego czasu zmiana w modelu sprawowania władzy – politycy chcą ją znowu uosabiać we własnych postaciach, niewidzialną rękę rynku zastępując własną cielesnością, która czasem znajduje przedłużenie także w ich samochodach. W rezultacie sieć zalewają liczne ftopy pokazujące momenty przekroczenia prędkości, stłuczki, wjeżdżanie pod prąd, niedbałe stroje i maniery. Ich upowszechnianie często jednak okazuje się przeciwskuteczne – żarty ze zdjęcia jednego z polityków zdobywającego ostatnio szczyt w patriotycznej pelerynie podpadają pod body shaming; sprzeciw zaczyna być zastępowany hejtem. Ambiwalentność ftop i reakcji na nie polega też na tym, że dokumentując arogancję, mimochodem zaświadczają

o bezkompromisowości, nonkonformizmie i zdecydowaniu. Uruchamiają więc sieć i wykorzystują jej potencjał do upowszechniania takiego obrazu władzy, który jej obecnie najbardziej odpowiada – gdzie suwerenność oznacza nie tyle samowystarczalność, ile nieprzejmowanie się opinią tych, którzy myślą inaczej, oraz unikanie myślenia w kategoriach wzajemnych powiązań. Zob. też hasła „dekapilaryzacja władzy” oraz „fotoaktywizm” w poprzednich numerach NN6T. MACIEJ FRĄCKOWIAK Hora curka Fala internetowego naciągactwa zyskała ucieleśnienie w postaci tak zwanej „horej curki” oraz jej „madki”. Próby wyłudzania darmowych produktów lub usług poprzez wzbudzanie litości wobec dzieci można powiązać z całą grupą zjawisk widocznych dziś w internecie. Chodzi przede wszystkim o pojawienie się ogłoszeń o nierzadko zabawnej konstrukcji, pełnych infantylnych błędów językowych. Można to też jednak powiązać z popularyzacją mediów społecznościowych wśród często marginalizowanych grup społecznych, w tym słynnych już „mamusiek na forach”. Takie niewykształcone osoby utwierdzają się wzajemnie w antynaukowych przekonaniach i wierze w teorie spiskowe, których uwiarygodnianiu sprzyja sekciarski charakter internetowych grup dyskusyjnych. Z możliwości cyfrowej komunikacji korzystają już nie tylko innowacyjne organizacje społeczne. Z podobnym powodzeniem czynią to ruchy antyszczepionkowe, wyznawcy teorii głoszącej, że Ziemia jest płaska, oraz osoby obawiające się reptilian, czyli człekokształtnych jaszczurów rządzących światem. Tak rozumiana rodzima „hora curka” okazuje się zjawiskiem o doniosłym znaczeniu. Dowodzi na przykład ogromnej

93


zdolności do mobilizacji i uporu w dążeniu do celu u członków przeważnie dyskredytowanych grup społecznych. Wydaje się to niebezpieczne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę rosnącą popularność prawicowych ruchów populistycznych. Te ostatnie coraz wyraźniej infekują dziś przecież systemy demokratyczne na całym świecie. ŁUKASZ DROZDA Instytucja-archipelag Przymus dziania się nachodzi zwykle wiosną, mamy wszak problem z przestrzeniami publicznymi w mieście, a do tego żywimy przekonanie, że wypełnianie ich zdarzeniami, które będą zachęcały do samorealizacji, towarzyskości oraz rekreacji, pomoże się z nim uporać. To czas, w którym wiele instytucji zagospodarowuje najbliższą przestrzeń pod rozmaitą aktywność, próbując twórczo przenicować czy chociażby odkształcić oczekiwania swoich organizatorów – najczęściej włodarzy miast – by bardziej „otworzyć się na miasto”. W rezultacie takich działań często powstają wartościowe inicjatywy faktycznie uspołeczniające miasto, wspierające społeczności lokalne i upubliczniające pewne formy dyskursu eksperckiego. W ten model „otwierającej się” instytucji wszyte jest jednak pewne zagrożenie – chcąc nie chcąc, na bardziej fundamentalnym poziomie próbuje zgromadzić wokół siebie uczestników. Lokująca się w opozycji do takiego modelu instytucja-archipelag to nie tyle konkretne miejsce, ile raczej sieć, która ma łączyć różne podmioty, pogłębiając w ten sposób zwyczaj kooperacji. Niektóre polskie miasta ciągle marzą na przykład o własnym porządnym centrum sztuki współczesnej, najlepiej zlokalizowanym w przestrzeniach poprzemysłowych. Oczywiście już samo takie marzenie peryferyzuje, bo zmierza w gruncie

rzeczy do naśladowania form znanych skądinąd. Instytucja-archipelag na dobrą sprawę nie ma centrum, albo jest nim wszystko to, co pomiędzy, a nie w środku – to raczej wspólny program niż budynek. Jednocześnie jest to sposób na uniknięcie zjawiska wysysania ludzi z ulic i zamykania ich na pewien czas w jednym miejscu. Instytucja-archipelag nie jest także koalicją publicznych instytucji kultury mających szczególne zadanie: wspieranie sieciowania oddolnych inicjatyw czy przedsięwzięć, chociażby poprzez użyczanie im prądu czy sprzętu. Zob. też hasło „animacja instytucji (kultury)” w 111 numerze NN6T. MACIEJ FRĄCKOWIAK Kolegialność inkluzywna Realizowany przez ostatnie kilkadziesiąt lat projekt umasowienia edukacji uniwersyteckiej nie powiódł się. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że nie znalazł się żaden podmiot skłonny finansować taki masowy globalny uniwersytet. Ta sytuacja zbiegła się w czasie z innymi kryzysami i dotyczy wielu, jeśli nie większości instytucji społecznych. Uniwersytety dotknięte są też erozją społecznego uprawomocnienia swojej roli – szacunek dla nich i ich reprezentantów, dawniej niepodważalny, dziś nie jest już tak oczywisty. Dla wielu społeczeństw nie jest też jasne, czemu uczelnie mają tak naprawdę służyć i czy w ogóle są potrzebne. Niektóre państwa, zwłaszcza anglosaskie, zaczęły poszukiwać finansowania dla uniwersytetów na rynku, czyli od prywatnego biznesu i od samych studentów, którzy w takim układzie postrzegani są jako klienci i przybywają w dużym stopniu z zagranicy (przede wszystkim z krajów azjatyckich). W ten sposób pozyskane zostały ogromne środki – lecz ceną za to była

94


utrata tożsamości. Anglosaski uniwersytet odstąpił od niezależności i samorządności, uzależniając się w swych wewnętrznych strukturach zarządzania od interesów zewnętrznych sił gospodarczych i politycznych. Ograniczyło to jego sprawczość i odebrało mu rolę strategicznego buforu mogącego służyć jako niezależna rama odniesienia w społecznych poszukiwaniach kierunków rozwoju. Unikalność anglosaskiego uniwersytetu stopniowo ulegała erozji i obecnie coraz łatwiej daje się go zastąpić biznesem, który jest bardziej efektywny w tym, co robią „zbastardyzowane” rynkowo uczelnie. Inną ścieżką, którą od niedawna zdają się iść kraje skandynawskie (Szwecja i Norwegia), jest odzyskiwanie tożsamości uniwersytetu oraz instytucji typowych dla akademii. Tak pojęty uniwersytet jest finansowany ze środków publicznych, studia na nim są bezpłatne dla studentów, a państwo finansuje badania naukowe (za pośrednictwem placówek zatrudniających badaczy lub poprzez indywidualne i grupowe granty). Szwedzkie uczelnie sięgają po odrzuconą przed laty kolegialność i szukają sposobów na dostosowanie tej formuły, najbardziej typowej dla akademii, do wymogów i warunków współczesności. Poszukuje się przede wszystkim większej inkluzywności w organizacji i zarządzaniu uczelnią. Chodzi o zastąpienie tradycyjnego „feudalizmu” aktywną demokracją, dostosowaną do potrzeb profesji akademickiej. Kerstin Sahlin i Ulla Eriksson-Zetterquist – badaczki, a zarazem praktyczki zarządzania na uczelniach – piszą o potencjale i praktycznych zasadach działania takiej współczesnej kolegialności. Jest to trzecia, obok rynkowej (menedżerskiej) i hierarchicznej (biurokratycznej), znacząca

forma zarządzania, gdzie wiedza jest naczelną zasadą organizacji, a jednocześnie podstawą legitymizacji władzy. Tego typu formuła sprawdza się znakomicie w organizacjach profesjonalnych, gdzie wiedza ulokowana jest w centrum, a więc na uniwersytetach, ale także w służbie zdrowia czy szkolnictwie, niezależnie od statusu prawnego i własnościowego danej placówki. Tylko kolegialność pozwala uporać się ze złożonością takich organizacji, a jednocześnie zapewnić skuteczność zgodną z ich celem i specyfiką. MONIKA KOSTERA Mamil Middle-Aged Man In Lycra. Termin stworzony przez brytyjską firmę badawczą Mintel na określenie charakterystycznej dla cywilizacji zachodniej kategorii mężczyzn w wieku 35–45 lat, którzy – w reakcji na negatywne emocje towarzyszące procesowi starzenia się – dokonują zakupu drogiego roweru wyścigowego oraz obcisłego, bezszwowego, oddychającego stroju kolarskiego. Popularność amatorskiej cyklistyki wyścigowej wzrosła gwałtownie; jeszcze niedawno przynajmniej w Wielkiej Brytanii rywalizowała z lacrosse i biegiem przez płotki, teraz staje w szranki z piłką nożną. Swój sukces zawdzięcza unikalnemu połączeniu emocjonalnej kompensacji, prestiżowej konsumpcji i mało dotkliwych skutków ubocznych (głównie: konsternacja rodziny). Może wręcz stanowić szczepionkę na prawdziwe choroby klasy średniej w wieku średnim, takie jak cykliczne zdrady małżeńskie, alkoholizm wysokofunkcjonujący i gorączka motoryzacyjna. Niestety popularność zjawiska mamilizmu w Polsce mogą nieco ograniczać ceny topowych rowerów, co pośrednio zauważył Jan Sowa w rozmowie z Mirkiem Filiciakiem w „Dwutygodniku”: „Dopiero kilka lat temu, po habilitacji,

95


Rys. Wojtek Kucharczyk

uznałem, że muszę odreagować, i po raz pierwszy w życiu kupiłem sobie naprawdę wypasiony komputer – uważam zresztą, że na tle innych hobby to wciąż jest relatywnie tanie. Popularne ostatnio wśród moich znajomych kolarstwo czy nawet używany samochód są znacznie droższe [śmiech]”. JAKUB ZGIERSKI Odzyskanie Pojęcie to wiąże się z przekonaniem o możliwości powrotu do lepszego świata, który według wyobrażeń istniał w przeszłości. Dawny wzorzec jako fantazmat wyraźny jest zwłaszcza wśród zwolenników prądów konserwatywnych i staje się odczuwalny

politycznie szczególnie w momentach kryzysowych, gdy zaczyna się snuć scenariusze przyszłości – na przykład w odwołaniach do mitu wielkiej Polski czy wielkiej Ameryki. Założenie, że „lepiej już było”, oraz perspektywa zdefiniowanej, znanej przeszłości zamiast niepewnej przyszłości naznaczonej lękiem przed niewiadomą powracały w historii wielokrotnie. Tendencje te mają źródło w silnych toposach Edenu czy utraconej Atlantydy. Leksykalnie termin „odzyskanie” wiąże się z czymś, co się już kiedyś posiadało. W praktyce najczęściej jest złudną wizją stanu, którego wyobrażający nie miał możliwości doświadczyć.

96


Od pokusy odzyskania nie są wolne również prądy progresywne czy utopijne, na przykład ekologiczne. Przywołują one często optymistyczny obraz natury powielający w nowy sposób życzenia Jean-Jacques’a Rousseau, a nie na przykład koncepcje walki wszystkich przeciwko wszystkim Thomasa Hobbesa. Podobny charakter mają idee ruchów miejskich starających się odzyskać miasto, które zwykle pozostawało w dyspozycji władzy, a którego przeszły mit ucieleśniał negatywny obraz Babilonu. STANISŁAW RUKSZA Outsourcing empatii Inaczej: utrata zdolności wczuwania się, będąca efektem rozwoju procedur partycypacyjnych. Zjawisko to jest jedną z konsekwencji profesjonalizacji rynku konsultowania i badania opinii. Polega na oddelegowaniu obowiązku wsłuchiwania się w doświadczenia i emocje określonych grup i jednostek, i przekazaniu tej powinności wyspecjalizowanym firmom lub organizacjom pozarządowym. Przyczyn tego zjawiska upatrywać należy w upowszechnieniu kultury dialogu, którą z różnych powodów często trudno pogodzić z kulturą organizacyjną instytucji zlecających badania czy konsultacje – należałoby wysłuchać zbyt wielu grup, a brakuje czasu, w dodatku emocjonalny charakter dyskusji nijak ma się do przygnębiającej konsekwencji stosowania procedur itp. W rezultacie instytucje zlecające podobne konsultacje podmiotom zewnętrznym wraz z tym zadaniem mimochodem pozbywają się też zobowiązania i zdolności wchodzenia w role innych ludzi, co obniża efektywność oraz akceptację dla podejmowanych decyzji. Oczywiście w ramach rozliczenia zamawiający otrzymuje raporty, które zawierają relacje ze spotkań, protokoły rozbieżności i tym

podobne elementy. Sporo jednak umyka – zwłaszcza to, co nie wpisuje się w retorykę rubryk, podsumowań i wniosków. Co ważne, podzlecanie empatii objawia się także obniżeniem zdolności do ujmowania w krajobrazie decyzyjnym tych grup i środowisk, które z różnych powodów nie biorą udziału w konsultacjach. Żeby przeciwdziałać negatywnym skutkom opisywanego zjawiska – prowadzącego niechybnie do uczynienia z konsultacji i troski o innych czegoś w rodzaju uproszczonego savoir vivre’u, który ma przede wszystkim zaświadczać o dobrych manierach rządzących – zaleca się bezwarunkowy udział osób decyzyjnych w procesie konsultacji, zwłaszcza niewy­chodzenie ze spotkań w trakcie ich trwania. Jako uzupełnienie proponuje się także podejmowanie regularnych ćwiczeń z obserwacji i odgrywania ról – nieco zakurzonej, ale w dalszym ciągu pożytecznej techniki zdobywania wiedzy o świecie i o tym, jak mogą go widzieć inni. Zob. też hasło „dekapilaryzacja władzy” w 110 numerze NN6T. MACIEJ FRĄCKOWIAK Państwo/prawo W nowoczesnej, liberalno-demokratycznej wersji te instytucje miały chronić zwykłych ludzi przed arbitralnymi działaniami władzy, czyli uprzywilejowanych osób na szczycie. U źródeł tej koncepcji tkwi przekonanie, że władza korumpuje, a więc potrzebuje instytucjonalnych hamulców. Konstytucja – czyli ustawa zasadnicza określająca relacje między organami władzy – w założeniu powinna chronić przed arbitralnością ich działań i autorytaryzmem. Państwo – czyli złożona struktura administracyjna, w której każdy urzędnik i urząd mają określoną rolę oraz sferę odpowiedzialności – ma być odporne na polityczną

