__MAIN_TEXT__

Page 1


C

zy w czasie pandemii jest miejsce na futbol? Czy Francuzi słusznie postąpili kończąc rozgrywki sezonu 2019/2020 po rozegraniu 28. kolejek Ligue 1? Na te pytania i na wiele innych postaraliśmy się odpowiedzieć w siódmym już wydaniu magazynu Le Ballon. Koniec rozgrywek to dla nas tradycyjny czas na podsumowania w formie magazynu. Tworzenie siódmego numeru w obecnym kontekście może się dla niektórych z Was wydawać zbędnym szaleństwem, dla nas to był jednak sposób na zachowanie normalności. Normalności, którą z dnia na dzień straciliśmy - niektórzy mniej, inni bardziej dotknięci przez wprowadzone obostrzenia. Magazyn powstał w domach w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Krakowie, Paryżu czy Aix-en-Provence - czyli wszędzie tam, gdzie na początku marca zatrzymało nas niewidzialne niebezpieczeństwo. Ironia losu - koronawirus zatrzymał piłkarską wiosnę, która pierwszy raz od lat rysowała się w optymistycznych barwach dla piłkarzy Paris Saint-Germain po awansie do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. COVID-19 i kryzys nim spowodowany napisały bezprecedensowy scenariusz tych rozgrywek, które już na zawsze będą kojarzone z pozaboiskowym finałem. Bezsprzecznie mistrzem zostało mające komfortową przewagę PSG, jednak inne rozstrzygnięcia w tabeli nie zostały przyjęte z jednomyślnym zrozumieniem wszystkich klubów.

Foto : IFRANCJA.FR

| str. 01

Ci, którzy czują się szczególnie pokrzywdzeni, starają się walczyć i dbać o interesy klubowe. W obecnym kontekście warto przyklasnąć słowom prezesa Montpellier HSC Laurenta Nicollina - dzisiaj nie ma sprawiedliwych bądź niesprawiedliwych decyzji. W obliczu dramatów zwykłych ludzi futbol schodzi na dalszy plan – to nie czas na hałaśliwe spory o kształt ligowej tabeli. W numerze nie zabraknie jednak miejsca dla innych czysto piłkarskich tematów: portret Eduardo Camavingi, podsumowanie sezonu Nabila Fekira, wspomnienie zmarłego niedawno Roberta Herbina, spojrzenie na grę Francuzów w Bundeslidze i oczywiście teksty podsumowujące minione rozgrywki Ligue 1. Każdy z autorów i współpracowników włożył w ten numer sporo serca - mamy ogromną nadzieję, że kolejny raz sprostaliśmy Waszym oczekiwaniom. Wraz z całym zespołem, który stworzył to wydanie, życzymy Wam i Waszym bliskim zdrowia i optymizmu w nadchodzących miesiącach.

En vous souhaitant une bonne lecture!

JORDAN BERNDT twitter: @JordanBerndt


LE BALLON MAGAZINE

Spis treści: 03 - L1 W CIENIU PANDEMII KORONAWIRUSA 11 - CZY PARYŻ DORÓSŁ DO EUROPY? 13 - MARSYLIA: PRZEWRÓT MAJOWY 17 - XI SEZONU 21 - NABIL FEKIR W SEWILLI 27 - FALSTART JUNINHO U STERÓW LYONU 31 - RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE 33 - BANDYCI W LIGUE 1 37 - CAMAVINGA: ZŁOTE DZIECKO FRANCUSKIEGO FUTBOLU 41 - RANKING: TOP LIGOWYCH TALENTÓW 45 - SEZON AS MONACO 47 - BUNDESLIGA: MODA NA FRANCJĘ 50 - RETRO: WSPOMNIENIE ROBERTA HERBINA 55 - VIEIRA: ŚLADAMI WIELKICH MENTORÓW 59 - WYWIAD: ROZMOWA ZE SKAUTEM GIRONDINS DE BORDEAUX 63 - WYWIAD: AMERYKAŃSKI KOSZMAR ŻYRONDYSTÓW 67 - RENNES U PROGU LIGI MISTRZÓW 69 - WSZYSTKIE TWARZE NASSERA 71 - SZAMPAŃSKI POWRÓT REIMS 76 - OKRĘŻNA DROGA JEANA-PIERRE’A PAPINA DO WIELKOŚCI 80 - SAINT-ETIENNE: BURZLIWY SEZON ZIELONYCH 83 - RC LENS WRACA DO ELITY

| str. 02


L! W CIENIU PANDEMII KORONAWIRUSA

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

KORONA

KSIĄŻĄT 28 kwietnia 2020 pozostanie historyczną datą. Wówczas premier Edouard Philippe ogłosił, że pierwszy raz od II wojny światowej Francja nie dokończy piłkarskiego sezonu. Choć w pierwszych godzinach po ogłoszeniu większość ważnych postaci francuskiego futbolu pochwalała decyzję jako trudną, ale konieczną, kolejne dni coraz bardziej obnażają słabość administracji, niegospodarność klubów i małostkowość prezesów. Przede wszystkim zaś upływają pod znakiem oneman show najbardziej hałaśliwego z francuskich sterników.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Przedmiotem sporu nie jest przynajmniej mistrzowski tytuł. PSG jest bezapelacyjnie zasłużonym zwycięzcą. To bodaj jedyna rzecz, która nie dzieli w ostatnich miesiącach piłkarskiej Francji.

Sam przeciw wszystkim Kiedy Paryż gratulował sobie dobrze wykonanej roboty, pozostali gorączkowali się wariantem przyjętych rozstrzygnięć. Możliwości były trzy: uznanie za wiążące wyników po półmetku sezonu (po jednym meczu „każdego z każdym”), ustalenie kolejności wg średniej punktów na mecz (de facto tożsame z układem po ostatniej pełnej, czyli 27. kolejce) lub zachowanie tabeli w ostatnim kształcie (w 28. kolejce nie odbył się jeden mecz – PSG-Strasbourg). Pierwszy wariant bardzo szybko został skreślony, ale wybór między pozostałymi dwoma wywołał burzę – od podjętej decyzji zależało, czy w europejskich pucharach zagra Olympique Lyon. Wybrano sprawiedliwszą sportowo opcję – wyliczenie punktowej średniej – więc prezes Jean-Michel Aulas w swoim stylu ruszył na wojnę z resztą świata. Emblematyczny sternik szarpał się z rzeczywistością jeszcze nim zapadły ostateczne decyzje. Odkąd francuski rząd

| str. 03

pierwszy raz zawiesił rozgrywki, prezes kilka razy zmieniał zdanie. Jeszcze 13 marca proponował: - Najlepiej byłoby uznać

rozgrywki za nieważne. Tak uniknęlibyśmy prawnych batalii ligi i federacji z drużynami z ostatnich miejsc tabeli. Reguły są jasne: kluby spadają na koniec sezonu. Podważenie tego otworzy puszkę Pandory. Logicznym wyjściem będzie anulować sezon i zacząć od stanu z sierpnia. Zaledwie tydzień później był już orędownikiem szybkiego dokończenia gry: - Jeśli chcemy uratować Ligue 1, musimy skończyć przed 30 czerwca. Odwagi! Zapomnijmy o Lidze Mistrzów, pucharach i reprezentacji. Skupmy się na lidze. Kiedy tylko LFP oficjalnie zdecydowała o zakończeniu rozgrywek i wyborze wariantu wykluczającego Lyon z pucharów, Aulas przysłał do federacji i władz ligi 23-stronnicowy list ze szczegółowym planem dokończenia ligi. Miesiąc później krucjata wciąż trwa. Prezes złożył w Paryskim Sądzie Administracyjnym pozew przeciwko LFP. Oskarżył władze ligi, że ich decyzja była oparta na nieprawdziwym założeniu, jakoby UEFA wymagała domknięcia krajowych rozgrywek 2019/20 przed 3 sierpnia. Ujawnił też list od prezesa UEFA, w którym Aleksandar Ceferin zaprzecza ws-


L! W CIENIU PANDEMII KORONAWIRUSA

LE BALLON MAGAZINE


LE BALLON MAGAZINE

kazaniu takiego terminu granicznego: - Data 3 sierpnia zasugerowana na spotkaniu z ECA [Stowarzyszeniem Europejskich Klubów] była jedynie zaleceniem. Równocześnie przekazaliśmy krajowym ligom, że powinny zrobić wszystko, by dokończyć rozgrywki i rozstrzygnąć wyniki na sportowej drodze. Paryski sąd odmówił rozpatrzenia pozwu. Uznał, że nie ma uprawnień do orzekania w sprawie i odesłał Lyon wraz z nielicznymi sojusznikami na szczebel krajowy.

Dwaj zgryźliwi tetrycy Bojowa postawa Aulasa nie cieszy się popularnością wśród większości szefów klubów Ligue 1. Dziennikarz “L’Equipe”, Vincent Duluc, podawał nawet, że grupa prezesów lobbowała w gabinetach prezydenta Macrona i premiera Philippe’a za zakończeniem sezonu głównie po to, by... Zrobić Aulasowi na złość. Jeżeli to prawda, w ciemno można założyć, że anty-Aulasowej koalicji przewodził Jacques-Henri Eyraud z Marsylii. Prezesi Olympików wdali się w nieprzystojny medialny spór już 15 marca, po początkowym ogłoszeniu o tymczasowym zamknięciu stadionów. Zaczęło się, kiedy Eyraud skrytykował pomysł “skasowania sezonu”: - Kiedy przejdzie mu gorączka, Aulas zrozumie swój obrzydliwy oportunizm. […] Skoro jego drużynie nie udało się wejść do Ligi Mistrzów, postanowił opracować szczepionkę na porażki i rozmyć rzeczywistość. Pomysł wykorzystania tych trudnych okoliczności dla własnej korzyści jest zwyczajnie nieprzyzwoity.

| str. 05

Zaatakowany Aulas błyskawicznie odpowiedział na Twitterze: - Dobrze dla ciebie i twoich wyznawców, że głupota jest mniej szkodliwa niż koronawirus. Z całego serca pragnę, byśmy jak najszybciej zdołali wrócić do gry i rozegrać nasze [Lyonu] mecze w Lidze Mistrzów i Pucharze. Dla ciebie, [JacquesHenri], najgorsze dopiero nadchodzi. Futbol nigdy nie był twoją mocną stroną: sugerowałeś, by przyznawać więcej punktów za gole z dystansu, w trzy lata wpędziłeś swój klub w 200-milionowe straty, a teraz narażasz się na pozew o zniesławienie przekręcając moje słowa! Sprzeczka nie zaskarbiła kontrowersyjnemu szefowi Lyonu nowych stronników. Dziecinne zachowanie obu sterników potępił nawet prezes FFF (francuskiego ZPN), Noël Le Graët. - To dwaj świetni kierownicy. Chciałbym, żeby się opanowali. Sprzeczki o to, kto zagra w Europie, to dziś strata czasu. Jedyna walka, jaka się teraz liczy, to walka z wirusem. Były selekcjoner Raymond Domenech rozsiewał zaś (zdementowaną już) plotkę, że Aulas i Eyraud pobili się na zebraniu LFP. Głosem rozsądku w emocjonalnej debacie o słuszności zakończenia sezonu został Laurent Nicollin z Montpellier: - Decyzja zapadła, lepsza czy gorsza. Moim zdaniem jest nie tyle dobra, ile najmniej szkodliwa z dostępnych opcji. Możemy dyskutować, ale wolałbym skupić się na poważnych problemach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że mógł wygrać 10 ostatnich spotkań. Aulasa nie chcę oceniać. Broni swojego klubu. Jest jednym z najlepszych, a może i najlepszym szefem francuskiego klubu w ostatnich 30 latach.


LE BALLON MAGAZINE

Foto : IFRANCJA.FR

Za mocno go szanuję, by odważyć się na krytykę. Jednoznacznego wsparcia w prawnej batalii udzielili Jeanowi-Michelowi tylko prezesi spadkowiczów – Amiens i Tuluzy. W tej wąskiej grupie wsparcia wartość ma głównie głos Amiens, które ucierpiało na zakończeniu sezonu najmocniej – do bezpiecznej pozycji zabrakło im zaledwie 4 punktów. Głośniej protestuje prezes dwudziestej Tuluzy, Olivier Sadran, ale jego pretensje o odebraną szansę nie są traktowane poważnie. TFC przegrała 17 z ostatnich 18 spotkań i trzeba sporej dozy fantazji, by zakładać, że uratowałaby się w 10 niedoszłych kolejkach. Wobec głównodowodzącego czerwonej latarni Nicollin nie był tak wstrzemięźliwy: - Mówią, że gdybym znalazł się na miejscu Tuluzy i Amiens, robiłbym to samo. Nie jestem pewien. Gdybyśmy skończyli na ostatnim miejscu, przyzwoitość nakazywałaby mi zamknąć pysk. Ale może na starość głupieję. Stanowisko kierującego Amiens Bernarda Joannina jest bardziej stonowane niż Aulasa czy Sadrana. Zamiast dokończenia gry, proponuje powiększenie ligi: - Jestem w stałym dialogu z LFP. Zaproponowałem, by nie relegować nikogo, ale wypromować dwa kluby z Ligue 2. Żeby załagodzić finansowe obciążenie zaoferowałem zrzeczenie się przez Amiens i Tuluzę części pieniędzy z praw TV. Poza tym jeśli nikt nie spadnie, nie będzie też wypłat „spadochronowej premii” - około 20 milionów euro. Pozostanie Amiens w pierwszej lidze nie kosztowałoby nikogo ani centa. To uczciwe, solidarnościowe rozwiązanie.

Duży budżet – duży kłopot Kwestia finansowa, którą porusza Joannin, spędza sen z powiek prezesów w największym stopniu. Jean-Michel Aulas również wielokrotnie poruszał ten wątek. Jeszcze w marcu potencjalne straty Lyonu szacował na „tuziny milionów”. W wystosowanym w połowie maja liście do francuskich parlamentarzystów pisał z kolei: - Jeśli zostaniemy przy tej decyzji, do 30 czerwca straty zawodowej piłki we Francji mogą sięgnąć od 700 do 900 milionów euro. Grając za zamkniętymi drzwiami ograniczylibyśmy tę liczbę do 350-500 milionów. To ekonomiczna katastrofa, z której możemy się nie pozbierać. Jak duże straty poniosą francuskie kluby, zasygnalizowały już negocjacje z telewizjami beIN Sports i Canal+, prowadzone jeszcze przed oficjalnym zakończeniem sezonu. Z powodu zamknięcia obiektów na początku pandemii operatorzy nie zapłacili nawet całych należnych kwot za już wyemitowane mecze. W ostatecznym rozrachunku anulowanie kontraktów telewizyjnych przyniosło LFP 278 milionów euro straty. Żeby w pełni zrozumieć, jak dużym ciosem może się okazać brak tych pieniędzy, trzeba wziąć pod uwagę rozmiary budżetów francuskich ligowców. Zdecydowanie najbogatsze PSG zakładało przed sezonem dysponowanie 600 milionami euro. Drugi w kolejności Lyon miał operować na kwocie ok. 300 milionów. Lille, Marsylia i Saint-Etienne miały dysponować “zaledwie” 100

| str. 06


LE BALLON MAGAZINE

milionami. Sensacyjni zdobywcy trzeciego miejsca, Rennes, plasujący się finansowo w środku ligowej stawki zakładali roczny budżet w okolicach 65 milionów, a najbiedniejsze kluby, jak Amiens, Nimes czy Brest – ok. 30 milionów. Jeśli chodzi o suche kwoty, najbardziej oberwie stołeczny hegemon. Szacuje się, że PSG na skutek odwołania transmisji, zamknięcia stadionu, ale także zysków z „otoczki” dnia meczowego może łącznie stracić nawet do 300 milionów. Mimo tak ogromnej sumy, płynność klubu pozostaje jednak niezagrożona – czego nie można powiedzieć choćby o ich odwiecznych rywalach. Nieco paradoksalnie, pandemia ulokowała Olympique Marsylię w znacznie gorszej pozycji niż większość biedniejszych klubów. Zespoły takie jak Rennes, Montpellier czy Angers, przyzwyczajone do ostrożnego planowania wydatków i operujące na co dzień mniejszymi kwotami, wydają się przygotowane na kryzys. Niektórzy, jak dyrektor sportowy Angers, Sébastian Larcier, sugerują nawet, że „nowy porządek” świata po pandemii przyniesie im korzyści. OM przystępowała zaś do sezonu z deficytem większym niż budżety wielu ligowych rywali – a nagłe „zakręcenie kurka” z pieniędzmi pogłębia jej kłopoty na nieprzewidzianą skalę. Tylko świetnym relacjom piłkarzy z Andre Villasem-Boasem Marsylia zawdzięcza, że odejście dyrektora Andoniego Zubizarrety i widmo kadrowej

| str. 07

wyprzedaży nie pozbawiło jej trenera, który jest dziś najcenniejszym pracownikiem klubu (więcej na str. XX). Na początku sezonu na Velodrome zakładano, że ewentualne wejście do pucharów w pełni ustabilizuje finanse i pozwoli zbudować mocniejszy zespół. Pandemia sprawiła, że powrót do LM z miłej niespodzianki zmienił się w warunek konieczny do przetrwania. Dziura budżetowa OM liczy kilkadziesiąt milionów euro. Prezes Eyraud już w kwietniu poinformował graczy, że jeśli piłka nie wróci, klubowi zabraknie środków na bieżące pensje. Media szacują, że Les Phocéens muszą zarobić na sprzedażach około 60 mln. Do odejścia może zostać zmuszony wychowanek i najbardziej wartościowy marsylczyk, Boubacar Kamara. Nie brakuje nawet głosów, że zdesperowana Marsylia byłaby skłonna oddać go... PSG. Obok Marsylii jedną z największych ofiar pandemii w Ligue 1 jest SaintEtienne (budżet w 2019: 100 mln). Polityka stawiania na weteranów na sporych kontraktach w minionych sezonach ratowała Zielonym skórę, ale w nowych warunkach będzie nierentowna. Claude Puel na długo przed kryzysem otrzymał od przełożonych mandat do głębokich zmian – został nawet włączony do zarządu, zyskując głos niemal równy prezesom, Bernardowi Caizzo i Rolandowi Romeyerowi. W świetle ostatnich wydarzeń trener zapowiedział już w „L’Equipe”, że ASSE czeka przewrót. - Nie narzekam, bo dotychczasowy model pomógł Saint-Etienne utrzymać pozycję. Krótkoterminowo się sprawdził, ale jest nie do podtrzymania. Teraz transfery za 4-5 milionów nie będą wchodziły w grę. Po ekonomicznym wstrząsie nie będzie nas też stać, by utrzymać najlepszych graczy dłużej niż przez dwa-trzy lata.


LE BALLON MAGAZINE

Foto : IFRANCJA.FR

Niemal wszystkie zespoły L1 toczą też trudną walkę o wynegocjowanie tymczasowych obniżek pensji. Związek Zawodowy Piłkarzy i Ministerstwo Sportu wypracowały już w kwietniu schemat cięć (20 proc. obniżki dla graczy zarabiających 10-20 tys. miesięcznie, 30 proc. dla 20-50 tys., 40 proc. dla 50100 tys., 50 proc. dla kwot powyżej 100 tys.), ale ustalenia przyjęły jedynie formę “rekomendacji”. Faktyczne wprowadzenie planu zostało więc w gestii klubów, a rozmowy okazały się dla niektórych przeszkodą nie do przejścia.

Okręt bez kapitana Szkody jeszcze większe niż w kasach koronawirus poczynił na wizerunku całej administracji francuskiego futbolu. Kryzys obnażył przede wszystkim słabość LFP (Zawodowych Lig Piłkarskich – organu kontrolującego Ligue 1 i 2). Jeszcze nim klamka zapadła, władze ligi dały się zaszachować medialnym koncernom, czego najlepszym przykładem były negocjacje prowadzone z beIN i Canal+ przed zamknięciem rozgrywek. Szefostwo mogło się jedynie biernie przyglądać, kiedy delegacja klubowych prezesów negocjowała ugodę pod dowództwem Nassera Al-Khelaifiego, będącego równocześnie szefem koncernu beIN Media Group. Sam sposób procedowania decyzji o zakończeniu rozgrywek ukazał zaś szefostwo LFP jako niezdecydowane i bezbronne wobec nacisku szefa federacji, Le Graëta. Niektórzy, jak prezes poszkodowanego Amiens, wprost mówią, że decyzja o takim rozstrzygnięciu rozgrywek to przede

wszystkim wybór podyktowany presją ze strony FFF. - Zgadzam się [że LFP była bierna]. Powinni przejąć kontrolę, pokazać więcej stanowczości i cierpliwości, powiedzieć „poczekamy, zobaczymy co dalej, spróbujemy wznowić grę”. W innych krajach szuka się sposobów na restart. Z kolei inne ligi we Francji, jak rugby, piłka ręczna, koszykówka, zakończyły grę, ale w imię solidarności zrezygnowały z relegacji. To poruszyło mnie w zachowaniu LFP najbardziej: brak humanitaryzmu. I to w czasach, kiedy cały świat odnajduje w sobie pokłady solidarności. Głównodowodzący LFP, prezes Natalie de la Tour i dyrektor Didier Quillot, zostali też skompromitowani przy okazji wprowadzenia pandemicznych obniżek pensji. Oficjalnie obydwoje zgodzili się na 30-procentowe cięcia wynagrodzeń “w geście solidarności” z ofiarami koronawirusa. RMC podało jednak, że w rzeczywistości ta wielkoduszność została na nich wymuszona. Tygodniówki dyrektorskiego duetu stały się bowiem tematem rozmów w trakcie negocjacji ewentualnych obniżek ze Związkiem Zawodowym Piłkarzy. Zdaniem radia, zwłaszcza dyrektor Quillot do samego końca był nieprzychylny podobnym aktom filantropii. W poczet zasług władz ligi trzeba jedynie zaliczyć szybkie wynegocjowanie z francuskim rządem wsparcia dla osłabionych klubów. LFP zdołała pozyskać od państwa wartą 224 miliony pożyczkę, która pomoże wypełnić lukę po zerwanym kontrakcie TV. Sprawne działanie docenił nawet pogrążony w stanie wojny z władzami Jean-Michel Aulas – choć natychmiast dodał, że nie

| str. 08


LE BALLON MAGAZINE

wszystkie kluby przetrwają wystarczająco długo, by ją spłacić. Szefowi Lyonu zamiast krytyki i drwin należą się zaś szczere podziękowania. Gdyby nie jego zapał, nad decyzją francuskiego rządu oraz LFP, jaka by nie była, trzeba by już dawno przejść do porządku dziennego i zająć się długim odliczaniem do 22 sierpnia, kiedy Ligue 1 ma zgodnie z planem powrócić do życia. Dzięki JMA piłkarskiej Francji nie grożą trzy miesiące marazmu – emocjonujący prawniczo-sensacyjny paradokument trwa i wciąż ekscytuje, choć wszyscy zdają się wiedzieć, do jakiego finału zmierza.

Foto : IFRANCJA.FR

| str. 09


LE BALLON MAGAZINE

| str. 10


LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

CZY PARYŻ DORÓŚŁ

DO EUROPY?

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

F

rancję toczy spór o słuszność zakończenia sezonu i sprawiedliwość rozstrzygnięć, ale być może największy poszkodowany milczy. Ze sportowej perspektywy paradoksalnie to w Paryżu żal o przedwczesne zakończenie może być największy. Ostatni rozegrany “w dawnych czasach” mecz Ligi Mistrzów pokazał, że to naprawdę mógł być “ten” sezon. W minionych latach do sportowego pionu Paris Saint-Germain można było mieć masę zastrzeżeń. Błędy dyrektorów i trenerów, wpadki piłkarzy, wynikający z wielowładztwa chaos, a do tego całkiem sporo pecha. Tym razem wreszcie wszystko zdawało się wreszcie być na dobrej drodze. Kluczowy był zdecydowany ruch Nassera Al-Khelaifiego przed sezonem – zrezygnowanie z zupełnie zawodzącego dyrektora

| str. 11

sportowego, Antero Henrique. Działacza, który nie potrafił zrealizować transferowych życzeń dwóch kolejnych trenerów zastąpił powracający do Parku Książąt Leonardo. Brazylijczyk przyjeżdżał do Paryża na białym koniu, jako ostatni skuteczny dyrektor PSG i architekt pierwszych sukcesów w katarskiej erze. Praca, jaką wykonał w okienku transferowym, dobrze wyglądała już na papierze, zaś boisko potwierdziło, że zasługiwał na reputację zbawiciela. Z myślą o natychmiastowym wzmocnieniu drużyny sprowadził sześciu graczy – i ani razu nie spudłował. Idrissa Gueye (o ironio, upatrzony jeszcze przez Henrique) okazał się brakującym elementem układanki Thomasa Tuchela. Keylor Navas wyleczył bramkarski problem Paryżan, który dręczył ich równie długo jak luka na „szóstce”. Mauro Icardi wypchnął z klubu żywą legendę, Edinso-


LE BALLON MAGAZINE

na Cavaniego. Abdou Diallo dał trenerowi nowe możliwości w obronie – Niemiec wreszcie mógł bezboleśnie przesuwać Marquinhosa do środka pola. Pablo Sarabia okazał się zaś znakomitym „pierwszym rezerwowym” i wyrasta na jeden z lepszych transferów w Europie w kategorii „stosunek ceny do jakości”. Pewne wątpliwości można mieć tylko w przypadku Andera Herrery, któremu start w nowym klubie utrudniły kontuzje. Otrzymawszy wreszcie narzędzia, o które prosił, Thomas Tuchel pomysłowo przemeblował i usprawnił drużynę. Przede wszystkim wypracował nieoczywisty sposób pogodzenia wszystkich ofensywnych gwiazd z równowagą zespołu. W wariacji 4-4-2 znalazło się miejsce dla Kyliana Mbappé i Icardiego (napastników), ale też mnóstwo przestrzeni dla znów liderującego ekipie Neymara i błyszczącego w tym roku wyjątkowo jasno Angela di Marii. Szczególne wrażenie robiła ewolucja Neymara – być może pierwszy raz odkąd trafił do Paryża, był

elementem dobrze dopasowanym do systemu, nie zaś środkowym punktem „obudowanym” innymi graczami. Chociaż nie zajmował już na papierze centralnej roli, przejmował inicjatywę częściej i z większym pożytkiem niż w poprzednim sezonie. Na ligowej trasie wyboiste odcinki przytrafiały się paryżanom głównie wtedy, gdy Tuchel testował alternatywne rozwiązania. Nawet wówczas gra mogła się jednak podobać – dwie z pięciu wpadek to remisy 3:3 (z Monaco) i 4:4 (z Amiens), czyli jedne z najbardziej widowiskowych spotkań sezonu L1. W drugim z nich na gwiazdę mistrza wyrósł w dodatku wychowanek, Tanguy Kouassi. W takich warunkach kibicom trudno było narzekać na kiepski wynik. Za przemyślaną strukturą poszła mentalna zmiana. W poprzednich latach po ciosie takim jak w pierwszym spotkaniu z Borussią piłkarze PSG pewnie by się już nie podnieśli, przytłoczeni łatką „wiecznych przegranych” wielkiej piłki. Trudno ocenić, na ile przełom był zasługą większej

równowagi (ogromna zasługa Idrissy Gueye’a popisowo kontrolującego środek pola), a na ile – wiary zespołu w plan trenera. W każdym razie dało się wyczuć, że Les Parisiens się zmienili. Wychodząc zwycięsko ze starcia z BVB zatarli feralną etykietkę. Kibice z Parku Książąt na kolejną rundę Ligi Mistrzów mogliby czekać z największymi nadziejami od lat – co byłoby zresztą sprawdzianem trwałości domniemanego postępu zespołu. Pandemia każe odłożyć świeżo rozbudzone nadzieje na półkę z napisem “co by było gdyby”. Trudno przypuszczać, że w razie wznowienia europejskich pucharów wybity z rytmu meczowego zespół będzie w postawić się rywalom z „reanimowanych” lig. Paryż będzie musiał raczej zadbać o to, by zbyt kiepskim występem na nowo nie podciąć sobie skrzydeł.

| str. 12


LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

PRZEWRÓT MAJOWY Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33 t

A

sumptem do długo wyczekiwanych zmian w Olympique’u Marsylia było dość zaskakujące zakontraktowanie Andre Villasa-Boasa, który mimo sporych ograniczeń narzuconych przez zarząd osiągnął wynik ponad stan. Ta bajka nie będzie jednak „neverending story”. Wielce prawdopodobne, że w OM niebawem dojdzie do kolejnego przewrotu. Choć klubowi ze Stade Vélodrome nie można odmówić wielkości, to w ostatnich latach przejawia się ona głównie w zaangażowaniu kibiców i rozpoznawalności marki OM niż w liczbie trofeów i sportowej jakości. Postronnego widza widok Olympique’u tuż za plecami PSG może nie dziwić, ale osoba znająca bolączki zespołu z dużo większym

| str. 13

uznaniem przypatrywała się pracy wykonanej przez portugalskiego trenera. Czy nie była to praca na marne?

