Page 1

Komentarze i analizy nr 4 kwiecień 2012 – maj 2012

Warszawa, 5 czerwca 2012 r. www.cafr.pl


1. Deregulacja zbiórek publicznych – stan debaty .............................................................................. 4 2. Repolonizacja banków a stabilność finansowa ............................................................................. 10 3. Wybory we Francji: dużych zmian nie będzie ................................................................................ 13 4. Cztery manipulacje w liście ministra Rostowskiego ...................................................................... 15 5. Błędne koło wokół lokat antybelkowych......................................................................................... 17 6. Nowa odsłona rywalizacji militarnej Chin i USA ............................................................................ 19 7. Nadzieja umiera ostatnia, czyli cztery problemy Sarko ................................................................. 21 8. Lobby IP w pogoni za rentą ........................................................................................................... 23 9. Polska na strategicznym rozdrożu ................................................................................................. 27 10. Deregulacja – jak powstrzymać inflację prawa? .......................................................................... 30 11. Od zielonej wyspy do czarnej dziury ............................................................................................ 32 12. Lokalna oligarchia nie lubi kontroli ............................................................................................... 36 13. Darmowy kredyt dla fiskusa ......................................................................................................... 38 14. Bojkot uwiera ............................................................................................................................... 40 15.Chytry traci dwa razy .................................................................................................................... 41 16. Chicago: Walka o wiarygodność sojuszu .................................................................................... 44 17. Szkoda, że Rotfeld nie zareagował od razu ................................................................................ 48 18. USA: Nowa odsłona sporu o małżeństwo.................................................................................... 49 19. Interpretacje podatkowe – potrzeba rewizji ................................................................................. 51 1. Wstęp do ósmego numeru „Rzeczy Wspólnych” ........................................................................... 55 2. Deklaracja prenumeratora kwartalnika „Rzeczy Wspólne” ............................................................ 56 1. Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej ..................................................................................... 57 2. Kongresy Republikańskie .............................................................................................................. 58 3. Spotkania Czwartkowe .................................................................................................................. 60 4. Film „To nie jest kraj dla młodych ludzi” ......................................................................................... 62 5. Szkoła Letnia Akademii Młodych ................................................................................................... 62 1. Dlaczego warto wspierać Fundację Republikańską? .................................................................... 63 2. Deklaracja Darczyńcy Fundacji Republikańskiej ........................................................................... 64

2


Szanowni Państwo, Czwarty już raz prezentujemy Państwu zestawienie tekstów opracowanych w ciągu minionych dwóch miesięcy przez zespół

Centrum

Analiz

Fundacji

Republikańskiej. W

kwietniu i czerwcu przedstawiliśmy blisko 20 tekstów analitycznych i komentarzy. Wyjątkowo często gościliśmy na łamach prasy: trzy z zamieszczonych w tym zbiorze artykułów ukazały się na łamach „Rzeczpospolitej”, cztery kolejne – na łamach „Naszego Dziennika”.

Najistotniejszym

elementem

prac

Centrum

Analiz

w

minionych dwóch miesiącach była publikacja obszernego opracowania dotyczącego deregulacji. Prawnicy i ekonomiści związani z Fundacją Republikańską przygotowali szczegółowe teksty, które są znakomitym punktem wyjścia do dalszej pracy nad odrzuceniem legislacyjnego balastu krępującego rozwój polskiej gospodarki. Streszczam opracowane w raporcie analizy we wstępie pt. Deregulacja – jak powstrzymać inflację prawa? Wyjątkowo dużo materiałów w ostatnich dwóch miesiącach dotyczyło tematyki międzynarodowej. Nasi eksperci komentowali m.in. wybory prezydenckie we Francji, relacje polsko-ukraińskie przed Euro 2012 czy sprawę skandalu wokół wypowiedzi Baracka Obamy o „polskich obozach”. Również w najnowszym, ósmym numerze kwartalnika „Rzeczy Wspólne” wiele uwagi poświęcamy wpływowi dynamicznych zmian w otoczeniu międzynarodowym na polską politykę. Poświęcone zostały temu dwa bloki tekstów w naszym piśmie: „Przeciwko eurofanatykom” oraz „Jak Chiny zmieniają Polskę i resztę świata”. Zachęcam do zapoznania się z pismem! „Komentarze i Analizy”, jak wszystkie projekty Fundacji Republikańskiej, tworzymy dla Państwa i dzięki Państwu. Tych Czytelników, którzy doceniają działalność analityczną CAFR, proszę tradycyjnie o rozważenie możliwości wsparcia naszych działań poprzez dołączenie do grona naszych stałych darczyńców. W ogromnej mierze to właśnie drobne, ale regularne wpłaty wielu naszych sympatyków pozwalają funkcjonować naszej organizacji. Mam nadzieję, że dalszy rozwój naszej działalności dzięki Państwa zaangażowaniu będzie możliwy! Życzę miłej lektury.

dr Stanisław Tyszka Dyrektor Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej 3


1. Deregulacja zbiórek publicznych – stan debaty Piotr Trudnowski, członek zespołu Fundacji Republikańskiej Postulat gruntownej deregulacji przepisów o zbiórkach publicznych zyskuje poparcie najróżniejszych środowisk pozarządowych i polityków różnych opcji politycznych. Pojawiają się kolejne projekty zmiany obowiązującej ustawy, a w najbliższym czasie ostatecznie kompetencje do zajmowania się tą kwestię z rąk „siłowego” Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przejmie „innowacyjne” Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Warto usystematyzować najważniejsze wydarzenia w tej sprawie i zastanowić się nad skuteczną drogą wypracowania propozycji dobrych regulacji w zakresie zbiórek publicznych. Opublikowany na początku stycznia na łamach cafr.pl tekst dotyczący regulacji ograniczających przeprowadzanie zbiórek publicznych[1] spotkał się ze znaczącym zainteresowaniem mediów, przedstawicieli organizacji pozarządowych i środowisk zainteresowanych stworzeniem nowoczesnych ram regulacyjnych dla rozwoju finansowania społecznościowego w Polsce. O problemie pisał m.in. Gość Niedzielny[2], Rzeczpospolita[3], portal niezależna.pl[4]. Na bieżąco informacje w tej sprawie publikuje branżowy portal ngo.pl[5]. Stanowisko zbieżne z naszym postulatem daleko idącej deregulacji opublikowało Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza[6]. Sprawie pomogło też zamieszanie wokół ACTA, które skłoniło Piotra Vaglę Waglowskiego do uwzględnienia problemów dotyczących crowdfundingu w jego propozycji „konstruktywnej agendy dla postpolitycznego społeczeństwa informacyjnego”[7]. 1. 1. Deklaracja Boniego: otworzyć polskie prawo dla crowdfundingu 25 stycznia na wspólnym posiedzeniu Komisji ds. Unii Europejskiej, Komisji Kultury i Środków Przekazu i Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii minister administracji i cyfryzacji Michał Boni odniósł się do przedstawionych przez Piotra Waglowskiego postulatów. Powinniśmy sobie uświadomić, że potrzebna jest szersza dyskusja na temat różnych spraw związanych z funkcjonowaniem Internetu w Polsce. (…) Powinniśmy być w ciągu tygodnia gotowi ze wskazaniem obszarów, nad którymi warto toczyć dyskusję na temat utrzymania, a nawet wzmocnienia wszystkich swobód, które w Internecie funkcjonują. (…) Drugi obszar dotyczy crowdfundingu – różnych form finansowania niektórych przedsięwzięć. Przy okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy mieliśmy taki przykład i przepisy prawne muszą się na to otworzyć. Jest również – dla tych, którzy naprawdę interesują się Internetem – jeszcze jedno zjawisko i jeden proces zwany corwdsourcingiem, który polega na tym, że szuka się wspólnych rozwiązań poprzez debatę internetową. Myślę, że o takich sprawach również warto dyskutować i będziemy chcieli dyskutować[8]. 1. 2. Interpelacje Przemysława Wiplera ws. zbiórek publicznych i finansowania społecznościowego We współpracy z Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej poseł Przemysław Wipler napisał i złożył dwie istotne dla dalszych działań deregulacyjnych interpelacje: w sprawie wydawania pozwoleń na przeprowadzenie zbiórek publicznych do ministra spraw wewnętrznych[9] i w sprawie planowanych zmian przepisów blokujących rozwój finansowania społecznościowego w Polsce do ministra administracji i cyfryzacji[10]. Interpelacje wpłynęły do Sejmu 6 lutego. Poza znanymi argumentami na rzecz dereglamentacji działalności dobroczynnej w interpelacji do Michała Boniego podkreślone zostały też szanse, jakie stworzenie nowoczesnych ram regulacyjnych dla finansowania społecznościowego tworzy dla polskich przedsiębiorców: Uruchomienie inicjatyw opartych o ideę finansowania społecznościowego w zakresie działalności dobroczynnej i kulturalnej wymaga w pierwszej kolejności nowelizacji lub całkowitej derogacji przepisów określających zasady prowadzenia zbiórek publicznych. Jednocześnie potencjalny rozwój finansowania społecznościowego dla innowacyjnych przedsiębiorstw, start-upów i małych firm może zostać zablokowany innymi przepisami prawa. To szczególnie niepokojące, gdy weźmie się pod 4


uwagę niedawno opublikowane dane ZUS pokazujące, że w 2011 roku powstało w Polsce tylko 37 tysięcy nowych firm, podczas gdy w poprzednich latach powstawało średnio między 80-100 tysięcy nowych przedsiębiorstw. W tej sytuacji pozyskiwanie kapitału ze społeczności tworzy perspektywę dokapitalizowania innowacyjnych pomysłów przy jednoczesnej partycypacji w zyskach szerokiej rzeszy inwestorów. W interpelacjach pojawiły się m.in. pytania o inne niż przepisy o zbiórkach publicznych zidentyfikowane przez MAC regulacje, które mogą stanowić ograniczenie dla rozwoju finansowania społecznościowego w Polsce, liczbę wniosków o pozwoleń na zbiórkę publiczną złożonych do MSW i innych organów w 2011 r., czas rozpatrywania wniosku o pozwolenie na przeprowadzenie zbiórki publicznej etc. Przedstawiciele obu ministerstw wystąpili o przedłużenie regulaminowego terminu odpowiedzi na interpelacje. Do dziś odpowiedzi nie zostały opublikowane na stronach Sejmu RP. 1. 3. Nowelizacja ustawy w Sejmie: zagrożenie doregulowania? 21 lutego Rada Ministrów przyjęła projekt Ustawy o zmianie ustawy o działach administracji rządowej i niektórych innych ustaw. Intencją części nowelizacji jest przekazanie części kompetencji pozostałych ministerstw do MAC, które powstało na początku tej kadencji parlamentu. Minister Boni sam określił MAC jako „ministerstwo w instalacji”. Choć istnieje już blisko pół roku, dopiero ta zmiana prawa ostatecznie pozwoli mu w pełni wypełniać swoje obowiązki. Dotychczas w kwestii wydawania pozwoleń na przeprowadzenie zbiórek publicznych panował swoisty dualizm resortowy: zgodnie z Ustawą o działach administracji rządowej leżało to w kompetencjach ministra Boniego, jednak niezmieniona treść Ustawy o zbiórkach publicznych wciąż mówi o ministrze właściwym ds. wewnętrznych. Przyjęty przez Radę Ministrów projekt nowelizacji porządkuje te kwestie. Projekt nowelizacji został wysłany do Sejmu 23 lutego, a 16 marca odbyło się pierwsze czytanie projektu. Projekt skierowano do dalszych prac. Projekt w obecnie formie – poza przekazaniem kompetencji do MAC – uwzględnił jeden z przedstawionych przez nas postulatów deregulacyjnych. Zgodnie z dziś obowiązującym brzmieniem Ustawy o zbiórkach publicznych by zorganizować zbiórkę, z której ofiary mają być przekazane zagranicę, trzeba nie tylko zgody ministra spraw wewnętrznych, ale również szefa dyplomacji i ministra finansów. W ramach konsultacji międzyresortowych – i wobec perspektywy przekazania problematyki w kompetencje MAC – ministerstwo spraw wewnętrznych samo zaproponowało uproszczenie tych przepisów i pozostawienie wymagania legalizacji zbiórki jedynie przez ministra właściwego ds. administracji. To bez wątpienia dobry znak, który pokazuje skuteczność zabiegów organizacji pozarządowych na rzecz likwidacji największych legislacyjnych absurdów krępujących w Polsce dobroczynność. W czasie prezentacji projektu w Sejmie Michał Boni zapowiedział również, że możliwe są dalsze zmiany obowiązujących przepisów: Do zakresu obowiązków ministra administracji i cyfryzacji, w odpowiedniej dziedzinie, w dziale dotyczącym administracji publicznej przenosi się także zbiórki publiczne, to jest art. 2 projektu ustawy. Wydaje się, że istotne znaczenie ma to, że minister zajmujący się administracją będzie tutaj wydawał zgodę. Myślę, że na posiedzeniu komisji będziemy również dyskutowali coś, co państwo możecie wnieść jako poprawkę, a co oznaczałoby zróżnicowanie form przekazywania środków w zbiórkach publicznych oraz użycie różnych instrumentów płatniczych. Jest publiczne pytanie, które bywa zadawane, czy zbiórki publiczne mogą się odbywać drogą elektroniczną.[11] Ewentualne uznanie w ustawie pozyskiwania funduszy drogą elektroniczną za zbiórkę publiczną oznaczałoby poszerzenie zakresu regulacji i przeniesienie kontrowersyjnej dziś pod względem konstytucyjnym definicji zbiórki publicznej z poziomu rozporządzenia na poziom ustawowy. Przypomnijmy, że zgodnie z obecnym brzmieniem ustawy wszelkie publiczne zbieranie ofiar w gotówce lub naturze na pewien z góry określony cel wymaga pozwolenia właściwego terenowo organu władzy. To rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z dnia 6 listopada 2003 r. wprowadziło definicję, zgodnie z którą Zbiórka publiczna ofiar w gotówce może być prowadzona w formie dobrowolnych wpłat na kontro, założone osobno dla każdej zbiórki publicznej przez przeprowadzającego zbiórkę publiczną, a rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i 5


Administracji z 18 marca 2004 rozszerzyło ją również o zbiórki za pomocą smsów (Zbiórka publiczna ofiar w gotówce może być prowadzona w formie (…) sprzedaży przedmiotów i usług). 1. 4. Wyrok w sprawie Histmag: zbiórka w sieci nie jest zbiórką publiczną! 6 lutego zapadł pierwszy w Polsce wyrok, który jednoznacznie uznał wątpliwości krytyków opisywanego rozporządzenia. Wydawca portalu Histmag.org w październiku 2011 roku otrzymał wezwanie na komisariat w związku z podejrzeniem o popełnieniu wykroczenia z art. 56 Kodeksu Wykroczeń, polegającego na prowadzeniu zbiórki publicznej bez stosownego zezwolenia[12]. Rzeczywiście twórcy portalu apelowali do swoich czytelników o wpieranie portalu darowiznami na wskazany numer konta. Wydawca otrzymał za pośrednictwem Piotra Waglowskiego wsparcie krakowskiej kancelarii prawnej. Sąd wywiódł, że § 1 rozporządzenia z 6 listopada 2003 r. wykracza poza delegację ustawową zawartą w art. 5. Ustawy o zbiórkach publicznych. Zgodnie z uzasadnieniem wyroku Sądu Rejonowego dla Krakowa-Podgórza w Krakowie, Wydział XI Karny, z 6 lutego 2012 r. (sygn. akt. XI W 1497/11/P): Zdaniem Sądu w żadnej mierze nie można przyjąć, iż obrót bezgotówkowy (przelewy elektroniczne i system PayPal) jest zbieraniem ofiar w gotówce i naturze w rozumieniu cytowanej ustawy. Kłóci się to bowiem z intuicyjnym znaczeniem słowa „gotówka” jak i stoi w sprzeczności ze znaczeniem słownikowym. Słusznie, zdaniem Sądu, wskazuje obrońca obwinionego, że definicja zbiórki publicznej poprzez zbieranie ofiar w gotówce lub w naturze odnosi się do obrotu gotówkowego, a nie bezgotówkowego. Dodatkowo mieć należy na względzie, że skoro ustawodawca – mając taką możliwość – nie znowelizował ustawy w ten sposób, że rozszerzył obowiązek uzyskania zezwolenia na zbiórki prowadzone w sposób bezgotówkowy, to takiego obowiązku nie chciał nałożyć na podmioty organizujące zbiórki. (…) Zgodnie z hierarchią aktów prawa rozporządzenie jest wydawane na podstawie i w celu wykonania ustawy. Tym samym może precyzować jedynie przepisy ustawowe w takim zakresie, na jaki pozwala delegacja ustawowa. W tym przypadku, w ocenie Sądu, treść rozporządzenia wykracza poza delegację ustawową zawartą w przepisach ustawy o zbiórkach publicznych i prowadzi do sprzeczności z ustawą, na podstawie której zostało wydane. Zdaniem Sądu rozporządzenie rozszerza samo pojęcie zbiórki – opisane w ustawie – co w polskim systemie prawa jest niedopuszczalne.[13] Wyrok nie pozostawia wątpliwości, że po wejściu w życie opisanej w punkcie 4 nowelizacji Minister Administracji i Cyfryzacji będzie musiał wydać nowe rozporządzenie zgodne z delegacją ustawową. 1. 5. Konferencja Ruchu Palikota 19 marca 2012 r. w Sejmie odbyła się konferencja prasowa, na której posłowie Ruchu Palikota Wincenty Elsner i Artur Dębski przedstawili założenia nowelizacji Ustawy o zbiórkach publicznych. Przedstawiono główne cele projektowanej nowelizacji ustawy o zbiórkach publicznych: 1. Usunięcie niejednoznaczności interpretacyjnych dotyczących tego, czym jest zbiórka publiczna. Jeżeli zbiórki publicznej nie ma, to nie ma potrzeby występowania o jakiekolwiek zgody. 2. Ułatwienie prowadzenia zbiórek publicznych, w tym zbiórek publicznych w Internecie. Ruch Palikota proponuje zmianę procedury tak, aby zainteresowany podmiot zgłaszał warunki przeprowadzenia zbiórki w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji. Jeżeli w ciągu dwóch tygodni nie zostałaby wydana decyzja zabraniająca przeprowadzenia zbiórki, zbiórka mogłaby zostać zrealizowana zarówno w realu jak i w Internecie. 3. Umożliwienie zainteresowanym osobom – beneficjentom zbiórki publicznej – inicjowania zbiórki pieniędzy ze wskazaniem na konto instytucji wyższej użyteczności, która następnie nadzorowałaby sposób wydatkowania środków. 4. Legalizacja crowdfundingu – finansowania społecznościowego. Podobnie jak to dzieje się w innych krajach, na polskich stronach internetowych moglibyśmy legalnie zamieszczać przyciski „Wspomóż mnie” i stymulować rozwój serwisów, finansowanych przez społeczność internetową.[14] 6


Dotychczas na stronach internetowych partii nie pojawił się projekt ustawy, a jedynie informacja streszczająca konferencję prasową. Fakt zainteresowania się przez posłów Ruchu Palikota problematyką zbiórek publicznych i finansowania społecznościowe należy ocenić pozytywnie. Przedstawione założenia do prac nad nowelizacją należy jednak jednoznacznie skrytykować, gdyż w praktyce obok pewnych uproszczeń administracyjnych oznaczać będą wzmocnienie regulacji pozyskiwania funduszy w Internecie i rozszerzenie ustawowej definicji zbiórki. 1. 6. Spotkanie w Kancelarii Prezydenta: Forum Darczyńców za deregulacją 29 marca w Kancelarii Prezydenta RP odbyło się spotkanie dotyczące zbiórek publicznych z przedstawicielami organizacji pozarządowych. Gospodarzem spotkania było Biuro Polityki Społecznej Kancelarii Prezydenta RP, a jego inicjatorem doradca Prezydenta RP ds. społecznych Henryk Wujec. W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele różnych środowisk pozarządowych, m.in. Forum Darczyńców, Fundacji Anioły Filantropii, WWF Poland, Forum Obywatelskiego Rozwoju, Związku Harcerstwa Polskiego i Fundacji Republikańskiej, a także przedstawiciele MSW i MAC. Najważniejszym elementem spotkania było przedstawienie przez p. Ewę Kulik-Bielińską, dyrektor Fundacji im. Stefana Batorego, propozycji kierunku zmian nowelizacji Ustawy o zbiórkach publicznych wypracowaną w ramach Forum Darczyńców. Forum Darczyńców od lat postulowało zmianę regulacji dotyczących zbiórek publicznych, jednak deklarowało jedynie chęć zmiany obowiązującego rozporządzenia[15]. Po raz pierwszy przedstawiono założenia do kompleksowej nowelizacji ustawy. Stwierdzono m.in.: Nowa ustawa powinna iść w kierunku deregulacji i ograniczyć wymóg ubiegania się o pozwolenie na przeprowadzanie zbiórki publicznej do tych przypadków, w których brak jest innych form kontroli pozyskiwanych środków.  Regulacje dotyczące zbiórki publicznej powinny odnosić się jedynie do fizycznego zbierania ofiar i datków (gotówki i darów rzeczowych) w przestrzeni publicznej, czyli zbierania do puszek i koszy na ulicy, w miejscach publicznych lub chodzenia od domu do domu.  O publicznych charakterze zbiórki decydować powinien fakt publicznego zbierania ofiar, a nie publiczny apel o wsparcie w mediach tradycyjnych i elektronicznych.  Z rygorów zbiórki publicznej wyłączone powinny być wszystkie formy pozyskiwania środków przez zarejestrowane organizacje pozarządowe, w których ma miejsce automatyczne ewidencjonowanie darów, a darczyńca może skorzystać ze zwolnień podatkowych: a więc wpłaty na konto bankowe, wpłaty za pomocą SMSów i audiotele, wpłaty on-line.  Zamiast zezwolenia na przeprowadzenie zbiórki należy rozważyć zgłoszenie zamiaru jej przeprowadzenia, tak jak jest to w przypadku Ustawy o zgromadzeniach. Brak pisemnej odpowiedzi organu, u którego zgłoszono zamiar przeprowadzenia zbiórki w ustalonym w ustawie terminie (np. 7 dni) oznacza zgodę na przeprowadzenie zbiórki. Propozycje Forum Darczyńców napawają optymizmem. Organizacja, do której należą przedstawiciele tak poważnych podmiotów jak m.in. Fundacja Batorego, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Fundacja Polsat, Fundacja TVN Nie Jesteś Sam i wielu innych wielkich, głównie korporacyjnych fundacji[16], opowiedziała się za daleko idącą deregulacją i uproszczeniami w procesie przeprowadzania zbiórek publicznych. Oczywiście nie oznaczają one całkowitego uwolnienia pozyskiwania funduszy na działalność dobroczynną (i nie tylko), ale stanowią krok w dobrą stronę w porównaniu z dziś obowiązującymi regulacjami. 

Przedstawione postulaty są punktem wyjścia do dyskusji wśród przedstawicieli różnych organizacji pozarządowych, która ma się odbyć w czwartek 5 kwietnia w Fundacji Batorego. 1. 7. Polskie Towarzystwo Crowdfundingu 30 marca w Warszawie powstało Polskie Towarzystwo Crowdfundingu. Karol Król, jeden z inicjatorów powstania stowarzyszenia i najważniejszy propagator idei finansowania społecznościowego w Polsce, zamieścił krótką relację z tego wydarzenia na swoim blogu[17]: Główne priorytety i cele statutowe to promocja mechanizmu finansowania społecznościowego oraz analiza i konsultacje istniejącego otoczenia prawnego, które mają zostać zakończone propozycją ustawy lub szczegółowym wskazaniem obszarów nadmiernej, niedostatecznej lub ograniczającej rozwój regulacji istniejącej obecnie. 7


Naturalnie jednym z aspektów działalności stowarzyszenia będzie opiniowanie i ewentualne proponowanie regulacji dotyczących zbiórek publicznych. Co istotne, w spotkaniu wzięli udział przedstawiciele bardzo różnych środowisk: prawnicy, przedsiębiorcy, twórcy start-upów, fundraiserzy i przedstawiciele organizacji społecznych (w tym Fundacji Republikańskiej i Forum Obywatelskiego Rozwoju) i kulturalnych (Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana). Zróżnicowane perspektywy członkówzałożycieli stowarzyszenia gwarantują, że ewentualne propozycje regulacyjne zarówno w zakresie zbiórek publicznych, jak i innych przepisów ograniczających dziś rozwój finansowania społecznościowego, nie będą miały charakteru korzystnego jedynie dla wąskiej grupy beneficjentów (jak bywa w przypadku propozycji składanych przez koalicje organizacji pozarządowych), ale będą w pierwszej kolejności kierowały się potrzebą dobrej regulacji i interesem obywateli. Podsumowanie Wyrok sądu w sprawie portalu histmag.org udowodnił, że zmiana regulacji dotyczących zbiórek publicznych jest konieczna. Istotne, że ta potrzeba została dostrzeżona niezależnie przez różnych aktorów sceny politycznej. Pierwsze propozycje legislacyjne ze strony MAC są bardzo drobnym krokiem, ale w słusznym kierunku deregulacji przepisów. Obecnie potrzebna jest poważna dyskusja nad propozycjami nowych przepisów. Dobrym punktem wyjścia do dalszej dyskusji jest przedstawiona na spotkaniu w Kancelarii Prezydenta propozycja założeń do nowej ustawy opracowana przez Forum Darczyńców. Niestety dziś jej inicjatorzy raczej wykluczają możliwość całkowitego usunięcia przepisów o zbiórkach publicznych z porządku prawnego. Co więcej, ta wizja nie uwzględnia jeszcze wszystkich aspektów ważnych dla rozwoju finansowania społecznościowego w Polsce oraz pozyskiwania środków przez podmioty inne niż organizacje pozarządowe. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem wydaje się prowadzenie prac nad możliwie daleko idącą propozycją deregulacyjną, która kierowała się będzie nie interesem organizacji pozarządowych, ale w pierwszej kolejności zgodna będzie z zawartą w artykule 63 Konstytucji RP zasadą, iż własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności. Szczególnie istotne jest też, by trwające prace dotyczące regulacji zbiórek publicznych, jak innych przepisów ograniczających rozwój finansowania społecznościowego w Polsce były prowadzone równolegle i nie tworzyły dwóch alternatywnych rzeczywistości. [1] http://www.cafr.pl/2012/01/kac-po-wosp-czyli-jak-panstwo-reglamentuje-dobroczynnosc/ [2] http://gosc.pl/doc/1050253.Uwolnic-dobroczynnosc [3] http://www.rp.pl/artykul/809154.html?print=tak&p=0 [4] http://niezalezna.pl/21779-dlaczego-nie-wszyscy-moga-zbierac-jak-orkiestra [5] M.in. http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/620079.html , http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/633252.html , http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/753088.html , http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/715080.html , http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/759438.html . [6] http://www.for.org.pl/pl/d/40c731c2fa3683f5bcea89ae532af15e [7] http://prawo.vagla.pl/node/9640 [8] http://sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/transmisje.xsp?unid=9C0FEE73C01CD51BC125799000330694 [9] http://orka2.sejm.gov.pl/IZ7.nsf/INTop/01720?OpenDocument [10]http://orka2.sejm.gov.pl/IZ7.nsf/INTop/01719?OpenDocument [11] http://sejmometr.pl/wystapienie/7171 [12] http://histmag.org/?id=6457 [13] http://prawo.vagla.pl/node/9704

