Issuu on Google+

Jego najbardziej imponującym dokonaniem jest liczący 30 tomów cykl epickich wierszy Maninbo (Dziesięć tysięcy istnień), ogłaszany w latach 1986–2010. Ko Un opowiada w nim o ludziach, których napotkał bądź o których słyszał. Ich portrety pozwalają zanurzyć się w historii jego kraju, ale też w medytacji nad człowieczym losem, nad mechanizmami namiętności i marzeń, nieszczęść i cierpień. Losy tych ludzi – opisywane z uważnością, poczuciem humoru, przede wszystkim jednak z buddyjskim współczuciem dla wszystkich cierpiących istot – tworzą swoisty poetycki kosmos, pozbawiony odpowiedników w światowej literaturze.

Cena detal. 34,90 zł

M ANINBO DZIESIĘĆ TYSIĘCY ISTNIEŃ

Ko Un (ur. 1933), południowokoreański poeta, powieściopisarz i eseista, jest literackim gigantem: jego dorobek – tłumaczony na wszystkie ważniejsze języki – to ponad 150 tomów. W 1950 roku wcielony siłą do wojska, pod wpływem okropności wojny wstępuje do klasztoru buddyjskiego, w 1962 ogłasza „Manifest rezygnacji” i porzuca buddyjską wspólnotę mnichów, której przewodniczył. Przeżywa okres autodestrukcji i nihilizmu, znaczony próbami samobójczymi i nadużywaniem alkoholu. W 1973 angażuje się w bieżące wydarzenia polityczne i walkę o prawa człowieka. Inwigilowany, wielokrotnie aresztowany, spędza długie okresy w więzieniach, gdzie jest torturowany. W 1980 skazany na dożywocie, w dwa lata później zostaje ułaskawiony. Wraz ze świeżo poślubioną żoną Sang-Wha Lee osiedla się na wsi. Ogłasza liczne tomy wierszy, powieści i esejów, pierwszą serię dzieł zebranych (20 woluminów), autobiografię w 5 tomach. Jest laureatem licznych nagród międzynarodowych. Dużo podróżuje, wykładając i czytając wiersze w Europie, Japonii i Australii, w Ameryce i Meksyku.

KO UN

MANINBO DZIESIĘĆ TYSIĘCY ISTNIEŃ


KO UN MANINBO DZIESIĘĆ TYSIĘCY ISTNIEŃ Przekład Mieczysław Godyń, Adam Szostkiewicz Konsultacja Estera Czoj (Choi Sung-Eun) Ilustracje Ko Un

W Y DAW NIC T WO Z N A K • K R A K ÓW 2 01 2


Mieczysław Godyń

Wstęp W jednym człowieku gubi się wieczność a między dwoma przez wieki może zahaczyć się ta sama chwila (Miron Białoszewski)

5 W 1980 roku, oskarżony o zdradę stanu i skazany przez reżim generała Chun Doo-hwana na dwadzieścia lat pozbawienia wolności, Ko Un ślubował w więziennej celi, że jeśli kiedykolwiek wyjdzie z niej żywy, upamiętni oddzielnym wierszem każdego człowieka, którego spotkał osobiście bądź znał z historii Korei. Tam, w mrocznym karcerze – gdzie najdroższym, wyczekiwanym gościem był „promień zachodzącego słońca, plamka światła nie większa niż pocztowa marka, sadowiąca się w zagłębieniu dłoni i ogrzewająca palce bosej stopy” – odkrył głęboką więź łączącą go, poprzez cierpienie, z tysiącami ludzi, którzy w dziejach Korei znosili głód, upokorzenia, niewolę i niesprawiedliwość. Był już wtedy znanym pisarzem, bojownikiem o wolność i prawa człowieka, mistrzem buddyjskim, który po dziesięcioletnim pobycie w klasztorze wybrał życie świeckie. Miał za sobą próby samobójcze, okres nihilizmu i uzależnienia od alkoholu, wcześniej zaś – koszmar wojny koreańskiej, podczas której stracił wielu najbliższych, widział niewyobrażalne okrucieństwa, dźwigał na własnych plecach trupy zabitych w bratobójczej walce. Wojna zakończyła jego dzieciństwo, spędzone pod japońskim zaborem, kiedy to potajemnie uczył się zakazanego przez okupantów języka koreańskiego, a pewnego dnia znalazł na poboczu drogi książkę z wierszami trędowatego poety, Han Ha-una: „Od tego dnia byłem Han Ha-unem. Od tego dnia byłem trędowatym wędrowcem. Od tego dnia cały świat był piaszczystą ścieżką. Od tego dnia byłem poetą – smutnym poetą”.


