Issuu on Google+

Tarnów.in – nr 1 (1) grudzień 2013; Niezależny Miesięcznik Regionalny ISSN 2353-1665 www.tarnow.in; kontakt@tarnow.in

Tarnów, Tuchów, Wojnicz, Radłów, Żabno, Ryglice, Zakliczyn, Ciężkowice

Niezależny Miesięcznik Regionalny

Solary brata Grzegorza ››30-32

Afera „łącznikowa” w pigułce ››8-9

Majchrzak, Kwiatkowski, Żmuda. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? ››60-62

Polonez „Świętego” ››38

Alfabet tarnowski Stefana Bielawskiego ››10-13

Czy ten pan i pani są Wam znani?

Muzycy made in Tarnów

16-19


2

Co w numerze?

30-32 Niezależny Miesięcznik Regionalny GRUDZIEŃ 2013

Wydawca: MIL24, ul. Zawadzka 8, 33-100 Tarnow tel.: 503-814-849 Fax: 14 6910566 e-mail: biuro@mil24.com.pl www.mil24.com.pl

34-35

Redaktor naczelny: Tomasz Jamrozik Zespół: Anna Marszałek, Małgorzata Cybulska, Sławomir Kruczek, Łukasz Winczura, Zygmunt Szych, Marcin Jamrozik, Olga Zgórniak, Artur Gawle i wspołpracownicy. e-mail: redakcja@tarnow.in DTP: Łukasz Tumidajski Biuro Reklamy: Agnieszka Merchut tel. 792-721-005, e-mail: br@tarnow.in Druk: www.drukmillenium.pl

42-43

4 Szachowanie Szychem Zygmunt Szych się odmładza. Biolift czy może sonofereza? 4 Językowe masło maślane Anna Hajduk – Edukacji ciąg dalszy – dziś kilka słów o redundancji. 6-7 Dział kadr Hancock, Kuta, Jędrusik, Pietrowiak, Prymakowska i Kopa. 8-9 Afera „łącznikowa” „Łącznikowy" serial wciąż trwa, a każdy kolejny tydzień przynosi nowe fakty. Zebraliśmy je w całość. 10-13 Alfabet Bielawskiego Marek Roleski, Leszek Roleski, Ciepiela, Duraj, Nosek, Olszówka... 20-21 Ginące zawody Zawody rzemieślnicze powoli znikają z ulic miast i dawno znikęły z rynku pracy. 23 Nadlatuje łamignat Na tropie orła Bielika.

26-29 Ballada o Aliku Kiedy w 1993 obcy żołnierze ładowali się do pociągu by opuścić Polskę, było ich na rampie kolejowej w Czarnej 149. Alika Mahmudowa zabrakło. 40-41 Kupię, jak tanio sprzedasz... Kupujący mają w czym wybierać: nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży jest o wiele więcej niż chętnych do kupna. 46-47 Co ja widzę Nasz wszędobylski reporter na tropie tarnowskich celbrytów. 48-49 Zdrowie i uroda Zadbaj o siebie przed zimą. 5 sposobów na odporność 52-55 Wyprawa Jak dojechać z Krakowa na Dach Świata? Relacja Przemka Osuchowskiego.

57


Autopromocja

3

Niezależny Miesięcznik Regionalny

Od grudnia w wybranych punktach sprzedaży w Tarnowie i w regionie LUDZIE PATRZĄ NA TEGO POLONEZA DWOJAKO. JEDNI Z POLITOWANIEM ZASTANAWIAJĄ SIĘ, CO MOŻNA WYCIĄGNĄĆ Z TEJ NASZEJ RODZIMEJ PRODUKCJI.

LUDZIE REPORTAŻE INFORMACJE KRZYŻÓWKA TARNOWSKA MEDIA

KRZYSIEK ŚWIĘCICKI

SPORT

MOTORYZACJA PRAWDĄ JEST, ŻE W KLUBIE NIGDY NIE SZANOWANO TRENERÓW I ZAWODNIKÓW WYWODZĄCYCH SIĘ Z TARNOWA WOJCIECH MAJCHRZAK

ZDROWIE I URODA PORADNIKI TARNOWSKI HOROSKOP

BIZNES I GOSPODARKA

KULTURA

WYWIADY WYDARZENIA

W prenumeracie taniej i z upominkiem! Prenumerata kwartalna (3 numery)  – 14 zł Prenumerata półroczna (6 numerów) – 29 zł Prenumerata roczna (12 numerów)  – 58 zł Na terenie Tarnowa i regionu dostawa gratis! Zamów bez wychodzenia z domu: prenumerata.tarnow.in lub napisz do nas: prenumerata@tarnow.in tel. 503-814-849, fax: 146910566

Zamów prenumeratę roczną, nasz firmowy parasol dostaniesz gratis!


4

Naszym zdaniem

Szachowanie Szychem

Biolift czy może sonofereza?

o ł s a m e w o k y Jęz maślane Anna

Hajduk

redakcja@tarnow.in

Zygmunt

E

Szych

I

dukacji ciąg dalszy – dziś kilka słów o redundancji. Mamy z nią do czynienia, gdy przekazywany komunikat zawiera więcej informacji, niż jest to konieczne. Potocznie powiedzielibyśmy, że redundancja to tzw. masło maślane. Nadmiarowość może przejawiać się w języku w pleonazmach i tautologiach. Te pierwsze cechuje relacja nadrzędno-podrzędna, te drugie – współrzędna. Brzmi tajemniczo, jednak pleonazmy i tautologie są w mowie Polaków obecne na co dzień. Oto kilka przykładów. Pleonazmy: fakt autentyczny (czy fakt może nie być autentyczny?); cofać się do tyłu (byłoby trudno cofać się do przodu…); dwaj bliźniacy (jeśli bliźniacy, to dwaj – ani więcej, ani mniej). Tautologie: geneza i pochodzenie; gloria i chwała; dyrektywy i wytyczne. W każdym z przykładów oba człony znaczą to samo, jeden z nich jest więc zbędny. Redundancji trzeba unikać. To niezręczność językowa, którą należy eliminować z polszczyzny. Skorzystajmy zatem z polonistycznej rady i masła maślanego używajmy jedynie w kuchni.

zygmunt.szych@tarnow.in

dą święta, potem Sylwester, a w Nowym Roku znów będę starszy, więc postanowiłem się nieco odmłodzić. A co – skoro pozwalają sobie na to coraz to młodsze dziewczyny, to ja mam być gorszy? Czy choć raz nie mógłbym? Znalazłem w samym centrum Tarnowa „Salon Twojej Urody”. Twojej, czyli mojej. Nim jednak przekroczyłem próg Dostojnego Przybytku, przystąpiłem do starannego studiowania oferty. Składała się z wielu punktów, więc czytanie zajęło mi nieco czasu. No i nie mogłem się, prawdę mówiąc, zdecydować, co wybrać. No bo tak: oferowano mi „stymulację wzrostu rzęs”, i może bym się na to zdecydował, bo te moje, przyrodzone, wydają mi się nieco przykrótkie. Ale tuż obok zachęcano mnie do „fotodepilacji ipl w systemie strefy”, więc rzuciłem się na to ochoczo, bo lubię zgłębiać nieznane mi tajemnice. Ale, że wyglądam nieco blado i wkrótce mogą mnie przestać odróżniać od śniegu, zacząłem kombinować, czyby nie poddać się jednak „opalaniu natryskowemu”. Jeśli z tego zrezygnowałem, to jedynie z tej przyczyny, że wolałbym chyba „fotoodmładzanie”. – Zrobią mi „pstryk” jakimś aparatem fotograficznym – pomyślałem sobie – i wyjdę z Salonu zupełnie odmłodzony! Jednakże w tym momencie kusić mnie zaczęła „mikrodembrazja diamentowa”. Diamenty! To przecież zawsze brzmi tak kusząco, a tu jeszcze ta „mikrodembrazja…”. A może by tak – czytałem dalej – „mizoterapię bezigłową” sobie zafundować na ten Nowy, 2014 rok? Nie poszedłem jednak na to, bo zacząłem całkiem serio rozważać, czy nie byłoby jednak rozsądniej poddać się „bioliftowi”. Albo może raczej wybrać „sonoferezę”? Ostatecznie może być i „peeling kawitacyjny”, a cóż mi szkodzi? Ostatecznie odstąpiłem od pomysłu przekroczenia „mojego” Salonu Urody. W Nowym Roku pokażę się zatem społeczeństwu takim , jakim byłem i jestem… Trudno, będziecie musieli Państwo się z tym pogodzić i jakoś z tym żyć.

FOT. SXC.HU

Tomasz

Jamrozik redakcja@tarnow.in

Redaktor naczelny i wydawca Niezależnego Miesięcznika Regionalnego Tarnów.in

No to zaczynamy... ...naszą przygodę z wydawaniem tarnowskiego miesięcznika. Początki są zawsze trudne, ale jesteśmy dobrej myśli po Waszej reakcji na numer „zerowy”. Dziękujemy sympatykom, kibicom i przyjaciołom za ciepłe przyjęcie, a wszystkich „wiecznie niezadowolonych” postaramy się przekonać do naszego tytułu i do portalu uczciwą i rzetelną pracą redakcyjną. Oddajemy do Waszych rąk pierwszy numer miesięcznika, w którym każdy – taką

mamy nadzieję – znajdzie coś dla siebie. To ma być gazeta dla ludzi i o ludziach. Niekoniecznie o tych ze świecznika lub z zasłoniętymi czarnym paskiem oczami... Poczytajcie o naszych tarnowskich muzykach, dziewczynach z katedralnego chóru czy utalentowanych sportowcach. Jest się czym chwalić i na naszych łamach będziemy to robić co miesiąc. W kolorze i na kilkudziesięciu stronach. Bo to miasto nie musi być nudne i szare. Zmieńmy je razem!


Tarnów i region

5

50 parkomatów w mieście

W

Tarnowie można już parkować płacąc w jednym z 50 parkomatów. Urządzenia ustawiono tak, by nie trzeba było pokonywać więcej niż 70 metrów od miejsca postoju. Parkomaty przyjmują nie tylko monety, ale również karty płatnicze, także zbliżeniowe i miejskie. Inwestycja kosztowała miasto 1,4 mln zł. Nie znikają jeszcze tradycyjne papierowe karty parkingowe, nadal można będzie je kupić w kioskach. Od dłuższego czasu za parkowanie w Tarnowie można też płacić za pomocą telefonu komórkowego – wystarczy zalogować się w systemie Pango.

PARK Z BUDŻETU

UDANA KWESTA

PREZYDENT...

Taki mini park rekreacyjny z minigolfem i miejscem na grilla „Czar Rodzinnych Spotkań” powstał na terenie Zespołu Niepublicznych Niepłatnych Szkół przy ul. Błotnej w ramach budżetu obywatelskiego. Oddano go do użytku uroczyście, w obecności władz miasta i społeczności szkoły.

Doroczna kwesta w dniu 1 listopada na Starym Cmentarzu w Tarnowie przyniosła w tym roku rekordowy wynik. 24 tys. zł – to o kilka tysięcy więcej niż rok temu. W tym roku kwestowało 36 osób, wśród nich politycy, dziennikarze, członkowie Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem, wolontariusze.

...Bronisław Komorowski uczestniczył w „Zaduszkach Witosowych”. W Wierzchosławicach na wspólnej modlitwie zebrali się przedstawiciele rządu, parlamentarzyści, samorządowcy i ludowcy. Spotkanie rozpoczęła msza św. w kościele parafialnym w Wierzchosławicach pod przewodnictwem biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża. Tegoroczna uroczystość odbyła się w 68. rocznicę śmierci Wincentego Witosa oraz w 28. rocznicę śmierci Stanisława Mierzwy.

Park uzyskał aż 2.135 głosów i zajął II miejsce wśród zgłoszonych projektów do pierwszej edycji

W sumie za zebrane pieniądze do tej pory wyremontowano 41 nagrobków.

Prezydent Komorowski na „Zaduszkach Witosowych” w Wierzchosławicach.


6

Dział kadr

WYRÓŻNIENIE DLA „SZCZEKLIKA” NAJLEPSI W REGIONIE

S

pecjalistyczny Szpital im. E. Szczeklika znalazł się po raz dziesiąty w „złotej setce” polskich szpitali. W tym roku na 20 pozycji (najlepszy wynik w Małopolsce). Ranking opracowywany jest przez dziennik „Rzeczpospolita” oraz Centrum Monitorowania Jakości Ministerstwa Zdrowia. Na zdjęciu dyrektor Marcin Kuta (fot. ssz.tar.pl).

ŻUŻEL POWRÓT GREGA

G

reg Hancock, po roku przerwy, ponownie będzie jeździł w drużynie Unii Tarnów. Greg Hancock jest jednym z najbardziej doświadczonych żużlowców na świecie. W swojej długiej i barwnej karierze dwukrotnie zdobył tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Było to w roku 1997 oraz 2011. Warto dodać, że do tej pory wystartował we wszystkich rundach Grand Prix, siedemnaście z nich wygrywając. W lidze polskiej do tej pory reprezentował osiem klubów. Do Tarnowa wraca po rocznej przerwie. Wcześniej w 2012 roku poprowadził „Jaskółki” do złotego medalu Drużynowych Mistrzostw Polski – informuje oficjalny serwis Unii Tarnów. Do drużyny „Jaskółek” dołączy także Krzysztof Buczkowski, a w przyszłym sezonie w tarnowskiej drużynie nie wystąpią już: Leon Madsen i Maciej Janowski.


Dział kadr

Piotr Kopa nie jest już kierownikiem Gazety Tarnowskiej, tarnowskiego oddziału Gazety Krakowskiej.

PRASA

Zastąpił go Marek Bartosik z Krakowa. „Dziennik Polski” i „Gazeta Krakowska”, należące do Polskapresse, odnotowały w trzecim kwartale 13- i 10-procentowe spadki sprzedaży (źródło: press.pl)

TARNOWSKI TEATR JUŻ BEZ EWELINY PIETROWIAK

E

welina Pietrowiak złożyła wypowiedzenie umowy o pracę w Tarnowskim Teatrze. Umowa o pracę podpisana była na trzy lata, jednak wypowiedzenie pojawiło się rok wcześniej. Ewelina Pietrowiak swoją decyzję uzasadnia „brakiem możliwości pełnienia funkcji w formie, którą uważa za najlepszą, najpełniejszą i najskuteczniejszą”. „Od kilku miesięcy w Teatrze wprowadzane są nowe zasady pracy i nowy podział obowiązków dyrektorskich. (...) Zasad tych nie jestem w stanie zaakceptować, moja rola przestaje być dla mnie zrozumiała, a zadania czytelne. Od pewnego czasu nie jest również możliwa jakakolwiek komunikacja z Dyrektorem Naczelnym, czyli nie jest spełniony warunek konieczny naszej współpracy. (...) Niestety nie pomogło zawiadomienie miesiąc temu o całej sprawie wiceprezydent Doroty Skrzyniarz i dyrektora Biura Kultury Marcina Sobczyka – i tu napotykam na opór urzędniczej materii i całkowity brak reakcji.” Zaskoczenia faktem nie krył dyrektor Teatru – Rafał Balawejder, który nie chciał komentować zarzutu o brak komunikacji pomiędzy nim a Eweliną Pietrowiak. – Jest mi po prostu przykro, jeśli słyszę takie rzeczy. Tym bardziej, że byłem osobą, która w 2011 r. bardzo usilnie nalegała, aby pani Ewelina pojawiła się w Tarnowie. Udało nam się namówić ją do współpracy i myślę, że wszystko to, co wydarzyło się przez te dwa lata świadczy o tym, że to był dobry pomysł. Trudno mi komentować samo podjęcie decyzji, pani Ewelina wiedziała jaki ma zakres czynności, na co się umawialiśmy – powiedział. (OZ) Fot. Artur Gawle

BIEGI MASOWE POBIEGŁA W ATENACH

B

arbara Prymakowska pobiegła w Maratonie Ateńskim. Jest to najtrudniejszy w Europie, a drugi pod względem trudności na świecie, bieg maratoński. Rozgrywany jest on na historycznej trasie, wiodącej z Maratonu na stadion, na którym odbywały się w 1896 roku pierwsze letnie Igrzyska Olimpijskie. Pani Barbara ukończyła bieg zajmując pierwsze miejsce wśród kobiet w wieku 70-74 lat. Drugą w tej kategorii Greczynkę, tarnowianka wyprzedziła o ponad godzinę.

7

NAGRODA DLA MAGDALENY JĘDRUSIK Magdalena Jędrusik zwyciężyła w Konkursie Małopolski Pracownik Socjalny Roku 2013, zorganizowanym przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej. Celem konkursu jest wyróżnienie aktywnych pracowników socjalnych z Małopolski, popularyzacja ich osiągnięć w regionie oraz wzmocnienie wizerunku i rangi społecznej osób wykonujących ten trudny i odpowiedzialny zawód. Magdalena Jędrusik od 2005 r. pracuje w MOPS w Tarnowie na stanowisku pracownika socjalnego wykonującego pracę w terenie. Od 2012 r. – dodatkowo pełni funkcję koordynatora Zespołu ds. Pomocy Specjalistycznej i Asysty Rodzinnej. Kieruje pracą asystentów rodziny i psychologa oraz na rzecz poprawy funkcjonowania rodziny ściśle współpracuje z wszystkim pracownikami socjalnymi. Jej praca ukierunkowana jest na pomoc rodzinom.


8

O tym się mówi

Afera „łącznikowa” KALENDARIUM Miastu grozi zwrot 50 milionów złotych unijnej dotacji i bankructwo. Tak może zakończyć się afera związana z podejrzeniem zmowy przy przetargu na budowę połączenia węzła autostrady w Krzyżu z al. Jana Pawła II. „Łącznikowy" serial wciąż trwa, a każdy kolejny tydzień przynosi nowe fakty. Zebraliśmy je w całość. 2010

– przetarg zorganizowany przez Tarnowski Zarząd Dróg Miejskich na budowę zjazdu z autostrady A4 i połączenia węzła autostrady w Krzyżu z al. Jana Pawła II. Inwestycja była największym elementem dofinansowanego przez UE projektu “Budowa połączenia autostrady A4 (węzeł Krzyż) z drogą wojewódzką nr 977“. Zjazd z autostrady polegał na budowie “dwupasmówki“ o długości ok. 1,5 km. Ten etap inwestycji zakończył się wiosną 2012 roku. Całość prac kosztowała blisko 88 mln zł, większość wydatków, ponad 53,7 mln zł, pokryć miało dofinansowanie unijne.

JESIEŃ 2010

– początek śledztwa Prokuratury Krakowskiej w sprawie nieprawidłowości związanych z budową szybkiego tramwaju w Krakowie (odcinek od ronda Grzegórzeckiego do ul. Lipskiej), którego wykonawcą było konsorcjum firm Strabag, ZUE, Energopol. Prokuratorzy podejrzewali fałszowanie dokumentacji na szkodę inwestora.

15 GRUDNIA 2010

– pierwsze zarzuty w tej sprawie – proceder przy budowie szybkiego tramwaju polegał na tym, że wylewano tańszy asfalt niż zaplanowano, a w fakturach i dokumentach wpisywano, że wylano droższy, zgodny z projektem. Krakowskie MPK straciło na tym 14,7 mln zł. W sumie zarzuty usłyszało 13 osób, jedną nich jest Grzegorz M., szef krakowskiego Strabagu, którego osoba jest “łącznikiem“ pomiędzy sprawą krakowską i tarnowską – nieprawidłowościami przy budowie łącznika autostrady A4.

CZERWIEC 2012, MAJ 2013

– aresztowania Grzegorza M. szefa Strabagu i Jacka S., współwłaściciela krakowskiej firmy budowlanej Sko-Bud – osób zamieszanych w obie afery. Według śledczych zmowa miała sprawić, że tarnowski Zarząd Dróg Miejskich, który ogłosił przetarg na budowę łącznika atutostradowego, otrzyma tylko jedna ofertę przetargową, niekorzystną dla Tarnowa. By osiągnąć taki cel, krakowska firma Sko-Bud, która złożyła w przetargu najniższą ofertę, miała się z niej w ostatniej chwili wycofać. Jacek S. miał za wstrzymanie się od wzięcia udziału w tarnowskim przetargu wziąć 4,4 mln złotych łapówki.

19 STYCZNIA 2012

– Rada Miasta Tarnowa zdecydowała o likwidacji Tarnowskiego Zarządu Dróg Miejskich. Oficjalnie uzasadniano tę decyzję potrzebą poprawy jakości zarządzania drogami i inwestycjami drogowymi w mieście, gospodarowania finansami, usprawnieniem procesu decyzyjnego, oszczędnościami w budżecie miasta. Nieoficjalnie mówiło się o tym, że powodem była przedłużająca się modernizacja ul. Krakowskiej i jej kolejne poprawki oraz kilku innych inwestycji, pogorszenie wizerunku miasta, zła atmosfera. Później pojawiły się głosy, że chciano ukryć nieprawidłowości, do jakich dochodziło w miejskiej spółce przy przetargach.

SIERPIEŃ 2013

– zatrzymanie Danuty B., przewodniczącej komisji, która rozstrzygała postępowanie przetargowe wyłaniające wykonawcę łącznika autostrady A4. W TZDM pracowała ona od połowy lat 90, po jego likwidacji, wraz z grupą innych pracowników tej jednostki, przeszła do pracy w Urzędzie Miasta, zajmowała się inwestycjami. Danuta B. podejrzana jest o przyjęcie 50 tys. zł łapówki, którą, jako przewodnicząca komisji, miała przyjąć od jednej z firm branży drogowej.

11 WRZEŚNIA 2013

– aresztowanie Bogdana G., byłego prezesa Żużlowej Sportowej Spółki Akcyjnej. Postawiono mu zarzut oferowania szefom krakowskiego oddziału firmy drogowej pomocy w wygrywaniu przetargów organizowanych przez Urząd Miasta i Tarnowski Zarząd Dróg Miejskich. Powoływał się na wpływy w magistracie. Pośrednictwa w zdobywaniu kontraktów podjąć miał się w zamian za pieniądze. Według śledczych, to on wziął 50 tys. zł, które przekazał Ryszardowi Ś. w zamian za przychylność dla tej firmy przy przetargach miejskich. Przekazanie tej sumy miało się odbyć jesienią 2010 roku. Bogdan G. wyszedł za kaucją 9 października.

27 WRZEŚNIA 2013

– aresztowanie prezydenta Tarnowa Ryszarda Ś., któremu postawiono zarzut przyjęcia łapówki od jednej z firm budowlanych. Prezydent jest podejrzany o to, że jesienią 2010 roku,


O tym się mówi

działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, w związku z pełnieniem funkcji publicznej prezydenta miasta Tarnowa, przy pomocy udzielonej przez prezesa zarządu Żużlowej Sportowej Spółki Akcyjnej Unia Tarnów Bogdana G., przyjął korzyść majątkową od jednej z firm budowlanych. W zamian za nią umożliwił uzyskanie przez firmę korzystnych decyzji przedstawicieli Urzędu Miasta Tarnowa oraz uprzywilejowanej pozycji w ramach przeprowadzonych przez UM oraz Tarnowski Zarząd Dróg Miejskich procedur udzielenia zamówień publicznych w przetargach na wykonanie robót drogowych, a w konsekwencji wygranie tych przetargów i realizację inwestycji. Podejrzanemu o korupcję prezydentowi grozi kara pozbawienia wolności do lat 8.

8 PAŹDZIERNIKA 2013

– zatrzymanie Pawła P., byłego wiceprezesa żużlowej spółki, któremu postawiono zarzut pośredniczenia w przekazaniu 50 tys. zł łapówki prezydentowi Tarnowa. 9 października Paweł P. został zwolniony za kaucją.

9 PAŹDZIERNIKA 2013

– zażalenie obrońcy na decyzję o tymczasowym aresztowaniu prezydenta Ryszarda Ś., w którym obrona domaga się uchylenia aresztu lub jego zamianę na inny środek zapobiegawczy. Dokument uzupełniono osobistym poręczeniem, które wystawiło prezydentowi Tarnowa 46 osób, m.in. hierarchów kościelnych, polityków, samorządowców, ludzi biznesu.

22 PAŹDZIERNIKA 2013

– Sąd Okręgowy w Krakowie odrzucił zażalenie na areszt wobec prezydenta. Sąd uznał je za niezasadne, a dalsze stosowanie aresztu za uzasadnione. Wskazał m.in., że sąd pierwszej instancji słusznie przyjął wysokie prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanego czynu oraz obawę matactwa za przesłanki do stosowania aresztu. Powołał się na zeznania obciążające Ryszarda Ś. i fakt, że podejrzany składa wyjaśnienia odbiegające od zebranych dowodów. Zdaniem sądu postawa podejrzanego może rodzić obawę, że będzie wpływał na wyjaśnienia i zeznania innych osób. Ryszard Ś. pozostaje w areszcie do 27 grudnia.

9

10 LISTOPADA

– prezydent Ryszard Ś. napisał list zza krat – skierował go do uczestników Rautu Niepodległościowego zorganizowanego 10 listopada. List trafił do wiceprezydent Tarnowa Doroty Skrzyniarz. Pisma publicznie jednak nie odczytano, taką decyzję podjął zastępujący prezydenta wiceprezydent Henryk Słomka– Narożański. W liście nie było wzmianki na temat zatrzymania czy wydarzeń, z nim związanych. Prezydent zaapelował w liście o zorganizowanie w mieście w 2018 roku centralnych obchodów Święta Niepodległości.

20 LISTOPADA 2013

– prezydent Ryszard Ś. napisał kolejny list z aresztu. Chciał uzyskać informacje dotyczące przyszłorocznego budżetu miasta. List został zaadresowany do “pionu skarbnika“ w Urzędzie Miasta. Urzędnicy uznali, że jako obywatel Tarnowa ma prawo do wglądu do projektu budżetu na 2014 rok. Projekt budżetu miał być przed wysłaniem komisyjnie zapakowany pod nadzorem prawnym. List miał zostać przesłany na adres aresztu śledczego w Krakowie do wiadomości prokuratora, który prowadzi postępowanie.

21 LISTOPADA 2013

– Prokurator Okręgowy w Krakowie postawił zarzut udziału w zmowie cenowej Bożenie Sz., właścicielce jednej z firm budowlanych w regionie tarnowskim. Podejrzana miała za namową nie wystartować w przetargu na budowę łącznika autostradowego. W ten sposób miała umożliwić wygranie go innym dużym firmom. Prokurator zastosował wobec niej poręczenie majątkowe w wysokości 150 tys. zł, dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Kobiecie grozi do 3 lat więzienia.

22 LISTOPADA 2013

– Danuta B. pozostanie w areszcie, tak zdecydował sąd po zakończeniu trzymiesięcznego aresztu tymczasowego. Kobieta będzie zatrzymana do 22 lutego przyszłego roku.

CIĄG DALSZY NASTĄPI...

(BJ)


Stefana Bie

Ludzie z miasta

ALFABET TARNOWSKI

10

FOT. ARTUR GAWLE


elawskiego

Ludzie z miasta

Zygmunt

Szych

zygmunt.szych@tarnow.in

A

ndrzej Chmielowski dla kolesiów „Bimbus” chłopisko tęgi, wysoki acz skoczny. Jakiś czas temu okrzyknięty królem majonezu. Chyba na wyrost. Potem ubój wcale nie rytualny. Kocha obiekty, wynajmy, handel. Od dziecka aż do siwizny bawią go samochodziki. Stare ale jare. W salonie, ściany pełne pucharów za modelowe miejsca. W soboty i niedziele wozi panny do kościoła, a gdy zostaną zaobrączkowane, wiezie je z ferajną weselną gdzie, jeszcze na trzeźwo mu wskażą. Człowiek zrównoważony niewyrywny, ale strzeż mnie Panie od jego ręki..

B

rożek-Czekańska Basia – mościczanka z Torunia. Tata oficer przedwojenny stąd. Z Torunia przywlókł tu artyleryjskie szlify. Za PRL traktowany nieprzyjaźnie, wykopany. W cywilu rzeczoznawca tarnowskich działek – wcale nie budowlanych. Mama pedagog. Miejcie się na baczności, gdyż Basia ma czujność we krwi. Z takim rodowodem zrobiła ferment w Mościcach i skrzyknęła Towarzystwo Przyjaciół Mościc. Czasem Azoty coś towarzystwu dorzucą, bo kto by inny. W V Kadencji Rady Miasta mówiło się o niej BBC. Ostatnio w podziemiu własnej chałupy ,wedle posiadanego dyplomu z Łodzi, komponuje różne świecidełka i to, co każdej paniusi dodaje wdzięku przy uchu i wokół szyi. Można by rzec. Brożkówna do brosz. Niezwykła matka.

C

iepiela Roman ćwierć wieku niesie go fala od Komitetów Obywatelskich. Prezydent miasta w latach 1994-1998. Orobił się przy płycie rynku. Potem pucował przy Mickiewicza budynek wojskowy, w którym sobie powołał Państwową Wyższą Szkołę Zawodową. Żaki zaczęły tu zjeżdżać z ościennych powiatów i z dalsza. Tu najtańsza edukacja. Równocześnie czyścił ścieki i unowocześniał je. Po Bieniu dokończył czteropasmówkę, przebił się przez Słoneczną i unowocześnił drogę z miasta do Mościc. W tym czasie dla relaksu sprywatyzował sobie przychodnie. Do dziś się dobrze mają. Radny aż do znudzenia we wszelkich konstelacjach. Naukowo rozwinął się w Małopolskim Instytucie Samorządu Terytorialnego. Wyrusza do Francji, gdzie niejaki Zygmunt Szych tłumaczy mu na nasze francuską demokrację. Od 2007 marszałkiem województwa ci jest. Nieodzownie z jego wiedzą i doświadczeniem stale rosną mu wąsy, z którymi obnosi się dostojnie. Wielu cieszy się, że dzięki temu patronatowi lepiej się tu żyje, bo „wąsaty” dba o Tarnów.

