__MAIN_TEXT__

Page 1


BAJKI-PODOBAJKI


BAJKI-PODOBAJKI Babcie (z Dziadkiem) w locie – – dzieciom red. Beata Śniecikowska


Copyright © by autorzy tekstów i ilustracji oraz Miasto Łódź All rights reserved Wstęp, redakcja, korekta Beata Śniecikowska Projekt okładki, projekt graficzny, skład i łamanie Agnieszka Kowalska-Owczarek Na okładce wykorzystano rysunek Julii Turskiej (lat 10). Na stronach tytułowych poszczególnych rozdziałów wykorzystano pracę Anieli Owczarek (lat 9).

Zadanie „Bajki-podobajki – Babcie (z Dziadkiem) w locie” zostało zrealizowane dzięki dofinansowaniu z budżetu Miasta Łodzi. Publikacja jest współfinansowana ze środków rodziny Osińskich, potomków poetki p. Janiny Osińskiej.

Druk i oprawa Drukarnia Perfekt s. c. ul. Duńska 1 91-204 Łódź ISBN 978-83-933689-1-4 Wydawca Stowarzyszenie „Obszary Kultury” ul. Krzemieniecka 2a 94-030 Łódź www.obszarykultury.pl rys. Zofia Gaszewska, lat 12


Wstęp Drogie Czytelniczki! Mili Czytelnicy! Trzymacie w rękach dziesiątą książkę dla dzieci napisaną przez grupę twórczych, aktywnych seniorów. Od czasu publikacji pierwszej przygotowanej przez nich książki dla najmłodszych dzieli nas dokładnie dziesięć lat. A zatem – podwójny okrągły jubileusz! Zapewne znacie już tych Autorów. W Łodzi, skąd pochodzą i gdzie działają, są znakomicie rozpoznawalni. „Babcie (z Dziadkiem) w locie” (wcześniej – 1 1 „Latające Babcie”) od wielu już lat piszą wiersze, opowiadania, baśnie. Następnie tworzą ze swych tekstów barwne, bajkowe spektakle i „latają” z nimi do dzieci – tych uczących się w szkołach i przedszkolach oraz tych, które choroba zatrzymała w szpitalu czy placówce opiekuńczej. Mało tego! Babcie i Dziadek nie zapominają także o dorosłych, szczególnie tych w starszym wieku – piszą i występują również dla nich. Twórcza grupa doczekała się już nawet własnego skweru w rodzinnym mieście! Zamiast jednak obrosnąć w piórka i tylko cieszyć się sławą, Babcie i Dziadek nadal intensywnie pracują. Wciąż tworzą nowe teksty literackie i następnie szlifują je z każdej strony w czasie spotkań warsztatowych. Nadal występują. Ciągle mają mnóstwo planów na przyszłość. Ich energia jest zaraźliwa. A talenty – liczne i różnorodne. Dziesiątej książce dla dzieci, którą właśnie przekazujemy Czytelnikom, daliśmy nieco życzeniowy tytuł Bajki-podobajki. Zawarte w niej utwory nie są, rzecz jasna, wyłącznie klasycznymi bajkami zwierzęcymi z dydaktycznym morałem. (Daleko Babciom i Dziadkowi do genologicznej ortodoksji!) To bajki-opowieści o niezwykłych miejscach, zdarzeniach, osobach. Teksty opisujące rzeczy i zjawiska z pozoru tylko najzwyczajniejsze. To również utwory dotykające spraw trudnych i bolesnych. Po Bajki-podobajki sięgnąć można w czasie zabawy, niektóre utwory świetnie sprawdzą się jako teksty okolicznościowe, inne wreszcie nieść mogą radość i otuchę w niełatwych życiowych okolicznościach. A wszystkie po prostu dobrze się czyta. W imieniu „Babć (z Dziadkiem) w locie” zapraszam do lektury!

Beata Śniecikowska (redaktorka książki, opiekunka literacka tego i wielu innych projektów Babć, a na co dzień – profesorka w Instytucie Badań Literackich PAN)

1  Więcej o historii grupy przeczytać można w ostatnim rozdziale tej książki.

5


6

il. Julia Turska, lat 10


Podobajki Książka, którą trzymasz w dłoni, różnych bajek ma sto stronic. Jedna z bajek mówi o tym, jakie kot uwielbia psoty. Gdy narobi w domu biedy, chowa się do buta wtedy. W innej smoka poznasz dzieje, który nic prócz lodów nie je. Jest też bajka bez dwóch zwrotek, bo pajęczak zaleszczotek zjadł ze smakiem w nich literki, stąd bajeczka ma usterki. W bajce też jest wilk z wilczycą, co się kiepską sławą szczycą. O bajeczce wspomnę teraz, gdzie lew poszedł do fryzjera, aby mieć fryzurę świeżą, gdyż chciał zostać królem zwierząt. Bajkę znasz o czarownicy? Mieszka w naszej okolicy, lata w tamtą i z powrotem na miotełce ze swym kotem. Z bajki poznaj też komara, który się rozbojem para i krasnali grupę dużą, co pomocą wszystkim służą.  Czy te bajki, sprawdźcie sami, mogą być podobajkami? Eugeniusz Dolat

7


Rozdział I

PROSTO Z BAJKI

9 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Jestem sobie Czarownica

il. Julia Turska, lat 10

Jestem sobie Czarownica. Nie, nie spadłam tu z księżyca, w ciemnym lesie mieszkam bowiem, lecz dokładnie gdzie – nie powiem. Ubiór w czarnym mam kolorze. A dlaczego? Wie ktoś może? Bo się czarną magią trudnię, no i w czerni jest mi cudnie. Wszędzie wożę z sobą kota, bardzo miła to istota, czarny ogon ma i uszy, ale gdzieś się zawieruszył. Dałam mu na imię Mruczek, łowić myszy wciąż go uczę, bo nie umie do tej pory,

chociaż jest kocurem sporym. Kici, kici! Pokaż no się! Chyba śpi gdzieś, ma mnie w nosie. Jak myślicie? Na czym lata czarownica wokół świata? Tak, na miotle, razem z kotem, ale dzisiaj – Bajkolotem przyleciałam tutaj właśnie. Wiecie czemu? Nie? Wyjaśnię. Bo na miotle w żaden sposób więcej się nie zmieści osób. A w wygodnym Bajkolocie (stoi blisko, tam przy płocie) przybyć do was dały radę Babcie w Locie oraz Dziadek. Eugeniusz Dolat

10


il. Alinka Gaszewska, lat 5

Smok – Bardzo groźnym jestem smokiem, mieszkam w jamie pod Sanokiem. Mama do mnie mówi „smoczku”, bo zaledwie mam pół roczku. Tata mój to kawał zucha, niczym wulkan ogniem bucha – gdybyś nawet stał w oddali, może ci spodenki spalić. W moim pysku, gdy zaryczę, tylko zjawia się płomyczek. Tak jak każdy smoczek mały lody żarłbym przez dzień cały. Na ogonek mogę przysiąc, że potrafię zjeść ich tysiąc. Zamiast owcy czy barana wolę wcinać lody z rana. – A co z dziećmi, smoku miły, gdyby ciebie odwiedziły? – Żadnej nie doznają szkody, jeśli mi przyniosą lody. By się pozbyć z brzucha głodu, cóż lepszego jest od lodów? Kto z lodami chce w podskokach pobiec, by odwiedzić smoka? Eugeniusz Dolat

Krasnale Jak wieść bajkowa niesie, krasnale żyją w lesie, są chętne do pomocy i w ciągu dnia, i w nocy. W czapeczkach z pomponami chodzą zwykle parami. Zbierają czasem szyszki lub gonią psotne myszki, dziupli i mrowisk strzegą i larwy znoszą jeżom. Gdy się gdzieś zgubi królewna, bo zamieć szaleje śnieżna, to ją zaproszą, obsłużą, dadzą schronienie przed burzą. Opieką także otoczą oraz ugoszczą ochoczo. Choć są zajęte stale, przyjdą tu do was z bajek. Elżbieta Boryniec

il. Marianna11 Bąk, lat 8


Potwór

il. Lena Weicht, lat 6

Czy ktoś widział z was potwora? Bo ja owszem, chyba wczoraj. Na wspomnienie aż mną trzęsie, znów dostaję skórki gęsiej. Był ogromny, daję słowo, sierść miał długą i różową. W pysku zębów dziesięć może ostrych jak rzeźnickie noże. Kiedy paszczę swą rozchylał, przypominał krokodyla. Gdy zaryczał na głos cały, to z drzew liście pospadały. Każdy chowa się, gdzie może, nikt nie szwenda się po dworze. Dobrze, że z powrotem potwór wlazł w otchłani czarny otwór. Z bestią się nie zaprzyjaźnisz, bo to stwór z mej wyobraźni! 12

Eugeniusz Dolat


Piosenka o smoku Paszczojadzie Źle jest bez przyjaciół, źle jest bez rodziny, Bez nich nawet smoki mają smutne miny. Kto usunie smutek ze smoczego pyska? Kto smoka pocieszy, pogłaska, uściska? Kto zaprosi smoka na obiad w niedzielę? Kto najlepszym smoka chce być przyjacielem? By szczęśliwy mógł być smok, Daj mu buzi – cmok, cmok, cmok. Nie odstępuj go na krok, Przez okrągły, długi rok. Źle jest bez przyjaciół, źle jest bez rodziny, Bez nich nawet smoki mają smutne miny. W melancholię wpadnie figlarz i wesołek, Kiedy pozostanie samotny jak kołek. Rozejrzyj się wkoło, nietrudna to sztuka, Może twej przyjaźni ktoś pragnie i szuka.

By szczęśliwy mógł być smok, Daj mu buzi – cmok, cmok, cmok. Nie odstępuj go na krok, Przez okrągły, długi rok. Eugeniusz Dolat

il. Nela Ginglas, lat 6


il. Liwia Kowal, lat 9

Czarownica Babcia Basia – Czarownica, maluchami się zachwyca. Ciągle lata na swej miotle, troski swe – zostawia w kotle. Do dzieciaków co dzień pędzi, bo nikt w domu jej nie zrzędzi. Jest wesoła, nigdy smutna, suknię w gwiazdki wiatr jej utkał. Ma kapelusz z wielkim rondem, wciąż czaruje swym wyglądem. W długiej czarnej pelerynie bawić widzów chce jedynie. Dzisiaj Bajkolotem leci, patrzy, gdzie czekają dzieci! Barbara Maciejewska 14


Rozdział II

KSIĘGI, KSIĄŻKI, KSIĄŻECZKI

15 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Czas na książkę Gdy nastaną dni niemiłe, otwórz książkę choć na chwilę. Gdy na uśmiech przyjdzie czas, otwórz książkę jeszcze raz. A gdy masz problemów stos, otwórz książkę, śmiej się w głos! Czesława Bednarek

Biały kruk – Długo go tatuś daremnie szukał, aż wreszcie znalazł białego kruka. Gratulowałem mojemu tacie. Wiesz, gdzie go spotkał? W antykwariacie! – Pewnie żartujesz lub kłamiesz może, kruki najchętniej chodzą po dworze. Wszystkie są czarne, z ochrypłym głosem. Chyba że kruk ten jest albinosem? – Można tak myśleć o kruku owym, bo rzeczywiście jest wyjątkowy. Tatuś pieniędzy zapłacił wiele, ażeby kruka być właścicielem. – Proszę cię bardzo, drogi kolego, pokaż mi szybko kruka białego. Nic mu nie zrobię. To jest przysięga. – Więc patrz, podziwiaj! – Przecież to… księga! Eugeniusz Dolat 16


Od deski do deski Każdą książkę czytam od deski do deski, nie omijam żadnej literki ni kreski. Niestraszne mi zatem o książkach zagadki. A z czego to drzewiej robiono okładki? Oczywiście z desek wysuszonych, które oprawiane były w garbowaną skórę, okuwane blachą srebrną albo złotą. Do ręki się brało więc księgę z ochotą i w dechę czytało wyraz za wyrazem. Z czasem wymyślono też o deskach frazę. Eugeniusz Dolat

il. do wiersza Biały kruk – Julia Turska, lat 10

17


Ale czad! Hejka, Maciek! Ale dzisiaj było fajnie w szkole! Szkoda, że jesteś chory. Pani od historii kazała wszystkim poprzebierać się za niewolników z czasów faraonów. Wyznaczyła nam role. Dziewczyny miały dbać o dom – nosić wodę, mleć ziarno i opiekować się dziećmi. Chłopaki dostali inne zadania. Antek był pastuchem, Jasiek zarządcą, a ja byłem pisarzem. Miałem tabliczkę, którą zrobiłem z ciastoliny i rylec z patyka od szaszłyków. Zarządca kazał mi liczyć woły (to takie krowy) na pastwisku, zapisywać ich liczbę (czyli ryć rylcem kreski w tabliczce) i co 10 minut (w rzeczywistości co dziesięć dni) przekazywać informację zarządcy. Wołami były chomiki z pracowni przyrody. Tak szybko biegały po klasie, że za każdym razem miałem inną liczbę kresek. Zarządca pytał groźnym głosem, co się stało z brakującymi zwierzętami. Zmyślałem, że jeden się utopił w Nilu, drugiego pożarł lew… Zarządca robił za każdym razem okropną awanturę pastuchowi Antkowi, że źle pilnuje wołów. W końcu Antek nie wytrzymał i się popłakał. A przecież to nie była jego wina. To ja niedokładnie liczyłem te rozbrykane chomiki. W porę zadzwonił dzwonek. Pani zakończyła lekcję i w czasie przerwy pocieszała Antka i strofowała Jaśka. Potem była informatyka. Dowiedzieliśmy się, co to jest arkusz Excel. Dokładnie opowiem ci w weekend, ale podczas lekcji pomyślałem, o ile łatwiej żyć dzisiaj. Po wprowadzeniu danych komputer sam liczy to, co kiedyś wymagało od ludzi takiego trudu, uwagi i umiejętności. Ten arkusz Excel to taka nowoczesna gliniana tabliczka. Ale czad! Narka, Maciek, lecę na trening! Dzisiaj gramy mecz z V b. Trzymaj za nas kciuki! (Aha, jeszcze tylko ci powiem, że przekonałem się, jak trudna była praca starożytnego pisarza. Rylec często mu się łamał, glinianą tabliczkę musiał ciągle skrapiać wodą, aby nie wysychała, no i musiał liczyć zwierzęta w okropnym upale!) Anna Ubysz

18


O molach, również książkowych il. Matylda Stuglik, lat 9

Mole każdy tępi w domu, bo harcują po kryjomu i w odzieży robią dziury, niszcząc swetry, garnitury, z dobrej wełny drogie płaszcze – więc na mola każdy klaszcze. Nie z zachwytu, z przerażenia: – A sio! – krzyczy. – Do widzenia! Mały mól, a kawał drania, wszak pożera nam ubrania! Są też i książkowe mole – ten gatunek zawsze wolę! Lecz to nie jest sprawa prosta, gdy ktoś molem pragnie zostać. Trzeba w książkach wciąż buszować, czytać, sprawdzać trudne słowa, z mapą śledzić miejsca, kraje, poznać ludzi obyczaje. Każda książka to świat nowy, inne sprawy i rozmowy, coś się dzieje, coś się zmienia, bo świat w różnych jest odcieniach. Szkolnym molom biję brawa: Książki łykać – świetna sprawa! Elżbieta Boryniec

19


O pewnej książce To historia jest o chłopcu, który wiele rzeczy popsuł. Jedną książkę, choć dość nowa, także brzydko potraktował. Stała miesiąc na regale, już jej nie był ciekaw wcale. Z nudów wyciął z niej obrazki, namalował zebrę w paski, wyrwał kartki, coś przekreślił, coś zamazał w spisie treści. – Znam historię o Muminkach, wrzucę książkę do kominka! Lecz gdy ujrzał ją w płomieniach, chłopiec zaraz zdanie zmienia: – Mogłem prezent zrobić Oli. Książki, wiem, od lalek woli… Cóż, za późno, książka płonie, nikt nie weźmie jej już w dłonie, nikt jej losu nie odmieni, nie wyciągnie jej z płomieni. I posmutniał psotny chłopak: – Wszystko zrobiłem na opak. Teraz, gdy mnie książka znudzi, powędruje w świat, do ludzi, w czyimś domu się rozgości. Jeszcze dużo da radości!

il. Jakub Kowalski, lat 11

Elżbieta Boryniec

20


– Babciu, czy możesz mi opowiedzieć o bardzo starych książkach? – spytał Szymon po powrocie ze szkoły. Szymon ma osiem lat i po lekcjach babcia zabiera go do siebie, zanim rodzice chłopca nie wrócą z pracy. – Co to znaczy „o bardzo starych”? – zaciekawiła się babcia. – O takich jeszcze starszych niż ty, babciu. Na przykład o książkach, które mają sto albo więcej lat. Babcia roześmiała się wesoło: – Stare księgi to wielka wiedza. Mogę ci trochę o nich opowiedzieć, lecz chyba będzie lepiej, jeśli pokażę ci jakąś starą książkę i porozmawiamy o niej. Chodź ze mną do tej wysokiej biblioteczki w pokoju dziadka. W niej coś znajdziemy. Biblioteczki dziadka Szymon nie mógł otwierać sam, tylko z dorosłymi. Babcia przez chwilę w zadumie patrzyła na półki: – O, na przykład ta, w granatowej okładce – powiedziała. – To chyba jedna z najstarszych książek, jakie mamy w domu. Należała do twojej prababci. – Wcale nie wygląda na starą. Mogę wziąć ją w ręce i otworzyć? – Proszę, otwórz, ale ostrożnie. Widzisz, papier jest trochę pożółkły, lecz wciąż jeszcze lśniący, jedwabisty. Książka nie jest zniszczona, bo

21

il. Marta Koprowska, lat 9

Rozmowa o starej książce


obchodzono się z nią ostrożnie. Spójrzmy na jej pierwszą stronę, jest tam dużo ważnych informacji. – O, widzę jakąś datę na dole. – To data wydania książki. Spróbujesz ją odczytać? – O-siem-naś-cie, dzie-więć-dzie-siąt sześć. – Czyli tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt sześć. Nie umiesz jeszcze czytać takich długich dat, ale bez trudu odczytasz nazwę miasta obok daty. – To łatwe, babciu. Warszawa. Czyli ile lat ma ta książka? Więcej niż sto? – Tak, od czasu jej wydania upłynęły 124 lata. To już czwarte wydanie tej książki, czyli po raz pierwszy ukazała się drukiem jeszcze wcześniej. A u góry jest nazwisko autora. Przeczytasz? – Ma-ry-a. Jakieś dziwne imię. A nazwisko jest długie, ale też przeczytam. Ko-nop-ni-cka. – Dałeś radę. A to dziwne imię to Maria, jak imię twojej prababci. Kiedyś to imię pisało się inaczej niż teraz. Powiem ci jeszcze, że Maria Konopnicka była jedną z największych poetek polskich w XIX wieku. Urodziła się 178 lat temu. Przeczytaj teraz tytuł książki. – P O E Z Y E. Też dziwne słowo. – Może trochę, przez tę literkę „y”, ale już wiesz, że „y” czyta się jak „j”, czyli „poezje”. A co to są poezje, to chyba wiesz. – Poezje to wiersze, babciu. Sama mi o tym mówiłaś. – Jasne. A teraz odszukamy informację, kto wydrukował tę książkę. Tu na dole napisane jest: „nakład Gebethnera i Wolffa”. – Nie wiem, babciu, co to znaczy. – Słowo „nakład” ma różne znaczenia. Nakład to np. liczba egzemplarzy w jednym wydaniu książki czy jakiegoś druku. Tu akurat informacji o liczbie egzemplarzy nie ma. Słowo „nakład” znaczy natomiast tyle, co „wydanie”. A zatem tom Konopnickiej opublikowała firma Gebethner i Wolff. To byli wydawcy i właściciele wielu księgarń. A teraz odwrócimy stronę. Może dowiemy się jeszcze czegoś o tej książce. Tak, jest informacja, gdzie książkę wydrukowano. Przeczytaj. – Kraków, Druk W. L. An-czy-ca i Spółki. Ale, babciu, na tej stronie jest napisane jeszcze coś, czego ja sam nie przeczytam, bo nie znam takich liter. Co to jest? – Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Napisano tutaj po rosyjsku, że cenzor wydał pozwolenie na druk tej książki 1 kwietnia 1896 r. Brzmi to: Dozwolieno cienzuroju... – Po rosyjsku? Dlaczego po rosyjsku? Przecież to polska książka. I kto to jest cenzor, babciu? – pytał wnuczek. Babcia się uśmiechnęła.

22


– Jak dobrze, że dziś nie jest to już takie oczywiste. Postaram się po kolei wszystko wyjaśnić. W czasie, gdy książka była drukowana, Polska nie była krajem niepodległym. Wcześniej podzieliły ją między siebie trzy wielkie mocarstwa: Rosja, Prusy i Austria, przed którymi Polska nie mogła się sama obronić. W Warszawie, w zaborze rosyjskim, wiele ważnych decyzji podejmowali rosyjscy urzędnicy. Wśród nich cenzorzy, którzy sprawdzali, co drukuje się w drukarniach. Jeśli coś się im nie podobało, nie dawali swojej zgody i książka nie mogła być opublikowana. – To znaczy, babciu, że akurat ta książka spodobała się cenzorowi? – Myślę, że przede wszystkim nie uznał jej za groźną dla carskiej Rosji. Lecz to dotyczy polityki, a ty chciałeś porozmawiać o książce. Czego jeszcze chciałbyś się o niej dowiedzieć? – Babciu, to pozwolenie napisane jest takimi dziwnymi, niepolskimi literami, których ja nie znam. – Tak, to są litery innego alfabetu, a pismo nazywa się cyrylica. – Nie wiedziałem, babciu, że istnieją inne alfabety! – Ależ tak, alfabetów jest bardzo dużo. I wiele sposobów ich zapisu. Spójrz, tu jest inna stara książka napisana naszym łacińskim alfabetem. A jednak litery wydają się dziwne. To niemiecki gotyk. – Dobrze, babciu, ale powiedz mi wreszcie, o czym są wiersze w książce pani Konopnickiej. – Och, o pięknie przyrody i o dzieciach. O wielkich bohaterach i ludziach zwykłych. – Przeczytasz mi coś, babciu? – Jasne! Z przyjemnością! Elżbieta Boryniec

il. Zoja Koprowska, lat 9

23


il. Leon Grudzień, lat 11

Babcia czyta Bardzo lubię książki czytać. To rozrywka znakomita, bo choć niby jestem w domu, mogę czmychnąć po kryjomu w świat daleki po przygody, niezależnie od pogody. A gdy czytam, bywa nieraz, że nic do mnie nie dociera. Wnuk skądś woła: – Pić! Gdzie woda? – a ja – hen, na antypodach z kangurami sobie skaczę i nie słyszę, że wnuk płacze. Mąż mnie błaga: – Znajdź mi spodnie! Lecz ja w jeepie, dość wygodnie, na safari aż w Afryce obserwuję groźne lwice. No a spodnie? Pewnie w szafie,

ja przyglądam się żyrafie. W kuchni swąd, bo stek się pali, a ja jestem w Gwatemali. Potem zaś w starej Cordobie w zamku Maurów selfie robię. Żeby czytać, jak Hilary wkładam na nos okulary, co się ciągle gdzieś chowają niby w polu płochy zając. Gdy je wreszcie znajdzie wnuczek, bajkę mu przeczytać muszę, bo choć jeszcze sam nie czyta, lubi słuchać. Wtedy kwita! Żeby wzrok oszczędzić nieco, bo mi latka szybko lecą, sięgam też po audiobooka – to wygoda. I nauka! Elżbieta Boryniec

24


Raz książkowy zaleszczotek, Który cenił myśli złote, Wybrał się do biblioteki, Choć to spacer był daleki. Szukał ksiąg z aforyzmami, Sentencjami, maksymami, Przysłowiami i mottami. Czytał wszystko, co się dało, Zyskał wiedzę tam niemałą. Zgłodniał, więc gdy wzeszedł księżyc, Zjadł roztocza z kartek księgi Starej, cennej, w skórze lśniącej. Haseł były w niej tysiące! W ciągu nocy księga schudła, Więc schowano ją do pudła, Żeby sprawdzić co się stało, Czego w księdze brakowało. Sprawę zbadał archiwista – Spora była braków lista, Więc wynikła stąd afera: Coś mądrości z ksiąg wyżera!

il. Stella Sudoł, lat 13

O pewnym zaleszczotku książkowym* A wszystko przez zaleszczotka. Zjadł roztocza i co spotkał W ich pobliżu – więc literki, A wraz z nimi stron numerki. Przez kolację pajęczaka Zrobiła się niezła draka! Strażnik wlepił w niego oczy, Kiedy intruz z półki skoczył I – już syty – się wycofał W kąt, gdzie stała stara sofa. Cóż, wszak wszyscy czasem psocą, Gdy miast spać, buszują nocą.

Elżbieta Boryniec * Pewnie nie wszyscy wiedzą, że zaleszczotka książkowego można spotkać w książkach w starych bibliotekach – tępi tam roztocza żywiące się papierem. Nazywa się go naukowo Chelifer cancroides. Wyglądem przypomina malutkiego skorpiona. 25


Kot bibliofil

Mól książkowy

Kot bibliofil? Za to ręczę, bo choć nie zna wcale liter, gdy ja biorę książkę w ręce, ma maniery znakomite.

Stoją grzecznie na półkach w osiedlowej bibliotece, czekają na czytelnika, najlepiej na tego, co książki wprost połyka. A jest to Jasio z 7b – ten to książki chętnie je!

Mruczy, łasi się, coś gada, jest w tym radość, nie ma złości, a gdy okulary wkładam, na kolanach mych się mości.

