Page 1

ACTIVmag/ 1


REKLAMA

2 /ACTIVmag


Editor’s letter

EDITOR’S LETTER

N

a wstępie, chcielibyśmy podzielić się z Wami naszym entuzjazmem, gdyż oto ukazał się pierwszy marcowy numer magazynu ACTIVmag, który tworzyliśmy specjalnie dla Was od wielu miesięcy. Mamy nadzieję, że efekty naszej pracy spotkają się z Waszym uznaniem. ACTIVmag otacza swoim ramieniem dziedziny takie jak Design, Lifestyle, Kulturę, Felieton, Photo - dostarczając przy tym ciekawych materiałów nie tylko z Polski, ale i z całego świata. Na zdjęciu okładkowym znajduje się młody, pełen pasji człowiek, który dzięki BMX poczuł od nowa chęć do życia a  przede wszystkim odnalazł swoje powołanie, przy którym trwa dzielnie od ponad 10 lat. Spencer Bass pochodzi z Texasu i jak sam twierdzi nie ma dla niego rzeczy niemożliwych a dewizą życiową jest walka do końca pomimo wszystkich przeciwności, które spotykamy na życiowej drodze. Za udostępnienie zdjęcia okładkowego serdecznie dziękujemy jego autorowi, którym jest Josh McElwee. Pierwszy numer ACTIVmag zawiera szereg wyznań dotyczących nie tylko sceny BMX, ale także sceny skateboardingu. Dział Lifestyle przepełniony jest wieloma wywiadami. Udało się nam przeprowadzić wywiad z  Adamem Szostkiem, który opowiada o tym, jak objechał z longboardem Azję, Andrzej Kotysz przybliżył nam obraz Malezji a także znajdziecie wywiad z  profesjonalnym riderem BMX – Marcinem Oskierą sponsorowanym przez AllDay.pl/ Bmxforever.pl oraz przez firmę Lando. W dziale Photo nie zabraknie interesujących zdjęć oraz wywiadów. Specjalnie dla ACTIVmag miałam okazję porozmawiać z Tomaszem Rogalewskim oraz z Maciejem Grzymek. W dziale Design przedstawiliśmy między innymi innowacyjną panoramiczną formę reklamy od Picture Bubbles, projekt pływającego domu zaprojektowanego przez architekta Dymitra Malcew, instalację „Hello Wood” znajdującą się w Budapeszcie oraz wiszące leżaki od SWINGREST. Dział Kultura jest zbiorem wielu artykułów, m.in.: Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, Zamiast wstępu, Sieć WWW, Wirtualna rewolucja, Pułapki rozwoju oraz A co autor miał na myśli. Na sam koniec, zachęcamy do obejrzenia relacji z pierwszej, zimowej edycji Baltic Games, która była wielką niespodzianką dla wszystkich fanów sportów ekstremalnych. Bon appétit!

Ewelina Braca Redaktor Naczelna AVmag

ACTIVmag/ 3


REKLAMA

4 /ACTIVmag


Spis Treści DESIGN

Swingrest & The Lake House.....................................................6 Picture Bubbles & Hello Wood................................................7 World Travelers & The Cassetter Tape Closet...................8 Heritage Compass Watch & Sauna Duravit EOOS..........9 Robbie Crawford Zafalowani...............................................10 Austin Tott Osaczeni...............................................................12 Światło-wody................................................................................14 Spacer w chmurach....................................................................15 X-ray love......................................................................................16 Submarine w Mediolanie.........................................................20 Skateboarding piano.................................................................22 Nowe oblicze roweru................................................................23

LIFESTYLE

Spencer Bass interview...........................................................24 Adam Szostek interview.........................................................28 Andrzej Kotysz interview.......................................................32 Marcin Oskiera interview.......................................................40 (Nie) Szare miraże......................................................................44

KULTURA

Zamiast wstępu...........................................................................48 WWW.LUBIE-TO?........................................................................49 Wirtualna rewolucja...................................................................52 Pułapki rozwoju...........................................................................54 A co autor miał na myśli?........................................................56

FELIETON

Jeden wielki miszmasz..............................................................58 Dobrzy przyjaciele......................................................................59 Jak rozmawiać o książkach......................................................60 Cyberprzestępczość...................................................................61 Psychoanaliza według Hitchcocka.......................................64 Symbolicznie u Tiffany’ego.....................................................65

PHOTO

Maciej Grzymek interview.......................................................68 Tomasz Rogalewski interview................................................72 Ania Witkovska interview........................................................76 Timur Civan...................................................................................80 Cascadia..........................................................................................84 Lençóis Maranhenses National Park...................................86 Nadziewany Bunny.....................................................................88 Ryan McGinley.............................................................................90 Na skraju świata..........................................................................92 Surfując po Islandii.....................................................................94 Baltic Games ~ Winter Edition..............................................96

Redaktor naczelna EWELINA BRACA ewelina.infoavmag@gmail.com Dyrektor kreatywny & Reklama MARCIN KURZAWA marcin.infoavmag@gmail.com Grafik KAROLINA MACHUT karolina.machut@gmail.com www.karolina-machut.pl Autorzy Design Marcin Kurzawa Ewelina Braca Lifestyle Marcin Kurzawa Ewelina Braca Klaudia Krause Kultura Agata Zweig Jakub Budzyński Malwina Lis Paulina Wilk Żaneta Kłostowska Felieton Ewelina Braca Agata Zweig Malwina Lis Sandra Słupińska Photo Ewelina Braca Sebastian Kulis


DESIGN

Swingrest Pływający dom

SWINGREST Wiszące leżaki SWINGREST wyróżniają się czystością i prostotą swojej koncepcji a do tego zapewniają swoim właścicielom przestronne zagospodarowanie przestrzeni. Idealny do powieszenia na tarasie, werandzie lub nawet w pomieszczeniu. Leżaki zostały wyposażone w specjalne kurtyny pokrywające całość leżaka, które idealnie tworzą cień nadający prywatność. www.dedon.de

The Lake House Pływający dom zaprojektowany przez architekta Dymitra Malcew oferuje swoim mieszkańcom piękne, zapierające widoki tworząc w ten sposób więzi z napotkanym otoczeniem. Dom umożliwia w łatwy sposób przejście z jednej lokalizacji do drugiej. Projekt został stworzony dla francuskiego dewelopera „H2ORIZON”, który specjalizuje się w konstrukcjach pływających. Oszałamiająca konstrukcja zbudowana została na szczycie platformy pływającej, której wyposażenie składa się z dwóch sypialni, dwóch łazienek, salonu, kuchni i całkowicie zadaszonego tarasu. www.mymodernmet.com

6 /ACTIVmag


Picture Bubbles Hello Wood

Picture Bubbles Innowacyjna, panoramiczna forma fotografii, bez wątpienia w krótkim czasie zastąpi tradycyjną fotograficzną formę reklamy. Jeżeli zastanawiasz się nad zwiększeniem zainteresowania firmy, może warto byłoby pomyśleć nad sposobem, który proponuje PictureBubbles. Cała zabawa tkwi w kliknięciu w obraz Bubbles, a każda miniatura otwiera panoramę na pełnym ekranie w nowym oknie. http://www.picturebubbles.com/

Hello Wood Pałac Sztuki w Budapeszcie obchodził Boże Narodzenie z 11 metrową choinką. Instalacja pod tytułem „Hello Wood”, wpasowała się idealnie w lokalną architekturę miasta. Zbudowano specjalną instalację wykonaną z 365 sanek. Andras Huszar, główny architekt „Hello Wood” wypowiedział się na temat akcji mówiąc, że celem było stworzenie tymczasowej instalacji, która byłaby jednocześnie spektakularną, jak i pożyteczną formą sztuki. Pożyteczność polega na przekazaniu sanek najmłodszym mieszkańcom przebywającym na terenie Wioski Dziecięcej SOS na Węgrzech. www.urdesign.it

ACTIVmag/ 7


World Travelers The Cassette Tape Closet

World Travelers We wrześniu w Marsylii, z okazji nadania statusu „Europejskiej Stolicy Kultury 2013”, francuski artysta Bruno Catalano wystawił dziesięć rzeźb z brązu przedstawiających podróżujących obywateli świata. Sztuka miała na celu przedstawienie prostej zależności pomiędzy człowiekiem podróżującym a miejscem docelowym podróży. Bywa nie raz tak, że cząstka nas zostaje w miejscu z którego wracamy, zostaje w miejscu które ze sobą utożsamiamy. Tak też, Bruno Catalono rzeźbiąc niekompletne postacie, wiele razy zaznaczał że główną inspiracją był człowiek podróżujący, tak zwany obywatel świata. www.mymodernmet.com

The Cassette Tape Closet Czyżby kasety magnetofonowe były przeżytkiem? Nic bardziej mylnego! Holenderski projektant Patrick Schuur stworzył szafę składającą się z 918 taśm. Każda kaseta została indywidualnie przykręcona do drewnianej ramy tworzonego mebla. Produkt ten znajdzie swoje zastosowanie zarówno w biurowych, jak i domowych przestrzeniach. Szafa składa się z trzech drzwi, które zapewniają dostęp do ogromnej przestrzeni a mozaiki dekorujące blat nadają jej niepowtarzalny i oryginalny wygląd. The Cassette Tape Closet jest obecnie dostępna w sprzedaży w serwisie eBay, ale dla osób lubiących prace ręczne zalecamy tworzenie własnych projektów. Rekomendowane przez projektanta wymiary to 275 × 57,5 × 136 cm. woohome.com

8 /ACTIVmag


Heritage Compass Watch Sauna Duravit EOOS

Heritage Compass Watch Porsche Design wyprodukowało męski zegarek Heritage Compass Watch wyposażony w automatyczny mechanizm Sellita SW300 z wachnikiem wzorowanym na sportowej feldze samochodu Porsche. Tytanowa koperta pokryta czarną powłoką PVD zintegrowana z kompasem, którego możemy używać po otwarciu koperty za pomocą przycisków. Zegarek składa się z datownika, kompasu, Super Luminovej na wskazówkach, szkła szafirowego z antyrefleksem a bransoleta została wykonana z tytanu. Zegarek w sam raz dla prawdziwych koneserów. www.porsche-design.com

Sauna Duravit EOOS Sauna w domu? Czemu nie! Duravit i EOOS przenoszą saunę w nowe rejony Twojego mieszkania. Kompaktowa kabina może znaleźć swoje miejsce nie tylko w łazience, ale także w salonie dzięki wyrafinowanemu wykorzystaniu przestrzeni, co nie wpływa ujemnie na przestrzeń wewnątrz kabiny, gdyż znajdują się tam nie tylko miejsca do siedzenia, ale także do leżenia. Podłoga, ściany i sufit wykonane zostały z surowego drewna a przestronności dodaje przeszklony przód, który powoduje nie tylko wyjątkową przejrzystość ale także elegancki wygląd. Grzejnik i kamienie zostały zintegrowane z modułem sauny, jednakże ich niewidoczność spowodowana jest ukryciem ich za panelem. Minimalistyczny design zapewnia poczucie relaksu i jasności. Sauny Duravit i EOOS mogą być łączone z modułem prysznicowym. www.chictip.com ACTIVmag/ 9


Zafalowani

10 /ACTIVmag

Robbie Crawford


Zafalowani

Robbie Crawford

Zafalowani Multimedialny artysta Robbie Crawford bez wątpienia oddaje piękne i ekscytujące chwile obcowania z falami, które rozbijając się wracają z powrotem do oceanu. Robbie Crawford za pomocą kamery GoPro, fotografuje sceny surfingu poprzez tunel wytworzony z fali. Photos by Robbie Crawford

ACTIVmag/ 11


Osaczeni

Osaczeni według Austin’a Tott Fotograf Austin Tott znany jest z  tworzenia dziwnych portretów ludzi otoczonych lub atakowanych przez jedną rzecz. Cóż, nie do końca jedną… Autor przedstawia wiele rzeczy, które atakują człowieka, począwszy od piłki plażowej, skończywszy na czarnych kapeluszach. Austin Tott ma swój indywidualny, dotąd niespotykany sposób tworzenia sytuacji, może nie tyle co tworzenia a  umieszczania człowieka w  intrygujących historiach poprzez umieszczenie swoich poddanych w środku kontrolowanego chaosu. Austin Tott mówi „Nie jestem 12 /ACTIVmag

do końca pewien, dlaczego to robię. Uważam, że to przyciągnie wizualnie uwagę, tak sądzę. Lubię także tworzyć zdjęcia z udziałem normalnych ludzi, jednakże stawiam ich w dziwnych, niecodziennych sytuacjach, ale przede wszystkim muszą one stwarzać pozory wiarygodnych, bo w przeciwnym wypadku zdjęcie nie będzie prawdziwe. Myślę, że w  mojej głowie odnalazłem równowagę dotyczącą tego co tworze, poprzez powtarzanie przedmiotów, gdyż przecież możliwe jest to aby istniało wiele piłek plażowych, kapeluszów, statków, żarówek wokół danego obiektu, więc w  końcowym odbierze nie będzie to nic takiego, co nie miało by racji bytu, czyli te sytuacje są nadal możliwe!” Twórczość Austina Tott można opisać jako trochę ekscentryczną i zabawną, ciemną i surrealistyczną. www.mymodernmet.com


Austin Tott

ACTIVmag/ 13


Światło-wody

Światło-wody Samantha French autorka pięknych, realistycznych obrazów olejnych zaprasza odbiorców do podwodnej eksploracji kolorów, tekstur i unikalnych perspektyw. Artystka umieszcza swoich bohaterów w  scenach podwodnych, które mają na celu przedstawienie świata spod powierzchni wody. Artystka w sposób realistyczny rejestruje jasne, przenikliwe światło połyskujące na powierzchni wody, sceny nurkowania, czy też przedzieranie się po14 /ACTIVmag

przez powierzchnię wody. Samatha French mówi, że jej głównym zamiarem jest umieszczanie swoich bohaterów w stanie nieważkości. Obrazy, które możemy oglądać są bezapelacyjnie przepełnione żywymi kolorami, realistycznymi pęcherzykami powietrza oraz niezwykłymi zakłóceniami wynikającymi z naruszonej tekstury wody. mymodernmet.com


Spacer w chmurach

Spektakularna instalacja OAM, której autorem jest japoński artysta Kohei Nawa została pierwszy raz odsłonięta w Aichi Triennale w 2013 roku. Instalacja przekształca pokój w magiczne miejsce, co sprawia że odbiorcy znajdują się wśród chmur. Jedna ze scenerii instalacji tworzy senny krajobraz w czarnym jak smoła pokoju. Głównym celem instalacji jest przeniesienie widza do alternatywnego wszechświata bez fizycznej konieczności przenoszenia go. Artysta próbuje zmusić widza do otwarcia się na nowe doznania oraz do użycia własnej wyobraźni. Pomimo, że instalacja nie jest ani w chmurach, a nawet w żadnym stopniu nie składa się z cząstek chmurowych, udało się symulować ich wygląd na tyle, aby wzbudzić zachwyt odwiedzających. Kohei Nawa eksperymentował z różnymi roztworami detergentów, używając przy tym gliceryny i wody, co przyczyniło się do wyprodukowania solidnego materiału piany, która jest na tyle sztywna, aby zachować swoją pionową pozycję, ale nadal jest na tyle delikatna, aby można było nią w łatwy sposób manipulować. mymodernmet.com

ACTIVmag/ 15


X-ray Love

16 /ACTIVmag


X-ray love

X-ray love Saiko Kanda i Mayuka Hayashi stworzyli niesamowitą wystawę składającą się rentgenowskich zdjęć. Dwaj artyści stworzyli prace w  oparciu o  skany oraz aparaty rentgenowskie, co umożliwiło udokumentowanie dwojga ludzi połączonych ze sobą w  pary w  bardzo bliskiej odległości. Szkielety postaci same w  sobie wydają się być chłodne i  samotne, ale bliskość ciał sugeruje, że obie formy są rzeczywiście ze sobą połączone a do tego przenika ich prawdziwa osobista zażyłość. Współautor pomysłu wyjaśnia, że zdjęcia rentgenowskie ukazują jedynie naturę naszych organów składających się z materii a zdjęcia miały na celu odsłonięcie impulsu, który zwykle jest niewidoczny dla oczu. mymodernmet.com

ACTIVmag/ 17


80-437 GDAŃSK WRZESZCZ ul. Wajdeloty 10 GODZINY OTWARCIA PN-PT: 11-19 SOB: 11-15 tel.: 58 520-29-38

40-001 KATOWICE ul. 3-go Maja 17 (w podwórku) GODZINY OTWARCIA PN-PT: 10-18 SOB: 10-14 email: katowice@chrom.com.pl


REKLAMA

ACTIVmag/ 19


Submarine w Mediolanie

Submarine w Mediolanie 8:00 rano - Submarine # L1F3 zabłądził podczas manewrów, czego skutkiem było przebicie nawierzchni asfaltowej w Via Mercanti (Mediolan) kilka kroków od katedry Duomo. Kapitan wraz załogą są oszołomieni a przechodnie patrzą z niedowierzaniem. Policjanci i strażacy niezwłocznie zainterweniowali. To nie kronika wypadku, ale chwyt reklamowy stworzony przez mediolańską agencję M & C Saatchi dla firmy ubezpieczeniowej w celu uruchomienia nowego sklepu LifePark. www.urdesign.it 20 /ACTIVmag


Submarine w Mediolanie

ACTIVmag/ 21


Skateboarding piano

Skateboarding piano Firma Element zastosowała innowacyjny sposób promocji firmy podczas targów w Rosji. Pomysł polegał na zachęceniu jak największej liczby osób do odwiedzenia stoiska poprzez zbudowanie skateboard’owego pianina. Organizatorzy stworzyli interaktywną zabawę, która miała na celu w prosty i wesoły sposób zachęcić uczestników targów do stworzenia indywidualnej melodii, gdyż jak twierdzą nie ma bardziej zrozumiałej formy komunikacji niż muzyka. Akcja zachęciła do przybycia nie tylko fanatyków skateboardingu, ale także przypadkowych przechodniów. www.behance.net

22 /ACTIVmag


Nowe oblicze duńskiego roweru

Nowe oblicze duńskiego roweru Pomniejszona wersja oryginalnego duńskiego roweru została zaprojektowana przez firmę Pedersen. Rower ten wyprodukowany został z 24 calowymi oponami. www.vanguard-designs.com

ACTIVmag/ 23


LIFESTYLE

Spencer Bass - Historia życia

Photo by Norbert Szász 24 /ACTIVmag


Spencer Bass - Historia życia

„Nie powiedziałbym, że wybrałem BMX - BMX wybrał mnie!”