D

uraj Katarzyna pojawia się i znika o różnych porach i w dziwnych miejscach. Nie posiada widocznych siekaczy, jest jednak ewidentnym przypadkiem „wampirzycy”. Pije krew wysysaną studentom, policji, kolejarzom, wojsku, nie omijając też szerokich miast, ludu pracującego miast i wsi. Potem przelewa ją w bukłaki jakiejś sekty o nazwie „Kropla”. Resztę działań zleca bankowi krwi szpiku kostnego. I tak oto rodzą się bankowi krwiopijcy. Cały czas uczy licealistów prawdziwej historii, a słuchacze i słuchaczki w wojskowych mundurach tego liceum nie maja jej za złe wampirzej działalności. Z tego co wiem, wcale nie boją się jej też jej dwaj synowie…

E

ligiusz Dworaczyński – archeolog, konserwator. Facet ma dziwna robotę. Kopie doły pod czym się da. Najchętniej ryje pod zamkami. Robi pod zabytkowymi kamienicami, czasem też wstrzymuje budowę unijnych autostrad i wącha tam strawę w gliniakach wydobytych spod ziemi. Widać, że skarbów nie odkrył, bo jeździ starym rzęchem. Ciągle skarżą się na niego bazarowi biznesmeni, że rozwalił im Burek. On zaś myszkuje po starym cmentarzysku sprzed trzech wieków. Natrafił tam na kilkusetletnią kropielnicę kościelną z kruchty kościółka pod wezwaniem św. Ducha. Jak głosi fama, terminowy powrót

11

„burkowiczan” na nowe – stare miejsce jest niepewny, bo górale spod Tuchowa przepowiadają rychłe opady gradu. Fama podaje nadal, że ktoś ważny zlecił archeologowi przeszukiwanie piwnic miejscowych prominentów i vipów.

F

rankowicz Ryszard najlepszy prawnik między lekarzami. Pomaga pokrzywdzonym przez niektórych cwaniaków w białych kitlach. Konsekwentny w działaniu do bólu. Śmiejący się do rozpuku. Szuka dowcipu i stwarza dowcip sytuacyjny czym daje świadectwo wybitnej inteligencji tego osobnika. Zbieracz i miłośnik wszelkich gadżetów, naszywek, odznaczeń, medali, bagnetów itp. po krakowskich komandosach. Z przyjaciół dworuje sobie nieprzeciętnie nawet bez ich przyzwolenia, lecz oni też go obsypują kwieciem porównań. Przy całej różnorodności cech i objawów dziwactwa, mimo wszystko skromny. Odmówił pójścia na stołek ministra, jak również w brukselskie awanse. Lubi trudne wyzwania, które uplastycznia według posiadanego doświadczenia i inteligencji.

G

olba Leszek – gdy w tamtych latach wchodził na mównicę w Sali Lustrzanej mówił krótko i zawsze „Leszek Golba – KPN”. Przygadywali mu, że KPN to koniak pędzony nocą. Leszek był to rycerz przedni, waleczny i nieustępliwy. Zawsze mówił ze swadą i w uniesieniu. Jego zaangażowanie nie dopuszczało żadnej krytyki KPN. W każdym starciu z główką przeciwnika szatkował ją na nitki. Rzec by można, nie miał równych na mównicy. Skakaliśmy sobie wtedy do ślipiów i spienionych pysków jak brytany. W tamtych latach chodziło jeszcze o ideały, a nie o diety. Leszka wspominam dziś z dużą sympatią, mimo iż od kilku lat nie widzieliśmy się.

H

orniak Marek do Cechu i jego kierownictwa trafił w czasie, gdy rodzimi liberałowie zabrali się do wyrugowania rzemiosła z rynku i lekceważeniem jego roli. Skutecznie też próbowali wykreślić edukację rzemieślniczych kadr z menu tego sektora. Starzy dziś jeszcze żalą się, że nawet za komuny rzemiosło miało się lepiej. Marek był przekonany, że zatrudniono go na etacie grabarza tej archaicznej instytucji. On jednak pomału, bez rozgłosu, co jest jego dewiza życiową, zaczął reanimować ten dychawiczny twór. »


12

Ludzie z miasta

Rzemiosło nie rozkwita, ale coś się powoli dzieje, co daje nadzieję na szkolenie uczniów w różnych zawodach. Polski rzemieślnik jest znany pod każdą szerokością geograficzną jako wybitny fachman. Mimo to w sklepach gospodarczych wykupiono świece, bo teraz dobrego rzemiochy trzeba szukać ze świecą.

pod kotłem z parówkami, drugi pod majonezem. W garach wrze. Mecenasi wywijają fokstrota.

Ł

R LE

L

eszek Roleski. Kiedy zniknęły kartki żywnościowe a Bolek i Lolek zaprzestali niecnego procederu sprzedaży salcesonu i boczku – w ten czas Leszek przerzucił biznes z jaj na wszelaką rąbankę, głowiznę i kiełbasy. Rozkurzył kurniki i zaczął rzucać mięsem na lewo i prawo. Atrakcją stały się od razu wiedeńskie parówki. Było to w czasach cudu, kiedy to ludziska zaczęły kupować auta bez asygnat, telefony od ręki, a pralki, lodówki i wszelkie mięsiwa bez kolejki. Ale bywa czasem i tak, że w koła zębate dobrej passy wpada piasek i coś zaczyna chrobotać. Od kilku lat pan Leszek zapraszany jest tydzień za tygodniem przed oblicze sądu. Broni się tam przed producentem, który bryzga go majonezem i keczupem własnego wyrobu. Jakby mało było tej papraniny, wystawił mu potężny mur przed wjazdem do firmy. Mur solidny i zawistny jakby rodem z „Zemsty”. Pokazała nam to wszędobylska TVN, jak mówią niektórzy ponad „dwa roki” temu. Spór o mur graniczny trwa nadal, a producenci spierają się o racje. Jeden grzeje

AW

męskiej, którzy lubią ją i jej styl pracy. Niektórzy przychodzą tam kupić bądź co, byle sobie uciąć pogawędkę. Inteligentna, elokwentna, elegancka, a w dodatku do najtańszej gazety gratis dodaje uroczy uśmiech. Uśmiech deficytowy, zapomniany, wyśmiany…Tłukłem jakiemuś wyższemu ekonomiście do głowy, żeby panią Kasię wysłać na wyższe uczelnie ekonomiczne, choćby do Krakowa, z „wykładami”: jak handlować bez opryskliwości chandry i w dodatku z uśmiechem. Pani Katarzyno! Będąc zobowiązany wobec Pani elegancji dziękuję, proszę, przepraszam i wpisuję się na to seminarium z co najmniej połową sprzedawców mojego grodu.

G

K

atarzyna Adamus ze zmienniczką na bazie majątku po nieboszczce Austrii, czyli na stuletnim dworcu żelaznej kolei, prowadzi kiosk z prasą, łakociami, tytoniem, gumą itp. Ot taki wiedeński Tabak-Trafik. Znają ją kolejarze i ci, którzy chleba szukają poza Tarnowem. Pani Kasia wpada w oko najbardziej osobnikom płci

OT .A RT U

J

achymczak – nazwisko jedno, bracia dwaj. To księża Mariusz i Waldemar. To nie los ich rzuca, lecz biskup tarnowski śle ich z posługą tam, gdzie trzeba być. Entuzjaści pracy z młodzieżą, którą dobrze rozumieją i sensownie kierują. Obydwaj wnukowie Jana Jandzisia ps. „Sosna”, „Wrona”, żołnierza ZWZ AK, szefa 4 Kompanii „Ewa” I – go batalionu „Barbara” 16 pp AK. Dziadek obydwu kapłanów wsławił się w terenie wieloma akcjami bojowymi przeciwko Niemcom, a po wojnie przeciw reżimowi sowieckiemu siłą nam narzuconemu. Dziesiątki lat poszukiwany, inwigilowany, więziony, bity. Rodzina prześladowana. Obydwaj księża dostali solidne podwaliny pod swoje kapłańskie życie.

F

I

dzkiewicz Marek po AGH nie wrócił do tatusia i mamusi. Tu się ożenił, pozostał i wstąpił do Solidarności. Robił sobie w jakiejś okręgowej geodezji, a potem Bień zamienił mu filcowe jednokrójki na urzędnicze półbuciki co rano glancowane. Jako rzeczoznawca robił dobrze prywatyzacji, która pytała go, co by tu obchnąć i za ile. Potem odechciało mu się tej licytacji i za namową chyba diabła otworzył swoją działalność. Mówi, że było to siedem lat takich sobie. Teraz dyrektoruje w Geodezji Miejskiej i nadal zawodowo, lecz spokojnie wycenia… Dla zachowania linii i zdrowia zasuwa pod górkę rowerem, z górki szusuje na dechach. Skąd się wziął, taki rumiany, zawsze grzeczny urzędnik? Można by mu zlecić szkolenie innych urzędników, ale brak na to środków. Na dodatek facet mówi głośno na korytarzach, że on w urzędzie nie pracuje, bo to, co robi, kocha robić. Chory jaki czy poturbowany?

abno Tadeusz zwyczajny profesor szkoły średniej i nadzwyczajny wicedyrektor od Adama Mickiewicza obok dawnej Straży Pożarnej /broń Boże Miejskiej. Szkoła za jego pośrednictwem „wykoleja” młodzież na najwyższym poziomie intelektualnym. Teraz buda ta liczy się w rankingach i być może jest solą w oku zazdrośnikom. Mówią o nim, że wierzy w to, co robi. On zaś sam lubi innych, ale woli jak go inni lubią.

M

arek Roleski… przez długie lata robił sobie jaja. Potem rozmajoneził kraj, Europę, Stany i Katar, którego się ostatnio totalnie nabawił. To on stał się niekwestionowanym królem majonezu, musztard i keczupów. Tytuł ten ostatnio skorygował i zwierzył się, że od teraz jest królem przypraw mokrych. Kocha zatem król przypraw mokrych konie. Mozoli się dla nich i codziennie ze Zbylitowskiej Góry do Żukowic dowozi helikopterem po 50 kilo owsa i kilka wiązek siana na przekąskę. Po stryju odziedziczył genetyczne zacięcie rowerowe. Uprawia zatem kolarstwo wyczynowe codziennie w halach produkcyjnych swej firmy. A co! Szczególnie wyżywa się w slalomie omijając finezyjnie dzieże z keczupem i musztardą. Biada jakiemukolwiek wyrobnikowi, który wkręciłby mu się w szprychy. Aby nie poprzestawać na onych pasjach pan Marek, będąc najbardziej znanym producentem przypraw mokrych na świecie, wziął sobie na ambit szkolić pomniejszych światowych majoneziarzy. Jak piszą w Krakowskiej, lata teraz po świecie z wykładami w dziedzinie ekonomii i specjalizuje się w ergonomii słoika szklanego.

N

osek Tadeusz – to modelowy, wręcz klasyczny przykład biznesmena amerykańskiego. Niemal od dziecka w praktyce i sztuce gastronomicznej. Zaliczył wszystkie szczeble i poznał dobrze zaklęte rewiry piwnic i pięter „Bristolu”. Dziesięciolecia szedł powoli i dziarsko jak lodołamacz. Siłą woli i coraz lepszym doświadczeniem dochodził, aż doszedł do szczytu. Wraz z małżonką ciągną w jednym zaprzęgu. „Bristol” zna już trzecie, a nawet czwarte pokolenie Tarnowian. Tadeusz przy-


Ludzie z miasta wrócił mu renomę sprzed wojny. Schlebiam mu, że jest typem amerykańskiego biznesmena. On mruży oczy i z kpiną odpowiada, że amerykański biznesmen śpi na dolarach, a on na starej otomanie.

O

lszówka Piotr – jest ich w Tarnowie krocie. On Piotr, jeden i też coś wart. Socjolog. Chwycił się detektywów, potem kręciły go hostessy, handlował pieluchami jako kawaler. Czepił się w końcu firmy przewozowej z Warszawy. Potem firmę zjadło UPS z Ameryki. Teraz siedzi twardo na zydlu szefa. Myślę, że ma pracę patriotyczną, gdyż odwiedzają go kurierzy i łącznicy międzynarodowi. Mówi, że nie odpowiada za zawartość przesyłek, chyba, że zaginą. W czasie, gdy tak sobie chodził i jeździł do pracy, zachciało mu się zostać politykiem. Widział się już w pierwszych rzędach, śnił mu się establishment miejscowy… W końcu zauważył, że byli może lepsi od niego, a może gorsi, ale pierwsi. Doszedł do wniosku, że nie należy wydawać ciężko zarobionych moniaków na niby ładne i gładkie, acz wredne zabawy. Ma teraz facet nadal spokojną robotę, a w dodatku nie boi się o jej utratę, gdyż głupi byłby ten, kto sam siebie wygryza.

P

aszkot Adam dla przyjaciół Adaś. Rzec by można, że od małego, bo nigdy nie był dryblasem, związany z Targowiskami Miejskimi. Nie dyrektor, ale kierownik. Obdarzony takim słuchem, że nawet w biurze słyszy każdy pisk z targowiska. Jest najlepiej poinformowany o wszystkich wydarzeniach w mieście. Tam między straganami zapadają decyzje kogo awansować, a kogo wysadzić lub po kim spuścić wodę. Z Adamem trzeba się liczyć. Podlega mu cała logistyka handlu Burkowego. Lubią go szefowie oraz „burkowiczanie”. Niektórzy przebąkują, że Adaś ma coś z idealnego wywiadowcy, że pracuje dla obydwu stron. No cóż. Taka jest rola wielkiego Szu. Adaś jest czuły na potrzeby drugiego człowieka. Lubi pomagać bezinteresownie. Ma niewiele czasu na picie urzędniczej kawki. A teraz odezwa. Adaś szykuj nożyczki, gdyż pora już myśleć o przecięciu toaletowej wstęgi. Zanim się to stanie, Pan Adam zbierze jeszcze tęgie lanie, za powtórne rozstawienie „burkowiczan” w nowym miejscu.

R

adlińska Maria – siostra ze Zgromadzenia Sióstr Sacre Coeur w Tarnowie. Dyrektorka Niepublicznego Przedszkola w obiekcie klasztornym. Z małej Ochronki 12. dzieci rozpoczęła opiekę nad dwustoma maluchami. Wszystko to na przestrzeni 16 lat. Rozwojowi maluchów i wszechstronnemu wychowaniu sprzyja niesamowita infrastruktura otoczenia. Park,

Stefan Bielawski. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma w Tarnowie drugiego takiego, który tyle nieznanych historii znałby o tylu znanych ludziach… Zygmunt Szych

aleja klasztorna, niespotykane egzemplarze drzew, wielość zieleni i bliskość świątyni, która sprzyja kształtowaniu duchowości przebywających tam dzieci. Wnętrza też ekskluzywne. Trzeba je zobaczyć, żeby się zachwycić. Zresztą nie ma się czemu dziwić. Przez dziesiątki lat przed drugą wojną był tam pensjonat dla panienek z dobrych domów. Edukowały się tam hrabianki, szlachcianki, zresztą i nie tylko one. Teraz siostra dyrektor przyjmuje według zasady: wszystkie dzieci są nasze. Dobrze jest mieć w życiorysie edukację u „sakrakerek” choćby tę z przedszkola.

S

tefański Paweł – po zawodówce nie pojechał z kolegami do Anglii. Tu chciał i tu został. Trzynaście lat temu wyremontował rozwalającego się Żuka. Połatał go i ruszył w okoliczne wsie. Póki co czyścił miejskie podwórza, piwnice i zakamarki z wszelkiego szmelcu. Zza stodół, szop i garaży wydobywał wiekowe maszyny rolnicze. Niektóre z nich byłyby dziś poszukiwanym antycznym rarytasem. Wkrótce zorientował się, że na tej zabawie można nieźle i uczciwie zgarnąć grosza. Zaczął wiedzieć czego chce na poważnie. Dziś prowadzi cztery skupy złomu. Od rana ludziska same wożą ciężarówkami wszystko, co skup weźmie. Nie był w Anglii. Zbudował piękny dom. W centralnym punkcie miasta wybudował wielogabarytowy i wielofunkcyjny budynek handlowy. Mówi, że gdzie się obejrzy tam leżą pieniądze. One są jak grzyby. Trzeba tylko się schylić i lekko odgrzebać. Paweł jest spełnionym zawodowo i przykładnym ojcem rodziny, dla której pracuje z poświęceniem.

T

oczek Łojewska Bogna…artystka. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. W początkowych latach dużo malo­wała, przekazując poprzez stworzone dzieła wrażliwość wnętrza, duszy. Fascynowała barwą i kompozycją. Brała udział w wielu wystawach. Bogna kocha ludzi, a oni ją. Ma wielu przyjaciół równie wspaniałych jak ona. Odwiedzają ją w domu. Mimo iż prawie dwadzieścia lat temu zagospodarowała łóżko na stałe, uśmiechnięta, ba – radosna. Żywot

13

pędzi ze swoją ukochaną Iwonką. Mówi, że to banalne, ale los jaki jej się przytrafił pozwolił, na przewartościowanie życia. Chce, aby koło niej było niewiele szumu. To, co przeżywa i to, co ma, jest jej i tylko jej.

U

szko Franciszek – wędrowny dyrektor ostatnich dekad. Ostatecznie osiadł w Izbie Rzemieślniczej stanowiącej czapkę podmiotów rzemieślniczych i drobnych przedsiębiorców. Przed laty wsławił się inicjatywą powołania szkoły dla adeptów rzemiosł wszelakich. Dziś jest to jedna z największych placówek kształcących rzemieślników w Polsce. Tu w Galicji rzemiosło zawsze stanowiło główną siłę usługową i było częścią ostoi moralności. Dyrektor Uszko to spryciarz, który umie podświecić świeczkę Panu Bogu i diabłu ogarek. Zauważa filozoficznie, że buty trzeba reperować pobożnym i ateistom. Ostatnio chodzi mocno z nosem ku górze. Mówi, że jego imiennik to numer jeden w świecie. Jak to dobrze jest identyfikować się przynajmniej z imieniem nieprzeciętnej postaci.

W

irzeska-Zagata Iwona – na wiele lat przed emeryturą zarządzała i trzęsła Sanepidem. Zawsze elegancka, można by rzec sterylna. W mowie wyważona, aczkolwiek intelektualnie agresywna. Od lat znana w Tarnowie jako działacz społeczno-zawodowy. Należy do tych pań, które same sobie wypracowały autorytet.

Z

arywski Zbigniew – prawnik bez cenzusu, ale dyplomowany przedsiębiorca. W prezencie ślubnym małżonka wniosła maszynę do szycia. Dziś szyje u niego dwieście pań. Ubierał dygnitarzy, królów, premierów, a teraz obszywa wojsko i policję, bynajmniej nie polską. Prowadzi tradycyjny dom. Dzieci pcha na drogę intelektu. Fotografuje się w antycznych fotelach w aurze luster, kandelabrów i herbu. Od lat kończy rozbudowę zameczku w centrum miasta. Wymaga dużo od innych, ale najwięcej od siebie i rodziny. Uczciwy, zakręcony na tle specyficznego ulepszania wiary i religii. Ciekawi mnie, dlaczego z podejrzliwością patrzy na przyjaźń i przyjaciół.

Ż

ądło – cała promocja kultury w powiecie to jego dzieło. Tak mówi. Od lat wielką troską otacza wszelkie cmentarze wojskowe, wojenne. Propagator postaci bohaterów sprzed drugiej wojny i wcześniej. Żeglarz po morzach i Rożnowie. Nosi czarny, monstrualnych rozmiarów kapelusz i dlatego się go dzieci boją... 


14


Promocja

15

AKTYWNI NIEPEŁNOSPRAWNI

D

wadzieścia niepełnosprawnych osób, mieszkańców powiatu tarnowskiego brało udział w zakończonym właśnie projekcie „Oparcie Społeczne dla osób z zaburzeniami psychicznymi” realizowanym przez Stowarzyszenie Dom Pod Czerwonymi Dębami w ramach zadania zleconego przez Ministra Pracy i Polityki Społecznej. Stereotypowo społeczeństwo odbiera osobę cierpiącą na zaburzenia psychiczne jako groźną i nieprzewidywalną, nie nadającą się do życia w społeczeństwie. – Wypowiedzieliśmy wojnę stereotypom – mówi prezes Stowarzyszenia Dom Pod Czerwonymi Dębami w Nowodworzu, Marta Jamrozik. – Pragniemy zrobić wszystko, by osoby niepełnosprawne ze względu na zaburzenia psychiczne przywrócić do życia społecznego i zawodowego. Podczas realizacji projektu uczestniczące w nim osoby zostały poddane intensywnej aktywizacji społecznej realizowanej nowatorską metodą coachingu społecznego. Odbyło się szereg zajęć warsztatowych, zarówno teoretycznych jak i praktycznych. Już na etapie planowania projektu założyliśmy, by uczestnicy warsztatów jak najwięcej przebywali wśród społeczności lokalnej – mówi koordynator projektu Krzysztof Kosiński. Wielkim sukcesem projektu było to, że z reguły zamknięte w sobie, wycofane społecznie osoby z zaburzeniami psychicznymi dzięki podjętym przez nas działaniom otworzyły się na świat, uwierzyły, że mogą dobrze i samodzielnie funkcjonować w środowisku. W ramach projektu odbyły się m.in wyjścia do kina,

teatru, muzeum, restauracji, na zawody sportowe oraz do różnych instytucji użyteczności publicznej. Osoby niepełnosprawne uczestniczące w projekcie tworzyły własny newsletter, nakręciły również film o przebiegu projektu (dostępny pod adresem www.naszprojekt.eu). Wielką radością dla osób niepełnosprawnych uczestniczących w projekcie był wyjazd do Warszawy na obrady Sejmu. Uczestnicy mieli możliwość zwiedzenia budynku Sejmu oraz spotkania się i porozmawiania z parlamentarzystami na tematy dotyczące spraw i potrzeb osób niepełnosprawnych. Realizacja projektu zakończyła się uroczystością wręczenia dyplomów jego uczestnikom oraz wspólną biesiadą połączoną z projekcją filmu nakręconego przez osoby niepełnosprawne podczas realizacji projektowych działań. Dyplomy wręczyli zaproszeni na uroczystość przedstawiciele władz samorządowych (m.in. wicestarosta tarnowski Mirosław Banach) oraz instytucji pomocowych (m.in. wicedyrektor PCPR w Tarnowie Krzysztof Sobczyk). – Pragnę podziękować wszystkim osobom, dzięki którym projekt „Oparcie społeczne dla osób z zaburzeniami psychicznymi” zakończył się sukcesem – mówi prezes Stowarzyszenia Dom Pod Czerwonymi Dębami Marta Jamrozik. W szczególności podziękowania należą się trenerom prowadzącym warsztaty oraz osobom reprezentującym instytucje współpracujące z nami przy realizacji projektu a w szczególności Starostwu Powiatowemu w Tarnowie.

OGŁOSZENIE

Stowarzyszenie DOM POD CZERWONYMI DĘBAMI działa od 2007 roku. Siedziba Stowarzyszenia znajduje się w budynku Domu Pomocy Społecznej dla osób przewlekle psychicznie chorych w Nowodworzu. Obszar działania Stowarzyszenia to kompleksowa pomoc osobom niepełnosprawnym, głównie ze względu na zaburzenia psychiczne. Prężnie działająca na terenie powiatu tarnowskiego organizacja prowadzi programy aktywizacji społecznej i zawodowej dla osób niepełnosprawnych, organizuje dla nich turnusy rehabilitacyjne, zawody sportowe, imprezy integracyjne itp. Stowarzyszenie Dom Pod Czerwonymi Dębami w Nowodworzu w związku z zakończeniem realizacji projektu „Oparcie społeczne dla osób z zaburzeniami psychicznymi” współfinansowanego ze środków Ministra Pracy i Polityki Społecznej składa serdeczne podziękowania wszystkim osobom zaangażowanym w jego realizację, a w szczególności władzom Powiatu Tarnowskiego, przedstawicielom instytucji pomocowych, instytucji użyteczności publicznej w Tarnowie i powiecie tarnowskim. Dziękujemy i liczymy na dalszą współpracę mającą na celu pomoc osobom niepełnosprawnym w naszym regionie.


16

Temat z okładki

Muzycy made in Tarnów

W

Sławomir

Kruczek

slawek.kruczek@tarnow.in

czasie ostatnich kilkudziesięciu lat na ogólnopolskiej scenie zaistnieli muzycy i zespoły rodem z Tarnowa. Może nie mieliśmy swojego Seweryna Krajewskiego, jak Nowa Sól, czy swojej Budki Suflera, jak Lublin, ale niemałą karierę zrobił w swoim czasie chociażby zespół Ziyo, a przebój „Czy ten pan i pani”, do którego słowa i muzykę napisał Wojtek Klich, znają dziś prawie wszyscy.


Temat z okładki

17

Zaistnieć nigdy nie było łatwo, choć są i tacy tarnowianie, którzy wybili się ponad lokalny poziom i wnieśli coś do muzyki polskiej w ogóle. Zaczynali jednak jak każdy. – Pamiętam, że jako młody chłopak słuchałem obok Pomnika Nieznanego Żołnierza ostro brzmiącej perkusji, której dźwięk dochodził z pobliskiego domu. Była pierwsza połowa lat 70., a w nim spotykali się między innymi Zbigniew Fyki Tomasz Zeliszewski, późniejsi perkusiści kolejno grupy Exodus i Budki Suflera – wspomina Krzysztof Borowiec, tarnowski dziennikarz muzyczny.

Pionierzy z Tarnowa Wcześniej, bo w kwietniu 1967 roku w Warszawie odbył się – dziś owiany już legendą – koncert grupy The Rolling Stones. Wielka ówczesna gwiazda rocka zdecydowała się wystąpić w kraju zza żelaznej kurtyny, a supportowali jej Czerwono-Czarni. W polskiej grupie śpiewała wtedy Janina Śmietana, znana potem jako „Tarnowska”, której pierwszym mężem był Ryszard Poznakowski. Tarnowianka wraz z siostrą występowała następnie przez jakiś czas z Trubadurami, ale dziś wiedzą o tym tylko nieliczni. Byli też w Tarnowie i tacy, których można uznać za prekursorów różnych nurtów muzycznych w Polsce, a o których też dzisiaj raczej się nie pamięta, bo nie wykonywali muzyki popularnej. W 1957 roku Kazimierz Ożga założył zespół Hyrni, będący prawdopodobnie pierwszą grupą, która łączyła big-bit z folklorem. Skaldowie pojawili się dopiero kilka lat później, a sam Ożga na początku lat 60. występował na koncertach estradowych między innymi ze Sławą Przybylską, zaś jego piosenka „Hejnał”, wykonywana przez Joannę Rawik w 1964 roku w Opolu, została nagrodzona i zarejestrowana na płycie. Nowatorski okazał się także powstały w drugiej połowie lat 70. warszawski zespół Exodus, w którym grali tarnowianie. – Perkusistą tej kapeli był Zbigniew Fyk, zaś Exodus to jedna z najważniejszych grup w dziejach polskiego rocka progresywnego i symfonicznego – m��wi Krzysztof Borowiec. W tym samym czasie, kiedy Exodus zaczynał swoją karierę, w pierwszym znaczącym składzie Budki Suflera znalazł się Tomasz Zeliszewski. W tamtych latach działał też tarnowski Sektor A – mało znany, ale ze znanymi dziś muzykami. Z zespołem był związany Jerzy Słota, potem członek legendarnej grupy VOX, a także Marek Piekarczyk z Bochni, który dopiero później wypłynął na szerokie wody dzięki TSA.

Złote czasy Ziyo Prawdziwą ogólnopolską karierę zrobił w pełni tarnowski projekt – zespół Ziyo, który w połowie lat 80. debiutował na festiwalu w Jarocinie. Kariera Ziyo to pasmo wielkich sukcesów. Bardzo szybko dostrzegła ich wtedy prestiżowa radiowa Trójka, w której nie każdy mógł się znaleźć. Piosenka „Nie wiem” zaistniała nawet na liście przebojów Marka Niedźwiedzkiego, a nakręcony do niej teledysk wyemitowano w programie Wojciecha Manna i w Telewizyjnej Liście Przebojów. – Na przełomie lat 80. i 90. w wielu rankingach była to najpopularniejsza grupa w Polsce. W Ziyo grali świetni muzycy, a Jerzy Durał jeśli nie zwyciężał, to był wysoko w plebiscytach na najlepszych wokalistów tamtych czasów – wspomina Krzysztof Borowiec. Debiutancki album Ziyo ukazał się wiosną 1989 roku w nakładzie 180 tysięcy egzemplarzy, a przy jego tworzeniu posłużono się samplerami, co było jednym z pierwszych tego typu rozwiązań brzmieniowych w historii polskiej fonografii. Kolejne piosenki tarnowskiej grupy zdobywały ogromną popularność, zaś utwór „Wyspy” trafił nawet na szczyt listy przebojów Trójki. – Bardzo miło wspominam czasy grania w Ziyo. Jeździliśmy na wiele koncertów, ale było też mnóstwo prób i przygotowań do nich – mówi dziś Wojtek Klich, który do grupy dołączył w 1990 roku. – To była dla mnie prawdziwa muzyczna szkoła, w której bardzo dużo się nauczyłem. Z czasem zacząłem przemycać trochę własnych rzeczy i dzisiaj tamte lata pozostają mi w pamięci jako okres, który pomógł mi muzycznie dojrzeć i rozwinąć się. »


18

Temat z okładki

I Wojtek Klich faktycznie rozwinął się, współpracował z wieloma znakomitymi muzykami, w tym z Tadeuszem Nalepą, Wojtkiem Waglewskim, Grzegorzem Markowskim czy Januszem Panasewiczem. Ostatnie lata to dla niego okres występów z Anią Wyszkoni, dla której napisał tekst i muzykę do słynnej piosnki „Czy ten pan i pani”. Ale Klich jest też dzisiaj animatorem życia muzycznego w Tarnowie. Promuje miasto dzięki letniemu festiwalowi Był Sobie Blues, a na jego cykliczne Zaduszki Dżemowe zawsze brakuje biletów.