8


[14] http://www.ruchpalikota.org.pl/wiadomosci/projekt-polska-20-e-zbiorki-publiczne [15] http://www.forumdarczyncow.pl/text.php?menu_id=95 [16] http://www.forumdarczyncow.pl/cz.php [17] http://crowdfunding.pl/2012/03/30/to-byl-dobry-dzien-dla-polskiego-crowdfundingu/#.T3nhAXmPXIU

9


2. Repolonizacja banków a stabilność finansowa Łukasz Czernicki, Ekspert Fundacji Republikańskiej Toczącą się w Polsce dyskusję nad repolonizacją banków zdominował spór o możliwe warianty przeprowadzenia takich operacji i o konsekwencje lokalizacji centrum decyzyjnego w kraju lub za granicą. Warto jednak zastanowić się nad tym, czemu właściwie miałoby służyć przejęcie banków w perspektywie krótko- i długoterminowej. Aby przedwcześnie nie okopać się ani po jednej, ani po drugiej stronie barykady, warto szerzej spojrzeć na rolę sektora finansowego, nie ograniczając się tylko do dyskusji o strukturze własnościowej. Stabilność finansowa w dobie kryzysu Według powszechnych przewidywań w najbliższym czasie zachodnie banki będą zmuszone do pozyskania większej ilości kapitału. Z jednej strony ze względu na wymogi kapitałowe Bazylea III, z drugiej strony na skutek odpisów związanych z zapowiedzianą redukcją greckiego zadłużenia. Uzyskanie adekwatnego wsparcia finansowego z rynku wydaje się bardzo trudne, dlatego jedną z możliwych strategii zachodnich banków będzie transfer kapitału z polskich spółek-córek do banków macierzystych. Jako, że miałoby się to odbywać na drodze księgowej konsolidacji, lokalny nadzór finansowy nie byłby w stanie takiego procederu zablokować. Stefan Kawalec, który jako pierwszy rzucił hasło repolonizacji banków, przekonywał, że zagraniczne centrale mogą w tym celu ograniczyć kredytowanie polskich przedsiębiorstw oraz zmniejszyć limity na inwestycje polskich banków w krajowe obligacje skarbowe, utrudniając tym samym finansowanie długu publicznego. „Udomowienie banków” miałoby – jego zdaniem – zapewnić stabilne finansowanie zarówno dla polskich przedsiębiorstw jak i dla sektora publicznego. Zapewnienie polskim firmom ciągłego dostępu do kredytu to słuszny postulat. Brak stałego finansowania mógłby zmusić do bankructwa niejedną dobrze rozwijająca się firmę. Inaczej sprawa się ma w przypadku obligacji Skarbu Państwa. Wykorzystanie zrepolonizowanych banków do finansowania polskiego długu osłabiłoby bodźce do głębszych i szybszych reform strukturalnych. W tej kwestii rację trzeba przyznać Maciejowi Samcikowi, który na łamach Gazety Wyborczej zauważył, że „banki komercyjne nie służą temu, żeby wyświadczać uprzejmości polskiemu Ministerstwu Finansów i kupować emitowane przezeń obligacje po każdej cenie”. Czy jednak proponowana przez Kawalca repolonizacja banków jest dobrym rozwiązaniem, aby zapewnić dostęp do kredytu polskim przedsiębiorcom w czasie kryzysu? Po pierwsze, trzeba mieć świadomość, że przejecie spółek-córek to przejecie działających już od lat instytucji finansowych odpowiednio powiązanych ze swoimi centralami. W ostatnich latach banki-matki zasilały swoje środkowoeuropejskie spółki zależne kapitałem, który te wykorzystywały do udzielania kredytów. Obecne zadłużenie polskiego sektora bankowego wobec zagranicy wynosi około 240 mld złotych. Nawet jeśli udałoby się odkupić jakieś instytucje finansowe, wcale nie oznacza to, że banki europejskie będą chciały utrzymywać linie kredytowe finansujące ich dotychczasową działalność. Wręcz przeciwnie, można się spodziewać, że banki zachodnie skoncentrowane na swoich własnych problemach, będą starały się ograniczyć kredyty dla sprzedawanych instytucji, co pozwoli zaspokoić ich zapotrzebowanie na kapitał. Kupno owych banków przez polskich właścicieli postawiłoby ich przed sporym problemem znalezienia zastępczego źródła finansowania zagranicznego. W czasie kryzysu może być to nie lada wyzwaniem. Może się zatem okazać, że banki już pod polskim kierownictwem będą i tak zmuszone do transferu kapitału z Polski w celu spłacenia istniejących linii kredytowych. Sama repolonizacja nie może być zatem traktowana jako gwarancja stabilnego finansowania polskich przedsiębiorstw z powodu zbyt skromnej wielkości krajowych oszczędności. Po drugie, warto mieć na uwadze to, w jakiej sytuacji makroekonomicznej znajdujemy się obecnie. Ciągle nierozwiązany jest kryzys zadłużenia państw europejskich. Prawdopodobieństwo rozpadu strefy euro wzrosło w ostatnim czasie drastycznie. Wielu gospodarkom na świecie grozi recesja. Takie sytuacje generują ryzyko, które najczęściej prowadzi do ucieczki kapitału w kierunku bezpiecznych walut i aktywów. W roku 2011 wiele niepokoju wzbudziło silne osłabienie złotego. Kupno bankówcórek przez polskich inwestorów oznaczałoby wymianę na rynku walutowym wielkich sum, gdyż zagraniczne centrale banków potrzebują euro lub dolarów, a nie polskich złotych. To wywarłoby 10


dodatkową presję na nasza walutę. Aby tego uniknąć prof. Krzysztof Rybiński na łamach Rzeczpospolitej zaproponował, by do całej operacji użyć rezerw walutowych NBP. To miałoby wyeliminować ryzyko silniejszego osłabienia polskiej waluty. Niemniej jednak kredytowanie polskimi rezerwami walutowymi przejęć w sektorze bankowym obniżyłoby zdolności interweniowania przez NBP w obronie złotego. A każde silniejsze osłabienie złotego zachwiałoby sytuacją finansowa nie tylko wielu polskich przedsiębiorstw, ale także gospodarstw domowych. W takiej sytuacji dużo rozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się umożliwienie sprzedaży bankówcórek silnym kapitałowo grupom spoza Europy, które z jednej strony będą w stanie przejąć dotychczasowe linie kredytowe, z drugiej zapewnić zastrzyk świeżego kapitału na bieżącą działalność, w tym na finansowanie przedsiębiorstw. Ponadto, jeśli owe banki przejąłby kapitał zagraniczny uniknęlibyśmy zwiększonej presji na polską walutę w dobie kryzysu. Stabilność finansowa w długim okresie Choć idea repolonizacji banków narodziła się w okresie burzliwych wydarzeń na rynkach finansowych, to samo zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym miałoby działanie długoterminowe. Poza tym, czytając komentarze dotyczące tego tematu, w niejednym można znaleźć propozycje reformy sytemu finansowego wybiegające daleko poza sam pomysł repolonizacji. Idąc tym tropem można pokusić się o kilka uwag dotyczących stabilności polskiego systemu finansowego i spróbować zdefiniować rolę jaka mogłaby przypaść samemu zwiększeniu udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Filarami stabilności finansowej każdego kraju, nie tylko Polski, muszą stać się przede wszystkim dwie zasady: twarda polityka monetarna i konserwatywna polityka fiskalna. „Jak zostać drugą Szwajcarią” – to tytuł, jaki nadał prof. Rybiński swemu wyżej wspominanemu artykułowi dotyczącemu repolonizacji banków. Kraj ten jest na pewno dobrym wzorcem do naśladowania. Polityka monetarna SNB (banku centralnego Szwajcarii) przed kryzysem w 2008 roku mimo, że oficjalnie nakierowana na stabilizację celu inflacyjnego, poświęcała wiele uwagi ilości nowo kreowanego pieniądza. I tak przyrost M3 (najszerzej rozumiana definicja pieniądza) rok do roku nie przekraczał 5 proc. W strefie euro i w Polsce w ostatnich latach przed kryzysem było to kilkanaście procent. Jeszcze szybciej M3 rosło w USA, chociaż od 2006 roku FED (amerykański bank centralny) wykluczył ten agregat pieniężny ze swoich oficjalnych publikacji, więc dane z późniejszego okresu są tylko szacunkami. Całkowity dług publiczny Szwajcarii to nieco ponad 40 proc. a deficyt budżetowy wynosi około 2,5 proc. W porównaniu z wieloma rozwiniętymi krajami to naprawdę znakomite osiągnięcie! Dane z ostatnich lat potwierdzają słuszność takiej polityki. Z prezentacji Jean-Pierre Danthine z zarządu SNB można dowiedzieć się, że w okresie pierwszej fali kryzysu dynamika udzielanych kredytów dla sektora prywatnego w tym kraju utrzymywała się praktycznie na stałym poziomie. Natomiast w krajach Unii Europejskiej od początku 2008 roku do początku roku 2010 dynamika ta spadła z kilkunastu procent do nieco poniżej zera. W analogicznym okresie USA zanotowało spadek z podobnego poziomu jak w UE do prawie -10 proc. W przypadku Polski, kraju rozwijającego się, którego system bankowy jest częściowo zdany na finansowanie zagraniczne, stabilność finansowa w dużej mierze zależna jest dodatkowo od stałego dopływu kapitału z innych państw. Jeśli jakiś kraj zapożycza się za granicą, w przyszłości będzie zmuszony do zwrotu kredytów. To czy będzie w stanie spłacić zagranicznych wierzycieli zależy od zdolności danej gospodarki do uzyskania odpowiedniej ilości dewiz. A na to z kolei ma wpływ konkurencyjność na arenie międzynarodowej. Dla stabilności finansowej płyną z tych rozważań dwa wnioski: Polska powinna ograniczyć ilość napływającego kapitału zagranicznego do zdolności absorpcyjnych naszej gospodarki. Ponadto polska polityka gospodarcza powinna skupić się na wzroście zdolności eksportowych naszego kraju. Jaką rolę mogłaby odegrać w tej kwestii repolonizacja sektora bankowego? Zdaniem Marka Siudaja z Dziennika Gazety Prawnej jedną z metod zwiększenia udziału polskiego kapitału w systemie bankowym mogłoby być zakładanie nowych instytucji. Autor widzi miejsce dla nowych polskich banków, szczególnie w segmencie banków małych, lokalnych. To dobry pomysł. Takie instytucje mogłyby skupić się na finansowaniu drobnych przedsiębiorców. Realia w Polsce są obecnie takie, że firmy małe mają problem z uzyskaniem kredytu w bankach. Inwestycje finansują, jak pisze Siudaj, często zapożyczając się po prostu u rodziny. Ronald McKinnon w swej pracy „Money 11


and Capital in Economic Development” pokazał, że dla gospodarek rozwijających się kluczową kwestią jest zapewnienie kredytowania właśnie takiej drobnej przedsiębiorczości. To w małych firmach, dzięki, czasami nawet niewielkim inwestycjom, można osiągnąć największe wzrosty produktywności. Nowe polskie banki mogłyby zatem zająć się kredytowaniem tych sektorów gospodarki, które są lekceważone przez system finansowy w obecnym kształcie. Takie zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym, które prowadziłoby do uzupełnienia tej „luki finansowej” przyczyniłoby się w ostateczności do stabilności całego systemu. Tylko bowiem konkurencyjna gospodarka będzie zdolna w dłuższej perspektywie poprzez wzrost eksportu zdobyć dewizy niezbędne dla spłacenia swojego zadłużenia.

12


3. Wybory we Francji: dużych zmian nie będzie Z Michałem Pełką, ekspertem Fundacji Republikańskiej, rozmawia Marta Ziarnik Jak Pan ocenia wynik niedzielnych wyborów we Francji i porażkę prezydenta Nicolasa Sarkozy´ego? - Ten wynik nie jest zaskoczeniem, gdyż porażka Nicolasa Sarkozy´ego była do przewidzenia. Wygrał on poprzednie wybory na fali obietnic dosyć dużych zmian, podczas gdy z tych obietnic nic w zasadzie nie wyszło. Do tego doszedł jeszcze kryzys, który dodatkowo osłabił pozycję Sarkozy´ego. Stąd pozycja głównego przeciwnika obecnego prezydenta, François Hollande´a, już na starcie była mocniejsza. Przy czym, w dużej mierze, elektorat kontestacyjny, któremu nie podoba się polityka państwa i kryzys, a także wyborcy z niższych warstw społecznych zagłosowali na Marine Le Pen, która uzyskała historyczny, bardzo dobry wynik. I to po jej elektorat będzie teraz sięgał Sarkozy? - Oczywiście. Na pewno będzie próbował. Zwłaszcza że po elektorat Jean-Luca Melenchona sięgnąć nie może, gdyż jest on ściśle lewicowy, a nawet – można powiedzieć – komunistyczno-trockistowski. Zostają jeszcze dotychczasowi wyborcy centrysty François Bayrou… - No tak, w pewnym sensie po ten elektorat Sarkozy też może próbować sięgnąć, ale to też będzie trudne. Tak naprawdę potrzebuje on przeciągnąć znaczną część wyborców Françoisa Bayrou i Marine Le Pen. To będzie bardzo trudne. Sądzę, że wielu wyborców pani Le Pen nie zagłosuje na Sarkozy´ego, bo – prawdopodobnie – głosowało już na niego w poprzednich wyborach i się zawiodło. Ponadto prezydent Sarkozy mocno atakował Front Narodowy podczas kampanii. Podejrzewam też, że absencja wyborców Le Pen w tej drugiej turze będzie spora. To są głównie ludzie młodzi i klasa średnia? - Nie powiedziałbym, że głównie klasa średnia. Sądzę, że także wiele osób z klas niższych zaczęło głosować na panią Le Pen. Są to osoby pracujące w zwykłych zawodach, które boją się o swoją pracę, które widzą, iż pewne rzeczy są złe, i widzą rosnącą przestępczość oraz bezrobocie, a także porażkę integracji emigrantów. Czyli nie tylko klasa średnia. Gdzie w takim razie będzie poszukiwał wyborców socjalistyczny rywal Sarkozy´ego? - Moim zdaniem, Hollande dostanie niemal wszystkich wyborców kandydata skrajnej lewicy Jean-Luca Melenchona. Prawie – gdyż tam też jest część elektoratu, który ma charakter kontestacyjny i antysystemowy. Sądzę, że Hollande będzie też usiłował ściągnąć centrystowski elektorat pana Bayrou. Na pewno może liczyć też na elektorat kandydatki ekologów Evy Joly, która miała ponad 2 procent głosów. Jeżeliby sięgnął po elektoraty Melenchona i Joly i gdyby udało mu się ściągnąć dużą część elektoratu Bayrou, to sądzę, że zwycięstwo ma w kieszeni. Jak wysoko Hollande może wygrać z Sarkozym? - Trudno w tym momencie jeszcze powiedzieć o różnicy, ale sądzę, że w drugiej turze Hollande może uzyskać około 55 proc. głosów i wówczas Sarkozy może przegrać o blisko 10 punktów procentowych. Niedzielną porażkę Sarkozy´ego spotęgował fakt, iż jako pierwszy prezydent w powojennej historii Francji, ubiegając się o reelekcję, przegrał I turę… - Rzeczywiście, jest pierwszym prezydentem, który decydując się na reelekcję, ma tak duże problemy z byciem wybranym ponownie. Ale to świadczy o tym, jak wielkie jest niezadowolenie społeczne i jak poważny jest gniew jego byłych wyborców – to są ludzie, którzy w niedzielę oddali głos na innych 13


kandydatów. Oni pamiętają, że to, co obiecywał im poprzednim razem Sarkozy, nie zostało spełnione. Na to jeszcze nałożył się kryzys. Czego w takim razie możemy się spodziewać, jeśli dojdzie do zmiany na fotelu prezydenckim? Bo obaj kandydaci mają raczej zbliżone spojrzenie w wielu kwestiach… - Oczywiście, ma pani rację. Może świadczyć o tym np. fakt, iż choć Sarkozy usiłował kontestować wielki biznes, to jednak – powiedzmy sobie jasno – jest to tylko pewna kokieteria w stosunku do części wyborców. Pan Hollande zaś jako socjalista też jest za pan brat z wielkim kapitałem, z ludźmi, którzy mają pieniądze. Dużych zmian raczej nie będzie. Sądzę, że pojawią się one tylko w kwestiach światopoglądowych. Gospodarczo będzie bardzo podobnie. Brytyjczycy nie boją się pana Hollande´a w pałacu prezydenckim. A Niemcy? - Sądzę, że Niemcy też. Rozmowa ukazała się w „Naszym Dzienniku” 24 kwietnia 2012 roku.

14


4. Cztery manipulacje w liście ministra Rostowskiego Krzysztof Bosak, Wicedyrektor CAFR Minister Rostowski najwyraźniej postanowił sobie zakpić z opinii publicznej i napisał list do prof. Balcerowicza. Wzywa do demontażu licznika długu publicznego, który rzekomo jest już niepotrzebny. Oto cztery najbardziej wątpliwe punkty listu ministra finansów. 1. Fakty czy prognozy? Minister Rostowski pisze, że „z rokiem 2011 skończył się w Polsce cykl wzrostu długu w relacji do PKB”. Tymczasem nie mamy jeszcze danych za rok 2012, bo rok ten się jeszcze nie skończył! Na czym więc swoje twierdzenia opiera minister? Wyłącznie na własnych prognozach i planach. A na czym minister opiera swe plany? Na rządowych projektach oszczędności, które bądź to nie wypaliły (ograniczenie zatrudnienia w administracji), bądź to okazują się szwankować (zwiększenie przychodów budżetowych z mandatów z fotoradarów), bądź też nie są jeszcze przeprowadzone przez parlament (reforma emerytalna). Dobrze, że minister Rostowski ma dobre samopoczucie, ale staje się ono niebezpieczne wówczas gdy wyobrażenia zaczynają zastępować rzeczywistość. Warto zauważyć, że mamy drugą połowę kwietnia, zaraz minie 1/3 roku, a minister finansów nadal nie opublikował harmonogramu dochodów i wydatków budżetu państwa na 2012 rok. Czy zatem deficyt za okres styczeń-marzec wyższy o ponad 5,5 mld zł niż za taki sam okres roku poprzedniego został zaplanowany czy „tak wyszło”? 2. Zagrożenie nie minęło Minister Rostowski stwierdzając, że „dziś spokojnie można powiedzieć, że najważniejsze zagrożenie dotyczące polskich finansów publicznych minęło” niestety mija się z prawdą. Być może minęło zagrożenie utraty kontroli nad długiem publicznym związane bezpośrednio z kryzysem strefy euro, natomiast prawdziwe trudności dopiero przed nami. Będą one związane z dotkliwością regulacji Pakietu Klimatycznego i koniecznością modernizacji polskiej energetyki po 2015 roku oraz z narastającym kryzysem demograficznym, który z każdym rokiem zwiększa deficyt ZUS. Jeśli zostanie przeprowadzone podwyższenie wieku emerytalnego to problem zostanie nieco odsunięty w czasie, ale bynajmniej nie zniknie. Rozwiązać go może tylko skuteczna i niestety kosztowna polityka prorodzinna, taka jak np. we Francji, Irlandii czy Estonii. 3. Dlaczego relacja długu do PKB znalazła się w Konstytucji? Minister Rostowski pisze, że „wiemy, że kluczowy nie jest nominalny poziom długu, lecz jego relacja do PKB. Właśnie dlatego kierowana przez Ciebie swego czasu Unia Wolności zapisała w polskiej konstytucji jako nieprzekraczalną 60% relację długu do PKB, a nie jakiś nominalny poziom długu.” We fragmencie tym znalazły się przynajmniej dwie nieprawdy. Po pierwsze ważny jest zarówno nominalny poziom długu, jego struktura walutowa i udział nierezydentów, jak i oczywiście ważna jest relacja długu do PKB. Relacja długu do PKB jest ważnym czynnikiem, ale nie jedynym i nie najważniejszym! Niemcy czy Japonia mają zadłużenie znacznie wyższe niż Polska, a jednak nie są postrzegane jako zagrożone. A przyczyną wpisania do Konstytucji relacji długu do PKB nie jest waga tego wskaźnika, ale konieczność takiego formułowania konstytucyjnych reguł fiskalnych, aby były proste, jasne i ponadczasowe. 4. „Bogacenie się” i „wiarygodność finansowa kraju” W swym krótkim liście minister Rostowski podzielił się również swoimi poglądami ekonomicznymi, które budzą bardzo poważne wątpliwości. Forsując pogląd o prymacie relacji długu do PKB nad innymi wskaźnikami napisał: „To relacja między szybkością zadłużenia a bogacenia się jest tu kluczowa. I jest tak na całym świecie, bo właśnie taką miarą mierzy się wiarygodność finansową kraju”. Trudno się z tym zgodzić. 15


Po pierwsze wielkość PKB nie może być utożsamiana z „bogaceniem się”. PKB to całość produkcji gospodarczej, która obecnie jest na sterydach dopłat unijnych i inwestycji związanych z Euro 2012. Jaka jest skala tego „napompowania” PKB, które z zniknie wraz z wyczerpaniem inwestycji i unijnych dopłat – nikt do końca nie potrafi oszacować. Druga rzecz – znaczną część PKB wytwarzana jest przez sektor publiczny i przez inwestorów zagranicznych. Nic w tym złego, natomiast jeśli chcemy mówić o „bogaceniu się”, to należałoby raczej spojrzeć na tempo wzrostu zarobków, poziom oszczędności gospodarstw domowych czy choćby dynamikę różnic PKB per capita w Polsce i strefie euro. Nie możemy również zapominać, że wielkość PKB ulega wraz z całą gospodarką cyklom koniunkturalnym. Stabilne finanse publiczne mogą zostać zachwiane w wypadku zbyt bezkrytycznego podejścia do szybkiego wzrostu PKB. Boleśnie doświadcza tego od kilku lat Hiszpania. Jeśli zaś chodzi o „wiarygodność finansową kraju”, to przy jej ocenie – o czym minister Rostowski dobrze wie – bierze się pod uwagę nie tylko zadłużenie publiczne w relacji do PKB, ale także w liczbach bezwzględnych, bierze się pod uwagę zadłużenie prywatne, bada się udział zadłużenia zagranicznego w zadłużeniu prywatnym i publicznym, w najszerszym ujęciu analizuje się Międzynarodową Pozycję Inwestycyjną Netto. Nie bez znaczenia są też bilans handlowy i bilans płatniczy. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ w liczbach bezwzględnych pozostajemy w pierwszej dziesiątce najbardziej zadłużonych krajów świata, a w opinii rynków finansowych gospodarkom rozwijającym się (tak jesteśmy ciągle klasyfikowani) mniej wolno. Poza tym analiza kryzysów finansowych uczy, że poziom zadłużenia 55% w relacji do PKB nie jest wcale poziomem gwarantującym bezpieczeństwo. Pisał o tym interesująco Maciej Bitner. Niepokojąco też brzmiały informacje z 8 lutego, o tym, że Ministerstwo Finansów zamierza znowelizować ustawę o finansach publicznych po to by „uelastycznić metodę liczenia długu”. Jeśli jest tak świetnie to po co?

16


5. Błędne koło wokół lokat antybelkowych Marcin Wrotniak, ekspert zespołu ds. finansów publicznych Zabawa w kotka i myszkę podatników z fiskusem trwa w najlepsze, co pokazuje objęcie podatkiem Belki lokat antybelkowych. Minister Finansów szacuje, że zmiana przepisów przyniesie budżetowi 380 mln zł dochodu. Nic bardziej mylnego, ponieważ w miejsce dotychczas unikających podatku lokat jednodniowych wyrosły już antypodatkowe polisolokaty. Widać tu ogromną słabość polskiego systemu podatkowego, w ramach którego zupełnie bezkarnie kreatywni podatnicy ostentacyjnie i z łatwością obchodzą przepisy podatkowe. Lokaty 1-dniowe, które wskutek dziennej kapitalizacji odsetek pozwalały uniknąć podatku Belki to tylko epizod dłuższej historii o tym jak banki, specjalnie tego nie kryjąc, obchodzą przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych w zakresie uzyskiwania dochodów kapitałowych. Warto zastanowić się nad przyczyną tego zjawiska oraz nad remedium na bezsilność fiskusa wobec „sprytnych” konstrukcji gospodarczych, których ewidentnym i jedynym celem jest uchylenie od obowiązku zapłaty podatku. Obchodzenie prawa podatkowego Dotychczasowe wyłączenie lokat z podatku Belki było możliwe przede wszystkim z uwagi na brak instytucji obejścia przepisów prawa podatkowego. Brak klauzuli obejścia prawa stanowi systemową słabość polskiego systemu podatkowego. Wspomniana klauzula to instrument, którym dysponują organy niemal każdej cywilizowanej jurysdykcji podatkowej. Przepis ten pozwala fiskusowi kwestionować sztuczne konstrukcje gospodarcze, które w ewidentny sposób służą wyłącznie obchodzeniu przepisów prawa podatkowego. Z kolei, brak tego rodzaju instytucji w polskim prawie prowadzi do patologii przypominającej błędne koło: podatnicy za pomocą sztucznych struktur optymalizacyjnych obchodzą prawo podatkowe (wielokrotne 1-dniowe lokaty bankowe), w ramach walki z kolejnymi sztucznymi konstrukcjami gospodarczymi przedsiębiorców uchwalane są kolejne sztuczne przepisy prawa (np. zaokrąglanie odsetek w górę w przypadku lokat 1-dniowych), nieaktualne już struktury optymalizacyjne zastępowane są przez nowe sposoby unikania podatku (polisolokaty) itd. Kto przypilnuje fiskusa? Mając jednak w pamięci liczne przykłady rażącej niepraworządności polskiego fiskusa (vide spektakularne sprawy Optimusa Romana Kluski lub spółki JTT) warto postawić pytanie – czy z pełnym zaufaniem można oddać w ręce polskich organów podatkowych dość potężne narzędzie w postaci klauzuli obejścia prawa? Sam jestem zwolennikiem zasady ograniczonego zaufania do polskich organów podatkowych. Dlatego zachowaniu równowagi między podatnikami a organem podatkowym służyć może inna instytucja nieobecna w naszym rodzimym systemie podatkowym, a sprawdzająca się w innych jurysdykcjach – Rzecznik Praw Podatnika. Eksperci Fundacji Republikańskiej przygotowali projekt ustawy powołującej wyspecjalizowany urząd, który z łatwością poradziłby sobie i wyeliminował ewentualne nadużycia polskiego fiskusa oraz przy okazji przyczynił się do podniesienia jakości prawa podatkowego, z korzyścią dla podatników. Efekt: opodatkowanie oszczędności Przy czym, o ile sam proceder obejścia przepisów prawa jest czymś nagannym, przy okazji warto zwrócić uwagę na inne kwestie: opodatkowanie lokat antybelkowych obnaża bowiem także słabość konstrukcji samego podatku Belki w warunkach wysokiej inflacji. Opodatkowanie lokat antybelkowych lub innych form inwestowania, których oprocentowanie jest niższe od poziomu inflacji powoduje 17


bowiem, że podatkowi podlegają nie odsetki (zyski kapitałowe) od ulokowanej kwoty lecz w praktyce – same oszczędności. Ale to już inna historia…

