Page 1

January 2017 No 226 FREE Since 2006 ISSN 1752-0339

now y czas LONDON

nowyczas.co.uk


nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga – czas. Joseph Conrad

» 04-05

» 13

Dawid Skrzypczak

A imię jego czterdzieści i pięć!

Listy do i od redakcji Rewers

» 06-07

» 14-15

Bogdan Dobosz

Roman Waldca

Minął rok. Czeka nas rotacja

Latanie 2017

» 08

» 16

Adam Dąbrowski

Marek Baterowicz

Solidarność zawodowa

Konfederacja Warszawska AD 1573

»9 Małgorzata Bugaj Martynowska

Laureatka Lubelskiego „Nobla” wśród nas

» 10 Szanowni Państwo, wraz z nowym rokiem 2017 oddajemy okładkę „Nowego Czasu” wybitnym polskim artystom tworzącym współcześnie na Wyspach Brytyjskich. Powstanie w ten sposób unikatowa galeria „Nowego Czasu”. Zaczynamy od pracy Piotra Kirkiły (www.piotrkirkilo.com) zatytułowanej Don Kichot.

» 17 Wojciech A. Sobczyński

Kolor ostatniego dymu

» 18-19

Grzegorz Małkiewicz

Oleńka Hamilton

Polityczna piaskownica

Where Poland and Britain sit happily side by side

» 11

» 20-21

Krystyna Cywińska

Karuzela z sympatiami

Anna Ryland

Wacław Lewandowski

Pielęgnować korzenie. Rozmowa z Magdaleną Włodarczyk

Państwo opiekuńcze

» 22

» 12

Monika Maron

Andrzej Lichota

W numerze:

Piórem i pazurem

» 03

» 12

Grzegorz Małkiewicz

V.Valdi

Błędy, czy świadoma manipulacja?

Zdrowy rozsądek anioła

Turner Prize lustrem pustki dzisiejszych czasów?

Pocztowka z Polski

» 23

» 24

Ze szkicownika Marii Kalety:

Maja Cybulska

Royal Academy of Arts

Wiersz. Obietnica Marek Zabiegaj, Bogdan Zabiegaj

Don Pasquale w Operze Krakowskiej

» 25

nowy czas

Mirek Malewski 63 King’s Grove, London SE15 2NA

Clare Hollingworth

Tel.: 0207 6398507

» 26-27

REDAKTOR NACZELNY: Grzegorz Małkiewicz (g.malkiewicz@nowyczas.co.uk)

Drugi brzeg

REDAKCJA: Teresa Bazarnik (t.bazarnik@nowyczas.co.uk), Jacek Ozaist, Roman Waldca; WSPÓŁPRACA: Małgorzata Bugaj-Martynowska, Joanna Ciechanowska, Krystyna Cywińska, Bogdan Dobosz, Adam Dąbrowski, Irena Falcone, Włodzimierz Fenrych, Maria Kaleta, Marcin Kołpanowicz, Andrzej Krauze, Lidia Krawiec-Aleksandrowicz, Andrzej Lichota, Wacław Lewandowski, Mirek Malevski, Sławomir Orwat, Janusz Pierzchała, Zuzanna Przybył, Anna Ryland, Alex Sławiński, Wojciech A. Sobczyński, Dawid Skrzypczak, Ewa Stepan

» 28-29 Włodzimierz Fenrych

Pytania obieżyświata

» 30 Anna Ryland

Galeria dla Kowalskich

» 31

DZIAŁ MARKETINGU: 0779 158 2949 marketing@nowyczas.co.uk

Irena Falcone

Pan Zenobiusz. Czyściec

WYDAWCA: CZAS Publishers Ltd © nowyczas Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń oraz zastrzega sobie prawo do niezamieszczenia ogłoszenia.

Lidia Krawiec-Aleksandrowicz „Nowy Czas” dostępny globalnie

Igraszki z czasem


|3

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Błędy, czy świadoma manipulacja? Po dosyć powszechnym używaniu terminu „polskie obozy koncentracyjne” pojawiła się nowa narracja o „polskich kolejarzach współodpowiedzialnych za zbrodnie Holokaustu”. Ten zwrot firmowała słynąca z profesjonalizmu brytyjska instytucja BBC.

Grzegorz Małkiewicz

A

rtykuł autorstwa Allana Little pojawił się na internetowej stronie BBC z okazji Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Opisywał historię Susan Pollack, która urodziła się na Węgrzech i w wieku 13 lat trafiła razem z matką do Auschwitz. Matka zginęła, Susan Pollack przeżyła. Mieszka w Londynie. Allan Little przedstawił zaskakującą własną interpretację tych tragicznych wydarzeń z czasów II wojny światowej. Jego zdaniem Holokaust był możliwy dzięki między innymi współpracy polskich kolejarzy z niemieckim okupantem. Po natychmiastowej interwencji ambasadora RP Arkadego Rzegockiego tę „historyczną rewelację” usunięto ze stron BBC, zamieszczając kuriozalny przypis: Correction 28 January 2017: This article has been amended to remove a reference to Polish train drivers being among those who collaborated with Germany. They were in fact conscripted back into work by force after the German occupation. Ambasador Arkady Rzegocki w liście do redakcji BBC napisał między innymi: „Sugerowanie, że zmuszenie z użyciem siły polskich maszynistów do obsługi połączeń kolejowych i transportów do obozów koncentracyjnych wskazuje na akceptację lub poparcie Polaków dla Holokaustu, wzmacnia błędną świadomość historyczną, która myli sprawców z ofiarami i szkodzi historycznej prawdzie, która musi być przekazana przyszłym pokoleniom”. Ambasador Rzegocki podkreślał: „Opisywanie masowych mordów zainicjowanych i dokonywanych przez okupantów z nazistowskich Niemiec w ten sposób jest niedokładne i zniekształca prawdę o Holokauście”. „To skandaliczna prowokacja, równie obrzydliwa jak sformułowanie »polskie obozy koncentracyjne«! Świadczące albo o złej woli, albo o wyjątkowej głupocie i braku elementarnej wiedzy historycznej nie tylko niedouczonego dziennikarza z Wysp, ale całej redakcji publikującej plugawe oszczerstwa. Brednie okrywające hańbą BBC News na wieki” – odpowiada na te insynuacje Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce. Podkreśla, że jest to próba rozmycia odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. W tym konkretnym przypadku za ludobójstwo dokonane przez III Rzeszę Niemiecką. Szef ZZMK wskazuje, że artykuł pomija podstawowe aspekty związane ze specyfiką życia w okupowanej Polsce, jak na przykład zmilitaryzowanie kolei i nakazy pracy dla niemieckiego Ost-

bahn. Myli oprawcę z ofiarą. Leszek Miętek dodaje też, że Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych powstały w Polsce w 1919 roku podejmie wszelkie działania prawne w obronie honoru polskich maszynistów i polskich kolejarzy, którzy jako pierwsi za cenę życia stawili opór hitlerowskiemu najeźdźcy, którzy działali w konspiracji i prowadzili działania dywersyjne wymierzone w okupanta. W przypadku używania pojęcia „polskie obozy koncentracyjne” dziennikarze bronili się, że ma to być skrót myślowy dotyczący „obozów koncentracyjnych leżących na terenie Polski”, chociaż zdarzało się, że posługiwali się również tym terminem, pisząc o obozach leżących na terenach rdzennie niemieckich. A z drugiej strony, czy pojawiło się kiedykolwiek określenie, że obóz koncentracyjny Mauthausen to obóz austriacki? 29 maja 2012 roku sformułowania „Polish death camp” użył prezydent Barack Obama podczas odbywającej się w Białym Domu uroczystości uhonorowania Prezydenckim Medalem Wolności Jana Karskiego (polskiego kuriera, który poinformował Zachód o zagładzie Żydów, co nie spotkało się z żadną reakcją!). Trudno wyobrazić sobie bardziej

tragiczną ironię losu. Czy są to tylko niefortunne przypadki spowodowane nikłą wiedzą mieszkańców państw zachodnich dotyczącą II wojny światowej? Prezydent ma swoich doradców, sam tego określenia nie wymyślił. Zdaniem wielu historyków mówienie o „polskich obozach zagłady” to kłamstwo oświęcimskie, czyli przestępstwo ścigane w wielu krajach. Podobnie uważa profesor Israel Gutman z Instytutu Pamięci Jad Waszem w Izraelu. Rząd RP i prezydent Andrzej Duda zapowiadają, że Polska będzie egzekwowała to prawo. Same protesty nie wystarczą. Ważnym głosem w tej debacie jest opinia byłego ambasadora Izraela w Warszawie Szewacha Weissa, którą wyraził w jednym z wywiadów: „Zawsze istniał w Polsce antysemityzm, czasami ostry. A jednak przez setki lat Żydzi chcieli żyć w Polsce, żyli w Polsce i Polska ich przyjęła. W 1939 roku naród żydowski liczył mniej więcej 18 mln ludzi, a z tego 3,5 mln żyło na ziemiach polskich. I to jest dowód na to, że jednak w Polsce było najlepiej. Właśnie na tym tle widać, jaką tragedią był Holokaust na polskich ziemiach. Niemcy wymordowali prawie wszystkich Żydów w Polsce. W niemieckich obozach zagłady”.


04| świat

Dawid Skrzypczak

Donald Trump, który 20 stycznia został oficjalnie zaprzysiężony na prezydenta Stanów Zjednoczonych, to prawdziwa enigma i zagrożenie – zdaje się słyszeć na każdym kroku. Czy aby na pewno? Proponuję w tym artykule bardzo nieortodoksyjne spojrzenie na przyszłego prezydenta USA. Obiecuję nie popaść dogłębnie w opary mistycyzmu oraz spekulacji i oprzeć swoją opinię również na faktach.

Z

acznijmy zatem od faktów. Trump, podobnie jak w czasie kampanii wyborczej, odstąpił od podążania za utartymi schematami i nie zasilił szeregów swojej administracji teoretykami, akademikami czy prawnikami. Wręcz przeciwnie, otoczył się praktykami, którzy odnieśli spektakularne sukcesy w swoich dziedzinach. Stevena Mnuchina, byłego szefa finansów kampanii Trumpa i byłego dyrektora z Goldman Sachs, mianowano sekretarzem skarbu. Wilbur Ross, amerykański inwestor i bankier, został mianowany na stanowisko sekretarza handlu. Celem Trumpa jest niewątpliwie odbudowa potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych. Dla Polski najważniejsze wydają się jednak dwie nominacje. Rex Tillerson, były prezes i dyrektor generalny w spółce Exxonmobil, został sekretarzem stanu. Będzie on odpowiedzialny za dyplomację oraz politykę międzynarodową Stanów Zjednoczonych. Nominacja ta może się okazać nie najszczęśliwsza dla Polski z powodu bliskich stosunków, jakie łączą Tillersona z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Dla równowagi nowym sekretarzem obrony został mianowany doświadczony w boju emerytowany generał James Mattis, który zasłynął ze zdobycia Bagdadu w 2003 roku. Należy zwrócić uwagę, że mówi on wprost o swojej niechęci do Putina i jego polityki. Uważa, że współczesna Rosja, skutecznie prowadząca wojnę informacyjną wymierzoną w społeczeństwa Zachodu, stanowi największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych i Europy. Tak więc obawy polskich przeciwników Trumpa wskazujących ma możliwość porozumienia się USA i Rosji kosztem Polski oraz innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wydają się przedwczesne. A co miał do powiedzenia na temat Donalda Trumpa poeta Adam Mickiewicz? Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca! Wskrzesiciel narodu, Z matki obcej; krew jego dawne bohatery, A imię jego będzie czterdzieści i cztery. Juliusz Kleiner, polski historyk i teoretyk literatury, przekonująco pokazał, że „czterdzieści i cztery” z Mickiewiczowskiego „Widzenia Księdza Piotra” to kabalistyczny

