Issuu on Google+

2013 #050 pressja |

01


Od redakcji: Lubimy zmiany, wprowadzają świeżość i  dobrze jest, gdy są na lepsze. A  50. numer „Pressji” przynosi z pewnością pozytywne zmiany. Wersja drukowana zmienia trochę formę i objętość, do wielu materiałów odsyłamy do wersji online, która dostępna jest na stronie pressja.wsiz.pl. Tam też zmiany – strona pod nowym adresem i w nowej szacie graficznej daje dostęp do aktualności, gazety online oraz filmów, zdjęć, różnych ciekawostek, do których docierają redaktorzy magazynu. Chwalimy się też redakcją Pressja UA, czyli naszą ukraińską odsłoną. Ciekawe materiały, inny punkt widzenia, a przede wszystkim możliwość poznania bliskiej, po sąsiedzku funkcjonującej kultury. Życzymy Wam drodzy Czytelnicy pasjonującej lektury, inspiracji i tematów do dyskusji! Zespół Redakcyjny

Wydawca: Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie Opiekunowie wydania: Anna Martens, Iwona Leonowicz-Bukała, Olga Kurek ul. Sucharskiego 2 pressjamagazyn@gmail.com www.pressja.wsiz.pl

Korekta ukraińska: Iryna Bilousova, Irena Szara Korekta angielska: Lucyna Tomaka Skład: Nina Błagowiecka


Spis treści: 05 „Czerwona Ruta” - jak dwa bratanki 06 Fundacja TALENTY 08 Czy jesteś już w Klubie Absolwenta WSIiZ? 09 Pracować i rozwijać wyobraźnię 10 Warsztaty biznesowe – załóż własną firmę 12 Czynni w kolejce po tytuł 14 Co najmniej zdziwieni 16 Ukraińscy studenci w Polsce 19 Dlaczego Polska? 20 Obcokrajowcy na polskich uczelniach 22 A different way, the same goal 23 Finland’s way of activating young people in the labour market 24 Student? To na ulicę! 26 Rzeszowskie słoiki 28 KN BOSS 30 Legalnie pracować w Polsce 31 Кожна людина має право на працю 33 Як здати сесію. Практичний порадник 34 Риби, зброя та Жадан 36 Новий Рік, продовження… 38 А що вам найчастіше передають ваші рідні до Польші? 39 Z Ukrainą w sercu – w Polsce 40 Książki testowane na studencie 42 Kakofonia czy muzyka? Recenzja albumu Gaza 43 Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan 44 Far Cry 3 czyli tropikalna przygoda 45 Nie tracę nadziei dopóki oddycham 46 W dzisiejszym świecie żyje mi się parszywie… - Zbigniew Maziarczyk 48 Rzeszowska mistrzyni parkietu – Ula Surowiec 50 Połączyła nas ciemnia 54 Frisbee jak styl życia 56 Siatka pełna niespodzianek 57 Oczyśćmy czarne dusze w rocznicę Czarnobyla 58 Ludzie od stóp do szyi 60 Świat się zmniejszył, czyli życie w galeriach handlowych 62 Przestrzegaj netykiety, bo dostaniesz… bana! 64 Nie dajcie się zwieść


TH!NK

Studenckie Naukowe Czasopismo Internetowe

think.wsiz.rzeszow.pl Publikujemy naukowe teksty studentów Ka¿dy tekst jest recenzowany Taka publikacja to dobry punkt w Twoim

CV

a i o stypendium ³atwiej...

TH!NK

studenckie naukowe czasopismo internetowe

Zespó³ Redakcyjny TH!NK Studenckiego Naukowego Czasopisma Internetowego Wy¿szej Szko³y Informatyki i Zarz¹dzania z siedzib¹ w Rzeszowie: Redaktor merytoryczny: dr Marcin Szewczyk Redaktor techniczny: mgr El¿bieta Szczepaniak think@student.wsiz.rzeszow.pl


„CZERWONA RUTA” JAK DWA BRATANKI

23 stycznia 2013 roku. Środa, godzina 19. Chór Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania – Vox Coelestis – zwarty i gotowy na występ przed wszystkimi zgromadzonymi w  Klubie Akademickim. Po odśpiewaniu kolęd „Jezus Malusieńki” i „Bóg się rodzi”, czas na następne atrakcje wieczoru – między innymi na kolędy i utwory przygotowane przez studentów rzeszowskiej uczelni. Wreszcie – „gwóźdź programu”, czyli spektakl „Czerwona Ruta”. Stremowani studenci – aktorzy, czekają za sceną. Jeszcze kilka sekund. Kurtyna w  górę. Kamera, akcja. Seans czas zacząć… „Czerwona Ruta” to spektakl przygotowany przez studentów z Ukrainy Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, którzy na co dzień studiują zupełnie inne kierunki, niezwiązane z  teatrem i  sztuką. Kiedy usłyszeli o  planowanym przedsięwzięciu, nie mogli przejść obojętnie. Zwłaszcza, że przedstawienie opowiada historię narodu ukraińskiego i polskiego: historię konfliktów, ale i bratania się sąsiadów. Głównymi bohaterami spektaklu są dusze dwóch mężczyzn – Ukraińca i Polaka. Po śmierci chcą one dostąpić zaszczytu wej-

ścia do Raju, jednak aby spełniło się ich marzenie, muszą się wyspowiadać i opowiedzieć swoje historie. Podczas ich zwierzeń dowiadujemy się prawdy o nich samych oraz o  ich ukochanych narodach. Dostrzegamy wiele różnic, ale i podobieństw pomiędzy Polską, a Ukrainą. Dowiadujemy się, że między Polakami i  Ukraińcami, tak naprawdę nie istnieje żadna granica, ani żadne powody do nienawiści. Wszyscy jesteśmy jednakowi. Na zakończenie spektaklu, bohaterowie odśpiewali tytułową pieśń czyli „Czerwoną Rutę”, w języku polskim i ukraińskim. W zamyśle reżyserki, Marioli Łabno – Flaumenhaft, sztuka ma przedstawiać różnorodne relacje pomiędzy narodami, także nienawiść i niechęć, ale głównie szacunek oraz przyjazne stosunki. Na przykładzie „Czerwonej Ruty” możemy zobaczyć to, że niezależnie jakim językiem się posługujemy, z jakiego pochodzimy kraju, przed obliczem Boga - wszyscy jesteśmy równi. Kiedy stoi się przed wrotami do Raju, nieistotne jest pochodzenie czy nasza kultura. Katarzyna Mieszawska

Zapraszamy do obejrzenia video ze spotkania 23 stycznia w Klubie Akademickim WSIiZ, autorstwa Maksyma Zakcharchuka i Volodymyra Boychenko:

Spektakl „Czerwona Ruta” został w  całości zarejestrowany w grudniu 2012 r. w Klubie Akademickim WSIiZ. Zachęcamy do obejrzenia całej sztuki w  reżyserii Marioli Łabno-Flaumenhaft i wykonaniu studentów WSIiZ.

2013 #050 pressja |

05


pressja

06

Trwa okres rozliczeń podatkowych. Ci z Was, którzy pracują, powinni pamiętać o tym, że 1% daniny na rzecz państwa można przekazać na dowolną organizację pożytku publicznego. Dlaczego nie wesprzeć fundacji, której współzałożycielem jest nasza Uczelnia? Dzięki temu może sami skorzystacie z tych pieniędzy.

Dlatego redakcja „Pressji” zachęca, aby przekazać 1% swojego podatku dla Fundacji „Talenty”. Wystarczy w odpowiednim polu formularza PIT wpisać numer KRS 0000068639 – identyfikator fundacji oraz wyliczoną kwotę 1% podatku dochodowego. Jeśli przy rozliczeniu korzystacie z pomocy księgowego, poproście aby zrobił odpowiednie adnotacje w waszym formularzu PIT. Michał Bartyzel


MASZ OKAZJĘ ZADECYDOWAĆ NA CO ZOSTANĄ PRZEZNACZONE TWOJE PIENIĄDZE! Nr wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego: 0000068639 Nr konta: 60 1500 1100 1211 0002 8210 0000

Przekaż

dacji n u F le e c a n u k t a d po talenty” – ji c a k u d e i i k u a n „Na rzecz

Twój 1% przeznaczymy m.in. na: stypendia naukowe i socjalne dla uczniom i studentów, wsparcie działalności kół zainteresowań i organizacji studenckich, dofinansowanie wyjazdów uczniów i studentów na seminaria, konferencje i szkolenia, wsparcie rozwoju przedsiębiorczości uczniów studentów i absolwentów, pomoc w rozwoju indywidualnych zainteresowań, talentów i pasji, aktywizację zawodową studentów i absolwentów, wsparcie projektów skierowanych do osób niepełnosprawnych i starszych.

DZIAŁAMY DLA CIEBIE I TWOICH NAJBLIŻSZYCH! Fundacja „Na rzecz nauki i edukacji – talenty” 2012 #050 pressja | 07 ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów


pressja

08


Pracować i rozwijać wyobraźnię

Artysta, projektant, grafik. Wykładowca w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, wszechstronny, wybitny człowiek – profesor Andrzej Głowacki w rozmowie z dziennikarzami Pressji.

Zdjęcia z archiwum prof. A. Głowackiego

Pressja: Grafika – to taka dziedzina, której, moim zdaniem, nie tak łatwo się nauczyć. Jak dla mnie, żeby być dobrym grafikiem bardzo potrzebne jest subtelne i  jednocześnie chimeryczne wyczucie stylu i  wizja tych rzeczy, których prości ludzie zobaczyć nie są w  stanie. Chciałbym zapytać, jak Pan w  sobie odnalazł ten dar i  czy coś się do tego przyczyniło? Andrzej Głowacki: Nie ma magicznego klucza do otwarcia drzwi. Nie ma innej możliwości jak tylko praca i nauka. Realizacja marzeń – realizacja własnej drogi twórczej. Nie należy tylko realizować planu studiów, bo to jest za mało! Trzeba doskonalić się w wielu realizacjach i kreowaniu wielu pomysłów, nawet w  ramach jednego zadania. A  dar przyjdzie sam, pojawi w Was samych, tylko trzeba mu pomóc. P: Wszyscy często zderzamy się z  kry-

tyką. Na pewno dla grafika to dosyć znany temat. Czy mógł Pan podpowiedzieć, jak sobie radzić z sytuacją, kiedy ocena profesora i opina ludzi na temat jakiejś pracy jest całkiem różna? A.G.: Im więcej różnych zdań, tym lepiej dla autora. Nie można tylko chwalić, inaczej nic byś nie osiągnął. Dobra krytyka jest cenniejsza od pochwał. Wymiana zdań, poglądów, pozwala na poszukiwanie samych siebie, a w sztuce to podstawa. P: Projektowanie, grafika i inżynieria – to takie dziedziny, w które trzeba włożyć dużo pracy. Żeby efekt był dobry, trzeba mieć ogromne natchnienie. Jeśli to nie sekret, proszę powiedzieć jak odpoczywa Pan od tej niełatwej pracy, jaką jest tworzenie? A.G.: Odpoczywam pracując! Zmieniam tylko pole zainteresowań – albo piszę, albo fotografuję. Dawniej malowałem

obrazy na płótnie, a  teraz robię grafiki korzystając z  oprogramowania komputerowego. P: Czy Pana prace były wystawiane na aukcjach? A.G.: Tak, dawałem swoje prace na aukcje charytatywne, kiedyś nawet je współorganizowałem. Wspieram dobre i  szczere działania, jeśli mogę komuś w czymś pomóc. P: Na zakończenie, jakie rady może Pan dać studentom, którzy dopiero zaczęli swoją edukację na specjalności „Grafika komputerowa”? A.G.: Pracować, pracować, pracować, pracować, pracować, pracować. Czytać, uczyć się, rozwijać swoje doznania i myśli, bo warto! Rozmawiali: Maksym Zakharchuk, Volodymyr Boychenko

Obejrzyj wywiad na https://www.youtube.com/watch?v=d-B5STalZ3Q 2013 #050 pressja |

09


pressja

010

WARSZTATY BIZNESOWE załóż własną firmę

Warsztaty biznesowe to nowa specjalność Wyższej Szkoły Informatyki i  Zarządzania w  Rzeszowie dla studentów wszystkich kierunków studiów realizowanych na Uczelni. Przeczytaj rozmowę z Wojciechem Piturą, osobą odpowiedzialną za powodzenie przedsięwzięcia. Pressja: Czym są „Warsztaty Biznesowe – załóż własną firmę”? Wojciech Pitura: To nowa specjalność WSIiZ skierowana do studentów wszystkich kierunków studiów. Studenci ekonomii, finansów i rachunkowości oraz logistyki, mogą ją realizować w ramach swojego kierunku studiów, natomiast studenci pozostałych kierunków, mogą wybrać „Warsztaty Biznesowe – załóż własną firmę”, jako dodatkową specjalność. W II edycji warsztatów, która startuje w marcu 2013 r. będą mogli wziąć udział także Absolwenci WSIiZ oraz osoby spoza Uczelni. P: Skąd pomysł na takie warsztaty na naszej Uczelni? W.P.: Pomysł wprowadzenia „Warsztatów Biznesowych” wynika z potrzeby kształcenia postaw przedsiębiorczych wśród studentów. Program warsztatów został zaplanowany tak, aby przygotować studentów wszystkich kierunków studiów, niekoniecznie ekonomicznych, posiadających kierunkowe umiejętności praktyczne, do zakładania i prowadzenia własnych firm. Chcemy, aby np. informatyk – programista, poza wiedzą specjalistyczną posiadał również wiedzę m.in. z zakresu przedsiębiorczości, podstaw rachunkowości, marketingu czy zarządzania własną firmą. Mamy nadzieję, że udział w warsztatach wyciągnie go zza komputera i otworzy oczy na możliwości biznesowe, jakie są związane z jego umiejętnościami. Oczywiście dotyczy to również studentów innych kierunków studiów. P: Jestem studentem WSIZ. Jakie korzyści przyniesie mi udział w warsztatach? W.P.: Korzyści jest wiele. Po pierwsze, jak sama nazwa wskazuje, zajęcia będą miały formę warsztatową, dzięki czemu studenci będą mogli zdobywać praktyczną wiedzę. Po drugie, na zakończenie warsztatów każdy student będzie posiadał profesjonalnie stworzony biznesplan projektu, z którym np. przyszedł na warsztaty. Po trzecie, część zajęć będzie prowadzona przez praktyków biznesu. Po czwarte, najlepsze projekty biznesowe zostaną ocenione przez Komitet Inwestycyjny InnoFund – funduszu zalążkowego działającego na Uczelni. W przypadku pozytywnej oceny przez Komitet Inwestycyjny, pomysłodawca może liczyć na kapitał do 200 000 euro. Po piąte, szóste … mógłbym wymienić jeszcze wiele korzyści, natomiast wydaje mi się, że te powinny wystarczyć do zainteresowania tematem potencjalnych uczestników. Już dziś mogę powiedzieć, że projekt MobiTouch, studentów Informatyki z I edycji „Warsztaty Biznesowe – załóż własną firmę” otrzymał kapitał od InnoFund (umowa inwestycyjna została podpisana w grudniu 2012 roku). P: Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu na biznes. Czy powinienem zapisać się na WB? W.P.: Tak. W  programie warsztatów jest część poświęcona kreowaniu koncepcji biznesu, dzięki której każdy uczestnik będzie mógł wypracować swój pomysł na biznes w trakcie zajęć. P: Czy zajęcia będą prowadzić tylko nauczyciele akademiccy? W.P.: Nie. Zajęcia będą prowadzone zarówno przez praktyków biznesu jak i wykładowców naszej uczelni. Studenci powinni zwrócić uwagę na fakt, że nauczyciele akademiccy prowadzący „Warsztaty Biznesowe” są również praktykami, przykładem może być tu doktor Marta Czyżewska, która aktualnie zarządza funduszem seed capital InnoFund. W I edycji warsztatów studenci mieli zajęcia m.in. z Prezesem WSK PZL Rzeszów Markiem Dareckim, właścicielami spółki notatek.pl Przemysławem Kadulą oraz Maciejem Chmielowskim. P: Czy odbyły się już Warsztaty Biznesowe na Uczelni? W.P.: Tak. Raz realizowaliśmy warsztaty na uczelni, ale w takiej dość eksperymentalnej formie. Szkolenie trwało dwa dni i było skierowane do dziennikarzy. W ten sposób chcieliśmy otrzymać opinie o programie warsztatów od osób zajmujących się różnymi dziedzinami życia. I powiem szczerze, nie spodziewaliśmy się tak pozytywnych komentarzy na temat warsztatów, głównie części związanej z symulacją biznesową, którą wykorzystaliśmy na zajęciach. Od listopada 2012 roku na naszej Uczelni realizowana jest I edycja „Warsztatów Biznesowych – załóż własną firmę”, w której łącznie bierze udział 63 studentów z różnych kierunków studiów. Studenci tworzą 3 grupy warsztatowe: 2 grupy dzienne oraz 1 zaoczna. P: Jak zachęciłby Pan studentów do zapisywania się na II edycję warsztatów? W.P.: Po prostu zapisujcie się! „Warsztaty Biznesowe – załóż własną firmę” zostały stworzone z myślą o studentach i dla studentów. Każdy student powinien wiedzieć, że to, co zrobi dla siebie w okresie studiów na pewno zaowocuje w przyszłości. Warsztaty to możliwość zdobycia praktycznej wiedzy biznesowej, poznania wielu ciekawych osób studiujących na różnych kierunkach studiów oraz wysłuchania ludzi, którzy w biznesie osiągnęli naprawdę wiele.


2013 #050 pressja |

011


pressja

012

CZYNNI, W KOLEJCE PO TYTUŁ Dla większości studentów, czas spędzony Michał po wyższe wykształcenie wyjechał do stolicy. W  stona uczelni to lata w  oczekiwaniu na tytuł magistra. Ale nie dla nich. Oni widzą w tym czasie szansę i chcą tę szansę wykorzystać. Wydaje się, że otaczają nas z każdej strony: roznoszą ulotki, sprzedają bilety w  kinie, gotują w  restauracjach. I  często zmieniają miejsce pracy. Już cztery na dziesięć osób uczęszczających na studia jednocześnie pracuje, większość z  nich uczy się wieczorowo lub zaocznie, jednak bywają i tacy, którzy potrafią pogodzić obowiązki wobec pracodawcy i studia stacjonarne.

Kuba zaczął pracować jeszcze w szkole średniej, w pizzerii.

Jak twierdzi, chciał odciążyć swoich rodziców oraz mieć trochę więcej funduszy na własne wydatki. I chociaż wolałby nie wiązać swojej przyszłości z  gastronomią, gdyż studiuje całkiem inny kierunek, to jednak przyznaje, że zajęcie zarobkowe dało mu dużo więcej, niż tylko dochód czy doświadczenie zawodowe. Przede wszystkim zaczął naprawdę szanować pieniądze, trud włożony w ich zdobycie sprawił, że inaczej na nie patrzy. Nauczył się ponadto nimi dysponować, zaczął planować, czasem odłożył część, by kupić coś droższego. Wie, jak pracować w  zespole, jak załatwiać sprawy z  klientem czy rozmawiać z szefem. Mimo to pracy w  pizzerii nie traktuje jak czegoś poważnego, ma większe ambicje. To dobre zajęcie na teraz, bo można elastycznie dogadać się, by pracować w  weekendy. Co prawda – bywa to uciążliwe, zwłaszcza, kiedy znajomi urządzają kolejną imprezę w sobotę. Trzeba jednak zacisnąć zęby, a najlepiej myśleć na co wyda się zarobione pieniądze. Kuba docenia również to, że przy jego dwuletnim doświadczeniu nie ma większych problemów ze znalezieniem zatrudnienia w tej branży. Jak pogodzić zajęcie zarobkowe ze studiami dziennymi? Nie jest to łatwa sprawa, szczególnie w  trakcie sesji, kiedy jest dużo nauki. Wtedy trzeba wybierać: albo edukacja albo praca. Kuba wybrał naukę, co jednak wbrew pozorom nie odbiło się bardzo na jego kieszeni: dostał stypendium sportowe, którego by nie otrzymał, gdyby miał zbyt wiele poprawek. Zresztą praca nie jest dla niego w  tej chwili najważniejsza i chyba za bardzo kojarzy mu się z poważnym, dorosłym życiem. Póki co chciałby się wyszaleć, spróbować studenckiego życia, a  zarobione pieniądze w  zasadzie służą do realizacji tego postanowienia. I nie śpieszno mu do ustatkowania się.

sunku do rodzimego Rzeszowa, to prawdziwe miasto możliwości, gigantyczne, odmienne pod względem mentalności mieszkańców. Nasz bohater dał się uwieść magii intensywnego życia. Próbował różnych zajęć, zwłaszcza, że o  znalezienie ich jest w stolicy niezwykle łatwo. – Wystarczy chwilę poszperać w Internecie, wysłać CV do dziesięciu firm, a na następny dzień odzywa się około ośmiu potencjalnych pracodawców – twierdzi. Teraz Michał pracuje nawet w wakacje. Imponująca jest już sama wyliczanka miejsc, w których był zatrudniony: sklep alkoholowy, sklep sportowy, kino, komis komórkowy, sklep odzieżowy, był także kierowcą meleksa na Helu, pomagał też przy organizacji eventów. A to jeszcze nie wszystko. Jego warunki fizyczne premiowały go do uprawiania sportu: wysoki, dobrze zbudowany. Właśnie dlatego wybrał AWF. Jego największą pasją była piłka nożna, którą fascynował się od zawsze. Na jego pułkach wciąż stoją pamiątki sukcesów, również te indywidualne, jak statuetka dla „Najlepszego strzelca turnieju”. I to właśnie dzięki footballowi zarobił swoje pierwsze pieniądze po wyjeździe do Warszawy. Z  początku może wydawać się to prawdziwym spełnieniem snów – możliwość czerpania dochodów z czegoś, co naprawdę się kocha, czegoś co w zasadzie mogłoby być zajęciem na całe życie, nie tylko na okres studiów. Ale pojawiły się wątpliwości. Kariera piłkarza nie składa się jedynie z  rozegranych w  ciągu miesiąca kilku meczy, ale również z ciężkiej harówki. Intensywne, wyczerpujące treningi, rywalizacja o miejsce w składzie, wyjazdy na spotkania – to wszystko zabiera mnóstwo czasu. Do tego pieniądze nie były duże – 800 złotych. Gdyby przewidywał wspaniałą, świetlaną przyszłość, mógłby w  pełni poświęcić się właśnie temu zajęciu. Z  drugiej strony można przecież złapać poważniejszą kontuzję, która całkowicie zrujnuje najbardziej obiecujący talent. To więc za duże ryzyko. Dlatego obecnie Michał nie gra w żadnym klubie i raczej nie myśli o wielkim powrocie. Zastanawia się nad przyszłością – rozum podpowiada mu założenie własnej działalności gospodarczej, serce dalej ciągnie chłopaka do piłki nożnej. Można w  końcu podejść do niej na wiele sposobów – mógłby przecież zostać trenerem albo sędzią. Do głowy wpadł mu również inny pomysł – dziennikarstwo sportowe. Na początku sprawozdania ze spotkań, ale może przyszłość pozwoliłaby zostać znanym komentatorem czy ekspertem, wypowiadającym się przed meczem w  telewizyjnym studiu? Znalazł już nawet specjalną „podyplomówkę”, kształcącą właśnie pod tym kątem. Obecnie Michał pracuje jako trener Akademickiego Związku Sportowego. Z  tego tytułu nie otrzymuje żadnych pieniędzy, ale dzięki temu uzyskał Indywidualny Tok Studiów. Jest to dla niego bardzo wygodne, bo pozwala umówić się na zdawanie egzaminów w wybranych terminach. Najważniejsze jest jednak dla niego doświadczenie zawodowe. Michał chce być w czymś wyspecjalizowany, aby nie zostać po studiach zwykłym nauczycielem wychowania fizycznego.


Błażej studiuje zaocznie logistykę. Wcześniej uczył się Rynek dziennie, ale zrezygnował, gdyż chciał skupić się na pracy. Lubi planować, a tryb stacjonarny momentami to uniemożliwiał. – Co mi z wolnego dnia w środku tygodnia, skoro lepiej mieć te dni zblokowane, by móc zrobić coś konkretnego. Poza tym latanie na uczelnię trzy razy dziennie mnie męczyło – opowiada. Zresztą, jak sam przyznaje, gdyby musiał wybrać pomiędzy nauką a  zatrudnieniem, z  pewnością wybrałby to drugie. Wyższe wykształcenie postrzega jako dodatkowy jego atut w  konkurencji rynkowej, ale na pewno nie główny. Stawia przede wszystkim na doświadczenie. Niemniej studia nie są dla niego jedynie możliwością do zdobycia „papierka”, dostrzega również wartość wiedzy, którą dzięki nim zdobywa. Niektóre wykłady wyjaśniły mu wcześniej niezrozumiałe rzeczy, przedstawiły ciekawe rozwiązania, nakreśliły ważną problematykę – dlatego czuje się osobą lepiej przygotowaną do pracy od tych, którzy nie studiują. Jednak to nadal tylko teoria, praktyka jest dla Błażeja ważniejsza. Właśnie dlatego jest na studiach niestacjonarnych, bo pozwalają zdobywać umiejętności w  odpowiedniej dla niego proporcji: więcej pracy, mniej nauki. Zwłaszcza, że udało mu się znaleźć zatrudnienie w zawodzie, z którym chce związać swoją przyszłość. Dlatego nie przeszkadza mu nawet to, że płaca nie jest szczególnie wysoka, a po opłaceniu czesnego naprawdę niewiele z tego zostaje. Zwraca również uwagę na fakt, że studia niestacjonarne nie są wcale gorsze od stacjonarnych, ale po prostu inne. Jak wspomina, będąc na dziennych spotykał osoby, które nie chciały się uczyć, a na kierunku znalazły się zupełnie z przypadku. Jeżeli ktoś chce naprawdę się rozwijać, to będzie to robił niezależnie od dokonanego wyboru uczelni czy trybu. W  przyszłości chciałby otworzyć własną działalność gospodarczą i nie są to odległe marzenia, bo już teraz podejmuje w tym kierunku stosowne kroki. W tym wypadku także zdolności zdobyte dzięki pracy oraz wiedza ze studiów uzupełniają się. Obserwując własnego szefa wyrabia sobie odpowiednie nawyki, ale dzięki zajęciom na uczelni, potrafi spojrzeć na niego krytycznie, odnieść jego praktykę do teorii. – Mógłbym napisać poradnik „jak nie prowadzić firmy” – śmieje się. Niemniej, umiejętność unikania błędów również uważa za istotną, dlatego czuje się na siłach, aby próbować całkowicie się usamodzielnić i móc pracować wyłącznie na swój rachunek.

