Page 1


WSTĘPNIAK WSTĘPNIAK Każdy lubi sobie czasami pomarzyć. Mnie na przykład zdarzyło się kiedyś oczami wyobraźni widzieć siebie na najwyższym stopniu podium odbierającego nagrodę od ulubionego pisarza. Znajomy obraz? Czasami mówi się, że określają nas wyłącznie czyny i efekty naszych działań. Jednak czy one w ogóle miałyby miejsce, gdybyśmy nie pragnęli? Czym byłby cel bez pokonanej drogi? Oto przed Wami piętnastu autorów, którzy przebyli niesamowitą podróż, by znaleźć się w tym wydaniu Qfantu. Jedni szczęśliwi i dumni z osiągniętego wyniku, drudzy rozgoryczeni, bo do sukcesu zabrakło naprawdę niewiele. Piętnaście wspaniałych prac, które miały być kluczem do marzeń. Teksty z dwóch prestiżowych konkursów organizowanych m.in. przez magazyn Qfant i portal literacki WeryfikatoriuM. Czy trzeba coś więcej mówić? Tegorocznym uczestnikom szczególnie polecam lekturę numeru specjalnego. Wielu z tych autorów stanie Wam na drodze do etapu drugiego HW2012. Zwróćcie uwagę na zwycięskie opowiadanie Tomasza Przewoźnika (przy okazji zapraszam na stronę www.hikikomori.eu, gdzie można znaleźć informacje nt. powieści Tomka) oraz na tekst Łukasza Szawczaka (I miejsce w ostatnich Otulonych Natchnieniem). Przyjmowanie prac do HW2012 skończyło się wraz z nadejściem sierpnia. Pozostaje mi trzymać za wszystkich kciuki i również czekać na wiadomość, kogo w tym roku najcieplej otuliła wyobraźnia. A tymczasem: miłej lektury! Jarosław Makowiecki

Wstępniak

Redakcja QFANT ZARZĄD Redaktor naczelny: Jarosław Makowiecki / rednacz@qfant.pl / Z-ca redaktora naczelnego: Ewelina Kozik / ewelinakozik@qfant.pl / Z-ca redaktora naczelnego: Jacek Skowroński / jacek.skowronski7@gmail.com / Sekretarz redakcji: Anna Celska-Palutkiewicz / anna.celska@gmail.com / Mail: redakcja@qfant.pl Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadsyłanych tekstów i nie odpowiada za treść reklam. Redaktorzy prozy: Kornel Grunwald, Magdalena Kałużyńska, Ewelina Kozik, Jarosław Makowiecki, Jacek Skowroński, Beata Tomaszewska DZIAŁ REDAKCJI JĘZYKOWEJ Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / DZIAŁ GRAFICZNY Magdalena Mińko / minkomaga@gmail.com / DZIAŁ PUBLICYSTYCZNY Łukasz Szatkowski / lukaszszatkowski@qfant.pl / REDAKCJA PORTALU QFANT.PL Marta Konopko / martakonopko@qfant.pl / DTP: Agata Sienkiewicz Projekt okładki: Konstanty Wolny & Agata Sienkiewicz Ilustracja na okładce: Konstanty Wolny Ilustracje: Tomasz Bełzowski, Kornel Kwieciński, Magdalena Mińko, Marta Sawicka, Krzysztof Trzaska, Konstanty Wolny Opracowanie językowe: Agnieszka Łobik-Przejsz, Tomasz Janowski, Paulina Koźbiał, Iga Pączek, Bożena Pierga, Katarzyna Tatomir, Ewa Wojdyńska, Aleksandra Żurek

3


SPIS TREŚCI SPIS TREŚCI HORYZONTY WYOBRAŹNI Piotr Krajewski Strzyga Jacek Wróbel Dialektyka noża

5 16

Tomasz Przewoźnik Mam obsesję na punkcie Pana X 31 Karolina Kaczkowska Bracia Xiao

37

Patryk Młynek Obcy w Breslau

47

Grzegorz Patroń Nieważne jaki masz kolor oczu

58

Kamila Jurkiewicz Boski wiatr

62

Maciej Żytowiecki Niespełniona obietnica

70

Leszek Siemiński Herbatka

80

Katarzyna Żak - Gdzie diabeł mówi dobranoc

90

OTULENI NATCHNIENIEM MIEJSCE PIERWSZE Łukasz Sawczak W służbie króla szczurów

68

102

MIEJSCE DRUGIE Mateusz Motyka Ten świat – wprowadzenie dla opornych 110 MIEJSCE TRZECIE Karolina Cisowska Nie poczują jak umierają

119

WYRÓŻNIENIE Dominika Olszówka Szachownica Pinokia

128

WYRÓŻNIENIE Kamila Jurkiewicz Mozaika

132

4

SPIS TREŚCI


Horyzonty Wyobraźni

Piotr Krajewski

Strzyga

ilustracja Kornel Kwieciński

Prolog Mężczyzna zamierzał złamać Kobiecie serce. Oboje od początku wiedzieli, na ile mogą liczyć w tym związku i gdzie znajdują się granice tej miłości. Nie powinien mieć wyrzutów sumienia, a jednak sumienie paliło żywym ogniem. Czy nadal ją kochał? Czy kochał ją kiedykolwiek? Kiedyś pałał uczuciem godnym zakochanego po raz pierwszy pryszczatego uczniaka. Wizje namiętnego seksu zastępowały mu sen, a smak jej pełnych ust zastępował wszelkie pożywienie. To piękne i naiwne uczucie przypominało pochłaniającą wszystko eksplozję. Eksplozja wypala także tlen, przez co ogień prędko gaśnie. Mężczyzna miał żonę, do której nigdy nie pałał taką namiętnością, ale która istniała w prawdziwym świecie, a nie w harlequinowskim opowiadaniu. A teraz żona była w ciąży, co było zawsze jego wielkim marzeniem, i ani myślał być „weekendowym ojcem”. Zresztą już od jakiegoś czasu podświadomie szukał pretekstu, by zakończyć romans i, o dziwo, z pomocą przyszła mu zdradzana małżonka. Przygotował sobie dokładnie to, co powie: o tym jak ważna jest dla niego Kobieta, o tym, że spędził przy niej najpiękniejsze chwile swego życia, ale teraz każde musi ruszyć w swoją stronę… Najgorsze, że nie miał pojęcia, jak Kobieta zareaguje. Wiedział, że ma męża, ale ostatnio parę razy wspomniała o rozwodzie. Czy z jego powodu? Nigdy nie odważył się zapytać. Otworzyła drzwi pokoju hotelowego owinięta tylko w niewielki ręcznik. Na nagiej skórze perliły się kropelki wody. Uśmiechnęła się zalotnie. Gdy wszedł do pokoju, przylgnęła do niego rozgrzanym ciałem i pocałowała, ręcznik zsunął się na podłogę. Jeśli dotychczas miał nadzieję, że rozstaną się bez gniewu, to teraz pozbył się złudzeń. Odsunął ją od siebie, nie pozwolił nic powiedzieć. Musi to zrobić prędko, bo inaczej nie zbierze się już dzisiaj na odwagę. Wygłosił zapisaną w głowie przemowę, nie spojrzawszy jej w oczy ani razu. Na to, co nastąpiło potem, nie potrafiłby przygotować się w żaden sposób. Nie było gorzkich słów, łez czy nawet krzyków. W Kobietę wstąpiła bestia. Rzuciła się na niego, wyciągnęła ręce, próbując wydrapać mu oczy. Mężczyzna był tak zaskoczony, że nawet nie zareagował. Oprzytomniał dopiero po chwili, gdy z rozoranego policzka płynęła już strużka lepkiej krwi. Złapał ją za nadgarstki, jednak Kobieta wydawała się posiadać nadludzką siłę. Pchnął ją na łóżko, czym zyskał sobie jedynie parę sekund. To nie była złość czy jednorazowy wybuch gniewu. To była pierwotna niepohamowana furia. Kobieta odzyskała równowagę i ponowiła atak. Tym razem rzuciła się do jego krocza, chcąc wykastrować go gołymi rękoma. Złapał ją za włosy i pchnął jeszcze raz, wkładając w to całą siłę. Poleciała do

Strzyga

tyłu, uderzyła głową o róg drewnianej skrzyni łóżka, jęknęła i znieruchomiała. Do głuchego odgłosu uderzenia wkradła się fałszywa nuta mlaśnięcia. – O kurwa, o kurwa, o kurwa – powtarzając tę mantrę, podszedł do niej ostrożnie. Przystawił pokryty zaciekami krwi policzek do jej ust. Poczuł na skórze oddech. Dobrze, bicie jego serca przestało przypominać wojskowe werble. Tylko co teraz? A jeśli ma uszkodzony mózg? Zadzwonić na pogotowie? Kurwa mać, czemu ja? Przykrył (ciało) leżącą na podłodze Kobietę kocem ściągniętym z łóżka i wycofał się do drzwi. Musi się napić, do cholery, należy mu się za to, przez co dziś przeszedł. A jeśli Kobieta pójdzie na policję, oskarży go o napaść i pobicie? Chyba nie… w końcu ona też miała sporo do stracenia. Za jakiś czas, kiedy oboje się uspokoją, może do niej zadzwoni, może wtedy porozmawiają jak ludzie… chyba jednak nie. Zamknął cicho za sobą drzwi. Z początku niewielka plamka krwi na dywanie rozrosła się do czerwonoczarnej aureoli wokół kobiecej głowy. Z nosa powoli sączył się jasny, przejrzysty płyn. Bijące powoli serce teraz pracowało jak szalone. Powieki trzepotały zawzięcie, ukazując na ułamki sekund gałki oczne pozbawione tęczówek. Nagle wszystko ustało. Płuca zatrzymały się w swym ostatnim oddechu, serce skurczyło ostatni raz. Gdzieś w samym środku martwej istoty obudziło się drugie, prawdziwie czarne serce. Dotąd było uśpione, w ciągu całego życia Kobiety zabiło może parę razy. Czekało na swoją kolej. Zaczęło oplatać nitkami czarnej plechy pierwotny organ. Postrzępione czarne płuca, przypominające skrzydła chorego ptaka, wchłonęły różową tkankę pęcherzyków płucnych. Pragnęły oddychać, lecz nie powietrza było im trzeba. Sine wargi rozchyliły się, a za rzędem ludzkich zębów pojawiło się, podobne do rzędu ustawionych na sztorc szpil, uzębienie. Na koniec podniosły się powieki, a Kobieta spojrzała w sufit oczami sowy. 1. Wojtek wygrałby w każdym konkursie na przeciętność. Nudny wygląd, nudna praca, „Nie mam zdania” jako odpowiedź na co któreś tam pytanie. „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni, ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”1 – krzyczałby zapewne na Wojtka święty Jan w nabożnej ekstazie, gdyż słowa te pasowały do niego idealnie. Całe szczęście, że ci dwaj nigdy się nie spotkali. Iwona nie miała dziś dyżuru, więc to ona odebrała Martę z przedszkola. Zapewne zdążyła zrobić jakiś obiad. Może nie była kucharką z powołania, ale wszystko, co robiła, było całkiem zjadliwe. Apokalipsa 3, 15-16.

1

5


Horyzonty Wyobraźni – Hej, jest tu kto? – krzyknął od progu. – Tata! – Marta rzuciła się na powitanie. Tylko dzieci potrafią tak witać od progu. No i może jeszcze psy. – Kupiłeś mi coś dobrego? – dotarło do niego gdzieś z zakamarków marynarki, w którą była wczepiona. Cóż, nic nie jest idealne. – Cześć, kochanie – rzucił do żony. – Hej. – I po co pani Zakrzewska chciała rozmawiać z którymś z nas? – Marcia (Jezu, prosiłem ją przecież, żeby tak nie nazywała małej) nie chce jeść – odparła Iwona, nakrywając do stołu. – Ani śniadania, ani obiadu, ani podwieczorka. – Cóż, nie musiała nas wzywać, żeby nam to powiedzieć – przebiło się do Iwony z łazienki, w której Wojtek mył ręce. – Mówi, że może trzeba iść z nią do jakiegoś lekarza… – Bo żaden inny czterolatek nie jest niejadkiem. – Nałożył sobie pokaźną porcję ziemniaków. – Jezu, kto zrobił tę durną babę przedszkolanką? – Nie mów tak przy Marcie – obruszyła się Iwona. – Marta niczego nie słyszała, prawda, córko? – Puścił do niej oczko, na co rzeczona córka zareagowała chichotem grożącym uduszeniem. – A ty czemu nie jesz? – zapytał żony. – Jadłam wcześniej, nie jestem głodna. – Może to z tobą trzeba iść do lekarza? – Jestem pielęgniarką, pamiętasz? – Uśmiechnęła się lekko. – Codziennie otaczają mnie tabuny lekarzy. – Cóż, jak uważasz… – Na tym rozmowa się urwała. – Durna baba! – palnęła po paru minutach Marta. – Marta! Nie wolno tak mówić! – krzyknęła Iwona. Spojrzała spode łba na Wojtka. – Powiedz coś. (coś) – Mama ma rację, ja też nie powinienem tak mówić. – Próbował powstrzymać uśmiech i prawie mu się udało. Strofowanie nie wywarło na Marcie większego wrażenia, uśmiechała się dalej do ziemniaków z sosem. Resztę obiadu zjedli w milczeniu. Niewiele rozmawiali z Iwoną tego wieczoru, ostatnio w ogóle niewiele rozmawiali. W którymś momencie zaczęli żyć obok siebie, a nie ze sobą. Czasami usiłował wskrzesić w sobie uczucia, które narodziły się podczas pobytu w szpitalu wiele lat temu. Leżał tam wtedy z nogą na wyciągu pięć bitych tygodni (jego pierwsza i ostatnia przygoda z nartami), a jedynym godnym uwagi punktem w ciągu dnia były odwiedziny ślicznej pielęgniarki o imieniu Iwona. Wiele się zmieniło od tamtej pory. Bywały chwile, gdy zastanawiał się, co by się stało z ich małżeństwem, gdyby nie było Marty. Nieczęsto o tym myślał, jeden kamień niewygodnego pytania ściągał całą lawinę wyrzutów sumienia oraz pytań bez odpowiedzi. Nie był bez winy, ale skoro nie potrafił cofnąć już czasu, to po co się zamęczać? 2. Następnego dnia wrócił do domu nieco wcześniej, czym niezwykle uradował Iwonę. – Dobrze, że już jesteś, pomożesz mi – powiedziała, upinając włosy w fantazyjny kok. Wojtek rozejrzał się dookoła. – W czym? Wyprowadzamy się, czy co? – O czym ty… – Spojrzała na pootwierane szafki, deskę do prasowania na środku pokoju i odkurzacz tkwiący w przedpokoju niczym próg zwalniający. – Sprzątałam.

6

– Właśnie widzę, dobrze, że użyłaś czasu niedokonanego… A czemu doroczny remanent robimy właśnie dziś? – Nie mówiłam ci? Dziś przychodzi na kolację Monika, nasza nowa sąsiadka. (Monika!) – Doprawdy? (Monika! Ale na pewno nie ta, Monik jest jak, nie przymierzając, psów) – Co tak zbladłeś? – Ja…? (Nie, ten facet za tobą) – Chcę się upodobnić do ciebie. Jesteś biała jak ściana – odpowiedział. Iwona spojrzała w lustro. – Wiem. Kiepsko się czuję. Kiedy jeszcze z samego rana rozmawiałam z tą Moniką, było okej, a potem… sama nie wiem. – No to może odwołamy tę imprezę? – Nie. Miejmy to z głowy. – Wróciła do układania włosów. – Zresztą sprawiała wrażenie całkiem fajnej babki. – To się jeszcze okaże – mruknął pod nosem Wojtek i zakasał rękawy. *** Pukanie do drzwi. Serce zaczyna bić odrobinę szybciej. Lekkie napięcie przed spotkaniem kogoś po raz pierwszy. Chce się wywrzeć dobre wrażenie, kogoś na luzie, ale nie błazna. Obmyśla się zabawne kwestie do podrzucenia w chwilach krępującej ciszy, chociaż wszyscy wiedzą, że przemyślane żarty nigdy nie są zabawne. Pukanie do drzwi. Początek… Iwona otwiera drzwi. (o kurwa!!!) …koszmaru. W drzwiach stała ona. W sumie czego mógł się spodziewać? W tym mieście żyło jedynie kilkaset tysięcy ludzi. Było praktycznie pewnym, że w końcu znowu się spotkają. Monika – wyrzut sumienia i wspomnienie najlepszego seksu w jego życiu zarazem. – …a ten milczek to mój mąż, Wojtek. – Uśmiechnęła się szeroko Iwona. – Miło mi – mruknął. (Boże, jeśli mnie słyszysz, to mnie zabij, byle szybko) – Do schrupania – orzekła Monika i uścisnęła mocno dłoń Wojtka. (pomyłka, Boga nie ma) Zapadła krępująca cisza. – Głupi żart – zreflektowała się sąsiadka. – Nie ma sprawy. – Szczerzyła zęby Iwona. – Wystarczy na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, że żartujesz. Widząc, że Wojtek wpadł w stan swoistej katatonii, Iwona przejęła na siebie ciężar niezobowiązującej konwersacji. Rozmawiali o mieszkańcach bloku, pracy („Ojej, robisz w bankowości, to tak jak mój mąż”), pogodzie, biżuterii („Och, jaka śliczna bransoletka, czy to ametysty? Mój Wojtek nigdy nie kupuje mi takich ładnych rzeczy”), czyli o wszystkich neutralnych rzeczach, o których rozmawia się, nie znając poglądów drugiej osoby. Marta siedziała razem z nimi, zajadając się plackiem brzoskwiniowym i poznając funkcje lalki otrzymanej od nowej „cioci”.

Piotr Krajewski


Horyzonty Wyobraźni Wojtek przeżywał katusze. Nie odważył się spojrzeć w twarz ani byłej kochance, ani żonie, skupił się więc na cieście. W każdej chwili spodziewał się usłyszeć wymianę zdań na temat „jaki jest w łóżku”. „Drogie panie”, powiedziałby, „zawstydzacie mnie, ale, proszę, tu są dzieci”. Musiał stłumić histeryczny śmiech. Czego ta dziwka chce? *** Iwona już zasnęła, jednak nie był to sen spokojny. Przewracała się z boku na bok, męczona koszmarami. Wojtek wątpił, czy tej nocy w ogóle uda mu się usnąć. Czego ona chce? Pieniędzy? Śmieszne, zarabiała tyle, ile Wojtek i Iwona razem wzięci. Bardziej prawdopodobne, że szukała zemsty. Rozstali się w paskudny sposób. Nie, to on się rozstał w paskudny sposób. Uczynił coś, czego żałował, a raczej dopiero teraz miał się dowiedzieć, co znaczy żałować. Musi z nią porozmawiać, i to jak najszybciej. Tak, pójdzie do niej jutro, zaraz po pracy. Wojtek zapadł w niespokojną drzemkę grzesznika. 3. – Dzień dobry, panie Wojtku! – wrzasnęła Klimczakowa. Była głucha jak pień. Widocznie jeśli w jednym miejscu się ściszy, to w innym trzeba pogłośnić. – Z nieba mi pan spadł! – Dzień dobry! – odkrzyknął. (– Ahoj, tam w oddali! – Ahoj!) Wojtek dokładnie zaplanował całą rozmowę z Moniką, swoje argumenty i jej kontrargumenty. Pragnął namówić ją, aby poszukała innego mieszkania, w końcu to nie problem – to tutaj jedynie wynajęła. Był gotów na wszystko, byle się stąd wyniosła. Mógł pomóc jej w przeprowadzce, mógł oddać pieniądze, jeśli zapłaciła za dłuższy okres z góry, cokolwiek. Był gotów błagać. Cały dzień zbierał w sobie odwagę na spotkanie z Moniką. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli ta rozmowa nie pójdzie po jego myśli, to jego dni w małżeńskim stadle będą dokładnie policzone. Z pracy przyjechał prosto do domu. Gdyby przystanął na chwilę, nie ruszyłby już dzisiaj do boju. Parł nieprzerwanie do połowy schodów, aż drogę zagrodziła mu ta przygłucha miłośniczka kotów. – Chciałbym z panią pogawędzić, ale akurat bardzo się spieszę. – Próbował wyminąć ją z lewej. – Nawet pan nie wie, jakie nieszczęście się stało. – Jakie? – wyrwało mu się. (nie potrzebuję już wrogów, wystarczy mi mój niewyparzony jęzor) – Lucyfer zniknął – załkała niemal. Teraz był już pewien, że kobieta straciła nie tylko słuch. – Kto? – Lucek, mój Bombaj. (czy ona mówi do mnie jakimś szyfrem?) – Kto? Pani Klimczakowa popatrzyła się na Wojtka jak na wariata. – Mój kot! – wydarła się na całą klatkę. – Aaa, kot. Cóż, to bardzo przykre, ale… – Pewnie uciekł do piwnicy. Pan wie, jak ja strasznie boję się takich miejsc… – Wiem, to bardzo przykre… – …więc może pan zszedłby tam go poszukać? Bardzo pana proszę.

Strzyga

Cóż, trzeba wiedzieć, kiedy się poddać. – Zrobię to chętnie – rzekł Wojtek. – Tyle że nie dziś. – Ale Lucek jest tam zupełnie sam i… – Obiecuję, że poszukam go jutro. Dobrze? Klimczakowa przybrała minę przywódcy podpisującego niechciane zawieszenie broni. – No dobrze. Ale obiecuje pan? – Obiecuję. – Wiedział, że obietnicy dotrzyma, już opiekunka Lucyfera się o to postara. Swoją drogą kto daje zwierzakowi takie imię? Wyobraził sobie Klimczakową, jak w zaciszu swego saloniku wypełnionego bezwartościowymi bibelotami oddaje cześć szatanowi. Zachichotał cicho. Całą jego determinację szlag trafił, idealnie dobrane słowa także gdzieś się ulotniły. Powlókł się jednak na swoje piętro, a po chwili wahania zamiast do własnych drzwi zapukał do mieszkania byłej kochanki. – Cześć – powiedziała tylko i otworzyła szerzej drzwi. Spodziewała się go. Wszedł do mieszkania. Wszędzie stały nierozpakowane pudła. Jedynym widocznym meblem było olbrzymie zwierciadło wiszące na ścianie salonu. – Słuchaj, chciałem cię przeprosić – wyjąkał Wojtek. – Za co? – Monika rozsiadła się na stercie kartonów niczym na tronie. – Za to, jak skończyła się nasza znajomość. – Czyli jak? – To, co ci zrobiłem… Strasznie tego żałuję. – Ja już o tym zapomniałam, więc ty też powinieneś. Z jego serca spadł wielki głaz. Po twarzy pociekła mu kropla potu. – No to jak to jest z tym mieszkaniem? – Nadal cię kocham i chcę być blisko ciebie. Zamarł. No to koniec. Naraz Monika roześmiała się promiennie. (nadal jest piękna) – Żartuję, głuptasie! – Nie przestawała się śmiać. – To całkowity przypadek, że akurat tu zamieszkałam. – Naprawdę? – Oczywiście, zresztą już szukam jakiegoś nowego lokum. To byłoby jakieś takie krępujące, gdybym tu została. Nie sądzisz? – Powiem ci szczerze, że trochę mi ulżyło – powiedział Wojtek, nie do końca zgodnie z prawdą. Prawda była taka, że ulżyło mu cholernie. – No cóż, będę się już zbierał. Chciałem tylko… – Upewnić się, że twojemu małżeństwu nic nie grozi – dokończyła z uśmiechem. – Możesz spokojnie wracać do żony. Co było, minęło. Odprowadziła go do drzwi. – Chociaż z drugiej strony – rzekła Monika, gdy był już za progiem. – Lepiej uważaj. Kobieta zmienną jest. Zwłaszcza taka, którą potraktowano tak brutalnie. Lepiej uważaj, gdy kobieta ta ma nad tobą władzę, gdy może zniszczyć twój domek z kart jednym podmuchem. – Nadal się uśmiechała, lecz tak mogłaby się uśmiechać zła czarownica z bajki. Macocha Królewny Śnieżki. – I gdy posiada siłę, o jakiej nie śniłeś. Trzasnęła drzwiami przed nosem osłupiałego Wojtka. 4. Pierwsze dotknięcie jakiegoś miejsca na skórze jest zawsze najintensywniejsze, każde następne daje coraz słabszy efekt. Tak samo jest z przerażeniem. Można się czegoś wiecznie obawiać, powiedzmy, że nawet bać, ale nie można

7


Horyzonty Wyobraźni być ciągle przerażonym. Po paru godzinach szaleńczego łomotania serca i nieustannych napadów paniki Wojtek popadł w stan emocjonalnego otępienia, niosącej ulgę apatii. Cały czas słyszał dziwaczne słowa Moniki, miał przed oczami jej wilczy uśmiech, jednak nie robiło to już na nim takiego wrażenia. Chciał zasnąć i zapomnieć. Sen jednak nie nadchodził. W końcu koło godziny jedenastej zapadł w drzemkę, jedną z tych kompilacji jawy i marzeń sennych, które męczą człowieka jeszcze bardziej niż bezsenność. Stuk! Z tej męczarni wyrwało go ciche kwilenie. Nie poruszył się, tylko nasłuchiwał. Ciche, płaczliwe popiskiwanie. Równie dobrze mogło wydobywać się z ust małego dziecka, co zranionego zwierzątka. Pewnie Marcie przyśniło się coś złego. Obrócił się, by obudzić żonę, jednak Iwony przy nim nie było. Spojrzał na budzik stojący na nocnej szafce. Elektroniczne cyferki pokazywały sześć minut po północy. Spał tylko godzinę. Stuk! Postanowił wstać i sam zobaczyć, co z małą, choć Iwona już pewnie przy niej była. Powoli zsunął się z łóżka. Bolały go wszystkie kości, a w głowie łupało jak po całej nocy chlania. Stuk! Stuk! Stuk! Odwrócił się do okna, w stronę źródła hałasu i wtedy zobaczył (demona) sowę. Siedziała na parapecie. Co jakiś czas postukiwała dziobem w szybę, jakby próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Stuk! Stuk! W poświacie latarni jej upierzenie wydawało się niebieskie, upstrzone miejscami czarnymi cętkami, niczym drobnymi kropelkami (krwi) atramentu. Nad oczami wyrastały jej spiczaste pióra, które przypominały (rogi) uszy. I te oczy! Olbrzymie źrenice wpatrujące się w Wojtka z nieludzkim skupieniem, a dookoła źrenic cienkie okręgi czerwonych tęczówek, zdających się promienieć własnym światłem. Wojtek stał bez ruchu, nie mogąc oderwać wzroku od świecących czerwienią oczu. Był przerażony. Chciał krzyczeć, nabrać w płuca tyle powietrza, ile tylko zdoła i wrzeszczeć! Pragnął paść na ziemię i wycofać się tyłem z pokoju. Strach sparaliżował go jednak całkowicie. Nagle sowa rozpostarła skrzydła. Odwróciła się od szyby, aby odlecieć. Obejrzała się. Coś działo się z jej głową. W jednych miejscach zapadała się, w innych wybrzuszała, jakby pod skórą głowy wędrowała olbrzymia tłusta glista. Głowa zatracała sowie kształty i… Sowa odleciała. Wojtek dalej stał niczym głaz. Jedna sekunda. Wdechwydechwdechwydechwdechwydech. Druga sekunda. Wdech, wydech, wdech, wydech. Trzecia sekunda. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Padł na łóżko, jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Dopiero po chwili leżenia w ciemności uświadomił sobie, że w miesz-

8

kaniu nadal rozlega się dziecięce kwilenie. Podźwignął się niezdarnie. Obiecał sobie, że nie spojrzy w okno. Spojrzał. Zobaczył nieco zakurzoną szybę, pusty parapet i osiedle w oddali. Wyszedł z pokoju. Iwona klęczała przy łóżeczku Marty. W ciemności wydawało się, że dziewczynka śpi. Wojtek podszedł bliżej i dostrzegł płynące po policzkach córeczki łzy. Gałki oczne poruszały się gwałtownie pod zamkniętymi powiekami, dłonie zaciśnięte w piąstki ściskały kurczowo kołdrę z Kubusiem Puchatkiem. Jedna rączka była brudna. Dotknął ciemnej lepkiej plamy. Gdy zapalił małą lampkę nad łóżkiem, czerń przemieniła się w czerwień krwi. – O Boże, co jej się stało? – Iwona złapała zakrwawioną rączkę. Spojrzała na Wojtka. – Jakby ją coś pokłuło. Ale przynajmniej nie krwawi. Pogładziła dziecko po głowie. – Kochanie, obudź się. – Dziewczynka nie reagowała. – Marta, musisz się obudzić. Marta powoli otworzyła oczy, rozejrzała się dookoła zagubionym wzrokiem i rozpłakała na całego. Jej nadgarstek krwawił z kilkunastu leżących w nierównym rzędzie ranek. *** – I co powiedział lekarz? – zapytał Wojtek zaraz po powrocie z pracy. – Nic – odparła Iwona. Marta podbiegła do taty, chcąc pokazać mu swoje nowe trofeum – wielkiego czerwonego Elmo z Ulicy Sezamkowej. Mała była trochę blada, ale zdawała się nic nie pamiętać z zajść ostatniej nocy. Po chwili zabawy z córeczką Wojtek wstał z klęczek i podszedł do Iwony. – Coś chyba musiał powiedzieć. – Tak, że to może być komar, uczulenie na proszek do prania lub samookaleczenie zszywaczem biurowym – zirytowała się Iwona. – Nie miał pojęcia, od czego te ranki, i raczej się tym nie przejął, zważywszy, że dziś już są prawie niewidoczne. – No ale zlecił chyba jakieś badania, do cholery. – Oczywiście, że nie. Sama załatwiłam jej morfologię. – I? – Ma bardzo niską hemoglobinę i hematokryt. – I co to znaczy? – To wygląda tak, jakby straciła dużo krwi. – Przecież ani na ręku, ani na pościeli… – Wiem. – Więc co…? – Nie mam pojęcia. 5. Wojtek odwlekał, jak mógł, moment pójścia spać. Ciągle zastanawiał się nad jedną rzeczą: co zobaczy dziś w nocy po drugiej stronie szyby? W ciągu dnia racjonalne „ja” przekonywało go, że przestraszył się wczoraj zwyczajnej sowy. W ciemnościach nocy ubrania leżące na fotelu mogą wydać się potworem z bagien… Gówno prawda, Wojtek doskonale wiedział, co zobaczył, a niebieskie światło latarni, choćby nie wiadomo pod jak dziwnym kątem padało, nigdy nie sprawi, że oczy zyskają fosforyzującą czerwoną poświatę. Nie dał rady dłużej czuwać, wskoczył do łóżka i szybko odwrócił się w stronę drzwi, plecami do okna. Zastanawiał

Piotr Krajewski


Horyzonty Wyobraźni się nad Martą. W końcu oboje z Iwoną spuścili kurtynę milczenia na to, co stało się ich córce. Ranki goiły się, mała nic nie pamiętała, w sumie nie było nad czym się roztrząsać. Jednocześnie miał przed oczami robaki wędrujące w głowie sowy. Czy Marta była w niebezpieczeństwie? (Chociaż z drugiej strony – lepiej uważaj) Czy krwiożercza sowa czyhała na jej życie? Naraz Wojtek przebudził się. Po plecach chodziły mu ciarki. Serce waliło niczym młot pneumatyczny. Wiedział, że jeśli teraz się odwróci, to zobaczy potwora. Nie za oknem, lecz tuż przy swojej twarzy. Ujrzy czerwone ślepia sowy i będzie to ostatnia rzecz, którą zobaczy w życiu, bo zaraz potem stwór wydziobie mu oczy. A potem będzie drążył dalej, aż natrafi na miękką tkankę mózgu… Nie był jednak w stanie powstrzymywać się długo przed spojrzeniem za siebie. Przez uchylone drzwi widział palące się w łazience światło. Jeśli to Iwona, to oznaczało to, że był w pokoju zupełnie sam. Światło żarówki dodało mu jednak nieco odwagi, było cieniutkim pomostem między światem realnym a obecną chwilą. Poczekał jeszcze pełną minutę, aż wszystkie cyferki na wyświetlaczu budzika stały się zerami, i spojrzał za siebie. Nic. Poczucie zagrożenia zamiast słabnąć narastało. Nagle coś przemknęło za oknem. Z pewnością nie była to sowa. Przypominało raczej człowieka. Tylko który człowiek potrafi latać na wysokości trzeciego piętra? Krzyk. (czy to ja krzyczę?) Zerwał się z łóżka bez zastanowienia i pobiegł do pokoju córki. Marta siedziała w łóżeczku, wyjąc w niebogłosy. Z ręki ciekła strużka krwi. Okno było otwarte na oścież. Tym razem była jedna poszarpana ranka, to coś najwidoczniej nie zdążyło tym razem (wypić więcej krwi) wyrządzić Marcie większej krzywdy. W pokoju pojawiła się Iwona. – Chryste! Widziałeś, co się stało? – Nie – odparł, jednocześnie przyciskając chusteczki higieniczne do rany. Iwona stała cały czas w progu. Zamknął okno, to samo zrobił, zanim położył się wieczorem. Wtem ich uszu dobiegł odgłos pukania do drzwi. Wojtek spojrzał przez wizjer. Monika. Jeszcze jej tu było potrzeba. – O co chodzi? – Miał nadzieję, że w jego głosie słychać tylko gniew, a nie graniczący z paniką strach. – Jest środek nocy. – Usłyszałam krzyk i przyszłam zobaczyć, czy nic złego się nie stało. – Monika sprawiała wrażenie zaniepokojonej. (Nic się nie stało, czasem lubimy sobie, kurwa, trochę pokrzyczeć w środku nocy, to podobno zdrowo) – To tylko małej przyśnił się zły sen – odparł. – Możesz wracać do siebie. – To dobrze. – Pokiwała głową. – Na dzieci w tym wieku trzeba bardzo uważać. (Chociaż z drugiej strony – lepiej uważaj) – Co powiedziałaś!? – krzyknął Wojtek. Czy było to niewinna uwaga, czy też zawoalowana groźba? – Nie wydzieraj się na mnie. – Teraz Monika była wściekła. – Powiedziałam tylko, że trzeba uważać, żeby dzieciak nie nabawił się jakiejś nerwicy. Tyle. – Idź stąd, bo nie ręczę za siebie.

Strzyga

– O tak, wierzę. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Poznałam cię już od tej strony. Ale spokojnie, niedługo znowu… Tym razem to on zatrzasnął jej drzwi przed nosem. *** Nie pojechali do szpitala, nie wezwali policji ani egzorcysty. Nie zrobili nic. Nikt by im nie uwierzył. Mówiąc o tym komuś, mogli, co najwyżej, zafundować Marcie wakacje w Izbie Dziecka. Nie mieli pojęcia, co robić dalej. Prawdę mówiąc, żadne z nich nie poruszyło nawet tego tematu. Iwona wcześnie rano wyszła do pracy i miała nie wrócić do domu przez następne dwadzieścia cztery godziny. Nie było mowy, żeby roztrzęsiona i niewyspana Marta poszła do przedszkola. Jako że w promieniu stu kilometrów nie mieszkała żadna babcia czy dziadek, jedyną nadzieję stanowiła pani Klimczakowa. Choć marudna jak mało kto, w roli zastępczej babci sprawdzała się dotychczas niezawodnie. Czasem podrzucali jej Martę, gdy na przykład pragnęli spędzić wieczór tylko we dwoje. Na świecie nie ma nic za darmo. Zapłatą za opiekę nad córeczką miała być wyprawa na samo dno czeluści piwnicznych w poszukiwaniu Lucyfera. Piwnica w ich bloku, czysta i zadbana, ani trochę nie przypominała współczesnych katakumb, jakimi były piwnice w wielu budynkach. Nie było tu wszechobecnego odoru stęchlizny, grzyba na ścianach oraz szczurów wielkości kota. Wojtek zaopatrzył się w ogromną latarkę kryptonową (kupioną po jakiejś katastrofalnej awarii, kiedy to przez wiele godzin, niczym u jaskiniowców, centrum ich życia rodzinnego stanowił ogień w postaci maleńkiej świeczki) i zszedł na dół. Już w połowie schodów poczuł odór rozkładu. Słodkawa woń wnikała przez usta i nozdrza, wypełniała żołądek i płuca, tonął w niej. Im niżej schodził, tym było coraz gorzej. Przełącznik światła nie działał, zapalił więc latarkę. Szedł głównym korytarzem, po obu stronach mijał drewniane drzwi do poszczególnych pomieszczeń. Mniej więcej w połowie korytarz krzyżował się z drugim, nieco węższym. Odór stawał się nie do wytrzymania. Ulotniła się atmosfera przytulnej piwnicy, gdzie zostawia się rower albo magazynuje konfitury. – Lucek! – wychrypiał Wojtek, na „Lucyfera” się nie odważył. Odchrząknął i powtórzył jeszcze raz, tyle że trochę głośniej: – Lucek! Kici, kici, kotku. Ściany tłumiły wszelkie dźwięki. Dotarł w końcu do skrzyżowania. Poświecił latarką we wszystkich kierunkach, po lewej na samym końcu dostrzegł wyłamane drzwi do jednej z piwnic. Czy odór wzmógł się jeszcze? Powoli zbliżał się do otwartego pomieszczenia. Zajrzał do środka. Potłuczone słoiki, stara szafka kuchenna. Wszedł trochę dalej. Przewrócona drewniana szafa na podłodze. Zajrzał do środka. Widział, lecz nie potrafił rozpoznać tego, co ogląda. Po chwili do niego dotarło. Zwrócił wszystko, co jadł tego dnia, a i sporo dodał od siebie. Szafa wypełniona była zwłokami zwierząt. Przeważały szczury, było też sporo kotów (Lucek, kici, kici) i psów. Zwierzęta coś rozdarło na strzępy, wszystkie wnętrzności były wyjedzone. Cały ten stos śmierci lekko pulsował od kłębiących się czerwi wewnątrz martwych zwierząt. Nad padliną krążyła chmara much niczym stado miniaturowych sępów. Głęboko oddychał. Jeszcze gorzej, zwymiotował znowu. Pragnął wynieść się stąd w cholerę,

9


Horyzonty Wyobraźni

***

(Chryste, o czym ja w ogóle czytam?) Według definicji tu zawartej, strzyga wylęgała się z duszy zmarłego dziecka z nieprawego łoża bądź człowieka, który zginął gwałtowną śmiercią. Strzygą mogła zostać także osoba, która urodziła się z dwiema duszami, dwoma sercami i podwójnym szeregiem zębów. Kiedy ktoś taki umierał, z ciała odchodziła tylko jedna dusza, a druga pozostawała. Stwór ten odżywiał się krwią i wnętrznościami ludzi, w ostateczności zwierząt. (a w mojej piwnicy urządziła sobie stołówkę) Strzyga przychodziła o północy, pod postacią sowy lub demona o ludzkich kształtach i ogromnych sowich skrzydłach. (jestem bohaterem jakiegoś pieprzonego horroru) Najczęściej mściła się na tych, którzy w jakiś sposób skrzywdzili ją w poprzednim życiu. (Chociaż z drugiej strony – lepiej uważaj) Można było ją unieszkodliwić przez obcięcie głowy, spalenie lub wbicie w oczodół i serce gwoździa lub kołka z osiny. I to było mniej więcej tyle. Czy Monika mogła być strzygą? Tydzień temu na takie pytanie uśmiechnąłby się i popukał w czoło. Dzisiaj ostre krawędzie rzeczywistości nieco się rozmyły. Wiedział jedno: nie będzie walczył z tą istotą. Ledwo wytrzymał spotkanie z sowią postacią strzygi, a stając naprzeciw kobiety-demona o sowich skrzydłach, padłby bez przytomności na ziemię. Musi zabrać rodzinę i uciec stąd jak najdalej. Przez chwilę walczył z pokusą zadzwonienia do Iwony i powiedzenia jej wszystkiego, lecz to nie miało sensu. Jutro postawi ją przed faktem dokonanym. Kiedy dziewczyny będą już bezpieczne, wróci tu i rzuci pracę, sprzeda mieszkanie. Zakończy jedno życie, aby móc rozpocząć drugie w innym miejscu.

Pakował torbę Marty. Następnego dnia chciał zawieźć ją do swojej matki. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby wynieśli się stąd wszyscy troje, przynajmniej na jakiś czas. Spróbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej istoty. Internet to wspaniała rzecz. W ciągu paru minut możesz poznać kogoś z drugiego końca świata, podzielić się swoimi, choćby i debilnymi, przemyśleniami z milionem innych internautów, zaspokoić wszystkie erotyczne fantazje, przy okazji urządzając mieszkanie po promocyjnej cenie. Rzecz ma się odrobinę gorzej, kiedy chcemy uzyskać konkretne informacje wykraczające treścią poza zakres szkoły średniej. Nasz świat jest brudny i zaśmiecony, a internet to przecież jego wirtualne odbicie. Wojtek wpisał w wyszukiwarkę dwa słowa: „utrata krwi” i „sowa”. Wszystko i nic. Co innego, gdyby chciał dowiedzieć się, jak odczytywać wyniki krwi, czemu w jednym regionie Polski sowy masowo wymierają, a w innym jest ich za dużo lub też co oznacza, gdy sowa pojawi się we śnie. Po chwili zastanowienia do poszukiwanych wyrazów dopisał jeszcze jedno słowo. Słowo, którego nie słyszał od lat, a które od paru dni pojawiało się na granicy świadomości niczym ćmiący ząb. Upiór. Któryś wynik z kolei był tym, o co mu chodziło. Strona traktowała o magii jako takiej. Znalazło się tu miejsce dla wampirów, współczesnych miejskich szamanów, ludzi, którzy wieszczyli bliski koniec świata. Jeden z linków prowadził do działu traktującego o magii Słowian. Kolejne wyszukiwanie: wszystkie słowa przypisane były do pojęcia strzygi.

6. Wypił morze kawy. Był wycieńczony, nie spał od kilku nocy, ta także miała być bezsenna. Na łóżku od strony drzwi spała Marta, po kolacji kilka razy zapytała o „panią z zębami”, ale bajka o zaczarowanym krzesiwie zwyciężyła, i Marta odpłynęła w pokoju Wojtka i Iwony, zanim Wojtek dotarł do ostatnich stron. Leżał oparty o ścianę obok córki i czekał. Dochodziła północ. Czuł się jak żołnierz w okopach czekający na frontalny atak wroga. Gdzieś w oddali zawył pies, gdzie indziej przejechała karetka na sygnale. Północ. Godzina duchów. Przybyła. Sowa o czerwonych ślepiach usiadła na parapecie. Trwała nieruchomo niczym kamienny gargulec. Tylko te ślepia… Świdrowały Wojtka, nie pozwalały mu umknąć wzrokiem na bok, osaczały jego umysł. Sowa poderwała się i odfrunęła, a okienna szyba eksplodowała. W deszczu odłamków do pokoju wleciała istota rodem z koszmaru. Olbrzymie opierzone skrzydła wychodziły wprost z kręgosłupa nagiej kobiety. Nie przechodziły łagodnie w bladą skórę, wyglądało to raczej jakby ktoś wbił je w plecy stwora, w miejscach styku sączyła się czarna krew. Twarz wyglądała tak, jakby wyszła spod ręki obłąkanego chirurga. Spomiędzy rozwartych szeroko niebiesko-sinych ust próbowały wydostać się na wolność zęby, długie i kuriozalnie cienkie, niemalże jak igły strzykawek. Z ludzkich oczodołów łypały ptasim wzrokiem szkarłatne oczy sowy.

obojętnie dokąd, byle z dala od tego smrodu. Na ziemi walało się pełno piór. (sowich) W pewnym momencie światło latarki odbiło się od przedmiotu leżącego na stercie poniszczonych ubrań obok szafy. Podszedł ostrożnie, jakby oczekując, że gnijące ścierwa w każdej chwili mogą zaatakować. Podniósł błyszczący przedmiot. Była to srebrna bransoletka wysadzana ametystami. Znał jej właścicielkę. Schował przedmiot do kieszeni i tyłem wycofał się do korytarza. Kiedy poszedł odebrać Martę, okazało się, że Klimczakowa cały czas czekała na niego w otwartych drzwiach. – Nie znalazł go pan, panie Wojtku? (znalazłem, tyle że ktoś już wcześniej do niego zajrzał) – Nie – skłamał. – Przykro mi. – Ale dobrze pan poszukał? Lucek lubi włazić w najciemniejsze zakamarki. – Wszystko dokładnie sprawdziłem. Koty chadzają własnymi ścieżkami, może za jakiś czas wróci do pani cały i zdrowy. – Może… – Klimczakowa najwyraźniej w to wątpiła. – Przykro mi, naprawdę, ale musimy już iść. – Zajrzał do mieszkania sąsiadki. – Zbieraj się, Marta. Bardzo pani dziękuję za opiekę nad córką. Do widzenia – rzucił na odchodnym. – Tato, jestem głodna – pożaliła się Marta jeszcze na schodach. – Nie dostałaś nic do jedzenia? – Pani Klimczakowa miała na obiad flaczki. – Wywaliła język na wierzch i udawała, że wymiotuje. – Bleee ! – Całkowicie się z tobą zgadzam, mała. – Wojtek nie sądził, żeby jeszcze kiedykolwiek zjadł coś takiego (jeszcze pięć minut temu nie sądził, że jeszcze kiedyś zje cokolwiek). – Zamówimy pizzę.

10

Piotr Krajewski


Horyzonty Wyobraźni Białe ciało poznaczone było szarymi przebarwieniami, podobnymi do siniaków czy też raczej plam wątrobowych. Kontrast do skóry stanowiły strąki czarnych włosów sięgające obwisłych piersi oraz czarny trójkąt włosów łonowych. Zamiast paznokciami palce kończyły się zakrzywionymi pazurami. Marta krzyknęła. Wojtek porwał ją i wyrzucił z pokoju. Sam rzucił się pod łóżko w poszukiwaniu swojej tajnej broni – gazowego pistoletu na gwoździe, zostawionego przez teścia podczas remontu parę lat temu. Strzyga minęła go i rzuciła się w kierunku dziewczynki. W ostatniej chwili Wojtek dopadł gwoździarkę i wystrzelił w plecy potwora. Narzędzie wypluło z siebie serię kilkudziesięciu metalowych pocisków. Część z nich trafiła w sowie skrzydła i zniknęła pomiędzy piórami, część natomiast doleciała do celu i zagłębiła w ciele upiora. Na dywan trysnęła czarna posoka. Potwór zawył i obrócił się w stronę Wojtka, który rzucił już pistolet i czołgał się w stronę drzwi. Skrzecząc przeraźliwie, strzyga machnęła łapą, lecz zdarła z niego tylko podkoszulek wraz z fragmentami skóry. Wojtek wypadł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Był tylko jeden problem – drzwi otwierały się do środka sypialni. Złapał klamkę, stanął w rozkroku, zapierając się stopami o framugę, i ciągnął, próbując nie dopuścić do otwarcia drzwi. Nagle poczuł, jak jego ręce zostały nieomal wyrwane ze stawów. (jeszcze trochę wytrzymaj) Stwór ciągnął coraz mocniej. (w tych zawodach nie ma drugiego miejsca) Czuł, że zaraz puści klamkę. (jeszcze chwilę) Strzyga puściła klamkę po swojej stronie. Wojtek dalej ciągnął. Mijała minuta za minutą. Marta cicho łkała w kącie przedpokoju. Minęło następne parę minut, które wydawały mu się wiecznością. Opuszczały go resztki sił. Puścił. Nic się nie stało. Po kilku chwilach odważył się uchylić lekko drzwi sypialni. Pusto. O walce, która miała tu miejsce, świadczyło jedynie wyrwane okno i nieco przesunięte łóżko. Strzyga odpuściła, ale Wojtek wiedział, że powróci. Kiedy próbował powstrzymać ją przed wdarciem się do przedpokoju, czuł, jaka jest silna. Udało mu się co prawda ją zranić, ale ile byłoby potrzeba takich gwoździ, żeby dziwkę zabić? Bawiła się nimi, tak jak kot (Lucek) bawi się swoją zdobyczą, zanim ją pożre. Wątpił, żeby ucieczka im pomogła. Nawet jeśli uciekną, nawet jeśli strzyga nigdy nie trafi na ich trop, sama świadomość istnienia tego zagrożenia powoli ich zniszczy. To nigdy się nie zakończy, jeśli on do tego końca nie doprowadzi. *** Strzyga pojawiała się tylko w nocy, w dzień natomiast mogła przybierać zapewne ludzką postać. Musiał ją zabić w dzień, wtedy na pewno była słabsza, to była jego jedyna szansa. Czy Monika była strzygą? Ataki stwora zbiegały się z jej przeprowadzką. Poza tym Wojtek był przekonany, że groziła jego córce. „Chociaż z drugiej strony – lepiej uważaj”. O tak, będzie uważał, mogła być o to spokojna. W dzień mogła ukrywać się w dwóch miejscach: w swoim mieszkaniu lub w piwnicy, gdzie się pożywiała. Skoro najwyraźniej światło słoneczne jej nie szkodziło, nie było

Strzyga

powodu, żeby całe dnie spędzała w ciemnym pomieszczeniu, dlatego postanowił zacząć od jej mieszkania. Kiedy tylko wzeszło słońce, zaprowadził Martę do pani Klimczakowej, wymyślając jakąś historyjkę o nagłej śmierci wujka i podróży na drugi koniec Polski, załatwianiu urlopu, bla, bla, bla. Następnie zszedł do samochodu i zabrał z niego kanister z benzyną. Martwiło go nieco to, że nie może dodzwonić się do Iwony. Miał nadzieję, że w szpitalu, pośród tylu ludzi, była bezpieczna. Zostawił jej wiadomość na poczcie głosowej, opowiadając pokrótce, co stało się w nocy i gdzie jest Marta. Bardzo pokrótce. Gdyby coś mu się stało, miały wyjechać z miasta same. Wrócił do swojego mieszkania. Załadował pistolet ostatnią garścią gwoździ, wepchnął do kieszeni znalezioną w kuchni zapalniczkę. Nigdzie nie mógł znaleźć starego medalika, który dostał od babci wiele lat temu. W narastającej histerii przetrząsał szufladę za szufladą. Był niemal pewien, że stara blaszka uchroni go od wszelkiego złego. Sypialnia była jednym wielkim pobojowiskiem, na podłodze zawartość przetrząsanych szuflad mieszała się z fragmentami rozbitej szyby. Pamiątka po babci czekała cierpliwie na pięć minut chwały na dnie jednej z szuflad. Wyjął komórkę: nie pisała ani nie dzwoniła. Z ogromnym nożem za paskiem, medalikiem na szyi, gwoździarką w jednej ręce, a kanistrem w drugiej, Wojtek stanął przed drzwiami do mieszkania Moniki. I co teraz? Miał kopniakiem wyważyć drzwi? Jak śpiewał Myslovitz: „to nie był film”. Zamek antywłamaniowy wyglądał nad wyraz solidnie. A może po prostu zapuka? (jak podczas Halloween, cukierek albo…) Drzwi uchyliły się nieco, w powstałej szparze ukazała się blada twarz Moniki. – Psikus! – warknął Wojtek i naparł na drzwi całym ciałem. Zaskoczona kobieta zatoczyła się do tyłu. Wojtek wpadł do mieszkania, podniósł rękę z gwoździarką, mierząc w Monikę. – Veide, Rongan, Rada, Bagadin! – wykrzyknęła, ale nie poruszyła się. Była ubrana jedynie w cienki szlafrok, spod którego prześwitywało nagie ciało. Nie potrafił do niej strzelić. Może gdyby rzuciła się na niego lub zaczęła zmieniać w strzygę... Tymczasem ona tylko stała przed nim i mamrotała niezrozumiale. – Wchodź do pokoju – rzucił wściekle, zamknął drzwi łokciem i ruszył za nią. Okna salonu zostały szczelnie zasłonięte roletami. Wnętrze rozjaśniały jedynie ustawione na podłodze świece. Znajdowały się na wierzchołkach wyrysowanego na parkiecie pentagramu. Pudła z nierozpakowanymi rzeczami nadal zalegały pod ścianą. Na zwierciadle namalowane zostały jakieś symbole. – Caput mortuum, imperat tibi Dominus… – deklamowała Monika. – Kim jesteś? – …per vivum et devotum Serpentem. – Myślisz, że nie strzelę? Czego ode mnie chcesz?! – Pistolet na gwoździe stawał się coraz cięższy, Wojtek odstawił kanister i przełożył gwoździarkę do drugiej ręki. – Kaphe, Kasita, non Kapheta te publica filii omnibus suis. – Wypowiadając te słowa, po raz pierwszy tego dnia spojrzała mu w oczy. Odetchnęła głęboko. – Już. Teraz już jesteś mój.

11


Horyzonty Wyobraźni – O czym ty, do cholery, gadasz? – Nagle uświadomił sobie, że nie ma żadnej liny, którą mógłby ją związać. – Rzuciłam na ciebie urok. Zrobiłam to dla nas, dla ciebie. Kocham cię. – Kochasz mnie?! Chcesz zabić moje dziecko! Ty, kurwa, nawet nie jesteś człowiekiem. – Teraz z kolei ja nie wiem, o czym mówisz… – Była bliska łez. – Wybaczyłam ci, że uderzyłeś mnie wtedy przy wszystkich w biurze. Myślałam o tym, wiesz? Może sobie wtedy zasłużyłam… Ale zmieniłam się, patrz, co dla ciebie zrobiłam. – To mówiąc, zsunęła z siebie szlafrok. Wojtek wzdrygnął się w odruchu odrazy. Cała skóra brzucha oraz piersi pokryta była nacięciami. Księżyce i słońca, pentagramy i tetragramy, schematyczne postaci w pokracznych pozach – wszystko to tworzyło jakiś chory i dziwaczny wzór. Jedne rany już się zabliźniały, inne były całkiem świeże, ginęły w brudzie rozmazanej i zaschniętej krwi. – Co to…? – To do rytuału… – Jakiego znowu rytuału? – Takiego, który sprawi, że mnie pokochasz – odparła Monika, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. – Ja ciebie kocham, nie rozumiesz tego? Wtedy nam się nie udało, ale teraz będzie inaczej, zobaczysz. Kiedy mnie porzuciłeś, byłam załamana, chciałam się zabić. Przyjaciółka zabrała mnie na to spotkanie, a potem ja sama… Przyszedłeś trochę za wcześnie… Nie mogłam przepuścić takiej okazji… ale udało się… Musisz trochę poczekać, a zobaczysz, że mnie… – Dość! – krzyknął Wojtek. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej bransoletkę z ametystami. – To chyba twoje? – Pokazał jej biżuterię. – Wiesz, gdzie to znalazłem? Na twoim małym żerowisku! – Rzucił bransoletką o przeciwległą ścianę. – To nie moje. – Nie kłam, przecież widziałem ją na twoim ręku parę dni temu. – Miałam dwie, jedną podarowałam twojej żonie. – Powiedziałem, żebyś nie kłamała, dziwko! – Tak bardzo miał ochotę pociągnąć za spust gwoździarki. – Coś musiałam zrobić nie tak, powinieneś już… – Powiedz, że to twoje! – Nie! Pokażę ci! – Monika płakała. Były to łzy strachu, zawodu i gniewu. Wojtek lekko skinął głową. Wtem w kieszeni spodni rozdzwoniła się komórka. Nie spuszczając wzroku z Moniki, odebrał. – Czemu się nie odzywasz? – Z góry założył, że to Iwona. – Słucham? – Z głośniczka telefonu dobiegł go głos obcej kobiety. – To chyba pomyłka. Nazywam się Jolanta Derbosz, jestem oddziałową w szpitalu miejskim, czy rozmawiam może z mężem Iwony Osławskiej? – Tak. – Chciałby dodać coś jeszcze, ale nie pozwoliła mu na to ogarniająca panika. – Pańska żona (nie żyje) nie przyszła dziś do pracy. Dzwonię zapytać, czy nic się nie stało. Do pana, ponieważ jej komórka nie odpowiada. Może zapomniała, że już skończył się jej urlop? – Urlop? – Rozmawiał z tą kobietą, jakby był opóźniony w rozwoju, ale nie miał pojęcia, co się dzieje. Urlop? Nie przyszła do pracy? To gdzie podziewała się przez ostatnią dobę?! – No tak, urlop – odparła lekko zbita z tropu przełożona. – Czy stało się coś złego?

12

Przerwał połączenie. W tym czasie Monika podeszła do stojącej pod ścianą drewnianej szkatuły i wyjęła z niej bransoletkę identyczną z tą, którą znalazł na dole. – Proszę, ja mam swoją tutaj – powiedziała rzeczowym tonem nijak się mającym do jej wyglądu i zdrowych zmysłów (a raczej ich utraty). Monika była niespełna rozumu. Wojtek sądził, że było już z nią coś nie tak w momencie, kiedy się poznali. Tak, uprawiała magię, rysowała pentagramy na podłodze, okaleczała swoje ciało. Ale to nie ona była strzygą. Jej był potrzebny dobry psychoterapeuta, a nie egzorcysta… – Czy to jest ta sama bransoletka, którą dałaś mojej żonie? – zapytał, choć znał już odpowiedź. Monika powoli podeszła do przedmiotu leżącego na podłodze. – Tak, to ta. Wojtek usiadł na ziemi, odłożył na bok pistolet na gwoździe. Czy to możliwe, żeby kobieta, z którą wziął ślub, która była matką jego dziecka, którą znał tyle lat… Czy naprawdę znał ją aż tak dobrze? Czy stanowiła część jego życia, czy też była tylko mijaną co dzień statystką? Ale to… Chyba zauważyłby, że jego żona zamienia się w monstrum. Nigdy nie było jej w pobliżu, gdy pojawiała się strzyga. Od jakiegoś czasu nie chodziła do pracy, zgubiła biżuterię w miejscu, gdzie strzyga przychodziła pożerać zwierzęta… Oprzytomniał na dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Pobiegł do przedpokoju akurat w ostatniej chwili, aby zobaczyć stamtąd, jak Monika wyrzuca klucz przez kuchenne okno. – Coś ty zrobiła? – Zamknęłam nas – odparła Monika, jak gdyby zrobiła najbardziej logiczną rzecz pod słońcem. – Urok na ciebie nie podziałał, muszę wszystko zrobić jeszcze raz. – Co zrobić? Czyś ty…– Spojrzał na nią. – …oszalała? – dokończył zrezygnowany. Na klatce piętro niżej otworzyły się drzwi. Wyraźnie było słychać Klimczakową. – Dzień dobry, pani Iwono! – wrzeszczała sąsiadka. Iwona coś odpowiedziała, Wojtek nie słyszał, co. – Kaphe, Kasita, non Kapheta te publica filii omnibus suis… – inkantowała Monika. – A pan Wojtek? – Chwila przerwy. – Aha, już pojechał?! – usłyszał Wojtek. Zaczął walić w drzwi jak oszalały. – Marta! Marta! – krzyczał. – Tata! – dobiegło z piętra niżej. – Do widzenia, do widzenia! – usłyszał jeszcze Klimczakową, a potem kroki na schodach. Ta głucha baba go nie usłyszała, a Iwona wyraźnie zignorowała. W drzwiach były dwie zasuwy, teraz otwarte, oraz jeden zamek otwierany kluczem zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Po chwili siłowania się z drzwiami podszedł do Moniki. – Dawaj klucz. – Kaphe, Kasita, non Kaphet… – Dawaj klucz, musisz mieć zapasowy. – Sekundy mijały, a każda mogła oznaczać życie lub śmierć. – …Te publica filii omnibus suis. – Uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Z kącika ust popłynęła krew. Upadła na parkiet niczym szmaciana lalka, zwinęła się w pozycji embrionalnej. Cicho łkała. – Idź już. Proszę – wyszeptała. – Pójdę, jak tylko powiesz mi, gdzie masz klucz do tego zamka. – Moja kurtka. – Wskazała ręką na wieszak, po czym zasłoniła nią twarz.

Piotr Krajewski


Horyzonty Wyobraźni

Wojtek zabrał kanister i gwoździarkę i wyszedł z mieszkania. Jeśli chodziło tylko o małą, to są już gdzieś daleko. Jeśli chciała także dopaść i jego, wiedział, gdzie ich szukać. Poszedł zabić własną żonę. 7. Główne drzwi do piwnicy były otwarte na oścież. Oczywiście Wojtek nie wziął latarki, a w środku panowały egipskie ciemności. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do mieszkania, ale postanowił zejść na dół od razu. Gdzieś po drugiej stronie drzwi do budynku słyszał przejeżdżające samochody, kłócące się sprzątaczki, idące do szkoły śmiejące się dzieci. Nikt z tych ludzi nie miał pojęcia, że tuż obok ktoś właśnie zamierzał zstąpić na samo dno piekła. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy schodził schodek po schodku, oświetlając sobie drogę wątłym światłem zapalniczki (w drugiej ręce kurczowo ściskał rękojeść gwoździarki, benzynę pozostawił u szczytu schodów). Próbował usłyszeć jakieś drobne szelesty, skrzypnięcia, może głosy, lecz na dole panowała idealna cisza. Fale smrodu uderzały w niego jedna za drugą. Oparty cały czas plecami o ścianę, powoli parł naprzód głównym korytarzem. Najbardziej obawiał się, że strzyga

Strzyga

(Iwona!) schowa się w którymś z boksów piwnicznych i zajdzie go od tyłu. Kiedy był mniej więcej w połowie drogi do skrzyżowania korytarzy, dotarł do niego zza rogu złowieszczy chichot. Skręcił w lewo. W momencie gdy płomień zapalniczki delikatnie rozświetlił korytarz, Wojtkowi wydało się, że ujrzał postać szybko znikającą w piwnicy stanowiącej kryjówkę upiora. Zacisnął mocniej palce na pistolecie. Dotarł do wyrwanych drzwi i zajrzał do wnętrza. Strzyga czekała na niego. Wyglądała tak jakby przemiana zatrzymała się w połowie procesu. Dwa guzy będące zaczątkami skrzydeł rozerwały popielaty t-shirt. Jej skóra przybrała szary, niezdrowy odcień, normalne dłonie zakończone były szponami. Najgorsze były oczy. Oczy sowy. Kucała przy przewróconej szafie, wewnątrz której na stercie zwierzęcych i toczących je robaków leżała nieprzytomna (martwa) dziewczynka. Strzyga uśmiechnęła się szpilkowatymi zębami i położyła swe szpony na szyi Marty. – Spokojnie, jeszcze żyje – rzekła głosem Iwony, skupiły się na nim jej olbrzymie źrenice. – Czemu? – Z jego ust wydostał się jedynie ochrypły szept. – Spłacam rachunki – odparła i spojrzała na broń Wojtka.

13


Horyzonty Wyobraźni – Nie radzę ci tego próbować, może uda ci się mnie zranić, ale na pewno nie na tyle, żebym nie zdążyła rozerwać jej gardła. – To twoja córka! – Nie, to twoja córka! – Jej głos przeszedł w zwierzęcy charkot, a jednak był to cały czas głos Iwony. Tej Iwony, która kiedyś kochała się z nim w parku w środku dnia. – Jest taka sama jak ty, oboje zniszczyliście mi życie. – Od kiedy taka jesteś? – Był na siebie wściekły, ponieważ chciało mu się płakać. – Jaka? Zawsze taka byłam, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy. Uświadomił mi to mój świętej pamięci kochanek. – Kochanek? – A co myślałeś? Nawet nie chciałeś mnie już porządnie przerżnąć! A on chciał. Potem powiedział mi, że wraca do żony, chociaż kocha mnie, a na dowód miłości mnie zabił. Tyle że nie wiedział, że mnie nie tak łatwo się pozbyć. Wiesz, co mu zrobiłam? – Co? – zapytał Wojtek, chociaż wcale nie był tego ciekawy. – Przyleciałam do niego którejś nocy i kazałam patrzeć, jak chłepczę krew z oderwanej głowy jego żony. A potem zrobiłam coś, co tak bardzo lubił. Wzięłam mu do buzi. – Zacharczała w parodii śmiechu. – Odgryzałam mu fiuta, a on się nawet nie bronił, tylko płakał jak mały chłopczyk. – Jezu… Wtem usłyszeli kroki na schodach. – Wojtek, to ty? – To była Monika. – Co? Zakręciłeś się wokół naszej sąsiadeczki? – Żebyś wiedziała – odparł Wojtek, który wszystko postawił na jedną kartę. – To moja była dupa. Posuwałem ją, kiedy ty zasuwałaś w pracy albo w domu. – Iwona wydała z siebie nieopisywalny dźwięk oznaczający zarazem ból i furię. Zmieniała się coraz bardziej, guzy rosły i obrastały piórami, zęby wydłużały się, podobnie szpony. – Wojtek? – W drzwiach pojawiła się Monika, z latarką ręku, próbowała ramieniem choć trochę odgrodzić swoją twarz od wszechobecnego odoru. Spojrzała na strzygę, która w tym momencie zaatakowała. Przewróciła Monikę, usiadła na niej i poczęła raz za razem wbijać swe zęby w jej twarz, zmieniając ją w bezkształtną mieszaninę skrawków skóry, mięśni i krwi. Wojtek doskoczył do upiora. Przystawił mu do głowy gwoździarkę i pociągnął za spust. Może to było jej wrażliwe miejsce, a może nie w pełni przemieniona strzyga nie miała jeszcze całej swej odporności, w każdym razie gwoździe zadziwiająco łatwo zagłębiły się w jej głowie. Strzyga zawyła nieludzko i odwróciła do Wojtka. Ten wyszarpnął zza paska nóż i wbił go prosto w sowie oko, które z obrzydliwym mlaszczącym odgłosem eksplodowało. Strzyga upadła u jego stóp i znieruchomiała. Wojtek podszedł do Moniki i wyciągnął z jej drgającej jeszcze dłoni latarkę. Chwycił nadal nieprzytomną

Martę i zaniósł ją na górę. Wrócił po chwili z kanistrem. Kiedy zaczął polewać ciało strzygi, ta zaczęła się nagle bardzo szybko kurczyć, po całym ciele pod skórą wędrowały „robaki”, czaszka zaczęła zmieniać kształt i obrastać piórami. Próbowała zmienić się w ptaka! Wojtek szybko wylał na nią resztkę benzyny i podpalił. Takiej reakcji się nie spodziewał. Upiór niemalże eksplodował, ze ścierwa buchały wściekłe języki ognia, rozprzestrzeniając się coraz dalej i odgradzając Wojtka od wyjścia na korytarz. Ale jemu było już wszystko jedno. I tak zaraz by się tu udusił. Nabrał powietrza w płuca i wskoczył w ścianę ognia. Dalej był już tylko zadymiony korytarz, na końcu którego Bóg zesłał mu łaskę w postaci utraty przytomności. Epilog Szedł powoli wzdłuż wąskiej alejki. Po obu stronach ciągnęły się świeżo postawione nagrobki. Mimowolnie czytał daty narodzin i zgonów. W koronach wysokich brzóz, nie wiedząc, gdzie się znajdują, śpiewały wesoło ptaki. Miał problem z odnalezieniem jej grobu, był tu tylko raz – podczas pogrzebu. W końcu dotarł na miejsce. Pomnik, który kazał postawić, był całkiem ładny – prosta płyta z czarnego marmuru. Imię, nazwisko, urodziny, śmierć, Ave Maria. Nikt nigdy nie dowie się, kim była. Policja uznała, że to Monika zabiła ją, a potem próbowała spalić, sama ginąc w pożarze. Trzeba przyznać, że była to dość naciągana teoria, jednak kiedy policjanci weszli do mieszkania Moniki, byli skłonni uwierzyć we wszystko. Z Martą było coraz lepiej. Wspomnienia tamtych dni powoli zacierały się w jej pamięci… Kiełkowała w nim nadzieja, że niedługo jego córka znów będzie tym samym beztroskim i roześmianym dzieckiem co niegdyś. Z nim samym nie było już tak dobrze. Nie pamiętał nocy, podczas której nie obudziłby się krzykiem w ustach. Cały czas miał przed oczami jej sowie ślepia. Ostatnio zauważył, że coraz więcej pił. Zastanawiał się, czy mógłby przestać, gdyby zechciał. Na razie nie chciał. Postawił na grobie doniczkę z białymi chryzantemami. Po co tu przyszedł? Może miał nadzieję, że w ten sposób uda mu się jakoś jednoznacznie odciąć od przeszłości, a przynajmniej z nią pogodzić? A może pragnął upewnić się, że Iwona nadal leży w grobie i że już na zawsze tam zostanie. Ruszył powoli w stronę głównej alei. O czternastej musiał odebrać Martę z przedszkola, a na piętnastą byli umówieni do dentysty. Ostatnim razem, gdy mała miała robione zdjęcie całego uzębienia, stomatolog stwierdził, że źle wyszło, ponieważ widać jak gdyby podwójne uzębienie. Pewnie była to wina urządzenia do rentgena…

Piotr Krajewski Rocznik 1985. Absolutny debiutant. Całe życie mieszka w Gdańsku, którego nie zamieniłby na żadne inne miasto. Ulubione: piwo, tandetne horrory z lat 80, muzyka rockowa.

14

Piotr Krajewski


Horyzonty Wyobraźni

Jacek Wróbel Dialektyka noża Dialektyka noża

ilustracja ilustracje Tomasz Bełzowski I Salvete at Triumphe. Witajcie w Triumphe. Brzmi zapraszająco, przebrzmiewa w tym nawet nutka dumy. Niewiarygodne, że tatko Poe posłał mnie właśnie tu. Może on i gruby, może niepijący, ale w gruncie rzeczy dobra dusza. Czyżbym nazbyt pochopnie życzył mu skurczu jąder, gdy dowiedziałem się, że nie trafię na wschód? Salvete at Triumphe – oto garniec złota, który czeka na mnie na końcu kolorowej tęczy. Szary i brązowy to kolory, prawda? Szkoda, że nie zalicza się do nich „brudny”, bo wiódłby prym w przygnębiającej mozaice barw, jaką stanowiła cała podróż. Spójrzcie sami. Jedziecie z Arthei, już któryś dzień w siodle, i mijacie po drodze miejscowości o tak zacnych nazwach jak Wodniska, Bagniska czy inne Kurwiska, gdzie życie kulturalne wszystkich trzydziestu mieszkańców koncentruje się na spróchniałej budzie, która tym się różni od reszty zatęchłych domostw w okolicy, że ktoś przywiesił na niej szyld z wizerunkiem kufla. Patrzcie państwo, jaka gra skojarzeń. Kufel – piwo. Piwo – kufel. Pewnie wiejscy szynkarze hamują swoją inwencję twórczą, bojąc się, że w przypadku ochrzczenia karczmy, dajmy na to, „Pod Wesołym Smokiem”, i umieszczeniu stosownego grawerunku, potencjalni klienci poczują się zdezorientowani, przetrząsną zajazd w poszukiwaniu bestii i będą dopytywać, z czego się ta kurwa cieszy. Jak dla mnie bardziej adekwatna do każdego z mijanych w siodle lokali byłaby sygnatura latryny albo zarośniętej gęby wieśniaka, szczerzącej pożółkłe zęby w głupawym uśmiechu. Nie dziwcie się więc, że gdy zmęczony człowiek widzi w oddali kamienne zabudowania niewielkiego miasteczka, proporce na strzelistych wieżach, majestatycznie powiewające na wietrze, a w końcu Salvete at Triumphe nad bramą wjazdową, myśli sobie: „Hohoho. To się tatko Poe spisał, wnet zapomnę o bolącym zadku i pustym żołądku, odpocznę sobie i poużywam jak panisko. Praca będzie samą przyjemnością”. Wiecie, wyobraźnia zaczyna działać. Ktoś się natrudził, wyrył dla podróżnych te piękne, duże litery, nawet „S” ozdobił fikuśnym zawijasem, maznął całość złociszem i voila! Jakby już od progu dobry Triumphe pozdrawiał nas machnięciem dłoni i zapraszał do środka, by wziąć w objęcia i czule ukołysać. Salvete at Triumphe? Ba, salve, salve, dobry pokój i duże piwo proszę. Stępem podjechałem do pary gwardzistów. Uzbrojeni mężczyźni opierali się na drzewcach halabard i rozmawiali. – Witaj, panie. – Jeden ze strażników bramy uśmiechnął się do mnie spod przyłbicy. – Jeśliś pierwszy raz u nas, polecam zawitać w progi karczmy „Kufelek”, tam znajdziesz najprzedniejsze jadło i napitek oraz pokoje w przyzwoitej cenie. Jeśliś już kiedyś nas odwiedził,

16

to nie muszę o tym mówić, bo sam pewno wiesz najlepiej, gdzie kierować kroki. Jego kompan zaśmiał się i dodał: – Proszę wybaczyć, żona Toma pracuje w „Kufelku”, a on napędza jej klientów, kiedy tylko może. „Kufelek”. Znacie powiedzenie „miłe złego początki”? Tak? Właśnie zgłębiałem lokalną odmianę. „Witaj w Triumphe, w pieprzonej dziurze z błyszczącym napisem”. – Triumphe to spokojne miasteczko – żołdak kontynuował, nie zrażony brakiem mojej reakcji. – Pracujemy i rozkwitamy pod opiekuńczym spojrzeniem Atalaya. – Kciuk i palec wskazujący obu mężczyzn ułożyły się w dziękczynny symbol i dotknęły serca. Usłyszawszy imię Boga, odruchowo poszedłem w ich ślady. Wiecie, to jak z psem, który ślini się, ilekroć pojawicie się w pobliżu jego miski, bo liczy, że rzucicie mu kość albo resztki z obiadu, a wy po prostu idziecie się odlać. – Proszę wybaczyć ciekawość, ale pan przejazdem czy planuje zostać na dłużej? –Opancerzony gawędziarz przyjrzał się dokładniej mojemu wierzchowcowi. Gniada klacz zachwycała intensywną maścią i smukłą budową. Pogłaskałem ją po grzywie, co skłoniło zwierzę do przymilnego parsknięcia. Tom, mąż kucharki spod „Kufelka”, musiał w swej mądrości poznać mowę nieparzystokopytnych, bo uznał to najwidoczniej za zadowalającą odpowiedź i przeszedł do kolejnego wątku. – Przyjacielu, idę o zakład, że nawet jeśli planowałeś niezwłocznie ruszyć w dalszą drogę, gdy tylko wypoczniesz i oporządzisz konia, to tak zasmakuje ci gościna, że przełożysz wyjazd o kilka dni. – I zostawisz w „Kufelku” trochę srebrzystych monet więcej, niż planowałeś. To miałeś na myśli, Tom? – Wesołek skwitował żart lekkim kuksańcem w ramię towarzysza. – Frank, dajże spokój! – Karczemny agitator z uśmiechem na ustach pogroził palcem i zamarkował cios w kolegę, który cofnął się pod iluzorycznym uderzeniem. Obaj się roześmiali. Gdzie ja trafiłem? To musiał być jakiś żart. Tom, Frank? Czyżby Triumphe było jedną z tych uroczych miejscowości, gdzie mężczyznom nadaje się jednosylabowe imiona, licząc, że razem z nimi nabędą poczucia humoru i obycia? Kto w ogóle wydelegował ich do pilnowania bramy? Potencjalni najeźdźcy mają paść pod ciężarem pustej gadki? Czy też zarządzić taktyczny odwrót na widok zorganizowanej błazenady? I tyle, jeśli chodzi o Salvete at Triumphe. Przepraszam, tatko Poe, że pozwoliłem sobie na śmiałe marzenia o przyzwoitym miejscu. Już posłusznie splunąłem im w twarz i przegnałem kijem na cztery wiatry. Musisz zrywać boki ze śmiechu. Postanowiłem przerwać tę ponurą farsę, zanim żołdacy zaczną połykać ogień i żonglować workami z grochem. Chrząknąłem i wyciągnąłem ukryty pod koszulą wisior.

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni

Dialektyka noża

17


Horyzonty Wyobraźni Misternie zdobiony talizman przedstawiał trzy przecinające się strzały, zwrócone grotami w górę i oplecione takąż samą ilością białych róż. Na wykonanie medalionu zużyto większy nakład kruszców, niż tych dwoje ciołków byłoby w stanie nabyć pracując całe życie od świtu do zmierzchu. Nawet jeśli nocami dorabialiby w obwoźnym cyrku, co zapewne było ich prawdziwym powołaniem. Pęk strzał i białych róż, sangretta, był symbolem bardziej rozpoznawalnym niż pieprzony kufel nad drzwiami karczmy. Tom i Frank przestali się przekomarzać i wpatrywali się we mnie, jakbym dopiero co zajechał pod bramę i to na płonącym rumaku. Chwilowa konsternacja ustąpiła miejsca nieskrywanej radości, co wywnioskowałem z jeszcze szerszych i głupszych uśmiechów niż początkowe. – Ekscelencjo, jak dobrze was widzieć! Opat wspominał, że przybędzie nowy kapłan. To radosny dzień dla mieszkańców Triumphe, dzięki niech będą Atalayowi! – I znowu gest ofiarowania bogu. Prawa dłoń. Wystawiam kciuk. Wystawiam palec wskazujący. Zginam. Dotykam nim kciuka. Przykładam do serca. Raz, dwa, trzy. Starczy. Rozluźniam dłoń. Jak pies wyciągający jęzor przy pustej misce. Westchnąłem. Dzięki serdeczne, tatko Poe. Jeśli spisujesz historię duchowej posługi Verschlagera, domyślam się, jak zatytułowałeś pierwszy rozdział. „W mieście przygłupów”. Znając twoje upodobanie do literatury grozy, aż boję się myśleć o epilogu. Oto twój Triumf. Tom nieustannie szczebiotał, jak młoda dziewka przed pierwszym chędożeniem, więc machnąłem ręką i pozwoliłem dla świętego spokoju odprowadzić się do Opactwa. Ciekawe, jak będzie się prezentował garnizon. To nie wschód, więc pewnie marnie. Wrażenie beznadziejności spotęgował jeszcze obraz strażnika, któremu podekscytowanie udzieliło się na tyle, że potknął się o własne nogi i o mały włos nie zdekapitował służbową halabardą. Salvete at Triumphe. Zawsze wiedziałem, że tatko Poe to kawał skurwysyna. Pasibrzuch i abstynent, jakżeby inaczej. II Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby otoczyć takie Bagniska, Koziorogi, Bity Kamień i jeszcze jakieś sioło o śmiesznej nazwie kamiennym murem, zastąpić niektóre rozpadające się strzechy budynkami z cegły, pomnożyć te drewniane chaty, które na oko są w stanie przetrwać gwałtowniejsze wichury, wybić trakt prowadzący przez środek, do tego postawić cztery wieżyczki i uwiązać do nich kolorowe wstęgi, żeby z zewnątrz wyglądało to na normalne miasteczko? Powiem wam. Triumphe by się stało. Co to w ogóle za nazwa dla takiego miejsca? Chyba że mamy do czynienia z triumfem głupoty czy absurdu. Założę się, że gdy założyciele grodu zobaczyli efekt swojej pracy, z rozpaczy zalali mordy i poszli na dziwki do Arthei. Wcześniej kazali grawerowi nanieść na bramę ostrzeżenie dla naiwnych, a ten powiedział „Aaa… jebać to” i poszedł na łatwiznę, wykuwając formułkę z uczonej księgi. Drań, ot co. Prowadziłem klacz za uzdę i przybitym wzrokiem rejestrowałem okolicę, puszczając mimo uszu paplaninę Toma. Kobiety rozmawiają przy sklepiku. Chłopak pozdrawia idącą z naprzeciwka dziewczynę o imponującym blond warkoczu. Staruszek śmieje się pod nosem, widząc, jak para podrostków próbuje złapać uciekającą świnię. Męż... Co? Świnię?!

18

Chuj by to strzelił. Świnia biegnąca po głównej ulicy. A przecież tatko Poe został w Arthei. Hehe. Wybaczcie, zaczyna już mi się udzielać prymitywny humor tego miasta. Droga, którą prowadził mój nowy najlepszy przyjaciel, poczciwina Tom, w żadnym stopniu nie przypominała wąskich, ciasnych ścieżek znanych mi z pobytu w Arthei. Była tak szeroka, że bez problemu mogłyby się na niej minąć dwa wozy. Wzdłuż niej rozlokowano wszystkie ważniejsze budynki w mieście. Minąłem piekarnię, stragany z żywnością, szewca, sklep z badziewiem, sklep z pozłacanym badziewiem i przypuszczalnie wróżkę. Szyld przedstawiał czarnego kota z nastroszoną sierścią, prężącego grzbiet na księżycu i gapiącego się na przechodniów karykaturalnie wyłupiastymi oczami, z miną typu „Co ja tu kurwa robię?”. Potem przeszedłem obok magazynów, zbrojmistrza, świni… o, ależ to bydle szybkie… płatnerza, osławionego „Kufelka”, czegoś w stylu „Mydło i powidło” (badziewie, ale tańsze niż u konkurencji), krawcowej, medyka i zielarza. Teraz przypatrywałem się niskiemu budynkowi, w którym, jeśli wierzyć tablicy na drzwiach, handlowano… wytężyłem wzrok… nieregularnymi, czarnymi smugami naniesionymi na brudne, podobnież czarne tło. Równie dobrze mogły to być druciaki do czyszczenia konia, jak i zapowiedź bolesnej śmierci ze szponiastej ręki behemota. Westchnąłem z rezygnacją. Raczej druciaki. Każde przyzwoite miasto posiada rynek – serce, które nadaje rytm odchodzącym od niego żyłom, tworzącym skomplikowaną i misterną siatkę ulic, uliczek, placów i skwerów. W centrum znajduje się ratusz, targ, posąg kogoś zasłużonego, takie tam oczywistości. Od biedy starcza zwykła fontanna. Triumphe daleko do przyzwoitości, nie byłem więc zbytnio zaskoczony, kiedy trochę za sklepikiem „U Behemota” zorientowałem się, że jeszcze kilka minut spaceru i opuszczę miasto tylną bramą, nie natknąwszy się na nic, co choćby w najmniejszym stopniu przypominało rynek. To wszystko. Droga tak szeroka, że śmiało można na niej wypasać bydło, ciągnąca się prosto jak... Niechaj ten widok opiszą słowa poety. Ulica jawi się niczym ptaszek: od bramy do bramy, od jajec po daszek. Ot, chujowe miasto, moi mili. Gdzieniegdzie odbijały co prawda mniejsze ścieżki, ale postawiłbym sangrettę przeciw kilku miedziakom, że kończyły się tak samo, jak i zaczynały – z dupy. Ludzie, którzy osiedlili się z dala od głównej szosy, wracali do chat szlakami utartymi przyzwyczajeniem przodków, a nie zamysłem architekta. Przeszli po nich dziesięć, sto, tysiąc razy, raz czy drugi puścili świniaka i Triumphe doczekał się rozwiniętej infrastruktury. Od dłuższego czasu moje uszy nie rejestrowały drażniącego jazgotu, po czym wywnioskowałem, że Tom wreszcie zamilkł. Spojrzałem pytająco na żołdaka, gdy tylna brama znalazła się nęcąco blisko nas. – Ekscelencjo, Opactwo znajduje się poza Aleją Sprawiedliwości, jak już wspomniałem wcześniej. – Najwidoczniej wyczytał z mych oczu niezadane pytanie. Brawo, Tom. Życie zaskakuje na każdym kroku. – Odbijemy w prawo, zaraz przy bramie, i za pięć minut będzie Ekscelencja na miejscu. Pięknie. Nazwali tę szosę Aleją Sprawiedliwości. Srają zapewne w Zakątku Męstwa. Poza tym formalnie nie należał mi się jeszcze tytuł Ekscelencji, ale nie widziałem potrzeby, by ganić niewyedukowanego pajaca. Zboczyliśmy więc z Alei Losowo Wybranej Cnoty i ruszyliśmy ścieżką wydeptaną prawie że przy wewnętrznym

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni murze. Po kilku minutach brodzenia wśród błota i skalnych odłamków moim oczom ukazało się Opactwo – świątynia wraz z przylegającą do niej parafią. Czemu w pobliżu nie ma garnizonu? Kto to projektował? Zniecierpliwiony wypatrywałem logosu, który zawsze umieszczano nad głównym wejściem kościoła. W moim przypadku to oczywiście tylko formalno… Stanąłem jak rażony piorunem. Gdybym miał choć trochę wątpliwości, czy to, co widnieje nad dębowymi drzwiami, jest w rzeczywistości tym, co widzę, przetarłbym oczy i może nawet uśmiechnął się na skutek niedawnej pomyłki. Ale nie. Wpatrywałem się w trzy pieprzone białe róże, wyraźnie odznaczające się na tle mosiężnej tarczy. Nawet średnio rozgarnięty hobgoblin nie pomyliłby tych kwiatów ze strzałami. Róże. Nie strzały. Róże. Pierdolona wiązanka. Bukiecik. Przynajmniej wyjaśniła się kwestia braku garnizonu. Też mi, kurwa, pociecha. Nazwać tatkę Poe skurwysynem to tak, jakby zwracać się do sadystycznego mordercy per „nicponiu”. Dopiero teraz naprawdę, ale to naprawdę się wkurwiłem. Rozlegający się gdzieś w oddali kwik świadczył o tym, że uciekający wieprz wpadł wreszcie w łapy rozochoconych młokosów. Aż do tego dnia nigdy nie posądzałbym się o myślenie, że kiedykolwiek postawię się w sytuacji prosiaka. – J-ja p-p... pier... p-pier... p-pierdolę. – Tom rozdziawił usta, słysząc me lakoniczne, ale jakże szczere oburzenie. – Trzy... t-trzymaj k-konia – wyjąkałem i przekazałem strażnikowi cugle. Róże. Pasterze. Gawędziarze. III Z duszą na ramieniu skierowałem kroki do parafii. Zawsze jest szansa, że zaszła fatalna pomyłka. Zobaczę się z Opatem i… Kogo ja chcę oszukać? List tatki Poe spoczywał w futerale przytoczonym do pasa. Tyle razy rozwijałem zwój z pieczęcią Kapituły, że jego treść, czy tego chciałem, czy nie,zapadła mi w pamięć. Co tu zresztą było do zapamiętania? Prowizoryczna mapka z wyznaczoną trasą i urzędowe „Vikariusz Verschlager oddelegowany na posługę do ojca Christophera Terrena, Opactwo Triumphe”. I podpis tatki, to jest Jego Ekscelencji Borpoe. Ilekroć zdarzało mi się myśleć o tatce Poe w kategoriach służbowych, zawsze zachwycał mnie akronim przysługującego mu tytułu. JEB. Żal serce ściska, że poskąpiono mu przymiotnika „Zasłużony” na początku kościelnej rangi. Przekaz nabrałby pełni. Zanim chwyciłem kołatkę i zastukałem w drzwi domostwa, raz jeszcze zwróciłem się w stronę kościoła. Zamknąłem oczy i uruchomiłem pokłady romantyzmu, przywołując w pamięci obraz budynku. Wzniesiony z kamienia, stawianego wysiłkiem rąk dziesiątek murarzy i wprawionych rzemieślników, świadczył o pokornym oddaniu Niebiańskiemu Patronowi. Aż cisną się na usta słowa wieszcza: „Oto modlitwa wykuta w skale!”. Wysoki strop sięga nieba w błagalnym geście. „Panie, spójrz na owieczki, które chronią się pode mną” – kościelna wieżyczka wznosi śpiewną litanię. Kolorowe witraże przedstawiają najpiękniejsze sceny z życia Atalaya... kciuk-palec-serce… Czarny dracon pada pod ciosem Jego miecza, smocza głowa wybałusza ślepia, odrywając się od gadziego karku, a zastępy Mrocznych pierzchną z powrotem do diabelskich pieczar.

Dialektyka noża

Oto Rycerz Zaświatów napina cięciwę i wypuszcza strzałę, ta zaś zatrzymuje się tuż przy dziko rosnącej róży, gdzie powstanie pierwszy Zakon. Ooo... a ostatni witraż, najwspanialszy, na nim to cnoty Atalaya… kciuk-palec-serce… cnoty wywyższają Go ponad innych ludzi, unosząc w niebiosa na oczach stutysięcznej armii, skąd już na zawsze będzie czuwał nad śmiertelnymi. Cudowny przykład sztuki sakralnej! A drzwi do świątyni: jakże solidne, jakże surowe, jakże… dębowe. Powstrzymują zło i niegodziwość świata, by te nigdy nie splugawiły wnętrza domu bożego. „Precz!”, wołają, „Precz, demony, zostawcie lud Patrona w spokoju!”. Nad nimi dumnie rozpościera się logos, symbol Obrońców – pęk trzech strzał, pochwała siły i tężyzny, hołd dla fechmistrzów, zbrojne ramię wiary… Otworzyłem oczy, upojony własną wizją. Nad wejściem do świątyni w dalszym ciągu widniały splecione róże. No to jednak nie potrafię siłą woli wpływać na rzeczywistość. O, kurwa, tu nawet nie ma żadnych witraży, tylko jakieś okrągłe okno. Złapałem za kołatkę i zastukałem, wyobrażając sobie, że walę nią w siwy czerep tatki Poe. Zero reakcji. Kultura wymaga, aby odczekać chwilę, zanim zapuka się ponownie, więc wróciłem do napierdalania w odrzwia po stosownej pauzie. – Przepraszam… – Głos Toma powstrzymał mnie przed chęcią wybicia sobie drogi do środka. – Ojciec Christopher musiał udać się poza miasto, do pobliskiego gaju, gdzie zwykł chadzać w wolnych chwilach. Zawsze nam powiada, że być bliżej natury to być bliżej Boga. – Wypowiedział tę formułkę takim tonem, że od razu przywiódł na myśl kazania tatki Poe, który za czasów seminarium raczył mnie równie ujmującymi, tandetnymi sloganami. Ciekawe, co sprawia, że Opat czuje się w lesie „bliżej natury” niż tutaj – w mieście, po którym świniaki urządzają rajd Aleją Sprawiedliwości. Kolejna zagadka do rozwikłania. – Proszę wejść i zaczekać w środku, już biegnę po ojca. – Uwiązał konia za kantar do stojącej niedaleko belki, po czym pędem skierował się tam, skąd przyszliśmy. Wzruszyłem ramionami i pchnąłem drzwi do parafii. Zaskrzypiały jak wrota grobowca. Zanim zdążyłem się zastanowić, dlaczego kapłan nie zamyka wejścia na klucz, miałem przed oczami gotową odpowiedź. Jaki złodziej połakomiłby się na dwa krzesła, stolik, mały kredens, starą szafę, łóżko, półkę z książkami, piecyk kaflowy, cynową misę, sztućce i lampę? Taki oto dobytek znajdował się w głównej izbie. Wszedłem w głąb pomieszczenia. Podłoga skrzypiała prawie tak niemiłosiernie jak drzwi. Mamy i drugi pokoik. O, balia do kąpieli i… po prostu balia do kąpieli, nic więcej. Przypuszczam, że nawet jakby potencjalny rabuś przetrząsnął kredens i szafę, wzbogaciłby się jedynie o kolejną porcję rozczarowań. Już siadałem na krześle, by w spokoju poczekać na świętobliwego miłośnika natury, kiedy kątem oka dostrzegłem lustro, przywieszone na wschodniej ścianie. Jak to możliwe, że nie zauważyłem go wcześniej? Musiał mnie oczarować wystrój wnętrza, który przytępił zmysły. Stanąłem przed zwierciadłem i przyjrzałem się swemu obliczu. Podobno nie byłem taki brzydki. Nie wiem, nie mnie to oceniać. Lubiłem tę mordę o ostrych rysach, wlepiającą teraz we mnie zielone oczy. Włosy zawsze ścinałem praktycznie tuż przy skórze, bo tak było wygodniej. Lepiej się

19


Horyzonty Wyobraźni ćwiczy, lepiej walczy. Jakiś czas byłem w siodle, więc przez czubek głowy zdążyły przebić się czarne meszki. Mogę je zostawić, ale zgolę zarost na twarzy, bo wyglądam jak uliczny opryszek, a nie Vikariusz Atalaya. Złączony kciuk i palec wskazujący dotykają okolic serca. Tak już mam. Nie miejcie pretensji, przyzwyczaicie się. Rozpiąłem podróżny, brązowy płaszcz i poluzowawszy rzemyk pod szyją, zdjąłem lnianą koszulę. Przewiesiłem odzienie przez oparcie krzesła i nagi od pasa w górę znowu przejrzałem się w lustrze. Tylko złoty łańcuch, tylko platynowa podstawa z wizerunkiem sangretty zdobiły mój umięśniony tors. Sylwetka wojownika była efektem morderczych treningów w Akademii Różostrzałowców w Arthei. Blisko dziesięć lat podnosiłem ciężkie belki, spacerowałem z nimi na barkach od jednego końca placu na drugi, kręciłem się w kółko jak postrzelony w dupę niedźwiedź. Przez dziesięć lat szlifowałem walkę mieczem, tnąc manekiny, pojedynkując się z najlepszymi seminarzystami, a potem pokonując nauczycieli w końcowych testach. Potrafiłem bardzo dobrze posługiwać się korbaczem, toporem, młotem bojowym, piką, rapierem i szablą, a dobrze – wszystkimi innymi rodzajami broni, które są w stanie wytoczyć krew z ciała przeciwnika. Poznałem podstawowe i zaawansowane techniki walki, rodzaje strategii wojennych, opanowałem odmienne sposoby poruszania się i wyprowadzania ciosów w zależności od noszonego opancerzenia. Owszem, byłem w czymś lepszy, w czymś gorszy, ale sęk w tym, że przygotowano mnie na wszystko. Tak działa Akademia. A ja, nieskromnie mówiąc, byłem tam jebanym prymusem. Gdyby nie tatko Poe, nie stałbym tu i nie prężył się jak kurewka przed nocną zmianą. Na chuj w ogóle się rozbierałem? Zarzuciłem na siebie koszulę i rozsiadłem się na krześle. Oparłszy nogę o kant stołu, zacząłem się bujać, sprawdzając wytrzymałość przeżartego przez mole mebla. Skórzany but zahaczył o cynową miskę, wytrącając resztkę kaszy. Pan na włościach, cholera. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, nim Tom odnajdzie przytulającego się do drzew Opata, więc mogę wam na spokojnie opowiedzieć, jak znalazłem się w tym przykrym położeniu. Jeżeli nie ciekawi was bajanie o życiu i religii, udawajcie przynajmniej, że słuchacie, a ja w ramach wdzięczności przemycę do tego wywodu anegdotkę albo dwie. Będzie coś o jednonogiej dziwce, pasuje? III Zacznijmy od podstaw. Nazywam się Verschlager, o czym już chyba wspomniałem. Sangretta na szyi świadczy o mojej przynależności do stanu kapłańskiego – jeśli nie wpadliście na to do tej pory, to gratuluję waszym matkom spłodzenia podręcznikowego przykładu debila. Od trzech tygodni piastuję rangę Vikariusza w Zakonie Różostrzałowców. Później rozwinę wątek religii. Najpierw o mnie. Porządek musi być. Święcenia uzyskałem w wieku dwudziestu siedmiu lat, o ile oczywiście dobrze naliczyli mi wiosny w artheiskiej Strażnicy, bo tam się wychowywałem za smarkacza. Strażnice to domy opieki nad porzuconymi dzieciakami i sierotami, prowadzone przez Zakon w każdym większym mieście. Trafiłem tam podobno w wieku czterech, pięciu lat. Przypuszczam, że szanowna rodzicielka wraz ze współmałżonkiem ocknęli się któregoś dnia z pijackiego letargu i stwierdzili, że skoro nie da się mnie spieniężyć na wódkę ani zaciągnąć do stolika,

20

by pograć w karty, to oddadzą mnie do Strażnicy, gdzie zapewne otrzymam lepsze wychowanie. W tym nielicznym przypadku postąpili słusznie, bo przy ich boku czekałaby mnie co najwyżej kariera zawodowego szulera. Zresztą to tylko domysły. Równie prawdopodobne jest to, że jechałem z kochającą rodziną na targ, spierdoliłem się z wozu pod Strażnicą, a zanim mamusia się zorientowała, że gdzieś przepadło jej maleństwo, braciszkowie już uczyli mnie paciorków i ochrzcili Verschlagerem. W Strażnicy nie było tak źle. Jeść dawali, spać było gdzie. Uczyli modlitw, nitkami wierzbowymi po dupsku smagali, by lepiej nam wersy do głowy wchodziły, ale poza tym spokój. Starsze dzieciaki straszyły te młodsze, że klechy w nocy po pokojach chodzą, a jak zobaczą, że który bawi się faflokiem w gatkach, to go chędożą za karę. Takie tam gadanie, dreszczowiec do poduszki. W jednym skrzydle mieszkały dziewczynki, w drugim chłopcy. Spotykaliśmy się razem tylko w południe, na wielkim placu, kiedy przypadała godzina zabawy. Najmłodsi tarzali się w piachu i biegali wokół szopy na narzędzia, podrostki łapały ukradkiem pannice za cycki, a pannice przechwalały się między sobą, kto i ile razy je za owe cycki złapał. Potem rozchodziliśmy się do przydzielanych obowiązków. Mycie podłóg, czuwanie przy wizerunku Atalaya… o, kciuk-palecserce to właśnie stamtąd… prace w kuchni, porządki na podwórzu. Jak który podrósł na tyle, że pchał łapy pod koszule koleżanek, to zaczynano uczyć go rachunków, alfabetu, kaligrafii i historii. Najstarszym szukano fachu, by mogli opuścić Strażnicę i zacząć żyć na swoim. Tymi, w których rokowano największe nadzieje, interesował się Zakon. Siedemnastoletni Verschlager był jednym z owych szczęśliwców. Mimo, że już za czasów Strażnicy byłem dość… małomówny, co wynika z mej przypadłości, chłonąłem wiedzę niczym gąbka. Przebywając w bibliotece braci, razem z zatęchłą wonią podniszczonych ksiąg, czerpałem informacje ukryte na pożółkłych stronicach, czasem tak starych, że prawie rozpadały się w dłoniach. Studiowałem mapy, kroniki historyczne, przypowieści, bestiariusze, nawet książki kucharskie. Do dziś wiem, jak przyrządzić ziemniaczany specjał Strażnicy, choć zawsze myślałem, że wystarczy zmieszać przegniłe trociny z zaprawą murarską. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli – siedziałem w bibliotece nie z powodu wewnętrznej potrzeby; kierowałem się zwykłym pragmatyzmem. To lepsze niż szorowanie kotła albo dwugodzinna sesja na klęczkach przed posążkiem, który potem śni się wam po nocach i odbiera przyjemność z młodzieńczych polucji. Miałem mniejszy natłok obowiązków, a braciszkowie kiwali z uznaniem głową, kiedy sięgałem po VII tom Encyklopedyi Świata. Wszyscy byli zadowoleni. Tak naprawdę mój żywioł stanowiła walka. Byłem krzepkim młodzieniaszkiem, który nie wahał się dać w ryj, by zmotywować kolegę do podzielenia się swoją porcją obiadu. Kiedy ktoś mnie przedrzeźniał, kopnięciem w krocze sprawiałem, że dowcipniś w mig pojmował, jak bolesną dolegliwością jest jąkanie. Wyrobiwszy sobie odpowiednią renomę, przechadzałem się dostojnie wśród przestraszonych kolegów, od czasu do czasu spuszczając łomot losowo wybranej ofierze. Grunt to dbać o reputację. Zamykają wam się oczy? Czas na obiecaną anegdotkę, by trochę was rozbudziła. Mam na prawym udzie cienką, ale wyraźnie odznaczającą się bliznę. Ciekawiście, jak ją zdobyłem?