Drużyna A(ndre) Po osobliwym, męczącym już wszystkich wraz z głównym zainteresowanym okresie rządów Rudiego Garcii oczekiwano spokoju. Andre Villas-Boas nie był tego oczywistym gwarantem. Z początku traktowany z dystansem, szybko stał się jedna ulubieńcem zarówno piłkarzy, dziennikarzy, jak i kibiców Marsylii. Wewnętrznie skonfliktowany klub potrzebował resetu, a Portugalczyk go zapewnił. Nie było łatwo, gdyż sytuacja finansowa klubu nie pozwalała na szaleństwo na rynku transferowym. Każde euro musiał oglądać z obu stron, a prędzej


LE BALLON MAGAZINE

dziennikarzom, ci zdawali się czerpać przyjemność z rozmów. Koronawirus zatrzymał maszynę, którą Portugalczyk wprowadził w ruch, ale głównym hamulcowym okazał się prezydent Olympique Marsylia, Jacques-Henri Eyraud.

Adieu Zubi O słabej pozycji dyrektora sportowego Andniego Zubizarrety słychać było niemal od początku jego czteroletniej przygody w Marsylii – z perspektywy czasu aż dziwi, jak długo utrzymał się na stanowisku wobec takiej niechęci zarządu. Otwarty konflikt z Rudim Garcią i zasadne zarzuty o częstą ospałość nie zapowiadały owocnej współpracy. Ponoć sam właściciel OM Frank McCourt we wrześniu oczekiwał zwolnienia Hiszpana, gdyż zakładał dwukrotnie wyższy przychód ze sprzedaży zawodników. Co więc odwiodło od tej decyzji? Postać Andre Villasa-Boasa, którego do przyjścia przekonał nie kto inny, a właśnie Zubizarreta. - Zbudowaliśmy relację, która była decydująca dla mojego przyjazdu do Marsylii. Moja przyszłość jest ściśle z nim związana – mówił o dyrektorze Portugalczyk.

niż zakupów mógł się spodziewać dużych sprzedaży. Oczyszczona Marsylia z oszczędnymi wzmocnieniami mogła rozpocząć sezon, którego zakończenia nikt się nie spodziewał. Początek nie był wymarzony, a wysoka porażka 4:0 z odwiecznym rywalem z Paryża pod koniec października była wodą na młyn dla przeciwników kandydatury AVB. Odkupienie win nastąpiło bardzo szybko. Dwa kolejne zwycięstwa - z Lille i Olympikiem z Lyonu - rozpoczęły serię 14 spotkań bez porażki, która na dobre wywindowała OM na fotel wicelidera. Podcięte przez Garcię skrzydła Dimitriego Payeta pod wodzą Villasa-Boasa odrosły i poniosły go z powrotem szczyt, zarówno w hierarchii klubowej, jak i ligowej. Niemal wszyscy zawodzący w poprzednich rozgrywkach odżyli, jakby Portugalczyk przed każdym meczem zaordynował zastrzyki z do-

paminy. Jordan Amavi wraz z Bouną Sarrem stworzyli jeden z groźniejszych duetów bocznych obrońców w Ligue 1. Álvaro González wespół z dotychczas rozczarowującym Duje Ćaletą-Carem okazali się godnymi zaufania stoperami. Świetnie zadziałał także podpatrzony u Tuchela manewr z Marquinhosem - przesunięty do przodu Boubacar Kamara błyszczał. Rewelacyjnego Payeta asekurowali Valentin Rongier i Morgan Sanson, którzy nawzajem uzupełniali swoje braki. Dario Benedetto dał zaś wystarczającą namiastkę skutecznego napastnika, jakiego od lat pożądają trybuny Vélodrome. Z szatni wydostawały się same głosy sympatii względem nowego szkoleniowca. Atmosfera poprawiła się też na konferencjach prasowych. Gdy posługujący się płynnym francuskim Villas-Boas z uśmiechem i pozytywną nonszalancją udzielał odpowiedzi

Niewątpliwy sukces jaki odniosła drużyna AVB i powyższe słowa w stosunku do dyrektora sportowego zdawały się decydującymi dla utrzymania dalszej współpracy z legendarnym bramkarzem. Jednak plan Eyrauda od dłuższego czasu takiej opcji nie przewidywał. Pierwszą z kilku decyzji świadczących o takich intencjach było zatrudnienie Paula Aldridge’a w roli specjalnego doradcy zarządu. Anglik będący w przeszłości dyrektorem sportowym West Hamu United miał umożliwić łatwiejsze wejście na rynek angielski w poszukiwaniu chętnych na zakup zawodników z Marsylii. Wszedł tym samym w kompetencje Zubizarrety jako dyrektora sportowego. Ponadto prezydent wraz z właścicielem szykowali się do stworzenia kolejnego etatu w klubowych gabinetach – dyrektora generalnego, którego funkcje miały się pokrywać z tymi pełnionymi przez aktualnego dyrektora sportowego. Tym samym Hiszpan miał zostać w klubie w roli „słupa” bez żadnych kompetencji, którego jedynym zadaniem byłoby utrzymanie Villasa-Boasa w Marsylii. Co oczywiste, na takie traktowanie “Zubi” nie pozwolił, co skończyło się rozwiązaniem umowy wygasającej w przyszłym roku już teraz. Los Villasa-Boasa miał być ściśle związany z losem Hiszpana, więc od razu po ogłoszeniu tej wiadomości zaczęły się spekulacje dotyczące przyszłości Portugalczyka w OM. A że prezydent Erayud nie ma zamiaru wywiązywać się z obietnic składanych przed przejściem szkoleniowca do Francji, to stopień napięcia wokół klubu powrócił do tego z czasów Rudiego Garcii.

| str. 14


LE BALLON MAGAZINE

Zdradzony o świcie Ostatni puchar zdobyty w 2012 roku, brak gry w Lidze Mistrzów przez siedem lat i opasła lista płac musiały doprowadzić do katastrofy finansowej w OM, której aktualnie jesteśmy świadkami. Coroczne raporty Komisji Kontroli Finansów czarno na białym wykazywały zarządczą patologię. Trzy kolejne deficyty, których suma przekracza 250 milionów euro doprowadziły do sytuacji, w której kondycja finansowa zmusza do demontażu drużyny. Takich decyzji nie akceptuje Portugalczyk, który nie chce się ośmieszyć w przyszłym roku w europejskich rozgrywkach. Zamiast wzmocnić drużynę na poczet długo wyczekiwanych meczów w Lidze Mistrzów, straci czołowych zawodników, których sam odbudował i z którymi wywalczył awans. Amavi, Sarr, Thauvin są piłkarzami z wygasającymi kontraktami w 2021 roku, więc jest to ostatni moment na ewentualną sprzedaż. Natomiast Ćaleta-Car, Sanson czy Kamara są na tyle młodzi i rokujący, że z ich sprzedaży można zgarnąć grube miliony. Prócz leciwych Payeta i Mandandy tak naprawdę nie ma teraz zawodnika, który nie jest dziś w OM rozpatrywany jako plaster na finansowe dolegliwości. Na nieszczęście Olympique’u pandemia drastycznie obniży rynkową wartość piłkarzy – na jednym dużym odejściu raczej się więc nie skończy. Wytyczne związane z Finansowym Fair Play czy z postanowieniami Komisji Kontroli Finansów nie dają na dużych nadziei na imponujące zakupy. Andre Villas-Boas oczywiście znał finansową klubu, ale zapewniano go, że wejście do Ligi Mistrzów przyniesie poprawę i ułatwi mu pracę w kolejnych latach. Nie było mowy o exodusie, na jaki zanosi się dziś. Przyszłość Portugalczyka zostanie wyjaśniona w najbliższych tygodniach – od tego rozstrzygnięcia zależy, czy OM można jeszcze traktować jako zdrowy klub.

| str. 15

OM: PRZEWRÓT MAJOWY


OM: PRZEWRÓT MAJOWY

LE BALLON MAGAZINE

| str. 16


LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

XI SEZONU Wybór jedenastu najlepszych był w tym roku trudny nie tylko z względu na węższy materiał poglądowy. Duże zespoły zawodziły, a mniejsze zwyciężały siłą kolektywu – indywidualności do wyróżnienia było więc mniej. Najbardziej odbiło się to o dziwo na... Prawych obrońcach. Gwiazdy prawego wahadła z poprzedniego sezonu nie utrzymały poziomu, a nikt nowy nie zajął ich miejsca. Błyszczeli za to stoperzy – nie sposób wybrać zaledwie dwóch. Dlatego tegoroczna Jedenastka Sezonu przybrała kształt 3-4-3, któremu francuscy trenerzy są zazwyczaj niechętni.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Predrag Rajković

– Fantastycznie wprowadził się do nowej ligi – z miejsca stał się jednym z liderów najlepszej obrony w kraju. Nie tylko najskuteczniej bronił i seriami zatrzymywał karne, ale też sprawnie dyrygował formacją. Barwna, głośna, dominująca postać. Z taką grą zająłby miejsce w tej jedenastce nawet gdyby nie trafił na przeciętny rok francuskich golkiperów.

Marquinhos – Mąż opatrznościowy paryżan. Niezawodny w roli stopera i defensywnego pomocnika – gdziekolwiek Thomas Tuchel go oddelegował, zawsze mógł liczyć, że Brazylijczyk będzie opoką formacji. Thiago Sliva jest kapitanem i liderem już tylko z nazwy. Yunis Abdelhamid – Serce najsilniejszej defensywy Ligue 1. Twardy, grający prostymi środkami stoper był wzorowym oparciem dla młodszych kolegów – szczególnie dla grającego obok Axela Disasiego, który przed tym sezonem nie miał prawie żadnego doświadczenia w pierwszej lidze. 32-letni Abdelhamid zagrał od deski do deski we wszystkich tegorocznych spotkaniach i pokazał, że nie jest tylko „solidnym ligowcem”. Skojarzenia z Vitorino Hiltonem sprzed dekady nasuwają się same. Gabriel Magalhães – Błyskawicznie się rozwinął i z piłkarza mającego kłopoty z wywalczeniem miejsca w Troyes wyrósł na stopera na tyle dobrego, by wypchnąć z Lille kapitana, Adamę Soumaoro. Szybki, agresywny, silny i znakomicie wyprowadzający piłkę – pełny serwis. Brakuje mu tylko spokoju i większej dyscypliny. Szybko znajdzie się w większym, grającym ofensywny futbol klubie.

| str. 17

Ángel Di María

– Król asystentów. Pogrzebany dziesiątki razy, jeszcze raz wywalczył niepodważalne miejsce w składzie PSG. Jeden z największych beneficjentów zmiany systemu na 4-2-2-2: prawe skrzydło w nowym układzie należało tylko do niego. W drużynie, w której każdy chce strzelać gole, piłkarz szczerze zainteresowany przede wszystkim tworzeniem szans jest bezcenny. Ilekroć Paryż napotykał trudniejsze przeszkody, podania Di Maríi otwierały przejście – jak choćby z Lyonem (1:0), Marsylią (4:0) czy BVB (2:0).

Eduardo Camavinga – W kwietniu debiutował w zawodowej piłce, a w sierpniu był już nie do ruszenia w jedenastce Juliena Stephana i rozstawiał po kątach gwiazdy PSG. Z gracją regulował tempo gry, imponował wizją, trzymał się na nogach w starciach z dwa razy starszymi rywalami, a do tego ciężko pracował (najwięcej odbiorów w lidze). Z powodu drobnych urazów opuścił 5 meczów – 4 z nich Rennes przegrało, piąty bezbramkowo zremisowało. Przerażające, jak bardzo może się jeszcze rozwinąć.

Téji Savanier – Pobyt w nowym-starym klubie zaczął od nieszczęśliwej, dwumiesięcznej kontuzji, ale gdy tylko wrócił, jął demonstrować wszystko, za co znalazł się w bliźniaczym zestawieniu przed rokiem jako gracz Nimes. Wszechstronnością i dynamiką odświeżył jednowymiarową pomoc Montpellier. Do defensywnej skuteczności (bez której u Der Zakariana nie miałby czego szukać) dołożył sporą porcję goli. Podobnie jak na Nimes, na Montpellier jest zwyczajnie za dobry.


LE BALLON SEZON 2019/20


LE BALLON MAGAZINE

Faitout Maouassa – Miał pójść śladami Ismaili Sarra, ale nigdy nie dorósł do zadania. Z wypożyczenia do Nimes wrócił już jako kandydat na lewego obrońcę, a pod okiem Juliena Stephana oswoił się z nową pozycją na dobre. W dodatku wymiana klasowego, ale przewidywalnego Ramy’ego Bensebainiego na szybkiego i odważnego Maouassę pomogła drużynie. Stabilna forma i widowiskowy styl czynią go jednym z niewielu wartych docenienia bocznych obrońców tego sezonu. Kylian Mbappé – Specyficzny sezon. Nie był już wyraźnym numerem 1 – mimo urazów rok należał głównie do Neymara – i zderzał się ze sporą krytyką, głównie za nabieranie „gwiazdorskich” manier. Rozgrywki znów zakończył jednak ze znakomitymi liczbami i harmonią popisowych występów w ważnych meczach. Można odnieść wrażenie, że jego nadludzkie wyczyny zdążyły wszystkim spowszednieć. Neymar

– Kontuzje znów mu przeszkodziły, ale mimo przerw w grze był w tym roku najjaśniejszą gwiazdą PSG. Świetnie odnalazł się w nowej koncepcji Thomasa Tuchela. Grał z największym luzem od dawna. Powiedzieć, że nie unikał odpowiedzialności to mało – nie znikał prawie nigdy. Ledwie w 5 meczach zdarzyło mu się nie zaistnieć w protokole golem lub asystą.

Wissam Ben Yedder – Ligowy król strzelców (18 goli, ex aequo z Mbappé). Nie mógł sobie wymarzyć lepszego powrotu do domu. Na początku sezonu rozrywał defensywy rywali wspólnie z Islamem Slimanim i nie zwolnił tempa, gdy Algierczyk zgubił formę. Zespół się męczył, zacinał i krztusił, a wychowanek Tuluzy wciąż parł do przodu. Gdyby nie on, Monaco nie zdołałoby się wdrapać do górnej połowy tabeli.

_________________________________________

André Villas Boas – Ryzykowny manewr okazał się strzałem w dziesiątkę. Villas-Boas prezorganizował drużynę taktycznie, ale jeszcze ważniejszą pracę wykonał wyciągając piłkarzy z marazmu, w jaki spędził ich Rudi Garcia. Niewielkim kosztem zbudował w Marsylii prawdziwą drużynę. Pierwszy raz od bardzo dawna zespół sprawiał wrażenie przemyślanej i zgranej całości. Fakt, że do jedenastki sezonu nie zmieścił się żaden piłkarz OM, a wylądowało tu nazwisko Portugalczyka najlepiej oddaje jego zasługi.

| str. 19


LE BALLON MAGAZINE

Foto : IFRANCJA.FR

| str. 16


NABIL FEKIR W SEWILLI

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

LA FERIA FEKIRA NABIL FEKIR W SEWILLI

Był bohaterem najdziwniejszej sagi transferowej ostatnich lat. Miał być najdroższym transferem w historii Lyonu, ale na drodze stanął szwagier. Zamiast do Liverpoolu trafił do średniaka ligi hiszpańskiej za jedną trzecią kwoty, którą oferowali The Reds. Nabil Fekir w Realu Betis chce udowodnić, że stolica Andaluzji to tylko przystanek na drodze do sukcesów. Powitanie miał godne mistrza świata, a społeczność Verdiblancos od pierwszego dnia oszalała na jego punkcie.

Autor KUBA OSTROWSKI twitter: @KubaOstrowski

Ole! Oole! Ooole! Każde efekciarskie podbicie piłki kończyło się gromkim okrzykiem kilku tysięcy kibiców, którzy pojawili się tego słonecznego popołudnia na trybunach Estadio Benito Villamarin. Nabil Fekir, jak torreador, bawił publiczność swoim skromnym tańcem z piłką, przeznaczonym głównie dla fotoreporterów. Ale fani Realu Betis widzieli w tych ruchach coś więcej. Były jak niewypowiedziane obietnice wspólnych, radosnych i wspaniałych chwil. - Jego transfer był cudowną niespodzianką dla kibiców Betisu. Kilka lat temu było nie do pomyślenia, że piłkarz z tak wysokiej półki będzie ekonomicznie możliwy do sprowadzenia – mówi magazynowi „Le Ballon” Jose Antonio Rosa, dziennikarz radia Canal Sur. Kapitan Olympique’u Lyon i legenda tego klubu, mistrz świata z reprezentacją Francji z 2018 roku stał teraz przed nimi. Oklaskiwany i witany jak gwarant sukcesów. I nawet gdyby nowy klub miał potraktować tylko jak trampolinę, to na pewno otworzył kolejny rozdział w historii klubu ze stolicy Andaluzji.

“Jak w filmie Disneya” Dwadzieścia lat po zdobyciu pierwszej gwiazdki, kibice „Trójkolorowych” wierzyli, że nadszedł czas, by odkupić lata wstydu spowodowane słabymi wynikami i waśniami. Mistrzostwa Świata w Rosji miały być momentem przełomowym dla najzdolniejszego pokolenia od kilkunastu lat. W tej grupie był też Nabil, który miał za sobą najlepszy sezon w Olympique’u Lyonnais, strzelając we wszystkich rozgrywkach 23 gole, wprowadzając ekipę do Ligi Mistrzów i rozwijając sobie, nomen omen, czerwony | str. 21

dywan do bram Liverpoolu. Co było dalej wszyscy doskonale wiemy. Fekir mistrzem świata został, piłkarzem The Reds już nie. Cała saga ze zmianą barw od początku wyglądała jak przeciąganie kalarepy ze słynnego teleturnieju, lecz nie przez dwie, ale przez cztery rodziny. Jean-Michel Aulas chciał zarobić na wychowanku, Liverpool - zbić z ceny, agent piłkarza miał swój interes, a w to wszystko włączył się jeszcze członek rodziny piłkarza. - Nabil był priorytetem Liverpoolu. Przez cztery miesiące pracowałem nad jego transferem. Wszystko było gotowe do zawarcia umowy. Piłkarz znał warunki kontraktu, który gwarantował mu 45 milionów euro w ciągu pięciu lat. W dniu, w którym przenosiny miały zostać sfinalizowane, pojawił się jego prawnik i szwagier, który stwierdził, że całe negocjacje trzeba zacząć od nowa. To było surrealistyczne. Myśleliśmy, że jesteśmy w filmie Walta Disneya – powiedział JeanPierre Bernes, były przedstawiciel zawodnika, w wywiadzie udzielonym Canal+. Z bajki o kopciuszku zostały tylko zdjęcia w koszulce Liverpoolu i wywiad na oficjalnym kanale klubu na YouTubie, który jednak nigdy nie został opublikowany. Od Anglii, przez Francję, po Algierię powielano natomiast informację, że transfer upadł przez stan kolana Fekira. Tym samym inne kluby gotowe zarzucić wędkę po 25-latka także zmieniły miejsce połowu.

Cud nad Gwadalkiwir O przenosinach Nabila na Wyspy powiedziano i napisano tak dużo, że trudno zorientow-


NABIL FEKIR W SEWILLI

LE BALLON MAGAZINE


LE BALLON MAGAZINE

ać się kto w tym sporze miał rację. David Maddock z “Daily Mirror” rozdrapywał rany, twierdząc, że transfer nie doszedł do skutku przez charakter i osobowość piłkarza. Jurgen Klopp rzekomo obawiał się bomby, jaką miał być Fekir.

- Można powiedzieć, że stał się cud. W stolicy Andaluzji to Sevilla przyzwyczaiła do tak głośnych transferów. Betis to rozwijający się i ambitny projekt, ale trzeba powiedzieć, że w negocjacjach ważną rolę odegrały finanse – mówi Tito Gonzalez z telewizji Deportes Cuatro.

Dział księgowości klubu z Lyonu opłakiwał nieudane negocjacje warte blisko 70 milionów euro, a kibice Les Gones cieszyli się, że chłopak z algierskich przedmieść stolicy Rodanu nadal może ich czarować. Ale coraz częściej wybitne mecze (gol w wygranym 2:1 meczu z Manchesterem City w europejskich pucharach) przeplatał przeciętnymi (1:3 z Djion w rodzimych rozgrywkach). Łącznie 12 goli i 9 asyst nie dawało mu takiej pozycji wyjściowej do negocjacji jak rok wcześniej.

- Betis od kilku lat buduje zespół w oparciu o piłkarzy znanych i klasowych. Był Giovani Lo Celso, jest Marc Bartra, jest Joaquin Sanchez, a także Sergio Canales. Myślę, że to też pobudziło apetyty kibiców Betisu na piłkarzy z wyższej półki. Jednak słysząc o Fekirze mogli nie dowierzać. Okazało się jednak, że marzenia o gwiazdach są realne, a gdy zobaczyli go na boisku, zakochali się od razu – dodaje Fran Campos z El Chiringuito TV.

- Chciał jednak poznać inny styl, inną ligę. Zwłaszcza że po odejściu Alexandre’a Lacazette’a i Corentina Tolisso został jedynym członkiem starej gwardii. Zostawał mu jeszcze rok kontraktu. Chciał, by OL zarobił na jego transferze – analizuje Augustin Bascoulergue z francuskiego Eurosportu. 18 lipca 2019 roku ze zdmuchiwaniem świeczek na urodzinowym torcie miało zbiec się podpisanie kontraktu w nowym klubie. Sprawy finansowe znów stanęły na przeszkodzie, ale ostatecznie pięć dni później stało się jasne, że mistrz świata, gracz, który był blisko rekordowego transferu do Premier League, będzie grał w La Liga. Jego nowym domem stała się Sewilla nad rzeką Gwadalkiwir.

| str. 23

Ani rusz bez brata Transfer Nabila Fekira stał się jednym z symboli zmian, które w ostatnich latach przechodzi klub z Avenida de Heliopolis w Sewilli. Powiększenie stadionu, nowe centrum treningowe w miejscowości Dos Hermanas, stabilność finansowa, ale przede wszystkim dające się bronić sportowymi argumentami aspiracje do gry w europejskich pucharach. Real Betis staje się coraz bardziej atrakcyjnym kierunkiem. - Byłem zaskoczony opinią ludzi, którzy dziwili się decyzji Fekira. Tak, jakby Betis był za małym klubem dla graczy jego pokroju – mówił na prezentacji Francuza Angel Haro, prezydent Verdiblancos.


LE BALLON MAGAZINE

Betis był na ustach większości kibiców w Europie. Wielki negocjacyjny sukces andaluzyjskiego klubu sprawił, że pracownicy działu komunikacji z dumą kolekcjonowali kolejne wzmianki o ich klubie. Marketingowo był to strzał w dziesiątkę, a biznesowo to projekt, który wybiega o wiele dalej niż lista płac na najbliższe miesiące. - Fekir zarabia rocznie 7 milionów euro brutto. Nikt w historii klubu nie mógł liczyć na taką gażę. W dodatku obiecali mu kawałek tortu przy kolejnej transakcji – mówi Tito Gonzalez. Francuz ma otrzymać 10 procent od sumy kolejnego transferu. Z kolei 20 procent ma trafić na konto Olympique’u Lyonnais. W tym momencie łatwiej zrozumieć, dlaczego Aulas i spółka zgodzili się na obniżkę ceny piłkarza (jak na razie OL zarobiło około 25 milionów euro). Ale walkę o usługi piłkarza Betis wygrał z Milanem, Napoli czy Arsenalem jeszcze jednym - zgodził się na transfer towarzyszący.

Realu Betis, mając w pamięci świeżo strzelone gole nowego podopiecznego. Niedziela. 25 sierpnia. Godzina 21. Camp Nou. To jedno z takich okien wystawowych, na których warto zadbać o każdy szczegół. Świat futbolu, wygłodniały po przerwie urlopowej, któremu cały czas odbijają się czkawką porcje plotek transferowych, czeka na powrót swoich bohaterów. W obecności blisko 80 tysięcy widzów Betis przegrał z Barceloną 2:5. Dziennik „Estadio Deportivo” z Sewilli pisał: „można polec, ale nie w ten sposób”. Andaluzyjczycy spadli na ostatnie miejsce w tabeli. Gdyby nie występ nowego nabytku, fani Verdiblancos wyrzuciliby ten mecz z pamięci.

Armata wielkich bitew

Była 15. minuta meczu. Powolne tempo pierwszego kwadransa miało wpływ na reakcje trybun, które zdawały się jeszcze nie obudzić po popołudniowej sjeście. Piłkarze Blaugrany niespiesznie zabierali się za podkręcenie tempa. Oni także potrzebowali przebudzenia, które przyszło wraz z błędem Sergio Busqutsa w środku boiska. Piłka trafiła pod nogi Lorena Morona. Napastnik Betisu podprowadził akcję kilka metrów, czekając równocześnie na ruch Nabila Fekira. Francuz inteligentnym zachowaniem wyprzedził Gerarda Pique oraz Clementa Lengleta. Otrzymał podanie na wysokości osiemnastego metra. Jednym dotknięciem wprosił się w pole karne, by drugim kontaktem z piłką posłać ją w kierunku dalszego słupka i pokonać bramkarza Barcelony.

- Na wieść o tym transferze dostałem gorączki. Mieć takiego gracza pod skrzydłami to przywilej – mówił we wrześniu poprzedniego roku Rubi, trener

- Był w tej akcji jak bolid. Przedstawił się kibicom La Liga na Camp Nou w wymarzony sposób. Obrońcy musieli uciekać się do fauli, by powstrzymać

W pakiecie do klubu dołączył brat Nabila, Yassin, który zasilił drużynę rezerw. To był warunek starszego z braci, na który zgodzili się tylko w Andaluzji. OL może liczyć na 50 procent sumy z przyszłej sprzedaży 23-latka, ale ten na razie został wypożyczony do trzecioligowego Guijuelo.

| str. 24


LE BALLON MAGAZINE

go przed strzeleniem kolejnego gola – pisał dziennikarz „Marki”. - Niezmierna klasa. Te dwa kontakty z piłką przy trafieniu na 1:0, definiują go jako piłkarza. Zawsze ma coś w zanadrzu – to z kolei wzmianka z pomeczowej relacji w „Estadio Deportivo”, które przyznało mu notę 5, drugą najwyższą w zespole. Tydzień później przed własną publicznością dał zwycięstwo w meczu przeciwko Leganes. Coraz częściej na kasach w sklepach klubowych zaczęto nabijać koszulki z numerem 8. Biało-zielona część miasta uwierzyła, że Nabil Fekir wytyczy szlak do drugiego w historii udziału w Lidze Mistrzów. Radość z dyspozycji nowego nabytku była zaburzona słabymi wynikami drużyny. W dodatku w połowie września Fekir zaczął mieć problemy mięśniowe i musiał pauzować kilkanaście dni. Francuski magik stracił swą moc. Przez dwa miesiące szukał sposobu na odblokowanie się, a w tym czasie Real Betis spadł do strefy spadkowej. W spotkaniu 11. kolejki przeciwko Celcie znów założył kapelusz i pelerynę. W ostatniej akcji meczu, po rzucie rożnym, piłka spadła pod jego nogi. Nie mając wiele miejsca zdecydował się na strzał spod kolana. Najpierw cisza na trybunach w oczekiwaniu na rezultat tego rozwiązania, a później ogromny szał radości. Wrócił. - Fekir robi różnicę. Fakt, musiał się zaadaptować. Stąd jego nieregularność. Czasami miałem wrażenie, że to zespół nie potrafił się do niego dostosować. Może dlatego, że przed sezonem doszło do zmiany trenera i styl też uległ zmianie. Ale jego jakość widać w każdym kontakcie z piłką – ocenia Francuza Fran Campos.

| str. 25

- Spisywał się świetnie w meczach z wielkimi jak Real Madryt czy Barcelona,

ale już przeciwko słabszym rywalom był cieniem siebie – taką opinią dzieli się dziennikarz Tito Gonzalez.

Jak trampolina Kolano, które miało być jedną z przyczyn rozłamu na linii OL – Liverpool jest w doskonałym stanie. Po zerwaniu więzadeł w 2015 nie ma śladu. Charakter i wysokie wymagania piłkarza nie stanowią problemu dla ludzi w Betisie. Jest chwalony za to, jak szybko wkomponował się do zespołu, za to, jak wykonuje polecenia na boisku i za to, że uczy się hiszpańskiego. Zdaje sobie sprawę, że Betis to klub pomostowy, w którym może wszystko przekreślić, albo zrobić krok w przód. - Dla Fekira brak transferu do Liverpoolu może być błogosławieństwem. Liga angielska mogłaby być zbyt twarda. W Hiszpanii może wykazać się kunsztem technicznym i umiejętnością gry na małej przestrzeni – mówi Augustin Bascoulergue. Notowania Fekira u Rubiego wciąż są wysokie. To fundamentalny element ofensywnej układanki Betisu. Nie da się jednak przejść obojętnie obok zmian, które nastąpiły w postawie 26-latka, a także problemów w znalezieniu mu miejsca na boisku. Ma sporą dowolność w poruszaniu się po placu gry. Tworzy jednak taktyczny bałagan. Dostrzega to wielu ekspertów i analityków piłkarskich, którzy w tym zagubieniu przestrzennym usprawiedliwiają nieregularność Francuza. 53 procent meczów w nowych barwach zagrał


LE BALLON MAGAZINE

jako rozgrywający. W 28 procentach występował jako fałszywy napastnik. W pozostałych - na skrzydłach. Jak wyliczyli, miernik posiadania piłki w akcjach bramkowych zespołu wynosi najmniej w karierze i oscyluje na poziomie 7,6 procenta. Dla porównania, w ostatnim sezonie w Lyonie miał 15,5 procenta. - Da się dostrzec jego niepewność albo brak ciągłości w poczynaniach, ale to wspaniały piłkarz. Mam 40 lat i w szeregach Betisu nie widziałem tak klasowego zawodnika. Jedną akcją potrafi wprawić w osłupienie – mówi Tito Gonzalez.

