Page 1


J

ednym z głównych bohaterów tego wydania jest Unai Emery, czyli tragiczna postać ostatnich dwóch sezonów Paris Saint-Germain. Wpisując się w klasycystyczne kanony greckiej sztuki, historia hiszpańskiego szkoleniowca również pisała się w pięciu aktach. Pierwszym jest letnie mercato 2016, jedno z najgorszych w historii stołecznego klubu. Choć wydano blisko 70 milionów euro, żaden ze sprowadzonych zawodników nie gra dzisiaj regularnie w wyjściowej jedenastce. Drugim aktem jest oczywiście remontada na Camp Nou, która już na stałe pozostanie niezmywalną plamą w historii PSG. Kolejny rozdział to rozbudzające wielkie nadzieje letnie okienko transferowe z poprzedniego lata. Neymar, Mbappé i wydane miliony były próbą załagodzenia bólu po przegranych bataliach w europejskich pucharach i na krajowym podwórku. Czwarty akt, czyli sprowadzenie na ziemię wielkich marzeń i ambicji o europejskich podbojach. Tym razem nie było remontady - ani cudu na Parc des Princes. Bez kontuzjowanego Neymara, PSG brakowało lidera, który miałby poprowadzić zespół do triumfu. Finalnym aktem było samo odejście Hiszpana. Emery został pogrzebany żywcem zaraz po końcowym gwizdku w przegranym dwumeczu z Realem Madryt. Walcząc jeszcze o krajowe tytuły, trenera nie oszczędzili nawet sami piłkarze. Thomas Meunier przez przypadek (lub nie?) zwolnił szkoleniowca

w pomeczowym wywiadzie telewizyjnym, kiedy stwierdził że w kolejnym sezonie dojdzie do wielu zmian na czele z trenerem. Oczywiście taki scenariusz był łatwy do przewidzenia, szczególnie iż Emery nie wypełnił postawionych przed nim celów. Hiszpan jednak od samego początku pracy nad Sekwaną stał się łatwym celem dla miejscowych mediów. Ataki na jego osobę były ulubioną dyscypliną wielu francuskich dziennikarzy, jednak niewielu zdecydowało się pochylić nad kontekstem w którym przyszło Hiszpanowi pracować w Paryżu. Nikt i nic nie obroni bilansu sportowego, choć w drugim sezonie jego pracy PSG wróciło na swoją pozycję na krajowym podwórku. Czy Emery był skrojony na miarę gwiazdorskiego projektu poda nazwą Paris Saint-Germain? Jakim trenerem będzie jego następca Thomas Tuchel? W którym kierunku rozwinie się klub ze stolicy Francji? Kolejne miesiące sagi zapowiadają się niezwykle ciekawie! W tym numerze nie zabraknie również miejsca dla innych ciekawych tematów: pożegnanie Wengera, historia braci Hernandez i oczywiście teksty podsumowujące minione rozgrywki. Bonne lecture!

JORDAN BERNDT - Redaktor Prowadzący twitter: @JordanBerndt


SPIS TREŚCI 03 - EMERY: ROZWÓD Z ROZSĄDKU 07 - PRZEGNANY: PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO 19 - TUCHEL: PRUSKI GENERAŁ 25 - ROK NEYMARA W PSG 29 - XI SEZONU LIGUE 1 32 - WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ 43 - PODSUMOWANIE TRANSFERÓW 46 - XI TALENTÓW 49 - LYON WYGRYWA WALKĘ O LM 53 - KOSZMARNY SEZON LILLE 55 - HISTORIA BRACI HERNANDEZ 61 - MONTPELLIER: ŻYCIE PO ŚMIERCI 63 - CERCLE BRUGGE: SATELICKI KLUB ASM 67 - PRZYGODY PUELA W PREMIER LEAGUE 69 - ROLLERCOCOASTER MARSYLII 71 - TFC: PURPLE RAIN 75 - PUCHAR GAMBARDELLA 77 - ASSE: ZIELONY SIEROCINIEC 81 - SEZON ŻYCIA KARLA TOKO-EKAMBI 83 - RETRO: YOANN GOURCUFF 85 - SEZON BENIAMINKÓW 87 - PRZYGODY SAMIRA NASRIEGO 89 - NIVET: 40-LATEK W LIGUE 1


UNAI EMERY ŻEGNA SIĘ Z PSG

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTKA

Rozwód z rozsądku Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

P R Z E G N A N Y

Mistrzostwo, Puchar Francji, Puchar Ligi. Dla większości europejskich klubów taki zestaw nowych naczyń w gablocie składałby się na wybitny sezon. Dla kilku największych – przynajmniej dobry. Za to w Paryżu taki bilans drugi raz w ciągu dwóch lat prowadzi trenera na bezrobocie.

| str. 03


UNAI EMERY ŻEGNA SIĘ Z PSG

LE BALLON MAGAZINE

tatnim z wielu sygnałów, że paryska misja przerasta trenera. Emery, tak jak Blanc przed nim, na długo przed decydującą wpadką pokazywał, że nie jest szkoleniowcem skrojonym na gwiazdorską szatnię. Miesiącami plotkowało się, że nie cieszy się poparciem brazylijskiej kliki, a w żadnym momencie nie miał wystarczająco mocnej pozycji, by pójść na całość i uporządkować sytuację: nawet kiedy odstawiał starzejącego się Thiago Mottę i próbował zmniejszyć rolę Thiago Silvy, równocześnie uparcie wystawiał Daniego Alvesa kosztem lepszego Thomasa Meuniera i, rzecz jasna, pozwalał na wszystko Neymarowi. Swoją najlepszą okazję do zdominowania relacji z supergwiazdą Bask oddał walkowerem. Kiedy Junior i Cavani posprzeczali się o wykonywanie jedenastek, mógł przybrać rolę surowego, ale rozsądnego rodzica i narzucić im rozwiązanie sprawy, lecz zamiast tego wymruczał tylko na konferencji: „mam nadzieję, że się dogadają” i przeczekał, aż problem zniknie sam.

L

os Unaia Emery’ego był przesądzony, zanim jeszcze Bask zdobył którekolwiek z tegorocznych trofeów - 6 marca, tuż po zakończeniu drugiego meczu z Realem Madryt w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Rolę trenera PSG powierzono mu, by przeniósł na wielką scenę zdolności, które dały Sevilli trzy zwycięstwa w Lidze Europy z rzędu. Na wykonanie zadania dostał dwa lata. Do realizacji celu nawet się nie zbliżył, więc Nasser Al-Khelaifi i dyrektor Antero Henrique zdecydowali o rozstaniu.

Utarta ścieżka Zakończenie paryskiej przygody Emery’ego to niemal kserokopia ostatniego aktu historii Laurenta Blanca. O pożegnaniu Francuza też przesądził przegrany dwumecz w Lidze Mistrzów, a u podstaw porażki także leżała niezrozumiała decyzja taktyczna. Blanc w decydującej grze z City wystawił na w trzyosobowym bloku obronnym świeżo przywróconego do kadry po dyscyplinarnym zawieszeniu Serge’a Auriera. Emery zaś przeciwko wybitnym pomocnikom Realu wyznaczył do gry w roli „szóstki” 21-letniego playmakera, Giovaniego Lo Celso. Błędy obu bossów wynikały ze skrajnie różnych pobudek: ten pierwszy chciał zaskoczyć rywala tak bardzo, że postawił na rozwiązanie obce nawet jego własnym graczom; drugi zaś – zlekceważył zagrożenie i wybrał opcję testowaną od miesięcy, która jednak zawiodła w jedynym wcześniejszym sprawdzianie wysokiej rangi (przegranym 1:2 starciu z Lyonem). Skutek obu ruchów był taki sam – przegrana w meczu o przetrwanie i ośmieszenie trenera: przeciętnie zorientowany kibic mógł dostrzec w tych zagrywkach zapowiedź katastrofy. Zabójcza pomyłka Emery’ego nie była przy tym jednorazową wpadką wywołaną presją wyzwania, ale jaskrawym przykładem jego największej warsztatowej przywary: nieumiejętności prawidłowego reagowania na rozwój meczu. Choć mówi, że stawia na atak i dominację, zaskakująco często odsyła swoich graczy do odwrotu. Zbyt często - w niewłaściwych momentach. Nigdy nie wiadomo, kiedy w przypływie paniki zdecyduje się wymienić napastnika na dodatkowego obrońcę. Nie potrzebuje do tego korzystnego wyniku ani przesadnego nacisku rywala. Nerwowe reakcje trenera są zaś błyskawicznie odczytywane przez piłkarzy. I plączą im nogi. W obu przypadkach „popisowe” pożegnanie z Ligą Mistrzów było tylko os-

Największa porażka Unaia przyszła jeszcze przed wielkim transferem Brazylijczyka. Feralny wieczór na Camp Nou w oczach wielu był wystarczającym powodem, by PSG pozbyło się trenera. O tamtą kompromitację trudno w całości obwinić Hiszpana – fakt, że między trzema ostatnimi golami Barcelony sparaliżowani piłkarze PSG zdołali wymienić ledwie pięć podań nie może być „zasługą” człowieka na ławce – ale jego nietrafione decyzje i niezdolność do opanowania sytuacji, kiedy była jeszcze w rękach paryskiego zespołu, także wyraźnie się do tamtego koszmaru przyczyniły. Dziś już jasne, że był to jeden z wielu dowodów na słabość Emery’ego w konfrontacji z wielkim futbolem. Po historycznej katastrofie Emery nie tylko utrzymał posadę, ale dostał od szefów dodatkowe wotum zaufania: klub opuścił dyrektor Olivier Letang, który poprzedniego lata miał dokonywać transferów wbrew wizji trenera. Przed nowym sezonem Unaiowi wręczono, zdawało się, wymarzone narzędzia do podboju Europy. Sportową i marketingową siłę PSG zwielokrotnił zwycięzca LM, Neymar, a na gorącą prośbę Emery’ego do Paryża zawitał też cudowny dzieciak Kylian Mbappé, w debiutanckim sezonie zgłaszający kandydaturę na przyszłą legendę Pucharu Mistrzów. Szkopuł w tym, że nie takich – albo: nie tylko takich – przyborów trener potrzebował.

Pedagog bez narzędzi Obie nowe gwiazdy choć częściowo kłóciły się z zastanymi elementami zespołu: urzędująca ikona PSG, Edinson Cavani, Neymarowi podbiera wszak centralne miejsce na scenie, a Kylianowi – w formacji drużyny. Wzmocnienia sprawiły też, że szkoleniowiec zgubił pomysł na Angela Di Marię – wbrew wszystkiemu, prawdopodobnie najlepszego piłkarza Paryża w 2018. Klub obdarzył Emery’ego nadmiernym bogactwem w ataku, a równocześnie nie zdołał sprawić mu niezbędnego defensywnego pomocnika: jeszcze za kadencji Blanca braki Motty były w meczach z najlepszymi rywalami ewidentne, a mimo to pościg za nową „szóstką” skończył się fiaskiem. Zimą oczywisty deficyt stał się zaś powodem nieporozumienia Unaia z nowym dyrektorem, Antero Henrique – kiedy jeden publicznie deklarował potrzebę ściągnięcia takiego gracza, drugi kategorycznie zaprzeczał planom zakupów. Spotkali się wpół drogi: kontrakt podpisał darmowy Lassana Diarra, który przedłużył ławkę, ale palącego problemu nie rozwiązał. Chociaż braki Emery’ego były dostrzegalne od dawna, PSG nie zawsze dokładało starań, by ułatwić mu zadanie. Nie wszystko co robił, było pomyłką: Hiszpana trzeba wyróżnić za znakomitą pracę z młodymi piłkarzami. Pod jego okiem znakomicie rozwinęli się Marquinhos, Adrien Rabiot, Presnel Kimpembe i Chris Nkunku. Zdecydowanie postawił też na Alphonse’a Areolę kosztem przereklamowanego Kevina Trappa. Zrobił więc bardzo dużo, by w wypchanej nazwiskami, „katarskiej” drużynie zachować nieco lokalnego ducha. PSG musi się postarać, by tego nie zaprzepaścić: jeżeli wychowankowie pozostaną tr-

| str. 04


UNAI EMERY ŻEGNA SIĘ Z PSG

LE BALLON MAGAZINE

zonem ekipy na dłużej, dwuletnią kadencję Baska będzie można wspominać jako coś więcej niż tylko nieudany eksperyment. Już po pożegnaniu z klubem Bask otworzył się w obszernym wywiadzie, w którym przyznał między innymi, że w Paryżu dzień po dniu musiał uczyć się obycia z piłkarzami niemal od nowa i zupełnie zmieniać podejście do codziennej pracy: - Jako trener zawsze miałem tendencję, by krok po kroku wpajać piłkarzom przebieg akcji, trochę jakbym sterował nimi za pomocą joysticka. W PSG zdałem sobie sprawę, że są tu zawodnicy, którzy zwykle sami wybierają najlepsze rozwiązania. […] Dobrze wyjaśniał to kiedyś Marcelo Bielsa: są gracze szczególnie zdolni, którym pewne zachowania przychodzą naturalnie, a inni – to większość – muszą je wciąż ćwiczyć, by udały się na boisku.

Trener-cień Pracy nie ułatwiały mu też media. Może dlatego, że elokwentny, skrupulatny, z filozoficznym zacięciem, ale przy tym wycofany i starannie ważący słowa Hiszpan nie dostarczał wystarczająco soczystego materiału na prasowe nagłówki. Może zaś zwyczajnie dlatego, że kiepsko zaczął przygodę w PSG i nigdy nie zdołał zmyć złego pierwszego wrażenia. Dla dziennikarzy zawsze był „żywym trupem”, a każde słowo było przeinaczane, by postawić go w gorszym świetle. Nawet kiedy jego drużyna fenomenalnie grała w fazie grupowej Ligi Mistrzów i biła strzeleckie rekordy, Al-Khelaifi musiał przed kamerami zapewniać, że przyszłość trenera jest niezagrożona. Nie wszystko było pod jego kontrolą – nawet gdyby chciał demonstrować siłę charakteru, z nową maskotką, Neymarem, nie mógł przecież iść na wojnę. Zamiast na siłę się stawiać, poszedł z prądem rzeki i starał się nieunikniony „neymarocentryzm” uczynić jak największą zaletą zespołu. To też tłumaczył w pożegnalnej rozmowie: - Jorge Valdano zwrócił mi kiedyś uwagę: >W Barcelonie liderem jest Messi. W Realu – Florentino Perez. W Atletico – Simeone<. Gracz, prezes, trener. Liderzy różnych rodzajów. Trener musi nauczyć się odnajdywać w każdej z tych sytuacji i wyczuwać, kiedy jest takim przywódcą, a kiedy nie. Musi umieć znaleźć swoją rolę i przydzielać te role innym. W PSG tym liderem jest, a raczej staje się, Neymar. To konieczne, by został światowym numerem jeden. Ale to proces, któremu trzeba jeszcze czasu. Namaszczenie z jakim Bask mówi o Neymarze ilustruje równocześnie zaletę i największy problem trenera – człowieka, który zawsze zdaje się myśleć o szerszej perspektywie i skrywać własne ego głęboko w cieniu. Zbyt głęboko. Obraz dopełniają znakomite rezultaty pracy z paryską młodzieżą: najwyraźniej trafiał przede wszystkim do wchodzących do drużyny, skromniejszych graczy, którzy od progu ulegali pozie surowego, maniakalnie skrupulatnego nauczyciela. Tam, gdzie szacunek trzeba było wywalczyć, Unai Emery rzucał rękawicę. Dlatego musiał odejść.

Foto RAFAŁ KOWALSKI - iFrancja.fr

| str. 05


UNAI EMERY ŻEGNA SIĘ Z PSG

LE BALLON MAGAZINE

| str. 06


PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTKA

PRZEGNANY

PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

J

ako trener paryskiego zespołu przez ostatnie dwa sezony Unai Emery był nieustannym obiektem krytyki francuskich mediów, które nie zawsze były w stanie go zrozumieć. Za krytyką kryje się jednak praca ceniona przez wielu pracowników i zawodników Paris Saint-Germain. Oczywiście przez te dwa lata wszystko nie było różowe, jednak dorobek Hiszpana zasługuje na głębszą analizę. Dwa lata Unaia Emery’ego podsumowuje Romain Molina - francuski dziennikarz i autor biografii o hiszpańskim szkoleniowcu.

Autor ROMAIN MOLINA twitter: @Romain_Molina

Tłumaczenie JORDAN BERNDT twitter: @JordanBerndt

Ponad rok po premierze książki El Maestro [biografii Unaia autorstwa R. Moliny – przyp. red.] paryżanie zdążyli przeżyć niemal wszystko. Zwłaszcza ich szkoleniowiec. - Zawsze coś się dzieje, kiedy jesteś trenerem – uśmiecha się Unai. Nigdy nie możesz być spokojny – wzdycha i dodaje. - Nigdy nie zwątpiłem ani w tę grupę piłkarzy, ani w kierunek, w którym zmierzaliśmy. Nigdy. Odniesienie do porażki w Barcelonie niemal ciśnie się na usta. Tak jak utrata mistrzowskiego tytułu na rzecz AS Monaco po czterech latach panowania w krajowych rozgrywkach. Bilansu osłodzić nie mógł nawet 87-punktowy dorobek – trzeci najwyższy w historii klubu - czy zdobyte krajowe puchary. PSG nie zwolniło Laurenta Blanca by skupić się na Pucharze Francji, Pucharze Ligi czy Superpucharze. - To był sezon… konstytutywny. W grze zrobiliśmy spory progres, zdobyliśmy sporo punktów w lidze – tak jak w poprzednich latach jednak to nie wystarczyło - ocenia Edinson Cavani, jeden z największych wygranych za kadencji Emery’ego. - Z trenerem podzielamy taką samą pasję do futbolu i podobną chęć rozwoju. Nie zawsze się z nim zgadzam, ale to normalne, że zawodnicy nie są do końca zgodni z ich trenerem. Obdarzył mnie odpowiedzialnością i wielkim zaufaniem, a ja starałem się mu za to odpłacić na boisku.

| str. 07

Plus d’un an après la sortie du livre El Maestro, le PSG a tout connu. Encore plus son coach. « Il se passe toujours quelque chose quand tu es entraîneur », sourit Unai. « Tu ne peux jamais être tranquille… » Il laisse échapper un soupir, puis continue. « Je n’ai jamais douté du groupe ou de la direction dans laquelle nous allions. Jamais. » La référence à l’élimination contre Barcelone est implicite, comme la perte du titre de champion de France au profit de Monaco près quatre ans de règne sans partage. Qu’importent les 87 points glanés, troisième total le plus élevé de l’histoire du club (2), et les sacres en Trophée des Champions, Coupe de la Ligue et Coupe de France : Paris n’a pas viré Laurent Blanc et pris un nouvel entraîneur pour se contenter des coupes nationales. « Ça a été une saison… Fondatrice on va dire. Dans le jeu, on a fait de bonnes choses, on a pris beaucoup de points en championnat, comme les autres années, mais ça n’a pas suffi », juge Edinson Cavani, l’un des grands bénéficiaires de l’arrivée d’Emery. « Avec le coach, on partage la même passion pour le football et l’envie de s’améliorer. Je ne suis pas toujours d’accord avec lui, mais c’est normal, les joueurs ne sont jamais totalement d’accord avec leur entraîneur (rires). Il m’a responsabilisé et a placé toute confiance en moi, donc j’ai essayé de la lui rendre sur le terrain. »


LE BALLON MAGAZINE

| str. 16


LE BALLON MAGAZINE

Wybrany najlepszym piłkarzem ligi francuskiej, Urugwajczyk zrobił więcej niż powiedział. Początek ich współpracy był jednak dość wyboisty. Przeciwko Metz, w drugiej kolejce, Cavani wyczyniał cuda przed bramkarzem i nie trafiał w wydawać się mogło najprostszych sytuacjach, doprowadzając Parc des Princes do szału. Sytuacja powtórzyła się kilka tygodni później w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów z Arsenalem, choć wtedy zdołał wcześniej otworzyć wynik spotkania. Wątpliwości narastały. Następnego dnia Emery zdecydował się z nim omówić to spotkanie. - Dla mnie najważniejsze jest to, że potrafisz sobie zdobywać okazje. Jeśli sobie je stwarzasz, jestem zadowolony. Będziemy jednak musieli popracować nad skutecznością by te sytuacje zamienić na bramki – zapewniał go Emery. Ta rozmowa była kluczowa w ich relacji - tak przynajmniej uważa agent i przyrodni brat Edinsona, Walter Guglielmone. - Obdarzył go wielkim zaufaniem, gdy wiele osób myślało, że nie udźwignie roli następcy Zlatana. W tym dniu powiedział mu również, że jego zdaniem Edi jest w stanie zdobyć nie 35 bramek, a 50 w sezonie. Emery był o tym przekonany. Popatrzyliśmy się na siebie i myśleliśmy, że oszalał, ale najpewniej chciał tym zachęcić Ediego do przekraczania kolejnych granic i cięższej pracy – wspomina Walter. Trzy dni później w Caen, Cavani schodził w przerwie do szatni z czterema bramkami. Łącznie zdobył w tamtym sezonie 49 bramek w 50 spotkaniach, co było jego najlepszym wynikiem w całej dotychczasowej karierze. Sukcesy El Matadora to także jeden z sukcesów zarządzania Emery’ego w poprzednich rozgrywkach. Podobnym przykładem jest wkomponowanie

| str. 09

Elu meilleur joueur du championnat de France, l’Uruguayen a fait plus que ça. Pourtant, le début de saison a été cahoteux. Contre Metz lors de la seconde journée, il rate absolument tout ce qui est possible face au gardien, suscitant l’exaspération du Parc des Princes. Rebelote lors de la première journée de Ligue des Champions contre Arsenal malgré un but initial. Les doutes s’amoncelaient. « Contre Arsenal, il a eu plusieurs occasions nettes. Le lendemain, on en a parlé :”Le plus important pour moi, c’est que tu obtiennes des occasions. Si tu t’en crées, je suis content, mais on va devoir bosser pour gagner en efficacité, pour que ces occasions se transforment en but” », l’a rassuré Emery. Une discussion marquante selon le conseiller et demi-frère d’Edinson, Walter Guglielmone. « Il lui a témoigné une grande confiance alors que beaucoup de personnes pensaient qu’ils n’avaient pas les épaules pour prendre la suite de Zlatan. Ce jour-là, il a même dit à Edi qu’il s’était trompé, qu’il ne devait pas marquer 35 buts cette saison, mais 50 ! Il lui a dit qu’il en avait largement les capacités. On s’est regardé, on a pensé qu’il était fou (rires). Mais non, il le pensait et voulait sans doute pousser Edi à dépasser ses limites. » Trois jours plus tard à Caen, Cavani sort à la mi-temps après un quadruplé. Au total, il inscrira 49 buts en 50 matchs toutes compétitions confondues, son meilleur total depuis le début de sa carrière. La réussite du Matador est l’une des réussites du management d’Emery la saison passée, comme l’incorporation du jeune Presnel Kimpembe en défense, impérial contre Barcelone à la maison. Le repositionnement


LE BALLON MAGAZINE

do obrony PSG młodego Presnela Kimbembe, który w pierwszym spotkaniu z Barceloną na Parc des Princes rozegrał świetne zawody. Godne uwagi jest także regularne przesunięcie Adriena Rabiota na pozycję numer sześć – do roli, w której Francuza próbował wcześniej również Laurent Blanc. Jednak to wszystko nie ukryje „tego pieprzonego meczu” na Camp Nou, jak mawia Romain Grunstein, główny kitman pierwszego zespołu Paris Saint-Germain. - W ciągu niespełna trzech tygodni przeżyliśmy wszystko. Po sukcesie 4:0 u siebie, to było jakbyśmy wygrali mundial. Nigdy wcześniej nie przeżyłem podobnej euforii. To zwycięstwo, jedno z najbardziej błyskotliwych w europejskich pucharach, było kolektywnym recitalem zarówno w ofensywie, jak i w obronie. - Chcieliśmy odciąć Busquetsowi wszystkie możliwości wyprowadzenia – tłumaczy Unai - Aby tego dokonać, chcieliśmy by Cavani grał bliżej niego. Dopasowali się do tego podczas spotkania, dlatego później Cavani musiał przesunąć się bliżej Pique. Musiał wywierać presję na obu zawodnikach i zawsze kryć strefę Busquetsa by móc go pilnować. Cel tych taktycznych roszad podsumowuje jego asystent Juan Carlos Carcedo: - Uniemożliwić Barcelonie płynną grę i zmusić ich do innej gry, zaproponowania nowych rozwiązań. Misja okazała się pełnym sukcesem baskijskiego trenera, który jednak wrócił do szatni z nieco zaniepokojoną miną. - W moim biurze mamy mnóstwo zdjęć i pamiątek na ścianie. Pomyślałem więc, że ten wieczór

régulier d’Adrien Rabiot en sentinelle – une position à laquelle Laurent Blanc l’avait aussi essayé – est aussi notable, mais cela n’occulte pas « ce putain de match » au Camp Nou pour reprendre l’expression de Romain Grunstein, responsable de l’intendance de l’équipe professionnelle. « En trois semaines, on a tout connu. Après le 4-0 à domicile, c’est comme si on avait gagné la Coupe du Monde. Je n’ai jamais connu une telle euphorie. » Cette victoire, l’une des plus éclatantes de l’histoire parisienne en Europe, a été un récit collectif, offensivement et défensivement. « On a voulu couper les sorties de balle de Busquets », explique Unai. « On a donc demandé à Cavani d’être proche de Busquets, puis ensuite de se rapprocher de Piqué car ils s’adaptaient au fil du match. Il devait faire un peu les deux, et toujours couvrir la zone de Busquets pour le surveiller. » L’objectif est résumé simplement par son adjoint, Juan Carlos Carcedo : « Empêcher le Barça d’avoir un jeu fluide, les pousser à faire autre chose. » Mission pleinement réussie pour l’entraîneur basque, qui est cependant rentré au vestiaire avec la mine un peu inquiète. « On a notre local à l’intendance, avec plein de photos. Je voulais en faire une avec le coach, donc j’ai pensé que c’était l’occasion », se souvient Romain Grunstein. « Le coach me dit :”Pas de problème, mais quand on sera qualifié.” Je lui réponds qu’on a gagné 4-0, mais il me calme tout de suite :”Oui, on mène 4-0, mais on a rien gagné du tout. C’est justement le danger de croire qu’on a gagné.” »

| str. 10


LE BALLON MAGAZINE

upamiętnię zdjęciem z trenerem. Okazja wydawała się być doskonała – wspomina Grunstein - Trener powiedział mi jednak, że uwiecznimy to dopiero kiedy zapewnimy sobie awans. Uspokoił mnie mówiąc, że faktycznie prowadzimy 4:0, ale jeszcze niczego nie wygraliśmy. To jest właśnie największe niebezpieczeństwo: uwierzyć, że już wygraliśmy. Pomimo remisu z Tuluzą pięć dni później, w Paryżu wszystko wrze. Działacze rozglądają się już nawet za hotelami w Cardiff, gdzie rozgrywany jest finał, by móc ugościć całą delegację i wszystkich zaproszonych. - Później rozgromiliśmy Marsylię 5:1, więc myśleliśmy że to naturalne następstwo i że to wysokie zwycięstwo nad Barceloną jest początkiem czegoś nowego – wspomina Romain, który jednak zauważa w tym czasie rosnące zaniepokojenie sztabu szkoleniowego. - Unai nie przestawał powtarzać, że mamy jeszcze do rozegrania mecz rewanżowy. Pewnego dnia zwrócił uwagę: „czy naprawdę myślicie, że w Barcelonie będą na nas czekać, czy będą chcieli się odegrać? Należy być gotowym na walkę, być pewnym siebie, ale przygotowanym”. W tym samym czasie francuska prasa, m.in. L’Équipe, zaczyna rozpowszechniać ideę potencjalnej remontady – słowo, które na kilka dni przed konfrontacją z 8 marca 2017 będzie się masowo przewijać w mediach. O każdej porze dnia, widzowie L’Équipe 21 lub innych kanałów informacyjnych i sportowych są atakowani wizją historycznego wyczynu. Co

| str. 12

PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

Malgré le nul contre Toulouse cinq jours plus tard, Paris est en effervescence. Des dirigeants regardent déjà les hôtels pour Cardiff, lieu de la finale, histoire d’anticiper et de permettre aux proches de venir. « On a défoncé Marseille juste derrière (1-5), donc on a eu l’impression que c’était la suite logique, que le 4-0 était le début de quelque chose », poursuit Romain, qui note l’inquiétude du staff. « Unai n’a pas cessé de répéter qu’il restait le match retour. Il a dit une fois :”Vous croyez sincèrement que Barcelone va nous attendre ou qu’ils vont vouloir une revanche ? Il faudra être prêt au combat, être confiant mais préparé.” » Dans le même temps, la presse française, notamment L’Equipe, diffuse l’idée de la remontada, un mot utilisé jusqu’à l’overdose les jours précédents le rendez-vous du 8 mars 2017. Matin, midi et soir, les téléspectateurs de L’Equipe 21 ou des autres chaînes d’information, qu’elles soient sportives ou non, sont abreuvés de la possibilité d’une remontée historique. Même idée de fond dans les journaux et sur Internet, que les joueurs consultent évidemment depuis leur smartphone. Pis encore, le média Bros. Stories, un site censé montrer les athlètes sous un autre jour, a (pour une fois) une idée désastreuse : réunir Meunier, Matuidi, Verratti et Draxler dans une pizzeria avec un thème : « Le match retour franchement, vous le sentez comment ? » Barcelone n’avait déjà pas besoin de motivation, mais les joueurs parisiens semblent leur en donner d’autres, au cas où. « Les réseaux sociaux dans le vestiaire, ça a fait mal durant la préparation. Mais


PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

LE BALLON MAGAZINE

gorsza, internetowy kanał Bros. Stories, wpadł na pomysł zebrania kilku piłkarzy PSG wokół jednego pytania: „Czego spodziewacie się po rewanżu?” Jakby Barcelona nie potrzebowała większej motywacji, zawodnicy z Paryża wydają się im dawać kilka powodów więcej. Tak na wszelki wypadek.

dans le groupe, c’est devenu une manière de s’intégrer. Tu fais des photos, des petites vidéos, certains en sont vraiment accros », racontent plusieurs intendants. Ce qui exaspère Juan Carlos Carcedo, qui conseille à certains : « Discrétion, simplicité, ça va tout aussi bien. »

Biorąc mecz za wygrany jeszcze przed wyjściem na Camp Nou, cały klub był w błędzie. Co gorsza, zespół zostaje przed meczem zdziesiątkowany przez kontuzje. Thiago Motta cierpi na uraz łydki, który wykluczył go z pierwszego meczu. Emery kilkukrotnie z nim rozmawia, posuwając się nawet do tego, by wymuszać na nim gotowość do rewanżu. - Potrzebujemy chłodnej głowy, doświadczenia, kogoś kto nas poporwadzi – aż do ostatniego momentu szkoleniowiec liczył na powrót Motty. Bez sukcesu. Wszyscy liczą, że zastąpi go Adrien Rabiot, który jednak nie trenował z zespołem przez tydzień przed rewanżem. Véronique, jego mama i zarazem menadżerka, dzwoni nawet pewnego dnia do klubu, zdesperowana: Adrien nie może nawet wstać z łóźka. Nie może nic zjeść. Rabiot w ciągu kilku dni traci trzy kilogramy i wraca do zespołu dopiero w niedzielę na krótkie rozbieganie. Podobna jest sytuacja Angela Di Marii. Argentyńczyk leczy kontuzję z pierwszego meczu i jego udział w rewanżu stoi pod dużym znakiem zapytania. Wisienka na torcie wpada podczas niedzielnego treningu, gdy przedwcześnie z boiska schodzi Javier Pastore. Pomocnik narzeka na problem z łydką…

En jouant le match avant d’être sur le terrain, le club tout entier fait fausse route. Pour ne rien arranger, l’effectif est décimé. Thiago Motta souffre toujours du mollet l’ayant privé de l’aller. Emery s’entretient plusieurs fois avec lui, allant jusqu’à lui demander de faire l’impossible pour ce rendez-vous. « On a besoin d’une tête froide, d’une direction, de vécu. » Jusqu’au dernier moment, le coach a espéré compter sur « papa » Motta. Sans succès. Pour le remplacer, Adrien Rabiot est attendu, mais il ne s’entraîne pas la semaine précédant le match. Sa maman et conseillère, Véronique, appelle même le club un jour : « Adrien ne peut même pas sortir de son lit, il ne peut rien manger. » Il perd plus de trois kilos en une semaine, et revient péniblement le dimanche avec le groupe, se contentant de trottiner. Même topo pour Angel Di Maria, blessé depuis le match aller et incertain. Pour couronner le tout, Javier Pastore stoppe l’entraînement du dimanche à cause de son mollet... Mercredi 8 mars, au matin. Pastore s’entretien avec le staff. Il évoque une amélioration, mais il a besoin de se tester. Di Maria et Rabiot sont déclarés plus ou moins aptes pour le service, sans d’autres choix possibles.

| str. 11


LE BALLON MAGAZINE

Środa 8 marca, rano. Pastore rozmawia ze sztabem i zapewnia o polepszeniu sytuacji. Z braku alternatywy, Di Maria i Rabiot są zgłoszeni do spotkania. Po porannym rozbieganiu i obiedzie, zawodnicy zostają w hotelu zgodnie ze swoimi przyzwyczajeniami. - Kilka godzin przed meczem nie czuliśmy żadnego niepokoju. Wszyscy byli pewni siebie – ocenia Grunstein. - Wyjechaliśmy na stadion nieco przed zespołem, by móc przygotować szatnię. Kiedy wyruszaliśmy z hotelu, nie miałem żadnych obaw. Chłopcy przyjechali jako zwycięzcy, spokojni i pewni siebie. Pewność dostrzegalna niemal w każdym korytarzau Fairmont Rey Juan Carlos I, gdzie dwóch paryskich działaczy zastanawiało się, którą butelkę otworzą wieczorem po meczu… W końcu nadchodzi moment wyjazdu z hotelu. - To w tym momencie wszystko się zmienia. Moim zdaniem mecz się rozstrzygnął w tamtej chwili – wspomina Romain. Jako świadek tamtych wydarzeń, jest jedną z nielicznych osób, które zgadzają się wracać do tamtego dnia. Klub chciałby uciszyć wszystko co związane z pamiętnym ósmym marca, z wyjątkiem kwestii sędziowskich. - Wychodząc z hotelu piłkarze ujrzeli straszny tłum. Robił ogromne wrażenie. Minuty dzielące hotel od Camp Nou wydają się wiecznością. Horda wściekłych kibiców Barcelony otacza autobus, który w eskorcie policji przebija się przez gęsty tłum w kierunku stadionu. Piłkarze obserwują całą scenę w milczeniu, ze słuchawkami na uszach. Nikt nie reaguje. - Dotarło do nich, że nie grają tylko z Barçą lecz przeciwko Barcelonie, całemu miastu. Wcześniej sobie tego nie wyobrażali. Przy wyjściu z autobusu wznawiają się gwizdy. Zespół wkracza na Camp Nou starając się nie zwracać uwagi na otaczającą scenerię. Jednak to niemożliwe. - Naszą jedyną szansą było zgotowanie im piekła – wyznał później działacz FCB. Rozgrzewka jest zupełnie nieudana. Piłkarze narzekają, że piłki są zbyt nowe – zwłaszcza Kevin Trapp. Powrót do szatni. Ostatnie słowa Unaia. Zero efektu. - W momencie, gdy weszli do tunelu, wybiegli na murawę... Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego zgiełku. Nie mieliśmy za przeciwników jedenastki, ale sto tysięcy ludzi. Twarze bledną. Cały blok zespołu niemal od razu się cofa, nie potrafiąc wymienić pierwszych podań. Emery wstaje zaniepokojony. Zamaszystymi gestami wzywa swoją obronę, by ta wyszła wyżej. Żadnej reakcji. Luis Suarez nie prosił o więcej, otwierając wynik spotkania w trzeciej minucie. Camp Nou eksploduje ze szczęścia. Paryż dotarł do bram piekła. Przerwa. Barcelona prowadzi 2:0. Unai Emery i Juan Carlos Carcedo naradzają się po 45 minutach krzyków przy linii bocznej. Nawet drugi asystent, bardziej dyskretny Pablo Villa wychodzi z siebie i wydziera się na obronę i drugą linię by wyszły wyżej, jak zostało to wypracowane na treningu taktycznym. - Wszyscy piłkarze w szatni mieli spuszczony wzrok, nikt nie wydawał żadnego dźwięku – opowiada Romain. - Unai skończył przemowę. Był spokojny, ale starał się ich obudzić. Mam przeczucie, że było to bezużyteczne. Mógł nawet zacząć po kolei obrażać każdego z nich, nie wiem, czy spotkałby się z jakąś reakcją. Pózniej poprosił Mottę, by ten przemówił do grupy. Tak jak z Chelsea w 2015 roku, gdy Paryż w dziesiątkę wywalczył awans pomimo wykluczenia Ibrahimovicia, Włoch przemawia. - Nie pamiętam dokładnie jego słów, ale szczególnie zapamiętałem jedno zdanie. To było tuż przed powrotem na boisko. Powiedział coś w stylu: „Teraz musimy wybrać, jak chcemy umrzeć – albo spuszczamy wzrok, albo trzymamy głowy do góry”. Nie wiem, czy miał przeczucie. Nie wiem też czy były to do końca jego słowa. Wiem jednak na pewno, tego dnia naprawdę umarliśmy. Edinson Cavani dał nadzieję, zmniejszając wynik po godzinie gry (3 :1). Chwila szczęścia, gdy Verratti rzuca się w ramiona Emery’ego krzycząc tak głośno, że prawie zrywa struny głosowe. Obok ławki rezerwowych, osobisty fizjoterapeuta Thiago Silvy reaguje niemal histerycznie, startując ze swojego siedzenia by obrażać stojącego przed nim chłopca od podawania

| str. 13

PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

Après le réveil musculaire et le déjeuner, les joueurs restent à l’hôtel, sans rien changer à leurs habitudes. « Quelques heures avant le match, on ne ressentait aucune inquiétude. Les mecs étaient super confiants », estime Grunstein. « On est parti un peu avant eux pour rejoindre le stade et tout préparer. Quand je pars de l’hôtel, je n’ai aucune crainte. Les mecs sont arrivés en gagnant, presque tranquilles. » Une confiance visible dans tous les couloirs du Fairmont Rey Juan Carlos I où deux dirigeants parisiens se demandent quelle bouteille déboucher ce soir… Et puis, il y a la sortie de l’hôtel. « C’est là que tout change. Mon sentiment, c’est que le match s’est joué ici », estime Romain. Présent au milieu du groupe, il est quasiment la seule personne à accepter d’évoquer sincèrement l’événement, le PSG voulant taire ce 8 mars, hormis les questions d’arbitrage. « En sortant de l’hôtel, les joueurs ont vu une foule terrible. C’était super intimidant. » Les minutes séparant le complexe hôtelier du Camp Nou sont interminables. Une horde barcelonaise se dresse sur le bus, qui se fraie un passage avec l’aide de la police entre les cris, les sifflets, les insultes et quelques jets d’objet. Les joueurs observent, sans mot dire, le casque vissé sur les oreilles. Personne ne parle. « Ils ont vu qu’ils ne jouaient pas contre le Barça. Ils vont vu qu’ils jouaient contre Barcelone, contre toute une ville. Ils n’avaient jamais imaginé ça. » En sortant de l’autocar, les huées reprennent. Un par un, l’effectif pénètre dans l’enceinte, tentant de ne pas prêter attention à ce qui se passe autour d’eux. Impossible. Les images et le bruit s’agitent dans l’esprit de chacun, comme si quelqu’un a mis en boucle la musique de Justice, Stress. « Notre seule chance, c’était de leur faire vivre un enfer », dit un dirigeant barcelonais. L’échauffement est complétement raté. Des joueurs se plaignent que les ballons sont trop neufs, notamment Kevin Trapp. Retour aux vestiaires. Derniers mots d’Unai Emery. Aucun effet. « Au moment où ils sortent du couloir, qu’ils pénètrent sur la pelouse, je n’ai jamais entendu un vacarme pareil. C’était sourd, violent. On n’avait pas onze joueurs face à nous, mais près de 100 000 personnes. » Les visages sont blêmes. Le bloc équipe recule directement, rate ses premières passes. Emery se lève, nerveux. Il exhorte sa défense à remonter avec de grands gestes. Aucune réaction. Luis Suárez n’en demande pas tant, ouvrant le score dès la troisième minute. Le Camp Nou explose littéralement ; Paris est bien arrivé à la porte des Enfers. Mi-temps. Barcelone mène 2-0. Unai Emery et Juan Carlos Carcedo se concertent après 45 minutes à s’égosiller. Même l’autre adjoint, le plus discret Pablo Villa, est sorti de ses gonds pour hurler à la défense et aux milieux de remonter, comme travaillé lors de la mise en place tactique. « Tout le monde regardait par terre dans le vestiaire, il n’y avait pas un bruit », raconte Romain. « Unai a fait son speech. Il était calme, mais a essayé de les réveiller. Mon sentiment, c’est que ça ne servait à rien. Il aurait pu en insulter certains, je ne sais pas s’il y aurait eu une réaction. Il a demandé à Motta de parler ensuite. » Comme à Chelsea en 2015 où Paris est allé chercher sa qualification malgré l’expulsion d’Ibrahimovic, c’est lui qui parle. « Je ne me souviens plus exactement de tous ses mots, mais il y a une phrase m’ayant marqué. C’était juste avant de revenir sur le terrain. Il leur dit en gros :”Va falloir choisir comment on meurt maintenant : soit on baisse les yeux, soit on garde la tête haute.” Je ne sais pas s’il avait une prémonition, je ne sais plus exactement si ce sont les mots exacts, mais on a bien crevé. Ça, je le sais. » Pourtant, Edinson Cavani a redonné l’espoir en réduisant la marque après l’heure de jeu (3-1). Un moment d’ivresse où Verratti se jette dans les bras d’Emery, hurlant à s’arracher les cordes vocales. Situé juste à côté du banc de touche, le kiné personnel de Thiago Silva réagit de manière presque


