Page 1

PISMIONO Ò KÙLTURZE 4.APRËLA 2014

MŁODÔ GENERACËJÔ TO BÙSZNÔ GENERACËJÔ

Różne oblicza Śląska: prof. Jan Miodek Adam Staniek Biésnik: kaszëbsczi „Wiedźmin” Lacrosse: jindiańsczi spòrt na Kaszëbach


---------------------------------------- - - - - - - - - - - - - - - - Ò D A Ù TO R A - - - - - - - - - - - - - - - -

PISMIONO Ò KÙLTURZE

ADRESA e-mail: inaegram@gmail.com AÙTORZË Macéj Bańdur Gracjana Pòtrëkùs Dôwid Miklosz Adóm Hébel Pioter Szatkòwsczi GRAFICZNY PROJECHT Gracjana Pòtrëkùs Publikacje objęte są prawem autorskim.

Mòjn mòjn! Ótole jesmë më. Tuto nowùchné pismiã to rëm, w jaczim jidze nalezc wiédze, za jaczimë darmie szukac w jinszich pismionach. Prze wszëtkò na gazéta je pisónô przez mlodëch ë do mlodëch. „Skra” sã rodzy z zacekawieniégò swiatã, z chãcë pòznôwaniô gò, z pòtrzébnoscë piãkna ë stwarzaniô. Nasza kùltura to kùltura żëwô, wiecznie mlodô. Chcemë pòkazowac ji nowé òbliczé ë przëbaczac so ji zabëté skôrbë, chtërne lik są czerpiskã jinspiracyj ë wiedzbë ò rëmie, w jaczim żëjemë. Jednak zacekawienié swiatã zachãcô nas téż do dalszi rézë. Nawiedzymë krôjnë ë lëdzy, ò jaczich rzôdkò sã pisze. Chcemë pòkazac, eż swiat je barżi farwisti, bòkadny ë szeroczi jak to sã móże zdac ë mié plosczi jak niechtërny bë chcelë. Pòznómë lëdzy żëjącëch w jinszich miészëznach, rozpòwiedzą nóm ò swòji kùlturze, hôrce mësleniégò ale téż ò klopòtach. Kaszëbi ë Pòmòrzanie nie są niżódnym dzywnym wëjimkã na kôrce Eùropë. Pòdobné snica, pragniączczi, aspiracëje ë tôkle mają téż drëzy lëdze wkól nas - sygnie le sã përznã rozezdrzec. Wszëtka wiedzba zgrôwô do jednégò: przińc nazôd do kòrzni, wzyc co nôlepszé ë jic wprzódk. Szmërgnąc précz to, co lëché; twòrzëc to, czegò jesz felëje. Macéj Bańdur -------------------------------------czerpiskò - kopalnia, źródło; farwisti - kolorowy; miészëzna - mniejszość; rëm - przestrzeń; réza - podróż; tôczel - problem, kłopot

fot. Marta Sucherska


------------------------SPIS-----------------------Òd aùtora - - - - - - - - - - - - - - - - ------------------------------------ 2 TÉMA TEGÒ NUMRA Młodzi o Śląsku - wywiad z Adamem Stańkiem -------------------------- 4 Chodzi o podwójną kompetencję językową - rozmowa z prof. Janem Miodkiem --- 8

KLËKA Kashubian Griffins - kanadijsczi Kaszëbi w Gdóńskù Gdóńsczi Mùzyczny Festiwal 2014 Kaszëbi téż są HAPPY - - - - - - - - ------------------------------------ 10

SPÒRT Lacrosse - jindiańsczi spòrt na Kaszëbach ----------------------------- 12

ÙCZBA / NAUKA Kaszëbsczi nié do pòczãtników / Kaszubski nie dla początkujących nr 1 -------- 14

FILM Miasto zatopionych bogów wrażenia z premiery ------------------------ 16

LEKTURË / RECENZËJE Mój słowôrz Marzeny Dembek ------------------------------------- 19 Wielka wyprawa księcia Racibora Artura Szrejtera ---------------------- 20 Requiem dla ostatniego wikinga Teresy Bojarskiej ---------------------- 22 Śpiewaj ogrody Pawła Huellego ------------------------------------ 24

ÙTWÓRSTWÒ Galerëjô - Marta Sucherska, Jolanta Szmelter -------------------------- 25 Pòezëjô - Gracjana Pòtrëkùs, Macéj Bańdur, Pioter Szatkòwsczi -------------- 30 Nowé czasë Mateùsz Titës Meyer (wëjimk) ---------------------------- 32


4-----------------------------------------------------------

MŁODZI O ŚLĄSKU Ze świadomym młodym Ślązakiem, studentem Uniwersytetu Gdańskiego, o Śląsku, śląskości i Kaszubach.

Czy jesteś członkiem którejś z organizacji działających na rzecz Ślązaków? Nie. Kilka razy nosiłem się z zamiarem dołączenia do jakiejś organizacji (dawniej ZLNŚ, potem RAŚ i SONŚ*), ale uznałem, że i tak nie mam czasu na aktywne uczestnictwo w ich działaniach. Nie widzę sensu w tym, żeby zapisywać się dla samej legitymacji. Zapiszę się, gdy po studiach wrócę na Śląsk. Powiedz mi, krąży w różnych kręgach (nawet profesorskich) opinia, że Ślązacy „chcą tworzyć tożsamość narodową w oparciu o poczucie krzywdy”, której doznawali i doznają ze strony Warszawy. Ile jest w tym prawdy? Poczucie krzywdy jest, niestety, silne u części Ślązaków, ale nie uznałbym go jednak za decydujący czynnik w kwestii narodowości. Trzeba pamiętać, że własna, śląska opcja narodowościowa nie jest ani jakimś nowym pomysłem, jakimś „robieniem na złość Warszawie”, ani też (jak twierdziła swego czasu prof. Dorota Simonides) wyrazem sprzeciwu wobec trudnej sytuacji ekonomicznej. Poczucie odrębności od Polaków, bo ono właśnie jest dziś najczęściej kwestionowane, było obecne na Śląsku od wieków - przykładem jest list Anzelma Eforyna do Erazma z Rotterdamu, w którym podpisuje się „Ślązak, nie Polak”. Od czasów Wiosny Ludów, gdy kształtowało się nowoczesne pojęcie narodu, określenie „narodowość śląska” pojawia się wielokrotnie, np. w odezwie Jana Gajdy z 1849 roku. Śląska opcja narodowościowa nigdy nie była jedynym sposobem samoidentyfikacji Ślązaków, ale istniała i istnieje nadal. Dziś mamy do czynienia właściwie z odrodzeniem czy też rozwojem tej opcji, a nie z jej powstawaniem. Inna sprawa, że przez długie lata temat ten pozostawał z konieczności w ukryciu; dziś może to u niektórych wywoływać wrażenie, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem, że cały czas „był spokój”, a nagle ktoś zaczyna mącić. O powstaniach śląskich słyszało wielu, ale kto w Polsce wie o tym, że wydarzenia te przypominały bardziej wojnę domową niż typowy zryw narodowowyzwoleńczy? Kto w Polsce słyszał o dążeniach do utworzenia niepodległej Republiki Górnośląskiej po I wojnie światowej? Kto wie, że organizacje niepodległościowe chciały uwzględnienia takiej opcji w plebiscycie? Kto wreszcie zdaje sobie sprawę, że część Śląska (nie tylko tzw. Zaolzie) znajduje się w Republice Czeskiej? Śląska tożsamość nie jest i nigdy nie była tak jednolita i jasno określona, jak chciałyby ją widzieć polskie władze i wielu zwykłych Polaków.


-----------------------------------------------------------5

Katalog śląskich krzywd obejmuje bardzo różne kwestie, m.in. rugowanie języka śląskiego w czasach PRL, represje po II wojnie światowej (np. obóz „Zgoda” w Świętochłowicach), brak dbałości o śląskie zabytki, rabunkową eksploatację węgla pod Bytomiem, niedostrzeganie historycznej odmienności Śląska, wreszcie odrzucanie przez władze dialogu w kwestii współczesnych śląskich aspiracji. Spore oburzenie wśród narodowo zorientowanych Ślązaków wywołało np. niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie SONŚ.

Negatywnych emocji i doświadczeń zebrało się już bardzo wiele, ale podkreślam: nie one są powodem istnienia śląskiej opcji narodowościowej. Mogą natomiast spowodować, że tożsamość śląska będzie się rozwijać w opozycji do polskości - a na tym stracą ostatecznie wszyscy. Jestem ciekaw, jak się zapatrują na opcję narodową nie działacze, ale Ślązacy, którzy na ogół nie zajmują się specjalnie sprawą swojej tożsamości. Jak to wygląda w Twoim otoczeniu, wśród znajomych z Mikołowa, ze szkół, które kończyłeś, u krewnych? Nie pytam po to, abyś musiał ich w jakimkolwiek stopniu deklarować, ciekawi mnie raczej ich nastawienie do śląskich ruchów narodowych i w ogóle do śląskości, o której głośno ostatnio w całej Polsce. Przypuszczam, że i Ślązacy częściej o niej mówią. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo ze znajomymi sprzed studiów w większości nie mam już kontaktu. Wiem, że część z nich interesuje się śląskością, ale nie mieliśmy okazji na ten temat porozmawiać. W związku ze studiami w Gdańsku z rodziną również mam obecnie ograniczony kontakt . Jeśli już podczas spotkań rodzinnych podejmowana jest śląska problematyka, dyskusja koncentruje się raczej na działaniach RAŚ, kwestii autonomii, często także różnych przekłamaniach historycznych. Temat narodowości śląskiej wypływa głównie wówczas, gdy ktoś z zewnątrz próbuje dyktować Ślązakom, za kogo mają się uważać. Sytuacja taka towarzyszyła Spisowi Powszechnemu w 2011 roku, a także skandalicznym słowom Jarosława Kaczyńskiego o „zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Swoją drogą, w ogólnopolskich mediach sens tej wypowiedzi został zupełnie wypaczony. Twierdzono powszechnie, że Kaczyński odmawia Ślązakom polskości, podczas gdy faktycznie on ją nam narzucał. O ile wiem, część osób w moim najbliższym otoczeniu deklaruje narodowość śląską, część jest wciąż sceptycznie nastawiona. W dyskusji nieprzerwanie przewijają się klasyczne „argumenty” rodem z propagandy ostatnich kilkudziesięciu lat, oparte na odpowiednio spreparowanej wizji historii. Przede wszystkim jednak zarówno na Śląsku, jak i poza nim, wśród osób nieinteresujących się kwestiami tożsamości, dominuje pewien chaos pojęciowy. Ludzie - także deklarujący się jako przeciwnicy uznania narodowości śląskiej! - posługują się chętnie pojęciami typu „naród”, „narodowość”, „język”, „gwara” itp., ale rzadko zastanawiają się nad ich znaczeniem. Często można jeszcze natrafić na utożsamianie narodowości z obywatelstwem. Wypracowanie w tej sytuacji jakiejś pojęciowej bazy do dyskusji to dość żmudna praca, na którą, niestety, zwykle nie mam czasu. Trudno mi zatem określić faktyczne postawy dominujące w moim otoczeniu.


6-----------------------------------------------------------

Niekiedy słyszę zdziwienie: ruchy zajmujące się narodowością w XXI wieku? Komu to potrzebne? Czy tego typu dążenia, jakie widzimy u Ślązaków, części Kaszubów i wielu innych społeczności w całej Europie, to nie przeżytek minionej epoki? Z perspektywy członka ugruntowanej już i powszechnie uznawanej wspólnoty narodowej - czyli np. Polaka - takie dążenia faktycznie mogą się wydawać dziwne. Jeżeli jednak przyjmiemy punkt widzenia niewielkich zbiorowości narodowych, będziemy mogli zauważyć, że walka o uznanie narodowości kaszubskiej czy śląskiej jest w istocie walką o przetrwanie kultury. Myślę, że dziewiętnastowieczna, romantyczna, niemalże metafizyczna wizja narodu jako duchowej wspólnoty rzeczywiście jest przeżytkiem, błędem przeszłości. Błąd ten doprowadził zresztą do fatalnych skutków. Dla mnie naród to nie taka organiczna całość, ale sztuczna poniekąd wspólnota, zbiór jednostek wyznaczony przez cechy takie, jak określona autoidentyfikacja narodowa, wspólne tradycje, język, doświadczenia historyczne itp., zależnie od preferowanej definicji. Na Śląsku tego typu wspólnota nie mogła się w pełni rozwinąć, ponieważ przez ostatnie 150 lat niemal nieprzerwanie tłamszona była przez silne ościenne nacjonalizmy - polski, niemiecki, w pewnym stopniu też czeski. Część regionalnej zbiorowości przyjęła jedną z tych narodowych identyfikacji i tworzy dziś śląskie grupy etnograficzne w ramach trzech wymienionych narodów. Grupy te w naturalny sposób czerpią z wybranych przez siebie kultur ogólnonarodowych, ujednolicają się w ich ramach, a tym samym oddalają od siebie nawzajem (np. etnolekt śląski w Polsce upodabnia się coraz bardziej do języka polskiego, a na terenie Republiki Czeskiej - do języka czeskiego). Osoby podnoszące swoją śląskość do rangi narodowości, patrzące na nią jak na sumę elementów rodzimych i wpływów polskich/niemieckich/czeskich (a nie jak na regionalną odmianę polskości itp.), muszą wypracować sobie taki model funkcjonowania w ramach istniejących państw, który umożliwi im przetrwanie. Status mniejszości etnicznej, który narodowo zorientowani Ślązacy mogą uzyskać w Polsce, wydaje mi się dobrym środkiem do osiągnięcia tego celu. Zapewne podobna jest sytuacja Kaszubów, chociaż o tej grupie wiem, niestety, znacznie mniej. Język kaszubski osiągnął dużo lepszy od śląskiego status dzięki długiej tradycji piśmienniczej i uznaniu go kilka lat temu za język regionalny, za czym poszło przyznanie funduszy z budżetu państwa. Z drugiej strony, kaszubski ruch narodowy wydaje mi się obecnie słabszy od analogicznych dążeń na Śląsku. Główna niegdyś organizacja Ślązaków, Związek Górnośląski, jest obecnie cieniem swej potęgi sprzed kilkunastu lat - prym wiodą nowoczesne, aktywnie działające stowarzyszenia takie, jak SONŚ czy RAŚ. To ostatnie ugrupowanie nie jest wprawdzie organizacją narodową, ale jego przedstawiciele wielokrotnie popierali postulaty śląskich narodowców. Odnoszę z kolei wrażenie, że na Kaszubach nadal dominującą rolę pełni Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, które odbieram (być może błędnie) jako organizację analogiczną do ZG - jednoznacznie propolską, unikającą kwestii kontrowersyjnych, nastawioną na kultywowanie folkloru itp. Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota” zdaje się pozostawać nieco w cieniu ZKP. Tak to przynajmniej wygląda ze śląskiej perspektywy.


