Issuu on Google+

Każda epoka ma swoją cechę szczególną. Żyjemy w wieku „informacji”, tak jak nasi przodkowie żyli w wieku „pary”, „żelaza” czy choćby „kamienia łupanego”. Czym właściwie jest „informacja”? Na to pytanie odpowiada znany popularyzator nauki i autor bestsellerów James Gleick. Jego najnowsza książka to rewolucyjna lektura, która pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na współczesny świat. Informacja to podróż przez wieki sięgająca najdawniejszych czasów, kiedy każda myśl odchodziła w zapomnienie równie szybko, jak się rodziła. Gleick prowadzi czytelnika od pierwszych systemów komunikacyjnych, takich jak tam-tamy, aż do współczesności, kiedy wszyscy bezwiednie staliśmy się ekspertami od wszystkiego, a problemem nie jest brak informacji, ale jej nadmiar. Przybliża sylwetki częstokroć zapomnianych geniuszy i wizjonerów odpowiedzialnych za to, jak rozumiemy dzisiaj informację i jak się nią posługujemy.

Każda informacja może zmienić Twój punkt widzenia. Ta Informacja odmieni całkowicie Twoje spojrzenie na świat.

JAMES GLEICK • INFORMACJA

Pasjonująca instrukcja obsługi współczesności —

INFORMACJA

James Gleick — Dziennikarz, absolwent Harvard University i wieloletni redaktor „New York Timesa”. Autor dwóch przełomowych biografii (Richarda Feynmana i Isaaca Newtona) oraz szeregu książek wyjaśniających mechanizmy współczesnego świata: Chaosu, Szybciej i Informacji. Zdobywca wielu nagród dziennikarskich i literackich, wielokrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera.

bit wszechświat rewolucja

James Gleick autor światowego/bestselleru/Chaos Niektórzy pisarze są świetni w opowiadaniu historii, inni specjalizują się w objaśnianiu ezoterycznych koncepcji, jeszcze inni znakomicie pokazują ludzkie oblicze naukowców. James Gleick jest mistrzem w każdej z tych kategorii. „Wall Street Journal”

Cena detal. 49,90 zł

Gleick_Informacja_obwo_CS5.indd 1

2012-04-12 12:49:31


James Gleick

INFORMACJA bit • wszechświat • rewolucja

tłumaczenie — Grzegorz Siwek

Wydawnictwo Znak — Kraków 2012


1

BĘBEN, KTÓRY MÓWI (Kiedy szyfr nie jest szyfrem)

Na całym Czarnym Lądzie rozbrzmiewają niemilknące bębny: to podstawa całej muzyki, oś każdego tańca; gadające bębny to radio nieprzebytej dżungli. – Irma Wassall (1943)

Bębny nie służą do prostego komunikowania się. Dobosze nie powiedzą: „Wracaj do domu”, ale raczej Spraw, by stopy powróciły stamtąd, dokąd poszły, Niech twe nogi przywiodą cię stamtąd, dokąd zaszły, Stań na stopach i nogach tam, W wiosce, która należy do nas.

Nie powiedzą zwyczajnie: „zwłoki”, tylko opisowo: „to, co spoczywa pod zwałami ziemi”. Zamiast: „Nie lękaj się”, powiedzą: „Niech serce nie podchodzi ci do gardła, niechaj zejdzie na swoje miejsce”. Afrykańskie bębny wypracowały kwieciste krasomówstwo. Wydawać się to może nieefektywnym sposobem porozumiewania się. Czy nie było przypadkiem rodzajem emfazy albo przejawem patosu? A może czegoś jeszcze innego? Przez długi okres Europejczycy w równikowej Afryce nie potrafili na to pytanie odpowiedzieć. W istocie nie mieli pojęcia, że bębny przekazują jakiekolwiek informacje. W ich europejskiej kulturze tylko w wyjątkowych sytuacjach bęben bywa, obok trąbki i dzwonu, instrumentem sygnalizacyjnym, wykorzystywanym


20

James Gleick, Informacja

do przekazu prostego przesłania: d o a t a k u; u c i e k a ć; p r z y b y w a j c i e d o k o ś c i o ł a. Coś takiego jak „gadające bębny” było dla nich niewyobrażalne. W 1730 roku Francis Moore popłynął na wschód Gambią, odkrywając, że rzeka ta jest żeglowna na odcinku aż sześciuset mil; przez cały ten czas podziwiał piękno okolic i dziwił się takim cudom jak „ostrygi, które wyrastają na drzewach” (były to namorzyny). Moore nie był w zasadzie przyrodnikiem. Przeprowadzał zwiad jako angielski agent, poszukując niewolników w królestwie zamieszkanym, jak uważał, przez różne rasy ludzi o czarnym bądź śniadym kolorze skóry, „takich jak Mandinkowie, Wolofowie, Fulani i Portugalczycy”. Kiedy natknął się na mężczyzn i kobiety niosących bębny, wystrugane w drewnie i prawie metrowej długości, zwężające się od góry ku dołowi, zwrócił uwagę, że kobiety tańczyły z temperamentem do ich rytmu, że czasami w bębny „walono, gdy nadchodził wróg”, i wreszcie – „podczas niektórych ekstraordynaryjnych okazji” – bębny te służyły do wzywania pomocy z pobliskich osad. Ale to wszystko, co zauważył. Sto lat później kapitan William Allen w czasie ekspedycji po Nigrze (wyprawę tę sfinansowało Towarzystwo na rzecz Likwidacji Handlu Niewolnikami oraz Cywilizacji Afrykańskiej, dążące do pokrzyżowania szyków handlarzom niewolników) dokonał dalszych odkryć dzięki temu, że obserwował bacznie swojego kameruńskiego przewodnika, którego przezwał Glasgow. Siedzieli w kajucie metalowego parowca, kiedy Allen zauważył: Naraz całkiem się oderwał od rzeczywistości i pozostawał w takim stanie przez chwilę, nasłuchując. Zagadnięty o powód takiego zachowania, odrzekł: „Wy nie słyszeć, jak mój syn mówić?”. A skoro nie słyszeliśmy żadnego głosu, zapytaliśmy go, skąd to wie. Rzekł: „Bęben mi mówić, żebym wyszedł na pokład”. Wydało się to bardzo osobliwe.