W stosunku do innych krajów, w Polsce odsetek zatrudnionych studentów nadal jest niski, jednak złośliwi komentują, że to tylko oficjalne dane. Wielu pracuje zupełnie dorywczo, np. udzielając korepetycji, zasilając szarą strefę. Dlaczego pracodawcy chętnie przyjmują do pracy właśnie osoby uczące się w szkole wyższej? Przede wszystkim ze względu na prawo podatkowe: studenta łatwo zatrudnić na umowę zlecenie, która pozwala na nieodprowadzanie składek ZUS, nie gwarantuje płatnego urlopu czy płatnego zwolnienia lekarskiego, więc nie jest tak wiążąca jak umowa na czas nieokreślony. Ponadto studenci nie są szczególnie wybredni jeżeli chodzi o wybór zajęcia. Ich priorytetem są pieniądze, nie zaś rozwój kariery czy gwarancja stałego zatrudnienia, dlatego są gotowi np. roznosić ulotki. Szczególnie atrakcyjne dla pracodawców są osoby studiujące zaocznie, gdyż mogą się zająć pracą na pełny etat, stąd częściej pracują w zawodzie. Postrzegani są jako pracownicy, którzy są ambitni i chcą się rozwijać. Niestety studia nie gwarantują już pracy w Polsce, stąd fala emigracji za granicę wśród studentów, którzy ledwie obronili swoją pracę dyplomową. Co roku przybywa w naszym kraju około 400 tysięcy absolwentów. Nieco ponad 25% z nich jest bezrobotna, a proporcja ta ma jeszcze wzrosnąć.

Jak sobie pościelesz , tak się wyśpisz

Okres studiów pozwala młodym ludziom wykorzystać czas jak najlepiej: liczne zniżki, specjalne szkolenia, różne ścieżki rozwoju – to wszystko dla nich. Ilu studentów, tyle pomysłów i sposobów na zdobywanie wiedzy i kierowanie karierą zawodową. I nie sposób powiedzieć, który z nich jest najlepszy. Tendencja do dalszego kształcenia po maturze powinna w zasadzie cieszyć. Warto jednak dołożyć wszelkich starań, by nie były to lata jałowe, gdyż może się okazać, że po skończeniu studiów pozostajemy anonimowym absolwentem wśród tłumu osób z tym samym tytułem. Kamil Olechowski

2013 #050 pressja |

013


pressja

014

CO NAJMNIEJ ZDZIWIENI Coraz większa liczba studentów zdaje się nie rozumieć, że na studia powinniśmy się wybrać nie ze względu na „papierek”, a wiedzę. Skutkuje to zastępami niedouczonych absolwentów, którzy z tytułem magistra walczą o pracę na zmywaku. Niezwykle zdziwionych.


Prawa rynku bywają bezwzględne, skończenie różnych kierunków daje różne szanse. Doskonale zdawać sobie z tego sprawę powinni studenci o  profilu humanistycznym, tymczasem ich beztroska bywa niepokojąca. Sam obserwuję to na co dzień studiując dziennikarstwo. Część osób wzięta jest chyba siłą z  łapanki, gdyż wyglądają na zaskoczonych ze względu na konieczność pisania artykułów dziennikarskich; inni przyznają, że nigdy nie spłodzili żadnego tekstu z własnej inicjatywy; kolejni są niczym widmo – nie ma ich, niby nic nie robią, a jednak widnieją na listach, z semestru na semestr. Są oczywiście wyjątki, ale w zdecydowanej mniejszości.

o podobną praktykę. Kolejną sprawą jest kwestia specjalizacji, której wybór podyktowany powinien być przez wzgląd na nasze pasje i dokonać się po rozsądnych przemyśleniach. Tymczasem, z  autopsji wiem, że wybór specjalności to w znacznej mierze selekcja negatywna: zdjęć robić nie umiem, a pisać mi się nie chce. Tak odpadły, na studiowanym przeze mnie dziennikarstwie, fotografia prasowa i  reklamowa oraz media i  kreatywne pisanie. Pozostała więc komunikacja wizerunkowa i  public relations, która, mam wrażenie, wydała się większości wystarczająco nijaka, aby można było ją wybrać. Oczywiście, nie potępiam studentów, którzy świadomie dokonali tego wyboru, ale znów są to moim zdaniem tylko wyjątki.

W  dobie wymagających pracodawców, którzy poza dyplomami oczekują doświadczenia zawodowego, warto być aktywnym podczas nauki na uczelni. Tymczasem gazeta studencka nie cierpi na nadmiar systematycznie działających dziennikarzy, a  przecież opcja opublikowania własnego artykułu na papierze powinna skusić do napisania chociaż jednego. Tak niestety nie jest. Również radio to alternatywa, która nie jest w  pełni wykorzystywana przez studentów. Nie pamiętają, że po skończeniu nauki może nie być tak łatwo

W  zasadzie powinienem cieszyć się z  lenistwa studiujących dziennikarstwo, gdyż w przyszłości (jeżeli oczywiście nie zmienią swojego nastawienia), nie będą stanowić silnej konkurencji na rynku pracy. Z drugiej strony obniżają oni prestiż tytułu magistra, co na pewno jest nie w smak rzetelnie pracującym studentom. Dla mnie samego stali się inspiracją do stworzenia tego tekstu, dlatego na koniec chciałbym napisać tylko: dziękuję bardzo. Kamil Olechowski

2013 #050 pressja |

015


pressja

016 UKRAIŃSCY STUDENCI W POLSCE. JAK SOBIE PORADZIĆ?

Siedemnastoletnia Nastia długi czas marzyła o studiach za granicą. W tym roku jej marzenie ziściło się. Jak to wpłynęło na jej życie i czy rzeczywiście wszystko układa się tak świetnie, jak marzyła? Na dworze mróz, ale trzeba wyjść

Poranek studentki pierwszego roku Anastazji, zaczyna się nieprzyjemnym dźwiękiem dokuczliwego budzika. Siódma. Trzeba wstawać, przezwyciężyć lenistwo, bo już dwie nieobecności z ekonomii, a za trzecią profesor zagroził skreśleniem z listy studentów. O nie – sińce pod oczami znów zdradzają godzinę, o której wczoraj zasnęła. Nie musi długo się sobie przyglądać, żeby zrozumieć, że wczoraj znów położyła się do łózka właściwie… dzisiaj. Tusz do rzęs i trochę różu poprawiają wygląd, przynajmniej blada twarz już nie zlewa się ze ścianą. Wczorajsze rozmowy na Skype do drugiej w nocy znów wychodzą bokiem… Na śniadanie Nastii dużo nie potrzeba, kawałeczek ciemnego chleba z masłem i filiżanka czarnej, mocnej herbaty wystarczają szczupłej dziewczynie. Herbata szybko wystygła, kiedy Nastia włączyła laptopa. To nieistotne – najważniejsze, że zobaczyła mamę, chociaż na monitorze. Usłyszała jej głos, mimo odległości odczuła macierzyńskie ciepło. Magia Skype wywołała u Nastii uśmiech, ale na zegarze 7:46, trzeba się spieszyć. Myśli dziewczyny błądzą jednak gdzie indziej, na pewno nie wokół uczelni. Na dworze zimno, ale nie tylko tam. W siedemnastoletniej duszy też zimno. Nastia musi jakoś sobie poradzić, obiecała mamie. Dla niej się postara, jej Naściuszka silna.

Wszystko jest piękne, ciekawe, ale obce…

Dlaczego tak się stało, że Nasta nie ma już siły cieszyć się i myśleć pozytywnie? Dlaczego nie chce się nic robić, przecież jeszcze przed kilkoma miesiącami dziewczyna wyobrażała sobie siebie jako wspaniałą studentkę prestiżowej, polskiej uczelni. Teraz tonie w smutnych myślach i nie ma chęci nic zmieniać, nudzi się. Nowi przyjaciele w żaden sposób nie mogą zastąpić starych. Nowe mieszkanie nie zastępuje ciepłego domu, a rodziny nie może zastąpić nikt. Do depresji niedaleko. Ale czemu tak jest? Czym ta depresja może być spowodowana? Wszystkiemu winne jest nieprzystosowanie do nowego środowiska. Wszystko jest piękne, ciekawe, ale obce. Ciężko się przyzwyczaić, zmienić swoje nawyki. Nastia wie jednak, że musi to zrobić, bo inaczej nie będzie mogła siebie zrealizować. Musi znaleźć wyjście, udowodnić sobie, że da radę – da radę. Nastia to jedna z wielu takich samych jak ona – obcych w obcym kraju. Szczęśliwe marzenia i niespełnione oczekiwania – te same uczucia dręczą część ukraińskich studentów w Polsce. I to wcale nie wina Polski, Ukraińców czy wybranej uczelni. Problem tkwi w niemożności przystosowania się do nowych warunków. Nowy język i kultura są inne niż w wyobrażeniach. Zmiany wpływają na emocje, a daleko od domu trudniej sobie z nimi radzić. To siedzi głęboko w psychice i jeśli szybko człowiek sobie z tym nie poradzi, to taki stan może doprowadzić do prawdziwej depresji. Warto zastanowić się dlaczego cudzoziemcom tak trudno odnaleźć się w nowym środowisku i czemu jedni radzą sobie z tym lepiej niż inni.

Szok kulturowy

Błędem jest sądzić, że bezpośrednie kontakty między przedstawicielami różnych krajów i kultur, prowadzą w prosty sposób do bardziej otwartych i pełnych zaufania kontaktów między nimi. Wszyscy cudzoziemcy, którzy przebywają w innym kraju, w mniejszej lub większej mierze zderzają się z trudnościami przy współdziałaniu z „miejscowymi”, których zachowania nie są w stanie często przewidzieć. Obyczaje często wydają im się enigmatyczne, a ludzie – dziwni. Negatywne stereotypy, powiązane z nowym środowiskiem mogą zburzyć stosunki między narodowościami, a niektóre obyczaje budzą sprzeciw. Nie do końca też zawsze prawdziwym jest fakt, że zintensyfikowanie kontaktu międzykulturowego prowadzi do porozumienia. Wszystko zależy od tego jakim jest się człowiekiem, jaką ma się naturę i na ile jest się otwartym na nowe. Konsternację i niepokój spowodowane tym, że przebywa się w całkiem innym środowisku naukowcy określili mianem „szoku kulturowego”, który jest jednym z etapów adaptacji kulturowej imigrantów w nowym miejscu osiedlenia. Studenci, którzy uczą się za granicą są szczególną grupą, która musi zmierzyć się z adaptacją. Być może nie przechodzą przez wszystkie jej etapy, ale także częściowo cierpią.


Etapy adaptacji kulturowej

Pierwszy etap naukowcy nazywają „miodowym miesiącem”. Ludziom wszystko wydaje się wtedy piękne i nowe. Przejawiają wobec wszystkiego entuzjazm. Są zadowoleni ze podjętej decyzji o wyjeździe z kraju, ponieważ w nowym miejscu czekają odpowiedzialni za ich przyjęcie ludzie, którzy starają się, żeby przyjezdni czuli się jak w domu i nawet nagradzają niektórymi przywilejami. Człowiek zaczyna czuć się pewnie i jest gotowy przystosować się do nowego środowiska. Jednak etap zadowolenia dosyć szybko przechodzi w kolejny –„szok kulturowy”. Student zaczyna dokładniej poznawać codzienne życie, rutynę i specyficzną odmienność nowego kraju. Analizuje i porównuje życie, studia, ludzi – z tym co zna z rodzinnej miejscowości. Ukraińcy zwykle nie mogą podzielić swego życia na to w domu rodzinnym i „nowym domu” w Polsce, wtedy w ich życiu następuje czas, kiedy nie chce im się robić absolutnie niczego, a już zupełnie nie chce im się uczyć, co prowadzi także do tego, że są wciąż zestresowani. Za trzeci etap uważa okres „dostosowania”. Wtedy człowiek przystosowuje się do środowiska jakie go otacza, nabywa nawyków, adaptuje się do warunków pobytu . No i czwarty etap – „adaptacja”. To stan, kiedy całkiem wtapiamy się w nową kulturę i nie czujemy się obco.

Ukraiński student w Polsce – z czym musi się zmierzyć?

Przeanalizujmy dostosowanie się do nowego środowiska na przykładzie Ukraińców w Polsce. Ponieważ w Polsce i na Ukrainie są bardzo podobne tradycje, kultura i język, studenci nie odczuwają zbyt drastycznych zmian, ale nie wszystkim od razu udaje się zacząć normalne życie w nowym miejscu. Najpierw, jak pokazuje doświadczenie i własne obserwacje, powodzenie na początku studiowania za granicą mają ci studenci, którzy byli odpowiednio wcześnie przygotowani do nowej sytuacji. Człowiek, który jest pozytywnie nastawiony, ma konkretny cel i wie czego chce, nie załamie się, ponieważ spełnia swoje marzenia. W takim wypadku szok kulturowy nie rozwija się tak gwałtownie albo „przeskakuje” na formę mniej bolesną dla młodej psychiki. Jednak wśród studentów są i tacy, którzy wyjeżdżają do innego kraju z myślą nie z powodu własnych celów, a na przykład z inicjatywy rodziców. Oni nie oczekują od nowego środowiska czegoś konkretnego, nie bardzo „czują” to, że się w Polsce znaleźli i dlatego Ci najprędzej się załamują. Po przyjeździe do Polski Ukraińcy są zachwyceni nową sytuacją, umowami i sposobem studiowania. Nie odczuwają dyskomfortu, tym bardziej, że wszyscy się o nich troszczą ze względu na inną narodowość. Z czasem zachwyt słabnie – to dotyczy głównie tych, którzy przyjechali na zasadzie eksperymentu, żeby uciec od domowej rutyny. Ukraińcy, którzy od samego początku dobrze są znają język polski, mają pewną wiedzę o obyczajach, zwykle o wiele łatwiej przystosowują się i oczywiście ich lepiej postrzegają sami Polacy. Warto zauważyć, że Polacy są dosyć życzliwi i otwarci, ale naprawdę nie tak łatwo zaprzyjaźnić się im z przedstawicielem innej narodowości, który sam tego nie chce. Dosyć istotną różnicą jest to, że Ukraińcy zwykle są 2-3 lata młodsi od swoich kolegów z Polski, ze względu na odmienność ukraińskiego i polskiego systemu edukacji. To również jest istotną przyczyną niektórych kompleksów i napiętych stosunków.

Jeśli chcesz – dasz radę!

W życiu Anastazji przez ostatnie pół roku zaszło wiele zmian i to źle wpłynęło na jej psychikę, a szok kulturowy dodatkowo ją osłabił. Ale to ona sama dokonała wyboru, chciała zmieniać swoje życie. Teraz to zrozumiała – nigdy nie jest za późno, żeby zacząć działać, otworzyć się na otaczający nas świat. Z czasem, kiedy ludzie lepiej się poznają, wchodzą w rytm studiowania, nawet skutki szoku kulturowego stają się nieistotne albo zupełnie znikają. Wtedy, dobrzy i chętni do nauki studenci z Ukrainy, potrafią odnosić równie spektakularne sukcesy jak Polacy. Do tego po prostu potrzebny jest czas i chęci. Mariia Pavliuk

ilustracja: Maria Gonchar

2013 #050 pressja |

017


pressja

018


Po Polatach latachod odpodjęcia podjęcia decyzji decyzji oo przyjeźprzyjeździe do Polski, że że można pidzie Polski,stwierdzam, stwierdzam, można sać książki nana tenten temat. Wydaje mi się, pisać książki temat. Wydaje mi że z czasem zapominamy o pierwszych, się, że z czasem zapominamy o pierwprawdziwych powodach przyjazdu, na szych, prawdziwych powodach przynowo interpretujemy impuls, który wyjazdu, na nowo interpretujemy impuls, pchnął nas z Ukrainy. Opiszę kilka z nich, który wypchnął nas –z Polacy Ukrainy. by nasi przyjaciele – Opiszę dowiekilka z nich, by nasi przyjaciele Polacy dzieli się, dlaczego w Rzeszowie–jest tak –wielu dowiedzieli się, dlaczego w Rzeszowie dziś studentów jednego z państw jest tak wielu dziś studentów jednego byłego Związku Radzieckiego – Ukrainy.z państw byłego Związku Radzieckiego – I  dlaczego – moim zdaniem – studiują Ukrainy. oni na WSIiZ. I dlaczego – moim zdaniem – Prestiż i oni wartość dyplomu, duże dostudiują na WSIiZ. świadczenie, brak korupcji – to są podPrestiż i wartość dyplomu, duże dostawowe elementy, które były decydująświadczenie, brak korupcji – to są podce w wyborze: Ukraina czy były Polska? stawowe elementy, które decyduJeśli chodzi o prestiż, sprawa jest prosta: jące w wyborze: Ukraina czy Polska? Polska wchodzi w  skład Unii EuropejJeśli prestiż, uzyskany sprawa jest skiej,chodzi a  więcodyplom na propolsta: Polska wchodzi w skład Unii Euroskiej uczelni jest dobrym rozwiązaniem pejskiej, a więckażdego dyplommłodego uzyskanyczłona dla przyszłości polskiej uczelni jest dobrym rozwiązawieka z Ukrainy. Na Ukrainie posiadanie niem dla przyszłości każdego młodego dyplomu zagranicznego świadczy o wyczłowieka sokiej wartości z Ukrainy. potencjalnego Na Ukrainie pracowposianika. dyplomu zagranicznego świaddanie czy o wysokiej wartości potencjalnego Jeśli chodzi o  doświadczenie, studia pracownika. w  Rzeszowie jak niezapomniana Jeśli chodzi obyły doświadczenie, studia przygoda, którą można porównać chyw Rzeszowie były jak niezapomniana ba z ERASMUS-em, z którego korzystają przygoda, którą można Polacy. Nowy kraj, noweporównać przeżycia chykulba z ERASMUS-em, z którego korzystają turowe i – choć podobny do ukraińskiePolacy. Nowyjęzyk... kraj, nowe przeżycia kulgo – nowy Usłyszałam ostatnio turowe i – choć podobny do ukraińskiena jednym z wykładów na UW: Kto zna go – nowy ostatnio język obcy,język... ten żyjeUsłyszałam dwa razy. To chyba

prawda. Wreszcie, jeśli chodzi o brak korupcji, to nie ma co ukrywać, iż Ukraina jest jednym z  niewielu krajów, gdzie jeszcze można bez trudu odczuć w  powietrzu „zapach łapówek”, także w  dziedzinie nauki. Wiele osób zadaje sobie pytanie: dlaczego student, który posiada wiedzę, chęć do jej zdobywania – ma dodatkowo płacić za egzamin na każdym z przedmiotów na wybranej przez siebie uczelni? O tym, jak wygląda korupcja na ukraińskich uczelniach, można napisać tekst znacznie obszerniejszy, zresztą zrobił to Arsenii Savchenko w tym numerze „Pressji”. Niestety było o czym pisać. Dlatego też Polska, w której przejawy i przypadki korupcji są piętnowane i  ścigane przez policję, jest miłą odmianą dla studentów z Ukrainy. Na koniec, chciałabym podkreślić szczególne wartości WSIiZu, uczelni, którą mogę nazwać zastępczą matką dla każdego z  obcokrajowców. Po pierwsze – lokalizacja. Rzeszów leży stosunkowo blisko do wielu ukraińskich miast, z których pochodzą studenci. To ułatwia nieco podróżowanie do domu, a z powodu wiecznych kłopotów z wizami – czasem podróże te bywają bardzo uciążliwe. Po drugie, uważam, że uczelnia zapewnia dobry start, by nauczyć się języka, zapoznać się z  kulturą, mentalnością

Polaków. Warunki, stworzone na WSIiZie pozwalają każdemu studentowi czuć się komfortowo i  bezpiecznie. Spotkania integracyjne czy koła naukowe otwarte dla każdego, pozwalają poszerzać swoje horyzonty. Nie mniej ciekawe są tzw. „dni kultur” różnych krajów, gdzie każdy student obcokrajowiec, nie tylko z Ukrainy, ma okazję zapoznać polskich przyjaciół ze swoją kulturą, tradycjami, kuchnią. Takie działania wspiera Instytut Badań nad Cywilizacjami oraz Swietłana Ślusarczuk – opiekun studentów ze Wschodu, a teraz także dr Anna Siewierska-Chmaj, pełnomocnik Rektora ds. Adaptacji Studentów ze Wschodu. Obecnie studiuję w Warszawie, chciałam poznać nowe miasto, nowe miejsce. Ale za czas spędzony w  Rzeszowie, będę zawsze mojej pierwszej polskiej uczelni bardzo wdzięczna. Irena Szara Absolwentka dziennikarstwa WSIiZ rocznik 2012, obecnie studentka Uniwersytetu Warszawskiego

2013 #050 pressja |

019


pressja

020

OBCOKRAJOWCY NA

POLSKICH UCZELNIACH

DLACZEGO I CZY ABY NA PEWNO TAK CHĘTNIE WYBIERAJĄ STUDIOWANIE W POLSCE? Obcokrajowcy stanowią nieco ponad 1% studentów w Polsce, to niewiele w porównaniu z  innymi krajami. Jak się okazuje, pomimo doświadczeń rzeszowskich studentów, Polska jest krajem najmniej obleganym przez osoby z zagranicy - tak twierdzi Fundacja Edukacyjna Perspektywy. W  Polsce studiuje dziś ponad 24 tysiące studentów ze 141 krajów świata. To prawie o 4 tysiące więcej niż w poprzednim roku akademickim, jednak nadal stanowią oni zaledwie 1,4% wszystkich osób studiujących w  naszym kraju. „To nie tylko znacząco mniej niż w najwyżej rozwiniętych krajach Zachodu czy w Chinach, ale również mniej niż u naszych sąsiadów, m.in. w  Czechach, na Węgrzech, Słowacji, Słowenii, Litwie, Łotwie, Estonii, a nawet w Bułgarii i Rumunii”– możemy wyczytać w raporcie Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Ciekawostką jest, że zdecydowanym liderem pod względem liczby studentów zza granicy jest niewielki Liechtenstein, gdzie cudzoziemcem jest 3 na 4 studentów.

Nie tylko zza wschodniej granicy

Z  najnowszych danych można dowiedzieć się, że wśród studiujących w  Polsce obcokrajowców zdecydowanie dominują Ukraińcy (6321) i Białorusini (2937). Dalej w kolejności są Norwegowie (1514), Hiszpanie (1177), Szwedzi (1162) i Amerykanie (970), co ciekawe – Niemców jest tylko 411. Na polskich uczelniach, oprócz studentów ze Wschodu, najszybciej przybywa Hiszpanów. Jak podaje raport PAP, wybierają oni głównie studia techniczne. W  porównaniu do innych państw, Polska – pomimo, że ma wielu studentów zagranicznych – zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej i przedostatnie w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), jeśli chodzi o liczbę studentów spoza kraju.

WSIiZ wygrywa w Polsce pod względem liczby studentów

z zagranicy Największą grupą osób studiujących z  zagranicy może pochwalić się Wyższa Szkoła Informatyki i  Zarządzania w  Rzeszowie. Na WSIiZ-ie studiują młodzi ludzie z  Algierii, Brazylii, Białorusi, Chin, Holandii, Indii, Iranu, Finlandii, Francji, Malezji, Mołdawii, Nepalu, Nigerii, Niemiec, Portugalii, Pakistanu, Rosji, Rumunii, Turcji, Ukrainy i USA. - Uczelnia posiada status międzynarodowej, co powoduje, że jej absolwenci stają się lepiej rozpoznawalni i w konsekwencji bardziej konkurencyjni na rynku pracy – informuje Urszula Pasieczna, rzecznik prasowy WSIiZ – Międzynarodowe kontakty nawiązane podczas studiów dają studentom możliwość praktycznej nauki języków obcych i zdobywania wiedzy w międzynarodowym otoczeniu – dodaje pani rzecznik. To jednak tylko niektóre z przyczyn, dla których młodzi ludzie wybierają studia w Polsce.

Dlaczego warto studiować w Polsce?

Jak się okazuje bardzo wiele osób, które zdecydowały się na studiowanie w Polsce, miało pozytywne doświadczenia z krajem i  myślało o  tym już od bardzo dawna. – 3 lata temu byłam w  Polsce we Wrocławiu (w  ramach projektu zapoznania się z edukacją w Polsce) – mówi jedna ze studentek WSIiZ – Wówczas zaczęłam myśleć o  studiowaniu tutaj. Uczyłam się polskiego zanim przyjechałam. Nie wiedziałam, że będzie tak dużo Ukraińców, bardzo się zdziwiłam – dodaje. Innym studia w Polsce dają niezależność i możliwość poznania wielu nowych ludzi, niekoniecznie tej samej narodowości


Ika Watto

– Chociaż czasami jest ciężko, to w  zamian za to mam dużo kolegów i koleżanek z różnych państw. Poznaję życie w innych warunkach i to mi się podoba – opowiada Ukrainka – Jestem z centrum Ukrainy, więc wracam do domu bardzo rzadko. Dwa (nawet czasami jeden raz) do roku, lecz dzięki temu rozumiem, co to znaczy niezależność, cieszę się, że wybrałam studia w Polsce – dodaje studentka. Według obcokrajowców, studiowanie poza granicami ich kraju daje zdecydowanie większe szanse na znalezienie pracy w przyszłości. Potwierdzają to słowa studentki II roku dziennikarstwa WSIiZ zapytanej o powody podjęcia studiów w Polsce. – Chciałam poznać inny kraj i  myślę, że tutaj jest lepsza perspektywa i warunki w późniejszym znalezieniu pracy.

