Issuu on Google+

Temat numeru:

Studenckie rodzinki

TR Y BY K A T O L I C K I M I E S I Ę C Z N I K S T U D E N C K I ISSN: 2083-8948

listopad

Kraków, nr 8(26)/2013


W Sanktuarium bł. Jana Pawła II w Krakowie-Łagiewnikach trwa nowenna 9 miesięcy przygotowująca do kanonizacji polskiego papieża. Zapraszamy każdego 22. dnia miesiąca na Mszę św. z Procesją Światła, a także do modlitwy w tym szczególnym miejscu w dni powszednie i niedziele.

Msze św. w niedziele i święta: 8:00 Kościół Relikwii 10:00 Kościół Górny 11:00 (dzieci) Kościół Relikwii 12:30 Kościół Górny 17:00 Kościół Relikwii Msze św. w dni powszednie: 8:00, 10:00, 12:00, 17:00 www.sanktuariumjp2.pl

Uważajcie na siebie. Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: «Żałuję tego», przebacz mu. (Łk 17,3) /Jezus Chrystus /


K r a k ó w

|

W a r s z a w a

|

od redakcji 3

P o z n a ń

Listopad 2013 T R YB Y

Czy macie ulubione piosenki na chandrę? Ja mam. Lubię wtedy The Cranberries, Tracy Chapman i Natalię Niemen. I dlatego w tym numerze „Trybów” jest wszystko to, co kocham. Waszej uwadze polecam wywiad z Natalią z TYCH Niemenów. Po jej spektakularnym występie w Opolu zainteresowały się nią media głównego nurtu, wcześniej niechętnie goszczące ją na swoich łamach z powodu religijnej twórczości. Piękna kobieta, świadoma swojej wartości nagrała mój ulubiony antychandrowy song „Jestem mamą, to moja kariera”. Przeszłam płynnie do drugiego wątku. W tym numerze piszemy także o studenckich rodzinkach, bo suszenie malutkich skarpetek na korytarzu w akademiku nie jest obciachem. Nie, nie swatamy na siłę, ani nie pchamy za wszelką cenę do ołtarza. Pokazujemy natomiast, że założenie rodzinki jeszcze na studiach może być cudowną przygodą. I że wbrew pozorom jest to… łatwiejsze (!) niż wtedy, gdy mamy pełen etat i gnamy z pracy do roboty.

temat numeru:

Ja do grona szalonych matek-dziennikarek dołączyłam półtora roku temu. „Mieszkamy w domu, a nie tylko bywamy” – tak odpowiedział kiedyś mój mąż na pytanie, co jego zdaniem najbardziej się zmieniło po urodzeniu córci. Prawda. Wreszcie nie jesteśmy tu gośćmi. Choć nadal bardzo aktywni, nie wyjeżdżamy o 7 rano i nie wracamy o 23, jak to bywało czasem dzień w dzień, nawet wtedy, gdy byłyśmy z Żabką jednym brzuchem. Z domu do redakcji, z redakcji na drugi koniec miasta na wywiad, po drodze obiad w postaci fast foodu z XVI w. (czyt. obwarzanek), potem zdjęcia z jakiejś wystawy, w tak zwanym międzyczasie 15 telefonów i trzy razy tyle maili, na dokładkę wieczorno-nocne zebranie redakcji „Trybów”. No i powrót do domu po to, by paść na twarz bez prysznica.

wywiad 9 Jesteś taki jak wydajesz swoje pieniądze

16

Dzieci nie trzeba się bać (uśmiech). Rodzina zmienia priorytety i uczy dystansu. Być może dzięki temu, że jesteśmy rodzicami, nie dostaliśmy jeszcze zawału serca.

w trybach historii Wybory Polaków olimpiada sportów Rafał Szumiec

17

Miłej lektury i do przeczytania za miesiąc!

Studenckie rodzinki 4–8

Ekonomia miłości Od kociej łapy do ołtarza Portrety Bycie mężem jest fajne

rozmowa z charakterem Natalia Niemen-Otremba

10–12

inżynier ducha Święci (nie)znani

13

ona i on 14-15 O miłość się nie prosi

pro-life 18 idźże, zróbże Akademia dla radykalnych

19

misz-masz / z kulturą

20–21

ogarnij się 21 Prosta sztuka osiągania celów portret 22 Hegemonia liryki

współpraca

Redaktor naczelny: Magdalena Guziak-Nowak Asystent kościelny: ks. Rafał Buzała Sekretarz redakcji: Agata Gołda Marketing: Marcin Nowak – promocja@e-tryby.pl Zespół redakcyjny: Michał Chudziński, Marta Czarny, Magdalena Indyka, Karolina Mazurkiewicz, Iwona Sidor, Dominik Sidor, Marek Soroczyński, Michał Wnęk DTP, foto: Marcin Nowak, Marek Soroczyński Okładka: www.pixabay.com/PublicDomainPictures Druk: Printgraph Brzesko

TRYBY NR 8 (26)/2013

Adres redakcji: ul. Wiślna 12/7, 31-007 Kraków Data zamknięcia numeru: 28 października 2013 r. Nakład: 7 000 egz. Redakcja zastrzega sobie prawo  do skracania tekstów i zmiany tytułów. www.e-tryby.pl biuro@e-tryby.pl Wydawca: Orły Małopolski Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

reklama

tel.: 784 902 140


4 temat numeru // STUDENCKIE RODZINKI Fot. archiwum autorki x4

a i m o n o i Ek c ś o ł i m - Pracy nie macie, mieszkania nie macie, samochodu nie macie, i drugie dziecko? – zapytała teściowa, kiedy dowiedziała się, że w moim brzuchu żyje Witulek. Przytaknęliśmy. Było dokładnie tak. Marta Łysek

Start Czerwiec 2010. Wracamy po ślubie do Krakowa. Przed nami miodowy tydzień – a raczej całe życie. Mam trzy tygodnie urlopu, chociaż urlop to zbyt duże słowo. Jestem naczelną pewnego portalu zatrudnioną na umowie zwanej ostatnio śmieciową. Naczelną – i jedynym pracownikiem. Mogę niemal wszystko, ale zarabiam niedużo. Na studenckie rachunki wystarcza. Teraz jednak

wszystko się zmieni: wspólny budżet, wynajęte mieszkanie. Wspólny budżet małżeństwa wolnych strzelców w Krakowie to czyste szaleństwo. Łudzimy się, że znajdzie się stała praca. Niezależnie od wszystkiego chcemy mieć dziecko.

Dziecko? Tak od razu? – krzywią się niektórzy. Dajcie sobie rok życia w małżeństwie. Pobawcie się, wyszalejcie, a potem zakopiecie się w pieluchach. Dziecko? Nie, najpierw musicie się

dorobić. Znajdziecie stałą pracę, kredyt, mieszkanie, samochód, trochę się urządzicie – radzą inni, mający się za rozsądnych. Dziecko? – dziwią się kolejni. – Przecież dziecko musi mieć warunki. Nie można tak ryzykować i skazywać potomka na kiepski start. Tu już mam dość. Przypadkowy seks z kim ma się ochotę, wpadka i samotne wychowywanie dziecka, bo facet się wystraszył i zostawił – ok, ale dziecko po ślubie, bez stałych dochodów – wielkie ryzyko. A po co wam w ogóle dziecko? – chcieliby spytać jeszcze inni, ale chyba się boją. I dobrze. Dziecko pojawia się wtedy, kiedy jest na nie czas, nie wcześniej i nie później. Planowanie brzmi rozsądnie – ale dziecka nie da się zaplanować. Dziecko to dar. Można go chcieć, starać się o nie, czekać i cieszyć się, kiedy się pojawia. I my tak właśnie się cieszymy, kiedy w sierpniu okazuje się, że to nie podziębione nerki, ale małe stworzonko beztrosko pływające w moim brzuchu.

Wystarcza Dziecko to ogromne wydatki – straszą nas. Faktycznie, przygotowanie trochę kosztuje. Wyprawka, ciążowe badania. Takie na przykład popularnie zwane genetyczne USG. Lekarz zaleca, pieniędzy nie ma. Ale Opatrzność czuwa. Wygrywam casting na brzuch, a raczej to dwunastotygodniowa Joasia wygrywa casting na maleństwo, które na USG pomacha do kamery. Nie byle jakie maleństwo: filmowww.e-tryby.pl


temat numeru // STUDENCKIE RODZINKI 5 we dziecko Agaty Mróz. Zgłaszam się – nigdy za wiele oglądania na USG własnego dziecka. Ekipie idzie jak po grudzie, sprzęt nie współpracuje; od kiedy weszliśmy na porodówkę, urodziła się chyba siódemka maluszków – tuż za moimi plecami, z pełnymi efektami dźwiękowymi. Ekipa lekarzy podziwia moją cierpliwość; w nagrodę wysyłają mnie na darmowe badanie genetyczne. Dzięki, Panie Boże. Kilka miesięcy wcześniej robimy przymiarki do wyprawki. Liczymy, oglądamy, myślimy i znowu liczymy. Potem od różnych dzieciatych znajomych dostajemy większość potrzebnych rzeczy i zakupy możemy ograniczyć do minimum. I ciągle jeszcze wystarcza nam do pierwszego. Cóż. Jesteśmy ważniejsi od wielu wróbli. Zaufanie to podstawa. Ale zaufanie też bywa wystawiane na próbę. Na przykład mała Joasia nie chce się na badaniu genetycznym ustawić, jak trzeba. A przy powtórce za kilka dni wskaźniki są niebezpiecznie blisko granicy. Pani doktor prosi drugiego lekarza o konsultację. Szepczą sobie coś przed monitorem, a ja wyławiam strzępki rozmów. Ta granica to zespół Downa. Ale tego nikt nie mówi głośno. Głośno pada za to stwierdzenie, że można sprawę zakończyć inaczej. Nie słucham dalej. Informuję tylko panią doktor, że dziecko się urodzi. I faktycznie – w maju rodzi się śliczna i zdrowiutka Joaśka. Na przykład szukamy pracy. Szukamy, prosimy, modlimy się – i nie ma. Ale do pierwszego zawsze cudem wystarcza.

Praca Do pracy wracam cztery miesiące po porodzie. Urlop macierzyński nie dla

wolnych strzelców. Nie pracujesz – nie zarabiasz. Pracuję więc z domu, kilka godzin dziennie. Ile – to zawsze niewiadoma. W roli niani występuje tata – wciąż bez stałej pracy (św. Józef ma nas już chyba dość), ze zleceniami od czasu do czasu. Rodzice pomagają, czasami niespodziewanie sypnie groszem babcia albo ciocia. Zawsze wtedy, kiedy jesteśmy na granicy. Klasyka: Pan Bóg dba o swoich rękami innych ludzi. Joasia rośnie, ale ciągle jest przy piersi. Ceny coraz wyższe, choć podobno kryzys to nie u nas. Pracy mam coraz więcej, z czterech godzin robi się osiem, ale pensja stoi w miejscu. Jestem bardzo zmęczona. W marcu podejmujemy decyzję: albo dostaję podwyżkę, albo odchodzę. W końcu młodym mężczyznom łatwiej znaleźć pracę niż kobietom z dzieckiem przy piersi. Podwyżka okazuje się poza zasięgiem, ustalamy trzytygodniowe wypowiedzenie. Tydzień później okazuje się, że jestem w ciąży. Stałej pracy nie ma. W grudniu rodzi się Witold Józef. W lutym znajduje się praca dla ojca dwójki dzieci. Płacą przeciętnie: niemal wystarcza. Kiedy nie wystarcza, zdarza mi się znaleźć pieniądze we własnej portmonetce. Nic dziwnego, poza tym, że wcześniej ich tam nie było.