Sceptycyzm kapitana ustąpił miejsca zdumieniu, kiedy Glasgow przekonał go, że każda wioska ma taką „zdolność porozumiewania się poprzez muzykę”. Choć trudno było w to uwierzyć, kapitan w końcu przyjął do wiadomości, że dość szczegółowe, wielozdaniowe wieści można w ten sposób przesyłać na wiele mil. „Częstokroć zaskakuje nas – pisał – że dźwięk trąbki jest tak dobrze pojmowany jako sygnał do wykonania określonych manewrów przez nasze wojska; to jednak nic przy rezultatach osiąganych przez tych nieokrzesanych dzikusów”. Owym rezultatem była właśnie technologia, którą tak chciano rozwinąć w Europie: długodystansowa łączność, szybsza od pieszych czy konnych posłańców. W nocnej ciszy ponad rzeką dudnienie bębnów niosło się na sześć czy siedem mil. Przekazywane z wioski do wioski wieści mogły przemierzać odległość nawet dwustu kilometrów w ciągu zaledwie godziny.


1. Bęben, który mówi

21

Obwieszczenie narodzin w Bolenge, osadzie w Kongu Belgijskim, brzmiało tak: Batoko fala fala, tokema bolo bolo, boseka woliana imaki tonkilingonda, ale nda bobila wa fole fole, asokoka l’isika koke koke. (Maty już zwinięte, czujemy się mocni, kobieta przyszła z lasu, jest w otwartej wiosce, to wszystko na razie).

Pewien misjonarz, Roger T. Clarke, przetłumaczył poniższe wezwanie na pogrzeb rybaka: La nkesa laa mpombolo, tofolange benteke biesala, tolanga bonteke bolokolo bole nda elinga l’enjale baenga, basaki l’okala bopele pele. Bojende bosalaki lifeta Bolenge wa kala kala, tekendake tonkilingonda, tekendake beningo la nkaka elinga l’enjale. Tolanga bonteke bolokolo bole nda elinga l’enjale, la nkesa la mpombolo. (Rankiem o świcie nie chcemy zbierać się do pracy, chcemy zbierać się, aby bawić się nad rzeką. Ludzie z Bolenge, nie idźcie do lasu, nie idźcie łowić ryb. Chcemy zebrać się i bawić nad rzeką, rankiem o świcie).

Clarke odnotował kilka faktów. Choć tylko niektórzy ludzie opanowali sztukę porozumiewania się za pomocą bębnów, to niemal wszyscy rozumieli wieści przekazywane bębnieniem. Jedni walili w bębny szybciej, inni znowu wolniej. Ustalone zwroty powtarzały się w kółko, a jednak różni bębniarze umieli przesyłać te same wiadomości innymi słowami. Clarke stwierdził, że taki perkusyjny język jest zarazem i schematyczny, i płynny. „Sygnały odpowiadają brzmieniu sylab w konwencjonalnych zwrotach o tradycyjnym i wysoce poetyckim charakterze” – uznał, i słusznie, lecz nie zdołał wykonać ostatniego kroku ku zrozumieniu, dlaczego tak było. Wspomniani Europejczycy mówili o „tubylczych umysłach” i określali Afrykańczyków mianem „prymitywnych” i „zwierzęcych”, a mimo to stwierdzili, że ci ostatni zrealizowali pradawne marzenie ludzi wszystkich kultur. Oto powstał system przekazywania wieści szybszy od najlepszych kurierów, najbardziej rączych koni podążających po dobrych traktach, zaopatrzonych w sieć stacji z zajazdami. Drogowe, piesze systemy tego rodzaju zawsze przynosiły rozczarowanie. Armie potrafiły je wyprzedzać. Na przykład Juliusz Cezar „bardzo [...] często wyprzedzał gońców spieszących z rozkazami od niego”*, o czym donosił Swetoniusz w I stuleciu. Starożytnym nie brakło wszakże * Przekład Janiny Niemirskiej-Pliszczyńskiej (przyp. tłum.).