Inne, często wybierane kraje

Lepsze perspektywy to zdecydowanie jeden z  najważniejszych atutów studiowania za granicą. Pewnie dlatego wiele krajów z czołówki najczęściej wybieranych, to właśnie te kojarzone z wysoką stopą życia. Do krajów najchętniej wybieranych przez młodzież studiującą należą: Stany Zjednoczone, Australia, Wielka Brytania, Niemcy i  Francja. – Do tych państw trafia ponad połowa wszystkich

studentów zagranicznych w skali globu – informuje Fundacja Edukacyjna Perspektywy. Dla Niemiec wskaźnik wynosi 11%. Właśnie RFN i Francja, a przed nimi pastwa anglosaskie – USA, Australia i Wielka Brytania – stanowią wielką piątkę najczęściej wybieranych krajów przez osoby zza zagranicy. Czy w przyszłości Polsce uda się zachęcić więcej obcokrajowców do studiowania u  nas? Trudno powiedzieć – możemy mieć jedynie nadzieję, że tak się stanie i  obcokrajowcy poza tymi, którzy już to zrobili, zaczną szukać szans edukacyjnych w Polsce. Cudzoziemcy na uczelni zawsze stanowią jakąś wartość dla jej otoczenia, urozmaicają społeczność, stawiają nowe wyzwania zarówno dla kadry dydaktycznej, jak i miejscowych studentów, którzy nagle muszą odnaleźć się w międzynarodowym środowisku. Takie doświadczenie jest szczególnie cenne dla tych, którzy sami nie mogą wyjechać. A jeśli oni nie mogą do świata – to może świat do nich przyjedzie…

Aneta Antończyk

2013 #050 pressja |

021


pressja

022

A different way The same goal Some feelings about exams differences between China and Poland Four months of staying in Poland is coming to an end for me. How time flies! What accompanies me these days are the endless exams. While I am busy studying for the exams in my last exam period in Poland, I cannot help comparing the similarities and differences between the exams in China and Poland. Similar to Poland, exams in China are a standard way of evaluating whether or not students have studied hard during the whole semester. Students need to prepare thoroughly for the exams since their final mark depends on the results of the exams. But unlike in Poland, in China students usually have only one or two tests (or exams) during the whole semester. Students spend their whole day absorbing knowledge from the teacher and the Internet, and they are required to stay at school most of their time to adapt to the scholarly atmosphere and discipline of the school. During their years in college, students meet all kinds of people, go out with friends, study, participate in various activities, do sports and so on; student’s life is busy but colourful. Teachers are also very busy. One teacher may teach a class consisting of more than a hundred students, so only during the final exams he or she has time to comment on students’ work. This has both advantages and disadvantages. It makes a school a place full of competition, which is advantageous for students pursuing knowledge. But too much competition means too much pressure. This always gives students an impression that their success depends on a single chance and not on consistent efforts. I also find the type of the questions we have in exams different. Let’s compare the integrated skills exam: in Poland the exam focuses on students’ practical skills. The tasks test the ability to comprehend a text (reading), grammar (multiple choice questions), grammar and reading (cloze test) and writing. There is only one paper divided into sections; each section needs to be completed within a certain time limit. Exams in Poland test students’ ability to use their knowledge in practice. Students summarize a passage, make sentences, or write a passage. In the Chinese educational system students pay more attention to the theory, but in Poland they need to think about how to put this theory into practice. At last, the marking system is different. In China, one can receive one hundred points in total. Students get a clear score with the exact number of points at the end of the term. A student is required to get sixty points in order to pass an exam. In China even one mark can determine whether someone is considered to be a good student. One point can make such a difference to a student who considers it to be a matter of honour to get the best grades possible. In Poland students only get one overall mark. Generally speaking, no matter how large the difference between the Chinese and the Polish education systems is, still there is something in common. Exams are the way of testing students’ knowledge; through exams students learn to review their knowledge they have acquired, and become more inspired to gain the knowledge by themselves and not to waste time and money on pleasures. Their adult life becomes wonderful through the efforts made in their youth. They dream their dreams towards a more civilized society. Author: Feng Ping from Shanxi Agriculture University, Chinese exchange student at UITM Edited by: Lucyna Tomaka BA (Hons), an MA student of Bilingual Translation


FINLAND’S WAY OF ACTIVATING YOUNG PEOPLE IN THE LABOUR MARKET On 5th Feb 2013 Jaana Lahteenmaa from University of Tampere (Finland) delivered a lecture on policies activating young unemployed people in Finland. Here is my account of the lecture and thoughts on the subject. There is economic crisis all over the world, and the number of jobless people is higher and higher year by year. Each country tries hard to find some solution to make young people active again in order to ease the tough problems in the job market. Finland was trying “Youth Guarantee” programme to give young people hope again. Here are some data of youth unemployment in Finland in 2011. The unemployment rate is decreasing; however, it was 20.1%. Number of registered young job seekers was 30,000 on the average. Youth unemployment is short-term: 16.4% of the unemployment spells of young job seekers were longer than three months. However, 110,000 young people between 20-29 have completed only basic education. 4,000 young people are neither employed, nor in education, training or in activation measures. Activation rate among young job seekers is 37%. In order to activate young people, Finland started the “Youth Guarantee” programme. That means the government has introduced a social guarantee for youth in order to prevent unemployment. Each person under 25 and recent graduate under 30 must be offered a measure that supports their employability and suits their situation in life within three months of becoming unemployed. This news may sound very exciting for some young jobless people, because it is really a guarantee for life. At least, they would not be idle all their lives. But do all the young people think so? That is the problem. To some young people whose orientation is strong (they have fixed plans for their professional future), their attitude towards activating labour market policies (ALP) would be negative. Because they clearly know what they want from life. So if forced to do something, they will be negative. They do not like it. But to some people whose orientation is weak, this news is like a blessing. In my opinion, as long as we cannot change the situation, to some “strong orientation” people, they could make a compromise. They can obey the government’s arrangement, and at the same time they could stick to their dreams. They can find life more meaningful by having a positive attitude every day. Author : Feng Ping Edited by: Pressja 2013 #050 pressja |

023


pressja

024

Student? To na ulicę! W okresie wakacyjnym, wśród osób szukających mieszkań do wynajęcia, najliczniejszą grupę stanowią studenci. Niestety mimo faktu, że są oni tak liczną grupą docelową dla osób posiadających lokale pod wynajem, na rynku nieruchomości właśnie studentów postrzega się najgorzej. Tak stereotypowe podejście do młodych, uczących się ludzi pokutuje ogromną liczbą ogłoszeń, zaczynających się od dużymi literami napisanych słów:

NIE DLA STUDENTÓW

Jak wynika z raportu Rzeczpospolitej aż 69% spośród 200 biorących udział w ankiecie żaków spotkało się z niechęcią ze strony właścicieli mieszkań. Efektem takiego podejścia jest konieczność wynajmowania przez uczących się lokali o bardzo niskim standardzie lub daleko od uczelni. Dlaczego wynajmujący aż tak bardzo uprzedzeni są do studentów?

Wynajmę NIE-studentowi Żeby to sprawdzić zaglądam na portal rzeszowiak.pl. Po wejściu w  zakładkę mieszkanie do wynajęcia, na moim ekranie wyświetla się prawie 300 aktualnych ofert lokali z ostatnich 30 dni. Przeglądam wyłącznie ogłoszenia ze zdjęciami: 3-pokojowe na Zalesiu, 65m Sportowa, 50m2 nowoczesne mieszkanie na ul. Bieckiej, Osiedle Projektant mieszkanie z miejscem parkingowym. Przewijam kolejne strony, patrzę na miniatury zdjęć. Widać, że to nowe mieszkanie, ładne meble i nawet kominek w  pokoju, cena również przyzwoita. Urzeczona pięknym, narożnym kominkiem wybieram ofertę mieszkania na Zalesiu. Cena: 1100 złotych, 60m2, aneks kuchenny, salon, sypialnia, łazienka. Całe umeblowane. Dodatkowo pralka, lodówka, klimatyzacja, kominek. Tuż obok przystanek autobusowy. Zasadniczo można stwierdzić: marzenie. Niestety euforia przytulnego i nowego mieszkania pryska po odczytaniu ostatniego zdania tej iście bajkowej oferty: Preferowany wynajem dla młodego małżeństwa lub spokojnego singla. Nie dla studentów! Mając jednak na uwadze fakt, iż człowiek jest raczej zwierzęciem rozumnym i co za tym idzie myślącym, postanawiam mimo noszonego przeze mnie znamienia, jakim jest bycie studentką, odpowiedzieć na to ogłoszenie. W końcu nie każdy Niemiec to nazista, nie wszyscy mężczyźni są wrogami pralki i nie zawsze student jest synonimem brudu, wiecznej imprezy i całonocnej orgii. Licząc na podobny sposób myślenia osoby, która zamieściła to ogłoszenie zaczynam: Szanowna/y Pani/Panie, piszę w sprawie oferty najmu mieszkania. Czy jest możliwość obejrzenia lokalu?. Na drugi dzień dostaję odpowiedź, że mogę zobaczyć je nawet dzisiaj. Umawiam się więc na konkretną godzinę. Kiedy wchodzę do mieszkania jestem urzeczona, wszystko wygląda tak jak na zdjęciach, a  nawet lepiej. Właścicielka ma około 40 lat, jest miła i  spokojna. Po obejrzeniu mieszkania zamieniamy ze sobą kilka słów, rozmowa toczy się przyjemnie. Kobieta pyta, kiedy chcielibyśmy się wraz z moim chłopakiem wprowadzić i  czy nie będzie nam przeszkadzało, że czynsz płacony jest gotówką, gdyż tak jest wygodniej. Oczywiście, nie mam nic przeciwko. W końcu, kiedy widzę, że zrobiłam raczej dobre wrażenie oświadczam, że wraz z  chłopakiem jesteśmy studentami. Po tych słowach wyraz twarzy kobiety zmienia się diametralnie, a uprzejmość przeradza się w niechęć. – Niestety

nie wynajmuję studentom, wyraźnie napisałam to w ogłoszeniu – surowo mówi. – No tak, ale wydawało mi się, że zrobiłam dobre wrażenie, skoro poruszyłyśmy już temat terminu naszego wprowadzenia się. – próbuję się bronić. Niestety nie wynajmę Pani tego mieszkania przykro mi. – kończy rozmowę właścicielka. Pech? Przypadek? Nie sądzę. Taka sytuacja powtarza się kilkukrotnie podczas mojego tournée po rzeszowskich stancjach. Co najgorsze żadna odmowa nie jest uargumentowana. Widocznie wynajmujący sami nigdy nie studiowali i  ich zdaniem każdy student w stanie upojenia alkoholowego wyrzuca sprzęty AGD przez okno, smaży kotlety na żelazku, w salonie urządza turnieje walki w  kisielu, a  zamiast w  szafie ubrania trzyma na lampie, podpala meble – tak dla zabawy i prowadzi hodowlę marihuany w tapczanie. Owszem takie rzeczy (niezależnie od tego jak nieprawdopodobnie by brzmiały) zdarzają się. Mimo wszystko można chyba czasem posłużyć się intuicją i odróżnić studenta od STUDENTA? Jeśli nie stancja to co? Niektórzy mają szczęście, tak jak Gosia, studentka filologii angielskiej. Babcia z  Krakowa przeniosła się do Zakopanego i mieszka teraz z rodzicami dziewczyny. Małgosia dzięki temu ma lokum w  Krakowie. – Nie muszę płacić czynszu, a  jedynie opłaty licznikowe, więc żyję za około 200 złotych miesięcznie, tylko, jak sama widzisz, mieszkanie jest całe zawalone rzeczami babci, no i niestety mam godzinę tramwajem do centrum – mówi Gosia – całe szczęście mieszkam sama, a nie z babcią. Są też tacy jak Marek z Brzozowa. – Wyjazd na studia był dla mnie równoznaczny z wyrwaniem się z domu i małego miasteczka. Niestety marzenia o mieszkaniu wraz ze znajomymi prysnęły, kiedy rodzice postanowili ulokować mnie u ciotki, mieszkającej w Rzeszowie. Plus jest taki, że nie płacę za mieszkanie, ale za to muszę informować o każdym wyjściu i wracać o określonej godzinie, zero wolności. – opowiada rozczarowany chłopak. Zostają jeszcze akademiki. W  jednym z  nich mieszka Teresa, studiująca animację kultury w Cieszynie. – Wchodź, oddasz tylko dowód osobisty do recepcji i możesz zajrzeć do mojego pokoju – zaprasza dziewczyna. Szpakowata, tęższa kobieta w recepcji zabiera nasze dowody bez słowa. Oczarowana jej uprzejmością zmierzam wraz z Teresą w stronę klatki schodowej. Lam-


peria wykonana w  poprzednim systemie lepi się niezidentyfikowaną wydzieliną, która zapewne również pochodzi z tego samego okresu. Wspinamy się na 3 piętro. Długi korytarz, na który wchodzimy przypomina ośrodek dla uchodźców z Czeczeni. Tabuny studentów w  powyciąganych piżamach siedzą pokotem na podłodze, paląc skręcane papierosy. Idąc przez tą przełęcz na wpółmartwych studenckich ciał mijamy pomieszczenie przypominające kuchnię. Zwęglone palniki kuchenek gazowych zniechęcają do jakiegokolwiek gotowania. – To tutaj, mój pokój, poczekaj chwilkę, uprzedzę moja współlokatorkę, że mam gościa, ona jest trochę nieprzyjemna, a nie chcę się z nią kłócić.- mówi Teresa. Więc czekam, obok mnie na ziemi siedzi chłopak o  Jezusowej fizjonomii. Rozsmakowując się swoim jointem nagle ginie gdzieś w  oparach pożywki dla mózgu i mimo dochodzącej, z różnych zakamarków akademika, muzyki wzmocnionej zwalistym subwoofer’em, niespodziewanie zasypia torując korytarz. – Chodź, zapraszam, z góry mówię, że mam bałagan. – zza uchylonych drzwi wygląda Teresa. Kiedy przekraczam próg jej pokoju, już właściwie po pierwszym kroku nie mam możliwości postawienia następnego. Chuda, kilkumetrowa kiszka, po brzegi zawalona tobołami, mieści w sobie dwa łóżka i stół. Ubrania poukładane na ziemi leżą zaraz obok piramidy książek i kosmetyków. Na jednym z tych łóżek odpoczywa rudowłosa dziewczyna. – Cześć – mówię do dziewczyny chcąc zaznaczyć, że zauważyłam jej obecność w pokoju. Dziewczyna patrzy na mnie spode łba i bez słowa wychodzi. – No i tak to wygląda – stwierdza Tereska odprowadzając wzrokiem wychodzącą współlokatorkę – tutaj w wejściówce mamy jeszcze mini lodówkę a na samej górze pralnię, strasznie to przytłaczające no, ale kosztuje 300 miesięcznie. W sumie to tylko tu nocuję, głównie i tak siedzę w ciągu dnia na uczelni albo w bibliotece, bo tutaj nie da się uczyć. Akademiki to niekiedy piekło. Sposób na normalność - Całkiem tu przyjemnie, widać, że mieszkanie jest świeżo po remoncie i  nawet meble są nowe – stwierdzam siadając na zielonej kanapie zajmującej centralne miejsce w  pokoju. – Tak, mieszkanie było niedawno wyremontowane, a  właściciel jakiś miesiąc przed naszym wprowadzeniem się kupił meble, nawet okna założył nowe – dźwiękoszczelne, przynajmniej w nocy nie

budzą nas przejeżdżające tramwaje – mówi Maja. Mieszkanie jest niewielkie, ale ładne i co najważniejsze w świetnej lokalizacji – centrum Krakowa. Mieszka w nim Maja, studentka ASP, wraz ze swoim chłopakiem, Wojtkiem, studentem ekonomii. – Pewnie czynsz płacicie dwa razy większy niż na poprzedniej stancji? – pytam. – Właściwie różnica jest niewielka, czynsz jest wyższy o 50 złotych, za to komfort życia o niebo lepszy – odpowiada z  wyraźną ulgą na twarzy Maja – Wcześniej wynajmowaliśmy z Wojtkiem kawalerkę na Kurdwanowie. Lokal pamiętał jeszcze chyba czasy Gierka, meblościanka z lat 70, brak ogrzewania w zimie – musieliśmy podłączać elektryczny piecyk, woda też nagrzewała się długo, a  jak chciałam pomyć rano naczynia to musiałam poczekać aż Wojtek się umyje, w przeciwnym razie jak tylko odkręciłam wodę zalewał go lodowaty strumień. – A właściciel? Nie zgłaszaliście mu tych problemów? – pytam zdziwiona. – Właścicielką była staruszka, która z łaski wynajęła mieszkanie nam – studentom. Miała nawet swój komplet kluczy i  potrafiła o każdej, dosłownie każdej porze dnia wchodzić do nas bez pytania. – No ale przecież to nienormalne, a  gdyby coś zniknęło? Przecież mogła coś ukraść – mówię. – Na szczęście nigdy nic nie zniknęło, chociaż niekiedy niektóre rzeczy były poprzestawiane. Ona wchodziła nie po to, żeby coś ukraść, raczej sprawdzała, co my tam robimy, czy czasem nie imprezujemy i  nie zamieniamy mieszkania w spelunę.- opowiada Maja. Nie rozmawiałaś z nią, że tak nie można?. – pytam, nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Rozmawiałam, ale ona nie widziała nic dziwnego w tym, że jak to ujęła „troszczy się o swoje dobro”. Dopiero jak wparowała do nas, kiedy uprawialiśmy seks zrobiło jej się chyba głupio i  przestała nas nachodzić. – Ja od razu zrezygnowałabym z tej stancji i wyprowadziłabym się. – komentuję. - Nie mogliśmy tego zrobić, wiesz – umowa i płacenie kary w razie jej zerwania. Przecierpieliśmy do końca i  teraz los się do nas uśmiechnął, bo mamy normalnych właścicieli, mieszkanie w prawie takiej samej cenie. Piękne i w pełni działające. – To jak udało wam się znaleźć takie cudo? I to jeszcze w centrum – pytam. – To jasne – z oczywistością z głosie mówi Majka – Po prostu powiedzieliśmy, że jesteśmy młodym, pracującym małżeństwem, nie przyznaliśmy się, że jesteśmy studentami... Jadwiga Bojda

2013 #050 pressja |

025


pressja

026

RZESZOWSKIE „SŁOIKI” „Słoiki” to w żargonie mieszkańców Warszawy określenie przyjezdnych. Głównie studentów oraz młodych ludzi pracujących w stolicy, którzy podczas weekendów czy świąt wyjeżdżają do domów, po czym wracają z pełnymi reklamówkami tzw. wałówki. „Słoiki” są jednak nie tylko w stolicy – można je znaleźć także w Rzeszowie. Czy żyją tylko na wikcie rodziców? Przekonajmy się!


Michał Student pierwszego roku. To tytułowy słoik, jedzenie przywozi w  woreczkach. Do domu jeździ co weekend, jednak gdy ma dużo nauki zostaje na dwa, czasem trzy tygodnie w Rzeszowie. Przywozi zamrożone pulpety, gołąbki, bigos, leczo. Zupy robi z  proszku, sosy również, np. do makaronów czy mięsa, które wcześniej oczywiście ugotowała mama. Na lodówkę dla sześciu osób, sam zajmuje około 3/4 zamrażarki. Andrzej Student drugiego roku. Na pierwszym przywoził słoiki od mamy, ale już po drugim semestrze mama przestała gotować synowi. – Kazała mi samemu przyrządzać obiady, a  nie dość, że nie umiałem gotować, to nie chciało mi się. Na mój jadłospis składały się kromki z pasztetem, ryby w puszce i mielonka oraz standardowe zupki chińskie. Czasami na „sępa” coś dostałem na stancji. Na drugim roku Andrzej postanowił ugotować coś samodzielnie. Starał się na początku oszczędzać pieniądze. Chodził po zakupy do Biedronki lub do Lidla, ale szybko mu się odechciało, było za daleko. Z lenistwa chodził do pobliskiego spożywczaka, w którym ceny produktów nie były tanie w porównaniu z  dyskontami. Jedzenie na własny rachunek zaczęło go więc sporo kosztować. Wojtek Studiuje prawo na trzecim roku. Ma dużo nauki i  nie ma na nic czasu, a jak znajdzie się wolny dzień, to wychodzi na miasto, bądź siedzi przed komputerem. Obiad sam sobie szykuje. Standardowo spaghetti, pyzy, czasami tylko same tosty. Obiad gotuje raz na pięć dni, w weekendy jedzie do domu. – Nie zabieram ze sobą jedzenia od mamy, ponieważ nie chcę jej męczyć. Pracuje w tygodniu, w sobotę zajmuje się domem, a w niedzielę niech sobie odpocznie, a nie cały dzień siedzi przy garach, by syn nie umierał z głodu. Jakoś sobie radzę. Wojtek preferuje mrożone mieszanki warzywne, które, jak sam mówi pasują, do wszystkiego. Dodaje do tego woreczek ryżu i ma jedzenia na dwa, trzy dni. Anna Mieszka z  rodzicami. Wydawałoby się, że nie powinna mieć problemów z jedzeniem. Mamę ma na miejscu. Jednak tak kolorowo nie jest. Tata wyjechał za granicę do pracy. Mama

długo pracuje i  gdy przychodzi do domu, nie ma na nic siły, a młodszy brat nie umie gotować. – Siedzi całymi dniami przed komputerem, nie pomoże nawet przy sprzątaniu mieszkania. W związku z tą sytuacją, to właśnie Ania, gdy wraca zmęczona po zajęciach, bardzo często gotuje obiady dla rodziny. – Nie są to jakieś wyrafinowane dania. Tradycyjnie schabowy, kurczak, spaghetti i proste zupy typu rosół czy pomidorowa. Jakoś sobie radzę, ale podczas sesji to moje menu nie wygląda zbyt zdrowo. Głównie jem kanapki, mama czasem kupi coś na wynos. Tomek Mieszka w akademiku. Nie przygotowuje zbyt często obiadów. Narzeka na wspólną kuchnię, jedną na całe piętro. – W kuchni trzeba być cały czas, a okienko między zajęciami nie zawsze jest duże, a trzeba sobie przypomnieć, co było na poprzednich zajęciach i nie mogę latać z pokoju do kuchni, i na odwrót, bo grasują głodni studenci, którzy podkradają jedzenie. Jedzenie ciepłych posiłków również jest utrudnione, ponieważ biurko w pokoju jest czasami zajęte albo leżą różne „graty”. Tomek specjalizuje się raczej w zupkach chińskich i wszelakich konserwach. Jak nie ma nic w lodówce, a jest głodny, to idzie do budki z zapiekankami na dworzec, ale po nich dalej odczuwa głód. Jak ma więcej pieniędzy, a nie szykuje się jakaś impreza, chodzi na kebab. Młodzi ludzie na studiach przechodzą swoistą szkołę przetrwania. Stary chleb da się zjeść, nie trzeba wyrzucać, bo szkoda, a z jajkiem na patelni smakuje wybornie. Brak czasu, chęci, umiejętności, pieniędzy – to wszystko nie służy diecie żaków. Niestety, większość studentów odżywia się konserwami, zupkami chińskimi lub fast foodami, które nie są zdrowe. Fenomenalne źródło cholesterolu, duża ilość niezdrowych tłuszczów i masa węglowodanów - ale za to tanio. Jeśli ktoś potrafi przyrządzić prosty obiad i ma przede wszystkim chęci (tego najczęściej brakuje) odżywia się niby zdrowo, ale ile można jeść schabowego czy spaghetti. Studenci zapominają o witaminach, których brak może w przyszłości narobić szkód na ich zdrowiu. Dlatego, dopóki nie opanuje się w minimalnym stopniu sztuki kulinarnej, słoiki od mamy są dla studenta jednym z najlepszych rozwiązań. Gianni Dziechciarz

2013 #050 pressja |

027


pressja

028 Studencie! Odłóż piwo, wstań sprzed komputera i zrób coś pożytecznego ze swoim studenckim życiem! Czy rozpoczynając Waszą przygodę na studiach, zastanawialiście się nad tym, jak maksymalnie wykorzystać ten czas? Czy raczej Wasze myśli krążyły wokół najbliższych imprez, a plany sięgały jedynie przetrwania od kolokwium do kolokwium, od sesji do sesji? A gdyby tak pomyśleć perspektywicznie i spróbować wykrzesać ze studiów jak najwięcej esencji, która nie tylko pomoże znaleźć w przyszłości dobrą pracę, ale również da okazję do dobrej zabawy? Zastanówcie się co za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będziecie mogli opowiedzieć o  studiach Waszym dzieciom, wnukom? Większość powiedziałaby pewnie teraz: „znajomi, imprezy, korzystanie z życia”. Nie ma w tym oczywiście nic złego. Rzeczywistość weryfikuje jednak niektóre sprawy i może się okazać, że to tylko jedna strona medalu. Różne raporty i  wskaźniki, badające obecną sytuację ekonomiczną w  naszym kraju pokazują, że położenie współczesnych studentów i  absolwentów jest bardzo ciężkie. Ogromny odsetek osób z  wyższym wykształceniem i  coraz większe wymagania pracodawców, to tylko niektóre z czynników powodujących, że wejście na rynek pracy jawi się współczesnym absolwentom jako coraz trudniejsze zadanie. Warto więc już na początku swojej przygody z wyższym wykształceniem pomyśleć o dodatkowych aktywnościach studenckich. Główne i podstawowe pytanie to: CO ROBIĆ? Nie ma jednej – dobrej odpowiedzi, liczy się bowiem wiele czynników. Z jednej strony mamy kwestie związane z kierunkiem studiów, oczekiwaniami dotyczącymi przyszłości, a z drugiej kwestie charakteru, które wpływają bezpośrednio na nasze zainteresowania,

a co za tym idzie, na motywację w stosunku do konkretnych zadań. W czym zatem możemy wybierać?

Praktyki i staże u pracodawców

Studiując oferty pracy na portalach karier widać, że w zdecydowanej większości pracodawcy wymagają doświadczenia zawodowego w  branży. Większość studentów tłumaczy się wtedy brakiem czasu, koniecznością skupienia się na nauce, wymieniać można bez końca. Jedyną odpowiedzią jest: praktykuj! Warto jednak już na początku mniej więcej zakreślić sobie ramy tematyczne, w obrębie których chcemy poruszać się po rynku pracy. Po drugie, w trakcie praktyk warto wykazać się inicjatywą i aktywnością. Coraz częściej praktyki są przepustką do późniejszej pracy w obrębie danej firmy. Oprócz nabytego doświadczenia i cennego punktu w CV, to z pewnością najlepszy sposób, aby zweryfikować swoje oczekiwania czy wyobrażenia na temat firmy/stanowiska/zawodu zanim „pełną gębą” wejdziemy na rynek pracy. Zatem nie patrzmy na praktyki tylko przez pryzmat uciążliwej konieczności. Zainteresowani? Informacje dotyczące programów stażowych, praktyk znajdziecie m.in. w aktualnościach na stronie internetowej Biura Karier WSIiZ.

Wymiany studenckie – wyjazdy zagraniczne – wolontariaty

Coraz częściej zauważanym zjawiskiem jest mobilność studen-


tów w trakcie studiów. Młodzi ludzie mają możliwość studiowania zarówno na różnych uczelniach w kraju i zagranicą. Programy realizowane przez uczelnie (np. ERASMUS) umożliwiają studiowanie i poznawanie innych kultur i języka jednocześnie. Jest to doskonała okazja, aby pracować w międzynarodowych grupach projektowych oraz nawiązać nowe kontakty. Również wolontariaty wakacyjne to idealna możliwość na przeżycie przygody oraz nabycia wielu, dodatkowych umiejętności, których nie nauczy nas żadna inna szkoła, poza szkołą życia.