Ekonomia miłości – Mamusiu! Bawię się z Witu! Ja mu zabiejam zabawki, a on nic nie mówi! – Joasia przybiega do mnie do kuchni. Ma dwa i pół roku. Witulek – dziesięć miesięcy. Zaczynają się już bawić razem. Mieszkanie z miejsca do spania, jedzenia i odpoczynku zamieniło się w wielki plac zabaw. Wszystko jest ciekawe, wszystkiego trzeba dotknąć (to Witulek), wszędzie wejść (to Joasia). Tapczan służy do skakania, podłoga do budowania. – Nie zabiejaj mi! Mamo, ja buduję, a on mi burzy! Zabieja mi kjocki! TRYBY NR 8 (26)/2013

– Łeee! Ma-ma-ma-ma-ma! Odrywam się od komputera. W trakcie pisania tego tekstu to już piętnasty raz. Zamieniamy budowanie na wrzucanie klocków do sortera. Jest konsensus, chwilowy i nietrwały. Wracam do pisania. W kolejce czeka pranie, śniadanie, drzemka (młodsze) i czytanie książeczek (starsze), sprzątanie, drugie śniadanie, spacer i zakupy, obiad. Zwykły dzień. Potem chwila przerwy, kiedy z pracy wraca tatuś i stęsknione dzieciaki nie chcą go odstąpić na krok. Kąpanie, spanie – i wreszcie chwila dla siebie. Musisz robić coś dla siebie – mówią mi wszyscy. Więc jeśli tylko nie zasypiam, robię. Piszę. Po czterech miesiącach bez pracy założyłam blog. Życie z pisania zamieniłam na pisanie o życiu. O czym? O dzieciach. Nic nowego. Ale nie próbuję sobie nawet wyobrażać, co by było, gdyby ich nie było. Trudno przecież się zastanawiać, czy byłaby stała praca, własne mieszkanie, małe podróże – gdyby miało nie być rodziny. Tu nie ma miejsca na teoretyczne rozważania. Jest miejsce na miłość. Na radość. Na satysfakcję i zmęczenie, na nieprzespane noce i dziecięcy zachwyt nad światem, na nieustanne sprzątanie i wielkie bałaganienie. Czasem brakuje. Pieniędzy, samochodu, włóczenia się po mieście całą noc w poszukiwaniu dobrego miejsca na wieczór. Ale nie to jest najważniejsze. Chociaż czasem szkoda, że warunki nie są łatwiejsze. Że praca jest dla niektórych. Że dyletanckie zarządzanie gospodarką zmusza do myślenia o dołączeniu do rodziny na emigracji zarobkowej. Wymieniać można długo; nie jest łatwo. Ale jest pięknie.

Marta Łysek - matka, żona, dziennikarka, teolog. Liczne zainteresowania sprowadziła do trzech: macierzyństwa, pisania i fotografii. Od prac domowych odpoczywa na blogu: mloda-matka.blogspot.com


6 temat numeru // STUDENCKIE RODZINKI

Od kociej łapy do ołtarza Rozmawia Przemysław Radzyński

Dlaczego Kościół określa jako grzeszne wspólne mieszkanie chłopaka z dziewczyną przed ślubem? – Grzech wiąże się ściśle ze zranieniem. Kościół chroni człowieka przed zranieniami, które później trudno uleczyć. Jest to zatem troska Kościoła o człowieka. Oczywiście często w tym przypadku mówi się, że Kościół się wtrąca. To utarty schemat reagowania. To jest naprawdę troska o dobro człowieka. Kościół nie ufa młodym, że pod jednym dachem są w stanie żyć w czystości? – Nie chodzi tylko o sprawę nieczystości, choć to bardzo istotne. Chodzi o sprawę związaną z całym pięknem przygotowania i oczekiwania na siebie nawzajem. Zamieszkanie wspólne powoduje przerwanie tego czasu. Oczekiwanie wiąże się z uroczym czasem przygotowywania w sercu miejsca dla ukochanej osoby, z wyglądaniem z utęsknieniem na jej przyjście na spotkanie. To wszystko kształtuje serce. Wspólne zamieszkanie przerywa oczekiwanie. Tam, gdzie tego czasu nie ma, traci się wiele pereł. Każde piękne wydarzenie wiąże się z oczekiwaniem. Choćby w Kościele – adwent, to czas oczekiwania, by dobrze przygotować się na święta Bożego Narodzenia. Tam, gdzie nie przeżywa się adwentu w sercu, tam doświadczenie świąt jest bardzo płytkie, akcent kładzie się na świecidełkach, bombkach i prezentach. Adwent jest potrzebny zarówno przed świętami, jak i przed wspólnym zamieszkaniem. Oczywiście to samo dotyczy czystości. Seksualność to wielki dar, ale aby go pięknie realizować, trzeba odpowiedniego przygotowania. Wspólne mieszkanie jest stałą przeszkodą do przyjmowania sakramentów. Wiemy dobrze, że nie chodzi o „wspólny dach”, ale o współżycie. Z drugiej strony nie ma takiej przeszkody w przypadku współżyjących poza małżeństwem, a nie mieszkających razem. Czy Kościołowi nie brakuje tu konsekwencji? – To zależy, jak patrzymy na tę sprawę. Pana pytanie sugeruje brak konsekwencji, ale tak nie jest. Jeśli osoby współżyją ze sobą przed ślubem, to także www.e-tryby.pl

mają zamkniętą drogę do sakramentów. By ta droga była otwarta, trzeba podjąć dwie decyzje. Pierwsza – żałując za grzech postanowić poprawę, czyli obiecać, że z pomocą łaski Bożej zrywam z tą praktyką grzechu. Po drugie, trzeba to wyznać na spowiedzi. Dokładnie tak samo jest ze wspólnym zamieszkaniem. Po pierwsze, trzeba zerwać z praktyką – w tym przypadku z zamieszkaniem, czyli życiem w stałej okazji do grzechu. Następnie trzeba wyznać grzech na spowiedzi i droga do sakramentów jest tak samo otwarta. Ksiądz w swojej pracy spotyka się z takimi przypadkami? Co Ksiądz radzi wtedy młodym? – Przede wszystkim nie zatrzymuję się na mówieniu w kółko, że chodzi jedynie o grzech. Chodzi o coś głębokiego, coś przepięknego, co można przeżyć tylko w przestrzeni oczekiwania i przygotowania. Odsłaniam przed młodymi tę perspektywę szczęścia, którą dziś tak łatwo zaciera się przez niecierpliwość i nadmierną koncentrację na cielesności. Szczęście wiąże się zwyczajnie z pewnym urokiem „oczekiwań na peronie na ukochaną osobę i pożegnań, gdy pociąg z nią odjeżdża”. Tego potrzebuje serce. Jeśli tego nie ma, szybko pojawiają się zranienia, znika romantyzm, trudno ocalić wartości. Czy jednym z rozwiązań może być zachęta do zawarcia sakramentu małżeństwa? – Rozwiązanie jest tylko jedno – dać się zakochać w tym, co naprawdę jest piękne. Jeśli Bóg coś proponuje, to tylko to, co trwale piękne. Nie chodzi o przyspieszanie małżeństwa, chodzi o adwent. Jak uczynić ten krok od grzechu do sakramentu? – Zaufać Kościołowi, że jest wsłuchany w głos Boga i proponuje najlepsze rozwiązania. Dać się porwać tej miłości Boga, która wzywa do pięknej relacji. Reszta przyjdzie sama, jako naturalna konsekwencja.

Jak przejść z grzechu do sakramentu? Zaufać Kościołowi, że jest wsłuchany w głos Boga i proponuje najlepsze rozwiązania. Dać się porwać tej miłości Boga, która wzywa do pięknej relacji. Reszta przyjdzie sama. Co sakrament zmienia w realnym życiu młodej pary studentów, a co mogłoby ich zachęcić do małżeństwa? – Sakrament to uroczyste zwieńczenie adwentu. Ale nie chodzi tylko o uroczystość, przede wszystkim chodzi o obecność, tę niezwykłą. Obecność Tego, który jest miłością. Wszystko, co otrzymali młodzi ludzie, otrzymali od Niego: radość uczucia, wzajemnego pragnienia siebie, tęsknotę za tym, co piękne, zwyczajne życie własne i ukochanej osoby. Mogą realizować miłość, bo Bóg jest miłością. Sakrament to przede wszystkim wspólne „tak” powiedziane sobie nawzajem w Jego obecności, w której pragnie się pozostać wdzięcznie przez całe życie. I Jego błogosławieństwo – najcenniejszy dar. Co na pewno się nie zmieni po powiedzeniu sobie „tak” przed Bogiem? – Jeśli podchodzimy do siebie nawzajem z drżeniem serca wynikającym z szacunku do siebie nawzajem, a zarazem do Boga, to wszystko będzie się nieustannie zmieniać na plus, ponieważ miłość nie tylko nie ustaje, ale miłość przede wszystkim także wzrasta. Dziękuję za rozmowę.

fot. www.sxc.hu

O wspólnym mieszkaniu przed ślubem i po ślubie opowiada ks. Dariusz Talik, duszpasterz Centralnego Ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego przy Kolegiacie św. Anny w Krakowie.


temat numeru // STUDENCKIE RODZINKI 7

www.rodzinkamisyjna.pl

P

oznali się na obozie sportowym. Ona uprawiała biegi na 800 m, on chód na 20 i 50 km – oboje byli zawodowymi sportowcami. Oboje też ukończyli wychowanie fizyczne na krakowskim AWF-ie. Jeszcze podczas studiów postanowili, że będą ze sobą do końca życia – pobrali się jesienią 2006 r.

W 2009 r. Edyta skończyła studia i przeprowadzili się do Wieliczki, gdzie Michał dostał pracę. Na świecie pojawiła się ich pierwsza córeczka – Martynka. Wciąż pojawiali się na spotkaniach Podaj Dalej. Od lat działali też w Athletes in Action – organizacji zajmującej się ewangelizacją sportowców. Podczas wspólnych rozmów i modlitwy rozeznali jednak, że ich droga wiedzie dalej. – Pewnego dnia oglądaliśmy program o misjach i jednocześnie pojawił się w naszych sercach podszept Pana Boga, aby spróbować pójść za tym Głosem. I poszliśmy! – mówią. Do Peru pojechali jako świeccy wolontariusze. Przed wyjazdem przeszli formację duchową, w czym pomogło im małżeństwo misjonarzy pracujących w Polsce. Musieli zadbać o rozwój swojej rodziny – wiedzieli, że ludzie, do których przyjadą, będą patrzeć, ile miłości jest w ich życiu. W Peru urodziła się ich druga córeczka – Sara, obecnie w drodze jest trzecia pociecha. Dzieci uczą się w domu, nabywają też wielu życiowych umiejętności, obser-

fot. archiwum rodziny

Łączy ich miłość nie tylko wzajemna i do sportu – oboje się nawrócili i zapragnęli, aby i inni przyjęli Boga do swojego życia. Założyli duszpasterstwo akademickie Podaj Dalej. Pierwsze spotkania odbywały się w ich pokoju w domu studenckim. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu DA otrzymało opiekę kapłana i aprobatę uczelni. Natomiast ciepło Edyty i dowcipy Michała sprawiały, że trudno było ze wspólnoty odejść nawet tym, którzy jeszcze nie byli przekonani do sensu pogłębiania swojej wiary.

wując pracujących rodziców. Podróże do Polski nie są częste, z rodziną kontaktują się prawie codziennie poprzez Skype. Mieszkali w małym, urządzonym „po europejsku” domku przy szkole w Majes, a teraz w andyjskiej wiosce Marco na wysokości 3500 m n.p.m. Zakładają wspólnoty katolickie, pomagają ubogim, budują obiekty sportowe, starają się dotrzeć do dzieci ze slumsów poprzez naukę i sport. I wiele, wiele więcej… Mają wspólne marzenie: „aby na świecie było coraz mniej ludzi wegetujących w beznadziei życia. Do których nikt nie chce wyciągnąć dłoni. (…) aby na świecie było coraz więcej ludzi przepełnionych Bożą bezinteresowną miłością opartą na wierze w Jezusa Chrystusa. Ludzi rozumiejących potrzeby tych, którzy nie mieli tyle szczęścia w życiu”.

Monika Maśnik

Niesamowita przygoda I udało się. Już po czterech miesiącach bycia parą Michał się oświadczył, a Agatka zgodziła. Bliscy pytali, czy nie za wcześnie na ślub, ale zaufali im i ich uczuciu. Kilka razy zmieniali termin uroczystości, ale po półtora roku od zaręczyn nadszedł ten szczególny dzień. Pierwszy rok małżeństwa był dla nich trudny. Mieszkali w Warszawie, a Agata, będąc już w ciąży, kończyła studia magisterskie w Krakowie. Choć jak sami stwierdzają, czuli ogromne wsparcie i miłość od siebie nawzajem. Nic więc dziwnego, że zaraz po ślubie zdecydowali się na pierwsze maleństwo. Wspólne mieszkanie i poznawanie się w codziennym życiu nie było takie straszne.

P

oznali się podczas szkolenia prowadzonego przez Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Agata była w klasie maturalnej, a Michał na studiach. Do ponownego spotkania doszło w Krakowie, w kole akademickim KSM. Na początku była to tylko zwykła znajomość, która z czasem przerodziła się w miłość. Nastąpiło to w dość nieoczekiwanym momencie, gdy Michał skończył studia i wyjechał do Warszawy, a Agata została w Krakowie. Postanowili jednak spróbować. TRYBY NR 8 (26)/2013

– Nie zgadzam się z tym co proponują media i świat, żeby się wypróbować przed ślubem, bo to skarpetki przeszkadzają, to klapa w toalecie nie spuszczona, itd. Wspaniale być ze sobą, żyć, doświadczać na co dzień niezaplanowanych sytuacji i czuć, że jest się małżeństwem, rodziną – opisuje Agata. Dwa dni przed pierwszą rocznicą ślubu urodził się Karol, a rok później Jaś. Obecnie spodziewają się kolejnego dziecka. – Jesteśmy bardzo szczęśliwi z naszą gromadką maluchów. Chociaż są trudne chwile, to Pan Bóg nam zawsze błogosławi – mówią. – Z perspektywy czasu nie przekładałabym ślubu na później, ale wzięła go po pół roku od zaręczyn, jak pierwotnie ustalaliśmy, ale niczego nie da się zmienić i cofnąć. Po prostu cieszymy się każdym dniem razem i tym, co nam daje Pan Bóg, bo życie w małżeństwie to niesamowita przygoda! – dodaje Agata.

