Page 1

Zapraszamy na imprezę

Sizeer Music On Tour [str. 4]

Muniek Staszczyk Chcę popatrzeć na wszystko z dystansu

Mateusz Ligocki

Prażenie na leżaku mnie męczy

Ewa Farna

Ciągle mam mały problem z zapamiętaniem tekstu

Szczepan Karpiel-Bułecka Dobry rap czy reggae robią robotę Breaking Bad Serialoza se01e02 Bałkany Serce Europy

Wrzesień – grudzień 2012 Egzemplarz promocyjny Numer: 10


SI 9 / 2012

SI edytorial

SPIS TREŚCI 03. Wstępniak 04. Sizeer Music On Tour 06. SI Star - Muniek Staszczyk 10. Trendy – jesień – zima 2012/2013 14. Bałkany – serce Europy 18. Sesja zdjęciowa 32. SI Star – Ewa Farna 36. Lookbook 39. OSA – Osobista Stylistka 40. Kulturalna jesień 46. Recenzje filmowe

48. SI Star – Szczepan Karpiel-Bułecka 50. SI Star – Mateusz Ligocki 54. Jesienne drinki 56. Mroczne granie 58. A może tablet? 60. Szczęście, przypadek i kradzież 63. Czytelnia 66. Breaking Bad 68. Dubstep, czyli nie wszystko było 70. Lista sklepów

sizeer.com e-sizeer.com

facebook.com/Sizeercom facebook.com/sklepsizeercom

WSTĘPNIAK Zdmuchujemy świeczki na torcie, przekazując w Wasze ręce jubileuszowy, 10. numer „SI Magazynu”. Przedstawia się on naprawdę koncertowo! Na początek porcja pozytywnej energii, która pozwoli Wam zapomnieć o jesiennych chandrach i depresjach. Zgodnie z obietnicą inaugurujemy cykl Sizeer Music on Tour, czyli pięć wyjątkowych imprez w klimacie dubstepowym, które odbędą się w październiku i w listopadzie. W „SI” znajdziecie dokładny rozkład jazdy tego wyjątkowego wydarzenia (str. 4–5) oraz dowiecie się, dlaczego Muse, Dave Grohl, Linkin Park i wielu innych artystów fascynuje się tym najmodniejszym obecnie gatunkiem muzycznym (str. 68–69). W melodyjny klimat z pewnością wprowadzą Was wywiady z naszymi muzycznymi gwiazdami. Muniek Staszczyk odsłania kulisy czteroletniej pracy nad nową płytą, a Ewa Farna, najbardziej zapracowana nastolatka w Polsce, opowiada o udziale w „Bitwie na Głosy” i o tym, dlaczego chciałaby zostać… prawnikiem. Muzyczne dygresje znajdziecie także w wywiadach z pogromcami śniegu i sportów zimowych – Mateuszem Ligockim i Szczepanem Karpielem-Bułecką. O zimie nie zapominamy, zwłaszcza że nadchodzi i to wielkimi krokami. Dlatego każdy z Was w tym numerze otrzymuje od nas porcję porad w duchu dominujących trendów na chłodne miesiące oraz przegląd kolekcji topowych marek. Plus obowiązkowe stałe rubryki, które zaspokoją wszystkich spragnionych wiedzy o festiwalach, książkach, płytach i serialach. I wszystko gra. Śpiewająco. Niezmiennie od ostatniego razu miłej lektury życzy duet żeński!

/03


SI music

SI 10 / 2012

SI 10 / 2012

Artyści oraz kluby, w których odbędą się imprezy, to kwintesencja wysublimowanego stylu i ducha aktualnych rytmów, którymi tętnią ulice miast. Imprezowy cykl Sizeer Music On Tour przybliży to, co najciekawsze we współczesnej muzyce elektronicznej i przedstawi, co jeszcze nieznane szerszej widowni w Polsce. Zdominowane dudnieniem basu nurty, takie jak electro, drum’n’bass, dubstep, grime czy najświeższe dźwięki trap i juke, przybiorą kształt żywej, imprezowej tkanki. Specjalnie wyselekcjonowane klubowe przestrzenie zapewnią dodatkowe emocje wszystkim wydarzeniom spod znaku Sizeer Music. Akcja związana jest mocno z kampanią multibrandową, która w październiku i na początku listopada będzie widoczna w salonach Sizeer. Muzyczny klimat świetnie uzupełnią imprezowe buty najlepszych marek. Jesteśmy pewni, że cykl Sizeer Music on Tour zapisze się złotymi zgłoskami w polskiej historii klubowej. Zostań jej integralną częścią. Marka Sizeer i Agencja Broken Music zapraszają. Po prostu musisz tam być.

SI music

je się w mocnych brzmieniach szeroko pojętego stylu dubstep. Twórcy takich hitów, jak Piano Tune czy Motion, wystąpią obok nie mniej popularnego tria z Londynu – Bare Noize, które znane jest z mocnego klubowego brzmienia basslinowego. Artyści wyłamują się jednak z ram gatunku, idąc mocno w stronę drumstepu czy electrotrashu. Ten zestaw stanowi mocno wybuchową mieszankę, która gwarantuje niezapomniane przeżycia muzyczne. [www.facebook.com/BAR9UK] [www.facebook.com/barenoize]

AXMusique to electrorockowy zespół z Polski. Choć ich brzmienie – oparte na wokalu, programmingu i perkusji – sugeruje raczej wpływ electro z dużą domieszką breakbeatu, to inspiracje muzyków wypływają z zupełnie nieoczywistych fascynacji. Z jednej strony jest to rock’n’roll wraz z charakterystycznym dla niego zamiłowaniem do energetycznych riffów i porywających partii wokalnych. Z drugiej – bezkompromisowa miłość do mocnych, łamanych bitów i głębokiego basu.

Black Sun Empire (NL) – Poznań

Już 6 listopada Browar Mieszczański we Wrocławiu będzie gościć 10. edycję festiwalu Audio City. Przez ostatnich pięć lat to wydarzenie urosło do skali jednej z najważniejszych imprez sceny elektronicznej. Początki datowane na 2006 r. to czas śmiałych prób łączenia kolektywów wrocławskich scen: acid, electro, deep, d’n’b, dubstep, industrial, minimal, techno oraz trance. Dzięki wspólnej pracy i zaangażowaniu udało się stworzyć niepowtarzalny festiwal, z roku na rok przyciągający coraz większe grono uczestników. Na tegoroczną edycję złożą się zróżnicowane sceny muzyczne i światowej sławy gwiazdy d’n’b, techno oraz dźwięków gritty: Jeff Amadeus, Klute i Glenn Wilson. Oprócz scen techno i d’n’b będzie się można zanurzyć w dźwiękach i scenografii psychedelic/goa trance. Lineup uzupełnią znane postaci polskiej sceny elektronicznej, jak i wschodzące młode gwiazdy.

BSE to jedni z weteranów muzyki drum’n’bass spoza Wysp Brytyjskich. Działalność rozpoczęli w 1995 r., aby po prawie dwudziestu latach aktywności na scenie nadal zapełniać parkiety na całym świecie. Aktualnie promują swoje ostatnie wydawnictwo From the Shadows, z którym odwiedzą również Polskę. Niezmienną rozpoznawalność zawdzięczają ciągłemu poszukiwaniu zupełnie świeżych brzmień. Gooral & Rebeka & AXMusique – Łódź Gooral to producent, „generator dźwięków” i prekursor łączenia electro, dubstepu i d’n’b z góralszczyzną. Wielki wpływ na jego twórczość ma miejsce, z którego pochodzi – Bielsko-Biała. Dla jednych to furtka na góry, dla drugich – na miejski zgiełk. Gooral ma bliżej do miasta, ale w górach spędził pół życia, trenując i ucząc ludzi jazdy na nartach. Właśnie wyszedł jego nowy singiel Pod jaworem, pięknie wzbogacony osobliwym animowanym klipem. Już pierwszego grudnia ukaże się kolejny album artysty. Kilka nowych utworów zapewne usłyszycie na imprezie w Łodzi.

Masz ochotę na totalny odlot? Przygotuj się. Jesień tego roku upłynie pod znakiem najlepszej muzyki klubowej, a wszystko to za sprawą cyklu imprez Sizeer Music On Tour. Artyści ze światowej czołówki współczesnej muzyki elektronicznej wprawią w pulsujące i energetyczne wibracje pięć największych miast Polski: Kraków, Sopot, Poznań, Łódź i Wrocław. Sprawcami całego zamieszania są sieć Sizeer oraz Agencja Broken Music.

/04

Już wkrótce kolejne imprezy! Sprawdź na [SizeerMusic.com]! Artyści Bar9 (UK) & Bare Noize (UK) – Kraków / Sopot Czas na długo oczekiwany występ Bar9, aktualnie jednego z bardziej rozpoznawalnych duetów z Wielkiej Brytanii, który specjalizu-

W przypadku Rebeki wszystko zaczęło się od bunkra atomowego, w którym pewnej nocy powstała piosenka Stars. Keyboard otrzymany na komunię do czegoś się przydał. Płaski bit jak z Ameryki i… poszło. Potem były inne piosenki. W 2010 r. Rebeka nawiązała współpracę z utalentowanym producentem, instrumentalistą i kompozytorem Bartoszem Szczęsnym. Istotną częścią występów oprócz muzyki są wizualki. Rebeka kooperowała z kilkoma artystami uprawiającymi sztuki wizualne: Dominiką Olszowy, Matyldą Halkowicz, Pawłem Wocialem i VJ Jagodą Chalcińską.

Audio City – Wrocław

[www.brokenmusic.pl] [www.facebook.com/brokenmusic.agency]

/05


SI 10 / 2012

SI star

Powrót do przeszłości i wysiadka z tramwaju

Rozmawiała Magdalena Patryas/Valkea Media Foto Archiwum EMI Music Poland

O albumie Old is gold − najnowszej produkcji zespołu T. Love − opowiada Muniek Staszczyk.

Długo czekaliśmy na Waszą nową studyjną płytę, ta poprzednia ukazała się na rynku dokładnie 6 lat temu. Zrobiliście sobie wolne? Nie, wręcz przeciwnie, byliśmy bardzo zajęci, bo płyta Old is gold powstawała przez niemal 4 lata. W tym czasie zagraliśmy naprawdę koszmarną liczbę prób, nagraliśmy kilkadziesiąt pomysłów, z których na najnowszy album weszło tylko 22. Album jest dwupłytowy, upraszczając można powiedzieć, że jego pierwsza część jest bardziej bluesowa, druga – utrzymana w countrowo-folkowych klimatach cashowsko-dylanowskich. Jedno i drugie jest chyba dość dalekie od tego, co robiliście do tej pory? To zależy, jak się na to spojrzy. Z jednej

/06


SI 10 / 2012

SI star

strony wcześniej inspirowaliśmy się raczej muzyką brytyjską, a ten album odwołuje się w dużej mierze do tego, co robili starzy amerykańscy bluesmani, ale z drugiej strony – ich muzyka to właśnie źródła rock and rolla. Punk rock, z którego T.Love wyrósł, nie jest przecież niczym innym jak przyspieszonym rythm and bluesem. Można więc uznać, że wróciliśmy do źródeł. To oczywiście nie znaczy, że teraz zamierzam zostać bluesmanem. Czy ten powrót to jest może jakaś rocznicowa deklaracja? Bo płyta ukazuje się trzydzieści lat od powstania zespołu, a w dodatku nosi nazwę Old is gold, czyli w wolnym tłumaczeniu „stare jest piękne” albo „stare jest cenne”… Deklaracja nie, ale rzeczywiście kilka rzeczy się tu zbiegło. Ta muzyka jest old i my też. Na pewno nie nagrałbym takiego albumu w wieku 30 lat, ale czarnego bluesa – Muddy’ego Watersa, Johna Lee Hookera, Howlina Wolfa słuchałem nawet w tych najbardziej punkowych czasach. W tej muzyce jest jakaś prawda zupełnie nieprawdopodobna. To częściowo wynika z biografii tych facetów. Przy nich Rolling Stonesi to byli bardzo grzeczni chłopcy. Serial Martina Scorsesego The Blues dobrze to pokazuje. Zafascynował nas ten sound i postanowiliśmy się z nim zmierzyć. Żeby było jasne – nie nagrywaliśmy coverów – bo było już trochę nieporozumień na ten temat. To są nasze piosenki, po prostu udało nam się – taką mam przynajmniej nadzieję – przetransponować ducha tamtej muzyki na język T.Love. To nie było wcale łatwe, ale dzięki tej ogromnej liczbie prób, które zagraliśmy przez cztery lata, udało się osiągnąć to,

/08

SI 10 / 2012

najbardziej „retro”, a do tego, prócz odpowiedniego sprzętu, potrzebna jest przestrzeń. Wokale rejestrowaliśmy w analogowym studio Wojtka Czerna w Rogalowie, na sprzęcie z lat 30. i 40. Dęte instrumenty też były nagrywane na starych mikrofonach z epoki. Teraz najbardziej mnie interesuje, jak na to wszystko zareagują ludzie młodzi – czy to do nich przemówi. Bo pomijając już wszystko inne, dwupłytowy album to jest dość niemodny ruch… To są aż 22 piosenki, a w dzisiejszych czasach ludzie nie mają czasu na słuchanie muzyki, tylko szybko ją zjadają i wydalają. Nie żebym krytykował. Po prostu w takim czasie przyszło nam żyć. Płyta ukazuje się na rynku 16 października, potem jedziecie w trasę, ale podobno zaraz po niej zamierzasz zawiesić działalność zespołu na półtora roku? Gramy do końca grudnia, a potem robimy sobie urlop. To jest głównie moja decyzja, uznałem, że przyszedł na to czas.

o co nam chodziło – zespół zaczął swingować, grać muzykę ducha. Co wymagało mnóstwa pracy… Podobnie jak produkcja płyty. Album wyprodukowaliśmy z Maćkiem Majchrzakiem. Od początku mieliśmy świadomość, że to będzie bardzo droga w produkcji płyta i że praca nad nią będzie żmudna, bo uzyskanie takiego brzmienia, jakie sobie wymarzyliśmy, nie jest wcale proste. Nigdy wcześniej nie podeszliśmy do czegoś aż tak precyzyjnie i z takim zaangażowaniem, co nie znaczy, że wcześniej się w produkcję

płyt nie angażowaliśmy. To jest nasz najdroższy album i chociaż pokładamy w nim spore nadzieje, to ekonomicznie się z pewnością nie wyrówna. Żeby to zrealizować tak, jak chcieliśmy, musieliśmy trochę dołożyć z własnego, zespołowego budżetu. Na szczęście jako „przedsiębiorstwo” T.Love mamy taki fundusz, z którego możemy dołożyć do różnych projektów. Jak to wyglądało od strony technicznej? Nagrywaliśmy w dużym studio radiowym, gdzie zwykle pracują orkiestry symfoniczne. Chodziło nam o to, żeby dźwięk brzmiał jak

SI star

decyzja, że chcę zmienić wszystko w swoim życiu, bo mi się ono nie podoba i w związku z tym teraz pojadę do Indii, będę uprawiał ogródek albo ćwiczył jogę. Nie, ja tylko chcę na chwilę wysiąść z tego tramwaju. Chcę popatrzeć na wszystko z dystansu. A nie boisz się, że pierwszego, może drugiego stycznia obudzisz się rano i pomyślisz „co ja mam ze sobą zrobić”? Ale ja właśnie chcę się przekonać, co ja ze sobą zrobię. Przede wszystkim chcę zobaczyć, jak się żyje bez tego wszystkiego, co mi z różną intensywnością towarzyszy od 30 lat. Dlatego nie snuję żadnych planów. Nie wybieram się na wycieczkę dookoła świata. Może pojadę tu, a może tam. Mogę z synem gdzieś się wybrać, z córką, z żoną. Mogę znajomych na wsi odwiedzić… Jeden kolega z Ameryki mówi „przyjedź, pojedziemy do Teksasu, Nowego Orleanu”... Może pojadę, a może będę siedział w domu albo tylko w Bieszczady się wybiorę. Jak mi przejdzie

to półtora roku – nie wiem. W styczniu sobie siądę i się zastanowię. Na pewno wiem tylko, że będzie jedna przerwa w tym urlopie – koncert w warszawskiej Stodole w 2013 roku – gramy tam co roku i chcę utrzymać tę ciągłość. No, i jeśli byłaby taka sytuacja, że ktoś nam zaproponuje, żebyśmy byli supportem przed The Rolling Stones, to na pewno się zgodzę – z tego nie zrezygnuję. Gdziekolwiek bym był, to wrócę. A kiedy wrócicie na dobre? I czy na pewno? Umówiliśmy się, że zaczynamy znowu grać od wiosny 2014. Zachowujemy salę prób, sam pewnie będę tam wpadał, chociażby po to, żeby głosu użyć – bo człowiek musi się czasem wydrzeć. Mamy materiał jeszcze na dwie płyty. Tu, w tym pudełku jest około 50 piosenek, które nie weszły na ten album nie dlatego, że były złe, tylko dlatego, że nie pasowały do jego koncepcji. Z pewnością nie pójdą do śmietnika.

Masz dość rock and rolla? Właśnie nie mam. Ale tak zdecydowałem, bo uważam, że warto sobie zrobić urlop w momencie, który jest fajny, a nie wtedy, kiedy jesteś w depresji i wszystko wokół cię złości. Dla mnie to jest właśnie taka chwila. Z jednej strony po nagraniu tego albumu mam dobrą energię, a z drugiej – jestem wypompowany. Jakbym teraz usiadł do pisania tekstów, to chyba nic bym z siebie nie wykrzesał. A poza tym 30 lat jestem w tym tyglu. Potrzebuję przerwy i czuję, że potrzebuję jej także jako zespół. To ma być czas na to, żeby wyjść z ustabilizowanego rytmu i mocno zatęsknić za czymś, co się nazywa T.Love. W żadnym wypadku nie jest to taka

/09


SI 10 / 2012

SI style

TRENDY JESIEŃ/ZIMA 2012/13 — czyli o króliczkach, wieczorkach i jedzeniu kiełbasek z żuka

Tekst Wojciech Skulski

Dziewczynki, dziewczyny i kobiety

Nastał nowy sezon i boisz się, że wszystko, co masz w szafie, stało się niemodne? Spokojnie, najpierw przeczytaj nasz przewodnik po najważniejszych trendach, a potem wybierz coś dla siebie. Pamiętaj, że zawsze najmodniejsze jest bycie sobą! Określ, co lubisz, a potem dobierz do tego odpowiedni strój i wyraź siebie. To bardzo proste!

To jest Twój czas. Brokat, cekiny, futra, mocny kolor, psychodeliczne wzory i skóry – to wszystko jest bardzo trendy. Na przekór opowieściom o kryzysie, biedzie i zaciskaniu pasa projektanci eksponują bogactwo. Co tam ekologia i drugie życie produktu, ważniejsze, byś błyszczała, „świeciła jak miliony monet”, jakby zaśpiewał Mrozu. Także tiary, wielkie naszyjniki czy torebki wysadzane szlachetnymi kamieniami dodadzą Ci sporo szyku i należy je wydobyć z dna szafy, gdzie, biedne, pokrywały się kurzem, bo ktoś je określił mianem obciachowych. Zresztą to tylko dodatki. Należy przede wszystkim postawić na skórę – czarną, błyszczącą, noszoną od stóp do głów, bo modne są nie tylko skórzane kurtki, ale i buty, spodnie, spódniczki, sukienki, a nawet skórzane pierścionki. Oraz na futro – kolorowe (czarne, żółte, błękitne, brązowe, norka, królik, szynszyla…), puszyste, takie trochę w stylu Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej, byle nie sztuczne. Koniecznie do tego futrzana torba, rękawek lub kołnierzyk, i już jesteś modna, i już widać, że Twój portfel pełen jest złotych i platynowych kart. Bling, bling. Dalsze inspiracje znajdziesz w relacjach z pokazów takich marek, jak: Dolce&Gabbana, Lanvin, Jean Paul Gaultier czy Alexander McQueen.

/10

1. Jeśli lubisz „na bogato”…

SI 10 / 2012

SI style

2. Wybierz swój ulubiony kolor. Najprawdopodobniej jest modny. Po pierwsze, dominują teraz mocne, nasycone i zdecydowane barwy. „Kolorowe kolory” przetrwały lato i wciąż pozostają w modzie. Najmocniej widoczny jest kobalt, ale nie tylko, bo wybijają się jeszcze fuksja, papaja, turkus, tabasco – barwy ostre i odporne na szybkie przemijanie. Poprawią Ci humor i nie pozwolą zasnąć w tramwaju w trakcie jesiennego przesilenia. Jest tylko jedna zasada – nazwy kolorów muszą być wyszukane. Nie pozwól nikomu powiedzieć, że Twoja bluzka jest różowa. Róż, pomarańcza, niebieski są so last season. Pozwól sobie na koral, zapomnij o pospolitości. Po drugie, jako najmodniejsze wymienia się kolory: miedź, kamelowy, sarenkowy (!) czy bardziej pospolity kasztan (bo tak się teraz mówi), butelkowy, kolor wina, przydymiony błękit, oliwka, bakłażan. Czyli barwy, które od lat pojawiają się jesienią i zimą, by pomóc nam zharmonizować się z otoczeniem. Jednym z nielicznych wyróżników tego sezonu jest ich szlachetność: są nasycone, pięknie zestawione, kompletne. I najważniejsze: najmodniejszymi z modnych kolorami tej jesieni są czerń i szarości. Należy je nosić w wersji total: zamieniając się w czarną wdowę lub szarą myszkę. Można je zestawiać z innymi barwami. Ważne, by nie łączyć więcej niż dwóch, trzech kolorów i by same połączenia były modne, a do takich należą: antracyt z żółtym, czarny z fuksją, szary z szarym (tzn. różne odcienie szarości w całości stylizacji), kobalt z czernią. 3. Jeżeli jednak nie lubisz przepychu, przepychać się i być popychaną... Projektanci mają propozycję również dla Ciebie – możesz wybrać któryś z kolejnych ważnych trendów: minimalizmu, militaryzmu i… sportyzmu. Oczywiście, wszystkie te tendencje należy pojmować w specyficzny sposób. Na przykład minimalizm w tym roku to zabawa formą: mała czarna sukienka będzie modna tylko wówczas, gdy ma kilka ciekawych cięć, jakieś drapowanie, asymetryczne przeszycia. A przede wszystkim jeśli będzie z dwóch różnych materiałów – że niby cała wełniana, a jednak z jednym ramiączkiem skórzanym. Masz zagwarantowane miano fashionistki, jeśli umiejętnie połączysz różne tkaniny i faktury w prostych, ponadczasowych stylizacjach. Podobnie będziesz in, a nie out, gdy założysz mundur po dziadku czy wylicytujesz na Allegro wojskową kurtkę.

