Issuu on Google+


nr 1/2010


W numerze: POLSKA PO SMOLEŃSKU 4 Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski 16 Błogosławiony dyskomfort – rozmowa z Markiem Horodniczym i Nikodemem Bończą-Tomaszewskim 30 Kto mieczem wojuje… Smoleńsk jako katastrofa rosyjskiej polityki historycznej – Dominik Smyrgała

112

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

124 Renesans geopolityki – Agnieszka Nogal

IDEE. REPUBLIKA PLATONA 136 O republice i postawie republikańskiej. Część 1: Dziedzictwo Platona – Zbigniew Stawrowski 146 Od sofistyki do postpolityki – Bartłomiej Radziejewski

38 Wielogłos: państwo po katastrofie – Rafał Matyja, Tomasz P. Terlikowski, Magdalena Gawin, Rafał Ziemkiewicz, Andrzej Zybertowicz, Ryszard Bugaj, Łukasz Warzecha, Remigiusz Okraska, Arkady Rzegocki, Michał Bardel

CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ? 58 Polski transport na rozdrożu – Michał Beim 68 Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

POWRÓT GEOPOLITYKI 80 Lizbońska szachownica

INSPIRACJE 156 Gałkologia Rzeczypospolitej – Bartłomiej Kachniarz 162 Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak 172 W stronę rzeczpospolitej chrześcijańskiej - Tomasz P. Terlikowski 178 Europa totalna coraz bardziej realna – Ireneusz Fryszkowski 182 Eksperci „ku pokrzepieniu serc” – Szymon Ruman 186 Diabelska alternatywa – Janusz Maciej Kędziorek

– Maciej Brachowicz 90 Zmienić Imperium – rozmowa z prof. Andrzejem Nowakiem 104 Niemcy wróciły do wielkiej gry – rozmowa z prof. Jacques‘em-Pierrem Gougeonem

SATYRA REPUBLIKAŃSKA 190 Szarże z afer! – Marcin Wolski 196 Nadlogika i nowe szlachectwo – Marek Wróbel 204 Śmiech i strach – Rafał Hubert


Rzecz wstępna Historia się skończyła – brzmiała polska opowieść ostatnich lat. Serwowały ją media, politycy, intelektualiści. Polska jest bezpieczna jak nigdy, a droga do szczęścia – od dawna znana, wystarczy przecież naśladować i uczyć się od zachodnich przyjaciół, oni znają wszystkie tajemnice. Koniec wielkich sporów, koniec polityki – o co się kłócić, skoro na wszystkie pytania już odpowiedziano? Tragedia smoleńska zadała tej narracji cios, jakiego nie byli w stanie wymierzyć jej ludzie rozumiejący, jak jest absurdalna i szkodliwa. W jednej chwili prysła iluzja, że wystarczy się zająć własnymi sprawami, aby żyło się dobrze i coraz lepiej. Polska okazała się bytem kruchym, który w każdej chwili może zniknąć, jeśli o niego nie zadbamy. I Polacy to poczuli. Wobec ostateczności, której przebłysk zobaczyli 10 kwietnia, wyrabiane od lat nawyki nowoczesnego konsumenta okazały się bezwartościowe. Ludzie pognali natomiast złożyć hołd politykom, jeszcze wczoraj uważanym za szkodliwych awanturników. Zaraz potem pobiegli do kościołów. Historia przypomniała o sobie w sposób tak brutalny, że nie sposób jej dłużej ignorować, a zarazem w formie w najwyższym stopniu zdumiewającej. Zdumienie jest jednak wstępem do zrozumienia, a zrozumienie sensu smoleńskiej katastrofy to jedno z ważniejszych zadań, przed jakimi stoimy. Podejmujemy je w pierwszym numerze „Rzeczy Wspólnych”. W dziale „Polska po Smoleńsku” odpowiadamy na pytania o znaczenie i skutki 10 kwietnia oraz tego niezwykłego obywatelskiego poruszenia, jakie nastąpiło po nim. Pozostałe artykuły powstały

przed tragedią, ale, paradoksalnie, po niej stały się jeszcze bardziej aktualne. W dziale „Powrót geopolityki” pokazujemy, jak złudzenie końca historii, przy którym polskie elity samotnie trwają z niezwykłym uporem, ma się do realnych interesów i strategicznych rozgrywek w naszym najbliższym otoczeniu. Pytamy też: „Co z tą infrastrukturą?”, skoro wybudowanie mitycznych autostrad miało być symbolicznym głównym celem naszego państwa, usprawiedliwiającym braki w innych dziedzinach, a zwłaszcza zarzucenie refleksji nad tożsamością i tradycją. Wbrew temu przekonaniu, zajęliśmy się tymi ostatnimi w dziale „Idee”, gdzie rozpoczynamy – od refleksji nad Platonem – pisanie republikańskiej historii myśli politycznej. Traktując ją niezgodnie z tzw. podejściem historycznym jako żywe i praktyczne dziedzictwo. „Rzeczy Wspólne” powstały po to, aby poważnie mówić o polityce na przekór niepoważnym czasom. Jeśli po Smoleńsku czasy stały się znów poważne, dodaje nam to tylko skrzydeł, a naszym wysiłkom – większego znaczenia. Podobnie jak republikański instynkt, który – jak pokazała żałoba narodowa – wciąż w Polakach drzemie, mimo wieloletniego egzorcyzmowania. Czym jest ten instynkt i co może przynieść – to pytania, które zadawaliśmy jeszcze przed katastrofą, a które, ponownie, stały się po niej jeszcze ważniejsze. Stanowią one o drugim celu naszego pisma, a jest nim zrozumienie i aktualizacja republikańskiej tradycji. Zapraszamy do wspólnej przygody. Bartłomiej Radziejewski Redaktor naczelny


Na progu republikańskiego odrodzenia BARTŁOMIEJ RADZIEJEWSKI Smoleńsk przypomniał Polakom, że mają duszę. I to nie byle jaką, bo tradycyjnie polską. Republikańską i romantyczną, szlachetną. Ten fakt ma kapitalne znaczenie historyczne, bo ostatnie siedemdziesiąt lat to dzieje duszy tej okaleczania i zapominania. Przed 10 kwietnia 2010 roku Polak był duchowym kastratem. W tym tragicznym dniu, i podczas całej narodowej żałoby, na chwilę odzyskał pełnię sił. Czy trwale?

4


Gdy niecały rok temu przewidywałem republikańskie odrodzenie nad Wisłą, zakładałem, że może ono nastąpić najwcześniej za kilkanaście lat1. Bo młyny mielące iluzje nowoczesności mielą powoli. Instytucjonalne zaplecze dla zakrojonej na wielką skalę pracy organicznej nad duszami Polaków musi dopiero powstać, a przywracanie zrozumienia dla potrzeby pracy nad sobą i współobywatelami to w dzisiejszych czasach syzyfowe wyzwanie. W końcu – jak dowodził Ortega y Gassett – współczesny człowiek traktuje zdobycze cywilizacji jak powietrze, nie zdając sobie sprawy, że aby z bankomatu sypały się pieniądze a po ekranach skakały kolorowe obrazki, całe pokolenia ludzi wybitnych musiały dokonywać heroicznych wysiłków zbudowania tego fundamentu każdej wspólnoty, jakim jest ład moralny. Im doskonalszy i trwalszy ów porządek, tym wyżej rozwinięta kultura, a więc także nauka, technika i gospodarka. A bez dbałości o ów fundament, cała efektowna budowla musi zacząć się sypać. Nie ma modernizacji bez moralności2. Uświadomienie tego współczesnemu człowiekowi nie jest łatwe. Przebudzenie z typowego dla nowoczesności letargu, ze złudnego przeświadczenia, że niczego nie trzeba od siebie wymagać, bo i tak będzie się żyło coraz lepiej, może nastąpić tylko pod wpływem traumy; dopiero gdy nowoczesność, zamiast obiecanego szczęścia, przynosi cierpienie, człowiek masowy skłonny jest wejrzeć w siebie i ewentualnie odkryć na nowo zapomniane wartości. I taką właśnie 1 Tezę taką postawiłem w eseju Sarmacja – niedokończona przygoda. O potrzebie republikańskiej rekonstytucji polskości. 2 Na rozkwit i upadek każdego wielkiego narodu można spojrzeć przez pryzmat moralności. I Grecy, i Rzymianie, i Polacy, zanim dochodzili do potęgi gospodarczej i politycznej, osiągali niezrównany poziom moralny. Gdy go tracili – zaczynał się wewnętrzny rozkład, którego odległym skutkiem był upadek gospodarczy i polityczny.

ozdrowieńczą traumą dla Polaków okazał się Smoleńsk. W samym środku posthistorycznej drzemki, złudzenia o końcu wielkich sporów, wycofania do sfery prywatnej i wiary w zależność szczęścia od dobrobytu, spadło na ich głowy wydarzenie, którego nie da się zrozumieć bez republikańskiej rekonstrukcji myślenia. I którego tragizmu nie da się przezwyciężyć bez republikańskiej przemiany działania. Bo rozbicie się prezydenckiego samolotu z polską elitą na pokładzie w miejscu ludobójstwa katyńskiego i to w jego 70. rocznicę, w pięciolecie śmierci Jana Pawła II i w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego jest zwyczajnie nie do pogodzenia z przekonaniem o końcu historii, tym świeckim dogmatem polskiej transformacji3. Wobec katastrofy narodowej wiedza o rynkach finansowych i prawie podatkowym jest bezużyteczna, podobnie jak nawyki konsumenta i telewidza. Smoleńsk w jednej chwili zmienił owych konsumentów i telewidzów w obywateli w republikańskim tego słowa znaczeniu. Wylegając milionami na ulice swoich miast, Polacy zawiązali żałobną konfederację, a pędząc tłumnie do kościołów, stali się jeszcze bardziej niż dotychczas narodem przykościelnym, by posłużyć się określeniem Ryszarda Legutki. W sytuacji granicznej, wobec śmierci i tragedii, wspólnota i wiara okazują się być wciąż pierwszymi azylami. Gdy tylko zatrzymała się karuzela konsumpcji i rozrywki, zobaczyliśmy,

3 W koniec historii wierzono nad Wisłą dużo bardziej niż na Zachodzie. Za Odrą, od Niemiec po Australię, ta koncepcja była szeroko krytykowana od chwili, gdy powstała, a zwłaszcza od momentu, w którym Francis Fukuyama ogłosił jej wysokonakładową, kawiarnianą wersję. W polskim głównym nurcie intelektualnym taka refleksja była rzadkością, czy ze względu na marną jego jakość, czy też z powodu typowo neofickiej nadgorliwości dla nowej wiary, czy z obu tych przyczyn. Na temat utrzymywania się tego dawno obalonego na Zachodzie mitu w postrzeganiu stosunków międzynarodowych zob. esej Agnieszki Nogal w tym tomie.

5


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

mówiąc Mickiewiczem, dawnych Polaków. Po kilkudziesięcioletnim śnie przebudziła się polska dusza. Aby zrozumieć znaczenie tego faktu, zastanówmy się nad naturą tej duszy. Dzieje duszy polskiej Starożytni Grecy uważali, że człowiek jest „zwierzęciem politycznym”, że w jego naturze leży przynależność do społeczeństwa i uczestnictwo we wspólnocie politycznej. Tych, którzy się z tej zasady wyłamywali, nazywali „idiotami”; według Arystotelesa osobnik taki mógł być tylko zwierzęciem lub bogiem. Ta wczesnorepublikańska koncepcja zakładała także istnienie pewnego określonego porządku ludzkiej duszy, który – uważano – da się obiektywnie określić za pomocą filozofii. Otóż dusza składa się z trzech części: rozumnej, dzielnej i pożądliwej. Wszystkie są ważne i potrzebne, ale tak jak dusza rządzi ciałem, tak wewnątrz duszy rozum ma władać dzielnością (pragnieniem chwały) i żądzami. Inaczej człowiek się upadla i upodabnia do zwierzęcia lub w najlepszym razie – do dzikusa. Pokusa degeneracji zawsze istnieje, należy się zatem przed nią bronić, z jednej strony poprzez trwającą całe życie moralną samodyscyplinę, z drugiej zaś poddając się długotrwałemu procesowi wychowania i rygorom społecznych norm. Tylko wtedy człowiek może być szczęśliwy. Dawna polskość ukształtowała się w najgłębszym podziwie dla tej tradycji. Wraz z rozkwitem staropolskiego republikanizmu, słowiańska dobroduszność splotła się z greckorzymskim umiłowaniem rozumu i cnoty, chrześcijańską moralnością i humanistycznym indywidualizmem,

6

tworząc unikalną i niezwykle mocną tożsamość. Uformowała się dusza polska, o trzech cechach, które na wiele wieków miały odróżniać Polaków od przedstawicieli innych narodów: uwielbieniu dla wolności, nakazowi dzielności i przekonaniu o bliskości Boga. Pierwsze dwie cechy to strony tego samego medalu polskiego wyobrażenia o obywatelskiej doskonałości. Z przekonaniem o najwyższej wartości wolności szło bowiem w parze przeświadczenie, że musi jej towarzyszyć dzielność – połączenie cnoty, honoru i dumy; bez których (a zwłaszcza bez cnoty) wolność staje się – jak mówił Skarga – filiorum Belial, anarchiczną swawolą, dobrze znaną z późnych czasów sarmackich. Tak więc dzielność miała z jednej strony ograniczać wolność, z drugiej zaś – dawać jej możliwość urzeczywistnienia się w działaniu, w pięknych i dobrych czynach ku chwale Rzeczypospolitej. A wszystko w najgłębszym przekonaniu o bliskiej obecności Boga. W dawnej


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski

Polsce prawo boskie stało ponad naturalnym, tak jak to drugie górowało nad konstytucjami. Wolność polityczną rozumiano jako pochodną chrześcijańskiej wolności woli, a w elekcjach i sejmach dostrzegano obecność bożą. Sacrum i profanum zlewały się w jedność pod postacią republikańskiej polityki, uważanej

– wielkiego odrodzenia moralnego ludzi i narodów i wyzwolenia spod utożsamianej ze Złym tyranii. Ta rewolucja miała się dokonać choćby wbrew Kościołowi, a na pewno – pod przewodnictwem Polski. Romantyzm, mimo kilkupokoleniowych, usilnych prób dekonstrukcji, na trwałe wpisał

Romantyzm, mimo kilkupokoleniowych, usilnych prób dekonstrukcji, na trwałe wpisał się w polską duszę. Nawet pragmatyczny Piłsudski zaczytywał się w „Królu-Duchu”, a romantycznego paradygmatu nie uśmierciła ani hekatomba powstania warszawskiego, ani wytępienie przez komunistów ukrywających się w lasach resztek Armii Krajowej – jak w Grecji – za najwyższą formę ludzkiej aktywności. W jej uprawianiu widziano natomiast najlepszy sposób na szczęśliwe życie. Apolityczny mógł być tylko idiota. Ta duchowa konstrukcja okazała się niezwykle mocna. Powstawszy w „złotym wieku”, przetrwała aż do drugiej wojny światowej4. Wszystkie metamorfozy, jakie polskość przechodziła w tym trwającym przeszło pięćset lat „międzyczasie”, były w istocie zaledwie jej korektami. Najważniejsza z nich – romantyczna, wyniosła do roli czynnika kierującego polską duszą namiętność i uczucie, spychając rozum na dalszy plan. Ale ów furor miał być wciąż podporządkowany wolności, dzielności i wierze rozumianym politycznie – Mickiewiczowski Konrad po upadku jako człowiek prywatny odradza się przecież jako personifikujący cały naród „Milijon”, heros walki o wolność ojczyzny, a więc – Polak publiczny. Sam autor „Dziadów” głosił ideę „nowego chrześcijaństwa”

4 Jak słusznie zauważył Legutko, po fizycznej likwidacji ogromnej części polskich elit przez nazistów i komunistów, i późniejszego mordowania, wywłaszczania i korumpowania tych, którzy przetrwali przez PRL, powstał nowy naród. Już nie polski w dotychczasowym sensie, lecz „naród peerelowski”.

się w polską duszę. Nawet pragmatyczny Piłsudski zaczytywał się w „Królu-Duchu”, a romantycznego paradygmatu nie uśmierciła ani hekatomba powstania warszawskiego, ani wytępienie przez komunistów ukrywających się w lasach resztek Armii Krajowej. W latach 80. nawet postmarksistowscy przywódcy „Solidarności”, Michnik i Kuroń, przedstawiali się jako romantyczni moraliści i mesjaniści5. Zerwana ciągłość? Niezwykłe szyderstwo historii tkwi w fakcie, że najbliżej zerwania owej ciągłości znalazła się III RP. Solidarnościowa lewica laicka, gdy tylko objęła „rząd dusz”, wypowiedziała symboliczną wojnę polskiej tradycji republikańsko-romantycznej. Oto po likwidacji polskich patriotów najpierw przez nazistów, a później

5 Pisał Michnik: „Zrozumiałem, co znaczy tak często powtarzana fraza z Dziejów Apostolskich, że Boga trzeba bardziej słuchać niż ludzi […] Odkryłem religię jako niesamowite źródło siły duchowej w spotkaniu z totalitarną agresją”. Podobnie Kuroń: „uważam, że obowiązkiem wyznawcy (a ja powiem uczciwie: jestem wyznawcą Ewangelii), jest naśladować. Podejmować stale wysiłek, żeby naśladować, aż po śmierć męczeńską”. Cytuję za esejem Michała Łuczewskiego Do diabła z mesjaszem. Teologia polityczna polskiej transformacji.

7


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

przez sowietów, po odcięciu od Polski Wilna i Lwowa, po zburzeniu Warszawy, i półwiecznym wynaradawianiu przez komunistów nowa elita ogłosiła, że dawnej tożsamości narodowej nie tylko nie należy odbudowywać, ale trzeba jej „demona” za wszelką cenę powstrzymać, gdyby sam zechciał podnieść swój łeb. Cnoty, dzięki którym liderzy „Solidarności” sięgnęli po najwyższe zaszczyty, ogłoszono zagrożeniami dla demokracji. Narodowe mity, jako anachroniczne, obskuranckie, jako bezpodstawnie megalomańskie i niesprawiedliwie martyrologiczne, miały zostać raz na zawsze obalone. Tak było ze wszystkimi powstaniami, a zwłaszcza z warszawskim, z bohaterami sprzed sowietyzacji, nawet z „Solidarnością” – główny wysiłek miażdżącej większości ośrodków

lecz dobrobyt ogłoszono celem głównym. Polacy mieli się przede wszystkim bogacić, aby doścignąć „cywilizacyjnie” ludzi Zachodu. Polska dusza nie miała być już dzielna, miała być przede wszystkim pożądliwa. Ta rzekomo liberalna perspektywa pomijała jednak jeden istotny fakt, mianowicie, że zanim kraje zachodnie skupiły się na żądzy bogactwa, bardzo długo koncentrowały się na wartościach klasycznego liberalizmu politycznego, który – w przeciwieństwie do liberalizmu gospodarczego – nie był bardzo odległy od republikanizmu. Styrana półwieczną niewolą Polska miała jakimś cudem przeskoczyć ten etap, lądując od razu na końcu drogi rozwoju, mimo iż nowe elity po staremu twierdziły, że droga jest tylko jedna, choć tym razem wieść miała przez wierne

Co było więc celem owej demitologizacji? Skoro nie nowy naród – nawet to słowo wymawiano przecież z nieukrywanym obrzydzeniem – ani nie społeczeństwo obywatelskie, to najwidoczniej coś w rodzaju „szczęśliwego mrowiska”, mówiąc Witkacym, tyle że w wersji kapitalistyczno-demokratycznej opiniotwórczych zmierzał do ich dekonstrukcji. Jednak żadne społeczeństwo – podkreślał to nawet bliski luminarzom III RP Leszek Kołakowski – nie może na dłuższą metę funkcjonować bez mitów. Co było więc celem owej demitologizacji? Skoro nie nowy naród – nawet to słowo wymawiano przecież z nieukrywanym obrzydzeniem – ani nie społeczeństwo obywatelskie (o którym mówiono tyleż często, co czysto rytualnie), to najwidoczniej coś w rodzaju „szczęśliwego mrowiska”, mówiąc Witkacym, tyle że w wersji kapitalistyczno-demokratycznej. Czyli społeczności apolitycznych ludzi prywatnych od czasu do czasu chodzących na wybory, amorficznej zbiorowości konsumentów i telewidzów. Nagle już nie republikańska wolność polityczna, nie zakładanie partii i stowarzyszeń,

8

naśladownictwo mitycznego Zachodu. Oczywiście, nie mogło się to udać. Prawie udało się natomiast zerwanie ciągłości. Jeszcze dwa lata temu z dużym przekonaniem pisał o tym Ryszard Legutko. Historycznym domknięciem procesu grzebania republikańskiego dziedzictwa miały się okazać – wiele na to wskazywało – wieloletnie rządy Donalda Tuska. Człowieka, który zaproponował Polakom przejście od polityki do postpolityki. A więc „koniec ideologii, żegnajcie wzniosłe sprawy, skończyły się raz na zawsze konflikty o wielkiej amplitudzie”, jak mówi André Glucksmann. Po dwudziestu latach udało się wreszcie wypracować narrację już nie tyle ogniskującą politykę na gospodarce, co kończącą z tradycyjnie rozumianą polityką. Ta miała być przecież do cna zepsuta, daleka od zasadniczego


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski

celu, jakim jest „wzrost i rozwój”, a przez to – po prostu niepotrzebna. Wystarczy dać Polakom spokój od tych republikańskich (ochoczo posługiwano się pojęciem „sarmackich”) anachronizmów, a niechybnie będziemy wreszcie mieć ciepłą wodę w kranie oraz wspaniałe autostrady – by żyło się lepiej, wszystkim. I Polacy ten „produkt” kupili, obdarzając Tuska niemal bezgranicznym zaufaniem, którego nie podważyły ani kompromitujące porażki we wszystkich prawie dziedzinach, ani afery, ani bezczynność wobec ogromu wyzwań. Posthistoryczny sen wszedł w fazę głęboką. Przebudzenie I nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła tragedia smoleńska, wywracając wszystko do góry

nogami. Polacy oderwali się od zakupów i grillowania, oddając wielki, zbiorowy hołd niepopularnemu i nielubianemu prezydentowi, którego działalność uważali za zbędną czy wręcz szkodliwą – miał być przecież hamulcowym wspaniałej lokomotywy modernizacji – i którego pozwalali upokarzać i znieważać, ba, kibicowali temu. Lech Kaczyński musiał najwyraźniej zginąć w tak niesamowitych okolicznościach, aby tłum dostrzegł to, co powinien był widzieć od dawna: że był to polityk w klasycznym tego słowa znaczeniu, służący swojej wspólnocie, a więc także owemu tłumowi. W dodatku głowa państwa, a więc współczesny arystokrata – najlepszy z nas, obdarzony przywilejami nie po to, aby się nimi cieszyć, ale po to, by móc lepiej służyć. I mogący na tej służbie zginąć.

9


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Kaczyński umarł pięknie. Był politykiem poprzedniej epoki, z dziecięcym entuzjazmem kochającym Polskę, gardzącym postpolityką i nowoczesnym piarem. Podziwiał zaś wielkich patriotów z dawnych lat, dla których śmierć na służbie była zaszczytem. Jest nim i dla niego. Jej piękno wzmocniły jeszcze piękna żałoba i piękny pogrzeb. A wszystko to wyzwoliło we wczorajszych biernych konsumentach zapomniane, klasyczne dobro zwierzęcia Arystotelesa – poczucie obowiązku. Wobec głowy państwa, a więc i wobec państwa. Tłumy ciągnące pod Pałac Prezydencki i pod Wawel nie szły tam zawiązywać wspólnotę – to stało się niejako przy okazji. Każdy udał się tam osobno wiedziony wewnętrznym imperatywem, poczuciem, że „tak trzeba”. To klasycznie obywatelskie, republikańskie poczucie obowiązku wobec ojczyzny okazało się żywe i silne, choć jeszcze dzień wcześniej wszystko wskazywało na to, że jest martwe lub umierające. Składając hołd Kaczyńskiemu, Polacy uczcili zarazem politykę w jej najszlachetniejszym znaczeniu – jako rozumną służbę dobru wspólnemu, tak jak rozumiał ją, wbrew swojej epoce, ich Prezydent. Podczas tych dziewięciu dni żałoby stali się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów aktywnymi obywatelami – stali się prawdziwie wolni. Ale nie wolnością liberalną, tą, którą filozof Hobbes określił jako brak przeszkód dla ruchu (a co największy autorytet współczesnej polskiej młodzieży Owsiak przekształcił w nakaz: „róbta co chceta”) lecz wolnością republikańską, realizującą się w dobrych i pięknych czynach ku chwale Rzeczypospolitej. Tak oto Smoleńsk przypomniał Polakom, że mają duszę. I to nie byle jaką, bo tradycyjnie polską. Republikańską i romantyczną – szlachetną. Ten fakt ma kapitalne znaczenie historyczne, bo ostatnie siedemdziesiąt lat to dzieje duszy tej okaleczania i zapominania. Przed

10

10 kwietnia 2010 roku Polak był duchowym kastratem. W tym tragicznym dniu, i podczas całej narodowej żałoby, na chwilę odzyskał pełnię sił. Sama katastrofa smoleńska nie ma historycznego precedensu, ale to, co nastąpiło po niej, nie tylko ma niezliczone analogie, ale wpisuje się w długą tradycję republikańską, która była rdzeniem polskości od unii w Krewie do II wojny światowej. Polacy żegnali Lecha Kaczyńskiego tak jak ich przodkowie żegnali Zygmunta Augusta, Mickiewicza czy Piłsudskiego. Jak bohatera i – jak króla. Trzeba pamiętać, że monarcha w polskiej tradycji był kimś zupełnie innym niż w reszcie Europy – z jednej strony „zaledwie” pierwszym obywatelem, rządzącym za zgodą i w imieniu pozostałych, z drugiej jednak – uosobieniem jedności i siły republiki, która była olbrzymią federacją narodów i krajów. Króla można było krytykować, a nawet z niego drwić – szlachta szydziła z monarchów w sposób budzący przerażenie wyćwiczonych w ślepym posłuszeństwie władzy absolutnej cudzoziemców – ale tylko, jeśli za drwiną stała miłość, nie będąca pustą deklaracją, ale realną


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski

i weryfikowalną gotowością do służby „jego miłości” aż po grób6. Jeśli uświadomimy sobie, że król był w dawnej Rzeczpospolitej de facto dożywotnim prezydentem, łatwiej dostrzeżemy zdumiewającą ciągłość zachowań Polaków opłakujących monarchów i żałobników Lecha Kaczyńskiego. Z kolei kult bohatera narodowego zrodził romantyzm, a utwierdził modernizm. Miał on nad Wisłą szczególne znaczenie, ponieważ kompensował brak figury nie tylko króla, ale w ogóle obywatela (a więc także światłego magnata, zdolnego hetmana czy sprawnego podskarbiego) w pozbawionej własnej polityki Polsce. Bohater był zarazem uosobieniem walki o wolność oraz życiowej mocy, tradycji i geniuszu. Był więc dla zdezorganizowanych

Król-bohater Lech Kaczyński z chwilą śmierci połączył w sobie obie te figury, choć żadną z nich nie był w pełnym tego słowa znaczeniu. Króla, bo choć miał nieporównywalnie mniejszą władzę, był głową wolnego polskiego państwa, aspirującego do podjęcia dziedzictwa dwóch poprzednich rzeczypospolitych. Umierając na służbie, podczas misji walki o polską pamięć i tożsamość, unieśmiertelnił nie politykę w rozumieniu Weberowskim – jako walkę o władzę, ani tym bardziej ten przykry wykwit naszych czasów, jakim jest postpoliyka, lecz politykę republikańską, jaką próbował wbrew wszystkiemu uprawiać za życia. Jednak Kaczyński był także wielkim krytykiem państwa, którym rządził: widział w nim ogrom niesprawiedliwości

Skoro zaś Trzecia Rzeczpospolita była w dużej mierze PRL-em bis, krajem półwolnym, semi-republiką, to i on sam był w sposób nieuchronny tylko po części prezydentem. Dlatego jego śmierć, prócz wymiaru królewskiego, ma w sobie także rys bohaterski w najściślej romantycznym znaczeniu – była to bowiem śmierć bojownika o wolność – o zmartwychwstanie Polski

Polaków oczywistym moralno-politycznym wzorem osobowym i historyczną ikoną, godną pochówku obok monarchów. Personifikował polską duszę walczącą o odzyskanie państwowego ciała.

6 Ciekawy przykład cudzoziemskiego zdumienia obyczajami polskiej szlachty przytacza Jacek Kowalski. Poseł francuski tak wspominał śniadanie wyprawione na jego cześć przez Stanisława Lubomirskiego: „Wargi tego potwora [łosia] należą do najwyszukańszych przysmaków, a podczas ich spożywania wysypali syci potomkowie Romulusa nieskończoną moc wcale grzecznych dykteryjek o zwisających wargach członków domu austriackiego. Nie do wiary jest swoboda szlachty polskiej, z jaką mówią najswobodniej o cesarzach i królach, a nawet o swoim własnym królu”.

i bezprawia oraz porażającą słabość. Chciał to państwo radykalnie zmienić, a nawet utworzyć nowe; dla niego, „żeby Polska była Polską”, musiała się gruntownie zreformować, wymyślić na nowo, odzyskać podmiotowość. Skoro zaś Trzecia Rzeczpospolita była w dużej mierze PRL-em bis, krajem półwolnym, semi-republiką, to i on sam był w sposób nieuchronny tylko po części prezydentem. Dlatego jego śmierć, prócz wymiaru królewskiego, ma w sobie także rys bohaterski w najściślej romantycznym znaczeniu – była to bowiem śmierć bojownika o wolność – o zmartwychwstanie Polski, jak powiedziałby Mickiewicz. Jeśli głównym problemem tych środowisk, które chciały przekształcić III RP w państwo

11


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

sprawiedliwe i silne, była w ostatnich dwudziestu latach zniewalająca niejednoznaczność polskiej sytuacji i obezwładniająca mętność naszej mowy sprawiające, że każda odważna myśl brzmiała szaleńczo, a każdy jednoznaczny wybór raził radykalizmem, to ukonstytuowanie się nowego rodzaju mitu, legendy króla-bohatera Lecha Kaczyńskiego, daje szansę na przezwyciężenie tej niemocy. Jest to bowiem legenda na tyle romantyczna, by porwać tłumy, a zarazem kryjąca się za nią treść jest na tyle realistyczna, aby mogła zostać przekuta w trwałe działanie instytucji. Dobro wspólne, sprawiedliwość, wolność, przywództwo, konfederacja, podmiotowość – wszystkie te republikańskie kategorie stały się za sprawą smoleńskiej tragedii ponownie zrozumiałe w swoich pierwotnych sensach, a przez to – możliwe do urzeczywistnienia. Jesteśmy na progu republikańskiego odrodzenia. W stronę odnowy Należy jednak sobie z całą siłą uświadomić, że to, czy ów próg przekroczymy, nie jest wcale oczywiste. Bo historia jest areną nieustannej walki między wolnością i tyranią – dobrem i złem. W związku z tym, zwycięstwo zła jest zawsze możliwe, tym bardziej że – jak wiemy od Edmunda Burke’a – do jego triumfu wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili. A bierność w sprawach publicznych jest przecież znakiem naszych czasów. Po Smoleńsku dusza polska odżyła, bez wątpienia. Ale czy to przebudzenie będzie trwałe? Spoglądając na fenomen obywatelskiej aktywności podczas żałoby chłodnym okiem, można mieć co do tego pewne wątpliwości. W pierwszej kolejności dlatego, że była to wspólnota z natury swojej krótkotrwała. Zgromadziła ona ogromną moc, nie wiadomo jednak, co się z nią stanie po nieuchronnym „powrocie do żniw”. Gdy zmarł Zygmunt August, podobnie jak po śmierci Kaczyńskiego niepokój i żal znalazły ujście w samorzutnej

12

organizacji. Po województwach zawiązywano kaptury – regionalne konfederacje, mające pilnować prawa i porządku. „Zwarta ich sieć – pisał Paweł Jasienica – pokryła wkrótce całe państwo. Kto by naruszył ład, rozbijał, zabijał lub grabił, tego «mieć będziemy za bezecnego, gardła go zbawim, dobra jego spustoszym» – perorował w Bełzie starosta tamtejszy, Jan Zamoyski”. Bezkrólewie niosło ze sobą zagrożenie bezradności wobec ewentualnej obcej agresji – Rzeczpospolita miała przecież groźnego wroga w postaci Moskwy. Odejście symbolu jedności państwa groziło ponadto wzrostem przestępczości i aktywności wrogich person wewnątrz kraju. Pozbawieni króla, Polacy potrafili wówczas wziąć ciężar zapewnienia państwu bezpieczeństwa na własne barki. Było to możliwe dzięki wysoko rozwiniętej republikańskiej kulturze politycznej – istniał ład symboliczny mówiący co należy robić i sprawdzone instytucje (kaptury) zdolne do właściwego skanalizowania obywatelskich wysiłków. Dziś sytuacja jest inna. W zasadzie nie ma problemu interregnum, jest natomiast potworna zapaść państwa pozbawionego w jednej chwili kilkudziesięciu wysokich urzędników. Ponieważ nasza obecna kultura polityczna nie może się równać z tą sprzed czterech stuleci, zagrożenie dla stabilności państwa jest poważne. I w zasadzie jedynym sposobem na rekompensatę tej straty może być wielkie republikańskie odrodzenie. Po śmierci ostatniego Jagiellona podjęto ogromny wysiłek przebudowy państwa – ustanowiono wtedy m.in. powszechne wybory królów w elekcji viritim. Dziś nie ma jasnych dróg wyjścia z kryzysu, co wynika w pierwszej kolejności z braku dobrych przywódców. Zaklęcia premiera i p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego o tym, że „państwo zdało egzamin” brzmią jak ponury żart, zwłaszcza wobec skandalicznych zaniedbań w śledztwie dotyczącym przyczyn katastrofy. Co gorsza, nikt jak na razie nie przedstawił zdezorientowanym obywatelom żadnej


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski

sensownej oferty takiego przekształcenia ładu symbolicznego, aby wróciwszy „do żniw”, wiedzieli, co nowego mają robić w nowej sytuacji. Bezsensowne owszem, były – wzywano nas przecież do enigmatycznej jedności, a także do... pojednania z Rosją. Słowem, był romantyzm tłumów, zabrakło jednak wieszczów. Jest więc istotne zagrożenie ponownego rozproszenia zgromadzonej narodowej mocy, jak to już wielokrotnie w naszej historii bywało. Fakt, że podczas żałoby Polacy pokazali coś przerastającego nowoczesność, że odkryli w sobie na nowo republikańską duszę, może się okazać mało znaczącym epizodem, jeśli nie powstanie nowa narodowa narracja, któ-

– Rzeczpospolita wymaga znacznie więcej niż rytualnego uczestnictwa w wyborach, ponieważ jest bytem kruchym i w każdej chwili może ulec destrukcji. To „więcej” powinno być skierowane przez każdego, kto chce zasługiwać na miano obywatela i do wewnątrz, i na zewnątrz. Konieczna jest bowiem z jednej strony wytrwała praca nad sobą, owo moralne i intelektualne doskonalenie duszy, z drugiej zaś – podwyższenie wymagań wobec współobywateli, a zwłaszcza wobec przywódców. Miernota i podłość udające szlachetność muszą być eliminowane, a prawdziwa szlachetność – nagradzana. Każde społeczeństwo ma swoich aristoi, górujących rozumem i cnotą

Warunkiem powodzenia jest tu przekierowanie skupionych dziś na własnych sprawach emocji na wartości publiczne. A więc wychowywanie obywateli do tego, aby przeżywali emocje prawne i moralne (mówił o nich Leon Petrażycki), przede wszystkim kształtowanie poczucia sprawiedliwości, miłości do ojczyzny i obowiązku wobec wspólnoty ra mogłaby owe uczucia przekuć w trwałą zmianę postaw. Jak na razie nikt jej jednak nie przedstawił. I politycy, i duchowni, i intelektualiści ograniczyli się do rytualnego żałobnego pustosłowia. Tymczasem tragedia smoleńska wymaga opowieści prostej, lecz w istocie rewolucyjnej, bo odwracającej utrwalone fatalną wieloletnią praktyką znaczenie zasadniczych pojęć7. Katastrofa narodowa z 10 kwietnia powinna uświadomić Polakom, jak złudne było ich poczucie bezpieczeństwa i dobrostanu, i jak szkodliwe było ich pragnienie świętego spokoju przed Smoleńskiem. Wspólne dobro

7 To, że koncentruję się tu na potrzebie zagospodarowania tej mocy w krótkiej perspektywie nie znaczy, że nie dostrzegam skutków długofalowych. Takie też z pewnością będą, nawet jeśli na wieszczów będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.

nad pozostałymi, nie każde jednak potrafi ich rozpoznać i powierzyć im władzę. Jeśli Polska ma być państwem sprawiedliwym, musi się tego ponownie nauczyć. I oduczyć nazywania demagogów i cwaniaków autorytetami. A także skończyć z tą nieustanną, idiotyczną paplaniną o apolityczności, która odbiera sferze publicznej należny jej szacunek. Wobec ostateczności, której przebłysk dane nam było zobaczyć 10 kwietnia, jest bowiem oczywiste, że wbrew współczesnej nowomowie działalność publiczna pozostaje tym, czym była od początku naszej cywilizacji (w rozumieniu ludzi szlachetnych) – najwyższą formą realizacji człowieczeństwa. Nie jestem entuzjastą polityki, której reguły wyznaczają rozemocjonowane tłumy. Przeciwnie, od dawna szukam sposobów na takie jej ograniczenie i skanalizowanie, aby stała się bardziej republikańska, a mniej hiperdemokratyczna

13


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

(określenie Ortegi). Aby nie prowadziła jedynie do wykładniczego wzrostu roszczeń, ale choć trochę, oby jak najbardziej, służyła dobru wspólnemu. Warunkiem powodzenia jest tu przekierowanie skupionych dziś na własnych sprawach emocji na wartości publiczne. A więc wychowywanie obywateli do tego, aby przeżywali emocje prawne i moralne (mówił o nich Leon Petrażycki), przede wszystkim kształtowanie poczucia sprawiedliwości, miłości do ojczyzny i obowiązku wobec wspólnoty. Dla wszystkich myślących podobnie republikańska aktywizacja Polaków po Smoleńsku jest wielkim darem.

na takie uczestnictwo mas w polityce, aby służyło ono dobru wspólnemu i sprawiedliwości, mimo że te masy nie są zdolne do ogarnięcia owych wartości rozumem (a spontaniczne zawiązanie przez Polaków żałobnej konfederacji sugeruje, że istnieje), to jestem za. Nie należy oczywiście liczyć na to, że ta formuła wykształci się sama. Trzeba pisać teksty, organizować seminaria, budować instytucje, aby przebijającą plugawą skorupę magmę skierować we właściwym kierunku. I – nade wszystko – zmienić politykę edukacyjną, kulturalną i historyczną. Bo tak jak dawna polska

Ogromna część polskiej elity otwarcie kwestionuje sam sens polskości, nie tylko nie rezygnując z profesorskich i redaktorskich tytułów oraz z opiniotwórczych funkcji, ale jeszcze prezentując agresywną postawę polityczną

Jeśli bowiem mamy do czynienia, jak twierdzi Jan Rokita, ze zwycięstwem noworomantycznego modelu polskiego patriotyzmu, to właśnie ten model może być formułą umożliwiającą przekształcenie masowej demokracji w republikę8. Jeśli od tej pory lud będzie się kierował więcej patriotycznymi niż prywatnymi emocjami, jeśli będzie bardziej szanował przywódców i bohaterów, to jest szansa, aby istotna część obywateli dotychczas biernych stała się aktywnymi, i że wybory przez nich dokonywane będą o wiele bardziej racjonalne. Bo dobre emocje prawne, moralne i polityczne to w gruncie rzeczy nic innego, jak rekompensata tego, że z natury nie wszyscy są zdolni do rozumienia spraw publicznych. Jeśli istnieje sposób

8 Teza Rokity robi tym większe wrażenie, że autor łączy ją z otwartym hołdem wobec zwyciężającej właśnie jego zdaniem tradycji romantycznej, mimo że zastrzega, iż jest zwolennikiem innej, „patriotyzmu państwowego”. To mocne świadectwo w ustach czołowego konserwatywnego liberała o silnych fascynacjach stańczykowskich.

14

dusza ukształtowała się w rezultacie wieloletniego treningu moralnego i intelektualnego, tak i dziś setki czy tysiące wolnych ludzi muszą podjąć wysiłek formacji siebie i innych, jeśli ta dusza ma się odrodzić. Bój o duszę polską Na drodze do odnowy leży jednak jeszcze jedna przeszkoda. Okazało się bowiem, że nie wszystkim spodobał się republikański zryw milionów Polaków. Już w dniu uroczystości wawelskich czołowy dziennikarz największego imperium medialnego ogłosił problem „powrotu demona patriotyzmu” i publicznie na antenie największej prywatnej telewizji zastanawiał się, jak owego „diabła” pokonać. Jego śladem poszły szybko liczne inne autorytety z najbardziej opiniotwórczych mediów, zastanawiając się, jak „rozbroić bombę polskiego patriotyzmu”. W dawnych republikach nie było obowiązku kochania ojczyzny. Każdy mógł się w dowolnej chwili „wypisać” ze wspólnoty politycznej, rezygnując zarazem ze wszystkich


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Na progu republikańskiego odrodzenia – Bartłomiej Radziejewski

związanych z uczestnictwem w niej przywilejów. Dziś mamy do czynienia ze szczególną sytuacją, w której ogromna część polskiej elity otwarcie kwestionuje sam sens polskości, nie tylko nie rezygnując z profesorskich i redaktorskich tytułów oraz z opiniotwórczych funkcji, ale jeszcze prezentując agresywną postawę polityczną. „Precz z patriotami, precz z ciemnym ludem, to nam należy się „rząd dusz!” – zdają się wołać. Swój brak zdolności do kierowania krajem pokazali w istocie już w pierwszych dniach po katastrofie, ogłaszając, że główną konsekwencją tragedii ma być pojednanie z Rosją – jednym z głównych naturalnych podejrzanych o jej spowodowanie. Nie minęło kilka dni, a czołowe media zalały debatę publiczną niesłychaną falą kłamstw i insynuacji, głównie pod adresem zmarłego prezydenta i jego środowiska politycznego. To pokazuje, że ta współczesna polska pseudoarystokracja jest pozbawiona jakichkolwiek zahamowań moralnych, elementarnego poczucia odpowiedzialności za państwo i podstawowych predyspozycji przywódczych. Jest więc oczywistością, że jeśli mamy przekroczyć próg republikańskiego odrodzenia, najpierw ta łże-elita musi zostać pozbawiona wpływu na sferę publiczną. Dlatego czeka nas bój o duszę polską. Będzie to prawdopodobnie najbrutalniejszy konflikt wewnętrzny od czasu stanu wojennego, ponieważ jego stawka to tożsamość, a zarazem prawo do publicznego istnienia. Zwycięzca określi charakter naszego narodu na wiele lat. Pozostaje więc powtórzyć za Wegecjuszem: Si vis pacem, para bellum. Chcesz pokoju, szykuj się do wojny. BARTŁOMIEJ RADZIEJEWSKI (ur. 1984) – redaktor naczelny „Rzeczy Wspólnych”. Politolog, badacz republikanizmu, publicysta i eseista. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Gościu Niedzielnym”, „Frondzie”, „Arcanach”, „Gazecie Polskiej”. Republikanin. Osiadły na warszawskim przedmieściu lublinianin.

Bibliografia: Arystoteles, „Polityka”, Warszawa 2004. Bończa-Tomaszewski N., „Źródła narodowości. Powstanie i rozwój polskiej świadomości w II połowie XIX i na początku XX wieku”, Wrocław 2006. Burke E., „Rozważania o rewolucji we Francji”, Warszawa 2008. Fukuyama F., „Koniec historii”, Poznań 1996. Glucksmann A., „Dostojewski na Manhattanie”, Warszawa 2003. Hobbes T., „Lewiatan”, Warszawa 2009. Jasienica P., „Rzeczpospolita Obojga Narodów”, Warszawa 1985. Kuroń J., „Chrześcijanin bez Boga”, „Tygodnik Powszechny”, 07.11.2004. Kowalski J., „Niezbędnik Sarmaty”, Poznań 2006. Legutko R., „Esej o duszy polskiej”, Kraków 2008. Łuczewski M., „Do diabła z mesjaszem. Teologia polityczna polskiej transformacji”, „44/czterdzieści i cztery” 2008, nr 1. Michnik A., „Diabeł naszego czasu. Publicystyka z lat 1985-1994”, Warszawa 1995. Mickiewicz A., „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”, Wrocław 2004. Petrażycki L., „O nauce, prawie i moralności: pisma wybrane”, Warszawa 1985. Ortega y Gasset J., „Bunt mas”, Warszawa 2008. Radziejewski B., „Sarmacja – niedokończona przygoda. O potrzebie republikańskiej rekonstytucji polskości”, „Fronda” 2009, nr 51, http://www.fronda.pl/news/czytaj/sarmacja_ niedokonczona_przygoda. Rokita J., „Lud zdecydował”, „Tygodnik Powszechny” z 25.04.2010. Rosińska Z., „Dla kamerdynera nikt nie jest bohaterem”, http://kronos.org.pl/index. php?23250,725. Skarga P., „Kazania sejmowe”, Wrocław 2003. Witkiewicz S.I., „Nienasycenie”, Warszawa 2003.

15


Błogosławiony dyskomfort Z MARKIEM HORODNICZYM I NIKODEMEM BOŃCZĄ-TOMASZEWSKIM ROZMAWIA BARTŁOMIEJ RADZIEJEWSKI Pan Bóg doświadcza tych, których kocha. Przed Smoleńskiem żyliśmy w PR-owsko wykreowanym stanie technokratycznego błogostanu. A tu nagle Pan Bóg stawia nas przed takim wydarzeniem. I co teraz? Okazuje się, że nie sposób nie przyjąć narracji mesjanistycznej. Modernizacja schodzi na drugi plan, bo ważniejsza okazuje się zapomniana tożsamość.

16


MAREK HORODNICZY (ur. 1976) – politolog, redaktor naczelny Magazynu Apokaliptycznego „44/Czterdzieści i Cztery”, autor i prowadzący wielu programów telewizyjnych, ostatnio „Portretu Trumiennego” (TV Puls 2008) i „Końca Końców” (TVP1 2009).

NIKODEM BOŃCZA-TOMASZEWSKI (ur. 1974) – historyk i publicysta, redaktor i współzałożyciel magazynu apokaliptycznego „44/Czterdzieści i Cztery”. Twórca i pierwszy dyrektor Narodowego Archiwum Cyfrowego. Autor m.in. książki „Źródła narodowości” (Wrocław 2006).

Na dzieje Polski od XVIII wieku możemy spojrzeć jako na pasmo katastrof narodowych. Pod Smoleńskiem wydarzyła się kolejna. Różnica jest taka, że wszystkie poprzednie katastrofy przytrafiały się nam w czasach wojny lub niepokoju, a tym razem stało się inaczej. Przed 10 kwietnia żyliśmy w przekonaniu o niezmąconym bezpieczeństwie, pokoju i dobrobycie. Co będzie teraz?

które od lat grają na podłączenie nas do zachodniej, zeświecczonej kultury czy cywilizacji. Panika, w jaką wpadli ideolodzy i aktywiści tych środowisk w związku z Tragedią Smoleńską, świadczy o tym, że boją się polskości. To, co było uśpione, zakorzenione w tradycji, okazało się wciąż żywe. I cała ich koncepcja budowy „nowego wspaniałego społeczeństwa” legła w gruzach. Bo również intuicyjnie, ale zupełnie inaczej niż oni, czuł to lud. Ta intuicja była bardzo silna – oczywiście chwilowa, wydarzeniowa, ona jeszcze trwa – i może być zaczynem czegoś większego.

Marek Horodniczy: Pan użył czasu przeszłego, mówiąc, że żyliśmy – tu już moja opinia – w PR-owsko wykreowanym stanie technokratycznego błogostanu. Ja natomiast jestem pesymistą, a może realistą, i uważam, że ten stan rzeczy od razu się nie zmieni. Gra toczy się gdzieś indziej i o coś poważniejszego. Intuicyjnie przeczuwają to środowiska,

Nikodem Bończa-Tomaszewski: Myślę, że jest to pytanie o mesjanizm jako o pomysł na Polskę. W naszej wspólnocie narodowej

17


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

jest coś takiego jak zmęczenie nowoczesnością. Zmęczenie po komunizmie odreagowaliśmy w latach dziewięćdziesiątych, próbując zapomnieć o cierpieniu i skupić się na budowie szczęśliwego społeczeństwa dobrobytu. I jest to zrozumiałe, taki „oddech” Polakom się należy. Z drugiej strony widzimy ostatnie 200-300 lat naszej historii jako pasmo klęsk cywilizacyjnych, przede wszystkim politycznych i gospodarczych. Polska historiografia od połowy XIX wieku koncentruje się na narodowych klęskach i takie spojrzenie przeniknęło do podręczników szkolnych, do powszechnej świadomości, tworząc obraz fatum ciążącego nad naszą współczesną historią. Jednak dużo zależy od perspektywy, którą przyjmiemy, wartościując dzieje. Moim zdaniem w konfrontacji z nowoczesnością Polscy odnieśli także sukcesy. Można tu na przykład wskazać proces formowania się nowoczesnego narodu

18

polskiego. Pod wieloma względami przeszliśmy ten proces o wiele lepiej niż inne narody Europy. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że te klęski były. Zarazem, były one zawsze początkiem czegoś nowego, mitu redefiniującego polskość. Upadek Pierwszej Rzeczpospolitej stworzył mit Konstytucji 3 Maja, Powstanie Warszawskie zrodziło z kolei mit heroizmu wolności. Czy możemy zbudować coś dobrego na symbolice Smoleńska?

MH: Nikodem mówił o „polskim sukcesie” w okresie formowania się nowoczesnego narodu, o tym, że być może Polacy wyszli z tych procesów lepiej niż inne nacje. Ja myślę, że należy się jednak zastanowić nad integralnym wymiarem tych klęsk. One wszystkie łączą się z zagadnieniem śmierci. W momencie, kiedy przychodzi śmierć, podczas żałoby pojawia się


POLSKA PO SMOLEŃSKU

refleksja nad fundamentalnymi zagadnieniami. I ta refleksja ma charakter oczyszczający. Jeśli spojrzymy jeszcze dalej niż w XVIII wiek, dostrzeżemy, że ta swoista narodowa celebracja śmierci bardzo głęboko nas konstytuuje. Jest jakąś niezbywalną prawdą na nasz temat. W 1696 roku Irlandczyk Bernard O’Connor w swoich pamiętnikach napisał: „W pogrzebach Polaków tyle jest okazałości i pompy, że prędzej wziąłbyś je za triumfy niż za pochowanie umarłych”. Oprócz rozbudowanego teatru związanego z pochówkiem, czymś niezwykle ważnym było ukazanie prawdy o zmarłym. Genialnym egzemplum tego rodzaju weryzmu jest swoiście polska tradycja portretu trumiennego. Lament i przeżycie żałoby, które objawiły się po 10 kwietnia 2010 roku, były czymś niezwykłym dla obserwatorów z zewnątrz. Zagraniczni dziennikarze wstrząśnięci byli owym ordo pompae funebris, ale również

Błogosławiony dyskomfort

narodu, przedstawione klarownie chociażby w „Pamięci i tożsamości” Jana Pawła II. Można posłużyć się w tym miejscu cytatem z Mickiewicza, który został już obśmiany na wszystkie możliwe sposoby: „Tylko pod Krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. NBT: Katastrofa uświadomiła nam istnienie jakiejś tajemniczej siły, o której istnieniu zupełnie zapomnieliśmy. Obudziła coś mocniejszego od nas, silniejszego zarówno od ładu instytucjonalnego, jak i od ludzi – aktorów wydarzeń. Mówiąc językiem Hegla, objawił się „duch narodu”. Jednocześnie pojawiła się wielka potrzeba zrozumienia tego, co się stało. Aby ją zaspokoić, różne środowiska zarówno prawicowe, jak i lewicowe podjęły próby – zobaczymy na ile udane – zaprzęgnięcia tej wielkiej narodowej

Lament i przeżycie żałoby, które objawiły się po 10 kwietnia 2010 roku, były czymś niezwykłym dla obserwatorów z zewnątrz. Zagraniczni dziennikarze wstrzą��nięci byli owym ordo pompae funebris, ale również tym, że żałoba była połączona z przeżyciem religijnym tym, że żałoba była połączona z przeżyciem religijnym. Relacjonowali kościoły pełne ludzi, potęgę modlitwy, to, że nie było tu pogrążenia się li tylko w pustej żałości, w której ludzie staliby na ulicy i płakali, nie wiadomo nad czym. Ta celebracja śmierci nieodłączna od rzymskiego katolicyzmu tak głęboko zakorzeniona w naszej kulturze i obyczajowości odsłania wydawałoby się oczywistą konstatację, że na nasze katastrofy narodowe należy patrzeć z perspektywy Krzyża – klęski doczesnej, która, kiedy zostaje w sposób dojrzały przyjęta, owocuje zmartwychwstaniem. Pojawia się wtedy pytanie o sensowność nas jako narodu – jaki mamy cel, w jakim kierunku zmierzamy. Z pomocą przychodzi eschatologiczne rozumienie

energii do własnych ideologicznych potrzeb. Na przykład środowisko „Krytyki Politycznej” wysunęło postulat porzucenia nieudanych prób dekonstrukcji polskiego mesjanizmu, na rzecz podjęcia próby poddania go lewicowej reinterpretacji. Jak napisał Michał Sutowski „nie wystarczy krytyka narodowej mitologii i wyszydzenie wizji Polski krzyżowanej za nie wiadomo czyje grzechy na rosyjsko-niemieckiej rurze. Romantyzm i polski mesjanizm należy odzyskać choćby jako tradycje niezgody na rzeczywistość, walki o lepszy świat, uniwersalizmu, ponadnarodowej jedności”. Z kolei konserwatywna prawica narodowa, która po śmierci Jana Pawła II oddaliła się od mesjanizmu, hołduje rozwiązaniom

19


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

mesjanistycznym. W ujęciu tych środowisk katastrofa Smoleńska jest znakiem Opatrzności, która chce przypomnieć Polakom ich historyczne powinności, rechrystianizację Europy i odbudowę państwa. Jak to podsumował redaktor „Frondy” Tomasz Terlikowski „Ewangelizacja Europy, bycie świadkami Miłosierdzia w świecie, zbudowanie demokracji nieliberalnej i prawdziwej solidarności – to tylko niektóre z zadań, jakie stawiał przed nami Bóg”. Równolegle do prób zaprzęgnięcia narodowego ducha do kieratu potrzeb konkretnych ideologii, rozpoczął się chocholi taniec dekonstrukcji wszelkich mesjanistycznych interpretacji katastrofy jako objawów psychicznej aberracji Polaków. Wskazałbym tu na liberałów, takich jak Agata Bielik-Robson, która próbuje tłumaczyć żałobę narodową przy pomocy neopsychoanalizy. „Triumf Tanatosa, którym teraz upaja się polska prawica, wprost

MH: Zmieniła się atmosfera mówienia o mesjanizmie. Dwa przykłady. Głos profesora Andrzeja Zybertowicza, agnostyka, który stwierdził, że w odniesieniu do 10 kwietnia 2010 jest to bodaj najlepsza narracja i głęboko sympatyzuje z tymi, którzy sięgając po mesjanizm, wyłączają na pewien czas racjonalne myślenie i zajmują się odczytywaniem symboli. Kolejny przykład to wywiad Jana Rokity dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym mówi on, że nie jest w stanie walczyć z tryumfującą po Smoleńsku tradycją neoromantyczną i musi, chcąc nie chcąc, pochylić głowę przed narracją mesjanistyczną. NBT: W wydanej kilka lat temu książce „Źródła narodowości” badałem kult bohaterów narodowych w Polsce od połowy XIX do początku XX wieku. Obecna celebracja żałoby po katastrofie świetnie wpisuje się w ten nurt.

Równolegle do prób zaprzęgnięcia narodowego ducha do kieratu potrzeb konkretnych ideologii, rozpoczął się chocholi taniec dekonstrukcji wszelkich mesjanistycznych interpretacji katastrofy jako objawów psychicznej aberracji Polaków

woła o psychoanalityczną interwencję” – pisze Bielik-Robson. Nie trudno zauważyć, że jest to import kategorii zachodniej humanistyki, które słabo tłumaczą to, co się dzieje w Polsce. Jednak katastrofa Smoleńska i nasza reakcja na to wydarzenie nieustannie kierują nas w stronę polskiego mesjanizmu i w pewnym sensie nastąpił jego kolejny triumf. Kiedy rozpoczynaliśmy wydawanie „44”, mieliśmy problem z przełamaniem pewnych klisz funkcjonujących wśród inteligencji. Do czasu katastrofy spotykaliśmy się z zarzutami, że mesjanizm jest ideą oderwaną od rzeczywistości i zupełnie nieprzystającą do współczesnych realiów. 10 kwietnia 2010 roku to się skończyło.

20

Odbywała się według schematów ustalonych podczas pogrzebu Mickiewicza w latach 90. XIX wieku. Fascynujące jest przy tym to, że cała celebracja żałoby odbywała się w sposób całkowicie spontaniczny. Nietypowo dla naszych czasów, nie dostrzegłem żadnych centrów, które by w sposób PR-owski, socjotechniczny, próbowały żałobą zarządzać. Podobnie jak po śmierci Papieża, pogrążony w smutku naród stał się swoistą konfederacją, która zaczęła żyć własnym podświadomym życiem. To pokazuje, że ów kult bohaterów nadal jest zwornikiem świadomości (a może podświadomości) narodowej. Jednak tym razem pojawiły się nowe elementy, których w dawnym kulcie nie było


POLSKA PO SMOLEŃSKU

– dążenie do banalizacji osobowości i życiorysu bohatera narodowego. W XIX wieku bohater narodowy był wzorem postępowania człowieka jako członka narodu, podkreślano heroizm postawy i wzniosłość czynów. Owszem, bohaterowie wzbudzali kontrowersje – tak jak to miało miejsce w gorącym sporze o pochowanie na Wawelu „heretyka” Słowackiego – ale nie przekreślano jego heroizmu. Dzisiaj widzimy wątki banalizujące życiorysy. Przykłady? Sprowadzanie pamięci o Janie Pawle II do anegdot o chodzeniu w młodości na kremówki i zamiłowaniu do pieszych wędrówek, a wspomnień o prezydencie Kaczyńskim – do tego, że był „ciepłym” człowiekiem, troskliwym mężem i lubił zwierzęta. Na pewno nie pojawiło się to jako główna oś w ich biografii, ale żywotnie funkcjonuje gdzieś w masowej wyobraźni. Innym nowym zjawiskiem, do tej pory nieobecnym w kulcie bohaterów narodowych, jest próba trywializacji smoleńskiej katastrofy np. poprzez porównanie jej do zwykłego wypadku przy pracy, jednego z takich, które w normalnym życiu zdarzają się ze statystyczną regularnością, tak jak wypadki samochodowe. Mgła, stary samolot, pomyłki personelu technicznego i inne zjawiska naturalne występujące

Błogosławiony dyskomfort

w granicach prawdopodobieństwa doprowadziły do tragedii. Pojawiły się nawet głosy, że prawie 100 osób zginęło, ale to nic wielkiego, bo tyle samo Polaków ginie na drogach w jeden weekend. Zgodnie z logiką takiego myślenia można powiedzieć: „Stała się rzecz straszna, smutna i tragiczna, ale realnie rzecz biorąc niewiele znacząca”. To jest rozumowanie typowo posthistoryczne.

21


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Jednak wbrew tendencjom do banalizacji i dążeniom do trywializacji tragedii smoleńskiej mit heroicznej śmierci narodowych bohaterów już powstał. Zwyciężyła tradycyjna

narracja historyczna, która mówi, że to był nie zwykły wypadek tylko narodowa Katastrofa. Bo skoro elita i ludzie-symbole różnych ważnych środowisk, ruchów, nurtów politycznych i epok (Ryszard Kaczorowski – II RP, Czesław Cywiński – Armia Krajowa, Anna Walentynowicz – „Solidarność”, ale także postkomuniści) giną w Rosji, w takim, a nie innym miejscu i czasie, to jest to Znak. I tego Znaku nie sposób zignorować, jest zbyt porażający. Przecież gdyby to wydarzenie ktoś próbował umieścić w scenariuszu hollywoodzkiego filmu, zostałoby ono uznane za zbyt kiczowate. To mogło się wydarzyć tylko naprawdę. I przez to, że się stało, i właśnie w tak niezwykłych okolicznościach, symbolika Smoleńska jest tak potężna. MH: To wydarzenie jest przepełnione symboliką jak żadne inne. Symbole zaś odsyłają nas do pytania o wspólnotowość: co jest najważniejsze w życiu Polaków? Jeśli przyjmiemy myślenie w kategoriach chrześcijańskich, takie wydarzenie nie może

22


POLSKA PO SMOLEŃSKU

być przypadkowe, Pan Bóg z jakiegoś powodu je dopuścił. Śmierć „Polski w miniaturze” pod Smoleńskiem otwiera świat na prawdę o Katyniu, kluczową dla zrozumienia dziejów Polski XX wieku. Natomiast inne symboliczne wymiary nie są już tak chętnie przywoływane. Wigilia Niedzieli Miłosierdzia Bożego to nie tylko dzień śmierci Papieża Polaka (w kalendarzu liturgicznym dokładnie pięć lat wstecz), ale też objawienie siostry Faustyny Kowalskiej. Pojawiły się przez to interpretacje misjonistyczne. Problem polega jednak na tym, że osoby, które ów misjonizm propagują, myślą, że Polacy mogą pojechać ewangelizować świat. Tylko,

Błogosławiony dyskomfort

przed głębokim nawróceniem. Znajdujemy się jednak w tej komfortowej sytuacji, że możemy to sobie uświadomić. Są narody, które dzisiaj nie miałyby odpowiedniego języka, aby o podobnym, własnym doświadczeniu adekwatnie rozmawiać. My ten język mamy. Od tego, co będziemy potrafili o tragedii smoleńskiej powiedzieć, w ogromnym stopniu zależeć będzie to, co w nas po niej pozostanie.

NBT: W polskim społeczeństwie pozostanie poczucie osamotnienia. Nie chciałbym wchodzić w geopolitykę, chodzi mi raczej o samotność wobec nowoczesności. Europa nas nie

Wbrew tendencjom do banalizacji i dążeniom do trywializacji tragedii smoleńskiej mit heroicznej śmierci narodowych bohaterów już powstał. Zwyciężyła tradycyjna narracja historyczna, która mówi, że to był nie zwykły wypadek tylko narodowa Katastrofa

że zanim Polska zacznie ewangelizować innych, sama musi się nawrócić, a to może być związane z bolesnymi doświadczeniami. O tym mówią z kolei objawienia Rozalii Celakówny. Znaki Opatrzności Bożej skierowane do narodu polskiego są potężne. Przykładem niech będą: przełomowy dla całego Kościoła pontyfikat Jana Pawła II, czy też właśnie objawienia św. Faustyny. Śluby Lwowskie Jana Kazimierza czy Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego przeprowadzone przez kard. Wyszyńskiego to wezwanie do stanięcia w pokorze wobec Boga i wypowiedzenia: „Tylko w Tobie jest nadzieja nasza”. Niemniej jednak wydaje się, że Opatrzność „rzuca perły między wieprze”. Większość tych sygnałów jest bowiem ignorowana. Wydaje się, że Bóg nieustannie zmaga się z nami. Nie odpowiadamy na to, co On chce nam powiedzieć. Smoleńsk odziera nas z myślenia misjonistycznego, bo pokazuje, że jesteśmy jeszcze

rozumie i nic nie wskazuje, aby miało się to zmienić. Pozostajemy sami wobec globalizacji i traumy nowoczesności. Jesteśmy sami ze swoją historią oraz ze swoim cierpieniem i sposobem jego przeżywania. Jest to koniec marzenia, że zbawienie przyjdzie z Zachodu, zbawienie w postaci równych autostrad czy ciepłej wody z kranu. I wiary w to, że zachodnia humanistyka ma nam coś do zaproponowania. Bo do tej pory było tak, jak w PRL-u, kiedy to życie intelektualne nie funkcjonowało, ale można było sobie poczytać amerykańskich liberałów ku pokrzepieniu serc, że kiedyś u nas też będzie „normalnie”, czyli tak „jak na Zachodzie”. I wielu naiwnie uwierzyło, że to, co tam wyczytali, da się świetnie zastosować na polskim gruncie. MH: Paradoksalny i smutny jest fakt, że to, co powiedział Nikodem, za nas jako naród wypowiedział prezydent Václav Klaus. To

23


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

nie myśmy pierwsi stwierdzili, że europejscy przywódcy nie raczyli się zjawić na pogrzebie – zrobił to czeski prezydent. Tymczasem w naszej prasie nie znalazłem żadnego takiego głosu. To jest niesamowite, że wciąż wierzymy w zbawienie z Zachodu, które przecież nie może do nas przyjść. NBT: Widoczna stała się także potrzeba akceptacji ze strony świata, jego współcierpienia wraz z nami. Tymczasem wybuch wulkanu, który sparaliżował ruch lotniczy, całkiem dosłownie pokazał, że jesteśmy sami – jeśli pojawi się problem, to Zachód nie będzie ryzykował. To jest coś, co pozostanie w pamięci.

Pan ciągle o instytucjach... a mi chodzi o ludzi. Brakuje nam współczesnej arystokracji – elit, a biorąc pod uwagę romantyzm sytuacji – właśnie wieszczów, którzy mogliby tę niezwykłą energię, którą wyzwoliła w Polakach Tragedia, ubrać w narodową narrację. Mickiewicz nie był, jak pan to ujmuje, „instytucją wieszczącą”, tylko wieszczącą jednostką, wybitnym człowiekiem, narodowym poetą...

NBT: Polski naród wciąż jest bez państwa w kategoriach Hegla. Np. naród niemiecki posiada państwo z całym aparatem instytucji, administracji, wojskiem, techniką, filozofią itd. A nasz naród wciąż pozostaje narodem bez państwa w tym sensie, że to, które mamy, nie

Naród Polski nie znalazł rzeczywistości, takiej jak państwo, w której wspólnota mogłaby się rozwijać. Patrząc na naszą historię ostatnich kilkuset lat, można wyciągnąć wniosek, że jest to skutek nieustannych zmagań z cierpieniem bez współczucia i niemożnością przeżywania żałoby Jednak najważniejsze jest to, że jedynym miejscem, które nas przyciąga w czasie tragedii, jest kościół. Polak jak nie wie, co ma zrobić – biegnie do kościoła. I po Smoleńsku, tak jak wówczas, gdy umarł Papież, wszyscy zjawili się w świątyniach. To pokazuje, że Polacy nie posiadają żadnych prawdziwych instytucji poza Kościołem. To tak jakby duch narodu nie potrafił się w innymi miejscu zinstytucjonalizować. Brak instytucji jest poważnym problemem, ale jeszcze większym jest w tej sytuacji brak wieszczów. NBT: W Polsce, jak pan słusznie zauważył, brakuje wieszczów. Ale chodzi też o środowiska, instytucje „wieszczące”. Tu jest wielka praca do wykonania. Współcześni Polacy sami siebie nie rozumieją.

24

potrafi zaspokoić naszych potrzeb. Mamy jakąś hybrydę tego, co pozostawiły absolutne monarchie zaborcze z postrewolucyjnym ładem symbolizowanym przez Kodeks Napoleona. Jest to twór całkowicie nieadekwatny do potrzeb. Współczesne państwo polskie poddane presji ostatnich wydarzeń pozostało zagubione. Nikt nie potrafił zareagować: ani politycy, ani hierarchowie, ani intelektualiści. Nikt nie umiał opowiedzieć Polakom o tym, co się stało tak, aby wpisać tę kumulację narodowej mocy, jaka miała miejsce podczas żałoby, w kontekst wspólnotowego sensu i celu. W efekcie grozi nam rozproszenie tej mocy – wszyscy „wrócą do żniw” i będzie po staremu.

NBT: Jestem przekonany, że tak jak po śmierci Papieża, zostanie podświadoma


POLSKA PO SMOLEŃSKU

trauma. To przeżycie będzie nieprzepracowane. Zostanie poczucie osamotnienia i cierpienia z tym związanego. Cierpienie z biegiem czasu ustąpi w sferę podświadomości zbiorowej, ale ani sfera polityki, ani kultury, ani nawet Kościół nie odpowiedzą nam na tę traumę. Przynajmniej w najbliższym horyzoncie ja nie widzę jednostek czy grup, które mogłyby to zrobić. Zatem w perspektywie bieżącej nic się nie zmieni. Jestem przekonany, że za rok o tej porze sytuacja polityczna nie będzie się różniła od tej, z którą mielibyśmy do czynienia, gdyby katastrofa nie nastąpiła. W krótkiej perspektywie zarówno dotychczasowe procesy geopolityczne, jak i przemiany wewnętrzne będą postępowały tak jak dotychczas. Dwubiegunowy system partyjny dalej będzie funkcjonował, nie powstaną żadne nowe instytucje, które mogłyby „wieszczyć”, a najważniejszym czynnikiem społecznej mobilizacji pozostaną mistrzostwa EURO 2012. Nie będzie żadnej konkretnej reakcji na to, co się stało. Ale ukryte cierpienie pozostanie, będzie czekać uśpione w narodowej nieświadomości, aby znów się odsłonić w kolejnym kairos. MH: Żałobę po katastrofie przeżyliśmy w sposób religijny, bo ziarno zostało zasiane pięć lat temu w czasie odchodzenia Papieża. Ten model przeżycia został wówczas ukształtowany i naturalnie przyjęty przez narodową nieświadomość, o której mówił Nikodem. NBT: Tragedia smoleńska obudziła także przekonanie o tym, że nieszczęścia jednak mogą nadejść. Nasze czasy zdominowała wiara w mit bezpieczeństwa. Jak jest epidemia grypy, to minister kupuje szczepionki i grypa znika. Jak jest katastrofa, to uruchamia się ministerstwo nadzwyczajnych sytuacji i ono rozwiązuje problem. Dziś zauważamy, że nasza cywilizacja jest w stanie bardzo chwiejnej równowagi – trywialny wybuch wulkanu potrafi sparaliżować przestrzeń powietrzną

Błogosławiony dyskomfort

nad Europą. Przewidywalne i normalne wydarzenia, jak kryzys finansowy, mogą uderzać w same fundamenty nowoczesności. Nie chcę wchodzić w apokaliptyczne wizje końca Zachodu, chodzi mi tylko o wyjście ze stanu uśpienia i samozadowolenia wielkim mitem, że wszystkie problemy zostały już rozwiązane, a jeśli nie, to wkrótce będą rozwiązane. Mamy szybkie komputery, zaraz będziemy mieli jeszcze szybsze; mamy bezpieczne samochody, będziemy mieli jeszcze bezpieczniejsze; mamy skuteczne leki, będziemy mieli jeszcze skuteczniejsze – więc czym się niepokoić? Tymczasem tragedie takie jak smoleńska przywracają narodowi egzystencjalny niepokój, przypominają, że historia się nie skończyła. To by znaczyło, że Polska ma na tle reszty Zachodu niezwykły bagaż doświadczeń związanych ze śmiercią i cierpieniem. W kontekście tego powszechnego uśpienia, o którym mówiliście, wygląda to niemal jak dar losu...