97


doraźność. Jego wewnętrzna inercja powinna wyhamowywać gwałtowne zwroty rządzących, dawać ludziom oparcie i stabilność. Papier zniesie wszystko, parlament i rząd teoretycznie mogą podjąć każdą decyzję – ale nie każdą da się zrealizować w państwie opartym na określonych wartościach. Jeśli „ludzie na dole” uznają ją za krótkowzroczną, szkodliwą czy wręcz nielegalną, mogą zadziałać jak hamulcowi. Mają na to tyle sposobów, ile znajdą kruczków prawnych (nie zgadza się podstawa prawna, trzeba doprecyzować, sprawdzić, zasięgnąć opinii itd.) czy administracyjnych (nie mamy pieniędzy, nie mamy procedury, nie mamy faktycznej możliwości działania itd.). Ostatecznym środkiem pozostaje otwarte nieposłuszeństwo obywatelskie. Czy w wersji ponowoczesnej – w czasach kryzysu demokracji, mediów i wszystkiego, co wydawało się stałe – państwo i prawo są w stanie pełnić taką ochronną i hamującą funkcję? Czy raczej stały się użytecznymi zabawkami w rękach rządzących, którzy nie wahają się skorzystać z każdej luki i elastyczności systemu? Nawet w polskich realiach trudno to przesądzić. Odporność tych instytucji na manipulację i wypaczenia to wypadkowa między innymi naszej wiary w ich sens. Jeśli „ludzie na dole” nadal uważają, że są pewne granice, których władza nie powinna przekraczać, instytucje ich reprezentujące mają silny mandat do działania i stawiania oporu. Jeśli tego poczucia nie ma i zaczyna rządzić czysta pragmatyka, demokratyczne instytucje tracą swoje naturalne oparcie, a nawet sens istnienia. KATARZYNA SZYMIELEWICZ

pracownika Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, która popularyzuje kilka wynalezionych przez niego obiektów zdolnych do przechwytywania i gromadzenia energii pozyskiwanej ze środowiska i infrastruktury miejskiej. Do przykładów zaliczyć można miniwiatraki zasilające różne urządzenia działające w przestrzeni publicznej czy foliowe kołnierze montowane na wylotach klimatyzatorów i połączone z małymi namiotami, w których osoby bezdomne mogą się schronić przed zimnem. Do pasożytów energetycznych zaliczyć można także innowacje, którym towarzyszą nie tyle nowe przedmioty, ile praktyki, chociażby artystyczne – jak ta autorstwa Magdaleny Starskiej, która sadziła nasiona w dziurkach pozostawianych przez kijki osób uprawiających nordic walking, albo Ćwiczenia z zaniechania – akcja Elżbiety Jabłońskiej polegająca na wykorzystaniu instytucjonalnej ramy sztuki, by zaprosić publiczność do poddania się „absolutnemu relaksowi”. Przykłady te dowodzą znaczącej roli sztuki jako instrumentu urefleksyjniania współczesnych form pracy, co prowadzi nas do szerszego ujęcia pasożytów energetycznych. Byłaby to więc idea odnosząca się do charakteru współczesnej pracy w mieście, która coraz częściej przypomina bezwiedną przemianę materii, a nie proces pozostający pod kontrolą jednostki. W tym kontekście pasożyty energetyczne sytuują się naprzeciw innowacji, które amerykańska socjolożka i ekonomistka Saskia Sassen określa mianem drapieżników (ang. predators). W ten sposób podkreśla jednostronną relację, jaka łączy te rozwiązania z ludźmi, z których czerpią energię, czyniąc z ich życia Pasożyty energetyczne formę darmowej i bezwiednej pracy W węższym znaczeniu – strona in- na rzecz sieci. Do pasożytów zaliczyć ternetowa energyparasites.net pro- można systemy geolokalizacji, któwadzona przez Erica Paulosa, re dostarczają informacji o naszych 98


praktykach; są one potem konsumowane przez praktyki marketingowe, ale także przez pewne rozwiązania architektoniczne. Tak właśnie działa przejście podziemne prowadzące na poznański dworzec, zbudowane tak, by – jeśli chce się skrócić nadmiernie wydłużoną drogę – trzeba było przejść przez centrum handlowe i zapoznać się z witrynami mijanych sklepów. MACIEJ FRĄCKOWIAK Postkapitalizm Zapoczątkowana przez kryzys finansowy w 2007 roku seria spektakularnych pęknięć kolejnych spekulacyjnych baniek, które przez lata chroniły marzenia zwykłych ludzi o rosnącym dobrobycie, była na tyle nieoczekiwana i bolesna, że podkopała wiarę w wieczną pomyślność i bezalternatywność kapitalizmu, i to nawet w gronie jego zagorzałych apologetów. Pokłosiem kaskady kryzysów była kariera wykpiwanej dziś „ekonomii dzielenia się” – pojęcia błyskawicznie przechwyconego i skompromitowanego przez korporacje, których model biznesowy opiera się na omijaniu prawa i eksploatowaniu resztek własności (i czasu) zubożałej klasy średniej. Uberyzacja pracy może być jednak czymś więcej niż tylko przemijającym pokryzysowym fenomenem. Koniec ery własności obwieszczany triumfalnie przez zwolenników tak rozumianego „dzielenia się” kamufluje kolejną mutację kapitalizmu, w której własnością korporacji stają się przedmioty codziennego użytku (od telefonu po samochód), każda minuta wolnego czasu pracowników, każda aktywność złapanych w sieci społecznościowe konsumentów, a przede wszystkim algorytmy umożliwiające maksymalnie efektywne wykorzystanie towarów, maszyn, ciał i umysłów. Czy kapitalizm kognitywny będzie ostatnim stadium rozwoju systemu

ewoluującego od czasów pierwszych społeczności rolniczych? Czy powstające w klimatyzowanych biurach linijki kodu optymalizującego produkcję i wykorzystanie dostępnych zasobów ułożą się w epitafium dla kapitalistycznego rynku? Jest to co najmniej prawdopodobne. Jak przekonuje Paul Mason w książce Postcapitalism: A Guide to Our Future, rosnące nasycenie kapitału informacją powoduje zaburzenie rynkowego mechanizmu ustalania cen. Koszt wyprodukowania informacji jest stały (jej kopiowanie nie kosztuje dziś prawie nic), skutkiem czego wartość towaru w gospodarce opartej na wiedzy zmierza do zera. Innowacja, nawet jeśli pochłania znaczące środki, rozkłada się na rosnącą liczbę towarów i usług, więc ostatecznie jej koszt w przeliczeniu na jednostkę okazuje się znikomy. Na wolnym rynku wraz z kosztami spadają też ceny towarów. Obroną przed tym niepokojącym z punktu widzenia właścicieli kapitału zjawiskiem są prawa własności intelektualnej, które umożliwiają sztuczne windowanie cen i czerpanie zysku z innowacji. Patenty i prawa autorskie nie rozwiązują jednak problemu kolonizacji świata pracy przez automaty, a w konsekwencji – zubożenia konsumentów, bez których tryby gospodarczej machiny tracą swój imponujący pęd. Dopóki dochód związany jest z pracą, kurczenie się rynku pracy oznacza spadek siły nabywczej (obecnie hamowany kredytem, czego konsekwencje dobrze znamy). To niejedyne zagrożenia. Kapitalizm póki co nie radzi sobie z wyceną nieodnawialnych zasobów i bioróżnorodności. Niszczenie ekosystemów i marnotrawienie surowców na niewyobrażalną skalę w linearnym (w odróżnieniu od cyrkularnego) systemie produkcji mogą doprowadzić do ekologicznej katastrofy, która zatrzyma triumfalny pochód

99


techno­kapitalizmu. Czy inny postkapitalizm jest możliwy? Tak, pod warunkiem, że społeczeństwo przejmie kontrolę nad podstawowym środkiem produkcji, czyli informacją. W praktyce musiałoby to oznaczać wspomagany przez państwo i międzynarodowe instytucje demontaż korporacyjnych infomonopoli (jak marzą sympatycy starych struktur władzy) lub rozwijanie alternatywnych wobec rynku i państwa społecznych praktyk zorganizowanej produkcji, pracy i współdzielenia na peryferiach systemu (jak woleliby krytycy kapitalizmu o bardziej wolnościowej orientacji). Trzecią drogą, najrozsądniejszą w obecnej sytuacji, wydaje się wykorzystanie państwa jako narzędzia wspierającego nowe formy organizacji społecznej sytuujące się poza domeną generowania zysku (niekoniecznie poza rynkiem) i redefiniujące pracę oraz stosunki społeczne. W niszach zajmowanych przez kooperatywy, sieci wzajemnego wsparcia, niekomercyjne fab-laby i alternatywne waluty powstają wzorce kulturowe, których nowy system gospodarczy potrzebuje nie mniej niż materialnych i informacyjnych podstaw. Jest to świat wartości postmaterialistycznych, odchodzący od idei dobrobytu mierzonego wartością posiadanego majątku. I właśnie ta jego właściwość czyni go możliwym do urzeczywistnienia na planecie utrzymującej przy życiu siedem i pół miliarda ludzi. Michał Augustyn

„straszaków” w języku populistycznej inżynierii społecznej – funkcjonują jako synonim mas uchodźców uciekających przed wojną. Mit przybysza w kulturze Zachodu ma długą tradycję. W homeryckiej Odysei, stanowiącej zalążek powieści czy filmów drogi, Penelopa oczekiwała Odyseusza. W kolonialnym wydaniu Robinsona Crusoe pióra Daniela Defoe przedstawiciel cywilizacji spotyka Piętaszka (oryg. Friday), którego następnie cywilizuje według swoich wyobrażeń. Obcy u bram Europy pojawiali się jako postrach w postaci plemion Gotów, Hunów czy Wandalów. W XX wieku wielokrotnie powracał nastrój zmierzchu podszytego lękiem przed nowymi (wyobrażonymi) barbarzyńcami. Jednym z najczęściej przywoływanych tekstów poetyckich minionego stulecia był wiersz Czekając na barbarzyńców Konstandinosa Kawafisa, później zapożyczony jako tytuł powieści przez Johna M. Coetzee’ego. Podczas obecnego „kryzysu Europy” (eufemistyczny zastępnik „kryzysu uchodźczego”) wielu wyraża swoje przerażenie liczbą mężczyzn, którzy zdecydowali się nie walczyć w wojnach, gdyż ich udział nie przyniósłby żadnych zmian (poza ich śmiercią). Ironią losu wydaje się fakt, że kult siły i zdrowia od początków XX wieku szczególnie mocno kształtował i kształtuje się w kręgu świata kultury zachodniej, pośród różnych totalitarnych reżimów czy lifestyle’owego kultu ciała i seksualności. Według tych, którzy opowiadają się przeciwko Silni i zdrowi mężczyźni pomaganiu uchodźcom, siła i zdrowie Hasło to mogłoby służyć jako antido- stanowią zagrożenie dla Europy. STANISŁAW RUKSZA tum na zniewieścienie i dawno przebrzmiały styl metroseksualnego mężSzczerość czyzny, mogłoby też po prostu być kolejnym określeniem w słowniku Do niedawna niewinny wyraz funknieustająco zmieniającej się mody. cjonujący niemal wyłącznie w polu „Silni i zdrowi mężczyźni” stali się etyki osobistej, obecnie – kluczowa jednak obecnie jednym z głównych kategoria nowoczesnej kultury. Gdy 100


Rys. Wojtek Kucharczyk

„odkryto” opiniotwórczą moc i publiczny status blogów osobistych i mediów społecznościowych, nieuchronnie „odkryto” też kwitnącą w nich – tych pozornie intymnych, cieplarnianych bańkach – szczerość. Najbardziej oczywiste i najczęściej omawiane są polityczne implikacje tego procesu, związane z publicznym usankcjonowaniem politycznej mowy ludu. Jednak zwycięski pochód szczerości należy widzieć szerzej, nie tylko jako awans blogerów i fejsbukowych proroków na pozycje uznanych ekspertów czy autorów, lecz jako wieloaspektowy proces zmiany kulturowej, któremu, owszem, sprzyja rozwój technologii, ale który wypływa z głębszego źródła

i korzeniami sięga przynajmniej dwie dekady wstecz. Z tej perspektywy szczerość wydaje się narzędziem odrzucenia jakiejś przestarzałej formy kulturowej, rażącej już sztucznością – na przykład powieściowego postmodernizmu czy gospodarczego neoliberalizmu – przez ruchy doczłowieczające, takie jak powieściowy nurt nowej szczerości, nurt afektywny w naukach humanistycznych, szczery nurt antyszczepionkowy, szczery nurt sentymentalno-wiankowy w modzie, nurt jedzenia szczerych ogórków z własnego ogródka i nurt pływania szczerych nocnych maratonów kajakarskich po puszczańskich potokach. JAKUB ZGIERSKI

101


Świeżaki Gang Świeżaków to akcja związana z programem lojalnościowym dyskontów Biedronka; w ramach tej kampanii do dystrybucji trafiły maskotki przedstawiające tytułową rodzinę warzyw i owoców. Żeby uzbierać wszystkie, trzeba wydać w sklepach tej sieci aż kilkanaście tysięcy złotych. Trudna dostępność zabawek uczyniła je obiektem pożądania i rywalizacji całych rzesz klientów. Druga edycja akcji, która rozpoczęła się późnym latem 2017 roku, jeszcze wyraźniej unaoczniła fenomen tej kampanii. Świeżaki stały się tematem codziennych rozmów, a także uszczypliwych żartów. Wedle medialnych doniesień doszło nawet do zuchwałych kradzieży całych zestawów naklejek, których skolekcjonowanie uprawnia do otrzymania opisywanych tu maskotek. Internetowi trolle zamieścili ogłoszenia sugerujące możliwość barterowej wymiany w zamian za świadczenie usług seksualnych bądź wysyłanie materiałów o autopornograficznej treści. Świeżaki posłużyły w ten sposób do symbolicznej stygmatyzacji naiwnych, biednych klientów wielkiej korporacji reklamującej się hasłem „codziennie niskie ceny”. Biedronka, wciąż będąca symbolem przaśności i obciachu, dała w ten sposób pretekst do wyśmiewania ludzi nabierających się na sprytnie pomyślaną strategię zachodniego koncernu. ŁUKASZ DROZDA Wolny wybór Referendum w Katalonii, które odbyło się w okolicznościach przypominających raczej wojnę domową niż wybory, boleśnie przypomniało, że wolność i demokracja ani nie są nam „dane”, ani nie są „na zawsze”. W polskich realiach takim gorzkim memento jest Czarny Protest i ruch kobiet walczących o prawo decydowania o sobie,

który (z różną intensywnością) powraca od kilkunastu lat. Czy to nie paradoks, że w demokracji najbrutalniejsze starcia toczą się właśnie o wolność wyboru? To, co z perspektywy dominującej „większości” (niekoniecznie najliczniejszej, ale najbardziej wpływowej) jest podważaniem zasad współżycia społecznego czy podstawowych wartości, dla walczących o wolność wyboru jest kwestią godności i praw człowieka. W założeniu prawa mniejszości i prawa człowieka to właśnie jeden z hamulców chroniących demokrację przed przekształceniem się w tyranię większości. W praktyce takie konflikty wartości rzadziej rozstrzygane są przez niezależne sądy, częściej zaś przez ciała polityczne takie jak rząd i parlament. A więc walka ludzi o wolny wybór – czy to do stanowienia o swoim terytorium, czy o swoim ciele – rozgrywa się na polu brutalnej polityki. Im dojrzalsza demokracja, tym większa szansa, że obejdzie się bez rozlewu krwi. Niestety, jakościowa zmiana, jaką w XIX wieku było przeniesienie tej walki z ulicznych barykad do parlamentu, nie musi być trwała. Właśnie przyszedł czas weryfikacji. KATARZYNA SZYMIELEWICZ Zdrobnionka W ostatnich latach nastąpił wielki, kampowy powrót zdrobnień, a raczej – ze względu na ich ironiczną formułę – zdrobnionek. Trend ten najintensywniej objawia się w obszarze konsumpcji i przyjemności (kebabik, aperolek, meczyk), głównie w sferach centralnych, aczkolwiek powoli rozlewa się też ku prowincjom, zatracając po drodze swój ironiczny charakter. Gdzieniegdzie zlewa się wręcz z nieironicznymi zdrobnieniami pierwszej fali (wódeczka). Niektóre potężne memy wyniesione przez ten trend (piąteczek) są odrzucane przez

102


centrum w chwili, gdy zostają uznane za własne na prowincjach. Analizując dostępne dane historyczne, możemy dojść do wniosku, że znajdujemy się obecnie w szczytowym punkcie fazy zdrobnień i – zgodnie z sinusoidalną logiką procesów kulturowych – będziemy zmierzać, a być może już zmierzamy, ku fazie zgrubień (piwsko, babsko, łapska, dupsko), której szczyt obserwowaliśmy ostatnio w latach 90. JAKUB ZGIERSKI Zimno Australijski socjolog i teoretyk organizacji i zarządzania Stewart Clegg opisuje zimno jako inherentną cechę współczesnego zarządzania – wszystko, od wzornictwa po zasady pracy, musi być chłodne. Biura projektowane są jako otwarte przestrzenie, których nikt z pracowników nie może zawłaszczyć, na ogół oszklone z tak wielu stron, jak to tylko możliwe. Coraz rzadsze są indywidualne pokoje; przedstawiciele i przedstawicielki najróżniejszych zawodów, od recepcjonistów po naukowców, pracują w wielkich salach pomalowanych na chłodne kolory. Często nie ma się nawet własnego biurka – meble ze stali i białej sklejki są przechodnie, a bywa, że także laptopy i komputery funkcjonują na takiej zasadzie. W pomieszczeniach panuje permanentny chłód, klimatyzacja huczy latem, wiosną, jesienią i zimą, utrzymując stałą temperaturę poniżej 20 stopni. Kto pamięta lata 70. i sybaryckie ciepło biur i sklepów? To poczucie bycia przytulanym po rodzicielsku przez firmę, uczelnię czy dom towarowy? Podobno obecnie nie jest to możliwe ze względu na koszty ogrzewania. Warto jednak pamiętać, że klimatyzacja też nie jest darmowa, a używanie jej na okrągło jest dalekie od oszczędności – i z pewnością nie przyczynia się do ochrony środowiska.