M I E C Z Y S Ł AW G O D Y Ń

6

Przyrzeczenia złożonego w więzieniu dotrzymał. Amnestionowany w 1982 roku rozpoczął w kilka lat później pisanie cyklu poetyckiego, który w chwili obecnej obejmuje już trzydzieści tomów – cztery tysiące portretów. Nazwał go Maninbo. Tytuł ten oznacza dosłownie „historie rodzinne dziesięciu tysięcy ludzkich istnień”. Można go też czytać: „wszyscy ludzie” albo, jak chce sam Ko Un, „ludzie dalszego planu”. Nie jest to utwór o „charakterach” czy typach człowieczych. Ko Un skupia się za każdym razem na poszczególnej osobie, w jej jedyności i niepowtarzalności. Skromni mieszkańcy jego rodzinnej wioski, okolicznych miast i miasteczek, krewni, sąsiedzi, współwięźniowie, koledzy szkolni, przechodnie, żebracy, bezimienne służące i praczki – ludzie nieznani światu, dawno nieżyjący, zwyczajni – otrzymują swoje królewskie, indywidualne portrety, oddające sprawiedliwość ich cichemu bohaterstwu, dzielności życiowej, cierpliwości, trudowi, delikatności, urodzie, poświęceniu. Aby tak patrzeć na ludzi, potrzeba szczególnego rodzaju spojrzenia, o którym Simone Weil pisała, że jest ono „przede wszystkim spojrzeniem uważnym: dusza pozbywa się wtedy wszelkiej własnej treści, aby przyjąć w siebie istotę, na którą patrzy, taką, jaka jest, w całej jej prawdzie”. Uwaga, czuła uwaga, jest substancją poezji Ko Una. To za sprawą uwagi wiemy – by jeszcze raz zacytować Simone Weil – „że nieszczęśliwy istnieje nie jako liczba w zespole lub jako egzemplarz społecznej kategorii nazwanej »nieszczęśliwą«, ale jako człowiek, najzupełniej podobny do nas, który pewnego dnia otrzymał piętno nieszczęścia”. Tego rodzaju uwaga cechowała Jezusa: „Jawnogrzesznica czuła chyba, że Chrystus patrzy na nią tak, jak nikt inny nie patrzył, i widzi coś, czego nikt nie widział; odkrył jej Ty – niepowtarzalne, jedyne, swoiste” (Józef Tischner). Thomas Merton, za Albertem Camusem, nazywał to „zrozumieniem” i określał jako „pełen głębokiego współczucia szacunek dla życia i konkretnej osoby ludzkiej”. Taką uważność miała w sobie Matka Teresa z Kalkuty. Swoje poetyckie portrety Ko Un pisze, jakby je malował – dotykając słowami rzeczywistości, jak dotyka się pędzlem papieru czy płótna. Być może sprzyja temu specyfika języka koreańskiego – z jego pełnymi wigoru znakami, o wiele mniej abstrakcyjnymi niż litery – a także tradycja pisania umoczonym w tuszu pędzelkiem. Wiersze Ko Una są jak obrazy dalekowschodnich mistrzów: oto wiatr wiejący wśród sosen, namalowany kilkoma nieodzownymi pociągnięciami pędzla; jedna plama tuszu więcej i obraz utraciłby całą lekkość, jedno muśnięcie mniej i nie byłoby wiadomo, o co chodzi. Dla porównania: drukowany wykrzyknik „och” jest pusty; może oznaczać wiele rzeczy: irytację, zaskoczenie, zachwyt, zażenowanie. Ale „och” z wiersza o Pong Tae – przyjacielu z dzieciństwa zabitym przez amerykańskiego