Koła naukowe, organizacje studenckie

Naukowe? To nie dla mnie… Oni tam pewnie tylko referaty robią… Nic bardziej mylnego! Jedną z  wielu interesujących form aktywności studenckiej poza praktykami, stażami czy wolontariatem jest z pewnością aktywność w kołach naukowych i organizacjach studenckich. Jest to z jednej strony możliwość zgłębiania i dzielenia się wiedzą, która jest w  obrębie naszych zainteresowań, okazja poznania nowych, ciekawych osób, nauka sztuki komunikacji interpersonalnej czy angażowania się w inicjatywy wymagające uruchomienia szeregu naszych kompetencji.

Chcesz spróbować swoich sił w  kole naukowym? Dlaczego

nie zostać BOSS-em?! Organizacją niewątpliwie godną uwagi oraz polecenia jest Koło Naukowe BOSS – Biznes Od Studenckiej Strony, działają-

ce od bieżącego roku akademickiego w murach naszej uczelni. Koło tworzy grupka ludzi, których próżno szukać siedzących w  domu. BOSS to studenci, których priorytetem jest rozwój, idea działania oraz wyjście z aktywnością poza mury uczelni. Najważniejsze projekty realizowane przez BOSS-a  to, między innymi, Warsztaty Biznesowe – załóż własną firmę, Kuźnia Menedżerów, czyli menedżerskie szkolenia dla studentów dofinansowane z NBP, cykliczne audycje „Krótka piłka z BOSSem” w radioeter.fm czy akademia ProTradera w ramach której można zdobyć wiedzę dotyczącą inwestycji giełdowych. BOSS-kie priorytety: • Chcemy rozwijać nasze dotychczasowe umiejętności i nabywać nowe! • Nie czekamy na ciekawe wydarzenia, sami je organizujemy! • Poszukujemy nowych rozwiązań, realizujemy pomysły, spotykamy się z ciekawymi osobami! • Po prostu – aktywnie działamy! Chcesz zapisać się do KN BOSS? Wystarczy uzupełnić formularz na stronie internetowej: http://boss.wsiz.rzeszow.pl/ . Zapisy trwają 24h/dobę, cały rok akademicki. Zatem – STUDENCIE! ODSTAW PIWO, WSTAŃ SPRZED KOMPUTERA I  ZRÓB COŚ POŻYTECZNEGO ZE SWOIM STUDENCKIM ŻYCIEM! Aleksandra Biernat, lider KN BOSS

2013 #050 pressja |

029


pressja

030

LEGALNIE PRACOWAĆ W POLSCE – wskazówki dla obcokrajowców Jak znaleźć pracę w Polsce i legalnie się zatrudnić? Jak wygląda rekrutacja w polskich firmach? Co jest najważniejsze podczas ubiegania się o pracę? O tym mogli dowiedzieć uczestnicy szkolenia, które 30 stycznia 2013 roku odbyło się w rzeszowskiej WSIiZ. Spotkanie pt. „Zatrudnienie obcokrajowców w Polsce” poprowadził ekspert w dziedzinie prawa – dr Marian Liwo. Skierowane ono było do osób zza zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem studentów z  Europy Wschodniej, a  także młodych polskich przedsiębiorców. Najważniejsze - dokumenty Najważniejszą sprawą dla obcokrajowców są kwestie legalności pracy. - Cudzoziemiec pragnący podjąć pracę powinien znać swoje prawa, dzięki którym może otrzymać satysfakcjonujące go miejsce zatrudnienia – podkreślał dr Liwo. Po pierwsze, informacje o tym, jakie dokumenty są obcokrajowcom potrzebne i w jaki sposób można je zdobyć, aby móc podjąć legalną pracę na terenie Polski, powinny być udzielone cudzoziemcowi przez każdy urząd. Po drugie, to pracodawca, który zaprasza obcokrajowca na rozmowę kwalifikacyjną i chce go zatrudnić, powinien złożyć wniosek w  Urzędzie Wojewódzkim o  wydanie dla niego zezwolenia na pracę. Nie jest to obowiązek obcokrajowca starającego się o pracę. Po trzecie, pracodawca powinien posiadać podpisaną umowę w trzech egzemplarzach: dla siebie, pracownika i urzędu. Po czwarte, podczas procesu wydawania dokumentów przyszły pracownik powinien być na bieżąco informowany o etapie postępowania w jego sprawie w urzędzie. Po piąte, cudzoziemiec pragnący studiować i  jednocześnie pracować legalnie w Polsce, musi złożyć wniosek o wyrobienie karty pobytu. Należy pamiętać o tym, aby przedstawić w urzędzie niezbędne do otrzymania karty pobytu dokumenty, takie jak: akt urodzenia przetłumaczony na język polski, zaświadczenie z uczelni, potwierdzenie zameldowania na terenie Polski, a także historię konta bankowego, na którym musi znajdować się minimum 10 tysięcy złotych. Kwota, którą należy wpłacić, aby wniosek był rozpatrzony w urzędzie wynosi 350 zł. Kartę pobytu otrzymuje się na czas określony, wynoszący 1 rok.

Dyskryminacja cudzoziemców na polskim rynku pracy Jak podkreślał dr Liwo, problemem mogą być – niestety wciąż obecne na polskim rynku pracy – przypadki dyskryminacji. Należy więc pamiętać, że pracownik zza granicy, który jest zatrudniony legalnie, objęty zostaje ochroną przez Urząd Pracy i  wszelkie próby nietolerancji powinny być do tego urzędu zgłaszane. Każdy cudzoziemiec chcący podjąć pracę w  Polsce musi pamiętać, że umowa o  zatrudnienie musi być przetłumaczona na jego język ojczysty, aby mógł lepiej zapoznać się ze swoimi prawami i obowiązkami widniejącymi w umowie. Klucz do sukcesu Jak można się domyślić, to bariera językowa stanowi największe utrudnienie podczas szukania pracy przez cudzoziemca. Trzeba jednak pamiętać, że wiedza merytoryczna zdobyta na studiach, chęć zdobywania nowych umiejętności, a także podnoszenie poziomu języka polskiego, mogą sprawić, że przyszły pracodawca wybierze pracownika pochodzącego z  Europy Wschodniej. Należy też pamiętać, że z  pozoru proste zagadnienia, często stanowią klucz do sukcesu podczas rekrutacji. Najważniejszymi czynnikami są: dobre CV, elegancki i  zadbany wygląd, a przede wszystkim sposób przeprowadzania rozmowy z przyszłym pracodawcą. Podczas tzw. interview należy przede wszystkim pamiętać o  tym, aby odpowiadać szczerze i  nawet jeśli nie posiadamy wystarczających kompetencji, udowodnić pracodawcy, że jesteśmy osobami pracowitymi i odpowiednimi na to stanowisko. – Nie ma takiej wady, której nie można przeistoczyć w zaletę – podkreślał dr Liwo. Joanna Błądek, Anna Wilk

Od redakcji: studentów WSIiZ zza granicy, którzy chcieliby podnieść swoje kwalifikacje zawodowe i realizować obowiązkowe praktyki studenckie w mediach, redakcja „Pressji” zaprasza do kontaktu z Redakcją (Tel. 017-8661463 lub 8661297) lub mailowo na adres pressjamagazyn@gmail.com. W chwili obecnej możliwe jest odbywanie praktyk w naszej redakcji w charakterze: 1. redaktora portalu pressja.wsiz.pl; 2. redaktorów działów portalu pressja.wsiz.pl; 3. dziennikarzy Magazynu Studenckiego „Pressja” (teksty w języku polskim, ukraińskim i angielskim) 4. asystenta ds. promocji i specjalisty ds. promocji;

5. grafików; 6. fotografów; 7. autorów materiałów audio-video; 8. researcherów.

Praktyka w wymiarze 120 lub 240 godzin. Osoby, które się sprawdzą, zostaną zaproszone do stałej współpracy (profity: zniżki z czesnego, punkty do stypendium, portfolio). Zapraszamy!!!


Кожна людина має право на працю Легальне працевлаштування іноземців у Польщі. Які документи потрібні , і як боронити свої трудові права. Напевно, деякі студенти нашого університету вже серйозно замислювались над тим, що вписувати у своє резюме, томущ��, або вже десь працюють, або шукають праці. Саме тому, щоб допомогти легально працевлаштуватись на території Польщі та уникнути прикрої ситуації з «буквою закону» Biuro Karier WSIiZ підготувало для всіх охочих відкриту лекцію про легальне працевлаштування іноземців у Польщі. Лекція відбулася 30 січня. Спікером був доктор Маріан Ліво - фахівець в області трудового права, колишній заступник головного інспектора Державної інспекції праці. Тренінг був розроблений спеціально для студентів з-за східного кордону, тобто з України, Росії, Білорусі, Молдови та Казахстану. Звичайно, що студенти-іноземці зустрічаються з типовою проблемою , якою являється мовний бар`єр. Але окрім того, є різні «паперові» труднощі, адже, щоб легально працювати у Польщі, треба мати важливі документи, котрі дають вам офіційну згоду влади на працевлаштування. Про всі документальні тонкощі і не тільки йде мова нижче. На початку своєї лекції Маріан Ліво давав студентам загальні поради, щодо працевлаштування, наводив приклади зі свого досвіду. Перед тим, як йти на співбесіду, запам’ятайте: •до співбесіди слід готуватися (треба володіти хоча б загальною інформацією про те, чим займається фірма, до якої ви йдете , про структуру, філіали, можливості , не оминайте увагою інформації щодо корпоративної культури); •з собою на співбесіду треба принести два важливих документи: 1. Резюме (заповнене грамотно, об`єм резюме не повинно перевищувати 1-1,5 сторінки формату А4, краще з фото у діловому стилі. 2. Мотиваційний лист (якщо цього вимагає працедавець); •зовнішній вигляд мусить бути охайним, ніхто не вимагає від вас занадто ділового стилю в одягу, все залежить від вакансії, на яку ви надсилали резюме (якщо це дизайнер, то по оригінальності вашого зовнішнього вигляду цілком можуть зробити висновки про ваші творчі здібності. Але не забудьте, одяг мусить бути чистим, випрасуваним. Для дівчат не рекомендується занадто яскравий макіяж та різкі

парфуми. На співбесіді, як зазначив Маріан Ліво, найголовніше «продати себе», це значить продати свої професійні навики. Ми мусимо переконати роботодавця у тому, що ми співробітник, в якого слід інвестувати». Маріан Ліво переконаний, що співбесіду слід закінчувати такими словами: «Так, я маю свої недоліки, як і кожна людина, але я буду робити усе, щоб перетворити їх у свої сильні сторони». Перейдемо до питань документальних. Підставою для легального працевлаштування у Польщі може бути: 1. дозвіл на працю для іноземця (Zezwolenie na pracę cudzoziemca); 2. робоча віза (дають право на роботу візи типу 05, 06, 07; віза типу 01 – туристична, не дає права легально працювати на території Польщі); 3. карта тимчасового чи сталого перебування. Коротка характеристика робочих віз: „05” - віза видається для роботи на строк, що не перевищує шести місяців протягом наступних 12 місяців. Видається на підставі заяви про намір працювати, зареєстрованого у бюро по працевлаштуванню району; „06” - віза видається для виконання міжнародних автомобільних перевезень водіям; „07” - віза видається для роботи на підставі інших документів, крім зазначених. Для студента достатньо візи типу 10, що означає учбова віза. Як отримати дозвіл на працю. Дозвіл на працю повинен зробити роботодавець, який вас запрошує на роботу. Дозвіл на працю – це офіційний документ, який видається адміністрацією воєводства. Для того, щоб отримати дозвіл на працю роботодавцю слід підготувати наступні документи: 1. заяву про надання дозволу на працю для іноземця; 2. трудовий договір (трудовий договір мусить бути в трьох екземплярах, по одному у сторін, що його заключили, і один в адміністрації воєводства, іноземцю надається трудовий договір перекладений на його рідну мову, щоб майбутній 2013 #050 pressja |

031


pressja

032 працівник міг об`єктивно оцінити, а головне, зрозуміти кожен пункт договору). Порушення правил зазначених у трудовому договорі несе за собою карну відповідальність для обох сторін. Роботодавець мусить інформувати вас про перебіг справ з виданням дозволу. Якщо у вас не буде подібного дозволу, то таке перебування і праця на території Польщі може закінчитися не дуже добре, як для вас, так і для вашого роботодавця. Без дозволу на працю в Польщі можуть працювати тільки громадяни країн, які входять до Європейського союзу, але навіть вони мають дещо обмежені умови на працю, так скажімо громадянин іншої європейської країни не може займати керівні посади в адміністраційних органах влади. Також без дозволу на працю можуть легально працювати особи, які мають Карту поляка (документ про приналежність до польської нації. Карта та статус випускника польського університету є підставою видачі безкоштовної візи. Спрощує процедуру видачі дозволу на роботу: • зареєстрований шлюб з громадянином Польщі; • статус студента польського ВНЗ (обов`язково стаціонар); Іноді для легальної праці в Польщі достатньо «Oświadczenia», даний документ видається на роботу терміном до 6 місяців. «Oświadczenie» видається в Центрі зайнятості (Urząd pracy), на основі нього підписується робочий договір. Якщо ви вже маєте Oświadczenie, то з ним процедура отримання дозволу на працю пришвидшується та полегшується. Окрім цього, особа що пошукує праці повинна мати соціальну страховку (ubiezpeczenie społeczne) та копії вищезазначених документів. Для всіх іноземців є ще одна обов`язкова умова для отримання праці - це дозвіл на проживання (zezwolenie na zamiеszkanie), термін якого мусить бути не коротший ніж три місяці. Легально працюючий іноземець у Польщі має рівні трудові права з поляками, та не може піддаватись різного роду дискримінаціям під час виконання праці. Якщо ви відчули, що ваші трудові права були порушені, то завжди можете звернутись в Центр зайнятості вашого міста, можна прийти особисто, зателефонувати, або написати листа. Ваше звернення буде мати анонімний характер, але після нього до «горе-роботодавця» інспектор з Центру зайнятості готує інтервенцію, тобто перевірку умов праці співробітників та дотримання їх трудових прав. Маріан Ліво згодний з тим, що на перший погляд процедура працевлаштування іноземця в Польщі може здатись достатньо складною та незрозумілою, але така послідовність дій необхідна для того, щоб перевірити правильність всіх оформлених документів, які в подальшому можуть гарантувати захист трудових прав та гідності особи, що працевлаштовується. Ну, і, звичайно, така процедура встановлює загальний порядок на ринку праці. Отже, маю надію, що дана стаття стане вам у нагоді при пошуку легальної праці в Польщі та дотриманні закону у ваших майбутніх трудових відносинах. Нехай щастить! Інесса Ткаченко / Inessa Tkachenko


Як здати сесію. Практичний порадник Разом із магією новорічних свят та Різдва кожен студент відчуває на собі крижане і липке дихання заліків та екзаменів, що знаменує наближення сесійної пори. Багато-хто вважає, що для того, аби вийти сухим із води на зимовій сесії, мало просто все знати. Арсеналові студента не завадить також дрібка вдачі. Здобуття прихильності цієї норовливої панянки – завдання нелегке, котре потребує серйозного підходу зі знанням справи. Впродовж століть студентство спостерігало за непояснюваними явищами, котрі мали вплив на везіння під час іспитів, і виробило певну схему, котра допомагала їм привабити до себе вдачу під час сесії. Скористатись досвідом наших попередників допоможе ця детальна покрокова інструкція. Заздалегідь Потурбуватись про свою долю в університеті першокурсникові варто ще задовго до першої сесії. Ключовим моментом є отримання залікової книжки, котру за жодних умов не можна обгортати до здачі перших екзаменів. Обкладинку після вдалої першої сесії повинен подарувати старшокурсник. Для досягнення кращого ефекту це має бути той, хто має тільки гарні оцінки. Також старший колега повинен загнути останню сторінку залікової книжки, що заповнюється в разі дострокового припинення навчання. Нехай буде схована – лоскотати нерви долі не варто. Перед сесією Як не крути, але вчитися таки прийдеться. Та, щоб підготовка до екзаменів не була марною і краще засвоювалось все вивчене, треба запам’ятати декілька речей. Найефективнішим, як показує практика, є навчання з чужих конспектів. Особливо, якщо своїх немає, а чужі написані акуратним і рівним почерком відмінника: він в них вкладає душу, а вам тим часом передається його «відмінницька» енергія. Роблячи перерви в науці, конспекти і підручники обов’язково треба закривати, інакше все вивчене вивітриться за лічені години. Перед іспитами краще не стригтись і не голитись. Стародавнє повір’я говорить про те, що накопичені за короткий час знання ще не встигають проникнути глибоко в голову і зберігаються у волоссі. Тому, аби не пустити всю свою працю котові під хвіст, похід до перукаря варто відкласти до світліших часів. До речі, мити голову теж не рекомендується з тієї ж причини. Та з цього правила є маленький виняток: можна не мити лише половину голови в залежності від того, який іспит треба здавати. Якщо екзамен із гуманітарної дисципліни, то немитою повинна залишатись права частина голови, бо за творчість відповідає саме ця півкуля головного мозку людини. Якщо ж іспит із предмету аналітичного, то відповідно все треба робити з точністю до навпаки. Бачте, в цього повір’я є навіть наукове підґрунтя. Плюс миття половини голови в тому, що до людей можна буде повертатись чистим боком, і існує ймовірність, що ніхто й не помітить того, на які жертви вам довелось піти заради гарної оцінки. Ніч перед іспитом Перед смертю не надихаєшся. Тому, коли до екзамену

залишається кілька годин, більше користі принесе ритуал приманювання везіння, аніж судомні намагання запам’ятати останні сторінки конспекту відмінника з літровою філіжанкою кави. А виглядає він так: рівно опівночі на самоті студент повинен виставити у вікно назустріч всім вітрам свою відкриту залікову книжку і тричі проказати магічні слова: «Халяво, прийди!». Після цього її слід швиденько закрити і перев’язати червоною стрічкою, щоб приманена халява не вилетіла. Показувати залікову книжку комусь, окрім викладачів, під час сесії не можна. Плюс цієї прикмети в тому, що правило переховування святилища оцінок від сторонніх очей поширюється і на батьків, і на інших близьких родичів. Вкладаючись спати, постелити собі треба по-особливому. Під подушку потрібно покласти підручник чи конспект, щоб вночі, коли свідомість розслаблена і вразлива, знання самі перелізли до голови. Не пояснюється, але фактом є те, що чомусь засвоєний вночі через подушку матеріал має здатність випаровуватись через ноги. Тому під них треба покласти шоколадку, щоб вона його увібрала в себе. По дорозі на екзамен Зранку перед іспитом треба з’їсти всі ті знання, що накопичились за ніч у шоколадці, котра була біля ніг. Впродовж всього дня ні в якому разі не можна забувати про «ліве» правило: встаємо з ліжка з лівої ноги, чистимо зуби і снідаємо лівою рукою. Це важливий день і праву руку треба поберегти – їй нині і так дістанеться. Одягатись можна лише у старі перевірені речі, котрі вже колись приносили вдачу. Під п’ятку потрібно покласти монету номіналом п’ять одиниць. Тут важливий безпосередній контакт із тілом. По дорозі на екзамен звісно ж уникати треба звичних побутових провісників недоброго: чорних котів, людей з пустими відрами і забутих речей. В автобусі обов’язково потрібно купити квиток, таким чином ви відкупляєтеся від нещастя. Удача «зайців» не любить. Перед входом в аудиторію треба стукнути лівою п’ятою, під котрою лежить монетка, по підлозі і потриматись за відмінника. Його позитивна енергія ніколи не буде зайвою. Під час екзамену Під час іспиту власноруч змінити вже нічого не вдасться. Покластися можна лише на рідних і близьких, котрих треба попросити «тримати за вас кулаки». Розмір значення не має. Важливою є віра в результат і самовіддача. Дієвим способом вважають також заочну прочуханку. Проте тут є й негативна сторона: якщо екзамен ви таки завалите, то «вже заведених» за час поки ви здавали іспит рідних буде складно заспокоїти. А ще корисно на екзамені мати з собою талісман. Як не допоможе магічно, то хоча б відверне увагу екзаменатора. І остання вказівка: ці всі прикмети діють тільки у тому випадку, якщо в них щиро вірити, сприймати із почуттям гумору і добре знати пройдений на заняттях навчальний матеріал. Тоді гарантовано жодне питання викладача не зможе вивести вас із рівноваги, а сесія буде здана на «відмінно». Yaryna Onishechko 2013 #050 pressja |

033


pressja

034

«Риби, зброя та Жадан» Я думаю, перше питання, яке хочеться задати автору статті (тобто мені) – до чого така дивна назва. З цим ми на початку і розберемося. З рибами і зброєю трохи пізніше. Спочатку Жадан. Для більшості, хто такий Сергій Жадан, пояснювати не потрібно, бо це вже давно культова особистість в українській літературі (як в Україні, так і за її межами). Для всіх інших я все ж таки зупинюсь детальніше. Сергій Вікторович Жадан - один з найвідоміших письменників України (читати також, як синонім «найкращих»). Мешкає у Харкові. Перекладений на 13 мов світу (в тому числі й польську), випустив багато книжок: як поетичних, так і романів. Варто згадати романи «Ворошиловград», «Депеш Мод», «Anarchy in the UKR» та збірки поезії «Цитатник», «Марадона», «Ефіопія» та багато інших. Лауреат багатьох нагород та єдиний, хто отримав звання «Книга року за версією Бі-Бі-Сі» двічі. Перший раз за збірку «Капітал» (2007) та другий за роман «Ворошиловград» (2010). Що ж, із Жаданом розібрались, тепер повернемось до початку назви. Але повернемось здалеку. В останні роки дуже популярним серед письменників, а зокрема поетів, стало поєднувати читання своїх віршів з музикою. Пробують і молоді поети - під гітару, і досвідчені – вже з більш професійним розмахом. Хоча б Юрій Андрухович (напевно найвідоміший сучасний український письменник), і його експерименти з польським гуртом «Карбідо». Результатом співпраці став триптих альбомів («Самогон», «Цинамон» та «Абсент»). Помітною спробою відмітився і молодий поет-слемер Артем Полежака, котрий когось здивував, когось шокував своїм альбомом «Весна, Любов, Полежака». Також варто згадати про відомого одеського поета Євгена Соя (більш відомого, як «Ес Соя»). Тут більшість подумає про дуже відому в інтернеті пісню на його вірші «Эхо тысячи вокзалов», котру виконують Гуша Катушкін та Марія Чайковська. Але і сам автор нещодавно порадував альбомом «Murmurs» з фронтменом іспанськоамериканського гурту «Brazzaville» – Девідом Артуром Брауном. Альбом вийшов доволі цікавим, цільним і дуже ліричним. Звісно помітними спробами відрізняються і російські автори, наприклад, найвідоміша сучасна поетеса Росії Віра Полозкова випустила вже кілька подібних альбомів з симбіозом музики та поезії. І тут ми повертаємось до згаданого на початку Сергія Жадана – він, як і інші автори, а точніше одним з перших, вже у 2008 році записав доволі відомий альбом з харківським гуртом «Собаки в Космосі», котрий має назву «Спортивний Клуб Армії». Власне, назва є лише бурлескною розшифровкою стилю ска, в якому грає гурт. А точніше – ска-панк, стиль на перетині року, реґґі та панку. Альбом був доволі популярним серед молоді і звісно серед всіх прихильників цього письменника. Але 2012 рік став в музичному плані для Сергія Вікторовича дуже і дуже цікавим. А точніше він випустив цілих два альбоми. Другий альбом з гуртом «Собаки в Космосі» під гучною і промовистою назвою «Зброя Пролетаріату».