LE BALLON MAGAZINE


LE BALLON MAGAZINE

piłek. Ludzie związani z PSG wydają się nie kontrolować swoich emocji. - Z perspektywy trybun wyglądali jak małe dzieci. Można było to wydedukować z ich mowy ciała. Wszyscy poza Cavanim. On trzymał się prosto, solidnie – ocenia Antonio Moschella, obserwujący to spotkanie neapolitański dziennikarz. Przed swoim golem, Urugwajczyk trafił w słupek. Był także bliski podwyższenia wyniku po kontrze Di Marii. Argentyńczyk jednak nie podaje i decyduje się na strzał, który blokuje wracający Mascherano. - Z naszej perspektywy nie widzieliśmy Ediego, ale wszyscy widzieliśmy wślizg Mascherano. Myśleliśmy, że będzie karny, jednak zamiast tego dwie minuty później Neymar trafił z rzutu wolnego. Dalszą historię… Romain Grunstein nie musi jej kończyć, każdy ją zna. Na pokładzie tonącego statku kilku piłkarzy pozostaje dumnych. - Spoglądasz w dół lub trzymasz głowę w górze – jak powiedział Motta. Tej rady słuchają się Kimpembe, Areola, Ben Arfa, Pastore, Cavani. Zwłaszcza Kimpembe, który zaskakuje dojrzałością po końcowym gwizdku i w kolejnych dniach po meczu. Zajęcia w Camp des Loges, ośrodku treningowym PSG, są nadzwyczajnie ciche, a atmosfera ciężka. Małe grupki, które wcześniej lubiły zostawać razem po treningach teraz wracają każda w swoją stronę. - Jeśli wyjdziemy żywi z tego momentu, to będziemy w stanie zbudować coś trwałego na podstawie tej blizny - stwierdzi Unai. Podczas gdy Patrick Kluivert czy Olivier Létang, dwaj odpowiedzialni za pion sportowy klubu, chowają się po kątach, Nasser Al-Khelaifi wychodzi z cienia. Wzywa do siebie hiszpańskiego trenera. - Poczucie wsparcia ze strony prezesa było mu

| str. 15

hystérique, sortant de sa place pour insulter le petit ramasseur de balle devant lui, un bon doigt d’honneur à l’appui. Toutes les personnes liées au PSG semblent dépasser par leurs émotions. « Des tribunes, j’avais le ressenti de petits enfants. Ça se voyait dans leur langage corporel. Mis à part Cavani. Lui, il était droit, solide », juge Antonio Moschella, un journaliste napolitain présent ce soir-là. L’Uruguayen a déjà tapé le poteau avant son but, et s’attend à doubler la mise sur un contre mené par Di Maria. L’Argentin, loin de pouvoir accélérer comme il a l’habitude, a une course hasardeuse, pas totalement assurée. Il laisse le temps à Mascherano, pourtant bien moins rapide, de revenir pour tacler. El Fideo a vu juste avant l’appel de Cavani à sa droite, mais il ne lui donne pas. Il arme sa frappe, mais le défenseur barcelonais se jette, touchant l’appui de Di Maria qui se loupe complétement. « On n’a pas vu Edi d’où on était, mais on a tous vu Mascherano se jeter. On a tous cru au penalty, et deux minutes après, Neymar marque sur coup franc. La suite… » Romain Grunstein n’a pas besoin de la préciser, tout le monde la connaît. Au milieu du naufrage, quelques hommes restent fiers. « On baisse les yeux ou on garde la tête haut », disait Motta. Alors, Kimpembe, Areola, Ben Arfa, Pastore ou Cavani écoutent. Kimpembe surtout, impressionnant de maturité au coup de sifflet final et les jours suivants la rencontre. Les entraînements au Camp des Loges sont silencieux, pesants. Les petits groupes aimant passer du temps ensemble après les séances rentrent


LE BALLON MAGAZINE

w tamtym momencie niezbędne – ocenia Igor Emery, brat szkoleniowca PSG. Wspólnie obaj panowie analizują przebieg spotkania i całego sezonu, tworząc listę punktów do poprawy. Począwszy od detali jak np. zakaz wstępu do szatni dla bliskich i znajomych piłkarzy, kończąc na zmianach kadrowych w zespole i klubie. Posadami zapłacą Kluivert i Létang, na miejsce których ściągnięty zostaje Antero Henrique z FC Porto. Cztery lata po odejściu Leonardo, PSG w końcu zastępuje go doświadczonym dyrektorem sportowym. Zespół ma problem podczas kluczowych spotkań? Paryżanie ściągają Daniego Alvesa. Klub poszukuje nowej medialnej i sportowej ikony? Zaraz za nim podąża Neymar. Unai za wszelką cenę pragnie pracować z Mbappé, rewelacją sezonu w barwach AS Monaco? Nie ma problemu, Henrique i Emery udają się nawet do rodzinnego domu piłkarza w podparyskim Bondy, by przekonać go do projektu Paris Saint-Germain kosztem Realu Madryt czy FC Barcelony, która 30 sierpnia wysłała nawet do Monako ofertę kupna w wysokości 180 milionów euro! Nic z tego, młody Francuz zdecydował się na Paryż - w mieście narodzin, gdzie będzie mógł grać obok Neymara, Cavaniego czy Verrattiego. Nie wspominając już o indywidualnej rozmowie z trenerem, która trwała ponad dwie godziny i skupiła się niemal wyłącznie na aspektach taktycznych. Oczywiście taki zespół wzbudza najróżniejsze fantazje. Każde działanie jest skrupulatnie analizowane, badane i (nad)interpretowane. To samo dotyczy deklaracji na konferencjach prasowych, na których Emery ogranicza się do absolutnego minimum. Co oczywiście frustruje większość francuskich

chacun de leur côté. « Si on ressort vivant de ce moment, on construira quelque chose grâce à cette blessure », estime Unai. « Il n’y aura pas de juste milieu. Soit on surmonte l’épreuve, soit on se casse la gueule. » Pendant que Patrick Kluivert ou Olivier Létang, les deux responsables du secteur sportif, se réfugient dans leur coin, Nasser Al-Khealïfi sort de sa réserve. Il appelle Unai Emery, forcément marqué. « Quand le groupe perd confiance, le motivateur doit être là. Mais quand le motivateur perd un peu de son énergie, que se passe-t-il ? Comment la retrouve-t-il ? », interroge Igor Emery, son fidèle frère. « Sentir le soutien du président, c’était la seule chose dont il avait besoin à ce moment-là. » Ensemble, ils refont le match, la saison et dressent une liste de choses à améliorer, cela allant de détails, comme l’interdiction aux proches des joueurs d’accéder aux vestiaires, à une revue d’effectif et d’organigramme. Exit Kluivert et Létang, bom dia à Antero Henrique, l’ancien homme fort de Porto. Quatre ans après le départ de Leonardo, le PSG se dote enfin d’un véritable directeur sportif d’expérience, capable d’insuffler une vision en commun avec son entraîneur. L’équipe a des soucis dans les grands rendez-vous ? Dani Alves arrive. Le club cherche une nouvelle icône sportive et médiatique ? Neymar suit. Unai veut à tout prix travailler avec Mbappé, la révélation de la saison passée à Monaco ? Pas de problème, Henrique et Emery se rendent même au domicile de la famille, à Bondy, pour convaincre le joueur de préférer Paris au Real ou au Barça, qui a transmis le 30 août une offre ferme de 180 millions aux dirigeants monégasques ! Qu’importe, le jeune Français s’était déjà

| str. 16


LE BALLON MAGAZINE

obserwatorów, którzy sądzą, że zachowanie Baska jest dyktowane przez tzw. grupę Brazylijczyków. Chociaż prawdą jest, iż jego współpraca z Neymarem była z początku skomplikowana, obaj panowie poznali się i nauczyli się ze sobą rozmawiać. To na pewno nigdy nie była wielka miłość, lecz ich relacja się z czasem poprawiła. - Potrzebujemy czasu by zgrać wszystkich ze sobą. Problem w tym, że w naszej pracy czasu właściwie nie ma – stwierdza słusznie Juan Carlos Carcedo. - Neymar, Mbappé – to dwa sportowe zjawiska, atletyczne fenomeny. Ich szybkość i ich indywidualne zdolności muszą stać się częścią kolektywnego procesu, innego niż byliśmy dotychczas przyzwyczajeni. Tym samym PSG przekształca się z czasem w zespół znakomicie grający kontrą. - Najważniejsza jest równowaga. Chcę by mój zespół był zrównoważony, by był w stanie kontrolować spotkanie, jego rytm i przestrzenie. – dorzuca Unai. - Korzystamy z wielu permutacji dając więcej wolności i kreatywności naszym zawodnikom. To jednak wymaga kolektywnego zgrania. Z problemami zdrowotnymi Motty, Hiszpan zmienia nieco organizację drugiej linii. Dopasowuje ją do profilu Rabiota – Francuz bardziej od szóstki preferuje grać w roli ósemki. Reprezentant Trójkolorowych może więc kontynuować akcje aż pod bramkę rywali podczas gdy z tyłu jego strefę zabezpieczają Draxler lub Verratti. Mając tyle talentów i możliwości Paryż delektuje swoją grą, przynajmniej do czasu, gdy jej gwiazdy nie popadają w indywidualizm. W pierwszej części sezonu PSG przegrało tylko dwa spotkania – z Bayernem (3:1) i w

| str. 17

PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

décidé pour le PSG, séduit par l’idée d’évoluer dans sa ville de naissance et avec Neymar, Cavani ou Verratti. Sans oublier le discours du coach, qui s’est attablé avec lui pendant plus de deux heures pour parler uniquement de jeu, de jeu et encore de jeu. Forcément, un tel effectif suscite les fantasmes les plus divers. Chaque action est étudiée, scrutée, décortiquée, (sur)interprétée. Pareil pour les déclarations en conférence de presse où Emery se contente du strict minimum. De quoi frustrer la plupart des observateurs français, jugeant que le technicien basque se fait dicter sa conduite par ses joueurs, le groupe des Brésiliens en tête. Le tout, alors qu’il a été vu d’un commun accord avec la direction et les joueurs que les affaires se régleront en interne, et seulement en interne. S’il est vrai que la cohabitation avec Neymar a été compliquée au début, les deux hommes ont appris à se connaître et à se parler. Ce ne sera jamais le grand amour, c’est certain, mais leur relation s’est bonifiée. Une fois même, le Brésilien arrive en retard lors de la seconde période d’un match de Ligue des Champions au Parc après quelques mots avec son coach, qu’il serre un peu contre lui en l’embrassant sur le front. « On a besoin de temps pour faire jouer tout le monde ensemble. Sauf qu’on fait un métier où la notion de temps est absente », dit justement Juan Carlos Carcedo. « Neymar, Mbappé, ce sont deux phénomènes athlétiques. Leur vitesse, leur capacité


PARYSKA INTROSPEKCJA UNAIA EMERY’EGO

Strasburgu (2:1). Najlepszy atak w fazie grupowej Ligi Mistrzów, paryżanie dominują także krajowe rozgrywki. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, mimo iż późne zmiany Emery’ego nie znajdują zrozumienia u obserwatorów. - Zaplanowaliśmy rotacje podczas sezonu – broni stanowiska Carcedo, wymieniając jako przykład m.in. trójkę środkowych obrońców Thiago Silva – Marquinhos – Kimpembe, która zmienia się co dwa-trzy spotkania. - Zarządzanie takim zespołem diametralnie różni się od zarządzania drużyna Loca czy Almeria. Mają większy talent, co daje nam więcej możliwości – podsumowuje Unai, po czym dodaje: - Jeśli ktoś mi powie, że moja praca jest trudna, odpowiem, że lubię mieć takie problemy. To nie są nawet problemy, to są rozwiązania, które trzeba znaleźć. To jest różnica.

LE BALLON MAGAZINE

individuelle doit s’insérer dans un processus collectif, différent de celui auquel nous étions habitués. » Et voilà le PSG se métamorphoser parfois en une équipe de contre incroyable, un exercice auquel elle s’aventurait guère auparavant. « Le plus important, c’est l’équilibre. Je veux que mon équipe soit équilibré, qu’elle contrôle son match, son rythme, les espaces », poursuit Unai. « On utilise beaucoup de permutations en donnant la liberté à nos joueurs de créer. Sauf que cela implique des couvertures et une entente collective. » Avec les pépins physiques de Motta, il change ainsi le milieu de terrain en s’adaptant au profil de Rabiot, la nouvelle sentinelle qui préfère évoluer en relayeur. Le Français peut ainsi poursuivre ses actions jusque dans la surface adverse puisque Draxler ou (surtout) Verratti compensent et prennent sa position. Même dans les échanges, le trio combine, prend la place de l’autre et vice-versa. Un genre de milieu tournant, auquel s’engouffre avec joie Dani Alves, un des relais privilégiés du staff. Avec autant de talent et de possibilités, Paris régale, du moins quand ses stars ne sombrent pas dans l’individualisme. Lors de la première partie de saison, le PSG a perdu simplement deux matchs, au Bayern (3-1) et à Strasbourg (2-1). Meilleur attaque de l’histoire des phases de groupes de Ligue des Champions, les Franciliens dominent largement la Ligue 1, qui leur semble promise. Tout semble aller dans le meilleur des mondes, même si les changements tardifs d’Emery ne sont pas toujours compris par les observateurs ou son groupe. « On a planifié des rotations durant la saison », justifie Carcedo, en citant notamment la triplette en défense centrale, Thiago Silva-Marquinhos-Kimpembe, qui joue globalement deux matchs sur trois à tour de rôle. « Gérer un effectif pareil, c’est forcément différent, mais pas plus que celui de Lorca ou Almeria. Je veux dire, ce sont tous des hommes. Ils ont juste plus de talent, donc plus de possibilités pour nous », conclue Unai, qui ajoute encore une dernière pensée. « Si on me dit que mon métier est difficile, je répondrai que je préfère avoir ce genre de problèmes. Ce ne sont même pas des problèmes, ce sont des solutions à trouver. C’est différent. »

| str. 18


THOMAS TUCHEL PRZEJMUJE PSG

LE BALLON MAGAZINE

WYWIAD

PRUSKI GENERAŁ PSG THOMAS TUCHEL W OCENIE TOMASZA URBANA - KOMENTATORA ELEVEN SPORTS

Zapowiadana zmiana warty w Paris Saint-Germain stała się faktem. Apatycznego, uległego Unaia Emery’ego zastąpi jego zupełne przeciwieństwo – Thomas Tuchel. Nadzieje i zagrożenia u progu pracy Niemca w Paryżu przybliża pasjonat Bundesligi, dziennikarz Piłki Nożnej i komentator Eleven, Tomasz Urban.

Rozmawiał ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

| str. 19


THOMAS TUCHEL PRZEJMUJE PSG

Tuchel i PSG – na pierwszy rzut oka te słowa w ogóle do siebie pasują? Trudno powiedzieć, że to idealne połączenie. Tuchel ma plusy, ale - jak mówił w „Misiu” prezes Ochódzki - „rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przysłoniły minusów”. Mam jednak nadzieję, że te minusy zdoła zatuszować. To znaczy: że wyciągnął wnioski z pracy w Dortmundzie i w Moguncji. Zwłaszcza z czasów Mainz – w sieci krążą filmiki z treningów z tamtych czasów, na których Tuchel musztruje piłkarzy jak dzieci. Taki styl prowadzenia drużyny w Paryżu nie przejdzie. Sukces będzie więc uzależniony od tego, czy zdoła przełamać siebie i podejść do zawodników inaczej niż wcześniej. W tamtych klubach musiał uczyć futbolu, natomiast w PSG będzie musiał być bardziej aktywny w obszarze relacji międzyludzkich. To główna wątpliwość, bo jeżeli chodzi o przygotowanie merytoryczne i taktyczne, lepszego kandydata Paryż nie mógł znaleźć. To absolutny maniak taktyki, człowiek pokroju Guardioli. Jeśli chodzi o pomysł taktyczny, zaprezentuje Paryżowi zupełnie inny poziom niż Unai Emery.

Emery przychodził jako podobny trener - apodyktyczny, nadzorujący każdy krok piłkarzy - a dziś mówi, że PSG nauczyło go usuwać się w cień. Tuchel też może się tak radykalnie zmienić? Wierzę w intelekt Tuchela, bo to piekielnie inteligentny facet, a skoro tak, to wyciągnął właściwe wnioski z pracy w Dortmundzie. Liczę, że z Neymarem, Cavanim i resztą będzie pracował inaczej niż z piłkarzami BVB. Jeżeli zaś Neymar i inne gwiazdy okażą odrobinę dobrej woli, w lot zrozumieją, że Tuchel nie przychodzi tam żeby ich gnębić, ale po to, by pomóc im zrobić krok naprzód. Z tyłu głowy tkwi oczywiście świadomość, że Tuchel trafi w Paryżu na beczkę prochu i będzie wokół niej tańczył z zapałkami – groźba eksplozji jest realna. Mimo wszystko jego profesjonalizm i zdolności adaptacyjne pozwalają jednak na optymizm. Już podczas spotkań z szefami PSG miał na nich zrobić wrażenie dość płynnym francuskim, którego ciągle się uczy. Oprócz tego zna angielski, oczywiście niemiecki, chyba także hiszpański. To ważne, bo będzie mógł zwracać się do piłkarzy w ich językach.

LE BALLON MAGAZINE

ogrywania takich „ogórków” - to dążenie do permanentnej dominacji i do jak największego posiadania piłki, chociaż w pewnych granicach. To różni go od Pepa: dla Guardioli posiadanie piłki to obsesja, a dla Tuchela – tylko środek do osiągnięcia celu. Jego Borussia potrafiła uśpić rywala posiadaniem, a potem natychmiast przyśpieszyć i zdobyć bramkę... z kontry po ataku pozycyjnym, jakkolwiek dziwnie to brzmi. W dodatku jego system gry jest niesamowicie płynny, co czyni zespół trudnym do odczytania. Paryż będzie teraz jeszcze trudniejszy do ugryzienia dla ligowych szaraków.

Piłkarzy PSG czeka jednak egzamin z profesjonalizmu, bo Tuchel wymaga stuprocentowego poświęcenia. To także sprawdzian dla niego. Jeżeli poradzi sobie z Neymarem i osiągnie z PSG sukces, drzwi do klubów z najwyższej półki staną przed nim otworem.

Tuchel będzie potrzebował dużo czasu, żeby wcielić swoją koncepcję w życie? Moim zdaniem - nie. Dortmund też nie czekał długo. Jeżeli miałbym wskazać mecze-wizytówki Tuchela, wskazałbym spotkania z Porto i Tottenhamem w Lidze Europy w jego pierwszym sezonie. To była jego Borussia w pigułce - totalna dominacja, nie pozwolili rywalom na nic - a wypracowanie tego nie zajęło mu wiele czasu. Ma tak dobry warsztat, że będzie w stanie szybko zrealizować wizję. Piłkarzy PSG czeka jednak egzamin z profesjonalizmu, bo Tuchel wymaga stuprocentowego poświęcenia. To także sprawdzian dla niego. Jeżeli poradzi sobie z Neymarem i osiągnie z PSG sukces, drzwi do klubów z najwyższej półki staną przed nim otworem.

Tuchel zaakceptuje piłkarza ważniejszego od reszty, czy będzie chciał zaznaczyć teren i wskazać Neymarowi miejsce w szeregu?

Wiadomo, że jest wyjątkowo elastyczny taktycznie, ale czy jest jakiś bazowy system, którego można po nim oczekiwać?

Utrzymał już w ryzach Aubameyanga, który też jest trudnym piłkarzem, choć oczywiście nie tego kalibru co Neymar. Może Brazylijczyk będzie miał uprzywilejowaną pozycję, ale trener wytyczy też ramy, poza które nawet Neymarowi nie będzie wolno wyjść. Tuchel na pewno wie też, dokąd trafił i z kim będzie pracował. Jest zasadniczy, ale też na tyle inteligentny, by nie być nieugiętym. Nie można powiedzieć, że piłkarze w Dortmundzie go nienawidzili. Np. Ilkay Gundogan do dziś mówi o nim wyłącznie ciepło. Kluczem jest, żeby piłkarze PSG zrozumieli, że Tuchel przychodzi wciągnąć ich na wyższy poziom. Gdyby udało mu się w Lidze Mistrzów przejść Real, Bayern, Barcelonę czy City, taki skok mógłby umocnić zaufanie piłkarzy i bardzo ułatwić mu pracę.

Nie, zupełnie nie. Formacja będzie się zmieniać dwu-, trzykrotnie na mecz. Najczęściej w Borussii propagował system z trójką obrońców i wahadłami, ale z przodu nie przywiązywał się do żadnego schematu. Przy tym będzie w stanie naprawdę dobrze dopasować piłkarzy i znaleźć im optymalne miejsce. Tak było choćby z Raphaëlem Guerreiro, który po przesunięciu do środka pomocy okazał się zjawiskowym piłkarzem. Tuchel nie boi się takich eksperymentów. Nie spodziewałbym się, że system będzie się dało jasno określić jako np. 4-3-3 czy 3-5-2... Nic z tego. Dostaniesz skład nierozpisany na formację i będziesz się głowił: „jak to poukładać?”.

W Borussii osiągał wyniki zgodne z oczekiwaniami, a nawet ponad stan. W Paryżu będzie trudniej – tu po zdobyciu potrójnej korony można stracić pracę. Poradzi sobie z sytuacją, gdzie trzy punkty co tydzień to obowiązek? O takie „codzienne” mecze się zupełnie nie boję, bo akurat pod jego wodzą Dortmund się w takich meczach spisywał lepiej niż kiedykolwiek na przestrzeni ostatnich lat. Najlepiej od czasu kiedy wygrywali mistrzostwo z Kloppem. Borussia Dortmund w pierwszym sezonie pod wodzą Tuchela była jednym z najlepszych wicemistrzów w historii, grała praktycznie na poziomie Bayernu. Dortmund na ogół gubił punkty z zespołami pokroju Augsburga i Freiburga, ale za Tuchela takie spotkania wygrywał na luzie. Jego filozofia pasuje do

Jak u Guardioli? Tak, Tuchel to miniaturka Pepa. Ze wszystkimi wadami i zaletami. U Guardioli relacje międzyludzkie też były... Różne. Oczywiście poza konferencjami, na których wszyscy piłkarze są „super”. Chociaż piłkarze mają świadomość, że Pep ich wciąga na wyższy poziom i robi z drużyn potwory, nie pójdą za nim w ogień. Przynajmniej nie w komplecie. Z Tuchelem jest podobnie. Bierze się go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jeśli chodzi o taktykę, przygotowanie do meczu, rozpracowanie przeciwnika – to gość ze światowej czołówki, ale trzeba ciągle pamiętać, ze jego szaleństwo na punkcie piłki może ujawnić swoją brzydszą stronę. Chorobliwe dążenie do profesjonalizmu, ostre zasady narzucone zespołowi, wymóg totalnego posłuszeństwa... To niesie za sobą ryzyko.

| str. 20


LE BALLON MAGAZINE

Stereotypowo niemiecki charakter w temperamentnej, brazylijsko-francuskiej szatni...

jednej strony trudny charakter i część kliki, z drugiej piłkarz odpowiadający filozofii Niemca.

Tak, jest trochę jak pruski generał, nie ma co się oszukiwać. Tym bardziej ciekawe co z tego wyniknie, bo rzeczywiście zapowiada się wybuchowa mieszanka. Z drugiej strony - kto miałby sobie poradzić lepiej? Trener, który popatrzy na piłkarzy z góry, rzuci im piłkę i sobie pójdzie? Minęły czasy takich szkoleniowców jak Del Bosque czy Rijkaard - magów, którzy nie ingerowali szczególnie w drużynę. Piłkarze już tego nie oczekują. Jestem przekonany, że także brazylijska klika w Paryżu wie, że aby wejść między Real i Barcelonę potrzebuje kogoś, kto da im coś ekstra. Jeśli uznają, że ten gość jest im w stanie pomóc, to mimo różnic charakteru może się udać. Trzeba też zobaczyć, na co władze PSG pozwolą Tuchelowi. Czy mu zaufają, czy też wytyczą jakieś granice – chociaż nie wydaje się, by sobie na to drugie pozwolił. Wątpliwości rozjaśnią już pierwsze treningi, ale możemy być pewni, że Tuchel przychodzi tam przygotowany także jeśli chodzi o warstwę międzyludzką. Ma świadomość dokąd trafia i z kim będzie pracował. Kiedy mowa o jego charakterze i o niebezpieczeństwach tej współpracy, po trosze zapominamy, że nie idzie tam w ciemno – wie, że to nie będzie druga Borussia.

Najważniejsze jest to, czy gracz pasuje do koncepcji Tuchela. W BVB też miał różne charaktery, nie tylko grzecznych chłopców. Zwłaszcza układanie się z Aubameyangiem, także kolorowym ptakiem, dało mu przedsmak tego, co dostanie z Alvesem i Neymarem. Musi dojść do kompromisu. Nie chodzi o to, żeby tylko Tuchel się zmienił – piłkarz taki jak Alves będzie musiał nieco ustąpić. Muszą się spotkać w połowie drogi. Koniec końców wyobrażam sobie, że zawodnicy go kupią, bo zauważą, że może ich wciągnąć wyżej – a wtedy pójdą za nim i pewnie zrezygnują z części swojej wolności.

Jeżeli Tuchel dostanie od PSG zupełnie wolną rękę, niektórzy piłkarze mogą dużo stracić. Na spory znak zapytania wygląda Dani Alves – z

| str. 21

Na idealnie tuchelowskiego piłkarza, który powinien „kupić” jego wizję jako jeden z pierwszych wygląda Marco Verratti. To będzie jego czas? Zdecydowanie! Tuchel potrafi wymyślić zawodnika na nowo. Jestem przekonany, że pod jego wodzą Verratti może się zmienić w potwora. Zwłaszcza jeżeli PSG ściągnie Juliana Weigla, o którym się plotkuje. Wtedy Tuchel pewnie przesunie Verrattiego wyżej i da mu więcej swobody, a to może przynieść tylko dobre efekty dla Paryża i dla Włocha. Jeżeli Tuchel przekona graczy, to każdy – każdy! – zrobi tam postęp. W pierwszym sezonie w Dortmundzie trud-


LE BALLON MAGAZINE

no było wskazać zawodnika, który by się nie rozwinął. 80-90 procent składu poszło do przodu, a reszta została na dotychczasowym poziomie. Nikt nie zrobił regresu. Właśnie Weigl jest przykładem jego warsztatu: u Tuchela grał zjawiskowo, zaś u Bosza i Stögera niemal zapomniał, jak się gra w piłkę. Za Tuchela taki spadek formy byłby nie do pomyślenia. Nie wyobrażam sobie, że w Paryżu ktokolwiek będzie teraz grał gorzej niż wcześniej.

Gdzieniegdzie spekuluje się, że szansę pracy z Tuchelem dostanie jeszcze Grzegorz Krychowiak. Czy taki typ pomocnika: niezbyt mobilny, skupiony na defensywie, ma szansę w jego zespole? Zupełnie tego nie widzę. Wystarczy spojrzeć na właśnie na Weigla, który w Dortmundzie Tuchela był „szóstką”. Zupełnie inny piłkarz niż Krychowiak. Nie tak fizyczny, bo Tuchel takiego nie potrzebuje. Chce na tej pozycji maszynki do podań. Kogoś, kto sprawi, że piłka będzie krążyła szybciej, kto szybko przeniesie ją między formacjami, kto sprawnym podaniem uruchomi kontrę. Taki piłkarz nie musi być typowym kreatorem, ale powinien otwierać u przeciwników luki, które sprawią, że następne podanie będzie już zagraniem na wolne pole. To była rola Weigla - umieć w każdej sytuacji znaleźć dziurę i sprawić, żeby piłka przeszła w miejsce, z którego można wyprowadzić szybką akcję. Krychowiak to nie ten typ. Jest piłkarzem do odbioru i podania do najbliższego kolegi, a nie tego oczekuje Tuchel. Nie wyobrażam sobie, żeby prz-

eszedł transformację i stał się w Paryżu stacją przekaźnikową, przez którą przechodzą wszystkie piłki i która transportuje je do przodu. Nikt nie może zabronić Krychowiakowi ambicji, ale wnioski z pracy Tuchela w BVB ukazują przyszłość Grzegorza w czarnych barwach.

Czy jeszcze czyjaś przyszłość może się rysować równie źle, na przykład ze względu na wiek? Nie, chyba nie. Sam fakt, że jednym z jego ulubionych piłkarzy w Dortmundzie był Łukasz Piszczek, jeden z najstarszych, pokazuje, że nie patrzy w ten sposób. Bierze tych którzy pasują mu do koncepcji – bez względu na wiek czy nację. W dodatku często zmienia systemy taktyczne i dużo rotuje, więc zaszczytu gry w Paryżu dostąpi przy nim spore grono piłkarzy.

Można więc oczekiwać, że kontynuuje pracę Emery’ego i da szansę wychowankom? Znów trzeba wrócić do przykładu Juliana Weigla. Piłkarz, który w 2. Bundeslidze się wyróżniał, ale jej nie przerastał, przyszedł do Borussii bez większego doświadczenia i został najlepszą „szóstką” w lidze. To też jest wizytówka Tuchela - potrafi dostrzec „to coś” w młodym zawodniku i wdrożyć taki brylancik do zespołu. Jeżeli trafi na taki talent w Paryżu i będzie mu pasował do

| str. 22


LE BALLON MAGAZINE

| str. 23

THOMAS TUCHEL PRZEJMUJE PSG


THOMAS TUCHEL PRZEJMUJE PSG

LE BALLON MAGAZINE

koncepcji, to na niego postawi. Nie ma obaw, że zamknie się na młodzież.

Rysuje się obraz trenera, u którego warto czekać na pierwsze treningi, pierwsze mecze... I pierwszą eksplozję. Tak, już w pierwszych tygodniach zobaczymy, jak ta współpraca się układa. Zwłaszcza z brazylijskimi gwiazdami, bo chyba nie ma wątpliwości, że to będzie języczek uwagi. Jeśli chodzi o warstwę piłkarską, Paryż nie mógł lepiej trafić. To w końcu gość, którego chciał też Bayern, ale się po prostu spóźnił. Trochę z winy Uliego Hoenessa, który nie do końca był przekonany do Tuchela właśnie przez wzgląd na kwestie pozasportowe. Ważne też, jakiego człowieka spodziewa się po nim Paryż. W Dortmundzie myśleli, że Tuchel będzie taki, jak Jürgen Klopp, z którym można sobie pogadać, pożartować i wypić kawę. Tymczasem Tuchel to pracownik korporacji: przychodzi do zakładu pracy w stu procentach przygotowany, wykonuje swoją pracę, wychodzi. Nie ma miejsca na czułości, emocjonalne uniesienia i zbędne gesty. PSG nie może liczyć, że będzie się utożsamiać z klubem. Zatrudnili chłodnego zawodowca, który przyjdzie do pracy perfekcyjnie przygotowany. Jeżeli projekt nie wypali, powodów trzeba będzie się doszukiwać w sferze mentalnej. Jeżeli zaś współpraca z Neymarem i resztą się ułoży, Paryż będzie czarnym koniem przyszłej edycji Ligi Mistrzów. Na to, co będzie się teraz działo w PSG, można patrzyć z optymizmem - grę drużyn Tuchela zawsze ogląda się z przyjemnością.

| str. 24


ROK NEYMARA W PSG

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

NOWY KRÓL PARYŻA ROK NEYMARA W PSG

O

statnie miesiące przyniosły spodziewane rozstrzygnięcia. Władimir Putin znowu wygrał wybory prezydenckie, w Eurowizji zwyciężył faworyt, Izrael, a zima zaskoczyła drogowców. Tak samo było we francuskiej piłce. Mistrzostwo trafiło do Paryża, a najlepszym zawodnikiem ligi ochrzczony został Neymar da Silva Santos Júnior.

Autor BŁAŻEJ JACHIMSKI twitter: @blazejjachimski

Po transakcji, która redefiniowała rynek transferowy, nad Sekwanę zaczęło spoglądać wielu nowych widzów. To, że Brazylijczyk sobie poradzi, nie podlegało dyskusji. Jedyną kwestią godną debaty było to, czy przerośnie ligę przesadnie, czy różnica między nim a resztą stawki zmieści się w granicach rozsądku. Prym wiodło pytanie, jak daleko Neymar będzie w stanie doprowadzić swój zespół w Lidze Mistrzów.