Spencer Bass to młody, pełen pasji człowiek, który dzięki BMX poczuł od nowa chęć do życia a przede wszystkim odnalazł swoje powołanie, przy którym trwa dzielnie od ponad 10 lat. Spencer Bass pochodzi z  Texasu i  jak sam twierdzi nie ma dla niego rzeczy niemożliwych a dewizą życiową jest walka do końca pomimo wszystkich przeciwności, które spotykamy na życiowej drodze. Zapraszamy do przeczytania wywiadu! ACTIVmag: Pochodzisz z Texasu a Twoją największą pasją jest BMX. Jak długo trwa Twoja przygoda i  dlaczego spośród tylu dostępnych rodzajów sportu zdecydowałeś się wspierać swoją osobą scenę BMX? Spencer Bass: Jeżdżę ponad 10 lat i szczerze mogę powiedzieć, że kocham każdą minutę spędzoną na rowerze! Nie powiedziałbym, że wybrałem BMX – BMX wybrał mnie! ACTIVmag: Spędziłeś na rowerze większą część swojego życia, gdy patrzysz w przyszłość dalej widzisz siebie w tym środowisku? Spencer Bass: Chciałabym jak najdłużej pozostać częścią tego sportu. Nie dopuszczam do siebie myśli, że mógłbym przestać mieć z nim do czynienia. Nie chodzi o  to, że chciałbym jeździć profesjonalnie całe życie, jednak zawsze chciałbym być zaangażowany w ten sport w ten czy inny sposób. Osobiście uważam, że nigdy nie jest się za starym na BMX, ale gdzieś z  tyłu głowy mam swoją wymarzoną pracę. Chciałbym zostać agentem sportowym i  pracować z  najlepszymi sportowcami. Uwierz mi, zrobiłbym wszystko co w  mojej mocy, aby zapewnić im godne kontrakty, które zapewniłyby im także wspaniałą przyszłość. ACTIVmag: Jestem pewna, że byłeś świadkiem wielu zachodzących zmian. Jak oceniasz rozwój i  jakie są Twoje prognozy przyszłościowe tego

Spencer Bass

sportu a przede wszystkim jak oceniasz nowe pokolenie riderów? Spencer Bass: Nowe pokolenie powinno bardziej skupić się na pasji, która ich łączy a co za tym idzie powinni się nawzajem wspierać. Niestety zamiast tego widzę dużo niezasłużonej krytyki, która musi się skończyć. Wszyscy jesteśmy braćmi. Jak patrzę w przyszłość chciałbym, aby wszyscy riderzy łączyli swoje siły i przekraczali granice, aby to była jazda ekstremalna, w pełni satysfakcjonująca! ACTIVmag: Sezon 2013 dobiegł już końca, powiedz mi jak mógłbyś go podsumować? Spencer Bass: To był niesamowity rok, pełen niezwykłej zabawy. Podróżowałem po całym świecie i  mieliśmy niesamowity ubaw z  najbliższymi znajomymi a jednocześnie robiłem to co kocham. Podwójne szczęście. ACTIVmag: Doszły mnie słuchy, że w  2012 roku byłeś w Polsce, proszę opowiedz mi o swoich wrażeniach. Chciałbyś w przyszłości ponownie odwiedzić ten kraj? Spencer Bass: Zgadza się. Dokładnie to było latem w  2012 roku. Zatrzymałem się w  Warszawie a  potem wyruszyłem do Gdańska na Festiwal Sportów Ekstremalnych - Baltic Games. Później odwiedziłem ponownie Polskę, ale zatrzymałem się jedynie w  Warszawie i  muszę stwierdzić, że zobaczyłem o  wiele więcej miejsc i  rzeczy niż za pierwszym razem, np. jazdy uliczne bez trzymanki, dirt jumping oraz są tam bardzo fajne skateparki. Można zauważyć, że skateboarding i BMX bardzo szybko się rozwija i z roku na rok jest coraz lepiej. Miło spędziłem czas z ludźmi, których miałem okazję poznać. Polska jest zawsze na liście miast, które chce odwiedzić każdego roku! ACTIVmag: Myślałeś kiedyś o  tym, czym byś się zajmował, gdybyś nigdy nie poszedł w  kierunku BMX? Spencer Bass: To jest bardzo trudne pytanie. Nie jestem pewny, czy w przeszłości chciałem szczerze ACTIVmag/ 25


Spencer Bass - Historia życia

Photo by Jeffrey Robert Brockmeyer

zrobić coś dobrego ze swoim życiem. Mój ojciec zmarł, gdy miałem 11 lat i nie potrafiłem sobie z  tym poradzić, więc praktycznie przez okres 2,5 roku podążałem złą drogą. Byłem bardzo przygnębiony i nie dbałem o świat, który mnie otaczał. Mojemu przyjacielowi zależało na tym, abym poszedł z nim na skatepark... jednak cały problem polegał na tym, że nie miałem w  ogóle na to ochoty ani siły, ale w  jakiś sposób udało mu się mnie przekonać. To był moment przełomowy i od tamtego czasu uzależniłem się od tego świata. Kiedy pierwszy raz przejechałem się na rowerze, to tak jakbym się zakochał - można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wiedziałem już, że nie chcę opuszczać skateparku. Śmiało mogę powiedzieć, że BMX uratował mi życie. Wskazał mi dobrą drogę, którą idę do tej pory. ACTIVmag: Jestem ciekawa jak Twoje życie wygląda poza jazdą na rowerze? Co robisz w wolnym czasie? Spencer Bass: Gdy jestem w  swoim mieście rodzinnym to najbardziej lubię spędzać swój wolny czas z rodziną, przyjaciółmi oraz z moją dziewczyną. Wiadomo, że kiedy jest się zajętym lub się wyjeżdża to tracimy dużo cennych chwil. Zawsze jak jestem w  domu wykorzystuje jak najwięcej możliwości aby się ze wszystkimi zobaczyć i  poświęcić im jak najwięcej uwagi. Poza tym, lubię prowadzić 26 /ACTIVmag

prace badawcze na temat teorii spiskowych, poważnie! ACTIVmag: Co sądzisz na temat nowej kolekcji Lando? Spencer Bass: Naprawdę jestem pod wrażeniem. Bardzo mi się podoba. W fajny sposób zostały dobrane kolory i  jest mnóstwo bardzo dobrych modeli butów. Jest ogromna różnorodność wśród produktów, więc każdy wybierze coś dla siebie a ponadto, buty są zrobione bardzo solidnie. ACTIVmag: Jaki jest Twój ulubiony/ najlepszy trick? A może jest jakiś trick, którego zawsze chciałeś się nauczyć ale póki co jeszcze nie zadowalają Ciebie efekty końcowe? Spencer Bass: Uwielbiam trick, który nazywa się „No Footed Can Cans”. Jest to jeden z pierwszych tricków, których się nauczyłem a co najlepsze potrafiłem powtarzać go w kółko przez cały dzień. Nie ukrywam, że chciałbym się nauczyć „Turndowns”. Próbuje go wykonywać tak często jak tylko mogę, ale wychodzi mi to bardzo rzadko i do tego w nietypowych momentach. Nie mam pojęcia, o co chodzi z tym trickiem ale wygląda to niesamowicie. ACTIVmag: Kto miał największy wpływ na to kim jest Spencer Bass? Spencer Bass: Mój ojciec miał na mnie największy wpływ. Pomimo tego, że zmarł, kiedy miałem 11 lat, pamiętam jeszcze wszystkie wartości, których


Spencer Bass - Historia życia

Photo by Felix Hackland

mnie nauczył a ja zobowiązałem się ich dotrzymać i nimi kierować, żeby tylko był ze mnie dumny. Mój ojciec był typem wojownika i nigdy się nie poddawał. W gruncie rzeczy było tak do samego końca, aż do momentu, w którym jego ciało samo poddało się fizycznie. To właśnie on nauczył mnie tego podejścia do życia, aby walczyć do samego końca! Po moim ojcu jest także Morgan Wade, który jest dla mnie ogromną inspiracją. Zdarza się, że wiele razy mówię, robię coś bez zastanowienia ale on zawsze ciągnie mnie za warkocze i  ustawia z  powrotem na miejsce. Nauczyłem się wiele od niego, nie tylko w sferze BMX, ale także w różnych innych aspektach życia. ACTIVmag: Zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Chciałbyś kogoś pozdrowić albo podzielić się refleksją z naszymi czytelnikami? Spencer Bass: Oczywiście! Blisko mojego serca są słowa, którego autorem jest Mat Hoffman „Jeśli chcesz cieszyć się z sukcesów i z przyjemności życia, najpierw zaakceptuj cały ból i porażki, które się z  nimi wiążą.”. Ten cytat idealnie odzwierciedla nasze życie. Każdy czegoś potrzebuje, ale nie tędy droga. Ludzie muszą zrozumieć, że nie będą się działy wszystkie rzeczy, które sobie zaplanują. Osobiście uważam, że jeżeli człowiek posiada marzenia, nieważne jak dzikie lub rozrzutne to trzeba zrobić wszystko aby je zrealizować! Jedyną rzeczą,

która powstrzymuje człowieka jest on sam. Wiem, że to brzmi banalnie, ale tam gdzie jest chęć, znajdzie się także sposób na realizację. Wiadomo, że nie stanie się to w ciągu nocy, ale jeżeli jesteśmy w  pełni zaangażowani w  to co chcemy osiągnąć i do tego jesteśmy gotowi podjąć ciężką pracę, to w takim wypadku, bez wątpienia nasze marzenie/ marzenia, po jakimś czasie, staną się rzeczywistością. Chciałbym ogromnie podziękować wszystkim zaangażowanym w DWBC! ACTIVmag: Dziękuję serdecznie za wywiad. ACTIVmag życzy Tobie szczęśliwego nowego roku i mamy nadzieję, że sezon 2014 będzie lepszy od poprzedniego i  pełen niezapomnianych momentów. Spencer Bass: Dziękuję za możliwość udzielenia wywiadu. Moim postanowieniem noworocznym jest, aby rok 2014 był rokiem, którego nigdy nie zapomnę! Rozmawiała EWELINA BRACA Photo cover of Spencer Bass by Josh McElwee

ACTIVmag/ 27


Adam Szostek - Longboard’em po Azji

28 /ACTIVmag


Adam Szostek - Longboard’em po Azji

Objechać z longboardem Azję dookoła? Uczyć jeździć na deskorolce buddy jskich mnichów w Nepalu? Sprawdzić gdzie kończy się asfalt w Laosie? Zdobyć na własność Chiński Mur czy zjeść faszerowanego nietoperza? Czemu nie! Szybki wywiad o podróżowaniu, zajawkach, dziwnych pomysłach i kilku innych rzeczach z Adamem Szostkiem.

ACTIVmag: O co właściwie chodzi z tym Long’and’rollem i Azją? Adam Szostek: Long’and’roll – na longu do Hong Kongu! – był lekko szalonym planem objechania Azji dookoła, używając jak najczęściej deski longboardowej, po drodze poznając kulturę odwiedzanych miejsc, ucząc dzieciaki jeździć, testując lokalne dania i  starając się zwiedzić miejsca ciekawe, czasem położone nieco z  boku utartych szlaków turystycznych. Wiem, że przed nami podobne trasy robiło wiele osób, lecz pomysł wyjazdu z  deskami pozwolił poznać młodych, ciekawych świata mieszkańców odwiedzanych krajów i  poznawać kraje zgodnie z ich sugestiami. Pomysł na początku wydawał się totalnie nierealny – ale, udało się! ACTIVmag: Jak długo trwały Twoje przygotowania przed wyjazdem? Adam Szostek: Plan tripu powstał chyba 3 czy 4 lata temu. Chwilę po wyjeździe skate – longboardowym do Indii (www.currychaos08.blogspot. com), stwierdziliśmy że super by było odpalić coś takiego w skali XXL i objechać deską dookoła Azję. Długo próbowałem zainteresować pomysłem jak najwięcej osób. W  pewnym momencie straciłem wiarę, że to się może udać, a tu nagle pojawił się sponsor – firma Cropp, i kilka miesięcy później pojechaliśmy stopem do Turcji, by stamtąd lecieć do Nepalu, a następnie na wschód. ACTIVmag: Opowiedz o  początkach Twojej przygody z podróżami? Adam Szostek: W sumie to zawsze mnie nieco nosiło – za małolata wypady po kraju, potem pierwsze za granicę, autostop po Europie... i posuwało się to naprzód. Na pewno była w tym spora zasłu-

ga rodziców, którzy nigdy nie negowali moich pomysłów, a wręcz przeciwnie zawsze mnie wspierali. Ważna była też deskorolka – podróżowanie pozwalało znaleźć fajne miejsca do jazdy i oczywiście poznawałem nowych ludzi. Deska zawsze była pod nogami i tak naturalnie zwiedzała ze mną okolicę. Pierwsza Azja wyszła totalnie spontanicznie – siedzieliśmy sobie ze znajomymi nocą na plaży w Sopocie, piliśmy piwko i nagle ktoś przyniósł sziszę. Zastanawialiśmy się gdzie są najlepsze szisze na świecie i  doszliśmy do wniosku, że chyba w  Syrii. Oczywiście każdy totalnie się zajarał planem wypadu tam i kupna sziszy dla siebie, lecz z rana oczywiście zapał totalnie spadł. Jednak 2 osoby zostały przy tym planie i pojechaliśmy –pociągiem, stopem, autobusami do Istambułu, potem stopem objechaliśmy Turcję dookoła, dotarliśmy pod granicę z Syrią, kupiliśmy sziszę i wróciliśmy do domu. Do Syrii nie mogliśmy wjechać z powodu braku wizy. Dotarłem tam dopiero rok później... a  następnie jakoś się to potoczyło... Indie, Maroko, Egipt. ACTIVmag: Jakie kraje według Ciebie należałoby bez wahania zobaczyć? Adam Szostek: Ciężko powiedzieć – to chyba zależy od indywidualnych preferencji. Ja jestem zachwycony krajami Bliskiego Wschodu, często uznawanymi za niebezpieczne, lecz na miejscu wszystko wygląda zupełnie inaczej. Atmosfera, ludzie, życie na ulicach – każdy kraj jest nieco inny, lecz mają podobny klimat, który bardzo mi odpowiada. Indie – po prostu trzeba je przeżyć by wyrobić sobie o nich zdanie... można je lubić, można nienawidzić, ale wypada sprawdzić. Sporo miejsc na świecie mi jeszcze zostało do sprawdzenia, może niedługo

ACTIVmag/ 29


Adam Szostak - Longboard’em po Azji

coś nowego wskoczy na mapę. ACTIVmag: Co jest dla Ciebie najistotniejsze w podróżowaniu? Adam Szostek: Są łatwiejsze pytania? Nie wiem w zasadzie, często się nad tym zastanawiałem i za każdym razem było to co innego. Oczywiście – poznawanie nowych miejsc, ludzi, sprawdzenie siebie... ale tak naprawdę chyba fakt życia na 120%, trafiania w rejony o których się czytało/ oglądało filmy i które kiedyś były totalnie nierealne, a potem nagle są na wyciągnięcie ręki. Fajnie jest oglądać film z kosmicznymi krajobrazami Jordanii czy innego kraju i powiedzieć „spoko, byłem tam, strasznie gorąco, kawałek dalej w ruinach grobowca piliśmy herbatę z lokalnymi beduinami”. ACTIVmag: Za czym tęsknisz w czasie podróży? Adam Szostek: Za serem! Naprawdę, jak do tej pory w każdym kraju był jakiś dramat serowy, a tak naprawdę to za rodziną, znajomymi, własnym łóżkiem. ACTIVmag: Dotarłeś do Azji a teraz powiedz nam, co w  tym wszystkim najbardziej Ciebie zaciekawiło? Adam Szostek: Chyba sam fakt zrealizowania pomysłu – tego że wymyśliłem sobie, że chcę i mimo tego, że wiele razy słyszałem, że to bez sensu, ruszyliśmy i przez 8 miesięcy świetnie się bawiliśmy. Wśród najciekawszych momentów na pewno nauka buddyjskich mnichów jazdy na desce czy prze30 /ACTIVmag

jęcie na własność chińskiego muru. Ta pierwsza akcja miała miejsce w Nepalu, zwiedzałem jeden z  klasztorów z  deską przy plecaku gdy podszedł jeden z mnichów i powiedział łamanym angielskim, że główny lama chce spróbować jeździć, gdyż kiedyś widział to w  telewizji i  strasznie go to zainteresowało. Gdy tylko położyłem deskę, wskoczył na nią i od razu zaliczył glebę, na szczęście niegroźną. Później zaczęli próbować inni mnisi i tak spędziliśmy cały dzień, a przy okazji zostałem zaproszony na tradycyjną słoną herbatę z  mlekiem. Mogłem zostać na noc, lecz niestety musiałem wracać. Przejęcie chińskiego muru też było niezłe – chcąc zaoszczędzić jechaliśmy tam stopem z  Pekinu. Każdy kto się zatrzymywał żądał ok.100 dolarów, więc mówiliśmy że odpada. W końcu podszedł do nas koleżka i powiedział, że zabierze nas za darmo – na początku niechętnie, myśląc że to jakiś bardziej wyrafinowany naciągacz, ale wybraliśmy się z nim. W drodze powiedział, że ten odcinek muru na który chcemy jechać jest od roku niedostępny, lecz on zadzwoni gdzie trzeba i wpuszczą nas na jeden dzień. Byliśmy tam totalnie sami – mistrzostwo świata. ACTIVmag: Jak od strony logistycznej przygotowujesz się do podróży? Adam Szostek: Podobno jestem dość skrupulatny w tych sprawach. Po prostu lubię wiedzieć, że mam to co niezbędne i  przy okazji milion zbęd-


Adam Szostak - Longboard’em po Azji

nych rzeczy, które wyrzucam po drodze. Jeśli mam znajomych którzy byli wcześniej w miejscach do których planuję jechać to biorę od nich podstawowe informacje, jeśli nie to sprawdzam na forach i w przewodniku. Na miejscu to już różnie bywa – często spontanicznie wszystko wychodzi. ACTIVmag: Czy każdy może oddać się takiej pasji podróżowania? Koszta są z pewnością ogromne, Adam Szostek: Myślę, że każdy. To raczej kwestia oporu w głowie niż pieniędzy, czy doświadczenia. Po prostu trzeba chcieć i  tyle. Kiedyś trafiłem na cytat polskiego podróżnika Barta Pogody, szło to mniej więcej tak „W  ciągu 24 godzin możesz z Warszawy dostać się stopem do Istambułu, znaleźć się w Azji i przeżyć coś niesamowitego” - taka prawda. Czasem za cenę dobrej imprezy w weekend możesz znaleźć się w miejscu, które wydaje się strasznie odległe, więc w czym problem? ACTIVmag: Najśmieszniejsze i najdziwniejsze zdarzenia podczas podróży do Azji? Adam Szostek: Długo by opowiadać! Myślę, że najlepiej jakby zainteresowani moimi przygodami zajrzeli na bloga longandroll.blogspot.com i  poczytali. ACTIVmag: Największe niebezpieczeństwa? Adam Szostek: W  większości krajów Azji chyba nie jest bardziej niebezpiecznie niż u nas. Oczywiście jest podstawowe podróżnicze BHP, ale to takie standardy, o których pewnie każdy wie. ACTIVmag: Byłeś już w  wielu miejscach - gdzie planujesz wyjechać kolejnym razem?

