LESZEK
KOŁAKOWSKI NIEPEWNOŚĆ EPOKI DEMOKRACJI wybór i słowo wstępne ZBIGNIEW MENTZEL
Wydawnictwo Znak Kraków 2014
KATASTROFALNY PRZYPADEK
Z
a czasów władzy sowieckiej nie wolno było mówić o „wiel kiej rewolucji francuskiej”; przymiotnik „wielka” zastrze żony był dla rewolucji rosyjskiej, a raczej dla jednej jej konkretnej części: bolszewickiego powstania październikowego i udanego zamachu stanu. Które z tych wydarzeń było „większe”, pozostaje sprawą dyskusyjną, ale patrząc wstecz, nikt nie może za przeczyć, że przejęcie władzy przez komunistów stanowiło najwięk sze wydarzenie naszego stulecia – nie w sensie wzniosłości ideałów, a już na pewno nie wspaniałości czasów, które miały przyjść potem, lecz ze względu na to, że żaden pojedynczy fakt polityczny nie miał tak wielu i tak dalekosiężnych skutków dla losów ludzkości. Kiedy mówimy „rewolucja rosyjska”, na ogół mamy na myśli okres od lutego do października 1917 roku; sowieccy propagandzi ści robili zwykle wszystko, by pomniejszyć znaczenie rewolucji lu towej bądź całkiem wymazać ją z kart historii – co w dość znacznej mierze im się udało: wiele osób na Zachodzie, szczycących się tym, że nie są analfabetami, wierzy, iż bolszewicy obalili carat w paź dzierniku. Pytanie o to, kiedy właściwie zaczęła się rewolucja, zależy w pewnym stopniu od historycznych konwencji. We wstępie do swej znakomitej niedawno wydanej książki Rewolucja rosyjska Richard Pipes mówi, że proces rewolucyjny w szerszym znaczeniu trwał już 11
Niepewność epoki demokracji
od końca XIX wieku, w węższym zaś od roku 1905. W istocie po mimo klęski pierwszej rewolucji i późniejszego osłabnięcia całego ruchu, wydarzenia 1917 roku wyraźnie stanowiły kontynuację tego samego procesu. Oczywiście musimy zawsze pamiętać, że rewolu cji rosyjskiej nie można po prostu utożsamiać z zamachem stanu. Była ona w dużej mierze spontanicznym, prawdziwie masowym ruchem, który partia bolszewicka zdołała bardzo zręcznie wyko rzystać do narzucenia własnej dyktatury. Sama rewolucja jako taka nie była bolszewicka, lecz radziecka, to znaczy jej celem była „wła dza rad”; innymi słowy, ideologiczną podstawę rewolucji stano wiła anarchistyczna fantazja. Wydarzenia w Rosji dowiodły cze goś, co było chyba wiadome z góry: że rewolucja anarchistyczna potrafi oczywiście zniszczyć istniejący porządek, obalić instytucje polityczne i wprowadzić chaos, ale może się powieść tylko wtedy, gdy n i e m a żadnego zorganizowanego ruchu, którego celem jest ustanowienie własnych despotycznych rządów poprzez wykorzysta nie ogólnej demoralizacji i nieładu; a nieobecność takiego ruchu jest wysoce nieprawdopodobna. Partii bolszewickiej nie chodziło w istocie o „władzę rad”, lecz o własną dyktaturę; bolszewicy wie dzieli o tym i otwarcie mówili o swoich zamiarach zarówno przed, jak i w czasie rewolucji – choć do samego końca posługiwali się ha słem „cała władza w ręce rad”. Choć więc jest ogólnie znaną prawdą, że bojownicy rewolu cji nigdy nie wiedzą, co robią – a dotyczy to wszystkich rewolucji w dziejach – partia bolszewicka nie miała złudzeń co do tej zasad niczej sprawy: chciała władzy absolutnej i dostała ją. Niewątpliwie bolszewicy w większości naprawdę wierzyli, że po bliżej nieokreś lonym okresie walk, wojen i tyranii doprowadzą ostatecznie ludz 12
KATASTROFALNY PRZYPADEK