-----------------------------------------------------------7

Studiujesz w Gdańsku, na Kaszubach. W kwestii dążeń do zachowania swojej kultury, jak myślisz, czego Ślązacy mogliby nauczyć się od Kaszubów, a czego Kaszubi od Ślązaków? Jak już mówiłem, Kaszubi zaszli o wiele dalej niż Ślązacy w kwestii ochrony swego języka. Na Śląsku pojedyncze osoby (np. Feliks Steuer) przyczyniały się na przestrzeni lat do tworzenia zaczątków śląskiego piśmiennictwa, ale bardziej zorganizowane dążenia rozwijają się w zasadzie od kilku lat. Nadal trwają spory o to, jak najlepiej chronić język, w jakim stopniu go ujednolicać. Liczni są przeciwnicy podejmowania jakichkolwiek działań wykraczających poza konkursy krasomówcze czy twórczość kabaretową. Myślę, że ochrona języka to właśnie ten obszar, w którym Ślązacy w największym stopniu mogliby skorzystać z doświadczeń kaszubskich. Właściwie wolałbym nie wyrokować, czego Kaszubi mogliby nauczyć się od Ślązaków, ponieważ pewnych zjawisk istniejących na Pomorzu mogę po prostu nie dostrzegać. Wymienię jedynie charakterystyczną dla części śląskich środowisk śmiałość w demonstrowaniu swojej tożsamości narodowej - jak dotąd nie zaobserwowałem analogicznego zjawiska w takim stopniu na Kaszubach. Abstrahując jednak od wzajemnej nauki, Kaszubi i Ślązacy powinni moim zdaniem w większym zakresie współdziałać, bo mamy wiele wspólnego. Myślę, że należy zaniechać podejmowanych na Śląsku od kilku lat starań o uznanie ślōnskij gŏdki za język regionalny. Zamiast tego lepiej skupić się na kaszubsko-śląskiej współpracy w celu uzyskania przez obie grupy statusu mniejszości etnicznej - o ile mi wiadomo, za takim statusem idzie przecież także prawna ochrona języka mniejszości. rozmawiał Macéj Bańdur - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Adam Staniek - ur. 1987 r., Ślązak z Mikołowa, ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest miłośnikiem filozofii Artura Schopenhauera, obecnie studiuje skandynawistykę na Uniwersytecie Gdańskim. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

* Związek Ludności Narodowości Śląskiej, Ruch Autonomii Śląska, Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej


8-----------------------------------------------------------

NAJWAŻNIEJSZA JEST PODWÓJNA KOMPETENCJA JĘZYKOWA Nie każdy zdaje sobie sprawę, że profesor Jan Miodek jest Ślązakiem i że śląszczyzna to dlań też nie obczyzna. Po śląsku mówi biegle i bardzo sobie to ceni. Panie profesorze, nie uważa pan, że Polska jest trochę dziwnym krajem w skali Europy? W Niemczech czy we Włoszech to jest normalne, że choć każdy zna język oficjalny, wiele osób na co dzień rozmawia między sobą w swoich własnych językach bądź gwarach. W Polsce to się prawie zupełnie nie ostało, było tępione. Śmiano się z jakichś charakterystycznych gwarowych konstrukcji, obecnych chociażby w języku Lecha Wałęsy. Kiedy byłem w Niemczech w latach 70-tych tam wtedy kanclerzem był Helmut Schmidt, który swoją hamburskość językową wręcz eksponował. Ja jestem apologetą wszystkich polskich gwar: i śląskiej, i wielkopolskiej, i pomorskiej i tak dalej, i tak dalej. Natomiast ideał dydaktyczny jest taki: nawet ludzie mówiący doskonale gwarą - sam do takich należę - powinni jednak się starać osiągnąć tę podwójną kompetencję językową. Natomiast nie robiłbym tragedii z takiego czy innego elementu fonetycznego gwarowego, który do języka takiej czy innej wypowiedzi się wciśnie. Co nie znaczy, że jak usłyszę na dworcu warszawskim o pociągu do „Lublyna”, żebym trochę się nie uśmiechnął, może nawet lekko ironicznie, że spikerka dworca w Warszawie Centralnej nie wyzbyła się tej mazowieckiej wymowy typu „lyst”, „lypa”, „malyna” czy „Lublyn”. Ale też wiem, że, jako człowiek pochodzący z Górnego Śląska, trochę musiałem przewalczyć w sobie skłonność do „przijazdu”, „przijechania” czy „grzibów”, żeby w moim języku były to „grzyby”, „przygotowania” i „przyjścia”. Tu jest ważna ta samoświadomość językowa, żeby uświadomić sobie pewną swoją odmienność od języka standardowego i to już jest kultura języka: praca nad zachowaniem tego, ale wyeliminowaniem z oficjalnych sytuacji komunikacyjnych. I wtedy wszystko jest w najlepszym porządku.

fot. Łukôsz Dobrowòlsczi


-----------------------------------------------------------9

Co Pan myśli o powstających nowych ruchach w różnych regionach, które mają na celu standaryzację lokalnych etnolektów, np. na Śląsku, na Podhalu... Ja zawsze mówię: nie jestem królem niczyich sumień. Jeśli ktoś chce powiedzieć, że jest Ślązakiem i nie doda, że też Polakiem - trudno. Dla mnie ta obecność polskości w deklaracji etnicznej jest taką oczywistością jak to, że dwa razy dwa jest cztery. Natomiast jeśli ktoś żąda ode mnie deklaracji, a zarazem eksperckiej opinii jako językoznawcy, że oto jest język śląski, to toutes proportions gardées, czyli „zachowując odpowiednie proporcje” powiem, że to jest tak, jakby żądano ode mnie, że dwa razy dwa jest pięć. Nie, dwa razy dwa jest cztery i śląszczyzna jest to regionalna odmiana języka polskiego. Status kaszubszczyzny jest zupełnie inny, dlatego że kaszubszczyzna doczekała się już kodyfikacji graficznej i tu można dyskutować, czy kaszubszczyzna jest odrębnym językiem. Tu bym się nie upierał i tu bym się nie ośmielił powiedzieć „Eee, co wy gadacie, kaszubszczyzna to jest regionalna odmiana polszczyzny!”. Ale czy opinia językoznawców może być argumentem w polityce, żeby np. nie wprowadzić jakiegoś etnolektu jako przedmiot szkolny? Czy może warto, nawet jeśli to nie jest język, zachować etnolekt, jeśli społeczność chce rozwijać swoją mowę? Jest okazja na wszystkich lekcjach, z lekcjami języka polskiego na czele. I dziwię się wszystkim swoim polonistom. Powiem panu skrajnie: dziwię się swojej rodzonej matce polonistce, która nie wykorzystała tego kapitalnego atutu dydaktycznego, jakim była gwara śląska, bo pewne problemy ortograficzne, łącznie z „rz” i „ż”, „ó” i „u”, „ch” i „h” przez gwarę można uczniom lepiej wyjaśnić. Ja aż się dziwię, że nikt mi tego nie powiedział na lekcjach polskiego. Więc oczywiście, że tak, że to można wykorzystać. Ale, powiadam, przy ideale dydaktycznym, jakim powinna być ta podwójna kompetencja językowa. rozmawiał Macéj Bańdur - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - P r o f e s o r

J a n

M i o d e k

o

p o p u l a r n y c h

ż a r t a c h

Wiem, że od dwudziestu co najmniej lat krążą wykłady na temat wszystkich najbardziej wulgarnych polskich słów i podpisane są moim imieniem i nazwiskiem. I zdaję sobie sprawę, bo doświadczyłem tego niedawno, że rodzona cioteczna siostra była przekonana, że ja taki tekst napisałem i jeszcze mi gratulowała: „wiesz, Janek, fajne to takie, dowcipne”. Ja mówię „Joasiu, czyś ty zwariowała, przecież ja ci chyba mówiłem, że to nie ja”. No nie wiem, czy tak na sto procent mi uwierzyła.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Jan Miodek - ur. 1946 r., językoznawca, popularyzator wiedzy o języku polskim, autor licznych książek i programów telewizyjnych poświęconych szerzeniu wiedzy o poprawnym użyciu polszczyzny; profesor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


1 0 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - KLËKA- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

05-06 . 04 . 2014 Kaszëbskô hokejewô grëpa z Kanadë bądze biôtkòwac na lodze z trzëgardzczimë hokejistamë Wôrt so nalezc përznã czasu w pierszim wékendze aprëla. Do Gdóńska przëjadą Kaszëbi z Ontario. Tamòsznô miészëzna, jakô mieszkô w tamtëch starnach òd XIX wiekù, mô swòjã

hokejewą reprezentacëją mionã Kashubian Griffins. W sobòtã wieczór (8:30) zagrają procëm Mad Dogs Sopòt, a w niedzelã wieczór (07:00) procyw Dragons Gdóńsk. Kaszëbi z Ontario przëjachelë pôrã dni rëchli, cobë pòznawac tatczëznã swòjich starków. Dlô niejednëch to pierszô réza w te starnë. Kashubian Griffins zagrają w hali Olivia.

-----------------------------------------------04-12 . 04 . 2014 Čajkovskij, Brahms, Kilar, Rubinstein, Haydn ë drëzy - Gdóńsczi Mùzyczny Festiwal 2014 Dzéń w dzéń bądą bawiłë koncertë latosy rozegracëje. Klasycznô mùzyka zabrzëmi pierszégò dnia w òliwsczi katédrze, gdze mùzykencë zagrają „Niemiecczé requiem” Johannesa Brahmsa.

Jesz na wiérzk bądze téż czas dlô filmòwi mùzyczi Wòjcecha Kilara. 11. aprëla w koncertowi zali Bôłtëcczi Filharmonije pùdze ùczëc znajemé kompozycëje z taczich filmów jak „Dzewiąté wôrta”, „Drakùla” abò „Smierc ë dzéwczã”. Na dzél kòncertów wstãp je wòlny.

-----------------------------------------------Kaszëbi téż są happy. Pòwstôł kaszëbszi teledisk do sztëczka Pharrella Williamsa mionã „Happy”. Szczestlëwi są nó nim midzë drëdżimë Angelika Cëchòckô, strzébrznô medalëstka halowëch mésterstw swiata,

grëpa RYTM, Damroka morania. Ò same trzë YouTube’a òbezdrzelë Zrëchtowa jen Tatiana

Kwidzyńskô ë klub Popierszé dnie brëkòwnicë teledisk 10 000 razy. Slowi ë Michôł Kónkòl.