22

James Gleick, Informacja

innych zmyślnych sposobów. Jeśli wierzyć znanym relacjom – Homera, Wergiliusza i Ajschylosa – Grecy posługiwali się ognistymi znakami podczas wojny trojańskiej, w XII wieku p.n.e. Ognisko rozpalone na szczycie wzgórza widziano z wież strażniczych z odległości ponad trzydziestu kilometrów, a czasem z jeszcze większej. Według Ajschylosa Klitajmestra dowiaduje się o upadku Troi jeszcze tej samej nocy, znajdując się w Mykenach, czterysta mil od zdobytej twierdzy. „Jakiż goniec tak szybko wieść tę przynieść zdołał?”* – zapytywał sceptycznie przewodnik chóru. Klitajmestra przypisuje zasługę Hefajstosowi, bogu ognia: „Dano jego znak i tak co rusz, z latarni do latarni, przemykał posłanniczy płomień”. Było to spore osiągnięcie, o czym należało przekonać widza greckiej tragedii, więc Ajschylos sprawił, że Klitajmestra przez kilka minut nieprzerwanie i szczegółowo opisywała ten szlak: sygnał zapłonął na górze Ida, przeniesiony przez północne akweny Morza Egejskiego na wyspę Lemnos; stamtąd na szczyt Góry Athos w Macedonii, potem na południe, przez równiny i jeziora do Makistu; dalej na szczyt Messapu, gdzie obserwator widział odległy blask płomienia „przez wody Eurypu” i „stąd nowy znak, suchego wrzosu zapalony stos wielki, w dalszą drogę posyła nowinę”, do Kitaironu i do „turni Arachnejskiej, ostatniej strażnicy. [...] Taki to był ów wyścig, tak z ręki do ręki wędrowała pochodnia” – chełpiła się królowa. Niemiecki historyk Richard Henning zbadał i wymierzył tę drogę w 1908 roku i potwierdził, że taki łańcuch świetlnych znaków był możliwy. Sens przesyłanej wieści musiał być, rzecz jasna, z góry ustalony, skondensowany w pojedynczy bit, jednostkę informacji. W binarny, zero-jedynkowy wybór, c o ś lub n i c: dany sygnał ogniowy oznaczał to c o ś, w tym wypadku: „Troja padła”. Przesłanie takiego jednego bitu wymagało nadzwyczajnego planowania, fizycznego trudu, czujności oraz zapasów drewna. Podobnie wiele lat później latarnie w Old North Church w Botswanie przesłały Paulowi Revere’owi cenną jednostkę informacji, którą ten poniósł ze sobą – jeden binarny wybór: podążać lądem lub morzem. Większych zdolności wymagały mniej spektakularne okazje. Ludzie próbowali używać flag, rogów, sygnałów dymnych i błyskających zwierciadeł. Zaklinali duchy i aniołów, gdy chodziło o porozumiewanie się – anioły to, z definicji, boscy posłańcy. Odkrycie zjawiska magnetyzmu wydało się szczególnie obiecujące. W świecie już zapełnionym magią magnetyzm ucieleśniał okultystyczne moce. Magnetyt przyciąga żelazo. Siła tego przyciągania w niewidzialny sposób przenika powietrze. Nie zakłóca jej woda ani nawet ciało stałe. Magnes przyłożony do ściany jest w stanie utrzymać kawałek żelaza po jej drugiej * Ten i kolejne cytaty z Orestei w przekładzie Stefana Srebrnego (przyp. tłum.).


1. Bęben, który mówi

23

stronie. Co najciekawsze, pole magnetyczne zdaje się zdolne do koordynowania obiektów rozrzuconych na wielkiej przestrzeni, na całej Ziemi: choćby igieł kompasów. A gdyby jedna igła mogła sterować inną? Taka idea znalazła poklask; „ta fanaberia”, jak pisał Thomas Browne w latach czterdziestych XVII wieku, rozchodziła się cichaczem po świecie, zwracając pewną uwagę, łatwowierni i prości słuchacze ochoczo w nią wierzyli, a bardziej rozważne i wybitne głowy także nie całkiem ją odrzucały. Zamysł ów jest wspaniały, a jeśli da skutek, to niemalże boski; wtenczas moglibyśmy porozumiewać się jak duchy i rozprawiać z Ziemi z Menippusem na Księżycu.

Koncepcja „współczulnych” igieł pojawiała się wszędzie tam, gdzie działali badający naturę filozofowie i zainteresowani wszelkimi tajemnicami artyści. W Italii pewien człowiek usiłować sprzedać Galileuszowi „tajemną metodę porozumiewania się z osobą oddaloną o dwa albo trzy tysiące mil za sprawą pewnej sympatii igieł magnetycznych”. Odrzekłem mu, że chętnie kupię, lecz chciałem przekonać się o tym doświadczalnie, czy wystarczy, jeżeli on sam stanie w jednej izbie, a ja w innej. Odparł, iż takiego działania nie sposób wykryć z tak nieznacznej odległości. Kazałem mu odejść, zauważywszy, żem nie w nastroju w takim czasie jechać do Kairu czy Moskwy dla takiego doświadczenia, jeno gdyby sam pragnął tam się wybrać, pozostanę w Wenecji i zbadam rzecz z drugiego krańca.

Zamysł polegał na skoordynowaniu ruchów dwóch igieł magnetycznych – „tkniętych tym samym magnetytem”, jak to ujął Browne – aby od tego momentu poruszały się identycznie, nawet znacznie od siebie nawzajem oddalone. Można by to nazwać „współuwikłaniem”. Nadawca i odbiorca używaliby takich igieł, uzgadniając czas porozumiewania się. Umieszczaliby tedy igły na dyskach z literami alfabetu rozmieszczonymi na obrzeżu. Nadawca przesłałby wiadomość, obracając igłą. „Wtedy zaś, jak rzecze tradycja – wyjaśniał Browne – w każdym oddaleniu, kiedy jedna igła wskaże na literę, wtenczas druga w pięknej zgodzie poruszy się tak samo”. W odróżnieniu od większości ludzi, którzy przemyśliwali tę koncepcję współgrających igieł, Browne w istocie pokusił się o eksperymentalne jej wypróbowanie. Nie zadziałało. Gdy poruszał jedną z igieł, druga tkwiła w miejscu. Browne nie posunął się do wykluczenia możliwości, że taka tajemnicza siła zostanie pewnego dnia zastosowana do komunikowania się ludzi, ale dodał


24

James Gleick, Informacja

jeszcze jedno zastrzeżenie. Jeżeli nawet magnetyczna łączność na odległość wchodziła w grę, to – jak mniemał – mogą wyniknąć problemy, gdy nadawca i odbiorca spróbują zsynchronizować swoje poczynania. Jak mieliby określić tę samą porę, skoro to nie zwyczajna ani znana księgom sprawa, lecz szkopuł matematyczny, ażeby odkryć różnicę godzin w miejscach rozmaitych; nawet najmędrszy się w tym ściśle nie rozezna. Jakoż godziny w kilku miejscach wyprzedzają się wzajemnie, wedle długości geograficznej tychże, która jeszcze nie jest ściśle odkryta w każdym z miejsc.

