Page 1

www.ru2012.pl


Wilson_Robokalipsa.indd 2

2011-08-10 17:22:05


www.ru2012.pl

Ciszewski_www.indd 1

2011-09-16 09:49:04


Ciszewski_www.indd 2

2011-09-16 09:50:02


MARCIN CISZEWSKI

w w w.ru2012.pl

Krak贸w 2011

Ciszewski_www.indd 3

2011-09-16 09:50:02


Copyright © by Marcin Ciszewski 2011 Projekt okładki Magda Kuc Fotografie na pierwszej stronie okładki © AGENCJA SE/EAST NEWS © Archive Photos Editorial/Getty Images/Flash Press Media Opieka redakcyjna Julita Cisowska Rafał Szmytka Korekta Barbara Gąsiorowska Opracowanie typograficzne Daniel Malak Łamanie Irena Jagocha ISBN 978-83-240-1664-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2011 Druk: Drukarnia GS, ul. Zabłocie 43, Kraków

Ciszewski_www.indd 4

2011-09-16 09:50:03


na nieszczęśliwą. – Podejmuję się sprzedać towar, wyprać, wlać na legalne konta, załatwić dobre, amerykańskie paszporty. Wszystko dla was zrobię, przyjaciele. – O ile nie będziemy cię poganiali. – I o ile nie będziecie wściubiali gdzie nie trzeba swoich przydługich nosów. Pieniądze, jak widać, w każdej epoce były kwestią fundamentalną. Nie miałem nic przeciw temu. – Będziemy robinsonami – powiedziałem. – W pewnym sensie. Mam nadzieję, że mój staruszek jeszcze żyje – mruknął Galaś. Prosta sprawa, a dała do myślenia. Im. Ja nie bardzo miałem do kogo wracać. Czemu więc to robię? Przeznaczenie? – Wypijmy za to – powiedziałem. Dwa tygodnie później wylądowaliśmy. W innej epoce, w innym miejscu. Z nową tożsamością, z nową legendą i nowymi pomysłami na życie. A także ze skłonnością do popełniania starych błędów.

2 27 września 2012, Borne Sulinowo

Uwielbiam sosny rosnące na piasku. Wytwarzają niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju aromat. Tworzą klimat, który wpływa na mnie kojąco. Najczęściej świetnie mi się myśli wśród rosnących na piasku sosen. Borne Sulinowo. Miejsce niesamowite. Takie jest właśnie to miasto. Ciągnący się kilometrami sosnowy las, a w środku – bloki, domy jednorodzinne i pozostałości rozmaitych militarnych instalacji. Informacja, że Borne Sulinowo stanowiło bazę 125


wojsk sowieckich, jest prawdziwa, ale niekompletna. Trzeba dodać, że przed wojną i podczas niej miejsce to znajdowało się we władaniu Wehrmachtu. Obejmowało gigantyczny teren, na którym zmieścił się poligon, magazyny, nawet polowe lotnisko. Było jednym z miejsc, gdzie niemiecka armia wykuwała podstawy swej chwały. Świtało. Jesienny dzień z trudem przebijał się przez nisko leżące chmury. Odkąd wyjechaliśmy z Warszawy, wiatr nawet nieco się wzmógł. Drzewa bujały się na boki, środkiem pustej ulicy mknęły śmieci. W zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Tym razem prowadził Wieteska. Ja siedziałem obok, ubrany w ciepłą kurtkę i owinięty kocem. Miałem silne dreszcze, wysoką gorączkę i zawroty głowy. Godzinę temu zatrzymaliśmy się przed nocną apteką w niedalekim miasteczku, gdzie Wieteska zakupił pokaźną ilość bandaży, plastrów, leków przeciwbólowych oraz, po odbyciu z farmaceutą krótkiej dyskusji zakończonej przekazaniem do prywatnej kieszeni pewnej kwoty pieniędzy, opakowanie silnych antybiotyków. Gdy odwinąłem ranę, musiałem stoczyć małą walkę z moim towarzyszem, który uparł się, by natychmiast wieźć mnie do lekarza. Nawet nie o to chodziło, że musiałbym wtedy odpowiadać na pytania, na które wcale nie miałem ochoty odpowiadać. Decydujący był czynnik czasu: miałem świadomość, że noc się kończy, że w dzień będziemy w tak specyficznym miejscu widoczni jak mucha na białej ścianie, że musimy szybko znaleźć jakąś bazę wypadową, gdzie można schować samochód. Jedno było pewne: musieliśmy jak najmniej rzucać się w oczy. Ponieważ mondeo nie jest specjalnie luksusowym samochodem, miałem nadzieję, że nikt nie zwróci na nie uwagi. Ta kalkulacja okazała się trafna: podczas szybkiej przejażdżki ulicami miasteczka, choć przeważała mocno leciwa taniocha, spotkaliśmy też parę samochodów lepszej klasy. Mogliśmy od biedy ujść w tłoku. Zanim zmieniliśmy się przy kierownicy, Wieteska siedział z nosem w laptopie i wyszukiwał informacje potrzebne do skonstruowania 126