kość do królestwa sprawiedliwości, pokoju i dobrobytu. Sam Lenin w słynnym pamflecie zatytułowanym Państwo a rewolucja, napi sanym zaledwie kilka tygodni przed październikiem 1917 roku, kreślił niemal anarchistyczną wizję społeczeństwa komunistycz nego i prawdopodobnie nie było w tym żadnej cynicznej gry – Le nin mógł naprawdę wierzyć we własne słowa. Jednak już wkrótce potem powtórzył to, co napisał dwanaście lat wcześniej, podczas pierwszej rewolucji: istotą dyktatury proletariatu („naukowej kon cepcji dyktatury”, jak mawiał zabawnie ufny w magię przymiotnika „naukowy”) jest władza absolutna, nieograniczona przez jakiekol wiek prawa, oparta na nagiej bezpośredniej przemocy. Dodawał też, że nie będzie żadnej wolności ani żadnej demokracji (tak brzmiały jego własne słowa) do czasu zupełnego zwycięstwa komunizmu na całym świecie. Pomimo historycznej doniosłości rewolucji komunistycz nej jej zwycięstwo wcale nie było przesądzone z góry. W począt kach XX wieku słusznie można było oczekiwać upadku caratu, ale nie triumfu komunizmu. Do tego ostatniego doszło wskutek ca łego splotu nieoczekiwanych przypadków i nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności: chodzi nie tylko o pierwszą wojnę światową, która oczywiście stanowiła główną okoliczność, ale o wiele innych wydarzeń, takich na przykład jak domniemany zamach stanu ge nerała Korniłowa (jak przekonująco dowodzi Pipes, nigdy nie pla nowano takiego puczu; uroił go sobie Kiereński i ci, którzy mu wierzyli, łącznie – do niedawna – z nami wszystkimi). To, że osobi sty wkład Lenina był nieodzownym warunkiem zwycięstwa, przy znawał nawet Trocki mimo całej swojej wiary w „prawa histo rii”. Choćby po zamachu stanu – który trwał przez kilka miesięcy 13
Niepewność epoki demokracji
aż do ostatecznego rozproszenia Zgromadzenia Ustawodawczego w styczniu 1918 roku – istniało wiele sytuacji, kiedy władza bolsze wików mogła lec w gruzach, i Lenin o tym wiedział. W końcu przy całej swojej skłonności do fantazjowania (w lipcu 1919 roku wieś cił światowe zwycięstwo komunizmu w ciągu jednego roku) był on trzeźwym politykiem. Wierzył na przykład, że fatalna polityka go spodarcza jakobinów przyniosła znakomite rezultaty, ale po okre sie naśladowania jej – w ramach tak zwanego komunizmu wojen nego – zrozumiał, że kraj jest na skraju przepaści, i nakazał odwrót na tyle wcześnie, by nie podzielić losu Robespierre’a. Rewolucja październikowa była więc katastrofalnym w skut kach przypadkiem. Jednak część znawców tematu uważa, że nie był to zupełny przypadek; ich zdaniem cały proces stopniowej libera lizacji kraju, zapoczątkowany przez reformy Aleksandra II, należy rozumieć jako historyczny przerywnik; a bolszewicy, odtwarzając – pod innymi nazwami – pańszczyznę i niewolnictwo, powrócili do „naturalnego” ducha Rosji. Miejmy nadzieję, że najbliższe lata (albo dekady) odmienią ten ponury wizerunek wiecznej Rosji, kraju nie wolników. Rzecz jasna, jest zbyt wcześnie, by odkrywać jakiś „histo ryczny sens” w wydarzeniach ostatnich trzech lat. Lecz jeśli nawet jest to kolejny „przerywnik”, to sam w sobie stanowi kulminację procesu trwającego niemal od czterdziestu lat, od śmierci Stalina. W tym czasie totalitarny reżim stawał się coraz mniej skuteczny; w przeciwieństwie do rewolucji, kontrrewolucja była bardzo dłu gim procesem, z wieloma wzlotami i upadkami, załamaniami i od wrotami, naznaczonymi iluzjami i samoułudą swoich twórców; do tych ostatnich, przykro powiedzieć, należeli zarówno przywódcy komunistyczni, jak i ich ofiary, zarówno postalinowscy despoci, 14
KATASTROFALNY PRZYPADEK
ślepi na skutki swoich działań, jak i dysydenci, których tamci za mykali w więzieniach i w psychiatrycznych izbach tortur. Przez wszystkie te lata zatwardziali stalinowcy mieli rację; ich przekaz, uj mując rzecz w skrócie, brzmiał: nie próbujcie uładzać, uczłowieczać ani liberalizować komunizmu, bo go w końcu zniszczycie. Raz jesz cze potwierdza się stara prawda: w działaniach politycznych dobre intencje niewiele znaczą. Jeśli wierzymy wraz z Heglem, że okresy szczęścia w dziejach są pustymi kartami historii, trzeba powiedzieć, że siedemdziesiąt lat sowieckiej władzy to na pewno nie puste karty; nie