WSTĘP

żołnierza – nie jest puste; ta bolesna smuga tuszu rozdziera serce, przygniata smutkiem i bezradnością („Och, Pong Tae, / nic nie mogłem zrobić, żeby cię ocalić, / choć ty miałeś szesnaście lat / i ja miałem szesnaście”). „Nawet przyimki, których używam, są zbroczonymi krwią kwiatami, zawierającymi w sobie życie i dzieje wszystkich moich przodków” – mówi poeta. Każdy wiersz Ko Una to spotkanie – z człowiekiem, ze strachem na wróble, z górskim jeziorem. „Nawet drzewo / ma przód i tył. / Nie tylko za sprawą słońca, / nie tylko dlatego że północ i południe. / Kiedy spotykam się z drzewem z przodu, / a rozstaję z tyłu, / to mi go brak”. Toteż prawdziwe, głębokie spotkanie musi mieć w sobie coś z objęcia ramionami, przygarnięcia, przytulenia; inaczej obcujemy jedynie z pozorami. Ko Un, w przeciwieństwie do wielu poetów, ani nie igra słowami, ani nie spoziera zza nich na świat jak przez szybę. Słowa Ko Una są niczym słomiane miotły mnichów buddyjskich: oczyszczają z kurzu miejsce spotkania, pozwalają bosą stopą dotknąć gołej ziemi. Ceną takiego spotkania bywa utrata zewnętrznej tożsamości: „Idę na Annapurnę. / Jeden ja, żyjący tam / pięćdziesiąt tysięcy lat temu, / gorąco wita tego mnie, który jest teraz w drodze. / Zderzamy się. / Oślepiający wybuch. / Żadne słowo tego nie odda. / Czernieję z niewiedzy / pod Annapurną. / (…) Zbyt długo byłem żebrakiem, kłamstwem”. Żeby pisać o innych tak, jak to robi Ko Un, trzeba zapomnieć o samym sobie. Wskrzeszając myślą ludzi i miejsca, których już nie ma, poeta oddaje im własny ciepły oddech, własną witalność, dzięki czemu tamci znów są teraz, a wiersz ocala ich obecność. Ko Un tworzy poezję całym sobą, duszą i ciałem; w tym sensie, jak jeden z jego bohaterów, jest poetą, który nie musi pisać wierszy. Poezja w jego przypadku to sposób bycia, uczestnictwa i działania. On ma w sobie li – ukierunkowanie kosmiczne, rodzaj gracji, która sprawia, że jest tam, gdzie trzeba, robi to, co w danej chwili robić należy, wyczuwa rytm życia. Wie o tym każdy, kto spotkał go choć raz. Oto Ko Un tańczący nago w deszczu na dziedzińcu buddyjskiego klasztoru; oto, we wspomnieniu Roberta Hassa, bosonogi Ko Un walący z pasją w bęben; Ko Un pielgrzymujący na świętą górę Kailasz; Ko Un na festiwalu poezji w Kanadzie ze śmiertelną powagą wyznający publiczności, że chciałby być liściem klonu; Ko Un czytający po koreańsku Tranströmera w swej przebogatej bibliotece domowej; Ko Un w krakowskim kościele św. Katarzyny, recytujący chrapliwym, hipnotycznym głosem swoje wiersze i śpiewający drogą sercom Koreańczyków pieśń Arirang. (Tam, w czeluściach kościoła św. Katarzyny, przejmująco potwierdziła się zdolność Ko Una do budowania mostów, do bycia łącznikiem między ludźmi i czasami. Podczas owego wieczoru czytano wiersz Arirang opowiadający o tragicznym losie Koreańczyków przesiedlonych przez Stalina do Kazachstanu. Po spotkaniu do Ko Una podszedł starszy, siwowłosy mężczyzna i powiedział: „Ja