Jadwiga Głażewska

Szelest gazet także lubi, miękką łapką głaszcze papier, robię mu z papieru kulki, a on je jak myszki łapie. Ile złapał? Kot nie zliczy, bo znów drzemie w mych ramionach. On o wielkiej śni zdobyczy, a ja czytam. Zachwycona. Elżbieta Boryniec 26

il. Stella Sudoł, lat 13


Książka w moim domu Mój wnuk, Kamil, wrócił ze szkoły bardzo wzburzony. Po drodze w śmietniku zobaczył wielki stos wyrzuconych książek. – Babciu, zawsze mówiłaś, że książek nie wolno wyrzucać, że trzeba o nie dbać! – mówił zdenerwowany. – Tak mówiłaś, prawda? – Pewnie, że tak mówiłam – odpowiedziałam. – Nie rozumiem, jak można wrzucić książki do kubła na śmieci! – dodałam. – Ich miejsce jest w domach, w bibliotekach, w szkołach. Stare książki też mogą się komuś przydać. Ja nie potrafiłabym wyrzucić książek sprzed lat. – Rzeczywiście, u ciebie stoi na półkach mnóstwo książek. Niektóre są już chyba naprawdę stare! – Pewnie, że tak! Wiesz, od dziecka kochałam czytanie. A w moim rodzinnym domu bardzo szanowano książki. Stały równiutko poukładane na półce i bardzo często po nie sięgano. Czytaliśmy nasze własne książki i te pożyczone od znajomych, choćby na jeden dzień. – Pożyczone na jeden dzień? Jak to? – Kamilku, w jeden dzień też da się książkę przeczytać. Oczywiście, kiedy się bardzo chce. – Opowiedz mi o tym, babciu. Mówiłaś, że gdy byłaś mała, żyło się bardzo trudno i biednie. – O tak, to były zupełnie inne czasy. – zamyśliłam się. – Mieszkaliśmy na starych Bałutach. W wielu domach w ogóle jeszcze nie było prądu. – O czym ty, babciu, mówisz? To jak wtedy w ogóle można było żyć? – Kamilku, całe wieki ludzie żyli bez prądu! – roześmiałam się. – I wiesz, naprawdę bardzo miło spędzaliśmy razem czas. Między innymi właśnie dzięki książkom. – Jak to, babciu? – Ano tak, kochanie. Tak jak ci mówiłam, moi rodzice mieli trochę własnych książek, bardzo często pożyczali też książki od znajomych, zwłaszcza zimą, na długie wieczory przy lampie. Książki bardzo się wtedy ceniło i szanowało. I wiesz, na wspólne czytanie zbierali się sąsiedzi z naszej kamienicy. – O rety! Nie wierzę! – wykrzyknął Kamil. – Tak było, Kamilku. – odpowiedziałam. – Czytało się na głos. Po kolei czytali moja mama, brat i siostra, często czytał też tata, ja byłam jeszcze za mała. Słuchało się różnych książek, głównie historycznych, a więc powieści Sienkiewicza, Kraszewskiego lub innych polskich pisarzy. – I naprawdę przychodzili sąsiedzi? – dopytywał się Kamil. – Pewnie, że tak. Najczęściej były to sąsiadki. Zwykle zabierały ze sobą jakąś robótkę ręczną. Jedna haftowała serwetkę, inna na drutach robiła


il. Kaja Chwałowska, lat 11

sweter dla syna, jeszcze inna cerowała skarpetki lub dłubała coś na szydełku. Każda miała ręce zajęte, lecz głowę chętną do słuchania coraz to nowych przygód, czyli nowych książek. – Babciu, to jednak musiało być fajowe! Jaki klimat! – zapalił się wnuczek. – Ech, pamiętam te czasy, bo teraz bardzo do nich tęsknię. Było wtedy dużo życzliwości wśród ludzi. Książek wszyscy mieli jak na lekarstwo, niewiele ocalało z wojennej zawieruchy. Przekazywano je sobie z rąk do rąk, do pożyczenia była kolejka i nie można się było spóźnić z oddaniem książki. – To trochę jak sąsiedzka biblioteka. I taki audiobook na żywo! – entuzjazmował się Kamil. – Tak, Kamilku. Te powojenne spotkania czytelnicze bardzo kojarzą mi się też z moim tatą. Twój pradziadek był w czasie wojny oficerem Armii Krajowej. Lekarstwem na to, by odzyskać spokój i jakoś zacząć żyć i pracować dalej, była dla niego właśnie dobra książka. Lek na smutne, tragiczne wspomnienia z czasów wojny i na trudne czasy powojenne. Po ciężkiej i nerwowej pracy czytał głośno wszystkim, którzy przyszli słuchać. To chyba najżywsze wspomnienia dzieciństwa w mojej pamięci. Książka była ze mną zawsze. – To pewnie dlatego od małego kupowałaś nam książeczki i rodzice też i ciągle nam czytaliście – pokiwał głową Kamil. – Wiesz, babciu, może dzięki temu tak bardzo lubimy czytanie, ja i Kuba. Nie wiedziałem tylko, że książki były – i są – dla ciebie aż takie ważne. – Wiesz, Kamilku, trochę górnolotnie to zabrzmi, ale książka to dla mnie chleb, którego nigdy nie może zabraknąć. Czesława Bednarek

28


Zagadki bibliofilskie Liter różnych rządek, lecz jest w tym porządek. W polskim – kolejność od „a” do „zet”, w innych – inne litery i inny ich bieg. (Alfabet) W słowach się mieszają, różne nazwy mają: alfa czy omega, efe, dżi czy beta, bardzo różne nazwy w różnych alfabetach. (Litery) W stopie drukarskim liter odwzorowania. Tworzą w druku wyrazy, a z wyrazów zdania. Mają słupki, na nich główki w kształcie literek. Są też w komputerze – rozmiarów i kształtów szereg. (Czcionki) Zbiór słów z objaśnieniami w danym języku – warto tam zaglądać, gdy nie znasz słowa, smyku. (Słownik) To, co ręka autora sama napisała, nim książkę drukarnia nam w ręce oddała. (Rękopis) Papierowy książki płaszczyk, by nie zniszczyć jej okładki. Treść książki nieco odsłania i zachęca do czytania. (Obwoluta) Ten, co książek pożera ciągle bardzo dużo, kogo książki cieszą i nigdy nie nużą. (Mól książkowy) Zbieracz i znawca druków, zwłaszcza cennych, starych. Zwykle ma w domu książek i druków bez miary. (Bibliofil)

29


Drukuje rzeczy nietypowe – cenzurki, laurki, dyplomy, zaproszenia. Ten, kto taki druk dostaje, zawsze go docenia. (Drukarnia akcydensowa) Znak posiadacza księgozbioru. Dodaje książce urody, znaczenia i splendoru. (Ex libris) Spis błędów znalezionych w książce i wykaz sprostowań dodany na luźnej kartce, gdy książka jest już gotowa. (Errata) Wydane przed wiekami bardzo cenne księgi, obejrzysz je w gablocie, nie weźmiesz do ręki. (Inkunabuły) Zszywa lub skleja strony i robi książkom okładki, czasem niezwykle piękne. Zawód to już rzadki. (Introligator) Druk lub książka niezwykła, odmienna od innych, tak jak kruk albinos pośród czarnoskrzydłych. (Biały kruk) Okulary na nos wkłada, teksty godzinami bada. Gdy ma jakieś zastrzeżenia, autor musi książkę zmieniać lub usłyszy: – Do widzenia! (Cenzor) Elżbieta Boryniec

30


Rozdział III

LITERKOWE FIGLE

31 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Dyktando Wolałbym zapasy z pandą, choć jest wielka, niż dyktando. Chciał czy nie chciał, pisać muszę, lecz mam na ramieniu duszę. Atakuje algę ara. Bódł bażanta brzydki baran. Cyraneczka cmoka capa. Dudek dynię drążył, drapał. Emituje emu eter. Filmowała foka fetę. Groźny goryl gnie gwóźdź gruby. Hodowała hiena huby. Idą indyk i indyczka. Jajko jadła już jamniczka. Kilkakrotnie kucyk kłamał.

Leniuchuje latem lama. Łoś łapczywie łyka łęty. Miała mrówka mnóstwo mięty. Nosorożca norka niosła. Orzeł octem oblał osła. Piegża piórka pierze pianą. Rak rekina rugał rano. Sponad strzechy skrzeczą sroki. Tęgi trzmiel tarmosi troki. Ubrudziła ul uchatka. Wątły wilk wystraszył Władka. Zhardział zbytnio znów zaskroniec. Żubr żałował żyta żonie. I to już dyktanda koniec. Eugeniusz Dolat

U otwarte, ó zamknięte Jaś jest słaby z ortografii, zrobić w zdaniu błąd potrafi. Oto zdanie z błędem, który większy jest od Babiej Góry: „Wchodzi bocian do strumyka, dziub otwiera i zamyka”. W słowie „dziub” jest „u” otwarte, Jasio błąd kwituje żartem: – W czasie, gdy pisałem zdanie, ptak zaczynał polowanie i tak bardzo był uparty, że dziób ciągle miał otwarty. Gdyby zamknął go w tej chwili, 32

pewnie bym się nie pomylił i przysięgam na mą piętę, «ó» też byłoby zamknięte. Eugeniusz Dolat


il. do wiersza U otwarte, ó zamknięte – Aleksandra Wieteska, lat 12

Kołomyjka, czyli wierszyk ortograficzny z „ó” To jest góra, a to górka, Górka – dużej góry córka. Córka króla – to królewna, Co królika ma na pewno! Ja też bawię się z królikiem. Nie myl go z mysikrólikiem – Jest to ptak od wróbla mniejszy, Znacznie rzadszy i piękniejszy. Co do wróbli, to w podwórzu Lubią sobie ćwierkać w chórze. 33


Spuścić z oczu je na krótko – Zaraz wlecą do ogródka! A w ogródku bób, ogórki Uwielbiają wręcz podpórki... Gdzie wiersz biegnie? Kto odgadnie? Sama to podpowiem ładnie: Przy ogórkach rosną róże... Więc rym wraca znów ku górze! Eleonora Karpuk

il. Hania i Pola, lat 6

Jaskółka, czyli czterowiersz ortograficzny Śmiga w górę – w dół jaskółka, Co się pisze tak jak „kółka”. „Kółka” się wymienią z „koła”, Nie jest to przypadek zgoła! Eleonora Karpuk

Żarty Są na świecie takie słowa, Co to lubią pożartować. Buk i Bug, i Pan Bóg w niebie Chcą podobne być do siebie. Ludzie biorą ług do prania, Ja łuk biorę do strzelania. Gdzieś na łące jest stóg siana, „Stuk! Stuk! ” – dzięcioł stuka z rana. A ten kod na moim liście – Nie kot z płotu, oczywiście! Gdy chcę szepnąć coś na uszko, To nie muszę leźć pod łóżko, 34


I ocierać z czoła pot, Gdy napisać mam to „pod ”. Bo pod łóżkiem i pod łożem Tylko kurz się znaleźć może. Chyba otrę czoło z potu, Zdejmę kota z tego płotu, Nie zapomnę już o kodzie, Będę wtedy z pocztą w zgodzie. Pan, co mieszka tuż pode mną, Choć ma minę nieprzyjemną, Też się przydać może czasem: Pójdę z nim bukowym lasem, Gdy zejdziemy trochę z drogi, Obejrzymy siana stogi, Posłuchamy, czy nie stuka Dzięcioł, co robaków szuka. A że jestem dziś uparty, Już mi słów niestraszne żarty. Już nie będę „Olaboga! ” Wołać, gdy mnie zdejmie trwoga. Wiem już wszystko. I bez ługu Zrobię sobie pranie w Bugu! Eleonora Karpuk

Hamakowa historia, czyli wierszyk ortograficzny na „h” Na podwórku dziś harmider: Heniek wyniósł hamak, świder, Zabrał młotek, kołki, haki – Pomysł ma nie byle jaki, Nawet miejsce już wybrane. Aby wetknąć haki w ścianę, Wierci dziury tak jak tata, 35


Co podziwia Honorata, Hubert, Hesia, Hania, Hela – Będzie ubaw co niedziela! Chcąc się huśtać na hamaku – Dość okręcić sznur na haku! Taka radość z Heńka pracy – Cieszy się i pies Horacy. Heniek patrzy hardo, dumnie, Oblegany zewsząd tłumnie. Parę minut i gotowe! Dzieciom w smak rozrywki nowe. Już się trzyma sznur na haku, Można siadać na hamaku, Toteż włażą bez wahania

Honorata, Hela, Hania, Jeszcze dobiegł Jaś i Jacek, Zmieścił się i pies Horacy. Lecz wtem… Rety! Co za hałas?! Tyle osób spadło naraz, Z hukiem się o ziemię hukło I boleśnie się potłukło! Teraz wstają już nie tacy... Skulił ogon pies Horacy. Wszyscy wnet stracili humor... Co za hańba! Co za rumor! Ja mam za to myśl gotową: Huśtać się też trzeba z głową! Eleonora Karpuk

Ortografia – Ortografia to jest zmora – mówi Krzysio do Wiktora. – Tyle zasad i wyjątków, muszę wykuć je do piątku. Sensu Krzysio w tym nie widzi, ale błędów swych się wstydzi. – Będę – mówi – trudne słowa, według zasad szeregował: Tu – chusteczka, Tam – huśtawka, haczyk, huba oraz haftka. Chodak, chórek, chrzan i chrupki wrócą do pierwszej przegródki. „Ó” wymienia się na „o” – z tym Krzysiowi łatwo szło: Pół – połowa, główka – głowa, Mała szkółka – wielkie szkoły, Jeden sokół – dwa sokoły, Ósmy z ośmiu się wywodzi, Łódka stoi obok łodzi. Lecz zasuwka oraz skuwka w całkiem innych są przegródkach. Trzeba wiedzieć o wyjątkach, wszak z dyktanda ma być piątka! P.S. Na sprawdzianie poszło gładko, jedną wpadkę miał Krzyś z „haftką”. Lecz ma czas, spokojna głowa, żeby „haftkę” opanować. Elżbieta Boryniec

36


Śmieszne wierszyki

37

il. Stella Sudoł, lat 13

– Babciu, napisz dla mnie jakiś głupiutki, ale bardzo śmieszny wierszyk – prosił Kuba swoją babcię Lusię. Starsza pani chętnie pisywała wierszyki dla dzieci, prośba wnuka mocno ją jednak zdziwiła i rozbawiła. Wymyśliła jednak pewien fortel. – Nie wiem, czy potrafię, ale spróbuję – powiedziała z uśmiechem. – Jednak musi być z tej mojej pracy jakiś pożytek. – Będzie pożytek, babciu, bo mnie rozśmieszysz. I nauczę się wierszyka na pamięć. – O, to świetnie! Obiecujesz? – Tak. Powiem go też Wojtkowi i będziemy mieć niezłą zabawę. – Zgoda – ucieszyła się babcia Lusia. – A potem Wojtek zapisze wierszyk w swoim zeszycie. Natomiast ja sprawdzę, czy obaj wszystko dobrze zrobiliście. Od A do Z. – Oj, babciu, czy w tym nie ma jakiejś zasadzki? Bo, jak wiesz, ja nie lubię długich wierszy, a Wojtek nie lubi pisać trudnych wyrazów. – Rymowanki napiszę krótkie, dasz radę się ich nauczyć. Natomiast Wojtek będzie miał trudniejsze zadanie: ćwiczenie z ortografii. Ale przekonajmy go, by dołączył do naszej zabawy. Będzie fajnie. Kuba chodził do trzeciej klasy, a Wojtek, dwa i pół roku starszy, do piątej i nie lubił dyktand, bo robił sporo błędów. Jednak zgodził się na zabawę. Babcia Lusia ucieszyła się i napisała dla chłopców takie wierszyki bez sensu:


Chyżej hieny chichot słychać, Pulchny druh piżmaka hula, Chart swą żuchwę w żużlu schował, Przeżuć rżysko chce krasula. Mruży pszczółka żółte oko, A gżegżółka pierzchła z wierzby. Grucha piegża na dachówce, Homar połknął piórko dzierzby. Hojny szczur na hulajnodze Wszczyna o pachnidło chryję. Krzyżak oplótł siecią hiacynt. Nów księżyca, wilk gdzieś wyje. Czwarta rymowanka była napisana specjalnie dla Wojtka, bo mówił, że chce być generałem: Chaos u żołdactwa wielki, Huzar huknął: – Wy, hultaje! Ciżba, krzyki i harmider, Sierżant z chochlą w bój się wdaje. Gdy Babcia Lusia przeczytała chłopcom wierszyki, Wojtek złapał się za głowę, a Kuba zrobił wielkie oczy i przerażony jęknął: – Babciu, co ty wymyśliłaś?! Ja w ogóle nie rozumiem tych twoich rymowanek. O czym one są? A Wojtek dodał: – To nie będzie dla mnie zabawa, to będzie męka. – Nie martwcie się, zuchy! – roześmiała się starsza pani. – Są słowniki, jest internet, pomogę wam i zaraz wszystko będzie jasne. Okazało się, że Kuba nigdy nie słyszał takich słów jak: piegża, ciżba, chyża, rżysko, a Wojtek nie wiedział, czym się np. różni dzierzba od gżegżółki. Gdy poznali znaczenie tych słów, Wojtek poprosił babcię o słownik ortograficzny. – Muszę sprawdzić i zapamiętać pisownię najtrudniejszych wyrazów – wyjaśnił. – Oczywiście – odpowiedziała babcia. – Pamięć wzrokowa bardzo przydaje się w nauce ortografii. Kuba przysiadł się do brata i obaj starali się zapamiętać pisownię tych wszystkich dziwnych słów. A potem czytali wierszyki razem z babcią, śmiejąc się z różnych absurdów. Kuba nauczył się rymowanek i powtórzył je bratu z pamięci. Wojtkowi zapisanie wierszyków poszło całkiem nieźle. Miał wprawdzie dwie wpadki: z żuchwą i dzierzbą, ale z resztą poradził sobie świetnie. Przy tym obaj chłopcy mieli dobrą zabawę i sporo się nauczyli dzięki fortelowi swej babci. Elżbieta Boryniec


Rozdział IV

CUDA, CUDEŃKA!

39 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Ząb Czasu Kiedyś w Toruniu biały i czysty Ząb Czasu cicho wszedł do dentysty. – Naostrz mnie, proszę, panie doktorze, bo chcę powiedzieć ci właśnie to, że dziś przypadkowo oraz niechcąco stępiłem sobie mą krawędź tnącą. A to jest przecież ogromna bieda, gdyż tępym zębem gryźć się nic nie da. Na bezczynności cenny czas tracę, zamiast podgryzać zamki, pałace, wszelkie budowle zmieniać w ruinę, bo przecież z tego od zawsze słynę. Zdziwiony doktor wytrzeszczył oczy, bo go Ząb Czasu bardzo zaskoczył. Gdy po sekundach ocknął się wielu, rzekł: – Zębie Czasu, usiądź w fotelu. Zaraz cię wyrwę, schowam do skrytki, będą mi za to wdzięczne zabytki. – Niedoczekanie twoje, doktorze! – Ząb Czasu uciekł, już jest na dworze. Biegnie czym prędzej w stronę Bydgoszczy. – Może ktoś inny tam mnie naostrzy! Eugeniusz Dolat

40

il. Eliasz Owczarek, lat 5,5


Gdzie na stoku trawka młoda, Spod kamyka bije Woda. Kap-kap, spada w dół kropelka, Już wystarczy dla wróbelka. Za to dalej, choć nieduża, Ale jednak jest kałuża. I po chwili znad urwiska Całkiem spora strużka tryska... – Gdzież to wiedzie los, Potoku? Kto dotrzyma tobie kroku? – Nie mam – odparł – do rozmowy Ani woli, ani głowy. Mam w dolinie ważne sprawy, Jam tej Rzeki dopływ prawy. Ona ładnie mnie przywita. Gdzie biegniemy? Rzeki pytaj! Pytam zatem: – Rzeko! Rzeko! Kres wyprawy Twej daleko? Rzeko, zwolnij nieco biegu I pożałuj, nie rwij brzegu!

– Nie wiem, gdzie mej drogi koniec, Ale nikt mnie nie dogoni! Idź za nami! – rzekła Rzeka. – Tam już Siostra na nas czeka. A ta Siostra, jak to bywa, Cicho na równiny spływa I do Morza prosto zmierza, Bo kres drogi na wybrzeżach. Tam powstają wnet Obłoki, Rade podlać wyschłe stoki. I już rośnie trawka młoda, Spod kamyka bije Woda. Kap-kap, spada w dół kropelka, Już wystarczy dla wróbelka. Za to dalej, choć nieduża, Ale jednak jest kałuża. I po chwili znad urwiska Całkiem spora strużka tryska... Eleonora Karpuk 41

il. Alinka Gaszewska, lat 5

W koło Macieju (czyli o wędrówce Wody)


il. Oliwia Kitowska, lat 7

Smogi Dziś o smogach bajkę powiem, Co rujnują nasze zdrowie. Mają zęby, kręte rogi, Długie ręce, krzywe nogi. Każdy z nich jest niebezpieczny, Nawet kiedy jesteś grzeczny.

On nam oddech wręcz blokuje, Wciąż spaliny tylko czujesz. Bardzo trudno jest go znosić, Nie ustąpi – próżno prosić! Ciut pomogą nam maseczki, Szale, gaza i chusteczki.

Pierwszy z nich – smog akustyczny, Nie myl z dźwiękiem go muzycznym. To hałasy są i szumy – Od nich uciec nikt nie umie. Dźwięki męczą i jazgoczą, Nie wiesz już, co z nimi począć! Nosić czapkę, nauszniki Czy słuchawki – cud techniki?

Smog elektroniczny – trzeci, Co podstępny jest dla dzieci. Z internetu, z komputera, Z telefonu i z routera Płynie po cichutku z sieci, Lampeczkami sobie świeci. Nie czuć go, nawet nie słychać I od niego nikt nie kicha! Czy na pewno więc istnieje? To pokażą dalsze dzieje…

Drugi z nich to smog chemiczny, Gorszy niż ten akustyczny –

42

Anna Ubysz


il. Marta, lat 5

Małpa-niemałpa Żyje yeti gdzieś w Tybecie, Nie jest yeti sam na świecie. Na Alasce i w Kanadzie Big Foot ponoć zwiał gromadzie Gapiów oraz doktorantów, Całej armii policjantów. Big Foot – po polsku Wielka Stopa – Dużego przypomina chłopa. Czy jest to jakiś dziki człowiek, Czy małpa – tego się nie dowiesz. Był ktoś podobny na Kaukazie, Choć o tym cicho jest na razie. A jakie wnioski z tego płyną? Wysokie góry z yeti słyną! Podobnie dzieje się w jeziorach: Co głębsze – swego ma potwora... Eleonora Karpuk 43


Domy na głowie Śpiewała mi mama piosnkę o Krakowie,2 Że w rynku stanęły tam domy na głowie2. Myślałam, że żart to lub jakieś przysłowie, Bo jak w takich domach ma dni spędzać człowiek? Jak żyć na suficie? Problem, co się zowie, Dziwaczny to pomysł i szkodzi na zdrowie. A przecież mieszkali w tym grodzie królowie, Więc po co ten wybryk? Do dzisiaj się głowię. Pytam akrobatę w prywatnej rozmowie, Czy nie jest mu trudno stać w cyrku na głowie. – Niełatwo – rzekł – zwłaszcza niemłodej osobie, Bywają wypadki. Tak mówią świadkowie. To rzekł i gdzieś przepadł. Mnie sen spędza z powiek, Że są takie domy o dziwnej budowie. Odwiedzę więc Kraków i Szymbark też, bowiem I tam – mówią – stanął dom jakiś na głowie. Zobaczę, pojadę, o wszystkim opowiem W wierszu, w którym rymy też stają na głowie. P.S. A co z akrobatą? Był ponoć w Krakowie, Ktoś widział go w rynku, jak stał tam na głowie. Elżbieta Boryniec

2  Może znacie tę piosenkę? Oto jej słowa: „Na Starym Rynku w Krakowie Domy stanęły na głowie. Zatańczyły raz-dwa-trzy, A gołąb siedzi i patrzy”.

44

il. Łucja, lat 6


Dziury w pamięci ile jest pięć razy cztery. Babcia twierdzi: – To nie bzdury, psują pamięć z sera dziury. Jadłam go i nie pamiętam, jakie wkrótce będą święta. Ja też swoje wtrącam zdanie, gdyż ser zjadłem na śniadanie: – Jeśli mam w pamięci dziurkę, wiedza mi wyleci ciurkiem. Nagle słyszę mego dziadka: – Każdą dziurę da się zatkać. Takie jak do buteleczki zaraz zrobię wam koreczki.

il. Julia Turska, lat 10

Biada temu, wielka biada, kto z dziurami ser zajada! Jeśli nie powstrzyma chęci, będzie dziury miał w pamięci. Mama mówi: – Ja nie wierzę, mnie nie szkodzą dziury w serze. Tatuś się z mamusią spiera: – Nie jedz dziurawego sera, wczoraj jadłem ser do woli, zapomniałem się ogolić. Siostra wiąże sznurowadła, wcześniej serki różne jadła, zapomniała przez te sery,

Eugeniusz Dolat

45


Szafa

il. Zoja Koprowska, lat 9

Stoi szafa w domu, w kącie, Tam wstawiona po remoncie. A w niej masa dziwnych rzeczy… Są tam: Poduszka nie do spania, Buty nie do biegania, Okulary nie do patrzenia, Miarka nie do mierzenia, Mazak nie do mazania, Pióro nie do pisania, Lampa nie do świecenia, Plany nie do spełnienia, Nożyczki nie do cięcia, Spinka nie do upięcia, Marzenia nie do kupienia, Sny nie do wyśnienia… Nic z tej szafy nie wyjmuję, Tylko wciąż do niej pakuję. Anna Ubysz

Apel Oddaj, pralko, mą skarpetę, Weź czerwoną, tamtą, nie tę! Ty, komodo, zwróć zegarek, Klipsy i kolczyków parę. A ty, szafko, bardzo proszę, Oddaj buty i kalosze! Ach, trójkąty me bermudzkie, Bądźcie dla mnie bardziej ludzkie! Anna Ubysz 46

il. Marta Koprowska, lat 9


Rozdział V

BAJANIA BABCI LIDII

3

3

3  Babcia Lidia nie jest literacką kreacją, istniała naprawdę. To moja Mama, Lidia Russowska, bardzo zdolna, choć zupełnie nieznana pisarka i bajarka. Nie czytała mi bajek, kiedy byłam dzieckiem, lecz opowiadała je na żywo. Nie znam ich pochodzenia – może usłyszała je od swojej babci, może wymyśliła. Nie wiem i już się nie dowiem. Na szczęście zapamiętałam te opowieści tak dokładnie, że mogłam je odtworzyć z pamięci.

il. Aniela Owczarek, lat 9


O tym, jak zięba uczyła ptaki gniazda wić Dawno, dawno temu ptaki w naszych lasach nie umiały pleść gniazd. Trudno im się żyło w tych odległych czasach. Nie ma to jak stałe mieszkanie, ciepłe i przytulne. Co prawda w lesie zawsze znajdzie się jakaś wygodna gałązka pod szczelnym daszkiem z liści, na której można zanocować nie obawiając się nagłej ulewy albo odpocząć w miłym chłodzie za dnia, kiedy zanadto dokuczy upał. Ale co począć, gdy pojawią się pisklęta? Jak bezpiecznie ukryć jaja i wychować młode? Najlepiej, jeśli się trafi odpowiednia dziupla, ale dziupli jest mało, a chętnych dużo i to nie tylko ptaków. Dobrze, jeśli się ma mocny i ostry dziób jak dzięcioł. On – raz, dwa! – i wykuje dla siebie i swojej rodziny piękne pomieszczenie w jakimś spróchniałym drzewie. Niestety, nie każdy to potrafi. Próbowały się tego nauczyć inne ptaki i niektóre się nauczyły. Sikorki i kowaliki żłobią teraz komnaty nie gorzej niż dzięcioły. Ale większość ptaków musiała wychowywać swoje młode prosto na ziemi. Aż trudno sobie dzisiaj wyobrazić, jakie to było niebezpieczne i ryzykowne. Na ptasie jaja i bezbronne, nieumiejące latać pisklęta czyhają i lisy, i jenoty, i wydry, i norki, i kuny, i łasice. I nawet wilk czy dzik nie pogardzi małym kosiątkiem lub słowiczątkiem, jeśli tylko je wypatrzy. A do iluż ptasich tragedii dochodziło z powodu nieuwagi dużych mieszkańców lasu! Biegnie taki łoś albo jeleń przez dąbrowę i nie patrzy pod nogi. Wtem trzask! – a to pod ciężkim kopytem pękła delikatna skorupka jaja. Ci wielcy leśni jarosze nigdy nikogo nie krzywdzą z rozmysłem. Jeśli się taki wypadek zdarza, same są bardzo zmartwione, ale co komu z przeprosin, kiedy wyląg przepadł? Co tu dużo gadać – źle się żyło ptakom bez gniazd i już! Ale oto którejś wiosny przyleciała z ciepłych odległych krajów zięba i powiedziała, że tam, gdzie zimowała – a była tym razem w nieco innych niż zwykle stronach – ptaki robią sobie na drzewach mieszkania z gałązek i traw, a nazywają je gniazdami. – Jak to możliwe? – zainteresowały się inne ptaki. – A tak! – odrzekła zięba. – Tam, za siedmioma morzami, za siedmioma górami wszyscy to potrafią. Teraz i ja umiem to bardzo dobrze i was mogę nauczyć. Ucieszyły się ptaki i zaraz następnego dnia, od samego rana, zaczęły się gromadzić wokół zięby, aby wysłuchać jej wykładu. Kiedy zebrały się wszystkie, zięba powiedziała: – Dobrze, lećmy teraz do jednego takiego drzewa, które upatrzyłam, aby nauczyć was, jak się plecie gniazda. I ptaki pofrunęły. 48

il. Hania, lat 6


– Najważniejsze to znaleźć odpowiednie miejsce – powiedziała zięba po drodze. – To musi być coś choćby trochę płaskiego, jakieś rozwidlenie gałązek, takie, żeby dało się położyć parę patyczków… – Kle-kle-kle! – zawołały bociany. – Coś płaskiego! Bardzo dobry pomysł! Ale dla nas, takich dużych, w całym lesie nie znajdzie się niczego płaskiego o stosownych rozmiarach… – stwierdziły. I poleciały szukać czegoś takiego na wsi. – To wcale nie najważniejsze! – zapewniła zięba. – Najważniejsze, aby rozwidlenie tworzyły co najmniej trzy gałązki, a nie tylko dwie… Ale bociany już jej nie słyszały. Tymczasem zięba doleciała do wysokiej brzozy i poprosiła wszystkie ptaki, aby zajęły miejsca dookoła. – Kiedy się już znajdzie odpowiednie rozwidlenie, najlepiej na brzozie, trzeba położyć kilka patyczków tak, potem kilka na poprzek, i jeszcze tak, i jeszcze na poprzek, aby powstało coś w rodzaju pomostu… – I to wszystko? – ucieszyły się wrony. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – odrzekła z oburzeniem zięba, ale wrony już jej nie słyszały. – Kiedy już jest pomost, trzeba położyć jeszcze trochę cieńszych patyczków i udeptać je nogami, aby utworzyło się zagłębienie, jakby korytko… – I to wszystko? – ucieszyły się sroki. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – odparła zięba, ale sroki już jej nie słyszały. – Potem trzeba zagiąć końce patyczków do góry – ciągnęła dalej zięba – i przepleść je cienką witką, aby się nie rozprostowały… – I to wszystko? – ucieszyły się dzikie gołębie. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – zaprzeczyła zięba, ale dzikie gołębie już jej nie słyszały. – Trzeba takich witek napleść jeszcze i jeszcze, aby się zrobił koszyk mocny i wytrzymały… – I to wszystko? – ucieszyły się sójki. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – odparła zięba, ale sójki już jej nie słyszały. – Potem wszystkie mniejsze dziury trzeba zatkać suchą trawą i mchem… – I to wszystko? – ucieszyły się drozdy. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – wyjaśniła zięba, ale drozdy już jej nie słyszały. – Trzeba jeszcze całe dno i boki koszyczka zasmarować gliną, aby pisklęta nie siedziały w przeciągu… – I to wszystko? – ucieszyły się kosy. I odleciały. – Oczywiście, że nie wszystko! – machnęła skrzydłami zięba. Ale kosy już jej nie słyszały. 49


il. Alinka Gaszewska, lat 5

– Teraz trzeba wyścielić gniazdko czymś miękkim. Można poszukać wyczesanej sierści zwierząt albo zgubionych piórek, można wyskubać z piersi parę własnych piór. To nic, odrosną. Można też poszukać miękkiego puchu z jakichś roślin, na przykład z dmuchawców… – No i to już chyba nareszcie wszystko! – ucieszyły się słowiki i odleciały. – Bynajmniej! Nie wszystko! – z naciskiem odrzekła zięba. Ale słowiki już jej nie słyszały. – Nie wystarczy bowiem wybrać mało widoczne miejsce pomiędzy liśćmi, śród splotów gałęzi… Trzeba jeszcze zamaskować samo gniazdo. W tym celu bierze się trochę tasiemek z brzozowej kory i wplata je do gniazdka z zewnątrz, aby zrobiło się białe, nakrapiane jak pień brzozy i przestało być na nim widoczne. Dlatego właśnie na samym początku powiedziałam, że najlepsze są brzozy… I zięba wplotła w koszyczek kilka białych tasiemek, tak że gniazdo zupełnie się zlało z jasnym nakrapianym pniem drzewa. – Teraz dopiero gniazdo jest gotowe! – stwierdziła zięba. Zadowolona ze swego dzieła rozejrzała się dookoła i… nie zobaczyła żywej duszy. Wszystkie ptaki rozleciały się w różne strony! I tak jest w lesie do tej pory. Każdy ptak robi gniazdo po swojemu, a tyle umie w tej trudnej sztuce, ile miał cierpliwości nauczyć się od zięby. Eleonora Karpuk