Karolina Mazurkiewicz


8

temat numeru // STUDENCKIE RODZINKI

Marcin Nowak

O

d pewnego czasu zastanawiam się, dlaczego nasi dziadkowie żenili się w wieku ok. 20 lat, ojcowie ok. 25-30, a współczesne pokolenie chłopaków odkłada decyzję o ożenku w bliżej nieokreśloną przyszłość. Czy kiedyś było łatwiej? Nie sądzę. Powiedziałbym raczej, że inaczej. Współcześnie jesteśmy bombardowani nadmiarem informacji i możliwości, pokolenie rodziców atakowano propagandą rewolucji robotniczej, a na dziadków spadały prawdziwe bomby… Na małżeństwo zdecydowaliśmy się z moją ówczesną narzeczoną… z miłości. Miałem 26 lat, kończyłem Politechnikę Krakowską i równocześnie studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych. Moja wybranka była na czwartym roku dziennikarstwa. W obu przypadkach byliśmy pierwszymi na roku, którzy się zaręczyli, a następnie pobrali (w środku sesji!). Reakcje były dwojakie – jedni się cieszyli i gratulowali, inni zachowywali dystans i niedowierzali, że decyduję się „stracić swoją wolność”. Reakcje rodziny też były „ostrożne” – jeszcze studiów nie skończyli, a już się żenią… Może warto wspomnieć, że żeniłem się, gdy byłem na życiowym zakręcie, miałem kilkanaście tysięcy długu, nie zarabiałem, choć pracowałem 12 godzin na dobę. Miałem wiarę, że chcę dla mojej narzeczonej jak najlepiej i że małżeństwo to nie balast, ale dodatkowa energia jak turbo w silniku. Nie przejmowałem się więc nieprzyjemnymi komentarzami. Dlaczego? Bo małżeństwo to nie transakcja biznesowa, do której można przystąpić tylko z odpowiednim stanem portfela, autem i psem czekającym w ogromnym ogródku naszej willi. Małżeństwo to też nie grób własnej wolności. Wolność od wszystkiego podobna jest „miłośnikowi” motoryzacji, który do swojego auta tankuje to, co mu się podoba – raz benzynę, raz olej a innym razem LPG. Prawdziwy miłośnik będzie „ograniczał się” do jednego rodzaju paliwa, a potem jeździł, gdzie chce. Tak jak pisał św. Augustyn – „Kochaj i rób co chcesz”. Po pierwsze kochaj, a wtedy

www.e-tryby.pl

fot. sxc.hu

Ożenek podczas studiów i to w świecie „instant” wydaje się abstrakcją. Wszystko szybko, łatwo, bez płacenia teraz i zbędnych formalności. Jeśli się zepsuje, to się wyrzuci i kupi nowe. A może jednak w stałości jest siła?

nie będziesz miał wątpliwości, co robić, żeby nie zranić. Ktoś powie – ożenisz się, to skończą się imprezy, wyjazdy, niezależność, a z kolegami to się już nigdy nie spotkasz. Tylko dlaczego w takim razie nie chodzisz codziennie po zajęciach do parku, by w piaskownicy bawić się z kumplami koparkami? Przecież kiedyś to sprawiało tyle radości.

Nie trzeba bać się zmian – wszystko zależy od tego, jak do nich podejdziemy. Małżeństwo to duża zmiana, tak jak dla gąsienicy przemiana w motyla. Pisząc o małżeństwie nie sposób ominąć odpowiedzialność. Niestety to dla naszego pokolenia jakaś abstrakcja. Boimy się zobowiązań w ogóle. Wszystko jest „na chwilę” i prawie od wszystkiego możemy się ubezpieczyć. Ale to nie daje szczęścia. Zdecydowana większość młodych (a jest to poparte badaniami wśród Polskiej młodzieży) pragnie trwałej miłości. Człowiek chce być kochanym tak zupełnie za nic – z samego faktu swojego istnienia. Faceci też. W małżeństwie mamy jednak dwie osoby i trzeba pamiętać o dwóch sprawach – po pierwsze nie rezygnować z własnej potrzeby miłości, ale równocześnie dbać o to, by drugiej osobie było ze mną dobrze (a nie tylko mi z nią), by czuła się kochana. Odpowiedzialność można budować małymi krokami – od bycia opiekunem chomika, poprzez odpowiedzialność za samego siebie (zarabiam na siebie, sam sobie piorę, gotuję itp.) po to, by na końcu wziąć odpowiedzialność za drugą osobę. Tu jeszcze jedna myśl a propos odpowiedzialności za siebie samego. W dziewczynie nie szukaj mamy 2.0, która posprząta, nakarmi, wyprawi do pracy jak do szkoły,

Bycie mężem jest fajne a po pracy wysłucha wszystkich rozterek jak psycholog na kozetce. Trudna to sprawa, niemodna, ale przed ożenkiem trzeba się po prostu ogarnąć, by nie zaprosić narzeczonej do bajzlu, który jest w moim życiu. Kiedyś faceci budowali dom dla swojej żony; takim domem obecnie jest poukładane wnętrze. Wielu obawia się małżeństwa, bo ich rodzice albo się rozeszli, albo żyją pod jednym dachem jak pies z kotem. Trzeba jednak pamiętać, że każdy człowiek ma wolną wolę i może żyć inaczej niż jego mama i tata. (Gdyby było inaczej, do tej pory polowalibyśmy na żubry lub zbierali po lasach jagody, bo skoro moi przodkowie tak robili, to i ja muszę…) Owszem, budowanie dojrzałej relacji w małżeństwie jest trudniejsze, gdy nie ma się dobrego przykładu w domu, ale przy odrobinie wysiłku jest to możliwe. My jesteśmy tego przykładem. Na koniec właściwie najważniejsza sprawa – małżeństwo jest sakramentem, czyli widocznym znakiem działania Boga. Kobieta i mężczyzna to dwie różne osobowości, temperamenty, żywioły. Przy ich zderzeniu dochodzi do wyładowań… i rzeczywiście można by dojść do wniosku, że nie sposób razem wytrzymać, i to jeszcze do końca życia. Bóg o tym wie i daje łaskę, by razem iść przez życie i radzić sobie z kryzysami, które przychodzą niezależnie od tego, czy żyje się w małżeństwie czy poza nim. Tomasz Terlikowski napisał kiedyś, że tysiące razy miał ochotę zabić swoją żonę, ale nigdy nie chciał się z nią rozwieść. Jego żona stwierdziła podobnie. Może to drastyczne, ale obrazuje cechę trwałych i dojrzałych małżeństw – tylko naprawdę wolni ludzie mogą mieć swoje zdanie i sprzeczać się z małżonkiem. Jednocześnie sakrament daje im łaskę, by problemy rozwiązywać, iść do przodu jak na dopalaczu i być wiernym przysiędze, którą złożyli na ślubnym kobiercu. Wszystko można, jeśli weźmie się za to odpowiedzialność, a małżeństwo to wspaniałe wyzwanie.


wywiad 9

„Jesteś taki, jak wydajesz swoje pieniądze” Tegorocznym laureatem XVIII edycji Nagrody im. E. Kwiatkowskiego został Piotr Legutko z krakowskiej redakcji „Gościa Niedzielnego”. Nie jest codziennością, aby taką nagrodę otrzymał dziennikarz medium katolickiego. Tuż po uroczystym odebraniu nagrody odpowiedział na kilka pytań „Trybów”. Rozmawiał Michał Chudziński

Czy czuje Pan satysfakcję z otrzymanej nagrody? – Trudno jej nie czuć i się nie cieszyć. Cieszę się z niej nawet w trzech wymiarach. Przede wszystkim dla dziennikarza jest to jedna z najważniejszych nagród. Polskie Pulitzery, Nagroda im. Władysława Grabskiego oraz właśnie Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego – to trzy najważniejsze nagrody dla piszących dziennikarzy. Swoje lata mam, trochę jestem w tym zawodzie, więc tym bardziej doceniam smak tej nagrody. Poza tym ta nagroda ma także wymiar finansowy (15 tys. zł – przyp. red.) i nie ma co ukrywać, że z tego też się cieszę. Nie bez znaczenia jest także fakt, że nagrodę ekonomiczną otrzymał dziennikarz, który na co dzień nie jest dziennikarzem ekonomicznym. Tym bardziej, że nagrodę ekonomiczną otrzymuje dziennikarz medium stricte katolickiego. Tymczasem religia z nauką, zwłaszcza ekonomiczną, nie wydają się mieć wiele wspólnego… – Odbieram tę nagrodę także jako uznanie dla „Gościa Niedzielnego”. Zawsze bierze się pod uwagę zasięg oddziaływania danego artykułu i myślę, że tak było w przypadku kapituły konkursowej. Nagrodzony tekst ukazał się w tygodniku, który obecnie najlepiej sprzedaje się w Polsce i ma największy zasięg. Wiadomo, że tekst o tematyce ekonomicznej w „Gościu Niedzielnym”, dotrze do kilka TRYBY NR 8 (26)/2013

razy większej rzeszy odbiorców niż artykuł w „Forbesie” czy „Rzeczpospolitej”. Myślę, że to zostało także docenione. Czy ten fakt może przynieść jakąś zmianę? – Być może właśnie dzięki temu uda się odczarować pewien mit, że właśnie media katolickie są tylko i wyłącznie konfesyjne (o tematyce religijnej – przyp. red.). Na przykład jeśli chodzi o tematykę ekonomiczną to „Gość Niedzielny” ma znakomite teksty: jest co tydzień Robert Gwiazdowski, jest Tomasz Rożek. Są to przecież wybitni publicyści ekonomiczni. Podobnie jest w innych dziedzinach. Dobry katolik powinien interesować się także gospodarką i ekonomią… – Zgadza się. Jest to bardzo szeroki temat i mówi na ten temat mnóstwo książek. Ostatnio czytałem felieton o tym, że „jesteś taki, jak wydajesz swoje pieniądze”. Jest to niesłychanie istotnie nie tylko z perspektywy gospodarki, ale i tego, jak my w swoim życiu potrafimy patrzeć ekonomicznie. To nie jest tak, że myślenie ekonomiczne jest rozłączne ze sferą etyki, moralności i wartości. Powiem truizm, ale przecież obecny kryzys jest przede wszystkim kryzysem wartości. To nie jest tak, ze nie sprawdził się kapitalizm. To raczej sprzeniewierzono się wartościom, które leżały u podłoża kapitalizmu. Myślę, że

każdy człowiek wierzący powinien się edukować ekonomicznie. Podczas wystąpienia po odebraniu nagrody wspomniał Pan, że jednym z obecnych wyzwań szkolnictwa wyższego jest komercjalizacja wyników badań i samego tworzenia badań na potrzeby współczesnej gospodarki. W nowym budżecie Unii Europejskiej przewidziano najwięcej środków właśnie na te cele. Czy to wystarczy? – To nie jest tylko kwestia pieniędzy, choć są one bardzo ważne. W Polskiej gospodarce generalnie nie ma kapitału, który by był zdeterminowany, aby inwestować w takie start-upy czy młode firmy. Jest to jednak kwestia odpowiedniej polityki i pewnych priorytetów, na coś trzeba postawić. Patron nagrody, którą otrzymałem, czyli Eugeniusz Kwiatkowski, był wizjonerem, który wiedział na co postawić w gospodarce i dzięki temu w trakcie bardzo krótkiego czasu w Rzeczpospolitej udało się stworzyć kilka gigantycznych projektów. Tego w tej chwili brakuje i jesteśmy gospodarką mało innowacyjną, ale też gospodarką, która robi mało rzeczy odważnych. Jak to zmienić? – Ja w swoim tekście („Na własny rachunek” – przyp. red.) opisuję dwa takie projekty, które wydają się mało istotne w perspektywie wielkiej gospodarki, ale wydaje mi się, że nowoczesne myślenie powinno iść w tym kierunku, że my nie stworzymy polskiej Nokii, ale będziemy mieć sto, dwieście tego typu małych projektów innowacyjnych, niepowtarzalnych, takich, których nigdzie indziej nie ma. I w ten sposób nasza gospodarka może się na tym europejskim rynku przebić. Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz gratuluję nagrody.