18


6. Nowa odsłona rywalizacji militarnej Chin i USA Krzysztof Bosak, Wicedyrektor CAFR 11 kwietnia amerykański dziennik „Washington Times” opublikował z pozoru mało znaczący artykuł na temat trwającej obecnie misji kosmicznej wahadłowca X-37B. Jego autor zreferował informacje jakich udzielił mu generał William L. Shelton z dowództwa kosmicznego lotnictwa USA dotyczące owego projektu: wahadłowiec dobrze się sprawdza pozostając na orbicie, jego osiągi są zadowalające. Generał zwyczajowo odmówił ujawniania budżetu projektu, stwierdził jednak, ze jego powstanie „zmienia reguły gry” (the system is „game-changing”). W tym samym tekście znalazły się także anonimowo przekazane informacje, z których wynika, że wahadłowiec X-37B ma odegrać kluczową rolę w przyszłym konflikcie z Chinami. Ma on uniemożliwić działanie satelitarnych systemów 1 naprowadzania chińskich rakiet DF-21D zdolnych zatapiać amerykańskie okręty. Niezależnie od tego czy przekazana informacja jest prawdziwa czy też Amerykanie blefują, z pewnością nie jest ona przypadkowa i rzuca interesujące światło na toczącą się rywalizację USA i Chin o region Pacyfiku. Przyczyny narastania napięcia Sygnał wysyłany przez USA wpisuje się w coraz bardziej intensywną rywalizację militarną. Chiny w ciągu ostatniej dekady osiągnęły ogromny postęp techniczny w przemyśle obronnym, który bardzo poważnie zmienia układ sił w rejonie Pacyfiku. Tym co zmieniło reguły gry i zmusiło amerykanów do reakcji było m.in. wypracowanie zdolności produkowania balistycznych konwencjonalnych rakiet 2 średniego zasięgu naprowadzanych satelitarnie i zdolnych niszczyć okręty. Chodzi o rakiety DF-21D, które od 2009 roku w znacznej ilości są na wyposażeniu chińskiej armii. Dotychczas nikt na świecie, nie wyłączając USA, nie posiadał takich rakiet. Pojawienie się możliwości ich użycia podważa dotychczasową strategię Stanów Zjednoczonych opartą o dominację w regionie dzięki bazom rozsianym na wyspach i marynarce wojennej z dominującą rolą lotniskowców. Bazy amerykańskie stają się trwale zagrożone, zaś lotniskowce nie mogą operować niezagrożone na Zachodnim Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. Samo ryzyko takiej sytuacji zmieniło już układ sił, bo stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo sojuszników takich jak Japonia, Korea Płd. i Tajwan. Osłabia także skłonność do współpracy z USA innych państw azjatyckich. Dominacja w tym regionie (w szczególności nad cieśninami Malakka, singapurską, cieśninami indonezyjskimi oraz Morzem Południowochińskim), który jest główną magistralą światowego transportu morskiego – w tym transportu surowców energetycznych – będzie decydować w najbliższych dziesięcioleciach o tym kto będzie globalnym hegemonem. Modyfikacja amerykańskiej strategii Uważa się, że ok. 2010 roku w USA dojrzała świadomość uzyskania przewagi strategicznej w regionie przez Chiny, co wymusiło modyfikację doktryny obronnej. Wówczas właśnie ośrodek Center For Strategic and Budgetary Assessments opracował „Koncepcję wojny powietrzno-morskiej” („AirSea 3 Battle: A Point-of-Departure Operational Concept”) . Była ona przedmiotem obszernego opracowania 4 przygotowanego w Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej w styczniu 2012 r. Nasze opracowanie zawiera założenia nowego podejścia do ewentualnej wojny z Chinami i przedstawia z jak wielkimi wyzwaniami musiałyby się zmierzyć siły zbrojne USA, aby w takiej wojnie odnieść sukces. Operacyjna koncepcja wojny powietrzno-morskiej stała się podstawą nowej strategii obronnej USA ogłoszonej w styczniu 2012 r. przez prezydenta Baracka Obamę i sekretarza obrony Leona Panettę. Jest to największą zmiana w planowaniu obronnym Pentagonu od II wojny światowej. Jacek Bartosiak, autor naszego opracowania na temat „AirSea Battle”, pisał wówczas: „Amerykanie skoncentrują się na zadaniu zmierzającym do oślepienia centrów decyzyjnych oraz kontroli sił zbrojnych Chin poprzez zniszczenie satelitów chińskich w przestrzeni kosmicznej oraz systemu radarów kontroli powietrznej zlokalizowanych na wybrzeżu, oraz na zakłóceniu kontroli cyberprzestrzeni. Oślepienie przeciwnika doprowadzi do wyeliminowania możliwości oceny przez Chińczyków skuteczności ataku i wyrządzonych szkód”. 19


Rola wahadłowca X-37B Kwietniowe doniesienia „Washington Times” potwierdzają te przewidywania i pokazują, że Amerykanie decydują się częściowo odsłonić karty, aby odzyskać inicjatywę. X-37B to 10-metrowy, bezzałogowy wahadłowiec wielokrotnego użytku zaprojektowany przez Boeinga. Projekt początkowo rozwijany był przez NASA, a w 2004 roku przejęty przez Pentagon i utajniony. Wiadomo, że statek projektowany był aby przebywać dziewięć miesięcy w kosmosie. Tymczasem pozostaje tam już nieco 5 ponad rok i w tym czasie wielokrotnie zmieniał orbitę. Zarówno długość pracy wahadłowca, jak i jego manewrowość otwierają nowe, wcześniej nikomu niedostępne możliwości operowania na orbicie. Jest to świadectwem sukcesu USA w delikatnej grze o dominację w kosmosie. Formalnie bowiem żadne państwo nie zmierza do militaryzacji przestrzeni kosmicznej, ale w praktyce toczy się stale wyścig technologiczny i wszyscy mają świadomość ogromnej roli jaką odgrywają satelity w szeroko pojętej dziedzinie obronności. Poważne zaniepokojenie w USA wywołało dokonane 6 w styczniu 2007 r. zestrzelenie własnego satelity pogodowego przez Chiny .Gest ten pokazał, że w wypadku konfliktu amerykańskie satelity wojskowe nie są bezpieczne i że Chińczycy są zdolni je zestrzelić. USA ostro zaprotestowały przeciwko chińskiemu pokazowi siły, po czym około rok później same zestrzeliły własnego – uszkodzonego podobno – satelitę. Trzeba jednak pamiętać, że użycie rakiet przeciwko satelitom jest bardzo mało finezyjną formą paraliżowania sił przeciwnika, obciążoną potencjalnie wielkimi kosztami politycznymi na arenie międzynarodowej. Stąd zapewne amerykańskie inwestycje w bezzałogowe wahadłowce stworzone oficjalnie po to by „testować nowe technologie”. Dotychczas spekulowano, że X-37B szpieguje powstającą na orbicie chińską stację Tiangong-1 (ich orbity poruszania się były bardzo podobne), teraz pojawił się przeciek jakoby wahadłowiec miał być zdolny „oślepiać” chińskie satelity przeznaczone do naprowadzania rakiet balistycznych zdolnych zniszczyć lotniskowce US Navy. Jak jest w rzeczywistości zapewne jeszcze długo się nie dowiemy, niemniej warto zauważyć, że wdrażana przez Pentagon strategia zakłada konieczność neutralizacji m. in. za pomocą broni kosmicznej systemów naprowadzania chińskich rakiet. Przeciek w „Washington Times” służy więc przekazaniu sygnału dla graczy w regionie oraz dla Chin, że USA odwracają układ sił na swoją korzyść. Utrzymanie przekonania o militarnej i technologicznej dominacji nad Chinami jest dla USA bezcenne z punktu widzenia realizacji własnych interesów i przekonania państw w regionie, że warto trzymać z USA, które – mimo imponujących wysiłków Chińczyków – wciąż pozostają zwycięzcą potencjalnego konfliktu. [1] http://www.washingtontimes.com/news/2012/apr/11/inside-the-ring-counter-space-battle-craft/print/ [2]http://assets.opencrs.com/rpts/RL33153_20100826.pdf [3] http://www.csbaonline.org/publications/2010/05/airsea-battle-concept/ [4] http://www.cafr.pl/wp-content/plugins/downloads-manager/upload/Wojna%20powietrzno-morska%20na%20Pacyfiku.pdf [5] http://gizmodo.pl/tajemniczy-samolot-jest-na-orbicie-przez-ponad-rok/ [6] http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/wikileaks/8299495/WikiLeaks-US-and-China-in-military-standoff-over-spacemissiles.html

Współpraca: Jacek Bartosiak

20


7. Nadzieja umiera ostatnia, czyli cztery problemy Sarko Michał Pełka, Ekspert CAFR Nie wszystko jest stracone dla prezydenta Nicolas Sarkozy’ego. Nadal może mieć nadzieję na zwycięstwo w drugiej turze wyborów prezydenckich. Pewnym zaskoczeniem jest sondaż zamówiony przez „Le Parisien” przeprowadzony po debacie (ale przed oświadczeniem François Bayrou), który wykazał zmniejszanie się dystansu pomiędzy kandydatami. 52,5 % respondentów wskazało François Hollande, a 47,5 % urzędującego prezydenta. Z drugiej strony, ten sam sondaż pokazał, że zdecydowana większość wyborców Marine Le Pen i François Bayrou, która nadal pozostaje niezdecydowana, skłania się do głosowania na Hollande. Prezydentowi Sarkozy’emu będzie bardzo trudno pokonać kandydata lewicy. 1. Pierwszym problemem Sarko jest precedensowy wynik szefowej Frontu Narodowego Marine Le Pen. Jest on istotny z kilku powodów. Po pierwsze, wynik jest znacznie lepszy niż w poprzednich wyborach prezydenckich. Wynik 10,44% z 2007 roku uzyskany przez jej ojca Jean-Marie Le Pena został przez nią zwiększony do 17,90%. Przede wszystkim udało się jej przyciągnąć elektorat kontestacyjny, któremu nie podoba się polityka państwa, w tym także klęska polityki emigracyjnej i integracyjnej, oraz wyborców z niższych warstw społecznych i obszarów wiejskich, gdzie do tej pory Front Narodowy nie osiągał dobrych rezultatów. Nicolas Sarkozy próbował przeciągnąć na swoja stronę wyborców Le Pen, jednakże wydaje się, że niezupełnie mu się to udało. Już w dniu ogłoszenia pierwszej tury wyborów było jasne, że elektorat Marin Le Pen podzieli się. Wielu wyborców Marine Le Pen głosowało na Sarkozy’ego w wyborach w 2007 r. skuszona obietnicą reform i twardej polityki. Prawdopodobnie jedna czwarta z nich zagłosuje jednak w niedzielę na François Hollande, a podobna ilość odda głosy nieważne lub nie pójdzie wcale na wybory. Marine Le Pen, pomimo pewnych gestów ze strony prezydenta, nie zamierza roztrwonić swojego kapitału politycznego. Stawką może być bowiem nawet przebudowa układu politycznego na prawicy. We Francji dużo mówi się o rozpadzie ugrupowania Sarkozy’ego po jego klęsce w wyborach prezydenckich. Dlatego 1 maja, na wiecu Frontu Narodowego Marine Le Pen ogłosiła, że w niedzielę do urny wrzuci biały głos i tym samym nie poprze żadnego z kandydatów. Wybór polityczny Marine jest jasny. Liczy ona klęskę Sarkozy’ego i rozpad jego ugrupowania. Jest jej to potrzebne, gdyż by kontynuować dobrą passę musi w wprowadzić deputowanych do Zgromadzenia Narodowego. Analiza dotychczasowych rezultatów Frontu Narodowego w wyborach prezydenckich i parlamentarnych pokazuje, że nawet gdy wynik w wyborach prezydenckich jest wysoki, to poparcie jest znacznie mniejsze w wyborach parlamentarnych. Nawet historyczne wejście ojca Marine do drugiej tury nie przełożyło się na ani jeden mandat w Zgromadzeniu Narodowym. Tym razem ma być inaczej, dlatego z jednej strony Le Pen gra na rozpad dotychczasowych ugrupowań prawicowych, a z drugiej robi wszystko, by nie stracić zdobytego poparcia. 2. Drugim problemem urzędującego prezydenta jest nieudana kampania po pierwszej turze. Nie powiodło mu się przekonanie potrzebnych mu do zwycięstwa wyborców Marine Le Pen. Połowa jej elektoratu może okazać się niewystarczająca, tym bardziej, że niektórzy zasilą szeregi wyborców François Hollande. Gesty wobec wyborców kandydatki Frontu Narodowego mogły mu nawet nieco zaszkodzić, gdyż wielu zinterpretowało je jako początek końca izolacji politycznej tego ugrupowania. Nie udała się mu także środowa debata obydwu kandydatów, gdyż nie przyniosła wyraźnych rozstrzygnięć. Zwycięzcą wydaje się François Hollande, choć efektem debaty raczej nie będzie zwiększenie jego przewagi w drugiej turze. Rezultatem natomiast na pewno będzie utwierdzenie wyborców obu kandydatów w ich przekonaniach. Taki wynik jest niekorzystny dla Sarkozy’ego, bo stracił szansę na pozyskanie niezdecydowanych wyborców François Bayrou i Le Pen.

21


3. Kolejny cios zadał Sarkozy’emu François Bayrou, który jest jednym z wielkich przegranych w tych wyborach, gdyż w wyborach prezydenckich w 2007 otrzymał 18,57%, a obecnie to poparcie spadło do 9,11%. François Bayrou wbrew swoim wcześniejszym zapowiedziom wybrał kandydata, na którego będzie głosował w drugiej turze, zaznaczając jednak, że jest to jego osobisty wybór. Okazał się nim François Hollande. Bayrou zarzucił Sarkozy’emu zbytnie zbliżenie do Frontu Narodowego, „imigracyjną obsesję”, „obsesję przywracania granic”, a także to, że jego program polityczny i gospodarczy jest kompletnie niedostosowany do wyzwań stających przed Francją. Decyzja Bayrou jest dla urzędującego prezydenta prawdziwa katastrofą, gdyż prowadzi nieuchronnie do pozbawienia go wielu głosów elektoratu centrowego. 4. François Hollande jest w zacznie lepszej sytuacji. Jest zwycięzcą pierwszej tury i wie, że co do zasady zagłosują na niego wyborców kandydata skrajnej lewicy Jean-Luca Melenchona – kandydata ugrupowania Front de gauche, które stworzono przede wszystko po to, by było przeciwwagą dla Frontu Narodowego – oraz kandydatki ekologów Evy Joly, która miała ponad 2 procent głosów. Hollande sięgnie także prawdopodobnie po dużą część centrowego elektoratu François Bayrou. Trudno przewidzieć dokładny wynik drugiej tury, ale nadal jest możliwe, że w drugiej turze Hollande uzyska około 55 procent głosów i wygra z Sarkozym z przewagą blisko 10 punktów procentowych. Porażka Sarkozy’ego, która jest bardzo prawdopodobna może spowodować trzęsienie ziemi na francuskiej prawicy i doprowadzić do jej radykalnego przeobrażenia. Największym beneficjentem takiego rozwoju sytuacji może się okazać Front Narodowy. Może dzięki temu wyjść z politycznej izolacji oraz zdobyć solidną pozycję we francuskim Zgromadzeniu Narodowym. We francuskiej polityce europejskiej może dojść do pewnych drobnych zmian. François Hollande w wielu sprawach nie do końca zgadza się z linią urzędującego prezydenta. Zmiany te nie będą jednak wielkie, gdyż Sarkozy i Hollande zgadzają się co do podstawowych zasad funkcjonowania Unii Europejskiej. Nawet w kwestii paktu fiskalnego i środków oszczędnościowych, z którymi Hollande się nie zgadzał i bardzo starał się to podkreślać to w swojej kampanii, dojdzie pewnie do kompromisu.

22


8. Lobby IP w pogoni za rentą Tymoteusz Barański, ekspert CAFR Niedawny spór o ACTA stanowi jedną z odsłon trwającej od wielu lat i ulegającej ciągłemu zaostrzaniu wojny lobby własności intelektualnej (Intellectual Property – IP) z nowymi technologiami. Za każdym razem, gdy dochodzi do upowszechnienia nowych rozwiązań technicznych, z których korzystanie jest postrzegane jako zagrożenie przez wielkie koncerny, rozpoczyna się zmasowana akcja lobbingowa oparta na tym samym zestawie argumentów: nowa technologia stanowi zagrożenie własności intelektualnej a zatem państwa muszą wzmocnić jej ochronę w imię wspierania kultury i innowacyjności. Efekty takich akcji bywają różne w zależności od sił i możliwości lobbystów, ale często dochodzi do poszerzenia lub pogłębienia zakresu, w jaki państwo chroni własność intelektualną. Typowym przykładem jest tutaj wprowadzenie do aktualnego Kodeksu karnego z 1997 r. przestępstwa kradzieży programu komputerowego (art. 278 § 2). W jego efekcie pobranie z Internetu filmu, czy muzyki nie jest kryminalizowane, zaś programu komputerowego – jest, chociaż z punktu widzenia kategorii dóbr prawnych nie ma między nimi żadnej różnicy. Własność intelektualna a rozwój kultury i innowacyjności Zasadniczego argumentu forsowanego przez lobby IP, tj. o pozytywnym znaczeniu ochrony własności intelektualnej dla kultury i innowacyjności, nie można przyjmować bez zastrzeżeń. Po pierwsze własność intelektualna jest konceptem dość świeżej proweniencji. O ile własność rzeczy jest instytucją, której zręby funkcjonujące do dziś położyli starożytni Rzymianie, o tyle prawo autorskie w jego współczesnym rozumieniu, tj. jako konglomerat praw osobistych i majątkowych a także prawa składające się na własność przemysłową upowszechniły się dopiero w XIX wieku. Nie można więc mówić o koniecznym związku ochrony własności intelektualnej z rozwojem kultury, która przez tysiąclecia obywała się doskonale bez tej ochrony. Co więcej brak ograniczeń w korzystaniu z cudzego dorobku twórczego był niewątpliwie czynnikiem sprzyjającym rozwojowi i upowszechnianiu kultury. Całe szkoły malarstwa, czy rzeźby oraz style architektoniczne powstawały właśnie na zasadzie kopiowania istniejących dzieł. Kolejny argument, często podnoszony przez lobby IP, szczególnie w obszarze prawa autorskiego, sprowadza się do twierdzenia, że wzmocnienie ochrony służy twórcom. Trudno sobie wyobrazić, jak wydłużenie czasu ochrony autorskich praw majątkowych z pięćdziesięciu do siedemdziesięciu lat od śmierci twórcy ma służyć tym, których to dotyczy, tj. nieżyjącym, ale należy tu rozróżnić dwie sfery w obrębie praw autorskich, tj. osobistą i majątkową. Potrzeby istnienia i ochrony tej pierwszej nie można negować. Prawo musi rozpoznawać i chronić więź twórcy z utworem polegającą na prawie do autorstwa, czy decydowania o pierwszym udostępnieniu tego utworu publiczności. Inaczej rzecz się ma z ochroną autorskich praw majątkowych. Nie ma wątpliwości, że takie przemiany w obszarze prawa autorskiego jak wydłużenie czasu ochrony praw majątkowych, czy kryminalizacja zachowań polegających na ingerencji w tę sferę nie służą interesom twórców, tylko przedsiębiorstw, które czerpią zyski z twórczości, samemu jej nie generując. Kwestia, czy istnienie własności intelektualnej zwiększa innowacyjność, jest dyskusyjna. Zasadnym wydaje się twierdzenie, że upowszechnienie ochrony patentowej sprzyjało wynalazczości. Rozdęcie tej ochrony do jej dzisiejszej skali niewątpliwie innowacyjność hamuje, bo pęd do patentowania wszystkiego spowodował, że nie jest możliwe wdrożenie jakiegokolwiek nowego rozwiązania technologicznego bez korzystania z zarejestrowanych patentów, co rodzi konieczność dysponowania środkami na uiszczanie opłat licencyjnych. To zaś powoduje, że rozwój nowych technologii skupił się w rękach największych graczy, których stać na zapłatę lub proces. Doszło wręcz do zjawiska funkcjonowania na rynku tzw. trolli patentowych, tj. spółek, które skupują na masową skalę patenty nie po to, żeby z nich korzystać, ale wyłącznie w celu wymuszania odszkodowań.

23


Fikcyjne zagrożenia dla branży rozrywkowej Argument za zwiększaniem ochrony własności intelektualnej wobec zagrożenia, jakie ma dla niej nieść rozwój nowych technologii jest również trudny do obrony, gdy popatrzy się na kontekst historyczny. Mało kto pamięta, że kiedy w USA zaczęły się upowszechniać magnetowidy domowego użytku, w Hollywood podniesiono lament, że nowa technologia zabije przemysł filmowy. Próbowano w związku z tym forsować nowe rozwiązania prawne i rozpoczęto batalię sądową. Tymczasem, jak się szacuje, na początku trzeciego millenium niemal połowę dochodów branży filmowej stanowiły opłaty za wypożyczanie kaset wideo. Również rozwój technologii internetowych przyniósł branży rozrywkowej ogromne zyski, bowiem po pierwsze pozwolił na dotarcie z ofertą do większej liczby potencjalnych nabywców, zaś po drugie na praktycznie bezkosztową dystrybucje chronionych utworów. Sprzedaż egzemplarza albumu muzycznego za pośrednictwem iTunes Store lub innego podobnego serwisu nie wymaga jego uprzedniego utrwalenia na jakimkolwiek fizycznym nośniku. Nigdy nie przeprowadzono też rzetelnych badań, które pozwoliłyby na zweryfikowanie twierdzenia o zależności pomiędzy tzw. piractwem internetowym a dochodami branży rozrywkowej i informatycznej. Twierdzenie, że każdy ściągnięty z Internetu film powoduje utratę przez dystrybutora zysku z biletu kinowego lub legalnie sprzedawanego egzemplarza, opiera się na założeniu, że gdyby “pirat” filmu nie pobrał bez zezwolenia uprawnionego, musiałby podjąć decyzję o legalnym, tj. odpłatnym skorzystaniu z danej produkcji. Tego założenia nikt nie weryfikował, więc traktowanie go jako pewnika, a w konsekwencji podstawy szacowania szkód wywołanych przez nielegalny obrót plikami, wydaje się grubym nadużyciem. W odróżnieniu od kradzieży rzeczy ruchomej, która skutkuje pozbawieniem uprawnionego możliwości realizowania większości uprawnień właścicielskich, tj. posiadania i pobierania pożytków, “kradzież” własności intelektualnej nie pozbawia uprawnionego możności dalszego eksploatowania służącego mu dobra. Dóbr niematerialnych posiadać nie można, zaś korzystanie z nich bez zezwolenia uprawnionego nie uniemożliwia mu ich dalszej ekonomicznej eksploatacji, stąd posługiwanie się pojęciem “kradzieży własności intelektualnej” stanowi kolejne nadużycie. Biznes w pogoni za rentą IP Jeżeli można racjonalnie przyjmować, że nowe technologie na szerszą skalę zawsze służą dysponentom własności intelektualnej, powstaje pytanie, dlaczego lobbing za zwiększeniem ochrony jest tak intensywny. Zjawisko aktywnego poszukiwania renty, tj. wpływania na otoczenie prawne, w celu uzyskania wymiernych korzyści materialnych ma miejsce nie tylko w odniesieniu do własności intelektualnej, ale tylko własność intelektualna stanowi fundament zysków w tak wielu gałęziach gospodarki. Zarabia na niej nie tylko przemysł rozrywkowy, ale także elektroniczny i farmaceutyczny. Wszystkie te branże dysponują w globalnej gospodarce ogromnymi zasobami. Ponieważ zaś fundamentem ich istnienia i rozwoju jest zysk, dążą do jego maksymalizacji, zaś ochrona własności intelektualnej jest jednym z najprostszych sposobów zarabiania. Przedsiębiorca dysponując określonym dobrem niematerialnym, jak utwór, czy wynalazek, chce zarabiać na nim jak najwięcej i jak najdłużej. Woli też nie wydawać zbyt dużo na jego ochronę. Dlatego z punktu widzenia biznesu opartego na własności intelektualnej, najmilej widzianą prawną formą ochrony tej własności stanowią instrumenty prawnokarne. Płaszczyzna cywilnoprawna generuje szereg kosztów dla dysponenta praw, który musi ustalić osobę naruszyciela, ponieść przynajmniej na wstępie koszty procesu cywilnego i wynająć profesjonalną obsługę prawną. O ileż wygodniej jest, gdy policja finansowana z naszych podatków wykona żmudne czynności śledcze, zaś profesjonalna obsługa prawna, również finansowana przez nas, tj. prokuratura, reprezentuje interesy przedsiębiorcy przed sądem. Ochrona tych interesów przed sądem cywilnym sporo kosztuje – przed sądem karnym jest darmowa. Dlatego właśnie jednym z kluczowych rozwiązań przewidzianych w ACTA było zobowiązanie stron do kryminalizacji wszelkich form tzw. piractwa. W idealnej dla lobby IP gospodarce, powinniśmy w nieskończoność płacić za każdą postać korzystania z wszelkich wytworów ludzkiego intelektu oraz finansować poprzez podatki kontrolę oraz 24


egzekwowanie sankcji za wszelkie naruszenia, tj. chronić instrumentami publicznoprawnymi interesy czysto prywatne. Nie mam wątpliwości, że gdyby można było skutecznie opatentować oddychanie, przemysł domagałby się penalizacji nieodprowadzania z tego tytułu regularnych opłat licencyjnych. Globalny system regulowania własności intelektualnej Wszystko co zostało dotychczas powiedziane prowadzi do przekonania, że kształt systemu ochrony własności intelektualnej zaczyna służyć tylko jednej grupie, tj. przedsiębiorcom, którzy opierają swoją działalność na tej czy innej formule eksploatowania wytworów ludzkiego intelektu. Koncepty prawne, które w swych założeniach miały realizować ochronę twórców i wynalazców dziś funkcjonują głównie jako perpetuum mobile do generowania zysków wielkich organizmów gospodarczych, które to organizmy – co zrozumiałe – dążą do wyciśnięcia z systemu jeszcze większych pieniędzy i ograniczenia swoich kosztów. Jeśli chodzi o przyszłość tej sfery regulacyjnej, to trzeba brać pod uwagę jej globalny kontekst. Nie można uczynić wiele w obszarze polskiego systemu prawa autorskiego, czy własności przemysłowej, jako że większość obowiązujących rozwiązań stanowi już to realizację zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych, których Rzeczpospolita jest stroną, już to z implementacji aktów prawa Unii Europejskiej. Tytułem przykładu można wskazać na kuriozalnie wręcz długi czas ochrony autorskich praw majątkowych. Nie jest możliwe jego skrócenie na gruncie polskiego systemu prawnego, bo treść art. 36 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi implementację unijnej dyrektywy. Podobnie rzecz się ma z większością instytucji obecnie funkcjonujących na gruncie własności intelektualnej. Wydaje się więc, że tylko w skali międzynarodowej lub ponadnarodowej mogą nastąpić jakiekolwiek zmiany, których efektem mogłoby być przywrócenie ochrony własności intelektualnej do jej pierwotnej roli, tj. po pierwsze zapewnienia, że związek człowieka z wytworzonym przez niego dobrem intelektualnym jest rozpoznawany i chroniony zaś po drugie że system prawny zapewnia i chroni możliwość czerpania korzyści z tego dobra przez ściśle określony okres czasu, po upływie którego, z wytworów ludzkiego intelektu korzystać mogą wszyscy bez ograniczeń. Jedyny realny wybór, jaki stoi przed polskim ustawodawcą sprowadza się do tego, czy iść dalej w ochronie własności intelektualnej niż wynika to z wiążących Polskę umów międzynarodowych i aktów prawa unijnego, czy też przyjąć zasadę “prawo międzynarodowe/unijne + zero” i oczekiwać na zmiany w skali makro, które umożliwią powrót do racjonalnych ram systemu ochrony. Rzeczpospolita nie powinna również być rzecznikiem przemysłu rozrywkowego i patentowego na forach organizacji międzynarodowych oraz w Unii Europejskiej. Więcej – jak się wydaje – w tym obszarze uczynić obecnie się nie da. Nie wydaje się, aby adekwatnym kontrapunktem dla rosnącego apetytu lobby IP był rozwój czegoś, co można nazwać drugim obiegiem własności intelektualnej. Chodzi o wszelkie systemy nieodpłatnych licencji, takich jak Creative Commons, czy ich odpowiedników na gruncie oprogramowania. Systemy te, nie mając dostatecznego zakotwiczenia w porządkach prawnych, a nierzadko pozostając w sprzeczności z kształtem obowiązujących instytucji, działać mogą tylko w odniesieniu do niewielkiego ułamka sfery własności intelektualnej. Ich dobrowolny charakter nie eliminuje też żadnego z problemów, jakie wynikają z rozrostu ochrony tej własności na gruncie prawa pozytywnego oraz jej nadużywania przez przedsiębiorców. Oczywiście można powiedzieć, że doskonale funkcjonuje kilka ogromnych przedsięwzięć z sektora nowych technologii, których twórcy świadomie zdecydowali się na zapewnienie użytkownikom możliwości nieodpłatnego korzystania z usług oraz tworzenia nowych rozwiązań w oparciu o własność intelektualną firmy. Jednak to, że firma przyjęła taki model prowadzenia biznesu nie zmienia faktu, że tysiące innych przedsiębiorców woli pozostać przy starych dobrych licencjach i ściganiu niepłacących użytkowników dopóki to przynosi zysk. Zwycięstwo nowych technologii nad skostniałymi modelami Na koniec dwie refleksje osobiste. Kilka lat temu uczestniczyłem w seminarium jednej z międzynarodowych organizacji skupiających profesjonalistów z obszaru własności intelektualnej. Na 25