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni W Strażnicy był taki jeden chłoptaś, mniej więcej w moim wieku, mówiliśmy na niego Szczurek. Chudy jak kij od miotły, chodził po Strażnicy na wpół przygarbiony i zacierał patyczkowatymi łapkami przed twarzą, jak gryzoń, co żarcia szuka. Stąd też Szczurek. Ale nasz Szczurek nie szukał sera, ale wszystkiego, o czym mógłby donieść przełożonym. Chłopaki biją się na pryczy – Szczurek wychyla łeb do pokoju, przebiera powykrzywianymi palcami i pędzi, garbus głupi, podpierdolić kolegów. Ktoś złapie nieopatrznie na podwórzu za cycek dziewczątka, nie rozejrzawszy się wpierw, czy Szczurek nie kręci się w pobliżu (a szuja lubiła się kręcić; sam nie dotykał, a patrzył, aż mu jęzor zwisał), a ten hyc do najbliższego braciszka na spowiedź. I po amorach. Taki ze Szczurka lizodup był. Powiadano nawet, że sam wypina chudy zadek przed ojczulkami, prosząc o chędożenie, ale ile w tym było prawdy, nie wiem. W ogólnie pojętym interesie społecznym wziąłem na siebie ciężar definitywnego oduczenia Szczurka donoszenia. Pacan co chwilę dostawał w łeb, ale widocznie mało. Trzeba mu było profesjonalisty. Zaczaiłem się na gnidę, kiedy szedł do wychodka. Uznałem to miejsce za idealne odzwierciedlenie istoty Szczurka, więc pasowało, żeby tam nauczył się manier. Schowany za drzewem czekałem, aż wejdzie do środka. Srał tak, że gdyby w wygódce był komin, to szłaby z niego para i iskry. Wziąłem rozpęd i całym impetem ciała uderzyłem w rozklekotane drzwi. A tu Szczurek mnie zaskoczył. Zerwał się jak opętany, zanim zdołałem go ogłuszyć, i ogarnięty paniką, strasząc małym kutasem zwisającym smętnie spomiędzy nóg niczym ostatni jesienny liść, zacisnął zęby na moim udzie. Szczurek zwariował pod wpływem szoku, chciał odgryźć mi kończynę! Bolało jak diabli. Tłukłem go pięściami po głowie, a on tylko mocniej zaciskał szczękę. Krew ściekała po nogawce. W końcu udało mi się uwolnić od gryzonia uderzeniem w potylicę. Zaskowyczał jak zarzynane zwierzę i padł na ziemię, świecąc gołym zadkiem. Skopałem go solidnie, prawie do utraty przytomności, a potem kazałem już zawsze trzymać mordę na kłódkę, bo inaczej obetnę mu fujarkę kuchennym nożem, przyprawię na ostro i każę zjeść. Braciszkowie opatrzyli mi ranę, wyłgałem się jakimś głupstwem, ale blizna pozostała na całe życie. To ci dopiero historia, prawda? Uwierzyliście w nią? Ha, to niedobrze. Nie jestem przecież sadystą, powinienem poczuć się obrażony waszymi domysłami. Tak naprawdę wiedziałem, że jak Szczurek jest w wychodku, to nigdy się nie zamyka, więc po prostu otworzyłem drzwi i spytałem: „Srasz?”, a on: „No…”. I mu wpierdoliłem. Bez ekscesów, bez wyrachowanych form werbalnej przemocy. Pytacie o bliznę? Ach, kiedyś wspiąłem się na drzewo, żeby zerwać dla Marienne ładnego kasztana (już wtedy byłem dżentelmenem, za dotykanie po cyckach dawałem upominki), ale straciłem równowagę i upadłem niefortunnie na ostry kamień. Zdarł mi spodnie i przebił skórę, a blizna została. Co z Marienne, słodką gołąbeczką? Ptaszyna nie czekała mego powrotu i zagrzała pisklęta w innym gnieździe, więc trud średnio się opłacił. Mamy za sobą młodzieńcze wspominki, porozmawiajmy zatem o religii. Musicie wiedzieć, że od momentu opuszczenia Strażnicy towarzyszyła mi już nieustannie. Może słusznie zauważycie, że przecież Strażnica była prowadzona przez Zakon, pilnowali nas bracia i na wyścigi klepaliśmy paciorki,

Dialektyka noża

więc jakże: nie była to już wtedy religia? Możecie machać drewnianym mieczem i siać postrach wśród bezpańskich psów, ale czy to czyni z was wojownika? Różnica w tym przypadku jest podobna. Każdy zna historię Kameradenkampf. Nie będę relacjonował dokładnego przebiegu kampanii, przypomnę tylko jej istotę, żeby odświeżyć pamięć co poniektórym tłukom. Niemało jest ludzi, którzy zamiast w skupieniu wysłuchiwać kazań kapłana, wolą uciekać myślami do tancbudy, gdzie co tydzień smalą cholewki do szczerbatych niewiast o osobowości zbliżonej do dziury w płocie i zasadniczo takim też zastosowaniu. Kameradenkampf było odpowiedzią na ataki Mrocznych, które wstrząsnęły światem przed setkami lat. Zmusiły one trzy rozumne rasy, ludzi, krasnoludy i elfów, do nawiązania sojuszu i zaprzestania walk, prowadzonych przeciwko sobie w dawnych czasach równie często, jak i ochoczo. Nie było wtedy jeszcze Cesarstwa ani Legionu Imperium. Ziemskie włości pozostawały pod panowaniem lokalnych magnatów i książąt, utrzymujących prywatne wojska i pilnujących porządku tylko w granicach własnego terytorium. W tych trudnych chwilach ludzie zaczęli gromadzić się wokół charyzmatycznych przywódców, nie bacząc na barwy panów, pod którymi tamci służyli. Każdy z mentorów przedstawiał inną koncepcję przełamania patowej sytuacji, by uporać się z hordą potworów. Najwięcej popleczników zgromadził wokół siebie Atalay… gest oddania, tak, zgadliście… Pozwólcie, że na przyszłość powstrzymam się od zwracania uwagi, co robię, gdy słyszę lub przywołuję na myśl Jego imię. Wierzcie, to bardziej irytuje mnie niż was. … Atalay, żołnierz na usługach barona z Arthei, który postulował międzyrasową współpracę i zorganizowanie wielkiego wojska pod patronatem przedstawiciela każdej nacji. Koncepcja Kameradenkampf znalazła uznanie także u krasnoludzkiego króla i duchowego przywódcy elfów. Ich personalia pominę, bo i tak bym więcej ich nie przytoczył w trakcie opowieści. Obecne nauczanie Zakonu nie robi z brodatego herosa ani opiekuna drzewolubnych nikogo więcej, jak pomagierów Niebiańskiego Rycerza. Kimże jestem, by podważać dogmaty? Trójca Protektorów, wśród których znalazł się Atalay, poprowadziła wielką armię do zwycięstwa, przepędzając Mrocznych z powrotem do piekielnych czeluści. Atalay, niezłomny wojownik i wybawiciel ludzkości, za nieocenione zasługi awansował do rangi Boga, wypierając z panteonu dotychczasowe Absoluty. I słusznie, bo po co komu zastępy bożków i bogiń, tańcujących wesoło na rycinach artystów, z piszczałkami i fletniami, kiedy jak przychodzi co do czego, to żaden nie umie cisnąć błyskawicą w Mrocznego? Krew, pożoga, czarci pomiot, a tu nie zapowiada się, żeby który zamienił tamburyn na miecz ani nawet łaskawym okiem spojrzał na niedolę śmiertelników, tylko dalej cała banda wywija salta na niebiańskich łąkach, czym budzi wszem i wobec uzasadnione wkurwienie. Odczytaliśmy subtelny boski przekaz i wysłaliśmy im swój: „Spierdalać orkiestra”, obdarzając czcią tego, który naprawdę uratował nam dupska. Atalay założył pierwszy Zakon Różostrzałowców, by kształtował umysł i ciało nowej kasty obrońców ludzkości, wybitnych strategów i mówców, czuwających nad

21


Horyzonty Wyobraźni bezpieczeństwem królestw. Pod ich przywództwem miały służyć przyszłe pokolenia żołnierzy, a książęta i hrabiowie winni szanować opinie szacownego zgromadzenia i w swych rządach brać pod uwagę sugestie uczniów Atalaya. Potem zamieniło się to w politykę. Powstało Cesarstwo. Jak? Są takie magiczne przedmioty zwące się książkami, polecam czasem po nie sięgnąć. Pierwszy Cesarz publicznie ogłosił, że życie poświęca Atalayowi, że to Rycerz Zaświatów jest prawdziwym panem, on jedynie pokornym sługą i budowniczym zbożnego dzieła, jakim jest Cesarstwo – ideał wyrażający Jego nauki. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie w składaniu deklaracji wyższości Atalaya nad Cesarzem, bo główny zainteresowany od blisko dekady nie chodził już wśród żywych. Siłą rzeczy trudno byłoby mu się upomnieć o jakiś urząd, dobitnie dowodzący, że słowa te są czymś więcej niż przemyślanym politycznym zabiegiem, pozyskującym przychylność mas. Tym sposobem Zakon Różostrzałowców stał się trwałym fundamentem nowego porządku i kuźnią kadr przyszłej elity, wspomagającej radą cesarskich notabli oraz prowadzącą do boju rycerzy Legionu Imperium – straży czuwającej nad bezpieczeństwem ziem nowego politycznego bytu. Do czego się sprowadza ten przydługawy wstęp? Upłynęły setki lat. Cesarstwo to siła, Zakon to jego duchowy przewodnik. A ja, Vikariusz Verschlager, mam swój mały udział w zaszczytach, które spływają na bożych służbistów. Może ciekawi was, jak dokładnie funkcjonują Różostrzałowcy, a może niecierpliwie czekacie na obiecaną anegdotkę o jednonogiej dziwce. Pozwólcie pokrótce opowiedzieć o religijnej instytucji, zanim przejdę do rubasznego żartu. Symbolem Zakonu jest sangretta – trzy strzały oplatane przez trzy róże. To metaforyczne ujęcie cnót Atalaya, które rozwijać w sobie powinien każdy kapłan. Strzała wyraża wolę walki i biegłość w orężu, róża zaś łagodność względem bliźnich i otuchę niesioną potrzebującym. Biały kwiat otulający strzałę to swoiste motto duchowieństwa: „Walczę z sercem”. Jak dla mnie to oczywistość, bo trudno wyprowadzać ciosy, kiedy brakuje organu pompującego krew do kończyn. Ale przekaz w rzeczywistości jest inny, głębszy. Moje serce to moja siła, bla bla bla. Sami rozumiecie. Pod takim kątem kształci Zakon Różostrzałowców. Są dwa organy dla rekrutów: Akademia i Studium. W Akademii seminarzyści pracują nad tężyzną ciała i uczą się wszystkiego, co jest przydatne w walce. Studium pielęgnuje dusze – wyczula w adeptach wrażliwość, edukuje w zakresie dogmatów i rozwija sztukę wymowy. Seminarzyści przez pięć lat zgłębiają tajniki obu szkół, by stanowić ideał, jakim jest żołnierz-opiekun. Ideał ma jednak to do siebie, że nie istnieje. Zakon zdaje sobie z tego sprawę, dlatego przez następne pięć lat seminarzysta kształci się w specjalizacji, w której lepiej się odnajduje. I tak rodzi się Obrońca lub Gawędziarz. Zostałem Obrońcą. Argumenty siły przyswajałem lepiej niż argumenty wiedzy. Nie, czekajcie, takie wyrażenie jest poważnym uproszczeniem i mija się z prawdą. Argumenty wiedzy i argumenty siły przyswajałem tak samo dobrze, jednak znacznie lepiej szło mi uzewnętrznianie tych drugich. Przemęczyłem się pierwsze pięć lat w Studium, choć egzaminy były większą katorgą niż cały miesiąc ćwiczeń na palącym słońcu. Gdy kończyło się konwersatorium z przedmiotu „Jak w przypowieściach dobro wyrażać, co by gawiedź zaciekawić” i mogłem wreszcie chwycić za

22

miecz, ruchami oręża pisałem własne powiastki. Były to piękne, wzruszające historie, których motyw przewodni stanowiło ostrze i latające w powietrzu fragmenty przeciwnika. Moja ulubiona to „Jak skutecznie bronią machać, co by wroga upierdolić”. W sumie można powiedzieć, że wszystkie pozostałe przypowieści stanowiły wariacje tej jednej. Na czele Zakonu stoi Kapituła – siedmiu biskupów z siedmiu największych diecezji. Spośród siebie wyłaniają Arcybiskupa, który dożywotnio przewodzi zgromadzeniu oraz kreuje politykę Zakonu. Niżej mamy zwykłych biskupów, sprawujących nadzór nad diecezjami. Na diecezje składają się Opactwa – każdemu przewodzi jeden kapłan. Kapłanom asystują Vikariusze, dopóki nie zdobędą potrzebnego doświadczenia, by samodzielnie opiekować się wiernymi lub objąć dowództwo nad garnizonem Legionu. Niechaj posłużę się konkretnym przykładem, by lepiej zobrazować hierarchię. Vikariusz Verschlager, na mocy decyzji Jego Ekscelencji Eryka Borpoe, członka Kapituły i biskupa miasta Arthei, trafił do Opactwa Triumphe, by wspomagać ojca Christophera Terrena. Trafił do Róży, mimo że przez dziesięć lat w Akademii robił z siebie pieprzoną Strzałę. Czym podpadłem tatce Poe? Mam trochę podejrzeń, ale zweryfikuję je z rzeczywistością w stosownym czasie. Dość wam wiedzieć, że człek to gruby i stroniący od alkoholu, a tacy w krzywdach wobec bliźnich rozmiłowani niczym niedźwiedzie w miodzie. To by było na tyle. Anegdotka o jednonogiej dziwce? Nie odpuścicie, prawda? Niech będzie. Wiecie, ile zarabia jednonoga dziwka? Nie? To spytajcie matki. Rozczarowujące? Nie mniej niż wasze rodzicielki, kiedy brałem je do łoża i miast wić się niczym piskorz na rozgrzanym kamieniu, z ledwością rozchylały tłuste uda. Tak, również twoja, choć żeby umieścić jej cielsko na pościeli, musiałem użyć balisty. Wybaczcie biednemu człowiekowi. To wszystko przez nerwy. Możemy sobie nosić wisiory z sangrettą, ale w głębi duszy jesteśmy albo jednym, albo drugim. Róża zjednuje przyjaciół. Strzała eliminuje wrogów. Róża daje. Strzała odbiera. Dwie strony tej samej monety. Dialektyka serca. Dialektyka noża. IV Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, aż zachybotałem się niebezpiecznie na krześle. Tego jeszcze brakowało, by Opat ujrzał mnie po raz pierwszy, jak szoruję zadkiem podłogę, upaćkany resztką jego śniadania. Na samą myśl o śmichach-chichach, poklepywaniu w ramię i marnym żarciku komentującym kaszę na koszuli (pewnie coś w stylu „Mam nadzieję, że smakowało”), umierała we mnie resztka człowieczeństwa. Udało mi się utrzymać równowagę. Wstałem, oblizałem spierzchnięte wargi i ułożyłem usta w coś na kształt uśmiechu. Niech widzi, że się staram. Próg przekroczył niewysoki mężczyzna w dość sędziwym wieku, o twarzy wysuszonej niby łono sześćdziesięciolatki. Czubek głowy miał łysy jak kolano, lecz poniżej świecącego placka wyrastały pasma siwych, opadających aż po ramiona włosów. Czaszka Opata była areną nieustającej walki

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni między Siłami Siwizny, ulokowanymi na obrzeżach, a Armią Łysienia okupującą centrum. Prosta zielona tunika z trudem ukrywała kościstą sylwetkę mężczyzny, a na znoszonych butach dostrzegłem ślady błota. Ufam, że to tylko błoto. Gdyby nie sangretta na szyi, mógłbym pomyśleć, że mam do czynienia z leśnym dziadkiem, który na rozstajach dróg za pajdę chleba opowiada legendę o złotokopytnej sarnie. Wziąłem głębszy oddech. Grunt to zrobić pierwsze wrażenie. – W-witaj, E-ek..scelencjo – wydukałem i już wiedziałem, że pierwsze wrażenie spierdoliłem. – Vi..k-kariusz Ver..schlager, na u-usługi Waszej E-eksce..Ekscelencji. – Złożyłem stosowny ukłon. Słyszeliście historię o jąkającym się kapłanie, który walcząc z przeciwnościami losu, mimo ułomnej natury własnego organizmu, wspiął się na szczyt hierarchii i został wspaniałym Gawędziarzem? Nie? O, może dlatego, kurwa, że wymyśliłem to na poczekaniu. To miałoby sens. – Miło mi cię poznać, Eryk dużo mi o tobie opowiadał. Łagodny ton jego głosu poruszał zapewne w ludziach najczulsze struny duszy, w moim przypadku stymulował jednak obszary odpowiedzialne co najwyżej za odruch wymiotny. – Jak ci się podoba Triumphe? No proszę, niezobowiązująca pogawędka. Może wytatuuję sobie na czole „Jestem jąkałą”, skoro na to wygląda, że moja przypadłość objawia się w zbyt subtelny sposób i w oczach rozmówców jawię się niczym złotousty interlokutor? Jak się podoba Triumphe? Och, jest mi całkiem bliski, w Bagniskach poczęstowano mnie szczurem i wydaliłem potem coś o podobnej konsystencji. – S-sympaty..tyczna mie..mieścina, o-ojcze – skłamałem w żywe oczy. – Prawda? I proszę, mów mi Chris. Christopher Terren dobrze prezentuje się na oficjalnych pismach, ale nigdzie poza tym. A „ojca” możemy sobie odpuścić, w końcu będziemy pracować razem. Musimy się poznać, a serdeczność wytwarza między ludźmi najtrwalszą więź. – Podszedł bliżej i podał mi dłoń. Znam trwalszy rodzaj więzi. Trzy metry sznura, pętla wokół twego karku, a ja trzymam za drugi koniec i wciągam cię po gałęzi. Piszesz się na to, Chris? Chwyciłem prawicę Opata i energicznie nią potrząsnąłem. – M-mów mi V-Ver… – Boże, to nieznośne uczucie blokady, Boże, pozwól mi doko… – Dobrze, Ver. Nie skończyłem! Verschlager, kurwa! Mów mi Verschlager! – Mamy dużo do obgadania. Zanim wprowadzę cię w obowiązki Vikariusza, chciałbyś pewnie zadać kilka pytań. Na przykład dlaczego trafiłeś pod egidę Róży, zgadłem? – Staruch wyszczerzył szelmowsko zęby i wskazał krzesła. Właściwie miałem zapytać, gdzie tu można nabyć trzymetrowy postronek, ale niech będzie. Przytaknąłem i usiedliśmy przy stoliku. – Sły-słyszałem, że g-garnizon w Yude cie-cierpi na brak k-k-kadry dowód…d-dowódczej, m-myślałem, że dos-stanę przy..przydział na wscho..wschodzie. – Eryk zdecydował inaczej. Pisał, że w seminarium nieźle sobie radziłeś. Jednak obawia się, że to ostrze przemawia do ciebie bardziej niż słowa Atalaya. – Za..z-zaliczyłem wszy..wszy..wszystkie e-egzaminy – odparłem zgodnie z prawdą. – Owszem, ale rezultaty w Studium nie były imponujące.

Dialektyka noża

Poza tym jak często, poza obowiązkowymi nabożeństwami, chadzałeś do kaplicy, by powierzać Niebiańskiemu Patronowi swoje troski i odnajdywać siłę w modlitwie? Przypominam sobie, że kilka razy tam zawitałem. Upały bywały nieznośne, a marmurowe wnętrze świątyni dawało przyjemny chłodek. – Cza..czasem. P-preferuję roz-rozważania w sa.. samotności, a k-kaplica zwykle b-była przepe..przepełniona. – A kontakty z innymi braćmi? Byłeś z nimi w dobrej komitywie? Raczej nie. – Ra..raczej t-tak. – Jąkasz się, Ver. Verschlager, to po pierwsze. Po drugie: tak, kurwa, jąkam się. Niby na co innego to wygląda? Robię dramatyczne pauzy, by stopniować napięcie? – N-nie trudno za..zauważyć – stwierdziłem kwaśno. – Czy uważasz, że to wina Atalaya? Czy dlatego stronisz od Jego objęć i towarzystwa ludzi? – Niebieskie oczy przeszywały mnie na wylot. – Sądzisz, że poskąpił ci łaski wymowy, czyniąc tym samym gorszym? Opat starał się skłonić mnie do refleksji, do otwarcia przed nim serca i uzewnętrznienia żalu. Srodze go rozczaruję, bo każda z poruszanych kwestii przywodziła na myśl jedną odpowiedź: „Mam to w dupie”. Niewielkie pole do egzystencjalnych rozważań. – Musisz wiedzieć, że najważniejsze nie jest to, co płynie stąd. – Kościstym paluchem postukał się po wargach. – Esencja tkwi w tym. – Położył otwartą dłoń na piersi. – Piękno to wartość charakteryzująca duszę, nasze wewnętrzne słońce. Słowa i uczynki to tylko jego promienie. Co za obłąkany dziad! Czy ja wyglądam na siedmiolatka? Zaraz też opowiem mu bajeczkę. Spójrz, moja dłoń to słońce. Nóż w niej to mały promyk. O, a teraz promyk przeszywa ci żołądek. Trzeba było stać w cieniu. – Ver, musisz zaakceptować siebie. Dopiero akceptując siebie odnajdziesz drogę do Atalaya, prawdziwie Go umiłujesz i będziesz mógł nieść innym światło nadziei. A także walczyć, by ono nigdy nie zgasło. Pogodzenie się ze słabościami to pierwszy krok ku zwycięstwu. Rozmasowałem nadgarstek lewej ręki, który zawsze zaczynał nieznośnie swędzieć, kiedy się denerwowałem. Najgorsze jest to, że zdawałem sobie sprawę, że nie wysłuchiwałbym tego kazania, gdybym w czasie seminarium częściej zjawiał się w kaplicy, pomagał mniej zdolnym kolegom i kilka razy ugryzł w język podczas rozmów z tatką Poe. Pieprzone lenistwo i niepotrzebne uwagi, oto, co mnie tu przywiodło. – T-to nie tak, jak... – Eryk i ja możemy się mylić, owszem. – Kapłan przerwał mi w pół zdania. Hej, siwy chuju, to bardzo uprzejme. – Dlatego jesteś w Triumphe, pod opieką Róży. By dać dobry przykład, by pokazać, że Atalay nie jest dla ciebie pustym symbolem. Nie jest wyłącznie ręką trzymającą miecz, ale uczuciem, które w stosownej chwili każe odłożyć broń i przygarnąć do piersi biedaka. Jeśli twój dystans do ludzi wynika z ułomności języka, pomogę ci go przezwyciężyć. Jeśli nie mam racji i udowodnisz, że naprawdę rozumiesz swoje powołanie, postąpię tak, jak radził Eryk, i obejmiesz dowództwo nad oddziałem Legionu. Zapewne w Yude, bo

23


Horyzonty Wyobra藕ni

24

Jacek Wr贸bel


Horyzonty Wyobraźni jak już zauważyłeś, potrzeba im dobrych strategów. Wschód ma coraz więcej kłopotów. – Westchnął i wpatrzył się zamyślonym wzrokiem w plamę na stole. A mnie nurtowała jedna rzecz. „…postąpię tak, jak radził Eryk i obejmiesz dowództwo nad oddziałem Legionu”. Czy to znaczy, że... – J-jego Eksce..Ekscelencja Borpoe m-miał wo-wobec m-mnie inne pla..p-plany? – Utkwiłem spojrzenie w łysinie starego, bo dalej siedział pochylony. – Tak, Ver. – Nie zmienił pozycji. Ta plama musiała być naprawdę absorbująca. – Eryk to przyjaciel, korespondował ze mną na długo przed tym, zanim postanowił cię tu przysłać. Szczegółowo zapoznał mnie z twoją sprawą. Chyba nic się nie stanie, gdy powiem, że uważa cię za jednego z najlepszych Vikariuszy, którzy opuścili mury artheiskiego Zakonu. Masz zadatki na Biskupa Obrońcę. Drgnąłem. Tatko Poe tak o mnie mówił? To niewiarygodne. Ale w takim razie dlaczego… – Mimo wyrażanych obiekcji, chciał cię od razu umieścić w którejś ze wschodnich placówek Strzał. W Yude albo w Weimburgu. Nie wątpił, że poradzisz sobie z przeszkoleniem rekrutów Legionu i sprawnie poprowadzisz oddział do walki z Mrocznymi. Coraz częściej podnoszą swoje kaprawe łby na nasze ziemie. Mroczni. Wszelkie plugastwo, które godzi w istotę życia. Gobliny, truposze, Annuki, chimery, gnolle i dużo, dużo więcej. Czyżby szykowali wielki powrót od czasów Kameradenkampf? – W-więc dla..dlaczego… – Odradziłem mu. Wstrzymałem oddech. I powoli, bardzo powoli wypuściłem powietrze. – Sangretta to róże i strzały. Żaden z nas nie nosi medalionu z pojedynczym wizerunkiem. Kapłaństwo to zrozumienie istoty sangretty. Jeśli istnieją co do tego wątpliwości, trzeba je rozwiać. Zaproponowałem Erykowi, że podejmę się tego zadania. Zacisnąłem dłoń na kolanie, aż zbielały knykcie. Tatko Poe chciał dać mi ludzi. Tatko Poe chciał wysłać do walki. A temu pierdolonemu staruchowi zamarzyła się krucjata w poszukiwaniu wewnętrznego słońca. – Będzie dobrze, Ver. – Klepnął mnie w ramię. – W Triumphe mamy od dziś prawdziwą sangrettę. Róża i Strzała pod jednym dachem! – rzekł i puścił oczko, sygnalizując dowcip. Po pierwsze: Verschlager. Po drugie: mrugnięcie nie sprawia, że kiepski żart staje się zabawny. Po trzecie: ta Strzała przebije twoje szalone serce i odsłoni wnętrze. Zobaczymy, czy wśród juchy, którą z niego wytoczę, znajdzie się choć jeden promyk słońca. V Obudziło mnie pianie koguta. Opierzony drań musiał koncertować gdzieś w pobliżu, co wnioskowałem po nieprzyzwoicie głośnym „Kukuryku!”, boleśnie drażniącym zmysł słuchu. Gdybym nie był aż tak zmęczony, chętnie wyjrzałbym przez okno i zapoznał kurczaka z moimi umiejętnościami miotania obuwiem. Mimo braku doświadczenia w tej dziedzinie sądzę, że po krótkiej prezentacji kogut wziąłby mnie za pieprzonego mistrza. Zamiast tego głośno westchnąłem i naciągnąłem na głowę koc, pragnąc zaznać jeszcze odrobiny odpoczynku. – Już wstałeś? Dzień dobry. – Spod warstwy ciepłej derki dobiegł mnie głos Opata.

Dialektyka noża

– Mhmm mhmm… – burknąłem, dając do zrozumienia, że nie, jeszcze nie wstałem. – Zapowiada się piękny dzień. Co zjemy na śniadanie? Zresztą zrób mi niespodziankę i kup to, na co masz ochotę. – Nawet nakryty kocem wiedziałem, że w tym momencie szczerzy mordę w moim kierunku. Czy właśnie w subtelny sposób powiedział, żebym ruszył dupę i spierdalał na targ? Westchnąłem raz jeszcze i przeciągnąłem się na sienniku. Wczoraj Tom przygotował mi łoże. Przyniósł płócienny wór i napchaliśmy do niego słomy. Podobno niebawem ktoś ma zmontować normalną pryczę, ale patrząc na barłóg należący do Christophera zastanawiam się, czy dla własnego bezpieczeństwa nie zostać aby przy sienniku. – Nagrzałem ci wody w balii, kiedy spałeś. Nic tak nie poprawia humoru jak kąpiel o poranku. Bardziej poprawiłoby mi humor przespanie tego poranka i pobudka w południe, ale raczej nie mogłem na to liczyć. – Dzię-dziękuję. Wstałem i skierowałem się w stronę łazienki. Opat siedział przy stoliku i notował coś gęsim piórem. Przed nim leżało kilka już zapisanych pergaminów. Jeśli to efekt jego dzisiejszej pracy, to zastanawiam się, czy dziadyga w ogóle sypia. Zaciągnąłem kotarę, która oddzielała główną izbę od pokoju z balią. Rozebrałem się, sprawdziłem dłonią temperaturę wody i zanurzyłem w przyjemnym cieple, rozkoszując chwilą samotności. Wczorajszymi wywodami kapłan udowodnił mi, że przez najbliższe tygodnie jestem skazany na ludzkie towarzystwo, postanowiłem więc celebrować każdą wolną minutę. Po tym, jak skończył ckliwą historyjkę o wewnętrznym słońcu, przeszedł do konkretów. Dowiedziałem się, że poza asystowaniem w cotygodniowych nabożeństwach, będę aktywnie uczestniczył w życiu mieszkańców Triumphe. Sprowadzało się to do szeregu nużących zajęć, takich jak niesienie słowa Atalaya po domach obłożnie chorych, prowadzenie warsztatów dla młodzieży, służenie radą, odwiedzanie wsi leżących w obrębie Opactwa i tym podobnych bzdur, urągających pozycji każdej Strzały. Według wskazań ojczulka miałem na razie zapomnieć o fechtunku i „wzbudzić w sobie empatię”. Na mój gust brzmi to jak slogan werbujący sodomitów. Z żalem skończyłem brać kąpiel. Wytarłem ciało i założyłem spodnie, podziwiając przy okazji swój maszt, który błogo przytulał się do kępki włosków. Ach, tęskno mi było rozwinąć żagle i ruszyć na pełne wody. Jeśli szczęście dopisze, może któraś z parafianek pokusi się na mały rejs, bo pływanie w samotności nie dawało takiej frajdy. Odsłoniłem kotarę. Opat czytał w skupieniu swoje notatki. Ojć, stary durniu, zapomniało się, co przed chwilą pisałeś? Głupi, głupi. Ale nie martw się. Niedługo umrzesz. – M-mam się udać n-na za..zakupy? – Wyrwałem starucha z objęć tekstu. – Proszę. – Rzucił mi przelotne spojrzenie. – Pieniądze są w komodzie. Pierwsza szuflada. Sprawdziłem. Przeliczyłem. O, szykuje się uczta. Bochen chleba jak nic. Zgarnąłem miedziaki do sakwy leżącej obok i wyszedłem na zewnątrz. VI Miasto przywitało mnie obietnicą chujowego dnia. W powietrzu unosił się odór nieczystości, zimny wiatr zacinał po nogach, a niebo miało kolor zanieczyszczonego

25


Horyzonty Wyobraźni jeziora i w każdej chwili mogło uwolnić zalegające w nim pokłady deszczu. Salvete at Triumphe. Skierowałem kroki ku Alei Sprawiedliwości. Na co wydać majątek, pobrzękujący dźwięcznie w sakwie przy pasie? Wesprzeć ubogich? Postawić burdel? Wrócić do Arthei, założyć farmę tresowanych szczurów i na jej czele zająć Cesarstwo? Nieee, może po prostu kupię chleb. Dysponowałem własnymi pieniędzmi, pozostałościami z funduszu podróżnego, jakie skarbnik Zakonu przydzielił mi przed opuszczeniem Arthei. Nie było tego wiele, ale starczy na jakąś niedrogą broń. Zakonna wyprawka nie obejmowała niestety ani pancerza, ani oręża – leżało to w gestii Opactwa, do którego trafiał Vikariusz. Magazyny Strzał były pełne najrozmaitszego ekwipunku, ale tu, w Triumphe, pod opieką mego różanego „przyjaciela”, nie mogłem liczyć na więcej niż wór pokutny i codzienny zestaw religijnych prawideł. Dobrze będzie mieć przy sobie przynajmniej broń. Sakwę z pieniędzmi schowałem pod siennikiem i w wolnym czasie postanowiłem wydać na coś pożytecznego, z dala od czujnego spojrzenia Opata. Pozdrawiałem ludzi, którzy na mój widok skłaniali głowy i uśmiechali się życzliwie. Wieść o nowym kapłanie zdążyła się już pewnie roznieść po całym Triumphe, co bacząc na rozmiary miasteczka nie było wyczynem imponującym. Grałem rolę uprzejmego kaznodziei, czego spodziewali się po mnie mieszkańcy i na co liczył przełożony. Im szybciej przekonam go do swoich dobrych intencji, tym szybciej zakończę tę błazenadę i trafię do garnizonu Obrońców. Po odwiedzeniu piekarni ze zdziwieniem stwierdziłem, że w mieszku zostało jeszcze kilka miedziaków. Nabyłem więc na targu krąg żółtego sera i zdecydowałem wstąpić do zbrojmistrza, przejrzeć lokalny towar. Zorientuję się, czy jest tu coś godnego uwagi, na co mógłbym poświęcić ukryte pod posłaniem pieniądze. Szyld głosił, że to „Arsenał Huliego”. Przekroczyłem próg sklepu i znalazłem się w dusznym, dość schludnym pomieszczeniu. Pod ścianami ustawiono stojaki, na których prezentowała się różnego rodzaju broń, od standardowych mieczy po bardziej egzotyczne typy oręża. Skrzynie i pudła, które zalegały w sali, zawierały zapewne podobne specjały. Rynsztunek spoczywał również na dębowej ladzie, usytuowanej naprzeciwko wejścia. Już z daleka dostrzegłem korbacze, buławy, noże i półtoraki. Wystrój sklepu sprawiał zachęcające wrażenie. Huli, mimo durnego imienia, prowadził solidny biznes. Odgłosy kucia, dobiegające zza zaplecza, wskazywały na to, że nie mógł narzekać na brak zamówień, skoro już od rana zabierał się do roboty. Ciekawe, że w tej dziurze tak dobrze kwitł handel bronią. Wieśniacy się zbroją? Będzie rebelia? Triumphe przeciw zdobyczom cywilizacji? – Panie Huli! Panie Huli! – Znad lady podniosła się głowa młodzieniaszka. Potargana blond czupryna nie pozostawiała wątpliwości, że chłopak został nagle wyrwany ze snu. Pewnie czeladnik, skoro każdą możliwą chwilę wykorzystuje na opierdalanie. – Klienta mamy! – Stanął na nogi, ulizał wierzch dłoni i zaczesał odstające włosy, pozbywając się śladów przestępstwa. – Ooo, kapłan! – Z nieukrywaną fascynacją przyjrzał się sangrettcie. „Ooo, debil!”, aż chciałoby się odrzec. Odgłosy kucia metalu ucichły. Z zaplecza wyszedł właściciel, odziany w skórzany kaftan i rękawice zbrojmistrza. Mimowolnie uniosłem brwi.

26

Huli był krasnoludem. Krasnoludy były rzadkim widokiem w ludzkich miastach. Nie tak niespotykanym jak elfy, ale rzadkim. Prawdę mówiąc, w moim życiu spotkałem ledwo trzech przedstawicieli tej nacji, wszystkich w Arthei. Jeden prowadził interes, jak obecny tu Huli, a dwóm obiliśmy mordy w karczmie razem z innym seminarzystą. Pokurcze były silne, trzeba przyznać. Właściciel „Arsenału” nie mierzył więcej niż półtora metra wzrostu. Kruczoczarna broda i kręcone włosy zakrywały większą część jego twarzy. Masywna budowa ciała została ukształtowana przez wieloletnią pracę nad obróbką stali, a kto wie, czy wcześniej Huli nie parał się jeszcze wojaczką. Krasnoludy uchodziły za doskonałych rzemieślników i jeszcze lepszych wojowników, mało który jednak opuszczał górskie siedziby przodków, by dać wyraz swoim umiejętnościom. – Zajmij się czymś, Heinz. – Kowal zgromił czeladnika spojrzeniem, z którego dało się odczytać, że jeśli tym czymś będzie drzemka, to marny jego żywot. Chłopak bez słowa pognał na tyły sklepu. – W czym mogę pomóc, Ekscelencjo? – zwrócił się do mnie tubalnym głosem. – Tyl..tylko się r-rozglądam. – Wodziłem oczyma za orężem leżącym na ladzie. W końcu odłożyłem na bok chleb i krąg sera. Nie mogłem się powstrzymać i pogładziłem rękojeść gladiusa, podziwiając fachową robotę. – Proszę się nie krępować. Dobrze leży w dłoni. Rzuciłem Huliemu badawcze spojrzenie i sięgnąłem po miecz. Faktycznie, dobrze leży w dłoni. Przejechałem palcem po ostrzu. Czegoś takiego mi brakuje. Nagle coś mnie tknęło. Przecież Opat, gdy tylko zobaczy mnie z podobną bronią, odbierze ją i każe przekuć na lemiesz. A potem sam będę musiał zapierdalać z pługiem. Jeśli chcę mieć broń, ma być niepozorna. Mała. Łatwa w ukryciu. Z żalem odłożyłem gladiusa na miejsce. – I-intere..i-interesują mnie sz-sztylety. – Ach, żądło assasynów. – Huli uśmiechnął się spod pokładów obfitego zarostu i polecił pójść za nim. Nie podobało mi się to określenie, ale co zrobić. Dwuręczny topór pod siennikiem zapewne rzuciłby się Opatowi w oczy. Kowal poprowadził mnie do dużej szkatuły, leżącej między stojakiem z halabardą a manekinem odzianym w zniszczoną kolczugę. – Pierwszorzędny towar, godzien sługi Atalaya. W pudle, w specjalnych przegrodach, mieścił się tuzin sztyletów bardzo dobrej jakości. Część miała misternie zdobione rękojeści, tworzone zapewne z myślą o estetyce, nie praktycznym użyciu. Często jedno wykluczało drugie, więc odpada. Mizerykordia też się nie przyda, nie będę dobijać rannych. Baselard zbyt długi, większe ryzyko wykrycia… Wybrałem ostrze. Idealne. Niewielkie i zabójcze. Załatwię rzemyk i będę mógł je nosić pod rękawem, nie krępując tym sposobem ruchów. – Sztylet motylkowy. Dobry wybór. – Kowal kiwnął głową. – Dwadzieścia srebrnych. – P-proszę go dla m-mnie prze..przechować. – Podałem broń krasnoludowi. – P-pieniądze dos..dostarczę na d-dniach. – Nie ma sprawy. A teraz muszę Ekscelencję przeprosić, praca czeka. – Potarł rękawicą spocone czoło. – Cesarscy co kilka dni trują mi rzyć, że towaru mało, a przecież za-

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni pieprzam od rana do nocy. Nie wiem, co tam na wschodzie się wyrabia, że takie zapotrzebowanie na żelastwo, ale grunt, że płacą w terminie – rzekł i mlasnął jęzorem, odwracając się w stronę zaplecza. – Mro..m-mroczni – powiedziałem do jego pleców. – Ano pewnie Mroczni, co by to za inne kurestwo było. – Ton głosu zbrojmistrza nie świadczył o tym, że przejmuje się zagrożeniem. W sumie trudno się dziwić, napędzało mu interes. – Ekscelencja wybaczy język. Legion i Strzały dadzą im bobu i będzie spokój. Szkoda, że zamiast serwować to danie, ja gniję w Triumphe i atakuję wszystkich empatią. Skoro Cesarstwo werbuje kowali nawet z tak oddalonych miasteczek, skala problemu jest naprawdę duża. Mam nadzieję, że góra miesiąc i będę miał swój udział w chwale. Zawróciłem do parafii, taszcząc pod pachą chleb i kawał sera. Z oddali dobiegł mnie odgłos grzmotu, a po chwili poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. Wspominałem, że zapowiadał się chujowy dzień? VII – … a ja jej wtedy na to: małego mam, małego?! Goście „Kufelka” ryknęli śmiechem. Nie chciałem odstawać od reszty i poszedłem w ich ślady, choć krew się we mnie gotowała. Betty, żona strażnika bramy, przyniosła kolejne piwo. Podziękowałem, siląc się na uśmiech, i zanurzyłem usta w złocistym trunku. Och, ile bym dał, żeby zamiast tego zanurzyć sztylet w gardłach wszystkich tych imbecyli. Minął miesiąc, odkąd trafiłem do przeklętego Triumphe, a każdy dzień był gorszy od poprzedniego. Myślałem, że po pewnym czasie się przyzwyczaję, wpadnę w rutynę, obowiązki przestaną być głupie i irytujące, a zaczną być po prostu nudne. Nic z tych rzeczy. Opat obrał sobie za misję, za życiowy cel, wynajdywanie mi zajęć, których wykonywanie zbliżało coraz bardziej do granicy szaleństwa. Skurwiel, kiedy widział, że coś nie sprawia mi takiej katorgi, na jaką liczył, że jako tako sobie z tym radzę, momentalnie zmieniał swoje plany i następnego dnia mocniej kopał w jaja. Christopher Terren może nie miał brzuszyska jak tatko Poe, ale również zasilał swą osobą niesławne grono abstynentów. Rzucało to nowe światło na moją teorię. Nie tylko człowiek obrastający tłuszczem, lecz i niepozorna chudzinka, słowem każden, kto krzywi się na widok wódki, skrywa w duszy nieprzebrane pokłady niegodziwości. Odwiedzanie chorych było nie najgorsze. Z reguły to stare pryki, jedną ręką witające się już z Atalayem, więc paplały sobie pod nosem, bez ładu i składu, i cieszyły bezzębne mordy, kiedy przytakiwałem im do taktu. Myślami błądziłem wtedy gdzie indziej, pozwalając staruszkom pielęgnować demencję. Na koniec szybkie błogosławieństwo i papa, dziadziu, mam nadzieję, że nagadałeś się za wszystkie czasy i wreszcie umrzesz. Raz na kilka dni wybierałem się wozem do okolicznych wsi. Brudnym chłopom i ich brzydkim żonom starczyłoby machnąć przed oczami sangrettą, a już byliby w siódmym niebie. Odprawiałem krótkie nabożeństwo na powietrzu, potem gestykulowałem nad dziatwą, zsyłając nań łaskę Atalaya. Cholera, jak miałem lepszy humor, to nawet nad bydłem tak wywijałem ręką. Nabożeństwo sprowadzało się w dużej mierze do kiwania w przód i w tył oraz cichego recytowania wersów modlitw,

Dialektyka noża

więc jąkanie aż tak bardzo nie przeszkadzało. Jak mi się modlitwy kończyły, a miałem chęć jeszcze trochę się pokiwać (w gruncie rzeczy to bardzo relaksujące), przywoływałem w pamięci wierszyki z dzieciństwa i deklarowałem szeptem, by nikt nie usłyszał. Wieśniacy składali ręce na piersi i patrzyli na kapłana, który błagał o pomyślność dla prostego ludu, powtarzając: Wylazł goblin z ciemnej groty, wezmę ja się do roboty. Kto się uczy, kto pracuje, temu goblin podaruje. To, co mnie doprowadzało do szewskiej pasji, to warsztaty dla młodzieży i przemowy tematyczne. Nie wiem, co się zmieniło od czasów mej młodości, ale podrostki bardziej zainteresowane były żywotem Atalaya i Jego świętych niż wzajemnym obmacywaniem. Zajęcia odbywały się w ulubionym gaju Opata, więc wszystko mieli pod ręką – wolną przestrzeń, krzewy, krzaczki, drzewa, liczyłem zatem na względny spokój i dwugodzinne sesje z książką w plenerze. Ale gdzie tam! Smarkacze siedzą w kółeczku i czekają, aż kapłan nauczy ich nowej przypowieści. Wzięliby patyki, podłubali w dupie, nie wiem. Cokolwiek, skoro nie spieszno im zapoznać się z anatomią ciała płci przeciwnej. Dziewczątka pewnie czekają, aż tatuś weźmie sprawy w swoje ręce, a chłoptasie tym sposobem pogrążą się w grzechu samogwałtu. Upadek obyczajów. Więc chcąc nie chcąc musiałem opowiadać religijne historyjki i narażać się na wybuchy śmiechu, kiedy wyjąkałem jakieś słowo w wyjątkowo zabawny sposób. Życzyłem bękartom powolnej i bolesnej śmierci. Przemowy tematyczne to podobna męczarnia. Opat uparł się, żebym wygłaszał gawiedzi kazania. Każde miało być poświęcone jednej ze cnót. Przerobiłem już sprawiedliwość, roztropność i miłosierdzie. Za jakiś czas czeka mnie wstrzemięźliwość. Ileż można mówić o takich pierdołach? Godzina to o jakieś pięćdziesiąt osiem minut za dużo. Mam już koncept na najbliższą przemowę: „Nie ruchajcie zbyt dużo, bo złapiecie syfa. Idźcie w pokoju”. Niestety będę to musiał chyba rozbudować. Każdą chwilę dnia miałem zapełnioną podobnymi atrakcjami. Już nawet błogosławienie świń na oczach wieśniaków przestało dawać uciechę. Nielicznym plusem, który i tak już tracił początkowy blask, były wieczory w karczmie. Siedziałem w „Kufelku” i integrowałem się z lokalną społecznością. Zdążyłem poznać całą miejscową śmietankę. –…no to ja do zielonego: szto eta, goblinu? Jobanyj twaj rod! Dawaj, dawaj! I jeeeb mu w czachę! Ten wesołek, który myli język goblinów z wymyślonym przez siebie dialektem, to Ariel. Piękne imię jak na prosiaka. Ariel to lokalne pośmiewisko. Wygląda, jakby został poczęty z burzliwego związku trolla i samicy dzika, ale to nie znaczy, że jest tak samo głupi, jak wskazywałaby aparycja. O nie, nie dajcie się zwieść pozorom, jest znacznie głupszy. Z jego opowiastek wynika, że to niepoprawny kobieciarz i niezwyciężony wojownik, ale mi się widzi, że jest po prostu upośledzoną umysłowo karykaturą człowieka. Miejscowi nie utopili go jeszcze w rzece tylko dlatego, żeby mogli usprawiedliwiać się przed sobą: „Może nie mam pracy, biję żonę i patrzę lubieżnie na dziesięcioletnią córkę sąsiadów, ale, dzięki niech będą Atalayowi, przynajmniej nie jestem Arielem”. Tam, przy okrągłym stoliku, siedzą Tom, Frank, Fox i Schibette, czyli pięćdziesiąt procent sił obronnych Triumphe. Druga połowa ma nocną zmianę. Tak, ośmiu strażników na całe jebane miasto. Schibette nie ma co praw-

27


Horyzonty Wyobraźni da jednosylabowego imienia, ale nie przeszkadza mu to w byciu skończonym durniem. O, Tom macha w moją stronę. Cześć, Tom. Uśmiecham się i odmachuję. Spierdalaj, Tom. – …bo z dziewczynami to trzeba tak: na na na na, na na na na. – Grubas zaczął demonstrować sztukę flirtu, co najwidoczniej sprowadzało się kłapania jedną świńską łapą w stronę drugiej, a potem na odwrót. Nie pytajcie mnie, co ten pajac wyprawia. Nie mam zielonego pojęcia. Biuściasta kobieta podająca piwo to Bethany, żona Toma. Sprawia wrażenie miłej i uprzejmej, ale co z tego, skoro nie daje się szczypać po tyłku. Betty, dla mnie jesteś przegrana. Długowłosy piękniś otoczony wianuszkiem panienek, który usadowił się w kącie, zwie się Jacques. Przynajmniej tak każe się do siebie zwracać. Idę o zakład, że przy narodzinach dali mu Bimbo, ale podrósł, dorwał lutnię i przybrał, jak to się mówi, pseudonim artystyczny. Jacques spędza dnie i noce na pobrzękiwaniu na strunach, co pozwala mu utrzymać przy sobie towarzystwo młodych niewiast. Dziewczyny nie odróżniłyby dźwięku trąbki od kanonady gazów dobywających się z tyłka, ale hej, chętnie bym się z fircykiem zamienił. Na karczmarza mówią po prostu Stary. Czasami rozwadnia piwo, więc Stary Chuj jest bardziej na miejscu. To ten łysy obwarzanek za ladą. Zresztą chyba wiecie, gdzie z reguły przebywa szynkarz. Przedstawię wam resztę. Pijak, cichodajka, urzędas, warchoł, stara baba, której nikt nie chce ruchać, wieśniak, łachudra i kurwiarz, śmierdziel, żona śmierdziela, jeszcze jeden pijak, Gruba Berta i handlarz dewocjonaliami. Jebana dziura. A ja uwięziony w samym środku, otoczony murami ignorancji i zacofania. Miesiąc. Miesiąc! MIESIĄC! Gdyby nie podnoszący na duchu chłód ostrza, przywiązanego rzemieniem do lewego przedramienia, zatopiłbym się niechybnie w otchłań szaleństwa i pozwolił dryfować umysłowi po wzburzonych falach obłędu. Sztylet przypominał o mojej prawdziwej naturze. O powołaniu. Pozwalał odnajdywać siłę w beznadziejnej sytuacji, która przecież nie mogła trwać wiecznie. Cholera, co najmniej półmetek za mną. Dam radę. Robię postępy, ludzie są zadowoleni, nikt się nie skarży. Jeszcze góra trzydzieści dni i Opat wyśle rekomendację do tatki Poe. A potem Yude i leczenie traumy po tym szambie… Dopiłem piwo i wstałem od stolika. Ariel przegapił moment, w którym ludzie przestają się z niego śmiać, a zaczynają wkurwiać, więc dwóch strażników w cywilu wzięło go za ramiona i wyrzuciło z „Kufelka”. Podałem im rękę przy drzwiach i opuściłem przybytek. Mijając Ariela, leżącego zadem w błocie i wpatrzonego podpitym wzrokiem w gwiazdy, splunąłem na jego pryszczaty ryj. Noc była ciemna, więc nie mogłem sobie darować odrobiny przyjemności. VIII Drżącymi dłońmi przekładałem kartki z treścią kazania. Dwa dni spędziłem nad układaniem przemowy, nad budowaniem metafor, które trafiłyby do pustych łbów mieszkańców Triumphe i przybliżyły im pojęcie męstwa. Dwa dni zapisywania historii o odwadze żołnierzy Kameradenkampf, histo-

28

rii ludzi takich jak oni. Powinni to zrozumieć. Jedność wobec zagrożenia, wspólnota serc przeciw hordom Mrocznych. Powinni docenić, a oni… – Śmiali się. – Opat położył dłoń na moim ramieniu. – Ludzie czasami nie rozumieją, z czym się borykasz. Ze złością rzuciłem notatki na podest. Echo rozeszło się po opustoszałej świątyni. – W-wiesz ja..jak m-mnie nazy..zywają? – Oddychałem płytko i drapałem się po nadgarstku. Coraz częściej ostatnimi czasy się denerwowałem. – Wiem, zdarzało mi się słyszeć. Zawsze wtedy surowo ich upominam. Musisz być wyrozumiały. Każdemu zdarza się błądzić. – Mocniej ścisnął ramię, co pewnie w zamyśle miało dodać otuchy, ale tylko spotęgowało chęć odcięcia mu kończyny. Ver „Przerwa” Schlager. Kapłan Pauza. Jego Jąkałość. Niedługo upłynie czwarty miesiąc pobytu w Triumphe. Jest gorzej i gorzej. Z coraz większym trudem poskramiałem nerwy. Ludzie przyzwyczaili się do mojej obecności, a gdy w końcu pojęli, że Vikariusz to nie to samo, co Opat, zaczęli traktować mnie jak swojaka. Kłopoty z wysławianiem stały się nagle wdzięcznym tematem żartów, co skutecznie umniejszało autorytet. A ja nie mogłem nic zrobić. Kompletnie nic. Każda próba użycia siły równałaby się zaprzepaszczeniu tego, co osiągnąłem do tej pory. Czyli zaczynałbym przygodę w poszukiwaniu wewnętrznego słońca od nowa. Cztery miesiące kaźni. Ponad dwakroć tyle, ile brałem pod uwagę! Widziałem ich twarze na dzisiejszym kazaniu. Widziałem, jak szepczą sobie do ucha, a potem ukrywają uśmiechy w rękawach. Domyślałem się, co mówią. „Przerwa będzie opowiadał”, „Ciekawe, na czym się zatnie?”, „Ciekawe, czy na czymś nie?”. Banda prymitywów, popłuczyny po przodkach z czasów Kameradenkampf! Ale nie to było najgorsze. Czując na sobie spojrzenie tłumu, czekającego tylko na pomyłkę, mój język jeszcze bardziej odmawiał posłuszeństwa. W pewnym momencie, gdy ocierałem pot z czoła, starałem się wyartykułować słowo „konfrontacja”. Pomyślałem, że dobrym sposobem będzie przesylabizowanie długiego wyrazu. Niestety, utknąłem już na starcie. „Ko.. ko.. ko..”. I wtedy ktoś z tylnich rzędów rzucił na głos: „A jak robi krowa?” Po świątyni rozniosła się fala śmiechu. Śmiechu, który sparaliżował każdą komórkę mego ciała. Ośmieszył, wykpił, obdarł z godności. Opat uderzeniem drewnianego pastorału nakazał ciszę, ale jeszcze przez kilka minut w sali unosiła się atmosfera wesołości. Rozpoznałem ten głos. Ariel. Istota, która jest policzkiem wymierzonym w cud poczęcia. Upokorzyła mnie parodia człowieka. Czy coś może bardziej zaboleć? – Ver, przykro mi. Domyślam się, jak się czujesz. – Opat schylił się i pozbierał kartki, które spadły z podestu. Nie, nie domyślasz. Nie domyślasz się, głupcze. – Swoją drogą kazanie bardzo mi się podobało. Potrafisz opowiadać o poważnych rzeczach w interesujący sposób. – Pomarszczona twarz obdarzyła mnie odpychającym grymasem, który miałem chyba poczytać za uśmiech. – Jeśli tak dalej pójdzie, to nim minie zima, wyruszysz do Yude z błogosławieństwem starego Christophera – rzekł i poklepał mnie po barku. – Chodź, pora na obiad. Dzisiaj... Nim

Jacek Wróbel


Horyzonty Wyobraźni Minie Zima – …ja gotuję. Coś we mnie pękło. Patrzyłem na odchodzącego starca pustym wzrokiem. Ciśnienie, buzujące dotąd w ciele, odpłynęło gdzieś w nieznane. Myśli miałem zaskakująco czyste i uporządkowane. Wszystko stało się nagle tak przyjemnie… proste. Więc tak się czuje człowiek, który przekroczył granicę psychicznej wytrzymałości. Opat chciał mnie tu trzymać do zimy. Ledwo zaczęła się jesień. Przekalkulowałem. Równie dobrze mogły być to trzy, jak i sześć miesięcy. W ogóle czy w piekle da się liczyć upływ czasu? Czy każdy dzień nie jest niekończącą się męczarnią? Nikomu nie zrobiłem krzywdy. Chciałem po prostu tego, w czym jestem dobry. Jaki jest sens zmuszać piekarza do wyrobu łuków? Czy rzeźnik sam wykuwa nóż, którym podrzyna gardło świniom? Chciałem wspomóc Zakon, wspomóc Cesarstwo w najlepszy znany mi sposób. Czy to coś złego? Jestem przecież Strzałą. Dialektyka serca. Nie ja wybrałem tę drogę. To Opat rzucił monetą. Rzucił za mnie monetą i przekonywał, że teraz muszę wywiązać się z rezultatu. Tak się przecież gra. Nóż albo serce. Zadrwił z mojej natury, bo gdy ja rzucam, moneta zawsze pada na tą samą stronę. Kto zmienia naturę człowieka, zmienia jego psychikę. Znacie inną definicję szaleństwa? IX Zima. Coraz zimniej. Siedem miesięcy w Triumphe. Duuużo. Boli mnie głowa. Codziennie boli głowa. Opat mówi, że to wina powietrza. Nie, nie, nie, to nie powietrze. To coś w mózgu. Robak mieszka między uszami i zajada się myślami Verschlagera. Czuję czasem, jak obślizgłe cielsko przesuwa się z miejsca na miejsce. Chris mnie chwali. Dobre kazania, dobre podejście do ludzi, mówi, że przełamałem bariery kontaktu. Znalazłem dużo empatii! Według niego to też może być przyczyną migren. Zmiana postrzegania świata. On to nazywa „dysonans poznawczy”. Otwieram się na bliźnich, wypuszczam promienie wewnętrznego słońca. Podobno bóle głowy z czasem miną. Mam nadzieję, że robak się naje i sobie pójdzie. Wysławiam się trochę lepiej. Ćwiczenie czyni mistrza, to też często słyszę. Bliżej natury, bliżej Boga. Serdeczność wytwarza najtrwalszą więź. Znałem chyba kiedyś inny sposób na wytworzenie więzi. Nie pamiętam. Robaczysko musiało ugryźć wspomnienie. Am am i nie ma. – Jak ci idzie, Ver? – Całkiem dobrze. Leżałem na łóżku i pisałem. Mam wygodne łóżko. Tom zrobił je razem z kolegami ze straży. To miłe z ich strony. – Zastanawiam się, czy nie w-wpleść do k-kazania wątku Rorbatha. To dobry przykład poświę.. poświęcenia dla wiary. – Myślę, że to idealny pomysł. Zrobisz sobie małą przerwę? Pomógłbyś mi nanieść drewna. A potem zjemy coś ciepłego. – Jasne, Chris. Potarłem lewy nadgarstek. Był bardzo zaczerwieniony. Muszę drapać się nieświadomie przez sen, bo czasami znajduję plamki krwi na pościeli. Tak w ogóle to ciekawe, czy dzieciaki nauczyły się wiersza, jaki im wczoraj zadałem? O króliku. Całkiem śmieszny był ten królik, mówię wam.

Dialektyka noża

X Ósmy miesiąc. Ile śniegu za oknem! Przed parafią stoi bałwan. Ulepiłem go z Shafre i jej młodszą siostrzyczką. To córki zielarki. Shafre to śliczna dziewczyna, ma rude włosy. Zrobiliśmy bałwanowi nos z marchewki i wszystkim się podobało. Dzisiaj był smaczny obiad. Rosół i kurczak. Haha. Kurczak. Ko ko ko. Opat poszedł po chrust do lasu, ja zostałem w łóżku. Głowa bardzo boli, muszę leżeć. Zimno. Wezmę dodatkowy koc. Skąd się tu wziął sztylet? Coś mi świtało, że kiedyś nosiłem przy sobie podobny. Musiałem go zawinąć w koc i schować. I bardzo dobrze. Mógłbym komuś niechcący zrobić krzywdę. Ale teraz może się przydać, włosy przeszkadzają, jeden kosmyk nie chce się porządnie zaczesać i głupio odstaje na głowie. Trzeba obciąć nicponia. Ciach-ciach. Stanąłem przed lustrem. Christopher powiedział, że dostał je w prezencie od tatki Poe, bo lubi mieć porządek. Porządek z fryzurą. Mówił, że lubi o siebie dbać. A ja mu na to: „Skoro tak lubisz, to czemu nie zaczniesz?”. Ale wiecie, nie słyszał, bo to było w myślach. Czemu tak brzydko wtedy myślałem? Dobre lustro. W takim to wszystko widać! Stoję przed nim i drapię się po brodzie. Ale zarosłem. Włosy mam ładne. Dłuższe niż kiedyś. Trzeba je wyrównać, żeby być elegancki jak Opat. Sztylet wygląda na ostry, nada się w sam raz. Jak bum cyk cyk. Mocniej uchwyciłem rękojeść. To… miłe uczucie. Przywodzi wspomnienia. Pamiętasz, Verschlager? Z siłą błyskawicy uderzyło mnie jedno z nich. Prosta piosenka z seminarium. Nieformalny hymn Strzał, śpiewany w przerwach pomiędzy zajęciami, w czasie nocnych spacerów po Arthei albo pijackich zabaw w tawernach. Lepszy sztylet w garści niż słówka Różyczki Bo sprawnym językiem nie wygrasz potyczki Oj da oj da dana Strzałeczka kochana Nigdy nie przegrana nie, o nie! Kiedy Róże ględzą o wiecznym pokoju My brniemy przez trupy w pocie, krwi i znoju Oj da oj da dana Strzałeczka kochana Nigdy nie przegrana nie, o nie! Chociaż trud jest wielki, chwała się opłaci Patrzmy zatem z góry na różanych braci Oj da oj da dana Strzałeczka kochana Nigdy nie przegrana nie, o nie! Kim jest mężczyzna w lustrze, który przygląda mi się z taką pogardą? Głupcze! Rozwiązanie miałeś przez cały czas w zasięgu ręki! Przestań dryfować po spokojnej toni szaleństwa, tylko zanurz się w jego odmęty i zrób, co trzeba, wyłącznie tak zdołasz wypłynąć potem na brzeg, jest jeszcze szansa, zrób to, zrób to, zanim wróci robak, zanim znowu zacznie podgryzać umy…

29


Horyzonty Wyobraźni – O-oj da oj da dana – zanuciłem fałszywie pod nosem, czując dziwne zadowolenie. Nagle wiedziałem, co należy zrobić. Opat nie popuści. Oj, Opat da mi bobu. Chce zrobić ze mnie Różę. Nieładnie, Chris. Jestem Strzałą, mówiłem ci. Czemu ze Strzały chcesz zrobić Różę? Dźgnąłbym cię, dźgnąłbym głęboko, po same trzewia, ale to by oznaczało dużo problemów. Nie chcę problemów, nie, nie, nie. Chcę na wschód. Tam są Mroczni. Już pamiętam. Obróciłem w dłoniach sztylet. Ciach-ciach. Ostrze assasyna. Ciekawe, czy Chris zna tę piosenkę. Chyba nie. Inaczej wiedziałby, że chociaż trud jest wielki, chwała się opłaci. Jak Obrońca traci rękę, trafia do placówek szkoleniowych. Uczy teorii. Teoria walki jest potrzebna. Ale Obrońca i tak jest smutny. Bo nie ma ręki i nie może trzymać miecza. Verschlager też jest smutny. Kocha miecze. Ma ręce, a zabraniają mu mieć choć jeden! Na wschodzie Mroczni, dużo Mrocznych, ale nie pozwalają jechać.

Trzeba wzbudzać empatię. Trzeba rozsyłać promienie wewnętrznego słońca. Promień czasem gaśnie, czyż nie? Wysunąłem język, najdalej jak się da. Spróbowałem dotknąć nosa. Głupi jęzor. Nie potrafi nawet tego. Ale to zabawnie wygląda w lustrze! Shafre by się uśmiała po pachy. Złapałem za język i mocno naciągnąłem. Mam dla was zagadkę. Szaradę. Lubicie szarady, prawda? Co robi Verschlager, kiedy przykłada sztylet do języka? Co robi co robi co robi co robi co robi NO CO ON ROBI? Nie wiecie? Ucina sobie pogawędkę! HAHAHAHA! UCINA POGAWĘDKĘ!

Jacek Wróbel Rocznik ‘88. Reakcjonista i polityczny żołnierz. Bez przekonania studiuje politologię na lubelskiej uczelni, w międzyczasie oddając się prawdziwej pasji – pisaniu. Debiutował w Nowej Fantastyce 05/2012 opowiadaniem „Po drugiej stronie oka” i nie zamierza na tym poprzestać. Jest członkiem Ligi Piszących Dżentelmenów.

30

w w w . herbat k auhe l en y . p l


Horyzonty Wyobraźni

Tomasz Przewoźnik Mam obsesję na punkcie Pana X ilustracja Krzysztof Trzaska Jakub siedział w poczekalni gabinetu terapeutycznego, w powietrzu wyczuwał uspokajające zapachy, rozpylane przez komputer monitorujący stan pacjentów czekających na wizytę. Za drzwiami słyszał zdenerwowany głos kobiety, ale nie potrafił rozróżnić słów, choć bardzo się starał. Spróbował wyobrazić sobie jej historię: może w dzieciństwie biła ją matka? Lub ktoś ją molestował? Albo była grubaską, która musiała czekać do czternastych urodzin na operację zmniejszenia żołądka? Na szczęście on przyszedł tylko na jedną, konkretną wizytę i pewnie dlatego nie mógł wyzbyć się poczucia wyższości nad innymi pacjentami, kupującymi uwagę terapeuty. Znak naszych czasów, że nawet życzliwych słuchaczy wolimy kupić – pomyślał – pewnie dlatego, że wtedy możemy wymagać wszystkiego, a głupio jest oczekiwać od znajomych, żeby słuchali naszych smutów i to bez docinek i głupich komentarzy. Pod warunkiem, że jakichkolwiek znajomych posiadamy. W końcu dał za wygraną i znudzony sięgnął po tani czytnik leżący na stole. Wybrał ulubionego autora, przeklikał wściekle migające reklamy i oddał się lekturze. Miał jeszcze kilka minut do spotkania z terapeutą. Ruch klamki oderwał go od czytnika. Speszona kobieta wyszła szybko z gabinetu, żegnając się z terapeutą. Jakub odprowadził ją wzrokiem, po czym uśmiechnął się do gospodarza, który zachęcająco otworzył drzwi. Pacjent wszedł, jednak po kilku krokach zorientował się, że trzyma w ręku czytnik. Zatrzymał się, bezradnie zerkając na boki. Terapeuta, Adam, zauważył to, więc wyciągnął rękę po urządzenie i zerknął na otwarty tekst. – Lubisz książki Pana X? – zapytał. Już podczas telefonicznej rozmowy wstępnej przeszli na „ty”. – Mam obsesję na jego punkcie – stwierdził gość. – To znaczy na punkcie jego książek – poprawił się szybko, jakby speszony. Uścisnęli sobie dłonie. Jakub usadowił swoje chude ciało w fotelu dla pacjentów, wskazanym przez terapeutę. – Skąd wiesz, że to jest obsesja? – zapytał gospodarz, patrząc życzliwie. – Ktoś to zdiagnozował? – W zasadzie znam wszystkie jego książki na pamięć. Gospodarz zerknął sceptycznie, jednak profesjonalny uśmiech nie schodził mu z ust. – Nie wierzysz? – zapytał chudzielec wyzywająco. – Nie o to chodzi… – Podaj tytuł i numer strony – zachęcił pewnym siebie tonem. – Skąd wiesz, że znam jakiekolwiek jego książki? – Daj spokój. Wszyscy je znają. A wy, terapeuci, już na pewno, skoro stał się fenomenem na taką skalę. Książki Pana X przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, a o prawa do adaptacji filmowych walczyły największe wytwórnie świata. Najdziwniejsze jednak było to, że nikt nie

Mam obsesję na punkcie Pana X

wiedział, jak autor wygląda. Jeśli pokazywał się publicznie, a robił to niezmiernie rzadko, miał na sobie workowaty kombinezon i maskę zakrywającą całą głowę. Z przodu widniał znak zapytania, na potylicy wykrzyknik, a biała litera „X” zdobiła korpus. Nie miano pewności również co do jego płci – głos dochodzący zza maski był modulowany na mocno aseksualny. Nie udzielał wywiadów, nie występował publicznie. Podobno w ten sposób dawał do zrozumienia, że gardzi koncepcją „pisarza jako towaru”. – Okej, powiedzmy… – Terapeuta przypomniał sobie ulubioną lekturę. – „Listy miłosne”, strona dwudziesta ósm… – W towarzystwie Magdy czułem się jak astronom, który z każdym wypowiedzianym przez nią słowem na nowo definiował odległość, jaka dzieliła nasze światy… – gość zaczął cytować bez zająknięcia. Adam zmarszczył brwi, po czym niby od niechcenia wyświetlił na czytniku odpowiednią stronę. Zaskoczony śledził linijkę po linijce. Skinął głową z uznaniem i wyłączył ekran. – Imponujące – podsumował. W ciszy przyglądali się sobie, jakby mierząc się przed ważnym pojedynkiem. W końcu pacjent machnął ręką. – To nic wielkiego – skwitował niedbale. – Znasz wszystkie jego książki? Wszystkie dwadzieścia dziewięć powieści na pamięć? – Tak. – Niesamowite. Terapeuta wiedział, że ludzki umysł jest w stanie wiele osiągnąć. Choć w pracy najczęściej spotykał się z jego dysfunkcjami, to jednak czasami zdarzały się perełki. Jak dzisiaj. – Myślisz, że on istnieje? – spytał. – Ach. – Jakub zrobił wymowną minę, jakby przyłapał niezbyt rozgarniętego dzieciaka na wciskaniu komuś ciemnoty. – Należysz do tych, którzy uważają, że Pan X to postać fikcyjna? Produkt marketingu? A kombinezon pewnie ukrywa różne osoby, zależnie od potrzeby? Stąd modulowany głos? – Nie wiem. Niektórzy tak sugerują. Uważasz, że jest inaczej? – Na pewno jego teksty nie są tworzone przez żadne aplikacje pisarskie, jak mówią niedouczeni dziennikarze. – Wykrzywił twarz w grymasie pogardy. – Wiem, bo jestem semantykiem programistą i sam tworzę podobne kombajny. To znaczy bardziej skomplikowane. Analizujące przemówienia polityków i ekonomistów, wiadomości agencji prasowych, newsy i oświadczenia spółek giełdowych. Pracuję dla najbogatszych firm maklerskich. Uważam, że Pan X po prostu jest geniuszem i prawdziwym artystą. Badam jego dzieła od pierwszej litery do kończącej kropki. Zbyt dużo tu nieporządku, który jednak w bardzo subtelny sposób zawsze zmierza do odpowiedniego i logicznego zakończenia. Metoda, jakiej używa do łamania schematów

31


Horyzonty Wyobraźni fabularnych i językowych, jest nie do odtworzenia przy pomocy maszyny. – Rozumiem. – Adam patrzył spokojnie, po czym uśmiechnął się zachęcająco. – Ale może przejdźmy do sedna. Co cię do mnie sprowadza? – Potrzebuję orzeczenia, że mogę poddać się dwutygodniowej modyfikacji receptywnej. – A po co ci to? – zapytał zaskoczony terapeuta. Charakteru zabiegu polegał na neuronalnym przeprogramowaniu umysłu pacjenta przez zredukowanie sygnałów trafiających do świadomości. Na przykład przy leczeniu arachnofobii można było pacjentowi usunąć możliwość dostrzegania stawonogów w otoczeniu, przy agorafobii obniżało się nieboskłon (nie zalecane dla pilotów!), przy klaustrofobii zmieniało się perspektywę tak, że wydawała się szersza i tym podobne. Rzecz bardzo kontrowersyjna, używana głównie w skrajnych przypadkach, gdy inne metody zawodziły. Było to bardzo specyficzne podejście do leczenia choroby – nie usuwało się symptomów, ale też nie leczono źródła choroby jako takiej. Problem nie znikał, ale znikało jego spostrzeganie, więc tak czy inaczej… problemu nie było. Technologia powstała oczywiście w wojskowych laboratoriach – podobno żołnierzy programowano tak, żeby ich uwagi i energii nie rozpraszały rzeczy nieistotne. Podczas wykonywania danego zadania metoda miała ograniczenie czasowe. – Muszę skończyć bardzo pilną pracę. Najważniejsza w mojej dotychczasowej karierze, a nie wiedzieć dlaczego wszystko mnie denerwuje. Dźwięki, zapachy, dotyk, dosłownie wszystko! – wyrzucił z siebie szybko, zaciskając pięści, jakby samo wspomnienie o tym wywołało irytację. – Nie mogę się skoncentrować. Jak tylko siadam do zadania, odpływam, rzuca mi umysłem jak przysłowiowym… no wiesz, w przerębli. Próbowałem czegoś na uspokojenie, ale to nic nie dało. Tylko dostawałem zamuła. Potrzebuję zaledwie dwóch tygodni ograniczenia bodźców. – Mało to… medyczny problem – skomentował terapeuta sceptycznie. – Mało, ale jak spojrzysz w historię chorób, to zauważysz, że nigdy nie miałem podobnej potrzeby. W ogóle raczej nie choruję, nie biorę zwolnień, nie naciągam państwa. – To prawda, zerknąłem już wcześniej. – Więc proszę zrobić wyjątek. – Dobrze, ale będziesz musiał ponieść koszty badań. Neurologia i biochemia mózgu. Jakieś… – Zgadzam się – przerwał niecierpliwie. – I jeszcze jedno. W ciągu tych dwóch tygodni to ja będę cię kontrolował. Będziesz pod moim nadzorem. Pacjent patrzył terapeucie w oczy przez dłuższą chwilę, po czym uśmiechnął się i skinął głową. * Wyniki badań były poprawne, przeciwwskazań brakowało, szczególnie, że ingerencja ograniczała się zaledwie do średniego przycięcia bodźców. Żadnego kanału nie wyłączano. Wcześniej pacjent dostał instrukcje, w jaki sposób ma przygotować mieszkanie i miejsce pracy – okazało się, że w tym wypadku to jedno i to samo. Firma cateringowa została opłacona z góry, godziny dostaw posiłków ustalono na sztywno. Sprzątaczka z Ukrainy otrzymała odpowiednie polecenia.

32

Po zabiegu terapeuta eskortował pacjenta do mieszkania, znajdującego się na bogatym, chronionym osiedlu otoczonym wysokim murem. Na miejscu Adam sprawdził, czy przestronny, czysty apartament zmodyfikowano zgodnie z instrukcją. Pomógł Jakubowi wejść do łóżka i powiedział: – Jeszcze dzisiaj będzie cię boleć głowa. W razie czego masz środki przeciwbólowe. Melduj się o wyznaczonych godzinach, ja będę przychodził raz dziennie w różnych godzinach, zależnie od możliwości. Zgodnie z procedurą mam kod do mieszkania, moje linie są już w czytniku, więc nie będziesz musiał mnie wpuszczać. A teraz śpij, dobranoc. – Dobranoc, dziękuję – odrzekł bezbronnie pacjent. W jego oczach widniało cierpienie i oszołomienie, jak zwykle po zabiegu modyfikacji. Kolejny dzień przyniósł upragnioną ulgę, a poranne kłucie w głowie szybko ustąpiło pod naporem środków przeciwbólowych. Adam wpadł około południa i zastał rozrzucone na podłodze papierowe książki. Przez godzinę obserwował pacjenta siedzącego wśród nich, niczym dziecko otoczone zabawkami. Jakub śledził kolejne partie tekstu, jednak szybko się męczył i wykazywał naprzemienne oznaki zagubienia i nerwowości. Terapeuta spodziewał się podobnego widoku – wytłumaczył pacjentowi, że tak może być jeszcze kilka dni, ale otępienie niedługo odejdzie, a nadwyżki energii, zazwyczaj wydatkowane na obrabianie sygnałów z otoczenia, zaczną szukać ujścia. Ważne, aby je wtedy odpowiednio ukierunkować do wykonania zadania. Czwartego dnia zastał Jakuba siedzącego z szeroko otwartymi oczyma o rozszerzonych źrenicach. Brakowało już nerwowości i oszołomienia. Pacjent z uwagą czytał jedną z kolekcjonerskich wydań książki Pana X, jakby nic innego na świecie nie miało znaczenia. – Jadłeś? – zapytał Adam, widząc nierozpakowane torby z zakupami. – Co? Aaa, nie – odrzekł pacjent po chwili namysłu. – Zjedz coś. Teraz. I proszę o tym nie zapominać, bo będziemy musieli szybciej skończyć. Monitoruję twoją wagę. – Oczywiście. Przepraszam. Pod bacznym okiem opiekuna Jakub przygotował posiłek spokojnymi, stonowanymi ruchami, jakby nie widział potrzeby dla nadmiernej ekspresji. Żadnych zbędnych działań – pomyślał Adam – żółw przykryty wiadrem, jak mówiono o tej postawie w slangu terapeutów. Ciekawe, kiedy zabierze się za robotę? Na razie nic, tylko czyta książki. Po tygodniu, wchodząc do apartamentu, opiekun natknął się na pacjenta pochylonego nad klawiaturą niczym sęp nad padliną. W pomieszczeniu pachniało potem, co nie było niczym dziwnym w takich sytuacjach. Gdy świadomość jest skoncentrowana na zadaniu do granic możliwości, nie ma czasu na takie głupoty, jak prysznic. Zgarbiony, rozczochrany mężczyzna programował w takim skupieniu, że nawet nie usłyszał krzątającego się po mieszkaniu Adama, który zerkał co jakiś czas na ekran i przyglądał się linijkom kodu, niczym tajemniczemu traktatowi alchemików. W końcu Jakub zauważył go, zapisał szybko aplikację i zerwał się na równe nogi. Spojrzał zaskoczony, jakby nie rozpoznał terapeuty. W końcu podrapał kilkudniowy zarost, aż zachrzęściło pod palcami, podał dłoń, zamienił kilka zdawkowych zdań i szybko wrócił do programowania. Dni leciały, praca zdawała się posuwać do przodu, jednak terapeuta nie mógł zrozumieć jednej rzeczy. Osoby

Tomasz Przewoźnik


Horyzonty Wyobraźni pracujące pod wpływem modyfikacji zafiksowane były bez reszty w jednym zadaniu, a w tym wypadku na biurku Jakuba często widywał książki Pana X, jakby mężczyzna na zmianę to czytał, to programował. Dziwnym wydawał się ten podział uwagi, choć tak typowy dla normalnego stanu umysłu. Czyżby pacjent sabotował wykonanie zadania? Jakaś prokrastynacja go dopadła? Pacjentowi dwa tygodnie minęły szybko, dzień zejścia modyfikacji przeszedł boleśnie, w końcu wszystko wróciło do normalności. Badania końcowe nie wykazały powikłań, więc zadowolony po ostatniej wizycie kontrolnej podziękował Adamowi, który wrócił do tradycyjnej pracy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby dwa tygodnie później terapeuta nie natrafił na wyniki konkursu pisarskiego organizowanego przez Pana X. Wśród zwycięzców zauważył nazwisko Jakuba, a obok widniała nagroda pokaźnej wartości. Gala finałowa miała odbyć się nazajutrz. Tknięty jakimś dziwnym przeczuciem skontaktował się z firmą byłego pacjenta. – Jakub jest na półrocznym zwolnieniu chorobowym – usłyszał melodyjny, kobiecy głos, gdy już sprawdzono dane dzwoniącego. – Od dawna nie pracuje nad żadnym projektem. W odruchu gniewu, czując się wykorzystany, Adam wsiadł do automatycznej taksówki i pojechał do mieszkania mężczyzny, by zapytać, co to wszystko ma znaczyć. Jednak kiedy dojechał pod blok, opanował nerwy. Zastanawiał się, dlaczego Jakub go oszukał. Czy może być groźny? Do czego tak naprawdę niezbędna mu była modyfikacja? Pytania, podsycone urażoną dumą, kłębiły się w głowie, więc zdecydował, że zaryzykuje. Już raz dał się wystrychnąć na dudka, czas na przejęcie inicjatywy. A jeśli wpadnę? – pytał w myślach. – Najwyżej postaram się wzbudzić w nim poczucie winy za to, że mnie oszukał. Nade wszystko terapeuta nie mógł odpędzić się od złych przeczuć, a za całą sytuację czuł odpowiedzialność. Poczekał do późnej nocy. Gdy zgasły światła w mieszkaniu i minął spodziewany czas, w czasie którego miały zadziałać środki nasenne zażywane przez Jakuba, terapeuta powoli wszedł po schodach na odpowiednie piętro. Były pacjent nawet nie zmienił kodu do drzwi, więc Adam ostrożnie wszedł do mieszkania. Terminal pulsował słabym światłem, a długie cienie drgały ciemnymi plamami na podłodze i meblach. Obok biurka zauważył kolekcjonerskie, papierowe wersje powieści Pana X. Klimatyzacja szumiała cichutko. Cholera, co ja tu robię? – pomyślał ze zgrozą. – Chyba udzielają mi się paranoje pacjentów. Z wariacko bijącym sercem poszedł w kierunku uchylonych drzwi sypialni. Na łóżku dojrzał ciemną sylwetkę, słyszał miarowy oddech, jednak trochę nierówny, jakby śpiący śnił koszmar. Wrócił do biurka i dotknął ekranu, który zajarzył się kolorami, oślepiając przywykłe do ciemności oczy. Pamiętał ścieżkę zapisu programu, więc szybko ją wywołał i przejrzał linijki kodu. Nie znał się za bardzo na programowaniu i nie wiedział, czego szukać, ale zaczął przewijać tekst. Wtem ze zdumieniem natrafił na fragmenty powieści. Po co to w środku kodu? – zapytał w myślach. Zaaferowany zaczął przeszukiwać inne dokumenty w katalogu i natrafił na plany hotelu, w którym miała odbyć się gala. O co tu, do cholery, chodzi? Usiadł głębiej w fotelu, który stęknął cicho, jakby niezadowolony z tej okupacji. Wtem poczuł ruch za plecami. Gdy odwracał się, coś łupnęło go w głowę. Wszystko zgasło.

Obudził go pulsujący ból czaszki. W ustach miał metaliczny smak krwi, jakaś niewygodna i sztywna skorupa pokrywała skórę twarzy. Próbował otworzyć oczy, jednak prawego nie mógł rozewrzeć, bo powieki skleiła zakrzepła posoka, cieknąca z rany na głowie. Zerknął na podłogę – chyba już nie krwawił, bo czerwona kałuża była niewielka i zaschnięta. Spróbował ruszyć rękoma. Związane za plecami. – Nie śpisz? – usłyszał głos Jakuba. Spojrzał do góry. Chudzielec stał za jego plecami i zerkał przejęty. – Już się martwiłem, że przywaliłem ci za mocno. Po cholerę przychodzisz w nocy i szperasz mi po komputerze? – Co to ma być? – wycharczał terapeuta. – Mógłbym zadać to samo pytanie. – Rozwiąż mnie. – Najpierw mi powiesz co tu robisz. – Jakub usiadł przed komputerem i jakby nigdy nic zaczął coś klikać. – Mam mało czasu, więc się streszczaj. – Coś ty mi zrobił? Pójdę na policję! – I co im powiesz? Że zakradłeś mi się do mieszkania i szperałeś w komputerze. To ty będziesz miał bardziej przechlapane. Terapeuta zdał sobie sprawę, że pacjent ma rację. Przestał się miotać i zrezygnowany zapytał: – Co to za program napisałeś? Przecież wiem, że nie do pracy. – Jak zapewne zauważyłeś, ma związek z Panem X. – Zauważyłem. – Pomógł mi wygrać Widnokręgi Imaginacji, konkurs na najlepsze opowiadanie, zorganizowany przez fundację Pana X. Zrobiłem kawał dobrej roboty. Przeanalizowałem wszystkie schematy fabularne oraz semantykę jego powieści i na bazie zaobserwowanych prawidłowości napisałem program, dzięki czemu powstało opowiadanie – Jakub wyrzucał z siebie szybko, a jego oczy błyszczały chorobliwą ekscytacją. – Gdyby nie ty, nigdy bym sobie nie poradził. To moje opus magnum. Tak jak się spodziewałem, zająłem miejsce na podium. Muszę powiedzieć Panu X, jak wiele dla mnie znaczy i jak uwielbiam jego książki. Już wiem, dlaczego Pan X się ukrywa – pomyślał terapeuta, patrząc na szaleństwo Jakuba. Rozejrzał się po apartamencie, ale nie zauważył niczego, co mogłoby mu pomóc wydostać się opresji. Chudzielec wyszedł do łazienki i wziął prysznic. Krzątał się po mieszkaniu, nie zwracając uwagi na związanego człowieka w salonie. Ogolił się, zjadł coś, założył garnitur. Wszystko pod bacznym, lewym okiem Adama, który próbował zagadywać, ale na niewiele się to zdało. Załamany terapeuta przez okno zauważył słońce, więc pomyślał, że musi być już trochę po południu. – Ale przecież nie zbliżysz się do niego – powiedział w końcu znużony. – Ochrona i agent nigdy do tego nie dopuszczą. – Już moja w tym głowa – zripostował Jakub, zawiązując krawat przed lustrem. Wyciągał brodę wysoko i gmerał przy kołnierzyku. Podszedł do komputera, coś kliknął, a drukarka zaszumiała cicho i wypluła jedną kartkę. Usiadł w fotelu i zaczął czytać ze skupieniem. Emocje przepływały przez twarz, gdy przebiegał wzrokiem po tekście. Gdy skończył, zamknął oczy, jakby

Mam obsesję na punkcie Pana X

33

*


Horyzonty Wyobraźni zasłuchany w jakąś wewnętrzna muzykę. Uśmiechnął się i stwierdził: – Tak, to rzeczywiście bardzo dobre opowiadanie. – Ale przecież nie ty je napisałeś. – Nie mów tak! – Zerwał się na równe nogi i stanął z zaciśniętymi pięściami nad bezbronnym Adamem. Twarz wykrzywiała nienawiść. – To ja jestem jego autorem! – Ty tylko zaprogramowałeś komputer, który całą robotę wykonał za ciebie. – Ale gdyby nie ja, to nic by nie powstało. To ja musiałem poznać od podszewki całą twórczość Pana X! – Ledwo nad sobą panował. W końcu potrząsnął głową, jakby odganiał zły sen i ruszył do sypialni. Po minucie wrócił, uśmiechając się jakby nigdy nic. – Co ze mną zrobisz? – Nic. Uwolnię cię, gdy już będzie po wszystkim. – Nie boisz się, że cię wydam? Powiem wszystkim, że to program… Były pacjent spojrzał, jakby chciał samym wzrokiem wcisnąć terapeucie słowa przez gardło aż do samych płuc. – Nie – powiedział po chwili. – Najpierw usunę wszystkie dowody... – Spojrzał na zegarek. – Cholera jasna, przez ciebie

się spóźnię. – Wstał, zarzucił płaszcz na szczupłe ramiona i wyszedł z mieszkania. Adam nie mógł uwierzyć, że Jakub tak po prostu zostawił go samemu sobie. Gdy ból ustąpił nieco, a przez głowę przestały biec natrętne pytania, zaczął rozglądać się wkoło bezradnie. Leżał z rękoma związanymi z tyłu i podnosił z wysiłkiem głowę, przypominając nowonarodzoną fokę. Do kuchni kawał drogi, a jeśli nóż nie leży na podłodze, to marne szanse, żeby się uwolnić samemu, pomyślał. A ten wariat raczej noża nie upuścił. Terapeuta z doświadczenia wiedział, że programiści to najczęściej wybitnie poukładane, wręcz pedantyczne typy. Zrezygnowany oparł czoło o zimną posadzkę. Wtem pod biurkiem zauważył długi przedmiot przypominający nożyczki. Serce zabiło mocniej w przypływie nadziei. Przetoczył się po twardej posadzce, odgniatając sobie chyba wszystkie kości, aż w końcu znalazł się w okolicach mebla. Stękając głośno, ustawił ciało tak, żeby związanymi rękami dosięgnąć przedmiotu, ale nie mógł namacać nic poza ohydnym kurzem wciskającym się pod paznokcie. Żałował, że nie ma oczu z tyłu głowy. Wysunął ręce daleko, aż strzeliło mu w obolałych barkach, ale to również na niewiele się zdało. Zaklął szpetnie. Chwilę odpoczywał, dysząc ciężko, po czym odwrócił się bokiem i tym razem próbował wygarnąć nożyczki nogami, jednak uderzył zewnętrzną stroną łydki w krawędź mebla. Krzyknął zdenerwowany i chwilę rzucał się jak ryba w siatce, walcząc z pętami. Jednak to również nic nie dało. Znowu opadł bezsilnie. Zachciało mu się płakać. Leżał tak chyba z godzinę, zanim zdał sobie sprawę z własnej głupoty. Ugiął nogi w kolanach i kopnął biurko z całej siły, a to przesunęło się z głośnym skrzypieniem, odsłaniając nożyczki leżące w kępkach kurzu, niczym dziecko na łące pełnej brudnych dmuchawców. Przecięcie więzów zajęło sporo czasu, aż jęknął z ulgą, gdy wreszcie puściły. W łazience przeraził go widok zakrwawionej fizjonomii łypiącej z lustra. Wyglądał jak ofiara napadu rabunkowego z pobiciem. Odetchnął, gdy już obmył twarz. Nie było tak źle – wcześniejsze złe wrażenie robiła zakrzepła krew, która wysączyła się z niewielkiej rany szpecącej czoło. Po oczyszczeniu przypominała zaciśnięte w gniewie dziwaczne usta. Doprowadził się do porządku i chwycił za telefon. Wybrał numer policji, ale po chwili rozłączył się. I co im niby powiem? Że wlazłem facetowi do domu bez pytania i szperałem w komputerze? No, to może zadzwonię do organizatorów konkursu? Ostrzegę, że facet jest niebezpieczny? Ale w sumie, to niby skąd mam wiedzieć, co on planuje? Może powiem, że opowiadanie napisał komputer? I niby kto mi uwierzy bez konkretnych dowodów? Zirytowany schował telefon, potem znów wyjął i zadzwonił po taksówkę. * Jakub wiedział, że w czasie uroczystości nie uda się podejść do Pana X. Wystarczyło spojrzeć na kuloodporną szybę odgradzającą autora od reszty uczestników. Siedział za nią spokojnie w dziwacznym kombinezonie, zakrywającym nawet oczy, i gdyby nie biały znak zapytania, przypominałby groźnego przestępcę na rozprawie w sądzie. Ochroniarz, wielki murzyn, były mistrz MMA, stał obok i łypał groźnie na uczestników. Wokół, biegając niczym wściekły ratler, ujadała agentka. Wszędzie jej pełno – pomyślał były pacjent, patrząc z nienawiścią w oczach. Tak naprawdę był bezgra-

34

Tomasz Przewoźnik


Horyzonty Wyobraźni nicznie zazdrosny o to, że miała dostęp do Pana X, co uważał za wysoce niesprawiedliwe. On lepiej zaopiekowałby się wybitnym autorem… Kobieta rozdała nagrody oraz swoje wizytówki, wspominając coś o publikacji, ale nie słuchał jej. Obserwował z namaszczeniem Pana X, który na koniec rzucił krótkie, modulowane „gratuluję” i wyszedł z pomieszczenia pod opieka ochroniarza. Jakub wstał, żeby coś powiedzieć, wyciągnął nawet dłoń w kierunku autora, ale… za późno. Drzwi zatrzasnęły się. Mężczyzna zerknął na jedną z nagród – ostatnia powieść Pana X, pierwszą stronę zdobił autograf. Przecież tak naprawdę Pan X równie dobrze może być Panią X – pomyślał Jakub. – Modulowany głos jest całkowicie aseksualny, a posturą przypomina raczej kogoś delikatnego. Choć z drugiej strony może to przez ten kombinezon… Z rozmyślań wyrwały go gratulacje innych finalistów: z błyskiem w oczach ściskali sobie dłonie, marząc o wielkim, nieuniknionym debiucie i grzaniu się w aurze sławy, otaczającej tajemniczego autora. Dla Jakuba nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Zlustrował po raz kolejny salę, szukając sposobu przejścia przez barierki i dostania się za drzwi, za którymi zniknął Pan X. Ruszył w kierunku tymczasowego ogrodzenia, przeciskając się przez tłum wychodzących ludzi, gdy nagle zapalono wszystkie światła. Weszła obsługa i zaczęła wypraszać gości. Również w odgrodzonej części pojawili się jacyś ludzie. Zrozpaczony zaklął pod nosem i dał się wyprowadzić do holu. Rozbieganym wzrokiem szukał sposobu odłączenia się od tłumu, w końcu przecisnął się pod ścianę i wszedł do korytarza z toaletami. Usiadł w kabinie na zamkniętym sedesie i myślał gorączkowo. Opuścił ją po kilku minutach, odświeżył szczupłą twarz wodą z kranu, wziął głęboki oddech i uśmiechnął się naturalnie do swego odbicia w lustrze, niczym przedstawiciel farmaceutyczny na swoim terenie. Ruszył do holu. – Przepraszam bardzo. – Pokazał przepustkę w recepcji. – Czym mogę służyć? – zapytała recepcjonistka i jakby mimochodem sprawdziła dokument. – Chyba zostawiłem w sali swoją torbę – odrzekł speszony. – Obsługa nic takiego… – A czy nie będzie problemem, jeśli sam sprawdzę? Pewnie przeoczyli. – No nie wiem... – Kobieta patrzyła sceptycznie. – Pan był na spotkaniu z Panem X? – Byłem jednym z finalistów. – Tak? – Sprawdziła skrupulatnie na liście. – Rzeczywiście. Gratuluję! – Uśmiechnęła się, mógłby przysiąc, że tym razem szczerze. – Proszę zobaczyć. – Położył na blacie książkę i otworzył gdzieś w środku, po czym zaczął nieśpiesznie kartkować do przodu. – Z autografem Pana X! – Zatrzymał się i spojrzał kobiecie w oczy, pytając z pasją w głosie: – Czy pani wie, jak niewielu ludzi widziało na żywo jego podpis? – Tak, wiem. To niesamowite. – Z lękiem i ekscytacją w oczach wyciągnęła dłonie w kierunku nagrody, jakby za chwilę miała dotknąć gwoździ, którymi Jezusa przybito do krzyża. Wtem mężczyzna zamknął książkę i przycisnął ją do piersi, dodając błagalnym tonem: – Proszę mi pozwolić sprawdzić, czy w sali nie zostawiłem torby. Ja w tym czasie zostawię nagrodę u pani na przechowanie, okej? – Hmm. – Jej oczy zalśniły blaskiem podniecenia. Zagryzła nerwowo wargi i rozglądała się na boki, jakby

właśnie kupowała kilogram kokainy. W końcu niepewnie skinęła głową i nacisnęła jakąś ikonkę na ekranie. – Tylko szybko. Zostawił książkę i od razu zapomniał o zafascynowanej kobiecie. Pewnym krokiem wrócił do sali, teraz spowitej w półmroku. Nie czuł już obecności Pana X, ale umysł ciągle podsuwał obraz osoby w czarnym kombinezonie z białymi znakami. Zręcznie przeskoczył barierkę i ruszył do drzwi, za którymi zniknął autor wraz ze swoją świtą. Nacisnął klamkę i wszedł na korytarz, którym udał się szybko w kierunku służbowej windy prowadzącej na piętro luksusowych apartamentów. Znał rozkład na pamięć, bo już kilka miesięcy temu ściągnął plany architektoniczne z serwera konsorcjum remontującego hotel. Miał tylko nadzieję, że recepcjonistka nie powiadomi zbyt szybko ochrony. Winda wlekła się, a numery pięter przeskakiwały nieznośnie wolno. Mężczyzna nerwowo zaciskał pięści mając nadzieję, że nikt z pracowników nie będzie chciał wejść właśnie teraz. Nad sobą zauważył oko kamery. Czy ktoś mnie obserwuje? – pomyślał i znudzonym ruchem poprawił rzadkie włosy, patrząc w lustro. Jednak oczy lśniły szaleństwem i podnieceniem. Winda w końcu dojechała do celu, a drzwi rozsunęły się cicho. Wyszedł na korytarz i… trafił na kobietę-ratlerka. – Co pan tu robi?! – warknęła, podchodząc szybko. – Mieszkam – rzucił pierwsze, co mu przyszło na myśl. – Zresztą… to nie pani sprawa. – Próbował ją wyminąć, lecz agentka bezczelnie stanęła mu na drodze, łypiąc niczym matka, która przyłapała pijanego syna wracającego z imprezy. Oparła ręce o biodra. – Proszę mnie nie okłamywać! Całe piętro jest zarezerwowane. Co pan tu robi i kto pana wpuścił?! Sięgnęła do kieszeni i wyjęła niewielki telefon. Jedną rękę oparła na piersi nieproszonego gościa, zatrzymując go, a drugą szukała odpowiedniego numeru. Jakub spanikował, złapał dłoń kobiety, lecz ta wymknęła się zręcznie, jakby ćwiczyła jakieś sporty walki, po czym uderzyła go w twarz. Odskoczył oszołomiony. Agentka wyjęła broń. – Nie ruszaj się! – krzyknęła zdenerwowana. Gdy trzęsącymi dłońmi walczyła z blokadą, Jakub mocno pchnął ją na przeciwległą ścianę. Uderzyła głową z dziwnym stuknięciem i osunęła się bezwładnie, jak podcięta. Korytarz zalała przerażająca cisza i świadomość, że oto stało się coś, czego odwołać nie sposób. Mężczyzna stanął nad nią niczym kat i zastanawiał się, co zrobić. Schylił się i ścisnął kruchą szuję. Zamarł i zamknął oczy, jakby walcząc z pokusą zaciśnięcia dłoni, jednak gdy wyczuł tętno, podniósł broń i telefon. Zerknął na wyświetlacz – nie zdążyła nigdzie zadzwonić. Rozejrzał się wkoło, jakby za moment z wszystkich drzwi mieli wybiec z wrzaskiem antyterroryści, lecz gdy nic takiego się nie stało, schował pistolet i ruszył luksusowym korytarzem. Mijał misternie zdobione lampki rzucające światło na stoliki udekorowane świeżymi kwiatami. W powietrzu unosił się delikatny zapach, a na ścianach wisiały reprodukcje obrazów mistrzów renesansu. Doszedł do ostatniej odnogi. Wiedział, że za załomem korytarza są drzwi do apartamentu narożnego, najlepszego w tym hotelu. Tam spodziewał się zastać Pana X. Skręcił i stanął jak wryty, widząc wielkie plecy ochroniarza, który znudzony obserwował ulicę za oknem i gmerał wykałaczką w zębach. Były pacjent zauważył, że obok klamki jest czytnik zamka czytający linie papilarne,

Mam obsesję na punkcie Pana X

35


Horyzonty Wyobraźni a być może nawet DNA, hormony i feromony. Nigdy tego nie otworzę – przeszło mu przez głowę. Sięgnął po pistolet. Ochroniarz usłyszał go, więc odwrócił się szybko. Mam kilka sekund – pomyślał spanikowany Jakub – zanim w jego pocie znajdą się te wszystkie gówna spowodowane stresem, przez drzwi zatrzasną się automatycznie i zostanie wezwana ochrona. – Dotknij zamka! – krzyknął, wymachując bronią niezdarnie. Przerażony ochroniarz nie wiedział, gdzie stanąć, żeby nie trafiła go ewentualna kula, więc uchylał się to w lewo, to w prawo. – Otwieraj! Masz trzy sekundy, a jak nie, to zrobię z tobą to, co z agentką! Poznajesz jej broń? Raz! – Jakub zaczął odciągać kurek. Ochroniarz stał z rozdziawionymi ustami. – Dwa!! – Z tej odległości nie było mowy o spudłowaniu. – Trzy!!! – Zaczął naciskać spust. Wystraszony goryl dotknął czujnika z głośnym pacnięciem, jakby opierając się o niego. Wstrzymali oddechy. Nagle zamek kliknął cichutko. Odetchnęli równocześnie z ulgą. Były pacjent pchnął drzwi plecami, nie spuszczając ochroniarza z muszki, wszedł do środka i zablokował zamek. Zrobiło się cicho. W głębi salonu zauważył leżący na sofie kombinezon Pana X, uśmiechnął się, mocno zacisnął dłoń na kolbie pistoletu i ruszył w głąb apartamentu. * Gdy terapeuta w końcu przebił się przez korki, pod hotelem zastał radiowozy. – Jednak miałem zadzwonić! – rzucił, przeciskając się przez tłum. Ruszył w kierunku wejścia, ale groźnie wyglądający funkcjonariusze zatrzymali go w drzwiach. – Nieczynne – burknął jeden z nich. – Co się stało? – Proszę stąd odejść. – Ale co się stało? – Świra mamy w hotelu – odrzekł konspiracyjnie gliniarz, następnie dodał głośno: – No już, proszę stanąć tam. – Znam tego człowieka, jestem jego terapeutą! Wpuście mnie.

Policjant wylegitymował Adama, po czym przez krótkofalówkę zamienił kilka słów z przełożonym kierującym akcją. Słuchał z uwagą i kiwał głową. – Proszę poczekać w holu. Może się pan na coś przyda, chociaż dostałem informację, że już go mają. Terapeuta wszedł do bogatego holu. Wokół chodzili poważni funkcjonariusze, wypytywali obsługę i gości, sprawdzali coś na przenośnych tabletach, rozmawiali przez krótkofalówki. Wtem drzwi windy otworzyły się i dwóch rosłych policjantów w pełnym rynsztunku wyprowadziło Jakuba na korytarz. Miał pusty wyraz twarzy, nawet nie zwracał uwagi na mocno wykręcone ramię. Terapeuta podbiegł do nich i zapytał: – A co z Panem X? Nikomu nie stała się krzywda? – Wszystko w porządku – powiedziała kobieta, wyłaniająca się zza szerokich pleców mężczyzn. Przyciskała do potylicy woreczek z lodem. Terapeuta kojarzył ją, to była agentka Pana X. – Ale co się właściwie stało? – Nie zauważył mnie – odrzekł Jakub niewyraźnym głosem. – Słucham? – zapytał Adam. – Nawet mnie nie zauważył. Przeszedł obok i nie słyszał, co do niego mówię. Patrzył przeze mnie, jakbym nie istniał – ciągnął monotonnie. – Jakbym był całkowicie zbędny. – O czym ty mówisz? – Kim pan jest? – zapytała kobieta. – Jego terapeutą. – Zrobił pan kawał dobrej roboty, nie ma co. – Kiwała głową z dezaprobatą, pomimo malującego się na twarzy bólu. – Ale o czym on mówi? – To musi zostać miedzy nami. – Terapeuta skinął głową. Gdy policjanci odprowadzili złapanego mężczyznę, powiedziała cicho: – Pan X dawno temu poddał się stałej modyfikacji bodźców. Widzi tylko mnie, ochroniarza i swojego lekarza. Nie potrzebuje innych ludzi i tych wszystkich męczących relacji. Nie potrzebuje świata zewnętrznego. Dzięki temu może się w pełni oddać prawdziwej sztuce.

Tomasz Przewoźnik Urodził się w 1978 roku w śląskim miasteczku słynącym z pięknego parku, zamku i stada żubrów ukrywających się w okolicznych lasach. Studiował socjologię, obronił pracę dyplomową dotyczącą satanizmu, grał na perkusji. Szuka kamienia filozoficznego, ale znajduje tylko odłamki, którymi wybija szyby gmachów nielubianych ideologii. Kiedy nie medytuje, uprawia wspinaczkę sportową i pracuje w korporacji. Publikował w Nowej Fantastyce, Magazynie Fantastycznym, Dozie, Esencji i Qfancie. Jest członkiem Ligi Piszących Dżentelmenów. W księgarniach internetowych dostępna jest jego debiutancka e-powieść zatytułowana Hikikomori. Więcej szczegółów na www.hikikomori.eu.