MH: W tym miejscu wypada przywołać fragment tekstu „Czas na Apokalipsę” Rafała Tichego z pierwszego numeru „44”, który właśnie z bardzo polskiego doświadczenia utkał mesjanistyczną analogię: „Mesjanistę wypatrującego paruzji można porównać do akowca, oczekującego godziny «W». Nie ma po co mościć się w tym okupacyjnym życiu, rozpiera go radość oczekiwania na ostateczny zryw, ale zarazem niepokoi groza wypadków, które mają nastąpić. Oczywiście, w czasie oczekiwania na godzinę «W» trzeba jakoś żyć: pracować, uczyć się, bawić, być może ożenić, wybudować dom, a nawet w przypływie natchnienia napisać książkę, ale to wszystko nie jest ostateczne, tylko tymczasowe, bo już za chwilę dom posłuży jako budulec do postawienia barykady, żona bardziej niż kochanką stanie się towarzyszką broni, a książki posłużą jako podpórka pod cekaem. A potem wszystko będzie już całkiem inaczej, bo miasto zostanie

25


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

wyzwolone. Teraz jest okupacja, trzeba przetrwać, przygotowywać się na godzinę «W» i wypatrywać jej znaków. W czasach ostatecznych trzeba żyć, pracować, modlić się i pisać poezje, tak jak w czterdziestym czwartym”. Mówiliście o samotności Polaków. Dłuższe osamotnienie oznaczałoby upadek narracji widzących zbawienie w integracji z Europą czy szerzej z Zachodem i tryumf tożsamości narodowej, czyż nie?

MH: Chciałbym poczynić pewną generalną uwagę do tego, co środowisko „44” nazywa neomesjanizmem. Otóż naród Polski nie znalazł rzeczywistości, takiej jak państwo, w której wspólnota mogłaby się rozwijać. Patrząc na naszą historię ostatnich kilkuset lat, można wyciągnąć wniosek, że jest to skutek nieustannych zmagań z cierpieniem bez współczucia i niemożnością przeżywania żałoby. Ostatnie dni pokazały, że jest wiele spraw, które nie zostały dotąd w dostateczny sposób przemyślane. I tutaj pojawia się koncepcja neomesjanistyczna. W obrębie historii symbolicznej, Katyń jest jednym z przykładów nieprzeżytej w pełni żałoby. Bo czym jest żałoba? Człowiek, który dowiaduje się, że jego bliski zginął, zabiega o to, by jego ciało zostało pochowane, aby oddać temu ciału stosowną cześć. Próbuje też zrozumieć za wszelką cenę, jak to się wydarzyło, wytłumaczyć całe zdarzenie. Potem chce nad zmarłym zapłakać, przemyśleć znaczenie jego śmierci i być bogatszym o to doświadczenie. Zbrodnia katyńska nie doczekała się takiego rytuału, a zatem jedno z fundamentalnych wydarzeń dla historii Polski XX wieku jest jakoś osamotnione, bezpańskie. I to nas uwiera. Cierpienie jest jątrzące. Święty Paweł w Liście do Tymoteusza głosi, że Pan Bóg doświadcza tych, których kocha. Katyń przypomina trochę doświadczenie Izraelitów w Starym Testamencie – nie pozwala poczuć się bezpiecznie, jest znakiem ciągłego zmagania się, błogosławionego dyskomfortu. Dariusz

26

Gawin w jednym ze swoich tekstów tak mniej więcej zrekonstruował nasze główne narodowe dążenie: „teraz już koniec z tym cierpiętnictwem, nie chcemy już więcej, gruba kreska, teraz idziemy w stronę nowoczesnego, silnego państwa!”. A tu nagle Pan Bóg stawia nas przed takim wydarzeniem. I co teraz? Okazuje się, że – tak jak stwierdził Rokita – nie sposób nie przyjąć narracji mesjanistycznej. Modernizacja schodzi na drugi plan, bo ważniejsza okazuje się zapomniana tożsamość. NBT: Tu nasuwa się pytanie, jak Polacy mogą funkcjonować w nowoczesności? Stoimy przed pytaniem, czy nowoczesność nie pozostanie dla nas permanentną traumą. Ta trauma, która spotkała Polaków jako wspólnotę w nowoczesności, może uniemożliwiać nam funkcjonowanie jako nowoczesnego narodu, ze wszystkimi jego atrybutami, takimi jak nauka, kultura, armia, filozofia, czy państwo. MH: Być może wymaga to nowej formuły, takiej, przy pomocy której biblijny naród żydowski potrafił przekuć swoje bolesne doświadczenia w konkretne instytucje? NBT: Polska idea republikańska, tradycja Rzeczpospolitej szlacheckiej może być odpowiedzią na to historyczne wyzwanie. Wprawdzie jest ona wyśmiewana przez liberałów jako ucieczka w przeszłość, ale jest to sposób na poszukiwanie odpowiedzi na nasze realne potrzeby, których nie zaspokoi modernizacja, budowa autostrad i stadionów. Wy mówicie o wielkich narracjach, ale najbardziej naturalne dla naszych czasów jest jednak szukanie czysto racjonalnych, pragmatycznych wyjaśnień. A zatem: „to był wypadek, ustalmy jakie procedury, jacy urzędnicy zawiedli”. I na tym koniec.

NBT: Sposób przeżycia żałoby pokazał, że teorie pragmatyczne zostały odrzucone,


POLSKA PO SMOLEŃSKU

co wywoływało wielką irytację wśród orędowników dekonstrukcji mesjanizmu i „polskich mitów”. W sferze pragmatycznej trudno tę katastrofę rozszyfrować. Następuje zbyt wielkie zagęszczenie sensów i znaczeń. Splata się tyle wątków, że znowu jesteśmy spychani w historię, w dzieje, w pole działania Opatrzności. MH: Myślę, że konflikt między odczytywaniem symboli a racjonalnością nie jest wcale nieunikniony. Jeśli ktoś rozważa tę tragedię na poziomie symbolicznym, nie staje się od razu mistykiem. Nie w tym rzecz. Czasem rozpatrywanie symboli jest znacznie bardziej racjonalne, niż by się wydawało. Zwłaszcza jeśli chodzi

Błogosławiony dyskomfort

zdarzenia, która rozpadnie się w ciągu najbliższych kilku miesięcy, nieważne kto wygra wybory i jaka będzie polityczna rzeczywistość. Jest to problem drugo- czy trzeciorzędny, Polacy ograniczają swój udział w polityce do udziału w wyborach. Natomiast spór o pogrzeb na Wawelu jest kontynuacją sporów, które wybuchały od czasów pochówku w tym miejscu Tadeusza Kościuszki (który – o czym się często zapomina – nie poległ na polu bitwy). Było to bardzo ważne wydarzenie dla formowania się nowoczesnego narodu polskiego. Księcia Józefa Poniatowskiego pochowano już bez problemów. Z kolei spór o Słowackiego trwał wiele lat. Pochowanie „heretyka” na

A tu nagle Pan Bóg stawia nas przed takim wydarzeniem. I co teraz? Okazuje się, że – tak jak stwierdził Rokita – nie sposób nie przyjąć narracji mesjanistycznej. Modernizacja schodzi na drugi plan, bo ważniejsza okazuje się zapomniana tożsamość

o tak tajemnicze, obciążone nieracjonalnymi emocjami słowo jak „naród”. Potrzeba tylko odrobinę pokory. I dlatego pragmatyczna logika nowoczesności tak bardzo nie pasuje do tej katastrofy. Jednak brak pokory wśród komentatorów był bardzo wyraźny. Najlepiej było to widać przy sporze o pochówek prezydenta na Wawelu. Jednocześnie, obóz kontestatorów znalazł się w pułapce tradycji; „Gazeta Wyborcza” wystąpiła w roli obrończyni świętej katolickiej i narodowej krypty przed profanacją, żeby było zabawniej, w kompletnie „obciachowym” towarzystwie skrajnych monarchistów i dresiarzy.

NBT: To jest splot pewnych wątków ideologicznych, tego, że niektóre grupy chciały ten okres żałoby przekuć na jakiś swój interes polityczny. Ale to jest warstwa zewnętrzna

Wawelu wydawało się władzom kościelnym pomysłem skandalicznym. W latach dwudziestych, głównie dzięki naciskom Józefa Piłsudskiego, który uważał Słowackiego za swojego poetę, pogrzeb w kryptach katedry się odbył, choć były poważne propozycje, by pochować go w Tatrach. Musimy uświadomić sobie podstawowy sens pochowania bohatera narodowego przez Polaków. To jest połączenie jego doczesnego ciała z ciałem-ziemią Ojczyzny. Lech Kaczyński, spoczywając na Wawelu, spoczął tam na wieki, jego ziemskie życie zostało przeniesione w zupełnie inny wymiar, wieczny. Ten topos jest w tym wypadku pogłębiony o to, że prezydent zginął na obcej ziemi, a zatem musiało też nastąpić przeniesienie ciała „z ziemi obcej do Polski”, co w historii często się powtarza.

27


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Uderzający jest całkowity brak zrozumienia tego wszystkiego przez osoby publiczne. Były co prawda jednostki, które potrafiły przynajmniej zbliżyć się do wytłumaczenia tego zdarzenia – Jan Rokita, Janusz Śniadek, arcybiskupi Michalik czy Nycz. Jednak zaginęli oni w tłumie gadających głów. Bohaterów przyćmił marny chór. Co jest nie tak z naszą polityką?

krzyżówkowyi i dostaje nagrodę, wtedy Maria Janion, zgryźliwie, ale trafnie powiedziała coś w rodzaju „Autorem dla Piłsudskiego był Słowacki, dla Wałęsy jest krzyżówka”. Tu jest ten problem, że sfera polityczna ukształtowana na „krzyżówkach” nie jest w stanie nic sama z siebie wygenerować. Nie jest to polityka prowadzona na forum czy na rogach ulicy.

NBT: Sfera polityki nie jest temu winna, bo to nie jest to dobra sfera do generowania od-

MH: Dla mnie ciekawe były wypowiedzi członków redakcji „Teologii Politycznej”. Dariusz

Pan Bóg doświadcza tych, których kocha. Katyń przypomina trochę doświadczenie Izraelitów w Starym Testamencie – nie pozwala poczuć się bezpiecznie, jest znakiem ciągłego zmagania się, błogosławionego dyskomfortu

powiedzi. To teza leninowska, że polityka jest podstawowym źródłem sensów i znaczeń. Jestem zaskoczony, że prezentuje pan tu liberalny zabobon, jakoby polityka mocniejsza od liberalnej musiała zaraz być totalitarna. W rozumieniu republikańskim jest ona najwyższą formą działalności człowieka i jako taka wymaga wielkiej aktywności i wielkich narracji. Te wydarzenia są na wskroś polityczne, więc i odpowiedź na nie musi być polityczna.

NBT: Pan ma bardzo głębokie rozumienie polityki. Jednak trudno bezpośrednio przeskoczyć od tezy, że wspólnota kształtuje ludzi, do praktyki funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa. Republikańskie koncepcje polityki w państwie nowoczesnym przestają się aktualizować. Wydaje mi się, że w państwie nowoczesnym sfera metapolityki kształtuje politykę, a nie na odwrót. Tutaj przykładem niech będzie stosunek Piłsudskiego do Słowackiego i jego pogrzebu. Jest taka wypowiedź przypisywana chyba Marii Janion: na początku lat dziewięćdziesiątych prezydent Wałęsa wygrywa konkurs

28

Karłowicz i Dariusz Gawin udzielali w wywiadach odpowiedzi na pytanie o sens tego wydarzenia. Obaj z mocą podkreślali, że ta tragedia ma sens z punktu widzenia nadziei na budowanie etosu państwa polskiego. Tak jak w przypadku śmierci Jana Pawła II mieliśmy do czynienia z przeżyciem wyłącznie religijnym, tak teraz aspekt religijny jest – ich zdaniem – drugo- czy trzeciorzędny. Nie zgadzam się z takim wnioskiem, bowiem dla mnie 10 kwietnia 2010 to wydarzenie najłatwiej poddające się interpretacji w kluczu teologii narodu. A więc doświadczenie chrześcijańskie byłoby tu uprzednie wobec doświadczenia „państwowego”. Katastrofa pod Smoleńskiem w pewnym momencie będzie oczywiście miała przełożenie na politykę, ale trudno przewidzieć, w jakim kierunku to pójdzie. Politycy próbują bowiem negować sferę symboli, podczas gdy tam zginęła „Polska w pigułce”. Zmierzam do tego, żeby powiedzieć, że wspólnota narodowa to coś więcej niż grupa urzędników państwowych. W tej katastrofie w jakiś sposób ginie naród. I pytanie, co z tego wynika, jest zbyt poważne, by przekuwać je od razu na konkretne postulaty polityczne.


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Mam wrażenie, że mieliśmy do czynienia ze zlaniem się sfer sacrum i profanum, połączenia unikalnego i zarazem wybitnie nieeuropejskiego, nienowoczesnego...

NBT: Ale też nie typowego dla naszej historii. Jak dotąd mesjanistycznymi momentami, w których złączyło się myślenie religijne z politycznym, były mesjanizm mickiewiczowski i teologia narodu prymasa Wyszyńskiego. Jednak jako całość kult bohaterów narodowych i uroczystości żałobne miały charakter świecki. Ważne było całe religijne decorum, ale dostarczało ono wzruszeń o charakterze parareligijnym. Spór polityków sanacji z władzami kościelnymi o miejsce Piłsudskiego w krypcie wawelskiej jest tu symptomatyczny, bo ujawnia myślenie o Wawelu jako świątyni narodowej, a nie katolickiej. Jednak tutaj się zgodzę z Markiem, że Polacy żałobę po tragedii smoleńskiej przeżyli w sposób religijny. Przeżyli ją jako narodowa wspólnota religijna. Chyba nie doceniacie faktu, że naród jest jednak kategorią polityczną.

MH: Też, ale nie tylko. Jest także kategorią teologiczną. I to jest obecne w nauczaniu Kościoła, w teologii narodu kardynała Wyszyńskiego czy w tym, jak dowartościowywał kategorię narodu Jan Paweł II. Bez narodu bardzo trudno człowiekowi wejść na drogę nawrócenia, ponieważ to wspólnota stwarza możliwość wzrastania w wierze. Wydarzenia ostatnie to triumf teologii narodu, okazało się bowiem, że Polacy intuicyjnie przyjmują jej założenia. Są jednak sprawy, które nie zostały jeszcze odpowiednio przepracowane. Kwestia chociażby Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego czy Wielkiej Nowenny. Do tej pory nie zastanowiono się dostatecznie dużo, jakie może być dalekosiężne znaczenie wysiłków Wyszyńskiego na rzecz przywrócenia

Błogosławiony dyskomfort

godności i wspólnotowości narodowi, który został zgnębiony. Żałoba narodowa była również unikalnym przeżyciem estetycznym. Polacy doświadczyli podczas żałoby i grzebania bohaterów klasycznego piękna, którego dzisiaj się już masowo nie przeżywa. Zapomnianego piękna rytuału pogrzebowego, Wawelu i „Requiem” Mozarta.

MH: Mieliśmy do czynienia z patosem, który był na miejscu, z ładem uniwersum symbolicznego, który również był na miejscu. Wszystko było na miejscu. Ten naturalnie przyjmowany przez większość Polaków patos wpłynął też, jak sądzę, na ograniczenie komentarzy o charakterze prześmiewczym. Jeśli się pojawiły, natychmiast były napiętnowane. Raptem w świecie, w którym głównym orężem jest ironia, dystans i szyderstwo, czymś najbardziej naturalnym stały się powaga i patos. Ciekawe, w jaki sposób tragedia Smoleńska zostanie uwieczniona w sztuce: czy będą to wytwory pełne dystansu, próbujące przeprowadzić dekonstrukcję owego patosu czy też dzieła wzniosłe, przepojone powagą adekwatną do wydarzeń, z którymi się mierzą. Ostatnio przypomniałem sobie płytę Gavina Bryarsa, który skomponował utwory o tonącym Titanicu. To dzieło jest intrygujące, poważne, być może momentami pompatyczne, ale za to próbujące w sposób odważny interpretować katastrofę, która z czasem przybrała przecież charakter symboliczny dla naszej cywilizacji. A więc to, czy i jakiego rodzaju koncepcje estetyczne będą żyły we wspólnocie po katastrofie i żałobie, zależy również od tego, jakie dzieła artystyczne będą powstawać. NBT: Po śmierci Papieża czekaliśmy na wieszczów, a dostaliśmy sacro polo. Oby tym razem było inaczej. Rozmawiał: Bartłomiej Radziejewski Współpraca: Tomasz Warowny

29


Kto mieczem wojuje… DOMINIK SMYRGAŁA

Smoleńsk jako katastrofa rosyjskiej polityki historycznej

Przyjazne gesty rosyjskie wobec Polski po katastrofie smoleńskiej to próba ratowania twarzy przez Moskwę. Bo wraz z tragiczną śmiercią prezydenta Kaczyńskiego – politycznego przeciwnika Kremla – na rosyjskiej ziemi, w sowieckim samolocie, w rocznicę i w miejscu masakry katyńskiej, polityka historyczna Moskwy poniosła druzgocącą porażkę. Negacja komunistycznych zbrodni staje się po 10 kwietnia trudniejsza niż kiedykolwiek. Co więcej, Rosja musi się zmierzyć z coraz liczniejszymi głosami dopatrującymi się jej inspiracji w katastrofie. 30


Śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ogromnej części polskiej elity w Rosji odbiła się potężnym echem na całym świecie i zadała potężny cios rosyjskiej strategii polityki zagranicznej i historycznej. Zatem przywódcy Kremla (wbrew teoriom spiskowym szukającym wyjaśnienia katastrofy w rzekomym zamachu zorganizowanym przez Moskwę) nie tylko na niej nie skorzystali, lecz przeciwnie: ponieśli niepowetowane straty. Jeśli więc nie jest to część jakiegoś ogromnego, dalekosiężnego planu na wielką skalę, uwzględniającego gigantyczne straty wizerunkowe, to można przyjąć, że tragedia smoleńska była jedną z ostatnich rzeczy, jakiej włodarze Kremla potrzebowali. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwne – w końcu zginęli polityczni oponenci Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa; stąd analiza motywów oparta na starej rzymskiej zasadzie cui prodest scelus, is fecit (ten popełnił zbrodnię, komu przyniosła korzyść) prowadzi wiele osób w Rosji, Polsce i na

całym świecie do przekonania, że polska elita została ponownie zamordowana na rozkaz z Moskwy. To jednak rozumowanie błędne. Aby zrozumieć dlaczego, przyjrzyjmy się bliżej zjawisku, które można nazwać sowiecką historiografią komunizmu, stanowiącemu o istocie rosyjskiej polityki historycznej. Różne systemy – te same kłamstwa Jednym z głównych celów polityki Sowietów w stosunkach międzynarodowych było zatarcie prawdy o komunistycznym terrorze, a przynajmniej ograniczenie jej do okresu „błędów i wypaczeń” stalinizmu. Jak zauważył słynny piszący po francusku potomek „białych” emigrantów Władymir Wołkow (Vladimir Volkoff), komunistom udało się usunąć z powszechnej świadomości to, że reżimy wywodzące się z doktryny marksizmu-leninizmu wymordowały setki milionów ludzi, stworzyły sieci obozów koncentracyjnych i eksterminowały całe narody. Mając jako takie wyobrażenie

31


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

o zbrodniach Stalina, ludzkość nie zdaje sobie jednak sprawy, że fundamenty i parter ludobójczego ustroju stworzył już sam Włodzimierz Lenin, i to na samym początku, w 1917 roku. Sowieckie manipulacje historią skomplikował wprawdzie Aleksander Sołżenicyn, który opublikował „Archipelag GUŁag”, ale linii trzymano się bez większych wyjątków, zwłaszcza w odniesieniu do wydarzeń z okresu II wojny światowej. Przekaz był jasny: Związek Sowiecki był

32

najważniejszym członkiem koalicji, która pokonała odpowiedzialny za niemal całe zło świata faszyzm. Przy okazji wyzwolił od dyktatury całą Europę Środkowo-Wschodnią, dając jej szansę na demokratyczny rozwój i odrzucenie burżuazyjnych zaszłości. Dlatego na przykład czytelnik monumentalnej książki pt. „Druga wojna światowa”, wydanej w Polsce w roku 1987 przez wydawnictwo Książka i Wiedza mógł się dowiedzieć, że w Polsce w 1926 roku


POLSKA PO SMOLEŃSKU

dokonano faszystowskiego przewrotu (na siedem lat przed dojściem do władzy Hitlera...). Wszystko, co pokazywało w złym świetle ZSRS, było czarną propagandą wrogów. Kurs zmienił się w latach 90., w czasach prezydentury Borysa Jelcyna, ale wraz z objęciem władzy przez Władymira Putina, zaczął się powrót do sprawdzonych wzorców. Podczas obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej mieliśmy do czynienia

Kto mieczem wojuje... – Dominik Smyrgała

z wielką paradą, której znakiem firmowym był triumfalizm w „najlepszym” sowieckim stylu, połączony z ostentacyjnym lekceważeniem państw, które władcy Kremla uznali za wrogów. Szczytowym momentem było podziękowanie przez prezydenta Putina „niemieckim i włoskim antyfaszystom” za wkład w zwycięstwo, przy jednoczesnym pominięciu nieskończenie większych zasług narodów Europy Środkowo-Wschodniej1. 1 Jak celnie zauważył Rafał Ziemkiewicz – szkoda, że włodarz Kremla nie wymienił tychże „niemieckich i włoskich antyfaszystów” z nazwiska. Bardzo by to przemówienia nie przedłużyło…

33


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Tego typu retoryka wypływała z przyjętego modelu budowy tożsamości, konsolidacji państwa i prowadzenia polityki historycznej poza granicami kraju. Krótko mówiąc, kremlowscy stratedzy, wychowani na marksistowsko-leninowskiej dialektyce, próbują połączyć ogień z wodą, aby uzyskać nową wartość (teza-antyteza-synteza). Z jednej strony nawiązują więc do tradycji imperialnej „białej Rosji” (godło państwa, flaga, manifestacyjny powrót do prawosławia, uroczyste sprowadzenie do Moskwy zwłok generała Antona Denikina). Z drugiej – do... nostalgii za Związkiem Sowieckim (melodia hymnu, zwycięstwo w II wojnie światowej, nazywanie upadku ZSRS „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”). Próbuje się zasypać tę katastrofalną przepaść, jaka dzieli carską Rosję od ZSRS, a jaką była rewolucja bolszewicka,

kapitulacji całych armii poddających się Niemcom z nadzieją, że dostaną szansę obalenia z bronią w ręku „kaukaskiego ludojada”. O setkach tysięcy, jeśli nie milionach samych Rosjan przechodzących na stronę Wehrmachtu, takich jak generał Andriej Własow, czy zastępy dońskich Kozaków, których los przejmująco opisał w swojej „Kontrze” Józef Mackiewicz. O tym, że sowiecka armia w istocie szykowała się do inwazji na Europę, wykorzystując III Rzeszę jako „lodołamacz” (o czym pisze już nie tylko Wiktor Suworow, ale i rosyjscy historycy młodszego pokolenia, tacy jak Mark Sołonin, Borys Sokołow, czy Władymir Bieszanow). O tragicznym losie sowieckich jeńców wojennych, bestialsko traktowanych przez Niemców i jeszcze gorzej przez „swoich” po „wyzwoleniu”. O tym wreszcie, że potężnego

Chcąc zachować twarz, polityczne kierownictwo Kremla musiało dokonać „ucieczki do przodu”. Stąd emisje „Katynia” w telewizji rosyjskiej, czy słowa premiera Putina i prezydenta Miedwiediewa o odpowiedzialności Stalina za zbrodnię

a potem ludobójczy i niewolniczy system sowiecki. Prowadzi to do swoistej schizofrenii, w której z jednej strony lekturą obowiązkową w szkołach zostaje „Archipelag GUŁag”, a prezydent Miedwiediew składa hołd pod pomnikiem ofiar łagrów w Madaganie. Z drugiej strony próbuje się dokonywać rehabilitacji Stalina. Bolesna prawda II wojna światowa jest zagadnieniem niezwykle wrażliwym, ponieważ jej obiektywne przedstawienie odsłania fundamentalny fałsz takiej interpretacji historii. Nie można bowiem rzetelnie opisać sowieckiej klęski i ogromu strat z lat 1941-1942, nie wspominając o złamanym przez Hitlera sojuszu ze Stalinem z lat 1939-1941, oddziałach NKWD strzelających w plecy rzucanym na rzeź sowieckim rekrutom, czy

34

ducha narodu rosyjskiego udało się poderwać Stalinowi do boju tylko pokazaniem niemieckich okrucieństw, chwilową liberalizacją polityki wobec praktyk religijnych i odwołaniem się do rosyjskiej dumy narodowej, co przecież było fundamentalnym zaprzeczeniem zasad internacjonalistycznego komunizmu. Przykrywanie tej bolesnej prawdy odbywało się w ostatnich latach pod hasłem walki z kłamcami. Prezydent Dimitrij Miedwiediew powołał specjalną komisję ds. zwalczania kłamstw historycznych działających na szkodę Rosji. W roku 2009 planowano nowelizację kodeksu karnego, która umożliwiałaby penalizację rehabilitacji nazizmu i pomniejszania roli ZSRS w II wojnie światowej. Przed uroczystymi obchodami 70. rocznicy wybuchu wojny na Westerplatte w rosyjskich mediach odbyła się


POLSKA PO SMOLEŃSKU

bezprecedensowa kampania dezinformacyjna głosząca, że Polska współpracowała z III Rzeszą, przez co jakoby doprowadziła do wojny. Ukoronowaniem tej kampanii były: artykuł Putina w „Gazecie Wyborczej” oraz jego wystąpienie na Westerplatte; rosyjski premier kreował się na dobrego cara, który nie wie o podłych występkach swoich bojarów. Ale co do istoty, w niczym nie zaprzeczył tendencyjnej interpretacji historii Sowietów w przededniu i w trakcie II wojny światowej. Współczesność Katynia Szczególne miejsce w tej narracji zajmował do niedawna Katyń. Jak trafnie zauważył Lech Kaczyński w swoim ostatnim przemówieniu, którego nie zdążył już wygłosić, kłamstwo katyńskie było fundamentem, na którym zbudowano PRL. Wraz z powrotem do sowieckiego myślenia na Kremlu, próbom ponownego zatarcia musiała zacząć ulegać również ujawniona w latach 90. XX wieku prawda o Katyniu. Właśnie to było przyczyną dysonansu poznawczego, jaki towarzyszył tegorocznym uroczystościom katyńskim z udziałem premierów Donalda Tuska i Władymira Putina. Z jednej strony bowiem, mowa była o pojednaniu i upamiętnieniu ofiar, z drugiej – raziła niesłychanie kategoryczna i impertynencka odpowiedź, jakiej rosyjska Prokuratura Generalna udzieliła Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka na pytanie o materiały w sprawie zbrodni katyńskiej2. Widać było, że polityczne gesty i deklaracje obliczone na wywołanie określonych reakcji społecznych to jedno, a stanowisko oficjalne i realna polityka – to drugie. Po katastrofie smoleńskiej kontynuowanie takich działań wiązałoby się ze znaczącymi

2 Strona rosyjska stwierdzała m.in., że nie sposób dziś stwierdzić za co i z jakiej przyczyny polscy oficerowie mieli być skazani, za jakie przestępstwa i czy wreszcie w ogóle doszło do egzekucji. Tak oto prezentowano wymordowanie jeńców wojennych przez NKWD wiosną 1940 roku.

Kto mieczem wojuje... – Dominik Smyrgała

stratami wizerunkowymi i prestiżowymi dla Rosji. Tragiczna śmierć Prezydenta RP, politycznego przeciwnika włodarzy Kremla, na ich własnej ziemi, w sowieckim samolocie, w rocznicę i w miejscu wcześniejszej masakry katyńskiej złożyły się na potężny przekaz medialny, który czyni dalszą negację zbrodni niemożliwą. Już 10 kwietnia największe telewizje informacyjne świata przez wiele godzin informowały o katastrofie prezydenckiego samolotu, wprowadzając zarazem widzów w kontekst historyczny. W krótszych sekwencjach o tych wydarzeniach była mowa przez cały tydzień. Kanały telewizyjne zamawiały kopie filmu „Katyń”, aby zaprezentować go widzom w swoich krajach. O obu tragediach pisały obszernie liczne gazety i portale internetowe. Zaskakująca, ciepła i wspaniała była reakcja społeczeństwa rosyjskiego. W tej sytuacji, chcąc zachować twarz, polityczne kierownictwo Kremla musiało dokonać „ucieczki do przodu”. Stąd emisje „Katynia” w telewizji rosyjskiej, czy słowa premiera Putina i prezydenta Miedwiediewa o odpowiedzialności Stalina za zbrodnię. Trzeba jednak przyznać, że swoim udziałem w ceremoniach pogrzebowych w warunkach utrudnień w komunikacji lotniczej oraz honorami, jakie czyniono ofiarom katastrofy, strona rosyjska pokazała też, że stać ją na demonstrację wielkiej klasy. W ten oto sposób miliony ludzi na całym świecie poznały prawdę o tragicznej śmierci polskich oficerów. Tym samym polska polityka historyczna odniosła sukces chyba większy niż ten, o którym mógł marzyć sam Lech Kaczyński. Paradoks polega na tym, że stało się to post mortem, a na uzyskanie takiej uwagi społeczności międzynarodowej nie moglibyśmy liczyć w normalnych okolicznościach. Państwo polskie, jak na razie, nie dysponuje siłami i środkami, aby prowadzić dyplomację publiczną na taką skalę. Sam prezydent, którego kadencja nie była najlepiej oceniana (łagodnie mówiąc), urósł do rangi bohatera

35


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

narodowego, którego nie będzie można teraz dowolnie szkalować. Siłę przekazu niewątpliwie wzmocniło to, że przez 70 lat zbrodnia była ukrywana i zakłamywana. Tak więc, wojując mieczem zakłamywania przeszłości, od własnej broni poległ sowiecki styl uprawiania polityki historycznej. Teorie spiskowe jako dziecko Kremla Długa tradycja mordowania politycznych przeciwników przez Kreml tylko wzmocniła wyżej opisany efekt, potęgując popularność teorii spiskowych obciążających rosyjskie władze

już wkrótce po uprowadzeniu zabiły go opary eteru, z racji choroby serca, na którą cierpiał. Siedem lat później sowieckie służby (tym razem NKWD, w które przekształcono OGPU) dokonały w Paryżu kolejnego spektakularnego porwania. Jego ofiarą padł następca Kutiepowa na stanowisku przewodniczącego ROWS, generał Jewgiennij Miller. Został on dostarczony do ZSRS. Na Łubiance przeszedł ciężkie, wielomiesięczne śledztwo, podczas którego był torturowany. Rozstrzelano go 11 maja 1939 roku. W 1940 roku skrytobójczo zamordowano Lwa Trockiego. W 1945 uprowadzono i skazano

Wraz z powrotem do sowieckiego myślenia na Kremlu, próbom ponownego zatarcia musiała zacząć ulegać również ujawniona w latach 90. XX wieku prawda o Katyniu. Właśnie to było przyczyną dysonansu poznawczego, jaki towarzyszył tegorocznym uroczystościom katyńskim z udziałem premierów Donalda Tuska i Władymira Putina winą za katastrofę prezydenckiego samolotu. Nie powinno to dziwić. Historia porwań i morderstw politycznych dokonywanych przez sowieckie i postsowieckie służby obfituje bowiem w mrożące krew w żyłach przykłady. Następca CzeKa (Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem), czyli OGPU (Zjednoczony Główny Zarząd Polityczny), w latach 20. XX wieku zwabiła do Związku Sowieckiego, a następnie zamordowała słynnego agenta brytyjskiego wywiadu Sidneya Reilly’ego (uchodzącego za pierwowzór Jamesa Bonda) i przywódcę eserów Borysa Sawinkowa. Pierwszym spektakularnym porwaniem w wykonaniu OGPU było uprowadzenie generała porucznika Aleksandra Kutiepowa w Paryżu 26 stycznia 1930 roku. Kutiepow był zastępcą generała Wrangla w ostatniej fazie wojny domowej i po jego śmierci w 1928 roku został przewodniczącym Rosyjskiego Związku Ogólnowojskowego (ROWS). Los Kutiepowa pozostaje niejasny. Istnieje przypuszczenie, że

36

w „procesie 16” przywódców Polski Podziemnej. W 1956 roku w tajemniczych okolicznościach zmarł w Moskwie Bolesław Bierut. Po drugiej wojnie światowej głośne były dwa dokonane w odstępie dwóch lat (1957-1959) zabójstwa ukraińskich antysowieckich działaczy emigracyjnych – Lwa Rebeta i Stepana Bandery. Mimo że początkowo wyglądało na to, że obaj zmarli na atak serca, w roku 1961 z KGB zdezerterował ich zabójca Bohdan Staszyński, który przyznał się do winy i opisał modus operandi3. Próbowano zamordować papieża Jana Pawła II, wątek sowiecki przewija się też w historii uprowadzenia i męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. W ostatnich latach także mieliśmy do czynienia z zagadkowymi zgonami znanych krytyków Kremla, m.in. Aleksandra Litwinienki, Anny Politkowskiej, Natalii Estemirowej. Oto i główna przyczyna dzisiejszej popularności 3 Przy pomocy pistoletu specjalnej konstrukcji rozpylał on w twarz swoich ofiar chmurę cyjanowodoru.


POLSKA PO SMOLEŃSKU

antykremlowskich teorii spiskowych; jeśli dokonuje się dziesiątków perfidnych mordów politycznych, to nic dziwnego, że jest się oskarżanym o inspirację śmierci swoich przeciwników, gdy giną w tak upiornie niezwykłych okolicznościach, jak polskie elity pod Smoleńskiem. Czas na polską ofensywę Tymczasem śmierć na rosyjskiej ziemi kilkunastu przeciwników politycznych, którzy i tak w perspektywie pół roku prawdopodobnie utraciliby władzę, nie rekompensuje Putinowi i Miedwiediewowi strat o skali globalnej. Kreml będzie zmuszony do dokonania istotnych korekt w swojej polityce zagranicznej i historycznej. Oczywiście nie oznacza to, że odtąd polsko-rosyjskie stosunki w tej dziedzinie będą wolne od konfliktów. Dojdzie jednak do jakościowej zmiany. Teraz ewentualny spór będzie się toczył wokół interpretacji zbrodni katyńskiej, co znacząco wzmacnia pozycję Polski. Natomiast samego faktu nie da się już podważyć – próby czynienia tego przynosiłyby ich autorom więcej strat, niż korzyści w skali międzynarodowej. Pojawiła się także możliwość przedstawienia szerszej publiczności wielu innych zbrodni komunistycznych, co mogłyby jeszcze bardziej utrudnić bądź wręcz uniemożliwić rosyjskim decydentom odwoływanie się do dziedzictwa sowieckiego. Polska stanęła natomiast przed wielką i niepowtarzalną szansą opowiedzenia światu o swojej trudnej historii ostatnich stuleci. Umiejętne skorzystanie z tej okazji pomogłoby zdjąć odium najbardziej niekorzystnych stereotypów dotyczących naszego kraju (antysemityzm, rusofobia, „stwarzanie problemów”, nieuzasadnione ambicje). Owa unikalna szansa otworzyła się przed nami za straszliwą cenę. Nakłada to na nas wszystkich wielki obowiązek właściwego jej wykorzystania. Zwłaszcza że przez pewien czas (najpewniej niezbyt długi) „odcinek polski” rosyjskiej dyplomacji będzie wrażliwy, a sympatia międzynarodowej opinii

Kto mieczem wojuje... – Dominik Smyrgała

publicznej – po naszej stronie. Właśnie teraz polska dyplomacja powinna forsować nasze stanowisko we wszystkich spornych kwestiach związanych z interpretacją historii. To właśnie (między innymi) z obaw przed takim obrotem sprawy wynika tak daleko posunięta chęć pojednania deklarowana przez stronę rosyjską. Trzeba jednak pamiętać, że realne pojednanie musi być oparte na prawdzie. I o tym, że druga taka szansa może się prędko nie powtórzyć. DOMINIK SMYRGAŁA (ur. 1978) – doktor nauk politycznych, absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego (2002) i Akademii Dyplomatycznej MSZ (2003). Adiunkt w Collegium Civitas, ekspert Fundacji Republikańskiej oraz Instytutu Jagiellońskiego, autor publikacji z dziedzin bezpieczeństwa energetycznego, stosunków międzynarodowych i historii służb specjalnych. Członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. Prywatnie mól książkowy, fotografamator i miłośnik turystyki po Polsce. Bibliografia: A. Sołżenicyn, „Archipelag GUŁag: 1918-1956. Próba śledztwa literackiego”, Poznań 2009. V. Volkoff, „Dezinformacja – oręż wojny”, Warszawa 1991. D. Smyrgała, „Pokazowa lekcja dezinformacji. Premier Putin na Westerplatte”, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 12 (107), 2009. J.T. Richelson, „A Century of Spies. Intelligence in the 20th century”, Oxford University Press, 1995. A. Dubas, M. Menkiszak, „Rosyjska kampania historyczna”, „Tydzień na Wschodzie”, nr 28 (103), 26.08.2009. „Soviet Use of Assassination and Kidnapping”, KGB Terrorism, CIA, 1964. „Władze Rosji są w dramatycznej sytuacji. Możemy żądać prawdy”, PAP, 13.04.2010. M. Sołonin, „22 czerwca, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana”, Poznań 2007.

37


Wielogłos: państwo po katastrofie Tragedia smoleńska domaga się narracji, która umożliwiłaby przekucie ogromnej energii, jaką wyzwoliła w Polakach żałoba narodowa, w trwałą odnowę naszego życia publicznego.

38


Zapytaliśmy więc dziesięciu intelektualistów i publicystów o trzy zasadnicze sprawy. Po pierwsze, jaki będzie wpływ tragedii smoleńskiej na państwo polskie? Po drugie, czy możliwe będzie odbudowanie Rzeczypospolitej, a jeśli tak – to w jaki sposób? Wreszcie, czy nastąpi odnowa moralna polskiego narodu? Zapraszamy do lektury.

RAFAŁ MATYJA Dni żałoby narodowej po tragedii smoleńskiej były jakąś zapowiedzią rewolucji moralnej dotyczącej sfery publicznej. Rewolucji, która nie oznacza przewrotu politycznego, ale która będzie owocować tam, gdzie zapadną indywidualne decyzje. Państwo, jakie zobaczyliśmy w tygodniu po narodowej tragedii, to nie tylko oficjalne uroczystości z udziałem najwyższych władz. To przede wszystkim hołd oddawany przez obywateli

ćwierćwieczem krakowski filozof i polityk Mirosław Dzielski określał rewolucję moralną jako „proces budzenia się poczucia godności i chrześcijańskiej powinności w ludziach, niezależnie od ich dotychczasowych światopoglądów”. W tym sensie dni żałoby narodowej po tragedii smoleńskiej były jakąś zapowiedzią rewolucji moralnej dotyczącej sfery publicznej. Rewolucji, która nie oznacza przewrotu politycznego, ale która będzie owocować tam, gdzie zapadną indywidualne decyzje. Rewolucja taka nie przynosi skutków z dnia na dzień, nie jest wprowadzana mocą powszechnie obowiązujących praw. Jeżeli przypomnimy sobie podobną rewolucję z okresu pierwszej pielgrzymki papieskiej z czerwca 1979 roku i jej odległy skutek z sierpnia 1980 roku, to zrozumiemy, że niecierpliwość będzie nieuzasadniona. Owoce instytucjonalne, zmiany postaw, nowe reguły życia publicznego – to zjawiska, które dojrzewają. Najwspanialszym owocem byłyby decyzje ludzi młodych, dla których polityka

Najwspanialszym owocem byłyby decyzje ludzi młodych, dla których polityka i sprawy państwowe dotąd pozostawały obojętne lub wręcz odstręczające, a którzy podjęliby poważną decyzję o zaangażowaniu w służbę państwu ofiarom katastrofy – przede wszystkim zmarłemu Prezydentowi. Państwo Polskie w ostatnich dniach cementowało milczenie, wspólny żal, godne przeżywanie trudnych chwil. Każde doświadczenie wspólnoty obywatelskiej prowadzi do umocnienia Rzeczpospolitej – nawet wtedy, gdy jego okoliczności są tragiczne. Co więcej, ten tydzień był okresem współbrzmienia struktur państwa – administracji, policji, wojska – z tym co zwykle określa się społeczeństwem obywatelskim. Usuwał sztuczne przeciwstawienie tego, co formalne, temu, co spontaniczne i oddolne. Co więcej – ton mediów, większości elity politycznej współbrzmiał z głosem ulicy. Przed

i sprawy państwowe dotąd pozostawały obojętne lub wręcz odstręczające, a którzy podjęliby poważną decyzję o zaangażowaniu w służbę państwu. Te decyzje – nawet liczone w setkach, czy tysiącach – mogą przynieść zasadnicze zmiany w jakości funkcjonowania państwa. RAFAŁ MATYJA (ur. 1967) – doktor politologii, publicysta, autor hasła budowy IV Rzeczypospolitej, twórca i wieloletni prodziekan Wydziału Studiów Politycznych i kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika „Praktyka Polityczna”.

39


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

TOMASZ P. TERLIKOWSKI To była ostatnia taka szansa – po pontyfikacie Jana Pawła II, zabójstwie ks. Popiełuszki, doświadczeniu wolności i 2 kwietnia 2005 roku. Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, jeśli nie zaangażujemy się całkowicie, to kolejnej szansy już nie będzie. I Polska opadnie powoli na dno. To banał, ale trzeba powiedzieć jasno, że po katastrofie w Smoleńsku nic już w Polsce nie będzie takie samo. A refleksji tej w niczym nie zmienia fakt, że nikt nie jest w stanie przewiedzieć, w jakim kierunku pójdą zmiany zapoczątkowane przez dramat z 10 kwietnia 2010

Narodowej, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego mianować będzie koalicja rządząca, z PO w roli głównej. I choć Tusk niewątpliwie ma świadomość (której w pierwszych dniach po katastrofie nie było widać u Komorowskiego), że przesadna łapczywość może tylko zaszkodzić długofalowym interesom jego partii, to – posługując się PR i roztropnie dobierając współpracowników – szef najsilniejszej dziś partii może wziąć wszystko. A raczej prawie wszystko. Prezydentura może bowiem przejść Platformie Obywatelskiej koło nosa. Pewna niemal wygrana kandydata tej partii w wyborach (dziennikarze wprost mówili już o prawyborach w PO jako o realnym wyborze nowego prezydenta), stoi

Wydarzenia w Smoleńsku miały przede wszystkim ogromny potencjał symboliczny. Miejsce (Katyń), czas świecki (70. rocznica mordu), czas liturgiczny (wigilia Niedzieli Bożego Miłosierdzia), skład delegacji (była to w istocie Polska w miniaturze) – to wszystko wymusza stawianie pytań religijnych: o co w tym wszystkim chodzi roku. Mogą być one początkiem budowania nowej Polski, którą określić można by – gdyby nie medialne wyświechtanie tego terminu – IV Rzeczpospolitą, ale równie dobrze może się okazać, że był to koniec Polski prawej i początek błyskawicznego i ostatecznego (na kilka pokoleń) spadku znaczenia Rzeczpospolitej Polskiej na arenie międzynarodowej i jej ostatecznego uzależnienia od sąsiadów. Jedno jest jednak pewne, niezależnie od tego, co się zdarzy później, Smoleńsk wywrócił polską politykę do góry nogami. I to na każdym możliwym poziomie. Władza przeszła (i to niezależnie od tego, jakie decyzje będą podejmowali Donald Tusk i Bronisław Komorowski) w ręce jednego środowiska politycznego. Wszystkie niezależne od Platformy Obywatelskiej instytucje dostały się w jej ręce. Rzecznika Praw Obywatelskich, szefa Instytutu Pamięci

40

pod sporym znakiem zapytania. Zbiorowe emocje, przeliczenie się i zobaczenie zwolenników silnej Rzeczpospolitej na Krakowskim Przedmieściu (a nie tylko w Internecie, jak to miało miejsce w przypadku przeciwników pochówku prezydenta na Wawelu), ale także uświadomienie sobie, jak pełne kłamstwa i hipokryzji były (i w znacznej mierze są) media – może pozbawić Bronisława Komorowskiego pewnego – do niedawna – zwycięstwa. A jeśli do tego dodać jego własne błędy, przesadną, aż miejscami niesmaczną pazerność na władzę – to proces spadku poparcia dla kandydata PO może nabrać tempa. Niektórzy politycy (szczególnie ci inteligentniejsi) Platformy mają tego świadomość, czego najlepszym dowodem jest propozycja Jarosława Gowina, by wystawić ponadpolityczną kandydaturę „pojednania narodowego”.


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Czy tak się stanie, w dużej mierze zależy od Jarosława Kaczyńskiego, od tego, czy uda mu się podnieść po straszliwych ciosach, które na niego spadły. Nie mniejsze znaczenie będzie miała także postawa Prawa i Sprawiedliwości oraz drobnych partii prawicowych (Polski Plus i Prawicy Rzeczpospolitej). Teraz nadszedł dla nich czas, by powrócić do jedności, by przemyśleć na nowo program i budować razem stronnictwo Rzeczpospolitej, które będzie w stanie udźwignąć ogrom odpowiedzialności, jaki spada obecnie na polityków i zwyczajnych Polaków. Wygrana w wyborach prezydenckich to pierwszy krok, ale później są kolejne wybory: samorządowe i parlamentarne. One mogą zmienić całkowicie obraz polskiej sceny politycznej i medialnej. Aby stało się to możliwe, nie można dać się uwieść pozorom „narodowego pojednania”. Polityka musi być nadal prowadzona. Trzeba stawiać poważne pytania (także te dotyczące przyczyn katastrofy, ewentualnie uczestnictwa w niej osób czy państw trzecich): o skutki międzynarodowe, o to, czy pojednanie z Rosją (nie z Rosjanami, bo oni akurat zdali egzamin na 5) jest rzeczywiście możliwe, bez zmiany całej strategii i modelu funkcjonowania tego państwa, bo łzy Putina i modlitwa Miedwiediewa w niczym nie zmieniają faktu, że obaj panowie stoją na czele globalnego imperium, którego interesy są sprzeczne z interesami Polski, z dążeniem do pełnej suwerenności Gruzji czy Ukrainy, a także z najgłębszymi interesami Rosjan. Nie sposób będzie też nie podejmować walki o silne miejsce Polski w strukturach unijnych, które było tak bliskie prezydentowi. Trzeba będzie pytać o Polskę solidarną, ale również o politykę historyczną. A to wszystko będzie tym trudniejsze, że już teraz rozpoczął się proces okrajania wizerunku Lecha Kaczyńskiego ze wszystkiego, co niewygodne dla salonu i przygotowywania jego obrazu dla „michnikowszczyzny”. Stopniowo na przykład wyrzuca się

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

z medialnych narracji o prezydencie wszystkie bieżące odniesienia polityczne (pozostawiając je bratu), a zastępuje się je laurkami o tym, że Lech Kaczyński lubił zwierzęta. Nie sposób nie postawić też pytania o media. Czy rzeczywiście odrobią one lekcje katastrofy w Smoleńsku, czy porzucą rolę partyjnych bojówek, których celem jest niszczenie (także osobiste) jednych, a wynoszenie do władzy innych (okładka „Tusku musisz” z „Polityki” jest najlepszym dowodem takiego zaangażowania)? Nie jestem na tyle naiwny, by w to uwierzyć. I dlatego mam świadomość, że konieczne jest nie tylko odwojowanie części mediów (elektronicznych), ale również utworzenie własnych. Bez tego politycy stronnictwa Rzeczpospolitej zawsze będą skazani na wrogość większości mediów, które od czasu do czasu rzucą im ochłap zainteresowania. Teraz, gdy kłamstwa i manipulacje mediów widać jak na dłoni, jest czas, by podjąć to wyzwanie. Działalność ta nie ma jednak nic wspólnego z bieżącą partyjną polityką. O wiele istotniejsze będzie odbudowywanie wspólnoty, docieranie do potencjału, który tkwi w ludziach, którzy stali wiele godzin na Krakowskim Przedmieściu, czy zapełnili krakowski Rynek. Oni są siłą, pozostałe rzeczy to tylko narzędzia, by ową siłę, której obawia się salon, wykorzystać, zmobilizować, nie zmarnować. Bieżące rozważania nie powinny jednak przesłaniać faktu, że wydarzenia w Smoleńsku miały przede wszystkim ogromny potencjał symboliczny. Miejsce (Katyń), czas świecki (70. rocznica mordu), czas liturgiczny (wigilia Niedzieli Bożego Miłosierdzia), skład delegacji (była to w istocie Polska w miniaturze) – to wszystko wymusza stawianie pytań religijnych: o co w tym wszystkim chodzi? Jaki jest sens tego cierpienia? Czy Bóg chciał nam, dopuszczając takie wydarzenie, coś powiedzieć? Jak powinniśmy na nie odpowiedzieć? Odpowiedzi powinny skłaniać do zaangażowania na rzecz Rzeczpospolitej Polskiej, ale i Europy.

41


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Zaangażowania, które jak wierzę, będzie miało „umocowanie” nie tylko doczesne, ale i religijne. Taka perspektywa sprawia jednak, że uświadamiamy sobie ogrom odpowiedzialności, jaka spoczywa na tych, którzy zostali. To była ostatnia taka szansa – po pontyfikacie Jana Pawła II, zabójstwie ks. Popiełuszki, doświadczeniu wolności i 2 kwietnia 2005 roku. Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, jeśli nie zaangażujemy się całkowicie, to kolejnej szansy już nie będzie. I Polska opadnie powoli na dno, stając się miejscem zamieszkanym przez tubylców, a nie świadomych swojej wartości i godności, dumnych ze swojej tożsamości

42

Polaków. Wierzę, że jesteśmy w stanie sprostać temu zadaniu. Dla nas, dla naszych dzieci, ale też dla tych, którzy odeszli, niosąc taką nadzieję. TOMASZ P. TERLIKOWSKI (ur. 1974) – filozof, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, publicysta, wykładowca akademicki, tłumacz. Autor kilkunastu książek naukowych i publicystycznych, m.in. „Nowa kultura życia. Apologia bioetyki katolickiej”, „Rzeczpospolita papieska. Jan Paweł II o Polsce do Polaków” czy „Grzechy Kościoła. Teraz w Polsce”. Żonaty, ojciec Marysi, Zosi i Mikołaja. Mieszka w Warszawie.


POLSKA PO SMOLEŃSKU

MAGDALENA GAWIN Egzamin z dojrzałości obywatelskiej zdali wspaniale zwykli polscy obywatele, a nie elity. Nie wiem czy kiedykolwiek będziemy mieli republikańską wspólnotę. Na razie zanosi się na konfrontację Polski romantycznej z Polską technokratyczną. A to nie jest dobra perspektywa. Jaki będzie wpływ tragedii smoleńskiej na państwo polskie?

Tragedia, jakiej byliśmy świadkami, choć przecież miała także czysto prywatny wymiar

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

gotowi byli stać po kilkanaście godzin w kolejce przed Pałacem, były najlepszym dowodem, że nienawiść do Prezydenta i jego otoczenia była sztuczna, że łatwo pękła pod naporem autentycznego żalu i głęboko ludzkiej chęci zadośćuczynienia. Natomiast czy tragedia ta wywrze pozytywny wpływ na szeroko definiowaną sferę państwa zależy w głównej mierze od postawy polskich elit: dziennikarzy i polityków. Przez ostatnie lata przyzwolenie na stosowanie chwytów poniżej pasa było tak duże, że wyśmiewanie się z wyglądu niepełnosprawnego posła PiS Przemysława Gosiewskiego było dopuszczalne, a w niektórych środowiskach wręcz

Lekceważenie i wyśmiewanie sfery polityki ma fatalne konsekwencje, oducza ludzi politycznego myślenia, ceduje odpowiedzialność za państwo na mityczne społeczności obywatelskie, albo prywatne relacje międzyludzkie. Tymczasem przed zagrożeniem nie obronią ludzi ani społeczeństwo obywatelskie, ani koncerny prasowe, ani grono zacnych ludzi. Potrzebne jest nam sprawne państwo

(w samolocie zginęły matki, ojcowie, wnukowie) od początku była czymś, co przekracza indywidualny wymiar. W samolocie zginął Prezydent Lech Kaczyński z żoną Marią, parlamentarzyści, w tym wicemarszałkowie Sejmu i Senatu RP, Rzecznik Praw Obywatelskich, szef Kancelarii Prezydenta, szef IPN, prezes NBP, wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dowódcy wojskowi, generałowie, i wielu innych przedstawicieli państwa polskiego. To tragedia bez precedensu w nowoczesnej historii Europy, to coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Na krótko po tragedii okazało się, wbrew językowi fanatycznej krytyki w mediach, że zwykli obywatele cenili prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonkę. Tysiące ludzi, którzy

dobrze widziane. Pierwsza lekcja, jaką powinni wyciągnąć z tego politycy i dziennikarze, jest taka, że język sporu politycznego nie może lekceważyć i brutalnie łamać powszechnie przyjętych norm obyczajowych i etycznych. Kwestia druga dotyczy stosunku do państwa. Wielu z nas lata lepszymi samolotami np. na wakacje, niż prezydent 38-milionowego kraju w delegacje państwowe. Tak dzieje się, bo rozkręcono kampanię na rzecz „taniego państwa”, która szybko stała się karykaturą samej siebie. W ramach tej kampanii nikt nie rozmawiał np. o redukcji rozdętej liczby samorządowców, ale ze smakiem koncentrowano się na butelkach alkoholu zakupionych przez Pałac. Stosunek do państwa to

43


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

też w końcu kształtowanie przez dziennikarzy medialnego emploi polityków jako pasożytów, darmozjadów, nieudaczników, którzy w gruncie rzeczy nie są do niczego potrzebni. Ten stosunek do wszystkich, podkreślam, wszystkich polityków jest czymś strasznym. Jest mentalnym następstwem braku suwerennych struktur państwa w XIX i w większości XX wieku. Słowa uznania pod adresem tak wspaniałych urzędników jak Tomasz Merta, Paweł Wypych czy Władysław Stasiak, najlepszych parlamentarzystów jak Grażyna Gęsicka, po raz pierwszy usłyszałam dopiero po ich śmierci. Lekceważenie i wyśmiewanie sfery polityki ma fatalne konsekwencje, oducza ludzi politycznego myślenia, ceduje odpowiedzialność za państwo na mityczne społeczności obywatelskie, albo prywatne relacje międzyludzkie. Tymczasem przed zagrożeniem nie obroni ludzi ani społeczeństwo obywatelskie, ani koncerny prasowe, ani grono zacnych ludzi. Potrzebne jest nam sprawne państwo, kompetentni urzędnicy z inteligencką misją, silna armia, której nie redukuje się w idiotyczny sposób, sprawna dyplomacja i konsekwentnie prowadzona polityka obronna. Teraz jesteśmy bezpieczni, ale chęć narzucania dominacji państwom słabym jest stałym elementem polityki. Poza tym, nie wyemigrujemy w bezpieczniejsze rejony Europy. Zostaniemy tutaj gdzie jesteśmy, a to zobowiązuje do ostrożności. Czy możliwe będzie odbudowanie Rzeczypospolitej, a jeśli tak – to w jaki sposób?

Państwa polskiego nie trzeba odbudowywać, tylko budować. Należy odwołać się do państwowotwórczej tradycji polskiej inteligencji z dwudziestolecia międzywojennego. Do postaci Stefana Starzyńskiego, czy Jerzego Giedroycia. Przestać bujać w obłokach. I tłumaczyć, że „racja stanu” czy „interes

44

narodowy” nie są pojęciami przypisanymi wyłącznie do endenckiego myślenia, jak usiłuje się nam czasem wmówić. To naturalny sposób uprawiania europejskiej polityki od stuleci. Czy nastąpi odnowa moralna polskiego narodu?

O odnowę moralną apelowano po aferze Rywina, po śmierci Jana Pawła II, w obu przypadkach bezcelowo. Nie wierzę w żadne zbiorowe moralne odnowy. Jeśli polska elita nie zrozumie, że musi zmienić styl i sposób myślenia o państwie, jeśli pogrąży się w samozadowoleniu i bezmyślności, jeśli będzie kontynuowała egoistyczny, ograniczony do własnego środowiska sposób uprawiania polityki, nie wyjdziemy z impasu. Dzisiaj w stacji CNN po relacjach zagranicznych dziennikarzy, bardzo korzystnych dla Polski, usłyszałam znanego polskiego politologa, który ze swobodą powiedział, że pochówek na Wawelu to zła, polityczna decyzja, i że za dwa, najdalej trzy miesiące większość Polaków będzie jej przeciwna. W tle odbywała się msza żałobna w intencji pary prezydenckiej. Inny komentator już w polskiej stacji, znany wcześniej z najbardziej agresywnych „antykaczystowskich” wypowiedzi, sugerował, że katastrofa wydarzyła się z winy niedoświadczonego pilota i polskiej załogi. Pozostawiam to bez komentarza. Egzamin z dojrzałości obywatelskiej zdali wspaniale zwykli polscy obywatele, a nie elity. Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mieli republikańską wspólnotę. Na razie zanosi się na konfrontację Polski romantycznej z Polską technokratyczną. A to nie jest dobra perspektywa. MAGDALENA GAWIN (ur. 1972) – historyk, adiunkt w Instytucie Historii PAN, autorka książki „Rasa i nowoczesność. Historia polskiego ruchu eugenicznego 1880-1953”.


POLSKA PO SMOLEŃSKU

RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ Rekonstrukcja narodu politycznego odbyć się może tylko w oparciu o mity, i nie od dziś toczy się walka, jakie te mity będą. I w tej walce mit, jaki może narodzić się wskutek katastrofy, odegra moim zdaniem ogromną rolę. O ile, oczywiście, znajdą się ludzie zdolni go trwale umieścić w polskiej duszy. Nie przewiduję szczególnego wpływu tragedii na państwo, jeśli rozumieć je jako strukturę urzędniczą. Jest to struktura na tyle już okrzepła, że jednoczesna śmierć prezydenta, szefów kilku istotnych instytucji i dwóch z czworga wicemarszałków Sejmu nie uniemożliwia jej funkcjonowania. Zmiany, jakie są skutkiem uzupełniania strat, generalnie zgodne są z logiką układu politycznego − decyzje pozostają w rękach przywódców parlamentarnej większości.

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

polityka. Zakładam, że wybory prezydenckie zostaną przegrane przez PO, i to prawdopodobnie na rzecz PiS, ale będzie to skutkiem nałożenia się na siebie szeregu wzbierających od pewnego czasu procesów, przede wszystkim erozji wiary w to, że partia ta jest w stanie zapewnić Polakom lepsze życie i obiecaną modernizację kraju. Podobnie jest ze zmianą w stosunkach polsko-rosyjskich. Ci, którzy wpadają w entuzjazm „pojednania”, nie chcą zauważać, iż zmiana ta zaczęła się przed katastrofą i że wynika ona z ogólnej zmiany stosunku Rosji do Zachodu, której głęboką przyczyną jest rozwinięcie przez Amerykę technologii wydobycia gazu z łupków, i to po kosztach niższych, niż mają Rosjanie przy tradycyjnej eksploatacji złóż. Dotychczasowa mocarstwowość Rosji, wynikająca z posiadania 35 proc. światowych złóż gazu, pryska jak bańka mydlana, w oczywisty więc sposób Kreml traci na bucie i usiłuje wypracować sobie nową pozycję, jako sojusznik

Ci, którzy wpadają w entuzjazm „pojednania”, nie chcą zauważać, iż zmiana ta zaczęła się przed katastrofą i że wynika ona z ogólnej zmiany stosunku Rosji do Zachodu, której głęboką przyczyną jest rozwinięcie przez Amerykę technologii wydobycia gazu z łupków, i to po kosztach niższych, niż mają Rosjanie przy tradycyjnej eksploatacji złóż Rozumiem jednak, że pytanie dotyczy także wpływu tragedii na wyborców. Czy po tragedii i żałobie zmieni się ich nastawienie, i, tym samym, dojdzie do zmiany układu władzy? Również w to wątpię. Jednorazowe wstrząsy nie są w stanie uruchamiać nowych procesów, mogą jedynie przyśpieszać przesilenie. Według mojej oceny, przed katastrofą nie była wcale pewna przegrana w wyborach Lecha Kaczyńskiego. Również po katastrofie nie jest wcale powiedziane, że kto wystąpi jako jego dziedzic, wygra bez trudu; żałoba była zjawiskiem z nieco innego porządku niż bieżąca

Zachodu, a może jego część, na statusie mocarstwa regionalnego. Ponieważ złoża łupków posiadane przez Polskę potencjalnie uniezależniają od Gazpromu cały region, konieczne stało się wypracowanie wobec nas nowego podejścia. Odnowa moralna narodu − jakkolwiek to pojęcie rozumieć − jest po latach wielkiej deprawacji i zerwania ciągłości historycznej bardzo nam potrzebna, choć może lepiej niż o odnowie byłoby mówić wręcz o rekonstrukcji politycznego narodu. Taka rekonstrukcja odbyć się może tylko w oparciu o mity, i nie

45


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

od dziś toczy się walka, jakie mity to będą. Czy bohaterem, który ocalił nas przed komunizmem, ma być „interrex” kardynał Wyszyński, czy grupa młodych marksistów, którzy zbuntowali się przeciwko zbiurokratyzowanej PZPR

w imię „prawdziwego” komunizmu? Czy duch Polski wykuwał się w Jubileuszu Tysiąclecia, czy w spotkaniach „komandosów” i klubu poszukiwaczy sprzeczności? W stoczni, czy przy Okrągłym Stole? Czy winniśmy szanować niezłomność Walentynowicz, czy cwaniactwo Wałęsy? I w tej walce mit, jaki może narodzić się wskutek katastrofy, odegra moim zdaniem ogromną rolę. O ile, oczywiście, znajdą się ludzie zdolni go trwale umieścić w polskiej duszy. Ale wydaje mi się, że tak właśnie będzie. RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ (ur. 1964) – pisarz, publicysta, dziennikarz. Autor kilkunastu książek − prozy, felietonów i publicystyki, a także kilku tysięcy tekstów prasowych w wielu różnych tytułach. Związany przede wszystkim z „Rzeczpospolitą”, „Gazetą Polską”, portalem Interia.pl, programem I Polskiego Radia, TVP Info oraz TVP Historia.

46


POLSKA PO SMOLEŃSKU

ANDRZEJ ZYBERTOWICZ Dostrzegam w tragedii smoleńskiej ważny impuls i potencjał kulturotwórczy. Wielu Polaków okazało bowiem żal nie tylko z powodu nagłej śmierci głowy państwa, nie tylko z szacunku dla dorobku prezydenta Kaczyńskiego, ale także z potrzeby udziału w formach wspólnotowości wypracowanych przez chrześcijaństwo. Skutki tragedii smoleńskiej będą i negatywne, i pozytywne. Jeśli dobre odczucia wspólnotowe z tygodnia skupienia nie zaowocują choćby drobną, ale względnie trwałą przemianą, to reakcją może być nasilenie się postaw cynizmu moral-

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

W przypadku protestów przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej w Katedrze na Wawelu – martwią nie tylko protesty, ale przede wszystkim ich forma i czas. Wydaje się, że te protesty przyciągnęły osoby słabo lub bardzo specyficznie zakorzenione w polskiej tradycji narodowej. Tworzy się mit Lecha Kaczyńskiego – polityka, który dążył do stworzenia sprawnego państwa opartego na wartościach. Istnieją jednak związane z tym zagrożenia. Mit może przekazywać zbyt przesłodzony obraz prezydenta, jak i może być agresywnie odreagowywany przez środowiska kosmopolityczne. Przed 10 kwietnia państwo polskie pod wieloma względami było słabe. Tragedia smoleńska sprawiła, że część jego struktur została nadwątlona, choć nie można mówić o ich

Procedur prawnych nie można oprzeć wyłącznie na prawie. Nie mniej ważnymi filarami państwa winny być wspólnotowe wartości i otwartość na duchowość

nego oraz defetyzmu narodowego – podłożem obu takich postaw mogłaby się stać niewiara w Polaków i Polskę. Pozytywne byłoby podwyższenie jakości debaty politycznej. Można by też oczekiwać, iż część środowisk, które dotąd zdecydowanie odżegnywały się od tradycji narodowej i Kościoła katolickiego, nabierze pewnego dystansu wobec swoich wcześniejszych urazów i dopuści myśl, że pojęciom i symbolom tradycyjnej wspólnoty należy się pewien szacunek. Sam będąc agnostykiem (znaczy to, iż nie wykluczam, że mogę być Dziecięciem Bożym), widząc podniosłość dni po katastrofie, dostrzegam w tragedii smoleńskiej ważny impuls i potencjał kulturotwórczy. Wielu Polaków okazało bowiem żal nie tylko z powodu nagłej śmierci głowy państwa, nie tylko z szacunku dla dorobku prezydenta Kaczyńskiego, ale także z potrzeby udziału w formach wspólnotowości wypracowanych przez chrześcijaństwo.

zniszczeniu – jak to sugeruje pytanie. Korzystając ze spuścizny Lecha Kaczyńskiego (zapisanej m.in. w Jego licznych wystąpieniach), uważam że procedur prawnych nie można oprzeć wyłącznie na prawie. Nie mniej ważnymi filarami państwa winny być wspólnotowe wartości i otwartość na duchowość. Stoi to w opozycji do recepty na rozwiązanie problemów państwa z wywiadu-rzeki z Januszem Palikotem (książka ,,Ja, Palikot”) – czyli rozwiązywania problemów i zadań państwa poza strukturami państwa. Z pewnych dotychczasowych zadań nowoczesne państwo może rezygnować, ale... Po pierwsze, rezygnacja taka nie może być efektem przypadkowego, dyktowanego wymogami propagandy, dryfu. Po drugie, wycofywanie się państwa z pewnych obszarów winno następować po szerokiej debacie publicznej. Po trzecie, formuła „mniej państwa nieudolnego” musi być stowarzyszona z drugą stroną medalu:

47


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

„więcej państwa sprawnego w wybranych obszarach”. Jeszcze podczas żałoby narodowej postawiono kwestię mającego być logicznym i bezpośrednim następstwem katastrofy pojednania polsko-rosyjskiego. Często jednak nie definiuje się jasno wymiarów takiego pojednania. Pojednanie w warstwie kulturowo-emocjonalnej (o co między nami Słowianami nie jest przecież tak bardzo trudno) nie ma automatycznego przełożenia na realizację interesów narodowych. Polityk, który o tym zapomni, nie jest mężem stanu. Dlatego też polityk (np. premier Donald Tusk) nie może pozwolić sobie na oczarowanie empatią Rosjan (która sama w sobie jest ważna i cenna). Polski polityk musi być realistą – nie może nie wiedzieć, nie może zapominać, że premier Putin i prezydent Miedwiediew to nie tylko szefowie sąsiedniego państwa, ale – zarazem – więźniowie post-KGB-owskiej struktury władzy, na czele której stoją. Dopóki państwo rosyjskie pozostaje autorytarne, uzasadnione są obawy, że zmiany w sposobie prowadzenia polityki zagranicznej przez Federację Rosyjską będą miały naturę jedynie kosmetyczną. Nasuwa się pytanie o miejsce Polski na arenie międzynarodowej po tragedii, która rodzi pokusę przedstawiania siebie jako ofiary nieżyczliwego losu. Nie możemy sobie na to pozwolić – zapobiec takim interpretacjom to jeden z priorytetów. Musimy dbać o to, by zaprezentować światu inny, bardziej pozytywny wizerunek. Do tego dążył prezydent Kaczyński. Pamiętam, jak podczas jednego ze spotkań w Lucieniu mówił, iż politykom Unii ukazuje nie naszą martyrologię, ale na cywilizacyjne osiągnięcia Polski – jednym z nich była „Solidarność”, impuls do wychodzenia z komunizmu, który właśnie w Polsce był najsilniejszy. ANDRZEJ ZYBERTOWICZ (ur. 1954) – doktor habilitowany socjologii, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, doradzał prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w sprawach bezpieczeństwa państwa.

48

RYSZARD BUGAJ Odejście prezydenta Kaczyńskiego jest zarazem zniknięciem z publicznego dyskursu pewnego pomysłu na Polskę. Można go scharakteryzować jako głębokie przekonanie o potrzebie zachowania tożsamości narodowej w Unii Europejskiej połączone z solidarnością społeczną. W pierwszych dniach po katastrofie byłem optymistą. Bo wierzyłem, że to, co wyniknie z tragedii smoleńskiej, nie będzie doraźne, że polityka stanie się rozmową o ważnych sprawach państwowych. Sądziłem, że mniej będzie Palikota i Niesiołowskiego, a ich miejsce zajmą politycy bardziej ideowi. Symbolem kolejnych dni żałoby stały się jednak kontrowersje związane z pochówkiem pary prezydenckiej na Wawelu. Jest to dowód na brak zmiany świadomości Polaków, a przynajmniej jakiejś ich części. Wawel można traktować w kategoriach tzw. świeckiej kanonizacji, jednakże za histerycznymi protestami kryła się małostkowość. Przy tej okazji porównywano często sytuację po śmierci Lecha Kaczyńskiego do tej po śmierci Marszałka Piłsudskiego. Nie jest to analogia trafna. Prezydentura Kaczyńskiego przypadła bowiem na czasy banalne, w przeciwieństwie do burzliwego okresu, w którym przyszło rządzić Józefowi Piłsudskiemu. Szukając podobieństwa, wskazałbym raczej na reakcje na śmierć księżnej Diany i Jana Pawła II. Nie wiem jeszcze, czy skutki będą raczej takie jak po śmierci księżnej, czy podobne do tych po śmierci papieża. Odejście prezydenta Kaczyńskiego jest zarazem zniknięciem z publicznego dyskursu pewnego pomysłu na Polskę. Można go scharakteryzować jako głębokie przekonanie o potrzebie zachowania tożsamości narodowej w Unii Europejskiej połączone z solidarnością społeczną, czyli przeświadczeniem o konieczności pomocy państwa dla osób, które


POLSKA PO SMOLEŃSKU

nie potrafią sobie poradzić w systemie kapitalistycznym. Niestety, nie bardzo dostrzegam kontynuatorów misji Lecha Kaczyńskiego. Obawiam się, że Prawo i Sprawiedliwość będzie eksploatować mit Prezydenta, a nie kontynuować i twórczo rozwijać jego politykę. Tragiczna śmierć tak wielu przywódców w jednej chwili nasuwa oczywiście pytanie

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

o stabilność państwa. Nasze okazało się dobrze przygotowane na to, co nastąpiło. Jednakże liczę na to, że w związku z tragedią smoleńską dojdzie do wzmocnienia Rzeczpospolitej. Na czym to wzmocnienie miałoby polegać? Jak postuluje Jarosław Gowin, a pod czym ja się podpisuję, na zmianie formuły prezydentury na ponadpartyjną. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego była bowiem partyjna. Dziś

49


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

potrzeba nam natomiast zgody całej klasy politycznej. W sprawach międzynarodowych, miałem wątpliwości wobec tzw. koncepcji jagiellońskiej prezydenta Kaczyńskiego, jak również wobec tego, że poszukiwał on przeciwwagi wobec Rosji w USA, a nie w Europie. Tymczasem Rosja pewnie nie pogodzi się na dłuższą metę z niepodległą Ukrainą. Jestem natomiast przekonany, że różnice interesów między Polską a Rosją są przezwyciężalne. Nasze złe stosunki są w znacznej mierze rezultatem silnych emocji, będących skutkiem historycznych konfrontacji. Być może stajemy obecnie przed dobrą szansą poprawy polsko-rosyjskich relacji. Nie możemy oczywiście zapominać, że społeczeństwo rosyjskie jest ciągle obciążone dziedzictwem totalitaryzmu. Ślady tego widać chociażby w sondażu rosyjskiej opinii publicznej, z którego wynika, że kilkanaście procent Rosjan uznaje, iż zbrodnia katyńska była dopuszczalnym działaniem w warunkach wojny. Wielkim wyzwaniem dla naszej polityki zagranicznej jest odnalezienie odpowiedzi na pytanie, czym jest Unia Europejska. Polityka polska i głos z Warszawy będą teraz dużo ważniejsze. Za życia Lech Kaczyński nie był dobrze oceniany w powszechnej świadomości. Liczę na to, że wraz z upływem czasu jego prezydentura będzie odbierana pozytywniej, podobnie jak dzisiaj inaczej odbiera się dorobek Lecha Wałęsy czy Jerzego Buzka, niż miało to miejsce wówczas, gdy rządzili. Także okoliczności tragicznej śmierci sprawią, że ocena Kaczyńskiego będzie bardziej sprawiedliwa. RYSZARD BUGAJ (ur. 1944) – profesor ekonomii i publicysta. Stworzył i przez pięć lat kierował Unią Pracy, a w latach 2009-2010 był społecznym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawach gospodarczych.