Współczesne zimno w zarządzaniu ma także charakter społeczny i komunikacyjny. System coraz bardziej sztywnych, nieprzejednanych przepisów, który antropolog David Graeber opisuje jako zjawisko towarzyszące rosnącemu „urynkowieniu” w epoce neoliberalizmu, prowadzi do zwiększania dystansu społecznego w organizacjach – i utrudnia komunikację opartą na empatii, odpowiedzialności oraz personalnym osądzie. Jednocześnie narasta instytucjonalne okrucieństwo, realizowane w imię „przejrzystości” i „sprawiedliwości” albo ze strachu przed krokami prawnymi czy roszczeniami ubezpieczeniowymi, jakie może podjąć obywatel. Gdy króluje dogmat o „indywidualnym wyborze”, we wszystkim widzi się tylko taki aspekt – poczynając od chorób i nieszczęśliwych wypadków, a kończąc na problemach społecznych, takich jak uzależnienia, bezrobocie czy bezdomność. W świecie bez ciepła jedyną emocją, na jakiej opiera się zarządzanie, jest wstyd. Wszyscy wstydzimy się z powodu naszej jednostkowej nieadekwatności i słabości oraz nieprzystawania do ideału błyszczących powierzchni. Ten wstyd staje się potężnym motywatorem, popychającym do zwiększania wysiłku, który nigdy nie wyzwoli, podobnie jak strach, czyli drugi potężny motywator naszych czasów. Poczucie dobrze wykonanej pracy, które Zygmunt Bauman opisywał jako wielką samoistną nagrodę, wyzwalające i przynoszące wewnętrzne ciepło zadowolenia (a nie przereklamowane obecnie „szczęście”), nie jest dostępne dla pracownika takich organizacji. Ale nikogo to nie obchodzi. MONIKA KOSTERA

103


nowy wyraz nr 5 autorzy MICHAŁ AUGUSTYN – społecznik, animator, pomysłodawca i współtwórca wielu inicjatyw społecznych, między innymi serwisu Wymiennik.org, ogrodów społecznościowych, Szkoły Ogrodników Miejskich i Solatorium na osiedlu Jazdów w Warszawie. Członek zarządu Pracowni Dóbr Wspólnych.

WOJTEK KUCHARCZYK – ogrodnik, muzyk, działacz i raczej postartysta. Akcje w wielu krajach świata, podróże to wyższe dobro. Denerwuje się, gdy widzi, że ludzie nie myślą za bardzo. STANISŁAW RUKSZA – historyk sztuki, autor licznych publikacji z dziedziny sztuki współczesnej. Kurator wystaw prezentowanych zarówno w kraju, jak i za granicą, laureat wielu nagród i wyróżnień. Przez wiele lat kierował CSW Kronika w Bytomiu, obecnie jest dyrektorem Trafostacji Sztuki w Szczecinie.

BARTEK CHACIŃSKI – redaktor działu kultury „Polityki” i dziennikarz muzyczny, znawca współczesnej kultury popularnej. Kiedyś pracował w „Przekroju” i „Machinie”, dziś współpracuje z radiową Dwójką, prowadzi też blog muzyczny Polifonia. Jest członkiem Rady Języka Polskiego. Opublikował między innymi serię Słowników najmłodszej polszczyzny oraz książkę Wyż nisz o tym, gdzie się podziały subkultury młodzieżowe. ŁUKASZ DROZDA – politolog i urbanista. Doktorant w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej, gdzie w Instytucie Gospodarstwa Społecznego prowadzi badania nad wieloczynnikową waloryzacją przestrzeni. Wcześniej studiował w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Leśnym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Stały współpracownik „Le Monde diplomatique – edycja polska” oraz stypendysta Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności „PhDo w Stoczni” (2015–2016). ​ Opublikował książki Lewactwo. Historia dyskursu o polskiej lewicy radykalnej (2015) oraz Uszlachetniając przestrzeń. Jak działa gentryfikacja i jak się ją mierzy (2017). MACIEJ FRĄCKOWIAK – socjolog zainteresowany formami aktywności i bezczynności społecznej w miastach, a także obrazem, który próbuje traktować jako narzędzie i pretekst do badań oraz zmiany relacji społecznych. Doktorant w Instytucie Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

KATARZYNA SZYMIELEWICZ – absolwentka prawa i studiów o rozwoju, współzałożycielka i prezeska Fundacji Panoptykon, której celem jest ochrona podstawowych wolności wobec zagrożeń związanych z rozwojem współczesnych technik nadzoru nad społeczeństwem. panoptykon.org JAN TOPOLSKI – kurator i krytyk muzyczno-filmowy, redaktor magazynu o muzyce współczesnej „Glissando”. Działa jako niezależny autor we Wrocławiu. ANDRZEJ TOBIS – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, w której obecnie prowadzi jedną z dyplomujących pracowni malarstwa. Jego prace prezentowane były na wielu wystawach w Polsce i za granicą. Autor monumentalnego projektu A–Z. Gabloty edukacyjne. aztobis.pl JAKUB ZGIERSKI – kulturoznawca, pisze artykuły o literaturze, redaguje książki o sztuce i organizuje wydarzenia filmowe. Członek zespołu programowego w Narodowym Instytucie Audiowizualnym.

MONIKA KOSTERA – ekonomistka, profesor nauk ekonomicznych, profesor zwyczajna w Instytucie Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wykłada na Durham University w Wielkiej Brytanii oraz na Uniwersytecie Linneusza w Szwecji. Specjalizuje się w zarządzaniu humanistycznym oraz w etnografii organizacji. Aktualnie zajmuje się samoorganizacją i samozarządzaniem, dezalienacją pracy, a także organizacjami dobra wspólnego. Autorka i współautorka licznych publikacji poświęconych tej tematyce, między innymi Occupy Management (2014) i Zarządzanie w płynnej nowoczesności (2017).

104


Andrzej Tobis, z cyklu A–Z (Gabloty edukacyjne)


Sabina Shikhlinskaya: Klaustrofobia, 2013. Dzięki uprzejmości artystki

106


Klaustr ofobia

Z azerbejdżańską artystką i kuratorką Sabiną Shikhlinskayą o naturze murów, płotów, ogrodzeń i sztuki rozmawia Bogna Świątkowska 107


bś:

SS:

bś: SS:

Czym są te obiekty, które pani dokumentuje w cyklu Klaustrofobia, prezentowanym niedawno na wystawach Uwaga! Granica w dwóch galeriach jednocześnie: w białostockim Arsenale oraz lubelskim Labiryncie? Wyglądają na koncept architektoniczno-artystyczny. Wszystko zaczęło się na początku lat 90., kiedy postanowiłam wyjść poza pracownię malarską i zobaczyłam w architekturze i rzeczywistości urbanistycznej mojego kraju tyle ciekawych spraw, że zwyczajnie przestała mnie interesować praca w izolacji. Od tamtego czasu badam rozmaite zjawiska, które mają miejsce w przestrzeni publicznej. Od kilku lat zajmuję się tematem ogrodzeń, które nie są częścią budynków ani nie należą do żadnej struktury architektonicznej. Są same dla siebie – to samoistne jednostki konstrukcyjne. Czasem ustawione pośrodku niczego, bez żadnego uzasadnienia. To pewnego rodzaju fenomeny architektoniczne. Żyjemy w ciekawych czasach, kiedy jedne mury burzymy (jak mur berliński), a inne wznosimy (jak ten między Palestyną a Izraelem czy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem). Znaczenia, jakie nadaje się tym konstrukcjom – polityczne, związane z bezpieczeństwem czy przepływem ludzi – są szczególnego rodzaju. Tymczasem w Baku te ogrodzenia pojawiają się w pejzażu bez uzasadnienia, nie mają znaczenia strategicznego ani żadnego związku z ludzkimi osiedlami. To po prostu ogromne dziwne obiekty. Moim zdaniem mają w pewien sposób strukturyzować przestrzeń miasta w sposób pożądany przez władze, które je finansują. Być może służą do tworzenia swoistej narodowej identyfikacji architektonicznej. Nie mogę sobie inaczej wytłumaczyć tych ciągnących się kilometrami konstrukcji. Jaka jest charakterystyka tych obiektów? Wszystkie mają takie same wymiary. Różnią się fasadami, czyli częścią zwróconą na przykład do drogi, którą poruszają się samochody lub ludzie. Te fasady wykonane są z drogich materiałów takich jak marmur i często fantazyjnie zaprojektowane. Trudno znaleźć dwa takie same odcinki. Każdy jest niepowtarzalny, bo takie są zasady określone w wymaganiach dla architektów – wzory nie mogą się dublować. Jest to więc w pewnym sensie praca artystyczna. Mnie interesowała przede wszystkim wizualność tych murów: ogrodzenia jako piękne obiekty, które jednocześnie są brzydkie, choć zostały zaprojektowane po to, by zachwycać. Nie ma w nich jednak nic estetycznego – to pewien rodzaj antyestetyki, działanie mające ukryć azerbejdżański pejzaż. Jest piękny o wschodzie i zachodzie słońca, z żółtymi pustynnymi piaskami i błękitnym niebem. Dzięki tym wspaniałym krajobrazom przypominasz sobie, że ludzie byli nomadami, że nadal nimi są, że podróż i zanurzanie się w przestrzeń jest częścią naszej natury, że podążanie w kierunku horyzontu wciąż pozostaje silną potrzebą. Ale dziś rośnie zupełnie inne pokolenie – zamknięte w korytarzach tych wielkich płotów, odgrodzone od natury, w ciasnych przestrzeniach sztucznie stworzonych barier dla 108


Sabina Shikhlinskaya: Klaustrofobia, 2013. Dzięki uprzejmości artystki

bś: SS:

wzroku i wyobraźni. Co to za życie? W korytarzu – nawet tak pięknym, alabastrowym – jest się jednak zamkniętym. W jakim celu te obiekty są umieszczane w przestrzeni? Tego do końca nie wiadomo, można się tylko domyślać. Po pierwsze jest to efekt neokapitalistycznego podejścia państwa do przestrzeni – my w Azerbejdżanie także jesteśmy 27 lat po tak zwanej transformacji. Władza sprawowana przez osoby niewykształcone i o niskich kompetencjach kulturowych, które podejmując decyzje, kształtują rzeczywistość, odciska się w widzialny sposób na krajobrazie. Baku było pięknym miastem, mostem między Wschodem i Zachodem, ze wspaniałymi przykładami architektury modernistycznej z początku XX wieku; pracowali tam między innymi polscy i włoscy architekci. Ale dziś niewiele z tego pozostało – większość miasta to beton i szkło, które powodują, że Baku przypomina raczej Dubaj, miasto bez przeszłości, bez pamięci o tworzących je wcześniej ludziach i ich kulturze. Nie mam nic przeciwko Dubajowi, ani przeciwko kosmicznie wyglądającej współczesnej architekturze. Ale miasto o tak bogatej kulturze i historii nie powinno o niej zapominać. Tymczasem te ogromne ogrodzenia zasłaniają dawne Baku, te jego fragmenty, które nie pasują do nowej wymyślonej wizji. Wielkie pieniądze płynące z przemysłu naftowego wydawane są na budowę murów oddzielających mieszkańców od ich materialnej i naturalnej przeszłości, od dawnej architektury i od krajobrazu. Ci, którzy zlecają ich budowę, myślą, że te ściany są piękniejsze, że prowadząc samochód, lepiej patrzeć na mur niż na bezkres pustyni. 109


bś:

SS:

bś: SS:

bś:

SS:

Przykładem tej postawy jest pochodzący z XV wieku zabytkowy pałac szachów Szyrwanu, jeden z symboli Baku, który został „zrewitalizowany” w specyficzny sposób. Kamienne ściany wygładzono i pokryto różowym pigmentem, a oryginalne elementy drewniane zastąpiono plastikiem. Teraz odwraca się tamte zniszczenia, ale charakter obecnie podejmowanych działań wciąż jest podobny. Owe zmiany mają wprowadzać porządek w kraju, w którym wiatr nieustannie przynosi piach i śmieci. Te wielkie ogrodzenia dają być może poczucie kontroli i panowania nad problematycznymi skutkami naszego klimatu. Ogrodzenia wybudowano wzdłuż drogi prowadzącej na południe, do Iranu – pewnie z punktu widzenia kontrolerów łatwiej jest nadzorować wąskie korytarze niż nieograniczone otwarte przestrzenie. Ale tego rodzaju porządek jest zarazem ograniczający. Dziś żyjemy w czasach, w których mamy możliwość wyrażania siebie i zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Nie ma potrzeby zamykania się ani ograniczania pola widzenia. Korytarz nie ochroni cię przed tym, co złe, ani przed niczym nie powstrzyma – raczej spowoduje chęć wydostania się na zewnątrz. Czy obserwacje prowadzone przez artystów mają możliwość wyjścia poza krąg oddziaływania ograniczony przez galerię, a ogólniej: świat sztuki? Wierzę w siłę sztuki i w to, że ta siła może pomóc światu. Artyści mogą dziś wybierać pozycję, do jakiej chcą aspirować – to może być świat galerii komercyjnych albo sztuka czerpiąca z problemów życia społecznego. Jako malarka odnosiłam sukcesy komercyjne, jednak wybrałam ścieżkę poza światem artworldu i jestem pewna, że to była słuszna decyzja. Jestem zawodową artystką, skończyłam studia, znam liczne techniki, które umożliwiają mi kreowanie wizualnej dokumentacji oddającej rzeczywistość. Ale to nie jest mój prawdziwy głos, to nie jest to, co chciałabym robić. Chcę opowiadać inne historie. Artyści wszystko czują szybciej, widzą w sposób bardziej skupiony. Gdy używa się tej umiejętności i nie przytłacza jej nadmierną estetyzacją, to przesłanie jest czyste i zrozumiałe, a przestrzeń publiczna staje się naturalnym polem działania. Także dla pani jest ona kluczowa. Tak. Czasami różne osoby pytają mnie, czy mogą odwiedzić mnie w pracowni. A po co mi pracownia? Miałam ich wiele, niektóre były bardzo piękne. Ale po co mi jakieś pomieszczenie, kiedy pracownią jest cały świat? Moja pracownia to mój umysł, przestrzeń, w której się poruszam, to, co wymieniam w rozmowach na ulicy, ludzie, których spotykam. Konfrontuje się pani z charakterem i rozmiarem tych wielkich struktur. Architektura bywała zazwyczaj wyrazem siły mężczyzn i narzędziem izolacji kobiet. Jak przedstawia się pozycja kobiet wobec tych problemów, które powstają w wyniku zabudowywania przestrzeni? Odpowiem historią dotyczącą najstarszej w Baku, pochodzącej z XII wieku budowli nazywanej Basztą Dziewiczą. Ma ona bardzo oryginalny 110


Sabina Shikhlinskaya: Klaustrofobia, 2013. Dzięki uprzejmości artystki

kształt, została zbudowana na planie przypominającym cyfrę 6, powstała jako część świątyni zoroastriańskiej w IV–VI wieku. Przewodnicy pytani o jej nazwę opowiadają historię o nieszczęśliwej księżniczce zakochanej w młodzieńcu, którego ojciec nie pozwolił jej poślubić. Wolała wybrać śmierć i skoczyć z wieży niż wieść życie bez ukochanego. Jednak kiedy się zbada fakty, okazuje się, że cała ta opowieść została wymyślona, by stworzyć pewien model funkcjonowania kobiety w układzie społecznym, w którym jedyną formą kobiecego sprzeciwu jest samobójstwo. To nie jest prawdą i nigdy nie było. Prawdziwa historia jest zupełnie inna. Wieża nigdy nie została zdobyta przez wroga. Była dziewicza, bo niepokonana, najsilniejsza. Sens więc jest dokładnie przeciwny niż ten z legendy. Być kobietą na Kaukazie oznacza być silną. Zawsze powinniśmy pozostawać niezależni wobec tego rodzaju historii. Jeśli chcę wiedzieć, co się dzieje naprawdę, móc wyciągnąć wnioski, muszę wysłuchać wiadomości z kilkunastu źródeł, by domyślić się, gdzie leży prawda. Poznanie prawdy jest bowiem pracą, i to pracą wymagającą wysiłku.