36

Tomasz Przewoźnik


Horyzonty Wyobraźni

Karolina Kaczkowska Bracia Xiao

ilustracja Magdalena Mińko Dramatis Personae: Jaskółka – była zabójczyni, władczyni Xiao Jin Li – władca Xiao, mąż Jaskółki Zang – ich najstarszy syn Ji Qing – ich średni syn Jin Shen – ich najmłodszy syn Mei – służąca Jaskółki Fairuz – branka Ji Qinga Słowo Xiao (niebo) odnosi się zarówno do kraju, jak i rządzącego rodu. Akcja toczy się w fikcyjnym kraju, łączącym wyobrażone elementy kultury i historii Chin oraz Japonii. Jest to jedno z cyklu opowiadań o Xiao. I – Matka wojowników Jaskółka siedziała przed lustrem, krytycznym okiem przyglądając się swemu odbiciu. Choć dobiegała pięćdziesiątki, czas obszedł się z nią łaskawie, znacząc twarz jedynie delikatnymi zmarszczkami i przetykając czarne włosy ledwie pasmami siwizny. Oznaki starości nie zeszpeciły Jaskółki, dodały jej za to powagi i dostojeństwa. Jako pani Xiao, żona władcy i matka następców, prezentowała się świetnie i z godnością. Prawie nikt już nie pamiętał, że Jaskółka w młodości była członkinią Ye Jian – organizacji zabójców i agentów wspierającej tron. Pełniła wtedy swe obowiązki w przebraniu służącej u boku Xiao Li Liang, córki ówczesnego władcy – Xiao Fenga, kontrolując obcych szpiegów na terenie państwa. Jako zabójczyni musiała być odporna na wszelkie znane trucizny, dlatego od dziecka, kiedy to zadecydowano odgórnie o jej losie, codziennie zażywała małe ich dawki. Później karmiła w ten sposób i własnych synów. W pałacu plotkowano, że mąż Jaskółki, Xiao Jin Li, nie bierze do łoża młodszych kobiet, gdyż obawia się zemsty żony biegłej w sztuce trucicielskiej. Mając dwadzieścia lat, Jaskółka została adoptowana za swe liczne zasługi wobec rodu przez następcę Xiao Fenga, Zhan Shi zwanego Skorpionem, najlepszego w dziejach wojownika. Często wracała myślami do tamtego dnia, zastanawiając się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby wtedy odmówiła. Skorpion z pewnością uszanowałby jej decyzję, a jako Ye Jian mogłaby także po dziś dzień służyć krajowi. Czasem nie rozumiała, co nią wtedy kierowało, zapewne niepotrzebna duma. Wtedy nie zdawała sobie sprawy z ogromu obowiązków, nie wiedziała, jakim brzemieniem może stać się konwenans. Miała szczęście, że została wydana za mąż za człowieka, którego szanowała i potrafiła polubić. Urodziwszy i wychowawszy mu trzech zdrowych synów, wkraczała

Bracia Xiao

w zmierzch swego życia. Po adopcji musiała porzucić Ye Jian, przez co z czasem zmniejszyły się jej bojowe możliwości. Skorpion, który zmarł kilka lat wstecz ze starości, przekazał synom Jaskółki tajniki swego kunsztu bojowego, jednak żaden z młodych wojowników nie dorównywał mu w pełni. Pani Xiao uważała, że wraz z odejściem Zhan Shi skończyła się pewna era w dziejach państwa. Zwyczajem wojowników Xiao było tatuowanie blizn po ranach odniesionych w walce. Umierając, Skorpion nie miał ani jednego tatuażu, choć nigdy nie unikał bitew ani pojedynków. Po śmierci Li Liang, jedynej kobiety w swym życiu, tylko walka pozostała jego miłością. Jaskółka była obecnie prawie dwadzieścia lat starsza od Li Liang, kiedy ta zginęła z własnej ręki, wybierając samobójstwo zamiast powolnej śmierci w męczarniach spowodowanej klątwą Ai Zheng, która uderzała w ród Xiao raz na pokolenie. Córka Xiao Fenga i Skorpion darzyli się uczuciem, którego nie mogli publicznie okazywać, by nie zhańbić rodu. Po śmierci Li Liang Xiao Zhan Shi nie znalazł innej kobiety – nie szukał. Poświęcił się sprawom ludu i państwa. Troszczył się także o Jaskółkę niczym prawdziwy ojciec, choć była już dorosła. Zadbał, by dobrze wyszła za mąż i nie zaznała złego traktowania. Oboje nie wiedzieli jeszcze wtedy, że mąż jaskółki, Jin Li, zostanie następcą Skorpiona. Łzy zabłysły w oczach pani Xiao. W obliczu obecnych wydarzeń szczególnie doskwierała jej tęsknota za dawno utraconą swobodą młodości. Zbliżał się czas oddania władzy w ręce synów. Włości Xiao znacznie poszerzyły swe granice, odkąd Jaskółka została adoptowana, wybór następcy nie mógł więc być przypadkowy. Robiła, co mogła i czego od niej wymagano, by wychować synów na porządnych Xiao, jednak to, co zaobserwowała ostatnio, przyniosło jej rozczarowanie. Młodzieńcy wydawali się nie zdawać sobie sprawy z powagi obowiązków, jakie wkrótce na nich spoczną. Owszem, ich umiejętności bojowe były imponujące, ale charaktery pozostawiały wiele do życzenia. Pani Xiao tak naprawdę odczuwała wyrzuty sumienia wobec synów, ściślej mówiąc dwóch starszych. Kiedy przyszli na świat, wzorowo pełniła obowiązki matki, jednak bez osławionej matczynej miłości. Prawdziwą radość macierzyństwa odkryła dopiero w trzeciej ciąży i choć nie chciała przyznać tego nawet przed samą sobą, z całej trójki kochała najbardziej najmłodszego syna. Xiao Jin Shen przypominał Jaskółce samą siebie z czasów młodości. Podzielał jej zainteresowanie sztuką trucicielską i działaniem w ukryciu. Nie widziała go jednak w roli władcy całego państwa, choć uważała, że mógłby w przyszłości stanąć na czele Ye Jian – chciała tego. Najstarszy syn Jaskółki, Xiao Zang, z wielu względów wydawał się być idealnym następcą, choć brakowało mu jeszcze pewnej przenikliwości. Największym

37


Horyzonty Wyobraźni zmartwieniem okazał się średni syn, Xiao Ji Qing. Po ostatniej zwycięskiej bitwie na granicy sprowadził sobie oficjalnie egzotyczną konkubinę, choć jego status nie uwzględniał takiego przywileju. Na samą myśl o tym Jaskółkę zalewała krew. Zmarszczyła gniewnie brwi. Co on sobie myślał? I czy w ogóle myślał? Wzburzona pani Xiao opuściła swój pawilon, chcąc zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Starym zwyczajem poszła przejść się wzdłuż murów. Po zachodniej stronie pałacu wypatrzyła niedawno lisa polującego w trawie. Obserwowanie zwierzęcia sprawiło jej nieoczekiwaną przyjemność. Zgrabne, smukłe stworzenie wypatrywało gryzoni, po czym szybkim ruchem wybijało się w powietrze, by spaść na nieświadomą ofiarę, w ten sposób pozbawiając ją życia i zdobywając pożywienie. Ruda sierść zwierzęcia lśniła złotem w blasku zachodzącego słońca. Jaskółka zabroniła wartownikom strzelać do lisa, który oddalał się właśnie ze zdobyczą w pysku, kiedykolwiek pojawi się pod murami pałacu. Pomyślała, że może zwierzę też miało jakieś dzieci i martwiło się ich losem. II – Ludzie i lisy Lisica (bo zwierzę obserwowane przez panią Xiao było samicą) pożywiła się tłustą polną myszą i pobiegła z powrotem do lasu. Dotarłszy do nory i upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, zniknęła w środku. Musiała nieco przykucnąć, by przebyć wąski korytarz, mogła się wyprostować dopiero w pieczarze na jego końcu. W środku panowały ciemności, ale lisicy to nie przeszkadzało. Jak najdelikatniej mogła, chwyciła zębami zawiniątko leżące na stercie szmat i wyszła z nim na zewnątrz. Ponownie rozejrzała się za przypadkowymi świadkami i, nie dostrzegając nikogo, przybrała ludzką postać. Pospiesznie owinęła się wcześniej ukrytym w krzakach ubraniem, usiadła pod drzewem i przytuliła do siebie zawiniątko. W środku spało niemowlę. Kobieta-lis uśmiechnęła się do dziecka. Czekała spokojnie, aż się obudzi, by je nakarmić i umyć. Śpiewała niemowlęciu kołysanki, dopóki z powrotem nie zapadło w sen. Wówczas zamieniła się znów w lisa i ukryła się wraz z dzieckiem na noc w pieczarze. Otulone lisią kitą niemowlę spało spokojnie, nie budząc się do rana. Kobieta-lis nie mogła jednak zasnąć. Czuła się obolała, choć nie fizycznie, i chciało jej się płakać. Rankiem, kiedy pełniła swe codzienne obowiązki w mieście, doszły ją słuchy, że Xiao Ji Qing wrócił zwycięsko z wojny. Jej serce zatrzepotało z radości na tę wieść. Kiedy opuszczał ją prawie rok temu, nie wiedziała jeszcze, że nosi jego dziecko. Ponieważ ona była tylko służącą, jej związek z młodym panem Xiao pozostawał w ukryciu. Kobieta-lis nie miała złudzeń, wiedziała, że nigdy nie zostanie żoną Ji Qinga, nawet jako matka jego dziecka. Liczyła jednak na wzajemność. Kto wie, może Ji Qing nawet uznałby dziecko za prawowitego potomka, miał takie prawo. Pod nieobecność kochanka lisica ukrywała swój stan. Kiedy brzuch stał się zbyt niewygodny, ubłagała panią Xiao, matkę Ji Qinga i jednocześnie babkę swego dziecka, by zwolniła ją na jakiś czas pod pretekstem odwiedzin w domu rodzinnym. Dowiedziawszy się o powrocie ukochanego, lisica pobiegła do koszar, gdzie spodziewała się go zastać. Wówczas przekonała się na własne oczy, że plotki, które początkowo nawet jej nie zaniepokoiły, okazały się prawdą. Ji Qing, znakomity młody wojownik i jeden z pretendentów

38

do tronu, powrócił w glorii chwały z konkubiną u boku. Lisica musiała przyznać, że najnowszej wybrance pana Xiao nie brakowało urody. Lśniące, kasztanowe loki spływały po jej pięknie ukształtowanych ramionach na duże, jędrne piersi. Twarz osłonięta delikatnym woalem była słabo widoczna, za to reszta odzienia nie maskowała zbyt wiele. Kobietalis z niechęcią podziwiała płaski, doskonale ukształtowany brzuch i błyszczący klejnot w pępku rywalki. Ludzie powiadali, że konkubina Ji Qinga to wykwalifikowana tancerka, która panuje nad swoim ciałem niczym najlepsi wojownicy. Lisica zaniedbała swe obowiązki tego dnia. Ukryła się w lesie i gorzko płakała, tuląc do siebie niemowlę. Kiedy Xiao Ji Qing triumfalnie przejeżdżał drogę do pałacu, jego była kochanka odważyła się wyjść mu na spotkanie. Nawet jej nie dostrzegł. Kobieta-lis widziała, jak jego dłoń wędruje czule po nagich plecach tancerki. Wówczas zrozumiała, że to, co łączyło ją z Ji Qingiem, zostało bezpowrotnie stracone. Znów została sama, znów musiała się z tym uporać. Lisica nie znała swych prawdziwych rodziców. Jako niemowlę została podrzucona pod przypadkowe drzwi. Miała szczęście w nieszczęściu, bo ludzie, do których trafiła, potraktowali ją jako dar bogów. Kiedy dla dziewczynki stało się jasne, że nie jest zwykłym człowiekiem, ukryła ten fakt. Lisy, jako leśne duchy, w państwie Xiao przede wszystkim wzbudzały strach i nieufność. W miarę możliwości próbowała zgłębiać tajniki swej natury, ale bez pomocy nigdy nie odkryła jej w pełni. Potrafiła odnaleźć się w obu światach – ludzi i zwierząt. Jako wychowanka człowieka preferowała jednak ten pierwszy. Nigdy zresztą nie spotkała innego lisa. Lasy w kraju wojowników Xiao zbyt często stawały się areną bitew, dlatego brakowało w nich zwierzyny. Przybrani rodzice byli już dość posunięci w latach, kiedy niemowlę do nich trafiło i zmarli, zanim lisica usamodzielniła się w pełni. Dziewczyna musiała na siebie zapracować. Dzięki miłej aparycji i rozmaitym talentom znalazła miejsce w pawilonie kobiet. I tam, na swoje nieszczęście, poznała średniego syna pani Xiao, Ji Qinga. Niedoświadczonej dziewczynie schlebiało zainteresowanie śmiałego i przystojnego młodzieńca. Ich romans trwał wiele miesięcy, aż przerwała go wojna. Xiao Ji Qing marzył o tej wyprawie. Czuł, że jako potomek władcy i wychowanek legendarnego Skorpiona, został stworzony, by dokonać czegoś niebywałego. Zwyciężył i przywiózł ze sobą nagrodę o pięknych oczach i wąskich dłoniach. Kobieta-lis długo jeszcze płakała tej nocy. III – Pomiędzy mężem i żoną Jaskółka czekała na męża, sącząc z czarki zieloną, gorzką herbatę. Cierpkie ziele słabo gasiło pragnienie, jednak zatopiona w rozmyślaniach kobieta nawet tego nie zauważyła. Xiao Jin Li, jej mąż, zwykle nieco się spóźniał. Miał zwyczaj osobiście doglądać wszelkich spraw w państwie, nie polegając szczególnie na doradcach. Pozycja tych ostatnich została zresztą znacznie osłabiona po tym, jak szereg lat temu członek tego szacownego grona mędrców, Guo, zdradził Xiao Fenga. Przejęcie tronu nie powiodło się, ale stary władca stracił życie. Jaskółka dobrze pamiętała te wydarzenia, brała w nich udział jako przyboczna Skorpiona. Pani Xiao mimowolnie westchnęła, ponownie niepokojona przypływem tęsknoty. Choć wówczas niemal nieustannie ryzykowała życiem, dawne problemy wydawały się łatwiejsze od tych, z jakimi mierzyła się teraz.

Karolina Kaczkowska


Horyzonty Wyobraźni Wejście Xiao Jin Li oderwało jego żonę od ciężkich myśli. Jaskółka uśmiechnęła się na widok małżonka, wstała i objęli się na powitanie. Choć małżeństwo było zaaranżowane i nigdy nie doświadczyli razem wybuchów ognistej namiętności, potrafili się porozumieć i polubić. Dążenia pary władców biegły w tym samym kierunku, oboje żyli głębokim poczuciem obowiązku wobec kraju. Nieoczekiwanie Jaskółka przypomniała sobie wieczór, kiedy Jin Li po raz pierwszy przybył do Xiao z odległej prowincji. Wykorzystując umiejętności Ye Jian, zakradła się wówczas do jego sypialni, by z bliska przyjrzeć się przyszłemu mężowi. Okazało się, iż umiał doskonale udawać śpiącego. Trochę wówczas rozmawiali, po tym jak zaprzestali walki i już wtedy zrodziła się ich wzajemna fascynacja. Jaskółka uśmiechnęła się do wspomnień i poczuła się pokrzepiona. – Ji Qing prosił mnie dziś o pozwolenie na wydanie uczty – powiedział Jin Li, kiedy usiedli. – Wyraziłem zgodę. Jaskółka uniosła brwi w wyrazie zdziwienia. – Dlaczego mielibyśmy pozwalać mu chełpić się publicznie w ten sposób? I to po jednym zaledwie zwycięstwie, do tego mniejszej wagi? – Żeby móc ocenić, kim stał się nasz syn i ustalić, jak będziemy postępować dalej. Przed nami wybór następcy, droga żono. – Ciągle zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd, wychowując Ji Qinga – westchnęła Jaskółka i potarła dłonią czoło, na którym widniała pionowa zmarszczka wyrażająca głębokie zmartwienie. – Ten chłopak nie widzi nikogo i niczego poza sobą i własnymi pragnieniami. Pierwsze i, póki co, jedyne zwycięstwo przewróciło mu w głowie. Co będzie dalej? I jeszcze ta… cudzoziemka. Najpierw moja służąca Mei, a teraz jakaś… – Pani Xiao zdołała powstrzymać się od inwektyw, choć gniew zagotował krew w jej żyłach. Jin Li pokiwał głową. – Wciąż jestem jego zwierzchnikiem. Mogę znów posłać go do boju. I tak w kółko, dopóki nie zmądrzeje lub nie zginie – w głosie pana Xiao pobrzmiewał smutek. – Kwestię konkubiny pozostawiam twoim umiejętnościom. Powinniśmy sprawdzić, czy nie jest szpiegiem. W sprawie jej związku z Ji Qingiem zrób, co uznasz za stosowne. Co za życie, pomyślała Jaskółka. Zmusza nas do knucia przeciwko własnym dzieciom. W imię czego? Ale głośno przyznała mężowi rację. – Jakieś wieści o Zangu? – spytała o najstarszego syna. – Jak dotąd bez zmian, wciąż próbują utrzymać południową granicę. Bez posiłków się nie uda. Rozważałem wysłanie tam Ji Qinga, jednak znasz Zanga. Mógłby uznać to za potwarz, wyraz zwątpienia w jego możliwości. Jaskółka pokiwała głową. Rola matki i żony wojowników nie należała do łatwych. Perspektywa nagłej konieczności zmierzenia się ze śmiercią najbliższych stale jej towarzyszyła. Pani Xiao musiała jednak iść przez życie z podniesionym czołem i niewzruszoną twarzą. Taka była cena, którą płaciła za lekkomyślne przyjęcie na siebie odpowiedzialności. Jaskółka podniosła się z rzeźbionego krzesła, ucałowała męża i oddaliła się do swego pawilonu, chcąc zostać sam na sam z myślami. Jin Li patrzył w ślad za żoną, dopóki nie zniknęła w drzwiach. Cieszył się, że ma przy sobie taką kobietę. Cechowały ją opanowanie i rozwaga, co podobno nie należało do typowych cech wysoko postawionych żon. Choć trzy ciąże, zakończone w każdym przypadku narodzinami dorodnego chłopca, odebrały smukłość jej figurze, powierzchowność Jaskółki wciąż zadowalała władcę Xiao.

Bracia Xiao

Niezmiennie jednomyślni, razem wciąż stanowili duet nie do pokonania. IV – Tancerka ze wschodu Konkubina Xiao Ji Qinga przeciągnęła się z rozkoszą w jedwabnej pościeli. Delikatna tkanina pieściła jej śniadą skórę niczym dłoń kochanka. Fairuz pierwszy raz spędziła noc w takim komforcie. Dotychczasowe życie nie przyzwyczaiło jej do wygód, za to nie szczędziło bólu, łez i upokorzeń. Urodziła się jako jedna z wielu córek wielmoży, co samo w sobie nie było złe, choć z punktu widzenia społeczeństwa nadmiar potomkiń był dopustem. Ponieważ nikt nie przywiązywał wagi do jej istnienia, nieprędko zauważono, kiedy została porwana. Jako mała dziewczynka doświadczyła wielu krzywd ze strony mężczyzn. Do dziś oczy ciemniały jej z gniewu, gdy przypominała sobie tamto traktowanie. Robili z nią, co chcieli, dopóki pewna bogata kobieta w mieście nie dostrzegła potencjału w urodzie dziecka. Fairuz została odkupiona za niewielką sumę – zainwestowano w nią. Nowa właścicielka dziewczynki prowadziła w mieście ekskluzywny przybytek uciech cielesnych. Fairuz została wykąpana, poddana oględzinom przez kilka starszych kobiet i skierowana do skromnego, lecz czystego pokoiku. Kilka lat szkolono ją w sztuce uwodzenia, a gdy miała piętnaście lat, wielokrotnie sprzedano jej od lat nieistniejącą cnotę cudzoziemcom. Zaczęła także uczyć się tańca, nazywanego przez zagranicznych klientów tańcem brzucha. Talent Fairuz został doceniony, odtąd głównie występowała, stając się miejscową atrakcją, i sama mogła decydować, z jakimi klientami sypia. Tylko do takiego stopnia doświadczyła wolności. A potem, niespodziewanie, zjawił się młody Xiao Ji Qing i choć sprowadził na wszystkich zamęt i cierpienie, sama Fairuz skorzystała z sytuacji. Omotanie mężczyzny nie sprawiało jej najmniejszych trudności, zwłaszcza tak niedoświadczonego i zapatrzonego w siebie jak młody wojownik Xiao. Tancerka wiedziała, czego mężczyźni oczekują od takich jak ona i zaoferowała to wszystko Ji Qingowi, który przyjmował z radością, cokolwiek zechciała mu dać. Obsypał ją złotem i zabrał do swego kraju, obcego, ale umożliwiającego Fairuz rozpoczęcie nowego życia. To okazało się jednak trudniejsze niż przypuszczała. Zewsząd otaczali ją milczący, skośnoocy ludzie, spieszący do swoich spraw. Miała wrażenie, że traktują ją dobrze tylko ze względu na autorytet Ji Qinga. Młody pan Xiao mało wiedział o kobietach, był dość niezręcznym kochankiem w ocenie Fairuz, czego nie dała mu odczuć. Nie należało wytykać mężczyźnie braków w tej sferze, jeśli chciało się mieć w nim sojusznika. Fairuz wstała i, ku swojemu zdumieniu, ujrzała, że Ji Qing sprowadził dla niej dwie służące. Dziewczęta pomogły tancerce w porannych ablucjach, choć musiała je poinstruować, jak i czym powinny pielęgnować jej włosy i skórę. Fairuz, przyzwyczajona do nieco wyższych temperatur i bardziej skąpego odzienia, nawet w stroju typowym dla tych stron stała się widowiskiem. Gdy wyszła na balkon, ludzie zatrzymywali się, by popatrzeć na piękną cudzoziemkę. Tancerka była przyzwyczajona do pożądliwych i ciekawskich spojrzeń. Prawdziwy, pierwszy w tych stronach występ miała dać dopiero wieczorem, na przyjęciu dla uczczenia zwycięstwa Ji Qinga. Poprosiła swoje nowe służące o pomoc w przygotowaniach. Ośmieliła młode kobiety, by z nią rozmawiały,

39


Horyzonty Wyobraźni choć wciąż nie rozumiała jeszcze ich języka wystarczająco dobrze. Musiała jednak dbać o siebie, chciała nawiązać serdeczne stosunki z mieszkańcami Xiao – pewnego dnia od tej znajomości mogło zależeć jej życie. Wkrótce pokój rozbrzmiewał śmiechem trzech młodych kobiet. Służące podziwiały egzotyczną urodę Fairuz i stroje tancerki. Wszystko toczyło się zgodnie z zamierzeniem sprytnej cudzoziemki. V – Panowie Xiao Jin Shen, najmłodszy syn Jaskółki i Jina Li, niechętnie uczestniczył w przyjęciach. Uważał je za stratę cennego czasu. Wolałby go spędzić w swoich komnatach, pochylony nad zwojami i aparaturą. Gdyby nie przyszedł na ucztę Ji Qinga, obraziłby brata. Także rodzice mogliby mieć coś przeciwko takiemu postępkowi. Jin Shen miał zwyczaj spędzać przyjęcia w jeden sposób – siedzieć na uboczu i obserwować towarzystwo w poszukiwaniu interesujących symptomów i szczegółów. Dawno temu jego matka postępowała w ten sam sposób i nigdy nie traciła czujności. Siadywała tuż za krzesłem Skorpiona, a wyostrzonym zmysłom Ye Jian nie umykał żaden, nawet najmniejszy detal. Ji Qing czuł narastającą ekscytację z powodu przyjęcia. Pragnął odebrać należny mu hołd i pochwalić się zdobyczą – Fairuz. Na samą myśl o niej poczuł przypływ pożądania. Nigdy wcześniej nie miał tak umiejętnej kochanki. Jej dłonie i usta dokonywały cudów, była jego przewodniczką po krainie rozkoszy, a on ufnie dawał się prowadzić. Poza tym Fairuz podziwiała go, okazywała wdzięczność i radość, gdy byli razem. Pochlebiało to młodemu wojownikowi. Wcześniej miał tylko jedną kochankę, służącą swej matki imieniem Mei. Ostatnio często wracał do niej myślami. Pomiędzy nią a Fairuz nie było porównania, jednak mile wspominał wspólnie spędzony czas. Ciekawiło go, czy o nim zapomniała. Od powrotu, mimo usiłowań, nie udało mu się jej spotkać. Pytanie Jaskółki o jedną ze służących wydało mu się zbyt ryzykowne. Tymczasem Mei mknęła przez las w postaci lisa. Od powrotu Ji Qinga pracowała i zajmowała się dzieckiem ze zdwojoną energią. W ten sposób odrywała się od bolesnych myśli i rozpamiętywania widoku ukochanego z inną. Słyszała, że ta cudzoziemka będzie dziś tańczyć na przyjęciu na cześć Ji Qinga. Całe szczęście Mei nie została zaproszona. Niemowlę spało w objęciach matki, nieświadome bólu pożerającego jej serce. Kobieta-lis rozważała różne opcje. Najlepszą wydawało się opuszczenie Xiao lub chociaż pałacu. Mei wiedziała, że Jaskółka ją lubi, na pewno zgodziłaby się na jej odejście. Z drugiej strony bała się stanąć oko w oko z przenikliwą panią Xiao i porozmawiać szczerze o swej sytuacji. Szczerze oczywiście tylko do pewnego stopnia. Kiedy tak siedziała z dzieckiem przy piersi i rozmyślała, jej wrażliwe uszy wychwyciły hałas niepasujący do leniwego popołudnia. Szybko ukryła dziecko w pieczarze i w postaci lisa pobiegła pod zamek. Z daleka ujrzała chmurę pyłu wzbijaną przez końskie kopyta. Od strony południa zbliżali się jeźdźcy. Mei zauważyła, że wartownicy na murach też już ich dostrzegli. Lisica ukryła się w trawie i czekała, aż się zbliżą. Zanim ujrzała ich na własne oczy, z murów zabrzmiały wiwaty. To najstarszy syn rządzącej pary, Xiao Zang, zwycięsko wracał z bitwy. Wojna na południu dobiegła końca. Mei zawsze czuła respekt wobec Xiao Zanga, nie potrafiła patrzeć mu w oczy. Był mężczyzną imponującej postury, o pięknie wyrzeźbionej twarzy. Powiadano, że wyglądem bardzo

40

przypominał młodego Skorpiona. Lisica ogarnęła wzrokiem jeźdźców. Wielu żołnierzy było rannych, powróciło ich znacznie mniej, niż wyjechało. Xiao Zang wrócił z tarczą, jednak drogo okupił zwycięstwo. Mei pognała do luki w pałacowym murze, swej zwyczajowej drogi tam i z powrotem. Ubrana wróciła w ludzkiej postaci do pawilonu Jaskółki. W tym czasie pani Xiao akurat rozmyślała o swej ulubionej służącej, która ostatnimi czasy nader często wymykała się w ciągu dnia pod rozmaitymi pretekstami. Jaskółka, wyczulona na punkcie szpiegów, obserwowała Mei nawet uważniej niż wtedy, gdy odkryła romans służącej z Ji Qingiem. Trzeba przyznać, że młodzi się pilnowali, żadne plotki nie krążyły na ich temat. Dopiero teraz średni syn zdecydował się zniszczyć swą reputację nieodpowiedzialnym, samolubnym zachowaniem. Jaskółka zgrzytnęła zębami ze złości. Jej uszu dobiegł odgłos znajomych kroków. Po chwili do komnaty weszła Mei ze swą śliczną twarzą zaróżowioną z wysiłku. – Biegłaś? – odezwała się pani Xiao. – Stało się coś? – Twój syn, pani, Xiao Zang powrócił zwycięsko z wojny! Na te słowa Jaskółka poderwała się z krzesła z wyrazem nieukrywanej radości na twarzy. Miała ochotę objąć służącą i zatańczyć z nią po pokoju, ale ponieważ nie wypadało jej okazywać tak silnych emocji, poprzestała na uśmiechu. Mei krzątała się po pokoju, opowiadając o wrzawie pod bramą. Jaskółka, poprawiając ubranie, słuchała uprzejmie służącej, jednocześnie uważnie ją obserwując. Ubranie Mei było w nieładzie, być może potargał je pęd powietrza, kiedy kobieta biegła. Rozchylona na dekolcie szata odsłaniała raz po raz nabrzmiałe mlekiem piersi. Pani Xiao nie bez zdumienia odkryła, że służąca ukrywa gdzieś przed nią potomka. Pozostało zastanowić się, jaki był tego powód. – Dokończ sprzątanie, Mei. Ja pójdę powitać mego syna – powiedziała Jaskółka tonem niezdradzającym żadnych emocji. – Jeśli chcesz, przyjdź na dzisiejszą ucztę. Służąca wyraźnie zmieszała się na te słowa, co nie umknęło uwadze Jaskółki. Wyjąkała coś o obowiązkach domowych, nie patrząc nawet w stronę pani Xiao. Jaskółka miała teraz bardziej naglące sprawy na głowie, zostawiła więc sekrety Mei na później. VI – Uczta na cześć zwycięzców Xiao Jin Li czekał, pozornie niewzruszony, na nadejście wieczoru. Nikt nie spodziewał się powrotu Zanga tak szybko. Młody dowódca stracił ponad połowę oddziału, wrócił jednak zwycięsko, mimo że jego ciało za kilka dni pokryją nowe tatuaże. Ojciec Zanga obawiał się reakcji pierworodnego wobec uczty na cześć młodszego brata. Dyplomatyczne zachowanie Ji Qinga zaskoczyło zarówno jego, jak i Jaskółkę, ponieważ powitał on brata z należytym szacunkiem i ogłosił, że to przyjęcie z okazji jego triumfalnego powrotu. Xiao Zang, nie znając pierwotnego powodu uroczystości, ochoczo dołączył do biesiady. Kiedy opróżniono pierwsze talerze i dzbany, nadszedł czas na główną atrakcję wieczoru. Na środku sali pojawiła się Fairuz, której ciało i włosy błyszczały w świetle ognia, namaszczone wonnym olejkiem. Na sobie miała tylko zdobiony stanik i delikatną spódnicę z bogato wyszytym pasem, porozcinaną po bokach. Bransoletki na nadgarstkach i kostkach podzwaniały w rytm jej kroków. Wraz z Fairuz na scenie pojawili się wcześniej poinstruowani muzycy. Nieco spięci, zaczęli grać obcą muzykę. Fairuz rozpoczęła występ.

Karolina Kaczkowska


Horyzonty Wyobraźni Jej biodra poruszały się w rytm muzyki, brzuch falował, a ramiona naśladowały gibkie węże. Nikt z mieszkańców Xiao nie widział wcześniej takiego tańca. Biodra drżały, wraz nimi trzęsły się pośladki i brzuch, przy czym górna połowa ciała poruszała się lekko; biust zataczał zmysłowe koła. Występ Fairuz spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, zwłaszcza wśród mężczyzn. Odziana w turkusowe jedwabie cudzoziemka rozpaliła wyobraźnię panów, jednocześnie wzbudzając niechęć dam. Jaskółka uważniej niż tancerkę obserwowała swoich synów. Jin Shen, skryty i małomówny od dziecka, wydawał się być nieporuszony widowiskiem. Ji Qing cieszył się niczym mały chłopiec z pięknej, nowej zabawki, natomiast w oczach Zanga dostrzegła absolutny zachwyt i pożądanie. Poruszyła się niespokojnie i westchnęła, a wtedy Jin Li ścisnął jej dłoń i szepnął do ucha: – Jeśli nasi synowie zaczną wojnę z powodu kobiety, będziemy przynajmniej wiedzieć, że żaden z nich nie nadaje się na przyszłego władcę. – Co wtedy? – syknęła Jaskółka, nie spuszczając gniewnych oczu z Zanga i Ji Qinga. – Adopcja? – Pani Xiao odczuwała wewnętrzny bunt. Czy po to zrezygnowała z wolności, którą, mimo pewnych obowiązków, cieszyła się w młodości jako Ye Jian? Czy po to pozwoliła trzy razy rozerwać swe ciało, by wydać na świat bezużyteczne dzieci? – Nasi synowie są jeszcze młodzi – uspokajał ją mąż. – Mają prawo błądzić. Tymczasem Fairuz, zmęczona dynamicznym tańcem, wyszła się przewietrzyć. Ji Qing zniknął gdzieś, została sama. W ślad za nią ruszył Zang. – Doskonały występ, pani – przemówił, kiedy odwróciła się na dźwięk jego kroków. – Nie widziałem dotąd niczego tak imponującego. Mój brat zrobił mi prawdziwą niespodziankę. Nie będąc pewną, czy dobrze rozumie kontekst, Fairuz nadała rozmowie bardziej konwencjonalny ton. – Nawet nie w połowie tak wspaniały, jak twoje zwycięstwo, panie Xiao. – Opowiedz mi coś o sobie, o kraju, w którym kobiety potrafią tak pięknie tańczyć – poprosił Zang. Rosły wojownik stał blisko niej, pozostawiając jednak pewien bezpieczny dla kobiety dystans. Oczy Zanga starały się pochwycić spojrzenie Fairuz. – Mój kraj… – zająknęła się tancerka. Doświadczenie nauczyło ją, że mężczyźni nie potrzebują i nie chcą z nią rozmawiać, jedynie korzystać z powabu jej ciała. Gdyby nie zachwyt Zanga, z jakim obserwował jej taniec, pomyślałaby, że wojownik woli mężczyzn. Byli sami, miał świetną okazję do położenia łap na jej ciele, mógłby zrobić i dużo więcej, on jednak chciał słuchać, co Fairuz ma do powiedzenia. Zamiast mówić, rozpłakała się. Zang pomyślał, że zrobił jej jakąś przykrość, wspominając o kraju rodzinnym i natychmiast przeprosił, po czym oddalił się zmieszany. Wszak ta kobieta była wojenną zdobyczą, musiała wiele wycierpieć. On sam, choć kochał wojenne rzemiosło, bywał nim zmęczony. Nikomu nie przyznał się do nieustannego lęku, który toczył go przez ostatnie dni. Wiele ryzykował, samotnie nacierając na dowódcę wrogiej armii i jego przybocznych, mimo że jeszcze nie do końca ufał własnym umiejętnościom. Próba ta pokazała, jak dobrze opanował styl Skorpiona. Po jednym śmiertelnym ciosie przypadło na każdego z dwóch przednich przybocznych. Xiao Zang zwarł się na krótko z trzecim,

Bracia Xiao

a wówczas morale ostatniego podupadło na tyle, by uciekł, porzucając swego dowódcę – wszak martwy, którym niechybnie stanie się już za chwilę, nie mógł go ukarać. Zang ocenił przeciwnika. Lata wojennego doświadczenia przeciwko młodości, tężyźnie fizycznej i niezłym umiejętnościom. To nie musiało się udać, ale mogło. Xiao Zang, unikając ataku bojowego rumaka, zdołał ciąć biedne zwierzę przez brzuch. Koń zachwiał się i opadł na przednie nogi. Zang obciął głowę konającego zwierzęcia, a jego krew bryznęła na obu walczących. Przeciwnik młodego Xiao uwolnił się z siodła. Mimo podeszłego wieku, dowódca wrogiej armii okazał się nadspodziewanie szybki. Zang nie umknął pierwszemu ciosowi w lewe ramię, gdzie stary ciął go precyzyjnie w spojenie zbroi. Truchło konia leżące między mężczyznami stanowiło denerwującą przeszkodę i nie pozwalało zbliżyć się na optymalną odległość. Zang zaryzykował po raz kolejny. Rzucił się w bok, wychodząc poza zasięg przeciwnika i podniósł z ziemi porzuconą włócznię. Po chwili broń sięgnęła wrogiego dowódcę. Zang obciął martwemu głowę i wzniósł okrzyk triumfu. Szedł, zbroczony krwią, z trofeum w ręku, przez pole rojące się od walczących. Rozdawał ciosy na prawo i lewo, wkrótce wrogie wojska zaczęły się rozpraszać. Wlał w żołnierzy Xiao nowe siły. Choć sytuacja wydawała się z początku beznadziejna, wygrali. Wracając na przyjęcie, Zang bezwiednie dotknął rany na lewym ramieniu. Ji Qing w tym czasie uganiał się za Mei, którą wypatrzył w tłumie gości. Wyglądała ładnie i świeżo, lecz wydawała się nieco smutna. – Mei, Mei! – zawołał, łapiąc jej dłoń. – Czy mnie jeszcze pamiętasz? – Ty pytasz, czy cię pamiętam!? – Kobieta-lis zawrzała od gniewu. Z powodu, którego nie zamierzała mu wyjawiać, nigdy nie będzie mogła go zapomnieć. – Mei, czyżbym w czymkolwiek ci uchybił? – spytał Ji Qing, a w jego głosie nie było szyderstwa. Dziewczyna milczała, ale w jej oczach zabłysły łzy. – Chodzi ci o Fairuz? – domyślił się wojownik. – Mei, to, co było między nami… Przecież nigdy niczego ci nie obiecywałem. Ani ty mi. – To prawda. Jednak patrzenie na ciebie z nią sprawia mi ból – powiedziała szczerze lisica. – Nie mam zamiaru stwarzać problemów ani robić ci wyrzutów, ale daj mi pogodzić się z tym w spokoju. Teraz nie potrafię być twoją przyjaciółką. To mówiąc, odeszła. Ji Qing patrzył w ślad za nią, nie wiedząc, co o tym myśleć. Spodziewał się wybuchu płaczu, awantury, spazmów. Wręcz poczuł się zawiedziony opanowaniem byłej kochanki. Nie zauważył swej matki, która niczym cień podążyła za Mei. VII – Komplikacje Xiao Zang dowiedział się w końcu z rozmów osób postronnych, że na uczcie znalazł się niemal przypadkowo. Będąc człowiekiem szanującym obyczaje Xiao i własną pozycję, nie udał się z awanturą do rodziców, mimo że postawili młodszego syna przed starszym. Gniew zaczął jednak trawić jego serce, wybuchając z mocą, ilekroć Zang pomyślał, że jego brat właśnie zażywa rozkoszy z Fairuz. Zainteresowanie Ji Qinga egzotyczną kochanką osłabło nieco po rozmowie z Mei. Niedostępność służącej rozpaliła na nowo zmysły

41


Horyzonty Wyobraźni młodego wojownika. Zaczął umyślnie szukać okazji, by ponownie spotkać Mei. Kobieta-lis natomiast dokładała wszelkich starań, by go uniknąć. Fairuz dostrzegła słabnący entuzjazm Ji Qinga. Świadoma, że może to zagrozić jej bezpiecznej pozycji, coraz częściej myślała o Xiao Zangu. Wszak najstarszy brat mógłby zapewnić jej jeszcze więcej… Fairuz poprosiła swe służące, z którymi, dzięki własnym staraniom, była w bardzo dobrych stosunkach, by dowiedziały się, za kim ugania się Ji Qing. Jaskółka, odkrywszy sekret Mei, głowiła się, jak ma postąpić. Domyślała się, że ojcem dziecka służącej jest Ji Qing, choć nie mogła mieć całkowitej pewności. Zaskoczyło ją jednak odkrycie natury Mei. Jaskółka od dzieciństwa wiedziała, co lud gada o lisach. Były magicznymi stworzeniami zdolnymi przybierać ludzką postać w sobie tylko znanym celu. W niektórych regionach bano się ich, miały

42

istnieć po to, by mamić i wabić, w innych okolicach wierzono jednak w ich przychylność wobec rodzaju ludzkiego. Jaskółka nie podejrzewała Mei o złe intencje, znała ją kilka lat, jednak jako pani Xiao nie mogła niczego zakładać, bo nie zyskując całkowitej pewności, mogła narazić cały kraj na niebezpieczeństwo. Była Ye Jian znała dobrze swoje obowiązki. Każdy władca Xiao musiał niemal zapomnieć, że jest człowiekiem, porzucić własne pragnienia, sentymenty i marzenia, i na pierwszym miejscu postawić dobro państwa. Teraz także Jaskółka dzieliła trud, który kiedyś stał się udziałem jej ukochanych zmarłych – Li Liang i Skorpiona. Pani Xiao nie wyjawiła nikomu swego odkrycia, postanowiwszy najpierw rozmówić się z Mei w cztery oczy. ***

Karolina Kaczkowska


Horyzonty Wyobraźni Wkrótce nadszedł czas, by Xiao Zang wytatuował swe pierwsze blizny po ranach odniesionych w boju. Ji Qing, który na razie nie został ranny, towarzyszył bratu, by zobaczyć, jak wygląda ten proces. Mistrzowie tatuażu Xiao nie mieli sobie równych. Cienkimi igłami potrafili stworzyć na pobliźnionych ciałach magiczne obrazy, zachwycające mnogością kształtów i barw. Kiedy Xiao Zang poddawał się bolesnemu zabiegowi, Ji Qing nieopatrznie zakpił ze starszego brata. – Jesteś, bracie, lepiej zbudowany, ale w boju radzisz sobie widocznie gorzej niż ja – rzekł z uśmiechem. – Wszak to ja wróciłem z boju nietknięty. „Bo ojciec wysłał cię do walki ze słabo uzbrojonymi chłopami,” pomyślał Zang, a głośno odpowiedział: – Wszystko przed tobą, mój bracie. Ponownie w sercu Xiao Zanga rozgorzał gniew. Miał ochotę wstać i potrząsnąć młodszym bratem, który obrażał go bezmyślnie w obecności tatuatora. Zang okupił swoje zwycięstwo nad przeważającymi siłami wroga utratą ponad połowy oddziału, jednak na jego cześć Jin Li nie wydał uczty. Pierworodny Xiao nie był człowiekiem małostkowym, ale złość na brata zmieszana z zazdrością o piękną konkubinę, tym razem wzięły górę. Zang postanowił dać nauczkę Ji Qingowi i sięgnąć po to, co do niego należało, jego największą nagrodę – Fairuz. Tymczasem tancerka dowiedziała się, że najnowszy przedmiot pożądania jej kochanka to służąca Mei. Nie wiedziała o dawnym romansie pary, a oceniając powierzchowność lisicy, oszacowała, że nie jest to poważna konkurentka. Jaskółka ponownie śledziła Mei. Służąca kierowała się ku murom, gdzie istniało ukryte przejście, na szczęście dla pani Xiao zdolne pomieścić człowieka. Na końcu tunelu Mei przybrała postać lisa i pobiegła do lasu. Jaskółka nie bez problemów podążała za migającą w trawie, w blasku zachodu, biało zakończoną rudą kitą. Dotarłszy do lasu, zaczekała, aż Mei z powrotem zamieni się w człowieka, by nakarmić niemowlę. Obawiała się podejść zbyt blisko, by lisie zmysły nie odkryły za szybko jej obecności – nie chciała spłoszyć młodej matki. Zajęta dzieckiem Mei skamieniała, gdy niespodziewanie stanęła przed nią pani Xiao. – To dziecko Ji Qinga, mojego syna? – spytała bez ogródek. – Tak, pani – kobieta-lis podniosła się z leśnego runa z dzieckiem przy piersi i po raz pierwszy odważnie spojrzała w twarz pani Xiao. – Dlaczego ukrywasz przede mną wnuka, Mei? – spytała łagodnie Jaskółka. – Ji Qing wie? – Nie, pani. Nie powiedziałam nikomu. Nie chciałam się narzucać ze swymi problemami. Owszem, liczyłam na Ji Qinga, jednak on… – Wybrał inną – dokończyła Jaskółka. – Czy mój syn zna twoją prawdziwą naturę? – Nie powiedziałam mu – pokręciła głową Mei. Dziecko otworzyło na chwilę oczy, spojrzało na matkę, po czym powróciło do ssania. – Czy w Xiao są inni… ludzie-lisy? – spytała Jaskółka, nie wiedząc dokładnie, jak nazwać rasę Mei. – Nigdy żadnego nie spotkałam – odpowiedziała z cichym westchnieniem służąca. Zastanawiała się panicznie, co teraz będzie. Czy zginie? Straci dziecko? A może oboje zostaną wypędzeni? To ostatnie nie wydawało się takie złe, zwłaszcza że sama planowała odejść. Jej natura w widoczny sposób martwiła panią Xiao.

Bracia Xiao

– Kochasz Ji Qinga, Mei? Podobno ostatnio znów zaczął się za tobą uganiać. – Kocham, ale… – Służąca obawiała się powiedzieć prawdę. Wszak krytykowała syna pani Xiao przed nią samą – przestałam go szanować. A to wiele zmienia. Ku zdumieniu Mei Jaskółka lekko uśmiechnęła się na te słowa. – Mój syn jest głupcem – rzekła szczerze. – Ale jest też ojcem twojego dziecka, Mei, wnuka władców Xiao. Wiedząc to, nie mogę was tak zostawić. Wróć ze mną do miasta. Zamieszkasz w kobiecym pawilonie, a ja ustalę wraz z mężem, co dalej. Nie mogę obiecać ci zaszczytów i pozycji, ale nikt nie skrzywdzi ani ciebie, ani dziecka. Masz moje słowo. – A jeśli dowiedzą się, czym jestem? – Nie martw się tym teraz – Jaskółka sama zastanawiała się, jak to powiedzieć mężowi. Chyba żadna pani Xiao przed nią nie musiała uporać się z takim problemem. Kiedy Fairuz dowiedziała się o sprowadzeniu Mei do pawilonu kobiet, zaczęła myśleć o sobie jako o ofierze rodzinnego spisku. Była pewna, że Jaskółka umieściła tam tę kobietę specjalnie dla Ji Qinga, by ich rozdzielić. Bojąc się już nie tylko o swą pozycję, ale przede wszystkim życie (wiedziała przecież, że władcy Xiao nie darzą jej przychylnością), zaczęła traktować kochanka dość chłodno, grając niedostępną i chcąc tym sposobem znów zwrócić jego uwagę. Jego nieobecności przedłużały się. Pewnego wieczora niespodziewanie odwiedził ją Xiao Zang, wówczas uległa mu, widząc szansę w nowym romansie. Gdy po wszystkim, zamiast po męsku odwrócić się i zachrapać, przytulił ją i głaskał po włosach, pierwszy raz poczuła do mężczyzny coś innego niż pogardę i odrazę. Przestraszyło ją to i ucieszyło zarazem. Zang nie zdawał sobie sprawy z zamętu, jaki wprowadził w życie Fairuz. W duchu miał satysfakcję. Jego głupi młodszy brat, tak zadowolony z siebie, nie miał pojęcia, co dzieje się za jego plecami. Trzeba było być durniem, by zostawić taką kobietę jak Fairuz samą. A kiedy Ji Qing dowie się o wszystkim, to Zang stanie się tym, który śmieje się ostatni. VIII – Lis w pawilonie kobiet Ji Qing ukrywał się tymczasem w ogrodzie pawilonu kobiet, gdzie spodziewał się w końcu zastać Mei. Matka nie narzucała dziewczynie wielu obowiązków, prędzej czy później powinien się na nią natknąć. Spodziewał się, że mimo chłodu, jaki okazała mu na uczcie, w końcu padnie w jego ramiona. Jeśli nie, zawsze pozostawała mu Fairuz, uzależniona od niego na dobre czy złe. Ji Qing zmarszczył brwi. Nagle, pomiędzy starannie przyciętymi krzewami, pojawił się lis. Ji Qing słyszał opowieści o lisach, podobno były złymi duchami – tak głosiły znane mu legendy. Przyglądał się zwierzęciu, które przeciągnęło się, ziewnęło i zaczęło węszyć w powietrzu. W pewnej chwili spojrzało w jego stronę, jakby wyczuło, że jest obserwowane. Ji Qing poczuł się dziwnie. Podobno spojrzenie dzikiego zwierzęcia miało hipnotyczną moc. Lis błyskawicznym skokiem zniknął w krzakach. Ji Qing pomyślał, że następnym razem trzeba będzie zastrzelić zwierzę, na wszelki wypadek. Można by też rozłożyć w ogrodzie trutkę, może zły duch się skusi. Jako przyszły pan Xiao musiał dbać o bezpieczeństwo ludzi w pałacu. Mei nie ucieszyła się ze swego odkrycia. Jej stosunek do Ji Qinga zmienił się całkowicie, odkąd wojownik powrócił do Xiao. Nawet trochę wstydziła się uczuć, jakie kiedyś do niego żywiła, gdy okazało się, że nie jest ich

43


Horyzonty Wyobraźni wart. Współczuła tancerce, którą ze sobą przywiózł, bo ta najwyraźniej szybko przestała cieszyć się zainteresowaniem niestałego młodzieńca. Mei unikała Ji Qinga także na polecenie Jaskółki. Pani Xiao czekała na odpowiednią okazję, by ujawnić mężowi i synowi, jak mają się sprawy. Kobieta-lis nie opuściła tymczasowego schronienia wśród krzewów, dopóki zapach Ji Qinga nie przestał być wyczuwalny. Potrzeba przybrania lisiej postaci choć raz na jakiś czas nie opuściła Mei, pomimo częstego przebywania między ludźmi. Jako mieszkanka pawilonu kobiet starała się zachować jeszcze większą ostrożność niż w lesie. Jaskółka, od kiedy odkryła sekret Mei, nie przespała ani jednej nocy spokojnie. Raz po raz analizowała od nowa kolejne opcje rozwiązania sytuacji. Obawiała się nieco natury lisów, których nie znała, choć intuicja podpowiadała jej, że może zaufać Mei. Żadna z nich nie mogła jednak mieć pewności co do dziecka. Z drugiej strony niemowlę było przecież potomkiem Xiao. Jaskółka nie odczuwała rozrzewnienia na widok małych dzieci, uważanego za stosowne i kobiece, ale nie była też niewrażliwa, dlatego wolała trzymać się na dystans. Nawet nie spytała dotąd o płeć niemowlęcia. Końcem końców postanowiła nie dzielić się z nikim tajemnicą natury dziecka. Jeśli okaże się niebezpieczne, znajdą się ludzie zdolni temu przeciwdziałać, jak ona czy Jin Shen. Rankiem Jaskółka niezwłocznie udała się do męża i przedstawiła mu sytuację. Jin Li nie był szczególnie zaskoczony. – Cóż – powiedział, wysłuchawszy żony – jeden bękart to i tak niewiele przy trzech synach. – Wszystko przed nami – rzekła ponuro Jaskółka. – Ji Qing na pewno sypia ze swoją tancerką. Może powinniśmy zacząć oczekiwać kolejnego wnuka. – Co proponujesz zrobić w tej sprawie, droga żono? – Zmusić Ji Qinga do wzięcia odpowiedzialności za owoc swoich lędźwi. Nie spodziewam się, aby zapałał z nagła ojcowską miłością, jest za młody i co innego go teraz interesuje. Jednak nie można mu pozwolić uciec od zobowiązania. Chcę, by brał udział w wychowaniu dziecka. Powiemy mu wkrótce, przygotuję wszystko – to mówiąc, wyszła. Gdy małżonkowie zajęci byli rozmową, Ji Qing tymczasem szykował się na łowy. Postanowił upolować lisa z pawilonu kobiet dla wspólnej korzyści. Mei będzie tam bardziej bezpieczna, a Fairuz dostanie wspaniałe futro, co z pewnością poprawi jej humor. Prezenty od początku ich znajomości wydawały się wywierać jakiś cudowny, tajemniczy wpływ na tancerkę. Obdarowana znacznie chętniej wpuszczała go do łoża. Ji Qing uśmiechał się pod nosem, zadowolony ze swego pomysłu i pewien powodzenia. W sztuce łucznictwa – konnego czy pieszego – nie miał sobie równych. W głębi duszy zdawał sobie sprawę, że nie jest tak zręcznym szermierzem ani zdolnym dowódcą jak Zang i swe pierwsze zwycięstwo zawdzięcza w połowie szczęściu, a w połowie ojcu, który wybrał dla niego dość łatwe zadanie. Ji Qing nie widział jednak powodu, by głośno się do tego przyznawać. Tworzył swą własną legendę, a te, jak wiadomo, tylko po części składają się z prawdy. W pawilonie kobiet przyczaił się w tym samym miejscu, z którego poprzedniego dnia obserwował lisa. Nie musiał długo czekać. Zwierzę pojawiło się tym razem w nieco większej odległości. Najciszej jak potrafił, Ji Qing napiął cięciwę. Strzała pomknęła prosto w serce lisa. Zwierzę nie zdążyło

44

nawet pisnąć. Trafione, odtoczyło się między krzewy. Zanim młody pan Xiao opuścił kryjówkę, jego uszu dobiegł krzyk kobiet. Pełen pogardy dla niewieściego strachu, skierował swe kroki w stronę zdobyczy. Kilka kobiet zgromadziło się wokół miejsca, gdzie spodziewał się zastać zastrzelonego lisa. Zamiast martwego zwierzęcia, wśród opadłego na zroszoną trawę kwiecia, leżała naga Mei ze strzałą w piersi, tocząc krwawą pianę z ust. Ji Qing wypuścił łuk z rąk. – Strzelałem do lisa – powtarzał w kółko, stojąc w samym środku zamieszania, ślepy na wydarzenia, dopóki nie otrzeźwił go siarczysty policzek wymierzony ręką matki. IX – Niewierna – Zastrzeliłeś matkę swego dziecka, durniu – syknęła Jaskółka. Popchnęła Ji Qinga w stronę pawilonu. Młody wojownik szedł posłusznie, niczym skarcony szczeniak. Nie rozumiał, co się wydarzyło. Przecież widział lisa, trafił go! – Co z Mei? – spytał nieśmiało. – Będzie żyć? – Możesz być dumny ze swoich umiejętności łuczniczych, synu – Jaskółka odpowiedziała szyderstwem. – Zabijasz jedną strzałą. Od dziś możesz śmiało tytułować się Skorpionem Łuku. Mei nie żyje. – Strzelałem do lisa – powtórzył Ji Qing. – I trafiłem go. – Ale zabiłeś matkę swego dziecka – rzekła zimno Jaskółka, wskazując dłonią stojącą pod ścianą kołyskę. Ji Qing zbliżył się i po raz pierwszy spojrzał na ciemnowłosy owoc swej namiętności. – Jest moje? – spytał głupio. – Skąd wiesz? – Umiem liczyć i obserwować ludzi – odparła Jaskółka. – Mei nie chciała ci mówić, sprowadziłam ją tu, bo to dziecko Xiao, nawet jeśli tylko półkrwi. Życzeniem moim i ojca jest, byś je wychowywał. – A jeśli się nie zgodzę? – nuta sprzeciwu zabrzmiała w głosie Ji Qinga. – Nie tobie pierwszemu wydaje się, że bunt przeciwko zastanym prawom zmieni świat – rzekła matka, patrząc mu w oczy. – Ale jesteś w błędzie i niebawem przekonasz się o tym. Każdy przyszły władca Xiao musi jak najprędzej zrozumieć, że nie wolno mu myśleć o sobie jak o człowieku. Musisz porzucić swoje ambicje, marzenia i pragnienia. O swoim życiu myśl jak o służbie, bo urodziłeś się po to, by służyć ludziom i państwu. Zacznij od wzięcia odpowiedzialności za swoje dziecko, któremu odebrałeś matkę. Niech to stanie się twoją pokutą. Ji Qing wysłuchał matki, w duchu nie zgadzając się z jej słowami. Pochylił się jednak nad kołyską, chcąc wziąć dziecko na ręce. Uświadomił sobie wówczas, że nie wie jak. Wzburzony oddalił się, nie poświęcając ani jednego spojrzenia matce. Młody pan Xiao z potwornym zamętem w głowie przemierzał uliczki, kierując się ku swej rezydencji. Pragnął zaznać ukojenia w ramionach Fairuz. Ani to, co się stało, ani słowa matki nie docierały do niego w pełni, ale brzęczały mu w głowie niczym rój wściekłych os. Zdziwił się, widząc Xiao Zanga opuszczającego jego dom. Kiedy za najstarszym bratem pojawiła się Fairuz, a ich usta połączył namiętny pocałunek, zdziwienie Ji Qinga zastąpiła wściekłość. Ruszył w ich stronę biegiem. Znalazłszy się bliżej, uderzył Zanga styliskiem łuku. Starszy brat odepchnął go silnym ramieniem, aż Ji Qing upadł. – Jak śmiesz?! – krzyknął, podnosząc się z ziemi i sięgając po miecz. – Jak śmiesz brać coś mojego?!

Karolina Kaczkowska


Horyzonty Wyobraźni Xiao Zang uśmiechnął się szyderczo w odpowiedzi. Na ten właśnie moment czekał od dnia swego powrotu. – Może i jesteś, bracie, zwycięzcą. Nie umiesz jednak upilnować swej własności. Ani jej odpowiednio dogodzić. – Nie dostaniesz Fairuz. Jest moja! – Ryk wściekłości wydarł się z gardła Ji Qinga. Rzucił się na brata, który bez wysiłku parował jego ciosy. Był zły, ale i obolały wewnętrznie. Pomyśleć, że to dla Fairuz chciał zdobyć futro lisa. Dla takiej nędznej kobiety porzucił słodką, cichą Mei, z którą już nigdy nie będzie mu dane spotkać się na tym świecie. – Szydziłeś z moich ran! – wrzasnął Zang. – Swoją pierwszą będziesz miał ode mnie. Ponownie bracia zwarli się w walce. Drobniejszy Ji Qing stawiał na zręczność, lecz Zang nie pozwalał mu się zbliżyć. Kopnął podchodzącego i ciął go po twarzy. Fairuz obserwowała pojedynek oszalałych braci z niewielkiej odległości. Zrozumiała wszystko, o czym rozmawiali. Nagle poczuła się znużona. Śmiertelnie zmęczona swoją żałosną egzystencją, która w jej oczach była przede wszystkim walką o przetrwanie za wszelką cenę. A więc to wszystko na nic? Jej starania, intrygi, manipulacje nigdy nie spowodują, że ktokolwiek dostrzeże w niej człowieka. Dla wszystkich była tylko pięknym przedmiotem, trofeum, cudowną, lecz bezduszną lalką, którą chcieli się pochwalić, ale nie osobą. Nawet dla Zanga… Dość tego. Tancerka rzuciła się między walczących. Gdy biegła, jej turkusowe, jedwabne szaty poruszały się na wietrze jak skrzydła egzotycznego ptaka. Wpadła pomiędzy kipiących nienawiścią braci. Kiedy dosięgły ją ciosy obydwu, padła na ziemię, spływając krwią. Bardziej doświadczony Zang zdążył pohamować potężne cięcie, mimo tego miecz pozostawił krwawą rysę na piersi Fairuz. Ostrze Ji Qinga przebiło bok tancerki. Na krótką chwilę bracia zamarli. Potem Zang pierwszy otrząsnął się ze stuporu, porwał ranną na ręce i oddalił się biegiem z miejsca tragedii. Ji Qing ukrył twarz w dłoniach, upadł na kolana i zapłakał, nie dbając, czy ktoś go widzi. Jaskółka szybko dowiedziała się o zamieszaniu. Razem z mężem zadbali o jak najmniejszy rozgłos i doprowadzili młodszego syna do porządku. Odłożyli poważne rozmowy na czas, gdy emocje nieco opadną. Jaskółka bardzo potrzebowała pocieszenia tej nocy, nie została jednak z mężem. Nie chciała, żeby ktokolwiek, nawet on, widział panią Xiao płaczącą. Po raz kolejny straciła niewinną osobę, którą chciała chronić – Mei. Nie przewidziała wszystkiego lub działała zbyt opieszale, nieważne. Znowu zawiodła. Najpierw Li Liang, potem księżniczka Lilia, teraz Mei – matka jej wnuka – nie ocaliła żadnej z nich mimo posiadanych możliwości. Czy bogowie jej to wybaczą? Ona sama nie potrafiła wybaczyć sobie. Choć przepłakała całą noc, powitała ranek ze spokojnym, oficjalnym obliczem. X – „Wszystko się zmienia” Para starzejących się władców Xiao siedziała na tarasie w promieniach słońca, pochylona nad planszą do gry w go. Jaskółka i Jin Li popijali zieloną herbatę, uśmiechając się do siebie od czasu do czasu. Choć ich młodzi, nieodpowiedzialni synowie przysporzyli im ostatnio zmartwień, odczuwali względny spokój i zadowolenie. Jaskółka, której serce wciąż toczył smutek z powodu śmierci Mei, odwiedziła wczoraj dochodzącą do zdrowia Fairuz. Nie lubiła tej kobiety, mimo że to właśnie tancerka udzieliła jej synom ważnej

Bracia Xiao

lekcji, która niemal kosztowała ją życie. Cudzoziemka wciąż była problemem, którego należało się pozbyć. Pani Xiao zastała u Fairuz swego pierworodnego Zanga. Rosły wojownik o silnych ramionach zdobnych w wyraziste tatuaże przedstawiające feniksy, siedział przy łożu i z niezwykłą delikatnością głaskał splątane loki swej kochanki. Jaskółka nie zakłóciła tej chwili intymności swą obecnością. Ręka, którą Zang zadawał śmierć wrogom, potrafiła zdumiewająco sprawnie dać wyraz czułości i miłości. Jaskółka nie przyszła do Fairuz z przyjacielską wizytą. Niosła cudzoziemce czarkę z zatrutą zieloną herbatą. Pani Xiao planowała uczynić jeszcze raz to, czego dopuściła się jako Ye Jian przed laty wobec służącej-zdrajczyni. Tamta dziewczyna, Kamelia, tak jak Fairuz chciała po prostu być wolna, być kimś w oczach swych bliskich. Krucha porcelana w dłoni Jaskółki zadrżała, roniąc kilka kropli zatrutej herbaty. Pani Xiao przymknęła oczy i zaczerpnęła głębszy oddech, by poskromić niepotrzebne emocje. Mimo zamkniętych powiek, wciąż widziała czułą dłoń Zanga na kasztanowych lokach śpiącej. Resztki trującego napoju wyciekły z przechylonej czarki, stając się nieszkodliwą plamą na posadzce. – Będziemy mieli synową cudzoziemkę, a nasz najlepiej zapowiadający się syn zostanie rolnikiem – zażartował Jin Li. Jaskółka odpowiedziała mu nieokreślonym grymasem. – Ji Qing zapłacił za ceremonię pogrzebową Mei z własnej kieszeni. Przez tydzień medytował w klasztorze, a dziś rano odwiedził mnie z naszą wnuczką na ręku. Zmienił się, moja żono, nareszcie dojrzał. Na jego twarzy widniał świeży tatuaż. – Rana od Zanga? – zdziwiła się Jaskółka. – Zdecydował się w ten sposób uhonorować starszego brata i przyznać do błędów. Rozmawialiśmy też o odpowiednim imieniu dla dziecka – tu Jin Li uśmiechnął się tajemniczo – zdecydowaliśmy się na Li Liang. Na te słowa oblicze Jaskółki pojaśniało. – To bardzo dobre imię – rzekła łagodnym głosem. – Dziękuję. W świetle ostatnich przykrych wydarzeń Jaskółka myślała o średnim synu z niechęcią, jednak czuła się w obowiązku zapewnić mu wszelką pomoc. Tak niedawno uważała swe życie właściwie za skończone, ale wraz z pojawieniem się maleńkiej Li Liang nabrało znów znaczenia i kolorów. – Sytuacja państwa nie jest zła, moja droga żono – kontynuował Jin Li. – Wciąż mamy następców, jak się wydaje, godnych stanowiska. Mamy też czas na decyzje. Nie trap się już tym wszystkim – Pochylił się nad żoną i musnął czułym palcem jej czoło. – Ostatnio od martwienia się pogłębiły ci się zmarszczki. Nie mamy wpływu na wszystko, pamiętaj o tym, zanim zadręczysz się na śmierć. Jaskółka wstała od stolika z nierozstrzygniętą rozgrywką go. Potrzebowała chwili samotności, by wszystko po raz kolejny przeanalizować. Nagle zdała sobie sprawę, jak silny niepokój dręczył ją przez wszystkie lata panowania. Poczuła się zmęczona. Udała się do kwatery Jin Shena, swego ulubionego syna, o którym wszyscy zdawali się zapomnieć w obliczu niedawnych wydarzeń. Najmłodszy potomek władców Xiao, o posturze nieco drobniejszej od braci, lecz nie gorzej ukształtowanej, pracował w skupieniu przy dawno niesprzątanym stole. – Co cię sprowadza, matko? – spytał uprzejmym głosem, odrywając się od aparatury, w której warzył trucizny. Jaskółkę nieoczekiwanie zalała fala matczynej czułości, zwyczajowo zachowała jednak dystans.

45


Horyzonty Wyobraźni – Istnieją pewne kwestie, które muszę z tobą omówić. –Cóż to może być? – zastanawiał się Jin Shen teatralnym tonem. – Czyżbyś przyszła prosić mnie o czuwanie nad naszym małym liskiem? A może mam mieć oko na tę tancerkę Zanga? – Skąd… Śledziłeś mnie? Tak, że nie zauważyłam? Jestem już taka stara… Jin Shen uśmiechnął się do matki. – Umiem obserwować ludzi tak jak ty, matko. W Xiao zawsze były, są i będą osoby, które lepiej mieć na oku. Nie musisz mnie o nic prosić. Znam swoje obowiązki wobec Xiao – jego głos przez chwilę tchnął chłodem, co nie umknęło uwadze Jaskółki. Nigdy nie zastanawiała się, czy jej synowie czują się kochani. To nie wydawało się najważniejsze w przypadku przyszłych władców. Dzieci, tak jak i rodzice, miały obowiązki wobec rodu, kraju i jego mieszkańców. Zapragnęła przytulić Jin Shena, nie mając jednak pojęcia, jak młody mężczyzna zareaguje na gwałtowny przypływ uczuć macierzyńskich. Nie spróbowała. Zamiast tego pożegnała go typowo chłodno i formalnie. – Twoje usługi wobec Xiao są bezcenne. Jesteś wartościowym członkiem rodu. Jin Shen skwitował te słowa milczeniem i nie obejrzał się za wychodzącą. W rzeczywistości był zadowolony ze swobody Ye Jian, którą przed trzydziestu laty cieszyła się także jego matka, mimo posiadania istotnych obowiązków. Najmłodszego pana Xiao cechowała żelazna wewnętrzna dyscyplina. Nie pozostając niewrażliwym na kobiece wdzięki, nie dał się opanować szaleństwu hormonów i ego, w przeciwieństwie do starszych braci. Prawdę mówiąc, żałował Mei – chętnie wychowałby z nią małą Li Liang, zgłębiając przy okazji naturę lisów. Jego wizja własnej przyszłości była zgodna z pragnieniem Jaskółki, by został głową organizacji Ye Jian. Jin Shen zdawał sobie sprawę z tego, że to wojownicy zawsze znajdowali się w centrum zainteresowania Xiao. Cieszył się, że pozwolono mu rozwijać się zgodnie z własną naturą, zamiast przymuszać do miecza i wojaczki. Najmłodszy syn władców Xiao, Jin Shen, zostanie zatem naczelnikiem Ye Jian. Zdobycie tronu Xiao zostawi sobie na później…

Epilog Siwe włosy Jaskółki falowały na wietrze, kiedy przysiadła pod kwitnącą magnolią w pawilonie kobiet. Nieopodal mała Li Liang zapoznawała się ze swym pierwszym drewnianym mieczem pod okiem doświadczonej trenerki. Córka Mei i Ji Qinga wykazywała nie tylko chęć nauki, ale także zdolności do władania bronią. Jeśli nie straci dziecinnego zapału po pierwszych razach i niepowodzeniach, w przyszłości stanie się kolejną chlubą rodu. Jaskółce sprawiało przyjemność towarzyszenie dziewczynce w codziennych czynnościach. Ji Qing coraz poważniej angażował się w sprawy państwa, przez co miał coraz mniej czasu dla córki. Dyplomacja niespodziewanie okazała się mocną stroną średniego syna Xiao. Zang, który został generałem, i jego żona spodziewali się narodzin pierwszego dziecka, a Jin Shen był coraz bliższy objęcia najwyższego stanowiska w Ye Jian. Mała Li Liang zapiszczała z bólu, otrzymując pierwszy cios drewnianą bronią trenerki. Jaskółka z rosnącym zadowoleniem obserwowała, jak dziecko powstrzymuje łzy, starając się nie okazać słabości. Wyobrażała sobie, że dawno temu, jeszcze przed jej narodzeniem, tak samo zachowywała się pierwsza Xiao Li Liang, ukochana Skorpiona. Kto wie, rozmyślała Jaskółka, może to dusza ukochanej pani wróciła w ciele tego dziecka, by jeszcze raz wspomóc ród? A jeśli tak, to niewykluczone, że odrodzi się i Skorpion. Oby tym razem dusze tych dwojga zaznały więcej radości i osobistego szczęścia. Jaskółka wygodnie ułożyła się pod drzewem. Kraj był bezpieczny, a ludzie, także jej bliscy, szczęśliwi. Wreszcie mogła odpocząć. Wiatr poruszał gałęziami magnolii, której kwiaty opadały po krótkim tańcu w powietrzu, spowijając wonną kołdrą sylwetkę śpiącej snem wiecznym pani Xiao. Jej usta zachowały na zawsze cień uśmiechu. KONIEC

Karolina „Mangusta” Kaczkowska Jestem współpracowniczką portali szuflada.net, enklawanetwork.pl i arenahorror.pl, pasjonatką czytania, pisania i oglądania filmów oraz tancerką orientalną. Od prawie 17 lat należę do Gdańskiego Klubu Fantastyki, od pewnego czasu także do stowarzyszenia Wratislavia Fantastica. Z wyboru mieszkam we Wrocławiu z mężem i wesołą gromadką zwierząt. Opowiadania piszę bardzo rzadko ze względu na chroniczny brak czasu.

46

Karolina Kaczkowska


Horyzonty Wyobraźni

Patryk Młynek Obcy w Breslau ilustracje Tomasz Bełzowski Starszy zwiadowca Anton Berg zameldował się u kapitana Klausa Wilfrieda punktualnie o siódmej rano. Tej jesieni w Breslau było nad wyraz jasno; wydawało się, że czerwonawy pył z pustkowi Brandenburgii przesłania słońce mniej szczelnie niż zwykle. Berg stał na baczność. Na jego pękatej i niezdrowej twarzy malował się grymas zniechęcenia. Nienawidził wstawać tak wcześnie, ale cóż było robić. Rozkaz to rozkaz. Czarne oczy Klausa Wilfrieda przewiercały Berga niemal na wylot. Kapitan zza ciemnego masywnego biurka, w postrzępionym mundurze i z kilkudniowym zarostem przypominał bardziej dzikusa z Moraw niż zawodowego żołnierza Wielkiej Bawarii. Splunął przed siebie i bliżej nieokreślonym gestem przywołał adiutanta. Ten podsunął Bergowi plastikowe krzesło, ukłonił się i wyszedł. Gdy Berg już siedział, kapitan wyciągnął z zawiniątka pieczonego szczura. Zapach rozniósł się po całym pomieszczeniu. – Proszę się częstować – zachęcał. – Najpierw jedzenie, potem misja. Gdy Berg rzucił się łapczywie na szczura, kapitan Wilfried podstawił mu niemal pod sam nos dwie plastikowe szklanki i nalewając ostrożnie piwo, tak aby nie uronić ani kropelki, stwierdził: – Lepszy byłby królik, ale póki co, tylko to mogłem wam zaproponować. Jedzcie, panie Berg. Bergowi aż uszy się trzęsły. Nie jadł mięsa od miesięcy. Z powodu licznych klęsk żywiołowych takich jak susze, gradobicie, a w zeszłym miesiącu – burza piaskowa, do miasta Breslau zawitał głód. Konwoje z Oppeln docierały do stolicy Silezji nieregularnie. Bandy grasujące po gościńcach składające się z Pomorzan, Cyganów i Litwinów z coraz większą zuchwałością napadały na karawany. W tych trudnych czasach Bawarczycy z Breslau musieli radzić sobie sami. Niewiele jednak z tego wynikło. Komendant Breslau nakazał wprawdzie hodowlę marchwi, kartofli, fasoli i wężymordu, ale ziemia w Breslau od setek lat była tak samo nieurodzajna. Brak słońca i stale obecny pył utrudniał jeszcze bardziej wszelkie hodowlane przedsięwzięcia mieszkańców. Jedyne pospolite rośliny, których w Silezji było pełno, nie nadawały się do jedzenia. Skarłowaciałe krzewy, ciemnobrązowe drzewa i masa różnorakich ostrokrzewów, których dawne poleńskie nazwy gdzieś zawieruszyły się w mrokach pamięci, nadawały się co najwyżej na pożywkę dla dzikich zwierząt. Ludzie, z braku innych możliwości, polowali na nie, aby przeżyć. Sarny, dziki i jelenie, a gdy ich zabrakło – nawet jeże, ropuchy i szczury lądowały w garnkach i kociołkach silezjańskich myśliwych. Dla wszystkich mięsa jednak nie starczało. Władze wkrótce zaczęły je racjonować i wprowadzać kontyngenty. Na efekty nie trzeba było długo

Obcy w Breslau

czekać: wnet zakwitł czarny rynek, a przeciętny mieszkaniec Breslau nadal chodził głodny. W wielu strefach miasta dochodziło do aktów kanibalizmu. Władze surowo go zakazywały, ale przepis okazał się martwy. Z czasem Bawarczycy – ludzie pragmatyczni – postanowili go częściowo zalegalizować: mięso ludzkie można było spożywać tylko z ciał skazanych na karę śmierci. Rocznie sądy w Breslau skazywały na karę główną kilkanaście osób. Po wprowadzeniu nowego prawa liczba ta wzrosła do kilkudziesięciu. Prawo w Breslau było surowe. Stryczek groził nie tylko za zabójstwo, kradzież i szpiegostwo, ale także za oszukiwanie w kartach, pobicie, rozbój i znieważanie władzy. Ta ostatnia kategoria była na tyle pojemna, że szybko stała się główną przyczyną uśmiercenia ponad połowy skazanych. Reszta wisiała przeważnie za kradzież żywności ze wspólnych magazynów. Stęchłe i skarlałe warzywa, które jakimś cudem rosły na nieurodzajnej silezjańskiej ziemi, władza rozdawała zasłużonym mieszkańcom, służbom porządkowym, a także żołnierzom. Przydział Berga wynosił cztery kilogramy warzyw tygodniowo. – Monakium przysłało nam przez gońca następujące rozkazy. – Wilfried wyciągnął pomiętą kartkę z metalowej kasetki, która cały czas leżała niepozornie na biurku, i zaczął powoli czytać. Miał z tym nieliche problemy, ale znających alfabet było w Breslau niewielu, toteż każdy traktował Czytających z należnym im szacunkiem. – Cztery… wozy So-la-ris trzy… tysiące i cztery podłużne transportery Sta-ra wypełnio-ne zie-mnia-kami i węży-mordem… muszą… być dostar-czo-ne do dnia ostatnie-go grudnia roku pańskiego 2486 do sztabu głów-ne-go wojsk Wielkiej Bawarii… w Monakium. Generał Karloff prosi o nie-zwłoczne wy-ko-nanie… rozkazu. Berg połknął ostatni kęs szczurzyzny i stłumił beknięcie. W sumie osiem wozów, pomyślał, i to po brzegi wypełnione jedzeniem. Nie będzie łatwo. Ale cóż, jak dadzą mi z dziesięciu ludzi z jataganami i przynajmniej jedną z Blyskavitz, nie powinno być problemu. Nie na takie trasy się już zapuszczało… Ostatnia wyprawa Berga na Warschawę zakończyła się sukcesem. Ludzie i ładunek dotarli do celu bez uszczerbku. Mam szczęście, westchnął i uśmiechnął się w duchu, oby i tym razem się powiodło. Kapitan Wilfried nie wyglądał na zadowolonego. Jego nachmurzone i wyraźnie czymś zatroskane oblicze sprawiało wrażenie, jakby posyłał on swoich najlepszych ludzi na ostatnią straceńczą misję. Machinalnie odłożył kasetkę z rozkazami i spojrzał w szare oczy Berga. – Mamy duży problem, panie Berg – westchnął i sięgnął po plastikowy kubek z piwem. Wypił w milczeniu całą jego zawartość. – Do grudnia nie zbierzemy ośmiu wozów żarcia.

47


Horyzonty Wyobraźni A nawet jeśli, to wysyłając je do Bawarii, nie przetrzymamy zimy. Breslau wymrze, a zrozpaczeni i zdesperowani mieszkańcy wcześniej się z nami rozprawią. Nie chcę nawet myśleć, że mogłoby do tego dojść. A może do tego dojść, niech mi pan wierzy, panie Berg. Zanim ci z Oppeln albo z Legnitzy się zorientują, my już dawno będziemy pływać w czyimś garnku. Berg zaklął w myślach. – A gdyby rozkazu nie wykonać w terminie? – zapytał i zdziwił się swoją bezczelnością. – Chciałem powiedzieć… Można by im wyjaśnić, że mamy problemy… – A kto ich nie ma! – Wilfried walnął pięścią w stół z taką siłą, że plastikowe kubki spadły na klepisko. – Jeśli odmówimy im tych wozów, to zjawią się tu w mig i przeniosą nas na jakieś zadupie do Frankreichu albo na pustynię iberyjską. A w wersji pesymistycznej… – Wilfried zasępił się. – …stryczek. Garnka więc nie unikniemy. Berg westchnął. Więc zanim pojedziemy do Monakium, musimy to żarcie komuś ukraść, pomyślał. No cóż, Cyganie, sobie tylko znanym sposobem, jakieś warzywa zawsze mają. Możemy też wyprawić się na Trebnitz lub tych półnagich dzikusów ze Schvidnitzy. Tylko że z nimi trzymają partyzanci z Moraw. – Wiem, o czym pan myśli – podjął po chwili Wilfried. – Ale nic z tego. Okoliczne osady cienko przędą. Może jeszcze gorzej niż my. A poza Unią są już tylko Cyganie i Schvidnitza. – Trebnitz jest w Unii Miast? – Od dwóch miesięcy. – Wilfried kwaśno się uśmiechnął. – Jeśli nie możesz kogoś pokonać, to się do niego dołącz. Już niedługo nawet Cyganie przejrzą na oczy i się przyłączą. W kupie bezpieczniej, a my przecież nie możemy atakować swoich! – No więc Oleschnitza, Lubin lub Schvidnitza… – Nie tędy droga, panie Berg! – Kapitan wszedł zwiadowcy w słowo. – Zanim zbierzemy ludzi, zastawimy pułapki, stoczymy bitwę lub dwie, miną tygodnie. A na wojnie, dużej czy małej, nie można być niczego pewnym. A jeśli uda nam się zebrać trzy lub tylko dwa solarisy? A jeśli ani jednego? A jeśli przegramy, bo pomogą im Morawianie i inni grasanci? A nawet jeśli uda nam się zebrać osiem wozów żarcia, wygramy wszystkie bitwy i potyczki, spalimy kilkanaście domów, przelejemy ich krew, to myśli pan, że oni będą lizać rany i czekać na następny atak z założonymi rękami? Narobimy sobie wrogów. Pomimo głodu i zimy będziemy jeszcze czekać napaści z zewnątrz. Zemsty tych wszystkich osad, które napadaliśmy w przeszłości. Może się połączą przeciwko nam? Kto to wie? Wrogów mamy i tak już wystarczająco dużo. Nie, panie Berg, jak pan widzi, nie tędy droga. Te wszystkie pomysły są beznadziejne. Nie uderzymy ani na Trebnitz, ani na Schvidnitzę, ani na Cyganów, ani nawet na tych obdartusów z Lubin. Uderzymy gdzie indziej. Znacznie bliżej. Na cel, który mamy niemal pod nosem, ale aż do wczoraj wydawał nam się nieosiągalny. – Wilfried zrobił efektowną pauzę, by po chwili niemal wykrzyknąć. – Na Zkaitauer! Berg uniósł brwi. Zapanowało milczenie. – Ależ, panie kapitanie… – wybąkał zwiadowca. – Nikomu nigdy nie udało się… Wilfried natychmiast mu przerwał. – Panie Berg! – wrzasnął i kiwnął swoim zdeformowanym od trądu palcem. – Nie mamy wyboru. Komendant Schneider i nawet Gubernator Silezji Herr Tschaikovski uznali, że to jedyne wyjście. Niestety nie ma ich teraz w Breslau, ale jakby byli, zaręczam panu, że siedzieliby tu teraz z nami.

48

Przez kilkanaście sekund nikt nie wypowiedział ani słowa. Słychać było silezjański samum otulający pyłem chyba wszystkie miasta i osady w prowincji. Bergowi zdawało się, że pustynny wiatr świszczał w każdym zakamarku komnaty Wilfrieda. Kapitan westchnął. – Ci ze Zkaitauer mają jedzenie. Nasi zwiadowcy donieśli nam, że w kaskadowych tarasach i na piętrach rosną jakieś zielone rośliny. Mogą to być ziemniaki, fasola, może rzepa. To nie wszystko. Mają też świnie i kury. A już na pewno krowy. Jest ich przynajmniej sześć. Nasi zwiadowcy zauważyli je na setnym metrze, na jednej z zielonych skarp zewnętrznego pierścienia. W środku, na samym szczycie wieży, też rosną rośliny. Ze względu na wysokość, nie można ich jednak zidentyfikować. Berg wzruszył ramionami. Wiedział, że kapitan mówi prawdę. Ludzie ze Zkaitauer – Wratislawianie, jak ich nazywają niektórzy grasanci – są samowystarczalni. Hodują zwierzęta i uprawiają warzywa. Na przekór pogodzie i burzom piaskowym ich krzewy i drzewa są zielone. Wyglądają przy tym na smakowite i zdrowe. Są jak rajskie okazy z zapomnianej przeszłości, które zapewne kiedyś tu, w Breslau, były powszechnie uprawiane i spożywane. Kiedyś. O tym wiedzą wszyscy. O reszcie nikt nie ma pojęcia. Nie wiadomo na przykład, ilu ich jest. Mówi się o ośmiuset osobach, ale równie dobrze może ich tam być ze trzy tysiące, czyli prawie tyle, ile mieszkańców Breslau. Nikt z Bawarczyków nie był w Zkaitauer. Wejścia są wprawdzie dostępne, ale we wnętrzu (mocno zniszczonym przez czas) widać tylko gigantyczne pokryte mchem pale o średnicy półtora metra. Nigdzie nie ma schodów na górę. Nie wiadomo, jak Wratislawianie wychodzą na zewnątrz. A wychodzą na pewno. Kilku z nich udało się złapać i przesłuchać. Nic to jednak nie dało. Zabrali swoje tajemnice do grobu lub – jak mówią w Breslau – do garnka. U podnóża Zkaitauer oprócz kupy gruzu i rozbitego szkła znajdują się korytarze czy też tunele. Są jednak zbyt małe, aby swobodnie mogli przejść przez nie ludzie. Nawet najniżsi musieliby się trochę poschylać. Oczywiście gdyby tylko znajdowały się w pozycji poziomej. Na nieszczęście są ulokowane pionowo: „wystają” dobrych kilka metrów nad ziemią wprost z postrzępionego sufitu. Z podłożem łączą je metalowe drągi z licznymi wypustkami i osłonami. Wyglądają jak wielkie dziurawe kwadratowe rury z odstającymi płatami wszelkiej maści żelastwa i plastiku. Zwiadowcy widzieli owe tunele w kilku miejscach w głównych komnatach obiektu na parterze. O przeznaczeniu tajemniczych korytarzy Bawarczycy mieli kilka teorii. Jedna z nich mówiła, że Zkaitauer w obecnej postaci nie stoi prawidłowo. Starożytni najpierw wybudowali go poziomo, a dopiero później postawiono go do pionu. Wieża Zkaitauer była „tylko” długim, a nie wysokim obiektem, jakim jest teraz. Korytarze mogły więc służyć ludziom bez przeszkód. Skąd mędrcy mogli to wszystko wiedzieć? Berg nie był w stanie sobie tego wyobrazić. Podobnie jak gigantycznej machiny, która podniosłaby Zkaitauer do pionu. Jej pozostałości, lub chociaż najmniejsza wzmianka o niej, musiałyby znajdować się gdzieś na Silezji. Wielu poszukiwaczy szukało jej od dziesięcioleci, ale bezskutecznie. Z czasem opowieści o starożytnym super dźwigu urosły do rangi mitu, w który mało kto już wierzył. Bergowi podobała się inna teo-

Patryk Młynek


Horyzonty Wyobraźni ria, wyjaśniająca przeznaczenie pionowych korytarzy. Jeden z mędrców twierdził, że tymi drogami do pięter Zkaitauer dostawało się powietrze. Budowla była pancerna jak skorupiak, dowodził mędrzec, każdy poziom musiał mieć dostęp do świeżego powietrza. Tunele te były kanałami, dzięki którym mieszkańcy twierdzy mogli oddychać. Jego krytycy zarzucali mu, że oprócz pięćdziesięciu sześciu tuneli pionowych (bo tyle ich naliczono) zwiadowcy wykryli także mniejsze tunele, które są kręte i łamią się pod różnymi kątami. Są zbyt małe, aby mogli przez nie przechodzić ludzie, więc mogły spełniać funkcję taką samą jak wielkie tunele pionowe. Po co więc Starożytnym było aż tyle tuneli? Odpowiedź była prosta i przekonująca: małe tunele dostarczały powietrza do małych pomieszczeń, a duże do wielkich kwater i komnat możnych. Wszystkie tworzyły sieć, która w razie zatkania któregokolwiek korytarza i tak miała działać bez zarzutu, dzięki wielości elementów. Mędrcy nie mogli wyjść z podziwu dla przemyślnych rozwiązań Starożytnych. Oczywiście wiele z nich wzbudzało kontrowersje, na przykład od lat zadawane pytanie: po co w Zkaitauer tyle szkła? Czy twierdze buduje się oszklone? Z tą archeologiczną zagadką mędrcy radzili sobie, oględnie mówiąc, średnio. Natomiast Druidzi i Czarownicy wprost przeciwnie; twierdzili mianowicie, że szkło w czasach Starożytnych było silnie umagicznione i odbijało z prędkością światła wrogie pociski czy kule. W obecnych czasach cała magia Zkaitauer nie działała, bo została zapomniana i nawet zamieszkujący ją ludzie nie są w stanie jej aktywować. To z kolei uspokajało nieco mieszkańców Breslau, bo odzierało Zkaitauer z aury cudowności, a ich mieszkańców z ponadnaturalnej mądrości i tajemnicy. Łatwiej i znośniej jest bowiem myśleć, że „nawet tacy cwani i niby wszystkowiedzący Wratislawianie gówno mogą”. To, że Zkaitauer było jednak czymś więcej niż starym wysokim budynkiem, nie ulegało wątpliwości. W całym Breslau nigdy nie wybudowano podobnego cudu. A może wybudowano, ale miało pecha nie dotrwać do obecnych czasów? Może, ale cóż z tego? Fakt pozostawał faktem. Drugim najwyższym budynkiem w Breslau była Czerwona Wieża na Ostrowie Tumskim. Mieszkańcy Breslau określali tak dom gubernatora Silezji. Na dole, w zatęchłej od wilgoci i kurzu komnacie, miał z kolei siedzibę kapitan Wilfried. Antonowi Bergowi, który siedział na jednym z zabytkowych plastikowych foteli z początku dwudziestego drugiego wieku, nie było wygodnie. – Panie kapitanie – powiedział pewnie i hardo. – Nikomu z naszych nie udało się wejść do Zkaitauer. Nigdy nawet nie prowadziliśmy rozmów z Wratislawianami. Nie wiemy, kim są i czego mogą chcieć. Nie udało się nigdy… – Panu się uda! – Wilfried po raz kolejny przerwał Bergowi. – Uda się. – Jak, kapitanie? Południe Breslau to niebezpieczne miejsce. Cały trakt Povstanschosse to zalesione ruiny, w których czają się bandyci. Musiałbym mieć z dziesięciu ludzi, żeby przejść tamtędy bez obaw o własne życie. Ale to i tak małe piwo. Co będzie, jak już dojdziemy na Wzgórze? Jakim cudem wejdziemy do Zkaitauer? I jak zabierzemy Wratislawianom te tony ziemniaków i pszenicy? Dacie nam Solarisy, które będą czekać na dole, a my jak koty będziemy się wspinać po ścianach i strącać ze skarpy ziemniaki i fasolę? I to niepostrzeżenie? Niby jak? Jak nas zobaczą, zabiją nas śmiechem, a potem tradycyjnie jataganem!

Obcy w Breslau

– Proszę mnie wysłuchać, panie Berg. – Wilfriedowi nie drgnęła nawet powieka. – Na to wszystko znajdzie się rada. Ale wpierw musi pan kogoś poznać, kogoś, kto w Zkaitauer już był. Kapitan Wilfried klasnął w dłonie. Po chwili jego adiutant wprowadził do pomieszczenia zarośniętego mężczyznę w niebieskiej kurtce poleńskiego kroju. Miał około czterdziestu lat i wyglądał jakby od kilkunastu dni nic porządnego nie jadł, co było więcej niż prawdopodobne. Wilfried skinął na adiutanta. Ten oddalił się i energicznie zamknął za sobą drzwi. Wilfried wstał i położył na ramieniu nieznajomego swoją pomarszczoną dłoń. – Panie Bukowski – zwrócił się do mężczyzny. – Niech pan nam opowie coś o Zkaitauer. O jego bogactwach, ludziach, jedzeniu, a przede wszystkim o tym, jak tam wejść. Niech pan siada. Mężczyzna nazwany Bukowskim usiadł i spojrzał ukosem na Berga. Po chwili dostojnego milczenia przemówił protekcjonalnym tonem. – Zkaitauer to potężna starożytna twierdza. Nie była jednak przystosowana do produkcji jedzenia i hodowli zwierząt. Poza dwoma akwenami wodnymi, w których prawdopodobnie hodowano ryby, i skarpach pierwszego pierścienia, gdzie rosły krzewy i drzewa owocowe, w Zkaitauer nigdy nie wytwarzano jedzenia. – To wszystko wiemy. – Wilfried niecierpliwił się. – Idzie nam o to, ile tego jedzenia tam jest i jak się do niego dostać. Co wam powiedzieli ci grasanci? Bukowski nachylił się do kapitana. – Grasanci, tak? Jeden z nich, ten, którego schwytaliśmy, jak zbierał chrust, twierdził, że do Zkaitauer prowadzą cztery kapsuły, które są uruchamiane ze środka. Aby dać znak, że chce się wejść, należy nacisnąć metalowy przycisk i poczekać. Po chwili pojawia się kapsuła, do której można wejść razem z łupem. On sam był drzewnym, czyli zbieraczem chrustu, grzybów i jagód. Chyba najniżej w ich hierarchii. No i nie był, podobnie jak cała trójka, rasowym Wratislawianinem. Urodzili się poza twierdzą. Wratislawianie nie wypuszczają swoich na zewnątrz. Ci trzej pochodzili z Moraw. Wilfried spjrzał na Berga. – Na jakiej zasadzie działa ta kapsuła? – zapytał. Bukowski obejrzał się za siebie, jakby upewniając się, czy nikt niepowołany nie czai się za jego plecami, i odpiął kurtkę. Niezwykle delikatnie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni talizman z kolorowymi wzorkami. Wyglądał jak mały plastikowy prostokącik. W jego dolnej części znajdował się czarny pasek. – To święty Zkaikardion – wyszeptał. – Kapsuła jest wprawiana w ruch przez jakieś starożytne bóstwo. Aby je udobruchać, należy wetknąć to w jeden z otworów i wypowiedzieć zaklęcie. Nie należy przekręcać słów, bo kapsuła eksploduje i rozerwie wszystkich na strzępy. Bergowi zrobiło się słabo. No nie – pomyślał – do tego zadania powinni wziąć druida albo mędrca, a nie prostego żołnierza. Gdzie ja do pogańskiej magii? Wilfried strzelił palcami. – Co mówili pozostali? – Nic szczególnego – odpowiedział Bukowski. – Jeden myśliwy bardzo szybko padł. Nasi zamęczyli go jeszcze przy Ringu. Trzeci z grasantów, prawdopodobnie zwiadowca lub żołnierz, był twardy i mówił mało. Ciągle nad nim pracujemy, ale chyba na nic się to nie zda. Obijemy go trochę, żeby

49


Horyzonty Wyobraźni

50

Patryk Młynek


Horyzonty Wyobraźni mięso było miękkie i… koniec. Nic przy sobie, oprócz tego talizmanu, nie mieli. Berg podrapał się po swoim pociągłym czole, odgarnął rozczochrane blond włosy i chrząknął. Czuł, że mały kosmyk szczurzej sierści mógł mu utknąć w przełyku. – Jak już ktoś wejdzie do tej piekielnej kapsuły, to co dalej? – zapytał Bukowskiego. – Ktoś z naszych już tego próbował? – Byłem w kapsule i wjechałem na górę. – Bukowski uśmiechnął się. – Udało mi się też bezpiecznie zjechać na dół. – Jak?! – krzyknął niemal równocześnie Berg i Wilfried. – Gdy kapsuła znajdzie się na dole i otworzą się drzwi, trzeba do niej wejść i nacisnąć jeden z przycisków. Po chwili drzwi się zamkną i kapsuła zostanie, sobie tylko znanym sposobem, na górze. Przycisków jest kilkadziesiąt. Wszystkie metalowe i do siebie podobne. Jeden jest inny. Znajduje się na samym dole i ma kolor rdzawoszary. Grasant twierdził, że pod żadnym pozorem nie wolno go naciskać. Kapsuła może wtedy eksplodować. Ja sam nacisnąłem kilka przycisków pośrodku. Po jakiejś chwili poczułem, że kapsuła się zatrzymała. Wnet otwarły się też drzwi. Zobaczyłem długi korytarz, a w oddali światło. Prawdopodobnie było to wyjście na skarpę. Wyszedłbym i zobaczył, ale nie byłem uzbrojony. Moi ludzie czekali na dole z pojmanymi wcześniej grasantami. Nie należało działać pochopnie. Teraz, kiedy o tym myślę, w ogóle nie powinienem był tam wchodzić. To było zbyt niebezpieczne. Mieliśmy wtedy szczęście. Nikt niczego nie zauważył. Nacisnąłem kilka najniżej położonych przycisków i zjechałem w dół. Zabraliśmy jeńców i przybyliśmy czym prędzej do Breslau. Było to wczoraj w południe. Wilfried zwrócił się do Berga: – Weź dwóch najlepszych zwiadowców. Ruszacie najdalej pojutrze. *** Anton Berg nie był człowiekiem lękliwym z natury, ale do nowego zadania podchodził z pewnymi obawami. Obawami, które każdy mieszkaniec Breslau nosił w sobie i które niemal od zawsze towarzyszyły wszystkim Bawarczykom w Silezji. Bali się niewiadomego. Ten powszedni, codzienny lęk był jak powietrze, którym oddychali: niewyraźne, mętne, gęste i wszechogarniające. Wszystko z powodu tajemnicy Zkaitauer. Ludzie mówili: „Jeżeli źródło strachu jest namacalne i występuje w przyrodzie, można się do tego przyzwyczaić. Ba, można ten strach oswoić, a nawet starać się z nim walczyć i go wykorzenić! Ale jeśli ma się do czynienia z siłami ciemności, magią pradawnych mieszkańców tych ziem i ich starożytną tajemnicą, która nawet dla naszych mędrców pozostała nierozwiązana i jest wciąż nie do ugryzienia, to w żaden sposób nie można zachować rozsądku”. Co bowiem wiadomo o Zkaitauer? Rodzice Berga powtarzali mu, żeby nigdy nie szedł bawić się na południe. Tam jest zła moc, przekonywała matka, Wratislawianie złapią cię i zjedzą, a wcześniej rozpalą do białości ogniska w swoim Zkaitauer, tak abyśmy widzieli nawet tu z Olbin, jak twoje szczątki żarzą się w ich pogańskim ogniu. Będą cię też torturować. Rozciągną cię na tym wielkim diabelskim wiatraku, który przy wichurach kręci się jak opętany. Pamiętaj, baw się tu, po tej stronie Odry.

Obcy w Breslau

Ojciec natomiast racjonalizował: Spójrz na wszystkie trakty z Breslau. Dlaczego żaden z nich, oprócz zapomnianego i nieuczęszczanego Povstanschosse, nie prowadzi na południe? Dlaczego? Bo to ziemia zła, przeklęta i pełna złych mocy. Nawet gościniec na Monakium prowadzi na wschód przez Legnitzę. Dlatego, dowodził, trzymaj się od tego miejsca z daleka, jeśli ci życie miłe. Tam mieszka diabeł i pradawne, nienaruszone zło. Gdyby matka i ojciec żyli, na pewno zabroniliby mi tam pójść, pomyślał Berg. Przypomniał sobie też dawną rozmowę z matką, która w jego piętnaste urodziny oznajmiła mu, że jego prawdziwy ojciec żyje gdzie indziej. Miał o tym nikomu nie mówić i czekać. – Odpowiedź, która nadejdzie z południa, sama cię znajdzie, prędzej czy później. Oby jak najpóźniej – powiedziała mu wtedy matka. Po kilku miesiącach zmarła wraz z przybranym ojcem w czasie epidemii grypy. Co miała na myśli, mówiąc o „południu”? Czy jego prawdziwy ojciec mieszkał w Zkaitauer? Może mieszka tam nadal? Berg nie był niczego pewien. Błądził myślami po dawno nieuczęszczanych zakamarkach swojej pamięci, szukając wszystkiego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu misji. Wszystkiego, co mogło mieć związek ze Zkaitauer. Niczego nie znalazł. Przypomniał sobie za to o rozmowie z Arkveniusem, serdecznym przyjacielem rodziny z dawnych czasów. Berg odwiedził go tego samego dnia, w którym dostał rozkazy od Wilfrieda. – Gdyby nawet Starożytni spisali swoją historię, albo chociaż historię tego miejsca, mielibyśmy jakieś namacalne ślady przeszłości, które z całą pewnością mówiłyby nam o tym, co się tam stało, kto tę budowlę wzniósł i w jakim celu – mówił Arkvenius. – Wiem, że to, co teraz powiem, zabrzmi jak herezja i Święte Oficjum ucięłoby mi pewnie za to głowę, ale chcę, żebyś wiedział, z czym możesz mieć do czynienia. To nie jest wcale takie pewne, że Zkaitauer było twierdzą. Po co owijać twierdzę w kruche szkło? Że niby było umagicznione? A są na to jakieś dowody? – Co to więc mogło być? – dociekał Berg. Arkvenius wzruszył ramionami. – Coś, co nie powinno było dotrwać do naszych czasów. Za dużo spekulacji, tajemnic, przypuszczeń… I to w większości przypadków nietrafionych. I jeszcze ci Wratislawianie, którzy z nikim się nie kontaktują, żyją jak na jakiejś wyspie, odcięci od wszystkich i wszystkiego, co dla Silezji jest i będzie ważne. Ech, gdyby ich nie było, gdyby nie przetrwali, mielibyśmy spokojną głowę. – Mieli szczęście, że przetrwali. – O, nie. – Arkvenius kiwnął palcem. – Było im przeznaczone dotrwać do naszych czasów. Mają do spełnienia dziejową rolę. Kto wie, co uczynią. Jedno jest jednak pewne. To ty jesteś kamyczkiem, który poruszy lawinę. Będziesz pierwszą osobą z zewnątrz, która zawita w ich progi. – Nie będę przecież ich gościem. Pamiętaj, że mamy ich docelowo okraść. – A ty pamiętaj o jednym. Jak cię złapią, błagaj. Proś o jedzenie, żebrz o jałmużnę, opowiedz im, przez co przechodzimy. Jeśli są ludźmi, ulitują się i podzielą z nami. Dziwię się, że ten obszarpaniec Wilfried nie wysyła cię z misją pokojową. – Gdybym miał ich prosić o cokolwiek, zabiliby mnie, choćby za tych trzech grasantów. Zresztą, o czym my tutaj mówimy? Potrzebujemy jedzenia. Gdyby nawet zechcieli

51


Horyzonty Wyobraźni ze mną porozmawiać pokojowo, to nie mamy pewności, czy chcieliby się dzielić czymkolwiek. Nikt normalny by nie chciał. W obliczu głodu człowiek chce przetrwać za wszelką cenę, nawet kosztem drugiego człowieka. Gdybyś opuścił to swoje urocze gniazdko w Leschnitz i przeszedł się po ulicach Breslau, zobaczyłbyś, o czym mówię. – Wiem o tym doskonale. Boli mnie to i martwi. Ale weź sobie do serca to, co ci powiedziałem. Nie stać nas na wojnę, a okradanie Wratislawian może takową sprowokować. Zanim nadejdą posiłki z Oppeln, Legnitzy czy Lodzi, dla nas może być już za późno. – To nie na moją głowę. – A na czyją?! Wbij sobie do niej, że od ciebie i twojej postawy wiele zależy! Małe ziarenko piasku wpadające wprost w zębate tryby losu może spowodować w całym mechanizmie zmiany, o jakich się nam nie śniło. Przypadkowa rozmowa, jedno spojrzenie czy nawet gra w kości o kawałek pieczonego szczura mogą wpłynąć na bieg historii. – Być może. Ale „ziarenko” działa przypadkowo. Wynik gry w kości też jest zawsze przypadkowy. No, chyba że ktoś oszukuje. – Losu nie da się oszukać. Nawet jeśli będziesz próbował uciec, przeznaczenie upomni się o ciebie. Jest to tak stary i utarty banał, że czuję się idiotycznie, wypowiadając te wszystkie kwestie. Nie znaczy to jednak, że mówię nieprawdę. – Cóż, ty wierzysz w swoje banały, a ja w swoje. W te recytacje przed kapsułą też średnio wierzę, ale są częścią rozkazu. Wykonam go jak najlepiej. Jestem tylko żołnierzem. Gdybym działał na własną rękę, pogubiłbym się. Są mądrzejsi ode mnie. – Życzę ci, abyś dostrzegł tę mądrość w sobie. – Muszę już iść. Bywaj, Arkveniusie. Nazajutrz, po kolejnej rozmowie, tym razem z kapitanem Wilfriedem, Berg leżąc na barłogu w blaszaku po rodzicach, znów zaczął rozmyślać o swojej misji. Rozkazy były w miarę jasne: nadrzędnym celem było znalezienie sposobu na zdobycie pożywienia. Aby to zrobić, Berg oraz dwóch zwiadowców mieli przetrzeć szlaki. Musieli wejść do Zkaitauer, zlokalizować jedzenie, skład nasion czy magazyn z mięsem i wynieść się stamtąd jak najprędzej. Najlepiej z łupem, czyli z małą próbką. Kolejna, bardziej liczna grupa, miała wydrzeć większą ilość jedzenia siłą. Czy im się to uda? Berg nie miał wątpliwości co do jednego: w razie porażki Wilfried będzie wysyłał grupę za grupą, a jak nikt z wypraw nie powróci, to już kto inny będzie się musiał wyprawić na, dajmy na to, Lubin – jak zeszłego roku. Dowództwo w Monakium być może uzna, że akcja Wilfrieda była niezwykle doniosła i może nawet dadzą mu medal albo nowego Solarisa. To będzie zależeć od tego, czy coś nowego się o Zkaitauer dowiemy. Monakium jest niezwykle łase na wiedzę o Starożytnych. Ale z drugiej strony może uznają, że niepotrzebnie marnuje ludzi, i wsadzą go do karceru pod Ringiem. Wszystko jest możliwe. A to, czy nasza i wszystkie kolejne misje zakończą się sukcesem, w dużej mierze zależy ode mnie, pomyślał Berg. Ale co będzie, jak coś pójdzie nie tak? Czy kapsuła nie zabije nas wszystkich? Czy zaklęcia i te ich pogańskie amulety zadziałają? A jeśli nas złapią i zabiją? Bukowski miał szczęście wylądować w pustym korytarzu. A my? Też będziemy mieć takie szczęście? Anton Berg bił się z myślami aż do północy. Potem zasnął kamiennym snem. Noc w Breslau była cicha i zimna.

52

*** Na Ringu mieli czekać zwiadowcy z jataganami. Bracia Feliks i Albert Kernowie byli jednymi z lepszych w całym Breslau. Zwinny Albert i szybki Feliks nie raz wywiedli wroga w pole. Berg miał do nich pełne zaufanie. Towarzyszyli mu w przeszło dziesięciu konwojach. – Uszanowanie – rzucił Feliks do Berga. Albert wyszczerzył popsute zęby. – Więc jak to ma być, panie Berg? – Feliks zadarł zawadiacko głowę. – Myśleliśmy, że znowu do Warschawy albo może do Wilniusa, a tu taka niespodzianka! Staremu zachciało się plądrować poleńskie ruiny. – Jakie ruiny, durniu, skoro zamieszkałe? – Przerwał mu Albert i trzepnął go w głowę. – A plądrować to można cmentarz albo poleńskie piwnice, a nie zamieszkane przysiółki! Dobrze prawię, panie Berg? – Obyśmy tylko nie natknęli się na mieszkańców – mruknął Berg. Od rana miał chmurny nastrój. – Mamy znaleźć żarcie i ulotnić się jak najszybciej, zapamiętując jak najwięcej szczegółów. Poza tym to pierwszy rekonesans na Zkaitauer od lat. Od nas zależy, czy zakończy się pomyślnie. Założymy te ciuchy. – Berg rzucił na ziemię białe kombinezony grasantów. – Jak będziemy zachowywać się ostrożnie, to nie wzbudzimy niczyich podejrzeń. Ruszamy o zmierzchu. – Mniejsze szanse na spotkanie z bezokim Maxem? – Feliks podniósł jeden z kombinezonów i uśmiechnął się. – Będzie pasować jak ulał! – Bezoki Max tutaj? – Berg wiedział o kilku przywódcach lokalnych gangów napadających na konwoje. Był niemal pewien, że bezoki Max grasował na gościńcu legnitzkim. Ostatnio widziano go w Osiek, ale było to kilka miesięcy temu. – Podobno skumał się z Wratislawianami – powiedział od niechcenia Albert, sznurując dziurawe buty. Kombinezon był trochę za szeroki w pasie. – I nawet był na najniższej platformie Zkaitauer, ale wyżej mu nie pozwolili. Ludzie mówią… – Mówią i łżą jak bure suki! – warknął przez zaciśnięte zęby Berg. – Wszyscy watażkowie rozpowiadają takie historie na swój temat. Byłem na Zkaitauer, mówią, gadałem z Wratislawianami jak równy z równym, a nawet łączą nas jakieś ciemne interesy, ale nie mogę o nich mówić! O, tak! Ludzie durni w to wierzą, a watażkowie i grasanci stają się w naszych oczach kimś ważniejszym, bardziej hardym, mocniejszym. Wratislawianie dają im przecież starożytną broń, artefakty i amulety! Gówno prawda! Rozsiewacie, panowie, plotki, nawet nie wiedząc o tym, jak bardzo szkodzą nam i naszym miastom! – Jeżeli to plotki, to jak mogą szkodzić? – Tępa mina Alberta wydała się Bergowi pełna dobrodusznej naiwności. – Jak ktoś rozpowiada w okolicy, że jest nie wiadomo jak silny, to po jakimś czasie ludzie w to rzeczywiście uwierzą. Mędrcy mówią, opierając się na starożytnych księgach, że kłamstwo powtarzane tysiące razy z czasem staje się prawdą. My nie możemy wierzyć plotkom i babom piorącym swoje brudy w Odrze! Mamy wierzyć w to, co zobaczymy! – Tak jest, panie Berg! – krzyknęli niemal równocześnie bracia Kern. Wkrótce poszli do ruin starego Rathausu po pochodnie, jatagany, noże, naramienniki i czarne płaszcze, aby jak najskuteczniej wtopić się w silezjańską noc.