/11


SI style

Tylko bez przesady! Takie militarne gadżety należy łączyć z T-shirtami czy kolorowymi akcesoriami i złotymi kolczykami. Właśnie! W secondhandzie oprócz garderoby w stylu bohaterów serialu Czas honoru warto wygrzebać sportowe wdzianka retro. Olimpiada namieszała w głowach Wielkich Krawców (szczególnie Wielkiej Szalonej Stelli McCartney) i sprawiła, że wszelkie sportowe odwołania w stroju są bardzo trendy. Dlatego rządzą sportowe sukienki niby z dresu, dzianinowe, szare spodnie, czapki dżokejki czy kolorowe, bardzo obcisłe kolarskie kurtki. Wszystkim kobietom, które nie muszą nic udowadniać, projektanci pozwalają na bycie sobą. Łaskawcy. 4. A może jesteś fetyszystką? To super. Bo ten sezon obfituje w wiele modowych fetyszów. Wystarczy jeden z wymienionych dalej elementów garderoby i już jesteś modna. Oto: szerokie spodnie, szerokie spódnice długości trzy czwarte, baskinka, męski, ale damski garnitur, długi żakiet, peleryna, kapelusz, torebka w kolorze fluo – i już, po krzyku. Nie musisz wymieniać całej szafy – możesz dołożyć jedną, jedyną rzecz, i Twoje stylizacje nabiorą modowego sznytu. A jeśli naprawdę chcesz zrobić wrażenie, postaw na gadżety takie jak: suwaki (czyli, mając do wyboru sweterek na zamek i na guziki, postaw na ten pierwszy), buty kolorowe lub z dwóch różnych materiałów, dwóch rodzajów skóry, może też z futrzanymi ozdobami (bo opowieści o baroku, modnych kolorach i minimalizmie sprzed kilku akapitów dotyczą także akcesoriów). Generalnie to, jakimi dodatkami uzupełnisz stylizacje, wystawi Ci świadectwo. Wierzymy, że już wiesz, jak dostać czerwony pasek:). Chłopcy, mężczyźni i mężowie 1. Jeśli „jesteś umysł ścisły”, podobają Ci się melodie, które już raz słyszałeś. Mógłbyś się odnaleźć nie tylko wśród bohaterów kultowego Rejsu. Również w modzie w tym sezonie główny nacisk kładzie się na to, co już kiedyś było modne. Rewolucji brak. Najmodniejsze pozostają jesienne desenie, kraty, stonowane nadruki. Nie wyrzucamy niczego, co ma dwa rzędy guzików lub zyskało miano klasyki. To jest wciąż modne. Wysokie buty – zostają, skórzane rękawiczki – niezmiennie dodają sznytu, brody i wąsy – niby passé, a jednak wciąż wytrawni modowi gracze nie używają maszynek do gole-

/12

SI 10 / 2012

SI 10 / 2012

nia. I kapelusze: niezmiennie na topie. Wszystko, co robione ręcznie, wysokogatunkowe; ogólnie stroje rodem z filmu Wielki Gatsby pozostają obowiązkowymi pozycjami w modowych rozgrywkach. Nieustannie. Jeśli w poprzednich sezonach Twoi znajomi mówili Ci, jak zajefajnie wyglądasz, w tym najprawdopodobniej nic się nie zmieni. 2. Z kolorów najbardziej lubisz czarny, ewentualnie granatowy. Brawo! To trafny wybór – sezonowa paleta kolorów oparta jest na dwóch dominujących, klasycznych barwach: czerni i granacie. Można ubierać się w nie od stóp do głów, można je łączyć ze sobą (to chyba najbardziej cool połączenie jesieni 2012 i zimy 2013). Oczywiście, na wybiegach pojawiły się jeszcze inne kolory: purpura, papaja (to taki czerwono-pomarańczowy), różne odcienie rudego, ciemnozielony, szarości, błękity, a nawet żółty. One także są modne, ale nieobowiązkowe. 3. Twój styl to skóra, fura i komóra. Łał. Nie dość, że zaimponujesz prawie każdej lasce, to jeszcze gdy zamienisz furę na futro, okażesz się najmodniejszym gościem na osiedlu. Skórzane możesz mieć wszystko: spodnie, kurtkę, buty, czapkę, marynarkę, torbę lub chociażby skórzane wstawki w T-shircie. W futro zainwestuj tylko w wykończeniach: kołnierzyki, rękawy, poły płaszcza, obszycie kaptura, czapka. Naturalnie, możesz założyć futrzany płaszczyk – będziesz wtedy modny, ale i trochę śmieszny, a przecież nie o to chodzi. Lepiej wybierz aksamit, to trzeci najmodniejszy materiał sezonu: w aksamitnej marynarce będziesz wyglądał jak milion dolarów. 4. Chciałbyś się gdzieś ukryć. Jesień wzmaga depresję, a moda pomaga się schować… w za duże ubrania. Oversize – tak ten trend nazywa się w obcym języku i oznacza, że swetry, bluzy i spodnie mają być w rozmiarze o kilka numerów większym niż zazwyczaj nosimy. Mieszczą się tu też szerokie spodnie, które będą pewnie określane jako must have sezonu. Kto się nabierze, niech nie żałuje, że wołają za nim na ulicy „klaun”. To, że projektanci stawiają na spodnie podciągnięte prawie pod pachę i po prostu przyduże, nie oznacza, że należy im ślepo wierzyć. Lepiej inteligentnie bawić się tym stylem – nie nosimy ubrań po starszym

SI style

bracie, lecz na przykład wysokogatunkowe (z dodatkiem kaszmiru), rozpięte kardigany do kolan. Całość uzupełniamy – koniecznie! – trampkami. 5. Jesteś wiecznym studentem. Super, ale tylko jeśli wybrałeś amerykańską uczelnię. Tendencja nazywana campus albo college to również nic nowego w modzie. Tym razem najważniejsze są baseballowe czapki i wszelkie wariacje na ich temat, kurtki bejsbolówki i kurtki-parki. Nie, nie chodzi o miejsce do spacerowania z drzewami i ławkami. Parka to rodzaj krótkiej, obcisłej sportowej kurteczki, i jako rzecze jeden z blogerów piszących o stylu, ta jesień to „renesans parki”. Zatem kup sobie rutinoscorbin i pij tran, bo o przeziębienie w takim wdzianku łatwo. 6. Zastanawiasz się, czy nie zostać ekshibicjonistą. Zainwestuj w płaszcz. Tak naprawdę to główny punkt modowego przedstawienia tego sezonu. Płaszcz występuje w głównej roli. Powinien być widoczny, niepospolity, przyciągający wzrok. Może być uszyty z dwóch różnych materiałów: weluru i skóry, bawełny i nylonu; może być w mocnym, fluorescencyjnym kolorze albo z dziwnym nadrukiem (najlepiej, by był to motyw zwierzęcy: płaszcze w nietoperze albo z nadrukiem uśmiechniętej sowy będą największym hitem sezonu). Najważniejsze, by pomógł Ci być sobą – ma być niepowtarzalny jak osoba, która go nosi. Taki modowy podpis i popis zarazem.

2. Nauczycie się jeść na mieście. Najmodniejsze są wozy z jedzeniem. Krakowianie mają żuka obok Hali Targowej, z którego serwowane są najlepsze pod słońcem kiełbaski grillowane. Warszawiacy kochają wóz z hamburgerami na rogu Świętokrzyskiej i Mazowieckiej. A w innych miastach? Musicie to odkryć i gdy imprezujecie, właśnie tam chodzić coś przekąsić. Pysznie, tanio, modnie. 3. Organizujcie wieczorki filmowe. Najtrafniejszą lokatą w bycie modnym i lubianym będzie zakup projektora, skrzyknięcie znajomych (dalszych i bliższych) przez fejsa i zorganizowanie wieczoru z domowymi wegetariańskimi przekąskami typu hummus, wypożyczenie filmu z prawdziwej, podupadającej wypożyczalni i zabawa w kino. To dopiero wypas, moc i lans. Nieważne jest wszystko inne – organizatorom takich wieczorów wiele zostanie wybaczone, każdy modowy grzech. Tacy ludzie będą trendy przez cały najbliższy sezon. Proste? Niezwykle. Najważniejsze pozostają zabawa, luz i bycie oryginalnym – nie na siłę, ale z potrzeby serca. Nie bądźcie leniami i bierzcie się do roboty. To Wasz czas. Uwolnijcie go.

Dla wszystkich, płci obojga Jeśli grzecznie przeczytaliście artykuł i znaleźliście trend dla siebie, połowa pracy za wami. Połowa? Tak, ponieważ bycie modnym w ostatnim czasie przestało polegać tylko na ubieraniu właściwego obuwia i stylowej odzieży. To coś więcej: cały styl życia, orientowania się, gdzie chodzić, co lubić, z kim rozmawiać. Nie chcemy, byście przestali być sobą, wystarczy że: 1. Odpicujecie swojego smart-/ajfona. Modne są ubranka dla telefonów – doklejanie im króliczych uszu, doczepianie nakładek w ulubionym kolorze czy podłączanie słuchawek wyglądających jak oldschoolowe aparaty telefoniczne. Mały gadżet, a w oczach znajomych macie +10 modowych punktów.

/13


SI 10 / 2012

SI podróże

BAŁKANY — SERCE EUROPY Tekst i foto Aneta Kwaśniewska Planowo miała być Grecja z trasą wiodącą przez kraje bałkańskie (chociaż Grecja to też Bałkany). Po częściowym spenetrowaniu Serbii i pierwszym dniu pobytu w Macedonii zdecydowaliśmy: nie jedziemy do Grecji, chcemy poznać Bałkany! Te prawdziwe, dzikie, powojenne, jeszcze niezadeptane przez turystów, wyjątkowo gościnne, z mentalnością i kulturą odmiennymi od naszych, najeżone meczetami, no, i oczywiście ze wspaniałą kuchnią. 5 tys. km w 16 dni, 12 państw, spotkanie z Serbią, Macedonią, Kosowem, Albanią, Czarnogórą, Bośnią i Hercegowiną. Najpierw szybko przejazd przez Słowację (szybko na tyle, na ile pozwoliła obawa przed horrendalnie wysokimi mandatami za przekroczenie prędkości), następnie Węgry i wieczorna wizyta w pięknie iluminowanym Budapeszcie, a potem w głąb serca Europy. Po kilku godzi-

/14

nach przespanych w samochodzie gdzieś na parkingu przed serbską granicą dojeżdżamy do Nowego Sadu. Wita nas upał i serdeczność mieszkańców. Od razu zauważamy, że turysta, podobnie jak w pozostałych krajach bałkańskich, ma wyjątkowy status gościa, co jest zauważalne w każdym uśmiechu i geście gospodarzy. Następny punkt wyprawy to stolica kraju. Belgrad może i nie jest nobliwym miastem z pięknymi zabytkami i imponującą infrastrukturą, ale na pewno wypada go zaliczyć w poczet miejsc godnych uwagi. Tutaj po raz pierwszy widzimy ślady wojny zapisanej na kartach najświeższej historii Bałkan. Zbombardowany budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych przypomina o stosunkowo niedawnych wydarzeniach. Ze stolicy przegania nas budująca się powoli burza, która potęguje ponury klimat. Razem z wiatrem szalejącym po opustoszałych ulicach pędzimy dalej, do urokliwej miejscowości Nisz, w której poznajemy smakowitą kulturę, codzienne życie, wspaniałą kuchnię.

Tu w końcu oswajamy się z dwuznacznie brzmiącą nazwą bałkańskiego przysmaku, jakim jest burek. Odrzucając skojarzenia, burek to rodzaj bałkańskiego fast foodu. Cienkie ciasto kryjące w sobie farsz (do wyboru: mięso, ser biały, feta, szpinak) raczy kubki smakowe nawet najbardziej wybrednych koneserów. Po krótkiej nocy spędzonej w hostelu, którego byliśmy jedynymi gośćmi, oraz zapewnieniu przez gospodarza, że w Kosowie jest bezpiecznie, jedziemy właśnie tam. Po drodze mijamy tabliczki informujące o zaminowanym terenie, do widoku których po pewnym czasie się przyzwyczajamy. Miny przeciwpiechotne to poważne zagrożenie na terenach powojennych Bałkan. Należy pamiętać, by nie zbaczać z dróg asfaltowych, omijać szutrowe, wystrzegać się opuszczonych domostw. Teraz już wiemy, dlaczego nikt w nich nie mieszka. W korku na granicy serbsko-kosowskiej odczuwamy zwątpienie. Czy dobrze robimy, udając się do kraju o nie do końca uregulo-

SI 10 / 2012

wanej sytuacji politycznej? W końcu nie wszystkie państwa uznają Republikę Kosowa za samodzielny kraj. Na szczęście Polska jest wśród tych, które akceptują autonomię najmłodszego państwa Europy, więc liczymy na przychylność mieszkańców. Starówka Pristiny – stolicy Republiki Kosowa – to szeroki deptak tętniący życiem, z mnóstwem kawiarenek, z których dobrodziejstw korzystają tubylcy i garstka turystów. Jednakże otoczenie, wszechobecne nekrologi, napisy na murach, plakaty polityczno-historyczne i czujne oczy przechodniów potęgują bliżej nieokreślone wrażenie niepokoju. Po chwili się z tym oswajamy, chociaż w stolicy do końca czujemy się raczej nieswojo. Zgodnie z radą serbskiego hotelarza powściągamy wakacyjną swobodę i nadmierną ciekawość, pstrykamy kilka fot, pałaszujemy burka i ruszamy dalej. Kolej na Macedonię. To właśnie tam, w przepięknym Skopje, stolicy kraju, w zaciszu uroczej restauracji przy lampce wina i sarmie (to takie gołąbki zawijane w liście winogron) zapada decyzja, by Grecję odwiedzić w innym terminie… Bałkany zasługują na dogłębną eksplorację, nie da się powierzchownie tylko zasmakować przepięknych krajobrazów i wyjątkowej kultury, a potem jechać dalej. W Skopje na każdym kroku doświadczamy otwartości i serdeczności mieszkańców, którzy gotowi są służyć radą i pomocą niezależnie od sytuacji. Właściciel hostelu częstuje nas domowej roboty winem o niezapomnia-

SI podróże

nym smaku, którego nie sposób poczuć po otwarciu butelki ze sklepowej półki. Słynnej rakii, niestety, gospodarz już nie ma, ale następnego dnia obiecuje zaprowadzić nas do miejsca, w którym można kupić wysokoprocentowy trunek, oczywiście produkowany metodą homemade (mieszkańcy Bałkan gardzą sklepową rakiją). Jak na Polaków przystało, zaopatrzeni w co trzeba, ruszamy na podbój natury do kanionu Matka, który zachwyca swoim ogromem, strzelistymi skała-

mi i zieloną wodą o orzeźwiającej temperaturze 12 stopni. Na kąpiel z obawy przed hipotermią się nie decydujemy, co rekompensujemy sobie trzygodzinnym spływem kajakowym. Nocleg na dziko w kanionie dostarcza nam fali emocji (dosłownie) zwłaszcza rano, gdy z niewielkiej rzeczki, nad którą rozbiliśmy namiot, tworzy się prawie Wardar (główna rzeka Macedonii) w efekcie regulowania poziomu wody w pobliskiej tamie. Ruszamy dalej, nad jezioro Ochrydzkie, uwielbiane przez Macedończyków. Nie dziwi nas popularność tej części kraju. Czysta, ciepła woda, dobra baza noclegowa, temperatura, która nie topi asfaltu oraz urocze kawiarnie i restauracje, zlokalizowane w wąskich uliczkach odchodzących od gwarnego deptaku Ochrydy, składają się na klimat zachęcający do leniwego odpoczynku. Bardziej aktywni mają do dyspozycji szereg zabytków – od meczetów po twierdze i średniowieczne ruiny. Część jeziora leży po stronie albańskiej, zatem kolej na kraj mercedesem jeżdżący (w Albanii o statusie majątkowym mieszkańca świadczy samochód, najlepiej mercedes). Zaraz po przekroczeniu granicy wita nas zupełnie inny świat. Dziki i niedostępny, przez co bardzo urokliwy. Nie każdego zachwyci Albania, nas jednak urzekła. Kręte, wąskie górskie drogi mogą odstraszyć nawet najbardziej wprawnego kierowcę. Wrażenie złego stanu dróg potęgują zwierzęta, które należy uznać za normalnych uczestników ruchu. Typowym widokiem na drogach są osły,

/15


SI 10 / 2012

SI podróże

krowy, owce czy kozy, zupełnie niezdziwione widokiem mijających je samochodów. Niebezpieczeństwo zderzenia ze stadem krów czy samotnym osłem jest ogromne. Na szczęście nasze ubezpieczenie pokrywa transport zwłok do kwoty 30 tys. zł, więc łatwiej nam się odnaleźć w albańskiej dżungli komunikacyjnej. Jeszcze gorzej jest w albańskich miastach. Mieszkańcy tego kraju o przepisach ruchu drogowego słyszeli jedynie podczas kursu na prawo jazdy, a może w ogóle nie słyszeli. Nie wiedzą, do czego służą kierunkowskazy, za to świetnie operują klaksonem – rasowy albański kierowca zawsze trąbi przed manewrem wyprzedzania. Na dodatek wyprzedza zawsze i wszędzie. Na ulicach panuje wolna amerykanka. Jazda pod prąd czy tamowanie ruchu, bo kierowca mercedesa doszedł do wniosku, że skrzyżowanie jest świetnym miejscem, by porozmawiać z innym kierowcą mercedesa, są ogólnie przyjętym standardem. Po dwóch dniach zmotoryzowany turysta przyzwyczaja się do zwariowanych warunków drogowych, a przy okazji przejmuje złe nawyki tubylców. W Albanii istnieje jeszcze jeden problem komunikacyjny: porozumiewanie się. Język albański, niepodobny do żadnej innej europejskiej mowy, może stanowić w przypadku trafienia na „nieanglojęzycznego” mieszkańca poważną barierę komunikacyjną. Nawet proste liczebniki brzmią jak dialekt afrykańskiego plemienia. Jednakże kalambury – zabawa z dziecięcych lat – pozwala nam dogadać się mniej lub bardziej precyzyjnie. Trudy podróży albańskimi drogami wynagradzają nam ciepłe morza: Jońskie i Adriatyckie. W miejscowości Vlora, gdzie łączą się oba akweny, dajemy odpocząć zmęczonym zmysłom. Delektujemy się świeżo przyrządzonymi kalmarami i ośmiornicami w restauracji z widokiem na dźwigi i żurawie pracujące przy budowie nowego hotelu. Albańskie kurorty mogą odstraszać turystów o większej wrażliwości estetycznej ze względu na wszechobecne szkielety powstających apartamentowców. Śmiało można stwierdzić, że nadmorskie miejscowości są wielkim placem budowy. Jednak nam to nie przeszkadza, egoistycznie martwi nas jedynie fakt, że za parę lat ukończone budynki wypełni rzesza turystów. Na razie tłumów nie ma. W przeciwieństwie do Czarnogóry. Głośne kurorty oświetlone migającymi neonami przyciągają wczasowiczów spragnionych dyskotekowych klimatów. W Budvie odnosi się wrażenie, że turystki biorą udział w swoistego rodzaju zawodach: która z pań założy wyższe obcasy. Uciekamy z krzykliwych

/16

miejscowości do urokliwej Boki Kotorskiej, której krajobraz został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Malownicze zatoki wcinają się w ląd, serwując widoki iście zapierające dech w piersiach, a sąsiedztwo gór pozwala dodatkowo na panoramiczną eksplorację terenu. Głównym minusem odpoczynku w Montenegro są ceny, najwyższe na całych Bałkanach. Nadszarpnięty budżet ratujemy wizytą w zdecydowanie tańszej Bośni i Hercegowinie. Jednak już półgodzinny pobyt w kraju weryfikuje nasze plany. Mimo że stan dróg w Bośni jest naprawdę przyzwoity, a główne arterie zostały wyremontowane po zniszczeniach wojennych, nasz samochód zostaje zaatakowany przez

ogromny kamień (a może raczej mały głaz), który spadł z niezabezpieczonych zboczy gór i wdarł się wprost pod koła. Efekt: dziurawa misa olejowa plus wielka plama czarnego oleju na asfalcie. Uczynność zmotoryzowanych mieszkańców, którzy sami zatrzymują się na widok awarii, powoduje szybki przyjazd holownika, niestety, jego właściciel, pan mechanik, ni w ząb nie mówi po angielsku. Na szczęście w warsztacie (o zgrozo, okazuje się, że lakierniczym!) inny sympatyczny młody mężczyzna świetnie posługuje się tym językiem. Znajomością angielskiego może się pochwalić po 12-letnim pobycie w USA, dokąd wyemigrował, uciekając przed wojną. Sześciogodzinne oczekiwanie na naprawę jest jednym z najbardziej fascynujących