50

ŁUKASZ WARZECHA Jedynym sposobem, aby faktyczną, instytucjonalną i personalną sanację państwa wymusić, byłoby konsekwentne wybieranie przez Polaków ludzi, którzy takie zmiany mogliby wprowadzić. Nie w jednych wyborach, ale wielokrotnie. Spośród pytań, zadanych przez redakcję „Rzeczy Wspólnych”, najbardziej zasadnicze wydaje mi się to o możliwość odbudowania państwa polskiego. To pytanie można by postawić również przed 10 kwietnia, ponieważ nasze państwo i wtedy nie było w najlepszej kondycji. Dziś jednak widać szczególnie wyraźnie, jak źle funkcjonuje. Symptomem tego jest kompletna bierność jego organów w obliczu prowadzonego przez Rosjan bez żadnej polskiej kontroli dochodzenia w sprawie absolutnie nadzwyczajnej wagi, podczas gdy istniały możliwości, aby to śledztwo przenieść do Polski. Tu jestem pesymistą. Impuls, który dała smoleńska katastrofa, ma charakter wspólnotowy, emocjonalny, ale zderza się z twardymi regułami, wyznaczanymi przez rządzących, wspieranych przez niektóre media. Probierzem możliwości sanacji państwa będzie sposób, w jaki przebiegać będzie śledztwo, a na razie nie ma żadnych powodów do optymizmu. Przeciwnie – obserwujemy nie tylko bezwład, ale jeszcze żenujący festiwal obowiązkowej przyjaźni polsko-rosyjskiej, przywodzący na myśl czasy Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jedynym sposobem, aby faktyczną, instytucjonalną i personalną sanację państwa wymusić, byłoby konsekwentne wybieranie przez Polaków ludzi, którzy takie zmiany mogliby wprowadzić. Nie w jednych wyborach, ale wielokrotnie. Czy to możliwe? Znów – wątpię. Warto zwrócić uwagę, jak radykalna zmiana nastąpiła w ciągu dwóch tygodni w postrzeganiu


POLSKA PO SMOLEŃSKU

przez większość społeczeństwa prezydentury Lecha Kaczyńskiego. W sondażu, przeprowadzonym tuż po 20 kwietnia, 80 proc. ankietowanych uznało, że zmarły prezydent dobrze wypełniał swoje obowiązki. Ponad 60 proc. stwierdziło, że był niesprawiedliwie przedstawiany w mediach. Oznacza to tyle, że opinia publiczna tańczy na melodię, jaką te media wygrywają. Od ich kaprysu zależy, w którą stronę popłynie polityczny sentyment. Mowa oczywiście o większości, nie o tej grupie, będącej jednak w mniejszości, która nauczyła się zdrowego sceptycyzmu wobec zawartości gazet i programów telewizyjnych i radiowych. Z wydarzeniami tak doniosłymi jak katastrofa smoleńska bywa jednak tak, że nie dają wpraw-

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

REMIGIUSZ OKRASKA „Odnowa moralna” może się dokonać, jednak – jeszcze bardziej niż w przypadku trwałych zmian politycznych – musi być ona zakorzeniona w „gęstej” tkance społecznej, w setkach i tysiącach inicjatyw ogarniających przeróżne sfery życia zbiorowego

Jaki będzie wpływ tragedii smoleńskiej na państwo polskie?

W moim przekonaniu wpływ ten nie będzie wielki. Przede wszystkim naiwne wydają mi się prognozy – a tym bardziej myślenie życzenio-

Probierzem możliwości sanacji państwa będzie sposób, w jaki przebiegać będzie śledztwo, a na razie nie ma żadnych powodów do optymizmu. Przeciwnie – obserwujemy nie tylko bezwład, ale jeszcze żenujący festiwal obowiązkowej przyjaźni polsko-rosyjskiej

dzie natychmiastowych efektów, ale zasiewają ziarno. Tak jak zasiała pierwsza wizyta Jana Pawła II w Polsce czy śmierć ks. Popiełuszki. Nie można wykluczyć, że liczba „przebudzonych” będzie rosnąć; że ludzie dostrzegą analogię pomiędzy niesprawiedliwym traktowaniem przez media Lecha Kaczyńskiego i sytuacją innych polityków. I że zaczną z tego wyciągać wnioski. To może być jednak kwestia wielu lat. Pytanie brzmi, czy mamy tyle czasu. ŁUKASZ WARZECHA (ur. 1975) – komentator dziennika „Fakt”, współpracuje z „Rzeczpospolitą” i TVP1. Komentuje w TVP Info, TVN24, Polsat News, Tok FM, PR1, PR3. Autor wywiadu rzeki z Radosławem Sikorskim „Strefa zdekomunizowana”. W marcu i kwietniu 2010 pracował nad wywiadem rzeką z prezydentem Lechem Kaczyńskim.

we – że tego rodzaju wydarzenie może zmienić coś na trwałe, na lepsze lub gorsze. Nie sądzę, aby przypisywanie wielkiego znaczenia jednostkom – choćby najwybitniejszym – stanowiło właściwą perspektywę oceny rzeczywistości. Wartościowe jednostki mogą odgrywać niezwykle ważną rolę, ale wyłącznie w sprzyjającej sytuacji – wtedy, gdy ich działaniom towarzyszy już istniejąca rozbudowana tkanka inicjatyw obywatelskich, czyli zaplecze społeczne, bądź też wtedy, gdy „wstrzelą” się w sprzyjający moment, w okres nasilonego fermentu. Niczego takiego w Polsce nie ma. Tłumy, które widzimy na ulicach, celebrujące żałobę narodową, są tłumami chwilowymi. Nie istnieją struktury, które mogłyby zagospodarować te emocje, przekuć je w jakiś trwały czyn, pchnąć na tory

51


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

konstruktywnych, masowych działań, odmieniających krok po kroku polską rzeczywistość. A przede wszystkim Polacy oduczyli się takich postaw. 45 lat centralizmu i zamordyzmu w PRL-u, a później liberalnego wyścigu szczurów, szerzenia swoistego kultu dbałości tylko o siebie (lub – w wersji konserwatywnej – o własną rodzinę), odgórnej polityki i zarządzania emocjami za pomocą masowych mediów – przyniosło atomizację społeczną. Polska jest krajem, który w badaniach socjologicznych znajduje się w końcówce europejskich państw analizowanych pod kątem aktywności obywatelskiej, oddolnego zaangażowania w życie publiczne. Nawet jeśli uznamy atmosferę żałoby narodowej za jakiś znaczący impuls, nie ma kto podjąć tej pałeczki i przekazać kolejnym biegaczom sztafety. Również sam moment, w którym wszystko to ma miejsce, trudno uznać za okres jakichś znaczących zawirowań, mogący zostać wykorzystany do nagłego, nieoczekiwanego ruchu. Nie zmieniło się w Polsce nic w kwestii trwałości struktur władzy, mediów czy układu sił politycznych. Oczywiście mogą mieć miejsce pewne zmiany sympatii politycznych – ich beneficjentem stanie się zapewne Prawo i Sprawiedliwość. Ale, po pierwsze, wszystko wróci wkrótce do normy (niezależnie jak ją oceniamy – pozytywnie czy krytycznie), to znaczy ugrupowanie owo stanie się przedmiotem równie silnego ataku mediów i „autorytetów”, jak po wyborach roku 2005, i chwilowe poparcie prawdopodobnie utraci. Po drugie zaś, nawet bez tego rodzaju „kontrataku”, PiS i podobne jemu środowiska nie dokonają znaczących przeobrażeń. Nie posiadają bowiem, wbrew retoryce własnej oraz opiniom przeciwników, całościowej, spójnej i atrakcyjnej wizji zmian, a także woli ich dokonania. Pokazały to lata 2005-2007, kiedy to różnorakim posunięciom w sferze polityki instytucjonalnej,

52

oceny historii i kwestiach obyczajowo-kulturowych – atrakcyjnym tylko dla niezbyt licznych środowisk standardowej prawicy antykomunistycznej – nie towarzyszyły istotne zmiany w dotychczasowej polityce gospodarczej, obiecywane w kampanii wyborczej roku 2005, a streszczone w sloganie „Polski solidarnej”. Schlebianie gustom konserwatywnych wyborców (których wielu było zresztą rozczarowanych rzekomą „miękkością” takich działań, co symbolizowało odejście Marka Jurka), to zdecydowanie za mało, aby pozyskać trwałe poparcie. „Polityka historyczna” nie zniweluje problemu braku nowoczesnego systemu pomocy socjalnej, nie przesłoni wciąż wysokiego bezrobocia i kiepskiej kondycji rynku pracy, nie załata niedoborów mieszkaniowych itd. Mobilizacje wyborców w oparciu o kwestie dotyczące historii czy o radykalny sprzeciw wobec aborcji lub in vitro, mogą przynieść efekty jedynie na krótką metę. Dlatego też, mając na uwadze powyższe, nie spodziewam się istotnych zmian na lepsze. Jeśli natomiast chodzi o zmiany negatywne, to również w tej kwestii nie nastąpi prawdopodobnie żadna istotna korekta kursu. Choć jako osobę o poglądach prospołecznych martwi mnie możliwość liberalnego monopolu władzy (parlamentarna większość PO oraz prezydentura Bronisława Komorowskiego), to nie sądzę, aby katastrofa smoleńska cokolwiek zmieniła w tej kwestii. Przy istniejących przed 10 kwietnia 2010 roku trendach medialnych i politycznych nie należało się spodziewać niczego innego. Prezydent Lech Kaczyński nie wygrałby w moim przekonaniu tegorocznych wyborów, choć była to prezydentura całkiem udana (znacznie lepsza niż parlamentarne poczynania PiS). Jestem przekonany, że siła medialnego rażenia byłaby w przypadku jego kandydowania na urząd tak wielka, a zarządzanie przez PO nastrojami społecznymi tak sprawne, że Zmarły


POLSKA PO SMOLEŃSKU

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

prawdopodobnie nie wyszedłby zwycięsko ze starcia z Komorowskim. Podobnie jest z innymi urzędami/instytucjami, które reprezentowały osoby tragicznie zmarłe w Smoleńsku, np. z IPN. Uważam zatem, że nastąpi to, co i tak miałoby miejsce.

choćby najwybitniejszych jednostek. Polska wymaga różnorakich działań naprawczych, ale wymagała ich w podobnym stopniu przed 10 kwietnia.

Czy możliwe będzie odbudowanie Rzeczypospolitej, a jeśli tak – to w jaki sposób?

Prawie wszystko jest możliwe, ale sprawy tak wielkie, jak „odnowa moralna” (cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy), nie dokonują się pod wpływem pojedynczych wydarzeń. Można oczywiście wierzyć w to, że na przykład „Papież obalił komunizm”, a śmierć Jana Pawła II „ulepszyła” sumienia i postępowanie Polaków, ale tego rodzaju wnioskowanie jest

Jak wspomniałem, krytycznie podchodzę do postrzegania rzeczywistości społecznej przez pryzmat roli jednostek. Z tego względu uważam, że śmierć wielu wybitnych postaci w Smoleńsku nie pociągnęła za sobą jakiegoś

Czy nastąpi odnowa moralna polskiego narodu?

Stan polskiego państwa oceniam w wielu sferach krytycznie, jednak nie mam wrażenia, by w wyniku katastrofy smoleńskiej zostało ono – jako podmiot instytucjonalny – osłabione w znaczącym stopniu. Państwa nie upadają tak łatwo, ale też, jeśli upadną, do ich odbudowy nie dochodzi wskutek doraźnych wysiłków choćby najwybitniejszych jednostek. Polska wymaga różnorakich działań naprawczych, ale wymagała ich w podobnym stopniu przed 10 kwietnia

„upadku” państwa polskiego, które teraz jakoby należałoby „odbudować”. Straciliśmy jako Polacy kilku wybitnych polityków, kilku sprawnych urzędników państwowych (jak Janusz Kurtyka), kilka postaci symbolicznych (Anna Walentynowicz), ale mimo całego szacunku dla dokonań niektórych z nich, trudno mi uznać, że ta śmierć naruszyła w jakiś istotny sposób samo państwo polskie, jego struktury, mechanizmy, kondycję. Stan polskiego państwa oceniam w wielu sferach krytycznie, jednak nie mam wrażenia, by w wyniku katastrofy smoleńskiej zostało ono – jako podmiot instytucjonalny – osłabione w znaczącym stopniu. Państwa nie upadają tak łatwo, ale też, jeśli upadną, do ich odbudowy nie dochodzi wskutek doraźnych wysiłków

częścią składową mitu. Mitu czasami pożytecznego z punktu widzenia podbudowania morale społeczeństwa, jednak w żadnej mierze nie tłumaczącego realnych procesów (jak demontaż systemu sowieckiego), a bywa wręcz, że próbującego opisać zjawiska, których samo istnienie jest wątpliwe (jak rzekome „Pokolenie JP2”). „Odnowa moralna” może się dokonać, jednak – jeszcze bardziej niż w przypadku trwałych zmian politycznych – musi być ona zakorzeniona w „gęstej” tkance społecznej, w setkach i tysiącach inicjatyw ogarniających przeróżne sfery życia zbiorowego. Oczywiście nagłe, nieoczekiwane wydarzenie może stanowić impuls przyspieszający czy wzmacniający procesy tego rodzaju, może wybudzić

53


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

społeczeństwo z letargu, jednak „odnowa moralna” nie dokonuje się nigdy i nigdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Polska nie potrafi się latami uporać z tak prozaicznymi sprawami, jak nauczenie właścicieli psów sprzątania po swoich pupilach, więc tym bardziej poważna i niełatwa sprawa – a taką jest „odnowa moralna” – nie dokona się bez wielkiego, systematycznego wysiłku na różnych frontach. Byłbym szczęśliwy, gdyby tragedia smoleńska choćby tylko skłoniła Polaków do refleksji nad tym, co dzieje się w państwie, jakie są jego słabości, co w nas samych wymaga zmiany, jednak nawet w to nie wierzę. Sposób reakcji na tę tragedię nie ma bowiem wiele wspólnego z zaczynem jakichkolwiek zmian. Stanisław Brzozowski w swych genialnych „Płomieniach” już ponad sto lat temu włożył w usta jednego z bohaterów powieści słowa, które pasują niestety jak ulał do „bezpłodnej” formy zachowań Polaków nie tylko w reakcji na tego rodzaju sytuacje, co katastrofa smoleńska: „Szkaplerzyki, rzekł Adaś z głuchą złością, któregoś poobiedzia. Duszę oni wyciągną tymi szkaplerzykami. Niech albo robią coś, giną, głowami o ściany walą, albo przestaną jęczeć o tej swojej nieszczęśliwej ojczyźnie”. Wspomniana „odnowa moralna” to czyn heroiczny – nawet jeśli długotrwały i rozpisany na wiele małych, nieefektownych działań – nie zaś jęczenie. Niestety, niczego poza jęczeniem nie dostrzegam w okresie żałoby narodowej po tragedii smoleńskiej. REMIGIUSZ OKRASKA (ur. 1976) – socjolog, publicysta i społecznik. W latach 2000-2010 redaktor naczelny pisma „Obywatel”. Redaktor kilkunastu książek, autor wywiadurzeki z Joanną i Andrzejem Gwiazdami pt. „Gwiazdozbiór w Solidarności” (2009). Redaktor naczelny portalu internetowego Lewicowo.pl.

54

ARKADY RZEGOCKI Śmierć dwóch Prezydentów: Lecha Kaczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego stanowi symboliczne pogodzenie i nawiązanie trwałej więzi pomiędzy II i III Rzeczpospolitą. Ciągłość państwowa konstytucji kwietniowej spotkała się z systemem prawnym Polski budującej swoją niepodległość od 1989 roku. W pięć lat po wielkich narodowych rekolekcjach po śmierci Jana Pawła II ponownie doświadczamy chwil skupienia, jednoczącego poczucia wspólnoty. Tym razem jednak mamy do czynienia z refleksją, która umacnia nie tylko naszą narodową tożsamość, ale także tożsamość państwową. Współodczuwanie w ramach wspólnoty narodowej zdarzało się nam już wcześniej, na przykład podczas papieskich pielgrzymek, czy właśnie po odejściu Jana Pawła II w 2005 roku. Lecz po raz pierwszy od 1989 roku Polacy uświadomili sobie, że stanowią wspólnotę państwową, że są obywatelami wielkiej polis. Tak duża tragedia umyka racjonalnym ocenom. Polskie myślenie przesiąknięte elementami metafizycznymi na oślep i choćby wbrew rzeczywistości poszukuje sensu w zdawałoby się bezsensownej śmierci 96 polityków, pilotów, żołnierzy, intelektualistów, urzędników, krewnych rodzin katyńskich. Najistotniejsza cecha tego wspólnego przeżywania rzuca się w oczy bardzo wyraźnie. Otóż śmierć dwóch Prezydentów: Lecha Kaczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego stanowi symboliczne pogodzenie i nawiązanie trwałej więzi pomiędzy II i III Rzeczpospolitą. Ciągłość państwowa konstytucji kwietniowej spotkała się z systemem prawnym Polski budującej swoją niepodległość od 1989 roku. To symboliczne złączenie II i III Rzeczypospolitej następuje w wyniku dwóch śmiertelnych, przerażających ofiar: obywateli i żołnierzy pełniących służbę wojenną w II RP oraz pełniących służbę państwową obywateli III RP. Ta symbolika została jeszcze bardziej


POLSKA PO SMOLEŃSKU

wzmocniona faktem złożenia ciał pary prezydenckiej w krypcie pod wieżą Srebrnych Dzwonów tuż obok marszałka Józefa Piłsudskiego. W ostatnich dniach tak wielu Polaków uświadomiło sobie nie tylko, że znów stanowimy jedną wspólnotę narodową, ale także fakt, że zginęli przywódcy naszego państwa oraz nasi reprezentanci. – „Przyszedłem tu zapalić znicz, bo przecież zginął mój prezydent” – ta wypowiedź jednego z młodych warszawiaków dobrze ilustruje to, co odczuwało większość Polaków. Mimo różnic politycznych to jednak był nasz prezydent, mimo często lekceważącego stosunku do polityków, to jednak

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

żałoby to czas dystansu i dostrzeżenia rzeczy ważnych, choć na co dzień ukrytych. Od kilku dni jesteśmy coraz bardziej świadomi, że politycy są naszymi reprezentantami i są różnorodni, tak samo różnorodni jak my. Jest jednak wśród nich wiele osób, które traktują swój zawód jako powołanie w służbie państwu, w służbie Naszemu Państwu. Jednakże czas wielkiej żałoby to czas nałożenia na klasę polityczną większej odpowiedzialności. Od 10 kwietnia 2010 roku czujemy się bardziej obywatelami, będziemy więc pragnęli, aby w naszym państwie debata publiczna i życie polityczne stanęło na wyższym pozio-

Zainteresowanie nie byłoby tak wielkie, gdyby nie ostatnie dwadzieścia lat niepodległości, powolne docieranie do elit i opinii publicznej poszczególnych krajów świadomości, że Polska znów staje się podmiotem stosunków międzynarodowych, znów staje się znaczącym krajem o rozwijającej się gospodarce, mającym swoją specyfikę, ciekawą kulturę i niezwykłe doświadczenie

byli nasi reprezentanci. Lecieli nie na wakacje, nie do ciepłych krajów, lecz w naszym imieniu oddać hołd elitom II RP – elitom, które okazały się „zawsze wierne”. Za tą myślą idzie druga myśl, z którą coraz bardziej się oswajamy: III Rzeczpospolita to jest nasze państwo! Jest to niezwykle ważkie wydarzenie, można bowiem powiedzieć, że po raz pierwszy od 1989 roku następuje pogodzenie Polaków z własnym państwem. Powoli zaczynamy uczyć się, aby wzorem elit II RP potrafić docenić własne państwo, potrafić dostrzec, że jest ono dobrem wspólnym, że nasze losy indywidualne i zbiorowe zależą od jego powodzenia. Od 10 kwietnia 2010 roku będziemy już trochę inaczej spoglądali na polityków, trochę rzadziej będziemy wszystkich wrzucali do jednego worka z napisem „złodzieje”, „darmozjady”, „którym chodzi tylko o własny interes”. Czas

mie niż dotychczas. Pewne zachowania, na które przymykaliśmy oczy w ostatnim dwudziestoleciu, nie będą już tolerowane. To jest nasze państwo, to jest nasza Rzeczpospolita i od dziś zrobimy wiele, aby kompromitujących zjawisk w życiu codziennym i w życiu politycznym było mniej. To właśnie jesteśmy winni naszym elitom poległym pod Smoleńskiem w 1940 roku i w siedemdziesiąt lat później. Tragedia, w której ginie prezydent państwa, należy do rzadkości. Rzeczą niespotykaną jest tragedia, w której podczas pokoju ginie prezydent z małżonką, prezydent na uchodźctwie, ministrowie, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, posłowie, senatorowie, generałowie – dowódcy sił zbrojnych, elita intelektualna. Rzeczywiście wielu osób zastąpić się nie da, zbyt wielkie zdobyli doświadczenie, wiedzę, kontakty. Wszystko to trzeba będzie wypracować

55


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

od nowa, próbując kontynuować dzieła poszczególnych osób. Ta wyjątkowość tragedii tłumaczy zainteresowanie światowych mediów, ale nie tłumaczy wszystkiego. Żałoba w Brazylii, Japonii, wielogodzinne transmisje z uroczystości pogrzebowych w wielu krajach, w najważniejszych telewizjach świata, wynikają także z rosnącego znaczenia naszego państwa. Polacy potrafią tak wspaniale zjednoczyć się we współprzeżywaniu żałoby, że zadziwia to najbardziej cynicznie nastawionych komentatorów. Ale zainteresowanie nie byłoby tak wielkie, gdyby nie ostatnie dwadzieścia lat niepodległości, powolne docieranie do elit i opinii publicznej poszczególnych krajów świadomości, że Polska znów staje się podmiotem stosunków międzynarodowych, znów staje się znaczącym krajem o rozwijającej się gospodarce, mającym swoją specyfikę, ciekawą kulturę i niezwykłe doświadczenie. To zainteresowanie powinno jeszcze bardziej wzmocnić naszą obecność w wielu krajach, dowiadujących się w tych dniach nie tylko o Katyniu, ale także o polskiej historii i wynikającej stąd wrażliwości. To zainteresowanie u niektórych już wzbudziło refleksję nad udziałem poszczególnych państw (na przykład Wielkiej Brytanii, Francji, czy Stanów Zjednoczonych) w ukrywaniu, lub przynajmniej nie eksponowaniu drażliwej sprawy Katynia. To zainteresowanie poszczególnych państw i narodów powinno dodatkowo wzmocnić w nas tę słabą wciąż więź z własnym państwem, i wątłą wiarę, że możemy uzyskać na nasze państwo większy wpływ i wspólnym wysiłkiem uczynić je bardziej prawym, sprawiedliwym i wolnym. ARKADY RZEGOCKI (ur. 1971) – doktor habilitowany Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor pisma Klubu Jagiellońskiego „Pressje”, członek zarządu Ośrodka Myśli Politycznej. Autor m.in. „Wolność i sumienie. Fenomen liberalnego-katolicyzmu w myśli lorda Actona” (2004), „Racja stanu a polska tradycja myślenia o polityce” (2008).

56

MICHAŁ BARDEL Narodowa tragedia, która miała szansę być żertwą ofiarną nowego ducha, stała się bolesnym i niepotrzebnym aktem naszej ułańskiej fantazji, stawiającej niezdrową ambicję przed dobrem państwa. Spytany jeszcze dwa dni temu, miałbym zgoła inną odpowiedź na pytanie o skutki, jakie przynieść może w wymiarze społecznym smoleńska tragedia. Chętnie przystałbym do tych, którzy w niewyobrażalnie wręcz symbolicznej katastrofie prezydenckiego samolotu skłonni byliby dostrzegać (obok dramatu ludzkiego i narodowego) także jakąś niejasną szansę nowego otwarcia, nowej jakości polskiej debaty politycznej i głębokiej – choć pewnie nie aż tak trwałej – przemiany polskiej duchowości. Słowa, które docierały do naszych niedowierzających jeszcze uszu, zdawały się w tym upewniać. Przez chwilę wydawać się mogło, że politycy – a za nimi szarzy obywatele – podali sobie ręce, by – zjednoczeni wspólną tragedią – zabrać się solidarnie do trudnej roboty stawiania państwa na nogi. Imponujące były wyważone, przyjazne i nadzwyczaj mądre deklaracje zarówno ze strony rządu, jak i opozycji. Podziwu godna wstrzemięźliwość ze strony marszałka Komorowskiego i takaż ostrożność w wypowiedziach parlamentarzystów PiS. To, co nie udało się Panu Prezydentowi za życia – stanąć ponad doraźnymi sporami jako mąż stanu i Ojciec Narodu, zaczęło się na naszych oczach spełniać w cieniu jego tragicznej śmierci. Zaczęło i bodaj trwałoby nadal, gdyby nie zupełnie zrozumiała w kontekście żałobnej powściągliwości i pokory decyzja o pochowaniu Pana Prezydenta pośród polskich monarchów i wieszczów, obok marszałka Piłsudskiego i Tadeusza Kościuszki. Decyzja, która – jak można się było spodziewać – natychmiast na nowo podzieliła społeczeństwo. Nawet gdybym był przekonany, że Wawel jest właściwym


POLSKA PO SMOLEŃSKU

miejscem pochówku Prezydenckiej Pary (nie jestem), tryb podjęcia tej decyzji uważałbym za wyraz skandalicznej krótkowzroczności. Czar prysł i nie będzie łatwo go wzniecić na nowo. Narodowa tragedia, która miała szansę być żertwą ofiarną nowego ducha, stała się bolesnym i niepotrzebnym aktem naszej ułańskiej fantazji, stawiającej niezdrową ambicję przed dobrem państwa. Bo właśnie z uwagi

Wielogłos: państwo po katastrofie – ankieta

udało się zbudować między samymi Polakami, w istotnym stopniu dokona się między naszym i rosyjskim narodem. Nie znałem śp. Pana Prezydenta, ale jeśli był istotnie tak skromnym człowiekiem, jak się go dziś wspomina, te białe i czerwone goździki położone na wraku Tu-154 przez mieszkańców Smoleńska będą dla niego znaczyły o stokroć więcej, niż ciężkie wieńce na królewskim sarkofagu, który mu

Z uwagi na dobro państwa nie należało wpuszczać na jeden pokład tak wielu ważnych urzędników państwowych, z uwagi na dobro państwa nie należało podejmować decyzji o lądowaniu, jeśli zachodziło wyraźne niebezpieczeństwo narażenia ich zdrowia i życia, dla dobra państwa wreszcie należało podjąć rozważną i mądrą decyzję o miejscu pochówku Prezydenckiej Pary na dobro państwa nie należało wpuszczać na jeden pokład tak wielu ważnych urzędników państwowych, z uwagi na dobro państwa nie należało podejmować decyzji o lądowaniu, jeśli zachodziło wyraźne niebezpieczeństwo narażenia ich zdrowia i życia, dla dobra państwa wreszcie należało podjąć rozważną i mądrą decyzję o miejscu pochówku Prezydenckiej Pary (nie wyobrażam sobie, by ktoś protestował przed bazyliką św. Jana). Jest już za późno. Pozostaje nadzieja, że to, czego nie

niepotrzebnie zgotowano. Dla człowieka tak przywiązanego do pamięci historycznej może to być iście niedźwiedzia przysługa. MICHAŁ BARDEL (ur. 1976) – redaktor naczelny miesięcznika „Znak”, doktor filozofii, wykładowca Collegium Civitas w Warszawie i Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie. Współpraca przy opracowaniu ankiety: Jacek Golan i Tomasz Gontarz

57


Polski transport na rozdrożu MICHAŁ BEIM 58


Budowa autostrad jest hasłem każdej kampanii wyborczej. Nowi ministrowie transportu zawsze witani są przez wyborców jak wybawiciele, od których oczekuje się niemalże cudów. Starzy natomiast odchodzą w niesławie. Tak dzieje się co kadencję. Warto wznieść się jednak ponad ów schemat i zastanowić się, gdzie leży źródło problemów wszystkich Polaków pragnących bezpiecznie, wygodnie i szybko się poruszać.

59


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

W roku 1957 na zlecenie „Komsomolskiej Prawdy” powstał „Reportaż z XXI wieku”, jako publikacja tez uczonych Sowieckiej Akademii Nauk przedstawiających wizję ZSRR po upływie pół wieku. Uczeni moskiewscy pisali w tymże reportażu, iż „do XXI wieku na Syberię będą prowadzić podgrzewane autostrady”. Tymczasem napisany przez Jacka Hugo-Badera reportaż z wyprawy terenowym samochodem przez Rosję od Moskwy do Władywostoku pokazuje zacofany kraj pełen niesprawiedliwości i korupcji. Zestawienie rzeczywistości z tezami przedstawionymi pięćdziesiąt lat wcześniej

oddane do użytku autostrady spełniają wszelkie wymagania techniczne, zwłaszcza w zakresie liczby i wyposażenia miejsc obsługi podróżnych, jednak te różnice dla kierowców są niezauważalne poza jednym elementem – brakiem opłat za przejazd. Największym problemem jest jednak to, że autostrady nie są ze sobą połączone ani doprowadzone do najważniejszych celów podróży. Nie można przez to wygodnie przemieszczać się pomiędzy ważniejszymi miastami (np. z Gdańska do Łodzi czy z Poznania do Krakowa), bez konieczności zjazdu na dużo gorsze

Choć nośne hasło budowy autostrad zdominowało debatę publiczną, należy jednak na zagadnienie transportu spojrzeć szerzej, gdyż program rozwoju autostrad i ich stan wydają się być paradoksalnie najlepszym elementem naszej infrastruktury drogowej

przez moskiewskich uczonych jest wręcz groteskowe. Choć w Polsce nie jest aż tak źle, zapewne wielu kierowców uważa, że dysonans między rzeczywistością a planami rządowymi jest u nas tak duży, jak był w Sowietach. Plany rozwoju autostrad wyrażone w rozporządzeniu Rady Ministrów w sprawie sieci autostrad i dróg ekspresowych1 określają docelową długość tej sieci na ok. 2000 km, jednocześnie jednak nie wyznaczają czasu realizacji. Na początku 2010 roku było wybudowanych już ponad 900 km, przy czym najdłuższy oddany do użytku odcinek mierzy 444,4 km i biegnie autostradą A42. Oczywiście, nie wszystkie 1 Rozporządzenie Rady Ministrów z 15 maja 2004 roku w sprawie sieci autostrad i dróg ekspresowych (Dz.U. z 2004 r. Nr 128, poz. 1334). 2 Ministerstwo Infrastruktury, „Informacja o inwestycjach na drogach krajowych” - stan na 5.01.2010 http:// www.mi.gov.pl/2-482be1a920074-1791008-p_1.htm oraz raport GDDKiA: http://www.gddkia.gov.pl/article/sprawdz_ na_mapie_przygotowanie_drog_i_autostrad/index.php

60

drogi krajowe. Jedynym chlubnym wyjątkiem są tu podróże pomiędzy miastami leżącymi na południu Polski. Nie tylko autostrady Analizując stan infrastruktury drogowej, należałoby przekornie postawić pytanie: czy brak sieci autostrad jest jedynym, a jeśli nie, to czy głównym problemem infrastruktury transportowej w Polsce? Konsekwencją tego pytania jest kolejne: czy rozwój sieci autostrad może być rozwiązaniem problemów komunikacyjnych Polski? Choć nośne hasło budowy autostrad zdominowało debatę publiczną, należy jednak na zagadnienie transportu spojrzeć szerzej, gdyż program rozwoju autostrad i ich stan wydają się być paradoksalnie najlepszym elementem naszej infrastruktury drogowej. Niewątpliwie autostrady stanowią szkielet sieci transportu drogowego w wielu państwach. Są jednak też najdroższym jego elementem, nie licząc oczywiście inwestycji w obszarach zurbanizowanych, gdzie koszty


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

zawyża konieczność wykupu działek, wyburzeń czy przekładania infrastruktury. Autostrady jednak są korzyścią przede wszystkim dla najważniejszych miast i dla tranzytu. Pozostałe miejscowości korzystają z tych dobrodziejstw w dużo mniejszym stopniu. Przykładowo, mieszkaniec Zamościa podróżując do Sieradza, chcąc korzystać z autostrady (oczywiście po zakończeniu rozbudowy systemu), będzie musiał znacząco nadkładać drogi, przez co korzyści wynikające z płynnej jazdy i bezpieczeństwa zostaną zniwelowane wydłużeniem czasu podróży. A Polaków korzystających regularnie z relacji, którym budowa systemu autostrad nie poprawi warunków przemieszczania się, jest bardzo wielu. Zaspokajaniu ich potrzeb powinna służyć przede wszystkim wysokiej jakości sieć dróg krajowych, przy czym ich standard wcale nie musi być porównywalny z autostradami – nie muszą być to dwujezdniowe, bezkolizyjne drogi. Prawo przewiduje możliwość stosowania różnego standardu (od klasy technicznej drogi głównej, przez drogi główne ruchu przyspieszonego, drogi ekspresowe po autostrady), dzięki czemu można standard dopasowywać do realnych potrzeb transportowych danego obszaru. Drogi krajowe, odliczając istniejące autostrady oraz drogi ekspresowe, tworzą nad Wisłą system o długości ponad 17 000 km. To ich stan jest największą zmorą wszystkich użytkowników. Koleiny, przejazdy przez centra miejscowości, niebezpieczne skrzyżowania, brak równoległych chodników i dróg rowerowych itd. Choć ich stan jest systematycznie poprawiany, i to zdecydowanie mniejszymi nakładami środków, niż te przeznaczane na rozbudowę autostrad, wciąż bardzo wiele pozostaje do zrobienia. Kluczem do poprawy jakości transportu drogowego wydają się właśnie działania na rzecz poprawy warunków ruchu na drogach krajowych, a następnie dopiero dokończenie rozbudowy systemu autostrad.

Polski transport na rozdrożu – Michał Beim

Ominięcie setek miejscowości, przez które przebiegają drogi krajowe, dzięki nowym obwodnicom, zapewnienie standardów akustycznych sąsiednim obszarom zabudowanym poprzez budowę ekranów akustycznych, budowa chodników, dróg rowerowych i dróg dojazdowych, realizacja bezpiecznych przejść dla pieszych i przejazdów dla rowerzystów, a także zapewnienie odpowiedniej nośności oraz wyposażenie dróg krajowych w system nadzoru nacisku osi pojazdów ciężarowych czy poprawa oznakowania – oto wyzwania zasadnicze dla poprawy bezpieczeństwa i wygody jazdy w niemal całym kraju. Konieczność podjęcia tych działań, choć tanich w porównaniu z budową autostrad czy dróg ekspresowych, niestety, nie przebiła się do powszechnej świadomości oraz do mediów ogólnopolskich. Polacy nadal oczekują spektakularnych sukcesów w budowie kolejnych kilometrów autostrad. Nawet rozbudowa części dróg krajowych do standardu dróg ekspresowych nie cieszy tak bardzo, jak budowa tych pierwszych. Stąd też ambitne plany kolejnych rządów przewidujące przebudowę blisko 5300 km dróg krajowych zostały zrealizowane tylko w ok. 12 procentach. Nie ma darmowych dróg Należy przy tym pamiętać o kosztach. Cena zależy w dużej mierze od obecnej sytuacji na rynku oraz warunków terenowych i mieści się zazwyczaj w przedziale od ok. 3 mln do ok. 10 mln EUR za każdy kilometr. Generalnie, koszty są niższe wówczas, gdy to Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (czyli państwo) odpowiada za całokształt projektu autostrady (w tym wybór wykonawcy w przetargu) niż w partnerstwie publiczno-prywatnym (PPP). Niestety, potwierdza to prawidłowość, że w polskich warunkach PPP oznacza zazwyczaj „ryzyko publiczne, zyski prywatne”. Ciekawej analizy funkcjonowania polskiej wersji partnerstwa publiczno-prywatnego

61


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

dokonuje prezes Instytutu Sobieskiego Paweł Szałamacha w swojej książce3. Przywołuje on dwa przykłady z lata 2004 roku. W podobnym czasie miały miejsce dwa ważne wydarzenia dla rozwoju sieci autostrad. Ówczesny rząd zaakceptował przedstawione przez koncesjonariuszy koszty budowy dwóch odcinków autostrad: autostrady A1 (Gdańsk – Nowe Marzy) i autostrady A2 (Nowy Tomyśl – Świecko), w wysokości odpowiednio 5,6 mln i 6,1 mln EUR za kilometr. W tym samym czasie GDDKiA rozstrzygała przetargi na budowę autostrad w tradycyjnym systemie, w którym inwestycje są finansowane z budżetu państwa. Prace, dla przyspieszenia tempa budowy, podzielono na mniejsze odcinki. Wyłonione w przetargach przedsiębiorstwa zaoferowały średnią cenę budowy kilometra autostrady na poziomie 3,2 mln EUR, przy czym cena jednostkowa wynosiła od 2,3 do 4,8 mln EUR. Choć w przypadku inwestycji realizowanych bezpośrednio z budżetu państwa dochodzą koszty administracji GDDKiA odpowiedzialnej za nadzór nad inwestycją oraz koszty kredytów, gdyż budżet państwa de facto zwiększa swoje zadłużenie każdą z inwestycji, to jednak porównanie kosztów skłania do zastanowienia się nad efektywnością PPP w Polsce. Opłaty za przejazd samochodów osobowych autostradami w Polsce mieszczą się w przedziale 18-26 groszy4. Znaczna część autostrad, z powodów wymienionych wcześniej, nadal nie posiada systemów poboru opłat. System taki, z drobnymi wyjątkami, ma objąć całe autostrady A1, A2 i A4. Prace nad wdrażaniem opłat z jednej strony blokuje brak chętnych do prowadzenia miejsc obsługi podróżnych – co jest swoistym dowodem, że korzyści, które miały płynąć z budowy 3 Paweł Szałamacha, „IV Rzeczpospolita – pierwsza odsłona”, Poznań 2009. 4 Informacje na witrynach internetowych koncesjonariuszy, obliczenia własne.

62

systemu autostrad dla okolicznych gmin i lokalnych społeczności, są w dużej mierze przeszacowane. Z drugiej strony, Unia Europejska dąży do unifikacji systemów poboru opłat, tak by było jak najmniej technicznie uciążliwe dla użytkowników autostrad we wszystkich dwudziestu siedmiu państwach. Służyć temu ma tzw. europejska usługa opłaty elektronicznej, która będzie dostępna za trzy lata dla wszystkich pojazdów o masie powyżej 3,5 tony lub pojazdów przewożących ponad dziewięć osób łącznie z kierowcą. Usługa ta będzie dostępna dla użytkowników pozostałych pojazdów (w tym samochodów osobowych) najpóźniej za pięć lat. Nie ma jeszcze rozstrzygnięć, jak technicznie ona ma wyglądać (np. czy instalować specjalne nadajniki, czy monitorować numery rejestracyjne, czy też wprowadzić uniwersalną kartę płatniczą ważną u wszystkich operatorów autostrad). GDKKiA woli więc jeszcze poczekać, aby wdrożyć docelowe rozwiązanie techniczne, co w pewnej mierze jest uzasadnione. Koszty utrzymania dróg są znaczącym problemem społecznym, ponoszonym przez wszystkich podatników, nie tylko korzystających bezpośrednio z samochodów. Wprowadzenie jednolitego systemu poboru opłat – zwłaszcza z wykorzystaniem GPS czy Galileo – umożliwi docelowo rewolucję w finansowaniu infrastruktury drogowej (np. przez wprowadzenie potrzebnego do zarządzania transportem w miastach myta). Bo dokładne śledzenie pojazdów pozwoli na wprowadzenie opłat drogowych za rzeczywiście przejechane kilometry i dokładny podział pomiędzy poszczególnych właścicieli dróg (państwo, województwa, gminy, prywatnych koncesjonariuszy itp.). W przyszłości pozwoli nawet na częściową prywatyzację sieci drogowej – przedsiębiorstwa na własne ryzyko będą mogły budować drogi i rozliczać się z użytkownikami według własnych stawek i rzeczywiście przejechanych kilometrów. System ten będzie


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

więc o wiele bardziej przejrzysty niż obecny. Co ciekawe, system poboru opłat bazujący na monitoringu satelitarnym (tzw. GPS-pay)

Polski transport na rozdrożu – Michał Beim

cieszy się zdecydowanym poparciem najbardziej liberalnych środowisk, w tym Janusza Korwin-Mikkego5.

5 J. Korwin-Mikke, „Liczniki”, wpis na blogu z 20 listopada 2007 r. http://korwin-mikke.blog.onet.pl/Liczniki,2,ID268013778,n (podobne stanowisko wyrażone zostało również na innych wpisach powyższego blogu).

63 63


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Kolej nie po drodze Rozważań o polskim systemie transportowym nie można prowadzić bez analizy stanu naszej kolei. Na całym świecie sprawnie działająca kolej jest największym odciążeniem dla transportu drogowego. W Polsce, w obliczu zapaści transportu rzecznego oraz wysokich kosztów i coraz większych uciążliwości w transporcie lotniczym, kolej jest właściwie jedyną alternatywą dla podróży samochodem. Jednak nasze koleje, niestety, znajdują się od początku transformacji na równi pochyłej. Problemy dotyczą zarówno transportu pasażerskiego, jak i towarowego. W tym ostatnim segmencie sytuację ratuje stosunkowo duże otwarcie na konkurencję, która przejęła od byłego państwowego monopolisty ponad jedną czwartą rynku6. I gdyby nie prywatni przewoźnicy, węgiel do Szczecina byłby zapewne dowożony ciężarówkami, co pogarszałoby i tak trudne warunki na polskich drogach. Średnia prędkość przewozów towarowych wynosząca nieco ponad 20 km/h właściwie uniemożliwia transport czegokolwiek poza surowcami masowymi. Trudno sobie wyobrazić, że mogłaby być to realna konkurencja dla przewozu drogowego bardziej zaawansowanych produktów. Nawet jednak w transporcie surowców pojawiają się problemy, o czym świadczą obawy przedstawicieli branży drogowej, czy kolej jest w stanie dostarczyć z Dolnego Śląska kruszywa pod budowę autostrad, gdy zgodnie z obietnicami rządu nastąpi na tym polu przyśpieszenie. Sytuacja w transporcie pasażerskim wygląda jeszcze gorzej. Wprawdzie zgodnie ze statystykami, od 2009 roku Polska ma jeden z najbardziej zliberalizowanych rynków kolejowych w Europie – blisko dwie trzecie

6 Urząd Transportu Kolejowego, „Wstępna ocena funkcjonowania rynku transportu kolejowego oraz bezpieczeństwa ruchu kolejowego w Polsce za 2008 rok”, Warszawa 2009.

64

przewozów świadczonych jest przez spółki spoza państwowego holdingu. Jest to jednak w dużej mierze efekt zabiegu statystycznego wynikającego z przekazania udziałów w PKP Przewozy Regionalne samorządom wojewódzkim. Pomijając koleje wąskotorowe, przewozy pasażerskie świadczy właściwie tylko jeden przewoźnik nie będący własnością sektora publicznego – konsorcjum PCC-Arriva. Choć powołanie każdego nowego przewoźnika przez samorząd lub przejęcie udziałów od PKP SA skutkuje poprawą losu pasażerów, to jednak sytuacja braku realnej konkurencji na rynku kolejowych przewozów pasażerskich skutkuje wysokimi cenami usług, starym taborem i brakiem dostosowania rozkładów do potrzeb podróżnych. Przedsmak korzyści płynących z konkurencji pasażerowie mogli odczuć na niektórych trasach – tam, gdzie zaistniała konkurencja pomiędzy samorządowymi Przewozami Regionalnymi oferującymi połączenia InterREGIO a państwową spółką PKP Intercity oferującą pociągi Express Intercity oraz Tanie Linie Kolejowe. Ceny, które wcześniej były według zapewnień spółki PKP Intercity nie do obniżenia, gwałtownie spadły. Natomiast pasażerowie TLK doczekali się wreszcie znacznie lepszego taboru. Poza władzami holdingu PKP jedynym zmartwionym zaistniałą na skutek liberalizacji sytuacją był prof. Juliusz Engelhardt, wiceminister infrastruktury odpowiedzialny za kolej w mieniącym się liberalnym rządzie Donalda Tuska7. Dopuszczenie do rynku przewozów pasażerskich konkurencji to kwestia polityczna: woli rządu i właściwiej obsady stanowisk kierowniczych w Urzędzie Transportu Kolejowego. Osiągnąć to można odpowiednimi decyzjami stosunkowo szybko. Świadczy o tym analogiczna sytuacja, jaka miała miejsce na 7 A. Stefańska, „Minister oskarża samorządowe koleje o szkodzenie Intercity”, „Rzeczpospolita On Line”, 20 sierpnia 2009, http://www.rp.pl/artykul/5,351362.html


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

rynku telekomunikacyjnym przed objęciem władzy w urzędzie odpowiedzialnym za regulację rynku przez Annę Streżyńską i po nim. Główną barierą rozwoju pozostaje jednak fatalny stan infrastruktury. To ze względu na to polskie expressy Intercity osiągają średnią prędkość porównywalną z najszybszymi niemieckimi pociągami... regionalnymi. W momencie rozpoczęcia transformacji ustrojowej Polska miała 26 200 km torów, przez blisko dwie dekady liczba ta została zredukowana do 20 200 km8. Likwidacja linii kolejowych jest jednym z oblicz bardziej złożonego problemu – kwestii utrzymania torowisk. Tylko na ok. 5 proc. długości polskich linii kolejowych pociągi mogą rozwijać prędkość 160 km/h. Na 15 proc. długości sieci pociągi mogą rozwijać prędkość w przedziale 120-160 km/h.

Polski transport na rozdrożu – Michał Beim

dostarczane na polski rynek wagony dwupoziomowe produkcji Bombardiera czy zespoły elektryczne Stadler Flirt są przystosowane do rozwijania tej prędkości. Wprawdzie na przeszkodzie stoją również polskie przepisy nakazujące prowadzenie pociągu przez dwóch maszynistów w sytuacji, gdy rozwija on prędkość wyższą niż 130 km/h, to jednak i one przy odpowiedniej woli politycznej mogą zostać łatwo zmienione. W Niemczech do prowadzenia składu ICE z prędkością 300 km/h wystarcza jeden maszynista, a z tego powodu nie nastąpił żaden wpadek. Należy więc spodziewać się, że przewoźnicy regionalni, chociażby chcąc wykorzystać pełnię możliwości posiadanego taboru, coraz częściej domagać się będą poprawy stanu infrastruktury, za dostęp do której ponoszą niemałe opłaty.

W momencie rozpoczęcia transformacji ustrojowej Polska miała 26 200 km torów, przez blisko dwie dekady liczba ta została zredukowana do 20 200 km. Likwidacja linii kolejowych jest jednym z oblicz bardziej złożonego problemu – kwestii utrzymania torowisk. Tylko na ok. 5 proc. długości polskich linii kolejowych pociągi mogą rozwijać prędkość 160 km/h. Na 15 proc. długości sieci pociągi mogą rozwijać prędkość w przedziale 120-160 km/h

Dodatkowo, bogaty wykaz ostrzeżeń stałych (miejscowych ograniczeń prędkości w ruchu pociągów na krótkich odcinkach, np. przejazd przez most, zwrotnicę itp.) powoduje, że realna możliwość korzystania z dobrodziejstw wyższych prędkości jest jeszcze mniejsza. Należy przy tym nadmienić, że choć dawniej prędkość 160 km/h była zarezerwowana dla pociągów dalekobieżnych z najwyższej półki, obecnie stanowi ona zachodnioeuropejski standard w przewozach regionalnych. Nawet

8

Dane wg roczników statystycznych GUS.

Tematem numer jeden stała się jednak budowa kolei dużych prędkości między Warszawą, Łodzią, Kaliszem/Ostrowem Wielkopolskim a Poznaniem i Warszawą, którą ze względu na przebieg trasy nazwano „Y”. Według wstępnych założeń, pociągi na tej trasie mają rozwijać prędkość do 350 km/h. Koszt inwestycji ma się zamknąć, wraz z zakupem taboru, w 29 mld zł, z czego ok. 27 mld zł ma być przeznaczone na budowę trasy wraz z otaczającą infrastrukturą. Podobnie jak w przypadku autostrad, państwo chce rozpoczą�� bardzo kosztowną inwestycję poprawiającą warunki podróżowania tylko na

65


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

najważniejszych kierunkach, powoli podnosząc standard pozostałej infrastruktury kolejowej. Wprawdzie oficjalne statystyki pokazują, że skorzysta na tym cała Polska, np. jadący ze Szczecina do Przemyśla, ale w rzeczywistości taka podróż wiązać się będzie przynajmniej z dwoma przesiadkami – z klasycznych pociągów na pociągi wysokich prędkości, a następ-

i Gdańsk – Warszawa – Kraków/Katowice), 160 km/h na pozostałych połączeniach między najważniejszymi miastami Polski oraz na 120 km/h (pomijając ograniczenia wynikające z topografii) na pozostałych trasach kolejowych, równocześnie rezerwując w planach zagospodarowania przestrzennego tereny pod przyszłą inwestycję. Władze chcą jednak

Transport aglomeracyjny jest zawieszony w swoistej politycznej próżni – gminy organizują transport publiczny właściwie tylko na swoim obszarze, powiaty nie mają tego w zakresie swoich obowiązków, a województwa, na których ciąży obowiązek zapewnienia transportu regionalnego (zwłaszcza szynowego), są zadaniom aglomeracyjnym niechętne, aby nie zostać posądzonym, że wspierają finansowo głównie najbogatsze obszary – stolice województw

nie znów na klasyczne pociągi, co w zwłaszcza w polskich warunkach może oznaczać znaczące wydłużenie czasu przejazdów. Przyczyną są wysokie koszty nowoczesnego taboru osiągającego prędkość 350 km/h. Przewoźnicy, przynajmniej w pierwszej fazie działania systemu kolei dużych prędkości, będą więc ograniczać trasy tego taboru tylko do linii, gdzie pełnia jego możliwości zostanie wykorzystana. Nie można przy tym czynić analogii między autostradami a trasami kolejowymi dużych prędkości, gdyż praktycznie każdy samochód jest w stanie osiągnąć maksymalną dozwoloną prędkość na autostradach (130 km/h), natomiast aby pociągi mogły jeździć 350 km/h, potrzeba bardzo zaawansowanego technologicznie taboru. Polska w bliższej lub dalszej przyszłości nie uniknie kolei dużych prędkości. Jednak przy obecnej dekapitalizacji infrastruktury kolejowej należałoby się skupić na jej systematycznej odnowie i dostosowaniu do standardów: 200 km/h na najważniejszych magistralach (Berlin – Poznań – Warszawa

66

zrealizować projekt kolei dużych prędkości do 2020 roku, jednocześnie rozmydlając plan odnowy pozostałych tras kolejowych, zwłaszcza tych o znaczeniu regionalnym i lokalnym. Niemieckie czy francuskie koleje dużych prędkości nie osiągnęłyby nigdy swojego sukcesu bez sprawnie działających – dowożących pasażerów – kolei regionalnych czy aglomeracyjnych. Polska próbuje jednak iść własną – niestety, niezbyt przemyślaną – ścieżką rozwoju. Aglomeracje w próżni Obsługa transportowa aglomeracji jest osobnym zagadnieniem. Transport publiczny w polskich aglomeracjach potrzebuje szczególnego wsparcia finansowego. W obecnej sytuacji zazwyczaj stosunkowo zamożne miasto centralne stać na zapewnienie w miarę godziwych połączeń tramwajowych i autobusowych w granicach administracyjnych, natomiast dynamicznie rozrastające się gminy podmiejskie nie mogą sobie pozwolić na sfinansowanie swoim mieszkańcom nawet namiastki sprawnego transportu


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

publicznego. Traci na tym przede wszystkim miasto centralne, gdyż popada w coraz większe przeciążenie motoryzacyjne. Rozszerzenie sprawnego systemu transportu publicznego poza miasto centralne byłoby z korzyścią i dla tego miasta, i dla okolicznych gmin (np. dzięki obniżeniu kosztów utrzymania i rozbudowy infrastruktury drogowej oraz poprawie warunków życia), ale obecne przepisy nie pozwalają na dotowanie sąsiednich gmin. Rozwiązaniem mogłyby być mechanizmy finansowania transportu publicznego w takich obszarach ze środków budżetu centralnego. Obserwując jednak przebieg prac nad tzw. ustawą metropolitalną, można mieć obawy, że skończy się to na powołaniu kolejnego szczebla samorządów, pomijając zapewnienie realnych instrumentów finansowych. Obecnie rozwój transportu publicznego w miastach jest wspierany pieniędzmi europejskimi. W kolejnych okresach programowania – wraz ze wzrostem zamożności kraju – udział tych pieniędzy będzie malał. Należałoby więc w porę pomyśleć o mechanizmach wspierania miast ze szczególnym uwzględnieniem środków na wspieranie transportu publicznego w aglomeracjach. Jak narazie transport aglomeracyjny jest zawieszony w swoistej politycznej próżni – gminy organizują transport publiczny właściwie tylko na swoim obszarze, powiaty nie mają tego w zakresie swoich obowiązków, a województwa, na których ciąży obowiązek zapewnienia transportu regionalnego (zwłaszcza szynowego), są zadaniom aglomeracyjnym niechętne, aby nie zostać posądzonym, że wspierają finansowo głównie najbogatsze obszary – stolice województw. Podsumowanie Bardzo źle się stało, że Polska nie potrafiła w okresie przemian ustrojowych zdobyć się na szeroką debatę o realnej polityce transportowej państwa, zawężając działania do kilku lub kilkunastu dość wąskich programów. Transport

Polski transport na rozdrożu – Michał Beim

jest przez to postrzegany jako luźny zbiór poszczególnych sposobów przemieszczania się, a nie spójny system, który zgodnie z konstytucyjną zasadą zrównoważonego rozwoju powinien zapewniać rozwój gospodarczy, godząc potrzeby społeczne z ochroną środowiska. Efektem takiego podejścia jest prymat wielkich projektów infrastrukturalnych (budowa autostrad i kolei dużych prędkości) nad mniejszymi, mniej medialnymi, ale rozwiązującymi kluczowe problemy działaniami. Nasuwa to pewne skojarzenia z wielkimi dziełami socjalizmu, których szczyt przypadał na rządy Edwarda Gierka. Władze, zbliżając się dość dużymi krokami do półmetka programu budowy autostrad (biorąc pod uwagę długość planowanej sieci), powinny dokonać jego weryfikacji i zwrócić większą uwagę na pozostałe problemy transportowe kraju. W skrajnej sytuacji, największe miasta zostaną połączone siecią wysokiej jakości autostrad, podczas gdy mniejsze miejscowości nadal będą doświadczać uciążliwości związanych z tranzytem, a dojazd do nich będzie wiązał się z wieloma utrudnieniami. Sytuacja taka doprowadzi do niebezpiecznej polaryzacji potencjału rozwojowego kraju – do podziału na metropolie posiadające wysoką dostępność transportową oraz na zmarginalizowanie pozostałych obszarów. Rzetelna analiza mogłaby być wskazówką, czy rozpoczynać kolejne wielkie programy: budowy dróg ekspresowych lub kolei wysokich prędkości (tzw. „Y”), czy też skupić się na systematycznej poprawie istniejącej infrastruktury drogowej i kolejowej oraz – kto wie – może również żeglugi śródlądowej. MICHAŁ BEIM (ur. 1979) – adiunkt w Instytucie Geografii Społeczno-Ekonomicznej i Gospodarki Przestrzennej UAM w Poznaniu, stypendysta Fundacji Humboldta na Uniwersytecie w Kaiserslautern, ekspert Instytutu Sobieskiego. Wiceprezes poznańskiego Stowarzyszenia „Sekcja Rowerzystów Miejskich”.

67


Kastracja (petro)chemiczna DOMINIK SMYRGAŁA

Jeśli Gazociągi Północny i Południowy zostaną sfinalizowane, uścisk Rosji i Niemiec zmieni Europę Środkowo-Wschodnią z powrotem w terytorium zależne. Z tą różnicą, że tym razem hegemonów będzie dwóch. Chcąc uniknąć zamknięcia w energetycznych kleszczach, musimy na gruzach postkolonialnej infrastruktury przesyłowej zbudować nową, podporządkowaną zapewnieniu narodowego bezpieczeństwa.

68


W chwili, gdy powstaje ten tekst, polski rząd podpisał w końcu z Rosją umowy na dostawy gazu ziemnego, ale w dalszym ciągu nie do końca wiadomo, na jakich warunkach. Nie jest jasne, czy ostatecznie wyrugowano z Rurociągu Jamalskiego EuroPolGaz, w wyniku czego Gazprom objąłby 50 proc. udziałów w polskim odcinku tegoż szlaku przesyłowego, co umożliwiłoby mu blokowanie niekorzystnych dlań (czytaj: zgodnych z polskim interesem narodowym) rozwiązań1. Kontrakt podpisano na 27 lat. A w tym samym czasie w mediach pojawiły się informacje, że polskie złoża tzw. gazu łupkowego mogą liczyć nawet 1,5-3 biliony metrów sześciennych, co gwarantowałoby nam 100-200 lat samowystarczalności. Zatem w momencie, gdy ujrzeliśmy jutrzenkę energetycznej niezależności, rząd zafundował nam pogłębienie i przedłużenie zależności od jednego dostawcy na prawie trzy dekady.

Niedościgniony towarzysz sekretarz Ma to bardzo konkretny wymiar finansowy. Bo na mocy porozumienia będziemy musieli kupować 10,3 mld metrów sześciennych gazu przez 27 lat, co daje w sumie 270 mld metrów sześciennych.. Przyjmując optymistycznie, że zapłacimy niewygórowaną cenę 200 dolarów za 1000 metrów sześciennych, każdego roku wydamy na ten cel 2 mld USD. W sumie 54 mld2. Oczywiście,

1 W chwili oddawania tekstu do druku trwa przerwa w Walnym Zebraniu Akcjonariuszy EuroPolGazu, która ma za zadanie oficjalnie usunąć z grona właścicieli spółkę Gaz Trading, co oznacza podział udziałów w spółce między PGNiG i Gazprom w proporcjach po 50%, co w praktyce będzie miało ten sam efekt, jak scenariusz przewidziany w tekście. 2 Zadłużenie Gazpromu z tytułu nieuiszczania opłat przesyłowych ma zostać spłacone poprzez „korzystniejsze warunki cenowe”. Problem w tym, że nikt do końca nie wie, ile ono wynosi – w informacjach medialnych mamy

cena docelowa może być znacznie niższa (ok. 100-150 USD kosztuje w tej chwili 1000 metrów sześciennych w transakcjach typu spot w gazoportach na zachodzie Europy), ale może i znacznie poszybować w górę. Pewnie tak się nie stanie (o czym niżej), ale nie można i tej drugiej ewentualności wykluczyć3. Jednocześnie Rosjanie, jak co roku w środku zimy, zaczęli dopatrywać się nieprawidłowości w płatnościach za surowce energetyczne ze strony byłych republik sowieckich lub stwierdzać, że są za niskie. W zeszłym roku ćwiczyli Ukraińców, w tym Białorusinów. Oczywiście nikt nie ma prawa zmuszać Rosjan do subsydiowania przemysłu innych krajów tanimi dostawami ropy i gazu. Ale, dziwnym trafem, problemy z płatnościami występują zawsze zimą. A na skutek skomplikowanych formuł cenowych rzekomo „tanie” surowce często okazują się droższe niż te kupowane z innych kierunków (vide: zeszłoroczny kryzys gazowy na Ukrainie)4. Za to, że w tych trudnych warunkach Polska ma jeszcze jakiekolwiek pole manewru, Donald Tusk i Waldemar Pawlak codziennie powinni zamawiać mszę św. za duszę Edwarda Gierka. Tylko dzięki niemu udział gazu w bilansie energetycznym jest niewielki, a poprzez gdański Naftoport ewentualnie

rozrzut od 80 do 400 mln USD. Przy ogromnych kwotach, o których mowa w porozumieniu, nawet ta druga wartość będzie miała znikome znaczenie. 3 „Gazowy kompromis kończy negocjacje”, „Rzeczpospolita”, 28 stycznia 2010; „Jest gazowy sukces, będą ojcowie”, „Rzeczpospolita”, 28 stycznia 2010; http://www. rp.pl/artykul/2,425936_Nowy_sposob_na_szukanie_ gazu_.html (data pobrania: 29 stycznia 2010 r.). 4 Russia and Belarus sign a new gas deal, „EastWeek”, 1 (66), 4 stycznia 2007; Russia stops oil transit through the Druzhba pipeline, „EastWeek”, 2 (67), 10 stycznia 2007, Russia: Transneft to stop transiting oil via Belarus, „EastWeek” 6 (71), 8 lutego 2007; Ł. Antas, M. Bocian, „Kryzys gazowy paraliżuje Europę Środkową i Bałkany”, „BEST” 2 (77), 14 stycznia 2009.

69


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

obcięty przesył rurociągowy ropy możemy uzupełnić dostawami z morza. A mówiąc poważnie, to straszliwy paradoks, że przez dwadzieścia lat istnienia wolnej Polski zrobiono dla bezpieczeństwa energetycznego mniej, niż zrobił I sekretarz wasalnego komunistycznego reżimu prawie cztery dekady temu. Jednocześnie, kolejne uśmiechy przeplatane marsowymi minami w wykonaniu premiera Tuska coraz bardziej przypominają orkiestrę grającą na tonącym „Titaniku”. Jest źle, ale rzekomo nie beznadziejnie – próbuje nas przekonać kapitan. Jednak brutalna prawda jest taka, że polska infrastruktura przesyłu nośników energii ma charakter postkolonialny i dotąd nie udało się tego problemu rozwiązać. Budowane „za komuny” rurociągi naftowe i gazowe

70


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

nie miały służyć zaspokojeniu realnych potrzeb Polski, a stworzyć rynek zbytu dla surowców sowieckich, przy jednoczesnym zapewnieniu kontroli szlaków przesyłowych przez imperium. Co więcej, nawet jeśli w poszczególnych państwach zależnych od Moskwy powstawał jakiś lokalny przemysł, to przecież centralnie planowane gospodarki tychże nie miały na celu autonomicznego rozwoju – wszelka produkcja miała być podporządkowana potrzebom całego Bloku. Oznaczało to zatem produkcję komplementarną do produkcji sowieckiej. Efekt? Wszystkie rury prowadziły do Moskwy. Nie istniały połączenia między złożami a odbiorcami

Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

Zapłacić haracz przelewem Ale jest wyjście z tej trudnej sytuacji. Azerom i Gruzinom udało się zbudować rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan, omijający terytorium Rosji. A Kazachstanowi, przy wydatnym wsparciu zachodnich koncernów – ropociąg Kaspijskiego Konsorcjum Rurociągów (rosyjski akronim KTK, angielski CPC), jedyny prywatny rurociąg biegnący przez terytorium Rosji i cieszący się względną autonomią. Po stronie ukraińskiej powstał projekt Odessa-Brody, który ciągle daje cień szansy na przedłużenie go do Gdańska – i stworzenie kolejnego alternatywnego dla rosyjskiego systemu przesyłowego szlaku importu ropy6.

Podczas gdy w Polsce debata toczy się wokół tego, czy (jak tego chce poseł Janusz Palikot) na twarzy Grzegorza Schetyny pojawi się krew i sperma oraz czy symbolem dwudziestu lat postkomunistycznej Warszawy jest klub Le Madame, w naszym otoczeniu geopolitycznym dochodzi do radykalnej zmiany sytuacji strategicznej omijające teren sukcesorki ZSRS Federacji Rosyjskiej. Regułą było, że kraje „demokracji ludowej” miały tylko jedno źródło zaopatrzenia w surowiec. Klasycznym przykładem jest „Przyjaźń” („Smycz” byłaby dużo bardziej odpowiednim określeniem) – największy na świecie system rurociągów łączących Syberię z Europą Środkowowschodnią. Z drugiej strony, załamanie się rynku wschodniego w wyniku rozpadu ZSRS pogłębiło problemy gospodarcze dawnych satelitów, ponieważ istniejący w nich przemysł stracił nagle sztucznie utworzony rynek zbytu5.

5 O niewydolności i nienaturalności komunistycznego systemu gospodarczego: W. Roszkowski, „Gospodarka. Wzrost i upadek systemu nakazoworozdzielczego”, Warszawa 2008; E. Wyciszkiewicz (red.), „Geopolityka rurociągów. Współzależność energetyczna a stosunki międzypaństwowe na obszarze postsowieckim”, Warszawa 2008.

Tymczasem w Polsce nie zrealizowano ani jednego tak wielkiego projektu infrastrukturalnego. Porównywalne pod względem skali są jedynie nowe nitki rurociągu „Przyjaźń” i Gazociągu Jamajskiego. Tyle że akurat te przedsięwzięcia mieszczą się w stworzonej przez Leszka Millera teorii „dywersyfikacji w ramach jednego kierunku zaopatrzenia”. Kierunku rosyjskiego, rzecz jasna. W myśl tej jakże nowatorskiej koncepcji biznesmen płacący haracz lokalnym gangsterom może się w podobny sposób od nich „wyzwolić”, zamieniając część płatność]ci w gotówce na przelew internetowy na konto tych samych bandytów. Samo sformułowanie narodziło się przy okazji najdonioślejszej chyba decyzji rządu Millera, jaką było zerwanie kontraktu na

6

„Geopolityka...”, dz. cyt.

71


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

budowę gazociągu po dnie Bałtyku ze Skandynawii. Gdyby projekt ten doszedł do skutku, dziś Gazprom musiałby pewnie zabiegać o zgodę PGNiG na sprzedaż zwiększonego wolumenu gazu do Polski. Nie byłby monopolistą i musiałby oferować konkurencyjne warunki. Co więcej, budowa Gazociągu Północnego byłaby znacznie trudniejsza, jeśli nie niemożliwa, bo musiałby on przecinać Amber/Skanled (Amber to nazwa odcinka

Sprawa gazoportu postępuje przynajmniej od strony załatwiania formalności, choć pojawiło się wspomniane zagrożenie związane z gazociągiem Nordstream. To wszystko jednak rozpaczliwie mało. Walka o ropę Na świecie toczy się bowiem bezpardonowa walka o nowe złoża i dostęp do nich. Budowane są na wielką skalę terminale

Jednym z głównych celów rosyjskiej polityki jest przejęcie całkowitej kontroli nad eksportem surowców energetycznych z terytorium Rosji (czyli także sprowadzanych z innych państw i reeksportowanych) tak, aby uczynić z nich narzędzie geoekonomiczne – czyli rodzaj „broni ekonomicznej”, wykorzystywanej w rywalizacji międzynarodowej. W praktyce oznacza to przejmowanie infrastruktury przesyłowej na terenie innych państw i omijanie państw-pośredników, które Moskwa uznaje za niewygodne dla siebie

rurociągu Skanled, który musiałby zostać dobudowany), już leżący na dnie Bałtyku! Nie musielibyśmy się także martwić tym, że Nordstream spłyca tor wodny prowadzący do portów w Szczecinie i Świnoujściu, co może pogrzebać plany budowy gazoportu, o konsekwencjach dla handlu morskiego i żeglugi nie wspominając. Aby oddać sprawiedliwość rządom III RP, trzeba przyznać, że niekiedy pojawiały się koncepcje dywersyfikacyjne. W pierwszej kolejności był to wspomniany Skanled. Rząd Jerzego Buzka podpisał już przecież kontrakt z Norwegią. Po utracie władzy przez SLD w 2005 roku nastąpiło pewne ocknięcie z marazmu i wygląda na to, że dwa projekty dywersyfikacyjne być może się udać zrealizować: budowę gazoportu w Świnoujściu (o ile wcześniej rząd „premiera wszystkich Polaków” nie zadusi kraju gazem rosyjskim) i rozbudowę Naftoportu w Gdańsku. Ta druga inwestycja jest już poważnie zaawansowana.

72

naftowe i gazowe, a także wiele nowych rurociągów7. Podczas gdy w Polsce debata toczy się wokół tego, czy (jak tego chce poseł Janusz Palikot) na twarzy Grzegorza Schetyny pojawi się krew i sperma oraz czy symbolem dwudziestu lat postkomunistycznej Warszawy jest klub Le Madame, w naszym otoczeniu geopolitycznym dochodzi do radykalnej zmiany sytuacji strategicznej. Zamykają się możliwości poszukiwania alternatywnych źródeł zaopatrzenia na Kaukazie i w Azji Centralnej – być może nawet już to się stało. Latem 2008 roku podczas wojny w Gruzji wojska rosyjskie oprócz „wyzwolenia” Abchazji i Osetii od gruzińskiej „okupacji”

7 http://www.polskielng.pl/nc/terminal-lng-w-polsce. html (3 lutego 2010); informacje o powstających rurociągach naftowych i gazowych można znaleźć w wielu miejscach na stronie poświęconej transportowi ropy i gazu Oil and Gas Journal http://www.ogj.com/index/transportation.html.