Zgrana para Betis i Fekir mogą tworzyć zgraną parę. Już udało mu się pokazać, że problemów z adaptacją i znalezieniem wspólnego języka na boisku nie miał. Został doskonale przyjęty przez kolegów, a praca departamentu komunikacji klubu tylko potwierdza, że Francuz stał się ważnym elementem codziennego życia szatni. Za pośrednictwem mediów społecznościowych można obserwować ich wspólne żarty i poczuć pozytywne wibracje. - Nabil jest bardzo zadowolony z życia w Sewilli. Jego rodzina też. Ma duży spokój, może skupić się tylko na futbolu. Ludzie z klubu są na każde jego skinienie. Chcą ułatwić mu życie w nowym miejscu. Piłkarz obiecał władzom Betisu, że zostanie na kolejny sezon – mówi Jose Antonio Rosa.

W to, że wypełni czteroletni kontrakt jednak nikt nie wierzy. Ale zostając na najbliższy sezon będzie miał okazję podbić swoją wartość, która według portalu Transfermarkt, jest najniższa od ponad dwóch lat. Poza tym, biorąc pod uwagę wszystkie zawiłości kontraktowe, Real Betis nie wypuści go za mniej niż 50 mln euro. Chętnych już nie brakuje, ale Nabil Fekir ma coś do udowodnienia. - Przez lata obserwowaliśmy zmianę mentalności i usposobienia. Zwłaszcza

kiedy został kapitanem. Wszyscy będą pamiętać jak poprowadził zespół do wysokiej wygranej 5:0 przeciwko St-Etienne na Geoffroy Guichard. Jest legendą klubu – mówi dziennikarz Eurosportu, wspominając występy w Olympique’y Lyonnais. Francuz chce, by na Benito Villamarin pamiętali go w podobny sposób. Już dał się pokazać z bardzo dobrej strony w kilku spotkaniach, ale to za mało, by traktować go w tak historycznych kategoriach. Do tego potrzebuje jednak kilku lepszych kolegów na boisku. Projekt prezydenta Angela Haro oraz wiceprezydenta Jose Catalana zakłada wzmocnienia i umiejętną, skuteczną walkę o miejsce w Lidze Mistrzów. Gdyby Real Betis ziścił te plany z Fekirem w składzie, to kwietniowy festyn Feria de Abril w Sewilli mógłby mieć swój odpowiednik tylko dla zielono-białej społeczności miasta. Feria de Fekir byłaby powodem do jeszcze większej, zbiorowej radości.

| str. 26


FALSTART JUNINHO U STERÓW LYONU

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

NIEŁAD I REGRES FALSTART JUNINHO U STERÓW LYONU

“Sezon 2019/20 w profesjonalnym sporcie, szczególnie w piłce nożnej, nie zostanie wznowiony” – te słowa premiera Francji, Edouarda Philippe’a potwierdziły najgorsze obawy kibiców Lyonu. Zespół nie zdoła bohaterskim finiszem unieważnić najgorszej kampanii w dwudziestym pierwszym wieku.

Autor BŁAŻEJ JACHIMSKI twitter: @blazejjachimski

| str. 27


FALSTART JUNINHO U STERÓW LYONU

LE BALLON MAGAZINE

wprowadzając do drużyny na stałe jedynie Houssema Aouara, którego zresztą brać kibicowska domagała się w składzie miesiące wcześniej. Pierwsze mecze ligowe były imponujące – po dwóch kolejkach Les Gones zajmowali pierwszą pozycję w tabeli z bilansem bramkowym 9:0. Jeżeli ktoś nie oglądał tych spotkań, mógł mieć wrażenie, że wreszcie udało się stworzyć kolektyw gotowy rzucić rękawicę PSG. Tak naprawdę wyniki te były wypadkową zaledwie niezłej gry i pokaźnej dozy szczęścia. Szybko okazało się, że były to wyłącznie miłe złego początki.

W

1997 roku mistrzem kraju został zespół AS Monaco, za nimi uplasowała się ekipa Paris Saint-Germain. Drużyna OL wywalczyła wtedy ósmą pozycję, która skutkowała możliwością gry w Pucharze Intertoto. Rok wcześniej Les Gones zajęli jedenastą lokatę, która nie gratyfikowała przepustką do gry w Europie. Ten wehikuł czasu został przywołany w konkretnym celu – miejsce numer siedem, które zostało przypisane Lyonowi za grę w okresie 2019/20 i nie pozwala na reprezentowanie Francji w rozgrywkach międzypaństwowych, to najgorszy wynik od 23 lat. Sezon zaczął się od mocnego akcentu – po ponad trzech latach prowadzenia pierwszej drużyny, z posadą pożegnał się Bruno Génésio. Nie był faworytem trybun, a format współpracy z nim się wyczerpał. Wydawało się, że trzeba postawić na nowe, duże nazwisko. Przewijało się wiele kandydatur, z czego za najpoważniejszą (i często wymienianą wśród fanów) uchodził Laurent Blanc. Finał był zaskakujący, ponieważ sympatycy OL dostali nazwisko jeszcze bardziej znaczące – ale obsadzone w innej roli. Do klubu powróciła legenda, postać jednoznacznie kojarzona z największymi sukcesami – Juninho Pernambucano. Prezes Jean-Michel Aulas powierzył mu rolę dyrektora sportowego, deklarując zarazem, że sam schodzi w procesie decyzyjnym na drugi plan. Jednym z pierwszych zadań Juninho było zatrudnienie nowego szkoleniowca. Kolejna niespodzianka. Nie Blanc, nie żaden inny doświadczony trener, którego domagali się kibice. Posadę dostał nieopierzony rodak nowego dyrektora – Sylvinho.

Nieudany eksperyment Brazylijski szkoleniowiec zanotował obiecujące wejście. Wokół klubu udało się wreszcie zbudować pozytywną atmosferę. Zatrudnienie trenera było premierową decyzją Juninho, z niecierpliwością wyczekiwanego w ostatnich latach w OL, co pozwalało przypuszczać, że jego dokonania będą doglądane łaskawszym okiem. Zapracował na nie również nienagannymi dyplomatycznie wypowiedziami, którymi od początku próbował zarysować obraz nowego Lyonu, idealnie wpisującego się w powszechne oczekiwania – futbol ofensywny, skupiający się na posiadaniu piłki i, przede wszystkim, oparty na zawodnikach wychowanych w strukturach klubu. “Nasz najlepszy piłkarz urodził się 3 sierpnia 1950 roku. Nazywa się Olympique Lyon”. Tymi słowami Sylvinho jasno zadeklarował zmianę kursu obranego przez Génésio, który znał klubową młodzież jak mało kto, a mimo to konsekwentnie ignorował zasoby jednej z najlepszych akademii w Europie,

Siedem spotkań ligowych bez zwycięstwa. Dziewięć punktów w dziewięciu meczach, najgorszy start od ponad 20 lat. Miał być ofensywny futbol, był absolutny brak pomysłu na rozgrywanie akcji. Miała być walka z PSG, był mecz z mistrzem Francji okraszony ultradefensywnym ustawieniem z pięcioma obrońcami i bez celnego strzału przez 90 minut. Lucas Tousart miał być zbyt surowy piłkarsko na grę jako rozgrywający w nowym Lyonie, a wciąż był podstawowym zawodnikiem. Wreszcie – miały być ligowe minuty dla wychowanków, a Caqueret, Gouiri, Cherki i Bard zaliczyli ich okrągłe zero. Robert Berić, strzelając gola w doliczonym czasie gry meczu derbowego z Saint-Etienne, okazał się nowym Bensebainim – on również swoim trafieniem przesądził o losach posady szkoleniowca OL. Rozbita drużyna potrzebowała nowego dowódcy.

Made in Lyon Tym razem nie było wątpliwości – szansę musiał dostać trener z doświadczeniem. Padło na Rudiego Garcię, którego wybór nie wprowadził kibiców w stan euforii. Nie można mu odmówić dobrego CV, jednak gdy prowadził Marsylię, udało mu się dość mocno zrazić do siebie fanów Lyonu. Nie pomogła też powszechna opinia, że jako trener nie radzi sobie w meczach z czołówką. Niestety dla Lyonu, nie udało się zainicjować efektu nowej miotły – w debiucie Garcia zanotował niezbyt chlubny, bezbramkowy remis na własnym stadionie z Dijon. Wydarzeniem spotkania była jednak sytuacja z 83. minuty – na boisku, po raz pierwszy w seniorskiej piłce, pojawił się 16-letni Rayan Cherki. Wydawało się, że nowy trener chce dać jasny sygnał młodzieży, do tej pory pokornie znoszącej kiepskie występy starszyzny i czekającej na zasłużoną szansę. Dalsza część tej kampanii pokazała jednak, że była to jedynie sztuczka mająca za zadanie udobruchać wymagających kibiców. Najbliżej pierwszego składu z wychowanków Lyonu była wspomniana wyżej czwórka. Maxence Caqueret dostał 570 minut, Rayan Cherki - 139. Melvin Bard zagrał jedną połowę w spotkaniu z Nîmes, Amine Gouiri zaś musiał zadowolić się pojedynczą minutą. Sprawa Caquereta jest wymowna. Kolejny raz, jak w przypadku Aouara, kibice domagający się przetestowania wychowanka mogą sobie pogratulować – domagali się jego występów dawno temu i znów mieli rację. Zawodnika o takim profilu – dobrze wyszkolonego technicznie, wybieganego, kreatywnego – pogrążona w bylejakości ekipa potrzebowała. Ani Sylvinho, ani Rudi Garcia zdecydowanie nie przełamali niepokojącej niechęci do regularnego sięgania po produkty ośrodka szkoleniowego OL. Jest to tym bardziej zadziwiające, że trudno powiedzieć, żeby któryś z nich w jakikolwiek sposób zawiódł. Wydaje się jednak, że właśnie ci piłkarze będą największymi beneficjentami blamażu zafundowanego przez starszych kolegów – brak gry w europejskich pucharach może sprawić, że Houssem Aouar, Memphis Depay czy Moussa Dembélé, postanowią kontynuować karierę poza Francją. Miejsc do obsadzenia zdolnymi wychowankami nie powinno braknąć, szczególnie że problemów w Lyonie jest aktualnie naprawdę sporo.

| str. 28


LE BALLON MAGAZINE

Choroby współistniejące Lyon nie jest zbalansowany właściwie w żadnej formacji. Jason Denayer to ostoja defensywy i zdecydowanie jeden z najlepszych stoperów w lidze, o miejsce obok niego walczą zaś Joachim Andersen, drugi najdroższy zawodnik w historii klubu, który niezłe mecze przeplata niewytłumaczalnymi błędami, i Marcelo, który od poprzedniej kampanii prezentuje stabilną, słabą formę. Na lewej stronie Ferlanda Mendy’ego zastąpić miał Youssouf Koné, ten jednak zawodzi na całej linii, a jego konkurent, Marçal, również nie może się pochwalić dobrą formą. Prawa strona bloku defensywnego wydawała się z kolei zbyt obficie obsadzona – Leo Dubois, Rafael i Kenny Tete mieli wystarczyć z nawiązką w walce na kilku frontach. Po kontuzji średniego w tym sezonie Duboisa i obu lewych obrońców defensywa Lyonu nie była już w stanie zatrzymać kogokolwiek. Środek pola również ma swoje problemy – Thiago Mendes, jeden z najlepszych piłkarzy w lidze w barwach Lille, nadal nie potrafi wejść na najwyższe obroty w nowym zespole (on i Andersen znaleźli się w naszym zestawieniu transferowych wpadek). Houssem Aouar nie dźwiga zaś ciężaru roli lidera. Z kolei Lucas Tousart w preferowanym przez Garcię 1-4-2-3-1 jest po prostu bezużyteczny ze względu na braki techniczne i słabą wizję gry. Ponadto wcale

| str. 29

nie nadrabia tego walecznością i wybitną grą w obronie. Nic więc dziwnego, że odejście Tousarta do Herthy za 25 milionów euro spotkało się z pozytywną reakcją kibiców. W formacji ofensywnej prym wiodą dwie persony, Memphis Depay i Moussa Dembélé. Pierwszy z nich to od dłuższego czasu motor napędowy formacji ofensywnej i prawdziwy lider. Drugi zaś to po kontuzji Holendra właściwie jedyny piłkarz, który regularnie potrafi znaleźć drogę do siatki rywala. Niestety dla Les Gones, mimo ewidentnych walorów czysto piłkarskich obu zawodników, ich współpraca na boisku jest niepokojąco nikła. To zaś sytuacja wysoce niekomfortowa, ponieważ w całej ofensywie OL tylko ta dwójka gwarantuje odpowiedni poziom.

Non omnis moriar Pomimo wielu negatywów, których wypadkowa poskutkowała tak słabym rezultatem w ligowej tabeli, można znaleźć pewne przesłanki, że następny sezon nie musi być przedłużeniem marazmu. Po latach zaniedbań to idealny moment, żeby powrócić do flagowej strategii klubu i wykorzystać potencjał klasowych wychowanków. Trzeba też uczciwie przyznać, że nie wszystkie transfery sygnowane nazwiskiem Juninho okazały się klapą – są wśród nich dwie perły, które w sezonie 2020/21 powinny być twarzą nowego Lyonu.


LE BALLON MAGAZINE

Pierwsza z nich to Jeff Reine-Adélaïde, zdecydowanie najciekawszy piłkarz z letniego zaciągu i w większości rozegranych meczów, pomimo niezrozumiałego niewystawiania go lub zdejmowania za wcześnie z boiska zarówno przez Sylvinho, jak i Garcię, najjaśniejszy punkt drugiej linii. Grudniowe zerwanie więzadeł w kolanie wykluczyło go wprawdzie z większości obecnego sezonu, jednak jeżeli Francuz po kontuzji wróci do poziomu prezentowanego w pierwszych miesiącach od transferu, trener będzie miał do dyspozycji świetnego piłkarza. Równie obiecujący jest sprowadzony zimą Bruno Guimarães, bez którego fani nie wyobrażają sobie już linii pomocy mimo że zdążył on rozegrać dopiero pięć pełnych spotkań w koszulce OL. Brazylijczyk jest właśnie takim defensywnym pomocnikiem, jakiego tęskno opisywali przed sezonem Juninho i Sylvinho – zaawansowanym technicznie, dobrze czującym się z piłką przy nodze, aktywnie uczestniczącym w rozegraniu. Szturmem podbijający serca kibiców Guimarães otrzymał nawet powołanie do dorosłej kadry Canarinhos, jednak pandemia zminimalizowała szanse wiosennego debiutu w pierwszej drużynie do zera.

sezonu. Brazylijski eksperyment nad Rodanem w duchu Ordem e Progresso (tłum. ład i postęp) mocno zawodzi, jednak nikt nie spodziewa się rychłego końca. Legendarny pomocnik swoją karierą piłkarską zbudował sobie pomnik tak trwały, że nawet odległe miejsce w tej kampanii ligowej nie było w stanie naruszyć jego fundamentów. Cierpliwość fanów ma jednak swoje granice i nawet Król Lyonu może w końcu wpaść pod ostrze krytyki. Pozostaje życzyć, żeby ten epizod nie zniszczył pięknej relacji na linii Juninho – Lyon, która kiedyś przyniosła wiele niezapomnianych chwil nie tylko klubowi, ale i całej lidze.

Pierwszy rok Juninho w roli dyrektora sportowego OL okazał się sportową porażką. Lyon wprawdzie poradził sobie naprawdę przyzwoicie w Lidze Mistrzów (w pierwszym meczu 1/8 finału pokonał na Groupama Stadium Juventus 1:0), jednak mizerny wynik w lidze kładzie się cieniem na ocenie tego

| str. 30


RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE

LE BALLON MAGAZINE

RANKING

LE BALLON WYBIERA:

SUKCESY I WPADKI

TRANSFEROWE Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

WISSAM BEN YEDDER

RENATO SANCHES (Lille OSC)

(AS Monaco) Początkowe zaskoczenie transferem zarówno ze względu na kwotę (40 milionów euro), jak i sportową sytuację AS Monaco szybko zmieniło się w zachwyt nad skutecznością Ben Yeddera. 18 trafień, tyle co pierwszy w klasyfikacji Mbappe, na dobre powrót do reprezentacji Francji, niemal same sukcesy. Do pełni szczęścia zabrakło, aby reszta drużyny prezentowała podobną dyspozycję.

THIAGO MENDES

HENRY ONYEKURU

(Olympique Lyon)

(AS Monaco)

Przykład tego, jak przewrotna jest kariera piłkarza. W poprzednim wydaniu magazynu Le Ballon znalazł się w XI sezonu jako cichy bohater wicemistrzowskiego sezonu Lille. Po transferze do Lyonu miał robić dokładnie to samo, co w poprzednim klubie – czyścić i przekazywać piłkę bardziej kreatywnym. Pierwsze spotkania sezonu pokazały, że prócz umiejętności gry w defensywie rozwinął się w nim zmysł do rozgrywania. Złudne pierwsze wrażenie. Tak jak całe OL, z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej niepewny i chaotyczny. W końcu stracił miejsce na rzecz nowej gwiazdy środka pola – Bruno Guimarãesa, kupionego zimą za 20 mln euro z Athletico Paranaense.

| str. 31

Przejście do Lille było prawdopodobnie ostatnią szansą, by sprawić, że tytuł Golden Boya w 2016 roku nie pozostanie szczytowym dokonaniem Sanchesa. Lille wykładając 20 milionów na Portugalczyka bardzo ryzykowało, ale transakcja okazała się decyzją win-win. Mimo początkowego niepokoju związanego z szybko doznaną kontuzją, po powrocie stał się mózgiem drużyny, która mimo wszystko pechowo zajęła ostatecznie czwartą pozycję w tabeli.

Monaco przyzwyczaiło, że gigantyczne przychody ze sprzedaży zawodników starają się w dużej mierze wydać na pozyskanie wartościowych następców. Gorzej, że część z nich, często tych droższych, okazuje się ogromnymi wpadkami. Tak też jest z Onyekuru, który po bardzo przyzwoitym sezonie w Galatasaray za 13,5 mln euro przeniósł się do Francji. Miał być błyskotliwym skrzydłowym, który wraz z Gelsonem Martinsem będzie doprowadzał do obłędu defensywę przeciwników. Leonardo Jardim pokładał w nim w wiarę przez cztery pierwsze spotkania. Szybko uznał, że drużyna bardziej skorzysta na szansie dla młodzieży. Po kontuzji nie dostał już okazji do gry i w styczniu wrócił na wypożyczenie do tureckiej ekipy.


RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE

LE BALLON MAGAZINE

IDRISSA GUEYE

PREDRAG RAJKOVIC

(Paris Saint-Germain)

(Stade de Reims)

W końcu można pochwalić PSG za udane okno transferowe – a Gueye to najcenniejsza zdobycz z ostatniego lata. Można było kwestionować, czy wyłożenie 30 mln euro na 29-letniego zawodnika nie jest przesadą. Szybko udowodnił swoją wartość, choćby w wygranym 3:0 meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt. W lidze także był niezawodny. Zabezpieczał defensywę paryżan, zapewniając bardziej kreatywnym zawodnikom pełną swobodę. Ktoś kogo brakowało w środku pola co najmniej od czasu zakończenia kariery przez Thiago Mottę.

Serbia znana jest z wypuszczania klasowych piłkarzy do czołowych lig, ale Izrael nie zalicza się do tych ostatnich. Nikt zatem nie obiecywał sobie wiele po 24-letnim bramkarzu, który po czterech latach gry w Maccabi Tel Aviv przeszedł do Stade de Reims. Niesłusznie. Rajkovic był w tym sezonie niemal bezbłędny. Dał się zapamiętać choćby z obronienia czterech na pięć podyktowanych karnych, co jest rekordem Ligue 1 odkąd prowadzone są takie statystyki. Reims po 57 latach jako najlepsza defensywa ligi wystąpi w Lidze Europy, w czym spora zasługa Serba.

WESLEY SAÏD

JOACHIM ANDERSEN

(Toulouse FC)

(Olympique Lyon)

Gdy szefowie klubu takiego jak Tuluza, od lat wiszącego nad przepaścią, postanawiają wyłożyć na bardzo przeciętnej klasy napastnika osiem milionów euro, bijąc tym samym rekord klubowy, to są tylko dwa wyjścia. Albo są wizjonerami, którzy dostrzegli w przeciętnym graczu coś więcej, albo ich desperacja sięgnęła zenitu. Dwa trafienia Saida i 13 punktów w 28 spotkaniach Toulouse. Nie będziemy tęsknić.

Drugi zawodnik Olympique Lyon w zestawieniu. Najdroższy zakup klubu od czasu Yoanna Gourcuffa. Miał być lekiem na całe zło. Zupełnie nie odnalazł się jednak w nowym klubie. Odstawał fizycznie i regularnie dawał się namierzyć w centrum zamieszania w obronie. Jak źle sobie radził najlepiej pokazuje fakt, że pod koniec sezonu przegrał rywalizację z – wydawałoby się – zupełnie spalonym na Parc OL Marcelo.

VICTOR OSIMHEN

YUSUF YAZICI

(Lille OSC)

(Lille OSC)

Kolejny fantastyczny transfer Lille, który jednak w przeciwieństwie do Sanchesa pokazywał klasę już od pierwszych kopnięć na boiskach Ligue 1. W sierpniu i we wrześniu zachwycał statystyków wyliczających mu rekordowe osiągnięcia pod względem stosunku liczby oddanych strzałów do zdobytych bramek. Popisywał się instynktem urodzonego snajpera – w polu karnym zawsze potrafił znaleźć czas i miejsce do strzału. Debiutancki (i ostatni?) sezon we Francji zakończył z całkiem okazałym dorobkiem 13 goli.

Jako gwiazda Trabzonsporu i nadzieja tureckiego futbolu miał wzmocnić osieroconą przez Nicolasa Pépé ofensywę Lille. Na początku sezonu Galtier pracował nad nowym kształtem ataku, dając Turkowi liczne szanse, choć nie zawsze w dużym wymiarze czasu. Yazici szukał sobie miejsca między prawym skrzydłem a pozycją #10, ale cały czas pozostawał tłem dla Ikoné, Osimhena, Bamby czy Renato Sanchesa. Gdy już szkoleniowiec się do niego przekonał, ofensywny pomocnik odwdzięczył się bramką i czterema asystami w trzech kolejnych spotkaniach. Jak się okazało był to cały liczbowy wkład Yaziciego w sezon – wyniki LOSC poprawiły się, gdy wrócił na ławkę. W dodatku w styczniu zerwał więzadło krzyżowe.

| str. 32


BANDYCI W LIGUE 1

LE BALLON MAGAZINE

RETRO

OSTATNI NIESPRAWIEDLIWI:

ODCIENIE PRZEMOCY Nawet słynąca z agresywnej gry Ligue 1 nie uciekła przed “modern football”. Jedną ze zmian, jakie przyniosła ewolucja piłki w prestiżowy medialny produkt (choć nie tylko ona, bo rolę odegrało też ucywilizowanie przepisów i wprowadzenie VAR) jest zmierzch boiskowych agresorów: twardzieli, bandziorów, czasem zwykłych rzeźników. Niektórych można było doceniać za charakter, innych – wyłącznie potępiać. Oto francuska galeria (nie)sławy.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Bodaj ostatnim słynnym przedstawicielem tego gatunku wśród francuskich ligowców był Lorik Cana – ostatnio stoper Nantes, na świecie znany głównie z idiotycznej czerwonej kartki zarobionej w 36. minucie historycznego debiutu jego reprezentacji na Euro 2016. Francji przedstawił się przed laty zupełnie inaczej – podejmując w wieku 22 lat najbardziej ryzykowną decyzję na jaką może się zdobyć piłkarz nad Sekwaną i zamieniając Paris Saint-Germain (którego de facto był wychowankiem) na Olympique Marsylię. W OM wyrobił sobie markę jednego z najtwardszych, najbardziej agresywnych pomocników w kraju i z czasem awansował na kapitana zespołu. Od czasu odejścia ze Stade Velodrome jego kariera nie toczyła się tak dobrze, ale w każdym klubie jednał sobie kibiców poświęceniem i grą na granicy reguł. Podobnym typem gracza – często dającym z siebie zbyt dużo – był występujący w Montpellier w pierwszych dwóch sezonach od powrotu La Pallade do najwyższej ligi Emir Spahić. Jako lider zespołu zapędzał się w manifestowaniu przywódczych zdolności zbyt daleko – sprzeczki, przepychanki i brutalne faule stanowiły kluczowe pozycje w jego wachlarzu ulubionych zagrań. Trzeba jednak uczciwie oddać, że na największe popisy Spaha zdobywał się poza Francją: na sumieniu ma między innymi starcie z grającym w niemieckiej koszulce Bośniakiem Marko Marinem w meczu Bośnia-Niemcy czy potraktowanie „z Zidane’a” ochroniarza na stadionie Bayeru Leverkusen, które poskutkowało natychmiastowym zerwaniem umowy z klubem.

| str. 33

W XXI wieku szlak bardziej porywczym bałkańskim zawodnikom przetarł legendarny bramkarz RC Lens, Vedran Runje. Chorwat zasłynął umiejętnościami i wiernością wobec Złotokrwistych – w 2008 roku pozostał w klubie mimo spadku do Ligue 2 i pomógł mu natychmiast powrócić do pierwszej ligi. Nie miał na koncie przewin podobnego kalibru jak koledzy z pola, ale jego wybuchowy charakter i tak przeszedł do legendy. Nie miał litości dla partnerów z linii obrony, mających w teorii ułatwiać mu pracę. Koledzy z Lens mawiali, że z Runje za plecami obrońca w ciągu kilku tygodni do perfekcji opanowuje wszystkie istniejące chorwackie wulgaryzmy.

Kolekcjonerstwo i sztuki walki Archetypu boiskowego zakapiora Francuzi nie musieli jednak importować z Bałkanów. To stuprocentowo krajowy produkt – l’enfant terrible francuskiej myśli szkoleniowej. Cyril Rool, francuski środkowy pomocnik tudzież boczny obrońca, znany głównie z gry w Bastii i Lens, mający za sobą także występy w Monaco, Bordeaux i Marsylii. „Znany z twardej gry” to w jego wypadku uroczy eufemizm. Nazwany niegdyś przez prasę Antychrystem piłkarz to absolutnie rekordowy kolekcjoner kolorowych kartoników. W 445 meczach obejrzał 187 żółtych i 27 czerwonych kartek (w samej Division 1/Ligue 1: 368, 156, 22). W ostatnim swoim sezonie – 2009/10 w barwach OM – wybiegł na boisko tylko dwukrotnie. Tak, podtrzymał średnią. Kartkę numer 187 obejrzał siedem minut przed końcem kariery.


LE BALLON MAGAZINE

W zbieranych od rozgrywek 1995/96 statystykach LFP Rool figuruje jako rekordzista wszech czasów z szesnastoma wykluczeniami z gry – tam jednak nie jest osamotniony, bo pierwsze miejsce dzieli z Cyrilem Jeunechampem. Całościowy dorobek byłego gracza m.in. Auxerre, Rennes i Montpellier nie jest aż tak okazały (532 mecze, 145 żółtych i 21 czerwonych kartek), ale koniec długiej kariery pomocnik zaakcentował pokazując, że z wiekiem nie nabrał krzty opanowania. W grudniu 2012 roku (pół roku po zdobyciu historycznym tytule MHSC) zirytowany krytycznym wobec drużyny artykułem Jeunechamp tuż po zremisowanym 1-1 meczu z Valenciennes dopadł autora, Jose Barroso z L’Equipe, i uderzył go pięścią w twarz. Za swój wyskok obchodzący kilka dni po tym incydencie 37. urodziny piłkarz został początkowo ukarany rocznym zawieszeniem. Po apelacji udało się skrócić karę o połowę, dzięki czemu wymierzony dziennikarzowi sierpowy nie był finalnym zagraniem Cyrila jako czynnego sportowca. Zagranie doświadczonego Francuza nie było ostatnim tego typu obrazkiem na boiskach Ligue 1 – ostatni przykład pokazu sztuk walki włączonego w widowisko piłkarskie dostarczył w 2014 roku brazylijski napastnik Brandao. Zmieniony w okolicach 70. minuty spotkania Bastii z PSG piłkarz przez ponad kwadrans czekał w tunelu by „rozliczyć się” z Thiago Mottą – gdy doczekał nadejścia ofiary, uderzeniem głową złamał rodakowi nos i uciekł do szatni. Za napaść został ukarany miesiącem więzienia i półrocznym wykluczeniem

BANDYCI W LIGUE 1

z gry. Na boisko wrócił w kwietniu 2015 przy okazji finału Pucharu Ligi przegranego 0:4 z – jakżeby inaczej – Paris Saint-Germain.