------------------------------------------------


------------------------------------------------------11


1 2 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - S P Ò R T - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

SPÔDKÒWIZNA, AGRESJÔ, ŁAPANIÉ MÒTILÓW Adóm Hébel

- Jidzesz të mòtile łapac? - pitô mie drëch z ùczebnie, czej przëchôdóm na zajmë z dzywnym czijã zakùńczonym plastikòwą òbrãczą, na jaką je nałożonô séc. Jô jidã na trening lakros (òriginalny pisënk - lacrosse). Łońsczégò rokù, òb jeséń, sezón w pòlsczi lidze lakros zaczãło karno Kòrsarze Trzëgard. To je pierszi rôz, czedë w Pòlsczi Repùblice rozgriwczi są pòdzeloné na dwie lidżi. Grëpa z Kaszëb, nimò że debiutëje i jesz rok nazôd trening béł mãczący przez nëkanié za balama, jaczé lecałë za bòjiszcze, je terô na pierszim placu i jeżlë drëgô ruńda pùdze jistno, tej òb jeséń zagrajemë w pierszi lidze. Jô gôdóm „më” jakno nôleżnik karna, chòc mùszôł jem z wiele przëczënów òprzestac trenowac, temù ni móm jachóné na mecze i wrócenié do

jigrë mdze mòjim żimczim zadanim na nowi rok. Zaczinóm jesz rôz, òd teòrie - i do ji pòznaniégò rôczã Cebie, Tczëwôrtny Czëtińcu. Chòc czij do lakros wëzdrzi pò prôwdze jak nen do jachtë na lôtającé môlinczé jistwë, w rãkach miónkarzów je barżi jak miecz - ùderzenié czijã w czij procëmnika, a nawetka jegò rãce, je dozwòloné. Niżóden sãdza nie wpùscy na bòjiszcze spòrtowca, jaczi ni mô mët kaskù i szpecjalnëch rãkawiców. W Pòlsczim Państwie sprzãt do lakros nie je drodżi... czësto gò ni ma. Nen spòrt wiele kòsztô i jegò priz je czãscy rechòwóny w eùro i dolarach jak złotówkach. Równak przëcygô młodëch lëdzy, jaczi chcą sã sprawdzëc. Mecz dlô jegò ùczãstników je biôtką z procëmnikã, swòjima

słabòscama, próbą wiarë w sebie, discyplinë i wespółrobòtë - tak ju òd lat latecznëch. Lakros wëchôdô z jindianérsczich jigrów z Nordowi Americzi, jaczé miałë dac młodim leżnosc do pòkôzaniô swòji mòcë i dokôzaniô chłopskòscë - ta jigra rëchtowa bòrénków do bëcô wòjarzã i jachtarzã. Przódë procëm sebie grałë karna pò 100 do 1000 sztëk lëdzy, na rëmnëch bòjiszczach całi dzéń próbùjącë wrzucëc balã ze skórë jelenia midzë wëznaczoné bómë abò kamiznë. Jigra sã nazéwa baggataway, òsoblëwie znónô bëła strzód Jirokezów, chtërny gôdelë ò ni téż „młodszi bracyna wòjnë”. Biôłi lëdze jã pòznelë w 1636 rokù, czej „òdkrił” jã jezujita Jean de Brébeuf. Jindianérze òd prastôrëch czasów


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 1 3 fot. Irena Hołozubiec

wëzwëskiwają tã jigrã, cobë czwiczëc fizyczną mòc, dobiwac dzyrskòsc, stawac sã chłopã, a przede wszëtczim, cobë zabawiac Stwórzcã, jaczi tã jigrã lëdzóm dôł. Lakros sã przëdôł jesz w baro kònkretny òrãdzë. We Fòrce Michilimackinac w Kanadze 2 czerwińca 1763 rokù lëdze fejrowelë gebùrstach króla Wiôldżi Britanie, jakô prawie mia zajãté te zemie. Jindianérzë Òdżibwa rôczelë jich do òbezdrzeniô baggataway. Ceszącë sã póznozymkòwim, słuńcowim dniã, biôłi lëdze zaczekawiony czikrowelë na no dzywné zjawiszcze. Wtim Jindianérzë zagriwelë balã wiedno krodzy fòrtu, a czej widzelë, że są ju czësto krótkò, tej szmërgnãlë czije, wëcygnãlë bróń i napadlë na òkùpańtów. Pòwstańcóm sã ùdało ùtrzëmac plac òb całi rok. Dzysô spòrt je wôżnym dzélã juwernotë aùtochtonicznëch miesz-

keńców Nordowi Americzi. Jirokezowie, nimò że mieszkają na terenie USA, mają swòjã nôrodną reprezeńtacjã. Gwës, dzysô grają pòdług dzysdniowëch reglów, to je na bòjiszczu mni wicy tak wiôldżim jak do nożny balë z wësëniãtą (jak w hòkeju, jaczi pòchôdô òd lakros) brómką, w karnach pò 10 sztëk miónkarzów na bòjiszczu. Te regle bëłë skòdifikòwóné w 1856 rokù przez zãbiarza George’a Beersa. Je téż barżi dinamicznô i brutalnô wersjô w halë - to je cos dlô lubòtników mòcnëch zderzeniów. Co mòże lubic w lakrosu? To je czekawé sparłãczenié mùszebnotë discyplinë, bò „pògùbienié sã” w pòzycjach jedny personë mòże bëc kùńcã całi akcje, z mòżlëwòtą pòkôzaniô jindiwidualnëch ùmiejãtnosców, bò czej bala je na zemie, ti, co stoją nôblëżi, mùszą jã zebrac z gruńtu, a tej zmienic môl czija, cobë procëmnik nie

wëtrącył balë z czipczi - sécowégò jegò zakùńczeniô. Kòżdô takô riwalizacjô to môłô pòbitwa, czasã jeden na jednégò, czasã miónkarzów je wicy. Nôlepszé je wseczëcé, że czej leno chwëcã balã, tej zarô dostónã czijã w krzebt i mdã mùszôł sã rozpichac i chronic czij przed kims, chto swòjégò ùżëje do grzimów. Jeżlë tak cos Cebie straszi - zachãcywóm do òbzéraniô meczów, jich terminë nalézesz na Facebookù na stronie „Korsarze Trójmiasto”. Jeżlë to Cebie pòdskôcô - Të jes jednym z czidłëch, jaczi na ti stronie mògą sã doznac, czedë przińc na trening. Rôczimë! - - - - - - - - - - - - - - dzyrskòsc - odwaga, męstwo; jachta polowanie; leżnosc - okazja, sposobność; nëkanié za balama - pędzenie za piłkami; nôleżnik - członek; procëmnik - przeciwnik; pùdze jistno - pójdzie, uda się tak samo; regle - reguły, zasady; sparłãczenié - połączenie; żimczi - ciężki, trudny

- - - - - - - - - - - - - - -


14---------------------- ÙCZBA / NAUKA ------------------------ - - - -

K A S Z Ë B S C Z I N I É D O P Ò C Z ÃT N I K Ó W K A S Z U B S K I N I E D L A P O C Z ĄT K U J Ą C Y C H nr 1

Macéj Bańdur Tekst nr 1: Kuźnica, powiat pucki To bëlo rôz w te czasë, to je ju dwadzesca lat jak to sã stalo. Tak tu lëdze rozpòwiôdalë, ëż tu przë naszi wsy widzelë nijaczéwò ducha. Tak jô jidã rôz do ògroda bùlwë zarzëcac. Ë tak, jak przińdã nó ten môl, dze to ti lëdze widzelë tewò ducha, tak jô wzérajã nó ten môl. Tej widã: chòdzy duch, tak midzë chòjinami sã przewrôcającë z bòkù na bòk, òsoba wielgô, tak co ti òsobë glowa bëla wëszi chòjin. Tak mie taczi dalo strach, co, czej bë nie bëlë tak blëzë lëdze, tak bë sã pitalo, ëżle jô bë w żëcym òstôl abò nié. Tak zôs niédlugò pò tim, tak sztërnôsce dniów, tej przëszla takô chòrosc, a ta chòrosc sã zwala gòsceje. Tej w naszi wsy zamiarlo tak do sztërdzescë sztëk lëdzy. w te czasë wówczas rozpòwiadac opowiadać ëż że (inaczej: éż, eż, że, co) nijaczi tu: jakiś, ale też: żaden nó na (z zaimkami jednosylabowymi) môl miejsce

wzérajã patrzę widã widzę òsoba tu: postać, sylwetka, ale też: osoba wëszi wyżej, ponad dac strach przestraszyć (por. miec strach bać się)

blëzë blisko to bë sã pitało nie byłoby wiadomo (też: bë nie bëlo wiedzec) ëżle czy (wprowadza człon podrzędny w zdaniu złożonym) w żëcym òstac pozostać przy życiu (też: w żëwòce òstac) gòsceje tu: ospa

W języku kaszubskim są przynajmniej trzy sposoby na wyrażenie zaimków określonych, takich jak: jakiś, gdzieś, ktoś itd. I: jaczis, gdzes, chtos, cos (albo: jaczisz, gdzesz itd.) II: jaczi, gdze, chto, co III: nijaczi, nigdze, nichto, nico Przykłady: Halôj mie jakąs tobakã! „Przynieś mi jakąś tabakę!”, Të zôs gdze szed! „Znowu gdzieś poszedłeś!”, Nichto na dwiérze klepie „Ktoś puka do drzwi.”; Wezniema nijaką flintã mët ë pùdzemë na wëchwôt „Weźmiemy ze sobą jakąś strzelbę i pójdziemy na łowy”; Òna tam nico pòd łóżkã chòwie „Ona tam coś chowa pod łóżkiem”. Objaśnienia: Wszystkie podane wyżej formy są wymienne. Największą uwagę przykuwają formy z ni-, które, oprócz właściwym całym Kaszubom nico i nichto, są specyfiką północnego dialektu języka kaszubskiego. W podobny sposób buduje się złożenia w innych językach słowiańskich, por. dolnołużyckie něchto, něco, słowackie niejaký, niečo, staropolskie niekto, niegdzie (ktoś, gdzieś). Podczas używania tego typu słów w języku kaszubskim musimy jednak pamiętać, że o ile istnieją odrębne pary słów nic i nico (nic i coś), nicht i nichto (nikt i ktoś), o tyle słowa jak nigdze, znikądka, nijaczi mogą oznaczać zarówno gdzieś, skądś, jakiś, jak oraz nigdzie, znikąd, żaden. Znaczenie ma tu kontekst oraz liczba negacji w zdaniu.


-----------------------------------------------------------15 Przykłady: Jô nigdze nie widzôł twòjich brëlów. „Nigdzie nie widziałem twoich okularów.” Jô nigdze widzôł twòje brëlë. „Gdzieś widziałem twoje okulary.” Mie sã zdôwô, co to je nijaczi pòdark. „Wydaje mi się, że to jakiś podarunek”. Ji sã zdôwô, co to nie je nijaczi pòdark. „Jej się wydaje, że to nie jest żaden podarunek.” Tam nie są nijaczé rëbë. „Tam nie ma żadnych ryb”. Tekst nr 2: Czaple, powiat kartuski Te bòcónë to są pò prôwdze lëdze. Czé chto bòcóna zabije, té òn płacze prawie tak, jakbë òn béł czowiek. Czé w jeséni te bòcónë précz cygną, té òne lecóm do Égiptów, a tam òne są òb zëmã czowiecë. Rôz béł jeden chłop, ten przëszed za żôłnérza do Égiptów. Jak òn tam béł pôrã dni, òn przëszed w kwartér do jednégò kùlawégò krawca. Wieczór òn pitôł te krawca: „Jak to przëszło, że të jes kùlawi?” Ten krawc rzek: „Tegò të môsz winã”. Ten żôłnérz rzek: „Jak to mòże bëc? Jô jész nie béł nijak w Égiptach. Jak jô mògã te wina miec, że të jes kùlawi?” Ten krawc rzek: „Nie wiész të, że të òb lato jednégò bòcóna w nogã strzélnął? Ten bòcón béł jô. Òb zëmã më jesmë tu jak czowiecë, ale w zymkù té më sã staniemë bòcónë i lécymë we waji stronë i żëjemë tam òb lato jak bòcónë”. Jak ten żôłnérz to czëł, òn so pòstanowił, że òn nie chcôł wiãcy żódnégò bòcóna strzélnąc. A bez to, że te bòcónë są pò prôwdze lëdzami, bez to zrobi ten, chto bòcóna zabije, wiôldżi grzéch. czé (też: czej) kiedy, gdy té (też: tej) wtedy, zatem, więc prawie właśnie précz cygnąc tu: odlatywać, wyprowadzać się òb przez (gdy mowa o czasie) cz(ł)owiecë ludzie (inaczej: lëdze), forma człowiecë używana jest najczęściej wtedy, gdy chcemy podkreślić zbiór osobowości, jednostek, ich ludzki charakter albo postać przińc za żôłnérza pójść na służbę jako żołnierz

przińc w kwartér pójść do kwatery, wynajmowanego pomieszczenia mieszkalnego te tego, forma skrócona od „tegò” jak to przëszło? jak to się stało? miec czegò winã być czemuś winnym nijak tu: w ogóle, wcale, w żadnym razie w zymkù wiosną bez to przez to

Źródła Bronisch G., Kaschubische Dialektstudien II Lorentz F., Teksty pomorskie


16-------------------------

F I L M

--------------------------- - - - -

MIASTO Z AT O P I O N Y C H BOGÓW - WRAŻENIA Z PREMIERY Dôwid Miklosz 5. lutego w szczecińskim kinie Pionier (nota bene najstarszym na świecie funkcjonującym kinie) miała miejsce uroczysta premiera filmu dokumentalnego „Miasto zatopionych bogów” w reżyserii Zdzisława Cozaca. Film powstał dzięki dofinansowaniu TVP Historia, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Stowarzyszenia Centrum Słowian i Wikingów. Dokument dotyczy historii Wolina, identyfikowanego z wymienianymi w źródłach historycznych Winetą i Jomsborgiem. Wejście do sali kinowej obstawione było przez uzbrojonych wojów w strojach chąśniczo-wikińskiej proweniencji. Wewnątrz oprócz przygodnych widzów i reżysera filmu obecne były również władze regionalne, wicemarszałek Województwa Zachodniopomorskiego Wojciech Drożdż, burmistrz miasta Wolina Eugeniusz Jasiewicz, a także dyrektor TVP Historia Tadeusz Doroszczuk oraz Wojciech Celiński, prezes Stowarzyszenia Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie. Po krótkich okazjonalnych wystąpieniach ww. osób zaczęła się część właściwa, czyli pokaz filmu. „Miasto zatopionych bogów” jest

trzecią częścią serii „Tajemnice początków Polski”, co w odniesieniu do pomorskiego Wolina – utożsamionego w filmie ze znanymi ze źródeł Winetą i Jomsborgiem – już na wstępie zwróciło moją uwagę. Jak się okazało, niestety nie bez przyczyny. Film rozpoczyna się wizualizacją legendy o pradawnej Winecie, grodzie na południowym brzegu Bałtyku, ludnym i bogatym, który za pychę i rozwiązłość mieszkańców zostaje ukarany zatopieniem w morskich odmętach. Jak na polskie możliwości finansowo-techniczne strona wizualna filmu nie wzbudza zastrzeżeń. Komputerowe animacje wolińskiego grodu, trójwymiarowe modele archeologicznych znalezisk czy inscenizacje odegrane przez członków Stowarzyszenia Centrum Słowian i Wikingów przygotowano starannie i są bardzo mocną stroną filmu. Może słowa dyrektora TVP Historia o najwyższym światowym poziomie były nieco na wyrost w chwili, kiedy History Channel przygotowuje się do emisji drugiego sezonu fenomenalnego serialu „Vikings”, ale nie zmienia to faktu, że film Z. Cozaca wizualnie, jak na popularno-naukowy film doku-

mentalny polskiej produkcji, prezentuje się naprawdę dobrze. Co do strony merytorycznej filmu, trudno oceniać mi ją całościowo. Dopóki na ekranie wypowiadają się tak znaczne dla mediewistyki i archeologii postaci jak Leszek Paweł Słupecki, Władysław Duczko czy też słynący ostatnio z kontrowersyjnych teorii Przemysław Urbańczyk, dopóty jakość wywodu jest naprawdę wysoka. Kiedy jednak dochodzi do interpretacji przedstawionych przez twórców filmu, tutaj pojawiają się moim zdaniem kontrowersje i naginanie faktów. Przede wszystkim Wolinianie są w filmie najczęściej określeni jako Słowianie, ew. Słowianie zachodni, bez podania jakiegokolwiek dookreślenia, by niewiele przed końcem filmu padło stwierdzenie, że byli oni plemieniem połabskim. Nie jest to jedyny przykład usunięcia kontekstu pomorskiego, bowiem nie ma go w całym filmie. Próżno szukać w skrótowym przedstawieniu dziejów regionu choćby wzmianki o istniejącym do XVII wieku państwie pomorskim czy nieprzerwanych zatargach pomorsko-polańskich.