10 rozmowa z charakterem

Bądź mężna – niech twoje serce będzie niezłomne Z Natalią Niemen-Otrembą rozmawia Monika Maśnik

Co jest dla Ciebie źródłem miłości? – Źródłem miłości w moim życiu jest Osoba Pana Boga, Osoba Jezusa Chrystusa – staram się poznawać Jezusa Chrystusa przez lekturę Pisma Świętego, przez rozmowę z Nim, przez kontakt z wierzącymi. Dzieci uczą kochać – bardzo uczą tego, bardzo, bardzo. Chyba nikt inny nie jest w stanie dorosłego człowieka nauczyć miłości jak dzieci. Dlatego tak doskonale Bóg obmyślił małżeństwo, rodzicielstwo – to jest doskonały plan dla dojrzewania. Kim byłaś, zanim przejęłaś się Panem Bogiem? – Byłam taką zagubioną osobą, która była bardzo smutna i bardzo niepewna siebie, uważającą, że sama nie ma nic z siebie do dania, że tak naprawdę niewiele się liczy. Lubię opisywać rzeczywistość kolorami – jak pamiętam siebie sprzed momentu oddania się Panu Bogu, to widzę takie szare, stalowe kolory. Tak naprawdę nadal one mnie gdzieś tam okalają i wypełniają, natomiast już w dużo innym wymiarze. To jest w ogóle bardzo fascynująca przygoda żyć świadomie z Panem Bogiem i to jest taka przygoda, w której cały czas możemy liczyć na jakieś zmiany – jeśli my jesteśmy na nie otwarci. Nic nie trwa cały czas w tym samym miejscu. Kłamstwem jest mówienie – a niektórzy tak mówią – że Pan Bóg wszystko załatwia, kiedy przychodzimy do Niego, kiedy oddajemy Mu swoje życie, kiedy nawracamy się, kiedy zmienia się nasz sposób myślenia – że wszystko ot tak się zmienia. Nie jest tak. Żyję tu cały czas na ziemi, to jeszcze nie jest Niebo i każdy z nas ma wiele pracy do wykonania nad sobą, w sobie – natomiast nie robimy tego sami. To jest kardynalna różnica, że pomaga nam w tym Pan Bóg, jeśli Mu na to pozwolimy. W jaki sposób Pan Bóg się o Ciebie upomniał? – To było piętnaście lat temu – siostra nawróciła się i stało się to w sposób tak radykalny, niezwykle wyrazisty, że praktycznie za wszystkimi domownikami biegała z Biblią i w sposób taki uroczy, neoficki próbowała nas nawracać (uśmiech). Nieraz było tak, że nie mogłam spokojnie np. skorzystać z toalety, bo siostra twierdziła, że nie chcę jej słuchać, tylko zamykam się w toalecie (uśmiech). www.e-tryby.pl

To było piękne, bo siostra przeżyła coś naprawdę niesłychanie wyrazistego z Bogiem i w zasadzie rozmowy z siostrą – dosyć niewygodne dla mnie – sprawiły, że rozpoczął się w mojej głowie proces rozmyślania, przypominania sobie, jak to jest z tym Penem Bogiem, jak to jest z tym Panem Jezusem, o którym się uczyłam na religii. Mówią, że dobrze jest zainteresować się Osobą Boga w atmosferze spokoju, miłości pojętej jako czułości, ciszy, natomiast moja siostra tak mnie bardzo kochała, że mówiła: „Natalia, jeśli się ty nie nawrócisz, to pójdziesz do piekła! Musisz przyjąć Jezusa Chrystusa!” Więc to były rozmowy niewygodne, ale ja jestem za te rozmowy Bogu bardzo wdzięczna, siostrze również – pomimo że

ona dzisiaj mówi „nie, nie, nie, ja bym tak dzisiaj nie robiła” (śmiech). I co dalej – co zrobiłaś z zainteresowaniem Osobą Boga? – Np. kupiłam sobie Biblię i zaczęłam ją próbować czytać. Ciekawe to było, bo jeszcze byłam cały czas wtedy osobą poszukującą i nie podjęłam jakiejś mocnej decyzji: „Boże oddaję Tobie teraz swoje życie, już nie robię tego, tego, owego w życiu”. Nie – jeszcze ładnych parę lat żyłam takim życiem... egoistycznym. Obracałam się też w kręgu muzyków, którzy byli chrześcijanami i od nich – to stamtąd, to stąd, to zowąd – jakby tak brałam: tu słyszałam, jak ktoś opowiadał świadectwo swojego nawrócenia, tu ktoś mi coś


rozmowa z charakterem 11

fot. MM

razem wiesz... mam takie wizje, razem może byśmy jakiś koncert zaśpiewali…” A ja: „A fajnie, fajnie! Dobra dobra! To spotkajmy się, obgadamy to”. Oczywiście akurat chodziło mu o koncert... (śmiech) No i się spotkaliśmy – to kolejne spotkanie – gdzieś tam przy kawie, tak się rozpoczęło nasze koleżeństwo. On jeszcze cały rok wytrzymywał – że tak powiem – z pałającym uczuciem do mnie, czego mi w ogóle nie pokazywał, bardzo dobrze maskował swój stan – że tak powiem – serca. Po roku ten kolega właśnie puścił mi farbę, powiedział: „Wiesz, jest taki jeden, który tak myśli o tobie... ale nie powiem ci kto!” Do jakiejś piwnicy go wprowadziłam, mówię: „Teraz już nie masz wyjścia”... I on zaintonował „Przyjaciela mam...” I mnie wtedy coś „siekło”... „Co? Mateo?! To niemożliwe...” (śmiech) I wtedy, tak jakby z góry zakochanie zeszło na mnie (śmiech) Zaskoczyło – po pół roku byliśmy już zaręczeni, a po roku stanęliśmy na ślubnym kobiercu.

innego opowiadał, tu ktoś mi wytłumaczył, o co chodzi w tym, czy w danym wersecie w Piśmie Świętym. Czułam, że jestem bliżej Boga – że bardziej mi się chce czytać Pismo Święte, że bardziej mi się chce modlić, że bardziej mi się chce kochać tych, których trudno kochać. Jak poznałaś swojego męża? – Na początku usłyszałam szlagier z jego płyty „Totalne uwielbienie” z 1997 r., będąc na którejś z kolei konferencji dla młodzieży chrześcijańskiej. W sklepiku ktoś puścił właśnie kasetę „Totalne uwielbienie” – i myślę „Łał, fajnie ten chłopak śpiewa, co za barwa! Fajny numer!” (śmiech). I zapytałam się sprzedawcy, kto to śpiewa. Pierwszy TRYBY NR 8 (26)/2013

raz spotkaliśmy się na moim koncercie w ówczesnym klubie Tam-Tam w Warszawie. Miałam autorski koncert i Mateusz przyszedł ze swoim kolegą i jego koleżanką, która to koleżanka stała się później żoną tego kolegi, a później oczywiście ja stałam się żoną mojego męża Mateusza. A dlaczego o tym mówię? Bo Mateusz z tym kolegą chyba tego samego dnia, czy dnia poprzedniego – modlili się o żony dla siebie. I ten właśnie kolega tego samego dnia po modlitwie właśnie spotkał swoją przyszłą żonę, w trójkę przyszli na mój koncert i ja jakby później dołączyłam do tej czwórki (śmiech). Na tym koncercie uścisnęliśmy sobie dłoń i później Mateusz, jak gdyby nigdy nic, zadzwonił jeszcze, mówiąc: „Słuchaj, może byśmy tam...

Świat potrzebuje takich chrześcijan, którzy będą tak jak Chrystus siadać właśnie z „celnikami”, „prostytutkami” – jeść z nimi… Myślę, że świat potrzebuje „człowieczych” chrześcijan – świętych, ale „człowieczych”. Ja chciałabym być taka. Jak wyglądało Wasze narzeczeństwo? – Mieszkaliśmy w innych miastach, więc co jakiś czas się spotykaliśmy, śpiewaliśmy wspólnie w chórze TGD. Na randki chodziliśmy do kawiarni. Ważne dla nas było, żeby nie przekroczyć granicy intymności, granicy cielesnej – ponieważ jako osoby, które kochały również Pana Boga, chcieliśmy żyć zgodnie z wolą Bożą, nawet jak jej nie rozumieliśmy. Generalnie ludziom jest trudno zrozumieć wolę Bożą, np. dlaczego Pan Bóg zakazuje, nie chce, uważa, że to jest niewłaściwe, żeby przed ślubem współżyć. W dzisiejszym świecie wielkich miast Europy coś takiego powiedzieć, to wiadomo – będzie się wyśmianym i ludzie niektórzy może nawet dostaną „zawału”. No więc dla nas


12 rozmowa z charakterem

fot. www.pixabay.com/geralt

Byłam bardzo smutna i bardzo niepewna siebie, uważałam, że nie mam co dać. Lubię opisywać rzeczywistość kolorami – jak pamiętam siebie sprzed momentu oddania się Panu Bogu, to widzę szare, stalowe kolory.

było to ważne, żeby tej granicy nie przekroczyć i robiliśmy wszystko, żebyśmy pozostali niezapisanymi kartkami aż do momentu nocy poślubnej. Oczywiście narzeczeni nie są tacy, żeby nie dać sobie buzi buzi (śmiech). Jest to dla mnie istotne, żeby mówić o takich sprawach, gdyż myślę, że ludzie – właśnie mieszkający w wielkich miastach, młodzi ludzie – oni najczęściej nie wiedzą, że istnieje taka alternatywa. I generalnie uważa się, że to, co Pan Bóg wymyślił to jest niedzisiejsze, nie pasuje do dzisiejszych czasów, są to pomysły z „Koziej Wólki” i tak było – a teraz już tak nie jest. Natomiast Bóg ma swój bardzo konkretny cel – miał swój cel kiedy zaplanował, że dwoje ludzi staje się jednym ciałem dopiero po ślubie, dopiero po momencie, w którym podejmują tę decyzję, że już ich życie nigdy nie będzie takie samo i że zaczynają etap życia już nie tylko dla siebie, ale dla drugiej osoby, oczywiście dla innych – kiedy to przychodzą dzieci. Nie mieszkaliśmy razem, bo też tak uważaliśmy, że razem mieszkać to może mąż i żona. Wiele osób w dzisiejszych czasach uważa, że „musimy ze sobą pomieszkać, musimy sprawdzić, czy www.e-tryby.pl

jesteśmy dopasowani” – myślę, że to jest jedno wielkie kłamstwo i wiele ludzi cierpi później, wchodząc w relacje, które sieją spustoszenie w tej lub innej sferze. Jest to niepotrzebne. Nie chcę nikogo krytykować, ale chciałabym zachęcić wszystkich do takiej refleksji na temat Pana Boga, na temat Pana Jezusa, bo tak naprawdę można próbować pracować nad swoimi postawami, zachowaniami. Kto to jest człowiek dobrej woli? – Człowiek dobrej woli to ten, który się dziwi złu, to ten który nie zatracił w sobie dziecka – zdrowej, fajnej naiwności dziecka, która objawia się właśnie w powyższym. Człowiek, który z całego serca nie chce w sobie wyrafinowania, nie chce szkodzić. Człowiek, który ma miłosierdzie, cierpliwość i zrozumienie dla innych. Człowiek, któremu nie zależy na tym, żeby być „ponad”, żeby być widocznym. Jaki jest Twój ulubiony fragment Pisma Świętego? – Od dłuższego czasu przewija się w moich myślach kilka fragmentów

z Pisma Świętego, które pocieszają mnie. „Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej” – nawet rozpoczęłam pisanie piosenki na podstawie tego psalmu. Inne słowa to takie, które z kolei wspierają, pomagają w obliczu trudności związanych z ludźmi, którzy robią właśnie złe rzeczy. „Ilekroć lęk mnie ogarnia, w Bogu mam nadzieję – w Bogu, którego słowo wysławiać będę. Bogu ufam, nie lękam się, cóż mi może uczynić człowiek”. Słowo Boże naprawdę jest takim lekarstwem, ponieważ kiedy czytasz je, kontemplujesz nad nim, studiujesz, modlisz się przy pomocy tych słów – przy pomocy słów samego Boga, doświadczasz – w razie potrzeby – ukojenia właśnie, uspokojenia, przychodzi więcej odwagi. „Bądź mężny, niech Twoje serce będzie niezłomne” – akurat dla mnie, dla mojego temperamentu, dla moich – że tak powiem – moich „nataliowych” potrzeb to są bardzo ważne słowa: „Bądź mężna, niech twoje serce będzie niezłomne. Miej nadzieję w Panu! Bądź mężna i nie lękaj się” – w zależności od tłumaczenia. Pamiętam, że kiedy się nawróciłam, to napisałam sobie to zdanie i przykleiłam do ściany przy moim łóżku – tak, żeby kiedy się obudzę – żebym mogła to sobie czytać. I – o dziwo – moim uniwersalnym, ulubionym fragmentem jest Psalm 88, na podstawie którego zresztą Beata i Joachim Mencel napisali przepiękny utwór „Wołam do Ciebie Panie” z płyty New Life’M „Dla Ciebie i dla Mnie”. To jest psalm człowieka w głębokiej depresji – ale on mnie bardzo zachęca, on mnie bardzo pociesza – on się kończy dramatycznie, bo kończy się zdaniem „Moimi towarzyszami mroki”... Przedtem jest opis szamotaniny, jakby wołania z tego dołu. Dlaczego mnie to pociesza? Bo mi się zawsze chrześcijanie kojarzyli z takimi świętymi superludźmi, którym wszystko wychodzi i którzy są tacy wspaniali i właśnie super umieją kochać, umieją być super mężami, rodzicami, członkami Kościoła – wszystkim... Gdy tymczasem tutaj psalmista pokazuje, że jest człowiekiem… i to mnie bardzo zachęca, bo myślę też, że ludzie dzisiaj w świecie potrzebują „człowieczych” chrześcijan, potrzebują ludzi, którzy będą bliscy „celnikowi”, „prostytutce”, otwartemu na zmianę „faryzeuszowi”. Świat potrzebuje takich chrześcijan, którzy będą tak jak Chrystus siadać właśnie z „celnikami”, „prostytutkami” – jeść z nimi… Myślę, że świat potrzebuje takich „człowieczych” chrześcijan – świętych, ale „człowieczych”. Ja chciałabym być taka. Dziękuję za rozmowę. Pełna wersja wywiadu (zapis video) dostępna jest na Youtube. Polecamy cykl "Jedno Niebo nad Nami", a w nim wywiady m.in. z Violą Brzezińską oraz Marcinem Pospieszalskim.