Za granicami rozsądku Dla prawdziwego specjalisty od bójek, napaści i zawieszeń pobyt w Ligue 1 był bodaj najspokojniejszym okresem w karierze, ale lista jego niechlubnych osiągnięć nie pozwala go tu pominąć. Mowa oczywiście o wypożyczonym do Marsylii w sezonie 2012/13 Joeyu Bartonie. Na Stade Velodrome Anglik trafił z trwającym, 12-meczowym zakazem gry w piłkę, nałożonym za niedorzeczny wybuch agresji w ostatniej kolejce poprzednich rozgrywek Premier League, w starciu jego Queens Park Rangers z Manchesterem City. Pomocnik w ciągu kilkudziesięciu sekund kolejno uderzył łokciem w twarz Carlosa Teveza, obejrzał czerwoną kartkę, kopnął w plecy Sergio Aguero i spróbował (bezskutecznie) wymierzyć cios głową Vincentowi Kompany’emu. Mecz przeszedł do historii z innego powodu: walczące o utrzymanie QPR straciło w doliczonym czasie gry dwa gole i przegrało 2:3, w konsekwencji gwarantując City tytuł mistrza Anglii. Szczęśliwie dla Bartona, The R’s utrzymali się w lidze dzięki korzystnym wynikom na innych stadionach. Wybryk, który w praktyce doprowadził Bartona do Francji, jest jednak niczym przy jego wcześniejszych dokonaniach. Anglik ma w kartotece m.in. zgaszenie cygara w oku piłkarza młodzieżówki swojego klubu, napaść i wymierze-

| str. 34


LE BALLON MAGAZINE

| str. 35

BANDYCI W LIGUE 1


BANDYCI W LIGUE 1

LE BALLON MAGAZINE

nie 20 ciosów człowiekowi w centrum Liverpoolu oraz pobicie na treningu Manchesteru City kolegi z drużyny, Ousmane Dabo, które w sumie zaowocowały sześcioma miesiącami zawieszenia i 77 dniami w więzieniu. To ostatnie przestępstwo sprawiało zresztą, że wypożyczeniu Bartona do OM towarzyszyły spore kontrowersje – solidarni z Dabo francuscy piłkarze głośno protestowali przeciw transferowi recydywisty do ich rodzimej ligi. Przypadek Bartona mógłby pełnić rolę całkiem mocnej pointy, ale takowa zostawiałaby błędne wrażenie, że źródłem największego zła w całej galerii antybohaterów Ligue 1 jest import z Wysp Brytyjskich. Przykładem największego ekstremum w tym towarzystwie jest zaś wychowany w Nancy napastnik Tony Vairelles. Gdy pozostawał czynnym zawodnikiem, wątpliwości co do jego charakteru mogła nasuwać tylko skłonność do przeprowadzek – po ośmiu stabilnych latach w Nancy i Lens w kolejnych dwunastu sezonach zakładał koszulki aż dziewięciu różnych zespołów. Czarną kartę w swojej biografii Vairelles zapisał tuż po zakończeniu kariery. W październiku 2011 roku uczestniczył wraz z braćmi w strzelaninie pod nocnym klubem w Nancy – czterej Vairellesowie (wszyscy – zawodowi piłkarze) mieli ruszyć z karabinem i kijami baseballowymi na ochroniarzy, którzy wcześniej wyrzucili ich z lokalu. Tony, były reprezentant Francji, stanął przed sądem pod zarzutem usiłowania zabójstwa i trafił do aresztu, z którego został jednak po pięciu miesiącach zwolniony z braku wystarczająco mocnych dowodów. Postępowanie trwa do dzisiaj, zaś ex-piłkarz ma zakaz opuszczania kraju.

Korsykańska krew Nawet najłagodniejsze z tych przypadków cieplej wspomina się z dystansu, z nutką nostalgii, niż na żywo, w trakcie kolejnych piłkarskich spektakli. Chciałoby się powiedzieć „dziś takich już nie ma”, ale to nie byłaby cała prawda. Wraz z RC Lens w przyszłym sezonie do Ligue 1 wróci ostatni piłkarz niosący pochodnię (lub bardziej adekwatnie: kosę) Roola, Jeunechampa i Cany – Yannick Cahuzac. Legenda Bastii, weteran korsykańskiego futbolu, a przede wszystkim człowiek, którego styl gry definiują wyłącznie zagrania bez piłki i w parterze. Zdobywca 17 czerwonych kartek, w tym 10 po trzydziestce. Kompilacje z jego „najlepszymi zagraniami” zamiast strzałów i podań składają się z przepychanek, stempli i wślizgów, zazwyczaj spuentowanych bolesnymi grymasami rywali. Komiczne, że jego charakterystyka we francuskiej Wikipedii zaczyna się słowami „jest dość drobnej budowy, co stawia go w niekorzystnej pozycji w fizycznej walce”. Cahuzac planował już przejście do historii, ale awans Złocisto-Krwistych stworzył nowe okoliczności – nie może przepuścić okazji, by jeszcze raz pokazać pierwszoligowym trybunom, jak grało się kiedyś.

| str. 36


CAMAVINGA: ZŁOTE DZIECKO FRANCUSKIEGO FUTBOLU

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

EDUARDO CAMAVINGA

STWORZONY DO WIELKICH RZECZY Autor BŁAŻEJ JACHIMSKI twitter: @blazejjachimski

CC AA MM AA VV II NN GG AA

Rozwija się w zawrotnym tempie. Ledwie wywalczył pierwszy skład w drużynie Rennes, rozegrał fenomenalny mecz z PSG, który był kluczem do zdobycia nagrody dla najlepszego piłkarza sierpnia w Ligue 1, a na koniec trafił do jedenastki roku według „France Football”. Eduardo Camavinga wydaje się namaszczony do rzeczy wielkich.

| str. 37


CAMAVINGA: ZŁOTE DZIECKO FRANCUSKIEGO FUTBOLU

LE BALLON MAGAZINE

faulowanym trzykrotnie. Opuszczając boisko w 64 minucie, otrzymał od kibiców owację na stojąco, a przy linii czekał zmiennik, Hatem Ben Arfa. On również był pod wielkim wrażeniem umiejętności 16-latka: - Jest niesamowity.

Pod względem techniki i fizyczności – to potwór. Wszystko, co robi, jest perfekcyjne. Nie ma rzeczy, której nie potrafi. Umie bronić, odbierać piłkę, główkować, kreować sytuacje, strzelać, asystować. Jest silny, ale ma też świetnie ułożoną lewą nogę. Jest inteligentny i elegancki. Taka laurka od piłkarza, którego Hilton określa “najbardziej utalentowanym zawodnikiem, z jakim grał”, a według Benzemy “jest równie utalentowany co Messi” na pewno robi wrażenie. Ben Arfa zdecydowanie nie jest dobrym mentorem, jednak bagaż zebranych doświadczeń pozwala docenić go w roli kompetentnego jurora piłkarskiego rzemiosła. Po meczu z Monako Camavinga wystąpił od pierwszej minuty w trzech z czterech meczów kończących rozgrywki, dzięki czemu przy jego nazwisku odnotowano liczbę minut w Ligue 1 przekraczającą sześć godzin.

Nowy sezon

C

amavinga urodził się w Angoli, jego rodzice pochodzą zaś z Konga. Ma piątkę rodzeństwa. Rodzina przyleciała do Francji, kiedy mały Eduardo kończył dwa lata. Pierwszym sportem było judo. Do szkółki piłkarskiej AGL Drapeau Fougères mama zapisała go, gdy skończył siedem lat. W wywiadzie udzielonym dla „Ouest-France” młody piłkarz wspominał moment, gdy przyszedł na trening przyszłej drużyny, trzymając mamę za rękę. Kiedy ona ustalała szczegóły jego partycypacji w AGL, on po prostu wbiegł na boisko, zabrał piłkę, przedryblował pół boiska i wykopał piłkę za płot. Mimo tego specyficznego startu, jego ówczesny trener, Jo Burel, nie miał wątpliwości, że jego podopieczny to wyjątkowa jednostka: - Pierwszy raz widziałem takiego zawodnika. Kiedy chcieliśmy utrzymać wynik, ustawialiśmy go w obronie, a kiedy potrzebowaliśmy bramki, przesuwaliśmy go do ataku. Miał umiejętności, żeby poradzić sobie wszędzie. Trzy lata później trafił do akademii Stade Rennes, gdzie dyrektorem był Landry Chauvin, obecny asystent selekcjonera reprezentacji Maroka: - Od kiedy do nas dołączył w wieku 10 lat, wydawał się stworzony do wielkich rzeczy. Talentem, inteligencją i dojrzałością przewyższał nie tylko swoich rówieśników, ale też dzieci z grup wiekowych starszych o rok czy dwa lata. Camavinga imponował odpowiedzialnością na boisku, jednak prawdziwy test dojrzałości spotkał go poza murawą. W roku 2013 dotknęła go wielka tragedia – w ogniu stanął jego dom rodzinny. Właśnie wtedy jego ojciec powiedział: - Eduardo, jesteś nadzieją tej rodziny. To dzięki tobie podniesiemy się w trudnych chwilach. Jak twierdzi młody zawodnik, przypomina on sobie tę sytuację za każdym razem, gdy widzi tatę.

Pierwsze występy Debiut ligowy w barwach Rennes pomocnik zanotował w 31. kolejce sezonu 2018/19, kiedy wszedł w ostatniej minucie meczu z Angers (3:3). W wieku 16 lat 4 miesięcy i 27 dni został pierwszym piłkarzem urodzonym w roku 2002, który wystąpił w jednej z pięciu najlepszych lig europejskich, a także najmłodszym zawodnikiem w historii, który przywdział koszulkę Les Rouges et Noirs. Niecały miesiąc później kolejna cezura – premierowy mecz w wyjściowej jedenastce. Było to spotkanie z AS Monaco, zakończone remisem 2:2. Camavinga zaliczył obiecujący występ, notując stuprocentową skuteczność podań (trzeba jednak zaznaczyć – przy jedynie 18 próbach), wygrywając 10 na 13 pojedynków, cztery razy odbierając piłkę i będąc

Prawdziwym sprawdzianem umiejętności Camavingi były jednak obecne rozgrywki. Gdyby opierać swoje predykcje jedynie na pierwszych występach tego sezonu, zasadne byłoby pytanie, kiedy młody piłkarz zgarnie swoją pierwszą Złotą Piłkę. Do tego oczywiście droga jeszcze daleka, jednak niesłychanie rzadko zdarza się, żeby tak młody zawodnik miał równie dobre wejście w dorosły futbol. Sierpień był w jego wykonaniu popisowy. Ekipa Rennes wygrała wszystkie trzy mecze ligowe, w tym starcie z PSG. Spotkanie to jeszcze przez długi czas będzie laurką dla pomocnika, który zaliczył spektakularną asystę przy zwycięskiej bramce, zanotował imponujące 98% skuteczności podań (41/42) i został uhonorowany nagrodą dla najlepszego zawodnika meczu. Jego forma została mocno doceniona we Francji, co zaowocowało również tytułem piłkarza sierpnia w Ligue 1 – Camavinga jest najmłodszym piłkarzem uhonorowanym tą nagrodą. Nie najgorzej radziła sobie zresztą w tym roku cała drużyna Rennes, która wywalczyła miejsce na najniższym stopniu podium Ligue 1. To wspaniały rezultat, do którego Eduardo znacząco się przyczynił, co potwierdza wybór dziennikarzy „France Football” i czytelników „L’Equipe”, którzy umieścili go w najlepszej jedenastce Ligue 1. Potencjalne występy w Lidze Mistrzów mogą przekonać pomocnika do pozostania w klubie przynajmniej na jeszcze jedną kampanię. Jak sam deklaruje, w Rennes jest szczęśliwy i nie czuje parcia, by już teraz dołączyć do jednego z tuzów futbolu.

Piłkarski profil Camavinga skupia się głównie na grze defensywnej i kontrolowaniu gry, jednak biorąc pod uwagę jego umiejętności, zasadne wydaje się stopniowe powierzanie mu coraz większej liczby zadań w ofensywie, wprowadzając go w rolę pomocnika typu box-to-box, operującego na całej długości boiska. Młody gracz mocno współpracuje z formacją obrony, często faulując rywali (najczęściej w zespole), chociaż, co ciekawe, w „Ouest-France” wspomniał, że przed tym sezonem nigdy nie grał na pozycji defensywnego pomocnika. Co więcej, dopóki występował w zespołach do lat 17, właściwie wcale nie skupiał się na defensywie. Dopiero w trakcie kampanii nauczył się tej pozycji i pokochał sztukę odbioru piłki. Teraz zaś jest to miłość tak intensywna, że aktualnie jest w tej kategorii statystycznym numerem jeden. Eduardo jest świetnie wyszkolony technicznie i bardzo swobodnie czuje się z piłką przy nodze, a uzupełniając to o szybkość i dużą zwinność tworzy się obraz zawodnika, któremu odebranie piłki wydaje się zadaniem nadzwyczaj skomplikowanym. Ma to realne odzwierciedlenie w liczbach – Eduardo jest najczęściej

| str. 38


LE BALLON MAGAZINE

CAMAVINGA: ZŁOTE DZIECKO FRANCUSKIEGO FUTBOLU

faulowanym graczem Rennes, znajdując się jednocześnie w najlepszej dziesiątce ligi w tym aspekcie. Swoją lepszą, lewą nogą, potrafi budzić podziw na boisku, a jednym z owoców jej pracy jest wysoka skuteczność podań, której niewiele brakuje do imponującego poziomu 90%. Camavinga jest również nieźle przygotowany pod względem fizycznym, ma dobre warunki i nie odstaje od starszych i bardziej doświadczonych zawodników, a ma potencjał, żeby w tym aspekcie stać się czołowym piłkarzem ligi. Imponuje także wydolnością: w minionym sezonie był w pierwszej piątce najbardziej eksploatowanych graczy w klubie. Szkoleniowiec Rennes, Julien Stéphan, również nie szczędzi ciepłych słów swojemu podopiecznemu, który jest jednym z najjaśniejszych punktów jego drużyny: - Często z nim rozmawiamy. Jest bardzo dobrze rozwinięty pod względem intelektualnym, wie, czego od siebie oczekiwać, wie, o co pytać. Wielu zawodników wzięło go pod swoje skrzydła, ponieważ zawsze jest pełen szacunku i pilnie słucha ich rad. Rozkwitł tego lata. Mam tylko nadzieję, że nadal będzie ciężko pracował, uczył się i rozwijał. Zapewnimy mu odpowiednie warunki. Już teraz niełatwo doszukać się w jego grze wyraźnych wad. Nie oznacza to jednak, że jest piłkarzem kompletnym. Zdarzają mu się momenty, kiedy za bardzo ufa umiejętnościom i prowokuje zagrożenie na własnej połowie. Jest wysoki i wysportowany, ale wciąż, co zrozumiałe, brak mu tężyzny.

Aux armes, citoyens! Camavinga to ewenement i jeden z najlepiej rokujących piłkarzy w całej lidze. Mimo tego, że od drugiego roku życia mieszka we Francji, obywatelstwo zyskał jednak stosunkowo niedawno – w listopadzie 2019 roku. Z tego względu, mimo świetnych występów na poziomie seniorskim, nie miał wtedy na koncie żadnego występu w reprezentacjach młodzieżowych tego kraju. Tajemnicą poliszynela było jednak to, że działania zmierzające do przyznania francuskiego obywatelstwa młodemu piłkarzowi zdecydowanie się wzmogły i jego występ w barwach narodowych był wyłącznie kwestią czasu. Wyczekiwany debiut miał miejsce 15 listopada 2019 roku w meczu kadry do lat 21 z Gruzją w ramach eliminacji do młodzieżowych mistrzostw Europy. Camavinga zaliczył pełne 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 3:2 dla Les Bleus. W jednym z wywiadów wspomniał, że było dla niego bardzo wzruszające, gdy po raz pierwszy śpiewał „Marsyliankę” jako reprezentant Francji, a przed sobą, na trybunach, widział uradowanych, dumnych rodziców. W dodatku po meczu odbyła się jeszcze impreza urodzinowa (Eduardo skończył 17 lat pięć dni wcześniej), na której była cała jego rodzina, a on był ich bohaterem. Teraz pomocnik ma już oficjalnie francuskie obywatelstwo i jego występ w barwach pierwszej drużyny Trójkolorowych wydaje się chyba kwestią czasu. Trudno oczywiście sądzić, że nawet przy tak obiecującej postawie w lidze będzie mógł liczyć na pierwszy skład w reprezentacji tak obficie obdarzonej piłkarzami klasy światowej, jednak biorąc pod uwagę jego możliwości, scenariusz, w którym za kilka lat staje się naprawdę ważnym ogniwem Les Bleus, nie jest wcale mrzonką. FotoRAFAŁ SEBASTIAN FREJ - iFrancja.fr Foto KOWALSKI

| str. 39


CAMAVINGA: ZŁOTE DZIECKO FRANCUSKIEGO FUTBOLU

LE BALLON MAGAZINE

| str. 40


RANKING: TOP LIGOWYCH TALENTÓW

LE BALLON MAGAZINE

RANKING

MŁODZI KOŃCA WIEKU Największy skarb „Ligi Talentów” rozwinął się tak błyskawicznie, że jest za późno, by wymieniać go w gronie złotych dzieci – miejsce Eduardo Camavingi jest już w Jedenastce Sezonu. Oto pozostali młodzi zawodowcy, dla których Ligue 1 równie szybko może stać się zbyt ciasna. Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

WILLIAM SALIBA

RAYAN CHERKI

SAINT-ETIENNE (UR. 2001), ŚRODKOWY OBROŃCA MECZE/GOLE/ASYSTY: 17/0/0

OLYMPIQUE LYON (UR.2003), OFENSYWNY POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 12/3/2

Nastoletni lider defensywy Zielonych – stawał na wysokości zadania, kiedy raz za razem zawodzili doświadczeni Perrin i Debuchy. Dość powiedzieć, że z Salibą w składzie drużyna Puela zachowała w tym sezonie 5 czystych kont w 17 meczach, a bez niego – 2 w 24 (jedno z tych dwóch przeciwko trzecioligowcowi). Silny, dobrze prowadzący piłkę, przerastający wizją niektórych pomocników swojej ekipy. Nic dziwnego, że jego przyszły transfer do Arsenalu „ustawił” jedną trzecią rocznego budżetu Sainté.

Poważną szansę dostał od Rudiego Garcii dopiero w styczniu – i już w drugim starcie w seniorskiej piłce w pojedynkę wygrał mecz dwoma golami i dwiema asystami. Od progu było jasne, że kibice fetujący kilka miesięcy wcześniej podpisanie przez Rayana pierwszego zawodowego kontraktu jak wielki transfer nie przesadzali. Kreatywność, technika, zuchwałość – ma wszystko, by szybko zostać kolejną dumą lyońskiej akademii. Prawdopodobne, że nie doczeka w barwach OL choćby 20. urodzin.

TANGUY KOUASSI

WESLEY FOFANA

PSG (UR. 2002), ŚRODKOWY OBROŃCA MECZE/GOLE/ASYSTY: 13/3/1

SAINT-ETIENNE (UR. 2000), ŚRODKOWY OBROŃCA MECZE/GOLE/ASYSTY: 23/2/0

Wydawałoby się, że w najeżonej gwiazdami, wygrywającej mecz za meczem drużynie 18-letni stoper nie ma szans zostać bohaterem. Tanguyemu się udało – dubletem w szalonym remisie z Amiens (4:4) uratował Paryż przed porażką. W pozostałych spotkaniach nie musiał popisywać się skutecznością. Wyróżniał się więc głównie dojrzałością ponad wiek i tak pożądaną przez Tuchela taktyczną elastycznością. Trudno w to uwierzyć, ale odkąd w styczniu wszedł do pierwszej drużyny, z Kouassim w składzie obrona PSG spisywała się lepiej niż bez niego.

Drugi stoper Zielonych w zestawieniu. To zresztą zapewne sedno tegorocznych kłopotów klubu – spośród pięciu podstawowych obrońców na pochwały zasługuje tylko dwóch nastolatków. Fofana, choć bardziej surowy i chimeryczny, dobrze uzupełniał młodszego Salibę. Techniczne braki nadrabia siłą i zdecydowaniem. Nie jest bezbłędny, ale w minionym sezonie naprawiał błędy weteranów wokół częściej niż własne. Szybko podąży śladem kolegi.

| str. 41


RANKING: TOP LIGOWYCH TALENTÓW

RAYAN AÏT NOURI

LE BALLON MAGAZINE

MOUNIR CHOUIAR

SCO ANGERS (UR.2001), LEWY OBROŃCA MECZE/GOLE/ASYSTY: 17/0/3

DIJON FCO (UR.1999), OFENSYWNY POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 24/6/1

Jeden z najbardziej efektownych lewych obrońców sezonu. Stawiający przede wszystkim na żelazną dyscyplinę trener Stéphane Moulin dla niego poluzował zasady – 18-latek jest w Angers panem lewego skrzydła i może sobie pozwalać na więcej niż grający przed nim pomocnicy. Przyspieszeniem i umiejętnością rozgrywania wpisuje się w model nowoczesnego bocznego obrońcy. Nie broni bezbłędnie, ale praca z Moulinem nauczyła go nieustępliwości. Robi też wrażenie mądrymi wyborami – gra odważnie, ale nie chaotycznie. Gdyby nie kontuzja szczęki, być może opuściłby Angers już w styczniu.

Różnica między spadkiem a utrzymaniem. Dzięki niemu Dijon nie zdążyło zatęsknić za Naimem Slitim i Wesleyem Saidem. Trafił do klubu z drugiej ligi, w ostatnich godzinach okna transferowego i błyskawicznie przejął rolę lidera ofensywy. Być najbardziej widowiskowym i kreatywnym piłkarzem zespołu balansującego na krawędzi to nieprzesadna sztuka – ale Chouiarowi udało się wyróżnić na tle całej ligi. Częstotliwością kluczowych podań Mounira przewyższali wyłącznie Payet, Di Maria, Neymar i Adama Traoré, a więcej udanych dryblingów notował tylko Ney. Mógłby strzelać więcej goli, lecz i pod tym względem ma czym się chwalić: dwie z czterech bramek zdobył w wygranych 2:1 meczach z PSG i Rennes.

MOHAMED SIMAKAN RC STRASBOURG (UR.2000), PRAWY/ŚRODKOWY OBROŃCA MECZE/GOLE/ASYSTY: 25/0/0 Przed sezonem prawa obrona wyglądała na ostatnią pozycję w jedenastce RCSA, na której mógłby zaistnieć nowy piłkarz. Drobne urazy, spadek formy i braki po drugiej stronie boiska zaburzyły jednak dominację Kenny’ego Lali, a jego miejsce zajął gracz, który warunkami fizycznymi zupełnie nie przypomina wahadłowego. 187-centymetrowy Simakan równie naturalnie radzi sobie w środku i przy linii, ale szybkością i przebojowością przekonał Thierry’ego Laureya do przesunięcia Lali wyżej – byle tylko nie ograniczać młodszego rolą stopera. Strasbourg już teraz planuje przyszłoroczny budżet w oparciu o spodziewaną sprzedaż 20-latka.

MAXENCE CAQUERET OLYMPIQUE LYON (UR.2000), ŚRODKOWY POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 12/1/3 Wejście Rayana Cherkiego przyćmiło rozwój mniej efektownego, acz równie wartościowego wychowanka OL. Caqueret zapowiada się na piłkarza, jakim nie zdołał stać się Lucas Tousart – łączącego cechy bullterriera i cofniętego rozgrywającego. 20-latek w pierwszej kolejności zwraca uwagę chorobliwą pracowitością. Łatwo przeoczyć, jak sprawnie operuje piłką i jak łatwo przenosi grę do przodu. Można tylko ubolewać, że nie dostał szansy wcześniej; skorzystałby z tych minut lepiej niż Tousart i Jean Lucas. Będzie najlepszym pomocnikiem Lyonu od czasu Maxime’a Gonalonsa.

| str. 42


RANKING: TOP LIGOWYCH TALENTÓW

LE BALLON MAGAZINE

YANN GBOHO

IBRAHIMA DIALLO

STADE RENNES (UR.2001), OFENSYWNY POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 18/2/4

STADE BREST (UR.1999), DEFENSYWNY POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 22/0/1

Czołowa akademia Ligue 1 nie mogła poprzestać na jednym Camavindze. Gboho to kolejny ekscytujący zawodnik w typie Dembélé i Ismaili Sarra – choć w przeciwieństwie do nich lepiej niż przy linii bocznej czuje się w środkowym sektorze boiska. Jego mocne strony to wizja, zmysł do kombinacyjnej gry i oszczędne, ale skuteczne dryblingi. W L1 od pierwszej minuty zagrał tylko dwukrotnie, ale miejsce historii Rennes już ma zapewnione. Wejście Gboho w derbach Bretanii napędziło widowiskowy comeback z 1:2 na 3:2 w ostatnich sekundach meczu.

Wyrzut sumienia Monaco. W księstwie przeszedł przez kilka młodzieżowych szczebli, ale nigdy nie zadebiutował w pierwszym zespole. Brest wykupił go po świetnym sezonie w Ligue 2 za zaledwie 2 miliony euro i prawie pewne, że niebawem zarobi co najmniej dziesięciokrotność tej sumy. Ibrahima zdążył już zasłynąć z przywołującej porównania do N’Golo Kanté znakomitej wydolności i imponującego opanowania. Brakuje mu technicznych szlifów, ale niewykluczone, że te będzie już nabywał w Premier League.

BOUBACAR KAMARA OLYMPIQUE MARSYLIA (UR.1999), ŚRODKOWY OBROŃCA/POMOCNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 24/1/2 Sezon zaczął jako środkowy obrońca, a dokończył w środku pola. Rola w pomocy bardziej odpowiadała jego odważnemu stylowi – z duetem Alvaro-Ćaleta za plecami mógł robić większy użytek z wizji gry i eleganckiego prowadzenia piłki. Równocześnie pozostawał pierwszą instancją obrony, a w razie potrzeby usprawniał rozegranie schodząc między stoperów. Chociaż to rozwiązanie tak dobrze sprawdziło się w ostrożnej Marsylii Villasa-Boasa, w przyszłości Boubacar zostanie raczej podstawowym obrońcą bardziej ofensywnie nastawionej drużyny.

| str. 43

EL BILAL TOURÉ STADE REIMS (UR.2001), ŚRODKOWY NAPASTNIK MECZE/GOLE/ASYSTY: 7/3/0 Zapewne niewielu żałuje przyspieszonego zamknięcia sezonu bardziej niż on. Do Reims trafił w styczniu z malijskiej akademii Football Elite. Pierwszą bramkę zdobył w debiucie, a w następnych siedmiu kolejkach sześć razy zagrał od początku i odwdzięczył się za zaufanie zwycięskimi golami przeciwko Rennes i Brestowi. Żaden zawodnik SdR nie był w tym czasie skuteczniejszy – historyczne wejście do europejskich pucharów klub zawdzięcza więc nastolatkowi. Jego dalszy rozwój powinien być jedną z atrakcji następnych rozgrywek.


Foto : IFRANCJA.FR


SEZON AS MONACO

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

MOCARZ W ROLI LIGOWEGO ŚREDNIAKA

MONAKIJSKIE DEJA VU Po uniknięciu katastrofy w sezonie 2018/2019, nowe rozgrywki miały wreszcie pokazać dawne oblicze Monaco. Oczekiwania były spore, ale wskutek błędów popełnionych jeszcze przed pierwszą kolejką skończyło się na tym, że klub z Księstwa w ostatnich miesiącach zasłużył na miano co najwyżej ligowego średniaka.

Autor PAWEŁ ŁOPIENSKI twitter: @pawell147

W klubie z Księstwa czym prędzej chcieli wymazać z pamięci nieudane miesiące, gdy ówczesny wicemistrz Francji rzutem na taśmę wywalczył utrzymanie w elicie. Błędna polityka transferowa, słaba gra i perypetie na stanowisku trenera sprawiły, że Monaco nie potrafiło wyróżnić się nawet na tle takich przeciętniaków jak Caen, Nimes czy Amiens. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że monakijczycy byli najgorszym zespołem w stawce w meczach na własnym stadionie, to nic dziwnego, że kibice mieli dosyć, demonstrując swoje niezadowolenie podczas burzliwych rozmów z piłkarzami. Sezon 2019/2020 miał być nowym otwarciem – swoistym preludium do odkupienia po roku w czyśćcu. Wyrzucono z pamięci złe chwile sprzed kilku miesięcy i zajęto się przygotowaniami do jak najlepszego startu. Dmitrij Rybołowlew nie oszczędził na transferach. Do Księstwa zawitali m.in. Wissam Ben Yedder, Benjamin Lecomte, Guillermo Maripan, Islam Slimani, a do tego wykupiono przebojowego Gelsona Martinsa, który był jedną z pierwszoplanowych postaci w walce o pozostanie w Ligue 1. Szybko okazało się, że pomimo wszelkich starań, wszystko zostało po staremu. Brak zgrania, mnóstwo zmian w wyjściowej jedenastce, nieporadność w ofensywie połączona z dziecinnymi błędami na tyłach. To wszystko sprawiło, że drużyna rozpoczęła sezon od dwóch dotkliwych porażek 0:3 – najpierw z Lyonem, a potem z beniaminkiem z Metz. Błyskawicznie wróciły koszmary z ostatnich miesięcy. Za najlepszy dowód (nie)przygotowania do sezonu służy, że w pierwszych meczach wystąpili tacy zawodnicy jak Jonathan Panzo, Lyle Foster czy Henry Onyekuru, którzy szybko

| str. 45

potwierdzili, że nie prezentują odpowiedniego poziomu. Inna sprawa, że ci bardziej doświadczeni, z Glikiem czy Jemersonem na czele, również nie prezentowali najwyższej formy.