Sabina Shikhlinskaya

(ur. 1962) – jedna z najbardziej uznanych postaci sztuki współczesnej w Azerbejdżanie, artystka oraz kuratorka licznych wystaw sztuki współczesnej w kraju i za granicą. Mieszka i pracuje w Baku.

111

Fotografie z cyklu Klaustrofobia można było oglądać w ramach wystaw Uwaga! Granica przygotowanych przez Monikę Szewczyk Waldemara Tatarczuka w galerii Labirynt w Lublinie i galerii Arsenał w Białymstoku.


John Gerrard: Smoke Tree 4, 2006. Dzięki uprzejmości MUSAC

112


Ekoestet yka

Z Blancą de la Torre, kuratorką wystawy Imbalance, o globalnych skutkach wyzysku przyrody przez człowieka i nowych relacjach między ekologią i sztuką rozmawia Ola Litorowicz 113


OL:

BT:

OL: BT:

OL:

*

**

Ekologia to dziedzina dziś kluczowa – wiemy już, jak negatywnie degradacja środowiska naturalnego wpływa na życie gospodarcze i społeczne. W jakim kontekście funkcjonuje tytuł wystawy, którą przygotowałaś w gdańskiej Łaźni, mówiący o nierównowadze – Imbalance? Czy przygotowana przez ciebie ekspozycja podsuwa jakiś sposób na osiągnięcie stanu równowagi? Ekologia polityczna znajduje się w centrum moich zainteresowań – nie tylko naukowych, ale też osobistych. To idzie w parze i jest, jak sądzę, widoczne w tle większości moich projektów. Imbalance spełnia swoje zadanie jako ogólny tytuł – krótki, bezpośredni i łatwy do zapamiętania – a przy tym oddaje to, jak istotne jest rozumienie ekologii w powiązaniu z czynnikami politycznymi, społecznymi i ekonomicznymi. Zaburzenie równowagi między nimi jest dziś wyraźnie widoczne. Jeśli chodzi o samą wystawę, to nie sądzę, by sztuka postulowała jakąkolwiek formę zrównoważenia. Jest raczej metodą przekazywania wiedzy i mnożenia perspektyw, z których patrzymy na świat, by go zrozumieć. Ekspozycja w Łaźni szkicuje rozmaite możliwości przedefiniowania naszych przekonań o środowisku i podejmuje krytykę antropocentrycznej perspektywy, której kultywowanie wciąż jest główną przyczyną obecnej sytuacji – ekocydu*. Jeśli sztuka nie daje gotowych recept na zrównoważenie, w jaki sposób może łączyć się z ekologią? Relacja między ekologią i sztuką istniała od zawsze. Nie jest tak, że ta druga miała opisywać tę pierwszą albo na odwrót – chodzi raczej o to, że zrozumienie faktów naukowych nie wystarczy, a sztuka potrafi otworzyć odmienne perspektywy na problematykę ekologiczną, z którą się dziś mierzymy. Wystawa nie pokazuje niczego naprawdę nowego – wszyscy świetnie zdajemy sobie sprawę, w jak skrajnym położeniu się znaleźliśmy. Jej zadaniem jest skłaniać widzów do przemyślenia idei natury oraz naszych z nią relacji. Podoba mi się ujęcie, jakie prezentuje Lucy R. Lippard w katalogu Art and Climate Change**. Pisze, że artyści nie zmienią świata sami, ale wzbogacają powszechną wiedzę wizualnymi impulsami i subtelnymi niuansami. Wierzę w polityczny wymiar estetyki i chciałabym, żeby sztuka szła w parze z etyką. Związki człowieka z naturą to nie tylko relacje globalne, ale przede wszystkim lokalne. Czy i w jaki sposób wystawa

Ekocyd [gr. oikos – dom, otoczenie + łac. occidere – zabijać] termin oznaczający dosłownie „zabijanie środowiska”, wszedł do obiegu w czasie wojny wietnamskiej. Masowe stosowanie herbicydów i defoliantów (substancje powodujące niszczenie roślinności, przede wszystkim liści na drzewach) doprowadziło do ogromnych zniszczeń w środowisku przyrodniczym. Od tych wydarzeń używa się słowa „ekocyd” na oznaczenie czynności mających na celu niszczenie środowiska człowieka, zwłaszcza w związku z działaniami zbrojnymi. Źródło: Ekosłownik Wydawnictwa Zielone Brygady, www.zb.eco.pl Lucy R. Lippard, Stephanie Smith, Andrew C. Revkin, Weather Report: Art and Climate Change, red. Kirsten Gerdes, Boulder Museum of Contemporary Art, 2007.

114


Marjetica Potrc: Caracas: House with Extended Territory, 2003. Dzięki uprzejmości MUSAC

BT:

OL:

BT:

poszerza społeczne rozumienie ekologii? I czy za jeden z celów stawia sobie wprowadzenie praktyk ekologicznych w codzienne życie? Nie wierzę w podział globalne–lokalne. Żyjemy w świecie, gdzie lokalne w mgnieniu oka staje się globalne i na odwrót. Wystawa Imbalance pełni funkcję miejsca – dosłownie i w przenośni – gdzie wyodrębnia się różne tryby myślenia o problemach dotykających nas wszystkich na co dzień, i próbuje się do nich podejść za pomocą sztuki, która w moim przekonaniu jest bardzo skutecznym narzędziem pogłębiania wiedzy. Gdybym zorganizowała wykład o problemach ludzi ubogich czy o zarządzaniu odpadami, prawdopodobnie przyszłyby tylko osoby już i tak zainteresowane tematem, a ja odwoływałabym się do faktów, które można znaleźć gdzie indziej. Tymczasem dyskurs, który proponuję za pośrednictwem prac zgromadzonych na wystawie Imbalance, oferuje alternatywny punkt widzenia tych samych realiów. Czy uprzedmiotowienie natury, o którym czytamy w opisie wystawy, nie jest nieco opresyjne i nie kojarzy się z taktyką, od której zachowania ekologiczne powinny raczej uciekać? Chodzi nie tyle o uprzedmiotowienie, ile o udomowienie, które nie powinno się kojarzyć pozytywnie. Jesteśmy częścią natury, należymy do niej – a nie na odwrót. Postawa antropocentryczna jest jednym z centralnych problemów, z jakimi konfrontuje się wystawa Imbalance. Zmiany klimatyczne i ogólnie większość dzisiejszych problemów natury ekologicznej ma korzenie w antropocentryzmie. Próbuję pokazać, że nawet te formy dialogu z naturą, które wydają się nieszkodliwe i zostały uznane 115


za normalne, w niektórych przypadkach mogą szkodzić bardziej, niż sądzimy. Trzeba się na chwilę zatrzymać i to przemyśleć. OL: Czym jest ekoestetyka, czyli sztuka zaangażowana w ochronę środowiska? Czy częściej mamy szansę oglądać ją w instytucjach sztuki, czy raczej „w działaniu”? BT: Ekoestetyka jest nastawiona interdyscyplinarnie, nie ogranicza się do ochrony środowiska. Jak wspomniałam, relacja między sztuką i ekologią istniała od zawsze. Z kolei za początek ruchów ekologicznych możemy przyjąć rok 1962, kiedy to Rachel Carson opublikowała Milczącą wiosnę, a artyści już pod koniec lat 60. zaczęli eksperymentować z praktykami twórczymi, które podnosiły świadomość ekologiczną i wykraczały poza wymiar czysto estetyczny. Weźmy na przykład tak zwane estetyki restauracjonizmu, mamy też wspaniałe prace Newtona i Helen Mayer Harrisonów, Alana Sonfista, Patricii Johanson, Harriet Feigenbaum, Betsy Damon i wielu innych. OL: Część obrazów, rzeźb, instalacji, wideo i fotografii pokazywanych na wystawie pochodzi z kolekcji MUSAC, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej Kastylii i León. Jaka jest rola instytucji kultury w debacie dotyczącej zagrożeń ekologicznych, tak chętnie negowanych przez polityków na najwyższych szczeblach władzy? BT: Jestem przekonana, że rolą instytucji kultury powinno wytwarzanie wiedzy. A zatem niezależnie od tego, czy są publiczne, czy prywatne, placówki te powinny zachowywać pełną niezależność i wolność od wpływów rządowych czy jakichkolwiek innych relacji władzy. Rządy powinny finansować kulturę jako wspólne dobro, a nie ją instrumentalizować. OL: Jakie pojęcia są kluczowe dla rozumienia najnowszych trendów w pracy z problemem śmieci i zanieczyszczenia środowiska naturalnego? BT: Masz chyba na myśli coś w rodzaju powszechnie znanych formuł „3xR”: reduce, reuse, recycle*, do których często dołącza się jeszcze czwarty: regeneracja zasobów. Kłopot w tym, że część z tych haseł straciła swoje pierwotne znaczenie, a nie znaleźliśmy jeszcze nowych, lepszych określeń, które mogłyby je zastąpić. Weźmy choćby pojęcia „ekologia” czy „zrównoważony rozwój” – zostały zużyte do tego stopnia, że oderwały się od swoich wyjściowych sensów. Widzimy te wyrazy wszędzie, przy ich pomocy korporacje „farbują się na zielono”, włączając je do strategii marketingowych. To sprawiło, że te słowa zaczęły wywierać na ludziach inne wrażenie i przestały być wiarygodne. A przecież „ekologia” ma jeszcze głębsze znaczenie – wywodzi się z greckiego oikos, czyli dom; przypomina zatem, że Ziemia nie jest czymś zewnętrznym, co możemy eksploatować, lecz przeciwnie – jest naszym domem. I właśnie dlatego bardzo lubię to słowo.

*

Po polsku „3xU”: unikaj kupowania zbędnych rzeczy, użyj powtórnie, utylizuj.

116


Lúa Coderch: Night in a Remote Cabin Lit by a Kerosene Lamp

OL:

BT:

A śmieci? Zbawią nas czy zniszczą? Śmieci są częścią naszej codzienności, ale nikt z nas nie zastanawia się zbyt długo nad tym, jak bardzo wieloaspektowy jest to problem. Recyklingujemy i sądzimy, że to wystarczy – a w istocie tylko uspokajamy sumienie.

Imbalance do 19.11 CSW Łaźnia 1, Gdańsk, ul. Jaskółcza 1, laznia.pl

Blanca de la Torre niezależna hiszpańska kuratorka i krytyczka sztuki. Przez wiele lat związana z Baskijskim Centrum Sztuki Współczesnej ARTIUM. Przygotowywała wystawy między innymi w Nowym Jorku, Pradze, Londynie, Madrycie, Bogocie i Belgradzie. Autorka tekstów w wielu mię-

117

dzynarodowych publikacjach, między innymi: „Input”, „Arte al Dia International”, „EXIT” czy „Campo de Relámpagos”. W 2017 roku realizowała projekty między innymi w MUSAC (León), Łaźni (Gdańsk), Carrillo Gil Museum (Meksyk) oraz South Florida Art Center (Miami).


Open Group: Biografia, 2014, instalacja multimedialna: performans i wideo. Dzięki uprzejmości PinchukArtCentre w Kijowie, fot. Alexander Pilyugin

118


Widz tot alny Gru py Otwa rtej Z członkami kolektywu Open Group, skupiającego ponad 400 twórców, specjalnie dla NN6T rozmawia artystka Jana Shostak (oraz odwrotnie) 119


Muszę przyznać, że wywiad z czteroosobową grupą to spore wyzwanie. GROUP: Dobrze, że nie próbujesz przeprowadzić rozmowy ze wszystkimi uczestnikami grupy – aktualnie jest ich czterystu [śmiech]. W pracy Wywiad. Między nami ujawnia się wasze indywidualne podejście do tego tematu. Czy pomysł na wspólne działanie jest częścią fenomenu i potrzeby tworzenia grup artystycznych na terenie Ukrainy? Na Ukraine trwa zauważalny boom na samoorganizację. Instytucje normalnie funkcjonujące w polu sztuki można policzyć na palcach jednej ręki. Bez odpowiednich instytucji nie ma mowy o sprawnie działającym rynku sztuki. Trzeba podkreślić, że nasza grupa powstała w prywatnym mieszkaniu, tam stworzyliśmy galerię. Po studiach dostaliśmy stypendium Gaude Polonia w Warszawie i wtedy zdecydowaliśmy, że musimy stworzyć grupę artystyczną, aby móc dalej wspólnie pracować. Różnorodność jest dla nas jednym z elementów spajających. Oprócz indywidualnego podejścia połączyła nas wspólna praca nad tematem czasu, a także problematyka przestrzeni galeryjnych (stąd też nasze pierwsze wspólne działanie). Stąd „Open” w nazwie? Zgadza się. Jesteśmy otwartą grupą. Oprócz tego jeden z założycieli twierdzi, że to dobry chwyt marketingowy: nazwa nas tłumaczy, a angielskie słowo robi dobre pierwsze wrażenie [śmiech]. Musicie mieć sposoby na wypracowywanie kompromisów. Nie szukamy zgody ani kompromisów. Jesteśmy gotowi ponieść konsekwencje swoich decyzji. Jednocześnie musimy przyznać, że nauczyliśmy się nie poruszać tematów, które wzbudzają zbyt wiele kontrowersji między nami. Właściwie przestaliśmy się kłócić, ale nie rezygnujemy z dynamicznej wymiany zdań. Jak widzicie przyszłość Open Group? Marzy nam się, żeby grupa działała bez nas, zupełnie samodzielnie. Pojawiają się wciąż nowe osoby i koordynujemy pracę nowych członków, mamy jednak nadzieję, że z czasem nasza obecność stanie się zbędna. To dla nas ważne, żeby po pewnym czasie po prostu odpuścić – tak jak rodzice wprowadzający w świat swoje dorastające dziecko. Czyli Grupa Otwarta całkowicie się otworzy? Być może... [śmiech]. Wasze projekty, takie jak Otwarta Galeria, nasuwają skojarzenia z teorią Formy Otwartej Oskara Hansena. Czym według was powinny być galerie sztuki? Na pewno nie white cube’ami [śmiech]. Liczy się efemeryczność miejsca. Jakiś czas temu stworzyliśmy galerię w lesie – jej istnienie określały naturalnie opadające jesienne liście, zakrywające oznaczoną przestrzeń.

