Grzegorz Polakiewicz
Wydawnictwo Znak K r a k รณw 2 0 1 9
Projekt okładki Paweł Panczakiewicz PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Fotografie w książce i na okładce pochodzą z archiwum autora Opieka redakcyjna Adam Gutkowski Adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Barbara Gąsiorowska Łamanie Irena Jagocha Copyright © by Grzegorz Polakiewicz © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5872-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU
Istnieje życie pisane drogą. Opisane miejscami, spotkanymi osobami, wydarzeniami, które wyryły tak silne znamię na sercu, że już nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Takie właśnie jest moje życie. Kim jestem? Niektórzy mówią o mnie: wędrowny ewangelizator. Inni nazywają mnie przyjacielem bezdomnych i kardynałów. Ludzi nauki, kultury i sztuki. Każde z tych określeń jest prawdziwe. Bo dla mnie życie jest głoszeniem Ewangelii. Byciem świadkiem na drogach, po których kroczę. Przyjaciel kardynałów? Jestem przyjacielem każdego, kto zechce, bym nim był, kto zaprosi mnie do swojego życia. Nie stopniuję wartości człowieka, bo każdy jest wart tyle samo, bez względu na to, jaką pozycję zajmuje czy jaki zawód wykonuje. Historia, którą chcę opowiedzieć, to historia mojego życia. Ale proszę się nie obawiać, będzie to opowieść osadzona w drodze. W moim Camino, na które wyruszyłem jako człowiek po amputacji i z wątłym zdrowiem. Co więcej, ruszyłem w tę drogę dwukrotnie. Można zapytać: po co? No cóż, Camino jest jak narkotyk, który uzależnia. Czynnikiem uzależniającym jest tam intensywność spotkania z drugim
Żyje się tylko raz
5
człowiekiem i jego jakże odmiennymi losami… Nie będzie to chronologiczna autobiografia. Taką może pisać królowa Elżbieta albo Diego Maradona, ale nie ja. Chcę oddać w Wasze ręce zbiór historii i wydarzeń z mojego życia, które pokażą Wam, że warto kochać, warto ufać i warto mieć nadzieję mimo wszystko. Że nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia i że Pan Bóg z największego zła jest w stanie wyprowadzić dobro. To jest opowieść nie o świętym człowieku, ale o grzeszniku, który po każdym upadku pragnie powstać i na nowo walczyć o piękne życie. Nie musicie zgadzać się z każdym moim zdaniem, ale całym sercem zapraszam Was do wyruszenia w tę drogę razem ze mną.
Żyje się tylko raz
7
Camino de Santiago to Droga Świętego Jakuba – szlak pielgr zymkowy prowadzący z różnych części Europy do grobu apostoła Jakuba w Santiago de Compostela. Choć pokrótce warto opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło i dlaczego ciało Jakuba znalazło się aż w odległej hiszpańskiej Galicji. Święty Jakub Większy był jednym z dwunastu apostołów. Po zmartwychwstaniu Jezusa udał się w świat, głosząc Dobrą Nowinę. Wybrał Półwysep Iberyjski, być może dlatego że wziął sobie do serca słowa Jezusa: „idźcie na krańce świata”. Około roku 40 pojawił się w rzymskiej osadzie Iria, w okolicach dzisiejszego Padrón, które znajduje się w Hiszpanii dwadzieścia kilometrów na południowy zachód od Santiago. Mówi się, że założył wówczas dwie wspólnoty: jedną właśnie w Irii (później nazwanej Iria Flavia), a drugą w Muxíi, gdzie ukazała mu się, poprzez dar bilokacji, Matka Boża, aby umocnić w nim ducha apostolskiego. Po tych wydarzeniach powrócił do Palestyny. Tam z rozkazu Heroda Agryppy został ścięty, ginąc jako pierwszy z apostołów. Było to około 44 roku. Jego ciało rzucono