Més que un futbolista Skrzydłowy nie jest wyłącznie gwiazdą zespołu. Jest kimś zdecydowanie ważniejszym. Już na początku sezonu brutalnie przekonał się o tym Cavani, który jako zasłużony dla Paryża piłkarz nie zamierzał ot, tak oddać miana najważniejszego gracza ofensywy i wyraźnie przeciwstawił się Brazylijczykowi, kiedy ten chciał samowolnie wykonać rzut karny, ignorując klubową hierarchię. Trener (dziś: były trener) Unai Emery postanowił uderzyć pięścią w stół i twardo zarządził: „dogadajcie się sami”. Nie pomogło, a Neymar nie zamierzał odpuszczać. Wyjściem z sytuacji okazał się kompromis: będą wykonywać stałe fragmenty na zmianę. W lidze można było sobie na to pozwolić, bo dość szybko stało się jasne, że w tym roku nikt na poważnie nie da rady się zbliżyć do PSG, nie mówiąc o powtórzeniu wyczynu AS

Monaco. Warto było rozważyć ustąpienie Neymarowi, żeby ten czuł się najważniejszy i poniósł drużynę do wyczekiwanych rezultatów w Europie. W Lidze Mistrzów Les Parisiens trafili do grupy, z której awans miał być bardzo łatwy – ale nie z pierwszego miejsca. Celtic i Anderlecht wyraźnie odstawały od wicemistrza Francji, ale dwumecz z Bayernem mógłby równie dobrze być półfinałem. Pierwszy mecz, wygrany 5:0 z mistrzem Szkocji, był jedynie aperitifem przed prawdziwym wyzwaniem. Na Parc des Princes przyjechali Lewandowski, Müller i spółka. PSG poszło łatwiej, niż można było się spodziewać. Gładkie zwycięstwo 3:0 rozbudziło apetyty fanów, a Neymar zaliczył w tym meczu bramkę i asystę. Po pięciu kolejkach bilans lidera grupy wyglądał niewiarygodnie - 24:1. Przegrany rewanż z Bayernem w ostatniej kolejce nie zmienił już nic. Francuski klub i tak awansował z pierwszej pozycji, a ta porażka wydawała się potrzebnym kubłem zimnej wody na rozpalone głowy zarówno piłkarzy, jak i kibiców. Bilans Neymara po fazie grupowej wyglądał rewelacyjnie: sześć bramek i cztery asysty. Wydawało się, że można ze spokojem czekać na wiosnę, żeby odprawić z kwitkiem następnego rywala. Wtedy odbyło się losowanie.

| str. 26


LE BALLON MAGAZINE

Cali na biało Real Madryt. Rywal najtrudniejszy z możliwych. Okazało się, że nie będzie czasu, żeby na nowo nastroić się do rywalizacji poza krajowym podwórkiem. Od pierwszej minuty maszyna musiała pracować na najwyższych obrotach. Zaczęło się nieźle. Rabiot zdobył bramkę, jednak jeszcze przed końcem pierwszej połowy Cristiano Ronaldo zamienił karnego na gola. Wynik 1:1 utrzymywał się długo, a w międzyczasie Unai Emery zdążył przeprowadzić absurdalną zmianę Cavani – Meunier. Neymar zaliczył więcej dryblingów niż cała drużyna Realu, jednak francuski klub nie zyskał dzięki nim przewagi. Wręcz przeciwnie: egoizm skrzydłowego przysparzał głównie strat. Wydawało się jednak, że mimo nieporadności lidera, goście będą mogli być zadowoleni. Ostatnie minuty zmieniły jednak percepcję widowiska. Dwa gole Realu z rezultatu dobrego dla PSG uczyniły sytuację dość skomplikowaną. To jednak nie był największy problem. Gorszą wieścią okazała się kontuzja Neymara, która wykluczyła go z rewanżu. Brazylijczyk musiał oglądać z wysokości trybun, jak jego koledzy drugi raz przegrywają z Królewskimi i tym samym żegnają się z Europą. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że Neymar zawiódł w Lidze Mistrzów. W fazie grupowej grał tak, jak od niego oczekiwano. W pierwszym meczu fazy pucharowej się pogubił, ale gdyby nie późno stracone bramki, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej i jego średniej klasy występ nie byłby rozpamiętywany. Nie miał jednak szansy na zrehabilitowanie się w rewanżu.

Najlepszy w historii? - Nie spodziewałem się, że wszystko będzie szło tak dobrze, jak teraz. Moje statystyki w PSG są świetne, ale przede wszystkim jestem tutaj, żeby pomóc drużynie i kolegom z zespołu, i dawać z siebie wszystko to, co mam w sobie najlepszego każdego dnia, w każdym meczu. To jest najważniejsze. To pierwszy raz, kiedy strzeliłem aż tak wiele, jednak chcę jeszcze więcej. chcę strzelać więcej goli i grać lepiej. Mam nadzieję, że tak będzie. Tak Neymar wypowiadał się podczas wywiadu dla oficjalnej strony ligi. O ile jego występom w Lidze Mistrzów towarzyszą różne opinie, nie ma wątpliwości, że szturmem zdobył Ligue 1. Kntuzja stopy, w kombinacji z wyborną formą Thauvina i świetnymi liczbami Cavaniego, mogła odebrać mu tytuł gracza roku, promując tamtych. Znamienne, że ostatecznie mimo tylko dwudziestu rozegranych meczów, wyboru Brazylijczyka jako najlepszego piłkarza w kraju nie da się zanegować. Bronią go kosmiczne liczby: 19 bramek i 13 asyst. Wynik z gry komputerowej, i to na niewymagającym poziomie, a nie jak rezultat dwudziestu kolejek

| str. 27

jednej z najsilniejszych lig świata. Wrażenie większe niż cyfry robi jednak sama gra Neymara. Junior bawi się piłką. Drybluje, kreuje, strzela – a wszystko robi z dziecięcą frajdą. Jest najlepszym piłkarzem ligi francuskiej w tym roku, a może nawet mieści się już w czołówce wszystkich zawodników, jacy grali na francuskich ziemiach. Wśród piłkarzy zagranicznych miano numeru jeden bywało ostatnio przypisywane Zlatanowi. Ustawienie wybitnego Szweda półkę pod Neymarem nie będzie jednak kontrowersją. Oprócz korzyści stricte piłkarskich, Neymar przyczynił się także do wzbogacenia marketingowego potencjału PSG. Trykot z dychą na plecach niemal w chwili ogłoszenia transferu stał się hitem w klubowych sklepach Paris Saint-Germain. Tylko pierwszego dnia sprzedano ponad jedenaście tysięcy koszu-

lek z nazwiskiem Neymar. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy ta liczba przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy, to dziesięć razy więcej niż w przypadku Zlatana Ibrahimovića czy Davida Beckhama. Blisko 70% koszulek sprzedawanych w butikach PSG to właśnie te z numerem Brazylijczyka. Zgodnie z założeniami paryskich działaczy, efekt Neymara przełożył się również na komercyjny sukces. Tylko w sierpniu średnia frekwencja w sklepie PSG na Polach Elizejskich wzrosła o ponad 80% w stosunku do poprzedniego roku. Czy to był dla Neymara dobry rok? Narzuca się odpowiedź: nie. Przyszedł do PSG z jasnym celem - pomóc w wygraniu Ligi Mistrzów, a Paryż nawet się do tryumfu nie zbliżył. Trzeba jednak spojrzeć szerzej. W lidze francuskiej od samego początku poka-


LE BALLON MAGAZINE

Foto RAFAŁ KOWALSKI - iFrancja.fr

zywał klasę światową, nie potrzebując ani chwili rozgrzewki, żeby wskoczyć na najwyższy poziom. Między innymi dzięki jego postawie sprawa tytułu była rozstrzygnięta długo przed oficjalną koronacją. Przede wszystkim zarówno w Ligue 1, jak i w Lidze Mistrzów na początku sezonu było widać, że PSG z Neymarem może być nie do zatrzymania. Dzięki niemu zrobili wielki krok naprzód. Na jego nieszczęście, mecz z Realem w 1/8 finału był pewnie jednym z najgorszych w jego karierze, a trzeba uczciwie powiedzieć, że koledzy z drużyny również nie nawiązali do formy z domowych boisk. To, co pokazał dotychczas, daje PSG spore nadzieje. Trzeba jednak zrobić wszystko, żeby jego charakter nie rozbił zespołu. W Paryżu rządzić wydają się więc piłkarze, na czele z Brazylijczykiem. Świadczą o tym chociażby zorganizowane na kilka tygodni przed najważniejszym meczem sezonu huczne urodziny Neymara z udziałem sz-

tabu i całego zespołu. Nocna impreza miała ponoć kosztować Brazylijczyka blisko dwieście tysięcy euro, jednak pozostałą część budżetu pokryli jego liczni sponsorzy. PSG z tej okazji wyświetliło twarz swojej najdroższej gwiazdy na najważniejszych zabytkach miasta - wszystko po to, by gwiazdor czuł się kochany w światowej stolicy miłości. W tym sezonie wszystko wydaje się zatem kręcić wokół Neymara, jak pokazał chociażby jesienny konflikt Brazylijczyka z Edinsonem Cavanim w sprawie wykonywania jedenastek. Według francuskich mediów, aby rozwiązać kryzys, prezes Al-Khelaifi miał obiecać Urugwajczykowi milion euro rekompensaty by ten odstąpił Brazylijczykowi egzekucję rzutów karnych. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo, jednak od tego czasu to właśnie Neymar został desygnowany do strzelania z jedenastu metrów.

zbudować piłkarskiej potęgi. Paryż musi uniknąć podziałów, głupiej walki o stałe fragmenty, wyniszczających sporów o hierarchię. To rola Thomasa Tuchela. Jeżeli uda mu się poskromić Neymara i z rozkapryszonej gwiazdki zrobić główny tryb imponującej maszyny, PSG może stać się bestią, jaką widzą je w planach Katarczycy.

W takich warunkach z pewnością nie można

| str. 28


LIGUE !: XI SEZONU 2017/18

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

XI SEZONU LE BALLON WYBIERA

Co osoba, to inna koncepcja tej jedenastki. Wszystkim nie dogodzimy, ale staraliśmy się znaleźć złoty środek. Poniżej efekty tych prób.

Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

Benjamin Lecomte – zakładaliśmy, że 27-latek sprowadzony latem ze spadkowicza z Lorient za jedyne 2,5 miliona euro może być dużym wzmocnieniem, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. Największy atut? Stabilna forma. Solidny w każdym elemencie bramkarskiego rzemiosła. Montpellier jest drugie pod względem najmniejszej liczby straconych goli i duża w tym zasługa właśnie Lecomte’a. Zachował 14 czystych kont - mniej tylko od Alphonse’a Areoli (16), choć pracy miał o wiele więcej.

Nordi Mukiele

– poważnym kandydatem do tego wyróżnienia był Mathieu Debuchy. Weteran rozegrał jednak tylko pół sezonu, więc padło na półprawego obrońcę Montpellier. Michel Der Zakarian częściej niż przy linii bocznej wystawiał go w trójce stoperów – jako asekurację dla wiekowego Hiltona. Grywał też jednak na nominalnej pozycji prawego defensora. W obydwu rolach pokazywał dużą klasę. Jeśli szybko nie odejdzie z HSC, właściciele nie muszą się martwić o obsadę tych pozycji. Brakuje jedynie liczb – jedna asysta w sezonie - ale i na to przyjdzie pora. Na razie wystarczy, że jako zaledwie 20-latek tak sumiennie wywiązuje się z zadań defensywnych.

Marcelo – dyspozycja byłago Wiślaka mimo ugruntowanej pozycji w europejskiej piłce była sporą niewiadomą. Wielu przyzwoitych stoperów przed nim przegrywało z zadaniem ustabilizowania obrony Lyonu. Marcelo od pierwszego meczu w barwach OL stanął za sterami i cały sezon żeglował bez większych kolizji. Ranga trzeciej defensywy sezonu to w dużej mierze | str. 29

zasługa 30-latka. Historia podobna do tej Kamila Glika: doświadczony stoper wchodzi do nowej szatni, pełnej utalentowanych, ale niedoświadczonych zawodników i z marszu zaprowadza nowe, dobre rządy.

Presnel Kimpembe – swojego przedstawiciela potrzebuje też najlepsza obrona ligi. Z zawodnika grającego w razie niedyspozycji kogoś z pary Marquinhos-Silva, stał się najczęściej grającym obrońcą Emery’ego. 22-latek nie zawsze nad sobą panuje – obejrzał dwie czerwone kartki – ale jak na ten wiek i tak w jego grze widać dużo wyczucia i pewności siebie. Dyspozycję obrońcy PSG docenił również trener reprezentacji Francji Didier Deschamps: w konsekwencji kontuzji Laurenta Koscielnego, Kimpembe ma pewne miejsce w samolocie do Rosji. Jordan Amavi

– obrońca Marsylii w jedenastce sezonu? To nie żart. Choć sezon na boku defensywy zaczynał Patrice Evra, szybko wykopał się ze składu i zrobił miejsce młodszemu koledze. 24-letni obrońca po dwuletniej przygodzie w Anglii natychmiast wpasował się w styl gry OM. To zarówno pochwała, jak i nagana: także swoimi słabościami dopasował się do wątłej defensywy Marsylii. Jak partnerzy, nie unikał błędów i ma na swoim koncie kilka straconych bramek, ale popisywał się efektownymi rajdami i celnymi wrzutkami, które dały mu tytuł najlepszego asystenta na swojej pozycji – sześć ostatnich podań.


LE BALLON MAGAZINE

Luiz Gustavo – najlepszy transfer Olympique Marsylia i jeden z architektów ich udanego sezonu. Nie było jasne, czy 30-letni Brazylijczyk znajdzie motywację, by grać na sto procent możliwości. Znalazł i rozkochał w sobie kibiców. Zna się na grze obronnej i dając tego świadectwo w niemal każdym meczu doskonale ubezpieczał ofensywę OM. Choć jego rolą jest głównie praca w defensywie, dorzucił do dorobku także pięć bramek. Najważniejszy i najbardziej efektowny był gol na 1:0 w wielkich derbach z PSG. Błyskawicznie wyrósł na lidera drużyny – w debiutanckim roku w klubie zdarzało mu się już zakładać opaskę kapitana.

Houssem Aouar – jedno z odkryć sezonu w Ligue 1. Zawodnik, który nie mając na karku 20 lat stał się mózgiem drużyny Bruno Genesio. Przed sezonem trudno było wskazać zawodnika, który godnie zastąpiłby Corentina Tolisso w sercu pomocy OL. Klub postawił na młody talent i ryzyko popłaciło. Niemal każdemu zagraniu Houssema towarzyszy wielka gracja, a walory estetyczne idą w parze z realnym wkładem w grę Olympique Lyon. Pięć asyst i tyle samo bramek. Do tego wiele widowiskowych zagrań, odważne decyzje i talent do dryblingu. Jedynym mankamentem jest drobna budowa ciała – jeśli nieco się wzmocni i nie zatraci przy tym zwinności, będzie na celowniku największych. Nabil Fekir – zawodnik, bez którego ofensywa OL by nie istniała. Po sprzedaży Lacazette’a miał zostać największą gwiazdą lyończyków. Nadzieje spełnił z nawiązką, choć świadectwo jego geniuszu mogliśmy podziwiać głównie w pierwszej części sezonu. Kreował bądź wykańczał niemal wszystkie akcje Lyonu. Do pewnego momentu jak równy z równym rywalizował z Edinsonem Cavanim o tytuł króla strzelców. Genialne rzuty wolne, strzały zza pola karnego i techniczne popisy - nic co piłkarskie nie było mu obce. Zimą jego forma się pogorszyła, a na dokładkę przytrafiła mu się kontuzja. Nieszczęścia odbiły się w liczbach: tylko jedna bramka i asysta od lutego do końca sezonu. Początek miał jednak tak rewelacyjny, że nie mogło go zabraknąć w XI sezonu.

Florian Thauvin – zeszły sezon (15 bramek i 9 asyst) wydawał się jak na niego wyjątkowym. W tym roku przeszedł samego siebie. 22 gole i 12 asyst w Ligue 1, 26/18 we wszystkich rozgrywkach. Wykup z Newcastle za 11 milionów euro wygląda teraz na okazję życia. Kapitalny strzał z dystansu, lekkość dryblingu, częste zejścia ze skrzydła i strzelecki instynkt napastnika – wszystko to

| str. 31

budzi częste porównania do Arjena Robbena. Towarzyszyły mu od dawna, ale dziś nie są przesadzone. Nieprzypadkowo Bayern upatruje w Thauvinie następcy Holendra.

Edinson Cavani

– Urugwajczyk znów nie dał przeciwnikom najmniejszych szans w walce o tytuł króla strzelców. Na krajowym podwórku zdobył już wszystko - i to niejednokrotnie – a w tym sezonie stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, zrzucając z tronu wielkiego Zlatana Ibrahimovicia. El Matador dochodzi do sytuacji z porażającą łatwością – pytaniem nie jest „czy”, ale kiedy i ile razy strzeli. Mimo głośnych zakupów to on jest liderem w trudnych chwilach – tak jak w derbach z OM, kiedy pięknym golem z wolnego uratował remis i skórę wyrzuconego z boiska Neymara.

Neymar Jr. - każdy kolejny mecz Brazylijczyka to show. Rulety, kanały, sombrera – takimi popisami uświetniał właściwie każdy występ. Magiczną grę dopełniają liczby. W 20 meczach strzelił 19 bramek i zanotował 15 asyst – po prostu król. Tym bardziej szkoda, że w marcu poważna kontuzja pozbawiła nas kolejnych widowisk z jego udziałem. Gdyby rozegrał pełny sezon, podbój Francji byłby bezdyskusyjny.


SERGE AURIER ŻEGNA SIĘ Z PSG

LE BALLON MAGAZINE

Foto SEBASTIAN FREJ

| str. 16


WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

NAUCZYCIEL POKOLEŃ MERCI, ARSÈNE.

D

laczego się Pan uśmiecha? - Właśnie pomyślałem o dziesięciolatku, który w 1996 roku mógł przyjść z ojcem pierwszy raz na mecz Arsenalu. Teraz ten kibic ma 25 lat i widzi na ławce tego samego gościa. To czyni mnie menedżerem pokolenia.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Siedem lat temu Arsène Wenger tak puentował rozmowę z Jeanem-Markiem Butterlinem na piętnastolecie pracy. Nie było w tych słowach przesady.Widok na ławce Arsenalu francuskiego dżentelmena, wyciągniętego jakby z innej bajki, był stałym elementem meczu, dla wielu jedynym konstansem w życiu. Zdawało się już, że naprawdę będzie zawsze.

W cienu własnej wielkości 22 lata. 17 trofeów. Dwa dublety. Jeden złoty puchar za mistrzostwo bez porażki. Opowieść o dwóch dekadach największego trenera w historii Arsenalu wypada zacząć... od środka. Od słowa „Invincibles”. „Niezwyciężeni”. Ligowy tytuł bez przegranego meczu byłby w karierze każdego trenera osiągnięciem przyćmiewającym wszystko. Jedenastka, która tego dokonała, byłaby w większości klubów okrzyknięta najlepszym zespołem w dziejach. W przypadku Wengera nie jest to wcale oczywiste. Największym dokonaniem po przeszło dwóch dekadach w północnym Londynie nie jest ani złote trofeum, ani liczba Pucharów Anglii (tylko trzy kluby miały ich więcej niż Arsène), ani nowoczesny, 60-tysięczny stadion. Pomnikiem pracy Francuza jest dzisiejszy Arsenal: jego najnowsza historia, etos i marka. - Kiedy codziennie jesz kawior, trudno ci wrócić do kiełbasek – mówił 20 lat temu, gdy

| str. 33

kilka miesięcy po zdobyciu podwójnej korony fani wygwizdywali zespół za odpadnięcie z Ligi Mistrzów i remis z Middlesbrough. Chwytliwa przenośnia - jedna z wielu jakimi raczył dziennikarzy przez te lata - okazała się bardziej ponadczasowa niż życzyłby sobie autor. Obraz wielkiego, zwycięskiego Arsenalu, jaki pozostawił w głowach kibiców, stał się ostatnio niemożliwy do odtworzenia, a żywa pamięć o lepszych czasach tylko potęgowała frustrację kibiców. U schyłku kadencji Wenger nie był w stanie doskoczyć do poprzeczki, którą zawiesił bardzo wysoko. A Arsenal przestał grać piękną piłkę, z jakiej dzięki Francuzowi słynął - „Wengerball”. Ostatnie pięciolecie pracy przyniosło masę sprzeczności. Klub zostawił za sobą epokę finansowych ograniczeń, co obwieścił światu 42-milionowym transferem Mesuta Özila, ale nie zbliżył się do tytułu bardziej, niż w pechowym sezonie 2007-2008, u szczytu budżetowej niemocy. Dawał się wyprzedzić rywalom, których przez lata trzymał w szachu, a równocześnie po bezowocnej dekadzie zdobył trzy puchary w cztery lata. Pierwsze od dekady wicemistrzostwo przyniosło zaś tylko rozgoryczenie, bo było równoznaczne z finiszem za Leicester. Wspomina Theo Walcott, który pracował z nim przez 12 lat: - Kiedy inne kluby napotykają duże trudności, mają problem z odnalezieniem się. Zmieniają trenera, personel, filozofię. W Arsenalu, dzięki Bossowi radziliśmy


LE BALLON MAGAZINE

WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

sobie w takich momentach lepiej. Nawet kiedy sezon rozlatywał nam się w rękach, czuło się, że dążymy do czegoś większego. Rozwój tylko spowolnił, nie się zatrzymał.

Więzień powołania Słowa piłkarza podkreślają wyjątkowość szkoleniowca i człowieka. Przez 22 lata pracy nie raz i nie dwa płacił wysoką cenę za trwanie przy swoich wartościach – a jedną z naczelnych i najbardziej kosztownych, było bezgraniczne zaufanie i wiara w piłkarzy. Chociaż Wenger źle znosi porażki i bezpośrednio po kiepskim meczu bywa porywczy – obrywa się (werbalnie) sędziom, działaczom, federacji – nigdy nie skrytykował publicznie własnego gracza. Gdy trzeba było, emocjonalnie bronił podopiecznych nawet przed fanami Arsenalu. Kiedy na jednym z dorocznych spotkań ze Stowarzyszeniem Kibiców ktoś z publiczności nazwał dojrzałego, kiepsko dysponowanego Mikaëla Silvestre’a „staruchem”, Wenger eksplodował: „Nie mogę zaakceptować, w jaki sposób mówisz o piłkarzu własnego klubu. Atakując graczy robisz coś znacznie gorszego, niż atakując mnie”. Bezgraniczna wiara w zawodników okazywała się największym darem i przekleństwem Francuza. Gdyby nie ona, trener nie odważyłby się sprzedać Patricka Vieiry, by zaufać nastoletniemu Cescowi Fábregasowi. Po dziewięciu meczach bez gola nie wytrwałby w postanowieniu, by uczynić młodego skrzydłowego, Thierry’ego Henry’ego swoim etatowym napastnikiem. Nie przeczekałby też kontuzji i żmudnej walki o powrót do formy Aarona Ramseya, który później zdobył bramki na wagę dwóch Pucharów Anglii. Ale gdyby nie owa wiara, może nie musiałby w 2011 roku w pośpiechu łatać składu po odejściach młodych gwiazdorów, może w pomocy Arsenalu nie ziałaby przez lata luka po permanentnie kontuzjowanym Abou Diabym, i może bramki Kanonierów w półfinale Ligi Mistrzów strzegłby ktoś pewniejszy niż Manuel Almunia. Takie podejście do piłkarzy w dużej mierze odpowiada za najlepsze i najgorsze chwile wengerowskiego Arsenalu. Trenerskie powołanie tkwiło w nim od zawsze. Kiedy jego przyjaciele – JeanNoël Huck, Dario Grava i Marc Nolitor – przebili się do składu RC Strasbourg, zamęczał ich pytaniami o odprawy taktyczne, treningi czy dietę i na bieżąco notował odpowiedzi. Zapowiadało się, że jako jedyny nie zrobi kariery, a ostatecznie z czwórki kumpli tylko on zdobył mistrzostwo Francji. Był głębokim rezerwowym w słynnej ekipie Gilberta Gressa, do dziś jedynym zwycięskim zespole Strasbourga. Ściślej: był grającym asystentem trenera rezerw, któremu kontuzje lepszych graczy kilka razy otworzyły drzwi do pierwszego składu. Na mistrzowskiej fecie się nie pojawił. Za ważniejsze uznał poprowadzenie treningu młodzieżówki. - Menedżer musi uczyć. Jedną z piękniejszych rzeczy w tej pracy jest moc pozytywnego wpływania na życie innych. W zasadzie o to chodzi w byciu menedżerem. Ulice pełne są utalentowanych ludzi, którzy nie mieli szczęścia znaleźć kogoś, kto by im zaufał. [Jako szkoleniowiec] mogę być tym, który daje innym szansę – opisał kiedyś swoją rolę sam Francuz. Innym razem dodał: - Menedżer to przewodnik. Skupia wokół siebie grupę ludzi i mówi „z wami sukces jest w zasięgu, a ja mogę wskazać wam drogę”. Przewodnik, nauczyciel... W istocie - tak jawił się weteranom angielskiej piłki, których w 1996 roku zastał w szatni nowo objętej drużyny, ale wtedy podobne określenia nie budziły pozytywnych skojarzeń. We wspomnieniach legendarnych obrońców pamiętających epokę George’a Grahama – Tony’ego Adamsa i Lee Dixona – powtarzają się słowa „belfer”, „obcy”, „bez związku z piłką”. Francuski elegant w charakterystycznych okularach nie pasował do ich świata i wcale tego nie kryli.

Podobnym lekceważeniem wykazał się wówczas sir Alex Ferguson: [Wenger] Spędził rok w Japonii i trafił tu, do Anglii. Nie ma pojęcia o wymaganiach angielskiej piłki. Szkot nie przewidział, że przybysz zamiast tracić czas na przystosowanie do „angielskich warunków”, na zawsze je zmieni. Sposób prowadzenia treningów, podejście do zawodników, dieta – Arsène wywrócił do góry nogami świat doświadczonych angielskich graczy. Kpili z jego akcentu, nazywali go „inspektorem Clouseau”, ale polecenia wykonywali bez szemrania, a gdy poczuli różnicę, miano „nauczyciela” do reszty wytraciło swój prześmiewczy wydźwięk. Decyzja Arsenalu, by po zwolnieniu Bruce’a Riocha – byłego trenera Boltonu, klasycznie angielskiego bossa, typowego „swojego chłopa” – sięgnąć po szkoleniowca japońskiej Nagoyi Grampus, wyglądała na nagłą, impulsywną i szaloną: słynny nagłówek „Arsene Who?” zapisał się na zawsze w historii brytyjskiego dziennikarstwa piłkarskiego. W rzeczywistości wiceprezes klubu David Dein dojrzewał do decyzji o zatrudnieniu Francuza od 1989 roku. Wtedy, po przypadkowym spotkaniu na Highbury, ówczesny trener Monaco zahipnotyzował Deina swoim rozumieniem futbolu i zasiał myśl o zatrudnieniu go w klubie. Wenger mógł trafić do Arsenalu rok wcześniej, ale wówczas na drodze do realizacji planu Deina stanął zarząd klubu. Kierownictwo uznało, że menedżer-obcokrajowiec to absurdalny pomysł i bezpieczniej postawić na Anglika, bo ten lepiej poradzi sobie ze „starą gwardią” w zespole. Jak na ironię, Rioch przypadł do gustu Dennisowi Bergkampowi – przybyszowi z innej planety – a „przegrał” szatnię z Brytyjczykami, do których miał trafić.

Ponad podziałami Arsène i Arsenal. Dla dzieciaków stykających się z tym zestawieniem po raz pierwszy sprawa jest oczywista: klub nazywa się tak na cześć trenera. – Możecie mówić, że to zbieg okoliczności. Ja wolę wierzyć, że to przeznaczenie – kwitował sam zainteresowany. Coś w tym musi być, bo chociaż plan kiełkował w głowie dyrektora Arsenalu przez jakiś czas, to historia co najmniej dwa razy mogła zboczyć w zupełnie innym kierunku. W 1994 Wengera chciał zatrudnić Bayern. Spełnienie marzeń dla Alzatczyka – człowieka tożsamościowo zawieszonego między Francją a Niemcami – który od dziecka bywał na meczach Bundesligi i z nich czerpał wzorce. Gdyby Monaco zgodziło się wtedy zwolnić go z kontraktu, pewnie nigdy by do Arsenalu nie trafił. Gdyby zaś nie pozbawiło go pracy kilka miesięcy później, to jego droga do Londynu nie prowadziłaby przez Japonię. Bez zderzenia z tą azjatycką kulturą nie stałby się Profesorem, jakiego poznała później Anglia. Tam nabrał opanowania, docenił znaczenie ciszy – to w Nagoyi wykuł zasadę, by w przerwie meczu nawet przy złym rezultacie dawać zawodnikom chwilę na poukładanie myśli i dopiero po kilku minutach włączać się z merytorycznymi uwagami – i nauczył się funkcjonować w warunkach kulturowej różnorodności. Gdyby zaś nie to ostatnie, zapewne nie stałby się później menedżerem najbardziej wielonarodowościowego zespołu w dziejach Premier League. – Zdarzało się, że prowadziłem zawodników z 18 różnych krajów. [Takie warunki] oznaczają, że musisz stworzyć własną kulturę i ustalić nowe, wspólne zasady – opowiadał kilka lat temu przy okazji pobytu w Japonii. Wielu uważa zdobywców dubletu w jego pierwszym pełnym sezonie, 19971998, za najlepszą drużynę Profesora. 34-letni Nigel Winterburn i 33-letni Lee Dixon szarżujący skrzydłami jak dwudziestolatkowie, młodziutki Patrick Vieira i przekwalifikowany na pomocnika Emmanuel Petit w środku pola, rozumiejący się bez słów Ian Wright i Dennis Bergkamp z przodu. Pełnię swoich trenerskich możliwości Wenger demonstrował jednak konstruując krok po kroku jedenastkę Niezwyciężonych. Freddie Ljungberg, etatowy prawoskrzydłowy Arsenalu z przełomu wieków, do Londynu trafił jako środkowy pomocnik bądź „dziesiątka”. Prawy obrońca Lauren przed przyjściem na Highbury nie

| str. 34


LE BALLON MAGAZINE

zwykł grać na teh pozycji – zapytany po latach, czy Kameruńczyk wiedział, że będzie grał w defensywie, Arsène wybuchł śmiechem: „Ja wiedziałem!”. Kolo Touré, partner Sola Campbella za środka obrony, który zasłynął między innymi „skasowaniem” samego Wengera brutalnym wślizgiem na swoim pierwszym treningu, przyjeżdżał z Abidżanu jako prawy pomocnik. O sztuce gry Roberta Piresa czy Henry’ego nie ma potrzeby opowiadać – wychowały się na niej legiony fanów Premier League. Kiedy trener zasiewał w głowach tamtych graczy myśl o sezonie bez porażki, nie używał słowa „niezwyciężeni” czy „niepokonani”, ale „nieśmiertelni”. Miał rację. Stali się nieśmiertelni - każdy fan angielskiej piłki potrafi dziś wymienić tę „żelazną jedenastkę” z sezonu 2003-2004. Profesor nie tylko znalazł i dopasował do swojego planu fenomenalnych graczy, ale też połączył różnorodną mieszankę osobowości i kultur w doskonałą całość. To jeden z wymiarów rewolucji przeprowadzonej przez Wengera – rozbił homogeniczną kulturę angielskiego futbolu: najpierw zostając trzecim w historii menedżerem i pierwszym trenerem-mistrzem spoza Wysp, a potem wprowadzając do ligowej piłki wiele zagranicznych gwiazd. Po dziś dzień prawdopodobnie najlepszym graczem w dziejach Premier League jest Thierry Henry – Francuz niemający nic wspólnego z brytyjskim wzorcem napastnika. Arsène całymi latami toczył boje z ksenofobami, bardziej niż futbolem zainteresowanymi narodowością graczy. Nawet kiedy w 2006 jego zespół jako pierwsza angielska ekipa wygrał na Santiago Bernabeu i pokonał w dwumeczu

| str. 35

galaktyczny Real, musiał walczyć z krytyką: m.in. Alan Pardew i David O’Leary mieli mu za złe, że w żadnym z dwóch spotkań nie wystawił angielskiego zawodnika. Wtedy, jak wiele razy wcześniej i później Profesor podkreślał: - To zacofany sposób myślenia. Nie chcę nigdy powiedzieć mojemu piłkarzowi „jesteś lepszy, ale masz niewłaściwy paszport”. Kiedy reprezentujesz klub, chodzi o jakość, nie narodowość. Jest dla mnie powodem do dumy, że przez całą karierę nigdy nie postawiłem na nikogo ze względu paszport. Wypunktował też wówczas hipokryzję Pardewa: - Kiedy na początku sezonu dzwonił, żeby wypożyczyć do West Hamu Jérémiego Aliadière’a, nie interesowało go czy ten jest Anglikiem, tylko czy jest dobry. Z jasnym sprzeciwem wobec ksenofobii kojarzy Wengera także pierwszy z jego wielu wielkich podopiecznych, sprowadzony przezeń w 1988 z Liberii do Monaco, George Weah: - W czasach, kiedy rasizm sięgał zenitu, on okazał mi miłość. Był dla mnie jak ojciec. […] Prócz Boga, to Arsène’owi zawdzięczam, że poradziłem sobie w Europie. Kiedy lata później Liberyjczyk już jako napastnik Milanu zdobywał Złotą Piłkę, zadedykował nagrodę swojemu mentorowi. Pamiętał o nim także, gdy na początku 2018 roku został wybrany na prezydenta swojego kraju. Zaprosił Arsène’a (jako jedynego ze swoich byłych trenerów) na uroczystość zaprzysiężenia. W grudniu 2009 pierwszy raz w historii Premier League naprzeciw siebie stanęły dwie jedenastki bez choćby jednego Anglika w składzie. Jedną z nich


LE BALLON MAGAZINE

Foto SEBASTIAN FREJ

wystawił, jak nietrudno zgadnąć, Wenger. Nietypowy rekord był zarazem symbolem przeprowadzonej przez niego rewolucji – mecz Portsmouth-Arsenal na Fratton Park rozpoczęło dziewięciu piłkarzy urodzonych we Francji (czterech w ekipie gospodarzy, pięciu u gości). To on otworzył angielską piłkę na świat, ale przede wszystkim – na swoich rodaków. Jego importy znad Sekwany przekonały resztę ligi, by także szukać tam niedrogich, zdolnych graczy. Wcześniej medal za zdobycie Premier League zawisł na szyi tylko jednego Francuza: Erica Cantony. Po 1998 roku tylko raz zdarzyło się, że w mistrzowskiej ekipie zabrakło piłkarza Trójkolorowych. Ale wpływ mariażu Arsène’a i Arsenalu jest do dziś odczuwalny także po drugiej stronie kanału La Manche – Francuzi przyjęli londyński klub za własny, a dla wielu młodych adeptów piłkarstwa szczytem marzeń jest założenie trykotu Kanonierów. Sam Wenger od lat, nawet mimo gorszych wyników, pozostaje zaś czołowym piłkarskim autorytetem. Nie da się powstrzymać wrażenia, że w ojczyźnie traktuje się go ze znacznie większym szacunkiem niż na Wyspach. Przez lata udzielił brytyjskim dziennikarzom głębokich, intrygujących wywiadów, ale to we francuskich mediach zawsze otwiera się bardziej i pozwala sobie na więcej.

Ten obcy Dobry kontakt z rodakami nie jest w tym przypadku naturalnym zjawiskiem. Jako chłopak z regionu rozdartego między Francją a Niemcami, od progu

trenerskiej kariery Arsène musiał się zmagać ze swoją innością. Pokolenie wcześniej Alzatczycy, chociaż deklarowali się jako Francuzi, to na ogół mówili po niemiecku, a ojczystego języka musieli się uczyć. Dalsi i bliżsi krewni Wengera, którzy zginęli podczas II wojny światowej, nie są upamiętniani jak inne wojenne ofiary. Wcieleni siłą do armii walczyli za Trzecią Rzeszę, nie za Francję. Alzatczycy długo byli przez rodaków traktowani nieufnie. Jak obcy. Specyficzne poczucie odrębności ukształtowało jego osobowość: skrajnego introwertyka, niechętnie mówiącego o sobie, nieszukającego nowych więzi, ale też szalenie lojalnego wobec tych, których uzna za bliskich. To ktoś, kto chętnie staje z boku i analizuje. Kto sprawia, że inni mówią o sobie wszystko, a sam nie wyjawia nic. Wzorcowy nauczyciel. Fanatyk piłki, który najlepiej czuje się sam w czterech ścianach, zatracony w godzinach futbolowych nagrań z całego świata. Równocześnie Wenger uosabia specyficzny, alzacki dualizm. Z boku wygląda na najbardziej stereotypowego Francuza świata – komicznie niezdarny, często roztargniony, ale zarazem elegancki i czarujący. Jednak biograf Jasper Rees, który rozmawiał o nim z najbliższymi przyjaciółmi, zawsze otrzymywał ten sam, na wskroś germański opis: „pracowity, zasadniczy, uczciwy, opanowany”. Kiedy trafił do Londynu, opinia „belfra bez pojęcia o sporcie” szybko zmieniła się na futbolowego maniaka. Opisujący od kilkunastu lat jego pracę John Cross napisał kiedyś, nie do końca żartując, że Francuz „wolałby oglądać mecz trzeciej ligi niż wyjść na kolację z żoną”, zaś Henry Winter wspominał, że w

| str. 36


WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

LE BALLON MAGAZINE

dniu własnych urodzin Wenger odmówił dziennikarzom udziału w uroczystym spotkaniu mówiąc: „Jest dziś ważny mecz Bundesligi i muszę go obejrzeć, ale specjalnie dla was postawię na telewizorze świeczki”. Dla innych menedżerów i mediów był łatwym celem, bo jako elokwentny, obeznany w polityce i skory do dyskusji na pozapiłkarskie tematy wyróżniał się na tle przaśnego światka Allardyce’ów i Pardewów. Ze swoimi manierami, mocnym, francuskim akcentem, wyrazistą opinią na każdy temat i alzacką aurą odrębności do ostatniego dnia pracy w Londynie pozostawał dla mediów zbyt inny, za mało angielski, nie dość piłkarski. „Trenerka niezupełnie do niego pasuje. Rzadko trafia się ktoś, kto tak dobrze wygląda w garniturze, a zarazem tak źle w nieprzemakalnej kurtce”, podsumował kilka lat temu w Independent Charles Nevin. Wywołany do tablicy Wenger chętnie mówił o sprawach społecznych, w niewymuszony, naturalny sposób wcielając się w rolę „nauczyciela” także zwracając się przez media do kibiców: - Wartości moralne, które w życiu obrałem, przyjąłem przez futbol. Jako klub mamy za zadanie edukować: odwdzięczyć się ludziom, którzy kochają Arsenal i przez grę oraz zachowanie uczyć ich wartości – powiedział kiedyś. Gdy starał się je przekazywać dalej, górę nad duszą fanatyka piłki brało wykształcenie ekonomisty, zdobyte na Uniwersytecie w Strasburgu jeszcze w czasach, kiedy pół-zawodowo kopał piłkę w alzackim Mulhouse. - W świecie ciągłej rywalizacji nie każdy może utrzymać tempo: ktoś zawsze zostaje z tyłu. Dziś już akceptujemy, że należy zadbać o takich ludzi. Nie można pozwolić, by umierali na ulicach. Nie godzimy się na to, i słusznie – mówił w 2009 w obszernym, społeczno-ekonomicznym wywiadzie dla The Times i Daily Mail – Komunistyczny model się nie sprawdził, to już wiemy, ale współczesny kapitalizm też wydaje się na dłuższą metę nie do utrzymania. Należy nagradzać ludzi pracy, którzy czynią świat lepszym, to normalne, ale to nie oni są dziś najbogatsi. Zarówno przeprowadzający rozmowę Martin Samuel, jak i biograf Wengera, Cross, zwrócili uwagę, że poglądy Francuza zdają się kłócić z rolą jednego z najlepiej opłacanych trenerów piłkarskich świata. Kontrował podkreślając, że w ramach oderwanego od rzeczywistości świata wielkiego futbolu Arsenal stara się funkcjonować możliwie „normalnie” - korzystając tylko z samodzielnie zarobionych środków, bez „finansowego dopingu”. Dążenie do samowystarczalności to też wartość, która zdefiniowała dużą część historii Wengera w Londynie.