można ich też nazwać straconymi dekadami. Rosjanie mogą teraz wracać do swych przedrewolucyjnych symboli, zmieniać nazwy miast i ulic, nie mogą jednak po prostu anulować tych lat niekończącej się męki – zadawanej, niestety, samym sobie – i zaczynać od zera, tak jakby nic się nie stało. W nadchodzącej epoce historycznej będą dźwigać brzemię sowieckiej przeszłości nie tylko w swojej gospo darce, lecz i we własnych umysłach. W kategoriach ideologicznych rewolucje często są aktami przywrócenia, ale w rzeczywistości ni gdy. Podobnie kontrrewolucje. A przeszłość można przekląć, nie można jej jednak odwołać. [1992] Przełożył Mieczysław Godyń
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
P
ierwszy artykuł, jaki opublikowałem w życiu – w wieku lat dwudziestu – dotyczył, jeśli dobrze pamiętam, etyki Kropot kina. Ma się rozumieć, jak każdy niedorosły marksista (po namyśle widzę, że to pleonazm) byłem wówczas osobą wszechwie dzącą i traktowałem patriarchę ruchu anarchistycznego z protekcjo nalną wyższością, widząc w nim naiwnego poczciwca nieznającego prawdziwego życia. Dziś, gdy trochę wydoroślałem, zmieniłbym w pewnym stopniu swoją ocenę, choć nie całkiem. Anarchizm jako program polityczny rzeczywiście jest naiwny, ale jest to taki rodzaj naiwności, którego powinniśmy chyba skosztować, choćby po to, by się zastanowić, w jaki sposób moglibyśmy mieć raczej mniej niż więcej państwa – jeśli już przyznajemy, że nie sposób pozbyć się go całkowicie. Oczywiście brzemię państwa (w krajach demokra tycznych, nie mówiąc o komunistycznej pańszczyźnie) jest obec nie o wiele cięższe niż przed pierwszą wojną światową, toteż dawka anarchizmu dobrze by nam zrobiła. Ale jak duża dawka? Nie lubimy widoku policjanta, gdy prze kraczamy szybkość na autostradzie, nie przeszkadza nam jednak jego obecność, gdy idziemy ulicą, na której łatwo być napadnię tym; nie cieszy nas, gdy musimy połowę zarobionych pieniędzy od dać fiskusowi, natomiast bezpłatna opieka medyczna czy bezpłatne 16
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
szkolnictwo nie budzą naszego oburzenia; wolelibyśmy podróżo wać po całym świecie bez paszportów i wiz, ale nie jesteśmy entu zjastycznie nastawieni do milionów obcokrajowców osiedlających się w kraju, w którym akurat mieszkamy. Nie cierpimy państwa, zarazem jednak chcemy go coraz więcej, przywykliśmy bowiem do myśli, że właśnie ono powinno dbać o to, abyśmy byli szczęśliwi, zamożni, zdrowi, beztroscy, wolni od obowiązków, a ostatecznie i od samego państwa. A ponieważ cała ideologia anarchistyczna opiera się na przeklinaniu państwa, warto rozważyć jej propozycje, nawet jeśli są mało praktyczne. Anarchizm Davida Millera to ogólne przedstawienie doktryn anarchistycznych w układzie raczej tematycznym niż chronologicz nym*. Choć napisana bezbarwnym, monotonnym stylem, książka ta stanowi rzetelny, sensowny i wnikliwy opis zjawiska, które by najmniej nie umarło, mimo że jego wpływ stał się znacznie s łabszy i gorzej rozpoznawalny niż kilkadziesiąt lat temu. Autor niemal całkowicie opiera się na literaturze dostępnej w języku angielskim (z wyjątkiem dwóch czy trzech książek francuskich). Nie zna, jak się wydaje, ważnych niemieckich badań na ten temat ani żadnych tekstów źródłowych napisanych po rosyjsku czy niemiecku, nie mó wiąc już o bardziej egzotycznych językach, o niektórych zaś wybit nych ideologach anarchizmu (takich jak Machajski i Sorel) wspo mina tylko na marginesie. Najwyraźniej nie ma odpowiedniej wiedzy, by stworzyć wszechstronne, wyczerpujące kompendium; niemniej czytelnik otrzymuje sporo dobrze uporządkowanych informacji oraz, w osobnym rozdziale, zwięzłą i zrównoważoną krytykę anarchizmu. * David Miller, Anarchism, London – Melbourne: JM Dent & Sons Ltd, 1984.