Ciszewski_www.indd 126

2011-09-16 09:50:06


rozmaitych rozważanych przez nas hipotez. Żadna z nich nie nadawała się, szczerze mówiąc, do niczego. Przejechaliśmy koło siedziby firmy Gordek i Wspólnicy. Jej lokalizacja nie była specjalnie eksponowana; umieszczona nieco z boku, przy jednej z bocznych uliczek, mało rzucała się w oczy. Niewielki piętrowy budynek, o jasnej, pastelowej barwie. Starannie utrzymany trawnik. Za budynkiem obszerny, widoczny nawet z ulicy dziedziniec. Kilka samochodów ciężarowych różnej wielkości. Gdybym miał wybrać przykrywkę dla prowadzenia nielegalnych interesów, umieściłbym ją właśnie w takim miejscu. Było idealne. Przejechaliśmy, nawet nie zwalniając. Było pewne, że na budynku zainstalowane są kamery obserwujące wejście, być może nawet fragment ulicy. Nie chcieliśmy na siebie zwracać uwagi zbytnim wścibstwem. – Normalna firma – powiedziałem. Ręką szarpnął ból. Miałem wrażenie, że niesforna kończyna zajęła się żywym ogniem. Wieteska pociągnął nosem. – Coś śmierdzi – powiedział. – Może na zewnątrz. – Wątpię. Coś śmierdzi od dłuższego czasu. Coś mi się zdaje, że to twoja ręka. – Zdaje ci się. – Nie sądzę. Jak zmienialiśmy opatrunek, właśnie tak śmierdziało. – Skup się. Co znalazłeś? – Musimy jechać do lekarza. Taka rana to poważna sprawa. Możliwe, że masz zakażenie. – Nieistotne – odparłem. Miałem coraz mniej sił i coraz mniej czasu. – Jak pojadę do lekarza, wyląduję w szpitalu. A w szpitalu się nigdy nikomu nie spieszy. Wiedział, że mam rację. Z jednej strony mojemu synowi potrzebny był zdrowy ojciec. Z drugiej – i Wieteska, i ja mieliśmy stuprocentową pewność, że nie możemy tracić ani chwili. Że musimy odnaleźć naszych bliskich jak najszybciej. 127