A imię jego czterdzieści i pięć! szyfr imienia Adam. Dlatego Mesjaszem zapowiedzianym przez Mickiewicza może być człowiek, nazywający się Adam. Kleiner jednak stwierdził, że poeta pomylił się w rachunkach, gdyż wynik, który powinien otrzymać to 45, a nie 44. Dlatego to liczba „czterdzieści i pięć” powinna być uznana za synonim imienia Adam. Wiele wskazuje na to, że Mickiewicz, pisząc te słowa, miał na myśli siebie. Zapewne. Jednak przyjaciel poety, Seweryn Goszczyński, relacjonował, że liczba „sama nastręczyła się [Mickiewiczowi] w chwili natchnienia, gdzie nie było miejsca dla żadnego rozumowania”. A sam Mickiewicz stwierdził przy pewnej okazji, że liczba 44 była dla niego zagadką. Czy wizja wieszcza narodowego dotycząca losów Polski może być faktyczną zapowiedzią przyszłych zdarzeń, a nie tylko przejawem samouwielbienia? Przesłanki prowadzą do dość zaskakującej konkluzji... Zakłada się, że przyszły zbawca Polski będzie nosił imię Adam (45). Tutaj otwiera się miejsce dla czterdziestego piątego prezydenta USA, Donalda Trumpa. Pójdźmy jeszcze o krok dalej. Prezydenta Stanów Zjednoczonych można w pewnym sensie uznać za uosobienie tej zbiorowości ludzi, gdyż reprezentuje ją z ich woli. Tym samym można rozszerzyć definicję „obrońcy i wskrzesiciela narodu” na cały naród amerykański. Dlaczego więc można założyć, że liczba 45 odnosi się zarówno do Donalda Trumpa, jak i samych Amerykanów, a nawet Stanów Zjednoczonych jako takich? „Nie martwcie się, ja was ochronię [...] Jesteśmy zaangażowani na rzecz silnej Polski”. Takie słowa wypowiedział Donald Trump na jednym z dwóch spotkań z przedstawicielami Polonii Amerykańskiej. Hilary Clinton nie pofatygowała się nawet na jedno! Nowy prezydent podkreślał także wkład Polaków w rozwój Stanów Zjednoczonych oraz rolę Polski w NATO, po czym skwitował, że „Polacy zostaną docenieni, gdyż na to zasługują, pamiętajcie o tym”. Mało tego. Trump zaoferował pomoc w odzyskaniu wraku Tupolewa! Poskutkowało to bezprecedensowym zrywem Polonii w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i poparciem dla Trumpa. Według Tadeusza Antoniaka, przewodniczącego Klubu „Gazety Polskiej” w Filadelfii, to głosy Polonii i katolików przeważyły o wygranej Trumpa. Nawiązując do Mickiewicza, głosy obywateli polskiego pochodzenia, potomków „dawnych” bohaterów walczących o wolność na-

rodów, polskiego i amerykańskiego (takich jak Tadeusz Kościuszko czy Kazimierz Pułaski), okazały się prawdziwym zastrzykiem życiodajnej krwi dla Donalda Trumpa. Obywatele w końcu są „krwią” systemów demokratycznych, bez której systemy te obumierają. Ponad 10-milionowa wspólnota Polaków, mimo iż jej matką są Stany Zjednoczone, uważnym okiem obserwowała to, co dzieje się w kraju Lechitów. Uznała, że nadszedł czas, aby wyjść z cienia i otwarcie zawalczyć o interesy ojczyzny swoich przodków. Istnieje jednak znacznie prostsze wytłumacznie tajemniczej frazy Mickiewicza. Marek Jerzy Minakowski, polski filozof, historyk i genealog, twierdzi, że zrekonstruował wywód macierzystej linii Donalda Trumpa. Jeśli wywód ten został przeprowadzony rzetelnie, to w żyłach Trumpa faktycznie płynie krew dawnych polskich bohaterów! Wynika z niego ni mniej, ni więcej, że jest on krewnym króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a zarazem potomkiem dynastii Piastów. Patrz – oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył I krew niewinną mego narodu wytoczył. Cóżeś zrobił, najgłupszy, najsroższy z siepaczy! On jeden poprawi się, i Bóg mu przebaczy. Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów wiceminister rosyjskiego resortu spraw zagranicznych, Siergiej Riabkow, poinformował, że rosyjscy oficjele kontaktowali się z członkami sztabu wyborczego Donalda Trumpa. Mimo iż Moskwa chce normalizacji stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, na Kremlu bynajmniej nie ma euforii w związku ze zmianą władz w USA. Przynajmniej tak twierdzą niektórzy komentatorzy. Jednak rzeczywistość zdaje się podążać w innym kierunku. Istnieje pewna „niezrozumiała chemia” między Trumpem a Putinem. Trump wychwalał Putina w czasie kampanii wyborczej i sygnalizował, że jest zwolennikiem poprawy relacji między obu państwami, a nawet wyraził gotowość uznania aneksji Krymu dokonanej przez Rosję. Pochwalił się także „pięknym” listem, który otrzymał od prezydenta Rosji po zwycięstwie w wyborach. W powietrzu wisi również zapowiadana przez Trumpa zmiana strategii i frontu w walce z ISIS. Będzie się to wiązało z zacieśnieniem współpracy z Rosją. Sygnały płynące ze strony Rosji są zaskakująco zbieżne. Dmitrij Pieskow, sekretarz prasowy prezydenta


świat |05

zdaniem blogera W biografii Trumpa jest jeden detal, na który nie zwracają uwagi ani nasi prześmiewcy nowego prezydenta USA, ani jego wielbiciele. Nawet dla Szkockiej Narodowej Partii ten istotny szczegół jest kłopotliwy i niespecjalnie podnoszony. Dla mnie natomiast ten właśnie fakt biograficzny uwiarygodnia w dużym stopniu jego tradycjonalizm. Matka Trumpa była emigrantką z wyspy Lewis and Harris na Szkockich Hebrydach. Należała do Klanu MacLeod of Lewis. Znała świetnie język celtycki. Do Ameryki przyjechała jako 18-letnia dziewczyna z głuchej europejskiej prowincji, jak wielu innych emigrantów z tak samo głuchych europejskich prowincji. Tylko że ci inni emigranci z głuchej europejskiej prowincji nie stworzyli USA, a Klan MacLeod of Lewis (prezbiteriański odłam tego rodu, na Hebrydach mieszka również dużo katolików, jest to najstarsza ludność katolicka w północno-zachodniej Europie) przyczynił się do powstania Stanów Zjednoczonych w równym stopniu co purytanie z Bostonu. Czyli matka Trumpa przyjechała z Hebrydów do Nowego Jorku jak do domu. Mówi się nawet, że tak długo będzie istniała demokracja w Ameryce, jak długo będzie istniał wolny szkocki prezbiteriański kościół. Takie porzekadło szkockie, które oddaje pewną historyczną i socjologiczną prawdę, że istnieje bardzo silny związek amerykańskiego ustroju demokratycznego z ustrojem wspólnot protestanckich pochodzenia kalwińskiego, zarówno szkockich jak też walijskich i angielskich. Jako człowiek biznesu Trump jest produktem kontrkultury lat 70. XX wieku. Neoliberalizm jest przecież produktem ewolucji umysłowej kontrkulturowego trockizmu. Nikt chyba w to nie wątpi…. Jako polityk reprezentuje ten typ staroświeckiego tradycjonalizmu, który w Europie Zachodniej zachował się jedynie w pewnych zakątkach Szkocji.

Mariusz Roeffler

Rosji, stwierdził, że Donald Trump i Władimir Putin mają wiele wspólnego w swoich poglądach dotyczących polityki światowej. Tuż po zwycięstwie prezydent Rosji stwierdził, że liczy na odbudowę bilateralnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi. „Polska jest przegrana” – zakrzykną zagorzali wrogowie Rosji. Mam inne przeczucie. Po pierwsze, wydaje mi się, że mamy w USA prawdziwych sprzymierzeńców, którzy pomogą zadbać o interesy Polski. Nie ze względu na to, że nas „lubią” w Waszyngtonie, ale dlatego, że stanowimy zaporę uniemożliwiającą Rosji i Niemcom porozumienie się przeciw Stanom Zjednoczonym. To nie wszystko. Niedawno, w czasie przyjmowania przez Władimira Putina listów uwierzytelniających od ambasadora Polski w Moskwie, Włodzimierza Marciniaka, i przedstawicieli 18 innych misji dyplomatycznych, doszło do dość niecodziennej sytuacji. Prezydent Rosji skrytykował relacje polsko-rosyjskie i wskazał, że jakoby wina leży po stronie Polaków za ich niezadowalający stan. Putin zaznaczył jednak, że Moskwa chce je ocieplić i poprawić poprzez odbudowanie dialogu „na podstawie wzajemnego szacunku i pragmatyzmu”. Postawa obu mocarstw wskazywać by mogła na to, że bardzo im zależy na wspólnym porozumieniu się z uwzględnieniem Polski. Tylko dlaczego? Odpowiedź może być prostsza, niż nam się wydaje. Światowy ład, w którym USA i Rosja odgrywały pierwszoplanowe role, jest zagrożony przez pretendenta, jakim są Chiny. Dla Rosji jest to zagrożenie egzystencjalne, tym bardziej że USA blokują Rosji strategiczne zbliżenie z jej naturalnym sojusznikiem, jakim są Niemcy. Dla USA, jak na razie, jest to jeszcze walka o przywództwo. Dlatego oba państwa będą się musiały sprzymierzyć. Jednak na drodze zawsze stoi Polska. Silne porozumienie gospodarczo-wojskowe między USA a Rosją skierowane przeciwko Chinom oraz ISIS, które rodzi się na naszych oczach, zmieni losy świata i może być tak naprawdę szansą dla Polski. Czy chcemy tego, czy nie, mozolny proces pojednania się z Rosją właśnie się rozpoczął. Być może zostaniemy do niego odrobinę przymuszeni przez administrację Donalda Trumpa. Byliśmy w stanie przebaczyć Niemcom, czy nie czas, jak przepowiedział Mickiewicz, przebaczyć Rosjanom? Nie mylmy jednak przebaczenia z niepamięcią i niewymierzaniem sprawiedliwości!

Wybierasz się do Warszawy? Zatrzymaj się przy Placu Trzech Krzyży. Piękne mieszkanie w pięknym miejscu. airbnb.co.uk/rooms/15696811 Planning to go to Warsaw? Stay in a beautiful flat in the heart of Warsaw. airbnb.co.uk/rooms/15696811


06| polska

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Minął rok. Czeka nas rotacja Rok zapowiada się ciekawy, ale warto też wrócić do tego, co już było. Poprzednie dwanaście miesięcy to rok wielu zawirowań na świecie, czas „dobrej zmiany” w Polsce i kilku przesileń.