jednym z paneli prezentacje przedstawiał prawnik firmy, będącej ówcześnie niekwestionowanym globalnym liderem w jednym z segmentów rynku nowych technologii. Z prezentacji wynikało, że zadaniem takich firm jest obecnie bardziej ochrona swojego stanu posiadania w zakresie własności intelektualnej, niż skupianie się na generowaniu nowych, bardziej zaawansowanych rozwiązań. Dzisiaj ta firma nie tylko straciła pozycję lidera, ale znajduje się w permanentnym kryzysie, zaś jej miejsce zajął podmiot, który oparł swój biznes o koncepcję umożliwiającą w miarę swobodne korzystanie i rozwijanie jej rozwiązań przez każdego zainteresowanego. Konkluzję jaka stąd wynika sprowadzić można do stwierdzenia, że na dłuższą metę oparcie biznesu o restrykcyjny model ochrony posiadanych praw własności intelektualnej niekoniecznie musi się sprawdzić. Druga refleksja jest pokłosiem doświadczeń zawodowych w zakresie współpracy z instytucjami kultury. W mojej ocenie obecny system prawa autorskiego stanowi kluczową przeszkodę dla korzystania przez instytucje kultury z nowych technologii. Jeśli obowiązywanie przywołanego już art. 36 ustawy autorskiej sprawia, że aby mieć pewność, że nie narusza się cudzych praw, nie można udostępniać w Internecie książek opublikowanych mniej więcej od drugiej połowy XIX wieku, to przy obecnych możliwościach technologicznych w zakresie digitalizacji, w istocie odcina się od kultury miliony ludzi. Do 1994 r. czas ochrony autorskich praw majątkowych wynosił dwadzieścia pięć lat, od tego czasu wydłużono go niemal trzykrotnie i to w sposób retroaktywny, bowiem z objęciem utworów, do których prawa już wygasły. Na wydłużeniu czasu ochrony nie zyskali, co oczywiste, twórcy lecz ewentualnie ich dalecy spadkobiercy, czyli osoby czerpiące zyski stąd, że tworzyli ich pradziadowie, których nawet nie mieli szansy poznać. Sformułowanie „ewentualnie” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo bardzo często wznowieniem wydania takiego utworu nie jest zainteresowane żadne wydawnictwo z uwagi na słabe przewidywania co do zysków ze sprzedaży. Często spadkobierców lub innych dysponentów praw nie sposób też ustalić. Tymczasem szereg badaczy, naukowców oraz zwykłych pasjonatów, jest pozbawianych możności zapoznania się z utworem, bo biblioteka, która ma go w swoich zbiorach i dysponująca narzędziami do digitalizacji, rozpowszechnić chronionego utworu nie ma prawa. W rezultacie nikt nie zyskuje. Utwór pozostaje nieznany, dochodów wygenerować już nie może, zaś pamięć o jego zmarłym twórcy zanika wraz z upływem czasu. Nie ma chyba bardziej dobitnego przykładu na anachronizm a wręcz szkodliwość obecnego systemu prawa autorskiego. Można się tylko pocieszać, że rozwój technologiczny jest nieubłagany, zaś próby monopolizowania eksploatacji dóbr, których ten rozwój dotyczy, w dłuższym horyzoncie czasowym zawsze były skazane na porażkę. Sektor IP, jeśli kategorycznie powstrzyma się jego próby wymuszenia dodatkowej ochrony przed nowymi technologiami, w końcu technologie te zaadaptuje i wykorzysta z zyskiem, dlatego tak istotne jest by pamiętać, że własność intelektualna ma – zgodnie ze swoją nazwą – służyć ochronie tego, czyj intelekt ją generuje i temu celowi powinien być podporządkowany cały system.

26


9. Polska na strategicznym rozdrożu Tomasz Szatkowski, ekspert Zespołu ds. Bezpieczeństwa Narodowego CAFR Przez dwie dekady zasadniczym punktem odniesienia naszej polityki bezpieczeństwa było członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Obecnie sytuacja zmusza nas do bardziej samodzielnego i kreatywnego definiowania celów i instrumentów w tej sferze. Stawką jest bezpieczeństwo nie tylko naszego kraju, ale i reszty naszego regionu, oraz przyszłość więzi transatlantyckich. O zmianie amerykańskiej polityki obronnej pisałem już w artykule „Militarne strategie Chin i USA” („Nasz Dziennik”, 2 marca br.). Składa się na nią nie tylko redukcja wydatków, ale i zmiana jej celów. Same cięcia, według obecnych zamierzeń, obejmujące w ujęciu rocznym 6-7 proc. obecnej wysokości budżetu Pentagonu, nie uzasadniają wiązanych z nimi zmian strategicznych. Wydatki obronne (uwzględniając inflację) wciąż będą wyższe niż przed „wojną z terrorem”, a przecież zbiegną się także z redukcją olbrzymich wydatków na misję afgańską. Pomimo to następuje jednak redukcja „poziomu ambicji” amerykańskiej polityki obronnej. Dotychczasowy dogmat gotowości wygrania dwóch równoległych dużych wojen zostaje zastąpiony dążeniem do wygrania jednej dużej wojny wraz z towarzyszącą jej zdolnością do (jedynie) utrzymania zadań defensywnych w drugim, równoległym konflikcie. Taka konsekwencja wiąże się najwyraźniej ze wzrostem potencjału ewentualnych dużych przeciwników. Na potencjalnej liście jest ich wielu, m.in. Iran czy Rosja, ale głównym z nich staje się Państwo Środka, które według estymacji „The Economist” w perspektywie dwóch dekad może stać się liderem światowych wydatków obronnych, a już obecnie jego potęga blokuje swobodę działania amerykańskiej marynarki w kluczowym rejonie wybrzeża Azji Południowo-Wschodniej. Wycofanie dwóch brygadowych zespołów bojowych z Europy, udział „z tylnego siedzenia” w operacji w Libii oraz przecieki dotyczące planów obrony dla wschodniej flanki NATO wzbudzają uzasadniony niepokój, iż Europa może stać się tym drugorzędnym, defensywnym kierunkiem strategicznym. Erozja bezpieczeństwa w Europie Eksperci zwracają uwagę, że w związku z ważnym przewartościowaniem w amerykańskiej polityce obronnej musimy znaleźć nowy sposób na naszą wartość w relacjach z naszym największym sojusznikiem. Profesor Andrew Michta, szef warszawskiego oddziału German Marshall Fund, podkreśla, że Polska powinna podjąć aktywną rolę w europejskich i regionalnych wymiarach współpracy obronnej. Powinna też uczynić swoje siły zbrojne bardziej pożądanym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Złożoność niepokojących czynników w naszym otoczeniu bezpieczeństwa utrudnia jednak znalezienie łatwej recepty na to wyzwanie. Do transatlantyckich aspektów zmiany naszego otoczenia bezpieczeństwa dochodzą bowiem dwa kolejne niepokojące sygnały. Pierwszym z nich jest fiasko nadziei na budowę naszej „drugiej polisy bezpieczeństwa” w ramach europejskiej polityki obronnej. Państwa Unii nie zgodziły się na konkretyzację w trakcie polskiej prezydencji zawartej w traktacie lizbońskim dość mgławicowej klauzuli o wzajemnej pomocy. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest także brak zgody wszystkich państw członkowskich Unii dla budowy niezależnego od NATO zaplecza dowódczego dla jej operacji wojskowych. To, że Unia nie stanie się dla nas drugą polisą bezpieczeństwa, nie powinno jednak dziwić, jeśli pamiętamy, że na jej forum dają o sobie znać istotne, nie mitygowane obecnością „wujka zza oceanu” różnice w postrzeganiu zagrożeń i interesów. Jaskrawym przykładem może być sytuacja, w której czołowe potęgi Unii pomagają sąsiedniemu niedemokratycznemu mocarstwu w uzyskaniu zdolności do szantażu energetycznego innych członków. Jednocześnie sprzedają temu samemu mocarstwu technologie oraz know-how umożliwiające odrodzenie jego coraz agresywniejszej potęgi militarnej. Co więcej, upatrywanie użytecznych sojuszników nawet wśród naszych największych zachodnich sąsiadów ma malejący sens w związku z postępującą redukcją ich potencjału militarnego. Państwa te uczyniły swoje budżety obronne opcją pierwszego wyboru wobec konieczności zaciskania pasa. W efekcie nawet Niemcy dysponują dziś mniejszą liczbą czołgów w linii niż Polska. Drugi z czynników wiąże się właśnie ze wspomnianym wzrostem potęgi wschodniego sąsiada. Przejawem powrotu do potęgi Rosji jest nie tylko rytualne straszenie nas rozmieszczeniem rakiet taktycznych w okolicy Kaliningradu. W ostatnim czasie w wyniku kontynuowanego wzrostu wydatków i wysiłku reformatorskiego dochodzi do 27


znacznego wzrost gotowości bojowej jednostek (zarówno w zakresie wyposażenia technicznego, jak i wyszkolenia), w tym przede wszystkim w sąsiadującym z nami Zachodnim Okręgu Wojskowym. Ewoluuje także rosyjska strategia obronna, która całkiem oficjalnie zakłada większą elastyczność użycia siły militarnej. Ten stan rzeczy jest od dłuższego czasu nazywany po imieniu nie tylko przez niektórych amerykańskich czy brytyjskich analityków, ale i przez nasz rodzimy, niewątpliwie profesjonalny Ośrodek Studiów Wschodnich. Szklanka jest (przynajmniej na razie) do połowy pełna Mamy więc symptomy kryzysu naszych niektórych relacji sojuszniczych, którym – co gorsza – towarzyszy wzrost potencjalnego zagrożenia. Oczywiście, gwoli obiektywizmu, nie można, przynajmniej na razie, postrzegać sytuacji w całkowicie czarnych barwach, szczególnie w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. W efekcie cięć, o ile nie zajdzie konieczność ich dalszego zwiększenia, spadnie oczywiście wielkość zakupów nowoczesnego sprzętu, ale zastąpią je wydatki na inne zaawansowane technologie umożliwiające lotnictwu i marynarce USA zdalne uderzenie na przeciwnika. Ułatwią one pokonanie dużego, klasycznego przeciwnika, co będzie także korzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Ten trend oznacza także zakończenie trwającej od 11 września 2001 roku „mody´´ na zdolności przeciwpartyzanckie i okupacyjne. Efektem powinien być większy wachlarz amerykańskich opcji militarnych w razie kryzysowej sytuacji na wschodniej flance Sojuszu. Nawet jeśli zabrakłoby amerykańskich oddziałów na lądzie, potężna zdolność do zdalnego rażenia przeciwnika z morza i powietrza, wsparcie wywiadowcze, rozpoznawcze i logistyczne może być bardzo skutecznym „enabling factor” (czynnikiem umożliwiającym) obrony Europy. Inny korzystny aspekt naszych relacji transatlantyckich to ciągła użyteczność NATO. Jest to wciąż najpoważniejszy element naszego systemu bezpieczeństwa. Oprócz niedoskonałych, ale już dość konkretnych zobowiązań w planach obrony terytoriów państw członkowskich posiada zaplecze dowódcze, sprawdzone procedury i szereg własnych wyspecjalizowanych służb. Fakt, że w listopadzie 2010 r. w Lizbonie zdecydowano się m.in. odświeżyć zadania obrony terytorium państw członkowskich i rozszerzono katalog zadań Sojuszu, pokazuje, że utrzymanie spójności i wiarygodności NATO powinno być dla nas bardzo istotne. Tym niemniej w najbliższym czasie mogą zajść procesy, które zniweczą i te pozytywy. Testem na wiarygodność naszego transatlantyckiego sojuszu będzie zarówno decyzja odnośnie do taktycznej broni nuklearnej w Europie, jak zakres i charakter ćwiczeń NATO o kryptonimie „Steadfest Jazz”, które mają się odbyć na jesieni 2013 r. w Polsce i w państwach nadbałtyckich. Ich celem będzie przećwiczenie scenariusza sojuszniczej pomocy na wschodniej flance (co może być rozumiane jako swoista odpowiedź na tegoroczną edycję białorusko-rosyjskich ćwiczeń „Zapad”). W świetle ostatnich zaskakujących przejawów dobrej chemii pomiędzy administracją Obamy i Putina należy też z uwagą śledzić losy polskiej części projektu tarczy rakietowej oraz konsekwencje wynikające z amerykańsko-rosyjskiego porozumienia energetycznego. Dotychczasowe napięcia związane z konkurencją wokół złóż arktycznych korzystnie wpływały choćby na zakulisowe amerykańskie wsparcie dla rozwijającej się współpracy obronnej państw nordyckich, bałtyckich i Wielkiej Brytanii (w której wielu chciało także widzieć Polskę). Szukając sojuszników w sąsiedztwie Jakie są więc wnioski z zaistniałej sytuacji dla polskiej polityki bezpieczeństwa? Biorąc pod uwagę wymienione eksperckie sugestie, zgadzam się, iż Polska powinna być aktywna w wielu konstelacjach współpracy obronnej. Jest to ważne dla zwiększenia naszej atrakcyjności jako państwa, które jest w stanie wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo sąsiedztwa i być liderem dla innych. Nie widzę jednak istotnej, oprócz wizerunkowej, wartości mającej wyniknąć dla naszego twardego bezpieczeństwa z aktywizmu w sferze europejskiej polityki obronnej. Ten aspekt polityki Unii chyba już na zawsze pozostanie obszarem bardziej dyskusji niż akcji, i to raczej dotyczących dalekich od klasycznej wojny operacji reagowania kryzysowego. Perspektywiczną opcją jest za to aktywny udział w regionalnych projektach współpracy obronnej. Te „wyspy kooperacji” są potencjalnie bardziej spójne niż formalne sojusze, gdyż łączy je podobieństwo kultury strategicznej i interesów. Ich narodziny wynikają w pewnym stopniu z symptomów słabości NATOczy Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE. Regionalne inicjatywy kooperacji nie muszą jednak oznaczać erozji tych organizacji, ale wręcz przeciwnie – mogą im pomagać wypełniać pewne 28


zadania. Pozytywnym przejawem takiego podejścia jest powrót Polski do idei współpracy obronnej w ramach Czwórki Wyszehradzkiej. Polska występuje w niej jako lider grupy państw, która zaczyna nie tylko artykułować swoje wspólne interesy na forum NATO, ale i myśli o budowaniu wspólnych zdolności obronnych. „V4″ ma też istotną wartość jako potencjalny zaczyn szerszej współpracy na osi północ – południe. Niestety, nie ma wciąż istotnych sygnałów świadczących o większym zainteresowaniu Polski współpracą z państwami nordyckimi. Nasze interesy bezpieczeństwa są dość zbieżne z północnymi sąsiadami, a zdolności obronne tej grupy państw znacznie poważniejsze niż naszych partnerów z południa. Nie jesteśmy skazani na słabość Najważniejszym pytaniem jest jednak, jak zaistniała zmiana kontekstu geopolitycznego powinna wpłynąć na kształt naszych sił zbrojnych. Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, co widzą zagraniczni obserwatorzy, tj. że jest nas stać na dość silne wojsko. Z uwagi na wielkość kraju i rosnące PKB siła militarna Polski jest niebagatelnym czynnikiem dla bezpieczeństwa naszego regionu. Już obecnie wydajemy na obronność o połowę więcej niż świetnie przygotowana do swej obrony Finlandia, i tylko o jedną trzecią mniej niż taka potęga jak Izrael. Będąca pozytywnym wyjątkiem w Europie ustawowo ustalona relacja wydatków obronnych wobec PKB nie zdążyła jednak jeszcze przynieść bardzo wymiernych owoców. Większość z tego wzrostu zostało „zjedzone” przez misje zagraniczne, garb wydatków socjalnych, a także zmarnowane przez niesprawność resortu obrony narodowej. MON musi się wciąż uczyć budowania racjonalnej długoterminowej polityki zbrojeniowej, a rząd łączenia interesów militarnych z gospodarczymi. Ważne są jednak priorytety tych wydatków. Wypada zgodzić się ze wspomnianą sugestią profesora Michty, aby odbudowując swoje zdolności obronne, Polska nie zaniedbała zdolności do bycia wartościowym sojusznikiem USA. Inaczej jednak rozłożyłbym akcenty. Amerykański politolog stawia Polsce za wzór Zjednoczone Królestwo. Strategia Wielkiej Brytanii od czasu kryzysu sueskiego w 1956 r. zakłada utrzymanie pozycji międzynarodowej poprzez wpływanie swą zdolnością współdziałania militarnego na politykę Stanów Zjednoczonych. W utrzymaniu tej zdolności współdziałania, oprócz czynników kulturowych, Brytyjczykom pomaga jednak fakt, iż ich naturalną strategią jest rola zdolnej do dalekich działań potęgi morskiej. Większość krajów potrzebuje trochę innych zdolności do klasycznej obrony terytorium niż do dalekich misji – w rodzaju afgańskiej. Wielka Brytania nie potrzebuje się tym martwić, gdyż jest wyspą, a przede wszystkim dlatego, iż ma własny nuklearny potencjał odstraszający. Polska musi więc przyjąć trochę inną strategię niż Wielka Brytania, zwracając większą uwagę na lądowy charakter potencjalnego zagrożenia. Odbudowa naszego potencjału do obrony kraju nie musi jednak oznaczać zmniejszenia naszej przydatności jako sojusznika. Wojsko, które będzie w stanie obronić nasze terytorium, będzie mogło także skuteczniej przyjść z pomocą innym sąsiadującym z nami członkom NATO, jak choćby państwom bałtyckim. Z punktu widzenia Amerykanów powinno to oznaczać zdjęcie z głowy części „problemu”. Oczywiście wpływu na decyzje Amerykanów nie uzyska się bez zdolności współdziałania w szerokim zakresie zadań bojowych. Skupianie się wyłącznie na „własnym podwórku” bądź też całkowita specjalizacja na tych, którzy bronią lądowej granicy NATO, i na tych, którzy działają poza jego obszarem, nie wpływałoby pozytywnie także na spoistość Sojuszu. Roztropność nakazuje jednak, aby myśląc o naszych siłach możliwych do użycia poza obszarem traktatowym Paktu, brać pod uwagę ich użyteczność do scenariusza samodzielnej obrony. Nie musi to być sprzeczne z bardziej uniwersalną nauką, którą warto przejąć od Brytyjczyków. Ich doświadczenia wskazują, że chcąc mieć wpływ na rozwiązania polityczne operacji międzynarodowej, powinniśmy być zdolni do wzięcia udziału w jej najbardziej bojowej fazie, a nie tylko w będących ich następstwem działaniach stabilizacyjnych. Sprecyzowanie, jaki dokładnie powinien być „mix” naszych zdolności obronnych, wykracza oczywiście poza ramy tego artykułu. Te kwestie powinny być jednak tematem poważnej politycznej, eksperckiej i publicystycznej dyskusji. Takie podejście nie jest motywowane fanaberią oderwaną od „realnych” problemów dnia codziennego, ale stawką utrzymania warunków do swobodnego osiągania aspiracji nie tylko naszego Narodu, ale i całego sąsiadującego regionu. Tekst ukazał się 5 maja 2012 na łamach „Naszego Dziennika”.

29


10. Deregulacja – jak powstrzymać inflację prawa? dr Stanisław Tyszka, Dyrektor CAFR Żyjemy w czasach olbrzymiej nadprodukcji przepisów prawa. Po przemianach 1989 roku można było mieć nadzieję, że III Rzeczpospolita będzie konsekwentnie oddalać się od modelu ustrojowego, w którym życie obywateli poddawane jest ścisłej i wszechstronnej kontroli państwa i prawa. Tymczasem okazało się, że bezrefleksyjnie imitując model zachodnioeuropejski nie uniknęliśmy patologii modernizacji przejawiających się w tendencji do regulowania coraz to nowych obszarów życia za pomocą prawa. Dlatego toniemy dziś w nadmiarze niepotrzebnych i absurdalnych przepisów. Skalę przyrostu prawa obrazuje wzrastająca w zawrotnym tempie liczba stron Dziennika Ustaw. W całym 1989 roku publikacje w Dzienniku zajęły w sumie 1186 stron. Przepisów uchwalonych w roku 1999 było już sześć razy więcej i zajęły już 7292 stron. To jednak nic w porównaniu z koncertem legislacji, z którym mamy do czynienia od roku 2001. Co roku nowe przepisy zajmują kolejne kilkanaście tysięcy stron. Dotychczasowy szczyt osiągnęliśmy w roku wstąpienia do Unii Europejskiej, kiedy Dziennik Ustaw liczył aż 21032 strony. Z hiperinflacją prawa powiązane jest zjawisko określone przez socjologa prawa Adama Podgóreckiego mianem kontroli społecznej trzeciego stopnia. Polega ono na tym, że rozmaite mechanizmy kontroli społecznej, w tym instrumenty prawne, wykorzystywane są jako środek do realizacji nie tych celów, które zostały im przypisane, ale dla celów autonomicznie definiowanych przez określone grupy społeczne. Na poziomie bezpośrednich relacji obywatel-urzędnik nadmiar przepisów regulujących wszelkie obszary życia społecznego przekłada się na takie sytuacje, w których urzędnicy mogą te stosunki kształtować praktycznie dowolnie. Mogą mianowicie w konkretnych przypadkach – i to zawsze na gruncie obowiązujących przepisów – podjąć decyzję dla obywatela pozytywną albo negatywną, mogą też zdecydować w sposób czysto przypadkowy, albo w nieskończoność odkładać podjęcie jakiejkolwiek decyzji. W wyniku nadmiaru prawa, przeciętny obywatel w coraz większym stopniu pozostaje na łasce urzędników. W szerszym wymiarze społecznym zjawisko to prowadzi również do powstawania tzw. „brudnych wspólnot”, czyli wyodrębnionych grup (często z udziałem urzędników) współpracujących ze sobą w obchodzeniu i łamaniu prawa. Skala problemów społecznych wynikających z nadmiaru regulacji prawnych w III Rzeczpospolitej skłoniła autorów niniejszego zbioru tekstów do postawienia postulatu głębokiej deregulacji prawa. Deregulację rozumiemy tu jako zmianę legislacyjną płynącą ze świadomej decyzji politycznej o uproszczeniu relacji pomiędzy organami państwa i obywatelami. Zmiany te powinny bądź to ograniczać ilość wyróżnionych stanów faktycznych (hipotez norm prawnych), z którymi dotychczasowe regulacje wiążą obowiązek określonych zachowań, bądź ograniczać ilość konkretnych zachowań (dyspozycji norm prawnych), które są wymagane dotychczasowymi regulacjami. Jeśli zaś chodzi o zakres postulowanej deregulacji, to powinna ona polegać na odrzuceniu większości dorobku prawnego III Rzeczpospolitej. Powyższy postulat formułują w tekście otwierającym tę publikację pt. „Zderegulować III RP” Przemysław Wipler i Stanisław Tyszka. Autorzy wskazują główne przyczyny nadmiernej aktywności ustawodawcy po 1989 roku. Upatrują ich w tendencji do jurydyzacji życia społecznego, w traktowaniu prawa jako narzędzia służącego utrzymaniu dotychczasowej pozycji grup osób uprzywilejowanych w PRL-u, w bezmyślnej imitacji rozwiązań zachodnich i równie bezmyślnej implementacji regulacji unijnych, wreszcie w słabości polskiego życia publicznego. Autorzy proponują dwie podstawowe zasady deregulacyjne, dzięki którym można by odwrócić te szkodliwe trendy. Pierwszą zasadą jest zasada prymatu dobra wspólnego nad partykularnymi interesami grupowymi. Dobrym przykładem praktycznej realizacji tej zasady był projekt Fundacji Republikański postulujący zniesienie barier dostępu do zawodów regulowanych. Drugą zasadą jest zasada „UE plus 0” przewidująca weryfikację polskich przepisów pod kątem tego, czy są one wymagane przez prawo unijne. Jeśli nie są one konieczne, a nakładają zbędne obciążenia na polskich obywateli, powinno się je uchylić.

30


Autor drugiego tekstu, Jacek Piecha, przedstawia wybrane aspekty historii regulacji w III RP i proponuje rozwiązania systemowe. Autor wychodzi od tak zwanej Ustawy Wilczka – bardzo wolnościowej w swoich założeniach ustawy o działalności gospodarczej z 1988 roku. Następnie szczegółowo przedstawia proces stopniowego psucia tamtej ustawy poprzez dodawanie kolejnych przepisów reglamentujących działalność gospodarczą. Następnie omawia nieudane próby deregulacji w postaci Planu Hausnera, komisji Przyjazne Państwo, i kosmetycznych zmian w tak zwanych ustawach deregulacyjnych rządu PO-PSL. W drugiej części tekstu autor przybliża koncepcję tyranii status quo Miltona i Rose Friedmanów i argumentuje, że partie opozycyjne powinny przygotowywać projekty reform na długo przed objęciem władzy. Na poziomie instrumentów deregulacji wskazuje na rolę, jaką w tworzeniu lepszego prawa mogłyby odegrać programy legislacyjne rządu. Wreszcie wysuwa istotny postulat wprowadzenia sunset legislation, czyli klauzul czasowych. Po upływie terminów zapisanych w ustawach wskazane przepisy lub instytucje państwowe przestawałyby istnieć chyba, że ich efektywność zostałoby pozytywnie zweryfikowana, a ich racja istnienia potwierdzona nową decyzją polityczną. Kolejne teksty, wszystkie autorstwa znakomitych ekspertów, naświetlają wybrane zagadnienia szczegółowe z zakresu deregulacji. Mateusz Irmiński przedstawia uwarunkowania dla deregulacji wynikające z prawa unijnego. Paweł Gruza, szef Zespołu ds. Finansów Publicznych CAFR, pisze o deregulacji prawa podatkowego. Mecenas Jacek Siński proponuje listę konkretnych rozwiązań deregulacyjnych w sprawie spółek. Doktor Mateusz Błachucki pisze o prawie antymonopolowym, a Łukasz Kryśkiewicz o rynku telekomunikacyjnym. Chcielibyśmy, żeby publikacja ta stanowiła przyczynek i zachętę do dalszej dyskusji o deregulacji. Fundacja Republikańska raportem o zawodach regulowanych z września 2011 roku bardzo skutecznie zapoczątkowała dyskusję, która ma duże szanse zakończyć się uchwaleniem przepisów deregulacyjnych. Mamy nadzieję, że postulaty przedstawione w tej publikacji również prędzej czy później zostaną przełożone na decyzje ustawodawcze. Poniższy wykres obrazuje rosnącą liczbę stron Dzienników Ustaw w latach 1989-2011. Sytuacji oczywiście nijak nie zmienił fakt, że od 1 stycznia 2012 Dziennik Ustaw ukazuje się tylko w formie elektronicznej, bo od dawna jakakolwiek kontrola nad obecnym regulacyjnym labiryntem możliwa jest tylko dzięki informatyzacji. Zwykły obywatel nie jest w stanie się w tym labiryncie zorientować, często nawet z pomocą specjalistów. Aby Polska mogła dokonać rzeczywistego skoku cywilizacyjnego, większości dorobku prawnego III RP trzeba się po prostu pozbyć.