Wysyp zespołów

W czasach istnienia Ziyo, w Polsce słuchano jednak jeszcze innego tarnowskiego zespołu. Założona przez Rafała Rzeźnikiewicza grupa Akron występowała w Jarocinie, była grana w radiu i pokazywana w telewizji. To był wspaniały okres rozwoju polskiego rocka, w który tarnowianie z powodzeniem się odnaleźli. Później Rzeźnikiewicz zmienił kierunek i zwrócił się w stronę ostrzejszej muzyki. Po Akronie powstał Pacific, a później Anaconda, która nie tylko nagrywała płyty, ale wystąpiła też w najdłuższym koncercie świata. 1997 minut grania muzyki bez przerwy odnotowano nawet w księdze rekordów Guinessa.

Anaconda przetrwała, choć w tamtych latach byli też i tacy, którzy nie do końca wykorzystali swój potencjał. Pięć minut miała Dzika Kiszka, która zdobyła nagrodę publiczności na festiwalu w Jarocinie. W 1992 ukazał się ich fonograficzny debiut – album „Rap’N’Roll”. Nazwa nieprzypadkowa, bo grupa łączyła rap i rock and roll. Marek Niedźwiedzki określił ich nawet mianem „Beastie Boys z Tarnowa”. W 1999 w konkursie debiutów na XXXVI Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zwyciężyła powstała dwa lata wcześniej w Tarnowie grupa Siedem. Zespół jednego przeboju, bo piosenkę „O smokach” grało wtedy chyba każde radio w Polsce. Ale tych, którzy mogliby zrobić jeszcze większą karierę nie brakowało. Wśród nich jest choćby Paweł Mazur, dziś z sukcesami pracujący w tarnowskiej Szkole Muzyków Rockowych. – Mazur jest znakomitym gitarzystą, a nie tyko ja uważam, że Sting mógłby się od niego uczyć gry na basie. Przy okazji to bardzo dobry wokalista – komplementuje Krzysztof Borowiec.


Temat z okładki Zespół Ziyo

Czas na Totentanz Nowy wiek na tarnowskiej scenie muzycznej przyniósł też nowe objawienie. Zespół Totentanz powstał trochę z przypadku, ale szybko został doceniony w kraju. Grupę założył w 2005 roku Erik Bobella, Amerykanin mieszkający w Tarnowie, w tamtym czasie współpracujący też z KSU. Wokalistą i gitarzystą zespołu, wtedy jeszcze nie mającego nawet nazwy, został Rafał Huszno – pracownik pogotowia ratunkowego. Dwa lata później czwórka tarnowskich muzyków, grających już jako Totentanz, nagrała debiutancki album „Nieból”. Sukces był zdumiewający, bo w prestiżowym czasopiśmie Metal Hammer krążek uznano za debiut roku, a płyta zwyciężyła też w plebiscycie Antyradia. – Zespół powstał spontanicznie i nikt nie spodziewał się takich efektów. Ewenementem było to, że przed wydaniem płyty zagraliśmy może jeden koncert – mówi Huszno. – Zwykle najpierw zespoły grają koncerty, potem coś wydają. W naszym przypadku było odwrotnie, ale debiutancka płyta i niezła promocja sprawiły, że już podczas pierwszej trasy koncertowej ludzie zaczęli się interesować, o zespole zrobiło się głośno. W 2008 roku grupa Totentanz wydała „Zimny dom”, który ponownie został doceniony, a tarnowianie byli nawet nominowani do Fryderyków. Ciekawa okazała się też kolejna płyta „Live”, do której dołączono zapis DVD z koncertu z Tarnowską Orkiestrą Kameralną. Za to wydany w 2011 roku krążek „Inni” był faktycznie

Zespół Totentanz

19

inny. Nieco łagodniejszy klimat płyty niektórych fanów zespołu rozczarował, ale sprawił też, że pojawili się nowi. Teraz Totentanz chce powrócić do korzeni i kończy pracę nad czwartym albumem studyjnym. – Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, choć po ostatniej płycie pojawił się czas przestoju. Nie wiem tak naprawdę z czego to wynikało, ale mam nadzieję, że nowy krążek sporo zmieni, bo będzie mocno rockowy – mówi Huszno, który razem z kolegami z Totentanzu należy w ostatnich latach do czołówki polskiego rocka.

Róbcie swoje Rafał Huszno prowadzi w radiu RDN Małopolska audycję „Demogram”, w której prezentuje piosenki młodych zespołów z regionu tarnowskiego. Ze smutkiem przyznaje, że bardzo ciężko będzie im zaistnieć. – Nie dotyczy to tylko naszego regionu, ale sytuacji na rynku w ogóle. Słabi od razu są skazani na porażkę, a nawet jeśli ktoś jest naprawdę dobry, to musi zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Dzisiaj ciężko mają nawet gwiazdy, bo one też muszą zabiegać o to, żeby ludzie wśród medialnej papki usłyszeli informację o ich nowej płycie – przyznaje wokalista Totentanz. Młodzi na ogół szukają dzisiaj swoich szans w popularnych programach telewizyjnych. Wysyp muzycznych talent-show sprawił, że dzięki nim niektórzy się wybili, jak chociażby Monika Brodka, Ewelina Lisowska czy Kamil Bednarek. Ale młodzi patrzą też na rzeczywistość pragmatycznie. Wiedzą, że szansę na sukces mają tylko nieliczni, więc po prostu cieszą się muzyką dopóty, dopóki starcza im pasji, sił i czasu. – Gramy, bo uwielbiamy to robić – mówi Kamil Juszczyk z zespołu Sayes, będącego jedną z najbardziej obiecujących tarnowskich grup. Trzech młodych chłopaków miało już okazję supportować Myslovitz czy The Raveonettes, dostali się też do półfinału „Must Be The Music”. Ale starsi koledzy przestrzegają, że nie będzie łatwo. W czasach, w których muzyka popularna stała się produktem, coraz trudniej zaznaczyć swoją obecność na ogólnopolskiej scenie z czymś ambitnym. Największe kariery robią ci, którzy mają dużo szczęścia i potrafią dotrzeć do masowego odbiorcy, a nie zawsze idzie za tym jakość ich muzyki. – W ostatnich latach sam trochę uczestniczę w tym ogólnopolskim rynku muzycznym, ale muszę przyznać, że nadal do końca nie poznałem zasad, które nim rządzą – mówi Wojtek Klich. – Trudno znaleźć dobry sposób na zaistnienie, bo muzyka popularna to często muzyka nastawiona na komercję, pieniądz, manipulację gustami odbiorców. Mogę jedynie doradzić młodym zespołom, aby po prostu grały. Nie wolno się poddawać, a jeśli coś będzie naprawdę dobre, to odbiorcy się znajdą. Nie masowi, ale tacy, którzy docenią wartość tej muzyki. Warto, aby młodzi i ambitni sięgnęli czasem do mądrości starszych, bardziej doświadczonych. Posłuchali nie tylko Justina Biebera i Ewy Farny, ale choćby Wojciecha Młynarskiego, który zaśpiewał kiedyś w Opolu: Róbmy swoje. Może to coś da? Kto wie?...


20

Społeczność

NIE MASZ POMYSŁU NA ZOSTAŃ RZEMIEŚLNIKIE

Ginące zawody

Julian Szczygieł zawodowo zajmował się garncarstwem przez całe życie

Szewc z Tarnowa, wikliniarz z Ciężkowic, bednarz z Żurowej, garncarz z Czermnej – łączy ich to, że są jednymi z ostatnich osób wykonujących swoje zawody w naszym rejonie. Zawody rzemieślnicze powoli znikają z ulic miast i dawno zniknęły z rynku pracy. W oddalonych od Tarnowa wsiach, w przydomowych garażach można jeszcze zobaczyć nieliczne małe warsztaty prowadzone przez miejscowych rzemieślników.


Społeczność

ŻYCIE? EM

W

Anna

Marszałek

anna.marszalek@tarnow.in

Tarnowie szewc był jednym z pierwszych cechów rzemieślniczych, jeszcze na długo przed uzyskaniem przez miasto praw miejskich. Obecnie w mieście istnieje około 15 punktów szewskich, a większość z nich prowadzą emeryci dla których praca ta jest dodatkowym zarobkiem, mało kto jest w stanie utrzymać się z samego zakładu szewskiego. Pan Mieczysław Kmieć od kilku lat prowadzi swój warsztat na ulicy Lwowskiej. Jednak z roku na rok interes prowadzi się coraz gorzej i gdy przeprowadzaliśmy tą rozmowę mówił, że nie wie, czy do momentu kiedy artykuł się ukaże, jego zakład będzie jeszcze istniał. Za główną przyczynę braku klientów uważa napływ towarów tanich, często wręcz jednorazowych, które łatwiej wyrzucić gdy się zużyją, niż naprawiać. Kolejnym problemem są koszty prowadzenia zakładu, które pokonały już niejedną firmę. Pan Mieczysław zna jeszcze kilku młodszych fachem szewców – wszyscy jednak pracują obecnie za granicą i chwalą sobie pracę i zarobki. – Zachodnie społeczeństwo stać na to, aby kupić dobre obuwie, które potem szewc bez problemu może zreperować, stać ich też na zrobienie obuwia na zamówienie – wyjaśnia. Nikt już nie kształci przyszłych szewców, a zawód przechodzi do lamusa. Czy można dziwić się kolejnym pokoleniom, że nie wybierają takiej drogi – niełatwej nauki zawodu, do tego bez perspektyw? Co się stanie w momencie, kiedy pewne pokolenie ostatnich rzemieślników odejdzie, a nowe nie przyjdzie w ich miejsce – kto wtedy zajmie miejsce szewca? Pan Franciszek Duda jest bednarzem, swoją firmę prowadzi we wsi Żurowa w gminie Szerzyny. Zawodu rzemieślnika uczył się od swojego ojca, a następnie zdobył dyplom czeladnika, po czym przejął firmę po ojcu. Zawód bednarza wymaga dobrego warsztatu, staranności i precyzji. – Obecnie sposób i technika wykonywania bednarstwa troszkę się zmieniły, weszły pewne udoskonalenia, ale sposobem tradycyjnym jestem w stanie wykonać produkt bednarski bez użycia prądu i maszyn – tak byłem uczony przez mojego tatę i czuję się rzemieślnikiem – mówi pan Franciszek. Nie narzeka na brak pracy – spływają do niego zamówienia od mniejszych firm z kraju, ale też z zagranicy. Jednak mimo popytu na produkty wykonywane w warsztacie: cebrzyki do saun, konwie, balie, drewniane wiadra, miski czy maselniczki, nie widzi perspektyw dla kontynuowania tradycji rodzinnej: – Młodzi ludzie nie za bardzo chcą podejmować się takiego rzemiosła z uwagi na to, że praca w tym zawodzie jest dosyć ciężka. W moim przypadku chyba też firma upadnie, gdyż mam trzy córki i nie mam komu przekazać moich umiejętności. 88 letni mieszkaniec Czermnej pan Julian Szczygieł zawodowo zajmował się garncarstwem przez całe życie. Ani początki, ani praca w zawodzie nie były łatwe. Chcąc odciążyć finansowo rodziców, już jako 12-latek zaczął przyuczać się do zawodu. Ponieważ nie miał pieniędzy na naukę, musiał odbyć tzw. „wysługę” u miejscowego garncarza – praca polegała na pomaganiu w gospodarstwie, dzięki czemu w wolnych chwilach mógł obserwować pracę garncarza i samemu próbować lepić naczynia. Po trzech latach przyuczania, uruchomił warsztat w rodzinnym domu. Tu zajmował się wyrobem glinianych naczyń – od pozyskiwania ziemi, poprzez kopanie nawet trzymetrowych dołów, aby uzyskać odpowiednią odmianę, przez wyrób naczynia na kole garncarskim, po ostatnią fazę Józef Zięcina pracy jaką było wypalanie. Była to długa i żmudna w swojej pracowni praca – sam proces wypalania trwał około 48 godzin. wikliniarstwa Mimo że praca wymagała sporo wysiłku i wyrzeczeń

21


22

Społeczność

Franciszek Duda – chociażby w okresie, kiedy podczas pracy jeździł na pokazy do oddaw swoim warsztacie lonych nawet o 80 km miejbednarskim scowości, w którą to podróż wybierał się furmanką wyładowaną wyrobami garncarskimi – przez całe życie robił to, co lubi. Z przerwami w latach okupacji i wojny pracował tak do połowy lat 70., kiedy naczynia gliniane wyparte zostały przez metal, fajans i plastik. Warsztat w którym pracował pan Julian stoi w tym samym miejscu już od 65 lat. W gminie Ciężkowice we wsi Zborowice mieszka pan Józef Zięcina, który od 56 lat zajmuje się wikliniarstwem. Uczył się od swojego ojca. Przez pewien czas pracował w koszykarni w Ciężkowicach, potem podjął pracę zawodową godząc to wszystko z pracą przy gospodarstwie, a ponieważ nie chciał zapomnieć tego, czego nauczył się za młodu, cały czas tworzył niewielkie ilości wyrobów wikliniarskich na zamówienie. Obecnie, będąc na emeryturze, poświęca temu cały swój wolny czas: – Praca jest ciężka, może nie fizycznie, ale trzeba pracować rękami. Praca jest żmudna, młodzi ludzie się tego boją – mówi pan Józef. Ten kto wyplata kosze, a w okolicy pan Józef jest jedyną osobą, musi znać się na rodzajach wikliny, wiedzieć jak korować, moczyć i suszyć. Nadal dostaje zamówienia – na wsiach ludzie zamawiają kosze na ziemniaki, do zbiorów, plecie też wazony ozdobne. Pan Józef przyznaje, że kiedyś pojawiło się u niego dwóch młodych ludzi, którzy chcieli nauczyć się wikliniarstwa. Odmówił im jednak, obawiając się wikłania w biurokrację.

Biorąc pod uwagę stan obecnego rynku pracy – gdzie wielu młodych ludzi nie może znaleźć dla siebie miejsca, być może warto byłoby, myśląc perspektywicznie, powrócić do kształcenia zawodowego na większą skalę – odświeżyć zawody dawno zapomniane lub odchodzące do przeszłości. Z takim zamysłem, działająca w Tarnowie Izba Rzemieślnicza oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości kilka lat temu, znajdując lukę w zapotrzebowaniu na pewne usługi i wyroby, otworzyła Rzemieślniczą Zasadniczą Szkołę Zawodową. Szkoła kształci zarówno w popularnych zawodach jak i niszowych jak cieśla, kamieniarz lub kowal. Jednak w tym roku z informacji jakie od nich uzyskaliśmy wynika, że nie było chętnych do podjęcia nauki na niszowych kierunkach. Wyjaśniają dlaczego: – Wynika to tylko i wyłącznie z niedoinformowania absolwentów gimnazjum o możliwościach jakie stwarza uczenie się i przygotowanie do właśnie takich zawodów. FOT. ARTUR GAWLE Brak niestety jest doradców zawodowych – o których sami zabiegaliśmy – którzy właściwie ukierunkowali by młodzież Maciej Słowik, w kwestii dotyczącej wyboru zawodu. który prowadzi Głosem młodego pokolenia w całej tej historii niech w Tarnowie swoją będzie wybór zawodowej drogi Macieja Słowika, 24 letniego „Pracownię drewna” tarnowianina, który prowadzi w Tarnowie swoją „Pracownię drewna”. Kilka lat temu ukończył Ogólnokształcącą Szkołę Sztuk Pięknych, a następnie Policealne Zawodowe Studium Plastyczne o specjalizacji Renowacja mebli i wyrobów snycerskich. Już w czasie nauki zajmował się m.in. konserwacją mebli, obiektów sakralnych czy drobnych, zabytkowych detali architektonicznych. Dzięki temu, otwierając trzy lata temu swój własny biznes miał już pewne doświadczenie i grono zadowolonych klientów: – Prawdę powiedziawszy, mimo opracowaniu dość drobiazgowego biznesplanu, obawiałem się porażki na rynku. Ku mojemu zaskoczeniu, z pozoru niszowego profilu działalności od razu miałem sporo zamówień, nie musząc się szczególnie reklamować – mówi Maciej. Praca w zawodach rzemieślniczych to nie tylko praca fizyczna, ale dążenie do uzyskania jak najlepszego efektu tej pracy – wymaga odpowiedniej techniki, wiedzy, precyzji i poczucia estetyki. Tym różnią się wyroby wychodzące spod ręki szewca, garncarza, wikliniarza i każdego innego rzemieślnika, od takich samych produktów wykonywanych w zakładach przemysłowych i fabrykach. – Mam przekonanie o tym, że rzeczy wykonane ręcznie, z wyczuciem artystycznym i intuicją estetyczną, wygrywają nad tuzinkową, masową i bezmyślną produkcją – dodaje Maciej. Pytany o to, czy było warto odpowiada: – Otworzenie pracowni wiązało się z ciężką pracą, ale motywowało to, że robię to dla siebie; aby mieć warunki i przestrzeń, aby robić to, co lubię i jeszcze na tym zarabiać. Słowa te zdają się być wystarczającą motywacją. 


Przyroda

23

Uwaga,

nadlatuje łomignat

Zygmunt

Szych

FOT. WŁODZIMIERZ STACHOŃ

zygmunt.szych@tarnow.in

G

rudzień, zwłaszcza druga połowa miesiąca, to pora, kiedy warto odwiedzić Lasy Wierzchosławickie, jeśli chce się zobaczyć w akcji łomignata. Tak inaczej nazywany bywa orzeł bielik, największy nasz drapieżny ptak, osiągający imponującą rozpiętość skrzydeł – do 2,5 metra! Łomignatem przezwany został dla jego umiejętności – dosłownego! – „łamania gnatów” swojej zdobyczy. A bywają nią młode sarny, lisy, czasem nawet psy i koty. Ale w Lasach Wierzchosławickich bielik pojawia się dla… ryb, w których także gustuje i na które potrafi zręcznie polować, korzystając ze swoich nieopierzonych palców. Już w październiku odbywają się tu odłowy karpi na świąteczne stoły i wtedy bielik jakimś cudem „dowiaduje się” o tym wydarzeniu. Przebywa w tych miejscach aż do grudnia, kiedy to ryby są już w zimochowach, skąd wyławiane są prosto na wagę i wędrują do sklepów, a potem naszych domów. O takiej porze bielik niemal całkowicie przerzuca się na dietę rybną, korzystając z faktu, że tu i ówdzie, w stawach skąd spuszczono wodę roi się od rybnego drobiazgu, a czasem można trafić i na jakąś większą sztukę. To bardzo cierpliwy myśliwy. Widziałem go w akcji na Błotnicy Wielkiej, największym tutejszym stawie. Było to wczesną jesienią, na wodzie koczowały stada dzikich kaczek, łysek i kormoranów. Nagle całe to towarzystwo uniosło się z przeraźliwym krzykiem w powietrze i rozpierzchło w dwie strony. Jakby wiedziały, że tu nie grozi im niebezpieczeństwo, bo też bielik „podnosi” swe ofiar

wprost z lustra wody, a w powietrzu jest bezradny, nie potrafi zapolować. Niezrażony niepowodzeniem, wrócił na szczyt wysokiej sosny i po chwili znowu pojawił się nad wodą, mimo że jego potencjalne ofiary znowu odfrunęły. Krążył nisko nad stawem i..dopiął swego! Okazało się, że upatrzył sobie kormorana, który za każdym razem na jego widok znikał pod wodą. Ale do czterech razy sztuka: kiedy kormoran zmęczył się tym nieustannym nurkowaniem i omal nie udusił, musiał się wreszcie wynurzyć na dobre. I na to właśnie czekał bielik: „zdjął” go w szponę, kiedy tylko zmęczony do utraty tchu ptak pojawił się na powierzchni. Bieliki nie gniazdują w naszych stronach, ten tu prawdopodobnie przyleciał ze Słowacji albo Bieszczad. Na co dzień prowadzi dość ustabilizowany tryb życia. Zrywa się ze snu bardzo wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca, by po raz pierwszy oblecieć rewir łowiecki. Jeżeli wtedy trafi się jakiś lis albo zając, zjada go w porze przedpołudniowej. Teraz pora na toaletę, czyli staranne czyszczenie dzioba, po czym kilka łyków wody dla ugaszenia pragnienia po obfitym śniadaniu. Wreszcie zasłużony, kilkugodzinny wypoczynek, po czym równie staranne porządkowanie upierzenia, nieco drzemki, a po południu kolejna wyprawa łowiecka. I tak to bardzo spędza dzień, aż przed zmierzchem cierpliwy nadejdzie pora na sen. myśliwy Obserwacja polujących bielików w naszych stronach to pełne emocji przeżycie, jeśli zważyć, że występują tu tylko gościnnie i to właśnie jedynie między październikiem a grudniem. No a poza tym ten wielki, dumny ptak o bielejącym ogonie (stąd nazwa!) to symbol naszego narodowego godła… 

BIELIK


24

Reklama

Czapka narciarska Conte Of Florence

339 zł

Gotowi na zimę? Czapka narciarska Salomon IVY BEANIE

99 zł

Kurtka narciarska Alpine Pro CORTINA

Kurtka narciarska Emmegi SADIE jednym słowem włoska elegancja

3699 zł

999 zł* Spodnie narciarskie Emmegi SPEED doskonała elegancja

Zimowe buty dziewczęce Alpine Pro ANTARCTICA KIDS dla najmłodszych amatorów śnieżnych zabaw

Bluza termoaktywna Alpine Pro AGORDINA

159 zł*

2399 zł

129 zł*

Spodnie narciarskie Alpine Pro ORTIS

379 zł*

Czapka narciarska Salomon JUNIOR STRIPE BEANIE

59 zł Buty zimowe The North Face BACK-TOBERKELEY II

449 zł 359

Damskie buty trekkingowe Alpine Pro PHILADELFIA LTR na każdy wypad za miasto

Kurtka narciarska Alpine Pro DUSE

329 zł*

499 zł*

Męskie buty zimowe The North Face BACK-TO-BERKELEY 84, które wyglądem nawiązują do największych klasyków

499 zł

399 zł Damskie buty zimowe Alpine Pro ARROW WINTER PTX WM na największe zimowe zawieruchy Męskie buty zimowe The North Face BACKTO-BERKELEY o ponadczasowym wyglądzie

349 zł*

449 zł

359 zł

Spodnie narciarskie Alpine Pro ORAZIO

379 zł*

Reklama przygotowana przez Biuro Ogłoszeń miesięcznika Tarnów.in. Zdjęcia Artur Gawl


Reklama

ZESTAWY NARCIARSKOSNOWBOARDOWE

Juniorskie gogle narciarskie Goggle H951-4 najlepszą ochroną oczu najmłodszych narciarzy

Kurtka Salomon BRILLANT JACKET

129 zł

Czapka narciarska Salomon FLAT SPIN II BEANIE idealny dodatek do każdej kurtki narciarskiej

89 zł

25

Kurtka Quiksilver EDGE 10K JKT M

979 zł

1369 zł

Męskie zimowe buty The Nort Face CHILKAT II którym nie straszne są największe śnieżne zaspy

419 zł

ZESTAW NARCIARSKI LUB SNOWBOARDOWY FIRMY ALPINE PRO Doskonały zestaw narciarski lub snowboardowy od czeskiej firmy Alpine Pro dla każdego amatora białego szaleństwa.

335 zł Kurtka narciarska Alpine Pro ADDIS

Spodnie Salomon BRILLANT PANT

849 zł*

Spodnie Quiksilver PORTER 10K PNT M

799 zł

599 zł

Damskie buty zimowe Alpine Pro ARROW WINTER PTX WM dla Pań lubiących zimowe spacery

Kijki narciarskie Salomon

349 zł*

od 159 zł do 99 zł

Męskie buty trekkingowe Alpine Pro WINDIGO MID PTX dla miłośników zamiejskich wypadów Spodnie narciarskie Alpine Pro GIUSTO

449 zł*

399 zł*

Buty narciarskie Tecnica DEMON 100 AIR SHELL

1399 zł

1189 zł

Tarnów, ul. Stanisława Staszica 3. Zapraszxamy od poniedziałku do piatku w godz. od 10 d0 18. W soboty od 10 do 14.

* – Przy zakupie dwóch produktów firmy Alpine Pro otrzymujesz na droższy -20% a na tańszy -30%

le. Kontakt w sprawie reklamy: Agnieszka Merchut tel. 792-721-005, e-mail: br@tarnow.in


26

FOT. ARTUR GAWLE

Byłem przy tym


Byłem przy tym

27

W tym roku mija 20 lat, od kiedy wojska sowieckie opuściły Polskę. Tu, w lasach w Żdżarach, dla bogactwa runa leśnego, tak chętnie odwiedzanych przez grzybiarzy z Tarnowa, znajdowała się jedyna w Małopolsce wojskowa baza sowiecka. Wielonarodowa jednostka, złożona głównie z Azjatów: Uzbeków, Turkmenów, Kirgizów, ale także Rosjan, Ukraińców, Litwinów, Łotyszy i Estończyków, liczyła początkowo 150 żołnierzy. Docelowo miało ich tu przebywać czterystu. Zygmunt

Szych

zygmunt.szych@tarnow.in

B

ył wśród nich jeden Azer z Baku, lejtnant (porucznik) Alik Mahmudow. Kiedy w kwietniu 1993 r. obcy żołnierze ładowali się do specjalnego, towarowego pociągu by opuścić te miejsca, było ich na rampie kolejowej w Czarnej 149. Alika zabrakło. Już wcześniej opuścił leśną bazę i ukrywał się, poszukiwany przez służby sowieckie i polskie. Po 13 latach rozmaitych perypetii, obfitujących w dramatyczne, groteskowe, czasami tragikomiczne sytuacje i przypadki, Alik z Azera stał się Polakiem, z muzułmanina – chrześcijaninem. Dziś jest szczęśliwym mężem, ojcem dwójki dzieci – Danieli i Daniela. Niedawno, po 25 latach nieobecności w swej ojczyźnie odwiedził ze swą polską rodziną Baku i dawne rodzinne strony… *** Dopiero po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że radzieccy żołnierze wycięli kawał lasu, ogrodzili teren i budują tu bazę wojskową. Wkrótce od strony powiatowej drogi widać było górujące nad sosnami maszty radarów. Była to jednostka wojsk łączności. Miałem zaprzyjaźnionego kierownika sklepu, wtedy największego w Tarnowie. Pawilon nazywał się swojsko „Klikowiak”. Ten kierownik opowiadał mi, że tu zaopatrują się w mięso i wędliny, które wtedy dla nas były na kartki. Przywozili mu czasami sarninę. Kiedy ich zapytał, skąd to mają, odpowiedzieli ze śmiechem: „nu kak, my w lesu żywiom. Trach, trach – i wsjio!” („No jak to, my w lesie mieszkamy. Trach, trach – i po wszystkim”). W tamtym, 1985 roku w lasach tych pojawił się nie wiadomo skąd, niedźwiedź brunatny, wywołując zrozumiałe zainteresowanie i sensację. Pisały o nim lokalne gazety, „Krakowska” i „Dziennik Polski”, zwłaszcza po tym, jak dewastował pasieki. Ówczesny wojewoda tarnowski Stanisław Nowak zwrócił się o pomoc do naukowca z Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu, dr. Zbigniewa Jakubca. Miał on za zadanie wytropić miśka, uśpić przy nęcisku nabojem usypiającym i helikopterem odtransportować w Bieszczady, skąd prawdopodobnie przybył

nieoczekiwanie w te strony. Niedźwiedź pojawił się w czerwcu i był widziany zaledwie trzykrotnie przez mieszkańców. We wrześniu słuch po nim zaginął, nie było też żadnych tropów ani śladów w tych lasach. Mówiono, że zastrzelili go żołnierze z tej bazy tak, jak bezkarnie strzelali do saren i dzików. Po raz pierwszy odwiedziłem bazę w 1990 roku. Kilkadziesiąt metrów przed bramą wejściową czuwał żołnierz, niedbale oparty o pochyłą brzozę i drzemiący na zainstalowanym na niej materacu. Zakręcił korbką telefonu, przywiązanego sznurkiem do drzewa i oznajmił dyżurnemu, że jest tu jakiś Polak. – Podaje się za dziennikarza i chciałby z dowództwem się widzieć. Kazali mnie wpuścić. Pół godziny czekałem na dowództwo. Wreszcie usłyszałem miarowy tupot nóg i śpiew: „Rassija, radina maja!” („Rosja, ojczyna moja”). Śpiewali tak Azjaci i „biali” z republik bałtyckich. Dowódca, major Ałdonow, zaprosił do sztabu, mieszczącego się w jednym z kilku baraków. „Mówi pan po rosyjsku? – Trochę. – To dajcie tu Alika, on dobrze zna polski”. Tak poznałem lejtnanta Alika Mahmudowa. W bazie pracował jako zaopatrzeniowiec. *** Alik ukończył liceum w Baku i szykował się do służby wojskowej w Armii Radzieckiej. Ojciec był wojskowym, w randze majora. – Załatwię ci Polskę. Zobaczysz kawałek świata. Bo tutaj, u nas… sam widzisz.. Tak trafił do Legnicy, do Północnej Grupy Wojsk. Pewnego dnia oznajmiono mu, że wyjeżdża do nowo tworzonej bazy na południu Polski. Pytał kolegów, którzy już tam byli, jak tam jest. A oni, że to jakieś straszne zadupie. Wokoło nic, tylko lasy. Do najbliższego miasta, Tarnowa, kilkadziesiąt kilometrów, ale połączenia kiepskie, do stacji kolejowej kilka kilometrów piechotą. „Ale gówno – pomyślał – ładnie mnie wpakowali”. W Legnicy było ich kilkadziesiąt tysięcy, mieliśmy własne dzielnice, wszystko ich. A tu jakieś lasy, wiocha. Pierwszej wiosny zamieszkali w namiotach, w zimie marzli solidnie. Potem przenieśli ich do drewnianych, ogrzewanych baraków. Był zaopatrzeniowcem, stale na przepustkach, ale koledzy się nudzili. Bywał często w Tarnowie, poznawał ludzi, oni jego. Tutejsi Polacy byli bardzo sympatyczni, gościnni.