Au revoir… znowu Leonardo Jardim w pierwszych kolejkach sporo mieszał z formacjami i personaliami w podstawowym składzie. Niełatwym więc zadaniem było poprawne wytypowanie wyjściowej jedenastki. Co gorsza, nawet kiedy monakijczykom zaczynało się układać, sami zawodnicy komplikowali sprawy. W pierwszej kolejce czerwoną kartkę szybko obejrzał Cesc Fabregas, tydzień później Ruben Aguilar. Mało? W trzecim meczu na taką karę zasłużył Jemerson.

- Sezon zaczął się bardzo źle. Stworzyliśmy zespół dopiero pod koniec sierpnia i nie mieliśmy normalnych przygotowań. Dlatego zdobyliśmy tylko dwa punkty w pierwszych czterech kolejkach. Potem zaczęliśmy się poprawiać. Decyzja klubu była dla mnie zaskoczeniem, bo słabe wyniki na pewno nie były winą tylko sztabu szkoleniowego – tłumaczył się Jardim kilka dni po zwolnieniu. Zakończenie współpracy z Portugalczykiem mogło dziwić, bowiem klub z Księstwa odniósł trzy zwycięstwa w czterech spotkaniach kończących zmagania w 2019 roku. Efektowna wygrana nad wicemistrzem z Lille (5:1) nie uratowała jednak zagrożonej posady trenera. 45-latek ponownie pożegnał się z drużyną w ostatnich dniach grudnia, choć o rozstaniu mówiło się już we wrześniu. Wtedy uratowała go prestiżowa wygrana w derbach Lazurowego Wybrzeża przeciwko Nicei. Nie ma wątpliwości, że zostałby zwolniony już na początku sezonu, gdyby nie świetna dyspozycja Ben Yeddera i Slimaniego. Para


LE BALLON MAGAZINE

ta uznawana jest za najlepszy duet minionych rozgrywek. Mieli oni udział w niemal wszystkich bramkach zdobywanych przez monakijczyków. Poprawa wyników nadeszła, gdy Monaco wreszcie zaczęło przypominać zgraną drużynę. Trzeba tu też wspomnieć o Aleksandrze Gołowinie, który od września wyrósł na prawdziwego lidera – wreszcie grał na poziomie dobrze znanym z ostatniego mundialu w Rosji.

Hiszpańska wizja przyszłości Wspomniane zwycięstwo odniesione w siódmej kolejce było pierwszym triumfem Monaco w sezonie i dało klubowi oddech. Zespół w kolejnych miesiącach nie osiągnął jednak poziomu sportowego oczekiwanego przez władze i kibiców. O zaspokojenie wielkich ambicji miał od stycznia zająć miał się Robert Moreno – szkoleniowiec znany z pracy w wielu klubach u boku Luisa Enrique, zastępujący go przez kilka miesięcy w roli selekcjonera reprezentacji Hiszpanii. Nowy człowiek nie prowadził dotąd samodzielnie jakiegokolwiek klubu, ale wiceprezes klubu, Oleg Pietrow, podkreślał, że zespół ma długą historię podpisywania kontraktów z młodymi utalentowanymi trenerami, od Gerarda Banide’a

SEZON AS MONACO

i Arsene’a Wengera po Didiera Deschampsa. O problemach Monaco szkoleniowiec przekonał się bardzo szybko. Co prawda debiut przeciwko Paris Saint-Germain zakończył się obiecującym remisem, ale potem Moreno musiał się przyglądać, jak jego drużyna traciła trzy bramki ze Strasbourgiem i Nimes oraz odpadała z Pucharu Francji z Saint-Etienne. Później gra wciąż nie zachwycała, ale trzy kolejne zwycięstwa dały podstawę, aby myśleć o czymś więcej niż tylko o środku tabeli. Moreno dawał szansę wielu piłkarzom, a ponadto wrócił na stałe do ustawienia z czterema obrońcami. Ale monakijczyków w tamtym czasie można było zaliczyć do ligowych średniaków. Na równi z Reims, Montpellier, Nantes czy Niceą.

O krok od pucharów? Zatrudnienie nowej osoby miało posłużyć również oczyszczeniu gęstej atmosfery w szatni. I to się udało. Przez chwilę klub znalazł się nawet na nadspodziewanie wysokim piątym miejscu w tabeli. Adrien Silva otwarcie mówił wówczas, że zespół mierzy w dogonienie trzeciego Rennes i powrót do Ligi Mistrzów. W podobnym tonie wypowiadały się również władze – po ogłoszeniu przedwczesnego zakończenia

Monaco było jedną z ekip utyskujących na niesłusznie odebrane szanse. Czy jednak chimeryczna drużyna naprawdę mogła osiągnąć tak wygórowany cel? Nieprawdziwym byłoby stwierdzenie, że Monaco wróciło do formy sprzed lat. Nawet jeśli wygrywało spotkania, to często styl pozostawiał wiele do życzenia, a zdobywanie bramek często uzależnione były od jednej lub dwóch osób. Niemniej, drużyna znalazła się o włos od Ligi Europy. W ostatniej rozegranej kolejce przegrali jednak w ostatnich minutach z Niceą i bolesna porażka zadecydowała – w pucharach znalazł się lokalny rywal. Gelson Martins, który odbywa karę sześciu miesięcy zawieszenia po ataku na sędziego, jest optymistycznie nastawiony na przyszłość klubu. Według niego monakijczycy mogą nawet odzyskać w najbliższym czasie tytuł mistrzowski. Zważając na dwa poprzednie sezony to bardzo odważne słowa. Tym bardziej, że w związku z kłopotami wywołanymi przez pandemię koronawirusa i zmianami przepisów, klub będzie musiał rozstać się aż z 30 zawodnikami. Zamiast marzeniami o mistrzostwie, klub powinien się dziś martwić stabilnością finansową. Kolejny rok bez pucharów może być katastrofalny w skutkach.

| str. 46


LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

MODA NA FRANCJĘ Autor MATEUSZ MAJAK - Eleven Sports twitter: @matimajak

T

rend pozyskiwania piłkarzy znad Sekwany do Bundesligi utrzymuje się od dobrych kilku lat. Jeszcze w sezonie 2012/2013 po niemieckich boiskach biegało zaledwie trzech Francuzów. W kolejnych latach liczba ta sukcesywnie rosła i w końcu zatrzymała się na 26 nazwiskach. To drugi, zaraz po Austrii (29 piłkarzy) najliczniej reprezentowany kraj w niemieckiej ekstraklasie.

Na atuty zawodników wychowanych we Francji szybko uwagę zwrócił Monchi, dyrektor sportowy Sevilli, jeden z najlepszych w swoim fachu. Zaznaczał, że pod względem fizycznym i taktycznym piłkarze z Ligue 1 są jednymi z najlepszych na rynku transferowym. Za przykład stawiał... Grzegorza Krychowiaka, który jako nasto-

| str. 47

latek trafił nad Sekwanę, a po transferze ze Stade Reims szybko odnalazł się również w czołowym hiszpańskim zespole. Trenerzy i dyrektorzy sportowi niemieckich klubów szybko doszli do podobnych wniosków i z każdym rokiem coraz odważniej sięgali po graczy z Ligue 1, Ligue 2 czy nawet z zespołów młodzieżowych. Podobnie jak Monchi, zaczęli dostrzegać również inne zalety takich ruchów. Przede wszystkim stosunek ceny do jakości. Sumy transferowe i oczekiwania finansowe graczy mieszczą się w granicach rozsądku, a jeśli współpraca układa się pomyślnie, to można później zainkasować niemałą sumkę na transferze wychodzącym. Zapytajcie w małym, średnim czy dużym klubie Bundesligi. W każdym potwierdzą, że warto stawiać na Francuzów. Nawet jeśli czasami sprawiają problemy i potrafią zaleźć za skórę.


LE BALLON MAGAZINE

liczyć. Jednak na stolicy Francji świat się nie kończy i szczęścia można poszukać w innym miejscu. W Lipsku mocno zabiegali o Nkunku, ale też długo negocjowali cenę. Stanęło na 13 milionach euro, mimo że PSG domagało się ponad 20. Proces adaptacji przebiegł błyskawicznie. 22-latek szybko wkomponował się w drużynę i w lot zrozumiał filozofię Juliana Nagelsmanna. Niemiecki trener znany jest z tego, że jak mało który szkoleniowiec potrafi rozwinąć piłkarza i wycisnąć maksimum z jego możliwości. Nkunku skorzystał również na swojej wszechstronności. Może zagrać niemal na każdej pozycji w linii pomocy i ataku. Przy stylu gry Lipska to szczególnie przydatna cecha – tu piłkarze rzadko są przywiązani do konkretnej pozycji. Ktoś mógłby zwrócić uwagę na przeciętne warunki fizyczne Christa, ale dla niego to żadna przeszkoda. Jak sam mówi, inspiruje się grą Marco Verrattiego, który doskonale wie, jak podejmować fizyczną walkę mimo kiepskich warunków. W tym sezonie ligowym Nkunku ma już na swoim koncie 4 gole i 12 asyst. Popisową partię rozegrał przeciwko Schalke w 23. Kolejce, kiedy zanotował aż 4 ostatnie podania. Przed wybuchem pandemii mówiło się, że Didier Deschamps może dać mu szansę w meczach towarzyskich z Ukrainą i Finlandią.

Marcus Thuram

Oto trójka najbardziej obiecujących francuskich talentach, jakie zwróciły uwagę w ostatnim roku w Bundeslidze. Każdy z nich ma potencjał na jeszcze większe kluby.

Dayot Upamecano Valenciennes, Salzburg i dopiero Lipsk. Tak wyglądała droga Upamecano do Bundesligi. Błyszczeć zaczął dopiero w tym sezonie. Trochę z przypadku, bo jego partnerzy ze środka obrony - Willy Orban i Ibrahima Konate - ciągle zmagali się z urazami. 21-latek nie wystrzegał się błędów, ale świetnie poradził sobie z przejęciem odpowiedzialności za grę defensywną zespołu. Radził sobie na tyle dobrze, że po każdym weekendzie wydłużała się lista klubów zainteresowanych jego usługami. Jasne, Arsenal wrażenia nie robi, ale już ewentualna rywalizacja z Sergio Ramosem i Raphaelem Varanem w Realu -

zdecydowanie tak. Cena? 60 milionów euro. Tyle ma wynosić jego klauzula. W całym zespole RB ma największy procent wygranych pojedynków - 64.1%. Do tego celność podań na poziomie 90.8% Jak na środkowego obrońcę i przy swoich warunkach fizycznych jest całkiem szybki. Upamecano to już czołowy obrońca w Bundeslidze i jeden z najbardziej obiecujących młodych stoperów w Europie. Tylko czekać, aż znajdzie się w reprezentacji Francji.

Nieczęsto zdarza się, że syn idzie w ślady ojca i mimo ciężaru nazwiska robi karierę na przynajmniej niezłym poziom. Thuramowi idzie całkiem nieźle. Pierwsze kroki stawiał w Ligue 2 w barwach Sochaux. Kolejny etap to przeciętne Guingamp, ale już na poziomie Ligue 1. W swoim drugim sezonie nie uratował zespołu przed spadkiem, ale grał na tyle dobrze, że zapracował na transfer do Borussii Mönchengladbach. Początki w ekipie “Źrebaków” były ciężkie, ale wraz z upływem czasu Thuram lepiej zrozumiał się z rodakiem Alassanem Pléą i Szwajcarem Breelem Embolo. Jego gra została doceniona przez piłkarzy z Bundesligi, którzy wybrali go odkryciem jesieni w lidze niemieckiej. Mimo że gra w ataku, ma w sobie coś z ojca. W Gladbach często zachowuje się jak pierwszy obrońca. Praca w defensywie nie przynosi mu ujmy, a do tego dokłada całkiem dobre liczby w ataku: 8 asyst i 8 bramek w 27 kolejkach. Czy ma potencjał na miarę laurów, które zdobywał jego ojciec? Trudno powiedzieć, ale z pewnością Thurama juniora stać na kolejny duży krok w karierze.

Christopher Nkunku Dan-Axel Zagadou, Jean-Kévin Augustin, Moussa Diaby. Co, oprócz naradowości, łączy tych piłkarzy i Christophera Nkunku? Wszyscy próbowali się przebić w PSG i żadnemu ta sztuka się nie udała. Nkunku w Paryżu zdobył aż 11 pucharów, ale na regularną grę w wyjściowym składzie nie mógł

| str. 48


LE BALLON MAGAZINE

RETRO

25 LAT WIELKOŚCI

SAINT-ETIENNE ŻEGNA SFINKSA W ciszy i samotności, w cieniu zmagań kraju z pandemią, odszedł symbol Saint-Etienne. Robert Herbin pożegnał się tak, jak żył i pracował – skromnie i bez rozgłosu.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

- Miałem ledwie 7 lat, kiedy Saint-Etienne przegrało w Glasgow z Bayernem, ale wciąż pamiętam paradę na Polach Elizejskich dzień po meczu. Zieloni podbili wtedy serca całej Francji. Straciliśmy człowieka odpowiedzialnego za jeden z najpiękniejszych rozdziałów w historii francuskiej piłki – hołd ze strony selekcjonera mistrzów świata, Didiera Deschampsa, oddaje wielkość Sfinksa.

nie pracują wystarczająco w odbiorze i to nas osłabia. Poprosiłem, żeby przesunął mnie do środka pola – opowiadał przed laty sam Sfinks w wywiadzie z „L’Equipe”. - Przyjął moją propozycję. Tak wygraliśmy mecz o mistrzostwo z Nantes, a ja zdobyłem bramkę. Dwa sezony później, wciąż na tej pozycji, zostałem drugim strzelcem ligi, a nie wykonywałem nawet karnych.

W 1957 roku nastoletni talent kupiony za kwotę powyżej oficjalnie dozwolonych 5000 franków dołączał do zespołu świętującego pierwszy mistrzowski tytuł. 26 lat później zostawiał Sainté jako 10-krotnego mistrza Francji. Rekord tkwi w rękach Zielonych do dziś.

Reprezentacja Francji korzystała z niego na całej długości boiska, od obrony po atak. Występy w trójkolorowych barwach zakończył jednak przedwcześnie i zebrał ich ledwie 23. Na mundialu w 1966 nabawił się poważnej kontuzji, którą leczył przez niemal rok. Opuścił cały sezon 1966/67 – wrócił dopiero na ostatni mecz. I zdobył hat-tricka.

Chociaż Herbin szybko przebił się do składu, gwiazdą został dopiero, gdy kilka lat później Les Verts wylądowali w drugiej lidze. Spędzili tam tylko sezon, a 24-letni wówczas stoper zakończył przypieczętowany powrotnym awansem rok jako najlepszy strzelec klubu. Już wtedy wyrobił markę piłkarza kompletnego. - Podawał z wielką precyzją. A były to czasy, przynajmniej we Francji, kiedy każde zagranie do boku komentowały gwizdy. Należało zawsze grać do przodu – wspominał po latach inny legendarny trener, Gilbert Gress. – Miał świetną technikę i dobrze grał głową, czym przypominał libero pokroju Beckenbauera. Już wtedy wyróżniało go taktyczne wyczucie na miarę przyszłego wybitnego szkoleniowca – na tyle duże, że przełożony brał jego spostrzeżenia po uwagę. W sezonie 1963/64 Herbin zasugerował zmianę, która ukształtowała kolejne lata ASSE. - Zainterweniowałem u trenera Jeana Snelli, bo z perspektywy stopera widziałem, że pomocnicy

O ile jednak kariera reprezentacyjna chyliła się ku końcowi – w ‘68 zagrał ostatni raz, w symbolicznym z perspektywy czasu meczu u boku innej przyszłej legendy, Aimé Jacqueta – o tyle klubowa miała dopiero wejść w najlepsze lata. W 1967 Sainté zmienili bowiem trenera. Snellę zastąpił Albert Batteux – architekt historycznych sukcesów Stade de Reims w latach 50. i medalista mundialu w ‘58 jako selekcjoner Les Bleus. Jedną z pierwszych decyzji Batteux było odebranie opaski kapitana Rachidowi Mekloufiemu – ówczesnej gwieździe i do dziś drugiemu strzelcowi w historii ASSE – i przekazanie jej Herbinowi. - Kapitan to niekoniecznie

najlepszy piłkarz. To symbol. Ktoś, kto najlepiej reprezentuje wartości klubu i daje przykład innym – uzasadniał. Czas miał pokazać, że nie mógł trafić lepiej. Z nowym trenerem Zieloni zdobyli cztery mistrzostwa z rzędu. Niebagatelną rolę odgrywał w tym też Herbin – z konieczności

| str. 50


LE BALLON MAGAZINE

odmieniony po kontuzji, znów wycofał się do defensywy i na stałe zastąpił salwy goli Beckenbauerowską gracją z opowieści Gilberta Gressa. - Przed urazem byłem zbyt impulsywny. Chciałem być wszędzie. Przerwa odcisnęła na mnie psychologiczny ślad i zmieniła moje podejście. Zrozumiałem, że wcześniej marnowałem siły i bezmyślnie narażałem zdrowie – opowiadał w 2006 „L’Equipe”. - Największym osiągnięciem z tamtych czterech tytułów był ostatni. W lidze przegraliśmy tylko jeden wyjazdowy mecz. W dodatku wyeliminowaliśmy Bayern z Pucharu Mistrzów – to moja największa duma z piłkarskich czasów. Po czterech latach hegemonii drużyna Batteux wytraciła tempo. Ku rozczarowaniu prezesa Zielonych Rogera Rochera, szkoleniowcowi nie udało się też powtórzyć europejskich sukcesów, którymi zbudował swoją legendę w Reims. Podpadł szefowi i zaczął obrywać za archaiczne metody treningowe. Sainté z niego zrezygnowali, a miejsce fachowca zajął piłkarz, który od dawna marzył o trenerskiej karierze i miał już za sobą niezbędny kurs. Przyjęło się mówić, że odejście Batteux zbiegło się w czasie z wymuszonym kontuzją zakończeniem kariery Herbina, choć on sam twierdził po latach, że gdyby nie trenerska posada, nie zrezygnowałby z piłki. - Miałem 33 lata, byłem w świetnej

formie i mogłem jeszcze grać, ale zostałem namaszczony na następcę Batteux. Dopiero skończyłem kurs i przez pierwsze miesiące brakowało mi murawy. W końcu zainwestowałem tę energię w treningi z chłopakami. Dużo rozmawialiśmy, zmieniłem rytm pracy, drużyna odżyła. Zmiana szybko przyniosła efekty. Po debiutanckim sezonie w nowej roli Herbin – najmłodszy w lidze – został przez „France Football” wybrany francuskim trenerem roku, choć Sainté finiszowali poza podium. W kolejnym roku odzyskali pełnię blasku – po trzyletniej przerwie odzyskali tytuł, a pod względem przygotowania i taktyki znów byli w awangardzie. Tym razem nie tylko krajowej. - Tamto Saint-Etienne pchnęło francuską piłkę na nowe tory – wspominał sam Sfinks. - Ówcześni francuscy piłkarze wiedli dostatnie życie bez zbytniego wysiłku. Na treningach nie pracowało się dość ciężko – szukaliśmy w piłce tylko dobrej zabawy. Ten brak zaangażowania odbijał się w fizycznych i mentalnych stratach do europejskich rywali. Postawiłem więc na fizyczne przygotowanie. Piłkarze już przed treningiem wiedzieli, że wyleją się z nich siódme poty. Tak wypracowaliśmy intensywność i bezbłędną powtarzalność. Każdy się nas bał. Nie było w tym cienia przesady. Zieloni Herbina wspięli się na jeszcze wyższy poziom niż w poprzedniej dekadzie. Między marcem 1974 a kwietniem 1975 wygrali 28 domowych meczów z rzędu – passę przerwał dopiero remis 0-0 z Bayernem. Początkowo bywali krytykowani za mało atrakcyjny styl, choć Herbin obruszał się na sugestię, że ograniczał zawodników: - Pozwalałem na

| str. 51

wszystko, tak długo jak nie narażali drużyny. Powtarzałem, by nie ryzykowali zagraniami, których nie byliby w stanie wykonać prawidłowo w 999 na 1000 prób. To napędzało ich do cięższej pracy. Oczywiście, pod bramką rywala czasem trzeba spróbować czegoś szalonego, ale na własnej połowie to niewybaczalne. Starałem się rozwijać inteligencję moich graczy, by sami czuli, kiedy mogą podjąć ryzyko.

townej drużynie epoki: - Inspirował mnie Ajax. Fascynujący kolektyw, w którym za wybitnymi jednostkami stała wspólna obrona i atak całej drużyny. Naciskali bardzo wysoko, a ich pomoc robiła wszystko, żeby jak najlepiej zabezpieczyć obrońców. Na końcu zaś był Cruyff, któremu pozwalali wykorzystać pełnię talentu. To wizja futbolu, w jakiej widziałem siebie jako piłkarz, i jaką próbowałem realizować jako trener.

Filozofii Sfinksa przyświecały dwie przewodnie myśli. Z jednej strony szukał siłowego futbolu, licującego z duchem robotniczego miasta: - Ludzie, którzy przychodzą na Geoffroy-Guichard są twardzi, bo codziennie walczą o przetrwanie. Piłka to dla nich coś więcej niż odskocznia. Chcą widzieć w piłkarzach swoje odbicie. Z drugiej – wzorował się na najbardziej efek-

Metody Sfinksa okazały się skuteczniejsze niż ktokolwiek przypuszczał. Udało mu się to, z czym nie poradził sobie poprzednik – ASSE zaistniało w Europie. Najpierw osiągnęli półfinał (po drodze pokonując m.in. Ruch Chorzów), a w kolejnym sezonie – finał Pucharu Mistrzów. Początkowe wątpliwości co do stylu zespołu były już wtedy odległą przeszłością. W wielkim finale w Glasgow


LE BALLON MAGAZINE

znów starli się ze swoim nemesis, Bayernem. Przed meczem nie mieli szczęścia, bo kontuzje wyeliminowały podstawowych Gérarda Farisona i Christiana Synaeghela, a niezbędnemu Dominique’owi Rocheteau zdrowie pozwoliło wejść tylko na kilka minut. Zieloni ulegli znakomitym Bawarczykom, ale mimo to do kraju wrócili jako bohaterowie. Na Polach Elizejskich powitały ich tłumy, na czele z prezydentem Giscardem d’Estaingiem. Herbin i jego piłkarze na dobre zapisali się wtedy w historii jako jeden z najlepszych francuskich zespołów. Siłą Herbina były relacje z podopiecznymi. Z większością z nich jeszcze niedawno dzielił boisko, a zespół wzmacniał głównie młodymi wychowankami, jak Patrick Revelli i Dominique Rocheteau. Wyjątkowy pokaz więzi z Herbinem drużyna dała w ostatniej kolejce sezonu 1974/75. Tytuł był już pewny, więc szatnia nakłoniła tren-

era, by zagrał przeciwko Troyes. Herbin po trzyletniej przerwie wyszedł w podstawowym składzie, a w końcówce spotkania zawodnicy namówili go jeszcze do wykonania karnego. - Oswaldo Piazza powtarzał „Strzelaj! Strzelaj!”. Nie mogłem odmówić. Podszedłem i trafiłem. Mimo to na zewnątrz miał reputację chłodnego, nieprzystępnego i wypranego z emocji. Tak przylgnął do niego pseudonim – Sfinks. - Nie lubiłem tej ksywy. Rzeczywiście, rzadko podrywałem się z ławki i dawałem się ponieść emocjom, ale na co dzień byliśmy z drużyną bardzo blisko. Nie mogło być inaczej – przecież nie byłem od nich o wiele starszy. Relacje dawnych współpracowników potwierdzają, że łatka nie była całkiem zasłużona. - W prywatnych sytuacjach był skromny, ale nie pochmurny – zapewniał w “L’Equipe” wieloletni

fizjoterapeuta ASSE, Gerard Forissier. - Z drugiej strony, jego publiczny wizerunek nie był żadną pozą: po prostu nabierał wtedy skupienia. Mam ładne zdjęcie z ćwierćfinału Pucharu Mistrzów przeciwko Dynamu Kijów. Rocheteau strzelił w dogrywce gola na wagę awansu i kilku z nas z radości podskoczyło z rękami w górze. On nawet nie drgnął. Wiedział, że możemy jeszcze stracić.

- Ponury wizerunek „Sfinksa” do niego przywarł, ale z nami stale rozmawiał i żartował – mówił Patrick Revelli. Bramkarz mistrzowskich zespołów Herbina, Ivan Ćurković uzupełnił obraz: - Był spokojny, dyskretny, niezbyt wylewny. Nigdy nie widziałem u niego złości. Ale był też wymagający. Taktykę wykładał powoli i spokojnie. Nie podnosił głosu i nigdy niczego nie powtarzał. Krótko nakreślał ramy, a potem rozdawał piłkarzom zadania. A my robiliśmy, co tylko kazał. Byliśmy blisko i często z nim rozmawiałem, bo jako na-

| str. 52


LE BALLON MAGAZINE

jstarszy w drużynie byłem przedłużeniem jego ręki na boisku, ale znałem swoje miejsce – to on był trenerem. Podobnie opisywał Herbina inny wielki trener, którego Francja niedawno pożegnała – Michel Hidalgo: - Mimo wielkich sukcesów Robby zachował pokorę. Potrafił słuchać. Nigdy nie pozował, nie było w nim ani grama sztuczności. Rzadko okazywał uczucia i mówiono o nim, że jest chłodny, ale tak naprawdę był bardzo wrażliwy. Ukrywał emocje, bo był skromny i wstydliwy. Może to skromna, wycofana osobowość zadecydowała o tym, że Herbin nie odnalazł się dobrze w nowej rzeczywistości. Po sukcesach z 1976 zdobył jeszcze jeden tytuł – 5 lat później – ale mówiło się, że nowa polityka klubu jest mu nie w smak. Nie odpowiadała mu praca z drogimi gwiazdorami, jak Michel Platini i Johnny Rep, którzy wyparli wychowanków Sainté. Na koniec uwikłał się jeszcze w wewnątrzklubową walkę o wpływy i choć wygrał z prezesem Rocherem, opuścił klub swojego życia niedługo po nim. Zanotował jeszcze sensacyjny, ale nieudany epizod u odwiecznego rywala ASSE, Lyonu, oraz równie mało spektakularne chwile w Strasbourgu i Al-Nasr. W końcówce lat 80. wrócił na Geoffroy-Guichard – zastąpił Henryka Kasperczaka i w pierwszym roku wywindował drużynę z 17. na 4. pozycję, ale na dłuższą metę nie uchronił Zielonych przed marazmem i po trzech sezonach znów opuścił klub. Ostatnie 20 lat spędził na uboczu, w domu pod Saint-Etienne. Przegrywał z nałogami, ale najgorsza okazała się samotność. W trakcie pandemii rodzina przestała go odwiedzać, a pomoc domowa nie mogła go doglądać przez rządowe restrykcje. - Owszem, przez ostatnie lata żył z dala od ludzi, ale raczej z powodu skromności i nieśmiałości niż dlatego, że stronił od towarzystwa – mówił w ostatnich dniach Gerard Forissier. - Okoliczności sprawiają, że ta strata jest jeszcze bardziej przykra. Nie mógł dostać pożegnania, na jakie zasłużył. Klubowy ośrodek w L’Etrat będzie od teraz nosił imię Roberta Herbina. Wydaje się, że to godny sposób uhonorowania człowieka, który wytrenował i rozwinął najzdolniejsze pokolenie w dziejach Saint-Etienne.

| str. 53


LE BALLON MAGAZINE

| str. 54


CZY PATRICK VIEIRA WEJDZIE NA SZCZYT?

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

ŚLADAMI WIELKICH

MENTORÓW Rok temu Patrickowi Vieirze miano najbardziej obiecującego francuskiego menedżera młodego pokolenia odebrało tylko nagłe pojawienie się na scenie Juliena Stephana. Choć tegoroczne rozgrywki zakończył oczko wyżej niż poprzednie, dziś ocena pracy trenera Nicei nie jest tak jednoznaczna.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Od początku zmagał się na Lazurowym Wybrzeżu z masą przeciwności. Trafił do klubu w chwiejnym, przejściowym okresie. Do sezonu ruszył bez kontuzjowanego gwiazdora, Wylana Cypriena. Okres przygotowawczy upłynął na sporach z dąsającym się Mario Balotellim, który ostatecznie pozostał w klubie jeszcze na pół roku, ale spędził je głównie na stwarzaniu dyscyplinarnych problemów. W dodatku ofensywę wzmocnił jedynie młody Myziane Maolida, który mimo sporej ceny (10m€) nie był gotów, by poprowadzić atak Orląt.