Zachęcam do zapoznania się z publikacją Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej pt. "Deregulacja - jak powstrzymać inflację prawa".

31


11. Od zielonej wyspy do czarnej dziury Michał Czarnik, szef Zespołu ds. Rodziny CAFR Stanisław Kluza, doktor ekonomii, twórca nadzoru KNF, pracownik naukowy SGH w Instytucie Statystyki i Demografii.

Obecnie system podatkowy traktuje dzieci jak luksusową konsumpcję. Rodziny, ponosząc wyższe wydatki związane z kosztami utrzymania dzieci, płacą również wyższe podatki pośrednie – piszą na łamach Rzeczpospolitej specjaliści ds. rodziny dr Stanisław Kluza (SGH) i mec. Michał Czarnik (CAFR). Polska w ostatnich 20 latach rozwija się niewątpliwie w dużo bardziej dynamiczny sposób niż olbrzymia większość innych krajów Unii Europejskiej. Czy jednak przysłowiowa już „zielona wyspa” jest dobrym opisem naszej rzeczywistości gospodarczej? Można mieć spore wątpliwości – obecny wzrost gospodarczy w Polsce jest niestety tylko krótkookresową statystyczną iluzją. Bardziej odzwierciedla bieżące przejadanie zasobów, które powinny być zainwestowane lub zaoszczędzone na przyszłość. Iluzja koniunktury wynika przede wszystkim ze specyficznej nierównowagi demograficznej, – z jednej strony mieliśmy w ostatnich latach do czynienia z apogeum liczby młodych osób urodzonych w warunkach wyżu demograficznego lat 80-tych wchodzących na rynek pracy, a jednocześnie jesteśmy przed kulminacją przechodzenia licznego pokolenia powojennego w wiek emerytalny. Można więc postawić tezę, że relatywnie dynamiczny wzrost gospodarczy ostatnich lat nie jest zasługą rządowej polityki gospodarczej. Wynika to po prostu ze specyfiki rozłożenia się procesów demograficznych w czasie. Z drugiej strony, wieloletni brak adekwatnych reform w obszarze polityki rodzinnej i emerytalnej będzie w przyszłości stanowić główną barierę rozwojową Polski. Spowoduje pogorszenie i tak negatywnej kondycji finansów publicznych i obniży konkurencyjność polskiej gospodarki, wystawiając ją na coraz większe i częstsze ryzyka zaburzeń o charakterze kryzysowym. Trudności z generowaniem wartości dodanej w gospodarce zderzą się z coraz większym zapotrzebowaniem na różne formy wydatków społecznych, pochłaniającym każde wolne zasoby na wzór czarnej dziury. Nierównowaga demograficzna Na rynku pracy jest jeszcze w większości aktywne pokolenie osób powojennego wyżu demograficznego. Z każdym kolejnym rokiem obraz ten będzie ulegał zmianie. W wiek emerytalny w coraz większej liczbie będą przechodzić osoby urodzone przed rokiem 1960. Z drugiej strony na rynek pracy zacznie wchodzić pokolenie z depresji urodzeniowej, która została zapoczątkowana w połowie lat 90tych. Wraz z narastaniem tego zjawiska zacznie pogłębiać się problem zastępowalności pokoleń oraz konsekwencji tego zjawiska dla systemu emerytalnego. W okresie 2000-2010 liczba osób w wieku produkcyjnym przypadająca na osobę w wieku emerytalnym oscylowała w okolicach 4. Tymczasem już w roku 2015 stosunek ten może spaść poniżej 3,5. Za kolejne 5 lat prognozowany jest dalszy spadek – do poziomu 2,7. Długookresowy trend wskazuje, że po 2035r. możemy się zbliżyć do wartości 2. Co oczywiste starzenie się społeczeństwa i wchodzenie w wiek produkcyjny niżów demograficznych będzie zwiększać obciążenie młodych pokoleń na rzecz starszych. Deficyt w ZUS Starzenie się społeczeństwa pociąga za sobą wzrost wydatków państwa na rzecz świadczeń emerytalnych oraz opiekę zdrowotną. Zasoby obecnego podstawowego systemu emerytalnego (ZUS) oraz przewidywane strumienie przyszłych wpłat i wypłat nie gwarantują bilansowania się tego mechanizmu. Równowaga jest trudna do osiągnięcia nawet przy założeniu, że państwo 32


zdecydowałoby się jedynie na powszechną minimalną emeryturę zbliżoną do wysokości minimum socjalnego. Obecnie system bilansuje się jedynie dzięki znaczącej dotacji budżetu państwa. Roczna dotacja z budżetu państwa do zbilansowania Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w ZUS to odpowiednio 33, 30 i 38 mld zł w latach 2008-10. Ile lat jeszcze wytrzyma taka konstrukcja systemu, zważywszy, że w kolejnych latach prognozowane są raczej większe niedobory? W 2008 r. w debacie publicznej w oparciu o analizy ZUS podkreślano, że w latach 2009-2013 zabraknie ok. 158 mld zł (w najbardziej optymistycznym wariancie). Wówczas rząd nie zajął się problemem naprawy bilansowania systemu emerytalnego. Niestety drastyczny spadek pokrycia wydatków dochodami ze składek ma miejsce w okresie ostatnich 4 lat. Sygnałów było znacznie więcej. W latach 2005-7 wskaźnik pokrycia wydatków dochodami ze składek regularnie utrzymywał się powyżej 70%. Pierwsze gwałtowne tąpnięcie miało miejsce w 2008r. i następne w każdym kolejnym roku. W 2010r. wskaźnik pokrycia wydatków na ubezpieczenia społeczne ze składek spadł do 55,7%. Tak duży niedobór powinien skutkować stanowczymi działaniami w 2011r., … ale to był rok wyborczy. Prezentowane obecnie pomysły reformy systemu emerytalnego świadczą niestety o raptowności działań i zupełnym braku wcześniejszego przygotowania do reformy systemu emerytalnego. Nie tylko nie rozwiązują problemów w długim horyzoncie czasu, ale nie usuwają elementów obecnych nieefektywności. Procesy demograficzne Nieregularna struktura wieku ludności Polski ma swoje korzenie jeszcze w okresie II wojny światowej. Po pierwsze istotny był ubytek ludności urodzonej przed wojną i w latach wojny. Następnie w latach 50tych miał miejsce powojenny baby-boom. Różnice w liczebności poszczególnych roczników były rzędu kilkuset tysięcy (w ujęciu rocznym). Następnie nadeszły „echa” niżu pokolenia wojennego (przełom lat 60tych i 70tych) i wyżu powojennego (lata 80te). Wraz z trwaniem przemian systemowych możemy mówić o depresji urodzeniowej. Nawet nieco większa liczba urodzeń po 2005r. nie może być traktowana jako istotne wtórne echo wyżu lat 80tych. Niestety utrzymujące się od kilkunastu lat poziomy dzietności 1,2-1,4 nie gwarantują prostej zastępowalności pokoleń. Pokolenie dzieci urodzonych w tym okresie jest o 30%-40% mniej liczne od pokolenia swoich rodziców. Pokolenie to nie będzie w stanie utrzymać systemu zabezpieczenia społecznego wcześniejszych pokoleń na zasadach, które mają miejsce obecnie. Za niską dzietność w Polsce nie można obwiniać jedynie przemian społeczno-obyczajowych. Obecnie w wielu krajach UE możemy zaobserwować proces przybliżania się do osiągnięcia zastępowalności pokoleń w rezultacie prowadzenia polityki nakierowanej na budowę i rozwój kapitału ludzkiego . Niestety w Polsce w okresie ostatnich 4 lat nie tylko nie przyjęto żadnych rozwiązań, ale wręcz nie prowadzono kluczowej debaty w obszarze polityki rodzinnej. Ostatnim widocznym ruchem rządzących na rzecz usuwania dyskryminacji ekonomicznej osób świadomie decydujących się na wychowanie dzieci było wprowadzenie przed kilku laty do systemu podatkowego odpisu podatkowego na każde dziecko. Obecnie kwota tego odpisu wynosi 1112,04 zł w ujęciu rocznym. Czarna dziura Gospodarka nadmiernie obciążona świadczeniami na rzecz pokolenia emerytalnego nie jest w stanie nie tylko zbilansować swoich finansów publicznych, ale również zaniedbuje obszary rozwojowe. Pod znakiem zapytania staje m.in. ilość środków dostępnych na badania i rozwój. Co więcej możemy obserwować, że w praktyce spontaniczne i kosztowne łatanie dziur w systemie emerytalnym odbywa się kosztem niepodejmowania działań państwa na rzecz większej dzietności i podnoszenia jakości kapitału ludzkiego przyszłych pokoleń. Nadmierne obciążenie młodych pokoleń na rzecz starszych utrudnia szansę wyrwania się ze spirali coraz mniej licznych młodych pokoleń. Istnieje istotne zagrożenie tzw. wtórną depresją demograficzną 33


przesuwającą aktywność gospodarki w kierunku obsługi i konsumpcji osób starszych, kosztem eksploatacji młodego pokolenia. Gospodarka zorientowana na konsumpcję starszych pokoleń nie inwestuje w badania i rozwój. W długim okresie spowalnia, a następnie ulega zapaści rozwój gospodarczy. Mniej liczne przyszłe pokolenia dostarczą mniej pracy, zgłoszą mniejszy popyt konsumpcyjny, kupią mniej nieruchomości, wypracują mniejszy produkt krajowy, przysporzą państwu mniej przychodów fiskalnych, etc. Starzenie się społeczeństw nie jest problemem, jeżeli ma miejsce zastępowalność pokoleń. Problemem Polski jest jednak dramatycznie niska dzietność. W światowych statystykach dzietności Polska zajmuje trzynaste miejsce od końca (209 na 222 kraje świata). Działania zaradcze Obecnie system podatkowy traktuje dzieci jak luksusową konsumpcję, na którą stać niewielu. Ma miejsce osłabianie pozycji ekonomicznej osób świadomie decydujących się na posiadanie i wychowanie dzieci. System podatkowy nie dostrzega, iż wychowanie dzieci jest inwestycją w kapitał ludzki i nie partycypuje w ułatwieniu wychowania przyszłego pokolenia, które będzie utrzymywać starsze pokolenia w przyszłości. Rodziny ponosząc wyższe wydatki związane z kosztami utrzymania dzieci, płacą również wyższe podatki pośrednie. Osoby wychowujące dzieci ponoszą wyższe koszty alternatywne w okresie aktywności zawodowej (niższe zarobki, wolniejsza kariera zawodowa, mniej wolnego czasu na rekreację), … a także w okresie późniejszym, kiedy ich dzieci dorosną i będą w większym stopniu płacić emerytury tym, co wybrali jedynie ścieżkę rozwoju zawodowego. Zniechęca to ludzi młodych do angażowania się w świadome rodzicielstwo. Natomiast z prawnego punktu widzenia zaburzone zostały zasady konstytucyjnej sprawiedliwości podatkowej poprzez przekładanie nieproporcjonalnie większych obciążeń na rodziny z dziećmi. Istotnym błędem jest, że debata o systemie zabezpieczenia emerytalnego nie obejmuje całościowo polityki zarządzania kapitałem ludzkim państwa, polityki rodzinnej lub demograficznej państwa. Kluczowe są przyczyny, zaś przebudzona czujność rządu odnosi się do skutków. Błędem jest patrzenie na reformy społeczne przez pryzmat emerytalny. Co gorzej, w debacie emerytalnej rząd nie był w stanie zaproponować nic mądrzejszego niż mechaniczne podwyższenie wieku emerytalnego. Po stronie polityk na rzecz odbudowy kapitału ludzkiego w gospodarce brak w Polsce refleksji w obszarze premiowania dzietności i zaangażowania w proces wychowywania dzieci. Choć powstało na świecie wiele różnorodnych modeli i narzędzi polityk rodzinnych, to ze względu na uwarunkowania lokalne każdy kraj powinien dobrać swój optymalny wzorzec. Powinien on odnosić się m.in. do neutralizowania wyższych wydatków konsumpcyjnych oraz kompensowania alternatywnego kosztu czasu. W pierwszym przypadku można wykorzystać np. instrumenty polityki fiskalnej. Szczególnie ważne jest zachęcanie rodzin do drugiego i trzeciego dziecka np. przez mechanizm progresywnego i kumulującego się w czasie odpisu podatkowego. W drugim przypadku kluczowe są inwestycje w system opieki i edukacji już dla najmłodszych dzieci. W szczególności istotna jest dostępność przedszkoli i żłobków w dużych ośrodkach miejskich. Ze względu na duże obciążenie kobiet związane z wychowaniem dzieci oraz konsekwencjami dla ich późniejszej sytuacji na rynku pracy ważne staje się uwzględnienie tego faktu w długoterminowym systemie zabezpieczenia społecznego. Przypomnijmy, że głównym ekonomicznym beneficjentem wychowanych dzieci nie jest rodzina lecz państwo. Zatem państwo przykładowo mogłoby uwzględniać w składce gromadzonej w ZUS dodatek za urodzone i wychowane dzieci (np. po 3 lata składki względem średniej krajowej za każde wychowane dziecko, ale np. nie więcej niż do 10 lat wymiaru tej składki). W pewnym przybliżeniu, obecnie, żeby już obecne negatywne efekty nie pogłębiały się w przyszłości należałoby oczekiwać ok. 3 dzieci w rodzinach pełnych. Brak wysiłku kierujących państwem na rzecz zatrzymania erozji kapitału ludzkiego jest zagrożeniem dla solidarności międzypokoleniowej w Polsce. Łącznikiem tym są zarówno wartości rodzinne jak i więzy ekonomiczne. Niestety, pokolenia zbyt mało liczne by utrzymać poprzedzające je pokolenia 34


zamiast o nie dbać będą skazane na wejście w silny ekonomiczny konflikt interesów. Zaburzenia te będą zarówno negatywnie oddziaływać na stabilność gospodarczą oraz konkurencyjność. Dodatkowo współcześnie większa mobilność kapitału ludzkiego będzie dodatkowym bodźcem do eksportu najwartościowszego kapitału ludzkiego zagranicę.

Tekst ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej” 16 maja 2012 roku.

35


12. Lokalna oligarchia nie lubi kontroli Marcin Horała, Ekspert CAFR

Sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Olgierd Dziekoński zapowiedział, iż za około dwa miesiące ma wreszcie trafić do Sejmu prezydencki projekt ustawy o wzmocnieniu udziału w działaniach samorządu terytorialnego oraz o współdziałaniu gmin, powiatów i województw. Z nowej wersji ustawy ma m. in. zniknąć instytucja zapytania obywatelskiego. Nie budzi to najmniejszego zdziwienia i pozostaje zgodne z logiką zarówno samej ustawy, jak i dotychczasowej historii prac nad jej projektem. Lektura dotychczas prezentowanego tekstu rodzi wrażenie chaosu i niespójności. Prace wydają się przedłużać w nieskończoność. Niedługo będziemy w latach liczyć prace nad projektem, który jeszcze nawet nie trafił pod obrady Sejmu i nie dotyczy materii jakoś szczególnie skomplikowanej (porównajmy to chociażby z trybem prac nad zmianami w systemie emerytalnym). Źródłem bólu z jakim rodzi się ustawa – jak i jej niespójności – może być rozbieżność, wręcz odwrotność interesów i intencji stron nad nią pracujących. Tytuł pozwala podejrzewać, iż u na początku była chęć faktycznego zwiększenia wpływu obywateli na samorząd. Po czym zaczęły się konsultacje ze „środowiskami samorządowymi”. Tak naprawdę jednak siłą rzeczy były to konsultacje z jednym, bardzo specyficznym środowiskiem. Tak się bowiem składa, że z trzech głównych aktorów na scenie samorządowej jeden śpi, a drugi jest zakneblowanym i związany. Siłą rzeczy to, co słyszymy dobiega tylko z ust trzeciego aktora. Aktorem śpiącym są obywatele, społeczeństwo niezorientowane i niezainteresowane lokalnym samorządem (zainteresowanie to jest zazwyczaj o kilka rzędów wielkości mniejsze od – i tak płytkiego i emocjonalnego – zainteresowania sprawami publicznymi na poziomie krajowym). Organizacje pozarządowe również są bardzo słabe, a do tego dominuje wśród nich typ organizacji tematycznocharytatywnych, nastawionych na wykonywanie konkretnych działań najczęściej o charakterze pomocowym i najczęściej w większości finansowanych przez przyznawane w grantach środki publiczne. Organizacji silnych, samodzielnych i zainteresowanych całokształtem polityki samorządowej w danej wspólnocie lokalnej jest jak na lekarstwo. Aktorem zakneblowanym i związanym są samorządowe władze uchwałodawcze. W obecnej konstrukcji władz samorządowych pozostają one – szczególnie na szczeblu gminy i miasta na prawach powiatu – praktycznie ubezwłasnowolnione. Ich pozycja i narzędzia polityczne, jakie mają w ręku, są tak słabe, iż dla większości radnych najbardziej racjonalną strategią politycznego sukcesu jest pokorne zabieganie o łaskę u władzy wykonawczej. Już chociażby sam prozaiczny fakt, iż nie ma na żadnym szczeblu radnych zawodowych powoduje, że by wziąć udział w jakichś konsultacjach w Warszawie radni musieliby wykorzystywać urlopy wypoczynkowej w swojej pracy zawodowej lub konsultacje musiałby się odbywać w weekendy. Nie istnieje również żadna ogólnopolska organizacja radnych mogąca być wyrazicielem ich interesów w procesie kształtowania ustawy. Na placu boju pozostają więc samotnie przedstawiciele interesów lokalnej władzy wykonawczej i stojącej za nią lokalnej kasty mandaryńskiej, samorządowej biurokracji. Oni mają czas i środki na konsultacje – wykonają je w ramach nieźle płatnej pracy i pewnie nawet koszt dojazdu do Warszawy rozliczą sobie jako delegację. Lub wyślą – znów w ramach obowiązków służbowych – podległych sobie pracowników. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci są zorganizowani i świadomi swoich interesów. Dysponują budżetami, również PRowskimi, aby o interesy owe zabiegać. Dlatego „głos środowisk samorządowych” w istocie jest głosem lokalnych oligarchii skupionych wokół władzy wykonawczej. I dlatego w ustawie w jej dotychczasowym kształcie aż roi się od różnych „kwiatków” realnie rozmontowujących rzekomo przyznawane obywatelom uprawnienia (przykład 36


pierwszy z brzegu – absurdalnie wysokie wymogi wobec obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej) czy nawet zapisów bezpośrednio obsługujących partykularny interes konkretnych, wręcz możliwych do wymienienia z nazwiska, lokalnych polityków (jak zniesienie zakazu łączenia funkcji wykonawczych w samorządzie z mandatem senatorskim – jak rozumiem oznacza to że zdaniem projektodawcy wypełnianie obowiązków radnego bardziej absorbuje od obowiązków prezydenta miasta, skoro łączenie mandatu radnego z senatorskim byłoby nadal zabronione). Widać więc już, iż jeżeli ustawa prezydencka ujrzy ostatecznie światło dzienne, to będzie jakimś potworkiem, którego realne cele będą często dokładnie odwrotne od tych wskazanych w tytule. Chyba lepiej byłoby spuścić na nią zasłonę milczenia i napisać nowy, prosty, projekt dający obywatelom i ich przedstawicielom realną możliwość kontrolowania samorządowej władzy wykonawczej oraz lokalnej biurokracji. Ustawę zwiększającą zawartość samorządności w samorządach . Nie trudno przewidzieć, że ustawa taka przywitana by została głosem sprzeciwu przez „środowiska samorządowe”. Tekst ukazał 18 maja 2012 roku na blogu autora w portalu stefczyk.info.

37


13. Darmowy kredyt dla fiskusa Radosław Piekarz, ekspert Zespołu ds. Finansów Publicznych CAFR O niedoskonałości polskiego systemu podatkowego świadczą nie tylko głośne sprawy, w których fiskus najpierw nakłada na podatnika podatek, zaś później przegrywa sprawę w sądzie. Tego typu sytuacje kreowane są przez skomplikowane przepisy i rozbieżne ich interpretacje. To zjawisko – choć oczywiście powinno być redukowane – jest zjawiskiem normalnym i charakterystycznym w zasadzie dla wszystkich systemów podatkowych. Spory sądowe w zakresie różnych interpretacji przepisów prezentowane przez fiskusa i podatnika występują w każdym państwie. Polski system podatkowy charakteryzuje się jednak innym, daleko gorszym brakiem. Otóż polski system podatkowy nie zawiera podstawowych instytucji, jakie powinien przewidzieć racjonalny ustawodawca. Jedną z takich „dziur” jest brak przepisu o zasadach zwrotu akcyzy. Kiedy dochodzi do zwrotu akcyzy? W przypadku wewnątrzwspólnotowej dostawy (wywóz do Unii Europejskiej) lub eksportu (wywóz poza Unię Europejską) wyrobów akcyzowych podatnikowi lub podmiotowi który nabył od podatnika wyroby akcyzowe z zapłaconą akcyzą w Polsce przysługuje zwrot akcyzy. Wynika to z ogólnej zasady podatkowej związanej z akcyzą: podatek akcyzowy jest pobierany w kraju konsumpcji wyrobu akcyzowego. Skoro wyrób wyjeżdża poza granicę Polski, to zapłacona akcyza w Polsce powinna podlegać zwrotowi. Zgodnie z przepisami, właściwy naczelnik urzędu celnego wydaje decyzję o wysokości uznanej kwoty zwrotu akcyzy z tytułu dostawy wewnątrzwspólnotowej wyrobów akcyzowych i eksportu wyrobów akcyzowych oraz dokonuje zwrotu tej kwoty, w terminie 30 dni od dnia złożenia wniosku o zwrot akcyzy i przedstawienia dokumentów. Jeżeli zasadność zwrotu akcyzy wymaga dodatkowego sprawdzenia, zwrot następuje w terminie 90 dni. W konsekwencji, można by sądzić, że przepisy ustawy akcyzowej i rozporządzenia wykonawczego wyznaczają maksymalne terminy zwrotu:  

30 dni – termin standardowy, 90 dni – termin nadzwyczajny.

Procedura zwrotu – wydawać by się mogło – jest bardzo prosta. Podatnik wywiózł z kraju wyrób akcyzowy, od którego uprzednio zapłacił akcyzę i posiada dokumenty świadczące o tym wywozie. Następnie składa wniosek do naczelnika urzędu celnego, zaś ten dokonuje zwrotu według wskazanych powyżej terminów. Problemy ze zwrotem akcyzy Jednak pozory mylą, zaś niedoskonałość prawa prowadzi na manowce, na które często wpadają polscy podatnicy. Należy bowiem zaznaczyć, że zwrot akcyzy nie odbywa się na podstawie przepisów Ordynacji podatkowej, tylko na podstawie ustawy akcyzowej i rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie zwrotu akcyzy od wyrobów akcyzowych z dnia 20 sierpnia 2010 r. (Dz.U. Nr 157, poz. 1053). Konsekwencje tego faktu są istotne. Zwrot akcyzy nie stanowi bowiem nadpłaty w rozumieniu Ordynacji podatkowej, co – nawiasem mówiąc – potwierdzają też sądy. Fakt ten rodzi duże problemy po stronie polskich przedsiębiorców, którzy niekiedy czekają na zwrot akcyzy kilkanaście lub kilkadziesiąt miesięcy. A jakie są konsekwencje opóźnienia dla fiskusa? Żadne. Jako, że zwrot akcyzy nie stanowi nadpłaty w rozumieniu Ordynacji podatkowej, to – na podstawie przepisów podatkowych – przedsiębiorcy nie należy się żadne wynagrodzenie (czyli odsetki podatkowe). W efekcie, fiskus zwlekając ze zwrotem akcyzy może korzystać z darmowego kredytu na koszt przedsiębiorcy. 38


Jak zaradzić tej sytuacji? Wystarczyłby krótki przepis w ustawie akcyzowej, w myśl którego zwrot akcyzy traktowałoby się jak nadpłatę w rozumieniu Ordynacji podatkowej. Niestety, po stronie Ministerstwa Finansów nie widać chęci naprawienia tej sytuacji.

39


14. Bojkot uwiera Z Marcinem Przydaczem, ekspertem Fundacji Republikańskiej, rozmawia Marta Ziarnik Jak odbiera Pan słowa premiera Mykoły Azarowa zapowiadającego w rozmowie z dziennikarzem Polskiego Radia, iż w dalszych relacjach z sąsiadami Ukraina będzie się kierowała stanowiskiem danego państwa w kwestii bojkotu ukraińskiej części Euro 2012? - Słowa premiera Azarowa należy odbierać jako próbę wywarcia dyplomatycznego nacisku na europejskich przywódców zapowiadających bojkotowanie ukraińskiej części Euro 2012. Ukraiński premier w rozpaczliwy sposób, przy użyciu de facto groźby, stara się wymóc na europejskich przywódcach zaprzestanie bojkotu. Chce w ten sposób przywrócić imprezie należny jej, jego zdaniem, prestiż. Widać więc wyraźnie, że bojkot uwiera przywódców ukraińskich, skoro sięgają oni po tego typu narzędzia dyplomacji. Nie należy się jednak obawiać tej groźby, gdyż stosunki międzynarodowe to gra interesów, a Ukraina w przyszłości kierować się będzie realnymi interesami, nie zaś sentymentem związanym z bojkotem. Sprawa bojkotu Euro 2012 jest ważna tu i teraz i nie będzie to miało, moim zdaniem, wpływu na późniejsze stosunki z Ukrainą. Polska oficjalnie nie podjęła bojkotu ukraińskiej części mistrzostw. Azarow powiedział wczoraj, że w sprawie Tymoszenko „Polska znajdowała się pod naciskiem”. Jak to rozumieć? - Problem polega na tym, że Polska znów nie przemówiła jednym głosem w sprawie Ukrainy. Jeszcze nie tak dawno panował w naszym kraju consensus co do prowadzenia polityki wschodniej. Po tzw. resecie stosunków z Rosją, który przeprowadził rząd Donalda Tuska, pojawiła się w tym temacie rozbieżność. Z całą pewnością nie wpływa to dobrze na skuteczność naszej dyplomacji. Wart odnotowania jest fakt, że z liczących się przywódców europejskich do zaprzestania bojkotu głośno nawołują jedynie Władimir Putin i Donald Tusk. Zupełnie nie rozumiem zaś wypowiedzi premiera Azarowa o rzekomych naciskach, jakie miałyby być wywierane na Polskę. Rząd RP, właśnie wbrew przywódcom europejskim, nawoływał do zaprzestania bojkotu, nie był więc z pewnością pod naciskiem z Zachodu. Azarow, mówiąc, iż apele o bojkot ukraińskiej części Euro są całkowicie bezzasadne, twierdzi, że „żaden z wyższych rangą unijnych polityków nie mówił o politycznym bojkocie mistrzostw”. - Premier Azarow próbuje zaklinać rzeczywistość. Jest zupełnie inaczej, niż mówi. Sporo europejskich polityków zapowiada bojkot ukraińskiej części Euro 2012, a to nie jest w smak politykom ukraińskim. Mykoła Azarow, zamiast formułować tego typu stwierdzenia, powinien raczej skierować swoją aktywność na minimalizowanie przyczyn bojkotu. Należy po prostu wypuścić Julię Tymoszenko z więzienia. Sprawa ta nie służy w żaden sposób Ukrainie i czas najwyższy zdać sobie z tego sprawę. Ukraiński premier stwierdził, że całą sprawę gmatwa sama Tymoszenko, nie chcąc przyznać się do winy i stawiając władzom absurdalne – zdaniem premiera – zarzuty. - Z reguły jest tak, że oskarżeni, którzy nie czują się winni, nie przyznają się do winy (śmiech). Trudno im z tego robić zarzut. Przyznanie się do winy w normalnym państwie prawa nie jest wystarczającym powodem do skazania oskarżonego. Należy mu jeszcze tę winę udowodnić za pomocą przedstawianych wniosków dowodowych. Oskarżonemu daje się także możliwość obrony za pomocą wszelkich dostępnych środków. Apelem takim premier Azarow potwierdza tylko, że Ukrainie daleko jeszcze do bycia państwem, w którym rządzą normy prawne, nie zaś doraźne interesy danych polityków czy oligarchów. Dziękuję za rozmowę. Rozmowa ukazała się 26 maja na łamach „Naszego Dziennika”.