Adam Szostek: Gdziekolwiek! Już rok siedzę w Polsce, trochę przebieram nogami by gdzieś ruszyć. Najbardziej chciałbym wrócić do Azji – po raz kolejny odwiedzić Malezję, którą jestem totalnie zajarany i  może jechać w  dół do Indonezji. Mam nadzieję, że niedługo uda się ten plan. ACTIVmag: Adamie, teraz chwila dla Ciebie, może masz jakieś ostatnie słowa na zakończenie wywiadu, którymi chciałbyś się z nami podzielić? Adam Szostek: Wypada wielu osobom podziękować – sam bym pewnie za wiele nie dokonał. Na pewno Agacie i  Jackowi, z  którymi zrobiliśmy ten ostatni trip, Croppowi za to że w nas uwierzył i sprawił, że coś co wydawało mi się szalonym marzeniem stało się ośmiomiesięczną życiową przygodą. Sponsorom deskowym (Bombboards, Hoax, Kahuna). Koniecznie rodzicom, za to że nigdy nie blokowali moich pomysłów, jakkolwiek dziwne by one nie były i  wszystkim, z  którymi miałem okazję dłużej lub krócej jechać po różnych miejscach w Azji i nie tylko. Do zobaczenia znów na trasie! ACTIVmag: Dziękujemy za wywiad ! Adam Szostek: Także dziękuję. Rozmawiał MARCIN KURZAWA

ACTIVmag/ 31


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

32 /ACTIVmag


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

Andrzej Kotysz Świat jest książką

ACTIVmag/ 33


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

ACTIVmag: Czym według Ciebie jest „podróżowanie”? Andrzej Kotysz: Podróżowanie to wciągająca i uzależniająca choroba, jak się już połknie tak zwanego „bakcyla”, to nie ma już drogi powrotnej. Po prostu nie da się z podróżowania wyleczyć. Planując podróż i wykupując bilety lotnicze do danego kraju, w tej samej chwili zaczynam myśleć już o kolejnej podróży. Tak samo jest teraz. Aktualnie wykupiłem bilety na styczeń do Afryki, a  dokładniej do Burkina Faso Wagadugu a niedawno zakupiłem bilety także do Nowego Jorku i to po super cenie, za jedynie 998 PLN w obie strony. ACTIVmag: Co jest najistotniejsze w  podróżowaniu? Andrzej Kotysz: Za każdym razem, gdy gdzieś wyjeżdżam zapominam o  wszystkich moich obowiązkach. Czuję się tak jakbym urodził się ponownie. Wszystko staje się beztroskie i  czuję wtedy, że naprawdę żyję. Dla mnie najistotniejsze w  podróżowaniu jest po prostu poznawanie tego pięknego Świata, który został zaprojektowany w  cudowny sposób przez Architekta Boga. Człowiek podróżując może poznawać starożytne cywilizacje, starożytne ruiny, góry, czy tropikalną przyrodę. Uwielbiam naturę i  uwielbiam z  nią obcować. Oczywiście bardzo istotnym jest też dla mnie, aby zrobić bardzo dobre zdjęcia podczas podróży, no i  oczywiście aby nikt nie ukradł mojego ukochanego aparatu a muszę przyznać, że mam obsesję na tym punkcie. Najbardziej objawy te nasiliły się, kiedy podróżowałem po Afryce, Ameryce Środkowej - te rejony świata nie należą do najbezpieczniejszych, ale jak mówi przysłowie „Do odważnych świat należy”. ACTIVmag: Jaki jest według Ciebie największy błąd jaki człowiek może popełnić podczas podróży? Andrzej Kotysz: Z pewnością trzeba uważać, aby nie zgubić paszportu, karty płatniczej, czy gotówki. Te trzy rzeczy zawsze trzeba mieć przy sobie i nigdy się z nimi nie rozstawać. Bardzo ważne jest to, aby te wszystkie dokumenty nosić w foliowym worku zamykanym automatycznie, szczególnie, gdy podróżuje się po krajach tropikalnych, w których występują monsuny deszczowe. ACTIVmag: W jaki sposób zaczęła się Twoja przygoda z podróżami? Andrzej Kotysz: Świat zacząłem odkrywać już jako małe dziecko. Jeździłem razem z  rodzicami, od których dostałem swój pierwszy aparat fotogra34 /ACTIVmag

ficzny - Kodak na film. W ten sposób zaczęła się moja przygoda fotograficzno - podróżnicza. Jako starszy chłopak odbyłem swoją pierwszą, samodzielną podróż na Węgry w roku 1999. Jechałem tam, aby zobaczyć pełne zaćmienie słońca i muszę przyznać, że było to niesamowite przeżycie także z  tego powodu, że jechałem tam autostopem a  następnie pociągiem. Zrozumiałem, że świat stoi przede mną otworem. Po tym wydarzeniu, zaplanowałem sobie na następny rok miesięczną podróż do Portugalii, która odbyła się także pociągami i autostopem. Od tamtego czasu, co roku staram się organizować swoją podróż w nieznane a im dalej tym lepiej. ACTIVmag: Jaka jest różnica między turystyką a podróżą? Czy są takie same? Jeśli nie, mogą one współistnieć? Andrzej Kotysz: Turystyka kojarzy mi się ze sportem, ekstremalnymi wyprawami oraz z  turystyką górską a podróżowanie łączy w sobie wszystko co możliwe. Podróżowanie to znacznie coś większego i bardziej głębszego dla ducha. Podróżując poznajemy kraj i wszystko co z nim związane. Zaczynając od tradycji, religii, obyczajów, kończąc na kuchni. Podróżujemy rożnymi środkami transportu, zwiedzamy zabytki archeologiczne, podróżujemy po górach, dżunglach, pływamy po morzach i oczywiście możemy to łączyć z turystyką i sportami extremalnymi. ACTIVmag: Czy jest jakaś rzecz, którą zawsze musisz mieć przy sobie podczas podróży? Andrzej Kotysz: Aparat fotograficzny jest bez wątpienia numerem jeden na mojej liście. Nigdzie się bez niego nie ruszam. Oczywiście zawsze biorę ze sobą pełne wyposażenie, tj. obiektywy, filtry, karty pamięci a bardzo ważnym jest także bank pamięci albo laptop, w  celu bieżącego robienia backup’u zdjęć a bywa czasami tak, że karty psują się od dużej wilgoci czy upału. Nie ma nic gorszego niż utrata zdjęć, gdyż są bezcenne. ACTIVmag: Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek podróżować samemu? Andrzej Kotysz: Raczej nie, jednakże bywały takie chwile jedynie na drobnych odcinkach. Samotnie pływałem po niektórych wyspach Tajlandii, czy podróżowałem wzdłuż riwiery Jukatanu w Meksyku. ACTIVmag: Czy podróż w pojedynkę może czegoś nauczyć? Jakie są korzyści oraz jakie jest ryzyko? Andrzej Kotysz: Podróż w pojedynkę może z pewnością nauczyć zaradności i otwartości. Myślę, że podróżując samemu poznajemy więcej ludzi, gdyż


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

siłą rzeczy stajemy się bardziej otwarci na kontakty międzyludzkie. Podróżując w grupie tej otwartości i zaradności już nie potrzebujemy w takim samym stopniu, ponieważ realizujemy się z naszymi współpodróżnikami. Korzyści są takie, że zdobywamy większe doświadczenie no i  przede wszystkim jesteśmy panami swojego losu. Jedziemy gdzie nam się podoba a ryzyko to mniejsze bezpieczeństwo. Podróżując w grupie jest bezpieczniej i łatwiej, ale poznajmy mniej ludzi i  zawsze musimy ustalać z naszymi partnerami plan podróży. ACTIVmag: Co najbardziej uwielbiasz w podróżowaniu? Andrzej Kotysz: Uwielbiam robić dobre zdjęcia a  największą radość mam w  momencie, kiedy widzę idealne kadry w  moim aparacie, kiedy każdy kolejny kadr jest lepszy od poprzedniego. Oczywiście wszystko spowodowane jest pięknym widokiem oraz idealnym światłem. Uwielbiam również kontakt z  tropikalną przyrodą, plażą oraz uwielbiam wygrzewać się w słońcu. ACTIVmag: Czego nie znosisz w podróżowaniu? Andrzej Kotysz: Do wszystkiego podchodzę z dużym dystansem, ale najbardziej to chyba nie lubię wydawać pieniędzy. Nie lubię niewygodnych środków transportu oraz niebezpiecznych miejsc.

Nie lubię niezorganizowanych ludzi. Uważam, że aby wyciągnąć z podroży jak najwięcej, gdy się ma ograniczony czas urlopem, organizacja podroży pozwala na wyciągniecie maksimum. Człowiek niezorganizowany traci na czasie. Oczywiście inna jest sytuacja, gdy nie ma ograniczenia czasowego i prowadzi nas los. ACTIVmag: Dowiadujesz się, że dostajesz bilet w jedną stronę do dowolnego miejsca na świecie... Gdzie chciałbyś się wybrać i dlaczego? Może jest takie miejsce do którego chciałbyś powrócić? Andrzej Kotysz: Moim największym marzeniem jest Polinezja Francuzka umiejscowiona na samym środku Pacyfiku. Znajdują się tam najpiękniejsze plaże, rajskie wyspy. Podróżując zawsze staram się wybierać nowe miejsce ponieważ uważam, że świat jest tak ogromny (a nie jak się mówi, że świat jest mały, według mnie niektóre przysłowia są po prostu głupie), że nie ma sensu powtarzać tych samych miejsc, gdyż czekają kolejne. Ja mam naturę odkrywcy, tak zwanego explorera. Oczywiście w pamięci zachowałem wiele miejsc, które zapierały dech w piersiach, jak np. piękne tropikalne plaże na Filipinach, wyspy w Tajlandii, dżungla na wyspie Tioman w Malezji. ACTIVmag: Tematem przewodnim naszego wyACTIVmag/ 35


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

36 /ACTIVmag


Andrzej Kotysz - Świat jest książką

wiadu jest Malezja, powiedz co Ciebie pozytywnie zaskoczyło i czy przydarzyła się Tobie nieprzyjemna sytuacja? Andrzej Kotysz: Podróż do Malezji to była jedna zwariowana wycieczka, którą będę pamiętał do końca życia i wspominał na starość. Jako stary dziadek będę opowiadać wnukom, o ile się ich doczekam, o tym jak dziadek pokonywał Malezję. Zaczęło się od Vietnamu Hanoi a po przylocie stwierdziliśmy, że lecimy do Malezji, bo pogoda w Vietnamie była beznadziejna jak u nas w listopadzie. Następnego dnia wylądowaliśmy w  tętniącym życiem słonecznym Quala Lumpur a nigdy nie zapomnę dziadka taksówkarza, który przyjechał po nas na lotnisko z hotelu, w którym zamówiliśmy nocleg. Zaparkował w taki sposób auto, że nie potrafił go później znaleźć. Szukanie zajęło mu prawie godzinę a głupio było go zostawić samego. Zwiedzając Quala Lumpur po wielu godzinach z  ciężkim sprzętem fotograficznym i  przy olbrzymiej wilgoci i  upale poczuliśmy zmęczenie. Zapragnęliśmy odprężenia, czegoś dla ciała i  dla zbolałego kręgosłupa. Trafiliśmy na „masaż”, który okazał się „hmmmmm”. Podczas masażu naglę słyszę „Sir two times 50 USD”, później cena już malała i nawet doszło do 10

USD, było to bardzo zabawne przeżycie, ale trochę też krępujące. Gdy odmówiłem, masaż się skończył a kolega obok miał identyczne przeżycia, tak więc hasło „Two Times” stało się naszym hasłem przewodnim. Cała Malezja mnie pozytywnie zaskoczyła zaczynając od kuchni, przez niesamowitą przyrodę, pola z herbatą Camerun Highlands i dziewiczą wyspą Tioman, gdzie nie ma dróg samochodowych a cała wyspa porośnięta jest bujną tropikalną przyrodą, wysokimi górami, wielkimi wodospadami i  pięknymi plażami. Niesamowicie mnie zaskoczyła wielokulturowość Malezji a  to chyba najbardziej zróżnicowany kulturowo oraz religijnie kraj, gdyż rozróżniamy tam Islam, Hinduizm, Katolicyzm, Buddyzm. Mieszkają tam ludzie z całego świata i co najważniejsze wszyscy żyją w całkowitej symbiozie. Kiedyś wydawało mi się, że Indie są najbardziej zróżnicowanym kulturowo miejscem, ale Malezja przebija jednak wszystko. ACTIVmag: Wymień pięć powodów dla których warto odwiedzić Malezję? Andrzej Kotysz: Po pierwsze masaż, ale oczywiście taki prawdziwy jak się trafi do salonu z prawdziwego zdarzenia, to już za 5 USD otrzymamy godzinny masaż i to w mistrzowskim wykonaniu. Po

ACTIVmag/ 37


Andrzej Kotysz - foto/Malezja

drugie przyroda - niesamowicie świeża i tropikalna. Po trzecie Pola Herbaty w Camerun Highlands. Po czwarte kuchnia a po piąte - piękne tropikalne wyspy, jak Penang, Langkawi, Tioman. ACTIVmag: Opowiedz o  kuchni... Jakie rarytasy miałeś okazję skosztować? Andrzej Kotysz: Skosztowałem wiele rarytasów, ale nie pamiętam wszystkich nazw. Ogólnie kuchnia Malezyjska to połączenie kuchni Chińskiej i  Tajskiej. Jest to zestaw różnych kombinacji kulinarnych, gdyż używa się dużej ilości curry, dodaje się trawy cytrynowej, mleczko kokosowe, papryczkę chilli - wszystko niesamowicie soczyste i świeże, nie wspominając już o  niesamowitych zapachach. Pamiętam kilka potraw, tj. kurczak po malezyjsku - wyczułem w nim imbir, kurkumę, papryczki chili, czosnek, trawę cytrynową, olej z  orzeszków ziemnych. Miałem okazję spróbować także kokosowego ryżu i zupy na bazie mleczka kokosowego z  dodatkiem trawy cytrynowej, drobiu, papryczki chilli i  wielu innych dodatków. Myślę, że najprościej będzie powiedzieć, że kuchnia jaką zastałem w Malezji jest ostro - słodka. ACTIVmag: Myślisz, że Malezja jest miejscem w którym mógłbyś zamieszkać? Andrzej Kotysz: Odpowiem krótko i  zdecydowanie... TAK! Zamieszkałbym z chęcią na wyspie Tioman. ACTIVmag: Podróże traktujesz bardziej jako tymczasowe odetchnięcie od polskiej rzeczywistości, czy po prostu jest to chęć odkrycia i doświadczenia czegoś nowego? Andrzej Kotysz: Podróże są dla mnie sposobem na życie. Podróżując oddycham pełną piersią i zapominam o polskiej, szarej przytoczonej rzeczywistości. Nabieram świeżego oddechu i  energii odkrywając świat.

38 /ACTIVmag

ACTIVmag: Oglądając Twoje zdjęcia można śmiało stwierdzić, że są czymś znacznie większym niż tylko uchwycenie chwili danej sytuacji, miejsca, czy wydarzenia... Ty nadajesz zdjęciom magii, co czyni je w moim odbiorze wyjątkowymi. Serdecznie dziękuję Tobie za wywiad i  życzę dużo szczęścia i pomyślności. Andrzej Kotysz: Dziękuję za miłe słowa. Jest to dla mnie naprawdę budujące, że są osoby, które potrafią zachwycić się moimi zdjęciami. Dziękuję Tobie także za wywiad! Rozmawiała EWELINA BRACA


Andrzej Kotysz - foto/Malezja

ACTIVmag/ 39


Marcin Oskiera

Podczas pierwszej zimowej edycji Baltic Games 2014 mieliśmy okazję przeprowadzić wywiad z profesjonalnym riderem BMX. Marcin Oskiera opowiedział o swoich planach na rok 2014, o byciu profesjonalnym riderem a także o swoich odczuciach dotyczących rozwoju sceny BMX w Polsce. Serdecznie zapraszamy do przeczytania wywiadu. ACTIVmag: Spośród tylu dostępnych rodzajów sportu zdecydowałeś się wspierać swoją osobą scenę BMX, co było ogniwem zapalnym? Marcin Oskiera: Początek mojej przygody z BMX nie jest nadzwyczajną historią. Zaczęło się od tego, że dwóch moich znajomych dostało rowery BMX a  ja od dziecka zawsze lubiłem jazdę na rowerze i zdarzało się dosyć często, że jeździłem na tylnym kole górala. Stwierdziłem wtedy, że także chciałbym być szczęśliwym posiadaczem BMX i  jeździć tak jak oni, gdyż BMX stworzony jest do robienia tricków. Po trzech miesiącach wybrałem się z moim tatą kupić mój pierwszy rower BMX. Wszystko ułożyło się w taki sposób, że zostałem przy tym spo40 /ACTIVmag

rcie do chwili obecnej. ACTIVmag: Myślałeś kiedyś o tym, czym byś się zajmował, gdybyś nigdy nie poszedł w stronę BMX? Marcin Oskiera: Szczerze? Trudno mi powiedzieć. Od zawsze byłem zafascynowany sportami, począwszy od piłki nożnej, chwilowo deskorolką, ale od zawsze ciągnęło mnie do jazdy na rowerze. Wiem jedno, z pewnością robiłbym coś podobnego do tego, co robię aktualnie, co pozwoliłoby mi realizować się w sporcie. ACTIVmag: Czy masz swoją ulubione miejsce do jazdy? Marcin Oskiera: Ulubionej miejscówki nie mam, ale bardzo lubię jeździć w  Białymstoku, Bydgosz-