Також вийшов доволі експериментальний альбом разом з відомим електронним музикантом Андрієм Кириченко та народним гуртом «Ойра» під назвою «Foreli». От власне ми і розібрались зі зброєю та рибами. Тепер детальніше зупинимось на кожному з альбомів. І почнемо ми зі «Зброї Пролетаріату». Альбом цей дуже відрізняється текстами від першого спільного доробку музикантів і поета. Носить він характер соціальний, а пов’язано це безсумнівно зі всім, що зараз відбувається в Україні, а також з активною громадянською позицією самого Сергія. Що вже й казати, от вам кілька цитат з самого першого треку: «Натомість ми співаємо про соціальні стандарти і дивуємося, чому в нас завжди порожні зали» Або таке: «Навіщо ти псуєш джипи буржуїв, береш участь у мітингах і ображаєш президента, цю чесну й роботящу людину» Альбом пронизаний іронією та сарказмом, навіть більше, я б це назвав хорошим «стьобом». Є в піснях навіть згадки про конкретних політиків: «В політиці виживають тільки монстри типу міністра Цушка, або піда**сти, типу позафракційного депутата Ляшка» Автор не соромиться у виразах та висловлюваннях, і під запальні ритми ска-панку закликає всіх до активної громадянської позиції: «Вчи історію, готуй революцію, лишай аудиторію, виходь на вулицю!» Як на мене, це і є головне, що хотів донести до нас поет, тобто це -головний «месседж» всього альбому. Порада одна – слухати і головне почути все, що хотів нам сказати Сергій Жадан. Про другий альбом з трохи дивною назвою «Foreli» я скажу лише кілька слів. Це доволі цікаве поєднання поетичних текстів і читання Сергія з народними мотивами й співами гурту «Ойра» та електронною музикою Андрія Кириченка. Суміш несподівана, але варта того, щоб приділити час та послухати. Музиканти експериментували зі звучанням, і сам Сергій в цьому альбомі трохи інший, і за манерою виконання, і за настроєм. Тому повторюсь трохи, і ще раз напишу (трохи перифразуючи дідуся Леніна) – слухати, слухати і ще раз слухати! Тим паче обидва альбоми є в вільному завантаженні в мережі. Як висновок скажу, що симбіоз музики та поезії однозначно приречений на життя, бо в результаті ми отримуємо абсолютно новий культурний продукт, котрий існує на грані двох мистецтв і вдало балансує між ними. Звісно те, наскільки вдало, залежить безпосередньо від авторів та музикантів. Ну а вирішувати це слухачу, тобто вам. Отже пропоную не втрачати ні хвилини і йти занурюватись у новий неймовірний світ мистецтва, де риби та зброя існують органічно і один одне не заважають. Maksym Volokhan


***

Він не мав плоті, але й не був безтілесним. Невловимість зіткала його із асоціацій, спогадів, відчуттів. Й навіть додала дрібку кришталевих крапель літньої грози і кілька нот, зірваних із порваних струн чужої гітари. Він не мав приналежності ні до реальності, ні до чогось протилежного, бо не можна назвати те, що ніхто не бачив і звідки ніх��о не повертався. Цілком можливо, що він існував лиш у мені, але в ту ж мить це не робить не значимим і нереальним його слід у нашому світі. Він був водночас одним цілим і мільйонами пустельних піщинок, секундами і вічністю, дощовими краплями і могутністю океану, листком паперу і цілим лісом. Його тиша була моїм криком. Він змивав собою чіткість будь-чого. Був ніби краплею кави на тексті, писаному чорнилом. Він був. Зі мною, але не моїм. Для мене, але не запрошеним. Він був відомим ще до початку кінцем. Невловимість вклала в нього також здатність проникати поміж ребра цілеспрямованим струменем такого значимого і свіжого холоду, що змушував одразу відчувати кожнісінькою фіброю тіла життя. Він усе знав. Не було потреби в тому, аби розповідати йому про свої почуття, зокрема про вдячність. Та про неї якраз я, мабуть, і не вмію говорити. Тому вкотре доводиться дякувати вже за цілковите розуміння. Він умів говорити. Не використовувати дані природою людині задатки для членороздільного мовлення, а саме говорити. Часто він говорив мовчки. Його мовчанка інколи вражала до глибини душі своєю промовистістю. Розчулювала, змушувала розриватись у сумнівах, думати, рухатись уперед. Він умів слухати і чути. Умів відчувати побачене. Він умів торкатись. Кожен його дотик мав своїм кінцевим пунктом призначення серце. Не знаю, чи знав він про це, чи так було задумано, чи йому так хотілось. Але від його струму воно шалено починало тріпотіти. Таким ритмом воно відкликалось лише на тепло його рук. Він умів жити. Жити без остраху, без спроб оглянутись назад, без марних сподівань і жалю за втраченими можливостями. Та не навчив цього мене. Хоч може це просто я не була готовою цьому навчитись. Поки що. Або й взагалі. Yaryna Onishechko

2013 #050 pressja |

035


pressja

036

Новий Рік, продовження… Ось і відгуляли ми Новий Рік, хтось вдома, а хтось зовсім далеко від дому. Хтось був у веселій та яскравій компанії друзів, а хтось у затишному сімейному колі. Але кожен з нас зауважив одну деталь - щось змінилося. Змінилося наше ставлення до оточення, а може то оточення змінило своє ставлення до нас, але вже зовсім інше відчуття. Можливо ми стали дорослішими за ці кілька місяців, що нас не було вдома? Чи ми так легко й швидко почали переймати нові звички та традиції, захлиснуло нас у вирій нових подій та знайомих й саме через те давно відоме, таке рідне та старе нам вже не здавалося нам таким привабливим? Залишаю ці питання та роздуми для вас, а сам почну з розповіді про події, що відбулася в кожного з нас на цей Новий Рік. Не можу сказати, що нестерпно чекав на поїздку до рідної домівки, але те солодке й тепле відчуття, коли перетнув кордон нахлинуло на мене з неочікуваною силою. Зупинившись на найближчій автозаправці купив три

пляшки Живчику з різними смаками, вафлі Артек і халви, порадував себе ще гематогенкою. Далі я вже нагадував собі ванільну особу з недалекоглядним складом розуму: сидів біля вікна, жував рідні солодощі, запивав те все Живчиком й думав про нього… Про Новий Рік. Як, де, з ким і що для того треба. Так промайнуло декілька годин, в навушниках лунали ОЕ «Я їду до дому», ДДТ «Родина» й навіть Цой «Если есть в кармане пачка сигарет». Переді мною повстав важкий вибір між святкуванням НР з батьками в теплому, але напевне завчасно нудному рідному колі, чи поїхати до друга, де мало бути таке собі маленьке паті на кшталт фільму «Проект Х». Вирішено було, що раз вже батьки не збираються гуляти всю ніч, то поїду до друга. З такими думками приїхав до рідного міста. І вже на наступний день я знову поринув у старий світ, де продавщиці беруть участь у національному конкурсі на найстервознішого працівника, де бабці в транспорті


нагадують більше спецназ, що без сорому та жалю нападають на недобитих життям оточуючих, де по місту бігають собаки, що в же в четвертому поколінні не знають про нашийник, у світ де про дороги тільки чули, а тих хто розказував легенди про то, ніхто вже й не пам’ятає, у такий рідний та невблаганний світ. Я повернувся до рідного дому, до України. Але таки домашні вмудрилися мене здивувати, як же без того! Зайшовши до улюбленої кафешки, замовивши кави, діставши цигарку й не знайшовши попільнички, покликав офіціантку. Коли почув у відповідь «у нас більше не курять» просто перепитав: «а де тут можна потягнути димку?». «На вулиці» - такої нахабної відповіді я аж ніяк не чекав. Виявилося, що Україна перейшла на «здоровий образ життя» я міг лише посміхнутися. Згадайте як виходили закони про те, що не можна пити й палити в публічних місцях. А тепер згадайте, коли ви це в останнє робили? Давайте будемо чесними самі з собою, тим паче, що про це не треба писати до нашої редакції, подумайте про це тихенько, анонімно. Ну то як, посміхнулися? От і я кажу. Залишається лише насправді сподіватися, що хоч з того щось путнє вийде. Я не проти таких законів та правил, адже в Польщі це вже давно практикують й досить успішно, а що найкраще, що всі задоволені, курці не відчувають дискомфорту, а здорові люди залишаються здоровими. На цьому сюрпризи не закінчилися. Просто гуляючи по вулиці, точніше то було більше схоже на перетин смуги перешкод, яку мені було зась здолати, я таки присів перепочити на одному з місячних кратерів, який так дбайливо обходили двірники. Результат мене порадував, особливо коли лікар сказав, що в мене забиття тазової кістки, вивих правого плеча й перелом лівого ребра. Такої гімнастичної вдачі, щоб все то зробити за одне падіння, я не очікував. Виявилося й тут постаралося наше верховне керівництво країни. Річ в тому, що коли вони таки зрозуміли, що витрачені гроші на Євро вже не повернуться, вони вирішили залатати дірки в бюджеті за рахунок зменшення зарплат нашим героям-двірникам. Найкращого часу, як зима, було й годі шукати, адже більшість з них просто звільнилися й вся Україна стала схожою на місячну поверхню, або на роботи європейських художників, що малюють на замовлення цікаві об’ємні малюнки на асфальті. Подивилися б вони, що їх картини не плід їхньої ж уяви, а звичайна буденна реальність для українців. Але зась таким маленьким негараздам було мені зіпсувати настрій. І не тільки мені. На обличчях кожного перехожого я бачив радість від наближення свята, що для кожного означало різне: для когось можливість зустрітися з дорогими йому людьми, для когось можливість зав’язати нові стосунки в найчарівнішу ніч з цілого року, а для когось просто ще один привід випити та пожерти від пуза, але для всіх то однаково була радість. Навіть для бабусь, що сиділи по переходах та вздовж вулиці, продаючи різні новорічні дрібниці, адже це для них був непоганий шанс заробити чотири пенсії за два тижні, а то неабиякі гроші для наших стареньких. Знову вдаюся в негативні подробиці, нехай вже читач мені вибачає, але все ж таки читає.

Новий Рік пройшов по всім канонам та традиціям сучасної молоді. Спочатку культурно їли й мало пили, чи то в страху випити все ще до самого Нового Року, чи то в страху не дорахуватися присутніх до початку Нового Року. Перший Новий Рік в моєму житті без промови президента (в тому таки щось є, раджу всім спробувати, особливо коли в компанії є людина, що й розвитком й розумом може позмагатися в поздоровленні з вищезгаданим персонажем). Новий Рік, шампанське, петарди, серпантин, хлопавки, й вже добре таки веселі й тягучі промови з привітаннями. Потім всі розходяться по тихим куткам, щоб обдзвонити всі свої мертві душі з записної книжки, й поздоровити їх. Бігання по кімнатах з криками «В кого ловить сигнал? Хто додзвонитися може? В кого на рахунку ще зосталися кошти?». Звісно ж треба поздоровити батьків, і в той момент кожний чекає на інших, мовляв «тихше, батькам дзвоню! Голос не дуже п’яний?». Хтось обов’язково вже в тій кондиції та в тому настрої, що підбігає до такого батькорозмовника й в слухавку кричить: «Вася, наливай, вже в горлі пересохло!», або щось таке: «Коля, кажи їм, шоб без дівчат й шампанського не приходили, бо на їх чекають найгарячіші хлопці!». Потім вже заспокоївшись та дочекавшись останнього, в кого список мертвих душ в телефоні найдовший, гуртом йдемо пускати салюти та феєрверки. Один з них, як завжди, летить не туди, куди треба. Точніше він летить в сусідське вікно, саме туди, куди треба було, адже не просто так ставки ставили на закони фізики проти законів геометрії, до яких була долучена одна суттєва похибка – людська дурість. Розмови, ігри вікторини, хтось вже сидить в одному спідньому, бо настрій вже дозволяє невеличкі пустощі. Йде вже третя зміна страв, точніше їх поповнення, бо олів’є заточили вже давно, картоплю треба підігріти, а шуба відображає всі найменші подробиці чиєїсь морди. Потім починається конкурс «вишиванок» та творчого викладання «мозаїки» на білосніжному зимовому полотні. А візерунок, як правило, залежить від того, що і в якій послідовності «митець-художник» їв. Через декілька таких конкурсів настає затишшя, коли парочки розійшлися по кутках, хтось з них цілується, хтось дискутує про закони життя, політики й навіть не гребує зазіханнями на теореми великих фізиків, математиків та інших вчених. Ранок залишається в легендах та в тьмяних спогадах дитинства, бо нов��річний ранок бачили тільки найстійкіші або діти. Так само й з першими днями нового року: ніхто не пам’ятає, коли саме були перше та друге число, календар більше нагадує записну книжку відвідувань тих, кого по списку видзвонювали в новорічну ніч. Такі ми вже є. Українці, білоруси, росіяни, поляки – усі один великий народ, чиї діти розбіглися гратися в різних куточках. Як би не хотіли політики чи інша темна сила змінити того, все ж ми думаємо однаково і відчуваємо однаково, бо всі ми однакові. Чекаю на ваші коментарі, та відгуки, а краще на веселі історії та курйозні ситуації. Ваш Джек Бугайов

2013 #050 pressja |

037


pressja

038 А що вам найчастіше передають ваші рідні до Польші? – запитали ми українських студентів УІТМа.

Відповіді звичайно типові: гроші та їжа, якщо гроші «всім пахнуть» переважно однаково, то з харчових делікатесів студентів, в Жешуві можна було б сміло відкрити ресторан домашньої української кухні. Мама передає нам з сестрою таке: каву - щоб менше спали вдома і вчасно приходили на пари; фрукти - щоб не бракувало вітамінів; вина домашнього - щоб наука не так нудно проходила; гроші - щоб нас з listy studentów не скреслили; поради та настанови - щоб вчились як правильно поступити в тій чи іншій ситуації; ну і основне - свою любов та віру в нас. Мені моя мама найчастіше всього передає гроші та консервацію, більше нічого, бо в Польщі продукти харчування дешевші ніж в Україні. Юлія Бондарчук, 1 курс, Туризм та рекреація. Малинове варення, варення зі смородини, мед :) А ще різні закрутки, але я намагаюсь по максимуму від них відбиватись – а то таскати їх - це жахи :) І домашній пиріг :) Це завжди, щоправда поки я його до Польщі довезу, він весь помнеться, але він чудовий, мама дуже смачно його готує :)Також мама постійно складає мені сало в сумку, але як тільки я це бачу, одразу викладаю, в мене в холодильнику вже кілька місяців три банки сала стоїть :))) Іван Мазур, 2 курс, Інформатика.Михайло Наумилюк, 4 курс, Інформатика, один із засновників клубу «RzeMafia» Мед, варення гарбузове та й ніби все. О-о-о, а ще пиріг яблучний, і малиновий джем, і полуничне варення, і консервацію (салати з моркви і цибульки, квасольку). Дзюма Софія, 1 курс, Косметологія Посилками мої рідні мені нічого не передають, але якщо я приїжджаю, то в обов’язковому порядку везу з собою цілу сумку всякої домашнього їжі. Везу все що бачу: плов, вареники, салати, відбивні, котлети. Роман Кошівка, 2-й курс, Aviation management Найчастіше з дому я везу цукерки, а саме «Іриски». Дарина Моцар, 1 курс, Журналістика та соціальні комунікації На першому році моя бабуся не вірила в мою здатність приготувати собі поїсти, тому я перетинав кордон з пластиковими пляшками з борщем та відерцями з готовими кашами та, навіть, вареною картоплею. Зараз, на щастя, вона вже переконалась що її онук здатен себе нагодувати, тому тепер привожу з дому тільки домашню випічку та, часом, запечене м”ясо. Ну і, звичайно, варення - зимою без нього ніяк. Дмитро Матейко, один із співзасновників клубу «RzeMafia. Опитування в найбільше відвідуваному студентському пабліку в соціальній мережі «Вконтакті» показало наступні результати:Як бачимо першість в опитуванні здобувають гроші, ну це зрозуміло: куди без них у наш брутальний час! Але лишились ще такі романтики,

що везуть цукерки – 10 осіб та любителі маминих закруток – 22 студенти, а ще ті хто не проміняє домашню ковбаску на магазинну, – 10 чоловік. Гроші грошима, а холодними польськими вечорами за чашкою чаю гроші не намажеш на свіжий хліб, як запашне варення з рідної України. Від автора. Ніколи не забуду свій перший курс, через два місяці ВЕЛИКОЇ науки, я повернулась додому і мама з перших днів почала втрамбовувати мені з собою типову торбу у клітинку. Дуже добре, що мене не було поряд, коли вона її складала. І ось я повертаюсь на навчання, на поїзд мене посадив батько, якось з сумом очах сказав мені: «Ну я не знаю, як ти це дотягнеш, але гарної дороги». Я собі подумала, а ну ці дорослі знову щось собі вигадали! Ранок, я виходжу з поїзда і розумію що це не сумка, а мішок з піском, я ледве переставляю ноги, так 200 метрів, зупиняюсь, в голові купа непристойних слів, ногою б’ю торбу! Мало-помалу за 1,5 години я потрапляю в гуртожиток, і першим ділом, дуже зла починаю ритись у сумці і шукати, що то воно було таке важке? А там, 3-літрова банка квашеної капусти, 3-літрова банка солоних огірків, сало, судок з котлетами, окремий зі смаженою рибою, домашня олія. Я люто кричу, що ненавиджу капусту, потім приходжу в себе, йду в душ, і сідаю снідати, всі їдять «Мівіну» та консерви «Сардіна», а я домашні котлети вприкуску з огірками, і тут я зовсім забула, як я довго тягла ту торбу, і тільки посміхаюся, їм котлету і згадую минуле літо. Коли ми разом із мамою закривали у банки маленькі огірочки з бабусиного городу. Інесса Ткаченко, 4 курс, Журналістика та соціальні комунікації


Z UKRAINĄ W SERCU – W POLSCE

Z ukraińskim studentem - Oleksandrem Lucykiem, który trzy lata temu przyjechał do Polski i zaczął naukę w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie – o patriotyzmie i życiu w Polsce rozmawia Oksana Banias. Pressja: Przyjechałeś do Polski już 3 lata temu – czy było trudno przyzwyczaić się do warunków życia i nauki w tym kraju?

wać coś z  ukraińskich dań, którymi po koncercie częstujemy publiczność. Zawsze na stole jest jedzenie np.: ciemny chleb, barszcz i pierogi.

Oleksandr Lucyk: Tak, było trudno. Po pierwsze dlatego, że ceny w Polsce są zdecydowanie wyższe niż na Ukrainie. Po drugie, jestem daleko od rodziny, przyjaciół i  muszę liczyć tylko na siebie.

P: Ukraińscy studenci rozmawiają między sobą tylko po ukraińsku?

P: Wiem, że jesteś patriotą, byłeś nim zawsze. Czy życie w Polsce pomogło Ci to zrozumieć? O.L.: Oczywiście wyjazd do Polski miał na to wpływ. Bardzo często ludzie mówią mi, że gdybym naprawdę kochał Ukrainę, to nigdy bym nie wyjechał uczyć się za granicę. Takie słowa są bardzo bolesne. Nie zgadzam się z nimi, ponieważ przyjechałem tu, aby poznać polską kulturę, nauczyć się języka, zdobyć jakieś doświadczenie, które przyda mi się na Ukrainie. Uważam, że patriotą można być, nie zważając na to, gdzie się żyje, w jakim języku uczy i jaką walutą płaci. Prawdziwy patriota pamięta i czci kulturę, historię oraz język swojego kraju.

O.L.: Tak, zawsze. I co ciekawe, tutaj język ukraiński zdaje się być jeszcze milszy dla ucha i piękniejszy. P: Czy wstydziłeś się kiedyś swojego pochodzenia? O.L.: Nie, wręcz przeciwnie. U nas w mieszkaniu wisi niebiesko-żółty sztandar, a w zeszłym roku powiesiliśmy go na balkon, w ciągu roku był zawieszony na naszej ulicy. Czasami chce się wszystkim powiedzieć, że moimi praojcami są kozacy: Chmielnicki, Szewczenko, że ja pochodzę z  ziemi, gdzie żyją bracia Kliczko, Łina Kostenko i  wielu innych znanych ludzi, gdzie wszystko tak licznie kwitnie i rośnie, gdzie ludzie są pracowici i zawsze gotowi pomóc. P: Jakie masz plany na przyszłość?

P: A  jak Ty ze swoimi przyjaciółmi z  Ukrainy czcisz kulturę narodową, język, historię? O.L.: Każdego roku, przed Bożym Narodzeniem, na mojej uczelni odbywa się akademia: „Dzień Kultury Ukraińskiej”. Biorą w  niej udział studenci z  Ukrainy. Śpiewamy, tańczymy, deklamujemy wiersze, odgrywamy sceny ze znanych ukraińskich filmów. Również nasze dziewczyny starają się przygoto-

O.L: Po ukończeniu studiów zamierzam wrócić na Ukrainę, znaleźć pracę i założyć rodzinę. Polska to piękny kraj, ale wiedziałem od początku, że wrócę do domu. Przyjechałem tutaj, aby poznać nową kulturę, nabrać doświadczenia і wiedzy od Polaków, aby potem wykorzystać je dla dobra Ukrainy. Rozmawiała: Oksana Banias

Fotografia: Alisa Melnyk

2013 #050 pressja |

039


pressja

040 KSIĄŻKI TESTOWANE NA STUDENCIE Od dawna zadziwiała mnie pewna asymetria w świecie książki. Kanon lektur szkolnych ustalany jest przez naukowców, metodyków i nauczycieli. W przypadku nagród literackich, poloniści ustępują pola artystom, by potem do nich dołączyć przy redagowaniu działów literackich w mediach opiniotwórczych. Niestety przeciętna osoba sięgająca po książkę nie jest ani literaturoznawcą, ani artystą czy chociaż polonistą. Nie dziwi mnie wcale powszechne zniechęcenie do słowa pisanego. Sam mam za sobą kontakt zarówno z lekturami szkolnymi, jak i z laureatem nagrody „Rosyjskiego Bookera” czy w końcu z „powieścią eksperymentalną”, polecaną przez zawodowych recenzentów. Nie chcecie o nich czytać... Ale nic straconego! Przygotowałem dla Was ranking książek rozrywkowych i popularnych. Bez szans na Nobla, ale mimo wszystko wartościowych, a przy tym przynoszących bezczelnie dużo uciechy z tej prostej czynności jaką jest czytanie. Oto więc mój prywatny ranking najlepszych książek 2012 roku. Każdą z nich przeczytałem osobiście – ja student, nie żaden specjalista od literatury. Może nie będzie profesjonalnie, ale za to autentycznie. Kolejność jest bez znaczenia. „Poślij chociaż słowo. Opowieść o  miłości i  przetrwaniu w Gułagu” Orlando Figes Pierwsza książka i już złamałem wszystkie obietnice ze wstępu? Skądże znowu! To, że literatura łagrowa kojarzy się nam tak, a nie inaczej, jest zasługą szkoły, a nie literatury jako takiej. „Poślij chociaż słowo” to unikatowy na skalę światową, kompletny i  niecenzurowany zapis trwającej kilkanaście lat korespondencji zesłanego do łagru Lwa z  ukochaną, pozostającą na wolności, Swietłaną. Co wyróżnia książkę „Poślij chociaż słowo” od powszechnie znanych opowieści obozowych? Optymizm i radość życia. Nie ulega wątpliwości, że Lew spotkał się ze wszystkimi objawami okrucieństwa stalinowskiego aparatu terroru. Pomimo to, nie skarżył się, a do swojej ukochanej wolał pisać o rozgwieżdżonym niebie, zorzy polarnej czy pracy dającej wytchnienie i satysfakcję. Opisując ludzi skupiał się na przyjaciołach, a nie degeneratach. W odpowiedzi dostawał szczere opisy powojennej rzeczywistości w  stolicy Związku Radzieckiego – od politycznych planów odbudowy kraju po opisy ubrań przechodniów czy ciekawych premier filmowych lub teatralnych. Sięgając po tę książkę nie musicie obawiać się nudnych rozmyślań nad sytuacją polityczną, obrazowych opisów okrucieństwa i zezwierzęcenia przekraczającego wszelkie granice. Zamiast depresji i moralnego kaca spodziewajcie się wzruszeń połączonych z odzyskaniem wiary w ludzkość. „Busem przez świat” Karol Lewandowski Książka napisana przez studenta, o  studentach i  dla studentów. Na tle poprzedniczek zdecydowanie odstaje pod względem warsztatowym. Przekaz również nie jest jej najmocniejszą stroną. Chociaż to książka podróżnicza, autor nie przejawia wybitnego zmysłu obserwacji i  reportażowej smykałki. Tylko czy to ważne? Od tego są studenckie lata, żeby kupić zdezelowany busik, pomalować go w jaskrawe kolory, a potem zapakować po dach piwem i z najlepszymi kumplami pojechać w kierunku zachodzącego słońca. Analizę porównawczą społeczeństw mijanych krajów zostawmy socjologom. Sięgając po książkę bawmy się razem z  chłopakami. Krótkie rozdziały, blogowy styl i  dużo zdjęć pozwoli Wam poczuć się niemal jak pasażer zwariowanego busika. Praktyczne rady i  wstępny kosztorys być może zainspirują do podjęcia własnej wyprawy?


„Wyrok” Mariusz Zielke Skandynawskie kryminały chwalimy, a własnych nie znamy. Co prawda książka została wydana przez autora w 2011 roku, ale w bardzo niskim nakładzie, który zapewne w większości trafił do recenzentów w celach promocyjnych. Książka do szerszego grona odbiorców trafiła kilka miesięcy temu dzięki wydawnictwu Czarna Owca, zachęconemu pozytywnym odbiorem książki przez blogerów. „Wyrok” opowiada o  zbrodniczych mechanizmach na styku wielkiej polityki i  wielkich pieniędzy. Książka została napisana przez dziennikarza śledczego pracującego kiedyś w „Pulsie Biznesu”, wielokrotnie nagradzanego za swoje teksty demaskujące przekręty i łapówkarstwo w polskich urzędach. Prześledzenie archiwalnych tekstów Mariusza Zielke pozwoli zdać sobie sprawę, że chociaż fabuła jest fikcyjna sposoby działania malwersantów jak najbardziej prawdziwe. Lekkie pióro oraz talent pisarza stworzyły trzymającą w napięciu opowieść, która z  powodzeniem mogłaby stać się kanwą hollywoodzkiej superprodukcji. Waga poruszanego w książce tematu jest nieodczuwalna.

Trylogia „Africanus” Santiago Posteguillo „Africanus” to cykl powieści historycznych na najwyższym światowym poziomie. Wiedza autora, Santiago Posteguillo, o  świecie starożytnym wręcz rzuca na kolana. Dzięki niej nie musi on uciekać się do zapełniania braków plombami z fikcji i  własnych wyobrażeń. Język powieści jest niezwykle żywy, plastyczny, a fabuła atrakcyjna, niczym ta z najlepszego thrillera. Jak dotąd, nakładem wydawnictwa „Esprit”, wyszły dwa tomy z serii książek o Scypionie Afrykańskim Starszym – rzymskim wodzu, który odpierając Hannibala u wrót Rzymu ocalił miasto i  całe imperium przed nieuchronną zagładą. Po polsku możemy przeczytać „Africanusa. Syna konsula” oraz „Africanusa. Wojnę w  Italii”. Cykl Santiago Posteguillo ulokował się na mojej liście najlepszych powieści historycznych tuż za klasykiem – Robertem Gravesem, a  długo przed współczesnymi konkurentami. Niech nikogo z Was nie zmyli to drugie miejsce. Książki Gravesa już od niemal 80 lat zachwycają kolejne pokolenia czytelników, znajdują się na liście 100 najlepszych powieści świata tygodnika TIME i  z  całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że miejsce tuż za nimi to zaszczyt, a nie klęska.

Dariusz Dłużeń – autor bloga alekulturka.com Słuchajcie moich audycji o książkach w radioeter.fm – w każdy wtorek między 18:00 a 20:00.