Bogdan Dobosz

O

dnoszę wrażenie, że hasłem roku jest słowo „rotacja”. W Polsce ląduje 4 tys. żołnierzy amerykańskich z czołgami M1A2 Abrams, wozami piechoty Bradley oraz samobieżnymi haubicami, a towarzyszy im jeszcze oddział śmigłowców bojowych. Będą jednak przebywać w Polsce... rotacyjnie. Rotacyjna była też okupacja sejmu przez dwie partie opozycji. PiS rozegrał ów protest genialnie, pozwalając się „wykrwawić” PO i Nowoczesnej, a to występami estradowymi posłanki Joanny Muchy, a to nagłośnieniem pozamałżeńskiego wypadu „lidera opozycji” do Portugalii. Ryszard Petru został nawet okrzyknięty w internecie „mistrzem głupoty”, bo najpierw przepisał majątek na żonę, a później zaczął ją zdradzać. Kiedy już wszyscy mieli trochę po dziurki w nosie owego protestu rotacyjnego, nagle zebrano dokumenty, nagrania i udowodniono, że głosowanie w sali kolumnowej nad budżetem miało odpowiednie quorum. Partia PO i Nowoczesna zostały ograne. Jednakże to nie koniec skojarzeń z rotacjami. PiS także poniósł małą wizerunkową porażkę. Europoseł tej partii Kazimierz Michał Ujazdowski wystąpił z tej formacji i odbył tradycyjną w takich przypadkach rundę po mediach, narzekając na „metody” swojej partii. Przy okazji okazało się, iż Ujazdowski wszedł dwa razy do tej samej rzeki, bo kilka lat temu PiS też opuścił. Kpiarze zauważyli więc, że jest to także poseł PiS.... rotacyjny. Rok zapowiada się ciekawy, ale warto też wrócić do tego,

co już było. Poprzednie 12 miesięcy to rok wielu zawirowań na świecie, czas „dobrej zmiany” w Polsce i kilku przesileń. Przypomnijmy więc sobie najważniejsze wydarzenia. W Polsce rok 2016 był oficjalnie ogłoszonym rokiem Henryka Sienkiewicza (w 100 rocznicę śmierci i 170 rocznicę urodzin pisarza), rokiem Jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski, wspomniano także Feliksa Nowowiejskiego (w 70 rocznicę śmierci kompozytora) i polskich Cichociemnych. Historia przeplatała się w kraju z bieżącymi wydarzeniami dość często. Symbolem były wydarzenia z 28 sierpnia, kiedy to na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku, po 70 latach, zostali pochowani z honorami Danuta Siedzikówna, ps. „Inka”, i Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, bohaterowie podziemia antykomunistycznego, żołnierze przez lata „wyklęci”. Ich powrót do świadomości Polaków połączył się z prawdziwym końcem komunizmu w naszym kraju. Pod koniec roku minister obrony narodowej Antoni Macierewicz zapowiedział jeszcze pozbawienie stopni generalskich Kiszczaka i Jaruzelskiego, a także pojawiła się ustawa dezubekizacyjna. Sprawiedliwość wraca po długich latach oczekiwania. Jest też i... prawo. 4 marca 2016 minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, po wejściu w życie ustawy o prokuraturze, został ponownie prokuratorem generalnym. Komentowano to jako zamach na „niezależną prokuraturę”. Szybko okazało się, że w tym przypadku „niezależność” oznaczała bezhołowie, co pokazują prace sejmowej komisji ws. afery Amber Gold czy wizyty ABW w sądach i prokuraturach. Już pierwsze miesiące po tej zmianie przyniosły dobre wyniki. Przestano odbierać dzieci rodzicom ze względu na materialną biedę, a prokuratura wzięła się do roboty. Przez cały czas trwał za to spór wokół Trybunału Konstytucyjnego. W jego meandrach pogubili się nawet sami prawnicy. TK dostarczał „paliwa” do działalności opozycji, ale po odejściu prezesa Andrzeja Rzeplińskiego spór niejako wygasł, choć opozycja sięgnęła po znacznie mocniejsze środki wyrazu, jak na przykład wspomniana wyżej okupacja sejmu.

£45.00

W roku 2016 wrócił też na pierwsze strony gazet „Bolek”. IPN pozyskał od wdowy po Czesławie Kiszczaku – Marii Kiszczak ‒ jego oryginalną „teczkę”. Lech Wałęsa stał się niemal natychmiast „bohaterem” KOD, a jego niechęć wobec PiS i IPN przerodziła się niemal w obsesję. Latem miały miejsce w kraju dwa ważne i udane dla naszego wizerunku wydarzenia – szczyt NATO w Warszawie, który potwierdził obecność w Polsce wojsk amerykańskich, i Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. W polityce wewnętrznej rząd premier Beaty Szydło dokonał małej rewolucji, wprowadzając program „500+”, który – jak na polskie warunki – został wprowadzony w sposób wyjątkowo sprawny, ożywił gospodarkę, handel, wyciągnął z biedy wiele rodzin wielodzietnych i przede wszystkim... nie załamał budżetu, co wieszczyła opozycja. Uszczelniony system podatkowy pozwolił nawet deficyt zmniejszyć. PiS poszło za ciosem i pojawiły się ciekawe programy mieszkaniowe dla osób niezamożnych czy lista bezpłatnych medykamentów dla najstarszych seniorów (na razie raczej symboliczna, ale inicjatywa słuszna). Powrócono do 65 lat jako wieku emerytalnego, zapowiedziano reformę oświaty, w tym likwidację gimnazjów. Ta ostatnia sprawa wywołała protesty, głównie lewicowego ZNP. Swoją drogą, ten sam syndykat nauczycielski protestował także, gdy gimnazja... wprowadzano. Warto również zapamiętać ustawę dotyczącą odbierania dzieci rodzicom. Mniejsza od zapowiedzianej jest natomiast wprowadzona kwota wolna od podatku. W polityce rok 2016 był dość gorący, ale „karawana jedzie dalej”, a próba umasowienia protestów przeciw PiS pod banderą KOD raczej się nie sprawdziła. Rok 2016 obfitował też w wydarzenia ważne dla polskiego Kościoła. Mieliśmy wizytę papieża Franciszka na ŚDM w Krakowie, ważne obchody 1050-lecia rocznicy Chrztu Polski, otwarcie Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie w listopadzie, polskiego błogosławionego Stanisława Papczyńskiego, który został wpisany w poczet świętych Kościoła Katolickiego. W listopadzie w Łagiewnikach został też dokonany „Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za


polska |07

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

grupy, w 1/8 finałów Polska pokonała w rzutach karnych Szwajcarię, a dopiero w ćwierćfinale przegrała po dogrywce (karnymi) z mistrzami Europy – Portugalią. W drugiej połowie roku nieźle zaczęliśmy eliminacje do MŚ. W swojej grupie Polska zajmuje pierwsze miejsce. Należy również wspomnieć o rozgrywanych w lipcu Mistrzostwach Europy w lekkoatletyce. Na zawodach w Amsterdamie, w klasyfikacji medalowej z 12 medalami (w tym 6 złotymi), Polska triumfowała przed Turcją i Wielką Brytanią. Także w lipcu Polacy wygrali 16. Drużynowy Puchar Świata na żużlu, który rozegrano w Manchesterze. Z dużymi nadziejami jechaliśmy do Rio. XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro zakończyliśmy ostatecznie w klasyfikacji medalowej na miejscu 33. Wygrali reprezentanci Stanów Zjednoczonych przed Brytyjczykami i Chińczykami. Największym polskim osiągnięciem było zdobycie, w święto 15 sierpnia, złotego medalu przez Anitę Włodarczyk, która ustanowiła też nowy rekord świata w rzucie młotem (82,29 m). Złoto olimpijskie zdobyły jeszcze nasze wioślarki. Do tego dorzuciliśmy 3 medale srebrne i 6 brązowych. Razem było 11 medali, podobnie jak w Londynie. W 2016 roku mogliśmy też, jak zwykle, liczyć na emocje związane z Agnieszką Radwańską. Na koniec sezonu Polka zagrała w finale 45. Turnieju Mistrzyń w tenisie ziemnym w Singapurze. Wygrała Słowaczka Dominika Cibulková. Broniąca tytułu Polka dotarła do półfinału. Życzmy sobie, by w roku 2017 nie było gorzej.

Króla i Pana”. Listę ważnych wydarzeń zamyka nominacja 8 grudnia przez papieża Franciszka abpa Marka Jędraszewskiego, dotychczasowego arcybiskupa łódzkiego, na nowego metropolitę krakowskiego. W świecie trwał kryzys migracyjny, ale największy niepokój budziły wojny na Bliskim Wschodzie i zamachy terrorystyczne. W Europie 14 lipca dokonano zamachu w Nicei, w którym zginęło 86 osób, a 120 zostało rannych. 19 grudnia, w czasie jarmarku bożonarodzeniowego, na placu Breitscheidplatz w dzielnicy Charlottenburg w Berlinie doszło do podobnego zamachu, w którym zginęło 12 osób (w tym polski kierowca ciężarówki), a 56 zostało rannych. Terroryzm stał się naszą codziennością. Rozchwiana sytuacja na Bliskim Wschodzie także obfitowała w wojny, konflikty, zamachy, bitwy (Aleppo). Jedną z grup, która cierpiała najbardziej, byli wschodni chrześcijanie. Sytuację w tym regionie skomplikował dodatkowo nieudany pucz wojskowy, do którego doszło 15 lipca w Turcji. Niepokój nadal wzbudzała także polityka Rosji. Moskwa podkreśliła swoją obecność wojskową w Syrii, a przez cały czas tlił się też konflikt na wschodniej Ukrainie. 23 czerwca Unią Europejką zatrzęsły wyniki referendum w Wielkiej Brytanii. Większość zagłosowała za wyjściem z UE. Brexit okazał się realnym sygnałem zagrożenia dla zgnuśniałych elit Europy. Ostrzegawcze sygnały płynęły również z Holandii, Austrii, Francji i Niemiec. „Nie” lewicowym pomysłom powiedzieli także Amerykanie. Wydarzeniem o wymiarze światowym były 8 listopada wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych: republikanin Donald Trump został wybrany na 45. prezydenta USA, pokonując faworyzowaną Hilary Clinton. Warto także zatrzymać się przy sporcie. Reprezentacja Polski w piłce nożnej awansowała do ćwierćfinału mistrzostw Europy i to po raz pierwszy w historii. Wyszliśmy z

Światowe Dni MłoDzieży w KraKowie było ważnyM i uDanyM Dla naszego wizerunKu wyDarzenieM


08| czas na wyspie

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Zawodowa solidarność – Mam teraz mnóstwo polskich przyjaciół! – mówi David Duncan, brytyjski kierowca, który na portalu gofundme.com zorganizował zbiórkę dla Łukasza Urbana, Polaka zabitego w zamachu w Berlinie tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Z Davidem Duncanem rozmawia Adam Dąbrowski.

– To bardzo skromny człowiek. Cieszymy się, że udało się nam go zaprosić – mówił ambasador Arkady Rzegocki podczas poświęconej Davidowi Duncanowi uroczystości, która odbyła się w Ambasadzie RP w Londynie 9 stycznia. Może skromny, ale niezwykle skuteczny. W dwa tygodnie zebrał dla rodziny polskiego kierowcy,który zginął z rąk terrorysty w Berlinie milion złotych. – Chciałbym podziękować panu za dobroć i wrażliwość, jaką wykazał pan w stosunku do Polaków. Ta zbiórka to nie tylko gest solidarności wobec polskiego kierowcy, ale także wobec naszego narodu zszokowanego zamachem w Berlinie – takie słowa usłyszał Brytyjczyk od naszego ambasadora.

Czy pamieta pna moment, gdy uslyszał o tej tragedii? Co pan wtedy pomyślał?

– Pomyślem sobie: biedny czlowiek. Zrobiło mi się naprawdę przykro. Uslyszalem to w wiadomościach i zacząłem drążyć, szukac więcej szczegółów. Bo przecież to mogło się przydarzyć każdemu z nas. Nie tylko Polakowi, nie tylko w Berlinie. Trzeba więc się nad tym problemem pochylić.