Marcin Oskiera

ACTIVmag/ 41


Marcin Oskiera

czy, czy w moim lokalnym obiekcie w Milanówku na stadionie MILAN. ACTIVmag: Jak to jest być profesjonalnym riderem? Marcin Oskiera: Tak jak każdy człowiek, tak i  ja mam swoje obowiązki i plany, które realizuję na co dzień. Posiadam trochę więcej wolnego czasu, który mogę wykorzystać na jazdę na rowerze, przynajmniej kilka razy w tygodniu. Korzystając z okazji, zapraszam zainteresowanych do odwiedzenia mojej strony na fb www.facebook.com/oskierbmx oraz na instagramie @oskierbmx. ACTIVmag: Jesteś wspierany przez takie firmy jak Lando, AllDay, Bmxforever, Primobmx, Kinkbmx, co mógłbyś powiedzieć o współpracy? Marcin Oskiera: Jestem zadowolony ze współpracy ze sklepem allday.pl, bmxforever.pl oraz firmą Lando. Współpraca układa się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że wszystko będzie rozwijać się w jeszcze lepszym kierunku. Patrzę z optymizmem w przyszłość i jestem otwarty na realizację wspólnych projektów! ACTIVmag: Jak wygląda Twoje życie poza jazdą na rowerze? Co lubisz robić w wolnym czasie? Marcin Oskiera: Aktualnie zajmuję się uporządkowaniem spraw związanych z ukończeniem studiów i  odebraniem dyplomu. Pomijając jazdę na rowerze to bardzo lubię oglądać filmy, grać na komputerze oraz spotykać się ze znajomymi. ACTIVmag: Spędziłeś na rowerze większą część swojego życia, gdy patrzysz w przyszłość dalej widzisz siebie w tym środowisku? Marcin Oskiera: Zdecydowanie tak! Dzięki BMX poznałem masę fantastycznych osób z  różnych części kraju i  świata. Zwiedziłem dużo ciekawych miejsc. Mam nadzieję, że w przyszłości dalej będę mieć styczność z tym środowiskiem i odnajdę się, np. przy organizacji imprez czy czymś podobnym, chociaż w części związanym z BMX. ACTIVmag: Jak oceniasz rozwój i  jakie są Twoje prognozy przyszłościowe tego sportu a  przede wszystkim jak oceniasz nowe pokolenie riderów? Marcin Oskiera: Myślę, że scena BMX rozwija się niesamowicie szybko. Mam nadzieję, że w naszym kraju nadal będą powstawały dobre obiekty do jazdy, również te kryte. Co do młodego pokolenia riderów to jestem zaskoczony z jaką łatwością przychodzą im niektóre rzeczy. W  sumie nie ma co się dziwić. Młodzi riderzy będą mieli coraz lepsze warunki do jazdy, z pewnością będzie to u nich procentowało szybszym rozwojem ich umiejętności. 42 /ACTIVmag

ACTIVmag: Rok 2013 jest już za nami, a rok 2014 ma wiele do zaoferowania, czy postawiłeś sobie cele, które chciałbyś osiągnąć? Marcin Oskiera: Oczywiście, że tak! Mam już kilka konkretnych planów na ten rok. Głównym celem są zawody poza granicami naszego kraju. Na tym najbardziej chciałbym się skupić w  tym sezonie. Nie oznacza to jednak, że odpuszczę większe krajowe imprezy. ACTIVmag: Jaki jest Twój ulubiony/ najlepszy trick? A może jest jakiś trick, którego zawsze chciałeś się nauczyć, ale póki co jeszcze nie zadowalają Ciebie efekty końcowe? Marcin Oskiera: Moje ulubione tricki to Ice Peak, czy dobre 360 Table. Najlepsze wykonane to 36 Triple Barspin, czy Decade/Truck to Fj Whip. Zawsze chciałem nauczyć się Flary, ale jakoś nie przywiązuje do tego wystarczająco dużej uwagi oraz zawzięcia w nauce. Pewnie to jest główna przyczyna, dlaczego ciągle jej nie umiem! ACTIVmag: Kto miał największy wpływ na to kim jest Marcin Oskiera? Marcin Oskiera: Największy wpływ na to kim jestem mieli moi rodzice. Oprócz nich, także środowisko najbliższych znajomych z  rowerowej okolicznej „paczki”, z którymi utrzymuję kontakt do tej pory. ACTIVmag: Zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Chciałbyś kogoś pozdrowić albo podzielić się refleksją z naszymi czytelnikami? Marcin Oskiera: Chciałbym pozdrowić moich rodziców, siostrę, najbliższych znajomych, którzy mnie wspierają i pomagają oraz moich sponsorów! Gdyby nie ich pomoc, trudno byłoby mi osiągnąć dotychczasowe sukcesy. Jestem im za to wdzięczny! ACTIVmag: Dziękuję bardzo za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów! Marcin Oskiera: Dziękuję za wywiad! Rozmawiała EWELINA BRACA


Marcin Oskiera

ACTIVmag/ 43


Klaudia Krause

(NIE)SZARE MIRAŻE, czyli jak kolorować świat Klaudia Krause Beztroskie podróżowanie - właśnie te dwa słowa idealnie opisują nasz wyjazd. Postanowiliśmy odrzucić wszelkie organizowane wyjazdy, wybraliśmy się tylko i wyłącznie na własną rękę, zdani sami na siebie, bez żadnych zobowiązań, z dwoma bagażami podręcznymi zapakowanymi po brzegi przede wszystkim naszym wielkim podekscytowaniem. Żeby zażyć po trochu każdej wakacyjnej przyjemności zdecydowaliśmy się na słoneczną Majorkę, romantyczny Paryż oraz niezwykle urokliwy Rzym, o czym ostatecznie zdecydowały tanie połączenia lotnicze (ok. 650 zł/os.). Plaża i drink w niecodziennej odsłonie Wiemy, że Majorka do najtańszych miejsc nie należy, ale nam za niewielkie pieniądze udało się zobaczyć tą hiszpańską wyspę w całej okazałości. 27 września około północy wylądowaliśmy na lotnisku Palma de Mallorca i padło wielce oczekiwane pytanie: „co dalej?”. Żadnych konkretnych planów, dwa plecaki i  dwie uśmiechnięte, żądne przygód twarze. Stanowczo odrzuciliśmy opcje hotelowe i  jednogłośnie stwierdziliśmy, że przez te cztery niepełne dni zwiedzimy chociaż większą część wyspy. Od samego początku szczęście nam sprzyjało. Na przystanku autobusowym spotkaliśmy Polkę, która pokierowała nas do El Arenal – jednego z  głównych kurortów wyspy. Dojechaliśmy na miejsce i pierwsze kroki skierowaliśmy na reklamowaną przez większość przewodników piaszczystą plażę. Zapadła noc, na niebie błyszczało tysiące gwiazd, a  odpowiednia temperatura oraz dźwięk wyrzucanych przez morze fal sprawiły, że poczułam się niczym Piotruś Pan w  swoim własnym cudownym świecie. Jednak nadal wielką niewiadomą pozostawała kwestia noclegu. Szukaliśmy wszędzie, lecz w gruncie rzeczy nie znaleźliśmy nic poza jedyną otwartą knajpką (było praktycznie po sezonie). Po chwili okazało się, że znajdujemy się w centrum hiszpańskiego karaoke, a właścicielami lokalu są nasi rodacy. Właściciel pokazał nam na mapie wszystkie ciekawsze miejsca i obowiązkowo wręczył po kieliszku „wściekłego psa” nazywanym 44 /ACTIVmag

przez miejscowych „teraz Polska”. Robiło się jasno, więc postanowiliśmy, że spędzimy te parę godzin na lokalnej plaży. Skoro świt udaliśmy się do centrum, aby wypożyczyć samochód. Jak się okazało, nie było to takie proste. Jednym z głównych powodów był brak docelowego miejsca zakwaterowania, a  drugim brak karty kredytowej, którą trzeba było okazać na miejscu. Podstawowa rada – przed wyjazdem warto zarezerwować samochód online. Po długich poszukiwaniach, bez zbędnych formalności, znaleźliśmy w  Palmie białą Aflę 147 (90euro/3dni), która służyła nam niezawodnie do końca podróży. W poszukiwaniu tożsamości wyspy Pierwszym punktem wycieczki była Valldemossa. Moim zdaniem najbardziej urokliwe miasteczko na Majorce, a  dla Polaków szczególnie bliskie ze względu na osobę Chopina. Miejsce to urzekało swoimi krętymi, kamiennymi uliczkami, szczególnie po zmierzchu w  świetle wieczornych latarni. Po kolacji, czyli pysznej hiszpańskiej paelli, udaliśmy się na północ do Soller, po drodze przejeżdżając przez Deie - miasteczko Roberta Gravesa ze specyficzną senną atmosferą, tak różną od tej w Palmie czy Arenal. Zaczynało się ściemniać, więc kolejną noc postanowiliśmy spędzić w  Soller, typowym miasteczku Majorki. Plac Constitucio i górujący nad nim neogotycki kościół St. Bartomeu sprawiały niesamowite wrażenie, a  domy z  finezyjnymi drzwiami i okiennicami dodawały miejscu niepowtarzalnego uroku. Po krótkim zwiedzaniu obowiązkowo zaliczyliśmy przejażdżkę słynnym tramwajem z  centrum do Port de Soller, skąd wąską asfaltową drogą udaliśmy się w  kierunku punktu widokowego. Widok zelektryzował nasze spojrzenia – morze widoczne w  całej krasie otaczały dosłownie wyrastające z niego klify Cap Gros. Czas naglił, ponieważ za miejsce docelowe tego dnia postawiliśmy sobie przylądek Formentor. Po drodze postanowiliśmy odwiedzić jeszcze polecaną przez tubylców, Sa Calobre. Trzymając mapę w  ręku odległość wydawała się znikoma, lecz tak


(NIE)SZARE MIRAŻE, czyli jak kolorować świat

krętych dróg na odcinku 9 km nie widziałam jeszcze nigdy. Już sama trasa wywoływała szybsze bicie serca. „Krótka” podróż przerodziła się w 1,5 godzinną wycieczkę, ale nie żałujemy ani minuty. Skały, przepaście, wieczne słońce, błękitne niebo i  lazurowe morze to wszystko towarzyszyło nam podczas podróży po wyspie. Droga na przylądek Formentor biegła przez zalesione wąskie serpentyny położone wysoko nad powierzchnią morza i  kończyła na skalistym cyplu z  obłędnym widokiem na wyrastające z morza ciemne klify. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc wypadało pomyśleć o noclegu. Obraliśmy kierunek na Alcudie, a skaliste klify porośnięte karłowatą roślinnością zaczęły przeobrażać się w  równiny. Kiedy dotarliśmy na miejsce, miasto tętniło życiem. Naszą uwagę zwrócił wielki targ rozstawiony przy porcie, na którym można było kupić najrozmaitsze towary, poczynając od wszelkiego rodzaju oliwek a kończąc na doskonałych podróbkach Beats’ów. Typowy portowo-wakacyjny klimat, mnóstwo palm, zapach świeżych owoców morza i nieco chłodniejsza bryza, to wszystko otoczone urokliwymi knajpkami dawało wrażenie nieosiągalnego wymiaru. Nocleg znaleźliśmy bez problemu w pobliżu portu. Ostatni dzień naszej przygody na Majorce postanowiliśmy spędzić na odpoczynku, opalając się w  promieniach hiszpańskiego słońca. Śniadanie zjedliśmy w Colonia de Sant Pere, po czym udaliśmy się na południe odwiedzając po drodze niepowtarzalne plaże wschodniego wybrzeża Majorki. Naszą uwagę szczególnie zwróciła Cala Murada, ponieważ dojazd do niej nie był prosty, urzekała spokojem i przyzwoicie dziką naturą. Przed wyjazdem postanowiliśmy zobaczyć jeszcze absolutny hit Majorki, plażę Es Trenc położoną na samym południu wyspy. Wjazd na plażę wiódł przez wąską polną drogę i  kończył się na parkingu, kilka kroków przez wydmy… i  oto ona! Można by rzec, raj na ziemi, widok istnie z pocztówek, krystalicznie czysta woda wpadająca na ponad dwukilometrową plażę pełną jasnego, kwarcowego piasku. Mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ niekorzystne warunki atmosferyczne potrafią całkowicie zlikwidować urok tego miejsca. Tak więc, nieopodal Coloni de Sant Jordi spędziliśmy nasze ostatnie hiszpańskie popołudnie. W  jednej z  portowych restauracji zjedliśmy kolację i  wspominaliśmy swój intensywny pobyt przy lampce schłodzonej Sangrii. Późnym wieczorem udaliśmy się do Palmy, gdzie kilka dni temu rozpoczynaliśmy swoją podróż. Tam też spędzi-

liśmy ostatni nocleg, bowiem następnego dnia w okolicach południa czekał już na nas samolot do europejskiej stolicy kultury – Paryża. Jest magia! Około 14. wylądowaliśmy na francuskim Beauvais i  stamtąd udaliśmy się do centrum specjalnie podstawionym autobusem. W  moich wyobrażeniach Paryż zawsze był magicznym miastem lat 60. Urocze kawiarnie, budowle, artyści, muzycy, berety… i całe mnóstwo kotów. Taki obraz, sprzed paru dekad udało nam się zobaczyć w dzielnicy, która zdecydowanie zachowała swój dawny charakter. Pozwoliliśmy cofnąć się fantazji do dawnych czasów spacerując bulwarem Montparnasse. Magicznego charakteru nadawały temu miejscu słynne kawiarnie i restauracje jak: La Cupole czy La Rotonde, które mieniły się w rubinowym blasku. W takim nastroju udaliśmy się pod wieżę Eiffla. Ten symbol, znany prawdopodobnie wszystkim na całym świecie, nie zawiódł naszych oczekiwań. Obserwacja oświetlonej wieży nocą u boku ukochanego mężczyzny to rzecz, o  której marzy pewnie każda kobieta. Miejsce wręcz ocieka romantyzmem, a  odpoczynek wśród zieleni na polu Marsowym należy do tych momentów, które zostają w pamięci na zawsze. Wielkim zaskoczeniem okazała się tu obecność szczurów, które spacerowały sobie przy śmietnikach niczym modelki na wybiegu. Dama z  żelaza robi największe wrażenie, gdy o  każdej równej godzinie migocze nocą dobrych parę minut. Oczarowana blaskiem tysiąca błyszczących światełek czułam się jak w paryskim śnie, z którego nigdy nie chciałabym się budzić. Tak spędziliśmy pierwszy dzień, a w zasadzie noc, która urzekła nas swoim zjawiskowym klimatem. Gorąco polecamy studencki Paris Aloha Hostel z  bardzo dobrą komunikacją i niezwykle przystępną ceną (2 os. pokój ze śniadaniem/50 euro). Nazajutrz pierwsze kroki skierowaliśmy na Plac Pigalle, gdzie poszukiwaliśmy słynnych „kasztanów”. Przepyszna kawa z croissantem w  kawiarni naprzeciwko Moulin Rouge sprawiła, że utonęłam w  myślach, które skupiły uwagę wyłącznie na odtańczeniu kankana w  mojej głowie. Następnym punktem naszej wyprawy była gotycka katedra, gdzie swego czasu przybywał najsłynniejszy na świecie dzwonnik. Pod Notre Dame gwarno, tłumnie i  wielonarodowościowo. Maszerując dalej natrafiliśmy na najdłuższą chyba księgarnię świata. Liczne czasopisma, grafiki, plakaty sprawiają, że ze zwykłych straganów tworzy ACTIVmag/ 45


Klaudia Krause

się miejsce kultowe z nutką wszechobecnej magii kolekcjonerstwa. Dalej trafiliśmy do jednego z największych muzeów na świecie. Jako, że w ciągu jednego popołudnia mieliśmy zobaczyć Paryż w  pigułce, wejście do Luwru byłoby niemałą katastrofą. Z Luwru długi spacer przez Pola Elizejskie do Łuku Triumfalnego i jeszcze obowiązkowa przechadzka nad Sekwaną, która w 100 % odzwierciedla klimat miasta. Do odlotu mieliśmy jeszcze chwilę czasu, więc rozkoszowaliśmy się widokiem Paryża przy butelce wina, zajadając się francuskim camembertem. Czas dobiegał końca, a na nas czekały już starożytne ruiny Wiecznego Miasta. Wszystkie drogi prowadzą do… W Rzymie wylądowaliśmy koło północy. Na szczęście tutaj, po raz pierwszy, nocleg mieliśmy już zapewniony. Mieszkaliśmy u  ojców Chrystusowców w północno-zachodniej części miasta – znakomita baza wypadowa. Swoją przygodę z  Rzymem rozpoczęliśmy od Watykanu. Widok z kopuły Bazyliki św. Piotra ukazuje miasto w  pełnej krasie, urzeka i  zaraża niepowtarzalną energią. Rzym zdecydowanie nie należy do miast, które trzeba zwiedzać trzymając się konkretnego planu, był więc doskonałym zwieńczeniem naszego wypadu. Z  Placu św. Piotra trafiliśmy na Plac Navona. Tutaj, jak nigdzie indziej, można czerpać radość ze zwykłych przyjemności. Czas przy słynnej piosence „Volare”, granej przez miejscowych muzyków, zatrzymał się w miejscu. W Rzymie najlepiej się zgubić i chłonąć jego nastrój… bo i tak, prędzej czy później, dotrze się do słynnych zabytków. I  tak też trafiliśmy do Panteonu, fontanny di Trevi i  Placu Weneckiego z  najokazalszą budowlą w  Rzymie – Ołtarzem Ojczyzny. Nieco strudzeni postanowiliśmy zasmakować naszej ulubionej włoskiej kuchni. Wybraliśmy się więc na Zatybrze, które rozkwita szczególnie nocą. Wszędzie czuć zapach czosnku, świeżych pomidorów, jest gwarno i tłumnie, a przy tym doskonale można zregenerować siły. Po kolacji obraliśmy kierunek na Plac Hiszpański, który podobnie jak Zatybrze po zmierzchu zaczyna żyć własnym życiem. Zdecydowanie udzielił nam się nocny klimat i  na słynnych Hiszpańskich Schodach spędziliśmy resztę wieczoru. Według legendy należy pamiętać, by na nich nie jeść, bo podobno przynosi to pecha… piliśmy więc przepyszne Moscato ;). W ostatni dzień naszej podróży postanowiliśmy zaszaleć i  wypożyczyliśmy Vespę. Poczuliśmy się jak rodowici mieszkańcy, jednym słowem - spraw46 /ACTIVmag

ny klakson to niezbędna rzecz na włoskich ulicach. Obowiązkowo zwiedziliśmy jeszcze starożytne perełki: Koloseum, Forum Romanum i Kapitol. Można powiedzieć, że zjeździliśmy Rzym wzdłuż i wszerz. Jedno jest pewne, to miasto można odkrywać wielokrotnie i na wiele sposobów. Podróżujcie! Wspólne podróżowanie okazało się podwójną przyjemnością, wyprawa spełniła oczekiwania i na pewno na niej nie poprzestaniemy.