2013 #050 pressja |

041


pressja

042

KAKOFONIA CZY MUZYKA? – RECENZJA ALBUMU GAZA Jak dalece mogą zajść ludzkie możliwości, by muzyka zawierająca tak wiele różnorodnych, lecz oczywistych nurtów, była jednocześnie najbardziej kłopotliwym w zdefiniowaniu tworem? Zdaję sobie sprawę, że kategoryzacja muzyki nie jest jakkolwiek potrzebna, a  na pewno nie ułatwia w żaden sposób konsumowania muzyki. Ten przypadek należy do nielicznych, gdyż brzmienie prezentowane przez Gaza wyznacza nowy trend w świecie muzyki trudno przyswajalnej, a  math/grind/noise/sludge/hard core w wykonaniu panów z Gaza na pewno taki jest. Wywodząca się z Utah, Gaza właśnie wydała 3 album i jedynie potwierdza swoje stanowisko wobec niechęci do egzystowania ludzi na planecie Ziemia. W sumie, to trochę paradoksalne, jeżeli panom nie sprzyjają realia codziennego świata, co gorsza, nie potrafią ich zaakceptować, to, po co się męczyć i narzekać na otaczającą głupotę ludzką, nie łatwiej po prostu strzelić sobie w  głowę? Żartuję, ekspresja liryczna to jedno, muzyka jest jedynie wyrażeniem tego właśnie buntu. Po udanym „He Is Never Coming Back”, wznoszącym Gaza na salony połamanego, agresywnego grania, przyszedł czas na „No Absolutes In Human Suffering”, ale czy udane? Kwintesencją, która od lat cechuje styl gry Gaza stanowi wysoki próg utrudniający strawienie tej muzyki w całości, by móc w pełni czerpać z niej przyjemność, a najnowszy album jedynie potwierdza to stanowisko. Po dosłownie kilku sekundach pozbawionych jakichkolwiek pozorów, ponurych dźwięków, zostajemy uświadomieni, z czym tak naprawdę będzie nam dane obcować przez kolejne 40 minut, a  nie będzie to sielanka. Po bezkompromisowym „Mostly Hair and Bones Now”, przychodzi czas na „This We Celebrate”, tutaj zatrzymam się na chwilę. To, co sprawia, że muzyka, która z pozoru tak chaotyczna i pozbawiona sensu, staje się tworem niezwykle inteligentnym to aspekt, który najbardziej cenię – przestrzeń, odpowiednie rozmieszczenie muzycznego wyładowania. Trzy minuty nawałnicy dźwięków w  zupełności wystarczą, by później nacieszyć się chwilą w postaci kilku dźwięków kojących słuch, idealne miejsce na oddech, by znowu stawić czoła potworowi „The Truth Weighs Nothing”. Fani Converge nie powinni czuć się obco w najnowszym wydaniu Gaza, choć zdecydowanie nie tak pozytywni, ale równo zakręceni. Kolejny „Not With All the Hope in the World” to ukłon w  stronę klasyki, fani death metalu mogą skojarzyć aurę panującą szczególnie wokół tego kawałka, charakterystyczną dla

klasyków progresywnego death metalu Gorguts. Później (wcale nie z górki), tytułowy, praktycznie wypowiedziany tekst „No Absolutes In Human Suffering”, piosenka – hymn, pojawiająca się na każdym albumie pod bieżącą nazwą wydawnictwa. Na zakończenie, kompletne zwolnienie, doom/sludge’owy akcent w  postaci „Routine and Then Death” i  jak na Gaza przystało, także tutaj czeka nas niespodzianka. W  połowie tego numeru zostajemy obdarowani najbardziej delikatnym obliczem Gaza, z jakim kiedykolwiek miałem styczność. Aksamitna melodia, stanowiąca podziękowanie za trud włożony w podjęcie próby przebrnięcia przez solidną ścianę nawałnicy dźwięków, utwierdza w przekonaniu, że Gaza jest nieobliczalna. Gdzie leży przepaść dzieląca świat muzyki, składający się z dźwięków przyswajalnych dla uszu słuchacza, od terytorium hałasu i kakofonii? Czy warto zagłębiać się w taką „muzykę”? Oczywiście, że tak, w tym cały haczyk, muzyka w tym wypadku nie trafia do odbiorcy w celach rozrywkowych, chodzi tutaj bardziej o  próbę wgłębienia się, zaangażowania słuchacza. Ludzka natura nie akceptuje hałasu, czy to w postaci bardzo głośnych dźwięków, czy jako dysharmonii, chaotyczności. Nie akceptuje, albo nie chce akceptować. Dla niektórych hałasem może być pies szczekający w kółko przez godzinę, innych tykanie wskazówki zegara może doprowadzić do szału. Wydaje mi się, że hałas to pojęcie względne. Faktycznie, muzyka pokroju Gaza przysparza wielu problemów, jest hałaśliwa, czasami dźwięki zlewają się w dysharmonijną papkę, czujemy się zdezorientowani. Wydaje mi się, że to kwestia czasu, słuch jak każdy zmysł da się odpowiednio przystosować, oczywiście są granice, ale ciągle mówimy tutaj o muzyce, a muzyka Gaza to ciężkostrawny twór. Powysilajmy się trochę, a na pewno nasze poświęcenie zostanie należycie wynagrodzone. Adam Piętak


„DO RYCERZY, DO SZLACHTY, DO MIESZCZAN” Czekałem cierpliwie przez całe trzy lata od wydania ostatniego albumu „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”. Tak jak w przypadku poprzednich albumów zespołu Hey, czy też solowych krążków Kasi Nosowskiej i tym razem moja intuicja mnie nie zawiodła. Trzyletnia przerwa nie mogła zaowocować niczym innym jak tylko wydaniem kolejnego arcydzieła grupy Hey – „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”.

Z ręką na sercu mogę przyznać, że śledzę poczynania zespołu Hey od dobrych kilkunastu lat. Nie ukrywam, że największym zaskoczeniem było opuszczenie rockowego tonu, które miało miejsce podczas wydania płyty „M!U!R!P” w  2010 roku. Wsłuchawszy się w tekst singla promującego nową płytę, okazuje się, iż jest to najbardziej „pozytywny” album zespołu. Krążek oferuje nam 11 utworów stworzonych w  różnorakich aranżacjach – instrumenty akustyczne, elektryczne, a  także różnorodne brzmienia elektroniczne, do których przyzwyczaiła nas Nosowska w  swoich solowych albumach. Wokalistka patrzy na otaczający ją świat z dużo większym spokojem i dystansem niż miało to miejsce w poprzednich albumach. Po raz pierwszy w historii zespołu materiał został zrealizowany w sekstecie, gdyż nowym członkiem grupy został Marcin Zabrocki, znany ze współpracy z takimi grupami jak Biff, Pogodno, Mordy.

Bez wątpienia, największą zaletą zespołu Hey jest nieustanny rozwój artystyczny. Każda nowa płyta oferuje nam zaskakujący i magiczny klimat, pozwalający odpłynąć na dalekie wody, zanurzając się w pięknie lirycznych wersów. Wszystkie teksty nowego albumu są autorstwa Katarzyny Nosowskiej, z  wyjątkiem utworu „Z  przyczyn technicznych”, do którego słowa napisała Gabriela Kulka i jest on zwieńczeniem tej doskonałej płyty. Uważam, że płyta „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” zasługuje na miano jednej z najlepszych polskich płyt wydanych w ubiegłym roku. Potwierdza to status „złotej płyty” osiągnięty w samym dniu sprzedaży. Z czystym sumieniem polecam i gorąco zachęcam do kupna. Moja końcowa ocena płyty to rzecz jasna 10/10. Daniel Maguder

2013 #050 pressja |

043


pressja

044


Małgorzata Florczyk

NIE TRACĘ NADZIEI, DOPÓKI ODDYCHAM Pasja, determinacja, siła, wyrzeczenia, ogromna miłość do tego co robi, to nieliczne cechy, które wyróżniają tego chłopaka. Łukasz Kudła, student ekonomii WSIZ. Pełen energii 23-latek, trenujący Mieszane Sztuki Walki w rzeszowskim klubie Spartakus. Pressja: Witam Cię serdecznie. Pierwsze standardowe pytanie. Dlaczego właśnie MMA? Łukasz Kudła: Hmmm… Myślę, że zamiłowanie do rywalizacji. Od zawsze kochałem rywalizację. Także chęć sprawdzenia się, poznania nowych technik. I  myśl, że kiedyś mogę zostać mistrzem w tej dziedzinie. P: Co się dzieje w Twoim umyśle przed, podczas i po walce? Ł.K.: Przed walką czuję wielką determinację, skupienie, ale także strach i obawę. Podczas walki kieruje mną wewnętrzną myśl, która motywuje mnie do działania, żeby się nigdy nie poddawać. Zawsze po walce stawiam sobie pytanie czy dałem z siebie wszystko, czy mogłem dać z siebie więcej. P: Sukces wiąże się z porażkami. Działają one na Ciebie motywująco czy wręcz przeciwnie? Ł.K.: Uważam, że każda porażka jest nawozem sukcesu. Każda porażka uczy czegoś, co mogę wykorzystać w następnej walce. P: W Polsce jest coraz większe zainteresowanie tym sportem. Czy nie sądzisz, że mimo iż poświęcasz tak wiele, możesz nie odnieść sukcesu? Ł.K.: Nie boję się konkurencji. Zawsze powtarzam, że mistrzowie rodzą się z bólu i wyrzeczeń. Ja mam prosty cel. Zostać numerem jeden na świecie i nie obchodzi mnie to, czy jest dużo przeciwników. Byleby szanowali ten sport i dobrze go propagowali.

P: Co Cię wyróżnia spośród innych zawodników? Ł.K.: Talent, poświęcenie, determinacja. „Nie tracę nadziei dopóki oddycham” – to słowa jednego z  najlepszych zawodników na świecie. Podpisuję się pod tym. P: Jaka jest Twoja największa motywacja do treningów i walk? Ł.K.: By zostać najlepszym. Świadomość, że mogę zapewnić byt rodzinie. Żonie, dzieciom, rodzicom. Świadomość tego, że mogę przekazać wiedzę kolejnym pokoleniom. A właśnie, jest jeszcze jeden bardzo ważny czynnik motywujący – pieniądze (śmiech). P: Twoje plany, cele, aspiracje w byciu zawodowym fighterem. Ł.K.: Zostać numerem jeden w Polsce i na świecie. P: Życzę Ci tego. Moje ostatnie pytanie. „Gdybym nie był zawodnikiem MMA to...?” Ł.K.: (śmiech) Byłbym adwokatem albo lekarzem. A tak poważnie to specjalistą od marketingu i  reklamy. Myślę, że byłbym w tym równie dobry, jak w walkach. Rozmawiała: Dorota Trzyna

2013 #050 pressja |

045


pressja

046

W dzisiejszym świecie żyje mi się parszywie... - Zbigniew Maziarczyk

Parapsycholog, poeta, dziennikarz, myśliwy, karateka, a przede wszystkim rehabilitant i człowiek wszechstronny, który pokazuje jak można żyć, aby „właściwego życia” było w nas jak najwięcej. Dwanaście razy uratował ludzkie istnienie. Jedyny człowiek, który odpowiada na pytanie „Ile w nas życia?” Rozmowa Joanny Błądek.

Pressja: Ma Pan 58 lat, a tak wiele pasji i zainteresowań oraz wiedzy akademickiej i pozaakademickiej, że spotkanie z Panem onieśmiela. Skończył Pan trzy uczelnie, szkołę muzyczną, uprawiał ponad dwadzieścia dziedzin sportu, pisze artykuły, a także pomaga ludziom jako rehabilitant. Ponadto łączy Pan pasję myślistwa z poezją. Jak Pan znajduje na to wszystko czas? Zbigniew Maziarczyk: Wychowałem się, jako sierota w  czasach trudniejszych niż obecne. Musiałem radzić sobie ze wszystkim sam. Byłem zdolnym uczniem. Poszedłem do szkoły podstawowej mając zaledwie 6 lat, posiadając umiejętność pisania i czytania. Po miesiącu czasu zostałem przesunięty do klasy o rok wyżej w związku z czym rocznikowo byłem 2 lata młodszy od moich kolegów z klasy. Od najmłodszych lat żyję w myśl zasady: Rozplanuj dokładnie dzień, od wczesnego świtu do późnej nocy i ściśle trzymaj się tego planu.

P: Czy udawało się to Panu osiągnąć od samego początku, czyli 1 klasy szkoły podstawowej? Zbigniew Maziarczyk: Tak, udawało mi się. Przyznaję jednak, że nie byłem wolny od pokus, leniuchowania oraz robienia nieprzewidywalnych rzeczy, adekwatnych do młodego wieku. P: Rodzice mieli wpływ na ilość Pana zainteresowań? ZM: Tak. Moja matka, jako polonistka, nauczyła mnie w młodym wieku czytać i  pisać oraz wpoiła miłość do poezji i  literatury, a  ojciec zanim umarł był wybitnym sportowcem, niezwykle sprawnym fizycznie. To on wpoił mi miłość do wielu dyscyplin sportowych. P: Czy to prawda, że ćwiczy Pan nieprzerwanie i codziennie ponad 40 lat? ZM: Tak to prawda, za wyjątkiem okresów, w których przebywałem w szpitalu, bądź byłem bardzo chory.


P: Zastanawia mnie czy taka surowa dyscyplina nie przeszkadza Panu żyć we współczesnym świecie? ZM: Bardzo przeszkadza. Głupota, chamstwo i nieuporządkowanie doprowadza mnie do szaleństwa. Począwszy od zachowania na drogach, a skończywszy na braku normalnego „dzień dobry”, „dziękuję”, „do widzenia”. P: Był Pan ratownikiem wodnym, w związku z tym chciałabym zapytać czy to prawda, że uratował Pan 12 osób? ZM: Uprawnienia ratownika wodnego posiadam do dzisiejszego dnia, ale pierwszą osobę (11-letnie dziecko) wyciągnąłem spomiędzy płynącej kry na rzece San, mając zaledwie 17 lat. Przypłaciłem to wówczas ciężkim zapaleniem płuc. Jednak najbardziej wspominam troje dzieci (5,7,11 lat), które tonęły w  Gliniane po rozerwaniu pontonu. Płynąłem trzykrotnie, holując dzieciaki na odległość 70 metrów od odległego brzegu, pokonując łącznie ok. 420 metrów. Skończyło się to pęknięciem drzewa skrzelowego i  stałym kalectwem. Jestem na rencie ponad 30 lat. Paradoksem jest to, że otrzymałem wiele odznaczeń za ten czyn i głodową rentę. Tak państwo polskie doceniło moje bohaterstwo. Muszę dodać, że na brzegu zostawiłem własne 6-miesięczne dziecko, które spało w koszyku. P: Wiem, że wychowywał Pan córkę samotnie od drugiego tygodnia jej życia. ZM: Całkowicie sam. Pozostawiony przez żonę i bez pomocy krewnych. Dziś Nina jest wykształconą, wspaniałą kobietą i ma 26 lat. P: Głównym Pana zajęciem jest i była rehabilitacja? ZM: Tak, wykonuję ten zawód od lat. Podobno jestem w tym bardzo dobry. Pomogłem wielu pacjentom, skazanym przez współczesną medycynę na kalectwo. P: Uprawiał Pan sporty walki, a w związku z tym podróżował do Chin i Japonii. ZM: Owszem. Posiadam kilka stopni instruktorskich, ale przede wszystkim podczas tych podróży uczyłem się wszystkiego, co może mi pomóc przy normalnej rehabilitacji: akupunktury, masażu i akupresury. P: Napisał Pan książkę, którą zresztą sama z zapartym tchem przeczytałam. Jak Pan uważa, była ona popularna wśród czytelników? ZM: Bardziej popularna za granicą, gdyż sam tytuł „Ile w  nas życia?” prowokował polemikę. Ponadto opisałem w niej moje doświadczenia z dziedziny parapsychologii, którą także stosuję w rehabilitacji. Zatem, jak doskonale wiadomo, na naszym, polskim gruncie to jest, był i będzie temat tabu.

ZM: Trening siłowy był dla mnie bardzo ważny od 11 roku życia, gdyż stanowi on podstawę do uprawiania wszystkich innych sportów. Na takich zawodach wystąpiłem tylko raz, ponieważ – nigdy nie używając sterydów – nie miałbym żadnych szans na udział i wygranie w tego rodzaju zawodach. P: Kodeks bushido, któremu jest Pan wierny, wyklucza zabijanie i krzywdzenie żywych stworzeń. Jak Pan godzi to z łowiectwem, które, jak wiem, jest Pana wielką pasją? ZM: To ciekawe pytanie, które zadawane mi jest w różnych środowiskach. Odpowiedź jest prosta. Jestem wegetarianinem, więc nie jadam mięsa. Kunszt strzelecki rozwijam na strzelnicy, a będąc pasjonatem i profesjonalistą, naprawdę eliminuję z biocenozy tylko sztuki chore i słabe. Ponadto, w mojej działalności dziennikarskiej propaguję miłość do przyrody i  jako wykładowca wpajam przyszłym adeptom myślistwa, wszystko co w myślistwie etyczne i piękne. P: Jakiego rodzaju są pańskie wiersze? Przecież oprócz tego, że jest Pan dziennikarzem, jest Pan również poetą. ZM: Piszę o  wszystkim i  w  różny sposób. Jest to poezja tradycyjna, lecz posługuję się także wierszem białym, a pisząc na temat łowiectwa wzbogacam moje artykuły poezją traktującą o  łowiectwie. Ogólnie rzecz ujmując, w  mojej poezji można znaleźć wszystko: radość, dekadentyzm, żal utraconej miłości, podziw dla natury. Po prostu siadam i piszę, a wena dopada mnie sama. P: W Stalowej Woli prowadzi Pan społeczną siłownię dla ludzi dojrzałych, wplatając w opiekę nad ćwiczącymi wiedzę rehabilitacyjną i  doświadczenie sportowca. Czy ludzie potrafią to docenić? ZM: Niestety, Polacy są leniwi, mało sprawni fizycznie, niesystematyczni, wokół panuje kult pieniądza, a przecież ciało jest świątynią duszy, o czym w tak katolickim narodzie nie powinno się zapominać. Myślę, że dotyczy to w ogóle nacji polskiej, a nie tylko mieszkańców Stalowej Woli. P: Pozwoli Pan, że zadam nietypowe pytanie, ale czy uważa Pan, że czasy w których Pan żyje są dla takiego człowieka jak Pan właściwe? ZM: Wierząc w reinkarnację, akceptuję ten stan, ale w dzisiejszym świecie żyje mi się „parszywie”. Jestem bowiem całkowicie wierny ideom renesansu, które w  dzisiejszych czasach są nieobecne i nikt nie próbuje ich wskrzeszać. Rozmawiała: Joanna Błądek

P: W 1986 roku był Pan wicemistrzem Polski w kulturystyce. Co Pan może o tym powiedzieć? 2013 #050 pressja |

047


pressja

048

RZESZOWSKA MISTRZYNI PARKIETU – WYWIAD Z ULĄ SUROWIEC Ula Surowiec jest tancerką, od urodzenia mieszkającą w Rzeszowie. Pierwsze kroki na parkiecie zaczęła stawiać w 1997 roku. Wielokrotna finalistka Mistrzostw Europy Show Dance, oraz Mistrzostw Świata Show Dance. Na swoim koncie ma setki pokazów tanecznych, między innymi na festiwalach muzycznych, imprezach firmowych i zawodach tanecznych – o tańcu i nie tylko rozmawia z nią Wiktoria Zięba. Pressja: Przygodę z tańcem zawdzięczasz swojej mamie. Jak to się zaczęło? Ula Surowiec: Kiedy miałam 7 lat, moja mama zaprowadziła mnie na pierwsze w życiu zajęcia taneczne. Niestety okazało się, że to były tańce ludowe, czyli nie do końca styl, w którym się odnajdywałam. Po sześciu latach, na własną rękę, znalazłam zespół, który mnie interesował. W  ukryciu przed mamą zamiast na zajęcia z tańca ludowego, uczęszczałam do zespołu tanecznego Kornele (śmiech). P: Twoje ostatnie osiągnięcia to między innymi Mistrzostwa Europy 2012 oraz Mistrzostwa Polski 2012. Który, spośród wszystkich Twoich tytułów, jest najważniejszy dla Ciebie, a który był najcięższy do zdobycia? U.S.: Najcięższym do zdobycia jest osiągnięcie solowe, ponieważ startuje się jako jednostka i wszystkie oczy skierowane są tylko na ciebie. Najbardziej cennym dla mnie było zdobycie finału Mistrzostw Europy w 2012 roku, gdzie startowały najlepsze zawodniczki. Również cenię sobie występy formacji, gdzie tak naprawdę cała grupa pracuje na jedno zwycięstwo. P: Specjalizujesz się w stylach tanecznych takich jak jazz, lyrical jazz, taniec współczesny i nowoczesny. Czy poza Twoimi specjalizacjami masz jakieś swoje style, które lubisz? U.S.: Generalnie kocham muzykę i nieważne jest dla mnie to, jaki styl, a istotne jest to, żeby to poczuć w sobie. Bardzo lubię też klimaty r&b i tańce latynoamerykańskie. Podczas takiego tańca jest dużo swobody, ciało nie musi trzymać „ramy”, można się wyluzować i wyrazić swoje emocje. P: Lubisz biegać, czasami można spotkać Cię na basenie. Ile czasu poświęcasz innym sportom i jak takie treningi u Ciebie wyglądają? U.S.: Raczej nie trzymam się regularnych treningów. Biegam z dzikimi psami i kotami po osiedlu. Oczywiście żartuję (śmiech). Maratony nocne sprawiają mi największą przyjem-

ność. Lubię też pływać, niestety musiałabym wstawać około 6:00 rano, ponieważ zajęcia cykliczne na basenach zaczynają się od 7:30 i prowadzone są do 22:00. Tak wczesna pobudka u mnie nie wchodzi w grę (śmiech). Dlatego na basen wybieram się kilka razy w miesiącu. P: Byłaś tancerką w Klubie Muzycznym Live, jak do tego doszło? U.S.: W zasadzie to był czysty spontan. Raz, będąc na imprezie, zobaczyłam nad swoją głową dwie tancerki z klubu i zastanowiło mnie, czy odnalazłabym się w takiej roli. Parę tygodni później zadzwonił do mnie kolega, który również był tancerzem w  tym klubie, z  pytaniem czy nie chciałabym zatańczyć na jednej z imprez. Bez namysłu zgodziłam się i tak zostałam w  Live na kolejne dwa lata. Przeżyłam tam niesamowite emocje, wiele niezapomnianych chwil i  momentów, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci. P: Poza pracą instruktorki w szkołach tańca, współpracujesz również z  przedszkolem, w  którym uczysz dzieci klasyki. Przybliż nam, jak wyglądają takie zajęcia? U.S.: Przez pierwsze pięć minut są „przytulasy”(śmiech), potem pojedynczo zaczynam „zdzierać” z  siebie każde dziecko (śmiech) i  dopiero wtedy mogę zaczynać część taneczną. Dzieci jak to dzieci, mają niespożytą energię i często mają problemy ze skupieniem swojej uwagi. Kilka dziewczynek z przedszkola tak zafascynowało się tańcem, że dodatkowo chodzą na zajęcia z klasyki do jednej ze szkół, w której jestem instruktorką. P: Czyli jesteś inspiracją dla tych najmłodszych. Spotkałaś się kiedyś z taką opinią na Twój temat? U.S.: W zasadzie tak. Kilka razy słyszałam od rodziców dzieci, że jestem dla nich wzorem do naśladowania na ścieżce tanecznej. Jestem osobą, która za wszelką cenę dąży do wyznaczonych sobie celów i nieważny jest czas poświęcony na ich realizację.


fot. Kamil Bogdański

P: Mając tak napięty grafik, ciężko jest dzielić czas pomiędzy dużą ilość treningów a zajęcia na studiach. Jak to wygląda u Ciebie? U.S.: Generalnie rzecz biorąc to w  każdym tygodniu brakuje mi jeszcze jednego dnia na dodatkowe zajęcia i  poukładanie sobie wszystkiego. Często bywa tak, że muszę się znaleźć w  dwóch miejscach na raz, ale za każdym razem wychodzę z takich sytuacji ukłonem w stronę wykładowców. P: A co z imprezowaniem, ciężko jest Cię spotkać w klubach. Jesteś studentką, a to przecież najlepszy czas na zabawę. Czy masz go wystarczająco na imprezy ze swoimi przyjaciółmi? U.S.: W  okresie, kiedy na uczelni nie trwa sesja, mam więcej czasu na przyjemności typu wyjście gdzieś ze znajomymi czy jakaś impreza. Każdą wolną chwilę staram się w miarę możliwości poświęcić bliskim i rodzinie. Jest to dla mnie najlepszy rodzaj wypoczynku po męczących treningach. P: Powiedz mi, na jakim poziomie, według Ciebie, trzyma się taniec w Rzeszowie? U.S.: Gdybyś mi zadała to pytanie 4-5 lat temu powiedziałabym, że na żadnym (śmiech). W tak krótkim czasie otworzyło się jednak wiele szkół i zespołów tanecznych. Dzieciaki i młodzież ostro trenują i są na coraz wyższym poziomie. Nie jest to jeszcze kategoria tak mega wysoka jak na przykład w Stanach Zjednoczonych. Natomiast wszystko jeszcze przed nami. Ich zapał do pracy mówi sam za siebie. P: Wiem, że są szkoły taneczne na Podkarpaciu, które chwalisz sobie szczególnie. Zdradź nam zatem, która, według Ciebie, ma najwyższy poziom nauczania? U.S.: Nie wiem, czy jestem w  stanie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jako instruktorka w wielu szkołach tańca nie chcę żadnej z  nich promować. Jednak, jeśli miałabym odpowiedzieć z perspektywy człowieka, który chce nauczyć się tańczyć w którejś ze szkół, to myślę, że najlepsze podejście do tej

Ula Surowiec - Uczestniczka programu You Can Dance – Po Prostu Tańcz oraz Bitwy Tanecznej. Obecnie instruktorka w szkołach tańca: MDance, Dance For Life, ISKRA, Soul Dance w Dębicy i WirDance w Nowym Sączu. Ula jest także tancerką zespołu z Dębicy, z którym w 2012 roku zdobyła Mistrzostwo Polski. Na swoim koncie mają również Finał Mistrzostw Europy 2012. Ula współpracuje z rzeszowskim przedszkolem „Akademia Małych Odkrywców”, w którym prowadzi zajęcia z tańca klasycznego dla dzieci. Miała również mały epizod z najbardziej rozpoznawalną szkołą tańca na świecie, jaką jest Broadway Dance Center. Poza tańcem jest studentką fizjoterapii. Ukończyła podyplomowe studium choreograficzne na Uniwersytecie Rzeszowskim. sprawy mają instruktorzy w Szkole Tańca ISKRA. Podczas zajęć osoby uczęszczające nie czują żadnej presji, zawsze panuje luźna atmosfera, a  komfort, wystrój i  widok z  sal tanecznych jest powalający. P: Kilka razy zastanawiałaś się nad założeniem własnej szkoły tanecznej. Jak sytuacja wygląda obecnie? U.S.: Tak, już kilka razy myślałam o  własnej szkole tanecznej. Póki co, chciałabym się skupić na swoim szlifie tanecznym, a  kiedy już uznam, że więcej nie jestem w  stanie osiągnąć, wówczas pomyślę nad założeniem swojej placówki. P: W 2006 roku doznałaś poważnej kontuzji. Na jaki okres czasu wykluczyła Cię z treningów? U.S.: Tak, w  2006 roku na zajęciach z  akrobatyki złamałam nogę. Uraz ten unieruchomił mnie na 3 miesiące, a powrót do pełnej sprawności zajął mi ponad rok czasu. Wykluczył mnie też z udziału w Mistrzostwach Polski, Europy i Świata w tym sezonie tanecznym. Na szczęście teraz mogę tylko powspominać te niesmaczne chwile. P: Podczas wakacji odwiedzasz rodzinę w Stanach Zjednoczonych. Czy tam również swój czas poświęcasz treningom, czy stawiasz bardziej na wypoczynek i regenerację swojego ciała? U.S.: Przede wszystkim stawiam na rozmowę z  rodziną i  na wspólne wyjścia. Nie widzimy się często, dlatego treningi w Stanach ograniczam jak tylko mogę. Wakacje to okres, kiedy mam dla nich nieco więcej czasu, z racji tego, że szkoły taneczne również są zamknięte. Staram się też w tym czasie jeździć na różnego rodzaju warsztaty taneczne. Okres wakacyjny to czas tylko dla mnie, zatem staram się go wykorzystać najlepiej jak potrafię. P: Życzę Ci dalszych sukcesów i trzymam kciuki za Twoją karierę taneczną. Dziękuję za rozmowę, do zobaczenia. U.S.: Ja również dziękuję i do zobaczenia na parkiecie.