7


M I E C Z Y S Ł AW G O D Y Ń

tam byłem wtedy w Kazachstanie. Sąsiadowaliśmy z tą koreańską kolonią. Umieraliśmy z głodu. Życie uratowała nam stara Koreanka, która często śpiewała Arirang”. Był to Andrzej Wat – syn Aleksandra). Poezja, jak ją wolno rozumieć za Ko Unem, nie jest sztuką układania wierszy. Jest raczej więzią ontyczną, wewnętrznym życiem rzeczy. Toteż poezji właściwie się nie tworzy, tylko w niej uczestniczy – pod warunkiem że potrafi się zejść świadomością na fundamentalny poziom istnienia (poziom elementarnych dharm, jak powiedziałby buddysta), gdzie wszystko, co jest, wchodzi z sobą w przedziwny, magnetyczny związek, a związek ten jest wcześniejszy niż ludzka arbitralność i władza, niż nasze światopoglądy, uprzedzenia, racje i decyzje. Buddyści nazywają tę pierwotną więź Umysłem albo „nienarodzonym sercem Buddy”, taoiści Drogą, współczesna zaś fizyka mówi o „najgłębszej, nieprzemiennej i nielokalnej warstwie rzeczywistości, w której załamują się tradycyjne pojęcia czasu i przestrzeni, a wszystko, co się w niej dzieje, zachodzi »wszędzie« i »równocześnie«” (Michał Heller). Tam, „w tej cichej, cichej ciszy”, mieszka Ko Un; tam jest jego dom. „Pierwsze wiersze zacząłem pisać, jakby były kępkami trawy wśród ruin pozostawionych przez wojnę koreańską, w której zginęły cztery miliony osób” – wyznaje ten na wskroś koreański poeta, od lat piszący osobliwą, serdeczną historię swojego kraju, jak gdyby układał mandalę z piasku i drobnych, polnych kamieni. Drobnych, bo bohaterami jego opowieści prawie nigdy nie są królowie ani dygnitarze, ale ubodzy rolnicy, głodujące dzieci, wędrowni mnisi, rzemieślnicy, kupcy, wioskowe głupki, rybacy, złodzieje, zapracowane kobiety, pijacy, ofiary komunizmu i prawicowych dyktatur... Ko Un niestrudzenie pisze kronikę narodu prawdziwego, nie zaś ideologicznego. Nie „Narodu” jako ponadludzkiej istoty, obdarzonej własną wolą i otoczonej bałwochwalczym kultem, ale narodu konkretnych ludzi i osób, z ich wielością, różnorodnością, ich troskami i radościami, marzeniami, codziennym znojem, miłością, odwagą, przedsiębiorczością, pogodą i hartem ducha. Maninbo jest żywym świadectwem wierności, odpowiedzialności i wdzięczności Ko Una wobec Koreańczyków – dawnych i dzisiejszych, tych z Południa i tych z Północy. Czy świadectwo to może przemawiać do kogoś innego niż sami mieszkańcy Korei, do kogoś nie stamtąd? Dietrich von Hildebrand powiedział kiedyś: „Moim bliźnim jest ten, kogo Bóg położył mi na sercu poprzez daną sytuację i jej sens, choćby nie łączyły mnie z nim więzy przyjaźni, więzy rodowe lub narodowe”. Ko Un w podobny sposób kładzie nam na sercu ludzi, o których pisze. I choć nigdy w życiu nie widzieliśmy ich na oczy, odtąd nie są już dla nas obcy.