Kradzione nie tuczy Żyli sobie raz ojciec i syn. Ciężko pracowali na małym kawałku ziemi, ale fortuny się nie dorobili. Ot, po prostu żyli spokojnie a uczciwie. I tyle. Aż pewnego dnia mówi syn do ojca: – Wiecie co, ojciec? Znudziło mi się takie życie. Dość mam tej harówki bez końca. Nie będę więcej pracował i już! – A z czego w takim razie będziemy żyli? – zdumiał się ojciec. – Kraść będziemy – beztrosko odparł syn. Przeraził się ojciec synowskiej lekkomyślności. Dawaj mu tłumaczyć, że to nieuczciwe owoce cudzej pracy za darmo zgarniać, że trzeba mieć sumienie i nie robić krzywdy innym ludziom, że wcześniej czy później kary się za to nie uniknie, a przy tym jaki wstyd i hańba! Mówił, mówił, ale widzi: nie przekonał syna. Chłopak tylko ręką lekceważąco macha. – No, cóż – rzecze więc ojciec – stary już jestem, może i racja, abyś teraz ty nasz los wziął w swoje ręce. Rządź wedle swego uznania, a ja słuchać będę. Pamiętaj jednak, powiadają ludzie: „kradzione nie tuczy”, a ludzie wiedzą, co mówią. – Gadanie! – odparł syn. – No, dobrze – ustąpił ojciec. – Spróbujmy kraść przez miesiąc, na próbę. A potem zobaczymy, co dalej. – Świetnie – przytaknął syn, rad, że się ojciec zgodził. – Jeszcze dzisiaj, jak się ściemni, ukradniemy z pastwiska owcę. Skończymy z jedną, to ściągniemy następną. Wreszcie będziemy jeść tyle mięsa, ile zechcemy. I spać będziemy, ile się nam spodoba. Koniec z wstawaniem skoro świt. Jak uradzili, tak zrobili. To barana, to prosiaka do domu przygonią, że nie wspomnę już o drobiu. Przez cały miesiąc dużo spali, dużo jedli, a mało co robili. Stary ojciec wypoczął, wydobrzał, policzki mu się zaokrągliły, cera poróżowiała. Chodzi po domu, piosenki pod nosem nuci i na syna popatruje. Nudno mu trochę bez pracy, ale milczy, nic na razie nie mówi, czeka, aż wyznaczony miesiąc minie. Tymczasem syn zaczął się powoli przekonywać, że złodziejskie życie wcale nie jest takie lekkie, jak mu się zdawało. Ni we dnie, ni w nocy spokoju zaznać nie może. Zaraz następnego dnia po uprowadzeniu pierwszego barana wyszedł syn na ulicę, patrzy, a tu okradziony przez niego sąsiad idzie. „Co robić? – myśli chłopak gorączkowo. – Może szybko na własne podwórko zawrócić? Nie, za późno. Już mnie zauważył. Podejrzanie byłoby sąsiada unikać…”. Stoi więc, całe przemówienie sobie obmyśla, każde słowo waży, co je sąsiadowi powie, jak się tamten do niego odezwie. A sąsiad tylko uśmiechnął się ładnie, „dzień 51


dobry” powiedział i poszedł dalej we własnych sprawach. Nawet się nie poskarżył, że mu baran zginął. I znów niedobrze. „Jak to tak? – myśli złodziej. – Czyżby jeszcze nie wiedział? Nie, to niemożliwe, żeby nie zauważył, że mu jednego barana brakuje. A więc podejrzewa?... Czemu nie?...” – i zimny pot go oblał. Wraca do domu, opowiada ojcu o spotkaniu z sąsiadem. – Następnym razem trzeba jednak kraść gdzieś dalej – zakończył swoje wywody – bo niemiło tych okradzionych spotykać, nie wiadomo, jak się zachować… – Jak uważasz – odrzekł ojciec. – Ty teraz rządzisz. Gdy tylko zjedli barana, wyprawili się nocą do sąsiedniej wsi. Noc wybrali pochmurną, ciemną, choć oko wykol. Cicho dokoła, znikąd ani dźwięku nie słychać. Idą. Ojciec stąpa spokojnie, pewnie, a syna byle szmer o drżenie przyprawia. – Ciszej, ojciec, nie hałasujcie tak! – co chwila ojca upomina. Wreszcie podchodzą pod sam kojec, jedną bramkę otworzyć zostało, a tu jak na złość się przejaśniło, księżyc zza chmur wyjrzał. – Nie – mówi syn – za jasno. Księżyc za bardzo świeci. Trzeba zaczekać, aż zajdzie. Usiedli więc pod krzakiem. Syn tylko się po bokach rozgląda, a stary już pochrapuje. Nie ma w tym nic dziwnego, przecież kawał drogi uszli, zmęczyli się obaj, jednakże on by oka nie zmrużył, a ojciec śpi jak niemowlę! Dawniej stary o wszystkim decydował, ale i troszczył się o wspólne sprawy. Nieraz syn miał dosyć ojcowskich upomnień i pouczeń, teraz wszakże nawet mu trochę tego brak. Chciałby, aby ojciec odrobinę zainteresowania okazał, a tu nic. Niczym się nie przejmuje, odkąd swą rodzicielską władzę synowi przekazał. „No pewnie – rozważa syn w duchu – a czym miałby się przejmować? Przecież jeśli nas złapią, to jemu, staremu, nic nie zrobią. Zdurniał, powiedzą, na starość i puszczą. To mnie skażą i na katorgę poślą… A poza tym, jak nic może na mnie wszystko zwalić, powiedzieć, że to ja go namówiłem!... I coraz większa złość go na to ojcowskie chrapanie bierze. Wreszcie księżyc zaszedł. Weszli do zagrody, uprowadzili cielaka. Wrócili do domu zupełnie wymęczeni, a tu trzeba go zabić jeszcze i oporządzić. I to szybko, póki wieś śpi. Odpoczywali parę dni po tej wyprawie i znowu we własnej okolicy, tym razem świnię, ukradli. Nagotowali z ojcem smacznego jedzenia, usiedli do stołu, a tu sąsiad w drzwi puka. – Chowajmy czym prędzej wszystko do komórki – szepce syn – bo jeszcze rozpozna, że to jego wieprza jemy… Pochowali jadło, sąsiada wpuścili. Sąsiad na ławie się rozsiadł, gada i gada, gada i gada, a na spiżarnię zerka… 52


„No – myśli sobie syn – ani chybi na przeszpiegi przyszedł, przecież widać, że się domyśla, nie ma tylko jeszcze pewności…” Zdenerwował się tym okropnie, jednym uchem rozmowy ojca z sąsiadem słucha, na pytania półgębkiem odpowiada, a tak się czuje, jakby na rozżarzonych węglach siedział. Wreszcie sąsiad sobie poszedł. Ojciec mięso ze spiżarni przynosi, ale syn już ochotę do jedzenia stracił. Odstawił miskę i poszedł precz. I tak raz po raz coś się dzieje. Wciąż się młodzikowi wydaje, że ktoś jego tajemnicę odgadł. Stracił apetyt i sen. Ledwie mysz przebiegnie, a on już ze strachu dygoce, ciągle się pogoni spodziewa. Wychudł i poczerniał, aż strach na niego patrzeć. Wreszcie minął ustalony miesiąc. – No i jak będzie dalej, synku? – zaczął rozmowę ojciec. – Czy chcesz nadal złodziejskim życiem żyć, czy nie, bo coś mi się zdaje, że ci to wcale nie służy?... Milczy syn, nie wie, co odpowiedzieć, a ojciec ciągnie dalej: – Od razu mówiłem, że kradzione nie tuczy. Nie najlepiej wyglądasz, mój synu, zmarniałeś… – Co tam ojciec znowu swoje! – zaperzył się chłopak. – Jak by to była prawda, to byśmy obaj zmarnieli, nie tylko ja… Przecież ojciec tak samo kradzione cały miesiąc jedzą… – A tu to się mylisz, mój synu – oznajmił stary. – Kradzione to tylko ty jadłeś. Bo ja za każdą sztukę bydła, nim ją uprowadziliśmy, pierwej gospodarzowi, ile chciał, zapłaciłem. W ten sposób mądry starzec udowodnił synowi, że lepsze jest chude życie w spokoju niż tłuste w strachu. Eleonora Karpuk

Wilk i Wilczyca Pewnego razu Wilk gawędził z Wilczycą. – Źle ci się, Wilku, żyje – westchnęła Wilczyca. – Czemu? – pyta ją Wilk. – Wciąż się po zaroślach włóczysz, przed ludźmi się kryjesz… – Hmm – mruknął Wilk – przecież ty też chowasz się przed ludźmi… – Nie, ja chodzę, gdzie chcę i nikt mnie nie widzi. – No, to już kłamiesz, moja droga – zaprzeczył Wilk. – Ciebie widzą tak samo jak i mnie! 53


il. Zosia, lat 6

– Cóż – odpowiedziała Wilczyca – możesz wierzyć albo nie, ale mówię prawdę. Wilk pokręcił głową i powiada: – Skoro tak, to sprawdźmy. Ja schowam się w zaroślach, a ty wyjdź w pole. Zobaczymy, czy ludzie cię zauważą, czy nie. – Dobrze – zgodziła się Wilczyca. – Zobaczymy! Wilk schował się w zaroślach, a Wilczyca wyszła na łąkę. Zobaczyli ją pasterze i podnieśli wrzask: – Wilk, wilk!! Zabić wilka! Usłyszał Wilk w zaroślach, że mówią o nim, zadrżał ze strachu i hajda do lasu. Biegnie i myśli: „Dziwne, Wilczyca wyszła na łąkę i nic, a ja w zaroślach siedziałem, a jednak mnie zobaczyli…” Dopędziła go Wilczyca i pyta: – No i kto miał rację? Odsapnął Wilk i rzecze: – Ty miałaś rację. Nie powiem. Gdybym sam nie sprawdził, za nic bym nie uwierzył. Eleonora Karpuk

Rudy i Łysy Żyli sobie raz w pewnej wsi stary ojciec z synem. Wspólnie prowadzili gospodarstwo, orali i siali, i plony zbierali. Dobrze im się żyło, bo zgodnie. Syn wyrósł na ładnego i dobrego chłopaka. Wysoki, niebieskooki, wesoły i prostoduszny, a do tego bardzo pracowity – każda robota w rękach mu się pali. Nie trzeba go poganiać jak innych, sam wie, co jest w polu czy w obejściu do zrobienia. Powie na przykład ojciec: – Coś mi się wydaje, że dach w oborze w jednym miejscu przecieka. Weź drabinę i zobacz. A syn na to: 54


– Już go naprawiłem, tato. A jeszcze dwa kołki w płocie od ulicy wymieniłem, bo pogniły… I tak ze wszystkim. Chwali ojciec syna, nachwalić się nie może. Dobrze sobie żyją, pogodnie a uczciwie. Aż tu którejś wiosny stary ojciec zaniemógł. Bardzo nie w porę go choroba dopadła – w polu huk roboty, a na domiar złego ziarna do siewu zabrakło, trzeba by do miasta na rynek pojechać i dokupić. A jak jechać, skoro z łóżka zwlec się nie może? – Nie martwcie się, ojciec – powiada syn. – Ja pojadę. – Ano musisz, synu – odparł ojciec. Ale bardzo był niespokojny. Do tej pory sam wszystkie sprawy w mieście załatwiał, a teraz strach mu nieopierzone pisklę taki świat drogi od domu wypuścić. Zwłaszcza, że chłopak dobry, lecz naiwny jak dziecko. Radzi mu wiec ojciec i to, i tamto, i piąte, i dziesiąte… – A uważaj, żeby cię nie oszukali – powtarza w kółko. – W mieście nie to, co na wsi. Tam oszust na oszuście siedzi i oszustem pogania… – Nie oszukają! – uspokaja go syn. – Znam się na zbożu. – Na zbożu to ty się znasz – lamentuje ojciec – ale na ludziach się nie znasz… Boję się, żeby cię jakiś wydrwigrosz nie wykiwał… A pamiętaj: strzeż się rudych i łysych. Rudych, bo chytrzy, a łysych, bo za mądrzy! – dodał na ostatek i syn pojechał. Jedzie sobie, jedzie, koła u wozu się toczą, konik podkowami stuka wesoło. Prawie już do miasta dojechał. Zgłodniał bardzo, patrzy, a tu karczma przy drodze. Zatrzymał wóz, konia do słupa przywiązał, wszedł do środka, usiadł przy stole i talerz zupy sobie zamówił. Rudy karczmarz pędem do niego podbiegł, miskę dymiącego krupniku postawił. – Służę szanownemu panu… – powiada. „O, jaki zacny człowiek! – myśli sobie chłopak. – Ojciec mówił, że rudzi są chytrzy, a ten, proszę, taki miły…” Spróbował strawy, a krupnik dobry – jaglany, bogato skraweczkami okraszony. Chłopak rad zajada i chcąc przyjemność karczmarzowi sprawić, tak się do niego odzywa: – Dobry krupnik! Za każdą łyżkę nie żal talara dać, bo wart tego, słowo daję! A chytry karczmarz zaraz to wykorzystał. Każdą łyżkę, co gość przełknął, skrupulatnie policzył i odpowiedni do tego rachunek wystawił. – Tyle pieniędzy za talerz zupy? – zdumiał się chłopak. – Skąd ta cena? Łatwo wyliczyć, ile kosztowała kasza, ile słonina, ile robota. Za taką sumę można całą wieś krupnikem nakarmić, a jeszcze by zostało! – Co mi tam będziesz, smarkaczu, wyliczał, ile co kosztuje! – od razu 55


zmienił ton karczmarz. – Powiedziałeś, że zapłacisz talara za każdą łyżkę strawy? Powiedziałeś. Tyle a tyle łyżek zjadłeś? Zjadłeś. A teraz co? Chciałbyś się wykręcić? Nie ma mowy! Ja swojego nie popuszczę. – Jakże to tak?! – zawołał chłopak, kiedy zrozumiał wreszcie, w czym rzecz. – Przecież ja to tylko tak powiedziałem! Różne rzeczy się mówi… Ludzie! Co się dzieje? – zwrócił się do innych gości, myśląc, że staną po jego stronie. A karczmarz wciąż przy swoim się upiera: – Obiecałeś, to teraz płać! Inni zaś tylko się śmieją – co im tam cudze nieszczęście, grunt się zabawić! Oddał chłopak całe pieniądze, co miał na zboże, jeszcze kaftan musiał dołożyć. Do miasta już nie miał po co bez pieniędzy jechać, wraca więc do domu w samej koszuli i tylko łzy przełyka. Wtem patrzy, a z bocznej drogi wyjeżdża wóz we dwa konie zaprzężony, woźnica zaś łysy niczym kolano, aż się słońce w jego głowie jak w lustrze odbija. „Oho! – myśli sobie chłopak. – Trzeba wiać! Rudy mnie z pieniędzy ograbił, a teraz łysy jeszcze konia z wozem odbierze”. I pognał swoją kobyłkę galopem. Natomiast Łysy, gdy zobaczył, że przed nim uciekają, tak sobie od razu pomyślał: – Pewnie nieczyste ma sumienie, skoro ucieka. Może co komu ukradł? Trzeba go dogonić i sprawdzić. Bo był to człowiek pewny siebie a dociekliwy. Smagnął swoje siwki batem i szybko we dwa konie uciekającego dopędził. Schwycił pechowca za kołnierz i krzyczy: – Mów, co masz na sumieniu! Rozpłakał się młodzian i opowiedział Łysemu wszystko, co go spotkało. – No – powiada Łysy – tego tak zostawić nie można. Zawrócili konie, przyjechali do karczmy, weszli do środka. Patrzy Łysy, a karczmarz tuszę cielęcą rozbiera. Podchodzi do niego i pyta: – Po ile swoje żebra sprzedajesz? – Po tyle a tyle – mówi karczmarz, przy czym bardzo wysoką sumę wymienia. – Dobrze – powiada Łysy – wcale niedrogo. Biorę wszystkie. Ucieszył się chytry rudzielec, że głupiego znalazł, a Łysy wręczył mu pieniądze i mówi: – Zdejmuj surdut. – Po co? – zdziwił się karczmarz. – Jak to, po co? – odparł Łysy. – Szkoda surdutu niszczyć, jak twoje żebra będę wycinał. – Czyś ty zwariował, człowieku? – zawołał przerażony karczmarz. – Któż by swoje żebra sprzedawał?! Myślałem, że ci chodzi o cielęce… 56


– A któż by bydlęce gnaty za takie pieniądze kupował?! – wrzasnął Łysy. – I dość tego gadania! Pieniądze wziąłeś, to teraz dawaj, co mi się należy! – Ludzie! Ratunku! – zakrzyknął karczmarz do gości. A tamci tylko się śmieją. Co im tam cudze sprawy – grunt się zabawić! – Przecież to nie ma sensu! – zawył Rudy zupełnie zdruzgotany. – A za każdą łyżkę zupy talara brać, to ma sens? – odparł Łysy. Rad nierad, przyciśnięty w ten sposób do muru, musiał karczmarz wyłudzone pieniądze oddać. Podziękował chłopak Łysemu za pomoc i rzecze: – Prawdę mój ojciec powiedzieli, że rudzi są chytrzy, a łysi mądrzy. – Wygląda na to, że prawdę – roześmiał się Łysy – ale nie całą. Otóż ojciec powinien cię był jeszcze uprzedzić, że każdego człowieka – i rudego, i czarnego, i łysego, i kędzierzawego – strzec się trzeba, nim go dobrze poznasz. A jeszcze nie powiedział ci, że najbardziej trzeba strzec się własnych słów, bo niepotrzebne słowo jest jak ptak – wypuścisz, to już nie złapiesz. Eleonora Karpuk

Żuraw i Lis Dawno, dawno temu zdarzyła się ta historia. Był sobie las, a w lesie jezioro. Piękne jezioro, duże, głębokie, obrośnięte tatarakiem, o kryształowo czystej wodzie. Jeden z brzegów jeziora był wysoki, stromy i niedostępny. Tam rósł stary bór sosnowy, po drugiej zaś stronie fale obmywały niewielką, płaską i piaszczystą plażę. Tylko tutaj nie rosły sitowia i od lądu otwierał się szeroki widok na wodę. Trochę dalej zaczynały się krzaki wikliny i wierzby, a jeszcze dalej wznosił się gęsty las mieszany. Mnóstwo ptaków mieszkało wokół jeziora. Z wysokiej sosny nurkował po małe rybki niebiesko-zielony zimorodek, śmigały w oczeretach zwinne czarne łyski, szare dzikie kaczki łapały w locie komary i muszki, dwuczube perkozy ganiały się po srebrzystej tafli, a dumne łabędzie wyginały swoje wysmukłe długie szyje i jak wachlarze rozkładały śnieżnobiałe, rozłożyste skrzydła. Mieszkał również nad jeziorem szary, długonogi Żuraw. Godzinami brodził jak na szczudłach w płytkiej wodzie albo przelatywał na pobliską łąkę, gdzie łapał żaby – ulubiony przysmak żurawi. Wszystkie ptaki żyły w wielkiej zgodzie. Nikt nikomu nie wadził, nikt się z nikim nie kłócił. Także zwierzęta mieszkające w lesie często tu przychodziły, aby się napić i nawet wydeptały ścieżkę od lasu przez plażę do samej wody. Z wodopoju korzystały i sarny, 57


i daniele, i łosie, i borsuki. One również nikomu nie przeszkadzały, nie wchodziły w drogę i nikogo nie krzywdziły. Przyjemnie płynęło życie nad jeziorem. Niestety, nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oto któregoś razu zawitał w te strony Lis – rozbójnik. Obiegł jezioro w jedną stronę, potem w drugą i nuż myszkować w oczeretach. Szybko znalazł gniazdo kulika i pożarł wszystkie leżące w nim jaja. Bardzo mu się spodobała taka łatwa zdobycz i od tej pory nie było dnia, aby się nie pojawił na brzegu. A to wyje jajka z jakiegoś gniazda, a to porwie kaczątko albo i dorosłą kaczkę. A taki był żarłoczny, że nigdy nie miał dość. Wreszcie znarowił się i przychodził po parę razy dziennie. Zmartwiły się ptaki takim obrotem sprawy, zmarkotniały. – I cóż my teraz poczniemy? – zaczęły się użalać nad własnym losem. – Jak się przed rudym zbójem ustrzeżemy? – Nie martwcie się – odrzekł Żuraw. – Ja stanę na straży. Wzrok mam doskonały, słuch jeszcze lepszy… I tak jestem wysoki, a jak jeszcze wyciągnę szyję, to widzę – ho! ho! – jak daleko! Jeśli głośno krzyknę i uniosę się w powietrze, wiedzcie, że Lis jest tuż-tuż, i że trzeba szybko płynąć na środek jeziora, tam was złoczyńca nie dosięgnie. Jak Żuraw obiecał, tak zrobił. Od tej pory zaczął starannie strzec bezpieczeństwa sąsiadów. Ledwie się Lis wynurzy z lasu, ledwie śmignie rude futro w zaroślach wikliny, a Żuraw już wszczyna alarm swym donośnym głosem. Ptaki czym prędzej odpływają na środek jeziora, a Lis zostaje z niczym. Nawet nie próbuje ich gonić po wodzie – i tak pływa dużo wolniej, a poza tym nie lubi zimnych kąpieli. Raz odszedł głodny, drugi raz, trzeci… Wraca do domu, do lasu, zły i rozczarowany. Własne ślady ogonem zamiata i myśli sobie: – No, poczekaj, Żurawiu, poczekaj, mądralo, jeszcze cię dopadnę! Odechce ci się wtedy psuć lisie szyki! Ale Żuraw był bardzo czujny i ostrożny i w żaden sposób nie dawał się podejść. Tak mijał dzień po dniu, aż któregoś razu nad jeziorem pojawił się człowiek. Na jego widok ptaki przeniosły się gdzieś dalej, tylko Żuraw ukrył się w sitowiu, aby popatrzeć, co to będzie. Człowiek tymczasem obejrzał zwierzęcą dróżkę do wodopoju, rzucił koło niej jakieś rzeczy, zdjął z ramienia łopatę i zaczął kopać. Kopał i kopał, kopał i kopał, aż się Żuraw znudził oglądaniem. Już by sobie poszedł precz, ale nie chciał się pokazać człowiekowi. Z człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. 58

il. Natasza Czaplińska, lat 12


Zwłaszcza z myśliwym, a że to myśliwy – jasne. O, tam, na ziemi, leży przecież strzelba… Stoi Żuraw na jednej nodze, potem na drugiej nodze, potem znowu na tej pierwszej, a człowiek kopie i kopie. Wreszcie wyrył dużą, dużą jamę. Następnie wziął siekierę, narąbał gałęzi, większych i mniejszych, i przykrył nimi dół. Potem nakosił sierpem tataraku i zarzucił nim gałęzie z wierzchu. Kiedy to wszystko zrobił, odszedł. Wtedy dopiero Żuraw opuścił sitowia i zbliżył się do miejsca, gdzie pracował człowiek, aby zobaczyć, co to jest i do czego miałoby służyć. Obszedł Żuraw człowieczy twór w lewo, obszedł w prawo, popróbował dziobem, postawił jedna nogę, potem drugą… Łatwo zrozumiał, że to zapadnia na jakieś zwierzę, które będzie szło tędy do wodopoju. Już miał odejść, gdy nagle gałęzie się rozwarły i ptak wpadł do dołu. I nie sam, lecz z Lisem. A stało się to tak: Lis nie widział, jak człowiek kopał i maskował swoją zapadnię. Zobaczył dopiero Żurawia, który na moment zapomniał o całym świecie. – No, mam cię nareszcie, bratku! – pomyślał Lis i podbiegł do ptaka. Ale tu spotkała go niespodzianka: gałęzie, które ani drgnęły pod samym Żurawiem, ugięły się pod Lisem – nie wytrzymały ciężaru dwóch zwierząt. I tak obaj – napastnik i ofiara – znaleźli się razem w jamie! – O-je-jej! – zawołał Lis. – Chciałem złapać to obrzydłe ptaszysko, a zamiast tego sam się dałem złapać! Co ja teraz pocznę ?! Co ja teraz pocznę?!... Zaczął kręcić się w kółko, stawać na tylnych łapach, podskakiwać… Na próżno. Dół był głęboki, a ściany wysokie i strome. O tym, że chciał zjeść Żurawia, wcale już Lis nie myślał. Zupełnie stracił apetyt. A poza tym byłoby mu jeszcze straszniej samemu. Miotał się więc tylko na dnie jamy w rozpaczy i jęczał: – Ach, cisną mi się do głowy tysiące, tysiące myśli! Żuraw też beznadziejnie popatrzył do góry – nie da się wyfrunąć, nie ma gdzie rozwinąć skrzydeł i przeszkadzają gałęzie… Stanął więc swoim zwyczajem na jednej nodze i odrzekł: – A mnie chodzi po głowie tylko jedna myśl! il. Natasza Czaplińska, lat 12

59


il. Wiktor Zaal, lat 12

Lis nadal biegał w pułapce jak opętany, wspominał dzieci pozostawione w norze, przeklinał dzień, w którym odnalazł to jezioro, ganił się za nieostrożność i co chwila powtarzał: – Ach, ja mam tysiące, tysiące myśli! – A ja mam tylko jedną myśl! – niezmiennie odpowiadał Żuraw. Tak spędzili resztę dnia i noc, a nad ranem przyszedł człowiek. Gdy tylko Żuraw usłyszał jego kroki, padł na ziemię jak nieżywy, brzuchem do góry i znieruchomiał, udając martwego. A Lis tylko zawarczał ze strachu i pokazał człowiekowi zęby. Myśliwy zajrzał do środka. Wyciągnął niby martwego Żurawia, obejrzał – zdechły i już! – Ach, ty draniu! – powiedział człowiek kładąc obok siebie Żurawia i sięgając po Lisa. –Takiego ptaka zadusiłeś! Taakiego ptaka! Odpowiesz mi za to! Będzie z ciebie kołnierz dla mojej starej… Żuraw zaś jeno na to czekał. Machnął lekko skrzydłami i tyle go widziano. A wszystko dlatego, że miał tylko jedną myśl – jak odzyskać wolność. Eleonora Karpuk