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

nie omieszkały również uwolnić Gruzji od jej potencjału eksportu ropy naftowej. Rosjanie zdewastowali terminale naftowe nad Morzem Czarnym, zaminowali linie kolejowe, którymi dostarczana była azerska ropa, i unieruchomili ropociąg Baku-Tbilisi-Supsa, który miał być jednym ze źródeł zaopatrzenia dla projektu Odessa-Brody-Gdańsk. Odcięcie importu z kierunku kaukaskiego w praktyce oznacza monopolizację przez Rosję szlaków przesyłowych z Azji Centralnej. Jedyną alternatywą dla rurociągów prowadzących przez jej terytorium w praktyce mógłby być tylko Iran. Jednak nawet jeśli doszłoby do stabilizacji sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie i taki szlak tranzytowy zostałby otwarty, to transportowane nim surowce z pewnością w pierwszej kolejności trafiłyby na inne rynki. Zresztą, producenci surowców energetycznych z Azji Centralnej już poszukują wyjścia z izolacji i próbują zdywersyfikować swój eksport. Idzie im to o tyle łatwiej, że tuż obok mają sąsiada o ogromnych i ciągle rosnących potrzebach energetycznych – Chiny8. Jednocześnie kluczowi gracze podejmują intensywne wysiłki na rzecz zwiększania eksportu surowców energetycznych przez basen Morza Czarnego oraz stworzenie alternatywy dla przesyłu ropy i gazu na Zachód z ominięciem istniejącej infrastruktury. Szczególnie aktywni na tym polu są Rosjanie. Wpisuje się to w ich oficjalną doktrynę polityki zagranicznej, zgodnie z którą eksport surowców energetycznych w pierwszej kolejności musi być podporządkowany strategicznym celom państwa. Wprawdzie te koncepcje sięgają jeszcze czasów rządu Wiktora Czernomyrdina (1994-1999) i prezydentury Borysa Jelcyna, jednak intensyfikacja ich realizacji nastąpiła dopiero po objęciu

8 M. Falkowski, „Polityka Rosji na Kaukazie Południowym i w Azji Centralnej”, Zeszyty OSW, nr 23, czerwiec 2006.

Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

władzy przez prezydenta Władimira Putina. Jednym z głównych celów rosyjskiej polityki jest przejęcie całkowitej kontroli nad eksportem surowców energetycznych z terytorium Rosji (czyli także sprowadzanych z innych państw i reeksportowanych) tak, aby uczynić z nich narzędzie geoekonomiczne – czyli rodzaj „broni ekonomicznej”, wykorzystywanej w rywalizacji międzynarodowej9. W praktyce oznacza to przejmowanie infrastruktury przesyłowej na terenie innych państw i omijanie państw-pośredników, które Moskwa uznaje za niewygodne dla siebie. Co to oznacza dla Polski? Otóż może to spowodować zmniejszenie lub wręcz przerwanie przesyłu ropy naftowej przez terytorium naszego kraju. Rosjanie mogą nawet doprowadzić do sytuacji, w której będą mogli bez obaw zamknąć biegnącą przez Polskę północną nitkę rurociągu „Przyjaźń”. Jej przepustowość wynosi ok. 50 mln ton ropy rocznie. Tymczasem nasi wschodni sąsiedzi budują nowy ropociąg do terminalu morskiego w Primorsku (BTS-2 obok istniejącego już BTS-1) i podwajają jego zdolności załadunkowe z ok. 75 do 150 mln ton. Zabiegają zarazem o rewers (odwrócenie kierunku) przesyłu pojugosłowiańskim rurociągiem Adria. W ten sposób południowa nitka „Przyjaźni” pobiegnie nie tylko na Węgry, ale też do chorwackiego terminalu Omišalj, przez co Rosja uzyska przyczółek nad Adriatykiem. Sam Omišalj przestanie więc być terminalem importowym, a zacznie eksportować rosyjski surowiec. 9 E. Luttwak, „From Geopolitics to Geo-Economics: Logic of Conflict, Grammar of Commerce”, „The National Interest”, vol. 20, Summer 1990; P. Lorot, „De la géopolitique à la géoéconomie”, Géoéconomie, n° 1, 1997; W. Konończuk, „«Sprawa Jukosu»: przyczyny i konsekwencje”, Prace OSW, sierpień 2006; I. Wiśniewska, „«Niewidzialna ręka… Kremla». Kapitalizm państwowy po rosyjsku”, luty 2007. „Ekspansja Gazpromu w Europie. Dominacja czy kooperacja?”, Raport OSW, 15 października 2009.

73


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Zarazem, pod auspicjami Unii Europejskiej powstaje rurociąg Konstanca-Triest (planowana przepustowość 60-100 mln ton) do eksportu rosyjskiej i kazachskiej ropy, którego boczna nitka również ma docierać do chorwackiego portu. Budowane są dwa kolejne ropociągi z Burgas w Bułgarii do Vlore w Albanii (AMBO, 35 mln ton przepustowości) i do Alexandroupolis w Grecji (BAP, 35 mln ton przepustowości), a przez terytorium Turcji – z Samsun do Ceyhan (TAOP, 75 mln ton). Ten pierwszy jest wprawdzie inwestycją amerykańsko-albańsko-macedońsko-bułgarską, ale transportowany nim surowiec ma pochodzić z Kazachstanu i Rosji. 29 grudnia 2009 roku premier Putin dokonał otwarcia rurociągu dalekowschodniego ESPO (15, docelowo 80 mln ton), którym ropa popłynie do Chin i Japonii. Wydolność tych budowanych obecnie połączeń z nawiązką przewyższa cały dzisiejszy eksport ropy z Rosji (według różnych źródeł, 260-360 mln ton). Oznacza to, że Moskwa będzie mogła w praktyce dowolnie żonglować kierunkami przesyłu. W tym również odciąć od dostaw drogą lądową Polskę10. Tę okoliczność zauważył wreszcie ostatnio prezes Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych Robert Soszyński, stwierdzając w wypowiedzi dla PAP, że los „Przyjaźni” rozstrzygnie się w ciągu trzech lat. Wykazał się wprawdzie przy tym niebagatelnym optymizmem, kiedy mówił, że budowa BTS-2 nie oznacza końca „Przyjaźni”, bo „gdyby transport rosyjskiej ropy z portów bałtyckich był bardziej opłacalny niż Przyjaźń, to polskie i niemieckie rafinerie już dziś by go stamtąd odbierały”. Byłoby dobrze, gdyby prezes strategicznej

10 h t t p : / / w w w . o g j . c o m / i n d e x / a r t i c l e - d i splay/6401683424/articles/oil-gas-journal/transportation-2/pipelines/construction/2009/12/putin-launches_ first/QP129867/cmpid=EnlPipelineJanuary252010.html (data pobrania: 29 stycznia 2010).

74

z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju firmy zapoznał się z oficjalnymi dokumentami rosyjskiej polityki zagranicznej. Zapewne zwróciłby wtedy uwagę na to, że to nie zysk gospodarczy jest nadrzędnym celem rosyjskiej polityki energetycznej. Wprawdzie gierkowski Naftoport chroni nas przed całkowitym przerwaniem dostaw, ale niewątpliwie w wypadku odcięcia dostaw z Rosji ceny paliw nad Wisłą poszybowałyby w górę11. W gazowych kleszczach Jeszcze poważniej sytuacja wygląda w przypadku gazu ziemnego. Nie mamy, jak narazie, terminalu do regazyfikacji gazu skroplonego transportowanego morzem. W tym samym czasie Rosjanie i ich zachodni partnerzy (szczególnie jeden) brną w nieefektywne i nieopłacalne gospodarczo przedsięwzięcia, takie jak gazociągi Nordstream (po dnie Bałtyku) i Southstream (po dnie Morza Czarnego), po to tylko, aby pozbyć się pośrednictwa byłych republik sowieckich i Polski. Samo konsorcjum budujące Gazociąg Północny ocenia, że inwestycja kosztować będzie co najmniej 7,4 mld EUR. To wyliczenie optymistyczne, bo są i takie wyceny, które mówią o 12 mld. Tymczasem zbudowanie drugiej nitki gazociągu jamajskiego to szacunkowy koszt rzędu 3 mld EUR. Co więcej, prawdopodobnie w ramach cięcia kosztów zdecydowano, że cały liczący sobie ponad 1200 km podmorski odcinek Nordstreamu będzie obsługiwany tylko przez jedną gigantyczną tłocznię w Rosji. Budowa gazociągu na lądzie pozwalałaby na rozmieszczanie mniejszych tłoczni w regularnych 150-200 km odstępach.

11 http://www.wnp.pl/wiadomosci/pern-w-ciagu-trzechlat-poznamy-los-ropociagu-przyjazn,99911_1_0_0_0_2. html (data pobrania: 29 stycznia 2010).


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

Gazprom nie ujawnił kosztów tej inwestycji, co sugeruje, że jest ona nader kosztowna i skomplikowana12. Budowa obu gazociągów to zarazem potężne przedsięwzięcie techniczne, gdzie kładzenie rur po morskim dnie wśród zatopionych składów amunicji i broni gazowej wcale nie jest najtrudniejszą częścią. Dużo bardziej skomplikowane jest zbudowanie wspomnianych tłoczni zdolnych pompować gaz z odpowiednim ciśnieniem na tak długich odcinkach. Mimo to Niemcy i Rosja chcą budować Nordstream. Jeśli Gazociągi Północny i Południowy zostaną sfinalizowane, gazowy uścisk

Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

niezastąpione. Nic dziwnego, że nawet „The Wall Street Journal” nazwał projekt „rurociągiem Ribbentrop-Mołotow”13. Gdy zabraknie gazu To jednak tylko część obrazu polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Równie ciekawe – i nie mniej ważne – rzeczy dzieją się na tyłach frontu. Mianowicie, Rosjanie powoli zaczynają tracić kontrolę nad zasobami surowców, które uważali za własne. Bo ich polityczne wpływy w Azji Centralnej, stanowiącej strategiczny rezerwuar gazu i ropy znacznie słabną, a wraz z nimi topnieją

Samo konsorcjum budujące Gazociąg Północny ocenia, że inwestycja kosztować będzie co najmniej 7,4 mld EUR. To wyliczenie optymistyczne, bo są i takie wyceny, które mówią o 12 mld. Tymczasem zbudowanie drugiej nitki gazociągu jamajskiego to szacunkowy koszt rzędu 3 mld EUR Rosji i Niemiec zmieni Europę ŚrodkowoWschodnią z powrotem w terytorium zależne. Z tą różnicą, że tym razem hegemonów będzie dwóch. Szukając pocieszenia, zauważmy, że w stosunku do niedawnej przeszłości będziemy w nieco lepszej sytuacji, mając pewną możliwość lawirowania między nimi. Dla Ukrainy czy Białorusi, w których gaz ziemny jest jednym z najważniejszych nośników energii, skutki odczuwalne będą natychmiast. Inne kraje regionu, takie jak Polska, gdzie udział ropy naftowej i gazu ziemnego w bilansie energetycznym nie jest decydujący, doświadczą konsekwencji tylko trochę później, bowiem w dwóch strategicznych dziedzinach gospodarki: przemyśle chemicznym i transporcie, oba są właściwie

12 „Gazprom zaczął budowę gigantycznej tłoczni Nord Stream”, „Gazeta Wyborcza”, 18 stycznia 2010.

szanse na reeksport gazu turkmeńskiego i kazachskiego. Tymczasem Gazprom nieustannie kontraktuje eksport większych ilości gazu niż zostaje mu do sprzedania zagranicą po zaspokojeniu krajowego zapotrzebowania. Bardzo komplikuje to sytuację rosyjskiego giganta, który nie za każdym razem może już negocjować z pozycji siły. Przykład? Oto w drugiej połowie 2009 roku Turkmenistan na długo wstrzymał dostawy „błękitnego paliwa” do Rosji, jednocześnie finalizując budowę i otwierając gazociągi do Chin i Iranu. 13 A. Łoskot, „Bezpieczeństwo dostaw rosyjskiego gazu do UE – kwestia połączeń infrastrukturalnych”, Ośrodek Studiów Wschodnich, Warszawa, luty 2005; A. ŁoskotStrachota, „Rosyjski gaz dla Europy”, Ośrodek Studiów Wschodnich, Warszawa, październik 2006; E. Paszyc, „Gazprom w Europie – przyspieszenie ekspansji”, Ośrodek Studiów Wschodnich, Warszawa, luty 2007; A. Petersen, The Molotov-Ribbentrop Pipeline, „The Wall Street Journal”, 9 listopada 2009.

75


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

76

Uruchomienie połączenia z Dalekim Wschodem odbyło się z wielką pompą, a na oficjalnej ceremonii padły daleko idące deklaracje. Przykładowo, prezydent Uzbekistanu Isłam Karimow stwierdził, że gazowa magistrala środkowoazjatycka, którą gaz z Kazachstanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu jest wysyłany do Rosji, wymaga zastąpienia przez „inny projekt”. Wcześniej państwa środkowoazjatyckie ostentacyjnie opuszczały kolejne szczyty Wspólnoty Niepodległych Państw i utrudniały prace na forum sponsorowanego przez Moskwę paktu CSTO (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym), wyraźnie faworyzując Pekin we wzajemnych kontaktach handlowych. Nie ma w tym nic dziwnego. Chiny mają znacznie więcej do zaoferowania gospodarczo, a i ich potencjał ludnościowy mówi sam za siebie14. Tyle że to wcale nie jest dobre dla Polski. Niestety myślenie, że wszystko co złe dla Rosji jest dobre dla nas, zakorzeniło się bardzo głęboko. Przy wszystkich złych doświadczeniach z przeszłości, zachowując pamięć o niewoli i zbrodni, trzeba jednak zdobyć się na odrobinę realizmu. Wicepremier Pawlak ma oczywiście rację, kiedy mówi, że rosyjski gaz dobrze pali się w kuchenkach – problem w tym, że tego gazu może już wkrótce zabraknąć. Gazprom podpisuje bowiem na wielką skalę zawyżone kontrakty, które wobec kurczących się możliwości zakupu surowca w Azji i bardzo powolnym rozwoju infrastruktury wydobywczej są zagrożone. Ta polityka rosyjskiego giganta jest obliczona z jednej strony na monopolizację rynku w Europie Wschodniej i wzmocnienie pozycji w Europie Zachodniej, z drugiej zaś na umocnienie monopolu w eksporcie z obszaru postsowieckiego. Jednak któregoś dnia Gazprom

może zwyczajnie nie być w stanie się z tych kontraktów wywiązać. Wówczas będzie musiał wybierać, których zobowiązań dopełni, a których nie. Ciekawe, kto okaże się ważniejszym partnerem: niemiecki gigant E.ON, czy nasz PGNiG?

14 A. Jaroszewicz, „Gazociąg Turkmenistan-Chiny znacząco wzmacnia pozycję Chin w Azji Centralnej”, „Tydzień na Wschodzie”, nr 43(118), 16 grudnia 2009.

15 Dane statystyczne za: BP Statistical Review of World Energy June 2009, (workbook statistical_review_full_report_workbook_2009.xls.

Kto zbuduje fortyfikacje? Ktoś mógłby spytać, dlaczego kwestie związane z dostawami energii są tak ważne. Przecież do tej pory jakoś w Polsce nie było z tym problemów. Rzeczywiście, ale wiązało się to z jednej strony z naszym niedorozwojem gospodarczym oraz brakiem ambicji i możliwości bycia samodzielnym podmiotem politycznym z drugiej. Za PRL-u dostawy gazu i ropy nie były tak istotne, bo przemysł i transport państwa komunistycznego nie miały na nie wielkiego zapotrzebowania, a cały kraj „węglem stał”. Dopiero w okresie Gierkowskiej „wielkiej industrializacji” zużycie ropy przekroczyło 10 mln ton (w szczytowym momencie tego okresu osiągając 17 mln ton, aktualnie ok. 23 mln), zaś gazu ziemnego tylko przez krótki czas zużywaliśmy ok 10 mld m3 (obecnie ok. 14 mld). Ponadto Polska była satelitą ZSRS i siłą rzeczy nie mogła myśleć o budowie gospodarki narodowej15. Jednak wraz z transformacją sytuacja uległa zmianie. Bo próby osiągnięcia awansu cywilizacyjnego pociągają za sobą zwiększone zużycie energii i konieczność dywersyfikacji jej źródeł. We współczesnym świecie wysoki poziom rozwoju gospodarczego jest w dużym stopniu funkcją dostępu do taniej i pewnej energii. W efekcie, im silniejsze chce być państwo, a jego obywatele – zamożniejsi, tym bardziej wpadają w energetyczne uzależnienie. Stąd aby osiągać swoje cele polityczne, państwa bogate w surowce


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

często nie muszą się już uciekać do używania siły zbrojnej. Wystarczy bowiem odkręcanie i zakręcanie kurków, aby zadać przeciwnikowi porównywalne, jeśli nie większe straty gospodarcze niewielkim nakładem środków własnych. Po raz pierwszy świat przekonał się o tym podczas II wojny światowej, kiedy to chroniczny brak ropy naftowej dyktował Niemcom i Japonii samobójcze decyzje strategiczne (ofensywa stalingradzka, japoński atak na USA i Malaje). W roku 1973 roku w trakcie

Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

nakładami finansowymi, ale służy narodowemu bezpieczeństwu, w związku z czym nie może być oceniana według kryteriów czysto ekonomicznych. Jeśli chcemy uniknąć zamknięcia we wspomnianych energetycznych kleszczach, musimy na gruzach postkolonialnej infrastruktury przesyłowej zbudować nową, podporządkowaną zapewnieniu narodowego bezpieczeństwa. Jej głównymi elementami powinny być: gazoport, rozbudowany naftoport (a najlepiej po kilka z nich), rurociąg ze Skandynawii (Amber/Skanled,

Jeśli Gazociągi Północny i Południowy zostaną sfinalizowane, gazowy uścisk Rosji i Niemiec zmieni Europę Środkowo-Wschodnią z powrotem w terytorium zależne. Z tą różnicą, że tym razem hegemonów będzie dwóch

wojny Jom Kippur państwa arabskie wywołały światowy kryzys gospodarczy, wprowadzając embargo na handel ropą z Zachodem. Współcześnie właściwie co roku mamy do czynienia z naciskami Rosji na sąsiadów przy użyciu surowców energetycznych, dzięki którym Moskwa doprowadza do napięć politycznych i korzystnych dla siebie ustępstw. Przykładami mogą być stałe zwiększanie udziału właścicielskiego rosyjskich gigantów energetycznych w infrastrukturze przesyłowej Białorusi, wymuszanie coraz wyższych cen za surowce od Ukrainy, podpisywanie długoletnich kontraktów z Polską16. Obrona przed takimi naciskami możliwa jest jedynie poprzez budowę systemu przesyłowego, który w krytycznym momencie byłby zdolny dostarczać surowce z innego źródła. Tworzenie infrastruktury energetycznej można porównać do zbrojeń defensywnych i budowy fortyfikacji. Wiąże się z dużymi

16

Patrz: przypis nr 2.

bądź inny), drugi z basenu Morza Czarnego (projekt Odessa-Brody-Gdańsk) i udziały w złożach surowców na całym świecie, choćby na drugiej półkuli. Na świecie cały czas odkrywane są nowe złoża i rozwija się technologia pozwalająca wykorzystać wcześniej niedostępne pokłady. Jeśli wliczyć do rezerw surowca tzw. piaski oleiste, obficie występujące w stanie Alberta w Kanadzie i w tzw. pasie Orinoko w Wenezueli, to okazuje się, że tylko te dwa kraje mają większe zasoby ropy naftowej niż reszta świata, deklasując największego jej producenta – Arabię Saudyjską. Wynaleziona ostatnio w USA technologia pozyskiwania gazu ziemnego ze skał łupkowych w ciągu dwóch lat przekształciła ten kraj z importera w eksportera netto gazu ziemnego, co wywołało wielki niepokój w Moskwie. Ogromne są podmorskie złoża w Zatoce Meksykańskiej i na brazylijskim szelfie kontynentalnym. Do poważnych producentów ropy naftowej dołączyła ostatnio Gwinea Równikowa, a jeśli potwierdzą się wstępne badania, zostanie

77


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

nim także Ghana. Źródeł ropy w zachodniej Afryce (Sudan, Uganda) z powodzeniem szukają firmy chińskie. W gaz ziemny obfituje Archipelag Malajski, a w wielu państwach wydostaje się on na powierzchnię samorzutnie przy okazji wydobycia ropy naftowej. Tak jest na przykład w Ekwadorze i Wenezueli, która dopiero niedawno zaniechała praktyk jego wypalania (flarowania) i pozwoliła koncernowi Chevron na jego odzyskiwanie17. Sytuacja jest zatem dynamiczna i żadna rola nie jest nikomu przypisana raz na zawsze. Kto dziś w globalnym systemie energetycznym jest klientem, jutro może być magnatem i odwrotnie. Aby poprawić swoją pozycję trzeba jednak, oprócz szczęścia, mieć

17 Patrz: D. Smyrgała, „Dyplomacja naftowa wybranych państw Ameryki Łacińskiej na początku XXI wieku”, praca doktorska, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk (ISP PAN), Warszawa 2009; D. Smyrgała, „Dyplomacja naftowa wybranych państw Ameryki Łacińskiej na początku XXI wieku. Autoreferat pracy doktorskiej”, ISP PAN, Warszawa 2009; Ministry of Mines, Industry and Energy of Equatorial Guinea, www.equatorialoil.com; Ghana Oil Company Limited, www.ghanaoil.com; Stephanie Hansen, „China, Africa, and Oil”, Council of Foreign Relations, June 6, 2008.

78

sporo politycznego rozumu, czyli strategicznego myślenia i planowania w kategoriach narodowego dobra wspólnego. Kto go ma, nie czeka z założonymi rękami aż surowcowe imperium wymusi na nim

27-letnie uzależnienie energetyczne w formule „bierz albo płać”. Niestety, w kraju zdominowanym przez politykę miłości, sejmowych pajaców i słupki sondażowe trudno do tego kogokolwiek przekonać. Najprawdopodobniej, jak zazwyczaj, zmądrzejemy dopiero po szkodzie. Po


CO Z TĄ INFRASTRUKTURĄ?

Kastracja (petro)chemiczna – Dominik Smyrgała

tym, jak premier Tusk spełni mimochodem jedną ze swoich głośnych obietnic, choć w innej dziedzinie niż zapowiedział. Będzie nią chemiczna kastracja, tyle że nie pedofilów, a naszej gospodarki.

Tworzenie infrastruktury energetycznej można porównać do zbrojeń defensywnych i budowy fortyfikacji. Wiąże się z dużymi nakładami finansowymi, ale służy narodowemu bezpieczeństwu, w związku z czym nie może być oceniana według kryteriów czysto ekonomicznych DOMINIK SMYRGAŁA (ur. 1978) – doktor nauk politycznych, absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego (2002) i Akademii Dyplomatycznej MSZ (2003). Adiunkt w Collegium Civitas, ekspert Fundacji Republikańskiej oraz Instytutu Jagiellońskiego, autor publikacji z dziedzin bezpieczeństwa energetycznego, stosunków międzynarodowych i historii służb specjalnych. Członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. Prywatnie mól książkowy, fotografamator i miłośnik turystyki po Polsce.

79


Lizbońska szachownica MACIEJ BRACHOWICZ Rzeczowej dyskusji nad Traktatem z Lizbony w Polsce właściwie nie było. Jeśli temat ten pojawiał się w debacie publicznej, to głównie przy okazji ponaglania prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby „wreszcie podpisał”, lub zdziwienia, że prezydent Czech Václav Klaus jeszcze tego nie zrobił. Tymczasem Traktat zasadniczo zmienia polityczny układ sił w Europie. Na tej nowej geopolitycznej szachownicy Polsce znacznie bliżej do pionka niż do figury.

80


Obowiązujący od 1 grudnia 2009 roku dokument z Lizbony znacząco zmienia siłę Polski w stosunku do pozostałych, zwłaszcza największych państw Unii Europejskiej, choć zmiana ta nie dała o sobie jeszcze znać. Odczujemy ją w pełni w razie zaistnienia zagrożenia istotnych interesów Rzeczpospolitej, których nasi partnerzy, by posłużyć się optymistycznym określeniem zachodnioeuropejskich mocarstw, nie będą skłonni uznać za istotne w swoich politycznych rachubach. Traktat zmienia stopień naszego bezpieczeństwa geopolitycznego. Trzeba w tym miejscu rozwiać popularny mit, jakoby proces integracji europejskiej unieważnił, albo co najmniej stanowił znak upadku myślenia geopolitycznego. Pomimo coraz głębszej integracji, państwa aktywnie zabiegają o swoje interesy, w tym te mające na celu zapewnienie własnego bezpieczeństwa kosztem bezpieczeństwa innych. A najwięksi wykorzystują nawet całą Unię do tych celów. Zresztą taki był jeden z celów reformy instytucjonalnej: umożliwić wykorzystanie potencjału UE do zabezpieczania potrzeb najważniejszych jej członków. Natomiast interesy poszczególnych państw różnią się między sobą znacząco. I jednym z determinantów owych różnic jest położenie geograficzne (z czego wynika nota bene trudność w ustanowieniu prawdziwie wspólnej polityki zagranicznej – interesy geopolityczne Hiszpanii i Polski mają niewiele wspólnych punktów). Definicja geopolityki wymaga aktualizacji. Integracja europejska (a także NATO) nie unieważniła jej najważniejszego aspektu, jakim jest wpływ położenia geograficznego na bezpieczeństwo narodowe, choć uczyniła zagrożenie wojną – ściśle związaną z geopolityką – mniej realne. Złym skutkiem tego jest m.in. polska nadmierna pewność co do gwarancji sojuszniczych. Przejawia się ona chociażby w ryzykownej reformie armii i nadmiernym jej zaangażowaniu za granicą. Tymczasem, po wojnie Rosji z Gruzją – państwem, które bądź

co bądź było na poważnie brane pod uwagę jako członek tych samych sojuszy, a którego perspektywy członkowskie w wyniku konfliktu znacznie się oddaliły – trudno już z pełnym przekonaniem wykluczyć możliwość podobnego konfliktu znacznie bliżej naszych granic. A nawet na terytorium Polski. Integracja europejska nie znosi więc geopolityki, lecz ją komplikuje. Dziś, aby ocenić pozycję geopolityczną państwa, trzeba uwzględnić dodatkowe czynniki, określające jego „atrakcyjność” w tworzeniu ewentualnych sojuszy z innymi członkami Unii. Czynniki te mają różny charakter, od wymiernych, jak waga głosu w Radzie UE, do trudnych do przedstawienia ilościowo, jak „marka” kraju, sprawność rządzenia czy umiejętność wykorzystania swojej diaspory w innych państwach1. Traktat Lizboński, znacząco redukując naszą siłę w kategoriach wymiernych, powinien być jednocześnie czytany jako postulat radykalnego wzmocnienia naszych umiejętności korzystania z czynników niewymiernych wpływających na geopolityczne znaczenie Polski. Wśród elementów reformy lizbońskiej, które zmniejszają lub mogą wpływać na zmniejszenie naszego potencjału geopolitycznego, wyróżnić należy przede wszystkim: • zmianę systemu głosowania w Radzie UE; • przeniesienie ciężaru polityki zagranicznej na organy unijne; • tworzenie iluzji rozwiązywania istotnych dla Polski problemów, np. związanych z bezpieczeństwem energetycznym; • „pogłębienie” integracji o aspekty ideologiczne dotyczące polityki społecznej wraz z przeniesieniem kompetencji na Parlament Europejski.

1 Więcej na temat nowego podejścia do geopolityki zob. K. Szczerski, „Analiza neo-geopolityczna (neo-geo)”, w: „Podmiotowość geopolityczna. Studia na polską polityką zagraniczną”, red. K. Szczerski, Warszawa 2009.

81


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

System głosowania w Radzie Kontrowersje związane z wprowadzeniem nowego systemu głosowania w najważniejszym organie decyzyjnym UE, opartym na tzw. zasadzie podwójnej większości, która podstawowym kryterium siły państwa czyni wielkość jego ludności, były najczęściej dyskutowanymi podczas debat nad reformą traktatową UE nad Wisłą. Nie ulega wątpliwości, że nowy system radykalnie zmniejsza naszą siłę głosu2, choć w pełni zacznie obowiązywać na szczęście dopiero od 2017 roku. Pewną ochronę przed jego negatywnymi skutkami może stanowić także tzw. „mechanizm z Ioanniny”. Jednak nie należy pokładać w nim nadmiernych nadziei, bo dotychczasowe doświadczenie z nim związane (choć w innej postaci, niż będzie obowiązywać po 2017 roku) wskazuje, że państwa członkowskie niezmiernie rzadko się na niego powołują. Polscy zwolennicy wprowadzenia nowego systemu często wskazywali, iż tak naprawdę siła głosu danego państwa nie ma większego znaczenia, gdyż i tak ważniejsza jest jego zdolność koalicyjna. Miałkość tego argumentu bardzo łatwo wykazać. Po pierwsze, skoro taka jest prawda, to dlaczego na przyjęciu systemu radykalnie zwiększającego siłę ich głosu tak bardzo zależało Niemcom? Czyżby nasi sąsiedzi, mający nieporównanie większe doświadczenie w poruszaniu się w strukturach unijnych nie zrozumieli naczelnej zasady integracji europejskiej, którą nasi „euroentuzjaści” pojęli już na samym początku uczestnictwa w niej? Po drugie – i ważniejsze – sama zdolność do zawierania koalicji zależy w dużej, jeśli nie decydującej mierze od siły głosu. Bo państwa przystępujące do negocjacji doskonale zdają sobie sprawę

2 Zwięzłą argumentację tej tezy, acz opartą na rozwiniętej analizie, przedstawia M. Kędzierski, „System głosowania w Radzie Unii Europejskiej”, w: „Polska wobec Traktatu Reformującego Unię Europejską”, red. M. Brachowicz, Kraków 2008, http://kj.org.pl/KJ_Raport%202008. pdf, s. 19-35.

82


POWRÓT GEOPOLITYKI

Lizbońska szachownica – Maciej Brachowicz

z siły głosu swoich sojuszników i rywali w razie ewentualnego rozstrzygnięcia spornej kwestii w drodze rywalizacji na głosy. Wszystko to oznacza, że nasza pozycja wskutek przyjęcia Traktatu gwałtownie osłabnie po 2017 roku. Chyba że do tego czasu doczekamy się kolejnej reformy, czego ze względu na brak jasnej wizji integracji wykluczyć nie można. „Wspólna” Polityka Zagraniczna Reforma Wspólnej Polityki Zagranicznej (WPZ) może przynieść degradację polskiej pozycji geopolitycznej na trzy sposoby. Po pierwsze, poprzez przeniesienie kompetencji organizacji tej polityki z poziomu państwa sprawującego prezydencję na szczebel instytucji unijnych w Brukseli, jakimi są Wysoki Przedstawiciel ds. Polityki Zagranicznej oraz Przewodniczący Rady Europejskiej. Co prawda sytuacja Polski nie różni się pod tym względem od sytuacji innych państw członkowskich, ale będziemy największym państwem UE, które nigdy nie miało okazji wywrzeć swojego piętna na polityce zagranicznej Wspólnoty. Co gorsza, osoby wybrane na wyżej wymienione stanowiska: Herman van Rompuy, a szczególnie Brytyjka Catherine Ashton z jej podejrzaną przeszłością, nie dają żadnej gwarancji umiejętności wczucia się w sytuację geopolityczną państw naszego regionu pozostającego w stałym zagrożeniu ze strony Rosji. A biorąc pod uwagę, że za wyborem tych osób stały głównie Niemcy i Francja, należy zakładać ich dominujący wpływ na działanie nowych urzędów. Warto przy tym wspomnieć, że powszechnie przyjmowano pierwszą ich obsadę jako kluczową, przesądzającą o sposobie ich funkcjonowania w przyszłości. Ciekawie przedstawił ten problem, w szerszym kontekście, Krzysztof Szczerski. Strukturę kompetencji pomiędzy Unią a jej członkami przed reformą określił jako „odwróconą piramidę federalną”. Polega ona na tym, że

83


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

to, co decyduje o potrzebie istnienia poziomu państwowego w klasycznej federacji, tj. polityka zagraniczna i obronna czy model społeczny, w ramach Unii pozostaje w kompetencji państw członkowskich, a więc poziomu niższego. Podjęta reforma wyrażona w tekście odrzuconego Traktatu Konstytucyjnego nawi��zywać miała do klasycznej piramidy federalnej, co było zgodne z interesami państw najsilniejszych. Bo w starym systemie to państwa o dużym potencjale politycznym,

84

lecz słabe gospodarczo (jak Polska) znajdowały się na uprzywilejowanej pozycji, gdyż ich siła głosu była przeszacowana, a wspólny rynek i fundusze modernizacyjne dawały możliwość rozwoju. W nowym modelu to najsilniejsze państwa UE miały zyskiwać na wprowadzeniu elementów klasycznej federacji, np. poprzez „odzyskanie przez nie równorzędnej pozycji globalnej z największymi potęgami” w drodze „utożsamienia ich interesów z interesami Europy i posiadania przez nie legitymacji do działania w jej imieniu, za zgodą junior partners federacji”. W przenikliwej analizie Szczerskiego zasadnicze wątpliwości budzi jedynie radykalna różnica, jaką autor dostrzega pomiędzy Traktatem Konstytucyjnym a Traktatem Lizbońskim. Ten ostatni przywraca bowiem – zdaniem Szczerskiego – model odwróconej piramidy federalnej3. Drugi element nowej WPZ – i zarazem druga możliwość osłabienia Polski – wiąże się z powołaniem Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. W samym jej utworzeniu nie ma co prawda nic immanentnie zagrażającego naszej pozycji, łącznie z tymi jej elementami, które zaczęły działać jeszcze przed wejściem w życie Traktatu, tj. Europejską Agencją Obrony. Należy natomiast uważać, aby polityka ta nie nabrała kierunku antyamerykańskiego zgodnie z modnymi wśród części europejskich elit przekonaniami, iż UE może zastąpić NATO

3 Zob. K. Szczerski, „Dynamika systemu europejskiego”, Kraków 2008, s. 33-42.


POWRÓT GEOPOLITYKI

Lizbońska szachownica – Maciej Brachowicz

jako gwaranta bezpieczeństwa. Według istotnej części analityków amerykańskich, szczególnie z kół konserwatywnych, jest bardzo prawdopodobne, że WPBiO przybierze taki właśnie kierunek4. Ostatni element wiąże się z powołaniem Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ) i troską o zapewnienie odpowiedniej reprezentacji Polaków w tej strukturze. Jest to szczególnie ważne, biorąc pod uwagę bariery, jakie do tej pory stawiane były przed obywatelami nowych państw członkowskich, głównie Polski, w awansowaniu na stanowiska kierownicze w Komisji i Radzie UE. Warszawa stała na stanowisku, iż w tej szczególnej instytucji, tworzonej na styku Komisji, Sekretariatu Rady i państw członkowskich, połowa pracowników powinna być powołana przez państwa. Najprawdopodobniej jednak każde z tych źródeł dokooptuje jedną trzecią składu5. Można mieć wątpliwości, czy rząd Donalda Tuska, który ustami ministra Mikołaja Dowgielewicza wpadł w zachwyt, że 4 Zob. S. McNamara, „The EU’s Common Foreign and Security Policy: How It Threatens Transatlantic Security”, The Heritage Foundation, Backgrounder #2250, March 17, 2009, http://www.heritage.org/Research/Europe/ bg2250.cfm. 5 Zob. J. Popielawska, „Europejska Służba Działań Zewnętrznych. Pierwsze decyzje i kierunek prac”, „Analizy Natolińskie”, 9(41)2009, s. 3-4, http://www.natolin.edu.pl/ pdf/analizy/Natolin_Analiza_9_2009.pdf.

„aż” dziewięciu Polaków znalazło zatrudnienie w gabinetach członków Komisji, dołoży wszelkich starań, żeby zabezpieczyć interesy Polski w podziale tych stanowisk. A będą się one przekładać na wrażliwość działań ESDZ na sytuację poszczególnych państw.

85


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Iluzja bezpieczeństwa Wbrew często powtarzanej opinii, Traktat Lizboński nie zapewnia nam bezpieczeństwa energetycznego. Stanowi jedynie, że polityka UE w dziedzinie energetyki powinna być kształtowana „w duchu solidarności” między państwami. Przekonanie, że Traktat walnie przyczynia się do poprawy naszego bezpieczeństwa energetycznego, wytworzono u nas na doraźne potrzeby partyjne, co jest z kolei zgodne z ogólnoeuropejską tendencją do przerzucania niewygodnych kwestii „na Brukselę”. Mylenie bezpieczeństwa z solidarnością energetyczną jest tym bardziej groźne, że podczas gdy solidarność da się w miarę obiektywnie zdefiniować, bezpieczeństwo nie tylko

tego politykę ochrony środowiska, zmierzającą do narzucenia państwom członkowskim norm emisji dwutlenku węgla według kryteriów, które w naszym przypadku radykalnie zwiększą koszty wytwarzania prądu, polityka energetyczna Unii staje się prawdziwym problemem, a nie rozwiązaniem. Ideologizacja Unii Bardzo istotne dla Polski będą skutki przyjęcia Traktatu na płaszczyźnie aksjologicznej, która jest naturalnym przedmiotem zainteresowania Parlamentu Europejskiego. Powód? Tematy dotyczące aborcji (czyli tzw. praw reprodukcyjnych), równouprawnienia płci i „mniejszości seksualnych” należą do tych,

Po wojnie Rosji z Gruzją – państwem, które bądź co bądź było na poważnie brane pod uwagę jako członek tych samych sojuszy, a którego perspektywy członkowskie w wyniku konfliktu znacznie się oddaliły – trudno już z pełnym przekonaniem wykluczyć możliwość podobnego konfliktu znacznie bliżej naszych granic. A nawet na terytorium Polski może oznaczać dla każdego państwa co innego, ale także dążenie do jego zapewnienia przez dany kraj może być sprzeczne z zasadą solidarności energetycznej, co obserwujemy w przypadku Gazociągu Północnego. Iluzji takiej uległa obecna ekipa rządząca Polską, której działania nie prowadzą do dywersyfikacji dostaw gazu. Uważa ona bowiem, że gaz rosyjski, jako najtańszy, jest najlepszy, i nie dostrzega związanego z tym politycznego balastu. Sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa ma być – według premiera Tuska – właśnie europejska solidarność energetyczna, co można uznać za „mit bezpieczeństwa energetycznego za darmo”6. Gdy dodamy do

6 P. Szałamacha, „IV Rzeczpospolita. Pierwsza odsłona”, Poznań 2009, s. 138.

86

o których się przyjemnie debatuje podczas prac grup roboczych i nie wymagają głębokiej wiedzy eksperckiej. Mimo pozornego przesunięcia składu Parlamentu „na prawo” po wyborach z czerwca 2009 roku, właśnie ten skład przyjął niedawno rezolucję, która po raz pierwszy od siedmiu lat wezwała do uznania aborcji za „prawo kobiety”. Traktat wzmacnia rolę Parlamentu Europejskiego, a więc instytucji, która sama stawia się w roli reprezentanta domniemanego narodu europejskiego. Widać to było, gdy grożono Irlandii wyrzuceniem z UE lub podczas wizyty grupy europosłów na Hradczanach. PE nie tylko zyskuje prawo głosu w większej liczbie polityk, poprawia też swoją pozycję instytucjonalną poprzez większy wpływ na skład Komisji, instytucji posiadającej inicjatywę prawodawczą w Unii. Zyskuje też znaczenie w procesie


POWRÓT GEOPOLITYKI

przyszłych reform traktatowych. I trudno nie zakładać, że będzie dążył do maksymalizacji swojej władzy. Dodatkowym czynnikiem będzie nadanie mocy prawnej Karcie Praw Podstawowych. Co prawda w Karcie zawarto klauzule ograniczające jej działanie, ale ich skuteczność od samego początku budziła wątpliwości. Dobrze, że Polska przyłączyła się do tzw. „protokołu brytyjskiego” będącego jasną deklaracją, podpisaną przez wszystkie państwa, iż Karta nie stworzy żadnych nowych praw, których nie uznają Polska, Wielka Brytania i Czechy. Jednak bez wątpienia i tak będziemy się spotykać ze wzmożonymi próbami wykorzystania Karty do „modernizacji” Polski w sferze aksjologicznej. Znaczenia tego czynnika w ocenie sytuacji geopolitycznej kraju nie należy lekceważyć, gdyż już obecnie jesteśmy często przedstawiani jako kraj łamiący podstawowe prawa człowieka i naruszający zasady demokracji. Oczywiście ma to niewiele wspólnego z prawdą. Może jednak służyć jako wygodna metoda nacisku na nasze elity polityczne, które nieraz dały już wyraz swojej skłonności do ulegania takim nieformalnym naciskom7 i stawania się bardziej potulnym wobec oczekiwań innych państw członkowskich. Rekompensata? Często używanym argumentem za przyjęciem reformy lizbońskiej była konieczność uczynienia z Unii bardziej efektywnego gracza na arenie globalnej. Można zatem zadać pytanie: czy strata pozycji wewnątrz UE może być rekompensowana wzrostem międzynarodowego znaczenia Wspólnoty, a więc pośrednio także umocnieniem naszej pozycji geopolitycznej? Oczywiście samo postawienie takiego pytania zakłada zgodność ogólnie 7 Zob. E. Thompson, „W kolejce po aprobatę”, „Europa” 180/2007.

Lizbońska szachownica – Maciej Brachowicz

pojętego „interesu europejskiego” z polską racją stanu, a wcześniej nawet założenie istnienia „interesu europejskiego” w ogóle. Choć obydwa te założenia są wątpliwe, przyjmijmy na potrzeby tego wywodu, że istnieje „interes europejski”, który do tego zgodny jest z naszą racją stanu. Czy zatem Traktat wzmacnia Unię na arenie światowej? Jeżeli UE ma mówić jednym głosem, to już po wyborze Ashton i van Rompuya stało się jasne, że raczej nie będzie to głos żadnej z tych osób. Reakcja Unii na katastrofę na Haiti czy na prześladowania Polaków na Białorusi były tego potwierdzeniem. Trzeba jednocześnie zauważyć, że nowe instytucje potrzebują czasu, aby zacząć sprawnie funkcjonować. A przewodnictwo belgijskie w drugiej połowie tego roku może być okresem, w którym przynajmniej jeden z tych urzędów nabierze wigoru, gdyż uważa się, że Belgowie nie będą chcieli wchodzić w drogę swojemu wysoko postawionemu rodakowi. Prawdziwym problemem UE nie jest brak dobrych instytucji, lecz brak politycznej wizji i woli. Najbardziej widocznym tego przykładem jest zamknięcie się na proces rozszerzenia skutkujące spadkiem popularności Unii w jej najbliższym otoczeniu8 (do czego doszła jeszcze fatalna decyzja uznania niepodległości Kosowa), a więc uszczerbkiem na tym, co miało być znakiem firmowym potęgi unijnej soft power. Instytucje UE nie są także zdolne do rozwiązywania istotnych problemów, związanych np. z kontynuowaniem rozwoju gospodarczego państw członkowskich opartego o swobody wspólnego rynku, zajmują się zaś tematami zastępczymi w rodzaju aborcji. Najlepszym tego wyrazem jest Parlament Europejski ze skostniałym sojuszem grup chadeckich i socjalistycznych dominującym od

8 Zob. M. Leonard, I. Krastev, „Supermocarstwo Europa”, „Wprost”, 24 grudnia 2007.

87


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

lat jego agendę polityczną9. Nawet reforma instytucjonalna, sama będąca jednym z tematów zastępczych, jest obrazem braku jakiejkolwiek spójnej wizji rozwoju UE. Zawiera bowiem sprzeczne elementy, np. jednoczesne zwiększenie kompetencji Parlamentu Europejskiego i parlamentów narodowych, a także wzrost

Skuteczność, ale nie za cenę tożsamości Zmiany, które niesie Traktat z Lizbony, powinny stanowić jednocześnie zdecydowane wezwanie do wzmocnienia zdolności prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej na poziomie państwa. Taka polityka musi obejmować narzędzia nieformalne, jak

pozycji największych państw w Radzie UE i relatywne osłabienie Komisji Europejskiej względem pozostałych graczy instytucjonalnych przy zapewnianiu o pogłębieniu integracji.

np. umiejętność korzystania z diaspory rozproszonej po całym świecie (dobrze, że MSZ ostatnio zainteresował się Polonią, ale na tym polu jest wiele zaniedbań, jak np. w przypadku polskiej mniejszości w Libanie, która podobno miała znacznie lepsze informacje na temat porwanego w Afganistanie Polaka niż nasz wywiad), czy lepiej rozwiniętej

9 Zob. Ch. Tannock, K. Szymański, „Jesteśmy sceptyczni, ale nie euro-sceptyczni”, „Międzynarodowy Przegląd Polityczny”, 1(25)2010.

88


POWRÓT GEOPOLITYKI

współpracy między polskimi służbami dyplomatycznymi a strategicznymi przedsiębiorstwami krajowymi. Dziwne pozostaje to, że w najważniejszych dla Polski sprawach nie ma stale działającego mechanizmu koordynacji działań rządu i polskich europosłów. Kontakty odbywają się ad hoc i często z inicjatywy tych drugich. Musi także wzrosnąć skuteczność naszej władzy wykonawczej, choć trudno za dobry krok w tym kierunku uznać włączenie sprawnie działającego UKIE w skostniałe struktury MSZ. Zapomniana została także ustawa koordynacyjna, jaką premier Tusk obiecał niegdyś prezydentowi Kaczyńskiemu – kolejna z niespeł-

Lizbońska szachownica – Maciej Brachowicz

państw kosztem legislatywy. Powodują nieraz, że ta ostatnia nie jest w stanie wykonywać swoich konstytucyjnych uprawnień kontrolnych nad egzekutywą w sprawach dotyczących integracji europejskiej11. Nadrobienie tych strat na poziomie regulacji krajowych jest niezwykle trudne i zaledwie w kilku krajach (np. w Danii i Austrii) można mówić o prawdziwie skutecznym mechanizmie kontrolnym. Ochrona tożsamości będzie zawsze znacznie skuteczniejsza w ramach instytucji o szerokiej reprezentacji politycznej, w mniejszym stopniu kierujących się wąsko rozumianym interesem, czy to biurokratycznym, czy wręcz indywidualnym.

Sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa ma być – według premiera Tuska – właśnie europejska solidarność energetyczna, co można uznać za „mit bezpieczeństwa energetycznego za darmo”. Gdy dodamy do tego politykę ochrony środowiska, zmierzającą do narzucenia państwom członkowskim norm emisji dwutlenku węgla według kryteriów, które w naszym przypadku radykalnie zwiększą koszty wytwarzania prądu, polityka energetyczna Unii staje się prawdziwym problemem, a nie rozwiązaniem

nionych obietnic rządu. Zupełnie nie widać też oznak namysłu nad prawnymi skutkami wejścia w życie Traktatu z Lizbony. Przeciwnie niż w Niemczech, gdzie doszło do głośnego wyroku z Karlsruhe w sprawie zgodności Traktatu z niemiecką konstytucją. „A stało się to w kraju – jak trafnie zauważa Szczerski – który zyskuje na wejściu w życie Lizbony relatywnie najwięcej!”10. Skuteczność nie może jednak szkodzić pozostałościom ustroju republikańskiego, które wciąż są jeszcze w naszym państwie widoczne. Instytucje UE ze swojej natury promują władzę wykonawczą poszczególnych 10 K. Szczerski, „Lizboński nóż”, „Dziennik Polski”, 24 listopada 2009.

MACIEJ BRACHOWICZ (ur. 1980) – ekonomista i prawnik, przygotowuje rozprawę doktorską o współczesnych tendencjach rozwoju praw człowieka. Pracuje w Parlamencie Europejskim, jest członkiem Klubu Jagiellońskiego, redaktorem kwartalnika „Pressje” i współpracownikiem rocznika „Teologia Polityczna”.

11 Ciekawy opis tego problemu dali R. Herzog i L. Gerken w artykule „Europa entmachtet uns und unsere Vertreter”, „Die Welt”, 17. Februar 2007. Niedawno ci sami autorzy oraz były komisarz Frits Bolkestein uznali, że nadmierne działania regulacyjne podejmowane przez instytucje UE szkodzą samej idei europejskiej: „Die EU schadet der Europa-Idee”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, 15. Januar 2010.

89


Zmienić Imperium Z PROF. ANDRZEJEM NOWAKIEM ROZMAWIA STEFAN SĘKOWSKI Tylko wtedy, gdy polityka Unii wobec Rosji będzie odwoływała się do zasad Unii, a nie do zasad „demokracji sterowanej” Putina – będzie szansa na zmianę Rosji. Umocnienie pozycji Polski w Europie i stopniowe wpływanie na zmianę sytuacji w samej Rosji – to najskuteczniejszy sposób, by uniknąć najgorszego scenariusza. Czyli nowej Tylży, to jest układu liderów zachodu Europy z przywódcami Rosji w celu podziału wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej.

91


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Rosja prowadzi od kilku lat niesłychanie agresywną politykę zagraniczną, nie mówiąc już o wewnętrznym „przykręcaniu śruby”. By wspomnieć tylko o niedawnej napaści na Gruzję, brutalnych szantażach energetycznych wobec sąsiadów czy cyberataku na Estonię. Europa Zachodnia sprawia jednak wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy z imperialnego kursu Rosji, która nadal pozostaje jej głównym politycznym partnerem. Dlaczego?

ANDRZEJ NOWAK (ur. 1960) – historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Pracowni Dziejów Rosji i ZSRR w Zakładzie Dziejów Europy XIX i XX wieku PAN oraz Zakładu Historii Europy Wschodniej na UJ. Autor książek, m.in. „Między carem a rewolucją. Studium politycznej wyobraźni i postaw Wielkiej Emigracji wobec Rosji 1831-1849”, „Polacy, Rosjanie i biesy. Studia i szkice historyczne z XIX i XX wieku”, „Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni” oraz „Ofiary, imperia i historycy. Studium przypadków (od XVIII do XXI wieku)”. Redaktor naczelny dwumiesięcznika „Arcana”. Mieszka w Krakowie.

92

– W stosunkach UE z Federacją Rosyjską wielokrotnie deklarowana była ze strony Unii sugestia, zgodnie z którą to Rosja powinna zmieniać się, tak, by dopasować swoje standardy do standardów europejskich – zwłaszcza w zakresie wolności mediów czy praw człowieka. Z każdym rokiem ten nacisk jest w formalnych dokumentach Unii Europejskiej coraz mniejszy. W istocie zaczął się proces odwrotny – pod wpływem Rosji UE odchodzi od ideologii praw człowieka, w kierunku „zimnego” realizmu w stosunkach międzynarodowych. Jeśli spojrzymy na reagowanie na kwestie praw człowieka w UE w latach 90. XX wieku i teraz, to istnieje między nimi ogromna przepaść. Krytyka faktu, że premier Putin ma na rękach krew 200 tys. Czeczenów, może pojawić się u jakichś marginalnych postaci z dyskursu publicznego w Europie Zachodniej. Kiedyś to był najważniejszy temat. Rosja konsekwentnie podkreśla, że można zarzucać jej rozmaite rzeczy, podkreślać imperializm, brak swobód, niezrozumienie demokracji, itp., itd. Ale jeśli chce się współpracować i robić z Rosją interesy, to tak czy inaczej musi podporządkować się rosyjskim warunkom ich prowadzenia. Tylko ta sfera – „biznes” – się liczy. Europa przyjęła te warunki gry. Najważniejszy jest interes. Znaczenie Rosji jako surowcowego zaplecza Europy jest absolutnie nie do


POWRÓT GEOPOLITYKI

przecenienia. Bez Rosji Europa nie może funkcjonować. Rosjanie starają się natomiast sprawiać wrażenie – moim zdaniem nie do końca prawdziwe – że potrafią funkcjonować bez Europy. A przecież nie budują willi na wschodnim wybrzeżu Chin, nie pływają jachtami po Morzu Południowochińskim, tylko w Nicei,

Zmienić Imperium

Zresztą także w kwestii interesów nie byłoby Rosji łatwo przestawić całą infrastrukturę przesyłu gazu i ropy z zachodu (Europy) na wschód (do Azji). W tej chwili 90 proc. tej infrastruktury jest nastawione na uzależnianie Europy od gazu i ropy z Rosji. Zatem problem dywersyfikacji – w tym wypadku eksportu –

Znaczenie Rosji jako surowcowego zaplecza Europy jest absolutnie nie do przecenienia. Bez Rosji Europa nie może funkcjonować. Rosjanie starają się natomiast sprawiać wrażenie – moim zdaniem nie do końca prawdziwe – że potrafią funkcjonować bez Europy

we Włoszech, ewentualnie na Cyprze. Swoje kapitały lokują najchętniej w bankach Szwajcarii czy Anglii, a nie w Tokio czy Szanghaju. Elity rosyjskie na pewno nie czują się azjatyckie i eurazjatyzm jako nowa ideologia Rosji nie jest ideologią tych ludzi. Tych kwestii nie da się przecenić, w końcu świat nie składa się z samych interesów, ale także z mentalności ludzi, które je robią.

dotyczy także tej ostatniej. Gdyby Europa, jakimś cudem, była w stanie uniezależnić się od dostaw z Rosji, ta stanęłaby w obliczu krachu finansowego. Rosja zwyciężyła jednak w konfrontacji ideologicznej prowadzonej z „Zachodem” od lat 90. i prowadzi grę z Europą na swoich warunkach, a nie na podstawie wartości czy idei europejskich. Teraz liczy się najbardziej brutalny z możliwych realizm polityczny. Ale nawet w interesach gospodarczych państwa europejskie wydają się działać nielogicznie. Dlaczego np. Niemcy finansują Gazociąg Północny, wielokrotnie droższy od rurociągu jamajskiego? – Europa postrzega siebie przez pryzmat konkurencji z USA i wybór Obamy niczego tu nie zmienił. Elity francuskie i niemieckie widzą w Stanach Zjednoczonych swojego głównego rywala. Nawet w strategii lizbońskiej, która już dawno legła w gruzach, można przeczytać, że mamy „dogonić i przegonić” USA. Wynika to po części ze swoistego kompleksu Ameryki – Francja i Niemcy nie są w stanie pogodzić się z tym, że Stany dwukrotnie rozstrzygały wojnę w Europie, pokonując Niemcy, i że to pod amerykańskim parasolem później życie w Europie się toczyło.

93


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Ta niechęć ma jednak także aspekt racjonalny. Jeśli Europa chce rywalizować z innymi graczami na arenie międzynarodowej, to najlepiej współpracować jej z Rosją. Jest najbliżej, ma surowce, których potrzebuje cały świat. Nawet jeśli ropa czy gaz miałyby przestać być potrzebne, to i tak kolejnych surowców (z wodą pitną na czele) żywotnie potrzebnych światu – Rosja ma najwięcej, albo znajduje się w ścisłej czołówce posiadaczy. Jeśli Europa zapewni sobie szybko dostęp do tych surowców, szybciej niż USA czy Chiny, to zapewni sobie stabilny rozwój, który może nie być dany innym częściom świata – tym, którym zabraknie surowców. Wybór ten jest więc całkowicie racjonalny. Pytanie jednak dotyczy warunków, na jakich wybór Rosji jako partnera ma przebiegać. Nie bez znaczenia jest także fakt, iż w podpisywaniu konkretnych umów rolę

94

odgrywają także prywatne interesy. Czasem jakiś wielki gazociąg prowadzi się mniej gospodarczo opłacalną drogą po to, by zyskała na tym konkretna firma. Nie skorzysta na tym europejski podatnik, ale skorzysta firma X i jej dziesięciu udziałowców. Jak widać UE nie ma skutecznej kontroli nawet nad efektywnym wydawaniem pieniędzy swoich podatników. Czy jednak goniąc za Ameryką, Europa nie stanie się wasalem Rosji? – To zależy od czynnika przede wszystkim mentalnościowego. W dłuższej perspektywie czasu czynnikiem, jaki będzie decydował o przewadze jednych krajów nad drugimi, będzie gotowość do zabijania i ponoszenia strat własnych w walce o pozycję na świecie. Ta zdolność jest najniższa


POWRÓT GEOPOLITYKI

w Europie. Możemy się tym pacyfizmem (czy raczej bezradnością) szczycić, ale może ona doprowadzić do znanej z przeszłości sytuacji, w której kraje najbogatsze ulegały całkowicie krajom biedniejszym, ponieważ nie były gotowe się bronić i zaryzykować życia choćby jednego ze swoich obywateli. Nie chciały też zabijać innych w obronie własnej. Wtedy przychodzą barbarzyńcy i przejmują kontrolę. Europa jest wzorcowym przykładem systemu politycznego, w którym determinacja do walki o własne interesy jest najsłabsza. Inne kraje nie chcą przystąpić do tego świata postpolityki. USA nadal wykazują, że są w stanie złożyć daninę własnej krwi w obronie swoich interesów. Najważniejsze Oscary w 2010 roku dla filmu sławiącego gotowość „amerykańskich chłopców” w Iraku do poświęceń też są jakimś tego potwierdzeniem. Chiny robią to inaczej, ale też starają się nie zapominać o modernizacji armii.

Zmienić Imperium

Kim zatem jest ten wymarzony partner Europy – Rosja? Jakie są jej cele strategiczne i czym jej dzisiejsza polityka różni się od tej, której boleśnie doświadczyliśmy w przeszłości? – Myślę, że Rosja prowadzi politykę zbliżoną w najogólniejszych zarysach do tej, która cechuje postępowanie Imperium Rosyjskiego od czasów, kiedy ono formalnie powstało, czyli od początków XVIII wieku. Rosja chce się modernizować, wzmacniać, współpracując z krajami bardziej rozwiniętymi, które jeszcze w latach 80. XX wieku można było określić wspólnym mianem Zachodu (dziś takie określenie nie wystarczy). Obecnie Rosja może próbować manewrować między „Zachodem” a „Wschodem” w poszukiwaniu źródeł modernizacji. A chce się modernizować, aby zachować swoją suwerenność na scenie globalnej. Rosyjscy politycy uważają ten problem za kluczowy. W Polsce myśli w tych kategoriach chyba tylko część publicystów. O ile jednak za-

Gdyby Europa, jakimś cudem, była w stanie uniezależnić się od dostaw z Rosji, ta stanęłaby w obliczu krachu finansowego. Rosja zwyciężyła jednak w konfrontacji ideologicznej prowadzonej z „Zachodem” od lat 90. i prowadzi grę z Europą na swoich warunkach, a nie na podstawie wartości czy idei europejskich Tu nie chodzi jednak tylko o aspekt militarny, lecz przede wszystkim o aspekt woli. Ta wola odradza się po części w Niemczech czy Francji, ale samodzielnie te kraje są za słabe. Dlatego też Rosja, która tę wolę jeszcze ma, może uchodzić za strategicznie bezcenne uzupełnienie szans Europy w globalnym wyścigu o przetrwanie. W Europie jest odwieczna tęsknota za silnym partnerem. Teraz tylko znużonym amerykańskim „parasolem” elitom Paryża czy Berlina chodzi o to, by nie był już takim partnerem Waszyngton.

chowanie polskiej suwerenności jest niezwykle trudne i wymaga stałych praktycznych starań i zarazem podejmowania ideowych wycieczek w stronę mesjanizmu, o tyle Rosja ma oczywiście większe pole manewru. Mimo to postrzega swoją suwerenność jako realnie zagrożoną przez dominację innych mocarstw, takich jak USA, czy w dłuższej perspektywie Chiny. Rosja chce się wzmacniać poprzez nierzadko brutalne rekonstruowanie strefy dominacji wokół siebie. To zresztą stały element polityki tego imperium. Rosję interesuje cały świat, ale jednak najbardziej bezpośrednie otoczenie,

95


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

które – jak uważają gospodarze Kremla – winno być podległe jej woli politycznej. I ta polityka jest stale realizowana, co widzimy w postaci interwencji w Gruzji, czy bardziej subtelnej ingerencji podczas wyborów prezydenckich na

wprost do ZSRR – np. kraje bałtyckie, stały się częścią UE, ale myślę, że nikt nie miałby wśród liczących się sił politycznych w Europie nic przeciw temu, by Rosja stała się „gwarantem” „praw człowieka” na Ukrainie i Białorusi.

W dłuższej perspektywie czasu czynnikiem, jaki będzie decydował o przewadze jednych krajów nad drugimi, będzie gotowość do zabijania i ponoszenia strat własnych w walce o pozycję na świecie. Ta zdolność jest najniższa w Europie. Możemy się tym pacyfizmem (czy raczej bezradnością) szczycić, ale może ona doprowadzić do znanej z przeszłości sytuacji, w której kraje najbogatsze ulegały całkowicie krajom biedniejszym

Ukrainie, a także gier dyplomatyczno-gospodarczych z Białorusią, czy Polską. Pamiętajmy: także Warszawa cały czas znajduje się w sferze największego zainteresowania Rosji. To przygnębiające informacje dla nas i naszych sąsiadów. Tym bardziej że rosyjskiej polityce imperialnej w Europie Środkowo-wschodniej towarzyszy bliska nam retoryka „praw człowieka”, co dla nas brzmi groteskowo, ale nie spotyka się z odporem ze strony Zachodu... – Rosja próbuje uzasadniać odbudowę swojej strefy dominacji argumentami, które mogą być zrozumiane, a w każdym razie potraktowane jako wygodny pretekst przez europejską opinię publiczną. Tego rodzaju argumentacja pojawiła się od razu w projekcie polityki rosyjskiej wobec przestrzeni postsowieckiej. Przypomnę choćby projekt tzw. planu Balladura (francuski premier z początku lat 90., z którym Jelcyn chciał zawrzeć układ dający Rosji status gwaranta praw człowieka w Europie Wschodniej). Do tego próbuje się nawiązywać. Obecnie część tych państw, które wrzucano tradycyjnie do worka z napisem „Europa Wschodnia”, albo nawet należały

96

Potem może przyjść czas na kraje bałtyckie, może Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię... Z drugiej strony Rosja wraca do zupełnie innego konceptu ideologicznego wobec tych krajów. Rosjanie mówią Polakom: „Żyjecie w warunkach podporządkowania i zagrożenia przez kraje zachodnie. Macie do czynienia z niemieckim rewizjonizmem, rośnie wasze zadłużenie, nie liczycie się w UE. Jeśli nie jesteście niewolnikami, to w każdym razie tanią siłą roboczą. U nas zaś, choć także byliście peryferią, to byliście peryferią najważniejszą, docenianą. Warszawa była Paryżem Układu Warszawskiego, w UE Warszawa to Radom Europy”. Ten akurat koncept jest troszkę niewygodny w relacjach z Niemcami czy Francją – ma on bowiem wektor antyzachodni, a ściślej antyeuropejski. Rosja zdecyduje się więc raczej na ideologię kontrolowania „chaotycznych”, „słabych” państw (czyli krajów byłego Bloku) pomiędzy silnymi partnerami (czyli Rosją, z jednej strony, i Francją, Niemcami czy Włochami z drugiej), którzy do interesów mają prawo. Rosjanie tłumaczą: „Skoro nie wiadomo, czy Polska może gwarantować bezpieczny przesył strategicznych surowców, to potrzebny jest Gazociąg Północny”.


97 97


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

W Polsce, w całej Europie „pomiędzy”, w Europie „Wschodniej” nie chodzi już o ochronę praw człowieka, ale porządku. Skoro pomiędzy Rosją a Niemcami (czyli pomiędzy Rosją a „prawdziwą” Europą) jest niebezpieczny ko-

demokracja i pełny liberalizm w zakresie wolności mediów. Niekiedy znaczenie tego nieoficjalnego, opozycyjnego dyskursu było większe od oficjalnego. Teraz sytuacja jest zupełnie inna i dominujący dyskurs jest jeden.

Rosja chce się wzmacniać poprzez nierzadko brutalne rekonstruowanie strefy dominacji wokół siebie. To zresztą stały element polityki tego imperium. Rosję interesuje cały świat, ale jednak najbardziej bezpośrednie otoczenie, które – jak uważają gospodarze Kremla – winno być podległe jej woli politycznej. I ta polityka jest stale realizowana rytarz, to Moskwa i Berlin (ewentualnie z Paryżem) powinny podzielić się odpowiedzialnością za funkcjonowanie „porządku” na tym terenie. To nowy sposób widzenia naszej części Europy przez Rosjan. A raczej odnowiony... Pomówmy o samej Rosji. Poza interesami są jeszcze idee, których każde imperium potrzebuje, choćby dla uzasadnienia swojej polityki. Moskwa na przestrzeni wieków argumentowała swoje działania bardzo różnie, ale zawsze na swój sposób spójnie – czy to misją Rosji carskiej, czy przodowniczą rolą ZSRR w światowej rewolucji bolszewickiej. Dziś mamy do czynienia z dość chimerycznym połączeniem sprzecznych elementów, na przykład z jednoczesnym kultem „białych” generałów i czekistów. Czy taka mieszanka na dłuższą metę przetrwa? – Rosja była i jest w okresie przejściowym. Początek lat 90. zdominowała reakcja antykomunistyczna, antysowiecka. To był zresztą najlepszy moment do przezwyciężenia sporów polsko-rosyjskich na tle historycznym, niestety niewykorzystany, przede wszystkim z winy rosyjskiej. Dyskurs oddolny, antyestablishmentowy, był w Rosji „wczesnego Jelcyna” bardzo niechętny temu oficjalnemu dyskursowi, a był to czas, kiedy funkcjonowały w Rosji

98

Ten ujednolicony komunikat zmieniał się w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od czasu, kiedy Putin doszedł do władzy, przechodząc od skomplikowanej syntezy, trudnej do utrzymania, w której były elementy nostalgii za mocarstwowym statusem ZSRR i zarazem pewnego rozrachunku z komunizmem, który uwzględniał straty samej Rosji pod rządami komunistów. Stąd już wtedy pojawiały się filmy opiewające białych generałów, uroczyście sprowadzono do Rosji z Francji zwłoki gen. Antona Denikina, podtrzymano kult cara Mikołaja II i jego rodziny. Jednocześnie systematycznie pomniejszano zbrodnie komunistyczne na innych narodach niż rosyjski. Aspekt imperialny był przy tym chwalony. Stąd obok krytyki komunizmu pojawiła się także jego pochwała, bo jednak komunizm zbudował największe imperium w historii Rosji, którego symbolem były „nasze” czołgi w Berlinie, Wiedniu czy Pradze w 1945 roku. Porównywane z Kozakami pojącymi konie w Sekwanie, czy rosyjską strefą okupacyjną w Normandii w 1814/15 roku. To powodowało pewne napięcie, gdyż Putin z jednej strony pojechał do byłego obozu szkoleniowego NKWD w Butowie i mówił tam tylko o rosyjskich ofiarach, choć zginęło tam także kilka tysięcy Polaków (jeszcze przed wojną komuniści chcieli ze względów narodowościowych zlikwidować prawie milionową


POWRÓT GEOPOLITYKI

mniejszość polską w ZSRR; w wyniku czystek zginęło wówczas ok. 200 tys. Polaków). Z drugiej strony nie chciał pojawić się w Katyniu. Teraz zmienia się to w kierunku wyraźniejszego potępienia zbrodni komunistycznych w ogóle. Stalin staje się w coraz mniejszym stopniu idolem popieranym przez państwo. Półtora roku temu miał miejsce chyba największy projekt wewnętrznej polityki historycznej, czyli swoisty telewizyjny megakonkurs „Imię Rosji”, w którym wybierano przez rok najbardziej godną uznania postać historyczną w Rosji. Władze najwyraźniej lansowały działaczy politycznych carskiej Rosji z premierem Piotrem Stołypinem na czele.

Zmienić Imperium

Można było to wyczytać po sposobie prezentowania „kandydatów” przez telewizję. Lenin czy Stalin byli jednak bardziej krytykowani. Choć nic tego nie zapowiadało, wygrał Aleksander Newski – postać sprzed ośmiuset lat, symbolizująca antyokcydentalistyczny zwrot Rosji. Współpracował przecież z Mongołami przeciwko najeźdźcom z Zachodu, przeciwko Zakonowi Kawalerów Mieczowych i Szwedom. Wygrał jednak nie tylko z tego powodu, ale dlatego, że po jego stronie zaangażował się kolejny czynnik w debacie publicznej – Cerkiew prawosławna. Jest to czynnik coraz śmielej i skuteczniej kształtujący świadomość Rosjan.

99


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Polityczną, narodową, czy religijną? – Tego nie da się rozdzielić. Przede wszystkim religijną, ale w rosyjskiej świadomości ten aspekt jest bardzo mocno związany z aspektem politycznym i narodowym. Rosja identyfikuje się jako kraj prawosławny i jednocześnie kraj, w którym prawosławie jest główną ideologią władzy. Nowy patriarcha – zupełnie inaczej niż jego poprzednik – podkreśla negatywną rolę komunizmu. Komunizm popełnił największe zbrodnie na Cerkwi prawosławnej i to się obecnie coraz wyraźniej podkreśla. To właśnie tworzy zupełnie inny klimat dyskusji np. odnośnie do zbrodni katyńskiej. Kiedy współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych ze strony polskiej prof. Adam Rot-

na zlecenie Stalina. W nowym filmie to Cerkiew jest głównym, pozytywnym bohaterem, despotyczne, okrutne państwo ucieleśnione w osobie Iwana Groźnego – nie znajduje już w Cerkwi wiernego apologety. Czy oznacza to powrót do idei zbliżonej do carskiej? – O prostym powrocie nie ma mowy, to było zbyt dawno. Jakieś elementy ciągłości, także tradycji sowieckiej, oczywiście pozostaną. One były ważniejsze w latach 90. XX wieku, bo i ta epoka była wtedy bliższa. Dla milionów Rosjan złotym czasem jest epoka breżniewowska. Jednak te miliony się starzeją i odchodzą. Dla młodego pokolenia komunizm jest odległy tak, jak dla młodych

Nikt nie miałby wśród liczących się sił politycznych w Europie nic przeciw temu, by Rosja stała się „gwarantem” „praw człowieka” na Ukrainie i Białorusi. Potem może przyjść czas na kraje bałtyckie, może Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię

feld zwrócił patriarsze Cyrylowi uwagę na fakt, ilu prawosławnych, w tym duchownych, zostało rozstrzelanych w ramach akcji katyńskiej (w polskim wojsku było wszak wielu prawosławnych i byli także prawosławni oficerowie-duchowni, którzy sprawowali posługę duszpasterską wobec żołnierzy) to zrobiło to duże wrażenie na patriarsze. Dowodem na zmianę podejścia, także Cerkwi, do polityki historycznej, może być np. bardzo głośny w ostatnich miesiącach film „Car”, który po raz pierwszy pokazuje Iwana Groźnego jako jednoznacznie negatywną postać, mordercę metropolity moskiewskiego Filipa. To jest wielka zbrodnia Iwana Groźnego, dla której nie ma żadnego usprawiedliwienia. To odpowiedź na wielki film Siergieja Eisensteina, „Iwan Groźny”, kręcony

100

Polaków np. stan wojenny. W związku z tym nawiązania do przeszłości sowieckiej stają się mniej żywe, a co dopiero mówić o przeszłości sprzed prawie stu lat. To konstrukt historyczny, to nie jest żywa pamięć. Stopniowo będzie się tworzyła bardziej spójna synteza ideologiczna, nie tak rozstrzelona, jak w latach 90. XX wieku. Teraz idzie to w kierunku po prostu wspomnień o imperium, z większą rolą prawosławia i bez podkreślania Stalina jako głównego budowniczego imperium. Odchodzenie sympatii dla Stalina zwiększa szansę na złagodzenie historycznego konfliktu między Rosjanami a Polakami. Także dlatego dziś łatwiej jest Putinowi zaprosić Polaków do Katynia. Przeciwko naruszeniu pamięci o Stalinie protestują dziś tylko komuniści, którzy są marginesem rosyjskiej sceny politycznej.