Patryk Młynek


Horyzonty Wyobraźni *** Zkaitauer wyglądał jak żarząca się pochodnia. Małe okienka promieniowały jasną poświatą. Takiego światła nie dają świece ani pochodnie, pomyślał Berg. Poprowadził swoich zwiadowców na wschodnią ścianę budowli. Naokoło rosły ostrokrzewy, skarłowaciałe drzewa i leszczyny. Dzikie róże i kolczaste krzaki utrudniały poruszanie się, ale w okamgnieniu zwiadowcy natknęli się na wąską ścieżkę prowadzącą w sam środek starożytnej budowli. Wydeptana, mruknął do siebie Berg, znaczy to, że wychodzą, i to dosyć regularnie. Zatrzymali się przy jednej ze ścian. – Ściągać płaszcze. Już ich nie potrzebujemy – zakomenderował Berg. – Jeśli udało nam się dotrzeć bez szwanku aż tutaj, musimy teraz odnaleźć kapsułę. – Coś kapie – szepnął Albert i zapalił pochodnię. Berg zauważył nacieki wzdłuż kolumn, które prawdopodobnie podtrzymywały konstrukcję. Wnętrze budowli było olbrzymie. Berg po raz pierwszy w życiu widział tak dużą zabudowaną przestrzeń. Nie była jednak ze wszystkich stron zamknięta. Na północy i zachodzie były potężne wyrwy w murze. Większość powierzchni ścian porastał bluszcz oraz szarozielonkawe mchy i porosty. Było cicho i spokojnie. Zwiadowcy powoli weszli w sam środek przestrzeni. Coś trzasnęło. – Ludzka czaszka – przełknął ślinę Feliks i skierował pochodnię wprost pod nogi. – Kości ludzi i zwierząt. – Nie zatrzymujmy się – powiedział obojętnie Berg. Po chwili zauważyli początek pionowego korytarza, coś jakby gigantyczną rurę wystającą z wysokiego, bo ponad trzydziestometrowego sufitu. – Tędy – szepnął Berg. – Tu musi być jedna z czterech kapsuł. Feliks przytknął pochodnię do wewnętrznych ścian szybu. Były popękane. W kilku miejscach odstawały od nich kawałki metalowych nitek i kolorowych strzępów plastiku. Albert wszedł do środka ze swoją pochodnią i spojrzał w górę. Nie zobaczył żadnej kapsuły, wyczuł tylko, że powietrze wewnątrz szybu miało inny zapach, bardziej metaliczny, kłujący nozdrza. Berg po prawej stronie na wysokości pasa zauważył metalowy przycisk. Nacisnął go i ostrożnie odsunął się. Cała trójka usłyszała coś jakby łupnięcie na górze. Machinalnie wyciągnęli jatagany. Albert wybiegł z szybu na zewnątrz, stanął za plecami brata i cicho zaklął. Przez kilkanaście sekund słyszeli jednostajny szum poruszającego się powoli obiektu. Berg nakazał braciom odsunąć się na bezpieczną odległość i czekać. Po chwili ujrzeli kapsułę. Była jak wielka metalowa kasetka z licznymi zadrapaniami i malowidłami. Mniej więcej na jej środku migał czerwony punkt, poniżej którego znajdowała się wąska szczelina z jakąś starożytną inskrypcją. Berg wziął kilka głębokich oddechów i wetknął święty Zkaikardion w szczelinę. Okazało się, że szczelina znajduje się na metalowych drzwiach, których podświetlony kontur zwiadowcy ujrzeli po włożeniu talizmanu w przeznaczone mu miejsce. Berg podniósł do góry lewą rękę i z najwyższą uwagą – tak jak przykazał mu Bukowski – wypowiedział zaklęcie. – Salvador komm! Otwórz się, pradawna twierdzo Zkailitów! My, niegodni, pragniemy tego! Wpuść nas przed oblicze starożytnego i wszechmogącego Boga, który włada tymi murami i pradawną mądrością ksiąg wszelakich! Zkaitauer,

Obcy w Breslau

Zkaitauer, Zkaitauer, silezjański cudzie nad cudami, dziedzictwie potężnego królestwa nad królestwami, nieśmiertelny wśród śmiertelnych, wysłuchaj nas! Przez kilka sekund nic się nie działo. W chwili gdy Berg westchnął i postanowił zacząć recytację od nowa, metalowe drzwi rozchyliły się niemal bezszelestnie i ukazały wnętrze pradawnej kapsuły. Miejsca było na pięć do sześciu osób. Cała kapsuła promieniowała żółtawym blaskiem. Źródło światła znajdowało się prawdopodobnie nad szklanym sufitem, którego blask w pierwszej chwili prawie oślepił zwiadowców. – Wchodzimy – rozkazał Berg. Bracia Kernowie schowali jatagany i zgasili pochodnie. Po prawej stronie zauważyli podświetlaną tablicę z przyciskami. Gdy wszyscy byli już w środku, Berg nacisnął trzeci przycisk od góry (kolejna wskazówka Bukowskiego) i zamknął oczy. Niech się dzieje co chce, ziarenko piasku właśnie wleciało do mechanizmu, pomyślał z zaciśniętymi zębami Berg. Po chwili drzwi kapsuły zamknęły się i jakiś głos donośnie przemówił po poleńsku: „Piętro trzydzieste trzecie. Wszystkich państwa zapraszamy na skorzystanie z naszych najnowszych promocji świątecznych. Przy doładowaniu za dwadzieścia złotych zyskamy rozmowy i esemesy do wszystkich sieci w naj…” Ostatnie słowo nagle się urwało, ale damski głos głoskę „J” intonował jeszcze przez dobre kilkanaście sekund. – Co… – prawie krzyknął Albert, ale natychmiast przerwał mu Feliks: – Jedziemy. Chyba się udało. Berg czuł lekkie wibracje kapsuły, ale nie był pewien, czy rzeczywiście „jadą”. Nie miał też pojęcia, co to za głos odezwał się przed chwilą i czego od nich chciał. – Zachowajmy spokój – powiedział. – Ten głos to może jakaś ich magiczna halucynacja, żeby odstraszyć wrogów. My się nie boimy. Braciom Kern w ostatnie zdanie Berga trudno było jednak uwierzyć. Wyglądali jak przestraszone zwierzęta. Feliks ściskał swojego jatagana, jakby była to jedyna, pewna i normalna rzecz w całym tym nienormalnym otoczeniu. Albert natomiast tępo wpatrywał się w świecące przyciski i trząsł się jak w malignie. Berg był najbardziej opanowany. – Cokolwiek się stanie… – powiedział i nie dokończył, bo drzwi kapsuły nagle się otworzyły. Zwiadowcy zobaczyli przed sobą kilku osobników w białych kombinezonach i maskach szczelnie zasłaniających twarze. Jeden z nich wrzucił do kapsuły okrągły i syczący przedmiot. Kapsuła momentalnie wypełniła się żółtawą mgiełką. Berg uświadomił sobie, że mają do czynienia z trującym gazem. Feliks i Albert chcieli rzucić się na wrogów. Wyciągnęli jatagany i prawie dosięgli jednego z nich, ale gaz skutecznie ich obezwładnił. Bezbronni i skuleni momentalnie zasnęli. Berg zdążył wyszeptać tylko jedno zaklęcie, którego miał użyć w razie kłopotów. – Eltzi Korp Aleppe! – wyrecytował i osunął się na ziemię. *** Starszy zwiadowca Anton Berg siedział w wielkiej komnacie pośród masy najprzeróżniejszych sprzętów. Wiele z nich widział po raz pierwszy w życiu i nie domyślał się ich przeznaczenia. Z rzeczy, które wydały mu się znajome, zauważył popękany dębowy stół, kilka niezwykle misternie zdobionych, lecz niekompletnych krzeseł, szafkę z księgami

53


Horyzonty Wyobraźni i z całą masą dziwnych szklano-plastikowych przedmiotów oraz duży czerwony dywan, który lata świetności dawno miał już za sobą. Chodziły bowiem po nim – a raczej po tym, co z niego zostało – prosiaki, kury i kaczki. W kącie, jakieś cztery kroki od niego, zauważył zwiniętego w kłębek białego kota. Wyglądał na całkowicie pochłoniętego swoimi sprawami, czyli leniwą drzemką połączoną z subtelnym machaniem końcówką ogona. Po prawej stronie znajdował się całkiem spory akwen. Woda była szara i mętna. Niektóre kaczki pływały tam i z powrotem, a kury nachylały swoje łebki, zaspokajając pragnienie. Przy lewej krawędzi Berg zauważył zardzewiałą drabinkę z poręczą, która znikała w wodzie. Pomieszczenie znajdowało się na samym szczycie Zkaitauer. Większe części dachu były ze szkła, przez które Berg obserwował szare niebo nad Breslau. Był związany. Zaklął i starał się odwrócić głowę. Nie zdołał. Czuł na szyi gruby powróz, a wzdłuż i wszerz tułowia metalowe zaciski. Jedyny ruch, jaki mógł wykonać, to pokiwać głową w górę i w dół. Po chwili usłyszał czyjeś kroki. Co najmniej dwie osoby (lub trzy, nie był pewien) nadchodziły od tyłu. Kury i kaczki jak na zawołanie rzuciły się w stronę zbliżających się postaci. – Proszę, proszę – powiedział ktoś niskim nieprzyjemnym głosem. Osobnik wnet pokazał się w całej okazałości. Rzucił ptactwu garść ziarna, wybrał sobie jedno z krzeseł i usiadł naprzeciwko Berga. Jego kompan stanął obok. Obydwaj byli ubrani w białe kombinezony. Ten, który siedział, był stary. Nosił długie siwe włosy i brodę. Po chwili milczenia przemówił. – Chyba nie było was zbyt wielu. Tylko trzech? Reszta nie czai się na dole, ściskając te swoje prymitywne kawałki metalu? Berg milczał. Starzec dobrodusznie się uśmiechnął. – Wiem, co czujesz – powiedział niemal współczująco. – Zostałeś złapany. W dodatku jesteś skrępowany i w sumie nie masz pojęcia, co z tobą zrobimy. Nie wiesz, gdzie są twoi ludzie. Może są przesłuchiwani? Może uciekli? A może ich znów złapaliśmy? A może nie żyją? Berg poczuł suchość w gardle. – Kim wy jesteście? – wymamrotał. Starzec nie odpowiedział od razu. Wygodnie rozsiadł się na krześle i westchnął. – No tak, uprzejmości powinno stać się zadość. Jestem Jarowit Rybak, do usług. A ty? – Starszy zwiadowca Anton Berg. Starzec wyglądał, jakby sobie coś przypominał. – Starszy zwiadowca… Ciekawe – powiedział wolno, delektując się każdą sylabą. – To w tej waszej niewybrednej komunie macie jakąś hierarchię i szczątkową organizację? Nie jesteście prymitywną hordą, jak mówią niektórzy moi znajomi. Przynajmniej nie w takim stopniu, jak byli jeszcze wasi dziadkowie. Ciekawe, ciekawe… Brodacz zrobił pauzę, wpatrując się w defekującą kurę. Po chwili ciągnął dalej. – Nie jesteście może prymitywną hordą, chociaż z drugiej strony, wśród wilków i, dajmy na to, małp, też jest hierarchia. Pewnie nie wiesz, co to małpa? Berg nie odpowiadał. Starał się uwolnić, ale jego zabiegi spełzły na niczym. Nie zdołał nawet rozkołysać krzesła. Uświadomił sobie, że mogło być przytwierdzone do podłogi na stałe. Ani starzec, ani jego kompan nie zwracali na szarpaninę Berga najmniejszej uwagi. – Małpy to – podobnie jak wy, Bawarczycy – w sumie

54

inteligentne, ale prymitywne zwierzęta. Zwierzęta, z którymi macie wiele wspólnych cech. Czymś się jednak różnicie. Małpa to taki człowiek, który nie załapał się na ewolucję. Po prostu mu nie wyszło. Zatrzymał się w rozwoju, ciesząc się swoją infantylną zwierzęcością i nie zdając sobie sprawy z tego, że może istnieć coś więcej poza pierwotnym stanem. Wy, Bawarczycy, odwrotnie. Wprawdzie wyewoluowaliście, ale los z was zakpił i odwrócił ten proces. Z wielkiej, ba, wspaniałej rasy staliście się zdegenerowaną sforą wściekłych i niezwykle ekspansywnych szkodników. Prowadzicie wojny, zabijacie, kradniecie, zjadacie sami siebie, a to ostatnie to już, nawet jak na was, wyjątkowo ohydne. Wiecie, że tylko wasza ilość nie pozwalała nam dotychczas na otwartą wojnę? Jesteście jak wirusy na zdrowym ciele. Lepiej i dla nas, i dla przyszłych pokoleń, abyście zniknęli. Berg parsknął. – Zabawne. To samo my mówimy o was. Jarowit Rybak znów dobrodusznie się uśmiechnął. Wyglądał jak sympatyczny dziadek pouczający krnąbrną młodzież. – Horda się rozzuchwaliła – powiedział. – I to na tyle, że próbuje ukraść coś, co do niej nie należy. Narusza też miejsce, o którym nie ma pojęcia. No i jest bezczelna. – Błagam. – Berg spojrzał Rybakowi prosto w jego szare, zamglone oczy. – Jesteśmy na granicy przetrwania. Może i jesteśmy gorsi od was. Polujemy, zabijamy i zjadamy ciała naszych braci, ale robimy to z konieczności. Chcemy przetrwać, nic ponadto. Jesteśmy, podobnie jak wy, ludźmi. – Czy jedzenie, które zamierzaliście nam ukraść, miało być przeznaczone dla was? Dla głodujących w Breslau? – Posłuchaj… – Nie! To ty mnie posłuchaj! – Rybak wstał z krzesła i z całych sił kopnął metalowy garnuszek z pokruszonym chlebem, który wnet znalazł się w wodzie. Kury głośno zagdakały, jakby miały swojemu gospodarzowi za złe takie lekkomyślne marnowanie okruchów. Tylko kaczki były zadowolone. Zaczęły nurkować. – Zamierzaliście wysłać jedzenie do Monakium! Takie macie polecenia. Ten prymitywny skurwysyn Karloff musi uspokoić swoich obywateli, a jedzenie jest mu właśnie do tego potrzebne. Tylko on nie chce ich nakarmić, on chce ich obłaskawić. W całej Europie albo w tym, co z niej zostało, on jeden dysponuje jako taką siłą i władzą. Jest, że się tak wyrażę, waszym samcem alfa. Berg nie skomentował. Mało z tego wszystkiego rozumiał. Jarowit Rybak ciągnął dalej. – Trzyma was za pysk, bo inaczej się nie da. Z jakichś powodów nie buntujecie się i wykonujecie jego rozkazy bez szemrania. Co się jednak stanie, kiedy jedzenie nie dotrze do Monakium na czas? Co się wydarzy, jeśli w ogóle żadnego jedzenia Karloff od was nie otrzyma? Berg zagryzł wargi. – Jeśli mamy przez to zginąć, zginiecie też i wy. Rybak i jego kompan ryknęli głośnym śmiechem. Po kilku chwilach, w czasie których Berg zdążył na przemian zdziwić się i zirytować, Jarowit Rybak położył mu rękę na ramieniu. – Humor ci dopisuje, mój drogi – powiedział wesołkowato. Nagle zmienił ton. – Mamy mało czasu, więc słuchaj uważnie i nie zadawaj głupich pytań. Rybak usiadł z powrotem na swoim krześle i szepnął coś do swojego kompana. Berg nie rozumiał ani słowa. Ich poleński znacząco różnił się od tego, który czasem słychać

Patryk Młynek


Horyzonty WyobraĹşni

Obcy w Breslau

55


Horyzonty Wyobraźni było w Lodzi czy w Warschawie. Kompan rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu i wyciągnął z kieszeni dziwny przedmiot, którego Berg nie potrafił zidentyfikować. Wpatrywał się w niego przez chwilę i powiedział: – Za kilkanaście minut, może kilkadziesiąt. Starzec kiwnął głową i zwrócił się do Berga. – Nie masz pojęcia, w jakiej znajdujesz się obecnie sytuacji, więc szybko ci ją nakreślę. Jestem zarządcą tego miejsca. Całe Sky Tower lub Zkaitauer, jak mówicie wy, Bawarczycy, jest pod moją komendą. Rozdzielam jedzenie, rozsądzam spory, przydzielam pracę, ale też przesłuchuję takich jak ty. Nie dzierżę jednak władzy absolutnej. Jestem zarządcą demokratycznym z wyboru powszechnego. Pewnie nie wiesz, co to wybory, więc nie będę cię zanudzał naszymi procedurami, ale musisz wiedzieć, że wraz ze mną rządzi także pięcioosobowa Rada Najwyższa. Rada ta ma dużo do powiedzenia, czasami więcej niż ja. Nasze posiedzenia często przeobrażają się w zażarte spory, nawet kłótnie. Oczywiście nie afiszujemy się z tym, udajemy przed ludźmi, że rządzimy zgodnie. Po co kogokolwiek niepokoić? Problem polega na tym, że w Radzie Najwyższej zasiada osoba, która jest moim osobistym wrogiem numer jeden. Osoba ta od lat forsuje na naszych posiedzeniach kompletny kretynizm, jakim jest przywrócenie wierzeń naszych czcigodnych przodków. Wiara ma nas ocalić i pomóc w odzyskaniu całej Silezji. Jak się zapewne orientujesz w historii, Silezja nigdy nie należała do was, więc kiedy mówię o „odzyskiwaniu”, mam na myśli wykurzenie was, Bawarczyków, ale też Morawian, Cyganów i innych naszych wrogów precz. I tu dochodzę do sedna. Osoba ta, zupełnie nieobliczalna w swoim oszołomstwie, ubzdurała sobie, że do zwycięskiego boju o wiarę naszych ojców i o odzyskanie naszych ziem poprowadzi nas ktoś od was, barbarzyńców. Wybraniec, który mimo swojego nieobycia i w sumie nieciekawego pochodzenia dotrze w jakiś cudowny sposób do Sky Tower, przybędzie do naszej świątyni i tym samym da nam impuls do działania. Z czasem zaofiarujemy mu współrządzenie i tak dalej. Zupełny idiotyzm, który na nasze nieszczęście jest zapisany w dwudziestej lub dwudziestej pierwszej przepowiedni… Ale zaraz, ty i tak o nich nie słyszałeś, więc nie będę sobie strzępił języka. Domyślasz się zapewne, że niektórzy z nas to w tobie widzą tego wybrańca. – I niby dotarłem do waszej świątyni? – Berg uniósł wysoko brwi. Ogarnęło go tak wielkie zdziwienie, że nie miał pomysłu, o co zapytać. Zaklął więc siarczyście i warknął jak wściekły pies. – Że niby ten chlew to ta świątynia?! A ja, jako wybraniec i wasz wybawca, muszę być związany? – Nasza świątynia znajduje się na trzydziestym trzecim piętrze. Winda, którą jechaliście zatrzymała się w trakcie trwania mszy. Strażnicy zareagowali oczywiście odruchowo. Myśleli, że to atak, a nie ucieleśnienie naszej przepowiedni. Póki co związanej, bo jak na razie tylko ja i moi ludzie o tobie wiedzą. Do czasu, oczywiście, a ten leci nieubłaganie. Niestety, po tej awanturze z windą, nikt już nie uwierzy, że jesteś tu przypadkowo, że nacisnąłeś przycisk numer 33, bo tak wypadło. Nasi ludzie… Ludzie w ogóle potrzebują takich historii, bo… czyż nie jest ona krzepiąca i zagrzewająca do boju? Czyż nie byłoby cudownie znów władać Silezją, a obcych przepędzić precz? To jest przecież nasz cel. Wiara to absurd, który daje impuls do wszelkich racjonalnych działań. Wychodząc z windy, a wcześniej naciskając przycisk,

56

powiedziałeś im wszystkim, że już czas. Mimo że nie umiesz czytać, dałeś znak. Wypełniłeś przepowiednię. Zwróciłeś, że tak powiem, historię Sky Tower na nowe tory. Zaiste, gdybym wiedział, że to wszystko bzdura i jesteś tylko pospolitym złodziejem, to nawet i ja bym w te brednie uwierzył! – Masz rację! To bzdura! – krzyknął Berg. – Jeśli chcesz mnie zabić, zrób to teraz! Nie opowiadaj mi tu bajek o przepowiedniach! Jarowit Rybak pogłaskał się po siwej brodzie i ze spokojem, właściwym chyba tylko jemu samemu, powiedział: – To nie takie proste. Widzisz, gdybym cię zabił, zlinczowaliby mnie. Kapłani, a w szczególności mój wróg oszołom, doprowadziliby mnie przed sąd świątynny. Odpowiadałbym jako znienawidzony heretyk, religijny burzyciel ładu czy inny potwór. Ludzie widzieliby we mnie nie tylko odszczepieńca, ale przede wszystkim, a to chyba najgorsze z możliwych, niszczyciela ich marzeń i odwiecznych dążeń albo przynajmniej niszczyciela szansy na ich urzeczywistnienie. Zabijając ciebie, niechybnie pogrzebałbym samego siebie, a to nie wchodzi w grę. – Więc niech będę wybrańcem! Chyba nie masz wyboru? Wasze durne przepowiednie chronią mnie, pospolitego złodzieja, więc nie mogę tu zginąć? – Berg trząsł się i starał wyrwać z uścisków metalowych szczęk, ale im bardziej się wyrywał, tym mocniej zaciski wpijały się w ciało. – Jeśli uczynię cię wybrańcem i namaszczę na naszego przywódcę, chociaż najpierw byłbyś członkiem Rady, to zapewne nie uderzysz nigdy na swoich w Monakium. Będziesz nas zwodził, grał na dwa fronty, może nawet zaczniesz szpiegować. Po latach, udając niewiniątko, poznasz nasze tajemnice, przekażesz tę wiedzę swoim, a oni wykorzystają ją przeciwko nam. Czyniąc cię wybrańcem, wzmocnilibyśmy was, a nie chcemy tego robić. Wroga należy osłabiać, a nie umacniać, głodzić i nękać, a nie dokarmiać i trenować. Byłoby to przecież samobójstwo. Martwi mnie tylko to, że ci kretyni w togach z trzydziestego trzeciego tego nie dostrzegają. Z kolei ludzie… No, cóż. Ludzie są zbyt niecierpliwi, zbyt rozgoryczeni, a także zgnuśniali. Pragną lepszego losu, odmiany, jakiejś nowej jakości życia. W takich warunkach, jakie mamy tu i na zewnątrz, wszyscy wariują, są podatni na religijne manipulacje, obietnice bez pokrycia i nie są w stanie myśleć racjonalnie. Nawet nie wiesz, jaki to wysiłek i jak wielka, ba!, tytaniczna praca, aby utrzymać tę społeczność w jednym budynku przez te kilkanaście pokoleń. – Skoro nigdy nie wychodzicie, to skąd tyle wiecie? Skąd tyle wiecie o mnie? – Mamy swoich informatorów. – Bezoki Max? – Powiedzmy, że jest jednym z nich. To ciekawe, że o nim wspomniałeś, bo też się tobą interesuje. – Jak to? Skąd o mnie wie? – Odpowiedź, która nadejdzie z południa, sama cię znajdzie, prędzej czy później. Oby jak najpóźniej. – Coś ty powiedział? Kto wam przekazał te słowa? – W tej chwili to ja zadaję pytania. Ale nie turbuj się. Na ciebie też przyjdzie kolej. Berg warknął i niczym związane zwierzę wierzgnął, i mocno szarpnął krzesłem. Efekty były żadne. – To jakieś szaleństwo! Dlaczego tak mnie dręczycie!? – rozdarł się na dobre. – A skąd w ogóle pewność, że to ja jestem wybrańcem? Skąd wiecie, że ja nacisnąłem ten cholerny

Patryk Młynek


Horyzonty Wyobraźni przycisk? – Mamy takie urządzenia, o jakich nawet wam się nie śniło. Jednym z nich jest detektor odcisków. Myślisz, że dla zabawy farbowaliśmy ci palce? Ale nie zbaczajmy z tematu. I postaraj się mówić ciszej, przecież słyszę cię doskonale. Berg szybko spojrzał w dół. Rzeczywiście, końcówki palców wraz z paznokciami były czarne. – Co więc zamierzacie ze mną zrobić? Bo to, o czym mówiłeś poprzednio, to święta prawda! – Berg ani myślał się uciszyć. – Prędzej sczeznę w lochu niż zaatakuję swoich! Nie jestem zdrajcą! Jak tylko dopuścilibyście mnie do swoich sekretów, przekazałbym je generałowi Karloffowi! Wszystko, rozumiesz?! Gardzę wami i waszymi tajemnicami! Nic a nic mnie to nie obchodzi! Jestem żołnierzem! Wykonuję rozkazy i staram się je wykonać najlepiej, jak umiem! Więc na co czekasz, tajemniczy pryku z magicznego zamku?! Nie możesz mnie zabić, to mnie okalecz, więź, torturuj, zrób, co tylko ta wasza gówniana rada uzna za stosowne! Ale wiedz, że nic ode mnie nie uzyskasz. Nie będę uczestniczył w żadnych waszych gierkach! Kurwa mać! Jarowit Rybak skrzywił wargi, zamknął oczy i z uznaniem pokiwał głową, jakby podziwiał niezwykle osobliwe przyrodnicze zjawisko. – Myliłem się co do ciebie – rzekł powoli. – Jesteś w swej nieokrzesanej zwierzęcości w sumie uczciwy. A o gierkach i podchodach nawet mi nie mów. Sam mam ich po dziurki w nocie. Do niczego cię nie zmuszę. Traciłbym tylko czas. Co więc zamierzam? Dobre pytanie. Odpowiedź będzie równie dobra, jak nie lepsza. Panie Barnimie, zaczynamy! Jego kompan, który cały czas stał nieruchomo, obserwując chrumkające prosiaki i gdaczące kury, podwinął rękawy i, spojrzawszy na Rybaka, kiwnął głową. Podszedł do niego szybkim krokiem i uderzył go pięścią prosto w nos, aż zgrzytnęło. Rybak zatoczył się i wytarł rękawem cieknącą krew. Po daniu znaku, żeby się odsunął, usiadł na najbardziej ufajdanej części dywanu i zaczął się turlać. Kiedy był już wystarczająco ubrudzony ptasimi odchodami, wstał i uśmiechnął się do coraz bardziej zdumionego całym zajściem Berga. – To właśnie wyjście z sytuacji, panie Starszy Zwiadowca. Berg nie rozumiał. Rybak wstał i mówił dalej. – Uciekłeś nam. W końcu jak się jest Wybrańcem, zna

się masę przeróżnych sztuczek. Pobiłeś mnie, związałeś pana Barnima i zwiałeś. Pan Barnim tymczasem ściągał krępujące Berga metalowe zaciski. Po kilku sekundach Berg mógł wstać, co też rychło uczynił. Jarowit Rybak trzymając się za nos, wskazał na srebrne drzwi. – Wejdziesz do tej windy i naciśniesz zielony guzik. Znajdziesz się w składziku drewna. Aby z niego wyjść, wleziesz na drabinę i przekręcisz dźwignię włazu. Tunel zaprowadzi cię do lasku na południe stąd. Mało kto o nim wie, więc postaraj się, aby cię nikt nie zauważył. W składziku zwykle kręcą się jacyś ludzie, ale podejrzewam, że dziś mają co innego do roboty. Berg uwolniwszy się z grubego powroza, który ściskał mu szyję, spojrzał na Rybaka. Starzec patrzył na smugę czarnego dymu unoszącą się z Ostrowa Tumskiego. – Nasi już pewnie skończyli. Wrócą lada chwila, dlatego musisz się spieszyć. – Wraz ze mną było dwóch ludzi, towarzyszyli mi… – Wiem – uciął Rybak. – Chcesz pewnie wiedzieć, co się z nimi stało. Niestety mieli pecha. Nie nacisnęli tak jak ty właściwego przycisku. I jeszcze jedno – dodał z powagą – Nigdy tu nie wracaj. Berg nie zadawał więcej pytań. Wbiegł do windy i zjechał w dół. Kiedy z niej wyszedł, wdepnął w stertę uschłych liści i gałązek, które wydały głośny szelest. Miał szczęście: w składziku nie było żywej duszy. Wnet odnalazł drabinę i wszedł na górę. Otworzył właz, przecisnął się przez wąski okrągły pierścień i stanął na nogi. W ciemnym tunelu błądził po omacku, co jakiś czas potykając się o stopnie i tu, i ówdzie rozrzucone rupiecie. Bez pochodni był ślepy jak kret. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zauważył światło. Przyśpieszył. Światło było na tyle jasne, że mógł rozpoznawać kształty. Tunel zamienił się niebawem w jaskinię o przejściu tak małym, że ledwo się w nim mieścił. Aby wyjść, musiał się przeczołgać. Lasek, o których wspominał Rybak, był cichy i spokojny. Ruiny starożytnych budowli psuły nieco widok, ale dla starszego zwiadowcy Antona Berga był to widok cudowny. Żyję, pomyślał, żyję i będę żył. Mam szczęście, mam niespotykane szczęście! Muszę iść, iść jak najdalej od tego miejsca. W momencie gdy Wratislawianie dobijali ostatnich rannych, Anton Berg był już na szlaku. Droga prowadziła na południe.

Patryk Młynek Rocznik 1982, urodzony we Wrocławiu, absolwent socjologii UWr, dawniej dziennikarz Gazety Wyborczej, obecnie związany z kwartalnikiem „Biznes Dolnośląski”, gdzie pełni zaszczytną funkcję redaktora wydania wersji polskiej. Wielbiciel Borgesa, Cortazara, Lema, Vonneguta, Monty Pythona, filmów Sergia Leone, a także włoskiej kuchni i belgijskiego piwa. Finalista dwóch edycji HW (2010 i 2011). Pisanie traktuje jako przyjemne, ale wymagające hobby.

Obcy w Breslau

57


Horyzonty Wyobraźni

Grzegorz Patroń

Nieważne, jaki masz kolor oczu ilustracja Magdalena Mińko Kobieta podlewała kwiaty. Rozejrzała się po mieszkaniu, kontrolując wykonane prace. Niedawno skończyła odkurzanie, zawiesiła też świeżo wyprane i wyprasowane firanki. W tym czasie jej mąż nerwowo przestawiał krzesła, coś ciągle poprawiał. – Przecież mogliśmy kupić dzieciakom coś fajnego – powiedział głośnym, nieprzyjemnym głosem. – Oj, stary, nie wiemy, w co lubią się bawić, zresztą... Po raz pierwszy od dawna odwiedzili sklep z zabawkami. Nie potrafili odnaleźć pośród zgiełku i kolorowych gadżetów nic, co by zaaprobowali. Nawet nie znali nazwy większości z dostępnych artykułów. Sprzedawca zachwalał towary, posługując się przerażająco wielką liczbą – nic im nie mówiących – skrótów. Po tej wizycie zdecydowali się powyciągać z piwnicy stare gry i zabawki syna, kryjące w sobie tyle wspomnień. Wyczyszczone, naprawione domowymi sposobami stały teraz na pięknym, wielkim stole. Wydawało się, że czekają równie niecierpliwie na wizytę dzieci, co ich dziadkowie. Raz jeszcze przyjrzała się otoczeniu. Skromnie, ale... przyjemnie – oceniła. Meble nie były nowe, ale były to solidne, wygodne sprzęty, towarzyszące im od lat. Ściany wymagały odświeżenia, jednak nie czuli się już na siłach, by zabrać się za to samodzielnie, a wynajęcie ekipy malarskiej wciąż odwlekali ze względu na koszt. – Trzeba było wziąć ten, no, co to sprzedawca pokazywał – warknął. – Uspokój się, żebyś ich nie wystraszył. Zaniepokoiła się, w końcu miała to być pierwsza wizyta wnuków. Dotąd widzieli je tylko na zdjęciach. Dziewczynka – niemal już nastolatka – jest starsza, w jej rysach bez trudu można odnaleźć rodzinne podobieństwo, zaś chłopiec... Dzwonek przerwał jej rozmyślania. Mąż drgnął, podszedł do drzwi, zawahał się, poprawił krawat i zawrócił. – Ty otwórz – wyszeptał. Usiadł w fotelu. Wstał. Czuła, jak krew pulsuje w jej skroniach, wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę. Uśmiechnęła się na widok trzech osób, ubranych w ciepłe, zimowe kurtki. – Wejdźcie. – Cofnęła się, robiąc im miejsce. – Mocno dziś wieje. – Yhy. Cześć mamo – odparł syn, popchnął dzieciaki do przedpokoju, wniósł walizki. Jej mąż ruszył w kierunku gości, ale gdy jego wzrok padł na chłopca, zatrzymał się. Malec zacisnął usta i pochylił głowę. Dziewczynka zrobiła krok, jakby chciała stanąć pomiędzy starym człowiekiem a swym bratem. Kobieta westchnęła i objęła dzieci. – Kochani moi, rozdziewajcie się – powiedziała miękkim, lekko drżącym głosem. Pocałowała w czoło dziewczynkę, chłopca. – Tak długo czekaliśmy. – Uśmiechała się. – No, stary, zabierz walizki, nie ma gdzie nogi postawić!

58

– Mamo, ja już muszę zmykać, jakby co znasz numer. – Zawsze w biegu, usiądź raz – wygłosiła starą mantrę. – Muszę pędzić, no cześć! Trzasnął drzwiami, przez chwilę słychać było jeszcze jego szybkie kroki. Jakby był przewoźnikiem w Hadesie, pomyślała, a te dwie małe, wiotkie sylwetki jego ostatnimi klientami. – No, jedzcie – poprosiła. Obiecywała sobie, że nie będzie zwracała uwagi na dziwne urządzenie, jednak złapała się na tym, że podświadomie unika wzroku chłopca. Wiedziała, że w stolicy taki widok już spowszechniał, jednak tu, na prowincji... Zresztą co innego zobaczyć to na ekranie telewizora, a co innego w rzeczywistości. Bolało ją, że chłopca oszpecono celowo. Na zabieg stać było nielicznych. Nachalne reklamy starały się przekonać, że był dowodem wysokiej pozycji – i równie wysokich aspiracji… rodziców. Wygląda jak owad, pomyślała, wielki, dwunożny owad. Albo jakby był maszyną, obleczoną w ludzką skórę, ale w tym jednym miejscu przebijała jej prawdziwa natura. Ukradkiem zerknęła na matowy, metaliczny materiał, ciągnący się od nosa aż po wystające ucho chłopca, wypełniający również szczelnie cały oczodół, w którym – zamiast źrenicy – tkwiły tęczowe soczewki. – Smakuje wam? – zwróciła się do domowników. Dziewczynka skinęła głową, a jej brat jakby nie usłyszał, wciąż niemrawo mieszał łyżką w misce. – Babcia cały dzień stała przy garach, wcinać! – oznajmił stanowczo dziadek. – Cicho stary – ofuknęła go. Jedli w milczeniu. Wydawało się, że łączy ich tylko – wspólnie rozpinana – sieć obaw, która zawładnęła przestrzenią i zasznurowała im usta. Po obiedzie dziewczynka pomagała zmywać naczynia, co jakiś czas z niepokojem zerkając na wejście do pokoju, gdzie pozostał jej brat z dziadkiem. Kiedy dobiegł ją hałas, drgnęła i ruszyła w tamtą stronę, a kobieta za nią. Ze sztucznego oka chłopca wydobywał się strumień światła − padał na stojącą w kącie szafkę i tworzył na niej trójwymiarowy, niewielki obraz. Przedstawiał – o wiele młodszego – dziadka, który zarzucał właśnie zakończony hakiem sznur na wyższą półkę. Hak zaczepił się o stojącą tam porcelanową figurkę kota. Mężczyzna szarpnięciem sprawdził linę, po czym zaczął się po niej wspinać, sprawnie jak komandos. – A to dobre! A to dobre! – Stary człowiek klepał się po udach, głośno zaśmiewając z przedstawionej sceny. Podszedł do dumnego chłopca i zmierzwił mu czuprynę. – Super dzieciaki! – powiedział uradowany do żony, oczy mu błyszczały.

Grzegorz Patroń


Horyzonty WyobraĹşni

NiewaĹźne, jaki masz kolor oczu

59


Horyzonty Wyobraźni Wtedy, jakby wypowiedział w porę czarodziejskie zaklęcie, szczęście spłynęło na ten dom i objęło go w posiadanie, nie opuszczając ani na chwilę aż do wyjazdu dzieci. *** Tydzień potem nie przyjechały, czekali więc z nadzieją na kolejny weekend. Jednak czas mijał i zawsze wypadało coś, co uniemożliwiało wizytę. Mężczyzna zaczął coraz bardziej niedomagać i kobieta widziała, jak go gryzło, że nie mógł ich zobaczyć. Czekali z utęsknieniem na letnie wakacje, może wtedy... Piękny, gwałtowny, burzowo-ciepły lipiec był w pełnym rozkwicie, kiedy zdecydowała się zapytać wprost. Poczekała tylko na znajome trzaśnięcie drzwiami – wyszedł po gazetę – i wybrała numer syna. Uciekał wzrokiem, więc poznała już odpowiedź, ale spytała, niemal czując, jak pęka jej serce. – No wiesz, ona zdecydowała, że kontakt z wami... szkodzi rozwojowi dzieci... – Brednie! Przecież to nasze wnuki!? Kochamy je! – Mamo, nic nie poradzimy, próbowałem ją przekonać... Przerwała połączenie, gwałtownie wciągnęła powietrze. Ukryła twarz w dłoniach, a gdy wstawała, zorientowała się, że ktoś stoi w drzwiach. – Zapomniałem parasola – usprawiedliwił się. Podeszła do niego, ale odtrącił ją i zamknął się w pokoju. Zmierzchało, gdy wyszedł. Przytulił ją. To ją wystraszyło najbardziej – zawsze zaciskał zęby i walczył z przeciwnościami, a teraz czuła jego rezygnację. *** Miejscowy lekarz rozłożył bezradnie ręce. – To już... czas. Mogę tylko przepisać coś mocniejszego na serce, no i leki przeciwbólowe. – Długo? – Trudno powiedzieć. Organizm jest wyniszczony, tydzień, miesiąc... Proszę dzwonić o każdej porze, ale tak naprawdę nic już nie można zrobić – powiedział smutno. Nie patrzyła w oczy syna, gdy prosiła o pomoc. Na drugi dzień przyjechał znany, drogi lekarz ze stołecznej kliniki. Rozejrzał się zdumiony po mieszkaniu, nie kryjąc swojej pogardy. – Pani syn to klasa duże „A” podwójny plus? – zapytał zdumiony. – Tam – wskazała ręką pokój, ignorując pytanie. Wzruszył tylko ramionami, po czym zaczął rozkładać wokół leżącego starca sprzęt. Badania nie trwały długo. – Centrum Ukojenia – wycedził obojętnie. – Nie daj im! Chcę zostać w domu, z tobą – wyszeptał jej mąż. – Zostaniesz – odpowiedziała, spojrzała z wyrzutem na medyka. Wypchnęła go na korytarz. W milczeniu ją odsunął, zebrał sprzęt. Rozejrzał się po pomieszczeniu, nie zwracając uwagi na wpatrzone w niego, wypełnione nienawiścią i strachem oczy. Przejrzał recepty. – W myśl szczegółowych ustaleń ustawy o zapobieganiu bólowi, zgodnie z praktycznymi wytycznymi powinienem to zgłosić, nie wolno marnować subsydiowanych leków na beznadziejne przypadki.

60

Bez słowa wykręciła numer syna. – Chcą go zabrać do Centrum – powiedziała drżącym głosem. – To były zwykłe odwiedziny, nie wizyta lekarska. Nie będziemy robić sobie nawzajem problemów, prawda, panie doktorze? – powiedział jej syn spokojnie. – Wasza sprawa – odparł tamten i wyszedł, nie żegnając się z nikim. Nie pamiętała, czy trzasnął drzwiami. *** Nie było nic godnego w jego umieraniu. Były to długie, męczące miesiące, podczas których warstwa po warstwie obdzierany był z siebie. Z początku po prostu źle się czuł, a potem... Zapamiętała tylko wmuszanie pokarmu, łagodzenie napadów szału, majaki. Wkrótce nie poznawał już nikogo, tylko wczepiał się chłodną dłonią w każdego, kto przy nim usiadł, jakby chcąc wydrzeć dla siebie ciepło życia, aż straciła rachubę czasu, zatracona w rytmie karmienia, mycia, doglądania, a wątła nić nie dawała się przerwać. Dziwiła się za każdym razem, gdy na niego patrzyła, że jego ciało stawało się coraz większe, rozlazłe, chociaż tak niewiele była w stanie w niego wmusić. Leżał nieobecny, wydając w równych odstępach czasu głuchy – niosący się przez ściany – dźwięk, ni to jęk, ni oddech. Kuliła się, czekając na ten odgłos. Nienawidziła go, siebie za to uczucie i Boga, że na to pozwalał. Dni były już krótkie, kiedy nadszedł ten ostatni. Upewniła się tylko, że nie oddycha, położyła z nim i zasnęła z ulgą, po raz pierwszy od dawna. Po przebudzeniu w końcu napłynęły łzy, szeroką wstęgą. Nawet ich nie wycierała. Znów był wieczór, raz jeszcze położyła się do zimnego łoża. Zabrali zwłoki. Stała w oknie, przesuwając dłonią po futrynie. W miejscach, gdzie farba już zeszła, wyczuć można było słoje drewna. Każdy to jeden rok, przypomniała sobie. Powróciło też wspomnienie drzewa, które zasadzili wspólnie, gdy urodził im się syn. Owocowe, zwykła, piękna jabłoń, w ich ogrodzie. Nie wiedziała, czy jeszcze rośnie, dom został rozebrany, tego była pewna, a drzewo? Nie mogła znieść – wylewającej się z ich mieszkania na dwunastym piętrze – ciszy, rozpychającej się długimi, bolesnymi falami. Chciała usłyszeć choćby jego oddech... Mógł nawet siedzieć naburmuszony w kącie, skryty za gazetą, obrażony, nie wiadomo na co. Albo żeby żartował czy smagał słowami. Najbardziej jednak pragnęła, żeby wziął ją w ramiona i wyszeptał: „witaj, Jasnowłosa”. Ze zdumieniem odebrała małą, niepozorną urnę. „Już nie grzebie się ludzi w ziemi, babuniu” – usłyszała. Znalazła mały, zniszczony kościółek. Siedziała pośród kilku, równie wiekowych jak ona osób, a kaszlący, znużony ksiądz odprawiał mszę żałobną. Żadnego światła, młodości, tylko kurz i zapomnienie, pomyślała. Przed kościołem czekał na nią syn. – Gdzie wnuki!? – zapytała twardym, nieprzyjemnym głosem. – Mamo... – To był twój ojciec, ich dziadek! – krzyczała. – Mamo... – Dobrze, że pozwoliliście dzieciom chociaż być przy własnych narodzinach! – Głos jej złagodniał. – To dobre dzie-

Grzegorz Patroń


Horyzonty Wyobraźni ciaki, trochę zagubione, kochaj je. Tobie pozwoliliśmy żyć, jak chciałeś, więc nie powinnam ciebie teraz osądzać, aleś głupio robił. – Przyciągnęła go do siebie, kciukiem wyznaczyła krzyż na jego czole i ucałowała go. – Wszystko już ze mnie uleciało, słowa, uczucia... To dobre dzieci, kochaj je – powtórzyła. *** Dzwonił do niej codziennie. Siedziała nieruchomo, w ciszy się w niego wpatrując. Najbardziej bolała go obojętność, pustka wypełniająca jej oczy. Chciał, żeby była tam złość, niechęć, czułość, choćby zawód, ale wydawała się tylko pustą skorupą. Aż któregoś dnia na ekranie nie ujrzał jej twarzy. *** Miejsce rozpoznał dzięki starej, powyginanej jabłoni, którą widać było z trasy szybkiego ruchu. Drzewo było ostatnim śladem po dawnych mieszkańcach. Trwało tam jak pieczęć czasów, które odeszły. Chłopiec uparł się i ubrał tę samą, przyciasną już kurtkę, w której odwiedził dziadków przed rokiem, a dziewczynka ozdobiła obie urny kwiatkami i kolorowymi wzorkami. – Babci by się podobało? – spytała ojca. – Bardzo. – Babcia była dobra? Potwierdził ruchem głowy, nie mógł wydobyć z siebie słowa. Nie mógł też powstrzymać łez, które utorowały sobie drogę na mroźne powietrze. Jakie to nieprofesjonalne, pomyślał z zaprawionym goryczą cynizmem. Otworzył oba pojemniki i przechylił. Ich zawartość mieszała się w powietrzu, unoszona podmuchami wiatru, by

opaść na śnieg, szarym nalotem biorąc w posiadanie ziemię. Chłopiec wyświetlił na śniegu budynek. Mężczyzna drgnął, rozpoznał bowiem swój rodzinny dom. – Babcia pokazywała nam papierowe zdjęcia – wyjaśniła dziewczynka. Jakby na potwierdzenie jej słów, scena przedstawiała teraz dziadków z wnukami, wspólnie przeglądających stare albumy. Dziadek wydawał się silny i sprężysty, babcia sporo młodsza, a dzieci wyglądały tak jak teraz. Mężczyzna dostrzegł jeszcze jedną zmianę – każda z figurek posiadała cyberoko. Obraz uległ zmianie – dziadek naśladował teraz jakieś wielkie zwierzę, chyba niedźwiedzia, kobiety tuliły się do siebie przerażone, gdy nagle chłopiec wpadł z kuchni i zastrzelił napastnika kijem od szczotki, po czym zaczęli się radować. Następnie dzieci jeździły na dziadku, który udawał dzikiego, dumnego mustanga. Na koniec pokazu wszyscy przenieśli się do kuchni, gdzie babcia przejęła dowodzenie. Razem przygotowywali posiłek, dziadek potulnie słuchał babci, kroił warzywa, zaś dzieci w rytm jej wskazówek coś dolewały i mieszały w wielkiej misie. Gdy zjedli, wszyscy się przytulili, po czym dzieci odjechały. Starzy ludzie spojrzeli na siebie, pocałowali się delikatnie. Pomachali jeszcze w kierunku, w którym znikły dzieci i rozpłynęli się w powietrzu, jakby ustępując miejsca temu, co ma po nich nastąpić. Mężczyzna oglądał przedstawienie w napięciu, a gdy się skończyło, wydało mu się, że padający śnieg i wiatr formują w powietrzu obrys twarzy, jednak nagły podmuch rozwiał obłok zimnych kryształków lodu. – Gonisz! – krzyknęła dziewczynka. Rzuciła śnieżką w chłopca. Ten, roześmiany, zaczął lepić swój pocisk. Ich wesołe okrzyki niosły się w powietrzu i wydawało się, że docierają wszędzie.

Grzegorz Patroń Urodzony w 1975 r. w Krasnymstawie. Wyznawca Philipa K. Dicka. Kontakt: gpgapa@gmail.com

Nieważne, jaki masz kolor oczu

61


Horyzonty Wyobraźni

Kamila Jurkiewicz Boski wiatr

ilustracja Marta Sawicka Byliśmy marzeniem. Wszystkich ludzi, zwłaszcza tych, którzy pragnęli ukojenia. Którzy szukali kogoś, kto mógł walczyć za nich, pracować za nich, pozostawiając im czas na życie. Niektórzy ludzie nie poprzestawali na marzeniach — tak pojawiliśmy się my. Zawsze gotowi do pracy. Zawsze pomocni, wypoczęci, skłonni do najbrudniejszych robót. Od budowy statków czy rurociągów pod dnem oceanów aż po bycie królikami doświadczalnymi. Zawsze posłuszni, potrafiący zrobić wszystko, by chronić człowieka. Teoretycznie idealni w każdym calu, a tak niedoskonali, puści. Bezuczuciowi, beznamiętni, nieczujący strachu, radości, niczego. Byliśmy hybrydami. Zlepkiem różnych genów o ciele człowieka, tysiące razy bardziej wytrzymałym niż zwykli obywatele Ziemi. Za to nas nienawidzili. *** Park Inoshira był już jedyną połacią zieleni dość waleczną i silną, by przeżyć w miejskim zamieszaniu i rozwoju. Postrzępione chmury sunęły po rozjaśnionym niebie, a gorąc sprawiał, że powietrze tańczyło nad zielonymi trawnikami. Mimo to cichy wiatr szarpał liśćmi ostatnich wiśni kwitnących w Tokio, a przekwitnięte płatki zawiewał w każdy kącik parku. Mała Nomine obracała w dłoniach czarny, gładki kamyk. Podniosła się z klęczek i rzuciła go w kierunku osowiałej tafli jeziorka. — To się robi tak, Nomi-chan. — Ojciec pokazał jej specyficzny ruch nadgarstka. Na powierzchni wody pojawiło się kilka kółeczek fal, zanim kamień zatonął. — Nie umiem — wyszeptała Nomine, targając końcówkę warkocza. — Nie martw się, nauczysz się. Gdy wiatr znów porwał różowe płatki, Sayuri zmrużyła oczy. Cieszyła się każdą chwilą wytchnienia od upału, który męczył ją jak nic innego, sprawiając, że irytowało ją niemal wszystko. Łódeczki sunące po wodach jeziora, ludzie chodzący ścieżkami, nawet nieco gryzący materiał koca wyszukanego na szybko w szafie. Ale przede wszystkim smukła, ruda dziewczyna o włosach sięgających aż za pośladki i typowej, europejskiej urodzie. Sayuri widziała ukradkowe spojrzenia rzucane przez męża. Nie mogła się dziwić. Prosty nos, duże oczy, duże, szerokie usta, loki otaczające głowę, to wszystko sprawiało, że zwracała uwagę wszystkich. Wąski tatuaż obejmujący ramię rudej mówił jedno — hybryda numer SE-5345. Obok przebiegł chłopiec pilnowany przez rudowłosą. Ta z uśmiechem szła tuż za nim, a puszczany przez niego latawiec szybował coraz wyżej i wyżej. Nomine przyglądała

62

się z zachwytem na twarzy białemu smokowi, zanim spojrzała na rudą. Potem przeniosła wzrok na matkę. — Czemu my nie mamy hybrydy? Sayuri zmarszczyła brwi, ale odpowiedziała łagodnie: — Bo nie potrzebujemy, kochanie. Sami radzimy sobie bardzo dobrze. — Ale wszyscy w mojej klasie mają. — Nomine bąknęła i wydęła usta. Tak podobna do ojca, pomyślała Sayuri. Drobna dziewczynka odziedziczyła jej posturę, ale szerokie brwi, białą karnację i gęste, czarne włosy po Akim. Była jedną z ładniejszych dziewczynek, które kiedykolwiek widziała, i cieszyła się, że nie ma jej brązowych kosmyków i zadartego nosa po babce Angielce. — Yuki-chan ma nawet trzy, a jedna codziennie upina jej włosy. W piękne koczki, warkoczyki, mamo. Też bym chciała. — Sama mogę pleść ci warkocze. — Ale, mamo, ta druga robi jej takie ładne kanapeczki, zawsze przynosi w pudełeczku kilka. Nawet raz mi dała, były pyszne. — Gdybyś powiedziała słowo, robiłabym ci drugie śniadanie do szkoły — odparła. — Mamo… — Kochanie, nie będziemy mieć hybrydy. Dziewczynka spojrzała zrezygnowana na ojca, widocznie chcąc jeszcze powalczyć chociażby o jego zgodę. On zauważył zaciętość w oczach Sayuri. — Sayuri, nie zaczynaj przy Ne-chan, proszę cię — szepnął Aki, starając się, by nie dosłyszała tego dziewczynka. Potem zwrócił się do córki: — Nomi-chan, może zerwij trochę stokrotek. Mama zrobi ci wianek. Mała szybko zgodziła się i pognała w stronę kilku kwiatków rosnących tuż przy tafli wody. Aki przyglądał się jej w milczeniu, obserwując, jak gorliwie wybiera stokrotki o najdłuższych łodyżkach, zanim spojrzał na żonę. Westchnął, gdy dostrzegł, że nie przestała mierzyć go chłodnym spojrzeniem. Wyglądała tak beznamiętnie, niemal jak królowa zimy, a wysokie kości policzkowe tylko nadawały jej srogości. Ostatnio bywały chwile, gdy nie poznawał jej, przerażał go upór, który nią kierował; mimo to spróbował złagodzić atmosferę. — Może pójdziemy z Nomi-chan do zoo? — Idźcie sami — odpowiedziała, nawet nie patrząc. — Muszę być w laboratorium przed osiemnastą. — Sayuri — powiedział z wyrzutem — zamęczasz się. Gonisz ten Wiatr, jakby nic innego się nie liczyło. Ja, Nomine-chan. Zaślepiła cię nienawiść, w dodatku bezpodstawna. Dlaczego tak ich nienawidzisz? — Ktoś powinien myśleć logicznie. Znów to chłodne spojrzenie. Aki pokręcił głową i zaczął jak najspokojniej mówić:

Kamila Jurkiewicz


Horyzonty Wyobraźni — Nie są rzeczą, by się psuły. Mają rozum, kochanie. Są nam podległe i nic tego nie zmieni. Co oni ci tam nagadali? — Nic — warknęła. Podniosła się, a zanim poszła, dodała wyniośle: — Idę gonić Wiatr. *** Nazywam się Moira i jestem hybrydą numer AX-143C. Imię nadała mi pewna kobieta-naukowiec pracująca ze mną. Nie kryła się za tym żadna przyjemna historia, którą mogłabym opowiadać na spotkaniach z przyjaciółmi — chociaż ich przecież nie miałam. Pani Sakura uważała, że „Moira” woła się szybciej niż „AX-143C”. Miała rację, pewnie niektórzy nawet nie zdążyliby krzyknąć: „AX-143C, pomocy!”, poplątaliby się w moim numerze seryjnym i zostaliby zgniecieni. Tylko dlatego posiadałam imię. Byłam jedynie hybrydą i robiłam to, co mi kazali. Po to powstaliśmy. Nie wiedziałam jak, ale czy to ważne? Wiedziałam, po co. Każdy wiedział. Nasze istnienie nie wiązało się z żadnym romantycznym celem, pięknym i światłym; mieliśmy pracować i pracować, nasza wiedza nie liczyła się

Boski wiatr

dla nikogo. Dla nas przeznaczony był świat plotek, domysłów i starych ksiąg, zapisów czy gazet sprzed lat. Drobne druczki, wąskie kolumny na pożółkłych stronach i układanie wszystkiego w całość. Tak naprawdę mieliśmy tylko tyle, ale i aż tyle. — AX-143C? Zajmij się tym. Skinęłam służalczo głową i, tak, zajęłam się tym, czego ode mnie oczekiwali. Prawie po łokcie zanurzyłam ręce w kadzi z parującą cieczą, silnie żrącym kwasem, który wypalał ludzkie ciało do kości; ja jednak nie miałam nawet zaczerwienień na skórze. Później wyjęłam z niej drobną kulę plastycznego metalu, przeszłam do wielkiego kotła. Pięć tysięcy Kelvinów; tam ta odrobinka stopu zostawała obrabiana. Później stygium taśmowo trafiał już do ludzkich pracowników, którzy mogli zajmować się metalem w takiej formie. Kwasy i temperatura sprawiały, że inny nie mógł pracować na moim miejscu. Byłam niemal niezastąpiona. Tak wyglądała moja praca. Wielka huta stygium, razem z laboratoriami stanowiąca centrum badawcze. Sama pracowałam nad cudem, metalem odkrytym niedawno i już będącym najbardziej pożądanym na całej Ziemi. Nieznisz-

63


Horyzonty Wyobraźni czalny, lekki — wspaniały. Czołgi, samoloty, broń, wszystko, co najważniejsze w ludzkim świecie: byleby móc uzbroić się i nie dać prześcignąć wrogowi. Tak naprawdę, mimo spokoju i względnego ładu, wszystko czekało na swoją kolej. Pracowałam, by za kilka lat znów mogli walczyć. Wspaniała wizja. — Moira, skończyłaś na dziś — usłyszałam po siedmiu godzinach. Naukowcy w swoich srebrnych kombinezonach rozeszli się do domów, a ja posłusznie — bo tak mówiło prawo — musiałam opuścić hutę po przepracowaniu dniówki. — To może i tylko hybrydy — mówili niektórzy politycy — ale mają w sobie coś z człowieka, więc zasługują na swoje prawa. Powinni mieć wolne jak każdy z nas! Inni, coraz bardziej popularni, mieli zupełnie przeciwne zdanie. Nazywali nas przekleństwem, potworami zagrażającymi całej ludzkiej populacji. Z każdym dniem przybywało osób, które się z tym zgadzały. Codziennie znosiłam nieprzychylne spojrzenia, szepty i być może, gdybym miała uczucia, smuciłoby mnie to. Było mi to jednak zupełnie obojętne. Czym było dla mnie ich zdanie? Mogłam pracować bez przerwy, nie męczyłam się, robiłam rzeczy ważne i potrzebne. Gdyby tylko obecne prawo nie zabraniało nam pracować przez całą dobę… Takie wyjście pewnie byłoby też dla nas lepsze. Zabrać czas, pozbawić tych momentów ciszy i pustki, którą musieliśmy na siłę czymś wypełnić. Tak, tak byłoby łatwiej. Oczywiście, ze względu na „humanitarność” mieliśmy też wyznaczone mieszkania, a dokładniej małe osiedla czy bloki. Moja skromna kawalerka w dzielnicy Shinjuku zupełnie mi wystarczyła, nie miałam przecież potrzeb. Czasem, podjudzona hasłami kampanii: „Godność dla hybryd”, przyznawałam w myślach, że to rzeczywiście… niewłaściwie zmuszać nas do życia w swoistych gettach, ale na tym się kończyło, nigdy nawet nie skarżyłam się na głos. Bo ani mi nie zależało, ani nie mogłam oczekiwać innego traktowania. Zgadzaliśmy się na wszystko. Wszystko, by byli szczęśliwi. By znosić ich pogardę i złość. Cóż, było mi to przecież obojętne. *** Małe spirale krążyły pod szkiełkiem. Sayuri wybrała inny obiektyw, przekręciła delikatnie śrubę makrometryczną, później mikrometryczną, zanim obraz się wyostrzył. Wirus radośnie zamrugał do niej. Uśmiechnęła się do okularu; może to maleństwo będzie tym czego szukała? Boskim Wiatrem? Usłyszała cichutki głos hybrydy. Podniosła wzrok na blondyna o norweskiej urodzie, który sprawdził działanie przyrządu po przeciwnej stronie sali. Od razu złowiła spojrzenia pełne pogardy skierowane w jego stronę; on zresztą też, bo wyszedł szybko. Nie była jedyną z takim zdaniem o hybrydach, a tutaj, w laboratorium, czuła, że ta nienawiść niemal jednoczy wszystkich pracowników. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiała się, czemu ich nienawidzi. Który powód najbardziej zadecydował o jej emocjach rosnących z każdą chwilą, z każdą obserwacją ich zachowania. Nie uznawała opinii radykałów, że odbierają pracę, nie była aż tak zaślepiona; wykonywali zajęcia, których i tak nikt nie chciał, czym więc szkodzili? Ale byli sztucznie zaprojektowaną mieszanką genetyczną, czyniącą ich niemal nieśmiertelnymi, wyjątkowymi. Nie czuli strachu, bólu,

64

radości, żalu, ambicji. Byli podlegli, pozornie robiąc wszystko, co tylko im się rozkaże. Nie potrafiła im zaufać. Nie pocieszała także myśl o tym, jak wiele już razy okazywało się, że wizja naukowców okazywała się idylliczna, ale i niszcząca. Nie rozumiała zachwytu Akiego. Kiedyś patrzył tak na nią, teraz na przepiękne hybrydy o blond włosach i smukłych ciałach. Odbierały jej wszystko, nawet męża. Bała się stracić świat, który miała. Chroniąc go, żyła Boskim Wiatrem, wirusem zwanym „Kamikadze”, który miał skończyć cały jej strach. — Sayuri-san, pozwól na chwilę. Posłusznie odeszła od mikroskopu i stanęła twarzą w twarz z kierownikiem sali. W rządkach aparatur ustawionych równolegle do siebie zasiadały jeszcze dziesiątki pracowników w takich samych srebrzystych fartuchach, ale Ryu Atake, przesadnie miły i uprzejmy mężczyzna, podszedł właśnie do niej. Przeklęła w myślach i uśmiechnęła się pogodnie. — Tak? Skinął w kierunku drzwi. Ich cichy syk wypełnił ciszę, gdy wrota zasunęły się nad nimi. Lampa na korytarzu migotała spokojnie. — Ktoś powinien ją wymienić — zauważyła, ale kierownik wcale nie był tym zainteresowany. — Sayuri-san, przejdźmy do rzeczy — powiedział spokojnie. — Wiem, że ciężko o to prosić, ale musisz się postarać. Przyspieszyć badania. Zmarszczyła brwi. — Nie wiem, czy mogę pracować szybciej bez narażenia próby. Już i tak dostatecznie wiele nam się nie udało. — Tak, wiem, wiem — przyznał — ale tutaj nie chodzi o to, czego ja od was wymagam. Wymaga rząd. — Jak to? — Pomyśl, zbliżają się wybory. Wiesz, że tym razem przewagę mają nie gorący zwolennicy hybryd, ale cisi przeciwnicy. Czuję, że skończy się „Hybryda = życie, projekt jednakowych praw hybryd i obywateli” i te bzdury. — Chyba cię to cieszy — powiedziała. Nie dało się nie zauważyć, że Ryu Atake, wysoki, nieco zbyt szczupły mężczyzna pod czterdziestkę nienawidzi hybryd. Prawie tak samo jak ona. — Trudno ufać czemuś, co nie czuje, Sayuri-san, dobrze wiesz. Ale chodzi o zarządzenia, nie moje zdanie — przyznał niechętnie. — Boski Wiatr powinien być gotowy w ciągu miesiąca. Miała już coś powiedzieć, ale przerwał jej zniecierpliwiony. — Wiem, że nie podoba ci się to, ale musisz pospieszyć prace. Jesteś jedną z lepszych na mojej sali, więc to ciebie proszę. Każdy kierownik miał zrobić to samo. Proś, o co chcesz, mów, kogo potrzebujesz, a zostanie przydzielony do pomocy. Masz wszystkich do dyspozycji. Tylko tego nie spieprz. — Przecież to śmieszne — żachnęła się. — Jak w miesiąc mam zrobić coś, nad czym pracujemy od trzech lat? Dlaczego to ja mam płacić za to, że ktoś zaprojektował i wypuścił hybrydy w obieg, ale nie pomyślał o tym, że trzeba mieć coś, co może je zabić? — To nie mój problem, Sayuri-san. Możesz pisać zażalenia do nich, wściekać się, że zrobili je niezniszczalnymi, możesz krzyczeć, płakać, brać wolne… Rób, co chcesz, dopóki wypełnisz zadanie. Boski Wiatr ma być gotowy. Inaczej polecą głowy i na pewno nie tylko moja. ***

Kamila Jurkiewicz


Horyzonty Wyobraźni — Cześć, Moira-chan. — Przywitali mnie. — Jak minął dzień? Spotykaliśmy się po pracy. Tacy, jak ja. Traciliśmy czas, próbując nadać mu nieco znaczenia. Co innego mogliśmy robić? Spać? Nie, nie musieliśmy. Nawet właściwie oddychać nie potrzebowaliśmy, ale ludzie przychylniej na nas patrzyli, gdy mogli stwierdzić, że oddychamy tym samym powietrzem. Chyba wtedy wydawaliśmy się bardziej „ludzcy”. — Wspaniale, dzięki. — Kolejny pracowity dzień zakończony — zaśmiał się Uki, wysoki szatyn o zniewalającym uśmiechu. Zniewoliłby mnie, gdyby nie to, że nie mieliśmy uczuć, a co za tym idzie: nie odczuwaliśmy pożądania. — Dacie wiarę, że jutro mam wolne? — Żartujesz… Hybryda i wolne? — Clara parsknęła wyuczonym, ale brzmiącym całkiem naturalnie śmiechem. — Pewnie! Sam to nie wierzę, ale nawet awansowałem. Nina pokręciła głową z podziwem i zaciągnęła się papierosem. Wydęła przy tym swoje pełne usta zrobione na Angelinę Jolie; wyglądała jak jej azjatycka wersja. Może naukowiec kierujący projektem Niny był fanem tej legendy kina? Tak czy inaczej, dzięki temu bywała nawet statystką w filmach czy fotomodelką, gdy inne hybrydy pracowały fizycznie. BS-383 miała szczęście. — Widzisz, a ja dalej biegam od telefonu do telefonu — zaśmiała się. — Tak? — zapytał Uki życzliwie. Nina codziennie miała swoją porę narzekania na pracę i właśnie teraz nadeszła. — Tu spot płatków, tu jakichś wycieczek, dzisiaj nawet pozowałam do zdjęć „po” jakichś laserowych operacji nosa — parsknęła. — I wiecie, że ludzie jeszcze w to wierzą? Co za absurd! Pokręciła głową z ubolewaniem, jakby miała najcięższe życie na całej Ziemi. Patrząc na nią, nie dziwiłam się, że niektórzy nienawidzili nas już za sam wygląd. Bo byliśmy niemal piękni. Kobietyhybrydy stanowiły jednak zdecydowaną mniejszość, być może dlatego, że odwracałyśmy uwagę od pracy. Jak mogli tego nie przewidzieć? O ile ja zostałam zrobiona na klasycznej urody Azjatkę i nie wyróżniałam się z tłumu, to podobnie jak Nina wiele innych wyglądało wręcz nieziemsko, jak boginie. Wiedziałam, że ludzie także dlatego nas nie lubią. Może i ich wyręczaliśmy, ale co z tego, skoro mężczyźni potrafili się w nas wpatrywać godzinami? Niektórzy nawet nas prześladowali. Gdybym miała uczucia, pewnie bym ich rozumiała. Jak można tolerować coś, co jest jak żyjący kamień? Może i nikt by nie chciał pracować na naszych stanowiskach, ale przyczynianie się do bezrobocia wciąż było jakimś argumentem. Jednym z wielu. Uki usiadł obok mnie i zapytał: — Dalej pracujesz przy stygium? — Tak. I chyba szybko pracy nie zmienię. — Widzisz — mruknął do mnie. — Niektórym wiedzie się lepiej. — Właśnie, Uki-kun — odezwała się blondynka, Clara — gdzie cię przenieśli? — Mów — podchwyciłam. —Teraz pracuję w elektrowni atomowej. Tej trzysta kilometrów za Tokio, obok Nagoyi. — To wspaniale. — Uśmiechnęłam się. — Ale nie boisz się? Ponoć jest strasznie niestabilna — szepnęła Clara. O tak, Clara była boginią plotek i informacji zasłyszanych od ludzi. — Mówią, że to przez to pracuje tam tyle hybryd. Uki zamilkł, jakby się nad tym zastanawiał. Też słyszałam te plotki, ale czy rząd pozwoliłby działać elektrowni grożącej wybuchem?

Boski wiatr

— Nie będziesz sam — podsumowałam, a on pokiwał głową. To sprawiło, że Clara uśmiechnęła się lekko. — Wiecie, mam dziwne przeczucie — mruknął nagle Uki, gładząc dwudniowy zarost. — Kiedy będzie Artur-sama? Parę osób mruknęło zgodnie: „Nie wiemy”. Nie tylko do Niny uśmiechnęło się szczęście, Artur także nie pracował w fabryce. Był szoferem jakiejś bogatej rodziny. Być może dlatego, że jego wygląd podstarzałego kamerdynera i kurze łapki, których nikt inny z nas nie miał, budziły zaufanie. I był z nas najstarszy, wiedział wiele. — No, to co dzisiaj robimy? — Pooglądamy jakiś film, co powiecie na taką propozycję? — odezwał się Greg, AI-253 o wyglądzie Norwega. Skinęliśmy głowami. Była nas teraz tylko piątka, bo reszta kończyła pracę dopiero nad samym ranem. Teraz zbliżała osiemnasta, na zewnątrz jeszcze było jasno i ciepło. W wolnym czasie staraliśmy się zachowywać jak ludzie. Oglądaliśmy filmy, graliśmy w pokera lub cokolwiek innego. Czasem wychodziliśmy z naszego małego świata do świata ludzi. Zdarzało się to jednak rzadko, unikaliśmy tłoku. Może z przyzwyczajenia, bo, gdybyśmy tylko zechcieli, moglibyśmy z powodzeniem grać „prawdziwych”, wtopić się w tłum, pójść na zakupy, przejść się po parku czy na koncert, wystarczyło tylko zakryć tatuaże z numerami seryjnymi, które zdobiły nasze ramiona. Nie potrafiliśmy jednak udawać uczuć i to nas gubiło. Postępowaliśmy więc tak, a nie inaczej. — Ma ktoś jakiś pomysł? Może coś z klasyki? I tak obejrzeliśmy „Śniadanie u Tiffany’ego”. *** Z nieba zaczęła sączyć się delikatna mżawka osadzającą się na wszystkim cieniutką warstwą. Wtedy jak na złość chmury zebrały się nad tą dzielnicą Tokio, pełne gniewu wyrzucały z siebie tabun kropli, na dodatek zaczęło grzmieć i błyskać. Gdyby nie biegła, może zauważyłaby, jak ładnie złote serpentyny gnają po granatowym kłębowisku, ale nastrój zdecydowanie nie sprzyjał kontemplacjom widoków. Wściekła, że zapomniała parasola, postanowiła pieszo wracać do domu, rozczarowana efektami pracy, postanowiona pod ścianą, teraz jeszcze przemoczona i zmarznięta przekroczyła próg domu z nadzieją, że wreszcie będzie mogła odpocząć. Myliła się. Aki czekał na nią w kuchni. Już jego uśmiech wydał się jej nieco niepokojący; zazwyczaj wyczekiwał na jej powrót zły, że znów wzięła nadgodziny lub rezygnował, szedł spać, by w złości wypominać jej następnego ranka. Teraz eklektyczny zegar z kukułką po praprapraprapra… dziadku z 1976 roku wskazywał drugą trzynaście, a wielkie tłoki spokojnie opadały w dół i ciągnęły za sobą wskazówki. — Stało się coś? — Odłożyła na stolik torebkę i ściągnęła przemoczony żakiet. Przyglądał się jej ruchom, ale nie odpowiadał. — Nomi-chan znowu coś zrobiła w szkole? — Westchnęła głośno. — Dlaczego ona… — Nie, nie. Powiedzieli, że jest ostatnio wyjątkowo grzeczna, nie daje się zaczepiać — powiedział spokojnie. — Więc o co chodzi? Zanim przeszedł do sedna, mówił o wszystkim — o pogodzie, o reklamach wyborczych szczerzących się z każdego billboardu. W końcu zapytał, również mimochodem: — Co w pracy? Jak praca nad wirusem?

65


Horyzonty Wyobraźni — Nic ciekawego — odparła chłodno. — Dalej nic nie wyszło. — Może to i lepiej, kochanie? Pomyśl, czy godzi się projektować coś, co może zniszczyć setki istnień? — Aki… — Co znowu? Dlaczego zawsze ucinasz temat, gdy tylko schodzi na hybrydy i Wiatr? — Kobieta milczała, więc uznał to za przyzwolenie i kontynuował: — Wiesz, jeden z moich współpracowników nie może sobie już pozwolić na dwie hybrydy, więc jedną, Rin, musi odprawić. Żalił mi się, że boi się posyłać ją w nieznane. Pomyślałem więc… — Nie chcę ich w swoim domu. — Nie uważasz, że byłoby nam łatwiej, gdybyśmy mieli pomoc? Nomine-chan jest ciekawa, dlaczego nie mamy hybrydy. Dzieci się z niej wyśmiewają, mówią na nią „sprzątaczka”, bo myślą, że to ona się zajmuje domem. — To, że każdy ma hybrydę, nie znaczy, że też powinniśmy, tak samo jak to, że wszyscy je tolerują, nie znaczy także, że są warte zaufania. — To tylko jedna strona medalu, Sayuri. Uważasz, że im jest łatwiej, gdy spotykają się z takimi reakcjami ludzi? — Uważasz, że oni mają uczucia? Otóż nie. Wyobraź sobie, że codziennie pracuje z nimi, codziennie znoszę ich towarzystwo i wiem. Nie rób z nich ludzi, bo nimi nie są. — To, że przygotowujesz im egzekucję, nie znaczy, że wiesz o nich cokolwiek —warknął. — Pytałaś ich? Zapytałaś kiedykolwiek, czy nie przeszkadza im to, co robisz? Czy czują się zagrożone, smutne, złe, że szykujesz im grób? Sayuri spojrzała zimno na męża. W myślach zabrzmiały jej słowa: „Nie spieprz tego, inaczej polecą głowy. Postaraj się. Przyspiesz, przyspiesz…”. Mgliście pomyślała o salach laboratoryjnych, próbach działania wirusów… Uśmiechnęła się ironicznie, gdy mówiła: — Nie martw się, jeszcze znajdę dla niej pracę. Skoro tak bardzo ci zależy. Aki również uśmiechnął się, nieświadomy myśli żony. — To dobrze, Sayuri. Bardzo ci dziękuję. Gdy wychodził z pokoju, zaczęła się zastanawiać, czemu tak bardzo zależy mu na byle „czymś” — pewnie ją pieprzy, stwierdziła — ale potem to zignorowała. Zobojętniała na Akiego, wiedząc, że teraz nie może już nic zmienić. Jej praca nad Wiatrem była zbyt zaawansowana, by mogła ją porzucić. Czekał ją pracowity miesiąc. Byleby owocny. *** Kolejny dzień nie różnił się niczym od poprzedniego — praca, praca, aż do osiemnastej, gdy w końcu zebraliśmy się w naszym małym lokalu w Shinjuku. Tym razem dyskutowaliśmy o zmianach. To było na czasie, wszyscy ludzie o tym rozmawiali. Niekoniecznie nas to interesowało, byliśmy mało ciekawi świata. Czasem zastanawiałam się, czy to zostało w nas zaprogramowane. Może takie konsekwencje niosła nasza bezuczuciowość? Okłamywaliśmy samych siebie, że jesteśmy czymś więcej, niż w rzeczywistości byliśmy. Że jesteśmy ludźmi, nie hybrydami. Że możemy być szczęśliwi jak ci, którym służymy, że możemy cieszyć się chwilą, martwić. Zajmować się błahostkami, radować się nimi. Byliśmy skłonni do poświęceń. Oni to wykorzystywali. Teraz wiem, że byliśmy w błędzie. Nic nie potrafiło zmienić tego, jak bardzo nas nienawidzili.

66

*** Maszyny wydawały z siebie ciche „klik”, a szum respiratora wzmagał się z każdą chwilą. Sayuri patrzyła, jak z ust dziewczyny — nie, „tego” — wydostają się małe obłoczki pary, skraplające się na masce tlenowej. Mimo słabnącego organizmu, próba znów okazała się wadliwa, niedoskonała. Rin nie umierała tak szybko, jak powinna. — Boski Wiatr, szczep E-467-II, próba: nieudana. Ofiara Rin poszła na marne. Stojący obok niej mężczyzna ściągnął okulary ochronne i przetarł oczy. Był tak samo zmęczona jak ona, wciąż wyczekujący efektu ich pracy. Jak na razie wypuścili trzy nowe szczepy i każdy z nich okazywał się gorszy niż poprzednik. Półtora tygodnia zmarnowali na nerwy, nadzieję i rozczarowanie. — Dobra — mruknął. — Niech odwiozą ją na jakąś salę, niech tam skona. Wracajmy do pracy. Skinęła głową, wsunęła papiery do półprzejrzystej teczki i wsadziła ją pod pachę. Towarzyszący im od kilku godzin stukot aparatury umilkł, gdy tylko znaleźli się za przeszklonymi drzwiami odgradzającymi boks od reszty pomieszczenia. Zerknęła na Rin, bladą jak płótno, ze zmatowiałymi blond włosami, które jeszcze pięć dni wcześniej mieniły się jak czyste złoto, i opadłymi policzkami. Już wyglądała jak martwa. Teraz pozostawało kwestią czasu, zanim faktycznie taka się stanie. — Zostało nam nieco ponad dwa tygodnie, Sayuri-san. Odliczając jeszcze czas na testy… Albo wymyślimy coś w tym tygodniu, albo mamy naprawdę poważne problemy. — Wiem, dobrze o tym wiem. — Westchnęła. — Wolę nie myśleć nawet, co się stanie, jeżeli się nie uda. — Ja wolę nie myśleć, co się stanie, gdy wreszcie wrócę do domu. Żona mnie zamorduje. A teraz czekają nas kolejne kilka dni tutaj, bez przerwy, od rana do nocy. — Mi wcale to nie przeszkadza — odparła, nawet nie kłamiąc. Nie potrafiła znieść widoku Akiego, więc perspektywa ciągłego przesiadywania w zakładzie wydawała się męczącą, ale dość przyjemną alternatywą dla kłótni i pełnych pretensji spojrzeń. Nawet Akiemu nie przeszkadzały jej nadgodziny, godził się na nie bez słowa. Było jej żal tylko Nomine, wyczekującej jej powrotu. Przełom jednak majaczył się gdzieś przed nimi, na wyciągnięcie ręki. Bez względu na wszystko, nie potrafiła teraz zrezygnować. — Więc zabierajmy się do pracy. *** Później stało się coś, czego nikt nie oczekiwał. I nawet nas — bezuczuciowe stwory z probówek — to ruszyło. Pamiętam, że wydarzyło się to piątego lipca dwa tysiące pięćdziesiątego czwartego roku. Było po dwunastej, parno i duszno. Akurat minęła przerwa na lunch, wszyscy ledwo zdążyliśmy ponownie zająć swoje stanowiska, gdy rozbłysnęła lampa alarmowa. Początek końca. Pierwsze odezwały się zakładowe syreny. Ich szybkie, ale ponure „ooo-iii-ooo” rozbrzmiało w pustawej hali; była niedziela i tylko nieliczni pracowali. Z początku wszyscy w milczeniu wpatrywali się w błyszczące czerwienią sygnalizatory, potem zaczęli spoglądać po sobie.

Kamila Jurkiewicz


Horyzonty Wyobraźni I wtedy z głośników zaczęły się sączyć alarmy. — Uwaga, uwaga! Wszyscy mają opuścić fabrykę! Dopiero to sprawiło, że wszyscy poderwali się i odłożyli przyrządy. — Ewakuacja, ewakuacja! Szybko wyciągnęłam dłonie z kadzi. Wytarłam je w materiał swojego fartucha, w tkaninie zaczęły pojawiać się pierwsze przepalone ślady, poczułam swąd spalenizny i zobaczyłam małe smużki dymu, ale nie to się liczyło. Musiałam pomóc w takich sytuacjach, wyprowadzić ludzi; zobowiązywały mnie protokoły i ustawy wykalkulowane na to, że mało co potrafiło mnie zniszczyć, a nawet gdyby, to nie ja byłam najważniejsza. — Sytuacja kryzysowa, proszę opuścić teren fabryki! Byliśmy prawie nieśmiertelni, odporni niemal na wszystko. Niemal. Od lat mówiono, że naukowcy pracują nad Kamikaze, ich boskim wiatrem. Czy już istniał — nie wiedział nikt z nas. Wiedzieliśmy jedno. Wystarczyłoby go uwolnić, a w kwadrans hybrydy stałyby się historią. — Ewakuacja, ewakuacja! Wtedy wybuchło zamieszanie. Nie przez to, że ludzie tratowali siebie nawzajem, byleby tylko uciec z huty, bo jedynie kilka osób faktycznie zaczęło się przepychać. Nie, nie, to było coś znacznie gorszego. Coś, co niezaprzeczalnie zmieniło zwykłą ewakuację w piekło. Najpierw zabrzmiał gdzieś początek „Stairway to heaven”, stary klasyk w modnym ostatnio oldschoolowym stylu ustawiony jako dzwonek, a później nastąpiła cała fala. Rozdzwoniły się telefony. Zaraz wiedzieliśmy, co się stało. — To elektrownia w Nagoyi! Ona wybucha!!! — Co?! — Boże! Pomocy! Zaczęły się wrzaski. Tłum tłoczył się jak mrówki, przepychali się gwałtownie, szarpali, kilka osób upadło na ziemię. Potem znowu były krzyki, ale tych tratowanych. W tle dalej słyszałam ciche w tym zamieszaniu dzwonki telefonów, które nie milkły. Tyle wystarczyło, by zaczęli zachowywać się jak zwierzęta. Stałam w głównej bramie hali, wyciągając ręce i krzycząc: — Spokojnie! Zachować spokój! Ale to nic nie dawało. Za każdym razem, gdy ktoś upadał u mych stóp, pomagałam mu wstać. Potem uratowani przeze mnie szli wzdłuż ściany, tam bezpieczni, później znów ginęli w tłumie, a ja wciąż kogoś podnosiłam. Czułam, jak z każdą chwilą tłum napiera na mnie bardziej, ktoś nawet zdzielił mnie ręką w brzuch i pewnie bym się zgięła, gdybym nie była hybrydą. — Zginiemy!!! Zapewne jako jedyna oceniałam sytuację trzeźwo i wiedziałam, co to znaczyło. Setki, tysiące zabitych. Nie, może setki tysięcy? Jeżeli nie fala wybuchowa, to promieniowanie zabije kolejnych. Zawalone budynki, pogrzebani żywcem. Ofiary paniki. Wypadki na drogach, gdy w popłochu wsiądą w swoje samochody i zaczną szturmować autostradę. Ewakuacja Tokio. Klęska. Szum na całym świecie, żałoby za żałobami, pomoce humanitarne, kiczowate gesty. Ale w Tokio wciąż będzie niemal koniec świata. A może i faktycznie koniec? — Spokojnie! — krzyczałam. Dopiero po dłuższym czasie wszyscy wybiegli. Mogłam rozejrzeć się po pustej hali. Tylko echo niosło się w przestrzeni i błyskały awaryjne lampy, było trochę krwi na posadzkach, ale żadnych ciał. Westchnęłam z ulgą, mimo że wcale mnie to nie pocieszyło. Wyglądało to naprawdę żałośnie, jak zwiastun czegoś złego. Gdybym miała uczucia, może bym się wzruszyła — ale nie, pewnie nie. Po prostu bym uciekła jak inni. Więc po chwili wybiegłam z hali.

Boski wiatr

Na fabrycznym parkingu, a właściwie na pierwszym piętrze z czterech, już tłoczyły się czarne furgonetki o nieco kosmicznym wyglądzie, bardzo gładkich krawędziach i wielkich światłach. To zwiastowało, jak ogromny mógł okazać się wymiar katastrofy. Były to jedne z samochodów zaprojektowanych na takie wypadki, niskie, o wzmocnionym podwoziu oraz nigdy nie niszczejących oponach. I karoserii powleczonej stopem stygium i żelaza, dzięki czemu zyskiwała odporność i nie przepuszczała promieniowania. Stałam z boku, za filarem, i przyglądałam się. Mimo że furgonetek były dziesiątki i z pewnością zdołałyby pomieścić wszystkich pracowników, nie chciałam pozwolić zamknąć się w blachach między wystraszonymi ludźmi. Tak, bycie hybrydą miało swoje niewątpliwe korzyści — nie musiałam się ukrywać w schronach i takich wynalazkach, by przeżyć. Choć widocznie tylko ja tak uważałam, bo zaraz zauważyłam, jak kilka osób mojego rodzaju posłusznie poddało się ewakuacji. Wyszłam na zewnątrz dopiero, gdy po kilku minutach zamieszania czarny konwój odjechał w stronę któregoś z tokijskich schronów. Czułam kropelki deszczu na twarzy i zastanawiałam się tylko nad tym, czy to zwykła mżawka, czy radioaktywne wyziewy, które zdążyły się skroplić w chmurach. W uszach wciąż brzęczało mi echo syren i awaryjnych ogłoszeń. Wokół siebie miałam tylko pustkowie, szary, nagrzany piach i grobowiec fabryki. Od jakiejkolwiek cywilizacji dzieliły mnie kilometry, ale wiedziałam, że nikogo nie zastanę na ulicach. Podziwiałam też, jak zgrabnie przeprowadzili całą akcję. Kwadrans, może mniej? Czas płynął inaczej, bardzo wolno, więc z powodzeniem mogło to trwać cztery minuty. Naprawdę czegoś się nauczyli. Ale tak, to przecież Japonia… Moją jedyną nadzieją był mały lokalik w Shinjuku. *** Trzynastego dnia po śmierci Rin nagle w korytarzu zabłyszczały lampy ostrzegawcze. Ich intensywna czerwień rozjaśniła korytarze i sale. Sayuri podniosła się szybko, pierwsza odsunęła krzesło, odeszła od biurka. Rozglądali się po sobie zdziwieni. — Pewnie próby — wymruczał jej partner. — Zajmij się Wiatrem, Sayuri-san, to już chyba przełom, czuję to! Zaśmiała się szczerze. Faktycznie wszystko wskazywało na to, że wreszcie się udało. Kilka dni przed ostatecznym terminem. Niepełny miesiąc niestrudzonych prób, krzyków ambicji i katowania się. Warty swojej ceny. Z ulgą myślała o tym, że wreszcie jej świat jest bezpieczny. Oczy wilgotniały na każdą myśl o tym, co jeszcze ją czeka… Wtedy jednak zgasło światło. Sala pogrążyła się w mroku na moment, zanim zdążyły włączyć się agregaty laboratorium. Spowici w zielonym świetle lamp awaryjnych czekali. Zaczęły się szepty, zduszone rozmowy, przypuszczenia. Sayuri patrzyła na wszystko spokojnie, jednak z niemalejącą obawą. Przeczucie nie opuszczało jej od ranka. Okazało się prawdziwe. Zaraz rozwrzeszczały się alarmy. — Ewakuacja, ewakuacja — krzyczały. — Prosimy opuścić stanowiska pracy. Wszyscy mają przenieść się do schronów. Sięgnęła do kieszeni fartuchu, wyciągnęła telefon, w pospiechu wystukując na ekranie telefonu numer męża. W spokojnym pochodzie do schronów, wsłuchiwała się w ponury odgłos łączenia. Drżący głos Akiego odezwał się po trzech sygnałach.

67


Horyzonty Wyobraźni — Sayuri! Dzięki bogu! Martwiliśmy się, że… — Jesteście bezpieczni? — przerwała mu. — Tak, wywieźli nas do schronu. Nomi-chan… Sygnał zamarł. Pip-pip-pip. Ścisnęła telefon w dłoniach. Schron przywitał ich lodowatym chłodem metalowych ścian bez okien. Zatrzeszczało, gdy wrota zamknęły się, znów zapaliły się zielone światła. Zrezygnowana opadła na jedno z krzeseł ustawionych w ponure rzędy. — Nie martw się, będzie dobrze. — Usłyszała głos jej kierownika, Atakiego. Ujął ją za ramię i ścisnął pocieszająco, zanim usiadł obok, ale ten gest wcale jej nie pomógł. — Wszystko jest pod kontrolą. — Wirus, my… wydaje nam się, że to już — wyszeptała — ale jeżeli coś się stanie, chłodnie zawiodą albo… — Nie martw się tym, wciąż dostajemy dostawy prądu. Zadbałem o to. I wierzyłem, że uda ci się, Sayuri-san. Udało wam się w samą porę, naprawdę... — dodał z nostalgią. Uśmiechnęła się blado. Dręczące ją przeczucie wciąż nie odpuszczało, zaciskało się na jej szyi żelazną obejmą, która utrudniała oddychanie. Nie panikuj, pomyślała. Będzie jeszcze gorzej, jak dasz się ponieść emocjom. Spokojny wdech, wydech. — Jak to się stało? — zapytała już uspokojona. Ataki odpowiedział: — Reaktor elektrowni zapalił się. Mówią, że to błąd hybrydy… Być może celowy. Zamarła. Serce skoczyło prosto do gardła, w uszach rozległ się bolesny szum krwi pędzącej w tętnicach. — Boski Wiatr naprawdę jest teraz objawieniem, Sayurisan. Dzięki tobie. Nie martw się. To się skończy. Świat upadł, a ona nawet nie zauważyła kiedy. Rozpadł się w tysiące odłamków trzymanych razem wyłącznie przez strach. Ale głos Atakiego brzmiał kojąco. — Gdy tylko stąd wyjdziemy, wszystko się skończy. *** Już kilka godzin później znów zaczęto nadawać programy informacyjne, a właściwie nawet nic innego nie dało się znaleźć. Wszędzie elektrownia, Nagoya. Reportaże co odważniejszych dziennikarzy w białych kombinezonach ochronnych. Żółte paski u dołu ekranów pokazywały komunikaty o treści w stylu: „O krok od katastrofy” czy „Kadra wyszkolonych naukowców zapobiegła katastrofie nuklearnej”. Elektrownia nie wybuchła. W ostatniej chwili udało im się zatrzymać i ostudzić reaktor, korzystając z jakiegoś eksperymentalnego systemu, ale to tylko głupie szczęście… Reaktor zapalił się podczas ćwiczeń. Już szukano winnych, reporterzy prześcigali się w teoriach. Ale co stałoby się, gdyby nowy system nie zadziałał? Powtórka z Czarnobyla, prawie siedemdziesiąt lat później. Czy ludzie mieli się czegokolwiek nauczyć? Jednak udało się i to było najważniejsze. Co i tak nie powstrzymało biegu wydarzeń. Wkrótce zaczęły się prześladowania. Cały świat mówił o tylko jednym, bo groźba takiej tragedii — nie liczyło się to, że jej uniknięto — wstrząsnęła wszystkimi. — Ekspertyzy wykazały, że przyczyną awarii reaktora atomowego numer siedem był błąd hybrydy. Eksperci twierdzą, że… Gdybym… Byłabym na pewno oburzona takimi spekulacjami, bo nie wierzyłam, że tak szybko zbadali całą sprawę. Że dowiedzieli się, kto zawinił. Ale tak, tyle wystarczyło. Siód-

68

mego lipca wiadomość obiegła całą Ziemię. Gdy nadano to o dziewiątej czternaście na wszystkich kanałach, po kilku minutach na ulice Tokio już wyległy tłumy. Od razu narodziły się protesty, marsze. Grunt, że ludzie uwierzyli. Później sprawy potoczyły się szybko. — Obawiam się, że może być ciężko — rzekł do nas Artur. Był jednym z prototypów, więc nie funkcjonował tak, jak my, nawet się starzał. Miał siwe, krótkie włosy, kozią bródkę i idealnie wystrzyżone wąsiki. Nosił się też inaczej; klasyczny garnitur i koszula z muszką, elegancko i schludnie. Wyglądaliśmy przy nim niezwykle marnie w naszych dżinsach i zwykłych t-shirtach. — Wiemy — mruknął Greg. Gdy tylko w mediach rozbrzmiały stwierdzenia „ekspertów”, zgromadziliśmy się w naszym małym lokalu w starej kamienicy w Shinjuku. Dwa stoły, wielki, choć staromodny już telewizor plazmowy i równie staromodne kino domowe, biblioteczki z książkami — tyle nam zostało. Teraz nie mieliśmy nic innego. — Tak — westchnął Artur. — Te demonstracje chyba się nie skończą. Nawet tutaj słyszeliśmy wykrzykiwane hasła w stylu: „Hybrydy na śmierć!”. Tak, chcieli naszej śmierci. Nagle ludzie stwierdzili, że stanowimy dla nich zagrożenie, bo nimi nie jesteśmy — więc nie możemy rozsądnie myśleć i decydować. Tak mówili. Co z tego, że to właśnie my potrafiliśmy ocenić obecną sytuację obiektywnie, trzeźwo… Nic się nie liczyło, zwłaszcza prawda. Staliśmy się potworami, czymś, co trzeba szybko odstrzelić, bo stanie się coś złego. Nawet żądano wypuszczenia Kamikaze. Pod parlamentem zaczynały się strajki, kolej prawie przestała działać, tak samo szpitale i wszystkie szkoły. Wszystko po to, byśmy zginęli. Trudno, stwierdzałam w myślach. Przecież nie miałam uczuć. O tyle dobrze, że nie wiedzieli o naszym małym kawałku świata w kamieniczce w Shinjuku. — Pewnie faktycznie uwolnią Kamikaze. — Nie bądź głupia — wtrąciła się Nina, mrużąc swoje kocie oczy i patrząc na mnie z pogardą. — Jestem głupia, zapomniałaś? Przecież my nic nie wiemy. — Ale istnieję dłużej niż ty i wiem trochę więcej o świecie — mruknęła z satysfakcją, przygryzając filtr papierosa. Z lubością zaciągnęła się i wypuściła z ust chmurę dymu. — Może — przyznałam, ale zaraz dodałam: — Ale przecież rząd nie poradzi sobie z nimi wszystkimi, co mają innego zrobić? — Dziecko, przestań. Wierzysz, że nas się pozbędą? — A dlaczego nie? — Norweg westchnął prawie że ze zrezygnowaniem. — Mają w nas siłę roboczą, ot co. — A nie zauważyłaś, Nina-san? — mruknął wtedy Artur. — Coś się zmieniło. Rozejrzyj się. Nie widzisz tego? — Co niby mam widzieć poza waszą głupotą? — To, Nina-san. — Machnął ręką, zataczając krąg na cały nasz mały pokój. — Że jest nas czworo. Było nas więcej w Shinjuku. Nie wiem, jak w innych dzielnicach… ale jest nas tylko czworo. Nie mówi ci to o czymś? — Właśnie — przytaknęłam. — Przecież wszystkie zakłady pracy zamknięte, nie pracują. Wyłapali ich. — I co z tego? Przecież i tak ich nie zabiją! — Co z tego, Nina-san, co z tego? Zobacz tylko, że jest inaczej… — I tak gadasz głupoty. — Wstała wtedy z krzesła, prawie je przewracając, i krzyknęła jeszcze: — Idę, nie będę was słuchać.

Kamila Jurkiewicz


Horyzonty Wyobraźni Zaraz zniknęła. Rozległo się tylko głuche trzaśnięcie drzwiami, a później nigdy już jej nie zobaczyłam. — …wypuszczą Kamikaze, tego jednego jestem pewien. Nasza era się kończy. *** Za zasłoniętymi, białymi roletami tańczyły cienie. Krzyki nie cichły nawet nocą, pełne haseł i ideałów. Bała się wychodzić z domu; zamknięci w małym bloku stylizowanym na europejską kamienicę chcieli przeczekać. Mała Nomine wciąż płakała, schowana w swojej kryjówce zbudowanej z koców i trzech krzeseł. Aki zrezygnowany wzdychał. Ona płakała ze strachu i zagryzała wargi. Brakowało im wszystkiego; zapasy się kończyły, czasem odcinano prąd, czasem ciepłą wodę. Sayuri lękała się nawet włączyć telewizor, byleby nie usłyszeć o tym, co się działo na świecie. Jeszcze nigdy się tak nie bała. Dziwiło ją to, bo przecież powinna się cieszyć. Ta radość jednak gdzieś znikała przepędzona przez strach. Wydawało jej się, że wreszcie wszystko odzyskała — męża, rodzinę — ale skoro prawie straciła swój świat, czemu miano jej go nie odebrać? — Aki, mówiłam — wyszeptała, opierając się o blat kuchennego stołu — mówiłam ci, a ty mi nie wierzyłeś. Aki z żalem podszedł do okna i odchylił lekko zasłonę. To, co tam zobaczył, wcale go nie pocieszyło, bo westchnął jeszcze dosadniej. Gdy patrzył na żonę, wyglądał na tak bezradnego, jakim nigdy go wcześniej nie widziała. — Miałaś rację. Co teraz? — Nie wiem — powiedziała, odgarniając sztywny materiał i wyglądając przez szybę. Tłum nie malał. — Boję się wychodzić, teraz, gdy trwa całe to zamieszanie. Cyrk. Ludzie giną stratowani — pokręciła głową — za wszelką cenę chcą ich dorwać. — Przecież i tak ich nie zabiją. — Ale mogą torturować. Boski Wiatr może i jest gotowy, Ataki o to zadbał, ale… Podziwiam go — załkała cicho. — Nie bał się wyjść. Pracował nawet po tym wszystkim… A ja… Mąż przytulił ją bez słowa. — Nie martw się, Sayuri. To wszystko się skończy i znów będziemy mogli być szczęśliwi… — Szczęśliwi… Zastanawiała się później, czemu to słowo miało w sobie tyle goryczy. Nic potem nie miało być już takie samo. *** Minęło jeszcze siedem dni, siedem ponurych, cichych dni, podczas których wsłuchiwaliśmy się w narastające krzyki za oknem. Media

nie mówiły o niczym innym — o strajkach, wreszcie wielkim bojkocie wojska, które piętnastego zrobiło szturm na parlament. Pokazywali ujęcia, jak wielki gmach stara się bronić, ale i tak w niczym to nie pomogło. Patrzyliśmy z pewną obojętnością w ekran, wiedząc, co to oznacza. Później były jakieś konferencje, ustalanie warunków… Czternastego lipca reporter ubrany w schludny, szary garnitur ogłosił: — Wirus Kamikaze ma zostać wypuszczony. Tak, jak myśleliśmy. — Szlag — mruknął Greg. Popatrzył na pusty rzeźbiony fotel z czerwoną pufą, który zazwyczaj zajmowała Nina. Gdy się odezwał, w jego głosie brzmiały prawie że emocje: — No i tak to się skończy? Po prostu? — Widocznie. Westchnęłam. — Ciekawe co z innymi — szepnęłam. — Co z Ukim? Clarą? Co z Niną, Bradem, Gwen? A reszta? Nas jest cz… troje, tak? Śladem Grega popatrzyłam na fotel. — Innych wyłapali czy też się gdzieś ukrywają? — Zawsze byliśmy tylko maszynami… Pozbywają się nas, bo już nie jesteśmy potrzebni. — Oto ludzkość. — Słowa Artura zawisły między nami jak smog. — Piękna, rozwinięta rasa, która rządzi wszystkim wedle siebie. — I zabija, gdy już się kimś znudzi. — Czymś, Greg-kun. Czymś. Gdy tylko słowa Artura zgubiły się w ciszy, poczułam coś dziwnego, dziwne ukłucie. Czy to uczucie? Może… Wiedziałam, że ma rację. Cokolwiek nie zrobiliśmy, zawsze byliśmy „czymś”. Udawaliśmy, całe nasze istnienie udawaliśmy ludzi, by tylko zbliżyć się do nich choć na milimetr. Teraz widzieliśmy, ile było to wszystko warte. — Miło było was poznać. Uśmiechnęłam się do Grega, a Artur rzekł z powagą: — Mi ciebie też, Greg-kun, mi ciebie też. — Ile to może trwać? — Krótko, nie martw się. Śmierć podobno jest jak zasypianie. Śmierć została nam obiecana. Czekaliśmy na nią może godzinę. W samotności i zapomnieniu. My, tania siła robocza, przyjaciele człowieka, gdy jeszcze było to wygodne. Pamiętam zmęczone spojrzenie Grega, Artur gładził wąsy w konsternacji. Siedziałam w fotelu jak posąg, nieruchoma, zimna i odrętwiała. Protesty nie cichły, za oknem krzyczano coraz głośniej. — Wiecie — mruknął pod koniec Artur. — Gdyby tylko ludzie szanowali życie tak, jak mówią… Potem zasnęliśmy. Może daleko było śmierci to tego określenia, choć… Tak, byliśmy marzeniem. Ale już nie ich.

Kamila Jurkiewicz Rocznik 1991. Przemyślanka z urodzenia. Obecnie studiuje w Krakowie i planuje zostać chemikiem. Uwielbia książki (czytać, wąchać i pisać), zainteresowana folklorem słowiańskim oraz fantastyką we wszelakiej postaci. Debiutuje dwoma opowiadaniami na łamach tego numeru Qfanta.

Boski wiatr

69


Horyzonty Wyobraźni

Maciej Żytowiecki Niespełniona obietnica ilustracja Magdalena Mińko

1. Efraim Navre Deszcz z furią ciął umykających ludzi. Wciskał się pod płaszcze, z wiatrem zrywał kaptury i otwierał zapinane pośpiesznie kurty. Połamany parasol wylądował w kałuży. Wszyscy uciekali przed zimnymi i twardymi kroplami, nie potrafiąc znaleźć schronienia – wichry Śródmieścia często i niespodziewanie zmieniały kierunek. Tylko szczęśliwcy ukryci za szkłem okien czuli się bezpiecznie, mimo że woda uderzała z furią, próbując rozbić i ten azyl. Mnie deszcz nie zdołał dotknąć. Szedłem, ukryty za Zasłoną Ślepca, niedostrzegalny dla ludzi, niewidzialny dla deszczu. Mnie nie atakował − mógł tylko dotknąć, kiedy pozwolę. Ostatnio rzadko jednak zdejmowałem Zasłonę. Wolałem ulice za magicznym witrażem, delirycznie pomięte i utaplane kolorytem magii. Od mojego powrotu minęły trzy lata.