Była to prorocza refleksja, w pełni teoretyczna, produkt nowej siedemnastowiecznej wiedzy z zakresu astronomii i geografii. Był to także pierwszy wyłom we wcześniej niepodważalnym założeniu istnienia symultaniczności. Tak czy owak, jak zauważył Browne, eksperci mieli różne zdania. Musiały upłynąć jeszcze dwa stulecia, nim można się było przemieszczać na tyle szybko bądź na tyle szybko się porozumiewać na odległość, by dawało się odczuć różnicę stref czasowych. Póki co w owym okresie nikt na świecie nie potrafił przesyłać złożonych informacji tak prędko i tak daleko jak niepiśmienni Afrykańczycy za pomocą swoich bębnów.

W czasie kiedy kapitan Allen odkrył w 1841 roku gadające bębny, Samuel F.B. Morse zmagał się z perkusyjnym kodem będącym jego wynalazkiem, elektromagnetycznym rytmem mającym pulsować w telegraficznych drutach. Opracowywanie kodu było złożonym i subtelnym problemem. Początkowo Morse nie myślał nawet o kodzie, tylko o „systemie znaków odpowiadających literom, wskazywanym i oznaczanym przez szybko następujący po sobie ciąg dłuższych lub krótszych impulsów albo impulsów prądu galwanicznego”. W annałach wynalazków coś takiego prawie nie miało precedensu. Kwestia, jak przekształcać informację z jednej postaci – codziennego języka, w inną formę odpowiednią do transmisji kablowej, pobudzała jego pomysłowość bardziej niż wszelkie mechaniczne problemy związane z konstrukcją telegrafu. Słusznie więc historia połączyła nazwisko Morse’a z jego kodem czy też alfabetem, a nie z jego technicznym wynalazkiem. Miał do dyspozycji technologię, która na pozór umożliwiała przesyłanie tylko sekwencji prymitywnych impulsów, co następowało poprzez zamykanie i otwieranie obwodu elektrycznego. Jak można było przekształcić język w klikanie elektromagnesem? Pierwotny pomysł Morse’a polegał na przesyłaniu


1. Bęben, który mówi

25

określonych liczb za pomocą kropek i pauz (spacji). Sekwencja ... .. ..... miała oznaczać 325. Każdemu angielskiemu słowu miano przypisywać odpowiednią liczbę, a telegrafiści na obu końcach linii szukaliby ich znaczenia w specjalnych słownikach. Morse osobiście przystąpił do tworzenia takiego słownika, marnując wiele godzin na zapisywanie wielkich foliałów. („Bardzo proste doświadczenie wykazało wszakże wyższość metody alfabetycznej – napisał później – a wielkie strony tego numerycznego słownika, który kosztował mnie mnóstwo wysiłku, [...] odrzuciłem na rzecz posłużenia się alfabetem”). Całą ideę wyraził w patencie na swój pierwszy telegraf, w 1840 roku: Słownik czy też słownictwo składa się ze słów ułożonych alfabetycznie i ponumerowanych, tak więc każde słowo w tym języku ma swój telegraficzny numer i nader łatwo go przedstawić za pomocą symboli cyfrowych.

A ponieważ zależało mu na efektywności tego systemu, ważył jego koszta i możliwości na kilku przenikających się wzajemnie płaszczyznach. Należało uwzględnić koszt samego przesłania wiadomości: kable telegraficzne były drogie i mogły przesyłać ograniczoną liczbę impulsów na minutę. Przesyłanie wartości liczbowych nie nastręczało większych trudności, jednak było czasochłonne i mogło sprawiać kłopoty telegrafistom. Koncepcja ksiąg kodowych – czy też tabel podglądu – nie była bynajmniej poroniona, a jej echo odezwało się w przyszłości, wyłaniając się w nowych technologiach. Sprawdziła się znakomicie w chińskiej telegrafii. Morse zdał sobie jednak sprawę, że dla operatorów jego urządzenia okaże się nadzwyczaj uciążliwe kartkowanie słownika w poszukiwaniu cyfrowych odpowiedników kolejnych słów. Tymczasem jego protegowany Alfred Vail pracował nad prostym dźwigniowym kluczem, za pomocą którego operator telegrafu mógł szybko i łatwo zamykać i otwierać obwód elektryczny. Vail i Morse zainteresowali się ideą kodowanego alfabetu, wykorzystującego znaki jako substytuty liter, co wiązało się z literowaniem poszczególnych słów. Proste sygnały czy znaki musiały jakoś zastąpić wszystkie słowa mówionego bądź pisanego języka. Zaszła konieczność przekodowania całego języka na jednolity system impulsów. Początkowo obaj wynalazcy wymyślili taki system, opierający się na dwóch elementach: trzaskach (obecnie nazywanych kropkami) i pauzach między nimi. Potem, bawiąc się prototypowym kluczem telegraficznym, wpadli na trzeci rodzaj znaku: linię czy też kreskę, „gdy obwód był zamknięty na dłuższą chwilę, niż to było konieczne do zasygnalizowania kropki”. (Kod ten stał się znany pod nazwą alfabetu kropkowo-kreskowego, choć pauzy były w nim równie istotne;


26

James Gleick, Informacja

alfabet Morse’a nie był językiem binarnym. Telegrafiści niebawem zaczęli stosować pauzy różnej długości – dla oddzielania poszczególnych znaków i słów – a więc alfabet Morse’a składał się faktycznie z czterech znaków). Było czymś nadzwyczajnym, że ludzie potrafili szybko opanować ten nowy język. Musieli bowiem nauczyć się systemu kodowania, a następnie dokonywać podwójnego przekładu: z języka na znaki oraz ruch palca. Jednego ze świadków epoki zdumiewało to, jak znakomicie telegrafiści przyswajali sobie te umiejętności: Urzędnicy, którzy obsługują urządzenia odbiorcze, stają się tak biegli w swoich dziwacznych hieroglifach, że nie muszą nawet spoglądać w drukowany zapis, aby wiedzieć, jak brzmi odbierana wiadomość; owo urządzenie jakby przemawia do nich zrozumiałym, jasnym językiem. Pojmują j e g o m o w ę. Mogą zamknąć oczy i wsłuchać się w osobliwe trzaski rozlegające się blisko ucha, kiedy odbywa się drukowanie depeszy, i wnet wiedzą, co to wszystko oznacza.