SI 10 / 2012

momentów podróży. Poznajemy obyczaje Bośniaków, sekrety kuchni, otrzymujemy masę różnych wskazówek, co zwiedzić w tym pięknym, ale wciąż mało popularnym kraju. Tradycyjnie powiększamy stan souvenirów o kolejną butelkę domowej rakii i dwie butelki wina, oczywiście domowej roboty. Uszczupleni o ostatnią gotówkę po uregulowaniu płatności za naprawę samochodu (kilkanaście uderzeń magicznym młotkiem i spawanie gazowe załatwiły sprawę), udaje-

SI podróże

my się do Mostaru i Sarajewa – ostatnich punktów naszej wycieczki. Mostar, mocno zniszczony po ostatniej wojnie, już nie straszy ogołoconymi budynkami, a słynny most po rekonstrukcji imponuje swoim wdziękiem. Trasa stąd do Sarajewa usiana jest mnóstwem tabliczek informujących o zaminowanym terenie. Wyjątkowo niebezpiecznie jest w okolicach stolicy – tam oznaczenia zmęczone czynnikami atmosferycznymi są już mocno nieczytelne bądź nie ma ich

wcale. Sarajewo, zwłaszcza centrum miasta, wywiera na nas piorunujące wrażenie. Starówka zachęca do powolnego spaceru, zakupu pamiątek (m.in. grawerowanych pocisków, które w niezliczonej ilości spadły na oblężone miasto w latach 1992–95), obowiązkowego zasmakowania ćevapi (pyszna jagnięcina smażona na grillu i podawana w formie małych wałeczków) oraz zapoznania się z ogromem miejsc będących smutnymi symbolami ostatniej wojny. Choć od jej zakończenia minęło kilkanaście lat, ogrom zniszczeń jest wciąż mocno widoczny. Słynna Aleja Snajperów przybliża nas do ówczesnych wydarzeń, a wizyta w Muzeum Narodowym daje pogląd o codziennym życiu w oblężonym mieście. Dwudniowy pobyt w Sarajewie to za mało, podobny niedosyt czujemy po wizycie w każdym mieście, państwie czy zakątku Bałkan. Chyba nieprędko udamy się do Grecji, skoro po drodze bije serce Europy…

/17


KAMIL: czapka New Era: wzór bluza Umbro: 199,99 zł; T-shirt Umbro: 69,99 zł spodnie Umbro: 169,99 zł buty Timberland: 649,99 zł

SAMIA: bluza Nike: 229,99 zł spodnie Umbro: wzór słuchawki Skullcandy: 139,99 zł


SONIA: bluza Nike: 249,99 zł T-shirt Umbro: wzór spodnie Nike: 179,99 zł buty Converse: 369,99 zł

ANDY: bluza Nike: 119,99 zł spodnie Bench: wzór buty Nike: 649,99 zł torba Nike: 139,99 zł

ANDY: kurtka Nike: 549,99 zł spodnie Umbro: 89,99 zł czapka New Era: wzór buty Reebok: 559,99 zł

SONIA: kurtka Umbro: 49,99zł T-shirt Umbro: wzór spodnie Nike: 149,99 zł buty Lacoste: 579,99 zł

KAMIL: bluza Umbro: wzór spodnie Umbro: 169,99 zł buty Puma: 649,99 zł

zobacz film KAMIL: T-shirt Umbro: wzór bluza Umbro: wzór; spodnie Umbro: 169,99 zł kurtka Nike Jordan: 649,99 zł buty Nike: 529,99 zł

zobacz więcej ANDY: bluza Umbro: 149,99 zł spodnie Bench: wzór buty Lacoste: 399,99 zł słuchawki Skullcandy: 249,99 zł

zobacz więcej

zobacz film


KAMIL: czapka New Era: wzór bluza Umbro: 199,99 zł; T-shirt Umbro: 69,99 zł spodnie Umbro: 169,99 zł buty Timberland: 649,99 zł

ANDY: bluza Nike: 279,99 zł T-shirt Umbro: 59,99 zł spodnie Umbro: wzór buty adidas: 399,99 zł

SAMIA: bluza Nike: 229,99 zł spodnie Umbro: wzór słuchawki Skullcandy: 139,99 zł

KAMIL: bluza Umbro: wzór longsleeve Umbro: wzór spodnie Bench: wzór buty adidas: 329,99 zł

zobacz więcej

SONIA: bluza Nike: 219,99 zł spodnie Nike: 179,99 zł buty adidas: 329,99 zł

SONIA: bluza Nike: 249,99 zł T-shirt Umbro: wzór spodnie Nike: 179,99 zł buty Converse: 369,99 zł

SAMIA: bluza Umbro: wzór T-shirt Umbro: wzór spodnie Umbro: wzór buty Nike: 449,99 zł

ANDY: bluza Umbro: 149,99 zł spodnie Bench: wzór buty Lacoste: 399,99 zł słuchawki Skullcandy: 249,99 zł


zobacz więcej SONIA: T-shirt Umbro: wzór spodnie Umbro: wzór buty Nike: 429,99 zł czapka New Era: wzór

KAMIL: bluza Timberland: wzór spodnie Timberland: wzór buty Lacoste: 499,99 zł

ANDY: bluza Nike: 269,99 zł spodnie Umbro: 89,99 zł buty Reebok: 269,99 zł czapka New Era: wzór

SAMIA: kurtka Nike: 469,99 zł T-shirt Umbro: wzór spodnie Umbro: wzór buty Lacoste: 399,99 zł

zobacz więcej

zobacz więcej


Foto Michał Massa Mąsior Stylizacja Gosia Kuniewicz / OSA Osobista Stylistka Make-up Paulina Tomasik Fryzury Sylwia Sereda

SAMIA: kurtka Umbro: 79,99zł spodnie Umbro: 69,99 zł buty Puma: 369,99 zł

SONIA: bluza Umbro: wzór czapka New Era: wzór buty Reebok: 229,99 zł

Modele Sonia Żogała, Samia Grabowska, Kamil Pawlik, Andrzej Wosiek – Fashion Color

zobacz więcej

Wszystkie produkty są dostępne w salonach Sizeer, Timberland oraz w Internecie na e-sizeer.com, [Timberland.pl] i [GaleriaMarek.pl].


SI 10 / 2012

SI star

Rozmawiała Ewa Maciejewska/Valkea Media Foto Wojtek Wojtczak/Łukasz Ziętek

Ruszył program „Bitwa na głosy” w TVP2. Prowadzisz swoją ekipę do zwycięstwa, ale konkurencja jest duża. Swoje drużyny mają także m.in.: Beata Kozidrak, Robert Gawliński, Piotr Rubik… Jaką masz grupę? Jest świetna! Spodziewałam się, że ten program będzie fajną przygodą, że poznam nowych ciekawych ludzi, ale mimo to jestem pod wrażeniem. To jest szesnastoosobowa grupa osób od 15. do 35. roku życia, z których każda jest inna, ma charakter, a co naj-

/32

Gdy miała 10 lat, występowała na scenie z Marylą Rodowicz. W 2011 r. MTV nominowała ją do tytułu „Najlepszy europejski artysta”, tak jak wcześniej Dodę i grupę Afromental. Ewa Farna. Ma 19 lat, zaczęła studiować prawo, nagrała już 9 płyt, wiosną 2013 r. ma się ukazać następna... Teraz prowadzi swoją drużynę w telewizyjnym talent show „Bitwa na głosy”.

ważniejsze, dobrze się ze sobą czują, dogadują… no i, ze mną też (śmiech). Jest chemia? Jest chemia i dużo pozytywnej energii. Wybierając ich, szukałam tego czegoś, osobowości i mam wrażenie, że ten zespół pełen jest ludzi podobnych do mnie. Wyluzowani, trochę zwariowani… Powiem tak: sama raczej nie mam kłopotów z tremą, ale myślę, że ludzie mogą mieć, więc

przed lajfem (nagraniem na żywo – przyp. red.) weszłam do garderoby mojej drużyny, żeby ją wesprzeć, uspokoić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, bo jesteśmy przygotowani. A oni… podekscytowani, ale uśmiechnięci, rozbawieni i wyluzowani… Prawie jak ja. Wspaniale! A dlaczego wybrałaś Sosnowiec? Pochodzę z Wędryni w Czechach, więc najbliższym większym polskim miastem jest Cieszyn, ale nie mogłam go wybrać, bo stąd


SI 10 / 2012

SI star

ekipę do programu wybrała już wcześniej Halinka Młynkowa. Musiałam więc zdecydować się na inne miasto, z którym jestem związana emocjonalnie, ale do którego blisko będą mieli moi krajanie. I stąd Sosnowiec. Tutaj wygrałam pierwszy konkurs piosenki dziecięcej i od jakiegoś czasu współpracuję z Zespołem Szkół Specjalnych – dla tych ludzi zagrałam swój „osiemnastkowy” koncert i dla nich – w przypadku wygranej – przeznaczę nagrodę. Byłaś w wielu miastach w Polsce. Masz jakieś swoje ulubione? Uwielbiam Kraków, przepiękne Trójmiasto, Opole, gdzie jeździłam z rodzicami, i Wrocław. Gdy poznajesz nowe miejsca, na co zwracasz uwagę, co Cię urzeka: klimat, ludzie, kuchnia, kultura… Rzeczywiście dużo podróżuję, ale w trasie to zazwyczaj poznaję miejscowe stacje benzynowe i hotele (śmiech). Ale mówiąc poważnie, to kocham zwiedzać. Najbardziej fascynują mnie zabytki i ich historia. Monumentalne budowle, ich architektura i niezauważalne na pierwszy rzut oka niuanse, np. rzeźby na cokołach budynków. Lubię barok, bo to epoka przepychu i zdobień. Lubisz historię, a co jeszcze: narciarstwo, taniec… I fotografię. Wszystko to bardzo lubię, ale to muzyka jest moją pasją. A moda? Sama tworzysz swoje kreacje sceniczne? Dla mnie moda jest zabawą. Jeśli chodzi o występy na scenie, to sama sobie przygotowuję stroje, ale już przy produkcjach teledysków bez wahania oddaję się w ręce stylistek. A aktorstwo? Zagrałaś w kilku serialach. Wystąpiłam gościnnie w kilku serialach w Czechach, w Polsce – w Heli w opałach, ale grałam samą siebie, co jest najtrudniejsze (śmiech). Aktorstwo pociąga mnie bardzo. Mam już pewne doświadczenie jako konferansjerka – prowadziłam w Pradze galę wręczenia nagród Grammy. W Czechach coraz bardziej popularne stają się musicale. To daje szanse wokalistom, ale mnie najbardziej pociąga teatr. To jest wyzwanie! Wspomniałaś o Grammy. To bardzo prestiżowa nagroda i choć tej jeszcze nie masz, to możesz poszczycić się poważnym dorobkiem (nagrody, wyróżnienia lub nomi-

/34

SI 10 / 2012

SI star

Ile płyt nagrałaś? 5 płyt czeskich i 4 polskie, w tym live. Jak na 6 lat grania 9 płyt to chyba sporo. Na wiosnę przygotowujemy kolejną płytę. Już powstało kilka tekstów, mam o czym pisać, bo ciągle się zmieniam (śmiech).

pomóc im w ewentualnej karierze – uczą się od siebie, ode mnie i nabywają doświadczeń telewizyjnych. Uczą się pracować w grupie. I co ważne, są z tego samego regionu, więc jeśli nawiążę się między nimi jakaś więź, mogą ją pielęgnować.

To bardzo duże tempo, a czy każda z tych płyt jest dla Ciebie zapisem czasu, wydarzeń, myśli? Jest też zapisem przeżyć, poglądów, miejsc. Płyty są dla mnie bardzo ważne, bo to zapis mojej historii. Kiedy słucham piosenek z czasu, kiedy miałam 14 lat, to wiem, że już bym ich tak nie napisała, jestem w innym miejscu, ale nie mam problemu z tym, żeby taką piosenkę zaśpiewać na koncercie. To w końcu cały czas moja historia.

Powiedziałaś kiedyś, że żyjesz tak, jak lubisz. Tak jest? Kiedy wchodziłam w świat muzyki, miałam 12 lat. Rodzice ciągle mnie pytali, czy na pewno chcę, by muzyka była tak ważna w moim życiu. Zawsze mówiłam, że tak. I tak jest. Muzyka jest wpisana w moje życie. A ja chcę być sobą, normalnie żyć i iść tak, jak mi w duszy gra.

W jakim teraz jesteś miejscu? Jestem na etapie szukania siebie, jak każda nastolatka.

nacje): Superjedynki, Telekamery, Fryderyki, Opole, Top Trendy, Viva Comet… Na mnie największe wrażenie zrobiła nominacja do tytułu „Najlepszy europejski artysta” MTV w 2011 r., a dla Ciebie co miało największe znaczenie? Sama nominacja przez MTV to niezwykłe wyróżnienie dla muzyka. A jeszcze jak się wygra polską edycję – niesamowite przeżycie. Wygrałam. I pojawiłaś się na jednej liście laureatów, m.in. z Myslovitz, Kazikiem, Dodą i grupą Afromental. Często pojawiasz się w towarzystwie wybitnych, czasem wręcz legendarnych artystów z długoletnim stażem i dużym dorobkiem. Zagrałaś z TSA, Rodowicz, Kombi, Rynkowskim czy Tede. Tak, z Marylą Rodowicz wystąpiłam na scenie, mając 10 lat. To było niesamowite. Później też mi się zdarzało występować w duetach. Ale to wyjątkowe okazje, ekskluzywne projekty. Na co dzień jestem otwarta na współpracę, ale wolę solówki. Przy due-

tach czuję większą odpowiedzialność, a więc i większy stres, że jak coś popsuję, to odbije się to nie tylko na mnie, ale także na innym artyście. A wiem – mimo, że nad tym pracuję – że ciągle mam mały problem z zapamiętaniem tekstu (śmiech). Masz fanklub, jeździsz na zloty – ostatni był w Złotoryi. Lubisz takie spotkania? To była impreza międzynarodowa, w czasie Euro 2012, więc w programie był mecz piłki nożnej Polska-Czechy – jedną połowę grałam po stronie polskiej, drugą po czeskiej. Potem płukaliśmy złoto, bo Złotoryja z tego słynie. A potem był koncert. Po tak wyczerpującym i pełnym wrażeń dniu mieliśmy zagrać cztery kawałki, ale atmosfera była tak gorąca, że spontanicznie graliśmy trzy godziny. A potem jeszcze wpadłam na after party i było wspaniale. Lubię takie spotkania, bo nie odgradzam się murem od ludzi, którzy mnie lubią i słuchają mojej muzyki. Ja też ich lubię. Mam wrażenie, że nawzajem się szanujemy i inspirujemy.

Dlaczego zdecydowałaś się na udział w „Bitwie na głosy”? Myślisz, że takie programy pomogą rozsławić czyjś talent, zacząć karierę? Sama brałaś udział w „Szansie na sukces”, masz doświadczenie. Wystąpiłam w „Szansie na sukces”, ale nie mogę powiedzieć, że to był przełom w mojej karierze, bo grałam już dużo wcześniej. Na pewno jakoś mi pomógł, choć o niczym nie przesądził. „Bitwa...” to program zupełnie inny niż standardowe talent show. Tu nie chodzi o indywidualności. Liczy się gra zespołowa, ludzie uczą się czegoś, co może

Teraz dużo się zmieni w Twoim życiu i karierze: będziesz studiować prawo na Uniwersytecie Warszawskim, a to wymagające studia. Do tego koncerty, płyta, program… Nie boisz się? Jasne, że się boję, nie wiem, czego się spodziewać. Jestem przygotowana na różne warianty, ale co będzie, nie wiem. Chciałabym, żeby wszystko się udało. Naprawdę chciałabyś zostać prawnikiem? Tak. Z jednej strony to alternatywa do działalności muzycznej, a z drugiej to prawdziwy zawód, dzięki któremu umiałabym pomóc wielu ludziom. Ciekawią mnie kwestie mniejszości narodowych oraz te związane z prawem autorskim, więc w codziennym życiu takie umiejętności by mi się przydały. Nie zapowiada się, byś miała dużo czasu dla siebie, więc odwołaj się do wyobraźni: jak wyglądałby Twój wymarzony dzień wolny? Hmm, wyspać się co najmniej do południa (śmiech). To musiałby być ciepły, ale nie upalny dzień, zjadłabym dobry obiad, np. stek z sosem pieprzowym, potem plaża z najbliższymi znajomymi. A później teleporter i ląduję w domu w lesie z widokiem na Beskidy u moich rodziców na tarasie. Gadamy, przytulamy się, rozmyślamy… Rozumiem, że wieczorem znów teleporter nad morze, do znajomych? Nie. Gdybym miała chłopaka, to spędziłabym z nim romantyczny wieczór przy świecach, oglądając jakiś dobry film.

/35


adidas

399,99

9 zł

9,9 Puma 36

Confront

ł 349,99 z

Lacoste 549,99 zł

adidas

349,99

9,99 zł

Puma 42

Confront

ł 349,99 z

Confront 329,99 zł Helly Hansen 449,99 zł

Lacoste 359,99 zł

Conve

rse 24

9,99z

Converse 299,99zł

ł

Nike

,99zł

299 Converse

Timberland

429,

99 z

569,99 zł

ł Lacoste 5 49,99 zł

Ecco 699,99 zł

,99 Nike 139

Helly H

9,99 zł ansen 44

Helly

Hans

en 59

9,99

,99 zł

Nike 599


SI 10 / 2012

Czerń nie umiera nigdy. Niestety.

Reebok 249,99 zł

9,99 zł

9 Reebok 1

adidas

49,99 zł Reebok 2

Timber

329,99

zł 9 zł

Ecco 649,9

land 45

9,99 zł

9 zł

Nike 79,9

99,99 zł

adidas 3

Timber

,99 zł Nike 349

land 59

9,99 zł

Nike 519,99 zł

Nike 569

,99 zł

Tim

79,99 zł berland 5

Confront

349,99 z ł

SI style

Tekst Monika OSA Jurczyk „Nieśmiertelna czerń powraca”, „w czerni zawsze jesteś elegancka”, „uniwersalna czerń wiecznie w modzie” – po raz kolejny krzyczą nagłówki artykułów o trendach jesień/zima 2012/2013. Niestety, moda kocha czerń (w tym przypadku jako stylistka jestem jednym z niewielu wyjątków), a projektanci co sezon wymyślają nowe argumenty wspierające wątpliwe twierdzenie, że jest ona królową barw. A może tym razem zamiast artystycznych wymówek przyczyn powrotu królowej należy upatrywać zupełnie gdzie indziej? Wszak skoro „kryzys, Panie!”, to i myśli nie wyglądają zbyt różowo. Ale i tak wszyscy znowu zacierają ręce, bo przecież czerń namiętnie kupujemy i ubieramy na każdą okazję. Dla wielbicieli czerni mam jednak złą wiadomość – choć powraca niezmiennie, odradza się niczym Feniks z popiołów i naprawdę nigdy nie zniknie – nie jest już bezpieczna. Wręcz przeciwnie, czerń w tym sezonie ma być wyjątkowo niegrzeczna. Wybiegi zapełniły się modelkami wystylizowanymi na dominatrix. Pytanie, czy i tym razem poddamy się magii czerni? Nawet kosztem naszych zahamowań? Nie każdy przecież będzie się czuł sexy w obcisłych skórzanych spodniach, lateksowych wdziankach czy „nibyzakamuflowanych” siateczkowych dekoltach. Pierwszy raz jednak faktycznie czekam na powrót czerni, bo może być ciekawie. Czy mroczna miłość zwycięży? Może jednak pozostaniemy przy klasycznych fasonach i grzeczniutkich skojarzeniach? Nie od dziś wiadomo, że boimy się eksperymentów, a eksponowanie swoich wdzięków w tak bezpośredni sposób nie jest społecznie

akceptowane. OK, nie wierzę, że to mówię, ale można jakoś złagodzić czerń (powinnam przecież trąbić, że czerń jest w ogóle straszna!). Więc jeśli już musisz… (a wiem, że czasem to silniejsze od Ciebie), nie zakładaj od razu stroju „kobiety kota”, żeby wyglądać zarówno modnie, jak i (w miarę) subtelnie. Jeśli wybierasz coś obcisłego, sięgnij po delikatną dzianinę. Szerokie bluzy lub swetry mogą mieć błyszczące, lateksowe wstawki, a zamiast skórzanych spodni kup legginsy z lekkim połyskiem. A buty? Tutaj też miksowanie okaże się stylowe – trampki z ćwiekami, koturny ze skóry czy ostre kozaki będą zupełnie w porządku. Na bank musisz zrezygnować z gotyckiego makijażu (bardzo blada skóra i wielkie grube kreski na powiekach) oraz odpuścić sobie glany i kabaretki. No, chyba że chcesz szokować albo aspirujesz do subkultury gotów. Ale zanim uwierzysz w kolejny tryumfalny powrót czerni, zastanów się, czy jesienią faktycznie trzeba pogrążać się w mroku? Czy nie lepiej byłoby nosić te wszystkie seksowne fasony w innych kolorach, np. w też nieco mrocznej, bo krwistej czerwieni, megamodnej w wydaniu total look? Albo w trupim odcieniu niebieskości, lekko błyszczącym, żeby pozbyć się śmiertelnych skojarzeń? Nie byłoby tak dosłownie. Bo łopatologiczny, odwzorowujący kropka w kropkę (a właściwie nitka w nitkę) propozycje projektantów sposób ubierania się nigdy nie jest OK. A my wcale nie musimy się poddawać ich czarnym humorom.