W oku cyklonu Poza boiskiem świeżo zatrudniony trener nagle okazał się jedynym pewnym szczeblem w kierowniczej drabinie. Architekci rozwoju Nice w ostatnich latach – prezes Jean-Pierre Rivere i dyrektor sportowy Julien Fournier – popadli bowiem w konflikt z głównym akcjonariuszem Chienem Lee i odeszli z klubu. Przyczyną była niechęć Lee do reinwestowania w kadrę pieniędzy zarobionych na piłkarzach, o której Vieira zdążył się już przekonać na własnej skórze. - Co do sprzedaży zgadzamy się [z właścicielem] zawsze, co do zakupów niekoniecznie – tłumaczył wówczas Rivere. Odejście tandemu było ich własną decyzją, co sprawiło, że trener poczuł się oszukany. Kilka miesięcy wcześniej to Fournier namówił go do wejścia w ich “długofalowy projekt”: - Dużo rozmawialiśmy. Różnicę między Niceą a innymi klubami stanowiło to, że Julien specjalnie przyjechał do Nowego Jorku. W innych klubach rozmowy zaczynały się

| str. 55

od “jeśli będziesz w Paryżu...”. Podejście Fourniera było dla mnie istotne. Przez chwilę wyglądało na bardzo prawdopodobne, że kadencja byłego kapitana Les Bleus w Nicei dobiegnie końca po ledwie półroczu – zwłaszcza, że wyniki go nie broniły i spekulowano, że Chien Lee spróbuje znaleźć menedżera bez koneksji z byłymi szefami. Zamiast tego Lee udobruchał Vieirę zatrudniając na stanowisku dyrektora sportowego jego dawnego kolegę z Arsenalu, Gillesa Grimandiego. Nowy dyrektor nie zdążył się sprawdzić w nowej roli, bo z końcem sezonu doszło do kolejnych zmian.

Uczeń odwiecznych wrogów Nim do tego doszło, Vieira dokończył rozgrywki 2018/19 u steru Les Aiglons i zbudował w ojczyźnie trenerską markę. Wybrakowany, pozbawiony ofensywnej jakości zespół na przestrzeni roku wypracował równe, solidne wyniki. Początkowo młodemu trenerowi zarzucano, że dobre rezultaty zawdzięcza głównie popisom bramkarza Waltera Beniteza i wahadłowego Youcefa Atala, ale w drugiej części sezonu w końcu doceniono pracę Patricka. Nicea coraz głośniej była chwalona za znakomitą organizację i konsekwencję w grze. Francuz zbierał także komplementy za adaptację do trudnych warunków. W dobrym świetle postawiła go też konfrontacja z Thierrym Henrym, także debiutującym na ławce trenerskiej w Ligue 1. W kontraście do zwolnionego po kilku miesiącach kolegi wypadł jako znacznie


LE BALLON MAGAZINE

zdolniejszy z dwójki uczniów Arsene’a Wengera. Kiedy zaczynał pracę na wybrzeżu, opisywał swój pomysł na piłkę jako mieszankę lekcji wyciągniętych od Wengera i Jose Mourinho: - Ważne, żeby przekazać piłkarzom wszystkie możliwe informacje o rywalach, ale trzeba im też dać wolność ekspresji. Chciałbym narzucać styl przeciwnikom nasz styl i często grać na jeden kontakt. Zamierzam budować na fundamentach położonych przez Claude’a Puela i Luciena Favre’a. Mimo ofensywnej gry zależy mi jednak na zwartej defensywnie. Liczy się, by wydobyć z piłkarzy wszystko, co najlepsze. W praktyce dał się poznać jako trener bliższy filozofii Portugalczyka. Orlęta można było chwalić za wiele rzeczy, ale nie za styl i ofensywną klasę. Vieirę rozgrzeszały jednak braki kadrowe. Korzystał z tego, co zastał – i zdołał przy tym wylansować

CZY PATRICK VIEIRA WEJDZIE NA SZCZYT?

Atala na gwiazdę wycenianą na dziesiątki milionów.

Pat i pat Przed sezonem przyszedł kolejny przewrót – Chien Lee odsprzedał klub grupie INEOS należącej do brytyjskiego miliardera Jima Ratcliffe’a, którego do inwestycji nakłonił... Były prezes, Jean-Pierre Rivere. Na papierze przejęcie niosło dla Vieiry i fanów OGC świetne wieści – nowy właściciel zapowiadał spory zastrzyk gotówki w klubowej kasie. Z transakcją wiązały się jednak dwa haczyki. Powrót duetu Rivere-Fournier znów postawił przyszłość trenera pod znakiem zapytania – 43-latek miał im za złe odejście i nie był gotów zaufać nowym-dawnym przełożonym. Ten problem udało się Rivere’owi

zażegnać, ale trudniejszą przeszkodę stanowił Lee. Biznesmen celowo przedłużał negocjacje i sprawa ciągnęła się tygodniami. Właścicielski pat zaszkodził także przygotowaniom zespołu – przez większość pre-sezonu i okna transferowego nie było pewności, czy klub trafi do nowych rąk. Transakcja została domknięta kilka dni przed końcem mercato. Nowi szefowie hurtem sfinalizowali planowane od tygodni transfery – Orlętami zostali Kasper Dolberg (20m€), Alexis Claude-Maurice (13m€), Stanley N’Soki (12m€), Hichem Boudaoui (4m€) i Adam Ounas (wypożyczenie). Większość z nich to wyczekiwane i niezbędne wzmocnienia ataku. Tyle że zakupowe szaleństwo w rzeczywistości skomplikowało położenie Vieiry, przynajmniej krótkoterminowo. Do dyspozycji dostał wszak grupę piłkarzy młodych, nieprzygotowanych do sezonu i niezgranych

| str. 56


LE BALLON MAGAZINE

| str. 57

CZY PATRICK VIEIRA WEJDZIE NA SZCZYT?


CZY PATRICK VIEIRA WEJDZIE NA SZCZYT?

LE BALLON MAGAZINE

z nową ekipą. Sumy i nazwiska zrobiły wrażenie, oczekiwania wzrosły, ale efekt nie mógł być natychmiasowy.

Co dalej? Wyniki Nicei poprawiły i ustabilizowały się dopiero w grudniu – głównie za sprawą odnajdującego się coraz lepiej Dolberga. Drużyna odnalazła zagubioną jesienią równowagę: o ile w pierwszych 16 kolejkach przegrała aż 9 spotkań, o tyle w ostatnich 12 – tylko jedno. Nie zdołała jednak w tym czasie złożyć choćby jednej serii zwycięstw. Choć kadra stała się mocniejsza i bardziej wyrównana, Vieira wciąż nie zdołał wypracować postępów w ataku. Nawet w najlepszej dyspozycji w ostatnich miesiącach Nicea nie miała powtarzalnego i rozpoznawalnego stylu. Na jego niekorzyść przemawiały też zagadkowe decyzje – jak choćby wystawianie utalentowanego stopera Malanga Sarra na boku obrony, mimo dysponowania bardziej naturalnymi kandydatami do roli. Upór w tej sprawie już odbija się klubowi czkawką: 21-latek, na którym OGC miało zarobić pokaźne pieniądze, nie przedłuży kontraktu i jeszcze tego lata odejdzie za darmo. Były prezes Nicei Gauthier Ganaye, który zajmował stanowisko między kadencjami Reviere’a w 2019, w rozmowie z „GFFN” wziął krytykowanego trenera w obronę: - Ma wszystko co potrzebne, by odnieść sukces: charyzmę, techniczną i taktyczną wiedzę, wpływy trenerów z całej Europy. Pierwszy jego sezon był bardzo obiecujący. Trenerowi trudno pracować w trakcie ciągłych zmian wokół. Zawsze powtarzam, że prowadzenie klubu polega na zapewnieniu ludziom przy linii bocznej i na murawie najlepszych możliwych warunków działania. Dopóki takich nie dostanie, trudno o rzeczową ocenę. Miał też sporo pecha, jeśli chodzi o kontuzje. Dlatego myślę, że pora na rozliczenia przyjdzie dopiero w następnym sezonie. W nowych rozgrywkach Vieira prawdopodobnie znów dostanie do dyspozycji lepszą kadrę. Finansowe wsparcie INEOS sprawia, że plany transferowe Les Aiglons nie ulegną wielkim zmianom pod wpływem pandemii. Pierwszą zapowiedzią dużych zmian kadrowych było odesłanie do macierzystych klubów całej trójki graczy wypożyczonych w poprzednich rozgrywkach: Ounasa, Moussy Wagué i Rizy Durmisiego. - Podjęliśmy te decyzje z myślą o kolejnych ruchach – tłumaczył dyrektor wykonawczy Nicei, Bob Ratcliffe. - Planujemy przebudowę kadry i będziemy się przyglądali innym opcjom [niż tamci gracze]. Jeśli rzeczywiście dojdzie do pokaźnych wzmocnień, na Vieirze spocznie znacznie większa presja – tym razem niepewność i kadrowy chaos nie będą mocnymi argumentami. Trener będzie musiał udowodnić, że świetne opinie i zainteresowanie większych klubów z zeszłego lata były uzasadnione.

| str. 58


ROZMOWA ZE SKAUTEM GIRONDINS DE BORDEAUX

LE BALLON MAGAZINE

WYWIAD

POSZUKUJĄC POTENCJAŁU ROZMOWA ZE SKAUTEM GIRONDINS DE BORDEAUX

Rozmawiał KAMIL TYBOR (iGol.pl) twitter: @KamilTybor

K

amil Kogut od lipca 2019 roku pracuje jako skaut dla FC Girondins de Bordeaux. Jakie różnice w sposobie działania francuskich i polskich klubów dostrzega? Jak charakteryzuje Ligue 1? Co jest największym atutem “Żyrondystów”? Odpowiedzi na te i kilka innych pytań udzielił magazynowi “Le Ballon”.

Polacy we Francji zostawiają za sobą - w większości przypadków - bardzo dobre wrażenie. Kamil Glik w Monaco to jeden z liderów drużyny, piłkarz darzony ogromnym szacunkiem. Zawodnik z księstwa jest polskim rodzynkiem na murawach Ligue 1, ale... nie jedynym pochodzącym z Polski człowiekiem związanym obecnie z profesjonalną piłką nad Sekwaną. Naturalnie właścicielem FC Nantes jest Waldemar Kita, ale w strukturach klubów najwyższej

| str. 59

ligi we Francji odnajdziemy kolejnego rodaka. To Kamil Kogut, który pracuje dla Girondins de Bordeaux w roli skauta, penetrując dla „Żyrondystów” kilka rynków piłkarskich na terenie całej Europy. Kamil Tybor: Kamil, jakim klubem jest Bordeaux? Jak postrzegasz to od środka? Kamil Kogut: Od początku oceniam klub bardzo pozytywnie. Jest utytułowany [m.in. 6 mistrzostw Francji], posiada bardzo dobre zaplecze i infrastrukturę treningową, która miałem okazje zobaczyć, a dodatkowo znajduje się w pięknym mieście. Pracując tu, widząc zainteresowanie kibiców i mediów, czuję dodatkową presję związaną z oczekiwaniami, ale mówię to raczej w kategorii pozytywów. Moi przełożeni od początku potraktowali mnie z dużym szacunkiem – po partnersku. Po kilku miesiącach w Bordeaux


ROZMOWA ZE SKAUTEM GIRONDINS DE BORDEAUX

jestem przekonany o tym, że są to topowi profesjonaliści na europejskim rynku piłkarskim, co przyczynia się także do mojego ciągłego rozwoju. KT: Mógłbyś zdradzić jak dokładnie wygląda twoja praca? KK: W klubie jestem od lipca 2019. Muszę bardzo dobrze znać mój region: Polskę, Czechy, Słowację, Austrię, natomiast do początku pandemii oglądałem mecze praktycznie w całej Europie. Skauting w klubie jest na topowym poziomie, a mam porównanie na podstawie relacji skautów z innych europejskich klubów, których spotykam na swojej drodze. KT: Rozumiem, że warunki pracy robią wrażenie? KK: Tak. Od początku byłem pod bardzo dużym wrażeniem zorganizowania całego działu sportowego, struktury, planów krótko- i długoterminowych, a także profesjonalizmu osób z którymi

LE BALLON MAGAZINE

współpracuję. Takie rzeczy się ceni. KT: Czego według ciebie ekstraklasa mogłaby uczyć się od Ligue 1? KK: Myślę, że przede wszystkim zorganizowania akademii, bo to stoi na topowym poziomie w odniesieniu do europejskiej piłki. To z Francji wywodzą się najlepsze talenty w Europie. Seniorska reprezentacja, ale także młodzieżowe pełne są młodych zawodników wchodzących bardzo szybko na wysoki poziom. Wiadomo, związane jest to często z przewagą genetyczną zawodników z pochodzeniem afrykańskim. W klubach francuskich ważnym czynnikiem jest też umiejętność wprowadzenia młodego zawodnika do pierwszej seniorskiej drużyny klubu. KT: Czego w związku z tym brakuje w Polsce? KK: Wydaje mi się, że brakuje odwagi przy wprowadzaniu młodych zawodników. Taki gracz nie

jest nigdy gotowym produktem – potrzebuje czasu, aby poprawić niektóre elementy, które przychodzą później, wraz ze zbieranym przez niego doświadczeniem. KT: Jakie różnice wskazałbyś w sposobie działania polskich i francuskich klubów? KK: Z perspektywy mojego zajęcia w porównaniu do klubów polskiej ligi różnice są znaczne – liga francuska jest jedną z 5 najlepszych lig w Europie. Biorą się one z poziomu sportowego, finansowego, zorganizowania klubów, wartości ligi, praw transmisyjnych – długo by wymieniać. Z biegiem czasu, w miarę poznawania innych klubów czy rozmów, wiem, że wszystkie kluby francuskie w dużym stopniu inwestują w skauting. Nie wszystkie kluby mogą sobie pozwolić na duże kwoty transferowe, a skautingiem szukają przewagi konkurencyjnej. Oczywiście skala jest zupełnie inna, natomiast w Polsce generalnie

| str. 60


LE BALLON MAGAZINE

jeszcze nie wszystkie kluby widzą sens inwestowania lub też tworzenia działów skautingu. KT: A jak z francuskiej perspektywy wygląda polski rynek transferowy? KK: Kluby francuskie szukają na polskim rynku przede wszystkim potencjału. Ukształtowany zawodnik będący w naszej lidze ma małe szanse zagrać we Francji. Młodzi gracze bardzo szybko opuszczają Polskę, co skutkuje obniżeniem jakości ligi. Jednym z powodów jest także to, że kluby polskiej ligi nie grają od dłuższego czasu w pucharach europejskich. Brakuje też na pewno w ostatnim czasie tzw. „success story”. KT: Rozwiniesz? KK: Transfer Krzysztofa Piątka do Genui, jego seryjne gole i szybka zmiana klubu na topowy AC Milan spotęgowała modę na polskich piłkarzy we Włoszech... W okresie przed pandemią praktycznie na każdym meczu ligi polskiej można było spotkać skautów z włoskich klubów. Tak to działa. KT: Tematu pandemii nie da się pominąć. Co sądzisz o takim zakończeniu sezonu? Nie za wcześnie postanowiono skończyć we Francji? KK: Czas pokaże. Na tę chwilę wydaje się, że była to przedwczesna decyzja. Większość lig europejskich podejmuje próbę powrotu w kolejnych tygodniach. Kluby i liga francuska nie miały nawet możliwości spróbowa-

| str. 61

nia zorganizowania powrotu do grania – decyzja została podjęta “nad nimi” – przez władze państwowe. Tak czy inaczej – skutki tego wszystkiego poznamy w przeważającej większości za kilka miesięcy. KT: Jak działasz podczas przestoju spowodowanego koronawirusem? Co się zmieniło? KK: Moja rola, od lipca, kiedy zacząłem pracować dla Bordeaux, przez ostatnie tygodnie zmieniła się dość mocno. Wiadomo, wynika to z braku możliwości przemieszczania się, podróżowania. Wcześniej proporcja oglądanych meczów na żywo była przeważająca. Praktycznie w każdym tygodniu oglądałem mecze w różnych częściach Europy. Teraz zmieniło się to o tyle, że z tak zwanych „traditional skautów” musieliśmy przebranżowić się na „technical scoutów”. Wiąże się to z obserwacją meczów na video, tworzeniem zestawień analityczno-statystycznych. Tej pracy wciąż jest bardzo dużo. Możemy się także skupić w dużym stopniu na czynnikach pozasportowych w procesie oceny potencjalnych wzmocnień. Mam jednak nadzieję, że powoli wszystko zacznie wracać do względnego porządku sprzed pandemii. KT: Ligue 1 to liga wymagająca dla zawodników? KK: Oczywiście. Jej wymagania są oparte na ponadprzeciętnej motoryce, zwinności, skoczności co w połączeniu z wyszkoleniem technicznym daje bardzo dużą przewagę we współczesnej piłce nożnej. Między innymi dlate-


LE BALLON MAGAZINE

go zawodnicy z ligi francuskiej, którzy są transferowani do angielskiej Premier League odgrywają bardzo często kluczowe role w swoich klubach – nie potrzebują dużo czasu do adaptacji biorąc pod uwagę tempo gry. KT: Poruszasz ważną kwestię. Ligue 1 to liga sprzedażowa. Z czego to wynika? KK: Myślę, że wynika to przede wszystkim ze struktury budżetów klubów. Oczywiście są topowe kluby, których przychód z transferów nie jest kluczowym elementem budżetu – przez co nawet przy bardzo dobrej ofercie nie muszą sprzedawać zawodnika i mogą utrzymać poziom drużyny. Natomiast większość klubów zakłada w strukturze budżetu konieczność sprzedaży zawodników, choćby w celu przyszłej inwestycji. Francuskie kluby, między innymi poprzez mnogość talentów są bardzo skuteczne w sprzedażach, a liczby to odzwierciedlają.

w odniesieniu do lig europejskich. KT: Bordeaux znasz od pewnego czasu z bliska. Jakie są największe atuty tej drużyny? KK: Przed wszystkim chciałbym zwrócić uwagę na osobę trenera Paulo Sousy. Od początku jego pracy wielu zawodników zrobiło ogromne postępy. Wciąż młodzi zawodnicy, jak na przykład Yacine Adli, Toma Basic czy Josh Maja „rosną” z każdym kolejnym meczem. Wcześniej był też Aurelien Tchouameni, który został wytransferowany do Monaco, a najlepszy okres miał w ostatnim czasie przy naszym trenerze. Mocną stroną drużyny jest także jej trzon, przede wszystkim w osobach bramkarza Benoita Costila i środkowego obrońcy Laurenta Koscielnego - prawdziwych liderów biorąc pod uwagę charakter, ale też doświadczenie i jakość.

KT: Jak twoim zdaniem na poziom Ligue 1 wpływa dominacja PSG? KK: Zwykle ligi w których występuje hegemonia jednej drużyny miewają problemy z rozwojem (jak jeszcze niedawno liga szkocka). W lidze francuskiej sytuacja jest jednak trochę inna. Pozycja, szczególnie finansowa, PSG jest niepodważalna, natomiast kilka innych klubów co roku uczestniczy z powodzeniem w europejskich rozgrywkach - na przykład w tym roku Lyon w fazie 1/8 finału Ligi Mistrzów - co jednak pokazuje jakość ligi francuskiej

| str. 62


LE BALLON MAGAZINE

WYWIAD

GORZEJ BYĆ NIE MOŻE MARCIN JABŁOŃSKI O AMERYKAŃSKIM KOSZMARZE

Rozmawiał MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

A

merykańskie show. Trener bawiący się w menadżerkę. Prezes-korposzczur. Jeden dyrektor walczący z kibicami, drugi romansujący w Hiszpanii z fryzjerką-agentką. Gdzieś tam z tyłu, w 10 rzędzie, siedzą piłkarze, którzy pozostawieni sami sobie ugrzęźli w szarej ligowej codzienności. O zawirowaniach w Girondins Bordeaux opowiada Marcin Jabłoński - czołowy kibic Żyrondystów w Polsce. Michał Bojanowski: Mimo przedwczesnego zakończenia rozgrywek Girondins Bordeaux nie można zaliczać do zespołów, które zostały tą decyzją pokrzywdzone. Jak oceniasz ten sezon? Marcin Jabłoński: 12. pozycja w tabeli to naturalnie ogromne rozczarowanie.

| str. 63

Rezultaty względem poprzedniego sezonu nie uległy poprawie, drużyna pogrążona jest w stagnacji i nie zapowiada się, aby ta sytuacja w najbliższym czasie uległa zmianie. MB: Jakie według ciebie są powody tak złej dyspozycji podopiecznych Paulo Sousy? MJ: Jednym z głównych problemów Bordeaux jest brak zwycięskiej mentalności. Potrafią zaprezentować się z niezłej strony w meczach przeciwko Marsylii, PSG, czy Lyonowi, a męczarnią są dla nich spotkania z niżej notowanymi, jak choćby Brestem czy Dijon. Od momentu objęcia posady przez Sousę, a mija już półtora roku, Żyrondyści nie potrafią wypracować swojego stylu, grają nieefektownie i nie ma indywidualności, które mogłyby w decydujących momentach pociągnąć drużynę.


LE BALLON MAGAZINE

pokazywał m.in. w meczu z Nîmes, gdzie ustrzelił hattricka, że jest zawodnikiem na odpowiednim poziomie. Tak jak wspominałeś mija półtora roku odkąd za sterami drużyny zasiadł Paulo Sousa, ale ciągle nie wiemy dokąd ją prowadzi. Dodatkowo jego pensja wynosząca ponad 3 mln euro rocznie jest absurdalna jak na możliwości Bordeaux i standardy w Ligue 1. To niedorzeczne, że drużyna drugi raz z rzędu kończąca sezon w dolnej połówce ma trzeciego najlepiej opłacanego trenera w lidze. Co jeszcze bardziej bulwersujące, Sousa ma w kontrakcie zapisany procent od sprzedaży zawodników, więc tak naprawdę nie wiemy, czy za wysokimi transferami młodych piłkarzy nie stoi zwyczajna chęć zarobienia, a dobro drużyny jest spychane na drugi plan. Co do kierunku, w którym zmierza Bordeaux - Sousa wygląda na ostatnią osobę, która to wie. Nie widać planu. Ciężko doszukać się w grze elementu, w którym moglibyśmy dostrzec rękę trenera. MB: Ciekawi też transfer Rémiego Oudina w zimowym okienku. Najpierw mówiono o wypożyczeniu, ale ostatecznie doszło do wykupu gwiazdki Reims za 10 mln euro. Jak na razie – wtopa. MJ: Drugi najwyższy transfer w historii klubu, a efektów na boisku nie widać. W transakcji uczestniczył agent Sousy, który miał na tym zarobić milion euro. Przestaje dziwić, że Portugalczyk tak bardzo naciskał na transfer. Kibice są bardzo podzieleni w ocenie Sousy. Jedni wytykają mu powyższe działania i brak planu na drużynę, drudzy zaś twierdzą, że jest to trener z charakterem, zaś złe wyniki są skutkiem braku jakościowych zawodników.

MB: Wydaje się, że na taki obraz drużyny wpłynęły też źle przeprowadzone transfery. Girondins miało budować kadrę na zdolnej młodzieży, a gdy pojawiła się wysoka oferta, natychmiast sprzedano Julesa Koundé czy Auréliena Tchouaméniego. W ich miejsce sprowadzono leciwych i drogich w utrzymaniu Laurenta Koscielnego czy Mexera. Nie takie były zapowiedzi, gdy Amerykanie przejmowali klub niecałe dwa lata temu. MJ: Transfery pokazują, jak właściciele traktują klub. Przy przejęciu władze zapowiadały przeznaczenie 80 mln euro w przeciągu trzech lat na nowych zawodników, co oczywiście nie znalazło odzwierciedlenia w kolejnych okienkach. Sprzedano wychowanków, a w ich miejsce sprowadzono wątpliwej klasy obcokrajowców - jak choćby Loris Benito - którzy otrzymali ogromne na warunki Bordeaux wynagrodzenia. Co do Koscielnego

sama decyzja może nie wzbudzała dużych wątpliwości - to piłkarz o uznanej marce, a w Akwitanii znajduje się jego rodzinny dom. Zaproponowanie 34-letniemu zawodnikowi 5-letniego kontraktu zakrawa jednak na śmieszność. Zastanawiające też, że klub ma w tej chwili 40 zawodników na profesjonalnych kontraktach, co przekłada się na piąty wynik w lidze, jeśli chodzi o wysokość listy płac. A jedną z zapowiedzi zarządu było ograniczenie w miarę możliwości wydatków na gaże piłkarzy. MB: Wśród opinii kibiców odnośnie Sousy można znaleźć zarzuty, że nie daje szans młodym zawodnikom. MJ: Najlepszym przykładem jest usilne promowanie weterana Jimmy’ego Brianda miast postawić na młodego Josha Maję, który

MB: Początek sezonu pod względem wyników był obiecujący. W pewnym momencie Żyrondyści plasowali się nawet na piątej pozycji. Jednak od grudnia nastąpił nagły zjazd, którego nie zatrzymali do końca rozgrywek. Co na to wpłynęło? MJ: Brak charakteru, o którym wspominałem wcześniej to jedno, lecz nie można nie wspomnieć o tym, że sytuacja panująca w klubie - konflikt prezesa Frédérica Longuepée z kibicami - odcisnął piętno na dyspozycji piłkarzy. Fani zaczęli tłumaczyć słabą grę właśnie złą atmosferą wokół Bordeaux. MB: Patrząc na poczynania amerykańskich właścicieli zdaje się jednak, że nie przykładają oni większej wagi do wyników sportowych zespołu - dużo istotniejszy jest aspekt finansowy. MJ: Amerykanie wychodzą z założenia, że kibice przyjdą na stadion bez względu na wyniki i formę sportową. Kibic ma przyjść na mecz, kupić hot doga i piwo na czym klub będzie zarabiał, a strona sportowa jest zepchnięta nawet nie na drugi, a jeszcze dalszy plan. Stąd rodzą się konflikty między kierownictwem

| str. 64


WYWIAD: AMERYKAŃSKI KOSZMAR ŻYRONDYSTÓW

LE BALLON MAGAZINE

a kibicami, jak choćby w trakcie najlepszego meczu sezonu z Nîmes [wygrany 6:0 – przyp. red.], kiedy to fani weszli na płytę boiska i uniemożliwili kontynuowanie meczu przez 26 minut, gdyż prezes Longuepée nie zgodził się na wywieszenie baneru, który był skierowany przeciwko niemu i amerykańskim właścicielom. Można odnieść wrażenie, że chcą z klubu wycisnąć ile się da, czerpiąc zyski ze sprzedaży zawodników, cateringu na stadionie i całej otoczki związanej z marketingiem. Trochę na amerykańską modłę, gdzie ważniejsze jest miłe spędzenie czasu w gronie przyjaciół niż aspekt stricte sportowy. MB: Nie ma nadziei na szybkie zażegnanie konfliktu między grupami kibicowskimi a zarządem i prezesem? MJ: Nie, bo z każdym kolejnym tygodniem coraz więcej afer wychodzi na światło dzienne i zamiast konflikt wygasać, jest ciągle podsycany. Prócz Longuepée wiele zarzutów kierowanych jest w kierunku numeru 2 w strukturach - Antony’ego Thiodeta, który będąc odpowiedzialnym m.in. za sprzedaż biletów zablokował możliwość rezerwacji wejściówek na Virage Sud, czyli trybunę dla najbardziej zagorzałych kibiców. Miało to spowodować rozbicie grup ultrasów i zwiększenie wpływów, bo ceny biletów na innych trybunach są droższe. MB: Można już śmiało powiedzieć, że „american dream”, podobnie jak w Marsylii, się nie ziścił? MJ: Zdecydowanie. Głównie ze względu na osobę prezydenta, który jest bardzo wymagający - w złym tego słowa znaczeniu. Wprowadził korporacyjne zasady w klubie słynącym z zupełnie odmiennej atmosfery, gdzie piłkarze mieli dotąd bliski kontakt ze wszystkimi pracownikami. Zamiast zatrudniać ludzi z regionu, którzy wspierają zespół od lat, sprowadzono „ekspertów” z całego kraju, a część z nich okazała się zadeklarowanymi kibicami Olympique Marsylia czy Paris Saint-Germain, do czego z czasem doszli kibice przeglądając profile tych osób na social mediach. Antony Thiodet natomiast zatrudnił wielu handlowców, którzy są pośrednikami między klubem a firmami zewnętrznymi. Ruch niby słuszny, mający na celu przyciągnięcie nowych sponsorów, ale szybko wyszło na jaw, że przed rozpoczęciem pracy taki handlowiec przechodzi w firmie Thiodeta szkolenie, które jest prowadzone przez jego żonę i za które działacz wystawia fakturę na klub. Prywatny biznes prowadzony na koszt klubu. MB: W ostatnich dniach wyszła na jaw kolejna afera gabinetowa, tym razem związana z legendą klubu, a aktualnym dyrektorem technicznym Urlichem Ramé. MJ: Po przyjściu Amerykanów jedną z nielicznych osób, które utrzymały stanowisko był właśnie Ramé, choć jego działania były bardziej skierowane na kobiecą drużynę Bordeaux – była to zagrywka pod publiczkę, żeby kibice nie mieli kolejnego powodu do narzekania. Cały szacunek, którym Ramé cieszył się wśród fanów przepadł, gdy opublikowano informację, że były bramkarz upoważnił panią Raquel Herraiz Del Moral, fryzjerkę z Valencii, do przeprowadzana transferów w imieniu klubu. Spełnił marzenie kobiety, z którą

| str. 65

miał romans – godny podziwu prezent. „Agentka” dostała upoważnienie do przeprowadzenia transferu Nicolasa de Préville’a do Anglii, ale sam zawodnik, jak i jego oficjalny agent nie mieli o tym zielonego pojęcia. Najgorsze jest to, że wydawało się, iż Ramé jest postacią, dla której najważniejsze jest dobro klubu, a te poczynania ukazały go w zupełnie innym świetle. MB: Dochodzą słuchy, że aktualni właściciele są otwarci na sprzedaż klubu. W mediach przebija się nazwisko Bruno Fieveta, który ma ponoć wykazywać zainteresowanie przejęciem Bordeaux. MJ: Prezydent zaprzecza tego typu informacjom, ale tak jak w przypadku Marsylii może to być po prostu zagranie mające na celu wywindowanie ceny. Przeszkodę może stanowić fakt, że straty za ten sezon mają wynieść około 60 mln euro i potencjalny inwestor będzie musiał pokryć ten dług. Jeśli chodzi o Bruno Fieveta sprawa jest dość skomplikowana, bo nie ma on dostatecznych środków, aby samodzielnie przejąć klub. Jest jednym z ambasadorów klubu. Mieszka na stałe w Szwajcarii. W przeciwieństwie do aktualnych właścicieli ma klub w sercu i wspiera go od lat. Są jednak wątpliwości co do finansowania przejęcia, które ma polegać na stworzeniu funduszu inwestycyjnego, złożonego z kilkudziesięciu udziałowców. Każdy z nich miałby zainwestować stosunkowo niewielką sumę, nie oczekując jednak przy tym zwrotu z tego wkładu. Mimo wszystko Fievet to osoba zafiksowana na punkcie Bordeaux, która chce dla niego jak najlepiej. Kontaktowałem się z nim i robi pozytywne wrażenie. Chciałbym, aby jak najszybciej doszło do przejęcia, bo ten projekt zmierza donikąd. Kto przejmie Bordeaux? Nie ma pewności, ale gorzej już być nie może.