2013 #050 pressja |

049


pressja

050

POŁĄCZYŁA NAS CIEMNIA Alchemiczne specyfiki, probówki i różne dziwne przedmioty. Na samiuteńkim początku wszystko wydawało się czarną magią. To było coś cudownego, gdy zapaliłyśmy sobie czerwoną lampkę i zaczęłyśmy wywoływać. Wtedy widać było dokładnie jak obraz pojawia się na zaczarowanym papierze. W Młodzieżowym Domu Kultury od 4 lat uczęszczamy na zajęcia fotograficzne prowadzone przez Pawła Olearkę, zwanego przez nas „Olem”. Przez ten czas przewinęło się tam sporo „nas”. Fotograficzny harem licealistek i studentek. Zdarzały się też męskie osobniki – rodzynki.

Klatka pierwsza: początki

Kaśka: Jakie były początki? Jak przyszłam pierwszy raz do MDK-u na foto, były wtedy oprócz mnie tylko trzy czy cztery osoby. Było mnóstwo miejsca w ciemni i pan Olearka miał czas dla każdej z nas. Joanna: Nie byłam wtedy jeszcze w ogóle zainteresowana fotografią. Miałam kompleksy, że wszyscy tu wszystko taaaak super umieją, a ja nic. Ada: Obwiałam się przyjścia na zajęcia, jako osoba początkująca. Od progu pracowni przywitał mnie charyzmatyczny pan Olearka i z ogromnym poczuciem humoru rozwiał moje wszystkie wątpliwości. Dominika: Stwierdziłam, że albo mi sie spodoba, ale po prostu podziękuję. Zostałam na cały rok. Marta: Na pierwszych zajęciach na jakich byłam, oglądaliśmy różne fotografie i dyskutowaliśmy na ich temat. Rozpatrywaliśmy je pod względami technicznymi i artystycznymi. Każda z nas prezentowała też swoje dotychczasowe prace. Nasz mistrz opowiadał o wszystkim żywiołowo i z takim rozmachem, że od razu powzięłam postanowienie: „to jest to! tu będę przychodzić!”.


Klatka druga: zajęcia

Kamila: Przychodzimy w poniedziałki i wtorki o 16:30. Każda z nas pojawia się według swojego rytmu dnia. Nie musimy być „na czas”. Oficjalnie jesteśmy tam do 20:00, 20:30. Nieoficjalnie trochę krócej lub dłużej. To zależy, co robimy. To zależy jak bardzo nam zależy. Natalia: Na początku chodziłam tam, żeby nauczyć sie „tajników” fotografii, bo dostałam aparaty w spadku po dziadziu. Z czasem zaczęłam chodzić tylko i wyłącznie dla ludzi i panującej atmosfery. Oprócz robienia zdjęć, nauczyłam się przysłowiowego życia. Z panem Olem poruszaliśmy dramatyczne tematy, on rozwiązywał nasze problemy życiowe, wspierał i pomagał. Często po prostu siedzieliśmy, piliśmy herbatę i jedliśmy ciastka. W rozmowach o życiu i fotografii przypominał, że każdy ma prawo popełniać błędy. Joanna: Warto przyjść i pogadać, nawet kiedy nie ma się nic do zrobienia. Można się dużo od siebie nauczyć, jest między nami zdrowa rywalizacja. Ula: Poznajemy fantastycznych ludzi, którzy mają swoje spojrzenie na świat, inaczej interpretują to, co się dzieje dookoła i dostrzegają coś, czego inni nie widzą. To w końcu artyści! Ada: W trakcie zajęć, część pracuje w ciemni, a część organizuje sobie czas tworząc sesję. Luźna, przyjacielska atmosfera, wszyscy mega zakręceni tematem fotografii, pomagają sobie wzajemnie. Można było od razu odczuć, że sprawia im to ogromną frajdę. Marta: Myślę, że to charyzmatyczna osobowość pana Olearki przyciąga ludzi na zajęcia. Jest niesamowitym człowiekiem i świetnym nauczycielem: zmotywował nas do samodzielnego myślenia i tworzenia własnego fotograficznego światka. Zawsze miałam świetny humor już od rana, w dniu kiedy były zajęcia. Składało się na to wiele czynników: od osobowości pana Olearki, poczucia wspólnoty z grupą ludzi o podobnych zainteresowaniach, przez przyjaźń z innymi dziewczynami, różnorakie wyjścia, plenery, po świadomość, że rozwijamy się i tworzymy coś razem. Najmilszymi momentami były te, kiedy mogłyśmy zaprezentować na wernisażach szerszej publiczności nasze prace. Rozpierała nas duma. Dominika: Sama możliwość zaprezentowania prac na wystawach – coś wspaniałego! Ludzie czują się naprawdę usatysfakcjonowani, że ktoś może zobaczyć ich fotografie i przy tym podzielić się z nimi swoimi odczuciami. 2013 #050 pressja |

051


pressja

052

Klatka trzecia: ciemnia

Ada: Początki w ciemni? Oczywiście wszystko wyglądało jak czarna magia. Alchemiczne specyfiki, probówki i różne dziwne przedmioty oraz wywoływanie filmów w absolutnej ciemności. Aga: Z tej „ciemności w ciemni” wyciągał nas pan Olearka, cierpliwie tłumacząc wszystkie zasady rządzące światem fotografii analogowej. Zdjęcia wykonywane w ten sposób mają swój niepowtarzalny klimat, ale trzeba przyznać – jest to czasochłonne. Dominika: Wywoływanie zdjęć to nieustanna metoda prób i błędów. Kaśka: Zapalamy sobie czerwoną lampkę i zaczynamy. Naświetlanie kliszy, a potem cztery kąpiele: wywoływanie, przerywanie, utrwalanie, wypłukiwanie. Widać dokładnie, jak obraz krok po kroku pojawia się na papierze. Joanna: Ten magiczny proces wpierw mnie bardziej zainteresował niż fotografia sama w sobie. Marta: Dla mnie praca w ciemni fotograficznej była dużą lekcją cierpliwości, dokładności i pokory. Zamknięcie się tam na kilka godzin to niebywała odskocznia od codzienności. Po zamknięciu drzwi do ciemni, czułam, że wszystkie troski i zmartwienia zostawały za nimi. Wyciszałam się, mogłam spokojnie pomyśleć i odciąć się od przyziemnych i prozaicznych problemów. Joanna: Często podczas wywoływania śpiewałam. Natalia: Jako „wiecznie głodne ludzie” układaliśmy piosenki typu „piersi z kurczaka ciągle mi się śnią”!


Klatka czwarta: wpadki

Ada: Oczywiście czasem się zdarzyło prześwietlić film, zrobić krzywe odbitki i trochę za krótko naświetlić papier światłoczuły, ale powoli, powoli wszystko stawało się prostsze. Kaśka: Może za wpadkę można uznać to, że na początku nie wiedziałyśmy, że jest coś takiego jak próbki i wywoływałyśmy cały czas na normalnych kartkach, wtedy bardzo dużo tego się zmarnowało. Ja jako takich wpadek poza tym nie miałam, ale Marta wszystko tłukła. Marta: Zabiję, jakie wszystko?! Tylko dwa termometry! Do tej pory pamiętam, ile papieru fotograficznego musiało trafić do kosza, zanim nauczyłyśmy się porządnie wywoływać czarno-białe fotografie. Ja często się myliłam i wkładałam odbitki do złych kąpieli. Większe wpadki oczywiście się zdarzały, ale nasz nauczyciel był wyrozumiały i miał do nas nieziemską cierpliwość. Najważniejsze, że mogłyśmy bezstresowo same popełniać błędy i wyciągać z nich wnioski. Przypomina mi się moja złość, gdy raz, podczas wywoływania filmu, pomyliłam wywoływacz z utrwalaczem. Straciłam wtedy naprawdę dobre strzały. To była gorzka porażka i lekcja myślenia, co się robi. Joanna: Chyba jak byłam drugi raz na foto, to pozowałam nago koleżance do zdjęcia camera obscura. Wszystko działo się przy niezasłoniętym oknie, bo nie pomyślałam, że będzie nas widać. To, zdaje się, był „niezły przypał”. Natalia: Może to nie jest wpadka zupełnie fotograficzna, ale z uśmiechem na twarzy wspominam lodowisko, na którym zrobiłyśmy bardzo ładną sesję. W trakcie pan Olo wyrżną tak, że lodowisko prawie pękło w pół. Poza tym na początku prześwietlałyśmy papier fotograficzny – zapominałyśmy go chować.

Klatka piąta: dlaczego analog?

Marta: Dlaczego lubię fotografować aparatami analogowymi? Mają dla mnie niepowtarzalny klimat. Moment naciskania spustu migawki w tych weteranach jest niepodrabialny. A mnogość procesów, którym można poddać kliszę i odbitki, zachwyca. Jestem wielką fanką podwójnego naświetlania czy robienia z filmem różnych dziwnych rzeczy, jak gotowanie lub fotografowanie na przeterminowanych kliszach. Ada: Obrazy uchwycone na filmie, dzięki jego ziarnistości, mają mega klimat i urok. Aparaty analogowe uczą rzemiosła fotografii. Jak powtarza pan Olearka: jak się ma kilka klatek do wykorzystania, wtedy bardziej się zastanawiamy, skupiamy na tym, aby zdjęcie było jak najlepszej jakości oraz aby dany obraz był jak najlepiej skadrowany. Każdy wywołany film jest mega niespodzianką, bo do samego końca nie wiemy czy to, co zamierzaliśmy uzyskać, jest na filmie. Ula: To wspaniałe uczucie nie wiedzieć do końca, co się przekazało i czekać na efekty tego w ciemni. Agnieszka: Musisz uruchomić mózg. Opcja „delete” tu nie istnieje. Kamila Potapiuk *Jeżeli po przeczytaniu powyższego reportażu rozważasz przyłączenie się do tej zwariowanej grupy fotograficznej – przyjdź w poniedziałek lub wtorek o 16:30 do Młodzieżowego Domu Kultury w Rzeszowie (ul. Osmeckiego 51), gdzie poznasz szczegóły. 2013 #050 pressja |

053


pressja

054

FRISBEE JAK STYL ŻYCIA

Nowa moda czy ciekawy sport dla wszystkich? O frisbee, zasadach, treningach i rzeszowskiej drużynie – z Mikołajem Kamińskim rozmawia Mariia Gonchar. Pressja: Skąd się wzięła gra frisbee? Czym jest Ultimate Frisbee? Mikołaj Kamiński: Ultimate, jak i  inne gry z  wykorzystaniem frisbee, pochodzi z  USA. Tam w  minionym wieku został stwrzony latający dysk, początkowo nazywany Pluto Platter. Od tamtej pory powstało wiele różnych rodzajów frisbee, między innymi te, którymi gra się dziś w  Ultimate czy wykorzystuje w  innych dyscyplinach sportu, takich jak disc golf, freestyle frisbee czy dog frisbee. P.: Kiedy frisbee „zaleciało” do Polski oraz do Rzeszowa? M.K.: Frisbee do Polski przywiózł ze sobą w 1996 roku Geoff Schwartz, przesympatyczny człowiek, którego miałem okazję poznać na turniejach. To on zaczął zarażać ludzi „wirusem” Ultimate w Poznaniu, gdzie pod koniec 2003 roku uformowała się pierwsza polska drużyna – Uwaga Pies. Później zaczęły powstawać drużyny w innych miastach, aż w końcu trafiło na Bydgoszcz, gdzie w grudniu 2006 roku powstała drużyna Astro Disco, w  której szeregach mam zaszczyt grać od lipca 2011 roku. Do Rzeszowa frisbee „zaleciało” stosunkowo niedawno, bo w wakacje 2012 roku, kiedy grupka entuzjastów uczyła się rzucać, by w październiku rozpocząć treningi. Wtedy właśnie dołączyłem do nich ja, z  racji rozpoczęcia w  Rzeszowie studiów. P.: Jakie są zasady tej gry? M.K.: Boisko trawiaste ma wymiary 37x100 metrów i dzieli się na dwie strefy punktowe (tzw. zony) po przeciwległych stronach boiska. Zony mają 18 metrów długości. Gra się po siedmiu graczy w zespole. W dużym skrócie gra polega na złapaniu dysku w strefie punktowej przeciwnika. Po każdym zdobyciu punktu zawodnicy ustawiają się w swoich zonach, następuje tzw. pull, czyli wyrzucenie dysku w stronę przeciwników i rozpoczyna się gra, w  trakcie której zawodnicy trzymający dysk w dłoniach nie mogą się z nim przemieszczać, a jedynie mogą robić piwoty, tak jak w koszykówce, i muszą podać dysk w ciągu dziesięciu sekund. Strata następuje wtedy, gdy dysk dotknie podłoża, przeciwnik przejmie go w trakcie lotu, dysk zostanie złapany poza boiskiem lub osoba z dyskiem zostanie „wyliczona” (przetrzyma dysk dłużej niż 10 sekund). Gra jest bezkontaktowa, więc jedynym sposobem obrony jest zasłanianie toru lotu dysku swoim ciałem. Ciekawostką jest fakt, że w dyscyplinie tej nie ma sędziów. Wszystkie sporne kwestie rozstrzygają między sobą gracze, w myśl zasad Spirit of the Game. Jest to zbiór zasad, który nakłada na gracza obowiązek grania fair play i traktowania się z należytym szacunkiem.

P.: Kiedy dowiedziałeś się o UF i od jak dawna w to grasz? M.K.: O Ultimate dowiedziałem się dwa lata temu w wakacje, przypadkiem, kiedy jeden z moich kolegów kupił sobie frisbee i zaczęliśmy regularnie rzucać w jednym z bydgoskich parków. Pewnego dnia jeden z członków Astro zauważył nas i zaprosił na trening. Od samego początku spodobała mi się cała idea gry, jak i atmosfera panująca w drużynie, więc postanowiłem zostać. P.: Co podoba Ci się w tej grze? M.K.: Ktoś kiedyś powiedział, że frisbee to nie sport tylko styl życia i coś w tym jest. Od kiedy zacząłem trenować zauważyłem, że wszyscy w  tym środowisku są bardzo pozytywnymi osobami. Pierwszy turniej przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Byłem zdumiony jak rewelacyjnie wszyscy się ze sobą dogadują i jak świetnie, potrafią się bawić. Właśnie ludzi najbardziej cenię w  tej grze. Poza tym – mimo tego, że gra jest bezkontaktowa – potrafi niejednokrotnie zaskoczyć swoją efektownością. Liczne layouty, ekstremalnie szybkie sprinty w  pogoni za dyskiem, czy wręcz, wydawałoby się niemożliwe do uratowania, sytuacje... To wszystko czuje się na boisku i poza nim. Coś pięknego! P.: Która drużyna zrobiła na Tobie największe wrażenie? Jeżeli jest taka, to dlaczego? M.K.: Nietrudno się domyślić, że największe wrażenie robi na mnie Astro Disco, gdzie wszystkiego się nauczyłem. W  zasadzie to drużyna, którą najlepiej znam i o niej mogę najwięcej powiedzieć. Właśnie w Astro pierwszy raz spotkałem się z tak bardzo zgraną paczką różnorodnych osób. To niesamowite, że każdy zajmuje się na co dzień czymś innym, ale kiedy przychodzi do turniejowych potyczek, stajemy ramię w ramię. Mamy jeden cel – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. P.: Kto może grać w UF? Czy są jakieś ograniczenia? M.K.: Grać może dosłownie każdy. Dla każdego znajdzie się pozycja na boisku. Jeśli ktoś jest wysoki i skoczny – super, będzie doskonale walczył o dysk w powietrzu, jeśli ktoś jest niski może grać jako handler (rozgrywający), chociaż nie jest powiedziane, że tak musi być. Każdy znajdzie coś dla siebie. To kwestia treningów i ćwiczenia rzutów. P.: Czy ktoś pomaga Waszej drużynie w  sprawach finansowych lub w jakiś inny sposób? M.K.: Zacznijmy od tego, żeby zacząć trenować wystarczy nam dysk (jakieś 50 zł), buty (na trawę korki, na salę halówki) i jakiś strój sportowy. Są to raczej jednorazowe koszty.


fot.: facebook.comastrodiscoultimate

Jeśli chodzi o  turnieje każdy gracz musi zapłacić tzw. player fee, czyli opłatę za uczestnictwo w turnieju (około 80 zł) i opłacić sobie dojazd, ewentualnie nocleg, ale najczęściej i  to zapewniają organizatorzy. Wszelkie koszty ponosimy sami i myślę, że jest to bardzo dobre wyjście. W końcu to my jedziemy się dobrze bawić i nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby płacić za nas, tym bardziej, że to nie są wielkie sumy.

u siebie, bo to naprawdę tytaniczna praca. P.: Jak można dostać się do Waszej drużyny? Jakie wymogi należy spełnić? M.K.: Na treningu może zjawić się każdy, kto tylko będzie miał ochotę. Każdego nauczymy rzucać i gwarantuję, że nie będzie odstawał mocno od grupy. Każdy się odnajdzie także serdecznie zapraszam! Nikt nie będzie żałował.

P.: Kto oficjalnie jest kapitanem Waszej drużyny, a kto pełni rolę dobrego ducha Waszego teamu, o ile macie kogoś takiego? M.K.: Jeśli chodzi o rzeszowską drużynę, to nie mamy wyznaczonych kapitanów. Większość osób dopiero uczy się grać, dlatego nie ma takiej potrzeby. Każdy wzajemnie sobie pomaga i to uważam za najlepsze rozwiązanie. Treningi przede wszystkim prowadzi Mati, a ja mu pomagam. Wspólnie wprowadzamy coraz to bardziej skomplikowane techniki gry, ale skupiamy się szczególnie na podstawach, żeby je solidnie ugruntować. W  Bydgoszczy mamy kilku kapitanów, którzy dzielą się obowiązkami.

P.: Gdzie i kiedy trenujecie? Ile razy w tygodniu? M.K.: Treningi outdoorowe odbywają się w każdy poniedziałek, środę i piątek od godziny 20:30 do 22:00, na bardzo profesjonalnym boisku treningowym Stadionu Miejskiego Stal Rzeszów. Dodam jeszcze, że mamy to wszystko za darmo, także warto z tego faktu korzystać.

P.: Co jest twoim zdaniem najtrudniejsze w tej grze? Nad jakimi elementami najczęściej pracujecie podczas treningu? M.K.: Gra jako taka nie jest bardzo skomplikowana i wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji. Jedni łapią wszystko w lot, a inni muszą poświęcić pewnym zagadnieniom więcej uwagi. Mnie dla przykładu najwięcej problemu sprawia obrona. Na treningach pracujemy w  taki sposób, aby szlifować wszystkie umiejętności. P.: Czy planujecie wyjazd na jakiś turniej lub zorganizowanie go w Rzeszowie? M.K.: Na razie nie planujemy żadnego turnieju w sezonie zimowym. Czekamy na tzw. eventy outdoorowe, które będą odbywały się w wakacje. Do tego czasu jeszcze wiele się nauczymy i mam nadzieję, że zbierzemy turniejową ekipę. Co do organizacji wolałbym, żeby najpierw wszyscy zobaczyli jak wygląda turniej, a dopiero później można myśleć o organizacji czegoś

P.: Ile czasu, mniej więcej, zajmuje nauczenie się prawidłowego rzucania dyskiem i dorównanie Wam w poziomie gry? M.K.: Nauka rzutów to tak naprawdę kwestia treningu. Absolutnie każdy załapie o co chodzi, wystarczy odrobina koncentracji i chęci. Nikt nie rzuca od początku perfekcyjnie, ale nie ma co się zrażać. Trening czyni mistrza więc trzeba rzucać, rzucać i jeszcze raz rzucać. P.: Wiem, że jesteś studentem. Co studiujesz i  jak łączysz obowiązki z tym związane ze swoim hobby? M.K.: Owszem, studiuję lotnictwo na Politechnice Rzeszowskiej. Wiadomo, że jak każdy mam inne obowiązki, ale treningi są dla mnie rewelacyjnym odprężeniem. Czasami nie mam czasu na to, aby pojawić się na boisku, ale jak tylko mogę jestem. P.: Jak zachęciłbyś czytelników „Pressji” do spróbowania swoich sił w tej grze? M.K.: Myślę, że już więcej nie muszę nikogo zachęcać. Naprawdę warto pojawić się na treningu. Ja wpadłem na chwilę i już zostałem, a turnieje tylko utwierdzają mnie w tym, że była to słuszna decyzja. Zatem widzimy się na treningu! Rozmawiała: Maria Gonchar 2013 #050 pressja |

055


pressja

056

Siatka pełna niespodzianek Rozpoczęcie nowego roku to okres zmian i postanowień, których na pewno nie zabraknie na siatkarskich boiskach. Światowa Federacja Siatkówki wprowadziła zmiany w przepisach, z którymi siatkarze muszą się jak najszybciej oswoić. 2013 rok będzie również bogaty w wielkie siatkarskie imprezy – Ligę Światową i Mistrzostwa Europy. Zmiany na boisku Już od 1 stycznia 2013 roku, we wszystkich siatkarskich rozgrywkach obowiązują nowe przepisy. Światowa Federacja Siatkówki, FIVB, uchwaliła nowe zasady gry na lata 2013 – 2016. Zmian jest niedużo, ale są one bardzo znaczące. Najważniejszą z  nowości jest zaostrzenie wymagań dotyczących odbioru palcami pierwszej piłki. Wcześniej, piłka przyjmowana z  zagrywki lub obrony mogła być odbita nieczysto. Wtedy sędziowie nie uznawali błędu odbicia, gdyż było to pierwsze przyjęcie. Teraz, siatkarze muszą odbierać piłkę czysto, w przeciwnym razie będzie to traktowane jako błąd odbicia (tzw. podwójne odbicie) lub piłka rzucona. Wprowadzenie tego przepisu na pewno wpłynie na grę zawodników. Siatkarze będą rezygnować z mocnej zagrywki na rzecz zagrywki typu „float”, ponieważ trudniej będzie ją czysto odebrać. Trenerzy będą musieli więc zmienić system szkolenia i skupić się bardziej na technicznym odbiorze zagrywek „float”. Raczej nie powinno to wpłynąć na atrakcyjność widowiska, ale powinno upłynnić grę, ponieważ nie będzie wielu zepsutych zagrywek i asów serwisowych. Kolejną zmianą, jaką wprowadziła FIVB, jest zaostrzenie wymagań dotyczących zasłony. Dotychczas przepis brzmiał: „Gracze drużyny zagrywającej nie mogą zasłaniać przeciwnikom zawodnika zagrywającego, ani toru lotu piłki przy użyciu zasłony jednoosobowej lub wieloosobowej”. Teraz sędziowie mają zwracać większą uwagę na zasłonę wykonywaną przez siatkarzy. Do tej pory drużyny nagminnie łamały przepisy opisujące wykonanie zasłony, a arbitrzy puszczali grę i nie odgwizdywali błędu. Nowy przepis jest bardziej rygorystyczny. Jeśli sędzia odgwiżdże błąd zasłony, drużyna zagrywająca traci piłkę, a punkt otrzymuje drużyna przeciwna. Jeszcze jednej, ważnej zmianie uległo znaczenie kartek pokazywanych przez sędziego. Dotychczas, sędzia używał żółtej kartki, aby zasygnalizować złe zachowanie zawodników. Czerwona kartka oznaczała wykluczenie z gry danego zawodnika, a  czerwona i  żółta kartka pokazane jednocześnie oznaczały dyskwalifikację. Teraz żółta kartka będzie pełniła jedynie funkcję ostrzegawczą, a drużyna nie straci punktu. Dopiero czerwona kartka będzie skutkowała utratą punktu przez drużynę. Pozostałe zmiany możemy nazwać zmianami organizacyjnymi. Zrezygnowano bowiem z  14-osobowego składu zespołu – każda drużyna będzie więc liczyć maksymalnie 12-stu zawodników. Ale w zamian za to, na ławce trenerskiej będzie mogło zasiąść dwóch asystentów trenera. Oprócz tego, pozostawiono nieograniczoną liczbę zmian zawodników libero, ale zaostrzono kary za nieprawidłowe zmiany tych graczy.