Plac budowy Lata 2006-2013, złośliwie nazywane „okresem posuchy”, to w istocie czas bodaj największego sukcesu francuskiego szkoleniowca. Wtedy klub – obciążony długiem zaciągniętym na budowę nowego stadionu – musiał zdecydowanie postawić na młodych zawodników i model „tanio kup, drogo sprzedaj”. Dla Arsène’a Wengera oznaczało to każdego roku dwa zadania: zagwarantowanie udziału w Lidze Mistrzów, zapewniającej spory zastrzyk gotówki, oraz wygenerowanie około 20 milionów funtów zysku z transferów. Przystał na ten projekt lata wcześniej, kiedy Arsenal jeszcze wygrywał. Znów trzeba wrócić do idei Niezwyciężonych: na boisku Kanonierzy byli niezniszczalni, poza nim ledwo wiązali koniec z końcem i chociaż piłkarze nie mieli o tym pojęcia, niewiele brakowało, by w kasie zabrakło pieniędzy na ich pensje. 2006. Przegrany finał Ligi Mistrzów. Odeszli Bergkamp, Pires, Campbell, Lauren, Ashley Cole. Vieiry już nie było. Henry miał rok później zasilić Barcelonę. Z mistrzowskiego składu zostali Ljungberg, Gilberto i Touré, a wokół nich miała się zawiązać „Operacja: Młodzież”. W kolejnych siedmiu latach Wenger wyszkolił i pożegnał: Aleksa Hleba, Mathieu Flaminiego, Fábregasa, Samira Nasriego, Emmanuela Adebayora, Gaëla Clichy’ego, Aleksa Songa, wreszcie Robina van Persiego. Najpierw zderzał się z krytyką, kiedy wystawiał młodzieńców uczących się na własnych, często bolesnych błędach, a potem kolejny raz, kiedy zmuszony sytuacją klubu „pozwalał im odejść”. Nie narzekał, nie zrzucał odpowiedzialności za wpadki i sprzedaże na zarząd – po prostu robił

| str. 37

swoje. Swoich przełożonych chronił przed krytyką tak samo, jak podopiecznych. Tylko raz, w 2011 roku, w trakcie najtrudniejszego okienka Arsenalu w najnowszej historii po fali pogłosek o odejściu Fabregasa i Nasriego udzielił wywiadu, o którym trudno było powiedzieć, czy jest zagrywką negocjacyjną, czy rozpaczliwym apelem do szefów. „Nie możesz jednego lata oddać dwóch ważnych piłkarzy i wciąż zwać się wielkim klubem”, powiedział. Przed końcem okresu trasferowego Fabregas i Nasri byli już sprzedani, Arsenal przegrał 2-8 z Manchesterem United i sprowadził w 48 godzin pięciu nowych zawodników. A w maju znów świętował wejście do Ligi Mistrzów. Latami był wyśmiewany za frazes „top four jest jak trofeum”. Dopiero kiedy – o, ironio: już w czasach niezłej kondycji finansowej Arsenalu – z niej wypadł i na granicy między 4. a 5. miejscem zaczęli balansować inni, światek piłkarski przytaknął: „owszem, top four jest jak trofeum”. Z perspektywy czasu widać, jak dużym osiągnięciem na przełomie dekad było utrzymanie wśród najlepszych klubu, w którego kadrze byli zawodnicy do dziś wykpiwani w memach i wspominkowych rozmowach kibiców. Profesor nie był w tamtym czasie bezbłędny, ale bodaj największa szansa na sukces i tak wymknęła się Arsenalowi głównie z powodu pecha, nie menedżerskiej pomyłki. Gdyby nie przerażające złamanie Eduardo da Silvy i wpływ tego zdarzenia na cały zespół, Kanonierzy zapewne zostaliby w sezonie 2007-2008 mistrzami. Futbol godny mistrzów prezentowali zresztą nie tylko wtedy – młodej drużynie brakowało regularności, ale przez większość trudnego finansowo okresu stać ją było na granie najlepszej piłki na Wyspach. To także obciążyło Wengera: w tamtym czasie zarzucano mu, że przedkłada estetyczny walor futbolu nad zwycięstwa, a po latach, całkiem słusznie – że nie potrafi tego samego, widowiskowego stylu odtworzyć przy większym budżecie i mocniejszych zawodnikach w kadrze.

Cierpiący artysta Przez 22 lata w północnym Londynie dostarczył dziennikarzom i fanom mnóstwa znakomitych powiedzonek, ale o niczym nie mówił z taką pasją i tak przekonująco, jak o estetycznej wartości futbolu: - Celem wszystkiego, co można w życiu robić, powinno być osiągnięcie takiego poziomu, by stało się sztuką. Futbol jest sztuką, tak jak sztuką jest taniec – ale staje się nią tylko uprawiany odpowiednio dobrze. W 2009, w czasie świetności Barcelony, uznawał ją za swój wzorzec i odpowiadał na zarzut o „brak pragmatyzmu”: - Koniec końców zadajesz sobie pytanie: jaka drużyna odniosła największe sukcesy w dziejach? Brazylia. Jaką piłkę grała? Świetną. Kto wygrał wszystko w ostatnim roku? Barcelona. Jaką piłkę grała? Wspaniałą. Nie jestem przeciwko pragmatyzmowi, bo być pragmatycznym, to też zagrać właściwe podanie – to jasne. Kiedy patrzę na Barcelonę, widzę sztukę. - Futbol jest treścią mojego życia. Może wnosić do codzienności ludzi chwile niespodziewanej radości, niespodziewanego piękna – mówił tuż przed finałem Pucharu Anglii w 2014, pierwszym po dziewięciu latach – Każda przegrana to blizna na duszy. Moment prawdziwego cierpienia, który zostaje na zawsze. Te słowa zdają się pretensjonalne, ale nie ma w nich grama teatralnej przesady. Swoje pierwsze porażki, jako debiutujący w pierwszoligowej piłce trener Nancy, miał znosić tak źle, że odbijały się na nim też fizycznie: co najmniej raz zdarzyło się, że wracający z meczu autokar zespołu musiał się zatrzymywać, bo przejęty przegraną szkoleniowiec... wymiotował. Z czasem rzecz jasna się uodpornił, ale po dziś dzień towarzyszy mu reputacja faceta, który nie potrafi przegrywać. Zapytany o łatkę „Arsène’a Whingera” (ang. Arsène’a Zrzędy) nawet się nie obruszał: – Nie przeczę, nie umiem przegrywać. Gdybym potrafił, nie zaszedłbym w tym zawodzie zbyt daleko. Dein, wieloletni współpracownik i przyjaciel Wengera, przy okazji tysięcznego meczu na ławce Arsenalu zapytał Francuza: – Przed tysiącem tutaj musiałeś w sumie rozegrać drugie tyle w innych klubach. Dwa tysiące meczów, co to dla ciebie znaczy? Otrzymał odpowiedź tyleż lakoniczną, co wyczerpującą: – Dwa


WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

LE BALLON MAGAZINE

Foto SEBASTIAN FREJ

| str. 16


LE BALLON MAGAZINE

Foto SEBASTIAN FREJ

| str. 39

WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ


WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

LE BALLON MAGAZINE

tysiące nieprzespanych nocy... Po ośmiu minutach gry wyglądało na to, że mecz z Hull City zostawi kolejną bliznę. Taką samą, jak przegrany finał Pucharu Ligi w 2011 roku. Ale tym razem piłkarze nie zawiedli swojego szefa: odrobili dwumbramkową stratę, by jedenaście minut przed końcem dogrywki zapewnić mu pierwsze od lat trofeum. Wybuch radości dziesiątek tysięcy kibiców na Wembley i milionów przed ekranami po ostatnim gwizdku prawdopodobnie zagłuszył potężne westchnienie ulgi Arsène’a. W tamtej chwili Francuz zrzucił balast, który nawarstwiał się na jego barkach od prawie dekady. Potem tryumfował w FA Cup jeszcze dwukrotnie, ale to zwycięstwo nad Hull było szczególne. Mieszanka ulgi i kolosalnej radości w kilka sekund odmłodziła jego twarz o dziewięć lat – wreszcie znów był zwycięzcą. Dla każdego, kto 17 maja 2014 roku skrywał twarz w dłoniach po golu Curtisa Daviesa, kto podrywał się z krzesła po perfekcyjnym wolnym Santiego Cazorli i kto po wszystkim zobaczył szczęśliwego, prawie lewitującego nad ziemią Wengera, ten finał znaczy niepomiernie więcej niż rekordowo wysoka wygrana z Aston Villą (4:0, 2015) czy sensacyjny sukces przeciwko Chelsea (2:1, 2017). Z nowym trofeum w gablocie przedłużył kontrakt z Arsenalem o trzy lata, by niedługo potem stanowczo oznajmić, że jest pewien zdobycia mistrzostwa przed końcem tej umowy. Przyprawiona firmowym uśmiechem odważna deklaracja pobrzmiewała znajomo. W 2002 roku Profesor trafił na czołówki gazet ze zdaniem: „wierzę, że możemy przejść przez sezon niepokonani”. Dwanaście lat później obietnica zdobycia mistrzostwa brzmiała tylko trochę mniej szalenie niż niegdysiejsza zapowiedź sukcesu „Niezwyciężonych”. Tym razem wizjoner się pomylił – ot, jeszcze jeden sygnał, że stracił część dawnej mocy. Skoro poważnie myślał o tytule, z pewnością nie przeczuwał, że tamten kontrakt będzie ostatnim, który zrealizuje w całości. „Zawszę dotrzymuję umów”, powtarzał, ilekroć pytano go odejście czy to do innego klubu, czy na emeryturę. Niewiele brakowało, by pozostał wierny tej regule przez całą kadencję w Londynie. Po pokonaniu Chelsea w maju 2017 poważnie brał pod uwagę opuszczenie stanowiska – taki wybór doradzali mu bliscy – ale ostatecznie jeszcze raz postawił dobro ukochanego klubu ponad własnym: szefowie dali mu odczuć, że Arsenal nie jest gotowy na taką zmianę. W istocie zarząd przygotował się do niej dopiero w trakcie obecnego sezonu: pracę na Emirates podjęli Sven Mislintat (skautingowy guru Borussii Dortmund) i Raul Sanllehi (as negocjacji z Barcelony, od 2008 dopinający transfery trzech kolejnych prezesów: Laporty, Rosella i Bartomeu). To przybycie tej dwójki sprawiło, że 18 kwietnia 2018 roku niewyobrażalne stało się możliwym: Arsène Wenger i Arsenal zdecydowali o rozstaniu rok przed końcem podpisanej poprzedniego lata umowy. To najlepszy obraz znaczenia Francuza w klubie – jego obowiązki zostaną de facto rozdzielone na co najmniej trzy osoby: Mislintata, Sanllehiego i, rzecz jasna, nowego trenera.

Ciemna strona Podsumowanie dwóch dekad legendy nie byłoby kompletne, gdyby ograniczyć się do obrazu chodzącej instytucji i wygadanego dżentelmena, rozprawiającego o piłkarskim artyzmie i sprawiedliwości społecznej. Chociaż Wenger nie zwykł wszczynać utarczek z innymi menedżerami, to wypowiedzi, na

które zdobywał się sprowokowany przez wielkich rywali zostaną zapamiętane jako najbardziej ikoniczne. Kiedy Alex Ferguson zarzucił Wengerowi, że jego drużyna nie zasługuje na tytuł, a United są o wiele lepsi, Francuz ze swoim popisowym, szelmowskim uśmiechem odparł: „Każdy uważa, że najpiękniejszą kobietę ma u siebie w domu”. Kiedy lata później Jose Mourinho nazwał go „podglądaczem”, nie próbował już czarować zabawnymi powiedzonkami: „Jest oderwany od rzeczywistości i pozbawiony szacunku. Kiedy głupim ludziom przytrafia się sukces, czasem przysparza im głupoty, nie inteligencji”. Znajomość, która od takich słów się w zasadzie rozpoczęła, musiała się skończyć rękoczynami – doszło do nich lata później, podczas drugiego pobytu Jose w Chelsea. To wtedy Wenger wdał się przy linii bocznej w bójkę. Ani świadkowie tamtego zwarcia, ani ci śledzący porywającą, długoletnią rywalizację Arsène’a z Fergiem nie wiedzą, że mieli do czynienia z Profesorem w ugrzecznionym, post-japońskim wydaniu. Spory z Mourinho i Fergusonem blakną przy nierównym starciu ówczesnego trenera Monaco z potężnym prezesem Marsylii, Bernardem Tapie. Przy każdym ich spotkaniu sypały się iskry; w trakcie jednej z wymian obelg w stadionowym tunelu Arsène musiał zostać siłą odciągnięty od szefa OM. W 1993 roku, tuż po sukcesie Marsylii w Lidze Mistrzów, wyszło na jaw, że w kolejce poprzedzającej wielki finał marsylczycy przekupili rywali z Valenciennes. Do teraz nie ma pewności, że był to jedyny przypadek korupcyjnej działalności Tapiego. W Wengerze, który jako trener cztery razy z rzędu przegrywał tytuł z hegemonem z Marsylii, podejrzenia wzbierały jeszcze zanim skandal został ujawniony. Nawet po latach tamto uczucie bezsilności wyraźnie go dręczyło: – Słyszysz pogłoski, a potem nie możesz przyznać w mediach: „Tak, z tym meczem coś było nie w porządku”. Musisz mieć twarde dowody. Przejście od wewnętrznego przeczucia, nawet wiedzy, do przedstawienia dowodów nie jest proste. To straszne uczucie, kiedy nie wiesz już, czy wszystko wokół jest prawdziwe. Drobne incydenty dodają się do siebie i okazuje się, że nie było w nich przypadku... Jedną z osób, które odważyły się zeznawać przeciwko Tapiemu i ostatecznie doprowadziły do skazania skorumpowanego prezesa, był ówczesny trener w sztabie Valenciennes, Boro Primorac. Afera sprawiła, że stał się we Francji persona non grata. Arsène wyciągnął do niego rękę i zaoferował mu pracę u swojego boku. Od tamtego czasu Primorac – chodzący symbol lojalności Wengera i zasad jakim hołduje – nieprzerwanie towarzyszy menedżerowi w kolejnych klubach. Odszedł razem z nim także z Arsenalu. Przepychanka z Mourinho dwie dekady później, choć w porównaniu ze starciami z Tapie niepozorna, była jednak znacznie bardziej nieprzystojna. Nie była bowiem sygnałem oporu wobec niesprawiedliwości, a zwykłym wybuchem frustracji i znakiem mijającego czasu – Portugalczyk prowokował Francuza od zawsze, ale kiedyś ten drugi nie dałby się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Mimo wszystko przykra scena była też jednym z przykładów tego, że wbrew tezom rozdrażnionych fanów Wengerowi nawet w najgorszych momentach nie brakowało pasji. Za niejedno należała mu się – szczególnie w ostatnich latach – krytyka, ale trudno było o zarzut bardziej krzywdzący niż „już mu nie zależy” czy „jest w klubie tylko dla pieniędzy”. Wenger

| str. 40


LE BALLON MAGAZINE

poświęcił Kanonierom właściwie całą karierę, a w najtrudniejszym dla klubu czasie odrzucał oferty Realu Madryt i Barcelony, by doprowadzić „projekt: stadion” do końca. Po drodze bywało lepiej i gorzej, a zakończeniu daleko do wymarzonego, ale ostateczny wynik rozliczenia może być tylko jeden: misja się powiodła.

Czas rozstania Gdy przychodził do Arsenalu, sprowadzał na archaiczny, 38-tysięczny stadion zbliżającego się do emerytury uniwersalnego pomocnika, Rémiego Garde’a, i znak zapytania z rezerw Milanu, Patricka Vieirę. Transfery takich zawodników jak Dennis Bergkamp były dla klubu ewenementem. Jego ostatnim ruchem, 22 lata później, było zaś ściągnięcie na nowoczesny, zbudowany bez wsparcia szemranych inwestorów 60-tysięcznik wartego 56 milionów funtów Pierre’a Emericka Aubameyanga, jednego z najlepszych graczy świata. Arsène wiele mówi o priorytetach i postrzeganiu futbolu, a swoim „dzieckiem” nazywa nie stadion, ale kompleks treningowy w London Colney, wybudowany w 1999 z jego inicjatywy i za pieniądze z transferu wyłowionego przez niego Nicolasa Anelki. Arsenal jest dziś w znacznie lepszym miejscu niż dwie dekady temu – i nie dotarłby do tego punktu bez wizjonerskiego wkładu Wengera. Droga do tego punktu wiodła zaś przez masę wspaniałych wydarzeń: tytuły wygrane na boiskach Manchesteru United i Tottenhamu, wyjątkowe noce w europejskich pucharach (jak zwycięstwa na San Siro i przeciwko najsilniejszej Barcelonie w dziejach), gole i techniczne popisy wielkich graczy czy widowiskowe finały pucharów. Wprowadził do wielkiej piłki Vieirę, dziś przymierzanego do roli jego następcy, dał Premier League Henry’ego, ukształtował Fábregasa, odkrył dla francuskiej kadry Koscielnego, przyciągnął do klubu Özila... Dla prowadzonej przez niego drużyny gola zdążył strzelić Eddie Nketiah, którego nie było jeszcze na świecie, kiedy Wenger zdobywał pierwszy tytuł z klubem. Wielu dorosłym już fanom całe dotychczasowe życie Arsenal kojarzy się z tylko jednym trenerem. Gdy nazwał się „menedżerem pokolenia”, nie doszacował swojego wpływu: wychował więcej niż jedno pokolenie kibiców i więcej niż jedno pokolenie piłkarzy. Chociaż mijający sezon był najgorszym z 22 lat Francuza w Arsenalu, a na finiszu przyniósł jeszcze rozczarowanie związane z odpadnięciem w półfinale Ligi Europy, to w dniu wielkiego pożegnania przykrości minionych miesięcy odeszły w niepamięć. Na ostatnim domowym meczu Wengera dotychczas podzieleni kibice wypełnili Ashburton Grove po brzegi, by obejrzeć drużynę żegnającą trenera popisową wygraną 5-0 i zobaczyć, jak klub w dowód wdzięczności oddaje swojemu najwybitniejszemu menedżerowi złote trofeum The Invincibles, a na koniec usłyszeć słowa poruszonego i speszonego zamieszaniem 68-latka: „Będę za wami tęsknił”. - Kiedy przejdę na emeryturę, kupię karnet, założę czerwień i biel, i będę liczył, że w sobotę Arsenal wygra – zapowiedział swego czasu Francuz. Stadion, na którego trybunie będzie wtedy zasiadał, powinien wówczas już nosić jego imię. Merci, Arsène.

| str. 41

WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ


WENGER ZAMYKA ROZDZIAŁ

LE BALLON MAGAZINE

Foto SEBASTIAN FREJ

| str. 42


RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE

LE BALLON MAGAZINE

RANKING

LE BALLON WYBIERA:

SUKCESY I WPADKI

TRANSFEROWE LUIZ GUSTAVO

Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

W

podsumowaniu sezonu nie mogło zabraknąć zestawienia najlepszych i najgorszych transferów w Ligue 1. Wybory w obu kategoriach były w tym roku szczególnie trudne, ale udało się zawęzić obie listy do pięciu pozycji. W zestawieniu nie braliśmy pod uwagę zawodników wypożyczonych (Mbappé) oraz tych, dla których był to kolejny sezon w danym klubie (Thauvin).

BENJAMIN LECOMTE

(OM)

Bez Brazylijczyka nie byłoby mowy o finale Ligi Europy i walce o wicemistrzostwo kraju. Środkowy pomocnik od pierwszego kopnięcia na francuskich boiskach pokazał, że nie powiedział ostatniego słowa w dużej piłce. Najlepiej we Francji rozbijał ataki przeciwników i błyskawicznie rozpoczynał akcje własnej drużyny. Przez kontuzje stoperów Rudi Garcia parokrotnie przesuwał Gustavo do tyłu i tam również Brazylijczyk prezentował się bez zarzutu. Bezbłędną grę w destrukcji uzupełniał rzadkimi, ale skutecznymi wejściami do ataku, czego efektem jest pięć bramek w minionym sezonie.

(MONTPELLIER HSC)

Trafił do naszej XI sezonu, dlatego również tutaj musiało się dla niego znaleźć miejsce, choć poważnym kontrkandydatem był sprowadzony do Nantes Ciprian Tătărușanu. Transfer z zeszłorocznego spadkowicza za jedyne 2,5 miliona euro nie był strzałem w dziesiątkę, a w dwudziestkę. Idealnie uzupełnił defensywę MHSC – stabilna formacja doczekała się równie opanowanego bramkarza. Kluby z czołówki mogą pluć sobie w brodę, bo golkiper z takimi umiejętnościami i w takim wieku – 27 lat – to korzystna polisa na długie lata.

| str. 43

WESLEY SNEIJDER (OGC NICE)

Wydawało się, że ściągnięcie Holendra do Nicei nie jest tylko i wyłącznie chwytem marketingowym: mimo zaawansowanego wieku miał za sobą udaną grę w Galatasaray. Był namaszczony na mózg drużyny, dowódcę środka pola i autorytet dla młodszych kolegów. Swoją przygodę na Lazurowym Wybrzeżu zakończył jako gigantyczny niewypał, z pięcioma występami w sezonie. Utrzymanie tak doświadczonego gracza nie jest tanie, więc zimą postanowiono się go pozbyć. Zgłosiło się katarskie Al Gharafa, które dla Sneijdera prawdopodobnie będzie przygrywką do emerytury.


RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE

NOLAN ROUX

LE BALLON MAGAZINE

MARIANO DIAZ (OL)

(FC METZ)

Wyśmiewany przez media i kibiców Rouxnaldo ma za sobą sezon życia. W końcu udało mu się przełamać barierę dziesięciu trafień w sezonie. Przejście do Metz miało być jego ostatnim podrygiem w Ligue 1. Tak się jednak nie stało. Dźwigane na barkach Nolana FC Metz do przedostatniej kolejki mogło się łudzić, że utrzymanie jest w zasięgu. Nie udało się, ale 15 bramek 30-letniego zawodnika zapowiada, że z sympatycznym rudzielcem będziemy mieć do czynienia w kolejnym sezonie. Wątpliwe, aby żaden pierwszoligowiec nie skusił się na jego usługi.

Niechciany w Realu Madryt, zastąpił sprzedanego do Arsenalu Alexandre’a Lacazette’a lepiej, niż ktokolwiek liczył. Jeśli utrzyma taką skuteczność, może stać się jednym z większych wyrzutów sumienia klubu ze stolicy Hiszpanii. Już w debiucie przeciwko Strasbourgowi ustrzelił dublet. Później tej sztuki nie powtórzył, ale bramkarzy przeciwników pokonywał z dużą regularnością: szczególnie w pierwszej części sezonu. W 2018 roku nieco przygasł – pięć trafień – ale jego wkład w dyspozycję Lyonu i tak był ogromny. Debiutancki sezon zakończył z 18 golami i na czwartym miejscu w klasyfikacji strzelców, wraz z klubowym kolegą Nabilem Fekirem.

CHEIKH DIOP

LOIS DIONY

(OL)

(AS Saint-Etienne)

Najdroższy letni transfer OL. Miał pomóc zastąpić w środku pola legendę, Maxime’a Gonalonsa. Oczekiwania dość płonne, skoro nawet w średniaku La Liga nie był w stanie wywalczyć sobie na stałe miejsca. Jak na razie wygląda na to, że Lyon zapłacił tylko za potencjał. 20-latek zaginął w korytarzach Parc OL i skończył sezon z dziewięciominutowym debiutem na początku kwietnia. Usprawiedliwia go, że od początku pobytu we Francji wejście do drużyny uniemożliwiały mu kontuzje. Zanim się na dobre wyleczył, Genesio ukształtował nową pomoc OL bez niego.

Saint-Etienne nigdy nie mogło sobie pozwolić na wielomilionowe zakupy. Rekordowa kwota 10 milionów euro wyłożona na byłego napastnika Dijon była dużym wydarzeniem. Dyspozycja Diony’ego jest synonimem katastrofalnej formy Zielonych w pierwszej części sezonu. Swoją półroczną przygodę w nowym klubie zakończył z godnym podziwu wynikiem 0 bramek w 16 spotkaniach, po czym został wypożyczony do występującego w Championship Bristol City: tam również zawiódł i sezon 2017/18 zakończył bez choćby jednego trafienia.

| str. 44


RANKING: SUKCESY I WPADKI TRANSFEROWE

LE BALLON MAGAZINE

TERENCE KONGOLO (AS MONACO)

Uniwersalny obrońca, mogący grać na środku i boku obrony, młody, ograny w dość poważnej lidze. Taki opis podpowiada, że Monaco sprowadzając Kongolo z Feyenoordu za 15 milionów euro postąpiło rozsądnie. Klub liczył na sprawne wejście do drużyny i w miarę regularną grę – zaczynał jako podstawowy wybór na lewej obronie. Przegrał z fizycznymi wymogami Ligue 1 i szybko oddał miejsce Jorge’owi. Pobyt w Księstwie zakończył z trzema występami, po czym został wypożyczony do beniaminka z Premier League, Huddersfield. W Anglii rozegrał 13 spotkań i pomógł drużynie się utrzymać, może więc mieć nadzieję na drugą szansę w Monaco.

NEYMAR JR. (PSG)

Kwota transferu zapowiadała, że na francuską ziemię zstąpił Mesjasz, dzięki któremu paryżanie osiągną wymarzony sukces w Lidze Mistrzów. Nie dopiął jeszcze swego, ale trudno opisać przyjemność, jaką czerpaliśmy z podziwiania Brazylijczyka na boisku. Najbardziej wymyślne sztuczki Neymar wykonywał z dziecięcą łatwością, ośmieszając na każdym kroku przeciwników. Tym większa szkoda, że doznał kontuzji i było nam dane się nim zachwycać tylko do marca. Do najwyższej noty za styl trzeba dodać liczby brazylijskiego magika w pierwszym sezonie w Ligue 1: 19 bramek i 15 asyst w 20 spotkaniach.

| str. 45

MARCELO BIELSA (LILLE OSC)

Crème de la crème zestawienia. Człowiek, który miał być zbawicielem Lille, okazał się jego przekleństwem. Władze OSC sprowadzając Bielsę zaakceptowały jego twarde warunki, które wiązały się z wielomilionowymi wydatkami na modernizację centrum treningowego i dostosowaniem każdego elementu funkcjonowania klubu do wizji Argentyńczyka. Do tego zakupy na kwotę ponad 60 milionów euro. Marcelo Bielsa dostał wszystko, czego chciał. Oczekiwano więc, że klub co najmniej powalczy o europejskie puchary. Zderzenie z rzeczywistością skończyło się licznymi złamaniami i wielomiesięcznym pobycie na SOR-ze. Pieniądze zainwestowane w klub przez prezesa okazały się pożyczkami, sprowadzeni zawodnicy nie spełnili oczekiwań, a El Loco po 14 kolejkach i oszałamiającej punktowej zdobyczy - średnio 1,07 pkt/mecz – zostawił Lille w strefie spadkowej. Trudno się spodziewać, aby w najbliższej przyszłości poważny europejski klub zdecydował się na rozpoczęcie współpracy z szalonym Argentyńczykiem.


LIGUE !: XI TALENTÓW 2017/18

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTYKA

XI TALENTÓW LE BALLON WYBIERA

Młodzi piłkarze uciekają z Francji coraz szybciej i za coraz większe sumy. Rosnące kwoty sprawiają, że zaciera się granica między traktowanym ulgowo talentem a dorosłym zawodowcem. Jedenastka najlepszych młodzieżowców (U21) układa się więc coraz bardziej różnorodnie – obok siebie znajdują się wychowankowie i odkrycia skautów, piłkarze oddani za darmo i rekordy transferowe, nastoletnie gwiazdy i zupełne żółtodzioby. Łączy ich tylko jedno: wszystkie nazwiska warto zapamiętać.

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

Alban Lafont – Był najlepszym młodym bramkarzem Ligue 1 w zeszłym roku i – jeżeli zostanie w kraju – będzie nim za rok. Nie skończył jeszcze 20 lat, a już ma na liczniku 98 ligowych meczów. Za Tuluzą trudny rok, ale Lafont jako jeden z niewielu nie obniżył poziomu: zanotował mniej widowiskowych parad, a więcej solidnych, spokojnych meczów.

Kelvin Amian – Dostaje miejsce w jedenastce przez zasiedzenie – w zeszłym roku, jako debiutant, nie dał szans konkurencji, zaś teraz jej zwyczajnie nie miał. Daleko mu do osiągnięcia pełni możliwości, ale już dziś jest co najmniej „solidnym ligowcem”. Ma pełne prawo liczyć, że następnego Mundialu nie będzie już oglądał w telewizji.

neca i nie oddał miejsca do końca sezonu. W ostatnich 10 kolejkach przed wejściem Koundé Bordeaux przegrało osiem razy, zaś w 16 meczach z jego udziałem – zaledwie sześć. Wychowanek zapewnił odpoczynek od piłki nie tylko Igorowi Lewczukowi, ale też sprowadzonemu zimą ex-kapitanowi Nicei, Paulowi Baysse’owi.

Fode Ballo-Touré – Jeden z nielicznych udanych transferów Marcelo Bielsy – także dzięki korzystnemu stosunkowi ceny do jakości: LOSC nie zapłaciło za jego transfer z rezerw PSG ani grosza. Nie był bezbłędny, zdarzały mu się wahania formy, ale zwrócił uwagę dynamiką i przebojowością. Ma jeszcze sporo do nadrobienia jako obrońca. Jak na razie lepszym rozwiązaniem niż gra w „czwórce” byłaby dla niego rola wahadłowego.

Nordi Mukiele – Jeden z najlepszych stoperów w lidze bez podziału na kategorie wiekowe. Do składu Montpellier przebił się jako prawy obrońca, ale dopiero przejście Michela Der Zakariana na system z piątką defensorów pozwoliło mu rozbłysnąć. Jako półprawy stoper, wspierany w ataku przez Rubena Aguilara i asekurowany przez Hiltona, robił wyborny użytek ze swojej szybkości i nosa do agresywnych interwencji.

Jules Koundé – Rewelacja drugiej połowy rozgrywek. Stoper wdarł się do składu jeszcze za kadencji Jocelyna Gourven-

Lucas Tousart – Dzięki niemu Les Gones nie musieli wydawać na następcę Maxime’a Gonalonsa ani grosza. Tousart bezszelestnie wślizgnął się na opuszczony przez wieloletniego kapitana posterunek i tak jak poprzednik ciężką pracą przygotowywał scenę do występów bardziej efektownych pomocników. Niedoświadczenie dawało czasem o sobie znać – Lucas bywa zbyt agresywny i nie zawsze odczytuje sytuację wystarczająco szybko – ale summa summarum OL trudno byłoby o lepszego partnera dla N’Dombele i Aouara.

| str. 46


LE BALLON MAGAZINE

Houssem Aouar – Najnowszy z wielu dowodów wielkości lyońskiej akademii. Przed sezonem wręczenie mu osieroconego przez Coco Tolisso numeru 8 wyglądało na pochopne, ale młodzieniec błyskawicznie dorósł do legendarnej koszulki. Najpierw okazję do gry dostawał przede wszystkim na lewym skrzydle, w miejscu źle dysponowanego Depaya, ale szybko na stałe zajął miejsce w środku pola, skąd najłatwiej było mu współpracować z Nabilem Fekirem. Jego wpływ na sezon Lyonu jest więc podwójny: rozruszał pomoc zespołu i pomógł zmotywować Memphisa, który odbudował pozycję w drużynie w spektakularnym stylu.

Martin Terrier – Zaczął sezon jako gracz Lille, skończył – jako Lyonu, a przez cały ten czas występował w Strasbourgu. Zgrabnie wprowadził się do zżytej, skonsolidowanej jeszcze w Ligue 2 drużyny. Uzupełnił zespół dużą wyobraźnią i przewyższającą zdolności właściwie całej ekipy techniką. Miał spore problemy z utrzymaniem regularności i przełożeniem jakości na gole, ale to, co pokazał wystarczyło, by w styczniu skłonić Lyon do zainwestowania w niego aż 15 milionów euro. Malcom – Znakomicie zaczął sezon. Tylko dzięki jego popisom Bordeaux mogło się łudzić, że będzie częścią ligowej czołówki. Kiedy Brazylijczyk zwolnił, drużyna natychmiast zbliżyła się do strefy spadkowej. Zimowe spekulacje bardzo mu zaszkodziły, ale to wciąż jeden z najciekawszych graczy ligi. Jego najbliższa przyszłość leży poza Francją – będzie ogromną niespodzianką, jeśli jego transfer nie okaże się najbliższym kasowym hitem rodem z Ligue 1. Alain Saint-Maximin – Orły odradzały się po letniej wyprzedaży w wielkich bólach i długo tylko gra Saint-Maximina mogła utrzymać uwagę nieprzywiązanego widza przy ich występach. Przebojowy, bezczelny, piekielnie szybki piłkarz, który dobrego dnia potrafi sterroryzować najlepszą defensywę ligi. Wady: rzecz jasna – niestabilna forma i brak opanowania w ostatniej tercji boiska. Niemniej, z sezonu na sezon skrzydłowy robi zauważalne postępy i jeśli Nice zastąpi Luciena Favre’a odpowiednim nauczycielem, niebawem sporo zarobi, a Alain zostanie wyrzutem sumienia Monaco, które zgodziło się go oddać za ledwie 8 milionów euro.

Kylian Mbappé – Bezsprzecznie najlepszy nastoletni piłkarz świata. Łatwo zapomnieć, że to jeszcze dzieciak – astronomiczna cena kusi, by rozliczać go jak weterana. Broni się nawet wtedy. Został bohaterem głośnego transferu, trafił do wymagającego klubu i wylądował na niekorzystnej dla siebie pozycji prawego napastnika. Efekt? Udział przy blisko 40 bramkach klubu i reprezentacji. Sezon ukoronował popisowym występem w finale Pucharu Ligi, przeciwko swojemu byłemu klubowi – PSG zwyciężyło 3:0, a Kylian asystował przy wszystkich golach.

| str. 47

LIGUE !: XI TALENTÓW 2017/18


LYON WYGRYWA WALKĘ O LM

LE BALLON MAGAZINE

DROGA CIERNIAMI USŁANA PUBLICYSTKA

Autor BŁAŻEJ JACHIMSKI twitter: @blazejjachimski

Do końca zostało dziesięć kolejek. PSG wyraźnie na czele. Drugie AS Monaco ma cztery punkty przewagi nad trzecią Marsylią, która z kolei ma o pięć oczek więcej od imiennika z Lyonu. OL ma za sobą serię sześciu meczów bez ligowego zwycięstwa, a także porażkę w ćwierćfinale Pucharu Francji, gdzie rywalem nie do przejścia okazało się SM Caen. Wydawało się, że sezon jest stracony. Monako cały czas punktowało, zaś ekipie z Marsylii trafił się wprawdzie gorszy okres, jednak w porównaniu z Les Gones ich forma i tak wyglądała przyzwoicie. Lyon w ciągu miesiąca zdoła dwa razy zaprzepaścić dwubramkowe prowadzenie (2:0 z Monaco i Lille kończyło się rezultatami odpowiednio 2:3 i 2:2), stracić wyrównującą bramkę w 90. minucie derbo-

| str. 49

wego spotkania z Saint-Etienne i odpaść z pucharu. Jedyny pozytywny akcent w tym okresie - wyeliminowanie Villarrealu z Ligi Europy. Jean-Michel Aulas, prezydent klubu, deklarował wtedy:

- Słyszałem, że zespół jest młody, za mało utalentowany, że nasz trener nie ma doświadczenia: to wszystko nieprawda! Mamy graczy o takiej jakości, jaką w swojej historii mieliśmy naprawdę rzadko, z wyjątkiem naszego najlepszego okresu. Trener też dobrze wykonuje swoje obowiązki, ma posłuch u zawodników. Jesteśmy w stanie wygrać Ligę Europy. Możecie mi wierzyć, że się nie poddamy. Ładne słowa nie znalazły potwierdzenia w czynach. Lyon odpadł z europejskich pucharów już w następnej rundzie i to mimo zwy-


LYON WYGRYWA WALKĘ O LM

cięstwa w pierwszym, wyjazdowym spotkaniu z CSKA. Jedyną przepustką do upragnionej Ligi Mistrzów została więc Ligue 1.

