Warstwy czyli obrazy miasta - Grzegorz Kosson

Page 1




Zgroza leży nad przyszłości warstwami Zofia Nałkowska


Dni rzek stały się płynącą i pulsującą blizną cierpienia. Widoczną szczeliną. Granicą świata. Barierą nie do przebycia. Miejscem, gdzie historia wzięła oddech. Zatrzymała nawałnica. Mimo upływu czasu i zrastania się warstw. Blizna cierpienia wciąż biła życiem. Pulsował w niej ból. Rzeka widziała. Więcej niż chciało tego miasto. Ale w milczeniu. Nie mogąc nic zrobić. Płynęła dalej. Miasto jej tego nie zapomniało. To nie była wina rzeki. Tylko stepowych jeźdźców. Wszyscy winili ich. Ale czy można obwiniać wroga. O brak chęci pomocy? O obojętność? Dla jeźdźców. To miasto. Było tylko punktem na mapie. Przystankiem w długiej podróży. Nie było ich miastem. Chociaż. W jego warstwach. Spoczywali też synowie Wschodu. Nie było miastem. W którym się urodzili. Uczyli mówić. Kochać. Jego ulice. Były dla nich obcymi zaułkami. Bez historii. Bez niekończących się opowieści cegieł. Kamieni. Miastem, jakich wiele widzieli wcześniej. I dużo zobaczyli później. Na Zachodzie. To miasto było tylko punktem na mapie. Dla nich spacer po nim. Nie był rozmową żywych z umarłymi. Tylko chwilą odpoczynku. Zwykłą pragułką. To miasto. Mimo że tak bliskie. To jednak było im tak odległe. Sklepowe wystawy. Nie były dla nich oknem na świat. W których wystawione starannie. Udekorowane ręką subiektów. Modystek. Przedmioty śpiewały pieśń pochwalną na cześć życia. Wielki poemat wystaw sklepowych. A jakich tam nie było wystaw? Były wystawy restauracji. Kawiarni. Sklepów winiarskich. Były wystawy trykociarzy. Sklepów żelaznych. Sklepów muzycznych. Były wystawy rusznikarzy. Fryzjerów. Cukierni. Były wystawy perfumerii. Kaletników. Rymarzy. Były wystawy zakładów krawieckich. Szewskich. Czapniczych. Były wystawy pończoszników. Perukarzy. Parasolników. Były wystawy złotników. Rytowników. Ludwisarzy. 7


Dla jeźdźców. Te wystawy. Nie były oknem na świat. Wielkim poematem. Tylko raczej ponurym śmiechem historii. Końcem tego świata. Wcale ich nie podziwiali. Przedmioty. Które przynależąc do niezrozumiałego dla nich świata. Razem z nimi złożyli do grobu. I razem z nimi odeszły. Przedmioty też odchodziły. Jak ulice. Kamienice. Jak całe miasto. Przedmioty ginącego świata. Którego nikt już nie opowie. Nie wyjaśni poza samą milczącą warstwą. Nikt nie powie, do czego służyły. Co miały robić? Jaka była ich funkcja? Przedmioty wtopione w warstwę popiołu. Czerwonych cegieł. Białego wapna. Zatopione w nicości. A ziemia cierpliwie przyjmowała w siebie kolejne warstwy jak rzemień. Na który nawlekane są różnocwietne koraliki. Bo warstwy miały swoje kolory. Była warstwa spalonego popiołu. Była warstwa żyznego naniesionego przez rzekę mułu i szlamu. Jeszcze zanim rzeka odwróciła się od miasta. Była warstwa czerwonych cegieł. Białego palonego wapna. Była warstwa nadpalonych pali i brewion. A w każdej z tych warstw przedmioty świata, który odszedł. Niezrozumiałe. Bez wiedzy. Którą zgromadzili ze sobą ludzie. Warstwa chciwie. Zachłannie jak pies ogrodnika. Chroniła to w sobie. Wraz z przedmiotami. Ulicami. Ludźmi. Odchodziły też słowa. Je też zagarniała. Kolejna warstwa. Nic dziwnego. Nie było już ludzi, którzy nimi władali. Wymieniali w rozmowach. Używali w konwersacjach. Uprzejmych, codziennych rozmowach o niczym. Znali ich znaczenie. Wiedzieli jak. Kiedy. I po co ich użyć. Słowa przemijały jak zwykłe przedmioty. Te słowa również można było znaleźć w warstwach. Ale nie można było ich zrozumieć bez specjalnej wiedzy. Wraz z jeźdźcami pojawiały się nowe słowa. A potem ze śmiechem historii odchodziły. Przemijały. Jakby ich przydatność dla języka. Rozmowy. Była ściśle ograniczona w czasie. Określona. Jak trwałość do spożycia mleka w kartoniku.