-----------------------------------------------------------17

W produkcji, takie odniosłem wrażenie, jako najważniejsze zdają się być przedstawione dwie daty – rok 967, czyli rok, w którym po dwóch przegranych konfliktach Mieszko I wreszcie pokonuje Wichmana i towarzyszących mu Wolinian (dodajmy, że nie wiadomo gdzie miała miejsce owa rozstrzygająca bitwa), oraz rok 1945, czyli początek „rzetelnych”, polskich badań nad dziejami Wolina. Przy tej okazji z pewną ironią relacjonowane są wyniki* badań przedwojennych niemieckich uczonych, które wydobyte ze szczecińskiego archiwum, opatrzone groźnie wyglądającym stemplem ze swastyką (co miało zapewne na polskim widzu zrobić odpowiednie wrażenie), dowodzą, że korzenie Wolina, również utożsamianego z Jomsborgiem, były germańsko-wendyjskie.

Materialë Stowôrë Center Słowión ë Wikingów „Wòlin-Jomsbórg-Wineta”

Wracając jeszcze do pierwszej z dat – do roku 967. Mieszko, który dwa razy uległ Wichmanowi, tracąc w jednej z bitew nieznanego z imienia brata, z pomocą wojsk czeskich wreszcie pokonuje saskiego banitę. W tym momencie, w obliczu braku źródeł można jedynie spekulować, czy Mieszko przedsięwziął jakąkolwiek wyprawę odwetową na Wolin, a jeśli tak, to jakie były jej losy. W tym momencie w filmie padają słowa, że zdania naukowców w tym temacie są podzielone... a następnie przedstawiona jest jako jedyna wypowiedź Przemysława Urbańczyka, który na podstawie analiz archeologicznych o przebudowie grodu wolińskiego wnioskuje, iż Mieszko podbił Pomorze. Jakiegokolwiek kontrargumentu czy choćby pośredniego stanowiska zabrakło. Nie wykorzystano obecności np. Leszka Słu-

peckiego, który o Wolinie powiedział w pewnej radiowej audycji: - - - - - - - - - - - - - - Tam u ujścia Odry mamy miejsce, gdzie stykają się interesy Polski i Danii... ale nie tylko. Także interesy Sasów, Wieletów, samego miasta Wolina - Pomorzan, którzy nie chcą być ani Sasami, ani Duńczykami, ani już broń boże - na pewno i w żadnej sytuacji - Polakami.** - - - - - - - - - - - - - - Przy tej okazji przedstawiana w filmie mapa omawianych obszarów co i rusz zmienia swój kształt. Raz państwo piastowskie sięga do linii Warty na północy, by po hipotezie o zdobyciu przez Mieszka Wolina rozciągało swój obszar północny od Wolina aż po Gdańsk. Następnie znów Wolin leży w „pomorskiej pustce”,


18-----------------------------------------------------------by po wspomnieniu postaci Bolesława Chrobrego znów całe Pomorze zawierało się we władztwie piastowskim.

w końcu historii Pomorza, ale faktycznie i on, po moich sugestiach, brak jakiegokolwiek pomorskiego kontekstu uznał za znaczący.

Naprawdę szkoda, że tak sprawnie zrealizowany film traci na wartości przedstawiając hipotezy jako niepodważalne fakty, udowadniające obowiązującą od czasów komunistycznych politykę historiograficzną dotyczącą „odwiecznie polskiego” Pomorza. Z krótkiej rozmowy z reżyserem wiem, że główny wpływ na zawartość merytoryczną filmu mieli konsultanci, którzy wątek pomorski pominęli świadomie czy, mówiąc delikatniej, świadomie nie przywiązywali do niego wagi. Dodał jeszcze, że z reżyserskiego punktu widzenia trudno byłoby stworzyć spójny narracyjnie film, gdyby miał poruszać wszelkie wątki niełatwej

Doprawdy wielka to szkoda i jak dla mnie duży mankament tej produkcji. Produkcji, która w innych partiach wypada przecież zupełnie nieźle. Wątek skandynawski, postaci króla duńskiego Haralda Sinozębego czy Palnatokiego – pierwszego jarla Jomsborga, temat szkutnictwa (tutaj wypowiedzi wielkiego znawcy tematu, archeologa Władysława Filipowiaka) czy też nieco rewolucyjne - w pozytywnym tego słowa znaczeniu – reinterpretacje wolińskich znalezisk związanych z pogańskimi wierzeniami (choć nie zabrakło drobnych potknięć w postaci „Światowida”) – te wszystkie elementy przedstawiono na dobrym

poziomie, w ciekawy sposób i dla nich na pewno warto ten film obejrzeć, do czego gorąco namawiam. Podsumowując, „Miasto zatopionych bogów” to film zrealizowany dzięki reżyserowi bardzo sprawnie i nowocześnie, ale jedne z głównych wątków przedstawiane zgodnie z wzorcami ze słusznie minionego systemu do tej nowoczesności zdają się nie przystawać. Po raz kolejny Pomorze i jego dzieje opisywane są z zewnątrz, z wyłącznie polskiej perspektywy zawłaszczającej od dawna wszelkie jej składowe, bez wyczucia specyfiki jego historii. Traci na tym, w kontekście „Miasta zatopionych bogów”, przede wszystkim fantastyczny temat Wolina/Winety/Jomsborga, który z pewnością obroniłby się sam.

-------------------------------------------------------------------------------

* I tylko wyniki, ironia nie dotyczyła postaci Rudolfa Virchowa – pierwszego badacza Wolina, współpracownika samego Heinricha Schliemanna, odkrywcy Troi. ** Klub Ludzi Ciekawych Wszystkiego, Kobiety na tronach świata: Sygryda Storrada – data emisji 28.06.2010, Polskie Radio 2. Zapis audycji do znalezienia w Internecie. -------------------------------------------------------------------------------

-------------------------- Z A C H Ã C B A / R E K L A M A

--------------------------


- - - - --------------------

MË MKÒ, ROZPÒ W IE DZË M IE S ŁOWÔRZ! Macéj Bańdur

Móm w rãce nowi słowôrz kaszëbsczi. Slédnym czasã dosc tëlé tëch nowich słowarzi, doch jo? Ten je jednak òsoblëwi. Prze wszëtkò - je do dzecy. Le to nié kóńc. To słowôrz, chtori jidze rozpòwiedzec. Jo, nalézemë w nim skòpicą słów do naùczeniô, ale téż pòwiôstkã. Przez całą knyżkã naju - czëtającégò ë nôwôżniészą pòstacëją, môłégò Maceja - wiedze wróżka Anka. Jidzemë w gromadze na wander ë pòznôwóma starna za starną wszelejakné môle, las, szkòłã, chëczë, miasto. We wnet kóżdim placu nalézemë

R E C E N Z Ë J E dialog wróżczi z Macejã ôs wiele kaszëbsczich słówk, chtërne pòdpisëją nôwikszi atut słowarza - céchùnczi. Całô knyżka wëzdrzi tak bëlno, że jaż mô sã chãc wzyc jã w rãka ë przezerac. Jes Të 10, 30, 50, 70 lat stôri? Niewôżné, bądze Cë sã widzec. Aùtorka céchùnków, Joanna Kòzlarskô, zrobia wielgą robòtã, a Marzena Dembk bëlno zbòkadnila fòrmã slowarza przez wplecenié w nien pòwiôstczi. Dzywią le czasã jãzëkòwé ùdbë aùtorczi ë kòrektorczi. W słowarzu pòjôwiô sã përznã pòlaszëznë ë niepòtrzébny trepczikòwiznë. Tak na przikłôd jakò tak samò wôżnô alternatiwa kòl „radisczi” sã pòjôwiô „rzodkewka”, kòl „apfelzynë” nalézemë „pòmarańczã”, a pòd céchùnkã telca nalézemë le blós „namiot” napisóné. Pòd skłã do picô je téż „sklónka”, chòc tak richtich pò kaszëbskù na òznôczô doch bùdlã. W dialogach są pëtania, chtërne sã zaczinają òd „czë”, np. „Czë Macéj mô doma...?” miast kaszëbsczégò „Mô Macéj doma...?”. Czasã zôs mie nëch alternatiw felało, kò w różnëch placach lëdze gôdają wszelejakno. Przë „paradnicë” felô „pańsczi jizbë”, môłô łëżka je le jakò „łëszeczka” pòdpisónô, a felô pòpùlarny „telefelczi”. Je téż pôrã czësto niepòtrzébnëch neòlogizmów, chtërnë pòchôdają derekt z Trepczików słowarza. Miast „tamòszny”, „tameczny” abò

------------------19 „tamtészi” mómë „henëtny”. Renô strawa to trepczikòwé „renik” abò „pòkrzésnik”, normalny „frisztëk” pòjôwiô sã dopiérze jakò slédnô òpcëjô. Taczé zmiłczi są brzadã tegò, co piszący pò kaszëbskù dërch wicé czëtają słowôrz Jana Trepczika jak Bernata Zëchtë. Dzecë dostôwają knyżkã ze słowamë, jaczé razu nie są do rozmieniô dlô jich starszich, chtërny bë mielë nen słowôrz swòjim dzôtkóm czëtac. Szczescã tu nie dô tëch błądów wiele. Móże w nôdslédnym wëdôwkù jidze co z nimë zrobic? Knyżka gwës zacekawi dzeckò kaszëbsczim jãzëkã, a ji òbzeranié to przijemnota dlô òczu. Je wôrt jã zabédowac kòżdémù, chto dzecë ju mô abò mësli je niedługò miec. Ceszi téż to, eż słowôrz je bezpłatno dostãpny w sécy w .pdf . -------------------brzôd - owoc; céchùnk - rysunek; felac - brakować; knyżka - książka; môl - miejsce; na wander jic - iść na wędrówkę; słowôrz - słownik -------------------Mój słowôrz Aùtorka: Marzena Dembek Wëdôwizna: KaszëbskòPòmòrsczé Zrzeszenié, 2013 --------------------


20------------------

WIELKA WYPRAWA KSIĘCIA RACIBORA , C Z YLI MA ŁA PROPA GA NDA A RTURA SZ RE JTE RA Dôwid Miklosz

Artur Szrejter jest autorem opowiadań fantasy oraz książek popularyzujących zagadnienia mitologii skandynawskiej, np. Mitologia germańska. Opowieści o bogach mroźnej Północy, Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice, Bestiariusz germański. Potwory, olbrzymy i święte zwierzęta. Najnowszą pozycją Szrejtera, wydaną nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA jest Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku. Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Książę Racibor był bratem Warcisława I i po jego śmierci objął władzę w Księstwie

R E C E N Z Ë J E Pomorskim, a zdobycie Konungaheli było największym wyczynem, dzięki któremu historia go zapamiętała. Głównym źródłem wiedzy na temat wydarzeń roku 1136 jest dzieło Snorriego Sturlusona Heimskringla (Krąg ziemski, zbiór sag o nordyckich władcach), a w zasadzie jej część, Saga o Magnusie Ślepym i Haraldzie Słudze Bożym. Saga ta zawiera rozbudowany opis – a jak celnie stwierdza Szrejter, opis, który jest sagą w sadze – zwycięskiej wyprawy wojennej pomorskiego księcia Racibora. Owa wyprawa była jedną z większych poświadczonych historycznie rejz Pomorzan. Około 650 okrętów, więcej jak 20 tys. ludzi, około tysiąca koni. Na ich czele książę pomorski z rodu Gryfitów, Racibor (w źródłach: Ratibor). Fenomenalny strateg, mający już na swoim koncie rozbicie w roku 1135 kierującej się na Rugię duńskiej floty króla Eryka II Pamiętnego oraz odwetowe, niszczące uderzenie na ówczesną duńską stolicę – Roskilde. Był to początek półwiecznego okresu absolutnej dominacji Pomorzan na Bałtyku, którzy już wcześniej mocno dawali się we znaki Skandynawom (vide historia szczecińskiego kupca i chąśnika* imieniem Wyszak czy podboje i zasiedlanie wysp południowej Danii). Wyprawa na Konungahelę była strategicznym majstersztykiem. Świetnie przygotowana pomorska armia uderzyła w niedzielne południe – czas wybrany nieprzypadkowo, bowiem w czasie niedzielnej sumy większość mieszczan uczestniczyła we mszy. Błyskawicznie zajęte m.in. przy użyciu konnicy podgrodzie było świetnym punktem wyjścia do dalszych działań przeciw obrońcom