POWRÓT GEOPOLITYKI

Ale nadal są największą siłą opozycyjną w Rosji. – To dlatego, że w Rosji nie ma dziś poważnej siły opozycyjnej. Komuniści to opozycja, która jest sztucznie podtrzymywana przez władzę po to, by istniała taka siła, której nikt poważny na świecie nie życzyłby dojścia do władzy. I ona do władzy na pewno nie dojdzie, tego jestem pewien. Wspomniał Pan o strachu przed utratą suwerenności jako czynniku napędzającym rosyjską politykę. Czy to realne zagrożenie, czy tylko wyobrażenie ludzi rządzących Rosją? – Istotne jest tu doświadczenie lat 90. XX wieku, kiedy poczucie zagrożenia integralności Rosji – już nie ZSRR – było autentyczne. Oczywiście te obawy były podsycane przez zwolenników kursu neoimperialnego, pełnego nostalgii za potęgą ZSRR. Najczęściej cytowanym w Moskwie politologiem zachodnim był, i chyba nadal jest, Zbigniew Brzeziński. Wedle opinii większości rosyjskich mediów on najbardziej szczerze, czy też najbardziej cynicznie, przedstawia plany polityczne „złowrogiego Zachodu”, które mają być jednoznacznie agresywnie antyrosyjskie, dążące do podziału Rosji. Często cytuje się parę książek Brzezińskiego, w których on rozważał rozbiór Rosji, w gazetach rysuje się mapy „planu Brzezińskiego” i wraca do myśli, że Zachód planował inicjować rozpad Rosji, przy wsparciu rosyjskich liberałów i demokratów, którzy szli też w tym kierunku – „na pasku zachodnich imperialistów”. Szczęśliwie jednak przyszedł Włodzimierz Putin, który uchronił nas przed chaosem i teraz trzeba dalej iść wytyczoną przez niego drogą – tak widzą sprawę Rosjanie. „Miękką wersją” tego rozpadu, którego obawiano się w Rosji, miało być przejęcie zasobów naturalnych przez obcy kapitał – tą obawą usprawiedliwia się brutalne postępowanie Rosji wobec zachodnich spółek, takich jak British

Zmienić Imperium

Petroleum, czy spółek amerykańskich. Opinia publiczna jest przekonana, że należy zwalczać każdą formę uzależnienia, choćby nawet części rosyjskich zasobów naturalnych od kontroli zagranicznej, obecnie już niekoniecznie politycznej, ale kapitałowej. Wizja rozpadu Rosji pojawia się nadal w publicystyce, choćby w ostatniej książce George’a Friedmana „Następne 100 lat”. Czy to realny scenariusz? – Ta książka to brednie napisane po to, by zarobić pieniądze na naiwności m.in. Polaków, którzy będą szczęśliwi, że w tej fabule przez chwilę byli poważnym graczem. Zresztą, jeśli ktoś przeczyta książkę do końca, to zauważy, że i nam się ostatecznie dostaje (jak zwykle) po głowie. Rozpad największego kraju na świecie to jeden z miliarda możliwych scenariuszy i, moim zdaniem, jeden z mniej prawdopodobnych. Krótkoterminowo nie ma możliwości, by Rosja się rozpadła. Państwo zostało scentralizowane ponownie pod rządami Putina i struktur siłowych, czyli dawnego KGB. Żaden czynnik zewnętrzny nie może teraz doprowadzić do rozpadu. Rywalizacja między Miedwiediewem a Putinem, na którą się często wskazuje w przekonaniu, iż ożywi ona tendencje odśrodkowe w rosyjskim życiu politycznym, nie zagraża bynajmniej strukturalnej integralności państwa. To rywalizacja wewnątrz struktur siłowych, a moim zdaniem niewiele wskazuje na to, by to była prawdziwa rywalizacja. A więc jest tylko jeden ośrodek władzy? – Oczywiście mają miejsce walki wewnętrzne, jak zawsze. Nikt nie reprezentuje jednak idei zmiany struktury władzy. Nikt nie mówi, że rzuca wyzwanie Putinowi w imię decentralizacji i rezygnacji z imperium. Nawet jeśli ktoś jest blisko Miedwiediewa, to podkreśla publicznie, że jest gorliwym zwolennikiem kursu Putina. Zresztą,

101


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

przy zdecydowanej aprobacie społeczeństwa, na co wskazują także uznawane za najbardziej bezstronne ośrodki badania opinii publicznej. Każdy, kto chce realizować inną ideę, skończy jak Chodorkowski, który obecnie szyje spodnie gdzieś pod granicą z Chinami. A on przecież chciał jedynie wspierać niezależne uniwersytety i ewentualnie później zająć się polityką. Kto zatem rządzi dzisiejszą Rosją? Putin, duet Putin-Miedwiediew, czy może oligarchowie? – Nie wydaje mi się to zbyt ważne. Na pewno twarzą tego odrodzonego imperium jest Włodzimierz Putin. Rosjanie identyfikują twarz

Zatem stajemy ponownie przed klasycznie polskim dylematem geopolitycznym. Po jednej stronie mamy brutalne imperium rosyjskie, po drugiej – bogatych, lecz gnuśnych sojuszników europejskich, dla których strategiczną stawką jest Rosja a nie Polska. Co możemy i co powinniśmy zrobić w tej niełatwej sytuacji? – Jak już mówiliśmy wcześniej, Rosja jest potrzebna Europie, każdej Europie. W dłuższej perspektywie Rosja potrzebuje także stabilizacji strategicznego partnerstwa z jej zachodnimi sąsiadami (niekoniecznie w dosłownym znaczeniu terytorialnego sąsiedztwa). Będzie narastało – w perspektywie najwyżej 20-30 lat

Rosja identyfikuje się jako kraj prawosławny i jednocześnie kraj, w którym prawosławie jest główną ideologią władzy. Nowy patriarcha – zupełnie inaczej niż jego poprzednik – podkreśla negatywną rolę komunizmu. Komunizm popełnił największe zbrodnie na Cerkwi prawosławnej i to się obecnie coraz wyraźniej podkreśla Rosji z twarzą Putina, a nie Miedwiediewa. Ludzi pokładających nadzieję w Miedwiediewie jest niewielka mniejszość, ale i to jako ewentualnego sukcesora Putina, a nie konkurenta. Choć nawet na to, by był on sukcesorem niewiele wskazuje. Bo był i jest jedynie figurantem, którego Putin umieścił na stolcu prezydenckim po tym, jak zgodnie z prawem sam nie mógł kontynuować swej działalności na formalnie najwyższym urzędzie w kraju. Obecnie Putin nie ucina spekulacji, że może wrócić na prezydenturę na trzecią kadencję i to w zgodzie z konstytucją. To, czy wróci, też nie jest najważniejsze. W tej chwili z faktu, że orzeł imperialny ma dwie głowy, nie wynika żadne zagrożenie. Od czasu Piotra Wielkiego nad tymi dwiema głowami znajduje się jedna korona, imperialna, której nie rozbija tymczasowa, zewnętrzna struktura bardzo obecnie wzmacniająca pozycję premiera. Ta korona istnieje nadal.

102

– fundamentalne zagrożenie Rosji w Azji: od strony Chin, a także świata islamskiego. Obecnie elity polityczne Rosji wyobrażają sobie strategicznie ważne, zabezpieczające ją od zachodu „sąsiedztwo” w postaci partnerstwa z Europą zdominowaną przez Niemcy, ewentualnie przez oś niemiecko-francuską (i, ewentualnie, Włochy). W wyobraźni politycznej dzisiejszych gospodarzy Kremla nie ma tutaj istotnego miejsca dla Polski. Dla nas sprawą zasadniczą jest nie to, żeby Rosja „zniknęła”. Takiej możliwości nie ma. Dla nas sprawą zasadniczą jest, żeby Polska umocniła się w Europie na tyle, by Rosja nie mogła przeoczyć Warszawy na drodze do Berlina, a także, aby Berlin nie podawał ręki Moskwie ponad głowami Polaków. Zanim takie umocnienie pozycji Polski może nastąpić – a oczywiście wymaga to wielkiej mądrości politycznej polskich elit, by nie zmarnować


POWRÓT GEOPOLITYKI

możliwości rozwoju, jakie mamy – trzeba zwalczać wszystkimi sposobami Putinowską strategię brutalnego narzucania Europie „moskiewskiego realizmu”. Trzeba odwoływać się do zasad fundatorskich Unii Europejskiej i pokazywać opinii publicznej w jej krajach, jak Rosja depcze te zasady w swoim państwie: dławiąc wolność mediów elektronicznych, wzmacniając „sterowaną demokrację”, prowadząc kampanie etnicznej nienawiści wobec „czarnych”, czyli przybyszów z okolic Kaukazu, albo też wobec Bałtów, czy Ukraińców. I pokazywać, jak wciąga do deptania tych europejskich wartości główne kraje członkowskie Unii,

Zmienić Imperium

które przymykają oczy na stosunki wewnętrzne w Rosji, lekceważą zasadę solidarności całej Unii – byle tylko zdobyć fawory Gazpromu. Tak trzeba przeszkadzać imperialnej, groźnej dla Polski, a jeszcze bardziej dla Ukrainy, dla krajów Zakaukazia i dla republik nadbałtyckich polityce obecnej ekipy rządzącej w Moskwie. Tak można zarazem pomóc słabej obecnie, ale istniejącej opinii demokratycznej w samej Rosji. Jeśli widzi ona, że skrajnie autorytarne, antywolnościowe postępowanie rządu Putina jest akceptowane, a nawet chwalone przez liderów Europy – wtedy możliwość jej przetrwania redukowana jest niemal do zera. Tylko wtedy, gdy polityka Unii wobec Rosji będzie odwoływała się do zasad Unii, a nie do zasad „demokracji sterowanej” Putina – będzie szansa na zmianę Rosji. Umocnienie pozycji Polski w Europie i stopniowe wpływanie na zmianę sytuacji w samej Rosji – to, jak mi się wydaje, najskuteczniejszy sposób, by uniknąć najgorszego scenariusza, czyli nowej Tylży, to jest układu liderów zachodu Europy z przywódcami Rosji w celu podziału wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. STEFAN SĘKOWSKI (ur. 1985) – politolog, redaktor portalu Fronda.pl, przetłumaczył m.in. „Wspomnienia” i „Socjalizm” Ludwiga von Misesa oraz „Nie Zdrada” Lysandera Spoonera. Autor książki „Wolnościowcy w kraju wolności. Anarchoindywidualizm w Stanach Zjednoczonych Ameryki w latach 1827-1939”. Publikował m.in. we „Frondzie”, „Arcanach”, „Najwyższym Czasie!”, „Gościu Niedzielnym” i niemieckim miesięczniku „Eigentümlich Frei”. Członek Stowarzyszenia KoLiber. Lublinianin, mieszka w Warszawie.

103


Niemcy wróciły do wielkiej gry Z PROF. JACQUES’EM-PIERREM GOUGEONEM ROZMAWIA ALEKSANDRA RYBIŃSKA Europa długo była dla Niemców czymś w rodzaju Ersatzu dla narodu, tej tożsamości narodowej, której nie mieli i mieć nie mogli po II wojnie światowej. Po Zjednoczeniu zaczęli tworzyć tę tożsamość narodową na nowo. I szybko okazało się, że europejska idea, którą przywłaszczali sobie przez tyle lat, nie jest im już potrzebna. Stali się znów narodem, który ma własne interesy, poza Unią i nawet wbrew Unii. Nagle bycie Niemcem i obrona niemieckich interesów stała się z powrotem czymś zupełnie naturalnym. 104


105


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

JACQUES-PIERRE GOUGEON – historyk, profesor na Sorbonie w Paryżu oraz dyrektor badań w paryskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych (IRIS). Specjalizuje się w polityce i historii Niemiec oraz stosunkach niemiecko-francuskich. Od 1999 do 2003 roku był szefem francuskiej misji uniwersyteckiej w Niemczech. Jest autorem wielu książek, między innymi: „L’Allemagne du XXIe siecle: une nouvelle nation?” („Niemcy w XXI wieku: nowy naród?”) (2009, wyd. Armand Colin) oraz „Allemagne: une puissance en mutation” („Niemcy: zmieniające się mocarstwo”) (2006, wyd. Gallimard). Niemcy w latach 90. były krajem cichym, prawie niewidocznym. To się zmieniło. Czy można mówić o niemieckim powrocie do gry? – Jak najbardziej. Wynika to z dwóch ważnych powodów. Zjednoczenia, dokonanego

106

wraz z wejściem w życie traktatu Moskiewskiego z 1992 roku, oraz nadejścia nowej generacji polityków, urodzonych po 1945 roku, czyli po zakończeniu II wojny światowej. Symbolem tej nowej generacji jest były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder. Niemcy osiągnęły wraz ze Zjednoczeniem pełną suwerenność. To otworzyło przed krajem zupełnie nowe możliwości działań na scenie międzynarodowej. Politycy zaś, którzy zdominowali pod koniec lat 90. niemiecką politykę, mieli inną wizję kraju niż generacja Helmuta Kohla. Wielki polityk CDU i architekt Zjednoczenia forsował politykę wstrzemięźliwości, słynnej zimnowojennej „Zurückhaltung”. Był świadomy nazistowskiej przeszłości kraju i tłumił wielkomocarstwowe ambicje Niemców. To się zasadniczo zmieniło wraz z objęciem fotela kanclerskiego przez Schrödera i powstaniem rządu z Socjaldemokracji i Zielonych. To, co dotychczas było tematem tabu, np. chęć objęcia stałego miejsca w radzie bezpieczeństwa ONZ, stało się czymś normalnym, wręcz naturalnym. Niemcy zaczęły uważać, że pozycja mocarstwa im się należy, że jest to naturalnym następstwem ich pozycji mocarstwa gospodarczego. Pierwszym, który zgłosił pomysł objęcia przez Berlin stałego miejsca w radzie bezpieczeństwa ONZ, był zresztą szef MSZ Klaus Kinkel w 1993 roku, za Kohla. Wielki kanclerz powiedział wtedy, że to zły pomysł, że Niemcy nie powinny straszyć reszty Europy, a szczególnie swych wschodnich sąsiadów. Nie było na ten temat nawet dyskusji, nie i basta! Niemcy nie mogli się kojarzyć z agresją, z dominacją. Generacja polityków pokroju Schrödera nie miała tych historycznych kompleksów. Niemiecka polityka nabrała więc tempa i agresywności. Dziś Niemcy są ważnym geopolitycznym graczem.


Ale czy są także mocarstwem? – Moim zdaniem tak. Niemcy są dziś bez wątpienia mocarstwem politycznym i dyplomatycznym, w takim samym stopniu, jak są mocarstwem gospodarczym. Niemcy łożą miliony na ONZ i NATO, uczestniczą w misjach zagranicznych obu organizacji, są aktywni dyplomatycznie na całym świecie, między innymi na Bliskim Wschodzie, gdzie byli

dotychczas nieobecni ze względu na historyczne obciążenie Holokaustem. Niemieckie wpływy nie są dziś już ograniczone do Europy i tradycyjnych sojuszników, takich jak Francja. One są globalne. Kiedyś niemiecka dyplomacja ograniczała się do Bloku Wschodniego i USA. Dziś sięga aż do Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Niemcy są dziś wszędzie tam, gdzie ich wcześniej z powodów historycznych i politycznych nie było.

107


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Berlin zacieśnił między innymi relacje z Rosją, do której zawsze miał słabość…

Pamiętam czasy, kiedy Niemcy na pierwszym miejscu stawiali interesy Europy...

– Zgadza się. Fascynacja niemieckich elit Rosją istnieje od dawna i sięga czasów carycy Katarzyny II. I już wtedy relacje między oboma krajami były oparte na mocarstwowości. Dziś jest podobnie. Niemcy uważają się za mocarstwo, za silnego i ważnego europejskiego gracza. I w tej roli uważają za naturalne utrzymywanie bliskich stosunków z Moskwą. Na niekorzyść Polski i innych krajów Europy Wschodniej i Centralnej, które są ważnymi partnerami dla Berlina, ale nie mają statusu mocarstwa, tak jak Rosja. W tym leży cała tajemnica niemieckiej sympatii dla Rosji, wbrew różnicy zdań w dziedzinie choćby praw człowieka. Dla Niemców Rosja jest mocarstwem, tak jak USA, i dlatego zależy im na dobrych relacjach z tym krajem.

– I tak było. Ale te czasy minęły bezpowrotnie. Dla sąsiadów Niemiec to nowość, wiem, i trudno im się z tym pogodzić. Europa długo była dla Niemców czymś w rodzaju Ersatzu dla narodu, tej tożsamości narodowej, której nie mieli i mieć nie mogli po II wojnie światowej. Po Zjednoczeniu zaczęli tworzyć tę tożsamość narodową na nowo. I szybko się okazało, że europejska idea, którą przywłaszczali sobie przez tyle lat, nie jest im już potrzebna. Stali się znów narodem, który ma własne interesy, poza Unią i nawet wbrew Unii. Nagle bycie Niemcem i obrona niemieckich interesów stała się z powrotem czymś zupełnie naturalnym.

I ta potrzeba mocarstwowości tłumaczy udział Niemiec w gazociągach północnym i południowym, projektach wielokrotnie droższych niż dajmy na to uruchomienie drugiej nitki rurociągu jamalskiego? – Tak. Ale jest jeszcze jeden ważny element. To jest dbałość o własne interesy. Współpraca z Rosją wzmacnia pozycję Niemiec w Europie. I to znacznie. Jeśli to kosztuje kilka miliardów więcej, trudno. Jest to cena, którą trzeba zapłacić. To jest to, co się określa mianem Realpolitik. Skończyły się czasy ideałów, romantyzmu. Chodzi o twarde interesy niemieckich spółek i wzmocnienie pozycji Berlina, nie mniej i nie więcej. Berlin liczy także na to, że udział w obu projektach Gazpromu zapewni mu decydujący wpływ na politykę energetyczną Unii. Niemcy nie widzą sensu w twardej polityce wobec Moskwy, bo nie przyniesie ona im żadnych korzyści. A o korzyści tu chodzi.

108

Czyli Niemcy dokonali rewizji historii i napisali ją na nowo? Bo obiektywnie przeszłość Niemiec jest wciąż taka sama… – Nie nazywałbym tego rewizjonizmem historycznym. Tylko nową lekturą historii. Wraz z nową generacją polityków urodzonych po 1945 roku, pojawiła się także nowa generacja historyków w Niemczech. Patrzących inaczej na najnowszą historię kraju. W sposób mniej zakompleksiony. Zdaniem tej nowej generacji historyków przeszłość kraju nie powinna hamować jego rozwoju. Czyli to, że Niemcy wywołali II wojnę światową, nie może oznaczać, że nie mogą się nigdzie w świecie angażować politycznie i militarnie. I nie jest to bynajmniej sprawką skrajnej prawicy czy wiecznie wczorajszych twardogłowych z CDU, tylko młodych socjaldemokratów. To oni wysunęli pod koniec lat 90. ideę, że armia jest przedłużonym ramieniem dyplomacji. Pierwszy, który zaangażował Bundeswehrę w konflikt zbrojny, był Gerhard Schröder w 1998 roku, wysyłając ją do Kosowa. Pamiętam intensywne debaty,


POWRÓT GEOPOLITYKI

które się wówczas toczyły w Bundestagu. I to byli pacyfiści z Zielonych, jak ówczesny szef MSZ Joschka Fischer, najsilniej lobbowali za tym, by niemieccy żołnierze strzelali. Dlaczego? To proste. Niemiecka lewica narzuciła nowe pojęcie mocarstwowości oparte na sile dyplomatycznej i militarnej. Chodziło o wzmocnienie pozycji Niemiec wewnątrz NATO, gdzie przez wiele lat odgrywały rolę marginalną. Co z tego, że w tym celu trzeba było poświęcić kilka tak zwanych ideałów. Dziś większość polityków i historyków w Niemczech przekonuje, że Niemcy są mocarstwem i żąda zniesienia wszystkich tabu, które zasłaniają ten fakt.

Niemcy wróciły do wielkiej gry

współpracować. To wymaga jednak pewnego dostosowania się obu stron. Kto będzie więc rządził w Unii, Niemcy czy Francja? – Myślę, że ani jedno, ani drugie. W każdym razie mam taką nadzieję, bo oznaczałoby to, że Unia nie jest niczym więcej niż politycznym bublem, którym może rządzić ten albo tamten kraj członkowski. To byłoby smutne. Francja musi koniecznie pracować nad swymi stosunkami z Niemcami, bo inaczej Berlin stanie się uprzywilejowanym partnerem dla USA i Rosji.

Te nowe ambicje Niemiec odbijają się mocno na jej relacjach z Francją. Jesteśmy świadkami walki o hegemonię w Europie?

Stosunki z Polską także nie układają się najlepiej. Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie doszczętnie zepsuło atmosferę. Powinniśmy się bać Niemców i ich nowego stosunku do własnej historii?

– Cóż. Nowe ambicje Niemiec są twardym orzechem do zgryzienia dla Francji. Przed Zjednoczeniem Niemiec Francja była dyplomatyczną potęgą Europy. Niemcy dominowali gospodarczo, ale politycznie byli słabi, uza-

– Rozumiem obawy Polaków związane z projektem Widocznego Znaku. Helmut Kohl był historykiem i miał świadomość bolesnej historii obu krajów. Był bardzo ostrożny, nie chciał urazić uczuć Polaków. Dzisiejsi niemiec-

Współpraca z Rosją wzmacnia pozycję Niemiec w Europie. I to znacznie. Jeśli to kosztuje kilka miliardów więcej, trudno. Jest to cena, którą trzeba zapłacić. To jest to, co się określa mianem Realpolitik. Skończyły się czasy ideałów, romantyzmu

leżnieni od USA i zakompleksieni historycznie. To się zmieniło. Jesteśmy więc w pewnym sensie świadkami walki o przywództwo Europy między Paryżem a Berlinem. Angela Merkel zepsuła prezydentowi Francji między innymi projekt Unii Śródziemnomorskiej. To była bolesna nauczka dla Paryża. Na dłuższą metę myślę jednak, że chęć współpracy weźmie górę nad rozbieżnością interesów. Nie ma powodów, by te kraje nie mogły ze sobą

cy politycy nie mają tej wrażliwości. I jej mieć nie będą. Ten okres należy do przeszłości. Na dodatek nigdy nie doszło do prawdziwego pojednania między Niemcami i Polakami, tak jak między Francuzami i Niemcami. To tworzy podatny grunt do niebezpiecznych interpretacji historii i rodzaju rewizjonizmu, który praktykuje szefowa Związku Wypędzonych Erika Steinbach. To przez nią stosunki polsko-niemieckie się tak znacznie pogorszyły. Nie wpadałbym

109


jednak w panikę i straszył ludzi niemieckim rewizjonizmem. Pani Steinbach nie reprezentuje wszystkich Niemców, a nawet nie całą CDU. Zarówno SPD, jak i FDP odmówiły tej pani poparcia. I to jest w tym wypadku istotne. Niemcom zależy na partnerstwie z Polską. Warszawa musi jednak także iść na kompromisy. Pejzaż geopolityczny się zmienił. Upadła żelazna kurtyna. Niemcy chcą mieć dobre relacje z Moskwą i chcą debatować nad własną historią. Potrzeba tu zręcznej dyplomacji po obu stronach, by załagodzić konflikty.

110

Czyli jest możliwy powrót do polsko-niemieckiej wspólnoty interesów, podobnej do tej z lat 90.? – Teoretycznie tak. I myślę, że pewnego dnia, wcześniej czy później, do tego dojdzie. Mocarstwowe ambicje Niemiec nie oznaczają, że Polska straciła dla niej wartość jako partner polityczny. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka na to wygląda. Polska to największy kraj Europy Wschodniej i Centralnej, którego nie można ignorować.


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jednak w obliczu greckiego kryzysu gospodarczego Niemcy nie skorzystali z okazji, by wzmocnić swoją mocarstwową pozycję i nie przystąpili do ratowania Grecji. Błąd strategiczny? – Wręcz przeciwnie. Pomoc Grecji nie leży w interesie Niemiec. Nie dlatego, że Niemcy nie zrozumieli, jakie ryzyko niesie ze sobą osłabienie strefy euro przez grecki kryzys. W sytuacji olbrzymiej dziury budżetowej i trudnej sytuacji gospodarczej na świecie, Niemcy nie mogą sobie pozwolić na taki wydatek. Nie leży to w interesie podatników znad Szprewy. Problemy finansowe znacznie osłabiły elastyczność i spontaniczność

Niemcy wróciły do wielkiej gry

Azję. Jednak Niemcy będą się dalej angażować w Afganistanie jako sojusznicy Stanów Zjednoczonych. Od 1949 roku nie mieli tylu żołnierzy na zagranicznych misjach. Berlin będzie więc dalej dążył do tego, by odgrywać większą rolę w NATO i będzie się angażował w mediację dyplomatyczną na Kaukazie oraz zacieśni stosunki z Moskwą. Przejmie także główną rolę w kwestiach pomocy w różnych zakątkach świata. Nie widzę możliwości bliskiej współpracy politycznej z Chinami ze względu na łamanie praw człowieka przez Pekin. Gospodarcze więzi jednak zapewne się wzmocnią. Krótko mówiąc, Niemcy będą dążyły do wzmocnienia swojej mocarstwowości. Co z tego wyniknie, czas pokaże.

Berlin będzie więc dalej dążył do tego, by odgrywać większą rolę w NATO i będzie się angażował w mediację dyplomatyczną na Kaukazie oraz zacieśni stosunki z Moskwą. Przejmie także główną rolę w kwestiach pomocy w różnych zakątkach świata

Berlina w takich sytuacjach. Nie jestem też pewien, czy ratowanie Grecji poprawiłoby pozycję Niemiec. Zarządzanie zadłużonym grajdołkiem typu Grecja nie ma, moim zdaniem, żadnych zalet strategicznych. Zresztą Niemcy uważają, że jako mocarstwo ponoszą większą odpowiedzialność, niż wtedy, gdy byli podzielonym krajem pozbawionym autonomii. Wujek Sam już nie poprawi kasy państwowej. Jaką rolę Niemcy odegrają w przyszłości, na płaszczyźnie globalnej? Z kim zawrą uprzywilejowany sojusz – z USA, Rosją, Chinami? – Niemcy są mocarstwem rdzennie europejskim i nim pozostaną. Silnego sojuszu z USA w tej chwili raczej nie widzę, biorąc pod uwagę, że administracja Baracka Obamy odwróciła się plecami do Europy i woli od niej

Niemcy mają też własną wizję Unii Europejskiej, którą będą realizować. Chodzi głównie o wykluczenie z niej Turcji i odegranie takiej roli przywódczej, która będzie adekwatna do sum pieniędzy, które Berlin wpompowuje w brukselską eurokrację. ALEKSANDRA RYBIŃSKA (ur. 1976) – absolwentka Wydziału Socjologii paryskiej Sorbony oraz Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu (IEP). Dziennikarka działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, w przeszłości pracowała w Niemczech m.in. dla „Welt am Sonntag”, „Süddeutsche Zeitung”, BBC World Service, CNN International oraz telewizji kablowej SAT 1. W wolnym czasie pracuje jako wolontariusz dla OPS na Woli i pisze swoją pierwszą książkę, beletrystykę z dziedziny crime story, tak dla rozrywki. Trochę podróżuje, kiedy czas pozwoli, i biega z psem po lesie.

111


Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie JAN FILIP STANIŁKO

W amerykańskiej polityce zagranicznej wiele było w ostatnim roku spektakularnych haseł. Ale jeśli spojrzeć pod zasłonę słów o wielkiej zmianie i zapewnień, że realistyczna polityka interesów odeszła do lamusa historii, okazuje się, że Ameryka niemal się nie zmieniła. Bo pole możliwych decyzji nadal jest ograniczone geopolitycznymi interesami mocarstwa. A te ostatnie pozostają co do istoty stałe. 112 112


W amerykańskiej polityce zagranicznej wiele było w ostatnim roku spektakularnych haseł. Była „nowa epoka odpowiedzialności” prezydenta Baracka Obamy. Było „wciskanie przycisku reset” wiceprezydenta Joe Bidena. Była wreszcie „smart power” sekretarz Hilary Clinton. Dużo było wspaniałych przemówień Obamy: mowa antynuklearna w Pradze, mowa do świata islamskiego w Kairze, mowa do Afryki w Akrze, mowa noblowska. Lokatorowi Białego Domu wtórował jego zastępca. Zasłynął mową w Monachium, mową w Tbilisi, czy mową w Bukareszcie. Ale jeśli spojrzeć pod zasłonę słów o wielkiej zmianie i zapewnień, że realistyczna polityka interesów odeszła do lamusa historii, okazuje się, że Ameryka niemal się nie zmieniła. Bo pole możliwych decyzji

końca będąc pewnymi, czy ich pupil dokładnie wie, co robi. Anty-Bush? Prezydenturę George’a W. Busha oceniają fatalnie prawie wszyscy. Jego polityki bronią jedynie niektórzy amerykańscy konserwatyści i republikanie. Robią to na dwa sposoby. Po pierwsze, stosują historyczną analogię do prezydentury Harry’ego Trumana, który odchodził z bardzo niskim poziomem poparcia, ale po kilku dekadach jego nazwisko – obok Paula Nitzego, czy George’a Kenana – pojawia się wśród najznakomitszych postaci wczesnej „zimnej wojny”. Po drugie, obrońcy Busha juniora argumentują, że w większości sytuacji dokonywał on wyborów nie wynikających

Obama potrafił przekonać swoich rodaków i właściwie cały zachodni świat, że niesie ze sobą „zmianę, w którą możemy uwierzyć” i kulturę rozmowy ze wszystkimi – począwszy od politycznej opozycji na Capitolu, a na wrogich reżimach Iranu i Korei Północnej kończąc. Wszyscy spodziewali się, że nadchodzi wizjoner, który wszystko zmieni. Oczywiście na lepsze. W rzeczywistości, wciąż nie wiemy, kto właściwie przyszedł

nadal jest ograniczone geopolitycznymi interesami mocarstwa. A te ostatnie pozostają co do istoty stałe. Tej niejednoznaczności pomaga sam prezydent, który lubi niuanse – na przykład wojnę w Afganistanie nazywał war of necessity, a wojnę w Iraku war of choice, oraz paradoksy – w trakcie wykładu noblowskiego głosił pochwałę wojny sprawiedliwej i stosowania sankcji. Jednak złudzeniu zmiany wciąż jeszcze ulegają bardzo liczni renomowani analitycy, zwłaszcza ci bardziej liberalni. Często uzasadniają oni „naiwne i otwarte” podejście Obamy do starych wrogów (takich jak Rosja czy Iran), albo długie namysły nad zwiększeniem kontyngentów wojskowych, nie do

z jego widzimisię, lecz narzucanych mu przez geopolitykę. Jego błędy – tak argumentowali w kampanii prezydenckiej John McCain i jego doradca Max Boot – polegały na niedostatku stanowczości, energii i determinacji. Nie ulega przy tym wątpliwości, że spośród olbrzymiej liczby spraw, które w ostatniej dekadzie przewinęły się przez łamy działów zagranicznych największych światowych gazet, nazwisko Teksańczyka kojarzy się przede wszystkim z inwazją na Irak i wybuchem kryzysu gospodarczego, spychając na dalszy plan atak na World Trade Center i wojnę w Afganistanie. Koronnym dowodem na jego porażkę był fenomen narastającego antyamerykanizmu, wynikający ze stylu uprawiania polityki – agresywnego,

113


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

imperialistycznego, nie liczącego się ze zdaniem sojuszników. Na tym tle Obama już samą swoją osobą sugeruje zasadniczą odmianę amerykańskiej polityki. Mówiącego niepełnymi i niezbyt składnymi zdaniami białego Teksańczyka z bogatej rodziny naftowej, absolwenta MBA na Harvardzie, nawróconego w dojrzałym wieku protestanta studiującego z zapałem historię imperiów, zastąpił jeden z najwybitniejszych mówców naszego wieku. Jego ojciec pochodził z Ghany, a on sam dorastał ze swoim ojczymem w Indonezji. Dzięki dziadkom skończył prawo na Harvardzie, a następnie został wykładowcą na flagowym liberalnym uniwersytecie w Chicago. Predyspozycje intelektualisty nie przeszkodziły mu sprawnie przejść przez kolejne szczeble brutalnej polityki partyjnej tego miasta. W Senacie był jednym z dwóch najbardziej lewicowych senatorów. Jako kandydat na prezydenta, a potem jako amerykańska głowa państwa, Obama potrafił przekonać swoich rodaków i właściwie cały zachodni świat, że niesie ze sobą „zmianę, w którą możemy uwierzyć” i kulturę rozmowy ze wszystkimi – począwszy od politycznej opozycji na Capitolu, a na wrogich reżimach Iranu i Korei Północnej kończąc. Wszyscy spodziewali się, że nadchodzi wizjoner, który wszystko zmieni. Oczywiście na lepsze. W rzeczywistości, wciąż nie wiemy, kto właściwie przyszedł. W jednym z podsumowań pierwszego roku prezydentury Obamy, ceniony międzynarodowy komentator Josef Joffe zatytułował swój tekst „Kim jest ten facet?”. Jego zdaniem, demokrata jest wszystkim po trochu – idealistą, realistą i internacjonalistą. „Obama głosi doktrynę wciskania przycisku reset, jednocześnie zwracając się do największych wrogów – Iranu, Kuby czy Wenezueli – w najbardziej miękkich, niemal

114


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

apologetycznych słowach. Realista zawsze podkreślałby konflikt w sprawach państwa [z którym rozmawia – przyp. JFS], Obama tymczasem wydaje się wierzyć w moc terapii – politykę jako psychiatrię – tak jakby wszystkie konflikty były nierzeczywiste i zakorzenione w nieporozumieniach lub braku kulturalnej wrażliwości. (...) Polityka Obamy jest w stanie płynnym (flux): [mówi on – przyp. JFS] zobaczmy, co się stanie”. Pytanie: „Kim jest Obama?” pojawia się w wielu amerykańskich analizach i – co bardzo charakterystyczne – odpowiedzi najczęściej odzwierciedlają pozycję mówiącego. Autor bestselleru o „świecie poamerykańskim”, który Obama czytał w trakcie kampanii, Fareed Zakaria: „[Obama] jak dotąd chłodno kalkuluje, czy to w sprawie Rosji, Iranu, Iraku czy Afganistanu. Obama jest realistą z temperamentu, nauki i instynktu. (...) Skupia się na ostrożnym definiowaniu amerykańskich interesów, zapewnianiu zasobów do ich realizacji”. Jeden z najbardziej cenionych amerykańskich specjalistów ds. polityki zagranicznej, Leslie Gelb: „Istnieje wrażenie, że Obama pomylił przemowy z polityką, tzn. z faktycznym manewrowaniem i naciskaniem na zagranicznych przywódców, aby zrobili to, czego w innym wypadku by nie zrobili. Jest też poczucie, że Obama, który oczywiście jest bardzo bystry, myli politykę z analizą i logiką. Polityka zagraniczna niestety nie dokonuje się przez analizę i logikę. Polityka wiąże się z reakcjami wychodzącymi z trzewi [gut], bazującymi na kulturze, historii i osobistych okolicznościach politycznych”. Neokonserwatywny zastępca sekretarza obrony w administracji Regana, Richard Pearle: Obama „spędził rok, błądząc z powodu niedoświadczenia, naiwności, oderwania spowodowanego agresywnym programem wewnętrznym, i przesadnego poczucia,

115


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

że może zaczarować naszych przeciwników w stan podległości”. Każdy stosuje też swoje porównania. Pearle porównuje Obamę do naiwnego Cartera, Zakaria do kunktatorskiego Nixona, Fukuymama z kolei buduje złożoną analogię i pyta, czy

w trakcie drugiej kadencji Busha juniora (zastąpił Ronalda Rumsfelda, którego nie darzy sympatią), kiedyś zimnowojenny jastrząb, były szef CIA i zaciekły wróg Związku Sowieckiego, a dziś człowiek, który próbuje przestawić Pentagon z wielkich wojen wyobrażonych na

Nowa administracja przez ostatni rok dokonywała zasadniczej reorientacji uwagi USA ze spraw transatlantyckich na transpacyficzne. I jest to chyba najbardziej znacząca zmiana w polityce zagranicznej USA za prezydentury Obamy

będzie on „Carterem, który przegrał w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, Lyndonem Johnsonem, który wygrał w domu, a przegrał zagranicą, czy może Franklinem Rooseveltem, który osiągnął wielkie rzeczy na obu frontach”. Wreszcie George Friedman, podsumowując mowę noblowską Obamy, stwierdził, że „ostatecznie trudno było dostrzec, co właściwie chciał on powiedzieć. Elokwentna i enigmatyczna mowa nie jest złą strategią dla prezydenta, ale nasuwa pytanie: jaka właściwie jest strategia tego prezydenta w polityce zagranicznej? Zakrawa na ironię, że najbardziej użytecznie będzie postawić Obamę w świetle [osoby – przyp. JFS] ostatniego prezydenta, który zdominował i zdefiniował swój czas – Ronalda Reagana, człowieka równie przekonującego, polaryzującego i enigmatycznego jak obecny prezydent”. Takich ciekawych ocen Obamy jest oczywiście dużo więcej i można by cytować je jeszcze długo. Jednak sama osoba prezydenta nie wyczerpuje problemu polityki zagranicznej mocarstwa. Dlatego trzeba wziąć pod uwagę także inny, bardzo znaczący element: komu powierzył on pilnowanie amerykańskich interesów w świecie. Drużyna Obamy Jest to kilka bardzo znaczących osób. Po pierwsze, Robert Gates, sekretarz obrony

116

małe wojny realne. Po drugie, Hillary Clinton, żona byłego prezydenta, dotąd znana jako specjalistka od spraw wewnętrznych (jak np. opieka zdrowotna) lub militarnych (członek senackiej komisji obrony), która z twardym profesjonalizmem uczy się nowej roli – sekretarza stanu. Jest to tym trudniejsze, że otoczona jest potencjalnymi kandydatami na swoich następców. Obama mianował bowiem dwóch specjalnych wysłanników: na Bliski Wschód – George’a Mitchella oraz zajmującego się sprawami Afganistanu i Pakistanu (tzw. Afpak) weterana negocjacji, ambitnego Richarda Holbrooke’a. Stałą radą służy bardzo doświadczony Biden, który przez wiele lat zasiadał w komisji spraw zagranicznych Senatu. Czterogwiazdkowy generał piechoty marynarki wojennej, były dowódca NATO w Europie, gen. James L. Jones, został prezydenckim doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego. Z kolei w ONZ sprawy USA reprezentuje aktywistka praw człowieka i specjalistka od spraw afrykańskich Susan Rice, która wydaje się być całkowitą antytezą swojego poprzednika z czasów administracji Busha, modelowego neokonserwatysty Johna Boltona. Wreszcie dwaj najbliżsi zaufani doradcy polityczni – David Axelrod i Rahm Emanuel – stale monitorują relacje między polityką wewnętrzną i zagraniczną, a także uczestniczą w podejmowaniu


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

decyzji (np. uczestniczyli w twardych rozmowach z premierem Izraela). Jeśli chodzi o obsadę Biura do spraw Europejskich i Eurazjatyckich w Departamencie Stanu, to trudno byłoby o lepszą dla polskich interesów konfigurację niż ta z czasów administracji George’a W. Busha. Szefem departamentu był wówczas były ambasador USA w Polsce Daniel Fried. Jego zastępcą – były asystent senatora McCaina, sekretarz w przedstawicielstwie USA przy NATO, a następnie jego szef, Kurt Volker. Sprawami Rosji, Ukrainy, Mołdawii i Białorusi zajmował się David Kramer, były ekspert Carnegie Endowment for International Peace i CSIS. Wreszcie sprawami Bałkanów, Morza Czarnego i Kaspijskiego zajmował się Polak z pochodzenia – Matthew Bryza. W takim układzie personalnym, będącym połączeniem siły intelektualnej, doświadczenia i osobowości, polski rząd miał po stronie amerykańskiej partnerów w pełni rozumiejących jego punkt widzenia.

chyba najbardziej znacząca zmiana w polityce zagranicznej USA za prezydentury Obamy. Nie jest przypadkiem, że mimo dość częstego odwiedzania Europy (przy okazji dwóch szczytów UE, szczytu NATO w Pradze oraz szczytu G-20 w Londynie), najdłuższą

Transpacyfik zamiast transatlantyku W obecnej administracji, wrogo nastawionej do neokonserwatywnych kręgów (z których wywodzi się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski), jedynie stanowisko szefa Biura zostało obsadzone znaczącą osobą. Został nim ceniony analityk Brookings Institution, a wcześniej dyrektor ds. europejskich w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa w administracji prezydenta Clintona Philip Gordon. Pozostałe stanowiska zajmują zawodowi dyplomaci bez znaczącego dorobku. Można sarkastycznie skonstatować, że strona amerykańska dostosowała się do zmiany rangi stosunków polsko-amerykańskich po objęciu władzy przez rząd Donalda Tuska. Oczywiście nie ma tu rzeczywistego związku przyczynowego. Jest natomiast prawdopodobnie świadome obniżenie rangi relacji z Europą jako całością. Bo nowa administracja przez ostatni rok dokonywała zasadniczej reorientacji uwagi USA ze spraw transatlantyckich na transpacyficzne. I jest to

jak na razie wizytę zagraniczną Obama złożył w Azji. Również Clinton w pierwszą dyplomatyczną podróż pojechała na szczyt organizacji Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). A najbardziej celebrowaną wizytą zagranicznego polityka w Waszyngtonie był przyjazd premiera Indii – Manmohana Singha, nie zaś tradycyjnego pierwszego gościa Białego Domu, premiera Wielkiej Brytanii1. Najwymowniejszym jak dotąd znakiem lekceważącego podejścia prezydenta Obamy do Unii Europejskiej jest zapowiedź absencji na szczycie Unii Europejskiej w maju tego roku. 1 Nota bene brytyjski premier Gordon Brown, gdy podarował Obamie obsadkę pióra, wykonaną z drewna statku, który służył do walki z handlarzami niewolników, został przez amerykańskiego przywódcę symbolicznie upokorzony. Obama, który wcześniej usunął z gabinetu owalnego popiersie Winstona Churchilla, zrewanżował się bowiem… zestawem 25 płyt DVD z klasyką kina amerykańskiego.

117


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Degradacja rangi relacji transatlantyckich ma oczywiście złożone przyczyny. Istotnym powodem są poczynania samych Europejczyków, którzy nie potrafią zbudować silnego przywództwa wyrażającego jednolitą wolę Unii, i „cywilizacyjna” zapaść, wyrażająca się w niezdolności do obrony swoich interesów poprzez środki militarne czy też generalnie metodami konfrontacyjnymi. Doprowadziwszy do końca ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, który miał przecież wzmocnić przywództwo w Unii Europejskiej, narodowi przywódcy europejscy wybrali na stanowiska „uosabiające” Wspólnotę ludzi kompletnie nieznaczących. W prasie amerykańskiej niemal codziennie

– tworząc fundusz „rozmiękczający” co bardziej umiarkowanych Talibów. Jeżeli którykolwiek przywódca kraju europejskiego cieszy się obecnie w USA szacunkiem i posłuchem, to jest to kanclerz Niemiec Angela Merkel, która podczas ostatniej wizyty wygłosiła przemówienie w Kongresie USA. Nie należy jednak zapominać, że Amerykanie, którzy przez pół wieku wspierali proces integracji europejskiej, w dłuższej perspektywie nie są zainteresowani silną, skonsolidowaną i realizującą niezależną politykę Unią Europejską. Prawdopodobnie używać będą do osłabiania Unii brytyjskiego (szczególnie torysowskiego) „konia trojańskiego”. I strategii dowartościowywania

Doprowadziwszy do końca ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, który miał przecież wzmocnić przywództwo w Unii Europejskiej, narodowi przywódcy europejscy wybrali na stanowiska „uosabiające” Wspólnotę ludzi kompletnie nieznaczących. W prasie amerykańskiej niemal codziennie można spotkać ironiczne uwagi na temat tego, ile jest obecnie telefonów do Europy, albo z jak liczną delegacją Unii Europejskiej musi spotykać się prezydent USA, aby okazać respekt złożoności tej organizacji

można spotkać ironiczne uwagi na temat tego, ile jest obecnie telefonów do Europy, albo z jak liczną delegacją Unii Europejskiej musi spotykać się prezydent USA, aby okazać respekt złożoności tej organizacji. Z drugiej strony, USA stosują bardzo miękką politykę nacisku na członków NATO w sprawie zwiększenia udziału w misji w Afganistanie. Część krajów – jak Holandia i Kanada – w najbliższym czasie wycofa się stamtąd, ale ubytek ich wojsk zostanie bardziej niż zrównoważony długo oczekiwanym zwiększeniem kontyngentu przez samych Amerykanów i kilka krajów europejskich. Dodatkowo, bardziej „pacyfistyczne” kraje starego kontynentu, wewnętrznie niezdolne do wsparcia misji większymi siłami, dostały szansę wsparcia jej swoimi pieniędzmi

118

Niemiec, licząc na to, że najsilniejszy kraj Wspólnoty, który – jak do tej pory – nie chce stać się samotnym liderem Unii, będzie na tyle silny, aby być odpowiedzialnym partnerem, ale zarazem na tyle słaby, by skutecznie hamowali go mniejsi, zwłaszcza sąsiedzi. Ostatnią kwestią, w której Europejczycy wydają się cenni dla Amerykanów, jest sprawa Iranu. Prezydent Obama w ramach swojej „polityki wyciągniętej ręki” w sposób dla wielu w USA upokarzający namawiał perskich przywódców do rozmów. Ci pozostali nieufni, bowiem ich celem jest jak najszybsze osiągnięcie statusu państwa nuklearnego, w czym rozmowy z Waszyngtonem na pewno nie pomogą. Przy okazji okazało się, że kluczowy w jakimkolwiek nacisku na Iran będzie nie tyle udział państw


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

europejskich, co współpraca Rosji i Chin. Te jednak pomagać nie zamierzają, bo nie widzą w tym żadnego interesu. Słabsza z tej dwójki Rosja może ewentualnie pozorować współpracę, ale w jej długofalowym interesie leży utrzymywanie Iranu w izolacji wobec Zachodu i odcinanie go od połączeń energetycznych z Europą. Gwarantuje to bowiem rosnący popyt na rosyjskie surowce energetyczne. Chiny również nie są zainteresowane okiełznaniem Iranu, ponieważ państwo perskie zaspokaja 15 procent ich potrzeb energetycznych. A stały wzrost jego siły gwarantuje Chinom silną pozycję na Bliskim Wschodzie i wpychanie USA w niezręczny sojusz z Arabią Saudyjską. Wobec Rosji, Obama – podobnie jak to robił w przypadku Kuby, Wenezueli czy Birmy – zaproponował ocieplenie relacji i zresetowanie napiętych po wojnie w Gruzji stosunków. W geście dobrej woli Amerykanie wycofali się z budowy stałej instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, choć prawdopodobnie i tak zrobiliby to z powodu zmiany koncepcji technicznej. Nie zdecydowali się także – co ma już większe znaczenie – na przeznaczenie większych funduszy na rozwój demokracji na Ukrainie ani na dozbrajanie Gruzji. Jednak Rosjanie, czy to ze zdumienia tak niecodziennym zachowaniem, czy to z wyuczonej czekistowskiej nieufności, przyjaznych gestów Obamy nie odwzajemnili. Chyba że za takowy uznać można kolejną ogólnikową propozycję budowania systemu bezpieczeństwa w układzie Rosja-Europa-USA, przy okazji której – jak to w rosyjskich propozycjach zazwyczaj bywa – Moskwa wszelkimi sposobami dąży do uznania jej prawa do posiadania stref interesów, takich jak Europa Środkowo-Wschodnia. Miłym gestom ze strony Waszyngtonu towarzyszą działania mniej sympatyczne. Biden w wywiadzie dla „The Wall Street Journal” spostponował rządy Putina oraz określił Rosję jako imperium, które już się nie podniesie z powodów demograficznych i korupcyjnych. A podczas

wizyty w Moskwie amerykański prezydent twardo grał na poróżnienie „liberalnego” Miedwiediewa z „autorytarnym” Putinem. Co ciekawe, Amerykanie w dużej mierze załatwili to, co chcieli – otrzymali pomoc w transporcie zaopatrzenia dla wojsk w Afganistanie. Natomiast temat, który zdominuje prawdopodobnie relacje USA – Rosja w 2010 roku, czyli renegocjacja układu START (mimo iż to Obama przypomniał o nim w Moskwie), tak naprawdę leży głównie w interesie największego państwa świata. Bo Rosji zwyczajnie nie stać na podtrzymywanie i modernizację gigantycznego arsenału nuklearnego. Amerykanie nie zrezygnowali też bynajmniej z obecności militarnej w Europie Środkowo-Wschodniej. Przenoszą ją jedynie z Polski. Nasza niestabilna polityka zagraniczna, ukierunkowana na osobistą popularność Tuska i Sikorskiego, zmierza ku całkowitej marginalizacji Polski, redukcji zaangażowania, zawężeniu horyzontów do smsów przesyłanych na nowych Blackberry oraz idealnie układnych relacji z największymi sąsiadami okraszonych symbolicznymi trofeami, a kosztem wymiernych interesów. Tymczasem Amerykanie, którzy niedługo zapewne zaczną wyprowadzać swój arsenał nuklearny z Niemiec, planują umieszczenie sił w Rumunii (tzn. wciąż blisko Ukrainy) oraz dużego radaru w Bułgarii. Chinameryki nie będzie Drugim, obok zmian w relacjach z Unią Europejską, zasadniczym przesunięciem akcentów w polityce USA jest próba zawarcia geopolitycznego partnerstwa USA i Chin, nazywana G-2. Trzeba pamiętać, że na poziomie rozmów gospodarczych G-2 istnieje od czasów Busha juniora i służyła Amerykanom do ciągłego naciskania na Chiny, by uwolniły kurs juana i doprowadziły do jego stopniowego wzmocnienia, co zresztą przez pewien czas się udawało. Wizyta Obamy w Chinach miała być jednak próbą wciągnięcia Państwa Środka w strukturę zarządzania problemami globalnymi. Tak, aby związać je

119


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

odpowiedzialnością i niejako „oderwać” od wąsko rozumianego interesu narodowego. Była to próba nieudana. Bo począwszy od ponownie usztywnionego juana, konfliktu celnego w sprawie chińskich opon przed Światową Organizacją Handlu, przez incydenty z udziałem łodzi podwodnych na Morzu Południowochińskim, atak na konta Google ze stron dwóch chińskich uczelni wojskowych oraz sprzedaż za 30 miliardów dolarów amerykańskiej broni na Tajwan, aż po brak jakiejkolwiek współpracy w sprawie programów atomowych Iranu i Korei Północnej, interesy amerykańskie i chińskie są po prostu rozbieżne. Chińczycy nie popełniają błędu Związku Sowieckiego i nie dają się wciągnąć w zarządzanie globalne. Zbytnio by to wiązało ich swobodę działania i generowało by zbyt duże koszty. Wszystko podporządkowali „pokojowemu wzrostowi” i świadomie minimalizują swoje ambicje globalne, zwiększając zarazem obecność w bogatych w surowce regionach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Rozbudowują też swój arsenał militarny nie tylko o środki minimalizujące przewagi USA, jak zdolność do cyberataku, broń antystelitarna czy ciche łodzie podwodne. Chiny wchodzą już także na teren podstaw dominacji USA na morzach i oceanach, rozpoczynając budowę pierwszych lotniskowców i bardzo szybką modernizację arsenału lotniczego. Fakt, że Chiny pod koniec zeszłego roku wyprzedziły Niemcy i stały się największym eksporterem świata, produkującym już nie tylko koszulki i drut, ale także komputery i zaawansowane maszyny, oraz sytuacja, w której około 70 procent ich gigantycznych, dwubilionowych rezerw walutowych denominowane jest w dolarach, czy wreszcie wzrost gospodarczy rzędu 8 procent w czasie, gdy Japonia, czy kraje UE notują tej samej wielkości spadek, sprawia, że świat zachodni postrzega Chiny jako nowego hegemona. Mało kto pamięta jednak o tym, że kraj ten ściga się z czasem – musi stać się bogaty, zanim gwałtownie się zestarzeje, co stanie się za

120

jakieś dwie dekady. Olbrzymie obszary biedy na wsi sprawiają, że Chiny w polityce gospodarczej wszystko podporządkowują tworzeniu dziesiątek milionów miejsc pracy. Z kolei rozbudowany państwowy przemysł budowlany i ciężki, zatrudniający wielkie liczby ludzi, wymusza na władzach olbrzymie projekty infrastrukturalne oraz bardzo agresywną politykę surowcową w skali już praktycznie całego globu. Paradoksalnie, polityka wolnego handlu, która w wyniku nadmiernej konsumpcji i deindustrializacji kosztuje amerykańską gospodarkę setki miliardów dolarów nierównowagi handlowej, będzie sprzyjać ich istotnej pozycji w Azji. Nastawione na wzrost napędzany eksportem, kraje Azji Wschodniej uzależnione są wszak od popytu wielkiego klienta. Ponadto, zarówno Japonia, jak i Korea Południowa, na których terenie stacjonują wojska amerykańskie, oczekują szczególnego statusu sojuszniczego. Do tego grona dołącza obecnie Australia, pokłócona z Chinami po tym jak państwowa komisja do spraw inwestycji zagranicznych zablokowała przejęcie giganta surowcowego Rio Tinto przez chińskie Chinalco. Grawitować w tę stronę będą prawdopodobnie kolejne kraje Azji PołudniowoWschodniej – Malezja, Tajlandia, Indonezja, Singapur, które poważnie odczuwają już w tej chwili skutki chińskich proeksportowych manipulacji walutą (sztywny niski kurs juana). USA muszą jednak w tym regionie bardziej aktywnie zabiegać o bycie stroną właśnie negocjowanych umów o wolnym handlu, co zagwarantuje im stałą i znaczącą obecność oraz wpływ. Na przykładzie nieratyfikowanej przez Senat USA umowy z Koreą Południową widać jednak, że tradycyjna amerykańska polityka wolnego handlu natrafić może na wewnętrzne ograniczenia, powodowane przez nastroje protekcjonistyczne. Więcej, ale czy lepiej? Trzecią zasadniczą zmianą, która zaszła w polityce światowej za sprawą Obamy, jest stworzenie nowej, funkcjonalnej struktury wielostronnego


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

zarządzania problemami globalnymi – G-20. Dokonało się to ponownie kosztem państw europejskich, czyli kosztem grupy G-7/G-8. Kryzys negocjacji klimatycznych pod auspicjami ONZ, do których tak szczególną wagę przywiązywała Unia Europejska, pokazał, że tak rozbudowane struktury negocjacyjne nie są funkcjonalne. Natomiast świat zmienił się na tyle od 1945 roku, że kraje, takie jak Niemcy, Brazylia, Indie, Indonezja

w Brazylii, Kongres w Indiach, AKP w Turcji oraz Narodowy Kongres Afrykański w RPA – wszystkie one dostosowały się do globalizacji, ale zachowały ślady tradycyjnej podejrzliwości wobec międzynarodowego kapitalizmu i USA. Szczególnie istotne są przypadki Indii i Turcji. Indie, które są obecnie głównym inwestorem w Afganistanie, czują się poniekąd urażone spadkiem znaczenia, jaki relacjom z nimi

Chińczycy nie popełniają błędu Związku Sowieckiego i nie dają się wciągnąć w zarządzanie globalne. Zbytnio by to wiązało ich swobodę działania i generowało by zbyt duże koszty. Wszystko podporządkowali „pokojowemu wzrostowi” i świadomie minimalizują swoje ambicje globalne, zwiększając zarazem obecność w bogatych w surowce regionach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Rozbudowują też swój arsenał militarny nie tylko o środki minimalizujące przewagi USA czy RPA, muszą uzyskać odpowiednie znaczenie w grze międzynarodowej, proporcjonalnie do swojej siły gospodarczej. Nas boleć może co najwyżej fakt, że do świadomości polskich przywódców wciąż nie dotarło, iż Polska również mogłaby zasadnie aspirować do grona globalnych współdecydentów. Największą i najbardziej jednoznaczną porażką pierwszego roku prezydentury Obamy są bardzo chłodne stosunki z największymi demokracjami świata. Indie, Brazylia, RPA i Turcja nie uległy czarowi przemów prezydenta Obamy, ani nawet wymiernym gestom w postaci zaproszenia do G-20. Każdy z tych przypadków jest w dużej mierze osobny. Jednak znaczącym jest fakt, że na klimatycznym szczycie w Kopenhadze krajom tym dużo bliżej było do autorytarnych Chin niż demokratycznych USA. Powód? Wszystkie one postrzegają siebie jako potęgi wschodzące, kraje rozwijające się, które nie są częścią bogatego białego zachodu. W każdym z tych państw rządzi partia propagująca sprawiedliwość społeczną w kraju i bardziej sprawiedliwy porządek światowy. Partia Pracowników

przypisuje administracja Obamy w porównaniu z ekipą Busha. Kraje te są oczywistymi sojusznikami z racji ustrojów, ale i geopolitycznych interesów. Bardzo napięte relacje Indii z Chinami, w sprawie tybetańskiego okręgu Tawang, są świetną okazją do wkomponowania największej demokracji świata w sieć oplatającą Państwo Środka, której „węzłami” są już Japonia i Korea Płd. Prezydent Bush dokonał prawdopodobnie największego przełomu w relacjach USA – Indie, doprowadzając do podpisania umowy o wymianie cywilnych technologii atomowych, co niejako mimochodem doprowadziło do „zalegalizowania” Indii jako mocarstwa atomowego. Jednak za rządów Obamy nastrój radosnego otwarcia przeminął, a Hindusi czują, że USA poświęcają im dalece mniej uwagi niż Chinom. Może to mieć dla USA bardzo wymierne negatywne skutki. Obecnie ogłaszany, największy na świecie przetarg na samoloty bojowe o wartości około 10 miliardów dolarów będzie testem na geopolityczne sympatie Subkontynentu. Do wyścigu startują tradycyjni dostawcy broni do Indii – Rosjanie (MIG),

121


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Europejczycy (EADS, Desault, Saab) i Amerykanie (Boeing i Lockheed). Inny problem na linii USA – Indie wiąże się z dylematami kampanii afgańskiej. Amerykanie uważają, że do stabilizacji Afganistanu niezbędnie potrzebują pomocy pakistańskiej i stąd wspomagają Pakistan miliardami dolarów, w zamian zaś oczekują zwalczania Talibów po pakistańskiej stronie granicy. Przez ten kraj przejeżdża także gros zaopatrzenia dla amerykańskiego wojska. Jednak Pakistan – a szczególnie wpływowe służby specjalne ISI – nie uważa, by w jego długoterminowym interesie leżała pełna stabilizacja Afganistanu pod rządami cywilnymi (a nie religijnymi), ponieważ doprowadzi to do zbliżenia tego państwa z Indiami. Jest zatem

z zachodnich struktur, w które wbudowali go spadkobiercy Atatürka. Członkostwo w Unii – wydaje się – przestaje być dla Turcji priorytetem. Nastroje proeuropejskie spadły w tym kraju z 80 procent w 2002 roku do poziomu 30 procent w roku 2009. Premier Recep Erdoğan rezygnuje z jednokierunkowej i frustrującej strategii integracji z Zachodem. W miejsce tego buduje sieć dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami, co w przyszłości pozwoli Turcji elastycznie konfigurować swoją geopolitykę, a szczególnie zbudować wokół siebie wianuszek sojuszników i „wasali”. O skali zmian powinno świadczyć nawiązanie relacji z Armenią oraz otwarcie granic z Syrią, kosztem bardzo dobrych dotąd relacji z Azerbejdżanem i Izraelem. Ankara odwołała doroczne

Skutki oderwania się Turcji od struktur NATO i wejścia w neootomańską politykę imperialną, integrującą takie kraje jak Azerbejdżan czy Turkmenistan, mogą być zarówno dla UE, jak i dla USA fatalne. Bo to przez Turcję idą wszystkie realizowane lub potencjalne kanały transportu energii z Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu do Europy gotowy zwalczać Talibów – których był przecież w przeszłości sprzymierzeńcem – tylko do tego stopnia, do jakiego zagrażają oni jego własnej wewnętrznej stabilności. Nie doprowadzi on jednak do likwidacji zaplecza tej części Talibanu, która chce kontrolować przynajmniej południowe prowincje Afganistanu. Zatem Stany Zjednoczone muszą dziś zdecydować, czy bardziej opłaca im się inwestować we współpracę z Pakistanem – sensowną z punktu widzenia krótkoterminowej strategii militarnej, czy też w długoterminowe relacje z Indiami. Najpoważniejszymi konsekwencjami grozi dalsze lekceważenie przez USA ewolucji politycznej i geopolitycznej Turcji. Ten tradycyjny od czasów wojny koreańskiej sojusznik USA, członek NATO dysponujący drugą największą armią w Sojuszu, położony na przecięciu najważniejszych geopolitycznych obszarów Bliskiego Wschodu coraz bardziej wyślizguje się

122

manewry lotnicze z państwem żydowskim, upokorzyła jego ambasadora i otwarcie odnosi się z sympatią do prezydenta Ahmedineżada. Również relacje rosyjsko-tureckie stale się ocieplają, czego przejawem są coraz liczniejsze wspólne projekty energetyczne. Skutki oderwania się Turcji od struktur NATO i wejścia w neootomańską politykę imperialną, integrującą takie kraje jak Azerbejdżan czy Turkmenistan, mogą być zarówno dla UE, jak i dla USA fatalne. Bo to przez Turcję idą wszystkie realizowane lub potencjalne kanały transportu energii z Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu do Europy. Kim jest ten facet Prezydent Obama jak dotąd wykazał się w polityce zagranicznej tym, co potrafi najlepiej – ocieplającymi wizerunek wspaniałymi przemówieniami. Zarówno mowa o atomowym rozbrojeniu w Pradze, jak i skierowana do świata


POWRÓT GEOPOLITYKI

Jak bardzo Ameryka (nie) zmieniła się dzięki Obamie – Jan Filip Staniłko

islamskiego mowa w Kairze były z pewnością najważniejszymi wydarzeniami jego pierwszej kadencji. W tym sensie zrealizował swój program zmiany amerykańskiej soft power, tak by uczynić ją bardziej smart power. Dla wielu zawodem jest nadal zbyt duże, ich zdaniem, oparcie się na drugim elemencie smart power, to jest na brzydkiej hard power, za którą tak krytykowany był Bush junior (wojna w Afganistanie, więzienie w Guantanamo). Jednak polityka Obamy nie przynosi wyraźnie lepszych efektów od polityki jego poprzednika. Na ironię losu zakrawa, że to właśnie Europa ma coraz więcej powodów, aby tęsknić za republikańskim prezydentem. Można zauważyć pewną zmianę myślenia o polityce zagranicznej USA, choć nie wiadomo, czy okaże się ona trwała. Otóż Obama wydaje się sądzić, że po pierwsze Ameryka nie jest już w stanie sama udźwignąć swojej roli, bo apogeum globalnej dominacji ma za sobą. Drugim elementem tej filozofii jest przekonanie, że można doprowadzić do uzgodnienia pozornie sprzecznych interesów rozmaitych państw. Z powyższych założeń najpotężniejszy człowiek świata wyciąga paradoksalny wniosek. Według niego można, zachowując wysoki stopień ciągłości z (agresywną) polityką poprzednika, poprzez popularność i negocjacje doprowadzić do zbudowania jednolitych, zdyscyplinowanych i szerokich koalicji zdolnych do realizacji ambitnych celów międzynarodowych. Jest to droga co najmniej ryzykowna. Jeśli natomiast szukalibyśmy jakiejś zmiany strukturalnej i trwałej, to – jak zwykle – dokonuje się ona na uboczu. A mianowicie w gabinecie sekretarza Gatesa, który postanowił podjąć się heroicznego wysiłku przestawienia amerykańskiego kompleksu militarnego na nowe postzimnowojenne tory. JAN FILIP STANIŁKO (ur. 1979) – asystent naukowy w Instytucie Sobieskiego, redaktor kwartalnika „Rzeczy Wspólne” i dwumiesięcznika „Arcana”.

Bibliografia: American Interest, January/February 2010, http://www.the-american-interest.com/contents.cfm?MId=30, sekcja pt. President Obama, One Year On. Z. Brzeziński, „From Hope to Audacity. Appraising Obama’s Foreign Policy”, „Foreign Affairs”, January/February 2010. G. Friedman, „2009 in Review. The year of Obama”, „Stratfor”, December 14th, 2009. R. Gates, „A Balanced Strategy. Reprogramming the Pentagon for a New Age”, „Foreign Affairs”, January/February 2009. F. Zakaria, „Don’t neglect India”, „Washington Post”, November 23th, 2009. F Zakaria, „Obama, the anti-Churchill?”, „Washington Post”, December 7th, 2009. G. Rachman, „America is losing the free world”, „Financial Times”, January 4th, 2010. S Dunaway, „The U.S.-China Economic Relationship. Separating Facts from Myths, Council for Foreign Relations”, November 16th, 2009, http://www.cfr.org/publication/20757. R.J. Samuelson, „The danger behind China’s ‘me first’ worldview”, „Washington Post”, February 15th, 2010. J Hoagland, „As Obama bets on Asia, regional players hedge”, „Washington Post”, February 14th, 2010. S. Cagaptay, „Is Turkey Leaving the West”, „Foreign Affairs”, http://www.foreignaffairs.com/ articles/65634/soner-cagaptay/is-turkey-leavingthe-west. A. Subramanian, „It is the poor who pay for the week renminbi”, „Financial Times”, February 3rd, 2010. E. Luce, „America: A Fearsome Foursome”, „Financial Times”, February 3rd. 2010. M. Crowley, „Hilary’s State”, „The New Republic”, March 4th, 2009. P. Stephens, “The Future of Museum. Europe’s Moment of Choice”, „Financial Times”, October 29th, 2009.

123


Renesans geopolityki AGNIESZKA NOGAL

Polskie elity polityczne śnią od dwudziestu lat tyleż błogi, co groźny sen o końcu geopolityki. I choć przyjmuje on różne postaci, łączy je wszystkie naiwne przekonanie, że konflikt interesów, zagrożenie wojną i twarda rywalizacja między państwami bezpowrotnie minęły. Tymczasem geopolityka, jeśli kiedykolwiek zniknęła, wraca dziś z całą siłą, choć w bardziej zawoalowanej i wyrafinowanej formie. I Polska musi się z tym problemem zmierzyć. 124


125


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

W debacie publicznej lat dziewięćdziesiątych powszechnie przyjmowano „koniec historii”1 za coś niemal oczywistego, a i dziś zwolenników tego poglądu nad Wisłą nie brakuje. Świat liberalnej demokracji wydawał się przyjazny i oswojony, ekspansja kapitalizmu rozprzestrzeniała jeden model gospodarczy po całym globie, procesy zjednoczeniowe zachodzące w Zachodniej Europie

Procesy te oznaczały rozpad dwubiegunowego ładu światowego, przy czym nie wiadomo było, jak opisać następujący po nim porządek. Z pism teoretyków wyłaniała się alternatywa. Potencjalny ład mógł oznaczać: – globalną jedność polityczną ludzkości (kosmo polis), – jedność świata pod dominacją określonego centrum władzy (imperium)

Pojęcie geopolityki sformułował po raz pierwszy szwedzki badacz Rudolf Kjellén, który określił państwo jako byt przestrzenny

wskazywały na dokonujące się ujednolicenie systemów politycznych i rynków. Coraz częstsze podróże i nowoczesne środki transportu powodowały, że przestrzeń skurczyła się, a granice zdawały się pozbawione znaczenia. W stronę nowego ładu Tymczasem w ostatnim stuleciu staliśmy się świadkami trzykrotnej reorganizacji europejskich granic. Terytorialne zmiany w Europie związane były z końcem dwóch wielkich wojen światowych oraz z ustaleniem następującego po nich porządku. Trzecia fala zmian nastąpiła po końcu zimnej wojny i wydarzeniach 1989 roku. Dokonała się wówczas demokratyzacja Polski, a wraz z nią – niemal cegło bloku komunistycznego. Procesom integracji na Zachodzie towarzyszyła rekonstrukcja państw w Europie Środkowowschodniej. 1 Tezę o „końcu historii”, rozumianym jako ostateczne zwycięstwo demokracji liberalnej i upadek wszelkich alternatywnych wobec niej propozycji organizacji politycznej o aspiracjach uniwersalnych (opartą zresztą na Heglowskiej historiozofii), postawił Francis Fukuyama. Zob. F. Fukuyama, „The End of History?”, „The National Interest” 1989.

126

– równowagę wielu samodzielnych obszarów: państw bądź regionów (ład wielobiegunowy). Wraz ze sporami o kształt międzynarodowego ładu powróciło pojęcie geopolityki, które wiązało się z kontrowersjami wokół kształtu nowego globalnego porządku. Problem z geopolityką polegał jednak na tym, że pojęcie to, przez nadużycia zarówno ideologiczne, jak i praktyczne Trzeciej Rzeszy zostało niemal wyłączone z dyskursu publicznego. Tymczasem okazało się, że terytorium oraz przestrzeń stanowiły podstawowe kategorie nowego ładu. Wśród prognoz nadchodzącego porządku międzynarodowego zwracała uwagę teza Immanuela Wallersteina na temat rosnącego znaczenia czynników kulturowych i cywilizacyjnych w kreśleniu granic przestrzennej dominacji2. Pierwsze współczesne idee związane z geopolityką wiązały się z myśleniem nie tyle w kategoriach geograficznych, co kulturowych. W momencie jednak, gdy różnice kulturowe uznane zostały za centralne, niezwykle istotna stała się również 2 I. Wallerstein, „Geopolitics and Geoculture. Esseys on the changing world system”, „Studies in Modern Capitalism”, Cambridge 1991, s. 158.


127


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

konkretna geograficzna przestrzeń oraz granice pomiędzy sferami dominacji. Źródła geopolityki Właściwym twórcą geopolityki, jeszcze zanim pojawiło się jej pojęcie, był Friedrich Ratzel. Uważał on, iż przestrzeń odgrywa zasadniczą rolę w budowaniu „ducha narodów”. Wskazywał, iż wielka przestrzeń Ameryki miała wpływ na kształtowanie mieszkających tam ludzi, pozwalając im wytwarzać „najszersze poglądy”3. Konsekwencją wielkiej przestrzeni oraz jej wpływu na mentalność Amerykanów miała być ekspansja gospodarcza, która torowała drogę ekspansji politycznej. Ratzel uważał, iż przestrzeń była najważniejszym polityczno-geograficznym czynnikiem wyznaczającym także siłę państwa. Odróżniał narody lądowe od morskich, wskazując przy tym, iż narody morskie czerpiąc energię ze zmagań z żywiołem wody, doskonaliły swe rozwiązania techniczne i wzmacniały ducha. Ratzel przewidywał, iż XX wiek okaże się erą wielkoprzestrzennych mocarstw kontynentalnych: Ameryki Północnej oraz euroazjatyckiej Rosji. Geopolityka wyrosła z tych dociekań, zastosowała do nauki o państwie wiedzę geograficzną, biologiczną oraz nauk społecznych. Pojęcie geopolityki sformułował po raz pierwszy szwedzki badacz Rudolf Kjellén, który określił państwo jako byt przestrzenny4. Geopolityka miała badać wpływ czynników geograficznych na zjawiska i procesy społeczno-polityczne. Po raz pierwszy terminu geopolityka użył w swym artykule pt. „Studier öfver Sveriges politiska gränser”,

3 F. Ratzel, „Geografia polityczna”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, wybór i opracowanie A. Wolf-Powęska, E. Schulz, tłum. Z. Choderny-Loew, P. Oliver Loew, Poznań 2000, s. 230. 4 „die Geopolitik ist die Lehre über den Staat als geographischem Organismus oder Erscheinung im Raum”. R. Kjellén, „Der Staat als Lebensform”, Leipzig 1917, s. 46.