Łukasz urban był kierowcą ciężarówki, którą 19 grudnia porwał Tunezyjczyk Anis Amri. Terrorysta zastrzelił Polaka i wjechał w tłum na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie. 37-letni Polak zostawił żonę i 17-letniego syna. Prawdopodobnie zaatakowany został, gdy spał w kabinie swej ciężarówki. Atak islamisty pochłonął dwanaście ofiar. Pięćdziesiąt odniosło rany. Początkowo niemiecka policja zatrzymała niewłaściwego człowieka, choć służby niemieckie miały wcześniej 24-letniego Tunezyjczka na celowniku. W archiwach policyjnych zidentyfikowano go jako potencjalnego terrorystę. W czerwcu jego prośba o azyl została odrzucona i miał zostać deportowany. Proces deportacji wydłużał się jednak w wyniku protestów Tunezji, która nie chciała go przyjąć. Efektem ataku w Berlinie była obława policyjna obejmująca całe terytorium Europy. Anis Amri został zastrzelony 23 grudnia przez policjanta w Mediolanie, gdzie przedostał się przez Francję.

Dziennikarka BBC Kasia Madera przeprowadza wywiad z Davidem Duncanem w Ambasadzie RP

a zaskoczyla pana skala odzewu?

– Bardzo. Miałem nadzieję na zebranie kilkuset funtów, żeby starczyło na pogrzeb i kwiaty. To wszystko. Trzysta, czterysta, no może pięćset funtów. A potem poprzez media społecznościowe włączyła się w to polska społeczność. No i się zaczęło! Sam widzisz, do jak wielkich sum doszliśmy. To aż nie do wiary. Pracuję w nocy, więc zalogowalem się dopiero po upływie doby. I co? Okazało się, że osiągnąłem już po jednej dobie pierwotny cel. Ludzie zaczęli pisać, żebym podniósł poprzeczkę. Bo przecież ja tylko to wszystko koordynuję. Czasem niektórzy zakładają chyba, że to ja daję te pieniądze. Bardzo bym chciał, ale tak oczywiscie nie jest. To Polacy dali najwięcej pieniędzy. a czy po tym wszstkim ma pan wsród Polaków wiecej przyjaciół?

– Och, mam setki polskich przyjaciół na Facebooku. Mam dziś około pięciu tysięcy wiadomosci i komentarzy. Próbuję je przeczytać wszystkie, ale to nie jest takie latwe... kiedy jest sie za kólkiem, w trasie, ma sie poczucie jakiejś ponadnarodowej solidarności z innymi kierowcami?

– Dzisiaj już trochę mniej. W starych, dobrych czasach było lepiej. Teraz wszystko jest jakby szybsze, każdy musi się wyrobić. Czas tyka. Ale gdy się spotykamy, zawsze świetnie jest pogadać z kierowcami z innych państw i czegoś się o nich dowiedzieć. Zdarza się to niestety rzadziej. A jeżeli zobaczysz, że twój kolega po fachu ma problem, to mu po prostu pomagasz. To jest coś oczywistego. nie jest pan przyzwyczajony do takiej uwagi ze strony mediów. Jaki będzie Pana następny krok?

– Następny krok to wrócić do roboty jutrzejszej nocy (śmiech).

Do Ambasady RP w Londynie zaproszeni zostali też inni kierowcy ciężarówek pracujący w Wielkiej Brytanii, którzy wzięli udział w akcji zbierania pieniędzy dla rodziny zamordowanego Łukarza Urbana zainicjowanej przez Davida Duncana. Wśród nich był Zbigniew Bielski. O inicjatywie Davida dowiedział się z internetu, podobnie jak inni kierowcy. – Okazana solidarność była niezwykła, ale trzeba podkreślać, że ta pomoc dla rodziny przyszła dzięki determinacji Davida. Jestem dumny, że mogłem brać w tej akcji udział. Spotkanie Davida w Ambasadzie i cała uroczystość pozostanie na długo w mojej pamięci.


czas na wyspie |09

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Laureatka Lubelskiego „Nobla” wśród nas Irenę Grocholewską, prezes Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskiego na Wyspach Bytyjskich, nagrodzono za wybitne osiagnięcia w kształtowaniu myśli społecznej i politycznej oraz za zaangażowanie w działaność na rzecz edukacji polonijnej, myśli niepodległościowej i krzepienie wartości nieodłącznie związanych z narodem polskim.

Małgorzata Bugaj Martynowska Irena Grocholewska – prezes Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskiego wraz z Krzysztofem Grzelczakiejm – Konsulem Generalnym w Londynie i prof. Jackiem Gołębiowskim wręczającym laureatce Lubelskiego Nobla

U

roczystość odbyła się w niedzielę 22 stycznia w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, a lauretaka otrzymała Nagrodę Naukową im. Franciszka i Ireny Skowyrów, zwaną potocznie Lu-

belskim Noblem. Nagroda Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego jest wręczana corocznie w maju, począwszy od 1981 roku w Trybunale Koronnym przez rektora lubelskiej uczelni. Ufundowana przez działaczy polonijnych w Stanach Zjednoczonych trafia do rąk osób, które poprzez swoją pracę naukową bądź społeczną działają dla dobra narodu polskiego poza granicami Polski. W tym roku odstąpiono od zwyczaju wręczania nagrody na terenie Polski i zgodnie z wolą władz Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego uroczystość ta odbyła się na terenie Wielkiej Brytanii. Nagrodę wręczał pracownik tejże uczelni prof. Jacek Gołębiowski, który z ramienia KUL współpracuje z Zrzeszeniem Nauczycielstwa Polskiego za Granicą w ramach projektu skierowanego do polskich szkół uzupełniających zatytułowanego Polska – Ojczyzna Jana Pawła II.

Patiotyzm we krwi Irena Grocholewska od lat 18 lat przewodniczy organizacji, która z kolei od ponad 75 lat wspiera szkolnictwo pol-

skich szkół uzupełniających w Wielkiej Brytanii. Pozostając wierna wartościom, w duchu których została wychowana, mówi, że niektórzy zachłysnęli się zachodnią kulturą i zapomnieli, skąd pochodzą. Ona jednak niezmiennie stoi na straży polskości i patriotyzmu, w nim upatruje klucz do kształtowania polskiej tożsamości wśród młodego pokolenia Polaków na Wyspach. Lubelski Nobel otrzymała za wybitne osiagnięcia w dziedzinie organizacji i kierowania oświatą polonijną oraz za troskę o formację patriotyczną i religijną polskich pedagogów za granicą. – Nie zmieniam poglądów – podkreśla pani Irena. Nie zmieniłam nawet nazwiska, mimo że Anglicy do dzisiaj mają problem z jego wymową. My, nauczyciele, mamy moralny obowiązek, jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość pokoleń. Jesteśmy jak misjonarze, którzy muszą poprowadzić swoich uczniów właściwą i słuszną drogą utkaną z bliskich Polsce wartości. Podjęliśmy dobrowolnie wyzwanie i w jego wypełnieniu nie możemy podążać na skróty – podkreśliła w swom wystąpieniu Irena Grocholewska, prezes Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskiego.

Dbać o nowe pokolenia – Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości, że Lubelski Nobel w tym roku powinien trafić do rąk prezes tak zaszczytnej i zasłużonej polonijnej organizacji na terenie

Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkają i co roku rodzą się tysiące polskich dzieci. To do nich przede wszystkim jest skierowana działaność polskich szkół, które stoją na posterunku polskości i nad którymi czuwają takie osobistości, jak prezes Zrzeszenia – podsumował prof. Jacek Gołębiowski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Słowa podziękowania napłynęły również z Kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Dudy. – Dziękuję za serce, które wkładacie w nauczanie języka polskiego i przedmiotów ojczystych, w przybliżanie i poznawanie historii naszego kraju, bez znajomości której trudno zrozumieć polską tożsamość – brzmiały słowa z listu nadesłanego przez ministra Adama Kwiatkowskiego, szefa gabinetu Prezydenta RP, które odczytał Krzysztof Grzelczyk, Konsul Generalny RP w Londynie. Nawiązując do słów prezydenta, konsul przywołał swoje osobiste doświadczenia wynikające z pobytu na emigracji i ogrom pracy oraz wyzwań, jakie musi pokonywać polska rodzina w walce o zachowanie polskości. – Nie byłoby to możliwe bez działalności polskich szkół, bez pracy i zaangażowania takich osób, jak prezes Zrzeszenia. Za to jesteśmy wdzięczni, ponieważ liczymy również na to, że kiedyś Polacy wrócą do Polski. Moim zadaniem jest też zachęcanie do tych powrotów, bo to wielka strata dla ojczyzny, kiedy poza jej granicami znalazło się tylu wykształconych, utalentowanych i oddanych Polsce obywateli, którym przyszło mieszkać na obczyźnie. Polska ich potrzebuje i na nich czeka – podsumował Krzysztof Grzelczyk.


10|

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

rysuje Andrzej Krauze

Polityczna piaskownica Grzegorz Małkiewicz

Teresa została w piaskownicy sama, ze swoim szpadelkiem. Nie chciała się nim dzielić. Pozostałe dzieci zabrały zabawki i wróciły do siebie, na drugą stronę strumyka. Ich prawo, niech się bawią, ale chyba nie zapomną o chwilach wspólnych, o tym, co ich łączyło, i nie wchodząc sobie na głowy, podtrzymają stare związki we wspólnym interesie. A gdyby nie chciały, to przecież nasze podwórko nie jest krańcem świata. Za wielką wodą jest ktoś specjalny, trochę dziwak, ale w końcu daleki kuzyn.

Wybitny historyk Jules Michelet swoje wykłady rozpoczął od wydawałoby się banalnego stwierdzenia: „Panowie, Anglia jest wyspą”. Jest w nim zawarta cała specyfika kulturowo-polityczna Zjednoczonego Królestwa. Trochę o niej zapomniano, łudząc się, że można włączyć ten kraj w europejski projekt. Nie można, i Brexit jest tego dowodem. Jest to tak silny resentyment, że spowodował polityczny bezwład u ludzi myślących. Proste rachunki przestały obowiązywać, eksperci są bezradni, a urzędnicy zobowiązani pomagać politykom, nie wiedzą, od czego zacząć. Brexit means Brexit jest najbardziej pustą deklaracją wypowiadaną przez panią premier, która – nawiasem mówiąc – w czasie kampanii referendalnej była zwolenniczką pozostania Wielkiej Brytanii w Unii. Dlaczego zmieniła zdanie? Dlaczego osoba myśląca, przywódca, nie potrafi w prosty sposób przedstawić argumentów, które spowodowały tak radykalną zmianę stanowiska? Cyniczna kalkulacja polityczna? Zmiana stanowiska dawała jej szansę na przejęcie władzy? To wszystko? Trochę mało jak na lidera rządzącej partii. Lider nie schlebia masowym trendom, lider je kreuje. Do znudzenia, jeśli chodzi o referendum, przypominam opinię Margaret Thatcher: referendum to każdorazowe wybory powszechne. Wyborcy zga-

dzają się na taki bądź inny program, oddając swój głos. Jak się okazało, jest to przykazanie, któremu sprostać potrafią prawdziwi przywódcy, a takich od dziesięcioleci już nie ma. Czym się skończy ta spirala absurdu? Jak na razie, Theresa May prezentuje rewię mody i nic poza tym. Nawet jej ważna w obecnej sytuacji wizyta w Waszyngtonie pozostawia co najwyżej wrażenia teatralne. Niestety, trzymanie się za ręce z prezydentem Trumpem, co było głównym tematem sprawozdań, przypomina trochę piaskownicę. Gdzie ta twarda rozmowa zapowiadana w przeddzień wizyty? A w Londynie wynik procesu apelacyjnego w sprawie, jak się okazało, niekonstytucyjnego stanowiska rządu. Wygrała strona obywatelska, a za rozprawę ma zapłacić rząd, czyli obywatele podatnicy. Żeby ten absurd złagodzić, będzie zniżka opłat. W przypadku odwrotnym takiej ulgi na pewno by nie było. Dzięki zdeterminowanej grupie obywateli sędziowie potwierdzili, że suwerenem jest parlament, ale wszystko wskazuje na to, że parlamentarzyści różnych partii zagłosują zgodnie z wynikiem końcowym referendum, bez względu na to, jak głosowali wyborcy w ich okręgach. Byłoby taniej i rozsądniej, gdyby rząd dopuścił do takiego głosowania bez kosztownych procesów, za które zapłaci wyborca.


felietony i opinie |11

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Karuzela z sympatiami Krystyna Cywińska

Różne rzeczy się pisze i mówi o nowych przybyszach z kraju. Ale jakoś nikt nie pisze o tym, że zdołali dokonać tego, co nam się przez lata nie udawało. Nam, czyli starej polskiej emigracji. Choć się bardzo o to starała. Pozyskać tutaj takiego jak ci nowo przybyli uznania jednak nie pozyskała. I docenienia ich wkładu w tutejsze życie codzienne. Nas tu po wojnie ledwo zauważano. Bywało, że lekceważono. Niedoceniano. Przedrzeźniano nasz akcent: zenk ju wery mucz.