/39


SI around

Przed nami jesień. Dni stają się coraz krótsze, imprezy plenerowe są w odwrocie, a kultura kryje się pod dachem. Kryje się, lecz wcale nie zamiera. Spośród wielu nadchodzących imprez serwujemy najciekawsze jesienne wydarzenia w niezwykle subiektywnym sosie. Tekst Bartosz Leśniewski

Koncerty O tym, jak wielką legendą jest Dead Can Dance, nie trzeba mówić nikomu, kto choćby trochę interesuje się muzyką. Zespół po 16 latach przerwał milczenie i wydał bardzo ciekawą płytę Anastasis. Koncert, który odbędzie się 15 października w warszawskiej Sali Kongresowej, od początku wzbudzał wielkie emocje. Bilety rozchodziły się jak świeże bułeczki, a teraz można je zdobyć wyłącznie z drugiej ręki. Podnosi to tylko rangę wielkiego wydarzenia. Tam po prostu trzeba być. Miejsce: Sala Kongresowa, Warszawa Data: 15 X 2012 r. [www.deadcandance.com] Dzień wcześniej również w Warszawie, ale w nieco innym miejscu zagra zespół The Cranberries. W końcu, bo poprzedni koncert został odwołany. Czego możemy się spodziewać po tym występie? Przede wszystkim energii, która zawsze cechowała Dolores O’Riordan i jej kolegów. Nie zabraknie też z pewnością odpowiedniej dawki hitów, bo bez Zombie czy Salvation taki koncert nie miałby racji bytu. Szlagiery to jedno, ale warto również czekać na utwory z najnowszego albumu formacji, zatytułowanego Roses. Miejsce: Torwar, Warszawa Data: 14 X 2012 r. [www.cranberries.com]

/40

SI 10 / 2012


SI around

SI 10 / 2012

SI 10 / 2012

SI around

Festiwal muzyczny

Festiwale filmowe

Premiery filmowe

Krakowski festiwal Unsound jest jednym z ważniejszych wydarzeń na mapie muzycznej naszego kraju. I nie tylko, warto bowiem wiedzieć, że istnieje również nowojorska edycja tej imprezy. Dziesiąta odsłona odbędzie się pod tajemniczym hasłem The End. Jeśli obiły się Wam o uszy takie nazwy bądź nazwiska jak Tim Hecker, aTelecine czy Trinity (wspólny projekt Lustmorda i Biosphere), to z pewnością wiecie, czego się spodziewać. A ci, którzy nigdy nie słyszeli o Unsound, powinni przestroić ucho na tony cudownie eksperymentalne i niezwykle wciągające. Między 14 a 21 października stacja Kraków obowiązkowa.

Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Plus Camerimage to impreza o tyle nietypowa, że jej bohaterami są ludzie stojący za obiektywem kamery. A ponieważ w tym roku wypada jej 20. jubileusz, można się spodziewać wyjątkowego programu. Oprócz konkursów i ceremonii wręczenia Złotej, Srebrnej i Brązowej Żaby planowane jest uhonorowanie za całokształt twórczości Wadima Iwanowicza Jusowa, który był autorem zdjęć do takich kamieni milowych kina, jak Andriej Rublow czy Solaris. Jusow będzie, oczywiście, gościem imprezy i z pewnością nie zabraknie projekcji filmów powstałych z jego udziałem.

Od dłuższego czasu wiadomo, że kolejna część przygód agenta Jej Królewskiej Mości Jamesa Bonda nosi tytuł Skyfall. Wyreżyserował ją Sam Mendes, twórca American Beauty. Główną rolę zagrał zadomowiony już na tym stanowisku Daniel Craig. Udostępnione do tej pory fragmenty pokazują, że produkcja będzie naturalną kontynuacją Casino Royale i Quantum Of Solace. Świetnie, bo to jedne z jaśniejszych punktów tej najbardziej klasycznej serii filmów szpiegowskich.

Miejsce: Kraków Data: 14–21 X 2012 r. [www.unsound.pl]

Miejsce: Bydgoszcz Data: 24.11–1.12.2012 [www.pluscamerimage.pl]

Premiery muzyczne

Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy – kolejna uznana marka wśród fanów filmu, którzy będą się mogli zapoznać z polskimi premierami i niezwykle rozbudowanymi sekcjami konkursowymi. W programie nie zabraknie też dzieł kina światowego. Tradycją festiwalu jest to, że zwycięskie obrazy, które przed festiwalem nie miały w Polsce dystrybutora, mają szansę zaistnieć na naszych srebrnych ekranach. W ramach WFF po raz ósmy odbędą się też przeznaczone dla profesjonalistów Targi Filmowe CentEast. Ich celem jest promocja filmów wschodnioeuropejskich na świecie.

Jednym z bardziej wyczekiwanych wydawnictw jesieni 2012 r. będzie z pewnością najnowszy album duetu Pet Shop Boys – Elysium. Płyta zapowiadana na drugą połowę września zrealizowana została przez Neila Tennanta i Chrisa Lowe’a w Los Angeles. Wypowiedzi muzyków na jej temat skupiają się przede wszystkim na odświeżonym brzmieniu. Wypada tylko zacierać ręce i czekać na to, by Elysium wciągnęło nas na parkiet. Album będzie dostępny w jedno- i dwupłytowej wersji CD, przewidziany został również winyl. [www.petshopboys.co.uk] Ze starej gwardii warto przyjrzeć się również nowemu albumowi Marka Knopflera. Dwupłytowe wydawnictwo pt. Privateering zapowiadane jest również na wrzesień. Ma przynieść miks stylistyczny charakterystyczny dla dorobku byłego lidera Dire Straits. Niektórzy młodsi czytelnicy mogą zapytać: – Kim on, u licha, jest i po co słuchać takiej muzyki? Mogę odpowiedzieć tylko, że nie warto ignorować tego tytułu. Płyta roku może to nie będzie, ale bez wątpienia będzie na czym ucho zawiesić.

Premiera: 26 X 2012 r. [www.skyfall-movie.com] Dekadę temu Peter Jackson zachwycił wszystkich monumentalną ekranizacją Tolkienowskiego Władcy pierścieni. Trylogia spełniła pokładane w niej nadzieje zarówno na polu artystycznym, jak i komercyjnym. Dobrze więc, że reżyser wziął na warsztat preludium do tamtej historii. Hobbit opowiada o przygodach Bilbo Bagginsa, które doprowadziły do tego, że stał się właścicielem tajemniczego pierścienia. Ciekawe, jak Peter Jackson poradzi sobie z tą historią... Już teraz wiadomo, że na ekranie zagoszczą aktorzy znani z poprzednich produkcji i że tym razem również obejrzymy trzy filmy. Pierwszy z nich pojawi się w kinach pod koniec grudnia bieżącego roku. Czekamy, czekamy... Premiera: 28 XII 2012 r. [www.thehobbitblog.com]

Miejsce: Warszawa Data: 12–21 X 2012 r. [www.wff.pl]

[www.markknopfler.com]

/42

/43


SI 10 / 2012

SI around

W muzeum

Teatr

Trwająca od końca ubiegłego roku wystawa rzeźby w warszawskiej Królikarni opatrzona została niecodziennym tytułem. Słowo skontrum oznacza inwentaryzację zbiorów, w ramach której określa się ich stan faktyczny. Dotychczas ekspozycja ilustrowała 150 lat rozwoju kolekcji Muzeum Narodowego – można było obejrzeć ponad pięćset rzeźb z najróżniejszych czasów i w najrozmaitszych stylach. Najnowsza odsłona wystawy – Skontrum Ewolucje – wzbogacona została o dzieła polskich artystów tworzących w ostatnim dwudziestoleciu. Wydarzeniu towarzyszą koncerty, spotkania z artystami, kuratorami i muzealnikami oraz warsztaty artystyczne dla dzieci i dorosłych.

Krakowskie Reminiscencje Teatralne liczą już sobie prawie cztery dekady, ale w 2003 r. impreza zyskała całkowicie odnowioną formułę. Satysfakcjonuje ona nie tylko koneserów sceny, lecz także widzów, dla których teatr nie zawsze stoi otworem. Najstarszy przegląd teatralny w Polsce jest przy tym wydarzeniem niezwykle witalnym i świeżym, bez czego chyba trudno byłoby się utrzymać na świeczniku przez tyle lat.

Miejsce: Królikarnia, Warszawa Data: do XII 2012 r. [www.mnw.art.pl] Książka Tegoroczny Off Festival gościł szczególną gwiazdę: Iggy’ego Popa z zespołem The Stooges. Fascynujący występ pozostanie na długo w pamięci uczestników tego wydarzenia. Najlepszym sposobem na wzbogacenie tych wspomnień będzie zapoznanie się z wydaną przez Sine Qua Non książką Iggy Pop: Upadki, wzloty i odloty legendarnego punkowca pióra Paula Trynki. Co prawda premiera tego tytułu zahacza jeszcze o lato, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by spędzić przy lekturze wydłużające się jesienne wieczory. To pierwsza pełna biografia artysty, który poza sceną znany był kiedyś jako dobrze ułożony, nieco nieśmiały Jim Osterberg. O tym, że rock’n’roll to nie rurki z kremem, wie każdy, ale postać Iggy’ego Popa wydaje się najjaskrawszym argumentem na rzecz tej tezy. Czego możemy się zatem spodziewać? Przede wszystkim zapisu szaleństwa „Ojca Chrzestnego Punka”.

/44

Miejsce: Kraków Data: 5–11 X 2012 r. [www.krt-festival.pl]


SI 10 / 2012

SI around

SI 10 / 2012

SI around

Tekst Bartosz Leśniewski

Lato zazwyczaj nie obfituje w spektakularne premiery. W tym roku jednak było nieco inaczej – Prometeusz Ridleya Scotta i ostatnia część Nolanowskiej trylogii o Batmanie sprawiły, że sale kinowe wypełniły się widzami w ponadprzeciętnym stopniu. I słusznie. Ja zamiast skupiać się na pozycjach obowiązkowych potraktuję Niezobowiązujący raport z kina... niezobowiązująco i zajmę się mniej oczekiwanymi tytułami.

/46

Czarnobyl. Reaktor strachu

Kobieta z piątej dzielnicy

21 Jump Street

(reż. Phil Lord, Chris Miller)

(reż. Christopher Morris)

Cztery lwy

Akacje

Świetny temat, ktoś wreszcie zabrał się za fascynującą historię, która od lat czekała na godną ekranizację. Tak pomyślałem przed seansem. Grupa młodzieńców postanawia zwiedzić tereny nieopodal elektrowni w Czarnobylu. Oficjalne ścieżki turystyczne okazują się zamknięte, trzeba się więc zakraść do Prypeci nielegalnie. Opuszczone blokowiska, puste przygnębiające przestrzenie, a w tle pobliski blok reaktora, w którym doszło do tragicznej katastrofy w 1986 roku. Wymarzona sceneria! W pewnym momencie pojawiają się problemy uniemożliwiające powrót do cywilizacji... no, po prostu palce lizać! Cudowny punkt wyjścia dla mrożącego krew w żyłach horroru. Niestety, reżyser i cała ekipa odpowiedzialna za film jakby na złość widzowi psuje dosłownie wszystko. Fabuła, zamiast wciągać i przerażać, zwyczajnie irytuje. Każda kolejna scena wzbudza zażenowanie nawet wśród najbardziej zagorzałych wielbicieli gatunku. Wisienką na torcie jest finał. Widz przegrzewa się tak jak rdzeń reaktora…

Tajemnica paryskich przedmieść. Zrujnowany amerykański pisarz i profesor literatury w jednej osobie zjawia się w stolicy Francji. Pragnie odzyskać utraconą córkę i rozpocząć nowe życie. Jednak półświatek, w który wpada, nie pozwala właściwie ani na jedno, ani na drugie. Bohater zostaje wciągnięty w erotyczne relacje z dwiema kobietami i staje się na własne życzenie niemym asystentem pewnego przestępczego procederu. Napięcie narasta aż do momentu pojawienia się trupa. Kto zamordował? Dobre pytanie… Adaptacja powieści Douglasa Kennedy’ego nie należy do filmów łatwych i przyjemnych. Poetyckie sceny mieszają się tutaj z brudem zakazanych miejsc, a widz zostaje postawiony wobec trudnych i nie zawsze przyjemnych obrazów. Z tego powodu przeciwko Kobiecie z piątej dzielnicy łatwo wytoczyć działa krytyki: że to film przeintelektualizowany, że fabuła zawiła, a pod tą powłoką czai się wielkie nic. Zarzuty nie są, niestety, bezpodstawne. Ociężały ładunek emocjonalny pomimo ciekawej gry aktorskiej od pewnego momentu zaczyna nudzić. Całe szczęście z Paryża daleko jest do Czarnobyla.

Filmy o amerykańskiej młodzieży to bardzo specyficzny gatunek. Jeśli zawęzimy go do głupawych komedii o licealistach, grunt staje się naprawdę grząski. Możemy spodziewać się nieprawdopodobnego nagromadzenia debilizmów przypadających na każdą klatkę obrazu. Jeśli komuś to nie przeszkadza, powinien czym prędzej wybrać się na 21 Jump Street. Dwójka młodych, nieudolnych policjantów zostaje oddelegowana do nietypowego zadania. Aby zlikwidować plagę narkomanii w jednej ze szkół, na powrót muszą stać się licealistami. A że byli nimi jeszcze do niedawna, bez problemu odnajdują się w tej roli. Każda konwencja ma swoje prawa, a ta ograna jest do gołej kości. Są kujony, ładne dziewczyny, szybkie samochody, pościgi, szkolna miłość, drużyna sportowa, jest też wielka domówka, która kończy się wraz z niespodziewanym powrotem rodziców. Już w tym miejscu 21 Jump Street staje się klasyką gatunku. I choć malkontenci będę kręcić nosem, nawet ich powinna rozbawić scena, w której pojawia się sam… Johny Depp. Pyszność! Jeszcze jeden powód, by zapoznać się z tą produkcją.

Czterech, wydawać by się mogło, nieortodoksyjnych islamistów mieszkających w Anglii zapragnęło wziąć udział w świętej wojnie. To poważna sprawa, która raczej nie nastraja do śmiechu. Reżyser przyprawił jednak ten temat sporą ilością czarnego humoru. Cztery lwy często przeistaczają się w niezdarne kociątka, które po omacku próbują stać się męczennikami za swoją wiarę. Podczas przygotowań do spektakularnego zamachu podniosłe momenty stają się serią komicznych sytuacji, wśród których owca wybuchająca wraz z terrorystą stanowi prawdziwy majstersztyk. Film jest naładowany takimi smaczkami niczym zamachowiec trotylem. Trzeba naprawdę uważać, by nie wybuchnąć… śmiechem! I choć Cztery lwy bawią, to jednak oprawa komediowa wzmacnia ogólną i, niestety, pesymistyczną wymowę filmu. Tak czy owak to kawał świetnego kina.

Kino z Ameryki Południowej odbiega charakterem od produkcji północnoamerykańskich czy europejskich. To truizm, którym jednak wypada przywołać, bo Akacje są najlepszym dowodem jego aktualności. Film jest mocno nasycony duchem południowoamerykańskim, tamtą przestrzenią, kolorem i klimatem, spojrzeniami i postaciami. Fabułę można streścić w dwóch zdaniach. Kierowca ciężarówki transportującej drewno jedzie z Paragwaju do Argentyny. Na prośbę swojego szefa podwozi kobietę z dzieckiem. To wszystko. W tych kilku słowach zawiera się cała poetyka kina drogi. Przez większą część filmu kamera nie opuszcza kabiny ciężarówki, a lista dialogów zmieściłaby się na kartce formatu A4. Nuda, prawda? Paradoksalnie jednak film wciąga widza od pierwszej minuty, a podróż staje się jedynie pretekstem do wyprawy w głąb siebie. Bohaterowie obrazu przechodzą wspólne wtajemniczenie. Widz również. O jakim charakterze? To już trzeba odkryć samemu.

(reż. Bradley Parker)

(reż. Paweł Pawlikowski)

(reż. Pablo Giorgelli)

/47


SI 10 / 2012

SI star

SI 10 / 2012

strach, jednak wraz z kolejnymi godzinami na śniegu i w powietrzu zaczynasz robić rzeczy, o których nawet byś wcześniej nie pomyślał. Co pomaga Ci w jeździe: muzyka, odpowiednio spięte buty, spodnie na dobrej wysokości, a może szczęśliwa bandana? (Śmiech). Nie przejmuję się szczegółami, choć muzyka ma dość duże znaczenie. Wiadomo, że dobry rap czy reggae robią robotę, a ja bez muzyki jeździć nie umiem. Masz jakiś stałe zwyczaje w jeździe? Np. nigdy nie skaczesz na dużych skoczniach, zanim na mniejszych nie wykonasz konkretnego tricku? Nie, chociaż wiadomo, że od ogórka (skoku na wprost bez wykonywania ewolucji – przyp. red.) trzeba zacząć. Później to już kwestia nastawienia. Rutyna jest nudna! Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie związane z freeskiingiem? Wszystkie podróże. Nie lubię samego momentu podróżowania, ale uwielbiam miejsca, które odwiedzam. Razem składa się to na niesamowite wspomnienia. Mimo to, gdybym mógł, chętnie wróciłbym do początku polskiego freeski, kiedy jedną ekipą skakaliśmy w puchu na Kasprowym Wierchu. To były dobre czasy. Miło je wspominam. Wiele się zmieniło od 2002 roku. Myślisz, że gdyby nie narty, odwiedziłbyś takie miejsca jak Breckenridge w USA czy Liban? Duszę podróżnika mam po babci i nie lubię siedzieć w miejscu, ale nie sądzę, bym miał okazję polecieć do Libanu czy do Stanów. Mam nadzieję, że tych wypraw narciarskich będzie jak najwięcej!

Tekst Jacek Będkowski Foto Tomek Gola/fikcja.pl Czemu freeski jest najfajniejszym sportem na świecie? Głównie dlatego, że nikt nie mówi Ci, co masz robić, jak powinieneś wykonać daną ewolucję. Wszystko zależy od Twojego podejścia i chęci. Każdy ma szansę wprowadzić coś nowego, coś, czego nikt inny nigdy nie zrobił. Poza tym chyba każdy chciałby latać, a oderwanie się od ziemi chociaż na moment jest naprawdę fajnym uczuciem. Jak zacząłeś skakać? Pamiętam to jak dziś. Parę ładnych lat temu bardzo popularne były tzw. snowblade’y,

/48

czyli narty o długości 90 cm. Każdy chciał je mieć. Dopóki w filmach i później na rynku nie pokazały się twintipy, czyli normalnej długości narty z podgiętymi przodami i tyłami, sądziłem, że tylko na snowblade’ach da się wykonywać fajne skoki. Mój starszy brat skutecznie jednak wybił mi z to głowy. Staszek przekonał mnie, żebym sobie kupił narty freestyle’owe. No, i tak już zostało. Jesteś samoukiem? W stu procentach samoukiem. Brat pokazał mi podstawy, ale od pewnego momentu już sam zacząłem się tym bawić i rozwijać.

Skąd potrzeba, by latać po kilkanaście metrów w dal i to głową w dół? Moja wynika tylko i wyłącznie z chęci przełamywania własnych barier, blokad psychicznych i sprawdzania samego siebie. Znam osoby, które nie mówią tego wprost, ale dla nich freeskiing jest chyba świetnym sposobem na zdobywanie rzeszy fanek. Ale tego typu podejście jest, moim zdaniem, niezdrowe. Czy odczuwasz strach przed kolejnymi skokami? Przed nowymi trikami zawsze odczuwa się

Kiedy zaczynałeś skakać, myślałeś, że będziesz w tym najlepszy w Polsce? Wcale nie uważam się za najlepszego w Polsce. Bardzo skądinąd żałuję, że nikt nie stara się nawiązać kontaktów i trenować z ludźmi ze Szwajcarii czy innych zachodnich krajów. Szkoda, że na zawody zagraniczne zaproszenia dostaje jedna, maksymalnie dwie osoby z Polski. Powinniśmy walczyć o to, by dać się poznać. Więcej osób powinno zainteresować się tym sportem i jeździć na zawody za granicę. Tam naprawdę mamy co pokazać. Mówisz, że nie jesteś najlepszy, a jednak cztery razy z rzędu zdobyłeś Mistrzostwo Polski we Freeskiingu. Jakie to uczucie

SI star

stanąć na najwyższym miejscu podium z czekiem w ręku? Wiadomo, że wygrane zawody (i to do tego Mistrzostwa Polski) są ważne. Z drugiej strony satysfakcja z wykonania jednego nowego triku przewyższa tę związaną ze zdobyciem jakiegokolwiek medalu czy trofeum. Trzeba pamiętać, że we freeskiingu nie ma dużych pieniędzy, nie mogę liczyć na pomoc ze strony Polskiego Związku Narciarskiego czy Ministerstwa Sportu, dlatego taki czek ma jednak spore znaczenie. Na szczęście są również sponsorzy, którzy ratują moją sytuację. Jeżeli już rozmawiamy o pieniądzach, to trzeba zapytać, czy trzymasz się na afterkach zasady 10 procent? Staram się, jednak muszę przyznać, że imprezowanie po zawodach w tym roku zawsze mnie omijało. Już następnego dnia trzeba było być w trasie i nie zawsze było możliwe, żeby zostać ten jeden dzień dłużej. Traktujesz freeski jako pracę? Owszem, z tego się utrzymuję. Tak jak mówiłem, bardzo duża część budżetu idzie na opłacanie wyjazdów do USA czy Argentyny, gdzie będą się odbywały Puchary Świata. Choć koszt takich wypraw jest spory, udaje mi się jakoś wyżyć. Wiem, że mogłoby być dużo łatwiej, gdyby pomoc nadeszła również ze strony państwa. Włączenie freeski do programu Igrzysk Olimpijskich chyba jednak wpłynęło na podejście różnych organizacji i firm do tego sportu? Oczywiście, teraz negocjacje ze sponsorami odbywają się na zupełnie innym poziomie. Dlatego freeskiing na Igrzyskach Olimpijskich jest tak ważny dla mnie i mojej przyszłości. Pamiętasz emocje, jakie towarzyszyły podpisaniu pierwszego kontraktu? Za pierwszym razem, oczywiście, było to bardzo ekscytujące. Teraz, w miarę upływu lat, stanowi to część tego, czym się zajmuję. À propos Igrzysk, czy jeśli FIS ustali, że trzeba wystąpić w gumie (obcisłym kombinezonie narciarzy alpejskich – przyp. red.), to dasz radę? Nie! Guma to nie tutaj! Zdarza mi się jeździć w wąskich ubraniach, ale bez przesady (śmiech).