-------------------- - - - grodu. Pomorzanie szturmowali wały kilkukrotnie, wreszcie po zażartych walkach zdobyli umocnienia, zrabowali miasto, jego mieszkańców uprowadzili do niewoli, a sama Konungahela już nigdy nie wróciła do swej niegdysiejszej świetności. Racibor jako zwycięzca powrócił na Pomorze w glorii i chwale, a czasy jego rządów są jednymi z najświetniejszych momentów w historii tego kraju. Nie tylko zdominował militarnie Bałtyk, ale i dość szybko uwolnił się od wpływów państwa Piastów. Po jego śmierci władzę w księstwie przejął jego bratanek, Bogislaw I, pierwszy władca pomorski oficjalnie tytułowany księciem Kaszub. Tekst wspomnianej sagi jest punktem wyjścia i główną kanwą rozważań autora. Do tej pory nie powstał pełny, a już na pewno poprawny jej przekład, czego Szrejter dowodzi, porównując tłumaczenia Gerarda Labudy i Krystyny Pieradzkiej. Sam przy okazji wyjaśnia i uzupełnia braki oraz usterki. Rzeczywiście, w jego interpretacji tekst Sturlusona jawi się jako wartościowe źródło historyczne, a w obliczu braku poważnych badań archeologicznych dawnej Konungaheli oraz przy ograniczonym materiale kronikarskim z innych źródeł jest przekazem fundamentalnym. Wielka wyprawa księcia Racibora, podobnie jak poprzednie książki autora, jest pozycją „jedynie” popularnonaukową, choć, ze względu na dotychczasowe pobieżne omówienia tematu w pracach stricte naukowych, w ciekawy sposób uzupełnia stan wiedzy. Jak już wspomniano, zasadnicza część książki jest rozwiniętym omówieniem treści sagi, wraz


-----------------------------------------------------------21 z interpretacją zarówno historyczną, jak i religijno-kulturową.

ności” tworzy kolejne hipotezy, które same sobą się udowadniają.

Szczególnie w tym drugim Szrejter czyni kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących nakładania się pogańskich tradycji na skandynawskie chrześcijaństwo oraz chrześcijańskich nowinek na - wciąż żywotne - pomorskie pogaństwo. Nawet jeśli wobec dotyczących skandynawskich wierzeń opracowań Szrejtera niekiedy kierowane są zarzuty ich pobieżności, to jednak w tej właśnie przestrzeni znaczeń autor porusza się dość sprawnie.

Tak jest chociażby na przykładzie dwóch najważniejszych dowódców Racibora, Dunimysła i Unibora. O ile Dunimysł jest z Raciborem spokrewniony i nie wzbudza wątpliwości jego pomorskie czy połabskie pochodzenie, o tyle Unibor, o którym nie wiadomo wiele więcej niż to, że „przewodził licznemu zastępowi”, jest dla Szrejtera dowódcą rzekomego polskiego kontyngentu i „równocześnie namiestnikiem pilnującym polskich interesów na Pomorzu Zachodnim”. Jak dodaje jednak później, jest to „hipoteza bardzo kusząca (rzecz jasna jedynie z natrętnej, polonocentrycznej perspektywy - przyp. autor), ale w żaden sposób nie dająca się potwierdzić źródłowo” - dziwi zatem wysiłek autora, wkładany w rozwijanie tejże niemającej podstaw hipotezy.

Interpretacje historyczne autora wzbudzają jednak więcej wątpliwości. O ile opierając się o tekst sagi skupia się na przebiegu bitwy, w przekonujący sposób rozwiewając dotychczasowe sporne kwestie datacji wydarzeń, opisuje siły użyte w walce, przybliża postać księcia Racibora i sytuacji politycznej w basenie morza Bałtyckiego - to Wielka wyprawa... jest lekturą wartą uwagi. Kiedy jednak Szrejter próbuje analizy sytuacji politycznej w Europie, popada w nachalny polonocentryzm, tworząc z Bolesława Krzywoustego, jak sam o tym pisze, „postać kluczową”. Początkowo w formie hipotezy mówiącej, że „zapewne” był Krzywousty pomysłodawcą konungahelskiej wyprawy, później już pisze „z dużą dozą pewności” o tym, że „był on inspiratorem i nadrzędnym organizatorem”, by w dalszych partiach tekstu stwierdzić, że „wiadomo, że wyprawę inspirował Bolesław Krzywousty, jest więc niemal pewne, iż wysłał z księciem Raciborem polski kontyngent”. Na przestrzeni kilku rozdziałów przechodzi Szrejter od hipotezy po pewność i na podstawie tej „pew-

Nie wzbudza w autorze wątpliwości również fakt, że Pomorzanie i Połabianie na tereny skandynawskie wybierali się z wielkimi sukcesami na długo przed najazdem Krzywoustego na Pomorze, a także długo później – a jednak akurat przy tej wyprawie ich zbierane przez dziesięciolecia doświadczenia nie są wystarczające do przeprowadzenia tego typu operacji samodzielnie i niezbędna jest pomoc polskiego księcia przy planach samego desantu, a wszelkie poczynania Racibora i jego wojowników mają być jedynie wypełnianiem wytycznych Piasta. W toku swego wywodu stwierdza jednak: „piszę z dużą dozą pewności, że właśnie Krzywousty był inspiratorem i nadrzędnym organizatorem napadu na Konunga-

helę, ale czy istotnie jakiekolwiek źródło mówi o tym wprost? Niestety, żadne”. Czyli jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym „niestety” gorzej dla faktów. Co tym bardziej dziwi w obliczu późniejszych krytycznych uwag wobec propagandy Snorriego w jego Heimskringli i rozsądnych stwierdzeń o tym, że czego nie ma w źródłach, tego zakładanie byłoby nieuprawnione. Rodzi to pytanie, czy gdyby wyprawa Pomorzan na Konungahalę faktycznie była inspirowana i przeprowadzona pod opieką i nadrzędnym dowództwem Krzywoustego, to czy ówczesna bądź też późniejsza historyczna propaganda piastowska nie wykorzystałaby tego sukcesu? Przypomnijmy, że krwawy podbój Pomorza przez Krzywoustego był w Kronice Polskiej opisany jako dokonanie wielkie, okraszone słynną pieśnią „Pisces salsos et foetentes...”, sławiącą polskie rycerstwo. Czy inaczej byłoby w wypadku Konungaheli, gdyby faktem był udział Piasta w organizacji tej wyprawy? Nad tym autor się nie zastanawia, wystarczają mu jego hipotezy przeradzające się w toku książki w fakty. A szkoda. Tracą na tym najbardziej dwie postacie. Po pierwsze sam książę Racibor, którego wybitne zdolności dowódcze i organizacyjne (które autor zresztą uczciwie ocenia bardzo wysoko) schodzą na plan dalszy i wraz ze swoimi dzielnymi, pomorskimi wojownikami niknie w cieniu Piasta, którego Szrejter czyni postacią - wbrew tytułowi książki - centralną. Po drugie traci - na wiarygodności - sam autor, który mając ambicję popularyzowania wiedzy, robi to pod z góry założoną, niepopartą faktami tezę. Skutkiem


22------------------

R E C E N Z Ë J E

tego jest swego rodzaju „zawłaszczenie” przez polską historię pomorskich dziejów. To jest mój wobec Wielkiej wyprawy... zarzut największy. Pomijam kwestię powtórzeń w tekście, które wbrew temu, co pisali inni recenzenci, nie są aż tak bardzo męczące, choć także uważam, że dodanie jako aneksu tekstu sagi w oryginale, bez pełnego tłumaczenia, jest nieco bezcelowe w sytuacji, kiedy większość czytelników nie włada językiem staronordyckim. Gdyby Artur Szrejter nie narzucał kluczowej, niepotwierdzonej roli Krzywoustego w opisywanych wydarzeniach, a skupił się na faktach, na postaci Racibora i na rozwikłaniu tekstu Snorriego Sturlusona, byłaby Wielka wyprawa księcia Racibora książką naprawdę dobrą. W obecnym kształcie wymaga jednak od Pomorzanina nieco cierpliwości i „odpiastowującego” filtra. Dopiero jego zastosowanie umożliwi niczym niezmącone poczucie dumy z historii pomorskiego narodu. Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku Aùtór: Artur Szrejter Wëdôwizna: Instytut Wydawniczy ERICA, 2013 * chąśnicy – czasem używane określenie pomorskich (również połabskich) wojowników, działających w sposób zbliżony do wikingów. A. Szrejter w swojej książce używa określenia „wiciędze”, które oznacza również słowiańskich wojowników-bohaterów w ogóle. --------------------

-------------------- - - - -

KNYŻ K A , CHT ËR NÃ W Ô RT P R Z ËBA CZ ËC K S I ĄŻK A WARTA P R ZYP OMN I E N I A

skiej literaturze dzieł dotyczących historycznych dziejów Pomorza. Z tej ich niewielkiej liczby jeszcze mniej jest takich, które warto przypomnieć. Do tej grupy z pewnością zaliczyłbym Requiem....

REQUIEM DLA OSTATNIEGO WIKINGA, CZ YLI P R Z YW R Ó ĆMY PO MO R Z U PA MI ĘĆ O W I EL K I M ERYK U

Teresa Bojarska w swoim dorobku literackim poświęciła pomorskiemu państwu kilka książek, z historycznego punktu widzenia – pomijając pewne uproszczenia – napisanych zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy, bez ulegania propagandowej wizji „polskiego” Pomorza jaka obowiązywała w latach powojennych. Dotyczące Pomorza powieści to przede wszystkim trylogia o czasach panowania Bogusława X Wielkiego (Czerwone gryfy, Bogusław i Anna, Czas samotności) oraz powieść, której bohaterką jest jedna z najsłynniejszych Pomorzanek, Sydonia z rodu Borków (Na jednym płótnie). Autorka urodziła się w roku 1923 na Mazowszu. W czasie wojny była łączniczką ZWZ-AK. Studiowała filologię polską i pedagogikę na Uniwersytecie Łódzkim. Do roku 1968 pracowała jako nauczycielka i bibliotekarka w Łodzi. Następnie przeniosła się na Kujawy, do roku 1992 mieszkała we Włocławku i to w tym właśnie okresie powstało Requiem.... Obecnie Bojarska mieszka w Warszawie.

D ôw id M iklosz szczecinianin

„Najpierw obwołano go królem Norwegii, zaś w parę lat potem monarchą w Danii i Szwecji. Wszystkie trzy państwa złączyły się pod jedno berło i złożyły hołd małemu przybłędzie z Pomeranii.” Requiem dla ostatniego wikinga Teresy Bojarskiej to opowieść o bodaj najsłynniejszym ze wszystkich pomorskich książąt w dziejach, o Eryku Pomorskim. Niewiele w sumie powstało w pol-

Requiem... składa się z trzech części. Każda z nich jest opowieścią innej osoby o królu Eryku. Pierwsza część to opowieść rycerza Arne, spisana przez mnicha Gaudentego Borka w nieodległym od Darłowa klasztorze w Bukowie. Druga to historia młodej darłowskiej bednarzówny, Cecylii, wybranki króla z czasów, gdy stracił już swe królestwa i powrócił