Wyśmiewano nasze maniery. Te rączki całuję. I tę całą naszą galanterię. Wykpiwano nasz hurrapatriotyzm i obsesję narodowego męczeństwa. Nie byliśmy tu zbyt popularni. Ci śmieszni Polacy w demobilach, w żółtych butach, z teczkami na zakupy. A przecież zaraz po wojnie stanęliśmy do odbudowy tego kraju. Z żołnierzy walczących o wolność staliśmy się armią robotniczą. Białymi murzynami do wszystkiego. I kością niezgody w związkach zawodowych. Tych zaklętych rewirach zamkniętych dla obcych, najczęściej dobrze wykwalifikowanych sił. Jak się do związku nie należało, nie można było dostać lepszej pracy. A żeby się do związku dostać, trzeba było dostać tę lepszą pracę. Tak było przez wiele lat królowania związków zawodowych pod berłem królowej. Więc powstały polskie robotnicze brygady. Srebrna brygada – począwszy od generała w dół – pucowała srebra w hotelach. Że przypomnę, gen. Stanisław Maczek, osławiony dowódca I Dywizji Pancernej, uwielbiany przez swoich żołnierzy, był barmanem. Gen. Klemens Rudnicki, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, kurierem wycieczek po Europie. Gen. Stanisław Sosabowski, twórca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej – magazynierem. Niegdysiejsi ministrowie i posłowie do Sejmu II RP pracowali w fabryce biskwitów. Oficerowie z cenzusem stali na straży w muzeach. Byli dozorcami w magazynach i biurach. Kelnerami w restauracjach. Ci niżsi rangą wyrąbywali węgiel w kopalniach i orali twardą glebę. Inni zabrali się za rzemiosło. Hydraulików, szwaczek, pokojówek i kucharek było bez liku. A podziemia kolejki londyńskiej pełne były zamiataczy z dyplomem. Ale jakoś tego nie zauważano, ani nie doceniano, ani z uznaniem nie pisano. Nie mieliśmy dobrej prasy. Raczej negatywną, bo byliśmy politycznie niewygodni. Polska się nie liczyła. Polacy też. A emigracyjni politycy byli tu solą

w oku. Z czasem, uporczywie kując, wyrąbaliśmy sobie chodniki akceptacji. Ale było nas już wtedy niewielu. Takie uznanie dla odchodzącego gatunku. Przyszedł rok 2004. Fala masowej emigracji i Polacy znów stali się białymi murzynami. Z tą różnicą, że od razu oficjalnie docenianymi, chwalonymi, pożądanymi. Opisywanymi w prasie i pokazywanymi w telewizji. They blend with the landscape. Mieszkańcy wioski pod Yorkiem znów mają na śniadanie świeże bułeczki wypieczone przez polskiego piekarza i sprzedawane przez polską pretty girl, która nawet z angielskim sobie radzi – jak pokazywano w telewizji. Polska cleaning lady o rumianych policzkach – jak pisał „Daily Telegraph” – wpisała się w cywilizację brytyjskich domów. Bo dobrze je sprząta i czyści. Polski osławiony plumber ratuje te domy od zalewu. Polski builder ratuje je przed ruiną. To byłby dopiero lament i dramat, gdyby ci polscy biali murzyni wrócili do kraju! Żeby się tam przefarbować na adwokatów, architektów, bankowców i wykładowców. No, co by to było!? Nikt kilka lat temu w takie hipotetyczne gdybania się nie zabawiał. Aż przyszedł niejaki Brexit i zdarł kurtynę hipokryzji. Bo owszem, niech dokręcają te krany, wymiatają kurze i stoją rzędem na taśmie produkcyjnej. Ale przecież zabierają nam miejsca w szpitalach, wydłużają kolejki do GP i biorą zasiłki na dzieci, które zostawili babciom w Polsce. Nas po wojnie odsyłano do kraju. Tę zadrę za polityczną skórą. Nowych przybyszy się kokietowało w politycznie poprawnych czasach. Czy teraz zatrzasną się przed nimi Brexitowe wrota? Aż krany znów zaczną cieknąć, domy popadać w ruinę, a mieszkańcy wioski pod Yorkshire zaczną znów jeść odmrażany chleb? Taką ot snuję ponurą wizję, w którą wolę nie wierzyć. Nie chciałabym się raz jeszcze zawieść w miłości w moim wieku. Tym razem do kraju, który mnie tu jednak przygarnął.

Państwo opiekuńcze Wacław Lewandowski

Poza licznymi innymi wadami mam i tę – jestem nałogowym nikotynistą. Paliłem, palę i będę palić, póki sił starczy. Nie tylko nie umiem, ale też nie chcę tego stanu rzeczy zmieniać. Oczywiście, czasy nie sprzyjają palącym. Wygnano nas z lokali publicznych, dworców, lotnisk, przystanków autobusowych. Zakazuje się palenia na plażach i deptakach kurortów. Prym w tym zakresie wiedzie Finlandia, która zapowiada całkowitą delegalizację palenia tytoniu w przewidywalnej przyszłości. Nowe regulacje Unii Europejskiej odmieniły wygląd paczki papierosów. Oprócz znanego od dawna nadruku z ostrzeżeniem o szkodliwości palenia i wyliczenia chorób, których palacz może się nabawić, z nowym rokiem na szerokich ściankach każdego pudełka pojawiło się odrażające zdjęcie krwawej rany, zatytułowane Operacja płuca. Fotografia jest tak sformatowana, aby prawie całkowicie zasłaniała znak firmowy i markę wyrobu. W ten sposób opekuńcze państwa UE walczą z nikotynizmem i dbają o zdrowie swoich obywateli. „Dbałość” ta jest jednym z najdobitniejszych przejawów łajdactwa i hipokryzji

panującego w Unii Europejskiej neosocjalizmu. Wytłumaczę na przykładzie aktualnych realiów polskich. Państwo w trosce o moje zdrowie ostrzega mnie przed paleniem i częstuje codziennym widokiem krwawiącej tkanki. Równocześnie z każdego 1000 sztuk papierosów państwo zabiera 206 złotych i 76 groszy podatku akcyzowego, prócz tego w cenie każdej paczki 31,41 proc., czyli z górą 5 złotych, to także akcyza. Państwo nie chce bym palił, bo troszczy się o moje zdrowie i to samo państwo chce, bym palił jak najwięcej, bo dobrze na moim nałogu zarabia. Czy można się dziwić, że gdy słyszę, że państwo zatroszczy się o jakieś dobro dla mnie, obywatela, zaczynam się lekać i spodziewam się strat? Przykład palenia jest jednym z wielu, jakie można by w tym miejscu przywołać. Niemal w każdej dziedzinie życia państwo chce obywatelowi coś utrudnić, skomplikować, ograniczyć jego wolność, wywołać poczucie winy i – koniec końców – pobrać jakąś opłatę. Równocześnie klasa polityczna, która taką postawę państwa żyruje, od lat tłumaczy, że istnieje jakaś sfera nienaruszalnej wolności, która żadnym regulacjom nie podlega i rządzi się swoimi, „naturalnymi” prawami. Nie jest to, rzecz jasna, sfera wolności obywatelskich, praw jednostki, lecz sfera ekonomiki. Wychodząc z takiego założenia państwo czuje się uprawnione do zajmowania się tym, czy palę i jak dużo pa-

lę, nie jest natomiast władne opiekować się polskim przemysłem, polskim kapitałem, polskimi interesami handlowymi. Nie mogło wesprzeć polskich fabryk, by nie stały się częścią niepolskich koncernów, nie mogło dofinansować banków, by pozostały polskimi instytucjami, bo przecież to nie podlega regulacjom, to reguluje „wolny rynek” i jego prawa. Los polskich stoczni jest najlepszym przykładem skutków działań tak pojętego „opiekuńczego” państwa. Państwa, które z zapałem wtrącało się w życie każdego ze stoczniowców, poddając je niezliczonym regulacjom, równocześnie zaś nie poczuwało się do obowiązku uratowania miejsca pracy tych ludzi. Po co o tym piszę? Przecież każdy mieszkaniec Europy doskonale zna mechanizm działania współczesnego „opiekuńczego państwa”, które nie widzi powodu, by dbać o narodowe interesy, lubi zaś „wychowywać” swoich obywateli za pieniądze, które od nich zebrało. Tak, wszyscy to znamy. Jeśli rzeczywiście tak jest, to jedna rzecz wielce zadziwia. Skąd, mianowicie, to zdziwienie, ten szok, to niedowierzanie europejskiej prasy po wygraniu wyborów przez Donalda Trumpa? 45 prezydent USA, który rozpoczął urzędowanie, ma wielką szansę otwarcia nowej ery politycznej – epoki, w której społeczeństwa będą pamiętać, że wybierają swych przywódców po to, by ci realizowali interes narodowy.