WYWIAD: AMERYKAŃSKI KOSZMAR ŻYRONDYSTÓW

LE BALLON MAGAZINE

| str. 66


CZERWONO-CZARNI PISZĄ HISTORIĘ

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

RENNES U PROGU LIGI MISTRZÓW Przedwcześnie zakończony sezon Ligue 1 okazał się najlepszym w historii Stade Rennais, które pierwszy raz zajęło miejsce na pierwszoligowym podium i wywalczyło sobie wstęp do Ligi Mistrzów.

Autor KAMIL TYBOR

Rok temu w lidze Rennes było zaledwie

twitter: @KamilTybor

dziesiąte, ale zdobyło puchar Francji i drużyna przejawiała symptomy tego, że może być jeszcze lepiej. Klub z Bretanii bardzo dużo zawdzięcza swojemu byłemu już prezydentowi, Olivierowi Letangowi. Były szef Stade de Reims i dyrektor w Paris Saint Germain wprowadził do klubu z Roazhon Park nową jakość, ale tegoroczny sukces przeplata się z cieniami jego odejścia. Sam mówił po rozstaniu: - Przeżyliśmy 27 intensywnych miesięcy, w trakcie których Rennes pobiło wiele rekordów na boisku i poza nim. Klub nigdy nie osiągnął podobnego wyniku sportowego i ekonomicznego jak teraz. Trudno zaprzeczyć tym słowom, bo rzeczywiście „Les Rouges et Noir” zanotowali niebywały postęp. Teraz nowe kierownictwo musi przygotować drużynę na nowy sezon, choć nie ma jeszcze pewności w jakiej formie on wystartuje. - Jesteśmy przynajmniej pewni, że zagramy w Lidze Europy, więc przychody wyniosą ponad 8 milionów euro. Liga Mistrzów zapewniłaby nam niemal 30 milionów euro. Różnica jest ogromna. Wszystko zależy od jakości naszych występów. Tymczasem nadal nie mamy pewności co do naszego budżetu na następny sezon... - mówił w wywiadzie dla BFM nowy prezes, Nicolas Holveck. Konsekwencje pandemii koronawirusa w budżecie klubu są nieuniknione, dlatego klub słusznie założył, że podstawą planów będzie budżet dostępny w razie kwalifikacji jedynie do Ligi Europy. Cel? Przede wszystkim utrzymanie rdzenia drużyny, a dopiero w dalszej kolejności wzmocnienia.

| str. 67

Zawsze czwarci... Do teraz Rennes jest w zawodowej francuskiej piłce od zawsze i nigdy nie spadło poniżej Ligue 2 (63 sezony w Ligue 1 i 19 na drugim poziomie). Nigdy jednak nie świętowało mistrzostwa kraju, a dopiero w tym roku uplasowało się na najniższym miejscu podium, zgarniając brązowe medale. Wcześniej przez wiele lat w elicie tylko trzy razy udawało zająć się czwartą lokatę. Ten sezon był jednak inny. Na fali triumfu w Pucharze Francji podopieczni trenera Juliena Stephana wzbili się na wyżyny, dając się wyprzedzić jedynie PSG i Olympique’owi Marsylia - chociaż miewali bardzo słabe momenty, zawłaszcza na początku. Na sukces złożyły się sprawdzone w innych klubach elementy: silna, ale bardzo młoda kadra, stały dopływ wychowanków ze świetnie prosperującej akademii oraz trener od dawna pokonujący w Rennes kolejne szczeble trenerskiego fachu. 15 zwycięstw, 5 remisów i 8 porażek to tegoroczny bilans „czerwono-czarnych”. Nie jest idealny, ale prócz spotkań na własnym podwórku Czerwono-Czarni grali także w Lidze Europy (choć tam nie poszło im za dobrze). Najlepszym strzelcem drużyny został Mbaye Niang (15 goli we wszystkich rozgrywkach), który w SRFC w końcu odnalazł swoje miejsce na Ziemi. Nie on jednak był piłkarzem zwracającym uwagę całej Europy. Tym, na którym skupiał się wzrok wszystkich był 17-letni Camavinga – rewelacyjny młodzian był liderem zespołu, choć debiutował w nim raptem sezon wcześniej.


LE BALLON MAGAZINE

- To był dość zaskakujący sezon. Dwa miesiące bez zwycięstwa jesienią (zmęczenie Ligą Europy), a następnie efektowny comeback w grudniu. Gracze Rennes wytrzymali ciśnienie nawet pomimo odejścia zasłużonego prezydenta. Pomógł w tym bardzo dobry sezon Nianga, spory wkład Raphinhii, czy fenomenalna końcówka sezonu w wykonaniu Stevena Nzonzi - ocenia sezon dziennikarz “Le Télégramme Sport”, Laurent Aquillo.

Co z tą Europą? Rennes może tylko żałować, że obecne okoliczności nie pozwalają w pełni skupić się na przygotowaniach do europejskich pucharów. Największym problem okazuje się ścisk w kalendarzu. Aby go rozwiązać i skrócić harmonogram, UEFA rozważa rezygnację z tradycyjnych kwalifikacji do Ligi Mistrzów i Ligi Europy 2020-2021. Zamiast tego może odbyć się seria play-off, która zgromadzi dwanaście najlepiej ocenianych klubów w rankingu UEFA, z wyłączeniem tych bezpośrednio zakwalifikowanych do LM. Jeżeli zastosowany zostanie taki wariant, to Stade Rennais, które zajmuje 104. pozycję w tym rankingu, może zostać pozbawione szans na upragniony udział

CZERWONO-CZARNI PISZĄ HISTORIĘ

w Pucharze Mistrzów. Kluczowym działaniem mającym pomóc klubowi na arenie międzynarodowej – bez znaczenia, w których dokładnie rozgrywkach - ma być zatrzymanie w zespole Camavingi, o którego stara się wiele zagranicznych zespołów, z bardzo zdeterminowanym Realem Madryt na czele. - Pozostanie w Rennes przez co najmniej rok byłoby dla niego korzystne. Będzie mógł wtedy potwierdzić swoje umiejętności, a to, że jest w miejscu, które dobrze zna doda mu pewności siebie – podkreślał w maju trener Julien Stephan. - W przyszłym roku będzie musiał powtórzyć wszystko, co pokazał dotychczas. To będzie jego następny krok. Wtedy przekonamy się, jak duży jest naprawdę jego potencjał. Musimy pozwolić mu rosnąć, rozwijać się, a przede wszystkim czerpać przyjemność z gry.

gue 1 odszedł z Rennes kilka miesięcy przed objęciem posady przy pierwszej drużynie. Gdyby przystał wówczas na ofertę dołączenia do sztabu Thierry’ego Henry’ego w Monaco, Bretania być może nie doczekałaby najpiękniejszego okresu w historii SRFC.

Jeśli w kolejnym sezonie Rennes podtrzyma kurs i zdoła go jeszcze uświetnić udziałem w LM, przyszłego lata nie tylko Camavinga będzie się opędzał od większych klubów. Na brak zainteresowania zapewne nie będzie narzekał także architekt sukcesów, trener Stephan. Dziś trudno uwierzyć, że niewiele brakowało, by najzdolniejszy z młodych szkoleniowców w Li-

| str. 68


NASSERA

WSZYSTKIE TWARZE

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

D

la kogoś niezainteresowanego kuluarami europejskiej, a zwłaszcza francuskiej piłki ranking najbardziej wpływowych ludzi futbolu opracowany przez „France Football” może być niespodzianką. Szefów FIFA i UEFA, superagenta Jorge’a Mendesa, ikonicznego prezesa Realu – Florentino Pereza – i wszelkie boiskowe gwiazdy wyprzedził w nim Nasser Al-Khelaifi. Łatwo posądzić „FF” o „frankocentryzm”. Trudniej – wskazać kogoś, kto skupiałby w ręku więcej formalnej i faktycznej władzy, niż były katarski tenisista. Już sama rola prezesa i dyrektora wykonawczego PSG – lokalnego hegemona i jednego z najbogatszych klubów Europy – nadaje mu znaczenia. Z tej pozycji Al-Khelaifi zbudował

| str. 69

we Francji całkiem pozytywny wizerunek. Wprowadził klub na salony, namówił do współpracy postaci formatu Davida Beckhama i Michaela Jordana, a przede wszystkim wypracował miano jednego z najbardziej charyzmatycznych szefów ligi – co w kraju Jeana-Michela Aulasa i Loulou Nicollina ma niemałą wagę. Łatwo zapomnieć, że Nasser jest w gruncie rzeczy emisariuszem opresyjnego państwa, dla którego sport to gałąź public relations.

Negocjacje w lustrze W świecie, w którym tryumfy święcą szejk Mansour czy Roman Abramowicz, a najbardziej prestiżowe rozgrywki sponsoruje rosyjski Gazprom to nic wyjątkowego – ale wpływy „NAK” (jak nazywają go francuskie media) są jeszcze bardziej rozległe.


LE BALLON MAGAZINE

W czasie kiedy Nasser otrzymał namaszczenie od ECA, w szwajcarskiej prokuraturze toczyło się przeciw niemu dochodzenie w sprawie korupcji. Al-Khelaifi miał za pośrednictwem figurantów kupić wartą 5 milionów euro willę na Sardynii i bezkosztowo wynająć ją byłemu Sekretarzowi Generalnemu FIFA, Jerome’owi Valckemu, w zamian za zapewnienie beIN Sports praw do transmisji mundiali w 2026 i 2030 – bez przetargu, za kwotę 480 milionów dolarów. FIFA w ostatniej chwili wycofała złożony do prokuratury wniosek o zbadanie sprawy. Szwajcarzy stracili tym samym podstawy do oskarżenia Nassera o korupcję – wciąż ciąży na nim jednak lżejszy zarzut “podżegania do niegospodar ności”.

Protegowany Wszystko to wiąże się z wyznaczeniem Kataru na gospodarza najbliższych MŚ i przesunięciem turnieju na listopad. Według informacji francuskich sygnalistów z „Mediapart” zawyżona cena praw była formą rekompensaty dla FIFA ze strony emira Kataru. Nazwisko NAK przewija się zresztą w kompromitującej piłkarskich możnowładców sprawie katarskich MŚ od początku. Nie zostałby głową PSG i beIN Media, gdyby nie domniemany układ między prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym, Michelem Platinim a emirem (wówczas księciem) Al-Thanim z 2010 roku.

Katarczyk szefuje (także z namaszczenia aparatu państwowego) beIN Media Group – prominentnemu graczowi na rynku praw transmisji sportowych, nadającemu w 43 krajach. W tym we Francji. W Ligue 1 – a nawet w samym Paryżu – można wprawdzie mówić o długiej tradycji inwestycji w kluby sportowe przez spółki medialne, ale pandemia podkreśliła oczywisty konflikt interesów wyjątkowo mocno. Doszło do komicznej sytuacji: powołana pod auspicjami LFP grupa ligowych prezesów (Al-Khelaifi, JacquesHenri Eyraud, Olivier Sadran, Jean-Pierre Rivere) prowadziła kryzysowe negocjacje w sprawie zaległych pieniędzy za prawa TV ze spółką, której przewodzi jeden z negocjatorów. Paradoks nie uszedł uwadze władz ligi – przewodnicząca LFP, Natalie de la Tour, zgłaszała w kuluarach zastrzeżenia i szukała prawnych porad w sprawie, ale... Nie znala-

zła poparcia wśród klubowych szefów. Jeden z prezesów anonimowo skrytykował wówczas De la Tour na antenie RMC: - Obrała niewłaściwy cel. Nasser Al-Khelaifi jest częścią francuskiej piłki i działa na jej korzyść. Ma tu najwięcej do stracenia.

Ponad prawem Jakby brakowało kontrowersji, NAK od 2019 zasiada w Komitecie Wykonawczym UEFA (najważniejszym organie wykonawczym organizacji) jako jeden z dwóch przedstawicieli ECA (Europejskiego Stowarzyszenia Klubów). Został wybrany przez Stowarzyszenie i zaakceptowany przez kongres UEFA, chociaż równocześnie trwało dochodzenie w sprawie naruszenia przez PSG zasad Finansowego Fair Play. Podejrzany o złamanie reguł został więc częścią organu, który je kształtuje.

Równolegle z działaniami Szwajcarów przeciwko Al-Khelaifiemu dochodzenie wszczęła prokuratura we Francji. Podejrzenie dotyczyło korupcji w procesie przyznania Katarowi organizacji lekkoatletycznych MŚ z 2019 roku. Sprawa prawdopodobnie stanęła w martwym punkcie, bo w obronie NAK interweniował sam szejk Al-Thani. Emir Kataru w odwecie za podniesienie ramienia sprawiedliwości na współpracownika zagroził zerwaniem wartego 2 miliardy euro kontraktu na sprzęt militarny zawartego z francuską rządową spółką Nexter. Człowiek, który kontroluje cały rynek mediów sportowych Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, odgrywa kluczową rolę w procesie destabilizującym kalendarz rozgrywek na całym świecie, a nawet okazuje się zarzewiem międzynarodowych konfliktów dyplomatycznych, od dwóch miesięcy nie jest w stanie namówić grupy piłkarzy do tymczasowego obniżenia pensji. „L’Equipe” donosi, że zawodnicy PSG ostentacyjnie przestali odbierać telefony od szefa. Pandemia ujawniła zatem jeszcze jeden paradoks – rozległe wpływy Nassera Al-Khelaifiego sięgają wszędzie, ale nie do własnej szatni.

| str. 70


LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

SZAMPAŃSKI

POWRÓT REIMS WRACA NA SZLAK BATTEUX I KOPY

Autor BŁAŻEJ JACHIMSKI twitter: @blazejjachimski

J

ednym z największych wygranych tego sezonu jest Stade de Reims. Drużyna, która jeszcze dwa sezony temu grała w Ligue 2, może się już oficjalnie szykować na długo wyczekiwany powrót do rozgrywek na szczeblu międzynarodowym.

Zajęcie szóstej lokaty przez Les rouges et blancs to niespodzianka, choć już ostatnie lata pokazały, że to ekipa z dużym potencjałem. Kampania 2017/18 w Ligue 2 stała pod znakiem hegemonii zespołu z Szampanii, który zgromadził finalnie 15 punktów więcej od drugiego Nîmes, a rok temu poszedł za ciosem i zakończył zmagania w Ligue 1 na ósmym miejscu. Teraz tabela potwierdza, że nie był to jednorazowy wyskok, a asumpt do tego, by powoli wracać do świadomości kibiców

| str. 71

nie tylko we Francji, ale i w Europie.

Złota era Stade de Reims to aż sześciokrotny mistrz kraju, a także dwukrotny finalista Pucharu Mistrzów, gdzie w obu decydujących spotkaniach musiał jednak uznać wyższość Realu Madryt. W skład słynnej ekipy Alberta Batteux wchodziły między innymi dwie francuskie legendy, które w 1958 roku zapisały się na kartach historii futbolu – Just Fontaine zaliczył wówczas aż 13 trafień na Mistrzostwach Świata rozgrywanych w Szwecji (do dzisiaj rekord w bramkach strzelonych na jednym mundialu), Raymond Kopa został zaś laureatem Złotej Piłki. Trudno było przypuszczać, że przez tyle czasu choćby próba nawiązania do tych wspaniałych osiągnięć pozostanie jedynie mrzonką. Kolejna dekada przyniosła spadek


LE BALLON MAGAZINE

nie transfery dobrze to obrazują. Perfekcyjnie wpasowuje się w nią na przykład Predrag Rajković, sprowadzony z Izraela za niebagatelną sumę pięciu milionów euro, co jest aktualnym rekordem klubu, Dario Maresic sprowadzony z Austrii, Dereck Kutesa kupiony z ligi szwajcarskiej, Marshall Munetsi, który do Francji przybył z Republiki Południowej Afryki, a także dwa nabytki z Holandii – Arber Zeneli i Kaj Sierhuis. Pierwszy z wymienionych to strzał w dziesiątkę. Rajković bez kompleksów wkroczył do francuskiej piłki, udowadniając wszystkim, że bramkarski potencjał przypisywany mu przez skautów Football Managera nie jest przypadkowy. Obecny sezon był popisem, dzięki któremu zarezerwował sobie miejsce w zestawieniach najlepszych jedenastek Ligue 1 2019/20 we wszystkich szanujących się wydawnictwach. Zeneli przed kontuzją, która zabrała mu właściwie cały rok, również wyglądał imponująco, Munetsi zaś na tyle przekonał do siebie klub, że wynegocjował w maju nową umowę, która będzie obowiązywała do 2024 roku. Maresic z kolei jest spokojnie przygotowywany do roli następcy jednego z podstawowych stoperów.

W defensywie i… w defensywie

do Ligue 2, następne dziesięciolecie zaczęło się jednak optymistycznie – w roku 1970 ekipa z północnej Francji wróciła na najwyższy szczebel rozgrywkowy. Wysoka, piąta lokata wywalczona w sezonie 1975/76 okazała się potem ostatnim chlubnym epizodem Reims w dwudziestym wieku. Trzy lata później klub znowu spadł do Ligue 2. Na kolejne występy w pierwszej dywizji drużyna czekała aż 33 lata, najtrudniejszym momentem był zaś z pewnością rok 1991, kiedy ogłoszono upadłość Stade de Reims. Droga do piłkarskiej elity była więc nad wyraz długa, ponieważ jej rudyment ustalony był na szóstym poziomie rozgrywkowym. Powrót na salony francuskiej piłki w roku 2012 nie był wyjątkowo spektakularny, ponieważ po czterech przyzwoitych, ale na pewno nie oszałamiających sezonach, ekipa z Szampanii znowu musiała oswoić się

z drugą ligą. W maju 2017 roku szkoleniowcem został David Guion, który wcześniej przez pięć lat opiekował się drugą drużyną. Była to odważna decyzja, bo Francuz nie legitymował się doświadczeniem trenerskim na tym szczeblu rozgrywek, jednak dziś nikt w klubie jej nie żałuje.

Nowa strategia Aktualna filozofia Stade de Reims nie jest niczym wyjątkowo odkrywczym we współczesnym futbolu, jednak konsekwencja w jej egzekwowaniu imponuje. Polityka transferowa zakłada znaczne inwestycje w młodzież, w celu wypromowania ich i odsprzedaży z zyskiem. Do tej pory system jawi się jako bardzo opłacalny, a wydaje się, że to dopiero początek ekspansji – sieć skautingowa Reims jest rozległa i dosięga rejonów, które nie są tak bacznie obserwowane przez inne francuskie kluby. Ostat-

Reims śmiertelnie poważnie traktuje dewizę o budowaniu zespołu od tyłu. Kibice, którzy najbardziej cenią w piłce piękne gole, muszą mieć ambiwalentne odczucia co do postawy swoich ulubieńców. Les rouges et blancs wprawdzie punktują regularnie, jednak ich styl nie ma nic wspólnego ze słynnym„ futbolem na tak”. David Guion i jego podopieczni stworzyli niesamowicie pragmatyczny kolektyw. Stade de Reims ma najlepszą defensywę ligi (dopuściła do utraty jedynie 21 bramek) i jednocześnie drugą w kolejności ofensywę – tyle że od końca. Zdobycie 26 trafień w 28 (!) meczach to rezultat, którego pozazdrościć może jedynie czerwona latarnia ligi z Tuluzy. Nie okazał się jednak przeszkodą uniemożliwiającą przeskoczenie w tabeli bardziej bramkostrzelnych ekip z Lyonu, Monako czy Bordeaux. Kto jest głównym architektem tak dobrego wyniku w obronie? Ogromny wkład miał wspomniany Rajković, jednak przyklasnąć trzeba również innym członkom formacji defensywnej. Imponująco prezentował się duet Yunis Abdelhamid i Axel Disasi. Marokańczyk, zdecydowanie bardziej doświadczony, był wyróżniającym się stoperem wśród ligowej stawki (miejsce w najlepszych jedenastkach sezonu „L’Equipe” i „France Football”), a 22-letni Francuz dobrze współpracował z weteranem, skupiając na sobie wzrok skautów dużych europejskich marek. Trudno więc przypuszczać, że wspomniany wcześniej Dario Maresic w przyszłej kampanii nie będzie miał okazji wskoczenia do pierwszego składu za któregoś z nich – szczególnie prawdopodobne, że perspektywiczny Disasi (za którego Arsenal miał oferować 15 milionów euro) pożegna się z zespołem. Guion ma w szeregach

| str. 72


LE BALLON MAGAZINE

również nestora w osobie Alaixysa Romao, kapitana drużyny. Najczęściej w środku pola współpracował z nim Xavier Chavalerin. Obaj piłkarze mieli znaczący wkład przy formowaniu defensywnych zasieków Reims. Elementem, któremu w tym okienku będzie trzeba poświęcić wyjątkowo dużo uwagi, jest ofensywa. Boulaye Dia zanotował siedem trafień, które wystarczyły, by zdecydowanie przodować w tym aspekcie. Następni w kolejności strzelcy mają po trzy gole, a są nimi Rémi Oudin (który odszedł w połowie sezonu do Bordeaux), stoper Abdelhamid, a także obiecujący El Bilal Touré (opisany szerzej w zestawieniu najlepszych talentów), który wystąpił łącznie jedynie w siedmiu meczach. Wprawdzie trzeba pamiętać, że do gry po roku nieobecności wrócił Zeneli, który na pewno nieco ożywi atak Reims, jednak trudno sobie wyobrazić, żeby walka na kilku frontach nie wymagała sprowadzenia przynajmniej jeszcze jednego napastnika. - Ten sukces to nawiązanie do wspaniałej historii naszego klubu. Dla kibiców, miasta i regionu, dla tych, którzy widzieli, jak zespół upadał w roku 1991, to piękny prezent. Dla nas, dla Stade de Reims, to zaś oznaka progresu - tymi słowami Jean-Pierre Caillot, prezes klubu, podsumował świetny sezon Reims, który potwierdził słuszność obranej filozofii. Powrót do europejskich pucharów to poruszający moment dla zasłużonej ekipy. Radość nie może jednak przysłonić problemów drużyny, bo bez odpowiednich wzmocnień w tym okienku transferowym może się okazać, że eliminacje do fazy grupowej Ligi Europy będą przeszkodą nie do przebycia. Na razie jednak pozostaje z uznaniem przyklasnąć Les rouges et blancs i pogratulować wywalczonej lokaty. Zasłużyli, żeby wrócić na piłkarską mapę Europy.

| str. 73


LE BALLON MAGAZINE

| str. 74


LE BALLON MAGAZINE

RETRO

FRANCUSKI FIOŁEK OKRĘŻNA DROGA JEANA-PIERRE’A PAPINA DO WIELKOŚCI

Francja doczekała czterech zdobywców Złotej Piłki France Football. Jednak tylko jeden gracz zdobył tę nagrodę, będąc zawodnikiem francuskiego klubu. Jean-Pierre Papin, bo o nim mowa, został wybrany najlepszym piłkarzem Europy w 1991 roku, gdy ubierał trykot Les Phocéens, czyli Olympique Marsylia. Początki jego kariery były – jak na francuską legendę nietypowe. Zanim został gwiazdą Ligue 1, błyszczał na belgijskich boiskach jako gracz Club Brugge.

Autor MARIUSZ MOŃSKI (RFBL.PL) twitter: @M_Monski

Urodził się 5 listopada 1963 roku w Boulognesur-Mer. Tym samym, w którym blisko 20 lat później na świat przyszedł Franck Ribéry. Niewiele więc zabrakło, by małe miasto na północy Francji mogło się szczycić dwoma zdobywcami Złotej Piłki. Co ciekawe, jeden z najwybitniejszych napastników pokolenia zaczynał od zupełnie innej roli. - Na początku grałem głównie jako libero - wspominał Papin w wywiadzie dla „SportFoot Magazine”. - Prawdą jest też, że pewnego dnia w szkolnych czasach stanąłem w bramce. Mieliśmy wtedy drużynę przyjaciół, którzy początkowo grali w piłkę nożną ze sobą, ale potem wzięliśmy również udział w małych lokalnych rozgrywkach. Trenowałem też w klubie. Łączyłem to ze sobą. Pewnego dnia był mecz i bramkarz się nie pojawił. Zaproponowałem więc, że stanę na bramce. Puściłem siedem goli. Tego samego dnia rozgrywałem mecz treningowy z moim klubem Jeumont [Papin grał tam w latach 1970–1978]. Nadal występowałem jako libero, ale byłem tak wściekły, że zdobyłem pięć bramek. W 1979 trafił do trzecioligowego wówczas Valenciennes FC. Następnie na początku lat 80 rozegrał trzy sezony w barwach INF Vichy, by w 1984 roku powrócić do Valenciennes - już grającego na zapleczu francuskiej Division 1. Młody napastnik został zauważony przez mocniejsze kluby, a że występował tuż przy granicy z Belgią, wzbudził zainteresowanie niedawnej potęgi europejskiej piłki, Club Brugge. - Nie mieliśmy w Valenciennes silnego zespołu, ale osiągnęliśmy dobre wyniki.