Jak to? Przecież sam niedawno zmieniłeś styl z baggy na slim, więc chyba nie powinno być problemu. To, co mam na sobie, zależy od warunków pogodowych. Trzeba przyznać, że wąskie dżinsy są wygodne. Każdy wybiera to, co lubi. Ja mam mimo wszystko skłonność bardziej do baggy niż do slim. Jesteś osobą rozpoznawalną? Zdarza się, że ktoś mnie zaczepia na ulicy. Były to jednak osoby ze środowiska, które znają mnie jako narciarza. Moje nazwisko jest dobrze kojarzone dzięki ojcu, bratu czy wujkowi (Jan Karpiel-Bułecka, Stanisław Karpiel-Bułecka i Sebastian Karpiel-Bułecka – przyp. red.), ale uważam, że na wszystko trzeba samemu zasłużyć. Skoro już jesteśmy przy sprawach rodzinnych, powiedz, czy masz za sobą jakieś doświadczenia muzyczne? Czy taka z Ciebie czarna owca i nie śpiewasz ani nie grasz? Starałem się, ale według mnie nie można robić nic na siłę. Wieki temu uczyłem się grać na skrzypcach, jednak stwierdziłem, że to nie dla mnie. Nie śpiewam, bo nie umiem, ale kto wie, może za jakiś rap się weźmiemy (śmiech). Twój brat Stanisław przyczynił się do rozwoju freeskiingu w Polsce. Ty jesteś naszym najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem na świecie. Macie jeszcze kolejnych Karpieli, coby ten sport w Polsce dalej rozwijali? Na razie najstarszy brat przyczynił się do powiększenia rodziny o kolejnego Jana. Co z niego wyrośnie, to się okaże. Ja liczę na sportowca, ale za wcześnie, by o tym mówić. Co dalej? Nie zawsze da się skakać. Niestety. Mam nadzieję, że pozostanę we freeskiingu jeszcze przez jakiś czas. Mam swoje plany na przyszłość, ale wołałbym ich nie zdradzać, bo, nie daj Bóg, jeszcze ktoś mnie wyprzedzi. Za kilka lat nadal widzę siebie we freeskiingu, może we freeride, a może skupię się bardziej na backcountry. Trudno powiedzieć. Najważniejsza jest to, co teraz i niedaleka przyszłość. Co zatem przygotowałeś na najbliższy sezon? Mam kilka planów, trenowałem sporo na wodzie, ale czy uda mi się przerzucić to na śnieg, okaże się zimą. Nie zapeszam.

/49


SI 10 / 2012

SI sport

SI 10 / 2012

SI sport

Złapałem Cię w Wietnamie. Co tam robisz? Sportowcem jest się 365 dni w roku, więc przygotowuję się do sezonu. Ale też trochę podróżuję, wypoczywam i zwiedzam. Jestem zachwycony Azją, każdemu polecam minimum miesięczną podróż po Hongkongu, Laosie, Tajlandii, Kambodży i Wietnamie. Jest bardzo miło, a przy tym nietypowo. Dziś np. wstałem o czwartej rano i pojechałem jeepem na pobliskie wydmy, by oglądać wschód słońca. Później jeździłem quadem i galopowałem na strusiu, a następnie jeździłem rowerem wzdłuż plaży z kołem zanurzonym do jednej trzeciej w oceanie, bo tutejszy piasek się nie zapada. W tym roku odpadło nam zgrupowanie kadry we Władysławowie, więc trzeba było zadbać o siebie indywidualnie. Nadarzyła się okazja dołączenia do takiego wyjazdu i skorzystałem z niej. W końcu trening należy sobie urozmaicać. Mam nadzieję, że zaprocentuje to w przyszłości.

A N A T S I Z D R A O B W O SN U I S U R T S M Y C GALOPUJĄ Rozmawiał Piotr Nowik Foto FIS/Oliver Kraus

Czytelniku, przygotowujesz się już do sezonu zimowego? Jeśli nie, to mamy kilka rad. Leć do Laosu, wsiądź na słonia, przeczołgaj się po zakamarkach jaskini i przejedź quadem. A w ramach diety przygotuj sobie kilkusetkilogramowego cielaka. Że niby dziwne? Właśnie w taki sposób formę szlifuje Mateusz Ligocki, dwukrotny olimpijczyk i najbardziej znany polski snowboardzista!

/50

Snowboardzista trenujący na quadzie i galopujący na strusiu? Ponad 15 lat wyczynowo zajmuję się snowboardem i przejechałem na desce setki tysięcy kilometrów, więc technikę mam w miarę wypracowaną. Uprawiam snowboardowy cross (SBX), a to sportowe ekstremum, i trzeba być wszechstronnie wytrenowanym. Nie wytrzymałość czy siła, ale koordynacja ruchowa decydują o wyniku. Do tego dochodzi szybkość reakcji, „czytanie terenu”, gibkość oraz moc nóg i rąk. To wszystko można wyćwiczyć, wykonując niemal każdą czynność. Trzeba tylko o tym pamiętać. Nawet jazda na słoniu, co w Azji robiłem pierwszy w życiu, jest doskonałym treningiem, choć może się to wydawać absurdalne. W mojej dyscyplinie sześć osób jednocześnie ściga się z prędkością 60–70 km/h, sytuacja zmienia się z sekundy na sekundę, a przysłowiowe mrugnięcie okiem może o wszystkim zaważyć, trzeba zatem umieć się odnaleźć w każdej sytuacji. Nie mogę pozwolić, by coś mnie zaskoczyło. Podstawa to jazda na desce, ale za to na poważnie biorę się około dwa miesiące przed sezonem. Dzięki temu zapału, motywacji i chęci do rywalizacji starcza mi do końca sezonu. Przypuszczam, że dzięki różnorodnemu treningowi zwiedziłeś już wiele miejsc. Gdzie Ci się najbardziej podobało? Widziałem sporo. Nie licząc Europy, wielokrotnie na desce byłem w USA, Kanadzie, Japonii, Korei Południowej, Argentynie, Chile czy Nowej Zelandii. Najlepiej jednak czuję się w domu, w Cieszynie, bo niemal

wszystko mam pod nosem. Pięć minut ode mnie jest najlepszy w Polsce tor motocrossowy, 16 kortów tenisowych, hala do squasha, skate park, tor do ścigania się na BMX-ach, wyciąg do nart wodnych i wakeboardu na jeziorze, a nawet profesjonalne, 18-dołkowe pole golfowe. Nie wspominając o super odnowie biologicznej. No, i oczywiście góry dookoła... Najbliższy, choć niewielki wyciąg mam dwie minuty piechotą od domu, a w odległości pół godziny jazdy samochodem do wyboru jest już kilkanaście ośrodków zimowych. Trenuję od samego rana, po krótkim odpoczynku w domu wybieram się na wieczorną sesję przy sztucznym świetle do późnych godzin nocnych. Dzięki temu mam urozmaicony trening. Ale teraz nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej niż w Cieszynie. Tenis, squash, motocross... Coś mi się wydaje, że na wakacjach all inclusive zanudziłbyś się na śmierć. Prażenie się na leżaku mnie męczy. Dziś pierwszy raz od kilku dni mam wolne popołudnie i zaczynam się nudzić. Chyba zaraz wypożyczę skuter i pojadę oglądać miasto. Muszę się ruszyć i zobaczyć, gdzie co jest (śmiech). Kilka dni temu w Laosie zwiedzaliśmy jaskinię. Bardzo chciałem zobaczyć różne zakamarki i odłączyłem się od grupy. Zacząłem się czołgać, wchodzić w różne dziury, tunele... no, i chwilę mnie nie było. Adrenalina trochę podskoczyła, gdy zgubiłem drogę powrotną. Zrobiło mi się ciepło, lekko spanikowałem, w końcu jakoś udało się wydostać. Było groźnie, ale też, oczywiście, w ramach treningu (śmiech). Niemal każdego dnia przygotowujesz się do sezonu, a część amatorów jak zobaczy śnieg, to po paru miesiącach za biurkiem od razu zapina narty. O formę trzeba dbać systematycznie, kilka razy w tygodniu. Wiem, że wielu ludzi nie ma czasu lub im się nie chce, ale powinni minimum raz w tygodniu wybrać się np. na jogging. Plus rozciąganie się, przysiady, wymachy ramion itp. Siłownia nie jest potrzebna, natomiast samodyscyplina już tak. Trzeba też pamiętać o prawidłowym odżywianiu się. Sam gotujesz? Nie mam na to ani czasu, ani talentu. Jajecznicę zrobię, zupkę chińską zaleję wrzątkiem, ale przy bardziej skomplikowanych sprawach kulinarnych nie mam do siebie zaufania (śmiech).

/51


SI 10 / 2012

SI sport

i odkrywania czegoś nowego, a tak przecież powinien wyglądać świat. Snowboard to też specyficzny styl życia, którego nieodłącznym elementem jest muzyka. Tak, słuchamy głównie rapu i hip-hopu, choć również mocnego rocka. Nie chodzę wszędzie ze słuchawkami na uszach ani nie słucham muzyki podczas jazdy snowboardzie. Zawsze jednak mam coś włączone, gdy jadę samochodem. To mnie relaksuje lub pobudza do działania. Jaka płyta jest teraz w Twoim odtwarzaczu? Może to trochę dziwne, ale ostatnio kupiłem pięciopłytowy album Michaela Jacksona z wszystkimi najlepszymi kawałkami. Jackson jest nieśmiertelny i cały czas słucham go w wolnym czasie. A co puszczasz przed startami? Zawsze coś mocniejszego. Amerykanin Shaun Palmer to mój idol i żywa legenda snowboardcrossu. To on wymyślił i spopularyzował tę konkurencję i mimo 44 lat na karku nadal z powodzeniem startuje w zawodach Pucharu Świata. Wieczorem w przeddzień zawodów puszczam sobie filmiki z jego jazdą, które mają bardzo fajny podkład muzyczny. To mnie motywuje, dzięki czemu czuję się mocniejszy i mogę pokonać każdego.

Wychowałem się na zdrowych posiłkach przyrządzanych przez mamę. Co roku nasza rodzina zjadała kilkusetkilogramowego cielaczka od babci ze Szczyrzyca. Gdy jestem na studiach w Krakowie, to najczęściej jadam na uczelnianej stołówce AWF albo w sprawdzonych barach mlecznych. Tam jest szeroki wybór i zdrowe jedzenie podają szybko. Za to na wyjazdach zdaję się na to, co upichcą koledzy i koleżanki z kadry, mnie zostaje zmywanie garów (śmiech). Jem wszystko. Nie ciągnie mnie do słodyczy, za to do najlepszej zupy na świecie – czosnkowej – już owszem. Ogólnie jestem „zupiarzem”, nie przepadam tylko za potrawami przyprawianymi kminkiem. Ile kosztuje sprzęt dla początkującego snowboardzisty? Nieprzemakalne spodnie, kask, gogle, kurtka,

/52

wiązania, deska, buty, rękawice... Wszystko nowe powinno się zamknąć w około dwóch tysiącach złotych. To nie jest tani sport, a do sprzętu trzeba doliczyć jeszcze dojazdy w góry, ceny wyciągów, wynajęcie pokoju itp. Ale na początek można kupić dużo tańsze, używane wyposażenie albo je wypożyczyć, bo każdy powinien spróbować jazdy na desce. Wydaje mi się, że snowboard daje największą ze wszystkich sportów radość i satysfakcję z robienia postępów. A w czym jest lepszy od nart? Jak jeździsz na snowboardzie, to nogi się nie rozjeżdżają, więc łatwiej jest się nauczyć podstaw (śmiech). Przeciętny człowiek po trzech dniach odczuwa już przyjemność, podczas gdy na nartach nadal się męczy. Do tego snowboard kojarzy się raczej z młodymi i wesołymi ludźmi, którzy są żądni wrażeń

Czemu nie słuchasz muzyki w czasie treningu? Próbowałem, ale nie udało mi się do tego przyzwyczaić. To trochę problem jeździć ze słuchawkami, nie słysząc, co się wokół dzieje. Lubię być skoncentrowany i wystarczy mi muzyka, która na ogół puszczana jest na stokach z głośników. Na moim etapie jazdy na snowboardzie trzeba słyszeć i widzieć naprawdę wiele, bo każdy szczegół jest niesamowicie istotny. Choć, oczywiście, są zawodowcy, którzy jeżdżą ze słuchawkami. Ale na Waszych słynnych afterparties muzyki już się nie da uniknąć. Lubisz imprezy, które niemal zawsze odbywają się po zawodach? Jasne, bo wtedy jest czas, by się trochę pobawić. Zostawiamy sporo zdrowia na treningach i podczas zawodów, więc należy się nam chwila radości. Celebrujemy zwycięstwo swoje lub kolegi z kadry, a nawet z przeciwnej drużyny. W dzień ze sobą walczymy, ale wieczorem po zawodach trzymamy się razem.

SI 10 / 2012

To jest piękne w snowboardzie i to też daje motywację do ciężkiej pracy, dawania z siebie stu procent na treningach i zawodach. Zdarzają się afterparties do białego rana? Jeśli jest fajnie i na drugi dzień nie startujemy, to tak. Większa część zawodników SBX to dorośli i doświadczeni ludzie. Wiedzą, co i kiedy można. W końcu żyjemy z wyników sportowych. Poza tym bankiety to także okazja do integracji, a snowboard właśnie na tym się opiera. Kilka dni temu widziano najlepszego sprintera wszech czasów Usaina Bolta, jak po zawodach z butelką szampana bawił się do samego rana, więc chyba można to robić, byle z głową. Można też np. pójść na karaoke. Czemu nie, ale ja do mikrofonu pierwszy nie jestem. Raczej go unikam (śmiech).

SI sport

Ale kontuzji w karierze pewnie nie uniknąłeś. Było ich trochę. Kilka lat temu w Czechach poniosła mnie fantazja. Pierwszego dnia zdecydowanie wygrałem zawody, w drugim też miałem ogromną szansę, ale na ostatniej skoczni postanowiłem zrobić rotację 360 stopni. Trochę się jednak przekręciłem, zahaczyłem przy lądowaniu przednią krawędzią deski o śnieg, uderzyłem głową o lód i straciłem przytomność. Przy tym wszystkim „połknąłem” jeszcze język i mało brakowało, bym się udusił. No, i zatrzymałem się 0,5 m przed metą... Zamiast wygrać zawody, miałem wycieczkę helikopterem do szpitala na koszt ubezpieczyciela. Zdecydowanie wolę jednak latać za swoje pieniądze, ale przytomny (śmiech).

Czyli w „Mam Talent” raczej Cię nie zobaczymy. Na pewno nie jako tancerza ani śpiewaka. Otrzymałem inne talenty i staram się je rozwijać najlepiej, jak potrafię. A może zagrałbyś na jakimś instrumencie? Jako dziecko próbowałem trochę na flecie, znałem podstawy gry na fortepianie, w domu mieliśmy też wielką harmonię. Ale talent muzyczny został wyparty przez sportowy i bardzo się z tego cieszę. Zdarzyło Ci się kiedyś nie zjechać z góry z powodu strachu? W zawodach freeride’owych zabierają nas helikopterem w wysokie, niedostępne góry i później trzeba z niech zjechać po dziewiczym terenie. Jeśli dobrze nie zaplanujesz trasy, możesz spaść z 20-metrowego klifu... Te zjazdy budzą we mnie szacunek. Startowałem kilka razy w takich zawodach, ale zawsze wybierałem łatwiejszą technicznie linię przejazdu. W innym przypadku ryzykowałbym życiem. Jako jedyny Polak byłem trzy razy zaproszony na Winter X Games (Zimowe Igrzyska Sportów Ekstremalnych) w Stanach Zjednoczonych. Tam buduje się ogromną skocznię, na której progu musimy być rozpędzeni do ponad 90 km/h. Później trzeba się jeszcze lekko wybić, by po blisko 40 metrach lotu na wysokości 12 metrów bezpiecznie wylądować... Tej skoczni unikam na treningach, a ryzyko podejmuję tylko podczas zawodów. To się sprawdza, bo kilku zawodników regularnie podczas ćwiczeń odnosi tam kontuzje.

/53


SI 10 / 2012

SI fresh

SI 10 / 2012

SI fresh

JESIENNE DRINKI — PRZEGLAD Czekoladowa Rozkosz • 20 ml likieru kawowego • 20 ml likieru malinowego • kubek gorącej czekolady • bita śmietana • herbatniki • migdały Coraz krótsze dni, deszczowa pogoda, brak słońca wprawiają Cię w przygnębienie? Nie daj się jesiennej chandrze! Zafunduj sobie czekoladową rozkosz, która postawi Cię na nogi i przywróci chęć do działania. Przygotuj wysoką szklankę, wlej do niej po 20 mililitrów likierów i kubek wcześniej przygotowanej gorącej czekolady. Składniki wymieszaj, dodaj bitą śmietanę i udekoruj kruszonymi herbatnikami oraz rozdrobnionymi migdałami. Spodziewaj się natychmiastowej poprawy nastroju!

/54

Apple Pie

Bombardino

Banana Coffee

Hot Johnny

Przebiśnieg

• 20 ml syropu bazyliowego • 20 ml soku z cytryny • 120 ml soku jabłkowego • pół łyżeczki cynamonu • 2 laski cynamonu • 10 rodzynek • 4 suszone śliwki • 6 orzechów włoskich • kawałek imbiru • jabłko

• 50 ml likieru jajecznego • 30 ml likieru Baileys • 80 ml mleka • syrop czekoladowy • migdały • kostka czekolady

• filiżanka czarnej kawy • szczypta cynamonu • 1 banan • 40 ml mleka zagęszczonego

• 40 ml whisky • 10 ml grenadyny • 20 ml śmietanki do kawy • 2 łyżki miodu • 2 laski cynamonu

• 200 ml soku gruszkowego • 20 ml soku z cytryny • 20 ml syropu blue curaçao • pestki granata • karambola

Ten alkoholowy drink jest popularny zwłaszcza wśród narciarzy, którzy rozgrzewają się nim na stoku. Ty możesz w prosty sposób przygotować go w zaciszu własnego mieszkania. Likier jajeczny, Baileys oraz mleko wlej do garnuszka i podgrzej na niewielkim ogniu, tak by nie doprowadzić do wrzenia. Ścianki niskiej szklanki udekoruj płynną czekoladą. W tym celu możesz wykorzystać specjalny syrop czekoladowy. Jeśli takiego nie masz, roztop kilka kostek czekolady, podgrzewając je w rondlu. Ciepły drink przelej do szklanki. Dodaj bitą śmietanę. Do dekoracji możesz użyć kruszonych migdałów i startej czekolady. Bombardino na pewno zbombarduje Twoje kubki smakowe. Polecamy!

Potrzebujesz szybkiej dawki energii? Przyrządź sobie soft drinka ‒ banana coffee. Dawka kofeiny, cukru prostego i magnezu, które znajdą się w tym napoju, na pewno postawią Cię na nogi. Do miksera wlej filiżankę kawy, mleko i wrzuć jednego banana. Składniki zmiksuj i przelej do wysokiej szklanki. Aby napój wyglądał bardziej efektownie, możesz przyozdobić go plastrami banana. Kop energetyczny gwarantowany!

W zimny, jesienny wieczór ogrzeje Cię gorący Johnny. Aby przygotować ten rozgrzewający trunek, do shakera wlej whisky, grenadynę oraz śmietankę do kawy. Dodaj dwie łyżki miodu i mocno wstrząśnij. Jeśli myślisz, że to nie wystarczy, aby Cię ogrzać, zanurz krawędzie szklanki do whisky w spirytusie. Wlej miksturę z shakera, przystrój laskami cynamonu i podpal krawędzie, tak aby pojawił się płomień. Teraz już tylko rozkoszuj się gorącym Johnnym.

Jesienią w optymistyczny nastrój wprowadzi Cię pyszny drink o nazwie rośliny symbolizującej przedwiośnie. Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, wlej syrop blue curaçao, sok gruszkowy i sok z cytryny. Składniki porządnie wymieszaj i przelej do szklanki. Do dekoracji użyj pestek granata, które swobodnie umieść na powierzchni napoju. Szklankę przystrój plastrem karamboli, którą dla lepszego efektu możesz wcześniej oprószyć cukrem. Dla uzyskania pełni satysfakcji podczas spożywania zaleca się zanurzenie we wspomnieniach lata i wakacji.