(NIE)SZARE MIRAŻE, czyli jak kolorować świat

ACTIVmag/ 47


KULTURA

Agata Zweig – Zamiast wstępu

ZAMIAST WSTĘPU Agata Zweig

Prawdziwego mężczyznę można poznać po tym jak kończy a nie zaczyna. Te słowa zagościły w zbiorowej świadomości polaków ładnych parę lat temu i – jak się okazuje – nie straciły na ważności. Tylko jak taki mężczyzna do siebie zachęca, skoro najlepsze ma do pokazania na samym końcu? Na szczęście nie mi przyjdzie odpowiedzieć na to pytanie. Chcę jednak zauważyć, że istnieje problem: jak sprawić by chciało się znać zakończenie na przykład książki? Znam osobę, która przed otwarciem tejże na stronie tytułowej, zerka na koniec i wówczas dopiero decyduje, czy ją przeczyta czy nie. Dla mnie to pogwałcenie natury rasowego czytelnika. Gdzie wszystkie niespodzianki, elementy zaskoczenia, próby odgadnięcia i  dywagacje? Skoro jednak odrzucam ten sposób sprawdzenia czy książka jest dobra czy niedobra a  nie potrafię jednocześnie zdać się na często zbyt drobiazgowe w  krytyce zdania zawodowych recenzentów, skazana jestem na samotne poszukiwania w  gąszczu – kulejącego? Skądże! - rynku wydawniczego i  o  dziwo... zwycięsko wychodzę z  walki o  wyśmienicie spędzone kilkanaście godzin! Niejednokrotnie o pomoc proszę nie szukającego dziury w  całym krytyka a tego, któremu płacą za zareklamowanie książki. Co więcej, ta reklama często jest wartością samą w  sobie. No dobrze, uchylę rąbka tajemnicy – uwielbiam czytać wstępy do książek. Największy rarytas to wstęp innego, zasłużonego kolegi po fachu, bądź akademika – miłośnika danego pisarza lub zainteresowanego problematyką zawartą w  książce. Ci to potrafią czarować. Fakt, nie zawsze, ale... kilka razy zdarzyło mi się, że wstęp był lepszy od książki! A zazwyczaj był tak samo dobry jak ona. Nasuwa mi się pytanie czy istnieje jakiś koniecznie subiektywny! - zbiór złożony ze wstępów? Jeśli nie, to czemu nie zlecić by jakiemuś niespełnionemu pisarzowi a  zarazem czytelnikowi (myślę jedno z drugim idzie w parze! Byle nie drugie z pierwszym! Co by to było? Choć z drugiej strony czym więcej piszemy, tym lepiej się

48 /ACTIVmag

mamy. Niech zatem w tym przydługim ustępie od tekstu właściwego zagości złota myśl: czytelnicy do piór!) stworzenie takiegoż? Bliskim mej myśli, ale nie gryzipiórkiem, tylko PRAWDZIWYM MISTRZEM był Stanisław Lem. Ten oto zebrał obok fikcyjnych recenzji, wstępy do nieistniejących książek. Oczywiście nie ku przyjemności czytelników – a  który z  nich wejdzie ze mną w  polemikę, że jej nie osiągnął?! - a w manifeście, by obok dzieł wielkich istniały kolejne wielkie, a nie mierne! Wracając do wstępów książek tych istniejących, sądzę że są one świetnym materiałem dla ludzi, którzy dużo czytają, a będąc zobowiązanymi czytać więcej, mogą sobie pozwolić na ekstrawagancję przeczytania samego wstępu. Proszę się nie obrażać, molu książkowy! Czy nie zdarzyło Ci się rozmawiać o książce, której nie czytałeś? Idę o zakład, że tak! A skoro już, to może pofatygowałbyś się zaczerpnąć kilkustronicowej informacji, ba! opowieści o niej? Nie ma chyba większej presji, niż zachęcanie do przeczytania książki, bo a  nóż osiągnie się skutek odwrotny! W  ramach ćwiczenia i idącej za nią refleksji zachęcam do napisania do szuflady wstępu do ulubionej książki. A  potem nadesłaniem jej do redakcji rankingu swych ulubionych wstępów. Już widzę nowy dział w gazecie! Pomożecie?


Jakub Budzyński – WWW.LUBIE-TO?

WWW.LUBIE-TO? Jakub Budzyński

Veni Vidi Vici. Tymi słowami Juliusz Cezar skwitował jedno ze swoich najwspanialszych i błyskawicznych zarazem militarnych zwycięstw. Sir Tim Berners Lee będący autorem przełomowego wynalazku pod tytułem World Wide Web, mógłby dziś na swoim Twitterze napisać „VVeni VVidi VVici”. Trzydzieści lat temu zapoczątkował bezkrwawy podbój cywilizacji, ponieważ wpadł na genialny pomysł. Sposób zapisu informacji, zawartych w  ówczesnych sieciach wewnętrznej wymiany danych przekształcił w taki sposób, by nadawały się do skopiowania i przesłania do innego komputera w postaci odnośnika, czyli popularnego dziś linku. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W  połowie lat osiemdziesiątych powstała pierwsza społeczność internetowa „The Well”. Sprowadzała się głównie do forum dyskusyjnego, ale to był prawdziwy przełom, bo dzięki sieci World Wide Web internet stał się dostępny dla przeciętnego Smiths`a. Kowalski musiał zaczekać jeszcze kilka lat. Od tamtego czasu zmieniło się wszystko poza zasadą działania oraz, co oczywiste, technologią dostępu do sieci. O ile na początku stanowiła ona miejsce dyskusji i  praktyczne narzędzie wymiany danych dla osób, które wiedziały jak się do niej dostać, o tyle dziś jest platformą handlu o niewyobrażalnej skali obrotów. Ponadto stanowi bezcenną bazę danych, również tych najbardziej wrażliwych, które nota bene zamieszczamy w  niej na własne życzenie, czasem wręcz lekkomyślnie. W  połowie lat dziewięćdziesiątych do tych wniosków doszedł Bill Gates. W  systemie operacyjnym Windows 95, który odniósł nadzwyczajny sukces komercyjny, umieścił przeglądarkę Internet Explorer. Odtąd Microsoft decydował, które treści będą najchętniej przeglądane przez setki milionów osób na całej kuli ziemskiej. Jeszcze wtedy sieć WWW oraz internet, będący narzędziem do jej eksploracji, nie podlegały żadnym obostrzeniom prawnym, a  polityka trzymała się z daleka od cywilnej części wirtualnego świata. Nie trzeba było czekać długo na zmianę tego stanu rzeczy. Microsoft posądzono o  praktyki monopolistyczne i  wkrótce zmuszono sądownie do zapłaty gigantycznych kar finanso-

wych. Rządy wielu państw zaczęły prawnie regulować działanie sieci, ale przede wszystkim stała się ona jednocześnie obiektem i narzędziem wielkiej inwigilacji i cenzury. Pierwszy raz jej potencjał gospodarczy dostrzeżono w  końcówce dwudziestego wieku, gdy w  skali roku liczba użytkowników sieci wzrastała o  2500%, by dziś wynieść około 2 miliardów osób. Jak grzyby po deszczu powstawały nowe witryny, których wartość wyceniano w zależności od liczby ich odsłon. Chyba po raz pierwszy w historii tak ogromne pieniądze wyrażały tak znikomą, realną wartość inwestycji. W  2000 roku doszło do krachu na giełdach światowych, w wyniku którego w ciągu kilku dni z rynków wyparowały 4 miliardy dolarów. Załamanie na rynkach spowodowało chwilowe ochłodzenie relacji biznesu z siecią, ale nie trwało ono zbyt długo. Głównym powodem tak silnych związków WWW z  handlem jest wygoda użytkowania oraz potencjał reklamowy, jakiego nie posiada żadna kampania, przeprowadzana w tzw. „realu”. Jeszcze przed krachem giełdowym zdali sobie z tego sprawę twórcy Google, którzy dzięki śledzeniu haseł wpisywanych przez nas do przeglądarki stworzyli mechanizm, dopasowujący reklamy wyświetlane w sąsiedztwie wyników wyszukiwania do interesujących nas treści. Tym sposobem Google stało się największym przedsiębiorstwem świata, utrzymującym się jedynie z prowizji za pośrednictwo w zdobywaniu klienta. Do kolejnego szturmu sieci WWW doszło w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. Zakupy przez internet stały się do tego czasu normą, a  w  każdym razie nie dziwiły już tak bardzo, jak kilka lat wcześniej. Powstało jednak wiele serwisów, zwiększających jeszcze bardziej atrakcyjność i  funkcjonalność sieci. You Tube, który oferował umieszczanie krótkich filmów na swoich serwerach każdemu, kto miał na to ochotę, rozpoczynał działalność w 2005 roku bardzo niewinnie i skromnie. Jego potencjał dostrzegł biznes fonograficzny. Dziś popularny „YT” wypiera telewizyjne stacje muzyczne, a  sukces komercyjny współczesnych artystów utożsamiany jest z  liczbą odsłon w  tym ACTIVmag/ 49


Jakub Budzyński

serwisie, która przekłada się na realne pieniądze, płynące z reklam, poprzedzających wyświetlenie klipu. You Tube to tylko jeden z  wielu tego typu serwisów. Sprzedaż płyt to dziś margines działalności artystycznej. Prawdziwą burzę wywołał Facebook. Jego historia stanowi najlepszy przykład wykorzystania ludzkiej skłonności do plotek, ciekawości życia innych, ale też próżności i chęci zdobycia uznania. Czy to, że właśnie piję poranną herbatę jest aż tak ważne dla mnie i  setek innych osób, że dzielę się z  nimi tą wiadomością? Okazuje się, że tak. To już nikogo nie dziwi, ale mogłoby zdziwić, że poza ludźmi z  listy znajomych, o  mojej porannej herbacie dowiedziały się najróżniejsze bazy danych, włączając w  to te najmniej przez nas pożądane. Warto pamiętać, że nie każdy nasz „znajomy” poznałby nas na ulicy. W 2009 roku Burger King przeprowadził interesujący eksperyment. Zaoferował darmowego burgera każdemu, kto usunie ze swojej listy kontaktów na FB przynajmniej dziesięć osób. Efekt był piorunujący. Reklama tej akcji docierała do jej odbiorców oczywiście za pośrednictwem Facebook`a. Pomyślcie, co by się działo, gdyby General Motors zaoferował darmowy samochód za kompletne wyczyszczenie listy? Jednak z drugiej strony to dzięki temu serwisowi syty i zadowolony zachód na bieżąco oglądał przerażające sceny z przewrotów w krajach arabskich czy niedawne wydarzenia w Syrii. Prawda na temat serwisów społecznościowych leży zatem gdzieś po środku czyli tam, gdzie zawsze. Prognozowanie kierunku i  skali rozwoju sieci dla nas jest zgadywanką, a  dla naszych potomków będzie zabawną lekturą. Będzie się ją czytało lub oglądało tak, jak dziś oglądamy filmy o  podboju kosmosu i  komputeryzacji z  lat pięćdziesiątych, a  nawet siedemdziesiątych. Sceptycy i  pesymiści narzekają na sieć z  powodu jej ekspansywności. Dzieci spędzające całe dnie przed monitorem,

50 /ACTIVmag

nie zażywające ruchu na świeżym powietrzu, nie kontaktujące się z otoczeniem w  tradycyjny sposób – to ulubione argumenty malkontentów, którzy oglądają medal tylko z jednej strony. Gdyby go obrócili, dostrzegliby niewiarygodnie łatwy dostęp do co raz bardziej rzetelnej informacji, a  nawet wiedzy. Zauważyliby pewnie oszczędność czasu, pieniędzy albo... papieru. Myślę, że ponad sto lat temu łatwo można było przewidywać, że ludzie przestaną chodzić, skoro powstał pojazd silnikowy, jest transport publiczny, a do znajomej z innej części miasta lub kraju można po prostu zadzwonić. Jednak sto lat później wciąż chodzimy, jeździmy na rowerze, biegamy co raz chętniej i odwiedzamy siebie nawzajem. Cybernetyczny przewrót wciąż trwa, a  my właśnie jesteśmy na etapie wielkiego zachłyśnięcia możliwościami, jakie nam przyniósł. Śmiem twierdzić, że za kilka dekad sieć, niezależnie od jej formy, wrośnie w naszą codzienność jak prąd elektryczny, a jej brak będzie tak samo uciążliwy, jak brak lodówki.


WWW.LUBIE-TO?

Photo by www.foto.m.forsal.pl

ACTIVmag/ 51


Malwina Lis

„Wirtualna rewolucja – Wyrównanie szans?” Malwina Lis

Internet. „Sieć sieci”. Na pozór niezwykle demokratyczna platforma umożliwiająca zdolność wypowiedzi każdemu, kto ma do niej dostęp. Szacuje się, iż ¼ populacji ludzkiej korzysta z dobrodziejstw Internetu - wirtualnej przestrzeni, która dostarczyła głosu zarówno siłom tolerancji, jak i  siłom nienawiści. Żyjemy w  czasach niezwykle ekscytujących, przede wszystkim dlatego, że współcześnie wszystko podlega ciągłej zmianie. Bezkompromisowo pędzi do przodu. Zjawisko to dotyka również sieci, która jest praktycznie nieograniczona, która nieustannie zmienia swoje oblicze, i  która wciąż wyznacza nowe cele. Czy jednak kiedykolwiek, korzystając z przywilejów udostępnianych przez globalną sieć, zastanawialiśmy się, co kierowało jej twórcami? Jakie szlachetne ideały były podwaliną powstania wynalazku, którego istotę porównuje się, jedynie do wynalezienia druku przez Gutenberga w 1450 roku? Początki sieci określa się na wczesne lat sześćdziesiąte dwudziestego wieku, kiedy to poprzez sieć telefoniczną, połączono ze sobą amerykańskie komputery wojskowe i uniwersyteckie. Z kolei w roku 1965 narodził się e-mail. Ogólnie - sieć to wszelkie dane, odnośniki, witryny – udostępniane poprzez techniczną infrastrukturę, jaką jest Internet. Jednak by powstała sieć taka, jaką znamy w  dzisiejszej postaci, potrzebny był język, który połączyłby wszystkie informacje przechowywane na całym świecie. Niepodważalną rolę odegrał tu Times Berners-Lee – twórca globalnej sieci, twórca jakże nam znanych, stron WWW. Berners-Lee, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pracując w zespole naukowców, pracujących nad rozbiciem atomów, zauważył, iż praktycznie niemożliwością jest przeniesienie informacji z  jednego komputera na inną jednostkę. W znaczny sposób spowalniało to pracę zespołu naukowego, przez co w  1989 roku, T. Berners-Lee rozpoczął pracę nad projektem „O  zarządzaniu informacji”. Projekt ten odniósł sukces, i doprowadził do powsta52 /ACTIVmag

nia pierwszej strony WWW. W roku 1991 w Serne, ruszyła pierwsza strona internetowa. System, który stworzył Berners-Lee, zapoczątkował całkiem nowy świat, nowy sposób na łączenie ludzi. Jego system stał się uniwersalną metodą wymiany danych, informacji w komputerach. Niezwykle istotne jest również to, iż Berners-Lee - twórca globalnej sieci, bezinteresownie oddał ją do użytku dla mas, dla całego świata. Nie wyciągnął z  tego żadnych korzyści finansowych, gdyż uważał, że jego wynalazek powinien służyć ludziom. W ten właśnie sposób, rozpoczął trwający do dziś proces przemian społecznych i kulturowych. Sieć to przestrzeń, z  której teoretycznie każdy korzysta na równych zasadach. Zasada równości w  głównej mierze opierała swe założenie na tym, iż w  sieci występuje brak jakichkolwiek rządów, narzucających swoje prawa innym użytkownikom. Nie istnieje nic, w rodzaju pozwolenia do wejścia na stronę, czy w stworzeniu przez nas nowej. Nie istnieje jeden, centralny ośrodek, który miałby wszystko pod kontrolą. Sieć została skonstruowana tak, by skutecznie opierać się władzy. Nie narzuca nam żadnych ograniczeń. Na tym polega jej równość. Możemy wyróżnić dwie metody, kierunki zawierające się w  istocie istnienia sieci. Pierwsza idea mówiła o tym, iż sieć powinna służyć przede wszystkim równości, wspólnemu tworzeniu i  rozbudowywaniu otwartego oprogramowania, wymianie pomysłów i ich udoskonalaniu, ale przede wszystkim, sieć miała służyć wolności przepływu informacji. To idea rodem z  początku hippisowskich lat 70-tych. Drugi kierunek, to droga objęta przez Billa Gatesa i Microsoft, droga ukierunkowana wyłącznie na zysk. Przed wynalezieniem sieci WWW., Internetem administrowała, zarządzała służba publiczna. Teraz może się to wydawać niepojęte, ale wszelka działalność biznesowa była zabroniona. Zmieniło się to wraz z  wprowadzeniem na rynek przeglądarki InternetExplorer, w roku 1995. Zapoczątkowało to


Wirtualna rewolucja – Wyrównanie szans?

powstanie płatnych witryn. Zaczęły mieć miejsca biznesowe nadużycia. W roku 1999, student Shawn Fanning stworzył Napstera – pierwszy program do ściągania muzyki, który zapoczątkował erę piractwa komputerowego. W ten sposób sieć podważyła idee istniejące w społeczeństwie od stuleci: idee własności i praw autorskich. Proces piractwa – to proces, który wyrwał się spod kontroli. Prawdopodobnie miną lata zanim uda się zapobiec nielegalnemu ściąganiu treści muzycznych, utworów oraz oprogramowań przez użytkowników na całym świecie. Sieć, której zadaniem było umożliwienie nieograniczonego dostępu do informacji, pełnej swobody użytkowników doprowadziła do całkowitego przeciwieństwa. W Internecie najbardziej liczy się pięć serwisów: Wikipedia - nieograniczony dostęp do wiedzy; Google – przeglądarka internetowa; Facebook – międzynarodowy portal społecznościowy; Ebay – sklep internetowy, oraz Amazon – „księgarnia”. Jest to rynek niesamowicie zmonopolizowany. W  świecie rzeczywistym istnieje konkurencja. Pepsi konkuruje z Colą, a Honda z Toyotą, to zjawisko całkowicie naturalne. W  sieci zaś, Facebook nie posiada żadnej konkurencji, jest to wręcz niewiarygodne. Jest to dowód, iż w tym wypadku Internet ogranicza swobodę przedsiębiorczą oraz kulturową. Z drugiej strony, zyskując błyskawiczny i  bezpłatny dostęp do informacji, cena jaką przyszło nam za to zapłacić – to jakość otrzymywanej wiedzy. Sieć umożliwiła każdemu swobodną formę wypowiedzi, co zaowocowało powstaniem niezliczonej ilości blogów internetowych. Są wśród nich perełki potrafiące zainspirować, jak portal – „Ushahidy”, który umożliwił mieszkańcom Kenii zdawanie relacji z  tego, co działo się w  ich kraju w  trakcie zamieszek, a głos ludu ostatecznie zmusił rząd do zaprzestania rozlewu krwi. Pokazuje to jak wielką moc posiada Internet, jeśli jest używany z  rozmysłem. Jednak większość tak zwanej „Blogsfery” to słowo sprowadzone do nic nieznaczącego bełkotu. Serwisy takie Youtube czy Wikipedia dają nam nieograniczony dostęp do wiedzy, bądź kuszą szansą pięciominutowej kariery, w  postaci „Gwiazdy Internetu”. Jest to pozornie dowód na równość internautów, jednak w  rzeczywistości coraz większa liczba użytkwoników traktuje sieć, jako zwykłe miejsce zarobku, jak nowy sposób na pracę – zaprzecza to, jakże szlachetnym, początkowym ideałom powstania sieci, gdzie istotą rzeczy było

dzielenie się pomysłami z pozostałymi użytkownikami, a działalność biznesowa była zakazana. Podsumowując, można stwierdzić, iż w sieci, mimo jak najlepszych intencji jej założycieli, nie może być mowy o  całkowitej równości. Nie można oszukać ludzkiej natury. A  natura tego świata sprawia, iż ostatecznie zawsze wytworzy się jakaś hierarchia, swego rodzaju rząd. Czyżbyśmy sami bezwiednie do niego dążyli? Czy to w świecie rzeczywistym, czy wirtualnym. Według Lee Siegela, twórcy „Against the Machine”, Internet uwypukla zarówno nasze zalety, jak i wady. To nasza kultura kształtuje sieć, to jak wygląda. Nie możemy stawiać znaku równości między dostępem do Internetu, a równością czy wolnością. Blogi, Wikipedia, Youtube, przeróżne programy umożliwiające nielegelane ściąganie danych - wszystkie to teoretycznie wyrównuje szanse wszystkich użytkowników sieci, jednak w rzeczywistości nawet tu wytworzyła się swego rodzaju hierarchia, elita. Wszystko to sprawia, iż trzeba zadać sobie pytanie, czy idealistyczne początki sieci zatarły się na przestrzeni lat? Czy niemożliwe jest, by była ona całkowicie równa, ponieważ jest tylko odzwierciedleniem naszej rzeczywistości? Jedno jest pewne, sieć to narzędzie, które daję niewiarygodną władzę jej użytkownikom. Nie istnieją na świecie żadne dostępne środki, które byłyby w stanie ją zatrzymać. Musimy jednak wziąć odpowiedzialność za jeden z  najbardziej przełomowych wynalazków naszego społeczeństwa, i dbać o niego.