Ciszewski_www.indd 127

2011-09-16 09:50:06


– To – westchnął, po czym wskazał brodą budynek, który został już dobre sto metrów za nami – jest główna siedziba. Mają jeszcze wynajęty budynek. Niedaleko. Jeden z wielkich poniemieckich magazynów. – Ciekawe – powiedziałem. Gdy byłem w Bornem Sulinowie kilka lat temu, zwiedziłem część tych gigantycznych wielopiętrowych budowli. Zrobiły na mnie duże wrażenie. – Jedźmy stąd. – Dokąd? – Nie wiem, jak się nazywa ulica. Pokażę ci. – A czego szukamy? – Faceta, którego kiedyś znałem. Spojrzał na mnie z wyrzutem, ale nie doczekał się wyjaśnień. Skręcił w prawo. Borne Sulinowo to niewielkie miasteczko. Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Wieteska zaparkował przed czteropiętrowym blokiem. – Byłem tu kiedyś – powiedziałem. – Tu? – rozejrzał się. – Pod tym blokiem? – W 2004 zaprosił mnie jeden mój znajomy. Był maniakiem strzelectwa i co roku organizował zawody. Zebrało się niezłe towarzystwo: burmistrz, aptekarz, nauczyciel, paru biznesmenów… – Elita. – Żebyś wiedział. Zawody jak zawody. Trochę postrzelaliśmy. Potem była niezła popijawa. Dosiadł się do mnie nauczyciel z miejscowej szkoły. Facet okazał się nawiedzony. Jego pasją była historia miasta. Wiedział o tym miejscu wszystko. Opowiedział mi ciekawą rzecz. – Kto nam zakosił emiter? – Opowiedział mi o podziemiach. – Podziemiach? – Tutaj – wskazałem ręka dookoła – jest całe podziemne miasto. Podobno. – Mówisz zagadkami. – Nikt go nie odkrył, ale jest. – Będziemy gadać z facetem, który coś wie o podziemiach, których nie ma. Pięknie. Możesz mi wytłumaczyć, co one mają wspólnego z naszymi sprawami? 128

Ciszewski_www.indd 128

2011-09-16 09:50:06


– Może nic. A może wszystko. – Musimy dobrać się do dupy panu Gordkowi i kolegom. To wiem na pewno. Gadanie z facetem, z którym kiedyś piłeś wódkę, uważam za stratę czasu. – Posłuchaj. – Miał rację. Nie dysponowałem żadnymi dowodami. Po prostu zestawiłem pewne fakty w logiczny ciąg. Najprawdopodobniej można je było zestawić na kilka innych sposobów. – Wiem, jak to wygląda. Same domysły. Poruszamy się po omacku. Ale Staszek Kolberg jest człowiekiem, który wie o tym mieście wszystko. Zna ludzi, zna układy, ma różne nieoficjalne informacje. Z pewnością słyszał o Gordku i Wspólnikach. Pomoże nam. – Dlaczego ma nam pomagać? To nauczyciel. – Bo… – zawahałem się – jest uczciwy. Pogadajmy z nim. – Wiesz co, Jureczku? Mam propozycję. I tak jest trochę za wcześnie na wizyty. Wątpię, żeby o szóstej rano był specjalnie rozmowny. Pojedźmy gdzieś na śniadanie, potem do lekarza, żeby coś zrobił z tym zapaszkiem. I w międzyczasie wszystko mi opowiesz. – Nie – pokręciłem głową – czuję, że powinniśmy się pospieszyć. – Ja czuję, że nie mamy żadnego planu. Nie wiemy, jak się zabrać do rzeczy. – Nigdy nie będziemy wiedzieć, jeśli tego nie zrobimy. Wysiadłem. Mnąc w zębach przekleństwo, Wieteska wysiadł także. Mieszkanie, którego szukałem, znajdowało się parterze. Pamiętałem to dobrze, choć, mówiąc między nami, nie powinienem. Popijawa po zawodach strzeleckich skończyła się o trzeciej nad ranem, a potem mój interesujący rozmówca, zadziwiająco dobrze trzymający się na nogach, pomimo wątłej postury i wyglądu wskazującego na wszystko, tylko nie na mocną głowę, zaprosił mnie do domu, by „dokończyć kilka wątków z naszej ciekawej rozmowy”, jak to ujął. No więc poszedłem i wypiliśmy jeszcze całkiem niezgorszy trójniaczek. Gdy wśród pijackich pocałunków kończyliśmy imprezę, dzieci właśnie szły do szkoły. Podejrzewam, że mój rozmówca musiał tego dnia wziąć wolne. Nie sądzę, by był w stanie kogokolwiek czegokolwiek nauczyć. 129

Ciszewski_www.indd 129

2011-09-16 09:50:06


Potem korespondowałem z nim obficie, czując, że nigdy nie uda nam się wyczerpać tematów, które nas obu interesowały. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon dwa tygodnie przed rozpoczęciem mojej podróży w przeszłość. Pięć lat temu. Mimo że byłem tu tylko raz, trafiłem jak po sznurku. Po prostu wszedłem na klatkę schodową, skręciłem w prawo i nacisnąłem dzwonek przy drzwiach.