28

Byłem przy tym

Łatwo nawiązywał kontakty, bo dobrze znał język polski. Na Burku, tarnowskim placu handlowym znały go wszystkie przekupki. Lubił sobie z nimi pożartować. Pytał, czy nie znają jakiejś fajnej dziewczyny, bo chciałby się tu ożenić. Myślały, że żartuje, ale on „mówiłem to całkiem serio”… W połowie kwietnia 1993 dostałem wiadomość od znajomych z Czarnej, że wojsko opuszcza tę jedyną w Małopolsce bazę wojskową. Zabrałem fotoreporte-

Alik ukrywał się przed swoimi i polskimi służbami, co chwilę zmieniając miejsca pobytu. Był także u mnie, ale krótko, bo to mogło być dla niego niebezpieczne, Kiedy na rampie napisano „Sowieci do domu!”, ktoś dorzucił do tego: „ale Alika zostawcie w spokoju!”. Wyjeżdżał też na Śląsk, gdzie sporadycznie zatrudniał się w różnych niewielkich firmach. Tam nikt nie wiedział, kim jest, a raczej kim był. Potem pracował także u mnie. ra i pojechaliśmy tam następnego dnia. Wojsko, w sile kompanii stało w dwuszeregu na rampie. Czekali jeszcze na przylot generała Tracza z Legnicy, który miał ich pożegnać. Byli też przedstawiciele strony polskiej, z pełnomocnikiem wojewody tarnowskiego do spraw pobytu wojsk

radzieckich, byłym posłem Karolem Krasnodębskim. Kompania liczyła 150 wojaków, ale na rampie było o jednego mniej. Brakowało Alika Mahmudowa, który już wcześniej opuścił bazę i ukrywał się wśród licznych znajomych, to tu, to tam. Wiedziałem, że teraz, w czasie tego pożegnania, siedzi za firanką przy oknie jednego z najbliższych domostw. Jakieś sto metrów od rampy jest kościół. Akurat odbywała się tu msza żałobna, wyraźnie słychać było z megafonów słowa księdza, który ją prowadził. I wtedy stała się rzecz nieprawdopodobna. Kiedy generał Tracz wypowiadał słowa: „sjewodnia my praszczajem Polszczu…” – („dzisiaj żegnamy Polskę”) z kościelnych megafonów dobiegło: „na wieki wieków aaaamen”. Krasnodębski parsknął śmiechem, my śmialiśmy się głośno. Kiedy o tym epizodzie napisałem, nie chciano mi uwierzyć. Na szczęście fotoreporter miał kamerę video i wszystko było nagrane… Alik ukrywał się przed swoimi i polskimi służbami, co chwilę zmieniając miejsca pobytu. Był także u mnie, ale krótko, bo to mogło być dla niego niebezpieczne, Kiedy na rampie napisano „Sowieci do domu!”, ktoś dorzucił do tego: „ale Alika zostawcie w spokoju!”.Wyjeżdżał też na Śląsk, gdzie sporadycznie zatrudniał się w różnych niewielkich firmach. Tam nikt nie wiedział, kim jest, a raczej kim był. Potem pracował także u mnie. Miejsca pobytu zmieniał nawet co kilka dni. Ale w końcu ktoś go chyba wydał, musiał to być ktoś, kto go nie lubił, choć wrogów nie miał żadnych. Straż graniczna przywiozła go na przejście graniczne w Medyce. Kazali iść na granicę, na tę drugą stronę. Ukraińscy strażnicy jednak go nie wpuścili. Na jego szczęście, bo nie wiadomo, jakby się to skończyło, KGB ciągle wtedy miało się dobrze, a mają długie ręce. Kazali mu wracać na stronę polską. Z pretensjami do polskich kolegów: „kogo nam tu przysyłacie? On ma paszport Związku Radzieckiego,


Byłem przy tym

TUR . AR FOT

29

LE

GAW

a to państwo już nie istnieje. Tu jest teraz Ukraina. Zabierzcie go sobie z powrotem”. Rzeczywiście, jedyny dokument, jakim się legitymował, to był paszport ZSRR. Związek Radziecki nie istniał już wtedy. A on był w takiej sytuacji bezpaństwowcem…. Ale oficjalnie status bezpaństwowca uzyskał dopiero po latach starań. Wszystko odbywało się tak powoli. Do swoich, do Azerbejdżanu nie chciał wracać. Bał się samej podróży, w której mogło go spotkać nieszczęście. W końcu był dezerterem. Co prawda z armii, która też już nie istniała, ale jednak. KGB nie wybacza… W Dębicy, na jakiejś dyskotece, poznał Małgosię. Piękna dziewczyna. Blondynka, a jemu się zawsze podobały blondynki. „Przypomniały mi się moje rozmowy z przekupkami na Burku, targu w Tarnowie. Pytałem o ładne dziewczyny, a teraz właśnie trafiłem na taką”. Alik i Małgosia zakochują się w sobie. Pragną się pobrać, tym bardziej, że Małgosia jest w ciąży. Ale bezpaństwowca poślubić nie można. W dodatku stale grozi mu deportacja, Tylko nikt nie wie, jak tego dokonać. I po co, skoro tu znalazł swoje miejsce na ziemi… Ktoś mu doradził, żeby wziął ślub kościelny. Ale najpierw musi się ochrzcić. Poszedł do proboszcza jednej z dębickich parafii. W długiej ni to spowiedzi, ni rozmowie wyznał, że pragnie zmienić wiarę. Że chce zostać chrześcijaninem. Bo dotąd był muzułmaninem. Opowiedział, że ma dziewczynę, że spodziewają się dziecka. Proboszcz wyznaczył datę chrztu, ale w tamtym dniu gdzieś się spieszył i przekazał sprawę wikaremu. Ten nie był wtajemniczony we wszystko… – Zaprosili najbliższą rodzinę i znajomych, ojca i matkę chrzestną. Alik odświętnie ubrany, jak na taką chwilę przystało. I czekali na rozpoczęcie ceremonii. Czeka też wikary. Nerwowo spogląda na zegarek, raz, drugi, trzeci. A oni czekają, aż on zacznie ten chrzest. W końcu ksiądz nie wytrzymuje i, trochę już zdenerwowany: „no dobrze, a gdzie dziecko”? Wtedy Alik wystąpił przed szereg i pokazując na siebie mówi: „to ja jestem tym dzieckiem, proszę księdza”. Było sporo śmiechu z tej sytuacji. – Daniela, nasze pierwsze dziecko szczęśliwie przyszło na świat – wspomina Alik. Tułaliśmy się „po ludziach”, w różnych mieszkaniach i pod różnymi adresami. Pracowałem dorywczo to tu, to tam. Ci pracodawcy, którzy znali moją sytuację, próbowali to wykorzystać. Pensje dostawałem albo za małą,

wbrew umowie, albo z opóźnieniem, albo nie dostawałem wcale. „Jak ci się nie podoba…” – to był ich argument, kiedy nieśmiało dopominałem się o swoje. Wreszcie, za namową kolegów, na których zawsze mogłem liczyć, zgłosiłem się do burmistrza Dębicy Edwarda Brzostowskiego. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat wyprowadził się z Dębicy pułk saperów i zwolnił koszary. Przejęło je miasto i zamieniło na lokale mieszkalne dla najbardziej potrzebujących. Brzostowski bardzo szybko załatwił mu tu mieszkanie. – I tak z koszar Armii Radzieckiej, po długiej tułaczce, trafiłem do koszar Wojska Polskiego! Ciągle robiono nam nadzieję, że uzyska polskie obywatelstwo. Mijało właśnie 13 lat od kiedy został w Polsce i był ciągle tułaczem, bez państwa i obywatelstwa. Tuż przed 11 listopada siedziałam przed telewizorem i nagle czytam na pasku coś o Aliku. Nie doczytałam do końca i wołam wszystkich, że jest wiadomość o Aliku. Ale to było o Aliku, kocie Jarosława Kaczyńskiego. Że zachorował… W końcu, tuż przed Świętem Niepodległości, przyszła tak długo oczekiwana wiadomość : dostał polskie obywatelstwo! Co za radość, jaka ulga! Pojechał po odbiór aktu do Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie. Teraz mógł także podróżować. Był obywatelem wolnego państwa. Takiego, które sam, świadomie, wybrał na swoją ojczyznę. – Rodziców nie widziałem od 25 lat! – wspomina Alik swą podróż po ćwierćwiecznej rozłące z rodziną. Tyle lat upłynęło, od kiedy opuściłem Baku jako młody chłopak, tuż po liceum, a ojciec „załatwił mi” Polskę. Mamę znałem tylko ze słyszenia, raz na jakiś czas dzwoniliśmy do siebie. Na lotnisku w Baku tłum ludzi, prawie sto osób! Niemal wszyscy moi koledzy z dawnych lat. Czułem się jak bohater. Wszyscy byli ciekawi, jakże tam mi jest, w tej Polsce… Byliśmy tam 25 dni. I było to dwadzieścia pięć przepłakanych nocy. Tyle wzruszeń, tyle mieliśmy sobie do powiedzenia. Widziałem, że byli dumni z mojej żony. Jednego tylko im nie powiedziałem. Że zmieniłem wiarę… – Mam teraz dwie ojczyzny. Tamta, którą zostawiłem w sercu i ta, którą wybrałem. Przeszedłem niemało, któż by się spodziewał, kiedy jechałem do tej Legnicy, że w Polsce będę miał rodzinę, żonę, dzieci. Przeszedłem przez ten czas niemało, a zawsze najgorsza była myśl o deportacji. Polskie władze nie chciały mnie początkowo, licho wie dlaczego. Może obawiały się muzułmanina? Ale Polacy, dziś moi rodacy – pomagali jak mogli. Tyle serdeczności mi okazywali na każdym kroku.. . – Ktoś mi kiedyś powiedział, że chyba muszę mieć duże serce, skoro mieszczę w nim dwie ojczyzny… 


30

Styl życia

FOT. ARTUR GAWLE

BRATpustelni GR


Styl życia

RZEGORZ, ik naszych czasów 31

Z

szosy w kierunku na Nowy Sącz pustelnia Brata Grzegorza wygląda jak pudełeczko zapałek, postawione na samym skraju Melsztyńskiego Wzgórza. Kiedy zaglądamy do środka, to wrażenie jeszcze się pogłębia: wszystko tu akuratne, na miarę, przysposobione do codziennego życia w zdrobniałej formie: niewielkie łóżeczko, gdzie Brat spoczywa, biureczko, pod którym trzyma laptop, nieduże półeczki zapełnione książkami, nocna lampka, krzesełko, piecyk, na którym gotuje strawę raz na tydzień, dający ciepło w mroźne dni, okienko wychodzące na tę szosę i dolinę Dunajca. Trzeba nielichego sprytu, by tak zmyślnie wszystko pourządzać na kwadraciku o rozmiarach dwa kroczki na dwa. Bratu Grzegorzowi ta sztuka znakomicie się udała. Zygmunt

Szych

zygmunt.szych@tarnow.in

Kiedy docieramy tu przez szeroką łąkę, rzuca nam się w oczy osobliwość jedyna w swoim rodzaju: daszek pustelni niemal w całości zasłonięty trzema solarami. – Były mi potrzebne – tłumaczy Brat Grzegorz. Po pierwsze, żebym miał tu światło do czytania. Po drugie, prąd ten od Słońca pochodzący, darmowy, służy mi do zasilania mojego laptopa. Tym sposobem pustelnik z Melsztyńskiego Wzgórza przybliżył się do cywilizacji. A nawet wyprzedził pod tym względem rodzące się dopiero tendencje. Solary na wsi polskiej nie są przecież w powszechnym użyciu, energia słoneczna zaledwie raczkuje. A pustelnik ją ma jak najbardziej! – Wylicytowałem je na allegro. Normalnie kosztowałyby mnie 600 złotych, a ja za moje zapłaciłem połowę tej ceny. Brat Grzegorz wiedzie tu żywot pustelnika niemal od 20 lat. Jubileusz będzie obchodził w przyszłym roku. Był mnichem w zakliczyńskim zakonie franciszkanów. Ale życie zakonne, w grupie, wśród ludzi coraz bardziej go uwierało. Przełożony zakonu też zauważył, że Brat Grzegorz odstaje od wspólnoty. Aż odstał na dobre i wybrał żywot pustelniczy. Po klasztorze została mu pamiątka, brązowy

habit przepasany białym sznurem, z obszernym kapturem. Na codzień wisi na wieszaczku, a używany bywa tylko na specjalne okazje, kiedy Brat Grzegorz opuszcza pustelnię i udaje się do kościoła w Zakliczynie. Na zboczu Melsztyńskiego Wzgórza mieszkał już wtedy, 20 lat temu, pustelnik, Brat Marian. Opuścił rodzinne strony na Pomorzu i tułał się po Polsce. Był rajzusem, włóczęgą pociągowym. Życie w podróży: wsiadał do byle jakiego pociągu i podróżował bez celu. Łapali go, bo bez biletu, wysadzali na jakiejś stacji to odczekiwał do następnego. I dalej. Wysiadał w niektórych miastach, żeby znaleźć miejsce, gdzie podają darmową zupę. Jakimś cudem trafił w te strony. Spodobało mu się to wzgórze, ta bliskość rzeki, las dookoła… Wykopał dół, wybrał kilka odludnych drzew i zbudował maleńką pustelnię. To Brata Grzegorza zaciekawiło, życie w takim miejscu, daleko od zgiełku tego świata. I na takiej maleńkiej przestrzeni. Nikomu nic nie mówiąc, pojawił się w sąsiedztwie Brata Mariana. I zrobił dokładnie tak samo: wykopał dół, wyrąbał solidne drzewo… Nadleśnictwo protestowało, sprawa trafiła do prokuratury w Brzesku, ale ta umorzyła postępowanie. Znikoma szkodliwość czynu. I tak powstała druga pustelnia. Brat Marian niechętnie przyjął sąsiada. Właściwie nie przyjął, boczył się długo na nieproszone sąsiedztwo. Jakby nie patrzeć, stracił pustelniczy monopol. No i samotnicze życie diabli wzięli. A on przecież chciał jak najdalej od ludzi. Brat Grzegorz próbował się z Marianem zaprzyjaźnić. Na próżno. Tamten był nieustępliwy. »


Styl życia

FOT. ARTUR GAWLE

32

Kiedy Brat Grzegorz szedł na ryby nad Dunajec, Brat Marian wolał zbierać grzyby po drugiej stronie, wśród buków Melsztyńskiego Wzgórza. W ten sposób mijali się, choć obie pustelnie dzieli ledwie kilkanaście kroków. Pewnej nocy przeszedł nad tymi stronami huragan i wyłamał potężnego buka. Kiedy bracia obudzili się wczesnym rankiem, ich pustelnie oddzielone były od siebie wielkim drzewem, które spadło pośrodku. Do dziś tam leży. Z czasem Brat Marian pogodził się z sąsiadem. Teraz żyją w dobrej komitywie, odwiedzają się nawet w swoich chałupinkach. A kiedy Brat Grzegorz wyjechał na kilka miesięcy do mamy w rodzinnym Chełmku, Brat Marian doglądał jego pustelni. Teraz Brat Marian odwiedza rodzinne Pomorze i nad jego chałupką sprawuje pieczę Grzegorz. Pośrodku łąki, w drodze do pustelni posadowiono wielkie banery. Na jednym z nich reklamowane są solary. – To się pojawiło zaraz po tym, kiedy ja te swoje zamontowałem – objaśnia Brat Grzegorz – kto wie, może uznali, że mój daszek ze słonecznymi panelami to dobry pomysł? Planuje dokupić jeszcze ze dwa. – Bo słońca mam tu mało i nie na wszystko mi starcza energii. Drzewa, ooo, na przykład ta wielka sosna i te liściaste latem zasłaniają mi dostęp do słońca. Kiedy dokupi i cały daszek pustelni zniknie pod solarami, będzie chciał energię ze słońca wykorzystać do innych jeszcze celów. Na razie ich nie zdradza. Kto wie – może na ogrzewanie chałupinki? Co prawda ocieplił sobie ściankę od strony rzeki, ale w tęgie mrozy i tak czuje chłód, idący od Dunajca. Pustelnik Grzegorz stale powiększa swój stan posiadania. Początkowo żył po ciemku od zmroku do poranka, bez kontaktu z cywilizacją. Oświetlał pokoik święcą albo lampą naftową. Dziś zapewniają mu to solary. Nie wiedział o bożym świecie, tyle co od ludzi, kiedy wędrował tam i sam po Zakliczynie i okolicy. Z czasem przysposobił sobie niewielkie radyjko, znalezione na brzegu rzeki, pewnie zguba po jakimś wędkarzu. W żywność zaopatrywał się na polach, gdzie miejscowi uprawiali ziemniaki, fasolę, kapustę, jarzyny i warzywa. Teraz na łące

tuż przy pustelni posiada własną działkę. Wydzierżawioną od kogoś z tych stron. Posadził winogrona, które malowniczo oplatają całą dziedzinę. W niewielkim baniaczku Brat Grzegorz szykuje wino na zimowe wieczory i święta. Zmajstrował kilka uli, dzięki czemu ma miód, przydatny zimą, kiedy łatwo wpaść w choróbsko. Obok pustelni, w drewnianym kurniku hoduje drób: jednego koguta i cztery kurki. Miał kiedyś gołębie, podarowane przez miejscowych, ale odleciały z maleńkiego gołębnika i nie wróciły już nigdy do pustelni… Melsztyńskie Wzgórze to głównie buki i mocarne dęby, czasami sosny. Patrzymy, jak ładnie zagościła tu jesień z samej góry, zasypując obu pustelników tysiącami liści. Pustelnia Brata Mariana niemal schowana pod nimi, wystaje tylko krzyżyk wieńczący dach drewnianej chałupki. Brat Grzegorz nagromadził drewna na zimę. Teraz z mozołem piłuje gałęzie na małe kawałki, w użyciu siekiera, którą rąbie na małe kawałki, żeby zmieściły się w niewielkim piecyku, gdy na dobre nadejdą w te strony chłody. Największym naczyniem w jego pustelni jest garniec. Gotuje w nim zupę raz na cały tydzień, odgrzewając ją codziennie, żeby się nie popsuła. Dziś piątek, pustelnik właśnie dojada tygodniowy rosół. W kolejnym będzie kapuśniak. Kapusta na dzierżawionym polu wyjątkowo pięknie obrodziła tego roku. W Wigilię , dzięki tym solarom przez maleńkie okienko sączyć się będzie mdłe światełko, ledwie widoczne od szosy. Brat Grzegorz wypatrywał będzie pierwszej gwiazdki, zawieszonej gdzieś między rzeką a wzgórzami. Ktoś zastuka do drzwi, Brat Grzegorz zaprosi do środka. To ludzie z pobliskich Charzewic przyniosą mu wigilijne jadło. Będzie na pewno ryba, jak co roku, no i zupa fasolowa, bo tu, w dolinie Dunajca, fasolę uprawiają wszyscy. I jakieś ciasta na deser. Późną nocą założy mnisi habit i pójdzie przez śniegi, utartymi miejscami na Pasterkę. Jeśli nasypie śniegu, będzie musiał wyspinać się po drabince i miotłą zsunąć śnieg z solarów. Zimowe słońce też dobre, bywa, że tak dogrzeje, że wystarcza mu na 6 godzin spędzanych przy laptopie. 


Reklama

33


34

Kościół

„ARKA” W TARNOWI POMOC JUŻ OD 30 LA Z ks. dr. Władysławem Szewczykiem, psychologiem, szefem Poradni Specjalistycznej i Telefonu Zaufania ARKA w Tarnowie rozmawia Jacek Żołądź Skąd wziął się pomysł na ARKĘ i jej nazwę? – Pewnie stąd, że to biblijna nazwa miejsca i sposobu ocalenia ludzi i zwierząt przed zagrożeniem. Symbolicznie – widzisz zagrożenie, wejdź do ARKI, może tam znajdziesz jakieś „ocalenie”. Często jestem pytany: jak to się zaczęło i skąd taki pomysł? Odpowiadam zawsze: natchnął do jej powstania nie kto inny jak tylko Jan Paweł II. A było to tak, że w 1980 r. Papież zwołał w Rzymie Synod nt. Rodziny. Owocem Synodu był dokument Ojca Św. „Familiaris consortio”, w którym jest takie zdanie: „Kościół towarzyszy rodzinie w jej drodze”. Potrzebna jest więc pomoc dla rodzin, na różnych etapach jej drogi, a więc trzeba było poszerzyć dotychczasową „ofertę” pomocy np. o poradnictwo dotyczące NPR i wielu innych problemów na linii mąż-żona, rodzice-dzieci. Czego ludzie szukają w ARCE? Dlaczego tam przychodzą albo dzwonią do Telefonu Zaufania ARKI pod nr 19487? – Problemy z którymi człowiek zgłasza się do ARKI, są tak jak wielorakie losy i dramaty ludzkie – bardzo różnorodne. A czego szukają? Zawsze ogólnie mówiąc tego samego. Wyrażają to dwa piękne polskie słowa: rada i moc. Ludzie przychodzą do ARKI „po-Radę” czyli wskazówkę, informację, wiedzę jak rozwiązać dany problem i przychodzą „po-Moc” czyli siły wewnętrzne do jego rozwiązania. ARKA zaspokaja więc potrzebę określonej wiedzy (droga od „nie wiem” do „aha, już wiem”) oraz emocjonalnego i społecznego wsparcia (droga od „nie mam siły”, „nie dam rady” do „aha, nabrałem siły nadziei, potrafię”). Kompetencja, życzliwość, dyskrecja – to dewiza członków ARKI. Co oznacza to w codziennej pracy poradni? – Kompetentne pomaganie jest wiedzą i sztuką. Wymaga obok stosownej do prob-

lemu wiedzy, np. psychologicznej, medycznej, prawniczej itp., odpowiednich cech osobowych np. życzliwości i pokory a także umiejętności komunikacyjnych – otwartości, zdolności nawiązania i utrzymania kontaktu. Te różnorodne kompetencje, doradcy w ARCE stale pogłębiają poprzez częste szkolenia, specjalistyczne kursy oraz wakacyjne warsztaty. ARKA zaczynała w 1981 r. w składzie 4-osobowym. Gdzie, kiedy, ilu i jakich specjalistów czeka obecnie w ARCE na tych, którzy szukają pomocy? – Obecnie w ARCE służą swoją darmową radą i pomocą wolontariusze, specjaliści w różnych dziedzinach: psychologowie, pedagodzy, prawnicy, lekarze, terapeuci uzależnień, mediatorzy, duszpasterze. W samej tarnowskiej ARCE działa 38 osób, w czterech jej oddziałach: Bochnia, Dębica, Mielec, Nowy Sącz, w sumie ponad 120 osób. Tarnowska poradnia ARKI mieści się przy Pl. Katedralnym 6, zaraz obok księgarni BIBLOS (kontakt tel. 14 621-01-91). Działa od poniedziałku do piątku w godzinach od 16:00 do 20:00. Tam też działa telefon zaufania – przypomnę numer 19487 – czynny tak jak Poradnia, a dodatkowo od godziny 16:00 w piątek do 6:00 w sobotę i podobnie z soboty na niedzielę. W jaki sposób sama rozmowa może pomóc osobie uwikłanej w problemy? Czy słowa mogą coś zmienić? – Narzędziem poradnictwa w ARCE jest słowo, rozmowa. To słowo powinno być zawsze: kompetentne, prawdziwe, empatyczne, trafne, treściwe, twórcze, pozytywne, przyjazne. Podstawą efektywnego poradnictwa jest i zawsze pozostanie zaufanie. Pewnie gdyby ludzie mieli do siebie więcej zaufania i chcieli między sobą – właśnie z zaufaniem – szczerze rozmawiać,

to zapewne potrzeba byłoby mniej poradni i terapeutów. Jakiego rodzaju kłopoty trapią współczesnego człowieka, zwłaszcza młodego, z którymi nie potrafi sobie poradzić sam? – Dzisiejsi młodzi ludzie są ogólnie mniej odporni psychicznie, aniżeli dawne pokolenia. Wiele składa się na to przyczyn, miedzy innymi ekonomiczny przymus migracji poza Polskę, ale to osobna kwestia. Wielu też młodych wolność rozumie tak, jak podpowiada to liberalna, indywidualistyczna pedagogika z hasłami „ty masz prawa”, „nikt ci nie może niczego nakazywać”, „róbta co chceta”. A. Mickiewicz pisał w „Odzie do młodości” o takiej postawie człowieka „…sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem (…) goniąc za żywiołami…”. Efektem takich postaw są m.in. łatwo rozpadające się małżeństwa. Czy do „ARKI” może przyjść każdy, tak po prostu, z ulicy? – Oczywiście, każdy kto odczuwa taką potrzebę. Nie pytamy nikogo – czy jesteś wierzący? Pytamy – powiedz mi, w czym mogę Ci pomóc? Czy Ksiądz osobiście miał w ARCE do czynienia z przypadkami – po ludzku – beznadziejnymi? – Każdy kto szczerze i głębiej pomaga wie, że nieraz spotka się z poczuciem bezradności. Niekiedy problem jest tak złożony, a osoba jest tak wewnętrznie słaba, że rozwiązanie problemu nie jest możliwe. Przecież nikt nie wskrzesi nikomu ukochanej osoby, która nagle odeszła, ani nie zasklepi poczucia krzywdy, przeszywającego psychikę kogoś skrzywdzonego. I dlatego w ARCE wiemy, że potrzebna jest, i nam aby się nie wypalić, i naszym Klientom pomoc Wszechmocnego Boga. Czy Ksiądz zna późniejsze losy, przynajmniej niektórych klientów ARKI?


Kościół

35

IE NIESIE AT – Czy znam tych którym pomagam? Powiem tak, może poetycko, ale prawdziwie – noszę ich w sercu. Niektórzy utrzymują kontakt, przez lata, albo też „wracają” po wielu latach, już nie ze swoim problemem, ale tym razem kogoś z dzieci, wnuków, znajomych. Czy zauważa Ksiądz spadek czy wzrost liczby osób potrzebujących pomocy w Poradni i w Telefonie Zaufania? – Ilość zgłaszających się do Poradni ARKA wzrasta, natomiast ilość korzystających z Telefonu Zaufania zdecydowanie zmniejszyła się w ostatnich latach, ze względu na wprowadzenie opłat telefonicznych. W czasach „przedkapitalistycznych” Telefony Zaufania w Polsce były darmowe… Pod koniec lat 80-tych odbywał Ksiądz dodatkowe, specjalistyczne studia psychologiczne naukowe na Catholic University of America w Waszyngtonie. Czy amerykańska młodzież przeżywała podobne trudności jakich dzisiaj doświadczają młodzi Polacy? – Polska młodzież jest dotychczas pod wieloma względami – jeśli tak można powiedzieć – lepsza. Można jednak zaobserwować ze strony różnych lewicowo-liberalnych środowisk ogromne naciski, żeby „wrzucić” już nawet do przedszkoli ideologię gender, która jest dziwną mieszanką wielu trendów, sprzecznych z nauczaniem Kościoła i rozsądną antropologią. „Uczmy się i uczmy drugich” mawiał już dawno temu tarnowski biskup, wcześniej profesor Uniwersytetu we Lwowie – Jan Stepa. Trzeba nam wszystkim ciągle się uczyć i samodzielnie myśleć.