Apple pie to propozycja dla miłośników ciepłej szarlotki. Serwowana w postaci płynnej, smakiem zaskoczy niejedno podniebienie. Aby ją przygotować, imbir zmiażdż w moździerzu i dodaj do rondelka, wlej syrop bazyliowy, sok z cytryny oraz jabłkowy. Wszystkie składniki podgrzej. Przelej do szklanki z grubego szkła. Wrzuć pozostałe składniki. Udekoruj kawałkami jabłka oraz sypkim cynamonem. Szarlotka gotowa – smacznego!

Tekst Dorota Strzałkowska Foto Alexander Beneke

/55


SI 10 / 2012

SI man

Tekst Sebastian Żyrkowski

Przyznaję się bez bicia – zaniedbałem swoją konsolę, tym razem górę wzięła telewizja publiczna. Nie ma się co jednak dziwić, mistrzostwa Starego Kontynentu w piłce kopanej na naszej, polskiej ziemi nie trafiają się zbyt często. Postawy Biało-Czerwonych nie komentujmy, zachwycajmy się całym turniejem. A na dokładkę otrzymaliśmy londyńskie, nie do końca dla nas udane Igrzyska Olimpijskie. Obie imprezy są już jednak za nami, można więc zacząć nadrabiać zaległości i odpalić gry, na które wcześniej zabrakło czasu. Biorąc pod uwagę obsuwy premier wielkich tytułów i panujący aktualnie tzw. sezon ogórkowy, proponuję skupić się na propozycjach, które dostępne są już od pewnego czasu na sklepowych półkach. Tym razem obieramy kierunek na mrok, strach, niepewność i ciarki przechodzące po plecach – wszak nie od dziś wiadomo, że niektóre gry swoim rozmachem i klimatem doganiają, a czasem nawet prześcigają produkcje kinowe. Zarezerwujcie zatem kilka jesiennych wieczorów, pogaście światła i ruszajcie w najmroczniejsze zakamarki świata gier...

/56

DEAD SPACE (SERIA) Platforma: PC, PS3, X360 Producent: EA Games Wraz z konsolami nowej generacji pojawiły się trendy takie jak tworzenie sequeli lub remastering/rebooting starych tytułów. Dlatego wydana w 2008 r. pierwsza część survival horroru Dead Space została przyjęta przez graczy z entuzjazmem i... strachem. Mowa tu rzecz jasna o uczuciu towarzyszącemu posiedzeniom przed konsolą. Rozwalaliśmy już hordy zombiaków, tułaliśmy się po strasznych miasteczkach, przyszła więc pora na coś nowego – walkę o przetrwanie w przestrzeni kosmicznej. Inżynier Isaac Clarke i reszta załogi statku USG Kellion otrzymują sygnał z prośbą o pomoc wysłany z planetołamacza USG Ishimura. Po dotarciu na miejsce dowiadujemy się, że różowo nie jest – z żadnym z członków załogi już nie porozmawiamy, wszyscy są martwi. W tym miejscu rozpoczyna się nasza przygoda – musimy się dowiedzieć, co wydarzyło się na pokładzie Ishimury, po krótkim rozeznaniu zaś dochodzi kolejne zadanie: jak najszybciej wydostać się z planetołamacza, który został opanowany przez niebezpieczne i ohydne Nekromorfy. Dead Space potrafi wystraszyć na każdym kroku – za przykład weźmy sytuację, w której po wejściu do pomieszczenia, gdzie kilka minut wcześniej rozwaliliśmy kilku mutantów na drobne kawałki, jeden z nich nagle podnosi się z podłogi z przerażającym rykiem i pędzi wprost na nas. Strach potęgują lokacje, które przyjdzie nam odwiedzić. Często poruszamy się wzdłuż wąskich, ciemnych korytarzy, w których słychać głosy czających się wokół Nekromorfów. Wchodząc do większych pomieszczeń, dostrzegamy ślady obecności załogi i jest to, niestety,

wszechobecna krew oraz zmasakrowane ciała. W walce z przeciwnikami pomaga nam dość obszerny arsenał broni i dodatkowe umiejętności, takie jak spowalnianie lub telekineza, które służą nie tylko do rozwałki, lecz także do torowania sobie drogi wyjścia. Oryginalna lokacja, jaką jest przestrzeń kosmiczna, a konkretniej planetołamacz w niej dryfujący, budująca klimat oprawa audio i nienaganna grafika czynią z Dead Space pozycję obowiązkową dla fanów strasznej rozgrywki. Dla tych, którym gra przypadnie do gustu i będą mieli chęć na więcej, mam dobrą wiadomość – tytuł przyjął się na tyle dobrze, że na początku 2011 r. premierę miała kontynuacja przygód Isaaca Clarke’a, tym razem nie na pokładzie Ishimury, lecz w leżącym na jednym z księżyców Saturna mieście o nazwie The Sprawl. Warto zanurzyć się w mroczny świat Martwej Przestrzeni, zwłaszcza że już na początku przyszłego roku czeka nas jej trzecia odsłona... HEAVY RAIN Platforma: PS3 Producent: Quantic Dream Pisanie tego tekstu poprzedziło kilka prób naskrobania wstępu. Heavy Rain jest bowiem

Problemy z bezsennością – po ograniu Heavy Rain nie tylko Madison może je mieć... trudną do przedstawienia grą. No właśnie, w tym tkwi problem: czy to jeszcze gra, czy już film? Quantic Dream z Davidem Cage’em na czele dało nam w 2010 r. pozycję jedyną w swoim rodzaju. Tak nietuzinkową, że wielu recenzentów miało problem z jej opisaniem, coby nie umieścić w tekście jakichś spoilerów i tym samym nie zepsuć czytelnikom rozrywki. Nie wspomnę już

SI 10 / 2012

o klasyfikacji Ciężkiego Deszczu pod względem gatunku... Kilka rzeczy jest pewnych – gra (?) nadaje się wyłącznie dla osób dorosłych. Nie tylko ze względu na brutalność czy wulgarny język, lecz także na – uwaga! – sceny erotyczne i sporo odniesień do narkotyków. I między innymi za sprawą tych dwóch ostatnich tytuł jest wyjątkowy – producenci poprzez przedstawienie sfer rzeczywistości do tej pory omijanych w grach wykazali się w wielu momentach naprawdę sporą odwagą. Heavy Rain to twór bardzo filmowy, utrzymany w konwencji thrillera psychologicznego. Wizualnie jest ładnie, chociaż „ładnie” to w tym przypadku nie do końca odpowiednie słowo, bo dominuje smutna i przybijająca atmosfera. Quantic Dream przyłożyło bardzo dużą wagę do jak najbardziej realistycznego odwzorowania emocji bohaterów. Mimika ich twarzy naprawdę robi wrażenie – obserwując ich, niemal czujemy to samo, co oni. A skoro już przy bohaterach jesteśmy, to można wspomnieć, że jest ich kilku i każdy ma wpływ na rozwój zdarzeń. Tym razem nie będziemy jednak tylko sterować postaciami, lecz także przeżywać razem z nimi emocje, wyznaczać dalszą ścieżkę ich losów poprzez trudne, a czasami bardzo trudne moralnie decyzje oraz obserwować, że z biegiem czasu całą czwórkę zaczyna coś łączyć. Pamiętam, że kiedy stanąłem przed jednym z trudnych wyborów (napomknę tylko, że decydowałem między życiem a śmiercią), musiałem zatrzymać grę, opanować emocje i poradzić się obserwującej całą sytuację dziewczyny. Przyznam się, że nigdy wcześniej nie zareagowałem w żadnej grze w taki sposób... To tylko świadczy o tym, jak mocno odczuwamy to, co dzieje się na ekranie. A przed nami całe spektrum emocji – smutek, żal, wina, chęć zemsty, zagubienie, wyrzuty sumienia... To tylko część dłuższej listy, Ciężki Deszcz bowiem pod tym względem rzuca nami po ścianach i robi dziury w głowie. Tym razem nie oglądamy nagranego wcześniej filmu, lecz sami, poprzez nasze decyzje, w pewnym sensie go tworzymy. Tutaj każdy wybór może zmienić losy postaci, więc kiedy stajemy przed jednym z nich, w głowie jawi nam się multum pytań: czy aby na pewno?, a co, jeśli zrobię źle? Starałem się nawet nie nakreślać fabuły tego tytułu – wychodzę z założenia, że nawet najdrobniejszy szczegół może zepsuć odbiór. Dla niektórych Heavy Rain to festiwal Quick Time Events, czyli wciskania w odpowiednim czasie odpowiedniego przycisku

SI man

pojawiającego się na ekranie. Dla innych to interaktywny film. Nie jest to tytuł, w którym będziemy rozwalać setki potworów na każdym kroku. Jedno jest pewne: czym by nie był, nie można obok niego przejść obojętnie. Niespotykana wcześniej gra na uczuciach sprawi, że Ciężki Deszcz długo będzie padał na nasze głowy... Jak daleko się posuniesz, by ratować tych, których kochasz? Przekonaj się. Gra osiągnęła status platyny, więc tę mocną przygodę można przeżyć za niską cenę. Jest również dostępna wersja obsługująca kontroler Move. DEAD ISLAND Platforma: PC, PS3, X360 Producent: Techland Polska Wrocławski Techland w przeszłości nie był znanym producentem gier. W ostatnich

Typowy turysta z Banoi tutaj poprosił o zrobienie mu zdjęcia. latach jego najsłynniejszą, lecz nie do końca udaną produkcją była seria Call of Juarez. Z tego właśnie powodu zaczęto się niepokoić o to, jak wypadnie zapowiedziany przez Techland Dead Island. Kiedy jednak w lutym 2011 r. zaprezentowano zwiastun tytułu, apetyty graczy ogromnie urosły – wystarczy wspomnieć, że trailer został nagrodzony Złotym Lwem na Międzynarodowym Festiwalu Reklamy w Cannes! I choć wykonało go szkockie studio Axis Animation, mieliśmy powód do dumy – polska produkcja była na ustach wszystkich. Czy apetyty związane z samą grą zostały zaspokojone? Kto skosztował, ten wie. Kto jeszcze tego nie zrobił, czas najwyższy! Akcja toczy się na egzotycznej wyspie Banoi w Papui-Nowej Gwinei. Sielanka na

rajskim lądzie kończy się wraz z nadejściem epidemii, wskutek której wszyscy znajdujący się wokół wczasowicze przeobrażają się w żądne krwi i ludzkiego mięsa zombie. Na szczęście znalazła się odporna na nieznaną zarazę bohaterska czwórka, która stara się wspólnymi siłami przetrwać piekło. Gracz decyduje, kim z tej odważnej czwórki steruje. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o fabułę. Przyznacie, że nie jest ona zbyt skomplikowana ani oryginalna, ale nie o to tu chodzi. Techland podarował nam bowiem grę, która skupia się na innych elementach. Najważniejszym z nich jest niemal nieograniczona możliwość eksplorowania wyspy – nikt nas nie ciągnie za rączkę! Raz na jakiś czas pojawiają się wskazówki, ale my możemy mieć to w przysłowiowej pompie i, odchodząc w przeciwnym kierunku, ćwiartować na kawałki kolejne zombiaki. A skoro już o krojeniu zombiaków mowa – narzędzi sprawiających, że jucha leje się na wszystkie strony, jest naprawdę multum. I nie chodzi mi wcale o broń palną! Wiosła, młotki, deski, siekiery, kije golfowe, a nawet krzesła – umarlaki oberwą wszystkim tym, co nawinie się nam pod rękę, a dzięki zaawansowanemu podziałowi ciał postaci na skórę, mięśnie i kości możemy zadawać różnego rodzaju obrażenia (żywemu trupowi możemy na przykład połamać... nos). Możliwości jest zatem wiele, a przy sandboksowym charakterze gry jest to atut – z pewnością każdy spędzi z Dead Island sporo czasu. Produkcja Techlandu to przyjemnie trawiący się zombie slasher na otwartym terenie – najważniejsza jest tu nie fabuła, a jak największa i najefektowniejsza rozpierducha. Miłośnicy klasycznego krojenia zombiaków powinni być zachwyceni, zwłaszcza że mamy tu do czynienia z tytułem prosto z naszego wspaniałego kraju. Na zachętę dodam jeszcze jeden fakt: Dead Island tak bardzo spodobał się wytwórni filmowej Lionsgate, że nabyła prawa do ekranizacji gry! Pamiętajcie, cudze chwalicie, swojego nie znacie. Czas zatem swoje poznać.

/57


SI 10 / 2012

SI tech

A MOŻE… TABLET?

/58

surowy wygląd i charakterystyczna czerwona kropka powinny wzbudzić entuzjazm w każdym wielbicielu tych legendarnych notebooków. Co ciekawe, chociaż jak wszystkie nowe modele ThinkPad może być obsługiwany palcem, producent daje nam również możliwość użycia rysika. Docenią to w szczególności osoby, których praca wymaga robie-

Samsung Galaxy Tab 2 P5100 Boje, jakie firma Apple toczy z Samsungiem na salach sądowych całego świata, może znaczyć tylko jedno – Galaxy Tab jest prawdopodobnie największym konkurentem iPada. Szczególnie jeśli chodzi o jakość wykonania, bo w kwestii wydajności mogłoby być lepiej, zwłaszcza w porównaniu z modelami wyposażonymi w procesor Tegra 3.

Tablety – można je kochać lub ich nienawidzić, jednak jedno jest pewne – dawno nie było na rynku sprzętu, który budziłby tyle emocji wśród użytkowników. Stojąc przed wyborem jednego z dostępnych na rynku modeli, musimy w pierwszej kolejności zdecydować się na odpowiedni system operacyjny. Jest to o tyle istotne, że każdy z producentów oferuje własny zestaw oprogramowania, często unikalny dla danej platformy. Dlatego jeśli często korzystamy z pewnego typu aplikacji, warto sprawdzić, czy będą one dostępne na urządzeniu, którego zakup planujemy. Obecnie na rynku znaleźć można trzy najpopularniejsze rozwiązania – iOS w produktach Apple, Tablet OS stworzony przez firmę RIM dla tabletów Blackberry oraz Google Android, z którego korzystają pozostali producenci. Jak widać, w zestawieniu brakuje jeszcze jednego poważnego gracza – firmy Microsoft. Dlaczego? Otóż gigant z Redmond ewidentnie przespał boom na urządzenia mobilne, co dotyczy zresztą zarówno tabletów, jak i telefonów. Po raczej mocno krytykowanym Windows Mobile 6.5 Microsoft stracił jakby zainteresowanie tym dynamicznym rynkiem. Co prawda można znaleźć tablety, które działają pod kontrolą Windows 7, jednak ze względu na raczej średnio wygodną obsługę (nie jest to w końcu system przeznaczony dla tego typu urządzeń) nie są one zbyt popularne. Sytuację tę ma zmienić wprowadzenie systemu Windows 8 i działającego pod jego kontrolą tabletu Surface. Czy jednak faktycznie możemy spodziewać się prawdziwych wstrząsów związanych z tym wydarzeniem? Zdecydowanie tak, i to co najmniej z jednego powodu: Microsoft,

SI tech

pozbawiony wad znanych z wcześniejszych modeli – awersja, jaką producent najwyraźniej czuje do przyjętych powszechnie standardów, owocuje tym, że nie znajdziemy tu ani złącza USB, ani slotu na kartę pamięci. Skazuje nas to na używanie różnego rodzaju kabli i przejściówek, które niestety nie należą do najtańszych.

Tekst Karol Muchalski

Rozpoczynając rozważania na temat tego, czy stać się szczęśliwym posiadaczem tabletu, warto się zastanowić, czym są tego rodzaju urządzenia. Albo raczej – czym nie są. Otóż wbrew temu, co czasami można usłyszeć, nie stanowią one żadnej alternatywy dla dostępnego aktualnie sprzętu komputerowego. A przynajmniej nie są nią jeszcze. Tablet nie zastąpi nam ani telefonu, ani notebooka, może być tylko czymś, co sprawi, że pewne czynności staną się łatwiejsze i przyjemniejsze. Przejrzenie najnowszych wiadomości podczas lunchu, przeczytanie książki w podróży czy nawet przedstawienie oferty klientowi – tutaj tablet sprawdzi się doskonale. Jednak już edycja tekstu dłuższego niż wpis na Twitterze przy pomocy tego typu urządzenia sprawi, że po pięciu minutach zaczniemy szlochać z tęsknoty za „prawdziwymi przyciskami”, w które wyposażony jest najmarniejszy nawet netbook. I chociaż bez problemu możemy dokupić niewielką klawiaturę z interfejsem Bluetooth, która nieco poprawi sytuację, jedno jest pewne: tradycyjny komputer sprawdzi się o niebo lepiej. Natomiast bez względu na to, jak planujemy wykorzystywać nasz nowy tablet, jego zakup na pewno sprawi olbrzymią frajdę… dzieciom. Niewielkie rozmiary i waga, łatwość obsługi niewymagającej umiejętności czytania oraz olbrzymia liczba dostępnych gier sprawią, że większość maluchów zakocha się w tego typu sprzęcie. Problemy mogą zacząć się w przypadku, gdy będziemy chcieli nasz tablet odzyskać, dlatego czujcie się ostrzeżeni.

SI 10 / 2012

dowy, pokryty perforowanym, gumopodobnym tworzywem sztucznym. Z jednej strony zastosowanie tego materiału zmniejsza ryzyko przypadkowego wyślizgnięcia się sprzętu i sprawia, że jest on bardzo przyjemny w dotyku, jednak można mieć obawy, czy nie będzie bardziej podatny na obniżające estetykę zarysowania. Asus Transformer Prime TF201 Transformer Prime firmy Asus to tablet przeznaczony dla osób, które nie mogą się zdecydować, czy chcą mieć tablet, czy może jednak netbooka. Dzięki dołączonej do tego modelu stacji dokującej wyposażonej w pełnowymiarową klawiaturę problem

którego rozwiązania osiągnęły niekwestionowaną popularność wśród użytkowników komputerów PC, ma w swoich rękach potężny atut: jeden spójny system dla wszystkich urządzeń, czyli komputera, tabletu i telefonu.

nia szkiców lub notatek w terenie. Warto zauważyć, że do budowy tego modelu (podobnie jak w przypadku Acer Iconia Tab A510) wykorzystano szkło Gorilla Glass, które w porównaniu z tradycyjnym charakteryzuje się znacznie wyższą odpornością na uszkodzenia mechaniczne. Powinno to znacznie wydłużyć czas życia tego urządzenia.

Apple iPad

Sony Tablet S

Dla wielu osób iPad jest wręcz synonimem tabletu, urządzeniem, od którego „wszystko się zaczęło”. Nie jest to, oczywiście, prawda, jednak rzeczywiście to właśnie produkt firmy Apple w dużej mierze przyczynił się do mody na tablety. Najnowsza odsłona urządzenia z jabłkiem wyróżnia się przede wszystkim fenomenalnym wyświetlaczem Retina o rozdzielczości 2048×1536 i przekątnej 9,7 cala, który jakością obrazu bije produkty konkurencji na głowę. Dodając do tego bezproblemowe działanie, długą pracę na baterii oraz bardzo wysoką jakość i estetykę wykonania, otrzymamy urządzenie naprawdę godne uwagi. Niestety, najnowszy iPad nie jest

Bardzo rozrywkowy tablet, którym powinni się zainteresować szczególnie ci, którzy mają konsolę tej samej marki. Produkt Sony pozwala nie tylko zagrać w klasyczne tytuły gier z PSone i PSP, lecz także użyć do tego

Czas pracy na baterii również pozostawia trochę do życzenia. Na uwagę zasługuje natomiast wyświetlacz, który (mimo że jakością obrazu nie dorównuje iPadowemu) charakteryzuje się świetnym kontrastem oraz jasnością. Co ciekawe, w niedługim czasie Samsung planuje wypuszczenie modelu wyposażonego w wyświetlacz Retina. Apple nie będzie zadowolone, oj, nie będzie… Acer Iconia Tab A510 Iconia Tab A510 firmy Acer jest wydajnym i (stosunkowo) niedrogim tabletem działającym pod kontrolą systemu Android 4.0. Procesor Nvidia Tegra 3, bardzo wydajna bateria oraz dobrej jakości ekran o przekątnej 10,1 cala powinny zadowolić większość użytkowników. Model odróżnia od konkurencyjnych bardzo ciekawa funkcja Acer Print, która umożliwia bezproblemowe drukowanie materiałów bezpośrednio z tabletu, bez konieczności angażowania komputera. Mieszane uczucia budzi natomiast tył obu-

ten rozwiązuje się niejako sam. Co prawda system operacyjny (Android 4.0) to jednak nie Windows, jednak możliwość postawienia tabletu na stole i wygodnego napisania nawet długiego e-maila ma swoje niewątpliwe zalety. Co więcej, stacja dokująca zawiera dodatkową baterię i pełnowymiarowe złącze USB. Dzięki temu możemy nie tylko na dłużej zapomnieć o ładowaniu urządzenia, lecz także podłączyć dodatkowe akcesoria bez zawracania sobie głowy przejściówkami. Lenovo ThinkPad Tablet Kolejny przedstawiciel tabletów androidowych – ThinkPad Tablet firmy Lenovo – kontynuuje tradycje jednej z najstarszych serii komputerów przenośnych. Prosty, wręcz

oryginalnego pada. Bardzo ciekawą opcją jest wbudowany nadajnik podczerwieni, który zamienia nasz tablet w uniwersalnego pilota umożliwiającego sterowanie domowym centrum rozrywki.