40


15.Chytry traci dwa razy Marcin Wrotniak, ekspert Zespołu ds. Finansów Publicznych CAFR Przemysław Wipler, poseł na Sejm RP, fundator i b. prezes Fundacji Republikańskiej W imię doraźnych dochodów budżetowych minister finansów kurczowo trzyma się 23-proc. stawki VAT na e-booki, która dyskryminuje polskich e-wydawców. Końcowy efekt może być taki, że polscy czytelnicy i tak kupią e-booki z niskim VAT, ale polski budżet już nie otrzyma z tego tytułu nawet złotówki. Na co dzień Jan Vincent-Rostowski lubi odgrywać rolę dobrego księgowego, który dba o to, aby w rządowym sprawozdaniu finansowym wszystko było na swoim miejscu. Prawdą jest, że zabezpieczenie strony dochodowej budżetu państwa stanowi jedno z najważniejszych zadań ministra odpowiedzialnego za finanse publiczne. Jednak obrana w przypadku e-booków strategia polskiego fiskusa polegająca na bezrefleksyjnej i upartej walce o zachowanie standardowej stawki VAT może mieć efekt odwrotny i w istocie może doprowadzić do narażenia budżetu na wymierne straty. O obecnym stanowisku ministra finansów w sprawie opodatkowania e-booków z całą pewnością można powiedzieć, że nie sprzyja ono ani polskim przedsiębiorcom, ani czytelnikom, ani też fiskusowi. Polityka ta wyraźnie szkodzi. Wszystkim. Całej sprawie dodatkowej wagi nadaje fakt, że dotychczasowemu, kontrowersyjnemu stanowisku ministra finansów wiele stron (w tym rzecznik praw obywatelskich) zarzuca niezgodność z prawem unijnym i niekonstytucyjność. Bilans otwarcia, podatkowy bałagan na rynku książki Obecny rząd nigdy nie rozpieszczał wydawców książek. Od 2011 r. polski rynek książki musiał się zmierzyć z utratą prawa do stosowania zerowej stawki VAT na sprzedaż książek, wskutek fiaska negocjacji rządu z Komisją Europejską. Rządowi nie udało się bowiem utrzymać korzystnej dla polskiego czytelnictwa derogacji przepisów, mimo że do dzisiaj wybrane państwa członkowskie utrzymują obniżone bezterminowo (sic!) stawki VAT na książki: Irlandia i Wielka Brytania 0 proc., Luksemburg 3 proc., Hiszpania i Włochy 4 proc. Co więcej, podwyżce VAT towarzyszył chaos w wydawnictwach spowodowany wprowadzeniem przez rząd skomplikowanych przepisów przejściowych (vide „Rzeczpospolita” z 6.01.2012 r., Ł. Gołębiewski, Najgorszy rok dla książki). I tak, dyskryminacyjne opodatkowanie wydawnictw elektronicznych wpisuje się w swoisty podatkowy bałagan na rynku książki. Książki elektroniczne bowiem, inaczej niż preferencyjnie opodatkowane książki tradycyjne (5 proc. VAT), są opodatkowane według podstawowej stawki VAT – 23 proc. Różnica ta (czyli aż 18 pkt proc.) musi budzić zdziwienie czytelnika, dla którego książki w formie papierowej oraz elektronicznej stanowią towary konkurencyjne. Inaczej jest jednak dla polskiego fiskusa, który stosuje dość archaiczną interpretację przepisów i wyłącznie sprzedaż książki w formie tradycyjnej uznaje za „dostawę książek” korzystającą z relatywnie niskiego opodatkowania VAT (5 proc.). Tymczasem sprzedaż e-booków w Internecie, w oczach Ministerstwa Finansów, nie mieści się w definicji dostawy książek i konsekwencji uznawana jest za usługę opodatkowaną podstawową stawką VAT (23 proc.). Jan Vincent-Rostowski kontra reszta świata Powyższa interpretacja przepisów podatkowych jest utrzymywana przez ministra finansów nie tylko wbrew rzeczywistości gospodarczej. Minister finansów wydaje się bowiem również odporny na padające z różnych kierunków argumenty natury prawnej, które przemawiają za zmianą stanowiska w zgodzie z przepisami nadrzędnej w tym względzie unijnej dyrektywy VAT. Obecny minister finansów przyzwyczaił nas, że pozostaje głuchy nawet na najbardziej merytoryczne wskazówki posłów opozycji, stąd zaskoczeniem nie była odpowiedź ministra na interpelację poselską z 24 stycznia br. w sprawie opodatkowania e-booków, w której minister finansów stanął murem za dyskryminacyjnym dla e-wydawców podatkowym status quo. Korzystając z okazji, z pisma warto 41


przytoczyć akcent humorystyczny – minister stwierdził, że równe traktowanie elektronicznych i papierowych książek na gruncie VAT jest niebezpieczne, ponieważ może doprowadzić nawet do zaniku tradycyjnej formy czytelnictwa. Rozumiemy, że rozterek ministra nie podzielała Kancelaria Sejmu, składając zamówienie na iPady dla wszystkich posłów. O ile sama odpowiedź na interpelację oznaczała brak dobrej woli ministerstwa w zakresie ustępstw w sprawie dyskryminacyjnego opodatkowania, o tyle wydaje się, że złożona interpelacja oraz pojawiające się liczne publikacje prasowe w przedmiotowej kwestii pobudziły jednak aparat państwowy do działania. W efekcie rzecznik praw obywatelskich w oficjalnym piśmie, a następnie w wypowiedzi prasowej zarzucił praktyce ministra finansów naruszenie konstytucyjnej zasady równości poprzez podatkowe faworyzowanie wyłącznie wydawców książek w formie tradycyjnej. Mimo przedstawianych wątpliwości prawnych minister finansów nadal upiera się przy swoim stanowisku, a co gorsza, z informacji udzielonych przez ministerstwo wynika, że fiskus nie analizuje, w jakim stopniu zaporowe opodatkowanie VAT e-booków wpływa na poziom czytelnictwa oraz rozwój rynku wydawniczego w Polsce. Tymczasem liczne dostępne dane pokazują, że elektroniczne książki mogą być remedium na spadający poziom czytelnictwa (w Stanach Zjednoczonych e-booki są jedyną formą publikacji, która odnotowuje stały wzrost sprzedaży), a co za tym idzie, także ostatnią deską ratunku dla upadających polskich oficyn wydawniczych. Niestety, w czasie, gdy nasz ministerialny aparat urzędniczy skutecznie broni własnego profiskalnego stanowiska, inne państwa członkowskie UE już wprowadzają preferencyjne opodatkowanie ewydawnictw. Bilans zamknięcia, ostatni gasi światło Minister finansów tłumaczy nam, że obecna praktyka polskiego fiskusa nie łamie przepisów dyrektywy, a jakakolwiek zmiana w zakresie stawki VAT na e-booki jest niemożliwa bez uprzedniego zielonego światła z Komisji Europejskiej. Tymczasem Francja i Luksemburg, które w zakresie VAT podlegają tej samej unijnej dyrektywie, już od początku obecnego roku wprowadziły obniżone stawki na książki elektroniczne. Uzasadnienie prawne wypełnione m.in. bogatym orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, poparte szerokimi analizami ekonomicznymi na temat wpływu nowej stawki VAT na rozwój e-wydawnictw przygotowane przez Ministerstwo Budżetu podległe francuskiej odpowiedniczce Jana Vincent-Rostowskiego, Valérie Pécresse stanowi najlepszą ripostę na ulubiony argument ministra Rostowskiego: „nie, bo Unia nie pozwala”. Jeśli jednak polskie Ministerstwo Finansów rzeczywiście czeka na sygnał z Brukseli, to należy wskazać, że przyjazny dla e-booków euroklimat nastał już dawno temu. Wskazują na to w szczególności wypowiedzi unijnej komisarz ds. Agendy cyfrowej Neelie Kroes na temat braku uzasadnienia dla różnego traktowania książek fizycznych i e-booków na gruncie VAT, memorandum Komisji Europejskiej z grudnia ubiegłego roku, które nakreśla nowe metody ustanawiania stawek VAT tak, aby „osiągnąć zbieżność między środowiskiem online i światem fizycznym”, a także rezolucja Parlamentu Europejskiego o konieczności równego podatkowo traktowania książek elektronicznych i papierowych. Rachunek zysków i strat, czyli „chytry minister dwa razy traci” Jedyne, co dzieli ministra Rostowskiego od utraty całości wpływów z tytułu sprzedaży e-booków w Polsce, jest decyzja polskich dystrybutorów elektronicznych książek o rejestracji swojego biznesu np. w Luksemburgu, gdzie stawka na e-booki to 3 proc., a nie 23 proc. jak w Polsce. Tak stanowią reguły wspólnego, unijnego systemu VAT. Sprzedaż usług takich jak e-booki zwykłym konsumentom jest bowiem opodatkowana VAT w miejscu, w którym siedzibę ma sprzedawca. Oznacza to, że spółka zarejestrowana w Luksemburgu zapłaci VAT właśnie w tym kraju, niezależnie od tego, czy z jej sklepu internetowego e-książki pobierają mieszkańcy Luksemburga, Niemiec czy właśnie Polski. 42


W konsekwencji minister Rostowski w rachunku strat będzie zmuszony odnotować więcej, niż miałoby to miejsce w przypadku zrównania stawek VAT na książki w formie tradycyjnej i elektronicznej. Nie będzie to zatem różnica między obecnym 23 proc. VAT a hipotetycznym 5 proc., ale całe dotychczasowe 23 proc.! W sytuacji bowiem gdy polscy przedsiębiorcy dokonają w końcu optymalizacji podatkowej swojego biznesu i przeniosą swoje wydawnictwa do innego państwa, budżet Rostowskiego nie dostanie nawet złotówki, natomiast na sprzedaży polskich e-booków w Polsce bogacić się będzie budżet innego państwa członkowskiego UE – Francji lub Luksemburga. Podsumowanie Opisany powyżej krótki epizod z walki podatników przeciw nadmiernemu opodatkowaniu (overtaxation) pokazuje, że minister finansów nie wywiązuje się z roli skrupulatnego księgowego, ponieważ nie sporządził rzetelnego bilansu zysków i strat dla podejmowanych przez siebie decyzji. Minister Rostowski nie jest w stanie wyjść poza krótki horyzont czasowy i w efekcie zamiast zachowania źródła dochodu budżetowego, co stanowi podstawowy cel Ministerstwa Finansów, może doprowadzić do sytuacji zupełnie odwrotnej, czyli całkowitej utraty wpływów podatkowych z tytułu sprzedaży e-booków. Co więcej, minister finansów przy okazji wykazał szereg innych zaniedbań: podległe mu ministerstwo nie analizuje rynkowych skutków decyzji podejmowanych przez ministra oraz wpływu tych decyzji na różne inne dziedziny społeczne tak istotne jak np. poziom czytelnictwa. Ponadto minister dobitnie pokazuje, że zwyczajnie brak mu odwagi, aby walczyć w Brukseli o „wygrane sprawy” ważne dla polskich obywateli. Jeśli zatem minister nie podejmuje się spraw, w których istnieją solidne fundamenty prawne i polityczne, to nie należy się spodziewać, że wystąpi on z inicjatywą w trudnych do obrony, ale ważnych dla Polski sprawach. W końcu minister ignoruje zmieniającą się wokół Polski rzeczywistość gospodarczą, przez co Polska przegrywa konkurencję podatkową z innymi państwami Unii Europejskiej. Przy czym finansowe skutki tych porażek mają wymiar zdecydowanie krajowy. W konsekwencji minister finansów nie jest nawet w stanie odegrać swojej roli księgowego. Tekst ukazał się 28 maja 2012 r. na łamach „Rzeczpospolitej”.

43


16. Chicago: Walka o wiarygodność sojuszu Tomasz Szatkowski, Ekspert Fundacji Republikańskiej Szczyt NATO w Chicago przypadł w jednym z trudniejszych momentów Paktu Północnoatlantyckiego. Żaden z fundamentalnych problemów trapiących ten sojusz nie został rozwiązany, ale zapadło wiele mniej spektakularnych decyzji, które pozwalają zachować nadzieję na przetrwanie Sojuszu. NATO nie ma alternatywy jako główny zewnętrzny czynnik bezpieczeństwa Polski. Nie jest nią bynajmniej unijna Wspólna Polityka Bezpieczeństwa i Obrony. Europejska kultura strategiczna nie niesie ze sobą na razie realnych zdolności militarnych, a bez potężniejszego sojusznika zza oceanu ma tendencję do naiwnego pacyfizmu. Pakt Północnoatlantycki zawdzięcza z kolei swą kulturę organizacyjną okresowi zimnej wojny, z której wyszedł, jako niekwestionowany zwycięzca. Bez NATO w tamtym okresie USA musiałyby zająć bardziej izolacjonistyczne pozycje, co umożliwiłoby „rozegranie” państw europejskich i przejęcie kontroli nad kontynentem przez Związek Sowiecki. Sojusz Północnoatlantycki jest dla nas ważny nie tylko jako zabezpieczenie przed powrotem na ekspansjonistyczną ścieżkę przez naszego wschodniego sąsiada. Dysponuje on rozległym aparatem dowódczym i administracyjnym, który umożliwia współpracę sił zbrojnych państw członkowskich, a także pomaga w podwyższaniu ich efektywności. Dlatego powinniśmy przykładać głęboką uwagę do odpowiedzi na pytanie czy szczyt w Chicago wzmocnił Pakt, czy też był oznaką jego słabości. Rozbieżne oczekiwania Szczyt jeszcze przed jego rozpoczęciem został obwołany spotkaniem bez wielkich ambicji, a jego przebieg nie rozwiał tych mało optymistycznych przewidywań. NATO przeżywa niestety trudny okres, który symbolizuje fakt, że w jego najtrudniejszej od lat misji ISAF w Afganistanie celem nie jest całkowite zwycięstwo, ale wycofanie w warunkach pozwalających na zachowanie twarzy i nie dopuszczenie, aby przerodziło się ono w ucieczkę na wyścigi. Ta operacja nie dotyczy naszych bezpośrednich interesów i jej zakończenie pozwoli na uwolnienie części środków na modernizację techniczną naszych sił zbrojnych. Jej względne powodzenie jest jednak dla nas ważne, gdyż będzie wpływało na ogólną wiarygodność sojuszu. Dlatego choć zgadzam się, że zaproponowana przez gospodarzy suma 20 milionów dolarów, jako roczna kontrybucja Polski na finansowanie sił zbrojnych Afganistanu, jest wygórowana to jednak uważam, że jest to sprawa drugorzędna. Nawet utrzymanie jej na tej wysokości to wydatek dziesiątki razy mniejszy od tych obecnie ponoszonych na misę afgańską. Należy oczywiście starać się negocjować jej zmniejszenie, a także walczyć o zamówienia dla polskiego przemysłu obronnego z tego zbiorczego afgańskiego budżetu obronnego. Ważniejsze jest jednak żebyśmy w kwestii Afganistanu nie zachowali się tak nieodpowiedzialnie, jak nowy prezydent Francji Francois Hollande, który podjął decyzję o wycofaniu swego kontyngentu przed sojusznikami. W Chicago trudno było spodziewać się wielu przełomowych decyzji nie tylko z powodu traumy afgańskiej. Trudnym zadaniem było pogodzenie zasadniczo rozbieżnych interesów sojuszników. Administracja Baracka Obamy jest od samego początku kadencji mało zainteresowana Starym Kontynentem, a obecnie z powodu chińskich zbrojeń ma dodatkowe powody do zwrócenia się w stronę innych obszarów świata, w tym szczególnie Pacyfiku. W związku z tym Amerykanie chcieli wykazać własnym obywatelom, że europejscy sojusznicy mają wolę wspólnego zmierzenia się ze strategicznymi wyzwaniami na świecie. W tym samym czasie jednak, w wyniku kryzysu finansów publicznych wydatki obronne europejskich członków NATO drastycznie spadają, prowadząc do demilitaryzacji Europy Zachodniej, i zmniejszają jej użyteczność jako sojusznika Ameryki. Część z położonych na wschodzie i północy członków sojuszu, takich jak Polska czy Norwegia, jest z kolei bardziej zaniepokojona remilitaryzacją Rosji i jej coraz bardziej agresywną postawą. W efekcie czują więc potrzebę zwiększenia zdolności obronnych na potrzeby obrony własnej i sąsiedztwa, niż uczestnictwa w kolejnych zamorskich eskapadach. W tych warunkach trudno było o przełomowe postanowienia. Ta sytuacja grała przede wszystkich na niekorzyść państw, które starają się o członkostwo w sojuszu. Spośród tych krajów Gruzja i 44


Macedonia są zdaniem ekspertów przygotowane do członkostwa lepiej niż Albania, która przystąpiła do sojuszu w 2009 r. Gruzini mają szczególne powody do niezadowolenia. Wydają na obronność 4% swojego PKB, zwiększają swoje i tak już duże zaangażowanie w Afganistanie, a przed szczytem wysyłali sygnały, iż są gotowi zgodzić się na nieobejmowanie sojuszniczymi gwarancjami terytoriów, które są okupowane przez Rosję. Więcej dla członkostwa w NATO już nie są w stanie zrobić. Muszą, więc czekać i ściskać kciuki za zmianę warty w Białym Domu. Ciąg dalszy walki o wiarygodność artykułu V Kurs zapoczątkowany na poprzednim szczycie NATO w Lizbonie w 2010 r. dokonał pozytywnej, z naszego punktu widzenia, korekty w polityce sojuszu. W poprzedniej dekadzie zwracano uwagę w większym stopniu na misje i wyzwania poza obszarem Europy, niż na zapewnienie kolektywnej obrony terytorium sojuszników. W tym czasie jednak wzrastająca wraz z wydatkami militarnymi asertywność Rosji doprowadziła do tak alarmistycznych wydarzeń jak wojna w Gruzji czy cybernetyczny atak na Estonię. Sojusznikiem zaniepokojonych państw wschodniej flanki sojuszu stało się w tej kwestii także „jastrzębie” lobby Pentagonu. Dodatkowym czynnikiem była trzeźwa konstatacja, iż misje ekspedycyjne są powiązane z wiarygodnością mechanizmu kolektywnej obrony: sojusznicy, którzy nie będą pewni czy NATO przyjdzie z pomocą w obronie ich terytorium nie będą skłonni wysyłać swego wojska na misje ekspedycyjne. W rezultacie, w przyjętej w Lizbonie nowej koncepcji strategicznej paktu reafirmowano rolę artykułu V Traktatu Północnoatlantyckiego, stanowiącego mechanizm zobowiązującu do kolektywnej obrony państw sojuszniczych. Podkreślono, że państwa członkowskie NATO odstraszą i odeprą każdą groźbę agresji wobec jednego z nich. Podkreślono konieczność utrzymania w tym celu zarówno zdolności konwencjonalnych, jak i nuklearnych, a także wprost potwierdzono konieczność planowania na wypadek ataku na terytorium państw członkowskich. Podtrzymano decyzje o budowie na terytoriach nowych członków infrastruktury związanej z przyjęciem wzmocnienia sojuszniczego. Do katalogu zadań NATO wprowadzono także bezpieczeństwo cybernetyczne i energetyczne (ochrona bezpieczeństwa dostaw i infrastruktury). Podjęto też decyzję o zaadaptowaniu do ram NATO amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej, zwiększając tym samym wartość sojuszu zarówno dla „starych”, jak i „nowych” członków. Postanowienia przyjętej w Lizbonie koncepcji strategicznej są już ucieleśnione w sojuszniczym planie obrony Polski i w podobnych planach dla państw bałtyckich. Obok tego Sojusz wdraża inne formy „widocznych gwarancji”, do jakich należy choćby misja ochrony przestrzeni powietrznej państw bałtyckich. W tej najważniejszej z punktu widzenia Polski dziedzinie NATO podtrzymało w Chicago swe ustalenia. W deklaracji wieńczącej szczyt znalazło się odniesienie do ćwiczeń Steadfest Jazz, które mają być zorganizowane na terytorium Polski i państw bałtyckich. Między wierszami dyplomatycznych frazesów są one odczytywane, jako odpowiedź na agresywne, wymierzone we wschodnie i północne państwa NATO, organizowane co trzy lata, rosyjsko-białoruskie manewry Zapad. Co prawda deklaracja nie przesądza czy będą to realne czy tylko sztabowe manewry, ale zdaniem pracowników Kwatery Głównej NATO nadanie im takiego ciężaru w deklaracji politycznej będzie sprzyjało przyjęciu bardziej ambitnego wariantu. Także przegląd polityki odstraszania nuklearnego zakończył się z naszego punktu widzenia wynikiem zadowalającym, czyli bez postanowień o jednostronnej redukcji, do czego wzywały Niemcy. Rozsądne wydaje się też postawienie postulatu wprowadzenia do rozmów rozbrojeniowych USA-Rosja tematyki taktycznej broni nuklearnej. Eskalacja odstraszania nuklearnego, jako opcja słabszej strony, było w czasach Zimnej Wojny remedium NATO na przewagę konwencjonalną Układu Warszawskiego. W ramach tej strategii wyposażenie frontowych oddziałów NATO w pociski z małymi głowicami jądrowymi miało wzmocnić czynnik odstraszający, zachowując jednocześnie szansę na uniknięcie ostatecznego, niszczycielskiego dla naszej planety poziomu konfrontacji. Wymagało to także doboru celów, które miałyby znaczenie militarne, a jednocześnie nie byłyby dla Związku Sowieckiego na tyle wrażliwe żeby zmusić go do przejścia do wojny nuklearnej w pełnej skali. Takim celem stały się wówczas niestety m.in. przeprawy na Wiśle, przez które miał maszerować drugi rzut armii sowieckiej. Od lat 80-tych, a szczególnie po amerykańskim sukcesie w operacji Pustynna Burza w 1991 r. to Rosja ma poczucie, że jest stroną słabszą w ewentualnym konflikciie. Dlatego w strategii Rosji 45


zwiększyła się rola broni nuklearnej, tańszej w stosunku do swej skuteczności niż zaawansowana broń konwencjonalna. Dotyczy to także taktycznej broni nuklearnej w formie bomb lotniczych, pocisków artyleryjskich czy głowic słynnych pocisków rakietowych typu Iskander. Racjonalne państwa nie użyją broni jadrowej, jeśli nie będą zagrożone ich egzystencjalne interesy. Niestety Rosja stopniowo obniża swój próg użycia tej broni, otwarcie deklarując możliwość opcji „pierwszego użycia”. Dziś szacuje się, iż Rosja dysponuje w Europie dziesięciokrotną przewagą w tej dziedzinie, a Polska i inne państwa byłego bloku komunistycznego znów są najbardziej prawdopodobnymi celami, tym razem rosyjskiej broni. Tym ważniejsze jest zapewnienie Polsce efektywnej obrony powietrznej. Nic nie zwolni nas od budowy własnych zdolności obronnych w tej kwestii, ale pozytywnie należy w tym kontekście ocenić podtrzymanie decyzji o rozwoju w ramach NATO tarczy antyrakietowej. Było to zapewne jednym z powodów wymownej nieobecności starego-nowego prezydenta Rosji Władimira Putina. Przyczyną ostrych protestów Rosji nie jest, moim zdaniem, naruszenie równowagi odstraszania nuklearnego, gdyż tarcza ma dla tego celu zbyt ograniczoną skalę. Może ona jednak potencjalnie ograniczyć możliwości rosyjskiego nacisku na państwa wschodniej flanki sojuszu groźbą bądź użyciem taktycznej broni nuklearnej. Pozytywną stroną użycia pocisków typu SM3 w nowej koncepcji tarczy rakietowej jest ich użyteczność także w przypadku rakiet, które miałyby spaść na terytorium naszego kraju. Pod znakiem zapytania jest jednak sprzęgnięcie ich z systemami rozpoznawczymi, które mogłyby wykryć pociski taktyczne nadlatujące ze wschodu. Słabą, z naszego punktu widzenia, stroną nowej koncepcji jest większa możliwość zastąpienia. Wyłączona z użytku wyrzutnia w Polsce będzie mogła być zastąpiona bazującą na okręcie wojennym. Nie będzie, więc aż tak istotna dla USA jak wynikająca z poprzedniej koncepcji, uzgodnionej ze prezydentury George’a W. Busha. To oznacza z kolei, że nawet ta gwarancja bezpieczeństwa, związana przecież z obecnością na naszym terytorium ważnej, amerykańskiej instalacji wojskowej będzie miała swoje ograniczenia. To wszystko można zresztą powiedzieć o innych koncepcjach zwiększenia wiarygodności artykułu V Paktu Północnoatlantyckiego. Nawet niewątpliwy sukces, jakim jest przyjęcie decyzji o ćwiczeniach Steadfest Jazz i aktualizacja planów pomocy sojuszników, nie dają całkowitej pewności, iż wszyscy, którzy się obecnie deklarują, dotrzymają słowa. Istotną rolę pełni w nich przecież nasz zachodni sąsiad, którego łączy z Rosją sieć coraz głębszych, wzajemnych interesów. Eksperci z czołowego republikańskiego think tanku Heritage Foundation sugerują więc, że amerykańskie dowództwo operacyjne Europy powinno przygotować samodzielne plany pomocy, biorąc pod uwagę najbardziej prawdopodobnych uczestników operacji. Można więc zasugerować wniosek, że w razie obcej agresji pomoc sojuszników może być ograniczona. Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być polityczne, a także związane z brakiem wystarczających sił, będącym wynikiem wspomnianej wyżej drastycznej redukcji sił zbrojnych państw europejskich, jak i wycofania części sił amerykańskich. Ograniczenia mogą dotknąć skali bądź też charakteru, gdyż ta kwestia ma również swoją zróżnicowaną wagę polityczną. W efekcie możemy liczyć w największym stopniu na wsparcie wywiadowcze, rozpoznawcze, logistyczne, potem na wsparcie z powietrza i morza, a dopiero na końcu na wystarczającą do odparcia obcej agresji obecność sił sojuszniczych na lądzie. Te uwarunkowania powinny być wzięte pod uwagę w narodowych planach obrony, jak i w ich implikacjach dla rozwoju sił zbrojnych. Kryzys finansowy a efektywność sił zbrojnych państw NATO Na okres po zakończeniu wielkiej misji w Afganistanie sojusz postawił sobie za cel zwiększenie gotowości bojowej i interoperacyjności w pełnym spektrum działań. Temu celowi poświęcone są inicjatywy Connected Forces Initiative i NATO Forces 2020. Jako częściowe remedium na kryzys finansowy przyjęto z kolei deklarację o inicjatywie Smart Defence. Jest to sposób na szukanie wartości dodanej w budowaniu zdolności bojowych poprzez oparty na współpracy międzysojuszniczej efekt skali i specjalizacji. Jest to materia wymagająca dużych zdolności organizacyjnych, a także pogodzenia ambicji różnych państw. Dlatego do tej pory próby odgórnego dekretowania tego rodzaju współpracy nie przyniosły wymiernych rezultatów.