12 |felietony i opinie

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Andrzej Lichota

PIÓREM

PazuREM

Najprzyjemniejsze dla mnie są zaskoczenia – im większe, tym lepsze. Niedawno gościłem kilka dni na Cyprze. To, że jest tam znacznie cieplej niż w Krakowie czy Londynie, zaskoczeniem dla mnie nie było, ale za to całkiem przyjemną odmianą. Temperatura dochodziła do 24 st. Celsjusza, lekki wiaterek, pełne słońce na bezchmurnym niebie. Wyspa ze swoim urokiem wydaje się bajkowa. Mnóstwo owoców – gaje mandarynkowe, awokado, pomarańcze, daktyle, banany, wszystkie na wyciągnięcie ręki. I do tego wszędzie kwiaty. Nie przypadkiem Cypr jest nazywany wyspą Afrodyty. Ten kawałek Europy raduje, choć geograficznie to w zasadzie Azja. W okolicy Pafos można zobaczyć doprawdy wyjątkowe mozaiki, ale i to nie jest zaskoczeniem, wszak wiadomo, że przez dwa tysiące lat częstymi gośćmi byli tam Grecy i Rzymianie. Poza przyrodą i wspomnianym owocowym rajem naprawdę bardzo zaskoczyły mnie, a przez to i poruszyły, freski w niewielkim kościółku w górach Troodos. Miejsce przypominało szopę, jakich wiele we wsiach w polskim krajobrazie, tyle że kamienną, ze spadzistym dachem. Z zewnątrz nie można rozpoznać roli, jaką to miejsce odgrywało. Ale oczom wstępującego do wewnątrz tej szopy ukazują się wielkiej urody freski sprzed pięciu wieków. Nie pozostało ich wiele, część została zniszczona przez Turków, jednak to, co się zachowało, wprawia w zdumienie. Wprawdzie nie byłem w Rzymie i nie miałem okazji oglądać tego, co dokonał Michał Anioł na

ścianach Kaplicy Sykstyńskiej. Nie widziałem też fresków Rafaela. Oczywiście znam te dzieła z reprodukcji i mogę sobie wyobrazić ich wspaniałość. Mówimy jednak o Rzymie, mecenasach, którymi byli papieże i możni ówczesnego świata. A w Italii działali wówczas najwięksi twórcy renesansu. Tu jednak mamy maleńką wioskę na odległej wyspie. Większość znanych mi fresków z biegiem czasu utraciła dawny kolor, poblakła. To naturalny proces. Jednak te z Galata z Church of the Virgin Mary of Podythou odznaczały się wyraźnym brzmieniem koloru, a do tego całkiem dobrą anatomią postaci, uproszczoną, ale zachowującą konsekwencję i ciągłość obrazowania. Widać w tych freskach wpływy włoskie, postaci nie są już tak sztywne jak w czasach Bizancjum czy w średniowieczu. Legenda głosi, że sam Leonardo nadzorował ich powstawanie. Myślę, że legendę tę można włożyć między bajki, niemniej twórca fresków był w swoim fachu niezwykle biegły. I co ciekawe, pomimo licznych prób ustalenia jego tożsamości do dziś pozostaje nieznany. Myśląc później i o tym miejscu, i o wrażeniu, jakie wywołało, doszedłem do wniosku, że jest to ciekawa odpowiedź na refleksyjne i, co tu dużo mówić, drażliwe pytanie: Co po nas zostanie? Czy warto tracić czas na szukanie odpowiedzi, zamiast po prostu tworzyć i starać się, aby było to możliwie najlepsze? I oczywiście należy pamiętać, aby się pod swoją pracą podpisać.

Twórca tych fresków pomimo licznych prób ustalenia jego tożsamości do dziś pozostaje nieznany

2017

zdrowy rozsądek anioła Czy anioły naprawdę istnieją? To, zdawałoby się, proste pytanie wcale takie proste nie jest. Według sondażu przeprowadzonego przez Brytyjskie Towarzystwo Biblijne wynika, że jedna na trzy osoby mieszkające w Wielkiej Brytanii wierzy w istnienie aniołów. 39 proc. kobiet oraz 26 proc. mężczyzn jest przekonanych, że ktoś nad nimi czuwa. Co więcej, liczby te utrzymują się na podobnym poziomie od kilkunastu lat. W dzisiejszych czasach fakt, iż wierzymy w anioły, nie powinien tak bardzo zaskakiwać. Świat, w którym żyjemy, zmienia się tak szybko, że trudno nad tym wszystkim zapanować. Tym bardziej jest nam potrzebna odrobina wiary w to, że nie tylko ktoś nad nami czuwa, ale że to wszystko ma jakiś głębszy, większy sens. Inaczej trudno byłoby wytłumaczyć te zmiany, jakim spokojnie przyglądamy się w komforcie domowej kanapy. Przyglądamy się spokojnie, wierząc naiwnie, że nas one nie dotyczą, bo przecież wszystko dzieje się gdzieś tam daleko, za szkłem telewizyjnego ekranu. Jest to tylko złudzenie. Albo wiara w to, że u nas, jak zawsze, wszystko będzie dobrze. Dzisiaj przecież jest, więc dlaczego nie miałoby być jutro?

Pierwsze tygodnie tego roku pokazują, iż nasze dotychczasowe wyobrażenie od świecie jest już… bardzo ubiegłoroczne, by nie powiedzieć wprost – przestarzałe. A nasze dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa jest niczym innym jak tylko mrzonką. Podobnego zdania są również naukowcy prowadzący symboliczny Zegar zagłady, którego zadaniem jest odmierzanie czasu do atomowej apokalipsy. Według nich obecnie świat znajduje się dwie i pół minuty od katastrofy, która dosłownie i w przenośni może zakończyć życie na naszej planecie. Trudno nie zgodzić się z opinią, że w ostatnich latach świat znalazł się na niebezpiecznym zakręcie. Przede wszystkim jest to rezultat gwałtownych turbulencji na linii Zachód – Rosja po aneksji Krymu i wojnie na Ukrainie, ale też rosnących napięć w regionie Azji i Pacyfiku oraz na Bliskim Wschodzie. Od 2007 roku eksperci z Biuletynu Naukowców Atomowych zwracają też uwagę na nienuklearne zagrożenia dla ludzkości, takie jak globalne ocieplenie czy postęp w naukach biologicznych i technologii, który może wyrządzić nieodwracalne szkody. W ostatnich dwóch latach naukowcy ostrzegali, że prawdopodobieństwo globalnej katastrofy jest bar-

dzo wysokie i szybko trzeba podjąć działania, aby zmniejszyć to ryzyko. W 2017 roku niebezpieczeństwo to jest jeszcze większe. – Zegar tyka, na horyzoncie majaczy globalne zagrożenie. Roztropni politycy powinni natychmiast podjąć dziania, wyprowadzając ludzkość znad krawędzi. Jeśli tego nie zrobią, to sprawy we własne ręce muszą wziąć obywatele, by wskazać drogę – podsumowuje Biuletyn Naukowców Atomowych. Nie jestem pewien, czy to słuszny apel. Po inauguracji Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych trochę naiwny wydawać się może apel o roztropnych politykach. Pierwsze decyzje gospodarza Białego Domu pokazują, że można się po nim spodziewać wszystkiego, ale naprawdę wszystkiego, poza roztropnością. Być może będzie i tak, że jedynym ratunkiem mogą się okazać anioły. Każdy z nas gdzieś tam swojego ma. Wiem, że gdy już wszyscy totalnie zdurniejemy na tym świecie, to będzie zawsze ktoś, kto się o nas upomni. I przywróci wiarę w zdrowy rozsądek. Witajcie w nowym roku!

V.Valdi


listy do i od redakcj |13

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Suma 250 000 funtów była zapisana i uzgodniona między ofiarodawcą a poprzednim prezesem Polskiej Fundacji Kulturalnej, żeby pokryć koszta wydawania gazety w poprzednich latach. Latem 2015 roku Powiernicy Polskiej Fundacji Kulturalnej podjęli decyzję, by po 75 latach zakończyć wydawanie „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”, i drugi zapis testamentowy, około 50 000 funtów, został wykorzystany na pokrycie kosztów kompleksowej reorganizacji firmy. Dzięki tej decyzji udało się do dziś dnia wydawać społeczną tygodniową gazetę. Przy okazji życzę czytelnikom „Nowego Czasu” szczęśliwego nowego roku i mam nadzieję, że będą również z zainteresowaniem czytali „Tydzień Polski”. TADeUSZ POTWOROWSKI Prezes Polskiej Fundacji Kulturalnej

Ciasnota? Wyjaśnienia i życzenia Szanowna Redakcjo Odpowiadam na list Pani Henryki Woźniczki, który ukazał się w „Nowym Czasie” w wydaniu grudniowym, w numerze 225. Chciałbym wyjaśnić, że suma 300 000 funtów, o czym pisze Pani Wożniczka, składała się z dwóch zapisów testamentowych otrzymanych w 2015 roku.

rewers czyli widziane z drugiej strony Teresa Bazarnik

Jedziemy z drukarni objuczeni grudniowym wydaniem Nowego Czasu. A tu nagle bęc! Tzw. dziennikarski scoop, który jak zwykle wyleciał nam z garści jak przysłowiowy gołąbek. Z Ogniska Polskiego w Londynie ktoś wykradł portret Borisa Johnsona pędzla naszej portrecistki sfer dworskich, bywa że i politycznych. Pisze o tym w interentowym wydaniu „Daily Mail” (czuję na odległość ten unoszący się swąd: no oczywiście, znów te Polaczki... przestali jeść nasze łabędzie, więc szukają nowego hobby). Rozpisuje się „The Daily Telegraph”, Facebook trzeszczy w posadach, skrzynka mailowa w redakcji pewnie już się zatkała. Po prostu sensacja!

Szanowna Redakcjo, nawiązuję do bardzo ciekawego artykułu p. eugenii Maresch zatytułowanego „Mieczysław Lurczyński i kolekcje POSK-owe”, który ukazał się w grudniowym numerze „Nowego Czasu” (7/225). Autorka bardzo klarownie opisuje kolekcję Lurczyńskiego, ale także kolekcję obrazów, które często oglądamy idąc na przykład do restauracji na górze w POSK-u. Są to bardzo ciekawe prace. Potrzeba nam więcej takich artykułów, bo niby skąd młodsi przybysze mają o tym wiedzieć? Wśród młodszego pokolenia

– No cóż, taka jest cena za wydawanie miesięcznika. Nie licz na aktualności – rzuca woźnica i zamyśla się filozoficznie. – No to skoro sensacji nie podamy, to może przynajmniej wskoczmy w buty Sherlocka? – próbuję rozładować coraz bardziej napiętą sytuację, bo w korkach stoimy za sprawą Borisa. – Ja mu tego nigdy nie daruję – warczy przez zęby woźnica – więc dobrze, że nie będzie na mnie spoglądał swymi anielsko rozświetlonymi oczkami ze ściany naszego Ogniska. – No dobrze, czyli teoretycznie to ty, mszcząc się za te korki mógłbyś go wykraść. No ale co byś z nim zrobił, przecież nie powiesiłbyś go sobie na ścianie? – No chyba przed założeniem pętli na szyję. Nie ma w tym przesady, muszę dodać, zakorkowany w Londynie woźnica wielokrotnie mówił, że powiesi siebie albo Borisa, nie raz słyszałam na własne uszy. Ale potraktujmy to jako żart, bo woźnica mógłby trafić do więzienia za szerzenie mowy nienawiści. I któż by rozwoził „Nowy Czas”, nie mówiąc o jego redagowaniu... – A może uprowadziła go organizacja – próbuję rozrzedzić zakorkowaną atmosferę – która chciała zrobić z Ogniska swoje Head Quarters: Borisie, bądź nam patronem na wygnaniu! Polacy najlepiej czują się na wygnaniu, to nasze dziedzictwo! My nie znaleźliśmy swego miejsca przy Exhibition Road, bo im nasza farba ściekała na pachnące naftaliną garnitury, to niech i ciebie tam nie będzie. Będziesz naszym bohaterem. Będziemy składać Ci hołdy honorowe i haftowane sztandary przy każdej rocznicy Brexitu. – A dajmy na to – nie kupuje moich spekulacji woźnica – że to ci, co Ognisko chcieli spieniężyć: Z Ogniskiem nie wyszło, to może z Borisem się uda. Jego można spieniężyć! Poczekamy tylko jeszcze trochę. Niechże czym prędzej za jego sprawą oraz Farage'a i May z pomocą Trumpa Great Britain zamieni się w Even Grearter Great Britain i szejk z Kataru zapłaci tyle, ile chciał dać za Damę z łasiczką księciu Czartoryskiemu, ale ubiegł go minister Gliński. – No, jest to jakiś trop, ale mnie się wydaje, że byli to jednak Polacy rozwścieczeni brexitową demagogią: O, nie, gagatku, ty i wielu innych! Po 2004 roku każde spotkanie w parlamencie na temat imigracji (europejskiej oczywiście, bo żadna inna przez próg poprawności politycznej nie przeszła)