17
Niepewność epoki demokracji
Klasyfikowanie odmian anarchizmu nie od dziś rodzi wątp liwości. Podział na anarcho-komunistów, anarcho-indywiduali stów, anarcho-kooperatystów, anarcho-syndykalistów i anarcho -mistyków (zaproponowany bodajże przez Elzbachera) nie przez wszystkich jest uznawany. Miller poświęca jeden rozdział czemuś, co nazywa anarchizmem filozoficznym (obejmującym Williama Godwina i Maxa Stirnera), po czym omawia anarcho-komunizm i anarcho-indywidualizm. Główną zasadą tej drugiej koncepcji była nienaruszalność osoby i własności, pierwsza natomiast kła dła nacisk na ludzką solidarność i przyjaźń. Indywidualiści – przy najmniej ci najbardziej konsekwentni – opowiadali się za całko witą wolnością rynku oraz uważali, że wszelkie społeczne funkcje państwa można bezpiecznie powierzyć dobrowolnym stowarzy szeniom i prywatnej inicjatywie, łącznie z policją, sądami, tro ską o niepełnosprawnych, obronnością kraju i ochroną środowi ska. Jeśli w rezultacie niektórych z tych dóbr w ogóle nie będzie można uświadczyć, lepsze to, niż gdyby ich dostarczycielką była biurokracja państwowa. Jak osiągnąć ów ideał? Nie drogą prze mocy, lecz raczej przez tworzenie instytucji alternatywnych, które mogłyby konkurować z agendami państwowymi, oraz przez bojko towanie państwa w postaci na przykład odmowy płacenia podat ków. Ta wersja anarchizmu zbliża się, rzecz jasna, do radykalnego liberalizmu, który – gdyby mu się powiodło – pozbawiłby pań stwo wszelkich prerogatyw z wyjątkiem policji, obronności i ewen tualnie, choć niekoniecznie, drukowania pieniędzy. (Kiedy mo nopol walutowy zostanie zniesiony, każdy będzie mógł emitować swoje własne pieniądze – ja również, szkopuł tylko w tym, że nikt ich nie przyjmie, wszyscy natomiast chętnie przyjmą, powiedzmy, 18
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
obligacje Lloyds Bank; w ten sposób „prawdziwa” waluta będzie ustalana drogą konkurencji). Anarcho-komuniści – wśród nich tak wybitne postaci jak Ma latesta, Kropotkin i Reclus – atakowali kapitalizm z pozycji bar dzo podobnych do Marksowskich, kładli jednak większy nacisk na krytykę państwa jako samodzielnego aparatu ucisku i opowiadali się za komunistycznym systemem ekonomicznym bez przymusu: wszystkie środki produkcji miały zostać przejęte przez zrzeszenia robotnicze, dobra rozdzielałoby się według potrzeb (przy czym nie jest jasne, kto miałby określać, czego ludzie potrzebują), pieniądze i handel uległyby likwidacji. U podstaw tego programu leżało zało żenie, że to jest właśnie to, czego tak naprawdę chcą wszyscy ludzie, więc gdy już państwo zostanie zniszczone, każdy radośnie przyłą czy się do nowego ładu czy raczej bezładu. Przestępczość zniknie mniej lub bardziej szybko i odbudowana zostanie naturalna ludzka solidarność. Jeśli chodzi o stanowisko anarcho-syndykalistów, nie powinno się go utożsamiać – mimo istnienia pewnych punktów wspólnych – z syndykalizmem właściwym. Rzecznicy tego drugiego nurtu zgod nie z zasadami anarchizmu odmawiali uczestnictwa w polityce partyjnej i w rozgrywkach parlamentarnych, chcieli też zachować czystość klasową, w związku z czym nie przyjmowali w swoje szeregi żadnych inteligentów; uważali robotnicze związki zawodowe za za lążek przyszłego społeczeństwa, które miało powstać na ruinach ka pitalizmu w następstwie strajku generalnego. Natomiast anarcho -syndykaliści na ogół traktowali związki zawodowe instrumentalnie, nie identyfikowali się z nimi i nie sądzili, by taka akurat forma organizacji, dostosowana do codziennej walki o byt w warunkach 19
Niepewność epoki demokracji
społeczeństwa kapitalistycznego, mogła bez przeszkód przekształ cić się w nowe społeczeństwo. Przez większość swoich dziejów ruch anarchistyczny pozosta wał – i nic dziwnego – w niekończącym się sporze z komunizmem, a zwłaszcza z jego Marksowską odmianą. Proudhon przepowiadał, że komunizm państwowy nieuchronnie zdegraduje istoty ludzkie, czyniąc z nich własność państwa. Bakunin twierdził, że każda re wolucja, która daje władzę partii robotniczej, z konieczności prze kształca nową elitę polityczną w uprzywilejowaną kastę karierowi czów, odbudowując wszelkiego rodzaju ucisk i dominację. Polski anarcho-kooperatysta Edward Abramowski – który rozmyślał nad ewentualnym cudem wprowadzenia ustroju komunistycznego we współczesnym mu społeczeństwie, z jego istniejącymi obyczajami moralnymi i pragnieniami – doszedł do wniosku, że ustrój taki byłby sztucznym monstrum społecznym, opartym na sztywnym podziale klasowym i stosowaniu wszelkich środków ucisku w celu ochrony rządzących parweniuszy; jego zdaniem jedyna realna nadzieja na powstanie społeczeństwa alternatywnego leży w długofalowej edu kacji, która przekształci ludzkie umysły, zwłaszcza poprzez rozsze rzanie ruchu spółdzielczego w warunkach gospodarki kapitalistycz nej. Benjamin Tucker zauważał ironicznie, że jedynym znanym marksizmowi lekiem przeciwko monopolom jest zastępowanie ich jednym wielkim monopolem. Wszystkie te zarzuty, jak również wiele innych, sformułowano w XIX wieku, na długo przed tym, nim marksizm – trochę przykrojony, ale zasadniczo niezmieniony – stał się obowiązującą ideologią państwa totalitarnego. Jego despo tyczny potencjał odkryto i poddano analizie, nie czekając na empi ryczne potwierdzenie, które miało nadejść w stosownym czasie; to 20
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
przypomnienie z pewnością razi nieco tych, którzy wciąż utrzymują, że sowietyzm jest przypadkowym dziwolągiem w historii doktryny, że nie ma nic wspólnego z Marksowskim dziedzictwem i że stanowi skutek chwilowego roztargnienia muz, które wybrały niewłaściwy teren do przetestowania wspaniałej humanistycznej idei. Jednak antyanarchistyczne argumenty samych marksistów nie były pozbawione sensu. Wykazywali oni ekonomiczną nieziszczal ność anarchistycznych marzeń. „Jeśli całkowicie autonomiczne zrze szenia przejmą wyłączną kontrolę nad procesem produkcji – mówi marksista – to siłą rzeczy odbudują wszystkie prawa akumulacji, wszystkie nierówności, bankructwa i kryzysy charakterystyczne dla gospodarki czysto liberalnej”. Anarchista odpowiada: „Nie, ponie waż nie będzie żadnych pieniędzy ani żadnej wymiany”. Marksista: „Jak to zrobić? Wprowadzając Proudhonowski pomysł bezgotów kowego płacenia pracą za pracę? Bez rynku? To dziecinada; żadna gospodarka, to znaczy żadna wymiana, nie może się opierać na za łożeniu, że każdy będzie uczciwie zdawał sprawę z tego, ile czasu po święcił na wyhodowanie kilograma ziemniaków; bez rynku nie da się obliczyć przeciętnego czasu pracy”. Anarchista: „W ogóle nie potrzebujemy wymiany; każdy będzie produkował tyle, ile może, i oddawał nadwyżkę braciom, którzy z taką samą wielkodusznością oddadzą mu swoją nadwyżkę. Innymi słowy, nie będzie to handel wymienny, jak u plemion pierwotnych; nie będzie żadnej wymiany ani żadnej ekonomii, tylko po prostu braterska pomoc”. Marksista: „Jak sobie wyobrażacie nowoczesną gospodarkę, w której większość ludzi w ogóle nie pracuje przy bezpośrednim wytwarzaniu przed miotów materialnych i gdzie każda fabryka zależy od tysięcy innych fabryk rozsianych po całym świecie i pracujących na tych samych 21
Niepewność epoki demokracji
zasadach? Przypuśćmy, że Pan Bóg urządzi wielką anarchistyczną rewolucję. Ale nadal przecież będą istnieć Los Angeles i Tokio, Lon dyn, Mexico City i powiększająca się Sahara; co macie zamiar z tym zrobić?”. Anarchista: „Och, jakoś sobie poradzimy, wszyscy ludzie będą braćmi i łatwo rozwiążą niewielkie problemy techniczne”. „A więc – marksista na to – chcecie cofnąć ludzkość do cza sów neolitycznych?” Anarchista: „Bynajmniej. Nowoczesna tech nologia pozostanie, zlikwiduje się tylko fałszywe potrzeby, a ludzie przestaną wytwarzać rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują”. Marksista: „A jak ich przekonacie, że powinni się pozbyć tych sztucznych potrzeb?”. Anarchista: „O, to bardzo łatwe; wielka re wolucja uświadomi im tę prawdę, a poza tym wszyscy ludzie będą braćmi. Zresztą wy, marksiści, też przecież chcecie znieść rynek i pozbyć się fałszywych potrzeb”. Marksista: „Owszem, ale nasz plan jest naukowy, a nawet bardzo, bardzo naukowy. W przeci wieństwie do was, nie marzymy o powrocie do średniowiecznej wioski szwajcarskiej. Wszystko będzie planowane, wytwarzane i rozdzielane przez państwo i właśnie ono zadecyduje, które po trzeby są autentyczne, a które zostały sztucznie narzucone przez ka pitalistyczny system reklam”. W istocie anarchiści znajdują najmocniejsze argumenty, gdy wytykają marksizmowi, że jest niezawodnym przepisem na despo tyzm. Z kolei marksiści są najbardziej przekonujący, kiedy atakują anarchizm jako czystą utopię. Niestety, jedni i drudzy mają rację. Racja racją, ale zasadnicza różnica między marksistowskim a anarchistycznym projektem powszechnej szczęśliwości polega na tym, że pierwszy z nich jest wykonalny, a drugi nie. Nie da się cał kowicie zdławić rynku; utrzymuje się on nawet w obozie koncen 22