inżynier ducha 13

i n a n z ) e i n ( i c Świę Co roku podczas nieszporów 1 listopada, w uroczystość Wszystkich Świętych słyszymy czytaną lub śpiewaną długą listę osób wyniesionych do chwały ołtarzy. Czasem wiemy o nich mniej, czasem więcej, ale zdarza się, że nie wiemy nic. Ich imiona są dla nas nie tylko enigmatyczne, często nawet śmieszne. Zachęcając do głębszej lektury i osobistego zainteresowania, przedstawiam kilka ciekawych i mniej znanych postaci z panteonu świętych. Karolina Mazurkiewicz

Kwiat z Limy Róża, a właściwie Izabela Flores pochodziła z Limy, stolicy Peru. Urodziła się w dobrej i religijnej rodzinie. Pragnienia co do stylu życia Róży były inne niż jej rodziców. Ona chciała żyć z Chrystusem (dlatego złożyła dozgonny ślub czystości), a matka i ojciec życzyli sobie jej bogatego zamążpójścia. Mimo wielu trudności, nieustannych próśb i błagań – zwłaszcza mamy – pozostała w swoim postanowieniu. Jej chrześcijańska postawa wyróżniała się wielką pobożnością, surowością, głęboką modlitwą, nieustanną medytacją, wielkim cierpieniem ofiarowywanym Bogu. Kiedy ukończyła 20 lat, wstąpiła do trzeciego zakonu dominikańskiego. W trakcie swojego życia doświadczyła tzw. nocy ciemnej. Jednak była to trudna droga do jeszcze głębszego zjednoczenia z Chrystusem. Św. Róża jest patronką Ameryki, Filipin i Antyli.

Śpiewający na stosie Jak donoszą źródła historyczne, św. Polikarp był uczniem samego Jana Ewangelisty. To on ustanowił go również biskupem w Smyrnie. Podczas prześladowań chrześcijan Polikarp został oskarżony o lekceważenie wierzeń pogańskich i skazany na śmierć przez spalenie na stosie. Próbowano go namówić do wyparcia się wiary, ale on niezłomnie trwał przy Chrystusie. Kiedy wykonywano na nim wyrok, stała się rzecz niebywała. Płomienie ognia nie chciały strawić starca, ale otaczały go ze wszystkich stron. Sam Polikarp stojąc w środku ognia, wychwalał Boga śpiewem i błogosławił dzień, w którym może dołączyć do grona męczenników za wiarę. Kaci widząc niezwykłe rzeczy, przebili na wskroś biskupa, który wykrwawiając się, zgasił płomienie. Św. Polikarp jest autorem listu do Filipian.

Mama kocha, mama wie Przykładem prawdziwej matki, takiej kochającej i zawsze trwającej przy dziecku, oprócz Maryi, jest św. Monika. Ta niezwykła kobieta urodziła się w Tagaście, w Afryce. Jej rodzina żyła w duchu chrześcijańskim. Kiedy Monika była już dojrzałą dziewczyną, wyszła za mąż za bogatego, choć pogańskiego patrycjusza. W małżeństwie przechodziła wiele trudności ze względu na porywczość i ciężki charakter swego małżonka. Jednak jej cudowna prostota, zaufanie i dobroć doprowadziły do nawrócenia i chrztu męża. Jako matka bardzo troszczyła się o swoje dzieci. SzczególTRYBY NR 8 (26)/2013

fot. Karolina Mazurkiewicz

ną troską okryła swego syna Augustyna. Był on niewierzący, prowadził hulaszcze życie, miał nieślubne dziecko, a co najgorsze, wplątał się w ruch manichejski. Monika nigdy nie zwątpiła, że Augustyn może się zmienić i codziennie zanosiła swoje prośby do Boga o jego nawrócenie. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Syn po wielu latach trwania w grzechu przyjął chrzest, co więcej, stał się jednym z najbardziej znanych świętych w Kościele. Św. Monika jest patronką stowarzyszeń matek i wdów.

Męczennice za wiarę Te dwie kobiety o tajemniczych imionach żyły w II w. niedaleko Kartaginy. Perpetua jako dziewczyna zachwyciła się wiarą chrześcijańską i przyjmowała nauki, nie informując o tym swego pogańskiego ojca. Starała się przyprowadzić do Boga inne osoby, w tym swojego brata i niewolników m.in. Felicytę. Kiedy obie kobiety już jako mężatki zostały oskarżone o wyznawanie wiary chrześcijańskiej, złapano je i skazano na śmierć. Ze źródeł wiadomo, że Perpetua miała synka, zaś Felicyta nosiła pod sercem córkę. Zaraz po urodzeniu dziecko zostało zabrane przez zaprzyjaźnionych chrześcijan. Perpetua i Felicyta niedługo potem zostały ostatecznie skazane na śmierć przez rozszarpanie przez dzikie zwierzęta. Tuż przed wykonaniem wyroku przyjęły chrzest. Zwierzęta, które potencjalnie miały zabić kobiety, zadały im tylko niewielkie rany, dlatego wyroku dopełnili żołnierze przy użyciu mieczy. Święte Perpetua i Felicyta są patronkami kobiet bezpłodnych.


14 ona i on

R

ada ta wydaje się banalna i bardzo konkretna, lecz z pewnością nie ucieszyła starszej kobiety, która nie przestała marzyć o byciu obdarowywaną znakami miłości i wsparcia. Trudno jest prosić bliską osobę o coś, co chciałoby się otrzymać z jej inicjatywy. Wielu gestów, które sprawiają drugiej stronie radość, można się nauczyć, ale istotą miłości jest dobrowolny wybór i okazywanie jej z własnej inicjatywy. Nie jestem w stanie zmusić kogoś do okazywania mi znaków miłości. Podobnie jak nikt mocą samej prośby nie zmobilizuje mnie do tego, bym okazywała mu miłość. Prawdziwa miłość jest darem wypływającym z głębi serca, a nie odpowiedzią na prośbę czy żądanie. Często słyszę, że małżeństwa i pary przygotowujące się do ślubu za mało rozmawiają o swoich oczekiwaniach i potrzebach. Zastanawiam się, dlaczego tak trudno jest komunikować między sobą na temat własnych marzeń i pragnień oraz wzajemnych oczekiwań. Pierwszy powód, dla którego – zwłaszcza kobietom – może być trudno powiedzieć o swoich oczekiwaniach (jak chociażby o prezencie w postaci pięknych kwiatów!) jest taki, że obawiamy się, iż nasza prośba pozostanie bez odpowiedzi, a wtedy poczujemy się zignorowane i zranione. Wiele kobiet rozczarowało się zachowaniem mężczyzny po tym, gdy zmusiły się do powiedzenia mu, co je rani i sprawia im przykrość, a on zignorował ich słowa albo nawet upewniał je, że to on ma rację. Rację ma ten, kto kocha. Gdyby ów mężczyzna rzeczywiście kochał, to powinien najpierw przyjąć do wiadomości, że kobieta w tym momencie cierpi i że przeżywa coś trudnego. Powinien okazać jej takt i wsparcie – nawet wtedy, gdyby jej oczekiwania uznał za przesadne. W miłości czynimy znacznie więcej niż to, co konieczne. Jeśli mężczyzna kocha, to uznaje kobietę za bezcenny skarb i potrafi dla niej zmieniać swój charakter, swoje nawyki, swoje sposoby reagowania na takie, którymi ona się cieszy. Po jednym rozczarowaniu trudno jest kobiecie zmobilizować się do

www.e-tryby.pl

O miłość się nie prosi W znanej gazecie przeczytałam list starszej kobiety, która żaliła się, że mąż – chociaż jest dobrym człowiekiem – nigdy nie mówi jej, że ona pięknie wygląda ani nie przynosi jej kwiatów. W odpowiedzi psycholog (mężczyzna) napisał kilka sloganów o tym, że mężczyźni nie potrafią się czegoś takiego domyślić i że trzeba im wprost o takich oczekiwaniach powiedzieć (a najpierw zrobić coś, żeby rzeczywiście pięknie wyglądać – tu zgoda!). Magdalena Korzekwa

powiedzenia mężczyźnie o kolejnej trudności czy o kolejnym zastrzeżeniu w odniesieniu do jego zachowania. Wiele kobiet wybiera w takiej sytuacji milczenie i ciche cierpienie. Drugi powód, dla którego trudno jest prosić tę drugą osobę o konkretne zachowanie czy o konkretne znaki wsparcia, wynika z natury miłości. Każda z nas chciałaby otrzymać najpiękniejszą miłość w prezencie! Znamy różnicę pomiędzy prezentem wybranym przez siebie wcześniej i otrzymanym na urodziny, a identycznym, wspaniałym prezentem, którego się nie spodziewałyśmy. Podobnie jest w relacji kobiety i mężczyzny. Otrzymanie kwiatów

czy zaproszenie na romantyczny spacer lub kolację – jako spełniona prośba – sprawiają mniejszą radość niż te same wyrazy miłości otrzymane bez wcześniejszej prośby. Wiele kobiet latami liczy na to, że mężczyzna jednak zacznie okazywać jej miłość w taki sposób, jakiego pragną. Często kobiety wymyślają różne sposoby pośrednie, aby powiedzieć mężczyźnie o swoich oczekiwaniach. Mam koleżankę, której chłopak wiele razy zapraszał ją na kolacje, obiady czy do kina, ale – mimo że to on zapraszał – oczekiwał, że ona sama zapłaci za siebie (chłopak był dobrze sytuowany materialnie). Co zrozumiałe, ona przyjmowała tę rolę, chociaż bardzo źle się

w niej czuła. Mówiła mi wiele razy, iż przykro jej w takich sytuacjach, że nie oczekuje od niego aż tylu tego typu zaproszeń i że nie oczekuje jego pieniędzy, że mogłaby po prostu spędzać z nim czas na spacerach czy wzajemnych odwiedzinach. W dodatku jej kieszonkowe nie jest aż tak duże, żeby pokryć te wszystkie wydatki, które ponosi w związku z zaproszeniami, jakie kieruje do niej chłopak. Kilka razy to ona zaprosiła go na jakieś wydarzenia i wówczas sama pokryła ceny biletów czy posiłku, tłumacząc mu, iż jest tak wychowana, że jeśli się kogoś zaprasza, to wypada za niego zapłacić. Trudno było jej powiedzieć mu o tym wprost, bo obawia-


Fot. www.sxc.hu

ona i on 15

Wielu gestów, które sprawiają drugiej stronie radość, można się nauczyć, ale istotą miłości jest dobrowolny wybór i okazywanie jej z własnej inicjatywy. ła się, że zostanie źle zrozumiana: jako taka dziewczyna, która chciałaby pieniędzy swojego chłopaka. A ona po prostu oczekiwała taktownego zachowania. Mimo to on nie reagował na takie pośrednie apele i sygnały. Z pomocą (zupełnie przypadkiem) przyszedł dziadek chłopaka, który – nie znając problemu – wręczył mu dodatkowe TRYBY NR 8 (26)/2013

kieszonkowe i wyjaśnił, że to na miłą kolację dla niego i jego dziewczyny. Wymienione przypadki stanowią mniejszy problem od sytuacji, w których kobietom brakuje nie jakiegoś konkretnego znaku miłości w postaci kwiatów czy miłych słów, lecz gdy zachowania mężczyzny wprost je ranią, bo brakuje

im fundamentów miłości. Rozumiem te kobiety, które cierpią, bo ich mężowie mają „koleżanki”, z którymi chętnie spędzają czas na indywidualnych rozmowach na Skype’ie, telefonicznych czy osobistych albo na obszernej korespondencji. Rozumiem, że ciężko jest takim kobietom wyjaśniać mężczyźnie, że cierpią z powodu takich relacji, bo już samo powiedzenie o tym wiąże się z cierpieniem. Podobnie, trudno jest wyjaśnić mężczyźnie, że sprawia żonie czy narzeczonej bolesną przykrość, gdy mówi o atrakcyjności fizycznej innej kobiety. Gdyby dotyczyło to byłej dziewczyny czy byłej narzeczonej, to potrzeba jeszcze więcej czasu, żeby takie zranienie zabliźnić.