3

– Nie żyje? – Pokręciłem głową, chyba po raz trzeci. – Staszek nie żyje? Został zamordowany? – Pół roku temu. – Siedząca naprzeciwko mnie kobieta była blada i wyglądała na pięćdziesiąt lat. Skądinąd wiedziałem, że sporo jej brakowało do czterdziestki. Miała na imię Maria i była wdową po Stanisławie Kolbergu. Poznałem ją podczas nocnej popijawy. Siedziała z nami przez pewien czas, z rozbawieniem przysłuchując się naszej coraz bardziej chaotycznej i nieporadnej wymianie zdań. W końcu życzyła dobrej nocy i zniknęła w jednym z pokoi. Byłem dla niej mniej niż przelotną znajomością. Mimo to zostaliśmy wpuszczeni. Czekaliśmy przed drzwiami może kilka sekund, gdy rozległo się ciche: „Kto tam?”. Usłyszeliśmy trzask i drzwi się otworzyły. Gdy zapytałem o Staszka, kobieta wybuchnęła płaczem i przez dobrych kilka minut nie mogła się uspokoić. Być może poznała mnie, głowy jednak bym nie dał. Możliwe, że przeważała potrzeba wygadania się, wykrzyczenia żalu i osoba rozmówcy nie stanowiła kluczowego kryterium. – Co się stało? Złapano zabójcę? – Nie – pokręciła głową. – Policja uznała, że to był wypadek. – Wypadek? 130

Ciszewski_www.indd 130

2011-09-16 09:50:06


– Potrącił go samochód. Sprawca uciekł. Ulica była słabo oświetlona, a Staszek miał we krwi alkohol. Poszukiwania sprawcy, wobec braku śladów i świadków, zostały wstrzymane po kilku tygodniach. – Może to rzeczywiście był wypadek. Maria Kolberg spojrzała na mnie beznamiętnie. Miała zaczerwienione oczy. Była na nogach o szóstej rano nie dlatego, że wcześnie wstała. Po prostu nie spała całą noc. Być może kolejną z rzędu. – Nie. – Może nam pani powiedzieć, dlaczego pani tak sądzi? Tym razem w spojrzeniu nie było beznamiętności. Był strach. I rozpacz. Byliśmy bratnimi duszami. Możliwe, że robiłem błąd, ale czułem, że aby się czegoś dowiedzieć, musimy nieco uchylić rąbka tajemnicy. – Chcieliśmy się spotkać ze Staszkiem, bo…– Zawahałem się. Opowiadanie naszej historii tej zupełnie obcej kobiecie nie było ryzykiem. Było głupotą. Z gatunku tych, o których wiesz, a które musisz popełnić. – … może… mógł mieć pewne wiadomości... – Wiadomości? Panowie coś wiecie? Wiecie coś o Staszku? – Spojrzała na mnie z nagłym przebłyskiem nadziei. Rana była świeża. Maria Kolberg jeszcze nie pogodziła się ze stratą. – Być może… – Nie mogłem dokończyć zdania. Poczułem na ramieniu dłoń. – Przepraszam panią bardzo. Jurek, mogę cię prosić na chwilę? – Głos kapitana był zduszony, płaski, bezbarwny. Palce wbijały mi się w ramię. Wstałem z niezbyt wygodnego kuchennego taboretu. Gospodyni patrzyła na nas ze zdumieniem. – Przepraszam. Zaraz wrócimy. – Czyś ty zgłupiał? – warknął Wieteska, gdy znaleźliśmy się przed blokiem, ustawieni do niego tyłem. Nie chcieliśmy eksponować emocji. – Kobita ledwie żyje, a ty chcesz jej opowiedzieć o naszych problemach? Musimy się wziąć za Gordka i wspólników… 131