128

opublikowanym w Sztokholmie na łamach czasopisma „Ymer” w 1899 roku5. Ten rok uznany został za symboliczną datę narodzin geopolityki jako nauki akademickiej. Było to zgodne z duchem epoki. Bo wiek XIX przyniósł ożywienie badań geograficznych, czemu towarzyszyło kształtowanie się państw narodowych. Zaczął wówczas dominować pozytywistyczny model uprawiania nauki, w którym odrzucano wszelką metafizykę i odwoływano się wyłącznie do faktów empirycznych. Rozwojowi geografii i geografii politycznej towarzyszył proces kształtowania się państw narodowych wraz z wypromowaną przez Oświecenie ideą samostanowienia narodowego. Oznaczało to rosnącą rywalizację o zasoby i terytoria. Ojciec nowoczesnej geografii Carl Ritter już na początku XIX wieku podkreślał znaczenie usytuowania geograficznego dla rozwoju każdej wspólnoty politycznej6. W wymiarze biologicznym geopolityka często nawiązywała do teorii Darwina, traktując zbiorowości na podobieństwo organizmów, które walczą o przetrwanie. Jedyną normatywną ideą, która wynikała z tego obrazu, była idea równowagi sił pomiędzy bytami politycznymi. Tylko równowaga zapewniała bowiem pokojowe współistnienie, gdy żaden z organizmów nie był silniejszy lub zdecydowanie słabszy od pozostałych7. Robert Sieger w 1924 roku odróżniał naród polityczny, który stanowili wszyscy obywatele posiadający prawa polityczne określonego państwa, oraz naród kulturowy, który tworzyły 5 R. Kjellén, „Studier öfver Sveriges politiska gränser”, Madison 2007. 6 A. Wolf-Powęska, E. Schulz, „Przestrzeń i polityka w niemieckiej myśli politycznej XIX i XX wieku”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 12. 7 O. Maul, „Geografia polityczna”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 339.


POWRÓT GEOPOLITYKI

„rozpowszechnione w przestrzeni wspólnoty”, które same siebie nazywały narodem8. W ten sposób do rozważań geopolitycznych zostały włączone elementy kulturowe. Jednak zasadniczy projekt geopolityki jako nauki zakładał odejście od wszelkich normatywnych rozstrzygnięć oraz budowanie naukowej – w jej pozytywistycznym rozumieniu – podstawy dla nauki o polityce.

Renesans geopolityki – Agnieszka Nogal

grafii politycznej, geopolityka rozpoczynała od prognozy i przewidywania konsekwencji, które niosły geograficzne uwarunkowania. Wzorem takiego myślenia były nauki ścisłe. Metoda geopolityki miała, wedle Haushofera, polegać na badaniu ziemi oraz jej uwarunkowań dla kształtowania wspólnoty politycznej10. Wynik tych badań miał być obiektywny, mierzalny i stanowić przedmiot powszech-

Bardzo łatwo było przejść od pozytywistycznego ujęcia geopolityki do politycznego postulatu uzgodnienia wszelkich granic: kulturowych, optymalnych ze względu na ukształtowanie terenu z granicami politycznymi. A stąd już tylko krok dzielił od postulatu nieograniczonej ekspansji Karl Haushofer, czołowy przedstawiciel geopolityki, pisał: „Wynikało ono [wołanie o geopolitykę ugruntowaną naukowo – przyp. A.N.] przecież z uzasadnionego żądania szerokich kręgów, by sztuce politycznego kierowania w Europie, która od przełomu wieku coraz jawniej traciła swoją kompetencję, dostarczyć lepszej podwaliny w formie tego, co z umiejętności i wiedzy z owej sztuki w ogóle da się wynieść. Jednak przede wszystkim to, co było niemalże namacalnie wyryte w pradawnych i skutecznych rysach na ziemi: zdeterminowane przez ziemie i określone przez nią”9. W programie tak pojmowanego unaukowienia nauk o polityce, przedstawionym przez Haushofera, celem była zdolność przewidywania. Jego zdaniem, w odróżnieniu od badającej statyczne państwowe twory geo-

8 R. Sieger, „Różnice między wzrostem państw i narodów”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 323. 9 K. Haushofer, „Geograficzne zasady polityki zewnętrznej”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 355.

nego konsensusu pomiędzy badaczami. Jednym z takich obiektywnych czynników wskazywanych przez Haushofera była na przykład gęstość zaludnienia11. Geopolityka w tym ujęciu z definicji miała wymiar globalny. Ukazywała znaczenie przestrzeni dopiero, gdy przeanalizowano obiektywne relacje pomiędzy politycznymi granicami państw, kulturowymi granicami narodów i geograficznie optymalnymi granicami obronnymi12. W ten sposób w obszar geopolityki wpisane zostały na stałe elementy polityczne (granice państw), elementy kulturowe, etniczne i językowe (granice narodów) i geografia, która określała naturalny kształt przestrzeni. Element kulturowy przy tym dominował nad przestrzennym. Trudno nie zauważyć, że bardzo łatwo było przejść od 10 Tamże, s. 358. 11 „Jedynie Niemcy i Japonia muszą osiedlić, wyżywić i ubrać ponad 130 ludzi na jednym kilometrze kwadratowym; przy czym Niemcy muszą tego dokonać w nordyckiej Europie, na północ od Alp, gdzie ziemia nigdzie nie ma więcej niż średnio 100 mieszkańców…”, tamże, s. 351-352. 12 Tamże, s. 381.

129


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

pozytywistycznego ujęcia geopolityki do politycznego postulatu uzgodnienia wszelkich granic: kulturowych, optymalnych ze względu na ukształtowanie terenu z granicami politycznymi. A stąd już tylko krok dzielił od postulatu nieograniczonej ekspansji. Trudno określić, jaki wpływ mogła mieć geopolityczna teoria na polityczną praktykę Trzeciej Rzeszy. Nawet pamiętając, że uczniem Haushofera (długo mającego swoisty monopol na uprawianie geopolityki

tłumaczyła trudne historyczne relacje pomiędzy Francją a Niemcami oraz była powodem II wojny światowej14. Propaganda Hitlera odwoływała się czasem do wizji pokoju w Europie15. Pierwszym zadaniem w wymiarze gospodarczym było podporządkowanie podbitych terytoriów interesom związanym z niemieckim przemysłem zbrojeniowym. W momencie agresji na Związek Sowiecki pojawiły się także interpretacje wojny jako europejskiej antykomunistycznej

Kosmopolityczne sympatie filozoficzne zaowocowały z jednej strony zarysowaniem odmienności kulturowej, z drugiej zaś ubocznym efektem uznania odmienności geograficznych za istotne. Mimochodem, terminy geopolityczne znów pojawiły się w języku polityki, przeciwstawiając Europę Ameryce w Niemczech) był Rudolf Hess, od którego Hitler czerpał wiele elementów swej doktryny. Po zakończeniu wojny wszczęto przeciwko niemu dochodzenie przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze. Twierdził wówczas, że wszystkie publikacje po 1933 roku zostały napisane pod przymusem13. Kolejnym postulatem wyłaniającym się z geopolitycznych dociekań, tym razem prowadzonych przez Johannesa Kühna, był postulat zjednoczenia Europy: nazbyt politycznie rozdrobnionej, pociętej granicami, które nie miały często żadnego uzasadnienia poza historycznym. Zjednoczenie takie miało się dokonać wokół jednej z potęg centralnej Europy, czyli Francji lub Niemiec. Zdaniem Kühna rywalizacja o przywództwo w Europie

13 Proces ten nie został nigdy zakończony ze względu na samobójstwo Haushofera w roku 1946. Patrz A. Grabowsky, „Przestrzeń i państwo a historia. Podłoże geopolityk”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 621.

130

krucjaty16. I choć w oficjalnej propagandzie nie kreślono wizji Europy zdominowanej przez Niemcy, to jednak gospodarcze przekształcenia nastąpiły. Tak zakrojona „Europa” nie przewidywała włączenia Polski. W generalnym Planie dla Ziem Wschodnich przewidziano, że naród polski zostanie przeznaczony do „drugiego holokaustu”. Powodem było antyniemieckie nastawienie oraz znaczna liczebność Polaków. Przewidywano także liczne przesiedlenia na Syberię i wschodnie tereny Związku Sowieckiego17.

14 J. Kühn, „O sensie obecnej wojny”, w: „Przestrzeń i polityka. Z dziejów niemieckiej myśli politycznej”, dz. cyt., s. 511. 15 L.Tindemans, „The Inter-War period, Zusammenbruch and After”, w: „Europe. Dream-Adventure-Reality”, red. H. Brugmans, Bruksela 1987 r, s. 78. 16 M. Bormann, „Record of meeting on Nazi aims in Eastern Europe”, 16 lipca 1941, w: „The origins and development of the European Community” (Dokumenty), red. W. David, S. Peter, New York 1992, s. 27. 17 „Komentarz do generalnego Planu Wschodniego Dr Erharda Wetzela z Ministerstwa Terytoriów Wschodnich”, 27 kwietnia 1942, w: tamże, s. 28.


POWRÓT GEOPOLITYKI

Pozorny odwrót W efekcie przegranej przez Niemcy wojny, Europa zaczęła się jednoczyć. Przełomowym momentem stało się przemówienie Winstona Churchilla, wygłoszone w Zurychu 19 września 1946 roku. Został tam wprost sformułowany projekt powołania „Stanów Zjednoczonych Europy”. Rekonstrukcji suwerenności w Europie Zachodniej towarzyszyła akceptacja pewnego stopnia zależności od Stanów Zjednoczonych, bezpośrednio widoczna w takich przypadkach jak Republika Federalna Niemiec czy Włochy, mniej zauważalna w innych krajach. W efekcie, Europa stała się świadkiem procesu zjednoczenia, ale pod dominacją amerykańską. Zagrożenia związane z zimną wojną wzmocniły dążenie do zachodnioeuropejskiej współpracy. Komunizm był wyzwaniem dla idei demokracji i obywatelskiej wolności, wyścig zbrojeń wpływał na reorganizację zarządzania surowcami18. Z dyskusji teoretyczno-politycznych zniknęło natomiast pojęcie geopolityki, a pojęcie Centralnej Europy zastąpiły pojęcia: Europy Wschodniej i Zachodniej, które nie tylko geograficznie, ale także ideologicznie i politycznie podzieliły kontynent. Niemcy zniknęły z mapy, ustępując miejsca Republice Federalnej Niemiec i Niemieckiej Republice Demokratycznej. Dopiero po zakończeniu zimnej wojny Stany Zjednoczone wymazały pojęcie Europy Wschodniej z dyplomatycznego słownika. Ambasady USA na całym świecie otrzymały wówczas zakaz używania pojęcia Europa Wschodnia19. Miejsce Europy Wschodniej opustoszało. 18 B. Kohler-Koch, „The Strength of Weakness: The Transformation of Governance in the EU”, w: „The Future of the Nation State. Essays on Cultural Pluralism and Political Integration”, red. S. Gustavsson, L. Lewin, Stockholm 1999, s. 172. 19 A. Czarnocki, „Europa Środkowa. Europa środkowowschodnia. Geopolityczne a historyczno-kulturowe znaczenie pojęć”, w: „Annales Universitatis Mariae CurieSkłodowska Lublin – Polonia”, Sectio K, vol. I, s. 23.

Renesans geopolityki – Agnieszka Nogal

Tymczasem na skutek ekspansji gospodarczej wielkich korporacji, przepływu kapitału oraz coraz bardziej powszechnej imigracji zwrócono uwagę na różnice kulturowe. Także filozoficzne rozważania lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zdominował zwrot ku kulturze. Studia krytyczne nad imigracją w latach osiemdziesiątych weszły do kanonu nauczania na uniwersytetach. Odmienności kulturowe stawały się coraz bardziej widoczne również w praktyce społecznej. Pod wpływem tych przemian także tradycyjne stanowiska filozoficzno-polityczne zostały przeformułowane w taki sposób, aby ukazać obecność różnicy kultur. Charles Taylor w swych pracach szeroko uwzględnił rolę kulturowego kontekstu w procesie kształtowania tożsamości indywidualnej oraz zbiorowej20. Nieusuwalność geopolityki Jednocześnie na nowo podjęto dyskusje na temat ładu międzynarodowego. Okazało się, że w każdym z modeli ładu światowego: kosmopolitycznym, imperialnym oraz wielobiegunowym kultura odgrywała niezwykle istotną rolę. W ramach projektu kosmopolitycznego za głównego ideowego przeciwnika uznano imperializm. Przykładem myślenia w tych kategoriach może być tekst, który niemiecki filozof Jürgen Habermas oraz Jacques Derrida opublikowali 31 maja, jednocześnie na łamach dwóch gazet: niemieckiej „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i francuskiej „Libération”. Był to wspólny protest przeciw wojnie w Iraku, imperialistycznej ideologii oraz polityce

20 Jego główne prace w tej dziedzinie to „Sources of the self: the making of the modern identity, Cambridge 1989 (Wydanie polskie: „Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej”, Warszawa 2001) oraz „Multiculturalism: examining the politics of recognition”, Princeton, N.J 1992.

131


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Stanów Zjednoczonych21. W swym tekście intelektualiści wskazali, że zalążkiem europejskiej opinii publicznej był antyamerykański, a w gruncie rzeczy antyimperialny front protestu przeciw wojnie w Iraku. Zdaniem filozofów, kultura europejska była kosmopolityczna, podczas gdy kultura amerykańska została ukształtowana przez doświadczenie walki o dominację nad światem toczonej ze Związkiem Sowieckim. Kulturowym kluczem do tworzenia tożsamości europejskiej stały się – zdaniem Habermasa i Derridy – sukcesy odniesione w budowaniu rządów ponadnarodowych Unii Europejskiej, podczas gdy kluczem tożsamości amerykańskiej była walka o supremację polityczną nad światem. Wspólnota Europejskich doświadczeń prowadziła, według nich, do budowy ładu kosmopolitycznego, którego pierwszym etapem był ład europejski. Filozofowie wskazali na elementy odróżniające mentalność europejską od amerykańskiej; wskazali „klocki tożsamości” wyróżniające Europę22. Ich zdaniem, odmienność kulturowa

21 Polskie tłumaczenie pod tytułem „Europa, jaka śni się filozofom” opublikowała „Gazeta Wyborcza”, 10 czerwca 2003. 22 Wśród czynników wyróżniających rodzącą się tożsamość europejską Habermas wymienił: 1. sekularyzację 2. pierwszeństwo państwa wobec rynku 3. pierwszeństwo etyki solidarności nad sprawiedliwością zasług 4. sceptycyzm wobec ideologii

132

Europy sprzyjała odejściu od europocentryzmu w budowaniu wielopodmiotowego ładu ponadnarodowego, podczas gdy Ameryka reprezentowała model imperialny. W ten sposób kosmopolityczne sympatie filozoficzne zaowocowały z jednej strony zarysowaniem odmienności kulturowej, z drugiej zaś ubocznym efektem uznania odmienności geograficznych za istotne. Mimochodem, terminy geopolityczne znów

5. nieufność wobec postępu technologicznego 6. odrzucenie prawa siły 7. poszanowanie pokoju Zob. J. Habermas, „The Divided west”, tłum. C. Cronin, pierwsze wydanie: „Der gespaltene Westen” (2004), Cambridge 2007, s. 51.


POWRÓT GEOPOLITYKI

pojawiły się w języku polityki, przeciwstawiając Europę Ameryce. Ład międzynarodowy odwołujący się do idei imperium również zaowocował powrotem idei związanych z geopolityką. Pojęcie imperium długie lata służyło jedynie jako epitet ideologiczny oznaczający niewłaściwą formę politycznej organizacji. Z jednej strony państwa zachodnie oskarżane były przez blok wschodni o kapitalistyczny imperializm, z drugiej zaś – Ronald Reagan określał Związek Sowiecki mianem „imperium zła”. Termin ten funkcjonował jako polityczny wytrych,

Renesans geopolityki – Agnieszka Nogal

których był konsekwencją. Sięgnęli do modelu imperium rzymskiego, by pokazać jak konstytuował się współczesny porządek polityczny świata i jak kształtowały się pojęcia suwerenności, hegemonii, kontroli oraz władzy. Imperium z tej perspektywy było nowym, ekspansywnym, globalnym ładem o strukturze sieci, pozbawionym centrum władzy i niezależnym od terytorialnych granic. Geopolityczność koncepcji imperium wiązała się z uznaniem Europy za alternatywne źródło dominującej władzy. W latach dziewięćdziesiątych ukazał się cykl książek

Geopolityczność koncepcji imperium wiązała się z uznaniem Europy za alternatywne źródło dominującej władzy. W latach dziewięćdziesiątych ukazał się cykl książek przedstawiających Europę jako potencjalne imperium, które dysponowało wszelkimi elementami pozwalającymi na wprowadzenie pokoju na świecie. Europejskie prawo, ponadnarodowe instytucje oraz przestrzeń symboliczna związana z europejską flagą i wspólną walutą – euro miały stanowić źródło nowego imperialnego ładu

mający na celu dyskredytację przeciwnika. Tymczasem na początku lat dziewięćdziesiątych pojęcie imperium powróciło do słownika politologicznego, nie tylko jako termin wartościujący, ale również jako pojęcie opisowe. Zwycięska strona ziemnej wojny – Stany Zjednoczone – zaczęła być coraz częściej postrzegana jako nowe światowe imperium. Idea imperium wiązała się z pragnieniem pokoju i nawiązywała do starożytnej idei Pax Romana. Imperium zaprowadzało pokój, gwarantowało sprawiedliwość wszystkim ludom poprzez z jednej strony prawo, z drugiej – siłę. Dzięki niej, jednolita władza utrzymywała społeczny pokój. Michael Hardt i Antonio Negri ukazali imperium jako sieciową władzę kapitału. Sformułowali swą tezę w oparciu o analizę ponowoczesnego kapitalizmu i procesów historycznych,

przedstawiających Europę jako potencjalne imperium, które dysponowało wszelkimi elementami pozwalającymi na wprowadzenie pokoju na świecie. Europejskie prawo, ponadnarodowe instytucje oraz przestrzeń symboliczna związana z europejską flagą i wspólną walutą – euro miały stanowić źródło nowego imperialnego ładu23. Przykładem takiej pracy mogła być „Europa jako imperium” Jana Zielonki24. Tu znów powróciły terminy geograficzne: Ameryka i Europa stały się centrami konkurującymi między sobą o dominującą pozycję polityczną.

23 W.G. Schwimmer, „The European Dream”, London, New York 2004, s. 28. 24 J. Zielonka, „Europa jako imperium: nowe spojrzenie na Unię Europejską”, tłum. A. i J. Maziarscy, Warszawa 2007.

133


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Także zwolennicy ładu wielobiegunowego zwrócili się ku elementarnym różnicom kulturowym jako konstytuującym przestrzeń polityczną. Francuska lewicowa filozof Chantal Mouffe zwróciła się ku konfliktowi jako podstawie polityki. Nawiązała do teorii Carla Schmitta, według którego polityczność opierała się na różnicy pomiędzy przyjacielem a wrogiem25. Rozważając możliwości, które wiązały się z końcem zimnej wojny, Mouffe skrytykowała zwolenników ładu jednobiegunowego: zarówno zwolenników kosmopolityzmu, jak i teoretyków nawiązujących do idei ładu imperialnego. Była przeciwna ustanowieniu równowagi pod hegemonią zwycięskich Stanów Zjednoczonych, gdyż równowaga ta nie wiązała się z ostatecznym zjednoczeniem świata. Wskazywała natomiast na możliwość pluralizacji, której efektem byłoby ustanowienie równowagi pomiędzy kilkoma centrami politycznej władzy26. Zdaniem Mouffe, projekt kosmopolityczny opierał się na błędnych założeniach, podczas gdy problem z realizacją wizji wielobiegunowej miał charakter przede wszystkim praktyczny, polegał on na wypracowaniu pewnego obszaru uzgodnionych rozwiązań formalnych. Od czasów Kanta, jej zdaniem, moralność była przedstawiana jako zbiór uniwersalnych nakazów, tymczasem świat pozostał głęboko pluralistyczny i naznaczony konfliktem wartości27. Zachodni model nowoczesności z instrumentalnym racjonalizmem był charakterystyczny tylko dla określonej kultury. Także Europa istniała w odniesieniu do innych podmiotów wielobiegunowego

25 Ch. Mouffe, „The return of the political”, London, New York 1993 oraz „On the political”, Abingdon 2005, (wydanie polskie: Ch. Mouffe, „Polityczność”, tłum. J. Erbel, Warszawa 2008). 26 Tamże, s.135. 27 Tamże, s.140.

134

świata: „Oczywiście w świecie wielobiegunowym nadal będą istniały konflikty, ale rzadziej niż w świecie jednobiegunowym będą one przybierać antagonistyczną formę”28. Pojęcie nomos, które Mouffe interpretowała za Carlem Schmittem, odnosiło się do pierwotnego aktu zawłaszczenia, podziału i użytkowania przestrzeni. Schmitt w swych rozważaniach okazał się więc autorem wprowadzającym idee geopolityczne, zwracał bowiem szczególną uwagę na znaczenie przestrzeni. Według niego pojęcie nomos odwoływało się do osiedlania się plemion greckich, oznaczało zarówno branie ziemi, jej dzielenie, jak i użytkowanie. Schmitt wyróżnił trzy typy nomosu: Nomos lądowy, w którym istotą człowieka było życie na lądzie, gdzie ośrodkiem stawał się dom, symbol spokoju, stabilności, ładu i porządku. Był to pierwszy nomos, który oznaczał lądową lokalność, podczas gdy polityka zewnętrzna pozostawała jedynie wojną. W drugim wcieleniu, nomos ziemi dołączył pewne elementy związane z doświadczeniem bycia na morzu i symboliką statku. Statek wymagał konstrukcji i stale się przemieszczał. Nomos ten oznaczał nie tylko właściwą dla pierwszego ładu własność prywatną, ale także panowanie na morzu i innych lądach. Pojawiło się wówczas prawo międzynarodowe, będące z jednej strony prawem europocentrycznym, z drugiej zaś – odwoływało się ono do rzymskiego ius gentium, opisywało relacje z obcymi. Jego realizacją było europejskie prawo publiczne. Trzeci nomos miał być wedle Schmitta globalny, zrealizowany jako – jedność świata zjednoczonej ludzkości, czemu jednak przeczyła Schmittowska wizja polityczności, jako odniesienia do tego, co inne,

28

Tamże, s.148.


POWRÓT GEOPOLITYKI

– jedność świata pod dominacją amerykańskiego imperium, – równowaga wielu samodzielnych obszarów. Sam Schmitt nie przesądzał o zwycięstwie jednego z tych modeli ładu. Natomiast Mouffe przeprowadziła zdecydowaną obronę ładu wielobiegunowego. Wielkim problemem stał się problem ośrodków władzy oraz problem granic. Pracami klasycznymi w teorii stosunków międzynarodowych stały się publikacje Samuela Huntingtona, który przywołał z kolei pojęcie cywilizacji, aby ukazać elementarny konflikt pomiędzy wielkimi kulturami. W roku 1993 w „Foreign Affairs ukazał się artykuł „The Clash of Civilizations?” („Zderzenie cywilizacji?”), który sprowokował debatę wśród teoretyków stosunków międzynarodowych. Huntington przeciwstawił się paradygmatowi globalistycznemu i kosmopolitycznemu. Opisując politykę po zakończeniu zimnej wojny, stwierdził, że zasadniczy dla nowego ładu jest elementarny konflikt pomiędzy cywilizacjami. Cywilizacje zaś odzwierciedlały różnice kulturowe, wywodzące się przede wszystkim z podziałów religijnych29. Do teorii Huntingtona powszechnie zaczęto nawiązywać po atakach przeprowadzonych 11 września 2001 roku na symbol amerykańskiej ekspansji gospodarczej – bliźniacze wieże World Trade Center w Nowym Jorku oraz na symbol amerykańskiej dominacji militarnej – Pentagon. Okazało się że jednym z najbardziej nośnych wyjaśnień było wyjaśnienie odwołujące się do wrogości wywołanej różnicą kulturowo-cywilizacyjną. Przebudzenie? W ten sposób, właściwie niezależnie od reprezentowanego stanowiska, autorzy

29 Rozwinięciem artykułu była wydana w 1996 książka „The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order”, New York 1996 (wydanie polskie: „Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego”, tłum. H. Jankowska, Warszawa 1997).

Renesans geopolityki – Agnieszka Nogal

powrócili do idei geopolitycznych, czasem sięgając wprost po pojęcie geopolityki. Okazało się, że kwestia różnicy kultur, przestrzeni oraz granic pozostała istotna. Przewidywany w latach dziewięćdziesiątych koniec historii nie nastąpił. Liberalna demokracja trudno adaptowała się do obcych warunków kulturowych, wytwarzając nieoczekiwane konstelacje ustrojowe oraz ideologiczne. Gospodarcza ekspansja kapitalizmu znalazła się w kryzysie. Procesy zjednoczeniowe zachodzące w Europie Zachodniej napotkały na problemy wynikające z niejednorodnej polityki fiskalnej państw członkowskich. Globalizacja ekonomii, polityki oraz gospodarki przestała być czymś oczywistym. Warto w tym kontekście postawić pytanie o przestrzenny kształt nowego ładu światowego oraz miejsce, jakie zajmie w nim Polska. Warto powrócić, już poza pozytywistycznym paradygmatem, do pytania o przestrzenne uwarunkowania oraz różnice interesów i mentalności związane z polityczną przestrzenią. Wreszcie, warto gruntownie przemyśleć arsenał politycznych środków, jakimi dysponuje lub powinna dysponować Polska, aby zabezpieczyć swoje żywotne interesy. Zbyt długo tkwiliśmy bowiem w tyleż błogim, co niebezpiecznym śnie o świecie bez konfliktów, wojen i twardej rywalizacji o zasoby. W śnie o końcu geopolityki. Czy jesteśmy gotowi się obudzić? AGNIESZKA NOGAL (ur. 1970) – doktor filozofii, adiunkt w Instytucie Filozofii UW i w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Ukończyła studia w Instytucie Filozofii oraz na Wydziale Prawa i Administracji UW. Stypendystka Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w European University Institute we Florencji (2002-2003); współzałożycielka pisma „Civitas. Studia z filozofii polityki”, autorka książki „Ponad prawem. Konstytucyjne idee Europy”.

135


O Republice i postawie republikańskiej

ZBIGNIEW STAWROWSKI

Część I: Dziedzictwo Platona Idea republiki – przy jej właściwym rozumieniu – odzwierciedla i niesie w sobie najgłębsze intuicje spośród tych, które towarzyszyły refleksji politycznej od początku naszej cywilizacji. Co więcej, jest to stanowisko mogące objąć sobą wszystkie rzetelne punkty widzenia, także te, które w zbyt jednostronnej i przeakcentowanej formie podnoszone są przez reprezentantów innych nurtów. 136


137


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

W świecie współczesnej polityki różne prądy ideowe konkurują ze sobą o nasze dusze i umysły. Niektóre z nich, skupiając się na własnym, najwłaściwszym w ich mniemaniu rozwiązaniu problemów człowieka i społeczeństwa, często nie dostrzegają bądź wręcz lekceważą inne istotne aspekty ludzkiej egzystencji. Na przykład liberałowie, akcentując osobistą wolność jednostki oraz konieczność ochrony jej podstawowych uprawnień,

które w zbyt jednostronnej i przeakcentowanej formie podnoszone są przez reprezentantów innych nurtów. Czym jest republika Jak wiadomo, republika to jedno z najczęściej używanych pojęć określających zarówno dawne, jak i współczesne formy organizmów państwowych. Jego sens, podobnie jak sens wielu innych istotnych terminów politycz-

„Rzecz wspólna” nie jest jednak jedynie naszą wspólną własnością, w tym sensie, że jesteśmy uprawnieni, by z niej wspólnie korzystać i nią dysponować. Jest ona raczej czymś, co nas wspólnie zobowiązuje i o co należy się wspólnie troszczyć. Res publica to przede wszystkim nasza postawa wobec wspólnoty, postawa, dla której gotowość służby wspólnemu dobru jest sprawą naturalną, oczywistą i znajduje się na szczycie naszej hierarchii wartości – wyżej nawet niż własne życie

skłonni są zapominać o zobowiązaniach wynikających ze wspólnotowego wymiaru naszego istnienia. Socjaliści, nieustannie zabiegając o dobrobyt najbiedniejszych warstw społeczeństwa, nie przejmują się zbytnio, gdy realizowanie ich planów pociąga za sobą naruszenie sfery osobistej wolności pozostałych. Zaś blisko z nimi skoligaceni ideologowie demokracji w swym pragnieniu niwelowania wszelkich nierówności dawno już zatracili miarę, która pozwala oddzielić niesprawiedliwe przywileje od normalnego czy wręcz naturalnego zróżnicowania. Na tle owych rozmaitych nurtów ideowo-politycznych stanowisko republikańskie zasługuje na szczególną uwagę. Idea republiki – przy jej właściwym rozumieniu – odzwierciedla i niesie w sobie najgłębsze intuicje spośród tych, które towarzyszyły refleksji politycznej od początku naszej cywilizacji. Co więcej, jest to stanowisko mogące objąć sobą wszystkie rzetelne punkty widzenia, także te,

138

nych, których treść podlegała historycznym transformacjom, jest jednak wieloznaczny i może budzić nieporozumienia. Zdarza się, że słowo „republika” używane jest zamiennie ze słowem „demokracja”, co wydaje się – przynajmniej po części – o tyle uzasadnione, że republika faktycznie kojarzy się z ustrojem, w którym wszyscy obywatele uczestniczą we współrządzeniu państwem. Jednak najbardziej dziś rozpowszechnione rozumienie republiki to po prostu przeciwieństwo monarchii. Dlatego też państwa, w których władzę sprawuje ktoś inny niż król, bywają nazywane republikami, niezależnie od zasadniczych różnic co do ich kształtu ustrojowego. W tym sensie miały do tego miana prawo nie tylko Republika Francuska, ale równie dobrze Republika Weimarska, czy nawet Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich. Takiemu pojmowaniu republiki, u podstaw którego odnajdziemy realny bądź symboliczny akt królobójstwa, przeciwstawia się


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

O Republice i postawie republikańskiej – Zbigniew Stawrowski

wszakże dużo dawniejsza, ale wciąż żywa tradycja. Nie zajmuje się ona wcale kwestią obecności lub nieobecności monarchy, lecz postrzega republikę jako przestrzeń realizacji wspólnego dobra. Fundamentem tego drugiego rozumienia republiki nie jest bowiem jakieś konkretne rozwiązanie instytucjonalne dotyczące formy sprawowania władzy, lecz raczej szczególny sposób bycia obywateli,

ich sposób postrzegania samych siebie i swojej relacji do wspólnoty politycznej. Aby odsłonić pierwotny sens słowa „republika”, warto sięgnąć do etymologii. Res publica to rzecz publiczna, „rzecz wspólna”, zaś jej przeciwieństwo stanowi res privata – coś, co należy tylko do mnie i z czym mogę robić, co tylko mi się podoba. Owa „rzecz wspólna” nie jest jednak jedynie naszą wspólną własnością, w tym sensie, że jesteśmy uprawnieni, by z niej wspólnie korzystać i nią dysponować. Jest ona raczej czymś, co nas wspólnie zobowiązuje i o co należy się wspólnie troszczyć. Res publica to przede wszystkim nasza postawa wobec wspólnoty, postawa, dla której gotowość służby wspólnemu dobru jest sprawą naturalną, oczywistą i znajduje się na szczycie naszej hierarchii wartości – wyżej nawet niż własne życie. Republika, czyli po polsku: rzeczpospolita, to – jak pisał Marek Tuliusz Cyceron – „wspólna sprawa, o którą dbamy pospołu, nie jako bezładna gromada, tylko liczne zgromadzenie, jednoczone uznawaniem prawa i pożytków z życia we wspólnocie”1. Chociaż łacińskie słowo res publica odsyła nas do starożytnego Rzymu, to filozoficzna refleksja nad ideą republiki i postawą republikańską narodziła się i rozwinęła w pełni już w antycznej w Grecji. Dzięki temu Cyceron – najbardziej znany myśliciel polityczny Rzymu i zarazem jeden 1 Cyceron, „O Państwie”, „O prawach”, spolszczyła I. Żółtowska, Kęty 1999, s. 26 („De re publica”, ks. 1, XXV,39).

139


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

z ostatnich obrońców rzymskiej republiki – mógł obficie korzystać z powstałego trzy wieki wcześniej intelektualnego dorobku Platona i Arystotelesa. Dla tych filozofów kwestia postrzegania polis jako wspólnego dobra była rzeczą oczywistą. Polis jako republika Platon w swojej „Politei” – jej nazwę powinno tłumaczyć się nie jako Państwo, ale

Przede wszystkim narzuca się tu pytanie o dobrych władców: to, kto stoi na czele wspólnoty, nie może być kwestią obojętną, przy czym najważniejszym kryterium oceny i doboru osób rządzących powinna być ich postawa wobec wspólnoty. Platon nie bez powodu nazywa sprawujących rządy strażnikami, ponieważ mają oni nie tyle dzierżyć władzę, co stać na straży polis i przenikającego ją ładu. Strażnik państwa, który zasługuje w pełni na swoje

Takiemu pojmowaniu republiki, u podstaw którego odnajdziemy realny bądź symboliczny akt królobójstwa, przeciwstawia się wszakże dużo dawniejsza, ale wciąż żywa tradycja. Nie zajmuje się ona wcale kwestią obecności lub nieobecności monarchy, lecz postrzega republikę jako przestrzeń realizacji wspólnego dobra. Fundamentem tego drugiego rozumienia republiki nie jest bowiem jakieś konkretne rozwiązanie instytucjonalne dotyczące formy sprawowania władzy, lecz raczej szczególny sposób bycia obywateli, ich sposób postrzegania samych siebie i swojej relacji do wspólnoty politycznej właśnie jako Republika – kreśli przed nami harmonijną wizję człowieka i relacji międzyludzkich, w której najwyższym powołaniem każdego jest rozwój etyczny i intelektualny, zaś ci, którzy w tym rozwoju zaszli najdalej, są nie tylko najbardziej powołani, ale i zobowiązani, aby troszczyć się o to, by kolejne pokolenia mogły nadal kroczyć drogą podobnego rozwoju. Platon we wszystkich swoich dziełach nieustannie wyraża przekonanie, że „działalność polityczna niczym innym nie jest, jak wprowadzaniem w życie zasad sprawiedliwości”2. W myśleniu republikańskim chodzi więc o sprawiedliwe państwo – państwo dobrze rządzone i dobrze urządzone, posiadające dobrych władców oraz dobre prawa i instytucje.

miano, „nie patrzy własnego interesu, ani go nie zaleca, tylko dba o interes poddanego (...), zawsze mając na oku to, co leży w interesie poddanych i co im przystoi”3. Władza w perspektywie republikańskiej ma ze swej istoty zawsze charakter służebny. Takie podejście, które chciałoby widzieć w osobach sprawujących rządy nie zakochanych we władzy tyranów, lecz sługi stojące na straży dobra wspólnego, może się nam wydawać cokolwiek naiwne i przestarzałe. Kto z nas dzisiaj potrafi jeszcze dostrzec w słowie „minister” czy „premier” (pierwszy minister) ich pierwotne „służebne” znaczenie? Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić współczesnych polityków, którzy – ryzykując utratą poparcia potencjalnych wyborców

2 Platon, „Prawa”, tłum. M. Maykowska, Warszawa 1960, s. 223-224 (757c).

3 Platon, „Państwo”, tłum. W. Witwicki, Warszawa 1990, s. 58 (342c).

140


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

O Republice i postawie republikańskiej – Zbigniew Stawrowski

– odważyliby się głosić, że mają za nic dobro publiczne a zależy im tylko na realizacji własnego interesu. Przeciwnie, deklaracje głębokiej troski o dobro wspólne są rytualnym elementem każdego politycznego wystąpienia. Jeśli nawet obłuda takich deklaracji bije w oczy, to przecież jednocześnie potwierdza ona to, co stanowi istotę właściwie rozumianej polityki – jest „hołdem, jaki występek składa cnocie”4. To charakterystyczne dla podejścia republikańskiego służebne rozumienie władzy akcentuje Platon także w późniejszych swoich dziełach, choćby w dialogu „Polityk”, gdzie prezentuje oryginalną hierarchię ustrojów5. Punktem wyjścia jest tu znany przynajmniej od czasów Hezjoda i powszechnie stosowany podział ustrojów na monarchię, arystokrację i demokrację. Ten ilościowy – związany z liczbą osób sprawujących władzę – podział zostaje przez Platona uzupełniony o kryterium jakościowe. Każdy z wymienionych trzech ustrojów można bowiem podzielić dodatkowo na dwa typy, w zależności od tego, jakim celem kierują się rządzący – czy rządy sprawują oni w sposób sprawiedliwy, czy też niesprawiedliwy. Wśród wszystkich ustrojów należy więc przede wszystkim odróżnić takie, gdzie władcy – niezależnie ilu ich jest – kierują się dobrem wspólnoty, czyli – innymi słowy – gdzie najważniejsza dla nich pozostaje res publica, od takich, w których państwo dla władców to ich res privata – prywatny folwark, służący do realizacji ich własnych interesów.

postawę „republikańską”, to – używając terminologii Arystotelesa6 – ustroje właściwe, trzy pozostałe, gdzie rządzą pojedynczo lub grupowo despoci – ustroje zdegenerowane. Zgodnie z ujęciem Platona okazuje się zatem, że również państwo rządzone przez króla może być republiką. Choć takie twierdzenie zadziwiłoby zapewne wielu nowożytnych republikanów, było ono przecież czymś oczywistym w Polsce w czasach rzeczpospolitej szlacheckiej, która skądinąd do końca swojego istnienia pozostawała jednocześnie monarchią. O ile ustroje „republikańskie” są z zasady dobre, zaś „despotyczne” złe i zdegenerowane, pozostaje pytanie o wewnętrzną hierarchię w ramach owych dwóch podstawowych sposobów rządzenia. Gdyby sprawujący władzę zawsze mieli na względzie przede wszystkim swoje własne interesy, gdybyśmy więc zawsze byli skazani na ustroje despotyczne, to wtedy – jak zauważa Platon – najlepszym ustrojem dla mieszkańców polis okazałaby się demokracja. Najlepszym, znaczy tutaj tyle co: najmniej złym, najmniej szkodliwym. Decyduje o tym kwestia skuteczności. Tam bowiem, gdzie – jak właśnie w demokracji – władza pozostaje w rękach wielu, rząd „jest pod każdym względem słaby i niezdolny do żadnego wielkiego dobra ani zła, w porównaniu do innych ustrojów”7. Platon zatem dobrze rozumie motywacje tych, którzy wierzą, że demokracja jest bardzo złym ustrojem, lecz i tak znacznie lepszym od

Ustrój lepszy od demokracji Trzy ustroje, w których rządzący troszczą się o dobro wspólne, prezentując tym samym

6 Arystoteles, podejmując intuicję swojego mistrza, całą sprawę doprecyzował następująco: „te ustroje, które mają na celu dobro ogólne, są według zasady bezwzględnej sprawiedliwości właściwe, te zaś, które mają na celu jedynie dobro rządzących, są błędne i przedstawiają wszystkie zwyrodnienia właściwych” (Arystoteles, „Polityka”, tłum. L. Piotrowicz, Warszawa 1964, s. 110-111 [1279a], por. również [1289b], gdzie Arystoteles wprost powołuje się na podział ustrojów Platona z „Polityka” [303a]). 7 Platon, „Polityk”, tłum. W. Witwicki, Warszawa 1956, s. 190 [303a].

4 F. de Rochefoucauld, „Maksymy”, s. 218. 5 Por. Platon, „Polityk” (302c-303b). Jest to druga klasyfikacja ustrojów. Pierwszą, opartą na zasadzie stopniowej degeneracji ustroju idealnego, przedstawił Platon w VIII ks. „Politei”.

141


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

wszystkich pozostałych. Jest on jednocześnie przekonany, że taką opinię mogą głosić tylko ci, którzy całkowicie zarzucili perspektywę republikańską i postrzegają sferę polityczną jako dziedzinę, w której co najwyżej można minimalizować przejawy zła, zwłaszcza tego, które grozi ze strony zbyt potężnej władzy.

Ustroje republikańskie 1. monarchia 2. arystokracja 3. demokracja praworządna

Warto tutaj dodać, że takie zredukowane rozumienie przestrzeni politycznej, w którym podstawowym problemem polityki staje się powstrzymywanie agresji i zaprowadzenie stanu bezpieczeństwa i pokoju, zwycięża dopiero w czasach nowożytnych. Natomiast

formom ustrojowym, w których władza jest bardziej skoncentrowana i tym samym zdolna do większego dobra – a więc monarchii przed arystokracją i demokracją. Ostatecznie Platońska klasyfikacja ustrojów od najlepszego (1) do najgorszego (6) wygląda następująco:

Ustroje zdegenerowane (despotyczne) 6. tyrania (monarchia niepraworządna) 5. oligarchia (arystokracja niepraworządna) 4. demokracja niepraworządna.

Jednak do przedstawionej w „Polityku” konkluzji, iż najlepszą formę republiki stanowi republikańska monarchia, nawet sam Platon wydaje się nie do końca przekonany. W innych swoich dialogach – przede wszystkim w „Prawach” – prezentuje on w tej kwestii stanowisko

Platon zatem dobrze rozumie motywacje tych, którzy wierzą, że demokracja jest bardzo złym ustrojem, lecz i tak znacznie lepszym od wszystkich pozostałych. Jest on jednocześnie przekonany, że taką opinię mogą głosić tylko ci, którzy całkowicie zarzucili perspektywę republikańską i postrzegają sferę polityczną jako dziedzinę, w której co najwyżej można minimalizować przejawy zła

dla Platona, Arystotelesa i ich kontynuatorów zachowanie pokoju i walka z przejawami zła były wprawdzie istotnym, ale tylko wstępnym warunkiem dobrze zorganizowanej wspólnoty politycznej, tzn. takiej, w której ludzie mogą stawać się lepsi. Jaki z kolei ustrój zasługuje na wyróżnienie spośród ustrojów republikańskich, gdzie rządy sprawowane są w imię dobra publicznego? Platon, nadal uwzględniając kryterium skuteczności, przyznaje pierwszeństwo tym

142

o wiele bardziej zniuansowane. Biorąc pod uwagę nie tylko aspekt skuteczności rządu, ale również takie wyznaczniki dobra wspólnego, które podkreślają wagę współdecydowania i poczucia odpowiedzialności obywateli za losy własnej polis, przygotowuje pole pod dyskusje, jakie rozgorzały w czasach nowożytnych wokół kwestii, kto jest uprawniony cieszyć się pełnym zakresem praw politycznych. Co więcej, wprowadzenie do refleksji nad polityką perspektywy, w której dobro


143


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

wspólnoty stanowi nadrzędny cel, pozwala Platonowi w ogóle wyjść poza narzucające się pytanie, czy lepsza jest monarchia, arystokracja czy też demokracja. Nie ma bowiem żadnego powodu, by upierać się przy stosowaniu czystych form ustrojowych. Platon twierdzi wręcz, że formy te nie zasługują

przyjaźni, tworząc z nich wspólnotę ludzi gotowych oddać za siebie życie. W tym właśnie dialogu Platon dobitnie pokazuje, że głoszona przez niego idea sprawiedliwych rządów, pozostających na służbie dobra wspólnego oraz wspierających etyczne doskonalenie członków wspólnoty, może

Idea konstytucji, czyli pomysł zaprojektowania jak najlepszego państwa i następnie powołania go do istnienia, jest sama w sobie republikańska, niezależnie od tego jak bardzo republikański charakter będą miały konkretne zaproponowane w niej rozwiązania. Przenika ją bowiem nadzieja zbudowania sprzyjającej instytucjonalnej przestrzeni, w ramach której ludzie będą mogli nie tylko żyć w pokoju dzięki ustanowieniu sprawiedliwych praw, ale również stawać się lepsi

nawet na nazwę u-stroju, bo nie tworzą żadnej harmonijnie ze-strojonej całości, a „poszczególne nazwy tych rzekomych ustrojów określają jedynie, w czyim posiadaniu za każdym razem znajduje się władza”8. Skoro poszukujemy tego, co dla wspólnoty jako całości jest najlepsze, to może okazać się, że będzie to zespolenie najbardziej udanych elementów każdej z owych form. W ten sposób Platon dochodzi do przekonania – typowego dla całej późniejszej tradycji republikańskiej – że dobry ustrój powinien być ustrojem mieszanym. „Prawa”, jego ostatnie i najbardziej dojrzałe dzieło polityczne, poświęcone są zaprojektowaniu takiego właśnie ustroju, w którym połączone ze sobą w odpowiedniej proporcji elementy monarchii (utożsamionej z rządami rozumu) oraz demokracji (uznającej znaczenie pierwiastka wolności), przeniknięte arystokratycznym pragnieniem dążenia do etycznej i intelektualnej doskonałości, wiążą obywateli więzami

8

144

Platon, „Prawa”, dz. cyt., s. 153 [713a].

zostać przełożona na konkretne propozycje instytucjonalne. Sprawiedliwe państwo to – powtórzmy – państwo zarówno dobrze rządzone, jak i dobrze urządzone, posiadające nie tylko dobrych władców, ale również dobre instytucje. Konstytucja, czyli kwintesencja republiki W „Prawach” pozostawił Platon swoim republikańskim następcom pierwowzór nie tylko ideału państwa, lecz również drogi prowadzącej do wcielenia ideału w życie. To pierwszy w dziejach ludzkości przedstawiony systematycznie i szczegółowo projekt konstytucji państwa, a także warunków, które muszą zostać spełnione, aby projekt ten mógł zostać urzeczywistniony. Idea konstytucji, czyli pomysł zaprojektowania jak najlepszego państwa i następnie powołania go do istnienia, jest sama w sobie republikańska, niezależnie od tego jak bardzo republikański charakter będą miały konkretne zaproponowane w niej rozwiązania. Przenika ją bowiem nadzieja zbudowania sprzyjającej instytucjonalnej przestrzeni, w ramach której ludzie


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

O Republice i postawie republikańskiej – Zbigniew Stawrowski

będą mogli nie tylko żyć w pokoju dzięki ustanowieniu sprawiedliwych praw, ale również stawać się lepsi. Jeśli przyjrzeć się dokładnie konkretnym propozycjom przedstawionym przez Platona, to uderza ich aktualność oraz sposób uzasadnienia, który swoją głębią przewyższa wiele późniejszych, nawet dzisiejszych teorii instytucjonalno-prawnych. Z jednej strony są to takie rozwiązania, które dotyczą podstaw tego, co obecnie nazywamy państwem prawa: – przede wszystkim uznanie nienaruszalności prawa własności za fundament pokojowego współżycia w ramach wspólnoty; – teoria kary oparta na zasadzie sprawiedliwej odpłaty, ale uwzględniająca również te wszystkie korygujące elementy, o których w Europie stało się głośno dopiero pod koniec XVIII wieku dzięki pracy markiza Beccarii – teoria zawierająca ponadto niespotykaną nigdzie indziej, a przecież na wskroś republikańską ideę, że głównym celem kary jest przywrócenie przyjaźni między sprawcą a ofiarą; – teoria funkcjonowania i właściwego zorganizowania organów wymiaru sprawiedliwości, wraz z naczelną zasadą niezależności sądu od władzy politycznej. Z drugiej strony, Platon proponuje utworzenie organów politycznych, których zadaniem jest dbanie o to, by życie polis, w tym zwłaszcza działania osób pełniących funkcje władcze, pozostawało ukierunkowane na dobro wspólne. Najważniejsza jest tu instytucja „strażników prawa”, która łączy ze sobą cechy dzisiejszego trybunału konstytucyjnego, trybunału stanu, a nawet sądu lustracyjnego. Zadaniem owych strażników jest przede wszystkim monitorowanie procesu wyłaniania władz oraz sposobu ich wykonywania: „Dla każdego jasne jest z pewnością, że chociaż wielkim osiągnięciem jest ustanowienie praw, to jednak jeżeli dobrze urządzone państwo nieodpowiednim

władzom powierzy pieczę nad dobrze ustanowionymi prawami, nie tylko żadnej korzyści nie będzie z dobrych praw, lecz staną się one przedmiotem drwin i szyderstwa i największą bodaj szkodę i hańbę ściągną na takie państwo”9. Dlatego „osobiste życie tych, którzy ubiegać się będą o sprawowanie urzędów, ich pochodzenie i postępowanie od dzieciństwa do chwili wyborów, musi być rozpatrzone i zbadane”10. Spośród innych istotnych funkcji związanych ze „strażą nad wspólnotą” należy wymienić także instytucję wychowawcy młodzieży, nie ma bowiem trwałego istnienia wspólnoty bez troski o przekaz z pokolenia na pokolenie tego, co należy do jej etycznego dziedzictwa. Nietrudno dostrzec, że wiele instytucji proponowanych przez Platona funkcjonuje – choć często pod innymi nazwami – w dzisiejszym świecie. Niektóre z nich wymyślono w ostatnich czasach na nowo, nie mając nawet świadomości, że istnieje skarbnica, z której można przecież bez przeszkód czerpać. Niezależnie od tego, w myśli Platona odnajdujemy pierwszy w dziejach ludzkości wzorzec „republikańskiego państwa prawa” – państwa, w którym jednostki mogą nie tylko cieszyć się pokojem i osobistym bezpieczeństwem, ale mieć poczucie, że znajdują się w przyjaznej, wspierającej przestrzeni, która pozwala im nie tylko żyć, ale również żyć dobrze. ZBIGNIEW STAWROWSKI (ur. 1958) – filozof polityki, profesor w Instytucie Politologii UKSW oraz Instytucie Studiów Politycznych PAN, dyrektor Instytutu Myśli Józefa Tischnera w Krakowie. Autor książek: „Państwo i prawo w filozofii Hegla” (1994), „Prawo naturalne a ład polityczny” (2006), „Niemoralna demokracja” (2008).

9 10

Tamże, s. 213 (751b). Tamże, s. 213 (751c).

145


Od sofistyki do postpolityki BARTŁOMIEJ RADZIEJEWSKI 146


Co jest celem działalności publicznej? Czy polityka jest areną walki o władzę czy raczej służbą dobru wspólnemu? Czy sztuka przekonywania, której współczesną formą jest public relations zasadnie odgrywa tak wielką rolę? Wszystko to pytania na wskroś współczesne, a wobec dynamicznych – i coraz bardziej groźnych – przemian dzisiejszej polityki wręcz krzyczące o należytą odpowiedź. Zaskakujące, jak niewiele odpowiedzi na nie dają dzisiejsza publicystyka i literatura. Tymczasem, interesujących inspiracji dostarcza dzieło sprzed przeszło dwóch tysięcy lat. Platoński „Gorgiasz”. Głównym tematem tego dialogu jest problem retoryki – owej sztuki przekonywania – i należnej jej w polityce roli. W sporze o to ścierają się: z jednej strony Sokrates, z drugiej – sofiści z tytułowym Gorgiaszem na czele. Mistrz Platona staje przed niełatwym zadaniem przekonywania w obecności publiczności ludzi, którzy przekonywanie uważają za najwyższą formę ludzkiej aktywności (a więc

retoryka jest potencjalnym narzędziem łatwego zwycięstwa nad ograniczanymi tradycyjną etyką przeciwników. Według tych drugich jest natomiast śmiertelnym zagrożeniem dla jedynego ładu politycznego, jaki uznają za godny swojej cywilizacji. Warto odnotować historyczny kontekst „Gorgiasza”. Sofiści byli jednocześnie myślicielami i profesjonalnymi nauczycielami zajmującymi

Gdy w roli celu polityki rozumiane po chrześcijańsku dobro wspólne zastępuje władza sama w sobie, ograniczenia etyczne znikają. A debata publiczna upada, bo zwykły obywatel nie ma instrumentów poznawczych umożliwiających rozpoznanie retorycznej manipulacji

są w nim niesłychanie biegli) i zarazem traktują retorykę instrumentalnie, jako środek do realizacji swoich władczych ambicji. Bo w demokracji, gdzie decydentem jest łasy na popisy erystyczne i pochlebstwa pod swoim adresem tłum, sztuka wymowy jest najkrótszą drogą do władzy. Zatem dla polityków pozbawionych moralnych zahamowań w tradycyjnym ich rozumieniu (a więc hołdującym niemoralnej etyce maksymalizacji własnych korzyści),

się przygotowywaniem polityków do działalności publicznej. W pierwszej roli, doprowadzili do istnej rewolucji w kulturze Aten, kwestionując za pomocą racjonalnej krytyki tradycyjne hierarchie wartości, zwłaszcza te oparte na religii i ówczesnej moralności publicznej. Natomiast jako myśliciele, podporządkowywali wiedzę jej praktycznemu celowi – zdobyciu i utrzymaniu władzy. Można zatem powiedzieć, że sofiści uczyli swoich uczniów wiedzy prawdziwej tylko

147


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

w takim stopniu, w jakim jej znajomość była potrzebna do retorycznej manipulacji odbiorcami, czy byli nimi sędziowie, rywale w dyskusji, czy też rządzący lud. Sofistyka XXI wieku Brzmi znajomo? Nie bez przyczyny: oto od kilkunastu lat nasila się zjawisko zawłaszczania debaty publicznej przez polityczny piar, który jeszcze niedawno wydawał się jedynie jej służebnym wobec celów wyższego rzędu elementem. Ów piar jest niczym innym jak retoryką naszych czasów. Niepostrzeżenie, element

zwykły obywatel nie ma instrumentów poznawczych umożliwiających rozpoznanie retorycznej manipulacji. Tak jak retoryka była instrumentem sofistyki, tak współczesny piar polityczny jest narzędziem postpolityki. Tej ostatniej nie można oczywiście określić mianem szkoły filozoficznej. Jeśli jednak spojrzeć na nią przez pryzmat filozofii publicznej (czyli założeń filozoficznych, które musi przyjmować, aby głosić to, co głosi), otrzymamy obraz niemal doskonałego odbicia w politycznej praxis najsilniejszych i najbardziej destrukcyjnych dla tradycyjnej sfery publicznej

Postpolityka w istocie unieważnia tradycyjne rozumienie działalności publicznej jako rozumnej troski o dobro wspólne. Problemy o strategicznym znaczeniu, jak Gazociąg Północny, limitowanie wolności słowa czy prawne redefiniowanie władzy rodzicielskiej, są bowiem całkowicie marginalizowane przez kwestie zupełnie nieistotne ten przekształcił się w pewien większy nurt, z rozbudowaną teorią, wybitnymi przedstawicielami i zapleczem instytucjonalnym. Traktując te jego składowe z pewną dozą świadomej przesady jako doktrynę (teorie komunikowania społecznego), świętych (np. Bill Clinton, Tony Blair) i organizację (szkoły liderów, agencje PR itd.), otrzymamy obraz zjawiska parareligijnego, gdzie obiektem kultu jest sama władza wraz ze wspierającą ją technologią. Porównanie jest o tyle uzasadnione, że takie traktowanie polityki konkuruje – podobnie jak sofistyka rzucała wyzwanie klasycznej kulturze greckiej – z tradycyjną aksjologią polityczną, traktującą władzę jako środek do wyższego celu. Ów system politycznych wartości był do niedawna podporządkowany chrześcijaństwu i opatrzony w związku z tym całym katalogiem moralnych tabu. Jednak gdy w roli celu polityki rozumiane po chrześcijańsku dobro wspólne zastępuje władza sama w sobie, ograniczenia etyczne znikają. A debata publiczna upada, bo

148

prądów intelektualnych naszych czasów. Jakich? Po pierwsze, posthistoryzmu, czyli przekonania o tym, że wraz z globalną dominacją liberalnej demokracji i procesami integracji międzynarodowej ludzkość wkroczyła w okres „końca historii”, co oznacza rzekomy koniec wielkich sporów ideologicznych, historycznych zwrotów, a także debat ustrojowych. Liberalna demokracja to szczytowe osiągnięcie człowieka – głosi posthistoryzm – więc wszelkie wysiłki polityczne powinny się ograniczać do technokratycznego zarządzania. Po drugie, postmodernizmu, czyli wiary w koniec wszelkiej metafizyki i historiozofii połączonego z lękiem przed zmianą i przed obiektywnymi kategoriami z prawdą na czele. Po trzecie, ekonomizmu rozumianego jako podporządkowanie myślenia i działania kryteriom gospodarczym, a więc celowi „wzrostu i rozwoju”. Po czwarte, poglądu, który można określić mianem intymnej wizji społeczeństwa. Jest on rezultatem rozpowszechnienia się narcyzmu jako zaburzenia


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

Od sofistyki do postpolityki – Bartłomiej Radziejewski

psychicznego, ale i bardziej metaforycznie jako rysu psychologicznego współczesnego człowieka masowego; człowiek ten szuka w świecie zewnętrznym niemal wyłącznie projekcji swojej osobowości, przez co jest niezdolny do racjonalnego myślenia o polityce, szuka w niej natomiast emocji, uczuć i podobieństwa do małych grup społecznych, takich jak rodzina1. Po piąte, ludyczności, coraz bardziej wszechogarniającej potrzeby łączenia wszystkiego (z przekazem medialnym i polityką na czele) z rozrywką. Po szóste wreszcie, wynikającej z postępującego umasowienia społeczeństwa prymitywizacji. Problem zmanipulowanej politycznej propagandy pojawił się w Polsce dość wcześnie, bo wraz z PRL-em. O ile jednak brak wiarygodnej legitymizacji ówczesnego reżimu niejako uodparniał Polaków na manipulacje, o tyle realia liberalnej demokracji usypiają czujność (zwłaszcza młodego pokolenia) sprawiając, że walka z zawłaszczeniem przestrzeni symbolicznej przez nowoczesnych sofistów staje się szalenie trudna. W całej rozciągłości problem ten stanął przed naszymi oczami wraz z dojściem do władzy Donalda Tuska. Jego rząd, dokonujący drakońskich oszczędności na wojsku, edukacji i mediach publicznych, rozbudował jednocześnie do bezprecedensowych rozmiarów departamenty propagandy we wszystkich ministerstwach2 oraz zorganizował profesjonalny sztab spindoktorów (porównywalny do jego zachodnich odpowiedników) dając mu olbrzymią władzę. Dzięki temu opanował niemal do perfekcji sztukę współczesnej retoryki i niemal doskonale maskuje za jej pomocą brak poważnego programu politycznego. Dawać sygnały zdecydowania, po czym się wycofywać, otwierać spory, by

następnie występować w roli zwolennika nie zmieniania niczego, roztaczać iluzje wielkich sukcesów, aby ukryć, że nie zrobiło się niemal nic – oto sposób Tuska na polityczne istnienie. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać niegroźne (a niekiedy wręcz zabawne), jednak gdy zajrzymy za wizerunkową kotarę, stanie się jasne, że postpolityka w istocie unieważnia tradycyjne rozumienie działalności publicznej jako rozumnej troski o dobro wspólne. Problemy o strategicznym znaczeniu, jak Gazociąg Północny, limitowanie wolności słowa czy prawne redefiniowanie władzy rodzicielskiej, są bowiem całkowicie marginalizowane przez kwestie zupełnie nieistotne, jak spory personalne między drugorzędnymi graczami, porównywanie prezencji polityków itp. W efekcie, tracimy zdolność rozpoznawania realnych szans i zagrożeń (także tych dotyczących naszej obywatelskiej wolności), tonąc w zalewie piaru, którego celem zasadniczym jest zdobycie i utrzymanie władzy. O celach nadrzędnych wobec władzy nikt już prawie nie pamięta. Tak wygląda tryumf współczesnych sofistyki i retoryki. Dostrzegając wszystkie przepastne różnice między dzisiejszą demokracją liberalną a starożytną demokracją ateńską, warto zauważyć, że stawka sporu Sokratesa z sofistami była w istocie identyczna jak naszych dzisiejszych bojów z postpolitykami3. W obu wypadkach walka toczy się o to, czy fundamentem polityki może być sztuka przekonywania, czy też ma pełnić ona rolę służebną wobec rozumnej troski o dobro wspólne. Zarówno sofistyka, jak i postpolityczność to wykwity wysoko rozwiniętej cywilizacji, czerpiące siłę z tradycji, która ową cywilizację stworzyła i jednocześnie negujące jej istotę. To fałszywe odpowiedzi na główne

1 Zob. szerz.: R. Sennett, „Upadek człowieka publicznego”, Warszawa 2009. 2 J. Staniłko, „Cud w kryzysie, czyli rok rządów Tuska”, „Arcana” 2009, nr 85.

3 Mówiąc „naszych”, mam na myśli boje wszystkich ludzi dobrej woli dostrzegających fundamentalne zagrożenia wynikające z postpolityczności, a nie – każdego, kto sprzeciwia się Tuskowi et consortes.

149


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

wyzwanie czasów, w których potęga i dobrobyt są tak wielkie, że przyćmiewają coraz wyraźniej rysujące się zagrożenie wewnętrznego rozkładu. Ateńczycy nie tylko nie potrafili dać odporu zalewowi sofistyki, ale uśmiercili Sokratesa, który do tego wzywał. My jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że możemy uczyć się na ich błędach. Pochylmy się więc nad „Gorgiaszem”. Dialog i wojna Dialog rozpoczyna niewypowiedziana apologia retoryki wygłoszona przez mistrza sofistów. Sokrates, który przybywa na dyskusję spóźniony (nie miał ochoty słuchać popisów Gorgiasza), na wstępie słyszy reprymendę Kaliklesa: „Na wojnę, Sokratesie, i do bitwy, powiadają, dobrze jest tak «w sam czas» przychodzić”4. Odmienność perspektyw przedstawia się nam więc od razu z całą wyrazistością: nauczyciel Platona przyszedł rozmawiać, a znalazł się „na wojnie”. Sokrates wierzy bowiem, że to dialegein, czyli rozmowa dążących do poznania prawdy obywateli jest istotą debaty publicznej. Tymczasem trafił do królestwa sofistów, gardzących dialogiem i gloryfikujących retorykę. Jest ona dla nich narzędziem zjednywania sobie tłumów dla realizacji swoich celów. Jakich? Przedstawi je Gorgiasz; to po pierwsze, wolność pojmowana jako niepodleganie władzy innych, po drugie, władza rozumiana jako możliwość czynienia z innych niewolników. Nadrzędnym celem jest tu dobro własne. Aby je zrealizować, sofiści są gotowi użyć wszelkich środków, jakie dopuszcza demokracja, a zatem każdego chwytu retorycznego. Takie, „wojenne” reguły nie odpowiadają Sokratesowi. Nie boi się on konfrontacji z sofistami, ale też nie akceptuje ich podejścia. Proponuje więc odmienną perspektywę; nie odrzucając całkowicie ujęcia rozmowy jako pola bitwy, godzi się wejść na nie niejako jedną

nogą, żądając zarazem od sofistów, aby i oni jedną nogą z tego pola zeszli. Tym samym, wytyczone zostaje pole dialogu i potencjalnego porozumienia. Okazuje się, że nie trzeba całkowicie odrzucać retoryki, aby ocalić tradycyjną debatę publiczną, wystarczy poddać ją rygorowi tradycyjnego dialegein. Natomiast akceptacja przez Sokratesa realiów „bitewnych”, czyli konieczności takiego argumentowania, aby przekonać również audytorium, do pewnego stopnia ogranicza filozofa. Z drugiej jednak strony – otwiera przed nim nowe możliwości. Gdy dyskusja schodzi na kwestię przedmiotu retoryki, Gorgiasz jest zmuszony, choć z wyraźną niechęcią, przyznać, że wiedza jest zawsze prawdziwa. Co za tym idzie, musi również poddać sztukę wymowy kryterium prawdy. Nie śmie bowiem przed słuchaczami, wśród których jest prawdopodobnie wielu jego obecnych i potencjalnych uczniów, przyznać, że przekazuje im wiedzę fałszywą, choć w istocie tak właśnie jest5. Tak więc Gorgiasz – radykalny sceptyk i relatywista, kapituluje przed elementarnym rozsądkiem i poczuciem sprawiedliwości słuchaczy – nikt nie jest w końcu zainteresowany zdobywaniem wiedzy fałszywej. Sprowadzi to na niego klęskę w dyskusji. Okazuje się więc, że nawet najwytrawniejszy demagog może zostać pokonany w rozmowie, jeśli tylko uzna wpierw prymat prawdy. A przecież i dziś nie znaleźlibyśmy ani jednego chyba polityka czy publicysty, który otwarcie przyznałby, że kłamie. Hołdując prawdzie (mniejsza o to, czy szczerze), w sposób nieuchronny wystawia zarazem swoje stanowisko na ostrzał logicznych argumentów, co otwiera możliwość jego obalenia. Wróćmy jednak do „Gorgiasza”. Apologii retoryki w wykonaniu sofistów Sokrates przeciwstawia jej antytezę, określając tę sztukę jako

4 Platon, „Gorgiasz” [w:] „Dialogi”, t. I, tłum. W. Witwicki, Kęty 2005, 447A. Wszystkie kolejne cytaty za tym wydaniem.

5

150

Tamże, 454D


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

Od sofistyki do postpolityki – Bartłomiej Radziejewski

„cząstki politycznej upiora”6. Twierdzi, że jest ona widmem, pozorem pewnej dziedziny polityki – wymiaru sprawiedliwości. Obok sofistyki, która jest z kolei pozorem prawodawstwa, jest więc – według Sokratesa – retoryka sztuką dającą fałszywe odpowiedzi na fundamentalne pytania. Razem tworzą one „upiora” polityki jako najwyższej formy aktywności człowieka – rozumnej troski o dobro wspólne. Koncentrują się bowiem na schlebianiu ludowi, zamiast poświadczać prawdę i stawiać obywa-

Moc, czyli władza i wolność tyrana – to główny cel, który sobie stawiają; otwarcie przyznaje to także uczeń Gorgiasza, Polos. Sokrates nie neguje samego pragnienia mocy, uważa jedynie, że musi ono podlegać kierownictwu rozumu. Kreśli przed Polosem perspektywę takiego polis, w którym głoszona przez niego zasada „robienia, co się komu podoba” staje się powszechnie obowiązującym prawem. „By nawet i z dymem poszedł w ten sposób dom, który by ci się tylko podobał, i doki ateńskie,

Nadrzędnym celem jest tu dobro własne. Aby je zrealizować, sofiści są gotowi użyć wszelkich środków, jakie dopuszcza demokracja, a zatem każdego chwytu retorycznego

telom wymagania. Sokrates porównuje ich szkodliwą rolę do sytuacji, w której medycynę zastępuje kucharstwo; zamiast leczyć chore ciała, kucharze mamią pacjentów wizją kuracji nie tylko bezbolesnej, ale wręcz rozkosznej – poprzez „schlebianie” podniebieniu. Niechętny do pracy nad sobą i nie rozumiejący istoty rzeczy pacjent zwykle ulega urokowi tej wizji, sam sobie szkodząc. Tak też jest z polityką – łasy na pochlebstwa lud skłonny jest wierzyć raczej dowartościowującym go ponad miarę sofistom niż Sokratesowi, który – w prawdziwej trosce o człowieka – zaleca dyscyplinę moralną i umysłową. Sofistyczna retoryka jest więc w istocie dla duszy tym, czym kucharstwo dla ciała – trucizną obleczoną w kuszącą powłokę panaceum. Szukając syntezy Dla samych sofistów to tylko narzędzie manipulacji motłochem dla własnego dobra. 6 Tamże, 463d. Nie trzymam się tu ściśle definicji retoryki z tego fragmentu „Gorgiasza”, ponieważ mniej mnie interesuje jej miejsce w hierarchii „sztuk” niż jej znaczenie jako narzędzia sofistycznej koncepcji polityki.

i trójrzędowce, i statki wszystkie i publiczne i prywatne”7. Oto i kwintesencja intelektualizmu etycznego Sokratesa: żądza „mocy”, gdy nie jest kierowana rozumnym samoograniczeniem i odpowiedzialnością za wspólnotę, przekształca się w żywioł niszczący polis, nawet w jego zewnętrznych, gospodarczych przejawach. Ta perspektywa przeraża nawet młodego sofistę. Jednak Polos cofa się w swojej apologii egoizmu nie dlatego, że Sokrates obudził w nim poczucie odpowiedzialności za wspólnotę, lecz ze strachu przed karą za swoje czyny. To chyba największa porażka pedagogiczna filozofa i zarazem potężny znak czasów przeoranych przez sofistykę. Okazuje się bowiem, że sofistę do wielu rzeczy można przekonać, ale nie sposób obudzić w nim poczucia wspólnoty z rodakami; uruchomiony przez Sokratesa ratio służy bowiem jego polemistom wyłącznie do zimnej kalkulacji zysków i strat, ale wciąż z perspektywy dobra własnego, którego prymat głosili przecież od początku. Czyżby więc pojawienie się sofistyki

7

Tamże, 469C.

151


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

było równoznaczne z wkroczeniem na scenę dziejów nowego rodzaju człowieka, indywidualisty i egoisty, o naturze wykorzenionej z tradycyjnej, wspólnotowej kultury greckiej? Na to wygląda. Przekonanie Sokratesa o niemożności zmiany postawy owego „człowieka sofistycznego” jest prawdopodobnie przyczyną takiego, a nie innego zakończenia „Gorgiasza”, nad czym tak ubolewał Władysław Witwicki8. W finalnej mowie, której sofiści wysłuchują z pozycji pokonanych w dyskusji, oddając Sokratesowi prawo do dokonania konkluzji, filozof, przekonując, że nie należy krzywdzić innych, odwołuje się bowiem nie do poczucia

przed sofistami nowe jej rozumienie. Pokazuje, że są dwa rodzaje przekonywania: „brzydka retoryka ludowa” i „rzecz piękna: praca nad udoskonaleniem dusz współobywateli i walka, która zawsze mówić każe to, co najlepsze; wszystko jedno, czy to będzie miłe, czy niemiłe słuchaczom”11. Pierwszemu rodzajowi, retoryce w rozumieniu sofistów (sztuce schlebiania ludowi dla własnej korzyści), przeciwstawia filozof typ drugi: retorykę jako kierownictwo dusz. Prawdziwie dobry mówca winien się troszczyć o doskonalenie moralne swoich słuchaczy, traktując sztukę wymowy jako narzędzie do tego celu. Oto i Sokratejska synteza

Prawdziwie dobry mówca winien się troszczyć o doskonalenie moralne swoich słuchaczy, traktując sztukę wymowy jako narzędzie do tego celu

obowiązku wobec wspólnoty, lecz do egoistycznej chęci uniknięcia krzywd własnych9. Nie może dziwić, że teza Sokratesa, iż retoryka jest „cząstki politycznej upiorem” (będąca antytezą sofistycznej apologii sztuki wymowy), nie znajduje uznania jego przeciwników. Uderza przecież w same fundamenty ich filozofii. Podejmują więc kontratak, w efekcie którego filozof przyznaje między innymi, że i on jest „mówcą ludowym”, a więc retorem10. To zresztą nieuchronny skutek wspomnianego kompromisu z początku dialogu, kiedy to Sokrates częściowo zaakceptował „wojenne” warunki dyskusji. Później mistrz Platona wikła sofistów w sprzeczności, wykazując zasadnicze błędy w ich rozumowaniu i obalając pochwałę sztuki wymowy, którą głoszą. Jednak problem retoryki przez to nie znika. Mało tego, Sokrates sam chętnie do niego wraca, odsłaniając 8 9 10

152

Tamże, 482C-483A. Tamże, 527C. Zob. tamże, s. 450-452.

rozważań o retoryce: uznanie jej roli jako sztuki ważnej, lecz służebnej wobec troski dobro wspólnoty. Sokrates nie jest więc wrogiem „nowoczesności”, którą reprezentują sofiści. Nie broni tradycyjnego, opartego na katalogu mistycznych tabu polis przed racjonalną i sceptyczną analizą, którą głoszą zwolennicy Gorgiasza. Przeciwnie, wydaje się uznawać oczywistość historycznej zmiany, której podlegają Ateny, a której przejawem jest rozkwit sofistyki. Uznaje więc także postulat poddania wszelkich wartości próbie racjonalnej krytyki, więcej: jest jego zwolennikiem i prawdziwym arcymistrzem takiej metody. W przeciwieństwie do sofistów, nie prowadzi go ona do dekonstrukcji tradycyjnego ładu moralnego, lecz do jego przebudowy i odnowy w oparciu o rozumne kryteria. A z drugiej strony, do ucywilizowania owej „nowoczesności”, oczyszczenia jej ze

11

Tamże, 503B.