Skąd się wzięły niedźwiedzie Nikt nie wie dokładnie, kiedy to się działo, ale na pewno bardzo dawno temu. Otóż gdzieś na skraju wsi, pod samym lasem, mieszkała sobie rodzina – mąż, żona i prawie dorosły syn. Mieli ogród, inwentarz, parę owiec i dużo ptactwa. Nie było to bogate gospodarstwo. Zimą ojciec dorabiał tym, że woził do miasta porąbane drwa na sprzedaż, a za zarobione pieniądze kupował mydło, sól, zapałki, coś 60


z ubrania. I tak sobie żyli we trójkę – niebogato, ale nie w nędzy, oszczędnie, ale nie skąpo. Latem matka hodowała drób, zajmowała się jak zwykle domem, ojciec pracował w polu i w ogrodzie. Po kolei rodzice pasali krowę i owce pod lasem, oboje chadzali do boru po grzyby i jagody, i po miód. Albowiem w tamtych czasach roiło się od dzikich pszczół. Z byle dziupli można było wybrać mnóstwo słodkich plastrów przedniego leśnego miodu. Wystarczyło wdrapać się na drzewo. Zwłaszcza ojciec dużo czasu spędzał w puszczy, znał tam każdy dąb, każdą sosnę, każdy świerk. Często zabierał ze sobą syna. Uczył go wszystkiego, co sam umiał, ale chłopak udał się wyjątkowo leniwy. Ani do gospodarki, ani do ogrodu, ani nawet do lasu się nie nadawał. Nic go nie interesowało. Najchętniej to by w ogóle z domu nie wychodził, leżał na piecu i spał. Jak ojciec krzyknie, jak pasa ściągnie, to usłucha, zrobi coś od niechcenia, a jak nie – to nie. Tylko ze strachu przed ojcowskim gniewem wody ze studni nakręci, bydło napoi albo ogród podleje. Kiedy ojciec umarł, chłopak całkiem już się rozleniwił. Prosi go matka: – Przynieś, synku, drew z komórki, trzeba w piecu napalić… A Leń na to: – Jutro napalimy, piec jeszcze nie całkiem od wczoraj wystygł… Wykręca się. Wie, że staruszka sama przyniesie. Albo mówi matka: – Przynieś wody, trzeba krowę i owce napoić… A Leń na to: – Wypuść je, mamo, z obory i niech zamiast wody same się śniegu najedzą… I tak ze wszystkim. Przykro matce. Czasem pokrzyczy, czasem popłacze – nic nie pomaga. Nie może sobie z tym chłopakiem poradzić. Cóż jej pozostaje, jak tylko pocieszać samą siebie: – Sen to zdrowie – uspokaja się w duchu. – Niech tam pośpi, skoro lubi. Jeszcze się napracuje, kiedy ja umrę… Pewnie już niedługo pociągnę… I rzeczywiście, niedużo męża przeżyła, zmarła najbliższej wiosny. Leń został teraz sam, ale wcale nie miał zamiaru brać się do roboty. Żyje sobie jednym dniem, o przyszłości nie myśli. Wypuścił bydło i drób w pole – niech się wszystko samo o siebie troszczy, niech się pasie w życie, które jeszcze jesienią ojciec siał! A sam tylko codziennie po jednej sztuce bije i zjada. Matka jeno na niedzielę rosół z kury gotowała, a on nawet w piątek mięsem się opycha. Pozjadał kury, powybijał kaczki i gęsi, pozarzynał owce i krowa pod nóż poszła. Skończył ze wszystkim przez lato, a tu jesień nastała. „Nic to – myśli sobie Leń – pójdę do lasu i miodu na całą zimę nazbieram. Bardzo lubię miód. Matka tylko po troszeczku do chleba dawała, a ja sobie będę jadł, ile zechcę, całymi łyżkami…” Poszedł do lasu, wypatrzył drzewo z dziuplą, w której się dzikie pszczoły zagnieździły, chciał się wdrapać do góry – a tu nic z tego. Okazuje się, że tak 61


się upasł na mięsie ostatnimi czasy, taki sobie brzuch wyhodował, że ani nogi zadrzeć nie może, ani się na gałąź dźwignąć. Znalazł inne drzewo, o pochyłym pniu. Dawniej wbiegłby na nie jak po równym, a dziś po pierwszych dwóch krokach zwalił się na ziemię i potłukł okrutnie. Wrócił do domu z niczym. Wyjadł jeszcze jakieś resztki z matczynych zapasów, ale mało tego. Do lepszego jedzenia nawykł. Snuje się po obejściu markotny, nawet spać mu się z pustym brzuchem nie chce, i myśli: „Co ja teraz pocznę? Jakby to tak zrobić, żebym się nauczył od nowa z tym kałdunem po drzewach chodzić?” Myśli, myśli, ale nic wymyślić nie może. Patrzy, a tu idzie drogą człowiek. Dziecko prowadzi. Jedną ręką oko przykrywa, a z drugiego oka łzy mu ciekną. – Czemu płaczesz, sąsiedzie? – pyta go Leń. – I co ci się w oko stało? Mężczyzna przystanął i mówi: – Ja nie płaczę, łzy mi same z bólu ciekną. A oko za uzdrowienie tego oto wnuczka naszemu jednookiemu czarownikowi oddałem. I dawaj opowiadać, jaka to z tego czarownika pazerna istota. Gotów z człowieka ostatnią koszulę zdjąć. Któremuś tam sąsiadowi za uwolnienie od garbu cały majątek zabrał, całe gospodarstwo, do ostatniej drewnianej łyżki. – A jak ja jestem biedny i nie mam pieniędzy, to mnie kazał własnym okiem zapłacić! – wyjaśnił sąsiad na koniec. – Ale co było robić? Dla dziecka człowiek pójdzie na wszystko. Ot, widzisz, w tamtą stronę na rękach go niosłem, a teraz sam wraca o własnych siłach… Trzeba jednak przyznać, że w innych stronach mają więcej szczęścia do czarowników, a my się z takim musimy męczyć… I to człowiek Bogu dziękuje, że chociaż on jest na miejscu… Muszę tu Wam wyjaśnić, że w tamtych czasach dużo było czarowników na świecie, nie to co teraz. Jedni byli lepsi, drudzy – gorsi, a ten wyjątkowo zachłanny się trafił. Wreszcie sąsiad pożegnał się z Leniem i poszedł do domu. A Leń myśli sobie uradowany: „Że też ja wcześniej na pomysł, aby iść do czarownika, nie wpadłem! Zresztą nic dziwnego, że nie wpadłem – przecież ja nie mam ani grosza, żeby mu zapłacić. Ale oko to mogę oddać! Po co mi dwa? Jedno zupełnie wystarczy! Niech weźmie drugie i zrobi tak, bym mógł z brzuchem po drzewach chodzić, a jeszcze dobrze by było, abym zimą w piecu palić nie musiał…” I Leń czym prędzej pobiegł do czarownika. Wpadł do jego chatki i powiada: tak i tak, zrób coś, abym mógł znowu po drzewach chodzić i żebym zimą w piecu palić nie musiał, a nie było mi zimno. A za robotę weź sobie moje oko… Czarodziej zaś odrzekł: – Spóźniłeś się, bratku. Jakbyś z tym przyszedł rano, to byśmy się zgodzili, a teraz to ja już mam dwoje oczu i trzecie mi niepotrzebne. Zmartwił się Leń. Stoi, myśli, myśli, co by tu jeszcze czarownikowi zaproponować. Wreszcie powiada: 62


– To weź sobie moją urodę. Czarownik popatrzył na Lenia i mówi : – Eee… jaka tam u ciebie uroda! Kiedyś to ty może i byłeś urodziwy, ale teraz – taki spasiony, z tym brzuchem… Już stokroć wolę być taki, jaki jestem. – W takim razie… w takim razie… – nie daję za wygraną Leń – weź sobie mój rozum! – wykrzyknął uradowany, że jeszcze coś wymyślił. – Zostaw mi aby trochę, a resztę weź! – No, rozumu to ty też masz niewiele, skoro chcesz go oddać – mruknął czarodziej – ale niech już tam będzie… Widzę, że się na tobie nie obłowię… Dobrze, niech stracę. Spełnię twoje życzenie za pół darmo… I przemienił Lenia w niedźwiedzia. Od tej pory, choć brzuchaty, łatwo się po drzewach wspina i w piecu palić nie musi, bo ma grube futro, a zresztą i tak całą zimę w gawrze przesypia. Eleonora Karpuk

Ośla historia il. Mateusz Kępa, lat 9

Któregoś razu pewien Ojciec spojrzał na własne buty, a potem popatrzył na trepy swego Syna – jedynaka, i rzekł: – Jeszcze trochę i całkiem się to nasze obuwie rozpadnie. Nie ma rady, trzeba się wybrać do miasta po nowe. Zamkniemy chałupę i pojedziemy obaj, wszak buty trzeba przymierzyć… Nazajutrz z samego rana osiodłali swego wiernego osiołka, Ojciec dosiadł tego skromnego wierzchowca, a Syn ruszył obok pieszo. I wszystko było


dobrze, dopóki nie wyjechali na trakt. A tam ludzie patrzyli na nich z oburzeniem i, nie kryjąc niechęci, mówili: – Patrzcie tylko, co tu się wyprawia! Aleśmy dożyli czasów! Zdrowy, silny chłop rozsiadł się na ośle, a dziecko biegnie obok! Koniec świata! Słysząc to, Ojciec ściągnął lejce, zsiadł z osła i rzekł do Syna: – Osądzają nas ludzie. Widać źle postępujemy. Wsiadaj ty na osła, a ja pójdę pieszo. Tak też uczynili, a nowo napotkani ludzie patrzyli na nich z oburzeniem i, nie kryjąc niechęci, mówili: – Patrzcie tylko, co tu się wyprawia! Aleśmy dożyli czasów! Młodzian na schwał rozsiadł się na ośle, a staruszek ojciec drepce obok pieszo! Koniec świata! Słysząc to, Ojciec rzekł do Syna: – Osądzają nas ludzie. Widać źle postępujemy. Skoro niedobrze jest, gdy ja dosiadam osła, a ty idziesz pieszo i nie lepiej, gdy ty jedziesz, a ja idę, dosiądźmy osła razem. Tak też uczynili, a nowo napotkani ludzie patrzyli na nich z oburzeniem i, nie kryjąc niechęci, mówili: – Patrzcie tylko, co tu się wyprawia! Aleśmy dożyli czasów! Dwa spasione byki władowały się na biednego osiołka i nie pomyślą, że nieszczęsnemu zwierzęciu zaraz kręgosłup pęknie! Koniec świata! Słysząc to Ojciec rzekł do Syna: – Osądzają nas ludzie. Widać źle postępujemy. Skoro niedobrze jest, gdy ja dosiadam osła, a ty idziesz pieszo, i nie lepiej, gdy ty jedziesz, a ja idę, a najgorzej, kiedy jedziemy obaj, nie widzę innego wyjścia, jak tylko żebyśmy obaj poszli pieszo, a osioł niech już sobie idzie luzem. Tak też uczynili, poszli obaj pieszo, a osła poprowadzili na powrózku wolno. Wtedy zaś nowo napotkani ludzie wytykali ich palcami i, pokładając się ze śmiechu, mówili: – Patrzcie tylko, oto idą trzy osły! Dwaj idioci mają osła, ale żaden nie domyśli się, że można na niego wsiąść! We dnie ze świecą szukać takich durniów! I rzekł Ojciec do Syna: – Zaprawdę powiadają, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. I jeszcze prawdę mówią, że ludzi należy słuchać, ale żyć wedle własnego rozumu. Eleonora Karpuk

64


Znachorka Była sobie raz na świecie stara kobieta. Mieszkała zupełnie sama w maleńkim domku pośród lasu. Nie miała nic oprócz tej lichej chatki, żyła więc z tego, że zbierała grzyby i jagody, a przede wszystkim różne lecznicze zioła. Puszczę znała jak nikt. Wiedziała, gdzie jakie rosną trawy, wiedziała, gdzie szukać arniki, gdzie kozłka zwanego walerianą, a gdzie rozmarynu, belladonny czy kiprzycy, nasennej trawy. Wiedziała, co jest na bóle, co na łamanie w kościach, a co leczy niemoc duchową. Wiedziała też, jak zbierać zioła – które o rannej rosie, które o zachodzie słońca, które w noc podczas nowiu, a które przy pełni księżyca. Znała się na suszeniu traw i ich przyrządzaniu. Z biegiem lat tak się w swojej sztuce wprawiła, że zasłynęła w całej okolicy jako przednia zielarka i znachorka. Coraz więcej ludzi szło do niej po pomoc w chorobie, a ona wszystkim pomagała, jak umiała i rzeczywiście wielu uleczyła z ciężkich dolegliwości. I stało się tak, że gdzieś w tamtych stronach zachorował pewien dziedzic. Nie byle jaki dziedzic, wielki pan, hrabia, bogaty, że aż w głowie się nie mieści, skąpy jednak przy tym niewiarygodnie. Otóż, nie wiadomo z jakiej przyczyny zrobił się temu hrabiemu wrzód w gardle, a taki bolesny, że biedak nic nie mógł przełknąć. Co najwyżej mleko albo jakiś sok. Trwało to dzień i drugi, i trzeci… Chory szybko opadł z sił od takiego cienkiego pokarmu, toteż wkrótce leżał już tylko w łóżku i pojękiwał. Posłano po medyka. Przyjechał jeden z pobliskiego miasteczka. Wszedł do chorego. Chciał go zbadać, jak należy, ledwie mu jednak przyłożył palec do gardła, a dziedzic w krzyk: – A-ja-jaj! Boli! Czy ty mnie chcesz wykończyć?!... Kogoście tu przywiedli, lekarza czy rzeźnika? – wrzasnął do służby. A służby, jak to wielki pan, miał niemało – co by sąsiedzi powiedzieli, jakby sam sobie gatki zakładał! Skąpstwo to nie jedyna wada pana dziedzica, oprócz tego był on jeszcze bardzo porywczy i niecierpliwy. Medyk się przestraszył, a i obraził w głębi duszy. Przepisał więc jakąś miksturę do płukania gardła oraz krople na uspokojenie i czym prędzej odjechał. Mikstura nic nie pomogła. Wrzód rośnie i rośnie. I już zaczyna dusić. Posłano po drugiego medyka, co by miał przyjechać skądś z daleka, chyba z samego Wilna albo Mińska. Ale na jego przyjazd czekać trzeba, a jak tu czekać, skoro tchu złapać nie można? Leży dziedzic w łóżku zmęczony, spocony, markotny, zrezygnowany. – Czuję, że już niedługo pociągnę – rzecze do żony – nie doczekam się medyka… Chyba już nastał mój koniec… Umieram… A jak wbił sobie do głowy, że umiera, to pogorszyło mu się jeszcze bardziej. Patrzyła na to wszystko jedna z pokojówek dziedziczki i tak powiada do swojej pani: 65


– A może by tak posłać po naszą znachorkę, co w lesie sąsiadów waszej wielmożności mieszka? Tylu ludzi uleczyła, to może i jaśnie pana uzdrowi… Pani chwyciła się tej myśli jak tonący brzytwy i migiem kazała znachorkę przywieźć. Wkrótce staruszka znalazła się w sypialni chorego. Pan oczy otworzył, patrzy – stoi koło niego prosta kobiecina, siwa jak gołąbek, ubrana biednie, ale schludnie i czysto. Zaraz się domyślił, kto to, słyszał przecież, jak żona ze służbą się naradzała, ale spytał, że niby nie wie: – Coś ty za jedna? – Znachorka, panie – odrzekła tamta. – Ja ludziom pomagam, wielu już z choroby uleczyłam… – Eee… gadanie – mruknął dziedzic – mnie tam na pewno nie pomożesz… Medyk w stolicy kształcony nie pomógł, to ty tym bardziej… Nie powiesz mi chyba, że wiesz więcej od niego? – Więcej czy nie więcej, ale wiem dużo. – Co ty nie powiesz? – dalej pokpiwa z niej dziedzic. – To może wiesz na przykład, co ja teraz myślę? – A pewno, że wiem – odparła znachorka. – Teraz to ty myślisz, panie, tak: „Zgadnie, czy nie zgadnie, zgadnie, czy nie zgadnie?” – Owszem, stara wiedźmo! – zawołał rozbawiony pan. I tak się zaczął serdecznie śmiać z tej sprytnej odpowiedzi, tak śmiać, że wrzód w gardle mu pękł i całą chorobę jak ręką odjął. Zerwał się pan dziedzic z łóżka, jeszcze własnemu szczęściu nie wierząc, pomacał gardło – nie boli! Spojrzał na znachorkę i mówi: – Wychodzi na to, że mnie uleczyłaś! I zaraz ugryzł się w język. Po co przyznał znachorce zasługi? Teraz wypadało będzie zapłacić! Popatrzył dziedzic na obecnych. Widzi: wszyscy czekają, jak się jaśnie pan za uzdrowienie odwdzięczy. A płacić to się panu właściwie bardzo nie chce. Jeszcze chwilę temu oddałby cały majątek, ale teraz, kiedy jest zdrów… Podrapał się więc w głowę i mówi: – Ale właściwie to ty nic takiego nie zrobiłaś… Fakt, że jestem zdrów, ale to raczej przypadek… – Przypadek albo i nie – odrzekła znachorka wymijająco. – No chyba mi nie powiesz, że naprawdę masz moc niezwykłą i myśli zgadujesz?... Bo jeśli tak, to powiedz z łaski swojej, o czym ja teraz myślę? – A teraz to ty myślisz, panie, tak: „Zapłacić tej starej wiedźmie, czy nie zapłacić? Zapłacić, czy nie zapłacić?” – bez namysłu wypaliła znachorka. Pan aż zamarł na chwilę z wrażenia. A potem zaśmiał się jeszcze raz i zapłacił, choć bardzo mu się nie chciało. Eleonora Karpuk


Pies i Wilk Był sobie raz pewien Pies. Wiernie służył swoim państwu – szczekał, ile sił w płucach, kiedy do obejścia zbliżał się ktoś niepowołany. I złodzieja pogryzł boleśnie, i lisa sprzed samego kurnika przegonił, i krowy z pastwiska przygnał, i owce przed wilkami obronił. Ale mijał czas, postarzał się Pies, przygłuchł, wzrok mu się popsuł i węch przytępił. Raz wilki cielaka na łące zagryzły, innym razem jastrząb najładniejszą kokoszkę porwał, jeszcze kiedy indziej złodziej narzędzia z komórki wyniósł – a Pies nawet głosu nie dał, bo niczego nie widział i nie słyszał. Wściekł się Gospodarz, przegnał Psa z podwórka. – Już cię nie będę żywił, darmozjadzie! – krzyczał. A Gospodyni jeszcze pogrzebaczem przez grzbiet dołożyła, wciąż mu kokoszkę wypominając. Idzie Pies przez wieś, smutny, markotny. Idzie, z żalu łzy przełyka, i tylko inne, szczęśliwe psy obszczekują go z własnych podwórek. Wyszedł na łąkę, a tam już nowy szczeniak-wyrostek jego kierdla pilnuje i też na niego zęby szczerzy, by nawet blisko podejść nie śmiał. Poszedł więc Pies dalej, dotarł na skraj lasu, a tu nagle z krzaków Wilk się na niego rzuca. – Aaa!… Mam cię, bratku! – zawarczał Wilk. – Zaraz cię zjem, wreszcie odpłacę ci za wszystkie popsute polowania, za te wszystkie dni, kiedy przez ciebie zamiast raczyć się baraniną, chodziłem spać z pustym brzuchem! Rozpłakał się Pies rzewnymi łzami. Jeszcze chwilę temu sam myślał, żeby się iść utopić, ale kiedy śmierć naprawdę w oczy mu zajrzała, strach go obleciał i dawaj przekonywać Wilka, aby go nie zjadał. – Drogi kuzynie – rzecze pokornie do Wilka – nie będziesz miał ze mnie wielkiego pożytku. Gospodarze dawno przestali mnie karmić, patrz, jaki jestem chudy. A wszystko przez to, żem ślepy i głuchy. – Co prawda, to prawda – przyznał Wilk. – Rzeczywiście raczej się tobą nie najem: skóra, kości i sierść, a i ta wyliniała… – Sam widzisz – mówi Pies. – Zróbmy tak, żebym łaskę Gospodarzy odzyskał. Jak tylko znowu zaczną mnie karmić, przytyję, ciała nabiorę… Wtedy mnie zjesz. – No dobrze – zgodził się Wilk. – Ale jak to zrobić, byś się znów Gospodarzom przypodobał? – Bardzo prosto – wyjaśnił Pies. – Kradnij sobie owce i jagnięta u kogo innego, po cichu. Mnie zaś zawczasu uprzedzaj, ja hałasu narobię, a ty z daleka się tylko pokaż i w nogi. To ich przekona, że znów mają ze mnie pożytek.

67


Jak uradzili, tak zrobili. Pies szybko odzyskał opinię najczujniejszego w całej okolicy. Hołubiony i dobrze karmiony przytył i nawet sierść mu się wygładziła i zalśniła niczym rondle Gospodyni. Dobrze się teraz Psu wiodło, żyć nie umierać, aż tu któregoś wieczoru Wilk się zjawia. – Już się wystarczająco upasłeś – powiada. – Czas, żebym cię zjadł… Zatrząsł się Pies ze strachu. Teraz, kiedy mu tak dobrze, z życiem się rozstawać?! Dawaj więc jakiegoś wybiegu szukać. I znalazł. – Drogi kuzynie – zaczął przymilnie – oczywiście masz prawo mnie zjeść, zgodnie z umową, ale rozważ, czy ci się to opłaca. – A niby czemu miałoby mi się nie opłacać? – zdziwił się Wilk. – No, pomyśl tylko – zaczął go przekonywać Pies. – Zjesz mnie raz i na tym koniec. Jeżeli natomiast nadal będziemy współpracować jak do tej pory, to zapewniam cię, że żarcia starczy dla nas obu. I to nie byle jakiego! Będę ci wynosił same tłuste kąski, kości pełne szpiku, ledwie co nadgryzione kawałki pieczystego, co mi je pod stół rzucają. W życiu takich frykasów nie jadłeś. Ludzie wiedzą, co dobre. Nawet nie spojrzeliby na jakąś padlinę, co ty ją razem z sierścią połykasz… A poza tym moi państwo bardzo lubią ucztować, niemal co tydzień gości spraszają, a wtedy to nawet piwa i miodu nam nie zabraknie. I znowu dał się Wilk przekonać. Pies zaczął mu różne dobre rzeczy przynosić, a zaraz najbliższej niedzieli gospodarze znowu mieli jakieś święto.

68

il. Oliwia Kitowska, lat 7


Gości zjechało się co niemiara, siedzą w izbie na ławach po obu stronach stołu, jedzą, piją, weselą się… I Pies Wilka zaprosił. Raz mu wyniósł kawał pieczeni, drugi i trzeci… W końcu powiada: – Nie ma sensu, żebym tak wte i wewte latał. Chodź ze mną, wśliźniesz się niepostrzeżenie i pod stołem się położysz. Nikt się nie zorientuje, wszyscy już pijani… Wilk trochę się wahał. – Nie bój się – przekonywał go Pies. – W chacie i piwa, i miodu skosztujesz, tego ci w zębach nie przyniosę… I Wilk się zgodził. Siedzą sobie obaj pod stołem, kości gryzą, piwem zapijają… A ludzie tymczasem najedli się, napili i zaczęli śpiewać, nie ma wszak biesiady bez śpiewu. Najpierw wesołe przyśpiewki, a potem rzewne, melancholijne. – Też bym zaśpiewał o moich poległych braciach – westchnął Wilk. – Coś ty! – warknął Pies. – Chcesz, żeby cię rozpoznali?! – Nie, ale jak tu ucztować bez śpiewu? – i zawył na całe gardło. A ludzie jakby od razu wytrzeźwieli. Wilcze wycie poznali. Każdy zerwał się na równe nogi i dawaj Wilka i Psa czym popadnie okładać. Ledwie obaj z życiem uszli. Schowali się gdzieś w krzaczorach, rany wylizują i kłócą się bez opamiętania. Wilk wyrzuca Psu, że go do domu zwabił, a Pies Wilkowi, że gęby na kłódkę trzymać nie umiał. I tak się pokłócili, że po dziś dzień są wrogami. Eleonora Karpuk

Diabelska sakiewka Dawno, dawno temu w pięknej południowej krainie żyli sobie dwaj bracia. Gospodarzyli na niewielkich poletkach, które im z podziału po śmierci rodziców przypadły, ale ziemi było tak mało, że wielkich zysków z niej nie mieli. Jeden z nich, Pracowity Brat, starał się mimo to, jak mógł – piękne warzywa hodował, co je na rynku sprzedawał, i jakoś, choć z trudem, wiązał koniec z końcem. Drugi natomiast, leniwy, co się za Sprytnego Brata uważał, tylko się z niego naśmiewał. Że niby haruje jak wół, a nic z tego nie ma. Sam zaś raczej łatwego chleba szukał, najchętniej w handlu, tanio coś kupić, drogo sprzedać… I tak sobie żyli, każdy po swojemu. 69


Pewnego razu Pracowity Brat jeszcze przed świtem, bo do miasteczka było daleko, wybrał się na rynek. Zaprzągł konika do wozu, naładował dojrzałych arbuzów i melonów, wysmukłych zielonych ogórków, złocistej cebuli i innych jarzyn, dorzucił mendelek jaj i ruszył w drogę. Na rynku szybko wszystko sprzedał i pojechał z powrotem do domu. Tymczasem zrobiło się już południe, skwar niemiłosierny, bo dzień się udał wyjątkowo upalny. W połowie drogi postanowił trochę odpocząć. Wyprzągł konika, uwiązał go do drzewa i sam w cieniu usiadł, żeby się posilić. Zjadł kawałek arbuza, co go sobie na drogę zostawił, skórkę konikowi do pyska podał i zaczął chleb kroić. A tu nagle, nie wiadomo skąd, jakby spod ziemi, Staruszek się pojawił. Dziwny jakiś. Upał, a on w kapocie do ziemi, w butach do kolan i w kapeluszu. Pracowity Brat nie domyślił się jednak, że w ten sposób przybysz swoje kozie nóżki, ogon i rogi ukrywa… – Dzień dobry – powiada nieznajomy. – Nie sprzedałbyś mi, dobry człowieku, kawałka chleba, bo od wczoraj nic w ustach nie miałem… Za stary jestem, żeby do miasteczka na rynek chodzić, całe szczęście, że czasem tu, na drodze, kogoś spotkam, kto mi trochę jakiegoś jedzenia sprzeda… – Siadajcie, dziadku – odparł Pracowity Brat. – Niestety na sprzedaż to ja już niczego nie mam. Wszystko sprzedałem, a teraz do domu z całkiem pustym wozem wracam. Ale zapraszam na poczęstunek, starczy dla nas obu… I odkroił słuszny kawał chleba, na wierzch plaster sera koziego położył i soczystego arbuza podsunął. – Dawno takiego wyśmienitego chleba nie jadłem – rzekł Staruszek. – Moja żona piekła – ucieszył się z pochwały Pracowity Brat. – I ser przedni… – To też jej robota. – A jaki soczysty arbuz! 4 – Z mojej bachczy4. Pogoda latoś upalna, arbuzy to lubią, trzeba się było tylko duuużo wody nanosić do podlewania… Pojedli do syta, porozmawiali, Pracowity Brat dużo o swoim życiu, o rodzinie, o gospodarstwie opowiedział, a wtedy Staruszek sakiewkę wyciąga, otwiera ją i powiada: – Mam tu sakiewkę, a w niej jest moneta, jedna, ale za to sporo warta, może tyle, co całe twoje poletko, bo złota… – Ależ co wy, dziadku! – przerwał mu w pół słowa Pracowity Brat. – Nie godzi się za kawałek chleba zapłatę brać! – A ser i arbuz? – Wszystko jedno, nie ma o czym mówić. Cieszę się, że was, dziadku, mogłem ugościć. 4  Bachcza – pole, na którym uprawia się arbuzy i melony. 70


– No to jak uważasz – zachichotał dziwnie Staruszek. – W takim razie dziękuję i życzę dużo zdrowia. Wstał, ukłonił się, uszedł parę kroków i zniknął, jakby się w drżącym od upału powietrzu rozpłynął. Przetarł Pracowity Brat oczy ze zdumienia, a potem pomyślał, że po prostu za zakrętem drogi już Staruszka nie widać. Nie był to bowiem człowiek podejrzliwy. Wieczorem zaś, kiedy przez płot brata zobaczył, podszedł do niego pogadać i przy okazji o spotkaniu ze Staruszkiem opowiedział i o tym, że ten chciał mu za kawałek chleba całą złotą monetę dać. – A ty oczywiście nie wziąłeś! – nie miał wątpliwości Sprytny Brat. Wypytał dokładnie, gdzie jego brat Staruszka spotkał i następnego dnia sam pod wskazanym drzewem zasiadł. Rozłożył chleb i ser, i kiełbasę, że niby się posila, i z niecierpliwością starego wypatruje. Wcale niedługo czekał, bo wkrótce pojawił się dziwny gość w kapocie i zaraz zaczął biadolić, że od wczoraj nic nie jadł. – Tak się dobrze składa, że mam tu sporo jedzenia, ale to kosztuje… – od razu przystąpił do rzeczy Sprytny Brat. – Ależ naturalnie! – odparł Staruszek. – Wiem, że nic za darmo. Ale pieniądze, złoto – to u mnie nie problem. Chore nogi nie pozwalają mi do miasta chodzić i kupować, na co tylko bym miał ochotę. Bo widzisz, mam tu sakiewkę, czarodziejską sakiewkę. Jest w niej, no sam zobacz, jedna złota moneta. Ale kiedy się ją wyciągnie, natychmiast pojawia się następna i następna… Jest tylko jeden warunek: nie można przerwać wybierania monet nawet na chwilę,

il. Mateusz Bakura, lat 9

71


jeśli zrobisz choćby krótką przerwę, już niczego więcej nie wyjmiesz. Ja sobie już tyle złota nawyciągałem, że mi do końca życia starczy. Teraz mogę tę sakiewkę przekazać tobie. Za to jedzenie, co je tak pięknie rozłożyłeś. Ucieszył się Sprytny Brat, chwycił czarodziejską sakiewkę i czym prędzej pobiegł do domu, póki się stary nie rozmyślił. Martwił się tylko, czy go nieznajomy nie oszukuje, czy prawdą jest to, co mówi. „No, nawet jeśli nieprawda – myśli sobie – to i ta jedna moneta, co ją widziałem, warta jest majątek!” Przyszedł do domu, zamknął okiennice, żeby go nikt nie podejrzał, drzwi zaryglował… Z drżącym sercem przy stole usiadł, otworzył sakiewkę i piękną lśniącą monetę wyjął. I – o cudzie nad cudami! – w sakiewce natychmiast pojawiła się druga. Wyjął tak z dziesięć monet. „Tego już na dom z ogrodem wystarczy. Ale dlaczego tylko dom?! Kupię sobie pałac, taki jak u dziedzica!” – – myśli i dalej monety wyjmuje. Na folwark, na ziemię z tysiąc włók, na konie i karety, i na meble, i na stroje, i na klejnoty… Minęło parę dni. Zaniepokoił się Pracowity Brat, że za płotem nikogo nie widać. Wszedł na podwórko, zamknięte okiennice zobaczył i jeszcze bardziej się zmartwił. Zaczął do drzwi się dobijać, a że nikt nie otwierał, postanowił je wyważyć. Wszedł do środka i oniemiał z przerażenia. Całą izbę po sufit wypełniały złote monety, a jego brat z sakiewką w dłoniach siedział przy stole martwy. Padł z wycieńczenia, nie pił i nie jadł, bo nie potrafił przestać złota po jednym pieniążku wyciągać. Wciąż mu było mało i mało. Złoto zaś, diabelskie, znikło, rozpłynęło się w promieniach słońca, jak tylko okna otwarto. A jaki z tej opowieści morał wynika? A taki, że i dzisiaj są ludzie, którzy nie wiedzą, kiedy przestać złoto gromadzić i gotowi są za nie zgubić i siebie, i innych. Eleonora Karpuk