8


Takie słowa, jak np. sakwojaż. Odnajdując takie słowa, czuło się dziwną radość, jak znajdując przedmiot, którego użytku się nie znało. Nie rozumiało. Kiedyś oznaczało tyle, co kufer do podróży. Staranny. Solidny. Skórzany. Z kantami. Z garbowanej cielęcej skóry. Ale wtedy podróże były starannie zaplanowane. Przemyślane. Kilka warstw później. Z wielką nawałnicą. Podróż stała się ucieczką. Czymś nieprzemyślanym. Zaskakującym dla wszystkich uchodzeniem z miejsc, które się znało i kochało. Miejsc, gdzie uczono się mówić. Czytać. Kochać. W takiej podróży, która była zaskoczeniem, nie pomagał sakwojaż. On był duży. Solidny. Ciężki. Jak waga słów i zbieranych przez całe życie przedmiotów. W takiej nagłej podróży, bezwładnej ucieczce, najlepiej sprawdzał się ruksak. Prosty plecak. Przypominający worek, przyniesiony na pochylonych plecach jeźdźców ze Wschodu. Był poręczny. Wchodziło do niego wszystko co niezbędne. Skórzane paski nie wbijały się w plecy. Umożliwiając ucieczkę zarówno na piechotę. Jak i konno. Samochodem. Pociągiem. Rowerem. W takiej podróży nie chodziło o kolekcjonowanie wrażeń. O odwiedzenie miejsc, które zna się z książek. O kolekcjonowanie szkiców. Obrazów, które zapamięta się na całe życie. I wyrobienie sobie o nich własnego osobistego sądu. Podróż z sakwojażem była nauką i doskonaleniem się. Taka podróż wymagała polecających listów. Specjalnego albumu. Pióra. Poruszania się z punktu A do punktu B. W miarowym. Powolnym. Niespiesznym tempie. Podróż z sakwojażem była jak wielki objazd. Konieczne uzupełnienie edukacji. Jak umiejętność konnej jazdy. Szermierki. Konwersacji. Przestrzeń była księgą, a uczone rozmowy sposobem jej czytania. Wszystko było ważne. Niczego nie można było pominąć. Notowano uważnie długość i szerokość odwiedzanych zamków. Liczbę stopni wiodących do pokoju w oberży. Robiono dokładne szkice i rysunki odwiedzanych ogrodów. Sadów. Parków. Podróż była niespieszna.

9


Oprócz niezbędnej ilości papieru i atramentu zabierano ze sobą narzędzia do pomiaru odległości. Temperatury. Wysokości. Zwracano uwagę na glebę. Minerały. Skały. Nie pomijano zwyczajów. Ubioru. Wystroju siedzib. Odwiedzanych w podróży. Podróż była konwersacją z Niebiańskimi Jeźdźcami. Wiecznymi Ludźmi. Rozmawiano z tymi, których nie ma. Mówiono do tych, którzy będą. Podróż znaczyła tyle, co być poza domem. W drodze. W uchodzeniu dom już nie istniał. W listach i dziennikach zadawano ważne pytania. I znajdowano na nie odpowiedzi. W podróży, która była ucieczką, cały trud kończył się na sformułowaniu pytania. Na odpowiedź nikt nie miał siły. W starannie zaplanowanej podróży dawka nieoczekiwanego zaskoczenia też była ściśle określona, nie przekraczając swojej miary. Bo spotkanie z nieoczekiwanym i zaskoczenie jest częścią każdej podróży. W podróży, która była uchodzeniem. Ucieczką od dobrze znanego świata i życia nie było nic ponad zaskoczenie. Nieoczekiwanie. Do takiej ucieczki nikt nigdy nie był gotowy. Nie było czasu na pakowanie sakwojaży. Dobieranie dziennika. Pakowanie bielizny. W podróży, która była ucieczką, chodziło o jak najszybsze przeniesienie się od punktu Śmierci do punktu Życia. Od opastnosti do bezopastnosti. Ruksak w tym pomagał. Sakwojaż by ją uniemożliwił. Ruksak zabierał tylko to, co potrzebne i niezbędne. Sakwojaż mieścił wszystko co niepotrzebne. Co umilało drogę, ale nie czyniło jej bezpieczniejszą. Sakwojaż był przypisany do warstwy spokoju. Ruksak przynależał do gwałtownej ery nawałnicy. Słowa przemijały jak przedmioty, które pochłaniały warstwy. Nikt nie chciał być uchodźcą. Każdy marzył o zostaniu podróżnikiem.