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

Od sofistyki do postpolityki – Bartłomiej Radziejewski

szkodliwych elementów nieuzasadnionej pychy i przesady. Warto przy tym zauważyć, że gdyby nie zmiany kulturowe, jakie przyniosła ze sobą sofistyka, Sokrates nie miałby okazji ani zostać jej najwybitniejszym krytykiem, ani sformułować programu intelektualizmu etycznego, ani tego programu unieśmiertelnić, składając ofiarę z własnego życia w świadectwie wierności głoszonym ideałom. Był więc mistrz Platona w pełnym tego słowa znaczeniu dzieckiem swojej, rozdzieranej konfliktem tradycji z „nowoczesnością” epoki. Jako pierwszy spróbował dokonać wielkiej syntezy tych sprzecznych tendencji, oczyszczając tradycję z irracjonalizmu, a sofistykę – z wybujałych aspiracji przewartościowania wszelkich wartości pod dyktando własnych założeń. „Gorgiasz” jest świadectwem tego, że nie była to próba w pełni udana, nawet na poziomie intelektualnym. W przywołanym sporze z Polosem, Sokrates odkrywa, że nie sposób przekonać sofisty do uznania prymatu dobra wspólnego – uczeń Gorgiasza cofa się ze strachu przed karą. Nie to chciał osiągnąć Sokrates. Co bowiem, gdy stery państwa, a więc i kierowanie wymiarem sprawiedliwości obejmą ludzie pozbawieni owego imperatywu moralnego, który filozof stara się obudzić w rozmówcach? Lęk człowieka niemoralnego przed karą za niemoralne czyny straci przecież rację bytu, gdy upadną zasady fundujące wymiar sprawiedliwości; Polos będzie bezkarny. Dlatego Sokrates, szukając innej podstawy porozumienia, odwołuje się w finale dialogu do mitu – do religijnej ekonomii zbawienia. Świadom niemożności przezwyciężenia egoizmu sofistów, decyduje się zagrać właśnie na nim, strasząc wiecznym potępieniem. Na ile wierzy w to, że ci radykalni racjonaliści uznają w ogóle religijne kryteria? Trudno orzec z całą pewnością. Prawdopodobnie stara się raczej wepchnąć ich w pułapkę ich zależności od ludu, ten ostatni jest przecież pobożny i z pewnością nie zaakceptowałby

otwartej negacji religii. Niezależnie od tego, czy było to intencją Platona, taka właśnie jest sytuacja, i fakt, że Sokrates nie potrafi jej przezwyciężyć, należy traktować jako jego porażkę. Zamiast rozwiązania uniwersalnego, ponadczasowego i bezwzględnego proponuje bowiem kryterium lokalne, doraźne i względne, zależne z jednej strony od mniemania tłumu, z drugiej – od jego pobożności. Nader słabe to podstawy dla wielkiej syntezy, której chce dokonać filozof i – jak wiemy z późniejszych losów Grecji i jej kulturowych sukcesorów – także nader zmienne w swojej treści. W tym kontekście, Sokrates z „Gorgiasza” to postać tragiczna, rozdarta koniecznością wyboru między złymi możliwościami i na próżno szukająca wyjścia z matni. A sam dialog można czytać jak klasyczną tragedię. Tragizm naszych czasów Nie sposób nie zadać więc pytania, czy i nasze zmagania z postpolitycznością, tym upiorem nowoczesnej polityki, nie mają w sobie tragicznego rysu. Czy skazani jesteśmy na nieustanne błądzenie w poszukiwaniu rozstrzygnięcia sporu polityki z postpolityką? Zdaje się na to wskazywać kilka ważnych czynników. Po pierwsze, nietrudno dostrzec podobieństwo konstrukcji psychicznej „człowieka sofistycznego” i „człowieka postpolitycznego”. Obydwu cechuje egoizm, sceptycyzm, nihilizm oraz przedkładanie żądzy nad rozum i własnego interesu nad dobro wspólne. Po drugie, zarówno starożytny demos późnych Aten, jak dzisiejsza opinia publiczna charakteryzują się ogromną podatnością na manipulację. Po trzecie, rzuca się w oczy podobieństwo pewnych cech orientacji filozoficznej, z której wychodzili sofiści do ideowej podbudowy postpolityczności. Wymienić tu można: niechęć do metafizyki, tradycji i religii, silne dowartościowywanie tzw. zwykłego obywatela, przekonanie o dysponowaniu najlepszą z możliwych wykładnią racjonalności. Po czwarte, zarówno sofistyczna retoryka, jak i postpolityczność otwierają sferę

153


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

publiczną na bezprecedensowy w wiekach je poprzedzających zalew cynizmu. Po piąte, jedna i druga toruje drogę dla tryumfu emocji nad racjonalną debatą, ponieważ traktując instrumentalnie decydujący emocjonalnie, a nie rozumnie tłum, czynią zarazem politykę zakładnikiem jego woli. Po szóste, obie wyrastają z osiągnięć zastanej wspólnoty politycznej i jednocześnie ją intensywnie korodują. Przypominają więc groźne pasożyty wyrosłe na dorodnym ciele będącej o szczytu swojego rozwoju cywilizacji. Podobieństw można by wymienić znacznie więcej. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi nam bowiem nie o podobieństwo, a o zasadniczą różnicę, która umożliwiłaby przezwyciężenie

154

owego tragizmu zwartego w destrukcyjnym starciu tradycji z nowoczesnością, którego nawet teoretycznie nie potrafił pokonać Sokrates. Nie wdając się w niuanse (także listę różnic można by ciągnąć bardzo długo), spróbujmy więc poszukać przewag, jakie mamy nad starożytnymi Ateńczykami, które mogłyby nam umożliwić taką zmianę postpolityki, aby zaprząc ją do służby dobru wspólnemu. Przede wszystkim, jesteśmy mądrzejsi o cudze doświadczenia i mamy potencjał, aby to wykorzystać. Ateńczycy nie znali historii upadku innych cywilizacji, a nawet gdyby znali, nie potrafiliby z tej wiedzy skorzystać ze względu na słabość swojej społecznej organizacji. My, dzięki dorobkowi nowożytnej nauki (oraz


IDEE. REPUBLIKA PLATONA

Od sofistyki do postpolityki – Bartłomiej Radziejewski

upływowi czasu, rzecz jasna) nie tylko znamy mechanizmy rozkładu kultury, ale też, jeśli korzystając z tej mądrości znajdziemy receptę na tragizm naszych czasów, będziemy w stanie ją zastosować, bo wysoki poziom organizacji współczesnych społeczeństw sprawia, że niemal każdą koncepcję można – jeśli będzie po temu wola polityczna – w niedługim czasie od jej przyjęcia wdrożyć. To pewne, że koncepcji będącej odpowiedzią na tragizm naszych czasów nie uda się wypracować w obrębie klasycznej triady liberalizmu, konserwatyzmu i socjalizmu. Żadna z tych ideologii nie może być odpowiedzią, bo wszystkie się zarazem wypaliły (w swoich klasycznych postaciach) i tak ze sobą splotły, że coraz częściej nie sposób odróżnić jednej od drugiej. To głosy poprzedniej, zideologizowanej epoki, na kryzys których odpowiada – choć

Idea na tyle ogólna, żeby ogarnąć ogrom problemów, z jakimi musi mierzyć się współczesna polityka, a zarazem na tyle konkretna, by formułować precyzyjne rozwiązania. Mamy tę jeszcze przewagę nad Sokratesem, że w przeciwieństwie do niego, nie musimy być prekursorami. Podwaliny republikanizmu, które położył Ateńczyk, rozwinęli jego uczniowie z Platonem na czele, i doskonalili najwięksi myśliciele kolejnych epok. A Pierwsza Rzeczpospolita (wciąż dalece niedostatecznie opisana i zrozumiana przez polską naukę) jest przykładem, jak ponadczasowe republikańskie zasady można przekuć na polityczną praktykę adekwatną do realiów danej epoki. Polska jest w o tyle korzystnej sytuacji, że republikanizm jest najbardziej oczywistą i najsilniejszą tradycją, jaką posiada, czego nie można powiedzieć choćby o Stanach Zjednoczonych, ze względu

Koncepcji będącej odpowiedzią na tragizm naszych czasów nie uda się wypracować w obrębie klasycznej triady liberalizmu, konserwatyzmu i socjalizmu. Żadna z tych ideologii nie może być odpowiedzią, bo wszystkie się zarazem wypaliły (w swoich klasycznych postaciach) i tak ze sobą splotły, że coraz częściej nie sposób odróżnić jednej od drugiej fałszywie – właśnie postpolityka. Gdzie zatem możemy szukać odpowiedzi prawdziwej? Co może być intelektualną podstawą do dokonania syntezy tradycji i nowoczesności? Odpowiedzią i podstawą może być republikanizm. Idea (a nie ideologia), która przetrwała tysiąclecia i od kilkudziesięciu lat znów animuje życie intelektualne w wielu krajach zachodnich, szukających alternatywy bądź korekty liberalnej demokracji. Idea na tyle pojemna, by zmieścić w sobie i twarde reguły moralne i szacunek dla ludzkiej autonomii. Łącząca świadomość wartości wspólnoty z uznaniem dla indywidualnej wolności. Czerpiąca inspiracje z tradycji, ale nie bojąca się zmiany. Akcentująca rolę politycznego rozumu, ale też – patriotycznych emocji.

na doniosłą rolę liberalizmu w konstytuowaniu się Ameryki. Mimo tego, podczas gdy debata o teorii i praktyce res publici trwa w całym świecie anglosaskim od drugiej połowy lat 60, u nas wciąż jest ona w powijakach. Jeśli mamy dokonać intelektualnej syntezy i przezwyciężyć tragizm naszych czasów, jeśli chcemy powstrzymać destrukcyjny pochód współczesnej sofistyki, musimy wreszcie opisać, zrozumieć i zaktualizować republikańską tradycję. Byłoby bowiem ponurym paradoksem, gdybyśmy, mając pod ręką ten złoty róg, o którym Sokrates mógł jedynie marzyć, nie byli skłonni z niego skorzystać. BARTŁOMIEJ RADZIEJEWSKI

155


Gałkologia Rzeczypospolitej BARTŁOMIEJ KACHNIARZ

„IV Rzeczpospolita. Pierwsza odsłona”, mimo swoich licznych wad, w pewien sposób ustawia debatę publiczną. Poruszanie zagadnień w niej omówionych bez odwołania się do niej po prostu nie ma sensu.

156


Paweł Szałamacha napisał książkę, i to ważną. Napisał ją jako były, z lat 2005-2007, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. „IV Rzeczpospolita. Pierwsza odsłona” to książka bardzo potrzebna, bo stanowi prawie udane podejście do przedstawienia całościowego pomysłu na państwo. Bez dużej przesady można napisać, że każdy, kto poważnie interesuje się polityką polską i polskim państwem, powinien tę książkę przeczytać. „Pierwsza odsłona” to przede wszystkim opis perypetii rządów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, widzianych od środka oczami wysokiego urzędnika. W tych momentach książka jest najmocniejsza, daje wgląd w szczegóły i najlepiej trzyma się rzeczywistości. Tu także wywód jest bardzo przejrzysty. Skąd taki tytuł? Autor nawiązuje do znanego programu sanacji państwa, „szarpnięcia cuglami”, „ugryzienia żubra w dupę” określonego w roku 2005 zbiorczą nazwą IV Rzeczpospolita, sugerującą odejście od istniejącej, III RP, jako nieodwołalnie przeżartej rakiem nieprawości. I zbudowanie państwa nowego, czwartego w historii Polaków. Jednocześnie samo zaproponowanie takiego hasła pokazuje dość poważne oderwanie od polskiej tradycji państwowej, wiążącej powstawanie kolejnych rzeczpospolitych z wybijaniem się na niepodległość. Względnie poświęcanie tej tradycji dla doraźnej korzyści w postaci chwytliwego hasła wyborczego. Pociesza optymizm drugiej części tytułu. Bo skoro „Pierwsza odsłona”, to domyślamy się, że autor liczy na kolejne. Że jego partia jest obecnie w głębokiej defensywie? Zdarza się; może przejdzie z niej do kolejnych wygranych wyborów? W każdym razie Szałamacha uważa, że projekt IV Rzeczpospolitej wymaga dokończenia. Opisując pierwszą, przegraną bitwę, chce się przygotować do wygrania wojny.

Słuszne poglądy na wszystko Na publikację składa się dwadzieścia rozdziałów, w których prezes Instytutu Sobieskiego odnosi się do wszystkich ważnych sfer działalności państwa. To wielkie i niełatwe zadanie. W czasie lektury wyraźnie widać, że w jednych kwestiach autor ma duże osobiste doświadczenie – wie, o czym pisze. Inne sprawy są opisane na większym poziomie ogólności i sprawiają wrażenie kondensatu myśli ogólnie słusznych, okraszonego popisami erudycji, która nie bardzo wiadomo czemu w danym miejscu służy. Przykre wrażenie robi także pewna chaotyczność myśli autora – poszczególne zdania sprawiają wrażenie wsypywanych bez ładu i składu. Czuje się brak twardej ręki redaktora albo przynajmniej krytycznego czytelnika, który potrafiłby wybić Szałamachę z samozadowolenia, dodać mu nieco dystansu i skierować jego wywody na właściwe tory. Książka jest zbudowana na zasadzie „moje słuszne poglądy na wszystkie sprawy państwowe”. Dzięki temu mamy do czynienia z projektem państwa w miarę spójnym, w niektórych miejscach solidnie przemyślanym. W niektórych, cierpiącym niestety na nadmiar ogólności. Generalnie jest to manifest troski o państwo polskie, przekraczającej podziały partyjne czy interesy osobiste. Autor regularnie eksponuje swoje piętno „byłego UPR-owca”. Rozstanie Szałamachy z partią Janusza Korwin-Mikkego musiało być traumatyczne, bo w przeciwnym razie czemu w całej książce tak systematycznie wbijałby jej szpile? Wydaje się, że z pożytkiem dla książki mógłby zrezygnować z wentylowania osobistych frustracji, podobnie jak z popisywania się fajerwerkami erudycji w najmniej spodziewanych momentach. Przykład? Rozważanie przewag PiS w zwalczaniu korupcji staje się przyczynkiem do rozważań nad losem XVI-wiecznego papieża Sykstusa V...

157


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Szacunek dla autora budzi fakt, że porwał się na zebranie i usystematyzowanie poglądów (a czasem i recept na poprawę sytuacji) w dziedzinach tak ważnych i tak różnorodnych, jak infrastruktura, prawo, wojskowość, bezpieczeństwo energetyczne, demografia, gospodarka czy polityka wobec zabytków. Diagnoza bez terapii I tak, w najbliższej mi osobiście kwestii wymiaru sprawiedliwości, Szałamacha przytacza twarde dane, z których wynika, że w liczbie sędziów na 100 000 mieszkańców, w wysokości ich wynagrodzeń, w wysokości wydatków na sądownictwo w odniesieniu do PKB – Polska nie odbiega szczególnie od innych krajów Europy (zarówno Zachodniej, jak i Wschodniej). Jednak rażąco źle wypadamy w kategorii „Czas trwania procesu o zapłatę” – bez mała trzy lata, podczas gdy w innych krajach nie przekracza on dziewięciu miesięcy: Czechy 270 dni, Francja 181 dni, Niemcy 154 dni, Wielka Brytania 101 dni, Szwecja 190 dni. Wniosek? Według Szałamachy „jest jeden: sądownictwo jest źle zorganizowane, zbyt wielu sędziów sprawuje funkcje administracyjne, część nie wypełnia swojego zawodu z pełnym zaangażowaniem. Wynik netto: wydajemy przyzwoite pieniądze, zatrudniamy porównywalną z innymi państwami liczbę sędziów i otrzymujemy niesprawną trzecią władzę. (...) 50-60% obywateli nie ufa sądom”. Niestety, w tym zakresie Szałamacha nie wykracza daleko poza samą diagnozę. W ramach terapii proponuje tylko wydzielenie ksiąg wieczystych i rejestrów z zakresu sądownictwa do instytucji administracyjnych. Propozycja ta brzmi jak próba posłodzenia herbaty przez jej mieszanie, bez dosypywania cukru. Doprawdy, trudno uwierzyć, aby zmiana tabliczki na gmachu Hipoteki z „Sąd Rejonowy” na „Urząd m.st. Warszawy” miała zwiększyć wydajność procedury. Rozdział o tajnych służbach cierpi z powodu ogólności – to właściwie zbiór pobożnych

158

banałów. Dziwnie robi się też w rozdziale o polityce zagranicznej. Autor wskazuje, jak nie należy traktować Unii Europejskiej (to oczywiste – nie na kolanach, ale i bez odrzucania a limine). Zaleca zaś „krytyczne, niełatwe uczestnictwo”, czyli twarde szarpanie się o swoje, w oparciu o argumenty merytoryczne i – w sprawach krytycznie ważnych – o argument siły, czyli veto, stosowane gdy pozostałe państwa członkowskie ignorują polskie interesy. W rozdziale tym Szałamacha daje się jednak ponieść swojej pasji historyka amatora. I wypisuje całe akapity o przyczynach wybuchu I wojny światowej (jakby streszczone z „Historii dyplomacji” Henry’ego Kissingera), aż do takich detali, że „ambasador niemiecki przy rządzie carskim, Pourtalès, składa na ręce Sazonowa notę zawierającą wypowiedzenie wojny, po czym wybucha płaczem”. Po omówieniu Wielkiej Wojny, autor przechodzi płynnie do traktatów rzymskich z 1957 roku, ustanawiających Wspólnotę Europejską – tak jakby po drodze nie odbyła się ani II wojna światowa, ani nawet traktat paryski, ten od Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Brak aktywności redaktora ponownie bije w oczy. W rozdziale o wojskowości autor znów daje się ponieść zamiłowaniu do historii: wyśmiewa rozbudowę floty niemieckiej, która miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku oraz rozbudowę floty polskiej w okresie międzywojennym. („Karygodny błąd ze względu na zamknięty charakter Bałtyku i krótkie polskie wybrzeże. Wkład floty, która bardzo ładnie prezentowała się na widokówkach, w obronę terytorium kraju, był żaden”.) W części dotyczącej współczesności jest jednak nieco wskazówek praktycznych, chyba trafnych, odnoszących się do konkretnych rodzajów uzbrojenia. Po drugie, gospodarka Interesujący jest rozdział o gospodarce, rozpoczynający się już od samego tytułu – „Po drugie... gospodarka”. Autor daje więc


INSPIRACJE

pierwszeństwo budowie zdrowych struktur państwowych, bez których istnienie sprawnej gospodarki jest niemożliwe. Szałamacha omawia tu niewątpliwe osiągnięcia rządu PiS – odmrożenie progów podatku PIT, zniesienie podatku od spadków i darowizn w obrębie najbliższej rodziny, obniżenie składki rentowej, wprowadzenie ulgi w podatku PIT

Gałkologia Rzeczypospolitej – Bartłomiej Kachniarz

osób, które w tym czy innym momencie rozważały osobiste zaangażowanie się w prace rządu i doszły do wniosku, że to zbyt drogie hobby, by dało się jednocześnie zajmować rządzeniem państwem i utrzymywaniem rodziny: „Trudno oczekiwać, że uda się w Polsce przeprowadzić ambitne zamierzenia modernizacyjne, np. informatyzację, reformę

„W 2000 r. sprzedano Telekomunikację Polską SA (...) nabywcą była firma France Telecom, de facto kontrolowana przez rząd francuski. Do dziś nie rozumiem, dlaczego prywatyzacją nazywa się sprzedaż na rzecz podmiotu państwowego. Tym samym RP przeniosła część swojej suwerenności na rzecz V Republiki” na dzieci, zmniejszenie liczby progów w PIT do dwóch, a najwyższej stopy do 32%, do tego wzmocnienie instytucji strzegących zasad uczciwej konkurencji – czyli Urzędu Komunikacji Elektronicznej i Komisji Nadzoru Finansowego. Nie wiem, czy rząd PO może po dwóch latach działalności pochwalić się podobnym dorobkiem. W rozdziale tym dotyka Szałamacha ciekawego aspektu polskiej prywatyzacji – „W 2000 r. sprzedano Telekomunikację Polską SA (...) nabywcą była firma France Telecom, de facto kontrolowana przez rząd francuski. Do dziś nie rozumiem, dlaczego prywatyzacją nazywa się sprzedaż na rzecz podmiotu państwowego. Tym samym RP przeniosła część swojej suwerenności na rzecz V Republiki”. Ten sam problem podnosi autor w rozdziale o energetyce: „Za prywatyzację w Polsce bowiem wciąż uchodzą transakcje, w których np. nabywcą Elektrociepłowni Łęg pod Krakowem został francuski koncern państwowy EDF, a elektrociepłowni warszawskich szwedzki Vattenfall, w 100% własność rządu”. Odnosząc się do gospodarki, autor porusza rzecz niezwykle ważną, zwłaszcza dla

podatków lub wybudowanie autostrad, w sytuacji, gdy człowiek mający zorganizować cały taki proces będzie wynagradzany na poziomie kilka razy niższym, niż wynosi wynagrodzenie w sektorze prywatnym. Ponad rok temu wynagrodzenie wykwalifikowanego robotnika układającego warstwy bitumiczne osiągnęło 7 tys. zł brutto, tyle samo podsekretarza stanu”. Dużo? Z perspektywy Warszawy nie tak bardzo. 7 000 zł brutto przekłada się na kwotę niecałych 5 000 zł netto. Załóżmy, że trzeba za to zapłacić ratę kredytu na mieszkanie, powiedzmy 2 500 zł, czynsz 500 zł, koszt utrzymania samochodu 1000 zł i przedszkole dla dziecka – kolejne 1000 zł. W sumie 5 000 zł: robi się niewesoło. Dobrze, że Szałamacha problem dostrzega, szkoda, że jest tak sceptyczny co do możliwości wdrożenia swoich pomysłów na jego rozwiązanie. Pisze bowiem: „Postulat [zwiększenia płac w rządzie] niesłychanie trudny do wprowadzenia, nie można oczekiwać od postaci grających obecnie główne role na scenie politycznej zmierzenia się z tą kwestią. Donald Tusk został więźniem własnej antypolitycznej propagandy (...). A dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego

159


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

zarobki są ostatnią motywacją, którą by zaakceptował u osób zajmujących się polityką. Tymczasem zasadniczy ciężar rządzenia opiera się na trzydziestu-czterdziestu kluczowych wiceministrach. Aby mogli otrzymywać wynagrodzenie sięgające 18 tys. zł, czyli mniej niż w sektorze prywatnym, ale znacznie więcej niż obecnie, premier powinien zarabiać 25 tys. zł, a minister 20 tys. zł”. Myśli jasne Wiele konkretnych informacji można znaleźć w rozdziale o energetyce. Szczegółowo opisana jest zależność Polski od rosyjskich złóż ropy i gazu – i od własnych, polskich lobbies węglowych. Rzadko też można

odnawialna jest przedmiotem obrotu głównie ze względu na przymus prawny, a nie zapotrzebowanie nabywców”. Przy okazji dowiadujemy się o kolejnym osiągnięciu rządu PiS, które przez prasę zostało przeoczone lub nie dość nagłośnione: „Jeszcze na finiszu rządu Kaczyńskiego, w październiku 2007 r., ministrowi Woźniakowi udało się [w ramach UE] obniżyć kwantum energii odnawialnej z 20 do 15% tylko dla Polski (...) Pozostałe państwa członkowskie przystały na poziom 20%”. W podsumowaniu arcyciekawego rozdziału o energetyce czytamy: „bezpieczeństwo energetyczne uzyskamy, gdy Orlen pozyska dostęp do złóż ropy, otworzy się alternatywny wobec wschodniego kierunek dostaw

„Trudno oczekiwać, że uda się w Polsce przeprowadzić ambitne zamierzenia modernizacyjne, np. informatyzację, reformę podatków lub wybudowanie autostrad, w sytuacji, gdy człowiek mający zorganizować cały taki proces będzie wynagradzany na poziomie kilka razy niższym, niż wynosi wynagrodzenie w sektorze prywatnym. Ponad rok temu wynagrodzenie wykwalifikowanego robotnika układającego warstwy bitumiczne osiągnęło 7 tys. zł brutto, tyle samo podsekretarza stanu”

przeczytać tak jasno wyrażoną myśl: „Jedną z najgorszych decyzji podjętych w wolnej Polsce była decyzja ministra Tadeusza Syryjczyka w 1990 r. o zamknięciu niemal gotowej elektrowni atomowej w Żarnowcu. Jeden z reaktorów, który był już zainstalowany w elektrowni, do dziś pracuje w Finlandii. Decyzja ta wpisuje się w krajowy zwyczaj wyrzucania pieniędzy w kosztowne i niedokończone koncepcje. Inne przykłady to program samolotu Iryda, rafineria w Gorlicach, Walcownia Rur «Jedność». Jesteśmy bardzo bogatym krajem” – gorzko konkluduje Szałamacha. Do „zielonej energii”, tej „ekologicznej”, zmniejszającej „efekt cieplarniany” autor ma stosunek mocno sceptyczny: „Energia

160

gazu (najlepiej przez wybudowanie terminalu LNG), zostanie wybudowana elektrownia nuklearna, a energetyka odnawialna będzie oparta na małej hydroenergetyce”. Wszystko pięknie, na wszystko zgoda, choć wyczuwa się wpływ publicystyki Stefana Bratkowskiego, i razi brak zainteresowania faktem, że Europa Zachodnia odchodzi już od hydroenergetyki, jako... nieekologicznej, zamieniającej rzeki w „przepływowe stawy”. Najwięcej konkretów i faktów, poznanych przez bezpośrednie doświadczenie, można znaleźć w rozdziałach o działalności Szałamachy w Ministerstwie Skarbu Państwa, a w szczególności we fragmentach dotyczących dwóch wielkich sporów toczonych


INSPIRACJE

przez Skarb Państwa z holenderskim ubezpieczycielem Eureko (prywatyzacja PZU) i włoskim bankiem UniCredit (fuzja Pekao i BPH). Szczegóły tych konfliktów, jak się zdaje, nie zawsze były w pełni prezentowane przez prasę. Na przykład: „Skarga [Ministerstwa Skarbu Państwa do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości] wskazywała też na sprzeczność stanowiska Komisji Europejskiej wobec polskiego rynku usług bankowych – w raporcie przedakcesyjnym w 2002 r. KE stwierdziła, że rynek bankowy w Polsce charakteryzuje wysoki stopień koncentracji. Tymczasem po trzech latach od zgłoszenia tej opinii KE wyraziła zgodę na dalszą koncentrację rynku w postaci połączenia Pekao i BPH”. Co najmniej równie ciekawe – i trudne do racjonalnego wytłumaczenia – są kulisy sprawy Eureko/PZU. W prasie rozczytywaliśmy się o detalach wyroków sądów arbitrażowych przeciwko Polsce, a tymczasem: „Umowa [prywatyzacyjna PZU] stwierdza też, że spory będą rozpatrywane przez sądy polskie. To postanowienie zostało naruszone przez Eureko, które (...) zainicjowało proces poza granicami RP, przenosząc spór na forum nieznające prawa polskiego, czyli arbitraż międzynarodowy. (...) Arbitrzy z reguły orzekają przeciwko rządom. Wykształciła się swoista kultura domniemania, że skoro korporacja narzeka na polityków, to zapewne została pokrzywdzona. (...) Gdyby zmienili linię orzecznictwa, firmy przestałyby korzystać z arbitrażu”. Wizja Polski pięknej Wielkiego wyzwania podjął się Szałamacha w rozdziale „Potrzeba piękna”, poprzedzonym cytatem z prezydenta Stefana Starzyńskiego: „Chciałem, by Warszawa była wielka”. Od początku pisze z grubej rury: „Najważniejszą ze sztuk nie jest kino, lecz architektura. (...) Współczesna architektura jest oskarżeniem naszych czasów. Z reguły jest brzydka”.

Gałkologia Rzeczypospolitej – Bartłomiej Kachniarz

Na kolejnych stronach kreśli szkic programu ochrony zabytków i rozwoju turystyki w regionach. Każdemu województwu przyporządkowuje jeden strategiczny zabytek. Dla Lubelszczyzny jest to śródmieście Zamościa – „Jedyna w Europie tak doskonale zrealizowana wizja renesansowego miasta”. Dla województwa świętokrzyskiego – to zamek Krzyżtopór, zniszczony w potopie szwedzkim. Dla Mazowsza – Pałac Saski, od II wojny światowej jeszcze nieodbudowany. Szałamacha chce „odbudować przeszłość” i powrócić do godnej dumy narodowej. Oprócz tego odnosi się do nabrzmiałej kwestii Pałacu Kultury i Nauki (im. Stalina) – wprost nawołuje do wyburzenia go jako symbolu sowieckiej dominacji. Szef Instytutu Sobieskiego chce zabudowy praskiego brzegu Wisły, by Warszawa stała się miastem nadrzecznym. Naprzeciw (wyburzonego) Pałacu Kultury mógłby stanąć Pałac Rzeczypospolitej. Czy to realna wizja? Nie wiem. Na pewno piękna – i na pewno oddzielająca nas symbolicznie i mentalnie od sowieckiej okupacji. Nie sposób omówić wszystkich istotnych kwestii poruszonych w „IV Rzeczypospolitej” Szałamachy. Ta książka jest zbyt wielowątkowa i zbyt rozbudowana. Trzeba ją po prostu przeczytać i odnieść się do niej. „Pierwsza odsłona”, mimo swoich licznych wad, w pewien sposób ustawia debatę publiczną. Poruszanie zagadnień w niej omówionych bez odwołania się do niej po prostu nie ma sensu. BARTŁOMIEJ KACHNIARZ (ur. 1975) – radca prawny w Warszawie, redaktor naczelny polskiej edycji „First Things” i członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. Publikował m.in. we „Frondzie”, „W drodze”, „Najwyższym Czasie!”, „Gazecie Polskiej”. Paweł Szałamacha, IV Rzeczpospolita – pierwsza odsłona. Dlaczego się nie udało, co trzeba zrobić, Zysk i S-ka 2009, ss. 320.

161


Przygody z konserwatyzmem KRZYSZTOF BOSAK

Omówione w książce ostatnie trzydzieści lat było czasem odradzania się niemal od zera myśli i środowisk konserwatywnych i by zrozumieć dzisiejszą kondycję tej formacji ideowej, warto szczegółowo jej historię poznać. Inne opcje polityczne mogą zazdrościć konserwatystom tak szczegółowego i aktualnego omówienia. 162


INSPIRACJE

Na rynku wydawniczym nie brakuje książek poświęconych myśli politycznej. Przeciwnie, jest ich tak wiele, że próba samodzielnej lektury wszystkich dostępnych pozycji przekracza możliwości jednej osoby. W tej sytuacji „Konserwatyzm po komunizmie” Rafała Matyi, szczególnie dla młodszych czytelników niezorientowanych w niuansach historycznych sporów i podziałów, jest prawdziwym objawieniem. We wstępie autor deklaruje, że podjął „próbę opisu «przygód z konserwatyzmem», jakie były udziałem polskich elit intelektualnych i politycznych”. Przebrnięcie przez trzysta osiemdziesiąt stron tego opisu nie jest łatwe, ale z każdym kolejnym rozdziałem owa „przygoda z konserwatyzmem” staje się coraz bardziej i naszym udziałem. Omawiając tę pozycję, wypada poczynić dwie uwagi wstępne. Po pierwsze, „Konserwatyzm po komunizmie” to praca naukowa. Roi się w niej od cytatów, przypisów, zestawień i porównań różnych punktów widzenia. Nie utrudnia to bynajmniej lektury. Język autora jest bowiem przystępny, a wszelkie problemy wyłuszczone są prosto i jasno. Po drugie – i nie mniej ważne – jest to praca politologiczna. Tytuł mógłby sugerować, że znajdziemy w niej dociekania z zakresu filozofii politycznej. Tymczasem jest to intelektualna i społeczna historia szeregu środowisk, które mniej lub bardziej konsekwentnie odwoływały się do konserwatywnych tradycji politycznych. To zakorzenienie w rzeczywistości jest zresztą najważniejszym atutem całości. Podczas gdy wielu autorów komfortowo czuje się w świecie abstrakcyjnych pojęć i postulowanych idei, Matyja w każdym z czternastu rozdziałów i siedemdziesięciu jeden podrozdziałów uporczywie sprowadza nas na ziemię, w świat konkretnych ludzi, redakcji, środowisk i partii. Panorama konserwatywnych rozpoznań Książkę tworzą cztery bloki tematyczne. Pierwszy z nich to rys historyczny. Autor

Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak

przenosi nas aż w lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, by zrekonstruować prapoczątki konserwatywnych ruchów. Postaci, od których się wszystko zaczyna, to mało znani Henryk Krzeczkowski i Paweł Hertz, oraz mający endeckie korzenie Wiesław Chrzanowski. Nie zostaje pominięty również wybitny prekursor konserwatyzmu liberalnego, jakim był Stefan Kisielewski. To oni tworzą podwaliny intelektualne, z których później wykiełkuje środowisko „Res Publiki” z Marcinem Królem na czele, Ruch Młodej Polski z Aleksandrem Hallem i Jackiem Bartyzelem (ich drogi z czasem radykalnie się rozejdą), czy Ruch Polityki Realnej z Januszem Korwin-Mikke i Mirosławem Dzielskim. Ta genealogia ideowa idzie w parze z prezentacją kluczowych dla zrozumienia geografii politycznej prawicy lat osiemdziesiątych sporów: o stosunek do PRL-u, o granice możliwego kompromisu, oraz oczywiście o politykę „Solidarności” i najważniejszy akt polityczny kończący ten etap – o Okrągły Stół. Drugi i trzeci blok tematów w pewnym stopniu się wzajemnie przeplatają. Jest to szczegółowa rekonstrukcja poglądów różnych odłamów prawicy konserwatywnej oraz historia polityczna konkretnych partii i grup politycznych. W opisie przekonań autor mile zaskakuje różnorodnością prezentowanych stanowisk. Obok przedstawicieli umiarkowanej prawicy konserwatywnej szeroko i rzetelnie referowane są spojrzenia spoza głównego nurtu formułowane czy to z pozycji monarchistycznych (Adam Wielomski i Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, Jacek Bartyzel i łódzki Klub Konserwatywny) czy też wolnościowych (Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz) czy jeszcze innych (Tomasz Gabiś i środowisko „Stańczyka”, Bronisław Łagowski, Jadwiga Staniszkis). Z iście benedyktyńską skrupulatnością Matyja konfrontuje dziesiątki starannie wyłuskiwanych wypowiedzi, malując panoramę konserwatywnych rozpoznań.

163


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

To ostatnie słowo jest tu kluczowe, autor często go używa i zdaje się dużo chętniej badać właśnie konserwatywne „rozpoznania” problemów i praw rządzących rzeczywistością polityczną, niż ideologiczne postulaty czy

elementy partyjnych programów. Aspekty, na jakich się skupia, to kolejno: poszukiwanie społecznej bazy dla konserwatyzmu, stosunek do Kościoła, do przemian obyczajowo-społecznych na Zachodzie, do nowoczesności, do polskości, do rynku i do władzy państwowej. Zresztą autor bada nie tylko myślenie środowisk konserwatywnych o różnych sprawach, ale również sposób ich istnienia w społeczeństwie. Prezentuje napięcie pomiędzy działalnością metapolityczną, a wejściem w czynną politykę, przypomina trudne realia bytowe środowisk konserwatywnych w latach dziewięćdziesiątych. Te refleksje prowadzą autora wreszcie do omówienia korzeni projektu IV Rzeczpospolitej: przekonania o konieczności

164


INSPIRACJE

Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak

korekty ustroju, zrozumienia natury postkomunizmu i kapitalizmu politycznego. W części historycznej książki odnajdziemy opis przeobrażeń, jakich doświadczyły konserwatywne

organizacje. Autor wyróżnia trzy etapy tego procesu: lata osiemdziesiąte to okres odradzania się – „pierwsza prawica”. Czas od kampanii wyborczej Lecha Wałęsy z roku 1990 do klęski wyborczej AWS i UW w 2001 roku to „druga prawica”. Zaś okres, który upłynął pod znakiem PiS, PO i LPR, to „trzecia prawica”. Każdy etap miał swoją własną specyfikę i różnił się zasadniczo od poprzednich, ale jedna rzecz była stała: konserwatyści nigdy nie zbudowali swojej samodzielnej i silnej partii politycznej. Przez wszystkie lata funkcjonowali w rozproszeniu po wszystkich niemal partiach. Prócz wyżej wymienionych w tekście omawiany jest szeroko ZChN, pojawiają się PC, KLD, RS AWS, a także KPN, SKL, PChD, PP i wiele innych mniej znaczących. Czytałem „Konserwatyzm po komunizmie” równolegle z „Czasem wrzeszczących staruszków” Rafała Ziemkiewicza i muszę przyznać, że te dwie

książki w kwestii historii prawicy fantastycznie się uzupełniają. Dotyczą tego samego okresu i tych samych postaci, jednak pisane są różnymi językami i z różnych perspektyw. Ziemkiewicz kreśli polityczne rodowody i portrety psychologiczne Kaczyńskiego i Tuska, opisuje ich kariery, referuje kolejne manewry i intrygi. Tymczasem Matyja chłodnym okiem politologa odnotowuje kolejne programowe ewolucje, bada zmiany rozłożenia ideowych

165


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

akcentów, wskazuje punkty wspólne i tropi paradoksy. Ciekawym przykładem owych paradoksów jest dość radykalny głos Kazimierza Marcinkiewicza z 1997 roku w sporze o kształt i rolę ZChN (s. 242). Głos ten na kształt partii nie miał wprawdzie wpływu, ale wizja Marcinkiewicza została zrealizowała po czterech latach pod szyldem... Ligi Polskich Rodzin, dzięki głosom której kolejne cztery lata później sam Marcinkiewicz – wówczas już jako umiarkowany, centroprawicowy polityk PiS – został premierem. Innym szalenie interesującym przykładem zamiany ról jest starannie przez Matyję opisany proces intelektualnej ewolucji Bronisława Wildsteina i Cezarego Michalskiego. W latach dziewięćdziesiątych pierwszy z nich stał na ostrożnych pozycjach klasycznego liberalizmu, podczas gdy drugi był w awangardzie młodego katolickiego konserwatyzmu. W momencie wydania książki (rok 2009) Michalski autodefiniuje się jako zmęczony liberał i pomstuje na Wildsteina za radykalizm przebijający z jego konserwatywnej, zadziornej publicystyki. Kontestacje i dylematy Relatywnie najciekawszą częścią książki jest rozdział pt. „Konserwatywne kontestacje” i jej część trzecia pt. „Dylematy”. W pierwszym znajdujemy opis kilku środowisk metapolitycznych (Arka, Arkana, Pampersi, Fronda, Teologia Polityczna). Z kolei w „Dylematach” Matyja w największym stopniu odsłania przed czytelnikiem swoje własne myślenie o konserwatyzmie. Dokonuje po pierwsze dość arbitralnego wyboru i opisu spornych momentów debaty konserwatywnej w Polsce i – po drugie – kreśli prognozy co do możliwych dróg rozwoju konserwatyzmu w naszym kraju. Autor nie stroni w swych finalnych diagnozach od ostrych ocen. Dla przykładu, analizując ewolucję środowiska konserwatywnoliberalnego, stwierdza jeszcze ostrożnie, że

166

„o ile metapolityczność KZM była w jakiś stopniu zaprojektowana, o tyle w przypadku UPR trudno nie odnieść wrażenia, że jej twórcom po prostu «tak wyszło»” (s. 259). Dalej pisze już mocno: „Tradycjonalizm może bowiem łatwo wpaść w pułapkę, w której znaleźli się prawicowi liberałowie z UPR. Wytworzyli oni niezwykle spójny język krytyki politycznej, rozwinęli jego erystyczne możliwości i – znaleźli się na marginesie wszystkich istotnych dyskusji, zamieniając się w retoryczną (bo już nawet nie polityczną) sektę, zdolną tylko do wypowiadania coraz liczniejszych potępień wobec wrogów” (s. 328). Zresztą w ostatnich rozdziałach Matyja wielokrotnie wychodzi z ciasnego kostiumu politologa i formułuje oceny zdecydowanie bliższe socjologii. Kończąc nieco kombatancko zatytułowany rozdział „Konserwatyzm po przejściach”, dochodzi do zaskakująco niepolitycznej definicji konserwatyzmu, jako inspirowanej doświadczeniem historycznym i tradycją „szkoły krytycznego myślenia o rzeczywistości” i „krytycznej recepcji nowoczesności”. Wyróżnia trzy możliwe przy takim ujęciu strategie: próbę wytworzenia własnego alternatywnego świata (przypisywaną reakcyjnym odłamom konserwatyzmu radykalnie odrzucającym nowoczesność), próbę kreowania własnej podmiotowości metapolitycznej w zastanej rzeczywistości (konserwatyzm podejmujący grę o kształt nowoczesności) i próbę „postkonserwatywego” całkowitego przedefiniowania konserwatyzmu („wykorzystanie metod postmodernizmu do unieważnienia nowoczesności”). Szczególnie interesujące jest rzadkie w polskim pisarstwie metapolitycznym bardzo rzetelne zrelacjonowanie tej ostatniej, prawdopodobnie najbardziej przewrotnej i najczęściej niezrozumianej koncepcji. Jej autorem jest trzymający się na uboczu polskich środowisk konserwatywnych Tomasz Gabiś. Trudno nie odnieść wrażenia, że Matyja jest pod swoistym


INSPIRACJE

urokiem jego koncepcji. Zarówno wstęp, jak i zakończenie książki zamyka bowiem cytatami z jego tekstów. Zdaje się w ten sposób oddawać swego rodzaju hołd tej niedocenianej postaci; a obszernie go cytując, pozwala mu wypowiadać myśli, przed sformułowaniem których sam się wzdraga. Jak Matyja wyjaśnia postkonserwatyzm? „Postkonserwatysta stworzony przez Gabisia polemizuje z jakąś niedojrzałą formą samego siebie, którą uznaje z konserwatystę.

Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak

(str. 308-309). Wracając jeszcze do skłonności Matyi do socjologizowania, warto wspomnieć o omówieniu funkcjonalnych aspektów konserwatyzmu w Polsce, które zmieścił w ostatnim podrozdziale książki pt. „Formy istnienia”. Konserwatyzm jest więc „odkryciem języka i pojęć zniszczonych lub przeinaczonych przez komunizm”, jest „strategią gry z rzeczywistością”, jest edukacyjno-wychowawczą „szkołą praktycznego patriotyzmu”, jest też „wybornym

„Być może podpowiedziana przez Gabisia formuła postkonserwatyzmu wyprowadza myśl konserwatywną z martwego punktu, do którego dotarł, próbując rozwinąć w postkomunistycznej rzeczywistości jakiś względnie kompletny i spójny pogląd, nie chcąc przyjąć, że za taką próbę płaci się albo całkowitą utratą kontaktu z rzeczywistością, albo schizofrenią” Dostrzega, że (wbrew skomplikowanym figurom myślowym konserwatysty) jest pogodzony ze światem nowoczesnym”. I dalej: „Postkonserwatyzm nie jest w rzeczywistości jakimś nowym stanowiskiem, ale kostiumem konserwatysty po przejściach, konserwatysty dojrzałego, którego nie satysfakcjonuje już logiczna spójność i demaskatorska użyteczność swych własnych, dotychczasowych krytyk nowoczesności. Jest (...) wyjściem z klubu, z którego reguły, obyczaje i mody stały się dla autora nieznośne nawet wtedy, gdy przed laty sam był ich współtwórcą”. Wreszcie konkluzja, zdanie, które przy wyważonym stylu autora przykuwa uwagę dramatyzmem zamkniętej w postaci przypuszczenia diagnozy: „Być może podpowiedziana przez Gabisia formuła postkonserwatyzmu wyprowadza myśl konserwatywną z martwego punktu, do którego dotarł, próbując rozwinąć w postkomunistycznej rzeczywistości jakiś względnie kompletny i spójny pogląd, nie chcąc przyjąć, że za taką próbę płaci się albo całkowitą utratą kontaktu z rzeczywistością, albo schizofrenią”

krytykiem nowoczesności”, a nawet – to już ujęcie typowo socjologiczne – jest „dostarczycielem tak deficytowych w obecnym świecie tożsamości” (str. 358-360). Taka szerokość spojrzenia i różnorodność prezentowanych ujęć nie jest wadą książki. Tym bardziej że autor w żadnym momencie nie ulega niestosownej w pracy naukowej pokusie przekonywania, czym jego zdaniem konserwatyzm winien być. Instytucje czy wspólnota? Mimo generalnego braku normatywnych tendencji jest jednak w „Konserwatyzmie po komunizmie” prognoza, którą można odczytać również jako pewną propozycję. Mam na myśli zawarty w jednym z ostatnich rozdziałów („Państwo i wspólnota polityczna”) podział na dwa perspektywiczne zdaniem Matyi nurty konserwatyzmu: konserwatywny instytucjonalizm i wspólnotowy republikanizm. Zdaniem autora, ich tożsamości nie są jeszcze wyraźnie określone, dopiero się krystalizują. Mają być one swego rodzaju dojrzałymi sublimacjami

167


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

najistotniejszych konserwatywnych doświadczeń ostatniego dwudziestolecia, a więc w pierwszym wypadku zaangażowania konserwatystów w politykę i prób sprawowania władzy w państwie, a w drugim przypadku głębokiego wejścia w akademickie debaty o problemach metapolitycznych oraz w kulturę i w tworzenie mediów. Istotną różnicą miałby tu być twórczy dialog pomiędzy tymi dwoma perspektywami, w odróżnieniu od pamiętanego z lat dziewięćdziesiątych konfliktu pomiędzy konserwatyzmem politycznym i kulturowym, których zwolennicy wiele wysiłku wkładali w unieważnienie strategii działania strony przeciwnej.

168

Konserwatywny instytucjonalizm ma więc się koncentrować na administracyjno-prawnej tkance państwa. Wychodzi z refleksji o jego słabości, bezwładności i nieefektywności, szuka rozwiązań dla wzmocnienia państwa, wydźwignięcia go z nędzy postkomunizmu, dopasowania do nowych wyzwań, i zarazem do polskiej kultury i tradycji. Jest to szkoła poszukiwań dróg konserwatywnej modernizacji, nowej kultury politycznej, która byłaby w równym stopniu odległa socjalistycznemu paternalizmowi, liberalnemu konstruktywizmowi i antypaństwowym postawom libertarian. Formułując takie stanowisko, Matyja szeroko cytuje Roberta Krasowskiego, Jadwigę Staniszkis,


INSPIRACJE

Bronisława Łagowskiego, Artura Wołka, Miłowita Kunińskiego. Bez wątpienia widzi również siebie jako współtwórcę tego podejścia. Z polityków nurt ten zdaniem autora rozumieli i współformułowali Ludwik Dorn, Jan Rokita i Kazimierz M. Ujazdowski. Wspólnotowy republikanizm rzeczywistość polityczną odczytuje niejako od drugiej strony – zamiast przez administrację, to przez kulturę, zamiast przez państwo, to przez naród. Ośrodki kształtowania tej myśli są dużo łatwiejsze do wskazania, niż w wypadku postulowanego przez Matyję instytucjonalizmu – jest to przede wszystkim warszawska „Teologia Polityczna” z Dariuszem Karłowiczem, Dariuszem Gawinem i Markiem Cichockim, oraz krakowskie „Arcana” z prof. Andrzejem Nowakiem na cze-

Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak

Chodzi przede wszystkim o ich adekwatność – dopasowanie odpowiedzi do rzeczywistych dylematów polityki państwowej prawicy. Nie kwestionując intelektualnych pożytków z pozostałych szkół, należy uznać wymienione stanowiska za źródło najważniejszych intuicji i propozycji programowych dla praktyki politycznej”. Czy wyodrębnione przez Matyję obozy odpowiadają rzeczywistości? Odpowiedź nie jest jednoznaczna: z jednej strony autor bardzo trafnie opisał pewne dwa typy wrażliwości politycznej skutkujące dwoma różnymi nurtami refleksji. Z drugiej – obie te „szkoły” wzajemnie przenikają się instytucjonalnie i personalnie, wzajemnie na siebie oddziałują, „pożyczają” od siebie języki mówienia o polityce i wspólnie inspirują wszelkie inne prawicowe

Trudno wskazać wyraźny program polityczny tak ujętego republikanizmu, jest to raczej refleksja nad stanem wspólnoty politycznej, próba szukania czerpiących z literatury i religii nowych metafor opisujących jej kondycję, próba samodzielnej reinterpretacji tradycji polskiej i europejskiej, próba intelektualnego opisu swoistości naszej kultury, fenomenu polskiej religijności, szukania w nich pokładów siły moralnej, która mogłaby przemieniać polskie życie zbiorowe

le. Trudno wskazać wyraźny program polityczny tak ujętego republikanizmu, jest to raczej refleksja nad stanem wspólnoty politycznej, próba szukania czerpiących z literatury i religii nowych metafor opisujących jej kondycję, próba samodzielnej reinterpretacji tradycji polskiej i europejskiej, próba intelektualnego opisu swoistości naszej kultury, fenomenu polskiej religijności, szukania w nich pokładów siły moralnej, która mogłaby przemieniać polskie życie zbiorowe. Matyja wyraźnie podkreśla, że „powodem, dla którego postrzegamy istotny dylemat myśli konserwatywnej w rywalizacji tych dwóch nurtów, nie jest ich nowość czy siła oddziaływania.

ośrodki. Tak więc zarysowane rozgraniczenie okazuje się być bardzo teoretyczne. Kto jest konserwatystą? Kończąc omówienie chyba pierwszego tak poważnego opracowania o najnowszym polskim konserwatyzmie, trzeba poczynić kilka uwag krytycznych. Problemem zignorowanym przez Matyję jest spór o wejście Polski do Unii Europejskiej. W ogóle sprawom międzynarodowym poświęcone jest zaledwie kilka akapitów pod koniec książki, w których czytamy: „W pracy niniejszej pominąłem zupełnie wypowiedzi konserwatystów na tematy międzynarodowe. Przede wszystkim dlatego,

169


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

że w sferze tej nie wytworzyli oni żadnej istotnej szkoły myślenia, ani nawet oryginalnej publicystyki”. Dalej dodaje, że „zdecydowana większość konserwatystów opowiadała się za wejściem Polski do Unii”. Czy rzeczywiście? Jeśli przyjąć proponowane przez Matyję szerokie ujęcie (od Króla do Bartyzela), to może się okazać że rachunek taki sprawdzi się jedynie w palecie wybranych przez autora publicystów. Obawiam się, że gdyby uwzględnić wszystkich, którzy utożsamiali się z jakąś odmianą myśli nawiązującej do konserwatyzmu, okazałoby się, że proporcja nie była tak jednoznaczna jak chce politolog.

odwoływał się do konserwatyzmu, również jest wspomniany jedynie przy okazji… koalicji wyborczej z UPR. Jest to zresztą szerszy problem, polegający na tym, że z trudnych do zrozumienia względów Matyja do środowisk konserwatywnych zaliczył liberałów choćby śladowo zabarwionych konserwatyzmem, a całkowicie pominął nurt prawicy konserwatywnej umownie nazywany „narodowo-katolickim”. Tak więc na kartach książki nie znajdziemy nic na temat idei promowanych przez Radio Maryja czy publicystyki „Naszego Dziennika”. Nie dowiemy się też nic o takich prężnie działających

Z trudnych do zrozumienia względów Matyja do środowisk konserwatywnych zaliczył liberałów choćby śladowo zabarwionych konserwatyzmem, a całkowicie pominął nurt prawicy konserwatywnej umownie nazywany „narodowo-katolickim”

I tu dochodzimy do drugiego problemu, czyli kogo Matyja pominął? Autor we wstępie deklaruje: „postanowiłem bowiem, że tropów konserwatyzmu będę poszukiwać wszędzie tam, gdzie oddziałuje ta tradycja myślenia o polityce. Że postaram się rekonstruować postawę konserwatywną także tam, gdzie świadomość jej inspirującej roli zaledwie kiełkuje”. Rzeczywiście szerokość omówienia robi wrażenie. Nie zmienia to jednak faktu, że pewna arbitralna selekcja została dokonana, a autor uchylił się od wyjaśnienia jej kryteriów. Z partii politycznych pominięte zostało wszystko co „na prawo” od ZChN. O pominięcie ugrupowań neoendeckich trudno mieć do autora pretensje, natomiast poważne wątpliwości budzi niemal całkowite zignorowanie Ligi Polskich Rodzin. Dla przykładu Jan Łopuszański jest cytowany jako polityk ZChN, ale już jako polityk LPR nie jest brany pod uwagę. Podobnie lider LPR Roman Giertych, który w swych publicznych wypowiedziach wielokrotnie

170

środowiskach, jak Instytut Edukacji Narodowej czy o wydawanym przez ten ośrodek intelektualnym kwartalniku „Cywilizacja”. Autor omawia czasem naprawdę wąskie grupki intelektualne, a przeoczył dość prężne środowisko tomistów z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, określane jako Lubelska Szkoła Filozoficzna, którego reprezentanci żywo współpracują z wyżej wymienionymi inicjatywami i zabierają głos w sprawach społecznych. Istotnym brakiem jest również niezauważenie krakowskiego środowiska Instytutu im. ks. Piotra Skargi, które od pięciu lat systematycznie organizuje międzynarodowe konferencje nazywające się „Kongresami Konserwatywnymi”, gdzie gości wielu intelektualistów i działaczy konserwatywno-katolickich z kraju i zagranicy. Innym interesującym fenomenem, który nie został nawet wspomniany, jest rozwój tworzących i popularyzujących różne odmiany myśli konserwatywnej think-tanków, takich jak Instytut Sobieskiego, Instytut Jagielloński, Instytut


INSPIRACJE

Kościuszki, Instytutu Misesa, Centrum Adama Smitha i inne mniej znane. Nie twierdzę oczywiście, że autor ma obowiązek pisać absolutnie o wszystkim, jednak jeśli dokonuje jakiejś selekcji omawianych zjawisk, to winien czytelnikowi ujawnić jej kryteria, a jeśli twierdzi, że wzmiankuje wszystko, w czym „świadomość inspirującej roli [konserwatyzmu] zaledwie kiełkuje”, to wymienione powyżej ośrodki zasługiwałyby na przynajmniej zdawkowe omówienie. Mimo tych wątpliwości i braków „Konserwatyzm po komunizmie” jest bardzo cenną pozycją, z którą warto by zapoznali się szczególnie młodsi sympatycy prawicy konserwatywnej. Sam Matyja zauważa w pewnym momencie, że bohaterowie jego książki swe przygody z polityką zaczynali bardzo młodo (Jacek Bartyzel – 23 lata, Marek Jurek – 19 lat, Artur Górski – 18 lat; patrz s. 288) i do wielu dziś wydawałoby się oczywistych rzeczy dochodzili niejako po omacku. Omówione w książce ostatnie trzydzieści lat było czasem

Przygody z konserwatyzmem – Krzysztof Bosak

odradzania się niemal od zera myśli i środowisk konserwatywnych i by zrozumieć dzisiejszą kondycję tej formacji ideowej, warto szczegółowo jej historię poznać. Inne opcje polityczne mogą zazdrościć konserwatystom tak szczegółowego i aktualnego omówienia. Niemal czterysta stron informacji i opinii to lektura dla cierpliwych czytelników, ale czymże jest konserwatyzm, jeśli nie właśnie wysiłkiem włożonym w czerpanie z doświadczeń i tradycji tworzonej przez poprzedników? KRZYSZTOF BOSAK (ur. 1982) – były poseł na Sejm V kadencji oraz lider największej organizacji społeczno-politycznej skupiającej młodzież konserwatywną – Młodzieży Wszechpolskiej. Obecnie bezpartyjny, prowadzi Fundację Europa Media i jest członkiem Rady Programowej TVP. Rafał Matyja, Konserwatyzm po komunizmie, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne 2009, ss. 376.

171


W stronę rzeczpospolitej chrześcijańskiej TOMASZ P. TERLIKOWSKI Ślepe zaufanie do nieograniczonych normami moralnymi zasad wolnego rynku, ale też przekonanie, że państwo i urzędnicy państwowi – także nieskrępowani moralnością – będą mieli pozytywny wpływ na rynek i społeczeństwo, doprowadziło do głębokiego kryzysu, z którego skutkami przyjdzie się mierzyć ludzkości przez najbliższe lata. Odpowiedzią na ten kryzys ma się zaś stać powrót do norm moralnych, których najpełniejszym wyrazem pozostaje chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo zawiera w sobie bowiem wartości, na których budowana może być szeroka republika. 172


Benedykt XVI, wbrew opiniom części komentatorów, nie jest ani wielkim krytykiem wolnego rynku i kapitalizmu, ani lewicującym alterglobalistą. Jego ostatnia encyklika nie jest także apologią kapitalizmu czy neoliberalizmu, jako jedynej recepty na szczęście ludzkości. Jest natomiast, podobnie jak wielkie dokumenty jego poprzedników (których niekiedy komentatorzy wpychali w szpony neoliberalizmu, jak to się stało w pewnych interpretacjach Jana Pawła II) wielką pochwałą republikanizmu, opierającego się na chrześcijańskim rozpoznaniu natury ludzkiej1.

1 „… przeżywanie miłości w prawdzie prowadzi do zrozumienia, że wybór wartości chrześcijańskich jest nie tylko sprawą pożyteczną, ale niezbędną do budowania dobrego społeczeństwa oraz prawdziwego, integralnego rozwoju ludzkiego” – wskazuje papież. Benedykt XVI, „Caritas in veritate”, par. 4.

O ludzki system gospodarczy Wielki projekt Benedykta XVI (będący, co pięknie pokazuje papież we wstępnych rozważaniach2, kontynuacją nauczania jego poprzedników) opiera się bowiem na uznaniu, że koncepcje gospodarcze, podobnie jak polityczne powinny opierać się na trafnie odczytanej antropologii. Tylko z prawdziwego postrzegania natury ludzkiej, jej złożoności, grzeszności, ale również otwarcia na Transcendencję wyrastać może prawdziwie ludzki system gospodarczy. „Bez perspektywy życia wiecznego, postęp ludzki na tym świecie pozbawiony jest oddechu. Zamknięty w ramach historii, wystawiony jest na ryzyko, że będzie sprowadzony jedynie do tego, by coraz więcej mieć. W ten sposób ludzkość traci odwagę, by być gotową na przyjęcie wyższych dóbr i bezinteresowne inicjatywy wypływające z miłości powszechnej”3 – zaznacza papież. Otwarcie na Boga, przyjęcie Objawienia (lub przynajmniej założenie, że niezależnie od prawdziwości bądź nie Pisma Świętego, jest ono najlepszym wyrazem prawdy o człowieku) sprawia, że życie społeczne staje się nie tyle polem walki (o wpływy, pieniądze, idee), ile przestrzenią realizacji własnego powołania, czyli przestrzenią wzrostu w miłości. Tak ujmowane życie społeczne przestaje się opierać tylko na logice rynku (czy zysku), czy tylko na logice państwowej przemocy (czysta redystrybucja), a otwiera się na wartości etyczne, na moralność, której celem jest nie tylko zbudowanie bezpiecznego domu dla wszystkich, ale również osiągnięcie życia wiecznego przez podmioty działające.

2 „Nie ma dwóch różniących się między sobą typologii nauki społecznej, przedsoborowej i posoborowej, ale jest jedna nauka, spójna i jednocześnie zawsze nowa” – podkreśla Benedykt XVI. Tamże, par. 12. 3 Tamże, par. 11.

173


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Etyka społeczna (czyli drogi chrześcijańskiego działania w życiu publicznym) Benedykta XVI opiera się na trzech fundamentach: sprawiedliwości, miłości i dobru wspólnym. Sprawiedliwość to oddanie każdemu tego, co mu należne. Pracodawca – i to papież podkreśla bardzo wyraźnie – nie może być dobrym chrześcijaninem, jeśli nie postępuje z pracownikami zgodnie z zasadami sprawiedliwości, czyli nie zachowuje ich godności. A te kryteria są bardzo wyśrubowane. „Co oznacza zastosowane do pracy słowo «godność»? Oznacza pracę, która w każdej społeczności wyraża istotną godność każdego mężczyzny i każdej kobiety: oznacza pracę wybraną w sposób wolny, która zwiąże skutecznie pracowników, mężczyzn i kobiety, z rozwojem ich wspólnoty; oznacza pracę, która w ten sposób pozwala, by pracownicy byli szanowani i pozostawiani poza zasięgiem wszelkiej dyskryminacji; oznacza pracę pozwalającą zaspokoić potrzeby rodzin i wykształcenie dzieci, by one same nie były zmuszone pracować; oznacza pracę pozwalającą pracownikom na swobodne zorganizowanie się i by słyszany był ich głos; oznacza pracę pozostawiającą wystarczającą przestrzeń do odnalezienia własnych korzeni na poziomie osobistym, rodzinnym i duchowym; oznacza pracę zabezpieczającą godne warunki pracownikom, którzy doczekali się emerytury”4 – wskazuje Benedykt XVI.

174

Sprawiedliwość, miłość, dobro wspólne A wszystkie te wymogi dotyczą dopiero pierwszego poziomu odpowiedzialności chrześcijan za społeczeństwo, czyli sprawiedliwości. Dopiero, gdy zostanie zrealizowana ta pierwsza, przychodzi czas na społeczną realizację miłości5. To z niej wyrasta świadomość

konieczności dzielenia się z innymi tym, co nam się zwyczajnie należy (a postulat ten dotyczy zarówno jednostek żyjących w ramach tego samego państwa, czyli redystrybucji podatkowej, jak i podziału dóbr państw bogatych dla biednych). Obie te wartości pojednane i wprowadzone w życie pozwalają na zbudowanie przestrzeni godnej człowieka. „Z jednej strony miłość domaga się sprawiedliwości: uznania i poszanowania słusznych praw poszczególnych osób i narodów. Podejmuje się ona budowania miasta człowieka zgodnie z prawem i sprawiedliwością. Z drugiej strony miłość przewyższa sprawiedliwość i uzupełnia ją zgodnie z logiką daru i przebaczenia. Miasto człowieka nie wzrasta tylko dzięki odniesieniom do praw i obowiązków, ale jeszcze bardziej i w pierwszym rzędzie dzięki relacjom i bezinteresowności, miłosierdzia i komunii”6 – podkreśla Ojciec Święty. Trzecim fundamentem etyki społecznej Kościoła jest zasada dobra wspólnego, czyli dobra poszukiwanego nie ze względu na bezosobowe struktury, ale osoby, które w nich trwają, i które dzięki pewnym rozwiązaniom mogą osiągnąć dobra jednostkowe. Ta ostatnia wartość realizowana być może jednak wyłącznie w konkretnym otoczeniu instytucjonalnym. Aby jednostki mogły działać na rzecz dobra wspólnego konieczne jest państwo, i to nie państwo minimum, ale republika, polis, które oferuje narzędzia do ochrony praw jednostek, a także realizacji postulatu sprawiedliwości i miłości. Państwo, mimo postępującej globalizacji, a także coraz bardziej ponadpaństwowego charakteru rynku, zachowuje w kwestii realizacji „dobra wspólnego” znaczenie pierwszorzędne. Tylko w przestrzeni państwa możliwe jest ograniczenie roszczeń czystego rynku, który

4 Tamże, par. 63. 5 „Nie mogę drugiemu «darować» coś z siebie, jeżeli mu nie dam w pierwszym rzędzie tego, co mu się należy

zgodnie ze sprawiedliwością” – wskazuje papież. Tamże, par. 5. 6 Tamże, par. 6.


w istocie oznacza zazwyczaj po prostu przemoc. Władza państwowa, jeśli zachowane mają być kluczowe wartości moralne, musi zostać dostosowana do wymogów zglobalizowanego rynku, ale jednocześnie nie może być ograniczana przez władzę ekonomiczną wielkich, ponadnarodowych koncernów. Państwo moralne Istnienie państwa, a konkretniej republiki, także wymaga pewnych wartości, bez których przekształca się ona w tyranię. Benedykt XVI

całkowicie jednoznacznie wskazuje na takie wartości, bez których nie może być mowy o moralnym państwie. Pierwszą z nich jest szacunek dla życia, drugim szacunek dla religii. „Kiedy jakieś społeczeństwo zmierza do negowania i unicestwiania życia, nie znajduje więcej motywacji i energii potrzebnych do zaangażowania się w służbę prawdziwego dobra człowieka”7 – wskazuje papież. Trudno

7

Tamże, par. 28.

175


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

przy tym nie dostrzec, że z przyznania kobiecie prawa do zabicia dziecka, jeśli przeszkadza jej ono w realizacji jakichś własnych interesów, czy przyznania prawa rodzinie do unieszkodliwienia staruszka (a w takim kierunku idą obecnie zapisy dotyczące eutanazji) oznacza w istocie uznanie prawa silniejszego. To silniejszy ma prawo nie tylko decydować, co jest dobre, a co złe, ale nawet mocniej decydować, kto ma, a kto nie ma prawa do życia. Każdy, kto jest słabszy, zbędny, uboższy może zostać wyeliminowany. W takim świecie nie ma zatem potrzeby poświęcenia czy miłosierdzia. Doskonale zastępują je aborcja i eutanazja, które sprawiają, że osoby, którym można by współczuć, zostają wyeliminowane. Drugim nie mniej istotnym dla państwa elementem pozostaje religia i nieodłącznie z nią związana wolność religijna. „Kiedy państwo promuje, naucza lub wprost narzuca

jednostek. Te ostatnie są zaś bardziej skłonne do ustępstw czy poświęceń, gdy mają świadomość, że konkretne czyny mogą zostać nagrodzone. Nie sposób też nie dostrzec, że poza kontekstem chrześcijaństwa trudno mówić o idei braterstwa między ludźmi. To ostatnie wyrasta bowiem z uznania, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, i braćmi w Jezusie Chrystusie. Odrzucenie tej perspektywy ogranicza braterstwo do bliskości, a logikę daru dla brata zastępuje logiką przymusowego odbierania przez państwa tego, co chce ono przekazać innym. Jak pokazuje już ta nader krótka charakterystyka w „Caritas in veritate” Benedykt XVI wskazuje na potrzebę rzeczpospolitej, republiki, czyli wspólnoty ludzkiej, która spojona pozostaje wspólnymi wartościami, i dla której jej członkowie gotowi są nie tylko poświęcić część swoich dochodów, ale nawet – gdy

„Miasto człowieka nie wzrasta tylko dzięki odniesieniom do praw i obowiązków, ale jeszcze bardziej i w pierwszym rzędzie dzięki relacjom i bezinteresowności, miłosierdzia i komunii” pewne formy ateizmu praktycznego, pozbawia swoich obywateli siły moralnej i duchowej, niezbędnej do zaangażowania się w integralny rozwój ludzki i przeszkadza im postępować naprzód z nowym dynamizmem w swoim zaangażowaniu w bardziej wielkoduszną ludzką odpowiedź na miłość Bożą”8 – wskazuje Benedykt XVI. I znowu myśl ta wpisuje się w horyzont chrześcijańskiego republikanizmu, zakładającego, że celem działania człowieka jest nie tylko (choć również) bardziej bezpieczna, lepsza przestrzeń życia społecznego, ale również zbawienie wieczne

8

176

Tamże, par. 29.

trzeba – umrzeć. Współczesny świat odszedł daleko od etosu republikańskiego. Ślepe zaufanie do – nieograniczonych normami moralnymi – zasad wolnego (tu akurat można zauważyć, że nie tak znowu ślepego, jak sugeruje papież) rynku, ale też przekonanie, że państwo i urzędnicy państwowi (także nie, skrępowani moralnością, a jedynie normami prawnymi) będą mieli pozytywny wpływ na rynek i społeczeństwo doprowadziło do głębokiego kryzysu, z którego skutkami przyjdzie się mierzyć ludzkości przez najbliższe lata. Odpowiedzią na ten kryzys, lekarstwem na niego ma się zaś stać powrót do norm moralnych, których najpełniejszym wyrazem pozostaje chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo zawiera


INSPIRACJE

W stronę rzeczpospolitej chrześcijańskiej – Tomasz P. Terlikowski

w sobie bowiem wartości, na których budowana może być szeroka republika. Globalna republika Projekt wskrzeszenia republikanizmu (sam Benedykt tak swojej wizji państwa nie nazywa) napotyka jednak jeden istotny problem. Jak dotąd republiki obejmowały ściśle określoną grupę ludzi połączonych wspólnotą kulturową i językową. To ona rodziła poczucie odpowiedzialności i solidarności za słabszych. Globalizacja sprawia jednak, że konieczne jest – zdaniem Benedykta XVI – rozszerzenie poczucia odpowiedzialności i solidarności ze wspólnot narodowych czy państwowych na całą planetę. I tu zaczyna się problem, którego papież jest świadomy: jak zbudować globalną republikę, bez wspólnoty kultury i języka? Odpowiedzi Benedykta XVI na tak postawione pytanie nie należy szukać w zawartych w jego encyklice wizjach jakiejś formy globalnych władz (trzeba jasno powiedzieć, że ograniczonych zasadą pomocniczości), ale raczej w zawartym na początku dokumentu odwołaniu do idei państwa Bożego św. Augustyna. Globalna republika, wspólnota odpowiedzialności, opierać się musi nie tyle na wspólnocie władzy, ale na wspólnocie etosu moralnego. Etosu, którego jedynym źródłem może być tylko religia, a konkretniej chrześcijaństwo. Bez odwołania do niego niemożliwe jest, zdaniem papieża, przezwyciężenie skutków kryzysu, i zbudowanie systemu rzeczywiście wolnego i odpowiedzialnego rynku. Rynku, funkcjonującego zawsze wewnątrz pewnej wspólnoty, która kierowana być musi regułami i normami nie tylko prawa, ale i moralności. Moralność zaś nieodmiennie odwołuje się, jeśli ma być skuteczna, nie tylko do chroniącej jej wspólnoty, ale również do Boga.

i publicystycznych, m.in. „Nowa kultura życia. Apologia bioetyki katolickiej”, „Rzeczpospolita papieska. Jan Paweł II o Polsce do Polaków” czy „Grzechy Kościoła. Teraz w Polsce”. Żonaty, ojciec Marysi, Zosi i Mikołaja. Mieszka w Warszawie. Benedykt XVI Encyklika Caritas in veritate, O integralnym rozwoju ludzkim w miłości i prawdzie, Wydawnictwo M 2009, ss. 95.