/59


SI 10 / 2012

SI man

SI 10 / 2012

SI man

dynku, w którym znajdowała się reszta modeli. W ciągu pięciu lat wyprodukowano ok. 19 tys. egzemplarzy zapomnianego przez większość curved dash. Ze wspomnianym fordem T wiąże się z kolei sporo wciąż żywych anegdot, jednych bardziej, drugich mniej prawdopodobnych. Najsłynniejsza dotyczy koloru nadwozia. Od 1914 r. ford T był produkowany tylko w kolorze czarnym ze względu na dostępność i niską cenę farby. Henry Ford miał podobno stwierdzić: – Możesz kupić samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to czarny. Co ciekawe, we wcześniejszych latach kolory nadwozia T były zróżnicowane (jeśli można tak powiedzieć o zielonym, szarym i ciemnoszarym). Masowa produkcja i duża popularność sprawiły, że auto stało się obiektem dowcipów i szyderstw. W 1915 r. wydano nawet Funny stories about the Ford, dość pokaźną broszurę w kilku częściach z żartami i prześmiewczymi wierszykami. Jeden z nich dosadnie nabija się z prostoty konstrukcji: A little spark, a little coil, A little gas, a little oil, A piece of tin, a two inch board Put them together and you have a Ford.

SZCZĘŚCIE, PRZYPADEK I KRADZIEŻ Tekst Michał Horodyski

Ile kosztuje ubezpieczenie astona martina Jamesa Bonda? Czy ogromny pożar może mieć cokolwiek wspólnego z późniejszym sukcesem? Co ma wspólnego Polska z jednym z najchętniej kupowanych aut na świecie? Kim musisz być, żeby jeden z modeli Lamborghini nosił Twoje imię?

Historia motoryzacji już nie raz udowodniła, że wiele zależy od przypadku. Weźmy na przykład pierwszy seryjnie produkowany samochód. Nie, nie był to ford T, lecz niezbyt urodziwy (nawet jak na tamte czasy) oldsmobile curved dash, auto produkowane

/60

w latach 1904–1909 przez firmę należącą do Ransoma Oldsa. I to właśnie spośród kilku proponowanych przez Oldsa do produkcji modeli curved dash został tym szczęśliwcem. Dlaczego? Bo prototyp samochodu jako jedyny stał na zewnątrz w czasie pożaru bu-

Tam, gdzie prostotę wyśmiewano, nie zdawano sobie sprawy z tego, jak była ceniona w innych krajach. W Polsce, która wróciła na mapę Europy dopiero po I wojnie światowej, zastój w produkcji samochodów stanowił istotną przeszkodę na drodze do unowocześnienia społeczeństwa i gospodarki. Po kilku latach reperowania tego, co zostało po wojnie (głównie aut niemieckich), złom do naprawy się skończył i trzeba było pomyśleć o czymś krajowym. Dwóch dżentelmenów zbudowało pierwsze w Polsce seryjne auto o nazwie

CWS T-1. Wykorzystywało ono wojskowe patenty na silnik i zawieszenie. Szczególnie to drugie było ważne, gdyż tradycja złego stanu dróg w Polsce sięga czasów Tutanchamona. T-1 był tak prosty, że do jego rozebrania wystarczył jeden klucz – od rozkręcenia karoserii po silnik i skrzynię biegów. Takiej konstrukcji nie dało się przecenić w kraju, w którym narzędzia były na wagę złota, a o warsztatach samochodowych wiedziano tyle, ile starożytni Grecy o iPhonie. Popkultura W późniejszych czasach auta stały się bardzo ważnym elementem popkultury. Nie trzeba chyba wspominać właściciela najwścieklej różowego ze wszystkich różowych cadillaców (dla niezorientowanych – Elvis Presley).

/61


SI 10 / 2012

SI man

SI 10 / 2012

SI around

VALENTINO BALBONI, KIEROWCA TESTOWY LAMBORGHINI, PO 40 LATACH PRACY U WŁOSKIEGO PRODUCENTA SUPERSAMOCHODÓW DOCZEKAŁ SIĘ AUTA SYGNOWANEGO WŁASNYM NAZWISKIEM: LAMBORGHINI 550-2 VALENTINO BALBONI.

Bruce Springsteen w 1984 r. napisał nawet piosenkę Pink Cadillac. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych samochodów ery wczesnej popkultury był aston martin DB5 Jamesa Bonda, który po raz pierwszy pojawił się w filmie Goldfinger, a po raz ostatni w Casino Royale. W 2010 r. cena modelu DB5 na francuskiej aukcji sięgnęła 414,5 tys. euro. Dla porównania na tej samej aukcji lamborghini GT400 zostało sprzedane za 194,5 tys. euro. Po sprzedaży Bondowskiego astona martina jedno z towarzystw ubezpieczeniowych obliczyło, że koszt polisy może sięgnąć równowartości 100 tys. zł. Kolejnym słynnym pojazdem, który zna każde dziecko i każdy dorosły, jest batmobil, auto Batmana. Samochód człowieka-nietoperza zadebiutował w serialu telewizyjnym w 1943 r., jednak ze względu na mały budżet nie było to auto specjalnie dostosowane do potrzeb bohatera, lecz zwykła seryjna produkcja. Jednak już w 1965 r. producenci zadecydowali, że batmobil musi mieć futurystyczny charakter i nabyli od Forda model lincoln futura za... 1 (słownie: jednego!) dolara. Nawet przed przeróbkami na potrzeby telewizji auto wyglądało naprawdę wspaniale. Od tego czasu kolejne pojazdy Bruce’a Wayne’a były coraz bardziej imponujące. Autem, które wzbudza we mnie sporo pozytywnych emocji (szczególnie dlatego, że miałem przyjemność oglądać je z bliska), jest rolls royce phantom z filmu Johnny

/62

English: Reaktywacja. Główną rolę niezdarnego agenta gra Rowan Atkinson – wielki fan motoryzacji i posiadacz sporej kolekcji rzadkich samochodów. Postarał się on osobiście, by RR użyty w filmie był nietypowy. Otóż auto wyposażone zostało w niezwykły, 16-cylindrowy silnik. Formalnie w 2003 r. marka Rolls Royce została kupiona przez BMW. Niemiecki koncern planował seryjne montowanie silników V16 właśnie w modelu phantom, jednak po wyprodukowaniu czterech sztuk silnika okazało się, że się to nie opłaca. Rowan Atkinson sam wybrał się do siedziby BMW, aby poprosić o wyposażenie filmowego phantoma w ten właśnie silnik. I tak też się stało. Potężna jednostka

napędowa o pojemności 9 litrów robi ogromne wrażenie. Firma BMW nie tylko za pośrednictwem marki Rolls Royce przyczyniła się do powstania kilku motoryzacyjnych ciekawostek. Na przykład o tym, że kosztowny sportowy model M1 został wyprodukowany w liczbie kilkuset sztuk tylko po to, żeby można było przygotować wersję wyścigową i jeździć nią w zawodach. Takie były przepisy federacji FIA, zajmującej się sportem samochodowym i motocyklowym. W ramach promocji motoryzacji jako sztuki BMW poprosiło artystę Andy’ego Warhola, żeby zrobił z tym modelem coś niezwykłego. Warhol wziął pędzel, farby i przemalował auto na swój oryginalny sposób. Auto z numerem 76 wzięło udział w jednym wyścigu. Obecnie znajduje się w muzeum BMW w Monachium. Na naszym skromnym rynku samochodowym osiągnęliśmy jeden spektakularny „sukces”. Otóż... ukradziono nam pomysł na samochód, który później stał się olbrzymim hitem – renault twingo. To małe francuskie autko bazowało na polskim prototypie (o nazwie Beskid) z lat 80. Inżynierowie z Bielska-Białej skonstruowali zgrabny i oszczędny wehikuł, jednak władze nie wydały zgody na jego produkcję i nakazały zniszczenie sześciu prototypów. Konstruktorzy, zamiast zniszczyć, poukrywali auta gdzie się dało. Dzięki temu można je teraz oglądać w kilku polskich muzeach. Tuż po wygaśnięciu patentu na jednobryłowe polskie autko Renault zaprezentował pojazd marki Twingo, który z wielkim powodzeniem był sprzedawany przez 16 lat.

Statystyczny Polak nienawidzi wszystkich pór roku i przyporządkowanych im pogodowych „anomalii”. Zimą jest nam za zimno, wiosną za zielono, latem za gorąco, a jesienią zbyt ciemno i jeszcze ciągle leje. Wściekamy się, marudzimy, godzinami gapimy w okno i marzymy o sierpniowym słońcu, jakby wszystko, co w życiu istotne, zależało od pogody. A przecież czas zmarnowany na malkontenctwo dużo lepiej przeznaczyć na wymagające lektury lub dobrą literaturę rozrywkową. Oto przykładowy zestaw tytułów dla tych, którzy tej jesieni wolą czytać niż narzekać.

Tekst Grzegorz Wysocki

Którą z przezabawnych komedii Stanisława Barei lubicie najbardziej? Czy nie jest to przypadkiem pełen absurdów (m.in. kapitalna scena walki o bombę atomową toczonej w pociągu pełnym krajowego miodu i pierza) oraz trafnych komentarzy na temat ówczesnej rzeczywistości Nasz człowiek w Warszawie? A gdybyście mieli wybrać tylko jeden tytuł z imponującego dorobku twórczego Andrzeja Wajdy, czy zdecydowalibyście się na Przedwiośnie na podstawie słynnej powieści Żeromskiego i z popisową rolą Daniela Olbrychskiego, który bezbłędnie zagrał Cezarego Barykę? Czy w rozmowach o pol-

skim kinie pośród swoich ulubionych tytułów wymieniacie również 622 upadki Bunga Jana Lenicy (wspaniały scenariusz Tadeusza Konwickiego według prozy Witkacego), Różowy horyzont Kazimierza Kutza i Osła grającego na lirze Wojciecha Hasa? Oczywiście, że nie, gdyż nie dość, że nie widzieliście żadnego z tych filmów, to najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie słyszeliście o którymkolwiek z nich. Mowa bowiem o filmach, które nigdy nie powstały, choć w latach 1945–1989 przygotowywano je do realizacji. Tadeusz Lubelski, wybitny krakowski krytyk i historyk filmu, jakby w ramach rekompen-

saty dla widzów, którym nigdy nie będzie dane ujrzeć tych (być może) arcydzieł, napisał ze wszech miar fascynującą opowieść na temat trzynastu najciekawszych niezrealizowanych pomysłów. Zdaniem autora, urzeczywistnienie owych projektów mogło decydująco wpłynąć na historię kina polskiego. Wspomnijmy tutaj tylko o Wajdzie – jednym z głównych bohaterów szkiców Lubelskiego – który co prawda nakręcił póki co aż 37 filmów fabularnych, ale na tę liczbę przypada około… 150 pomysłów przez reżysera podjętych, ale niesfinalizowanych. Lubelski dokładnie omawia fabuły legendarnych

/63


SI 10 / 2012

SI around

(czy też: widmowych) filmów, kolejne wersje ich niewykorzystanych scenariuszy (przykładem pięć skryptów Przedwiośnia Wajdy), planowane obsady aktorskie, a nawet składy ekip realizatorskich. Przede wszystkim jednak wyjaśnia obszernie, dlaczego rzeczone obrazy w końcu nie powstały, choć wiele, a czasami wszystko, przemawiało za tym, że będzie inaczej. Co ważne, nie we wszystkich omawianych przypadkach o niezrealizowaniu filmu decydowały względy polityczno-cenzuralne. Nie zmienia to faktu, że Historia niebyła kina PRL to nie tylko erudycyjny, napisany przystępnie i bez akademickiej maniery zbiór esejów o rodzimej kinematografii, lecz także porywający wykład na temat naszej historii i kultury do 1989 r. A to jeszcze nie wszystko, do każdego bowiem szkicu na temat danego filmu autor napisał jego kapitalną recenzję, która mogłaby powstać (gdyby tylko do kinowych premier wówczas doszło) i być może naprawdę wyszłaby spod pióra krytyków (np. Zbigniewa Kałużyńskiego czy Tadeusza Sobolewskiego), których styl pisania tak umiejętnie podrabia w kolejnych tekstach Lubelski. Wielkie brawa należą się również Kubie Sowińskiemu, autorowi opracowania graficznego tomu, świetnej okładki oraz – nie lada atrakcja! – 13 wspaniałych plakatów do niezrealizowanych filmów, stworzonych przez grafika specjalnie na potrzeby publikacji. Tadeusz Lubelski, Historia niebyła kina PRL, Wyd. Znak, Kraków 2012

/64

Na kolejne książki Etgara Kereta, izraelskiego prozaika i mistrza krótkiej formy, czekam zawsze jak dziecko na gwiazdkę albo – skoro już o filmach mowa – jak fan serialu na najnowszy sezon swojej ulubionej produkcji telewizyjnej. Porównanie serialowe jest nawet bardziej adekwatne, gdyż kto raz skosztuje doskonałych opowiadań autora Tęskniąc za Kissingerem, ten najprawdopodobniej będzie do nich wracał już zawsze. I nawet jeśli poszczególne opowiadania (literacki odpowiednik telewizyjnych epizodów) nie będą dorównywać tym najlepszym, czytanym kiedyś, to nic – przecież i tak uwielbiamy te historie i ich charakterystycznych bohaterów, a Keret jest jednym z naszych ulubionych „reżyserów”, któremu bez problemu wybaczymy zdarzający się raz na jakiś czas słabszy „odcinek”. W nowym tomie mniej udanych fragmentów jest naprawdę niewiele, sporo za to próz dobrych i bardzo dobrych, pomysłowych i brawurowych, uderzających w samo sedno podejmowanych problemów i wykończonych mocną pointą (np. Lieland, Zła karma, Złota rybka czy Po końcu). Całość połyka się błyskawicznie i z niekłamaną przyjemnością. Niekontrolowane wybuchy śmiechu, chwile refleksji, kilka wzruszających scen, nagłe zwroty akcji, sugestywnie opisane życie „zwykłych ludzi”, a przede wszystkim wspaniały pokaz pisarskiej wyobraźni i czysta przyjemność lektury – gwarantowane. Nagle pukanie do drzwi to prawie 40 opowiadań, z których każde – jak zwykle u izraelskiego prozaika – liczy kilka, maksymalnie kilkanaście stron. Wystarczy, gdyż potrafi zmieścić w nich tyle treści, że inni twórcy potrzebowaliby w tym celu kilku arkuszy papieru. Jeśli ktoś jeszcze kręci nosem, niech przemówią do niego suche fakty i statystyka. Zbiory opowiadań Kereta są najczęściej kradzionymi książkami z izraelskich księgarń oraz jednymi z najchętniej wypożyczanych tytułów w więziennych bibliotekach. Sam autor twierdzi, że to z powodu rozmiaru jego opowiadań – większość można przeczytać w drodze między celą i prysznicami. Ten i wcześniejsze tomy Kereta polecam nie tylko więźniom i (przynajmniej póki co) cieszącym się wolnością złodziejom książek. Etgar Keret, Nagle pukanie do drzwi, przeł. Agnieszka Maciejowska, Wyd. WAB, Warszawa 2012

Jesień to coraz chłodniejsze dni i coraz dłuższe noce, więc okazji i czasu na czytanie nie powinno zabraknąć także miłośnikom literatury rozrywkowej i gatunkowej. Zwolennicy literackiego hardcore’u mogą sięgnąć po Potomstwo Ketchuma, współczesnego mistrza horroru, którego wielkim fanem jest sam Stephen King, co fanom gatunku wystarczy za wszelkie rekomendacje. Tym razem Ketchum opowiada – jakżeby inaczej – przerażającą, krwawą, perwersyjną i brutalną aż do przesady (i przerysowania) historię niewinnych mieszkańców miasteczka Dead River atakowanych przez bandę prymitywnych i drapieżnych dzieci zaprogramowanych na kanibalizm i zabijanie. Już w pierwszej scenie dostajemy sporą porcję makabry, a finał powieści to już prawdziwa rzeź, której mogą nie przeżyć także co bardziej wrażliwi czytelnicy. Jack Ketchum, Potomstwo, przeł. Bartosz Czartoryski, Wyd. Replika, 2012

Grzegorz Wysocki – krytyk literacki, redaktor działu książki w Wirtualnej Polsce, felietonista „Dwutygodnika”. Publikuje m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym”. Uzależniony od dobrych seriali, coca-coli i niezdrowej żywności. Walczy w ruchu oporu przeciwko dyktaturze skowronków.

SI 10 / 2012

Ketchum nie jest wytrawnym stylistą (zresztą nie tego się od niego oczekuje), więc czytelników bardziej wymagających, choć również niestroniących od trupów na kartach powieści, odsyłam do kryminałów. Drive Sallisa to doskonała powieść kryminalna noir, na podstawie której postał kultowy już w chwilę po premierze film z Ryanem Goslingiem w roli głównej. Ekranizacja różni się znacząco od książkowego pierwowzoru, więc warto oba dzieła ze sobą porównać i zachwycić się każdym z nich. Zarówno Sallis, jak i jego bohater, bezimienny kierowca, są powściągliwi, mówią mało, rzadko i najczęściej tylko to, co powinno być powiedziane. Mamy tutaj napad, torbę pełną dolarów, płatnych morderców, pościgi, wymierzanie zemsty i kolejne trupy. Wszystko, co znamy aż za dobrze z setek tandetnych filmów sensacyjnych, a jednak Sallisowi udaje się z tych zgranych elementów sklecić frapującą, oryginalną i hipnotyzującą całość. James Sallis, Drive, przeł. Andrzej Szulc, Wyd. Albatros, Warszawa 2012

SI around

Za sprawą Stiega Larssona i Henninga Mankella nie trzeba już dzisiaj nikogo zmuszać do czytania szwedzkich powieści kryminalnych, ale osobiście polecam Wam książki ich nie mniej utalentowanego rodaka, Johana Theorina. Jego najnowszą powieść, Smugę krwi, uważam za nieco słabszą od debiutanckiego Zmierzchu (nie mylić z wampirycznym tworem Stephenie Meyer!) oraz późniejszej Nocnej zamieci (doskonałe połączenie kryminału, horroru i przejmującego studium żałoby), ale i tak dużo lepszą od większości aktualnie modnych i bestsellerowych dzieł ze Skandynawii rodem. Per Mörner, bohater powieści, nigdy nie miał dobrego kontaktu z ojcem, dawnym władcą branży pornograficznej, który dzisiaj jest schorowanym staruszkiem. Dlaczego więc ktoś zamierza go zamordować? Per rozpoczyna amatorskie śledztwo… Theorina cenię głównie za intrygi kryminalne rozpisane na wiele postaci, rozgrywające się w różnych miejscach i czasach, rozkręcające się powoli, a potem z żelazną konsekwencją i kolejnymi punktami zwrotnymi prowadzące nas do gorączkowych, efektownych i zaskakujących scen finałowych. Trzy wydane po polsku powieści Theorina to łącznie około 1400 stron, więc tej jesieni na pewno nie będziecie się nudzić… Johan Theorin, Smuga krwi, przeł. Barbara Matusiak, Wyd. Czarne, Wołowiec 2012

A skoro o nudzie mowa – Peter Toohey przekonuje, że historia nudy jest nie mniej fascynująca niż historia seksu, brzydoty czy inkwizycji. Bagatelizować nudy nie powinniśmy i dlatego, że – jak wynika z badań – nudzimy się średnio sześć godzin tygodniowo, co oznacza, że w ciągu całego życia każdy z nas będzie się nudził ponad dwa lata. Z kolejnych rozdziałów dowiemy się, jakie są główne cechy nudy, czym różni się nuda zwyczajna od egzystencjalnej oraz co łączy nudę z paranoją, złością czy samotnością. Autor zastanawia się nad tym, kiedy nuda bywa korzystna dla zdrowia, dlaczego niektórzy wprost marzą o egzystencji przerażająco nudnej i zwyczajnej, a jeszcze inni cierpią na poriomanię, czyli niekontrolowany przymus ciągłego przemieszczania się. Książka Tooheya to pełna dygresji i konkretnych przykładów (z historii, literatury, sztuki czy polityki) popularnonaukowa rozprawa, której podstawowym zadaniem jest przekonanie czytelnika, że o nudzie możemy powiedzieć wszystko prócz tego właśnie, że jest nudna. Oczywiście, tylko i wyłącznie wówczas, gdy mowa o nudzie jako temacie wciągającej książki, a nie o ciągnącym się w nieskończoność firmowym spotkaniu czy o poruszającej się w żółwim tempie kolejce do pocztowego okienka, w której zapewne jeszcze nie jeden raz przyjdzie się nam niecierpliwić i kląć pod nosem. Peter Toohey, Historia nudy, przeł. Katarzyna Ciarcińska, Wyd. Bellona, Warszawa 2012

/65


SI 10 / 2012

SI seriale

Epidemia chronicznej serialozy (se01e02)

Tekst Grzegorz Wysocki W pierwszym odcinku opowieści o najlepszych współczesnych serialach pisałem na temat najwybitniejszej, moim zdaniem, produkcji telewizyjnej, jaka do tej pory powstała, czyli o The Wire (Prawo ulicy) Davida Simona. W zakończeniu tekstu sugerowałem, że po zapoznaniu się z takim arcydziełem oglądanie innych seriali trochę traci sens, a przynajmniej nie cieszy widza już tak bardzo, jak powinno. Nie namawiam jednak fanatyków The Wire do zaprzestania dalszych poszukiwań. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że w dalszym ciągu powstają nowe, wybitne seriale, z których na szczególne wyróżnienie zasługuje Breaking Bad Vince’a Gilligana. Dokładnie od 20 stycznia 2008 r., kiedy to amerykańska stacja AMC zaprezentowała widzom pierwszy epizod nowej produkcji, możemy śledzić losy genialnego, choć niespełnionego zawodowo chemika Waltera White’a oraz jego „partnera w interesach”, Jessego Pinkmana. Waltera poznajemy w krytycznym momencie jego życia. Właśnie skończył pięćdziesiątkę, a lista jego życiowych osiągnięć nie należy do szczególnie imponujących. Miał szansę na wielką karierę i grube miliony jako chemik, ale – z bliżej niewyjaśnionych osobistych powodów – ją zmarnował. Pracuje więc jako nauczyciel chemii w szkole średniej w Albuquerque, największym mieście stanu Nowy Meksyk, gdzie toczy się akcja serialu. Od lekarza dowiaduje się właśnie, że ma raka (trzecie stadium choroby) i zostały mu najwyżej dwa lata życia. Jego żona, Skyler, jest w ciąży, a ich nastoletni syn, Walter Junior, cierpi na porażenie mózgowe. Breaking Bad rozpoczyna się od niewyobrażalnej, wręcz niewiarygodnej kumulacji nieszczęść i problemów, nie dziwi więc, że część widzów po kilku odcinkach rezygnuje z dalszego oglądania, posługując się mimo

/66

wszystko niezbyt przekonującym argumentem: „zbyt duży dół”. Owszem, produkcja AMC nie jest kolejnym optymistycznym serialem familijnym nakręconym po to, by móc sobie porechotać w czasie jedzenia obiadu. „Happy end” jest tutaj właściwie pojęciem zupełnie obcym. Nawet jeśli Walterowi i Jessemu udaje się poradzić z jednym problemem, w jego miejscu – niczym baśniowemu smokowi, którego właśnie skróciliśmy o głowę – pojawia się kilka nowych, często dużo poważniejszych, jeszcze bardziej skomplikowanych i wymagających radykalniejszych rozwiązań. Na początku Walter White jawi się nam jako współczesna, telewizyjna wersja biblijnego Hioba, na którym jakiś wyjątkowo nieczuły Bóg wypróbowuje swoje despotyczne możliwości. Ile cierpienia może udźwignąć jeden człowiek? Jak wiele zniesie jeszcze ten znerwicowany pięćdziesięciolatek, którego wykładów z nieukrywanym znudzeniem wysłuchują uczniowie liceum? I przede wszystkim – jaka będzie odpowiedź Waltera na cierpienia i tragedie, których doświadcza? Co zrobi z wypisanym na jego nazwisko wyrokiem śmierci? Jak się okazuje, cierpienie nie tyle uszlachetnia, co raczej czyni ze starzejącego się losera „prawdziwego mężczyznę” i człowieka, którego już za chwilę trzeba będzie się bać. Walter w końcu bierze swoje życie we własne ręce, przestaje się bać i – chcąc opłacić kosmicznie drogie leczenie, a przede wszystkim finansowo zabezpieczyć rodzinę, która jest wszystkim, co dla niego w życiu ważne – rozpoczyna produkcję najczystszej, najlepszej na rynku metamfetaminy, jednej z najgroźniejszych substancji psychoaktywnych, silnie uzależniającej i szybko wyniszczającej organizm.