Na Zachodzie dzieją się też dobre rzeczy. Np. bardzo popularne są mediacje w rozwiązywaniu międzyludzkich konfliktów: małżeńskich, sąsiedzkich, biznesowych itp. Także w ARCE można uzyskać fachową pomoc mediatora… – Mediacje, które staramy się również realizować w ARCE, powinny moim zdaniem znajdować szersze zastosowanie również w pracy duszpasterskiej polskich księży. Tak się składa, że w tym roku obchodzi Ksiądz Jubileusz 50-lecia Kapłaństwa, do którego wraz z całą Redakcją serdecznie przyłączamy się z najlepszymi życzeniami zdrowia i sił, na kolejne, oby jak najdłuższe, lata. – Dzięki za dobre słowa. Mój ksiądz proboszcz miał takie przysłowie „ jak Pan Bóg pozwoli”. Jak więc Pan Bóg będzie mi dawał siły to pewnie i nie braknie okazji do dalszej posługi pomagania innym. Tak mnie nauczyła moja Mama, która była lubianą sąsiadką i powiernicą ludzkich problemów. Myślę, że podobnie każdy duszpasterz powinien być przede wszystkim człowiekiem, który ma czas dla innych a ludzie odchodzą od niego z konkretną radą, rozwiązaniem, pociechą, wsparciem. Jak – zdaniem Księdza – przywrócić wśród Polaków ducha dialogu, współpracy? – Jestem dobrej myśli. Dziedzictwo Jana Pawła II, już niedługo Świętego, powinno z czasem obudzić w nas i siły religijne i patriotyczne-ojczyźniane. Dziękuję bardzo za rozmowę – I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie Czytelników i zapraszam do naszej ARKI…  FOT. ARTUR GAWLE

Ks. Dr Władysław Szewczyk

– kapłan diecezji tarnowskiej; teolog, psycholog; doktor nauk humanistycznych KUL – specjalizacja: psychologia kliniczna i osobowości; adiunkt tarnowskiego Wydziału Teologicznego UPJPII w Krakowie, wykładowca na Wydziale Studiów nad Rodziną UKSW w Warszawie, konsultor Rady ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Polski; autor wielu książek i artykułów naukowych oraz popularnonaukowych; założyciel i Dyrektor Poradni Specjalistycznej i Telefonu Zaufania ARKA w Tarnowie


36

Przyroda Kościół

Nasze parafie: Katedra M

sze odprawiane w Katedrze skupiają wiernych nie tylko z parafii, ale też z całego miasta i okolic. Odprawiane przy Katedrze, ulicami miast ceremonie: Drogi Krzyżowej oraz procesja Bożego Ciała gromadzą tysiące wiernych z całego dekanatu. Przy Katedrze działają dwa chóry. Chłopięcy Pueri Cantores Tarnovienses prowadzi ks. Grzegorz Piekarz, a Dyrygentem chóru dziewczęcego Puellae Orantes jest ks. Władysław Pachota. Oba chóry koncertują w Polsce i za granicą. Często z takich podróży wracają z nagrodą główną. Przy parafii Katedralnej działa wiele stowarzyszeń i grup parafialnych, między innymi Caritas, Świetlica Parafialna „U Jana Pawła II”, Akcja Katolicka, Stowarzyszenie Rodzin Katolickich. Więcej informacji o ich działalności można znaleźć na stronie parafii.„Istnieje możliwość wyboru – kościół proponuje różne formy przeżywania wiary, każdy może wybrać coś dla siebie – do tego zapraszamy” – mówi ks. proboszcz Stanisław Salaterski. Według kartotek parafialnych do Katedry przynależy około 7200 osób. Wspólnota wiernych do także pewien zasięg terytorialny, jednak na coniedzielne i świąteczne msze przybywają tu także wierni z okolicznych parafii. Proboszcz parafii ks. Stanisław Salaterski wśród atutów tego miejsca wymienia między innymi dostosowywanie się do potrzeb wiernych: otwarte dla wiernych od rana do późnego wieczora mury Katedry, stały dyżur kapłanów w konfesjonałach,

INFORMACJE Nazwa parafii, adres: Parafia Bazyliki Katedralnej pw. Narodzenia NMP w Tarnowie, ul. Kapitulna 2. Telefon: kancelaria 14 621 45 01, wikariusze 14 621 58 85. Kancelaria parafialna czynna: w dni powszednie: godz. 10.00-12.00 i 17.0018.00, soboty: godz. 10.00-12.00 Msze święte: niedziela i święta: 6:00, 7:30, 9:00, 10:30, 12:00, 15:00, 16:30 (chrzty), 18:30 (w języku łac.), 20:00, dni powszednie: 6:00, 7:00, 8:00, 9:00, 12:00, 18:00. Spowiedź: codziennie 6.3012.30; 18.00-18.30 Odpust parafialny: 8 września Proboszcz parafii: ks. prał. dr Stanisław Salaterski e-mail: tarnow_katedra@diecezja.tarnow.pl Strona: www.katedra.tarnow.opoka.org.pl

nabożeństwa odprawiane w takich godzinach, aby każdy miał szansę przyjść na modlitwę (dwa razy dziennie różaniec, godzinki, kilkanaście mszy świętych odprawianych w niedzielę). Wiernych przyciągają do parafii organizowane koncerty organowe i koncerty chórów. Katedra to także nastrój jaki tworzy to zabytkowe miejsce, ale też kultura duchowa wiernych przychodzących na modlitwę. „Katedra, mimo że jest perłą architektury, wypełniona zabytkami, jest też tętniącym życiem domem modlitwy” – mówi ks. proboszcz. (AM, fot. Artur Gawle)

PARAFIA

B

rakuje dokumentów potwierdzających dokładną datę wzniesienia Katedry, jednak wiele wskazuje na to, iż powstała w XIV wieku. W 1400 roku biskup krakowski podniósł to miejsce do rangi kolegiaty, która była kościołem parafialnym dla miasta Tarnowa i pobliskich wsi. Od początku powstania kościół nosił wezwanie Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W 1786 roku papież Pius VI tworząc diecezję tarnowską nadał mu tytuł Katedry, a w 1972 roku, za papieża Pawła VI otrzymał godność Bazyliki Mniejszej. W 2006 roku biskup Wiktor Skworc mianował to miejsce Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej.

WARTO WIEDZIEĆ

N

ajstarszą częścią Kościoła jest nawa główna. Prezbiterium u szczytu nawy głównej powstało później niż sama nawa, bo w częściowo w XV, a następnie XIX wieku. W podziemiach kościoła znajdują się krypty grobowe – część z nich można nawiedzić corocznie przez cały listopad, a wejście do nich zostaje odsłonięte w dniu Wszystkich Świętych. Same podziemia stanowią najstarszy w Tarnowie cmentarz, gdzie chowano duchownych, ale też znamienitych mieszkańców Tarnowa, arystokratów i mieszczan. „Zwykłych” mieszkańców chowano wokół murów Katedry, a działo się tak aż do XVIII wieku.


Reklama

37


Motoryzacja

38

FOT . AR TUR

GAW

LE

Niezwykły Polonez, rocznik 1987, a jego rajdu. Młodzieńcza fantazja, odrobina emocji i skończyło się wypadnięciem z zakrętu, a samochód nie nadawał się do właściciel to Krzysiek użytku – wspomina. Święcicki – 35-latek, który Atrakcja osiedla, zlotów i rajdów znają wszyscy na osiedlu Krzyśka. – Podczas remontu, nabył ten samochód 15 lat temu. kiedySamochód rozmawiałem z kolegami czy znajomymi, to wszyscy mówili, Olga

Zgórniak

olga.zgorniak@tarnow.in

Polonez z duszą

Trudności i plany

Najtrudniejszy był remont – samochód został rozebrany do zera, wszystko zostało odbudowane od nowa, a żeby dojść do aktualnego stanu potrzeba było części – niejednokrotnie odnajdywanych w skupach złomu, na aukcjach internetowych, czy tworzonych przez Krzyśka i jego znajomych. – Wyzwaniem była też budowa silnika, którego tak naprawdę nigdy nie było. Moją inspiracją był silnik na takiej samej głowicy i bloku – w Macedonii powstał Fiat Ritmo, który generował 200 koni i stąd pomysł, aby iść w tym kierunku – mówi. Choć włożonej pracy, ale i funduszy było sporo, to Krzyśkowi wciąż towarzyszą plany. – Największe marzenie to silnik wolnossący, który miałby podobną pojemność, ale za to 200 koni mechanicznych – mówi.  FOT. ARTUR GAWL

E

Na pierwszy rzut oka widać, że auto to nie jest typowym przedstawicielem modelu, za to jego posiadacz to typowy majsterkowicz, przez co w samochodzie niewiele części (poza karoserią) jest oryginalnych. – Moje zainteresowania to elektronika i motoryzacja, a że lubię sobie pomajsterkować to padło na ten samochód. Jest to już trzeci silnik. Pierwszy był polonezowski, jednak trochę „podrasowany”, drugi z Fiata 132 na dwóch wałkach ośmiozaworowy, a w tej chwili jest szesnastozaworowa jednostka z Lancii Delty – opowiada ze szczegółami „Święty”. – Ma 152 koni mechanicznych, co jak na pojemność 1,6 jest całkiem przyjemnym wynikiem, bo takimi osiągami legitymują się jedynie silniki Hondy – dodaje. Jednak techniczne osiągi to nie wszystko, dla Krzyśka to wyjątkowa maszyna. – Był to jeden z moich pierwszych samochodów, mam do niego dość duży sentyment. Jest to polska motoryzacja, część legendy dotyczącej macierzystej produkcji, przemysłu i twórczości. W tej chwili to auto ma duszę jak każdy stary samochód, w przeciwieństwie do nowych aut, które niestety już nie mają tego „smaczku”. Budowałem ten samochód 10 lat i nie wyobrażam sobie, żeby zniknął z mojego życia – zapewnia Krzysiek, który ciepło wypowiada się także o swoim pierwszym Polonezie. – Auto zginęło śmiercią tragiczną podczas odcinka specjalnego w czasie

że ma zostać w takiej postaci, w jakiej był wcześniej. W Tarnowie samochód wpisał się w nasz lokalny klimat, ludzie go znają od dawna, gdy organizowane były pierwsze imprezy Tarnowskiego Auto Moto Klubu – mówi Święty i przyznaje, że lubi gdy jego oczko w głowie jest w centrum zainteresowania. Śmieje się jednak, że spotyka się z różnymi reakcjami. – Ludzie patrzą na tego Poloneza dwojako. Jedni z politowaniem zastanawiają się, co można wyciągnąć z tej naszej rodzimej produkcji. Natomiast ci, którzy wiedzą jak to wszystko wygląda od kuchni, mają świadomość ile pracy, czasu i nietypowych rozwiązań jest potrzebnych, aby samochód, który przez fabrykę został upośledzony, bo nigdy nie był demonem prędkości ani też prowadzenia, mógł w przyzwoity sposób jechać – tłumaczy. Dobre osiągi samochodu (poniżej 8 sekund do „setki”) pozwalają na rywalizację w rajdach amatorskich.


Peugeot 308

Motoryzacja

Renault Zoe

Kompaktowe wymiary, komfortowe wnętrze

N

owy Peugeot 308 o długości 4,25 m jest najbardziej kompaktowym hatchbackiem w swoim segmencie. Jest także niski (1,46 m), a jego szerokość sięga 1,80 m. Według producenta przyjęte wymiary zapewniają autu zdecydowanie dynamiczną sylwetkę i gwarantują przestronne wnętrze. Peugeot może pochwalić się niskim poziom emisji CO2 (od 82 g/km) i spalaniem od 3,1 l/100 km).

CO W ŚRODKU?

M.in. Peugeto i-Cockpit – to innowacyjne rozwiązanie, w skład którego wchodzą cztery elementy: kompaktowa kierownica zapewniająca intensywne doznania z jazdy, umieszczone wysoko zegary umożliwiające odczyt informacji bez odrywania wzroku od drogi, atrakcyjnie zaprojektowana wysoka konsola środkowa i intuicyjny w obsłudze, duży ekran dotykowy o przekątnej 9,7’’. Ekran dotykowy umożliwia sterowanie m.in. elementami wyposażenia lub funkcjami: – Klimatyzacją (jednostrefową lub automatyczną dwustrefową) – Systemami wspomagającymi prowadzenie (Pakiet aktywny tempomat, Park Assist i kamera cofania) – Multimediami (radio, Jukebox 6,9 GB, interaktywna instrukcja obsługi, złącze USB/Ipod, audio streaming, przeglądarka zdjęć, itd.) – Nawigacją (mapy 44 krajów Europy, wyświetlanie ograniczeń prędkości na głównych drogach, funkcje Bird view, Junction view, line guidance, pobie-

ranie informacji o niebezpiecznych strefach, wyświetlanie lokalizacji stacji dilerskich sieci PEUGEOT, obliczanie ekologicznej trasy, itd.) – Telefonem (zestaw głośnomówiący Bluetooth, dostęp do listy kontaktów i ich profili, funkcja połączeń oczekujących, itd.) Pojemność bagażnika to 420 litrów, a nisko położony próg załadunku, umieszczony na wysokości 691 mm, szeroki otwór (1068 mm) ułatwiają załadunek bagażnika o kształcie prostopadłościanu. Wygospodarowane pod podłogą wielokomorowe schowki pozwalają na optymalne wykorzystanie całej dostępnej przestrzeni. Przy wykorzystaniu całego wnętrza samochodu (aż do oparć przedniego rzędu) możemy zwiększyć pojemność ładunkową do 1309 litrów.

SILNIKI...

W chwili debiutu rynkowego NOWY PEUGEOT 308 został wyposażony w silniki benzynowe i wysokoprężne najnowszej generacji: 3-cylindrowy silnik benzynowy, silniki THP (zdobywca nagrody „Międzynarodowy silnik roku 2013”) oraz jednostki e-HDi. Już na wiosnę 2014 w ofercie NOWEGO PEUGEOT 308 znajdą się nowe jednostki napędowe, w tym nowatorski 3-cylindrowy silnik benzynowy turbo (1.2 e-THP), wersje BlueHDi o rekordowo niskiej emisji CO2 w tym segmencie (82 g/km CO2, przy spalaniu 3,1 l / 100 km) i automatyczne skrzynie biegów nowej generacji z 6 przełożeniami. (PEU)

VW: sprzedali

4,88 mln samochodów

M

arka Volkswagen Samochody Osobowe sprzedała w okresie od początku stycznia do końca października bieżącego roku 4,88 mln pojazdów. „Mimo częściowo utrzymującej się trudnej sytuacji gospodarczej, sprzedaż osobowych Volkswagenów osiągnęła zadowalające wyniki. Wzrost odnotowany został po raz kolejny w regionie Azji i Pacyfiku, w tym szczególnie na naszym największym

pojedynczym rynku – w Chinach” – powiedział Christian Klingler, Członek Zarządu ds. Sprzedaży i Marketingu koncernu Volkswagen i marki Volkswagen Samochody Osobowe. W Europie sytuacja dla koncernu nadal jest trudna, do końca października nabywców znalazło 1,37 mln osobowych Volkswagenów (dla porównania: styczeń-październik 2012: 1,44 mln; -5,3 procent). W regionie Europy Zachodniej (bez Niemiec) sprzedanych zostało w tym okresie 682.200 samo-

39

Z

oe to pierwszy samochód Renault, zaprojektowany od podstaw jako w 100% pojazd elektryczny. Model jest kompaktowym hatchbackiem o płynnych i czystych liniach. Pod maską auta ulokowano silnik elektryczny o mocy 88 KM i 220 Nm, który pozwala osiągnąć prędkość maksymalną rzędu 135 km/h. W zależności od stylu jazdy i warunków pogodowych samochodem można przejechać od 100 do 150 km. Renault Zoe w najwyższej wersji wyposażenia Zen posiada wiele ciekawych gadżetów. Oprócz ekranu dotykowego, dostępu do Internetu, aplikacji, nawigacji czy klimatyzacji, mamy całkiem przyzwoity system audio z efektem 3D, wbudowany jonizator i odświeżacz powietrza, system bezkluczykowy, asystenta ruszania pod górę, a nawet teflonową powłokę na tapicerce siedzeń, dzięki czemu dłużej pozostaje czysta. Zoe posiada również możliwość zaprogramowania godzin ładowania, jak również zaplanowania ulubionej temperatury wewnątrz kabiny na wybraną godzinę, np. porannego wyjazdu do pracy. Na polskim rynku Zoe zadebiutuje wiosną 2014 roku. Auto w krajach Unii Europejskiej kosztuje w granicach 20 000-22 000 euro. Nie podano jeszcze ceny, która będzie obowiązywać w Polsce.

chodów (2012: 719.100; -5,1 procent). Na rynku niemieckim od stycznia do października sprzedaż spadła o 7,4 procent w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego i wyniosła 464.100 aut (2012: 501.300). W Europie Środkowej i Wschodniej marka Volkswagen Samochody Osobowe przekazała klientom w pierwszych dziecięciu miesiącach roku 220.500 pojazdów (2012: 223.100; -1,2 procent). Z tego 129.900 sztuk (2012: 137.200; -5,4 procent) przypadło na Rosję. Na tle Europy bardzo dobrze wypada Polska. W naszym kraju, od stycznia do października 2013 roku zarejestrowano 21.602 samochody (I-X 2012: 18.864; +14,51%). Wzrósł także udział w rynku do 9,07 procent (I-X 2012: 8,32%).  (WVF)


40

Biznes i gospodarka

Kupię, jak tanio AZOTY NA PLUSIE 7,5 miliarda zł przychodów ze sprzedaży odnotowała Grupa Azoty w pierwszych trzech kwartałach tego roku. To o dwa miliardy zł więcej w porównaniu z analogicznym okresem roku 2012. Wyniki finansowe uległy poprawie m.in. wskutek nabycia przez Grupę Azoty Zakładów Azotowych Puławy S.A. Znacząco wzrosły przychody ze sprzedaży zewnętrznej (o ok. 32 proc.) w segmencie nawozów, głównie na skutek konsolidacji z Puławami. Efekt poprawił też wzrost cen głównych surowców produkcyjnych, jeśli chodzi o nawozy wieloskładnikowe. Spółka podwoiła zyski z działalności operacyjnej, przez co osiągnęła zysk netto na poziomie ponad 770 milionów zł. W segmencie chemii zrealizowane przychody były wyższe o blisko 90 proc. W obszarze pigmentów zrealizowana marża osiągnęła poziom zaledwie 3 proc., co jest znacząco gorszym wynikiem w stosunku do roku ubiegłego. Jednak poprawiająca się sytuacja w III kwartale, pozwoliły zrealizować dodatnie wyniki w stosunku do ujemnego wyniku za pierwsze półrocze 2013. Wciąż trudna sytuacja panuje na rynku kaprolaktamu i poliamidów. BUDŻET MIASTA DOSTĘPNY W SIECI Mieszkańców, zainteresownych projektem budżetu Tarnowa na 2014 rok, który dotyczy zwłaszcza przygotowywanych do realizacji inwestycji, informujemy, że jest on dostępny w Biuletynie Informacji Publicznej. Każda osoba mająca dostęp do Internetu może przeczytać dokument. Aby to ułatwić, poniżej zamieszczamy bezpośredni link do tego opracowania: https://portal.tarnow. bip-gov.info.pl/bip/dokumenty/ podglad?id=1119057 Przypomnijmy, projekt budżetu Tarnowa na 2014 rok trafił też już do radnych miejskich, którzy będą go opiniować w komisjach merytorycznych. Uchwalenie dokumentu – sesję budżetową zaplanowano na 19 grudnia.

Z

astój na rynku nieruchomości spowodował wysyp prawdziwych okazji. Zdaniem pośredników to najlepszy moment na zakup domu czy mieszkania. I chyba najgorszy na sprzedaż... Anna

Marszałek

anna.marszalek@tarnow.in

Co powoduje, że ceny są tak niskie? W biurze „Nieruchomości. Marek Bochenek” klientami wystawiającymi mieszkania na sprzedaż są często ludzie na co dzień mieszkający za granicą. Decydując się na pozostanie na emigracji, sprzedają pozostawione tutaj domy, mieszkania i grunty po atrakcyjnych cenach. Jerzy Hebda właściciel biura „Hebda Nieruchomości”, tym którzy chcieliby zainwestować pieniądze radzi, aby szukać w tej chwili okazyjnie sprzedawanej ziemi. Jest to bardzo dobry pomysł na inwestycję, jeśli tylko mamy pomysł na zagospodarowanie takiego miejsca. Przykładem podobnych są np. dofinansowywane z UE farmy galwaniczne, zakładane głównie na tzw. nieużytkach. Czytelników którzy chcieliby kupić ziemię i przeznaczyć np. pod budowę domków letniskowych, może zainteresować fakt, że w Ryglicach i Skrzyszowie powstają nowe zalewy nad którymi już wkrótce rozwijać się będzie cała infrastruktura rekreacyjna. Zanim sami udamy się do pośrednika nieruchomości z zamiarem dokonania transakcji warto przemyśleć, czego dokładnie poszukujemy: zaczynając od ceny, lokalizacji czy standardu lokalu, poniżej jakiego nie zamierzamy zejść. Kupno mieszkania, domu lub działki bezwzględnie należy rozpocząć od sprawdzenia w księgach wieczystych, czy nieruchomość jest własnością sprzedającego i czy nie jest obciążona. W takich działaniach wyręcza nas biuro nieruchomości, które sprawdza stan prawny lokalu – mówi właściciel „Hebda Nieruchomości”. Możemy także wymagać od pośredników sprawdzenia bezpieczeństwa lokalizacji oraz planów zagospodarowania przestrzennego otoczenia w kolejnych latach – w zależności od biura są to czasami dodatkowe usługi. Kupujący mają w czym wybierać: nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży jest o wiele więcej niż chętnych do kupna. Co zatem jeśli chcemy sprzedać nieruchomość? Czy aby znaleźć nabywców trzeba już na początku zejść z ceny? Niekoniecznie. Jeśli obiekt jest atrakcyjny architektonicznie i lokalizacyjnie znaj-


Biznes i gospodarka

41

o sprzedasz... Czy powinniśmy spieszyć się z zakupem nieruchomości w obawie o wzrost cen? Jakub Porębski, pośrednik w biurze „Marek Bochenek. Nieruchomości”, mówi o szansach na większy ruch w branży za jakieś dwa lata „mówi się, że wszystko dociera do nas po półtora – dwóch latach od tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych”.

C

dzie nabywców prędzej czy później. Co jednak zrobić jeżeli interesuje nas dokonanie transakcji „prędzej” niż „później”? Sprzedaż nieruchomości wiąże się tak samo z szeroko rozumianym marketingiem, jak w przypadku każdego innego produktu przeznaczonego do sprzedaży. Dlatego działanie na własną rękę jest dosyć ryzykowne. Sprzedaż mieszkania to nie tylko sfotografowanie nieruchomości, ale też takie działania marketingowe jak analiza mocnych i słabych stron sprzedawanego obiektu np. poszukiwanie atutu w postaci dużego salonu, widnej kuchni lub lokalizacji. To także przygotowanie nieruchomości do prezentacji: łącznie z drobnymi naprawami, czy odpowiednim ustawieniem mebli jeśli pozostają na wyposażeniu. W przypadku nieruchomości o bardzo wysokim standardzie, działania takie sprowadzają się nawet do ingerowania w wystrój wnętrza tak, aby spodobało się klientowi (którego wymagania pośrednicy znają dzięki przeprowadzonym wcześniej analizom). Jak widać, sprzedaż to złożony proces. Jeśli więc stoimy przed decyzją sprzedaży nieruchomości, możemy ograniczyć się do wystawienia ogłoszenia na stronie internetowej lub zdać się na profesjonalną pomoc. Czy powinniśmy się spieszyć z zakupem nieruchomości w obawie o wzrost cen? Jakub Porębski, pośrednik w biurze „Marek Bochenek. Nieruchomości”, mówi o szansach na większy ruch w branży za jakieś dwa lata „mówi się, że wszystko dociera do nas po półtora – dwóch latach od tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych”. Jerzy Hebda dodaje: „pojawiają się pewne sygnały, które wskazywały by, że na wiosnę następnego roku wraz z idącą w górę koniunkturą i gospodarką ruch w branży będzie większy, choć w samym Tarnowie nie powinno się to jeszcze przełożyć na wzrost cen mieszkań i domów, te powinny pozostać stabilne jeszcze przez jakiś czas.” 

CO SIĘ SPRZEDAJE?

zytelnicy poszukujący domu, mieszkania lub ziemi pod budowę, w biurach nieruchomości mogą znaleźć prawdziwe okazje. O kilku nieruchomociach sprzedanych w ostatnim okresie informuje nas Dariusz Duras z biura „Duras Nieruchomości sp. z o.o.”: » m ieszkanie, blok z cegły, 2 piętro, 3 pokoje, 48m 2 – 135 tyś. zł (Tarnów) » m ieszkanie, blok z cegły z 2010 roku, 79m 2 – 299 tyś. zł. (Tarnów) » d rewniany dom na działce 2,5 ha – 55 tyś. zł. (gmina Rzepiennik Strzyżewski) » d rewniany dom do remontu, 20a – 100 tyś zł (Pogórska Wola) z ceny ofertowej 115 tyś.

80 MLN ZŁ NA STREFĘ 21 mln zł na rozbudowę Strefy Aktywności Gospodarczej (etap II i III), 6,7 mln zł na budowę dużego ronda na skrzyżowaniu ulic Kwiatkowskiego i Witosa, 5,1 mln zł na rozpoczęcie budowy wielopoziomowego parkingu przy dworcu PKP, 4,9 mln zł na kontynuację remontu Miejskiego Domu Sportu w Mościcach – to kosztowniejsze zadania w przygotowywanym przeszłorocznym budżecie Tarnowa. W sumie wydatki inwestycyjne mają wynieść 80 mln zł. Wśród dużych inwestycji można wymienić jeszcze m.in. rozbudowę ulic Kmiecika, Owocowej, Mickiewicza wraz z al. Solidarności i Klikowskiej między ul. Niedomicką, a granicą miasta za w sumie 6,4 mln zł oraz modernizację ul. Bandrowskiego (1 mln zł). W planach są również bieżące remonty dróg, na które miasto przeznaczy ponad 7 mln zł. Dochody miasta w przyszłym roku szacuje się na 542 mln zł, to o 13 mln zł więcej niż w bieżącym roku, natomiast wydatki mają wynieść 573 mln zł. Wydatki na inwestycje mają być wysokie, natomiast ograniczono wydatki na administrację. ZWOLNIENIA OD PODATKU 31 grudnia 2013 r. upływa okres obowiązywania Uchwały Rady Miejskiej w Tarnowie z 22 października 2009 r. – Określa ona warunki udzielania przez miasto zwolnień od podatku od nieruchomości stanowiących regionalną pomoc inwestycyjną – mówi kierownik Biura Obsługi Przedsiębiorców UMT Agnieszka Batko. Ci, którzy chcą nadal korzystać z pomocy, powinni się zgłosić do Urzędu Miasta. Szczegółowe informacje dostępne są w Biurze Obsługi Przedsiębiorców w Centrum Obsługi Mieszkańców Urzędu Miasta Tarnowa, ul. Nowa 4, pok. 203 oraz pod nr: 14 6882-821.


Kultura

42

Weronika Drwal

Katarzyna Gębarowska

Klaudia Adamczyk

Patrycja Strejczek

Adrianna Światłowska

Weronika Gardziel

Złote głosy dziewczy Olga

Zgórniak

olga.zgorniak@tarnow.in

Ks. Władysław Pachota

Agnieszka Sysło

S

ukcesy chóru Puellae Orantes okupione są ciężką i wytrwałą pracą. Ostatnio zespół zdobył nagrodę Grand Prix Międzynarodowego Konkursu Chóralnego w Rimini.

„Walka” o pierwszy skład Dziewczęta w chórze mają od 10 do 19 lat i jak w prawdziwej, dobrze zorganizowanej drużynie muszą zawalczyć o wejście do „pierwszego składu”. – Najmłodsze z dziewczynek pojawiają się w chórze jako kandydatki, które po przesłuchaniach, przez rok uczą się śpiewu. Po warsztatach, które odbywają się w wakacje, wchodzą do składu podstawowego, poznają

Laura Sobarnia

Kinga Szalecka

Julia Foltak

Adriana Garstka

Angelika Kawa

repertuar, a w kolejnym roku wchodzą dopiero do składu koncertowego – tłumaczy Aleksandra Topor, która w Puellae Orantes odpowiedzialna jest za emisję głosu. Przesłuchania do chóru sprzed kilkunastu lat wyglądały następująco: ks. Władysław Pachota – założyciel i dyrygent chóru, podczas katechez w szkole prosił uczennice, by te zaśpiewały prostą melodię, np. „Wlazł kotek na płotek”. Jak jest teraz? – W tym względzie nic się nie zmieniło, tylko wymagania są inne – śmieje się ksiądz. – Początkowo, do współpracy zapraszane były dziewczęta z parafii katedralnej i te, które katechizowałem. Teraz odwiedzam wszystkie szkoły w mieście i w okolicznych miejscowościach, gdzie spośród dziewcząt z IV klas wyłaniam osoby posiadające słuch muzyczny i zapraszam je na przesłuchania do sali prób. Rokrocznie do grona kandydatek

Dominika Kozioł

przyjmujemy ok. 20-30 dziewcząt – tłumaczy.

28 lat przyjaźni Ks. Władysław Pachota wspomina, że początki zespołu nie wskazywały na to, że kiedykolwiek osiągnie tak wysoki poziom artystyczny. – Są momenty, kiedy czuję się zmęczony, ale z taką samą gorliwością i entuzjazmem jak 28 lat temu podchodzę do tej pracy – mówi i przyznaje, że obowiązków, które spoczywają na nim teraz, nie da się porównać do tych sprzed prawie trzech dekad. Większość energii pochłania nie działalność artystyczna, a pozyskiwanie repertuaru, funduszy czy organizacja wyjazdów. Wielką rolę tych ostatnich dostrzega Aleksandra Topor. – Dzięki wyjazdom i konkursom bardzo wiele się nauczyliśmy, bo otworzyliśmy się na chóralistykę

Aleksandra Kumięga

Adrianna Kuta


FOT. ARTUR GAWLE

Aleksandra Schab

Joanna Rymek

Aleksandra Kozień

yn z Tarnowa na światowym poziomie. To też stało się dla nas trampoliną do naszego rozwoju – mówi. A co śpiewanie w chórze daje samym zainteresowanym? – Pozwoliło mi to odkryć swoją pasję i plany na przyszłość. Dzięki chórowi poznałam swoje marzenia, do których dążę – mówi Julia, która śpiewa od 9 lat. Rok później do chóru dołączyła Ada. – Śpiewanie daje mi niezwykłą satysfakcję, ponieważ jest niewiele zespołów z takim prestiżem. Martyna jest uczennicą szkoły muzycznej. – Dla mnie to niesamowita droga rozwoju muzycznego. Wspaniale, że grupowo tworzymy coś na tak wielką skalę, coś co nas pasjonuje i daje radość – mówi.