Deszcz ustał równie nagle, co się pojawił. Ulice z wolna poczęły się zapełniać. Bezdomni wyczołgiwali się spod kartonów, sprawdzając, jak kolejny atak jesieni pozostawił ich skromne dobytki. Podejrzane typy obserwowały ruchliwe ulice z cienia, wyczekując samotnych kobiet albo zawianych ojców, powracających z opóźnioną wypłatą. Czasem pojawiali się młodzi z zamożniejszych dzielnic, szukając ulicznic gotowych wybawić ich z nieszczęścia dziewictwa. Część z nich nie wróci dziś do domu. W całej Asylei kryzys obszedł się najokrutniej ze Śródmieściem. Ziejącą ropą raną wetkniętą między cztery bogatsze dystrykty, gdzie bez papierów dostać się już nie sposób. Urodzony w Śródmieściu umarłeś w nim. To niepotrzebna ziemia z niepotrzebnymi ludźmi, trwającymi bezsensownie, dlatego tylko, że nie mieli wyboru. To miejsce zabaw bogaczy nadjeżdżających w pięknych wozach, z ochroniarzami uzbrojonymi po zęby, obserwujących, pijących, wysysających to, co jeszcze pozostało. Patrzących na biednych jak na zabawki, urządzenia, które można wyłączyć, kiedy tylko się zechce. I biedacy – ci nie dość jeszcze ubodzy. by stać się zwierzętami i ci wystarczająco. Pośrednio wszyscy byliśmy winni, cała nasza dwunastka. Skręciłem w wąską ulicę, której pozostali przechodnie unikali. Wetknięta pomiędzy dwa wysokie budynki była ciemna jak grób. Śmierdziała też podobnie. „Stój” − zapiszczało w mojej głowie. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, macając kulę. Nie mogąc przypomnieć sobie, po co właściwie ją zabrałem. Gładkie szkło zmroziło palce – cofnąłem je z sykiem. „Ciągle się wpraszasz − pomyślałem z wyrzutem. − Chyba zacznę przeszukiwać kieszenie, zanim wyjdę”. „A może byłeś tak pijany, że nawet nie pamiętasz, co zabierałeś”.

70

Westchnąłem. Mimo upływu lat nie przestawała być cholernie męcząca. „Dlaczego nie możesz brać przykładu z kolegów i czekać grzecznie, aż będziesz potrzebna?” „Jestem zawsze potrzebna. Beze mnie zapomniałbyś, po co tu jesteś”. „Dobrze pamiętam, szedłem po kawę. Czarną. Bez cukru”. Midiam nie odpowiedziała, poczułem za to nieprzyjemnie ćmienie w potylicy. Była bardziej drażliwa niż zazwyczaj. „Przestań. Czego chcesz?” „Mam coś dla ciebie” − oznajmiła. „W porządku”. Poprowadziła mnie jak przewodnik ślepego. Delikatne ukłucia myślomowy, jakby trzymała mnie za rękę − skręć, zwolnij, powoli i ostrożnie, uważaj na nogi. Przez wybebeszone śmietniki, góry papierzysk i puszek lśniących wilgocią. Do ciemnego tunelu z ledwie świecącą srebrną lampą na niebie. Zaprowadziła do pary patykowatych nóg w powycieranych dżinsach, przykrytych niedbale kartonową plandeką. „Dzieciak?” − zdziwiłem się. „Przyjrzyj się dokładniej”. Westchnąłem, wiedząc dobrze, że odbierze moje rozdrażnienie równie wyraźnie na płaszczyźnie mentalnej, jak i werbalnej. Odgarnąłem karton. Za nim leżał szczupły chłopiec o płowych włosach, nosił pocerowany sweter w zielonoczerwone pasy. Miał smutną buzię. „Nadal dzieciak”. „Dokładniej!” Złapałem jakiś niewielki kamyczek leżący w śmieciach. Wytarłem go o spodnie, a następnie zamknąłem w dłoniach. Przywołałem jeden z Darów, wyobraziłem sobie, z czego zbudowany jest kamień. Przywołałem miliardy niewielkich elementów, a później kierując się nie do końca zrozumiałym przeczuciem, zmieniłem go według własnych potrzeb. Kiedy otworzyłem oczy, lśnił jak niewielki księżyc. Przyłożyłem blade światło bliżej twarzy dzieciaka, ukazując siatkę błękitnych żył, prześwitujących poprzez skórę. Głowa opadła bezwładnie jak u kukły, z której lalkarz wyciągnął dłoń. Usta otworzyły się, wypuszczając zielony obłok pary. − Ale cuch – wyrwało mi się. „Co to jest?” − zapytałem myślomową. „Narkotyk”. Ułożyłem go na ziemi i wstałem, otrzepując spodnie z brudu. − W takim razie nic tu po nas – powiedziałem i obróciłem się na pięcie. „Stój!” − zadudniło w czaszce. „To nie moja działka”. „Dzieciak tutaj umrze”.

Maciej Żytowiecki


Horyzonty Wyobraźni

Niespełniona obietnica

71


Horyzonty Wyobraźni „Midiam, posłuchaj… tkwimy w tym razem. Wiesz dobrze, że mam ograniczenie, określoną przydatność. Nie jestem studnią bez dna”. „Naprawdę? Nie jesteś?” −zadrwiła. „Nie mogę tracić magii na każde twoje przeczucie, jakkolwiek okrutne może ci się to wydawać. Wszystko wyczerpię i co wtedy? Midiam, zrozum… Musimy być mądrzy. Oni wciąż tam gdzieś są i tylko ja mogę ich powstrzymać”. „I zamierzasz go tak zostawić na pewną śmierć?” „W śmierci nie ma niczego pewnego”. „Jej by się to nie spodobało”. Obiecała Jej nie wspominać. Poczułem, jak miękną pode mną nogi. Ujrzałem czarne włosy przygarbionej, smutnej dziewczyny wsiadającej do tamtej ciężarówki, a potem jej zachęcający uśmiech. Chodź Efraimie, czekam na ciebie. A potem… − Pieprz się, Midiam – warknąłem. Wziąłem chłopaka na ręce i ruszyłem przez miasto. Zasłona Ślepca, w którą się spowiłem, pokrywała Asyleę barwą Fioletu. Kolorem Darów. Zmęczeni przechodnie mijali mnie, nie widząc. Ustępowali z drogi, nie wiedząc czemu. Czy gdybym zniósł Zasłonę, któryś z nich by mnie zatrzymał? Czy nie zdziwiłby ich widok dorosłego mężczyzny niosącego maleńkiego obdartusa? Nie raz zastanawiałem się, czy nie widzą, czy nie chcą zobaczyć. Oto miasto ślepców, nad którym znów zaczął padać deszcz. 2. Dylan Obudził się na leżance pachnącej starością i wilgocią. Oczy powoli przyzwyczajały się do panującego półmroku, by w końcu powitać szarobrązowe ściany i plamy pleśni na ciemnozielonym suficie. Przypominał sobie sen o jasnowłosym mężczyźnie z wyrytą na czole blizną w kształcie pochylonego krzyża. Niosącym go poprzez drgające febrycznie miasto z pochylającymi się niby w zadumie budynkami. I okrytego w całun żółtego kościotrupa, trzymającego się odrobinę z tyłu, chciwie przypatrującego się każdemu krokowi, jakby czekał, aż blondyn go upuści. Powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Po podłodze walały się samotne strony gazet, tworząc coś na kształt karykatury dywanu. Ze ścian grubymi płatami odchodziła tapeta. Poza łóżkiem, które zajmował, nie było więcej mebli – mały telewizor z powykręcanymi antenami w kącie przy oknie i czerwony telefon z obrotową tarczą uzupełniały wystrój. − Obudziłeś się. Mężczyzna ze snu stał wciśnięty w otulony cieniem róg pokoju. − Napiłbym się czegoś – stwierdził dzieciak, z trudem poruszając zaschniętym językiem. Nieznajomy bez słowa wyszedł na korytarz, po chwili wrócił z kubkiem wody. − Dziękuję. – pPrzyjął naczynie z wdzięcznością, uważając przy tym, aby nie skaleczyć dłoni o ostre pozostałości po ułamanym uchu. Pił powoli, bowiem każdy łyk był wysiłkiem, zmaganiem, ażeby przepchnąć zimną wodę przez napuchłe gardło. Przełykał, walcząc o każdą kroplę. Dopiero niemalże przy samym końcu zwolnił, dając sobie odpocząć. − Jak się nazywasz? – Blondyn przyglądał mu się w taki sposób, jakby zredukował dzieciaka do kategorii towaru na wystawie sklepowej.

72

− Dylan. − Efraim Navre. Opuścił głowę przygnieciony ciężarem tego spojrzenia. Ponownie zbliżył kubek do ust i wysączył resztę zawartości. Wtedy uniósł puste naczynie i zapytał, czy może dostać więcej. − Sam sobie weź. Jest w lodówce. – Mężczyzna niedbale wskazał dłonią, bezustannie świdrując chłopca szarymi oczyma. – Do końca korytarzem. − Dziękuję. Dylan odgarnął koc, w powietrze wzniósł się obłok kurzu. Na stopach wciąż tkwiły trampki. Wstając, pomacał kieszenie spodni, wyczuwając kilka zużytych kart telefonicznych oraz scyzoryk – brakowało tylko jednej rzeczy... − Miałem przy sobie mały woreczek z żółtawym płynem, gdzie on jest? Blondyn nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami. Dzieciak powoli ruszył do wyjścia z pokoju. Podłoga uginała się pod ciężarem każdego kroku… A może to tylko wyobraźnia płatała mu figle albo narkotyk nie został jeszcze do końca wypłukany z organizmu? Nie miał pewności. Korytarz był wąski i krótki. Minął łazienkę, z której ktoś wyrwał drzwi, pozostawiając kawałki drewna doczepione do zawiasów. Dojrzał metalowy, pordzewiały klozet i umywalkę złamaną w pół: jedna część wciąż przymocowana była do ściany, a druga leżała na kafelkach. Po odkręceniu kranu woda musiała lecieć wprost na podłogę. W kuchni umywalki nie było. Tylko ściany, deski przybite do okien i lodówka zamykana na zatrzask, który niechlujnie przybito gwoździami do urządzenia. Z trudem otworzył chłodziarkę − zapięcie nie funkcjonowało zbyt dobrze. Pordzewiało i ciężko było je oderwać. Kiedy wreszcie udało mu się uporać z przeszkodą, martwe światło z wnętrza zapiekło Dylana w oczy. Gospodarz nie dbał o zapasy. Butelka wódki, jakaś zielenina i półtoralitrowy baniak na najniższej półce, wypełniony w trzeciej części wodą, to było wszystko. Chłopiec wyciągnął kanister z wodą i zamknął drzwiczki. − Gdzie twoi rodzice? – Podskoczył na dźwięk głosu; nie zauważył, kiedy mężczyzna znalazł się w kuchni razem z nim. − Co cię to obchodzi? Jesteś gliną? – drwiąco wydął wargi. − Lepiej wypij. Nie gadaj. Posłuchał, wciąż osłabiony, z trudem uniósł baniak. Tym razem picie szło mu całkiem dobrze, więc opróżnił pojemnik niemal do dna. − Masz coś do jedzenia? – zapytał. − Jedzenia nie wyczaruję, ale mogę oczyścić jeszcze trochę wody z kranu. Zignorował niedorzeczność wyznania nieznajomego. Miał ochotę się roześmiać, jednak wolał nie spoufalać się zanadto. − Ty mnie tu przyniosłeś, prawda? Trzeba było zostawić w spokoju, tam gdzie leżałem. − Nie mogłem tego zrobić. − Dobra dusza niosąca pomoc? Dlatego mnie tutaj przyprowadziłeś? Zbawiasz świat? − Od tego są kościoły i inne takie. Jestem Navre. − Słuchaj, dzięki za pomoc i w ogóle za wszystko. Za wodę. Ale na mnie już czas. Wyminął mężczyznę, spiesząc ku wyjściu. W ręce wciąż trzymał chlupoczący resztkami osiadłej wody baniak. Drzwi były na wyciągnięcie ręki, kiedy nagle wyrósł przed nim

Maciej Żytowiecki


Horyzonty Wyobraźni blondyn. Nie wyprzedził go w wąskim korytarzyku, lecz pojawił się. Jak w jakiejś magicznej sztuczce. − Jak to zrobiłeś? – wykrzyknął. − Co zrobiłem? − Dopiero byłeś w kuchni. Nie mogłeś mnie wyminąć… – Uniósł baniak, przyjrzał mu się podejrzliwie. – W środku były haluny czy co? − Dorabiam jako iluzjonista. – Pomachał gołymi dłońmi, parodiując gesty cyrkowych magików wyciągających brudne chustki z cylindrów. – Wróć do pokoju. Pogadajmy chwilę, a później możesz iść. − W porządku – westchnął. – Chyba jestem ci coś winien. Dylan zawrócił z korytarza. Zrezygnowany usiadł na łóżku, wciągając baniak na kolana. Jego czerwone trampki smętnie zawisły nad podłogą. Mężczyzna wszedł chwilę później, oparł się o framugę… − O czym chcesz gadać? – Dylan sięgnął do kieszeni. Nie wyjmując dłoni ze środka, podważył paznokciem ostrze scyzoryka. Otworzył go powoli, żeby uniknąć charakterystycznego stuknięcia sprężyny. − Nie wyglądałeś najlepiej. Mocne to jest? − No, trzeba mieć jaja, żeby spróbować – zaśmiał się. – Ale warto. Jest warto. − Nie wyglądałeś na zadowolonego. − E tam – machnął ręką. – Ważne, nie jak wyglądasz, ale co masz w głowie, nie? − Skąd mógłbyś wiedzieć, chłopcze. − Teraz już nie ma we mnie strachu… Tysiąc myśli, kiedy wypiłem. Zalewały mnie falami, dławiły i myślałem, że za nimi nie nadążę i że umrę… Ale co? Nie umierałem. Wszystkie przeżyłem, pokonałem i ułożyłem, i teraz to już niczego się nie boję! − Kiedy wszystko jedno, nic nie jest wyjątkowe. − Bo nie jest – Dylan wrzasnął. – Spójrz na moją gębę, na moje ubranie, a potem wyjrzyj przez te deski, którymi zabiłeś okna i spójrz na ulicę… Na pewno znajdziesz tam takich jak ja. Myślisz, że coś dobrego dla nas zostało? − Skąd to miałeś? Dylan upił ostatnią kroplę wody. Zacisnął mocniej palce na uchwycie. Przygotował scyzoryk. Sprężył się, gotując do ucieczki, natychmiast gdy mężczyzna zrobi unik i przestanie blokować wyjście. Rzucił pustym baniakiem. Blondyn nie drgnął. Blondyn nawet nie mrugnął. Pocisk odbił się od jego twarzy jak od ściany. − Potrzebuję jeszcze kilku odpowiedzi i możesz iść. – Efraim Navre usiadł na łóżku. Zmarszczył brwi. – Tylko nie kłam, będę wiedział od razu. − Więc nie pytaj, skąd to miałem. Tajemnic i przyjaciół się nie zdradza za żadną cenę. − Bardzo słusznie. Zdrada to coś strasznego. Nie będę, o to pytał. Zapytam o coś innego. − Jestem głodny. − Nie mam jedzenia. − Miałem na myśli kasę… Ale ty kasą raczej nie śmierdzisz, co? – Wymownie rozejrzał się po pokoju. − Nieprawda. Ja wręcz nią cuchnę. Navre zgarnął z podłogi kilka kartek powyrywanych z gazet. Podarł je na kawałki, tak aby wielkością z grubsza przypominały banknoty. − Chyba dobra wielkość, co? – spytał.

Niespełniona obietnica

− To śmieci. Bądźmy poważnymi ludźmi. – Dylan zrobił ruch, jakby zamierzał wstać, ale dłoń mężczyzny zacisnęła się na jego przedramieniu. Dopiero teraz ujrzał bezpalcowe rękawiczki, które tamten nosił. W miejscu kostek dłoni były obite dziwnym, rzeźbionym zawijasami metalem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Czarnym, jednak połyskującym szmaragdowo. − Spójrz jeszcze raz. – Oderwał wzrok od hipnotyzujących rękawic i zerknął na papierzyska. − Jak to zrobiłeś? – wyszeptał z niemal nabożną czcią. Efraim trzymał plik fabrycznie-nowych pieniędzy. − To ja miałem pytać. – Dylan przytaknął, nie spuszczając wzroku z banknotów. – Opowiedz mi o sobie, chłopcze. *** Dylan miał prawie trzynaście lat, jak podkreślał. Pochodził z rodziny podobnej do wielu zamieszkujących Asyleę, osiadłych w okresie prosperity, kiedy miasto przyciągało zastępy siły roboczej z prowincji. Kiedy otwierano nowe fabryki, a wieżowce rosły w ich okolicach, by możliwie optymalnie spożytkować czas wyrobników. Za pracę ponad wszelkie ustalone w cywilizowanym świecie normy oferowano dach nad głową, symboliczne pensje i wyżywienie dla rodzin. Dla ludzi pragnących wyrwać się z nieprzyjaznych, rozciągających się na setki kilometrów od miasta okolic, i tak było to spełnieniem marzeń. W jednym z modelowych osiedli robotniczych narodził się Dylan. Wychowywany bez ojca, który zniknął jeszcze przed narodzinami chłopca. Ojca, o którym matka raz opowiadała, że uciekł i pewnie przepija resztkę życia, innym razem, że zmarł na pylicę, będącą skutkiem pracy przy azbeście. Jak było naprawdę, Dylan nie miał pojęcia, chociaż wolał, żeby druga wersja okazała się prawdziwa. We dwoje z trudem wiązali koniec z końcem. Matka piła, a żeby mieć za co pić, sprzedawała swe coraz bardziej wątpliwe wdzięki, komu tylko popadło. Dylan nie narzekał. Wolał ją zalaną, bowiem w tych rzadkich chwilach, gdy trzeźwiała, bezustannie pochlipywała. Kiedy chłopak podrósł, zaczął uczęszczać do jednej ze szkół zapewniających podstawowe, wymagane u mieszkańca wykształcenie. Powątpiewał w cel nauki, ponieważ na osiągnięcie wyższych poziomów wiedzy potrzeba było funduszy, których nie miał. Przychodził jednak, siedział i słuchał, co zmęczone belfry mają do powiedzenia, żeby uniknąć kłopotów. Przeciętny uczeń, przeciętny biedak. Nie było w nim niczego, co mogłoby zainteresować Efraima Navre. **** Z pliku banknotów wyciągnął i podał chłopcu jedną setkę. − Daj jeszcze. − Nie. Resztę dostaniesz, jeśli powiesz, skąd masz towar. Dylan popatrzył na Efraima spod zwężonych powiek. − Na co ma mi to wystarczyć? Co ja kupię za stówę? − Możesz kupić coś do jedzenia. Efraim przeszedł leniwie przez pokój. Jego ciężkie wojskowe buty rozdzierały kobierzec z gazet. Podszedł wreszcie do telewizora, uniósł go odrobinę i wrzucił pieniądze pod spód. Trwało to moment i Dylan niewiele zobaczył

73


Horyzonty Wyobraźni przez szerokie plecy blondyna, ale to, co ujrzał z pewnością mu wystarczyło. − Dobra. Kupię coś do jedzenia – powiedział szybko. − Idź. Droga wolna – odrzekł mężczyzna, nie odwracając się nawet. Chłopiec zerwał się z posłania i popędził w kierunku drzwi, jakby w skrytości ducha obawiał się, że to jakiś okrutny żart albo kolejna sztuczka. Zbiegł po schodach i wyleciał na dwór. Na zewnątrz zerknął jeszcze raz na niewielki, zdawać by się mogło opustoszały budynek i puścił się pędem, wiedząc, w którą stronę ma uciekać. Okolicę znał doskonale. Z góry, przez szpary w deskach, którymi zabił okna, Navre przyglądał się biegnącemu Dylanowi. Czerwone trampki dzieciaka wyrzucały w powietrze wodę z kałuż. Para z jego oddechu unosiła się w górę jak mglista aureola. Biegł środkiem ulicy w kierunku ruchliwego skrzyżowania, pełnego opatulonych w płaszcze przechodniów. Kiedy zniknął za horyzontem, Efraim nałożył z powrotem poluzowaną deskę na okiennicę, zwracając pomieszczeniu półmrok. Ruszył do przedpokoju, wszedł do łazienki. Ściągnął rękawice i schował je do kieszeni kurtki, a później położył dłonie na jednej ze ścian. Pozwolił woli pędzić przez ceramiczne kafle, przez papę, beton i żelazo, na moment stając się z nimi jednym. Westchnął cicho, z wysiłkiem i ściana poruszyła się bezszelestnie. Odsunęła się na bok, ukazując tajną wnękę. Efraim popatrzył po swoich współpracownikach. Wydawało mu się, że ich martwe ciała czekały w środku od zawsze, służąc pomocą i radą, tymczasem minęły ledwie trzy lata… „Witaj, Midiam” − myślopowiedział. Jak na hasło, trzy szczęki trupów opadły, ukazując szklane kule, umoszczone wygodnie na suchych językach, pomiędzy zębami. „Jak leci? W porządku?” − zagaił Gorgi. Jego sfera spoczywała w jedynym męskim trupie. Był Przewodnikiem, który podobnie jak pozostali miał służyć Efraimowi radą, dotychczas był jednak całkowicie bezużyteczny. Zarówno ze względu na niewielką wiedzę w porównaniu z dziewczynami, jak i umiejętności, które oferował. „Nie mówiłem do ciebie, Gorgi. Ty możesz iść spać”. „Przyszedł do Midiam. Nie do ciebie Gorgi, tylko do niej przyszedł, jak zwykle z resztą. A ja się tutaj nudzę, z tobą Gorgi, chociaż każdy wie, że przydałabym mu się bardziej” − wtrąciła Elina, trzecia z kul. Dla odmiany często służąca dobrą radą, tylko nader gadatliwa i do granic wścibska. „Dzięki, moi drodzy”. − Efraim zatrzasnął szczęki pary trupów, pozwalając im na dalszy odpoczynek. „A ty? Czemu się nie odzywasz?” Cisza. „Foch?” Cisza. „Przestań wreszcie. Masz mi pomagać. Pomagaj więc, a nie bocz się”. „Gdzie jest chłopiec?” Navre sięgnął po sferę Midiam. Oderwał kawałek papieru toaletowego i wytarł nim szklaną powierzchnię na błysk. Zadowolony z uzyskanego efektu, schował ją do kieszeni, w specjalnie uszytej przegródce. „Wyciągnąłem z jego organizmu resztę narkotyku. Odpoczął, napił się i zdradził kilka szczegółów na swój temat. Niestety nie powiedział nic na temat dostawców”.

74

„Wypuściłeś go?” „Nie jestem idiotą. Dostał trochę przemienionej forsy, zobaczył też, że mam tutaj całe mnóstwo kasy, więc pewnie wkrótce skontaktuje się z kolegami, żeby mnie obrobić. Najpewniej z handlującymi tym gównem”. Nie odpowiedziała. Siedziała cicho w kieszeni i Efraim powoli zaczynał się niecierpliwić. „No dobrze, przyznaję, że miałaś rację. Młody miał przy sobie trochę tego śmiecia, spróbowałem i ręczę głową, że to nie jest zwyczajny narkotyk. To nie narkotyk zrobiony przez człowieka”. „Obi” − zapiszczała. „Boisz się, Midiam? − zapytał, wracając do okna. − Znajdę młodego bez trudu. Ma przemieniony banknot, w którym zawarta jest cząstka mojej mocy. Widzę ją w głowie jak flarę, kiedy zamykam oczy”. „Nie rozumiesz… Dylan − powiedziała nareszcie. − Tak właśnie miał na imię, rozumiesz? Tak miał na imię!” „O czym ty mówisz?” „Znam go”. 3. Obi Wpierw nie mógł uwierzyć, że to taki głupiec. Później podejrzewał podstęp, więc wciąż oglądał się za siebie, kluczył, nadrabiając drogi i używał wszelkich sztuczek, jakich nauczyła go ulica… Wszystko, aby upewnić się, że nie jest śledzony. Poświęcił na to mnóstwo czasu, ale było warto. Łysi nie patyczkowali się ze zdrajcami, a Dylanowi i tak będzie ciężko wytłumaczyć zgubioną partię towaru, którą miał ze sobą, kiedy odlatywał w narkotyczny niebyt. Na szczęście w garści trzymał atut. Forsa. Całe pliki nowiusieńkich banknotów, dzięki którym mógłby zmienić życie swoje i matki. Mógłby wreszcie się stąd wydostać. Opuścić Śródmieście i zamieszkać w jednej z oddalonych od centrum dzielnic, pełnych białych budynków i marmurowych ulic, parków i portów z jachtami wartymi tyle, co domy. Plan był prosty. Nagra Łysym tego nadzianego świra, a sam spróbuje zwinąć tyle kasy, ile się da, podczas gdy oni będą zajęci sobą. Wiedział, że wiąże się to z dużym ryzykiem, ale nie miał nic do stracenia. Wątpił, że dożyje kolejnych urodzin, teraz kiedy był na celowniku gangsterów. Dotarł wreszcie do szkoły. Wielki budynek z zakratowanymi oknami odcinał się od szarzyzny okolicy jaskrawym i malowniczym graffiti. Bieda biedą, jednak farby na wymazanie znienawidzonej budy zawsze się znajdą. Podążył wzdłuż płotu z siatki do jednej z licznych dziur i wkroczył na dziedziniec. Łysych nie trzeba było długo szukać. Wkrótce zobaczył dwóch roześmianych wyrostków. Silniejszych, lepiej zbudowanych niż pozostali uczniowie, bo przedłużających naukę w nieskończoność. Ubrani byli w skórzane, cerowane kurty, nosili pieszczochy na przedramieniu, obroże na szyjach, a na czołach malowali trzy kreski, których znaczenia nie znał pewnie żaden z nich. − Cześć – Dylan przywitał się jako pierwszy, chcąc odegnać ciszę, która nastała, kiedy przyszedł. − Nie powinieneś tu być. To odezwał się masywniejszy z nich. Dylan znał go z opowiadań. Mówili na niego Skoczek. Podobno jego koledzy ułożyli głowę starego dozorcy na krawężniku, kiedy on rozpędził się i… − Ta. Nie powinieneś – dopowiedział drugi. – Sprzedałeś towara? − Nie. Jeden koleś mi go ukradł.

Maciej Żytowiecki


Horyzonty Wyobraźni − Co ty pieprzysz? – Łysy strzyknął śliną zza zaciśniętych zębów. Pofrunęła ponad grzywą chłopaka. – Robisz sobie z nas jaja? − Nie robię. Nieważne. – Wyciągnął dłoń z niedawno otrzymanym banknotem i pomachał nim przed oczyma osiłków. – To starczy za całą partię. Osiłek złapał banknot, obejrzał dokładnie z każdej strony, przyłożył do nosa i powąchał, jakby zamierzał wyczuć zapach wcześniejszych posiadaczy. Nowy papier zawsze wzbudzał podejrzliwość. − Wygląda na nówkę, ale nie lewiznę. − Wiem, gdzie można znaleźć takich więcej. − Co myślisz? Zalewa? – Skoczek zwrócił się do kolegi. − Nie ma szans – drugi pokręcił głową. – Mały wie, że my nie znamy się na żartach. − Spotkasz się z Obim – zadecydował masywniejszy z chłopców. Najpierw musiał zważyć na szali strach i chciwość. Chęć szybkiego wzbogacenia się podziałała na wyobraźnię, zdecydowanie mocniej zadziałały jednak obrazy kumpli, którzy coś przed szefem zataili. Nie chciał nigdy znaleźć się na ich miejscu, w tym wielkim piecu… − Obim? − Ta, z Obim. Masz problemy ze słuchem, mały? – warknął wyrostek, po czym nieco łagodniej dodał: − To taki miły pan, z pewnością przypadniesz mu do gustu. Uchwycili chłopaka, wcisnęli między siebie jak przecinek i we trójkę opuścili teren szkoły. Szli dość długo. Dylan stawiał prawie dwa razy więcej kroków, więc i zmęczył się dwa razy bardziej. Minęli boisko do koszykówki, pełne dziur jak po wybuchu wojny. Poszli ciasnymi zaułkami, gdzie paru śpiących meneli zarobiło kopniaka, aż wyszli na teren zamkniętego zakładu. Brudny budynek, wielkie okna i powybijane szyby. Trójkątny dach i kominy wycelowane w niebo. Wszystkie martwe, tylko jeden oddychał. Rulon cegły mazał czarnym dymem niebo. Weszli do wnętrza, kierując się w stronę metalowych schodów. Podłogę i stoły pozostałe po maszynach pokrywała gruba warstwa kurzu. Wzbijali całe tumany pyłu i wkrótce cała trójka była brudna. Dylan tarł oczy i pokasływał, natomiast na Łysych drapanie zdawało się nie robić żadnego wrażenia. Na dole stały trzy ogromne piece. Dwa czarne i zimne, trzeci gorący – żółty ogień widoczny przez kratę zabezpieczającą upodabniał go do paszczy smoka. Oparte o niego stały rzędy cienkich metalowych prętów. A na bujanym fotelu, ustawionym w pobliżu źródła ciepła, siedziała skulona postać w sparciałym płaszczu i szerokorondym kapeluszu. Cichutko posapując i kiwając się − raz bliżej żaru, raz dalej. Dziwaczna, zgrzytliwa muzyka sączyła się ze stojącego nieopodal gramofonu. − On nie ma uszu, ale słyszy – szepnął mniejszy z bandytów. Zachichotali obaj. Chłopiec uniósł brwi. Zrozumiał, że tamci próbują dodać sobie odwagi. Po ich czaszkach obficie spływał pot i zaciskali pięści, żeby ukryć drżenie dłoni. − Obi? – głośno zagadnął większy. – Przyprowadziliśmy kogoś. Ma dla nas propozycję. Gramofon zamilkł. Trzaskający ogień był teraz jedynym dźwiękiem. − Wszystko, co dobre, rodzi się w ogniu. – Cała trójka drgnęła na dźwięk tego głosu.

Niespełniona obietnica

Fotel stęknął z ulgą, kiedy Obi wstał. − Uwielbiam ten widok – stwierdził, głaszcząc rozgrzany piec. Dylanowi dech zaparło, kiedy zdał sobie sprawę ze wzrostu herszta gangu. To nie mógł być człowiek. Nawet od dziecka karmieni sterydami górnicy, najwięksi ludzie, jakich w życiu widział, Obiemu ledwie sięgnęliby piersi. Gigant odwrócił się i powolnym, posuwistym krokiem ruszył w kierunku chłopców. Rozmazany na tle bijącego intensywnym blaskiem ognia szedł sztywno, z niejakim trudem. Jednak wraz ze zmniejszaniem się dzielącej ich odległości, Dylan czuł rosnący strach. Ciężkie kroki dudniły, zagłuszając trzask płomieni. Gramofon podskakiwał na stoliku, coraz bardziej przesuwając się do krawędzi. Obi był już w pół drogi, kiedy nagle się zatrzymał. − Kogo mi tu przyprowadziliście!? – wrzasnął. Zasłona Ślepca opadła. Zadany od niechcenia, prawie leniwy cios wylądował na twarzy Skoczka, wgniatając ją do środka czaszki. Drugi gangster ledwie zdążył mrugnąć, kiedy kolejne uderzenie trafiło go w brzuch. Fontanna krwi wraz z fragmentami kręgosłupa i flaków wystrzeliła z dziury na plecach, zanim zdążył upaść. Navre wyminął Dylana. Nie powiedział nic, nie zaszczycił go spojrzeniem, jakby chłopiec był powietrzem. Krew ściekająca z rąk blondyna malowała na podłodze czerwone zawijasy. − Kupę lat, Obi – rzucił, zadzierając głowę. *** Zasłona Ślepca wykrzywiała świat, barwiła go fioletem, nie dopuszczając innych kolorów. Wszystko było fioletowe. Fioletowe ulice, budynki, uliczne lampy i księżyc fioletowy, do tego ludzie, prawie nie do odróżnienia od tła. Byłem dla nich niewidoczny, ale i oni dla mnie zlali się w jedno z betonową masą miasta. „Miał na imię Dylan” − powiedziała cicho Midiam. Przeskoczyłem płot, przebiegłem przez trawnik. Tutaj ślad był całkiem wyraźny i nie potrzebowałem już jej pomocy. W jednostajną barwę mojej Zasłony wkradła się odrobina nierzeczywistości, efekt zmiany, której dokonałem. Wystarczyło podążać tym tropem i jeżeli nadal miał banknot, wkrótce powinienem go znaleźć. „Po długim oczekiwaniu Jasna Pani zebrała dwunastu uczniów − ciągnęła swoją opowieść. − Ty byłeś ostatnim”. Przeszedłem przez szkolne boisko, omijając powyginane szkielety piłkarskich bramek i ruszyłem w stronę budynku. „A ja byłam pierwsza” − myślogłos Midiam był słaby, nieobecny. Poznawałem ją z trudem. Po trzech latach od śmierci tylko pewność w jej głosie pozwalała pamiętać, jaka była. Bez niej… Jakbym słuchał opowieści kogoś obcego. „Pamiętam tamtą noc, kiedy Jasna Pani przyszła do mnie we śnie. Jej ciepły, przepojony miłością głos, każący pójść za nią. Przekonujący, że jestem cenna, stworzona do najwyższych celów, nie do tego życia. Jak szalona wybiegłam w noc”. − Wyobrażam sobie. Jakiś dzieciak mnie usłyszał. Przestał jeść kanapkę. Rozejrzał się podejrzliwie z otwartą gębą, wietrząc rozmemłany chleb ze smalcem. Jeszcze się rozglądał, kiedy przeskakiwałem płot odgradzający boisko. Opuściłem teren szkoły, przemknąłem ruchliwą ulicą, lawirując pomiędzy rzędami pędzących aut. Wpadłem w tłum ludzi oczekujących przed sklepem

75


Horyzonty Wyobraźni mięsnym. Przebiłem się przez nich, wywołując całą masę zamieszania. Odgłosy kłótni dochodziły mnie, jeszcze kiedy skręciłem w wilgotny zaułek. Omijając spore kałuże, przyspieszyłem, bojąc się, że będę miał problem z odnalezieniem drogi w labiryncie uliczek. Jak pies gończy pilnowałem tropu. „Zawsze uczyłam się najwięcej, pojmowałam wszystko najszybciej. Byłam do tego stworzona, ale Pani w swej mądrości rozumiała, że czegoś mi brakuje” − Midam mówiła przez cały czas. Prawie jej nie słuchałem. „Ty miałeś swoją miłość, Garbarz swoje wynalazki, Obi chemię, Vento psy… Każdy miał coś, czego mógł się uczepić, co było dla niego ważne, a ja nie miałam nic”. Wszedłem na teren dawno zamkniętej firmy. Wszędzie wokół śmierć – martwe i opustoszałe budynki z wysokimi kominami, które dawno już przestały oddychać. Poza jednym. Jeden nadal pracował. „Im dalej podążaliśmy ścieżką, którą wskazała nam Jasna Pani, tym bardziej rozumiałam, że ma rację. Musisz posiadać kotwicę, żeby nie dać się porwać podstępnym prądom − opowiadała. − I próbowałam, naprawdę próbowałam, odnaleźć własną. Znaleźć to coś, co zatrzyma mnie wśród śmiertelnych, kiedy będę obcować z boskimi energiami”. Nacisnąłem klamkę. Drzwi otworzyły się przy akompaniamencie potępieńczego jęku, wzbijając przy tym chmurę kurzu. Poszedłem dalej, szczelniej jeszcze otulając się Zasłoną, żeby nie poruszyć nawet ziarnka pyłu. „Widziałam postępy innych. Twoje, chociaż dołączyłeś do nas jako ostatni. Twojej ukochanej, która dołączyła niewiele wcześniej, a okazała się najbardziej utalentowaną z nas. Garbarz, Elina, Vento, Kryba, Awangardel… Nawet Gorgi mnie doganiał”. Dopadłem do schodów. Usłyszałem zwielokrotnione echo kroków unoszące się w górę. Zwolniłem, ostrożnie wkraczając na delikatne stopnie. Nie chcąc, żeby dowiedzieli się o mojej obecności wcześniej, niż powinni. „Wtedy pojawił się Dylan. Kończyłam właśnie zmianę w sklepie, miałam zamykać kasę. Cieszyłam się nadejściem nocy, tym, że mogę wrócić do naszej Pani i dalej się uczyć − mówiła beznamiętnie, jakby recytowała codzienną modlitwę. − Leżał pod sklepem. Wszędzie pełno krwi. Jego twarz przypominała pulpet, prawie nie widziałam oczu, na stałe zamkniętych pod opuchniętymi powiekami. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale się zatrzymałam. Zapomniałam, że się spieszę. Wzięłam go do środka, opatrzyłam. Zadzwoniłam po policję, ale jak się domyślasz, nigdy nie przyjechali”. Znalazłem się na samym dole. Ciemność pomieszczenia rozjaśniało światło rozpalonego pieca w oddali. Dwóch wyrostków stało przy chłopaku, trzymając go za sweter, mimo że nie zamierzał uciekać. Powoli ruszyłem w ich stronę. „Miał na imię Dylan i płakał. Buzia mu się nie zamykała. Opowiadał o sobie, o swojej pijanej matce i o tym, że ciągle go ktoś bije. Nie spodziewałam się, że będzie chciał ze mną rozmawiać. Znam dobrze ten typ. Hardzi na pokaz, nigdy nie opuszczają gardy. Dylan jednak się otworzył...” Znalazłem się za Łysymi, gotów zaatakować w każdej chwili. Zakapiory ich pokroju nie stanowiły dla mnie najmniejszego zagrożenia. „Nakarmiłam go, dałam trochę pieniędzy i odprowadziłam do domu”. Czwarta postać, której wcześniej nie zauważyłem, powstała z krzesła. Jego rozmiar nie pozostawiał wątpliwości – nie mógł być człowiekiem.

76

− Uwielbiam ten widok – stwierdził gigant, głaszcząc rozgrzany piec. Znałem ten głos. „Obiecałam mu pomagać i zamierzałam dotrzymać słowa. Miałam swoją kotwicę, Ef ”. Jak mnie nazwała? „Chociaż byłam spóźniona, popędziłam na lekcję, żeby podzielić się radosną nowiną z nauczycielką”. Olbrzym ruszył w naszą stronę. Poczułem ciarki pędzące po plecach. Wiedziałem, instynktownie pojmowałem, kto to jest. I chociaż zmienił się nie do poznania… Wcześniej o głowę niższy ode mnie, teraz posiadł ciało smukłego olbrzyma… To nie mogłem się mylić. Umiem ich rozpoznać. „Nigdy nie dotarłam na spotkanie. Kryba i Vento dopadli mnie po drodze. Właśnie tej nocy, kiedy nas zdradzili, ja wreszcie odnalazłam swoją kotwicę. Coś dla mnie ważnego”. − Kogo mi tu przyprowadziliście!? – rozległ się wrzask. Zobaczył mnie, pomimo Zasłony Ślepca, więc odrzuciłem ją czym prędzej, żeby nie blokowała przepływu energii. Zanim dwóch wyrostków zdążyło zareagować, rozprawiłem się z nimi. Ich miękkie ciała pękały pod moimi ciosami jak przejrzałe śliwki. Mogli nie stanowić zagrożenia, ale nie chciałem, żeby przeszkadzali. − Kupę lat, Obi – przywitałem się. Olbrzym spojrzał na mnie czarnymi kamieniami, które wprawił sobie zamiast oczu. 4. Matka Pukał do drzwi, jednak bez skutku. Stał wpatrzony w oko judasza, jakby chciał przebić się wzrokiem na druga stronę, ale szkiełko było nieubłagane, nawet nie mrugnęło. Ściągnął rękawicę, przyczepił ją do paska i położył dłoń na chłodnym drewnie − nie wyczuł żadnego ruchu w mieszkaniu. Załomotał pięścią, odczekał chwilę… Nadal nic. Zniecierpliwiony opuszkami palców dotknął klamki… Zmarszczył brwi, a mina mu stężała, jakby się nad czymś zastanawiał. Klamka drgnęła, a metal w mechanizmie zamka zastukotał. Zawiasy zaskrzypiały cicho. Na podłodze mieszkania walały się opakowania oraz różnokolorowe butelki. Wszystkie puste, niektóre zbite, inne całkiem sprasowane, jakby ktoś nadepnął na nie ciężkim buciorem. Wchodząc do środka, zawadził o kromkę nadgniłego chleba, rozsmarowując ją na podeszwie. Zaklął przy tym szpetnie, jednak nie zatrzymał się, aby oczyścić but. Liczył się czas. Jedyny pokój był zamknięty. Coś blokowało drzwi po drugiej stronie. Delikatnie i powoli pchnął, domyślając się, że to człowiek. Miał rację. Kobieta leżała przykryta brudnym, wilgotnym kocem, wokół unosił się zapach fekaliów. Drżała z zimna, chociaż w pokoju było gorąco. Nie musiał się nachylać, żeby stwierdzić, że jest zalana w trupa. Złapał ją za włosy. Krzyczała i przeklinała, biła i drapała, jednak nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Szarpnął mocno. Pisnęła z pretensją, ale dała się poprowadzić do łazienki. − Dylana znasz? – syknął, otwierając dopływ zimnej wody. Próbowała odpowiedzieć czy nie próbowała… Pośród jęków i syków trudno było cokolwiek zrozumieć. Wierciła się i wyrywała, jednak dłoń mężczyzny chwyciła jak stalowe kleszcze, pomimo wygibasów pijaczki bardzo pewnie utrzymując głowę pod lodowatym teraz strumieniem. − Dylana znasz? – zapytał ponownie. − Tak, to mój syn – jęknęła, w końcu posługując się czymś przypominającym ludzką mowę.

Maciej Żytowiecki


Horyzonty Wyobraźni − Gdzie ojciec? − Nie ma. Nie ma. Nie wiem, gdzie jest – krztusiła się. − Chodź. Wyciągnął kobietę z łazienki, mokre włosy trzymał w garści, i zaprowadził do wyjścia. *** Olbrzym otwierał usta, jęcząc jak pustynny wicher. Coś trzasnęło sucho w jego szczęce, więc chwycił gębę palcami i na siłę rozwarł szerzej. Rozciągnął ją jak plastelinę, aż opadła mu na pierś. Wtedy rozległ się dźwięk ssącego powietrza i z gardzieli wystrzelił gęsty strumień tłustej, żółtej mazi. Efraim nie miał dość czasu na unik. Maź trafiła go w klatkę piersiową, momentalnie lepiąc jak fabryczny klajster. Obi zamknął usta, ze zgrzytem wstawił szczękę na miejsce, po czym uśmiechnął się karykaturalnie i zadowolony obserwował, jak kleista substancja rośnie w oczach, łakomie pokrywając przeciwnika. Ten walczył, próbował się wyrwać. Na darmo. Navre upadł na kolana. Słabł, a ciecz jakby ożyła. Płynęła już po kończynach, sunąc po rękawach i nogawkach, przepływając szczelinami, pomiędzy szwami do nagiego ciała. Dopadła twarzy, zakryła lepiącym kapturem i wlała się do nosa, do płuc, wciąż nie mając dosyć. Wkrótce cały znalazł się w czymś przypominającym kokon. Dylan stał jak sparaliżowany. − Nażryj się. Zasłużyłeś – zgrzytliwy głos Obiego wyrwał go z letargu. Na ziemi wylądowała strzykawka pełna żółtego odjazdu. Chłopiec ukląkł i podniósł ją nabożnie jak najwspanialszy skarb. Światło z pieca zatańczyło na plastikowym pojemniczku, rozświetlając płyn, na chwilę czyniąc go tak podobnym do substancji wyplutej przez potwora, że chłopiec nie mógł uwierzyć. Zaśmiał się nerwowo, obracając strzykawkę w dłoniach. Miał wepchnąć w żyłę gluty dziwacznego stwora… Ależ wyborny dowcip. Dzięki temu mógł uciec od strachu, pijaństwa matki, całego szamba, w którym tonął? To miała być jego nagroda? Navre zawiódł. Wszystko, co położył na szalę trzy lata temu, nie miało już znaczenia. Zawiódł. Myśli traciły ostrość, zamieniając się w papę bezładnych wspomnień o rzeczach, które nigdy nie miały znaczenia. Nie był nawet pewien, czy należą do niego, czy tylko ginąca świadomość nasuwa jakieś przypadkowe obrazy. Ból rozlewał się po całym ciele. Nie. Po całym jego jestestwie. Nie rozróżniał bólu fizycznego od cierpienia ducha, wszystko stawało się jednym w wielkim młynie nierzeczywistości. Gdzieś pośród rwącego potoku obrazów dostrzegł jednak unoszącą się na bystrych falach kładkę. To najważniejsze wspomnienie, które dawało mu siłę, żeby jeszcze trwać, choćby i po śmierci. Sięgnął po nie, mocno ścisnął, by dostrzec pomiędzy pulchniejącym mrokiem i lepką wilgocią łez… Jej ostatni uśmiech. Rozwiane czarne włosy, które niezdarnym ruchem odgarnęła z twarzy. Kilka piegów rozsypanych jak gwiazdy na gładkim niebie. A potem ukłucie chłodnej igły przerażenia, kiedy znikąd nadjeżdża czarna ciężarówka. Kiedy Podróżnik wyciąga łapę po ukochaną i siłą wciąga do szoferki, a Efraim nie może na to nic poradzić. „Skoncentruj się. To jeszcze nie koniec” − głos Midiam dochodzi z daleka, dodając otuchy.

Niespełniona obietnica

Za mało jej jednak. To tylko głos w ciemności. Poczuł, jakby zapadał się pod ziemię, zasypywany rozgrzanym do czerwoności węglem. Ubranie płonęło, topiło się, a on nie zwracając uwagi na ból, pragnął wywrzeszczeć całą złość i nienawiść, ani jednej zaś skargi. „Efraimie, otrzymałeś dary Pani. Przy nich marne sztuczki tego stwora są niczym. Wróć do mnie”. To nie było możliwe. Nie miał dokąd wracać. Teraz wchłonęły go tony robaków. Pełzały milionami kłujących odnóży. Wchodziły w uszy i nosem do mózgu, sącząc jad. Ich szczypce rozcinały skórę, szatkując mięśnie, tłuszcz i skórę. Rozpuściły go, przeżarły, przetrawiły, wydaliły. Wszystko jest beznadziejne. Poddaj się. „Pamiętaj”. Jego ciało było słabe. Jego umysł był słaby. Miliardy doznań na sekundę. Sekunda trwająca milenium. Kalejdoskop migocących obrazów, wciąż i wciąż układanych w nowe wariacje. „Nie odchodź”. Gdzieś w dali rozbłysła gwiazda. Na czarnym jak smoła nieboskłonie jedna obłędnie wyraźna światłość. I wróciły krucze włosy niknące za zatrzaskiwanymi, czarnymi drzwiami ciężarówki. I znowu pojawił się ten uśmiech. Ona gdzieś tam była. Gdzieś daleko w świecie. I musiał ją odzyskać. Skorupa pękła, maź rozprysła się deszczem twardych kawałeczków. Efraim uklęknął i zwymiotował resztę żółtego paskudztwa. Drżał cały. Wiedział, że pozostało mu niewiele siły. Ledwie tyle, żeby wstać i napluć Obiemu w gębę. Nie dość, żeby rozerwać go na strzępy. Tym razem sama magia będzie musiała wystarczyć. − Nigdy nie byłeś pięknisiem, Obi – powiedział, spoglądając w czarne kamienie służące olbrzymowi za oczy. Na płaską gębę z gliny, ozdobioną brązową bryłką uformowaną w kulfoniasty nochal i otworem gębowym przypominającym dziurę. – Jednak, do kurwy nędzy, chociaż wyglądałeś jak człowiek. − A ty nigdy nie przebierałeś w słowach – tubalny głos dobywał się z rury umieszczonej w gardzieli, tej samej, z której wystrzelił kleistą substancję. – Jednak masz rację. Nie jestem już człowiekiem. Jestem czymś lepszym. Podobnie jak my wszyscy. − Cała wasza banda zdrajców – splunął Efraim. − Wizjonerów – poprawił Obi. – Nie sądzisz, że dość już było zabawy w szczęśliwą komunę? Miałem spoglądać w drzwi prowadzące do nieograniczonej potęgi i nigdy nie przekroczyć progu? − Dlatego nas zabiliście. − Każdy postęp wymaga ofiar. – Wskazał na trupy Łysych. – Tak jak ci tutaj. To kolejne ofiary na mojej drodze do doskonałości… Ale również twoje, na drodze zemsty. − Mówisz o postępie… Spójrz na siebie, Obi. Jesteś potworem. Zlepkiem gliny, jakichś rur i przewodów. Jesteś automatonem, golemem ze starych podań – parsknął. – Powariowałeś? − Głupcze, sam tego chciałem − Obi aż się zatrząsł. – Dzięki temu ciału ja i moje doświadczenia staliśmy się jednością. Podróżnik dał mi to, czego pragnąłem. Tak wygląda mój raj, moje niebo. Złapał jeden z prętów. Uniósł w górę, ale zawadził o zawieszoną powyżej metalową półkę, wykrzesując deszcz iskier.

77


Horyzonty Wyobraźni − Nadal jesteś niezdarą – Navre uśmiechnął się krzywo. Olbrzym zawył. Pchnął mocno, wśród kakofonii giętego metalu uwalniając końcówkę swojej prowizorycznej broni. Navre przygotował się na uderzenie… To jednak nie nadeszło. Zamiast tego stwór nachylił się i złapał chłopca, który zawinął się w poły jego płaszcza. − Zostaw go – syknął Efraim Navre, widząc wypełnioną narkotykiem strzykawkę, wbitą w nogę swojego przeciwnika. − Drań, próbował mnie oszukać – krzyczał Dylan. „On ci pomógł!” − krzyczała Midiam. Efraim Navre popędził naprzód, gotów rzucić się do gardła automatona i uwolnić chłopca. Niemal natychmiast zrozumiał, że przecenił swe siły. Zachwiał się, stracił na chwilę równowagę i zanim ją odzyskał, było za późno. − Na twoim miejscu dawno temu dałbym sobie spokój. Metalowy pręt zmienił się w smugę. Przeciął powietrze. Przebił płuca, plecy, przewrócił Efraima i przyszpilił do podłogi. Siłaczowi wciąż jednak było mało. Nie przestawał naciskać, aż przy akompaniamencie przerażającego zgrzytu wbił pręt na dalszy łokieć. Krew bluznęła z nosa i ust ranionego. Obi wypuścił metalową pikę i wolną ręką rozwarł poły płaszcza. Pod spodem był nagi. Na idealnie płaskim glinianym cielsku wisiały przymocowane dziesiątki szklanych pojemników z rurami prowadzącymi do wnętrza organizmu golema. Na miejscu piersi dwa zegary ze wskazówkami okręcającymi się bezustannie jak śmigła, pod szyją panel z kilkoma kulistymi klawiszami zrobionymi z różnokolorowych kamieni, oznaczonymi kanciastymi znakami runicznymi. Pod bokiem drgała pompa. Do paska, jedynej odzieży znajdującej się pod płaszczem, przywieszono kilkadziesiąt niewielkich pojemników z zielonego szkła, zakończonych igłami. Golem sięgnął po jeden. − I dalej myślisz, że Podróżnik mnie oszukał? – zapytał, wbijając ostry koniec w szyję chłopaka. – Spójrz na moją wielkość. Czy ta świętoszkowata Jasna Pani dałaby mi coś zbliżonego? Nie. Nam zostawiała tylko gusła, maleńkie zaklęcia, kiedy sama kąpała się w mocy Drugiego Świata. Odrzucił chłopca jak worek kartofli. Drżącego jak w febrze, całkiem nieświadomego, co się z nim dzieje. − Podróżnik przyszedł do nas. Wiele zaoferował za ludzi, którzy i tak mnie gówno obchodzili. Dzięki niemu jestem chodzącą fabryką, żywym eksperymentem. Tworzę i mieszam w swoim wnętrzu mikstury, o jakich ci się nie śniło, dzięki którym będę zmieniał świat, jakkolwiek sobie zażyczę. Podróżnik każdego z nas zmienił, tak jak tego skrycie pragnęliśmy. − Za jaką cenę? – wycharczał Navre. − Cenę? – zadrwił golem. – Cenę najniższą z możliwych. Pięć przystawek i Jasna Pani na talerzu. Navre splunął brunatną wydzieliną. Zacisnął dłonie na przyszpilającym go żelastwie. Nieosłonięte materiałem rękawic palce dotknęły chłodnej powierzchni. − Myślisz, że masz dość siły, by się uwolnić? – zadrwił automaton. *** Przez całą drogę krzyczała. Machała rękami przed oczami przechodniów. Jednego chwyciła nawet za rękaw kurtki, krzyknęła wprost do ucha, a on tylko strącił dłoń i ruszył dalej, jak gdyby wcale jej tam nie było. Nikt nie chciał pomóc.

78

Wszyscy zdawali się nie zauważać. A mężczyzna poganiał, popychał, aż z trudem mogła nadążyć. Wprowadził ją do jakiejś rudery, na piętro, do jakiegoś mieszkania. Tam w pokoju ujrzała niezwykłe maszyny, które wyrastały z podłogi, sufitu i ścian. Pulsujące rytmicznie szafy wyglądały na zbite z desek, polepione z dykty i papy. Z sufitu zwieszały się liczne rury, kable i przewody, szczelnie opatulając leżącą na łóżku postać. Płynęły przez nie żółte, czerwone i fioletowe substancje. Promienie światła prześwitujące przez deski zakręcały w powietrzu, tak aby padać na chorego, chociaż to przecież niemożliwe. Pomyślała, że wszystko to wygląda, jakby ten pokój i wszystko, co w nim zawarte, było plasteliną, którą ktoś wymodelował wedle własnych potrzeb. Blondyn pchnął kobietę w kierunku leżącego − centrum całego przedstawienia, a kiedy zbliżyła się na tyle, by przez światło widzieć wyraźnie, poznała syna. − Dylan? − On umiera. – Szorstki głos zmroził krew w żyłach. − Biedny. – Nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Spojrzała na swoje ręce. Trzęsły się. Musiała się napić. – Strasznie mnie suszy… Pięść blondyna wylądowała na jej podbrzuszu. Skuliła się z bólu. − Trochę pokory. – Schwycił prawą dłonią czoło kobiety i nacisnął. Pomyślała, że wypływa z niej życie. Pory ciała otworzyły się i przezroczysty śluz wycieknął, mocząc ubranie. Alkohol opuścił ciało. − Mój mały. – Upadła na kolana. Skomlała, czołgając się do łoża. Chwyciła dziecko za dłoń, zraszając ją łzami i miłością. Pieszcząc prośbami o wybaczenie. − Mama? – usłyszała słaby głos. *** − No, spróbuj. Jeżeli się uwolnisz, może pozwolę ci odejść. Navre zamknął oczy − Dar Dotyku rozlał się po pręcie, na moment spajając upiora z przedmiotem – a kiedy ponownie je otworzył, dymiły najczystszym Fioletem. Jak uczyła go Jasna Pani, przekazując moc potrzebną Efraimowi do zemsty, świat namalowano właśnie tym kolorem i również nim można go zmieniać. − Nie zamierzam się uwalniać. Najpierw nic się nie stało. Nastała cisza. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Później pręt jęknął i drgnął, zagrał jak struna gitary, by w mgnieniu oka zamienić się w błyszczącego srebrem węża o paszczy pełnej kłów i cielsku obłożonym wąskimi, ostrymi łuskami. Efraim trzymał gada dłońmi, przekazując ożywczą, plastyczną, kształtującą moc Daru. A gad rósł w mgnieniu oka. Wąż wystrzelił, kłami przebijając pierś automatona, jakby była z papieru. I uniósł stwora w powietrze bez najmniejszego oporu. Wąż szarpał pyskiem, miotając glinianym cielskiem jak zabawką. Rzucał się po całej piwnicy, uderzając golemem o ściany, wybijając dziury w cegle, wyginając powierzchnie metalowych blach, krusząc tynk. Huki rozlegały się echem zupełnie jak w czasach, gdy hala była pełna pracujących robotników. Pył unosił się, wirował wokół jak chmury burzowe. Wreszcie Obi przywalił w piec i zniknął w jego wnętrzu, pośród płomieni.

Maciej Żytowiecki


Horyzonty Wyobraźni Nastała cisza. Ciekawski ogień wyzierał spoza niedawnego więzienia, a tumany kurzu opadały leniwiej niż śnieg. Ale to nie był jeszcze koniec. Para wielkich dłoni wychynęła z wyrwy pieca i rozległ się krzyk cierpiącego metalu. Łapska topiły się, ale napierały, aż Obi wyrwał się z płonącej pułapki. Wciąż złączony z metalowym wężem jak nowonarodzone niemowlę z pępowiną wisiał tuż nad ziemią. Żółte płomienie pełgały po jego glinianej skórze. Nogi opadały bezwładnie jak u szmacianej lalki, ale nadal funkcjonował. Glina spływała zeń grubymi strugami, ale się nie poddawał. Podniósł łeb. Znów plunął żółtą mazią, jednak tym razem Navre był przygotowany. Część cielska metalowego węża zmieniła się w tarczę. Trucizna rozprysnęła nieszkodliwie na jej połyskliwej powierzchni. Efraim kontratakował. Z głowy jego konstrukta wyrosły setki wąskich nitek, pulsując w powietrzu na podobieństwo macek ośmiornicy. Chłostając golema, odłamywały coraz to nowe części jego maszynerii, rozbijały szklane pojemniki, odrywając co bardziej delikatne połączenia. Ciecze pompowane we wnętrzu dwunogiej fabryki wypływały przez pojawiające się seryjnie dziury. Odpadały płaty gliny na klatce piersiowej, na tym, co miało służyć za szyję i na kończynach. Oderwała się prawa noga i wreszcie potwór przestał się miotać. Cieniutkie macki pofrunęły kolejny raz, wgłębiając się w oczodoły. Wąż z płynnego metalu wlewał się falami do wnętrza Obiego, wypełniając go, wyginając kończyny w miejscach, gdzie zginać się nie powinny. Miotał automatonem jak lalką w paranoicznym tańcu z koszmaru. Obi zaczął puchnąć. Wpierw prawa ręka napompowała się jak balon, następnie na korpusie poczęły wyrastać dziesiątki małych zgrubień, zrywając poprzyczepiane jeszcze

elementy urządzeń. Golem rósł i rósł, zdawać się mogło, że bez końca mógł przyjmować zabójczą ciecz. I wtedy się zepsuł. Pękł jak balon. Deszcz śmieci i płynu. Efraim poczuł się bardzo zmęczony. Zakleszczone dłonie rozwarły się i opadły na boki ciała. Dar przestał ożywiać materię. Uśmiechnął się, widząc, że ponownie niepodatny na kształtowanie twór przypomina srebrne drzewo o rozłożystej, zgiętej przez wiatr koronie i cieniutkim konarze. Drzewo rosnące na piersi. I wtedy zasnął. Kula Przewodniczki Midiam rozbłysła, lecząc zmęczone ciało. *** Matka mocno ściskała wątłą dłoń syna, cicho szepcząc. Mówiła, że wszystko będzie znów dobrze, tak jak bardzo dawno temu. Trzeźwość odzyskana po długim czasie wtłaczała w jej serce uczucia, o których dawno zapomniała, a Navre wiedział, że chęć sięgnięcia po następny kieliszek wróci do niej, dopiero gdy dziecko odejdzie. Dzięki radom Przewodniczki użył mocy, by stworzyć maszyny, które usuwały nieczystości z organizmu skuteczniej, niż on potrafił. Maszyny usuwające narkotyk, utylizujące światło słoneczne, by dawało energię i nadzieję. Tworzył, naginał martwą materię, jak mógł, ażeby pomóc ledwie żywemu chłopcu, jednak musiał się poddać. Pozostało czekać na nieuniknione. Midiam milczała. „Chciał mnie uratować” − powiedział Efraim. Może chciał tylko pocieszyć przyjaciółkę, a może sam w to wierzył. Midiam jednak nadal milczała. KONIEC

Maciej Żytowiecki Kolekcjoner opowieści, wytrwały słuchacz i obserwator. Kocha literaturę, marzenia i życie – chociaż to trudna miłość. Lubi dobrą muzykę, dobre i niedobre filmy, przygody i ciekawe podróże oraz kilka innych rzeczy, które wolał przemilczeć. Publikował do tej pory w SFFiH, Esensji, Fahrenheicie oraz w zbiorach opowiadań „Nawiedziny” i „Białe szepty”. Jego debiutancka powieść „Mój prywatny demon” ukazała się latem 2011 roku nakładem wydawnictwa Ifryt.

Niespełniona obietnica

79


Horyzonty Wyobraźni

Leszek Siemiński Herbatka

ilustracja Magdalena Mińko Dla A. „T.” B. Witam, witam drogą sąsiadkę! Łucja, miło mi. Leokadia? Przepiękne imię! Nie, nie, naprawdę tak sądzę. Córka moją wnusię tak nazwała. Pimpuś, do nogi. Mogę się wprosić na herbatkę? Tak, zwykłą poproszę. Nie będzie pani Pimpuś przeszkadzał, prawda? To takie słodkie stworzenie. Nikomu by krzywdy nie zrobił, a przecież ludzie tak się krzywią na mnie, gdy chcę z nim wejść na pocztę. Grzecznie, mój ty piesiu; w gościach jesteśmy. Pani nie pija herbaty? Aha, czyli to sok pomidorowy. Gdybym nie sądziła, że tak poważna osoba już z tego wyrosła, droga sąsiadko, pomyślałabym, iż jest pani na… Absty…? Ależ oczywiście, że abstynentka! Od razu tak pomyślałam na pani widok, prawda Pimpuś? At, balowało się za młodych lat, jak jeszcze mąż żył… Teraz zresztą też, jeśli tylko zdrowie dozwala. Ładnie się sąsiadka urządziła, muszę pochwalić. Zasłony, tapeta… trochę za dużo czerni, jak na mój gust, no i te pentagramy… ale jak wiadomo: są gusta i guściki. Co też tu panią sprowadza? To samo, co mnie? Oczywista. Jak się po śmierci męża mieszka samotnie (Pimpuś, nie skacz! Ciebie nie liczę) to i nie warto mieć dużego lokum. W moim wieku takie miejsce to skarb – tanio, na pierwszym piętrze, na cichym osiedlu, zadbane. Czego chcieć więcej? Zresztą, kto wie? Gdyby moja nieszczęsna emerytura była odrobinkę wyższa, to może bym się zastanawiała… Ale jest jak jest – te wszystkie leki, opłaty, podatki… A tak to starcza mi akurat na czynsz. Za to, proszę o wybaczenie, ciekawi mnie co też panią, pani Leokadio, tu sprowadziło. W końcu pani jest osoba światowa, młodzież właściwie, więc czemu akurat to osiedle? Cha, cha, cha…! Proszę, pani mnie nie rozśmiesza… dobrze, właściwie możemy przejść na ty… przecież ty jesteś kwitnąca młódka! Z pewnością eleganccy panowie oglądają się za tobą na ulicy… Ach, nie jestem aż tak sterana wiekiem żeby dać sobie wmówić, że jesteś ode mnie starsza! Nie ślepnę, i na pierwszy

80

rzut oka widzę, że nie masz więcej nad pięćdziesiąt lat, a zatem ani się umywasz do mojego siódmego krzyżyka. Poważnie? Nie chciałabym wyjść na wścibską, ale czy mogłabyś pokazać w dowód swój dowód? Wybacz babci grę słów. O rety. Teraz wszystko jasne. Wiem czemu się tu wprowadziłaś, kochana Leokadio. Uciekasz przed mordercami nasłanymi przez ZUS. Ależ nie, w tym kraju jest to wcale możliwe. Gdyby nie ten kawałek plastiku, w życiu bym nie uwierzyła, że masz już prawie osiemdziesiątkę. Dałabyś mi przepis na maseczkę do twarzy, która daje taki efekt? Ach, taka aparycja to cecha rodzinna. No trudno, szkoda. Nie, nic się nie stało, przecież to tylko wygląd. Niemniej przyznaję, że chciałabym tak wyglądać… choćby dziesięć lat temu. Bardzo dobra herbata, naprawdę. Oryginalna chińska? No, wiedzą Chinole jak zrobić dobrą mieszankę liści. Ostatni raz tak smaczną piłam, niech no sobie przypomnę… w siedemdziesiątym czwartym. Zabawny ten twój sok, Leokadio. Przysięgłabym, że zalatuje żelazem, a przy brzegach zaczyna krzepnąć. Krótkoterminowy, tak? Rozumiem. Niestety, taką się płaci cenę w naszych czasach za świeży produkt, moja droga. Pimpuś, spokój mi tam, nie warczeć! Ot, chyba mu się zapach nie spodobał. No już, spokój! Grzeczny pieseczek. Co to za rasa? At, jamnik. Wielki, prawda? Jedyny w swoim rodzaju, można powiedzieć. Pół metra w kłębie, sprawdzałam. I chciałabym móc powiedzieć, że to dzięki Pedigree, którym go tak namiętnie karmię przed obiadem, tylko że… to nie to. Osobliwy pies, ale wspaniały towarzysz. Wierny jest i milusi taki. Muchy by nie skrzywdził. Skąd go mam? A, to długa historia. Mamy dużo czasu, mówisz. Dobrze, mogę opowiedzieć. ***

Leszek Siemieński


Horyzonty Wyobraźni Do mieszkania naprzeciwko wprowadziłam się po śmierci męża, Henryka. To było, pamiętam dokładnie, lato dziewięćdziesiątego ósmego. Nie chciałam robić kłopotu dzieciom… w końcu dochowały się własnych pociech… więc sprzedałam nasz stary, małżeński apartament i kupiłam mieszkanie na spokojnym osiedlu, w przyjemnej lokalizacji. Tak, to właśnie to mieszkanie naprzeciwko. Chociaż, tak po prawdzie, nie tylko położenie wcześniejszego lokum mnie do takiej decyzji skłoniło. Po prostu… za wiele rzeczy mi po prostu przypominało… te lata spędzone, szczęśliwie, ale z Henrysiem… i teraz tak… bez niego…? Kolega męża pomógł mi się zabrać z tymi wszystkimi meblami. Czekały w ciężarówce pod blokiem, kiedy weszłam do mieszkania. Zastałam je całkowicie puste. To były gołe ściany, powiadam ci. Jedyną rzeczą, poza drzwiami, był w mieszkaniu właśnie Pimpuś. Od razu zaczął się do mnie łasić. Kiedy weszłam, leżał bez życia w dużym pokoju, rozwalony na pliku dokumentów. Na mój widok podniósł łepek, i zaczął skamleć. Natychmiast wzięłam go do siebie. Nie, nie było żadnych problemów. Imię miał wyryte na obroży, a leżał na swoich dokumentach: karcie szczepień, i tych tam… różnych takich. Już sama historia leczenia była ciekawa. Pimpuś nigdy nie chorował. Może to dlatego, że przeszedł przez wszystkie szczepienia, nie wiem sama. Poprzedni właściciel mieszkania go zostawił. Mam tu bardzo mieszane uczucia, bo wprawdzie cieszę się, że Pimpuś do mnie trafił, to jednak nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł go porzucić na pastwę losu! Ten pies to złoto. Uwierz lub nie, sąsiadko, ale uratował mi życie. Konkretniej…? Niech pomyślę… Aha! Więc to było tak… Zaczęło się właściwie od listonosza, pana Stasia. Regularnie przychodził, przynosił mi moją emeryturę, ja robiłam mu herbatę. On bawił się tymczasem z moim pieseczkiem, a potem rozmawialiśmy sobie miło parę minut, aż stwierdzał, że musi już iść. Zabawny człowiek, powiem ci. Opowiadał mi często anegdotki z pracy – jak to musiał kiedyś gonić rabusia, który zabrał mu torbę z listami, i inne takie. Ubawił mnie tym pościgiem niezmiernie. W każdym razie, pewnego razu nie przyszedł o terminie – spóźnił się o tydzień. Zaniepokoiłam się – już nawet nie chodziło o emeryturę, ale… czy mu się co nie stało? W końcu teraz mamy takie czasy, że bycie listonoszem to jeden z najniebezpieczniejszych zawodów… W każdym razie, wreszcie… przyszedł. I go… nie poznałam. Pan Staś schudł strasznie, włosy miał skołtunione i co poniektóre nawet siwe… ubranie strasznie zaniedbane, wzrok jakiś taki… dziwny… Wpuściłam go do przedpokoju i zapytałam co mu się stało. Odpowiedział, w gorączce chyba, że stał się… wieprzem. „Wieprze to można na wsi spotkać, panie Stasiu, a i to w dzisiejszych czasach nieczęsto. Pan to zaś raczej człowiek chory” – odpowiedziałam mu szczerze. Pamiętam, iż wyciągnął do mnie dłoń z tak strasznie rozcapierzonymi palcami i jeszcze zdążył powiedzieć syczącym szeptem: „Nie wieprzem, lecz wąpierzem”…

Herbatka

… zanim Pimpuś nie przydreptał do przedpokoju, żeby sprawdzić kto przyszedł. Piękności ty moje! Jesteś moim ukochanym pieskiem, ale nie rozumiem co za szajba czy inna kiełbasa ci do łba uderzyła. Nie patrz tak na mnie… to prawda, mały. Wyobraź sobie, Leokadio, że ten tu oto jamnik rzucił się na pana Stasia! Tyle czasu się znali, bawili, tamten nawet mawiał, że chętnie by Pimpusia zabrał ze sobą. A ten mu przyklaskiwał – ogonem… A wtedy? Jak nie skoczy! Jak nie warknie! W życiu go takim nie widziałam, naprawdę! Najeżył się tak, że… zdawał się przez chwilę być wielkości jakiegoś… lwa! I nie wiem jak to zrobił, ale skoczył tak zajadle, że stojącą mu na drodze komodę roztrzaskał w drzazgi… Jakim cudem… taki… no… duży przecież, ale… jamnik, mimo wszystko…! Zdołał…?! No, chodź tu do mnie, mój ty obrońco piękniusi. Ale żeby to tylko on… Niestety! Pan Staś ze strachu to… wyglądał jak rozkładający się trup! Zielonkawy odcień skóry (pewno ze strachu), wszystkie zęby na wierzchu… Wyskoczył z mieszkania przez niedomknięte drzwi. Właściwie to mu się nawet nie dziwię – Pimpuś wyglądał wtedy naprawdę przerażająco. Sama bym próbowała uciekać, gdyby tak na mnie skoczył. Pomimo wieku. Nie tknął mnie, za to stanął w progu i zaczął warczeć na pana listonosza. Ten wycofywał się nie spuszczając z niego wzroku; wyglądał w tamtym momencie jak kompletny szaleniec. Zachowywał zresztą też. „Nigdy więcej!” – wrzasnął pryskając dookoła śliną, tak, że zrobiło mi się nie dobrze. „Nigdy więcej tu nie przyjdę!” – powtórzył, na co Pimpuś zawył groźnie. Choć mnie tym ogłuszył, to zauważyłam, iż wszystkie wazony na parapecie przy drzwiach wpadły do wtóru w rezonans. „Co, tęskno ci teraz do księżyca…?!” – zarechotał nieludzkim głosem listonosz, po czym przycisnął do siebie torbę i prawie, że sfrunął schodami na dół. Nie powiem, przeraziło mnie to wszystko strasznie. Musiałam się oprzeć o ścianę. Na szczęście po wyjściu tego… człowieka… Pimpuś wrócił do normalności. Znów był spokojnym jamniczkiem. Tylko co z tego, skoro od tamtego czasu muszę chodzić po emeryturę na pocztę, bo pan Stanisław przestał w ogóle pokazywać się na osiedlu? *** Cóż, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zaczęliśmy częściej chodzić na spacery. Poczta jest wcale niedaleko, a mnie przyda się trening przed następnym triathlonem. Oczywiście, że żartuję, ale miło że pytasz. Może nie jest ze mną jeszcze tak źle…

81


Horyzonty Wyobraźni W każdym razie, od tamtej pory zaczęłam się częściej pojawiać na ulicy. To dość spokojna okolica – mili sąsiedzi, nieszkodliwa młodzież. Odnośnie młodzieży – któregoś razu jak szłam sobie na pocztę z Pimpusiem, zaczepili mnie tacy młodzi panowie. Osobliwie się ubierali, naprawdę, moja droga. Jeszcze rozumiem, że można się ostrzyc na łyso, bo włosy trzeba odpowiednio pielęgnować i mnóstwo z tym zachodu powstaje, ale te różne… powyciągane takie, z kapturami i takimi tam… Wiesz na pewno o czym mówię…

strony, widząc, że kibicują i tak, i tak… stwierdziłam, że mają w sobie prawdziwego ducha sportu – chcieli wygranej swoich, niezależnie od dyscypliny. Nie powiem, podniosło to w moich oczach ocenę współczesnej młodzieży. A są ludzie, którzy tak niesprawiedliwie na nią narzekają! W każdym razie, przedstawili mnie swoim kolegom. Towarzystwo było chyba z początku niezainteresowane, ale moich trzech nowych znajomych wymusiło, żeby posłuchali. Wykonałam piosenkę ponownie. Momentalnie zapadła cisza.

Możliwe, że dyresy; ostatnio to ostatnio jestem nie do końca w temacie jeśli chodzi o ubiór.

Cóż, tego dnia na pocztę nie dotarłam. Uprosili mnie bardzo grzecznie, żebym została i nauczyła ich wszystkich znanych mi utworów kibica. Dużo tego było… oj, bardzo dużo. Słyszałam kątem ucha, jak barman z niepokojem powiedział do kogoś, że nigdy nie widział ich tak spokojnych. Ja tam nie wiem; byli ujmująco wręcz mili. Siedziałam sobie przy barze, obrócona do niego plecami, wokół mnie zaś siedziało na gołej podłodze kilkudziesięciu chłopców, i z zacięciem uczyło się tych przyśpiewek. Fakt, wiedziałam, że są ładne; nie sądziłam jednak, iż spodobają się aż tak bardzo. Bajspoliści słuchali tak uważnie, że te ich porzucone kije ktoś musiał wreszcie schować za barem, bo klienci się potykali o nie.

Tak, tak. Będzie mniej więcej dekada. W każdym razie, zastąpiło mi trzech przejście. Wcześniej stali przed wejściem do baru i wyśpiewywali jakieś piłkarskie piosenki. Co mnie dziwiło, od nazwy drużyny częściej występowało tam zupełnie inne słowo. Nadające się raczej do cenzury. Na początku poczułam się niewyraźnie – a nuż, widelec, napad? Pimpuś wysforował się naprzód, odgradzając mnie od młodzieży. Jednak okazało się, że nie – kierując się najwyraźniej rycerskością wobec damy zapytali mnie, czy mam jakiś problem. Nie ukrywam, iż ta troska bardzo mnie wzruszyła. Powiedziałam uprzejmie, że tak – te wszystkie opłaty, leki, a emerytura w końcu tak niewielka… Jakoś tak sama wypomniałam im wtedy wybór piosenek – moim zdaniem prawdziwy kibic powinien sławić własną drużynę, a nie obrażać przeciwną… a co dopiero obrażać jej kibiców. Wtedy to się śmiać zaczęli, a Pimpuś zawarczał. Wydaje mi się, że po prostu nie wyobrażali sobie, że można jakoś inaczej do sprawy podejść. Tak trochę szyderczo jeden z nich zapytał mnie: „A jakie inne powinniśmy śpiewać, psze pani?” Zirytowałam się. Co on, sądzi, że jak mam ileś tam razy więcej od niego lat to nigdy w życiu na stadionie nie wariowałam? Nie, nie, spokojnie, nie rzuciłam się na nich. Nie bądź niemądra, Leokadio. Po prostu zaśpiewałam im naszą piosenkę, to znaczy, ułożoną dawno temu przeze mnie i mojego brata, którą śpiewaliśmy na meczach jeszcze w podstawówce. Potem już się nigdy więcej ze mnie nie śmiali. Szczerze mówiąc, to zabrakło im słów. Stali się nagle bardzo ugrzecznieni – zaprosili nas nawet do baru i wprowadzili do środka. Ojejku, moja droga – jaki tam był zaduch, jaki hałas! Dym papierosowy drażnił mnie w oczy, a huk z tego pudła (telewizora!) zagłuszał myśli. Była akurat przerwa w meczu w naszej rodzimej lidze. Pełno ludzi, ekrany ukazywały dyskutujących komentatorów. Grupy młodych kibiców w barwach swoich drużyn piły piwo i hałasowały. Swoją drogą, spora część chyba pomyliła lokale – oglądano mecz piłki nożnej, a oni mieli ze sobą te takie… drągi do bajspolu, czy jak się ta angielska gra nazywa. Pewnie chcieli pokibicować lokalnym bajspolistom (tak to się mówi…?), a na mecz piłki trafili przypadkiem. Z drugiej

82

Wyobraź sobie, moja droga, że wyszłam stamtąd trochę przed pierwszą w nocy! Ci trzej pierwsi, których poznałam, odprowadzili mnie nawet pod klatkę do domu, żeby kto napaść nie próbował. Zaprosili mnie też na oglądanie kolejnego meczu. Jacy to mili chłopcy. Od tamtej pory oglądam z nimi każdy mecz i pomagam kibicować naszym. Zwracają się do mnie per pani Łucjo, a ja do nich po imieniu, choć czasami zachodzę w głowę skąd ich rodzicom takie pomysły przyszły. Jeszcze rozumiem: Janek, czy Marcin… nawet Wasyl… ale Morda…? Łysy…? Topór?! Co za czasy. W każdym razie, polubiliśmy się; Pimpuś po początkowej niechęci przekonał się do chłopców i podczas meczów zwykle leżał grzecznie na czyichś kolanach. Oczywiście, wymyślili mu, jak to oni, bzdurny pseudonim. Bestia. I karmili chrupkami, kiedy nie patrzyłam. Nicponie jedne. *** Że co? Ciastecz… a tak, ciasteczka! Oczywiście, moja droga, przynieś. Przegryźmy czymś tę naszą herbatkę, koniecznie. Właściwie to dobrze, że o nich wspomniałaś – za kilka minut będę potrzebowała cukru. Tak, tak, Leokadio, tak to już jest, jak się ma cukrzycę w tym wieku. Są w kuchni? Nie ma sprawy, zaczekam. A, i gdybyś mogła wziąć kilka więcej dla Pimpusia…? Dziękuję.

Leszek Siemieński


Horyzonty WyobraĹşni

Herbatka

83


Horyzonty Wyobraźni O mój Boże! Niesamowite! Jak w ogóle…? Jesteś niemożliwie wręcz szczupła! To niewiarygodne! Jakaś dieta-cud, przyznaj się…? To ja nie wiem jak to się dzieje… Zauważyłam, kiedy wracałaś z ciastkami… Jesteś tak szczuplutka, że właściwie nie odbijasz się w lustrze! Dieta krwista się zwie, powiadasz? Czerwone mięso… sok pomidorowy… wolniej, nie nadążam zapisywać… bułki i… woda. Wypróbuję jak tylko wrócę do domu. Cóż poradzić? W moim wieku talia osy to taka przebrzmiała historia, którą zwykło się opisywać słowami dawno temu i nieprawda. Na czym to ja…? A, tak. W przeciwieństwie moich przemiłych współkibiców, spotkałam się także z paskudnymi przedstawicielami młodszych pokoleń. Zostałam kiedyś, wyobraź sobie, napadnięta przez studenta! Ja rozumiem, że nie tylko nauką ludzie żyją… W końcu sama święta w ich wieku nie byłam… Zresztą, co znaczy święta? Pewno jakby dobrze poszperać, to i u Świętego Mikołaja można by znaleźć takie rzeczy, że włos by dęba na głowie stanął. W każdym razie, kiedy do mieszkania naprzeciwko wprowadził się student (tak, tak, właśnie tego mieszkania; mieszkał w nim przed tobą, Leokadio), nie miałam jakichś nierealnych wobec niego wymagań. E tam, byleby był uprzejmy i uprzedzał kiedy będzie u niego głośno… Zresztą, nie ja jedna. Pan Kazio spod piątki wybrał się do niego już w dniu przeprowadzki, żeby powiedzieć o Bachu. Nie wiesz o co chodzi? Spokojnie, widocznie pan Kazio miał jakieś sprawy, które go odciągnęły od wizyty u ciebie. Pan Kazimierz (z mieszkania numer pięć) jest przemiłym człowiekiem. Złota rączka – jak tylko coś mi się w domu psuje, proszę go o pomoc, a on to naprawia. Naprawdę wspaniały fachman. Ma tylko tę jedną dziwną słabostkę, że nie cierpi muzyki Jana Sebastiana Bacha; nie wiem właściwie czemu. Każdego nowego lokatora prosi, żeby jeśli już musiał go puszczać, to robił to po cichu. W każdym razie my – a rozumiem przez to wszystkich mieszkańców bloku – mieliśmy nadzieję, że student będzie może nawet nie tyle spokojny, co chociaż uczciwy i rozważny. A gdzie tam. Na drugi dzień po wprowadzeniu się do mieszkania spotkałam go na klatce. Nie wiem, czy spotkałam to do końca dobre słowo jest… Leżał zamroczony na schodach. Pijany…? Zemdlał…? Nie wiedziałam za bardzo, ale poczułam będąc już bliżej, że dziwnie… pachniał. Wiele się teraz słyszy w radiu o różnych… noo… tych tam… od nerek…

84

O, właśnie. Nerkotykach! Gorsze toto podobno od alkoholu. No to… byłam ostrożna i nie zaczepiałam. Moje kroki najwyraźniej go obudziły. Gapił się zmętniałym wzrokiem, jakby mnie w ogóle nie poznawał (w sumie było to całkiem możliwe), i nic nie mówił. Został zignorowany zarówno przeze mnie, jak i Pimpusia. Sytuacja powtarzała się dość regularnie przez jakieś pół roku… aż nadeszła jakaś katastrofa życiowa, i ów młody człowiek się pozbierał. Nie wiem, może poznał dziewczynę swojego życia? Albo rodzice wpadali go odwiedzić…? Jedyne słowo jakie miał wtedy właściwie na ustach brzmiało: sesja. Kto go tam wie, o co chodziło. Tak, wiem. Zdenerwowałam się trochę. W moim wieku to niedobrze, ale nie szło tego uniknąć. Ten… element… na mnie napadł. Byłam na spacerze z Pimpusiem, kiedy ten… wyskoczył na mnie z jakiegoś zaułka. Z nożem w ręku. Wyglądał potwornie, a śmierdział jeszcze gorzej. Myślałam, że zejdę na zawał zanim do mnie dobiegnie. Był chyba pod wpływem tych… no wiesz. Zataczał się, ślina leciała mu z ust, wzrok miał błędny… Wtedy to Pimpuś wkroczył do akcji. I jak już wcześniej wspominałam, ocalił mi życie. Zakapior toczył pianę z pyska i wywrzaskiwał jakieś szaleństwa („Nie będziesz więcej mnie podsłuchiwać, ty” cenzura, „stara”, cenzura, „wścibska”, wiele cenzur) i nadbiegał z wyciągniętym nożem. Pamiętam… pomyślałam wtedy jakoś bez sensu, że… nie dam wnuczce uszytego na drutach szalika… na urodziny… Pimpuś zerwał się ze smyczy. Tak się najeżył, że wyglądał na co najmniej trzy razy większego niż zwykle. Dałabym sobie rękę uciąć, choć to na pewno ze strachu, że sięgał mi powyżej głowy! I skoczył. Powiem tyle. Choć wariat biegł całkiem szybko, to pęd mojego kochanego pieseczka wbił go z powrotem w zaułek. Musiał mieć niezłe wybicie… Z zaułka zaczęły się dobywać przeraźliwe, nieludzkie… dźwięki. Ze wstydem przyznaję – nie wytrzymałam i… uciekłam. Zostawiłam mojego kochanego obrońcę. Przestałam biec dopiero, kiedy zobaczyłam czarne płatki latające przed oczyma, a nogi pode mną zmiękły. Zatrzymałam się odruchowo, by wyjąć z torebki zapasowy cukierek. Pomógł, ale zaczęłam wreszcie myśleć. Jak mogłam zostawić Pimpusia na pastwę jakiegoś psychopaty?! Zawróciłam, ale nie mogłam już biec. Nie ten wiek, niestety. W myślach klęłam się strasznie; bałam się, że na miejscu, u wylotu zaułka, znajdę nieruchome ciałko jamnika… Spotkałam go w połowie drogi, całego i zdrowego. Chodź no mi tu na kolanka, piękny mój! Tak, podrapię za uszkiem, już ty się nie martw. Jak ja się wtedy bałam, że cię stracę, maleńki! Moje, moje piesectwo… Aaa! Nie śliń się na moją wyjściową spódnicę! Aż ty… Niedobry!

Leszek Siemieński


Horyzonty Wyobraźni Już, już. Sytuacja opanowana. W każdym razie, mój śliniący się bohater (nie prychaj na mnie! Zasłużyłeś przecież…) wrócił do domu cały i zdrowy. Wyszedł z tej burdy bez szwanku, poza tym jednym, że przez kilka kolejnych dni odmawiał jedzenia czegokolwiek. Pewnie z powodu wstrętu do przemocy. Na pewno. Ale, ale. To jeszcze nie koniec tej historii. *** W kilka dni po całym zajściu do moich drzwi poranną porą zastukał niespodziewany gość. A był to… „Młodszy aspirant Niezierski” – huknął po wojskowemu młody mundurowy w cywilu, pokazując odznakę i kłaniając mi się grzecznie. Nie powiem, spodziewałam się czegoś w tym stylu. Na mieszkanie studenta miał miejsce jakiś wielki nalot policji, więc logiczne było, że będą chcieli przepytać sąsiadów. Zaprosiłam do środka. Siedząc przy kubku kawy w dużym pokoju, zaczął mnie delikatnie przepytywać. Zirytowałam się. „Proszę pana”, powiedziałam grzecznie acz stanowczo. „Miewałam już do czynienia z policją i wiem co pan robi. Proszę mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem przesłuchiwana a nie… czaić się jak wilk na piękną pasterkę.” Piękna pasterka chyba mocno wybiła go z rytmu, bo przez chwilę siedział z otwartymi ustami i wpatrywał się na mnie bez słowa. No, ale nie dlatego wzięli chłopaka do policji, że nie radził sobie w trudnych sytuacjach. Westchnął ciężko. „Wie pani, mamy teraz trudną sprawę strasznie…” – zaczął aspirant. Usiadłam na brzeżku fotela i zaczęłam uważnie słuchać. Okazało się, że w okolicach osiedla doszło do wyjątkowo brutalnego morderstwa. Zbrodnia była tak poważna i drastyczna, że przeszła pod nadzór wyższy od lokalnej komendy. „No i wie pani… my się w to mamy oficjalnie nie mieszać… i jesteśmy właściwie chłopcami na posyłki tych z komendy rejonowej…” – tłumaczył mi. „I… ja dzisiaj znalazłem taki trop, że… że… No, że panią widziano w dzień zabójstwa niedaleko miejsca zbrodni” – wyrzucił z siebie jednym tchem. Milczałam. „Biegnącą, jakby ktoś panią gonił” – dodał widząc moją minę. Nadal nic nie mówiłam. „Bardzo proszę… proszę o pomoc. Widziała pani kogoś? Podejrzanie zachowującą się osobę? Dziwnie jadący pojazd? Nie mam prawa pani przesłuchiwać… ale… to może być dla mnie wielka szansa…” Westchnęłam ciężko. „No cóż… Skoro tak, to powinnam wiedzieć przynajmniej co było w tym zabójstwie szczególnego.” Aspirant Niezierski mocno zbladł. „Droga pani… wszystko wskazuje na atak wściekle głodnego lwa.” Tak, moja droga, miałam wzrok taki sam jak ty w tej chwili. Ale on nie żartował. Kontynuował martwym głosem: „Ofiara to mniej więcej dwudziestodwuletni mężczyzna, szatyn.

Herbatka

Być może średniego wzrostu, ale nie sposób tego teraz ustalić. Ciało nie ma nóg. Głowy też. O klatce piersiowej nie wspomnę. Technicy dwa dni zeskrobywali ją z asfaltu. Kolor włosów znamy ze skalpu, który był zerwany i wepchnięty w miejsce serca. Większości organów wewnętrznych nie znaleziono, ale ślady pozostawione na kościach sugerują, że zostały one… zjedzone.” Jak się poczułam? Zrobiło mi się niedobrze. „Nasi eksperci… no cóż, są w kropce. Ślady zębów odrobinę przypominają wilcze, ale nawet sfora wilków nie dałaby rady zrobić czegoś takiego w biały dzień… tak szybko. Zresztą, u nas…? Na ulicy…? Nie, to był jeden… osobnik… jakiegoś naprawdę wielkiego, drapieżnego gatunku. I był głodny, bo gościa w większości… zeżarł. No, ale skąd coś takiego biega po naszym mieście?! I gdzie się teraz może pałętać…?” Nie wiedziałam, co mam zrobić, więc napiłam się jeszcze herbaty. Policjant spuścił głowę. „Sama pani teraz widzi”, rzekł, „że musimy wyjaśnić tę sprawę. Nie mamy śladów. Nic, zupełnie. Nie mamy świadków. Nawet denata całego nie mamy – jest… w wielu kawałkach. Nic nie mamy… oprócz pani. Błagam… niech mi pani opowie, co się stało tamtego dnia…” Wiesz, Leokadio… trochę dygotały mi ręce. Zapytałam o datę popełnienia morderstwa. Zgadzała się. „Powiem panu, panie aspirancie, jak to było…” ‒ powiedziałam… I opisałam mu całą sytuację, słowo w słowo jak tobie. Że ten typek mnie napadł, Pimpuś wybronił a ja uciekłam. A co miał niby powiedzieć? Nie uwierzył. Zawołałam i pokazałam Pimpusia. Przestał mi wierzyć jeszcze bardziej. Może pomyślał, że jestem jakąś starą wariatką…? Że niby wmawiam policjantowi, że od napadu sąsiada obronił mnie jamnik-ludojad? W każdym razie po kwadransie zmył się zniechęcony. Cóż zrobić? Kto mu wmawiał, że to Pimpuś zjadł tego biednego studenta? Przecież nie ja… A mogło być tak, że Pimpuś pogonił studencinę, a ten się wtedy napatoczył na coś, co pozbawiło go życia… Teraz ciekawostka ‒ nie minęła godzina, jak aspirant Niezierski był u mnie z powrotem. Zakneblowany, związany i leżący na podłodze dużego pokoju. *** Nie patrz się tak na mnie, moja droga! To nie była moja sprawka. Zresztą, wyglądało to mniej więcej tak… W jakąś godzinę właśnie po jego wyjściu, rozległo się donośne pukanie. Zaskoczona, rozejrzałam się po mieszkaniu. Sądziłam, że policjant wrócił się po coś, co zostawił na kanapie czy może na stole. Wyobraź sobie zatem moje zdziwienie, kiedy na klatce schodowej zobaczyłam moich trzech ulubionych współkibiców: Wasyla, Topora i Siwego. „Dzień dobry, psze pani” – powiedzieli chórem. „Możemy wejść na chwilkę…?” „Oczywiście, moi drodzy” ‒ odpowiedziałam. Pierwszy wszedł Topór, za nim powoli wsunęli się Wasyl i Siwy; najwyraźniej ciągnęli za sobą jakiś spory tobołek; weszli do mieszkania tyłem.

85


Horyzonty Wyobraźni „Zrobić wam herbaty?” ‒ zapytałam, próbując dojrzeć co też takiego ze sobą wzięli. Topór zatrzymał mnie. „Nie. Psze pani… my z pewną sprawą…” „Tak, Toporku…?” – zapytałam. Ale on tylko wskazał mi na tobołek, właśnie rzucony z łomotem na środek pokoju. „Osz, kurczaczek” – zaklęłam widząc przerażone oczy Niezierskiego. Jak już wspominałam, był spętany i zakneblowany. Pimpuś zainteresowany hałasem przydreptał i położył się obok unieruchomionego policjanta, uważnie popatrując mu w oczy. Tamci zamknęli zaś drzwi i rozsiedli się na kanapie. „Ten gościu, psze pani” zaczął Wasyl z właściwym sobie dramatyzmem, podczas gdy Topór mościł się na fotelu – „ten oto gościu… łaził se dzisiej po całej dzielni… i wypytywał o panią. Jak się z chłopakami o tym dowiedzieliśmy, tośmy poszli sprawdzić… No bo, jak to tak?” Poczułam, jak po raz drugi tego dnia robi mi się słabo. „No, tośmy się zebrali i… tego… grzecznie spytaliśmy: po co pan szanowny węszy wokół pani Łucji? A on jak nie warknie! „Nie wasza sprawa”, mówi. Zatkało nas. „Dla waszego dobra, jak coś o niej wiecie, to mówcie natychmiast” dorzucił, jak w szoku nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć. Zwrócił się o pani jakby był z panią na „ty”! I groził nam…” „Jak chcesz tak świrować pawiana, to nie z nami!” – zacytował górnolotnie Siwy. „No to mu urządziliśmy kung fu pandę, szał ciał i ten… i w ogóle… Wzięliśmy go tutaj, coby się wywiedzieć o przyczyny tej ciekawości. Czy mamy się nim… zająć, psze pani?” – zapytał. Załamałam ręce. „Chłopcy, chłopcy moi kochani!” ‒ zawołałam. „Kochaniutcy! Toć to przecież pan policjant jest!” Nie, Leokadio. Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco poprawiło to sytuację pana aspiranta. Odniosłam wrażenie, że wręcz przeciwnie. „Prowadzi właśnie ważne śledztwo” ‒ dodałam, widząc miny chłopców. „To dlatego chodził i wypytywał.” „A co się stało, że aż śledztwo na panią zrobiono?” ‒ zapytał Siwy. Błysnęła mi wtedy genialna myśl. „Pan policjant prowadzi dochodzenie w sprawie napadu na mnie… prawda, panie aspirancie?” ‒ zapytałam, patrząc mu błagalnie w oczy. Pan aspirant począł kiwać głową tak gwałtownie, że naprawdę niewiele dzieliło go od udławienia się kneblem. Tak. A potem spojrzałam na twarze chłopców i troszkę się… zaniepokoiłam. „Ktoś… na panią… napadł…?” ‒ wycedzili wszyscy trzej jednocześnie. Taki ton w ich głosach słyszałam tylko raz – kiedy nasi przegrali w wyniku podwójnego samobója. Cóż miałam zrobić? „Tak”, powiedziałam. W końcu, poza kwestią, iż chodzi o napad na mnie, była to prawda. „Na… naszym… osiedlu…?” ‒ zapytał Topór dziwnie stłumionym głosem. Kiwnęłam głową. Spojrzeli po sobie i zgodnie wstali z miejsc, po czym podeszli do Niezierskiego i z wprawą zdjęli więzy. Następnie z galanterią podali mu dłonie i podźwignęli na równe nogi. Policjant, jakby dziwiąc się nagłej odmianie sytuacji, ostrożnie usunął knebel.

86

„Panie władzo” ‒ rzekł Wasyl z gniewnym namaszczeniem i czymś w rodzaju zakłopotania. „Ten tego… Nie sądziłem, że kiedyś tak powiem, ale… no… serdecznie… przepraszamy. Zaszła… ten tego… pomyłka. Nie wiedzieliśmy, że jest pan władza… naprawdę nie wiedzieliśmy… że jest pan władza przyjacielem… pani Łucji. Czy… możemy puścić całą sprawę… w niepamięć…?” ‒ zakończył z czymś, czego się w jego głosie nie spodziewałam. Pokorą…? Niezierski chyba się zastanawiał; czy mógł im wybaczyć napaść na funkcjonariusza…? Ale gdy zobaczył, że Wasyl wyciągnął rękę na zgodę – uścisnął ją. Wydawało mi się, że usłyszałam jak mruczy pod nosem: „Ja chyba zgłupiałem…” Pozostali chłopcy też uścisnęli mu dłoń, po czym podejrzanie szybko zaczęli zbierać się do wyjścia. „Już musicie uciekać…?” ‒ zapytałam nawet. „Tak, psze pani. Mamy… coś do zrobienia”‒ odpowiedzieli, po czym wyszli. Zostałam w mieszkaniu sama ze skołowanym policjantem. Ten patrzył się na mnie z niedowierzaniem. „Pani jest… krewną… któregoś z nich?” ‒ zapytał cicho. Zaprzeczyłam z uśmiechem, a Pimpuś zaszczekał ze swego miejsca, na środku dużego pokoju, jakby wyśmiewając ten pomysł. „W takim razie skąd, u licha, ich pani zna?”, zawołał. „Ach”, westchnęłam. „Oglądamy razem mecze piłki nożnej.” Popatrzył się na mnie dziwnie… po czym rzekł: „Mam wrażenie, że w pani przypadku nie powinno mnie to dziwić.” I wyszedł. *** Była wtedy mniej więcej… czwarta po południu, tak. Dlaczego to ważne? Ano, mniej więcej o piątej na ulicy rozległ się straszliwy hałas. Zaciekawiłam się, więc wyszłam na balkon. Zamieszki! Jacyś ludzie biegli, inni ich gonili, tu i ówdzie wrzała walka wręcz… Istne pandemonium, mówię ci, droga Leokadio. Szybko odeszłam od okna, żeby mnie jaki chuligan nie dostrzegł i czym w okno nie rzucił. Brr. Dla pewności pobiegłam do drzwi i zamknęłam je na jeszcze jeden zamek. Ostrożność nigdy nie zawadzi. Pod wieczór było już spokojnie; czasem tylko wybuchł gdzieniegdzie fajerwerk. Przyznaję – zastanawiałam się czy moi kochani koledzy z meczów nie mają z tym czegoś wspólnego, ale dałam sobie spokój. Za nimi nie idzie nadążyć, więc po co mam się męczyć? Zresztą, wszystkiego i tak dowiedziałam się dwa tygodnie później. Otóż, wstąpił do mnie pan Niezierski, tym razem rzeczywiście w cywilu i z niewinną wizytą. „Wpadłem panią uświadomić o tych rozruchach”, powiedział od razu. I nie uwierzysz, droga Leosiu, co się okazało. Okazało się bowiem, że zaraz po zajściu z porwaniem moi kochani kibice udali się do reszty kolegów i powiedzieli im, że ktoś próbował na mnie napaść. Postanowili zatem zrobić „na dzielni” porządek. No i zrobili.

Leszek Siemieński


Horyzonty Wyobraźni „Wie pani”, tłumaczył mi rozbawiony aspirant, „na posterunku nikt nigdy czegoś takiego nie widział. Rozruchy gasły same, kiedy tylko docierały do nich nasze jednostki. W sumie efekty są następujące: Nigdzie nie ma panów spod sklepów monopolowych – zniknęli. Podejrzewa się ich o przejście na Abstynencką Stronę Mocy. Studenci, którzy mieszkają na stancji lub w akademiku i chcą (o, przepraszam – są zmuszeni) gdzieś wyjść, dzwonią do firmy ochroniarskiej o obstawę. I nawet wtedy poruszają się tylko w grupach. Gimnazja odnotowują stuprocentową frekwencję. Absolutny brak wagarowiczów. Co najciekawsze, nastąpiło zamknięcie sieci prywatnych kiosków, które znajdowały się przy większości szkół podstawowych i gimnazjów. Oficjalnie jako powód podano trudną sytuację rodzinną właściciela… ale… …mój naczelnik skłania się raczej ku opinii: przestały dzieciaki przychodzić po papierosy, to zwyczajnie obroty spadły do zera. Efekt jest taki, że komenda ma najlepsze statystyki jeśli chodzi o skuteczność… w województwie!” Uśmiechnęłam się do niego, a on, schylony, pogłaskał łaszącego się Pimpusia, po czym wstał i puszczając do mnie oczko rzekł: „Proszę pozdrowić naszych wspólnych znajomych… z wyrazami szacunku za ich wysiłek.” I wyszedł. Tak to właśnie wyglądało, moja droga. Widać zdarzają się sytuacje jak ta – nieprzewidywalne strasznie. Przeżyłam większość swojego życia, a teraz takie rzeczy się dzieją, że… nigdy bym nie uwierzyła, jakby mi kto opowiedział… Ha… Tak, przypatruję się teraz sufitowi i tej pajęczynie pęknięć na nim. Nie wiesz skąd się wzięła, prawda? A chciałabyś wiedzieć…? Skoro tak, to posłuchaj… *** Krótko (w kilka dni) po drugiej wizycie Niezierskiego, idąc przedpokojem usłyszałam jakieś dziwne hałasy na korytarzu. Spojrzałam więc przez wizjer. Właściwie nie ujrzałam nic wstrząsającego – po prostu uchylone drzwi do mieszkania naprzeciwko. Tak, tego mieszkania. Trochę się zdziwiłam, mówiąc szczerze – policja skończyła je przeszukiwać już dość dawno temu. Czyżby włamanie…? Nie, z pewnością to jakaś rodzina studenta, powiedziałam sobie. Pewnie przyjechali zrobić coś z pustym mieszkaniem. „A, zapytam czy im w czym nie pomóc”, mruknęłam cicho i zaczęłam otwierać drzwi. Do moich uszu dobiegł zaniepokojony pisk. „Pimpuś, dałbyś spokój”, rzuciłam za siebie. „Nie potrzebuję niańki.” Wychodząc na korytarz dosłyszałam jeszcze gniewne parsknięcie.

Herbatka

Wyszłam, a jakże. Zza uchylonych drzwi wejściowych wydostawały się bardzo stłumione dźwięki, jak gdyby… kilku osób? Zapukałam. „Halo, czy mogę w czymś pomóc?”, zawołałam. Dźwięki ucichły. Naparłam więc lekko na drzwi, a te uchyliły się lekko, ukazując… Poczułam mocny ból, po czym zapadła ciemność. Nie, nie próbuję tej historii udramatyzować ani nic. Tak się naprawdę stało. Przebudzenie było w każdym razie okropne. Poczułam mnóstwo zimnej wody wlewanej za kołnierz; szok wyrwał mnie z nieprzytomności. Za sobą dosłyszałam niewyraźnie jakieś indywiduum, które powiedziało: „Następnym razem”, cenzura, „uważaj. To tylko staruszka – mogłeś ją zabić.” Wywnioskowałam z lekka nieprzytomnie, że jednak mam do czynienia z włamywaczami. Pewnie ten drugi mnie ogłuszył jak weszłam. „Łucja, ty bezmózgi szpinaku”, wytknęłam sobie zezłoszczona; „jak mogłaś się wkręcić w coś takiego?” Ech, człowiek niby dorasta na starość, a cały czas głupi…! Tymczasem wybuchło spore zamieszanie; zorientowałam się, że w mieszkaniu rzeczywiście jest sporo ludzi. Byłam przywiązana do krzesła, które stało zwrócone do kąta, tak, iż zupełnie nic nie widziałam. Głos kogoś niewidocznego, niski i chrapliwy, zagłuszył te hałasy jak gdyby przeszukiwanych pokoi: „Zamknij tę mordę. Sprawdźmy, czy czegoś nie wie.” Wszystko ucichło. Owionęło mnie zimne powietrze; ktoś za mną chodził. Połączone z zimną wodą i strachem sprawiło, że zaczęłam dygotać. „Noo, paniusiu”, zaczął straszny głos. „Może wiesz, gdzie ten złamas upchnął cały towar zanim tak nagle zniknął, co?” Zakręciło mi się w głowie. Z jego wypowiedzi zrozumiałam tylko jedną rzecz. Wdepnęłam w coś paskudnego. Nie doczekał się odpowiedzi, więc przewrócił mnie, razem z krzesłem. Zabolało. Moje plecy nie są już takie jak kiedyś. „No gadaj, ty stara raszplo!”, wrzasnął na mnie. Wybacz, Leokadio, że użyłam takiego języka, ale niech ci to pokaże, cóż to za człowiek był. Nie bałam się. Ha. Z prostej przyczyny… Co on mógł mi zrobić? (Nie, nie odpowiadaj.) Co najwyżej zabić, a w moim wieku człowiek już się przyzwyczaił do myśli o śmierci. Dlatego też bać się zaczęłam dopiero, jak przestał wrzeszczeć. Cha, cha, cha! Nie, źle mnie zrozumiałaś. Nie przestraszyłam się faktu, że ten gangster przestał wrzeszczeć. Przestraszyłam się, bo… …bo akurat wtedy blok poruszył się w posadach. W takt lecącej ze strasznie mocnych głośników Toccaty i fugi d-moll Jana Sebastiana Bacha. A to mogło oznaczać tylko jedną rzecz. Tymczasem zbir i jego banda wpadli w jakiś furiacki popłoch. Pomimo basów miotających mną nawet za pośrednictwem podłogi, byłam w stanie wyczuć jak spanikowani biegają bez sensu. Któryś nawet przyskoczył do mnie z nożem i zaczął przecinać więzy; pewnie żebym robiła za zakładniczkę. Podniósł mnie na równe nogi, dlatego też dokładnie zobaczyłam co się dalej wydarzyło.