Chociaż nie żyję w małżeństwie, potrafię wczuć się w sytuację żony, której mąż jest daleko od Boga. Jeśli dla niej to Bóg jest fundamentem, a mąż nie traktuje Boga jako swojego największego Przyjaciela, wówczas kobieta czuje się w takim związku po ludzku niepewnie. Nie mam wątpliwości, że największą pewność i bezpieczeństwo daje obu osobom Bóg. I tylko wierząc w Boga, wspólnie się modląc oraz regularnie korzystając z sakramentów, można mocno doświadczać Jego wsparcia. Rozumiem także te żony, które cierpią, gdy mężowie nie akceptują ich seksualności, gdy – zamiast przyjąć ich naturalny rytm płodności – oczekują albo przynajmniej sugerują, że „lepiej” by im było z jakąś formą antykoncepcji. Rozumiem, że kobietom – w obawie przed złością i niezrozumieniem ze strony męża – niezwykle trudno jest o tym powiedzieć, zwłaszcza wtedy, gdy zgodziły się na sprzeczne z miłością zachowania męża jeszcze przed ślubem. Jednym z najtrudniejszych zadań jest proszenie o przeprosiny. Są one tą formą miłości, która ma sens wyłącznie wtedy, gdy wypływa z pełnego żalu serca człowieka, który cierpi z tego powodu, że zranił bliską osobę. Trudno jest więc domagać się słów wyrażających przemianę serca, gdy takowa jeszcze nie nastąpiła. Na te wszystkie problemy, o których opowiadają mi kobiety, nie ma jednej rady. Najlepszym sposobem rozwiązywania problemów jest profilaktyka, czyli niedopuszczanie do tego, by się one pojawiły. To właśnie dlatego tak ważny jest dobry punkt wyjścia w budowaniu trwałych więzi między kobietą a mężczyzną. Najbezpieczniej jest wiązać się z taką osobą, która już na samym początku zachwyca nas swoją postawą, wiernością ideałom, dobrocią serca, która podoba się nam fizycznie i którą sami chcemy kochać do tego stopnia, że aż serce samo się do tej osoby wyrywa. Tworzenie takich więzi jest możliwe, ale tylko dla tych, którzy są na tyle silni i szczęśliwi, że nie godzą się na bycie razem za każdą cenę i na każdych warunkach.


16 w trybach historii

Listopad w historii Polski 5.11.1370 – bezpotomna śmierć Kazimierza III Wielkiego, ostatniego króla Polski z dynastii Piastów; 17 listopada na tron wstąpił jego siostrzeniec Ludwik Węgierski 7.11.1575 – rozpoczął obrady

Sejm elekcyjny, który wybrał na króla Stefana Batorego

18.11.1655 – potop szwedzki: rozpoczęło się oblężenie twierdzy na Jasnej Górze 19.11.1765 – król Stanisław

August Poniatowski otworzył w Warszawie pierwszą scenę publiczną, od 1807 r. nazywaną Teatrem Narodowym

29/30.11.1830 – rozpoczęło

się powstanie listopadowe, czyli narodowy zryw przeciwko Rosji; zakończyło się 21 października 1831 wygraną Imperium Rosyjskiego

5.11.1893 – w Krakowie odbył się pogrzeb Jana Matejki

1.11.1918 – powstał Związek Harcerstwa Polskiego

11.11.1918 – Rada Regencyjna

przekazała władzę nad podległym jej wojskiem Józefowi Piłsudskiemu, co uznano później za datę odzyskania pełnej niepodległości

9.11.1939 – aresztowano ok. 120 osób w drugiej akcji pacyfikacyjnej elity intelektualnej Krakowa (Zweite Sonderaktion Krakau)

16.11.1940 – Hitlerowcy utworzyli getto warszawskie

22.11.1940 – w obozie Auschwitz-Birkenau przeprowadzono pierwszą masową egzekucję przez rozstrzelanie (40 Polaków) 1.11.1946 – Karol Józef Wojtyła otrzymał święcenia kapłańskie

3.11.1984 – w Poznaniu powstała niemiecka organizacja nacjonalistyczna Hakata

14.11.2007 – Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia dnia 13 kwietnia Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

www.e-tryby.pl

Wybory Polaków Jednym z papierków lakmusowych demokracji jest frekwencja wyborcza. Od jej poziomu zależy, czy władza ma silną legitymację polityczną. Chodzi też o to, by jak największa część społeczeństwa miała swoich reprezentantów w parlamencie, województwie czy gminie. Mateusz Koczwara fot. Marcin Nowak

Polacy mają wiele okazji, by wybierać ludzi, którzy współrządzą krajem: wybory parlamentarne, prezydenckie, samorządowe oraz do Parlamentu Europejskiego. Obywatele decydują bezpośrednio także poprzez referenda. Od 1989 głosowaliśmy w 21 powszechnych wyborach i 3 referendach. Najważniejsze są wybory parlamentarne, bo w naszym kraju mamy system parlamentarno-gabinetowy. Przygoda z demokracją zaczęła się w Polsce obiecująco: w wyborach 4 czerwca 1989 r. głosowało prawie 63 proc. uprawnionych do tego Polaków. Był to czas sporej aktywności społecznej, ożywionej stopniowym rozkładem systemu komunistycznego. Niestety, w następnych latach było dużo gorzej, a średnia ze wszystkich wyborów legislatywy to niespełna 50 proc. Jeśli porównać ten wynik z wyborami w innych krajach postkomunistycznych, to wypadamy najgorzej, wcale nie przegrywając o włos. Druga od końca Litwa ma wynik 58 proc., a na pierwszej w zestawieniu Słowacji średnia frekwencja wynosi aż 77 proc. Gdy chodzi o wybory prezydenckie, to Polska także jest wyjątkowym krajem. Wybieramy prezydenta w wyborach powszechnych, przez co ma on bardzo silną legitymację polityczną, a dzięki konstytucji również duże uprawnienia. Lepszym rozwiązaniem byłoby wybieranie głowy państwa przez parlament i pozostawienie prezydentowi głównie funkcji reprezentacyjnych. Dzięki temu można by uniknąć słabości władzy wykonawczej na skutek licznych konfliktów między dwoma ośrodkami władzy: rządem i prezydentem. W historii III Rzeczypospolitej doprowadziło to zarówno do gaf podczas spotkań dyplomatycznych, jak i tragicznego w skutkach rozdzielenia wizyty premiera i prezydenta w Katyniu w 2010 r. Okazuje się jednak, że to właśnie wybór prezydenta najbardziej angażuje Polaków: średnio w wyborach w pierwszej turze uczestniczy 58 proc. uprawnionych. Wybor-

com łatwiej identyfikować się z konkretną osobą, niż z partiami politycznymi. Sprzyja temu także atmosfera bezpośredniej konfrontacji kandydatów, którą umożliwiają np. debaty telewizyjne. Być może, gdyby nie wybory prezydenckie, frekwencja w parlamentarnych byłaby wyższa. W wyborach samorządowych mieszkańcy wyłaniają swoich przedstawicieli do sejmików wojewódzkich, rad gminnych i powiatowych, a od 2002 r. bezpośrednio wybierają wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Z uwagi na rodzaj spraw, jakimi zajmują się samorządy, zwłaszcza gminne, mieszkańcy powinni być szczególnie zainteresowani wyborem właściwych osób. Niestety, średnia frekwencja wynosi w tym przypadku 42 proc. i to chyba ona świadczy najbardziej o naszym zobojętnieniu na sprawy publiczne. Jeżeli mniejszość interesuje się tym, jak zarządzana jest najbliższa szkoła, czy remontuje się gminną drogę i dlaczego jest zamykana miejska biblioteka, to oznacza, że dobro wspólne jest daleko mniej ważne niż dobra prywatne. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbyły się dotychczas dwa razy: w 2004 i 2009 r., a frekwencja wyniosła odpowiednio 21 proc. i 25 proc. Wybór europosłów jest ważny z uwagi na liczne sprawy, o których decydują oni w Brukseli. Są to zazwyczaj decyzje, których skutki widać dopiero w dłuższej perspektywie, takie jak polityka energetyczna. Niezależnie od postaw wyborców wobec Unii, lepiej, żeby nasz głos był słyszalny w Europie. Otwartym pozostaje pytanie, czy zmieni się coś w postawach Polaków wobec polityki. Czy wreszcie zaczną traktować swoje państwo na poważnie? Być może uda się nam jako narodowi powtórzyć szeroką społeczną mobilizację z czasów pierwszej „Solidarności” i sprawić, by stała się trwałym elementem naszego życia we wspólnocie politycznej.


olimpiada sportów 17

Mając doświadczenie w obydwu „odmianach” sportu możesz „od środka” stwierdzić czy sport niepełnosprawnych się czymś różni od sportu pełnosprawnych. – Tak, różni się, ale są to różnice, które nie mają wpływu na istotę sportu. Obciążenia treningowe, czas poświęcony na trening, profesjonalny sprzęt, potrzeba profesjonalnych trenerów to są wspólne elementy niezbędne do osiągnięcia sukcesu zarówno w sporcie olimpijskim i paraolimpijskim. Osobom z niepełnosprawnością jest trudniej rozpocząć przygodę ze sportem. Dużo droższy sprzęt, mniej klubów, gdzie można trenować, mniej trenerów znających specyfikę dyscyplin paraolimpijskich, ograniczenia i trudności związane z niepełnosprawnością to są czynniki, które nie pomagają. Z drugiej strony samych potencjalnych sportowców jest dużo mniej, co też ma wpływ na rozwój.

Nie ma taryfy ulgowej Rafał Szumiec jako kolarz górski uległ ciężkiemu wypadkowi. Mimo tego nie obraził się na sport i obecnie jeszcze aktywniej udziela się jako sportowiec z niepełnosprawnością. Na swoim koncie ma m.in. Mistrzostwo Polski oraz udział w Igrzyskach Paraolimpijskich VANCOUVER 2010.

A pod kątem rywalizacji? – Co do samej rywalizacji i osiąganych wyników w sporcie paraolimpijskim już od dawna nie ma taryfy ulgowej. Na wysokim, światowym poziomie jest pełen profesjonalizm porównywalny ze sprawnymi sportowcami. I aby wejść na szczyt potrzeba lat ciężkiego treningu. Czy Polska różni się tutaj czymś od reszty świata? – Trudno porównać Polskę do reszty świata. Są kraje, które organizacyjnie i finansowo grają o ligę wyżej i tam zawodnicy mają dużo lepsze warunki do wyczynowego trenowania. Są też takie, które pewnych rzeczy mogą uczyć się od nas. Mamy Kilka dobrych rozwiązań, które promują zawodników, osiągających sukcesy (stypendia dla najlepszych, emerytury sportowe dla medalistów igrzysk), ale jest też trochę rzeczy, które wymagają zmian. Wydaje mi się jednak, że w dalszym ciągu brakuje wsparcia dla tych, którzy chcą walczyć o sukces i często mimo talentu i chęci nie mają możliwości sportowego rozwoju. Na tym nasi działacze powinni się skupić.

TRYBY NR 8 (26)/2013

Rozmawia Michał Chudziński

trening. W ostateczności można zrobić trening w domu na trenarzeże. W narciarstwie tak się nie da.Teraz jestem w momencie, gdzie praca pozwala mi na wyjazdy. W zeszłym sezonie wróciłem do ścigania na nartach i wystartowałem w zawodach, co umożliwiło mi walkę o kwalifikacje do igrzysk w Sochi i to jest teraz mój cel. Jak więc przebiegają przygotowania? – Od września zaczęliśmy trenować na śniegu na lodowcach we Włoszech i Austrii. W listopadzie mamy pierwsze starty w zawodach i rozpocznie się walka o punkty i kwalifikację paraolimpijską, więc trzeba być w dobrej formie od początku sezonu.

A co po Sochi? Może walka o kwalifikację do letnich igrzysk w Rio? – Nigdy nie mówię „nie” i nie zamykam się na ciekawe propozycje. Prawdę mówiąc, myślałem o igrzyskach w Rio i po zakończeniu zimowych igrzysk w Sochi zamierzam skupić się na kolarstwie. Zdobyć kwalifikacje na igrzyska będzie bardzo trudno, ale jeśli udałoby mi się zbudować formę, która pozwoliłaby na przyzwoity start, to chciałbym o to powalczyć. W kolarstwie ręcznym mamy bardzo mocną reprezentacje i byłaby szansa, żeby stworzyć drużynę. fot. Foto we dwoje

Jak najlepiej możesz określić, czym jest dla Ciebie sport? – Sport jest dla mnie pasją, sposobem na życie, sposobem na zdrowie i dobre samopoczucie. Sport napędza mnie do działania również tego poza sportowego. Działalność w sporcie i klubie sportowym powoli staje się też moją pracą.