-----------------------------------------------------------23 do Darłowa. Trzecia jest kroniką Sławisza, dzielnego darłowskiego rycerza, wiernego do końca sługi i królewskiego przybocznego. W tych trzech wersjach poznajemy Eryka z różnych stron. Jako bezwzględnego, niekiedy szalonego, nazbyt ambicjonalnego władcę. Jako czułego kochanka, który jednak tak samo szczodrze potrafi obdarować wybrankę najprzedniejszymi klejnotami, jak i w porywie gniewu wymierzyć jej policzek. Wreszcie jako nieustraszonego wojownika, wyrozumiałego przyjaciela i człowieka do końca wiernego sobie i powierzonej mu przez królową Małgorzatę misji dbania o losy Trójkorony. Arne i Sławisz, a poniekąd także Cecylia, są postaciami fikcyjnymi, ale zgrabnie wkomponowanymi w żywot „ostatniego wikinga”. Arne to nieco starszy towarzysz dziecięcych zabaw Eryka na dworze Małgorzaty, podobnie jak on przygarnięty przez królową. Przed przybyciem „przybłędy z Pomeranii” to on właśnie miał największe szanse, by w przyszłości zostać władcą. Małgorzata jednak zadecydowała inaczej i odtąd Arne miał być jedynie erykowym sługą. Równie ambitny i równie zawzięty Arne w końcu staje się jego wrogiem, a ich losy zarówno intencjonalnie jak i przypadkiem splatają się w ważnych historycznie momentach, aż po kres żywota Arnego w poddarłowskim klasztorze. Cecylia jest w pewien sposób kompilacją dwóch postaci, historycznej i prawdziwej towarzyszki życia króla, z którą ten związał się po śmierci swojej pierwszej żony, księżniczki angielskiej Filippy (Ce-

cylia była rzekomo jej służącą) oraz wspomnianej już darłowskiej bednarzówny, którą to król spotyka jako pierwszą po swoim powrocie na Pomorze i, posługując się łamaną kaszubszczyzną, dowiaduje się od niej, że nosi ona imię jego niedawnej kochanki. Ten fakt, podobnie zresztą jak i uroda młodziutkiej Pomorzanki, rozpalają serce króla od pierwszego wejrzenia. Bojarska w posłowiu „tłumaczy się” z tego zabiegu, pisząc, że tworząc z jednej postaci historycznej dwie bohaterki powieści, mogła wykorzystać ciekawą historię o faktycznym porwaniu na zamek pewnej młodej darłowianki i o tumulcie, jaki te zajścia w mieście spowodowały. Sławisz jako młody rycerz w poczcie Bogusława IX trafia na dwór króla w czasie wielkich wojen o Szlezwik (Bogusław IX miał być wedle ambitnych, choć nieziszczonych planów ścisłego złączenia Pomorza i Skandynawii, następcą Eryka na tronach trzech królestw, był też jego oddanym stronnikiem). Zasłużony w oczach władcy za uratowanie jeszcze jednej, ważnej dla Eryka kobiety, Brygidy, staje się jego zaufanym i najbliższym z rycerzy. Wiernie towarzyszy królowi po sam kres jego żywota, a nawet dalej. Burzliwy, pełen wzlotów i upadków żywot Eryka to fenomenalna kanwa dla powieści. Jak poradziła sobie z tym tematem Bojarska? Mając na uwadze, że książka powstała niemal 40 lat temu i zdążyła się nieco zestarzeć - zupełnie nieźle. Zdecydowanie in plus należy ocenić rzetelne oddanie faktów historycznych. Wiele z wydarzeń, anegdot i interpretacji poczynań Eryka zdaje się powtarzać Bojar-

ska – co jest dobrą inspiracją – za historykiem Zygmuntem Borasem (pierwszą wersję jego książki Książęta Pomorza Zachodniego. Z dziejów dynastii Gryfitów wydano w roku 1968, sześć lat przed ukazaniem się powieści Bojarskiej), w racjonalny (choć nie zawsze) sposób rozwijając je i wzbogacając fabularnie. Pod tym względem jest Requiem... wcale dobrym źródłem wiedzy o losach pomorskiego króla. Z drugiej jednak strony, jak na tak burzliwą biografię, brak w powieści momentów spektakularnych, a tempo narracji jest dość wolne i jednostajne. Najsłabszym elementem jest język. Bojarska stara się archaizować narrację, ale czyni to w sposób niekonsekwentny i nieciekawy. Raz używa pomeranizmów/kaszubizmów, raz staropolszczyzny, a nawet zdaje się tworzy archaiczne neologizmy (czy też raczej „archeologizmy”...), co bywa w lekturze nieco irytujące. Biorąc jednak pod uwagę wartość informacyjną powieści oraz ciekawą konstrukcję jej fabuły, warto byłoby ją wznowić i przypomnieć współczesnym Pomorzanom. Idealnie byłoby wykorzystać zapał tłumaczy na język kaszubski, odwieść ich od pomysłów tłumaczenia z polskiego kolejnych dzieł powszechnie znanych, a nakłonić, by przetłumaczyli Requiem.... Po pierwsze, tłumaczenie mogłoby na dobre wyjść językowi powieści poprzez dobór bardziej współczesnych form i odejście od nieudanej archaizacji. Po drugie, przybliżenie postaci wojowniczego, pełnego pasji pomorskiego władcy byłoby dla wielu młodych dobrym wstępem do poznawania ojczystej historii Pomorza, obserwowanego wreszcie nie


24------------------

R E C E N Z Ë J E

z zewnątrz, ale jako centrum zdarzeń. Pomorza w tym momencie jego historii, kiedy decyzje na nim zapadające odbijały się echem od komnat Świętego Cesarza Rzymskiego po najmniejszy nawet zakątek Bałtyku, a ich brzmienie słychać było w Europie co najmniej od podnóża Tatr po Nordkapp.

muzyków, Grety i Ernesta Teodora. Najmocniejszą stroną „Śpiewaj ogrody” jest niewątpliwie sugestywnie i ze szczegółami opisany stary Gdańsk. Autor pozwala odczuć jego klimat, posmakować, przenieść się w przeszłość. Co ważne, przenosimy się do Gdańska wielonarodowościowego. Zamiast nachalnego udowadniania polskości czy niemieckości miasta, zamiast pola bitwy ścierających się (koniecznie zawsze wrogich!) dwóch żywiołów, widzimy portret Gdańska, w którym współżyją Niemcy, Kaszubi, Żydzi, Polacy. Jest to jednak świat, który ma lada chwila zniknąć. Bardzo cieszy pan Bieszke, Kaszuba, który na stronicach książki najczęściej wypowiada się w swojej ojczystej mowie. Warto docenić autora, który zadbał, by dialogi po kaszubsku zapisać zgodnie z ortografią tego języka.

Requiem dla ostatniego wikinga Aùtorka: Teresa Bojarska Wëdôwizna: Wydawnictwo Morskie, 1974 --------------------

O ŚPIEWAJ OGRODY PAWŁA HUE LLEGO Macéj Bańdur

Paweł Huelle przenosi czytelnika w świat muzyki i starego Gdańska - w takiej kolejności. Większość bowiem czasu spędzimy przy Pelonkerweg (dziś ul. Polanki), w domu niemieckich

Huelle opisuje losy kilkorga bohaterów - i co rusz przenosi nas w inne miejsce. Raz znajdujemy się we Freie Stadt Danzig, w którym coraz wyraźniejsze stają się nastroje prohitlerowskie, by po chwili wylądować w pobliskiej kaszubskiej wsi za Rzeczypospolitej Ludowej. Kiedy jednak zadomowimy się już trochę w jednym miejscu, naraz ponownie trafiamy do Gdańska, tym razem w XVIII wieku, skąd wspomnienia pewnego Francuza zabierają nas aż na brazylijską fazendę. Jednakże niechaj nie da się zwieść ten, kto uzna to za obietnicę wartkiej fabuły. Historie opowiadane przez autora często przypominają rodzinne opowieści dziadków. Próżno spodziewać się głębokich portretów psychologicznych postaci, ale za to losy dawnych mieszkańców są nakreślone realistycznie,

-------------------- ----z nutką sentymentalności. Jeśli komuś zależy przede wszystkim na spotkaniu ze starym Gdańskiem i zna osobiście ludzi, którzy jeszcze go pamiętają, bez wątpienia lepiej spożytkuje czas wysłuchując ich własnych opowieści. Książkę czyta się lekko, lektura nie jest nużąca i przykuwa uwagę, aczkolwiek niektóre motywy - jak choćby tajemniczy i porywający motyw zaginionego dzieła Wagnera - pozostawiają niedosyt i uczucie zmarnowanego potencjału. Najnowsza proza gdańskiego pisarza zapewne mogłaby trafić na listę lektur szkolnych na Pomorzu. Uczniów warto byłoby zapoznawać z fragmentami tej książki już w młodszych klasach. „Śpiewaj ogrody” to na pewno powieść poprawna - w każdym znaczeniu tego słowa. Śpiewaj ogrody Aùtór: Paweł Huelle Wëdôwizna: Znak, 2014 --------------------


------------------------------- G A L E R Ë J Ô -------------------------- 25

JOLANTA SZMELTER autoportret


26------------------------

G A L E R Ë J Ô -------------------------- - - - -

MARTA SUCHERSKA fotografia otworkowa czarno-biała - analogowa


-----------------------------------------------------------27

MARTA SUCHERSKA fotografia otworkowa czarno-biała - analogowa


28------------------------

G A L E R Ë J Ô -------------------------- - - - -

MARTA SUCHERSKA fotografia otworkowa czarno-biała - analogowa


-----------------------------------------------------------29

JOLANTA SZMELTER dwuznaczność


30------------------------

P Ò E Z Ë J Ô -------------------------- - - - -

GRACJANA PÒTRËKÙS gòdnik 2013 pierszô gòdzna bezspikòwégò dnia

grudzień 2013 pierwsza godzina bezsennego dnia

widzysz, naczinô sã môrz i bezspikòwi dzéń bezzwãkòwé kroczi ùmarłi lëdze sã òżëwiają blós na sztótë czej je pòtrzébno zmieniec place żdaniô przeńc przez szasé. miewë spôdają z nieba i zasnieżiwają deptôczi. widzysz, môłczisz, a òne lecą do naj krzikają. widzysz, jesmë ùmarłi

widzisz, zaczyna się mróz i bezsenny dzień bezdźwięczne kroki martwi ludzie ożywiają się tylko na chwile kiedy trzeba zmienić miejsce czekania przejść przez ulicę. mewy spadają z nieba i zaśnieżają chodniki. widzisz, milczysz, a one lecą do nas krzyczą. widzisz, jesteśmy martwi

nie pamiãtóm czedë widzysz, czedë nie wzérôsz, mie ni ma ropa kòmùdzy òbliczé, spùszcziwô òczë, dotikô zdrzenicë. mërgôsz jak rzãsk i gùbiã sã. jô jem. mie ni ma. të jes. gòłi w alkòhòlowim dechù. a mòże mërgôma za jednégò i za jednégò dżiniema. w rzãskù.

nie pamiętam kiedy widzisz, kiedy nie patrzysz, nie ma mnie para zachmurza twarz, spuszcza oczy, dotyka źrenicy. mrugasz jak mżawka i gubię się. jestem. nie ma mnie. jesteś. nagi w alkoholowym oddechu. a może mrugamy jednocześnie i jednocześnie znikamy. mżawka.

2013.04.04 mewy i inne odlatujące zamknięte w klatce przyśpieszające w morskim świście zamknięte w klatce piersiowej


-----------------------------------------------------------31

MACÉJ BAŃDUR Jem stojôl dalek òt Ce a krzikôl - czëjesz Të miã? - czëjã - jes rzekla A czej jem stąpiél blëzë Ce ë pitôl - czëjesz miã? - czëjã - jes otkazala A czej jô Twòjich gòrącëch lëpów do trzecéwò raza spitôl - czëjã cã - Të wëszeptala

PIOTER SZATKÒWSCZI Piotra pamflet na poezję współczesną Kupa Śmierdzi śmierdzeniem śmierdzącym Taplam się w niej Chłonę ją Udaję grzyba co rośnie na gównie łapiąc promienie słońca


32-----------------------------

M T M - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - -

Mateùsz Titës Meyer

NOWÉ CZASË PIERSZI DZÉL Ë przëszedł wiôldżi heroja do lasa, ë zawòłôł, czej ùzdrzôł straszné mònstrum: Cëż môsz na swòjã òbronã pòkrakò, że napôdôsz ë zabijôsz niedowinnëch lëdzy ti zemi? Ë nie òdrzekło nick zjawiszcze, leno ze strachù przed mieczã ë mòcą rãków dzyrsczégò biésnika, wzãło sã ë wiornãło skądka przëszło, ë nicht ju wicy nie widzôł mòlocha w òkòlim. A heroja dostôł za slëbną nôsnôższé dzéwczã ze wsë, jaczé bëło córką szôłtësa, a jich wieselé dérało sédmë dniów ë noców, jaż wszëtczé gãsë ë kùrë ze wsë bëłë zjadłé. „Bôjczi ë bôjeczczi”, J. Nagel W widze miesądza łisnął miecz. Lëdze gôdelë, że merk, jaczi òstôł wëżłobiony na klindze, miôł pòchadac òd miona miewcë ny barni. Le tak nie bëło. Merk òznôcziwôł co jinszégò, chòc na pòzdrzôtk mógł przëbôcziwac pierszą lëtrã miona Barnima. – Në, dôj le znac, dze të jes... – nié za głosno rzeknął chłop. Chcôł leno zwabic w swòjã stronã lesną bestiã, zwóną przez Smôłdzënión Bòrówcã. Biésnik wiedzôł, że Bòrówc to leno zmëslonô pòzwa mònstra, zmëslonô blós, żebë straszëc dzecë przed wchôdanim pò cemnym do lasa. Szlachùjąco jak z Żëtną Macą w pòlu czë z Mùmôczã w wòdze. Równak w lese dżinãlë lëdze ë nie bëło na to wëdolmaczeniô. Na zôczątkù Smôłdzënowie mëslëlë, że na drodze przez las w czerënkù Òsowi Górë zasedlë zbóje. Jichné próbë wënëkaniégò bańditów nick nie dałë, bò wierã bańditów tam nie bëło. Jakno że lëdze dżinãlë, a królewskô żandarmeriô nijak sã tą sprawą nie czerowa, Smôłdzënowie pòwiesëlë klëkã na szpecjalny tôflë kòl karczmë w Żukòwie. Klëka mia czôrną farwã, tej kòżden wiedzôł, że jidze ò baro drãgą robòtã. *** – W sprawie robòtë – rzeknął nieznóny chłop stojący we dwiérzach do paradnicë w chëczë Alojza Bùlczoka. Smôłdzyńsczi szôłtës, pòdnoszącë slépia znad pôłniégò, jaczé prawie co przëniosła mù jegò białka, Bògùsza, ùzdrzôł chłopa w czôrnym wãpsu z wiôlgą kapùcą na głowie. Próbòwôł dozdrzec jegò lica, le słuńce, jakbë ùmëslno, tak kładło céń, że liców nie bëło widzec. – Në, widzã – rzeknął Bùlczok, pòłikającë przë tim wikszi sztëk pilë ë pòkazywającë òczama na mieczëszcze wëstającé znad lewégò barkù cëzégò. – Klëkã môsz? Chłop sygnął do lewi briftaszë wãpsa ë wëcygnął z ni czôrny, wëdżibłi sztil. Pòdszedł do stołu ë pòłożił nôrzãdło przed szôłtësã. Bùlczok dopiérze terô mógł ùzdrzëc lica wanożnika. – Në dobra. Mómë tu sprawã z Bòrówcem. Jak widzã, mieczëjesz, tej znajesz so na tim. Wiele za niegò chcesz?