72

il. Mateusz Bakura, lat 9


Rozdział VI

OPOWIEŚCI BABCI NINY

73 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Urwisy Zbliżał się wieczór. Patryk i Mateusz, zgrzani, spoceni i zmęczeni, szaleli na trampolinie. Babcia chciała wreszcie odzyskać nad nimi kontrolę, zaproponowała więc wspólne podziwianie chmur. – Spójrzcie, ile chmur i chmurek przesuwa się po niebie i zmienia kształty. A może tak wspólnie spróbujemy wymyślić jakąś historyjkę o tych chmurach? Zanim babcia dokończyła zdanie, chłopcy wskoczyli na leżaki i zaczęli się przekrzykiwać: – O, zobacz, zobacz tu, tu, po mojej prawej stronie, widzisz? – Widzę, widzę, taka wielka głowa. I chyba coś do nas mówi, bo rusza ustami. – Ej, to głowa babci, zobacz, babcia jak żywa. – Widzę. Babciu, babciu, spójrz, to ty. – Nie myślałam, że to będzie historia o mnie – westchnęła babcia. – Ale spójrzcie, za tą głową widzę pięknego rumaka z rozwianą grzywą. Może to rycerz, który galopuje do swojej... – nie dokończyła zdania, bo zaczęły ją zagłuszać krzyki, gwizdy, świsty. – Jaki rumak? To pojazd międzyplanetarny! O, i transformersi! – Uwaga, przybysze z innej planety szykują się do ataku! Szybko, wysuwaj tarcze przeciwlaserowe! – A ty uruchom rakiety dalekiego zasięgu! – Uwaga, rozciągają się, chcą nas otoczyć! Robiło się coraz głośniej. – Ej, chłopaki! – krzyknęła babcia. – Nie tak miało być.  – Babciu, nie gadaj, tylko wskakuj na tego swojego rumaka i pędź do najbliższego schronu. – Wiecie co, pędzę robić naleśniki, a wy za dziesięć minut macie się stawić w domu. – Na-le-śni-ki. Spra-wdzić, co to jest. – Usłyszała babcia, wchodząc do domu. Po chwili Mateusz krzyknął: – Naleśniki to nasza tajna broń! – U-wa-ga. Zie-mia-nie ma-ją no-wą taj-ną broń. Nie zna-my si-ły ra-że-nia. Wy-co-fu-je-my się. – Huraaa!! – chłopcy wpadli do domu i, przekrzykując się, oznajmili: – Babciu, babciu, uratowałaś nas od zagłady! A właściwie to twoje naleśniki nas uratowały! – Naprawdę? To teraz szybko myjcie ręce i zjadajcie te naleśniki, żeby obcy nie wrócili po nie. Słuchajcie, a może jak zjecie, poczytam wam bajkę. 74


Janina Strzemieczna

Gol Zabawa z wnukami wymaga od nas, dziadków, kondycji. Dlatego chodzę od czasu do czasu na różne zabiegi pozwalające mi utrzymać dobrą formę. Dzisiaj idę na zabieg o dziwnej nazwie TENS. Podobno rewelacyjny. Pani rehabilitantka zwilża miejscowo moje ciało i przykłada elektrody. Następnie przykrywa mnie jakąś folią, nakrywa kocykiem, podłącza urządzenie, nastawia czasomierz i wychodzi. Czuję wibrująco-masujące drgania i rozlewające się po całym ciele ciepło. Zapadam w błogi stan. Opierając głowę na dłoniach, czuję, że coś porusza się na moim przedramieniu. Delikatnie otwieram jedno oko i widzę siedzącego chochlika majtającego nóżkami. 

75

il. Patryk Miazek, lat 14

– Babciu, no co ty, bajkę?! – jęknął Patryk. – To może jeszcze zaśpiewasz nam kołysankę? – śmiejąc się dodał Mateusz. – I co ja mam z wami zrobić? – załamała ręce babcia. – Pij mleko, to będziesz wiedziaałaa! – krzyknęli razem, aż małemu naleśnik wyleciał z buzi. – Nie lubię mleka – powiedziała babcia, myśląc, że nikt tego nie słyszy. – To nie będziesz wiedziaałaa! – odpowiedzieli równo. – Wiem! – babcia klasnęła w dłonie. – Idziemy na rolki. I założę się, że żaden z was nie okrąży placu 120 razy! – dodała jeszcze głośniej, żeby ją usłyszeli. – OK, zakład stoi. Jak wygramy, jutro stawiasz lody. – OK, będą lody. – Babcia uśmiechnęła się i lekko przygryzła wargę. „Moje urwisy. Jak wrócimy, to padniecie obaj i niepotrzebne będą żadne bajki ani kołysanki”.


il. Mateusz Panasiuk, lat 5

– Mateusz, to ty? Co ty tutaj robisz? – Naprawiam ci nóżki, żebyś mogła grać ze mną w nogę. – Ja w nogę? – jęknęłam. – Tak, ty, przecież jesteś moją babcią. – No tak… Bycie twoją babcią zobowiązuje – stwierdziłam. – A teraz uwaga, będę szedł po kręgosłupie! – Czuję, jak prąd spływa do bioder i masuje je. Po chwili masowanie przemienia się w dość mocne impulsy. – No i jak babciu, pasi? – Pasi – odpowiadam. Czuję, jak moje biodra dostają coraz więcej energii, a ja oczami wyobraźni widzę siebie na boisku razem z wnukiem. Z trybun słychać wołanie „Babcia, gola, babcia, gola!”. Nagle widzę przed sobą piłkę – kopię ją z całych sił, a z trybun rozlewa się potężny ryk „goool!”.

76


Ktoś dotyka mojego ramienia i słyszę: – Proszę pani, proszę pani, koniec zabiegu. – Już koniec? – jestem trochę zdziwiona i szeroko otwieram oczy. – Dobrze, że chociaż zdążyłam strzelić gola – mamroczę pod nosem. Życzę rehabilitantce miłego dnia i raźnym krokiem wychodzę z gabinetu. Janina Strzemieczna

Strych Dwaj cioteczni braciszkowie jeden miesiąc wakacji zawsze spędzają razem na działce – z dziadkami albo rodzicami. Mogą tam biegać boso po trawie, kąpać się w pobliskim jeziorku, chodzić do lasu, zbierać poziomki pachnące słońcem i jagody, po których język i zęby robią się fioletowe. Po takiej jagodowej uczcie można udawać wampira i straszyć babcię lub innych domowników. Natomiast w ciepłe deszczowe dni można wyruszyć na podbój największych kałuż. Jednak najciekawiej jest, kiedy pada ulewny deszcz i jest zimno. Wtedy dziadek zabiera wnuków na strych, na czarodziejski strych. Już samo wejście na strych jest zaczarowane, bo… go nie ma. Tylko dziadek wie, jak je odczarować. Specjalnym kijem przekręca coś w suficie i jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki wyłaniają się wąskie schody, które powoli rozkładają się do samej podłogi. Wtedy trzymając się schodów, nie rozmawiając, nie oglądając się za siebie, dzieci mogą nieśpiesznie wchodzić w zaczarowany świat. Przez małe okienko w dachu wpada odrobina światła, niemal cały strych otula jednak baśniowy półmrok. Chłopcy siadają pod oknem na zbitej z desek ławce, a dziadek znika na chwilę w mrocznych zakamarkach. Po chwili wyłania się niczym zjawa z dziwnym przedmiotem, o którym opowiada ciekawą historię. Ostatnim razem była to skrzynia, którą dziadek nazwał… telefonem. Chłopcy na widok skrzyni, z dziwną przypominającą prysznic słuchawką, zaniemówili z wrażenia. – Ta skrzynia to był twój telefon? – wydukał jeden z nich. – To jak ty go nosiłeś ze sobą? – Nie mój, ale nasz wspólny i nie nosiłem go, bo telefon był przymocowany do ściany. – Do ściany? – pytanie pojawiło się jak echo odbite od stropu. – Tak, telefon przymocowany był do ściany, połączony sznurem ze słuchawką, a rozmawiając, nie można było zrobić więcej niż jeden mały krok.

77


il. Patryk Miazek, lat 14

Z boku telefon miał korbkę, którą należało zakręcić i czekać, aż zgłosi się pani, podać jej numer, z jakim chcemy rozmawiać i potem znów czekać – na połączenie. Czasem trwało to dosyć długo. Chłopcy słuchali z rozwartymi buziami. W końcu starszy z nich zapytał: – To znaczy, że pani, która się zgłaszała, szła ze słuchawką do tej drugiej osoby i wtedy dopiero można było porozmawiać? Dziadek roześmiał się: – Aż tak źle to nie było. Ale i tak wszystko to zabierało masę czasu. – A jak się tym wysyłało sms-y? I zdjęcia? I jak się sprawdzało maile? – z zaciekawieniem dopytywał się starszy. – Nic z tych rzeczy. Można było tylko zadzwonić i wcale nie zawsze było połączenie. Z czasem telefony zmieniały się, były już dużo mniejsze i nie musiały wisieć na ścianie. Pierwszy bezprzewodowy telefon kupiłem, kiedy zacząłem pracować we własnej firmie. Nazywaliśmy go cegłą, bo był duży i ciężki jak cegła. I nie każdy miał takie cudo, było tych telefonów jak na lekarstwo. Gdy wasze mamy chodziły do szkoły, to wcale nie miały telefonów. A dzisiaj każdy ma telefon. Nawet ty – dziadek zwrócił się do starszego wnuka. – Ha, ty to nawet masz zegarek, przez który możesz rozmawiać! – O, właśnie dzwoni babcia, mamy schodzić na pierogi, bo już są gotowe. – Dziadku, a dlaczego nie pokażesz nam wszystkiego od razu – odezwał się młodszy wnuk. – Czemu tylko wydzielasz jeden przedmiot na jedno wejście? – Właśnie, dlaczego? – dołączył starszy. – Było już żelazko z duszą, tara do prania, koza z fajerkami i kierzanka, czy coś takiego do robienia masła. Co tam jeszcze ukrywasz? – Nie mogę wam wszystkiego od razu pokazać. Wakacje jeszcze się nie skończyły, a będą przecież następne. I co będziemy robić w zimne deszczowe dni? No dobrze, na dzisiaj koniec. Schodzimy na pierogi, bo pewnie jesteście głodni. Janina Strzemieczna


Wyprawa Mateusz od samego rana szykował się na ryby. Miał swoją najprawdziwszą wędkę, a w małej główce wielki niepokój. – Dziadku, a jak złowię taaaką rybę i ona wciągnie mnie do wody? – zapytał lekko wystraszony. – Nic się nie martw, będę obok i w razie czego pomogę ci. – Uf – mały odetchnął z ulgą. – No to idziemy. Po drodze jeszcze raz obgadali, jak przytrzymać żyłkę, zwolnić kabłąk, odchylić kij do tyłu i zarzucając wędką jednocześnie zwolnić żyłkę. Kilka prób nad wodą i już mały świetnie sobie radził. – Teraz wystarczy obserwować spławik. Gdy zacznie tańczyć na wodzie, a w końcu się zanurzy, to znaczy, że mamy rybę. Trzeba zaciąć i powoli kręcić kołowrotkiem. Na pierwsze połowy jako przynętę dziadek kupił kukurydzę. – Co? Kukurydza? Dziadku, na haczyk zakłada się robaki! Dziadek nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jąkając się, zaczął tłumaczyć, że na kukurydzę też się łowi ryby. W końcu nałożyli na haczyk żółte ziarenka, zarzucili wędkę i czekali. Spławik ani drgnął. – Widzisz, mówiłem, że potrzebne są robaki! A ta kukurydza to dobra jest? – Spróbuj. Mateusz sięgnął do puszki, wziął jeden ząbek, sięgnął po drugi i następny. – Wiesz co, dziadku, chyba ryby nie lubią kukurydzy, ja ją zjem, a ty na jutro załatw prawdziwe robaki. Byli tak zajęci, że nie zauważyli, że nadciąga burza. Ciężkie granatowe chmury coraz szczelniej zakrywały błękitne niebo. Dopiero wiatr tarmoszący korony drzew zwrócił ich uwagę. – Zwiewamy! – krzyknął mały. Jego głos był ledwo słyszalny wśród wichru. Jasny zygzak błyskawicy na tle granatowych chmur zdawał się rozpruwać niebo na pół. Błyski i grzmoty ścigały się ze sobą. Blask, huk, ryk, grzmot, błysk, ciemno, jasno, strach. Czy tak wygląda koniec świata? Przemoczeni wpadli do domu. – Rety, co to jest?! – To tylko burza – cicho odpowiedziała babcia, owijając ręcznikiem mokrego wnuczka. By jakoś rozładować napięcie, zaczęła wypytywać o połowy. – Branie było? – Oj, było, było, cała kukurydza nam poszła. Niestety burza nam przeszkodziła. Babciu, nie martw się, jutro znowu pójdziemy na ryby. Janina Strzemieczna 79


il. Patryk Miazek, lat 14

Zabawa bez słów Wracam z dalekiej podróży, jestem na międzynarodowym lotnisku. Siedzę sobie w sali odlotów w wygodnym fotelu i przez szklaną ścianę obserwuję płytę lotniska. Co chwilę jakiś samolot startuje, inny właśnie ląduje. Widzę także, jak samolot przygotowywany jest do przyjęcia pasażerów. Wrażenie robią ogromne silniki podwieszone pod skrzydłami. Nagle na sali robi się małe poruszenie, właśnie wylądował szwedzki samolot z czterema silnikami. Przed moimi oczami pojawia się olbrzym. Szybko robię zdjęcie i przygotowuję się do następnego, gdy coś przesłania mi obiektyw. Podnoszę wzrok i widzę główkę małego Chińczyka. To właśnie on zaglądał mi do aparatu. Muszę mieć dziwną minę, bo mały chłopiec szybko się prostuje. Uśmiecha się, krzywi i znowu się uśmiecha. Odczytuję to jako sygnał „nudzi mi się, pobaw się ze mną, no, nie daj się prosić”. Jestem zahipnotyzowana, widząc jego okrągłą jak księżyc w pełni buzię i skośne, lekko przymrużone, śmiejące się oczy, w których wszystko można zobaczyć. Podnoszę kciuk na znak, że się zgadzam. Odpowiednio składam dłonie, zaczepiam małe palce i pokazuję, jak „idzie kominiarz po drabinie”… – przekręcam dłonie i mam kominiarza w kominie. Mały aż kuca z radości, też zaczepia małe paluszki i trzepie rączkami, jakby chciał pofrunąć. Nagle unosi się do góry! To jego tata bierze go na ręce i wykonując ukłony i pokłony, wycofuje się do drugiego rzędu foteli. Kątem oka widzę, jak sadza synka na wózku i coś mu tłumaczy. Po chwili zajmuje się swoim telefonem. Mały odwraca się do mnie, uśmiecha i gestem głowy pokazuje mi: „Zobacz co teraz będzie”. Wykrzywia buzię i wydaje z siebie dosyć głośny krzyk: „Eeeeee!”. Jego tata coś do niego mówi i grozi mu palcem. Chłopiec spogląda na mnie i swoim szelmowskim uśmiechem przekonuje, żebym czekała na ciąg dalszy. Napina się i z całych sił krzyczy: „Aaaaa!”. Ojciec podrywa się, nerwowo wstukuje coś w telefon i podaje go krzyczącemu synkowi. Zadowolony chłopiec bierze urządzenie w swoje pulchne łapki i skupia się na nim. Po chwili odchyla ekran w moją stronę, a z jego miny czytam: „No i mam to, czego chciałem”. Widzę, że w telefonie wyświetla się bajka „Masza i niedźwiedź”. To ulubiona bajka mojego młodszego wnuczka, Mateusza. Uśmiecham się do małego rozrabiaki i kiwając głową daję mu do zrozumienia, że niezły z niego gagatek. Janina Strzemieczna

80


Rozdział VII

WAŻNE SPRAWY (I SPRAWKI)

81 lat 9 il. Aniela Owczarek,


A. O TYM, CO BOLI Łysol Julcia długo chorowała. W tym czasie miała nauczanie indywidualne. Nie mogła też spotykać się z rówieśnikami. Mama dużo rozmawiała z córką na temat jej choroby. Również o tym, że mogą jej wypaść włoski. Pocieszała ją, że później odrosną i będą jeszcze piękniejsze niż przed terapią. A kiedy Julci rzeczywiście wypadły włosy, mama, na znak solidarności z córką, ogoliła się na łyso. Trochę śmiesznie obie wyglądały, ale za to miały frajdę w wymyślaniu sposobów wiązania chusteczki na głowie. Po kilku miesiącach leczenia tej złej choroby wyniki badań były na tyle dobre, że Julka mogła wrócić do szkoły, do swojej klasy. Mama uzgodniła z panią wychowawczynią, że obie przyjdą w wyznaczonym terminie na godzinę wychowawczą. Julka stęskniła się za koleżankami i kolegami. Czekała z radością na to spotkanie. Szkoła przywitała je radosnym gwarem. – Wejdę tylko na chwilkę do pani wychowawczyni, powiem, że już jesteśmy i zaraz wracam do ciebie – powiedziała mama, widząc, jak dzieciaki otaczają Julkę i wypytują: – Jesteś już zdrowa? – Wracasz do szkoły? – Już możemy się z tobą bawić? Gdy mama wyszła z pokoju nauczycielskiego, usłyszała: – Łysol, łysol! To Staś z pobliskiego domu dziecka głośno wykrzykiwał te straszne słowa. Przez chwilę stała jak sparaliżowana, próbowała zebrać myśli, gdy usłyszała głos własnego dziecka. – Przeszkadza ci, że mam na głowie chustkę? Tak, mam! A to dlatego, że nie chciałam was straszyć moją łysą głową. Ale skoro tak, to proszę – i jednym ruchem ręki ściągnęła nakrycie głowy. – No, proszę, popatrz sobie. Ja się tego nie wstydzę. A ciebie, ciebie to nawet nie wiem, jak nazwać. – Głupek! – krzyknęło któreś dziecko z grupy. *** Julka dobrze znała Stasia. Chodziła z nim do tej samej klasy. Wiedziała, że chłopiec jest sierotą. Opiekunka, którą nazywał ciocią, odprowadzała go do szkoły, 82


*** Następnego dnia mama zaprowadziła Julkę do szkoły. Gdy przykucnęła przed córką, życząc jej miłego dnia, kątem oka zauważyła stojącego przy oknie Stasia. Julka poszła do klasy, a ona szybko podeszła do chłopca. Staś spuścił głowę i stał nieruchomo.

il. Mateusz Panasiuk, lat 5

ale nigdy nie przytuliła, nie uśmiechnęła się do chłopca. Za to dawała dobre rady: „Pamiętaj, bądź grzeczny i nie przeszkadzaj na lekcjach”. Julci trochę było żal Stasia. Często był smutny, na przerwie stawał z boku. Nie chciał nikomu przeszkadzać. Najczęściej to ona podchodziła do niego, żeby porozmawiać. Kiedyś Staś miał zapalenie płuc i też był w szpitalu. Jak wrócił do szkoły, nikt go tak radośnie nie witał. Tylko Julka zapytała go, jak było. A teraz, kiedy ona wróciła po długiej przerwie, otoczył ją wianuszek koleżanek i kolegów. Staś stał z boku i w którymś momencie wyrzucił z siebie te okropne słowa. W pierwszej chwili Julka poczuła ogromny żal. Uważała Stasia za swojego dobrego kolegę. Więc dlaczego? W domu długo rozmawiała z mamą na temat tego, co zaszło w szkole. – Wiesz, Julciu, wydaje mi się, że Staś zrobił to z zazdrości – powiedziała mama. – Ale czego on mi zazdrości? Tej strasznej choroby? – zdziwiła się Jula. – Kochanie, przecież on nikogo nie ma. Nie ma się z kim dzielić radościami i smutkami. – I nikt go pewnie nie całuje na dzień dobry i na dobranoc... – dodała Julcia. – Na pewno jest bardzo samotny. – Masz rację. I już wiem, jak możemy mu pomóc – stwierdziła na koniec mama.


– Widzę, że jest ci przykro, że tak powitałeś swoją koleżankę? Staś tylko przytaknął i jeszcze niżej spuścił głowę. – A teraz posłuchaj. Rozmawiałam z panią dyrektor domu dziecka. Uzgodniłyśmy, że jeżeli tylko będziesz chciał, to co drugi weekend będziemy zapraszać cię do naszego domu. Będziesz z Julką odrabiał lekcje, a później będziecie się bawić. Pojedziemy na wycieczkę za miasto albo na piknik, a może pójdziemy do kina. Będzie fajnie. – Odruchowo przytuliła chłopca do siebie. Czuła, jak jego drobne ciałko drży. – Pamiętaj, jak tylko będziesz chciał – powtórzyła. Zadzwonił dzwonek. – Stasiek, chodź na lekcję – powiedział Julka, wybiegając z klasy. Złapała chłopca za rękę i pobiegli. Mama patrzyła, jak zamykają się za nimi drzwi. Czuła, że jest bardzo dumna ze swojej córki. Janina Strzemieczna

Życzenia Niech ten dzień Bardzo trudny i smutny Szybciutko mija, A ktoś kochany niech Za rękę ciągle cię trzyma. Czesława Bednarek

il. Pola Matyjewicz, lat 8

Empatia Czym na co dzień jest empatia? Znaczy tyle, co sympatia Do kolegi, koleżanki. Podaj rękę, idź na sanki… Nie oceniaj też nikogo, Zatańcz lepiej taniec pogo! 84


il. Pola Matyjewicz, lat 8

Pozwól innym mieć swe zdanie, Wiem, niełatwe to wyzwanie! Mów też o uczuciach swoich, Co cię złości, męczy, boli. Dziś w przedszkolu spokój, zgoda, Śmieje głośno się Jagoda, Nie ma kłótni ni awantur, Nikt nie płacze, nawet Artur! Wierzcie, na to mam dowody: Nie odejmie wam urody Zachowanie empatyczne, Buzie są od niego śliczne! Już od dawna mi się marzył Piękny uśmiech na twej twarzy. Bądź dla innych cennym gościem W karnawale oraz w poście! Anna Ubysz

il. Alinka Gaszewska , lat 5

85


Marzenia Moje największe marzenie…

Podobałby mi się taki spokój i ład, a nie ten zwariowany świat. Czesława Bednarek

86

il. do wiersza Wycieczka do lasu – Alinka Gaszewska, lat 5

A gdyby tak… ludzie się wzajemnie szanowali. Nikt nie robiłby nikomu krzywdy, nie byłoby płaczu, dzieci spokojnie by się bawiły, chodziłyby do szkoły czy do przedszkola. Kasia pomogłaby Zbyszkowi założyć buciki, a Zbyszek pomógłby Julci założyć płaszczyk. W domach rodzice nie krzyczeliby na dzieci, a dzieciaki rosłyby radośnie i spokojnie. Wśród ludzi panowałyby życzliwość i nadzieja, spokój i dobro. Nie byłoby kłótni, nikt by nikogo nie bił. Wszyscy by sobie pomagali.


il. Alinka Gaszewska, lat 5

B. ZABAWY MNIEJ I BARDZIEJ POŻYTECZNE Wycieczka do lasu Pani tak mówi dzieciom: – Dziś na lekcję przyrody Zaprasza nas leśniczy. Jedźmy. Będą przygody! Pojechali. Autobus czekał na nich przed szkołą, W drodze był konkurs śpiewu. Wygrał duet: Jaś z Olą. A w lesie, na polanie, dzieci piekły ziemniaki, Słuchały ptasich śpiewów – koncert nie byle jaki! Potem był quiz o drzewach, robienie zdjęć, podchody I miła niespodzianka – czekoladowe lody. – Koniec zabaw, czas sprzątać! – pani woła już głośno. – Gdy dzieci o las dbają, to drzewa lepiej rosną. Wysprzątały do czysta dróżki i zagajniki, Wśród śmieci też znalazły groźne dla zwierząt wnyki. – Świetna robota! Na szóstkę! – dziękował leśnik dzieciakom. Za miesiąc sadzimy drzewka. I paśnik zrobimy zwierzakom.  Elżbieta Boryniec 87


il. Patryk Miazek, lat 14

Plac zabaw Tu zabawa jest wesoła! Ania biega dookoła, Patryk huśta się na linie, Basia wchodzi po drabinie, na zjeżdżalni Jaś szaleje, Krzyś się do rozpuku śmieje, Staś się buja na koniku, różnych zabaw jest bez liku! Janina Strzemieczna

Przedszkole Jest przy Piotrkowskiej świetne przedszkole, dzieciaki zawsze są tam wesołe. Pani dyrektor jak dobra mama wszystkich maluchów dogląda sama. Pani Monika głos ma stanowczy, pani Monice nikt nie podskoczy. Kajtek klockami ładnie się bawił, chciał iść na obiad, klocki zostawił. – Klocki schowane? – pada pytanie. Kajtek już biegnie, już posprzątane! Za to Edytka to pani taka, że można u niej troski wypłakać. Zawsze wysłucha, da dobre rady i można wracać już do zabawy. – Czy można z zupy zjeść tylko kluski? – pyta niejadek szczupły, malutki. Czułe spojrzenie i już nie pyta, Otwiera buzię i obiad znika. Szkoda mi bardzo tego przedszkola, lecz iść do szkoły przyszła już pora. Janina Strzemieczna 88


Bałwan arbitrem

il. Leon Grudzień, lat 11

Spod blaszanej miski ronda bałwan chłopcom się przygląda, którzy, chociaż mróz, zawieja, grają ważny mecz w hokeja. Są emocje, kijów trzaski, kłótnie, sprzeczki, faule, wrzaski. Nagle bałwan, chociaż ślisko, z miotłą wpadł na lodowisko i zakrzyknął: – Od tej pory ja rozstrzygał będę spory. Tylko nos z marchewki wytrę i już mogę być arbitrem. Gra zaczęła się od nowa, bałwan świetnie mecz sędziował, który, jeśli dobrze słyszę, to zakończył się remisem. Eugeniusz Dolat

89


il. Lena, lat 6

To moje! Znam z sąsiedztwa pewną Alę, Której nie rozumiem wcale. Ze wszystkimi toczy boje O to, że: „To wszystko moje!” Lecą łąką pszczółek roje, Ona krzyczy: – Pszczoły – moje! Babcia wiozła jabłek słoje, Ala woła: – Jabłka – moje! Tata kupił dwa napoje, Ala płacze: – To jest moje! Mama szyje siostrze stroje, Ala na to: – Daj, to moje! Biegnie z płaczem przez pokoje, Złości się za dwoje, troje?... Woła wciąż: – To wszystko moje! Mama z tatą wciąż się martwią. Może zrobić jej sok z marchwią? Może wezwać dziś doktora?