46


Uczestnicy szczytu oceniają jednakże tym razem, że zarówno przyjęta przez sojusz metoda oparcia się na oddolnych regionalnych inicjatywach, jak i świadomość konieczności zmian w dotkniętych kryzysem państwach sojuszu dają szansę na przełom. Polska mogłaby wykorzystać docelowo tę koncepcję do forsowania swojej specjalizacji w wygodnych i pożądanych dla nas zdolnościach jak np. docelowo obrona powietrzna czy operacje specjalne, zostawiając innym mniej przystające do naszych narodowych potrzeb zadania, jak na przykład marynarka „niebieskich wód”. Nasze uczestnictwo w tym projekcie jest jednak ograniczone. Ministerstwo Obrony Narodowej uważa najwyraźniej, że nie ma wystarczająco wiele pieniędzy na samodzielne budowanie zdolności. Prawdziwą przyczyną jest chyba jednak brak wystarczającej kultury organizacyjnej. Kilka lat temu z powodu inercji MON zaprzepaszczono szansę na budowę międzyresortowego programu zakupu śmigłowców. Urzędnicy z Alej Niepodległości i Rakowieckiej tym bardziej nie będą się czuć komfortowo w międzynarodowych projektach tego typu. Szkoda też, że nie doszło do odwrócenia jednej z kontrowersyjnych decyzji byłego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha i wbrew zapowiedziom Polska nie podjęła jednoznacznej decyzji o powrocie do jednego z flagowych projektów Smart Defence – budowy wspólnego systemu Air Ground Surveillance (AGS). AGS jest opartym o bezzałogowce i specjalną infrastrukturę łączności i dowodzenia potężnym instrumentem do rozpoznania w czasie rzeczywistym sytuacji na lądowym teatrze działań i przekazania danych do komponentów ogniowych. Efektywność tego rodzaju narzędzia, w postaci amerykańskiego systemu JSTAR, przeszła do historii w trakcie obydwu wojen w Zatoce Perskiej, dając asumpt do proklamacji Rewolucji w Sprawach Wojskowych (Revolution in Military Affairs). Współużytkowanie systemu wiąże się z niedogodnością w kontroli dla jego uczestników, ale z powodu kosztów nikt w Europie nie jest w stanie zbudować własnego odpowiednika AGS. Szczyt w Chicago nie przyniósł więc spektakularnych decyzji, ale wbrew pozorom nie jest pozbawiony znaczenia. Powodzenie inicjatyw zainaugurowanych na tym spotkaniu może mieć duży wpływ na przyszłość tej niezwykle ważnej organizacji.

Komentarz jest rozszerzoną wersją tekstu, który ukazał się w „Naszym Dzienniku” 31 maja 2012r.

47


17. Szkoda, że Rotfeld nie zareagował od razu Z dr. Stanisławem Tyszką, dyrektorem Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej, rozmawia Łukasz Sianożęcki . Czy Polska powinna stanowczo i jednoznacznie domagać się sprostowania i przeprosin, czy wystarczy przyjęcie narracji przedstawionej przez Biały Dom i uznanie słów prezydenta Baracka Obamy o „polskich obozach” za zwykłe przejęzyczenie? - Liczyliśmy na nagłośnienie historii polskiego bohatera, który narażał swoje życie, by dać światu świadectwo niemieckich zbrodni. Tymczasem świat kolejny raz usłyszał o „polskich obozach”, które – jak każde wielokrotnie powtarzane kłamstwo – dla wielu Amerykanów może wydawać się historyczną prawdą. Nawet jeśli mamy do czynienia z omyłkowym przejęzyczeniem, to powtórzenie przez prezydenta USA historycznego kłamstwa zwalczanego od lat przez Polonię, patriotyczne środowiska obywatelskie i – od pewnego momentu – polskie władze jest wydarzeniem bez precedensu. Bezprecedensowa powinna być więc również reakcja polskiej dyplomacji. Sprostowanie Białego Domu w postaci takiego czy innego oświadczenia rozesłanego do mediów jest niewystarczające, bo takiego sprostowania nikt poza Polakami w kraju i za granicą nie zauważy. Z inicjatywą powinien wyjść prezydent Komorowski, zapraszając Obamę do Polski, by pokazać mu niemieckie obozy zagłady, w których ginęli polscy obywatele, nie tylko przecież żydowskiego pochodzenia. Prezydent powinien też zabrać Obamę do Muzeum Powstania Warszawskiego, by uczulić zachodnich polityków i media na fakt, że wojenna historia Polski to nie tylko holokaust i powstanie w getcie. Oczywiście nie chodzi o korepetycje czy pouczanie prezydenta Obamy, ale wykorzystanie sytuacji, w której – wobec nadchodzącej amerykańskiej kampanii prezydenckiej – prezydent USA z powodów wizerunkowych może poświęcić polskiej historii więcej uwagi. Niestety, znając antyamerykańskie nastawienie głównych doradców Komorowskiego i dotychczasową nieskuteczność polskiej dyplomacji, trudno spodziewać się sprawnego wyjścia z tej sytuacji. Z drugiej strony argumentacja Białego Domu o „zwykłej gafie” wydaje się prawdziwa, trudno sądzić bowiem, aby USA zależało na rozdrażnianiu Polski w taki sposób? - Sytuacja poza tym, że skandaliczna i przykra dla Polaków, jest też absurdalna. Organizacja wręczenia Medalu Wolności Karskiemu traktowana była przez komentatorów jako sygnał w stronę amerykańskiej Polonii, która tradycyjnie chętniej głosuje na Republikanów. Obama mógł poprawić swoje notowania u amerykańskich obywateli polskiego pochodzenia, a tymczasem popełnił potworną gafę. Tym bardziej można mieć nadzieję, że będzie starał się ją naprawić, szczególnie wobec coraz bardziej propolskiego stanowiska Mitta Romneya. Anna Fotyga i Antoni Macierewicz spotkali się niedawno z przedstawicielami amerykańskich think tanków konserwatywnych, m.in. z ekspertami Heritage Foundation uważanej za najważniejsze zaplecze intelektualne republikańskich polityków. Eksperci zapowiedzieli, że jednym z głównych wymiarów nowej polityki zagranicznej po powrocie Republikanów do władzy będzie wycofanie się z prowadzonej przez Obamę polityki amerykańskorosyjskiego resetu i większe zainteresowanie sprawami europejskimi. Wcześniej pisanie o „polskich obozach” zdarzało się jedynie w Stanach Zjednoczonych bardziej lewicowym mediom. Czy podobne słowa wypowiedziane przez prezydenta mogą poniekąd dać zielone światło do powrotu tego typu praktyk na łamy prasy? - Obama jest politykiem lewicowym i należy o tym pamiętać. Paradoksalnie można mieć nadzieję, że cała sytuacja przysłuży się historycznej prawdzie. Kończą się prawybory w Partii Republikańskiej i dochodzimy do momentu konfrontacji pomiędzy dwoma obozami. Z pewnością Republikanie zrobią wiele, by każdą wpadkę Obamy i jego administracji nagłośnić. Niewykluczone, że sztab Romneya zrobi dla prawdy o niemieckich obozach w Polsce więcej niż polscy dyplomaci. Spóźniona reakcja Adama Rotfelda obecnego na uroczystości, na której Obama mówił o „polskich obozach”, świadczy o nieśmiałości i kompleksie polskich dyplomatów wobec przedstawicieli mocarstw. Szkoda, że Rotfeld nie zareagował od razu, bo obrazek dumnie prostującego prezydencką wypowiedź dyplomaty z kraju bohaterów, którzy narażali życie, by ratować innych, bez wątpienia byłby ogromnym wkładem w ukazywanie prawdy o udziale Polaków w II wojnie światowej. Rozmowa ukazała się 31 maja na łamach „Naszego Dziennika”. 48


18. USA: Nowa odsłona sporu o małżeństwo Michał Krupa, ekspert CAFR

W Stanach Zjednoczonych od lat toczy się spór o właściwą definicję małżeństwa. Mogło się wydawać, że debata rozpisana na głosy organizacji konserwatywnych i homoseksualnych trwale i stabilnie podzieliła opinię publiczną i utkwiła w martwym punkcie. Tymczasem ostatnie tygodnie przyniosły ważkie wydarzenia, które pokazują, że sytuacja jest dynamiczna, a ostatnie bitwy w „wojnie kultur” jeszcze przed nami. Zwycięstwo konserwatystów w Północnej Karolinie Ósmego maja 2012 r. ruch obrony małżeństwa jako związku jednego mężczyzny i jednej kobiety w Północnej Karolinie odniósł znaczące zwycięstwo w stanowym referendum dotyczącym tej sprawy. Dzięki połączonym głosom konserwatywnych Republikanów i dużej części społeczności afroamerykańskiej stanowa konstytucja Północnej Karoliny została znowelizowana o poprawkę chroniącą tradycyjne małżeństwo. Nowela „Amendment One, the Defense of Marriage Act” przeszła stosunkiem głosów 61% „za” do 31% „przeciw”. Poprawka stwierdza, że jedynie związek pomiędzy jednym mężczyzną i jedną kobietą będzie prawnie uznawany za małżeństwo. Co ciekawe, nowela czyni niemożliwymi również starania osób żyjących w heteroseksualnych konkubinatach o uzyskanie niektórych przywilejów małżeńskich. Konserwatyści odnieśli zwycięstwo przy poparciu m.in. prominentnego ewangelikalnego pastora Billy Grahama oraz katolickich biskupów Michaela F. Burbidga i Petera J. Jugisa. Przeciw sobie mieli szeroką koalicję oponentów, na czele której stali stanowa gubernator Bev Perdue i były prezydent Bill Clinton. Reakcja Obamy i powrót problemu do debaty politycznej W dzień po głosowaniu prezydent Barack Obama w wywiadzie dla telewizji ABC News po raz pierwszy otwarcie wyraził poparcie dla małżeństw osób tej samej płci, starając się uzasadnić swoje nowe podejście – ku zgorszeniu większości amerykańskich chrześcijan – wybranymi cytatami z Biblii. Warto przypomnieć w tym miejscu, że zarówno w 2004 r. podczas kampanii do Senatu jak również w 2008 r. w wyścigu prezydenckim Obama podtrzymywał, jakkolwiek dość nieudolnie, tradycyjną definicję małżeństwa. Niektórzy obserwatorzy, z pewną dozą konserwatywnego humoru, określili więc najnowsze stanowisko Obamy jako jego polityczny „coming out”. Wyniki referendum i deklaracja prezydenta Obamy wywołała całą falę reakcji i komentarzy. Arcybiskup Nowego Jorku i przewodniczący amerykańskiego episkopatu kardynał Timothy Dolan stwierdził, że słowa Obamy „podważają instytucję małżeństwa, kamień węgielnego naszego społeczeństwa”. Przewodniczący Konwencji Południowych Baptystów Bryant Wright zauważył z kolei, że wyborcy napewno wyciągną wnioski z oportunistycznej decyzji, która ignoruje biblijne podstawy małżeństwa. Nawet prywatny kierownik duchowy Obamy pastor Joel Hunter wyraził dezaprobatę i zdziwienie stanowiskiem prezydenta. Peter LaBarber z organizacji Amerykanie Na Rzecz Prawdy o Homoseksualizmie ocenił, że zwycięstwo w Północnej Karolinie jest olbrzymie. Brian Brown – przewodniczący Narodowej Kampanii Na Rzecz Małżeństwa – wyraził podobną opinię twierdząc, że pomimo starań lobby homoseksualnego debata na temat małżeństw homoseksualnych w USA wcale nie została zakończona, gdyż Północna Karolina stała się już trzydziestym stanem zakazującym „parodii małżeństwa”. Ustrojowe i legislacyjne tło sporu Warto w tym miejscu przedstawić pokrótce tło obecnej wojny legislacyjnej pomiędzy konserwatystami a zorganizowanym ruchem homoseksualnym w Stanach Zjednoczonych. Decyzja, która najbardziej wpłynęła na obecne natężenie tego sporu na gruncie prawa to rozstrzygnięcie większością sześć do trzech w Sądzie Najwyższym USA w sprawie „Lawrence kontra Teksas” z dnia 26 czerwca 2003 r. 49


Sąd uznał, że teksańskie prawo penalizujące homoseksualizm było niezgodne z konstytucją Stanów Zjednoczonych. Tym samym Sąd uznał, że prywatne praktyki homoseksualne należą do swobód chronionych przez konstytucję, a poprzez uzasadnienie tej decyzji otworzył drogę do dalszej eskalacji roszczeń organizacji homoseksualistów. Sędzia Antonin Scalia, jeden z trzech sędziów głosujących przeciw wyrokowi, komentował później, że decyzja Sądu Najwyższego oznacza „koniec wszelkiego prawodawstwa obyczajowego” oraz że sąd wyraźnie wziął stronę homoseksualistów w „wojnie kultur”. Niedługo po wyroku Sądu Najwyższego, Sąd Najwyższy stanu Massachusetts w sprawie „Goodridge kontra Departament Zdrowia” podając powyższy wyrok jako precedens uznał, że osoby tej samej płci również mogą zawierać związki małżeńskie. W konsekwencji kolejne stany zaczęły wprowadzać zapisy chroniące tradycyjną definicję małżeństwa. Jak dotychczas 30 stanów posiada takie konstytucyjne zapisy, w tym dwa stany (Newada i Oregon) w których tzw. cywilne związki partnerskie osób homoseksualnych są również uznane przez prawo. W Kalifornii w 2008 r. przegłosowano w stanowym referendum poprawkę zawierającą tradycyjną definicją małżeństwa (tzw. Proposition 8), która jednak obecnie jest zaskarżona przez środowiska homoseksualne przed sądem federalnym. Biorąc pod uwagę, że przyszły prezydent podejmie istotną z punktu widzenia „wojny kultur” decyzję o obsadzie miejsc w Sądzie Najwyższym USA, listopadowe wybory będą poniekąd również referendum w sprawie tradycyjnego małżeństwa. Kontekst wyborczy i perspektywy rozwoju sytuacji Wobec zbliżających się wyborów prezydenckich wyniki referendum w Północnej Karolinie mają kluczowe znaczenie. Tegoroczna konwencja prezydencka Demokratów ma się odbyć w stolicy tego stanu, Charlotte. Warto też pamiętać o tym, że Północna Karolina jest powszechnie uważana za tzw. swing state, czyli stan w którym żaden kandydat lub partia nie cieszą się systematycznym poparciem gdy idzie o proces zabezpieczenia głosów w kolegium elektorów (college votes). Można więc przypuszczać, że przedwyborcza walka o ten stan będzie wyjątkowo zacięta. Mitt Romney wydaje się doskonale rozumieć nastroje tych wyborców, gdyż już po ogłoszeniu wyników referendum oznajmił: „Uważam, że małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą. Nie mam zamiaru zmieniać tego nastawienia, ani obecnie ani kiedykolwiek.” Temat ten staje się istotny pomimo, że jak dotychczas stagnacja gospodarcza, dług i bezrobocie dominowały w kampanii prezydenckiej. Wielu obserwatorów miało nadzieję, że polityka obyczajowa będzie pomijana w tegorocznym wyścigu o Biały Dom, pomimo starań Ricka Santorum i po części Newta Gingricha (obaj wycofali się już z prawyborów Partii Republikańskiej) aby ożywić na nowo dyskusję o aborcji, subsydiowaniu środków antykoncepcyjnych, rodzinie i roli religii w życiu społecznym. Wyniki referendum w Północnej Karolinie i poparcie ze strony Obamy dla „małżeństw homoseksualnych” na nowo pokazały, że sprawa obrony bądź liberalizacji tradycyjnego pojmowania małżeństwa nie będzie tematem marginalnym, jak uważano dotychczas. O ile Obama pragnął w ten sposób na nowo skonsolidować lewicowo-liberalny establishment wokół swojej osoby, czyniąc gest, który może mu przynieść sporo politycznych korzyści, o tyle Romney zmuszony do zajęcia stanowiska, może zyskać wśród ciągle nieprzekonanych do jego osoby wyborców Partii Republikańskiej, dla których stosunek do spraw obyczajowych często jest najważniejszym kryterium wyborów politycznych (vide południowe stany tzw. Pasa Biblijnego). Istnieje realna możliwość, że ponowne zwycięstwo wyborcze Obamy będzie oznaczało przeniesienie sprawy „małżeństw” osób tej samej płci z domeny wewnętrznych regulacji prawnych poszczególnych stanów na poziom federalny i narzucenie ich całej Ameryce w formie nowego prawa konstytucyjnego. Jeśli natomiast wygra Romney i dotrzyma słowa podtrzymując swoje konserwatywne stanowisko, to regulacje dotyczące małżeństwa pozostaną w gestii społeczności i legislatur stanowych.

50


19. Interpretacje podatkowe – potrzeba rewizji Aleksy Miarkowski, ekspert Zespołu ds. Finansów Publicznych CAFR

Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego tzw. systemu interpretacji podatkowych miało wyleczyć chory system podatkowy, w którym podatnik był skazany na samego siebie. Dzisiaj, coraz wyraźniej widać jednak, że legislacyjna „szczepionka” zamiast uodpornić pacjenta, pogłębia jego chorobę. Brak kompleksowych regulacji systemowych, wewnętrzne sprzeczności oraz wysoki poziom niesprawiedliwości względem różnych grup podatników – to są jedynie niektóre cechy charakteryzujące model systemu interpretacji podatkowych implementowany w Polsce. Istota systemu interpretacji podatkowych System interpretacji podatkowych, w kształcie jaki obowiązuje dzisiaj, został wprowadzony z dniem 1 lipca 2007 r. System ten zakłada, że przepisy prawa podatkowego są tak skomplikowane, że podatnik potrzebuje mieć pewien instrument, który pozwoli mu prowadzić dialog z organami podatkowymi. Dialog ten ma na celu zagwarantowanie podatnikowi bezpieczeństwa podatkowego poprzez to, że organ podatkowy jest zobowiązany do zajęcia stanowiska w zakresie interpretacji danego przepisu prawa podatkowego. Pozwala to podatnikowi ograniczyć ryzyko nieprawidłowej wykładni przepisów podatkowych, a co za tym idzie zwiększa jego świadomość co do ciążących na nim obowiązków podatkowych. Dialog ten jest też skutecznym elementem prowadzenia planowania podatkowego przez podatników. Systemy interpretacji podatkowych (Tax Ruling System) – w odmiennych kształtach – obowiązują na całym świecie i stanowią ważny element ogólnej strategii ochrony praw podatników, co z kolei jest pewnego rodzaju emanację zasady zaufania obywateli wobec organów państwa.

51


Źródło: Tax Administration in OECD and Selected Non-OECD Countries Comparative Information Series (2010) – 3.03.2011 Materializacją wspomnianego „dialogu” w polskim systemie podatkowym są dwie instytucje prawne:  

interpretacja indywidualna (wydawana przez Ministra Finansów na wniosek konkretnego podatnika), oraz interpretacja ogólna (wydawana z urzędu przez Ministra Finansów oraz, od niedawna, na wniosek podatnika).

Interpretacja indywidualna jest wydawana na piśmie każdemu podatnikowi, który zwróci się do Ministra Finansów z pytaniem dotyczącym wykładni danego przepisu. Po otrzymaniu przez podatnika takiego pisma ma on gwarancję, że jeśli się zachowa według przedstawionego w nim wzorca, to jego działania nie będą kwestionowane przez organy podatkowe w trakcie kontroli podatkowej. Interpretacja ogólna ma zaś charakter instrukcji skierowanej do wszystkich organów podatkowych (a pośrednio zatem do podatników) jak należy interpretować dany przepis prawa podatkowego. Podkreślenia przy tym wymaga fakt, że jedynie interpretacje indywidualne podlegają sądowej kontroli ich legalności, tj. sprawdzenia przez podatnika (za pośrednictwem sądów administracyjnych), czy sposób interpretacji danego przepisu przez Ministra Finansów jest prawidłowy. Interpretacje ogólne natomiast nie podlegają zaskarżeniu do sądów. Wewnętrzna sprzeczność systemu Jedną z podstawowych wad tego systemu w polskim wydaniu jest występowanie w tym samym czasie sprzecznych ze sobą interpretacji indywidualnych. W obrocie prawnym często dochodzi bowiem do sytuacji, w których interpretując ten sam przepis Minister Finansów może wydać pozytywną interpretację indywidualną na rzecz jednego podatnika, zaś za chwilę inny podatnik otrzyma interpretację indywidualną zawierającą zupełnie inną wykładnię tego samego przepisu (np. jeden podatnik ma prawo do stosowania stawki 8% VAT, a inny musi stosować stawkę 23%). Oznacza to, że system wprowadzony po to żeby eliminować tego typu sytuacje, doprowadził do legalizacji zjawiska, z którym miał walczyć. Wydawać by się mogło, że problem sprzecznych interpretacji indywidualnych mógłby zostać ograniczony gdyby Minister Finansów zdecydował się częściej korzystać z takiego instrumentu jak ogólna interpretacja prawa podatkowego (do tej pory niechętnie wykorzystywany – w ciągu ostatnich 2 lat wydano ok. 20 interpretacji ogólnych). Interpretacja ogólna – w rozumieniu Ordynacji Podatkowej – jest narzędziem, za pomocą którego Minister Finansów dąży do zapewnienia jednolitego stosowania przepisów prawa podatkowego przez organy podatkowe. Wydając interpretację ogólną Minister Finansów ma obowiązek uwzględnić orzecznictwo sądów, Trybunału Konstytucyjnego oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Paradoksalnie jednak, korzystając z instrumentu „ujednolicania prawa”, jakim jest interpretacja ogólna, może dojść do jeszcze większych sprzeczności w ramach tego systemu. Możemy bowiem mieć do czynienia z następującymi sytuacjami:   

sprzeczne interpretacje indywidualne, sprzeczne wyroki sądów w indywidualnych sprawach, interpretacje indywidualne sprzeczne z wyrokami sądów,

co w wyniku wydania interpretacji ogólnej powoduje:  

interpretacje indywidualne sprzeczne z interpretacjami ogólnymi, wyroki sądów w indywidualnych sprawach sprzeczne z interpretacjami ogólnymi.

Wszystkie powyższe scenariusze występują w obecnym systemie, a podatnicy muszą sobie jakoś z tym radzić. Przy czym należy zaznaczyć, że przedstawiony katalog ma charakter niepełny. Nie uwzględnia on bowiem sytuacji wystąpienia sprzecznych interpretacji ogólnych. Monitorując działania 52


Ministra Finansów takiego scenariusza nie można zupełnie wykluczyć, zaś obecne przepisy nie przewidują możliwości eliminacji takiego zjawiska, które ze swojej natury byłoby interpretacyjną aberracją. Interpretacja ogólna vs. interpretacja indywidualna W przypadku wydania przez Ministra Finansów jakiejkolwiek interpretacji ogólnej w ciemno można zakładać, że w tej sprawie wszystkie powyższe sprzeczności występują jednocześnie. Przy czym zaznaczyć należy, że sprzeczności interpretacyjne polegające na różnych sposobach odczytania normy prawnej są rzeczą naturalną w demokratycznych państwach prawa (po to istnieją sądy, organy stosujące prawo i… oczywiście prawnicy). Groźna jest natomiast ich skala, a także to, że omawiany system nie przewiduje mechanizmów ograniczenia lub eliminacji tego zjawiska, które można nazwać „pięciopłaszczyznową sprzecznością”. Najlepszym przykładem obrazującym powyższe jest sprawa dotycząca opodatkowania dochodów akcjonariuszy spółek komandytowo-akcyjnych. Sprawa ta jest o tyle ciekawa, że rozbieżności interpretacyjne (podatników, MF, sądów) w tym zakresie były tak duże, że Naczelny Sąd Administracyjny w grudniu tego roku podjął uchwałę w tej sprawie, rozstrzygając ten spór na korzyść podatników. Dodatkowo, na początku maja MF wydał interpretację ogólną, która potwierdzała słuszność stanowiska zajętego przez NSA. Wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku, zarówno uchwała NSA (wiążąca wszystkie sądy w dół), jak i interpretacja ogólna MF (wiążąca wszystkie organy w dół) jest w interesie podatników. Jednakże nic bardziej mylnego! Po pierwsze, w obrocie prawnym ciągle pozostają w mocy obowiązujące dotychczas wydane interpretacje indywidualne, które są sprzeczne z interpretacją ogólną. Ordynacja podatkowa przewiduje w tym zakresie jedynie możliwość zmiany z urzędu przez Ministerstwo Finansów interpretacji indywidualnej, co oznacza, że nawet jeśli Ministerstwo Finansów „nakazało” wszystkim organom podatkowym stosować się zgodnie z instrukcją zawarta w interpretacji ogólnej to i tak interpretacje indywidualne nie wygasają automatycznie. Po drugie, z niezwykle kuriozalną sytuacją moglibyśmy mieć do czynienia gdyby lekko zmodyfikować powyższy przykład i założyć, że wydana interpretacja ogólna zawierała nieco inny punkt interpretacyjny MF. Wtedy mielibyśmy dwa porządki: uchwała NSA wiążąca sądy (przedstawiająca stanowisko w interesie podatników) i interpretacja ogólna wiążąca organy podatkowe (przedstawiająca stanowisko profiskalne). Ani przepisy Ordynacji podatkowej, ani PPSA, ani żadnej innej ustawy nie regulują takiej sytuacji, a przecież wcale nie można takiej sytuacji wykluczyć. Już przytoczony przykład pokazał, że uchwała NSA wcale nie jest „prawdą objawioną”, z czym się czasami może kojarzyć. Dodatkowo, potwierdza to świeży kazus uznania za koszty podatkowe odsetek od kredytu na wypłatę dywidendy, kiedy NSA w podobnym składzie wydał zgoła odrębną uchwałę i wyrok w ciągu czterech miesięcy (od grudnia 2011 do kwietnia 2012). To zaś znaczy, że Ministerstwo Finansów spokojnie może przyjąć zupełnie inne stanowisko niż NSA (wyrażone nawet w uchwale) i… wszystko w imieniu „jednolitego stosowania prawa”. Wyrok sądu a interpretacja podatkowa Dodatkowo obecny system interpretacji indywidualnych zawiera sprzeczności hierarchiczne, które zaburzają cały system prawa. Sytuacja taka ma miejsce w przypadku, gdy interpretacja indywidualna została wydana w wyniku wyroku sądowego (odnoszącego się do meritum sprawy). W takim przypadku, jeśli po jakimś czasie Ministerstwo Finansów (np. w wyniku orzecznictwa) zmieni swoją linię interpretacyjną i np. zostanie wydana interpretacja ogólna, a MF będzie chciało z urzędu zmienić wcześniej wydaną interpretację indywidualną, to raczej będzie to niemożliwe. Przyznanie takiego uprawnienia Ministerstwu Finansów oznaczałoby bowiem wyższość interpretacji MF od wyroków sądów administracyjnych. Byłoby to sprzeczne zarówno z zasadą demokratycznego państwa prawa, jak i z konstytucyjnie zagwarantowanym prawem do sądu (prawomocność wyroków). W związku z powyższym, ze względu na możliwość sądowej kontroli legalności wydanych interpretacji indywidualnych w ramach obecnego systemu, powstaje pytanie o rangę i znaczenie (czytaj: nieśmiertelność) interpretacji indywidualnych wydanych w wyniku wyroków sądowych. 53


System dla bogaczy Ostatnią rzeczą, na którą należy zwrócić szczególną uwagę jest sprzeczność interpretacji ogólnych z wyrokami sądów w indywidualnych sprawach podatników. W sytuacji gdy interpretacja ogólna jest profisklana (czyli sytuacja najczęstsza, standardowa), a na etapie sądowym (WSA lub NSA) podatnik jest w stanie wywalczyć korzystną dla siebie interpretację przepisów, efekt tego jest następujący: system wspiera dużych bogatych podatników, których stać na wysokie koszty obsługi prawnopodatkowe – tylko taki może sobie pozwolić na wojnę z MF i przejść drogę krzyżową do NSA. Natomiast zwykły mały biedny podatnik, którego nie stać na takie zabawy, ma przed sobą organ podatkowy, który jest „kryty” wydaną profiskalną interpretacją ogólną, do której musi się stosować. Dodatkowo, jak donosiły ostatnio media, Minister Finansów łamiąc przepisy Ordynacji Podatkowej nakazujące publikację wszystkich interpretacji w Biuletynie Informacji Publicznej, nie dotrzymywał tego obowiązku w stosunku do interpretacji korzystnych dla podatników. W sytuacji gdy w ramach jednego systemu, którego podstawową zasadą ma być zagwarantowanie równości opodatkowania, przewagę mają bogate podmioty, to system musi przewidywać mechanizmy gwarantujące ochronę słabszych podatników. Taką rolę w wielu zachodnich państwach pełni organ zwany Rzecznikiem Praw Podatnika (Tax Ombudsman) lub inne ciała o podobnych charakterze. W Polsce taki organ nie istnieje, zaś wszystkie wyżej przedstawione mankamenty systemu podatkowego wskazują na potrzebę powołania takiej instytucji. Fundacja Republikańska przygotowała projekt ustawy w tym zakresie, z którym można się zapoznać na stronie: www.rzecznikpodatnikow.pl Projekt ten przewiduje m.in. możliwość zaskarżenia przez Rzecznika interpretacji ogólnych do sądu, co wyeliminowałoby wyżej opisane nierówności, bowiem w ramach obecnego systemu nie istnieje żadna sądowa kontrola interpretacji ogólnych. Wnioski Wyżej przedstawione przykłady są jedynie wybranymi zagadnieniami, które świadczą o niedoskonałościach systemu interpretacji podatkowych w Polsce. Dyskusja o kształcie tego systemu powinna obejmować szeroko rozumiane alternatywne metody rozwiązywania sporów podatkowych (Tax Dispute Resolution), które są stosowane w innych państwach na świecie. Obecny system nie tylko prowadzi do nierówności podatników i braku pewności podatkowej, ale także na poziomie państwa wyklucza możliwość strategicznego zarządzania systemem podatkowym, który staje się niesterowny. Problemy instytucjonalnego oraz systemowego charakteru regulacji konstytuujących zasady wydawania i obowiązywania interpretacji podatkowych wymagają więc gruntowanej analizy polegającej na ocenie skutków wprowadzonego systemu ex post.