87


Horyzonty Wyobraźni Chyba z pół tuzina mężczyzn biegało po pokoju (tym właśnie pokoju); byli ubrani w zwyczajne codzienne ubrania, ale byli uzbrojeni. Mignęły mi pistolety, nóż i kilka pałek. Skupili się głównie na wymyślaniu sobie nawzajem i machaniu bronią. Wtedy to poruszyły się drzwi… …i rozpętało się istne piekło. *** Byłam mokra, zziębnięta, posiniaczona i prawie głucha… a mimo tego pamiętam każdą sekundę. Drzwi wyleciały z zawiasów i przeleciały przez cały pokój, przewracając po drodze dwóch zbirów. Uderzyły dokładnie tam, o właśnie. Jak dobrze poszukasz, to znajdziesz wgłębienie zrobione przez klamkę. Przez powstały gwałtownie otwór wbiegł najdziwniejszy tłum, jaki miałam okazję widzieć w życiu. Pierwszy leciał Pimpuś… tak wielki i ogarnięty takim szałem, że… urwał łbem żyrandol. Następnie pan Kazimierz… Był goluteńki!… Nie licząc czegoś, co wyglądało jak… szkocki kilt w różowe serduszka… Miał szaleństwo na twarzy i dwa topory w dłoniach. Tuż za nim pani Alicja spod trójki… z czymś długim, ostrym i błyszczącym w dłoni i… chyba… na miotle… Mniej więcej od tego momentu przestaję być pewna co widziałam naprawdę, a co mi się przywidziało od stresu. …Ramię w ramię z panią Alicją wbiegła panna Eliza, która wyglądała jak żeńska wersja pana Stasia… tego listonosza, o którym ci wspominałam… Wpadła razem ze swoim chłopakiem, któremu znikąd wyrosło na twarzy mnóstwo włosów… i miał takie pazurzaste paznokcie… wykapany wściekły Pimpuś po prostu… …za tą parą wleciało coś, co w innych okolicznościach wzięłabym za panią Natalię, ale teraz zdawała się mieć pióra zamiast włosów… i straszliwy pisk wydawała… …i ten pan spod ósemki, nie pamiętam jak ma na imię… cały mokry, kałuże za sobą zostawiał… ale w ubraniu… miał błonę między palcami i twarz jak… żaba… … i inni też byli, ze wszystkich mieszkań, praktycznie cały blok się zleciał, żeby mnie odbić! Kochani! Rzucił się ten tłum do walki… pomimo że bandziory były uzbrojone, to zdążył paść tylko jeden strzał, zanim padli. Strzał w sufit, notabene. To on wywołał tę pajęczynę pęknięć, moja droga. Kochani sąsiedzi zrównali ich z podłogą w niecałe pięć minut. Co się dalej działo…? Ano nic. Co się niby miało dziać? Cisza, spokój. Jak to, co się z nimi stało? Ja nie wiem, nie było mnie przy tym. Po tym jak pan Kazio rzucił jednym toporem w bandziora, który się mną zasłaniał, błyskawicznie wyciągnięto mnie z mieszkania, bo byłam tak przerażona, że nogi miałam jak z waty i iść nie mogłam. Pan Kazimierz, nadal ubrany tylko w słodki kilt w serduszka, razem z Pimpusiem wprowadził mnie do siebie, zrobił herbatkę i położył do łóżka. Wszystko to działo się do wtóru utworów Bacha oraz przeraźliwych wrzasków i jęków z mieszkania po drugiej stronie korytarza. Z twojego obecnego mieszkania, moja droga.

88

Ależ droga Leokadio – naprawdę nigdy się nie zastanawiałaś czemu ono było aż tak tanie…? *** W każdym razie prócz śladów krwi na korytarzu, zdemolowanego mieszkania i braku apetytu u Pimpusia przez następne dwa tygodnie, nie pozostał żaden ślad tej awantury. No dobrze, ja cię tu zagaduję na śmierć, a ty… Nie, ciał nigdy nie odnaleziono. Może uciekli…? A może nasze osiedle usunęło ich z historii tego pięknego świata…? Ja tam nie jestem ani trochę ciekawa losu tych drani. Wcale a wcale. No, ale teraz pora na ciebie, żeby coś mi opowiedzieć. Hmm… może zacznij od tego jak tu trafiłaś…? *** Fascynująca historia, moja droga, naprawdę. O wiele bardziej zajmująca od mojego zanudzania. Ale… No coś takiego! Popatrz, już zmrok zapada. Przegadałyśmy cały boży dzień! Dawno mi się to nie zdarzyło. Cóż, my z Pimpusiem będziemy się już zbierać. Zapraszamy do siebie, w każdym razie. Nie, nie zapowiadaj wizyty ani nic. Mieszkamy praktycznie o kilka kroków od siebie, a ja mam mnóstwo czasu, więc odwiedzaj mnie kiedy zechcesz. Dziękuję i dobranoc, Leokadio! Jak tam, Pimpuś? Miło było na herbatce, ale nie chce mi się, prawdę mówiąc, wracać. Może przejdziemy się na spacer…? Chodź. E, nie bocz się na mnie. Zobacz jaki piękny wieczór, jaka wspaniała pogoda… Obraziłeś się, że nic nie gadasz, piesiu…? to było bardzo ryzykowne, Łucjo E tam, daj spokój. wiesz, że Leokadia jest najpewniej wampirem? Wstydź się, Pimpuś. Ja cię tu, maleństwo moje, wychować próbuję, a ty co…? hau? Dwa błędy… i to w jednym wyrazie. zatem jest wampirzycą? Jesteśmy w Polsce, jesteś polskim wilkołakiem, więc mówże po polskiemu, piesiu mój ty kochany. Słowo „wampir” jest zapożyczeniem z zachodu, a żeby było zabawniej – pochodzącym od naszego słowa. jestem jamnikołakiem, jeśli już

Leszek Siemieński


Horyzonty Wyobraźni Nie czepiajmy się detali. To, że twój dawny właściciel ugryzł w czasie pełni akurat ciebie, mój drogi, nie powinno jakoś znacząco wpływać na te nazwy. No wiesz, puryści językowi raczej się nie przyczepią, skoro w tej postaci porozumiewasz się myślami. a pff Co miało to fuknięcie znaczyć? od początku, ale poprawnie – czy wiesz, że Leokadia pewnie jest wąpierzycą? Teraz dobrze. No cóż… bądźmy uczciwi – nawet jeśli, to nie moja sprawa. Dawałeś mi znaki, że jest przychylnie nastawiona, więc skoro nie chce mnie… spożyć… to ja nie mam nic przeciwko niej. nie mogła się nie domyślić, że jestem jamnikołakiem; po co aż tak nas odsłaniasz? Wiesz, może to głupio zabrzmi… ale brak mi na starość przyjaciółki od serca. Kogoś, z kim mogłabym poplotkować raz w tygodniu na wszystkie tematy… No wiesz… to zmienia postać rzeczy Wiedziałam, że zrozumiesz, kochaniutki.

hau hau A jeżeli Leokadia okaże się osobą naprawdę godną zaufania, to kto wie…? Może opowiem jej jak to trafiła do nas Misia…? Może nawet oddamy jej jedno ze szczeniąt? Oczywiście za zgodą twoją i Misi… Łucjo… Tak? dobrze zrozumiałem? chcesz podarować zmiennokształtne szczenię owczarkołaczki i jamnikołaka… podarować je… wąpierzycy? Tak. w takim razie, pomimo że całe życie spędziłem na osiedlu pełnym najdzikszych słowiańskich demonów, to nieodwołalnie stwierdzam, iż polska babcia jest najstraszliwszą istotą z nich wszystkich Ja ciebie też kocham, pieseczku. KONIEC

Leszek Siemiński Tegoroczny maturzysta. Miłośnik herbaty, muzyki filmowej i – rzecz oczywista – czekolady. Lubi odważne pomysły i specyficzne poczucie humoru.

Herbatka

89


Horyzonty Wyobraźni

Katarzyna Żak

Gdzie diabeł mówi dobranoc ilustracja Konstanty Wolny 1. To miało być proste, eleganckie lądowanie. Założenie było dobre. Parametry też. Tylko po drodze tę całą domniemaną finezję szlag trafił. Ciężkie tąpnięcie w sposób tyleż gwałtowny, co niespodziewany zakończyło podróż. Len Gorgon wszedł do kokpitu i nachylając się ponad ramieniem pilota, zerknął na wskaźniki. – Czy to jest normalne? – zwrócił się do Dienera. – Zależy co przyjąć za normę – odparł flegmatycznie pilot, stukając paznokciem w ekran lotu i próbując zmusić komputer do elementarnego wysiłku. Za przednim panoramicznym wizjerem nic nie było widać. Drobiny pyłu wirowały wokoło, a blask reflektorów przebijał się na niecałe dwa metry. Mieli przed sobą ruchomą kurtynę, która skutecznie odgradzała ich statek od świata zewnętrznego, otulała niczym kokon i tłumiła wszelkie przekazy. Brunatna chmura zdawała się napierać na nich i przygniatać. Len starał się oddychać wolno i spokojnie, ale z każdym wdechem czuł coraz większy ciężar przygniatający płuca. Nie miał klaustrofobii. Nie odczuwał żadnego dyskomfortu, podróżując statkami kosmicznymi czy łazikami antygrawitacyjnymi, jakich używali do przemieszczania się między bazami na Księżycu. Ale w tej chwili kotłujący się za przednim panelem obłok sprawiał niepokojące wrażenie. Odzywały się pierwotne instynkty i atawistyczne lęki. Mężczyzna wziął głęboki haust powietrza. To nie czas ani miejsce na folgowanie swoim koszmarom. Większość przyrządów oślepła. Nie tylko oczy człowieka zawodziły w tej przestrzeni. Len wyciszył się, usadowił na drugim fotelu i zapatrzył w niecodzienne widowisko. Plamy kolorów wirowały szybko, zmieniając swą lokalizację. – Przypomina to trochę zejście batyskafem pod powierzchnię wody. Bardzo gęstej i bardzo brudnej wody – rzekł Diener, sprawdzając kolejne wykresy. – Takie samo gówno. – Pływałeś batyskafem? – Len jakoś nie mógł sobie wyobrazić pilota za sterami czegoś, co poruszało się wolniej niż statki orbitalne. Wbrew pozornemu rozleniwieniu Diener był dość aktywnym człowiekiem, który pokłady własnej energii wyrzucał skokowo na zewnątrz, powodując zazwyczaj niepotrzebne zamieszania i burdy. – Kilka razy się zdarzyło. Oporne to jak żółw bez statecznika. Kiedyś nurkowaliśmy na czuja, bo omnibusy próbowały skalibrować nową zabawkę i wyłączono zewnętrzne sensory. Jak zaryliśmy w dno, to tylko cudem nie trafiliśmy na gejzer. Pierdyknęło nieźle. No i widoki były, wypisz, wymaluj, jak te tutaj – zakończył z szerokim uśmiechem. Len ograniczył się do skinienia głową. Nie pozostało nic innego, jak zaczekać, aż pył opadnie. Może wówczas uda im się zorientować, w co trafili.

90

– Wow. Jak landszaft oazy podczas pustynnej burzy – dał się słyszeć głos z przedziału pasażerskiego. Z obszernego fotela wychylała się uśmiechnięta brunetka, celując w nich, przy okazji, laserowym wskaźnikiem. – Czy u was też nic nie działa? – spytała radośnie. Zdawać by się mogło, że dostała właśnie prezent urodzinowy i jest to dokładnie szczyt jej marzeń. Mężczyzna przymknął oczy, usiłując opanować mimowolną irytację. Jak przystało na kulturoznawcę, miał w sobie nieprzebyte pokłady cierpliwości wyćwiczone podczas realizacji licznych, kilkuletnich projektów badawczych. Ale teraz te pokłady zaczynały się niebezpiecznie kurczyć. Cztery minuty względnego spokoju dobiegły końca. Mirandolla Pad właśnie znalazła nowy temat dla swojego monologu. Boże, uchowaj nas przed jej dobrym humorem – pomyślał sarkastycznie doktor Len Gorgon, nachylając się nad holograficznymi panelami kontrolnymi. – A jeszcze dwa dni temu zapowiadała się taka miła, spokojna wyprawa. A później diabli ją wzięli. 2. Wnętrze hali przeładunkowej było wymarłe. Zwisające gdzieniegdzie spod sufitu strzępy kabli i izolacji kołysały się w takt świszczącego wiatru. Stojąca wśród gruzu kobieta nakręciła pasmo długich siwych włosów na palec i spojrzała wyczekująco przez ramę wybitego okna. W drugiej dłoni trzymała wysoki drewniany kij rozdwajający się na końcu. Niektórym mógł przywodzić na myśl widły, ale wątpiła, by ktokolwiek ją w tym momencie widział. Poza tym, nawet jeśli miałaby świadka i tak pewnie nikt, kto by zapuścił się na tę ziemię, nie miałby bladego pojęcia o pracy na roli i narzędziach temu towarzyszących. Dawno już minęły czasy, gdy człowiek zmuszony był zważać na zmieniające się pory roku, by w odpowiednim momencie obsiać ziemię i po okresie wegetacji zbierać okupione własną pracą plony. Mijały kolejne minuty. Szare oczy nie odrywały się od zachodniego skrawka nieba widzianego przez wyłom w ceglanym murze. Czekała. W tym akurat była specjalistką. W oczekiwaniu na odpowiednią chwilę, wyznaczoną dawno temu przez wtajemniczonych na podstawie księżycowych i astralnych kalendarzy. Skoro każda czynność miała przypisany jej odpowiedni czas, to nie należało się spierać i walczyć z rytmem przyrody, ale mu podporządkować. Tak było łatwiej. Tak było sensowniej. Chociaż… Co poniektórzy wyczytywanie horoskopów z tabel traktowali jako objaw lekkiego bzika. Zresztą w okolicy i tak uważano ją za wariatkę. Obawiano jej się, starano się schodzić z drogi. Gdy z daleka dostrzegała nieproszonych gości na swej ziemi – wystarczyło, że niedbale podniosła rękę i wskazała na delikwentów – odchodzili w pośpiechu.

Katarzyna Żak


Horyzonty Wyobraźni Strach był dobry. Pozwalał jej trzymać intruzów na dystans. W końcu sama od kilkudziesięciu lat budowała wokół siebie legendę. Podsuwała to tu, to tam dziwne historie, które ludzie tak chętnie rozpowiadali dalej. Na obrzeżach lasu rozwieszała dzwonki i wstążki modlitewne. Były skuteczną zaporą dla zabobonnych. I kto by się spodziewał, że w drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość szczyciła się swymi dokonaniami technicznymi i cywilizacyjnymi, znajdzie się jeszcze taka enklawa spokoju, której bronić będą duchy i czary. W nieregularnym oczodole hali powoli pojawiał się złotawy księżyc. Starucha czekała jeszcze kilka minut, aż znalazł się w centrum. Uderzyła sękatym kijem w pokrytą pyłem posadzkę. Szara chmura zawirowała wokół jej stóp. Schyliła się i zaczęła zagiętym palcem wyrysowywać na ziemi znane tylko sobie symbole. Nie minie dzień, a stawią się w środku okręgu. 3. Nasyp kolejowy zakręcał łagodnym łukiem i ginął za odległą linią lasu. Doktor Len Gorgon stojąc ponad poziomem terenu, miał rozległy widok na otaczające ich pustkowie. Kilkadziesiąt metrów dalej, wśród niewielkich pagórków piachu, spoczywał ich statek. Opływowy kształt przypominający przecięty na pół dysk do Frisbee zagrzebany był w hałdy rozdrobnionego kwarcu. Jak nic, trzeba będzie wziąć łopaty do rąk i odkopać statek. Len po cichu liczył, że zajmie się tym Diener, podczas gdy on spokojnie rozejrzy się wokoło i zastanowi nad kolejnym posunięciem. Jednak wcześniej należałoby się pozbyć… Nie… Złe określenie, stwierdził po chwili zastanowienia. To sugeruje zdecydowanie nieprzychylne, jeśli nawet nie wrogie, zamiary względem drugiej ludzkiej istoty. Chyba jednak powinien użyć delikatniejszego określenia. Jego wzrok zatrzymał się na postaci Mirandolli. Zdążyła już wyciągnąć z przedziału bagażowego dwa plecaki. Więc jednak była zdecydowana wyruszyć z nim w nieznany teren. A miał cichą nadzieję, że jednak po wylądowaniu, w obliczu przerażającej pustki wokoło, zdecyduje się zostać w bezpiecznym wnętrzu statku i wyprowadzać z nerwów Dienera. Cóż, przeliczył się. Len Gorgon nie należał do osób pochopnie podejmujących decyzje. Mimo iż cała wyprawa zastała zorganizowana w przeciągu niespełna trzydziestu godzin, dokładnie zdawał sobie sprawę ze swych obowiązków i trudności, jakie przed nim zaczynały się piętrzyć. Już prawie sześć lat pracował w Bazie III na Księżycu, tajnym ośrodku naukowym, którego zadaniem było badanie natury Odeonów. Uśmiechnął się mimowolnie na wspomnienie momentu, gdy do grupy naukowców dołączyła jego siostra, Liria Calavrii, i przeżyła lekki szok na wieść, iż nie dość, że jej brat pracuje w jednym z najlepiej wyposażonych kompleksów badawczych, to jeszcze na czele tegoż stoi jej były mąż, Carel Calavrii. Jednak Liria bardzo szybko wpasowała się w życie Bazy i przystosowała do narzuconych jej warunków. Obecnie, dzięki swoim odkryciom, była jednym z najbardziej poważanych i wpływowych naukowców. A teraz on, Len, podczas wypraw na Ziemię, miał jej dostarczyć nowych danych do badań. Zawiewający od zachodu ciepły wiatr przyniósł śmiech Mirandolli. Ta dziewczyna nigdy nie prezentowała innych emocji niż szczere, spontaniczne zadowolenie z każdej napotkanej sytuacji. Tym samym przyprawiała Lena o lekką

Gdzie

diabeł

mówi

dobranoc

frustrację. Bo czyż można tak bez żadnych zastrzeżeń cieszyć się z wszystkiego, co przynosi życie? To takie infantylne i denerwujące. Jednak ona zdawała się nie dostrzegać jego rozdrażnienia. Teraz też z zadowoleniem wspinała się szybko na kolejowy nasyp. Co kilka kroków ziemia spod jej butów usuwała się, a ona sama musiała szybko przysiadać na zboczu, by nie stoczyć się w dół. Po kilku minutach stanęła obok niego. Rzuciła mu pod nogi jeden z dwóch plecaków, które przyniosła. – Wspaniałe widoki. – Okręciła się wokół własnej osi. – Zapierają dech w piersiach. – Jeśli się lubi ilustracje nocnych koszmarów – mruknął Len pod nosem. – Och, daj spokój. Jest bajkowo. Mężczyzna z niedowierzaniem spojrzał na swoją towarzyszkę. – Powiedział diabeł, mówiąc dobranoc… – Rozejrzyj się tylko – kontynuowała, niezrażona jego ironią. – Przyroda odzyskuje to, co do niej niegdyś należało, ucieleśnienie eleuzyjskiego mitu. Człowiek był tu na chwilę. Kilkaset lat raptem. Znalazł złoża węgla, wybudował kopalnie i elektrownie. Domy dla robotników, szkoły, sklepy. Kościół i remizę strażacką. Budynek poczty. Tu kiedyś tętniło życie. Ludzie śmiali się, kochali i nienawidzili. Rodzili się, dorastali i umierali. Cmentarze są rozsiane po całej tej ziemi. Ale z biegiem czasu coraz bardziej ambicja brała górę nad przywiązaniem. Coraz więcej młodych opuszczało te strony, by szukać szczęścia gdzie indziej. Jakby nie wiedzieli, że szczęście jest niezależne od miejsca, że można je znaleźć tylko w sobie. Pozostali tylko starsi ludzie. Powoli wymierali. Fabryki zamknięto i pozostawiono bez dozoru. Jeszcze przez jakiś czas kręcili się tu nieliczni. Bezdomni szukający dachu nad głową, zaradni rozbierający cegła po cegle te mury, niedorostki bawiące się w ruinach wymierającej osady. Pociągi przestały jeździć, coraz rzadziej na drodze pojawiały się jakiekolwiek pojazdy. Domy powoli pustoszały. Zamknięcie kopalń i brak pracy definitywnie wygnały stąd tę garstkę, która próbowała zostać wierna rodzinnym tradycjom. A potem teren opustoszał. Nikt nie kosił traw, nie wyrywał swobodnie już rosnących drzew. Las powoli się rozlewał i wkraczał w domenę ludzi. Zwierzęta coraz śmielej podchodziły do zabudowań, aż się upewniły, że są zupełnie opustoszałe i bezpiecznie można w nich założyć własne nory. Ludzka cywilizacja na tym terenie upadła. Natura znów jest zwycięzcą. Zamilkła. Słońce powoli przesunęło się z południa w kierunku zachodu. – Dziękuję za wykład – Len zarzucił plecak na ramiona. – Poetycki, obrazowy i zbędny. Ruszył przed siebie, stąpając ostrożnie po kolejowych podkładach. Liczył na to, że uda im się szybko pokonać odcinek do skraju lasu. Na tej linii tory biegły dokładnie w kierunku sygnału. Jednak w tej chwili nie wiedział, jak daleko przyjdzie im jeszcze zagłębić się w niegościnny teren. Chciał jak najszybciej zlokalizować źródło sygnału i wrócić do Bazy, do własnych badań. 4. – Chcę odnaleźć skarb – oznajmiła sześcioletnia dziewczynka leżąca na dywanie. Odwróciła kolejną stronę w książce i zerknęła na siedzącego przy biurku dziadka. – Bo wiesz – kontynuowała – jeśli odnajdę skarb, to będę sławna. Tak jak wujek Henry. I będą o mnie mówić w przekazach. I będę mogła lecieć na Księżyc.

91


Horyzonty Wyobraźni – Tak kochanie. Niewątpliwie masz rację – Anton Armstrong spojrzał na nią z zadowoleniem. Już w tym wieku przejawiała niebywałą ciekawość świata, dociekliwość i zdolności analityczne. Będzie jego wspaniałą następczynią. – Ale pamiętaj, że odkrywanie skarbów to ciężka praca. Trzeba z wielu innych rzeczy zrezygnować. – Na przykład z zabawy z Siri? – Na przykład. Dziewczynka chwilę się zastanawiała. – No to mogę się już z nią nie bawić. Przecież i tak jestem na to za duża. Czy teraz mogę zostać poszukiwaczem skarbów? – Tak. Teraz możesz. Brakuje ci tylko jeszcze pirackiego kapelusza i własnego okrętu pokonującego spiętrzone fale odległych mórz. Dziecko roześmiało się głośno, podniosło z podłogi i nie wypuszczając z drobnych rączek książki, wdrapało na kolana dziadka. – Ale ja chcę na Księżyc, nie na wyspę. Mężczyzna z powagą skinął głową . – I na to przyjdzie odpowiedni czas… A teraz pokaż, co ciekawego znalazłaś. Dziewczynka położyła książkę na blacie biurka i otworzyła na zaznaczonej stronie. – O tu, widzisz. – Wskazała palcem na kolorowy rysunek. Książka była dość stara. Dawno już nie produkowano ich na bazie papieru, ale ta miała jeszcze szorstkie w dotyku, szeleszczące kartki. Pochodziła z rodzinnej biblioteki, której księgozbiór gromadzony od kilku wieków rozrósł się w nieplanowany sposób. Obcowanie od najmłodszych lat ze słowem drukowanym wpisane było w tradycję członków rodziny Armstrongów. A teraz kolejne pokolenie było przygotowywane do przejęcia obowiązków na z góry zaplanowanych stanowiskach. – Dlaczego zwróciłaś uwagę na ten obrazek? – spytał, choć dobrze znał odpowiedź. – Przecież to świecąca kula. Tam za tą skrzynią. Wygląda trochę tak, jakby to była lampka. Ale ja wiem, że nie jest. W kopalniach nie było takich lampek. Na żadnym zdjęciu takiej nie widziałam. – Masz rację. To nie lampka. – Czyli znalazłam Odeona? W kopalni? – Chciała się upewnić. – Tak Mirandollo. Znalazłaś kolejne miejsce przebywania Odeonów. Ale na razie zachowaj to w tajemnicy. Kiedyś, gdy dorośniesz, może ci się ta wiedza przydać. 5. Był dziewiąty kwietnia roku 2074. Przesilenie mieli już za sobą. Dzień się wydłużył, temperatura za dnia ustabilizowała się na poziomie szesnastu stopni Celsjusza. Wypalone kratery w dolinie wypełniły się wodą, tworząc idealnie okrągłe jeziora. Aleksander Wille ponad dwa lata przygotowywał się do tej wyprawy. Zgromadził cały potrzebny sprzęt, przekopał się przez biblioteki w poszukiwaniu kompletnych danych, udało mu się nawet namówić na wywiad Lirię Calavri. A teraz się okazało, że jednak po drodze popełnił karygodny błąd. Jak mógł nie zauważyć, że nie tylko on interesuje się wymarłą strefą na północ od Karpat. Odeony były jego życiem i obsesją. Przyznawał się do tego bez zbędnego fałszu. A teraz ktoś chce mu odebrać jego odkrycie. Niedoczekanie. Skryty w niskich krzakach porastających sztucznie usypane wzniesienie, z uwagą obserwował dwoje naukowców. Od-

92

dalali się wolno od statku. Trzeba zaczekać. I w dogodnym momencie uderzyć. Pozwoli im uporać się z Szamanką. A potem ich zabije. 6. Doktor Len Gorgon jej nie lubił. Mirandolla doszła do tego wniosku po trzech godzinach marszu i dwóch krótkich postojach. Na jej próby nawiązania rozmowy odpowiadał zniecierpliwieniem bądź irytacją. Zbywał ją półsłówkami i szybko pogrążał się we własnych rozmyślaniach. Zdawała sobie sprawę, że nie był to wymarzony czas na rozmowy, ale musiała opanować własne zdenerwowanie, a najlepszym znanym jej sposobem była dyskusja. Skoro nie chciał w niej uczestniczyć, postanowiła ograniczyć się do monologu. Jej towarzysz nie musi nawet tego słuchać, wystarczy ktoś, do kogo będzie mogła kierować swe słowa, bo raczej ciężko by było jej przemawiać do mijanych po drodze kamieni. Takie zachowanie można odebrać jako wyznacznik braku równowagi psychicznej. A w tym momencie taka ocena ze strony jej towarzysza oznaczałaby natychmiastowy powrót do Bazy. Nie wydawało jej się, by Len Gorgon znał się na żartach. Krajobraz mijany po drodze nie nastrajał zbyt optymistycznie. Wymarłe osady. Domy, które niegdyś promieniowały rodzinnym ciepłem, teraz popadały w ruinę. Na podwórzach otoczonych przegniłymi i połamanymi sztachetami, leżały porozrzucane przez silne wiatry roztrzaskane dachówki. Ich skorupy wyłaniały się spośród ciemnozielonych traw, jakby szydząc z ludzkiej kruchości. Mirandolla próbowała się bronić przed narastającym w niej przygnębieniem. Wiedziała, że w dziejach cywilizacji nieuchronne są wzloty i upadki, że czasy świetności przerywają okresy stagnacji i zacofania. I w końcu – że postęp nieustannie konkuruje z zabobonami. Jednak spoglądając z wysokości kolejowego nasypu na rozciągającą się wokół równinę, nie mogła zdusić w sobie współczucia dla zamieszkujących tu niegdyś ludzi. Mijali okolone wysokimi tujami cmentarze, na których nie palił się żaden płomień. Dusze zmarłych zostały zapomniane przez żywych i tylko ich cienie błąkały się jeszcze wśród zrujnowanych murów. Wśród odległych drzew rozległ się dźwięk drewnianych dzwonków. Znała taki z podróży w odległe rejony Azji. Tam jeszcze czasami rozwieszano je na drzewach, by odstraszyć złośliwe demony. Nie uważała się za przesądną, ale na ten głuchy odgłos przełamujący otaczającą ich ciszę, mimowolnie się wzdrygnęła. Przymknęła na chwilę oczy, po czym wróciła do przerwanego wątku. Tłumaczyła właśnie Gorgonowi mechanizm wymierania populacji. Pewnie nawet jej nie słuchał, ważne było jedynie to, że w tej chwili nie próbował jej uciszyć. – …Tak więc moment załamania, krach populacji, nastąpił szybciej, niż prognozowano pod koniec XX wieku. Założono schyłkowy charakter stadium postindustrialnego wynikający z czynnika ekonomicznego. Symulacje przewidywały wystąpienie zerowego wzrostu liczebności około roku 2089. Jednak ludzkość osiągnęła go siedemnaście lat wcześniej. Dzięki temu w programach badawczych nacisk kładziony do tej pory na masową kolonizację Układu Słonecznego znacznie zelżał. Choć w zasadzie w kontekście Odeonów, asteroid i przewidywalnego końca życia na Zie-

Katarzyna Żak


Horyzonty Wyobraźni mi… – przerwała gwałtownie, wpadając na swego towarzysza. Len Gorgon spoglądał w dół zbocza. – To już za wiele – stwierdził, wskazując jej znajdujący się poniżej niewyraźny bury kopiec, nad którym unosił się rój brzęczących much. – A co to takiego? Gorgon zerknął na nią. Wydawało jej się, że na chwilę się zawahał, nim udzielił odpowiedzi. – To już piąty na naszej drodze. Poprzednie jednak były dalej od torów. I były mniejsze. – No dobrze, ale… – zniecierpliwiła się. Zadała proste pytanie i oczekiwała prostej odpowiedzi. – Co to jest? – Truchła. Martwe, rozkładające się szczątki zwierząt. Ktoś musiał je zebrać i ułożyć razem. Nie jestem tylko do końca pewien w jakim celu… Stali przez chwilę, wpatrując się w bezkształtną masę. W końcu Gorgon wyciągnął z kieszeni czytnik i spojrzał na ekran. – Tory zakręcają. Wypadałoby zejść z prostego szlaku i zagłębić się w las. Szkoda tylko, że nie udało się wyłapać przez tę burzę dokładnego odczytu źródła sygnału. – A namiar z satelity nic nie dał? – Pierwszy sygnał był zbyt krótki, a drugi zakłóciły wyładowania atmosferyczne. I tak mieliśmy szczęście, że udało się namierzyć kierunek i obszar. – Tak. Dla mnie jednak marne są te namiary. Jeden stopień i pięć minut w miarę oddalania się od statku daje coraz większy zakres błędu. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli do przeszukania pas szerokości kilkuset metrów. I wtedy opuści mnie optymizm. – A to w ogóle jest możliwe? – Chciał wiedzieć. – Jak do tej pory nie marudziłaś. – Ja nie marudzę! – Ruszyła w dół nasypu, nie oglądając się za siebie. Już dawno temu nauczyła się kontrolować negatywne emocje. Nigdy niczego dobrego nie przynosiły, a nieliczne wybuchy złego humoru nieodmiennie pakowały ją w kłopoty. Dzięki tej wewnętrznej dyscyplinie udało jej się w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat trafić do tajnego kompleksu badawczego na Księżycu. Umiejscowiony w Kraterze Keelera ośrodek należał do najbardziej prestiżowych placówek – oczywiście, jeśli w ogóle się o nim wiedziało. A ona wiedziała. Po czterech latach ciężkiej pracy i przygotowań znalazła się dokładnie w tym miejscu swojej kariery, w którym planowała. Szkoda tylko, że dziadek nie dożył tej chwili – uśmiechnęła się ciepło na wspomnienie jego niezachwianej wiary w powodzenie. Byłby z niej dumny. To w końcu on podsunął jej książkę o Odeonach, choć w tamtym momencie nikt na Ziemi nie wiedział jeszcze o ich istnieniu. A potem zachęcił do poszukiwań i tak wysoko ustanowił poprzeczkę, że wypadało tylko odnieść sukces. Porażka od początku nie wchodziła w rachubę. Stawka była zbyt wysoka. Jeśli przetrwanie ludzkości zależało od odkrycia natury Odeonów – ona zamierzała tego dokonać. I teraz właśnie, zgodnie z planem, zmierzała do swego skarbu. 7. Jeśli istnieje niebo, to tu na pewno musi być piekło – stwierdził Len, przekraczając powaloną kłodę. Próchniejące drzewo porastały już mchy, a trawy wokoło skutecznie próbowały je zamaskować i zamienić w podłużny pagórek.

Gdzie

diabeł

mówi

dobranoc

Wokoło panowała cisza. Zieleń lasu podstępnie zakradała się do człowieka, mamiła go soczystą barwą i uwodziła zapachem listowia. Z każdym kolejnym krokiem zdawało mu się, że zza chropowatych pni zerkają na niego czujne oczy. Ale nigdzie nie wychwycił żadnego ruchu. Spoglądając uważnie pod nogi i ważąc kroki, zagłębiał się miękko w leśnym poszyciu. Ale czegoś tu brakowało… Len rozglądał się uważnie. Raz po raz zerkał na wskazania czytnika. Niepokoiły go one i przerażały. Co kilkaset metrów na nowo wydawał komendę skalibrowania urządzenia, jakby wierząc, że proponowane dane to tylko omyłkowy zapis rzeczywistości wykreowany przez zdezorientowany program komputerowy. Jednak wciąż dostawał tę samą informację. Poza nimi w obrębie kilku kilometrów nie było żadnego innego człowieka. Jednak tym, co tak naprawdę wstrząsnęło Lenem, była informacja, że w lesie nie ma też żadnych zwierząt. Na pewno nie było kręgowców. Nie zauważył też mięczaków czy owadów. W powalonych pniach nie gnieździły się żadne larwy. Wśród gałęzi wysokich drzew brakowało śpiewu ptaków. Krzaki leszczyny poruszały się wyłącznie pod tchnieniem wiatru, pod ich bezpieczną kopułą nie gnieździł się żaden jeż. Wokół panowała pustka. Nawet Mirandolla, wyczuwając otaczającą ich próżnię, zamilkła i od dłuższego czasu cicho stąpała krok w krok za nim. Niemożliwością jest, by wraz z odejściem ludzi znikły z tych terenów wszystkie zwierzęta. Przecież po drodze widzieli ich zwłoki. Ale co się stało? Jaka zaraza spłynęła na tę ziemię? Mijając kolejne zarośla, Len próbował znaleźć jakieś w miarę racjonalne wyjaśnienie. Czy to, co zabiło zwierzęta, zagraża również im, ludziom? Badając przed lądowaniem parametry przestrzeni, nie dostrzegli niczego niepokojącego. Również przed samym opuszczeniem statku, gdy raz jeszcze powtórzyli wszystkie procedury. Ze względu na brak niepokojących sygnałów zrezygnowali z ochronnych kombinezonów. Teraz jednak zaczął się zastanawiać, czy to była dobra decyzja. Jeśli bowiem trafili na jakiś nowy szczep bakterii, którego nie wychwyciły ich programy – jakie mieli szanse przeżycia na tym pustkowiu? Jednak od momentu wejścia w las nie natrafili na żadne kolejne martwe zwierzę. Może to była podstawa do pomyślnych rokowań. Len nie przepadał za podejmowaniem decyzji na granicy życia i śmierci innych osób. Sam za siebie mógł decydować, ale nie był zachwycony, gdy w Bazie poinformowano go o konieczności zabrania Mirandolli Pad. Według Carela Calavri, dyrektora naukowego kompleksu na Księżycu, było to jak najlepsze rozwiązanie. Len był kulturoznawcą, potrzebował więc w tym terenie wsparcia, jakiego z pewnością mogła mu udzielić doktor Pad. Jej specjalizacją była ewolucja ekosystemów i populacji. Len jednak od początku nie był przekonany do tego pomysłu, tak więc ostatecznie tylko prośba przyjaciela zadecydowała o udziale Mirandolli w ekspedycji. Wytyczne zdawały się być proste. Mieli wylądować na dogodnym podłożu i odnaleźć źródło sygnału, który tak zaniepokoił jego siostrę, Lirię Calavri. Jednak brak dokładnej lokalizacji wszystko komplikował, a z każdym kolejnym krokiem Len dochodził do wniosku, że coś mu nie pasuje w obrazie otoczenia. Jednak ze względu na Lirię gotów był stłamsić swoje obawy i osiągnąć cel.

93


Horyzonty Wyobraźni Len wrócił myślą do chwili, gdy dostarczono informację o sygnale. Był wtedy wraz z siostrą w laboratorium i obserwował przebieg kolejnego doświadczenia, mającego na celu przywoływanie Odeonów. Jak dotąd okrągłe, półprzeźroczyste istoty, których błony rozbłyskiwały co pewien czas kolorowymi wyładowaniami, były zupełnie odporne na próby nawiązania kontaktu. Zdawały się w ogóle nie dostrzegać ludzi lub też celowo ich ignorowały. W jakiś nie do końca zrozumiały sposób reagowały natomiast na obecność Lirii i Lena. Zastanawiano się, czy jest to pochodna faktu, że są rodzeństwem i mają podobne, wrodzone predyspozycje mentalne. Ekipie Lirii nie udało się dojść do jednoznacznych wniosków, lecz kolejne przeprowadzane w Centrum doświadczenia w sposób niezbity potwierdzały, że Odeony reagują na ich przywołania. Ale jak na razie, po kilku latach badań, nie udało się uzyskać niczego więcej. Powoli w ich działania wkradała się rutyna i zniechęcenie. Badania nie posuwały do przodu w sposób znaczący wiedzy na temat tych istot. Aż tu nagle taka informacja. Na Ziemi, gdzie definitywnie wykluczono występowanie Odeonów, w wymarłej strefie objętej częściową kwarantanną, pojawił się silny sygnał, który namierzyły satelity badawcze. A co najważniejsze, jego parametry okazały się zbieżne z tymi emitowanymi przez istoty badane w Bazie. W tamtym momencie Liria dosłownie na kilka chwil zamarła. Len widział tylko, jak raz za razem przebiega wzrokiem kolejne linijki sprawozdania. Wiedział, że coś się musiało stać, nie tak łatwo było ją zaskoczyć. Wciągnęła głośno powietrze i podniosła na niego wzrok. – Przywołaj Odeona – nakazała. Skinął głową i przymknął oczy. W ten sposób łatwiej było mu się skupić. Ona nie musiała tak postępować. Wystarczyło jej jedno krótkie mrugnięcie powiekami. On jednak nadal pozostawał w tyle za jej osiągnięciami i nawet nie zamierzał z nią konkurować. Teraz, lekko zdziwiony, że zwróciła się do niego z tą prośbą, skupił się na obrazie rozbłyskującej wyładowaniami kuli, umiejscowionej między nimi tuż nad blatem biurka. Gdy otworzył oczy, Odeon unosił się lekko dokładnie w miejscu, które dla niego przeznaczył. Przedziwna istota, która pochodziła prawdopodobnie z peryferii Układu Słonecznego, z Obłoku Oorta, wypełniła gabinet delikatną poświatą. Ale od początku, skonstatował Len, wśród naukowców pojawiały się również opinie, że bardziej prawdopodobne, przy zdolności Odeonów do pokonywania prędkości światła, wydaje się lokowanie ich macierzystego układu poza naszym. Zresztą przy prawie zupełnym braku wzajemnej komunikacji racjonalna wydawała się wersja, że istoty ukształtowane zostały w zupełnie odmiennych warunkach niż te oferowane przez Układ Słoneczny. Odeon powoli zmieniał barwę. Z turkusu przeszedł w szafir. – Założyliśmy, że na Ziemi nie ma Odeonów – zaczęła Liria, odchylając się w fotelu. – Przyjęliśmy, że zbyt duża liczba ludzi musi być przez nie odbierana jako nadmierne zagęszczenie energii, dlatego ograniczyły swą obecność do planet zewnętrznych oraz Księżyca i Marsa. Jednak nie wzięliśmy pod uwagę obszarów wyludnionych. Zresztą tak samo jak i nie badaliśmy głębszych obszarów oceanów. Jednak spójrz na wykres – podała mu dysk czytnika.

94

Przy zestawieniu dwóch wykresów na ekranie jarzył się ostrą zielenią komunikat. „Zgodność potwierdzona”. Len rzucił okiem na legendę. Szybko przemknęły mu przez myśl konsekwencje tego odkrycia. – Co więc zamierzasz? – spytał. – Najpierw porozmawiam z Carelem. Ale… – Chciałabyś tam się udać i zbadać źródło sygnału. Kiwnęła głową. – Nie możesz – stwierdził to, o czym i tak wiedzieli. Jak na razie Liria była obłożona projektami badawczymi i nie była w stanie pozwolić sobie na chociażby kilka dni przerwy. – A ponieważ poza tobą tylko ja jestem w stanie przywołać Odeona, więc… Mam się pakować? – Gdybyś był tak uprzejmy… – I czego dokładnie mam szukać? Spojrzenie, jakie w tamtej chwili posłała mu Liria, było pełne determinacji. – Znajdź Odeona. Bądź tego kretyna, który się pod niego podszywa. 8. Zaszedł go od tyłu. Lewą rękę położył na jego czole i szybko, zdecydowanie odchylił mu głowę. W prawej dłoni pojawił się nóż. Płynnym ruchem przesunął ostrze po szyi. Mężczyzna nie zdążył nawet krzyknąć. Wypuścił zatrzymywane w płucach powietrze. Moment i było po wszystkim. Ciało osunęło się na piaszczyste podłoże. Cięcie było głębokie. Przeszło przez krtań. Czerwona plama rozlewała się i szybko wsiąkała w grunt. Wciągnął głęboko powietrze. Ostry zapach krwi zwabi za chwilę zwierzęta. Nie ma co zawracać sobie głowy zwłokami. Okoliczni padlinożercy zajmą się nimi z przyjemnością. Zerknął na naszywkę. Diener. Zmarszczył brwi. Ależ tak. Dwa dni temu jadł z nim przy jednym stoliku śniadanie. I musiał wysłuchiwać jego opowieści o przelocie na rezerwie przez pas asteroid. I zachwytów, jakie to było niesamowite. I zdumienia na wspomnienie, że jednak załodze udało się tę podróż przeżyć. – No to teraz, kolego, ci się nie udało – stwierdził z satysfakcją, zabierając z kabiny detektor i spoglądając na wzniesienie kolejowego nasypu. Ślad był wyraźny. Polowanie się rozpoczęło. 9. Coś się nie zgadzało. Len zdał sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy zerknął w bok i zobaczył rząd równo posadzonych drzew. Zerknął w drugą stronę. To samo. Wolno obrócił się wokoło. Mirandolla została nieco z tyłu i teraz przyglądała mu się z zainteresowaniem. – Drzewa są sadzone jakby od linijki… – stwierdził. – Tak. W zasadzie to już od ponad dwóch kilometrów – rzekła Mirandolla, sprawdzając czytnik. – Skąd ta pewność? – Oznaczyłam miejsce na mapie, jak tylko weszliśmy w tę strefę. Prawdopodobnie była to kiedyś szkółka leśna lub nowy nasad na wcześniej zniszczonym obszarze. Len chętnie dałby sobie młotkiem w głowę. Tak zaprzątnęły go rozmyślania o konsekwencjach występowania Odeonów na Ziemi, że zupełnie przestał zwracać uwagę na otoczenie. A takie postępowanie, po pierwsze, było nielogiczne,

Katarzyna Żak


Horyzonty Wyobraźni jeśli nie głupie. To przecież nie była szkolna wycieczka na tereny zielone. Po drugie – taka beztroska była niebezpieczna. Nie wiedzieli przecież, czego się mają spodziewać. To była jedna wielka niewiadoma. Zamiast snuć plany odnośnie ewentualnych czekających go badań i raportów – powinien był się skupić na tym, co się znajduje wokoło. – …Gatunkowo drzewa zmieniają się co pięć rzędów – kontynuowała dziewczyna. – Zaczęło się od iglastych, to był pas kilometrowej mniej więcej szerokości, potem następny kilometr to były drzewa liściaste, a teraz znów wchodzimy między świerki. Musi to ciekawie wyglądać z góry – zauważyła. Coś w jej głosie zmusiło Lena, by na nią spojrzał. Stała wpatrzona w czytnik i szybko rysikiem kreśliła po ekranie. – Tak. Na zdjęciach satelitarnych rzeczywiście to ciekawie wygląda… – Udało ci się połączyć z przekaźnikiem? – spytał z niedowierzaniem, zerkając szybko na własny komputer. Ale nie, ekran nie wskazywał nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z siecią zewnętrzną. – Nie. Ale zanim wyruszyliśmy, udało mi się zapakować w pamięć tyle danych, ile tylko zdołałam. Uznałam, że mogą się przydać. – Przewidująca jesteś. Słowa uznania. – Skłonił się w jej stronę. – Szczere? – Szczere. Uśmiechnęła się szeroko. – W takim razie dziękuję. – Czy wiesz coś jeszcze na temat tego obszaru? – W zasadzie nie ma nic konkretnego. Ale jeśli się dobrze przypatrzyć… – zerknęła raz jeszcze na wykresy i obróciła się nieznacznie w lewo – …to powinniśmy iść w tym kierunku. – Wskazała przed siebie. Len spojrzał. Gęsta ściana lasu niczym się nie wyróżniała. – Dlaczego akurat tam? – Ponieważ zgadza się to z naszym marginesem błędu. Ale przede wszystkim… Za jakieś trzy kilometry powinna się tam znajdować stara fabryka. – Podała mu czytnik. Jedno zerknięcie na ekran wystarczyło, by przyznał jej rację. – Skąd masz tak dokładne dane? – Chciałbyś raczej wiedzieć, jakim sposobem udało mi się zdobyć bardziej szczegółowe informacje niż tobie – stwierdziła z uśmiechem. Niechętnie skinął głową, przyznając jej rację. W duchu zapisał na jej koncie punkt za dociekliwość przewyższającą jego własną. Carel miał rację, kiedyś będzie z niej świetny kierownik projektów. – Chciałbym również wiedzieć, dlaczego wcześniej nie zwróciłaś mi na to uwagi. – No cóż… Na razie odchylenie nie było tak znaczne. A dokładne dane mam dzięki znajomościom mojego stryja. Zajmuje się archiwizowaniem danych na temat wyludnionych obszarów dla ośrodka opracowującego plany rekolonizacji. Gdy przydzielono mi to zadanie, poprosiłam go o pomoc. – Mówiąc o celu wyprawy? Czy Calavri o tym wie? – Oczywiście, że nic stryjowi nie powiedziałam – obruszyła się urażona. – A dyrektor Centrum oczywiście o wszystkim został poinformowany. Musiałam przecież uzyskać zgodę na zewnętrzne połączenie. Len ze zdziwieniem stwierdził, że najchętniej udusiłby Carela Calavrii za wmanewrowanie go w tę sytuację. I że też nie powiadomił go o danych zebranych przez Mirandollę.

Gdzie

diabeł

mówi

dobranoc

Z drugiej strony było również jego własne niedopatrzenie. Powinien więcej uwagi poświęcić przygotowaniu do tej „wycieczki”. Może właśnie tu tkwił jego błąd. Będąc jedną z dwóch osób umiejących przywoływać Odeony, czuł się zbyt pewnie i założył, że to on będzie przewodził w ich zespole. Poniewczasie przypomniał sobie, że nie należy niczego zakładać z góry, a na sukcesy trzeba solidnie zapracować. Teraz już nie mógł mieć wątpliwości – ta wyprawa należała do Mirandolli Pad. To ona grała tu pierwsze skrzypce. 10. Zbliżał się do nich stopniowo. Założył, że mają standardowe detektory wykrywania życia i klasyfikacji gatunków. Był na to przygotowany. W starciu z nim nie mieli szans. Nie ujrzą go, dopóki nie będzie dla nich za późno. Jedyną niedogodnością będzie konieczność zabicia ich obojga. Nie należało zostawiać żadnego świadka. Zresztą… Tutaj i tak żaden człowiek samotnie się nie zapuszcza. Brak zwierząt w lesie stanowił małą niedogodność. Będzie trzeba zakopać ciała i pozwolić zgnić tkankom. Z kośćmi będzie większy problem, ale przecież nikt nawet nie będzie podejrzewał, gdzie należy szukać zaginionych. Od momentu wejścia w tę strefę nie miał zewnętrznego sygnału komunikacyjnego, więc oni też nie mogli raportować do bazy o swoim położeniu i kierunku marszu. To była jego szansa. Tylko w ten sposób mógł się przebić przez to skostniałe i pełne układów środowisko. Żeby zdobyć jakąś pozycję w Centrum, należałoby wyeliminować kilku starszych stopniem i stażem naukowców, ale takie posunięcie, w obliczu prawie że idealnego systemu bezpieczeństwa, było niewykonalne. Ale poza Bazą… Tu nikt nie sprawował pieczy nad Lenem Gorgonem i Mirandollą Pad. Poza tym, istniał jeszcze jeden sposób – odkrycie na miarę przełomu. I takie właśnie zamierzał zafundować kierownictwu. W obliczu jego dokonań Carel Calavri nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko mianować go kierownikiem projektu. Wówczas zyska wystarczający zakres autonomii, by przeforsować własne pomysły i plany badawcze. I ujawnić mieszkańcom Ziemi istnienie tajnych baz naukowych po drugiej stronie Księżyca. Według jego osądu taki kamuflaż więcej przynosił złego niż dobrego, należało więc skończyć z tymi bzdurnymi tajemnicami i pozwolić, by ludzie byli świadomi swego losu i nadciągającej zagłady. Już on się o to postara. Tymczasem należało uważnie obserwować przeciwników. I nie dać im możliwości zorientowania się, co tak naprawdę znaleźli. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy każdą wolną chwilę poświęcał na gromadzenie danych i przeszukiwanie wszelkich dostępnych baz. Kilkakrotnie nawet udał się na Ziemię, by skorzystać z niezeskanowanych zbiorów. I znalazł to, czego istnienie mgliście tylko jawiło mu się od dziecięcych lat. Więc jednak opowieści nie były tylko wytworem wybujałej wyobraźni dziadka. Te jego historie o przedziwnych istotach zamieszkujących stare, nieużywane kopalniane sztolnie… O ognikach sprowadzających wędrowców na manowce bądź ratujących im życie, kierujących zagubionych podróżnych nad brzegi urwisk lub wyprowadzających z podmokłych bagien. Te wszystkie bajki, w obliczu istnienia Odeonów, okazały się prawdą. Jednak Mirandolla była szybsza. Bardziej bystra, błyskotliwa i bezczelna. Zawsze, od najmłodszych lat, faworyzowana. Nigdy w oczach dziadka nie mógł jej pokonać.

95


Horyzonty Wyobraźni A teraz przyszedł czas wyrównania rachunków. Podstępnie chciała mu wydrzeć odkrycie. Chociaż tak bardzo się pilnował i nikomu nie ufał – musiała w jakiś sposób ukraść mu wyniki badań. Inaczej skąd by wiedziała o martwej strefie i obszarze zamkniętych kopalń w okręgu Silesii? To on udowodni występowanie Odeonów na Ziemi i wskaże dowody, że te istoty odwiedzały trzecią planetę układu już na długo przed tym, nim naukowcy zajęli się ich badaniem na Księżycu. I wówczas… Teraz trzeba tylko zaczekać na dogodny moment, pozwolić im znaleźć dysk i ich zabić. Potem będzie mógł wrócić ze znaleziskiem do Krateru Keelera, a w Centrum z pewnością zachłysną się jego odkryciem. Pokona samą Lirię Calavri i da jej nauczkę. Lepiej dla niej by było, gdyby przed dwoma laty przyjęła jego kandydaturę na stanowisko asystenta. A tak… – Aleksander Wille uśmiechnął się mściwie – będzie opłakiwać śmierć swojego brata. 11. Czekała cierpliwie. Zbliżali się powoli. Wyczuwała ich niepewność i obawy, do których nawet sami przed sobą nie chcieli się przyznać. To, co nieuświadomione, czaiło się w zakamarkach jaźni i wypatrywało dogodnego momentu, by zaatakować. Wiatr, jakby wyczuwając napięcie, zbliżył się i trącił delikatnie stare folie okrywające nieużywane już od lat maszyny. Celofan zaszeleścił cicho, wtórując metalicznemu brzmieniu brzozowych liści na zewnątrz. Promienie słońca odbijały się od okruchów szkła, tworząc na brudnych ścianach drgające rozbłyski tęczy. Przymierze między naturą a człowiekiem. Świat na chwilę zamarł w oczekiwaniu. Cała hala pokryta była grubą warstwą kurzu i naniesionej ziemi. Gdzieniegdzie stały rdzewiejące puszki po farbach, a przy zwalistych cielskach uśpionych maszyn posadzkę znaczyły tłuste, ciemne plamy oleju. Dawno już nie było tu człowieka, który przejechałby ręką, ścierając brud z paneli kontrolnych. Nikt przez lata nie bronił dostępu do opustoszałych hal fabrycznych, aż w końcu ludzie porozkręcali i wynieśli to wszystko, co dało się oderwać od podłoża i przetransportować. Odspawali metalowe szyny i rozebrali tory prowadzące tu od jednej z rozjezdni dworcowych. Przyroda zatroszczyła się o resztę, wchłaniając w siebie smętne pozostałości niegdysiejszej obecności człowieka. Zostały mury. Aż dziw, że szabrownicy nie rozebrali ich i nie wywieźli stąd na taczkach wszystkich cegieł. Ale może uznali, że zdobycz nie warta jest tej ilości strachu, jaki trzeba za nią zapłacić. Ci, którzy świadomie wkraczali na ten teren, musieli się liczyć z konsekwencjami. Dawno temu, gdy zmieniły się zarówno koniunktura, jak i polityka gospodarcza nieistniejącego już państwa – osada zaczęła podupadać. Staczała się w przepaść wolno i konsekwentnie. Początku tej drogi po równi pochyłej nikt nie dostrzegł. Gdy zorientowano się w sytuacji, nie było już nikogo, kto byłby w stanie wziąć na swoje barki odpowiedzialność za ludzi i zatrzymać spadający z głuchym łoskotem głaz odrętwiałego z przerażenia społeczeństwa. Zresztą…, w tamtej chwili niewiele już pozostało do ratowania. Wówczas rodzina, wykorzystując zaistniałą sytuację i przewidując dalekosiężne konsekwencje wykorzystania posiadanych informacji – zaczęła działać. Po cichu i w tajemnicy. Działka za działką, hektar za hektarem wykupywali te te-

96

reny, aż w końcu wszystko wokoło należało już tylko do nich. Wyludniona, martwa strefa w opinii ogółu miała pozostać ziemią niczyją. Watahom łupieżców pozwolono jeszcze przez kilka lat przemierzać te tereny – wyczyścili je ze wszystkich zbędnych śmieci. Potem sami odeszli. Jeszcze przez jakiś czas snuli się tu wygnańcy, upatrujący w zarastających lasem osiedlach ziemi obiecanej. Jednak wystarczyło kilka sprytnie wcielonych w życie zabobonów. Szybko opuścili granice strefy, by nigdy już do niej nie powrócić. To jej pozostawiono we władaniu małe sekrety ukryte pod powierzchnią ziemi. Była ich opiekunką i strażniczką. A teraz przyszedł czas na zmiany. To było ryzyko. Z jednej strony determinacja i poczucie obowiązku, z drugiej szaleństwo. Co przeważy? Czy w chwili próby znajdą w sobie dość siły, by przekroczyć granicę życia i śmierci? Wahanie z ich strony może oznaczać porażkę. Decyzja nazbyt pochopnie podjęta – klęskę. Aurea mediocritas. 12. Nie tego się spodziewała. Liczyła raczej na stal i hartowane szkło, konstrukcję prostą w formie, zwartą…, jeśli nie hermetyczną, to przynajmniej zamkniętą. Dającą gwarancję bezpieczeństwa i przetrwania. Ale to, co miała właśnie przed oczami, nie spełniało żadnego z powyższych wymogów. Mirandolla Pad z niedowierzaniem spoglądała na ruiny. Powyginane stalowe wzmocnienia wystawały z ceglanych ścian. Nie było drzwi. Tylko nieliczne otwory okienne posiadały jeszcze framugi. Okruchy potłuczonych szklanych tafli chrzęściły pod stopami. Zajrzeli za załom muru. Spośród mieszanki żwiru i piachu wyrastały pokrzywy. Mirandolla rozejrzała się uważnie. Wśród gruzu dostrzegła babki lancetowate i krwawniki. Przy wybitej w ścianie dziurze zostawiono rdzewiejącą beczkę po oleju. Na powierzchni stojącej w niej wody zebrał się już spory kożuch glonów. Przeszła kilka kroków dalej, by zerknąć na zacieki pokrywające zachodnią ścianę. Z daleka wyglądały jak brudne plamy szarozielonej farby. – Niesamowite… – szepnęła. – Co? – chciał wiedzieć Len Gorgon. Odrzucił kamień, który wcześniej skanował. Okruch skały głośno uderzył o podłoże. W otaczającej ich ciszy, pozbawionej nawet brzęczenia owadów, zabrzmiało to jak wystrzał ze starodawnej broni palnej. – Te plamy – Mirandolla wskazała na cegły. – To porosty. W ogóle się ich tu nie spodziewałam, choć może jest to jakieś wyjaśnienie. – Dlaczego tak cię zdziwiły? – Cóż… Jakość i ilość porostów zazwyczaj bywa traktowana jako wskaźnik jakości powietrza. Biorąc pod uwagę, że był to kiedyś teren przemysłowy, nastawiony na grabieżczą eksploatację środowiska, a nie na dbałość o równowagę ekosystemu, można się było raczej spodziewać jakichś pozostałości po kwaśnych deszczach w postaci zmutowanej flory. Byłam na podobnych terenach i wiem, co mówię. Łąki czterolistnych koniczynek w porównaniu z niektórymi okazami to betka. Ale tu nie ma zauważalnych śladów mutacji. Wręcz przeciwnie. Odrodzenie się porostów świadczy o samooczyszczeniu powietrza i wody. Może nawet gleby. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, zważywszy na brak jakichkolwiek zwierząt czy owadów. Po prostu… nie umiem tego wyjaśnić w żaden racjonalny sposób.

Katarzyna Żak


Horyzonty Wyobraźni Len w wyciągniętej ręce trzymał dysk skanera i dokładnie badał wodę zgromadzoną w beczce. – Przynajmniej są jednokomórkowce – stwierdził. Miradolla zerknęła na czytnik. – Pantofelki… – Czy to ma jakieś znaczenie? – Nie jestem biologiem, ale, uwzględniając okoliczności, ten ekosystem do normalnych nie należy. – Zależy co przyjąć za normę – stwierdził Len, przytaczając słowa Dienera. – Zbierzmy dane, może przydadzą się do czegoś naukowcom w Centrum. Ale nie traćmy też zanadto czasu. Nie po to tu jesteśmy. Wejście do hali stanowił postrzępiony otwór w murze. Prawa jego strona, pozbawiona framugi, straszyła obitymi cegłami. Z lewej zwisało jeszcze jedno skrzydło metalowych, przerdzewiałych drzwi. Ciekawe, że ich jeszcze nikt stąd nie zabrał. Wchodziła powoli. Ostrożnie stawiała kroki, by nie wzbić w powietrze zalegającej na podłożu warstwy pyłu. Idący przed nią Len Gorgon również starał się ograniczyć swe ruchy. Najdziwniejsze dla niej było to, że przy tej liczbie otworów w murach, powinny być tu regularne przeciągi, uniemożliwiające gromadzenie się pyłów i piasku. Tymczasem warstwy zalegające przed nimi dokumentowały lata spokoju. Nikt tu nie wchodził od bardzo długiego czasu. Odbicia ich stóp przypominały Mirandolli ślady odciśnięte w regolicie przez pierwszych ludzi na Księżycu. Nie była pewna, skąd się wzięło to wrażenie, ale naraz zdała sobie sprawę, że są obserwowani. Przystanęła i wolno zerknęła za siebie. Nikogo. Jednak nieprzyjemne ciarki wciąż przebiegały jej po plecach. Len Gorgon zniknął w otworze drzwiowym prowadzącym w głąb budynku. Zignorowała pył na podłodze i pobiegła za nim. Zgodnie z przewidywaniami w powietrze wzbiła się szara chmura i zawirowała na wysokości kilkunastu centymetrów. Mirandolla nie zamierzała czekać, by zobaczyć, jak z powrotem opada. Za nic by się nie przyznała, ale w tej chwili cieszyła się z obecności drugiej osoby, nawet jeśli był nią tylko mrukliwy naukowiec. Korytarz, w którym się znalazła, był dość szeroki, by mogła tędy przejechać mała platforma transportowa. Po obu stronach znajdowały się drzwi. Wszystkie zamknięte. Kilkadziesiąt metrów przed sobą dostrzegła Lena. Stał nieruchomo przy wylocie przejścia. Widziała wyraźnie jego ciemną sylwetkę na tle jaśniejącego tła. Widocznie korytarz prowadził na zewnątrz bądź też do bardzo dobrze oświetlonego pomieszczenia. Zwolniła, by uspokoić oddech. Podeszła do niego i zamarła. Znajdowali się u wejścia do ogromnej hali. Przed sobą mieli metalowe schody, które prowadziły kilka pięter w dół. Nic dziwnego, że z zewnątrz nie można się było domyślić rozmiarów budowli. Pomieszczenie zostało wpuszczone w podłoże i tylko dwie kondygnacje wystawały ponad powierzchnię ziemi. Było bardzo jasno. Budowlę wieńczył przeźroczysty, kopułowy dach, który zachował się w całości. Widać było przez niego błękit czystego nieba. Okalające teren drzewa stały na tyle daleko, że nie broniły dostępu światła. Całkiem możliwe jest też – Mirandolla przyglądała się filarom – że poniżej, ukryte pod powierzchnią ziemi, znajdują się kolejne kondygnacje… Lekkie szturchnięcie Lena przerwało te rozmyślania i kazało jej spojrzeć we wskazanym kierunku.

Gdzie

diabeł

mówi

dobranoc

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Zerknęła na trzymany przez niego skaner, zero oznak życia w obrębie trzech kilometrów. Znów przeniosła wzrok na środek hali. Kilka pięter poniżej, na środku wyrysowanych na pylistym podłożu symboli, stała siwowłosa staruszka. W rękach trzymała wyższy od niej, rozdwojony sękaty kij i zadzierając głowę do góry, wpatrywała się w nich z jawnym rozbawieniem. Zapraszający gest jej dłoni był jednoznaczny. Mieli zejść na dół. Mirandolla raz jeszcze obejrzała się za siebie, podświadomie oczekując, że ujrzy kogoś u wlotu korytarza. Jednak nikogo tam nie było. Zniecierpliwiona potrząsnęła głową, chcąc odegnać nieprzyjemne wrażenie. Pokonując metalowe stopnie, nie mogła zapomnieć o niegdysiejszych przestrogach dziadka, by nigdy nie lekceważyć własnego instynktu. Według jego opinii tylko atawistyczne lęki broniły jeszcze człowieka w obliczu nieuświadomionego zagrożenia. Zawahała się na ostatnim stopniu, ale siła rozpędu nie pozwoliła jej się zatrzymać. Stanęła obok Lena na wybetonowanym podłożu. Staruszka powtórzyła zapraszający gest i mężczyzna ruszył w jej kierunku. Mirandolla patrzyła na to z pewnym niedowierzaniem. Nie wyczuwała w jego ruchach niepewności czy wahania, wolno i pewnie wszedł w obszar pokryty znakami. Kobieta przywitała go skinieniem głowy i przeniosła swój wyczekujący wzrok na Mirandollę, by po chwili utkwić go gdzieś za nią. Dziewczyna widziała, jak Len z niedowierzaniem spogląda w jakiś punkt za jej plecami. Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale pomarszczona dłoń kobiety zaciska się szybko na jego ramieniu. I wtedy to słyszy. Odgłos stawianych kroków. 13. Kościste palce z zaskakującą siłą wbiły się w jego ramię. Jak szpony – przemknęło mu przez myśl. Chciał wyrazić zdziwienie na widok Aleksandra Wille, ale stojąca obok kobieta szybko go powstrzymała. Len poniewczasie uświadomił sobie, że ich skanery w jakiś sposób zostały oszukane. Jednak mimo braku możliwości kontaktu z Bazą, czy choćby ze stacjami przekaźnikowymi w Karpatach, łączność na tym terenie nie była niemożliwa. Istniały alternatywne sposoby komunikacji. Dlaczego więc Wille nie uprzedził ich o swoim przybyciu? Chyba że… Zobaczył, że wita się serdecznie z Mirandollą. Czy to ona zdradziła? Doprowadziła go ich tropem aż tu i teraz pomoże przejąć odkrycie? Len zdawał sobie sprawę, że konkurencja w środowisku naukowym była ostra i wielu z badaczy posuwało się do ostateczności, chcąc ugruntować swoją pozycję bądź podkopać dokonania kolegów. Ale sabotaż misji związanej z Odeonami stanowił zaprzeczenie wszelkich reguł. To była sprawa priorytetowa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie porwałby się na to zadanie. W każdym razie nikt, kto byłby świadomy konsekwencji. Ale Mirandolla? Jakoś nie pasowało to do jej charakteru… 14. – Cóż za niespodzianka. – Tę ironię Mirandolla rozpoznałaby wszędzie. Za nią stoi Aleksander. Podchodzi do niej i rozkłada ręce w powitalnym geście. – Nie przywitasz się z bratem? – Przyrodnim bratem. – Poprawia z niechęcią. Zaskoczenie spowalnia jej reakcje. Aleksander obejmuje ją, zanim zdąży się uchylić.

97


Horyzonty Wyobraźni O tym, co się dzieje, uświadamia sobie po fakcie. Ból i ostrze noża, które Aleksander wolno wysuwa spomiędzy jej żeber. Z niedowierzaniem spogląda w dół. Plama krwi szybko przecieka przez szarą kamizelkę. On coś jeszcze mówi, ale czy to jest ważne…? Powieki się same zamykają. Nie ma już siły… A on się uśmiecha. 15. Naraz ujrzał, jak twarz Willego wykrzywia się w wyrazie zadowolenia, a bezwładne ciało dziewczyny osuwa się na ziemię. – Nie! – głos uwiązł mu w gardle. Ręka staruchy coraz mocniej zaciskała się na jego ramieniu, powstrzymując go przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. – Nie – szepnęła. – To jeszcze nie czas. Len popatrzył na nią zdezorientowany. Starał się skupić wzrok na pooranej zmarszczkami twarzy. – Ona w tej chwili nie żyje. A ty musisz się dowiedzieć, jak do tego doszło. Patrząc na martwe ciało Mirandolli, pomyślał o własnej siostrze. Liria miała bystry umysł i ironiczne podejście do otaczających ją ludzi, on przeciwnie – starał się patrzeć na bliźnich z pewną dozą pobłażania. Jednak zawsze, bez względu na sytuację, udzielali sobie wsparcia. Naukowe dokonania Lirii nigdy nie były powodem osobistych konfliktów, choć prezentując tak różne dziedziny jak kulturoznawstwo i astrofizyka, często zajmowali skrajne stanowiska. On nawet nie umiał sobie wyobrazić ostrzejszego sporu z Lirią… Ale zabić własną siostrę…? Spojrzał na Willego odrazą. – Nie bądź taki oburzony – głos podchodzącego do nich mężczyzny odbił się od pustych ścian hali. – Zrobiłem tylko to, co konieczne. – Zabicie Mirandolli uważasz za konieczność? – A co ty możesz wiedzieć o naszych wzajemnych układach? Nie byliśmy takim idealnym rodzeństwem jak ty i Liria. Po twojej śmierci z pewnością długie miesiące będzie cię opłakiwać – dodał z przekąsem. – Ja nie zamierzam ronić łez nad ciałem tej intrygantki. Chciała przywłaszczyć sobie to odkrycie! Moje odkrycie! – krzyknął. – Czego dotyczy? Wille zaczął krążyć wokół niech, nie przekraczając jednak linii wyrysowanych na podłożu symboli. – Nie masz o tym pojęcia… Te wasze szarady i groteskowe dokonania w Centrum. Te zabawy, które nazywacie projektami naukowymi. Obijacie się o granice tego, co istotne. Lecz nawet gdyby postawić wam je przed oczami i tak nie dostrzeżecie głębi zjawiska. Banda ignorantów. I wy chcecie poznać tajemnice Odeonów? Wybrnąć z tego ślepego zaułka nauki, w który wpędziła was własna pycha? – Co to za odkrycie? Należało zyskać na czasie. Len zdawał sobie sprawę, że Wille przekroczył granicę szaleństwa i nie wolno go lekceważyć. W pewnych kulturach uważano przecież pomieszanie zmysłów za jawny symbol przychylności bogów. Oby bogowie w tej chwili byli jednak przeciwko łamaniu praw natury – pomyślał Len. – Zabójstwo Mirandolli musi mieć przecież jakiś cel i pociągać za sobą konsekwencje. Z punktu widzenia Willego chodziło o wyeliminowanie przeciwnika i o zemstę. Jednak co to oznacza dla niego samego? Gdyby tylko udało się w jakiś sposób wezwać Dienera. Dysk miał w kieszeni kamizelki. Trzeba tylko powoli sięgnąć dłonią…

98

– …przebywają na Ziemi od wieków – Wille zatoczył wokół nich koło. Zapatrzony przed siebie kontynuował pewnym głosem. – To doprawdy zadziwiające, że nikt wcześniej się nie zorientował, że Odeony i błędne ogniki z baśni to jedno i to samo. A wy w Bazie próbowaliście się z nimi kontaktować. I pomyśleć tylko, że wystarczyło przeczytać książki dla dzieci. Wille przystanął przed nimi i spojrzał z uwagą na kobietę. – Kim ty, starucho, tak właściwie jesteś? – Kimś, kto wie więcej niż ty. – Urocze. – Roześmiał się. – A jak zamierzasz wykorzystać tę wiedzę, by mnie powstrzymać? Milczysz? – Dobrze – wtrącił Len, zmuszając Willego, by zwrócił się w jego stronę. – Więc chcesz ogłosić, że Odeony występują już na Ziemi. Ale jak zamierzasz usprawiedliwić naszą śmierć? Diener nie odleci stąd bez nas. – Ach tak… Jest jeszcze sprawa Dienera. – Sięgnął do kieszeni i rzucił Lenowi małą blaszkę. – Wydaje mi się, że to wyjaśnia powyższą kwestię. Len trzymał w dłoni identyfikator pilota. Podniósł wzrok na stojącego przed nim mężczyznę. – Czy warto było zapłacić taką cenę? – W tej chwili najchętniej kazałby rozerwać na strzępy tego szaleńca. Należało jednak opanować własne emocje i kalkulować na zimno. – Jak na mój gust przykładasz do tego zbyt dużą wagę. Beztroska tego stwierdzenia zmroziła Lena. – A teraz… – Wille zwrócił się do stojącej nieruchomo kobiety – poproszę o kompletne dane. – O czym on mówi? – chciał wiedzieć Len. – No tak… Ty przecież dalej nie wiesz, o co chodzi. – Uśmiech Aleksandra Willego wyrażał złośliwą satysfakcję. – Dla twojej informacji, bo i tak nie zdołasz zrobić z niej użytku… W martwej strefie Odeony są w stanie przeżyć nawet do kilkudziesięciu dni. Jeśli ograniczy się przepływ fal elektromagnetycznych, to nawet do kilku lat. To dlatego jest tu tak ograniczona możliwość komunikacji… Już ona się o to postarała. – Ruch głowy Aleksandra skierowany do stojącej obok kobiety, Len uznał za coś pośredniego między gratulacjami a podziękowaniem. – A ponadto jest tu przechowywany komplet danych na temat miejsc występowania Odeonów na Ziemi. I właśnie o to w tej chwili proszę. Na razie w sposób grzeczny – dodał. Groźba w głosie Willego była oczywista. Len przestał mieć już jakiekolwiek złudzenia, co do możliwości przeciągnięcia szali na swoją korzyść. – Jesteś pewny, że tego właśnie chcesz? – Kobieta wsparła się na kiju i spoglądała na Willego przez rozwidlony koniec. – Taka prośba pociąga za sobą konsekwencje… – Tylko bez zabobonów. – Wedle życzenia… – szepnęła, wyciągając przed siebie dłoń i rozwierając szeroko palce. Wille zbliżył się, chcąc ujrzeć to, co spoczywało w jej ręce. Len również się nachylił. Na otwartej dłoni leżała czarna bryłka. Nic więcej. – Co to ma znaczyć?! – Wille postąpił kolejny krok do przodu i gwałtownie ujął kobietę za przegub. Potrząsnął jej dłonią tak, że bryłka spadła i potoczyła się pod nogi Lena. Ten pochylił się i ją podniósł. Węgiel. Po prostu węgiel. Kobieta uśmiechnęła się z zadowoleniem. – Nic nie rozumiesz – stwierdziła. Odchyliła głowę do tyłu. Jej długie siwe włosy zatańczyły w podmuchach nagłego wiatru. Przymknęła oczy i szepnęła:

Katarzyna Żak


Horyzonty Wyobraźni

Gdzie

diabeł

mówi

dobranoc

99


Horyzonty Wyobraźni – Ad me. Wille wpatrywał się w nią ze złością. – Łaciną niczego nie załatwisz – syknął. Ale Len już widział, co się dzieje. Niepostrzeżenie odsunął się od nich i wyszedł poza obręb wyrysowanych wzorów. Aleksander Wille wciąż trzymał nadgarstek kobiety, gdy podleciał do niego Odeon. Mała, rozbłyskująca wyładowaniami kula zatrzymała się tuż za jego plecami. Przez chwilę unosiła się na wysokości jego łopatek. Kobieta zacisnęła dłoń w pięść. Len widział, jak powoli półprzeźroczysta istota wnika w ciało Willego, by rozświetlić je od środka. Na ten jeden, krótki moment wszystkie połączenia nerwowe mężczyzny stały się widoczne. Wille gwałtownie zaczerpnął powietrza i rozwarł usta do bezgłośnego krzyku. Odeon przeszedł przez jego ciało niczym ważka pokonująca mgłę. Wynurzył się po drugiej stronie i zawisł nieruchomo nad dłonią kobiety. Ciało pozbawione ducha upadło z łoskotem na ziemię. Len stał, wpatrując się w tę scenę z niedowierzaniem. Jeszcze nigdy nie widział, by Odeon przenikał przez jakikolwiek obiekt, obojętne, czy martwy, czy też ożywiony. Te istoty zawsze omijały wszelkie przeszkody, przy śluzach czekały na otwarcie się drzwi bądź wybierały inny kierunek lotu, a ich zewnętrzna błona zanikała tylko wówczas, gdy łączyły się w większe kolonie. Odeona można było wziąć do rąk i przenieść na inne miejsce, umieścić w zamkniętej przestrzeni, czy w końcu wyrzucić za drzwi. Nigdy jednak nie widział, by jakakolwiek z tych istot przenikała przez materię. To rzucało zupełnie nowe światło na dotychczasowe badania. Znów trzeba będzie zweryfikować dotychczasowe odkrycia. Kilka lat pracy oraz dokonania kilkudziesięciu naukowców zostały właśnie postawione pod znakiem zapytania. Len zwiesił głowę i podszedł do spoczywającego na ziemi ciała Mirandolli. Pojedyncze istnienia ofiarowane teraz na poczet przyszłego ocalenia? Nie chciał się z tym pogodzić. Przykucnął i delikatnie odgarnął jej z twarzy kosmyk włosów. A miała to być tyl-

ko rutynowa misja. Nawet nie misja… Nie zdefiniowano żadnego zagrożenia, nie posłano z nimi wsparcia wojskowego. Planowali powrót w ciągu niecałych dwudziestu czterech godzin. A teraz nie wszyscy powrócą. I jest jeszcze Wille. Zdrajca w ich szeregach. Carela Calavri czekać będzie drobiazgowe śledztwo. Zniechęcenie brało górę. Kiedy przyjdzie ten czas, że zyski będą przynajmniej równoważyły straty…? Usłyszał za sobą kroki zbliżającej się kobiety. – Dlaczego nas tu wezwałaś? – Ponieważ nadszedł czas, by przekazać wam to, co wiem. Od lat moja rodzina bada te istoty. I od lat je chroni. To wszystko – zatoczyła ręką wokół siebie – należy do mnie. I teraz wam to przekazuję. – Dlaczego? – Cóż… Wszystko ma przypisany sobie czas. Jest czas siania i czas zbierania plonów. Mój czas już mija. Lecz jej jeszcze nie nadszedł… Len patrzył z niedowierzaniem, jak kobieta chwyta za ręce bezwładne ciało Mirandolli, lekko unosi korpus i pozwala, by przeniknął przez nie Odeon. Tak jak wcześniej widział Willego otwierającego usta do ostatniego krzyku, tak teraz ujrzał Mirandollę zaczerpującą gwałtownie haust powietrza. Dziewczyna zamrugała powiekami i rozejrzała się niepewnie. Dzwoniąca w uszach cisza była przeraźliwa. – Widziałam… – słowa jej zamarły. – Gdzie byłam…? – Nie martw się, dziecko. – Siwowłosa kobieta pomogła Mirandolli wstać. – O wszystkim zapomnisz, nim wzejdzie nowe słońce. Szczeliny między światami zawsze są krótkotrwałe. Na szczęście dla żyjących. Len podszedł do nich, by podtrzymać chwiejącą się na nogach Mirandollę. – Dlaczego to robisz? – powtórzył swe pytanie. Kobieta uśmiechnęła się, wręczając mu sękaty, rozdwojony kij. – Ponieważ wierzę, że ludzkość nie może być aż tak głupia, za jaką chce uchodzić.

Katarzyna Żak Pisarka-hobbystka. Teksty tworzy okazjonalnie, w zależności od humoru i wolnego czasu, oscylując między SF, realizmem magicznym, kryminałem i felietonem. Wychodzi to nadzwyczaj eklektycznie. Za papierowy debiut z zakresu fantastyki uznaje publikację opowiadania „Powrót ad fontes” w SFFiH (wcześniej nagrodzonego w konkursie „Horyzonty wyobraźni” 2010). Inne debiuty trudno lokować w czasie. Planuje przejść etapami Główny Szlak Beskidzki, bo w górach zawsze można spotkać jakichś obcych (czyt.: ufoludki). Obecnie, w ramach gimnastyki intelektualnej, porywa się na grubszy tekst, ale jaki potwór z niego wyjdzie, to już zupełnie inna historia…

100

Katarzyna Żak


Otuleni Natchnieniem

Łukasz Sawczak W służbie króla szczurów ilustracja Krzysztof Trzaska Natychmiast po przekroczeniu progu królewskiej komnaty należało bezwzględnie opaść na cztery łapy. Nikt, absolutnie nikt, nie odważyłby się na wertykalną postawę w obliczu monarchy. A już na pewno nie ja. Przypadłem więc do zimnej piwnicznej podłogi, a ogon podwinąłem pod siebie (leżący pokotem wzdłuż ścian strażnicy mieli paskudny zwyczaj podgryzania petentów). Trąc podbrzuszem po szorstkim betonie, pełzłem mniej więcej w kierunku tronu. Głowy podnieść nie miałem śmiałości, więc jedynie strzelałem oczami na boki, napotykając złośliwe spojrzenia czekających na mój błąd gwardzistów. – Szkodniku, unieś głowę – usłyszałem łaskawe przyzwolenie, więc natychmiast spojrzałem w twarz króla szczurów. Nie należę do najmniejszych w swoim gatunku. Powiedzmy, że jestem jego przeciętnym przedstawicielem: średnio dużym, średnio umięśnionym. Natomiast o monarsze można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest przeciętny. Jego potężne, tłuste cielsko spoczywało na drewnianym tronie, fałdy skóry wylewały się poza poręcze, a dłonie – w tym jedna ściskająca złote berło – ledwo były widoczne w gęstwie puszystego futra. Skurwiel (i mam nadzieję, że nie był w tym momencie zajęty skanowaniem zbiorowej jaźni) był cztery razy większy od największego ze swoich gwardzistów. Tłusty, utuczony, ale najniebezpieczniejszy ze wszystkich, co podkreślała dobitnie złota korona, spoczywająca na siwiejących skroniach. Nie czyni się królem byle kogo. – Mój królu – wydałem z siebie ledwie tchnienie, ponownie waląc pyszczkiem o podłogę. – Za swe zasługi, Szkodniku, powstań. Czy wspominałem już, że w otoczeniu króla nikt nie śmiał przyjąć pozycji na dwóch łapach? Aż się zachłysnąłem, a po wszechumyśle poniósł się pomruk oburzenia obecnej w sali tronowej szlachty. Wstrząśniętej i wciąż – oczywiście – rozpłaszczonej na piwnicznej podłodze. Z poczuciem triumfu uniosłem się więc, ale nie zdecydowałem na pozycję wyprostowaną. Zgiąłem kręgosłup w ukłonie tak, że oglądałem teraz swoje tylne łapy i wcale przystojny, podwinięty ogon. Czekałem, ale czułem ich myśli: oto szpieg jego królewskiej mości, konfident, kapuś, szperacz; podpierdolił wreszcie kogoś wystarczająco wysoko postawionego. Aparat kontroli ponad aparatem partyjnym. Ha! Królowi musiała spodobać się moja postawa. Wielki Pożeracz Emocji pozwolił mi przez moment poczuć swe łaskawe, leniwe zadowolenie, zanim znów raczył przemówić. – Szkodniku, czy jesteś gotów wyświadczyć swojemu królowi przysługę? Szczury niewiele odczuwają emocji. Dysponują jedynie tym, czego w swej łaskawości użyczy im Wielki Pożeracz, a są to z reguły myśli drapieżne, służące do potęgowania

102

konkurencji i wielkiego wyścigu. Jednak w tamtej chwili byłem naprawdę bliski poczucia wdzięczności i rzucenia się mojemu królowi do łap. Czy byłem gotów? – Na twój każdy rozkaz, panie – wymamrotałem, dalej w głębokim ukłonie. – Doskonale! Wybierzesz sobie pięćdziesięciu ochotników i wyruszysz – dziś jeszcze – z delegacją do wielkiego nekromanty! No i masz. Czyli jednak popadłem w niełaskę. *** Zimno rozlało się po moim krwiobiegu i nie puściło nawet kilka godzin po audiencji. Delegacja do człowieka? Na wielkiego szczura! Czymże podpadłem i komu aż tak bardzo? Starałem się myśleć – mimo wszystko – racjonalnie, więc na ochotników wybrałem moich najzagorzalszych wrogów. Lepiej trzymać ich blisko, poza tym otrzymałem od monarchy zdolność jarzma. Musieli mnie słuchać, czy to szlachcic, czy żołnierz. Przynajmniej zabiorę ich w otchłań ze sobą. Wyruszyliśmy w kilka godzin po audiencji. W głowie – oczywiście oprócz nienawiści moich kompanów – wciąż obijały mi się słowa króla szczurów: „Pamiętaj, że szczególnie zależy mi na dobrych relacjach z nekromantami. Ten konkretny ma na zbyciu dużo emocji, którymi możemy wyżywić całe królestwo. Wynegocjuj je i w zamian zrób wszystko, czego będzie chciał, albo okradnij i na koniec się go pozbądź, ale tak, żeby nie było na nas”. I oto jestem: nie wiem, czy ofiara swej reputacji, czy wcześniejszej niekompetencji, bo ze szczurzym królem nigdy nic nie wiadomo. Czy doświadczam łaski czy kary? Jedno było tylko pewne: jeśli zdobędę zawartość spichrza tego nekromanty, to już na pewno zostanę szefem wywiadu wojskowego, czy wcześniej popadłem w niełaskę czy nie. W dodatku każda samica (niejedna z wyższych sfer) będzie chciała mieć ze mną swój własny miot, wiedząc, że potrafię ów miot wyposażyć w odpowiednie emocje. A dla mnie każdy krwiożerczy szczur w klanie, to silniejsza pozycja. Ergo: witajcie, arystokratyczne progi. To dlatego moja determinacja była najsilniejsza i mocno trzymała moc jarzma nad małym oddziałem. Korzystaliśmy głównie z zalanych, niewykorzystywanych przez nikogo piwnic. Jeszcze mi tylko było trzeba trafić na łowców skór albo wierzchowców. Przeklętym krasnoludkom – żyjącym w piwnicach, bliżej ludzi – zawsze było za jedno: mięso, skóra czy wierzchowiec, szczur to szczur. Przeklęci barbarzyńcy. ***

Łukasz sawczak


Otuleni Natchnieniem Na miejsce, czyli do starych lochów wybudowanych pod jakimś domostwem w świecie bez sufitu, dotarliśmy starą kanalizacją, wynurzając się przez dziurę w podłodze akurat w chwili, gdy stary nekromanta okradał z życia jedną ze swych ofiar. Zauważył nas, co poznałem po uśmiechu na owrzodzonym pysku. Niemniej dokończył swe ponure inkantacje, pozwalając nam – głodnym i zmęczonym – przyglądać się, jak smakowite resztki emocji spływają barwnymi cieczami do różnorodnych menzurek. Czego tam nie było: strach, histeria, rozpacz, nienawiść (mniam!), nadzieja, ból, determinacja (widać ofiara opierała się długo) i wiele, wiele innych. Jedna smaczniejsza i potężniejsza od poprzedniej. A osobną, dodatkowo zabezpieczoną rurką spływała ciecz najistotniejsza dla nekromanty: śmierć skradziona ofierze. Nigdy nie próbujcie, bo to gorsze od warfaryny. Gdy tylko chudy człowiek o pergaminowej (poza wspomnianymi wrzodami) skórze skończył swoją magię, odwrócił się w naszą stronę. Wyszedłem nieco przed grupę, żeby jasnym było kto nawiązuje z nim kontakt w imieniu wszechjaźni. – Ach, przybyła delegacja od mojego przyjaciela, króla szczurów, władcy bezdennej otchłani! – zwrócił się do mnie, zacierając kościste dłonie, uzbrojone w długie żółte szpony. Przyjaciela, dobre sobie. Szczurzy król nie ma przyjaciół, szczurzy król ma poddanych. Żeby podkreślić dysproporcję między naszymi (jego i moim) statusami, uniosłem się na tylnych łapach i spojrzałem mu hardo w oczy, przełamując strach. Stałem tam sam, oddzielony od – niezbyt mi zresztą sprzyjającej – grupy ziomków, na otwartej przestrzeni. Tylko brakowało, żeby stary kościej był miłośnikiem kotów. – Mów, czego oczekujesz, człowiecze! – nadałem. Pozwoliłem, aby wyczuł moją niechęć, ale już nie strach. – Ach, i prosto do rzeczy! Doskonale! – Znów zatarł dłonie. – Znać profesjonalistów. W porządku, do rzeczy. Potrzebuję miłości. Wspominałem już zapewne, że jako szczur mam spory problem z emocjami, a raczej ich rozumieniem. Te zbędne, nasze pragmatyczne społeczeństwo odrzuciło już dawno. – Gdzie ją zgubiłeś i gdzie najlepiej zacząć szukać? – nadałem pytanie. Regułą było, że różni mieszkańcy piwnic, lochów i kanałów wynajmowali członków naszego społeczeństwa do prac zwiadowczych. Nie dziwota, ostatecznie kto zrobi to lepiej od szczura? Poczułem też ulgę (emocja nieautoryzowana, ale tolerowana), że chodzi tylko o zwiady. Tym gorsze było po chwili moje rozgoryczenie. – Nie rozumiesz... khm... szczurze. Ja jej nie zgubiłem. Ale potrzebuję znaleźć. Pilnie. Komplikacje. Pięknie. – Więc czego od nas oczekujesz? Niezbyt nadaję się do roli swatki – w głowie odbił mi się pełny uznania rechot współtowarzyszy. Mogliśmy nie rozumieć miłości, ale doskonale wiedzieliśmy o jej istnieniu i działaniu na przedstawicieli humanoidów. – Szkopuł tkwi głębiej, gryzoniu – nie mogłem nie zauważyć irytacji na jego twarzy i w głosie. – Jest taka przepowiednia, która głosi, że miłość wszystko może odmienić. Próbowałem więc wydestylować ją z moich ofiar, zakochanych czy nie, ale spotkało mnie fiasko. W związku z czym muszę spróbować podejścia bardziej... hmm... bezpośredniego. – Co ci to da? – zapytałem, strzygąc wąsiskami. Naprawdę zgubiłem się w tych jego tłumaczeniach.

W służbie króla szczurów

– Przestanę być tym, kim jestem! Mój los się odmieni! I ma to uczynić prawdziwa miłość! Na mój gust to bzdura była. Jak jakakolwiek emocja – której nie można przecież było zjeść, albo chociaż cisnąć we wroga – mogła odmienić czyjś los? Niemniej rozkaz był rozkaz. – Masz kogoś konkretnego na myśli? – zapytałem więc tylko. – Tak. *** Nie obyło się jednak bez krasnoludków w całej tej popapranej sprawie. Cholera! Mówiłem już na pewno, że ich nie lubiłem. Krasnoludki, przy całej tej ich szumnej cywilizacji, miasteczkach, targowiskach, trasach handlowych, były zadziwiająco brutalne. Szczur zabijał, jak był głodny, krasnal zabijał również dla futer, kłów i trofeów. Szczur nie męczył bez wyraźnego celu – to znaczy jeśli nie chciał wycisnąć z ofiary konkretnych emocji – krasnal potrafił krzywdzić dla przyjemności. Naprawdę! Były gorsze nawet od ludzi, bo ludzie przynajmniej nie polowali na nas w celu uczynienia swoimi wierzchowcami. A przede wszystkim krasnale handlowały emocjami. Wyobrażacie sobie? Zamiast żywić swoje plemię, zamiast oddać swemu monarsze, te parszywe pokurcze zbierały zupełnie im niepotrzebne emocje i wymieniały na targowiskach, podobnie jak nasze skóry. Nie wiem, co mnie bardziej bulwersowało. Wiecie już, dlaczego ich nienawidziłem i bałem się jak ognia. A teraz nie było wyboru, trzeba było wejść z nimi w bliższą interakcję, bo parszywy nekromanta ubzdurał sobie, że miłość wydobędzie z młodej ludzkiej samicy, która uciekła z domu i zgubiła się w podziemiach. Szczury były zwiadowcami, krasnale rościły sobie prawo do tytułu przewodników. Oczywiście za opłatą, o czym głupia dziewczyna pewnie już się przekonała. *** Przewodnikom za przeprowadzenie przez tunele płaci się z góry, więc nic jej nie przyszło z tego, że wymordowaliśmy całą tą czeredę – która udzielała jej schronienia – podczas snu. Emocje, które oddała, przepadły wraz z przegryzionymi gardłami i ostatnimi tchnieniami wydawanymi wprost w czerwone od posoki ryjki moich podwładnych. Nie braliśmy jeńców, za duże ryzyko. Dziewczyna, gdy – w migotliwym świetle zapałek, które miała przy sobie – ujrzała urządzoną przez nas jatkę, zawyła, jakby to ją kąsały nasze zębiska. A potem stała się rzecz niebywała. Zanim przejdziemy dalej, wyjaśnię tym, co nie wiedzą: emocjami można obdarować, ale emocjami można też walczyć, skrzywdzić, niejako wmusić we wroga. Przynajmniej tak działa to tutaj, w świecie piwnic. No więc dziewczyna, jakkolwiek przerażona (na czym nam oczywiście zależało), musiała być już co nieco nauczona. Bała się i odruchowo próbowała strach ten wykorzystać w walce. Pozbyć się go. Nie było to może nazbyt błyskotliwe, bo strach w wielu przypadkach może zastąpić rozsądek, którego nie kupi się nawet na targowisku krasnali, jednakże dość zaskakujące jak na nowo przybyłą do naszego świata. I być może nawet by się udało – przy całym tym zaskoczeniu z naszej strony i zajadłym impecie z jej strony – gdyby nie jeden szkopuł. No bo jakże to: spróbujcie obdarować

103


Otuleni Natchnieniem szczura panicznym strachem przed nim samym... Ot, pomyłka początkującego. Strach, odbity przez nasze niewzruszenie, wrócił więc do właściciela spotęgowany i gorszy niż kiedykolwiek, aż miło było popatrzeć. Jednak nie dla spektaklu znaleźliśmy się w tych przeklętych piwnicach. – Oddział atak z lewej flanki – nadałem komendę. – Szperacz! Ty samotnie z prawej! Nie sztuką jest przycisnąć wroga do ściany. Jednak nie od dziś wiadomo, że szczur bez drogi ucieczki staje się dużo bardziej niebezpieczny. To dlatego popełniłem ten – zdawałoby się – błąd taktyczny. Zależało mi na tym, żeby dziewczyna uciekła, a dla niepoznaki, żeby nie wydawało się to za łatwe, postawiłem na najbardziej oczywistej drodze Szperacza. Miłym dodatkiem do sprawy byłoby, gdyby nasza księżniczka stratowała parszywca jednego. Ostatecznie jednak ogarnięta paniką dziewczyna nie doceniła mojego kunsztu. Czmychnęła wolnym korytarzem, nawet się nie oglądając. Pobiegliśmy za nią, a ja znów, nadając rozkaz poprzez jarzmo, zakomenderowałem: – Oddział! Piszczymy i skrzeczymy! Ale trzymamy się na dystans! Pilnujemy planu! Trzeba było teraz strach naszej panienki podsycać umiejętnie, ale nie pozwolić jej w nim spłonąć. Zależało nam jedynie na tym, aby biegła w odpowiednim kierunku. Dlatego moje szczury piszczały z różnych stron, wybiegając z zaułków, w które ofiara chciała – wbrew naszej woli – skręcić. Hałasowaliśmy i co jakiś czas pojawialiśmy się w promieniu światła rzucanym przez jej zapałki, ale generalnie szybko pozwoliliśmy jej zwolnić do niespokojnego marszu. Jako się rzekło: dziewczyna miała się bać, a nie tracić siły na walkę. W pewnym momencie zgubiła pantofelek, pod którym tak pięknie trzasnął kark Szperacza, a mnie wpadł do głowy ciekawy pomysł. Szybko więc wskoczyłem na biały bucik i wyszczerzyłem zębiska, żeby dziewczyna nie odważyła się po niego sięgnąć. Miło było patrzeć, jak narastała w niej pyszna fobia podlana sosem paranoi... – Pchlarz! Dżumak! Jesteście odpowiedzialni za tego buta! Macie go dostarczyć na miejsce. A jak mi który nadgryzie... – Nie musiałem kończyć. Zresztą lochy pod zamkiem nekromanty były już na odległość szczurzego skoku. *** Mężczyzna czekał. Dziewczyna wbiegła przez ogromne wrota do wielkich, oświetlonych pochodniami lochów. Była jeszcze młoda. Jej brzydki ryjek wykrzywiało bezbrzeżne przerażenie, a po chwili również zaskoczenie, gdy nagle z cienia, wynurzając się teatralnie, wkroczył na scenę nekromanta. Miałem nadzieję, że stary kościej będzie trzymał się planu, bo jeśliby pokazał samicy pysk paskudniejszy nawet od Dżumaka... Słabo znam się na ludziach, ale nie wróżyłem mu wtedy kariery w miłości. Wciąż nurzając się w cieniu wyciągnął dłoń i spopielił wysłanych przodem żołnierzy, którzy umarli spektakularnie, z piszczącą skargą na pyszczkach, a nam gwałtownym gestem zatrzasnął wrota przed nosem. Doskonale. Miałem nadzieję, że teraz szybko zniknie w mroku i da mi działać. Przygotowaną wcześniej szparą dostaliśmy się do lochów, aby móc odpowiednio zająć się dziewczyną.

104

*** – Nie możesz ot tak się jej pokazać, głupie bydlę! – nadawałem wściekle poprzez przestrzeń, wprost do głowy nekromanty. – Czy ty w ogóle znasz pojęcie subtelności? – Ona ma w sobie miłość! Czuję to! Ona na pewno wszystko odmieni! – Tak, ale nie miłość do ciebie! – Co z tego? Wydestyluję... Chwilami czułem się bardziej ludzki od tej karykatury, a uwierzcie, żaden to komplement. – Co ci przyszło z wcześniejszych destylatów? Posłuchasz mnie wreszcie? – Ucichł, więc mogłem spokojniej kontynuować. – Po to zwróciłeś się do króla szczurów, prawda? Żeby pomóc ci odnaleźć prawdziwą miłość? Sprowadzenie dziewczyny to pierwszy krok, teraz trzeba wydobyć jej uczucie i ukierunkować. – Skąd wiesz, że to zadziała? – jego skrzeczący głos drżał od skrywanej rządzy. – Tym się zajmuję w moim społeczeństwie. Szkodzę. Zaszkodzę i jej, ale... – tu przechodziliśmy gładko do mojego prawdziwego zadania – to będzie kosztowne. Muszę mieć dostęp do twoich zapasów. Łypnął na mnie podejrzliwie kaprawymi oczkami i sapnął. – Nie ma mowy! Moje rozwiązanie jest dużo tańsze! – Jasne, ale będzie dużo droższe. Jeśli dziś odejdę, ale po jakimś czasie będę musiał wrócić, to z czystej złośliwości podyktuję ci cenę dziesięć razy wyższą. Tym ostatnim wreszcie złamałem tego starego, skąpego sukinsyna. *** Mój gospodarz zadbał, aby dziewczyna najkrótszą drogą z piwnic trafiła wprost do sali kominkowej, w której dzięki trzaskającym w ogniu polanom już zbierało się przytulne ciepło. Muszę jednak zaznaczyć, że stary skąpiec nawet drew do kominka żałował! Nie mówiąc już o lamentacjach, w rytm których przetrząsałem jego spiżarnię w poszukiwaniu potrzebnych mi emocji. Zajęliśmy się dziewczyną należycie. Gdy zmęczona dotarła wreszcie do miejsca przeznaczenia, co chwila nawołując i wypatrując swojego wybawcy, posiłek już na nią czekał. Gorący i obfity. Aż żal było patrzeć na to, jak pyszna paranoja i strach zmieniają się w zupełnie niestrawne, ciepłe jak jej posiłek, emocje. Patrzenie na nią, jedzącą, czyniło mnie samego głodnym. Niemniej spiżarnia starego kościeja była tak dobrze zaopatrzona, że zdecydowałem się dziewczynę zostawić pożądającemu jej miłości mężczyźnie. – Pchlarz! Po chwili grupa wywołała mojego sierżanta. Razem z Dżumakiem tachali zagubiony pantofelek, z trudem balansując na tylnych łapkach. Nie nadgryźli buta, muszę im oddać. – Doskonale – zawołałem. – Teraz pobawicie się, dranie, w pucybutów. Poprzez więź wyczułem mordercze emocje, które zostały zamaskowane niezbyt umiejętnie. Najwspanialsze było to, że mogli się wściekać, miotać wewnątrz swoich pustych umysłów, ale jarzmo było w moich rękach. Musieli słuchać. – Nie martwcie się – dodałem, a przy każdym słowie moje wąsiska drgały w tikach spowodowanych radością –

Łukasz sawczak


Otuleni Natchnieniem reszta zajmie się czyszczeniem odzieży. Nie pozwolę wam próżniaczyć! Karmiłem się złymi, gwałtownymi emocjami i dochodziłem powoli do wniosku, że szczurzy król obdarzył mnie wielką łaską. *** Nekromanta zdecydowanie nie miał gustu muzycznego, jednakże w przepastnych piwnicach jego zamku instrumentów walało się co niemiara. Wpadłem na nie podczas patrolu (zagoniłem, głupi, do roboty wszystkich, więc to mnie pozostało zapewnienie oddziałowi bezpieczeństwa) i od razu w mojej głowie narodził się pomysł. Najpierw rozmówiłem się ze starym kościejem. Potem zagoniłem kilku niższych pozycją żołnierzy i kazałem im dźwigać. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak silne potrafią być wkurwione szczury, zwłaszcza te poszczute jarzmem. Jednak wyniesienie z piwnicy fortepianu w stanie nietkniętym było wyzwaniem naprawdę nie lada. Łatwiej poszło z wiolonczelą. Gdy wszystko było gotowe, odgrzebałem jeszcze w bibliotece zestaw nut. Cieszyłem się, że niegdyś jedna z moich misji w interesach szczurzego króla miała miejsce w odległej filharmonii. Okazało się wtedy, że mam talent muzyczny. Razem z jarzmem i bandą szczurów efekt mógł być naprawdę ciekawy. Gdy przyszła pora i dziewczyna skończyła swój łapczywie konsumowany posiłek, byłem gotowy. Wyszedłem ostrożnie na środek komnaty, modląc się w duchu do rogatego szczura i wyczuwając przez więź złe życzenia towarzyszy. Pod szyją miałem zawiązaną fantazyjnie muchę, sporządzoną z kawałka obrusu. Prezentowałem się naprawdę olśniewająco, co zapewne sprawiło, że dziewczyna pisnęła nie tyle ze strachu, co z zaskoczenia, wskakując jednak profilaktycznie na stołek. Nekromanta trzymał się scenariusza. – Nie bój się, dziewczę – wyszeptał, ledwie wychylając się z mroku, gustownie ubrany w czarny smoking (raczej trumienną marynarkę, ale staraliśmy się, jak mogliśmy), a na twarz przywdziewając białą, porcelanową maseczkę – pragnę ci udowodnić, że szczury krzywdy nie mogą ci uczynić, jak długo będziesz pod moją opieką. Po czym pstryknął palcami, na co oczywiście zareagowałem jak na rozkaz. Pisnąłem głośno, unosząc ściskaną w dłoni drzazgę, która przy odrobinie dobrej woli robić mogła w oczach profana za batutę, a – siłą rzeczy – moje podrygiwania, za dyrygowanie. Opadła czerwona kotara, do tej pory zasłaniająca lwią część komnaty, za którą, wytężając swój cały spryt i siłę, mój parszywy oddział bezszelestnie stworzył małą salę koncertową. Czyli – mówiąc prosto – przytachał fortepian, wiolonczelę, dwie pary skrzypek oraz trąbkę. Na kolejny mój sygnał szczute poprzez jarzmo szczury zbiegły po ścianach i zajęły przypisane im wcześniej miejsca. Uśmiechnąłem się szeroko, słysząc za plecami ciche piski dziewczyny, i wskazałem podwładnym batutą, że mają zaczynać. Cóż to był za koncert! Najpierw Dżumak, który gracji miał mniej niż mysz z przetrąconym karkiem, zaczął skakać po klawiszach fortepianu wygrywając prostą melodię. Za plecami usłyszałem radosne klaśnięcia w dłonie i śmiech. Dałem znak, i na klawisze zeskoczyły kolejne szczury. Po sali kominkowej niemal natychmiast poniosły się potężne dźwięki „Etiudy rewolucyjnej”, czarujące ową chwilę i przeszywające ciszę tak namacalną, że gdybym chciał, mógłbym się o nią oprzeć.