Nowa Liga Światowa Jak co roku, również i  w  tym odbędzie się międzynarodowy siatkarski turniej – Liga Światowa. W ubiegłym roku Polacy, po fenomenalnej grze w całych rozgrywkach i pokonaniu Stanów Zjednoczonych w  meczu finałowym, zdobyli złote medale. Z pewnością w tym roku, nasi siatkarze będą chcieli powtórzyć zeszłoroczny sukces. Zarówno zawodników, jak i  kibiców, czeka mała rewolucja w formule Ligi Światowej. Władze FIVB postanowiły, że w rozgrywkach weźmie udział 18 drużyn, które zostaną podzielone na 3 grupy (A, B i C), a nie jak było do tej pory, 16 drużyn podzielonych na 4 grupy. Trzy najwyżej sklasyfikowane zespoły z każdej grupy rozegrają trzy mecze u siebie i dwa mecze wyjazdowe, a pozostałe drużyny na odwrót – dwa mecze w roli gospodarzy i trzy mecze w roli gości. W finałach wystąpią trzy najlepsze drużyny z grupy A i B oraz zwycięzca grupy C i gospodarz turnieju finałowego, którego poznamy niebawem, bo już pod koniec stycznia. Nasi siatkarze trafili do grupy A, wraz z Brazylią, Stanami Zjednoczonymi, Bułgarią, Argentyną i Francją. Z racji, że Polska zajmuje 4. miejsce w rankingu FIVB, należy do „faworyzowanych” drużyn i rozegra trzy mecze w roli gospodarza. Faza grupowa Ligi Światowej wystartuje 31-ego maja. Odzyskać tytuł W  Mistrzostwach Europy w  2009 roku, Polacy stanęli na najwyższym stopniu podium, pokonując w  meczu finałowym, 3-1, reprezentację Francji. Niestety, dwa lata później, w  2011 roku, Polacy stracili tytuł mistrza na rzecz Serbii. Udało się im jednak zdobyć brązowe medale, pokonując w emocjonującym meczu 3-1 Rosję. W tym roku odbędą się kolejne, już XXVIII. Mistrzostwa Europy, a polscy kibice liczą, że naszym siatkarzom uda się odzyskać mistrzowski tytuł. Emocji na pewno nie zabraknie, a w szczególności w naszym kraju, ponieważ turniej zostanie rozegrany właśnie w  Polsce, a  także w  Danii, która jest współgospodarzem imprezy. Dwie polskie hale – Hala Sportowa Gdynia oraz Ergo Arena, znajdująca się na granicy Sopotu i Gdańska, będą gościć kibiców z całej Europy. Nasi siatkarze znaleźli się w grupie B, wraz ze Słowacją i Francją. Dołączy do nich jeszcze jedna drużyna, która wygra w barażu turnieju kwalifikacyjnego. Chociaż Brazylia, USA i Kuba nie leżą w Europie, obsada turnieju i tak jest bardzo mocna i z pewnością będzie na co popatrzeć. Niestety, na „europejską” siatkówkę musimy poczekać aż do drugiej połowy września, ponieważ Mistrzostwa Europy ruszą dopiero 20-ego września 2013 roku. Aleksandra Grad


ilustracja: Ilona Denisiuk

OCZYŚĆMY CZARNE DUSZE W ROCZNICĘ CZARNOBYLA W trakcie ewolucji ludzkości, współdziałanie człowieka i przyrody miało zróżniocwany charakter. Na wczesnych etapach rozwoju homo sapiens widać tendencję zależności człowieka od natury. Miarą rozwoju społeczeństwa była dla człowieka jego rosnąca niezależność od sił przyrody. Wraz z procesem osłabienia tej zależności, ukształtowała się – paradoksalnie – tendencja do pogłębiania i wzrostu różnorodności związków ludzi i przyrody. Rozwinąwszy produkcję w  oparciu o  surowce naturalne, człowiek uzależnił się od przyrody bardziej, niż na wczesnych etapach swojej ewolucji. Zależność tę widać jak na dłoni, kiedy uświadomimy sobie możliwe skutki wyczerpania wielu bogactw naturalnych. W  związku z  tą ogromną zależnością ludzi i  natury, a  także wielkiego wpływu działalności człowieka na stan środowiska, coraz większe jest zatem zagrożenie dla istnienia ludzkości z  dwóch przyczyn: zanieczyszczenia środowiska naturalnego i wyczerpania bogactw naturalnych. To bardzo skomplikowana sytuacja. Nie bardzo można znaleźć łatwe z niej wyjście. Wstrzymać produkcję? Wrócić do czasów prymu przyrody, zacząć o nią realnie dbać? Nikogo to nie interesuje i nikt nie chce się tym zajmować. Nad Ukrainą w  1986 roku zawisła, dosłownie i  w  przenośni, czarna chmura - katastrofa czarnobylska. Eksplozja atomowa negatywnie wpłynęła na wszystko, co żywe, pokazała, do czego może doprowadzić głupia nieostrożność. Także eksplozja w Japonii, liczne trzęsienia ziemi i tsunami - to wszystko problemy, którym winni są ludzie. Trzeba sobie uświadomić, że każdego dnia wszystko to może

się powtórzyć i każdego dnia skutki mogą być znacznie straszniejsze. I to nie tylko problem skażenia środowiska naturalnego, śmierci tysięcy osób, chorób dzieci – choć i to niemało. To przede wszystkim problem ekologii duszy każdego świadomego człowieka. Może katastrofa czarnobylska nie skończyłaby się tak rozległymi negatywnymi skutkami, gdyby wtedy na Ukrainie nie było tyle kłamstwa. Gdyby ci, którzy byli zobowiązani w porę powiedzieć światu prawdę, zrobili to, a nie szukali sposobu, by tego uniknąć. To samo można mówić o  Japonii i katasfrofie Fukushimy. Gdyby elektrownie były budowane nie w dużych miastach, gdzie żyje, pracuje i odpoczywa miliony osób, to nie byłoby tyle niewinnych ofiar. Dlaczego nikt o bezpieczeństwo tych ludzi nie zadbał? Odpowiedź jest prosta: współcześni ludzie, kiedy na horyzoncie widzą pieniądze, dobrobyt, szansę na biznes – zapominają o wszystkim. Stają się nieuczciwi, myślą nie o ludziach, nie o dobru świata, a o własnym zysku. Ich dusze czernieją... A przecież Czarnobyl czy każda inna katastrofa to jak niezagojona rana na ciele nie tylko jednego kraju, Ukrainy czy Japonii, lecz całej planety. Strzec środowiska naturalnego powinien każdy z  nas. I  choć z  każdym rokiem powinniśmy coraz więcej myśleć o matce naturze, która daje nam życie, my czynimy wszystko, żeby ją zniszczyć. Czy nie będzie za późno, kiedy zrozumiemy jak głęboko myliliśy się, myśląc tylko o sobie? Zastanówmy się nad tym, wspominając 26 kwietnia kolejną rocznicę największego wypadku jądrowego na świecie – katastrofy w ukraińskim Czarnobylu. Oksana Banias 2013 #050 pressja |

057


pressja pressja

058

LUDZIE OD STÓP DO SZYI


Wyobraź sobie ciepłe popołudnie babiego lata. Siedzisz na ławce w parku czekając na rodziców, z którymi umówiłeś się na niedzielny obiad. Nagle dosiada się do ciebie dwoje obcych ludzi. Witają się z tobą serdecznie mówiąc ci po imieniu, jak starzy znajomi. Gdy przerażony pytasz ich kim są odpowiadają: twoimi rodzicami. Następnego dnia po tym kuriozalnym zdarzeniu budzisz się rano, ospale rozciągasz ręce, zakładasz pantofle i powłóczystym krokiem człapiesz do łazienki. Niemrawie przemywasz twarz letnią wodą i spoglądasz w lustro. Zamiast znajomego oblicza w odbiciu widzisz obcą, nikogo nieprzypominającą ci twarz. Przyglądasz się jej i nie jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie: kim jest postać z lustrzanego odbicia? Bo na pewno nie tobą. Cała ta historia zdaje się być sceną wyrwaną z koszmarnego snu. To jednak nie miraż czy nocna mara, a część codzienności ludzi chorujących na prozopagnozję. Twarze bez tożsamości Mimo złożoności ludzkiej fizjonomii (w kontekście wizualnym), potrafimy błyskawicznie i bez zastanowienia identyfikować twarze naszych znajomych. Nasz układ wzrokowy wykorzystuje specjalny mechanizm, dzięki któremu elementów twarzy przetwarzane są w tożsamość osoby. Niezbitym dowodem na istnienie owego mechanizmu jest zaburzenie zwane prozopagnozją albo inaczej ślepotą lub agnozją twarzy. Zaburzenie to powstaje na skutek uszkodzenia mózgu, może mieć również podłoże genetyczne. Choroba objawia się deficytem w zdolności rozpoznawania twarzy innych. Osoby chore nie potrafią zidentyfikować swoich przyjaciół, członków rodziny i wszystkich, których kiedykolwiek poznali. Mimo, że potrafią oni dostrzec charakterystyczne elementy twarzy, takie jak piegi, pieprzyki, kolor oczu, kształt nosa czy ust, bez problemu rozróżniają płeć i wiek, a z mimiki twarzy odgadują wszystkie emocje, nie są w stanie połączyć ich w całość. Gdy znajoma osoba znika z ich pola widzenia, doznają całkowitego zaniku pamięci i nie potrafią odtworzyć jej twarzy w głowie. Kto jest policjantem, a kto złodziejem? Szacuje się, że około 2% ludzi w mniejszym bądź większym stopniu cierpi na agnozję twarzy. Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy, że przysparzająca im masę problemów dolegliwość jest chorobą, a nie – jak często wytyka im społeczeństwo – przejawem niższego ilorazu inteligencji. Życie osób ze ślepotą twarzy jest nieustanną walką o to, by nie oceniano ich jako niewychowanych, niezbyt lotnych umysłowo gburów, którzy nie kłaniają się sąsiadom. Prozopagnotycy mijając kogoś na ulicy nie zwracają uwagi na to czy to ktoś znajomy, dopóki na nich nie spojrzy, nie uśmiechnie się, nie pomacha, nie odezwie się, bądź w jakikolwiek sposób nie zakomunikuje: Hej, znam cię!. Chorzy dopiero wtedy

próbują przyporządkować tożsamość zlepkowi elementów twarzy „nieznajomego”. Łatwo wyobrazić sobie, że najgorzej chory ma wtedy, gdy przyjaciółka zmieniła fryzurę, kolega kupił nową kurtkę, dawny nauczyciel zaczął nosić okulary, a pani Zosia z kiosku zdjęła zawsze noszony na szyi wisiorek. To bowiem jedyne elementy, dzięki którym prozopagnotycy rozpoznają ludzi. Jedna z internautek, cierpiących na agnozję twarzy, pisze: Odkąd sięgam pamięcią, nikt nie lubił ze mną chodzić do kina. Nie byłam w stanie podążać za akcją. Z pozoru wydawało się, że nie odbiegam inteligencją od rówieśników, ale przed ekranem okazywałam się kompletnym tumanem. Kiedy tylko któryś z kluczowych charakterów zmienił ubranie, już dłużej nie wiedziałam, czy jest policjantem, czy złodziejem. Wszystkie te z pozoru nieistotne zmiany w wyglądzie sprawiają, że chorzy, często niezdający sobie sprawy ze swojego problemu, obwiniają się o gapiostwo i niedbałość. Prowadzi to do niskiej samooceny i unikania kontaktów z ludźmi. System zastępczy Pamiętacie polski film „Vinci” i „zabawną” postać górnika? Widząc „jakieś dzieci” bawiące się koło jego samochodu stwierdził, że to pewnie jego dzieci, które miał gdzieś podwieźć. Ustalił nawet hasło, dzięki któremu rozpoznawał ludzi, którzy mieli od niego odebrać zamówiony towar, a przecież akurat z nimi rozmawiał widząc ich twarze. To właśnie przykład na to, że jedyną szansą stworzenia przez prozopagnotyków substytutu normalnego życia jest opracowanie „zastępczego systemu” identyfikacji ludzi. Chorzy kalibrują tożsamość z biżuterią, sposobem chodzenia, barwą głosu, wzrostem czy tuszą. Każdej nowopoznanej osoby „uczą się” tygodniami (a czasem nawet miesiącami), by móc kojarzyć ją w przyszłości. A swoje początkowe „wpadki” w – jak innym się wydaje – ignorowaniu znajomych, tłumaczą zamyśleniem czy wadą wzroku. Idąc ulicą patrzą na chodnik, fasady budynków czy witryny sklepowe, nigdy na ludzi. #050 pressja | 059 Tak o swojej dolegliwości pisze jedna z2013 internautek: Jest jeszcze kilka rzeczy, z którymi muszę żyć. Na przykład nigdy nie śnią mi się ludzie z twarzami, zamiast twarzy mają zamazaną plamę, tak jakby ktoś na twarzach nie ustawił ostrości i choć brzmi to jak horror, już się przyzwyczaiłam. Jeśli wspominam sobie jakieś sytuacje, najczęściej zapamiętuję ludzi od stóp do … szyi. Twarz nie istnieje w moich wspomnieniach. Jadwiga Bojda 2013 #050 pressja | 059 2013 #050 pressja | 059


pressja

060

Świat się zmniejszył, czyli życie w galeriach handlowych - Co tu robię? Czekam na koleżanki. Zawsze się tu umawiamy. Będziemy chodziły po sklepach i oglądały ubrania. O, już są. To lecę! – odpowiedziała mi zdawkowo młoda dziewczyna, chyba z gimnazjum, po czym ruszyła w stronę zbliżającej się piskliwej grupy. „Oglądać ubrania” – pomyślałem, że to adekwatne określenie do czynności wykonywanych w  tym miejscu. W końcu do galerii przychodzi się po to, żeby oglądać. I nie mam tu na myśli wernisażu czy pokazu mody, lecz centrum handlowe. Wielkie, miejscami oszklone, przeludnione. Co nazywamy „galerią” współcześnie? Można wnioskować, że to miejsce poniekąd ekskluzywne, przeznaczone dla tych, których na nie stać, oraz wyjątkowe, ponieważ nie każdy jest na takim poziomie, aby je odwiedzać i czerpać z niego przyjemność. Ta definicja pasowałaby jednak bardziej do wcześniejszego „właściciela”, czyli sztuki. Obecnie mamy do czynienia z nowym „gospodarzem” tego terminu, a  mianowicie handlem. I teraz też jest to elitarny zakątek, chociaż bardziej przez wysokie ceny swoich produktów, na które mało kogo stać, również jest wyjątkowe, bo mimo tych cen pochłania wszystkich. Dlatego właśnie, bywalcy galerii głównie oglądają. Sama zmiana właściciela terminu „galeria” świetnie obrazuje kierunek rozwoju społeczeństwa, ale nie o to się tutaj rozchodzi. Jak podaje portal galeriehandlowe.pl, w Polsce mamy 929 mniejszych lub większych centrów, oferujących różne towary i usługi. Na Podkarpaciu jest ich 58, a w Rzeszowie i okolicach 22. Największa jest łódzka Manufaktura, która zajmuje powierzchnię 110 tys. m2. Wiadomo, że przedsiębiorcy kierują się chęcią zysku, umieszczając w pasażu swoje placówki. Co natomiast powoduje, że konsumenci im ulegają i zapuszczają się między witryny? Mam wrażenie, że jestem jakąś gwiazdą… – Jak opisalibyście to miejsce? – spytałem spacerującą radosną parkę. – Całkiem tu sympatycznie. Ciepło, ładnie pachnie, gra relaksująca muzyka. Wydaje się jakby czas się zatrzymał – odpowiedział chłopak. Faktycznie. Kiedy rozejrzałem się dokoła, nie rzucił mi się w oczy żaden zegar. Okien też nie zauważyłem. Gdyby nie to, że krążyłem przy wejściach, to mogłoby mi umknąć, że zapadł zmrok. – Nie czuje się czasu spędzonego tutaj. Przechodząc obok tych wszystkich kolorowych i świecących się wystaw, mam wrażenie, że jestem jakąś gwiazdą albo modelką, której robią zdjęcia – dodała dziewczyna. Może właśnie to poczucie przynależności lub „fajności” jest głównym powodem odwiedzania tego typu miejsc? Same galerie reklamują się przecież w podobny sposób, np. „Galeria Krakowska – zawsze modna”. Przez popularność programów

pokroju „Top Model” lub pism o  celebrytach zwiększyło się parcie na „bycie na czasie”, albo modnie ubranym czy zauważalnym w  towarzystwie. Takie przekonanie daje widocznie obecność w galerii, wśród znanych ludzi reklamujących ciuchy na wysokich witrynach sklepów. Całe miasto w jednym budynku Gimnazjalistka powiedziała, że zawsze się tu umawiają, więc jest to też pewnego rodzaju ośrodek towarzyski. Nie przychodzi się tylko po to, żeby kupować czy oglądać, ale żeby po prostu być. Spędzić czas, pospacerować jak niegdyś robiono to w parkach, wypić kawę, pogawędzić, może nawet pokazać się. Albo poobserwować, jak ja. Mijają mnie rodzice z  dziećmi, studenci, a  nawet zagubieni staruszkowie, dzielnie próbujący odnaleźć się we współczesności. Można tu więc spotkać przedstawiciela niemal każdej grupy społecznej. Godzina na ławce w galerii to niezły kąsek dla socjologów. – Siedzę tu cały dzień to trochę widzę. Nie ma ani chwili, żeby korytarz był pusty. Rodziny spędzają tu całe niedziele. Jedzą, odpoczywają i wydają pieniądze. Nieraz mają więcej toreb niż mogą unieść. To chyba popularniejszy sposób na spędzenie wolnego czasu czy popołudnia niż kiedyś telewizja. Z drugiej strony jest co tu robić – streściła mi znajoma hostessa. Obserwując wyskakujące zewsząd szyldy reklamowe i  dobierające mi się do portfela promocje, spytałem rozdającego ulotki chłopaka – Czy jest coś, czego tu nie ma? Roześmiał się. – Właściwie to mamy tu wszystko! Tu obok jest mapka. Można przejrzeć i  poszukać tego, co nas interesuje. Podszedłem i  czytam. Ubrania, leki, multimedia, biżuteria, jedzenie, zabawki, kino… Rzeczywiście wszystko. Wygląda na to, że wcale nie trzeba stąd wychodzić, bo całe miasto zmieściło się w jednym budynku. Jak stambulski bazar albo ateńska agora. W sumie może być Jako że Rzeszów jest liczącym się studenckim miastem, a sporą klientelę galerii stanowią właśnie studenci, postanowiłem pod ich kątem spojrzeć na ten temat. Zaciekawiło mnie co przed-


stawiciele tego samego stanu co ja, sądzą o nowym centrum kulturalnym. W końcu reprezentujemy nową siłę narodu, uczą nas krytycznego myślenia. – Podoba wam się tutaj? Często odwiedzacie centra handlowe? – rzuciłem do dwóch przedstawicieli uczelni rzeszowskich. – Czy ja wiem, kilka razy w miesiącu – powiedział pierwszy. – Ja rzadziej. Może raz na miesiąc. Mam co robić poza szkołą. A galeria może być. W sumie taka jak każda – dodał drugi. – A jak już coś kupujecie, to co to jest? – dopytywałem. – Raczej ubrania, albo sprzęt do kompa. A  ja książki. Poza tym chodzę tu do kina, bo mieszkam na obrzeżach miasta. – odpowiadali kolejno. Nie byli za bardzo rozmowni, więc odpuściłem, ale wypowiedzi kolejnych studentów pokrywały się z tymi. I były równie ostrożne. Może krytyczne myślenie zakazywało rozmawiania z obcymi. A może ja jestem nieprzyjemny w konwersacji? Mimo zauważalnej niechęci do rozmowy ze mną, do siebie też ich nie ciągnęło. W ogóle tak się bardziej rozglądali niż odzywali. Może są zmęczeni i przychodzą tu odpocząć albo coś zjeść, a nie gadać. (O tym, że generalnie mało się „gada” nie będę wspominał.) Uzależnienie od idealnego świata Wyszedłem na zewnątrz i  od niechcenia zagadnąłem na ten temat starszego człowieka w służbowym stroju, który prawdo-

podobnie miał przerwę w pracy, bo palił papierosa. – To trochę jak uzależnienie od Internetu, takie przesiadywanie w  galeriach. Ludzie myślą, że mają kontakt ze światem, bo są wśród innych. To zobaczą, tamto posłuchają, czegoś się dowiedzą. A  wszystko dokoła jest takie idealne. Tak naprawdę każdy z  nich szuka jakiejś więzi, tylko nie ma pojęcia jak to zrobić. Dlatego ich sposobem jest sama obecność. To jak znajomości przez Internet, z ludźmi, których nigdy się nie pozna. Świat się zmniejszył, do wszystkiego jest dostęp, a ludzie, mimo ogólnego postępu, zwiększyli odległość między sobą. Niektórzy mają to nieszczęście, że sobie to uświadamiają. – facet mądrze prawił. Fajka dopaliła się sama. Na jego twarzy zobaczyłem ulgę, jakby zrzucił z siebie ciężar tej informacji. Do mnie również dotarło, że niewiele jest wokół rzeczywistych kontaktów, szczerych i głębokich rozmów na poważniejsze tematy. Zmienił się właściciel świata. Teraz to interesowny, poszukujący szybkiego zysku „handel”, zamiast kreatywnej, potrzebnej spokojowi duszy „sztuki”. Pracownik galerii, doświadczony życiem, ale pogodny, spojrzał na zegarek i dodał: - Do zobaczenia kiedyś znowu. Bo przecież zapewne tu wrócę… jak inni. Mirosław Kania 2013 #050 pressja |

061


pressja

062

PRZESTRZEGAJ NETYKIETY, BO DOSTANIESZ… BANA!

O ZASADACH KOMUNIKACJI W SIECI Internet stał się nieodłącznym elementem naszego życia. Codziennie korzystamy z  portali społecznościowych, forów dyskusyjnych, blogów i komunikatorów. Czasem jednak zapominamy, że to co napiszemy i wrzucimy do sieci, nie zniknie. Zatem warto się nad tym zastanowić i poznać zasady komunikacji w wirtualnym środowisku, by zostawić po sobie dobre wrażenie. Netykieta Do Internetu mają dostęp wszyscy, więc i tutaj obowiązuje jakiś kodeks. To tzw. netykieta, czyli zbiór reguł, które mają ułatwić życie internautom. Nie są to przepisy prawne, a jedynie ogólnie przyjęte zasady. Każda grupa w  Internecie ma własną netykietę, której stara się przestrzegać, dlatego często na forach za złamanie któregoś „przepisu” jest się usuwanym z grupy – dostajemy tzw. „bana”. Ważne jest aby pamiętać, że wypowiadając się w dyskusji, najlepiej zwracać się do innych użytkowników po nicku, ewentualnie imieniu, jednak pisząc maile do osób, których nie znamy lub które są od nas starsze, należy stosować zwroty grzecznościowe.

Emotikony Język w  sieci pozbawiony jest gestów, mimiki i  intonacji głosu, dlatego to jak czytelnik odbierze naszą wiadomość, zależy tylko od nas. Jedyną możliwością wyrażenia emocji jest używanie emotikonek, ale jeśli nie chcemy być postrzegani jako infantylni należy uważać, by nie przesadzić z ich ilością. Wiadomość przesycona uśmiechniętymi minkami jest trudna w odbiorze. Ważne jest też byśmy pisali jednoznacznie – ułatwi to komunikację i  pozwoli na uniknięcie nieporozumień. Najczęstszym i  najbardziej rażącym błędem są potknięcia gramatyczne i ortograficzne. – Wszystkie przeglądarki internetowe i  komunikatory mają funkcję sprawdzania pisowni, więc poprawianie podkreślonych na czerwono słów jest bardzo proste – mówi Ola, która na co dzień korzysta z forum dla miłośników muzyki. Grzechy – Denerwuje mnie jak ktoś zagląda na to forum i zadaje pytanie, a odpowiedź na nie jest stronę wcześniej. – narzeka na internautów Ola. – Tacy leniwi użytkownicy nie są zbyt miło przyjmowani. Kolejnym grzechem jest to, że często internauci wysyłają


Adam Piętak po kilka wiadomości, zamiast wszystko napisać w  jednej, albo co gorsza – wysyłają je do kilku osób na raz, rozwodząc się nad jakąś kwestią, którą można byłoby opisać w  kilku słowach. Kiedy już dostają odpowiedź, rzadko dziękują za poświęcony im czas, a przecież w Internecie również obowiązuje nas szacunek do drugiej osoby. Negatywnie jest też odbierany CAPSLOCK, czyli pisanie wielkimi literami. To wygląda jakbyśmy krzyczeli. Podobny efekt daje używanie kilku wykrzykników, kiedy jeden w zupełności wystarczy. Tak samo ma się sprawa z pytajnikami – jeden znaczy przecież tyle samo co pięć. Moderator forum dyskusyjnego o  muzyce, Łukasz, zwraca też uwagę na tzw. „łańcuszki szczęścia”, off-topy (posty niezwiązane z tematem dyskusji) czy reklamy. – Bardzo często usuwamy takie posty. Nie lubimy kiedy na forum robi się bałagan albo ktoś nowy przychodzi tylko po to, by zare-

klamować swoją firmę. Nam, moderatorom, dokładają tym więcej pracy, dlatego stali użytkownicy starają się utrzymywać porządek i zgłaszają nam takie wpisy, bo sami często nie jesteśmy w  stanie ogarnąć wszystkiego co się dzieje w  tematach. Czytając regulamin forum moderowanego przez Łukasza, dowiedziałam się, że niektórych rzeczy robić nie wolno, ale wiele osób nawet go nie czyta, więc skąd mają wiedzieć? Korzystanie z  Internetu jest więc – choć bardzo łatwe – problematyczne. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tym, co wydaje mi się najważniejsze jest to, że Internet tylko pozornie daje nam anonimowość. Trzeba chronić swoją prywatność, nie dzielić się swoimi osobistymi przeżyciami w  wirtualnym świecie, bo nigdy nie wiadomo kto będzie ich odbiorcą i co z naszą prywatnością zrobi. Jeśli będziemy się tego trzymać i jednocześnie okazywać innym internautom szacunek, nie powinniśmy mieć problemów w sieci. Anna Wilk

2013 #050 pressja |

063


pressja

064

NIE DAJCIE SIĘ ZWIEŚĆ


STUDIUJ ZOOTERAPIĘ – REHABILITUJ EFEKTYWNIEJ!

DODATKOWA SPECJALNOŚĆ DLA STUDENTÓW WSIIZ

Zooterapia staje się coraz popularniejszą formą usprawniania psychoruchowego osób niepełnosprawnych, głównie dzieci. Praca z nimi przy udziale zwierząt takich jak konie, koty i psy – pozwala zastosować klasyczną rehabilitację w lżejszej formie. Uzupełnia tradycyjne metody rehabilitacji, stosowane w  takich chorobach jak: dziecięce porażenie mózgowe, autyzm dziecięcy, zespół Downa czy upośledzenie umysłowe dzieci. Na nową specjalność WSIiZ może zapisać się każdy student WTiNoZ, posiadający wiedzę z zakresu podstaw z anatomii i fizjologii człowieka. Wszyscy uczestnicy specjalności otrzymają certyfikaty potwierdzające umiejętność pracy terapeutycznej z koniem, kotem i psem, a także odpowiedni wpis do suplementu do dyplomu, potwierdzający ukończenie dodatkowej specjalności. Zajęcia potrwają jeden semestr. Będą prowadzone w Ośrodku Jeździeckim w Kielnarowej oraz na jego terenie. Studenci zooterapii będą uczyć się pracy z pacjentami i zwierzętami pod okiem doświadczonych instruktorów oraz trenerów zwierząt. Program zakłada jedno lub dwa spotkania w tygodniu, w godzinach popołudniowych. Zajęcia w ramach I edycji zakończą się w czerwcu 2013. Koszt godziny zajęć to 9 zł. Opłata za całą specjalność wynosi 850 złotych, ale jeśli zgłosisz się na specjalność z innym, zachęconym przez siebie studentem – oboje zapłacicie jedynie 750 zł. Za specjalność można zapłacić jednorazowo lub rozłożyć płatność na dowolną ilość rat, które spłacisz do końca studiów w WSIiZ. Rekrutacja trwa od 20 lutego do 15 marca 2013 r. Pierwsze zajęcia odbędą się już w pierwszym tygodniu kwietnia. Ilość miejsc ograniczona! Szczegóły na: www.zooterapia.pl



Pressja (50) 03/2013