Dążąc do przyspieszenia całego procesu, Morse i Vail uzmysłowili sobie, że można oszczędzić telegrafistom pracy, jeśli zarezerwuje się krótsze sekwencje kropek i kresek dla najczęściej używanych liter. Tylko które z nich były w najczęstszym użyciu? Mało wiedziano na ten temat. W poszukiwaniu danych o częstotliwości stosowania poszczególnych liter Vail postanowił odwiedzić siedzibę lokalnej gazety w Morristown w New Jersey i tam przyjrzeć się pojemnikom na czcionki zecerskie. Ujrzał tam zapas 12 tysięcy E, 9 tysięcy T i tylko dwustu Z. I na tej podstawie wraz z Morse’em odpowiednio opracował telegraficzny alfabet. Pierwotnie znakowi T, drugiej z kolei najpopularniejszej litery w języku angielskim, miała odpowiadać kombinacja kreska-kreska-kropka; teraz jednak zredukowali T do pojedynczej kreseczki, tym samym oszczędzając telegrafistom niezliczonych miliardów naciśnięć klucza w nadchodzących latach. Znacznie później informatycy wyliczyli, że obu wynalazcom zabrakło zaledwie piętnastu procent do optymalnego przyporządkowania znaków literom w odniesieniu do telegraficznej angielszczyzny.

Takie naukowe podejście i taki pragmatyzm nie przenikały języka bębnów. A jednak i walący w nie Afrykańczycy mieli do rozwiązania pewien problem, równie ważki jak ten, przed którym stali twórcy alfabetu telegraficznego: jak przetransponować żywy język na jednowymiarowy strumień dudniących dźwięków. Z owym szkopułem uporały się zbiorowo kolejne pokolenia bębniarzy w trakcie trwającego stulecia procesu ewolucji społecznej. Na początku XX wieku Europejczykom badającym Afrykę rzuciły się w oczy analogie


1. Bęben, który mówi

27

do przekazu telegraficznego. „Zaledwie przed kilkoma dniami przeczytałem w »Timesie« – donosił kapitan Robert Sutherland Rattray członkom Królewskiego Towarzystwa Afrykańskiego w Londynie – jak to mieszkaniec jednej z krain Afryki usłyszał o śmierci – w innej, bardzo odległej części tego kontynentu – pewnego europejskiego niemowlęcia i jak te nowiny przesłano za pomocą bębnów używanych, jak stwierdzono, »zgodnie z zasadą Morse’a« – zasada Morse’a zawsze się sprawdza”. Jednak takie oczywiste analogie wiodły ludzi na manowce. Nie potrafiono odszyfrować kodu bębnów, gdyż w praktyce taki kod nie istniał. Morse stworzył swój alfabet, opierając się na pośrednim systemie symboli, pisanym alfabecie, będącym czymś pomiędzy mową a jego, Morse’a, kodem w swoim ostatecznym kształcie. Kropki i kreski nie miały bezpośredniego powiązania z dźwiękami ani z głoskami; odpowiadały literom, z których składały się pisane wyrazy, a te z kolei stanowiły odwzorowanie wypowiadanych słów. Bębniarze nie byli w stanie opierać się na podobnym pośrednim kodzie – nie umiejąc przypisać znaczenia abstrakcyjnym symbolom – ponieważ afrykańskie języki, tak jak niemal wszystkie poza kilkudziesięcioma spośród sześciu tysięcy używanych współcześnie, nie mają alfabetu. Bębny przeobrażały żywą mowę. Wyjaśnienie tego zagadnienia przypadło Johnowi F. Carringtonowi. Carrington, angielski misjonarz, urodzony w 1914 roku w Northamptonshire, wyjechał do Afryki w wieku dwudziestu czterech lat i osiadł tam na stałe. Bębny szybko przyciągnęły jego uwagę, gdy wybrał się w podróż z placówki misyjnej baptystów w Yakusu, w górnym biegu rzeki Kongo przez osady w lasach Bambole. Pewnego dnia zrobił nie zaplanowany wypad do miasteczka Yaongama, gdzie ze zdumieniem stwierdził, że miejscowy lekarz, felczer i duchowni już się zebrali na jego powitanie. Usłyszeli bębny, jak wyjaśnili. Ostatecznie Carrington uświadomił sobie, że bębny służyły nie tylko do obwieszczania i ostrzegania, ale i do modlitw, recytowania poezji, a nawet opowiadania dowcipów. Osoby walące w bębny nie tyle sygnalizowały, ile mówiły: posługując się specjalnym, zaadaptowanym językiem. Carrington sam nauczył się odpowiednio bębnić. Wyrażał się w ten sposób głównie w kele, narzeczu z rodziny języków bantu, którym ludzie posługiwali się i posługują w regionie obecnie znajdującym się w zachodnim Zairze. „To nie Europejczyk, mimo koloru jego skóry – powiedział pewien wieśniak z Lokele o Carringtonie. – Był jednym z naszej wioski, jednym z nas. Kiedy zmarł, duchy pomyliły się i odesłały go daleko, do osady białych, aby wniknął w ciało małego dziecka zrodzonego z białej kobiety, a nie jednej z naszych. Ale ponieważ należał do nas, nie mógł zapomnieć, skąd pochodzi, no i powrócił”. Tenże wieśniak dodał łaskawie: „Jeśli niezbyt mu idzie z bębnami, to z powodu marnych