JANA SHOSTAK: OPEN JS:

OG:

JS:

OG:

JS: OG:

JS: OG:

JS: OG:

JS:

OG:

120


Open Group: Te same miejsca, 2016, 22 tablice i dokumentacja wideo, Narodowe Muzeum Sztuki w Kijowie. Fot. M. Melnychenko

JS: OG:

JS:

OG:

Jedna z naszych galerii znajdowała się w opuszczonym domku na terenach zalewowych. Dorobiliśmy klucze do drzwi wejściowych, aby móc otwierać ją o dowolnej porze. Sprzedaliśmy 5 kompletów kluczy. Warunkiem był obowiązek odwiedzenia galerii, bez względu na pogodę i stan wody w rzece. Ten dom stał opuszczony, pewnie z powodu licznych wiosennych powodzi. Drzwi były zamknięte, więc Pavlo próbował otworzyć je za pomocą swoich kluczy do domu. Co ciekawe, jeden z nich pasował. Seria prac powstałych wokół Otwartej Galerii zainspirowała nas do stworzenia grupy. Dzięki niej mamy bazę do kolejnych działań. W ramach tego projektu wynajmujecie też przestrzenie w innych galeriach. Co się wydarza, kiedy tam ingerujecie? To działanie polega na wynajmowaniu jednego metra sześciennego przestrzeni różnych galerii w określonym czasie. Jedna z galerii użyczyła nam miejsca dożywotnio, inne na 2–4 lata. Do tej pory udało nam się namówić na współpracę 5 placówek. Niektóre z nich udostępniły nam konkretne miejsce, na przykład toaletę, inne korytarz lub fragment sali wystawowej. Kolektywne działanie to podstawa kształtowania się Grupy. W pracy Biografia proponujecie widzom, aby do was dołączyli. Kim są wasi odbiorcy? Każdy z nas jest jednocześnie twórcą i widzem. Jeśli przyjmę taką perspektywę, mam już trzech widzów. Próbujemy przede wszystkim usatysfakcjonować siebie nawzajem. 121


Open Group: Galeria z widokiem na las, 2012, w ramach projektu Galeria Otwarta, Samiylychi, Wołyń, Ukraina (2012)

122


123


JS: OG:

JS:

OG:

JS:

OG:

JS:

OG:

JS:

Wychodzimy do odbiorców ze swoimi propozycjami. Robimy to dla ludzi, którzy lubią sztukę, jednak nie dla „fanatyków” czy artystów. Liczy się różnorodność osób, które stykają się z naszymi pracami, i ich opinie. Profesjonalna krytyka i opis emocji towarzyszących doświadczeniu odbioru są dla nas równie ważne. Czy każdy z was przeczytał wszystkie biografie, które powstały w ramach tego działania? Główną częścią konspektu, nad którym pracowaliśmy z artystą Yuriyem Sokolovym, jest wprowadzenie napisane przez Daniela Charmsa. Człowiek jest częścią świata – to na pewno wszyscy przeczytaliśmy [śmiech]. Musimy przyznać, że nikt z nas nie był w stanie przebrnąć przez wszystkie biografie, jest ich zdecydowanie za dużo. Dzieliliśmy zadania między siebie. Jeden z nas przepisywał biografie, ktoś inny w tym czasie zachęcał gości do pisania, a inni gotowali obiad. Jak wygląda wasza wewnętrzna organizacja? Liderzy zmieniają się w naturalny sposób w zależności od pracy. Nie mamy z tym żadnych problemów. Działamy wspólnie i być może to pozwala nam nadal intensywnie razem tworzyć. Pojęcie Arte Útil (sztuka użyteczna) staje się coraz bardziej popularne, i wasze działania świetnie wpisują się w te założenia. Czy czujecie związek między waszą twórczością i tą koncepcją? Nie wiem, czy nasze prace komuś pomagają. Może Otwarte Galerie były przykładem takiego działania. Galerię na placu Arsenalnym we Lwowie ludzie wykorzystywali do tego, żeby usiąść i coś zjeść. Nie zastanawiamy się, jak działają nasze prace, po prostu działamy. To, że na Ukrainie brakuje instytucji, magazynów, krytyków sztuki itd., nie pomaga nam samym definiować naszej twórczości przez pryzmat tego, co się dzieje na świecie. Chcielibyśmy wreszcie usłyszeć konstruktywną krytykę. Ale to, że nasza twórczość odnosi się do lat 70. i 80. XX wieku, już wiemy [śmiech]. Od Janusza Bałdygi, naszego mentora podczas rezydencji Gaude Polonia, usłyszeliśmy, że nasza wystawa była dobra. To jest dla nas najważniejsze. Wasza praca pokazywana w pawilonie ukraińskim podczas 56. Biennale w Wenecji dotyczyła czekania na powrót żołnierzy do domu. Czy wszyscy wrócili? Niestety nie. Wróciło sześciu spośród dziewięciu żołnierzy biorących udział w projekcie. Ta praca nie była łatwa, to było wyzwanie – musieliśmy znaleźć rodziny żołnierzy, którzy zgodzili się na zrobienie live streamu 24/7 przez cały czas trwania biennale. Kadr pokazywał drzwi wejściowe ich domów. Tak naprawdę każda z waszych prac mogłaby stanowić oddzielną wystawę. 124


Open Group: Bez tytułu, od 2015, stół, drukarka, interfejs internetowy, papier, 57. Międzynarodowe Biennale Sztuki w Wenecji (2017). Dzięki uprzejmości PinchukArtCentre, fot. Sergey Illin

OG:

JS:

Właściwie każda praca była przygotowana specjalnie na oddzielną wystawę. Już kiedy musieliśmy zaprezentować trzy nasze prace w jednym pomieszczeniu, to było wyzwanie. Zdecydowaliśmy się jednak na takie stężenie, chcieliśmy pokazać pięć lat naszej działalności w przekroju – podczas wystawy w galerii Arsenał w Białymstoku pokazaliśmy łącznie 15 prac. Jak kulturyści, chcieliśmy zaprezentować się z każdej strony jednocześnie [śmiech]. Chcieliśmy nawet zatrudnić osobę, której zadaniem byłoby obejrzeć wszystkie nasze prace. Żaden z nas nie zobaczył wszystkich prac w całości, wymieniamy się informacjami na ich temat. Może powinniśmy opłacać naszych widzów [śmiech]. Postanowiłam podjąć to wyzwanie i zostać jedyną widzką, która obejrzy wszystko. Zwiedzałam w stachanowskim tempie, prawdopodobnie nieosiągalnym dla zwykłego widza [śmiech]. Po czterech dniach i nocach zwiedzania poprosiłam, aby członkowie Open Group zadali mi pytania dotyczące ich twórczości. Przy której pracy chciałabyś z nami współpracować? Gdybym miała wybierać z tego, co jest na wystawie, to na pewno przy Podwórku. Może nawet zaprosiłabym do współpracy Gregora Schneidera lub namówiłabym instytucje artystyczne do odtworzenia domów w skali 1:1. Odbudowa z pamięci makiet domów straconych podczas

Stanislav Turina: JS:

125


Open Group: Te same miejsca, 2016, 22 tablice i dokumentacja wideo, Narodowe Muzeum Sztuki w Kijowie. Fot. M. Melnychenko

wojny jest niezwykle mocnym i aktualnym gestem. Temat wojny nigdy się nie kończy – pokazujecie to, zestawiając dom zburzony podczas obecnej wojny z innym, zburzonym przed osiemdziesięciu laty. Niezwykle wzruszające były wspomnienia właścicieli, kiedy zaczynali opowiadać o dorodnych i smacznych gruszkach ze swoich podwórek. ST: Ile razy patrzyłaś w okno? JS: Patrzyłam może cztery, pięć razy, żeby zorientować się, czy już się ściemnia. Podczas czterodniowego pobytu w galerii z waszymi pracami straciłam poczucie czasu. Zerkałam na zegarek tylko przy okazji wpisywania czasu poświęconego na oglądanie do „protokołu”. Anton Varga: Skrajne sytuacje są dla nas niezwykle ważne. Czy gest podjęcia głodówki w pracy Nadzieja jest zrozumiały dla widza? JS: To trudna praca, zwłaszcza w kontekście jej udziału w 56. Biennale w Wenecji, gdzie większość odbiorców dosłownie biegnie od pawilonu do pawilonu, żeby zdążyć obejrzeć całość. Widzimy jedynie siedzącego przy stole performera patrzącego na live stream drzwi wejściowych. Ta praca sama w sobie, w postaci krótkiej ekspozycji wideo, nie ma sensu, ponieważ najważniejszy był proces (potwierdzony waszym gestem podjęcia głodówki przez cały okres trwania biennale). Mocniejszym doświadczeniem byłoby śledzenie całości na żywo – obserwowanie, jak wypatrujecie na czczo powrotu syna, ojca, żołnierza na ekranie. AV: Czy łatwo ci było odczytać nasze dioramy? JS: To nie było łatwe zadanie. Historycznie dioramy w Związku Radzieckim pełniły funkcję propagandową, wy natomiast próbujecie z ich pomocą stworzyć „przestrzeń spokoju”. Znając was osobiście, próbowałam 126


Open Group: Podwórko, 2015, instalacja, wideo, modele architektoniczne, 56. Międzynarodowe Biennale Sztuki w Wenecji (2015). Dzięki uprzejmości Biura Festiwalowego IMPART, fot. Malgorzata Kujda

Pavlo JS:

PK: JS:

znaleźć wasze alter ego odgrywane przez aktorów w filmie, który pokazywał dyskusje przy stworzeniu wymarzonej dioramy. Kovach: Chciałabyś wytatuować sobie swoją biografię? Wierzę w materializację słów – w czytanie własnej historii za każdym razem, kiedy zobaczę słowa na swoim ciele. Będą wbijać mi się w pamięć i wytwarzać sentyment do przeszłości. Robi na mnie wrażenie ta potrzeba wyrzucenia z siebie pewnych rzeczy. W tej pracy ważna jest też próba oczyszczenia – miałam wrażenie, że ludzie piszą swoje biografie z nadzieją, że ich historia przeczytana przez kogoś innego przyniesie im ulgę. W trakcie czytania 496 biografii (stan na 22 września 2017) po każdej kolejnej pojawiała się nowa kategoria do podliczania, wcześniej niezauważalna. Była grupa tych, co piszą, że kiedyś będą znani i że jeszcze tę biografię sprzedacie (5 osób). Grupa tych, którzy mówią o sobie w trzeciej osobie (14 osób). Grupa tych, którzy dają czytelnikowi rady życiowe (23 osoby). Grupa tych, co wspominają o swoich fizjologicznych danych (17 osób). Grupa tych, którzy wspominają o swojej rodzinie (221 osób), i tych, co piszą erotyczne wspomnienia (2 osoby). Po przeczytaniu jednego biogramu miałam mokre oczy. Którą pracę powiesiłabyś u siebie w domu? Nie każdą pracę da się powiesić. Postawiłabym w domu pracę Bez tytułu. Jest to pomnik, który codziennie aktualizuje się na żywo. Postanowiliście stworzyć symbol pamięci 9940 ofiar konfliktu na Ukrainie (dane sprzed 15 marca 2017), tworząc archiwum nowych znajomości, w których dążycie do tej samej liczby. Drukując tę rzeźbę w przestrzeni wystawy, 127


Jana Shostak jako widz totalny Open Group, 2017. Fot. dzięki uprzejmości artystki

Yuriy JS:

YB:

JS:

dosłownie ją ożywiacie. Jednak nie jestem pewna, czy byłoby mnie stać na pracę obecnie pokazywaną na Biennale w Wenecji [śmiech]. Biley: Czy po obejrzeniu wystawy czujesz się częścią grupy? Tak. Nigdy jeszcze nie poświęciłam tyle czasu na zbadanie twórczości jednej grupy. Myślę, że ustanowiłam rekord Guinnessa w kategorii „najwytrwalszy odbiorca sztuki”. Uważam, że każdy widz staje się częścią dzieła, jeżeli artysta decyduje się udostępnić je publiczności. Mam to wrażenie szczególnie przy waszych pracach, wiedząc, że każdy może zostać członkiem Grupy. Duża część prac jest mocno osadzona w kontekście ukraińskim. Czy zagraniczny widz bez znajomości tego tła może zrozumieć sens tych prac? Mówienie o niektórych problemach nie jest łatwe, nawet gdy zna się kontekst. Jeśli praca jest dobrze skonstruowana, może zostać zrozumiana w każdym zakątku kuli ziemskiej, niezależnie od kontekstu kulturowego. W przypadku pracy Tylko do użytku zewnętrznego, która jest dokumentacją drogi z waszych domów do przestrzeni wystawienniczej PinchukArtCentre, zachowujecie przejrzystość przekazu, mimo kontekstu: podziału przebiegającego wewnątrz Ukrainy na osi wschód–zachód. Praca składa się z trzech części: grupowego zdjęcia ludzi z wagonu pociągu relacji Lwów–Kijów, książki z dokumentacją urywków muzyki, gazet, które ludzie czytali po drodze, oraz wideo z wykonanym przez aktorów odtworzeniem autentycznych rozmów usłyszanych podczas podróży. Ta ostatnia część najbardziej do mnie przemawia. Pokazujecie w niej rolę przypadkowego pasażera w kształtowaniu waszej codziennej drogi. 128


Open Group: Te same miejsca, 2016, 22 tablice i dokumentacja wideo, Narodowe Muzeum Sztuki w Kijowie. Fot. M. Melnychenko

OPEN GROUP jeden z najciekawszych kolektywów artystycznych działających na terenie Ukrainy, założony w 2012 roku we Lwowie przez sześciu artystów. Dziś tworzą go: Yuriy Biley, Anton Varga, Stanislav Turina i Pavlo Kovach. W 2013 roku zdobyli nagrodę specjalną, a dwa lata później roku Grand Prix w konkursie PinchukArtCentre

– to najważniejsza nagroda przyznawana młodym artystom w Ukrainie. Ich prace prezentowane były w pawilonie ukraińskim podczas 56. Międzynarodowego Biennale Sztuki w Wenecji. Jesienią 2017 roku galeria Arsenał w Białymstoku pokazywała wystawę Open Group: Ze względu na okoliczności (kurator: Waldemar Tatarczuk).

129

JANA SHOSTAK zrealizowała dyplom o nowakach na Wydziale Sztuki Mediów na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w Pracowni Działań Przestrzennych Mirosława Bałki. Laureatka Grand Prix konkursu Młode Wilki 2016, ustanowiła jeden z polskich rekordów Guinnessa.  heart-is-for-art. tumblr.com


RSS BOYS, N0B0DY, 2017 #weselepoprawiny #polskiteatrtańca #posprzątane #polska #właśnie #balon #pisk #pękanie #śmieć #resist

130


Śmierć a polityczn ości Czy możliwe jest działanie poza sferą polityczną? Czy może poza nią pozostawać kultura? Czy kiedy mówimy „apolityczność”, nie chodzi nam po prostu o apartyjność? Próbując podsumować intensywny rok bogaty w protesty i demonstracje, Ada Banaszak spytała o to dziennikarzy, aktywistów i badaczy współczesności 131


Apolityczność ma dwa podstawowe znaczenia: po pierwsze może być rozumiana po prostu jako norma prawna obowiązująca urzędników państwowych, dziennikarzy informacyjnych i przedstawicieli innych zawodów, od których wymaga się niezawisłości. Tak rozumiana apolityczność to pozytywne zjawisko, z którym jednak w Polsce jest ostatnio kiepsko – PiS wycofał obowiązek zachowania apolityczności przez funkcjonariuszy służby cywilnej (teraz urzędnicy mogą już należeć do partii politycznych), a co się dzieje z dziennikarstwem informacyjnym i mediami publicznymi, które straciły ten walor, obserwujemy właściwie każdego dnia. Drugie znaczenie dotyczy indywidualnej postawy. Agata Diduszko-Zyglewska Krytyka Polityczna

Ludzie mówią o sobie, że są apolityczni, kiedy nie interesują się sprawami związanymi z działaniem państwa, nie chodzą na wybory i nie biorą udziału w referendach – takie myślenie ma w Polsce wielu zwolenników. W tym sensie bycie apolitycznym oznacza niewypełnianie powinności obywatelskich, ponieważ umowa społeczna wiążąca obywateli danego kraju zobowiązuje ich do tego rodzaju aktywności.

Jednocześnie wielu ludzi nie rozumie, że polityczne jest właściwie wszystko, co robimy – nie tylko wrzucenie głosu do urny, ale każdy nasz wybór, czy to związany z pracą, czy z zakładaniem rodziny, czy z gospodarowaniem pieniędzmi… W takim ujęciu deklarowana przez nich apolityczność jest właściwie iluzoryczna. Uciekanie od polityki to wielki problem, ponieważ, czy tego chcemy czy nie, to, jak działa państwo, wpływa na nasze codzienne życie. Jeżeli twierdzimy, że polityka i politycy są źli i nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego, odcinamy sobie dostęp do narzędzi zmiany. Jeżeli chcemy, żeby coś się zmieniło w państwie i w prawie, to w Polsce te działania zależą od polityków. Jeżeli nie kierujemy swoich próśb czy żądań bezpośrednio do nich ani nie zmuszamy ich do formułowania zobowiązań, zapraszając na demonstracje i prosząc o wypowiedź, sprawiamy, że politycy mogą czuć się zwolnieni z odpowiedzialności. Apolityczność dziś – z akcentem na „dziś” – jest formą ucieczki, zamykaniem oczu na niezwykle istotny aspekt rzeczywistości, jakim są rozgrywające się wokół nas fundamentalne konflikty społeczne o charakterze politycznym. Istnieje też inne, bardziej pozytywne wytłumaczenie tej postawy, głoszące, że apolityczność to odrzucenie dawnej polityki, tak by mogła się narodzić nowa. Taką tezę sformułowała już między innymi pani Marta Lempart, organizatorka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. W ostatnich latach polityka w świecie zachodnim – a w szczególności w Polsce – sprowadzała się do fasadowych rozgrywek pomiędzy różnymi partiami, które wszystkie realizowały właściwie taki sam program. Demokracja stała się fasadą dla neoliberalnego systemu ekonomicznego. Andrzej Leder

filozof kultury

132


Stąd wśród wielu przedstawicieli społeczeństwa rozwinęło się przekonanie, że polityka jest pewnego rodzaju grą, za którą stoją tylko ekonomiczne interesy wąskiej grupy – a z taką polityką nie chcemy mieć nic wspólnego. Nie jest to doświadczenie jedynie polskie – wystarczy wspomnieć ruchy protestu takie jak Oburzeni (Indignados) w Hiszpanii czy Occupy Wall Street w Stanach Zjednoczonych.