10


W podróży, która była ucieczką, najważniejszy był cel podróży. A nie sposób dotarcia. A tym celem zawsze było życie. W dawnym podróżowaniu chodziło o sposób dotarcia do celu. Nie sam cel. To nie on był ważny. Chodziło o sposób osiągnięcia kresu podróży. Porównanie go ze swym wyobrażeniem. W ucieczkę z ruksakiem zawsze była wpisana strata. Utrata świata. Przynależnych do niego przedmiotów. Słów. Ludzi. Ocalenie było trafem jak pojedynczy numer w kasynie, przy stole ruletki. Uśmiechem historii. W podróżowaniu z sakwojażem ważny był zysk. Powiększenie stanu posiadania. Stratą mogło być tylko rozczarowanie. Utrata złudzeń. Wyobrażeń związanych z celem podróży. Uciekając, ręce musiały być wolne. Niczym niezajęte. Ręce zapewniały ochronę. To one mogły uratować. Sakwojaż wymagał rąk, trzeba było go trzymać za uchwyt. W ucieczce, w którą wpisana była strata, sakwojaż przeszkadzał i zmniejszał szansę przeżycia. Stepowi jeźdźcy o tym wiedzieli. Dlatego używali ruksaków. Uchodźcy zostawiali za sobą nie tylko cały swój świat i życie zgromadzonych przedmiotów. Zostawiali również samych siebie. Uciekając, przestawali być tym, kim byli. Podróżni z sakwojażem zawsze pozostawali tymi, kim byli. Podróż ich nie zmieniała. Ze słowami odchodziły też adresy przykrywane kolejną warstwą historii. W mieście, którego już nie było. Które stało się tylko pustym znakiem na mapie. Niezrozumiałą topografią. Bo gdzie był plac Zielony? Gdzie stały ułańskie koszary? A plac Koński? Gdzie były Szopy Niemieckie? Albo plac Broni? Gdzie znajdowała się ulica Wielka? Plac Sielecki? A gdzie był Nowy Port? Gdzie się podziały te adresy? Gdzie teraz były? Żyły na papierze. Zostawiły swój odcisk tylko na mapach. Cudem ocalałych. Pozostały tylko na nich. I dlaczego te mapy były zazwyczaj dwujęzyczne? A te litery nie przypominały wcale liter?

11


Z adresami odchodziły też przedmioty zużyte codziennością. Wieczne pióra na pompkę. Buteleczki atramentu. Masywne maszyny do pisania. Ciężkie jak słowa, które pisały. Bo słowo miało wtedy swoją wagę. Napisane nie dało się cofnąć. Wymazać. Zapomnieć. Podobnie jak mówione. A gdy odeszły dzienniki z bielą kartek, nie było już jak uwiecznić słów. Zatrzymać ich przed odejściem. Bo jak zatrzymać słowa? Bez pomocy atramentu? Kartki? Nie mając przy sobie rozpisanego pióra? Pamięć? Pamięć bez czernidła jest zawodna. Mało pojemna. Ograniczona. I tak pamięć też przemijała z kolejnymi warstwami. W tym mieście, gdzie każdy spacer jest rozmową żywych z umarłymi. Ludzie dostawali napadów epilepsji. Napadów lęku. Słysząc słowa jeźdźców. W tym mieście każdy spacer to spotkanie z bezimiennymi bohaterami. Historia i strach jest składową częścią powietrza. Wydychaną i wdychaną każdej sekundy. Każdego dnia. Książki też odchodziły ze słowami, które porywała kolejna warstwa. Te artykuły, nad którymi tyle ślęczono. Długo nosząc pod sercem. W zwojach neuronów. Tak długo o nich myśląc i tak się z nich ciesząc, gdy już zostały wymyślone. Te tytuły, które przyspieszały bicie serca. Były jak tajny znak porozumienia. One też już nic nie znaczyły. Jak słowa, które przeminęły. Nienasycona warstwa karmiła się wszystkim. Niczym nie gardziła. Domami. Ulicami. Słowami. Nie gardziła książkami. Adresami. Numerami. Nic nie odrzucała. Wszystko zagarniała. Przykrywała sobą. Nawet rowery. Wiekowe. Solidne. Wielocypedy. Którymi tyle razy chciano uciec warstwom.

12


13



Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.