----------------------------------------------------------33

– Jak wëzdrzi nen Bòrówc? Nie òdpòwiôdô sã pëtanim na pëtanié – chcôł głosno rzeknąc Bùlczok, le cos kôzało mù nie gadac tegò, co mësli. – Biéj do kòwôla ë pògadôj z jegò paróbkem. Chòba to jedurny bëniel, jaczi widzôł Bòrówca ë żëje. A jak ju bestiã ùbijesz, tej wiesz, gdze z nią przińc. – Në tej do ùzdrzeniô. – Jesz jedno! – zawòłôł za chłopã, jaczi ju miôł wëchadac z jizbë. – Smôłdzëno to biédnô wies. Jeżlë ùdô cë... ekhm... ùdô so wama dobëc tegò pùrtka, tej rechùjã na jaczis rabat. Chłop wëszedł z chëczë, ùdającë, że nie czuł gôdczi szôłtësa ò zniżenim prizu. Jô cë dóm rabat, wëkrëkò... Sóm biéj w las ë niech ce zezgrzą wôłczi, razã z tim twòjim wiôldżim brzëchã, knéfkò przegrzeszony... Dzéń béł snôżi. Nawetka baro snôżi, jak na zôczątk łżëkwiata. Słuńce mòcno grzało, a pò niebie cygnãłë môłé, biôłé blónë. Leno wiater zacygôł jesz zëmnicą znad mòrza. Przed warstatã kòwôla na ławie pòd krëszką sedzôł dzewùs ò wiôldżich, mòdrëch òczach ë dłudżich klatach, splątónëch w dut. Dzewùs spòzdrzôł prosto w slépia chłopa ë figlarno ùsmiéchnął sã, przegrizającë dolną lëpã. Nié dzysô, mùlkù... – chłop ùsmiéchnął sã ë wszedł do bëna bùdinkù. – Dobri dzéń! Wë jesce tuwò kòwôlã? – A wëzdrzã na krôwca? – zasmiôł sã mòcnym basã, wiôldżi ë zmokłi òd hëcë chłop. – Në nié – rozesmiôł sã gòsc, rozmiejącë wic ò tak apartnëch rzemiãsłach. – Wëbôczce - gòspòdôrz scygnął wiôlgą, skórkòwą rãkawicã z prawi paje ë pòdôł rãkã gòscowi. – Tóna Szmët, kòwôl, z nôzwëska ë z wëùczeniégò – zôs zasmiôł sã młotownik. – Barnim z Zôwòrów, biésnik. – Ò! Cëż wama pòtrzéba, wasto biésnikù? Mòże nowi miecz? Abò szkapã pòdkùc? – Nié, jô w sprawie robòtë. – Robòtë? Jô ju jednégò kòwalczika móm, a z mieczã tuwò so wiele nie narobice, wasto Barnimie. – Jô prawie do waszégò kòwalczika. Gôdają, że mô widzoné tegò pòtwòra w lasu na drodze do Òsowi Górë. – A, ò to jidze... Chto tam wié, cëż ten lómper widzôł. Le dobrze, że chcece sã zajimnąc tą sprawą, bò ta nasza żandarmeriô mô na sprawã namkłé, le sedzy na swòjim pòsterunkù w Żukòwie. A na tegò mòjégò dołemónowatégò paróbka, dobrze wama radzã, to nie tracce czasu. Jak to gôdają: chto ni mô rozëmù, temù gò ë kòwôl nie ùkùje. – Rozmiejã. Tak czë jinak, chcôłbëm z nim chwilã pògadac. – Tedë drãgò. Bãdzece mùszelë pòżdac do wieczora, bò pòsłôł jem Józka do Żukòwa na tôrg. – Në nick. Przińdã pòd wieczór. Do ùzdrzeniô! – Z Bòdżem!


34-----------------------------

M T M - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - -

Dzewùs przënëkôł do Barnima spòd krëszczi. Chłop zdążił przëzdrzec sã ji òkrãgłi mùnie ë dłudżima, prostima nogama pòd krótczim, mòdrim klédã. W ji òczach bëło cos, co dôwało dzëwi pòkój, chòc wcyg lëpë ùsmiéwałë sã znacząco. – Za gòdznã, za górką z trzema chójkama w stronã Żukòwa – rzekła, dotikającë dwùma pôlcama prawi rãczi jegò lica. Ji rãka bëła zëmnô ë sprawiła, że w òkòlim krzéla Barnim pòczuł ògrôżkã. Ech, dzéwczã, dzéwczã... – zasmiôł sã w mëslach, wzérającë za òdchadającą pùpką, za ji dłudżim, jasnym dutã, cygnącym sã jaż do môłégò, sztôłtnégò ë letkò krącącégò sã slôdôszka. – Za gòdznã... Në, jak spasc z kònia, to z pòrządnégò! Wiśta, wio! – zawòłôł na kònia, na jaczim ju sedzôł. Òdjachôł w czërënkù Òsowi Górë, cobë pòwzerac na las, w jaczim miôł sedzec Bòrówc. *** Ji lëpë bëłë mòkré ë chcëwò kùszkałë jegò lica. Òn leżôł pòd chójną, jakô jakbë përznã òdstôwa òd drëdżich. Òna klãczała nad nim, scëskającë gò midzë nogama. Chãtno dała so wëjąc biôłą kòszlã spòd klédu, tak, cobë mógł mùjkac ji plecë. Jesz chãtni pòzwòlëła òdpiąc liwk. Miała gładką skórã, co mògłobë dzëwic kòl brutczi ze wsë, le jegò to nie zdzëwiło. Ju wiedzôł, kògùm òna je. Przëjachôł rãką pòd kòszlą z pleców na drëgą stronã cała ë dotknął dwùma palcama tita ji lewi piersë. Òbkrącył pôrã razy kùnôszkama pôlców pò kùnôszkù piersë, w tim samim czasu schôdającë drëgą rãką niżi, òstôwiającë sztërë czerwòné szlachë òd nokców na ji plecach. Pòderwała so wëżi, le blós ùsmiechnã sã ë rozmiejącë, dze rãka ji mùlka chca jic, chùtkò przënëka lëpama nazôd do jegò lëpów. Równoczasno scësnôł ji małą, lewą piers ë jãdrzny, prawi półslôdk. W półslôdk pòzwòlił so wbic nokce, jak rëchli w plecë. Nie bëło niżódny procëmnoscë. W òdpòwiescë pòczuł, jak ji rãka próbùje rozrzeszëc rzem kòl jegò bùksów. Òbrócył sã nad nią, przëcësnął jã do zemie swòjim całã ë zaczął schadac lewą rãką pò ji głôdczim brzëchù, przipasym ë czëjącë rosochòwi kòsc, wcësnął rãkã pòd kléd, czerëjącë sã na ji klin. Kùszkôł przë tim ji szëjã ë remiona. Nie dała mù zwòlnic, sama wëdżibła so tak, cobë jegò rãkã scësnãła ji pùnã. Westrzédny pôlc jakbë sóm wszedł w niã, czëjącë sërosc ji bëna. Mòkrosc zaczãła spłiwac mù na rãkã. Wëcygnął z ni bòdéla ë pòkazywôczã wëmùjkôł ji gëldzónkã. Zwëskiwającë z mòkroscë, òbkrącywôł dwùma pôlcama pò ni, kùszkającë piersë ë masëjącë głowã pòd môlã, w jaczim zaczinôł sã dłudżi, jasny dut. Terô ji rãcë wpijałë sã w jegò plecë, przë czim robiłë so corôz barżi sztiwné, razã z ji całã. Czuł, że zarô duńdze do ji kùńca. Widzôł to w ji zwãżiwającëch sã, mòdrëch òczach. Chùtczim ruchã òdpiął pas, scygnął bùksë do kòlanów, ë cygnącë jã za sobą, ùsôdł ë wszedł w niã cwiardim ë nabrzmiałim lorbasã, czej na nim sadała. Splotła wkół jegò głowë swòje rãce, przëcëskającë piersë do jegò lëpów. Scësnãła gò nogama wkół pasa ë ritmicznyma ruchama corôz chùdzy pòdskôkiwała w tã ë nazôd. Z ji lëpów dało sã czëc pôrã spazmaticznëch krzikniãców, jaczé miała starã zdëszëc w se. Czuł jak dochôdô. Ë doszedł w ni, scëskającë ji plecë. Pòmale ë òna zaczina zwòlniwac, rozmiejącë, że drëdżégò razu ju nie mdze. Pò dłudżim scësniãcym wszëtczich mùsklów, jegò cało zrobiło sã letczé, òdpòczãté ë òdprãżoné. Szlachùjąco bëło z rozëmã. Béł nierodny. Béł biésnikã. *** – Józkù, rzeczë wasce Barnimòwi, jak to bëło z tim Bòrówcem – kôzôł paróbkòwi Szmët. – Në... hmm... to bëło w ùszłi piątk. Jak jô szedł òd mòjégò drëcha, kòwalczika z Przedkòwa, dodóm, przez nen las. To bëło ale straszné! Bò jô wiedzôł, że tam dżiną lëdze! Le nie bëło radë, a jic wkół... to jô bë do rena nie béł doma, a tej mie bë mëma jesz wczadzëła batugem... – Nie chcã wiedzëc, co bë cë zrobiła twòja rodnô, leno co wiész ò tim pòtwòrze.


----------------------------------------------------------35

– Në... òn miôł taczé wiôldżé czerwòné slépia... Ë béł wiôldżi jak miedzwiedz abò jak kóń! Ë bëło cemno... ë jô nick wiãcy nie widzôł. Ze strachù jô dostôł taczi mòcë, że w dzesãc minut jô béł pòd pierzëną doma, a i tak całą noc nie spôł. – Të miôł gadac ò ùkôzce, a nié ò se, baranie! – skarcył Józka przédnik warstatu. – Spòkójno, wasto kòwôlu. Wëdôwało no straszëdło jaczés zwãczi? – Jo! Jakbë bùlgòtało abò chrząkało... A pózni jakbë ùjadało, jak głupi scyrz ë wëło, czej jô ju wnëkôł do wsë! – Widzôł chtos ùkôzkã we wsë? – Nié, lëdze dżiną leno w tim lasu. Jakbë cos tam trzëmało pùrtka, jak scyrza na lińcuchù – wëdolmacził spòkójno Tóna. – Të gò môsz widzoné w slédny piątk. Òd tegò czasu chtos jesz gò widzôł? Wiele lëdzy zdżinãło? – Rëchli zdżinãło trzech, w tim jedna brutka z dłudżim, piãknym dutã, córka naszégò szkólnégò. A pózni jesz jeden pita z Pòmieczëna, co w nocë z karczmë drogã chòba zgùbił – òdpòwiedzôł miast Józka kòwôl. – Ë jesz niwczora Ãdris Kùlka! – dodôł bëniel. – Në tegò to të nie wiész. Ten rakôrz przegrzeszony mógł zwëczajno òstawic swòjã białkã ë jic w swiat. – Tej skądka wiéta, czë chtos zdżinął czë nié? – chcôł sã ùgwësnic biésnik. – Chtos wiedno naléze jichné ruchna czë cos, a ten pita z Pòmieczëna to béł leno nadgrizłi. Widzec diôcheł mùszôł zrezygnowac ze smierdzela. – Wëzdrzi na to, że wasz Bòrówc to mùmk. – Mùmk? Cëż to je? – chcôł doznac sã Józk. – Môsz szczescé abò baro dłudżé nodżi, knôpie, bò to je w diachła chùtczi biés. – Tej czedë jidzece pò tegò mùmka? – chcôł doznac sã Tóna. – Jesz dzysô. Pò smrokù. Ë rzeczta lëdzóm we wsë, cobë nicht czasã nie chcôł jic pòwzerac na jachtã. Głupëch gapiów nie mdã szpecjalno retôł. – Në Józkù, terô biéj òdkazac wszëtczima swòjima, co cë mô rzekłé wasta Barnim. Wszëtcë môta sedzec doma. Kòżden w swòjim. Ë biada mie jaczi bãdze chcôł jic do lasa, to mù rozgrzóną pòdkòwã w bùksë włożã! – Móm jesz do was jedną prosbã, kòwalu. – Rzeczce, czegò brëkùjece! – Mògã òstawic kòl was swòjégò kònia? *** Medalión w sztôłce głowë zwierza z òdemkłim dzobã, z jaczégò wëstôwôł wąsczi jãzëk, ë z wąsczima ùszama nad dwùma złotima slépiama letkò zadrgôł nad piersama biésnika. Zeza krzów, przez jaczé prawie przechôdôł Barnim, wëszedł czôrny scyrz. Chłop béł w sztãdze przësyc, że scyrz dopiérze co leżôł na zemi ë wëzdrzôł na zdechłégò. Zwiérz w òczach zaczął rosc ë ò pôrã wzdichniãców béł ju sztaturą wikszą òd wiôldżich wôłków, jaczé sedzałë w Tëchòlsczich Bòrach. – Tu ce móm – rzeknął, pòdnosziwającë miecz do òbrónny pòzycje. „Bòrówc” mógł w kòżdi chwilë skòczëc mù do gardła. Zjawiszcze pòkôzało régã dłudżich, òstrëch, biôłëch zãbów ë warknãło pôrã razy, swiécącë wiôldżima czerwònyma slépiama. Przerosłi scyrz równak nie zaatakòwôł. Òdwrócył sã ë przeszedł czile métrów, pò czim òdwrócył łep w stronã jachtôrza ë szczeknął za nim pôrã razy. – Cëż je?! – zdzëwił sã miecznik ë rësził za ùkôzką, dërch trzimającë miecz w pòszëkù ë czëjącë corôz mòcniészé pòdskakiwanié medaliónu. Mònstrum wëprowadzëło gò na drogã, a pózni na krôj lasa. Le las nie kùńcził sã w tim samim placu, co za dnia. Miast drodżi midzë Smôłdzënã a Żukòwã, miast grzëpë z trzema chójkama, biésnik ùzdrzôł sztôłt niewiôldżégò zómkù w dôce, na jaczégò mùrach pôlëłë sã smólnice. Scyrz