Żyje się tylko raz
9
psom na pożarcie za murami miasta, ale jego uczniowie Atanasio i Teodosio zdołali je ocalić przed zbezczeszczeniem. Z portu w Joppie, dryfując łodzią bez steru i bez żagli, prowadzeni przez anioła, po siedmiu dniach dotarli do atlantyckich brzegów Hiszpanii w pobliżu Irii, gdzie też zacumowali i udali się do rządzącej krajem królowej Lupy z prośbą o pozwolenie na pochówek. Ona postawiła jednak warunek, który „po ludzku” wydawał się nie do spełnienia: przybysze mieli ująć dwa dzikie byki i zaprząc je do wozu z ciałem świętego, a następnie dokonać pochówku w miejscu, gdzie zwierzęta się zatrzymają. Odważniejszy z uczniów, przeżegnawszy się znakiem krzyża, przystąpił do zadania. W sposób cudowny oswoił byki i wprowadził do zaprzęgu. Gdy stanęły na dziedzińcu zamku Lupy – Castro Lupario, znajdującego się na pagórku zwanym później Libredón, królowa spełniła swoją obietnicę: oddała rzymskie mauzoleum w swej siedzibie na grób apostoła, a sama przyjęła chrześcijaństwo. Pierwszy wielki przełom w kulcie Jakuba nastąpił około roku 813, kiedy to asceta i pustelnik Pelagiusz miał widzenie: oto w towarzystwie anielskiego śpiewu deszcz gwiazd spadał w kierunku lasu Libredón, rosnącego na wzgórzu zwieńczonym ruinami pradawnego zamku. Teodomir, biskup Iria Flavia, po trzydniowym poście, modlitwie i rozeznaniu zbadał osobiście teren. W zaroślach znalazł trzy groby oraz szkielety, które przypisano apostołowi i jego dwóm uczniom. Miejsce to, początkowo znane jako Arca Marmorica, zaczęto szybko nazywać od hiszpańskiego
10
tłumaczenia imienia Jakuba – Santiago, a od światła spadających gwiazd wskazującego miejsce, gdzie spoczywały jego szczątki doczesne – Compostela (łacińskie Campus Stellae oznacza „Pole Gwiazdy”). Do grobu świętego zaczęli pielgrzymować najwięksi ówczesnej Europy, w tym król Asturii Alfons II Cnotliwy, który wędrował doń szlakiem Camino Primitivo, dzisiaj uważanym za najstarszy. W ciągu wieków kult Jakuba rozszerzał się na cały świat. Do jego grobu pielgrzymowały koronowane głowy, papieże, sportowcy, wielcy tego świata. Dziś o Camino powstają kolejne przewodniki, książki, filmy. Na tym szlaku – w obliczu drogi, zmęczenia i potu – każdy jest równy. Idąc nim, spotykałem ludzi bez domu, ubogich, ale także znane osoby ze świata kultury i biznesmenów z milionami na koncie. Podczas tych spotkań zrozumiałem, że Camino czyni nas równymi ze względu na nasze człowieczeństwo. Ze względu na cel, do którego podążamy. Ze względu na pragnienia, jakie wypełniają nasze serca. Różnymi szlakami co rok dociera do Santiago de Compostela kilkaset tysięcy pielgrzymów. Jednym z nich w 2017 roku stałem się także ja. Ruszyłem tak zwanym szlakiem portugalskim, gdyż jako jedyny daje się on pokonać na jednej nodze. Najpierw powiódł mnie z Porto do Fatimy, a następnie wróciłem do Porto autobusem, by ruszyć tym razem w kierunku Santiago. Odcinek ten liczy blisko trzysta kilometrów. Wypada po dwadzieścia kilka kilometrów dziennie. Trasa wiedzie wzdłuż oceanu, pośród pięknych lasów, winnic i pól.