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
tracyjnym – który jest chyba najbliższy tego, czym byłaby w nowo czesnym społeczeństwie idealna gospodarka nierynkowa. Można go jednak zdławić do stopnia, kiedy zniszczone zostają wszelkie źródła informacji, jakich może dostarczyć tylko rynek; kiedy za nika możliwość dokonywania innowacji; kiedy cały system pro dukcji staje się skrajnie niewydolny; i kiedy tworzy się państwo policyjne, będące wyłącznym właścicielem wszelkich dóbr, spo łeczeństwa, środków informacji i komunikacji, a także ludzkich dusz. Znamienne, że wszelkie reformy gospodarcze w krajach ko munistycznych, w tej mierze, w jakiej w ogóle przynoszą jakieś owoce, nieuchronnie zmierzają w tym samym kierunku: ku czę ściowemu przywróceniu rynku, to znaczy „kapitalizmu”. Tymcza sem w krajach o gospodarce mieszanej jeśli coś idzie źle w znacjo nalizowanych gałęziach przemysłu lub usług, to dlatego – według klasycznego marksistowskiego wyjaśnienia – że nie wszystko jeszcze zostało znacjonalizowane. Jeśli kuleje system kształcenia, to dlatego że wciąż istnieją szkoły prywatne; jeśli publiczna służba zdrowia nie funkcjonuje należycie, to dlatego, że nadal zezwala się na prywatną praktykę medyczną, i tak dalej. Toteż jedyna droga do osiągnięcia postępu polega na zabranianiu ludziom angażowania się w jakie kolwiek działania społecznie użyteczne, chyba że nakazane przez państwo; uniwersalnym lekiem na wszelkie schorzenia społeczne jest więcej policji, więcej biurokracji, więcej kontroli, więcej szpie gów, więcej zakazów. Anarchiści, rzecz jasna, brzydzą się takim rozwiązaniem. Nie stety – jak słusznie zauważa Miller w swojej książce – nie udało im się (poza indywidualistami ze szkoły manchesterskiej) zapro ponować jakiejkolwiek wiarygodnej alternatywy ekonomicznej dla 23
Niepewność epoki demokracji
dwóch istniejących modeli: modelu rynkowego i tak zwanego mo delu centralnego planowania (które w istocie jest instrumentem uniemożliwiającym powstawanie i zaspokajanie ludzkich potrzeb). Poza tym Miller dowodzi – i tu znów, moim zdaniem, ma ra cję – że anarchistyczny ideał społeczeństwa bez państwa, to znaczy bez prawa, mógłby się urzeczywistnić jedynie w małych, zamknię tych, archaicznych wspólnotach (gdzie przeważa posłuszeństwo wobec tradycyjnych norm, a wolność osobista na ogół jest wyraźnie nieobecna), nie zaś w płynnym, otwartym i dużym społeczeństwie, które nie może istnieć bez jednolitego systemu prawnego; nie ma powodu oczekiwać, że rzekomo autonomiczne wspólnoty sponta nicznie stworzą takie same reguły przeciwdziałające wszelkim przy padkom zachowań antyspołecznych; tymczasem ludzie mogą bez trudu przenosić się z jednej wspólnoty do innej. Gdyby – co zresztą niemożliwe – udało się zbudować społeczeństwo anarchistyczne, najprawdopodobniej pozostawałoby ono w stanie ustawicznej wojny. To prowadzi Millera do pytania: „Czy aby anarchizm (...) nie jest ideologią przedindustrialną?”. Można by dodać, że udana rewolucja anarchistyczna jest bar dzo mało prawdopodobna z jeszcze innego powodu. Jej sukces za leży bowiem od pewnego wysoce nieprawdopodobnego warunku negatywnego, a mianowicie od tego, że w społeczeństwie nie ma żadnej zorganizowanej siły dążącej do objęcia rządów i korzystają cej z nieobecności władzy centralnej, która mogłaby do tego nie dopuścić. Anarchiści często dowodzą, że rewolucja rosyjska po twierdza ich zarzuty wobec marksistowskiego socjalizmu państwo wego: próba zbudowania „nowego społeczeństwa” drogą przy musu musi się skończyć ustanowieniem państwa policyjnego. Ale 24
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