Mecz o życie Cezurą rozgrywek dla OL był wyjazdowy mecz 30. kolejki z Marsylią. W przypadku porażki strata wynosiłaby już osiem punktów, co byłoby właściwie równoznaczne z wywieszeniem białej flagi. Spotkanie nie zaczęło się dobrze, bo to gospodarze wyszli na prowadzenie. Jakby tego było mało, parą odpowiedzialną za trafienie byli stoperzy: asystent Rami i strzelec Rolando. Mniej prawdopodobny od bramki wykreowanej przez ten duet byłby chyba tylko występ od pierwszej minuty Pape Cheikha Diopa – najdroższego transferu OL z zeszłego lata, zagubionego w rezerwach. Goście zdołali jednak wyprowadzić dwa zabójcze ataki. W pierwszej akcji Cornet strzelił gola słabszą nogą Adilem Ramim, zaś drugą zwieńczył piękny, techniczny strzał Aouara. Zaraz potem Rudi Garcia i Bruno Génésio przeprowadzili dwie bezcenne dla widowiska zmiany: weszli Mitroglu i Depay. Grek przywrócił radość miejscowym fanom, strzałem głową lobując bezradnego Lopesa. Holender najlepsze zostawił na koniec - w ostatniej minucie gry rzucił się na ratunek europejskich nadziei OL i, również strzałem głową, ustalił wynik na 3:2 dla przyjezdnych.

Génésio zrozumiał, że nie można sobie pozwolić na marnowanie potencjału żadnego z tej dwójki i zmienił formację tak, że obok cofniętego Tousarta znalazło się miejsce zarówno dla Aouara, jak i dla Ndombele

True Survivor Memphis Depay. Opis tego roku podopiecznych Génésio bez poświęcenia Holendrowi osobnego akapitu byłby rażąco niekompletny. Ktokolwiek wątpił, czy Memphis pokaże jeszcze formę z PSV, dziś może tylko bić się w pierś. Depay z ostatnich miesięcy to najlepszy Depay w karierze. Trzeba zaznaczyć, że w pierwszej części sezonu skrzydłowy wcale nie błyszczał i nie zawsze mógł liczyć na grę w podstawowym składzie. Dobre zagrania przeplatał nonszalanckimi stratami, a fragmenty ze stuprocentowym zaangażowaniem mieszał z wyraźnymi symptomami frustracji. W pierwszych 29 kolejkach zanotował dziewięć bramek i trzy asysty – ligi więc nie olśniewał. Jedynym wybitnym momentem w tym okresie była bramka z piątej doliczonej minuty drugiej połowy meczu z PSG, kiedy chirurgicznie precyzyjnym strzałem zza pola karnego ustalił wynik spotkania na 2:1 dla Lyonu. Ostatnie dziewięć występów to jednak zupełnie co innego. Wszystko przez to, że trener postanowił przesunąć Memphisa ze skrzydła do środka ofensywy. Czy to była dobra decyzja? Nie. Była wybitna. Nawet jeśli trudno powiedzieć, na ile wymuszona okolicznościami. Dziewięć ostatnich spotkań Depaya w Ligue 1 to dziesięć bramek i sześć asyst. Memphis poprowadził drużynę aż do ośmiu zwycięstw, dzięki którym

LE BALLON MAGAZINE

to w Lyonie w przyszłym roku będzie można odśpiewać hymn LM. Podsumowaniem tych rozgrywek w wykonaniu skrzydłowego (czy już napastnika) był ostatni mecz z Niceą, w którym zawodnik popisał się hat-trickiem, przypieczętowując miejsce na podium swojej drużyny i wyprzedzając w klasyfikacji strzelców zarówno Mariano, jak i Fekira. Słów uznania nie szczędził mu Aulas, który po genialnym występie Holendra przeciwko Metz (gol i aż cztery asysty), zadeklarował łamanym angielskim na antenie Canal +: “He is stayin ire, all

ze time!” i nazwał Memphisa „swoim dzieckiem” (w wolnym tłumaczeniu z aulasowego: Depay zostaje w OL na zawsze, czyli co najmniej dopóki nie wpłynie oferta o połowę przewyższająca jego faktyczną wartość).

Zabójczy kwartet Lyon AD 2018 to przede wszystkim ofensywa. Czwórka z przodu: Depay, Mariano, Fekir i Traoré zdobyła łącznie 68 bramek. Więcej niż 16 drużyn Ligue 1. Co więcej, kiedy wyciągniemy z równania najmniej skutecznego z tego grona reprezentanta Burkina Faso, pozostała trójka po skumulowaniu rezultatu bramkowego ma dokładnie tyle trafień co Dijon i wciąż więcej niż pozostałych 15 ekip. Przyjrzyjmy się każdemu nazwisku z osobna. Depay, to już ustalone, był świetny. Mariano, biorąc pod uwagę, że to był jego pierwszy sezon w roli tak istotnego gracza, sprostał zadaniu zastąpienia Lacazette’a, chociaż pod koniec rozgrywek był raczej wzmocnieniem z ławki. Traoré mimo średniej gry zebrał naprawdę solidną liczbę bramek, choć musi popracować nad stabilnością formy. Fekir z kolei udźwignął rolę kapitana i przez lwią część sezonu był głównym motorem napędowym drużyny, zapewniając w każdym meczu dawkę piłkarskiego geniuszu. Sporym problemem z przodu wydaje się brak zmienników. Maxwel Cornet ma za sobą bardzo słabą kampanię, co zresztą licznie komentują w mediach społecznościowych kibice klubu. Maolida i Gouiri pokazali nieco potencjału, ale chyba nie można jeszcze na nich liczyć. Nadzieją na rozwiązanie problemu jest zakontraktowany zimą Martin Terrier, który cały sezon spędził w beniaminku RC Strasbourg.

Inwestycja w przyszłość Trener Génésio na początku sezonu postawił na formację z dwoma defensywnie usposobionymi pomocnikami i wyżej ustawionym Fekirem, który miał być łącznikiem między liniami. Pewniakiem w środku pola był Tousart, który gwarantował stabilność w tyłach, jednak o drugą pozycję w jedenastce walczyło dwóch piłkarzy: Aouar i Ndombele. To o tyle kłopotliwe, że obaj byli zbyt dobrzy, żeby siedzieć na ławce. Aouar jest świetny technicznie, potrafi włączyć się do ataku, ma przyzwoite wykończenie (szczególnie imponujące są jego precyzyjne uderzenia z dystansu) i umie zagrać dokładne prostopadłe podanie. Z kolei Ndombele jest pracowity, ma świetny drybling i niespotykaną jak na gracza środka pola dynamikę, przy czym również potrafi dostarczyć zaskakujące podanie przeszywające defensywę rywala. Po licznych przetasowaniach Génésio zrozumiał, że nie można sobie pozwolić na marnowanie potencjału żadnego z tej dwójki i zmienił formację tak, że obok cofniętego Tousarta znalazło się miejsce zarówno dla Aouara, jak i dla Ndombele – tak skompletował niesamowity jak na średnią wieku zaledwie 21 lat tercet. Świetną grę Aouara i Ndombele docenił też UNFP (fr. Francuski Związek Zawodowych Piłkarzy), nominując obu do tytułu najlepszego młodego zawodnika Ligue 1. Houssem znalazł się również w najlepszej jedenastce sezonu według L’Equipe. Supergrupę miał uzupełniać Pape Cheikh Diop, który okazał się transferem-widmem: liczba wydanych na niego milionów jest wyższa niż liczba minut rozegranych w lidze. W kontekście walki w Lidze Mistrzów również w pomocy OL może doskwierać brak alternatyw – Jordan Ferri i Diop nie wystarczą.

| str. 50


LE BALLON MAGAZINE

Najlepszą obroną jest atak Obrona Lyonu miała szczęście współpracować z wyjątkowo skutecznym atakiem. Do bramkarza, jak co roku, nie można mieć żadnych pretensji. Lopes to czołówka ligi, pewny punkt drużyny i prawdziwy lider. Co do boków obrony również nie można mieć zastrzeżeń, bo to najlepiej obsadzona pozycja w OL. Duety Marçal-Mendy i Tete-Rafael to być może najlepszy komplet bocznych obrońców ligi. Latem wzmocni je Leo Dubois, kapitan Nantes, najlepszy prawy defensor L1 według L’Equipe, który prawdopodobnie zastąpi Rafaela. Największą bolączką drużyny znad Rodanu jest środek obrony. Lyon nie ma szczęścia do stoperów. Duet Marcelo – Morel to element, który wymaga korekty przed walką w Lidze Mistrzów. Marcelo jest dobrym zawodnikiem, który miał w tej kampanii gorsze momenty; Morel z kolei zaliczył jak na siebie naprawdę przyzwoity sezon, ale to wciąż za mało na klub na poziomie OL. Wydawało się, że właściwie podstawowy rok temu gracz, Diakhaby, w tych rozgrywkach utrwali swoje miejsce w jedenastce. Trener jednak widział go wyłącznie w roli rezerwowego, co zresztą przystemplował fatalny mecz młodego Francuza ze Strasburgiem. Bez transferu stopera z prawdziwego zdarzenia, zderzenie Lyonu z Ligą Mistrzów może zaboleć.

Syndrom sztokholmski? Jeszcze w marcu trudno było przypuszczać, że kolejny rok na ławce trenerskiej zasiadać będzie Bruno Génésio. Hasztag #GenesioDemission cieszył się w mediach społecznościowych dużą popularnością, a sam Aulas sygnalizował, że szkoleniowiec może nie doczekać końca sezonu. Kibice nie zmienili swoich preferencji, ale prezydent klubu nie sugeruje się głosami z zewnątrz – wywalczenie podium wystarczyło, by Génésio odzyskał jego wsparcie. Podczas dwóch i pół roku rządów trener zniechęcił fanów zagadkowymi decyzjami personalnymi - między innymi upartym stawianiem na Morela w poprzednim sezonie czy forsowaniem Ferriego i Corneta w obecnej kampanii. Dużo czasu potrzebował też na znalezienie optymalnego rozwiązania dla Aouara i Ndombele oraz wykorzystanie atutów Depaya. Listę grzechów przedłuża dopiero czwarta pozycja w lidze rok temu, a także przykre pożegnanie z Pucharem Francji i Ligą Europy, której finał zresztą rozegrany został na Groupama Stadium. Jean-Michel Aulas jest więc jedną z nielicznych osób, które nie chcą zmiany na ławce trenerskiej. Szczęście Génésio w tym, że tylko zdanie JMA ma znaczenie. Czy to był dobry sezon OL? Trudno powiedzieć. Nie udało się poważnie powalczyć o żaden puchar, ani we Francji, ani na arenie międzynarodowej. Podium cudem wydarte Marsylii to sukces, ale nie powód do euforii. Hymn Ligi Mistrzów to rzecz jasna powód do radości, tym bardziej że nie był w ostatnich latach najczęściej granym przebojem na Parc OL. Martwi jednak, że gdyby Memphis Depay nie znalazł na finiszu rozgrywek ukrytych naprawdę głęboko pokładów talentu gracza na skalę aspiracji do Złotej Piłki, ten jeden punkcik przewagi na koniec sezonu byłby jedynie mrzonką. Przyszła kampania zapowiada się obiecująco biorąc pod uwagę niesamowity potencjał środka pola i bramkostrzelność ofensywy. Ponad miesiąc gry bez kontuzjowanego Fekira pokazał też, że nawet pod nieobecność kapitana Les Gones potrafią wygrywać, więc jego ewentualny transfer nie będzie końcem świata. Głównym letnim celem OL powinno być więc ściągnięcie topowego stopera, a także wzmocnienie ławki rezerwowych. Jeżeli to się uda, można śmiało liczyć, że Lyon nie przyniesie Francji wstydu.

| str. 51

LYON WYGRYWA WALKĘ O LM


LYON WYGRYWA WALKÄ&#x2DC; O LM

LE BALLON MAGAZINE

| str. 52


LE BALLON MAGAZINE

Le BordeLOSC KOSZMARNY SEZON LILLE PUBLICYSTKA

Autor MATEUSZ DUBICZEŃKO twitter: @M_Dubiczenko

N

owy właściciel, grube miliony na koncie, wielkie plany i marzenia... Ale rzeczywistość pokazała Lille “gest Kozakiewicza”. Projekt “LOSC Unlimited” miał sięgać gwiazd, a skończył się potknięciem o krawężnik. Informacja o zatrudnieniu Marcelo Bielsy wywołała sporą ciekawość zarówno u zwolenników „El Loco”, jak i jego oponentów. Od prezesa klubu Gerarda Lopeza Bielsa i jego sztab dostali wszystko. Nie szczędzono pieniędzy na wskazane przez trenera wzmocnienia, bez ceregieli pozbyto się takich nazwisk jak kapitan LOSC, Rio Mavuba, a bramkarza Vincenta Enyeamę na stałe zrzucono do rezerw. Zły start można było usprawiedliwiać nieprzygotowaniem na taktyczne nowinki Argentyńczyka. Podobnie było w Marsylii. Z czasem zmieniało się

| str. 53

jednak niewiele i tylko ślepiec nie zauważał absurdów, które kreował Bielsa: środkowy pomocnik Bissouma na wahadle, cofnięty rozgrywający Thiago Maia w roli lewego obrońcy, skrzydłowy Nicolas Pepe na szpicy... Krok po kroku fundamenty zdawały się kruszyć. Sytuację zaognił konflikt pomiędzy szkoleniowcem, a dyrektorem sportowym Luisem Camposem. Nie trzeba było długo czekać, by cierpliwość władz klubu sięgnęła krańca. Bielsa nie był już pupilem, którego każda zachcianka się spełniała. We wrześniu odsunięto „El Loco” od prowadzenia drużyny, a dwa miesiące później oficjalnie zakończono współpracę i zerwano kontrakt.

Wiatr w oczy Lille, pogrążone w wielkim kryzysie, było na skraju przepaści. Pod względem liczby zdo-


LE BALLON MAGAZINE

go na bezrobociu po odejściu z St. Etienne. Z tym, co zastał, zadanie nie było łatwe. Zmiana pod jego rządami nie była ewidentna. Lille nie obudziło się ze snu, nie ruszyło szturmem po utrzymanie, ale mimo to w ostatniej chwili uratowało ligowy byt. Nie da się przypisać całości sukcesu nowemu sztabowi, bo sporą rolę odegrało szczęście Dogów i słabość rywali. Wpływ dawnego trenera Les Verts na oszukanie przeznaczenia jest jednak jasny. Fatalny atak zespołu Galtier uratował, odwołując z wypożyczenia do drugoligowego Valenciennes 22-letniego Lebo Mothibę. Desperackie posunięcie zadziałało – strzelec 8 goli w 20 meczach L2 zdobył bramkę już w pierwszoligowym debiucie. Przed końcem rozgrywek dołożył jeszcze cztery trafienia. Dwa okazały się bezcenne: to jego dublet przeciwko Dijon w przedostatniej kolejce zapewnił klubowi utrzymanie. Trenerowi udało się też skonsolidować grupę obcych piłkarzy i obudzić w nich poczucie walki o wspólny cel. Jeszcze w kwietniu, kiedy dni LOSC w Ligue 1 zdawały się policzone, trener mówił, jak szatnia zmieniła się od jego przybycia: - Nie będę opowiadał, że jest dobrze. Nie zdarza się już

jednak, że po porażce piłkarze biorą szybki prysznic i się rozchodzą. Widziałem jak płaczą, wstrząśnięci i przybici. I to daje mi nadzieję, że się odbijemy.

Pyrrusowe zwycięstwo?

bytych punktów miniony sezon był najgorszy od 1997 roku. Wówczas zaledwie 35 oczek na koncie oznaczało spadek do Ligue 2. Nowe nazwiska w składzie Mastifów zawiodły. Na mały plus zasłużyli Nicolas Pepe oraz Yves Bissouma, ale tylko dzięki temu, że następca Bielsy, Christophe Galtier dał im szansę poczuć się swobodnie, przywracając ich na naturalne pozycje. Grę defensywną drużyny trudno było opisać bez wulgaryzmów – w oczy rzucał się brak lidera formacji, jakim był niegdyś Marko Basa. Tak wielu goli Lille nie straciło od 37 lat (71 w sezonie 1980/1981). Nic się nie układało. Piłkarze oddawani bądź wypożyczani do innych klubów dawali tam kilkukrotnie więcej jakości niż świeżynki w jedenastce Mastifów. Spośród sześciu graczy oddanych ligowym rywalom tylko wypożyczony do Troyes stoper Gabriel Magalhães zakończyłby sezon niżej niż macierzysty klub

(gdyby nie skrócenie umowy). Xeka, Martin Terrier, Nicolas De Préville, Naïm Sliti, Baptiste Guillaume, Soualiho Meïte (latem sprzedany do belgjskiego Zulte Waregem, zimą wrócił do L1 w barwach Bordeaux) – wszyscy mogliby zwycięsko wyjść z konkurencji z zawodnikami, którzy zajęli ich miejsce. Najgłośniejszym przykładem braku rozwagi LOSC był De Préville. Pozbycie się najskuteczniejszego gracza z początku sezonu wyglądało na absurd. Tę decyzję Bielsy poniekąd obroniła jednak fatalna forma napastnika, który w Bordeaux strzelił ledwie trzy gole – zaś ostatniego w połowie stycznia. Kłopot w tym, że w ataku Lille nikt nie wyróżniał się bardziej niż odrzucony napastnik.

Odsiecz Misja ratowania przed degradacją spadła na barki Christophe’a Galtiera, przebywające-

Boiskowe perypetie to tylko kropla w morzu chaosu. Cały projekt od strony finansowej podpierany był przede wszystkim ogromnymi pożyczkami, łącznie oscylującymi w granicach 140-160 mln euro. Francuska komisja kontrolująca finansową płynność zawodowych klubów (DNCG) już na starcie „nowych rządów” w Lille postawiła ogromny znak zapytania. Budżet klubu ostatecznie przyjęto i Lille przystąpiło do rozgrywek, ale problemy się nawarstwiały. Zaczęło się od spełniania zachcianek trenera, zaś jego późniejsze zwolnienie tylko powiększyło ogromne straty. Złe wyniki zaszkodziły przy tym zyskom z dnia meczowego, co przy tak nowoczesnym i drogim stadionie również odbiło się czkawką. Przed Lille trudne miesiące. Osiągnięte ostatnim tchem utrzymanie wcale nie musi oznaczać, że zobaczymy LOSC w najbliższym sezonie Ligue 1. Wszystko jest teraz w rękach DNCG. Po raz wtóry przyszłość francuskiego klubu może się rozstrzygnąć przy stoliku, a podejmowane tam decyzje często są bolesne.Ewentualne dopuszczenie Lille do gry w L1 stwarza kolejne problemy, bo sytuacja nie może obyć się bez kary. Potencjalny zakaz transferowy przysporzy trenerowi sporego bólu głowy. To w jakim stanie przystąpi Lille do nowego sezonu - a przede wszystkim, w której lidze zagra - jest jednym z największych bieżących pytań we francuskiej piłce. Niestety wydaje się, że bliżej im do upadku, przynajmniej częściowego. Być może spełni się czarny sen i zaledwie osiem lat po mistrzostwie kraju do historii klubu trzeba będzie dopisać kolejny kluczowy rozdział: „Likwidacja”.

| str. 54


HISTORIA BRACI HERNANDEZ

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTKA

BRAT PRZECIW BRATU Autor MAGDALENA ŻYWICKA twitter: @eoren23

H E R N A N D E Z

„Moje serce jest podzielone. Jestem zarówno z Lucasem, jak i Theo. Na pierwszym miejscu są moimi dziećmi, dopiero potem sportowcami”. Laurence Py, matka braci Hernández, pozuje w koszulkach z imionami synów. Pierwsza jest w barwach Atlético, druga Realu Madryt. Gdy ma na sobie jedną, w rękach trzyma drugą, prezentując ją z dumą. Niebawem obaj po raz pierwszy mają zmierzyć się ze sobą w derbach Madrytu. Lucas i Theo Hernández – bracia po przeciwnych stronach barykady.

| str. 55


HISTORIA BRACI HERNANDEZ

LE BALLON MAGAZINE

wykorzystać. Teraz to Theo miał znaleźć się za burtą, podczas gdy Lucas pozostał na pokładzie. Będzie inaczej – po raz kolejny Atleti zdecydowało się na transakcję wiązaną. Braci Hernández można mieć obu, albo żadnego. W ten sposób Laurance postawiła sprawę na ostrzu noża, grożąc zabraniem Lucasa ze szkółki, jeśli nie pozostanie w niej Theo. Ich ówczesny trener, Santi Expósito, przystał na ultimatum. Jednak Theo był na pokładzie jedynie oficjalnie. Atlético już na niego nie stawiało i trudno sobie wyobrazić, by nie czuł, że w klubie nie ma dla niego miejsca. Gdy przedostał się do rezerw, jego brat miał za sobą debiut w pierwszej drużynie.

Młodszy brat Lucasa

K

iedy Theo mówi, że wszystko zawdzięcza mamie, nie ma w tym krzty przesady. Ojciec, Jean-François Hernández, porzucił rodzinę, gdy chłopcy mieli po cztery i trzy lata. Od tej chwili całym ich światem stała się Laurence.

Siła przypadku Jak kamień w wodę. Franck Passi, jego dawny kumpel z czasów w Olympique Marsylia, ostatni raz widział go trzy lata temu w Koh Samil. To na południu Tajlandii. Podobno miał mały bar w dzielnicy Fishermann Village. Stamtąd też zniknął. “Jeff zawsze był taki” – wspomina. – “Uroczy facet, ale specyficzny, niezależny... To mnie nie zaskoczyło”. Lucas i Theo ledwie pamiętają ojca. Jean-François Hernández przepadł z ich życia, nie zostawiając adresu. Szybko poszli w jego ślady. Rayo Majadahonda to przedsionek Atlético. Colchoneros pilnie przyglądają się zawodnikom ich szkółki. Prowadząc tam chłopców Laurence chciała spełnić ich marzenie o grze, jednak tonąc w długach nie była w stanie opłacić szkolenia. Klub z Cerro del Espino postanowił zrobić wyjątek – bracia Hernández uczyli się futbolu za darmo. Majadahonda nie pożałowała inwestycji. Maleńki klub, wówczas z Tercera División, zarobił na nich dwa miliony euro. Nie minęło wiele czasu nim młodszy z braci, Theo, został dostrzeżony przez skautów Atleti. Los chciał, że w dniu, w którym miał odbyć testy, matka nie miała z kim zostawić Lucasa. Zabrała go ze sobą, a on nie był w stanie powstrzymać się od zabawy piłką. To wystarczyło, by otrzymał szansę na grę w canterze wraz z faworyzowanym przez nowy klub bratem.

“Theo zawsze był młodszym bratem Lucasa” – mówi Laurence. Choć dzieli ich tylko rok, młodszy pozostawał w cieniu starszego. Telefon z ofertą Atlético to chwila, gdy Theo ma zabłysnąć na tyle jasno, by przyćmić brata. Niebawem równowaga sił w odwiecznej rywalizacji rodzeństwa znów uległa odwróceniu. Klub coraz przychylniejszym okiem spogląda ku Lucasowi, zaś nadzieje wiązane z Theo powoli gasną. Gaśnie też entuzjazm jaki chłopiec z początku wywołał u trenerów. Odsiew podczas procesu szkoleniowego jest bezlitosny. Szansę dostają setki dzieci i tylko niektórym z nich udaje się ją

Jean-François Hernández pochodzi z północy Francji, ale piłkarsko ukształtowała go Tuluza. Jest lewonożnym obrońcą. Przeszedł przez Sochaux i Marsylię, zanim dotarł za Pireneje. “Przyjeżdżając do Hiszpanii chciałem trafić do wielkiego klubu, by odnieść sukces”. Tak witał się z Atlético, gdzie przybył po krótkich epizodach w Composteli i Rayo Vallecano. Sukces, którego pragnął, nie jest mu pisany. W Atleti rozegrał tylko czternaście spotkań, ale zdołał uzbierać cztery czerwone kartki. To przedostatni sezon jego kariery – 2001/02. Nie jest najlepszym momentem w jego życiu, ani w historii klubu. Atlético gra w drugiej lidze, z której wydostanie się wraz z końcem sezonu. Dla Jeana-Françoisa nie będzie już wtedy miejsca nad Manzanares. Powróci do Rayo, jeszcze na jeden rok. To tam odwiesi buty na kołku i powoli zacznie znikać – zarówno ze świata futbolu, jak i swojej rodziny. “Lucas, przywal bratu!”. “Theo jest adoptowany”. Te okrzyki bombardują Lucasa na trybunach Cerro del Espino. Przyszedł na mecz drużyny rezerw, kibicować bratu i kolegom w barażach do Segunda B. To jeden z ostatnich meczów Theo w barwach Atleti. Wypożyczenie do Deportivo Alavés wypromowało go jako piłkarza na miarę Primera División. Choć przegrali finał Pucharu Króla z Barceloną, dał się zapamiętać dzięki pięknemu trafieniu. Jest koniec maja 2017 i mimo iż niczego nie potwierdzono, wszyscy wiedzą, że Theo odchodzi z Atlético. Nie opuści jednak stolicy. Właśnie przechodzi na stronę największego rywala – Realu Madryt. “Zawsze marzyłem o grze dla Realu”. Te słowa wzbudzają rozgoryczenie i gniew w kibicach Colchoneros. W końcu jako dziecko deklarował, że kocha Atleti. Jego brat, jego dziewczyna – wszyscy w otoczeniu Theo są Rojiblancos. Kto wie ile prawdy, a ile frazesu jest w jego słowach o wymarzonym Realu? Odrzucony przez klub, który go odkrył, zawsze za plecami brata. Być może decyzja o przejściu na drugą stronę barykady była nieunikniona. Jeśli nie o Realu, z pewnością śnił o pierwszej lidze. O tym, by przestać być młodszym bratem Lucasa. Na kostkach prawej dłoni ma wytatuowanych sześć cyfr – 28-08-16. Data jego debiutu w Primera. “Jak dotąd, to najważniejszy dzień w moim życiu”. “Nie umiem żyć rywalizacją, która istnieje pomiędzy ich klubami. Oni też nie potrafią. […] Czasem sobie dogryzają, ale tak się dzieje zawsze między rodzeństwem”. Czy upływ czasu zrewiduje opinię matki? Bożonarodzeniowy toast Lucasa pokazuje, że w ich bliskiej relacji jest miejsce na kpinę. “Na pierwszym miejscu – wesołych świąt. Na drugim miejscu – szczęśliwego nowego roku. Na trzecim miejscu – wielu prezentów od Trzech Króli. Na czwartym miejscu... Real Madryt!”. Rzeczywiście, dzień przed wigilią Los Blancos przegrali 0:3 z Barceloną i Boże Narodzenie spędzają na czwartej lokacie w tabeli. Atleti jest wiceliderem. Dzieli ich zaledwie piętnaście miesięcy. Podczas wspólnej gry w Atlético ten czas wydawał się rozciągać, jakby to nie był rok, a kilka lat. Lucas debiutuje w pierwszej drużynie, mając osiemnastkę. Dla Theo ten moment przyjdzie

| str. 56


LE BALLON MAGAZINE

dopiero podczas wypożyczenia do Alavés. Kiedy Lucas w Lidze Mistrzów mierzy się z Barceloną, Theo gra dla rezerw Atleti w młodzieżowej wersji tych rozgrywek. Szybko przychodzi wniosek, że Lucas miał łatwiej. Kiedy jego brat zostaje odesłany do baskijskiej drużyny, mało kto zwraca na to uwagę. Skupienie ogniskuje się wówczas na talencie starszego z Hernándezów. W przeciwieństwie do brata cieszy się on zaufaniem Diego Simeone. Czy jednak tak łatwo zmierzyć wkład ich pracy i udział szczęścia na początku kariery? To, na co Lucas mozolnie pracuje latami w Atlético, dla Theo wydarza się w jeden sezon na Estadio Mendizorrotza. W Kraju Basków jego talent wybucha tak niespodziewanie, że lądowanie zaliczy dopiero na Santiago Bernábeu. Droga starszego brata jest dłuższa i spokojniejsza. Rzemiosła uczy się u boku Godina i Savicia. Dla Theo rolę mentora pełni Alexis Ruano. Nie tylko na boisku. “Jest dla mnie jak ojciec” – mówi o stoperze Alavés.

Mniej niż 30 sekund W spadku pozostawił długi. Laurence Py mieszkała z synami w podmadryckiej Boadilli. Mieli po cztery i trzy lata, gdy doszło do eksmisji. Na spakowanie rzeczy do samochodu musiały jej wystarczyć dwie godziny. Przenieśli się do niewielkiego pokoju hotelowego. Kto wie, gdzie znalazłaby się wraz z dziećmi, gdyby nie pomoc finansowa, nadsyłana z Francji przez jej rodziców i brata. Matka chciała, by w derbach zremisowali. Albo żeby jeden wygrał na Wan-

| str. 57

da Metropolitano, a drugi na Santiago Bernábeu. Jej życzenie się spełniło. W obu spotkaniach padły remisy. Ale bracia Hernández nie spotkali się jeszcze na boisku, stojąc po przeciwnych stronach. Lucas rozegrał oba mecze, Theo siedział podczas nich na ławce. Atmosfera „derbów braci”, tak intensywnie podgrzewana przez media, nie ominęła ich samych. “Derby zawsze są wyjąt-

kowe, a gra przeciwko mojemu bratu sprawia, że to coś więcej niż inne mecze derbowe. Ale w domu o tym nie rozmawiamy” – zapewnia Theo. Gdyby zagrali przeciwko sobie byłby to pierwszy taki przypadek w derbi madrileño od 88 lat. Wówczas zmierzyli się Luis i Alfonso – bracia Olaso. Odkąd ich klubowe drogi się rozeszły jest niemal pewnym, że ten dzień nadejdzie. A może nadszedłby nawet, gdyby Theo pozostał w Atleti?

“Czuję się Hiszpanem. Hiszpania dała mi wszystko. Jeśli mnie wezwą, stawię się”. Mimo to, gdy Didier Deschamps powołuje go do kadry Francji, to na jego wezwanie stawia się Lucas. Mówiono, że uzyskanie przez niego hiszpańskiego obywatelstwa jest kwestią dni. Prawdopodobnie to mundial przesądził o rozwoju wypadków. “Nie wahałem się nawet minuty, nawet trzydziestu sekund” - mówi o swoim wyborze barw Les Bleus. Próbuje się odciąć, nieco niezdarnie, od słów o Hiszpanii. Tak, ten kraj dał mu wszystko, ukształtował go piłkarsko, ale nigdy nie chciał powiedzieć, że to Hiszpania, nie Francja, jest jego ojczyzną. W meczu z Kolumbią, gdy w 76. minucie zmienia Lucasa Digne na Stade de France, wszystko zostaje przesądzone.


LE BALLON MAGAZINE

A Theo? Wciąż się waha. Reprezentował barwy Francji w młodzieżówce, ale ma już hiszpańskie obywatelstwo. Znów jest w cieniu brata. Jak na razie ani Deschamps, ani Lopetegui, nie zgłosili się po niego. Wszystko wskazuje na to, że jest bliżej La Roja. Wiadomo, że na mundial nie pojedzie. Czynnik, który prawdopodobnie był kartą przetargową w walce o Lucasa, nie będzie mieć wpływu na jego wybór. Uzyskaniem podwójnego obywatelstwa puszcza oko do Julena Lopeteguiego. Jeśli selekcjoner Hiszpanii spojrzy na niego przychylnie, bracia znów znajdą się po przeciwnych stronach.

Nie zgubić się Sonia Moldes stanęła przed ołtarzem w sukni od Petro Valverde. Elegancka i prosta, z jedwabnej krepy, z asymetrycznym dekoltem. „Była zdenerwowana” – mówi projektant. – „Nie sądziłem, że kiedykolwiek mogłaby być zdenerwowana ale tak było”. Był kwiecień 2003 roku i Jean-François rozpływał się w uśmiechach u boku nowej żony. Hiszpańska celebrytka i skandalistka skradła jego serce. W podróż poślubną pojechał z nią na Tahiti. Nieudana karykatura Paula Gaugina. Cholernie łatwo się pogubić. Lucas wraca do domu spóźniony, o drugiej nad ranem. Jego dziewczyna, Amelia, dzwoniła tej nocy piętnaście razy. Nie odebrał. Teraz ona odchodzi od zmysłów. Wpada do jego samochodu, żąda kluczyków i telefonu. Kłócą się, auto stoi na ulicy. Amelia go uderza, wysiada

i kluczami drapie karoserię, potem kopie w drzwi. Gdy on próbuje ją powstrzymać tymi samymi kluczami kaleczy jego twarz. Lucas też wybucha – przyciska ją do ściany, wymierza cios. Ona skończy z rozciętą wargą, zdartą skórą z łokcia, potłuczonymi żebrami. On ma pokaleczoną twarz i szyję, zadrapania na klatce piersiowej. Dramat zamyka telefon Amelii na policję. Oboje zostają oskarżeni o pobicie. Dostają sądowy zakaz zbliżania się do siebie na mniej niż 500 metrów. Kto by wówczas pomyślał, że nie minie wiele czasu, gdy wysiądą razem z samolotu na lotnisku w Barajas. Spędzili wakacje na Bahamach. Nie tylko wrócili do siebie, podczas tej niespodziewanej podróży wzięli ślub w Las Vegas. Na lotnisku czeka na nich policja – zostają aresztowani za złamanie wyroku sądu. On spędzi noc w areszcie, jej udaje się jakoś od tego wymigać. Nie mija rok od rozprawy, a Amelia publikuje na Instagramie zdjęcia USG. „Moje dziecko” – głosi podpis. Jej i Lucasa Hernándeza. Wygląda na to, że zakaz zbliżania się został złamany. Theo jest grzeczniejszy od brata, czy wręcz przeciwnie? Nie stawia się na zgrupowaniu młodzieżówki Francji. Przedłużył sobie wakacje i imprezuje w Marbelli. Ten wypad nie skończy się dobrze. Dziewczyna wyszła z nim z klubu. Udali się do jego samochodu. Całują się, potem idą krok dalej, i jeszcze jeden. Jednak kiedy ona mówi „nie”, on nie przestaje. Trwa to kilka minut, ona się wyrywa, szarpie. W końcu on wyrzuca ją z samochodu tak, że upada na ziemię rozbijając kolana. Dziewczyna wraca do klubu, gdzie zdąży ją jeszcze obrazić Alexis Ruano, broniący swojego młodszego kolegi.

| str. 58


LE BALLON MAGAZINE

Tak przynajmniej zeznaje Luisa Kremleva. Modelka rosyjskiego pochodzenia, hiszpańska celebrytka i gwiazdka programów reality show. Jeden z nich opuszcza, gdyż stwierdza, że nie radzi sobie z presją komentarzy na portalach społecznościowych. Trudno uwierzyć, że jest prawdziwa. Na zdjęciach wygląda jak porcelanowa lalka. Cień na prawdziwość zeznań 22-latki rzuca fakt, iż to już trzeci raz gdy na komisariacie w Marbelli składa niemal identyczne doniesienie. Każde dotyczyło innego mężczyzny. To tylko pierwsza z wątpliwości. Jej wersja wydarzeń jest niespójna; policja przesłuchuje pracowników klubu, gości, koleżanki Luisy; sprawdzony zostaje monitoring. Nic nie potwierdza zeznań dziewczyny i Theo jest całkowicie oczyszczony z zarzutów. Kremlevą oburza taki obrót spraw. Sugeruje, że wpływ na decyzję sądu ma fakt, iż Hernández jest piłkarzem. “To wstyd!” – pisze Luisa na portalach społecznościowych. – “W ten sposób codziennie umierają kobiety!”.

„Dla nich ojciec już nie istnieje. Nigdy nie istniał” – jest przekonana Laurence. – „Ludzie, którzy nie znają naszej historii sądzą, że to dzięki niemu zostali piłkarzami, ale to nie ma z nim nic wspólnego. Przeszłość ojca nie ma nic wspólnego z ich sukcesem. Teraz jest pięknie, ale sami musieli to osiągnąć”.

“Uwierzyłam, że mogą zostać piłkarzami, gdy w canterze Atlético powiedzieli mi, że zajdą daleko...” – wspomina Laurance Py. Teraz jest dumna, powtarza to na każdym kroku. “Nie mogłabym prosić o więcej”. Mają po dwadzieścia dwa i dwadzieścia lat. Dopiero stoją u progu kariery. Urodzili się w Marsylii, jako synowie Jeana-Françoisa Hernándeza, stopera tamtejszego Olympique. Obaj mają po nim lewą nogę – i to tyle. Dziś jest tylko ojcem swoich synów, Lucasa i Theo.

| str. 59

HISTORIA BRACI HERNANDEZ


HISTORIA BRACI HERNANDEZ

LE BALLON MAGAZINE

| str. 60


LE BALLON MAGAZINE

ŻYCIE PO ŚMIERCI MONTPELLIER HSC: SIEROTY ODZYSKUJĄ TOŻSAMOŚĆ PUBLICYSTKA

Autor ERYK DELINGER twitter: @E_Delinger

L

ouis Nicollin poświęcił Montpellier ostatnie 43 lata życia. Gry nie da się jednak wstrzymać, by na moment odpuścić kopanie skórzanego worka i pogrążyć się w żałobie. Maniak piłki, jakim był Loulou, nawet by sobie tego nie życzył – gdyby mógł, nawrzucałby pewnie pochłoniętym smutkiem piłkarzom od mięczaków i priorytetem odesłał ich na boisko. Najlepszym hołdem dla ojca współczesnego MHSC było zadbanie, by jego dzieło trwało w dobrej kondycji. Wyzwanie było spore. La Paillade od dłuższego czasu nie mogli znaleźć stabilizacji: kolejni trenerzy zawodzili, klub coraz częściej romansował ze strefą spadkową, a w grze coraz trudniej było wskazać coś charakterystycznego. Na szczęście ostatnia decyzja

| str. 61

kadrowa szefa szefów była najbardziej trafioną od lat. Michel Der Zakarian jako trener wyrobił sobie markę w Nantes, które dzięki niemu po pięciu latach wróciło do Ligue 1 i zapuściło na najwyższym szczeblu mocne korzenie. Za kadencji ormiańsko-francuskiego trenera Kanarki ani przez chwilę nie musiały drżeć o pozostanie w lidze – wszystko, co dziś prezentują zawdzięczają jego pracy. Po rozstaniu z prezesem Waldemarem Kitą szkoleniowiec wylądował w drugoligowym Reims, ale nie zdołał tam odwzorować historii znad Loary i po ledwie roku opuścił Szampanię. Wtedy Nicollin zaproponował Der Zakarianowi posadę, która była mu pisana.