One też odcinały się od wszelkiej polityczności, a nawet wszelkiej instytucjonalizacji, jednak taka strategia okazała się samobójcza, ponieważ żaden z tych ruchów nie przetrwał długo. Wielu z ich aktywistów po pewnym czasie dostrzegło natomiast potrzebę zbudowania pewnej struktury politycznej – dołączyli oni do Podemos lub współtworzyli kampanię Bernie’ego Sandersa.

Potrzebne jest rozpoznanie, że wyjście w przestrzeń publiczną, szczególnie z hasłami dotyczącymi obrony pewnego rodzaju fundamentalnego porządku politycznego, jak to ma miejsce w Polsce, nie może być apolityczne. Moim zdaniem jesteśmy świadkami rozpadu modelu politycznego związanego z doktryną neoliberalną, dominującą od lat 80., epoki Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Odpowiedzią na to jest z jednej strony autorytaryzm w stylu Recepa Tayyipa Erdoğana albo Viktora Orbána, na których wzoruje się PiS, a z drugiej strony nowa polityczność – taka, jaka ujawniła się w Polsce podczas ostatnich protestów. Na najbardziej ogólnym poziomie apolityczność to bierna aksocjolog, filozof społeczny, ceptacja istniejących warunków autor pracy Neoliberalizm społeczno-ekonomicznych, objai społeczeństwo obywatelskie wiająca się obojętnością i bezwładnością polityczną. Objawy te nie są tylko efektem zwykłego braku zaangażowania politycznego – wynikają raczej z braku rozpoznania własnych interesów. W Polsce przejawia się to wypowiedziami typu „jakoś to będzie” albo „róbmy swoje”, a także słynnym „róbta, co chceta”. Trwające przez ćwierć wieku TINA, czyli brak alternatyw wobec neoliberalnego menadżeryzmu politycznego, poskutkowało zindywidualizowaniem strategii przetrwania i pojawieniem się strategii egoistycznej maksymalizacji osiągnięć, bez refleksji nad możliwością zaistnienia innych światów społecznych. Tym samym jeszcze bardziej podupadła postawa troski o innych ludzi, i tak zawsze rachityczna (zwłaszcza w klasie średniej). Paweł Stefan Załęski

Apolityczność stała się zinstytucjonalizowaną formą konformizmu, który z perspektywy systemu społecznego jest najbardziej dla niego zabójczą strategią indywidualnych działań. Jego wyrazem stał się nie tyle brak oporu 133


– bo ten jest obecny, często nawet wyraziście – ale brak pozytywnej wizji zmian, projektu politycznego mogącego stanowić przeciwwagę dla dominującej neoliberalnej narracji. Neoliberalni politycy od lat starają się wmówić społeczeństwu, że to rynek ekonomiczny, kłamliwie zwany wolnym, jest istotą demokracji. W haśle „liberalna demokracja” – jedynej słusznej alternatywie dla socjaldemokracji – zostało zaszczepione zidentyfikowanie demokracji z wolnością wyboru, ale tylko w wymiarze konsumpcyjnym, ekonomicznym. Perspektywa rynkowa zdominowała horyzonty indywidualnych strategii życiowych ideą „bogacenia się” i kompulsywną konsumpcją, wymuszającymi skrajny konformizm wobec narzuconych reguł. Skala obecnych zachowawczych protestów dobrze obrazuje ten stan konformizmu. Protesty zostały oparte na fikcyjnej idei trójpodziału władzy, której autorem jest nie Monteskiusz, tylko jeden z jego anonimowych tłumaczy z fabryki translacyjnej Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W żadnym innym języku, a zwłaszcza we francuskim, taki termin nie występuje. Sam Monteskiusz pisał o „rozdzieleniu władz” – jako sposobach funkcjonowania różnych ustrojów: monarchicznego czy arystokratycznego, ale raczej nie demokratycznego, który, jak wielu jemu współczesnych, utożsamiał z anarchią. Wbrew opiniom obecnych obrońców istniejącego porządku konstytucyjnego Monteskiusz, który sam zresztą był sędzią, pisał, że władza sądownicza, jako szczególnie groźna dla pojedynczego obywatela, powinna pochodzić z wyborów i mieć charakter kadencyjny. No ale kto dzisiaj czyta klasyków krytycznie i ze zrozumieniem? Fundamentem współczesnej apolityczności jest niewiedza, ignorancja – efekt wieloletnich działań niszczących i trywializujących system edukacyjny oraz akademicki jako istotną część znienawidzonego przez liberałów i skrajną prawicę państwa opiekuńczego, którego ekonomiczną podstawę stanowi równie znienawidzony progresywny system podatkowy. Apolityczność dzisiaj, podobnie jak w przeszłości, jest słodkim złudzeniem kultywowanym przez pięknoduchów z klasy średniej i kreatywnej, którym wydaje się, że jeśli nie będą angażować się w politykę, będą mieli czyste rączki, święty spokój, dobrobyt i szczęście. Roman Pawłowski

krytyk kultury, członek ruchu Kultura Niepodległa

Otóż sprawdziło się popularne powiedzenie, że jeśli nie interesujesz się polityką, ona zainteresuje się tobą. Kilkanaście lat deprecjonowania polityczności w Polsce doprowadziło do rezygnacji dużej części obywateli i obywatelek z udziału w wyborach i innych formach zaangażowania politycznego, co utorowało drogę dla prawicy 134


narodowo-katolickiej. A ta z apolitycznością nie ma żadnego problemu – upolitycznia wszystko i wszystkich. Na szczęście od kilkunastu miesięcy mamy do czynienia z obywatelskim przebudzeniem społeczeństwa, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze demonstracje w obronie demokracji, lecz także rosnąca liczba inicjatyw oddolnych, nowych ruchów, stowarzyszeń czy fundacji, powstających na różnych polach i działających w różnych sprawach, od obrony Puszczy Białowieskiej po obronę wolnej kultury. Łączy je jedno: wszystkie są reakcją na zawłaszczanie Polski przez partię rządzącą. Paradoksalnie PiS, budując swój monopol na władzę, obudził polityczność Polaków, zmusił ich do myślenia w kategoriach wspólnoty, a nie tylko jednostki, popchnął do działania. Widzę w tym pozytywny aspekt katastrofalnych zmian, jakie od dwóch lat zachodzą w naszym kraju. Myślę, że odrodzenie polityczności Polaków i Polek zmieni polskie życie publiczne, w tym samych polityków, zamkniętych w ciasnych ramach partyjnych interesów. Dzięki mechanizmom społecznej kontroli władzy będą oni musieli bardziej liczyć się z opinią obywateli, nie tylko w okresie wyborów. Apolitycznym nazwałbym każde działanie, które nie jest polityczne, a więc nie dąży do wywierania wpływu na politykę i polityków. W kontekście ostatnich wydarzeń związanych z ustawą o sądownictwie również mówiono o „apolityczności”. Rozumiana była ona jako „apartyjność”, jako strategia zdystansowania się od partii politycznych oraz postaci związanych z obecną sceną polityczną. Adam Kądziela Demokratyczny Front Młodych

Wiele osób biorących udział w demonstracjach twierdziło, że nie angażuje się politycznie, ponieważ uprawianie polityki w powszechnym mniemaniu jest czymś złym.

Tworząc ponadpartyjny Demokratyczny Front Młodych, podkreślaliśmy, że jest to przestrzeń otwarta nie tylko dla osób związanych z młodzieżówkami partii, ale też dla każdego, kto chce wyrazić swój sprzeciw wobec decyzji PiS. Gromadzimy ludzi, którym zależy na poszanowaniu prawa i demokracji, którzy chcą, żeby Polska była w Unii Europejskiej i którzy bronią tego, co zdefiniowaliśmy jako „normalność”.

Kuba Szreder

Konsorcjum Praktyk Postartystycznych

Apolityczność to brak wyobraźni.

135


art-terapia Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach Marta Królak

W naszej stolicy rozpoczął się nowy se­ zon artystyczny. Tymczasem ja ucie­ kłam do Holandii, zmęczona polskim artworldem pojechałam szukać inspira­ cji w kraju marihuany i posiłków z mi­ krofali, miejscu emigracji mojej lep­ szej połówki. Ponieważ na Zachodzie pieniądze rozpływają się z prędkością światła, w połowie wyjazdu nie było mnie stać na nic oprócz pedałowania całymi dniami na rowerze. Na ulicach co rusz słyszałam przekleństwa w języ­ ku polskim i wciąż zastanawiałam się, jak przepisać te doświadczenia na tera­ peutyczny tekst. To prawda, że ciągle piszę o depresji, pisałam też o sztuce fail, która karmi się własnymi poraż­ kami i którą napędza (niespełniona) obietnica sukcesu. Powiem wam tyle: w depresji jest taki moment, w którym czujesz się tak źle, że jest ci już wszyst­ ko jedno, co się z tobą stanie. Jeśli jed­ nak tak jak ja masz szczęście i szybko pójdziesz na terapię (do czego wszyst­ kich zachęcam), w końcu zrozumiesz, że przekroczenie tej granicy sprawia, że w zasadzie skoro nie może być już go­ rzej, to może być tylko lepiej. Wtedy właśnie w mojej udręczonej głowie zro­ dził się pomysł na terapeutyczną rubry­ kę, która rządzi się jedną zasadą: pisać tylko o rzeczach pozytywnych. Ale jak pisać o pozytywach, skoro ostat­ nio, zamiast oczyszczającej wzruszki, sztuka wywołuje we mnie albo smu­ tek, albo nudności? Ostatnim razem płakałam na filmie Podstawowe zasady Broom­berga & Chanarina dwa lata temu. Nie pytajcie, jak żyłam przez te

dwa lata, doprawdy nie wiem. Widzia­ łam najlepszych artystów mojego po­ kolenia uciekających w pretensjonal­ ność i przekombinowanie. Najlepsze instytucje trawione wirusem „cośtam w sztuce”. Najlepszych krytyków, któ­ rzy pozo­stali ślepi na wielowymiaro­ wość artystycznych gestów. Co jest nie tak z dzisiejszym artworl­ dem? Czyżbyśmy wszyscy zapadli na syndrom oszusta, kwestionujemy swo­ ją wartość i nie wierzymy we własny sukces? Czy tak żeśmy się wyklepali po plecach, że nikomu z nas już nie moż­ na ufać? Na portalu Literary Hub opu­ blikowano niedawno poruszający esej Chelsea Martin zatytułowany The Most Important Skill I Learned at Art School: How to Bullshit. Autorka opisuje w nim swoje doświadczenia z koledżu, skru­ pulatnie wyliczając każdy grosz, któ­ ry z zaciągniętych kredytów wydała na bezużyteczne kursy w szkole artystycz­ nej, po to, by na samym końcu odna­ leźć medium, w którym najlepiej się spełnia. Jednak aby zostać dopuszczo­ ną do obrony dyplomu, musiała prze­ konać najstarsze stołki, że chociaż wy­ czerpała już pulę zajęć przewidzianą dla studenta, zasługuje na to, aby kon­ tynuować naukę. Gimnastyka, jaką mu­ siała wykonać, aby połączyć wszystkie swoje mniej lub bardziej udane próby zrealizowania artystycznej wizji, przy­ pomina linię obrony z dowolnego od­ cinka legendarnego programu Sędzia Anna Maria Wesołowska. Najstraszniej­ sze w tej historii wydaje mi się jednak poczucie upokorzenia towarzyszące jej

136


Hans Eijkelboom, With My Family, 1973. Dzięki uprzejmości Fotomuseum Den Haag

do dziś z powodu grubości nici, którymi uszyty był jej bullshit. To czuje się w powietrzu również w Pol­ sce, chociażby wśród młodych arty­ stów, którzy nienawidzą wszystkich. Mowa nienawiści, której próbują się na­ uczyć, utrata wiary w sztuki wizualne i ich wpływ na społeczną rzeczywistość, wstręt do systemu – to wszystko jest bardzo prawdziwe, wręcz szlachetne, aczkolwiek nie ma w tym nic nowego. Te uczucia nie są mi zresztą obce, ale ja nie pójdę tą drogą, bo nie potrafiłabym sobie spokojnie spojrzeć w twarz. W Holandii jest taki człowiek, nie wiem do końca, czy jest artystą, czy zaginio­ nym członkiem Monty Pythona, na­ zywa się Hans Eijkelboom. Znacie go prawdopodobnie z projektu Photo Notes, czyli realizowanej od lat 90. kroniki wszystkich ludzi, pokazują­ cej, jak wielką fikcją jest nasze poczu­ cie indywidualizmu i oryginalności.

W Fotomuseum Den Haag trafiłam na jego retrospektywę i to, co tam zobaczy­ łam, przeszło moje najśmielsze ocze­ kiwania. Tytuł wystawy wskazywał, że Eijkelbooma interesuje tożsamość i to, jak kształtuje ją społeczeństwo. W swoich wczesnych projektach artysta w centrum stawiał siebie i chociaż czer­ pał z konceptualizmu, znosił dystans między artystą, odbiorcą i dziełem. Zdjęcie – symboliczna granica mię­ dzy twórcą a obiektem fotografowa­ nym – było nie tyle efektem końcowym jego pracy, ile przystankiem w proce­ sie integracji sztuki i życia codzienne­ go. W 1973 roku zrealizował projekt In the Newspaper, w ramach którego przez 10 kolejnych dni pojawiał się na dale­ kim planie na zdjęciach z pierwszych stron lokalnych gazet, jako uczestnik publicznych zgromadzeń i demonstra­ cji czy z okazji otwarcia nowego su­ permarketu. With My Family to seria

137


Hans Eijkelboom, Warschau, 1978. Dzięki uprzejmości Fotomuseum Den Haag

fotografii wykonanych pod nieobecność męża w kilkunastu przypadkowych holenderskich domach – gdy Eijkel­ boomowi udało się przekonać żony, by zapozowały z nim jako głową rodziny do familijnych portretów. W 1978 roku poprosił 42 kobiety o opisanie swojego ideału mężczyzny, w którego następ­ nie przeistaczał się z pomocą stylisty i charakteryzatora. W tym samym roku przyjechał również do Warszawy, gdzie zorganizował przemarsz 50 studentów z tablicami, na których znalazło się jego wizowe zdjęcie. Mogłabym jeszcze długo pisać o pro­ jektach, które zrealizował Hans Eijkel­ boom. Zamiast tego jednak powiem wam, że w końcu uroniłam łzę, czy to ze szczęścia, czy ze wzruszenia, bo zrozumiałam, jak dawno nie widzia­ łam nigdzie takiej determinacji w ba­ daniu, uporu w przesuwaniu granic między środowiskami, antropologicz­ nego obrazu kondycji społeczeństwa, Marta Królak

a przede wszystkim tylu trafionych żar­ tów. Gdzieś nad projektami Eijkel­ booma krąży widmo Augusta Sandera i fotografii powszechnej, która jednak nie ogranicza się do spisu ludności, lecz raczej stanowi rozrastający się katalog społecznych ról, w które możemy się wcielać do woli. Możesz być jednocze­ śnie artystą, ojcem, przystojniakiem, brzydalem, komunistą, przechodniem i pijakiem, ale musisz pamiętać, że nie jesteś sam. To prawda, sztuka nie jest już baro­ metrem społecznych zmian, ale to nie znaczy, że straciła swoją moc spraw­ czą. Po prostu nie każdy gest artystycz­ ny musi być spektakularny. Nowe czasy wymagają nowych metod. Dlatego gdy­ bym miała coś poradzić młodym arty­ stom, to powiedziałabym: róbcie sztukę z ludźmi, o ludziach i dla ludzi. Chociaż z drugiej strony co ja tam wiem, prze­ cież nie jestem artystką i mam depresję.

absolwentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Spo­

138

łecznych na Uniwer­ sytecie Warszawskim. Współpracowniczka NN6T.