Masz na swoim koncie występ na paraolimpiadzie w Vancouver 2010. Czy jest to szczyt marzeń sportowca? – Igrzyska to wyjątkowa impreza, wyjątkowa oprawa i wyjątkowe emocje. To impreza, o której marzy każdy sportowiec, ale sam udział w nich na pewno nie jest szczytem marzeń. Każdy zawodnik marzy przede wszystkim o wysokim wyniku, o medalu. O złotym medalu! Jeśli zawodnik na najważniejszej imprezie zrobi najlepszy wynik w karierze, to wtedy może być zadowolony ze swojego startu. W przeciwnym razie zawsze pozostanie jakiś niedosyt. Po tych Igrzyskach zmieniłes jednak dyscyplinę. Z narciarstwa, w którym odnosiłeś przecież sukcesy (m.in. MP), wróciłeś do kolarstwa. Dlaczego? – Obie dyscypliny są mi bardzo bliskie i obie chcę trenować, jednak nie da się ich połączyć i dobrze przygotować się do każdej. Z narciarstwa po Vancouver zrezygnowałem z kilku względów. Przede wszystkim musiałem pomyśleć o życiu prywatnym, o pracy, mieszkaniu itp. Narciarstwo wiąże się z ciągłym przebywaniem na obozach. Ciężko w takich warunkach zdobyć pracę i poukładać sobie życie. W kolarstwie łatwiej przeprowadzić

Ambicja godna podziwu! Na dodatek poza treningami i startami w dwóch dyscyplinach udzielasz się także społecznie, jesteś prezesem IKS Druga strona sportu. – Gdy zamieszkałem w Krakowie, okazało się, że nie ma tu klubu, który zajmowałby się sportem paraolimpijskim, więc postanowiłem to zmienić. Razem z Kasią Rogowiec i jej fundacją oraz Grzegorzem Kubisem założyliśmy klub, który od 2 lat rozwijamy. Obecnie prowadzimy sekcje pływacką, handbikową i narciarską. Ściśle współpracujemy z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie. Wspiera nas także firma GTM MOBIL. Mam nadzieje, że inni sponsorzy i partnerzy docenią naszą działalność i dołączą do nas. Dziękuję za rozmowę i życzę kwalifikacji na igrzyska w Sochi!


18 pro-life

„Niewiastę dzielną któż znajdzie?” ewa Rejman

K

aja Godek. Kim jest kobieta, która pomimo spokojnego, merytorycznego wystąpienia (a może właśnie z tego powodu) doprowadziła posłów Ruchu Palikota do opuszczenia sali sejmowej (ku mojemu ubolewaniu wrócili przed głosowaniem)? Pani Kaja jest przede wszystkim Mamą przez wielkie „M”. Oprócz zdrowej córki ma też synka – Wojtka z zespołem Downa. Jak sama mówi, pozostawienie przy życiu chorego dziecka nie jest heroiczną decyzją, lecz normalnością. Została pełnomocniczką komitetu „Stop aborcji”, ponieważ boli ją, że dla wielu osób czymś niepojętym jest fakt, że chore dzieci mają takie samo prawo do życia, jak inni ludzie. „Często łapię się na myśli, że wystarczy-

Recenzujemy

łaby chwila mojej głupoty, jakieś poważniejsze załamanie i mojego syna by dziś nie było. Oburza mnie, że zabija się takie dzieci, bo są właśnie takie. To tak jakby powiedzieć rodzicom dzieci z zespołem Downa: wasze dzieci są tak okropne, że trzeba pozwolić na ich zabijanie” – mówi pro-liferka. Jak napisała pewna internautka, „słuchając wystąpienia pani Kai, po raz pierwszy nie mam wrażenia, że zrobiłabym to lepiej”. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. Jej przemówienie 26 września w Sejmie było bezbłędne. Rewelacyjnie przygotowana zarówno pod względem merytorycznym jak i retorycznym. Podawała niepodważalne fakty, jak ten o sposobie przeprowadzania tzw. Zredagowała Ewa Rejman www.nastolatkaprolife.blogspot.com

Widzę moje dziecko we śnie

October baby

Karin Struck, Dom Wydawniczy Rafael, 2006

Andrew Erwin, Jon Erwin, 2011

Książka niemieckiej pisarki Karin Struck pt. „Widzę moje dziecko we śnie” jest książką,delikatnie mówiąc, niewygodną dla tych, którzy próbują ukryć prawdę o wpływie aborcji na psychikę matki. Oprócz osobistej historii Autorki opowiadającej o swoim największym życiowym błędzie i drodze wyjścia z beznadziei, czytelnik pozna szczegóły zakulisowych manipulacji przemysłu aborcyjnego i znajdzie wiele praktycznych informacji przydatnych w dyskusji ze zwolennikami tzw. „prawa kobiet do decydowania o własnym ciele”.

www.e-tryby.pl

Jakbyś się czuł, gdybyś dowiedział się, że twoi rodzice nie są twoimi biologicznymi rodzicami, a ty sam żyjesz tylko dlatego, że aborcja, której miałeś być poddany, nie powiodła się? W takiej sytuacji znalazł się 19-letnia Hannah (Rachel Hendrix) w filmie „October baby”. Bohaterka wyrusza w podróż do przeszłości, aby odkryć i zrozumieć tajemnice związane z początkami swojego życia. To piękna opowieść o miłości i przebaczeniu, którą trzeba obejrzeć całą, łącznie z końcowymi napisami (nie zdradzę dlaczego ).

późnych aborcji. Na każdy argument zwolenników zabijania dzieci nienarodzonych miała gotową odpowiedź. Powtórzę za dobrymi mediami – oto prawdziwa biblijna „niewiasta dzielna”. Grożono jej procesem za mówienie prawdy, zabraniano używać wyrażenia „zabijanie dzieci” Nie ugięła się, a prezentowaną postawą obnażała obłudę swoich przeciwników. Wypada napisać tylko jedno – Pani Kaju, jesteśmy z Panią! Nie mówi Pani tylko w swoim imieniu, ale w imieniu setek tysięcy obywateli, dla których oczywiste jest, że następstwem wykrycia choroby powinno być leczenie, nie zabijanie. Dziękujemy za reprezentowanie nas! Przemówienia można posłuchać na YouTube, a Kaję Godek polubić na Facebooku.

Prasówka pro-life

Do tej pory nie wierzyłam, że można ot tak po prostu, nagle zniknąć. Zmieniłam pogląd na tę sprawę, gdy dowiedziałam się, że podczas głosowania nad ustawą aborcyjną kilkunastu posłów po prostu… wyparowało. Byli na głosowaniach chwilę wcześniejszych i chwilę późniejszych. Jak dokonali tej sztuki? Po prostu – przestraszyli się odpowiedzialności i wyjęli karty do głosowania… Wszyscy wiemy o zamachu na życie papieża Jana Pawła II. Jak donosi „Niedziela”, takowy był już planowany znacznie wcześniej, choć oczywiście w innej formie. Przed narodzeniem Ojca Świętego lekarz sugerował jego mamie aborcję. Wolę nie myśleć „co by było gdyby”…


Akademia dla radykalnych – Kiedy i dlaczego postanowiłeś bronić dzieci nienarodzone? – Kiedy się dowiedziałem, że ktoś je zabija… Magdalena Guziak-Nowak

 … Do tego nie potrzeba większej, głębszej motywacji. Czy gdybyś szła brzegiem Wisły i zobaczyła tonące dziecko, to potrzebowałabyś szczególnej formacji wewnętrznej, by zdobyć się na ten ludzki odruch, jakim jest ratowanie życia? Nie. Przecież dzieci zabijać nie wolno. To proste.

Dobro zorganizowane Tak mówi Piotr Podlecki z Krakowa, założyciel Akademii Obrońców Życia i Akademii Walki Duchowej. Od 23 lat mąż jednej żony, ojciec siedmiorga dzieci, katecheta w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym, który chętnie i bez owijania w bawełnę mówi o sobie, że jest radykalny, że lubi ludzi radykalnych, że zbyt często w sprawach najważniejszych brakuje nam właśnie radykalizmu, że świat oczekuje od nas, że będziemy radykalni. Najbardziej wówczas, gdy przyjdzie nam bronić bezbronnego, nienarodzonego życia. Akademia Obrońców Życia powstała 9 lat temu. – W Polsce działało już wtedy wielu pro-liferów, ale najczęściej każdy z nich na własną rękę. Brakowało pospolitego ruszenia, grupy, scalenia różnych małych działań – wspomina Piotr. – Pamiętam, że ze swoim pomysłem poszedłem do inż. Antoniego Zięby, który nie tylko w Krakowie jest ceniony za wielkie zaangażowanie w sprawy obrony życia. Myślałem, że może mi coś poradzi, a on powiedział, TRYBY NR 8 (26)/2013

że będę miał taką wspólnotę, jaką sam sobie stworzę. Miał rację – dodaje.

Przekrój społeczny Idea powstania środowiska pro-life, w którym obrońcy życia będą zdobywać wiedzę, ale także znajdą duchowe wsparcie, realizowana jest w klasztorze braci kapucynów z Loretańskiej w Krakowie. Duszpasterzem grupy został o. Krzysztof Niewiadomski OFMCap. Akademia Obrońców Życia „zainaugurowała” swoją działalność 8 grudnia w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Do wspólnoty należy obecnie kilkadziesiąt osób. Są wśród nich studenci, małżeństwa i single, osoby starsze, reprezentanci możliwie różnych profesji: lekarze, psycholodzy, farmaceuci, artyści etc. Często uczęszczają na spotkania

Przeczytałem kiedyś mądre zdanie, że być może my, chrześcijanie, jesteśmy ostatnim Pismem Świętym, które świat jeszcze czyta – mówi Piotr Podlecki. jeszcze innych grup katolickich np. Oazy, Odnowy w Duchu Świętym, Akcji Katolickiej czy Neokatechumenatu.

Studia w czwartki Czym się zajmują? Słowo „akademia” w nazwie to poważne zobowiązanie. Najistotniejsze są dla nich czwartkowe

fot. Magdalena Guziak-Nowak

idźże, zróbże 19

spotkania. Najpierw uczestniczą w Mszy św., a następnie – jak na akademię przystało – studiują. Pogłębiają swoją wiedze, zbierają argumenty, są na bieżąco ze wszystkimi newsami pro-life, streszczają nowości wydawnicze, analizują kolejne punkty encykliki bł. Jana Pawła II Evangelium vitae i inne dokumenty Kościoła, przygotowują i wygłaszają we własnym gronie popularno-naukowe referaty, zapraszają gości. Tak zahartowani wychodzą do ludzi z akcjami ewangelizacyjnymi. Na zaproszenie księży proboszczów przyjeżdżają do parafii i rozdają materiały edukacyjne, mówią świadectwa, przygotowują projekcje filmów, a kapłani głoszą kazania. Mogą się pochwalić organizacją I Europejskiego Przeglądu Filmów Pro-Life albo licznych dyskusji panelowych. Byli nawet w TVN-owskich „Rozmowach w toku”. W odcinku pt. „Nie oskarżajcie mnie, że mam dziecko z probówki” tłumaczyli, dlaczego in vitro jest nieetyczne i niezgodne z przysięgą Hipokratesa.

Ostatnie Pismo Święte  Piotr Podlecki mówi: – Potrzebne jest dziś świadectwo ludzi wierzących. Przeczytałem kiedyś mądre zdanie, że być może my, chrześcijanie, jesteśmy ostatnim Pismem Świętym, które świat jeszcze czyta. Wielu ludzi nie sięgnie do Ewangelii, ale być może zastanowi się, dlaczego my robimy to, co robimy. To jest nasze zadanie: siać. Kto inny zbierze plony.  Członkowie Akademii zapraszają na swoje czwartkowe spotkania. Rozpoczynają się Mszą św. o 17.30 w kościele oo. kapucynów przy ul. Loretańskiej w Krakowie. Po Eucharystii spotkania w salkach klasztoru.


20 misz masz / z kulturą

Office od kuchni

Szybkie uruchamianie Często zmieniasz kolor tekstu albo dodajesz komentarze w edytorze Word? Do nowej wiadomość e-mail w Microsoft Outlook dołączasz załączniki lub zmieniasz style tekstu? A może regularnie wstawiasz wykresy czy usuwasz wiersze w skoroszycie Microsoft Excel i męczy cię szukanie za każdym razem odpowiednich poleceń na wstążce? Pasek narzędzi „Szybki dostęp” umieszczony przy lewej górnej krawędzi okna umożliwia szybkie uruchamianie wybranych przez ciebie poleceń, które chcesz mieć zawsze pod ręką. Karolina Pluta

Liczba miesiąca

Fot. MS Word 2003

A to ciekawe!