Doktor: – Ala nie jest chora! A na zmiany jeszcze pora, I wyrośnie z „To jest moje!” Czekać trzeba ze spokojem! Anna Ubysz

Lala Zuzia Ta lala to Zuzia taka sobie nieduża, ale strasznie grymaśna. To niedobre, tamto złe, nie wiadomo, czego chce. Z ubieraniem też nielekko, ze spodniami czy sukienką. Tak od Zuzi grymaszenia, świat na brzydszy się zamienia. Jadwiga Głażewska

90


Miś Ptyś

Jadwiga Głażewska 91

il. Zoja Koprowska, lat 9

Miś Ptyś to moja ulubiona maskotka, z którą wędruję do przedszkoli, gdzie czytam dzieciom bajki i wiersze. Ptyś ma gęste beżowe futerko, oczka czarne jak węgielki i pyszczek czerwony jak wisienka. Na jego buźce zawsze gości wesoła minka. Myślę, że bardzo lubi bawić się z dziećmi, a i one darzą Ptysia sympatią. Pewnego dnia wracam do domu, a w torbie Ptysia nie ma. Pewnie się zgubił. Pobiegłam szybko do sklepu, w którym robiłam zakupy. Tam Ptysia nie było. Zapytałam panią z kiosku – ona również Ptysia nie widziała. Może znalazł go stróż na parkingu? Nie, pan Zdzisław także nic o Ptysiu nie wiedział. A może mój miś został w przedszkolu? Zmęczona i zmartwiona powędrowałam do pomalowanego na kolorowo budynku wśród drzew. I co się okazało? Ptyś się znalazł! Siedział sobie cały zadowolony w kącie sali maluchów, w otoczeniu przedszkolnych misiów. Zdaje się, że przerwałam miśkom jakąś bardzo ciekawą rozmowę. Ptyś spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem, ale zaraz rozpromienił się na pyszczku. Chyba się już troszkę za mną stęsknił. Kochany misiek! Będę teraz co jakiś czas zostawiać Ptysia na cały dzień w przedszkolu – to już przecież całkiem duży miś, musi mieć czas na spotkania z przyjaciółmi. A tych ma wśród dzieci i przedszkolnych zabawek bardzo wielu!


Ołówek il. Michalina Jędrzejewska, lat 6

Mam ołówek grafitowy, Wcale nie jest kolorowy, Lecz gdy tylko zechcę, mogę Polną nim rysować drogę, W polu żółte słoneczniki, Różne trawki, kąkoliki, Pełne maki, próżne dzwonki, Jeszcze w górze, hen!, skowronki. I wiewiórka będzie ruda, I przepiórka mi się uda. Narysuję zbóż pokosy, Płatek róży z kroplą rosy. Narysuję dobrą wróżkę, Czarodziejską wróżki różdżkę I różowe ranne zorze Narysuję jeszcze może... Eleonora Karpuk 92


Kruszynka

Moda na zdjęcia nie mija, Pstryk – tu ręka, a tam szyja, Tu kawałek miasta, placu, Tutaj wejście do pałacu. Tam jezioro w słońcu błyszczy… Pstryk! A gdzie moi najbliżsi? Znowu mi się nie udało! Więc wyginam prędko ciało, By uchwycić mamę całą, tatę, babcię, siostrę małą.

Zosią małą jak kruszynka zachwycała się rodzinka. Nosek miała piegowaty, całkiem taki jak u taty. Pochylają się dziadkowie, zaraz któreś z nich coś powie. Dziadek mówi: – Ta dziewusia jest podobna do tatusia! Babcia się przygląda wnusi: – Nie! Podobna do mamusi. Ciocia szepce zaś po cichu: – Przecież to jest czysty Zdzichu. Myśli Zosia, odgaduje, Cóż tam mówią ciocia, wujek. Nudzą Zosię te wyznania: – Mamo! Szykuj mnie do spania!

Lecz wycieczki nie pamiętam… Gdzie ja byłam? W które święta? Zdjęcia były najważniejsze: Duże, większe i te mniejsze. One pejzaż przysłoniły, na zachwyty brakło siły. Nie widoki były ważne I spojrzenie nań uważne.

Janina Strzemieczna

Od dziś zmieniam swe myślenie. Od zdjęć wolę zamyślenie Nad momentem, nad cud-chwilą, Z którą inne się nie mylą. Album będę miała w głowie, A w nim to, co okiem złowię. Anna Ubysz

93

il.Mateusz Panasiuk, lat 5

Zdjęcia


il. Agnieszka Pilc, lat 9

Dziewczyny Jedno spod oka spojrzenie i już podobne myślenie. Jakby dwie główki, a rozum jeden, jak to możliwe – nie wiem. Bardzo podobne do siebie buziami, włosami, głosami, lecz się różnią – to widać – swymi charakterkami. Radzą sobie świetnie, choć nadmiar pracy je złości, wciąż jednak się wspierają, bo mają różne zdolności. Jedna to humanistka, druga – od matmy specjalistka. Mają wspólnych idoli, wiedzą, co którą boli i co tą drugą kręci, na co z nich każda ma chęci. By nie wejść w modowe spory, noszą różne ubiory. Lepiej nie wchodzić im w drogę, bo straszą: – Uszkodzić mogę! Atak jest wtedy ostry – tak twierdzą bliźniacze siostry. Halina Dębińska

C. DLA ŁAKOMCZUCHÓW I UPARCIUCHÓW Sposób na próchnicę Wszędzie szwenda się próchnica, wielki szkodnik i złośnica. Bardzo lubi zęby dzieci powyszczerbiać i oszpecić. By próchnicę trzymać z dala, 94


il. Nela Filipczak , lat 9

kijem jej wygraża Hala, lecz to nie skutkuje raczej, bo dziurawe ma siekacze. Wojtuś dużo je słodyczy, ząb go boli, Wojtek ryczy. Pojawiły się problemy, bowiem ząbków chłopiec nie mył. Ja natomiast mam szczoteczkę, dobrą pastę i niteczkę. Sztukę mycia zębów ćwiczę, przegoniłem precz próchnicę. Eugeniusz Dolat

Lody i ciastka il. Marta Koprowska, lat 9

Do lodziarni poszedł Jarek, bo miał myśli buro-szare, Gdyż za błędy całkiem małe dostał z testu wielką pałę, A po lodach – bez wątpienia – humor się na lepsze zmienia. Kupił włoskie – aż w trzech smakach, ukręcone „na ślimaka”.


Potem zajrzał do cukierni, gdzie go zwabił złoty sernik. Spałaszował go rach-ciach! Lecz w witrynie, tuż przy drzwiach, Ujrzał ptysie ze śmietaną i babeczkę nadziewaną Kremem oraz wisienkami. To pokusa, wiecie sami, Więc zawrócił, zjadł ze smakiem, zagryzł dużym preclem z makiem, Spałaszował też drożdżówkę, popił sokiem za złotówkę. Grała w brzuchu mu muzyka, gdy z cukierni się wymykał Dość ostrożnie, pomalutku, bojąc się łakomstwa skutków, Bo brzuch miał jak bania wielki, objąć go nie mogły szelki. Gdy się w domu znalazł wreszcie, nie mógł ruszyć się, uwierzcie: Leżał, sapał, dyszał, mruczał i ból brzucha mu dokuczał. W nocy z racji niestrawności długo się na łóżku mościł, W snach męczyły go też zmory: bajaderek zastęp spory. Wypił gorzkich ziółek litry, kwartę soku z kwaśnych cytryn, Gdy wstał rano, po udręce, chwycił pióro w swoje ręce I napisał na kartonie: OD DZIŚ OD CUKIERNI STRONIĘ! Elżbieta Boryniec

Korek-potworek Na wycieczkę jechał Jasio z całą swoją czwartą klasą w dzień upalny. Dla ochłody zabrał Jasiek butlę wody. Wcześniej wypił coś słodkiego, choć mu mama broni tego. Wnet pragnienie poczuł chłopiec – w gardle aż zaczęło go piec, chciał odkręcić butlę prędko, jednak problem miał z nakrętką. Jaś nią kręcił w lewo, w prawo i nie było to zabawą,

bo pomimo Jasia chęci, korek nie dał się odkręcić. – Trzeba zrobić to inaczej! – rzekł Jaś. – Przecież mam siekacze! I nakrętkę wziął do buzi. Przygryzł ją, znów się utrudził, dyszał, zęby wyszczerzone, kręcił korek w lewą stronę, potem w prawo, zgrzyt i trzask, woda chlust, a Jasio w wrzask: – Co za draka! To był błąd! Cóż, Jaś złamał z przodu ząb. Elżbieta Boryniec

96


il. do wiersza Korek-potworek – Leon Grudzień, lat 11

O młodym wirusie – Hej, wirusie, koniec laby, idzie zima, czas zabawy! – To mój kompan, wirus grypy, pół przedszkola przez nas chrypi! Do roboty mnie nie zmuszaj, z chęcią wszak do akcji ruszam! – Ach, odwagi gratuluję! Okolicę obserwuję, trudno dopaść jest dzieciaka… – Oj, dam radę! Będzie draka! Może tego? Kozły fika na trzepaku bez szalika? – Bez rękawic i bez czapki?

97


– I od śmiechu dostał czkawki! – To jest wymarzony obiekt! O, na górkę właśnie pobiegł, tam, gdzie bawił się już nieraz, goń go szybko, prędko, teraz! – Już za chwilę go dogonię… – Sapiesz niczym stare słonie! – Pędzę, pędzę, już nie mogę! – Podstaw mu chociażby nogę! – Wiesz co, trochę żal dzieciaka, będzie kaszlał, kichał, płakał, będzie miał gorączkę, katar.

– Miałeś przecież tu polować! Chłopak musi zachorować! – Znów przyniosą mu z apteki te pigułki gorzkie, leki? – I co? Pochoruje sobie, babcie go odwiedzą obie. Dom dla niego będzie rajem, swoje słowo tobie daję! A nazajutrz… chłopiec leży, mama mu gorączkę mierzy. Przez wczorajsze w deszcz bieganie teraz kaszel i kichanie! Trzeba będzie dać miksturę, wpadnie wirus w czarną dziurę! Anna Ubysz

il. Zofia Gaszewska, lat 12

D. OWOCOWO I WARZYWNIE Jakie to warzywko? Miało iść warzywko na rynek. – Jak się ubrać? – dumało godzinę: – Czy włożyć bluzeczkę? – Czy złotą sukieneczkę? – Czy płaszczyk? – Czy sweterek? – Kamizelkę w serek? Ubrało się warstewkami: W bielutki kaftanik, Koszulkę, bluzeczkę, Cienką sukieneczkę, Pasiastą spódniczkę,

98


Spięło ją guziczkiem, Wszystko gładkie, lśniące, Wyzłocone słońcem. Kupiła to warzywko Kuchareczka mała. Łzy ciekły jej ciurkiem, Gdy je rozbierała. (cebula) Elżbieta Boryniec

1. Odgadnijcie, moi mili: Stoi w polu las badyli, A z każdego się słonko uśmiecha. Wkoło złota korona, W środku ciemne nasiona, Będzie wkrótce dla wróbli i dla dzieci uciecha! (słonecznik) 2. Cóż to za pannica? Ceglastolica, Sama siedzi w piwnicy, Warkocz – zielony! – trzyma na ulicy. (marchewka) 3. Śliczne, wysmukłe Rosną w polu panienki,

Mają złote warkocze, Zielone sukienki. (kukurydza) 4. Stoi przy dróżce, Na jednej nóżce Albo w dąbrowie Skrył się pod listowiem. Wszyscy go wołają, A on się nie odzywa... (grzyb) 5. Siedzi w grządce, Pozłacana, W sto sukienek Przyodziana. A kto ją rozbiera, Z oczu łzy ociera. (cebula) Eleonora Karpuk

99

il. Michalina Jędrzejewska, lat 6

Zagadki babci Eleonory


il. Jakub Kowalski , lat 11

Zagadka Zwą się czubatki, nioski, szaropiórki – biegają po podwórku. A inne rosną w lesie na piaszczystym wzgórku. (kurki) Elżbieta Boryniec

Czosnek Ząbek czosnku zjadaj co dzień, on nie gryzie i nie bodzie. Nie rób miny tak żałosnej, zakryj nos i wcinaj czosnek. To warzywo, wiem coś o tym, działa niczym antybiotyk. Nie rozumiem, na co czekasz, lepszy czosnek niźli lekarz. Co, że w nozdrzach ostro kręci? Oj, to mały mankamencik. By nie drażnił cię odorek, w nosek można wetknąć korek. Eugeniusz Dolat

Il. Nela Ginglas, lat 6


Jarzynowe sprzeczki Burak się z marchewką kłóci: – Dziwna nać wyrosła tu ci! Czuprynę masz potarganą, grzywę wcale nieczesaną! Marchew wzięła się pod boczek, utoczyła dzieciom soczek. Bardzo smaczny, marchewkowy, co pożywny jest i zdrowy. Szczypior z porem jak żołnierze prości, ostrzy, aż strach bierze! Co to będzie? Co się stanie? Jak to co? Przepyszne danie! il.Marianna Bąk, lat 8

Seler burknął na pietruszkę: – Ależ ty masz cienką nóżkę! A rzodkiewka rozbawiona stała się biało-czerwona. Przepychanki, groźne miny – tak się kłócą… witaminy! Czesława Bednarek

101


il. Michał Albin, lat 11

Sad W rozległym sadzie rosły zadbane, piękne i dumne drzewa owocowe. W jednym rzędzie stały dorodne drzewa morelowe, w drugim rozłożyste śliwy, w następnym grusze rodzące co rok złociste, soczyste klapsy. Za gruszami rosły jabłonki, u schyłku lata uginające się od kwaskowych antonówek, a dalej drzewka rodzące czerwono-żółte, słodkie lobo, purpurowe, soczyste malinówki i pyszne, zieloniutkie papierówki. Właściciel bardzo dbał o swoje drzewka, każde znał doskonale. Wiedział, które potrzebowało jakiego nawozu, a które wymagało częstszego podlewania. Sam ich doglądał, pilnował, by nie chorowały, przycinał zbędne gałązki, by nie zasłaniały słońca innym. Dbał, aby korony wszystkich jabłoni, grusz i śliw były zdrowe i silne. Pewnej wiosny mężczyzna zachorował i nie mógł sam doglądać roślin. Prosił swoje dzieci, by zadbały o jego ukochany sad. Młodzież chętnie zabrała się do pracy. Nakupili nowych sadzonek różnych ozdobnych roślin. Posadzili je między drzewami owocowymi. Cieszyli się, że teraz wszystko będzie jeszcze piękniej wyglądać. Będzie bardzo zielono i radośnie. Jabłonie buntowały się na taki porządek. Papierówka krzyczała, że bez liliowy przeszkadza jej rozkładać szeroko gałązki. Morela płakała, bo oto kwiatki azalii wyciągają z niej cenne witaminy. Tymczasem ozdobne rośliny 102


Czesława Bednarek

E. NA ŚWIĘTA – I NA WAKACJE! Święta Ktoś o kimś zapomniał i już nie pamięta. By sobie przypomniał – po to mamy święta. Nadchodzi Wigilia, to Dzień Życzliwości. Każdy łagodnieje, oczekuje gości, jest talerz dodatkowy, kolacja, kolędy, łamiemy się opłatkiem, wybaczamy błędy. Halina Dębińska

103

il..Łucja, lat 6

rosły sobie całkiem zdrowo i nic sobie nie robiły z krzywdy wyrządzanej drzewom w sadzie. Przyszła jesień i czas zbioru owoców. Na drzewach pojawiły się jednak nieliczne kwaśne morele, malutkie gruszki i niewydarzone śliwki, a jabłuszka same spadały z drzewek robaczywe i niesmaczne. Młodzi sadownicy bardzo się dziwili, dlaczego tej jesieni zbiory są tak mizerne. Poszli po radę do ojca, który powoli wracał do zdrowia. Ten wybrał się do sadu, popatrzył i za głowę się złapał. – Kto tutaj posadził rośliny ozdobne? – pytał. – Po co? Tak być nie może! Każda roślina musi mieć swoje miejsce. A sad to królestwo drzew owocowych! Stary sadownik i jego młodzi pomocnicy teraz już razem zabrali się do pracy. Wykopali wszystkie ozdobne krzewy i poprzesadzali je do ogrodu. Bez miał od teraz rosnąć pod oknami domostwa, tuż obok niego znalazły się magnolie i azalie, zaś trzmieliny przycupnęły przy płocie. Jabłonie i czereśnie zadowolone uśmiechały się do siebie, grusze i brzoskwinie wesoło chwytały się gałązkami i tańczyły w piękne słoneczne dni, a wiatr grał im miłe melodie w listkach. Nadeszła kolejna złota jesień i pora na owoce. Były one teraz pyszne, słodkie i bardzo dorodne, pachnące słońcem i wiatrem.


il. Tosia, lat 6

Zagadka Tak historia się zaczyna: Wypadł dziurą wprost z komina – Miły, dobry, z długą brodą, Niepodobny do nikogo. Mówią, że jest bardzo stary I przynosi dzieciom dary. Ma dla wszystkich niespodzianki: Kotki, pieski, kubki, dzbanki! Kto odgadnie tę zagadkę, Ten dostanie dziś dokładkę! Anna Ubysz

il. Zofia Gaszewska, lat 12

Wigilia Stoły zastawione różnymi przysmakami. Nie liczymy kalorii, nieźle się objadamy. Srebrzysty karp wabi wspaniałym smakiem, a z patery zerka pyszne ciasto z makiem. Pierogi się także do nas uśmiechają, choć dużą konkurencję dziś na stole mają. Bo tam się zebrało dwanaście dań, smakołyki dla dzieci, dla panów oraz pań. Jak nakazują stare zwyczaje, chodzą w Wigilię  także Mikołaje. Na nich w ten wieczór czekają dzieci, gdy pierwsza gwiazdka na niebie zaświeci. Lecz zanim maluch swój prezent dostanie, musi odpowiedzieć na takie pytanie: – Czy jesteś grzeczny zimą i latem? – Czy kochasz mamę, siostrę i tatę? – Czy nie bijesz, nie szturchasz  się z bratem? 104


Jest to niezwykłe przedstawienie, choć bywa kłopotliwe dla dzieci szalenie. Dorośli się uśmiechają, a upominki – czekają. Halina  Dębińska

il.Jaś Fijałkowski, lat 5

– Czy wszystko zjadasz – i ser, i sałatę? – Czy zabawki układasz na półkach? – Czy wiesz jak się pisze „wóz” i „kukułka”?

Życzenia na Dzień Dziecka Z miłej okazji Dnia Dziecka Składam takie życzenia, By się dzieciom spełniały Wszyściutkie ich marzenia. Aby dostały zabawki, O jakich śnią od dawna I by się im zdarzyła Jakaś przygoda zabawna.

Niech mają fajne przedszkole I szkołę z mądrą panią I niech dorośli zbytnio Za figle dzieci nie ganią. Niech słonko się do nich śmieje I gwiazdki mrugają z nieba, Niech mają takie domy, W których się martwić nie trzeba. Elżbieta Boryniec il. Piotr Czapliński, lat 8


il. Marianna Bąk, lat 8

Laurka z dziurką Martwi się Mania, smutna od rana, boli ją głowa, jest niewyspana, miała dla babci zrobić laurkę, ale w kartonie zrobiła dziurkę, potem, niechcący też, kleks pędzelkiem, bo wychlapała farby kropelkę. – To pech i kłopot, po prostu bieda! – Mani ten problem w nocy spać nie dał. Rano, gdy wstała, o radę prosi: – Jaki mam prezent dać babci Zosi? Co można zrobić z taką laurką, co straszy kleksem i jeszcze dziurką? Miała być śliczna, a jest inaczej. Mania się martwi i prawie płacze.

106

Franio jej mówi, że tylko beksa robi problemy z małego kleksa. – Z niego wszak można zrobić ornament – wężyk, kwiat jakiś: różę, cyklamen... A tata radzi: – Naklej na dziurkę sporą, kłębiastą, wesołą chmurkę. Na chmurce umieść fotki rodziny. To fajny prezent na urodziny. Franek, brat Mani, to znany łasuch. Przyniósł w kobiałce jagody z lasu. Chce z Manią zrobić mus jagodowy na babci święto – pyszny i zdrowy. A co da Antoś, najmłodszy wnuczek? – Ja się dla babci wierszyka uczę! Elżbieta Boryniec


Wakacje Przyszło lato i wakacje, Pachną lipy i akacje, Koniec szkoły – odpoczynek! Radość chłopców i dziewczynek. Dzieci z Łodzi czy z Krakowa, Z Kutna i z Władysławowa, Z wielkich miast i wiosek w górach Chcą poszaleć na Mazurach, Chcą nad morzem grzać się w piasku, Słuchać ptaków w młodym lasku. Czy też w górach, na polanach Biegać boso już od rana Albo kąpać się w strumyku. Dobry czas dla naszych smyków!

il. Zoja

t9

ska, la Koprow

Elżbieta Boryniec il. Mart

a Kopro wska, la

t9

il. Marcel Matyjewicz, lat 11 107


il. Lena Weicht, lat 6

Wyprawa

Eugeniusz Dolat

il. Alinka Gaszewska, lat 5 108

Skoczek Gdy już śnieg oprószy ziemię I miś w ciepłej gawrze drzemie, Trzeba w plecak swetry schować, Jechać w góry i... szusować. Pojechali – Jaś i tata, Choć wiatr mroźny śniegi zmiatał, Droga długa i niełatwa, Bo szusować chcieli w Tatrach. Poszli w góry – regle śnieżne, Widać szczyty niebosiężne, A wśród świerków strome zbocze, Flaga z orłem tam łopocze. U podnóża – tłumy gapiów, Wrzaski słyszy chyba Kraków. Widać skocznię – groźna, wielka, Na jej szczycie budka, belka, A na belce narciarz młody. Cóż się dzieje? To zawody! Słońce skrzy się w białym śniegu, Sunie narciarz po rozbiegu, Jak ptak leci wśród przestworzy, Deski w znak zwycięstwa złożył, Wylądował, hen daleko, Tuż przy bandzie. Pobił rekord! Medal, aplauz, hymn mu grają, Znów zadziwił Polskę całą. Elżbieta Boryniec

il. Zofia Gaszewska, lat 12

Gdy wybieram się nad morze, mnóstwo rzeczy z sobą wożę, wszystkie są potrzebne bowiem. Co konkretnie? Zaraz powiem. W portmonetce mam złotówki, a w walizce kąpielówki, kilka koszul, koc, ręczniki, marynarkę, płaszcz, trzewiki. I parasol z sobą biorę, który ma rozmiary spore, książkę, mapę, okulary. Nie da nie wziąć się gitary, do golenia przyrząd jeszcze. Jakoś w aucie wszystko zmieszczę, chociaż się obawiam nieco. Zerkam w niebo, boćki lecą do Afryki, gdzie żar parzy, nie do wiary, bez bagaży!


Rozdział VIII

BAJKOWY ZWIERZYNIEC

109 lat 9 il. Aniela Owczarek,


il. Alinka Gaszewska, lat 5

Koralowa grota W egzotycznych wodach, w koralowej grocie sztorm zaskoczył ryby przy ważnej robocie. Grota była domem pewnej Zapraszajki, która dla swych gości wymyślała bajki. Rybka podzieliła grotę na komnaty – w jednej był salonik, w drugiej miała szaty: szal, suknie, welony, korale, sznur pereł; perły zakładała przed każdym spacerem. Wejście do tej groty przysłoniły piaski i zatkała muszla w szaro-złote paski. Młot przyszedł z pomocą, zebrał Strzykwy, Piły, ryby pustą muszlę na części rozbiły. Przerwał im tę pracę szkwał nagły i wielki – w kipieli i lejach trzaskały muszelki, wirowały boa, welony, korale, perły spadły na dno, gdy nadeszły fale. Lecz wnet Perłopławy przybyły z przypływem, by perły pozbierać. Były ledwie żywe ze strachu. Wszak widząc katastrofy ślady, w grocie się zjawiły groźne rybojady. Jednak Zapraszajka przegnała intruzów:

110


il. Alinka Gaszewska, lat 5

– Płyną tu żarłacze, nie szukajcie guzów! I pierzchła ławica. A do Zapraszajki spieszą przyjaciele, by posłuchać bajki. Elżbieta Boryniec

Król zwierząt Wąską ścieżką wydeptaną do fryzjera lew gna rano. – Szybko, mistrzu, czesz mi grzywę, farbą maluj kudły siwe, gdyż wyglądać muszę cudnie, bo wybory są w południe. Wszystkie koty we mnie wierzą, że zostanę królem zwierząt! – Bym podołać mógł robocie, na fotelu usiądź, kocie. Bardzo chętnie pomóc chcę ci. 111


Ale co to? W kudłach śmieci! Trawa, zielsko, pełno liści – trudno będzie łeb oczyścić. Hektolitry stracę potu, nim pozbędę się kłopotu. – Gdy zostanę wielkim wodzem, trud twój szczodrze wynagrodzę, będziesz miał pieniędzy mnóstwo.

il. Nela Ginglas, lat 6

– Lwie, już czynię z ciebie bóstwo! W trzy godziny, dłużej może, przeszedł lew metamorfozę. Całe życie był brudasem, teraz wdzięk ma, szyk i klasę. Jak się okazało wkrótce, tłum lwa wybrał na przywódcę. Eugeniusz Dolat

Salon piękności Jest ogłoszenie na drzewie w wiosce, czyta je kwoka młodziutkiej niosce: „Salon piękności dla różnych ptaków otwieram w polu przy kępie krzaków. Farbuję pióra, skracam pazury, robię makijaż i koafiury. Można przyfrunąć, przybiec na nóżkach. Zapraszam wszystkich”. Podpis: – „Kaczuszka”. Salon piękności? – to świetna sprawa, zwłaszcza, że wkrótce ma być zabawa. Ważne więc będą stroje, fryzury, wygląd, makijaż oraz pazury. Sama kaczuszka – wzór elegancji, bo babkę miała podobno z Francji, 112


bo choć już stary, nie chce być brzydki. I o ogonie długo rozprawia, chciałby mieć taki jak ogon pawia. Stała w kolejce też zgrabna kurka, kogut potargał jej szare piórka, prosi o koczek na czubku głowy i chce makijaż mieć wystrzałowy. Przyszedł indorek, przystojny, młody, bardzo przejęty sprawą urody. Głośno wysiłki kaczuszki chwali, bo znów odzyskał czerwień korali. Wszyscy z salonu wyszli piękniejsi, kogut i kury, indorek, gęsi, a potem była świetna zabawa na łączce z gruszą, przy starych stawach. Pochwał salonu było bez liku, kogut kaczuszce piał „kukuryku”, indorek szeptał jej coś do uszka – chyba mu serce skradła kaczuszka. Elżbieta Boryniec

113

il. Stella Sudoł, lat 13

a przy tym słynie we wsi z urody, ciesząc się ciągle wyglądem młodym. Wieść o salonie już się roznosi, świetna oferta, wszystko za grosik. Pierwsza klientka to młoda kwoczka – wyszła z salonu w uroczych loczkach. Po niej w kolejce starsza już kura – ma lekki zezik i rzadkie pióra – prosi o zgrabne grzywki przycięcie, chce przyjść ponownie, z córką i z zięciem. Następna była seniorka kaczka, mówili o niej, że to dziwaczka. Kuperek miała trochę za duży, nóżki przydałoby się wydłużyć. Prosi, by skrzydła jej przefarbować, niech mają kolor inny niż głowa. Młody gąsiorek wypiął swój brzuszek, pragnie fryzurę mieć z pióropuszem. Kogut życzenie ma nietypowe: po walce z lisem bliznę na głowie chce zatuszować i piór ubytki,


ilustracje Aniela Owczarek, lat 9

Wyspa Kreta Najbogatszy kret na globie, obwieściła to gazeta, kupił wielką wyspę sobie, jest to teraz wyspa Kreta. Powiem tylko wam w sekrecie, kret zapłacił za nią krocie, a konkretnie miał w skarpecie tysiąc koron bitych w złocie. Krewki krewny mu zazdrościł i obrażał: – Ty kretynie!

Na co ci te posiadłości gdzieś w zamorskiej mieć krainie? Nie zważając na zarzuty, że ogłupiał już z kretesem, wdział kret stare, dobre buty, w podróż udał się ekspresem. Teraz już na wyspie mieszka, która Grecji leży blisko, jest tam jedna kręta ścieżka i co krok to kretowisko. Eugeniusz Dolat

114


il. Lena Weicht, lat 6

Osiołek Miast oleju w głowie – fiołek, któż to taki? To osiołek. Gdzie mamusia go nie pośle, wszędzie mówią: – Ach, ty ośle! Drwią z osiołka nawet kury, wygaduje bowiem bzdury. Krowa, kotek, pies sąsiada boki rwą, gdy osioł gada. Dzisiaj plótł, że w Argentynie tango tańczą nawet świnie. Mleko że się robi z śniegu, kowal kuje konie w biegu, że leniwce z pracy słyną, słoń odżywia się słoniną. Mnie oznajmił zaś w sekrecie, że jest najmądrzejszy w świecie. Ach, ty ośle, to przesada, przestań bzdury opowiadać! Proszę o to po raz czwarty. Przestał? Skądże! Jest uparty. Eugeniusz Dolat

Koza taterniczka Moja koza Klementyna tam, gdzie może, to się wspina. Przed chwileczką, jakimś cudem, właśnie wlazła na psią budę. Z budy hop na szopę z desek, zachwycony szczeknął piesek. Teraz na stodołę skacze, której dach jest stromy raczej. Bocian siedział na tym dachu. – Kle, kle – zwiewa szybko w strachu. 115


il. Zofia Gaszewska, lat 12

Patrzą, dziwią się sąsiedzi – w gnieździe boćka, koza siedzi. – Schodź na ziemię! – krzyczę, wrzeszczę. – Krzywdę sobie zrobisz jeszcze. Przez godzinę ją nakłaniam: – Kozo, zmień upodobania! Na to ona meczy z góry: – Nie, nie zmienię swej natury! Eugeniusz Dolat

il. Michalina Jędrzejewska, lat 6

Spóźnialska stonoga – Znów spóźniłaś się, stonogo! A to czemu? – pytam srogo. – Nim opuszczę domu próg, wkładam buty na sto nóg. Dwie godziny przy tym prawie, chciał czy nie chciał, marnotrawię. Tracę także cenne chwile, gdy but lewy z prawym zmylę. A nie biegam na bosaka, bo pogoda byle jaka. Wczoraj w furię nagle wpadłam,

gdy wiązałam sznurowadła. Trzy zerwały się czy cztery tuż przed wyjściem do opery. Nie słyszałam przez to arii w wykonaniu Callas Marii. – Dam do sklepów ci adresy, gdzie są buty na ekspresy. Jeśli kupisz takie buty, sto sztuk wdziejesz w pół minuty. Eugeniusz Dolat

116


Leśna orkiestra

Wpierw chce dobrać instrumenty: z tych szarpanych oraz dętych, perkusyjnych i smyczkowych – wielki wybór, zawrót głowy!