Żyje się tylko raz
11
Znakiem szczególnym Camino jest żółta muszelka bądź strzałka wskazująca drogę. Każdy odcinek ma swoje schronisko (albergue), w którym pielgrzymi mogą wziąć prysznic, skorzystać z pralki, kuchni i pomieszczeń socjalnych, odpocząć po ciężkim dniu, a na drugi dzień ruszyć w dalszą drogę. To nie tylko miejsce regeneracji, ale też przestrzeń, gdzie zawiązuje się pewnego rodzaju wspólnota ludzi, których łączy jeden cel. Tam swój początek mają piękne przyjaźnie, a nawet małżeństwa. Camino to droga pełna cudów, bo każdy spotkany człowiek jest cudem, ale także ty stajesz się nim dla wielu. ———— Pamiętam piękny czwartkowy poranek podczas mojej drugiej, tegorocznej (piszę te słowa w 2018 roku) wędrówki z Porto do Santiago. Rano wstałem, wziąłem prysznic, spakowałem swoje sześć kilogramów bagażu do plecaka i opuściłem albergue w Valençy. Przede mną było ostatnich sto kilometrów do Santiago de Compostela. Za sobą zostawiłem pierwsze dwieście kilometrów: ścieżkę do Tui i przekroczenie granicy przez most międzynarodowy projektu Gustave’a Eiffla. Swoją drogą, tych mostów z pracowni Eiffla na trasie w Portugalii było więcej, a pewne jest to, że żaden nie zdołał zaskarbić sobie mojej sympatii. Można zapytać: dlaczego? Ano dlatego, że mam lęk wysokości, a te konstrukcje, monumentalne i przerdzewiałe, przyprawiały mnie o gęsią skórkę za każdym razem,
12
gdy okazywały się jedyną drogą na drugi brzeg. To, że byliśmy na siebie skazani, nie sprawiło, że połączyło nas jakieś wyjątkowe uczucie. Gdy doszedłem do Tui, wszedłem do gotyckiej katedry, by w kaplicy adoracji znajdującej się po lewej stronie choć na chwilę zatrzymać się na modlitwę. Każdego dnia tej drogi szukałem podobnej przestrzeni, w której mógłbym spotkać się tylko z Panem Bogiem i zaczerpnąć sił z tego spotkania. Tak było i tym razem. Ciemna kaplica i wyłaniający się z mroku blask tabernakulum. Dookoła unosił się zapach kadzidła, był dosłownie wszędzie. Po modlitwie udałem się jeszcze pod figurę świętego Piotra Gonzáleza zwanego Telmo, gdzie spoczywają jego doczesne szczątki. Poprosiłem go o dobrą pogodę na dalszą wędrówkę, gdyż jest patronem żeglarzy i orędownikiem w czasie złej aury. Następnie udałem się do kawiarenki Oscar Romero oddalonej kilkaset metrów od katedry, która skradła moje serce już rok wcześniej. Było mi wewnątrz tak dobrze, że umknęło mi jakoś przesunięcie godziny do przodu po przekroczeniu granicy. Kiedy się zorientowałem, że jest później, niż mi się wydaje, zerwałem się i ruszyłem w dalszą drogę. Jak każdego dnia sporo spotkanych osób pozdrawiało mnie, chciało mnie uścisnąć, zrobić sobie ze mną zdjęcie. W końcu nieczęsto zdarza się spotkać faceta, który na jednej nodze idzie kilkaset kilometrów! Na chwilę dołączyłem do pary Niemców. Ina i Reiner przywitali się ze mną, po czym oczy Iny wypełniły łzy. Nie była w stanie wiele
Żyje się tylko raz
13
powiedzieć, za to jej wzruszenie udzieliło się także mnie. W milczeniu przytuliłem ją, życząc dobrej drogi, i poszed łem dalej. Na trasie tego dnia spotkaliśmy się jeszcze dwa razy. Dwa krótkie spotkania, podczas których wymieniliśmy się serdecznymi spojrzeniami i uśmiechem. Droga z Tui do O Porriño wiedzie poprzez piękne zielone lasy, wzdłuż krystalicznie czystych potoków. Promienie słońca przebijające się przez gęste liście drzew oświetlały drogę, delikatnie muskając moją twarz swoim ciepłem. Było to niczym dotyk Boga mówiącego: jesteś dzielny, mój synu. Nie lękaj się. Rzadko doceniamy takie chwile. Za mało widzimy dobra, które otacza nas z każdej strony. Czasem wystarczyłoby, byśmy otworzyli szerzej oczy i dostrzegli, jak Bóg woła do nas: jestem przy Tobie, mój dzielny wojowniku! Idąc, spotykałem kolejne osoby, podejmowałem kolejne rozmowy. I tak poznałem Moisésa, który pielgrzymował do Santiago wraz ze swoimi przyjaciółmi. Moisés pochodzi z portugalskiej miejscowości Viseu. Jest ojcem dwojga wspaniałych dzieci i mężem cudownej Rosy. – Skąd jesteś? – zapytał. – Z Polski. – To niesamowite! „Szła dzieweczka do laseczka…” – zaczął śpiewać. – Skąd znasz tę piosenkę? – zdziwiłem się. – Kiedyś byłem w Lublinie na festiwalu z moim zespołem z Portugalii. Spędziliśmy w Polsce kilka dni. Gram na gitarze. – I świetnie śpiewasz, jak słyszę – także po polsku!