LE BALLON MAGAZINE

po jednym z PSG, OL, OM i Monaco. W całym sezonie mniej bramek stracili zaś tylko mistrzowie.

Nowa dusza

twarz,

odzyskana

Radykalną poprawę w stosunku do ostatnich dwóch lat Montpellier zawdzięcza oczywiście nie tylko znakomitemu taktycznemu ruchowi trenera. Progres jest także zasługą transferów – MHSC ma za sobą bodaj najlepsze okienko od siedmiu lat, tj. od wakacji, po których klub wywalczył historyczny tytuł. Pierwszy raz od dawna właściwie wszystkie zakupy okazały się natychmiastowymi, wyraźnymi wzmocnieniami. Benjamin Lecomte (2,5 mln €) był w tym roku najlepszym golkiperem w L1, Pedro Mendes (1 mln) świetnie uzupełnił obronę, a Aguilar (wolny transfer) błyszczał przy prawej linii bocznej. Giovanni Sio (2,2 mln) wbrew oczekiwaniom zdołał zastąpić sprzedanego do Huddersfield Steve’a Mounié i rozegrał swój najlepszy sezon w karierze (10 goli, jego pierwsza „dwucyfrówka” we Francji). Junior Sambia (wypożyczenie) dodał zaś drugiej linii siły i energii, i okazał się spoiwem poszczególnych formacji drużyny.

Remont na starych śmieciach Chociaż kontakt z profesjonalnym futbolem zaczynał w Nantes i z Żółto-Zielonymi także wiąże go długa historia, to klubowi Króla Śmieciarzy Der Zakarian oddał największą część piłkarskiej i trenerskiej kariery. Jako zawodnik reprezentant Armenii występował w MHSC przez dziewięć sezonów, a z boiska przeszedł prosto do sztabu, w którym w różnych rolach – od trenera drużyny C do asystenta pierwszego szkoleniowca – spędził drugie tyle. Przejmując schedę po Jeanie-Louisie Gasset’cie rozpoczął więc swój dziewiętnasty rok na La Mosson. Pracę zaczął od zupełnej przebudowy obrony Montpellier, która miała się wiązać także z odstawieniem od składu 40-letniego kapitana Vitorino Hiltona. Odmłodzenie formacji i wprowadzenie do zespołu nowych nabytków

nie pomogło: MHSC wciąż zbyt łatwo traciło bramki. Po zawodzie w pierwszych kolejkach Der Zakarian wpadł na rozwiązanie, które być może przesądziło o pomyślnym przebiegu sezonu. Zamiast na siłę rezygnować z wiekowego, ale skutecznego Hiltona, przemeblował system gry tak, by zamaskować braki leciwego obrońcy i wciąż korzystać z jego doświadczenia. Przejście do gry piątką obrońców okazało się strzałem w dziesiątkę: wyeksponowało zalety wahadłowych – Aguilara i Jerome’a Rousillona, pomogło wejść na wyższy poziom 20-letniemu Nordiemu Mukiele, który z obiecującego bocznego defensora zmienił się w czołowego stopera ligi, a przede wszystkim sprawiło, że obrona Montpellier w okamgnieniu stała się jedną z najszczelniejszych w Ligue 1. Z ośmiu spotkań z ligową czołówką La Paillade przegrali tylko jedno (0:4 na Parc des Princes), zaś aż czterokrotnie zachowywali czyste konta –

Co ważne, zmiany udało się przeprowadzić przy zachowaniu tożsamości klubu: choć początkowo Der Zakarian planował zrezygnować z dwóch ostatnich mistrzów z 2012 – Hiltona i Sulliego Camary – koniec końców uznał ich przydatność i obaj przedłużyli kontrakty o kolejny rok. Podpisując umowę, kapitan mówił o trenerze w samych superlatywach, wtrącając między innymi, że „przywrócił mu radość z gry”. Rychłe pożegnanie z weteranami jest wprawdzie nieuniknione, ale klub będzie na nie gotów: do roli lidera dorósł w tym sezonie wychowanek MHSC Ellyes Skhiri i jeśli przedwcześnie nie odejdzie, niebawem będzie gotów przejąć opaskę od legendy. Po stracie właściciela-ikony Montpellier może wszak pielęgnować symboliczną ciągłość już tylko na boisku. Zasługą sprawnych transferów i musztry Der Zakariana jest, że drużyna odzyskała charakter – znów jest „jakaś” i warto na niej zawiesić oko, nawet jeśli nie gra wyjątkowo przyciągającego futbolu. To zadanie dla trenera na kolejny sezon: dopracować ofensywę, która była w tej kampanii równie oszczędna jak przed rokiem, choć gole rozkładały się bardziej równomiernie między kilku zawodników. Drużyna z górnej połowy tabeli, o całkiem jeszcze świeżej mistrzowskiej tradycji, musi za rok ustrzelić więcej niż zaledwie trzydzieści-kilka goli.

| str. 62


CERCLE BRUGGE: SATELICKI KLUB ASM

LE BALLON MAGAZINE

CERCLE BRUGGE BELGIJSKA REZYDENCJA KSIĄŻĄT PUBLICYSTKA

Autor MARIUSZ MOŃSKI - jplpoland.com.pl, eredivisie.com.pl twitter: @M_Monski

6

maja 2017 na konferencji prasowej w Brugii wiceprezydent AS Monaco Wadim Wasiliew oraz Frans Schotte, prezydent Cercle Brugge, ogłosili, że klub z księstwa Monako został właścicielem belgijskiego drugoligowca. Media w całej Europie podawały tę informację z komentarzem jakby wydarzyło się coś wyjątkowego - tymczasem wcale tak nie było. Powiązania futbolu belgijskiego i francuskiego są oczywiste; wynikają z tego, że około 40 procent Belgów porozumiewa się w języku swojego zachodniego sąsiada. Francuzi jednak rzadko inwestowali w belgijskie kluby. Jednak gdy liga belgijska zaczęła rosnąć w siłę, a akademie Standardu Liege, Anderlechtu czy KRC Genk zaczęły wypuszczać

| str. 63

w świat coraz lepszych piłkarzy, wszystko się zmieniło. Jako pierwsze swoją szansę na pomysł rozwijania swoich młodych graczy na boiskach Flandrii i Walonii wpadło Lille OSC. Mieli oni o tyle ułatwione zadanie, że klub którego stali się właścicielem leżał w ich obszarze metropolitalnym i podnosił się właśnie z kolan po ogłoszeniu bankructwa i późniejszej fuzji. Tym klubem był Royal Mouscron-Péruwelz, obecnie występujący pod nazwą Royal Excel Mouscron. LOSC było właścicielem Les Hurlus przez trzy lata (2012-2015), aż do momentu gdy ważnym udziałowcem francuskiego klubu został miliarder Marc Coucke, który jednocześnie był właścicielem innego belgijskiego klubu KV Oostende. Celem inwestycji w Mouscron było ogrywanie młodych graczy Mastifów w lidze belgijskiej, by przyspieszyć ich rozwój. Już w pierwszym sezonie na Le Cannonier


CERCLE BRUGGE: SATELICKI KLUB ASM

trafiło ośmiu takich graczy, lecz żaden z nich nie zrobił dotąd wielkiej kariery (najbardziej znany to Arnaud Souquet, obecnie prawy obrońca OGC Nice). W kolejnym takich zawodników było sześciu, w tym Adama Traoré (obecnie AS Monaco) i Abdoulay Diaby (Club Brugge), a w ostatnim sezonie rządów Lille w belgijskim klubie siedmiu, z Ronnym Rodelinem (SM Caen) na czele. Jak widać Lille nie udało się do końca zrealizować swoich celów, choć ta współpraca pozwoliła im lepiej poznać ligę swojego wschodniego sąsiada i wyszukać choćby takiego gracza jak Divock Origi.

Ciekawostką, o której pewnie mało kto wie jest fakt, że AS Monaco nie kupiłoby Cercle Brugge, gdyby nie Rafał Wolski

LE BALLON MAGAZINE

ników. W związku z tym właściciel i wiceprezydent zlecili mi zadanie znalezienia odpowiadającego naszym oczekiwaniom kraju. Zbadaliśmy bardzo dokładnie sześć państw. Wybraliśmy z nich Belgię i Cercle Brugge”

prezes Cercle Frans Schotte:

Ciekawostką, o której pewnie mało kto wie jest fakt, że AS Monaco nie kupiłoby Cercle Brugge, gdyby nie Rafał Wolski. Tak, to nie żart. Wprawdzie przygoda reprezentanta Polski w KV Mechelen nie była udana, ale rozegrał jeden mecz, dzięki któremu kibice Malinwa będą pamiętać go przez lata. 15 marca 2015 Cercle Brugge w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego podejmowało KV Mechelen. Gospodarzom do utrzymania w lidze wystarczał remis, a do 88’ prowadzili 2:0. Jednak potem Wolski strzelił dwie bramki, jedną dołożył Veselinović i goście wygrali 3:2. W wyniku tej porażki Cercle musiało grać w play-offach o utrzymanie w Jupiler Pro League, które zakończyły się ich spadkiem do drugiej ligi i późniejszymi kłopotami finansowo-sportowymi, dzięki którym AS Monaco mogło ich wykupić.

Zmiany przyniosły skutek i Cercle udało się utrzymać w 2. lidze belgijskiej w sezonie 2016/2017.

Podczas wspomnianej na początku konferencji Wadim Wasiliew powiedział: Z pewnością właściciele AS Monaco dokładnie prześledzili sposób i efekty współpracy pomiędzy Lille a Mouscron, zanim zdecydowali się zainwestować w Belgii. Osobą, która pilotowała całą transakcję był Filips Dhondt, dyrektor generalny klubu z księstwa, który w latach 90. pracował w Cercle Brugge. Tak opowiadał jak doszło do inwestycji w Groen-Zwart (Zielono-czarnych):

„Pomysłodawcą projektu byli właściciel AS Monaco, Dmitrij Rybołowlew i wiceprezydent Wadim Wasiljew. Koniecznie chcieli znaleźć klub filialny, ponieważ we Francji istnieje ogromny problem z rozwojem zawodników młodzieżowych. Rezerwy lub zespoły U21 grają na czwartym lub piątym poziomie rozgrywkowym, co oznacza, że istnieje ogromna przepaść pomiędzy nimi a pierwszą drużyną. Młodzi gracze nie mogą być przez to gotowi by natychmiast wejść do pierwszego zespołu - chyba że nazywasz się Mbappé! Można wypożyczyć maksymalnie siedmiu graczy we Francji, z czego co najwyżej dwóch do tego samego klubu. Często wypożyczaliśmy zawodników do zagranicznych klubów, ale mieliśmy przez to mniejszą szansę na obserwacje ich rozwoju. Innym powodem jest to, że we Francji tylko czterech graczy spoza Europy może wstępować w jednym klubie. Mamy dobry scouting w Ameryce Południowej i Afryce, ale już zatrudniamy czterech nie-Europejczyków, co uniemożliwia pozyskanie kolejnych graczy. W Belgii nie ma takich ograniczeń i to było jednym z powodów naszego zainteresowania tym krajem, by móc tam rozwijać własnych zawod-

“Le Cercle jest częścią sportowego dziedzictwa Belgii, gdzie Brugia jest najpiękniejszym miastem. Klub musi powrócić jak najszybciej do pierwszej ligi, w której występował przez 78 sezonów.” a potem dodał

“Mogliśmy połączyć siły z klubami z wielu innych lig ale postawiliśmy na Belgię ze względu na wysoki poziom rozgrywek i jakość piłkarskich ośrodków szkoleniowych. To przedsięwzięcie jest częścią sportowego projektu ukierunkowanego na utalentowanych piłkarzy z wielkim potencjałem.” AS Monaco zagwarantowało, że Cercle zachowa swoją tożsamość, a obecni członkowie zarządu będą nadal pracować w klubie. Monakijczycy spłacili zadłużenie klubu z Brugii i dofinansowali go kwotą 5 mln euro. Jednak ASM nie zostawiło pełni władzy w rękach dotychczasowego zarządu: Filips Dhondt został włączony do rady nadzorczej a François Vitali zajął stanowisko dyrektora technicznego klubu. Sprowadzono do Cercle trenera przygotowania fizycznego z Lille oraz zmodyfikowano szkolenie w klubie. Kilka miesięcy po przejęciu pojawiły się jednak informacje, że szatnie belgijskiego klubu zostały przemalowane na czerwono-biało by młodzi gracze Monaco czuli się jak u siebie. Informacja oczywiście okazała się fake newsem: okazało się, że korytarz został pomalowany na biało a czerwone były tylko drzwi do szatni. Dodatkowo zmiany te zaszły bez wiedzy Monaco, co podkreślił

“Te kolory są wyborem naszego projektanta wnętrz. Mogę wszystkich zapewnić: tożsamość Cercle Brugge jest w pełni szanowana.”

Podczas letniego okienka transferowego dokonano rewolucji w składzie, na Jan Breydel Stadion (Cercle rozgrywa mecze na tym samym obiekcie, co jego większy i bardziej utytułowany lokalny rywal Club Brugge) trafiło 19 nowych piłkarzy, w tym siedmiu z AS Monaco. Po meczach sparingowych w klubie zapanowała euforia, co widać w wypowiedzi legendarnego piłkarza Julesa Verriesta (piłkarz 100-lecia Cercle):

„Wiem, że wszyscy nowy piłkarze jeszcze nie wystąpili, ale oglądałem zespół, który grał przeciwko Lokeren i byłem pod wrażeniem. Takiego poziomu gry nie widzieliśmy w Cercle od lat. Czterech z tych chłopaków mogłoby grać nawet w czołowych klubach JPL. To bardzo obiecujące. Jesteśmy teraz naprawdę mocni. To wszystko dzięki Filipsowi Dhondtowi. Nie da się opisać jak powinniśmy być wdzięczni temu człowiekowi. Bądźmy szczerzy: bez Monaco mogliśmy być już opłakiwaną przez wielu historią belgijskiego futbolu. Dhondt jest naprawdę zbawicielem Cercle. Mogę teraz z dumą mówić o Cercle na ulicach Brugii i czuję wielki entuzjazm.”

To zwycięstwo było bardzo ważne również dla młodych graczy Monaco wypożyczonych do belgijskiego klubu. Bramkarz Paul Nardi był obok Guevina Tormina i Irvina Cardony kluczowym graczem Cercle w minionym sezonie.

Ta całkowicie nowa drużyna nie grała jednak tak, jak sobie to wyobrażano. Na trzy mecze przed końcem pierwszej części rozgrywek 2. ligi zwolniono José Rige, którego zastąpił legendarny belgijski piłkarz i trener Franky Vercauteren (trzykrotny mistrz Belgii jako trener). Przed nowym szkoleniowcem postawiono cel awansu do Jupiler Pro League, za który obiecano mu astronomiczną

| str. 64


LE BALLON MAGAZINE

jak na drugoligowe belgijskie warunki premię w wysokości 100 tys. euro. Na szczęście dla Vercauterena, system rozgrywek który obowiązuje na zapleczu JPL sprzyjał realizacji zadania. W Belgii są tylko 24 zawodowe kluby, co powoduje, że w 2. lidze gra ich tylko osiem. By zagwarantować im odpowiednią liczbę meczów, rozgrywki podzielone są na dwie rundy, w których zespoły rozgrywają po 14 meczów. Zwycięzcy tych rund grają w finałowy dwumecz o awans do Jupiler Pro League. Pierwszą rundę wygrał zespół Beerschot-Wilrijk, ale w drugiej Cercle prowadzone przez Vercauterena nie miało sobie równych. Doszło do finału z udziałem dwóch bardzo zasłużonych belgijskich klubów, które chcą wrócić na należne im miejsce. W pierwszym meczu, rozegranym 4 marca w Antwerpii, górą było Beerschot-Wilrijk, ale wygrana 1:0 była niewielką zaliczką przed rewanżem. Nikt jednak nie spodziewał się w rewanżu takiego thrillera. Gdy po 35 minutach gospodarze prowadzili dwoma bramkami, wydawało się, że kontrolują sytuację, lecz na 5 minut przed końcem spotkania Beerschot-Wilrijk zdobyło gola, który w tamtym momencie zapewniał im awans do Jupiler Pro League. Cercle jednak się nie poddało. W 90. minucie sędzia podyktował rzut karny dla Zielono-czarnych. Lider Cercle, wypożyczony oczywiście z Monaco - Irvin Cardona - wytrzymał presję i zdobył bramkę, która dała Cercle Brugge awans do Jupiler Pro League. Wraz z kibicami Groen-Zwart, awans na Jan Breydel Stadion świętowali Leonardo Jardim i Wadim Wasiljew. Ten drugi tak mówił przed kamerami stacji RTL:

“To dla nas ogromna radość, niesamowity wynik po wyjątkowym meczu. Nasza praca się opłaciła, cały klub mocno zapracował na ten wynik. Pragnę podziękować prezesowi AS Monaco, trenerowi, zawodnikom oraz całemu personelowi.” To zwycięstwo było bardzo ważne również dla młodych graczy Monaco wypożyczonych do belgijskiego klubu. Bramkarz Paul Nardi, który obok Guevina Tormina i Irvina Cardony był kluczowym graczem Cercle w minionym sezonie, podsumował to tak:

“Jestem bardzo szczęśliwy. Monaco mocno zainwestowało w ten projekt. Kiedy klub został przejęty, myśleliśmy że zmierzamy trochę w nieznane. Zmiana drużyny w tak dużej części to ogromne wyzwanie. Ostatecznie jednak możemy być dumni z tego, że wszystko zadziałało i zostaliśmy mistrzem.” Jak widać projekt AS Monaco rozwija się prawidłowo. Jak będzie prowadzony dalej, nie wie nawet sam Wasiljew:

“Nie wyznaczyłem żadnego terminu. Nie było presji ale chcieliśmy spróbować. Wiedzieliśmy, że będzie to trudne. W listopadzie mieliśmy siedem punktów straty do lidera ale nadal nasz cel był jasny. Niemożliwe? My to zrobiliśmy! Właśnie dla takich momentów ten sport jest najpopularniejszy na świecie. Oferuje niesamowite emocje.” Co ciekawe, Franky Vercauteren nie jest już trenerem Cercle, a władze AS Monaco bardzo poważnie myślą o zatrudnieniu... Besnika Hasiego.

| str. 65

CERCLE BRUGGE: SATELICKI KLUB ASM


CERCLE BRUGGE: SATELICKI KLUB ASM

LE BALLON MAGAZINE

| str. 66


LE BALLON MAGAZINE

PUŁAPKA ŚREDNIEGO ROZWOJU PRZYGODY PUELA W PREMIER LEAGUE PUBLICYSTKA

Autor MICHAŁ GUTKA - PRZEGLĄD SPORTOWY, CANAL+ twitter: @M_Gutka

C

laude Puel drugi sezon z rzędu zakończył z ligowym średniakiem w górnej połowie tabeli i drugi raz może zostać zwolniony. Francuski menedżer niemal na pewno pożegna się z Leicester City. Ósme miejsce przed rokiem z Southampton i dziewiąte w tym sezonie z Leicester City - dla obu drużyn to całkiem realistyczne założenia i zwykle nie jest to powód, by zwalniać menedżera. Wygląda jednak na to, że Claude Puel opuści King Power Stadium, podobnie jak żegnał się z St. Mary’s. Od ponad miesiąca w brytyjskiej prasie pojawiają się kolejne doniesienia o tym, że odejdzie z Leicester, a w The Times na jego następcę wskazano już Davida Wagnera, który dokonał niemożliwego, utrzymując w Premier League beniaminka z Huddersfield.

| str. 67

Kariera Puela w Anglii zaczyna wyglądać na spory paradoks. Z jednej strony 56-latek robi swoje, a z drugiej staje się kolejną ofiarą wygórowanych ambicji klubów środka tabeli Premier League. Zarówno zeszłoroczny wynik w Southampton - do którego należy doliczyć występ w finale Pucharu Ligi i minimalną porażkę 2:3 z Manchesterem United - jak i obecne dziewiąte miejsce w Leicester to przyzwoity finisz. Puel niemal na pewno nie dostanie szansy w żadnym lepszym klubie, dlatego prowadząc średniaków mogłoby się wydawać, że robi to, co do niego należy. To jednak powierzchowna ocena jego pracy. Już samo zatrudnienie Puela w obu klubach było przyjęte ze zdziwieniem. Southampton obejmował po odejściu Ronalda Koemana i w trakcie kolejnego lata pełnego zmian na St. Mary’s Stadium, a mimo to zespół nie zaliczył


LE BALLON MAGAZINE

ten na zawsze będzie pamiętał im sensacyjne mistrzostwo Anglii z 2016 roku. Dlatego, gdy tylko zaczęły się głosy o tarciach między nimi a Puelem po pierwsze nikogo to nie dziwiło, a po drugie wiadomo było, że prędzej przetrwają oni niż trener. Nie można jednak wszystkiego zrzucić na piłkarzy. Francuz, jak na ucznia Arsene’a Wengera przystało, przyszedł do Leicester City z nadzieją na poprawę kultury gry - z drużyny grającej najlepiej i niemal wyłącznie z kontry, chciał stworzyć taką, która częściej utrzymuje się przy piłce i wymienia więcej podań. Nie chciał zerwać z tradycjami, a jedynie dodać inny wymiar w grze Lisów i znów: na papierze się to udało. Pod jego wodzą zespół miał wyższe średnie posiadanie piłki, ale to nie przekładało się na wyniki. Z ostatnich 21 kolejek Leicester wygrało tylko w pięciu i z trybun coraz częściej słychać było śpiewy “You don’t know what you’re doing”. A skoro znów w innym klubie powtórzył się scenariusz sprzed roku, czyli gorsza gra na finiszu i kiepskie relacje z szatnią, nie można pozbyć się wrażenia, że to z francuskim menedżerem coś może być nie tak. Puel zachował jednak duży spokój. Gdy pojawiły się pierwsze informacje o zmianie menedżera, nie wymachiwał pięściami na konferencji prasowej. - Leicester może mnie zwolnić, ale na własną odpowiedzialność. Przyszedłem, gdy klub miał kłopoty. Skończymy w górnej połowie tabeli. Dla mnie to nie problem i moja filozofia się nie zmieni - tłumaczył.

zjazdu. Raczej podtrzymał swój status jednego z najlepszych za plecami wielkiej szóstki i mimo kłopotów skończył ligę na niezłym miejscu. Problemem był jednak styl gry, który nie podobał się piłkarzom i kibicom, a także fatalna forma na swoim stadionie. Z ostatnich 11 meczów u siebie w sezonie 2016/17, Święci wygrali tylko dwa i trzy zremisowali, a przegrali aż sześć. Końcówka sezonu również była słaba - jedno zwycięstwo w ostatnich ośmiu kolejkach o dziwo nie pogorszyło ligowej pozycji, choć wpływ na to miała raczej słabość reszty stawki. Po sezonie żegnano się z Puelem bez zbędnych czułości i żalu. Zaskakujące było to, że Francuz dość szybko znalazł nową pracę w Premier League. Wydawało się, że wróci raczej do Ligue 1, gdzie jego marka jest mocniejsza i odnosił w przeszłości sukcesy. Tymczasem zastąpił jesienią zwolnionego Craiga Shakespeare’a i musiał

wydźwignąć Leicester City z dołu tabeli. I znów patrząc wyłącznie na tabelę wyszło dobrze - w momencie obejmowania klubu, ten zajmował miejsce w strefie spadkowej, a skończył sezon na dziewiątej pozycji. Pojawiły się jednak problemy. Te same, co w poprzedniej drużynie. W prasie szybko pojawiły się plotki o coraz gorszych relacjach Puela z szatnią i znów końcówka sezonu okazała się słaba. Na początku pogłoski o niezadowoleniu szatni zbywano machnięciem ręką: przecież piłkarze Leicester City niewiele wcześniej zaczęli kręcić nosem na noszonego dopiero co na rękach Claudio Ranieriego i w iście ekstraklasowym stylu zagrali na zwolnienie trenera. Później wydawało się, że jego dawny asystent Shakespeare szybko znalazł z nimi wspólny język, a i tak zakończył pracę po ośmiu miesiącach. Liderzy szatni Lisów czują się mocni przed właścicielem Vichaiem Srivaddhanaprabhą, bo

Przypadek Puela jest ciekawy, a takich menedżerów może być w Anglii coraz więcej. Premier League zmierza w kierunku, w którym klarowna jest obsada pierwszych sześciu miejsc, a to, co dzieje się za ich plecami przypomina loterię. W tym sezonie z ligowej klasy średniej najwyżej udało się podskoczyć Burnley i to spore zaskoczenie, ale zespoły z miejsc od 8. do 15. spokojnie można byłoby pomieszać pozycjami w dowolnej konfiguracji i każda z nich miałaby sens. Grono przeciętnych drużyn się zwiększa, a z racji ogromnych wpływów z praw telewizyjnych wiele z nich ma ambicje na coś więcej niż połowa tabeli. To dlatego najwięcej zmian menedżerów zachodzi na początku sezonu - właściciele widząc, że ucieka szansa na lepsze wyniki i realna staje się walka o utrzymanie zatrudniają ratownika, który zapewni przynajmniej pozostanie w lidze, a co za tym idzie stały dopływ dużej kasy. Cierpliwości brakuje wszystkim począwszy od szefów klubów po media, które na Wyspach są w osądach szybsze niż gdziekolwiek na świecie. Przez to też rośnie grono trenerów siedzących na karuzeli, którzy zmieniają kluby niemal co chwilę. Być może Puel dołączy na niej do Moyesów, Allardyce’ów czy Alanów Pardewów tej ligi. Być może jednak Francuz jest lepszym trenerem niż sugerują to wydarzenia z ostatnich dwóch sezonów i gdyby trafił na odpowiednią grupę piłkarzy, jego metody mogłyby się sprawdzić. We Francji przecież pokazywał, że może osiągać wysokie cele. Wiele jednak wskazuje, że w jego przypadku w Premier League możemy się o tym nigdy nie przekonać.

| str. 68


JARDIM vs FAVRE

LE BALLON MAGAZINE

MAKING MARSEILLE

GREAT AGAIN PUBLICYSTKA

Autor DAWID CACH twitter: @CachDawid

O

lympique Marsylia ma za sobą naprawdę dobry sezon. Przegrany finał Ligi Europy i uplasowanie się tuż za podium Ligue 1 nie mogą zatrzeć bardzo dobrego wrażenia, jakie zostawiła po sobie drużyna tak krytykowanego na starcie kampanii Rudiego Garcii. Olympique rozpoczął swoją drogę do fazy grupowej LE 27 lipca. Wtedy nikt nie spodziewał się, że Marsylczycy zatrzymają się dopiero w Lyonie, w finale. Nie zdołali wygrać, ale nie mają się czego wstydzić. Obnażając wszystkie słabości rywali Atetico potwierdziło to, co francuscy kibice już wiedzieli – OM sporo jeszcze brakuje do kontynentalnej czołówki. Europejski finał ledwie półtora roku po zmianie właściciela to jednak spory sukces i dowód, że klub zmierza w dobrym kierunku. Już dawno Marsylia nie przynosiła fanom takiej radości i tak wielu emocji. Na krajowym podwórku bezpośrednie mecze z PSG, Monaco i OL wciąż podkreślały przewagę czołówki, ale pierwszy raz od dawna marsylczycy tak sprawnie radzili sobie z niżej notowanymi przeciwnikami. Walka o podium i prawo gry w Lidze Mistrzów trwała do samego końca. Ostatecznie Marsylii zabrakło tylko jednego punktu do trzeciego Lyonu. Jak na razie brak fazy grupowej LM nie jest dla budżetu katastrofą - władze stawiają

| str. 69

na stopniowy rozwój i awans do europejskiej elity stanie się programowym celem klubu dopiero za rok. W tym roku szarżę na podium uniemożliwiła krótka ławka. Rudi Garcia mógł być zadowolony z żelaznej jedenastki ale w przypadku kontuzji lub zawieszeń natychmiast na jaw wychodziła słabość zmienników.

Od zera do bohatera Przełom sierpnia i września był dla Rudiego Garcii bardzo trudny. Najpierw OM dostało solidne lanie od AS Monaco (1:6), a potem w fatalnym stylu przegrało z Rennes na Velodrome. Kibice byli wściekli. Pojawiły się nawet głosy żądające jego zwolnienia. Media również nie zostawiły na nim suchej nitki. Eksperci telewizyjni podważali jego kompetencje i krytykowali ruchy transferowe. Jérôme Rothen nazwał go “hamulcem rozwoju OM”. Wśród kibiców krążyły też żarty o wymianie trenerów na linii Marsylia-Lille: obie strony lepiej wspominały czasy, gdy Garcia i Marcelo Bielsa zajmowali przeciwne posady. Trener zareagował przede wszystkim zmianą formacji – z 4-3-3 na 4-2-3-1, które już do końca sezonu towarzyszyło piłkarzom Olympique’u. Dostosowując system do zawodników na dobre ich sobie zjednał, co także zaważyło na dalszym rozwoju wypadków.

Trafiona reakcja sprawiła, że sezon Rudiego zmienił trajektorię i dziś nikomu nie przyszłoby już do głowy zestawiać go ze skompromitowanym Bielsą. W ciągu kilku miesięcy z bezustannie kwestionowanego trenera zmienił się w jednego z najlepszych bossów Marsylii w ostatnich latach. Jak dotąd poprowadził OM w 19 meczach europejskich pucharów - lepszymi wynikami mogą pochwalić się tylko Eric Gerets (23) i Didier Deschamps (28). Wypracował dla Marsylii jej szósty półfinał i piąty finał europejskich rozgrywek, co jest najlepszym osiągnięciem ze wszystkich francuskich klubów. Ligę ukończył zaś z dorobkiem 77 punktów - to o jeden mniej niż uzbierał w 2010 roku Deschamps (ostatni tytuł Marsylii) i o punkt więcej niż rok później, kiedy sam Garcia zdobywał mistrzostwo Francji z Lille.

Lubujący się w symbolice fani zauważyli, że inicjały trenera ich klubu są takie same jak Raymonda Goethalsa, trenera zdobywców Ligi Mistrzów z 1993 roku.


ROLLERCOCOASTER MARSYLII

- Nigdy nie będę trenerem – zarzekał się 28-letni Rudi Garcia. Uważał ten zawód za zbyt niewdzięczny. Kiedy jego karierę przerwała kontuzja, marzył o pracy dziennikarza sportowego. Chciał być jak Eugène Saccomano – słynny francuski żurnalista i komentator. Rozważał również podjęcie pracy naukowej związanej ze sportem. W końcu musiał jednak złamać postanowienie. - Jako zawodnik zawsze zadawałem pytania. Interesowałem się taktyką i podobało mi się motywowanie piłkarzy. W domu to ja odpowiadałem za organizację rodzinnych spotkań – mówi pół-żartem, pół-serio o trenerskim przeznaczeniu. - Rudi jest perfekcjonistą – opisuje go jeden z najbliższych współpracowników, Claude Fichaux - Jest niezwykle kompetentny. To typ badacza; ciągle się rozwija i szuka najlepszych rozwiązań. Przez dziewięć lat obserwowałem, jak ewoluuje. Florian Thauvin charakteryzuje go zaś jako demokratycznego wodza: - Trener wpoił nam bardzo ważną zasadę: zespół przede wszystkim. Bardzo często z nami rozmawia i jest otwarty na nasze sugestie. Jak dobrze zarządzał zespołem pokazuje przypadek Yohana Pele – bohatera poprzedniego sezonu, który po powrocie Steve’a Mandandy musiał pogodzić się z powrotem do roli rezerwowego. To trosce Rudiego o morale zmiennika przypisuje się część zasługi za popisowy występ Pelego w półfinale LE pod nieobecność numeru jeden. Prezes Eyraud po raz pierwszy skontaktował się z agentem trenera w sierpniu 2016 roku. Pierwsza odpowiedź była zdecydowanie odmowna. Garcia szukał atrakcyjniejszych opcji. W końcu jednak przyjął ofertę i zdaje się, że był to słuszny wybór obu stron. Czy może być jeszcze lepszy? Lubujący się w symbolice fani zauważyli, że inicjały trenera ich klubu są takie same jak Raymonda Goethalsa, trenera zdobywców Ligi Mistrzów z 1993 roku. Legendarny Belg również przegrał swój pierwszy finał Pucharu Europy, a dwa lata później świętował największy sukces w historii OM i całego futbolu klubowego we Francji. Któż zabroni Marsylii śnić o powtórce?

Dwóch liderów Za dobre wyniki i jakościową grę OM odpowiadają głównie Florian Thauvin i Dimitri Payet. Pierwszy rozegrał sezon życia, strzelając 26 goli we wszystkich rozgrywkach. Do tego dołożył 18 asyst. Po nieudanej przygodzie z Newcastle dojrzał i zaczął spełniać oczekiwania, jakie pokładano w nim za młodu, gdy debiutował w Bastii. Jego popisowym zagraniem jest rajd prawym skrzydłem, zejście do środka na lewą nogę i uderzenie w kierunku dalszego słupka. Wcześniej kibiców irytowała jego samolubność - teraz szuka part-

LE BALLON MAGAZINE

nerów i bierze odpowiedzialność na swoje barki. Wciąż ma jednak problemy w „wielkich” meczach, kiedy potrafi zniknąć na długie minuty. Powrót Payeta do OM wywołał na trybunach ogromny entuzjazm. Playmaker długo nie potrafił jednak nawiązać do najlepszej formy. Kluczem okazała się zmiana ustawienia z 4-3-3 na 4-3-2-1 i ustawienie go na pozycji numer 10. Dzięki temu na początku 2018 roku Dimitri odzyskał blask. Od stycznia seryjnie asystował i dokładał rzadkiej urody gole. Thauvin przejął prasowe nagłówki, ale to podania starszego Francuza otworzyły przed Marsylią drogę do finału LE.

Nowi snajperzy zdobyli po zaledwie dziewięć bramek, a Germain na pierwsze ligowe trafienie czekał aż do grudnia.

Skoro mowa o kluczowych zawodnikach, trudno pominąć Luiza Gustavo. Brazylijczyk to bez wątpienia najlepszy transfer OM od kilku lat. Nieważne gdzie grał, zawsze imponował spokojem i elegancją. Był maszynką do odbierania piłek i rozprowadzania ich do przodu. Strzelił też kilka goli. Szczególnie zapamiętany zostanie ten z październikowego meczu przeciwko PSG na Stade Velodrome. Pod koniec sezonu częściej występował na środku obrony i tam również wyrastał zazwyczaj na najlepszego zawodnika formacji.

Gdzie snajperów trzech... Latem do Marsylii zawitało aż ośmiu nowych zawodników. Wśród nich nie zabrakło napastników. Najpierw kontrakt podpisał Valere Germain z AS Monaco, a po długich poszukiwaniach, w ostatniego dnia okienka, w akcie paniki OM sięgnęło po Konstandinosa Mitroglu. Obaj są rozczarowaniami – zawodzili na tyle, że szansę gry na ich pozycji dostawał też skrzydłowy Clinton Njie. Nowi snajperzy zdobyli po zaledwie dziewięć bramek, a Germain na pierwsze ligowe trafienie czekał aż do grudnia. Gdyby byli skuteczniejsi, Marsylia być może poradziłaby sobie w tym sezonie jeszcze lepiej.

jako piłkarz niedopasowany do roli, do jakiej go sprowadzono. I w Nicei, i w Monaco zawsze grał jako partner wiodącej „dziewiątki” – czy to Plei, czy Falcao. Wystawiany jako osamotniony napastnik zwyczajnie nie miał prawa sobie poradzić. Marsylia ma świadomość, że zeszłoroczne polowanie na snajperów było klęską i potrzebuje na tej pozycji lepszego rozwiązania. Kolejne letnie okno otwierają pogłoski o Mario Balotellim, choć mało prawdopodobne, by klub bez Ligi Mistrzów zdołał go przyciągnąć.

Team spirit W minionym sezonie Olympique Marsylia był drużyną przez wielkie D. W szatni wytworzyła się znakomita atmosfera i to ona była platformą do boiskowego sukcesu. Zawodnicy świetnie się dogadywali i byli gotowi skoczyć za sobą w ogień. Wielokrotnie w wywiadach podkreślali, że kluczem do dobrych wyników jest wyjątkowe zgranie. Dało się to dostrzec także na przykładzie Mitroglu, który nie znając języka nie mógł zrozumieć ani żartów kolegów, ani poleceń trenera. Grek nie strzelał goli, a pogłoski o jego samotności w szatni i problemach z aklimatyzacją narastały. W miarę jak poprawiała się komunikacja Kostasa ze składem, rosła także forma – im bliżej końca rozgrywek, tym dalej było mu do miana transferowej wpadki, na jaką wyglądał jeszcze zimą.