97 proc. - tylu Polaków potrafi jeździć na rowerze

Jak przechowywać dane, by przetrwały tysiące lat?

Z danych CBOS-u (raport "Aktywność fizyczna Polaków") wynika, że większość z nas potrafi też pływać (64 proc.), a połowa społeczeństwa umie jeździć na łyżwach (51 proc). Blisko co trzeci badany potrafi jeździć na nartach (30 proc). W szachy umie grać 43 proc. Polaków, natomiast w brydża zaledwie co siódmy (14 proc).

Doktor Trybik

Szlachetne zdrowie

D

Fot. www.sxc.hu

la wielu ludzi zdrowie jest jedną z najważniejszych wartości w życiu. Niestety stan wiedzy społeczeństwa na temat zapobiegania podstawowym chorobom i ich powikłaniom jest opłakany. Przypomnę zatem to, co dla wszystkich powinno być oczywistością, a mianowicie, jakie są metody zapobiegania chorobom serca poza przyjmowaniem stosownych leków, gdy istnieje takie medyczne wskazanie. Sposoby zapobiegania chorobom serca: • • • • • • • •

zmniejszenie ciężaru ciała u osób z nadwagą większa aktywność fizyczna zaprzestanie palenia ograniczenie picia alkoholu ograniczenie spożycia soli w potrawach prowadzenie regularnego trybu życia, właściwy wypoczynek, unikanie nadmiernego napięcia nerwowego ograniczenie spożycia tłuszczów regularne spożycie warzyw i owoców

Wcielenie tych zaleceń w życie sprawi, że dłużej będziemy się cieszyć zdrowym sercem, a przecież to jeden z najważniejszych ludzkich organów. Agata Gołda

www.e-tryby.pl

J

uż od wieków ludzkość przechowuje różnego rodzaju informacje. Pierwszymi nośnikami danych były bloki marmuru z płaskorzeźbami, obecnie w większości wykorzystujemy nośniki magnetyczne. Podstawowym problemem, z jakim się jednak obecnie spotykamy, jest żywotność tych nośników rozumiana jako czas, po jakim przechowywane dane są tracone. W poszukiwaniu rozwiązań, które pozwolą przechowywać dane przez bardzo długi okres, nawet dla potencjalnych następców ludzkiej rasy na Ziemi, przełomowe wydają się wyniki Jeroena de Vries z holenderskiego Uniwersytetu Twente MESA oraz Instytutu Nanotechnologii. Opracował on nowy optyczny nośnik informacji – jest to wolframowa płytka otoczona azotkiem krzemu. Każdy bit jest zapisany za pomocą metod wytrawiania. Wolfram został wybrany ze względy na swoją odporność na ekstremalne temperatury. Wstępne testy nowego dysku potwierdzają jego odporność, a więc szanse na przetrwanie tysięcy lat wraz z zapisanymi danymi. Karolina Pluta


ogarnij się 21

Recenzje Papież Franciszek Esprit 2013

Zepsucie i grzech „Grzesznik – tak, ale nie skorumpowany” – pisze papież Franciszek. Korupcja widoczna w przekrętach finansowych, nadużyciach władzy zawsze jest poprzedzona korupcją serca. U człowieka pojawia się druga twarz, zaczyna okłamywać innych a potem i samego siebie. Na końcu niszczy wszystko, na co pracował. Korupcja nie jest zarezerwowana dla bandytów i szybko dorabiających się biznesmenów czy polityków. Korupcja serca zagraża każdemu z nas. Papież przytacza paradoks, że wielu z obrzydzeniem patrzy na prostytutki, które sprzedają swoje ciało, ale równocześnie nie widzi niczego złego, jeśli na pierwszych stronach gazet celebrytka opowiada o swoich miłosnych przygodach. Grzeszą obie, przy czym prostytutka zachowała pewną skromność. Warto się zastanowić, czy patrzymy na świat taki, jakim jest naprawdę, czy też korumpujemy nasze serca. Marcin Nowak

Sławomir Zatwardnicki Wydawnictwo M 2013

Ateizm urojony Na pierwszy rzut oka książka nie wydaje się sympatyczna – ponad 200 stron drobnym maczkiem. Jednak studenckie, analityczne umysły docenią jej zalety: rzeczowość i rzetelność, dobry, publicystyczny język i żartobliwe anegdotki. Lektura bywa zabawna, choć podejmowany temat jest niebagatelny. Autor pojedynkuje się ze współczesnym „nowym ateizmem”, którego rozumiemy jako krytykę religii i opresyjną walkę z nią. Tytuł nawiązuje do głośnej publikacji Dawkinsa „Bóg urojony”, gdzie tamten stawia tezę, że „siła stwórcza” to jedynie wytwór chorej wyobraźni. Tymczasem – jak dowodzi Sławomir Zatwardnicki – to nie Bóg jest urojeniem, ale właśnie ateizm. Wielką wartością książki są wskazówki, jak umiejętnie bronić wiary chrześcijańskiej. Magdalena Guziak-Nowak

TRYBY NR 8 (26)/2013

Prosta sztuka osiągania celów

W poprzednim numerze Trybów, określając swój największy problem i jego rozwiązanie, zrobiliśmy wspólnie pierwszy krok do bardziej uporządkowanego życia. Jednak aby osiągnąć sukces, należy pracować nad nim również z innych perspektyw. Po dwudziestu elementach prowadzących do pozbycia się problemu czas na siedem kroków wyznaczania i osiągania celów. System ten został opracowany przez mistrza zarządzania – Briana Tracy. Marta Czarny

Silna wola i precyzja kluczem do sukcesu Jak zwykle na początku, należy wyjść od ogółu, który będzie miał wpływ na resztę działań. Po pierwsze, warto zastanowić się nad tym, czego dokładnie chcesz. Jeśli ten cel został już wcześniej osiągnięty, ale chcesz poprawić jego wynik, trzeba precyzyjnie określić, co i o ile musi ulec zmianie. Po raz kolejny bardzo istotne jest, aby wszystkie działania były zapisywane na papierze. Dzięki temu cel nabierze materialnego charakteru i nie będzie już tylko wytworem wyobraźni. Trzecim krokiem jest ustalenie dziennej daty osiągnięcia pragnienia. Nie wystarczy oszacowanie miesięczne. Musi to być pełna dzienna data. Jeśli cel jest zbyt duży, koniecznie trzeba podzielić

go na mniejsze. Będą to tzw. kamienie milowe, które również muszą być ograniczone ścisłym terminem. Po piąte – należy ustalić, który z kroków powinien zostać wykonany jako pierwszy, a który jako ostatni. Pozostałym działaniom również trzeba nadać priorytet i chronologię wykonania. Pamiętaj, aby nie szukać wymówek i nie zrażać się porażkami. Tylko ludzie zorientowani na działanie nie wracają do punktu wyjścia i osiągają sukces. Codziennie powinno się robić coś, co zbliża do najważniejszego celu. Przez 365 dni w roku. Dzięki temu praca nad swoimi marzeniami stanie się tak naturalna, jak wdychanie i wydychanie powietrza. Dodatkowo wysiłek wkładany w pracę nad nimi nie jest odczuwalny i absorbujący. Siedem kroków – to tak niewiele, a można być zadowolonym ze swojego życia.

„Musisz zacząć z wizją tego, czego pragniesz. Na tym etapie wcale nie musi to być osiągalne. Ale 1. kiedy stworzysz Us 2. tal c Za klarowną wizję 3. pis el z Us g o w swoim umyśle, osi tal d 4. ągn okł a ięc dn Ok będziesz w stanie ia ą d (ka reśl c a e 5. t c l mi el ę eni e c u stwierdzić, Sk z e o ą m m s kro p t i k co ci jest i w ków onuj lowe owe 6. ) ażn w lis g t ę o S ści kol ku potrzebne do 7. ps dzi ejn Bą ię ała ośc na dź i ń osiągnięcia celu” dzi sys a tem

łan i czn u y

aty

Bruce Davies


22 portret

Eros i Thanatos kiedyś moje dłonie piszące listy tęskniące głaszczące twoje włosy będą białe i kruche jak gałąź

fot. archiwum autorki

kiedyś moje niespokojne oczy przestaną cię szukać znikną jak dzień po zachodzie kiedyś nasze usta dziś w doskonałej harmonii zastygną w oddaleniu o cały jeden świat i wtedy znikną wszystkie słowa

Hegemonia liryki Długie, kasztanowe włosy – to rzuca się w oczy, kiedy spotykamy Karolinę. Nie sposób odgadnąć, że tak młoda dziewczyna ma już na swoim koncie spory dorobek poetycki. Ona sama bardzo skromnie do niego podchodzi – trzeba naprawdę dobrze ją poznać, aby odkryć, co jej w duszy gra…

K

arolina Górniak ukończyła klasę o profilu humanistycznym w I Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. W tej szkole mogła spełnić swoje marzenie o nauce łaciny. – Dla niektórych nauka deklinacji i koniugacji była drogą przez mękę, dla mnie było to zawsze bardzo rozwijające, po prostu to lubiłam – przyznaje. – Ceniłam porządek i logikę gramatycznych struktur, a potem wpisane w te struktury bogactwo składni klasyków. Zainteresowanie kulturą antyczną zbiegło się z lekturą Herberta, którego do dziś bardzo ceni, a jednym z jej ulubionych wierszy jest „Do Marka Aurelego”. Jej zamiłowania zaowocowały sukcesami na licznych olimpiadach.

Szuflada pełna wierszy Przed wydaniem pierwszego zbioru pisała do szuflady. – Swój pierwszy rymowany wierszyk napisałam w szkole, w II klasie podstawówki, na www.e-tryby.pl

któregoś dnia nie poczuję krążącego w tobie ciepła teraz dopływamy spokojnie do świtu między nami przezroczyste ptaki połacie niebieskawych lasów ławice nieuciszonych snów za korowodem dnia ciągną się rzesze niepokojących pytań kto umrze najpierw my czy nasza miłość?

Monika Maśnik

polecenie, a raczej za zachętą wychowawczyni, która chciała z nas wydobyć coś twórczego, no i w moim przypadku chyba jej się udało – opowiada, uśmiechając się. Czasami prezentowała swoje wiersze podczas szkolnych uroczystości. – Niekiedy moje wiersze pojawiały się na gazetkach szkolnych, szczególnie te poświęcone przyrodzie, a na początku było ich sporo.

Pokazać talent Jej twórczością zainteresował się wujek, który pracował przez lata jako nauczyciel w szkole muzycznej, a oprócz tego jest bibliofilem i człowiekiem bardzo ceniącym sztukę. – Wujek był pierwszą osobą, która umiała krytycznie spojrzeć na moje wiersze – wyznaje poetka. – Do wydania książki przyczynił się przypadek, gdyż wujek zajmował się oprawą muzyczną wieczoru autorskiego Zdzisława Antolskiego, kieleckiego poety i właściciela wydawnictwa. Na tym wieczorze pokazałam

mu swoje wiersze i poprosiłam o ocenę. Po krótkim czasie zdecydował, że chce je wydać i tym sposobem droga była otwarta – dodaje. Była wtedy w ostatniej klasie gimnazjum, miała 15 lat.

Jeden po drugim Po pierwszym tomiku Ciernie słońca (2005) przyszedł czas na dwa następne – w liceum – Hegemonia liryki i Kryształowy dom. Liczyły one kolejno 120, 140 i prawie 200 stron. – Karolina rozwijała swój talent, pisząc. Przyszedł też czas na sukcesy w ogólnopolskich konkursach poetyckich i publikację kilku wierszy w antologii Zostałeś w nas, Ojcze Święty.

Naukowe podejście Obecnie Karolina jest studentką II roku SUM polonistyki-komparatystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, stypendystką Funduszu Stypendialnego im. Stanisława Estreichera dla studentów UJ. To poetka z zacięciem

nie tylko naukowym, ale też dziennikarskim – działała w rozgłośni akademickiej Radiofonia, współpracuje z „Gońcem Litewskim”. Publikuje w studenckim piśmie komparatystycznym „Bez Porównania”. Obecnie pracuje nad pracą magisterską, w której porównuje poezję Tymoteusza Karpowicza i Ezry Pounda. Bierze udział w wydziałowych i ogólnopolskich konferencjach naukowych – w przyszłości planuje badać najnowszą poezję, szczególnie awangardową.

Przyjdzie czas Wciąż pisze, ale uważa, że na wydanie następnego tomu musi przyjść właściwy czas. – Na pewno wybrałabym o wiele mniej wierszy, chociażby ze względu na to, że skromniejszy tomik pozwala czytelnikowi uchwycić esencję stylu danego autora i obraz świata, jaki płynie z wierszy wziętych jako całość – podsumowuje. Czekamy więc na kolejny tomik…


23

TRYBY NR 8 (26)/2013



Tryby listopad 2013