ACTIVmag/ 53


Paulina Wilk

„Pułapki rozwoju” reż. Mathieu Roy i Harold Crooks Paulina Wilk

Każdego dnia istnienia ludzkie eksploatują miliony ton, litrów, czy hektarów zasobów naturalnych. Zapominają jednak przy tym, że surowce te, mimo ogromnych rezerw, kiedyś się skończą. O tym, że może być to szybciej niż nam się wydaje, przypomina dokument „Pułapki rozwoju” w  reżyserii dwóch Kanadyjczyków: Mathieu’a  Roy’a  i  Harold’a Crooks’a. Ci dwaj, bez niepotrzebnych sensacji, czy oskarżania pojedynczych osób, przedstawiają do czego prowadzi pozornie pojmowany postęp. Marnujemy wodę. Zużywamy coraz więcej prądu. Wycinamy drzewa w Amazonii. Wykorzystujemy biedne kraje pod pozorem dofinansowań, czy pomocy monetarnej. Niedługo mogą zostać nam tylko dwa(nierealne) wyjścia: przeniesienie na inną planetę albo dostosowanie technologiczne. Dokument pełen jest wypowiedzi ekspertów w  dziedzinie ekonomii, polityki, czy ekologii. Słowa Stephena Hawkinga, Jane Goodall,, Daniela Povinelliego, Gary’ego Marcusa, Mariny Silvy, Vaclava Smila, czy Margaret Atwood powinny na nas zacząć działać niczym kubeł zimnej wody. Jednak pojawia się także zasadnicze pytanie: czy to aby na pewno przeciętni ludzie są odpowiedzialni za tak ogromną eksploatację? „Pułapki rozwoju” w  bardzo dosadny sposób pokazują zależność ekonomii i  klimatu. Przywołując destrukcyjne działania osób o  ogromnym kapitale materialnym, przypominają jak bardzo nierealne i oderwane od rzeczywistości są to posunięcia. Myślenie tylko o tym, co jest teraz, bez patrzenia w  przyszłość, powinno uświadomić nam, że tak naprawdę ludzki organizm pracuję w  taki sam sposób, jak 50 000 lat temu, kiedy jedynym jego problemem było znalezienie pożywienia. Robimy wszystko, aby zniszczyć jedynie miejsce, w którym możemy żyć. Czy ten paradoks określamy naszym postępem?

54 /ACTIVmag

„Pułapki rozwoju” mogą nam jednak dać odczuć pewien niedosyt. Poruszają ciekawe zagadnienia, czy stawiają celne pytania, których jest niestety tak dużo, że są jakby niedokończone. Należy więc potraktować to jako wstęp do większej świadomości i chęci poszerzania swojej wiedzy. Filmów o  podobnej tematyce pojawia się coraz więcej i to akurat progres idący w dobrym kierunku. W  dokumencie została za to wykorzystana świetna klamra kompozycyjna. Początkowo szympans nie potrafi poradzić sobie z  pionowym ustawieniem klocka, tak jak zrobił to z  poprzednim. Nie zdaje sobie sprawy, że ten, z którym ma problemy, posiada nierówne podłoże. Ludzie zastanowią się „dlaczego?” i rozwiążą problem. Szympans? Jak się okazuje-także. Dlaczego więc nie potrafimy zastosować schematu: rozpoznanie problemu- przyczyna -rozwiązanie, jeśli chodzi o  rozwój? Z  dnia na dzień jesteśmy coraz bliżsi zagłady, której przyczyny będziemy mogli szukać jedynie w sobie.


„Pułapki rozwoju”

Harold Crooks, photo by www.planetplus.pl

Photo by www.forbes.pl

ACTIVmag/ 55


Żaneta Kłostowska – A co autor miał na myśli...?!

A co autor miał na myśli...?! Żaneta Kłostowska

Po śmierci Noblistki – nie będę pisać wybitnej – rzadko w przyrodzie się to zdarza, że ludzie mało wybitni otrzymują taką nagrodę. Ale nie o  tym. Dekadencja. Zaczełam się głęboko zastanawiać – w  końcu mogę pozwolić sobie na ten komfort. Czym jest przekaz, gdzie i  w  jakim kierunku dąży, jak trafia do szerokiego grona odbiorców? A przede wszystkim, kto jest odbiorcą?! Coraz rzadziej obserwuję niszowe zachowania, ludzi niereagujących na kretyńskie rekalmy podnieceniem i całym tym odstręczającym popędem w kierunku zdobycia tej/tego/tych/tamtych rzeczy. Nie jestem w stanie pojąć moim dość bystrym umysłem, tego co kieruje tymi ludzmi. Chociaż, mam swoją teorię na ten temat. Z  moich nieskromnych obserwacji wysnówam 2 wnioski, po pierwsze primo – jak już od dawna wiadomo mistrzowie od PR-u  i  marketingu uważają swój target za bandę zidiociałych dzieci w dorosłych ciałach – tak, wiem co mówię. Po drugie primo, wynika to z  braku własnego światopoglądu, poznania swoich potrzeb co, z kolei jest nierozłączne z  poznaniem samego siebie. Nie umiemy się określić – prosta sprawa, pytanie na śniadanie: -Kochanie na śniadanie zjesz jajecznicę czy tosty? – pyta swego lubego. -Nie wiem, Kotu. Ty zadecyduj, mi to obojętne -pada odpowiedź. Co z tego wynika? Niby nic, proste pytanie, a  udzielenie odpowiedzi tak trudne, że potrzeba wykonania telefonu do przyjaciela wydaje się jedyną szansą na dokonanie poprawnego wyboru. Nie potrafimy podjąć najłatwiejszej w swej prostocie decyzji, nie umiemy określić swoich potrzeb, zachowań i wymagań, co za tym idzie lubimy, kiedy zdejmują z  naszych barków odpowiedzialność, sterują jak małym bezradnym dzieckiem. A co z  wielkimi wyborami i  decyzjami. Pięta Achillesowa.... zrzucamy wszystko na czas, a  może samo się rozwiąże, może jakimś cudem się uda. Nauczono nas bezradności, braku inwencji twórczej na różnorakich płaszczyznach, o  kreatywności – która często ogranicza się do zmiany

56 /ACTIVmag

kanału nie wspomnę. Czy jesteśmy, aż tak beznadziejni? Moja odpowiedź brzmi, niekoniecznie. Odniosę się do prostego przykładu, szkoła – lekcja języka polskiego oraz matura. Dramat dosłownie i w  przenośni. Przerabiając utwory liryczne – zawsze pada pytanie co autor miał na myśli?! Pojawia się pojęcie klucza odpowiedzi. Ale czym jest klucz? Wielkie głowy tworząc to cudo – tutaj mam ewidentne wrażenie, że nastąpiła dysfunkcja procesu myślowego przyczynowo – skutkowego. Nie wzieły po uwagę, iż nawet bardzo młody odbiorca może mieć inne zdanie i odczucie na dany temat niż szacowne Jury oceniające pracę. Krzykliwym przykładem jest napisanie przez Panią Szymborską matury – jest to, co prawda legenda, ale jak w każdej znajdujemy tam ziarnko prawdy. W tym przypadku, jak głosi opowiastka Pani Szymborska za interpretację własnego utworu otrzymała 60% punktów – czy to znaczy, że nie wiedziała co miała na myśli?! Oczywiście, zrozumiałe są ramy – czas, historia, obowiązujący w  danym okresie światopogląd. To jest jedno, ale jest i  ALE, aby nie zrazić czytelnika – młodego, należy odrzucić pewne konwenanse, pozwolić wpłynąć czytanym słowom na emocje, zakorzenić chęć powracania do linijek i całych tekstów. Pozwolić na wyrażenie odczuć po przeczytaniu tekstu, zdystansować się, przeczytać jeszcze raz za jakiś czas, zbudować w sobie nić pomiędzy metaforycznymi uniesieniami i  upadkami. Rozmyślać o swoich odzczuciach związanych z potokiem słów, bądź jego brakiem. Być sobą, MYŚLEĆ!!! Nie dążyć do klucza, tylko do dostarczenia sobie bodźców, które pozwolą rozwinąć intelektualne skrzydła, nie stłamszą.

Każda poszczególna granica jest przekraczalna, nieprzekraczalne jest tylko istnienie granicy. (L. Kołakowski)


ACTIVmag/ 57


FELIETON

Ewelina Braca – Jeden wielki miszmasz

Jeden wielki miszmasz Ewelina Braca

To taki jeden wielki miszmasz. Wszystkie jarmarki świata skupione w jednym miejscu, gdzie z  jednej strony handlarz próbuje wcisnąć mi przepiórcze jajka a  z  drugiej ręcznie robiony szalik. Ja tylko próbuję przedostać się z punktu A do punktu B, najlepiej niezauważona. Tylko, że mądrzy mędrcy postawili wszędzie drogowskazy z życiowymi poradami, co należy robić, a czego unikać a więc w związku z tym czasami zdarza mi się zgubić trop. Chciałabym tak po prostu usiąść po środku tego całego hałasu, chaosu i całkowicie wyłączyć się na jakiekolwiek dźwięki docierające w moją stronę. Idąc tym tokiem myślowym dotarłabym pewnie do stanu nirwany, ale przecież „tutaj” nikt nie ma prawa być szczęśliwym a więc z pewnością zostałoby mi nadane miano szaleńca. Mówiąc najogólniej tu jest szczypta opery, szczypta teatru. Przez chwilę dobrze jest posłuchać, ale przecież nikt nie wytrzyma żadnej sztuki trwającej 24/7. Ja tym bardziej. To jest tak jakby oni byli nastawieni, ba! zaprogramowani. Nawet nie potrzebują wody, żeby przepłukać gardło od tej wiecznej gonitwy wyrazów, z  których składają jakże bezsensowne zdania, nie zawierające żadnej konkretnej treści. Czasami żałuję, że milczenie naprawdę w  praktyce nie jest złotem, bylibyśmy niezwykle bogatym narodem (ah ta interesowność) a wszelakie zadłużenia poznikałyby w  przeciągu tylko jednej doby. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że ich aparat mowy jest w  ciągłym trybie ON – to chyba taki pewien rodzaj schizofrenii. W swoim świecie nazywam to walką dominujących dźwięków, pomiędzy dźwiękiem wydobywającym się z gardła a  ruchem palca naciskającym przycisk „+” pod napisem volume. Czasami zadziwiają mnie możliwości głosowe niektórych osobników. W przeciągu roku ustanowionych jest tyle szczególnych dni jak Dzień Ligi Ochrony Przyrody, Światowy Dzień Kota a  nawet Światowy Dzień Mokradeł, co komu szkodzi utworzyć kolejny Dzień Milczenia – ale chciałabym, aby w  tym 58 /ACTIVmag

wypadku obowiązywała jakaś kara za nieprzestrzeganie tego dnia – najlepiej chłosta. Z chęcią podpisuję się pod słowami naszego poety J. Tuwima, że błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa. Dochodzę do wniosku, który niezmiernie mnie zasmuca – ludzie przestali brać odpowiedzialność za swoje słowa, ale także pewną świadomość. Rzucają słowami, tak jakby nie miały żadnej, najmniejszej wartości bytu. Zastanawiałam się, czy można to porównać do pewnej formy rytuału, ale nie sądzę. Rytuały są czymś ważnym a nawet świętym. Dla tych ludzi słowa nie są niczym świętym ani niczym ważnym. Nie wiem od jak dawna, może jeszcze przed moją erą ludzkość miała do czynienia z  owym zjawiskiem, aczkolwiek odkąd pamiętam, a  także odkąd stałam się bardziej świadoma świata i rzeczywistości, zauważyłam że ludzkość w najprostszy sposób można podzielić na tą milczącą i tą ciągle zawierającą głos, co najśmieszniejsze - nawet w  momentach kiedy nie jest proszona o zdanie albo wyraźnie dajemy do zrozumienia, że nie interesuje nas co ma zamiar wypłynąć z ich ust. Ujmując to w najbardziej obrazujący sytuację sposób – odzywają się zazwyczaj Ci, którzy nie powinni i  którzy zazwyczaj nie mają nic adekwatnego jak i  logicznego do powiedzenia, a  czekamy na opinię tych, którzy posiadają treści nas interesujące i  które pragniemy usłyszeć. Zastanawiam się jak tu dojść do porozumienia z  czymkolwiek, tudzież z  kimkolwiek. Jedynym ludzkim odruchem w  tym przypadku jest narastające w  nas uczucie irytacji, zdenerwowania wymieszanego ze szczyptą rozczarowania.


Ewelina Braca – „Dobrzy przy jaciele”

„Dobrzy Przy jaciele”

– Czy naprawdę są tacy jak nam się wydaje? Ewelina Braca

Zastanawia mnie pewien fenomen, często bywa tak iż dajemy decydować, a może bardziej podporządkować własne życie osobom trzecim. Tak zwanym „dobrym przyjaciołom”, oczywiście w głębszym zastanowieniu Ci tak zwani przyjaciele, są tylko marnymi padalcami, którzy mają na celu zniszczenie naszego życia dla własnych korzyści, nawet już nie mowa o  korzyściach materialnych, a raczej na podłożu psychiczno - fizycznym. Nieprawdopodobnie mają opanowaną taktykę obronną, a ich charyzma zawsze będzie przewodniczyć w każdym z pojedynków. Niestety, żadnego z  pojedynku nie wygrasz, gdyż nie zostałeś przeszkolony tak perfekcyjnie jak oni. Wszystkie Twoje argumenty, które w  głowie składają się w  jedną, piękną całość, w rzeczywistości ulegają samo-degradacji, a  Twoja pewność tego, co chcesz osiągnąć zostaje całkowicie podeptana i  przykryta obojętnością, odtrąceniem wynikającym z tego, iż chciałeś naruszyć ich szlachetny wizerunek człowieka bez skazy. Ten dobry przyjaciel i  człowiek bez skazy, który niestety jest tą samą osobą, uderza z  podwójna siłą oraz odejdzie od Ciebie, kiedy zobaczy, że starasz się odkryć jego prawdziwe, obłudne „Ja” wyrzeźbione tak szlachetnie w skale przez tyle lat, kiedy Ciebie jeszcze uczono chodzić. Co z tego, że umiesz chodzić, jeżeli w  wyniku konfrontacji zapomnisz co to znaczy. Upadniesz i będziesz prosić, aby Cię podniesiono, ale ewentualnie w  zamian zostaniesz przeszyty okrutnie, zmrożonym wzrokiem, ukazującym Twoją przegraną pozycję błagalnika. Oczywiście, że będziesz zastanawiać się jak to możliwe, gdyż niestety na tym świecie wszystko jest możliwe. Jak można dopuścić do tego, aby osoba, którą uważasz za jedną z najbliższych dla Ciebie jest zdolna posunąć się do tak okrutnego działania, w  którym przestajesz znaczyć cokolwiek? Jeżeli można już w  relacje zacząć wdrażać kłamstwo, oszustwa, tajemnice, udawanie osoby, którą się nigdy nie było, to zastanawia mnie na jakim fundamencie może cokolwiek koegzystować.