ten sam przykład można bez trudu obrócić przeciwko doktrynie anarchistycznej. Bolszewicy nie „zrobili” bowiem rewolucji, lecz przeprowadzili jedynie październikowy zamach stanu. Rewolucja była potężnym ruchem ludowym, którego nadrzędną ideologią nie było nic innego jak anarchistyczna utopia – władza rad – nie zaś komunistyczne państwo kierowane przez partię mniejszościową. Bolszewikom udało się okiełznać ten anarchistyczno-rewolucyjny proces i wykorzystać go do własnych celów, to znaczy do narzuce nia władzy despotycznej. Rewolucja po prostu nie mogła zwyciężyć w swojej anarchistycznej, utopijnej formie, a raczej: mogłaby zwy ciężyć, gdyby nie było żadnych sił, takich jak bolszewicy, dążących do wprowadzenia własnych monopolistycznych rządów. I wyklu czone, by w podobnych okolicznościach – gdy istniejące instytu cje są bliskie rozpadu – anarchiści kiedykolwiek zdołali nie dopuś cić do wyłonienia się innych żądnych władzy sił i powstrzymać je od zdeptania bezbronnego społeczeństwa. To właśnie anarchiści powinni wiedzieć, że sama władza jako taka stanowi ogromnie po żądane dobro – niezależnie od innych korzyści, jakie czerpią z niej ludzie – i że nigdy nie brakuje ruchów politycznych ani osób goto wych przejąć władzę, ilekroć instytucjonalna tkanka społeczeństwa ulega zniszczeniu. Dlatego zresztą rewolucyjni anarchiści w prak tyce nie robią nic innego, jak mimo woli popierają siły totalitarne działające w demokratycznych społeczeństwach. Co prawda, niektórzy anarchiści wiedzieli o tym i całkowicie odrzucali ideę rewolucji. Zamiast tego zachęcali do dawania przy kładu poprzez budowanie alternatywnych wspólnot w obrębie ist niejących społeczności. Niestety, wszystkie te próby – z jednym wy jątkiem – okazały się fatalną porażką. O ile mi jednak wiadomo, 25
Niepewność epoki demokracji
ów jedyny kontrprzykład właściwie nie jest omawiany przez pro roków „nowego społeczeństwa alternatywnego” ani z kręgu mark sistów, ani anarchistów (Miller także pomija go milczeniem). Tym pojedynczym udanym przykładem są izraelskie kibuce działające już od trzech pokoleń. Funkcjonują one – co do tego nie ma wątpli wości – w ramach gospodarki rynkowej i muszą dostosować swoją produkcję do jej wymogów; nie jest też pewne, jak długo zdołają przetrwać. Niemniej jednak stanowią jedyny przykład dobrowol nych, ekonomicznie skutecznych zrzeszeń zorganizowanych według tradycyjnych zasad socjalistycznych i anarchistycznych. Marksiści i komuniści wszelkiego autoramentu zdecydowanie nie lubią tego unikalnego wcielenia wspomnianych tradycyjnych zasad, i to z nie jednego powodu. Kibuce są zrzeszeniami dobrowolnymi – nie zaś narzuconymi przez państwo i jego policję, jak w przypadku sowiec kich kołchozów – toteż samo ich istnienie jest wybitnie antymarksi stowskie. A poza tym tak się składa, że są zrzeszeniami żydowskimi – niewybaczalna wada, jako że ogromna część antysemityzmu została wchłonięta pod etykietą antysyjonizmu, nie powodując niestraw ności, przez rzeczników Postępu, Nowego Społeczeństwa Socjali stycznego i Szczęścia Ludzkości. (Nie chcę oczywiście powiedzieć, że wszyscy antysyjoniści są antysemitami, tylko że niemal wszyscy antysemici wygodnie nazywają siebie antysyjonistami; przekonani, że podbicie Izraela przez OWP przyniosłoby niebiańską radość dla ludzkości, a zwłaszcza dla Żydów, potwierdzają oni swoje oddanie sprawie powszechnego braterstwa). Niezależnie od tego, ile można naliczyć odmian ideologii anar chistycznej, istnieją wśród anarchistów dwa fundamentalnie różne sposoby myślenia. Są, całkiem po prostu, ludzie miłości i ludzie nie 26
W IMIĘ BRATERSTWA CZY W IMIĘ ZNISZCZENIA
nawiści. Ci pierwsi marzą o ludzkim braterstwie i chcą dawać przy kład, nawet gdyby nie mieli odnieść wielkiego powodzenia; drudzy natomiast marzą o zniszczeniu świata, którego nienawidzą, z ja kichkolwiek psychologicznych powodów. Ludzie m iłości dają anar chizmowi pewien rodzaj uzasadnienia – o tyle, o ile rodzaj ludzki nie może przetrwać bez idei powszechnego braterstwa, choćby i najmniej praktycznej; ich wysiłek nie jest daremny. Ta sama idea braterstwa staje się zgubna i złowieszcza, jeśli jej wyznawcy prze konują się nawzajem, że dysponują technicznymi sposobami jej wdrożenia – a tak właśnie robią ci spośród anarchistów, których na zywam ludźmi nienawiści. Nie inaczej niż marksiści obiecują oni braterstwo wprowadzone odgórnie i nie mają nic przeciwko temu, aby ów wspaniały cel był osiągany drogą totalitarnego przymusu. Jedyną rzeczą, o jakiej potrafią myśleć, jest zniszczenie, nie inte resuje ich natomiast, co będzie potem; czasami nawet podnoszą ten brak zainteresowania i swoją intelektualną bezradność do rangi mądrości wyższej („nie można przewidzieć przyszłych form spo łeczeństwa, rzecz w tym, żeby rozwalić to, które istnieje”). Ludzi tych łączy z najgorliwszymi ideologicznie marksistami mentalność ahistoryczna – niekoniecznie w tym sensie, że nie obchodzi ich hi storia, lecz w sensie przekonania, że w pewnym momencie dzie jów ludzie mogą zrzucić brzemię przeszłości i rozpocząć od nowa „prawdziwą historię”, tak aby powstał prawdziwie nowy człowiek uodporniony na przeszłość. (Co jednak, jeśli nie zechce powstać?) Tak więc ludzie miłości z kręgu anarchistów mają pewną zaletę; ludzie nienawiści nie mają żadnej. Anarchizm w swojej czysto ideologicznej formie nie odgrywa dziś większej roli. Udaje mu się przetrwać (nie pod własnym 27