Najpierw Arezzo, potem Fryderyki Zespół od lat zdobywa laury. Choć chór trwa nieprzerwanie od

Kinga Chudyka

1985 r., to pasmo sukcesów zaczęło się w 2004 r., kiedy to Puellae Orantes zdobył pierwszą nagrodę prestiżowego konkursu we włoskim Arezzo. – Był to spektakularny sukces, bowiem wcześniej dla Polski pierwszą nagrodę z tego konkursu przywiózł chór Akademii Medycznej z Gdańska, a było to trzydzieści lat wcześniej – wspomina Aleksandra Topor. Chór ma na swoim koncie osiem płyt. – Cztery ostatnie odniosły spory sukces. Pierwszą z nich była płyta „Magnificate et glorificate Dominum”, na której został umieszczony utwór Magnificat napisany specjalnie dla naszego chóru z okazji 20-lecia działalności artystycznej. Jego autorem jest nieżyjący kompozytor warszawski – Marian Sawa – wyjaśnia ks. Władysław Pachota. – Płyta ta była nominowana do nagrody fonograficznej „Fryderyk”, drugą nominację otrzymała płyta „Klasy-

Natalia Duś

Martyna Basta

Dominika Janusz

Kultura

Patrycja Obszarska

cy wiedeńscy”. Trzecia nominacja zakończyła się sukcesem – statuetką Fryderyk 2012. Nagrodę tę otrzymał album „Łukaszewski & Bembinow. Kolędy i pastorałki” – dodaje. Jednak największym jest ostatni sukces chóru. – W Rimini zdobyliśmy nagrodę Grand Prix oraz najwyższą ilość punktów w dwóch kategoriach: muzyki sakralnej i chórów młodzieżowych. O randze tego konkursu świadczy ilość zespołów, które biorą w nim udział. W tym roku było to 31 chórów z 15 krajów – wyjaśnia Aleksandra Topor. Pomimo licznych sukcesów zespół nie spoczął na laurach i wciąż podnosi sobie poprzeczkę, decydując się na nowe projekty i wyzwania (m.in. połączenie śpiewu chóralnego z... choreografią). Recepta na sukces? – Nie da się takich sukcesów odnosić bez miłości do muzyki i drugiego człowieka, a także bez zespołowej współpracy. Klucz do sukcesu to znajdować wciąż nowe zespoły i muzyków, którzy są inspiracją i od których można się bardzo dużo nauczyć – zdradza. 

Magdalena Heród

43

Anna Micek

Magdalena Zych

Aleksandra Topor

Gabriela Biś

Oliwia Jamróg

Nela Dziadoń

Zuzanna Golema


44

Kultura

W grudniowy wieczór TCK zaprasza na muzyczną podróż z Ras Lutą, dzięki któremu Piwnice wypełni słoneczne reggae. Choć wokalista od 8 lat związany jest z formacją Eastwest Rockers, równolegle rozwija swoją solową karierę, a w marcu ukazała się jego druga solowa płyta – „Uratuj siebie”. Oprócz utworów z najnowszego krążka, nie zabraknie tych najbardziej znanych piosenek, które znalazły się na składance „Polski ogień”. Ras Luta, któremu towarzyszyć będzie sześciu muzyków, w Piwnicach TCK pojawi się 5 grudnia. Łóżkowe problemy rozwiąże Tomasz Kot, który poda przepis na to, jak zostać prawdziwym „seks guru”! Spektakl austriackiego komika Wolfganga Weinbergera zaadaptował Gabriel Gietzky. Nie zabraknie analiz życia erotycznego, ale także porad i wskazówek, które urozmaicą łóżkowe poczynania. Przedstawienie dla widzów dorosłych. Sztukę „Jak zostać Sex-Guru w 247 łatwych krokach” obejrzeć można w kinie „Marzenie” 7 grudnia. „A mury runą” to kolejna propozycja Teatru Solskiego, w której aktorzy zapraszają do wspólnego śpiewania. Po sukcesie akcji „Solski niepodległy” zaplanowano muzyczne spotkanie w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. 13 grudnia o godzinie 19:00 w Teatrze im. L. Solskiego na Scenie Underground wybrzmią pieśni największych bardów opozycji. Nie zabraknie znanych utworów Jacka Kaczmarskiego czy Przemysława Gintrowskiego, które przypomną czasy, gdy teksty piosenek były nadzieją na lepsze jutro. Na scenie zaprezentują się aktorzy Tarnowskiego Teatru: Monika Wenta-Hudziak, Jerzy Pal, Ireneusz Pastuszak oraz Piotr Hudziak. Na stałe w kalendarz świątecznych imprez Tarnowa wpisały się „Rockowe O!płateczki”. „Koncert kolęd góralskich” to alternatywa, którą 27 grudnia proponuje Tarnowski Teatr. Na Dużej Scenie pojawi się Regionalny Zespół Pieśni i Tańca „Piątkowioki”, który swoją nazwę zapożyczył od miejscowości Piątkowa położonej nieopodal Nowego Sącza. Grupa licząca prawie sto młodych osób (wiek członków zespołu to 4-22 lata) popularyzuje rodzimy folklor poprzez: taniec, muzykę, śpiew, a także prezentację strojów, zwyczajów i obrzędów ludowych.

Rockowe kolędowanie z Wojtkiem Klichem Tarnowską tradycją stały się „Rockowe O!płateczki”. Formułę tę w 1995 r. wymyślił Wojciech Klich, a przed nami 19. edycja spotkań przy kolędach, pastorałkach i bożonarodzeniowych piosenkach.

N

ietypowa jest pora tych koncertów, bowiem od samego początku Piwnice TCK zapełniają się o 1:30, tuż po tym, jak w kościołach kończą się Pasterki. – W latach młodzieńczych brakowało mi kolęd, ponieważ na Pasterce śpiewa się dwie, góra trzy. Jako młody gitarzysta mruczałem je sobie przy choince i wpadłem na ten pomysł chyba z potrzeby serca. Wydawało się, że to absurdalna godzina, ale o dziwo spodobało się ludziom i udaje nam się tak koncertować FOT. ARTUR GAWLE przez lata – tłumaczy pomysłodawca „O!płateczków” Wojciech Klich. ducha, a ten wyzwala się także ruchem ciała Czym nowym zaskoczy nas tegorocz- – mówi. Jak co roku Wojciechowi Klichona edycja? – Zagramy nowe piosnki: jedna wi towarzyszyć będą tarnowscy muzycy, będzie o upływającym czasie, druga o wierze wśród nich m.in.: perkusista Bartek Rojek, i niewierze. Nie zabraknie też starych kolęd grający na basie Jerzy Drobot, Mariusz w nowym, autorskim wydaniu – będzie do Tracz z harmonijką i wokalistka – Magda tańca i do różańca – zachęca Wojtek Klich. Stalmach. – Nie zabraknie też zaproszonych – Zauważyłem, że na tych koncertach można gości z Tarnowa i okolic. Mamy tu cudowną się „pobujać” i może z czasem przerodzą się bazę bardzo zdolnych instrumentalistów i one w „potańcówki kolędowe” – śmieje się. wokalistów – zapewnia. Koncert, tradycyj– To jest radosne i cudowne, bo oczywiście z nie, odbędzie się 25 grudnia o godz. 1:30 w zachowaniem powagi dla poważnych pieśni, Piwnicach TCK. uważam, że to czas, który powinien cieszyć Olga Zgórniak

FOT. ARTUR GAWLE

Jak się czujesz w roli reżysera? – Bycie reżyserem to bardzo odpowiedzialna funkcja. Czuję się fantastycznie pracując z ludźmi, którzy rozumieją, czują i odbierają moją wizję, moje pomysły, a także rozterki i wątpliwości, które pojawiają się podczas pracy na scenie. Ale, podkreślę raz jeszcze, czuję się za nich i za siebie bardzo odpowiedzialna. Jeżeli decyduję się na to, aby wprowadzić ich w mój wewnętrzny świat, w to co mnie zainspirowało do zrobienia każdej poszczególnej kompozycji w „Tlenie”, to zależy mi na tym, aby być z tymi ludźmi absolutnie uczciwą. Jestem bardzo wymagająca w próbach oraz w procesie dochodzenia do prawdy. Skąd pomysł na to, żeby zrealizować właśnie „Tlen”? – Uważam, że dojrzałam do tego, aby podjąć próbę wyreżyserowania właśnie tego tekstu. Według mnie on opowiada o losie człowieka, o drodze, którą każdy z nas musi przejść sam. Może to zabrzmi nieco patetycznie, ale o takiej drodze krzyżowej,


Kultura

45 FOT. ARTUR GAWLE

ArtFest

– każdy znajdzie coś dla siebie! Festiwal sztuki ArtFest ma już 10 lat! Jubileuszowa edycja trwa, przed nami ostatni weekend artystycznych spotkań, który zapowiada się bardzo ciekawie.

P

omysłodawcą festiwalu był Bogusław Wojtowicz, zmarły niespełna trzy lata temu dyrektor Biura Wystaw Artystycznych. – Dla tych wszystkich, którzy się z nim zetknęli był niespokojnym duchem, z pewnością była to duża osobowość tarnowskiej kultury. Dyrektor myślał szeroko, nie zamykając się na jedną dyscyplinę czy kategorię – wspomina swojego poprzednika – Ewa ŁączyńskaWidz. – Bogusław Wojtowicz miał odwagę, żeby prowadząc tak małe miejsce w uroczym Pasażu Tertila, nie posiadając zaplecza muzycznego czy teatralnego, stworzyć festiwal, który jest dostępny dla szerszej publiczności i który łączy różne dziedziny sztuki – dodaje. Wystawy, spotkania z muzyką, teatrem, literaturą, fotografią, architekturą czy warsztaty – tak różnorodne wydarzenia składają się na tarnowskie święto sztuki. Ewa Łączyńska-Widz podkreśla, że nie jest to

okazja do spotkania z plejadą gwiazd, a szansa na poznanie nowych twórców i otwarcie się na kulturalne doświadczenia. Za nami dwa artystyczne weekendy. Swoje plakaty zaprezentował Lex Drewiński (można je obejrzeć w Centrum Sztuki Mościce), a wernisażowi towarzyszył występ grupy ARSO Ensemble. Uczestnicy mogli też zapoznać się z pierwszym polskim wydaniem esejów autorstwa Adolfa Loosa i obejrzeć film „Portret” Wojciecha Tubaja. Performens audiowizualny zaproponowała grupa Inire, a rodzinne warsztaty plastyczne w ramach „Małego ArtFestu” poprowadził Piotr Lutyński. Niekwestionowaną gwiazdą tegorocznej edycji była Urszula Dudziak, która powróciła do Tarnowa po dwudziestu latach! Ostatnie weekendowe spotkanie ze sztuką rozpocznie się w Mikołajki. – Jest takie słynne zdanie „Błądzić jest rzeczą

Potrafisz żyć bez tlenu? Rozmowa z Zofią Zoń, aktorką Tarnowskiego Teatru, która zadebiutuje w roli reżyserki. „Tlen” Iwana Wyrypajewa to historia z moskiewskiej komunałki. Będzie lekko i zabawnie, ale wśród dowcipu nie zabraknie rozważań na tematy, które nas zajmują. o szaleństwie wiary, która wyprowadza nas z iluzji tego świata, jeżeli oczywiście chcemy przyjrzeć się sobie odważnie i uczciwie. Poza tym skusiła mnie wizja pracy z ludźmi, odnajdywanie wspólnych dróg, komunikacji, dialogu w pracy. Kim są bohaterowie „Tlenu”? – Bohaterowie „Tlenu” to w gruncie rzeczy ludzie naszego pokolenia. Zagubieni, niedoskonali, kochający na zabój, zbuntowani, ścierający się z brutalną rzeczywistością. W konsekwencji dążący do jasności, czystości, miłości bezwarunkowej. Pełni sprzeczności, na rozdrożu, cytując Tade-

usza Kantora „ocierający się o śmietnik i wieczność”. Dlaczego „Tlen” jest tak ważny? – A potrafisz żyć bez tlenu? W ciągu swego życia uczymy się tylu niepotrzebnych rzeczy, a jak wielu z nas potrafi tak naprawdę oddychać? Potrzeba tlenu jest tak silna, że w chwilach tej życiowej zadyszki, wołamy rozpaczliwie „potrzebuję tlenu, chcę jeszcze żyć”. Wraz z momentem śmierci, przestajemy oddychać. Póki co dbajmy o to, aby starczyło nam oddechu na każdy następny dzień. Aktorzy, którzy pojawią się na scenie nie są Twoimi kolegami z zespołu

Ewa Łączyńska-Widz

ludzką”. W BWA zorganizujemy wystawę dizajnu pt. „Błądzić jest rzeczą”. Cieszymy się tym bardziej, że jest to pierwsze spotkanie z wzornictwem w murach BWA. Nie chcieliśmy, by była to prosta wystawa, szukaliśmy konceptu i będziemy mówić o tym jak pomyłki, poszukiwania, eksperymenty, a nawet błędy odkrywają coś, na co sami byśmy nie wpadli – tłumaczy Ewa Łączyńska-Widz. Dodatkowo w CSM zaplanowano koncert grupy Très.b, która za swoją debiutancką płytę otrzymała nagrodę Fryderyka. W sobotę (7.12.) Dorota Kuć i Karina Snuszka poprowadzą warsztaty, na których nauczą, jak wystrzegać się błędów przy projektowaniu. Dzień zwieńczy koncert Motion Trio i L.U.C. Zakończeniem festiwalu będzie koncert w wykonaniu aktorów Teatru im. St. I. Witkiewicza w Zakopanem. Olga Zgórniak

Solskiego. Kto więc zagra bohaterów Twojego spektaklu? – Do współpracy zaprosiłam mojego kolegę, z którym pracowałam nad spektaklem „Mewa” A. Czechowa. Nie jest z wykształcenia aktorem, ale to zupełnie mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – uważam, że jest otwarty i mniej hermetyczny niż aktorzy zawodowi. Chłonie dużo moich pomysłów, przy tym też dużo proponuje od siebie i dzięki temu ta praca jest twórcza i rozwijająca. Ja, oprócz tego, że reżyseruję to przedstawienie, także w nim wystąpię. Poza tym współpracuję z Tomaszem Gawrońskim, który zajmuje się stroną wizualną spektaklu i Piotrem Czarnieckim, który jest odpowiedzialny za oprawę muzyczną. Kiedy więc będziemy mogli zobaczyć premierę Twojego spektaklu? – Premierę zaplanowałam na 14 grudnia. Możliwe jednak, że ten termin ulegnie zmianie ze względu na dużą ilość pracy. Olga Zgórniak


Co ja widzę

46

FANTAZJE PONIEDZIAŁKA

Finisaż

Jedynie przez kilka listopadowych dni we foyer Tarnowskiego Teatru można było oglądać prace Macieja Poniedziałka. Wystawa odbyła się w ramach „Strefy Fantazji” Tygla Kultury i zakończył ją uroczysty finisaż. Autora i gości „dopadł” nasz wścibski fotoreporter. (OZ) Fot. Artur Gawle Światosław Karwat, Maciej Poniedziałek

JAZZ CONTEST FESTIWAL

Gala finałowa Elżbieta Łabno

Roman Bartnicki, Piotr Góryjowski

Janusz Bystrzonowski

Podczas kilku dni festiwalowych organizatorzy zadbali o to, by słuchacze mieli szansę poznać różne oblicza muzyki jazzowej. Nie zabrakło więc swingu, jazzu tradycyjnego, jazzrocka, stylu fusion i współczesnych brzmień norweskich. Gala finałowa szóstej edycji jazzowego festiwalu odbyła się w Europejskim Centrum Muzyki im. K. Pendereckiego w Lusławicach. Kto jest miłośnikiem muzyki jazzowej? (OZ) Fot. Artur Gawle

Tomasz Olszówka

Roman Ciepiela

Anna i Kamil Niczyporuk


Co ja widzę

47

WALKA CZARNUCHA Z PSAMI

Za kulisami

Na scenie Underground Teatru im. L. Solskiego będzie odbyła się premiera spektaklu „Walka czarnucha z psami”. To kolejna polska prapremiera, którą proponuje Tarnowski Teatr. Spektakl wyreżyserował Jakub Porcari, którego pomysłem byłoprzetłumaczenie zapisków Koltèsa i wplecienie ich do tekstu dramatu. Po premierze przyszedł czas na spotkanie i rozmowy z aktorami. I my też tam byliśmy...

Tadeusz Każmierczak

(OZ) Fot. Artur Gawle

Jakub Porcari

Małgorzata Gutwińska

Rafał Balaweider

Kinga Piąty Andrzej Prokop, Dorota Połeć Łukasz Błażejewski

Jerzy Pal, Agnieszka i Maciek Mazur

Zofia Zoń Ireneusz Pastuszak


48

Zdrowie i uroda

Aloes – lekarstwo z doniczki Aloes należy do rodziny liliowatych, liczącej około 300 gatunków. Właściwości lecznicze wykazują przede wszystkim Aloe Arborescens, Aloe Ferox i Aloe Vera. Ten ostatni można wyhodować na parapecie okiennym. W długich i mięsistych liściach gromadzi dużo wodyi i sporo cennych substancji, a ma ich ponad dwieście. CO ALOES MA W SOBIE? Jednymi z najcenniejszych są mukopolisacharydy (wielocukry), a szczególnie acemannan zaliczany do najsilniejszych substancji pochodzenia roślinnego, która stymuluje układ odpornościowy. Ponadto aloes zawiera między innymi witaminy: A, C, F, B1, B2, B6, B12, betakaroten, kwas foliowy oraz minerały takie jak wapń, magnez, sód, cynk, żelazo, chrom. PRZECIW MIAŻDŻYCY Aloes przywraca równowagę kwasowo-zasadową organizmu. Pomaga w profilaktyce miażdżycy i w jej leczeniu. Obniża poziom trójglicerydów i złej frakcji cholesterolu (LDL), a podnosi dobrą frakcję (HDL). Działa przeciwzapalnie, zmniejsza poziom glukozy we krwi, ale tylko u osób, które mają podwyższony poziom cukru. Przeciwutleniacze znajdujące się w aloesie hamują procesy starzenia się komórek przez neutralizowanie wolnych rodników. PRZYSPIESZA GOJENIE SIĘ RAN Aloes przyspiesza gojenie się ran i oparzeń, łagodzi świąd skóry. Działa ściągająco, odkażająco, przeciwzapalnie i przeciwbólowo. Pomaga nawet przy źle gojących się zmianach skórnych w cukrzycy i łuszczycy. Szczególnie zimą warto sięgnąć po aloes, gdyż hamuje on namnażanie się wirusów, bakterii i grzybów. Pobudza również białe ciałka krwi do walki z atakującymi intruzami. POPRAWIA TRAWIENIE Aloes pobudza perystaltykę jelit, przeciwdziała zaparciom i przyspiesza przemianę materii, dzięki czemu wspomaga odchudzanie. Poprawia trawienie, łagodzi wzdęcia i kolki, zmniejsza nadkwasotę. Przynosi poprawę przy wrzodach żołądka i dwunastnicy, ponieważ hamuje nadmierne wydzielanie kwasu solnego przez błonę śluzową żołądka. Wspomaga oczyszczanie organizmu ze szkodliwych substancji, działa osłonowo na wątrobę. (MC)

DIETA Prawidłowe funkcjonowanie organizmu zależy w dużej mierze od tego co jemy. Dieta musi być wzbogacona w witaminy i minerały, których źródłem są głównie warzywa i owoce. Szczególnie ważne witaminy to A,C i E. Witamina A wspomaga odporność organizmu oraz reguluje funkcjonowanie tkanki nabłonkowej. Znajdziemy ją np.: w serach, mleku, jajach, tłustym mięsie, marchwi i pomidorach. Witamina C uaktywnia procesy obronne, chroni przed infekcjami, ułatwia gojenie się ran i złamań. Jej źródłem są między innymi: papryka, jabłka, natka pietruszki, truskawki, kalafior, brokuły, ziemniaki i pomidory. Natomiast witamina E wzmacnia ściany naczyń krwionośnych oraz chroni czerwone krwinki przed przedwczesnym rozpadem. Dostarczymy ją do organizmu spożywając jaja, orzechy, mleko, brukselkę, oleje roślinne. Nie należy również zapominać o białku, które jest bogate w aminokwasy i wspomaga wytwarzanie przeciwciał. Warto pamiętać również o czosnku, który działa bakteriobójczo i powoduje zwiększenie białych krwinek.

5

sposobó

na odpor

Jesień i wczesna zima to czas na wzmocnienie swojego organizmu. Warto już wcześniej pomyśleć co zrobić, aby nasz układ immunologiczny mógł szybciej pokonać nabytą chorobę lub całkowicie się od niej ustrzec. Są na to sposoby, a oto kilka z nich. (MC)

HARTOWANIE Hartowanie organizmu Dobrym sposobem na zwiększenie odporności jest hartowanie organizmu, Musimy przy tym być konsekwentni i wykonywać je regularnie np. poprzez polewanie ciała naprzemiennie ciepłą i zimną wodą. Do zahartowania organizmu może posłużyć nam również sauna. Wchodzimy do niej kilkukrotnie na 10-15 minut robiąc przerwy na zimny prysznic, który powinien trwać około 5 minut. Niewątpliwą zaletą sauny jest także oczyszczenie organizmu z toksyn, odblokowanie porów oraz relaks psychiczny. W trakcie korzystania z sauny podnosi się ciepłota naszego ciała, dzięki czemu bakterie i wirusy zostają usunięte. Przed tego rodzaju zabiegami należy jednak skonsultować się z lekarzem.

SEN I RELAKS Przemęczony organizm jest bardziej podatny na infekcje. Dlatego nie wolno zrywać nocy i nie dosypiać. Dorosły człowiek potrzebuje około 8 godzin snu na dobę. Brak snu przez dłuższy czas prowadzi do trudności w skupieniu uwagi, zaburzeń nastroju oraz nieprawidłowości w działaniu układu immunologicznego. Odporność organizmu osłabiają też sytuacje stresowe i życie w napięciu. System obronny jest ściśle powiązany z systemem nerwowym. Dlatego też, relaksując się i odpoczywając miejmy świadomość, że dzięki temu zachęcamy nasz organizm do walki z wirusami. Warto tez wybrać się na profesjonalny masaż relaksacyjny. Daje on uczucie odprężenia i podnosi poziom endorfin w organizmie, a te zwiększają odporność na stres.


BEZ UŻYWEK Alkohol, papierosy i kawa niszczą witaminy (zwłaszcza witaminę C) i mikroelementy, które wzmacniają nasze siły obronne. Alkohol odwadnia również organizm, a to prowadzi do niesprawnego działania układu odpornościowego. Nikotyna wywiera także szkodliwy wpływ na układ pokarmowy, ponieważ zmniejsza łaknienie i zaburza wchłanianie witamin. Natomiast kofeina zawarta w kawie niszczy całkowicie witaminę B1, może powodować wzrost ciśnienia krwi, nerwowość i kłopoty z zasypianiem.

ów

rność

Zdrowie i uroda

49

Na pomoc zniszczonym włosom Pierwszym krokiem powinno być obcięcie zniszczonych końcówek włosów. W przypadku długich włosów należy to robić co dwa, trzy miesiące. Popularny, choć nieprawdziwy pogląd, że włosy podcinane rosną szybciej, wynika z tego, że rozdwojone i zniszczone końcówki z czasem się wykruszają. Jeśli nie będziemy systematycznie podcinać zniszczonych końcówek, proces rozdwajania się włosów będzie sięgał coraz wyżej, a w konsekwencji trzeba będzie bardziej skrócić włosy.

STOSUJ ODŻYWKI DO WŁOSÓW Regularnie używaj odżywek do włosów. W ten sposób nie tylko je odżywisz i wzmocnisz, ale też w pewnym stopniu ochronisz przed działaniem czynników zewnętrznych. Włosy pod wpływem odżywki stają się łatwiejsze w stylizacji i bardziej lśniące. Istotne jest jednak to, żeby dobrać odżywkę do rodzaju włosów: suchych, normalnych, przetłuszczających się lub farbowanych.

CHROŃ PRZED USZKODZENIEM Strumień gorącego powietrza niszczy włosy. Używanie suszarki niszczy oskórek włosa i powoduje wyparowywanie wody. Włosy stają się łamliwe i tracą połysk. Jeżeli musimy korzystać z suszarki, trzymajmy ją około 30 cm od głowy i wybierajmy chłodny nawiew. Strumień powietrza kierowany z góry na dół, zgodnie z układem łusek włosów, sprawi, ze fryzura będzie gładsza.

DIETA DLA WŁOSÓW Jedzmy ziarna zbóż, które są źródłem cynku i witamin z grupy B, orzechy zawierające selen i zdrowe kwasy tłuszczowe, czarna rzepę zapobiegającą wypadaniu włosów, wzmacniającą cebulki i przyspieszającą porost włosów oraz ciemne warzywa liściaste dostarczające witaminę C i prowitaminę A.

DOMOWA MASECZKA Maseczka z awokado, którą możemy z łatwością przygotować samodzielnie w domu, wzmocni i odżywi włosy. Miksujemy pół dojrzałego awokado, łyżeczkę miodu i łyżkę oleju (np. kokosowego, z pestek winogron lub rzepakowego). Tak przygotowaną papkę nakładamy na lekko wilgotne włosy, owijamy głowę najpierw folią, a następnie ręcznikiem i pozostawiamy na godzinę. Zmywamy maseczkę i nakładamy odżywkę do włosów. (MC)

MASUJ SKÓRĘ GŁOWY Aby włosy błyszczały, rób masaż skóry głowy, który pobudza krążenie. Dobre efekty daje młoteczkowanie. Przed myciem włosów rozczesz je i delikatnie opukuj głowę szczotką. Podczas mycia natomiast masuj skórę głowy okrężnymi ruchami od potylicy do czoła. To wzmocni cebulki włosów.

DOMOWE MIKSTURY ALOESOWE RUCH Niestety nie doceniamy tego, jak duży wpływ na nasze zdrowie ma wysiłek fizyczny. Nasz kraj zaliczany jest do najmniej ruchliwych społeczeństw w Europie. Tymczasem systematyczna aktywność fizyczna nie tylko wpływa stymulująco na prawidłowy wzrost i rozwój w okresie dzieciństwa i młodości, ale także zapewnia utrzymanie zdrowia i kondycji w wieku dorosłym. Wysiłek fizyczny ma nieoceniony wpływ na usprawnianie mechanizmów odpornościowych organizmu. Minimum to ćwiczenia trzy razy w tygodniu przez około 40 minut. Jeżeli jednak nie mamy ochoty na regularne uprawianie sportu lub też z innych przyczyn jest to niemożliwe, spacerujmy codziennie, przynajmniej przez około 30 minut, a z pewnością wzmocni to nasz układ immunologiczny i podniesie kondycję układu sercowo-naczyniowego.

Roślina, z której przygotujemy zdrowotne mikstury musi mieć ponad trzy lata, ale nie więcej niż pięć. Najpierw na dziesięć dni stawiamy aloes z dala od światła i nie podlewamy go. Potem obrywamy dolne liście z pochwami i zawinięte w ciemny papier wkładamy do lodówki na 7-10 dni. Do użytku wewnętrznego najlepiej stosować sam miąższ, ponieważ substancje zawarte w skórce liścia i soku działają przeczyszczająco i mogą uczulać. By uzyskać miąższ, przecinamy liść, czekamy aż wypłynie sok i wydobywamy łyżeczką galaretowatą zawartość. Mikstury z aloesu przechowuje się w butelkach z ciemnego szkła. Wino aloesowe na odporność – zmieszaj trzy składniki: tyle samo zmiksowanych liści aloesu, czerwonego wina gronowego i miodu. Nalewkę odstaw na tydzień w ciemne miejsce i codziennie mieszaj. Potem przecedź, przelej do butelki i przechowuj w lodówce nie dłużej niż tydzień. W pierwszym tygodniu pij trzy razy dziennie łyżeczkę przed posiłkiem, potem przez trzy tygodnie trzy razy dziennie po łyżce stołowej, a po dwóch trzech miesiącach zrób 2-tygodniową przerwę. (MC)


50

Kuchnia, rozrywka

OSOBLIWOŚCI KULINARNE

Horos

BARAN 21 Marca-20 Kwietnia

Filozofia żuru

J

akąż niezwykłą, osobliwą drogę przeszedł nasz poczciwy żur w ciągu kilkuset lat zaledwie! Bodaj żadna z zup nie doświadczyła podobnej – od ubożuchnej polewki niemal na samym zakwasie, po wykwitną potrawę, podawaną w najlepszych restauracjach. Wyszedł z ubogiej chłopskiej chaty, a trafił jako Celebryta na salony. Podawany dziś bywa na eleganckich przyjęciach jako – obok bigosu – druga specjalność reklamująca kuchnię polską na świecie. Widywałem go na naszych stoiskach kulinarnych organizowanych przez polskie ambasady we Francji i Hiszpanii Dniach Kuchni Polskiej. Tubylcy, i to tacy w randze ministrów i biznesmenów zajadali się tam nim ze smakiem, a podawany był w niewielkich kokilkach, z gotowanymi suszonymi grzybami, kawałkami bryndzy owczej, drobno pokrajaną szynką i jajkiem, podbity śmietaną. Cóż… zdecydowanie napakowano tego zbyt dużo do niewielkiego naczynia. I ta śmietana! Zabija zupełnie charakter, ową kwaśną żurowatość żuru… Jeżeli kogoś stać na odrobinę ekstrawagancji i chciałby zaskoczyć mile wigilijnych gości, to polecałbym pewien istotny ciekawy eksperyment kulinarny, na pierwszy rzut oka niemożliwy do osiągnięcia, ale przy żurze wszystko jest możliwe. Mianowicie, kiedy będziecie Państwo wybierać zupę na wigilijny stół, proponuję bardzo dostojny, a skromny przy tym żur ze… śledziem.