Śmieszne, że można łudzić się, że ktokolwiek jest w stanie się zmienić dla nas? Niby dlaczego mają się zmieniać? Kim niby jesteśmy, aby to zrobili? Możemy dbać o nich pomimo ran, możemy wiecznie dawać szansę na poprawę, kiedy proszą z tak przeszywającym smutkiem, który trafia centralnie w Twoje nie nietykalne serce. Serce, które zawsze jest w stanie przyjąć najbardziej ukochanego syna marnotrawnego. Czyż nie lepiej odsunąć i  odciąć się od takich ludzi, którzy nie wnoszą nic pozytywnego oprócz nieprawdziwie szczęśliwych momentów, które dla nich nie będą nigdy nic znaczyć? Ile można się łudzić? Rok? Dwa lata? Dziesięć? Może lepiej zabić to w zarodku, zanim nie będzie za późno, a nasze psychiczne uzależnienie nie uzyskujące jeszcze tendencji wzrastającej. Fałsz i prawda, są to dwa przenikające się wartości logiczne, zawsze dające nam o sobie znać. Wszystko tkwi w tym, czy je przeoczymy i będziemy się oszukiwać, że prawda jest taka jaką dla naszego komfortu chcemy widzieć. Czy nie lepiej pogodzić się z istniejącym fałszem, aby osiągnąć z czasem nasze upragnione szczęście, które każdy tak szuka z utęsknieniem? Oazę szczęścia, spokoju i pewności…

ACTIVmag/ 59


Agata Zweig – Jak rozmawiać o książkach

Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało Agata Zweig

Kto lubi rozprawiać o literaturze, powinien przeczytać tę książkę. Kto nie, tym bardziej, bo może okazać się to łatwiejsze niż nam się wydaje. Ileż negatywnych głosów słyszałam na jej temat! O dziwo, najgłośniej krzyczeli zwykli zjadacze chleba, dla których kunszt słowa nie ma sobie równych a intelektualiści na me zapytanie o to, czy można rozmawiać o książkach, których się nie czytało, odpowiadali zgodnym chórem: TAK! Zdradziłam już tytuł książki („Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało”), zdradziłam opinie, co jeszcze? Zastanawiam się, dlaczego miałam do czynienia z  dwiema skrajnymi postawami. Czy wykładowcy literatury – jak autor książki – naprawdę nie czytają tego, o czym opowiadają? A zwykły śmiertelnik nigdy się do tego nie przyzna? Czy nie powinno być na odwrót? Kto jest zatem bardziej wykształcony? Kto zasługuje na miano prawdziwego znawcy literatury? Oczywiście porządek jest zachowany. Nie ma co się dziwić doktorowi literatury, że nie przeczytał Obsoletek – nominowanych do nagrody Nike, skoro zajmuje się literaturą XX-wieczną. Ileż wówczas napisano! Tego wszystkiego też nie przeczyta! Za to usłyszy w dyspucie o Psich Latach, zapamięta, powtórzy, obejrzy Blaszany Bębenek, sprawdzi w  Internecie co zostało przestylizowane na język filmu, a co jest zgodne z książkowym dziełem. Nie ma w  tym nic zdrożnego, grunt, by posiadał dobre informacje, które może powtórzyć dalej. Do dziś pamiętam telewizyjne spotkanie krytyków, którzy szczerze przyznali się, że aż do wygranej Pióropusza w  rywalizacji książek o  statuetkę Nike, nie czytali tej książki a  pani Krysia z warzywniaka tak! No i gdzie, pytam raz jeszcze, leży granica między czytelnikiem i  nie czytelnikiem? Fakt, pani Krysia ma troszeczkę więcej czasu na miłą lekturę w wygodnym fotelu, ale z drugiej strony nie powie nam nawet jednej dziesiątej tego, co profesor po przekartkowaniu książki na niewygodnym krześle w czytelni. Może tu chodzi tylko o – nie umniejszając pani Krysi – intelekt? Pewien

60 /ACTIVmag

wykładowca na me pytanie: co robi, gdy student wie więcej od niego odparł, że „po swojemu i tak go zagada”. Jednak esej „Jak rozmawiać...” nie powstał dla wykładowców akademickich, a  dla tych, którzy po prostu chcą sobie o książkach podyskutować, nawet o tych, których nie czytali, być może zapomnieli. Skoro książkę tę napisał nauczyciel literatury, za swych czytelników obrał prawdopodobnie również swych studentów. Dziś studiują niemal wszyscy i nie wierzę, by – piszę jako niedoszła rusycystka – czytali wszystko. Pozwalając sobie na odrobinę prywaty, nie potrafię wyobrazić sobie, by przeczytać do egzaminu wszystko z  zalecanej literatury. Z drugiej strony, nie potrafię wyobrazić sobie, by improwizować na temat danego dzieła ( to pewnie dlatego nie podchodziłam do egzaminu z literatury powszechnej... ), więc mą ambiwalentną postawą ustawiam się pierwsza w kolejce do przeczytania książki „Jak rozmawiać o  książkach, których się nie czytało”. Bo mimo, że wzięłam ją na warsztat, nie przeczytałam ani zdania! Miłej lektury! Mego felietonu, rzecz jasna!


Malwina Lis – Cyberprzestępczość

Cyberprzestępczość Malwina Lis

Czym jest przestępstwo? Posługując się definicją jest to „czyn zabroniony uznany za zasadniczo społecznie szkodliwy lub społecznie niebezpieczny, konkretnie zdefiniowany i zagrożony karą na mocy prawa karnego”. Zapytawszy przeciętnego obywatela, jakiego rodzaju wykroczenia zna, uzyskalibyśmy zapewne odpowiedź: gospodarcze, skarbowe, materialne, formalne, umyślne. Przestępstwo komputerowe, to zapewne jedno z ostatnich wykroczeń, które przychodzą nam do głowy, myśląc o naruszeniu przepisów i wykroczeniu prawnym. Według dr Paula Taylora, wykładającego na University of Salford, od 10 lat interesującego się historią pierwszych hakerów, ich rola została zdemonizowana, pod koniec lat 80. Miało to związek z  rozwojem sieci, jej ciągłym rozrostem, oraz pojawieniem się komputerów osobistych. Wtedy to zdano sobie sprawę z tego, jak źle zabezpieczone przed włamaniami są nasze sieci komputerowe. Właśnie wtedy doszło do negatywnego nacechowania działalności hakerów. Próbując zrozumieć zjawisko jakie przedstawiają sobą hakerzy, powinnyśmy postarać się zrozumieć dlaczego w  ogóle ci „komputerowi maniacy” poświęcają większość swojego czasu, spędzając go przed komputerem. Według hakera Cyberjunkie, wielu hakerów, włamując się na serwery bankowe bądź rządowe, pragnie poczucia władzy, kontroli. Często są to ludzie niepotrafiący zapanować nad swoim życiem prywatnym, gnębieni i  upokarzani w przeszłości. Jest to swego rodzaju zemsta za wyalienowanie ze środowiska, którego doświadczyli w przeszłości. Środowisko hakerów możemy podzielić na tak zwane „czarne i  białe kapelusze”. Pierwsza grupa, to hakerzy, którzy działają praktycznie po 24 godziny na dobę, śpiąc po 4-5 godzin dziennie. W  ciągu dnia zajmują się mniej wymagającymi rzeczami, jak przeglądanie meili, które wcześniej udało im się wykraść, bądź zacieranie uprzednich śladów swojej bytności w  sieci. Wieczorem

zaś „czarne kapelusze” zajmują się czymś o wiele bardziej skomplikowanym, jak np., włamywaniem się do systemu bankowego, co może zająć im od tygodnia do dwóch. Jest to grupa, która występuje przeciwko systemowi, przeciwko wirtualnemu centrum handlowemu, w  jakie przeobraziła się dzisiejsza sieć – nazywają siebie kowbojami XXI wieku. Z  kolei „białe kapelusze”, to grupa hakerów, którzy skuszeni sowitymi wynagrodzeniami, podjęli współpracę z wielkimi korporacjami, by wyłapywać potencjalne „luki” w  ich zabezpieczeniach systemowych, i zajmować się ich modyfikowaniem oraz ulepszaniem systemu zabezpieczeń sieci przed włamaniami. Ulubioną „zabawką” hakerów, według Cyberjunkie, jest zapewne znany nam, Trojan. Za jego pomocą mogą w innym programie ukryć ich własny tak, żeby nikt tego nie zauważył. Stopniowo rozszerzają swą kontrolę nad serwerem, wchodzą do kolejnych komputerów, aż dotrą do tego, który ich interesuje. Są wtedy w stanie oglądać pliki, kopiować pocztę, wyrzucić jakiegoś użytkownika, a nawet wyłączyć cały system. Hakerzy posiadają większa władzę niż administratorzy sieci, gdyż nie odpowiadają za swoje działania, oraz są aktywni 24 godziny na dobę. Dla hakerów, zgadywanie haseł dostępu to jedna z  ulubionych zagadek, a  prawdziwym „Świętym Grallem” jest główne hasło systemu. Znając je można uzyskać dostęp do całej sieci - mimo tego, według 24-letniego hakera Cold fire, wiele z tych haseł można łatwo odgadnąć. Wielu „komputerowych przestępców” włamuje się na strony różnych organizacji by zamieszczać tam swoje treści. Fobos, super haker działający już od ponad 20 lat, opracowujący nowe sposoby na włamania do komputerów rządowych bądź komercyjnych, uważa, iż coraz większa liczba hakerów jest w  stanie okradać internetowe konta bankowe. Sprawia to, iż wizja posiadania internetowego konta bankowego przestaje wyglądać ACTIVmag/ 61


Malwina Lis – Cyberprzestępczość

na całkowicie bezpieczną pod względem poziomu ochrony naszych danych osobowych oraz środków materialnych. Hakerzy posiadają ogromną władzę, mając dostęp do sieci o kluczowym znaczeniu dla naszego codziennego życia. Niektórzy hakerzy wykorzystują swoje umiejętności do przedstawiania swoich poglądów w Internecie. Stworzyli swój własny, alternatywny świat, który jest wystarczająco rozległy i potężny by zmusić rząd do wysłuchania ich racji. Hakerzy nie chodzą na demonstracje, zgłaszają swój protest poprzez zmienianie treści na stronach rządowych, komercyjnych, bądź blokując dostęp do serwerów. Walczą w ten sposób, między innymi, z komercjalizacją ich ukochanej sieci, która na przestrzeni lat stała się jednym wielkim centrum handlowym. Toczy się wojna o  oblicze Internetu – hakerzy biorą w  niej czynny udział. Posiadają pieniądze, ale nie dysponują jeszcze politycznymi wpływami. Do tej pory rząd USA oraz Wielkiej Brytanii stosował metody prawne w wyłapywaniu najważniejszych i najniebezpieczniejszych hakerów. Za notoryczne włamania hakerom grozi do 5 lat więzienia. Jednak tego typu wykroczenia bardzo ciężko udowodnić. Według dr Anity Ramastry, na samym początku Internet był przestrzenią pozbawioną wszelkich prawnych regulacji, służył swobodnej wymianie danych, przepływowi informacji, wszyscy mieli równy dostęp do programów – można do było nazwać wirtualnym „dzikim zachodem”. Obecnie coraz większa ilość korporacji posługujących się Internetem, opatentowuje wszystko co się da, rozpoczynając od informacji, a na programach umożliwiających dostęp do tej informacji, kończąc. Hakerzy walczą z tą tendencją. Według byłego szpiega CIA, Roberta Steela, to nie

62 /ACTIVmag

hakerzy stanowią problem, lecz nieudolny system. Uważa on, że winni są ludzie, którzy stworzyli go takim, do którego włamanie się nie stanowi żadnej trudności. Steel twierdzi, iż można by całkowicie pozbyć się przestępczości komputerowej, ustalając odpowiednie standardy dla korporacji, ponieważ za wszystko odpowiedzialne są firmy, które nie chronią w odpowiedni sposób swojej własności intelektualnej – naszych kont bankowych i danych osobowych. Zdaniem byłego szpiega, hakerów powinniśmy zatrudniać, nie skazywać. Jeśli rząd nie jest w  stanie pokonać hakerów, to powinien ich kupić.


ACTIVmag/ 63


Sandra Słupińska – Psychoanaliza wg Hitchcocka

Psychoanaliza według Hitchcocka Sandra Słupińska

Według austriackiego psychiatry Zygmunta Freuda, sny są tworzone przez popędy oraz pragnienia, które zostały uformowane, jak również stłumione już w okresie dziecięcym. Założenie to było inspiracją nie tylko dla lekarzy, ale również dla osób powiązanych ze sztuką. Przykładem dzieła, które jest oparte na teorii wcześniej wspomnianego lekarza jest film Alfreda Hitchcocka z roku 1945 pt. „Urzeczona”. Jest to co prawda jedno z mniej znanych dziś dzieł wybitnego reżysera, jednak jak każda jego produkcja zasługuje na uwagę. Jest to film z  gatunku Film noir, wywodzący się z  kina gangsterskiego, jednak nie określającym podziału na dobro i  zło. Wiele zbrodni zostaje niewyjaśnionych, a  happy end’y zdarzają się niezmiernie rzadko. Co jest jednak ciekawego w  tej mało znanej produkcji? Opowiada ona historię mężczyzny (J.B), cierpiącego na amnezję pourazową. Atrakcyjny dżentelmen w  średnim wieku, przyjeżdża do szpitala w  celu zastąpienia odchodzącego na emeryturę dyrektora. Okazuje się jednak, że prawdziwy doktor nie żyje, a nasz bohater jest święcie przekonany o  swojej tożsamości, tej ukradzionej od dr Edwardsa, czyli wspomnianego zaginionego lekarza. Mężczyzna jednak nieoczekiwanie zakochuje się (ze wzajemnością) w jednej z lekarek owego szpitala, która, gdy tylko odkrywa co się dzieje, próbuje pomóc ukochanemu odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość i uwolnić go od poczucia winy związanej ze śmiercią dyrektora. Problemy poruszone w  tym filmie zmuszają mimowolnie do rozważań na temat ludzkiej psychiki, jak również często przytaczanym tzw. „kompleksie winy”. Sięgający w sfery dzieciństwa problem, miał mieć znaczący wpływ na późniejsze zdrowie psychiczne osób, które w  konsekwencji dramatycznych przeżyć w  dorosłym życiu, cierpiały właśnie na wcześniej wspomniane zaburzenie. Ciekawe również jest to, że wizja schizofrenicznego snu została stworzona przez samego mistrza surrealizmu; Salvador’a Dali. Nie recenzując jednak tego dzieła, wydaje mi się, że warto w  tym miejscu rozwinąć

64 /ACTIVmag

główny jego problem, a mianowicie ludzką pamięć. Jak bardzo jej ufamy, tak równie często niestety stajemy się jej ofiarami, co jak wiadomo w  konsekwencji doprowadzić może nawet do obłędu. Freud w swojej teorii psychoanalitycznej stwierdza, że tylko sny mogą pomóc w odnalezieniu prawdy. Są utajonymi myślami, do których możemy dojść poprzez łańcuchy skojarzeń. Co chciał nam jednak pokazać Hitchcock w tej powojennej produkcji? Nie tylko dobrze znaną i charakterystyczną grozę, ale również pewnego rodzaju strach przed samym sobą. Po spektaklu odnosi się wrażenie, że nikomu nie można ufać. Bliskim, rodzinie, a przede wszystkim sobie, ponieważ nasz umysł jest zbyt złożony, aby nim zawładnąć w pełni.


Sandra Słupińska – Symbolicznie u Tiffany’ego

Symbolicznie u Tiffany’ego Sandra Słupińska

O Holly Golightly, bohaterce kultowego filmu „Śniadanie u  Tiffany’ego” powiedziano już chyba wszystko. Młoda, atrakcyjna, zadbana kobieta, będąca utrapieniem sąsiada wyżej, pijąca mleko z kieliszka, samotna call girl. Ta postać nie została ikoną popkultury bez przyczyny. Na pozór prowadzi nieskomplikowane życie kobiety swoich czasów. Nic jej nie ogranicza, rozwija się w dobranym przez siebie kierunku. Daje nawet wrażenie, że lubi to co robi, a życie w roli utrzymanki jest dla niej stworzone. Co jednak ma w sobie ten film, że mimo upływu lat, dalej znajduje się na wyżynach (w  pierwszej setce polecanych filmów na FilmWeb’ie)? Jest przede wszystkim uniwersalny. Można go obejrzeć niezależnie od humoru, płci, czy wieku. Dzięki temu, każdy może interpretować go na swój własny sposób. Pytaniem które warto sobie zadać to, dlaczego, aż tak bardzo zachwycamy się tą produkcją i postacią graną przez Audrey Hepburn? Infantylna, nadpobudliwa, wygadana i przy tym niesamowicie skryta kobieta, ma w sobie coś z artystki. Być może właśnie dlatego za partnera, czy w  pewnym sensie anioła stróża, postawiono jej pisarza. Zapewne osoba postrzegająca świat zbyt realistycznie, nie byłaby w  stanie jej zrozumieć. Holly żyje w  krainie snów, ucieka przed swoją przeszłością, jednak z powodu swojego ukochanego brata nie chce się od niej uwolnić. Jest to postać skomplikowana, ale przedstawiona w taki sposób, że marzymy by być takim jak ona. Chcemy być roztargnieni i  nie panować nad swoim życiem. W filmie tym jest wiele symboli, które sprawiają, że jest on niezapomniany i być może dlatego odniósł taki sukces. Poczynając od bezimiennego Kota, który jak sama bohaterka mówiła: Nie mam prawa nadawać mu imienia. Nie należymy do siebie. Po prostu nasze drogi się zeszły. To rude zwierze można traktować jako pewnego rodzaju alter ego zagubionej Holly, sama nawet zauważa podobieństwo i przyznaje, że oboje do nikogo nie należą. Również maski, które razem z  Paulem kradną ze sklepu, mogą symbolizować ich stosunek do świata. Przypadkowy przedmiot rabunku, może stać się istotny, jeśli zaczniemy doszukiwać się drugiego dna. Holly, co ciekawe,

przyjmuje wizerunek tego zagubionego, nienależącego do nikogo kotka, natomiast jej partner: psa, który z natury wiadomo, ugania się za kotem. Są naturalnymi wrogami, jednak żyjącymi w tej samej rzeczywistości. W tej sytuacji tytuł książki Paula „9 żywotów”, nie budzi już chyba żadnych wątpliwości i nie trzeba się nad nim zatrzymywać. W filmie tym znajdziemy mnóstwo takich, niezauważalnych na pierwszy rzut oka, a jakże istotnych faktów. Kobieta przyglądająca się swojemu odbiciu w lustrze na przyjęciu u Golightly. Na początku pokazuje twarz znaną wszystkim; roześmianą i rozanieloną, jednak później, zauważamy dzięki temu zwierciadłu, jej zapłakaną duszę, co również mogło mieć powiązanie z postacią głównej bohaterki i tego, co prezentuje światu. Oczywiście nie zapominając o sklepie u Tiffany’ego, gdzie może w końcu poczuć się jak u siebie. Ta wielorakość symboli, oraz odczytywanie tego filmu w sposób wieloznaczny, jest według mnie jedną z największych jego zalet. Jeśli coś nie jest oczywiste, to jest ciekawe i  taka właśnie jest Holly Golightly, oraz cała historia przedstawiona w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Dlatego, jeśli ktoś nie oglądał, powinien jak najszybciej nadrobić, a  jeżeli już widział, to obejrzeć raz jeszcze i przyjrzeć się innym wartościom, szczególnie tym, które na pierwszy rzut oka, nie są tak aż widoczne.

ACTIVmag/ 65


66 /ACTIVmag


ACTIVmag/ 67


PHOTO

Maciej Grzymek

Maciej Grzymek Od samego początku zainteresowałam się twórczością Macieja Grzymka. Przeglądając jego portfolio od razu przyszły mi na myśl słowa wypowiedziane przez Don McCullin’a, który stwierdził, że fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. Jeżeli fotograf nie czuje nic w tym, na co patrzy, nigdy nie uda mu się sprawić, aby ludzie patrząc na jego zdjęcia, cokolwiek odczuli. Słowa te, z pewnością nie dotyczą Macieja. Jego zdjęcia przepełnione są magią, nostalgią, prostotą a przede wszystkim indywidualnością. Oglądając zdjęcia Macieja, od razu można odczuć, że każda fotografia opowiada inną historię, własną historię, momentami nawet możemy natknąć się na niekończącą się opowieść.

Macieju, w jaki sposób rozpoczęła się Twoja przygoda z fotografią? Ciężko powiedzieć, zdjęcia chciałem robić już jakiś czas temu, jeszcze za czasów gimnazjum. Pamiętam, że wtedy zacząłem robić coś prostą cyfrową ‚małpką’. Będąc w  liceum kupiłem cyfrową lustrzankę i robiłem zdjęcia wszystkiemu co się dało. Po prostu brałem aparat i fotografowałem wszystko co wpadło mi w oko – architekturę, krajobrazy, kwiaty, itp. Na studiach, dzięki kilku poznanym tam osobom, zainteresowałem się głównie fotografią portretową i modą i tak zostało mi do dnia dzisiejszego. Myślisz, że potrafiłbyś opisać swój styl? Nie powiedziałbym, że mam swój styl. Bardzo lubię fotografię analogową. Uważam, że tkwi w niej jakaś magia. Zdjęcia powstałe tradycyjnymi metodami nie są tak idealne jak te powstałe nowymi, cyfrowymi metodami, co mi bardzo odpowiada. Nie lubię idealnych, wygładzonych zdjęć, które często możemy oglądać, np. na okładkach wielu polskich magazynów. Lubię nieprzewidywalność analogowych filmów, lekko nienaturalną kolorystykę, fakturę ziarna. Niby można podobne efekty uzyskać dziś w programie graficznym, ale jednak, w moim odczuciu, nigdy nie będzie to, to samo.