Polaków są i tacy, którzy przyjechali tu nie tylko po to, by zarobić pieniądze, ale interesują się przeszłością i tym, co stworzyli tu nasi rodacy mieszkający na Wyspach od wojny. Tak więc jeszcze raz dziękuję za ten artykuł. Ale… Zdumiały mnie w nim pewne słowa autorki, od którego zaczyna się zdanie: „POSK w swej ciasnocie…” – w które trudno uwierzyć. Ciasnota? Dlaczego? Czyżby z powodu zamienienia całego skrzydła Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego na mieszkania? Tego nie rozumiem. I nikt kto patrzy na to, ilu nas tu jest – nie zrozumie. Może należy zmienić sposób zarządzania POSK-iem i przystosować go do dzisiejszych czasów i dzisiejszych potrzeb? Mieczysław Lurczyński umierając w Paryżu, przekazał swoją spuściznę POSK-owi w Londynie, bo uważał go „za najbardziej aktywną instytucję podtrzymującą i promującą polską kulturę na emigracji”. Czy dziś POSK zamieniany sukcesywnie na mieszkania nadal pełni taką funkcję, gdzie za wynajęcie sali na cele społeczno-kulturalne polska społeczność na Wyspach płacić musi wysokie ceny komercyjne? Byłem ostatnio na spotkaniu z polskim dziennikarzem i pisarzem w angielskiej sali w Chiswick. Organizatorzy powiedzieli, że POSK ma zaporowe ceny i nie stać ich, by tam cokolwiek organizować. No to jak to jest? „Polsce i Polakom na pożytek?”, skoro organizatorzy życia społeczno-kulturalnego muszą uciekać do angielskich miejsc za rogiem, bo w POSK-u za drogo? Nie wiem, czy z tego samego powodu pokazuje się bajki dla polskich dzieci w angielskim kościele baptystów. Również za rogiem POSK-u. Coś tu mi nie gra. Z pozdrowieniami ARTUR ZYSK

z brytyjskimi posłami z lewa i prawa oraz niezależnymi sprowadzało się do prześcigania w tym, kto, kogo i za ile... A mnie polski plumber fixed a bathroom. Moja polska sprzątaczka wymiata kurze nawet spod foteli. Mnie Polish builders zrobili extension za pół ceny. A mój polski ogrodnik choć na angielskich ogrodach się nie zna, strzyże moje parkany jak turecki fryzjer na rogu High Street, że aż iskry lecą. I było haha, i oklaski, a potem wino i paluszki. No to my ci teraz damy Brexit! Będziesz przykręcał te krany na zimną i ciepłą wodę oddzielnie, budował przybudówki, i strzygł trawniki brzytwą, ale póki co, to my cię wystrzyżemy, a raczej potniemy na drobne kawałeczki, a potem zrobimy ognisko na środku Exhibition Road. Za Bitwę o Anglię! Za Paradę Wolności! – I nagle zrywa się potężny huragan – ożywia się woźnica. – Widzę, że te skraweczki płótna wraz z drzazgami z blejtramu zaczynają wirować w powietrzu. Nie będzie ogniska na Exhibition Road. Z rowerów zeskakują rowerzyści, porzucają swoje rumaki i z bogobojnym namaszczeniem rozbiegają się aż po Hyde Park, by złapać w powietrzu najmniejszy kawałeczek i jak z relikwii zbudować z nich ołtarzyk-mozaikę. A raczej aborygeński wężyk wzdłuż borysowach tras rowerowych. – Twoja fantazja posuwa się za daleko – karcę woźnicę. – Po co się tak wysilać. Przecież mógł to być na przykład Brexitowy filar Borisa, minister z gabinetu premiera Camerona. Brutus mu nożem w plecy, no to on teraz z Brutusa zrobi sobie tarczę do darts. I codziennie dla relaksu, ze szklaneczką whisky w jednej ręce, drugą kilka strzałek pyk, dziś w ten kartoflany nos (choć wszyscy wiedzą, że Boris ma rzymski), jutro w ryżą szczecinę (choć to przecież bujna grzywa). Aż w końcu trudno będzie zidentyfikować, że był to portret niegdysiejszego „charyzmatycznego" burmistrza Londynu z mopem na głowie.

PS. Do wysłania styczniowego numeru Nowego Czasu do druku nie udało nam się ustalić, czy śledztwo w sprawie zniknięcia portretu przyniosło jakieś rezultaty. A może jest u ramiarza i kupi go szejk? W kolejce mógłby się też ustawić premier Erdogan, na przykład z wdzięczności za wyprowadzenie z UE Wielkiej Brytanii i wprowadzenie Turcji.


14| czas to pieniądz

Latanie w 2017 – ciaśniej i drożej Jeszcze nigdy w historii ludzkości latanie nie było tak powszechnie dostępne i tanie. Latamy wszędzie, gdzie tylko się da. Podróż samolotem już dawno przestała być oznaką luksusu. W tym roku nie będzie inaczej – tylko tłoczniej i ciaśniej.

Roman Waldca

D

zisiaj, aby gdziekolwiek polecieć, nie trzeba już się wybierać do biura podróży czy przedstawiciela linii lotniczych, którzy w sobie tylko wiadomy sposób wyszukiwali dla nas najlepsze połączenia i ceny. Dzisiaj biura podróży nosimy w kieszeni. Dosłownie i w przenośni. Bilet lotniczy można kupić w ciągu kilku minut, siedząc wygodnie w fotelu, autobusie, korzystając jedynie z telefonu komórkowego. Aplikacji, które nie tylko pomogą nam w zakupie, ale także wybiorą najtańsze połączenia, są setki. Wszystko w jednym prostym celu – abyśmy mogli polecieć tam, gdzie chcemy. Za odpowiednią cenę, oczywiście. W ciągu 25 lat rynek lotniczy zmienił się nie do poznania. To, co kiedyś było normą, dzisiaj już nią nie jest. Na rynku pojawiło się wielu nowych graczy, o istnieniu których wówczas nikt poważnie nie myślał. Z rynku zniknęły znane linie lotnicze, które nie poradziły sobie z szybko zmieniającym się rynkiem. Nowe, bardziej nowoczesne i zużywające mniej paliwa samoloty sprawiły, że latamy za mniej, co prawda, ale i w zupełnie innych warunkach niż kiedyś. Świat jakoś dziwnie się skurczył. Trudno znaleźć na mapie świata miejsce, o którym można jeszcze powiedzieć, iż jest prawdziwie egzotyczne. Tam, gdzie kiedyś lataliśmy na wakacje, dzisiaj udajemy się na weekend. Wszystko dlatego, że można. Jest tanio. Dlaczego więc nie? Latanie spowszechniało do tego stopnia, że przestało być luksusem. Co więcej, nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Wręcz przeciwnie – będzie ciaśniej, mniej wygodnie i – oczywiście – drożej. Trzeba pamiętać bowiem, iż każda linia lotnicza to biznes, który przede wszystkim ma na siebie zarabiać. A dopiero potem przypodobać się podróżnym, czyli właściwie każdemu z nas.

Ale po kolei Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2016 roku na europejskim rynku lotniczym doszło do małego zamieszania. Niby nic wielkiego, a jednak niezwykle ważnego. Niemiecka Lufthansa, będąca do tej pory największą europejską grupą lotniczą (pod względem przewożonych pasażerów), straciła swoją dominującą pozycję na rzecz irlandzkiego Ryanaira, któremu udało się przewieźć znacznie więcej pasażerów. Po raz pierwszy w historii tani

przewoźnik, kasujący za wszystko dodatkowe, często niemałe pieniądze, pokonał starego gracza – narodowego przewoźnika. Obie linie przewożą ponad 100 milionów pasażerów, tyle że coraz więcej ludzi woli latać tanio. Ale czy aby zawsze jest to tanie latanie? Dla przeciętnego pasażera, podróżującego raz lub dwa razy do roku, wiadomość ta nie ma specjalnego znaczenia. Przeciętny pasażer wybierze taniego przewoźnika, bo dla przeciętnego pasażera tani przewoźnik jest tańszą opcją, nawet jeśli… taniej można polecieć inną linią lotniczą. Bo przeciętny pasażer zaczął dopiero latać samolotami, gdy te pojawiły się na lokalnym lotnisku koło niego. Nie wie więc, lub nie pamięta, że kiedyś te wszystkie rzeczy i dodatki, za które teraz trzeba dodatkowo płacić, były we wszystkich liniach lotniczych – bezpłatne. Nikt nie wyobrażał sobie płacenia za bagaż (bez względu na to, czy podręczny, czy też inny), wybór siedzenia (przy oknie poproszę!) był czymś naturalnym i oczywistym. Tak samo jak bezpłatny poczęstunek, lampka wina, jakaś przekąska. Przeciętny pasażer przeważnie nie rozumie lub rozumieć nie chce coraz to bardziej skomplikowanych cenników oraz list dopłat dodatkowych. Przeciętny pasażer wierzy taniej linii lotniczej, gdy ta mu mówi, że jest… tania. I oczekuje, że za wszystko będziesz płacić. Co więcej, model zaproponowany przez tanie linie lotnicze powoli zaczyna być wchłaniany przez narodowych przewoźników, którzy narzekają, że muszą sobie radzić z konkurencją. I zaczynają od nowych cenników, w których znajduje się coraz więcej pozycji. Stają się one coraz bardziej skomplikowane w jednym tylko celu – by tak zdezorientować podróżnych, aby oni, wierząc, że wybierają najtańszą możliwą opcję, po prostu płacili jak najwięcej. British Airways, dotychczasowa duma Anglików, jest tego najlepszym przykładem. Jeszcze rok temu na trasach do 5 godzin lotu (także tych krótkich, europejskich) serwowano poczęstunek oraz bezpłatne drinki. Teraz trzeba za nie płacić. I to wcale niemało. Kanapka kosztuje 7 funtów, czyli dwukrotnie więcej niż w sklepie na lotnisku. Linia lotnicza tłumaczy, że nie stać ją na to, by rozdawać je za darmo, mimo że za bilety kasuje znacznie więcej niż niemal wszyscy inni latający z Londynu. British Airways – podobnie jak tak zwane tanie linie lotnicze – oczekuje, że podczas dokonywania rezerwacji chętnie zapłacimy dodatkowe funty za wybór miejsca w samolocie oraz bagaż, z którym będziemy podróżowali. Wymusza to podobno konkurencja, ale prawda jest taka, że przede wszystkim chodzi o pieniądze. Po co oferować coś za darmo, skoro można wrzucić to do cennika. Inni tak robią, więc zacznijmy i my. Co więcej, linia po cichu dokonuje małej zmiany w samolocie. Robi się trochę ciaśniej, wszystko po to, by zmieścić dodatkowy rząd siedzeń. Przynajmniej 6 dodatkowych foteli. A jak się uda, to nawet 2 rzędy – 12 osób więcej w i tak już zapchanym samolocie. Na reakcję pasażerów wcale nie trzeba było długo czekać. Z ulubionego brytyjskiego przewoźnika British Air-

Basic economy to nic innego jak bilet w jego najprostszej formie. Bez podręcznej walizki. Jedynie torebka, którą trzeba zmieścić pod siedzeniem, ale nie w luku bagażowym nad głową. Nie można wybrać miejsca, ani zmienić biletu.

ways szybko stała się linią, która otrzymuje najwięcej skarg od pasażerów, znacznie więcej niż dotychczasowi rekordziści – Ryanair czy easyJet. Sama linia specjalnie nic sobie z tego nie robi. W końcu jest to biznes. Firma ma zarabiać, a nie rozpieszczać pasażerów. Ci przecież zawsze byli. I będą.