54


1. Wstęp do ósmego numeru „Rzeczy Wspólnych” Pomimo jałowości i intelektualnej nędzy polskiej debaty publicznej, mało który temat obrósł tak wieloma szkodliwymi konfabulacjami jak integracja europejska. Co gorsza, te fałszywe mity traktowane są najczęściej przez dominujące elity jak dogmaty. Ich negacja oznacza zaś wykluczenie lub co najmniej marginalizację kontestującego w głównym nurcie debaty. Tak było przez lata z postulatem wejścia Polski do strefy euro, przedstawianym jako oczywistość, choć wiele rzetelnych analiz od dawna nakazywało weń wątpić, jeśli nie zdecydowanie go odrzucić. Tak jest z obecną „polityką głównego nurtu”, sprowadzającą się do bezwarunkowego popierania przez Warszawę wszystkich niemal decyzji wypracowanych w zachodnioeuropejskich stolicach. Jej fatalne skutki są coraz bardziej widoczne: zbliża się moment wejścia w życie tzw. pakietu klimatycznego (bezwiednie podpisanego przez nasz rząd), który będzie potężnym ciosem w polską gospodarkę. Jesteśmy też coraz bliżej statusu unijnego płatnika netto (nawet według obliczeń z oficjalnych dokumentów Ministerstwa Finansów). Przykłady zarówno samych eurodogmatów, jak i ich złych efektów można mnożyć. Tymczasem Unia Europejska znalazła się w najgłębszym od swojego zarania kryzysie. Jej przyszłość, w tym perspektywa przetrwania wspólnej waluty, stoi pod znakiem zapytania. Próby ratowania sytuacji poprzez kolejne zmiany traktatów, umowy międzyrządowe i nowe instytucje coraz bardziej rozmywają Unię jako wspólnotę oraz komplikują europejskie stosunki. Niezależnie od rozwoju wypadków, jest oczywiste, że podmiotowa polityka wymaga w tych warunkach przede wszystkim realnej analizy, samoświadomości i sprawnego aparatu politycznego (od dobrze zorganizowanej dyplomacji po czujne strategicznie zaplecze eksperckie). Żadnej z tych rzeczy nie mamy. I mieć nie będziemy dopóty, dopóki myślenie naszych elit przesiąknięte będzie eurofanatyzmem – euroentuzjazm to określenie zbyt słabe. Próbujemy w niniejszym tomie ów dogmatyzm, noszący znamiona „religijności zastępczej”, zdekonstruować i nakreślić kontur realistycznego i podmiotowego myślenia o Polsce w Europie. Temu poświęciliśmy dział „Przeciwko eurofanatykom”. Naiwność i prostoduszność naszych elit w myśleniu o świecie jest szerszym problemem, i utrudnia im m.in. dostrzeżenie rosnącej roli Chin. Rosnącej tak bardzo, że wpływającej już na nas samych, nasze najbliższe otoczenie, a w perspektywie prawdopodobnie także na ład globalny. O tym traktuje dział „Jak Chiny zmieniają Polskę i resztę świata”. Z kolei w bloku tematycznym „Rozbroić bombę demograficzną” staramy się nadrobić kolejne fundamentalne intelektualne zaniechanie, jakim jest brak jakiegokolwiek pomysłu na odwrócenie fatalnej tendencji szybkiego starzenia się – wkrótce być może wymierania – polskiego społeczeństwa.W dziale „Idee” kontynuujemy rozpoczętą w poprzednim numerze „RW” krytykę liberalizmu.

Bartłomiej Radziejewski, redaktor naczelny 55


2. Deklaracja prenumeratora kwartalnika „Rzeczy Wspólne” Kwartalnik „Rzeczy Wspólne” to priorytetowy projekt Fundacji Republikańskiej służący podnoszeniu jakości debaty publicznej i formowaniu przyszłych elit intelektualnych i państwowych w duchu prymatu dobra wspólnego. Choć regularne wydawanie i promowanie kwartalnika jest ogromnym obciążeniem finansowym i organizacyjnym dla młodej instytucji obywatelskiej, jaką jest Fundacja Republikańska, nie chcemy rezygnować z tworzenia prestiżowego pisma, które w ciągu półtora roku istnienia na rynku zdobyło sobie rzeszę oddanych Czytelników. By „Rzeczy Wspólne” mogły istnieć i rozwijać się potrzebujemy stałego wsparcia Czytelników: prenumeratorów i darczyńców Fundacji Republikańskiej. Prosimy o rozważenie możliwości wsparcia pisma poprzez zamówienie prenumeraty, wykupienie prenumeraty wspierającej bądź zostanie Darczyńcą Fundacji Republikańskiej. Jeżeli chcesz dołączyć do grona Prenumeratorów wypełnij poniższą deklarację i wyślij ją na adres Fundacji Republikańskiej w formie elektronicznej (prenumerata@rzeczywspolne.pl) lub papierowej (Fundacja Republikańska, ul. Kopernika 30/421, 00-950 Warszawa). Przelew tytułem „prenumerata Rzeczy Wspólnych” prosimy kierować na konto: Fundacja Republikańska, Alior Bank: 84 2490 0005 0000 4520 9156 1754 Prosimy o wybranie rodzaju prenumeraty, wskazanie liczby zamówionych numerów oraz podanie danych korespondencyjnych. Prosimy o zakreślenie odpowiedniej pozycji w każdym z podpunktów. a. Rodzaj prenumeraty: prenumerata tradycyjna (22,5 zł / numer)

TAK

prenumerata wspierająca (50zł / numer)

TAK

prenumerata studencka (16 złotych / numer)

1

TAK

b. Liczba zamówionych numerów: 4 numery (prenumerata roczna)

TAK

8 numerów (prenumerata dwuletnia)

TAK

12 numerów (prenumerata trzyletnia)

TAK

Chcę zamówić numery archiwalne:

2 (2/2010), 3 (1/2011), 4 (2/2011), 5 (3/2011), 6 (4/2011)

c. Dane korespondencyjne: Imię i nazwisko: Adres:

Adres e-mail: Telefon:

_____________________ Podpis

1

Prenumerata studencka jest utrzymywana dzięki Darczyńcom FR i Czytelnikom, którzy wykupili prenumeratę wspierającą. By otrzymywać pismo w cenie prenumeraty studenckiej konieczne jest posiadania statusu ucznia lub studenta.

56


1. Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej Zespół Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej liczy blisko 50 ekspertów z różnych dziedzin i stale wzrasta. W ramach CAFR pracę prowadzą następujące zespoły eksperckie: 

Zespół ds. Finansów Publicznych

Zespól ds. Bezpieczeństwa

Zespół ds. Rodziny

Zespół ds. Deregulacji

W ramach prac CAFR realizowano dotychczas następujące projekty: 

500 dni spokoju. To pierwszy w historii III RP raport przedstawiający weryfikację realizacji wszystkich obietnic z programu rządu. Na stronie www.500dnispokoju.pl, opublikowaliśmy 195 analiz kolejnych obietnic złożonych w expose przez premiera Donalda Tuska.

Projekt ustawy o Rzeczniku Praw Podatnika. Opracowany został wraz z uzasadnieniem i przeglądem

podobnych

www.rzecznikpodatnikow.pl

rozwiązań Projekt

na

świecie

i

umieszczony

jest

na

stronie

opracowany został przez Zespół ds. Finansów

Publicznych CAFR i złożony w Sejmie przez klub Prawa i Sprawiedliwości. 

Raport o Zawodach Regulowanych. Przygotowaliśmy raport analizujący ograniczenia dostępu do 380 zawodów i rekomendujący zmniejszenie liczby zawodów reglamentowanych do 102 zawodów. Raport odbił się echem i w oparciu o przedstawione w nim dane ukazało się wiele publikacji prasowych m.in. w dziennikach „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik Polski” i tygodniku „Uważam Rze”.

Raport o Prywatyzacji w latach 2008-2011. Przeprowadziliśmy kompleksową analizę planów i realizacji polityki prywatyzacyjnej rządu PO-PSL.

Projekt Deregulacyjny. W przygotowaniu jest duża publikacja o deregulacji będąca efektem seminariów, które odbyły się w Fundacji i która zawiera teksty dotyczące takich dziedzin jak prawo podatkowe, prawo handlowe, ubezpieczenia czy telekomunikacja.

Ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych. Projekt został przygotowany w ramach akcji „Kibice za bezpieczeństwem” prowadzonej we współpracy z Ogólnopolskim Związek Stowarzyszeń Kibiców. Obecnie trwa zbiórka 100 tys. podpisów, które umożliwią złożenie obywatelskiego projektu.

Raport o Szkolnictwie Technicznym. Przygotowaliśmy raport oceniający kondycję szkół technicznych i zawodowych w Polsce i proponujący rozwiązania naprawcze.

Rośnie również liczba bieżących komentarzy przygotowywanych przez ekspertów CAFR. Od października 2010 do października 2011 opublikowaliśmy na stronie cafr.pl 35 komentarzy, w

57


październiku i listopadzie 2011 – 14 tekstów. Od grudnia 2011 planujemy regularnie wydawać zbiór publikacji ekspertów CAFR w broszurze pt. „Komentarze i Analizy”.

2. Kongresy Republikańskie Fundacja Republikańska od momentu powstania organizuje dwa razy do roku cykliczne imprezy pod nazwą Kongresów Republikańskich, które kontynuują tradycje organizowanych we wcześniejszych latach

Kongresów

Obywatelskich,

odbywających

się

jeszcze

pod

auspicjami

Fundacji

Odpowiedzialność Obywatelska i później Instytutu Jagiellońskiego. Kongresy gromadziły zawsze szerokie grono ludzi zaangażowanych w organizacje społeczne i polityczne o profilu prawicowym, centroprawicowym i eksperckim. I Kongres Republikański 14 listopada 2009 r. na I Kongresie Fundacja

oficjalnie

zainaugurowała

swoją działalność. Ponad 120 osób z całego

kraju

przez

cały

dzień

dyskutowało w warszawskim Pałacu Sapiehów życia

nad

kondycją

publicznego.

Do

polskiego Warszawy

przyjechali goście m.in. z Krakowa, Łodzi, Torunia, Wrocławia i Lublina. Gośćmi byli m.in. Mirosław Barszcz (b. wiceminister

finansów),

Bartłomiej

Radziejewski (redaktor naczelny pisma „Rzeczy Wspólne”), dr Piotr Naimski (b. wiceminister gospodarki), red. Michał Szułdrzyński (Rzeczpospolita), red. Bronisław Wildstein (Rzeczpospolita), a w dyskusji polityków udział wzięli posłowie Zbigniew Girzyński, Jacek Żalek i Roman Giertych. II Kongres Republikański

22 maja 2010 r., wspólnie z łódzką Fundacją Aurea Libertas, został zorganizowany z Łodzi II Kongres Republikański pod hasłem: „Polska – na progu republikańskiego przełomu?”. Blisko 100 osób z całego kraju przyjechało do Łodzi, by dyskutować o polskim życiu publicznym przed i po 10 kwietnia, o tym co Polska może dać Europie i światu, oraz o tym jakiej republiki potrzebujemy i czy wiemy jak ją zbudować. W dyskusjach

panelowych

udział

wzięli

m.in.

red.

Jan

Pospieszalski, red. Łukasz Warzecha (Fakt), red. Tomasz Terlikowski (Fronda), red. Piotr Lisiewicz (Gazeta Polska), prof. 58


Jacek Bartyzel, dr Michał Łuczewski („Czterdzieści i Cztery”) , dr Paweł Milcarek (Christianitas), Krzysztof Mazur (Klub Jagielloński) oraz prof. Arkady Rzegocki (Klub Jagielloński). III Kongres Republikański 13 listopada 2010 r. w warszawskim Pałacu Sapiehów odbył się Kongres pod hasłem „O co walczymy? Republikanie, wolnościowcy, obywatele – o mediach gospodarce i działalności społecznej” Swoje prezentacje miały liczne organizacje partnerskie, w tym Radio WNET, wPolityce.pl, Rebelya.pl, Instytut Sobieskiego, Instytut Misesa, Klub Jagielloński, KoLiber czy Fundacja Narodowego Dnia Życia. Wśród zaproszonych gości byli m.in. red. Michał Szułdrzyński (Rzeczpospolita), dr Krzysztof Mazur (Klub Jagielloński), dr Tomasz Terlikowski (Fronda), dr Piotr Dardziński (Centrum Myśli JPII), Przemysław Wipler (Fundacja Republikańska) i dr Tomasz Sommer (Najwyższy Czas!). IV Kongres Republikański 9 kwietnia 2011 r. odbył się czwarty

z

kolei

Kongres

organizowany

przez

Fundację

Republikańską. przewodnim „Raport

o

Tematem konferencji stanie

był

państwa”.

Zaproszeni goście dyskutowali na temat bezpieczeństwa Polski, jej administracji, polityki europejskiej i wolności

gospodarczej.

zakończenie różnych

sił

Na

przedstawiciele politycznych

wzięli

udział w debacie „Czy Polską da się rządzić?” V Kongres Republikański Na V Kongresie Republikańskim staraliśmy przyjrzeć się bliżej przemianom naszego społeczeństwa, podyskutować o jego konsekwencjach dla gospodarki, przemyśleć możliwe warianty polityki prorodzinnej i migracyjnej państwa. W trakcie V Kongresu odbył się również premierowy pokaz filmu „To nie jest kraj dla młodych ludzi” przygotowanego przez zespół Fundacji Republikańskiej. Wśród zaproszonych gości byli zarówno eksperci CAFR (m.in. dr Rafał Wójcikowski, dr inż. arch. Michał Domińczak, Paweł Gruza, mec. Michał Czarnik, Michał Krupa) jak i przedstawiciele innych środowisk obywatelskich i naukowych : Paweł Dobrowolski (Forum Obywatelskiego Rozwoju), Cezary Mech (b. wiceminister finansów), Stanisław Kluza (b. minister finansów), Dymitr Hirsch (Związek Dużych Rodzin Trzy Plus), Marek Grabowski (Fundacja Mamy i Taty), Daniel Pawłowiec („Polityka Narodowa”).

59


3. Spotkania Czwartkowe Spotkania Czwartkowe to projekt, który przyjął formę otwartych cotygodniowych spotkań tematycznych, przy czym, w każdym tygodniu poruszamy tematy z innego obszaru, dzięki czemu projekt jako całość skierowany jest

do

bardzo

szerokiego

spektrum

odbiorców.

Spotkania, co do zasady, mają formułę seminariów, aby każdy zainteresowany miał okazję zadać pytanie, bądź wziąć udział w dyskusji. Naszymi gośćmi są najlepsi w swoich dziedzinach eksperci, co zapewnia wysoki poziom merytoryczny oraz daje uczestnikom Spotkań niepowtarzalną okazję czerpania wiedzy u źródła. Zagadnienia Spotkań Czwartkowych można podzielić na dotyczące: 

historii i filozofii politycznej,

polityki wewnętrznej,

polityki międzynarodowej,

biznesu i gospodarki.

Spotkania mają formułę otwartą, co oznacza, że do brania

w

nich

udziału

zapraszamy

wszystkie

zainteresowane

osoby.

Od października 2010 do października 2011 zorganizowaliśmy 32 spotkania, z których większość odbywała się w siedzibie Fundacji Republikańskiej: 

dr Barbara Fedyszak-Radziejowska – Wieś i rolnictwo. Solidarne państwo w praktyce i politycznych narracjach

mec. dr Krzysztof Wąsowski - Zakaz stadionowy. Granice ochrony obywatelskich wolności i praw

Przemysław Wipler - Jakiej polityki gospodarczej potrzebuje Polska?

mec. Bartosz Piechota - Zamówienia publiczne a dobro wspólne

Krzysztof Bosak - Czy polską edukację da się naprawić?

prof. Krystyna Pawłowicz - Mit wolności gospodarczej –

prof. Antoni Dudek - IPN po 10 latach

Radosław Pyffel - Polska - Chiny. Krajobraz po A2

60


Mikołaj Barczentewicz - Walka

o dostęp do informacji publicznej 

dr Stanisław Tyszka - III RP

jako paser, czyli krótka historia reprywatyzacji 

Ryszard Terlecki - Czy Polska

potrzebuje polityki historycznej 

Bronisław Wildstein - Czas

niedokonany 

Rafał Ziemkiewicz - "Zgred" - nowy "Żywot człowieka poczciwego"?

Rafał Matyja - Państwowcy - niemile widziani w III RP?

Piotr Tutak - Dlaczego Polska nie posiada silnego rządu? Próba zmian w latach 20052007

Konrad Pecelerowicz - Historia i tradycja polskiego ruchu korporacyjnego

Marcin Kamiński - Polska bez długu - czy to możliwe?

Paweł Gruza - Rzecznik Praw Podatnika czy jest nam potrzebny?

Grzegorz Braun - Eugenika - w imię postępu?

red. Piotr Falkowski - Czy polska polityka potrzebuje think - tanków?

Daniel S. Zbytek - Azja Południowa: tygiel islamu i globalizacji

Wojciech Tomaszewski - Źródła potęgi cywilizacji chińskiej

Jerzy Polaczek: Infrastruktura w stanie chaosu

red. Bronisław Wildstein, Bartłomiej Radziejewski: O chorobie postpolityki

red. Piotr Nisztor, red. Krzysztof Galimski, autorzy książki "Kto naprawdę ich zabił" : Czego nie wiemy o 10/04?

mec. Rafał Koniecek: Odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i aresztowanie. Czyli jak państwo rozlicza się ze swoich błędów?

Paweł Gruza: Polski system podatkowy. Gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy?

dr Leszek Bosek: Dla kogo in vitro? przegląd projektów ustaw bioetycznych

Przemysław Wipler: O co walczymy? Plan działania na II rok funkcjonowania Fundacji Republikańskiej

Mateusz Matyszkowicz: Ile obywatela w młodym Polaku?

Jacek Piecha: Deregulacja a proces stanowienia prawa

61


4. Film „To nie jest kraj dla młodych ludzi” „To nie jest kraj dla młodych ludzi” to film dokumentalny, w którym opowiadamy o Polsce i o tym co chcielibyśmy w niej zmienić. Film jest dziełem Fundacji Republikańskiej, a bohaterami są głównie twórcy i eksperci Fundacji. Nasz pomysł

polegał

na

nakręceniu

dokumentu

dotyczącego tematyki politycznej, w którym wprost i zupełnie serio powiemy o tym co myślimy,

co

nam

się

nie

podoba

i

jak

chcielibyśmy to zmienić. W Polsce takie filmy właściwie nie powstają, dlatego naszą inicjatywę traktujemy nie tylko jako sposób na promocję własnych idei i własnego środowiska, ale także na podniesienie poziomu debaty publicznej. W filmie poruszamy szerokie spektrum tematów. Mówimy zarówno o polskich tradycjach politycznych i problemie modernizacji, jak i o zagadnieniach szczegółowych, takich jak finanse publiczne w dobie kryzysu, jakość prawa i sprawność sądów czy problemy demograficzne. Film „To nie jest kraj dla młodych ludzi” był przygotowywany w sierpniu i kręcony we wrześniu 2011 roku. Producentem wykonawczym była firma Film Open Group. Film powstał bez żadnych zewnętrznych dofinansowań, wyłącznie dzięki ofiarności darczyńców Fundacji Republikańskiej.

5. Szkoła Letnia Akademii Młodych We wrześniu 2011 odbyła się pilotażowa Szkoła Letnia Akademii Młodych. To projekt skierowany do osób w wieku 18-24 lata. W ciągu

w

ośrodku

przygotowywaliśmy

młodych

liderów

samokształcenia

formacji

obywatelskiej

5

dni

szkolenia i

w do

okolicach

Warszawy

prowadzenia w

liceach

grup i

na

uniwersytetach w kolejnym roku akademickim. W trakcie Szkoły odbywały się seminaria z zakresu filozofii polityki, ekonomii, prawa i mediów. Zajęcia w trakcie Szkoły Letniej prowadzili eksperci Fundacji Republikańskiej oraz zaproszeni goście, m.in.: prof. Antoni Dudek, prof. Andrzej Zybertowicz, Mirosław Barszcz oraz Paweł Dobrowolski. Szkoła została zrealizowana dzięki dotacji BZ WBK. Obecnie prowadzone są prace nad scenariuszami lekcji Akademii Młodych nad materiałami seminaryjnym dla absolwentów Szkoły.

62


1. Dlaczego warto wspierać Fundację Republikańską? Chcemy żyć w lepszej Polsce. W kraju, w którym życie ludzkie jest szanowane, małe i sprawne państwo służy ogółowi obywateli, prawo jest pisane mądrze i egzekwowane roztropnie, podatki są niskie i proste, biurokracji praktycznie nie ma, a wolność gospodarcza jest oczywistością. By zrealizować te marzenia, musimy przełamać największą słabość polskiego życia publicznego – brak dobrze zorganizowanych obywateli, gotowych do poświęcania się na rzecz dobra wspólnego. Słabe partie polityczne, niskiej jakości media, niesprawne biurokratyczne państwo – to nie przyczyna, ale skutek naszego braku zaangażowania w sprawy publiczne. Dlatego nasza odpowiedzialność obywatelska nie może ograniczać się do udziału w wyborach. Kształtowanie osób młodych chcących profesjonalnie angażować się w życie publiczne, patrzenie na ręce władzy i mediom, wywieranie w interesie publicznym obywatelskiego nacisku na decydentów, prowadzenie poważnego kwartalnika o polskiej polityce i gospodarce, przygotowanie projektów zmian prawa – to działania, które wymagają poważnego zaplecza intelektualnego i logistycznego. To działania, które nie będą możliwe, jeśli na rzecz dobra wspólnego nie nauczymy poświęcać naszego czasu i pieniędzy. Fundacja Republikańska prowadzi pracę formacyjną i edukacyjną z osobami młodymi chcącymi angażować się w działalność publiczną, wydaje pismo „Rzeczy Wspólne”, patrzy władzy na ręce i pracuje nad propozycjami zmian prawa w duchu zgodnym z naszymi wartościami. Publikujemy raporty, analizy, komentarze, przygotowujemy projekty ustaw, organizujemy akcje społeczne, konferencja i spotkania. Znakomita większość działań Fundacji jest prowadzona dzięki regularnym wpłatom darczyńców i zaangażowaniu wielu osób, które poświęcają swój wolny czas na pracę. Prosimy więc o rozważenie możliwości stałego wspierania naszych działań i wypełnienie „Deklaracji Darczyńcy”.

63


2. Deklaracja Darczyńcy Fundacji Republikańskiej Dalszy rozwój Fundacji zależy również od Ciebie, dlatego bardzo prosimy, byś został naszym Darczyńcą. Potrzebujemy Twojego stałego wsparcia. Każda darowizna jest dla nas ważna, jednak aby sprawnie funkcjonować musimy planować nasze działania z wyprzedzeniem. Zachęcamy do dokonywania (nawet niewielkich) regularnych wpłat Jeżeli chcesz dołączyć do grona Darczyńców wypełnij poniższą deklarację i wyślij ją na adres Fundacji Republikańskiej w formie elektronicznej (biuro@republikanie.org) lub papierowej (Fundacja Republikańska, ul. Kopernika 30/421, 00-950 Warszawa) Przelewy tytułem „darowizna na cele statutowe” prosimy kierować na konto: Fundacja Republikańska, Alior Bank: 84 2490 0005 0000 4520 9156 1754

a. Chcę wspierać Fundację Republikańską stałą comiesięczną kwotą (zakreśl odpowiednią kwotę): 5 złotych 100 złotych 15 złotych

200 złotych

25 złotych

500 złotych

50 złotych

Inna

kwotą:

________

b. Moimi darowiznami chcę wesprzeć (zakreśl odpowiedni projekt): pokrycie stałych kosztów funkcjonowania Fundacji Republikańskiej działalność ekspercką CAFR wydawanie kwartalnika „Rzeczy Wspólne” działalność edukacyjną – rozwój projektu Akademia Młodych projekt „Kibice za bezpieczeństwem” przygotowanie kontynuacji filmu dokumentalnego „To nie jest kraj dla młodych ludzi” inne projekt: _______________________

c. Dane korespondencyjne: Imię i nazwisko: Adres:

Adres e-mail: Telefon:

_____________________ Podpis

64

Komentarze i Analizy 4  

Publikacje prezentująca teksty autorstwa ekspertów Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej z kwietnia i maja 2012 roku