68 /ACTIVmag

ROZMAWIAŁA EWELINA BRACA

Jaki fotograf miał największy wpływ na Twoją twórczość? Trudno wskazać mi jedną osobę. Jestem wielkim fanem Vogue’ów, zwłaszcza włoskiego wydania. Jeśli miałbym wskazać jakieś nazwiska to na pewno Roversi, Lindbergh, Walker czy Meisel. Planujesz dogłębnie swoje sesje, czy są one bardziej spontaniczne? Zdecydowana większość moich zdjęć powstała bardzo spontanicznie. Planuję raczej tylko zarys sesji i bardzo dużo wychodzi już w  trakcie. Teraz staram się trochę to zmienić i przygotowywać bardziej do sesji, ale wychodzi mi to raczej średnio. Skąd bierzesz pomysły i jakie ujęcia lubisz najbardziej? Oglądam bardzo dużo zdjęć, czasem coś mnie zainspiruje i  staram się zrobić coś podobnego. Czasami coś po prostu wpadnie mi do głowy przeglądając portfolio modelki, z  którą mam pracować i wtedy szukam jakichś zdjęć w podobnych klimatach, żeby pokazać jej co mniej więcej mam w głowie. Zdarza się też, że pomysł wypływa od kogoś z ekipy. Różnie z tym bywa. Mimo wszystko jednak wiele z  moich zdjęć to po prostu bardzo proste portrety – bez jakiegoś szczególnego pomysłu.


Fashion photography

Preferujesz sesje studyjne, czy plenerowe? Nie przepadam za studiem. Zdecydowanie wolę naturalne oświetlenie. Często zdjęcia robię w mieszkaniu, przy świetle padającym z okna, ale bardzo lubię też plenery. Podczas sesji skupiasz się na konkretnym celu a  może efekt końcowy zawsze jest odwrotnością tego co chciałeś osiągnąć? Przeważnie nie skupiam się na jednym czy kilku konkretnych ujęciach, które bym chciał uzyskać. Staram się wycisnąć jak najwięcej z  danej sesji. Poza tym, efekt końcowy zależy w dużej mierze też od reszty ekipy. Często trafiam na fajnych, zdolnych ludzi i wynik sesji jest lepszy niż się początkowo spodziewałem. Jaki jest twój ulubiony temat do fotografowania? Portret - w  tym czuję się zdecydowanie najlepiej

i najpewniej. Powoli, nieśmiałymi krokami próbuję też swoich sił w fotografii mody i mam nadzieję, że tutaj będzie też coraz lepiej. Masz swoje ulubione zdjęcie? Nie, ogólnie lubię niewiele swoich zdjęć. Przeważnie po sesji mam wrażenie, że mogłem zrobić wiele rzeczy dużo lepiej. Jakie masz plany na życie oprócz fotografii? Nie mam. Kończę w tym roku studia i w tym momencie nie mam pojęcia co będę robił po ich zakończeniu. Czy masz swoją ulubioną sentencję, która prowadzi Ciebie przez życie? Nie. Dziękuję za wywiad! Również dziękuję!

ACTIVmag/ 69


Maciej Grzymek

70 /ACTIVmag


Fashion photography

ACTIVmag/ 71


Tomasz Rogalewski

Tomasz Rogalewski Najcenniejszą i najbardziej rozpoznawalną cechą u fotografa powinien być styl. Styl, którego nie da się od tak przekopiować. Bez wątpienia, Tomasz Rogalewski owy styl posiada. Zdjęcia tworzone przez Tomasza sprawiają, że człowiek w odmienny sposób zaczyna odbierać otaczający go świat, otaczającą go rzeczywistość. Fotografuje przedmioty codziennego użytku w taki sposób, że zaczynają nabierać nowego znaczenia. Zachęcamy serdecznie do przeczytania wywiadu oraz do przejrzenia zdjęć, których wcześniej z pewnością jeszcze nie widzieliście!

Drogi Tomaszu, w jaki sposób rozpoczęła się Twoja przygoda z fotografią? Przygodę z fotografią rozpocząłem z nudy i przypadku, robiąc zdjęcia starym aparatem od telefonu komórkowego. Zauważyłem niedoskonałość, początkowo bardzo dla mnie pociągającą a  mianowicie ziarno, dające mroczne i  ciekawe efekty. W miarę jak zmieniał się mój sprzęt i zapatrywania pierwsze moje fotograficzne dokonania zaczęły napawać mnie zgrozą. Myślisz, że potrafiłbyś opisać swój styl? Ciężko mi cokolwiek opisywać, bo nie wiem czy takowy styl posiadam, cokolwiek to znaczy. Serio! Jaki fotograf miał największy wpływ na Twoją twórczość? W  początkach swych fotograficznych zapatrywań fotografowie raczej mnie nie interesowali, bardziej twórcy komiksów, filmowcy, pisarze... Do dzisiaj podziwiam okładki Dave McKeana do Sandman’a. Jeśli jednak miałbym wskazać kogoś stricte fotografującego, który wywarł na mnie wpływ, bez wahania będzie to Łukasz Knut. Planujesz dogłębnie swoje sesje, czy są one bardziej spontaniczne? Ciężkie pytanie... Spontanicznie to powstaje obraz w mojej głowie. Później dogłębnie jest w tej głowie dopracowywany a jeszcze później konsekwentnie tworzony.

72 /ACTIVmag

ROZMAWIAŁA EWELINA BRACA

Skąd bierzesz pomysły i jakie ujęcia lubisz najbardziej? Pomysły... Niech się zastanowię. W sumie to kwestia chwili, widzę jakiś przedmiot, ścianę, inny przedmiot. Później wszystko układa się w  wyobraźni samo a ujęcia takie, jakie podpowie mi wyobraźnia. Preferujesz sesje studyjne, czy plenerowe? Ani takie, ani takie. Z dobrodziejstw studia nie korzystałem ani razu, plener służy mi wyłącznie do wychwytywania narzędzi niezbędnych do utworzenia danej pracy. Raz chyba zdarzyło mi się robić zdjęcie osobie w takich warunkach. Podczas sesji skupiasz się na konkretnym celu a  może efekt końcowy zawsze jest odwrotnością tego co chciałeś osiągnąć? Zależy. Czasem jest tak, że pomysł jest konkretny i klarowny - od początku do końca realizuję raz ujrzany w  głowie plan. Nierzadko jest tak, że kończąc pierwotny zamysł dokonuję całkowitej jego dekonstrukcji, jeśli kompletnie mnie nie zadowala. Jaki jest twój ulubiony temat do fotografowania? Kolejne pytanie z gatunku ciężkich... Nie mam jednoznacznych zapatrywań w tej kwestii. Tworzę to, co kreuje mój własny umysł. Masz swoje ulubione zdjęcie? Zdecydowanie nie.


Fotomontaż kreacy jnie

Jakie masz plany na życie oprócz fotografii? Rozwój duchowy czy umysłowy... Czy jakoś tak. Plus perkusja. Czy masz swoją ulubioną sentencję, która prowadzi Ciebie przez życie? „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat

i ludzka głupota. Co do tej pierwszej są jednak pewne wątpliwości.” Einstein Dziękuję za wywiad! Nie ma za co!

ACTIVmag/ 73


Tomasz Rogalewski

74 /ACTIVmag


FotomontaĹź kreacy jnie

ACTIVmag/ 75


Ania Witkovska

Ania Witkovska Imię i nazwisko: Ania Witkovska Wiek: 20 lat Link do twórczości: witkovska.tumblr.com Kocha: projekty-żarty Thomasa Mailaendera, tańczyć i spać Nie znosi: gdy ludzie śpiewają jej „sto lat”, nierozpuszczonego sera i studentów ASP ROZMAWIAŁ SEBASTIAN KULIS

Chciałbym zacząć od pytania, które jest zmorą wszystkich artystów – co jest Twoją inspiracją? No to tak: nic konkretnego mnie nie inspiruje, wystarczy, że spotykam się z ciekawymi ludźmi i jakoś samo idzie. Fotografia to dla Ciebie hobby czy pomysł na życie? W  zasadzie to nie wiem, pewnie kiedyś bym tak powiedziała, ale teraz obracam wieloma innymi mediami, nie tylko fotografią, więc myślę, że nie jestem z tym ściśle związana. Jeśli mogłabyś mieć kogokolwiek przed obiektywem - kto by to był? Najbardziej lubię fotografować znajomych. Ten moment robienia zdjęcia obcej osobie jest dość krepujący, ale chciałabym poznać Deana Blunta, wiec wybieram go.

76 /ACTIVmag

Czemu akurat analog? Nie trzeba poddawać ich obróbce graficznej i prawie zawsze można być pewnym, że wyjdą ładne kolory. Oprócz tego nabiera się dystansu do sytuacji które się fotografuje, bo to przecież tylko 36 klatek Co myślisz sama o sobie, jako fotografie? Jak każdy mam swoje gorsze i  lepsze czasy, ale uważam, że moją mocną stroną jest selekcja publikowanych zdjęć. Twoi znajomi chętnie Tobie pozują? Nie pamiętam kiedy ostatnio musiałam kogoś namawiać na zdjęcia. Jeśli chodzi o najbliższych znajomych to już nawet nie zauważają kiedy je robię. Jeżeli to Tobie miałby ktoś zrobić zdjęcia, kto by to był? Benjamin Katz!


Ania Witkovska

ACTIVmag/ 77


Ania Witkovska

78 /ACTIVmag


Ania Witkovska

ACTIVmag/ 79


Timur Civan

Timur Civan Fotograf urodzony i wychowany w  Nowym Jorku. Po jego eksperymentach w  pracach z  ruszającymi się obrazami, zaczął rozwijać swoje pragnienie malowania obrazu światłem by w  ten sposób opowiedzieć pewną historię. Jego techniki w kinematografii są na czele twórczego obrazowania świata. Techniki te są wyjątkowe dzięki jego odkryciom w optyce, badaniu nowoczesności i klasyki oraz innowacyjnym sposobom oświetlania i  głębokiego zrozumienia najnowszych technologii przemysłowych. Po doświadczeniach przeżytych w  ekipie zdjęciowej, szlifował swoje zdolności w tradycyjnych technikach i łączył je z  delikatnością sztuki współczesnej. Pozwoliło mu to zapewnić sobie szeroki wachlarz poglądów, od wysokiej klasy reklam do wciągającej narracji i  dokumentów, a historia w jego pracach zawsze nadchodzi pierwsza i jest to zawsze podstawowa motywacja do jego podejścia do światła i pracy aparatu. Materiał przygotował Sebastian Kulis

80 /ACTIVmag


Nowy Jork

ACTIVmag/ 81


82 /ACTIVmag


ACTIVmag/ 83


CASCADIA – Region wiatru i deszczu

CASCADIA

Region wiatru i deszczu Większość z Was pewnie nigdy nie słyszała o słynnym regionie wiatru i deszczu. Otóż, Cascadia rozciągająca się od Alaski do północnej Kalifornii jest regionem tak nazywanym. Na fotografiach Mark’a Mclnnnis można z łatwością zauważyć bardzo wyraźny zarys poczucia odosobnienia. Poczucie odosobnienia jest jednym z atrybutów cechujących Cascadię. Jest ono po prostu częścią życia w tym obszarze. W regionie Wiatru i deszczu nie chodzi wcale o hordy ludzi podążających za modą i za wszelkimi nowościami technologicznymi, gdyż mieszkańcy Cascadii uważają, że najwyższą wartością jest obcowanie z naturą oraz z prawdziwymi, uczciwymi ludźmi. Zachęcamy do przejrzenia galerii zdjęć fotografia Mark’a Mclnnis, aby zobaczyć sposób w jaki widzi swoje miejsce zamieszkania, które przepełnione jest poczuciem odosobnienia, zimnymi falami, gigantycznymi rekinami, szalonymi, miejscowymi surferami oraz letnimi miesiącami niekończących się opadów wraz z dostępem do wszystkich rodzajów bioróżnorodności. www.globalyodel.com

84 /ACTIVmag


ACTIVmag/ 85


Lençóis Maranhenses National Park

Lençóis Maranhenses National Park Mało znana na świecie oszałamiająca pustynia Lençóis Maranhenses National Park w północnowschodniej Brazylii, Maranhão jest pasmem 1,500 km wydm, które oddzielone są od siebie pasmem głębokich basenów w kolorze turkusowym. Baseny powstają co roku na skutek opadów atmosferycznych, które występują na początku każdego roku. Oaza jest najbardziej spektakularna w okresie od lipca do września, kiedy baseny są napełnione po same brzegi wodą opadową. W październiku, pustynia zaczyna wysychać i cykl zaczyna się od nowa. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w basenach słodkowodnych można napotkać bardzo dużą różnorodność ryb, które dostosowały się do panującego klimatu. Park Narodowy posiada także własną, unikalną faunę i florę, która przystosowała się do okresowego wysychania powierzchni. Tych, którzy cenią sobie niebanalne wyprawy koniecznie powinni odwiedzić te fantastyczne miejsce, a miłośników fotografi zapraszamy do galerii. www.whenonearth.net

86 /ACTIVmag


Len莽贸is Maranhenses National Park

http://www.pinterest.com/pin/44402746300542331/

ACTIVmag/ 87


Nadziewany Bunny

88 /ACTIVmag


Nadziewany Bunny

Nadziewany Bunny Na stokach w północnych Włoszech, na zboczu góry można natknąć się na dość dziwny i  nieoczekiwany widok. Olbrzymi, różowy królik leży na szczycie wzgórza. Po jego wyrazie twarzy oraz po wnętrznościach leżących obok, wyczytać można, że spadł on prosto z  nieba. Królik wykonany został z dzianiny i mierzy 55 metrów długości oraz 5 metrów grubości. Organizatorem happeningu jest Vienna Art, kolektywu „Gelitin „, który znajduje się na wzgórzu zwanym Colletto Fava. Gigant wykonany w całości z tkaniny i  słomy został pozostawiony tam aż całkowicie zniknie za pomocą zmieniających się warunków atmosferycznych oraz okolicznościowego bydła. Szacuje się, że całkowite zdegradowanie nastąpi do roku 2025. www.whenonearth.net

ACTIVmag/ 89


Ryan McGinley

90 /ACTIVmag


Ryan McGinley

Photos by Ryan McGinley

Ryan McGinley

jeden z najlepszych fotografów swojego pokolenia Warto zapoznać się z twórczością Ryan’a McGinley. Jest on bezapelacyjnie jednym z najlepszych fotografów swojego pokolenia. Jego wyróżnienia są imponujące i liczne. W 2003 został nazwany Fotografem Roku przez American Photo Magazine, zdobywając także prestiżową nagrodę Young Photographer Infinity Award na Międzynarodowym Centrum Fotografii w 2007 roku. Jego prace są opisywane w zbiorach publicznych w Muzeum Guggenheima w San Francisco MOMA oraz w Whitney. Są to bez wątpienia niesamowite osiągnięcia jak na artystę liczącego 31 lat.

ACTIVmag/ 91


Na skraju świata

Na skraju świata Pulpit Rock, Norwegia

Preikestolen to ciekawie ukształtowane urwisko wiszące nad Lysefjord w Ryfylke w Norwegii. Jeden z najpiękniejszych na świecie platform widokowych na świecie. Wspinaczka po Pulpit Rock jest jednym z najlepszych sposobów, aby cieszyć się norweską przyrodą oraz jest to idealne miejsce do uprawiania turystyki pieszej. Osobliwa góra została utworzona 10.000 lat temu w czasie epoki lodowcowej, kiedy to lodowiec zamarł na bokach urwiska. Myślę, że wspinaczka na urwisko jest nie lada wyczynem, jednakże bez wątpienia widok końcowy rekompensuje zadany sobie trud. whenonearth.net

92 /ACTIVmag


Pulpit Rock w Norwegii

ACTIVmag/ 93


Surfując po Islandii

94 /ACTIVmag


Surfując po Islandii

Surfując po Islandii Większość ludzi planując wypoczynek, marzy o wyjeździe do ciepłych krajów. Chris Burkard łamie stereotyp wyruszając do Islandii w poszukiwaniu dzikiego i arktycznego miejsca do surfingu. Wyprawa bez wątpienia należy do udanych, gdyż na wyspie na którą dotarli nie tylko znaleźli to czego szukali a znaleźli znacznie więcej niż zakładali. Wszystko zostało uwiecznione na niesamowitych fotografiach oraz filmie – materiały oddają klimat wyprawy w  sposób bardzo realistyczny, aż ma się wrażenie, że jest się także członkiem załogi a przede wszystkim członkiem ekstremalnej wyprawy. www.reign23.com

ACTIVmag/ 95


Baltic Games

BALTIC GAMES ~ WINTER EDITION AmberExpo Pierwsza, zimowa edycja Baltic Games już za nami. Wszyscy z niecierpliwością czekają na letnią edycję, jednakże warto jeszcze raz przypomnieć sobie, to co działo się na hali zawodów Baltic Games AmberExpo, gdzie trwały przez całe trzy dni eliminacje, treningi, pokazy filmów, półfinały, finały, które przyciągnęły na trybuny wszystkich przybyłych fanów sportów ekstremalnych i szeroko pojętej kultury streetwear. Myślę, że większość uczestników imprezy przybywa także ze względu na targi, na których wystawia się wiele marek oraz dystrybucji. W tegorocznej, zimowej edycji mogliśmy zapoznać się z ofertą takich marek jak The Avenue, Cheap Monday, Koka, Transmission, Blur, Elade, Galeria Koloru (Graffiti Art &Urban Clothing Shop, Dope Action), Diamante Wear oraz marki z dystrybucji Magic Town. ACTIVmag przygotował dla Was foto-relację. Zapraszamy do obejrzenia galerii z wydarzenia.

96 /ACTIVmag


Baltic Games

ACTIVmag/ 97


Baltic Games

Photos by Marcin Kurzawa 98 /ACTIVmag


ACTIVmag/ 99


100/ACTIVmag


102/ACTIVmag

AVmag no 1  

ACTIVmag otacza swoim ramieniem dziedziny takie jak Design, Lifestyle, Kulturę, Felieton, Photo - dostarczając przy tym ciekawych materiałów...

AVmag no 1  

ACTIVmag otacza swoim ramieniem dziedziny takie jak Design, Lifestyle, Kulturę, Felieton, Photo - dostarczając przy tym ciekawych materiałów...

Advertisement