Ciszewski_www.indd 131

2011-09-16 09:50:06


– Pozwól mi z nią pogadać – przerwałem mu. Czułem się paskudnie. – Potem ci wszystko wytłumaczę – Tracimy czas. – Obiecuję. Spojrzał na mnie krzywo. Może go przekonałem. A może uległ wpływowi wyjątkowo paskudnego podmuchu wiatru pędzącego pierwsze krople porannego deszczu. W każdym razie powoli, jakby z niechęcią, udzielając mi pozwolenia na kredyt, skinął głową. Gdy wróciliśmy, Maria Kolberg siedziała w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, w której ją zostawiliśmy kilka minut temu. Czas jakby dla niej nie istniał. Tylko łyżeczka, wolno mieszająca dawno wystygłą herbatę, wprowadzała w tę scenę nieco ruchu. – Pani Mario – zacząłem, gdy ponownie zająłem miejsce na taborecie – mojemu przyjacielowi porwano żonę i syna. Mnie porwano dziecko. Dwuletnie. Nie wiemy, czego porywacze od nas chcą. Ale podejrzewamy, że mają związek z tym miejscem. Z Bornem Sulinowem. Dlatego bardzo nam zależy, by opowiedziała pani dokładnie, co się stało. Dlaczego uważa pani, że Staszka zamordowano. Patrzyła na mnie bez słowa. Nie byłem pewien, czy w ogóle usłyszała, co mówię. – Staszek interesował się historią miasta – odpowiedziała po dłuższej chwili, sennie, leniwie, jakby od niechcenia. – Najbardziej zajmowały go militaria. Pozostałości po Niemcach i Rosjanach. W końcu wpadł na trop podziemi. – Gdy rozmawialiśmy po raz ostatni, mówił, że odkrył coś wyjątkowego – powiedziałem, skinąwszy głową. Wtedy nie zwróciłem na to szczególnej uwagi. – Był bardzo podniecony. Twierdził, że dokonał wielkiego odkrycia. Że dzięki niemu miasto ożyje, ponieważ podziemia będą stanowiły magnes dla turystów. Bardzo mu zależało, żeby to – machnęła ręką dokoła – było niezłym miejscem do życia. – Poświęcił cały wieczór, by mnie o tym przekonać. 132

Ciszewski_www.indd 132

2011-09-16 09:50:06


– Doprowadził do tego, że władze przysłały zespół geodetów, którzy mieli za zadanie opracować mapę podziemi. Staszek był szczęśliwy. Zespół pracował kilka miesięcy, stworzył podobno dość dokładny plan podziemnego miasta. I wtedy został odwołany. – Z jakiego powodu? – Nie podano powodu. Po prostu wojewoda wydał decyzję o zakończeniu badań, ekipa się spakowała i pojechała do domu. Nieoficjalnie mówiło się o naciskach wojska. Staszek przez rok słał protesty, jeździł do rozmaitych urzędów, nalegał, organizował komitety poparcia… – I nic to nie dało. – Walił głową w mur. Władza zmieniała się kilka razy, ale nikt nawet nie chciał o tym słyszeć. Prosiłam, błagałam, by dał sobie spokój. Ale pan wie, jaki był uparty. Ubzdurał sobie, że sam skończy pracę. I znajdzie wejścia. – Ekipa stworzyła mapę, a nie znalazła wejść? – Nie znalazła. Mapę stworzono na podstawie jakichś odnalezionych planów niemieckich i… – Tak? – Badań radiestezyjnych. – Ach tak. Badań radiestezyjnych. Siedzący za mną Wieteska westchnął. Nie zwróciłem na to uwagi. – Wykryto podobno podziemne tory kolejowe, bocznice, magazyny… Staszek wierzył, że to prawda. Mówił, że taka ogromna baza woskowa nie mogła funkcjonować bez choćby schronów przeciwlotniczych. Bez podziemnego szpitala. Że w Niemczech jest podobne, właściwie identyczne miasteczko i tam podziemia ciągną się kilometrami. – I co? Doszedł do czegoś? – Ja nie wiem. – Popatrzyła bezradnie. Przestała mieszać herbatę. Spojrzała w okno. Szarówka i rozkręcający się kapuśniaczek. – Przed wypadkiem, kilka tygodni przed wypadkiem, nagle zrobił się bardzo podniecony. Mówił, że jest blisko. Że jeszcze chwila i cała Polska będzie o nim mówiła. Cisza. 133