28

James Gleick, Informacja

nauk, jakie przekazali mu biali”. Carrington przeżył w Afryce cztery dziesięciolecia. Został dość wybitnym botanikiem, antropologiem, a przede wszystkim lingwistą, autorytetem w zakresie struktury afrykańskich języków: tysięcy dialektów i setek narzeczy. Zauważył, że dobry bębniarz musi być bardzo „gadatliwy”. W końcu opublikował swoje odkrycia na temat bębnów w 1949 roku w cienkiej broszurce zatytułowanej The Talking Drums of Africa (Afrykańskie gadające bębny). W trakcie rozwiązywania zagadki bębnów Carrington odkrył klucz do najważniejszego faktu dotyczącego badanych języków afrykańskich. Są to mianowicie języki tonalne – znaczenie ich słów jest determinowane w równej mierze przez ton, jak przez rozróżnienie spółgłoski – samogłoski. Owa tonalność nie zaznacza się w większości języków indoeuropejskich, w tym i w angielskim, w których stosowanie tonów jest ograniczone do sfery syntaktycznej, na przykład w odróżnianiu pytań („Jesteś szczęśliwy?”) od zdań oznajmujących („Jesteś szczęśliwy”). Ale w innych językach, w tym w chińskich dialektach mandaryńskim i kantońskim, ton ma zasadnicze znaczenie w rozróżnianiu słów. W większości języków afrykańskich jest tak samo. Nawet gdy Europejczycy potrafią porozumiewać się w tych językach, na ogół nie pojmują znaczenia ich tonalności, gdyż nie mają w tym doświadczenia. A kiedy transponują słyszane słowa na alfabet łaciński, zupełnie pomijają kwestię tonu. W efekcie są poniekąd daltonistami w tym względzie. Różne słowa w kele są transliterowane przez Europejczyków jako lisaka. A przecież o ich odmiennym znaczeniu decyduje ton, jakim są wypowiadane. Tak więc lisaka z trzema nisko brzmiącymi sylabami to „kałuża”; lisaka, z ostatnią sylabą podniesioną (niekoniecznie akcentowaną) oznacza obietnicę; z kolei lisaka to „trucizna”. Liala oznacza narzeczoną, a liala – dół na odpadki. W transliteracji wydają się homonimiczne, choć takie nie są. Carrington, kiedy sobie to uzmysłowił, wspominał: „Zapewne z niewiedzy wiele razy prosiłem jakiegoś chłopca o »wiosło na książkę« albo o »wyłowienie, że jego przyjaciel nadchodzi«”. Europejczykom po prostu brakowało słuchu do czynienia odpowiednich rozróżnień. Carrington zrozumiał, jak komicznymi pomyłkami to skutkowało: alambaka boili [– _ – – _ _ _] – „obserwował brzeg rzeki” alambaka boili [– – – – _ – _] – „ugotował swoją teściową”

Od końca XIX wieku językoznawcy uznają fonem za najmniejszą akustyczną jednostkę wyznaczającą różnicę znaczeń. Angielskie słowo chuck („ciskać”, „miotać”) składa się z trzech fonemów: wymiana ch na d, u na e czy ck na m


1. Bęben, który mówi

29

od razu zmienia znaczenie słowa. To użyteczne pojęcie, niemniej niedoskonałe: lingwiści stwierdzili, że zaskakująco trudne jest sporządzenie dokładnego spisu fonemów dla angielszczyzny bądź innego języka (w angielskim jest ich około czterdziestu pięciu). Problem tkwi w tym, że strumień wypowiedzi ma charakter kontinuum: językoznawcy mogą dosyć dowolnie i arbitralnie rozbijać go na jednostki, ale sens tych jednostek różni się w zależności od mówiącego i od kontekstu. Większość użytkowników języka instynktownie traktuje fonemy subiektywnie, w związku z posiadaną wiedzą o pisanym alfabecie, który kodyfikuje dany język często cokolwiek nieobiektywnie. Tak czy inaczej, tonalne języki, z ich licznymi zmiennymi, zawierają znacznie więcej fonemów, aniżeli wydawało się to początkowo niedoświadczonym lingwistom. Gdy mówione języki Afryki nadały tonalności pierwszoplanową rolę, język bębnów poczynił trudny krok naprzód. Zdał się całkowicie na ton. Był to język złożony z pojedynczej pary fonemów, zestawiony wyłącznie z tonów. Do wyrobu bębnów i innych instrumentów perkusyjnych używano różnych materiałów i technik. Były na przykład tykwy z paduka (gatunku sandałowca), wydrążone i rozłupane wzdłuż, zwężające się ku końcowi, dla emitowania wyższych i niższych dźwięków; inne miały skórzane membrany – tych używano w parach, po dwa: chodziło o to, by bębny wydawały dwa dźwięki o różnej wysokości, o interwale zbliżonym do wielkiej lub małej tercji. A zatem w trakcie przekładania języka mówionego na język bębnów pewien zakres informacji przepadał. Gadający bęben mówił niedoskonale. W każdej wiosce i w każdym plemieniu język perkusyjny brał początek ze słowa mówionego, a potem odrzucał spółgłoski i samogłoski. Czyli odrzucał dużo. Przekazywana w ten sposób informacja mogła być niejednoznaczna. Dwa uderzenia w wyżej brzmiący koniec bębna [– –] odpowiadały w tonalnym wzorcu języka kele słowu sango (ojciec), ale naturalnie można je było uznać za songe, czyli „księżyc”, a także za koko (ptactwo), fele (pewien gatunek ryb) czy też każde inne słowo złożone z dwóch wysokich dźwięków. Nawet niezbyt rozbudowany słownik misjonarzy z Yakusu zawierał 130 takich słów. Jak można było różnicować słowa za pomocą bębnów po sprowadzeniu języka mówionego, z całym jego dźwiękowym bogactwem, do tak minimalistycznego kodu? Rozwiązanie polegało częściowo na akcentowaniu i rytmie, to jednak nie rekompensowało braku spółgłosek i samogłosek. A więc, jak ustalił Carrington, bębniący niezmiennie uzupełniał każde krótkie słowo „krótką frazą”. Songe, księżyc, określano frazą songe li tange la manga – „księżyc, który spogląda na ziemię”; koko, ptactwo, jako koko olongo la bokiokio – „drób, małe ptaki, które gdaczą”. Takie dodatkowe uderzenia w bęben, bynajmniej nie nieistotne, określały kontekst. Każde niejednoznaczne słowo pojawia się w chmurze