SI 10 / 2012

SI seriale

Wspólnikiem White’a zostaje jego były uczeń, a obecnie dwudziestokilkuletni diler i ćpun. Skomplikowana relacja Waltera i Jessego jest główną osią narracyjną serialu i, jak łatwo się domyślić, ulega nieustannym przeobrażeniom – od męskiej przyjaźni do nienawiści, od toksycznego partnerstwa do zerwania wszelkich więzi, od uczenia Jessego przygotowywania mety i traktowania go jako własnego syna po okrutne, skrajnie cyniczne wykorzystywanie go i manipulowanie nim. Na przestrzeni czterech zaprezentowanych już widzom sezonów Breaking Bad (sezon piąty i najdłuższy, bo liczący aż 16 odcinków, został podzielony na dwie części; emisja pierwszych 8 odcinków zakończyła się 2 września, a resztę obejrzymy dopiero latem 2013 r.) trudno byłoby znaleźć postaci mało interesujące i źle napisane, ale to oczywiście współpraca, konfrontacje i konflikty pary głównych bohaterów rządzą całym serialem. Osobiście uważam, że wcale nie nowotwór, trudna sytuacja finansowa czy, ogólnie, problemy Waltera są szczególnie bolesne – prawdziwą traumą dla widza jest przyglądanie się postępującemu upadkowi, staczaniu na dno nałogu przez Jessego, postać do szpiku kości autentyczną, szczerą, budzącą naszą sympatię i współczucie. Tym dotkliwsze są kolejne etapy upodlenia, na których ląduje Pinkman, bohater – jak się po jakimś czasie przekonujemy – mimo wszystko bardziej ludzki od szanownego pana White’a. – Jeśli pierwszy sezon przypomina krwawy slapstick, w którym „amatorski gang” nieudolnie próbuje zutylizować ciała pierwszych ofiar i kuli się w sobie na dźwięk wystrzałów, to już czwarty […] przywodzi na myśl filmy Michaela Manna o dwóch samcach alfa rozgrywających między sobą kryminalne szachy – pisał trafnie na łamach „Dwutygodnika” Piotr Mirski. Cichy i pokorny do niedawna nauczyciel chemii, domator, przeciętny Amerykanin, ukochany mąż (przygnieciony do ziemi pantoflem rezolutnej Skyler) i ojciec z epizodu na epizod przekracza kolejne granice, testuje możliwości, jakie daje mu poruszanie się po „ciemnej stronie mocy”, by w końcu stać się człowiekiem po prostu złym, kryminalistą bez skrupułów i zasad, potworem ukrywającym się pod maską ciapowatego Walta, którego nikt do końca nie traktuje poważnie. Tym właśnie jest tytułowe breaking bad – „przekraczanie zła”, „stawanie się złym”. Kamuflaż White’a, jego wybitne aktorstwo (na osobne pochwały zasługuje talent grającego go Bryana Cranstona), bezbłędne poruszanie się między dwoma

światami – światem narkotyków i zbrodni a przytulnym domowym ogniskiem i kołyską, w której beztrosko zasypia jego maleńka córeczka – przerażają tak naprawdę dużo bardziej niż znane z kodeksu karnego przestępstwa, których dokonuje. Cytowany już Mirski ujmuje to jeszcze mocniej: – Bohater Breaking Bad to kliniczny przykład stłamszonego sukinsyna, dla którego nowotwór stanowił tylko ostatnią kroplę goryczy, iskrę pod beczkę prochu, na której siedział od lat. Z konieczności – mając na uwadze czytelników „SI Magazynu”, którzy dopiero zaczną oglądać wybitny serial Vince’a Gilligana – nie streszczam tutaj poszczególnych sezonów i nie analizuję konkretnych scen. Nie zamierzam Wam odbierać niewątpliwej przyjemności pochłaniania kolejnych odcinków tego doskonale skonstruowanego, napisanego i zagranego serialu. Serialu porażającego autentyzmem i sugestywnego nawet wtedy, gdy – wydawać by się mogło – „scenarzystów trochę poniosło”. Serialu z sezonu na sezon coraz lepszego, z potężną, wytrącającą przeciwnikom Breaking Bad wszelkie argumenty z ręki kulminacją pod postacią sezonu czwartego. Czy ostatnia część serii dorówna wcześniejszym? Po obejrzeniu pierwszych odcinków piątego sezonu szczerze w to wątpię, ale już nie jeden raz przekonywałem się, że jego twórcy potrafią czynić cuda i dokonywać scenariuszowych wolt, dzięki którym nawet słabsze momenty nabierają nowego sensu. Na osobne rozprawy zasługują nie tylko aktorzy wcielający się w postaci Walta, Jessego i Skyler, lecz także Gustavo Fring, wzorcowo zagrany przez Giancarla Esposito szwarccharakter, perfekcyjny w swej obłudzie i chciwości prawnik Saul Goodman, cichy, zawsze zachowujący zimną krew i lojalny wobec swojego pracodawcy Mike, unieruchomiony na wózku inwalidzkim, a przecież wielki Hector Salamanca czy, last but not least, irytujący, choć obdarzony śledczym piątym zmysłem Hank Schrader, oficer DEA i jednocześnie szwagier Waltera. I proszę mi wierzyć, tę wyliczankę zalet Breaking Bad i wspaniałych postaci występujących w serialu mógłbym jeszcze długo kontynuować. Tak naprawdę jednak chodzi tylko o przekazanie jednej fundamentalnej myśli – wszyscy, którzy żyjecie w błogiej ignorancji, że nie warto oglądać seriali telewizyjnych, musicie obejrzeć Breaking Bad.

/67


SI 10 / 2012

SI around

zobacz więcej

DUBSTEP ZDĄŻONO JUŻ OKRZYKNĄĆ NOWYM HIP-HOPEM, NOWYM HEAVY METALEM, A NAWET WSPÓŁCZESNYM PUNK ROCKIEM. DO FASCYNACJI TĄ MUZYKĄ PRZYZNAJĄ SIĘ MUSE, LINKIN PARK, DAVE GROHL CZY… JUSTIN BIEBER. CZYM JEST NAJMODNIEJSZY OBECNIE GATUNEK MUZYKI ROZRYWKOWEJ? SKĄD SIĘ WZIĄŁ? DLACZEGO ROBI TAKĄ FURORĘ? Tekst Michał Michalak

W

szystko zaczęło się – gdzieżby indziej – w Londynie, a precyzyjnie rzecz biorąc, w jego południowej części. Dubstep narodził się całkiem niedawno, bo pod koniec lat 90., by w 2011 r. wzbić się na szczyt i stać się wiodącym nurtem, wyznacznikiem trendów, punktem odniesienia. To gatunek muzyki elektronicznej, którego podstawowym elementem jest gęsty, smolisty, podprogowy bas. Taki, który podczas koncertów odczuwamy wszystkimi organami wewnętrznymi. Który potrafi wprawić

/68

SI 10 / 2012

w intensywną wibrację całą arenę koncertową. Ponadto, by spełnić teoretyczne założenia gatunku, dubstepowy utwór powinien mieć tempo ok. 140 uderzeń na minutę. Dubstep wykonywany jest przy pomocy syntezatorów, automatów perkusyjnych, sekwencerów i samplerów, a więc „na bogato”. Jednym z wyznaczników gatunku jest też nieoczywista rytmika, odróżniająca dubstep od drum’n’bassu czy house’u. – Początkowo dubstep w południowym Londynie kręcił się wokół ciemnych pomieszczeń, przeogromnych systemów dźwiękowych i ketaminy – wspomina z rozrzewnieniem bloger magazynu „NME”. Ostatnimi czasy, pod wpływem rosnącej geometrycznie popularności, dubstep wyszedł z klubów i stał się ważną częścią wielkich letnich festiwali. Największe gwiazdy gatunku występują na głównych scenach obok U2 czy Coldplay. Paradoksalnie najbardziej inspirującym, rozchwytywanym i cenionym twórcą dubstepu jest Amerykanin. Ekscentryczny, 24-letni Skrillex przyszedł na gotowe. Pierwszy minialbum wydał w 2010 r., kiedy londyńska scena była już w pełni ukształtowana i zaczęło się robić o niej głośno nie tylko w kręgach elektronicznej alternatywy. Trudno znaleźć dziś muzyka, który nie wypowiedziałby kilku ciepłych zdań na temat Skrillexa (od Justina Biebera po Dave’a Grohla). Ten laureat trzech nagród Grammy słynie nie tylko z oryginalnego wizerunku – długie włosy z całkowicie wygolonym bokiem, piercing, hipsterskie okulary, czarne bluzy – lecz także z niezwykle sugestywnej, progresywnej muzyki. Skrillex do perfekcji opanował i rozwinął kolejny z dubstepowych filarów, tzw. wobble bass, czyli dźwięk o niskiej częstotliwości w wersji przesterowanej, pulsującej, zagęszczonej. Twórczość Skrillexa próbują adaptować na własne potrzeby inni artyści, z lepszym lub gorszym skutkiem. Zespół Muse nie ukrywa, że jego nowe utwory Madness czy The 2nd Law: Unsustainable to wyraz fascynacji dubstepem właśnie. Ku zdumieniu swoich fanów. Jednak nie samym Skrillexem żyje dubstep – w innym przypadku nie moglibyśmy mówić o fenomenie. Jednym z pionierów gatunku jest londyńczyk Skream, którego debiutancki album Skream! z 2006 r. sprawił, że nowe, intrygujące zjawisko wyszło z ciemnych i ciasnych klubów, i zainteresowało poszukujących nowych wrażeń fanów alternatywy. Do najbardziej znanych postaci ze świata dubstepu, a jednocześnie najbardziej przystęp-

SI around

nych w odbiorze, należą James Blake i Jamie Woon, dwaj Brytyjczycy, którzy mają na koncie po jednym debiutanckim albumie. Ich wydawnictwa okazały się prawdziwym komercyjnym sukcesem i wyprowadziły dubstep na szerokie wody. Obu dżentelmenów mieliśmy okazję zobaczyć podczas gdyńskiego Open’era: James Blake wystąpił w 2011 r., a Jamie Woon podczas edycji tegorocznej. Blake i Woon bywają czasem określani jako przedstawiciele post-dubstepu, siłą bowiem ich muzyki jest przede wszystkim eklektyzm. Udało im się zręcznie ożenić dubstep z soulem, co wydawało się abstrakcją do kwadratu. Twórczość Blake’a jest bardziej surowa, minimalistyczna, natomiast Woon zdradza aspiracje do hulania po listach przebojów, a jego utwory są nieco cieplejsze i więcej w nich owego soulu. Coraz mocniej rozwidlają się ścieżki, którymi podążają artyści kojarzeni z dubstepem. Rudowłosa, bardzo utalentowana Katy B to oczywisty flirt z popem i listami przebojów, ale nie brakuje wykonawców wiernych korzeniom i twardym kryteriom gatunku – do takich zaliczymy Rusko czy Digital Mystikz. Należy się jednak spodziewać, że najsilniejszym trendem będzie post-dubstep, a więc łączenie podstawowych, definiujących elementów, takich jak podprogowy bas, z innymi alternatywnymi instrumentami, rytmami i brzmieniami. Tą drogą, oprócz wspomnianych Blake’a i Woona, kroczą choćby Burial i Benga. W odróżnieniu od gatunków, które dorobiły się subkultur, w dubstepie nie ma dreskodu. Z jednej strony mamy ekscentryka Skrillexa, a z drugiej – bladego, niepozornego Jamesa Blake’a. Bliżej image’u tego pierwszego plasuje się z pewnością SBTRKT (czytamy „sabstrakt”), czyli DJ występujący w efektownych, plemiennych maskach. Ale trudno znaleźć wspólny mianownik wizerunku nie tyle dla wszystkich, co dla większości dubstepowych wykonawców. Wynika z tego wniosek nieco szerszy – gatunek ten nie zagnieździł się (jeszcze?) w kulturze i świadomości na tyle głęboko, by stać się czymś więcej niż trendem stricte muzycznym. Dlatego jeśli ktoś Wam rzuci chwytliwą frazę „dubstep to styl życia”, możecie być pewni, że kłamie. Sceptycy zauważają, że dziś do worka z tą nazwą wrzuca się niemal wszystko, co powstaje ostatnio w muzyce elektronicznej. Szczytem lansu jest być artystą kojarzonym z dubstepem czy choćby inspirującym się tym gatunkiem. Nic dziwnego, że wyczuleni na wszelkie przejawy komercyjnych zagrań fani kontestują to, co robią ostatnio Muse

czy Linkin Park (na albumie Living Things również nie brak odwołań). Jednak nie zdołają zaprzeczyć faktom – dubstep, czy się to podoba, czy nie, stał się najgorętszym nurtem ostatnich kilku sezonów (w muzyce mody trwają nieco dłużej niż na paryskich czy mediolańskich wybiegach). Dlaczego to właśnie dubstep wstrzelił się w gust publiczności i krytyków? Najważniejszym katalizatorem była rosnąca z roku na rok popularność muzyki elektronicznej. Umieranie gitar okazało się zjawiskiem wprost proporcjonalnym do renesansu ukochanych w latach 80. syntezatorów. Jednak wybredna publiczność oczekiwała czegoś więcej niż umiejętnego bawienia się motywami z lat 80. (np. w wydaniu La Roux). Dance w stylu Lady Gagi też odpadał jako rzecz z gruntu populistyczna i masowa. Nieodpowiednie były również utwory wchodzące w techno, odbierane jako zbyt prymitywne. W momencie, gdy elektronika zaczęła być utożsamiana z alternatywą, potrzeba było czegoś o ambitniejszym sznycie. I w te oczekiwania dubstep wstrzelił się idealnie. Ambitna elektronika spowita aurą oryginalności? Proszę bardzo! Branżowe serwisy oszalały z radości. Oczywiście, zbliżamy się jednocześnie do momentu, w którym nastąpi przekroczenie masy krytycznej. Gdy dubstep wejdzie już na salony, najmodniejsze będzie kompletne odcinanie się od niego jako gatunku, który zatracił własną tożsamość i skomercjalizował się do reszty. Skądinąd już teraz Skrillex pojawia się w cokolwiek kuriozalnych rankingach na najbardziej znienawidzone gwiazdy. Na razie jednak mówimy o fali wznoszącej. I wciąż trudno ocenić, jak daleko i jak wysoko dubstep dopłynie. Czy faktycznie gatunek ten osiągnie status hip-hopu albo heavy metalu (autorem tego drugiego porównania są członkowie grupy Korn), czy może zadowoli się rolą nowego trip hopu – a więc gatunku wpływowego, ważnego, ale zarazem wąskiego, utożsamianego z niszą. Niezależnie od tego, czy nam się muzyka dubstepowców podoba, czy nie, jest w tej historii coś inspirującego. Od kilku lat głośno słychać pesymistów głoszących, że sztuka skazana jest na autoplagiat, że już nic oryginalnego nie da się wymyślić, że liczba wariacji jest ograniczona i właśnie się wyczerpuje. Tymczasem wymyślenie dubstepu dowodzi, że nie wszystko już było. Że wciąż są gdzieś jeszcze na peryferiach muzyki rozrywkowej nieodkryte lądy.

/69


Redaktor naczelna Joanna Zając-Cekiera

Salony SIZEER

Redaktor wydania Katarzyna Zima-Bodziony Teksty Aneta Kwaśniewska, Piotr Nowik, Grzegorz Wysocki, Bartosz Leśniewski, Monika OSA Jurczyk, Wojciech Skulski, Karol Muchalski, Sebastian Żyrkowski, Dorota Strzałkowska, Jacek Będkowski, Ewa Maciejewska, Magda Patryas, Michał Horodyski, Michał Michalak Projekt/Skład Grzegorz Sołowiński, Dawid Świątek Foto Michał Massa Mąsior, Tomasz Wizner, Piotr Fic, Alexander Beneke, FIS/Oliver Kraus, Tomek Gola/fikcja.pl Reklama reklama@UwolnijSwojCzas.pl Wydawca Marketing Investment Group Sp. z o.o. os. Dywizjonu 303 paw. 1 31-871 Kraków Adres korespondencyjny RONDO BUSINESS PARK ul. Lublańska 38, 31-476 Kraków budynek A3, III piętro

BIAŁYSTOK: Galeria Biała, CH Auchan, BIELSKO-BIAŁA: CH Sarni Stok, BYDGOSZCZ: CH Rondo, CH Auchan, Focus Mall, Galeria Pomorska, BYTOM: CH Plejada, CH Agora, CZELADŹ: CH M1, CZĘSTOCHOWA: Galeria Jurajska, DĄBROWA GÓRNICZA: CH Pogoria, GDAŃSK: Galeria Bałtycka, GORZÓW WIELKOPOLSKI: Galeria Askana, KATOWICE: 3 Stawy King Kross, Silesia City Center, KIELCE: Galeria Echo, KŁODZKO: Galeria Twierdza, KOSZALIN: Atrium, KRAKÓW: ul. Szewska 20, CH Krokus, Galeria Kazimierz, CH M1, Galeria Krakowska, Bonarka City Center, KROSNO: Galeria Eljot, LEGNICA: Galeria Piastów, LUBIN: Cuprum Arena, LUBLIN: Galeria Olimp, ŁÓDŹ: Pasaż Łódzki, Galeria Łódzka, Manufaktura, Port Łódź, MIKOŁÓW: CH Auchan, NOWY SĄCZ: CH Sandecja, OPOLE: CH Karolinka, PIOTRKÓW TRYBUNALSKI: Focus Mall, PIŁA: Galeria Kasztanowa, PŁOCK: CH Auchan, Galeria Wisła, POZNAŃ: CH Marcelin, CH M1, CH Plaza, RADOM: CH M1, Galeria Słoneczna, RUMIA: CH Auchan, RZESZÓW: CH Plaza, SŁUPSK: CH Jantar, SZCZECIN: Galeria Kaskada, TARNÓW: Galeria Tarnovia, TORUŃ: CH Kometa, Galeria Copernicus, WARSZAWA: Real Janki, CH Targówek – Carrefour, CH Wola Park, WŁOCŁAWEK: Wzorcownia, WROCŁAW: Pasaż Grunwaldzki, Galeria Dominikańska, CH Korona, CH Auchan, ZIELONA GÓRA: Focus Park

Lista salonów dostępna na [salony.sizeer.com] Sizeer.com e-sizeer.com SizeerClub.com Uwolnijswojczas.pl

OKŁADKA: SAMIA: kurtka Nike: 329,99 zł T-shirt Umbro: wzór buty Reebok plus słuchawki: 249,99 zł zobacz więcej

/70


SI Magazyn Czasu Wolnego nr 10  

Zapraszamy do lektury najnowszego SI Magazynu - w 10. jubileuszowym numerze bardzo muzycznie, modowo i jak zawsze z klasą. Ewa Farna, Muniek...

Advertisement