Cel? Powrót do Ligi Mistrzów! Chociaż w tym sezonie czwarte miejsce jest do zaakceptowania, za rok taki wynik będzie traktowany jak porażka. Żeby się jej ustrzec, najważniejsze będzie zatrzymanie wiodących zawodników. Prezes Jacques-Henri Eyraud zapowiedział już, że Thauvin i Payet na pewno będą piłkarzami OM w przyszłym sezonie. Sami gwiazdorzy również wyrazili chęć pozostania. Następnym krokiem będzie rzecz jasna wymiana najbardziej zawodzących elementów jedenastki: jeżeli drużyna ma zrobić postęp, Rolando, Zambo Anguissa czy nawet odrestaurowany przez Garcię Lucas Ocampos nie powinni być jesienią podstawowymi graczami. Na początku przemiany OM można było mieć pewne wątpliwości co do szumnych zapowiedzi właściciela. Jednak czas pokazał, że klub znalazł się we właściwych rękach, a ambitne plany należy traktować całkiem serio. Nowe władze zwiększyły inwestycje w młodzież, rozwijają sieć skautów i wciąż szukają możliwości zwiększania dochodów. Do Marsylii wreszcie zawitała normalność.

Mitroglu poniekąd usprawiedliwiały kontuzje – dręczące go już pierwszych dni w zespole – i kłopoty z odnalezieniem się w nowym miejscu. Germain zaś z góry skazany był na porażkę

| str. 70


LE BALLON MAGAZINE

PURPLE RAIN PUBLICYSTKA

Autor WOJCIECH ADAMCZAK - Przegląd Sportowy twitter: @WojtekAdamczak

“Dlaczego mamy (jeszcze?) was dzisiaj wspierać?” – pytali w końcówce sezonu ultrasi Toulouse FC. Władze nie znalazły odpowiedzi, więc kibice odwrócili się od zespołu. To symbol fatalnego sezonu w wykonaniu Les Violets. - Mamy nadzieję, że na mecz (z Guingamp – przyp. red.) przyjdzie jak najmniej ludzi. Nie zasługują na nic innego, jak spadek – przyznał Marco, lider największej grupy ultrasów Indians Tolosa w rozmowie z „L’Equipe”. Fani mają już dość nieudolnych działań prezesa Oliviera Sadrana, zarówno w sensie sportowym, jak i zarządzania kryzysowego. Cały konflikt eksplodował po fatalnym meczu z Lille. W spotkaniu z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie TFC przegrało 2:3, ale oprócz dramatu na boisku, rozegrał się też dramat pod stadionem. Doszło do starcia fanów z policją, w którym ci drudzy

| str. 71

dosyć brutalnie potraktowali pierwszych. Kibice liczyli na wsparcie władz klubu, którego się nie doczekali, więc piłkę nożną zamienili na sport, który Francuzi kochają bardziej. Strajk. Ostatecznie na finałowy mecz sezonu przyszło ponad 20 tysięcy widzów, czyli naprawdę dużo. Nagła zmiana zdania? Nic z tych rzeczy. Żeby uniknąć kompromitacji, klub rozdał 10 tysięcy wejściówek dzieciom. Piłkarze wygrali 2:1, ale nie zdołali uniknąć baraży i wciąż nie mogą być pewni pozostania w lidze. Niewiele brakowało, a znów by się udało. Wystarczyło, żeby PSG wymęczyło wygraną z Caen i Toulouse znowu by się utrzymało, mimo bardzo słabej postawy przez cały sezon. Ale mistrzowie Francji byli już myślami na wakacjach lub na mundialu. Z Caen zagrały rezerwy i tylko zremisowały, co oznacza, że TFC będzie musiało męczyć


co prawda nie dało się uniknąć, ale pieniądze zarobione na sprzedaży kapitana zostały fatalnie spożytkowane. 11 milionów euro zainkasowane za Duńczyka od Middlesbrough to spora kwota jak na klub, którego budżet wynosi 35 milionów. Mimo tego władze dokonały tylko jednego transferu gotówkowego, wydając 3,5 miliona na niechcianego w Monaco Corentina Jeana. Jeden gol i dwie asysty to nie jest wymarzony rezultat jak na skrzydłowego. Braithwaite natomiast Championship nie podbił, zimą został wypożyczony do Bordeaux i w przedostatniej kolejce wbił kibicom Toulouse FC nóż w plecy strzelając dwa gole w Derbach Garonny. Na Stadium Municipal zastąpić go miał Yaya Sanogo, czyli ulubiony obiekt drwin kibiców Arsenalu. Chyba tylko prezes Sadran wie na co liczył, ściągając francuskiego napastnika, ale akurat do niego nie można mieć zbyt dużych pretensji. Zakończył sezon z pięcioma golami na koncie, co jest jego najlepszym wynikiem od pięciu lat. Sam fakt, że klub interesuje się zawodnikami takiego kalibru mówi wiele o jego ambicjach. Nie można myśleć o pierwszej dziesiątce bazując na graczach ściąganych za darmo.

się w barażach. – Oni podawali piłkę w kółko… PSG nigdy tak nie gra! Gdyby grali normalnie i nie wygrali to OK, ale takie coś… Jako profesjonalny piłkarz musisz szanować swój zawód. My graliśmy z Guingamp, które o nic już nie walczyło. Oni dawali z siebie wszystko do ostatniej minuty – wściekał się na paryżan Max-Alain Gradel. Iworyjczyk jako jeden z niewielu graczy Les Violets może być zadowolony ze swojej gry, ale przyczyn takiej, a nie innej pozycji w tabeli powinien jednak poszukać w swojej drużynie. Wystarczyło zdobyć choćby punkt więcej w starciach z innymi słabeuszami. W Tuluzie jednak w tym sezonie nic nie wyglądało tak, jak trzeba.

Wiara w Sanogo Zaczęło się od nieudolnych działań na rynku transferowym. Odejścia Martina Braithwaite’a

Ważniejsze okazało się zatrzymanie młodych gwiazdek, które jednak w tym roku wyraźnie spuściły z tonu. Issą Diopem i Albanem Lafontem interesują się największe europejskie marki. Do sprzedania póki co jest potencjał, a nie wysokie umiejętności, bo obaj grali bardzo nierówno. Lafont w wieku 19 lat ma już na koncie prawie 100 meczów w Ligue 1, ale w tym sezonie nie rozegrał ani jednego równie spektakularnego spotkania, jak rok wcześniej przeciwko PSG. Obrona dawała mu się wykazać nad wyraz często, golkiper z Wagadugu nieraz ratował zespół, ale trudno go uznać kimś więcej niż przeciętnym ligowcem. A przecież potencjał ma potężny – w lutym Międzynarodowe Centrum Badań Sportowych (CIES) uznało go za drugiego najbardziej obiecującego zawodnika w Europie poniżej 20. roku życia. Lafont uplasował się za Gianluigim Donnarummą, a przed… Kylianem Mbappé. Zainteresowanie Napoli nie wzięło się znikąd, ale 19-latek nie potrafił dać drużynie czegoś ekstra i zapewnić choćby jednego punktu więcej, który dałby utrzymanie. Gra w Ligue 2 mu jednak nie grozi. Niewykluczone, że pójdzie śladem Benjamina Lecomte’a i po transferze stanie się jednym z najlepszych golkiperów ligi. Spadek będzie jednak oznaczał dla TFC finansową katastrofę. Za Diopa czy Lafonta spokojnie byliby w stanie zainkasować po 25 milionów euro, ale w przypadku negocjacji kwot odstępnego z pozycji klubu drugoligowego te kwoty będą znacznie niższe.

Okazało się, że na dłuższą metę formuła Pascala Dupraza się nie sprawdza. Najlepsze metody motywacyjne nie mogą nic zdziałać, jeśli brakuje dobrego planu taktycznego.

Szaleństwa Dupraza Trener Pascal Dupraz nie chciał jednak opierać drużyny w całości na młodziakach. Zamiast stawiać na Alexisa Blina czy Yanna Bodigera wolał wypożyczyć Gianellego Imbulę i zakontraktować doświadczonego Yannicka Cahuzaca. Trzeba jednak przyznać, że młodzi często grali poniżej oczekiwań, a na dodatek drużynie brakowało świeżej krwi. Na dłużej do składu wskoczył tylko pomocnik z Wybrzeża Kości Słoniowej, Ibrahim Sangare. 19-latek zanotował kilka niezłych występów, ale nie zbawił Fioletowych i czasem dostawało mu się za błędy innych. Ekspert francuskiego Canal+ Pierre Menes uznał go za najgorszego zawodnika meczu z Marsylią. Problem w tym, że Iworyjczyk... nie zagrał w nim ani minuty. Zresztą defensywnych pomocników był nadmiar. Niejednokrotnie trenerzy wystawiali trzech takich graczy, zostawiając tylko trójkę kreatywnych graczy, którzy mogliby coś zdziałać z przodu. Efekt? Średnio jeden gol na mecz. Jeśli zarząd faktycznie zastanawia się nad tym, co odpowiedzieć kibicom, to argument pięknej gry raczej nie przejdzie. W porządku, nie ma pieniędzy na transfery, ale jest charyzmatyczny trener, więc nie powinno być tak źle. Otóż nie. Okazało się, że na dłuższą metę formuła Pascala Dupraza się nie sprawdza. Najlepsze metody motywacyjne nie mogą nic zdziałać, jeśli brakuje dobrego planu taktycznego. Szkoleniowca zgubiła zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej nieomylności. – Fakt, że TFC jeszcze gra w Ligue 1 jest moją zasługą – przyznał w trakcie sezonu. Nie przyjmował żadnej krytyki, wykłócał się z dziennikarzami i kibicami, których winił za stratę punktów. – W Tuluzie nie ma kibiców. Ile jest miejsc na stadionie w Bordeaux? 50 tysięcy? Normalnie powinno przyjechać 25 tysięcy naszych fanów, ale tak na pewno nie będzie. Dobra publika może dać ci 10 punktów w sezonie. Zła sprawia, że tracisz punkty – powiedział ze złością. Dupraz nie wytrzymywał własnego szaleńczego podejścia do treningów, konferencji prasowych i meczów i zaczął mieć problemy z sercem. Wyniki pog-

| str. 72


LE BALLON MAGAZINE

arszały się równoległe ze stanem zdrowia szkoleniowca i stało się jasne, że trzeba przerwać współpracę. Zastąpiono go przeciwieństwem w postaci Mickaela Debeve’a. Były trener rezerw Toulouse uspokoił sytuację w szatni, w mediach i w tabeli. Początek był obiecujący. Z ośmiu meczów przegrał tylko dwa, z Marsylią i PSG, oba jedną bramką. Brakowało mu jednak pomysłów na ożywienie gry ofensywnej. Nie ma też charyzmy Dupraza, który pozwoliłaby wykrzesać z graczy dodatkowe moce. Ot, znany w środowisku trener bez większych kontrowersji osiągnął kiepski wynik. Sporą winę ponosi też oczywiście jego poprzednik, który nie wyrzeka się odpowiedzialności za to, co się stało. – Pamiętam, że zdobyłem 20 punktów w 22 kolejkach, więc ta sytuacja to też moja wina – przyznał po ostatniej kolejce Dupraz.

Pijany Delort Piłkarze nie pomagali swoim szefom. Andy Delort nie najlepiej poradził sobie z utratą miejsca w składzie na rzecz Sanogo i ukojenia szukał w alkoholu. Nie wiadomo czy je znalazł, wiadomo za to, że znalazła go policja. Podczas prowadzenia samochodu. We krwi miał dwa gramy alkoholu - dopuszczalny limit przekroczył czterokrotnie! Prawa jazdy jednak nie stracił... Bo nie miał go od trzech lat. Klub informował o kontuzjach, ale nieoficjalnie wiadomo, że przez dłuższy okres były snajper Caen nie prowadził się najlepiej i nie był zdolny do większego wysiłku fizycznego. Wszystko to wpłynęło na przygnębiający obraz klubu, który widzieliśmy w tym sezonie. Zostały jeszcze baraże z AC Ajaccio, nic nie jest więc przegrane. Zważywszy na to, że ekipa z Korsyki nie zagra meczu u siebie z powodu burd w poprzednim spotkaniu, TFC pewnie zdoła się uratować. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz mniej jest argumentów, by przekonać kibiców do przychodzenia na Stadium Municipal. Amerykańska punkowa grupa Gogol Bordello w swoim przeboju „Start Wearing Purple” śpiewa, że gdy tylko zaczniesz ubierać się na fioletowo, przepadnie twoje zdrowie psychiczne i rozum. W stolicy Oksytanii sytuacja jest odwrotna – tylko osoba, która ma nie po kolei w głowie chciałaby dobrowolnie przybrać barwy Les Violets.

| str. 73

TFC: PURPLE RAIN


TFC: PURPLE RAIN

LE BALLON MAGAZINE

| str. 74


LE BALLON MAGAZINE

PUCHAR GAMBARDELLA PRZEPUSTKA DO SENIORSKIEJ PILKI PUBLICYSTKA

Autor KAMIL TYBOR - igol.pl twitter: @KamilTybor

P

rzed finałem tegorocznego Pucharu Francji, który odbył się na Stade de France w Paryżu, miejsce miał inny prestiżowy mecz. Najważniejsze spotkanie rozgrywek juniorskich w kraju, okno wystawowe młodzieżowej piłki nożnej – finał Coupe Gambardella. Do rywalizacji o to trofeum przystąpiły drużyny ESTAC Troyes oraz Tours FC, a zwyciężyli młodzi zawodnicy z historycznej stolicy Szampanii. Puchar Gambardella to dla młodych graczy ostatnie wielkie wyzwanie przed przejściem w sportową dorosłość. Ten turniej to wizytówka futbolowego szkolenia w kraju Victora Hugo. Przed 1954 rokiem zwany był młodzieżowym pucharem Francji, a od sezonu 1954/1955 nosi imię swojego pomysłodawcy - Emmanuela Gambardelli, prezydenta francuskiej centrali piłkarskiej, sprawującego ten urząd w latach 1949-1953.

Mini Coupe de France Tak jak Puchar Francji, młodzieżowe trofeum może zdobyć praktycznie każdy. Walka rozpoczyna się każdego roku we wrześniu, a przed pierwszą rundą ogólnokrajową mniejsze zespoły rywalizują ze sobą na szczeblu departamentalnym i regionalnym. Akces do gry może zgłosić każdy zrzeszony

| str. 75

w ramach FFF i wystawić tylko jedną drużynę. Departamenty regionalne (francuskie odpowiedniki OZPN-ów w Polsce) przyjmują zgłoszenia do 15 czerwca, a finalna lista uczestników ogłaszana jest zawsze około miesiąca później. Regulamin turnieju przed każdym nowym sezonem przechodzi drobne korekty. Jednym ciekawszych jego zapisów jest ten mówiący, że wszystkie kluby dysponujące seniorską drużyną w rozgrywkach krajowych mają obowiązek wystawić swojego reprezentanta do młodzieżowej batalii.

Trampolina Dla młodych graczy marzących o profesjonalnych karierach jest to okazja nie tylko do nauki piłkarskiego rzemiosła, ale też do zaprezentowania się ogromnej rzesze widzów. Finał transmitowany jest przez francuską telewizję. Nie każdy z pretendentów do tytułu zawodowego piłkarza będzie mógł nim zostać. Akurat w tym kraju rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie, a wielu wyróżniających się młodych graczy już w wieku juniorskim trafia do pierwszych zespołów swoich klubów. Inni, ci albo mniej uzdolnieni, albo rozwijający się wolniej w Coupe Gambardella mogą nabrać doświadczenia i udowodnić swoją wartość. Jest to też szansa zwrócenia na siebie uwagi mniejszych klubów krajowych bądź tych za-

granicznych – choć wielu nigdy nie dotrze na poziom, o którym marzą. W XXI wieku zaledwie połowa zawodników występujących w finałach turnieju stała się profesjonalistami, ale wśród zwycięzców przewijają się nazwiska wielu uznanych ligowców czy późniejszych reprezentantów kraju.

Mbappé i inni Najnowszym przykładem harmonijnego przejścia z wieku juniora do dorosłej piłki - przez Gambardellę - jest Kylian Mbappé. Reprezentant Francji sięgnął po to trofeum w 2016 roku, kiedy AS Monaco U19 pokonując RC Lens odniosło czwarty triumf w historii. Przed Kylianem podobne scenariusze odegrali m.in.: Ludovic Giuly, który wygrywał z ekipą Olympique Lyon w 1994 roku, Patrick Vieira (AS Cannes, 1995), Djibril Cisse i Philippe Mexes (AJ Auxerre, 1999) czy Remy Cabella (Montpellier HSC, 2009). Ciekawą zgłoską w historii pucharu Gambardella zapisało się Stade Rennais. Najpierw w 1973 roku triumfowało wybitne pokolenie tego klubu z Christianem Gourcuffem na czele, a równo 30 lat później po puchar sięgnął... jego syn Yoann. Drużyna Rennes z 2003 dostarczyła ligowej francuskiej piłce kilku utalentowanych graczy. Obok Gourcufa juniora grali choćby Jacques Faty, Arnold Mvuemba, Gregory Bourillon i Jimmy Briand.


LE BALLON MAGAZINE

Klub z niewielkiego Auxerre jest fenomenem francuskiej piłki juniorskiej. Co roku akademia byłego zespołu Dariusza Dudki i Ireneusza Jelenia znajduje się w czołówce rankingu francuskiej federacji.

Inną wartą wspomnienia zwycięską drużyną z historii turnieju jest Olympique Marsylia z 1979 roku. Zespół w głównej mierze składał się z jej rodowitych mieszkańców. Tak mówi o nim jeden z jego ówczesnych zawodników, Jean-Charles De Bono: - To legendarna ekipa ponieważ w większości składała się z miejscowych chłopaków. Niesamowite - trzynastu graczy z tego samego miasta. Byliśmy wojownikami. Może nie byliśmy szczególnie zdolni technicznie, ale mieliśmy charaktery. Tworzyliśmy jedność. Było to jak dotychczas jedyne zwycięstwo OM w tych rozgrywkach, a jednym z ważniejszych graczy tej drużyny był Jose Anigo.

Polskie akcenty W sezonie 2007/2008, w 54. edycji rozgrywek, zaznaczył się polski gracz Grzegorz Krychowiak. Jeden z liderów dzisiejszej reprezentacji Polski jako zawodnik Girondins Bordeaux dotarł aż do paryskiego finału. 25 maja 2008 roku przed meczem finałowym Coupe de France i pojedynkiem Olympique Lyon - PSG, zespół Krychowiaka stoczył bój o zwycięstwo ze Stade Rennais. Niestety dla Krychowiaka - przegrany. Jego Bordeaux uległo Rennes 3:0. Kolegami Polaka z zespołu byli inni piłkarze przewijający się później przez Ligue 1: Henri Saivet, Gregory Sertic, Paul Lasne i Gabriel Obertan. Dla drużyny z Bretanii bramki zdobywali m.in. Damien Le Tallec i Yann M’Vila. Krychowiak nie wygrał, ale zwycięstwem w tym turnieju pochwalić się może inny reprezentant Polski, trochę już zakurzony: Ludovic Obraniak. Wychowanek FC Metz dotarł ze swoją drużyną do finału w 2001 roku i po pokonaniu SM Caen cieszył się z wygranej razem z m.in. Franckiem Berią i Ludoviciem Butelle. Przez całe rozgrywki oraz ich mecze finałowe przewijało się wielu zawodników mających związki z Polską. W większości byli to znaturalizowani już przez Francję potomkowie polskich imigrantów zarobkowych.

Najbardziej utytułowani Od 1954 roku, a wiec od czasu powstania Coupe Gambardella tylko trzy kluby zdołały wygrać go rok po roku: RC Lens, FC Nantes i dwukrotnie AJ Auxerre. Klub z niewielkiego Auxerre jest fenomenem francuskiej piłki juniorskiej. Co roku akademia byłego zespołu Dariusza Dudki i Ireneusza Jelenia znajduje się w czołówce rankingu francuskiej federacji. Praca z piłkarskim narybkiem zawsze traktowana jest tam bardzo poważnie, niezależnie od tego jak akurat wiedzie się drużynie seniorów.

W Auxerre poszczycić się mogą również innymi rekordami. 11 maja 1982 roku w finale rozgrywek pokonali Nancy 6:3, ustanawiając niepobity do dziś najlepszy wynik w liczbie zdobytych bramek. Dwa gole dla zwycięzców strzelił wtedy Jean-Marc Ferreri. Dotąd żadnej innej drużynie nie udało się zdobyć w finale aż sześciu bramek. AJA niemal w każdej edycji rozgrywek dochodzi do ostatnich rund. Na swoim koncie ma dwie finałowe porażki: w 1991 i 2007 roku, które wraz z wymienionymi wcześniej zwycięstwami składają się na dziewięć meczów o puchar. Trzynastokrotnie młodzieńcy z Auxerre meldowali się też w meczach półfinałowych. Wszyscy znają Mexesa, Djibrila Cisse czy Erica Cantonę, który w barwach tego klubu Gambardellę wywalczył w 1985 roku, strzelając trzy bramki w decydującym spotkaniu z Nancy. Auxerre jednak to nie tylko zawodnicy, ale też znakomici trenerzy. Najbardziej utytułowanym piłkarskim nauczycielem jest pełniący przez 20 lat funkcję szefa akademii Daniel Rolland. Może się pochwalić aż pięcioma finałami, a w latach 1982-1993 udało mu się wraz z jego podopiecznymi zdobyć cztery tytuły - to czyni go odnoszącym największe sukcesy w Coupe Gambardella mentorem. Ostatni sukces Auxerre to 2014 rok, kiedy drużynę prowadził Johan Radel, który został wówczas pierwszym w historii rozgrywek trenerem wygrywającym również jako zawodnik (1993 rok).

Finał 2018 W tegorocznym finale zmierzyły się ze sobą ESTAC Troyes i Tours FC. Dla obu tych klubów był to pierwszy awans na ten szczebel rozgrywek w historii, ale dla całej akademii z Tours miał to być finał wyjątkowy z jeszcze innego powodu. Szkółka Tours tkwiła w ostatnich miesiącach w żałobie za sprawą nagłej śmierci jednego z wychowanków, Thomasa Rodrigueza. Trener drużyny U19 mówił nawet, że jego podopiecznych zmobilizowała właśnie ta tragiczna historia i dzięki niej zaszli tak wysoko. Chcieli wygrać dla zmarłego kolegi. 8 maja wieczór na Stade de France należał nie tylko do zawodników PSG, ale również do 18-letniego Bryana Mbuemo z Troyes. Dzięki jego dwóm trafieniom gracze ze Stade de l’Aube pokonali Tours 2:1 i mogli cieszyć się z niebywałego sukcesu. Bohater spotkania nie jest już całkiem anonimowy - w lutym zadebiutował w pierwszej drużynie w zwycięskiej batalii z FC Metz, a potem rozegrał też kolejne spotkanie - ze Stade Rennais. Co ciekawe, Mbuemo zdobywając dwie bramki w finale powtórzył osiągniecie Kyliana Mbappé sprzed dwóch lat, kiedy Monaco ograło Lens. Dobra wróżba? Zwycięstwo w Coupe Gambardella jest ogromnym powodem do dumy dla klubowej akademii ESTAC. Klub powstał dopiero w 1986 roku i jest to jego pierwszy tak duży sukces. Jeżeli jednak prześledzimy całą piłkarską historię stolicy Szampanii, odnajdziemy zespół AS Troyes Saint-Savine, którego juniorzy wznieśli puchar w górę w jednej z pierwszych edycji turnieju, w 1956 roku. Zwycięzcy z dawnych lat gościli nawet niedawno na Stade de l’Aube, a niektórzy eksperci zapisują to osiągnięcie również na konto ESTAC.

Wraz z rozpoczęciem każdego nowego sezonu wychowankowie AJA zasilają kadry swojego bądź innych zespołów, bardzo często będąc przy tym jednymi z ich liderów albo gwiazdami całej ligi. Dobra praca u podstaw przyniosła w Burgundii rekordowe siedem zwycięstw w pucharze Gambardelli (1982, 1985, 1986, 1993, 1999, 2000, 2014). Kluby takie jak AS Monaco, AS Saint-Etienne i Nimes triumfowały tylko czterokrotnie.

| str. 76


CUDOWNA METAMORFOZA ZIELONYCH

LE BALLON MAGAZINE

ZIELONY SIEROCINIEC PUBLICYSTKA

Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

Koniec ery Christophe’a Galtiera w Saint-Étienne miał być początkiem nowego, lepszego życia jednego z najbardziej utytułowanych klubów we Francji. Niewiele brakowało, by nieodpowiedni wybór następcy Galtiera i zaprzepaszczone letnie okienko transferowe przekreśliły wszystko, na co były trener pracował przez ostanie lata. Gdyby Christophe Galtier był fanem polskiej muzyki i znał jeden z wersów utworu „Niepokonani” zespołu Perfect, może zaniechałby odejścia z Saint-Étienne i spróbował odbudować swój zespół, aby dopiero wtedy pożegnać się z nim w glorii? A może powinien to zrobić rok wcześniej, gdy po raz kolejny udało mu się awansować z Zielonymi do europejskich pucharów, zaś

| str. 77

wypalenie doświadczonego trenera było już dostrzegalne? Trudno powiedzieć. Wiadomo natomiast, że szereg błędów nowego szkoleniowca, Oscara Garcii, o mało nie doprowadził do tragedii, która po latach względnej stabilizacji i regularnej walki o czołowe lokaty w Ligue 1 nie miała prawa się wydarzyć.

Stare Dobre Małżeństwo Po dotkliwej porażce z PSG 13 grudnia 2009 roku posadę trenera Saint-Étienne stracił Alain Perrin. Jego miejsce, jak to często bywa we Francji, zajął asystent, dla którego była to pierwsza okazja na samodzielną pracę w seniorskiej piłce. Przez lata Christophe Galtier podróżował z Perrinem, zahaczając między innymi o Al-Ain, Portsmouth czy Lyon. 17. lokata – dla klubu druga z rzędu –


CUDOWNA METAMORFOZA ZIELONYCH

LE BALLON MAGAZINE

jaką Galtier zajął w debiucie, nie była satysfakcjonująca, ale mimo wszystko władze dały młodemu trenerowi szansę. Pod rządami nowego szkoleniowca z roku na rok Saint-Étienne odbudowywało pozycję. Wystarczy sprawdzić tabelę w kolejnych latach pracy Galtiera, aby dostrzec progres jego drużyny: 17, 10, 7, 5, 4, 5, 6, 8. Jednak jeszcze lepiej prezentuje się wykaz zawodników, na których szkoleniowiec postawił i których wypromował: Bafe Gomis, Aubameyang, Gradel, Payet, Matuidi, Guilavogui, Ghoulam, Saint-Maximin. Wszyscy ukształtowali się pod jego skrzydłami i zazwyczaj szybko odchodzili. Większość francuskich klubów w każdym okienku jest grabiona ze swoich najlepszych zawodników, ale tylko nieliczni są w stanie uzupełnić te luki bez zachwiania poziomu sportowego. ASSE Galtiera nie miało z tym problemu. Cynik znajdzie w relacji Galtiera z Saint-Etienne alegorię małżeństwa: żar uczuć, który towarzyszył jej pierwszym latom, musiał z czasem wygasnąć. W piłce nożnej osiem sezonów i tak jest epoką - a po tylu klub opuścił człowiek, który na nowo go ukształtował. Wizja przyszłości była niepewna, ale trwanie w przetartym, męczącym obie strony związku zarówno dla trenera, jak i drużyny, nie byłoby korzystne. Wyrok - rozwód.

“Jaka epoka, jaki wiek Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień I jak godzina Kończy się A jaka zaczyna” SDM - Z nim będziesz szczęśliwsza

New Order Oscar Garcia przychodził do ASSE jako trener na dorobku, ale także bogaty w różnorodne doświadczenia – od angielskiej Championship po Izrael. Szansę na przejęcie tak uznanego klubu we Francji dały mu sukcesy osiągnięte w Austrii z Red Bull Salzburg - dwa razy z rzędu zdobył mistrzostwo i krajowy puchar. Nieco gorzej wiodło mu się z austriacką ekipą w europejskich pucharach, gdzie za pierwszym razem odpadł w czwartej rundzie kwalifikacji do fazy grupowej Ligi Europy, zaś w kolejnym roku nie udało mu się wyjść z fazy grupowej rozgrywek. Les Verts wiele sobie po Hiszpanie obiecywali. Potwierdza to choćby udostępnienie mu środków transferowych, o jakich Galtier mógł tylko pomarzyć. Remy Cabella, Hernani, Assane Diousse, Gabriel Silva czy sprowadzony za rekordowe w historii klubu 10 milionów euro Lois Diony mieli zapewnić jakość i szansę na realną walkę o ponowny udział w europejskich pucharach. Początek zapowiadał, że nadzieje mogą się spełnić. Do połowy października ASSE zajmowało miejsce na podium i władze mogły dumnie wypinać pierś w oczekiwaniu na przypięcie do niej Orderu Legii Honorowej – choć tak naprawdę wyniki ciągnął wracający z wypożyczenia wychowanek Jonathan Bamba, nie zaś nowe nabytki. Do końca współpracy wystarczyło jedno załamanie. Choć trzeba przyznać, że

| str. 78


LE BALLON MAGAZINE

było to wyjątkowej urody zderzenie z rzeczywistością. Dla Saint-Étienne najbardziej prestiżowym spotkaniem w roku jest pojedynek z Olympique Lyon. Historia, podziały klasowe i oczywiście aspekt sportowy antagonizują obydwie drużyny do tego stopnia, że te spotkania powszechnie uznawane są za najgorętsze w całej Ligue 1. Mając tę wiedzę łatwiej zrozumieć, jak dotkliwe - i to na własnym stadionie - było przyjęcie od OL pięciu bramek, nie odwzajemniając się choćby jedną. Niekiedy taki siarczysty policzek działa otrzeźwiając, mobilizując zawodników i trenera do jeszcze mocniejszej pracy, ale nie w tym wypadku. Taka porażka z Lyonem to zbyt duża potwarz – musiała oznaczać koniec Garcii na Geoffroy-Guichard po zaledwie czterech miesiącach pracy.

In Dire Straits ASSE było w ciężkim położeniu: bez trenera, z niewypałami transferowymi, podłamane mentalnie. Strażaka klub zdecydował się szukać w najbliższej okolicy. Dokładniej: kilkoro drzwi dalej, w jednym z biur dyrektorskich. Julien Sablé w latach 1998-2007 rozegrał w barwach klubu znad Rodanu ponad 300 meczów, a po zakończeniu kariery piłkarskiej zaczął trenować młodzież w swoim byłym klubie – od czerwca 2017 pełnił również funkcję dyrektora centrum szkoleniowego AS Saint-Étienne. Sablé’a mianowano szkoleniowcem pierwszej drużyny, a w tym zadaniu wspierać miał go – w roli asystenta - doświadczony Jean-Louis Gasset: były trener Montpellier oraz wieloletni asystent Luisa Fernandeza i Laurenta Blanca. Eksperyment się nie powiódł. W siedmiu kolejnych meczach ASSE nie odniosło choćby jednego zwycięstwa, zbierając przy tym łomot kolejno na wyjeździe w Bordeaux (0:3) i Marsylii (0:3) oraz z Monaco (0:4) na swoim boisku. Ostatni cios okazał się zabójczym. Tkwiące u progu walki o utrzymanie Saint-Etienne zdecydowało się na zaskakującą zagrywkę – odwrócenie ról : od teraz Gasset był szkoleniowcem numer 1, a Sablé jego asystentem (sic!).

Niesamowite odrodzenie Debuchy’ego spowodowało, że bez ironii rozpatrywano jego kandydaturę do wyjazdu na Mistrzostwa Świata. Ba, niektórzy się go wręcz domagali.

Otwarte okienko transferowe pozwoliło na natychmiastowe wprowadzenie drugiej części planu ratunkowego. Gasset otrzymał mocne, doświadczone wsparcie. Neven Subotić, Mathieu Debuchy, Paul-Georges Ntep, Yann M’Vila, ściągnięty z wypożyczenia Robert Beric. Zawodnicy nieco przykurzeni, na zakręcie kariery, ale cały czas z odpowiednimi umiejętnościami i w wieku gwarantującym stabilność w nerwowych sytuacjach. Z klubu odeszli zaś piłkarze uznani za zbędny (i wciąż ciągnący na dno) balast. Letni niewypał, Loisa Diony’ego (16 meczów i 0 bramek – pomyśleć, że na nim miał być oparty atak ASSE !) odesłano do Bristol City. Do Fiorentiny odszedł Bryan Dabo, do Turcji - Florentin Pogba, a do ojczyzny wrócił Alexander Soderlund - kolejny z wielu nietrafionych następców Aubameyanga. Uosobieniem odbudowy Saint-Étienne okazał się Mathieu Debuchy. W Arsenalu od dawna nie grał – dwie poważne kontuzje odebrały mu pozycję w drużynie, a licznik mierzący czas od ostatniego meczu w lidze zaczął już

| str. 79

CUDOWNA METAMORFOZA ZIELONYCH

wyświetlać lata. Powrotu do Ligue 1 próbował już w sezonie 2015/16, ale wtedy zawiedzione jego grą na wypożyczeniu Bordeaux nie zechciało go zatrzymać, choć już wówczas Kanonierzy nie życzyli sobie pieniędzy. Zeszłego lata Nicea wybrała zaś zamiast niego Christophe’a Jalleta. Mimo tak długiej listy przeciwskazań Gasset od razu na niego postawił. Prawy obrońca już trzy dni od podpisania kontaktu wyszedł od pierwszej minuty na Amiens, po czym w 62. minucie otworzył wynik spotkania : do końca sezonu ta sztuka udała mu się jeszcze trzy razy. W tym – to też symbol odbudowy ASSE – w rewanżowych derbach z OL. Niesamowite odrodzenie Debuchy’ego spowodowało, że bez ironii rozpatrywano jego kandydaturę do wyjazdu na Mistrzostwa Świata. Ba, niektórzy się go wręcz domagali. Kolejną niespodziewaną twarzą projektu Gasseta jest wcześniej wymieniony Robert Beric. Przed sezonem bez żalu oddano go na wypożyczenie do Anderlechtu, co było w pełni zrozumiałe: przecież Zieloni zakontraktowali świetnego napastnika, Diony’ego... Słoweniec zupełnie sobie w Belgii nie poradził – sześć meczów i zero bramek – ale w konsekwencji odejścia dwóch snajperów Saint-Étienne musiało chwycić się brzytwy i znów na niego postawić. Snajper odwdzięczył się za zaufanie i do końca sezonu pokonywał bramkarzy przeciwników siedmiokrotnie, stając się obok Bamby czołowym strzelcem zespołu. Nowy zaciąg i zmiana formacji na 4-2-3-1 odmieniły grę dotychczas nijakich Les Verts. Defensywa, na czele z niezawodnym bramkarzem Ruffierem, w końcu zatrzymywała ataki przeciwników (zaledwie 13 straconych bramek w ostatnich 16 spotkanaich), dzięki czemu zawodnicy z przednich formacji mogli się spokojnie skupić na swoich zadaniach. Tak jak pierwsze w sezonie Derby Rodanu pogrzebały Garcię, tak drugie pokazały, że Zieloni odzyskali charakter. Od 19. minuty Lyon prowadził i kontrolował przebieg spotkania. Na jeden z nielicznych ataków goście zdecydowali się w 90. minucie spotkania. M’Vila długim zagraniem rozprowadził piłkę na skrzydło, Diousse szybko ściął do środka i zagrał do nadbiegającego Cabelli, ten wymienił klepkę z Ntepem i będąc przy linii końcowej płasko podał do Debuchy’ego, który spuentował sezon swój i ASSE - w ostatniej minucie derbów doprowadził do remisu. Niespodziewana odbudowa ASSE domagała się pięknego zwięczenia, którym z pewnością byłoby zakwalifikowanie się do europejskich pucharów. Niestety, porażki w 36. kolejce z Bordeaux, bezpośrednim rywalem o szóstą lokatę, i w kolejnym meczu z Monaco zaprzepaściły tę nadzieję. Siódma pozycja przed sezonem byłaby uznawana za niezadowalającą, ale patrząc przez pryzmat kadencji Garcii, pracę Gasseta można tylko chwalić. Trzeba przy tym przyznać, że pomogło mu szczęście – ani trener, ani zarząd nie mogli liczyć, że paniczne zimowe ruchy okażą się aż tak trafione. Bilans szkoleniowca - 11 zwycięstw, 5 remisów i 5 porażek - daje duże nadzieje na kolejny sezon. Green boys are back in town !


LE BALLON MAGAZINE

| str. 80


SEZON ŻYCIA KARLA TOKO-EKAMBI

LE BALLON MAGAZINE

PUBLICYSTKA

ŻYCIÓWKA

KARLA TOKO-EKAMBI INTROWERTYK W SZATNI, LIDER NA BOISKU.

W

yniki Angers w mijającym sezonie nie były niespodzianką, ale jeden zawodnik zasłużył na wielkie wyróżnienie. Karl Toko Ekambi był w znakomitej formie i walnie przyczynił się do pewnego utrzymania drużyny w Ligue 1. Czy Kameruńczyk przerósł swój klub?

Autor DAWID CACH twitter: @CachDawid

Ma 25 lat. Gra w klubie, który myśli wyłącznie o zapewnieniu sobie spokojnego utrzymania. Właśnie rozegrał sezon życia, strzelając 17 goli i przebojem wdzierając się do czołówki najlepszych snajperów Ligue 1. Zewsząd spływają zasłużone pochwały, ale powtarza się pytanie: czy to jednorazowy wyskok? Toko Ekambi to dla mocniejszych klubów wciąż zagadka. Nie brakuje zawodników, którzy dobrze radzili sobie w średniakach, a po głośnym transferze bezpowrotnie znikali z radarów. Jednak śledząc karierę Kameruńczyka widać, że rozwija się w spokojnym tempie i stale zmierza we właściwym kierunku. Od sezonu 13/14 tylko raz zdarzyło mu się strzelić mniej niż 10 goli. To było rok temu, kiedy debiutował w Ligue 1 i grywał na lewym skrzydle, a nie na środku ataku. Teraz zgłaszają się po niego kluby z Hiszpanii, Niemiec i Anglii. Wszystkie są skłonne spełnić żądania Angers i zapłacić około 20 milionów euro.