30

James Gleick, Informacja

możliwych alternatywnych jego interpretacji; następnie te niepożądane znaczenia się ulatniają. Zachodzi to poniżej poziomu świadomości. Ludzie słuchają tylko staccato dźwięków bębna, wyższych i niższych, lecz w efekcie „słyszą” również brakujące spółgłoski i samogłoski. „Pośród ludów, które nie mają pojęcia o pisaniu ani gramatyce, słowo samo w sobie, jako grupa dźwięków, zdaje się niemal tracić zrozumiałe znaczenie” – donosił kapitan Rattray. Stereotypowe zwroty niejako powiewają wokoło, a ich zbyteczność redukuje niejednoznaczność samych „zasadniczych” słów. Bębnowy język jest twórczy, swobodnie tworząc neologizmy nazywające nowinki z „białej” północy: parostatki, papierosy i chrześcijański Bóg to te trzy, na które Carrington zwrócił szczególną uwagę. Ale bębniący Afrykańczycy zaczęli też przyswajać sobie stałe zwroty frazeologiczne. Czasami dzięki temu przetrwały archaiczne słowa, które odeszły w zapomnienie w codziennym języku. W Jaunde słoń pozostał „wielkim niezdarnym”. Podobieństwo do homeryckich określeń – nie po prostu Zeus, ale Zeus Gromowładny; nie zwyczajne morze, tylko morze ciemne jak wino – jest nieprzypadkowe. W kulturze oralnej natchnienie musi służyć przede wszystkim jasności i zapamiętywaniu. Mitologiczne Muzy są wszak córami Mnemozyne (Pamięci).

I w kele, i w angielskim brakło rodzimych słów na wyrażenie alokacji dodatkowych bitów w celu usunięcia dwuznaczności i skorygowania błędów. A to właśnie czynił język bębnów. Nadmiar – coś z założenia nieproduktywnego – służy jako antidotum na niejasności. Daje dodatkową szansę. W każdy naturalny język jest wpisany pewien nadmiar; dlatego właśnie ludzie rozumieją tekst najeżony błędami albo treść rozmowy w pokoju, gdzie panuje hałas. Taka „nadmierność” angielszczyzny zainspirowała twórców słynnego afisza z nowojorskiego metra w latach siedemdziesiątych (oraz Jamesa Merrilla do napisania pewnego wiersza): If u cn rd ths U cn gt a gd jb w hi pa! („Jeśli potrafisz to odczytać, możesz dostać dobrą i popłatną pracę!”)

(„Taka zwięzłość może ocalić twą duszę” – dodaje Merrill). Najczęściej językowy nadmiar to po prostu element codziennego szumu. Dla telegrafisty jest kosztownym marnotrawstwem. Dla Afrykańczyka z bębnami stanowi coś nieodzownego. Wprost narzuca się podobieństwo do innego wyspecjalizowanego języka: języka, jakim porozumiewają się przez radio lotnicy. Liczby i litery


1. Bęben, który mówi

31

stanowią większą część informacji krążących między pilotami a kontrolerami ruchu lotniczego: są to dane dotyczące wysokości lotu i kursu, numeru rozpoznawczego samolotu, identyfikatorów na pasie startowym i podczas kołowania, częstotliwości radiowych. To ważne komunikaty na bardzo hałaśliwym kanale, więc wyspecjalizowany język ma na celu eliminację wszelkich niejednoznaczności. Nietrudno usłyszeć B jako V; dlatego bezpieczniej użyć słów bravo i victor. M i N to mike i November. W wypadku angielskich liczebników szczególnie łatwo pomylić five (pięć) i nine (dziewięć), wobec czego wymawiane są jak fife (piszczałka) i niner (dziewiątka). Dodatkowe sylaby spełniają identyczną funkcję jak wielosłowność gadających bębnów. Po opublikowaniu swojej książki John Carrington natrafił na matematyczne wyjaśnienie tego zagadnienia. W rozprawie inżyniera z Bell Labs Ralpha Hartleya znalazło się nawet wyglądające na odpowiednie równanie: H = n log s, gdzie H odpowiada ilości informacji, n to liczba symboli w wiadomości, a s oznacza liczbę symboli dostępną w danym języku. Młodszy kolega Hartleya Claude Shannon podążył później tym tropem, a jeden z jego najważniejszych projektów doprowadził do precyzyjnego określenia zbytecznych elementów w angielszczyźnie. Symbolami mogą być wyrazy, fonemy lub kropki i kreski. Swoboda wyboru w ramach określonego zestawu symboli jest różna – tysiące słów, 45 fonemów albo trzy rodzaje sygnałów w obwodzie elektrycznym. Przedstawiony powyżej wzór matematyczny określa ilościowo dość proste zjawisko (w każdym razie wydawało się nieskomplikowane w chwili jego odkrycia): im mniej symboli, z których można korzystać, tym więcej trzeba ich przesłać w celu przekazania danej informacji. Dla afrykańskich bębniarzy przesyłanie wiadomości trwa mniej więcej osiem razy dłużej od wypowiadania tej samej wieści. Hartley postarał się uzasadnić użycie słowa i n f o r m a c j a. „W potocznym znaczeniu »informacja« to bardzo pojemny termin – napisał – i najpierw konieczne będzie skonkretyzowanie jego znaczenia”. Zaproponował traktowanie informacji „fizycznie” – to jego własne słowo – a nie w ujęciu psychologicznym. Stawał w obliczu mnożących się komplikacji. Pewien paradoks stanowiło to, że wynikały one z istnienia pośredniej sfery symboli: liter alfabetu, kropek i kresek, elementów nieciągłych i w związku z tym łatwo policzalnych. Trudniej wymierzyć związki między tymi dublerami a sferą podstawową: samym ludzkim głosem. To właśnie był ów strumień nasyconych znaczeniem dźwięków, który się wydawał – inżynierowi w koncernie telekomunikacyjnym w równym stopniu jak afrykańskiemu bębniarzowi – treścią komunikatu, nawet jeśli jego brzmienie służyło z kolei do kodowania wiedzy lub ukrytego sensu. W każdym razie Hartley sądził, że inżynier powinien być zdolny do