TOMASZ P. TERLIKOWSKI (ur. 1974) – filozof, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, publicysta, wykładowca akademicki, tłumacz. Autor kilkunastu książek naukowych

177


Europa totalna coraz bardziej realna

IRENEUSZ FRYSZKOWSKI Wobec zmian cywilizacyjnych, obyczajowych

i mentalnych, jakie zaszły w ciągu dwunastu lat od ukazania się książki, spostrzeżenia Ziemkiewicza jako konserwatywnego publicysty zawarte w „Walcu stulecia” są intrygujące. Budzą niepokój i jawią się jako trafna przepowiednia upadku moralnego Europy. 178


Wydawnictwo Fabryka Słów wznowiło powieść science fiction autorstwa Rafała A. Ziemkiewicza, pt. „Walc stulecia”. Książka pierwotnie wydana w 1998 roku doczekała się wtedy wielu recenzji, w dużej mierze krytycznych. Zarzucano autorowi, że odchodzi od fantastyki w stronę powieści z coraz większym udziałem publicystyki konserwatywnej. Jacek Dukaj w posłowiu do obecnego wydania określił „Walc stulecia” jako „swoistą Księgę Wyjścia” autora z literatury fantastycznej. Lektura książki potwierdza to dobitnie. Dla czytelników, którzy cenią trylogię politycznej publicystyki w postaci „Polactwa”, „Michnikowszczyzny” i „Czasu wrzeszczących staruszków”, „Walc stulecia” będzie wielką zachętą do sięgnięcia po starsze powieści Ziemkiewicza, jak „Pieprzony los kataryniarza”. Z kolei dla miłośników fantastyki – doskonałym prologiem do jego twórczości publicystycznej. Prawdziwa apokalipsa Wobec zmian cywilizacyjnych, obyczajowych i mentalnych, jakie zaszły w ciągu dwunastu lat od ukazania się książki, spostrzeżenia Ziemkiewicza jako konserwatywnego publicysty zawarte w „Walcu stulecia” są intrygujące. Budzą niepokój i jawią się jako trafna przepowiednia upadku moralnego Europy.

stulecia” znajdujemy ustęp, w którym nowa, wspaniała i głosząca prawa człowieka Europa krytykuje „system całkowitego podporządkowania: dzieci rodzicom, pracowników przełożonemu, a wszystkich starszemu członkowi klanu...”. System występujący już tylko u mniejszości etnicznych, które rządzą się własnymi kodeksami. Ziemkiewiczowska wizja Europy XXI wieku wygląda w wielu miejscach jednocześnie apokaliptycznie i nadzwyczaj realistycznie. Główny bohater Orin Bethlen większość czasu spędza w wydzielonej przestrzeni domowej z komputerem, w tzw. gnieździe – „ognisku domowym doby postinformatycznej”, dzięki któremu wchodzi w zintegrowany świat gier, seriali, rozrywek, pracy. Wszystko oczywiście w trójwymiarze. „Trójka” jest obecna wszędzie, można ją nawet oglądać podczas jazdy metrem, za pomocą specjalnych okularów. Ludzi, których w czasach „Walcu stulecia” wszechogarnia informatyczna elektronika, przeraża nawet chwilowa cisza – „tylko nerwowo patrzą gdzie tu by można coś włączyć”. Mimo postępu technicznego nowa cywilizacja jest dość krucha: „Po średniowieczu stoją do dzisiaj katedry i zamki, a my? Wystarczy wyłączyć prąd i wszystko zniknie” – mówi oprzytomniała kochanka Orina, Radu Michnea. Brzmi znajomo?

Ludzi, których w czasach „Walcu stulecia” wszechogarnia informatyczna elektronika, przeraża nawet chwilowa cisza – „tylko nerwowo patrzą gdzie tu by można coś włączyć”. Mimo postępu technicznego nowa cywilizacja jest dość krucha: „Po średniowieczu stoją do dzisiaj katedry i zamki, a my? Wystarczy wyłączyć prąd i wszystko zniknie” Przykład pierwszy z brzegu. W przygotowywanej ostatnio przez nasz rząd nowej ustawie o tzw. przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie istnieje zapis, że przemocą taką jest np. „narzucanie własnych poglądów” czy „krytykowanie zachowań seksualnych”. W „Walcu

Nie bez powodu. Wystarczy, że przypomnimy sobie niedawny blackout w Szczecinie. Czy tak będzie wyglądał świat technologii Web 3.0? Projekcje różnych interaktywnych i mobilnych rozwiązań w książce dają dużo do myślenia na ten temat.

179


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Nowa wspaniała Europa Obraz Europy XXI wieku przedstawiony w powieści jest bardzo smutny. Przypominają się lektury „Roku 1984” George’a Orwella czy „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya. Świadomością, życiem ludzi, wszystkim dookoła rządzą specjaliści. Mamy „profilerów”, którzy wskazaną jednostkę ludzką badają pod kątem psychologicznym. Jeden z bohaterów jest „kretem” – w zasobach sieci zbiera wszelkie informacje o pewnej kobiecie. Są też „pijarzy”, odczytujący emocje „przeżuwaczy” i wykorzystujący je w swojej wyspecjalizowanej organizacji Kreowania Autorytetów. Na samym szczycie znajdują się „deweloperzy”, ale nie ci od budowy i sprzedaży domów, ale można by rzec główni specjaliści nadający bieg dziejom czy prądom społecznym.

humoru. Oczywiście wyłącznie w celu utrzymania władzy. W nowej Europie opisanej w „Walcu stulecia” nie ma już groźnych i biednych przedmieść z kolorowymi wyrostkami zagrażającymi stabilności systemu poprzez protesty, palenie samochodów i walki z policją. Władza i państwo nie kojarzą się zgodnie ze starymi definicjami politologicznymi z aparatem przymusu i nie sterują ludźmi przez strach i ból. Bo „nie trzeba straszyć i katować, ale schlebiać i łechtać” – takie przemyślenia wkłada Ziemkiewicz w usta Wiktora Prepostvara, jednego z bohaterów swojej książki. Aby „nie zadrażniać”, ekumeniczny jest nawet Kościół. Jego kapelan nie chcąc nikogo urazić, rozpoczyna modlitwę słowami „Umiłowany nasz Ojcze i Matko”. Prawdziwy Kościół zszedł już do katakumb, bo działa „prawo przeciw sek-

Europa chciała całkowicie przebudować własną konstrukcję, zaczynając od fundamentów, co w efekcie doprowadziło do „wyburzenia tego wieżowca”. Co więcej, misja niesienia wartości europejskich, ogólnoludzkich, praw człowieka innym narodom się nie powiodła – „Świat się nie zeuropeizował, a tymczasem Europa zaczęła walić się” Ukazuje nam się zatem swoiście przerysowana dzisiejsza rzeczywistość, ale jakże realna i znajoma. Wydawałoby się, że dzieli nas od niej zaledwie krok. Przełóżmy te cztery kategorie specjalistów na język współczesny: „profiler” – psycholog zachowań konsumenckich, „kret” – infobroker, „pijar” – piarowiec i „deweloper” – powiedzmy lider opinii. W sposób dla siebie charakterystyczny Ziemkiewicz dzieli społeczeństwo na wyżej wymienione kasty posiadające wiedzę tajemną i tak zwanych przeżuwaczy, czyli zwykłych konsumentów. Co znamienne, nikt w owym rzekomo szczęśliwym społeczeństwie nie może mieć żadnego dyskomfortu psychicznego, chwili zwątpienia, czy po prostu złego samopoczucia. Pracują nad tym specjalni poprawiacze

180

tom”, a wizerunek Jezusa jako jednego z wielu bohaterów popkultury zdobi – wraz z Myszką Miki – karty płatnicze. Do wielkiej korporacji upodobnił Europę „wiek totalnego dostępu do informacji”, w którym nie tylko przeżuwacze, ale również „specjaliści mieli problemy z wygrzebaniem prawdy ze spotęgowanych netem plotek, bzdur i miejskich legend”. Ziemkiewicz odnosząc się w ten ironiczny sposób do cech charakterystycznych naszej epoki, pokazuje swój stosunek do możliwej ewolucji obecnej mediokracji i jej negatywnych następstw. Na czyj tyłek bat? Autor wkłada w usta swoich bohaterów smutną konstatację: Europa chciała całkowicie


INSPIRACJE

Europa totalna coraz bardziej realna – Ireneusz Fryszkowski

przebudować własną konstrukcję, zaczynając od fundamentów, co w efekcie doprowadziło do „wyburzenia tego wieżowca”. Co więcej, misja niesienia wartości europejskich, ogólnoludzkich, praw człowieka innym narodom się nie powiodła – „Świat się nie zeuropeizował, a tymczasem Europa zaczęła walić się”. Chciałoby się dodać, że świat się nie tylko nie zeuropeizował, ale wręcz się rozbisurmanił. W tym miejscu Ziemkiewicz wyraźnie przestrzega nasze pokolenie i obciąża je za niepowodzenia przyszłego. „Zamiast poprawić swoją sytuację – mówi „developer” Kuruta – nasi poprzednicy ukręcili bat na własny tyłek, a raczej na nasz”. Jak więc rozumieć cel stworzenia przez Orina Bethlena książkowego „Walcu stulecia” – wirtualnej gry, która poza dobrą zabawą ma osiągnąć coś więcej niż dawanie przyjemności pospólstwu? Dla Kuruty, który ma świadomość wyzwań czasów „drobnych gangsterów i chciwych łapowników”, Orin to ktoś, kto „zrobi z tego Iliadę”. Reedycja „Walcu stulecia” w roku 2010 była potrzebna. Nie tylko po to, by przypomnieć wczesnego Ziemkiewicza, wychodzącego

z fantastyki. Ale też, a może przede wszystkim po to, aby przez chwilę zatrzymać się i zastanowić nad tym pędzącym światem zmierzającym nie wiadomo dokąd. Czy w stronę wizji przedstawionej przez Ziemkiewicza? Przedstawione w książce nabrzmiałe skutki nowoczesności w różnych jej przejawach, jeszcze dwanaście lat temu mogły być uznane za zuchwałą nadinterpretację autora lub za środek literackiego wyrazu typowy dla literatury fantastycznej. Dziś jednak coraz więcej z nich nabiera realnego kształtu, a pewne procesy na styku mediów, biznesu i polityki pokazane w książce można dostrzec gołym okiem. IRENEUSZ FRYSZKOWSKI (ur. 1977) – politolog i dziennikarz, do 2009 roku redaktor naczelny kwartalnika Myśl.pl, autor książki „My wszyscy z Niego. Echa prasowe śmierci Romana Dmowskiego” (Kraków 2005). Zawodowo zajmuje się nowymi mediami. Żonaty, ma syna. Rafał A. Ziemkiewicz, Walc stulecia, Wydawnictwo Fabryka Słów 2010, ss. 475.


Eksperci „ku pokrzepieniu serc”

SZYMON RUMAN

Książka Friedmana

to wciągająca lektura. Jednak zapewnienia autora o jej naukowym charakterze i rzetelnych badaniach, na których została oparta, nie brzmią przekonująco. „Następne sto lat” jest więc bardziej zręcznie przedstawioną, futurystyczną opowieścią niż poważną analizą możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji globalnej.

182


Jakie będzie następne sto lat? Z autentyczną ciekawością sięgnąłem po książkę George’a Friedmana, który podjął się zuchwałego zadania odpowiedzi na to pytanie. Autor, założyciel i szef niezależnego ośrodka badań geopolitycznych Stratfor, podjął się – po zsumowaniu wyników rozlicznych badań przeprowadzonych przez pracowników swojego think-tanku – odszukania uniwersalnych praw rządzących historią i zbudowaniem na ich podstawie prognozy na XXI wiek. We wstępie do swej książki Friedman powiada, że: „Narody i politycy dążą do swych doraźnych celów tak samo ograniczeni przez rzeczywistość, jak mistrz szachowy jest ograniczony przez szachownicę, pionki i reguły”. Wychodząc z tego założenia, Friedman zaczyna poszukiwać w historii powtarzających się cykli i szuka zasad rządzących geopolityką. Osobno

państwo urosło w siłę na tyle, by tej pozycji zagrozić. Można więc powiedzieć, że przesłanie książki niesie pokrzepienie amerykańskim sercom w czasach, kiedy Amerykanie zdają się wątpić w swoją potęgę i z niepokojem patrzą w przyszłość. Friedman mówi im: nie bójcie się, potęga militarna Stanów, ich innowacyjność, żywotność są wystarczające do utrzymania pozycji jedynego światowego supermocarstwa. Na tym jednak prognozy Friedmana się nie kończą. Może robić wrażenie sposób, w jaki autor bierze pod uwagę inne dane niż tylko położenie geograficzne i siła militarna. Szef Stratforu stara się odpowiedzieć na pytanie, jaki wpływ na bieg historii będą miały takie czynniki jak: implozja demograficzna i dalszy rozwój techniki, w szczególności techniki wojskowej. Friedman przyjmuje, opierając

Przesłanie książki niesie pokrzepienie amerykańskim sercom w czasach, kiedy Amerykanie zdają się wątpić w swoją potęgę i z niepokojem patrzą w przyszłość. Friedman mówi im: nie bójcie się, potęga militarna Stanów, ich innowacyjność, żywotność są wystarczające do utrzymania pozycji jedynego światowego supermocarstwa poddaje analizie historię Stanów Zjednoczonych, analizując czynniki gospodarcze, społeczne i polityczne determinujące wybór kolejnych prezydentów. Kto będzie rządził światem Zasadniczą tezą, która przyświeca całemu dziełu Friedmana, jest przekonanie o niepodważalnej, przynajmniej w tym stuleciu, hegemonii Stanów Zjednoczonych. Dlatego też wiele miejsca poświęca autor na analizę „wielkiej strategii” Ameryki, którą można opisać, dzieląc ją na pięć celów geopolitycznych. Krótko mówiąc, USA mają na celu utrzymanie swojej dominującej pozycji i zapobieganie temu, by jakiekolwiek inne

się na danych ONZ, że w 2050 roku przestanie rosnąć liczba ludności na świecie, a już znacznie wcześniej będą odczuwalne skutki drastycznego spadku liczby urodzeń w najbardziej rozwiniętych krajach świata. Model rodziny i zmieniający się styl życia będzie według autora jednym z głównych zarzewi konfliktu cywilizacyjnego świata zachodniego z cywilizacją Islamu, a braki demograficzne będą popychały państwa do ekspansji w poszukiwaniu siły roboczej. Postępujący rozwój techniki zmieni radykalnie sztukę wojenną i sposób myślenia o prowadzeniu wojen, a technika wojskowa i cywilna będzie, według Friedmana, u schyłku stulecia przypominała świat znany z „Gwiezdnych wojen”.

183


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Mocarstwo nad Wisłą? Friedman w bardzo ciekawy sposób stara się przewidzieć przebieg nowych, jak mówi, linii uskokowych, tzn. rejonów stanowiących potencjalne zarzewie konfliktu. Poczynając od konfliktu Stanów ze światem Islamu, który jest już faktem, i narastających ciągot do odbudowy imperium przez Rosję, a na odbudowie potęgi Turcji i Japonii kończąc.

184

„Następne sto lat” to książka ku pokrzepieniu także polskich serc (polskiemu wydaniu towarzyszy podtytuł „Mocarstwo nad Wisłą?”). Prognozowany ostateczny rozpad Rosji i spadek znaczenia Niemiec ma otworzyć pole do polskiej ekspansji na wschód i rozszerzenia polskiej strefy wpływów aż po Kaukaz i Bałkany. Wizja ta bliska sercu chyba każdego Polaka ziści się – zdaniem Friedmana – przy znacznym


INSPIRACJE

wsparciu ze strony USA. Nawet jeżeli uznać te prognozy za przesadzone, to warto, by teza o dużym, niewykorzystanym potencjale Rzeczpospolitej przebiła się do umysłów Polaków, szczególnie tych odpowiedzialnych za kierowanie naszym państwem. Także Turcja – twierdzi autor – odbuduje swoje imperium z czasów osmańskich i zdominuje świat Islamu od Kaukazu po półwysep Arabski i Maroko. Japonia z kolei zmuszona do ekspansji czynnikami demograficznymi i społecznymi zacznie rozszerzać swoje wpływy na

Eksperci „ku pokrzepieniu serc” – Szymon Ruman

wielu znaczących dziś na scenie międzynarodowej graczy. Wielka Brytania i Niemcy są wspomniane marginalnie, Francja pojawia się dosłownie raz. W ogóle nie istnieje dla Friedmana twór zwany Unią Europejską. Nie zajmuje się on też potencjalnymi nowymi potęgami jak Indie czy Brazylia. Trochę egzotycznie brzmi też teza o nieuchronnym sojuszu turecko-japońskim. „Następne sto lat” jest więc bardziej zręcznie przedstawioną, futurystyczną opowieścią niż poważną analizą możliwych scenariuszy

Prognozowany ostateczny rozpad Rosji i spadek znaczenia Niemiec ma otworzyć pole do polskiej ekspansji na wschód i rozszerzenia polskiej strefy wpływów aż po Kaukaz i Bałkany. Nawet jeżeli uznać te prognozy za przesadzone, to warto, by teza o dużym, niewykorzystanym potencjale Rzeczpospolitej przebiła się do umysłów Polaków, szczególnie tych odpowiedzialnych za kierowanie naszym państwem obszar pogrążonych w kryzysie Chin – czytamy. W drugiej połowie wieku dojść ma do wojny światowej, która toczyć się będzie na ziemi, morzu, w powietrzu i w kosmosie. Ciekawy jest też opis świata już po wojnie i nowych tendencji, które dadzą o sobie znać dopiero w kolejnym stuleciu. Futurystyczna opowieść Książka Friedmana to wciągająca lektura. Jednak zapewnienia autora o jej naukowym charakterze i rzetelnych badaniach, na których została oparta, nie brzmią przekonująco. Wiele oczywistych dla Friedmana założeń można by łatwo podważyć lub wskazać inne możliwe ciągi wydarzeń. Uderzająca jest pewność siebie autora i nie dopuszczanie zasadniczo innych od przedstawionych scenariuszy rozwoju sytuacji. Teza o rozpadzie Rosji i spadku znaczenia Chin brzmi atrakcyjnie, ale tylko z pozoru jest oparta na mocnych założeniach. Razi też pominięcie w książce

rozwoju sytuacji globalnej. Jest to jednak pozycja, po którą warto sięgnąć, aby przenieść się na chwilę w świat przyszłości i otworzyć umysł na wizję wydającą się z dzisiejszego punktu widzenia zupełnie nierealną, co skłania do refleksji nad przyszłością świata, w którym przyjdzie nam żyć. Sam sposób poszukiwania praw geopolityki jest nowatorski i interesujący, a niektóre prognozy szefa Stratforu pewnie się potwierdzą. Oby miał rację w sprawach Polski… SZYMON RUMAN (ur. 1983) – ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, członek Zespołu Europejskiego Fundacji Republikańskiej. Był rzecznikiem prasowym marszałka Sejmu Marka Jurka oraz sekretarzem redakcji „Międzynarodowego Przeglądu Politycznego”. Członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. George Friedman, Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, AMF Plus Group 2009, ss. 287.

185


Diabelska alternatywa JANUSZ MACIEJ KĘDZIOREK Własow, a wraz z nim miliony obywateli ZSRS zostali postawieni przed iście diabelską alternatywą. Z jednej strony, chcieli obalić znienawidzoną krwawą dyktaturę we własnej ojczyźnie. Z drugiej zaś, występując czynnie przeciw bolszewizmowi, stawiali się w roli petentów innego zbrodniczego reżimu traktującego ich jako podludzi. Nikt, również zachodni alianci, nie rozumieli ich dylematów.

186


Emocjonalny stosunek do wydarzeń II wojny światowej wciąż jest żywy. W Polsce ich ocena była – i nadal jeszcze jest – niepełna, wskutek dekad oddziaływania komunistycznej propagandy. Oficjalne kłamstwa zwodziły wielu, przeciwnikom systemu pozostawiając fragmentaryczny siłą rzeczy obraz kreślony przez historiografię podziemną. Do tej pory wiele zagadnień nie doczekało się w efekcie należytej analizy. Należy do nich historia generała Andrieja Własowa – postaci uosabiającej tragizm wyboru, przed jakim stanęły miliony mieszkańców Sowietów, którzy z Sowietami chcieli podczas wojny walczyć. Poznać Własowa Ten właśnie brak nadrabia polskie wydanie uznawanej na Zachodzie za klasyczną książki Jürgena Thorwalda1 pod tytułem „Iluzja. Żołnierze radzieccy w armii Hitlera”. Wydana w oryginale po raz pierwszy w 1974 roku, jest obszerniejszą wersją pozycji wydrukowanej w niewielkim nakładzie w 1952 roku „Jeśli bogowie chcą kogoś ukarać... (...na tego zsyłają ślepotę)”. Geneza obydwu pozycji jest równie ciekawa. Obie powstały z inspiracji niemieckiego generała Reinharda Gehlena2, który po lekturze pierwszej 1 Jürgen Thorwald (1915-2006), właściwe nazwisko Heinz Bongartz, niemiecki pisarz, publicysta i historyk. Był jednym z założycieli chrześcijańskiego, konserwatywnego dziennika „Christ und Welt”, którego redaktorem był w latach 1948-1951. Popularność zdobył, pisząc artykuły o przestępstwach nazistów skierowane do masowego czytelnika. Jest autorem kilkunastu książek. Polskiemu czytelnikowi jest najbardziej znany ze „Stulecia chirurgów” i „Triumfu chirurgów” pisanych na podstawie wspomnień dziadka. Odznaczony między innymi Orderem Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. 2 Reinhard Gehlen (1902-1979), generał niemiecki, specjalista w zakresie wywiadu i dywersji; od 1920 w Reichswehrze, 1935 w sztabie generalnym wojsk lądowych Wehrmachtu, gdzie w latach 1942-1945 kierował wydziałem wywiadu na froncie wschodnim (Fremde Heere Ost; od XI 1944 Himmler wg planu Gehlena tworzył organizację sabotażowo-dywersyjną Wehrwolff na zajmowanych przez

powojennej książki Thorwalda „Zaczęło się nad Wisłą” zaprosił go na spotkanie i zaproponował pomoc w zebraniu materiałów do publikacji o próbach pozyskania do współpracy Rosjan w celu obalenia reżimu Stalina w czasie toczących się walk na froncie wschodnim. Gehlen, wówczas pracujący już dla CIA, chciał upublicznić związane z tym fakty, co miało być argumentem w trwającej już wówczas „zimnej wojnie”. Szczegóły tej współpracy, w trakcie której Thorwaldowi udostępniono ogromną liczbę dokumentów źródłowych i umożliwiono przesłuchiwanie żyjących świadków, zarówno Niemców, jak i ich byłych kolaborantów, autor szczegółowo opisuje w przedmowie. Wynik tej mrówczej pracy faktograficznej jest widoczny w załączonej do książki bibliografii oraz wykazie materiałów źródłowych. Problematyka poruszana w książce Thorwalda nad Wisłą jest w zasadzie nieznana. W czasach PRL współpraca obywateli i żołnierzy sowieckich z Niemcami była objęta swoistym tabu, pomijana w oficjalnej historiografii lub kwitowana propagandowymi ogólnikami, z góry zakładającymi incydentalność takiej współpracy i pokazującymi sowieckich kolaborantów jako renegatów. Siła propagandy była olbrzymia. Wprawdzie nieoficjalny przekaz historyczny był inny, ale równie niepełny. Własow, w tak zwanej „powszechnej świadomości” funkcjonował jako Ukrainiec, generał, który wraz z całą armią, na początku wojny sowiecko-niemieckiej, przeszedł na stronę Hitlera. Jednak fakty były zupełnie inne. Własow, a wraz z nim miliony obywateli ZSRS zostali postawieni przed iście diabelską Armię Czerwoną obszarach. Po II wojnie światowej, za przyzwoleniem amerykańskich władz okupacyjnych, zbudował organizację wywiadu zagranicznego (Organisation Gehlen), przekształconą w 1956 roku w Federalną Służbę Wywiadowczą (Bundesnachriechtendienst), którą kierował do 1968. – cyt. za „Wielka Encyklopedia PWN t. 10”, Warszawa 2002.

187


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

alternatywą. Z jednej strony, chcieli obalić znienawidzoną krwawą dyktaturę we własnej ojczyźnie. Z drugiej zaś, występując czynnie przeciw bolszewizmowi, stawiali się w roli petentów innego zbrodniczego reżimu traktującego ich jako podludzi, mających wyłącznie dostarczyć zasobów niezbędnych rasie panów, a w dalszej perspektywie skazanych na zagładę i utratę tożsamości narodowej. Nikt, również zachodni alianci, nie rozumieli ich dylematów.

a także milionów żołnierzy sowieckich, którzy masowo dezerterowali z szeregów Armii Czerwonej, szczególnie w początkowej fazie konfliktu, kiedy to Wehrmacht witano w ZSRS jak upragnionego oswobodziciela z bolszewickiego ucisku. Ta iluzja dotyczyła nie tylko żołnierzy, lecz praktycznie całej ludności zajmowanych przez Niemców terytoriów. Przez pierwsze dwa lata wojny na zajętych terenach sowieckich nie istniał praktycznie żaden ruch oporu, a próby jego

Liczba żołnierzy sowieckich walczących po stronie III Rzeszy była olbrzymia. Same pomocnicze oddziały Wehrmachtu tworzone oddolnie przez niemieckich dowódców bez zgody naczelnego dowództwa armii liczyły między 800 tysięcy a milion ludzi

Wojenne iluzje Iluzje prowadzą do działań irracjonalnych, opartych bardziej na myśleniu życzeniowym, marzeniach, czy ideologii, a nie na faktach. Iluzje mieli prawie wszyscy uczestnicy opisywanych w publikacji Thorwalda wydarzeń. Dotyczy to przede wszystkim samego generała Własowa3 i jego współpracowników,

3 Andriej Własow (1900-1946), generał sowiecki, dowódca Ros. Ruchu Wyzwoleńczego; od 1919 w Armii Czerwonej, uczestnik wojny domowej 1917-22; od 1930 czł. partii komunist.; 1937-39 doradca wojsk. Chian Kai-Sheka w Chinach; od 1940 generał; po wybuchu wojny niem.-sowieckiej 1941-45 wyróżnił się w pierwszych starciach z armią niem.; od XII 1941 dowódca 20. armii, odznaczył się w bitwie o Moskwę; następnie zast. dcy Frontu PN-Zach. (Wołochowskiego); 13 VII 1942 dostał się do niewoli niem.; gdzie przeszedł na stronę Niemców, by z ich pomocą walczyć przeciwko reżimowi stalinowskiemu; nie zyskał zaufania Niemców, którzy dopiero w końcowej fazie wojny zezwolili mu na zorganizowanie Ros. Ruchu Wyzwoleńczego (I 1945), który wziął udział w walkach z Armią Czerwoną nad Odrą, a w V 1945 przeszedł na stronę aliantów, wspierając powstańców w Pradze; wydany przez aliantów Rosjanom, został powieszony. Źródło: „Encyklopedia PWN. Tom 29”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005.

188

powstania były oddolnie tłumione przez samych obywateli ZSRS. Liczba żołnierzy sowieckich walczących po stronie III Rzeszy była olbrzymia. Same pomocnicze oddziały Wehrmachtu tworzone oddolnie przez niemieckich dowódców bez zgody naczelnego dowództwa armii liczyły między 800 tysięcy a milion ludzi! Z książki dowiadujemy się, że nie byli to żołnierze Własowa, gdyż jego armia została sformowana dopiero na przełomie 1944 i 1945 roku. Iluzje w równym stopniu żywili Niemcy. Hitler i jego współpracownicy łudzili się, że błyskawicznie rozgromią bolszewików, a na ruinach ich państwa zbudują przestrzeń życiową dla „rasy panów”, przekształcając miejscową ludność w niewolników, a w dalszej perspektywie eliminując fizycznie. Iluzją Gehlena i innych oficerów o wielkoniemieckich zapatrywaniach było, że nazizm i jego ideologów można wykorzystać do odbudowy potęgi utraconej w czasie I wojny światowej, ale także to, że Hitlera i jego kompanów można racjonalnymi argumentami przekonać do przedstawianych racji. Jedną z nich


INSPIRACJE

było przeświadczenie o konieczności współpracy samych Rosjan w dziele pokonania bolszewizmu w zamian za umożliwienie im utworzenia wolnego państwa sprzymierzonego z III Rzeszą. Pogląd ten całkowicie pomijał obłęd nazistowskiej ideologii. Wreszcie dochodzimy do iluzji zachodnich aliantów, którzy przekazując po zakończeniu wojny Stalinowi blisko sześć milionów byłych żołnierzy sowieckich i obywateli ZSRS, łudzili się, że zostaną potraktowani sprawiedliwie. Najbardziej tragiczna była iluzja samego Własowa i jego żołnierzy, że ich postawa w czasie konfliktu służyła jedynie wolności. „Rozsądni Niemcy” a sprawa polska Książka zawiera również znaczące memento dla polskiego czytelnika. Gdyby koncepcje panów z wydziału Fremde Heere Ost oraz tak zwanych „rozsądnych” Niemców pokroju pułkownika Staufenberga (próby jego mitologizacji nad Renem mogliśmy ostatnimi czasy obserwować), który czynnie popierał działania Gehlena zmierzające do masowego wykorzystania ludności ZSRS do walki z bolszewizmem zostały zrealizowane, w konsekwencji Stalin zostałby obalony i utworzono by sprzymierzoną z III Rzeszą Rosję. Losy wojny potoczyłyby się zapewne wówczas zupełnie inaczej. Nazistowskie Niemcy prawdopodobnie by wygrały. A na powojennej mapie nie byłoby miejsca dla Polski. Warto o tym pamiętać, wspominając nieudany zamach na Hitlera z lipca 1944 roku.

Diabelska alternatywa – Janusz Maciej Kędziorek

Straceni w jego rezultacie spiskowcy z pułkownikiem Staufenbergiem na czele zasługują na pewien szacunek (głównie za okazaną odwagę i determinację), ale z pewnością nie należy ich gloryfikować i stawiać za wzór współczesnym Niemcom. Wymaga tego pamięć tych, którzy w okupowanej Europie faktycznie walczyli z nazizmem. Takie traktowanie sprawy uwłaczałoby także godności milionów ofiar zbrodni hitlerowskich: Żydów, Romów, Polaków, Rosjan i wielu innych narodów. JANUSZ MACIEJ KĘDZIOREK (ur. 1955) – absolwent WSOWZmech we Wrocławiu i SGH. Pracował m.in. w MON i Sobiesław Zasada Centrum, od 2002 roku prowadzi własną firmę doradztwa finansowego. Współpracuje jako ekspert z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE) oraz BEiDE Proxim. Publikował m.in. w „Banku i Kredycie” i „Forum”. Interesuje się żeglarstwem, filozofią, teologią, literaturą piękną, historią, muzyką klasyczną, jazzem. Żonaty, ma dwie córki i dwoje wnucząt. Jürgen Thorwald, Iluzja. Żołnierze radzieccy w armii Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN 2010, ss. 424.

189


Szarże z afer!

MARCIN WOLSKI

W III RP udział w aferze nie przynosi szczególnej ujmy. Widziałem jak fetowano na salonach Bagsika po wyjściu z pierdla, nieomal jak Wałęsę po powrocie z Arłamowa. Nawet udowodnione świństwo nie sprawia, że ludzie przestają podawać sobie ręce. Afera, jak wynika ze słownikowej definicji, to nic innego jak sprawa. Choć zaczyna się przeważnie w momencie, w którym jej uczestnicy gromko zaprzeczają: „Nie ma sprawy”. „Słownik wyrazów obcych” podaje zresztą szereg synonimów: oszukańcze przedsięwzięcie, szalbierstwo, skandal, szwindel. W nowszych czasach niektóre z tych słów wyszły z użycia. „Skandal” nabrał (dzięki tygodnikom kolorowym) pozytywniejszego zabarwienia, pojawiły się za to określenia nowe, z których największą karierę zrobił „przekręt”. Afera może być polityczna, obyczajowa, międzynarodowa. Nie słyszałem natomiast o czysto bezinteresownej – kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Czy to sprawa Rywina (marne 17 milionów) czy Naszyjnika Królowej (też parę milionów, tyle że

190

franków w złocie) – zawsze chodzi o cash. Co prawda, ile kosztowała w ostatecznym efekcie afera kanału panamskiego (w latach osiemdziesiątych XIX wieku), nie są w stanie policzyć najbardziej sprawni finansiści – wiadomo, że dużo. Stosunkowo najmniej wiadomo o wątku pieniężnym w aferze Dreyfusa, ale skoro chodziło o zdradę państwa, to musiały w tym kryć się pieniądze, a ponieważ Dreyfus był Żydem, to spore pieniądze… Skłania to do sformułowania tezy, że do istnienia afer potrzeba pieniędzy, najlepiej dużych, państwowych, oraz mediów, które sprawę nagłośnią. Przy czym wolność tych mediów nie jest aż tak istotna. W PRL-u pieniądze były niewielkie, a media ręcznie sterowane, a mieliśmy afery mięsne lub skórzane, co prawda bardziej porażające wysokością wyroków, które w nich zapadały.


191


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Tu zaznaczmy, że afery wybuchają niezależnie od ustrojów i regionów geograficznych, różnią się co najwyżej konsekwencjami i wnioskami, które z nich zostają wyciągnięte. Albo nie. Polska Rzeczpospolita Aferalna nie pokrywa się w czasie i przestrzeni z Pierwszą, Drugą czy Trzecią Rzeczpospolitą, choć podejrzewam, że

a wyroków mało. Rzadko zresztą dochodzi do procesów. (Trybunał Stanu wydał wyrok raz, w dodatku na jakąś płotkę). Czasami aferzyści sami wymierzają sobie sprawiedliwość, jak Sekuła I (nie mylić z Sekułą II, najnudniejszym i najbardziej ustawionym śledczym w historii), który jak wiadomo popełnił samobójstwo, strzelając do siebie trzykrotnie ze znacznego

Jak tak dalej pójdzie, wypadnie przyznawać czołowym aferzystom szarże afer (niektórym już przyznano). Oczywiście różnego stopnia, w zależności od zasług. Od Orła Białego za przekręt w Magdalence, po tęczowego pawia za np. aferę stoczniową z Katarem w tle

istniała zawsze. Już za Mieszka I musiano robić przekręty z wodą święconą potrzebną do Chrztu Polski. A za Jagiełły? Chrzest Litwy musiał być megabiznesem (nie wiem, kto ile brał za jednego ochrzczonego), tym większym, że większość mieszkańców ogromnego państwa litewskiego była już chrześcijanami (chociaż obrządku prawosławnego). Zresztą nie zawsze działania aferalno-korupcyjne wychodziły nam na szkodę. Przekupstwo załóg zamków krzyżackich (np. Czechów w Malborku) zaowocowało powrotem Pomorza do Macierzy, skorumpowany Chan Krymu uratował pod Zbarażem i Zborowem Jana Kazimierza i jego wojska oblężone przez Chmielnickiego. Mało kto też wie, że słynne Obiady Czwartkowe sponsorowała de facto ambasada rosyjska, u której Król Staś od początku do końca był na pensji. Kwity na ten temat wpadły w ręce Naczelnika Kościuszki, ale ten zachował się jakby był namiętnym czytelnikiem „Gazety Wyborczej” i zamiast posłać sprzedajnego władcę na szubienice, powiedział zapewne swym jakobinom: „Oooo...odpieprzcie się od Poniatowskiego. Ttto człowiek honoru!”. Odmiennością III RP jest to, że afer jest w niej dużo, poczynając od alkoholowej, a bynajmniej nie kończąc na hazardowej,

192

dystansu. Wezwany do rozwikłania tej zagadki Sherlock Holmes niechybnie popełniłby samobójstwo, a Agatha Christie przynajmniej zmieniłaby profesję. Jednak afery choć nieosądzone, mają sporą moc sprawczą. Afera Rywina wprawdzie nie zaowocowała (mimo raportu Ziobry) postawieniem przed sądem ówczesnego premiera i Grupy Trzymającej Władzę, ale zmiotła ze sceny politycznej wszechwładne zdawało się SLD. Afera hazardowa jak na razie przyniosła utratę władzy przez Schetynę, najsłynniejszego Drugiego w najnowszej historii. (Czym był Kliszko dla Gomułki, Babiuch dla Gierka, Rokita dla Suchockiej...) Z innych uczestników Zbycho się spocił, a Miro się rozchorował, ale – jak mawiają prokuratorzy – sprawa jest rozwojowa. W obecnym stadium globalizacji nie można wykluczać, że afera w Polsce wywołać może upadek rządu w Czechach, powódź w Peru czy krach na giełdzie w Hong Kongu. Osobiście najbardziej pasjonują mnie afery, o których wszyscy wiedzą, że są, ale nic z tego faktu nie wynika. Gigantyczną aferą jest rzekomy „efekt cieplarniany”, w walkę z dwutlenkiem węgla i globalnym ociepleniem zaangażowano takie siły i środki, że choćby po


193


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

stokroć udowodniono, iż nic takiego nie istnieje, dalej będzie się brnąć i płacić, bo nie można się wycofać. Aferą w skali kraju jest osławiony Układ, o którym wiadomo, że działa, choć nie sposób go złapać. A nawet jeśli jakiś Kaczyński czy inny Ziobro złapie jakąś nitkę, ta rwie się i nie wiadomo dokąd ostatecznie prowadzi – do akt ukrytych przez Kiszczaka, ościennej ambasady, szafy Lesiaka czy fundacji charytatywnej byłej prezydentowej? Pod tym względem Układ przypomina Szatana, niewielu go widziało, ale skutki jego działań odczuwają wszyscy.

194

Nasze afery mają przynajmniej to do siebie, że dokonują się w nich zmiany jakościowe. W PRL-u dominował drobny aferzysta, III RP zdominowały aferały. Choć lepkie rączki, plugawy język pozostały niezmienione. Niewiele również zmienił się stosunek społeczeństwa. Mimo prasowej nagonki aferzysta w PRL-u budził raczej współczucie, a nawet po trosze uważano go za zasłużonego kombatanta walki z ustrojem. W III RP udział w aferze też nie przynosi szczególnej ujmy. Widziałem jak fetowano na salonach Bagsika po wyjściu z pierdla, nieomal jak Wałęsę po powrocie z Arłamowa. Nawet udowodnione świństwo


SATYRA REPUBLIKAŃSKA

nie sprawia, że ludzie przestają podawać sobie ręce, a prominent Grupy Trzymającej Władzę może w kolejnym rozdaniu politycznym okazać się cenionym partnerem w grze o media. Śmierci cywilnej nie ma. Kodeks honorowy nie obowiązuje. Jak tak dalej pójdzie, wypadnie przyznawać czołowym aferzystom szarże afer (niektórym już przyznano). Oczywiście różnego stopnia, w zależności od zasług. Od Orła Białego za przekręt w Magdalence, po tęczowego pawia za np. aferę stoczniową z Katarem w tle.

Szarże z afer! – Marcin Wolski

MARCIN WOLSKI (ur. 1947) – pisarz, publicysta, satyryk. Z wykształcenia historyk, z powołania Nadredaktor. Twórca magazynu „60 minut na godzinę”, „Polskiego ZOO”, „Szopek noworocznych”. Autor kilkudziesięciu powieści m.in. „Agent dołu”, „Pies w studni”, „Alterland”, „Ekspiacja”, „Nieprawe łoże”, „Noblista”, „Drugie życie”, „Wallendrod”, opowiadań „Antybaśnie” i wspomnień „Kabaret Nadredaktora”. Dwoje dzieci, wnuczka, zamiłowanie do podróży i nurkowania w wodach ciepłych i słonych.

195


Nadlogika i nowe szlachectwo MAREK WRÓBEL Zgodnie z nadlogiką, jeśli Marek Jurek kiedyś mówił publicznie, że potrafi przylać swemu dziecku, a taki pogląd jest niedopuszczalny, to podążając dalej, dojdziemy rychło do wniosku, że nie tylko sam Marek Jurek jest równie niedopuszczalny, ale nawet nazwy „Marek” i „Jurek”. A skoro „Jurek”, to i „Jerzy”, w tym Hausner. 196


197


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Logika, elastyczność i jasność umysłu to podstawa, jeśli chcemy poważnie mówić o społeczeństwie prawdziwie obywatelskim, to jest rozumnym. Jednakże zwykła, prostacka logika w dzisiejszym skomplikowanym świecie nie zawsze wystarcza – potrzeba tedy nadlogiki, by go wyjaśnić i opisać. A także wywieść argumenty na poparcie najrozmaitszych, aktualnie słusznych tez. Kto popiera Hitlera Na przykład, że krytyka Adolfa Hitlera jest jego popieraniem. Oto pan Tomasz Frydryk – programista, i to jeszcze z Wielkopolski, a więc człowiek dubeltowo rozumny i logiczny – powiadomił prokuraturę o możliwym popełnieniu przestępstwa przez Fundację Pro, polegającym na propagowaniu ustroju nazistowskiego. Fundacja wywiesiła bowiem przy poznańskim rondzie Śródka ogromny billboard pokazujący pioniera legalnej aborcji na ziemiach polskich, to jest właśnie Hitlera, w zestawieniu z obrazem

Oświeconych stowarzyszenia Nigdy Więcej. Kibole, w tym poznańscy, odetchnęliby, ponieważ dałoby się zakazać kampanii społecznej „Wykopmy rasizm ze stadionów”, współorganizowanej nota bene przez wyżej wspomniane stowarzyszenie. Rasizm jest przecież także zły i zakazany. Co więcej, kibole mogliby wreszcie umieszczać na transparentach metafaszystowskie symbole, zakazywane wskutek wykopywania rasizmu ze stadionów, w tym tak obrzydliwe („budzące w nas strach”), jak rodło, łudząco podobne do swastyki, czy kotwicę Polski Walczącej. Jak wiemy, Polska Walcząca bynajmniej nie walczyła o takie wartości, jak tolerancja dla kochających inaczej (NA RAZIE jeszcze wiadomo, o kogo chodzi – ciekawe, jak długo?), a o matce Gai chyba nie myślała w trakcie swej kilkunastoletniej epopei ani przez chwilkę. Na dodatek prezentowała postawę antagonistyczną wobec antyfaszystowskiej. Z kolei rodło, tak podobne do złamanego krzyża, w latach 30.

„Pedał” to potoczne określenie homoseksualisty, używane zresztą przez samych przedstawicieli tzw. branży. Jeśli użycie wobec kogoś potocznego określenia jest niedopuszczalne, warto się zastanowić nad karaniem za nazwanie alternatora prądnicą, śruby – wichajstrem, a restauracji McDonald’s – maczkiem owocu przerwania ciąży, czyli zakrwawionymi ciałkami nienarodzonych dzieci. Konstrukcja zarzutu jest następująca: skoro na billboardzie umieszczono ogromny portret Führera, to jest to propagowanie jego osoby i poglądów. Kontekst, tu akurat krytyczny wobec idola nazistów, jest w opinii skarżącego nieistotny. Przedni to koncept – gdyby sąd stworzył precedens, dałoby się za jego pomocą pognębić wszystkich antyfaszystów (wszakże w samej nazwie noszą faszyzm, zakazany przecież), na przykład z ulubionego przez

198

i 40. zostało przez zwolenników tego ostatniego usunięte z, jak to mawiają antyfaszyści, „dyskursów publicznych”. Dyskurs właściwy Hm… Czy nie brniemy tutaj w ślepą uliczkę? Skoro użycie antyfaszystowskiego precedensu pana Frydryka skutkowałoby dopuszczeniem anty-antyfaszystowskiej kotwicy czy antyfaszystowskiego, a zarazem prawie-faszystowksiego rodła, to gdzie tu sens, gdzie logika? Otóż jest! Może nie tyle logika w trywialnym, przestarzałym znaczeniu, ile raczej


SATYRA REPUBLIKAŃSKA

niezwykły potencjał drzemiący w rozwiązaniu proponowanym przez wielkopolskiego programistę, we wprawnych (i właściwych) rękach potrafiący zdziałać cuda. Oczywiście dla budowania społeczeństwa obywatelskiego i ratowania matki Ziemi. No i przeciwstawienia się nienawiści. Jeśli trzecia i czwarta władza pozostaną w tych rękach, co potrzeba (to jest właściwych i oświeconych), a co do tego nie ma przecież wątpliwości, będzie można za pomocą omawianego narzędzia eliminować niewłaściwie „dyskursy” na skalę i ze skutecznością dotąd

Nadlogika i nowe szlachectwo – Marek Wróbel

nieznaną. Na przykład będzie się dało zarazem zakazać i afirmować znak Polski Walczącej (PZPN ma już pierwsze doświadczenia). Będzie się dało także nie tylko zakazać propagowania narodowego socjalizmu, ale również zakazać używania jego symboliki, a także symboliki pokrewnej, w dowolnym kontekście. Nasze sądy udowodniły wszak, że elastyczność intelektualna jest im nieobca (vide wyrok w sprawie mowy nienawiści użytej rzekomo przez „Gościa Niedzielnego” wobec bezkompromisowej obrończyni praw człowieka, zwanej w Internecie A1000).

199


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

Zabójcy, pedały i Szwedzi Da się więc orzec, że wolno nazwać coś zabójstwem, ale dokonującego tego czynu nie wolno nazwać zabójcą. Da się i orzec, że nie wolno kogoś nazwać pedałem, choć ten pedałem bezsprzecznie jest. Na marginesie: „pedał” to potoczne określenie homoseksualisty, używane zresztą przez samych przedstawicieli tzw. branży. Jeśli użycie wobec kogoś

200

potocznego określenia jest niedopuszczalne, warto się zastanowić nad karaniem za nazwanie alternatora prądnicą, śruby – wichajstrem, a restauracji McDonald’s – maczkiem. Hm, warte rozważenia. Wróćmy jednak do wątku. Uznanie w powszechnym dyskursie (i najlepiej orzecznictwie), że pokazanie czy użycie nazwy czegoś jest tego propagowaniem, ma przed sobą


SATYRA REPUBLIKAŃSKA

świetlaną przyszłość. Dajmy na to, jeśli Marek Jurek kiedyś mówił publicznie, że potrafi przylać swemu dziecku, a taki pogląd – nie mówiąc o praktycznym jego zastosowaniu – jest niedopuszczalny, to podążając dalej, dojdziemy rychło do wniosku, że nie tylko sam Marek Jurek jest równie niedopuszczalny, ale nawet nazwy „Marek” i „Jurek”. A skoro „Jurek”, to i „Jerzy”, w tym Hausner. Inny przykład: skoro Hitler był niedobry, to wszystko, co robił było niedobre. A więc kampania antynikotynowa także. I polityka

Nadlogika i nowe szlachectwo – Marek Wróbel

filmów, więc – rozumując nadlogicznie – analny seks z 13-latką może być. Wprawdzie nie jest to wzór do naśladowania, ale przecież nie dlatego, że nie należy seksu z 13-latkami uprawiać, ale dlatego, że potencjalny naśladowca nie jest Romanem Polańskim! W końcu, jak powiedział znakomity muzyk Maciej Maleńczuk, „artyście wolno więcej”. Miał wprawdzie na myśli osobliwe gusta senatora Piesiewicza (jak już wiemy, nie dotyczy go zakaz posiadania narkotyków, natomiast przebieranie się w damskie ciuszki nie jest zakazane, a można

Taki na przykład Roman Polański nakręcił wiele dobrych filmów, więc – rozumując nadlogicznie – analny seks z 13-latką może być. Wprawdzie nie jest to wzór do naśladowania, ale przecież nie dlatego, że nie należy seksu z 13-latkami uprawiać, ale dlatego, że potencjalny naśladowca nie jest Romanem Polańskim rolna, łudząco podobna do dzisiejszej, unijnej. Natomiast narody w zdroworozsądkowym myśleniu uprzedziły zarówno dyskursy, jak i orzecznictwo, i na ogół nie nadają chłopcom urodzonym po 1939 roku imienia Adolf. Może z wyjątkiem rodziców znanego aktora Dolpha Lundgrena. Ale przecież wszyscy wiemy, w jak brutalne postaci zwykł się on wcielać, więc jakieś uzasadnienie da się tutaj znaleźć. Poza tym pan Lundgren jest Szwedem, co z definicji czyni go słusznym, otwartym i obywatelskim, więc wolno mu więcej. Co wolno wojewodzie… Nadlogika jest znakomitym wynalazkiem o wielu zastosowaniach. Nie tylko pozwala zakazywać krytykowania zakazanego, albo jednocześnie afirmować i postponować. Potrafi znacznie więcej. Na przykład uzasadnić, czemu czyn czy opinia niedopuszczalna jest dopuszczalna czy wręcz chwalebna, jeśli pochodzi od osoby Wybitnej. Taki na przykład Roman Polański nakręcił wiele dobrych

dodać, że w niektórych elitarnych kręgach Warszawy, nie mówiąc już o bardziej oświeconych metropoliach, wręcz bliskie nakazu), ale sądzimy, że wzmiankowana zasada rozciąga się i na inne wyróżniające się jednostki. Sukienka senatora była zabawna, ale czasem Wybitni korzystają z immunitetu w poważniejszych kwestiach, na przykład zabicia trzech dresiarzy w małym fiacie, by przywołać znaną sprawę sprzed lat kilku. Wymusili pierwszeństwo, to niech mają. Wprawdzie ponoć kierowca jechał z prędkością 180 km/h i był po drinku, ale każdą sprawę trzeba przemyśleć i kłaść na dwie szale. A na drugiej szali leży ciężar Wybitności, jaka niewątpliwie charakteryzuje prezesa wielkiej instytucji finansowej. Oczywiście, może to być Wybitność, ale – na przykład – przeżycie holokaustu też doskonale się nadaje. W zabawnym filmie „Rocky i Łoś Superktoś” omawiana zasada została lapidarnie sformułowana i umieszczona w kodeksie karnym. W jednej ze scen sędzia odczytuje artykuł

201


RZECZY WSPÓLNE • PISMO REPUBLIKANSKIE

nr 1/2010

kodeksu: „Celebrities stand above the law” („Celebryci stoją ponad prawem”). Pozostaje mieć nadzieję, że marzenia twórców spełnią się, a norma, która na razie ma charakter prawa zwyczajowego i znajduje zastosowanie w orzecznictwie tylko niekiedy, zostanie nareszcie ulokowana w księgach. Czasami zasługa jednostki wybitnej jest tak wielka, że po jej skompromitowaniu nadlogika pozwala zmienić kryteria kompromitacji. Tak dzieje się w przypadku „dziennikarza stulecia”, „papieża reportażu” Ryszarda Kapuścińskiego. Jeden z jego uczniów i wielbicieli napisał w swojej książce, że ten wybitny reportażysta kapował bezpiece, czynnie pomagał „radzieckim doradcom”, a poza tym zmyślał w korespondencjach i książkach. Należy podkreślić, że książki Kapuścińskiego to reportaże, a nie beletrystyka, więc zmyślać nie wolno. Przynajmniej było tak do niedawna. Dopiero ostatnio się zmieniło. Otóż, jeśli reportaż jest naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę wybitny, zmyślać wolno. Zmianę dotychczasowych zasad potwierdzają ikony polskiego dziennikarstwa. Co zresztą stawia w głupiej sytuacji Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego ostatnia Hiena (czyli antynagroda branżowa) została przyznana właśnie za skonfabulowany wywiad. No, ale ten wywiad nie był tak naprawdę, naprawdę wybitny, tylko całkiem zwykły.

202

Rehabilitacja idealistów Zmiana zasad odbyła się na zasadzie nad-logicznej. Oczywiście, dla pół- i ćwierćinteligentów są zwykłe argumenty i obelgi (w rodzaju „nie wiecie smarkacze, jak było w PRL”, „jeśli się chciało coś zrobić, trzeba było współpracować” albo „donosiłem nie szkodziłem”), ale Wybitni między sobą muszą rozmawiać inaczej. Akurat dzieje się to na naszych oczach. Czytamy więc i słyszymy: „Kapuściński mógł mieć ładniejszy życiorys, ale wtedy nie mielibyśmy jego książek, a jest to najbardziej znany, po Lemie, polski autor” (podobnie zresztą reklamował się filmowy gejowski reporter Bruno – jako najbardziej znany Austriak od czasów Adolfa Hitlera) albo „teraz


SATYRA REPUBLIKAŃSKA

musimy czytać dzieła pana Ryszarda inaczej”. Uproszczoną wersją tego ostatniego, zdatną zarówno dla ćwierć-, pół-, jak i całych inteligentów, jest spiżowe zawołanie „to przecież nie dziennikarstwo, to wielka literatura!”. No i załatwione – przecież pisarz ma prawo interpretować świat. Nie od rzeczy jest też pokazać, że wybitna jednostka robiła coś zgodnie ze swoimi przekonaniami. Na przykład taki „pan Ryszard” wydatnie wsparł lewicowego polityka Mengistu Hajle Mariama i legitymizował na Zachodzie jego odważne kampanie społeczne, a uczynił to za pomocą reportażu „Cesarz”. Pardon, powieści „Cesarz”. Niestety, wyszło na jaw, że projekty ambitnego

Nadlogika i nowe szlachectwo – Marek Wróbel

możliwe jest większe poświęcenie dla sprawy budowy nowego społeczeństwa? Czas na rehabilitację… Republikanie powinni być z takiego obrotu spraw zadowoleni. W końcu, czyż nie widzimy tu kontynuacji austriackiego ustroju kurialnego (tu słychać westchnienia: „czy menel spod budki z piwem ma mieć takie same prawa jak profesor uniwersytetu?” – chciałoby się skomentować: „zależy, profesor od czego”) albo średniowiecznej instytucji współprzysiężników, gdzie przed sądem głos jednego szlachcica był równoważny trzem mieszczańskim czy sześciu chłopskim? Różnica jest jedna: o ile drzewiej noblesse nie tylko uprawniała, ale też zobowiązywała, teraz już tylko uprawnia. A że

„Pan Ryszard” wydatnie wsparł lewicowego polityka Mengistu Hajle Mariama i legitymizował na Zachodzie jego odważne kampanie społeczne, a uczynił to za pomocą reportażu „Cesarz”. Pardon, powieści „Cesarz”. Niestety, wyszło na jaw, że projekty ambitnego przywódcy kosztowały przynajmniej półtora miliona istnień i straszliwą nędzę starożytnego narodu. Wobec tego należało użyć nadlogicznego argumentu, że Kapuściński działał zgodnie ze swoimi przekonaniami

przywódcy kosztowały przynajmniej półtora miliona istnień i straszliwą nędzę starożytnego narodu. Wobec tego należało użyć nadlogicznego argumentu, że Kapuściński działał zgodnie ze swoimi przekonaniami (bo przeżył co najmniej wojnę, a może i holokaust) – ergo jest w porządku. Pytanie, czy taką sama miarę możemy przyłożyć do Ilii Erenburga (bo do naszej Noblistki na pewno) czy zgoła doktora Goebbelsa, filozofa i prekursora nowoczesnego PR politycznego, albo Reinharda Heydricha, zdolnego organizatora? Nie ma żadnej wątpliwości, że wszyscy oni wierzyli w swe ideały. Dwaj ostatni oddali nawet za nie swe życie, a Goebbels dodatkowo życie żony i dzieci. Czy

czasy się zmieniają, nie warto się kłopotać takimi drobiazgami. Dawne rycerskie zasługi zastąpmy innymi, bardziej odpowiednimi. A Michael Jackson rychło uzyska miano obrońcy wiary. MAREK WRÓBEL (ur. 1969) – zajmuje się komunikowaniem społecznym. Pracował w kilku redakcjach, a od 15 lat para się public relations. Prowadzi jedną z warszawskich agencji PR, branżową fundację internetPR.pl, wykłada na uczelniach, a także trochę politykuje. Był nawet szefem gabinetu politycznego ministra gospodarki. Wiceprezes Fundacji Republikańskiej. Ma wiele zmiennych hobbies oraz niezmienną żonę i synów.

203


Śmiech i strach RAFAŁ HUBERT Stary system nie padł z powodu strajków czy górnolotnych analiz opozycyjnych mądrali. On zaczął się walić wtedy, gdy ulica przestała się bać, a zaczęła się z niego śmiać.

Koszmarnie przewidywalna stała się nasza dysputa publiczna, popadając w skrajności pychy i chamstwa. Praktycznie nie ma w niej miejsca na dowcip, czy puszczenie oka. Z jednej strony mamy prawicę, której wystąpienia są do bólu przewidywalne i wiadomo, że niezależnie od poruszanego tematu, prędzej czy później padną zaklęcia w postaci Boga, Honoru i Ojczyzny. Z drugiej strony, kiedy głos zabrać ma przedstawiciel lewicy, z góry wiadomo, że mowa będzie o moherach, ciemnogrodzie i kaczystach. Jedna i druga strona uwielbia ciągać po sądach innowierców. Paradoksalnie o wiele gorzej w tym zestawieniu wypada prawica. Czemu? Najczęściej wyciąga armaty przeciw wróblom, w efekcie się ośmieszając i strzelając do własnej bramki. Przykłady? Bardzo proszę. (Nie)święta rodzina promuje Biblię „Ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła” – zrecenzowała Biblię pani Dorota „Doda” Rabczewska. Niemal z automatu została pozwana przez Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami za znieważenie Pisma Świętego. Toż

204

to paranoja. Pomijam fakt, że pozew zaowocował nagłą miłością, jaką zapałali do Dody wszelkiej maści antyklerykałowie. Tej kobiecie można zarzucić, że nie ma talii i zmuszona jest ściskać się w pasie gorsetami i paskami, bez których wygląda jak z pnia ciosana, ale nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że może ona cokolwiek i kogokolwiek znieważyć. Każdy więc, także pozbawiona bioder Doda, ma prawo do takiej interpretacji rzeczywistości, na jaką pozwala mu rozwój jego mózgu. A ten ponoć ma lepiej rozwinięty od przeciętnego, więc zgroza bierze, gdy pomyśli się, co w Biblii wyczytać mogą szaraczki. Ich też pozwie do sądu wspomniany Komitet? Panowie, opanujcie się, bo zaczyna to śmierdzieć inkwizycją. Co ciekawe Adam „Nergal” Darski, partner życiowy Dody, także okazał się być czytelnikiem Pisma Świętego. Prawdziwa święta z nich rodzina. Wracają do domu z pracy i siadają przed kominkiem z Biblią, by analizować jej zawartość. Episkopat powinien podpisać z nimi umowę na promocję wartości chrześcijańskich. Wygląda bowiem na to, że przeciętny katolik nie spędza nad Biblią tyle czasu co oni.


A powinien, bo przykład Nergala pokazuje, że jej czytanie wzbudzić może o wiele więcej emocji niż oglądanie „M jak miłość”, przy okazji pobudzając kreatywność. Partner Dody ewidentnie znalazł w Piśmie coś więcej niż jego połowica. Jest tak zafascynowany opowieściami biblijnymi, że założył fan klub występującego w nich Behemotha. Jeździ z nim po świecie, promując Pismo, a w ramach religijnego uniesienia zdarza mu się owo Pismo podrzeć. Na pozew sądowy nie trzeba było długo czekać, co ciekawe ponownie autorstwa Komitetu Obrony przed Sektami. Sprawa oparła się o sądy i parlament, którego przedstawicielka zapowiedziała pobudzenie katolików do walki z Antychrystem. Trzeba być ślepym, by nie widzieć, że Nergal robi dobrą robotę. Promuje czytelnictwo Biblii, pobudza katolików, mało tego: wspiera chrześcijańskie księgarnie, bo przecież skoro drze Biblię na każdym koncercie,

chrześcijańskich krzyży ze sfery publicznej. Argumentem „za” miało być poczucie zaszczucia, jakie odczuwają ateiści na widok krzyża. Sprawa stała się głośna, zaowocowała debatą, w której udział wzięły mądre głowy. Prawdziwy cyrk zważywszy, że w miejscu, gdzie chrześcijanin widzi krzyż, prawdziwy ateista i racjonalista, którego umysł wolny jest od zabobonu i kościelnej propagandy, dostrzec może jedynie dwie skrzyżowane deseczki. I chyba trudno się nie zgodzić, że obrażanie się na owe deseczki jest mało racjonalnym zachowaniem. Debata ze wspomnianą dziatwą powinna dotyczyć więc raczej jej kłopotów percepcyjnych i psychologicznych, niż wiary w Boga, która wymaga posiadania więcej niż dwóch klepek w głowie. Tymczasem sprawa zamiast zażenowaniem lub zbyciem tematu zaowocowała kolejnym procesem. Tym razem przeciw jednemu z uczestników debaty, który odkrył w trakcie dyskusji, że ma do czynienia z gówniarzami i nieopatrznie się

Każdy więc, także pozbawiona bioder Doda, ma prawo do takiej interpretacji rzeczywistości, na jaką pozwala mu rozwój jego mózgu. A ten ponoć ma lepiej rozwinięty od przeciętnego, więc zgroza bierze, gdy pomyśli się, co w Biblii wyczytać mogą szaraczki. Ich też pozwie do sądu wspomniany Komitet a tych ma bez liku, to skądś egzemplarze Pisma Świętego brać musi. I co go spotyka ze strony osób, które na co dzień ubolewają nad zanikiem wartości chrześcijańskich? Wstyd, panie i panowie. Zatwardzialcy i przebojowcy Innym przykładem zupełnego braku poczucia humoru i zatwardzenia umysłowego jest niedawna historia z Wrocławia. Grupka tamtejszych wyrostków pompowana ideologicznie przez autorów serwisu internetowego Racjonalista zażądała usunięcia

z tym uzewnętrznił, czym obrazić miał wspomnianą gówniarzerię. I dobrze mu tak. Mądre przysłowie mówi: „Nie rusz..., będzie śmierdzieć”. Nie usłuchał, niech więc teraz płaci. Szczęśliwie pojawiają się, pojedyncze jak na razie, punkty oporu wobec wszechpanującego zadęcia w traktowaniu spraw ważnych. Podczas wizyty premiera Rosji w Polsce młodzieżówka PiS zorganizowała happening pod sopockim hotelem Grand, w którym zatrzymał się rzeczony oficjel. Jeden z uczestników akcji przebrał się w strój penisa, nawiązując w ten sposób do działań rosyjskich służb

205


206


SATYRA REPUBLIKAŃSKA

specjalnych, które podczepiły ogromny wibrator pod helikopter latający nad miejscem, gdzie spotyka się moskiewska opozycja pod przewodnictwem Garriego Kasparowa. Niestety chłopcy z Trójmiasta za bardzo poszli na przebój, nie poświęcając zbyt dużo czasu na dopracowanie całej akcji. Sopocki happening zaowocował bowiem zarzutami prokuratorskimi z paragrafu mówiącego: „Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej publicznie znieważa głowę obcego państwa...”. I słusznie, bo gości obrażać nie należy. Przynajmniej nie wprost. Co innego gdyby akcję zorganizowano pod hasłem: „Stop prostytucji”. Putin i tak wiedziałby o co chodzi, paru innych hotelowych gości poczuło by zakłopotanie, cel zostałby

Śmiech i strach – Rafał Hubert

Co ciekawe, jesteśmy świadkami powtórki z rozrywki. W latach osiemdziesiątych istniały dwie silne grupy przerysowujące rzeczywistość i nadające jej wymiar absurdu i obie podobnie jak wymienione powyżej wywodziły się z „Ziem Odzyskanych”. Mowa o trójmiejskim Totarcie i wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywie. Członkowie tych grup systematycznie zatrzymywani byli przez milicję i dostawali mandaty za próby ośmieszenia systemu, wspomniane nielegalne zgromadzenia etc. Moim zdaniem miały one o wiele większy wkład w upadek komunizmu niż wszyscy steropianowcy razem wzięci. Przeciętny zjadacz chleba zorientował się dzięki nim, że istnieje sposób na wyrażanie sprzeciwu

W miejscu, gdzie chrześcijanin widzi krzyż, prawdziwy ateista i racjonalista, którego umysł wolny jest od zabobonu i kościelnej propagandy, dostrzec może jedynie dwie skrzyżowane deseczki. I chyba trudno się nie zgodzić, że obrażanie się na owe deseczki jest mało racjonalnym zachowaniem osiągnięty, a przy dobrym pijarze akcja miałaby szanse na poparcie feministek. „Gazeta Wyborcza” czy TVN 24 nie mogłyby złego słowa powiedzieć o wydarzeniu. Nie zmienia to faktu, że kierunek i sposób działań wybrany przez Trójmiejskich zadymiarzy jest bardzo dobry. A że ma niemiłe często konsekwencje? No cóż. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, a rewolucji, nawet tej w myśleniu, nie da się przeprowadzić bez potu i łez. Śmiech jako narzędzie rewolucji Wiedzą o tym najlepiej członkowie poznańskiej Naszości, którzy w kreowaniu sytuacji mających ośmieszyć władze dochodzą powoli do perfekcji, a i tak narażeni są na płacenie kar za zakłócanie spokoju czy za nielegalne zgromadzenia.

wobec rzeczywistości, który grozi jedynie mandatem. Stary system nie padł z powodu strajków czy górnolotnych analiz opozycyjnych mądrali. On zaczął się walić wtedy, gdy ulica przestała się bać, a zaczęła się z niego śmiać. RAFAŁ HUBERT (MINIMAL) (ur. 1972) – Skorpion. Ojciec Zuzy, mąż Moniki. Na co dzień dziennikarz, w chwilach wolnych miłośnik historii współczesnej i wszelkich maści nurtów propagandy. Twórca pierwszych w Polsce: portalu kulturalnego, serwisu plotkarskiego. Od 1998 roku pisze i publikuje w Internecie (EMPiK.com, TVP), oraz tytułach prasy krajowej (Axel Springer, Vogel Burda, Bauer). Prowadzi blog www.samo. zlo.pl

207


REDAKCJA Michał Jarczewski (sekretarz redakcji), Bartłomiej Kachniarz, Bartłomiej Radziejewski (redaktor naczelny), Szymon Ruman, Dominik Smyrgała, Jan Filip Staniłko, Marek Wróbel

WSPARCIE Okładka: Miłosz Lodowski Ilustracje: Miłosz Lodowski, gościnnie: Andrzej Krauze Skład: Miłosz Lodowski, PanDawer Organizacja druku: PanDawer Korekta: Małgorzta Terlikowska

PISMO Wydawca: Fundacja Republikańska Kontakt z redakcją: rw@republikanie.org Plac Konstytucji 5/41 00-657 Warszawa tel.: +48 22 465 20 02 RZECZY WSPÓLNE PISMO REPUBLIKAŃSKIE NR 1/2010 Cena: 18 PLN (0% VAT) ISSN 2081-5417 Nakład 1500 egz.

Aby zaprenumerować kwartalnik „Rzeczy Wspólne”, prosimy o odwiedziny strony internetowej www.rzeczywspolne.pl lub zamówienie elektroniczne pod adresem prenumerata.rw@republikanie.org. Redakcja zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i zmiany tytułów. Materiałów niezamówionych nie odsyłamy. Redakcja „Rzeczy Wspólnych” nie ponosi odpowiedzialności za treść i formę reklam.


Credo dobroczyńcy Fundacji Republikańskiej: Jeśli wierzysz, że • Dobrzy obywatele nie rosną na drzewach, lecz powinni kształtować się przez wychowanie •

Niezależni eksperci to ci, których pracę cenią i dobrowolnie opłacają obywatele

• „Rzeczy Wspólne” mogą być – dzięki Tobie – jeszcze lepsze

Dołącz do nas! Zacznij regularnie wspierać nas finansowo: Fundacja Republikańska, Citi Bank Handlowy 27 1030 0019 0109 8530 0026 4253, z dopiskiem „darowizna na cele statutowe” lub Skontaktuj się z nami i dołącz jako wolontariusz, autor, ekspert: biuro@republikanie.org www.republikanie.org www.facebook.com/republikanie


MANIFEST „JESTEŚMY REPUBLIKANAMI!” Odczytany i podpisany przez inicjatorów Fundacji Republikańskiej i Stowarzyszenia Republikanie.org w Warszawie 14 listopada 2009 roku Jesteśmy Republikanami, bo chociaż różnimy się w wielu sprawach, mamy różne powołania życiowe, wykonujemy różne zawody i zajęcia, razem staramy się dbać Republika o dobro wspólne nas wszystkich – Polskę. Chcemy, by była ona Republiką – wspólnym dobrem, o które dbają razem wszyscy obywatele, zjednoczeni uznaniem dla praw i pożytków z życia we wspólnocie. Łączy nas przede wszystkim wiara w niezbywalną godność każdego człowieka, Życie ze względu na którą życie ludzkie powinno być bezwarunkowo chronione od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci. Jesteśmy równie gorąco przekonani, że życie publiczne powinno kształtowane Dobro w duchu prymatu dobra wspólnego nad interesami prywatnymi, a prawo służyć wspólne ogółowi obywateli, a nie zorganizowanym grupom partykularnych interesów. Jesteśmy patriotami. Wierzymy, że państwo polskie – owoc pracy i walki pokoleń Polska Polaków – powinno być tak formalnie suwerenne, jak rzeczywiście podmiotowe wobec krajowych i ponadnarodowych grup interesu, państw i organizacji. Prawo Zgadzamy się, że tworzące prawo i podejmujące decyzje o życiu obywateli władze naturalne są związane prawem wyższego rzędu i zdrowym rozsądkiem. Chociaż nasze podstawowe obowiązki to dbałość o wielowymiarowy rozwój rodziOdpowie- ny i sumienność w pracy zawodowej, jesteśmy przekonani, że odpowiedzialność obywatelska – postawa zaangażowania się w sprawy publiczne, jest naturalnym dodzialność pełnieniem tych obowiązków. Walka o jak największy zakres aktywności publicznej, obywatelska rozwijanej w harmonii z życiem rodzinnym i zawodowym jest podstawowym wyzwaniem każdego Republikanina. Jesteśmy Republikanami, bo nie mamy zideologizowanego podejścia do spraw publicznych – pamiętając o duchu republikańskim, jesteśmy otwarci na bardzo różne Wolność propozycje rozwiązań instytucjonalnych służących ochronie życia, dobru wspólnemu, podmiotowości Polski. Chcemy wspólnie o nich dyskutować i nad nimi pracować. Obok szacunku dla wspólnych wartości, uważamy, że działalność publiczna powinna być prowadzona w duchu optymizmu i przekonania o wartości wspólnych wysiłków. Optymizm Dlatego unikamy ideologicznego zacietrzewienia, nieprowadzącego do działania gadulstwa, jałowego krytykanctwa i niepopartego doświadczeniem teoretyzowania. Staramy się być coraz lepszymi obywatelami Rzeczpospolitej – szanującymi prawo, korzystającymi z własnej wolności i szanującymi wolność innych. Wierząc, że Formacja siła Republiki, sprawiedliwość jej prawa i dobrobyt zależą od cnót jej obywateli, jako priorytet traktujemy samokształcenie i pracę nad kształtowaniem republikańskiego ducha naszych współobywateli. Jesteśmy również przekonani, że owocne dla Rzeczpospolitej angażowanie się w życie publiczne – patrzenie władzy na ręce i dokonywanie roztropnych zmian Wiedza prawa służących dobru wspólnemu – wymaga od nas nieustannego pogłębiania wiedzy na temat działania państwa i gospodarki. Dlatego powołaliśmy stowarzyszenie Republikanie.org, którego członkowie pracą i wsparciem materialnym działają na rzecz budowy silnych instytucji obywatelskich, Instytucje których cele i duch są republikańskie. Wierzymy, że dzięki naszym wspólnym działaniom w interesie publicznym, Polska będzie coraz bardziej republiką, a my będziemy coraz bardziej dumni, że jesteśmy jej obywatelami.

www.republikanie.org


Rzeczy Wspólne #1 - Republikanskie odrodzenie?