Dziadek

Nawet gdy jest pijany w sztok, są dwie rzeczy, których potrafi upilnować: język za zębami i długa fajka wystająca zza kołnierza bluzy. Jeśli padnie bez czucia gdzieś na skraju pola ryżowego z powodu wielkiej siły galonu makkôlli, nadbiegają jego trzej synowie, jak przystało na dobrych synów, i prowadzą go do domu, podpierając ramionami. W domu każe sobie jeszcze nalać wina, przewraca płot, wrzeszczy na sąsiada, na wszystko i na nic, aż po rdzawe pola następnej wioski, w którą niedawno rąbnął piorun. Potem zasypia, krzycząc: „Suka! Suka, suka!”. Gdy się ocknie, jest wiernym druhem zimnej wody. Oto on, Ko Han-gil: obrzucany wymówkami, stoi ze skrzyżowanymi rękoma pod ściekającą z okapu deszczówką. Może tak osiąga oświecenie?

11


M A NINBO DZI E SI ĘĆ T YSI ĘC Y IS T N I EŃ

„Pamiętaj, dziecko, że Japonia to nie twój kraj. Kiedyś, dawno temu, admirał Yi Sun-shin zgotował Japońcom piekło. Więc nie trać ducha”.

12

Jeśli domownicy słaniali się z głodu, bo nie jedli od paru dni, rozpalał w kuchni ogień, żeby z komina szedł dym. Omamiał tym sąsiadów, którzy myśleli, że przyrządza co najmniej kleik ryżowy, ale on gotował czystą wodę na ogniu ze świeżych gałęzi sosnowych dających dym tak gęsty, że można się było zakrztusić. Jeśli wieloletni wróg częstował trunkiem, nie stroił fochów – wino było dlań niebem i ziemią. Patrzył na dojrzewające w letnim upale łany, na tarasy ryżowe, z których żaden nie był jego własnością, a w oddali zapalały się ostatnie tegoroczne błędne ogniki. Póki był na świecie, miał własne imię, ale gdy odszedł, zabrakło kamienia, na którym można by je wyryć.


T O M P I E R W S Z Y (19 8 6 )

Podczas uroczystości żałobnych na tabliczce z imionami przodków napisano po prostu: „Znawca życia”. Bo przecież wiedział tak wiele. Tak wiele. przełożył Mieczysław Godyń

13


M A NINBO DZI E SI ĘĆ T YSI ĘC Y IS T N I EŃ

Wędrowny sprzedawca bambusowych skrzynek

14

Wędrowny handlarz często zachodził do izby parobka Tae-gila. Nosił na plecach bambusowe skrzynki i kosze z południa aż po najdalej na północ wysunięty punkt nad rzeką Yalu i po wschodnie kresy, do miejsc, gdzie jest tak zimno, że zamarza się w ruchu; idziesz, zamarzasz, a na wiosnę odpadają ci stopy. Ten handlarz wędrował po całym kraju. W końcu stracił wszystkie pieniądze zarobione na sprzedaży bambusowych skrzynek i koszy. Widząc go w skrajnej nędzy, Tae-gil chętnie ofiarował mu swój całoroczny zarobek jako pożyczkę. „Wróć i oddaj mi pieniądze za rok o tej porze”. Minął rok, potem drugi – i nic. „Widzisz, widzisz! – dogadywali mu wszyscy – sam pozwoliłeś się okraść”. Ale Tae-gil wcale się nie martwił, tylko spokojnie skręcał powrósła ze słomy. Aż wreszcie z początkiem którejś zimy handlarz znów pojawił się w wiosce; miał z sobą flaszkę gorzałki i dziesięć suszonych ryb. Zwrócił z nawiązką sumę, którą pożyczył trzy lata wcześniej, tłumacząc, że przez cały ten czas był w drodze i dopiero co wrócił; prosił o wybaczenie. Tae-gil odparł: „Musiało ci być ciężko”.