14
Roześmiał się w głos. Szliśmy wspólnie może z dwa kilometry. Rozmawialiśmy, ale także śpiewaliśmy. Z Moisésem i jego rodziną spotkaliśmy się kolejny raz po ukończeniu Camino, trzynastego maja, kiedy jechałem z Porto na uroczystości związane z rocznicą objawień fatimskich. Gdy dowiedzieli się, że także będę w Fatimie, postanowili na mnie zaczekać, by się przywitać i choć chwilę porozmawiać. Dalszą część tego odcinka drogi szedłem w spiekocie. Z każdym kilometrem byłem coraz słabszy. Dotarłem w końcu do jednego z moich ulubionych miejsc na szlaku portugalskim. Wzdłuż lasu płynie tam strumień, nad nim pną się winorośle, a pomiędzy nimi wiedzie wąska ścieżka. W pewnym momencie moja kula pośliznęła się na kamieniu i tracąc równowagę, wraz z plecakiem wpadłem do tego strumienia, który w ciągu kilku sekund przestał być moim ulubionym. Stał się wręcz znienawidzonym. A w ogóle kto wymyślił tak durną trasę nad tym najgorszym na świecie potokiem?! Chwilowo miałem już dość tej drogi. Siedząc w mokrych ciuchach, z mokrym plecakiem i jego przemoczoną zawartością, nie miałem najmniejszego zamiaru ruszać się z obezwładniającego mnie nurtu. Wtedy zza drzew wyłoniły się dwie postacie. Dwie panie w dojrzałym wieku. Nagle męska duma wpłynęła na moją niezłomną decyzję o pozostaniu w wodzie i zacząłem się podnosić. Gdy panie dostrzegły, jak gramolę się na jednej nodze, próbując się wydostać ze strumienia, jedna z nich podbiegła, by mi pomóc. W momencie gdy
Żyje się tylko raz
15
To właśnie w tym strumieniu wylądowałem cały mokry.
podała mi rękę, a ja za nią złapałem, pośliznęła się na tym samym nieszczęsnym kamieniu i błyskawicznie wraz z całym ekwipunkiem dołączyła do mojej strumykowej kąpieli. Siedzieliśmy w tej wodzie, śmiejąc się, dobrych kilka minut, po czym z pomocą drugiej z pań wyszliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zostało mi jeszcze kilka kilometrów do miejsca noclegu. Gdy dotarłem w końcu do albergue, rozwiesiłem ciuchy, by choć trochę je wysuszyć, i po dwugodzinnej drzemce postanowiłem wyjść do miasteczka coś zjeść. Tak jak w poprzednim roku udałem się do baru tuż przy przejeździe kolejowym, w którym serwowane jest smaczne i niedrogie menu pelegrino. Kiedy kelner przyniósł moje jedzenie, z są-
16
siedniej sali wyszedł Duncan. Był to Francuz z Bordeaux, wędrujący z dwoma przyjaciółmi: Antoine’em i Victorem. Spotkaliśmy się już dwa dni wcześniej w Caminha. Francuzi zaprosili mnie do swojego stolika. Były też z nimi ich dwie rodaczki: Marie i Claire, również wędrujące szlakiem z Porto, oraz Kristin z Dortmundu. Spędziliśmy kilka godzin na rozmowie, śmiechu i wzruszeniach. W pewnej chwili wyciągnąłem z saszetki relikwie Jana Pawła II i księdza Jerzego Popiełuszki, opowiadając moim nowym przyjaciołom o tym, jak ważni są ci święci patronowie na drodze mojego życia. Z tą grupą ludzi spędziłem cały następny dzień, aż do kolejnego poranka, kiedy to przyszło nam się rozstać. Odcinek z Redondeli do Pontevedry to jeden z najbardziej wymagających na szlaku portugalskim. Dwadzieścia kilometrów przez las, po śliskich kamieniach, prawie wciąż pod górę. Rano wyruszyliśmy razem, by po kilkuset metrach pożegnać się w cieniu ujścia do oceanu Ría de Vigo. Pierwszy raz na Camino popłakałem się z żalu, że z kimś się rozstaję i prawdopodobnie już się nie spotkamy. W sercu czułem pustkę podobną do tej, gdy traci się kogoś bliskiego. Rozpocząłem drogę w pojedynkę. Strome podejście, oczy wypełnione łzami. Ten dzień ofiarowałem za wszystkich kapłanów: za tych, którzy w życiu byli dla mnie cudem, dobrem, wparciem, ale także za tych, którzy na drodze do Nieba odmówili mi miłości. Różne osoby mijały mnie, pozdrawiając i obdarzając uśmiechem. Po niespełna dwóch kilometrach podszedł do mnie pewien