Zygmunt

Szych

zygmunt.szych@tarnow.in

Iwona Lisowska

Warto zacząć w tym miesiące od porządkowania swoich obowiązków. Układając sobie wszystko w odpowiedniej kolejności, szybko się z nimi uporasz. Nie odkładaj ważnych spraw na bok, ponieważ nie mogą one dłużej czekać. W sprawach miłosnych możesz potrzebować więcej wyciszenia i ciepła. Twoja pracowitość sprawi, że dobrze wykorzystasz ten tydzień.

BYK 21 Kwietnia-21 Maja Wystarczą nam dwie szklanki zakwasu, ale koniecznie z grubo mielonej mąki owsianej. Zalewamy to ciepłą wodą i zostawiamy by nam elegancko skwaśniało (samo słowo „żur” pożyczyliśmy sobie od Niemców i pochodzi od „sauer” –„kwaśny”. Bo ten smak to esencja żuru). Po zakiśnięciu tę owsianą papkę przecieramy przez sito, skutkiem czego otrzymujemy płyn gęsty i biały jak mleko, do którego dolejemy wody i zagotujemy. Osobno gotujemy grzyby (wyłącznie kapelusze borowików, dają cudowny, nieporównywalny z niczym aromat!) Po dobrym, przez 12 godzin wymoczeniu śledzia z beczki kroimy go na kawałki, wkładamy razem z grzybami do wazy, wlewamy żur i… gotowy do podania. Proszę zwrócić uwagę na tę wazę: niby prosta zupa, ale czyż w Wigilię można ją podać inaczej niż w wazie właśnie? Śledź solony, z beczki i te suszone grzyby – cóż za doskonałość przenikających się smaków! Dodam jeszcze, że o popularności naszej narodowej potrawy świadczy fakt obdarowania żuru w Księdze Przysłów Polskich aż siedmioma przysłowiami, co świadczy dobitnie o jego popularności. Dziś zapomniane zupełnie, więc przed świątecznym ucztowaniem dobra to okazja do przypomnienia dwóch z nich, świadczących o plebejskim pochodzeniu tej światowej dziś potrawy: „dobry i żur, kiedy kaszy nie ma” To przysłowie zaświadczające o żurze jako potrawie ubogich. I drugie: „wychowany na żurze”. To z kolei odnosiło się do człowieka nieokrzesanego, gbura. Współczesnych przysłów na jego temat nie słyszałem, ale kto wie, może powstaną gdzieś na europejskich salonach, gdzie cudzoziemcy z rozkoszą malującą się na obliczach kosztować będą tej światowej już, a nie plebejskiej potrawy? 

Zofia Zoń

Niektóre sprawy mogą potrzebować więcej czasu, aby mogły się pozytywnie rozstrzygnąć. Istnieje natomiast duża szansa, że w tym miesiącu zrobisz jakiś ważny krok w swoim życiu. Przełamując wewnętrzne bariery, szybko przekonasz się o sile, która drzemie w tobie. Pod koniec tygodnia może czekać cię miłe spotkanie rodzinne.

BLIŹNIĘTA 22 Maja-21 Czerwca

Anna Czech

Może spotkać cię trochę pracy i obowiązków w domu. Szczególnie w drugiej części miesiąca skupisz się na porządkowaniu swojego otoczenia. Zdasz sobie również sprawę, że nie warto tracić cennego czasu na mało ważne sprawy. Jakieś ciekawe zadanie, które otrzymasz, sprawi, że mocno się w nie zaangażujesz. Twój wysiłek zostanie przez kogoś doceniony.

RAK 22 Czerwca-22 Lipca

Tomasz Wiśniewski

W tym tygodniu nabierzesz więcej odwagi i pewności siebie. Poczujesz pewny grunt pod nogami, pomyślnie radząc sobie w podejmowaniu odpowiedzialnych i trudnych decyzji. Na twojej drodze pojawi się ciekawe zdarzenie, które może wpłynąć na twoje dotychczasowe plany. Umocnisz również swoje kontakty z rodziną. Na pewno nie zabraknie ci pomysłów.

LEW 23 Lipca-23 Sierpnia

Piotr Cyz

Możesz mieć wrażenie, że ostatni pracowity czas sporo cię nauczył. Czeka cię teraz krótki okres refleksji, a może szukanie nowej drogi w życiu. Chwilowo odetchniesz z ulgą, ale wkrótce ponownie zmierzysz się z nowymi wyzwaniami. Kierując się odwagą, przejdziesz przez wszystkie trudności, nawet ich nie zauważając. W życiu osobistym pojawią się widoczne zmiany.

PANNA 24 Sierpnia-22 Września

Michał Poręba

W ostatnim czasie mogło pojawić się trochę wydatków, dlatego sytuacja finansowa może teraz nie być do końca zadowalająca. Szybko jednak zdasz sobie sprawę, że twoje finanse zaczynają się stabilizować i iść we właściwym kierunku. Istnieje duża szansa, że jakiś ciekawy pomysł, który wpadnie ci do głowy, po krótkim czasie rozwinie skrzydła.


skop

Rozrywka

Tarnowski

51

WAGA 23 Września-23 Października

Anna Ślwińska-Kukla

Zbliżają się wielkimi krokami jakieś ciekawe zmiany w twoim życiu. W ostatnim czasie momentami mogła ci dokuczać rutyna, jednak wkrótce jakieś ciekawe wydarzenie szybko usunie dotychczasową monotonię, wprowadzając trochę pozytywnego zamieszania. Otrzymasz od kogoś potrzebne wsparcie. Nawet w najtrudniejszych momentach możesz liczyć na czyjąś pomoc.

SKORPION 24 Października-22 Litopada

Aleksandra Zuba-Benn

W krótkim czasie zdołasz osiągnąć niemałe sukcesy, odpowiednio angażując się w pracę i obowiązki. Nie pozwól jednak, aby górowało nad tobą lenistwo. Sprawy miłosne rozpalą się teraz w tobie niczym ogień, wzmagając gorące uczucie. Staniesz się osobą bardziej pewną siebie i aktywną. Czeka cię miłe spotkanie.

STRZELEC 23 Listopada-23 Grudnia

Paweł Sroka

Wkrótce nadejdą okoliczności, które skłonią cię do radykalnych i odważnych działań. Dzięki nim zdołasz osiągnąć to, co wcześniej sobie zaplanowałeś. Będziesz również osobą bardzo otwartą, jeśli chodzi o sprawy towarzyskie. Niejednokrotnie wdasz się w ciekawą dyskusję, przekonując inne osoby do własnych poglądów.

KOZIOROŻEC 24 Grudnia-20 Stycznia

Jerzy Durał

Niektóre osoby spod tego znaku mogą odkryć szczęście na wielu płaszczyznach. Zdasz sobie sprawę, że pieniądze i dobra materialne nie są prawdziwym wymiarem szczęścia. Prawdziwą radość odkryjesz w swoim otoczeniu, ciesząc się nawet najmniejszymi sukcesami i zachwycając się pięknem przyrody.

WODNIK 21 Stycznia-18 Lutego

Antoni Sypek

Tydzień będzie aktywny dla osób, które oczekują zmian w sprawach sercowych. Jakiś widoczny i radosny początek sprawi, że pesymistyczne myśli szybko przeminą, a w ich miejscu zakwitną szczęśliwe perspektywy. Wsłuchuj się w głos swojego serca, który zawsze poprowadzi cię we właściwym kierunku.

RYBY 19 Lutego-20 Marca

Matylda Baczyńska

Wkrótce w twoim życiu pojawią się długo oczekiwane zmiany, które pomogą ci wnieść do niego trochę więcej światła i ciepła. Nieprzyjemności możesz mieć tymczasowo za sobą, a szczęście zacznie ci dopisywać, jeżeli się na nie otworzysz. Koniec miesiąca będzie aktywny, zwłaszcza w relacjach rodzinnych.

Wśród naszych Czytelników, którzy rozwiążą krzyżówkę, rozlosujemy trzy firmowe parasole miesięcznika Tarnów.in. Czekamy na zgłoszenia: kontakt@tarnow.in z dopiskiem w temacie „krzyżówka”.

Humor Dwóch Anglików w średnim wieku gra w golfa. W pewnej chwili obok pola golfowego przechodzi kondukt żałobny. Jeden z grających odkłada kij i zdejmuje czapkę. – Cóż to – dziwi się drugi – przerywa pan grę? – Proszę mi wybaczyć, ale, bądź co bądź, byliśmy 25 lat małżeństwem. Młody agronom kazał na swoje urodziny zabić świnię. Chłop tłumaczy mu:

–N  iestety, nie możemy zabić, bo się prosi. –C  hoćby się i na kolanach prosiła – macie ją zabić! Rozmawiają dwaj wędkarze: –M  iałem wczoraj cudowny sen! W piękną, gwieździstą noc płynąłem łódką z cudowną, seksowną blondynką... – I jak się ten sen skończył? –Ś  wietnie! Złowiłem 3-kilogramowego szczupaka! Kuzyn z miasta odwiedza bardzo zaniedbane

gospodarstwo rolne Antka. –N  ic na tej ziemi kuzynie nie rośnie? –A  no nic – wzdycha Antek. –A  jakby tak zasiać kukurydzę? –A  aa... jakby zasiać, to by pewnie urosła. Wieczór, rozmowa koleżanek przez telefon: – J uż nie mogę wytrzymać z moim starym Jeszcze siedzi w barze! –P  owinien brać przykład z mojego, jego już dawno do domu przynieśli.


52

Podróże

WYPRAWA

Z Krakowa na Dach Św

Wiesiek Cholewa („Prezes”) Przemek Osuchowski („Oberżyświat”) e-mail: info@discover4x4.com

Przez prawie 8 tygodni my, polscy marzyciele penetrowaliśmy bezdroża Azji Środkowej i podnóża Himalajów. Pokonaliśmy ponad 20 tysięcy kilometrów przez Dniepr, Don i Wołgę, wzdłuż Morza Czarnego, Azowskiego, Kaspijskiego, Aralskiego. Przecisnęliśmy się między Tienszanem, Pamirem i Hindukuszem, jechaliśmy wzdłuż Karakorum i Himalajów. Dotarliśmy do bazy himalaistów pod Mount Everestem i do stolicy Tybetu. Z Lhasy wróciliśmy wzdłuż pustyni Takla Makan, przez góry Kirgizji i stepy Kazachstanu, przez Astrachań, Krym, Odessę i Kamieniec Podolski. Takiej trasy konwojem samochodów terenowych nie przejechał jeszcze nikt!

Wszyscy nas pytają, dlaczego w Tybet… Cóż, mamy pewną ideę. Nikt mianowicie nie umie powiedzieć gdzie jest koniec świata – a wielu się stara – może to Hel, może Ziemia Ognista, może południowy kraniec Nowej Zelandii lub północny Alaski, a może Czukotka lub Przylądek Dobrej Nadziei, może Bieszczady albo Nordkapp. Dotarliśmy, widzieliśmy, opowiedzieliśmy… ale teraz chcemy się dowiedzieć, gdzie jest środek świata lub jego początek. Do tybetańskiej już kompanii zaprosiliśmy doświadczonych podróżników offroadowych, fotografików, blogerów, którzy mają już za sobą peregrynacje na 6 kontynentach. Jako pomysłodawcy i organizatorzy wyprawy, my krakowscy podróżnicy – Prezes i Oberżyświat – do tybetańskiego konwoju namówiliśmy śmiałków , którzy od wczasów w Ustce wolą noce przy ognisku, a pełną niewygód wędrówkę przedkładają nad wycieczkowy standard. Jak zawsze dążyliśmy do miejsc, o których nie śniło się biurom podróży. Do ludzi, których nie odwiedzają znudzeni turyści. Przygotowaliśmy konwój 12 samochodów terenowych, wypadki losowe w ostatniej chwili wyeliminowały jedną załogę. Wyprawę przygotowywaliśmy przez półtora roku (z przerwami na wypady po Polsce oraz Ameryce, Australii i Afryce). Niektórzy na ten wyjazd przygotowali specjalne pojazdy, które podołać muszą drogom i bezdrożom na wysokościach ponad pięciotysięcznych. Przewodziliśmy kolorowej grupie. 31 osób. Pięcioro dzieci. Sześć kobiet. Najmłodsza była 6-letnia Nel, najstarszy 62-letni Tadeusz. Wszyscy w konwoju oryginalni, niepowtarzalni. Jedna załoga (kosmiczna rodzinka Rufinkiewiczów) pojechała dalej, dookoła świata! A my w 10 załóg wróciliśmy szczęśliwie i szczęśliwi. Każda podróż ma swój początek i swój koniec. Jadąc na wschód, codziennie dalej, codziennie w stronę wschodzącego słońca, codziennie bardziej orientalnie, egzotycznie. Gdy przyszło po ponad miesiącu jazdy zawrócić w stronę Polski, wrażenia były już kompletnie inne. Przypominało to – pod każdym względem – odkręcanie pętli dotychczasowych obserwacji. To co przed tygodniami dziwiło, teraz wydawało się naturalne i powszednie. Tam gdzie jeszcze przed paru dniami kręciliśmy nosami na niedostatki, teraz zaskoczeni byliśmy… dostatkiem. Tybet opuszczaliśmy pospiesznie. Trochę nam te niebotyczne wysokości dały w kość. Miesiąc powyżej 4000 metrów. Cztery, a czasami pięć kilometrów powyżej poziomu morza bywało męczące i dla nas i dla naszych pojazdów. Kuchnia syczuańska, choć wspaniała, zaczęła nudzić, a tybetańska już nie urzekała skromnością. Jechaliśmy


Wszyscy nas pytają, dlaczego w Tybet… Cóż, mamy pewną ideę. Nikt mianowicie nie umie powiedzieć gdzie jest koniec świata.

Podróże

53

Przez wiele lat uważaliśmy, że środkiem świata jest po prostu Kraków. Dlatego też tutaj nasze wyprawy zaczynamy i kończymy.

wiata szybko, bo przy chińskiej dynamice gospodarczej nie było już dla nas zaskoczeniem, że w ciągu miesiąca na Xinjiang-Tibet Highway przybyły dziesiątki kilometrów asfaltu. Pogoda też nas poganiała, „powąchaliśmy” pierwszego śniegu, a w nocy mrozu. Niebotyczne przełęcze przeskakiwaliśmy więc wartko. W Xinjiangu, czyli Ujgurskim Okręgu Autonomicznym, z przyjemnością zjechaliśmy z gór w stronę Takla Makanu, a potrawy z żylastego jaka z przyjemnością zamieniliśmy na baraninę. Choć Ujgurzy preferują jagnięcinę niemal bez przypraw, nam sól też wystarczyła. Z jeszcze większą satysfakcją zamieniliśmy ryż na pszenne podpłomyki. Ale największą przyjemność sprawiły nam widok… drzew. Już niemal nie pamiętaliśmy, jak to jest w cieniu. No i wreszcie mogliśmy usiąść przy ognisku. Cieplej było i bardziej swojsko. Takla Makan potraktowaliśmy jako wielką piaskownicę, na piachu odpoczywaliśmy i wygrzewaliśmy kości po tybetańskich przygodach. W dodatku ujgurskie miasta – mimo chińskiej dominacji – były wręcz aglomeracjami po tym, co oglądaliśmy w wyludnionym Tybecie. Z pokorą znosiliśmy postoje na policyjnych punktach kontrolnych. Nie wymyślono ich dla nas, zagranicznych turystów, ale by mniejszości Ujgurskiej (podobnie jak tybetańskiej w Tybecie) przypominać kto tu rządzi. Wyjeżdżaliśmy z Chin z ulgą. Kirgistan w podróży na zachód wydał nam się jeszcze piękniejszy i gościnniejszy niż poprzednio. Wszystkie pozostałości i ślady sowieckiej przeszłości przyjmowaliśmy wyrozumiale. I materialne i mentalne. W końcu Pamir i Tienszan są przyrodniczą perłą, a cena benzyny zadziwiająca, około 2 złotych i 50 groszy. Wreszcie wróciliśmy do bardziej europejskich smaków, mnogości owoców i… rosyjskich napitków. Nawet beztroskę tutejszych kierowców przyjmowaliśmy z uśmiechem. Bo Kirgiz jeździ autem (czyli złomem z czasów Breżniewa lub niemieckim szrotem) z taką samą fantazją jak na koniu. »

Kazachstan nas nie ucieszył. Im dalej od stołecznej Astany i biznesowej Ałmaty, tym biedniej.

Kirgistan w podróży na zachód wydał nam się jeszcze piękniejszy i gościnniejszy niż poprzednio.


54

Podróże

Na wąskiej i dziurawej drodze wyprzedza się nie na trzeciego, ale też na czwartego i piątego! Klakson zastępuje kierunkowskazy i hamulec. Bywa traumatycznie. Ale co tam! Woda w jeziorach (w końcu górskich) cieplejsza niż w Bałtyku. Drogówka wyrozumiała. Kobiety piękniejsze. Arbuzy i melony gigantyczne. Szczególnie w pobliżu uzbeckiej granicy. Kazachstan nas nie ucieszył. Im dalej od stołecznej Astany i biznesowej Ałmaty, tym biedniej. Step nużący. Okolice Bajkonuru ponure i bezludne. Jeszcze bardziej ponura policja. Morze Aralskie ciągle suche. Oferta kulinarna mizerna. Dobrze że paliwo tanie. W zachodnim Kazachstanie drogi tragiczne. Czasem dziurawe, a czasem w ogóle ich nie ma. Na niektórych odcinkach z trudem pokonywaliśmy 25 kilometrów w ciągu godziny. Widać, że prezydent Nazarbajew o sporej części swego imperium po prostu zapomniał. W Kazachstanie nasz konwój ostatecznie się rozproszył i w stronę domu jechaliśmy według indywidualnych preferencji. Rosję nawiedziliśmy na jej południowych, nadkaspijskich krańcach. 6 tygodni temu nie uwierzylibyśmy, że będziemy na rosyjską szosę patrzeć z uwielbieniem. W drodze z dalekiego wschodu Rosja jawi się zdecydowanie Europą! Gdy pod Astrachaniem w przydrożnej knajpie zobaczyliśmy toaletę, która nie była smrodliwą dziurą w podłodze, ale zwykłą muszlą klozetową, na powrót poczuliśmy się ludźmi! Sklepy zaczęły przypominać nasz świat. Hotele też jakby normalne. Smak espresso przywrócił nam poczucie godności. A uroda kobiet powaliła nas na kolana. Wystarczyło 45 dni azjatyckiej włóczęgi, by z sentymentem patrzeć na Wołgę, na Kubań. Ale już nad Morzem Czarnym, w Soczi obudził się w nas krytycyzm. Jakim cudem mają tu być igrzyska olimpijskie? Tam mają tylko jedną, wąską, krętą, wiecznie zakorkowaną szosę! Z „wygłodniałą” drogówką za co drugim zakrętem. Mimo że po sezo-

nie ruch mniejszy, przepychaliśmy się dwa dni jak na Półwyspie Helskim. Dobrze, że chociaż przyszło się w egzotycznie ciepłym morzu wykąpać. Natomiast Ukraina – ogłaszam to bez wahania – jest Szwajcarią, a Odessa Paryżem. Nieprawdopodobne, jak powrót do Europy cieszy! Przed dwoma miesiącami ponarzekaliśmy sobie na Ukrainy niedostatki. Uśmiechaliśmy się z przekąsem. My, z niby lepszego świata… A tu proszę! Teraz widzieliśmy tylko plusy. Kosmopolityczna Odessa przypomina Kraków. I ten uniwersytecki i ten knajpiany. Barów suszi mają z pewnością więcej niż pod Wawelem. Jałta wydaje się być Niceą. Kamieniec Podolski i wszelkie kresowe stanice wzruszają. Nawet zapomniane przez Boga i państwo mniejsze miasteczka i kołchozowe wsie, ucieszyły nas prywatną oferta handlową i usługową. Po tym co przeżyliśmy na wschodzie, Ukraina zdała nam się krajem czystym i dostatnim. Ludzie życzliwi. Drogówka elegancka i profesjonalna. Salutują i przedstawiają się z nazwiska! Łapówek nie wymuszają! Koniec świata… Chyba najtrudniej opowiedzieć o pierwszych godzinach w Polsce. Przecież my, jak Koziołek Matołek po szerokim szukaliśmy świecie tego, co jest całkiem blisko. A zobaczyliśmy krainę wielkiej szczęśliwości! Toż to Las Vegas! A ile znaków drogowych! A jakie autostrady… A jaka golonka w przydrożnym barze. A jaki ten bar śliczny. A jaka uprzejma obsługa. Co tam, że rachunek słony… Tak. Podróże kształcą. I uczą dystansu. Oby każdy z Was, Czytelnicy, podróżował zawsze na zachód. Wschód zostawcie niepoprawnym marzycielom… Jak w każdej grupie przeżyliśmy też chwile trudne, były nawet konflikty, ale teraz zatarły się kwasy i zostały tylko dobre wspomnienia. Nawet ekstremalne trudy wysokogórskiej przeprawy, nudę stepu, dziurawe drogi albo ich brak, chłód i ziąb tybetańskich nocy wydają się miłym wspomnieniem. A tysiące kilometrów zmalały do… ot takiej małej wycieczki.

Chiny, Kaszgar


Podróże

55

„PREZES” I „OBERŻYŚWIAT”

Chiny, Tybet, Lhasa

Jest nas dwóch. Wiesiek Cholewa („Prezes”) i Przemek Osuchowski („Oberżyświat”). Przedstawiamy się zwykle jako DISCOVER 4x4, bo mamy nie tylko cztery koła, ale też czworo oczu, cztery ręce i nogi. Prawdopodobnie się uzupełniamy – humanista z technokratą, realista z romantykiem. Ciągle szukamy nowych offroadowych przyjaciół. Założyliśmy klub DISCOVER 4x4, który takim kontaktom ma służyć. Przyłączysz się? www.discover4x4.com Co zapamietaliśmy? Po pierwsze, fantastyczną postawę naszych beniaminków. Dzieci mieliśmy pięcioro, od 6 do 14 lat. Uczyniły naszą podróż bardziej rodzinną i pokazały nam „starcom”, że warto być czasem beztroskim. Po drugie, nasze kobiety… Było ich sześć. Podniosły i estetykę wyprawy i złagodziły nasz język i obyczaje. Tuszowały konflikty i bardzo podniosły poziom naszych kulinarnych starań. Po trzecie, nie wartość pieniężna naszych aut była najistotniejsza. Samochód może być stary, byle zadbany. Nie trzeba mieć wcale sześciu litrów pod maską, żeby zdobyć Dach Świata. Wreszcie po czwarte, grupa w podróży radzi sobie, gdy umie się śmiać i gdy może na siebie wzajemnie liczyć. Pomóc można sobie i innym oraz pomocy oczekiwać. W samochodowym warsztacie, przy budowie obozowiska, przy wymianie bedekerowych informacji, przy kuchni i przy stole, przy pokonywaniu barier językowych, a w Chinach obyczajowych. Ważna jest też zapobiegliwość i doświadczenie w pokonywaniu trudności zdrowotnych. Z satysfakcją też codziennie większą patrzyłem na nasze pojazdy i kierowców. Poradziliśmy sobie nie byle gdzie, i z nie byle kim. Przecież mijani kierowcy nie zawsze byli nam przyjaciółmi, a czasami sprawiali wrażenie piratów drogowych! W Chinach jeżdżą samochodami według indywidualnie wyznaczonych zasad. Świateł mijania nie używają. Klakson jest najważniejszym elementem wyposażenia niż hamulec. Rację ma zawsze pojazd większy, czyli ciężarowy. A wszystkie osiołki, wielbłądy, konie i jaki są dodatkową „drogową” atrakcją. Policja w tę wolną amerykankę nie ingeruje, ma inne, bardziej „polityczne” zajęcia. 

ZA ROK Z WENECJI DO PEKINU. JEDZIESZ? Koniec każdej podróży to nie tylko satysfakcja z dokonanej przeprawy, z pokonanych trudów, z odkrytych krain. To oczywiście także początek myślenia o… podróży następnej. Co powiecie na mały rajd szlakiem Marco Polo? Z Wenecji do Pekinu! Już rozglądamy się za godną, żądną przygód kompanią… Do zobaczenia w lipcu 2014! Szczegółowy opis trasy oraz blog, fotoblog i interaktywną mapę możecie zobaczyć na: www.discover4x4.com


Co jeszcze możemy dla Ciebie zrobić?

O

prócz wydawania miesięcznika przygotowujemy, redagujemy i łamiemy teksty. Składamy czasopisma, broszury, gazetki okolicznościowe. Realizujemy pojedyncze zlecenia jak i wielonakładowe – do każdego z nich podchodzimy z takim samym zaangażowaniem i dbałością o szczegóły. Ponad 20-letnie doświadczenie w branży gwarantuje wysoką jakość usług. Drukujemy gazety, foldery, plakaty i ulotki na papierze gazetowym, offsetowym i kredowym. Zapewniamy: – konkurencyjne ceny – szybki czas realizacji zlecenia (znaczną część zleceń realizujemy „od ręki”) – najwyższą jakość druku.

 ykonujemy panoramiczne zdjęcia bardzo W dużych plenerów oraz wnętrz – tworzymy wirtualne wycieczki oraz fotografie reklamowe nieruchomości i działek. Posiadany sprzęt umożliwia nam robienie ujęć z „lotu ptaka”, z różnej perspektywy. Zajmujemy się realizacją i montażem reportaży z większych i mniejszych imprez okolicznościowych, sportowych i biznesowych – zarówno w plenerze jak i w zamkniętych pomieszczeniach. Wykonujemy filmy reklamujące powstające inwestycje, nieruchomości i działki. Wszystko z użyciem nowoczesnego sprzętu, w tym quadrocoptera, dzięki któremu mamy możliwość dotarcia z kamerą wszędzie tam, gdzie doleci nasz sprzęt. Przystępne ceny.

Niezależny Miesięcznik Regionalny

Tarnów.in – Niezależny miesięcznik regionalny www.tarnow.in, www.facebook.com/tarnow.in tel. 503-814-849, fax: 146910566, e-mail: kontakt@tarnow.in

Wydawca: Tomasz Jamrozik – MIL24 ul. Zawadzka 8, 33-112 Tarnowiec, www.mil24.com.pl, e-mail: biuro@mil24.com.pl


Sport

Wiesław Gwizd – Profesor karate N iektórzy młodzi chłopcy chcą zostać piłkarzami, inni policjantami, pilotami albo strażakami. Ale młody Wiesław Gwizd od zawsze marzył, aby być karateką. Udało się. Od lat z powodzeniem i dużymi sukcesami prowadzi Tarnowski Klub Sportowy Kyokushin Karate, a w 2011 roku po 34 latach treningów jako jedyny w historii Tarnowa sięgnął po piąty stopień mistrzowski i tytuł Shihan – profesora karate.

Młodemu tarnowianinowi od zawsze podobało się kimono. O sztukach walki nie wiedział jednak nic więcej, ale kiedy jako niespełna dwudziestolatek usłyszał, że w Tarnowie powstaje pierwsza sekcja karate, postanowił zapisać się na treningi. Był 1977 rok i Wiesław Gwizd nie wiedział jeszcze, że ta spontaniczna decyzja połączy go ze sportem na całe życie. – Zacząłem trenować jeden ze stylów walki, chociaż wtedy nie znałem jeszcze tych wszystkich nazw i organizacji. Dla mnie karate było jedno – mówi dziś.