“Kiedy walczysz o utrzymanie, trudno oczekiwać od napastnika wielu goli. Karl jest naprawdę świetny. W tym sezonie dowiódł swojej jakości.” - Thomas Mangani, pomocnik Angers. “Zawsze wierzyłem w jego potencjał. Miał grać na lewym skrzydle, ale jako środkowy napastnik był tak skuteczny, że nie mógłbym przestawić go na bok.” - Stephane Moulin, trener SCO.

| str. 81

Introwertyk w szatni Baboye Traoré - przyjaciel z dzieciństwa - opowiada, że Karl zawsze był bardzo dyskretnym i cichym człowiekiem. Lubi się śmiać, stara się czerpać z życia pełnymi garściami, ale trudno przewidzieć co mu w duszy gra. Nawet wśród znajomych rzadko się odzywa. Zdecydowanie woli ciszę i samotność. Toko Ekambi udziela się w akcjach charytatywnych, ale również to stara się robić po cichu, bez rozgłosu w mediach. Wspiera kraje afrykańskie, z którymi nic go nie wiąże - przekazuje pieniądze na budowanie studni i szkół. Koledzy z drużyny podkreślają, że jego introwertyczna natura zostaje w szatni, a na boisku staje się prawdziwym liderem. Ludzie z jego otoczenia przepowiadają mu wielką karierę. Trener SCO zapewnia: „Karl nie boi się niczego, ani nikogo”. Zaznacza, jak ciężko Ekambi pracuje na treningach i uważa, że z tym podejściem musi sobie poradzić w większym klubie. Kiedy uczył się futbolu w Paris FC, jego talent był kwestionowany. Dopiero gdy dopadło go widmo utraty szansy na zawodową grę, zawziął się, by udowodnić swoją wartość i zaczął ciężej trenować. W latach 2007-2008 próbował sił w futsalu, co bardzo pomogło mu rozwinąć technikę. Podobnie jak w przypadku Wissama Ben Yeddera, to doświadczenie mocno dziś procentuje.


LE BALLON MAGAZINE

SEZON ŻYCIA KARLA TOKO-EKAMBI

Niezastąpiony

Quo Vadis?

Odejście Karla sportowo będzie dla Angers wielką stratą, ale klub ma szansę zarobić na nim równowartość rocznego budżetu. Część pieniędzy będą musieli przeznaczyć nowego napastnika, choć znalezienie zastępstwa podobnej klasy wydaje się mało prawdopodobne. Jako środkowy napastnik Ekambi ujawnia wszystkie swoje atuty: znane ze skrzydła szybkość, drybling i „przyciąganie” fauli, ale też wykończenie, uderzenie z dystansu i zaskakująco dobrą grę głową. Trener Moulin nie mija się z prawdą, nazywając go napastnikiem kompletnym.

Teraz napastnika czeka wielka decyzja – wybór klubu przed podpisaniem być może największego kontraktu w życiu. Ostatnim klubem łączonym z transferem Karla było niemieckie Hoffenheim. Wcześniej mówiło się także o ofercie w wysokości 16 milionów euro od Villarrealu. Francuskie media wspominają również o zainteresowaniu olimpijczyków z Lyonu i Marsylii.

- Skoro znalazłem się w gronie graczy przyzwyczajonych do regularnego zdobywania bramek, to może na to zasłużyłem. Przeszedłem drogę od trzeciej ligi przez Ligue 2 do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Moja ciężka praca popłaciła! - mówił Karl w niedawnym wywiadze dla beIN Sports. To znakomicie charakteryzuje Kameruńczyka, który rok temu cieszył się ze zwycięstwa w Pucharze Narodów Afryki. Nie zawsze można liczyć wyłącznie na talent.

Ze swoim wachlarzem umiejętności i futsalowym wyszkoleniem Toko Ekambi odnalazłby się i w Niemczech, i w Hiszpanii. Może naturalnym krokiem byłoby jednak przeniesienie się do silniejszego klubu Ligue 1, w którym mógłby potwierdzić klasę z minionego sezonu i na znajomym gruncie obyć się z europejskimi pucharami. Opinie trenera i kolegów podpowiadają, że gdziekolwiek trafi, jego pracowitość powinna gwarantować, że poradzi sobie w nowych warunkach.

W uznaniu za wybitny sezon Toko Ekambi otrzymał nagrodę im. Marca Vivien-Foe, wręczaną najlepszemu afrykańskiemu zawodnikowi Ligue 1. Przyjmując to ogromne wyróżnienie piłkarz nie potrafił ukryć wzruszenia. W upamiętniającym jego rodaka plebiscycie za plecami Karla uplasowali się Wahbi Khazri i Bertrand Traore.

| str. 82


RETRO: YOANN GOURCUFF

LE BALLON MAGAZINE

RETRO

YOANN GOURCUFF MAŁA GŁOWA W ZA DUŻYCH BUTACH

M

iał być jak Zidane, ale zgadzały się nie te liczby, co trzeba: wzrost (185 cm) i numer na koszulce (10). Można go porównać do Marco Reusa, ale tylko pod względem podatności na kontuzje. Tak jak Robinho, nie wytrzymał porównań do krajowej legendy. Yoann Gourcuff. Maruda, hipochondryk, niespełniony talent.

Autor SEBASTIAN CHROSTOWSKI - Gazeta Wyborcza Olsztyn twitter: @SebChrostowski

| str. 83

O 31-letnim dziś pomocniku świat po raz pierwszy usłyszał, gdy w 2006 trafiał z Rennes do Milanu. Wtedy jednego z najlepszych klubów Europy, regularnie bijącego się o finał Ligi Mistrzów. Już kilka lat wcześniej Gourcuffem interesowały się Ajax, Liverpool i Arsenal. Yoann wydawał się idealnie pasować do Kanonierów: młodziutki Francuz, jakich na początku XXI wieku w Arsenalu było mnóstwo. Piłkarz wybrał jednak Milan, gdzie konkurencja w środku pola była ogromna. Kakę, Andreę Pirlo, Clarence Seedorfa, Gennaro Gattuso i Massimo Ambrosiniego kibice Czerwono-Czarnych wspominają po dziś dzień z rozrzewnieniem, próbując raz na zawsze zapomnieć o ,,wynalazkach” pokroju Andrei Poliego czy Juraja Kucki. Nie wiadomo, co przekonało Gourcuffa do wybrania Mediolanu. Perspektywa pobytu w światowej stolicy mody? Przekonanie, że da radę wygryźć ze składu trzykrotnego zdobywcę Ligi Mistrzów z trzema klubami (Seedorf), przyszłego zdobywcę Ballon d’Or (Kaka) czy może ulubieńca kibiców Gattuso? Najbardziej prawdopodobna wydaje się jednak typowa dla artystów futbolu arogancja. Zauważył to Paolo Maldini: - Jego problemem było zachowanie. Nie miał pomysłu na siebie. Kiedy grał tutaj, nie integrował się z drużyną. Nie uczył się włoskiego. Spóźniał się. To za dużo przewinień, przeszkadzających w zrobieniu kariery – mówił Maldini. Francuz tłumaczył, że miał tylko dziewiętnaście lat, kiedy wyjechał za granicę. Dodawał jednak, że w Mediolanie wiele się nauczył.

Wystarczyło, by zostać gwiazdą Bordeaux…

Być jak Zidane Właśnie, Bordeaux. Wciąż młody, bo 21-letni środkowy pomocnik. Niebanalny, nieodgadniony, z wizją gry. Z wielką przyszłością. Włoski epizod już za sobą. Porównania Gourcuffa do ,,Zizou” nasuwały się same. Poza tym Francja poszukiwała bohatera. Ten w ostatnim meczu zawiódł, dając sprowokować się Marco Materazziemu. Po nieudanym Euro 2008 potrzebna była zmiana pokoleniowa. Osiem lat temu na mundialu w RPA nikt nie przeszedł jej bezboleśnie. Młodzi, nie udźwignęli spuścizny legend na czele z Zidanem czy Henrym. Starzy uważali, że teraz napocić i wykazać się powinni inni, choć na odsunięcie w cień przez trenera reagowali fochami. Z Zidanem Gourcuffa łączy jeszcze jedno. Magiczny gol, pamiętany przez wielu kibiców. Pamiętny wolej ,,Zizou” z Bayerem Leverkusen zdecydował o wygranej ,,Królewskich” w Lidze Mistrzów. Slalom między obrońcami przeciętnego wówczas PSG był jedynie jedną z wielu świetnych akcji, prowadzącą ,,Żyrondystów” do pierwszego mistrzostwa Francji od dziesięciu lat. - Jest w nim coś magicznego. Czułem się źle, gdy Zidane przeszedł na emeryturę. Obserwowanie Gourcuffa mnie wyleczyło. Kiedy widzę takich graczy jak on, znowu czuję się jak kibic – zachwycał się Christophe Dugarry, kolejny krzywdzący Yoanna porównaniami do ,,Zizou”.


RETRO: YOANN GOURCUFF

Naiwny jak Domenech Yoann przeżywał wtedy najlepszy czas w karierze. Dowodził drużyną, która przerwała hegemonię Olympique’u Lyon. Do Bordeaux był jednak tylko wypożyczony. Tytuł i liczne nagrody skłoniły Rossonerich, by dać introwertycznemu Francuzowi drugą szansę, ale nie zdołali go przekonać do powrotu. Żyrondyści mieli zaś w ramach umowy opcję wykupu za ok. 15 milionów euro. Wysoka jak na możliwości klubu kwota zwróciła się po zaledwie roku. Pomocnik za 22 miliony euro trafił do Lyonu, który dopiero co pomógł zdetronizować. To do dziś ostatni tak drogi zakup Les Gones. Mnóstwo cierpliwości do Gourcuffa miał Raymond Domenech, który także widział w piłkarzu Bordeaux nowego lidera ,,Trójkolorowych”, a więc – siłą skojarzeń – nowego Zidane’ a. Selekcjoner uwierzył w dojrzałość piłkarza. Chciał więc zbudować drużynę w oparciu o coś, czego nie było. Domenech popełnił w przygotowaniach do afrykańskiego mundialu szereg błędów. Także w przypadku Gourcuffa. Zwolennicy pomocnika wskazywali, że inteligentny, pochodzący z dobrej rodziny Gourcuff nie miał prawa wstrząsnąć wychowanymi w biednych dzielnicach Francji Henrym, Gallasem, Riberym czy Anelką i stać się ich liderem. Z Urugwajem pomocnik zagrał 75 minut. Z Meksykiem Gourcuff nie grał w ogóle, a po porażce 0:2 wicemistrzowie świata pożegnali się z turniejem. „Nowy Zidane” odmeldował się szczególnie żenująco, dostając czerwoną kartkę już w 25 minucie.

Ojciec trenuje syna Olympique Lyon był ostatnim wielkim klubem w jego karierze. Obecność Yoanna w OL była jednym z symboli słabości klubu, dominującego we Francji na początku stulecia. Piłkarz przychodząc na Stade Gerland miał 23 lata. Był wystarczająco młody, by odbudować się po słabym Mundialu. Nie pozwolił mu charakter. Nie lubili go reprezentanci Francji oraz kibice, uważający go za hipochondryka. Furorę w internecie robiły nagrania, na których Yoann doznaje urazu dłoni przy przybijaniu piątek i gdy z grymasem bólu na twarzy łapie się za plecy po wygłupach kolegów na ławce rezerwowych.

LE BALLON MAGAZINE

na opinia. Yoann jest synem Christiana Gourcuffa, trenera. Ojciec ściągnął syna do Rennes, kiedy ten rozwiązał kontrakt z OL, i mocno na niego stawiał. Zdaniem fanów – zbyt mocno. Historia niejako zatoczyła koło, ponieważ kiedy Yoann pracował na miano cudownego dziecka francuskiego futbolu w Rennes, trenerem drużyny również był jego ojciec. Christian zawsze bronił syna, wdając się m.in. w sprzeczkę z krytykującym go Paolo Maldinim. Dostawało się doświadczonym reprezentantom Francji, jak Franck Ribery czy Thierry Henry, którzy jego zdaniem osaczyli Yoanna podczas MŚ w RPA. Ojciec nie był jednak jedynym obrońcą zmarnowanego talentu. – Ma charakter do pracy, ale jest człowiekiem, który jeśli ma problem, nie każdemu o nim powie. Musi komuś zaufać. Jeśli to zrobi, zwierzy się i rozwiąże problem, wtedy jest całkowicie oddany piłce. Bez zaufania jest bezproduktywny – opisywał Gourcuffa Jean Louis Gasset, asystent Laurenta Blanca w Bordeaux. Etykietce trudnego charakteru nie pomagały mnożące się kontuzje. Podczas pięcioletniego pobytu w Olympique nabawił się ich czternastu. Naderwane ścięgno Achillesa, złamany palec u nogi, urazy przywodziciela, pachwiny, kostki, uda, pleców, a przede wszystkim problemy z kolanem dławiły talent zawodnika. Kiedy grał, pokazywał przebłyski wielkich możliwości – zwłaszcza w duecie z równie chorowitym Clementem Grenierem, z którym w OL rozumiał się najlepiej. To jednak nie wystarczyło. Sześćset dni, czyli prawie dwa z pięciu lat w Lyonie, Gourcuff spędził na rehabilitacji. Wsparcia nie otrzymywał. Publicznie za brak zaangażowania krytykowali go prezydent Jean Michel Aulas i kapitan Maxime Gonalons. Francuscy lekarze uważali, że winne są nie tylko kruche kości czy mięśnie, ale przede wszystkim psychika Yoanna – blokująca go na boisku i w procesie dochodzenia do formy. Transformacja Gourcuffa w Zidane’ a nie miała prawa się udać. Przecież nawet urodzony w Marsylii wirtuoz spuentował swoją karierę psychiczną porażką. Wyobraźcie tylko sobie, jak w sytuacji z Materazzim zachowałby się Yoann Gourcuff?

Kiedy już Gourcuff odszedł z Lyonu, przyległa do niego kolejna mało pochleb-

| str.84


LE BALLON MAGAZINE

ZDANY EGZAMIN? SEZON W WYKONANIU BENIAMINKÓW PUBLICYSTKA

Autor MATEUSZ DUBICZEŃKO twitter: @M_Dubiczenko

P

omimo dodatkowej przeszkody w postaci meczu barażowego, tradycyjnie powitaliśmy w lidze trzy nowe zespoły. Sumarycznie tegorocznych beniaminków można ocenić pozytywnie: tylko jeden zespół pożegnaliśmy po pierwszym roku. Pozostałe dwa, choć musiały walczyć do końca, zwyciężyły w dobrym stylu.

Amiens S.C. Na miano prymusa wśród „świeżaków” zasłużył debiutant – Amiens. Zespół ze Stade de la Licorne to monolit: zgrana, skuteczna ekipa. Na pierwszy plan wyłania się jednak – co nie będzie zaskoczeniem – Gael Kakuta, który odżył po przenosinach do tego klubu i zażegnaniu licznych problemów zdrowotnych. Były piłkarz Sevilli i Chelsea

| str. 85

stał się niezaprzeczalnym liderem drużyny. Wyróżnienie tego pomocnika byłoby jednak za proste. Warto wskazać innego bohatera, który pozostaje na drugim planie. Mowa o bramkarzu – Regisie Gurtnerze. Golkiper trafił do klubu za sprawą trenera Christophe’a Pellissiera, z którym napisał już wcześniej piękną historię. Panowie skutecznie współpracowali w trzecioligowym Luzenac, walnie przyczyniając się do historycznego sukcesu ekipy z Oksytanii, jakim był awans do Ligue 2. Co więcej, w tamtym sezonie (2012/2013) Luzenac w National mierzyło się także z Amiens. Pomimo 31 lat na karku zainteresowanie tym bramkarzem powinny wykazać silniejsze kluby. Choćby mająca kłopot z tą pozycją Nicea. Amiens zapewniło sobie przetrwanie sprawnymi ruchami transferowymi.


LE BALLON MAGAZINE

RC Strasbourg Udało się nie zmarnować wywalczonego po wielu gorzkich latach sukcesu i pokazać, że dominacja w Ligue 2 nie była przypadkiem. Walka trwała jednak do samego końca, a trener Thierry Laurey w trakcie sezonu musiał mierzyć się z wielkimi problemami w każdej formacji zespołu. Pomimo gry piątką obrońców ekipa z Alzacji straciła aż 67 goli - gorsze były tylko Dijon i Metz. Duże doświadczenie Kadera Mangane’a i Bakary’ego Koné nie okazało się gwarantem pewności. Na dodatek regularnie zawodzili bramkarze, którzy zmuszali trenera do rotacji trójką: Kamara, Oukidja, Bonnefoi. Największym atutem Strasbourga było domowe boisko, gdzie zdobyli większość swoich punktów. W nowym sezonie będą musieli znacznie poprawić się na wyjazdach, bo w tym roku wypadli w tej materii lepiej tylko od piłkarzy Troyes. Żaden piłkarz nie wyróżnił się w liczbach. Na boisku szczególną uwagę przyciągał wypożyczony Martin Terrier, który przyjął podobną do Kakuty w Amiens rolę technicznego lidera drużyny. Wyrzut sumienia Lille nie wróci już do macierzystego klubu, gdyż popisy w Strasbourgu zapewniły mu kilkunastomilionowy transfer do OL. W ataku RCSA brakowało kogoś, kto byłby w stanie regularnie zapewniać gole – najlepszym strzelcem drużyny był mający zaledwie siedem trafień Bahoken.

Szczególnie wyróżnił się snajper Moussa Konate. Można było się zastanawiać, jak Senegalczyk odnajdzie się w mocniejszej lidze niż szwajcarska Super League. Koniec końców zanotował swój drugi najskuteczniejszy sezon ligowy w karierze. Więcej, bo 16 goli, strzelił tylko w sezonie 14/15 dla Sionu. Jego dyspozycja nie uszła również uwadze selekcjonera, który powołał go na MŚ, pomimo iż nie stawiał na niego w eliminacjach. W drugim sezonie trener Pellissier będzie miał przed sobą kawał pracy, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak wielu wypożyczonych piłkarzy odejdzie z klubu. Wyzwaniem będzie podtrzymanie dotychczasowej skuteczności transferowej. Najważniejsze, by piłkarze nie poczuli się zbyt pewnie po sezonie, w którym skazywani na pożarcie niejednokrotnie poskrobali marchewkę mocniejszym rywalom.

Na indywidualne wyróżnienie za rolę drugoplanową zasługuje Kenny Lala. Prawy defensor ściągany latem z Lens potwierdził, że nieprzypadkowo przyglądały mu się kluby mocniejsze od Alzatczyków. Nie można zapomnieć również o Dimitrim Liénardzie, uzupełniającym w razie potrzeby aż trzy pozycje: lewą pomoc, lewą obronę lub środek pomocy. 30-latek przed rokiem był kluczowym graczem RCSA z 11 asystami na koncie - w tym jedną w ostatnim, decydującym meczu sezonu. Teraz musiał walczyć o miejsce w zespole, ale i tak zakończył rozgrywki jako bohater. Jego doskonały rzut wolny w 94. minucie meczu z Lyonem w przedostatniej kolejce zapewnił Strasbourgowi zaskakujące zwycięstwo i utrzymanie. Latem Strasbourg musi poszukać na rynku nowego lidera ofensywy, który będzie potrafił regularnie wpływać na wyniki meczów. Bez tego kolejny rok w Ligue 1 może okazać się zbyt trudny.

Bardzo prawdopodobne, że za rok Troyes znów wróci do Ligue 1. Dysponują zbyt silną kadrą, by na zapleczu popaść w przeciętność

ESTAC Troyes Po raz wtóry mogliśmy się przekonać, że Troyes to klub zawieszony w próżni pomiędzy ligami. Stale okazują się zbyt mocni na poziom Ligue 2 i notują awans, by chwilę później spaść z większym lub mniejszym hukiem z francuskiej elity. Od 2005 roku ESTAC czterokrotnie awansowało do Ligue 1 i trzykrotnie natychmiast wracało na zaplecze. W kontekście tej drużyny pierwsze przychodzi do głowy nazwisko nieśmiertelnego Benjamina Niveta. Przed rokiem to 41-latek zapewnił drużynie awans golem w play-offie. W pierwszej lidze pojawiał się na boisku rzadziej, ale wciąż wydawało się, że zespół się bez niego gubi. To co odróżnia tę przygodę Troyes od poprzednich, to zaufanie wobec trenera odpowiedzialnego za promocję do L1. Jean-Louis Garcia nie miał łatwej pracy, ale zdołał wyraźnie rozwinąć kilku nieznanych, przeciętnych graczy. Choćby Christophe’a Herelle’a, którego wykreował na wodza defensywy. 25-latek reprezentujący Martynikę był już nawet w mediach wskazywany jako potencjalny nabytek FC Porto. W klubie odżył również wypożyczony z Marsylii Saif Khaoui. Trudno podejrzewać, że Tunezyjczyk wróci do OM i odegra ważną rolę, ale wciąż młody zawodnik powinien łatwo znaleźć miejsce u któregoś z ligowych średniaków. Bardzo prawdopodobne, że za rok Troyes znów wróci do Ligue 1. Dysponują zbyt silną kadrą, by na zapleczu popaść w przeciętność. Może lepiej byłoby jednak, gdyby poczekali z comebackiem i na kolejny awans uzbroili się lepiej niż mają w zwyczaju. – Zderzenie beniaminków z najwyższym poziomem nie było w tym roku bolesne. Obyło się bez katastrof, a niespodzianki były głównie pozytywne, choć Troyes zabrakło nieco szczęścia. Amiens i Strasbourg muszą się teraz postarać, by nie zatrzeć świetnego pierwszego wrażenia i nie zgłosić nieprzygotowania już na starcie kolejnego sezonu.

| str. 86


PRZYGODY SAMIRA NASRIEGO

LE BALLON MAGAZINE

NASRI: PIŁKARZ WYKLĘTY RETRO

Autor PATRYK IDASIAK - Retro Futbol twitter: @PatrykIdasiak

S

trzał Panenką, ruleta Zidane’a, rola Makelele i... Memoriał Nasriego. Nazwiskiem francuskiego pomocnika dziennikarz Paweł Wilkowicz nazwał twitterową zabawę zachęcającą do wymieniania najbardziej znienawidzonych piłkarzy. Tak oddał najwłaściwszy hołd zawodnikowi, który zamiast z gry, słynie z wyjątkowej bezmyślności. Określenie przyjęło się przy okazji 1/8 finału Ligi Mistrzów w sezonie 2016/17, kiedy Samir Nasri w 74. minucie rewanżowego spotkania z Leicester osłabił Sevillę idiotyczną czerwoną kartką. Po tym, jak został odepchnięty przez Jamiego Vardy’ego, wymierzył mu (delikatny wprawdzie) cios „z byka”. Wszystko to w centrum uwagi - Vitolo prowadził piłkę

| str. 87

ledwie metr dalej, więc sędzia nie mógł przeoczyć zajścia.

- Gdyby był zagranicznym zawodnikiem, angielska prasa określiłaby go mianem oszusta. Wygrywasz dwa do zera - graj jak mężczyzna. Nie jesteś lepszy na boisku, ale jednak wygrywasz 2:0, jesteś w tym momencie w ćwierćfinale. Masz swoją jakość, jesteś też reprezentantem, nie musisz tego robić mówił wówczas zdenerwowany Francuz. Cóż, Vardy rzeczywiście zachował się nieco teatralnie, ale zganianie winy tylko na jedną ze stron jest w tym przypadku śmieszne. Czy naprawdę trzeba było uderzać „z Zidane’a”?

- Uważam, że wcześniej mnie faulował. Zapytałem: “Co ty robisz?”. Wtedy stanął tuż przed moja twarzą. Zareagowałem, ale


PRZYGODY SAMIRA NASRIEGO

LE BALLON MAGAZINE

nawet nie dotknąłem go głową. Zasymulował. Powinienem był pomyśleć o jego reputacji. Taka jest prawda, ale i tak o tym nie napiszecie... - Samir nie potrafił pogodzić się z karą i pokazał to już na boisku. Świeżo ukarany kartką, biegał po murawie niczym osa, która wleciała przez okno i zapomniała którędy.

Z dala od murawy Ostatnio Francuz zasłynął innym skandalem: zarobił półroczny zakaz gry w piłkę. Jak to się stało? W grudniu 2016 roku pomocnikowi wstrzyknięto zbyt dużą dawkę podczas infuzji, co zostało udowodnione przez Światową Agencję Antydopingową. 500 mililitrów w zabiegu hydratacji, w postaci sterylnej wody i mikroelementów. Zawieszenie otrzymał w lutym tego roku, jednak wówczas był już wolnym zawodnikiem. Niezadowolony z jego formy Antalyaspor miesiąc wcześniej rozwiązał z nim kontrakt. Sprawa wyszła na jaw, bo zadowolony z kuracji Nasri zapozował do zdjęcia z Jamilah Sozahdah, seksowną pielęgniarką i jedną z założycielek fundacji Drip Doctors z Los Angeles, w której doszło do zabiegu. Pielęgniarka była na tyle atrakcyjna, że Samir nie umiał się nie skusić. Rozpętała się burza. Okazało się, że model biznesowy kliniki jest... Specyficzny. Reklamują ją nagie siostry Sozadah, budując w ten sposób wizerunek firmy. Angielskie media porównały je do rodziny Kardashian. Francuz miał wpaść w miłosne sidła jednej z pielęgniarek-modelek. Przynajmniej tak twierdziło... jego własne konto na Twitterze, które zostało zhakowane. Oto kilka przykładów:

Dostarczyła mi także pełnych usług seksualnych. Mężczyźni, miejcie pewność, że otrzymacie tę usługę. Dziwki przychodzą i pieprzą się z wami tego samego dnia!

Król parkietu Jamilah przyznała, że wymieniała się z Samirem numerem telefonu “w celach zawodowych” oraz do tego, że Francuz wypytywał: “gdzie tutaj są dobre balety?”. Poleciła lokal swojego znajomego. Tam mieli się spotkać. Afera z pielęgniarką na dobre przekreśliła ponaddwuletni, burzliwy związek Nasriego z Atanes. Jak było naprawdę, można się tylko domyślać, ale przeszłe wybryki piłkarza nie zostawiają mu dużego kredytu zaufania. Miejsca w których się go widuje, przybierane pozy, stroje – Nasri nie robi wrażenia rozważnego faceta. Paradowanie w koszulce z hasłem „pervert” (ang. zboczeniec), nocne pielgrzymki po klubach Las Vegas z kumplem z Arsenalu Marouanem Chamakhiem, występ na nagraniu z imprezy z Ahmedem Yahiaouim (ex-OM) w towarzystwie kilkunastu woreczków marihuany – to tylko krótki wycinek z wakacyjnego pamiętnika Samira.

Wzór Wszystko to 100% prawda. Dziewczyna na zdjęciu to Jamilah. Przyszła do mojego pokoju o 3:00 w nocy i kontynuowała inne usługi

Twitter usuwa moje tweety, ale pamiętajcie, że jeśli będziecie samotni w pobliżu Los Angeles, to możecie odezwać się do Drip Doctors.

Intruz, który przejął konto (prawdopodobnie dziewczyna Nasriego) polecał usługi seksualne kliniki. Nasri miał otrzymywać kroplówki od Jamilah, która jednak zaprzeczyła, że doszło między nimi do kontaktów seksualnych. Stwierdziła też, że została bezzasadnie zaatakowana przez Anarę Atanes, dziewczynę Nasriego, która udała się tam razem z nim i sama polecała mu tę klinikę. Między paniami podobno doszło nawet do bójki w nocnym klubie, a Anara miała chwycić pielęgniarkę za szyję.

Straconego związku z Anarą trzeba mu jednak współczuć. Para wydawała się dla siebie stworzona, a Nasri zawsze mógł liczyć na jej wsparcie w trudnych sportowo czasach. Tak jak wtedy, gdy Didier Deschamps odmówił mu wyjazdu na Mundial do Brazylii. To dziewczyna wystosowała w mediach społecznościowych komentarz, w którym przepięknie ubrała w słowa uczucia partnera: “Pierdolić Francję i pierdolić Deschampsa. Co za gówniany menedżer.” Kosza od Deschampsa Nasri postanowił odreagować na wczasach w Dubaju. Francuz – z rozrzutnością godną najlepszych czasów Mario Balotellego - niechlujnie odparkował swoje Porsche gdzieś w Manchesterze i wyjechał się wygrzewać. Auto odholowano, a on wyparł się własności. Pasja do motoryzacji musiała w nim przygasnąć, kiedy kilka lat wcześniej na pół roku stracił „prawko” za zbyt szybką jazdę. Zanim przyznał się do wielokrotnego przekroczenia przepisów, przez dwa lata wykłócał się z brytyjskimi władzami o niesłuszność kary. Może przegrał karierę i związek, ale przynajmniej teraz może się w końcu pobawić.

| str. 88


LE BALLON MAGAZINE

POMOCNIK TRWALSZY NIŻ ZE SPIŻU BENJAMIN NIVET: 40-LATEK W LIGUE 1 PUBLICYSTKA

Autor MICHAŁ BOJANOWSKI twitter: @Bojanowski33

R

ok 1997 był szalony. Bokserskie szaleństwo poniosło Mike’a Tysona, gdy odgryzł Evanderowi Holyfieldowi kawałek ucha. Muzyczne - wzięło górę w polskich stacjach radiowych, które katowały Polaków gorącymi kobietami Norbiego. Szaleństwo rajdowe, przykre – uciekającego przez paparazzi Henriego Paula doprowadziło do wypadku samochodowego, w wyniku którego zginęła księżna Diana. Nieco ponad tydzień po tragedii, niecałe 200 km na południowy wschód od Paryża - w Auxerre - na boiskach Ligue 1 zadebiutował 20-letni Benjamin Nivet. Dwie dekady później ten sam piłkarz, mający za sobą ponad 600 występów na dwóch najwyższych szczeblach francuskiego futbolu, wciąż trwał w swojej pasji. Nie we

| str. 89

francuskim odpowiedniku ligi szóstek czy A-klasy, a na profesjonalnym poziomie w barwach ESTAC Troyes, które zajmując trzecie miejsce w Ligue 2 wywalczyło prawo walki o ekstraklasę. Wątpliwe, aby udało się dostąpić tej szansy bez Niveta, który w wieku 40 lat, jako ofensywny pomocnik, rozegrał na zapleczu Ligue 1 36 meczów, strzelając siedem bramek i asystując przy ośmiu.

Do nieba wzięci Barażowy dwumecz z Lorient był szansą na zabliźnienie ran po tragicznym sezonie 2015/16. Wówczas Nivet także grał w Troyes i dobrze pamięta słynny – rekordowy w historii ligi – łomot 0:9 od PSG. Klub z przeszywającym hukiem zleciał z Ligue 1, odnosząc pierwsze zwycięstwo dopiero pod koniec stycznia, a sezon kończąc z zaledwie 18


LE BALLON MAGAZINE

Większość jego klubowych kolegów nie pamięta czasów, gdy Francja nie była jeszcze mistrzem świata – a Nivet miał już wówczas 20 lat i stawiał pierwsze kroki w profesjonalnej karierze. Jego pierwszy kontrakt opiewał na kwotę podaną we frankach, które zostały wyparte przez euro w 2002, a wpisana suma wynosiła zaledwie 15 tysięcy, co w przeliczeniu daje nieco ponad 2000 euro. Zapytany o różnice między futbolem z początków jego kariery a obecnym, odpowiada: - Postęp w globalizacji piłki jest naprawdę niewyobrażalny. Szeroko zakrojone relacje z mediami, liczba transmisji telewizyjnych... Kiedyś wszystko było bardziej swojskie. Gdy zaczynałem grę pod okiem Guya Rouxa, nie do pomyślenia było też, żeby agenci wchodzili na teren bazy Auxerre, a teraz są wszechobecni. Mimo różnicy wieku nie ma problemu z kontaktem z kolegami. Nie korzysta z portali społecznościowych, ale nie potępia zawodników korzystających z nowych technologii. Tęskni jednak za futbolem swojej młodości: - Pieniądze zarabiane przez obecnych piłkarzy są szalone i trochę kuszące, ale sposób w jaki gram bardziej przystaje do lat 70. i 80., kiedy gra była mniej intensywna, z czym miałem zawsze problem, a bardziej liczyło się zaangażowanie do ostatniej minuty. Tę zawziętość ilustruje choćby liczba żółtych kartek, jakie Nivet zebrał w trakcie kariery. Dziś typowy ofensywny pomocnik nie jest aż tak bardzo zaangażowany w grę obronną; czasem nawet wręcz ją pozoruje. Nivet jest inny. Twardy. Stale ogląda minimum sześć żółtych kartek rocznie. Mimo takiej gry tylko raz – w sezonie 2011/12 – otrzymał bezpośrednią czerwoną kartkę. „Zawzięty” nie znaczy „brutalny”.

Niezawodny punktami, 19 oczek za przedostatnim Gazelec. Mimo kompromitacji ESTAC Nivet nie musiał wstydzić się za swoje występy. Zaliczył ponad 30 występów, trzy gole i pięć asyst. Nietrudno się domyślić, jak bardzo zmotywowani podchodzili do barażu zawodnicy Jean-Louisa Garcii. Spotkanie na Stade de l’Aube lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy po golu Stephane’a Darbiona schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem. Po przerwie Troyes zgasło, a do głosu doszło Lorient, które na 10 minut przed końcem spotkania doprowadziło do remisu. Już wydawało się, że decydujący o awansie będzie rewanż, ale w 91. minucie na 25 metrze piłkę przyjął nie kto inny, jak Nivet. Celnym uderzeniem pokonał swojego imiennika Benjamina Lecomte’a. Szaleństwo ogarnęło nie tylko kibiców, ale też samych zawodników. Ostatniego gwizdka Ruddy’ego Buqueta, który wybrzmiał dwie minuty później,

strzelec wyczekiwał z zabandażowaną głową: - Kiedy świętowaliśmy moją bramkę przeciwko Lorient, przez przypadek moja czaszka zaliczyła kontakt z zębami Jimmy’ego Giraudona, a że włosów na niej nie ma, zostałem delikatnie skrobnięty. W rewanżu Benjamin Nivet zagrał tylko 20 minut, ale w meczu nie padły bramki i Troyes mogło cieszyć się z awansu. Doświadczony pomocnik przypomniał światu o swoim istnieniu. Po zwycięskim dwumeczu mer Troyes, Francois Baroin, pół-żartem, pół-serio powiedział, że musi zacząć szukać w mieście odpowiedniego miejsca na pomnik dla Niveta.

Z innej epoki W styczniowym wywiadzie dla „Le Parisen” 40-latek podsumował długą karierę.

Benjamin Nivet jest fenomenem pod względem regularności. Przez kolejne 14 sezonów, zaczynając od 2003 roku, nie zdarzyło mu się rozegrać mniej niż 30 ligowych spotkań. Ponad 600 meczów, 111 goli i niemal tyle samo asyst. Jak na pomocnika ciągle zawieszonego między dwoma szczeblami ligi – świetne liczby. Pomocnik Troyes nie ma w swojej gablocie wartościowych trofeów – Auxerre zwyciężyło w 1997 roku w Pucharze Intertoto, ale Nivet nie miał wkładu w ten sukces - jednak nie znaczy to, że nie ma czym się pochwalić. W 2006 roku w rankingu L’Equipe znalazł się wśród 10 najlepszych pomocników sezonu. Jest również rekordzistą pod względem liczby nominacji do XI sezonu w Ligue 2: trafiał tam w 2005, 2010, 2013 i 2014. Miniony sezon zakończył 14-letnią pasę, gdyż pomocnik po raz pierwszy w karierze doznał poważniejszej kontuzji, która wykluczyła go na niespełna trzy miesiące. I tak rozegrał 25 spotkań w Ligue 1. Szybko doszedł do siebie i strzelając w kwietniu przeciwko Marsylii stał się najstarszym zdobywcą bramki w historii ligi.

| str. 90


LE BALLON MAGAZINE

Był również jedynym obok Vitorino Hiltona zawodnikiem po czterdziestce na boiskach francuskiej ekstraklasy. Kwiecień Niveta był na tyle dobry – dwie bramki i asysta – że trener Jean-Louis Garcia wskazał weterana jako najważniejsze ogniwo drużyny w walce o utrzymanie. Zwyżkę formy doświadczonego pomocnika docenił również portal Football Stories, w którego ankiecie na najlepszego zawodnika sezonu Nivet zajął trzecie miejsce, za Cavanim i Gustavo, ale przed Neymarem. Wyróżnienie z przymrużeniem oka, ale i z dozą szacunku dla staruszka. Próba utrzymania ESTAC się nie powiodła. Klub zajął finiszował na 19. miejscu i pożegnał się z Ligue 1. Benjamin nie planuje jednak kończyć kariery. Umowa wygasa wraz z końcem czerwca, ale zawodnik podkreśla, że czuje się na siłach do dalszej gry. Na jego słowie można polegać tak samo, jak na grze, więc niewykluczone, że niebawem jeszcze raz wróci do L1.

| str. 91


REDAKC JA REDAKTOR PROWADZĄCY

WSPÓŁPRACA

KOREKTA

Jordan Berndt

Magdalena Żywicka Wojciech Adamczak Sebastian Chrostowski Michał Gutka Patryk Idasiak Romain Molina Mariusz Moński Kamil Tybor

Eryk Delinger

REDAKTORZY

Michał Bojanowski Dawid Cach Eryk Delinger Mateusz Dubiczeńko Błażej Jachimski

KONTAKT leballonmag@gmail.com

GRAFIKA

Jordan Berndt Maciej Klebaniuk Kacper Sokół


LE BALLON LIGUE 1 SEZON 2017/18 - MAJ 2018 LEBALLONMAG.PL

Magazyn Le ballon - numer 5  

Podsumowanie sezonu 2017/18 Ligue 1. leballonmag.pl

Magazyn Le ballon - numer 5  

Podsumowanie sezonu 2017/18 Ligue 1. leballonmag.pl

Advertisement