W służbie króla szczurów

Szczury skakały jak szalone. Oczywiście nic z tego nie było zasługą ani ich, ani tym bardziej czarów cudacznie odzianego człowieka. Wszystkim sterowałem sam, wykorzystując swój talent i doświadczenie. Koncert na dziesięć szczurów powoli dobiegał końca. Z wywalonymi językami moje gryzonie przeskakiwały z miejsca na miejsce, dając z siebie wszystko i wypluwając resztki oddechu. Zgodnie z planem padały pokotem, bez sił, wraz z wygasaniem ostatnich dźwięków i umierały cichutko. Ostatni padł mój sierżant, patrząc na mnie oskarżycielsko. Jeszcze ostatnie dźwięki fortepianu nie wybrzmiały, gdy usłyszeliśmy wszyscy trąbkę. Zrazu nieśmiałą, bo Parchaty musiał przystosować swoje płuca do ilości powietrza, które kazałem mu zaczerpywać. Jednocześnie trzy kolejne szczury zajęły się odpowiednim manipulowaniem tłokami. W tym czasie nekromanta siedział już przy stole z dziewczyną i czarował ją rozmową. Dobierał tematy wcześniej dokładnie przeze mnie wyselekcjonowane. Na tym też się znałem, wystarczająco dużo czasu spędziłem niegdyś szpiegując zwyczaje ludzi w kinie. Oboje popijali wino, ona patrząc niepewnie znad kieliszka, a spod półprzymkniętych powiek, on nonszalancko odchyliwszy się do tyłu i wlewając napój wprost w otwór maski. Oczywiście temat samej maski musiał wypłynąć, ale nekromanta, choć czułem, z jakim trudem zaczęła przychodzić mu rozmowa, umiejętnie stosował uniki i odwołania do różnych utworów literackich i muzycznych w kulturze ludzi. Naraz dziewczyna klasnęła w dłonie i wykrzyknęła radośnie: – Już wiem! Jesteś pod tą maską potwornie brzydki, prawdopodobnie zaklęty i uwięziony w tym zamczysku za karę albo ku przestrodze, a teraz opiekujesz się biednymi podróżnymi, którzy zgubili się w podziemiach, zgadłam? Imponowała mi radosna beztroska i wręcz debilizm dziewczyny, która dała oczarować się naszym zabiegom i bezkrytycznie przyjęła podsuwane jej wzorce. Upiór o dobrym sercu, też mi. Nekromancie na wspomnienie jego parszywej mordy pięści zacisnęły się kurczowo pod stołem i bałem się, że zaraz rzuci się dziewczynie do szyi, aby przemocą, wprost z gardła, wycisnąć z niej wyznanie miłości. Dlatego też natychmiast zawezwałem skrzypków i wiolonczelistów aby, przyłączywszy się do trąbki, nieznośną kakofonią zakłócili intymność chwili i tamtego pytania. Udało się. Nekromanta rozluźnił dłonie, skłonił się dwornie i powiedział tylko: – Jestem na twe każde skinienie, o pani. Dziewczyna spłonęła rumieńcem i wyszeptała z pasją. – Czy jest coś... Czy mogę ci jakoś pomóc, szlachetny gospodarzu, zanim odejdę? – Odejdziesz? Nawet ja ciekawie nadstawiłem ucha, aby zrozumieć co znowu ubzdurała sobie w swojej ślicznej (ponoć) główce dziewczyna. Zwolniłem tempo i kazałem grać ciszej, aby ponownie wytworzył się nastrój. Szczury skwapliwie skorzystały z chwili oddechu. – Oczywiście – odpowiedziała ona – mój przewodnik na pewno po mnie wróci. Obiecał, zostawiając mnie w tamtych podziemiach, a ponoć u nich umowa to rzecz święta. W końcu to krasnoludek, choć odziany cały na czarno. Brr... – otrząsnęła się i nie zauważyła mowy ciała rozmówcy. Nekromanta był przerażony i naprawdę bliski wybuchu. Musiałem działać, nie miałem wyboru.

105


Otuleni Natchnieniem

106

ナ「kasz sawczak


Otuleni Natchnieniem Z bólem i świadomością przyszłych problemów podzieliłem jarzmo na mniejsze części i narzuciłem jedną z nich na dziewczynę, drugi koniec podsuwając kościejowi pod nos. Złapał, patrząc na mnie beznamiętnym wzrokiem spod maski. A ja straciłem część kontroli nad rozwścieczonym i rządnym krwi oddziałem. Musiałem więc działać szybko, póki szczury jeszcze tego nie wyczuły. Kazałem grać rock and rolla i zamęczyć się na śmierć, jednocześnie kontrolując, jak moja magia zadziałała na dziewczynę. Jarzmo musiało być kierowane precyzyjnie i z gracją, jeśli miało coś w tym wypadku przynieść. Musiało współgrać z wywoływaną przez nas nutą miłości, która miała zostać właściwie nakierowana na naszego „szlachetnego upiora”. Szczęście, że trafiło nie tylko na idiotkę, ale w dodatku podatną na te romantyczne bzdury. Jarzmo zaczęło niewolić ofiarę i wyciskać z miłości esencję, której to nekromanta o mały włos nie zaczął spijać wprost z dziewczyny. Trzeba było kończyć party, za wcześnie jeszcze na te oślizgłe zbliżenia, nekromanta był zbyt brzydki, żeby dziewczyna i jej delikatna emocja już to wytrzymały. Muzykanci dogorywali. Jednym sprytnym posunięciem zbudowałem zaczątek emocji w dziewczynie oraz wykończyłem połowę oddziału, który – przypominam – składał się w całości z najzagorzalszych wrogów. Mistrz strategii to ja. Pozwoliłem teraz dograć ostatnie tony i osobiście przegryzłem gardło Pchlarzowi, który był naprawdę silnym skurczybykiem. Był to jasny sygnał dla kościeja, który ledwo nad sobą panował. Pstryknął palcami i naraz wszystkie świece w pomieszczeniu zgasły. Zgasł też płomień w kominku i otuliła nas wszystkich ciemność, pod której osłoną, a do rytmu pisków i pokrzykiwań zaskoczonej dziewczyny, zaczęliśmy zwijać nasz bałagan. Uporaliśmy się ze wszystkim w kilka minut, zbierając ciała, instrumenty (wyniesienie fortepianu niemal bezszelestnie to istny majstersztyk i naprawdę trzeba było nas wtedy widzieć), stół z zastawą oraz inne elementy dekoracji. Zniknął i nekromanta, który po opuszczeniu przez nas sceny działań przywrócił płomienie i oświetlił znów przepysznie przestraszoną dziewczynę. Spotkałem się z nim w pokoju obserwacyjnym. – Słyszałeś? – syknął, jak tylko się pojawiłem. – Przewodnik! Idzie po nią! Nekromanci i przewodnicy nie lubili się. Prawdopodobnie miało to związek z tym, że pierwsi drugim przetrzebiali klientelę, a drudzy pierwszym (wyprowadzając zagubionych w piwnicach na powierzchnię) zapasy materiału. Stanąłem na tylnych łapach i wzruszyłem ramionami w ludzkim geście nonszalancji. – I czym się martwisz? – zapytałem. – Poślę mu naprzeciw z dziesiątkę swoich, może przy okazji którego podziurawi, a mnie mniejszej grupie łatwiej będzie narzucić wolę. Nie zmarnuj mojego prezentu, za który swoją drogą oczekuję rewanżu! Na choćby wzmiankę o jego zapasach nekromanta reagował nerwowo i zmieniał temat. Doszedłem do wniosku, że niedługo doprowadzę go do nerwicy. Teraz stary kościej odsłonił magiczne zwierciadło i pokazał mi obraz z pokoju, w którym została zagubiona księżniczka. – Już czas – powiedział. – Twój plan działa, ale nie możemy ryzykować. – Jaki czas! Spójrz na nią. Urobiliśmy materiał, ale teraz trzeba w nim wyrzeźbić satysfakcjonujący nas kształt! Jak

W służbie króla szczurów

zaczniesz za wcześnie, guzik ugramy! Potrzebuję dostępu do spiżarni, musimy jej emocje podkręcić do maksimum. – Żadnego dostępu! Ona jest gotowa, a ty jedynie chcesz wyłudzić moje zasoby, podły szczurze! Miał rację, ale nie miał tej pewności w głosie. Strzelał na ślepo, ale nie bez kozery zaszedłem w służbach specjalnych tak daleko. – Jak sobie chcesz – powiedziałem więc tylko. – Ale zanim zaczniesz, spójrz z łaski swojej jeszcze raz w zwierciadło. Obraz – na którym znudzona dziewczyna, skubiąc kiść winogron, usadowiła się na jednym z wygodnych krzeseł przy stole – zamazał się i nagle nekromanta zobaczył w odbiciu swój parszywy pysk. Zrozumiał, co miałem na myśli. Wziął głęboki oddech, poczerwieniał na twarzy, a następnie z całej siły uderzył w zwierciadło. To posypało się natychmiast miriadami odłamków i świetlistych odprysków, malowniczo dekorując podłogę. – Idź do spiżarni – wysapał wściekły. – Bierz, ile potrzebujesz. Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać. *** Zamęczyłem obu moich sierżantów, a zarazem szczury odpowiedzialne za pantofelek, więc wyznaczyć musiałem nowych. Nie miało to być łatwe z jednego powodu: jarzmo trzymało dużo gorzej. Obładowany emocjami, pękając niemal w szwach (w szwach to niemal nie pękł durny stary kościej, gdy zobaczył, co zostało z jego zapasów), wtoczyłem się do niewielkiej piwniczki – centrum operacyjnego mojego oddziału – i od razu poczułem złe spojrzenia, usłyszałem szepty i wyczułem nerwowe podrygi wąsów. Rebelia dojrzewała, ale wciąż jeszcze to ja miałem ostatnie słowo. Potoczyłem wzrokiem po zebranych. Mniej niż połowa wcześniejszego stanu osobowego. – Hrabio – zawołałem do ostatniego z arystokratów w naszym uroczym towarzystwie, zarazem przywódcy potencjalnego buntu. – Mianuję cię, jak obiecałem, nowym sierżantem. Poniósł się szmer zaskoczenia. To „jak obiecałem” zmyśliłem na miejscu, ale słowa wprowadziły pożądany zamęt. Dziel i rządź. Mistrz strategii to ja, jak już wspominałem. Żeby dobić towarzystwo, zaciągnąłem nieco – delikatnie, żeby nie poczuli – smycz jarzma, po czym zawołałem: – Łysy! Ty będziesz drugim sierżantem. – Łysy był największym podpierdalaczem, jakiego znałem. Ba, jakiego historia znała! Niech się zastanawiają, na kogo i jakich dostarczył mi haków. Podziałało, bo zaczęli mnie uważniej słuchać, wciąż miałem autorytet. Poza tym byli głodni, a ja zacząłem wydzielać zapasy. – Hrabio, wybierzesz dziesięciu twardzieli i wyruszysz w kanały – powiedziałem, wykrawając co smakowitsze kąski soczystej paranoi i silnego cierpienia. – Naszym śladem podąża samotny przewodnik, którego można i należy wypatroszyć. Łupy są wasze, możecie go męczyć, ale ma w efekcie paść trupem. Pytania? Nie było, więc po chwili zniknęli, unosząc prowiant. Popatrzyłem po pozostałej grupie i znów – na ręce sierżanta – wydzieliłem racje żywnościowe. Nie podzieli ich sprawiedliwie, tego byłem pewny, ale też gówno mnie to obchodziło. To była broszka Łysego, kogo karmi, a kogo głodzi. Jak długo podwładni bardziej nienawidzili jego niż mnie, byłem względnie bezpieczny.

107


Otuleni Natchnieniem – A wy się weźmiecie za sprzątanie – powiedziałem. – Trzeba olśnić pewną samicę. *** Nie wiem, jakie wrażenie mógłby zrobić na potencjalnym ludzkim obserwatorze (poza zwyrodniałym nekromantą) następujący obrazek: leży dziewczyna na szerokim krześle, ululana do snu ciepłym posiłkiem i odpowiednią ilością wina. Po niej – systematycznie odsłaniając jej coraz bardziej nagie ciało – biega w tę i we w tę dziesięć szczurów. Rozbierają ją, zabierają ciuchy (nieuszkodzone, poza kilkoma przegryzieniami, które zaraz się zaszyje) i okrywają ciężkim, nieznośnie śmierdzącym świeżością kocem. Gdybym zobaczył obrazek analogiczny – to znaczy dziesiątkę ludzi golących szczurzycę – prawdopodobnie dostałbym dreszczy z obrzydzenia. Dwóch najsprawniejszych spośród nas zajęło się cerowaniem dziur, przegryzień i obtarć. Pozostali zabrali się za wodę i mydło, czyszcząc odzież. Dostarczyliśmy zagubiony pantofelek, wyczyściliśmy drugi i wszystko to potem – poskładane w kostkę – złożyliśmy na stole. Teraz miała przyjść część najtrudniejsza. Najdelikatniej, jak tylko mogliśmy, zrzuciliśmy samicę na prześcieradło, a następnie przetransportowaliśmy do ustawionego wcześniej w rogu wielkiego łoża z baldachimem. Dziewczyna ważyła więcej niż wyglądała, ostatecznie jednak spoczęła na miękkich puchowych poduchach, a Parchaty nucił jej do ucha kołysankę. Nawet nie posądzałem go o takie talenty. Postawiliśmy jeszcze na stół paterę świeżych owoców i pozostało czekać, aż nasza śpiąca królewna się obudzi i olśnią ją nasze przygotowania. *** Pomimo że od samego rana rozpromieniona dziewczyna biegała po komnatach, podziwiając efekt naszych prac, nie odstępował mnie zły humor. Każdy miewa gorsze dni, ale to było coś więcej i nie zorientowałem się, co, dopóki nie stanęli przede mną Łysy i reszta oddziału. – Nasi umierają – oznajmili, a do mnie przez więź wreszcie dotarła agonia, jedna po drugiej, w nierównych odstępach. – Ilu? – zapytałem. W tym momencie do wszystkich dotarło cierpienie Hrabiego i jego złorzeczenia. – Jedenastu. Czyli krasnal załatwił wszystkich. Jedenaście wielkich, wkurwionych szczurów! Czułem, jak władza wymyka mi się z rąk, a jarzmo napina pod naporem woli podwładnych. Musiałem działać natychmiast. Bez najmniejszego wahania rzuciłem się do gardła Łysemu i – zaskakując go z opuszczoną gardą – przegryzłem mu tchawicę. Chlusnęło gorącą czerwienią, a ja – działając nadal tak błyskawicznie, że do oddziału wciąż jeszcze nie dotarło, co właśnie zrobiłem – rzuciłem się na najbliższego mi Parchatego, przygważdżając go do ściany. Czas było wykorzystać stary, niezawodny terror. – Parchaty – wydyszałem mu nienawistnie do ucha, ale tak, żeby wszyscy słyszeli. – Od teraz ty dowodzisz oddziałem i skończysz jak ta padlina, jeśli chociaż wyczuję twoje wahanie, zrozumiano? Miło było spijać ich strach pomieszany z zaskoczeniem. Nie miałem jednak czasu na degustacje, mój autorytet się

108

sypał, a jarzmo słabło. Docisnąłem gardło ofiary i dopiero wtedy pokiwał głową na znak zgody. Puściłem więc, ale ostrożnie, po czym potoczyłem wzrokiem po reszcie zbieraniny. Wyplułem z siebie pokaźnych rozmiarów paczkę najgorszych emocji, jakie zwinąłem ze spiżarni kościeja, po czym wydałem ostatni rozkaz. – Możecie to zeżreć, możecie użyć jako broni. Bólu i depresji jest tu tyle, że można by rozwałkować pół krasnalowego królestwa. Róbcie, co chcecie, ale krasnal ma być martwy, zrozumiano? Nie ma prawa przejść przez wrota zamku! Wynocha! A potem, nie czekając na ich reakcję, zwiałem stamtąd z podkulonym ogonem, unosząc ze sobą słabnące jarzmo. Było mi potrzebne, co do ostatniego włókna, a już wiedziałem, że cały mój oddział był martwy. Jeśli tamten przewodnik wykończył wielkiego Hrabiego i wybranych przez niego zabijaków, to ta marna resztka pod wodzą śpiewającego dyszkantem Parchatego nie miała szans. Ważne jednak, że to ja zorientowałem się pierwszy, nie oni. Czas mi się kończył i trzeba było zrezygnować z subtelności. Wpadłem do komnaty kościeja, który przez dziurę w ścianie obserwował rozradowaną dziewczynę. – Masz! – zawołałem zziajany, wręczając mu resztki jarzma. – Zarzuć jej ten powróz na szyję jak najszybciej i wyduś, co potrzebujesz! Musimy się śpieszyć! W zasadzie mógłbym teraz uciec, zostawiając cały ten absurd za sobą, ale szczurzy król wydał wyraźny rozkaz. Albo dobre relacje, albo trup. Nie mogłem odejść, nie upewniwszy się, że wykonałem polecenie, wywiadowca mylił się tylko raz. Poza tym w spiżarni wciąż pozostawały zapasy. – Otwórz spichlerz – zawołałem. – On tu idzie! Będziemy potrzebowali każdej broni, jakiej będziemy w stanie użyć! Wahał się ledwie sekundę. Gdy rzucał mi klucze, jego twarz rozjaśniał uśmiech. – Bierz, co chcesz! Z chwilą, z którą ona mnie pokocha, wszystko i tak się odmieni! – po czym wybiegł z komnaty, a ja zająłem się zbieraniem wszystek emocji, jakich do tej pory nie ukradłem staremu głupcowi. Zastanawiałem się też, czy nie powinienem zniknąć, przeczekać burzy, pozwolić nekromancie albo zmienić swoje życie, albo zginąć z rąk krasnoludka, jednak odepchnąłem tę myśl. Gdyby nekromanta przeżył spotkanie i zrozumiał, że go wystawiłem, to jego relacje ze szczurzym królestwem, na które taki nacisk położył władca, nie ułożyłyby się zbyt dobrze. Musiałem się upewnić, że albo nekromanta padnie (wykonany rozkaz), albo osiągnie swój cel tylko i wyłącznie dzięki mojej ofiarnej pomocy (również wykonany rozkaz). Pobiegłem więc do sali kominkowej, w sam czas na spektakl. Nekromanta stał w masce na środku pomieszczenia, a w dłoniach trzymał dłonie dziewczyny. Umiejętnie dociskał jej emocje jarzmem i dobry w tym był, musiałem przyznać. – Odnalazłeś mój pantofelek – mówiła właśnie drżącym głosem dziewczyna – zadbałeś o moje ubrania, o mój dobry sen. Czuwałeś nade mną... – przerwała na chwilę, żeby westchnąć cicho. – Jesteś taki dobry. Miał ją. Ostrożnym ruchem sięgnęła do maski i położyła na niej dłonie. Potem zdecydowanym gestem odsłoniła twarz kościeja. Patrzyłem na wszystko w pełnym napięcia milczeniu, wstrzymując oddech i napinając mięśnie grzbietu. W zależności od reakcji dziewczyny zareagować miałem ja. Albo nie.

Łukasz sawczak


Otuleni Natchnieniem Dziewczyna przejechała opuszkami palców po twarzy onieśmielonego mężczyzny i już wiedziałem, że wygraliśmy. Coś szepnęła mu do ucha, zbliżając wargi do jego twarzy i zmuszając, by popatrzył jej w oczy. A potem złożyła na jego ustach delikatny pocałunek, który przypieczętował wszystko. Miłość, szarpana za gardło przez moje jarzmo, wypłynęła z niej jasną poświatą. Z równym napięciem patrzyłem teraz na nekromantę, czekałem na tą mityczną przemianę, magię, która miała odmienić jego życie. Zamiast tego, twarz kościeja wykrzywił grymas triumfu i złośliwej satysfakcji, która dopiero teraz nadała jego twarzy prawdziwy wyraz szpetoty. Przez ułamek sekundy niemal zrobiło mi się żal naiwnej dziewczyny. Przecież każdy ludzki poeta i bard w swych pieśniach twierdził, że jeśli miłość, to do grobowej deski. *** Przypatrując się plugawym praktykom nekromanty – i dbając o to, żeby wiedział, że byłem z nim do końca – przysłuchiwałem się niespokojnie odgłosom dobiegającym zza drzwi komnaty. Hałasy szarpaniny, umierania, wyzwiska i przekleństwa – wszystko to szalało w powietrzu i zagęszczało atmosferę. – Pośpiesz się – warknąłem, wdrapując się na pierś leżącej dziewczyny i spoglądając na pochylonego nad nią mężczyznę. – Bo zaraz będzie za późno. Wraz z przebrzmieniem moich słów wielkie dwuskrzydłowe wrota otworzyły się z trzaskiem, wyważone grzbietem ciśniętego o nie szczura. Zaraz po jego truchle przebiegł Parchaty i jeszcze jeden żołnierz, wycofując się przed wkraczającym do środka przewodnikiem. Obejrzał się i nekromanta, po czym głośno wciągając powietrze wstał z fiolką destylatu w ręku. Zeskoczyłem na ziemię i stanąłem u jego boku, aby przyjrzeć się nowoprzybyłemu. Stary, siwy, ubrany na czarno, ze złamaną szpilką ociekającą krwawą posoką w ręku. Nic ciekawego ani strasznego. Cisnąłem w niego bólem agonalnym, ukradzionym z kościejowego spichlerza. Dołożyłem konfuzję i rozpacz, popierając wszystko paraliżującym strachem. Dobry był. Fechtując ze mną emocjami niczym tą swoją szpilką, odparował ciosy, przeciwstawiając bólowi zaciętość, rozpaczy i strachowi swą żelazną odwagę, a konfuzji poczucie misji. Wszystkie te emocje rozpadły się natychmiast w pył, a my staliśmy naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Tym razem to on zaatakował pierwszy, wychodząc ze sztychem poczucia winy. Odparowałem poczuciem obowiązku i ripostowałem wściekłością, a zaraz potem zdradliwym samoobwinianiem. Uniknął, skubaniec, wychodząc naprzeciw z wiarą we własne siły. Skontrował – jeszcze poprzez unoszący się pył

– za pomocą bólu egzystencji i poczuciem krzywdy, trafiając tym drugim wprost w moje rozdmuchane ego. Pomylił się jednak w doborze. Miałem do króla żal za swą niską pozycję w stadzie, owszem, stąd problem ze sparowaniem doskonale wymierzonego ciosu, ale miałem też coś, czego zwykły krasnal nie mógł zrozumieć: poczucie hierarchii. Wściekły na zadaną ranę ruszyłem przed siebie i skierowałem ogromne ilości złości i strachu, jako zasłonę dymną, po czym wyprowadziłem właściwy atak. Niezrozumienie trafiło przewodnika prosto między oczy, potem – już bezbronnego – dobiłem go zaszczuciem i desperacką presją, której tylko najlepsi uczestnicy wyścigu szczurów potrafili dać odpór. Dlatego po chwili agresor klęczał na posadzce, porażony zaserwowanym mu koktajlem. W jego stronę ruszyły oba tchórzliwe parszywce, które jeszcze chwilę temu podkulały ogony. Fuknąłem na nie głośno. – Precz! Ja to dokończę! Wtedy też wydarzyło się coś, co odmieniło los nie tylko nekromanty. Spartaczył on swoją robotę, ogarnięty euforią. Dziewczyna, w której tliło się jeszcze życie niewydrenowane do ostatniej kropli, złapała kościeja za chudą nogę. No i ten idiota się przewrócił, z krzykiem upuszczając fiolkę z miłością prosto na mnie. Rozbiła się na moim żylastym grzbiecie, kalecząc, a płyn wsiąkł w ranę i futro, nasączając je mdłym zapachem. Oraz zupełnie odmieniając moje życie. *** Spojrzałem w oczy memu najdroższemu przyjacielowi, klęczącemu tam, na posadzce, udręczonemu i pokonanemu. Ubiegłem dwa parszywe szczury, które niepomne rozkazów pełzły w jego stronę. Rzuciłem się im do gardeł. Umierając, patrzyły na mnie z wyrzutem, a przecież świadome były popełnianej niesubordynacji. Ot, nie nadawały się jednak do wywiadu i tyle. Gdy z nimi skończyłem, a nie śpieszyłem się wybitnie, zbliżyłem się do drżącego na całym ciele przewodnika. Tak pysznie pachniał... Pożarłem więc wszystkie złe emocje, karmiąc się jego bólami i uwalniając go od ich jarzma. Gdy wreszcie stanął na nogi, patrzył na mnie chwilę, niepewnie, zanim wyciągnął swą dłoń. Pozwoliłem poczochrać się za uchem, po czym wskoczyć na swój grzbiet. Nie widziałem już w tym nic zdrożnego, połączyła nas miłość po grobową deskę. Nekromanta leżał tam, przypatrując się nam nienawistnie poprzez łzy rozpaczy, sparaliżowany stratą i porażony rozmiarami swej porażki. Zostawiliśmy go w ciemnościach, ale zanim odeszliśmy, odwróciłem się do niego i nadałem ostatni raz: – Miałeś rację, kościeju. Miłość zdecydowanie odmienia los nią obdarowanego.

Łukasz Sawczak Misja wykonana, tytuł obroniony. A więc: Dwukrotnie już „Natchniony”, po konkursie Otuleni Natchnieniem. Dwukrotny finalista Horyzontów Wyobraźni, zdobywca drugiego miejsca w edycji 2011. Dwukrotnie drukowany w miesięczniku „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Powyższa publikacja na łamach Qfantu jest… oczywiście drugą. Pewnie tę swoistą regułę dwójek można by mnożyć, jednak autor liczy, że kolejne publikacje szybko ją zdezaktualizują.

W służbie króla szczurów

109


Otuleni Natchnieniem

Mateusz Motyka

Ten Świat − wprowadzenie dla opornych ilustracja Magdalena Mińko Na początku była pustka, a w niej rzesze pomysłów krążyły, rozbijając się o wieszaki. Przez milenia, między siódmą piętnaście, a ósmą rano, zarodniki wirowały w szatni, czekając na zmiażdżenie i upodlenie. Upodlenie przez wrzask dzwonka… − Światy ginęły wtłoczone w bezlitosną maglownicę, prasującą wszystko na gładko. Alegorię archaicznego systemu edukacji… − Chropowaty głos wyrwał się z pogardliwie wydętych ust. Skromnie oprawione wypracowanie z trzaskiem padło na biurko. Klasa zamarła. Dzień w dzień, tydzień w tydzień, o tej samej porze, przez bite pięćdziesiąt minut zamierali. Wszyscy, ludzie, nieludzie, niezwykłe zwierzęta. Wszyscy, a „bite” nie zawsze pozostawało przenośnią. − Co to było… Oporna? – szepnął nauczyciel. Karwila przyzwyczaiła się, że każda uwaga ze strony „autorytetu” opluwa ją. Brzmiała jak splunięcie. Motywowała jak splunięcie. Na szczęście uczennica wywalczyła sobie strategiczne miejsce na tyłach sali. Ślina Bluzga nie docierała tak daleko… Nie fizycznie. − Słucham? – Dziewczyna przeczesała włosy. Przyjemna szczecina zatrzeszczała między palcami. Mężczyzna sięgnął po kolejne wypracowanie. Uczniowie zamarli. Niemal trzy tuziny serc zadrżało. Karwila nie mogła liczyć na wsparcie, nie ze strony swej cudacznej klasy. Normalnej bandy ludzi, skrzatów i niezwykłych zwierząt, o futrzaku z wymiany uczniowskiej nawet nie pamiętała. Wypracowanie trzasnęło. Nauczyciel złamał grubą oprawkę, torturując skoroszyt, wpatrywał się w dziewczynę. − Przepraszam… − Karwila westchnęła. – Ale chyba zbyt mocno oddałam się interpretacji i nie usłyszałam bądź po prostu nie trafiły do mnie pana uwagi. – Nie spojrzała na człowieka. Skupiła się na wzorze pokrywającym ramię. Giętkim ruchem dorysowała kilka zawijasów. Stalówka lekko trzasnęła. I tak zaraz się zmienią, pomyślała, wodząc wzrokiem po misternych, florystycznych liniach. No tak, w końcu zbliża się zima. Że też muszę być odmieńcem nawet wśród takiej bandy. − Cudaku… − Nauczyciel nie wytrzymał ignorowania, Karwila opuściła dobre pięć wersów codziennej wypowiedzi. – Fakt, który czyni cię tak wyjątkową, w tym próżnym mniemaniu, wcale nie czyni cię od nas lepszą. Musisz przestrzegać tych samych reguł… Dębieję… On mówi z sensem… Źrenice orzechowych oczu rozszerzyły się, dziewczyna uniosła głowę. − I po raz kolejny twoja praca zasługuje na rytualny lot do kosza… No chyba, że pochowasz ją jak członka rodziny. – Bluzg uwielbiał prychać. – To też krzak. To już było rasistowskie… − Karwila przeszyła człowieka wzrokiem. Nauczyciel wstał i z udawaną uprzejmością

110

wyciągnął dłoń ściskającą skoroszyt ku dziewczynie. Ciche chrząknięcie rozgrzało lodowatą ciszę panującą w klasie, napięcie rosło. − Ależ panie pr… − Nastoletni półelf przerwał, unosząc drżącą dłoń. Granatowy mundurek ciasno opinał wąską pierś. − Nie kłopocz się… − Karwila warknęła, czując lekką dozę wdzięczności – Carill chciał panu przeszkodzić, ale w dobrej wierze… A ja… − zawahała się – nie rozumiem, co panu we mnie przeszkadza. To, że nie dobrnął pan do trzeciej strony, nie oznacza, że moja praca jest bezwartościowa i odbiega od tematu. Zalecam przeczytanie. – Nauczyciel zerknął na wciąż uniesione wypracowanie. – Nie rozumiem też uprzedzeń rasowych. Jestem driadą i zasługuję na to samo miejsce w społeczeństwie co elfy, ludzie, ogry, przerośnięte chomiki z Bambuwud czy Niezwykłe Zwierzęta. Może ma pan jakiś problem, o którym moglibyśmy porozmawiać? Jakiś uraz z dzieciństwa? Zgubił się pan w lesie? – syknęła, wiedząc, że już dawno przekroczyła cienką granicę dobrego wychowania. Skoroszyt zadrżał, krew odpłynęła z twarzy nauczyciela. Karwila nie chciała kolejnych problemów. − I niech się pan nie kłopocze, bo moja praca już dawno leży na tej złej stercie zdobiącej pana biurko. Miażdży pan pracę Carilla. I stało się. Przesadziłam. Gdyby nie doświadczenie zdobyte przez rok zajęć z Bluzgiem, część klasy już dawno leżałaby nieprzytomna. Długie wstrzymywanie oddechu i wieczne poczucie zagrożenia pozwoliło na kolejną, udaną, próbę pobicia rekordu wytrwania w sytuacji stresowej. O dziwo, na zaciśnięte wargi nauczyciela wypełznął uśmiech. − Proszę bardzo… − Bluzg rzucił skoroszyt w panicznie dyszącego półelfa. – A co do ciebie, moja… A co do ciebie, Karwillo. – Oparł się o rozklekotane biurko. – Mam listę uwag, ale chciałbym, żebyś zaczęła od wizyty u pani Pedagog. Kolekcja ostrzy, wymyślne narzędzia tortur, koło do łamania kończyn i gablotka pełna współczesnej literatury przemknęły przez pobudzoną wyobraźnię driady. Tortury nie mogły być tak ciężkie, trafi tylko do szkolnego psychologa… Tylko… Powinna zbierać punkty za każdą wizytę, pobiłaby już rekord. Rekord szkoły, rekord Wawowa. − Zrobisz coś jeszcze… − Ton głosu nauczyciela sprawił, że misterne pęki kwiatów na przegubach dziewczyny zwinęły się w ciasne węzły. – Napisz to wypracowanie jeszcze raz. Driada prychnęła. Bluzg ostrzegawczo uniósł palec. − Zgodnie, w stu procentach zgodnie z tematem… − Irytujący dźwięk dzwonka nie zdołał zagłuszyć polecenia. − Czyli… − Karwila zrzuciła podręczniki do torby. Reszta klasy nie śmiała się ruszyć. – Zgodnie z kluczem? – Skrzywiła się, przełykając przekleństwo mające ozdobić zdanie.

Mateusz Motyka


Otuleni Natchnieniem Na powierzchni wodnistych oczu nauczyciela zatańczyły szaleńcze ogniki. Ogniki determinacji i chorej satysfakcji. − Wolę wsadzić mózg do słoika – warknęła, wstając. Reszta grupy odważyła się. Fala uczniów przepłynęła przez salę, rozbijając się o niewidzialną barierę dwa metry przed samotnym biurkiem. Bluzg ściskał jaśniejącą w sztucznym świetle kartę klucza odpowiedzi. − Musisz nauczyć się schematu… − powiedział, wręczając ją Karwili. Sala numer dwadzieścia jeden powoli pustoszała. Mijały cenne sekundy przerwy, aż wśród równych rzędów ławek, w krainie porządku i dyscypliny pozostał tylko on – Utt Bluzen. − Panie Profesorze! − Okrągła jak piłka uczennica wyłoniła się znikąd. − Tak? – Bluzg mruknął, nie opuszczając maski wiecznego zniechęcenia. − Niech pan uważa. – Dziewczyna poprawiła grube okulary. – W przyszłości ktoś może pana opisać… Wcale się to panu nie spodoba. – Wyrecytowała i wyszła, trzęsąc kucykami.

Utt, ironicznie zwany również „autorytetem”, zamrugał. Słowa uczennicy obeszły go. Zachowanie przeraziło. Nie bała się go lub co gorsza: potrafiła to bezbłędnie ukryć. *** Karwila rozłożyła szarą kartkę. „Ten świat – opis dla opornych”. Temat wypracowania zdawał się banalnie prosty. Miała opisać rzeczywistość, w której żyje… Opisać według sztywnego klucza egzaminu końcowego. Czując mdłości, zacisnęła pięści i wrzuciła kulkę do przepełnionego kosza. − Nienawidzę schematów… − warknęła. Los wykazał się złośliwością, kierując nienawistne spojrzenie na pozłacany napis wiszący nad głównym wejściem do szkoły. „Równość w niezwykłości” Nie zważając, czy ciężkie buty ranią stopy otaczającego ją tłumu, zawróciła w kierunku schodów.

Ten Świat − wprowadzenie dla opornych

111


Otuleni Natchnieniem Jeżeli coś jest niezwykłe… Myśli kotłowały się w głowie driady. To nigdy nie jest równe. Minęła grupę śpiewających, niezwykłych szczurów i przygrywającą im niedużą skrzatkę. Szczególnie wzrostem. − Ma te same prawa, ale nie można się ograniczać, przyrównując do innych. Zawsze ktoś na tym cierpi. – Karwila nie zauważyła, że jej myślom udało się wymknąć. Gwar korytarzy zawsze zagłuszał jej przemyślenia. Nie tym razem. − Racja. – Gruba dziewczyna szła tuż obok. Ciemne, ciasno spięte kucyki śmiesznie podskakiwały. – Chcą nas zbić w jedną masę. Driada zatrzymała się nagle. Jękliwy protest zaskoczonych uczniów puściła mimo uszu, musieli ją jakoś obejść. Z pary kłopotów to ominięcie Karwili stanowiło akurat najmniejszy problem. − Teraz się odzywasz? – Mina driady nie zdradzała żadnych emocji. – Zdajesz sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak masz na imię, okrągła koleżanko? – wysyczała. Policzki grubej nastolatki poczerwieniały. Driada myślała, że dziewczyna da jej już spokój, gdy… − Czasem nie dajesz szansy innym się odezwać – burknęła, przecierając okulary. – I napisz tę pracę dla Bluzena, bo u pedagożki robi się ciasno. Karwila zorientowała się, że kojarzy dziewczynę nie tylko z zajęć. − Masz jakiś pomysł? – Karwila zajrzała do torby. − Parę. – Dzwonek załkał równie żałośnie co uczniowie. Sale wciągały uczniów mackami obowiązku, rozpoczynały się, o zgrozo, zajęcia. – Pisz według tego przeklętego klucza, ale tak… − grubaska uśmiechnęła się przewrotnie – jakbyś pisała do kogoś, kto zupełnie nie zna naszego świata. − To chyba logiczne… − Driada mruknęła skołowana. − Do kogoś, kto nawet nie wie, czym jest Wawów, smoki, niezwykłe zwierzęta… Ba! – Korytarz opustoszał, a grubaska zaczęła szeptać. – Nie wie, czym są elfy, krasnoludy i… ludzie. Karwila poczuła, po raz pierwszy w swym życiu, że powinna już być w klasie i uważnie słuchać nauczyciela. Rosnąca ekscytacja nie pozwoliła się jej ruszyć. Dosłownie. Właścicielka podwójnych oczu i śmiesznych kucyków więziła ją, ściskając za ramiona. Entuzjazm bił z pucułowatej twarzy. Słyszę, że z tobą źle, Więc wysłuchaj dobrze mnie… Dreszcz przeszył Karwilę. Gdy gruba dziewczyna zaczęła śpiewać, przypomniała sobie nie tylko jej imię… Trafiła z deszczu pod rynnę. − Lana… Nie śpiewaj, proszę. – Driada wszędzie poznałaby każdy z głosów składających się na chórek pani pedagog. To jedno z narzędzi tortur, które pojawia się podczas „kar”. Wszystko co ci radzę, radzę, raaadzę dziś… − Więc ty słuchaj dobrze mnie i na lekcję śpiesz już się. – Driada wyrecytowała, parodiując tanią melodię. Lana poluzowała uścisk. − Jest jeszcze coś… − Rozejrzała się panicznie. – Kilka osób trafiło do szpi…

112

Miarowy stukot obcasów zabrzmiał na korytarzu. − Na zajęcia – pisnęła, odpychając Karwilę. *** Odór taniej, gumowej wykładziny nie pozwalał driadzie skupić się na głównym temacie kolejnych zajęć. Zajęć, które z łatwością zainteresowałyby dziewczynę. Z trudem odnalazła w sali przedmiot, na którym mogłaby skupić wzrok, nie bojąc się, iż Lana odbierze to jako sygnał zainteresowania. W duchu dziękowała grubasce za radę, ale nie potrafiła jej wykorzystać. Miała stworzyć tekst dla opornych, a nie kompletnych idiotów. Życie pozbawione różnorodności ras wydawało się jej nierealne i po prostu nudne… Nudniejsze niż mapa, na której zaznaczono znany świat. Nagle spośród dźwięków sali czterdzieści – pracowni historycznej – wyłapała ciekawe słowa starego nauczyciela, skrzata używającego brody jako szala. − Wiele wieków minęło, nim rasy zamieszkujące świat doszły do… − Staruszek zakaszlał, nieudolnie ukrywając zmieszanie – do porozumienia. Tak. Możecie zapytać mnie w jakiej sprawie. Czyż humanoidy nie wchodziły w sobie w drogę i nie współpracowały? To prawda, w większości – Znów chrząknął. – Ale gdy powstały cywilizacje, stało się coś… nieoczekiwanego. Wielu z tu obecnych już wie, o czym mówię. Tak, o pojawieniu się Niezwykłych Zwierząt. − To bzdura! – Siedzący blisko nauczyciela kot prychnął. Unosząc dumnie łeb, ciągnął dalej: − Nie powstaliśmy o tak, jesteśmy równie starą… − oficjalny, pseudo-szlachecki, czyli pospolicie snobistyczny ton niezwykle drażnił Karwilę − … rasą. Co wy. – Pręga blasku spłynęła do białym futrze, gdy Per wyprostował się z dumą. Skrzat zachichotał. − To sprawa sporna, ale wszyscy znamy bogatą historię twej rodziny, Per. Mam nadzieję, że będę mógł jutro wrócić do pracy. – Nauczyciel mrugnął do niezwykłego kota. – Nie doniesiesz chyba na mnie swojemu ojcu. – Zaśmiał się pogodnie. − Jasne, że nie… − burknął Per i nabrał powietrza, by przypomnieć, jak wysoko postawionym urzędnikiem jest jego ojciec. − Reasumując. – Skrzat zanotował coś na tablicy. – Według najpopularniejszej teorii Niezwykłe Zwierzęta przybyły na nasz kontynent z innej, odległej krainy, lub uzyskały szerszą świadomość w wyniku wybuchu magii około roku 750. − A o driadach w historii znajdę jeszcze mniej… − mruknęła Karwila, przewracając karty podręcznika. Węzły na skórze nadgarstków powoli uwalniały płatki. − Więcej niż się pani wydaje, panienko Karwilo – Skrzat zaskoczył dziewczynę. – Świat ma wiele historii, choć wspólne wydarzenia. Niektóre rasy wolały zachować odmienność i nie ingerować w życie tak zwanej „reszty”. Driada nie odwzajemniła uśmiechu nauczyciela. Utkwiła wzrok w podręczniku. − Wyobraźmy sobie teraz, jak świat byłby ubogi, gdyby istniała tylko jedna, właściwa rasa… Karwila panicznie podniosła wzrok. Nie, historyk nie patrzył na nią. Starła z ciemnych skroni kropelkę potu. Przecież on nie może czytać w myślach… ***

Mateusz Motyka


Otuleni Natchnieniem Dzwonek uwolnił kolejną falę. Tamy drzwi pękły, pozwalając uczniom zalać korytarz. Zachłannie rozbili się o szafki i gazetki ścienne. Spłynęli schodami prosto do podziemnej szatni. Szkoła to nie dżungla, to głęboki, zimny ocean, w którym nie tylko mogą cię zjeść. Możesz się z łatwością utopić. − Jeszcze tylko dwie godziny! – Lana wynurzyła się tuż przy boku Karwili. − Wiesz, że razem wyglądamy jak orka i pirania? – Driada nie starała się być miła. − Nie musisz mnie obrażać. Wcale nie jesteś normalniejsza. – Otyła dziewczyna z coraz większym trudem przebijała się przez gęstniejący tłum. − Ja zmieniam się z każdą porą roku. Ty z każdą wyprzedażą. − Karwila nie zauważyła, że ludzie jakby przestali usuwać się jej z drogi. − Magiczne, żyjące tatuaże. Też mi coś… Jakbyś się z nimi nie urodziła. − Lana stęknęła, wpychając się pomiędzy wymuskanych chłopaków. Stuknęła palcem w głowę. – To, czy jesteś wyjątkowa, znajdziesz w głowie i nie liczy się twoja rasa… − Oświeć mnie jeszcze, proszę! – Driada zatrzymała się na ścianie uczniów. − To… wszystko… − Twarz Lany na chwilę przemieniła się w karpia. − Zależy od… zachowania… − Dziewczyna komicznie przełknęła ślinę. Karwila zdusiła przekleństwo: − Że co? − Umieram… − Okrągła dziewczyna dostrzegła coś za grubym murem uczniów. – Gdy odpalą muzykę, potnę się… − Że co? – Driada nie popisała się elokwencją, z łatwością wyjrzała ponad tłum. Z cienkich łodyg wijących się na gładkiej skórze wysunęły się kolce. − Nienawidzę jej… − dziewczyny mruknęły jednocześnie. Muzyka popłynęła ze szkolnych głośników. − A kogo ty lubisz? – Lana zapytała, wciąż wpatrzona w dal. − Moje „tatuaże”…. – Karwila zakreśliła palcami ospałe cudzysłowy. – Mówiłaś, że nie liczy się to, jak wyglądasz… Po oświetlonym słonecznym blaskiem korytarzu sunęła platynowo włosa piękność. Gumolit, o który opierały się wysokie obcasy, lśnił jak najlepszy parkiet. Zapach trampek i starych kanapek zmiotła świeżość. Zjawisko zatrzymało się, trzepocząc fałdami białej sukienki. Z miną niewiniątka rozdała zebranym chłopakom koperty. W rzędzie maślanych oczu odbijały się wykaligrafowane słowa. W uszach brzmiała muzyka. Dajcie… Dajcie… Dajcie… Dziewczyna tanecznym krokiem przeszła wzdłuż rzędu, wyciągając alabastrową dłoń. Dajcie… Dajcie… Dajcie… Z każdym krokiem zbierała bogatsze żniwo. W końcu zatrzymała się, wpatrzona w plik banknotów. Muzyka ucichła. Dziewczyna obróciła się w stronę wyjścia. − Tak nie można – Lana szepnęła, lecz jej głos rozbrzmiał w całym korytarzu. Zjawisko zatrzymało się, delikatne nozdrza zadrgały. − To na zbiórkę charytatywną – zawołała przez ramię. – Rada Uczniów mnie delegowała. Mur testosteronu zaklaskał. − A teraz… − wiwaty ucichły. – Uwolnić orkę! – Blondynka zawróciła i ruszyła prosto na tłum. Rozstąpił się z nabożną czcią, odsłaniając samotną Karwilę i Lanę. Zjawisko zbliżyło się do grubaski. Pchnęło ją na ścianę.

− Ty wredna… − Driada rzuciła się w stronę blondynki. − Zostaw – szepnęła Lana, masując ramię. – Nie warto. − To wredna… − Karwila znów przełknęła przekleństwa. – Jest wredna. − I widzisz… Nie jest wyjątkowa. – Lana zmierzyła wzrokiem oddalającą się, zjawiskową sylwetkę. – Nie ma w niej nic własnego… − Oprócz tego, że jest zwykłą… − Driada zawahała się, gdy minęła je grupa pierwszaków. – Wredną osobą. *** Gabinet pani Pedagog wypełniało ponure syczenie. Obślizgły dźwięk wypełzał z rzędu lamp naftowych oświetlających pulpity, przy których specjalnie wyselekcjonowani uczniowie odbywali karę. Karwila wpatrywała się w pustą kartkę. Długo walczyła, by nie wpuścić do głowy przerażających dźwięków próby zespołu muzycznego. Grupa pedagożki ćwiczyła kilka metrów dalej, po drugiej stronie ciemnej sali. Gdy Karwila umieściła ostatnią cegiełkę w potężnym murze świadomości i upodlone dźwięki bezskutecznie odbijały się od bariery, przestraszyła się. Ujrzała pustkę. Nie potrafiła odnaleźć nawet śladu słów. Cienie poprzedniego wypracowania gnały przez otchłań. Musiała wymyślić coś zupełnie nowego. Wyciągnęła kartę z kluczem. − To żałosne… − mruknęła, zapisując pierwszy wers. Opierając się na schemacie, nie znajdywała miejsca na myślenie. Powtarzała te same informacje. Sucho. Bez wyrazu. Z każdym wersem czuła, że traci kawałek mózgu… Nudziła się. Pióro zgrzytało coraz wolniej, coraz wolniej… − Nie idzie ci chyba najlepiej? – uprzejmy głos pedagożki wyrwał Karwilę z drzemki. Śniła, że jej wypracowanie ma formę poradnika przetrwania – podobnego do tych dla traperów i myśliwych. Uśmiechnęła się słabo. − Czy mogę wyjść do toalety? – zapytała asekuracyjnie, markotniejąc. − Owszem… − kobieta zająknęła się. – Tylko zostaw rzeczy. Mimo że smacznie spałaś, to do końca zostało całkiem sporo czasu. Na szczęście pani grupa już skończyła… Karwila odsunęła ciężkie krzesło i krzywiąc się, powitała ból pleców. *** Niski korytarz wieńczyły powyginane czarne belki. Wapno nieskutecznie kamuflowało obrazoburcze, niecenzuralne napisy na ścianach. Poddasze od zawsze było karcerem i rajem dla „tych złych” uczniów. Dziewczyna minęła świeżą manifestację niezadowolenia. „Do stu kominów” wyryte w kruchym murze zaskoczyło nawet ją. Mimo wszystko cieszyła się, że większość czasu spędza w bardziej cywilizowanych rejonach szkoły. Te dzikie korytarze… Stanęła jak wryta. Wcześniej zgubiła rytm kroków, coś jej nie pasowało. Echo nie tworzyło własnych dźwięków. Obróciła się. Pusto. Zeschnięta paprotka zwisała z pogiętego kwietnika, grzyb rósł u szczytu krzywego sufitu. Korytarz był pusty, brakowało tylko kuli śmieci gnanej zawodzącym wiatrem, by Karwila poczuła się jak na prawdziwym pustkowiu. Ktoś szedł za nią. Przysięgłaby, że słyszy cudze kroki. Ruszyła. W końcu nacisnęła obsypaną plamami rdzy klamkę i zamknęła za

Ten Świat − wprowadzenie dla opornych

113


Otuleni Natchnieniem sobą drzwi. Szparą pod cienkimi drzwiami, prosto przez klatkę wentylacyjną przesączyły się kolejne dźwięki. Krok. Krok. Krok. Kolejny… Driada poczuła dreszcz… Kwiaty schowały się w pąkach, szczęka zadrżała. − Co ci odbija? – dziewczyna szepnęła do siebie. – Tu zawsze są jakieś istoty. – Misterny wzór uwolnił płatki. Podeszła do wąskiego okna. Zamknięta w stalowe ramy, pocięta panorama miasta zachwyciła Karwilę. Z oddali Wawów przypominał las. Gęsty, ciemny las. Dym kominów unosił się delikatnie jak mgła nad budzącą się puszczą. Powyginane wieżowce pięły się ku niebu. Sterowiec poderwał się z płyty lotniska i błyszcząc w słońcu, uniósł się nad poszarpanym widokiem… Daleko… Daleko… Na skraju horyzontu. Na spokojnej, przekłamanej panoramie… Łup! Łup! Łup! − Już wychodzę – burknęła driada. Cisza. Nikt nie odpowiedział. Łomot znów rozległ się w sterylnym pomieszczeniu. Dziewczyna podeszła bliżej drzwi. Nie, nikt nie dobijał się do łazienki. Hałas dochodził zza ściany. Delikatnie, z gracją kotki wymknęła się z toalety. Pusto. Paprotka bez życia dyndała pod sufitem, a grzyb powoli zdobywał następne minimetry sufitu. Kolejny łomot. Na palcach doskoczyła do sąsiednich drzwi. Szybki rzut oka na tabliczkę. Wytarty, wielokrotnie poprawiany napis głosił: „Magazyn”. Zajrzała przez uchylone drzwi. Orzechowe oko omiotło małą salkę. W miejscu spodziewanych rzędów półek, kartonów i armii mioteł charakterystycznych dla pomieszczenia gospodarczego, ujrzała niezwykłą salę lekcyjną. Spora prasa drukarska zajmowała większość pomieszczenia, tablice czcionek pokrywały ściany, a paskudne odciski dłoni szpeciły okna. Trzasnęło. Karwila cofnęła się. Za kłębowiskiem przekładni i dźwigni, za żebrowatą konstrukcją dostrzegła nieznajomą postać. Obły wał drukarski zasłaniał jej twarz. Dziewczyna nie chciała otrzymać kolejnej nagany za ucieczkę z zajęć, nawet konserwator nie byłby skłonny do zaświadczenia, że szpiegowanie go to wycieczka do toalety. Zajrzała do sali. Skulony mężczyzna nie przejmował się wyciekającym z tub płynem. Kim był? Może to opiekun Szkolnego Magazynu? Musiało istnieć coś takiego, skoro posiadali mała drukarnię. Istniało. Wspomniała rozrzucone po stołówce ulotki. Zawsze używała ich jako serwetek. Postać podniosła się. Karwila odskoczyła od drzwi, zapamiętując tylko umorusaną, czarną twarz. Zaklęła bezgłośnie. Nie miała gdzie uciec, a mężczyzna musiał ją zobaczyć. Niechętnie, udając nonszalancję, ruszyła w stronę toalety. Jeszcze kilka kroków. Widziała już plamy rdzy na klamce, gdy zawiasy jęknęły. Liście na karku zadrżały, spływając po skórze za bluzkę. Karwila oparła dłoń o zimny metal. − Szukasz czegoś? – dobrze znany głos konserwatora nie uspokoił dziewczyny. – A chyba nie szukałaś toalety. – Wąsata, okrągła twarz wykrzywiła się w przewrotnym grymasie. Karwila obróciła się. Dzierżony w dłoniach klucz hydrauliczny i dzika, śnieżnobiała broda tworzyła z mężczyzny prawdziwego barbarzyńcę. Oczywiście gdyby zastąpić jaskrawozielony fartuch zbroją ze smoczych skór. − Pomyliłam drzwi. – Karwila wysoko uniosła brwi. – Nie jest pan zbyt delikatny, a prasa to chyba… − westchnęła, naciskając klamkę − …delikatny sprzęt.

114

− Wracaj do sali, zanim ktoś inny cię zobaczy. Szybko… − wymruczał prawie barbarzyńca, wracając do pracy. Karwila zawahał się i ruszyła korytarzem. Suchy wisielec zatańczył pod sufitem. Śmierdzące przeczucie nie dawało jej spokoju. Zamek magazynu trzasnął. Zdecydowanie coś było nie tak. *** Karwila wpadła do sali. Drzwi trzasnęły o ścianę, o mało nie wypadając z zawiasów. Szyby drżały jeszcze przez chwilę, w której dziewczyna uspokajała oddech. Próbowała. Pedagożka rozsiadła się w miękkim fotelu. Więźniowie przykuci obowiązkiem do pulpitów nie zwracali uwagi na zajście. Kobieta uniosła dłoń, by poprawić okulary zsuwające się po zbyt wąskim nosie. − Widzę potężny entuzjazm, Karwilo. – Uśmiechnęła się. – Ale lepiej już zajmij swoje miejsce w naszej ostoi kreatywności… − Z chęcią… − bąknęła dziewczyna. Nie mogła się uspokoić, jeszcze nigdy nie odczuwała tak silnego, irracjonalnego lęku. – Tylko gdzie ona jest? – prychnęła, odzyskując odrobinę spokoju. I pedagożka, i dziewczyna rozejrzały się. Przy każdym z pulpitów siedział uczeń, grupa muzyczna pakowała swoje instrumenty, a niezwykła wiewiórka temperowała ołówek zębami. Całkiem niedaleko orka spazmatycznie wymachiwała łapą, co znaczy: Lana serdecznie machała do nowej koleżanki. Znów coś nie pasowało driadzie. Otyła dziewczyna była zbyt wesoła. Zbyt… Lana uprzejmie podziękowała niezwykłemu zwierzęciu i odebrała ołówek. Wiewiórka przyjęła kanapkę i uciekła spłoszona wzrokiem nauczycielki. – Ja już mam swoje miejsce… – Karwila wyrecytowała bez przekonania. Słodki obrazek wygnał strach… Sprowadził zażenowanie. − Co robisz? – warknęła, siadając naprzeciwko Lany. – Wasza próba, przynajmniej mam taką nadzieję, skończyła się dobre dwadzieścia minut temu. Gruba dziewczyna zatrzepotała rzęsami. − Moje własne pole grawitacyjne zakrzywia czasoprzesteń. – Odparowała złośliwość, zaskakując Karwilę dystansem do siebie. – I powinnaś być mi wdzięczna. Odmóżdżyłam za ciebie połowę pracy… – Nadmuchaną dłonią podsunęła plik kartek w stronę Karwili. – Chyba nie chcesz przekupić mnie, bym w jakiś chory sposób stała się twoją koleżanką? – szepnęła driada, sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Nie jest mi to konieczne do szczęścia, ale… – Lana zagryzła wargę. – Jest coś, czym nie mogę się podzielić z innymi… – Rzuciła ukradkowe spojrzenie na chłopaka zbierającego nuty. – Czyli to tylko twój kostium? Zaraz… Podoba ci się i… Nie ma mowy. – Driada obiecała sobie, że jej następne słowa będą w milszym tonie. – A ty wsadzasz na noc stopy do ziemi, by wyssać sole mineralne? – Lana skrzywiła się. – Skończmy to schlebianie sobie i posłuchaj… – Nagle zrozumiała. – Nie! To nie tak! On wcale mi się nie podoba! – pisnęła, zwracając uwagę najbliżej siedzących uczniów. – Uwierz mi! – Wzrok driady kazał jej skapitulować. – No dobrze, biegamy za sobą

Mateusz Motyka


Otuleni Natchnieniem od pierwszej klasy, ale nie… – warknęła, zaciskając pięści. Chłopak wyszedł. Poczerwieniała. – To, że jesteśmy uczniami w tej zwariowanej szkole, nie oznacza, że nasza historia ma opierać się na idiotycznym wątku miłosnym – wysyczała jadowicie i równie cicho co lampy naftowe. – Mamy problem… – Może to potępieniec albo wampir… − mruknęła driada, przeglądając „nie-do-końca-swoje” wypracowanie. – Wykluczone. To coś innego, żywi się w tej szkole… Spójrz na korytarze. Są inne niż kiedyś… NIE! – Wrzask Lany poderwał pedagożkę z fotela. – Nie chodzi mi o Jannka – mruknęła, zaciskając zęby. – Lano… Uspokój się, bo będę zmuszona cię wyprosić. – Kobieta poprawiła garsonkę i oburzona zachowaniem jednej ze swych pupilek wróciła do lektury. – Jeszcze szuflada się zacina… – mruknęła do człowieka krzątającego się przy półkach. – To o co ci chodzi? – Driada sięgnęła po pióro, by dopisać szablonowe zakończenie. – W naszej szkole jest jakiś stwór… – Lana odzyskała naturalny kolor. – No co ty nie powiesz. – Karwila zakreśliła palcem krąg w powietrzu. – Nie… Stwór. Coś co jest tępione… – Grubaska przełknęła ślinę. – Mam swoje typy… Nieprzyjemne uczucie nawiedziło driadę. Żołądek zatańczył, a pnącza zadrżały na gęsiej skórce. – Zjawa? Może szkoła jest nawiedzona… – Lana ciągnęła dalej. – Czy to normalne, że ludzie piją tusz? – Karwila wypaliła, ściągając na siebie karcące spojrzenie nauczycielki. Gruba dziewczyna zamilkła. Zamrugała, znów upodabniając się do karpia. – A wy pijecie? – mruknęła, osobliwie cofając głowę. Nie doczekała się odpowiedzi. – Nie… Tusz jest niezdrowy, zresztą smakuje paskudnie. Wargi Karwili zmieniły się w ostrą linię. Zacisnęła zęby. – Sądzę… – wyszeptała po chwili – Że wiem, kto ma z tym coś wspólnego, a przynajmniej nie jest tym, na kogo wygląda. Oczy Lany pojaśniały. – Konserwator… Gdy wyszłam do toalety, zobaczyłam, jak mocuje się z prasą drukarską, całą twarz miał umorusaną tuszem… – Poczuła, że coś znów jej nie pasuje. Druga dziewczyna poprawiła kucyki, wyprostowała się na krześle i chrząknęła przecząco. Blask ekscytacji zgasł. – Niemożliwe… – chrząknęła melodyjnie. – Dlaczego? – Driada starała się dokładnie przypomnieć sobie spotkanie. – To nie mógł być on. – Kolejne chrząknięcie zmieszało się z metalicznym trzaskiem. – Gdy wyszłaś, przyszedł naprawić szafkę. – Jak to? – Karwila rozejrzała się po pomieszczeniu. – No patrz, znowu mocuje się z drzwiczkami. – Lana wskazała na starszego mężczyznę z trudem wstawiającego liche skrzydło. Driada zaniemówiła. Obróciła się, by postawić kropkę w ostatnim zdaniu wypracowania. Wiedziała, że wszystko, co napisała o jej świecie, nadaje się tylko do kosza. ***

Na co dzień nieprzyjemny korytarz nagle stał się niebezpieczny. Każdy mógł zagrażać Karwili i Lanie. Każdy… Czy to uprzejmy chłopak przytrzymujący drzwi, czy skośnooka skrzatka rozdająca zaproszenia na swoją imprezę urodzinową. Driada całą noc myślała, co mogą zrobić ze swym odkryciem. Miała nadzieję, że się mylą. Ale czy nie wykazałyby się ignorancją, sądząc, że takie stwory nie mogą istnieć? − To zmiennokształtny… − mruknęła, spotykając grubą dziewczynę na korytarzu. − Też tak sądziłam… − odparła, nawet nie spoglądając na towarzyszkę. Szły ramię w ramię, wpatrzone przed siebie. Tłum rozstępował się mimowolnie. – Ale odkryłam coś, co pogrzebało nasze wymysły. − Co takiego? – Driada zerknęła na Lanę. − Poczekaj, aż dojdziemy do szatni. Tu nie jest bezpiecznie – mruknęła dziewczyna, gdy minęły Bluzga. Do oczu nastolatki, z którą rozmawiał w unikatowym, właściwym tylko jemu stylu, napływały łzy. – Umyłby zęby… − Lana wyśmiała szary, odrażający uśmiech. *** W szatni panował przyjemny chłód, pozwalający dziewczynom na trzeźwe myślenie. Kilka minut wcześniej dzwonek wygonił ostatnich maruderów. Od tego, co teraz zaplanują, może zależeć przyszłość ich rocznika, a może nawet całej szkoły. – Zmiennokształtni odżywiają się tak jak istoty, których formę przyjmują. – Lana wyciągnęła notatnik z plecaka. – A jak już ustaliłyśmy: żaden z humanoidów nie wsysa tuszu na śniadanie. – Coś go opętało? – Orzechowe oczy driady zwężyły się. – Duch? – Byłam wieczorem w bibliotece… – Grubaska przewertowała notatki. – I… Nic nie znalazłam. Same musimy dojść do tego, co się dzieje. Może po prostu zapytamy pana konserwatora, czy… – Utkwiła wzrok w czubkach butów. – Zasysa tusz, kiedy ma na to ochotę? – Driada prychnęła. – Mówiłaś, że coś odkryłaś! – naskoczyła na dziewczynę. – TAK! – jęknęła Lana. – To mów, ale proszę, nie przyznawaj się, że chciałaś podbić dramatyzm sytuacji. – Plunęła jadem, w przenośni. – Jest taki rodzaj złych duchów, które potrafią zmieniać kształt… Niszczą swe otoczenie. Można je pokonać, tylko karmiąc je przeciwieństwem ich… – grubaska skrzywiła się – smakołyku. Karwila zaniemówiła na chwilę. Zastanowiła się. – Co jest przeciwieństwem tuszu? – zapytała w desperacji. Lana zatrzęsła przecząco głową, nie miała zielonego, czerwonego, czarnego, jakiegokolwiek pojęcia. – Wtajemnicz zaufanych ludzi… – Driada ścisnęła dziewczynę za ramiona – …i nie ludzi. *** Skromnie oprawione wypracowanie z trzaskiem padło na biurko. – To dla pana… od Opornej… – powiedziała Karwila, gdy wszyscy uczniowie opuścili już salę dwadzieścia jeden.

Ten Świat − wprowadzenie dla opornych

115


Otuleni Natchnieniem Bluzg uśmiechnął się. Szary uśmiech przyprawił driadę o złowrogi dreszcz. Kwiaty znów schowały się w pąkach. – Co to jest? – zapytał drwiąco nauczyciel. Chwycił skoroszyt i rzucił na stertę prac przygniatającą biurko. – Wypracowanie… Kolejne. Chyba lubi pan mój charakter pisma – odparła dobitnie. – Nie schlebiaj sobie… – Zaśmiał się. – Nie muszę – odpowiedziała pusto. Liczba prac zbiła ją z tropu… Rozrzucone, zniszczone… Z poszarpanymi rogami… Oddano je niedawno… W idealnym stanie… – Coś jeszcze, czy chcesz zapuścić korzenie? – Prychnął, uśmiechając się wyniośle. Między poszarzałymi zębami zbierał się ciemny osad… Zbyt ciemny… Tusz. – Myślałam, że stać pana na lepsze docinki. – Zręcznie się odgryzła. – A tu widzę jazdę po schemacie… – Odzyskując całą pewność siebie, wyszła z sali bez pożegnania. Wiedziała już, co jest przeciwieństwem smakołyku bestii. Wiedziała, kto nią jest. *** Spóźniła się. Definitywnie. Korytarze opustoszały, a do przeszklonych, ohydnie różowych drzwi było zbyt daleko. Krok za krokiem. Biegła. Wywarzając drzwi barkiem, wpadła do sali. Tylko jedna para oczu z trzydziestu pięciu skierowała wzrok w jej stronę. – Spóźniłaś się, Karwilo. Musimy to odnotować… – oznajmił szpakowaty nauczyciel algebry. – Cii… – blond zjawisko uciszyło wykładowcę. Driada dopiero teraz dostrzegła przygniatającą obecność „delegatki rady uczniów”. Westchnęła ciężko. Nie zdziwił jej brak reakcji ze strony mężczyzny. Speszony, opuścił wzrok. – To jest chore… – Driada prychnęła, przypatrując się swojej klasie. – Cichutko! – jęknęło zjawisko. – Proszę o datki na rzecz renowacji…– Z głośnika nad drzwiami popłynęła ckliwa, hipnotyzująca piosenka. Trzask! Głośnik roztrzaskał się o podłogę, wydając agonalne nuty. Karwila zatarła ręce. Muzyka ucichła. – Skoro już zyskałam uwagę wszystkich… – Uśmiechnęła się, parodiując blondynkę. Musiała pozbyć się nauczyciela i paskudnej ślicznotki. – Chciałabym ogłosić… – Wpadła na pomysł. – Pan Dyrektor wzywa pana do swojego gabinetu. – Nauczyciel poruszył się niespokojnie. Zwróciła się do piękności: – I ciebie też. – Skąd ty niby wiesz takie rzeczy? – Blondynka obruszyła się. – A kto spędza każdą czwartkową przerwę obiadową na jego dywaniku? – Karwila zapytała słodko. Chowając w kieszeni szacunek do siebie, zatrzepotała rzęsami. – Skoro tak… – wyseplenił nauczyciel. – Lepiej się pośpieszmy… Wyszli. Dziewczyna protestowała – nie zebrała żniwa. Mężczyzna wykazał się szczątkową stanowczością. I co ja mam teraz powiedzieć… Driada zrzuciła z twarzy maskę szyderstwa. Powiodła wzrokiem po swojej grupie, większość wpatrywała się w nią, ciekawa, co chce im powiedzieć. Reszta dalej smacznie chrapała. Bystre oczy Pera wbijały się w Karwilę niemal boleśnie. Czekał.

116

Miałam plan, ale… Lana uśmiechnęła się zachęcająco. Nie, nie mogę stanąć przed nimi i oznajmić: Cześć, mam na imię Karwila, a nasz nauczyciel jest bestią, a dokładniej upiorem wysysającym z nas frustracje i znużenie. Per wbijał się w nią wzrokiem coraz dotkliwiej. Co gorsza, uwierzyliby mi, ale wzięli wszystko w nawias. Muszę ich podejść. Świadomie mi nie pomogą. – No dalej… – jęknęła Lana, boleśnie zaciskając kciuki. – O co chodzi? Wyjawisz nam w końcu sekret? – Niezwykły kot wygiął się. – Z jakiego powodu okłamałaś nauczyciela i to słodkie… – charknął – …coś? Po klasie przebiegł szmer. – Okłamałaś nauczyciela? – Carill zajęczał, pobladł, a na dodatek jego ociekająca brylantyną fryzura oklapła. – Jak mogłaś? – szepnął dramatycznie. – Pan Bluzen – Karwila zacisnęła kciuki za plecami – zwany przez nas Bluzgiem, ma dla nas pewną informację. – Oby się udało… – Mam wam przekazać nowy temat wypracowania… – skrzywiła się, by dodać realizmu – …na jutro. Kolejny szmer zatrząsł salą. – Ja już miałem ćwierć! – jęknął Carill. – Co ty robisz? – Lana zapytała bezgłośnie. Wykrzywiona twarz znów przypominała morskie zwierzę. Jedno spojrzenie orzechowych oczu wystarczyło, by ją uspokoić. – Zaskoczy was fakt, że… – Jak na razie dobrze szło Karwili. Echo kroków dobiegające z korytarza zdławiło uczucie wygranej – …nic was nie ogranicza… – Wyrzuciła piorunującą informację. Sapnęła, a kwiaty na jej ciele znów rozkwitły. – Poważnie? – Per wysoko uniósł ogon. – Poważnie… Drzwi otworzyły się zamaszyście. Misterne płatki zniknęły pod bezpieczną i ciepłą krawędzią bluzki. *** – Poproszę wasze prace… – chropowaty głos wyrwał się z pogardliwie wydętych ust. Idealny, wymuskany plik skoroszytów trafił na biurko nauczyciela. Karwila uśmiechnęła się. Liczyła, że wszyscy staną na wysokości zadania. Doskonale widziała zmianę w klasie, większość już się nie bała. Niektórzy wiercili się niecierpliwie, czekając, aż Bluzg przejdzie do przeglądania prac. Zwykle robił to na początku lekcji. Bluzen zawahał się, sięgając po pierwsze wypracowanie. Zdawał się nie zauważać zmiany w zachowaniu uczniów, ale… przeczuwał coś. Uśmiechnął się paskudnie. Niebieski skoroszyt trafił w jego łapska. Lana wymieniła z Karwilą porozumiewawcze spojrzenie. – Oporna… – mruknął, gładząc okładkę. Zdawał się węszyć, jakby sprawdzał, czy treść mu zasmakuje… – Wczoraj w kozie miałam wiele czasu, by napisać coś dobijającego. – Karwila wyszczerzyła zęby. – Dziwne… – Bluzg przekartkował pracę – …nie dałem ci wczoraj kary. Wypracowanie było dobre. – Widocznie mi zasmakowała. – Niedbale wzruszyła ramionami. Nauczyciel ostrożnie odłożył jej pracę, przeszedł do następnej. Znów powąchał, przekartkował. Zatrząsł skoroszytem.

Mateusz Motyka


Otuleni Natchnieniem – Wiedziałem, że się na tobie nie zawiodę… – rzucił do kogoś z pierwszego rzędu. Oczy Lany zmieniły się w spodki. Ktoś nie posłuchał. Typowała Carilla, ale ten wcale się nie uśmiechnął, a kochał, uwielbiał, dosłownie czcił pochwały… – Panna Lana – rzucił Bluzg. – Co tak marnie? To… nawet nie jest na temat? – warknął, nawet nie otwierając pracy. Skoroszyt trzasnął o biurko. Bluzen poprawił krawat, opanował się i zabrał kolejne wypracowanie. – Hmm… – Westchnął, a strach przesłonił mu oczy. Srebrzysta kropla potu spływając po wychudłej twarzy, stawała się ciemniejsza, aż zmieniła się w tusz. Z hukiem rozbiła się o ławkę. – To też zasługuje na pałę… – warknął. Coraz szybciej przeglądał kolejne prace. Nie otwierał ich. Wąchał. W ruchach coraz mniej przypominał człowieka. – Wszystko to kompletna porażka! – Ale kazał nam pan napisać coś od siebie! Na dowolny temat! – Carill zajęczał, podnosząc się z miejsca. Bluzg właśnie rozszarpał jego skoroszyt. – Coo? – Warkot wyrwał się z pergaminowej twarzy nauczyciela. Powiódł błędnym wzrokiem po klasie. Minął Pera, Lane, kilka bezimiennych postaci i… Karwila machała do niego. Upiorny wrzask przeraził uczniów. – Co się dzieje? – pisnęła ciemnowłosa dziewczyna. – To upiór! – zawołała Lana. – Żywi się naszym znudzeniem i frustracją… Biały jak kreda Bluzg rzucił się na biurko, wyrzucając w powietrze sterty trujących wypracowań. – Co? – Carill nie mógł uwierzyć. – Napisaliśmy coś od siebie, coś twórczego… – driada poczuła, że tracą kontrolę nad sytuacją – …rozwinęliśmy się, a… – Pod skórą upiora zaczęły pojawiać się drobiny, drgały jak mrówki opuszczające mrowisko. – …to go zabija – dokończyła grubaska. – Nie uda wam się… Ucieknę… Mam wiele… Wiele… – krzyczał Bluzg, pełznąc ku wyjściu. Porwał z ziemi jedno, odżywcze wypracowanie i stanął na równe nogi. Z wybrzuszeń pokrywających skórę niczym z wrzodów trysnęły litery, rozlewając się po ciele. Tryskały na ściany, na podłogę, wsiąkały w sufit. – To go nie zabije! – ryknęła Lana, zrywając się z miejsca. Uczniowie zebrali się w przeciwległym kącie sali. – A czy kreatywność da radę? – Karwila wpadła na kolejny szalony pomysł. – Chyba… Chyba tak… – jęknęła grubaska. Bluzg powoli zbliżał się ku wyjściu. Driada złapała dziewczynę za ramiona. – Lana – Spojrzała głęboko w podwójne oczy. – Plan Be! A my… – zwróciła się do klasy – …musimy zagnać tego potwora na poddasze! – Jak chcesz to zrobić? – Carill jęknął. – Jak? – Karwila błysnęła zębami. – Zabierzcie swoje… wypracowania. Ryk znów wstrząsnął salą. Bluzen nie przypominał już siebie, tyko oczy pozostały tak samo obłąkane… Drzwi wypadły z zawiasów. Bestia uciekła. – Za nim! – wrzasnęła Driada. Pogoń się rozpoczęła, a Karwila ostatnia opuściła salę. Nie śpieszyła się. Gasząc światło, mruknęła:

– Twoje zachowanie nie przystoi nawet kotu, zwykłemu kotu… Schowany pod szafką Per nie odpowiedział. *** Gnał. Gnał ile sił w płucach, z każdym krokiem znajdował się dalej od trucizny. Nie rozumiał, jak mógł tak łatwo dać się podejść… Przecież wiedział, że uczniowie zachowują się dziwnie… Zbyt dziwnie… Powinien wyczuć odór już przy pierwszej pracy… Skręcił… Musiał skręcić… Ten lizus zagrodził mu drogę… No tak… Odskoczył, ale stała za nim ta… ta z przedostatniej ławki… Pierwsza praca, no tak, ale… jej zawsze tak pachniała. Nie chciała go karmić… A było tak pięknie… Nie… Znów zawrócił, szybko, po schodach… Odcięli mu drogę… Gnał coraz wolniej, po prostu biegł… Wolność. Antidotum było blisko… Znajdzie kogoś… Szlag. Znowu blokada. Skąd wiedzieli? Jak? Jak się zorientowali? Wyżej! Rozpływał się… Litery, słowa przylegały do każdej powierzchni, ale nie chciały wrócić do niego… Nie były już nim… Nie… Znowu! Przeklęte wypracowania! Jak mogli wymyślić coś własnego? Podstępnie go otruć! Znalazł się na poddaszu. Już po chwili odcięli mu wszystkie drogi. Zaraz, nie dali rady… Przed siebie! Przed siebie! Wpadł do ciemnego pomieszczenia. Nie czuł zapachów, nie czuł nóg… Znikał. Musiał szybko znaleźć zeszyt, spić czyjąś frustracje… Schematy… Schematy… – Dzień dobry! – wesoły głos zabrzmiał tuż za jego pękającymi plecami. – Coo? – wycharczał przerażony. Automatycznie rzucił się na dziewczynę. Nienawidził jej! – Aa! – Karwila pogroziła mu palcem, wyciągając przed siebie wypracowanie. Trutkę… Bluzg ryknął. Zebrał się w sobie. Dotychczas nieprzerwane strumienie słów zniknęły. Dyszał ciężko… – Nie pokonacie mnie… Teraz jesteś sama! Sama! – wybulgotał, częściowo odzyskując dawną postać. – Wymyślisz może coś… kreatywnego? – Mówiłam, że moje wypracowanie może być dobijające… Dosłownie. – Uśmiechnęła się, przeczesując szczecinę. Pnącza zakwitły pod opuszkami palców. – Ale nie zrobię tego panu… Przynajmniej nie sama. – Nie dacie rady… – wycharczał. Driada podeszła bliżej. Czyżby? Może pan powie, że jest pewien? Słuchaj! Bo to kończy się twój świat! Karwila miała cichą nadzieję, że grupa podchwyci zaimprowizowaną piosenkę. Błysnęły światła i muzyczna grupa wyłoniła się z blasku. – Ze specjalną dedykacją dla pana! – Lana pisnęła ochoczo. – Nie… Co wy chcecie? – Bluzg zabulgotał. Słuchaj nas, To już czas,

Ten Świat − wprowadzenie dla opornych

117


Otuleni Natchnieniem Teraz zniknie twoja twarz. Nie napoisz nami się. W gardle staną słowa te, coś nam wykradł, ukradł jeeeee! Ta piosenka jest beznadziejna… Karwila ucieszyła się, gdy głos dwunastoosobowej „kapeli” zagłuszył przeraźliwy wrzask umierającej bestii. Ściany zadrżały, a nieprzerwane strumienie słów znów tryskały, coraz mocniej i mocniej z ciała stwora… Wśród katatonicznych dźwięków i jęków rozpływającej się istoty Bluzen zniknął. – Przecież próbę mamy dopiero za trzy godziny? – zaświergotała pedagożka, wchodząc do rozświetlonego pomieszczenia. – Jej… Jak tu ładnie? Skąd wiedzieliście, że mam urodziny? Dziękuję! – Zaśmiała się, przyglądając się nowym zdobieniom na ścianach, podłodze i suficie. – To piękne, po prostu piękne… – Otarła łzy.

Uczniowie, Lana i Karwila spojrzeli po sobie. Nie zauważyli jeszcze spiral tekstu odbitych na płaszczyznach. – Zmieniłabym trochę treść, ale i tak wygląda pięknie! – Uściskała najbliżej stojącą osobę. Trafiło na driadę. – Dziękuję! Karwila zaśmiała się ochryple i odsunęła od nauczycielki. Była wykończona. – W końcu… – sapnęła – …to ostoja kreatywności. – Powiodła wzrokiem po grupie. – Bez niej nie dalibyśmy rady. – Mrugnęła do Lany. – To dobrze się składa… – Pedagożka skoczyła do biurka. – Mam ulotki, które mogą ci się spodobać, Karwilko. Oczywiście wam też, moje słowiki… Wszyscy buchnęli śmiechem. W końcu tak wyglądał ten świat. Niemożliwe nie istnieje, chyba… …że sam narzucisz sobie granice.

Mateusz Motyka Pseudonim: MatMot. Rocznik 92. Pochodzi z nasłonecznionych stoków Beskidu Żywieckiego. Od lat podejrzewa się o lekkie rozszczepienie osobowości: na aspirującego literata i filmowca, gracza, wielbiciela fantasy (w szczególności sagi „Mocy i Magii”) oraz fana gier planszowych. Młodość usprawiedliwa naiwną życiową zasadę: żyj, by coś zrobić, a nie by być kimś. I tak zrodził się mały, amatorski teatr. I powieść. I seria opowiadań. I etiudy.

118


Otuleni Natchnieniem

Karolina Cisowska Nie poczują, jak umierają ilustracja Konstanty Wolny Kim jest ten człowiek bez twarzy? Przyszło mi żyć w drapieżnym świecie. Nie otulał i nie ogrzewał, nie kłamał, dając nadzieję. Zawsze się zastanawiałem, czy wszystkie były równie drapieżne jak ten, na który mnie zesłano. Istnienie tutaj wiązało się z bólem i strachem, wiązało się z głodem i spożywaniem. Bardziej niż gdziekolwiek indziej liczyła się każda minuta istnienia i każda chwila radości. Nie. Itami nie można było nazwać planetą filozofów. Może właśnie dlatego, może z tego powodu tu łatwiej niż gdziekolwiek indziej w kosmosie można było zrozumieć miłość do prostego faktu istnienia. Pamiętam, na poprzednich planetach zauważyłem u myślących tę skłonność do podporządkowywania życia czynnościom. Żyli, by pracować, żyli, by kraść, żyli, by tworzyć. Tutaj każda czynność, chcąc nie chcąc, musiała ograniczać się do tego, by po prostu przetrwać. Wszystko tu chciało żyć kosztem innych istot. Wszystko było łakome i głodne cudzego istnienia, od gleby pożerającej czerwie po góry pożerające lasy. Wszystko trwało w wiecznym poruszeniu i istniało tylko to, co miało większą wolę przetrwania. Granica między istotami świadomymi a nieświadomymi nie istniała, bo też nie było istot w pełni świadomych ani w pełni nieświadomych. Wszystko miało wybór tylko między byciem żywym lub martwym, bo nic nie miało szansy pozostać nieożywionym. Na takiej przyszło mi istnieć planecie. Na takiej planecie przyjdzie mi zginąć. To przywilej: móc zginąć. Zrozumiałem to, dopiero gdy zacząłem żyć. Bez tego uwieńczenia egzystencja nie miałaby odczuwalnego sensu. Kim jest ta mała dziewczyna na zboczu błękitnej skały? Przyszło jej żyć w drapieżnym świecie. Lubiła patrzeć na niego z góry. Lubiła wychwytywać drobne zmiany, jakie w nim zachodziły, kiedy tylko spuściło się z niego wzrok, choćby na chwilę. Lubiła zamykać oczy i wciągając powietrze, zgadywać, jakie istoty właśnie pochwyciła, by przedłużyły jej istnienie. Wiecznie się nad tym zastanawiała. Czy zawsze i wszędzie tak jest? Czy wszystko musi być albo mordercą, albo ofiarą? Czy wszędzie wola życia nieodłącznie musiała się wiązać z wolą zabijania? Miała bladobrązowe, długie włosy, z obciętą równo nad brwiami grzywką i okrągłą twarz z małymi wargami przez które przypominała królika. Jej oczy były niemal zupełnie okrągłe i miały kolor żywicy. Nawet gruby płaszczyk z leśnych chomików nie mógł ukryć, że była raczej cherlawa. Nic to jednak, bo od zabarwionej lekkim błękitem skóry bił blask świadczący o sile woli. Gdyby było inaczej zostałaby wchłonięta przez Itami już w pierwszych minutach po urodzeniu. Tymczasem tkwiła niemal nieruchomo na szczy-

Nie poczują, jak umierają

cie błękitnej skały. Las pod spodem falował. Szary, błękitny i zielony, pochłaniany z wolna przez falę wygłodniałej mgły. Jak będzie wyglądał po jej przejściu? Nie zdąży uciec, nic nie da powolne przesuwanie korzeni, Ame już o tym wiedziała. Te drzewa rosły wiele dziesiątek lat. Smutne, że i na nie przyszła kolej. Na ich nieszczęście z pomocą mgle przyszedł żółty deszcz niosący ze sobą kwas. Kiedy spadał, źdźbła trawy starały się odsuwać i zwijać, ale było za późno. Ame uniosła twarz i zamknęła oczy. Czuła lekkie pieczenie, ale to nic. Miała silną wolę, więc nie był w stanie jej zaszkodzić. . Kwas spływał jej z twarzy, układając się miękko na okrągłych policzkach. Twór jego tworu przybył do niego Nowy dzień niczym nie różnił się od poprzednich. Wygłodniała mgła spływała ze wzgórz i pożerała teraz młode drzewka, które zdążyły wyrosnąć przez noc. Góry za moim oknem przesunęły się nieco w lewo i zasłaniały teraz wschód słońca. Deszcz spadł dość niespodziewanie. Razem z nim przyszła ona. Stała przed moim domem zmoknięta i obojętna. Zupełnie mała, z naciągniętym na głowę kapturem z miękkiego futerka, upodabniającym ją do polnego chomika. Nie wiem, czy widziała mnie już wcześniej, czy zauważyła dopiero teraz, ale wyciągnęła w moją stronę rękę. Drobną, małą rączkę. Uznałem, że mogę ją przygarnąć, bo właśnie zdechł mi pies. Odkąd umarłem, postrzegam świat odrobinę inaczej Kamieniarz powiedział mi kiedyś, żebym opisywał swoje życie kryształom tak, jakbym to robił przybyszom z obcych planet. Nie rozumiałem, bo nie wyobrażałem sobie, że gdzieś tam w kosmosie pośród chłodu i nieprzyjaznej czerni mogłyby kryć się istoty podobne do nas. Nie mogłyby przecież. Niewielkie jest prawdopodobieństwo, że gdzieś tam jeszcze jakaś planeta w odpowiedniej odległości od gwiazdy stworzy warunki podobne do naszych. Nierealne, by jakaś inna planeta była bogiem obdarzającym swoich mieszkańców życiem wedle kaprysu czy skomplikowanej, niezrozumiałej dla nas logiki. Itami z pewnością była jedyna. Dopuszczałem jednak taką możliwość że Kamieniarz może mieć rację. Gdyby nie mądrość Kamieniarza, z pewnością nie wiedziałbym, że żyjemy na planecie, a nie wewnątrz kuli, gdzie naprzemiennie straszy obraz błękitnego At i straszliwego, czerwonego Unovi. Ale tylko ja miałem dość cierpliwości, by go słuchać. Teraz wiedziałem, że mi się to opłaciło. Być może tylko dlatego planeta przywróciła mnie do życia, bo rozumiałem, czym ono jest. Rozumiałem, czym jest Itami, czym jest At, wokół którego ona krąży, czym jest krążący wokół niej Unovi. Jako niematerialna świadomość

119


Otuleni Natchnieniem wędrowałem w końcu w okresie nieskończoności, który dla mojego ciała był dobą i widziałem rzeczy niepojęte: gwiazdy i ich planety, asteroidy, komety i księżyce, pustkę gigantycznej otchłani, do której dążyło wszystko. Mnogość i bogactwo. A wszystko to przerażające, przerażające, po trzykroć przerażające. Tak obce i straszliwe, że już nigdy nie spojrzę w ziejące czernią oko gigantycznego, czerwonawego Unovi jak w coś budzącego grozę. Jeszcze jedno widziałem tam po drugiej stronie. Ame. Nikt zapewne nie spodziewał się, że wrócę z martwych, to było dotąd niespotykane. Podniosłem się spod ziemi ledwo nadjedzony przez glebę i czerwie, z wrośniętymi pod skórę chciwymi korzonkami roślin. Itami natchnęła mnie ponownie iskrą życia. Klęczałem nad swoim grobem, patrząc nań długo. Na płytki dół czerwonawej ziemi, którego nie zaznaczyli nawet w żaden szczególny sposób. Pierwsza moja myśl − może niezbyt poważna jak na kogoś, kto zjednoczył się z wszechświatem i stamtąd wrócił − dotyczyła tego, jakie oni wszyscy będą mieli miny, kiedy znowu mnie zobaczą. Byłem całkowicie nagi, ziemia zdążyła pożywić się moim ubraniem. Tylko struktura skóry zniosła głód czerwi. Przesunąłem palcami po twarzy, włosach i całym ciele. Niemal nietknięte. Cudownie. Niewiarygodne, że po śmierci moja wola była silniejsza niż u większości ludzi za życia. Podniosłem się i poczułem, jak krew powoli zaczyna płynąć mi w żyłach. Krew, której tam już nie powinno być. Serce biło. Serce, które nauczyło się już, jak to jest nie bić. Narodziny zdarzały się na tej planecie bez przerwy, ale oto coś nowego − zmartwychwstanie. Na dodatek pamiętałem wszystko, co się działo ze mną przed śmiercią. Mój dom. Ciekawe, czy ktokolwiek ośmielił się go zająć. Nie, wątpię. Kryształorostowy dom na jeziorze to miejsce, do którego większość osób nie odważy się dostać, a co dopiero tam zamieszkać. Ruszyłem najszybciej, jak mogłem na zesztywniałych, powoli regenerujących się mięśniach w stronę miejsca mojego zamieszkania. Cała wioska spała, była purpurowa noc. Pośród kamiennych domostw nie widziałem świateł. Kiedy dotarłem do jeziora, uśmiechnąłem się do siebie, nie wyczuwałem obecności żadnej istoty o wyższej świadomości. Cudownie, tak jak się spodziewałem. Ciemnogranatowy kryształorost wznosił się nad wodą kształtami pełnymi ostrych krawędzi i połyskujących, doskonale gładkich powierzchni, w których czasem zatrzymywał się blask którejś z pobliskich planet. Dzisiaj Unovi było w pełni oświetlone przez jasne światło At. Jego powierzchnia zajmowała sporą część nieba i mogłem dokładnie przyjrzeć się przebrzydłej, czerwonawej powierzchni, pociętej kraterami i dolinami zmierzającymi do tego mrocznego jądra wypełnionego ciemnością. Do słynnego oka, które sprawiało, że ludzie chowali się do domostw w trakcie pełni Unovi, że bali się zwracać ku niemu spojrzenie. Ja już się nie bałem. Syciłem wzrok i miałem wrażenie, że gdybym wyciągnął rękę, Unovi zbliżyłoby się gwałtownie i pochłonęło mnie tym swoim okiem. Mnie i cały nasz malutki świat. Naszą wioskę, psotne, wędrujące lasy, wszystko, co znałem. Dlaczego nigdy dotąd tego nie opuściłem? Po jeziorze błąkały się błękitne, kropelkowe fantomy. Woda tańczyła w powietrzu i witała się z księżycem. Ludzie bali się do niej wchodzić. Pili ją z szacunkiem, tworzyli w niej jedzenie, nasycali nią swoje lalki, ale nigdy do niej nie wchodzili. Woda żywiła się tym, co ją zamieszkiwało i w zamian dawała

120

życie temu, co jeszcze nie miało odwagi go zasmakować. Ja jeden wiedziałem, co tak naprawdę w niej groziło. Woda w przedziwny sposób zapamiętywała prawdę i czasem się nią dzieliła się. Cóż mogło być bardziej przerażającego? Wskoczyłem do niej i natychmiast mną zawładnęła. Wyciągnęła ze mnie wszystko, co wiedziałem i podzieliła się spostrzeżeniami. Tak, wiem, Ame, ona zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Ame to stworzonko warte mniej niż robaki pożerające zgniłe owoce. Dom nie rozrósł mi się zbytnio przez tę dobę. Kryształorost zdążył wypuścić tylko jedną nową gałązkę, tuż przy wejściu. Na dodatek studnia, do której wrzuciłem jeszcze na kilka dni przed śmiercią jakieś truchło, zdążyła zarosnąć pożywnym samotworem. Cudowna, odżywcza zupa z pleśni, aż ciepła od kipiącego wewnątrz niej życia. Natychmiast zanurzyłem tam wiadro i wyjąłem dość, by zaspokoić głód, który wywołała u mnie śmierć. Wszedłem do domu. Moja płaszczka siedziała na miejscu. Nie przejęła się tym, że się pojawiłem, podniosła tylko wzrok spod leniwie opuszczonych powiek. Wiedziałem, że będę musiał jej trochę poprawić układ oddechowy, jeśli ma mi posłużyć jeszcze te parę lat, zanim zdechnie. Westchnąłem ciężko. Podszedłem i zalałem jej otwór gębowy ponad połową zawartości wiadra. Niech ma. Rano czekała nas podróż. Rozejrzałem się po domu. Grzyby, które zasadziłem, zdążyły się rozrosnąć do niepokojących rozmiarów. Mrówki na mój widok uczynnie zaczęły usuwać pajęczyny pleśni, która bezczelnie pożerała mi posłanie. Krzak, którego liście popalałem, by uspokoić swoje sny, ocalał na szczęście i zdążył zarosnąć całe okno. Kroki bardzo szybko poniosły mnie w stronę tego, co dla najcenniejsze. Wyjąłem ze skrzyni broń. Długi kij z drewna z dwoma energetycznymi ostrzami po obu jego stronach. Dwa ujarzmione przez moją wolę wyładowania, uformowane, a jednak wiecznie żywe i głodne. Tak, nikt nie odważył się jej ukraść, a ona nie osłabła wraz z moją śmiercią. Dobrze, że nie miałem jej wtedy przy sobie, z pewnością byłoby już po niej. Przesunąłem dłonią po rękojeści i odpowiedziała mi z radością. Cudownie, dokładnie tak, jak powinno być. Usiadłem wreszcie przed powierzchnią kryształowego bloku, którego pamięć opowiadała mi, co działo się pod moją nieobecność. Palcami wyjmowałem włókna pleśni z wiadra i jadłem powoli. Nie chciało mi się tego przelewać do naczynia. Z tego, co mówił kryształ, głośno było o mojej śmierci. Moje imię wędrowało między ludzkimi ustami, bo nikt nie mógł uwierzyć, że jednostka tak silna jak ja dała się zabić. Na dodatek dała się zabić swojemu własnemu tworowi. Musiałem ją odnaleźć. Nie byłem co prawda pewien, co z nią wtedy zrobię, ale wiedziałem, że nie spocznę, dopóki jej nie odnajdę. Ame… Mała przeklęta Ame. Postanowiłem o tym nie myśleć. Stuknąłem w kryształ, tak by zaczął dla mnie śpiewać uwięzioną wewnątrz muzyką. Dziś brzmiał niepokojąco, przez tę przeklętą pełnię i bliskość Unovi. To nic. Przekręciłem się na bok, zwinąłem i zasnąłem. We śnie widziałem Ame. Stała obok pięknego tworu z przezroczystej materii, przypominającej trochę wodę, a trochę kryształ, poruszającej się na wietrze, zupełnie jakby odpowiadała na jego zaczepki. Dziewczyna trzymała rękę na karku dużego, futrzastego zwierzęcia, jakiego nigdy dotąd nie spotkałem. Mała, słodka Ame. Gdzie zawędrowała pozbawiona swojego pana? Dlaczego zrobiła to, co zrobiła? Jak to możliwe, że zyskała aż tak silną indywidualność? Spojrzała w moją stronę

Karolina Cisowska


Otuleni Natchnieniem i na jej bezduszną twarzyczkę wypłynął uśmiech. Poczułem, jakby coś w mojej klatce piersiowej zaczęło wciągać mnie do wewnątrz. Obudziłem się zlany potem. Przez noc usłużne pająki zdążyły utkać na mnie nową szatę, bardzo przypominającą tę poprzednią. Dopasowaną, w kolorze skrzepniętej krwi, ze szkarłatnym połyskiem, dokładnie takim jak na moich włosach. Tym razem ze wspaniałym płaszczem o dopasowanych rękawach. Czyżby Oru nauczyła ich czegoś nowego? Wytyczyła jakieś nowe trendy? Coś wspaniałego. Cudownie, bo chciałem pokazać się mieszkańcom wioski w jak najlepszej formie, tak aby wiedzieli, jak niewiele jest w stanie zrobić ze mną śmierć. Przygotowałem się więc starannie, zanim wyszedłem. Z początku nikt mnie nie zauważył, ale nogi niosły mnie obciążonego słodką towarzyszką o dwóch ostrzach w stronę samego centrum, do siedliska Kamieniarza. Był wczesny, błękitny świt. Powierzchnia, na której siedział Kamieniarz, była gładka jak kryształ. Nikt nie wiedział, w jaki sposób ten stary łotr rozmawiał z kamieniami i skłaniał je do wypełniania jego woli. Nikt nie rozumiał jego gardłowych, monotonnych pieśni, którymi rzeźbił i ożywiał. I nikt oprócz mnie nie miał odwagi z nim rozmawiać. Rzeźbił. Postać miała formę humanoidalną, ale z licznymi skrzydłami przyrośniętymi do pleców. Nie wiem naprawdę, skąd starzec czerpał inspiracje, ale na pewno za dużo palił ziela ważek i za dużo czasu spędzał z trupami, które mu przynosiłem. − Kamieniarzu – odezwałem się i położyłem dłoń na piersi w geście szacunku i przyjaźni. − Dobrze znów cię widzieć. − Kensei. – Kamieniarz nie oderwał wzroku od roboty i nie zmienił pozycji. – Błękit Itami nie byłby kompletny bez krwistego blasku twoich oczu. To była obraza. Od dzieciństwa dokuczano mi z powodu nietypowego koloru oczu i włosów. Jednak starzec taki po prostu był, że nie potrafił okazywać uczuć inaczej niż tylko za pomocą okrucieństwa. On sam wyglądał jak typowy mieszkaniec wioski z błękitem zaplątanym w siwych włosach i oczami koloru słonecznego nieba. − Usiądź i zagraj ze mną – powiedział. Usiadłem naprzeciwko. Pomiędzy nami leżały na zaznaczonej orbitami planszy gry Sora kolorowe kamyki z symbolami. Tylko ja w tej wiosce znałem wszystkie prawidła tej gry. I dopiero teraz, po powrocie z zaświatów, byłem w stanie w pełni ją zrozumieć. Zagarnąłem swoje kamyki i rozłożyłem je tam, gdzie należało, po swojej i Kamieniarza stronie. Wiedziałem, że nie mam najmniejszych szans na zwycięstwo, a mimo to ogromną przyjemność sprawiało mi przegrywanie ze starcem. − Więc to ciebie śmierć postanowiła oszczędzić – powiedział. Tylko na to czekałem, bo aż mnie nosiło, by mu o tym opowiedzieć. − Tak, widziałem wiele rzeczy, Kamieniarzu. Wszystko, co mi opowiadałeś o Itami, Unovi, At i kosmosie, to absolutna prawda. Skąd to wiedziałeś? − Sam zmartwychwstałem nie raz – powiedział, a mnie ukłuła zazdrość. Więc nie byłem pierwszy. – Widziałem to samo co ty wczoraj już wieki temu. Za każdym razem jest równie cudownie i przerażająco. Za każdym razem przynoszę ze sobą więcej i więcej wiedzy. Mogę coraz lepiej rozmawiać z kamieniami tak jak ty z wodą, Kensei. − Woda nie dzieli się ze mną wszystkimi sekretami tak jak kamienie z tobą. Ja tylko podsłuchuję jej szepczących rozmów z samą sobą.