W 1985 roku byliśmy bardzo blisko awansu do Division 1. W wyniku tego zainteresowanie ze strony Club Brugge wzrosło. Obserwowali mnie dwanaście razy. Ostatnie trzy mecze oglądał sam Raoul Lambert [największa legenda Club Brugge, zdobył dla nich 269 goli w 458 meczach – przyp. aut.] i za każdym razem zdobywałem bramkę. Natychmiast uznał mnie za swojego następcę. W trakcie ostatniej wizyty doszło do spotkania przedstawicieli obu klubów. To nie był trudny wybór. Powiedziano mi, że jeżeli nie podpiszę kontraktu w Brugii, Valenciennes przestanie istnieć. Jednak transfer z Francji do Belgii to nie była taka oczywistość. Mimo że w belgijskich klubach, oczywiście głównie w Walonii, francuskich piłkarzy nigdy nie brakowało, to jednak żaden zrobił większej kariery. Wiedział o tym ojciec Jean-Pierre’a, a piłkarz opisywał to tak: - Nie chciałem być jak wszyscy inni piłkarze, którzy odchodzili do Lille, Lens lub Auxerre. Zagranica przemawiała do mnie bardziej niż Francja. Club Brugge był klubem, który grał w finale Pucharu Europy na Wembley kilka lat wcześniej. Dokładnie w 1978 roku. Miałem 15 lat, to była moja młodość. Na decyzję wpłynął też był mój ojciec. Zawsze starałem się robić wszystko na przekór temu, co mówił. Czemu? Kiedyś babcia powiedziała mi, że zawsze dokonywał złych wyborów, więc od tamtej pory kiedy on powiedział „tak”, ja mówiłem „nie”. Nie żartuję, to prawda. Gdy się spotkaliśmy, zapytałem go o opinię. Powiedział: „Brugia? Zdecydowanie nie. Nigdy nie było Francuza, któremu udało się

| str. 76


LE BALLON MAGAZINE

osiągnąć sukces w Belgii. To nie jest kraj dla ciebie”. Tak więc podpisałem kontrakt z Brugge. Słowa Papina sprawiają wrażenie, że świat stał przed nim wówczas otworem, ale redaktor naczelny „SportFoot Magazine” Jacques Sys przedstawiał sprawy inaczej: - Dwa miesiące przed ogłoszeniem transferu Papina z Valenciennes pojechaliśmy do Francji, by przeprowadzić z nim wywiad. Tę rozmowę zapamiętamy na zawsze. Papin mieszkał w szarej i wąskiej uliczce, w małym mieszkaniu, w którym salon pełnił również funkcję sypialni. Powietrze wewnątrz było stęchłe, a jego pochodząca z uprzywilejowanego, burżuazyjnego środowiska żona przechodziła załamanie nerwowe. Rodzina, z sześciomiesięcznym synem, musiała żyć za równowartość obecnych 750 euro miesięcznie, i miała coraz większe długi. Życie przepełnione smutkiem. Kiedy po rozmowie zaprosiliśmy Papina i jego żonę, by zjeść coś w centrum miasta, jego oczy rozbłysły. Życie dobrego drugoligowego francuskiego piłkarza w połowie lat 80. nie było usłane różami. Dobry samochód, dom z ogrodem, wakacje w egzotycznych krajach – dla Papina były to wówczas odległe marzenia. Wyjechał do Belgii, bo nie miał nic do stracenia. Club Brugge z Papinem w składzie zamierzał rzucić wyzwanie potężnemu Anderlechtowi. Przymiotnik określający drużynę RSC Anderlecht w pierwszej połowie lat 80 nie jest nic a nic przesadzony. Wystarczy wspomnieć osiągnięcia Fiołków w europejskich pucharach: sezon 1981/1982 - półfinaliści Pucharu Europy, 1982/1983 - zdobywcy Pucharu UEFA, 1983/1984 finaliści Pucharu UEFA, 1984/1985 - 1/8 Pucharu Europy i odpadnięcie po dwumeczu z Realem Madryt. W sezonie 1984/1985 Fiołki zdobyły mistrzostwo Belgii, wyprzedzając Blauw-Zwart [przydomek Club Brugge] aż o 11 punktów, co w czasach gdy za zwycięstwo przyznawano 2 pkt było deklasacją. Mimo to Club Brugge miał naprawdę silny zespół, którego trzon stanowili: Hugo Broos, bracia Van Der Elst, Marc Degryse, i legendarny Jan Ceulemans. Okazało się jednak, że najważniejszą postacią miał zostać młody Francuz. Strzelał gola za golem. Przypominał maszynę, która zawsze wie, gdzie spadnie piłka i potrafi ją skierować, gdzie tylko trzeba. Ten brak spontaniczności w grze zawsze mu wypominano. On sam tak opowiada o swoich umiejętnościach strzeleckich: - Myślę, że pewne cechy są wrodzone. Miałem gole we krwi, naprawdę tak uważam. Jednak każdy dar trzeba rozwijać. Kiedy byłem bardzo mały, mój tata nauczył mnie jak prawidłowo uderzać piłkę. Byłem bardzo młody, kiedy już potrafiłem bez problemu kopnąć piłkę na odległość ponad czterdziestu metrów. Szczerze mówiąc, miałem doskonałą technikę uderzenia.

Jeśli

| str. 77

codziennie

pracujesz,

doskonalisz

siebie.

Policzyłem to: uderzałem piłkę ponad 1,6 miliona razy. To około 200 razy dziennie przez całą moją karierę. Z tego udało mi się uzyskać 346 bramek, co jest stosunkowo małą liczbą. Trzeba jednak pamiętać, że wykonujesz całą tę pracę, aby uniknąć myślenia podczas meczu. Po to, abyś uwierzył, że to, co robisz i gole, które zdobywasz, jest instynktowne. Ale nic bardziej mylnego. Zrozumiałem to dopiero po zakończeniu swojej kariery, oglądając bramki zdobywane przeze mnie oraz przez innych piłkarzy. Wybierane tory biegu, pozycjonowanie ciała w momencie uderzenia piłki, to nie żaden instynkt, to efekt wykonanej pracy. Godzin pracy. I tracisz te umiejętności bardzo szybko. Walka o mistrzostwo Belgii w sezonie 1985/1986 okazała się jedną z najbardziej

emocjonujących w historii, choć tylko kibice Fiołków wspominają ją z uśmiechem na ustach. Oprócz rywalizacji ligowej Blauw-Zwart brali udział w rozgrywkach Pucharu Belgii i Pucharu UEFA. Właśnie w meczach pucharowych Jean-Pierre Papin popisywał się najlepszą skutecznością. W rywalizacji o Puchar Belgii zdobył 7 goli w 8 meczach, i w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia tego trofeum. Nie zawiódł również w Pucharze UEFA. Wprawdzie belgijski zespół odpadł w drugiej rundzie wyeliminowany przez radziecki Spartak Moskwa, ale sam Papin mógł być zadowolony ze swoich występów. Zdobył 5 goli w czterech meczach, a rewanżowy pojedynek z Boavistą Porto zapisał się na wiele lat w historii francuskiej piłki.


LE BALLON MAGAZINE

2 października 1985 roku Jean-Pierre Papin został bowiem najmłodszym francuskim zdobywcą hat-tricka w europejskich pucharach. Podczas meczu Club Brugge - Boavista pierwszej rundzie Pucharu UEFA miał 21 lat. To był idealny hat-trick, bo Francuz zdobywał gole prawą i lewą nogą oraz głową. Rekord Papina przetrwał 34 lata, a pobił go dopiero 22 października 2019 Kylian Mbappé. Żeby było ciekawiej, dokonał tego na tym samym stadionie - w meczu Club Brugge z PSG. W 1986 Club Brugge i RSC Anderlecht zakończyły rozgrywki z taką samą liczbą punktów i zwycięstw. Obydwa mecze bezpośrednie pomiędzy tymi zespołami również zakończyły się remisami. A że w Belgii różnica bramek nie była brana pod uwagę przy ustalaniu kolejności, trzeba było rozegrać dodatkowe dwa mecze o mistrzostwo Belgii. Pierwsze spotkanie w Anderlechcie zakończyło się remisem 1:1 i o

wszystkim miał zadecydować rewanż w Brugii. Club do 63 minuty prowadził 2:0, a pierwszego gola zdobył Papin. Jednak końcówka należała do Mauves, którzy zdobyli dwa gole i mogli świętować tytuł na stadionie największego rywala.

wszystkiego i to, co osiągnąłemw futbolu, zawdzięczam Clubowi. Nigdy tego nie zapomnę.

Jean-Pierre Papin rozegrał w barwach Club Brugge 43 oficjalne mecze i zdobył w nich 32 gole. Wybitny sezon zapewnił mu powołanie do reprezentacji Francji na MŚ w Meksyku w 1986 roku. Kibice Blau-Zwart nie zapomnieli o francuskim napastniku - w ankiecie zorganizowanej w 2012 roku wybrali go najlepszym obcokrajowcem w historii klubu. Trafił do Belgii za 12 milionów franków (ok. 300 tysięcy euro), a odszedł do Olympique Marsylia za 86 milionów (2,15 miliona euro). Jest jak dotąd jedynym piłkarzem grającym w belgijskim klubie, który zdobył później Złotą Piłkę. - Club Brugge był moim pierwszym profesjonalnym klubem. Nauczyłem się tam

| str. 78


LE BALLON MAGAZINE

| str. 79

BURZLIWY SEZON ZIELONYCH


BURZLIWY SEZON ZIELONYCH

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

SEZON BURZ W SAINT-ETIENNE

O prawdopodobnie ostatnim sezonie na pozycji lidera tabeli wszech czasów Saint-Étienne musi jak najszybciej zapomnieć. Fatalna dyspozycja zespołu, kolejne zmiany na ławce trenerskiej i przedwczesne zakończenie rozgrywek, które być może uratowało ich przed kompromitacją.

Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33 t

W ostatnich latach jedynym do czego nie można się doczepić w funkcjonowaniu Les Verts są finanse. Raporty finansowe DNCG (Państwowa Komisja Kontroli Finansów) za dwa ostatnie sezony pokazują, że pod tym względem klub jest bardzo stabilny. Przychody pokrywają wydatki, nie ma kominów płacowych, a wielomilionowe sprzedaże zawodników nie służą łataniu budżetu i – teoretycznie - mogą zostać wydane wartościowych następców. Niestety zdrowe finanse nie zdobywają punktów na boisku.

czo. Stosunkowo młodzi Denis Bouanga, gwiazdka poprzedniego sezonu w Nîmes Olympique, i Sergi Palenca, zawodnik Barcelony ograny w Bordeaux, kosztowali 6,5 mln euro. Prosto z Bordeaux nabyto za 2 miliony 19-letniego Zaydou Youssoufa za 2 mln euro, a pierwiastek doświadczenia mieli zagwarantować Ryad Boudebouz kupiony z Betisu za 3,5 mln oraz ściągnięty z półrocznych wakacji Yohan Cabaye. Niewiele, jak na drużynę walczącą w europejskich rozgrywkach.

Roszady

W trakcie ledwie miesięcznej kadencji Printant nie wykazał cienia pomysłu na zespół. Choć nie zmieniał ustawienia, w jedenastce panował niezrozumiały personalny miszmasz. Nic dziwnego, że Saint-Étienne ryło o dno ligowej tabeli. W 10 ligowych spotkaniach i jednym w Lidze Europy 59-letni szkoleniowiec zaliczył zaledwie 2 zwycięstwa, 3 remisy i 5 porażek.

Dzięki zeszłorocznej dyspozycji ASSE pod batutą Jean-Louisa Gasseta kibice mogli zacząć wracać myślami do fantastycznych czasów Christophe’a Galtiera. Prócz umiejętnie poukładanego kolektywu, z kilkoma wybijającymi się zawodnikami (Khazri, Cabella) Saint- Étienne wróciło do promowania wychowanków. Efektem było wypromowanie Williama Saliby, który został zeszłego lata sprzedany za 30 mln euro do Arsenalu (i powrotnie wypożyczony). Czwarta lokata była zaś wyrównaniem najlepszej pozycji w ostatnim 15-leciu. Cóż jednak z tego, gdy Gasset nie dostawszy gwarancji wzmocnień machnął ręką i udał się na zasłużoną emeryturę. Piękny sen trwał bardzo krótko. Pomysł zastąpienia pierwszego szkoleniowca jego asystentem poprzednio zadziałał, więc ponownie postawiono na ten wariant i doświadczonego trenera zastąpił Ghislain Printant. Mimo ogromnych wpływów ze sprzedaży Saliby oraz m.in. Cabelli (do Krasnodara za 12 mln euro) klub zagrał na rynku transferowym bardzo zachowawczo - z perspektywy czasu trzeba powiedzieć: zbyt zachowaw-

Konfliktowy Claude Strażakiem okazał się Claude Puel, który w ostatnim czasie pełnił podobną rolę w Anglii. Szkoleniowiec od początku narzucił rządy twardej ręki i, trzeba przyznać, pierwszy okres pracy miał wyjątkowo udany. Zmienił ustawienie na 3-4-3, gdzie w bloku defensywnym u boku legendarnego Loïca Perrina ryzykownie postawił na dwóch młokosów, nieco bardziej doświadczonego Salibę i całkowitego debiutanta Wesleya Fofanę, który przed sezonem dołączył z drugiej drużyny. Timothée Kolodziejczak w zależności od ustawienia i potrzeby występował na boku, bądź środku obrony. Wygrana w debiucie z odwiecznym rywalem Olympique Lyon dała Puelowi sporą dozę zaufania, a kolejne punkty zdobywane

| str. 80


LE BALLON MAGAZINE

m.in. z Bordeaux, Monaco czy Nantes wywindowały ASSE do pozycji pretendenta do top 5. Cieniem na ten okres kładą się występy w Lidze Europy, gdzie w dość przeciętnej grupie (Wolfsburg, Ołeksandrija, Gent) SaintÉtienne nie zdołało odnieść nawet jednego zwycięstwa. Choć chwilowo defensywa prezentowała się przyzwoicie, w przednich formacjach cały czas trwał zamęt. Skutecznego w poprzednim sezonie Bericia Puel zupełnie odstawił (a w zimowym okienku sprzedał do MLS), próby gry z fałszywymi napastnikami w osobach Khazriego, Boudebouza czy Hamoumy zupełnie nie wypaliły, a Loïs Diony i młody Charles Abi zaledwie dwukrotnie pokonali bramkarzy przeciwnych drużyn. W poprzednim sezonie gra była oparta o indywidualne umiejętności Khazriego, a w tym rolę holującego zespół przejął Denis Bouanga, który może nie jest zawodnikiem zjawiskowym, ale dynamicznym i skutecznym do bólu, co przy drużynie walczącej o ligowy byt jest dużo istotniejsze. Mimo zapaści na początku grudnia w zimowym okienku nie postarano się choćby o jedno wzmocnienie w ataku, co biorąc pod uwagę skuteczność napastników było całkowicie niezrozumiałe. Ponadto, gdy wyniki się pogorszyły do mediów zaczęły przenikać informacje o niezadowoleniu zawodników i rosnącym napięciu w szatni. Było to o tyle wiarygodne, że podobna sytuacja miała miejsce u byłego pracodawcy Puela, kiedy to wprost proporcjonalnie do spadku formy Leicesteru City malało poparcie piłkarzy dla szkoleniowca. Zieloni zakończyli rozgrywki remisem 1:1 8 marca z Bordeaux, plasując się na kompromitującej 17. pozycji. Z czasem Puel, podobnie jak poprzednik, zaczął stale wprowadzać zmiany, zamiast ogrywać schematy, które od początku dawały dobre rezultaty. Efektem był zatrważający bilans: jedno zwycięstwo - z niżej notowanym Nîmes - w ostatnich 12 spotkaniach. Jedną z głównych ofiar chimeryczności szkoleniowca okazała się kolejna legenda ASSE - bramkarz Stéphane Ruffier.

Czas pogardy Sezon Ruffiera był słaby, jak na standardy jednego z najlepszych bramkarzy Ligue 1 ostatniej dekady. Jednak poczynania Puela, które doprowadziły do całkowitego zdyskredytowania golkipera i zrzucenia na jego barki winy za porażki ASSE, zakrawały na śmieszność. Pod koniec rozgrywek francuski trener odsunął od składu Ruffiera i dał szansę wiecznemu rezerwowemu Jessy’emu Moulinowi. Zmiana nie odmieniła gry zespołu, co było do przewidzenia. Kilkumiesięczny przestój w grze nie wpłynął na stosunek Puela do dotychczasowego numeru 1. Wręcz przeciwnie: trener zakomunikował, że w przyszłym sezonie ma zamiar cały czas stawiać na Moulina, co jest jasnym sygnałem, że legenda może sobie szukać nowego klubu. Jeśli kariera Ruffiera na Geoffroy-Guichard rzeczywiście dobiegnie teraz końca, golkiperowi zabraknie jednego meczu na liczniku, by wyprzedzić w liczbie występów w ASSE najsłynniejszego bramkarza Zielonych Ivana Ćurkovicia, i czterech do znamienitego poprzednika, Jeremiego Janota. Claude Puel stale deklaruje, że chce odmłodzić kadrę i to w niemal każdym wywiadzie. Jak na razie robi to jednak bez jakiegokolwiek szacunku dla doświadczonych zawodników. Wraz z końcem tego sezonu karierę miał kończyć kapitan Les Verts Loïc Perrin. Jednak kontuzja, która dopadła go pod koniec sezonu i przedwczesne zakończenie rozgrywek uniemożliwiły mu godne pożegnanie, stąd chęć przedłużenia umowy o kolejny rok. Na przeszkodzie stoi szkoleniowiec, który ma duże wątpliwości odnośnie sportowej jakości Perrina. Nie ma pewności, kto wyjdzie z tej próby sił górą. Nie wszystko świadczy bowiem przeciwko Puelowi - w Pucharze Francji drużyna poradziła sobie doskonale, docierając do finału, w którym miała zagrać w PSG. Nie ma pewności, czy do meczu dojdzie, ale hipotetycznie Zieloni wciąż mogą zwieńczyć słaby sezon kwalifikacją do Europy.

| str. 81


LE BALLON MAGAZINE

| str. 82


RC LENS WRACA DO ELITY

LE BALLON MAGAZINE

RETRO

RC LENS WRACA DO ELITY:

KREW, ŁZY I ZŁOTO Pięć długich lat czekano w Lens, aby ukochany klub regionu wrócił do piłkarskiej elity. Po kilku pechowych próbach udało się osiągnąć cel. Racing Club po zakończeniu rozgrywek z powodu epidemii koronawirusa uzyskał promocję, zajmując drugie miejsce w lidze i wraca w szeregi najlepszych zespołów nad Sekwaną. “Sang et Or” to pasja, radość, sukces, ciężka praca, ale i smutek czy rozczarowanie. Warto przypomnieć ostatnie dzieje tej drużyny.

Autor KAMIL TYBOR twitter: @KamilTybor

Ślady hiszpańskiej okupacji odzwierciedlone w kolorach Racing Club to klub mający rzesze fanatycznych kibiców. Powstał w 1906 roku, a we francuskiej elicie spędził 58 sezonów. Teraz kibice mają nadzieję wrócić tu na dłużej. Po ogłoszeniu przedwczesnego finiszu rozgrywek - miało to miejsce 30 kwietnia - na północy Francji rozpoczęła się żółto-czerwona fiesta. Lens to typowo robotnicze miasto, związane z górnictwem, w którym pot i ciężka praca nie są niczym nadzwyczajnym. Aglomeracja z mocną tożsamością przesiąkającą klub piłkarski i wpływającą na niego. Kopalnie, ciężki przemysł czy historyczne zaszłości czynią z jego mieszkańców ludzi twardych, mocno stąpających po ziemi i nieustępliwych... i taki, nieustępliwy ma być zawsze RC. Nawiązując do losów regionu nie można nie wspomnieć - choćby w formie ciekawostki - o dwóch okresach: pierwszej wojny światowej i hiszpańskiej okupacji, która miała miejsce w XVI wieku. Podczas Wielkiej Wojny Lens leżało praktycznie na samym froncie. Populacja zmniejszyła się o połowę, a gdy straszny konflikt ucichł, nie było do czego wracać. Miejscowość została kompletnie zniszczona i przybywająca ludność musiała odbudowywać wszystko od podstaw - w tym kopalnie, bo te zniszczyli wycofujący się Niemcy. Ciężka praca i odbudowa na przekór wszystkiemu leży więc w etosie Lens od zawsze. Historia barw RCL sięga jeszcze dalej. W początkowym okresie powstania “Sang

| str. 83

et Or” głównymi barwami zespołu były najpierw zielono-czarne, a następnie błękitne. Te znane wszystkim dziś wiążą się z osobą prezydenta Pierre’a Moglii, który wybrał je jako nawiązanie do... flagi Hiszpanii. Pan Mogli wpadł na ten pomysł przechadzając się nieopodal ruin kościoła Saint-Léger, śladu iberyjskiej konkwisty.

Skomplikowana dekada i upragniony powrót Historia historią, ale żyć trzeba teraźniejszością, a ta dla RC Lens nie zawsze jest usłana różami. Jedną z gorszych w dziejach drużyny była ostatnia dekada. W 1991 roku „Lensois” zawitali do najwyższej ligi w bardzo podobnych okolicznościach jak obecnie (decyzją administracyjną). Wtedy to z Ligue 1 w skutek karnej degradacji pożegnało się Girondins Bordeaux, a jego miejsce zajęli Złocisto-Krwiści. W elicie gościli nieprzerwanie do 2008 roku.

- Spadek do Ligue 2 pod koniec sezonu 2007/2008 był prawdziwą katastrofą dla klubu. Późniejsze problemy wynikają z tego momentu, ponieważ klub co roku musiał martwić się o finansowanie. Kiedy pogoń za pieniędzmi staje się jedynym celem, traci się duszę i to prawie nas zabiło. Przeszliśmy w ręce banku, potem mafii z Azerbejdżanu - zanim częściowo przeszliśmy pod kontrolę Atlético Madryt. Na szczęście ten katastrofalny okres skończył się wraz z przybyciem nowego właściciela, Josepha Oughourliana, doświadczonego biznesmena, który zakochał się w Racingu i jego kibicach. Wróciło zaufanie - mówi sympatyk RC Lens, autor książki “Opera Ludu, stadion jako szkoła życia”, Alexandre Taillez.


LE BALLON MAGAZINE

Co prawda po tamtej degradacji Racing od razu awansował z powrotem, ale na lata stracił stabilizację. Przyszedł rollercoaster formy, a gracze zmieniali się jak rękawiczki. Po opuszczeniu L1 w sezonie 2014/15 promocja notorycznie uciekała Lens sprzed nosa. Czasem w iście filmowych okolicznościach. A to Amiens zdobyło bramkę w ostatniej kolejce ligi i ostatecznie wyprzedziło RC, a to zabrakło punktu, a to nie udało się pokonać Dijon w barażu... - Myślę, że decyzja zakończeniu sezonu i uznaniu wyników jest słuszna. RC Lens rozegrało 28 z 38 meczów, co stanowi większą część sezonu i dlatego już w dużej mierze udowodniliśmy swoją wartość, podobnie jak Lorient – komentuje Taillez. - Na drugiej pozycji usadowiliśmy się już w grudniu, a to dowód regularności zespołu. W pełni rozumiem, że nasi rywale, tacy jak AC Ajaccio lub Clermont Foot, są sfrustrowani, ale niczego nie ukradliśmy. Ten awans to wielka radość. Teraz liczę na dobrze przeprowadzone okno transferowe i przybycie doświadczonych, pracowitych graczy. Nie trzeba nam temperamentnych gwiazd. Byłbym przeszczęśliwy, gdybyśmy utrzymali się Ligue 1 grając odważnie i wygrywając derby z Lille. Awans to zwieńczenie udanego sezonu, w którym Lens zanotowało najmniejszą liczba porażek

RC LENS WRACA DO ELITY

(tylko 5). Dobry wynik to zasługa kilku trenerów. Największe zasługi ma niepracujący już z drużyną Philippe Montanier (maj 2018-luty 2020), ale do finiszu „Lensois” doprowadził Franck Haise. Warto pochylić się jeszcze nad kadrą zespołu, bo ta jest stosunkowo młoda. RC Lens słynie ze świetnie działającej akademii, co widać po piłkarzach wchodzących do pierwszej drużyny, ale trzon stanowili także charakterni weterani, znani z boisk Ligue 1: Yannick Cahuzac, Jean-Louis Léca, Corentin Jean, Guillaume Gillet czy Massadio Haidara.

Klub a gospodarka miasta Nie da się mówić o “Złocisto-Krwistych” nie wspominając o regionie. Racing jest wrośnięty w lokalną społeczność Lens. Awans ucieszył nie tylko ultrasów i sympatyków. Cieszą się wszyscy – nawet ci, którzy na co dzień nie żyją futbolem. Klub ma realny pośredni i bezpośredni wpływ na całą gospodarkę. Miejscowość liczy 30 tysięcy mieszkańców, stadion może pomieścić 38 tysięcy, a w Ligue 1 pustkami świecić nie powinien. W Ligue 2 średnia frekwencja wynosiła 25 000 i była piątą w kolejności, biorąc pod uwagę wszystkie

francuskie ligi. W elicie chętnych na spotkania Racingu brakować raczej nie będzie, a co się z tym wiąże, dzień meczowy będzie generował duże zyski lokalnej przedsiębiorczości - z błyskiem w oku mówią o tym nawet lokalni politycy. Skorzysta również lokalna branża turystyczna, czy gastronomiczna. Właściciel jednego z tamtejszych obiektów, Antoine Bouihol, w jednej z regionalnych gazet mówi jednak tak: - Kiedy ogłoszono awans, niektórzy pracownicy

wyobrażali sobie, że zobaczą PSG, OM lub Lyon w naszym hotelu. To nie wchodzi w rachubę: nie chcę Neymara w moim hotelu. Nie mam nic przeciwko niemu ani PSG, ale musimy wspierać własny klub. Racing Club to lokalny symbol, ale znaczącej pozycji na francuskiej arenie nie osiągnął: na koncie ma tylko jedno mistrzostwo i dwa puchary.

Złoty rok 1998 - Byłem jeszcze małym chłopcem, kiedy RC Lens zostało mistrzem Francji – opowiada Alexandre Taillez. - Tak więc ten fantastyczny epos z lat 1997/98 odkryłem naprawdę kilka lat później, dzięki kasetom wideo, czasopismom i zdjęciom. Kibic najbardziej przeżywa to, czego doświadczył na trybunach, w których bierze udział, ale

| str. 84


LE BALLON MAGAZINE

| str. 85

RC LENS WRACA DO ELITY


RC LENS WRACA DO ELITY

LE BALLON MAGAZINE

dawne osiągnęcia klubów także rezonują. Myślę na przykład, że wielu miłośników AS Saint-Etienne jest dumnych z europejskich wyczynów „Zielonych” w 1976 roku, choć nie było ich jeszcze na świecie. Miałem przyjemność powtórnie przeżyć tamten tytuł Lens, bo poznałem osobiście kilku graczy z tamtych lat, jak Eric Sikora i Guillaume Warmuz. Ten ostatni napisał nawet przedmowę do mojej książki. Jeden z jej rozdziałów rozgrywa się w Polsce! Podstaw sukcesu trzeba szukać we wcześniejszych latach, kiedy ratownikiem mającym pomóc utrzymać się w pierwszej lidze został wybitny trener Roger Lemerre - a jego asystentem niejaki Daniel Leclercq. Misja obu panów zakończyła się sukcesem, a ten drugi w 1997 roku samodzielnie objął drużynę, gdy Lemerre dołączył do sztabu reprezentacji narodowej. Plan był prosty: zająć jak najlepsze miejsce. W jego realizacji pomóc mieli nowi piłkarze: Stephane Ziani z Bordeaux czy Anto Drobnjak z Bastii. Trzon kadry stanowili gracze reprezentujący klub od kilku sezonów: Jean-Guy Wallemme czy bramkarz Guillaume Warmuz. Aż 10 zawodników tamtej ekipy przeszło szkolenie w klubie, a kolejnych dziewięciu pochodziło z regionu - w tym między innymi Eric Sikora, Yoann Lachor czy Cyrille Magnier. Mocny skład uzupełniali Marc-Vivien Foé i Vladimir Smicer. Początek mistrzowskiego sezonu nie był najlepszy. Pierwsze siedem meczów w lidze to tylko dwa zwycięstwa. Kolejne spotkania uwolniły jednak drzemiący w drużynie potencjał. Toulouse? Olympique Lyon? AS Monaco? Same zwycięstwa. W pokonanym polu zostawały drużyny pełne gwiazd. “Sang et Or” grali nierówno, nie mogli złapać odpowiedniego rytmu i te bardzo dobre mecze przeplatali wpadkami. Na półmetku sezonu zajmowali 6. miejsce w tabeli ze stratą sześciu punktów do pierwszego Metz (sic!). Do walki o tytuł Racing włączył się w drugiej części rozgrywek, a za przełomową należy uznać 27. kolejkę. Na północ kraju przyjechało Bordeaux - i wyjechało bez punktu. Następnie podopieczni Leclercqa pokonali – znów – Monaco i PSG. W końcu nadeszła pora na mecz z wyprzedzającym ich Metz, który odbył się w Lotaryngii. Wygrana na bardzo trudnym terenie dała “Lensois” przewagę nie tylko punktową, ale i psychiczną. Poczuli siłę i do końca nie oddali prowadzenia. Dotarli też do finału Coupe de France, ale tam uznali wyższość Paris Saint-Germain. “Złocisto-krwiści” zachwycili wówczas piłkarską Francję - grali ładnie i charakternie. Tamten styl odpowiadał też wartościom kibiców. - Na przełomie wieków RC Lens rozwijało się wyjątkowo dynamicznie i bez wątpienia było jednym z najbardziej ambitnych klubów we Francji. Udało nam się zdobyć tytuł, Puchar Ligi i osiągnąć półfinał w Pucharze UEFA. Byliśmy bliscy zdobycia drugiego mistrzostwa w sezonie 2001/2002, ale zespół nie podołał pod koniec sezonu. Zanotowaliśmy też piękną serię w Lidze Mistrzów w sezonie 2002/2003, w tym cenne zwycięstwo przeciwko Milanowi, przyszłemu zwycięzcy turnieju - wspomina Taillez. Wspomnienia naturalnie odżywają, kiedy dawny mistrz wraca do Ligue 1. Nikt nie zabroni złocisto-krwistym fanatykom marzyć o powtórce z tamtych lat.

| str. 86


| str. 91NORMAN BERNDT, JORDAN BERNDT (BY.BRNT STUDIO) Foto.


LE BALLON MAGAZINE

Wydanie stworzyli dla was :

STAŁA REDAKCJA Michał Bojanowski Eryk Delinger Błażej Jachimski WSPÓŁPRACA Paweł Łopienski Mateusz Majak Mariusz Moński Kuba Ostrowski Kamil Tybor

ZDJĘCIA iFrancja Norman Berndt (by.brnt studio) Jordan Berndt (by.brnt studio) REDAKTOR PROWADZĄCY Jordan Berndt

KOREKTA Eryk Delinger GRAFIKA Jordan Berndt Maciej Klebaniuk

KONTAKT : leballonmag@gmail.com

WSPIERAJCIE NASZĄ PRACĘ UDOSTĘPNIAJĄC TEN MAGAZYN.


LE BALLON SEZON 2019/20

LEBALLONMAG.PL

Profile for Le Ballon

Magazyn Le Ballon - numer 7  

Advertisement
Advertisement
Advertisement