36-----------------------------

M T M - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - -

pòdprowadzył gò jaż pòd wiôlgą brómã, jakô bëła ju òdemkło. W weńscym stojała snôżô brutka, z dłudżim, jasnym dutã. – To të... – ju nie dzywił sã, doch wiedzôł, doch ju rëchli cos czuł. – To jô. – A ten mùmk? – Gniota? To leno służk. – Kògò? – Hewò, tegò zómkù. – Tej zómk chce, cobë nen pòtwór zabijôł lëdzy? – A wëzdrzã jô jak zabitô? – Nie wiém. – Mdzë spòkójny. Òn nikòmù krziwdë nie zrobił. Rôz leno pògònił jaczés knapskò, co gò kamama chcało òbrzucëc. Në ë béł jesz jeden pita, le ten sóm so krziwdã zrobił, bò wpôdł, niebòrôk, w trzãsawiszcze ë czej Gniota wëcygôł gò z błocëska, chłop wëcygnął knyp ë chcôł biédné psëskò ùgòdzëc, a że nie trafił, leno tuszkòwi szramã na licach zrobił, przë czim nasza tëpka gò përznã nadgrëzła... To nie je ju wina Gniotë. – Tej cëż so stało z lëdzama ze Smôłdzëna? – Są tu. Tak jak jô. – A kògùm të jes? – Jem tą, bez jaczi nen zómk bë ni mógł żëc. – Tej dlôcze jesta leno ùkôzką? Dlôcze cebie ë zómk widzã leno jô? Dlôcze nie jesta... prôwdzëwi? – Prôwdzëwi? A czim je prôwda? Barnim chwilã mëslôł, le ni mógł nalezc niżódny òdpòwiescë. Ni mógł nalezc taczi, jakô bë dolmaczëła wszëtczé nieprôwdzëwé, dlô niegò ë jinszich lëdzy, rzeczë. Taczé jak nen zómk. – Tej czim je to wszëtkò? - spëtôł. – Mòże legeńdą? Kò kòżdô legeńda mô w se jakąs prôwdã... A kòżdô prôwda czedës sã zjiscywô... – Tedë co terô? Jô téż zniknã, jak ti drëdżi ze Smôłdzëna? Wlézã do bëna ë tedë kùńc? – Nié. Cë je co jinégò namienioné. – Namienienié? Proszã, nie gôdôj mie ò kawlu... Ju dôwno òprzestôł jem wierzëc w taczé rzeczë... – Tedë w co jesz wierzisz, Barnimie z Zôwòrów, Apartny Grifie? – Jô? Jô wierzã leno w se. Ë w swój miecz. Ë w dobrze zarobiony dëtk za ùrżniãcé hewò taczich, jak nen mùmk. – Kòżdô wiara, to ju jakôs wiara... – Dali nie wiém, cëż ze mną. – Jô téż nié. Le wiedno móm to, czegò chcã. A terô, Barnimie, chcã, cobës pòszedł na prawą stronã zómkù. Tam w mùrze nalézesz wiele wëżłobiéniów, a w dzurach rozmajité rzeczë. Môsz wëbrac leno jedną znich. Taką, jaką bãdzesz chcôł. Le ten jeden rôz kawel pòzwòliwô cë wëbrac, co sóm chcesz. To òd ce zanôlégò, co dali z tobą mdze. – Tej do ùzdrzeniô! – Móm nôdzejã, że rëchli, jak slédnym razã... Nié do kùńca rozmiôł slédné zdanié. Za prawim fértlã zómkù fakticzno szło nalezc wëżłobinë w mùrach, a bënë nich rozmajité sprzãtë. Bëłë tam bòkadné szatë, òzdobë ë nôrzãdła, bëłë cãżczé kòfrë ë klucze, nie je wiedzec, do czegò pasëjącé. Bëłë téż miecze, òbleczenia dlô ricerzów ë dlô jich kòni. Biésnik nalôzł téż w czile dzurach szklóné zbónë z alkòhòlama, miksturama ë czims, co pôchniało jak stãgłô wòda, chòc miało


----------------------------------------------------------37

gãstosc ë wëzdrzatk szokòladë. W jinszich dzurach nańdowôł téż rozmajité zela, czasã taczé, ò jaczich leno czuł abò czëtôł dzes, nie pamiãtôł ju dze. Ë zdecydowôł. Wëbrôł jedno z nich. Pòmëslôł, że skòrno z tëch wszëtczich sprzãtów z kòżdim mógłbë cos zrobic, kòżde z nich ò czims bë swiôdczëło, kòżde pòcygnąc mògłobë jaczés zadania, jaczé wskôże mù widzałô brutka z zómkù, gôdającë, że je to wskôz kawla, to leno to jedno z niczym nie mdze so wiązac. Zeleskò ni miało niżódny magiczny ani alchemiczny mòcë, rosło wszãdze, a tak pò prôwdze nie je wiedzec dlôcze ë zaczim. Bëło leno głosã dôwnëch czasów, le głosu tegò nie dało sã nigdze czëc. Wëbrôł wietew parpacë. *** Pò zdżinienim wizje zómkù Barnim jesz czile gòdznów stojôł na grzëpie z trzema chójkama, trzëmającë wietew parpacë w lewi rãce ë miecz w prawi. Nié do kùńca rozmiôł, cëż to wszëtkò miało znaczëc. Żdôł do rena, cobë sã ùgwësnic, czë czasã nie òstôł zaczarzony, wcygniãty w swiat ùkôzków. Le nié. Swiat béł taczi, jak dzéń rëchli. Nick nie wëzdrzało jinaczi, nawetka òdgłosë ze wsë przëbôcziwałë te z wczora. – Në nick, mdze mùsz jic do wsë ë cos zjesc... – rzeknął, wkłôdającë czësti miecz do miecznicë. Pòszedł prosto do chëczów kòwôla. Pòd krëszką nicht nie sedzôł. Ju bùten czuł zwãczi z bëna warstatu. – Në ë jak sprawa tegò naszégò Bòrówca czë jak mù tam? – spëtôł bez przëwitaniô kòwôl, wcyg ùderziwającë młotã w rozgrzóné żelazło. – Wëzdrzi... że sprawa... załatwionô! – próbòwôł przekrzëczec metaliczné zwãczi biésnik. – Tej dobrze! – rzeknął wiesoło Szmët. – Le bãdzece mùszelë jesz pòżdac, bò wasza szkapa żdaje za nowima bótama. – Le òna... nie brëkùje! – corôz lepi zaczął rozmiec, dlôcze kòwôl rëchli gôdôł jakòs wòlni jak wszëtcë. – Za pózno. Stôré móm ji ju scygłé, a nowé ju są wnetka fardich! – pòkôzôł, pòdnosziwającë ju ùkùtą pòdkòwã ë wkłôdającë jã do wòdë. – Le ni móm dëtków. Jesz. – Ò dëtkach të mie tu nie gôdôj. Òd wczora mój kòwalczik jakbë sã zmienił pò waszi gôdce z nim ë je jakòs barżi robòcy. To je dlô mie dobrô zapłata. Nie gôdającë ò załatwienim sprawë z tim Bòrówcem. – Le jô jesz nie wiém, czë ta sprawa je tak richtich załatwionô. Jesz òstónã tu na jedną noc ë pùdã w las to sprawdzëc. – Tej jesz lepi! Szkapa zdążi sã przënãcëc do nowëch bótów! – zasmiôł sã kòwôl, òdkładającë dopiérze co wëstëdłą pòdkòwã na stół, na jaczim leżałë ju dwie jinszé pòdkòwë. – Tak czë jinak, chcôłbëm kùpic dzes tuwò cos do jedzeniô ë przespac sã do nocë, cobë nabrac nowi mòcë. – Biéjce do naszégò szkólnégò. Nad szkòłą je niewiôlgô jizba, dze szkólny mieszkôł za kawaléra. Mòże was tam pùscy. A zjesc mòżece kòl mie. Za jaczés pół gòdznë mdã miôł pòdpôłnik. – To i tak za wiele: pòdkòwë, pilowanié kònia, terô jesz pòdpôłnik... – Në, proszã sã ju nie wëkrãcywac. Gòsc doma, Bóg doma! *** Na òbrazu na scanie nad wërã w szkòłowi jizbie namalowónô bëła córka szkólnégò. Òbrôz béł wnetka jak nowi. Dzéwczã miało wiôldżé, mòdré òczë ë dłudżi, jasny dut. W snicym mia jesz mòdri, krótczi kléd ë zëmné rãce. Bëła jak prôwdzëwô. Bëła jak żëwô.


38-----------------------------

M T M - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - -

*** Czej sã zbùdzył, bëło ju cemno. W lasu równak nick nie nalôzł. Dlô ùgwësnieniégò òstôł jesz na jedną noc. Le miast zómkù nalôzł leno grzëpã z trzema chójkama. Nigdze nie bëło widzec ani czëc Gniotë. Sprawa bëła zamkłô, a przënômi tak wëzdrza. Reno rësził do szôłtësa Bùlczoka. Nalôzł gò w paradnicë, nad frisztëkem, jaczi wierã prawie co przëniosła mù jegò białka, Bògùsza. Szôłtësënô przërëchtowa mù sadzoné jaja. Wëjôdôł je łëszeczką. – Trzë dnie! Tëlé minãło òd naszégò slédnégò pòtkaniô! – rzeknął szôłtës, jakbë òdkrił cos, co miałobë zmienic kawel swiata. – Sprawa załatwionô. – Bòrówc ùbiti? – Rzekł jem. – Załatwionô nie znaczi, że ùbiti. Dëtczi leno za to, co w klëce stojało – wëcygnął sprzãt spòd biórka, przë jaczim sedzôł, jaczé wierã bëło barżi stołã, przë jaczim jôdł kòżden môltëch. – „Dobri zaróbk za ùbicé Bòrówca. Alojz Bùlczok, szôłtës Smôłdzëna” – przeczëtôł z kôrtczi, jaką wëcygnął z czôrnégò drąga. – Czej gôdôm, że załatwionô, tej je załatwionô. – To jak móm płacëc za cos, czej nie widzã za co? – Bédëjã jic nocą do lasa ë sprawdzëc, czë je za co, czë jesz nié. – Në dobra – jakbë skùńcził sã sztridowac. – Tej wiele za niegò chcesz? – Dwasta piãcdzesąt. – Dwasta. – Dwasta piãcdzesąt. – Trzë dnie nazôd gôdôł jes ò rabace! – To wë jesce rzeklë, nié jô. Dwasta piãcdzesąt. – Za trzë dnie òpóznienia nôleżi sã zniżëc priz! Dwasta dwadzesce! – Robòta je zrobionô. A tak lëdze bë dali dżinãlë. – Dwasta trzëdzesce! – Trzësta! – biésnik miôł ju dosc. – Ech... Niech bądze dwasta piãcdzesąt – wëcygnął spòd biórka miészk. W miészkù gwës nie bëło dwasta piãcdzesąt dëtków. Co nôwëżi dwasta trzëdzesce. Tak przënômni òbtaksowôł Barnim, czej pòdniósł miészk prawą rãką. Spòzdrzôł jesz przë tim na szôłtësa, jaczi zrobił głupą mùniã. – Në cëż? A pòdatk? A za sedzenié ë pògòrchã dzéwczãtów we wsë? A za... – wërechòwiwôł dali. Barnim zdążił ju wińc bez pòżegnaniô z chëczë. – Cëż za nôród... Wszãdze to samò... Nadstawiôj za nich gnôtë, jesz sã tôrgùją ë płacą jak sã jima widzy... Cëż za nôród... – narzekôł cëchò Barnim, biésnik sedzący na czôrnym kòniu, jaczi wiedzôł, dze mô jachac ë pòtrząsôł leno łbã, jakbë pòtakiwôł na żale swòjégò pana, Apartnégò Grifa. – Widzec, taczé czasë, Wiśta. Taczé czasë. Nowé czasë!


----------------------------------------------------------

Gracjana Pòtrëkùs


Skra - pismiono ò kùlturze 1/2014 (1)  

Ò kùlturze, Pòmòrzim ë Kaszëbach. O kulturze, Pomorzu i Kaszubach.

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you