Pierwszy z nich to fletnia Pana, prosi sarnę Mistrz do grania, lecz ta zmyka, zbyt jest płocha, choć muzykę bardzo kocha. Koza pragnie grać na harfie, ale struny nazbyt szarpie. Mistrz poleca kozie dzwonek, koza cieszy się. Zrobione. Zając, choć ma długie słuchy, w kwestii dźwięków jest przygłuchy. Siadł z królikiem cicho w kącie, zaczął próby na trójkącie. Woli flet. Lecz grać na flecie?

Zęby ma za długie przecież. Więc wybiera ukulele, flet dostaje Lis-Rudzielec. Królik grać chce na perkusji. Cóż, to przedmiot do dyskusji, bo poduszki ma na łapkach. Jak rytm wybić? – to zagadka. Mistrz grzechotkę mu przynosi, do duetu z kozą prosi.

Świerszcz już ćwiczy grę na skrzypkach, tu decyzja była szybka. Bóbr się przywlókł z długą piłą, porzępolił i się zwinął. Baran wielki róg dostaje, idzie z nim na dróg rozstaje, dmie w róg mocno, strasząc dzika, który w krzakach gdzieś przemyka... Dzięcioł w bęben z kory wali, a wiatr echo niesie w dali. I jest zespół. Będzie granie już na wiosny przywitanie! Elżbieta Boryniec

117

il. Stella Sudoł, lat 13

Tworzy łoś orkiestrę w lesie. Wieść się o tym szybko niesie: – Gdy talentu masz za grosik, przyjdź! – Maestro chętnych prosi.


il. Michalina Jędrzejewska, lat 6

Komar Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, jestem wyjątkowo zły. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, gdy ukłuję, będą łzy. Kogo by tu dopaść dzisiaj? Może Wojtka albo Krzysia? Nie! Wybiorę najpierw Frania. Co?! Rękami mnie odgania. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, jestem jeszcze bardziej zły. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, gdy ukłuję, będą łzy. Do przedszkola Hania idzie, bąbel będzie bolał tydzień,

kiedy ją ukłuję w szyję. Oj! Nic z tego, macha kijem. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, tak jak nigdy jestem zły. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, gdy ukłuję, będą łzy. Maszeruje mały Marek, chcę go ukłuć razy parę. Chłopiec jednak coś ma w dłoni! Liściem się łopianu broni. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, widzę, że jest na mnie zły. Bzy, bzy, bzy, bzy, bzy, bzyk, muszę zwiewać i to w mig. Eugeniusz Dolat

118


Jak pokochać komara? Wszystkie stworzenia kochać należy i ja tak właśnie czynić się staram, lecz nie potrafię, proszę mi wierzyć, polubić choćby trochę komara. A to dlatego, że groźnie bzyczy i bezlitośnie, boleśnie kłuje w parku, nad wodą i na ulicy. Tak zachowują się tylko zbóje. Komar, gdy rano kogoś dogoni, wstrzyknie pod skórę porcyjkę jadu, ten ktoś naprawdę nie szczędzi dłoni, bąbelki drapie aż do obiadu.

il. Iga Filipczak, lat 11

Gdy przyjdzie zima, śniegu napada, komar zaś pójdzie na długie spanie, wtedy polubię może owada. Z nadejściem wiosny, znów zmienię zdanie. Eugeniusz Dolat

Dzięcioł Na gałęzi grubej buka, głodny dzięcioł, stuk, stuk, stuka. – Zmykaj stąd! – huknęła sowa. – Pęka mi przez ciebie głowa. Uciekł więc i siadł na sośnie. – Puk, puk – puka tam donośnie. – Przestań pukać! – skrzeczy sójka. – Jeśli nie, to będzie bójka. Dzięcioł zwiał i na kasztanie usiłuje zjeść śniadanie. 119


– Ćwir, ćwir – protestuje wróbel – leć na brzozy drzewo grube. Pędzi dzięcioł więc na brzozę, gdzie posili się być może. Tu na niego, oburzona – Kra, kra – kracze szara wrona. – Fruń w kierunku olch i wrzosów, dość konsumpcji mam odgłosów. Nie jest zresztą w moim typie ten, co stuka, mlaska, chlipie. Wcale się nie dziwię wronie, gdy ktoś siorbie, też go gonię.

il. Alinka Gaszewska, lat 5

Eugeniusz Dolat

Gdzie jest orzeszek? il. Jakub Kowalski, lat 11

120

Gawron z wiewiórką bawił się w berka, Lecz wciąż na boki uważnie zerkał: – Może na ziemi, wśród suchych liści Kryje się orzech, co mu się przyśnił? Znalazł go, cieszy się niesłychanie: – Będę miał jutro pyszne śniadanie! Zostawił orzech gdzieś przy kalinie: – Znajdę go rano, gdy nocka minie.


Gawron Bolkowi Oto gawron czarnopióry, Ostry dziób i trzy pazury, Czarna bluza, czarne spodnie, Z kolegami żyje zgodnie, Gdzie jest jeden, tam – i stadko. Głodny zawsze, syty rzadko... Eleonora Karpuk

121

il. Basia G., lat 6

Wiewiórka także na boki zerka, Biegnie coś ukryć przy starych świerkach. Cóż to takiego? Spory orzeszek, Spadł na nią z drzewa ku jej uciesze. Rankiem wiewiórka i ptak zgłodniały W miejscu swych zabaw znów się spotkały. Gdzież są orzeszki? Znaleźć nie mogą, Każde z nich głodne idzie swą drogą. Wnet gawron znalazł orzech wiewiórki, Wprost pod dziób ptaka stoczył się z górki. Wiewiórka biega głodna, zmartwiona, Lecz w dołku widzi orzech gawrona: – Och, jaki duży! Głód zaspokoję! Na pół podzielę, zjemy oboje. I na śniadanie prosi gawrona. Przyszedł z prezentem: orzech, nasiona, Dorodna szyszka i dwa żołędzie, Z tego śniadanie już pyszne będzie! A po śniadaniu, za stromą górką Znów coś schowali – gawron z wiewiórką. Elżbieta Boryniec


Wiewiórka il. Jula, lat 6

Baśce Są na świecie różne cuda, Jest wśród nich wiewiórka ruda, Co to mieszka w parkach, w lasach I w konarach zwinnie hasa. Przystroiła kitką uszka, Szybko skacze na swych nóżkach, Ma futerko wygładzone, Lubi przykryć się ogonem. Po pniu zbiega na pazurkach – Tak po prostu... jak wiewiórka. Ciągle w ruchu, bo zapasy Robi na zimowe czasy. Wącha wiatr, pociąga noskiem – Pewnie też ma swoje troski, Toteż nie wie, co to nuda Wiewióreczka moja ruda. Eleonora Karpuk

122 il. Oliwka, lat 6

Bocian Brodzi po wodzie, Nic mu to nie szkodzi, Włożył parę czerwonych kaloszy. W dni i zimne, i gorące Niestrudzenie tkwi na łące, A co tupnie, to żabę wypłoszy. Eleonora Karpuk


Szedł bociek po błocie w zielonym żabocie. Nałożył go, aby mógł wabić nim żaby. A one w szuwarach schowały się zaraz. Zaczęły rechotać wśród trzciny i błota

pod nogi nam kłody, ci nic nie pomogą. Choć zaprzesz się nogą, złapiemy za ogon, wciągniemy do głębin, będziemy cię gnębić, kłuć trzciną jak kopią, to nie jest utopią!

boćkowi do ucha: – Rech, rech, rech, posłuchaj, twój wybryk tym razem puszczamy ci płazem. – Ja jutro przy stawie, raz jeszcze się zjawię! – To wtedy, bocianie, po dziobie dostaniesz! Uniki i zwody,

Dowody tortury schowamy do dziury, a później powiemy, że wszystko to… nie my. – Od kilku już godzin mi się nie powodzi. Tu gorzej niż w piekle, więc spływam, kle, kle, kle. Eugeniusz Dolat

il. Aleksandra Wieteska, lat 12

Bocian i żaby

123


il. Aleksandra Wieteska, lat 12

Krowa i wianek Idę łąką, patrzę, a tam krowa w wianek mlecze wplata. Pytam krowę: – Czemu w wianku, nie ma maku ni rumianku? Z makiem byłoby do pyska, możesz zostać miss pastwiska! A rumianek, śliczny kwiatek, zwiększy liczbę białych łatek, których mało masz na ciele, jedna więcej, znaczy wiele! Wianek mógłby być też w chabrach, z rowu możesz wszystkie zabrać – błękit wpłynie tak na ciebie, że czuć będziesz się jak w niebie. Krowo, mówię coś od rzeczy? Ty wciąż wianek pleciesz z mleczy?! Wnet odpowiedź słyszę grzeczną: – Jestem przecież krową mleczną. Eugeniusz Dolat

124


il. Tamara Cieplak-Kłak, lat 6

Kaczki Idzie mama kaczka, A za nią kaczuszki, W trawie tylko śmigają Cytrynowe główki. – Kwa-kwa! – mówi mama, – Pi-pi! – mówią dzieci, A łąka zielona I słoneczko świeci. Trochę dalej sadzawka, Jeszcze dalej rzeczka... Dobrze wie, dokąd idzie Ta kacza wycieczka! Dobrze jest ślimaków Szukać w bujnej trawie, Ale jednak najlepiej Żerować na stawie! Dobrze leżeć w słońcu, Dobrze skryć się w chłodzie, Ale jednak najlepiej Popluskać się w wodzie!

Mój pies wabi się Morus. Nie Reks, nie King, nie Horus. On nie ma rodowodu. Znanego nie jest rodu. Ma futro rude, lisie, Co tak podoba mi się. Ma wierne, kare oczy, On nigdy się nie boczy. Ma z plamką białą czoło. I zawsze nam wesoło. Więc prawie mnie rozumie, 125

il. Jaś Fijakowski, lat 5

Eleonora Karpuk

Morus


il. Eliasz Owczarek, lat 5,5

Gdy tak do niego mówię: – Ja kocham ciebie, Ty kochasz mnie... Daj już tę łapę, Jak tak strasznie chcesz... On nie jest dokuczliwy. On nie jest hałaśliwy. Zaskamle co najwyżej I w rękę mnie poliże. Bielutką ma krawatkę, A w rogu kocyk w kratkę, I jasiek ciemnosiny I... strasznie dużo śliny! A przy tym nie chce słuchać, Gdy szepcę mu do ucha: – Ja kocham ciebie, Ty kochasz mnie, Lecz mnie nie całuj, Nie trzeba! Nieee!... Ma ogon podkręcony, Wciąż merda tym ogonem. Choć białe ma skarpety, Brudnawe są niestety. Gdy skoczy, to łapami Sukienkę każdą splami. Więc gdy mnie umorusa, Tak mówię do Morusa: – Ja kocham ciebie, Ty kochasz mnie... Daj już tę łapę... I... odczep się! Eleonora Karpuk

Pies, kot i psokot Za garażami albo w piaskownicy Co dzień się zbierają zwierząt miłośnicy. I są to wszystko znawcy prawdziwi, Toteż trudno czymkolwiek kogokolwiek zdziwić. Większość ma chomiki, koty, psy, papugi Oraz innych zwierząt szereg bardzo długi.

126


Eleonora Karpuk

Pies czy wydra Siedzę sobie, obok pies Rybę złowił niczym bies. Ni to pies, ni to wydra, A podobne jest do świdra! Nagle zwierzak z rybą gna, Ogon w górze dumnie ma. W końcu pies to czy wydra? Dziwna zeń jakaś hydra! Czesława Bednarek

127

il. Oliwia Kitowska, lat 7

Jakieś krzyżówki szczura z królikiem I tchórzofretki, i pasikoniki, I myszoskoczki, pająki, legwany… Wielu się chełpi okazem nieznanym. – A ja mam psokota! – wtrąciłam wesoło, Szmer niedowierzania rozległ się wokoło. – Czy to krzyżówka jakaś psa i kota? – Spytał mnie chłopak, który trzyma szopa. – Och, nie, ja tylko żartuję troszeczkę, By o Panu Kleksie przypomnieć książeczkę. Gdybyś ją pamiętał, zrozumiałbyś w lot, Że to po prostu bardzo psotny kot!


il. Gabryś, lat 6

Żyrafa Długa szyja, długie nogi, Dwa na głowie rożki – rogi, Długie rzęsy jak u panny – To żyrafa jest z sawanny! Eleonora Karpuk

Tygrysy Idzie przez dżunglę tygrys wolnym krokiem, Czasem się o coś otrze rudym bokiem – To taki bardzo miły zwyczaj koci, Robi to i Mruczek, który stale psoci. Mruczek jest mały, a tygrys duży, Ale tak samo każdy oczy mruży. Mały zamiauczy, duży zaryczy... Lecz kto od kogo te paski pożyczył?! Eleonora Karpuk 128


O małym misiu (na motywach bajki bułgarskiej) Niedźwiedzica, mama misia Gniewa się na synka dzisiaj: – Któż to widział? Dłubać w nosku?! Brzydki zwyczaj to po prostu! Następnego dnia znów draka, Gdyż niedźwiadek złapał katar. Nosek mokry, wytrzeć trzeba, Niedźwiedzica znów się gniewa, Bo miś nosek trze rękawem – Trzeba przerwać tę zabawę! Mama misia upomina, Ale kocha swego syna. Miś też często pochwał słucha, Będzie z niego kawał zucha! Elżbieta Boryniec il. Oliwka M., lat 5

Gniazdo W dużym gnieździe na topoli, wśród liści zielonych aureoli, wylęgły się pisklęta sroczęta. Kwilą, dziobki otwierają, są głodne, karmienia żądają. Rodzice latają to tu, to tam, znoszą im liszki i tłuste muszki, by nakarmić puste brzuszki. Gdy sroczki urosną, będą zdobywać smaczne kąski z niedalekiej zielonej łączki.  Jadwiga Głażewska il. Kuba, lat 6

129


il. Lea Błaszczyk, lat 6

Balbina Balbina to imię mojej ukochanej kotki, która zmarła dwa lata temu. Nadałam jej to imię, kiedy przygarnęłam ją porzuconą i zmoczoną deszczem osiemnaście lat temu. Przez pierwsze dwa lata pobytu u mnie Balbina była nieufna, potrafiła udrapnąć czy ugryźć. Myślę że w poprzednim domu była bita i źle traktowana. Gdy Balbina przekonała się, że nic jej nie grozi, stała się przyjazna. Nie lubiła samotności. Gdy zostawała sama, psociła – drapała tapetę lub fotel. Zaprzyjaźniłam się z moją Balbiną jeszcze bardziej, gdy uratowała mi życie. Pewnego dnia po powrocie z pracy do domu postawiłam na kuchni zupę i zmęczona zasnęłam. Oczywiście zupa wygotowała się, a garnek spalił. Kotka budziła mnie głośnym miauczeniem. Wbijała też pazurki w moje ciało, co było skuteczniejsze. Gdy się ocknęłam, w mieszkaniu było już sporo dymu i pewnie gdyby nie mój kochany zwierzak, udusiłabym się na amen. Balbina zmarła mi na rękach mając szesnaście lat. Długo ją opłakiwałam. Do dziś brakuje mi mojej kociej przyjaciółki i często ją wspominam. Jadwiga Głażewska

130


Rozdział IX

OD WIOSNY DO WIOSNY

131 lat 9 il. Aniela Owczarek,


il. Liwia Kowal, lat 9

Co możemy robić wiosną? Co możemy robić wiosną? Patrzeć, jak zawilce rosną, Czy już trawa jest zielona, Czy słonko chmury pokona?

Sprawdzać, czy są już bociany, Biegać po polu oranym, Poczuć zapachy przyrody, Śmiać się z wiosennej przygody!

Zrobić kukiełkę Marzanny, Biec z nią do stawu lub… wanny, Robić z latawcem zawody, Włazić w kaloszach do wody.

Tropić ślady, gdy z zającem Biega jelonek po łące, Wynieść rower już z piwnicy, Wsadzać bratki do donicy.

Słuchać owadów i ptaków, Czekać nowych w polu maków, Przyglądać się chmurom, chmurkom, Biec bez kurtki na podwórko.

Wołać echo w górach śpiące, Czekać na lato gorące!

132

Anna Ubysz


il. Mateusz Kępa, lat 9

il. Matylda Stuglik, lat 9

Kwiecień Rozkwieciło się w ogródku – koniec zimowego smutku! Zakwitł narcyz i pierwiosnek, bo już wreszcie mamy wiosnę. Tulipany i żonkile całe w pąkach i za chwilę wdzieją barwne sukieneczki jak na tańce panieneczki. A pod lasem, wśród mokradeł, niezabudki trochę blade z kaczeńcami nóżki moczą. Bociek brodzi. Jest uroczo! Kwiecień – to posłaniec wiosny – zwariowany, lecz radosny. Czasem zimę przywołuje i pogoda jest na dwóję! Gdy przeprosić chce nas za to, wtedy w kwietniu mamy lato! Elżbieta Boryniec

133


Jaki jest maj? Jaki jest maj? Uroczy! Z naręczem kwiatów kroczy, pachnie bzami, konwaliami i świat zdobi kolorami. Niebo – jak błękitu lustro, ptasich treli w parkach mnóstwo, brzęczą muszki, buczą trzmiele, pyszni się w ogrodach zieleń. Nocą – gwiazd na niebie roje, tylko ziemia tchnie spokojem, słońcem wygrzana, szczęśliwa, jak zawsze, gdy maj przybywa. Ech, maju bujny, zielony, wiecznie młody i szalony! Elżbieta Boryniec

il. Hanna Kubisz, lat 10

Maj Maj przynosi nam nadzieję, a świat w maju wprost szaleje. Trzmiel się ściga z młodą pszczołą – jest zielono i wesoło. W nocy słychać śpiew słowików – koncertują aż do świtu, a od rana chór skowronków wyśpiewuje chwałę słonku. Słońce w maju wcześnie wstaje, stroi w zieleń łąki, gaje, pąki zmienia w piękne kwiaty, w różne barwy świat bogaty. Gdy się zdarzy dzień ponury, bo przykryły niebo chmury, deszcz jak prysznic skrapia ziemię, wtedy słonko w chmurach drzemie. 134

Elżbieta Boryniec


il. Mariusz, lat 5

Kapryśne lato W czerwcu – upał srogi, W lipcu – mokre pola, drogi, Sierpień – ciepły, pogodny, A już wrzesień – chłodny. A ja na to jak na lato, uprawiałem sporty z tatą! Elżbieta Boryniec

Wrzesień

Elżbieta Boryniec

135

il. Bartek, lat 6

Wrzesień płoży wrzosy na trawach mokrych od rosy. Będzie w lesie różowo, fioletowo, wrzosowo, kolorowo!


il. Dominika, lat 5

Jesień Jesień. Liść – trach – leży, Niebo deszczem spływa. Śnieży. Słońce urlop wzięło sobie, Tęskno za nim mnie i tobie… Kot – bęc – klapnął na tapczanie, Wlazł pod koc, słyszę sapanie. Razem z kotem się ułożę I poczekam, aż na dworze Śnieg zaskrzypi pod nogami, Niebo błyśnie nam gwiazdami. Grudzień witać chcę z ukłonem, W zimy iść już pragnę stronę… Anna Ubysz

Pan to pochmurny i srogi, Liście wciąż sypie pod nogi. Czasem też śniegiem prószy, Mogą nam zmarznąć uszy! Wcześnie się słonko spać kładzie, Mgły bure snują się w sadzie, Do domu gna nas plucha Lub śnieżna zawierucha. Pod koniec listopada Miś się do snu układa, Świerszcz gra cichutko w kominie – Czeka, aż jesień przeminie. Elżbieta Boryniec 136

il. Zoja Koprowska, lat 9

Listopad


Zima Spochmurniało. Zawiało. Nasypało. Jest biało. Elżbieta Boryniec

il. Natasza Czaplińska, lat 12

Sanna

il. Sandra, lat 6

– Dzyń-dzyń – dzwonek dzwoni, Para karych koni Jak ten wicher leci, W sankach pełno dzieci. Biegnie, biegnie kulig. Świerki śnieg otulił, Dał sukienkę sośnie... Jak nam dziś radośnie! Eleonora Karpuk

137


il. Alinka Gaszewska, lat 5

Dlaczego spóźnia się wiosna – Wiesz, że z powodu zajęć natłoku znowu się spóźnia wiosna w tym roku? – Na pewno wszystkich ciekawi ludzi, czym się zajmuje? – Czym? Śpiochów budzi. – O kogo chodzi? Któż to jest taki? – Misie, borsuki, jeże, świstaki. Przez całą zimę, gdy mróz na dworze, każdy z nich słodko śpi w swojej norze. – By dajmy na to zbudzić borsuka, co wiosna robi? – W drzwi długo stuka. – A jak wyciąga z łóżeczka jeża? – Brzuch mu łaskocze, by jeż nie leżał. – A gdy chce wyrwać ze snu świstaka? – Trzy doby ściąga śpiocha z hamaka. – A teraz proszę, byś opowiedział, jak wiosna w gawrze budzi niedźwiedzia. – Ten, kiedy zaśnie, to sen ma twardy. Nie zbudzi nawet go huk petardy. Choć wiosna puszcza śpiew ptaków z płyty, to misiek chrapie, śpi jak zabity. Mimo że śpiący, umiera z głodu, dlatego wiosna miseczkę miodu pod nos podtyka mu z każdej strony. I miś, chcąc nie chcąc, już obudzony. Gdy ostatniego rozbudzi śpioszka, zjawia się wiosna w miastach i wioskach. – Chyba już z posłań zgoniła wszystkich, bo pojawiły się pierwsze listki. Nareszcie przyszła do nas z daleka, nie mogłem wiosny się już doczekać! Eugeniusz Dolat 138


Rozdział X

PEJZAŻE

139 lat 9 il. Aniela Owczarek,


Zaczarowany ogród

Joli

Po czarownym ogrodzie dzisiaj się przechadzam, Oczy moje olśniła jakaś róża blada, Delikatnie różowa w liści zieloności. Przy niej barwne motyle wśród brzęczących gości I ważka srebrnoskrzydła zawisła w zachwycie Nad różą, której płatki wiatr sieje obficie. Obok róży lewkonia wonią mnie uwiodła, A cienia użyczyła posrebrzana jodła. Pod jodłą – ławka z brzozy dla strudzonych gości I trawnik, i stokrotki w wielkiej obfitości, Klomb dalii postrzępionych, dalej gąszcz azalii, Nagietki i nasturcje jak z żółtej emalii. Hortensje i peonie, wysmukła ostróżka Pną się w górę, ku słońcu na swych długich nóżkach, A w krzewy rozwidlone w cztery strony świata Figlarny promyk słońca złote nitki wplata.

il. Hania Kubiak, lat 9

Chodzę wśród wąskich dróżek z gladioli wysokich, Pośród malw, wonnych floksów, bratków sowiookich, Irysów i liliowców, lawendy pachnącej I złotych słoneczników wymuskanych słońcem. Ogród zaczarowany, a w nim ogrodniczka Nosi nektar w konewce, kropi śliczne liczka Petuniom i gazaniom, i strzelistym malwom, Krwistym, wielkim begoniom, co czarują barwą I astrom, które kwitną do jesiennych chłodów. Czas iść, bo już wieczór wkradł się do ogrodu. Elżbieta Boryniec

140


Spacer po rosie Jakiż piękny jest różowy Świat o słonka wschodzie! Chodź, mój kotku szarogłowy, Na spacer w ogrodzie! Każdy kwiat i ziele Błyszczy w kroplach rosy. Gwizdy wokół i trele, Piszczą zięby i kosy. Z pola za ogrodem Płynie pieśń skowronka... Kotek ruszył przodem, Widzę czubek ogonka.

Eleonora Karpuk 141

il. Maja, lat 7

Lecz trawy wysokie, A ścieżka za wąska... Idzie kot Krok za krokiem, Z rosy wąsy otrząsa. I przystaje co chwila, I oczyma mruga, I głowę przechyla W jedną stronę lub w drugą, Ku mnie się odwraca I zagląda w oczy: „Weź mnie już na ręce! Nie chcę łapek zmoczyć...”


il. Nela Filipczak, lat 9

Promyk Nagle w szary dzień ponury przebił promyk połać chmury światła smugą. Spadł na łąki, pola, sady, zbudził ptaki i owady, znikł niedługo. Zgasły barwy rozedrgane, roztańczone, rozśpiewane błyskiem słońca. Bez przy płocie tęsknie wzdycha, znowu szarość, senność cicha trwa bez końca. Eugeniusz Dolat

Wietrzyk

142

Eugeniusz Dolat

il. Iga Filipczak, lat 11

Cisza, bezruch. Wtem wiatr leci, by zakręcić piruecik. Coraz szybciej, mocniej, żwawiej, na chodniku i na trawie, rozpędzony w tańca wirze kurz podrywa; wznosi wyżej źdźbła, badyle, ptasie pióra, co leżały tam akurat. Szeleszczące, zeschłe liście w krąg rozrzuca zamaszyście. Po minucie drugiej, trzeciej, stracił wietrzyk na impecie, najzwyczajniej się zadyszał, znowu bezruch, senna cisza.