Ciszewski_www.indd 133

2011-09-16 09:50:06


Rana szarpnęła cienką, rozpaloną igłą bólu. Możliwe, że Johny miał rację. Coś bardzo brzydko pachniało. Było mi tak zimno, że nie mogłem opanować drżenia. – Po czym miał wypadek. – Tuż przed nim zadzwonił. Był śmiertelnie wystraszony. Mówił, że wdepnął w coś bardzo groźnego, naraził się bardzo nieprzyjemnym ludziom. Wstrzymałem oddech. Miałem wrażenie, że Wieteska również. – Powiedział komu? – Powiedział, że bardzo się boi i że być może będziemy musieli wyjechać. Pół godziny później nie żył. – Czy opowiedziała pani to wszystko policji? – Powiedziałam. Zanotowali, ale dali do zrozumienia, że nikt nie wierzy w te bajeczki o podziemiach. Że raczej prokuratura nie będzie prowadziła śledztwa z tego powodu. – Prokuratura nie brała pod uwagę wiedzy o podziemiach jako motywu? – Tak właśnie powiedzieli. W ogóle nie prowadzili śledztwa w sprawie zabójstwa. Oficjalna wersja była taka, że Staszek miał wypadek, a sprawca zbiegł. – Czy policja przeszukiwała jego rzeczy? – Pobieżnie. Mówiłam. Nie uważali pasji Staszka za motyw. – A czy pani… mogłaby… pokazać nam jego pokój? I pozwolić, żebyśmy w nim poszperali? Wahanie trwało tak długo, że miałem pewność, iż Maria Kolberg nie usłyszała pytania. Musiałem wytężyć słuch, by przez pogwizdywanie wiatru w oknach usłyszeć odpowiedź. – Proszę. Od jego śmierci niczego nie ruszałam. – Nic – powiedziałem zniechęcony czterdzieści minut później. Siedziałem przy biurku Staszka i właśnie skończyłem przeszukiwać ostatnią szufladę – Mówiłem – odparł Wieteska cicho. – Tracimy czas. – Tego się nigdy nie wie, dopóki go się nie straci. 134

Ciszewski_www.indd 134

2011-09-16 09:50:06


– To teraz już wiesz. – Teraz już wiem. – Może w końcu powiesz mi, o co chodzi. – Za chwilę. Teraz wypada się pożegnać. Wstałem. Wyszliśmy z  pokoju. Maria Kolberg nadal siedziała w kuchni. Tym razem na stole była kawa. – Nie znaleźliśmy niczego… Podniosła głowę. Miała szarą, zniszczoną twarz. – Staszek miał jeszcze swoje stanowisko pracy w bibliotece – powiedziała wolno, jakby z wahaniem. – Był zaprzyjaźniony z kierowniczką. Spędzał tam wiele godzin, wertując książki, szperając w internecie, korespondując z miłośnikami starych fortyfikacji. – Stanowisko pracy? – Kierowniczka udostępniła mu biurko, które z czasem zawłaszczył. Stało w najdalszym rogu, oddzielone szafą. Miał tam swój kącik do rozmyślań, jak to nazywał. – I przechowywał tam coś. – Mógł przechowywać. Mówił, że w domu nie mieści się ze wszystkim. – Czy ktoś wie o tym jego kąciku? – Kierowniczka biblioteki i bibliotekarze. Może oni powiedzieli komuś. To mała społeczność. Z drugiej strony jego pasja tak bardzo ludzi nie obchodziła, żeby chcieli o tym mówić. – Od której czynna jest biblioteka? I jak do niej trafić?

4

Przekonanie skądinąd przeuroczej bibliotekarki, by dopuściła nas do biurka używanego przez Stanisława Kolberga, nie było ani proste, ani szybkie. Uśmiechałem się, uśmiechał się najlepszymi uśmiechami ze swego repertuaru i Wieteska. Przekonywałem, postulowałem, dezyderowałem. Gdy osłabłem, do głosu dochodził były as wojsk lotniczych. Bibliotekarka trwała, niczym Spartanie w wąwozie Termopile. 135

www.ru2012.pl  

Marcin Ciszewski: www.ru2012.pl