32

James Gleick, Informacja

uogólnionego traktowania wszelkich sposobów porozumiewania się: alfabetów i kodów telegraficznych, a także fizycznej transmisji dźwięków za pomocą fal elektromagnetycznych po drutach telefonicznych bądź w eterze. Oczywiście nie wiedział nic o afrykańskich bębnach. A kiedy tylko John Carrington zaczynał je rozumieć, te poczęły znikać z Afryki. Widział, że młodzież z Lokele ćwiczy na bębnach coraz mniej, a miejscowi chłopcy nie potrafią już na nich wygrywać nawet swoich imion. I Carrington żałował, że tak się dzieje. Gadające bębny stały się częścią jego życia. W 1954 roku pewien przybysz ze Stanów Zjednoczonych zastał go w misyjnej szkółce w kongijskiej placówce w Yalemba. Carrington wciąż chadzał codziennie do dżungli, a kiedy nadchodziła pora obiadu, żona przyzywała go energicznym bębnieniem: „Duchu białego człowieka w lesie, chodź, chodź do domu ze strzechą wysoko nad duchem białego człowieka w lesie. Kobieta ze słodkimi ziemniakami czeka. Chodź, chodź”. Już niebawem znaleźli się tacy, dla których ścieżka technologii komunikacyjnej wiodła od gadających bębnów wprost do telefonów komórkowych, z pominięciem etapów pośrednich.


SPIS TREŚCI Prolog .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 119 1. Bęben, który mówi (Kiedy szyfr nie jest szyfrem)  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 119 2. Wytrzymałość słowa (Bez słownika w umyśle) .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 133 3. Dwa słowniki (Niepewność naszych pism, niestałość naszych liter) .  .  .  .  .  .  .  .  . 153 4. Przełożyć potęgę myśli na tryby maszynerii (Patrzcie jeno, nawiedzony arytmetyk!) 177 5. Układ nerwowy Ziemi (Czegóż można się spodziewać po kilku nędznych drutach?) 119 6. Nowe przewody, nowa logika (Nic nie jest bardziej splecione z nieznanym)  .  .  .  .  157 7. Teoria informacji (Moim celem jest jedynie mózg przeciętny) .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 189 8. Informacyjny zwrot (Podstawowe składniki do budowy sztucznego umysłu) .  .  .  .  217 9. Entropia i jej demony (Nie można wszystkiego rozproszyć)  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 249 10. Kod życia (Organizm jest zapisany w jaju)   .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 265 11. W puli memów (Zaśmiecasz mi mózg)  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 285 12. Poczucie przypadkowości (W grzechu)  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 299 13. Informacja to coś fizycznego (Coś z bitu)   .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  327 14. Po potopie (Wielki Album Babel)  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 345 15. Codziennie nowe nowiny (I podobne sprawy) .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 369 Epilog .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 383 Podziękowania  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 395 Przypisy .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  397 Bibliografia  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 439 Spis źródeł ilustracji  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  . 463


Każda epoka ma swoją cechę szczególną. Żyjemy w wieku „informacji”, tak jak nasi przodkowie żyli w wieku „pary”, „żelaza” czy choćby „kamienia łupanego”. Czym właściwie jest „informacja”? Na to pytanie odpowiada znany popularyzator nauki i autor bestsellerów James Gleick. Jego najnowsza książka to rewolucyjna lektura, która pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na współczesny świat. Informacja to podróż przez wieki sięgająca najdawniejszych czasów, kiedy każda myśl odchodziła w zapomnienie równie szybko, jak się rodziła. Gleick prowadzi czytelnika od pierwszych systemów komunikacyjnych, takich jak tam-tamy, aż do współczesności, kiedy wszyscy bezwiednie staliśmy się ekspertami od wszystkiego, a problemem nie jest brak informacji, ale jej nadmiar. Przybliża sylwetki częstokroć zapomnianych geniuszy i wizjonerów odpowiedzialnych za to, jak rozumiemy dzisiaj informację i jak się nią posługujemy.

Każda informacja może zmienić Twój punkt widzenia. Ta Informacja odmieni całkowicie Twoje spojrzenie na świat.

JAMES GLEICK • INFORMACJA

Pasjonująca instrukcja obsługi współczesności —

INFORMACJA

James Gleick — Dziennikarz, absolwent Harvard University i wieloletni redaktor „New York Timesa”. Autor dwóch przełomowych biografii (Richarda Feynmana i Isaaca Newtona) oraz szeregu książek wyjaśniających mechanizmy współczesnego świata: Chaosu, Szybciej i Informacji. Zdobywca wielu nagród dziennikarskich i literackich, wielokrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera.

bit wszechświat rewolucja

James Gleick autor światowego/bestselleru/Chaos Niektórzy pisarze są świetni w opowiadaniu historii, inni specjalizują się w objaśnianiu ezoterycznych koncepcji, jeszcze inni znakomicie pokazują ludzkie oblicze naukowców. James Gleick jest mistrzem w każdej z tych kategorii. „Wall Street Journal”

Cena detal. 49,90 zł

Gleick_Informacja_obwo_CS5.indd 1

2012-04-12 12:49:31


Informacja. Bit, wszechświat, rewolucja