T O M P I E R W S Z Y (19 8 6 )

„Więc wypijmy za to”. „Dobra myśl”. Zachwycony handlarz Pok-gil opróżnił miarkę, z nadzieją na następną. „Ano, co racja, to racja”.

przełożył Mieczysław Godyń

15


M A NINBO DZI E SI ĘĆ T YSI ĘC Y IS T N I EŃ

Sa-haeng

16

Nad brzegiem strumienia w Mijei samotny wędkarz, długonogi Sa-haeng, zwijał właśnie linkę. Syn Sa-haenga Ch’il-song nadbiegł drugim brzegiem rzeki. „Tato, tato! Mama nie żyje! Umarła i nie chce zamknąć oczu!” Był za daleko, jego krzyk nie docierał do ojca. Między tymi, którzy są rozdzieleni na zawsze, chlupoczą zimne fale.

przełożył Mieczysław Godyń


T O M P I E R W S Z Y (19 8 6 )

Nasza cioteczna babka z Taegi

Ilekroć przychodzi do nas z Taegi, pokonując pięć mil polnymi ścieżkami, wypełnia sobą całą izbę. W dniu śmierci babci, ledwo weszła za próg, jęła zawodzić, kołysząc z boku na bok swoim wielkim ciałem. Biła rękami o uda, tłukła w podłogę i biadała: „Co to jest? Co się z tobą stało? Przecież tak niedawno spotkałyśmy się na targu w Hoihyo˘n i jadłyśmy cienkie kluski, które zanurzone w rosole pęczniały. Innym razem kupiłyśmy sobie zupę z ryżem, a do tego kwaterkę makko˘lli – wydaje się, jakby to było wczoraj. Jak szybko minęło te pięć czy sześć lat. A zeszłej jesieni mówiłaś: za kilka miesięcy ta przeklęta choroba minie i będę latać, gdzie mi się spodoba. No, i gdzieżeś teraz odleciała? Aigu, siostro, aigu, siostro. Jeśli nas opuścisz, kiedy wrócisz? Tutaj życie jest dobre, nawet jeśli człowiek wdepnie czasem w krowie albo psie gówno. Ale ty odeszłaś w zaświaty. Kto się tobą zajmie w tej wielkiej dali, gdzie tam będziesz mieszkać?

17


M A NINBO DZI E SI ĘĆ T YSI ĘC Y IS T N I EŃ

18

Aigu” – wołała – „aigu, aigu!”. Długo lamentowała, potem wytarła nos, a gdy rzuciła okiem za siebie, zobaczyła żonę naszego kuzyna, która właśnie nadeszła ze swojego nowego domu w Songmal. Lament raptownie ustał. „Aigu, panna młoda z Songmal! Świetnie wyglądasz! Cóż za promienna twarz! Jak tam dzieci? Podobno dokupiliście trochę pola? Szczęście wróciło do was po tym, jak wykopaliście nową studnię!” Co nazywamy smutkiem, nie jest wcale smutne. Jest jak schowany w dolinie strumień, jak śpiew. Niknie, gdy przekraczamy grzbiet kolejnego wzgórza. Kiedy kobieta taka jak ona przybywa do domu żałoby, ofiarne wino i pokarm nabierają właściwego smaku, czyż nie tak? przełożył Mieczysław Godyń


T O M P I E R W S Z Y (19 8 6 )

Gospoda u zbiegu dróg

Na rozdrożu między Okjo˘ngkol a Chigok-ri, tam, gdzie trakt zbacza niechętnie ku Chaetjo˘ngji, jest gospoda, przy której bieli się kilka kwiatów tykwy. W środku panuje tak wielka czystość, że szynkwas śmiało mógłby służyć jako ołtarz na ofiary dla przodków. Mucha nie zagrzałaby tu miejsca. Karczmarka imieniem Ok-son, drobna, młoda z wyglądu, choć już pod pięćdziesiątkę, podając czarkę makko˘lli, nigdy nie zapomina o porcji dobrze ukiszonej kimch’i na zakąskę. Przez kilka letnich miesięcy częstuje gości pędami czosnku w paście z czerwonej papryki. Wiecznie pucuje kontuar, jakby w obawie, że gdy pozwoli rękom na bezczynność, dojdzie do katastrofy. Nie słucha, gdy mówią jej, że kto się przemęcza, ten odstrasza szczęście. „Przychodzi tu mnóstwo ludzi – ucina – i nie wypada, żeby było brudno”. Taka to gospoda: szczęście może w niej zostać albo nie – jak zechce. Od czasu do czasu, gdy słońce chyli się już ku zachodowi i nie ma zbyt wielu gości,