Droga po stopniach Tamte lata to nie tylko czas poznawania sportu walki, ale też zmagania się z szarą rzeczywistością PRL-u. Kiedy w Polsce rozpoczął się stan wojenny, sekcja karate działająca przy Zarządzie Wojewódzkim Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej przerwała swoją działalność, a Gwizd został powołany do wojska. Wrócił do Tarnowa w 1983 roku i ponownie chciał zapisać się na zajęcia. Okazało się, że nie może, bo w mieście brakuje instruktorów. W ten sposób Wiesław Gwizd – który już wcześniej ukończył różne kursy, zdobył uprawnienia – przejął pieczę nad sekcją. W 1988 roku oficjalnie powstał Tarnowski Klub Sportowy Kyokushin Karate, a Gwizd zajął się jego prowadzeniem i równocześnie szkoleniem młodzieży. Karate to ciągłe doskonalenie się, pokonywanie własnych słabości i ograniczeń, zdobywanie następnych stopni zaawansowania (najpierw uczniowskich, potem mistrzowskich). Po 13 latach treningów Gwizd zdobył czarny pas, czyli pierwszy Dan – stopień mistrzowski. – Realia były zupełnie inne, bo brakowało instruktorów, a zdobycie pasa wymagało wtedy dużego zaangażowania. Dzięki determinacji udało mi się, a trzeba powiedzieć, że zdoby-

cie stopnia mistrzowskiego jest bardzo ważne dla karateki. Sprawia, że człowiek jest bardziej szanowany w środowisku, ale przede wszystkim potwierdza celowość wielu wysiłków – wspomina. Ale chęci i pasji tarnowianinowi nigdy nie brakowało. Chociaż był instruktorem i trenerem, to sam musiał też ciągle się rozwijać. W 2002 roku w ośrodku Papendal w Holandii zdał egzamin na 4 Dan, a pod koniec października 2011 roku poleciał do Japonii. U stóp góry Fuji uczestniczył w Światowym Seminarium Karate, nad którym czuwała komisja z zarządu Światowej Organizacji Karte. Wiesław Gwizd jako jedyny w historii tarnowianin zdał egzamin i zdobył 5 Dan oraz tytuł Shihan, czyli profesora karate. Dzięki ukończonym kursom został też powołany do składu sędziowskiego mistrzostw świata. – To było spełnienie najskrytszych marzeń – mówi tarnowianin.

Styl życia

57

Sławomir

Kruczek

slawek.kruczek@tarnow.in

Wiesław Gwizd to dziś człowiek-instytucja. Organizuje ogólnopolskie i międzynarodowe pokazy oraz turnieje karate, szkoli funkcjonariuszy tarnowskiej straży miejskiej, prowadzi prelekcje w szkołach, jest sędzią międzynarodowym, wykładowcą podczas kursów instruktorskich i trenerskich, autorem publikacji naukowych oraz działaczem społecznym w licznych organizacjach. Przed dwoma laty razem ze swoim zespołem dotarł do ćwierćfinału programu „Mam Talent” w TVN, a w dowód uznania dla jego pracy szkoleniowo-wychowawczej został odznaczony między innymi Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz Złotą Odznaką „Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej”. Najwięcej czasu pochłania tarnowianinowi prowadzenie Tarnowskiego Klubu Sportowego Kyokushin Karate. Jednak efekty pracy są bardzo widoczne, ponieważ tarnowscy zawodnicy uczestniczą w różnych turniejach i od wielu lat należą do ścisłej krajowej czołówki. W klubie Wiesława Gwizda karate trenują wszyscy – młodsi i starsi. Jedni wybierają sportową drogę i zdobywanie kolejnych stopni zaawansowania, dla innych to ciekawe hobby i sposób na spędzenie wolnego czasu. Wszystkich przyciąga na zajęcia nie tylko sport, ale też osobowość prowadzącego zajęcia. – Warto trenować karate z wielu względów – zapewnia Wiesław Gwizd. – Osoby uprawiające ten sport poznają własne możliwości, wyrabiają w sobie odwagę, silną wolę, wytrzymałość, a potem lepiej potrafią radzić sobie w sytuacjach stresowych. To sport, który rozwija hart ducha – mówi tarnowianin. Atutów karate jest jednak więcej. Do Wiesława Gwizda często przychodzą rodzice, którzy mówią, że po zapisaniu dziecka na zajęcia zmieniło ono swoje zachowanie, poprawiło się w nauce. Młodzi ludzie poprzez mozolny trening uczą się trudnej sztuki koncentracji, ćwicząc godzinami w ciszy i w skupieniu, a potem wykorzystują nowe umiejętności choćby w szkole. Karate potrafi także wychowywać. – Zachęcam do spróbowania swoich sił, bo każdy może to zrobić niezależnie od wieku i doświadczenia. Karate rozwija ducha, ale też i ciało. Wpływa na rozwój fizyczny i nasze zdrowie, poprawia koordynacje ruchową, wytwarza zgrabną sylwetkę – mówi Gwizd. I dodaje, że karate to nie tylko sport. To styl życia. 


58

Sport

DARIUSZ SĘK:

mam Serce DO WALKI Sławomir

Kruczek

slawek.kruczek@tarnow.in

D

ariusz Sęk nie był grzecznym dzieckiem, ale uspokoił go sport. Młodzieńczą energię zaczął z powodzeniem wykorzystywać na ringu. Musiał z wielu rzeczy zrezygnować, jednak przyznaje, że było warto. Wychowanek „Tigera” w boksie amatorskim stoczył dziesiątki pojedynków, potem został zawodowcem, a dziś jest jedynym tarnowianinem, którego można oglądać w telewizji podczas walk o znaczące bokserskie trofea. W latach 90. w mediach brylował niezwykle popularny wtedy Andrzej Gołota. To właśnie o nim myśli Dariusz Sęk, gdy próbuje przywołać swoje pierwsze wspomnienia związane z boksem. Był wtedy uczniem podstawówki w Koszycach Małych. Nieco później, bo w wieku 14 lat po raz pierwszy poszedł na trening bokserski. Nie był grzecznym chłopcem i ciągnęło go do bijatyk, a chociaż początkowo jego mama obawiała się boksu, to w końcu stwierdziła, że lepsze to, niż plątanie się po blokowiskach i problemy z prawem, które mieli niektórzy jego koledzy.

Szkoła życia Czasy nie były łatwe, bo boks amatorski w Tarnowie dopiero zaczynał się rozwijać. W końcu Sęk trafił jednak do „Tigera”, który działał przy Pałacu Młodzieży. Tam dostrzeżono talent młodego chłopaka i zaczęły też pojawiać się pierwsze sukcesy. Ale od osiągnięć ważniejsze było coś jeszcze – wychowanie. – To była dla mnie prawdziwa szkoła życia, w której nie brakowało wyrzeczeń. Kiedy znajomi chodzili na imprezy, ja chodziłem na treningi. Poza tym w boksie trzeba zwracać uwagę na odpowiednią dietę i prowadzić odpowiedni tryb życia, zapominając o jakichFOT. ARTUR GAWLE

kolwiek używkach. Ale warto, bo sport mnie ukształtował, nauczył pokory i systematyczności – mówi dzisiaj Dariusz Sęk. W czasie swojej kariery amatorskiej stoczył około 170 walk. Zdobył dwa medale seniorskich mistrzostw Polski, wywalczył mistrzostwo kraju z drużyną, pojechał na mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata. Walczył też w kwalifikacjach olimpijskich przed igrzyskami w Pekinie w 2008 roku, ale przegrał w decydującej walce z reprezentantem Chin. Wszyscy uważali, że tarnowianin powinien zostać zwycięzcą, lecz sędziowie zdecydowali inaczej. W boksie amatorskim często liczą się układy, na dodatek ciągle brakuje pieniędzy, więc Dariusz Sęk postanowił wtedy zostać zawodowcem.

Nowy etap W lutym 2009 roku przeszedł na zawodowstwo jako pierwszy tarnowski pięściarz. Dołączył do grupy O’chikara Gmitruk Team, gdzie mógł trenować pod okiem grupy Andrzeja Gmitruka, znanego trenera chociażby Tomasza Adamka czy Andrzeja Gołoty. – Boks zawodowy to inne pieniądze, inne przygotowanie do walk, inny świat – mówi Sęk, który boksuje zawodowo od czterech lat, a w tym czasie pojawiły się już pierwsze sukcesy. 27-letni tarnowianin już osiągnął wiele – jego walki transmitują telewizje, doceniają go rywale, walczy o wysokie cele. – Zawdzięczam boksowi wiele i nadal chcę walczyć, rozwijać się. Moim marzeniem jest oczywiście mistrzostwo świata, ale aktualnie najważniejsze jest, aby wygrywać kolejne walki i piąć się do góry w rankingach – mówi ambitny pięściarz. 


Sport

59

JUSTYNA WALAŚ:

Dziewczyna z mocnym uderzeniem Sławomir

Kruczek

slawek.kruczek@tarnow.in

K

iedy 13-letnia Justyna Walaś po raz pierwszy poszła na trening do Tarnowskiej Szkółki Bokserskiej, nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że niespełna cztery lata później będzie walczyć o mistrzostwo świata. A jednak. Dziś młoda tarnowianka jest nie tylko mistrzynią globu, ale także wielkim talentem, przed którym sportowa przyszłość stoi otworem. Zaczęło się – jak w wielu takich sytuacjach – przypadkowo. Justyna właśnie rozpoczynała gimnazjum, kiedy kolega zapytał ją, czy nie chciałaby spróbować swoich sił w bokserskim ringu. Zawsze lubiła sport, była aktywnym dzieckiem, więc postanowiła pójść na pierwszy trening do Tarnowskiej Szkółki Bokserskiej. Po to, żeby zobaczyć na własne oczy czym jest ten sport. Rodzicie kiwali głowami, bo to przecież walka, siła, niebezpieczeństwo – nic dobrego dla młodej dziewczyny. Ale Justynie spodobało się i została.

Droga do sukcesu Najpierw były monotonne treningi ogólnorozwojowe, potem trener Aleksander Maciejowski systematycznie zaznajamiał nastolatkę z arkanami bokserskiej sztuki. Bo boks to naprawdę sztuka – sport trudny i wymagający, w którym często liczą się niuanse. – W Justynie od początku dało się zauważyć to, co jest niezbędne, czyli pasję, pracowitość i poświęcenie – wspomina dziś trener Maciejowski. Dziś Justyna Walaś ma 16 lat, jest uczennicą pierwszej klasy w XVI Liceum Ogólnokształcącym w Tarnowie, ale też wielkim i już niezwykle utytułowanym bokserskim talentem. Osiągała znaczące sukcesy w Pucharze Polski, mistrzostwach Polski, Europy oraz Unii Europejskiej, a przypieczętowaniem pewnego etapu kariery młodej zawodniczki były tegoroczne mistrzostwa świata, które pod koniec września odbyły się w bułgarskiej Albenie. Po trudnych walkach Walaś dostała się do finału, a w nim pokonała na punkty Vaolele Schuster z Australii. Mistrzynię świata kadetek na warszawskim Okęciu witał prezes Polskiego Związku Bokserskiego i rodzina, która do boksu szybko się przekonała, a dziś nie kryje dumy z dużych osiągnięć Justyny.

Wielkie perspektywy Sukcesy utalentowanej tarnowianki zostały też zauważone i docenione za oceanem. Współpracę z Tarnowską Szkółką

Bokserską rozpoczęła w tym roku amerykańska grupa promotorska Global Boxing, której szefuje pochodzący z Rzeszowa Mariusz Kołodziej. W październiku specjalnie przyjechał do Tarnowa, aby wręczyć Justynie symboliczny pas bokserski. – Pokazała, że można coś osiągnąć, zdobyła zaszczytny tytuł, więc należy jej się uznanie także na świecie. Nasza współpraca się rozwija i mam nadzieję, że będzie zmierzała w dobrym kierunku – mówi Kołodziej. Jeszcze w grudniu Justyna Walaś poleci do Stanów Zjednoczonych na zgrupowanie. Będzie mogła spróbować innych metod treningowych i zmierzyć się z tamtejszymi rywalami. Pomimo sukcesów nadal trzeba ciężko pracować na kolejne, tym bardziej że tarnowianka wchodzi w wiek juniorski i zmienia kategorię wagową. Cel jest prosty, ale niełatwy – pojechać na olimpiadę. W marcu odbędą się mistrzostwa Polski w kategoriach olimpijskich, które mogą utorować młodej bokserce drogę do Młodzieżowych Igrzysk Olimpijskich. – Nie można spocząć na laurach, trzeba pracować i sięgać po kolejne triumfy – przyznaje trener Maciejowski, który chce poprowadzić Justynę w kierunku profesjonalnej kariery. 16-letnia mistrzyni świata skupia się na najbliższych planach, nie wybiegając za bardzo w przyszłość. – Rozwój jest najważniejszy, a kolejne osiągnięcia tylko mnie napędzają i mobilizują – mówi bardzo dojrzale. – Nie wyobrażam sobie życia bez boksu, ale czas pokaże, co stanie się w przyszłości – dodaje. Kiedyś nie wyobrażała sobie siebie na mistrzostwach świata, dziś nie wyobraża sobie tego, co stanie się w odległej przyszłości. I może to dobrze, bo przyszłe osiągnięcia mogą okazać się tak duże, że niewyobrażalne, a w boksie lepiej więcej robić niż mówić. Justyna wie o tym najlepiej.  FOT. ARTUR GAWLE


60

Sport

Na zdjęciu Krzysztof Majchrzak, Łukasz Kwiatkowski i Ksawery Fojcik

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

27 marca 1997 roku zespół koszykarzy Unii Tarnów przeżywał wielkie chwile, po raz pierwszy w historii klubu drużyna wywalczyła bowiem awans do ekstraklasy... Piotr

Pietras

redakcja@tarnow.in

N

azajutrz po finałowym meczu play off II ligi „Jaskółek” z Mitexem Kielce nieistniejąca już krakowska gazeta sportowa „Tempo” pisała: „Wielki Czwartek Anno Domini 1997 był wczoraj dla koszykarzy Unii naprawdę wielki, gdyż właśnie w tym dniu, zdecydowanie wygrywając z Mitexem, po raz pierwszy w historii klubu wywalczyli oni upragniony awans do ekstraklasy”. Wielki sukces dla Tarnowa wywalczył zespół występujący w składzie: Łukasz Kwiatkowski, James Douglas, Grzegorz Żyjewski, Krzysztof Kwiatkowski, Waldemar Malinowski, Piotr Sulowski, Marcin Stokłosa, Shawn McDaniel, Ksawery Fojcik i Wojciech Majchrzak. W zespole występowali także pozyskany z Polonii Przemyśl Wojciech Banaś i Rafał Dygutowicz. Szkoleniowcem „Jaskółek” był tarnowianin Ryszard Żmuda, który po raz pierwszy

w swojej karierze prowadził wtedy zespół seniorów i od razu osiągnął wielki sukces. – Po zaciętych meczach wygraliśmy wtedy rywalizację w finale play off rozgrywek drugiej ligi z Miteksem Kielce 2:1. Niestety po wywalczeniu awansu do ekstraklasy, ówczesne kierownictwo klubu nie dało mi szansy prowadzenia zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Było to dla mnie bardzo smutne przeżycie i pierwszy „sportowy kopniak” w karierze trenerskiej – z żalem przyznaje Ryszard Żmuda, który później trzykrotnie z niezłym skutkiem prowadził „Jaskółki” w ekstraklasie. Za każdym razem występował jednak w roli „strażaka”, przejmując zespół w trakcie rozgrywek i ratując go przed degradacją.

Zmarnotrawione pieniądze

– Wcześniej zespół Unii Tarnów dwukrotnie próbował wywalczyć awans do ekstraklasy, sztuki tej nie potrafili jednak dokonać trenerzy Maciej Starowicz i Jerzy Jabłecki. Gdy w 1996 roku objąłem zespół „Jaskółek” cel mieliśmy jeden: awans do ekstraklasy. Dzięki ciężkiej pracy osiągnęliśmy sukces, przeczuwałem jednak, że po wywalczeniu awansu mogę stracić pracę i niestety moje przeczucia były słuszne – przyznaje Żmuda. – Wydaje mi się, że wynikało to ze zwykłej zazdrości, jakiej w tarnowskim klubie wtedy


Sport

awansie do ekstraklasy cała koncepcja budowy zespołu legła w gruzach. Rozpoczęto bowiem sprowadzanie zawodników z zewnątrz, bez konkretnego przemyślanego planu. Jako wychowankowie zostaliśmy wprawdzie w drużynie, jednak po transferach Marka Sobczyńskiego, Radosława Hyżego i Jarosława Jechorka graliśmy niewiele i zamiast rozwijać się sportowo, zatrzymaliśmy Oprócz pracy szkoleniowej się w miejscu. Decydujący głos w klubie miał wtedy prezes Unii Jerzy Jabłecki, od 13 lat pracuje także który ściągnął do drużyny w Zespole Szkół Sportowych trenera Mirosława Nocuw Tarnowie-Mościcach laka. W klubie było wtedy jako nauczyciel tyle pieniędzy, że bardzo wychowania fizycznego. bliski finalizacji był transfer Adama Wójcika. Wszyscy w Polsce dziwili się, że beniaminek z Tarnowa Euforia tak „szaleje” z transferaszybko minęła mi. Prawdą jest, że w klubie 16 lat temu awans do ekstranigdy nie szanowano trenerów klasy był także wielkim przeżyi zawodników wywodzących się ciem dla zawodników, którzy go z Tarnowa, tymczasem dla szkolewywalczyli. Byli wśród nich m.in. niowców i koszykarzy przychodządwaj wychowankowie tarnowskiego cych z zewnątrz pieniądze i to nie małe, klubu Krzysztof Kwiatkowski i Wojciech zawsze były wypłacane w pierwszej kolejMajchrzak. – Sam mecz finałowy z Mitexem ności. Awans do ekstraklasy dla wychowanków Kielce, który decydował o awansie do ekstraklasy Unii był wtedy porażką i ogromnym ciosem – przyznaje był wyjątkowy. Graliśmy wtedy w tarnowskiej hali „Jaskółka” po latach Wojciech Majchrzak. w obecności kompletu publiczności. Atmosfera podczas spotkania była niesamowita, natomiast po ostatniej syrenie wielka radość Trener i nauczyciel – wspomina Krzysztof Kwiatkowski. – Euforia niestety szybko Przed rozpoczęciem sezonu 2009/10, gdy po dwóch latach opadła. Po wywalczeniu awansu nikt z władz klubu nie potrafił przerwy w SSA Unia Tarnów reaktywowano zespół koszykówki, nawet zorganizować drużynie porządnego zakończenia sezonu. Żmuda otrzymał od kierownictwa klubu kolejne bardzo trudne Nie usłyszeliśmy wtedy od nikogo nawet słowa dziękuję. Medialnie zadanie zmontowania drużyny praktycznie od zera i walki z nią było to wielkie osiągnięcie, tymczasem zawodnicy sami musieli w rozgrywkach II ligi. Szkoleniowiec znów wywiązał się z niego sobie zorganizować spotkanie, by wspólnie móc świętować ten wzorowo, zespół tarnowski awansował bowiem do finału rozgrywielki sukces – wspomina popularny „Blumen”. wek play off i walczył o awans do I ligi. – Przykro o tym mówić, – Byliśmy przekonani, że po wywalczeniu awansu do ekstraklasy ale klub nie był wtedy przygotowany na grę w wyższej lidze zespół nadal będzie prowadził trener Ryszard Żmuda. Zespół przez i o awansie mogliśmy sobie tylko pomarzyć – wyjaśnił Żmuda. lata był bowiem systematycznie budowany w oparciu o miejscowych Oprócz pracy szkoleniowej Ryszard Żmuda od 13 lat pracuje graczy, mieliśmy więc nadzieję, że jako wychowankowie klubu także w Zespole Szkół Sportowych w Tarnowie-Mościcach jako będziemy mogli nadal doskonalić swój poziom sportowy występu- nauczyciel wychowania fizycznego. – Kocham pracę z młodziejąc w ekstraklasie – podkreśla Wojciech Majchrzak. – Niestety po żą i dlatego nigdy nie potrafiłbym z niej zrezygnować. Pracę

RYSZARD ŻMUDA

F

OT .A RT U

R

G

AW

LE

nie brakowało. Niektórych bolało to, że im nie udało się dokonać tego, co ja osiągnąłem z drużyną Unii, między innymi dlatego nie prowadziłem już zespołu po wywalczeniu awansu do ekstraklasy. Głównym sponsorem zespołu były wtedy Zakłady Azotowe w Tarnowie, które nie żałowały pieniędzy na koszykówkę. Często wydawane one były jednak w niewłaściwy sposób i szybko zostały zmarnotrawione – kończy Żmuda, który jako szkoleniowiec pracował później także z drużynami Glimaru Gorlice, Wisły Kraków i MOSiR -u Krosno (w sezonie 2010/11 wywalczył z tą drużyną awans do I ligi).

61

Na zdjęciu od lewej: Kwiatkowski, Majchrzak, Malinowski, Jabłecki, Fojcik i Zgłobicki


62

Sport

trenerską zawsze starałem się łączyć z pracą w szkole, między innymi dlatego, mimo wielu propozycji jakie otrzymywałem klubów z całej Polski, prowadziłem tylko zespoły z Tarnowa, Gorlic, Krakowa i Krosna – wyjaśnia Żmuda. – Aktualnie jestem także trenerem trzecioligowej drużyny MUKS 1811 Unia Tarnów. W klubie, dzięki wsparciu finansowemu Grupy Azoty, podjęliśmy się bardzo trudnego zadania. Do pracy szkoleniowej włączył się także Jarosław Mosio. Wiemy jak trudne czeka nas wyzwanie, ale podjęliśmy się tego, gdyż chcemy od podstaw odbudować tarnowską koszykówkę we wszystkich grupach wiekowych. Basket w Tarnowie w pełni sobie na to zasłużył – podkreśla szkoleniowiec. Ryszard Żmuda, który spośród tarnowskich trenerów może pochwalić się największymi sukcesami, żonaty jest z Martą Węgrzyn, byłą reprezentantką Polski w piłce ręcznej. Ma dwoje dzieci 30-letniego Tomasza i 20-letnią Katarzynę. Wolny czas, którego ma bardzo niewiele, uwielbia spędzać na swojej działce w Mościcach. – Jest to dla mnie doskonały sposób na wyciszenie się, czas spędzony na działce to relaks, którego bardzo potrzebuję. W wolnych chwilach bardzo lubię też wyjechać wraz z rodziną do lasu na grzyby. W czasie wakacji niemal zawsze spędzam natomiast urlop na Mazurach, wędkując i pływając na łódce – mówi Żmuda.

dził także zespół III-ligowej Leliwy Tarnów. Kwiatkowski jest żonaty, ma 18-letniego syna Kamila.

Pracownik Poczty Polskiej

KRZYSZTOF KWIATKOWSKI

od siedmiu i pół roku wykonuje zawód listonosza

Listonosz Poczty Polskiej

Krzysztof Kwiatkowski po zakończeniu gry w zespole Unii Tarnów występował jeszcze w Glimarze Gorlice, Bobrach Bytom, Zniczu Jarosław, Siarce Tarnobrzeg. Grę w koszykówkę zakończył natomiast w III-ligowym zespole „Jaskółek”. – Podczas występów w Glimarze ukończyłem studia i posiadam drugą klasę trenerską. Po zakończeniu gry w koszykówkę priorytetem była dla mnie praca w szkole podstawowej jako nauczyciel wychowania fizycznego oraz objęcie grupy kadetów lub juniorów w Unii Tarnów. Oba te zamierzenie do dzisiaj pozostały jednak w sferze marzeń. Znalazłem natomiast pracę w Poczcie Polskiej i od siedmiu i pół roku wykonuję zawód listonosza – zdradza Kwiatkowski, który przez jeden sezon jako trener prowa-

jeszcze zawodnikiem Stali Ostrów Wlkp. i Sportino Inowrocław. W 2008 roku po raz kolejny powrócił do Unii Tarnów, natomiast na zakończenie występów na parkietach występował w II-ligowym STACO Niepołomice. W czasie swojej bardzo bogatej kariery sportowej wystąpił w 20 oficjalnych meczach reprezentacji Polski prowadzonej przez Dariusza Szczubiała i później Andrzeja Kowalczyka. Grał także w spotkaniach eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. – Bardzo miło wspominam ten okres w mojej karierze, żałuję tylko, że eliminacje do Mistrzostw Europy, w których występowała reprezentacja Polski, zakończyły się naszym niepowodzeniem – stwierdził popularny „Maja”. Prywatnie Majchrzak jest „mężem swojej żony” Joanny, która poświęciła się karierze zawodowej. Mają dwójkę dzieci – 14-letniego Maćka i 9-letnią Maję. Były koszykarz zajmuje się prowadzeniem domu. Bardzo lubi spędzać czas w kuchni i eksperymentując przygotowywać przeróżne potrawy. – Moje ulubione dania to drób, ryby i makarony. Mając sporo czasu lubię sam je przygotowywać, gdyż wtedy smakują zdecydowanie lepiej niż gdy konsumuje się identyczne potrawy w restauracji – przyznaje Majchrzak. Wspólnie z bratem założył także firmę budowlaną, którą w tej chwili zajmuje się już tylko brat. Byłem także w grupie założycielskiej Tarnowskiego Stowarzyszenia Sportowego „Leliwa-Basket” oraz prezesem wspomnianego stowarzyszenia.

Biznes i emigracja

„Mąż” swojej żony

WOJCIECH MAJCHRZAK

Joanny, która poświęciła się karierze zawodowej.

Mąż swojej żony

Majchrzak w czasie swojej kariery występował także w Legii Warszawa, Wiśle Kraków, Astorii Bydgoszcz i Czarnych Słupsk, po czym ponownie wrócił do zespołu „Jaskółek”. W kolejnych sezonach był

Z pozostałych wychowanków „Jaskółek”, którzy w 1997 roku wywalczyli awans do ekstraklasy Piotr Sulowski aktualnie wspólnie z bratem Jackiem, także byłym koszykarzem Unii Tarnów, prowadzi restaurację, zajmuje się rodzinnym biznesem w pracowni złotniczej rodziców, a także pracuje jako pedagog w Zespole Szkół Ogólnokształcących i Technicznych im. Jana Szczepanika w Tarnowie. Łukasz Kwiatkowski występuje obecnie w I-ligowej drużynie MCKiS Termo-Rex SA Jaworzno, Marcin Stokłosa jest rozgrywającym I-ligowej Spójni Stargard Szczeciński, natomiast Grzegorz Żyjewski, podobnie jak ówczesny prezes Unii Jerzy Jabłecki, przebywa obecnie w USA. 


Sport

63

Wyścigowa szkoła życia zza ściany...

Janusz Gładysz, który w podtarnowskich Zgłobicach prowadzi salon Volkswagena, od dawna interesował się sportami samochodowymi. Nic dziwnego, że w latach 2005-2007 to właśnie tarnowskiej firmie powierzono organizację dwóch pierwszych edycji pucharu. VOLKSWAGEN CASTROL CUP – ZGOSZENIA NAPŁYWAJĄ Z CAŁEGO ŚWIATA Sławomir

Kruczek

slawek.kruczek@tarnow.in

Ściganie wreszcie się zakończyło, ale cenne doświadczenia pozostały. Po kilku latach tarnowianin zapragnął jednak, żeby powrócić do tamtego pucharu i zorganizować go ponownie, lecz tym razem już w zupełnie innej formule. – Moi synowie startują w różnych zawodach samochodowych, a motosport mam we krwi. Pomysł więc kiełkował aż udało się go zrealizować – mówi Gładysz. Udało się z dużym sukcesem, bo tegoroczny puchar Volkswagena odbił się głośnym echem w świecie sportów samochodowych. Dlaczego? Zasady były proste. Podczas 7 rund kierowcy rywalizowali w sumie w 14 wyścigach, które odbywały się na torach w Polsce (Poznań), Czechach (Brno), na Słowacji (Slovakiaring), na Węgrzech (Hungaroring) oraz w Austrii (Red Bull Ring). Wygrał Mateusz Lisowski, który w klasyfikacji generalnej zdobył najwięcej punktów. Puchar skonstruowano jednak tak, że do końca wszystko mogło się zdarzyć, a zwycięzcę wyłoniono dopiero podczas ostatniego weekendu wyścigowego. Samochody nie były zwykłe. Ścigano się Volkswagenami Golfami GTI, które zmodyfikowano specjalnie dla potrzeb pucharu. Mechanicy z należącej do rodziny Gładyszów firmy Volkswagen Racing

Polska kompleksowo przygotowywali samochody. Dzięki temu każdy uczestnik ścigał się takim samym autem i na torze najbardziej liczyły się jego umiejętności. Rywalizacja była wyrównana, a różnice czasowe minimalne. Uczestnicy byli różni. Łącznie 24 kierowców z 8 państw świata, w tym Polacy i 17-letni tarnowianin Maciej Dreszer. Nagrody były atrakcyjne. Tyko zwycięzca zdobył Volkswagena Golfa 7 oraz 30 tysięcy euro, a następni na podium w klasyfikacji generalnej otrzymali kolejno 20 i 10 tysięcy euro. – Volkswagen Castrol Cup okazał się prawdziwą wyścigową szkołą życia. To była doskonała okazja do zdobycia cennych doświadczeń i możliwość nawiązania walki z najlepszymi kierowcami wyścigowymi z całej Europy – podsumował Maciej Dreszer, a w podobnym tonie wypowiadali się wszyscy inni kierowcy. W Tarnowie niewiele osób wie, że słynny puchar, którego można obejrzeć w telewizji, rozpoczyna się tak naprawdę tuż za ścianą... – Szkoda mi tylko, że miasto nie chce pokazać tarnowianom sportu samochodowego. Miałem różne pomysły, chciałem zorganizować tu ciekawe wydarzenia, ale spotykam się z niechęcią. To dziwne, bo taki puchar mógłby być też okazją do promocji Tarnowa – mówi Janusz Gładysz. Ale że nikt nie chce się zainteresować, to organizuje duże wydarzenie poza regionem. Z profesjonalizmem, rozmachem i fajerwerkami. 

Na zdjęciu od lewej: Adam Gładysz V-ce Prezes VW Racing Polska, Andrzej Witkowski Prezes PZM, Janusz Gładysz Prezes VW Racing Polska, Ralf Berckhan Prezes VW Group


64

Temat z okładki


Niezależny Miesięcznik Regionalny Tarnów.in