artykuły biurowe

Lepiej teraz nic nie robić Jakub Zgierski

Usiedliśmy w pokoju socjalnym i, cze­ kając na jedzenie, poddaliśmy pod dys­ kusję wydarzenia ostatniego tygodnia. Słyszeliście, że w magazynach na Lud­ wisińskiej ktoś w marcu odkręcił kran i woda leciała aż do grudnia? Serio. Aż przyszła faktura na kilkaset tysięcy zło­ tych i księgowa wysłała pana Ryszar­ da, żeby zakręcił. No serio. Pół bańki. No łał. A skoro już jesteśmy przy tema­ tach kanalizacyjnych – wiecie, że podłą­ czyli ten zlew w kuchni, który przez rok stał niepodłączony? Dział wydawniczy przez rok się domagał. Za pośrednic­ twem związków zawodowych. A uda­ ło się dopiero jak pijany dyrektor zoba­ czył Zośkę myjącą kieliszki w męskiej toalecie. Następnego dnia pan Ryszard podłączył zlew i jeszcze dorzucił zmy­ warkę. No to ja wam powiem, powie­ dział Sławek, że wetknąłbym końcówkę od tej zmywarki dyrektorowi w gardło, to może między sykiem i bulgotaniem usłyszałbym od niego słowo prawdy. A ja, powiedziała Ania, totalnie szanu­ ję to niepodłączenie i zaniedbanie, bo i tak za dużo jest naokoło śladów ludz­ kiego wysiłku. Zmaterializowanej woli

Jakub Zgierski

i skroplonych osobowości. Perfumy Bruno Banani, żarówki wkręcone przez pana Ryszarda, teksty, piosenki, krze­ sła, budynki, place, ogólnie kultura. Te rzeczy domagają się uwagi, choć po­ wstają bez przekonania, powiedzia­ ła, nawet filmy powstają bez przekona­ nia i są promowane bez przekonania przez nieprzekonanych reżyserów. Albo książki – wypełnione tekstem sflacza­ łym i martwym jak kot przy drodze. Ro­ zumiem, że z perspektywy pisarza le­ piej się pokręcić w kółko niż siedzieć spokojnie na dupie, ale co na to planeta! E! Wolniej – powiedziała do Mateusza, który wbiegł do kuchni po dolewkę kawy. Wolniej! Pieniądz i tak musi krą­ żyć. Wygaś, zgaś, szanuj umarcie i wy­ palenie, powiedziała. Wtedy do kuchni wszedł Grzegorz z kilkoma pudełka­ mi jedzenia z restauracji Happy Puppy. Kurwa, powiedział, zimne. A dostawca to miał taką minę, że bez kitu naplułby mi w twarz, gdybym coś powiedział. Był na granicy normalnie. No zobacz, może twoje ciepłe, powiedział. Wsadziłem więc palec do zimnego bulionu z grzy­ bów shitake.

kulturoznawca. Pisze artykuły o literatu­ rze, redaguje książki

139

o sztuce i organizuje wydarzenia filmowe.


będzie tylko gorzej

W świecie piękna Program plastyki dla klas 7–8 Pedagog: Aleksander Hudzik

Miesiące mijają, a młodzi miłośnicy kultury pozostawieni są sami sobie. Drukarnie nie wyrobiły się na czas, podręczników plastyki wciąż nie ma. Postanowiliśmy więc przygotować propozycję własnego kompendium wiedzy. Bo wiedza to władza.

1. Barwy piękna. Od Wenus z Willendorfu do van Gogha

W tym rozdziale przybliżane są najważ­ niejsze epoki historii sztuki, w których królowały piękno i przeżycie, a sztu­ ka poszukiwała prawdy. Przedstawimy najważniejsze postacie sztuki, bazując na inspirujących lekturach takich jak Udręka i ekstaza Irvinga Stone’a czy Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, skupi­ my się także na ujęciu sztuki w tekstach Jacka Kaczmarskiego.

2. W świątyni sztuki. Gotyk, renesans i barok, czyli czym byłaby sztuka, gdyby nie Kościół Zajęcia poświęcone będą przybliżaniu niebywałego wpływu religii na sztu­ kę. Czy cieszylibyśmy się dziś bazyliką w Saint Denis, freskami Michała Anio­ ła w kaplicy Sykstyńskiej, czy wreszcie wybitnymi witrażami Stanisława Wys­ piańskiego, gdyby nie mecenat Koś­ cioła?

3. Wielka Polska Plastyka. O tym, jak sztuka i kultura naszego kraju wpłynęły na kształt obecnej Europy

Uczyliśmy Europę jak zwyciężać mamy, jak jeść widelcem i jak wstawać z ko­ lan. Świat zawdzięcza nam Fryderyka Szopena i Andy’ego Warhola, który jak wiadomo nazywałby się Andrzej War­ cholski, gdyby nie złośliwy chichot hi­ storii. Daniel Libeskind to także syn polskiej ziemi. Wpływy te rozszerzymy o rozdział, w którym skupimy się szcze­ gólnie na analizie utworów scenicznych Karola Wojtyły takich jak Brat naszego Boga czy Przed sklepem jubilera oraz ich oddziaływaniu na współczesny teatr.

4. Potęga smaku: ważne terminy, które pozwolą nam lepiej zrozumieć świat sztuki

W tym rozdziale poznajemy bazę pod­ stawowych dla sztuki pojęć takich jak prawda, piękno, autentyczność i emo­ cje, a także uczymy się odróżniać praw­ dziwą sztukę od agitacji politycznej 140


maskowanej pod peleryną działania ar­ tystycznego. Poznamy też takie termi­ ny jak antysztuka czy pseudoartysta, by uczulić młodych odbiorców na pod­ stępy, jakie czają się także w świąty­ ni sztuki.

5. W pracowni artysty

Rozdział ten poświęcony jest warszta­ towi artysty, dzięki czemu młoda oso­ ba przeniesie się na moment w miejsce, gdzie rodzi się dzieło. Blok tematyczny ma na celu utrwalanie synonimów i po­ zytywnych skojarzeń artysty jako białe­ go mężczyzny z paletą w lewej i pędz­ lem w prawej dłoni, w białym lekko tylko przybrudzonym kitlu, mozolące­ go się przed wykonaniem kolejnego ge­ nialnego pociągnięcia pędzlem.

6. Art & Business, czyli co da ci sztuka

Historia sztuki napisana językiem współczesnym, czyli przez pryzmat sukcesu finansowego. Jak inwestować w sztukę nawet jako nastolatek, ile od­ kładać z kieszonkowego, by przed trzy­ dziestką kupić pierwszego „Sasnala”, i kiedy go sprzedać, by żyć dostatnio.

7. Muzeum wyobraźni. Poznajemy największe instytucje sztuki i antysztuki

Luwr, Muzeum Watykańskie oraz wir­ tualne muzeum Tadeusza Kościuszki – to tam znajdziemy prawdziwą sztukę. Czas nauczyć się odróżniać instytucje przydatne od tych, które wykorzystują sztukę do swoich niecnych celów, sia­ nia fermentu, lub co gorsza propagan­ dy. W podręczniku zamieszczona jest europejska mapa muzeów przydatnych i szkodliwych.

Alek Hudzik (ur. 1989)

8. W świecie iluzji

Rozdział ten opowiada o hochszta­ plerstwie, czyli niemal wszystkich po­ stawach artystycznych po impresjoni­ zmie. Pisuar w galerii sztuki? Mona Lisa z bluźnierczym wąsem, przepołowio­ ny rekin, Święty Jan Paweł II przygnie­ ciony meteorytem – wszystkie te prace to przejawy artystycznej degrengolady. Dowiemy się też, dlaczego Tęcza jest zła, nawet gdy ktoś wmawia nam, że to symbol boskiego przymierza.

9. Na ścieżkach fantazji

W przedostatnim bloku zajęciowym uczeń dowie się, jak wykorzystać swo­ ją kreatywność, by zostać artystą. Jak namalować swój własny Czarny kwadrat czy wstawić do klasy – tymczaso­ wej świątyni sztuki – obiekt tak, by stał się on sztuką.

10. Problemy współczesności, obalamy mity

Dlaczego nie było wielkich kobiet arty­ stek? Czy prawdą jest, że nie ma sztu­ ki po Oświęcimiu? Czy tylko sztuka cię nie oszuka? Przeanalizujemy wszyst­ kie niepotrzebne pytania próbujące za­ trzeć prawdę o sztuce. Na zajęciach dla uczniów celujących w ocenę celującą zaprezentujemy zbiór niewygodnych pytań, którymi mogą zostać zbombar­ dowani podczas dyskusji o sztuce z oso­ bami o odmiennym światopoglądzie.

pisze o sztuce na FB i o kulturze w „News­ weeku”. Czasem też do innych gazet.

141

Z NN6T związany od numeru 61, czyli od wielu, wielu lat.


142

Fot. Agnieszka Kowalska


gleba

Fot. Agnieszka Kowalska

Wzloty i upadki początkującej działkowiczki agnieszka kowalska

Na naszych działkach stanęła plenero­ wa siłownia. Oho! – pomyślałam – za­ czyna się rewitalizacja! Dwa tygodnie wcześniej ogrody zwiedzał burmistrz dzielnicy, będą zmiany. Niesamowite, co nam zrobiono z gło­ wami w ostatnich latach w Polsce, sko­ ro boimy się takich zmian jak ognia. Widzieliśmy to nie raz: jest kasa, którą trzeba wydać, to zabetonujmy wszyst­ ko nowiutką kostką bauma, ustawmy donice z roślinami, kilka ławek, zagro­ dę z placem zabaw dla dzieci, drugą z siłownią, no i może zostanie jeszcze parę złotych na fontannę. Rewitalizacja odhaczona. Dlatego jak stara zrzęda pukałam się w głowę, mijając nową siłownię: phi, kto tu będzie ćwiczył, skoro działkow­ cy mają codziennie fitness we własnych ogródkach, a mieszkańcy bogatą infra­ strukturę sportową w dwóch sąsiednich parkach?! Okazało się, że mentalnie je­ stem starsza od moich stuletnich dział­ kowych sąsiadów, bo już następnego dnia pojawili się pierwsi ćwiczący. I to właśnie seniorzy.

Dobrze, że codziennie mam te 10 mi­ nut spaceru przez działki do swojego ogródka, mogę przez ten czas przemy­ śleć wiele spraw. Ptaki śpiewają, mózg się dotlenia, lepiej się myśli. Przez te półtora roku wiele tu widzia­ łam: kradzieże, podpalenia, libacje, zgony z przepicia, aresztowania, niele­ galne noclegownie. Działki są trochę ta­ kim miastem w mieście, wyjętym spod prawa, a raczej rządzącym się własnymi prawami, ustanawianymi przez skost­ niałe struktury zarządów. Młodzi się do nich nie garną i trudno się dziwić – tu potrzebna jest rewolucja, której 80 pro­ cent starych działkowców nie chce. Wiem jedno: im więcej „normalnych” ludzi będzie tu spacerować z psami, spędzać czas, bawić się z dziećmi i jeź­ dzić na rowerach, tym będzie bezpiecz­ niej. Przydałyby się kamery monito­ ringu (między innymi o tym burmistrz rozmawiał z zarządami ogrodów) i wię­ cej światła, bo policyjne patrole nie czu­ ją się tu pewnie po zmierzchu. Braku­ je toalet i koszy na śmieci, bo nie ma ich kto opróżniać. Wypadałoby zlikwi­ dować dziesiątki tablic reklamowych, które stoją na terenie ogrodu i szpe­ cą okolicę. Nie bałabym się też nowych przestrzeni publicznych. Trzeba to tyl­ ko zrobić z głową. Nie powielać tego, co mamy w sąsiednich parkach i na osie­ dlach. Ja mam swój pomysł. Jest u nas spo­ ry pas nieużytków od strony hałaśliwej ulicy. Teren ten położony jest dokład­ nie vis à vis pięknych parków: Skary­ szewskiego i Kamionkowskich Błoni

143


Fot. Agnieszka Kowalska

Fot. Agnieszka Kowalska

Elekcyjnych. W weekendy (i nie tylko) ruch jest tutaj jak przy Łazienkach: spa­ cerowicze, biegacze, rowerzyści, skej­ ci, psiarze. Aż się prosi, żeby zajrzeć na działki. Stworzyłabym tu ogródki spo­ łecznościowe. Kogo nie stać na własną działkę, mógłby tu mieć za parę zło­ tych swój kawałek poletka, na którym uprawiałby warzywa i sadził kwiaty. Ta­ kie ogrody nie sprawdzają się w cen­ trum miasta, bo nie ma tam społeczno­ ści lokalnej, sąsiadów, którzy dbaliby o grządki. Tu wokoło jest sporo wy­ sokich bloków, których mieszkańcy na pewno marzą o własnym ogródku. Obok można by stworzyć zagrody dla kóz i kur, otworzyć kawiarenkę. Hitem byłaby z pewnością giełda ogrodnicza. Takie miejsce dałoby też pracę dział­ kowcom-emerytom. Mogliby prowa­ dzić warsztaty ogrodnicze, sprzedawać sadzonki z własnych działek, piec ciasta i gotować zupy z owoców i warzyw ze­ branych tuż obok. Możecie ten pomysł kraść – byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby udało się go gdzieś w Polsce zrealizować.

LEKTURA MIESIĄCA Adam Słodowy, Lubię majsterkować, Wydawnictwa Naukowo-Techniczne, 1974 Na działce coraz bardziej wkręcam się w majsterkowanie, więc to musiało się zdarzyć. Wracam do Adama Słodo­ wego, autora kultowego cyklu progra­ mów telewizyjnych Zrób to sam. O jego popularności niech świadczy fakt, że ta książka, którą upolowałam wła­ śnie w Antykwariacie Grochowskim, od 1974 roku sprzedała się w 150 tysią­ cach egzemplarzy. Z moim przyjacie­ lem artystą Pawłem Ryżko i dzieciaka­ mi zamierzamy budować w listopadzie karmniki i budki dla ptaków. Ptaki to wielcy sprzymierzeńcy działkowców – wyjadają szkodniki, będę więc je do­ pieszczać przez całą zimę. To dobry pretekst do przychodzenia tu często również po sezonie. OGRÓD W SIECI Zielone Pogotowie Grzegorz Majda z Bydgoszczy od nie­ mal 40 lat zajmuje się ogrodami, to jego prawdziwa pasja. Widać to w filmikach, które kręci wraz z córką Michaliną. Ra­ dzi w nich, jak przycinać róże, rozsa­ dzać hortensje, sadzić truskawki. Filmy są zwarte, krótkie, na temat, pełne cie­ pła i humoru. Dla mnie idealne. Zielo­ ne Pogotowie uratowało mnie w wielu trudnych działkowych sytuacjach. Znaj­ dziecie je na Facebooku i Youtube.

144


Fot. Agnieszka Kowalska

Fot. Agnieszka Kowalska

RZECZ MIESIĄCA Piła Kupiłam sobie zgrabną składaną piłkę, z którą śmigam całą jesień, przycina­ jąc drzewa i krzewy. Nawet się cieszę, że nie mam elektrycznej, bo mogłabym pociąć zbyt dużo – a teraz rozważam każde cięcie. To sztuka, o której napisa­ no już tomy. Mam nadzieję, że dobrze odrobiłam lekcję i moja stara jabłon­ ka jeszcze kiedyś wyda pyszne, zdro­ we owoce.

ROŚLINA MIESIĄCA Astry, zwane też marcinkami Kwitną pięknie aż do przymrozków, w bieli oraz różnych odcieniach różu i fioletu. Zachęcają, by mimo chłodniej­ szych dni wciąż przebywać w ogrodzie. A ile na nich motyli, pszczół i innych owadów! Do samego końca.

DO ZROBIENIA TERAZ • przycinamy jabłoń • po raz ostatni przed przymrozkami skopujemy ziemię w warzywniku, możemy dodać warstwę kompostu • budujemy karmniki dla ptaków • kopczykujemy róże, rododendrony i inne delikatne rośliny, możemy obsypać je korą albo keramzytem i dodatkowo osłonić kapturkami z zimowej agrowłókniny • przekopujemy kompost, niech pooddycha i zamieni się do wiosny w najlepszą ziemię • czyścimy narzędzia, żeby nie pordzewiały przez zimę.

Agnieszka Kowalska

dziennikarka kultural­ na, 15 lat w „Gazecie Wyborczej”. Współ­ autorka przewodników Zrób to w Warszawie! i bazaru ZOO Market.