19


M A NINBO DZI E SI ĘĆ T YSI ĘC Y IS T N I EŃ

Ok-son wychodzi na rozstaje dróg i obejmuje spojrzeniem samotną mogiłę naprzeciw gospody. „Ach, człowieku z Małej Wsi, lepiej by było, gdybym sama niedługo umarła, ale kto wtedy będzie roznosić napitki i obsługiwać gości?” W dni, gdy zapach wody od rzeki Mijei staje się szczególnie ciężki, Ok-son rozmawia chwilę z grobem w gęstniejącym zmierzchu.

20

przełożył Mieczysław Godyń


T O M P I E R W S Z Y (19 8 6 )

Ojciec

Choćby nie wiem jak utrudzony mozolną drogą przez rzekę, przez całe Naep’o, od targu w Taech’o˘n, poprzez targ w Yesan, aż na targ w So˘san, ojciec był na wskroś marzycielem. Gdy padało, wyciągał do deszczu obie ręce i wołał w zachwycie: „Aigu, aigu! Jak dobrze cię widzieć!”. przełożył Mieczysław Godyń

21


Jego najbardziej imponującym dokonaniem jest liczący 30 tomów cykl epickich wierszy Maninbo (Dziesięć tysięcy istnień), ogłaszany w latach 1986–2010. Ko Un opowiada w nim o ludziach, których napotkał bądź o których słyszał. Ich portrety pozwalają zanurzyć się w historii jego kraju, ale też w medytacji nad człowieczym losem, nad mechanizmami namiętności i marzeń, nieszczęść i cierpień. Losy tych ludzi – opisywane z uważnością, poczuciem humoru, przede wszystkim jednak z buddyjskim współczuciem dla wszystkich cierpiących istot – tworzą swoisty poetycki kosmos, pozbawiony odpowiedników w światowej literaturze.

Cena detal. 34,90 zł

M ANINBO DZIESIĘĆ TYSIĘCY ISTNIEŃ

Ko Un (ur. 1933), południowokoreański poeta, powieściopisarz i eseista, jest literackim gigantem: jego dorobek – tłumaczony na wszystkie ważniejsze języki – to ponad 150 tomów. W 1950 roku wcielony siłą do wojska, pod wpływem okropności wojny wstępuje do klasztoru buddyjskiego, w 1962 ogłasza „Manifest rezygnacji” i porzuca buddyjską wspólnotę mnichów, której przewodniczył. Przeżywa okres autodestrukcji i nihilizmu, znaczony próbami samobójczymi i nadużywaniem alkoholu. W 1973 angażuje się w bieżące wydarzenia polityczne i walkę o prawa człowieka. Inwigilowany, wielokrotnie aresztowany, spędza długie okresy w więzieniach, gdzie jest torturowany. W 1980 skazany na dożywocie, w dwa lata później zostaje ułaskawiony. Wraz ze świeżo poślubioną żoną Sang-Wha Lee osiedla się na wsi. Ogłasza liczne tomy wierszy, powieści i esejów, pierwszą serię dzieł zebranych (20 woluminów), autobiografię w 5 tomach. Jest laureatem licznych nagród międzynarodowych. Dużo podróżuje, wykładając i czytając wiersze w Europie, Japonii i Australii, w Ameryce i Meksyku.

KO UN

MANINBO DZIESIĘĆ TYSIĘCY ISTNIEŃ


Maninbo. Dziesięć tysięcy istnień