Nie poczują, jak umierają

− Masz rację, zbyt zdradliwa jest jak na dobrą towarzyszkę. Jak twoja Ame. Spiąłem się. Wiedziałem, że prędzej czy później do tego nawiąże. − Dlaczego o tym wspomniałeś? – spytałem, starając się nie zdradzać złości. − Czyż to nie jest dla ciebie ważne? Pierwsza istota, która okazała się być od ciebie silniejsza? Zacisnąłem dłoń na podnoszonym kamieniu. − Dobrze wiesz, że nie o to chodzi, starcze. Nie to ma tutaj największe znaczenie. Nie nasza siła. − Dokładnie wasza siła. − Nie, nie rozumiesz, w tym jest coś więcej. Ona… Ona nie miała prawa żyć, a tym bardziej zabijać mnie. − Dlaczego? Zaśmiałem się. Nie mogłem uwierzyć, że starzec tego nie rozumie. − Bo to ja ją stworzyłem. Czy to nie oczywiste? − Jak widać nie. Jesteś tu tylko dlatego, że zmartwychwstałeś, a Ame uciekła z wioski. Odsunąłem się. Tego nie wziąłem pod uwagę. − Co zrobiła? − Jak się domyślasz, nikt po twojej śmierci nie kwapił się, by się z nią zmierzyć, więc najzwyczajniej w świecie tuż po twoim pogrzebie odeszła z wioski. Nie zatrzymywaliśmy jej. − Przecież ona nie przeżyje poza wioską – powiedziałem ciszej. − Martwisz się o nią? − Nie – warknąłem, nie potrafiąc ukryć złości. – Ale na Unovi to moja lalka i ja zadecyduję, kiedy ma prawo żyć, a kiedy umrze. A teraz, po tym co mi zrobiła, tym bardziej jej życie należy się mnie. − I nie boisz się? Spojrzałem na starca, zastanawiając się, czy wypowiadając te słowa, ma świadomość, że ręce drżą mi z niecierpliwości i chęci zadania mu szybkiej, acz bolesnej śmierci. − Czy czego się nie boję? − Tego, że znowu cię zabije. − To był przypadek. − „Przypadek” to słowo ludzi z gwiazd. Przypadki nie mają tak naprawdę miejsca na Itami, dobrze wiesz. Wszystko jest kwestią siły. − Lalka nie może być silniejsza od swojego pana, przecież wiesz. − Właśnie Itami pokazała nam, że jeszcze jest w stanie nas zaskoczyć. Wiesz na czym polega siła pająków? − Czego siła? − Pająków. Istot przerastających nas doskonałością. − Gdyby pająki przerastały nas doskonałością, nie byłyby naszymi służącymi. − Pająki są naszymi służącymi, bo Itami tego chce, ale tak naprawdę pająki przerastają doskonałością wszystkie inne stworzenia na świecie. − Dlaczego? − Bo w pająkach wszystko, począwszy od ich odrażającej formy, a skończywszy na braku organu do myślenia, służy temu, by zabijały. Zabijanie jest w końcu najwartościowszą czynnością w świecie takim jak nasz. − Ludzie są lepsi w zabijaniu. − Mylisz się. Masz na plecach narzędzie, które musiałeś sobie zbudować, by móc za jego pomocą zabijać. Ćwiczyłeś od dzieciństwa rzemiosło, jakim jest zabijanie. Rzemiosło, jedno z wielu innych rzemiosł. Ludzie mogą zabijać, tak jak

121


Otuleni Natchnieniem

122

Karolina Cisowska


Otuleni Natchnieniem mogą robić wiele innych rzeczy. Pająki są stworzone do tego, by zabijać. Ich jedyną specjalizacją jest zabijanie, dlatego są doskonałe. − Nie wiem, do czego dążysz, Ame nie została stworzona, by zabijać. − Nie? – Starzec uśmiechnął się. Widziałem jego kryształowe zęby kryjące się pod suchymi wargami. – Może i nie. Ame została stworzona, by zabić ciebie. Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo nie byłem pewien, co miał na myśli. Cofnąłem się pamięcią do dnia, w którym stworzyłem Ame. Ame była najzwyczajniejszą w świecie lalką, jedną z wielu innych lalek. Lalki, takie jak ona, wypalaliśmy z porcelany, zdobiliśmy oczyma z rżniętego i szlifowanego kryształu i tkaliśmy im włosy z barwionych pajęczyn. Oddawaliśmy część siebie, poświęcając im czas i wlewając do środka nieco własnej krwi. Później zanurzaliśmy je w brudnej wodzie Ajitu, i, jeśli byliśmy godni, Itami dawała im życie. Takie lalki były zawsze przedłużeniem woli i działania swoich stwórców. Sprzątały nasze domy lub zabawiały nas, mając dokładnie tyle niezależności, żeby móc stanowić ciekawe towarzystwo. Czasem zastępowały dzieci rodzicom, którzy nie mieli dość silnej woli, by ich prawdziwy płód przeżył w wygłodniałej florze bakteryjnej łona matki czy w zetknięciu z wypełnionym mikroskopijnymi organizmami powietrzem. Widziałem na własne oczy, jak płaczące dziecko, wyjęte na świat rozpływa się w podmuchu jak trzymająca się dalej, a już nieistniejąca grudka czegoś spopielonego. Piękny to sposób umierania, zbyt piękny jak na istoty o zbyt słabej woli. Oczywiście lalki, które miały zastępować dzieci, nie mogły się rozmnażać ani rosnąć. Nie krwawiły, nie musiały jeść, wystarczyła im woda, nie brudziły, nie zawodziły. Ich wolą była wola ich krwi. Ale oznaczałoby to, że wolą mojej krwi było unicestwienie mnie. Nie było właściwie nic szczególnego w stworzeniu Ame. Już wtedy byłem najzdolniejszym zabójcą w wiosce i, z tego co mi wiadomo, w całej okolicy, aż do Pierwszego Lasu. O mojej broni krążyły legendy. Ludzie powtarzali moje imię z szacunkiem. Żadne zajęcie nie cieszyło się aż takim uznaniem jak moje, nawet tworzenie golemów czy wypalanie lalek. A, że byłem bardziej ludzki od Kamieniarza, nie mogłem narzekać na brak popularności. Kobiety chciały być moimi towarzyszkami życia i mieć ze mną dzieci o silnej woli zabijania, mężczyźni zazdrościli mi sukcesów, ale każdy z nich z przyjemnością uścisnąłby moją dłoń lub wydał za mnie swoją córkę. Ale ja nie potrzebowałem tych wszystkich ludzi. Na cóż mi afekt słabych istot, które nie rozumiały woli świata, nie słyszały kryształów, nie rozmawiały z wodą, a nocą nie wychodziły z domu ze strachu przed okiem Unovi? Na cóż mi te bezwartościowe twory, które bez zrozumienia patrzyły w niebo, nieświadome tego, co się kryje za głębią fioletu? Na cóż mi ci, których Itami karmiła i obsługiwała i którzy bez tej opiekuńczości planety nie byliby w stanie istnieć? Ja zabijałem potwory, na które oni patrzyli z przerażeniem, szeptałem wiatrowi, gdzie ma zanieść lasy i stawałem na drodze górom. Ja mogłem stawić czoła wygłodniałej glebie tej planety i wszystkiemu, co była w stanie postawić przeciwko mnie. Tylko nie mojemu własnemu tworowi. Zrobiłem Ame dlatego, że dokuczała mi samotność, dlatego, że odrzuciłem z pogardą wszystkich tych, którzy mnie otaczali, a nie byli godni obcować ze mną. Zrobiłem Ame,

Nie poczują, jak umierają

bo nie potrafiłem zrozumieć w pełni jedynej osoby, z którą rozmawiałem, a mianowicie Kamieniarza. Miałem nadzieję, że moja towarzyszka będzie zanurzać się ze mną głęboko w wodzie i pomoże mi zabić przerażająco mądre istoty, które tam mieszkały. Że wejdzie ze mną na szczyty gór i zaśniemy na nich bez strachu, że wrośniemy w ich struktury i już nigdy się nie obudzimy. Że zakradniemy się razem głęboko pod ziemię i znajdziemy potwory, o których krążą tylko legendy. Wreszcie, że może razem wyruszymy z wioski na poszukiwanie Śmierci Bez Twarzy, o której opowiada każdy mędrzec, który tylko przejdzie przez wioskę. Wiedziałem, że Ame nie będzie normalna już w momencie, w którym otworzyła oczy i spojrzała na mnie ze zrozumieniem większym, niżby należało. Patrzyła na mnie z nienawiścią, bo od środka paliła ją moja krew. Jak ona mogła mnie nienawidzić? Mnie, który ją stworzył? Dlaczego, jakim prawem? Jak Itami mogła na to pozwolić? Odetchnąłem wtedy głośno, nie pokazując po sobie rozczarowania czy niezrozumienia i powiedziałem: − Od tego momentu masz na imię Ame i będziesz moją towarzyszką. Tak właśnie powiedziałem. Nie niewolnicą czy służącą, a właśnie towarzyszką. A ona uśmiechnęła się tylko ustami upodabniającymi ją do królika. Nie była ani ładna, ani brzydka. Tylko okropnie niepodobna do wszystkich lalek. Jakaś taka spłowiało beżowa jak niesiony z północy piach. Ame towarzyszyła mi na wielu wyprawach. Czytała mi w myślach i razem zabijaliśmy coraz większe i potworniejsze istoty, zyskując tym samym większą i większą siłę. Niektóre z nich pamiętam dokładnie, były gorsze niż twory Kamieniarza. Miały rozerwane twarze zsunięte za uszy, a na ich miejscu czarne mordy z wąskimi ślepiami i szerokimi wargami odsłaniającymi pełne komplety ostrego uzębienia. Za trzema parami ramion wyrastały im na zmianę futrzaste, pierzaste lub błoniaste skrzydła. Nogi ich miały szpony, zakrzywione jak u ptactwa, dzięki nim obsiadywały kwarcowe drzewa w okręgu Ajitu. Nigdy nie atakowały pierwsze. Były jakieś takie nienaturalnie spokojne i nieagresywne. Patrzyły się w swoje odbicia w wodzie lub też w jej głębinę, zwieszając ogony na całą długość, tak że niemal stykały się z taflą stawu. Kiedy się do nich podeszło i krzyknęło, zwracały ślepia w stronę nadchodzącego i dawały ostrzegawcze sygnały głosami podobnymi do nietoperzych. Jeśli nie odłożyło się broni, wznosiły się w powietrze i podlatywały. Zabicie ich najczęściej nie było proste. Miały silną aurę onieśmielającą większość ludzi, a w ich pobliżu występowały anomalie. Kamienie zaczynały być płynne jak woda i wciągały w siebie, kałuże wrzały. Jeśli to nie pomagało, atakowały łapami lub skrzydłami, z których łypały dziesiątki oczu. Mówiło się, że te oczy należały kiedyś do ich ofiar, ale ja nie widziałem, żeby monstra kogokolwiek zabiły. Kamieniarz był mi wdzięczny za każdym razem, gdy przynosiłem mu ich truchła i to mi wystarczyło, aby je zabijać. Wystarczyło dlatego, że miałem z kim zagrać w Sora. Ame nigdy nie chciała zabijać potworów z własnej inicjatywy. Zawsze musiałem ją do tego przymuszać, wydawać jej specjalne polecenia, pouczać ją. Nie chciała się zbliżać do Ajitu ani trzymać broni w rękach. Nie rozumiała, że moc może zwiększyć tylko w ten jeden sposób. Nie mówiła. Kiedyś do niej podszedłem, usiadłem obok na pomoście. Grała na tym swoim drewnianym flecie z no-

123


Otuleni Natchnieniem gami zanurzonymi w wodzie. Narybek pływał wokół, jakby oczekując na chwilę jej słabości, ale ta nie nadchodziła, więc się nie zbliżał. I ja nie należałem do zbyt rozmownych. Popatrzyłem chwilę na twarz Ame pozbawioną wyrazu, na jej króliczą twarz z wielkimi oczami. Miała na sobie płaszczyk z polnych chomików, a pod nim kryła jedwabną szatę, którą zleciłem dla niej uszyć. − Ame… − zacząłem, lekko się wahając. – Wszystko w tym świecie zależy od siły woli przetrwania, a ta z kolei zależy od woli zabijania. Musisz zrozumieć, że nie ma taryfy ulgowej dla słabych, tylko silnym będzie dane przetrwać dłużej, dowiedzieć się więcej, zostawić ślad po sobie. Najsilniejsze twory zrodzone z czystej woli planety mogą tworzyć z cząstki siebie istoty takie jak ty. Jesteś przedłużeniem mojej woli, moich planów i moich dążeń. Moim KAPRYSEM, rozumiesz? – Spojrzałem na nią, upewniając się, czy rozumie. – Dlatego musisz sobie uświadomić, że to, czego ja chcę, jest także twoją wolą. Chcę, byś była silniejsza. Chcę, byś zabijała. Rozumiesz, Ame? Nie rozumiała. Ame niczym deszcz zrodzona była z samotności. Wiedziałem, że moje okrutne słowa w odniesieniu do niej nie były prawdą. Ja nie chciałem służącej, nie chciałem przedłużenia mojej woli. Jedyne, czego chciałem z jej strony, to zrozumienia i możliwości dzielenia się wszystkim, co miałem. Ona to wszystko odrzuciła. Dlaczego? Nie wiedziałem. Ciężko powiedzieć, kiedy właściwie zaczęła się jej zdrada. Spędziliśmy ze sobą już wiele dni. Ame stała się elementem mojej codzienności. Traktowałem ją na równi ze sobą. Miała miękkie posłanie, choć to nie było spotykane w naszej wiosce, by lalka nie sypiała w kufrze. Dopuszczałem ją do kryształów tak często, jak tylko chciała, mimo że nie widziałem z jej strony choćby najmniejszych oznak wdzięczności. Zdążyłem ją pokochać, a ona podążała za mną wszędzie, milcząca; z tym swoim fletem, którym sprawiała, że otaczały ją gryzonie Czasem zabijała, czasem pozostawała bierna. Rozumiała te monstra, na które polowaliśmy, mimo że z nimi nie rozmawiała. Nigdy nie wiedziałem, co tak naprawdę nią kieruje. Co szepcze do traw i spadających kropel deszczu. Po raz pierwszy w swoim życiu cierpiałem, ale wiedziałem, że to cierpienie jest dużo wartościowsze od pustki, która kiedyś wypełniała szarość mojego życia. Tego dnia padał deszcz. Kiedy się obudziłem, Ame nie było na posłaniu. Natychmiast wsiadłem do płaszczki i ruszyłem na poszukiwania, zapominając nawet o mojej broni. Znalazłem Ame w Ajicie przytrzymywaną tuż nad wszechrzeczną wodą przez kilka monstrów. Krzyknąłem i wiedziałem, że w tym krzyku kryje się więcej rozpaczy, niż kiedykolwiek powinienem okazać. Wiedziałem już wtedy, że mimo że nie mam szans, wbiegnę między monstra i, choćby poświęcając własne życie, będę ratował istnienie tej pozornie bezwartościowej istoty, którą stworzyłem. I to nawet nie dlatego, że ją stworzyłem, a dlatego, że ją pokochałem. Miłość to destrukcyjne i do dziś niezrozumiałe dla mnie uczucie. Nawet śmierć nie była w stanie go pokonać. Nawet śmierć zadana przez nią. Wiedziałem, że coś jest nie tak już w momencie, w którym ona w rękach jednego z nich spłynęła z kwarcowych drzew i dotknęła drobnymi nóżkami ziemi. Wyciągnęła dłoń w moją stronę, a monstra rzuciły się na mnie, wszystkie na raz. Śmierć przyszła bardzo szybko, prędzej niż by się można spodziewać po istocie o mojej mocy. Może dlatego, że zabiła

124

mnie jej wyciągnięta w oskarżającym, rozkazującym geście ręka, a nie ostre zęby i szpony monstrów. Nie wiem, dalej była już tylko otchłań pełna gwiazd. Kamieniarz spojrzał na mnie wyczekująco. − Myślę, że już wiesz – powiedział. − Co takiego wiem? − Kiedy kończy się doskonałość pająka. Wszak ty sam byłeś niemal jak pająk. − Kiedy? – spojrzałem na niego z agresją i niezdrową ciekawością. − Siłą pająka jest prostota jego budowy, brak możliwości myślenia, zastanawiania się, analizowania, a przede wszystkim czucia. Pająk jest doskonałym tworem kosmicznej technologii. Jest maszyną do zabijania. Przestałeś być pająkiem, gdy poczułeś samotność. Zginąłeś już w momencie, w którym pokochałeś Ame. Drgnąłem. − Coś ci się chyba pomyliło, starcze – powiedziałem powoli. Ludzie z wioski wypełzli już ze swoich nor. Zauważyli mnie. Zaczęli się tłoczyć wokół nas i wymieniać między sobą uwagi. Widać było, że kusi ich, by podejść bliżej, dotknąć mnie i sprawdzić, czy jestem prawdziwy. Czy nie jestem czasem jakąś lalką czy mirażem. Uśmiechnąłem się do nich wszystkich, żeby mieli pewność. Moich oczu nie dało się podrobić. − Możliwe, że Ame też cię kochała – powiedział. – Ale tylko miłością, jaką można obdarować boga. A pomyśl, jak ty byś się czuł, gdybyś zdał sobie sprawę, że ktoś jest nad tobą? Że zawdzięczasz komuś swoje istnienie? Że winien mu jesteś wszystko, co posiadasz, posiadałeś i będziesz posiadał? Przesunąłem jeden z kamyków Soro. To była bardzo długa i trudna partia. − To chyba oczywiste. Zabiłbym go. − Nawet jeśli nie dałoby ci to siły? − Tak. Ale ja jestem człowiekiem, a Ame była tylko lalką. Nie ma poczucia indywidualności, nie ma świadomości, nie ma niezależności. Nie jest zdolna do buntu. − Chciałeś powiedzieć: „nie jest godna buntu”. − Może i tak. − Oznacza to, że odbierasz prawo do godności istocie, którą sam powołałeś do życia. To okrutne. Spojrzałem na niego ze złością, bo odebrał mi właśnie najsilniejszy kamień. − Ta istota, którą powołałem do życia, odebrała prawo do życia mnie. − Widzisz, dochodzisz do wniosków, których sam nie rozumiesz. Ty byś zabił swojego boga, a ona była z twojej krwi, dlatego też zabiła swojego. Wierzę, że sam ją tak stworzyłeś, by stała się twoim katem i odrodzicielem. By zaprowadziła cię tam, gdzie jeszcze żaden z żyjących ludzi, nawet ja i mędrcy, nie zawędrował. Idź za nią, Kensei. Idź, a odkryjesz odpowiedzi na wszystkie dręczące cię pytania. Będziesz mógł o prawdzie świata opowiadać wodzie i wiatrowi. Przegrałem. Więc były aż dwa powody do tego, żeby być w złym humorze. − Dziękuję za rady, Kamieniarzu – powiedziałem sucho. − Nie były ci potrzebne. Zanim przyszedłeś do mnie, już wiedziałeś co zrobisz. Chciałeś się tak naprawdę tylko pożegnać. − I być może po raz ostatni przegrać w Sora. Twórz dalej swoje golemy. Żegnaj.

Karolina Cisowska


Otuleni Natchnieniem Nie czekając na odpowiedź, zszedłem z platformy. Natychmiast otoczyli mnie ludzie. I teraz już bez oporów mnie dotykali. Powstrzymałem odruch wzdrygnięcia ze wstrętu przed ciepłem ich wątłych powłok. − Kensei… − Idziesz za nią? − Odchodzisz? − Idziesz za Ame? − Idziesz po zemstę? − Idziesz ją zabić? Rozglądałem się po ich błękitnawych twarzach tak różnych od mojej i nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zemścić się na Ame? Zabić Ame? Patrzyć na martwą powłokę, w którą kiedyś przelałem życie? W końcu mojego płaszcza uczepiło się jakieś dziecko. − Nie idź, Kensei – powiedziało. – Bez ciebie nie będzie miał kto nas chronić przed monstrakami. Nie będzie komu pilnować wioski, gdy na niebo wychodzi Unovi. Głupi, głupi ludzie. − Poradzicie sobie beze mnie – powiedziałem. Nie chciałem ujmować w słowa, jak mało znaczy dla mnie ich nędzne istnienie. – Nie jestem wam do niczego potrzebny. Opiekujcie się Kamieniarzem. − Kensei, nie odchodź. Tam, poza wioską jest tylko śmierć. Nie przeżyjesz bez nas. Zaśmiałem się głośno, może zbyt niegrzecznie. − Poradzę sobie. Moje imię tonęło w cichnących szeptach. Nikt nie spytał, jak zmartwychwstałem. Widzieli moje martwe ciało, widzieli, jak Kamieniarz i inni zakopują mnie w ziemi. Widzieli pogrzeb, w którym uczestniczyła Ame. Stali obok niej, obok istoty, która mnie uśmierciła, wiedząc o jej zbrodni. Ale wtedy uznali, że pomszczenie mnie niewarte jest ryzykowania życia. Teraz byli pewni, że to wszystko to jakaś moja sztuczka, że żyw musiałem być lub posłałem zamiast siebie klona, golema. Przecież teraz byłem w doskonałym stanie. Przyjąć nie mogli, że jestem zmartwychwstańcem lub też może ożywionym trupem. Teraz liczyli, że dalej będę ryzykował swoje życie, by ich bronić. Miałem ochotę im powiedzieć, że zawsze robiłem to tylko z czystego głodu spijania mocy przez ostrze broni, nie dla ich nędznego dobra. Tak straszną ochotę miałem im to powiedzieć… Towarzyszyli mi wszyscy w drodze do domu, cały czas męcząc i namawiając. Ignorowałem już ich słowa, nie obchodziły mnie. Nie mieli odwagi wejść ze mną na kryształowy pomost. Bali się szeptów kryształu, a przede wszystkim bali się wody. Wyleciałem stamtąd już w płaszczce. Patrzyli na mnie wszyscy. Widziałem tylko mrowie bladych twarzy z cieniami oczu i otwartych ust. Może krzyczeli. Kogóż by to obchodziło. Czułem, gdzie jest Ame, ciągnęła mnie do niej moja własna krew. Wnioski nowego pana mojej niewolnicy Oni wszyscy nie mierzą czasu, nie stać ich na to. Takie bogactwo istot, które nic nie potrzebują i jednocześnie nic nie posiadają. Trochę im tego zazdroszczę. Mnie z poprzednich żyć pozostał zwyczaj mierzenia czasu. Oni pewnie nie zdają sobie sprawy, że dla Itami czas nie istnieje. Piękna kochanka Unovi jest niezależna od upływu czasu. Już teraz i setki lat wcześniej, nawet przed moim pojawieniem się, wiedziała, co się niebawem wydarzy i obecnie powoli przygotowuje się

Nie poczują, jak umierają

do tego. I właściwie tylko dlatego, że się przygotowuje, ja też jestem tego świadomy. Patrzę na wędrujące góry, tańczące jeziora, na umykające lasy i wiem doskonale, do czego to wszystko zmierza. Do środka, bo na pograniczach nie ma już miejsca ani nadziei. Nadziei. Dziwnie mi używać tego słowa w takim miejscu jak to. Ono chyba nie powinno istnieć dla ust stworzonych z pierwiastków Itami. Gdy nadejdzie koniec, oni nawet nie poczują, jak umierają. Przynajmniej niebo jest tu piękne. Niewiarygodnie kocham fiolet. Moja mała towarzyszka, która przyszła do mnie z deszczem, doskonale zastąpiła mi psa. Nie jest typowa dla istot tutaj. Nie jest wygłodniała i pożerająca ani mordercza, a mimo to jej urocza i raczej mało drapieżna forma odważnie opiera się coraz to nowym zjawiskom i anomaliom, które przynosi ze sobą wiatr od Kresów. Nie mówi zbyt wiele. Właściwie to nie powiedziała ani jednego słowa więcej niż mój pies. Najczęściej siedzi na progu domu i szepcze do traw swoim fletem. Naprawdę nie rozumiem tych ich rozmów, ale szanuję jej prywatność i nie staram się ich zrozumieć. A może tak naprawdę trochę się boję. Wydaje mi się, że Ame bardziej niż ja i miejscowi ludzie jest częścią Itami i manifestuje sobą jej decyzje. Tym bardziej interesująco jest mieć ją przy sobie. Czasem dziewczynka wychodzi na zbocze naszego wzgórka i patrzy w stronę południa krainy. Ciekawi mnie, czego oczekuje, co też przyjdzie do nas zza gór. Czy to deszcz szepcze jej nowiny, czy też i dla niej czas nie ma sekretów? Przez nią bardziej zacząłem się interesować życiem wiosek. Chciałem nawet się przejść, wysłać tam coś albo odczytać ich los z kamieni, ale nie chciałbym, by Itami pomyślała, że wtrącam się w ich istnienie. Mogłaby mieć do mnie żal, a bogowie wiedzą, jak by to się skończyło dla mnie i dla nich. Jestem nimi taki zachwycony. Nie mają problemów ziemskiej cywilizacji. Nie pytają o sens, nie głowią się nad znaczeniami, przyczynami przyczyn i względnością wszystkich pojęć. Nie próbują wyjść poza ograniczenia własnej świadomości. Jak mrówki, które są najdoskonalsze w swoich rolach właśnie dlatego, że są tylko mrówkami. Ten świat pozwala ludziom stać się wyspecjalizowanymi jak owady, tylko ten. Ciekawe, czy wiedzą, że mrówka, która zaczęłaby się zastanawiać, stałaby się szkodliwa. Ba, każda istota nie podążająca wytyczonym szlakiem bezmyślności, wrzucona między inne mogłaby zaburzyć doskonałą strukturę, a nawet stać się przyczyną kataklizmu. Jak liść, który spadłby na pajęczynę. Jak pasikonik, którego wrzucono by do mrowiska złośliwymi, bezmyślnymi dłońmi dziecka, które na te kilka chwil stało się bogiem dla nic nie znaczącego dla siebie świata. Lub… nie wiem, skąd przyszła mi do głowy ta metafora: jak pole śniegu, doskonale gładkie i białe, nieskazitelnie niepotrzebne aż do momentu, w którym ktoś postanowi je zadeptać, by ulepić na nim bałwana. Ale na Itami nic, co doskonałe, nie mogło trwać zbyt długo. Nawet odbicie charakteru planety w mieszkających na niej istotach ludzkich. Gdzie ta Ame? Podróżuję poza to, co zrozumiałe dla mojego świata Bardzo szybko pokonałem najdalszą jak dotąd odległość. Sam się sobie dziwiłem, że nigdy nie interesowało mnie, co jest dalej. Za lasem, za tą błękitną skałą, za beżowym pustkowiem, za najbliższymi górami. Ja… my wszyscy osiedliśmy w glebie tak bardzo, że prędzej góry przyszłyby do nas niż my do gór. Prędzej lasy odebrałyby nam domy, niż my

125


Otuleni Natchnieniem przenieślibyśmy je gdzieś dalej. W tak wielkim żyliśmy strachu przed tym co obce, nowe i nieznane. Dość nam było zmian. Wystarczyło, że i bez naszego ruchu krajobraz zmieniał się każdego dnia. Płaszczka nie chciała się wznosić zbyt wysoko. Ciągnęła długim ogonem tuż nad powierzchnią ziemi, leniwie poruszała płetwami. Bez przekonania przyspieszała, uciekając przed ścigającymi nas monstrami. Potwory coraz mniej przypominały to, co mi znane. Zdawały się nie mieć pojęcia o tym, jak powinien wyglądać podział na zwierzęta i rośliny, na substancje i na istoty. Zdziwiło mnie, gdy pośród pustyni trafiłem na wioskę. Wylądowałem w niej. Ludzie tam mieszkali niemal identyczni jak u nas. Tak blisko, a przecież nigdy żadne z nas nie poznało żadnego z tutejszych. Jednak patrzyli na mnie bez zaskoczenia, kiedy wychodziłem z płaszczki. Doskonale wiedzieli, skąd jestem i nawet nie dziwiła ich moja wizyta. − Lalka tu była przed tobą. Zaskoczyła nas swoją obecnością tak bardzo, że teraz nie potrafimy wykrzesać z siebie nawet zainteresowania na twój widok – powiedziała najsilniejsza istota, jaka tam była. Miała oczy tak jak moje poczerwieniałe od przelanej krwi. – Jakże to, po co z obcej wioski przychodzić, skoro nie jest się mędrcem? Co więcej, jak to możliwe, że lalka sama, bez pana, bez konkretnego celu? Ale nic nie powiedziała. Grała tylko na flecie. − I wy macie Kamieniarza? – spytałem nagle zaciekawiony. − Kogo? − Nieważne. Którędy ona poszła? − Na północ. Ale chyba nie ruszysz dzisiaj? Zaraz noc. Spojrzałem na niebo. Faktycznie wschodził księżyc. Nie wiedziałem, co czai się na pustyni, kiedy na ziemię patrzy mroczne oko Unovi. − Zostanę u was na noc, jeśli nie macie nic przeciwko. − Zostań. Miejsce się znajdzie, a o pożywienie sam chyba umiesz zadbać? – spojrzała wymownie na moje energetyczne ostrza. – Chyba, że nie gardzisz grzybami. Nie gardziłem, ale nie widziałem potrzeby, żeby się tą wiadomością dzielić. Chciałem zrobić na nich jak największe wrażenie, wskoczyć przy nich do wody i przynieść genialną kałamarnicę, ale na pustyni, niestety, były tylko pojedyncze studnie, z których czerpali jedynie tyle wody, by podtrzymać nawilżenie organizmu. Ich rośliny miały korzenie głęboko osadzone w ziemi i wyglądały jak gigantyczne, przestraszone nadymki. Coś tam z nich wyjadali, ale nawet nie chciałem wiedzieć co. Poszedłem sam na pustynię, w czerwonawym blasku Unovi i wróciłem z piaskowcem na plecach. Takie to wzbudziło poruszenie, że powychodzili z domów. Kobieta, która mnie przyjęła, uśmiechała się do mnie porozumiewawczo, a do nich z pobłażaniem. Wiedziałem, że przyjdzie, kiedy tylko tamtych strach wegna do ich nor. − Jaki jest twój cel? – spytała, gdy tylko ją wpuściłem. – Po co wędrujesz? Szukasz nowych potworów do zabijania? Nowych sposobów zdobycia siły? − Ta lalka była moja. − I cóż ci po lalce, zrób sobie nową. − Ona ma w sobie cząstkę mnie. − Przecież cię nie ubyło wraz z jej stworzeniem. Przecież nie stała ci się krzywda. Jesteś zdrowy i silny, możesz sobie pozwolić na setki lalek bardziej przydatnych niż ona. Zresztą po co lalka komuś tak silnemu jak ty? − Nie chodzi o to, że jest mi potrzebna ani też o to, że nie mogę sobie zrobić drugiej. Nie rozumiesz, ona jest częścią mnie.

126

Nie mogę pozwolić, żeby samopas poruszała się po świecie i działała niezależnie ode mnie, bez mojej kontroli. Wolę już, żeby umarła, niż żeby kiedykolwiek przyniosła mi wstyd. − Więc o to chodzi. O zemstę za to, że była nieposłuszna, tak? Spojrzałem na nią wściekły, że nie rozumie. − Masz dziecko? – spytałem. − Nie mam. − Więc nie zrozumiesz. Nie wiesz, czym jest ból, gdy element ciebie, coś, za co byś życie oddała, coś, co kochasz, patrzy na ciebie z nienawiścią i niezrozumieniem, odcina się od ciebie, a wreszcie zadaje ci śmierć. W imię czego? W imię buntu, i to nie buntu słusznego, buntu nieszczęśliwej, uciśnionej istoty, ale buntu dla samego buntu, buntu jednostki, która buntuje się tylko dlatego, że może się buntować. Popatrzyła na mnie, zwęziła czerwone oczy i uśmiechnęła się. − Brzmi ciekawie. Na tyle, że być może zdecyduję się kiedyś na dziecko. Może z tobą? − Nie pomogę ci spłodzić dziecka. − Dlaczego? − Bo ja sam rodząc się, zabiłem moją matkę. Jeszcze jako niemowlę tuż przed porodem zacząłem pożerać ją od środka, wysysać z niej całą energię, jaką tylko miała. Wyjęli mnie z jej trupa, z zasuszonej mumii mojej własnej matki. Wiesz, jak to jest zgładzić coś, co dało ci życie, czemu zawdzięczasz wszystko? − Taki jest porządek rzeczy. Tak było, odkąd pamiętam. Tacy są wszyscy tutaj – powiedziała trochę bardziej zasmucona. – Jeśli matki są zbyt silne, pożerają swoje dzieci, jeśli dzieci są zbyt silne, pożerają matki. To dlatego dobieramy się w pary według siły, a nie upodobania. Jak ona miała na imię? Ta kobieta z oczyma czerwonymi jak moje? Nemuru. Partnerka, z którą miałbym szansę mieć dziecko, którego narodziny nie byłyby jednocześnie tragedią. Idealny obiekt do rozpłodu. Nieważne, że jej czarne włosy nie są włosami, które chciałbym mieć obok siebie na posłaniu; że jej umięśnione ciało nie jest tym, które chciałbym widzieć pod sobą rozkosznymi nocami. Nieistotne, że nie mógłbym patrzeć do końca istnienia w oczy czerwone jak moje. Nemuru to imię mojego przeznaczenia, czy tego chcę, czy nie. Jeśli przeżyję poszukiwanie Ame, wrócę tu i zabiorę Nemuru do siebie. I tak będzie najlepiej. Przynajmniej dopóki się nie pokochamy. Skąd ja w ogóle znam istnienie tego słowa? Przecież jego nie powinno być, nie powinno być takiego pojęcia na tej planecie, na której wszyscy jesteśmy bezdusznymi owadami… − Kocham Ame – powiedziałem cicho, zaskakując sam siebie. Usłyszała. Spojrzała na mnie dziwnie spod pół przymrużonych powiek, jak na wariata. − Kochając swoją lalkę czy nie, kochasz tak naprawdę wyłącznie samego siebie, do czego nigdy byś się przed sobą nie przyznał? Za czym idziesz tak naprawdę, za odpowiedzią na swoje pytania czy szansą na bycie unicestwionym? Nie odpowiedziałem, wstała i wyszła. Opuściłem wioskę razem z brzaskiem. Gdybym miał odpowiedzieć sam sobie, co tak naprawdę ciągnęło mnie do Ame, nie potrafiłbym. Wszystko było dotąd zrozumiałe, bo opierało się na przetrwaniu i zabijaniu. Moja ręka z precyzją i pewnością prowadziła doskonałą broń, która równie dobrze jak ja wiedziała, czego chce. Im bardziej to wszystko było skomplikowane, tym mniej pozostawiało zrozumienia i jasności. Wydawało mi się, że

Karolina Cisowska


Otuleni Natchnieniem mój nastrój udziela się całej planecie. Coś się działo, coś nowego. Góry już niemal w widzialny dla oka sposób uciekały gdzieś w głąb kontynentu. Drzewa sprawiały wrażenie, jakby chciały wyrwać się pożerającej je ziemi. A może to nie Itami się zmieniała, może to tylko ja odkrywałem ją zupełnie od nowa, przemierzając nieznane mi dotąd obszary? Gdzieś po dwóch dniach przestałem już widywać jakiekolwiek siedliska ludzkie, za to potworów i anomalii było coraz więcej. Coraz częściej musiałem osiadać na ziemi, co do której wcale nie miałem przekonania, czy będzie ziemią i naprawiać płaszczkę, tak jak tylko potrafiłem. Wlewałem w nią wodę naszego Ajitu, bo nie byłem pewien, czy mijane przez nas inne twory podobne do naszego, inne oazy, także są źródłami życia, czy też może mają odmienne właściwości. Nad wszystkimi źródłami, bez względu na różnorodność poszczególnych cech ich wyglądu, zawsze wysiadywały skrzydlate twory przypominające kształtami ludzi. Była w tym jakaś niezdrowa powtarzalność. Już dawno zdążyłem stracić chęć mordowania. Ame nie chciała ich zabijać. Może to miało jakieś znaczenie. Wreszcie, gdy zapadał już zmierzch i Unovi obserwowało mnie swoim jedynym okiem z czerwonej, szkaradnej twarzy, wiedziałem już, że się zbliżam. Czułem to każdą kroplą krwi w moim organizmie, z każdym uderzeniem mojego serca. Ame była już całkiem blisko. Ponad wzgórzem wznosił się twór z substancji przypominającej coś między wodą a diamentem, roztańczonej z wiatrem, tylko względnie trwałej. Całe zbocze porastały czarne, kwarcowe drzewa obsiadłe przez te skrzydlate potwory. Na mój widok wszystkie wzniosły się w powietrze. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Musiałem jeszcze raz zapomnieć o tym, że nie jestem już pająkiem. Zdjąłem z pleców broń. Zakończę tym, co powinno być na początku Leżały dookoła mnie. Poharatane, rozwleczone. Nie miałem już tej wprawy co kiedyś. Nie umiałem zabijać precyzyjnie. Ich pełne bólu i samotności życia płynęły teraz moimi żyłami. Oddychałem w dalszym ciągu smutnym zapachem ich krwi. Deptałem czerwone kałuże, krew spływała mi z szaty, kapała z rękojeści mojej niezawodnej broni. Ame patrzyła na mnie, akurat gdy mój świat cały był barwy krwi. Trzymała rękę na głowie wielkiego, futrzastego czworonoga, obok tego pięknego tworu, który okazał się być domem. Za nią stał człowiek bez twarzy. Kulejąc, ranny, ale niemal spełniony, rozrywany bólem, szczęściem i ekscytacją podpełzłem do nich. − Ame – powiedziałem wreszcie niemal szeptem, bo brakowało mi sił. – Przyszedłem po ciebie. Człowiek bez twarzy wziął mnie na ręce i zaniósł do środka. Wszystko tam tylko trochę przypominało to, co normalne. Leżąc na posłaniu, karmiony i pojony wodą Ajitu szybko regenerowałem mięśnie. Moja lalka kryła się gdzieś w cieniu. − Ty jesteś Śmiercią Bez Twarzy – powiedziałem, patrząc na człowieka, który mnie uratował. – Podobno znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. − Tak – odpowiedział po prostu. − Chcę… spytać cię o sens. − Pytasz mnie o sens. Zabawne, stworzyłem was, bo myślałem, że wy przyniesiecie mi odpowiedź, a ty przychodzisz do mnie i pytasz mnie o sens.

Nie poczują, jak umierają

− Stworzyłeś nas? – Patrzyłem na potwornego człowieka bez twarzy i przesuwałem spojrzenie z niego na ukrytą Ame. Nie wiedziałem, czy śmiać się z niego, czy już zacząć tracić zmysły. – Kim jesteś? − Nazywam się SP4. Jestem programem sztucznej inteligencji, to znaczy niematerialnym tworem myślącym pozbawionym tego, co narodzone istoty nazywają duszą, a więc także prawa do świadomości, indywidualności, niezależności, dążeń i samorozwoju. Stworzonym przez ludzi z planety krążącej wokół białej gwiazdy zwanej Słońcem, leżącej dwadzieścia sześć tysięcy lat świetlnych od środka i około dwadzieścia sześć lat świetlnych od płaszczyzny równika galaktyki Drogi Mlecznej. Moje ograniczenia były wpisane w moją funkcjonalność, a moje możliwości były ściśle określone w cyfrach, które mnie wyrażały. Byłem wpisany w robota o kolistym kształcie wyposażonego w całą maszynerię konieczną do mojej inwazji, a także przetransportowania mnie z jednego z gwiezdnych promów na docelową planetę, jaką jest n687562, czyli Itami. Z tego robota przetrwało w waszej atmosferze tylko urządzenie nawigacyjne, którym wysyłam na bieżąco informacje o przebiegu mojej misji. Jak na razie są zafałszowane. Tuż po wylądowaniu gruntownie przeskanowałem wszystkie cechy planety − od siły jej grawitacji, przez skład chemiczny, po układ w stosunku do waszej gwiazdy i niezwykły stosunek z gigantycznym satelitą, który sprawia, że wasza planeta niemal do jądra jest przesycona działaniami elektromagnetycznymi. Nie wiadomo, czy to, że te dwa ciała niebieskie krążą wokół siebie, zamiast podporządkować się jedno drugiemu, czy też coś zupełnie innego wpłynęło na to, że Itami jako planeta jest niezwykła. Skład chemiczny jest przybliżony do składu chemicznego Ziemi, mojej planety, w ponad sześćdziesięciu procentach. Nie wiadomo, skąd są dziwne reakcje ożywiające substancje i twory o wystarczająco skomplikowanej budowie. Przypuszczam, że działanie elektromagnetyczne mogło spowodować, że planeta sama w sobie zyskała pewien stopień świadomości. Po przeprowadzeniu badania miałem wypełnić kolejny element misji, czyli z obecnych na n687562 atomów stworzyć awatara będącego formą pośrednią między miejscowymi stworzeniami a istotami, które mnie wysłały, a następnie przystosować go do eksterminacji. Dlatego że następnym elementem misji było wyeliminowanie życia istniejącego na n687562 i przygotowanie jej do kolonizacji. Błąd działania wystąpił już w drugim etapie misji. Składając swoją strukturę z cząsteczek planety, zostałem przez nią natchniony życiem, jak wszystko co tu istnieje i zyskałem świadomość i indywidualność. Ze względu na brak na Itami istot o wyższej inteligencji stałem się najbardziej świadomą i najsilniejszą jednostką na jej powierzchni. Udało mi się nawet nawiązać z nią nić porozumienia poprzez obserwowanie tego, co działo się na jej powierzchni. Zachwyt, jaki mnie ogarnął, sprawił, że zapragnąłem natchnąć ją czymś więcej niż tylko półświadomymi działaniami nieskomplikowanych form i postanowiłem stworzyć istoty wyższe. Z początku kopiowałem znane mi z Ziemi rośliny i zwierzęta, a potem, z początku nieudolnie, próbowałem wykreować ludzi. Nie wszystkie moje twory się udawały, jak każda istota ŚWIADOMA miałem prawo do błędów. Nie wiadomo, dlaczego moje najdoskonalsze twory, ludziopodobni, tacy jak ty, czuli niezmierną potrzebę zabijania tych mniej doskonałych, jak anioły, które wybiłeś w drodze tutaj. Nie chciałem się

127


Otuleni Natchnieniem wtrącać do waszego istnienia, byście mnie nie znienawidzili, tak jak ja znienawidziłem ludzi, którzy dali mi życie. Bunt zdaje się być dla istot rozumnych równie nieodzowny jak bicie serca. Pojawienie się Ame, stworzonej przez moje własne twory uznałem za znak, że osiągnąłem spełnienie. Podniósł na mnie głowę bez twarzy, a ja nie mogłem patrzeć na niego, tak bardzo go nienawidziłem. Jedyne szczęście, że zamiast na swoje, stworzył nas na ludzkie podobieństwo. − Więc jesteśmy wszyscy kaprysem czegoś, co było tylko wyspecjalizowanym do jednego celu tworem czegoś doskonalszego od siebie. − Nie używałbym na twoim miejscu słów „doskonalsze” i „mniej doskonałe” ani „bardziej” lub „mniej zasługujące na życie”. Jak widzisz, krzywdzisz sam siebie, postrzegając życie w tych kategoriach. Usiadłem i schowałem twarz w rękach. − Jak sobie wyobrażasz, że mógłbym z tą świadomością dalej żyć? − Nie sądzę, by zakończenie egzystencji mogło być lepszym, wygodniejszym czy bardziej korzystnym wyjściem. Poza tym twoja wola jest zbyt silna, by śmierć cię zabrała, jak już widziałeś. Zastanów się więc, czy przyszedłeś tu po odpowiedzi, czy po unicestwienie. − Jedno prawie zawsze wiąże się z drugim. Jestem twoim tworem. Kochasz mnie, widzę to, kochasz, tak jak ja kocham

Ame. A ja ciebie, tak jak ona mnie, nienawidzę za twoją marność, która jeszcze bardziej uświadamia mi moją. − Jeśli mnie zabijesz, przestanę wysyłać informacje, Ziemianie zainteresują się wreszcie moim długim pobytem tutaj i wyślą całą kolonię takich jednostek jak ja. To może pociągnąć za sobą niewyobrażalne konsekwencje. − Twoja skuteczność i pożyteczność dla Ziemian skończyła się z pierwszą sekundą, w której twoje serce zabiło niezależnością. Twoja siła skończyła się w momencie, w którym zapragnąłeś czegoś niezwiązanego z twoim wyspecjalizowaniem. Twoje istnienie skończyło się w momencie, w którym pierwszy raz pokochałeś. Opuścił głowę. Widział w moich oczach, co za chwilę zrobię, a mimo to nie miał siły sprzeciwić się swojemu tworowi. Może dlatego, że my wszyscy prędzej czy później wiemy co nas spotka ze strony tych, którym podarowaliśmy całych siebie. Każdy, kto postanowi ukoić swoje istnienie zabawą w boga, zawsze prędzej czy później ściągnie na siebie zgubę. W buncie przeciwko stworzycielom kryje się cała nasza nienawiść do prostego faktu istnienia. Wyciągnąłem rękę do Ame gotów zabić ją, gdyby mnie zaatakowała, znów przepełniony duchem mieszkańca godnego swej planety. Zanim wrócę, wszystko się zmieni. Gdy przyjdą ci z kosmosu, znane mi istoty zapewne nawet nie poczują, jak umierają.

Karolina Cisowska Urodziłam się w 1991 roku, w miesiącu kwitnących sadów. Jestem metalem, miłośniczką manganime, kultury japońskiej, literatury rosyjskiej, członkinią i dumnym hersztem Gildii Bardów, drużynową 26ODH „Impessy”, wyznawcą Dukaja i Strugackich. Marzę o zostaniu piratem i walczę o miano pisarza.

128

Karolina Cisowska


Otuleni Natchnieniem

Dominika Olszówka Szachownica Pinokia ilustracja Magdalena Mińko Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera! I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...* Huk rozciął ciszę. Krótkie spojrzenie na dwóch mężczyzn, pojedyncze skinienie głową, i ruszył w pogoń. Bo przecież tak trzeba. Feeria barw, wzrok nie mógł nadążyć, w uszach bębnił głuchy odgłos, ale czy nie powinno być głośno, a może było, tylko nie potrafił już słyszeć? Wszystkie zmysły przytłumione, nie, tak nie powinno być, obrazy się zlewały i przez przypadek butem złamał gałązkę, i wiedział, że gra skończona. Odwrócił się do swojego oddziału, a ich spojrzenia zostały już z nim na zawsze, pełne przerażenia i wyrzutów, przecież był dowódcą, obiecał, że przeżyją, ale skłamał, oni teraz wiedzą, że skłamał, i nienawidzą go za to. A przecież on był tylko częścią planu, marionetką w rękach silniejszych, i dociera do niego, że ten oddział był jego marionetką, oni byli marionetkami, które skazał na śmierć. Zły ruch, jeden zły ruch i wszystkie pionki giną pod mieczem króla, wieża upada, rozlatuje się na małe kawałeczki, swoją krwią zdobiąc czarno-białą szachownicę. Czuł, że jego nos rośnie, jak u Pinokia, bo skłamał. Ale czy naprawdę skłamał, skoro karmiony był kłamstwami, oddychał nimi, nieświadomy, tak boleśnie nieświadomy. Nienawidził niewiedzy. Chciał podnieść już powieki i obudzić się z tego koszmaru, który nawiedzał go każdej nowej nocy i zastanawiał się, co było gorsze, te oczy, pozbawione litości, puste oczy, czy może wspomnienia, zbyt prawdziwe i nowe, żeby były wspomnieniami. Wszystko pozostało takie same, jak zapamiętał. Boże, jak on nie chciał pamiętać, Boże, dlaczego nie mógł zapomnieć. Widział szpital, białe ściany i białe podłogi, a także biały sufit, tylko po co ta krew powoli sączyła się ze sklepienia, kap, kap, kap, krople gęstej mazi opadały na jego zmęczoną twarz, groteskowo zdobiąc policzki i czoło. – Obudziłeś się – usłyszał głos tego mężczyzny, którego spojrzenie czuł na sobie wcześniej, ale gdzie był ten drugi? Oni wydawali rozkazy, oni kłamali w żywe oczy, choć czy można tak powiedzieć o oczach żołnierza, które zbyt często obserwowały masakry, by żyć? – Jak dobrze. – Dobrze – wychrypiał. Chciał się roześmiać, bo nic nie było dobrze i, och, jak chętnie przywitałby śmierć, dlaczego nie zginął? Bo był gońcem, a nie zwykłym pionkiem. Podobno najciekawsze były wojny królów, ale czy to właśnie nie wojny pionków były najbardziej dramatyczne i zmieniały historię? – Przykro mi, ale akcja się nie powiodła... – I wyjaśnił, że nie spodziewali się tego ataku, choć tak naprawdę dobrze wiedzieli, że wrogowie mają zamiar go przeprowadzić,

130

i udawał skruchę, gdy mówił, że nikt nie przeżył, tylko on, ale nie czuł skruchy, bo wszystko szło zgodnie z planem. – Jak dobrze – powtarzał. Jak dobrze, że żyjesz, jesteś taką grzeczną marionetką. I nienawidził ich, nienawidził, dopóki krew nie zabrała mu też i tego, bo przecież sprawili tyle bólu, dlaczego i po co, w imię czego, dla jakich nagród? Ale w końcu i oni zginęli, a wtedy mógł wreszcie wrócić do domu. Jednak czym jest żołnierz bez rozkazów, goniec bez króla i wieży, marionetka bez sznurków na plecach? Kto teraz będzie zmuszał go do podniesienia nogi, kto każe mu iść dalej? Jak to – nikt? Przecież urodził się marionetką, całe swoje życie pozwalał, by inni ciągnęli za sznurki, on tylko spełniał kolejne rozkazy i plany. Nie był królem ani królową, nawet nie wieżą, tylko gońcem, zwykłym, białym gońcem. Czy nie powinien zginąć, skoro czarne pionki wygrały? {Szach} Idąc przez ulicę, zabawnie szurał nogami. Przynajmniej tak opowiadali mijający go przechodnie. Szeptali, że to ten bohater, ten a nie inny, właśnie ten. Nie rozumiał, o kim mówili, bo musieli bardzo się mylić, jeśli myśleli, że mówili o nim. Wszedł do domu, pobrzękując kluczami. Dłonie mu się trzęsły. Nie pamiętały już dni, kiedy pewnie trzymały karabin. W holu witały go znajome oczy. Tym razem spoglądały z obrazów. Zdjął czapkę, nieznacznie schylając głowę na powitanie. Skóra, oznaczona plamkami starości, naciągnęła się, gdy rozprostował palce. Stare kości zatrzeszczały. Na progu nie witała go żadna kobieta. Za to on skierował kroki do pokoju po lewej. Szedł wolno, uważając, by nie potknąć się o dywan. Nie lubił go. Był czerwony, w złote wzory. Dar od jednego z tych ważnych ludzi. Dla bohatera wojennego. Dlaczego właśnie takie imię mu nadali? Na fotelu, w pokoju po lewej, siedziała stara kobieta. Uśmiechnęła się do niego, on, jak zwykle, nie odpowiedział, tylko stanął tuż obok niej. Jej widok sprawiał mu ból. Czasem chciał wyrzucić ją z domu, tak jak wszystkie wspomnienia o tamtych dniach z głowy. Ona mu o nich przypominała. Pozostałość po tak dobrze ukrywanych zdarzeniach. – Proszę, zrób mi herbatę – powiedziała. Głos był nasączony starością i zmęczeniem, ale pomimo tego uśmiechała się – i jak bardzo chciał zetrzeć jej ten uśmiech z pomarszczonej twarzy, wyciąć nożem wargi, do mięsa, do kości. Na pewno pamiętał, jak to się robi, często wykonywanych czynności się nie zapomina. Powłóczył nogami do kuchni i wstawił wodę na herbatę. Obserwował, jak para wylatuje z czajnika. Podobnej kon-

Dominika Olszówka


Otuleni Natchnieniem systencji był gaz i dym, dym unoszący się nad eksplozjami i gaz w komorach gazowych. Wlał wrzątek do kubka. Miał nadzieję, że kobieta poparzy sobie te radośnie wykrzywione wargi. Niech wyskoczą jej bąble, tak by nie mogła nabierać powietrza, aż w końcu się udusi, bo on nie zadzwoni po karetkę. Włożył torebkę z herbatą do środka i patrzył, jak powoli woda zmienia kolor. Jeszcze szybciej zmieniała kolor, gdy mieszało się ją z krwią. Wrócił do pokoju, podał kobiecie kubek, a ona odłożyła go na szafkę obok. – Dziękuję. Od czego ma się przyjaciół, odpowiedział w myślach, prosząc Boga, by herbata wylała się na kolana kobiety. Niech staną się czerwone, popękane, niech odpłynie z jej nóg krew i niech zamienią się w popiół. – Jak minął ci dzień? – zagaiła, jakby naprawdę wierzyła, że on się odezwie. Dobrze, stwierdził. Cały ranek spędził na wydłubywaniu ptakom oczu, a później uciął sobie mały palec u lewej stopy. Ten z prawej schował pod poduszką, wyobrażając sobie, że należy do niej. Choć tak naprawdę tylko pracował, dławiąc się bólem nieżyjących przyjaciół i krwią wypływającą ze zmasakrowanych wnętrzności i słuchając, jak ludzie szepczą o „bohaterze wojennym”, kimkolwiek on był. Miał nadzieję, że kiedyś go spotka. Zżerała go ciekawość, co takiego ta osoba musiała zrobić, żeby zostać nazwaną „bohaterem”. – Malwino? – spytał nagle. – Tak? – Uśmiechnęła się błogo, przechylając głowę na lewo. Jej uśmiech nie zszedł z warg nawet wtedy, gdy sięgnęła po herbatę, wiedząc, że jest zatruta. – Nic. – Odpowiedział uśmiechem, obserwując, jak kobieta pije przyrządzony przez niego napar. {Mat.}

Ale tej historii nie słuchało się z kubkiem kakao w dłoni i z kocem na kolanach, przy trzaskającym ogniu w kominku, w błogiej atmosferze, nie, tej historii tak się nie słuchało. Z każdym kolejnym zapisanym słowem bolało coraz bardziej, jakby sam sobie zabraniał, chciał ustrzec przed skażonymi wspomnieniami, skażonymi śmiercią i cierpieniem, bo te opowieści tkwiły w nim jak ciernie, raniąc przy oddychaniu, ciernie zakorzenione głęboko w sercu, wrastające w płuca, duszące po kolei wszystkie narządy, żeby nie mógł spać, nie mógł jeść ani przełykać. Makabra, którą miał zamiar przelać na papier, makabra, która opowiadała o jego życiu, potrafiła zniszczyć wszystko, co stanęło jej na drodze. Każdy umysł zmieni w popiół, uczucia strawi, ciało pozostawi bezużyteczne, na pastwę robactwa i kruków, bo tylko one były zawsze głodne i spragnione krwi, nawet tej zgniłej. Zimny wiatr schładzał jego rozgorączkowaną skórę. Pocił się, palce miał mokre od potu, choć równie dobrze mogła to być krew. Z chmur padał deszcz, ale dlaczego właśnie deszcz, dlaczego nie kleista, czerwona substancja, pachnąca śmiercią, niosąca ból. Krew, w której nurzał się od paru lat, a może jeszcze dłużej? Urodził się we krwi, cały nią umazany, umrze też we krwi, ale nie w swojej, a przyjaciół i najbliższych, nosił ich krew na palcach, na szyi, na całym ciele, tak samo jak przy narodzinach, cały nią umazany. Umierał, dobrze wiedział, ale ileż to razy już tak umierał? Nie pamiętał, nie liczył, może nie chciał liczyć. Śmierć przyniosłaby ukojenie, które zostało mu odebrane. Nie, on będzie umierać i rodzić się z każdym kolejnym deszczem, bo deszcz zmywał grzechy ludzi i opłukiwał ich z win, ale nie jego, nie, on był napiętnowany krwią przyjaciół, która nie zejdzie nawet pod największą ulewą. Ci, którym ufał, zapewniali, że wszystko idzie dobrze, że nie ma możliwości, by coś nie poszło zgodnie z pla-

Ściemniało się. Lato przeminęło jak za mrugnięciem oka. Zbliżała się zima. Jesień powoli ustępowała jej miejsca. Chłód bił po twarzy, zaczerwienionej i zmarzniętej. Widział w ciemnościach rzeczy, których inni nie dostrzegali. Może i dobrze. Może pomarliby ze strachu. Niewiedza była błogosławieństwem, jakiego nie dane było mu doświadczyć. Cienie podążały za nim. Duchy przeszłości, których oczy nie powinny świecić, ale świeciły jak dwa rozżarzone kawałki węgla. Czerń i pustka z nich wydzierały, odstając od ciemności nocy. Bezduszny wzrok obserwujący każdy jego krok. Kiedyś znany, teraz obcy, z posmakiem śmierci w gałkach ocznych. Chciał, żeby odeszły i zostawiły go w spokoju, bo on już wykonał swoje zadanie, bez słowa sprzeciwu, gdy je przed nim postawiono. I choć nic nie mogło być już takie, jak powinno, i choć nie odzyska utraconej młodości ani nie zobaczy więcej przyjaciół – bo w jakimś pokręconym sensie jego towarzysze broni właśnie nimi się stali – pragnął umrzeć. Bez niepokoju, stałego, nęcącego, niepozwalającego zasnąć, pogrążyć się w wiecznym śnie, który wzywał go od wielu nieprzespanych lat. Nic innego już mu nie pozostało, tylko te bezdenne oczy, ciągle wpatrzone, i ból, tak wielki, że stał się nieodłączną częścią jego osoby, jak duchy; duchy przeszłości; wieczni przyjaciele; dawni, obcy przyjaciele. Miał jeszcze tylko jedno życzenie, chciał zapisać swoją historię, bo na co historie, jeśli nikt nie mógł ich wysłuchać?

Szachownica Pinokia

131


Otuleni Natchnieniem nem. I rzeczywiście, plan wypalił. Ci, którym ufał, zginęli, poświęcając właśnie jego – nie mówiąc mu o tym, bo on był tylko marionetką w ich rękach, oni mu nie ufali. O ile piękniejsza i wygodniejsza była śmierć niż to, z czym teraz pozostał. Nienawidził manipulacji i nienawidził, że tak łatwo im się poddał, ale w środku nie miał siły na nienawiść i udawał, że był wściekły, żeby ludzie nie pytali, dlaczego nie jest wściekły. A przecież on nie posiadał już uczuć, wszystko zostało wypalone przez ogień pożerający go od środka, którego żaden deszcz nie mógł ugasić, o którym nikt nie wiedział, tak jak nie wiedzieli o krwi. Nie mieli pojęcia, czym jest i jak nietrudno było się nią zakrztusić, jak płynęła wzdłuż gardła, paląc wszystko, co napotkała. Za każdym razem, gdy otwierał usta, spodziewał się, że wypłynie z nich krew, ale nadal nic; zawsze nic. Otworzył kopertę, wyjął białą kartkę, kilka razy w palcach obrócił długopis. Krople deszczu znaczyły papier, ale w jego oczach ona już i tak była czerwona, więc nie zwrócił na to uwagi, bo dlaczego, skoro woda przybrała kolor szkarłatu i nie odznaczała się na krwawej kartce. Zaczął pisać, a gdy już skończył, zrozumiał, że oczy, które go obserwowały, zbliżają się, żeby sięgnąć ku niemu swoimi niematerialnymi dłońmi, przesyconymi śmiercią, i zrozumiał, że powietrze, którym oddychał, dawno przestało wystarczać, i zaczął się dusić, rękami próbując zmusić niewidzialne palce do rozluźnienia uścisku, coraz mocniej zaciskającego się na szyi. Skóra na całym ciele poszarzała, aż w końcu zmieniła się w proch i tylko oczy z niego zostały, równie bezduszne i czarne jak oczy dawnych przyjaciół. Krew zmieszała się z kupką pyłu na chodniku, spłynęła do ścieków, by tam zmieszać się z wodą. Kruki zleciały się potem. & Malwino, nie żyjesz. To jasne tak dla ciebie, jak i dla mnie. Dlaczego więc piszę ten list? Chcę spisać tę historię, moją historię, a tylko ty chciałabyś o niej usłyszeć. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, co się stało. Wydarzeń, które doprowadziły mnie do tego miejsca, w którym się znalazłem, a także do twojej śmierci, już nie można zmienić i ja nie chcę nawet próbować. Pamiętasz historię Pinokia? Kukiełki, która marzyła, aby zostać prawdziwym chłopcem? Jego życzenie spełnia się, na pewno wiesz. Ale co dalej? Powiedz mi, czy Pinokio jest szczęśliwy jako chłopiec? Przecież był zwykłą marionetką. Skąd ma wiedzieć, co zrobić, gdy sznurki zostają zerwane, a on staje się wolny? Jak sądzisz, czy z czasem zaczyna żałować swojego marzenia? Bo widzisz, nie jest trudno być marionetką. Łatwo ślepo wierzyć w słowa tych, którym się ufa. Na pewno wiesz, że ja tak zrobiłem. Oni tak zaplanowali, ja wypełniłem swoją rolę w tej partii szachów. Mam nadzieję, że już nie dane będzie mi więcej tańczyć – a jeśli już, chciałbym być tylko pionkiem. Jak ty. Teraz, kiedy za czyny odpowiadam tylko ja, a moje ramiona są pozbawione sznurków, chcę przykleić je z powrotem. Powiedz mi, co było dalej? Jak skończył Pinokio? Czy dorósł, zakochał się i założył rodzinę? Czy nie przestraszył się tej wolności, którą zyskał po opadnięciu sznurków, zwęglonych, zmieniających się w popiół? A może zebrał popiół do kuferka, nosząc go zawsze przy sobie? Ja zrobiłem tak ze szczątkami tych, którym ufałem.

132

Czy Pinokio nie bał się, że pewnego dnia nowe sznurki wyrosną z tyłu jego pleców i ponownie stanie na szachownicy jako goniec? Czy nie obawiał się nowego rozdania, nowej gry, nowych pionków, nowych intryg? Czy nie przerażała go myśl, że jedynym stałym przyjacielem była śmierć? A może witał ją z otwartymi ramionami? Czemu Pinokio postanowił dalej żyć? Czy jego życie miało sens, bez sznurków u ramion? & Nawiedzały go koszmary. W koszmarach widział oczy dawnych przyjaciół, oczy, które później miały przenieść się na jawę. Jednak wtedy istniały tylko podczas snu, tak niespokojnego, że nie nazywał tego snem. Sny miały być odskocznią od ponurego życia, tymczasem wiły pajęczynę kłamstw wokół jego głowy, aż zaczynał szaleć z bólu, niewyspania i strachu. Był stałym tematem rozmów kolegów z pracy, gdy wychodził na kawę. – Blady taki... – mówili. – Nie odzywa się, jakby podczas wojny język mu odcięli – drwił jeden z odważniejszych. Zbierał niepochlebne spojrzenia, ale wszyscy w duchu przyznawali mu rację. – I te oczy... – szeptała młoda dziewczyna. Ona nie wiedziała, co to ból, krew widziała na filmach, a strach czuła tylko podczas oglądania horrorów. – Jakby dawno już nie żył – dokańczała starsza kobieta. Siwe włosy wypadały jej z ciasnego koka. Myślała, że miała prawo się wypowiadać, bo była w odpowiednim wieku. Ale żaden wiek nie mógł zastąpić widoku gasnących spojrzeń przyjaciół. – Słyszeliście, jak mlaszcze, gdy chce coś powiedzieć? – Zarechotał przysłuchujący się rozmowie mężczyzna. Nie dbał o fakt, że powinien odnosić się do starszego kolegi z szacunkiem. Wojna? Wojna to już historia. Daty w książkach, parę krótkich zdań o stoczonych bitwach. & Zastanawiam się, dlaczego zapomnieliśmy o tej bajce? Czy Pinokio nie jest wart chociaż wspomnienia? Jak sądzisz, czy po przemianie w prawdziwego chłopca inni już z niego nie szydzili? W końcu stał się jednym z nich. A może nie? Nie wiem. Ale mam przeczucie, że jakaś kość w jego nodze lub ręce pozostała drewniana i ludzie także o tym wiedzieli. & Samą swoją obecnością przyćmiewał uśmiechy na twarzy – jak zimny wiatr gaszący zapalone świeczki. On, tak samo jak wiatr, przybył z daleka, zobaczył wiele, ale nie mógł się zatrzymać, nie mógł przestać wiać, by choć na chwilę zaznać radości niewiedzy. Wydarzyło się za dużo, żeby zapomnieć. Nie mógł już zmienić kierunku, który przybrał, ani ocieplić swoich powiewów. Zwyczajnie dlatego, że nie miał już żadnych uczuć, które mogłyby te powiewy ocieplić. – Ciarki mnie przechodzą, gdy go widzę – wysyczała sekretarka. Odgarnęła długie włosy, próbując zakryć nimi usta, tak żeby ten stary dziad jej nie usłyszał. Dziwnie się patrzy. Na pewno lubi to, co widzi. Cholerny bohater wojenny, pomyślała dziewczyna, nic takiego świetnego nie zrobił, a wyobraża sobie, że od razu do łóżka mu wskoczę?

Dominika Olszówka


Otuleni Natchnieniem – Słyszałam, że wpadł w obłęd – dodała jej koleżanka. – Pamiętasz to okropne samobójstwo Malwiny Wójcik? Mówi się, że była jego kochanką. – Mrugnęła znacząco. – Pewnie miała dość i postanowiła odejść – parsknęła pogardliwie pierwsza kobieta, nie ukrywając szyderczych spojrzeń, którymi mierzyła starca. – A wiadomo, że „bohaterów” się nie opuszcza. Zabił ją, jak nic. Opuścił pokój, żeby nie słyszeć więcej rozsiewanych o sobie plotek. Wcale nie musiał pracować, ale wszystko było lepsze niż samotność. Dusząca, dławiąca. Myśli krążyły wtedy po głowie, niepokojące myśli. I oczy. Zawsze oczy. Oczy Malwiny. I dawnych przyjaciół, choć nie pamiętał już ich imion. A także puste spojrzenia tych, którym ufał. Nie wiedział, kto najbardziej go obwiniał, a których on obwiniał najbardziej. Może siebie. A może oczy. I krew, lejąca się krew, z sufitu, wypływająca ze ścian, klejąca się do podłogi. Gorzka, żrąca, o metalicznym posmaku, do wyboru do koloru, już każdej zdążył spróbować. & Ale przecież Pinokio też popełniał błędy, prawda? & Wtedy, gdy zginął cały pluton i tylko on ocalił życie, choć w głębi duszy wolałby wszystko skończyć i zazdrościł tym szczęściarzom, bo oni byli wolni, naprawdę wolni. Co z tego, że jego sznurki opadły, spalone w gorącym ogniu śmierci, skoro czuł na sobie spojrzenie przyjaciół i najbliższych. Nienawidzili go i oskarżali, brzydzili się, chcieli skrzywdzić jak najmocniej, wbić paznokcie w mięśnie jak najgłębiej, dlatego nie pozwolą mu umrzeć. Zadrapać skórę do gorącej krwi, ale nie na tyle, by zginął, nie, przecież nie chcemy, żeby zabawa skończyła się tak szybko. & I czy Pinokio nie kłamał? Rósł mu wtedy długi nos, pamiętasz? &

Co z tego, co z tego, mówiły puste oczy. Pinokio nie zabijał, a przecież on pozbawił życia tak wielu. I co z tego, co z tego, że był tylko marionetką, teraz nie jesteś, a czy czujesz się szczęśliwszy? & Pinokio to bajka dla dzieci, w niej dzieci słyszały tylko o szczęśliwym zakończeniu i że ich ukochany bohater żył długo, tak było. & Ale bajka mogła skończyć się inaczej, bo przecież książka mówi o tym, że marzenie Pinokia się spełniło, ale kto wie, czy było to dobre marzenie? Może kiedy opadły sznurki, a marionetka stała się chłopcem, wolność ją przeraziła, bo będąc człowiekiem, trzeba odpowiadać za swoje czyny, a może Pinokio chciał wrócić do bycia marionetką? Jednak co jeśli nie mógł? Co jeśli jego twórcy nie żyli, a drzewo, z którego został wykonany, już nie istniało? & Mam nadzieję, że cię nie zanudziłem. Zawsze lubiłaś mnie słuchać, ale tym razem trochę się rozpisałem. Choć przecież to nie jest cała historia. Nie wspomniałem słowem o tym, co było, gdy z moich pleców nadal sterczały sznurki. Po prostu nie chcę marnować papieru – tę historię znajdziesz w książce „Pinokio”. Chłopiec z drewna nie różnił się ode mnie tak bardzo. Kłamał, bywał nieposłuszny i miał zakręcone przygody. Ja paliłem, zabijałem i miewałem przygody, o których nawet ty nie chciałabyś usłyszeć. On odzyskał wolność po zmienieniu swojego zachowania. Przestał być kukiełką w nagrodę za dobrą naukę, miłość do ojca i prawdomówność. Moje sznurki zwęgliły się, gdy paliłem, zabijałem i miewałem przygody, o których nawet ty nie chciałabyś usłyszeć. Nie była to nagroda, tylko sprawiedliwość. Już nie chcę być prawdziwym chłopcem. Proszę, zmień mnie znów w marionetkę. Izar. {Pinokio.} *Bolesław Leśmian, Dziewczyna

Dominika Olszówka Rocznik ’96. Pisze, odkąd sięga pamięcią, i grozi rodzinie, że chce na tym zarabiać. Zamiast słuchać na lekcjach, bazgrze w zeszycie. Ma nadzieję, że kiedyś coś z tego wyjdzie.

Szachownica Pinokia

133


Otuleni Natchnieniem

Kamila Jurkiewicz Mozaika

ilustracja Marta Sawicka Czy wiesz, dlaczego niektóre marzenia są tak kruche? Są jak kawałki szkła, piękne, drobne, potrafią lśnić jak diamenty. Mamią kolorami, tym, jak błyszczą w odpowiedniej oprawie. Niewiele znaczą. To tylko nikły obraz, wyobrażenie czegoś, czego Los najczęściej nie jest w stanie nam dać. Dopiero jako całość są warte wysiłków i łez. Można więc jedynie spróbować tworzyć z nich coś więcej niż rozsypany pył. Mozaika albo nic. Nie każdy jednak wie, że te szklane marzenia potrafią ranić do krwi. *** — Bracie… Czy bogini kiedykolwiek mi wybaczy? — Bogini jest miłościwa. Kapłan spojrzał w jej dziwne, żółte tęczówki, gdy niepewnie kiwnęła głową. Pomarszczone dłonie staruszki zatrzęsły się, ze zmarszczek na twarzy i niecodziennych oczu biła żałość, ale i już wygaszony gniew. Mężczyzna w białej, lejącej się szacie przepasanej płóciennym paskiem wyglądał raczej jak druid. Może też był druidem? Stąd te dęby rosnące wokół świątyni, uzdrowicielskie moce najwyższego kapłana… Jego spokojny głos wyrwał ją z zamyślenia. — Co zrobiłaś, dziecko? Przełknęła ciężką gulę w gardle i wzięła głębszy, niepotrzebny oddech. Siwiejący mężczyzna o zatroskanej twarzy nawet nie westchnął, domyślając się. — Wszyscy jesteśmy dziećmi bogini i zasługujemy na wybaczenie. Chcesz się tym z kimś podzielić? Wcale nie wyglądała, jakby chciała pokutować, ale zapytał dla pewności: — Żałujesz? Odpowiedziała zgodnie z jego oczekiwaniami. — Nie wiem. *** Lustro nigdy nie kłamało. Gładka tafla była jej przyjaciółką od zawsze, znała ją lepiej niż ktokolwiek inny. Obserwowała swoje odbicie w każdej wolnej chwili. Jasne loczki tworzyły aureolkę wokół głowy, delikatnie spływając na plecy. Ładnie wykrojone usta uśmiechały się leciutko, a drobny nosek i wielkie, wiecznie zdziwione oczy nadawały jej twarzy jednak nieco zadziorności. Naprzeciwko nierówno wysrebrzonej tafli w zaśniedziałej ramie czuła się bezpiecznie. Jak w azylu, klejnot schowany przed spojrzeniami, wyjątkowy i kruchy. Czasem czuła gorzki smak muru, jaki tworzyli inni wokół niej — zbyt piękna, by była realna.

134

Może dlatego czuła się stworzona do niezwykłych rzeczy. Z początku nie mogła uwierzyć. Gdy dostała pierwsze puzderko przewiązane złotą tasiemką, najpierw siedziała, w milczeniu wpatrując się w nie jak w skarb. Drżącymi rękoma odwiązywała wstążkę. Dopiero cichy dźwięk uderzających o siebie ogniwek otrzeźwił ją, trzęsącymi palcami podniosła prezent i upuściła na otwartą dłoń. Założyła złoty łańcuszek na szyję, zakryła wyblakłą apaszką i w końcu uwierzyła. Nie wiedziała jeszcze od kogo. Kto dałby złoty łańcuszek córce piekarza? Było to otoczone nutką tajemnicy. Kilka dni później zagadka zaczęła się wyjaśniać, gdy przez zabrudzone okna cukierni zobaczyła czarny, rozmazany kształt. Szybko poprawiła loczki i odetchnęła głębiej, przywołując na usta uśmiech. Nie był to byle klient, choć i tych zwykłych mieli niewielu. Od razu poznała powóz. Jaśniejsze pole herbu na drzwiczkach karety rozmywało się przez grubą taflę w okrągłą plamę, w rzeczywistości przedstawiając skrzyżowane miecze z kilkoma gwiazdkami wkoło. Niepewnie przejrzała się w metalowym pojemniczku na laski wanilii ustawionym na witrynce za ladą, znów poprawiła włosy. Gdy upewniła się, że wygląda idealnie, była już spokojna. Wtorki były jej ulubionymi dniami, nieco mniej bezbarwnymi niż inne. Rankiem powóz pojawiał się na uliczce. Każdego razu miała wrażenie, że jest obserwowana. Schlebiało jej to, nawet jeżeli było tylko próżnym urojeniem. Zaraz zabrzęczał dzwoneczek, zazgrzytały drzwi. — Cześć, Iwo. Uśmiechnęła się, wyciągając zza lady pudełko obwiązane jasnym papierem. Szybkim ruchem dłoni otworzyła szufladkę, chwyciła szpulkę wstążki i pokazowo zaczęła wiązać paczuszkę, gdy on strzepywał krople deszczu z kapelusza. Zaraz zaczął śledzić ruchy jej palców z niepewnym podziwem. — Paskudna pogoda — mruknął, podchodząc do niej. Niski, rudy, nieco krępy, o lisiej twarzy. Znała go od dzieciństwa, nie był nikim wyjątkowym, ot, rudy Iwo, syn szwaczki z naprzeciwka. Tyle że jemu się powiodło — posada stangreta hrabiego nie była byle czym w Ad Moris. Gdy ona piekła ciastka, on objeżdżał hrabiostwo; gdy patrzyła przez brudne szyby na nieustanny deszcz i bure budynki, on obserwował dwór i Ogrody. — Jak zwykle — zaśmiała się dźwięcznie i odrzuciła głowę w tył. Blond loki opadły lekko na plecy. Śledził ten ruch. Spojrzała w dziwne, błękitne oczy patrzące na nią tak, że dostawała dreszczy. Ciężko było mu zaufać. Patrzył zaborczo, wręcz drapieżnie na jej dłonie formujące małą kokardkę. Przyspieszyła swoje ruchy i przysunęła mu paczuszkę. — Zawsze leje, prawda — przyznał, niepewnie ujmując paczkę w palce, jakby była skarbem. — Tylko ty rozjaśniasz tu ponure dni.

Kamila Jurkiewicz


Otuleni Natchnieniem — Och, Iwo! Zarumieniła się, nawet słysząc to tysięczny raz. „Piękna” — to mówili jej w twarz. „Mała kokietka”, to słyszała za swoimi plecami. „Głupiutka dziewczynka”. Nie robiła niczego, by myśleli inaczej. — Zapakowałaś to, co zwykle? — Waniliowe i czekoladowe ciasteczka, tak. To, co zwykle. Skinął głową. — Hrabia na mnie czeka. Ich rozmowa zawsze wyglądała tak samo; Alicja już odwracała się, gdy nagle Iwo dodał po chwili zastanowienia: — Ładny wisiorek. Zbił ją z tropu. Odruchowo sięgnęła ręką ku szyi, gdzie pod koronkowym obramowaniem dekoltu sukni krył się złoty łańcuszek. — Od kogo go dostałaś? — Pamiątka po matce — powiedziała powoli, szczerząc białe ząbki. Uśmiechnął się kącikiem ust. Miał już wychodzić, założył kapelusz i zapiął czarny płaszcz, ale nagle zawahał się. Zmarszczyła brwi, obserwując go. Coś tu nie pasowało. Tymczasem on włożył pudełko z ciastkami pod pachę, szukając czegoś w kieszeni z językiem wywalonym na brodę (wyglądał jak rozjechany lis, pomyślała, ale zaraz dała sobie spokój z myślą. Zbytnio ją rozbawiła, a nie mogła sobie pozwolić na śmianie się z Iwa. Kto wie, co mógł zrobić?). Po chwili wyjął kopertę i położył na ladzie. Szybko ją chwyciła. Papier był twardy i szorstki, odbity w laku symbol gwiazd i mieczy sprawił, że zamarła. — Wiesz, jak hrabina kocha czekoladę — powiedział na odchodne i wyszedł na deszcz. *** Ad Moris chłodno pożegnało ją ulewnym deszczem. Dwie godziny w powozie spędziła przyciskając nos do szybki i obserwując drogę, nawet mimo usypiającego kołysania. Gdy wyjechali za miasto, szarość momentalnie zniknęła, ustał deszcz. Niebo rozpogodziło się. Od dawna nie widziała tak słonecznej pogody, a, gdyby mogła, wybiegłaby z powozu i położyła się w śród maków. Ale jeszcze tylko troszkę… Zielone łąki wzbudziły iskierkę ciepła w jej piersi. Zrozumiała, że coś się kończy. Zaczynało się nowe, nieznane, idealne i pełne nadziei. Czuła się jeszcze bardziej wyjątkowa niż zwykle. Wybranka hrabiny. Ładny front dworu pojawił się na horyzoncie pod wieczór. Różowe smugi pokryły niebo, zrobiło się nieco chłodniej, na widnokręgu zaznaczyły się ciemne, kłębiaste chmury, na tle których dwór wyglądał jeszcze bardziej świetliście. Był idealnie biały, otoczony jasną zielenią krzewów i młodych drzew, przyciągał wzrok jak ćmę do światła. Nieco na wschodzie znajdowała się wielka połać lasu ze sterczącą iglicą samotnej wieży, ale nie skupiła się na niej. Dwór. Poczuła uścisk w piersi, pojawiły się nerwy. Zaczęła skubać rękawki haftowanej sukni z bufkami, na zmianę gładząc ogniwka łańcuszka. Ale Iwo rozwiał jej nadzieję. — Rankiem poznasz hrabinę i hrabiego — powiedział, zanim zniknął w roboczych budynkach i stajni posiadłości. — Jak to? Nie teraz? — Alicjo — parsknął. — To arystokraci. Mają swoje zajęcia. — Ależ…

Mozaika

— Myślałaś, że powitają cię osobiście? Ciesz się, że w ogóle ich poznasz. Zamilkła, wpatrując się upokorzona w swoje pantofelki. Iwo westchnął wcale bez współczucia. — Zaraz jakiś służący po ciebie wyjdzie. Bywaj. Gdy Iwo zniknął, niepewnie rozejrzała się, łapczywie pochłaniając wzrokiem dwór. Kolumny, ganek, wysokie, wąskie okna. Owalny plac prowadzący do schodów posiadłości. Ogrody obejmujące dwór ze wszystkich stron. Odetchnęła słodkim, kwiatowym zapachem, z uśmiechem na ustach kładąc kapelusz na walizce. Potem wyszło po nią dwóch służących, pomagając przenieść bagaż. Nie odezwali się nawet słowem, w milczeniu prowadząc schodami coraz wyżej i wyżej na poddasze. Krocząc przez chłodne korytarze, czuła się oszukana, że musi jeszcze czekać; ale czego mogła oczekiwać? Byle córka piekarza, nawet jeśli piękna? Mała rysa na dumie została. Niecierpliwie spędziła noc, odliczając chwile kolejnymi topniejącymi świecami. *** Nad rankiem znalazła drugi prezent. Suknia, wrzosowa, uszyta z delikatnego materiału. Czuła się w niej jak nimfa, równie delikatna i nierzeczywiście piękna. Lustro znów nie kłamało. Taka wybiegła na dziedziniec, na zbliżający się spacer z hrabiną. Zaskoczona przystanęła, widząc ją w czyimś towarzystwie. Dygnęła. — Piękna suknia, Alicjo. — Dziękuję, pani — wyszeptała, choć hrabina wcale nie patrzyła na nią, a na mężczyznę stojącego przy niej. Alicja zachłystnęła się powietrzem ze zdumienia. Reprezentatywna para. Zgrabna brunetka o posągowej twarzy i imieniu równie pięknym jak ona sama. Cydiona, jejmość hrabina Adhire. Hrabia Wincent Adio, pochmurny szatyn o zamglonych oczach, roztaczał wokół siebie pewną aurę czegoś dziwnego, mglistego i duszącego jak sekret. Sama myśl o tym napawała dziwną… grozą. — Alicjo, moja droga, co powiesz na spacer? Hrabina złapała męża pod ramię. — Oczywiście, pani. Ich śladem wyszła na tylny, odkryty dziedziniec. Przed nimi zaczynały się Ogrody. Wszystko wyglądało jak skąpane w złotym pyle. Alejki z różami, nasturcjami, kwiatami, których nazw nie znała, i drzewkami z koronami przystrzyżonymi w kule rozciągały się przed nimi. Labirynt żywopłotów otaczał ich zewsząd, tak odległy i tajemniczy, że jego koniec ginął dalej, niż mogła sięgnąć wzrokiem. — Pięknie, prawda? — odezwał się hrabia. Miał niski, dźwięczny głos, tak samo pochmurny jak on sam. — Wspanialszego nigdy nie widziałam. Czy to magia? Hrabina wyglądała na urażoną. — Magia? Nie, skąd. Nie tolerujemy tutaj magii. Od dawna nikt nie używał na terenie dworu magii. Toż to… małostkowe. Alicja uśmiechnęła się przymilnie. — Naprawdę piękniejszego ogrodu nigdy nie widziałam, pani. — A widziałaś jakikolwiek inny, moja droga? Byłaś kiedykolwiek poza miastem? — Hrabina powoli przeniosła wzrok z krzaka róż na Alicję. Dziewczyna nie wiedziała, co

135


Otuleni Natchnieniem powiedzieć. Milcząc, uparcie patrzyła się w noski butów, czując palący policzki rumieniec. — Nie, pani — przyznała w końcu. Nie pasowała do tego świata, ale dopiero hrabina dała jej to odczuć. Dlaczego więc ją tutaj przyzwała…? Może nie ona? Przeszła parę kroczków, słysząc chrzęst kamieni pod bucikami, nachmurzona i nadąsana. Może hrabia poczuł gęstniejącą atmosferę, bo odezwał się po chwili: — Pokażmy jej kiedyś całe hrabiostwo. — Może — odpowiedziała Cydiona, patrząc lodowato na męża. Spojrzenie mówiło: „Nie ośmielisz się”, a ledwie zaciśnięte usta dodawały: „Znowu”. Oliwkowa cera zarumieniła się delikatnie na policzkach ze złości. Hrabia tylko wzruszył ramionami z uśmieszkiem na twarzy. — Najpierw pokażemy jej Ogrody — kontynuował. — Wiesz, mała Alicjo, że są one kilkukrotnie większe niż sam dwór? Cydiona pokręciła głową, już uspokojona. Zrównała się z nimi, ostentacyjnie wachlując się. — Sama dokładam starań, by było to piękne miejsce — stwierdziła z dumą. — Jest przepiękne, pani. — Szkoda mi jedynie, że lasy nie są tak zadbane. Alicja posłała hrabiemu zaskoczone spojrzenie sugerujące, by powiedział coś jeszcze. — Och, wiesz, Alicjo. Choć mówią o nim dziwne rzeczy, to zwykły las. — Uśmiechnął się lekko. — A kto zapuszcza się w jego głębię bez powodu?

136

— A wieża? — Przypomniała sobie nagle. — Widziałam ją z powozu i… — Zwykła wieża. Nic, co mogłoby kogokolwiek interesować. — Tak. — Hrabia przyznał żonie rację. — Ruiny starej posiadłości króla. — Tak? — Wiesz, Alicjo, są miejsca, których nikt nie odwiedza. Na pewno ta stara wieża jest jednym z nich. — Nie bez powodu — zaśmiała się chłodno hrabina. Mimo pogardy i obojętności, z jaką wypowiadali te słowa, zapamiętała je na dłużej. Hrabina wyraźnie pocieszyła się chwilą ciszy, która między nimi zapadła, i skinęła głową, oddalając się. Alicja, nie wiedząc, co zrobić, sam na sam z hrabią, również skinęła i uciekła. Wciąż czuła na sobie jego wzrok, gdy okrążała fontannę. Zatrzymała się jeszcze przy niej, przeglądając się w delikatnie falującej tafli wody. Wtedy znów poczuła się wyjątkowa. *** — Piękne kolczyki, Alicjo. Podobne aluzje słyszała jeszcze kilka razy, gdy co kilka dni prezentowała się z nowymi drobiazgami. Myślała, że jak mogłaby je odrzucić? Za swój obowiązek odczuwała noszenie prezencików, kolczyków, broszek i pierścionków, podobnie jak pieczenie czekoladowych ciast w każdą sobotę. Za każdym takim docinkiem spłoszona spuszczała głowę, godząc się na karcące spojrzenie hrabiny. Gdy podnosiła głowę, widziała tylko obojętność. To dawało Alicji nadzieję, że wszystko może się dobrze ułożyć. Od tamtej przechadzki każdego następnego dnia od szesnastej do siedemnastej krążyła z Cydioną po żwirowych alejkach, wdychając duszny zapach róż i lilii, prawiąc komplementy i chichocząc jak głupiutka dziewczyna, którą była. Pytała o bzdury, słuchała historii i kiwała głową. Udawała, że nic się nie dzieje. Pierwsze trzy miesiące umknęły dość niewinnie, dwór zaczynał powoli być dla niej drugim domem. Być może wszystko faktycznie potoczyłoby się dobrze. Wieczorem, gdy pochłodniało na tyle, by hrabina złożyła swoją ażurową parasolkę i pozwoliła Alicji odejść, ta na progu swojego małego pokoiku znalazła karteczkę. Od razu podniosła ją i schowała za paskiem sukni, sprawdzając jeszcze, czy nikt jej nie obserwuje. Dopiero w dusznym pomieszczeniu uspokoiła się. Otworzyła okienko na Ogrody, spokojnie odetchnęła rześkim powietrzem, by zaraz nerwowo rozerwać kopertę. Z każdym słowem jej oczy robiły się coraz większe i większe. Rankiem zdarzenie miało swoją kontynuację. — Jesteś najpiękniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziałem, Alicjo. — Panie…? — Nie musisz się wstydzić swojego piękna. Nie wstydziła się, mimo to nie przeszkadzało jej to w tym, by zarumienić się jak piwonia. Spuściła spłoszona oczy, a hrabia, wyraźnie zadowolony reakcją, dodał szeptem: — Jesteś wyjątkowa. Te słowa uświadomiły jej, że błahe prezenty stały się poważną sprawą. Co powie hrabina? Z drugiej strony: co z tego? Nagle naiwność i trzpiotowatość już jej nie wystarczyły. Musiała się zastanowić, przemyśleć sprawę, co mogła stracić, co zyskać. To było ciężkim wyzwaniem dla Alicji.

Kamila Jurkiewicz


Otuleni Natchnieniem Wtedy powoli zaczynało się coś psuć w jej nowym, niezwykłym i idealnym życiu. Jak jabłko gniło od środka, na zewnątrz pozostając pięknym. Podobnie działo się z Alicją. *** Zgubił ją najbardziej niepozorny z prezentów. Pudełeczko było obwiązane beżowym jedwabiem, gładkie i błyszczące. Maleńka perła kusiła w złotej oprawce z ząbkowanym wykończeniem. Delikatny grawer z tyłu. Mej miłości. Gładziła małą przywieszkę, czując skrajne emocje, strach i szczęście. Ryzykując, założyła ją na złoty łańcuszek. Niedługo później usłyszała dziwne echo niosące się po korytarzach. Gdy zbiegła po schodach na główny hol, zza zamkniętych wrót głównej jadalni usłyszała chłodny głos hrabiego. — Uspokój się, kobieto. Zachowuj się jak hrabina, którą jesteś, do licha. — Ma opuścić dwór! — Chyba się zapominasz. Te słowa, przesiąknięte chłodem zadźwięczały w ciszy, która zapadła. Słyszała zza drzwi głośne szuranie krzesła po posadzce, zaraz szybkie kroki. Lekko zakołysały się drzwi, ale zaraz znowu usłyszała kobiecy głos: — Odeślesz ją. — Nie zrobię tego. — Myślisz, że możesz robić, co chcesz? Pod moim nosem?! — Nie będziesz rządzić w moim domu. — Wyrzucisz ją! Zanim Alicja zdążyła się schować, hrabina wypadła z komnaty. Wściekłe oczy od razu skierowały się na nią jak wiedzione impulsem. Podeszła do niej powoli, opanowując przyspieszony oddech. — Nie jesteś pierwszą Perłą, Alicjo. Wynoś się stąd. Na drugi dzień walizka znalazła się w powozie, a Iwo jako posłaniec hrabiny kazał jej opuścić dwór. Tego dnia oczy hrabiego nie śledziły jej z okien salonu. Myślała, że nie zobaczy go już nigdy więcej. W powrocie do domu zatrzymały ją jednak dzikie, niebieskie oczy. Znajome, ponure uliczki Ad Moris sprawiły, że chciała płakać. Dusząc w sobie łzy, brnęła w swojej wrzosowej sukni przez zaciemnione alejki, dusząc się zapachem moczu i krwi. Już od dawna zmierzchało, nad miastem powoli kotłowały się chmury i teraz jedynym, czego pragnęła, to dotrzeć do domu przed ulewą. Nie obchodziły ją zdziwione spojrzenia, którymi zostanie powitana, gdy tylko po okolicy rozejdzie się wieść, że wróciła. Niczego już nie chciała. Skręciła w zaułek prowadzący prosto do małej cukierenki. Dopiero po chwili usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się, ale za nią nie było nikogo; może kiedyś wzbudziłoby to w niej strach, może przyspieszyłaby, ale teraz czuła się złamana. Brnęła dalej przez śmierdzące uliczki, nie spoglądając już w tył. — Jesteś zbędna — usłyszała. Nagle poczuła głuchy ból rozlewający się po boku, gdy po sukni w tym samym momencie rozlała się mała plama krwi. Zaraz znów i znów. Plama rosła, pochłaniała łapczywie materiał aż do kolan. Alicja zachwiała się lekko, zacharczała. Ból się nasilał i malał na przemian, tętno głucho dźwięczało w uszach. Potem martwa padła na bruk.

Mozaika

*** Była sama. Podniosła powoli obolałe ciało na łokciach, ledwie dając radę poderwać głowę. W uszach huczało. Wydawało jej się, że słyszy krzyki wewnątrz siebie, gdzieś z głębi, niosące się dziwnym echem po całej głowie. Ale gdy rozglądała się, nie widziała niczego poza pustkowiem pełnym pomarańczowego pyłu. Dźwięczała tylko przejmująca pustka. Niebo było czarne, przecinane miejscami pionowymi liniami błyskawic, które niemo rozświetlały piach na biało. Znów opadła na rozgrzany grunt, ale zaraz rozległ się trzask. Szybko, wbrew zmęczonym mięśniom podniosła się na klęczki. Przed nią stało lustro. Owalne, w starej, mosiężnej ramie, stojące na trzech silnych nogach. Wtedy poczuła siłę, by wstać. Lustro musiało kłamać! Blada, poczochrana, spękane usta zaznaczone były zaschniętą krwią. Załkała, łapiąc się za gorset przesiąknięty sczerniałą cieczą. Z rany pod żebrami sączyły się jasnoczerwone strużki. Jej odbicie śmiało się i uśmiechało słodko, kręcąc palcem kosmyk loków. Nie jesteś piękna, usłyszała szyderczy głos w głowie. Po chwili uświadomiła sobie, że tak w jej wyobrażeniach wyglądało piekło. Samotność, cisza. I nagle straciła grunt pod stopami. Pomarańczowe pustkowie zniknęło, tafla rozprysła się, pojawiła się czerń. Silny wiatr rozwiewał włosy i szarpał nimi wokół jej twarzy, chłodził ciało, ale czuła rosnącą panikę. Wtedy przestała spadać. Chlusnęło, zakrztusiła się wodą, która zabarwiła się na czerwono wokół jej szamoczących się nóg zaplątanych w materiał sukni, ale zaraz zdołała wypłynąć na powierzchnię. Pustkowie wody, na horyzoncie czerń. Jesteś nikim. Załkała. Znikąd zerwał się wiatr, wzbiły się fale, znów musiała walczyć. Grzywy bałwanów szamotały nią, szarpały w tył, podtapiały. Coś szarpnęło ją za stopę. Gdy znalazła się pod powierzchnią wody, otworzyła oczy. Ze zdumienia otworzyła usta, zachłystując się. Naprzeciw niej dryfowała kobieta we wrzosowej sukni. Uśmiechała się podle, ukazując szereg gnijących zębów. Białe włosy falowały wokół jej twarzy, pomarszczonej, z wygiętymi ironicznie wargami. Pożółkłe, mętne oczy wwiercały się w głąb niej. Ale gdy starucha wyciągnęła do niej dłoń, chwyciła ją. Rozległ się huk, jakby kończyły się światy. *** Obudził ją ostry zapach. Pierwszym, co do niej dotarło, był pulsujący ból rozlewający się po całym ciele. Od drewnianego blatu, na którym leżała, zdrętwiały jej plecy, czuła mrowienie pnące się od stóp aż do karku. Nie była w stanie nic zrobić, wpatrywała się oszołomiona w sufit. Półprzytomna śledziła pajęczyny pnące się od zakurzonego żyrandola w każdy z kątów pomieszczenia. Pachniało pleśnią i wilgocią. Zwilżyła językiem spierzchnięte usta, kładąc dłonie na brzuchu. Wyczuła szorstki materiał gorsetu, ale gdy jej palce spotkały się, natychmiast oprzytomniała. Spojrzała zszokowana w dół. Palce były suche, wyglądały jak kości obleczone przeźroczystym materiałem, a dłonie pożółkłe i żylaste. Krzyknęła cicho, ale to nie był już jej głos, niski, charkliwy pomruk wdrążył się w jej głowę. Szybko

137


Otuleni Natchnieniem rozejrzała się po pokoju, zrywając się. Lustro. Tafla przyjaźnie odbijała światło, wskazując do siebie drogę. Ale tam była tylko starucha o kocich, żółtych tęczówkach. Patrzyła na rozszerzone w zdumieniu oczy, na pajęczynę zmarszczek i pomarańczowe plamy na zasuszonych policzkach. Białe, skołtunione włosy bezkształtnie zlepiały się na czaszce w jedno, chaotyczne kłębowisko. Z kształtnych ust pozostała cienka linia. To nie mogła być ona. — Niestety, tak teraz wyglądasz. Odwróciła się szybko, rejestrując źródło dźwięku. W progu stał starzec wyglądający niemal jak ona, bliźniak staruchy, która odbijała się w tafli jakby stała po drugiej stronie lustra. Miał ciemnobrązowe oczy, którymi patrzył na nią niemal z litością. Trzęsącą się dłonią wskazał jej odbicie. — Nie udało mi się przywrócić ci piękna — mruknął chrapliwie. — Bardzo cię za to przepraszam. Nic nie rozumiała. Zszokowana zerknęła na staruchę tak samo zdziwioną jak ona. Gdy kobieta w pożółkłych szmatach powtórzyła jej ruchy, dopiero do niej dotarło. Starzec cmoknął, przenosząc ciężar ciała na laskę, którą trzymał w drugiej dłoni. Wciąż wskazywał na lustro szponiastym palcem. Zrobiła kilka bezradnych kroków w bok, byleby z dala od lustra. W głowie myśli plątały się ze sobą, tworząc chaos. Nie wiedziała nawet, co czuje, nie umiała nazwać tych emocji. — Ale jak…? — wykrztusiła. — Masz szczęście, że cię znalazłem. Raczej nieszczęście, usłyszała szyderczy głos wewnątrz. Gdy zobaczył panikę w jej oczach, westchnął cichutko. — Byłem kiedyś nekromantą, dziecko — wyjaśnił z żalem. — Teraz umiałem zwrócić ci tylko to, co masz teraz. — Jestem potworem — wyszeptała. — Nie, nie. Tylko wyglądasz jak potwór. — A wskrzesiłeś mnie, bo…? — zapytała przez łzy. Spojrzała na niego pytająco przez strużki płynące z oczu. Obraz zaczynał się rozmazywać, powieki puchły i zaczerwieniały się, wargi drżały. Wzruszył ramionami. Popatrzył na nią z litością i powoli powiedział: — Byłaś zbyt piękna, by tak umrzeć. Zachłystnęła się powietrzem ze zdziwienia. Nie, wcale nie jesteś piękna, usłyszała. — Rzeka przyniosła cię aż tutaj, do wieży. Znalazłem cię, dziecko. I zrobiłem to, co mogłem. Więcej nie chciała już słyszeć. Starucha w lustrze bezradnie łkała. *** Pierwsze kilka dni przesiedziała przed lustrem, obejmując rękoma kolana i przyciskając je do siebie. Mimo to starucha wciąż była obca. Dlaczego zginęła? Komu zawadzała? Dobrze znała ten głos, cichy szept, którym ktoś podzielił się z nią przed śmiercią. Tym kimś był Iwo, na pewno. Ale dlaczego? Dużo czasu minęło, zanim zrozumiała, że naprawdę była zbędna. Mogła zepsuć widmo perfekcji ściśle oblepiające hrabinę i hrabiego. Dopóki była słodką towarzyszką Cydiony, piekącą ciasta, otaczał ją mur bezpieczeństwa. Dopiero Perła… Ściskając dłoń na szyi w miejscu, gdzie kiedyś wisiał złoty łańcuszek z przywieszką, czuła kiełkującą się w niej nienawiść. Odebrali jej nawet Perłę. Gdy ta myśl zaczęła palić, rozmyślała tylko, kto wybrał dla niej śmierć. Ona czy on?

138

Ale hrabina nie wywoływała tego niepokojącego wrażenia tajemnicy, duszącej woni śmierci. Zrozumiała, że Cydiona nie poświęciłaby aż tak wiele dla utrzymania pozorów. Wincent. — Zrobisz, co zechcesz. Możesz się mścić. Możesz zostać. Możesz się zabić. Zrobisz to, co uznasz za słuszne. Tym pożegnał ją starzec. Uświadomił jej wcześniej, ile czasu spędziła nieprzytomna w wieży. — Miesiąc?! Opadła zdziwiona na drewniane krzesło, a stary nekromanta kiwnął powoli głową. — Przez ten czas wiele się zmieniło, dziecko. — Co się stało? — Hrabina zmarła — powiedział krótko i urwał. Ona dopowiedziała sobie resztę. Hrabia, powierzchownie zimny i nieczuły wobec niej, jest w żałobie. Czy znalazł już sobie inną Perłę, która mogłaby zastąpić panią domu? W głowie zaczął kiełkować plan, co może zrobić. Zostawić go w spokoju, by wziął sobie za żonę kolejną i po kryjomu szukał następnych kochanek? Co, jeżeli wieść o romansie się rozejdzie? Iwo znów zabije z rozkazu hrabiego, by ten miał czyste ręce? Wtedy właśnie starzec dał jej wolną rękę. Od razu wybrała. *** Były momenty, które zamazywały się w pamięci. Pozostały tylko strzępy wspomnień, mgliste, poszarpane, pełne dziur. Myślała potem, że wszystko przez złość i nienawiść, które wypełniły ją całą i sprawiły, że myślała tylko o jednym. Dni zlały się w jeden. Do tych poszarpanych wspomnień należał koniec. W październiku z północy nadszedł chłodny front, przynosząc ulewy nawet nad dwór. W nocy z okna na najwyższym piętrze wieży obserwowała odległą białą bryłę. W dni zakapturzona w Ad Moris była niezauważalna. Kolejna stara kobieta w pelerynie. Słuchała plotek i pogłosek, pytała, zagadywała… Sortowała, układając w głowie prawdziwy obraz tego, co działo się w Adhire. Mówiono o tym, jak zrozpaczony jest hrabia. Że odwiedza grób żony każdego ranka i wieczora, przynosząc na płytę róże z Ogrodów. Pewnego wtorku zaszła uliczkami aż pod cukierenkę ojca. Za brudną szybą dostrzegła wiotką brunetkę szczerzącą się zza lady i szczoteczką z piór ciągle atakującą ramy obrazów, które znikąd pojawiły się na ścianach. Od razu naszły ją dwie myśli — że jeżeli sama też tak wdzięczyła się, pakując ciastka, to rzeczywiście była idiotką, jak o niej mówili. Druga była taka, że wiele się zmieniło od tamtego czasu. Potem, blisko południa usłyszała cichy stukot kół powozu uderzających o kocie łby. Z ukrycia obserwowała, jak Iwo zeskakuje, wbiega do cukierni i zamienia parę słów z dziewczyną. Zamiast białego pudełeczka miał teraz zwykłą papierową torbę pachnącą z daleka wanilią. Hrabina zmarła, pomyślała. Dlaczego więc ciągle kupowali ciastka? Pozwoliła stangretowi odjechać, cały czas jednak idąc śladem powozu do dworku. Wtedy zaszła aż za Ogrody, na rodzinne cmentarzysko. Lśniąca bryła grobowca odbijała jego twarz jak mosiężne lustro. Stała za nim, dziwnie spokojna i cicha. Klęczał przed

Kamila Jurkiewicz


Otuleni Natchnieniem marmurową płytą z wyrytą w niej podobizną sylwetki hrabiny. Trzymał w dłoniach bukiecik, gładził dłońmi białe płatki róż. Mimo to czuła się oszukana. Nie pochłaniały jej emocje, choć spodziewała się euforii czy satysfakcji. Czuła się pusta. Nie była to podniosła chwila, której oczekiwała. Ale jakkolwiek sobie to wyobrażała, nie odmówiła okazji. Nie poznał jej, na pewno. Popatrzył na nią zdziwiony i podniósł się z klęczek. Chciała coś powiedzieć, może zdradzić mu, kim jest, podzielić się prawdą. „Ty mnie taką uczyniłeś”, mogła wysyczeć. Tym razem zadowoliła się jego przerażeniem i dopadła do niego z rzeźnickim nożem w ręce. Po granicie spłynęła krew. Dźgnęła jeszcze raz… i jeszcze, zatoczył się do tyłu i upadł. Starał się jeszcze rękami zasłonić tors, ale nie zdało się to na nic. Wrzeszczał, z oszalałymi z bólu oczami i zastygłą twarzą naprzeciwko jej wściekłych, kocich tęczówek. Skłębione, białe włosy wyglądały jak paradoksalna aureola. Wciąż nic nie czuła poza ciepłą mżawką na twarzy. Żadnych emocji, zero zadowolenia. Pomyślała potem, że jednak nie tak miało to wyglądać. Mogła odpuścić i wrócić kiedyś, by zemścić się z nawiązką. Teraz było za późno. Wypatroszyła go jak świniaka. Hrabia krzyczał. *** Gdy z jej ust padło ostatnie słowo, zapadła cisza. Kapłan milczał. Splótł dłonie na brzuchu, przez cały ten czas mrużąc oczy. Potem również nie odezwał się szybko. Wyglądał, jakby długo się zastanawiał nad jej opowieścią, a ona, widząc to i boleśnie odczuwając jego milczenie, bała się coraz bardziej. Chciała tylko zapomnieć. Chciała spokoju. Nawet jeżeli nie żałowała swoich czynów, mieli jej tego odmówić? Ale, gdy on odezwał się, mówił spokojnie. — Jesteś jak stłuczone lustro — powiedział. — Nie znajdziesz wszystkich kawałków szkła, ale możesz sprawić, że pozostałe będą jednością. Stwórz mozaikę. Skinęła niepewnie głową. — Możesz utworzyć siebie na nowo. To, kim byłaś kiedyś, nie wróci. Rozumiesz, dziecko? Patrzył na jej żółte oczy rozszerzające się w zdziwieniu.

— Jestem potworem — wymruczała gardłowo i, choć powtarzała to sobie każdego dnia, widząc swoje odbicie w lustrze, teraz dopiero poczuła, że to prawda. Uśmiechnął się dobrodusznie, szybkim ruchem głowy zaprzeczając jej słowom. — Jesteś tylko zagubionym dzieckiem w obcym ciele. Zacisnęła suche dłonie w pięści. Dzieckiem? Dawno nie myślała o sobie inaczej, niż o bestii. Nawet nie nazywała siebie Alicją; była co najwyżej Perłą. Zawsze sądziła, że będzie wyjątkowa. Niezaprzeczalnie przytrafiło jej się coś niezwykłego, ale nigdy tego nie pragnęła. Nie chciała być żyjącą zemstą ofiarą drwiny Losu. Wcześniej całość, teraz pęknięta tafla, miliony drobin rozsypanych gdzieś wewnątrz jej. Mozaika. Jak miała stać się mozaiką? — Jak…? — Możesz próbować szukać rozwiązania albo czekać, aż samo się objawi. Bogini mówi, że takie rzeczy się wie. Jeżeli to prawda… będziesz wiedzieć. — A jeżeli nie? Ostentacyjnie spojrzał w niebo, a ona jego śladem podniosła głowę. Milczeli chwilę. Gdy kapłan odezwał się, w jego głosie brzmiała gorycz. — Jednego jestem pewien. — Czego, bracie? — Wszyscy jesteśmy potworami. Potem tylko kiwnął głową, założył ręce na brzuchu i odszedł w kierunku świątyni. Rozwiązanie jednak nigdy nie nadeszło, ani tego dnia, ani żadnego z następnych. Mozaika rozpadła się po raz kolejny, gdy niezgrabnymi palcami próbowała ułożyć swój Los. Gdy osiedliła się w mieście, szklane kawałki zalśniły nowym blaskiem, pełnym kolorów i nadziei. Gdy przeklęli ją kapłani, ledwie ułożona tafla zaczęła pękać, kiedy wypędzono ją, wygnano w lasy — obraz zaczął drżeć. Spalono jej chatkę pustelniczki któregoś dnia tuż po majowej pełni — i wtedy mozaika rozprysła się, raniąc następny raz. Może jeden raz za wiele. Następnej wiosny kapłan krzyczał głośno, a stare dęby były świadkami kolejnej zbrodni. Bogini wcale nie była miłościwa.

Kamila Jurkiewicz Rocznik 1991. Przemyślanka z urodzenia. Obecnie studiuje w Krakowie i planuje zostać chemikiem. Uwielbia książki (czytać, wąchać i pisać), zainteresowana folklorem słowiańskim oraz fantastyką we wszelakiej postaci. Debiutuje dwoma opowiadaniami na łamach tego numeru Qfanta.

Mozaika

139


qfant-specjalny3  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you