145

Autorka albumu Warszawa. Warsaw i serwisu Warszawawarsaw.com, a także książeczki Hej, Szprotka!


recenzje lektur nowych i starych Kurzojady

przypomina mi, że zawsze chciałam po­ MROCZNA WILCZYCA czytać o prozaicznych aspektach miło­ Mam ulubioną serię wydawniczą i nie, ści Jane Eyre i pana Rochestera. I wy też nie jest to „Wszystko ze słowo/obraz chcecie, i wy też! Spieszmy więc do in­ terytoria”, o którym to problematycz­ ternetowej księgarni PAN, bo nakłady nym syndromie wspominałam w jed­ nym z felietonów. Poszłam jeszcze dalej szybko się rozchodzą. Ku chwale nauki! i obecnie adoruję serię „Lupa Obscura” Olga Wróbel produkowaną przez autorki i autorów związanych z Instytutem Badań Lite­ Udostępnij mi swoją książkę rackich PAN. Jeszcze bardziej niszowo! Książka Piotra Puldziana PłucienJeszcze nudniej! Jeszcze głębiej grzęznę niczaka Firmy zawiera kilka tysięcy w tych książkach i histeryzuję, kiedy nie nazw zarejestrowanych w Polsce przed­ udaje mi się zdobyć dawniej wydanych siębiorstw – i pokazuje, że w zakresie pozycji! „Dlaczego te nakłady są takie słowotwórstwa jest u nas zdecydowa­ małe?” – zapytałam kiedyś malkontenc­ nie za dużo poetów i poetek. Lektu­ ko znajomej wydawczyni, na co ta od­ ra choćby fragmentu Firm uświadamia rzekła okrutnie: „Bo interesują ciebie nam, że przyglądanie się mianownic­ i dziesięć twoich koleżanek”. Coś w tym twu przedsiębiorstw daje możliwość jest i dlatego zachęcam stanowczo: zaj­ przeprowadzenia niezwykłej anali­ rzyjcie na stronę internetową wydaw­ zy świadomości oraz potrzeb Polaków nictwa. Zróbmy ruch. Zróbmy szum dla i Polek. I choć książka Płuciennicza­ „Lupy Obscury”.  ka to artystyczny manifest na pograni­ Weźmy na przykład czerwcową pre­ czu zgrywy, to warto ją kupić choćby na mierę: Czterdzieści i cztery. Figury liprezent. A jeśli nie chcecie kupować, to terackie. Nowy kanon. Osiemset stron możecie ściągnąć ją z netu, gdyż książ­ w godnej cenie 44 zł (mam nadzieję, że kę wydała Rozdzielczość Chleba – ko­ to celowy zabieg), w środku same ko­ lektyw twórczy, który wszystkie swoje biety oraz postacie płci żeńskiej (Nasza dzieła udostępnia online na wolnej li­ Szkapa) zasiedlające krawędzie zbioro­ cencji (CC-BY-4.0). Rozdzielczość do wej świadomości, ujęte w zgrabne ha­ tej pory znana była głównie z publika­ sła opracowane przez czołowe badaczki cji poezji Łukasza Podgórniego i kilku literatury i kultury (no dobrze, w spisie innych twórców (bo poetek jeszcze nie treści znalazły się też dwa męskie na­ rozpoznała, chociaż wydala dwie pu­ zwiska). Inga Iwasiów pisze o Barbarze blikacje współredagowane przez ko­ Radziwiłłównie. Ewa Toniak – o Emilii biety), ale coraz odważniej wkracza Plater. Iwona Kurz – o Zucie Młodzia­ w nowe przestrzenie. Jak tłumaczy Pul­ kównie. Anna Maria Czernow – o Pan­ dzian, „Rozdzielczość Chleba znaj­ nie z Mokrą Głową. Już chcecie tę książ­ duje się na terenie państwa Internet”, kę, prawda? Chcecie ją totalnie. A ta a wolny i równy dostęp do dzieł kultu­ olśniewająca oczy – także za sprawą in­ ry ma potencjał usuwania barier i hie­ tensywnie pomarańczowego fontu na rarchiczności w społeczeństwie. Społe­ białym tle – pozycja to niejedyna warta czeństwo to, dodajmy, zarządzane jest uwagi publikacja „Lupy Obscury”. Miz męskocentrycznego punktu widzenia. łość i ekonomia w literackich biograPiszę „męskocentryczny”, gdyż czę­ fiach kobiet Katarzyny Szumlewicz sto jest on nie tyle przyjmowany przez 146


kobiety, ile raczej im narzucany. Oto Rebecca Solnit w brawurowym zbio­ rze esejów Mężczyźni objaśniają mi świat (przeł. Anna Dzierzgowska, Ka­ rakter) opisuje zjawisko, które od kil­ ku nazywa się mansplaining. Otóż świat urządzają mężczyźni, którzy uważają, że na wszystkim znają się lepiej niż ko­ biety i chętnie im to wyjaśnią. Oczywi­ ście autorka przyznaje, że gdy mężczy­ zna tłumaczy coś, o czym faktycznie ma pojęcie, jest to postawa usprawiedliwio­ na, ale często bierze na siebie rolę prze­ wodnika dla tego stworzenia w sukien­ ce, co to nic nie kuma. Solnit nawołuje do stworzenia wspólnoty kobiet, któ­ re będą nazywały sprawy po imieniu i będą kwestionowały reguły czy nor­ my wypływające z „kultury gwałtu”. Pi­ sze, że trzeba „rysować sieci, a nie tylko Kurzojady, czyli Olga Wróbel i Wojciech Szot,

proste linie”. Z pewnością byłoby to ła­ twiejsze, gdyby polska treść książki była dostępna za darmo online. Mężczyźni tłumaczą świat, a wydawnictwa i kapi­ talizm tworzą hierarchiczny świat osób uprzywilejowanych, które dostęp do kultury i wiedzy mają zapewniony dzię­ ki statusowi materialnemu. Solnit wie­ rzy, że „świat musi się zmienić” – mam nadzieję, że powoli dążymy w kierun­ ku modelu, w którym będziemy potra­ fili wypracować takie sposoby korzy­ stania z kultury i takie tryby dostępu do niej, że tekst Solnit będą mogły czytać także te kobiety, których nie stać na wy­ danie 37 zł i które mogą się bać przyjść do domu z książką o takim tytule. Roz­ dzielczość Chleba. Tego potrzebujemy. Wojtek Szot

w każdym numerze NN6T recenzują lektury nowe i stare oraz zamiesz­ czają fragmenty swoje­ go bloga.

147

Więcej: kurzojady.blogspot.com


usuń poezję Rozdzielczość Chleba przedstawia:

Andrzej Szpindler

Wejście w proces z Andrzejem Szpind­ lerem odbyło się poprzez złożoną przez niego propozycję publikacji dramatu pod tytułem PLANETOM albo Jeden palec nam wszystkim wierzy. Po zapozna­ niu się z propozycją stwierdziliśmy, że się na nią nie zgodzimy, jednak powie­ rzyliśmy autorowi parę innych zadań. Waloryzacja zapoznawcza to niełatwa sprawa, czego dowodem jest niejedno­ znaczność samego terminu „zapozna­ nie”: „poznać kogoś”, ale i „zaniedbać kogoś” lub „kogoś zapomnieć”. Matry­ ca nie jest w tym miejscu sensu płaska, a obraz nań przedstawiony pozosta­ je niewyraźny. Proces zapoznania się z Andrzejem Szpindlerem przypomina słynne lub niesłynne kroki pogodzenia z bólem. Szpindler występuje tu jako osoba oddalona od spraw życia, której oddalenie przyczynia się do poznaw­ czych rewaloryzacji: „Co robić?”; „Kim jest ten człowiek?”; „W czym rzecz?”;

Poezja nie jest już zakuta w tekstowe in­ terfejsy. Dzięki osią­ gnięciom myśli ludzkiej materiał poetycki może dziś zostać przedsta­ wiony w postaci obrazu,

„Co to znaczy, że już dość?”. O ile łatwo zadać sobie te pytania po konfronta­ cji z tekstem, odpowiedź na nie bynaj­ mniej nie przychodzi łatwo i nie prędzej niż po przejściu owych kroków pogo­ dzenia z bólem. Autor objawia się nam w postaci zegara, który odmierza czas do zapoznania. Utwory poetyckie i wizualne Andrze­ ja Szpindlera odtwarzane są na melo­ dię Chwilo trwaj, zaraz pęknę. Kluczowy jest w nich aspekt chroniczny, przede wszystkim transfer czasu między Au­ torem a Czytelniczką: kto się mniej na­ pracuje? Kto pierwszy pęknie? Kogo bę­ dzie dłużej bolało? Bardzo łatwo to sprawdzić na tej lub są­ siedniej stronie. Andrzej Szpindler – urodzony i tyle. Zapoznał się z poezją: Piotr Puldzian Płucienniczak

gałęzi, sampla albo ciosu. Chodzi o przy­ bliżenie się do sedna, mniejsza o nośnik. W każdym numerze NN6T Hub Wydawniczy Roz­ dzielczość Chleba

148

częstuje nas świeżym chlebem eksperymentu i wskazuje metody (re)produkcji poezji poza poezją.


WALORYZACJA ZAPOZNAWCZA SKÓR PRZEZ WZGLĄD NA PRĘDKOŚĆ TRWANIA PRZY ZAŁOŻENIU MOŻLIWOŚCI DOBROWOLNEGO ZRASTANIA SIĘ NAJRÓŻNIEJSZYCH SKÓR W JEDNO, KTÓREGO NIKT NIE ZOBACZY, CHYBA ŻE... albo TY W SZOLE OPRY / ODBIERASZ Z PUBLICZNOŚCI JEDNOSTKOWY RYK: KTO CHCE ROBIĆ ZA SPOŁECZEŃSTWO, / KIEDY KTOŚ MOŻE NIE; / CZEKASZ, ŻEBY REFLEKTOWAĆ, TO TRWA, AŻ ŚWIATŁO WYŁAZI Z UST / AUTOMATYCZNIE ZAWIĄZUJE SIĘ KANAŁ 24H POŚWIĘCONY TYLKO TEMU (KTÓRY NAZYWA SIĘ: „JA CZĄSTKĄ GNOMICZNĄ OGLĄDU, KTÓRY ZAWSZE ZŁA PRAGNĄC, DOBRE PRZYPRAWIA O CIĄGŁOŚĆ – TYLKO CZEMU TO DOBRE WYJMUJE KREW I SOBIE WKŁADA, / KOGO IRYTUJE A PRZED KIM ROZKŁADA DO WYBORU JEGO NOWE GNATY LUB: BEZ WNĘTRZNOŚCI – WIĘCEJ PRZESTRZENI! ZNACZNIEJSZY SUSPENS! A JAKI ROSŁY CZAS! NIE, NIGDY! NIE UWIERZYSZ!”; W SKRÓCIE: „TV CZEMU”)

149


typografia XXI wieku FA komunikat

Władysław Strzemiński: Alfabet, fragment z „Komunikatu nr 2” wydanego przez grupę „a.r.”, 1932

Ta historia zaczyna się w chwili, gdy Ar­ tur Frankowski czyta czterostronicowy „Komunikat nr 2”, druk wydany w 1932 roku przez artystyczną grupę awangar­ dową „a.r.” założoną z inicjatywy Ka­ tarzyny Kobro, Władysława Strzemiń­ skiego i Henryka Stażewskiego: Nowoczesna ekonomiczna forma liter powinna się składać ze standaryzowanych elementów geometrycznych, tzn. linii prostej i łuku. Źródłem formy jest kontrast, dlatego odrzucamy elementy powtarzające się symetrycznie. Elementy użyte przy budowie litery przeciwstawiamy jako kształt, wielkość i kierunek. Czytelność wynika z przyzwyczajenia.

Przezwyciężenie tego przyzwyczajenia i przygotowanie gruntu do wprowadzenia tych liter w drukarstwie można osiągnąć przez stosowanie ich w grafice, plakatach, nagłówkach itd. Grupa „a.r.” wzywa ogół grafików i drukarzy do współpracy nad zrealizowaniem nowoczesnego alfabetu.

Jest rok 2004. Frankowski, jeden z czo­ łowych współczesnych typografów pol­ skich, na bazie odręcznego szkicu au­ torstwa Władysława Strzemińskie­go przedstawiającego ideę nowego Alfabe­ tu tworzy cyfrowy krój pisma, któremu nadaje nazwę Komunikat. Przystosowanie eksperymentalnego (i, trzeba dodać: zapomnianego) gestu 150


słynnego awangardzisty do współcze­ snych narzędzi użytkowych nie było łatwe. – Podobał mi się radykalny, niedoce­ niony pomysł Strzemińskiego. Projekt ukazał się w druku ulotnym, do którego niewielu miało dostęp i nawet ci, którzy zajmowali się typografią, nie wiedzieli o nim – wspomina Frankowski. – Zain­ teresowała mnie zwłaszcza problema­ tyczna czytelność tych liter. Współcze­ śnie uznaje się, że właśnie czytelność jest jedną z najważniejszych cech do­ brego kroju pisma. Wśród typografów panuje kult, wywodzący się z kaligrafii, takich rozwiązań, które łatwo się czyta. Strzemiński odrzucił wszystkie kanony typograficzne wypracowane przez stu­ lecia i zaproponował nową, brawurową formę literniczą. W Alfabecie chodziło o standaryzację, która podobnie jak w architekturze, uważana była w tamtym czasie za klucz do nowoczesności. – Tu kult nowoczesności doprowadzony został do ekstremum. Sztuka użytkowa stała się nieużytkowa. Właśnie to mnie zainteresowało: chciałem wypróbo­ wać, jak te litery mogą działać złożone w tekst. Dosłowna próba przeniesienia szkicu Alfabetu w świat realny dała ra­ chityczne, cieniutkie litery. Żeby złożyć z nich tekst, trzeba było przystosować je do realiów współczesnych użytkow­ ników: projektantów i czytelników. Pro­ jekt Strzemińskiego opiera się na geo­ metrycznych liniach i łukach, podczas gdy litery we współczesnych krojach pism oparte są na formach okrągłych, antykwowych. Starałem się pójść za tą myślą. Stworzyłem rozbudowany sys­ tem znaków zawierający również znaki diakrytyczne, jak ogonki i kreski. Opra­ cowałem też cyfry, znaki przestankowe i inne powszechnie dziś używane glify, takie jak @ oraz literkę V, której w szki­ cu brak – tłumaczy Frankowski. W każdym numerze NN6T przedstawiamy inny krój pisma zaprojek­ towany przez pol­

Artur Frankowski: Komunikat, szkic odmiany Black, 2017

Czytelność fontu, mimo tych wysiłków, jest dyskusyjna. W 2011 roku Przemek Dębowski, projektując okładkę książ­ ki Piotra Rypsona Nie gęsi. Polskie projektowanie graficzne 1919–1944 (Ka­ rakter), użył Komunikatu na okładce w tytule, jednak poniżej powtórzył ty­ tuł w czytelnej formie, niejako przyzna­ jąc, że awangardowe gesty wymagają translacji. Komunikat, opracowany przed kilku­ nastoma laty w wersjach Regular, Bold i Light, dostępny jest w popularnym sklepie z fontami myfonts.com i być może niebawem zostanie poszerzony także o odmianę Black. Mogłoby to być naturalnym uzupełnieniem obchodów stulecia awangardy, trwających wła­ śnie dzięki inicjatywie Muzeum Sztu­ ki w Łodzi.

skich projektantów w XXI wieku. Zbierz wszystkie numery NN6T i posiądź mikrolek­

151

sykon nowej polskiej typografii.


aąbcćdeęfghijklłmnńoóqprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©& aąbcćdeęfghijklłmnńoóqprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©&

aąbcćdeęfghijklłmnńoóqprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©& aąbcćdeęfghijklłmnńoóqprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©&

aąbcćdeęfghijklłmnńoó qprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©& aąbcćdeęfghijklłmnńoó qprsśtuwvxyzźż 1234567890&@©& Artur Frankowski: Komunikat (Regular, Bold, Light), 2004

WŁADYSŁAW STRZEMIŃSKI (1893–1952) malarz, teoretyk sztuki, publicysta, pedagog. Pionier konstruktywistycz­ nej awangardy lat 20. i 30. XX wieku, twórca teorii unizmu. Należał do grupy Blok, a potem Praesens, współtwórca (wraz z ówczesną żoną

Katarzyną Kobro) grupy artystycznej „a.r.”. Autor pism teoretycz­ nych, między innymi Teorii widzenia wyda­ nej po raz pierwszy w 1958 roku i wzno­ wionej przez Muzeum Sztuki w Łodzi w roku 2016.

152

Artur Frankowski projektant pism, typograf, profesor typografii i projek­ towania graficznego na Wydziale Wzornictwa Akademii Sztuk Pięk­ nych w Warszawie. fontarte.com


nowy t punk

piątek 11.00–21.00 sobota 11.00–21.00 niedziela 11.00-20.00

Notes.na.6.tygodni #114  

ORIENTUJ SIĘ! RAPORT: Stan czytelnictwa w Polsce dziś. Kolektyw Badawczy ROK AWANGARDY: Urzędnik, który wspierał awangardę. O Przecławie Smo...