Płynie rzeczka po łące, Pośród olch się przemyka, Czasem fale błyszczące Topią brzegi strumyka. Tu w zaroślach, gdzie cienie, Słowik gniazdo uwije, Tu zakwitną kaczeńce Stojąc w wodzie po szyję. Gdzie nie spojrzeć – złocistych, Żółtych główek tysiące... Już rozbiegły się wkoło Jak kaczęta po łące. A kaczęta tymczasem, Same żółte jak kwiatki, Oskubują ze smakiem Woskowane ich płatki. Jest w tym radość beztroska Niczym świat niepojęta... Nie wiem już, gdzie są kwiatki, A gdzie małe kaczęta!

il. Jakub, lat 6

Kaczeńce Wiatr Ostry wiatr smaga po twarzy, wypełnia świat świstem, pohukuje, targa posłuszne gałęzie drzew, które kłaniają mu się do ziemi. W młynku tańczą zeschłe liście. Takiego wiatru nie lubią szare miejskie gołębie. Zebrały się w stadko, Nastroszyły pióra. Pies Azor z podkulonym ogonem uciekł do budy. A tu wieje i wieje. Jadwiga Głażewska

il. Lenka, lat 6

Eleonora Karpuk

143


Pejzaż szkicowany dźwiękiem Skrzypce z altówką grały w duecie – W orkiestrze parę taką znajdziecie. Cóż to za duo! Wzór to harmonii, Współbrzmienia, zgrania, bez kakofonii. Skrzypce śpiewały głosem cieniutkim, Altówka grubiej, smutniejsze nutki. Skrzypce figlarnie, czasem piskliwie, Altówka ciszej i trochę tkliwiej. Szalone skrzypce wysoko, górą Ślą srebrne dźwięki ku słońcu, chmurom. Altówka nuty dobiera z dołu, Więc skrzypce grają smętniej pospołu, Wnet unisono mroczne, mistyczne... Cichnie altówka i gasną skrzypce. Elżbieta Boryniec

144

il. Stella Sudoł, lat 13


Rozdział XI

KILKA SPOJRZEŃ WSTECZ

145 lat 9 il. Aniela Owczarek,


1. O „Babciach (z Dziadkiem) w locie” „Babcie (z Dziadkiem) w locie” to znana w Łodzi grupa osób 65+, działających od jesieni 2009 roku na rzecz dzieci i seniorów – początkowo w autorskim projekcie Urszuli Machcińskiej jako „Latające Babcie”, następnie, po dołączeniu do zespołu jednego Dziadka w 2013 roku, jako „Latające Babcie z Plusem”. Po śmierci Urszuli Machcińskiej – od jesieni 2017 – grupa funkcjonuje pod nazwą „Babcie (z Dziadkiem) w locie”. Projekt skupia seniorów-pasjonatów, którzy pracują w nim jako wolontariusze. Piszą dla najmłodszych wiersze, bajki i opowiadania; na bazie tych tekstów przygotowują wesołe, barwne przedstawienia i „latają” z nimi do przedszkoli, szkół, bibliotek, domów dziecka, fundacji, nawet szpitali – wszędzie tam, gdzie są zapraszani. A zaproszeń dostają Babcie bardzo dużo i to nie tylko z Łodzi. W czasie trwania projektu seniorzy odwiedzili liczne placówki w Łodzi, byli także w Aleksandrowie, Konstantynowie, Głownie, Radomsku, Bełchatowie oraz w Gdańsku, Tomaszowie Mazowieckim, Legnicy i innych miejscowościach. Spotkali się z około pięcioma tysiącami dzieci (!), bawiąc je swoimi występami i włączając się w ich edukację. Z wieloma z uczestników tych spotkań udało się wolontariuszom nawiązać serdeczne relacje i zbudować prawdziwe międzypokoleniowe więzi, tak istotne w rozwoju intelektualnym i emocjonalnym najmłodszych (i tych starszych również). Priorytetem były i są dla Babć placówki integracyjne oraz ośrodki edukacyjno-opiekuńcze dla dzieci i osób dorosłych – niepełnosprawnych bądź pochodzących ze środowisk dysfunkcyjnych. Babcie i Dziadek biorą też udział w różnych akcjach i działaniach organizowanych w mieście na rzecz dzieci – w piknikach, akcji WOŚP; uczestniczą też w konferencjach oraz szkoleniach dotyczących spraw dzieci czy seniorów. We współpracy z dyplomowaną psycholożką, Jolantą Marchlewską, Babcie (uprzednio same przeszkolone w zakresie „Porozumienia bez Przemocy”: NVC – www.nvc.org), przeprowadziły w kilku łódzkich przedszkolach warsztaty z zakresu komunikacji empatycznej. To novum i pożyteczny projekt edukacyjny-wychowawczy. Opublikowały też trzy książeczki dla dzieci z utworami napisanymi według zasad NVC – Latające bajki-pomagajki, cz, I, II, III. Zespół Babć, skupiający się początkowo w swoich działaniach głównie na dzieciach, uczestniczył także sporadycznie w imprezach i akcjach na rzecz seniorów, np. w Srebrnym Marszu, łódzkich Senioraliach, licznych festynach; trzykrotnie wystąpił też w Senioraliach w Krakowie. Od jesieni 2017 roku „Babcie w locie” poszerzyły zakres swoich zainteresowań i działań o pisanie i regularne występy dla 146


dorosłych. Rezultatem tego było wiele przedstawień i spotkań z seniorami w bibliotekach, ośrodkach opieki społecznej czy domach dziennego pobytu, a także pierwsza książka Babć dla dorosłych Pisane w (od)ocie, opublikowana pod koniec 2018 roku. Publikacja ta, o humorystyczno-rozrywkowym charakterze, promuje również Łódź (fraszki tuwimowskie) oraz łódzkich autorów (np. poprzez nawiązania do fraszek J. I. Sztaudyngera). Przybliża też dorosłym czytelnikom w lekkiej formie różne gatunki literackie, dzięki czemu ma również walor edukacyjny. Babcie zdobyły wiele honorowych nagród i wyróżnień w konkursach lokalnych i ogólnopolskich promujących aktywność senioralną i wolontariacką, takich jak: „Dojrzałość w sieci” (pod patronatem Prezydenta RP), „Drzewo Pokoleń”, „Spoko-senior”, „Kobieta aktywna”, a także w konkursach literackich. Członkowie grupy byli zaproszeni na obrady Sejmu RP, do Pałacu Prezydenckiego i do Belwederu na Galę Wolontariatu. Opis projektu Babć znalazł się też w Złotej Księdze Dobrych Praktyk na rzecz Społecznego Uczestnictwa Osób Starszych (2017). Jednak najpiękniejszą nagrodą był dla Babć i Dziadka medal „Serce Dziecku” przyznawany przez Kapitułę Dziecięco-Młodzieżową w Łodzi, a także nazwanie jednego ze skwerów w centrum miasta imieniem „Latających Babć z Plusem”. Babcie stworzyły dziesiątą już książkę dla dzieci, by uczcić w ten sposób ponad dziesięć lat swojego wolontariackiego „latania” oraz uhonorować pamięć zmarłej autorki tego niezwykłego projektu, Urszuli Machcińskiej. Projekt „Babcie (z Dziadkiem) w locie” jest otwarty dla wszystkich seniorów, którzy chcą podjąć działalność wolontariacką, tak więc skład zespołu wciąż się zmienia. Niektórzy odchodzą, przychodzą nowi, co łatwo stwierdzić porównując nazwiska autorów z pierwszej i ostatniej książki. Powtarzają się w nich tylko dwa nazwiska: Jadwigi Głażewskiej i Elżbiety Boryniec, które są w projekcie od samego początku. Babcie wydały dotąd następujące książki: Latające Babcie dzieciom (2010) Latające bajki (2012) Latające bajki-pomagajki, cz.I (2012) Latające Babcie z Plusem (2013) Latające bajki-pomagajki, cz. II (2013) Bajkolotem nad Łodzią (2014) Latające bajki-pomagajki, cz.III (2015) Latające bajania (2015) Bajki w locie (2016) Pisane w (od)locie (2018) – książka dla dorosłych Grudzień 2020 roku zamknie listę publikacji jubileuszową, dziesiątą książką dla dzieci pt. Bajki-podobajki.

Elżbieta Boryniec 147


2. Wspomnienie o Uli Machcińskiej „Latające Babcie” wymyśliła Urszula Machcińska, czyli nasza Ula. Była koordynatorką tego wyjątkowego projektu dla grupy łódzkich seniorów 60+ przez prawie osiem lat, od jesieni 2009 do lutego 2017 roku. Przedtem sama uczestniczyła w projekcie „Łódzkie czary-mary” i pewnie po części tam nauczyła się „czarować” i przyciągać do siebie nieco zwariowanych, twórczych pasjonatów-seniorów kochających dzieci. Sama bowiem też była pasjonatką: aktywna, kreatywna, z dużym talentem literackim i organizacyjnym, odważna, a gdy trzeba było – waleczna. Ula była przy tym uczynna i życzliwa ludziom. Kochała naturę: kwiaty, zwierzęta (zwłaszcza koty). Codziennie uśmiechnięta do świata. Babcią – prawdziwą i „projektową” – stała się jednak za sprawą swej wnuczki, Nelly. Kochała Nelcię nad życie, dla niej napisała wiele wierszy, bajek i opowiadań. Nelka stała się też bohaterką części tekstów swej babci. Wnuczka była dla Uli największą miłością i inspiracją. A drugą, po przejściu na emeryturę, był nasz projekt. Do „Latających Babć” Ula zapraszała wszystkich chętnych, ale nie pozwalała nikomu leniuchować. Skrzydeł dodało Uli – i nam wszystkim – dołączenie do zespołu w 2013 roku Dziadka Eugeniusza Dolata, naszego „Plusa” (jak to wymyśliła Ula), który okazał się ważnym i bardzo cennym „nabytkiem”. Pisaliśmy, występowaliśmy, tworzyliśmy z Ulą nasze kolejne publikacje i wciąż uczyliśmy się na warsztatach z najlepszymi specjalistami, w tym przede wszystkim z osobą niezwykłą, świetnym fachowcem od literatury i literaturoznawstwa, dr hab. Beatą Śniecikowską, obecnie już prof. PAN. Dzięki temu napisane przez Babcie utwory prezentują, jak nam się wydaje, zupełnie niezły poziom. A teraz przygotowaliśmy na nasz jubileusz już dziesiątą książkę dla dzieci. Chcemy ją zadedykować właśnie naszej wspaniałej, niezapomnianej Uli. Ze swoją ciężką chorobą Ula walczyła wyjątkowo dzielnie, z wielką wewnętrzną siłą i godnością. Po ciężkich terapiach i pobytach w szpitalu wracała do nas zawsze uśmiechnięta, elegancka, pełna energii i pomysłów. Pamiętam wnioski konkursowe, które pisałam z komórką przy uchu, bo Ula ze szpitala dawała mi instrukcje i wskazówki. Dodawała mi przy tym – gdy wątpiłam – otuchy, że damy radę, że zdążymy i że trzeba koniecznie podjąć kolejne wyzwanie. Urszulko, byłaś wspaniałym człowiekiem i naszą świetną „szefową-koleżanką”. Wciąż jesteś z nami „w locie”. I na zawsze pozostaniesz w naszej serdecznej pamięci. Elżbieta Boryniec


Do Uli

Twoja Babcia Czesia – Pszczółka (Czesława Bednarek)

Wiele o Uli powie także kilka Jej wierszyków: 149

rys. Alinka Gaszewska, lat 5

Byłaś mi, Ulu, wzorem kobiety aktywnej, przedsiębiorczej, obdarzonej wspaniałymi pomysłami – i znajdującej sposoby na ich realizację. Miałaś też siłę przebicia i dotarcia do wszystkich. Byłaś mi, Ulu, przykładem walki z chorobą. Urzekałaś swoim uśmiechem – ciepłym i radosnym. Wiedziałam, że kryje dużo bólu i żalu oraz smutku z powodu utraty zdrowia. Twój śmiech wołał jednak: – Ja chcę żyć! Zrozumiałam to dopiero, kiedy dla mnie przyszły ciężkie dni. Nie mogłam zadzwonić ze słowami pocieszenia, bo cóż bym mogła Ci powiedzieć? Że jutro będzie lepiej – kiedy i u mnie, i u Ciebie było coraz gorzej? Teraz, Uleczko, patrzysz z wysoka na mnie i na moją walkę i pewnie wołasz: – Głowa do góry! Ale jak będzie? Niech zdecyduje Pan oraz lekarze. Ulu, byłaś mi poetką do podziwiania, Byłaś twardym człowiekiem do naśladowania, Będziesz mi kumplem w bezsenne noce do pogadania. Aż kiedyś się spotkamy.


ilustarcje Nelly Szczepaniak, lat 14

Latające Babcie Odlotowe superbabcie, Zamiast włożyć ciepłe kapcie, Latać nagle zapragnęły I się wnet do dzieła wzięły. Będą pisać nowe bajki O zwierzętach, wróżkach, czarach, Bajki-niezapominajki O księżniczkach i krasnalach. Zbiorą wszystkie bajki potem I wyruszą w świat do dzieci, Nie przylecą samolotem, Ale dotrą tam, gdzie chcecie. Z nimi bajki całkiem nowe, Tak jak babcie – odlotowe! Urszula Machcińska

Figlarne kotki Cztery małe kotki mieszkały u babci. Jeden sobie zrobił łóżko z babci kapci. Drapał je i szarpał, by ostrzyć pazury, Aż wydrapał w kapciach przeogromne dziury! Drugi wciąż się rzucał za wełny kłębuszkiem, Gdy fiknął koziołka, znalazł się pod łóżkiem. Trzeci swój ogonek ciągle gonił, łapał, Tak się w kółko kręcił, że aż się zasapał. Czwarty lubił śpiewać, więc miauczał bez przerwy, Babcia go pacnęła, gdy zawiodły nerwy. Co dzień wymyślały nowe figle, psoty Kocie urwipołcie, Babci małe koty! 150

Urszula Machcińska


Chmury na niebie Stado baranków białych na niebie. Skąd się tam wzięły? Zupełnie nie wiem. Patrzę po chwili – nie ma ich wcale. Jest czarownica z miotłą i szalem! – Hej, czarownico, stój, nie uciekaj! Opowiedz bajkę, choćby z daleka. No, nie uciekaj, zostań na chwilę! Pomożesz walczyć mi z krokodylem. Patrz! On już zajął połowę nieba I zaczarować go szybko trzeba. Hej, czary-mary! Hej, mary-czary! Krokodyl dostał już okulary, Czarny kapelusz i krawat w paski, Kłania się nisko. Brawa, oklaski! A potem tańczy na paszczonosie I już po chwili zmienia się w... prosię. Prosię też tańczy, goni owieczki, Które wróciły z rannej wycieczki. Trafiły świetnie, bo przyszła pora Na potańcówkę aż do wieczora. Urszula Machcińska

Pomysłowa żyrafa Powiem wam, jak dwie żyrafy Próbowały wejść do szafy. Pierwsza mówi: – Na me rogi! Najpierw schowam w szafie nogi. Potem ogon, później brzuszek, W końcu szyję zmieścić muszę. Jak mówiła, tak zrobiła, Lecz się w szafie nie zmieściła. Druga mała inny pomysł, Trochę dziwny i szalony.

il. ilustarcje Nelly Szczepaniak, lat 14

Żeby wyciąć w szafie dziurę Lub najlepiej całą górę. Dzięki dziurze w takiej szafie Uda zmieścić się żyrafie. Jak myślała, tak zrobiła Dziurę w szafie wywierciła. Od tej pory z pewnej szafy Czasem sterczy łeb żyrafy. Czasem sterczą nawet dwa, Gdy żyrafa gościa ma. Urszula Machcińska 151


3. Wspomnienie o Czesi Bednarek Czesia Bednarek pracowała z nami nad książką, którą dziś trzymacie Państwo w rękach. Mimo ciężkiej choroby znajdowała czas i siły, by brać udział w warsztatach, cyzelować własne wiersze i opowiadania, dzielić się opiniami o tekstach innych Babć i Dziadka. Czesia zawsze, do końca, chciała także dzielić się z nami swą niecodzienną pszczelarską pasją i, po prostu, radością, jaką niezmiennie znajdowała w drobnych codziennych zdarzeniach. Wesoła, dziarska, dzielna – niezapomniana. Tak o Czesi Bednarek pisze jedna z „Babć w locie”: Dla mnie i, jak sądzę, dla wielu z nas, Czesia była pracowitą Pszczółką. Nie szczędziła nam dobrych słów, które działały jak miód na nasze serca. Była też Pszczółką, kiedy graliśmy dla dzieci na wielu scenach w przedszkolach, szkołach, szpitalach, domach dziecka. To ona nas, laików, uczyła o pszczołach, miodzie, pisała o nich wiersze. Wtedy nie miała tremy. Widać było, że kocha pszczoły i… nas. Przy niej łatwiej nam było pokonywać nasze słabości. Mówiła o sobie, że jest „twardą babą z Bałut”. Ukochała swoje miasto. Często o nim pisała różnorodne utwory, opowiadając o jego historii i dniu współczesnym. Patriotyzm Czesi, nie tylko lokalny, czuliśmy na każdym kroku. Był to dla niej zawsze ważny element osobowości i wychowania. Jej oczkiem w głowie była rodzina, a w szczególności wnuki. Była z nich bardzo dumna, informowała nas o ich sukcesach. Mieliśmy wrażenie, że oni i mąż też są naszymi przyjaciółmi. Podziwialiśmy jej siłę, z którą przez ostatnie lata mierzyła się z chorobą. Zastanawialiśmy się, skąd bierze tyle energii, optymizmu. Zawsze mówiła, że jej nie zmoże, że się chorobie nie podda! Latała z nami do dzieci, dopóki starczało jej siły. Potem kibicowała Babciom i Dziadkowi z widowni. Bez Czesi nie mogła się odbyć żadna premiera naszych spektakli. Nie mogło jej zabraknąć na uroczystych spotkaniach świątecznych naszej grupy. Wtedy obdarowywała nas woskowymi świecami, mleczkiem pszczelim. Wszystko to dla zdrowia! Ostatnio często rozmawialiśmy z nią telefonicznie, żeby chociaż usłyszeć jej głos, w którym zawsze wyczuwaliśmy uśmiech i zainteresowanie naszymi sprawami. Zawsze czuliśmy, że jesteśmy dla niej ważni, że jest między nami serdeczna więź. Mieliśmy nadzieję, że wygrasz walkę z chorobą. Mocno trzymaliśmy, Czesiu, kciuki za Ciebie. Stało się inaczej. Bardzo to przeżywamy i już tęsknimy za Tobą. Do zobaczenia, Kochanie! 152

Anna Ubysz


W Bajkach-podobajkach znajdziecie Państwo napisaną przez Czesławę Bednarek opowieść o dzieciństwie z książką w tle (czy może raczej – na pierwszym planie), historię przedziwnego sadu, lekkie wierszyki o zwierzakach i warzywach czy „uśmiechnięte” rady na trudne czasy. Czesi nie ma już z nami – a mimo to, dzięki sztuce słowa, wciąż możemy się z nią spotkać. To wspomnienie chcemy zamknąć jednym z „pszczelich” tekstów naszej Czesi:

Koncert w ulu

Czesława Bednarek

153

rys. Alinka Gaszewska, lat 5

W piękny słoneczny letni dzień pachniało radością i nadzieją. Pszczoły niczym baletnice tańczyły wesoło wokół swojego ula. Szukały kolorowych kwiatów bogatych w pyszny nektar, niezbędny im do życia jak dla nas woda. Szukały też pyłku z barwnych kwiatów – jest on im potrzebny tak jak chlebek ludziom. W tym samym ulu odbywał się koncert na kilkadziesiąt tysięcy głosów. Słychać było nieustanne „zzuu, zziii, bzuu, gziii, zumm”. Pszczółki ciężko pracowały – machały skrzydełkami, by odparować nadmiar wody z nektaru. Szum skrzydeł tworzy piękną muzykę. To niezwykła pieśń natury, której pozazdrościć by mogli najwybitniejsi kompozytorzy świata. Wtem w ulu słychać inny głos, głos tęsknoty i radości: „wa, kwaa, wwaaa, waa, wwwaaa, wa, kwa, kwa”. To królewna śpiewa pieśń weselną. Przywołuje swoją świtę przyboczną, by pofrunąć z nią na trutowisko. Lecą bardzo wysoko, do słoneczka, bo wkrótce wyprawiane będzie pszczele wesele. Panny młode z różnych uli spotkają się z trutniami. Będą tańczyć razem piękne tańce weselne, tylko jeden jedyny raz w życiu. Po weselu straż przyboczna przyprowadza do ula już nie królewnę, ale swoją Królową Matkę. Towarzyszące jej pszczoły grać będą skrzydłami wesołą, dźwięczną, donośną muzykę: „bzz, zzuć, zii, zummu, ziinuu”. Odtąd matka pszczela będzie składała czerw, czyli jajeczka, z których wylęgną się młode, chętne do pracy – i do koncertowania – pszczółki robotnice.


4. Wspomnienie o Janinie Osińskiej Książkę zamknąć chcemy wspomnieniem o jeszcze jednej wyjątkowej autorce wierszy dla dzieci; kilka jej tekstów wieńczyć będzie ostatnie karty Bajek-podobajek. Janina Osińska urodziła się we Lwowie w 1897 roku. Od 1930 roku mieszkała w Warszawie, gdzie zmarła w roku 1992. Była aktywną uczestniczką Powstania Warszawskiego (ps. Anna Pestka), autorką słów do popularnej piosenki harcerskiej Pytali się nas. Była także reporterką (m. in. z Powstania Śląskiego), tłumaczką, poetką. Tworzyła wiersze i słuchowiska radiowe dla dzieci i młodzieży. Witold Lutosławski napisał muzykę do dwóch Jej wierszy. Jej mąż, Tadeusz, doktor praw, był współzałożycielem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Syn Piotr (1923–1997) był profesorem biochemii na Katolickim Uniwersytecie w Louvain w Belgii. Janina Osińska miała czterech wnuków (mieszkających w Warszawie, w Belgii i we Francji) oraz dziewięcioro prawnuków; na świat przyszła już także jej praprawnuczka. Niniejsza książka została wydana m.in. dzięki wsparciu finansowemu wnuków Janiny Osińskiej. Pani Janina zostawiła po sobie takie między innymi wiersze:

il. Julia Turska, lat 10

Sroczka Usiadła sroczka na płocie i skrzeczy: czyr... czyr... czyr… Płotek stał w słońcu jak w złocie, a sroczka: czyr... czyr... czyr… Pod tym płotkiem, po ździebełku, po zielonym kiełku, trawka rośnie pomalutku, cicho, cicho, po cichutku. Usiadła sroczka na sośnie i skrzeczy: czyr... czyr... czyr... Trawka pod płotkiem wciąż rośnie, a sroczka: czyr... czyr... czyr… Po tej trawce, po ścieżynie, w jasnej sukienczynie wiosna chodzi pomalutku, cicho, cicho, po cichutku.

Janina Osińska


Kasztanki il. Julia Turska, lat 10

Wiatr pogłaskał stary kasztan po złotej czuprynie już kasztanki za parkanem skaczą po ścieżynie. Kto się z nami bawić chce w kasztankową grę? Jeden w prawo, drugi w lewo, trzeci skoczył boczkiem, ten malutki, okrąglutki w trawie błyska oczkiem. Kto się z nami bawić chce w kasztankową grę? A ten piąty, a ten szósty kasztanek łaciaty, zamiast dzieciom do kieszonki, skoczył między kwiaty. Kto się z nami bawić chce w kasztankową grę? Wiatr pogłaskał stary kasztan po złotej czuprynie, znowu zrzuci nam kasztanki w zielonej łupinie. Janina Osińska

155


il. Julia Turska, lat 10

Nocny Marek Księżyc w oknie świeczkę świeci, spać już idą wszystkie dzieci, dzwoni świerszczyk na kominie… I co dalej? Co? Idzie w nocnej koszulinie, ulicami, pod ścianami, człapie cicho pantoflami... Kto to taki? Kto?

Idzie mały nocny Marek, za nim owce białe, szare postukują kopytkami... I co dalej? Co? Już są blisko, już pod drzwiami, już w najmniejszą wchodzą szparę. Owce szare, białe, szare… Białe... szare… białe… szare… Cyt! Już dzieci śpią... Janina Osińska

156


W lesie il. Julia Turska, lat 10

Już w lesie zasnął stary dąb, przy listku liść szeleści. Na starym dębie ptaszki śpią i tylko wietrzyk nie śpi. I pogwizduje fiu... fiu... fiu... fiu i przyśpiewuje ptaszkom do snu. Na miękkich łapkach idzie noc, boi się zbudzić ciszę. Na starym dębie ptaszki śpią, gałązką wiatr kołysze. I pogwizduje fiu... fiu... fiu... fiu i przyśpiewuje ptaszkom do snu. Janina Osińska 157


Spis treści B. Śniecikowska E. Dolat E. Dolat E. Dolat E. Boryniec E. Dolat E. Dolat B. Maciejewska Cz. Bednarek E. Dolat E. Dolat A. Ubysz E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec J. Głażewska Cz. Bednarek E. Boryniec E. Dolat E. Dolat E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk

E. Boryniec E. Boryniec E. Dolat E. Karpuk A. Ubysz E. Karpuk

Wstęp Podobajki I. Prosto z bajki Jestem sobie Czarownica Smok Krasnale Potwór Piosenka o smoku Paszczojadzie Czarownica II. Księgi, książki, książeczki Czas na książkę Biały kruk Od deski do deski Ale czad! O molach, również książkowych O pewnej książce Rozmowa o starej książce Babcia czyta O pewnym zaleszczotku książkowym Kot bibliofil Mól książkowy Książka w moim domu Zagadki bibliofilskie III. Literkowe figle Dyktando U otwarte, ó zamknięte Kołomyjka, czyli wierszyk ortograficzny z „ó” Jaskółka, czyli czterowiersz ortograficzny Żarty Hamakowa historia, czyli wierszyk ortograficzny na „h” Ortografia Śmieszne wierszyki IV. Cuda, cudeńka! Ząb Czasu W koło Macieju (czyli o wędrówce Wody) Smogi Małpa-niemałpa

5 7 9 10 11 11 12

E. Boryniec E. Dolat A. Ubysz A. Ubysz E. Karpuk E. Karpuk

13 14 15 16 16 17 18

E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk

19 20 21 24

J. Strzemieczna J. Strzemieczna J. Strzemieczna J. Strzemieczna

25 26 26 27 29 31 32 32 33

J. Strzemieczna

J. Strzemieczna Cz. Bednarek A. Ubysz Cz. Bednarek

E. Boryniec J. Strzemieczna

34 34

J. Strzemieczna E. Dolat A. Ubysz J. Głażewska

35 36 37 39 40 41 42 43

J. Głażewska E. Karpuk A. Ubysz J. Strzemieczna H. Dębińska

E. Dolat E. Boryniec

Domy na głowie 44 Dziury w pamięci 45 Szafa 46 Apel 46 V. Bajania babci Lidii 47 O tym, jak zięba uczyła ptaki gniazda wić 48 Kradzione nie tuczy 51 Wilk i Wilczyca 53 Rudy i Łysy 54 Żuraw i Lis 57 Skąd się wzięły niedźwiedzie 60 Ośla historia 63 Znachorka 65 Pies i Wilk 67 Diabelska sakiewka 69 VI. Opowieści babci Niny 73 Urwisy 74 Gol 75 Strych 77 Wyprawa 79 Zabawa bez słów 80 VII. Ważne sprawy (i sprawki) 81 A. O tym, co boli 82 Łysol 82 Życzenia 84 Empatia 84 Marzenia 86 B. Zabawy mniej i bardziej pożyteczne 87 Wycieczka do lasu 87 Plac zabaw 88 Przedszkole 88 Bałwan arbitrem 89 To moje! 90 Lala Zuzia 90 Miś Ptyś 91 Ołówek 92 Zdjęcia 93 Kruszynka 93 Dziewczyny 94 C. Dla łakomczuchów i uparciuchów 94 Sposób na próchnicę 94 Lody i ciastka 95


E. Boryniec A. Ubysz E. Boryniec E. Karpuk E. Boryniec E. Dolat Cz. Bednarek Cz. Bednarek

H. Dębińska A. Ubysz H. Dębińska E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Dolat E. Boryniec E. Boryniec E. Dolat E. Boryniec E. Dolat E. Dolat E. Dolat E. Dolat E. Boryniec E. Dolat E. Dolat E. Dolat E. Boryniec E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk E. Dolat E. Dolat E. Karpuk E. Karpuk E. Karpuk Cz. Bednarek E. Karpuk

Korek-potworek 96 O młodym wirusie 97 D. Owocowo i warzywnie 98 Jakie to warzywko? 98 Zagadki babci Eleonory 99 Zagadka 100 Czosnek 100 Jarzynowe sprzeczki 101 Sad 102 E. Na święta – – i na wakacje! 103 Święta 103 Zagadka 104 Wigilia 104 Życzenia na Dzień Dziecka 105 Laurka z dziurką 106 Wakacje 107 Wyprawa 108 Skoczek 108 VIII. Bajkowy zwierzyniec 109 Koralowa grota 110 Król zwierząt 111 Salon piękności 112 Wyspa Kreta 114 Osiołek 115 Koza taterniczka 115 Spóźnialska stonoga 116 Leśna orkiestra 117 Komar 118 Jak pokochać komara? 119 Dzięcioł 119 Gdzie jest orzeszek? 120 Gawron 121 Wiewiórka 122 Bocian 122 Bocian i żaby 123 Krowa i wianek 124 Kaczki 125 Morus 125 Pies, kot i psokot 126 Pies czy wydra 127 Żyrafa 128

E. Karpuk E. Boryniec J. Głażewska J. Głażewska A. Ubysz E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec A. Ubysz E. Boryniec E. Boryniec E. Karpuk E. Dolat E. Boryniec E. Karpuk E. Dolat E. Dolat E. Karpuk J. Głażewska E. Boryniec E. Boryniec E. Boryniec Cz. Bednarek U. Machcińska U. Machcińska U. Machcińska U. Machcińska A. Ubysz Cz. Bednarek

J. Osińska J. Osińska J. Osińska J. Osińska

Tygrysy O małym misiu Gniazdo Balbina IX. Od wiosny do wiosny Co możemy robić wiosną? Kwiecień Jaki jest maj? Maj Kapryśne lato Wrzesień Jesień Listopad Zima Sanna Dlaczego spóźnia się wiosna X. Pejzaże Zaczarowany ogród Spacer po rosie Promyk Wietrzyk Kaczeńce Wiatr Pejzaż szkicowany dźwiękiem XI. Kilka spojrzeń wstecz 1. O „Babciach (z Dziadkiem) w locie” 2. Wspomnienie o Urszuli Machcińskiej Do Uli Latające Babcie Figlarne kotki Chmury na niebie Pomysłowa żyrafa 3. Wspomnienie o Czesławie Bednarek Koncert w ulu 4. Wspomnienie o Janinie Osińskiej Sroczka Kasztanki Nocny Marek W lesie

128 129 129 130 131 132 133 134 134 135 135 136 136 137 137 138 139 140 141 142 142 143 143 144 145 146 148 149 150 150 151 151 152 153 154 154 155 156 157

il. Alinka Gaszewska, lat 5


Urszula Machcińska

Beata Śniecikowska

Czesława Bednarek

Elżbieta Boryniec

Halina Dębińska

Eugeniusz Dolat

Jadwiga Głażewska

Eleonora Karpuk

Barbara Maciejewska

Janina Strzemieczna

Anna Ubysz

Agnieszka Kowalska-Owczarek


ISBN 978-83-933689-1-4 162

Profile for Aga.Art.and.Design

Bajki-Podobajki  

Książka dedykowana dzieciom stworzona przez autorów z nieformalnej grupy Babcie (z Dziadkiem) w locie. Napisana z pasją, ale poprzedzona rów...

Bajki-Podobajki  

Książka dedykowana dzieciom stworzona przez autorów z nieformalnej grupy Babcie (z Dziadkiem) w locie. Napisana z pasją, ale poprzedzona rów...

Advertisement