Żyje się tylko raz
17
mężczyzna i przywitał się po polsku. Staszek – tak miał na imię – od kilkudziesięciu lat mieszka w Berlinie. Miał iść na Camino razem z żoną Wandą, która jednak kilka miesięcy wcześniej odeszła w wyniku choroby nowotworowej. Szli razem, wierzyliśmy, choć w innym wymiarze. Sam mogłem doświadczyć tej metafizycznej obecności Wandy podczas naszej drogi. Staś miał dwa credenciale (paszporty pielgrzyma): swój i żony. W każdym miejscu zbierał pieczątki dla niej i dla siebie. Mieliśmy przejść razem tylko fragment tego dwudziestokilometrowego odcinka, co najwyżej do Arcade de Riba, ale Staszek postanowił towarzyszyć mi do końca. Pomimo moich sugestii cały czas szedł obok. Po kilku godzinach morderczej dla mnie drogi doszliśmy do rogatek Pontevedry. Tam zastaliśmy Inę i Reinera, poznanych dwa dni wcześniej w Tui, którzy po obiedzie zbierali się właśnie do dalszej drogi. Zaprosili nas na kawę do swojego stolika. Rozmawialiśmy, wspominając nasze pierwsze spotkanie. Ina zaczęła pytać: co się stało, że amputowano mi nogę? Jak długo tak funkcjonuję? Dlaczego nie mam protezy? Zgodnie z prawdą opowiedziałem, że nogę straciłem sześć lat wcześniej w wyniku neurogennej osteoartropatii Charcota, która charakteryzuje się niszczeniem chrząstek stawowych, kości oraz ścięgien, a w konsekwencji prowadzi do deformacji stawu i przemieszczeń kości. Że proteza, która dałaby mi szansę na lepsze funkcjonowanie, w Polsce jest ogromnie droga, a w dodatku nie jest refundowana. Po kilku minutach Ina
18
zakomunikowała: zrobimy dla ciebie protezę. Okazało się wówczas, że jej brat ma własny warsztat protetyczny, który przejął po ojcu – Helmucie, i prowadzi go od lat. Wraz z Iną zajmują się zaopatrywaniem w sprzęt medyczny oraz protezowaniem kończyn rąk i nóg. Ciężko jest sprawić, by zabrakło mi słów, ale w tamtym momencie tak się właśnie stało. Wszyscy się popłakaliśmy. Wymieniliśmy się numerami telefonów i w atmosferze ogromnej serdeczności ruszyliśmy w dalszą drogę: Ina z Reinerem w swoją stronę, a my ze Stasiem – do centrum Pontevedry. To spotkanie jest dla mnie cudem. Dwa dni po tym jak się poznaliśmy, nasze drogi znów się krzyżują, choć wystarczyło, bym dotarł do Pontevedry dwie minuty później, i prawdopodobnie już nigdy byśmy się nie spotkali. Tylko Pan Bóg pisze takie scenariusze i tylko On jest w stanie wyreżyserować taką historię. Poszedłem na Camino w wielu intencjach, ale żadna nie dotyczyła mnie. Nie prosiłem o nic dla siebie, a otrzymałem po stokroć więcej, aniżeli mógłbym poprosić. Bo proteza to jedno, ale relacja przyjaźni i bliskości, która się wywiązała, to drugie i dla mnie najważniejsze. Często gubimy po drodze radość życia, bo brak nam zaufania. Wolimy błądzić w ciemności, zamiast bezgranicznie zaufać Panu Bogu. A co znaczy: zaufać bezgranicznie? To chwycić się mocno Jego dłoni w ciemności naszych życiowych doświadczeń i mówić Mu, jak najlepszemu przyjacielowi: „nic z tego nie rozumiem, nie widzę żadnej drogi i żadnego rozwiązania, ale jestem pewien Ciebie i Twojej do mnie miłości”.
Żyje się tylko raz
19