Niepewność epoki demokracji
imieniem) w dziwnie sprzecznych wewnętrznie mieszankach z ideo logią marksistowską, w różnych sektach lewicowych, które za po mocą anarchistycznych frazesów próbują uniknąć nieuchronnych konsekwencji socjalizmu państwowego i w efekcie obiecują nam cudowny świat, gdzie o wszystkim będzie decydować państwo, a za razem rozkwitnie nieograniczona wolność. Historyczną zasługą anarchizmu jest jego uporczywe demasko wanie władzy jako odrębnego źródła ucisku oraz jego nieufność wo bec machiny państwowej. Anarchiści nie mogą nam oferować żad nej bezpaństwowej szczęśliwości, sprawiają jednak, że mamy się na baczności. Ich ideologia może być – lub rzeczywiście jest – przedin dustrialna, nie ma jednak nic złego w rozmyślaniu nie tylko o nie dolach, lecz również o niektórych zapomnianych wartościach życia przedindustrialnego; w końcu Postęp to żaden cud. [1985] Przełożył Mieczysław Godyń
SPIS TREŚCI
Słowo wstępne (Zbigniew Mentzel) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 I
Katastrofalny przypadek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 W imię braterstwa czy w imię zniszczenia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16 Jałta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 29 Dziedzictwo leftyzmu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 O totalnej kontroli i jej wewnętrznych sprzecznościach . . . . . . . . . 45 PRL – wesoły nieboszczyk? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 70 II
Po co nam przeszłość . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 87 Czy ludzkość może jeszcze ocalić swoje człowieczeństwo? . . . . . . . 95 Zabijanie upośledzonych dzieci jako fundamentalny problem filozofii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 112 Dlaczego potrzeba nam pieniędzy? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 124 Ta diabelska wolność. Rozmyślania o złu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 147 Komentarz do Nawróconego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 158 Wiara dzielona z mistykami . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 III
Demokracja jest przeciwna naturze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 Przyczynek do pojęcia demokracji socjalnej: prawa człowieka przeciwko demokracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 178
333
Przemówienie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Wyzwanie dla socjaldemokracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 193 Niepewność epoki demokracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 208 Czy może Europa zaistnieć? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 214 Europa i co z tego wynika . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 236 Małe reakcyjne rozmyślanie o niemiecko-polsko-angielskiej mowie filozoficznej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 244 IV
O terroryzmie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 O wybaczeniu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261 Uwaga do dyskusji o problemie przebaczenia mordu katyńskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 268 Raz jeszcze o sprawach najgorszych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 270 Z dziennika lektury . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 275 Casus Eichmanna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 283 Zapłata za krew . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 291 Wymazać nienawiść . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 294 O solidarności z małej litery pisanej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 299 Jak prowadzić zebrania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Dodatek
Dekalog: nadal ważny i ściśle przestrzegany . . . . . . . . . . . . . . . . . . 319 Hendekalog inteligenta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 321 Noty bibliograficzne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 325