Jest wybór British Airways wierzy, że przywiązanie pasażerów do marki jest ważniejsze niż cena, jaką ci płacą za bilet. Może jest w tym racja, a może nie. Trudno powiedzieć, ponieważ zmiany na rynku przewozów lotniczych dokonują się tak szybko, iż niemal każdemu trudno jest za


czas to pieniądz |15

taką samą liczbą punktów – 6 na 10. Tak samo jak tani Ryanair. Lepsze notowania ma easyJet, który, co prawda, jest tylko trzygwiazdkową linią, ale z wynikiem 7 na 10. Lepiej niż British Airways, który również ma trzy gwiazdki, lecz punktów jedynie 5 na 10. Nowy układ kabiny to tylko początek zmian. Pozostali przewoźnicy już narzekają, że trzeba zacisnąć pasa, bo jest ciężko. Specami od wymyślania nowych pozycji w cenniku są jednak nie ci, którzy oferują najlepsze warunki podróży, lecz ci z dołu tabeli czy też amerykańskie linie lotnicze. Amerykański rynek zawsze rządził się swoimi prawami. Jest tak do dzisiaj. Głównie dlatego, że w Stanach latanie samolotem nigdy nie było oznaką prestiżu, a koniecznością. Kraj jest tak wielki, że właściwie innego wyjścia nie ma. Koleje praktycznie nie istnieją, a jeśli już są to przeważnie tylko na lokalnych trasach. Autobusem dojedzie się wszędzie, ale i na to potrzeba czasu. Jedynym rozwiązaniem jest więc latanie. Nic dziwnego, że tylko w Ameryce każdego dnia startuje ponad 100 tysięcy samolotów. American Airlines, Southwest oraz Delta to najwięksi przewoźnicy lotniczy na świecie. Razem przewożą prawie pół miliarda pasażerów każdego roku. Z takim popytem nie muszą się specjalnie przejmować oferowanym serwisem, przynajmniej w klasie ekonomicznej, która tam zresztą nazywa się coach, czyli autobus. A jednak to oni co chwilę wpadają na nowe pomysły i pozycje w cenniku. W trosce o klienta…

Basic economy

nimi nadążyć. To, co jeszcze kilka lat temu było normą, dzisiaj już ją nie jest i nikt, ale to zupełnie nikt, nie jest w stanie przewidzieć, co przyniesie jutro, a także w jakim kierunku pójdzie rynek oraz pasażerowie. Jeszcze do niedawna ulubionym tanim przewoźnikiem w Europie był easyJet, a chłopcem do bicia Ryanair. W ciągu ostatnich dwóch lat sytuacja jednak się odwróciła, bo okazało się, że latanie easyJetem już takie easy nie jest. Firma podpadła pasażerom nie tylko wyższymi cenami, ale i dość aroganckim podejściem do klientów. O tym, że przyzwyczajenia pasażerów nie mają specjalnego znaczenia, przekonują się także linie lotnicze z Bliskiego Wschodu, dla których ostatnie 20 lat były okresem ciągłego rozwoju i wzrostu liczby pasażerów. Było tak dobrze, że wypełnienie największego samolotu na świecie, Airbusa A380, nie stanowiło żadnego problemu. Tylko jedna linia lotnicza, Emirates, posiada 92 takie maszyny. I nadal czeka na dostarczenie kolejnych 50. Znawcy lotnictwa twierdzą, że dzięki Emirates samolot jest jeszcze w ogóle produkowany. W ubiegłym roku Airbusowi nie udało się sprzedać ani jednego egzemplarza, rok wcześniej tylko dwa. Oddany do użytku w 2001 roku największy pasażerski samolot na świecie nie przypadł do gustu liniom lotniczym, a także okazał się zbyt duży, zbyt drogi i zużywający zbyt dużo paliwa. Owszem, pasażerowie cenią sobie przestrzenną kabinę oraz komfort latania, ale to zupełnie inna sprawa. Samolot musi latać wypełniony po brzegi, jeśli ma na siebie zarabiać. A z tym wypełnieniem jest coraz trudniej. Emirates tłumaczy to spowolnieniem na rynku europejskim. Ostatnie zamachy terrorystyczne w Europie spowodowały, że mniej turystów z Azji (głównego rynku dla arabskich przewoźników) decyduje się na wakacje w Europie. Co więcej, mniej jest też podróży służbowych, przeważnie w bardziej dochodowej klasie biznes czy pierwszej.

A w takiej maszynie, jak Airbus A380, biznes oraz pierwsza klasa to cały pokład na pierwszym piętrze. A tam prywatne kabiny, szerokie łóżka, prysznice. Wszystko za odpowiednie pieniądze, oczywiście. .

Ogromne zyski dla przewoźnika… Próbując odrobić straty, Emiares już zaczęły kasować pieniądze za wybór miejsca w samolocie. Chcąc być pewnym, że para poleci, siedząc obok siebie, trzeba zapłacić co najmniej 40 funtów. Za każdy odcinek podróży! Lecąc z Londynu do Bangkoku (z przesiadką w Dubaju) oraz z powrotem, będzie to kosztowało dodatkowe 160 funtów. Od osoby oczywiście. Dodatkowo linia zapowiedziała, że planuje wprowadzenie nowej klasy, Premium Economy, w której – przyglądając się temu, co robi konkurencja – będzie oferowała wszystko to, co teraz w Economy, tylko za większe pieniądze. Naturalne będzie to, że standard latania oraz serwisu w klasie ekonomicznej spadnie, wszystko, żeby zachęcić pasażerów do tego, aby płacili za to, co… w tej chwili mają już wliczone w cenie biletu. Zachowanie Emirates może budzić zdziwienie. Jeszcze do niedawna linia lotnicza uchodziła bowiem za jedną z najlepszych na świecie. Pasażerowie chwalili sobie komfort latania w nowych samolotach, przystępne ceny, a przede wszystkim jakość obsługi, o której można jedynie pomarzyć na pokładach europejskich czy amerykańskich przewoźników. Ale wraz z szybkim rozwojem siatki połączeń oraz liczby pasażerów zaczęła spadać jakość obsługi. Dzisiaj w opinii pasażerów Emirates to jedynie trzygwiazdkowa linia lotnicza, 6 punktów na 10 możliwych. Dla porównania, w rankingu Skytrax (witryny internetowej, na której pasażerowie dzielą się swoimi doświadczeniami z lotu oraz serwisu na pokładzie), polskie linie lotnicze LOT oferują taki sam, trzygwiazdkowy serwis, z

Najnowszy szlagier to basic economy, o którym spece od lotnictwa mówią, że jak zaraza rozprzestrzeni się wśród linii lotniczych na całym świecie. Jeśli ktoś myślał, że gorzej już być nie może, był w błędzie. Może. W Ameryce już jest. Basic economy to nic innego jak bilet w jego najprostszej formie. Bez podręcznej walizki. Jedynie torebka, którą trzeba zmieścić pod siedzeniem, ale nie w luku bagażowych nad głową. Nie można wybrać miejsca w samolocie. Ani zmienić biletu. Nie trzeba dodawać, że na pokład wchodzi się na samym końcu. United Airlines już się zastanawia nad tym, czy warto instalować ekrany w każdym siedzeniu, skoro coraz więcej pasażerów i tak ogląda rzeczy na ekranach swoich telefonów czy tabletów. I mówi, że pewnie wystarczy jeden duży ekran spuszczany z sufity co parę siedzeń. Tak, jak 20 lat temu. Firma nie powiedziała jeszcze, czy wprowadzi zmiany, ale sam fakt, iż publicznie się nad nimi zastanawia, znaczy, że pewnie już podjęła decyzję i tylko się waha z jej publicznym ogłoszeniem. Linie lotnicze sprytnie tłumaczą, że wszystkim tym zmianom jesteśmy winni my, podróżni, bo takie tanie bilety kupujemy. Gwałtowny rozwój tanich przewoźników spowodował, że to, co do niedawna było nie do pomyślenia, dzisiaj jest już normą. Zaczęło się od tanich przelotów na trasach europejskich. Potem tanio się zrobiło na przelotach do Azji. Co prawda, z pierwszych firm oferujących takie przeloty nic już nie zostało (zbankrutowały po roku), jednak nie zmieniło to faktu, że chętnych nie brakuje. Tanio jest już na połączeniach transatlantyckich do Ameryki. Za 149 funtów można już polecieć z Londynu do Los Angeles czy innych miast w Ameryce. British Airways, KLM czy Air France już zapowiedzieli, że planują otwarcie nowej linii lotniczej, która będzie oferowała tanie przeloty na dłuższych trasach. Podobno wymaga tego konkurencja. Na i tak już zatłoczonym niebie zaczyna robić się coraz ciaśniej. Pojawią się nowi gracze, innym nie uda się przetrwać. Chciałoby się wierzyć, że zyskają na tym również pasażerowie, którzy przestaną być w nieskończoność za wszystko kasowani niczym dojne krowy.


nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Konfederacja Warszawska AD 1573 28 stycznia 2017 roku mineła 444 rocznica podpisania w Warszawie aktu konfederacji ustanawiającej wolność wyznania, a zatem i praktykowania religii, co stało się w roku 1573. W tamtych latach w Europie trwały wojny religijne (a cóż powiedzieć o nocy św. Bartłomieja?), czasem płonęły stosy. Akt tej konfederacji był więc w owej smutnej epoce pierwszym w Europie aktem religijnej tolerancji, o czym warto może przypomnieć dziś Unii Europejskiej?

Walezy „przyrzekł wszystkie pełnić kondycyje...”

P

rzypomnieć go trzeba i tym, co dzisiaj – w tzw. III RP – bezczeszczą jego postanowienia choćby sikając na znicze i nękając modlących się pod Krzyżem na Krakowskiem Przedmieściu, albo zatrzymują samochód rodziny, która wybiera się na Wawel, aby pomodlić się u grobu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dzikusów tych podjudził pewien profesor z upadłej nieco uczelni – czy lekceważy swobodę praktykowania religii? Wydaje się, że owe dzikusy chcą cofnąć Polskę do mroków nietolerancji i nienawiści nawet na tle religijnym, a nie tylko politycznym, do czego prowadzą na przykład agresywne napaści kodowców na auto z prezesem PiS-u Jarosławem Kaczyńskim, albo fizyczna i werbalna agresja wobec posłów i ministrów legalnego rządu. Kiedy w Warszawie uchwalono ten chwalebny akt o wolności wyznania, w Paryżu nastąpił wyraźny regres. Oto pięć miesięcy wcześniej, zaledwie w cztery dni po masakrach nocy św. Bartłomieja, dekret królewski zabraniał na terenie całej Francji wszelkich zebrań, kazań i nabożeństw hugonotów. Dekret nie różnił się niczym od wydanego w roku 1556 edyktu, który zapowiadał karę śmierci za jawne lub skryte wyznawanie herezji. Dopiero Henryk IV, po zakończeniu wojen religijnych, wyda w roku 1598 słynny edykt z Nantes godzący walczące strony i ogłosi tolerancję religijną. Ale – jak pamiętamy – edykt nantejski odwoła potem Ludwik XIV w roku 1685, z tym uzasadnieniem: „Król nie ma prawa rządzić sumieniami, lecz ma obowiązek dbać o bezpieczeństwo Państwa”. Istniały bowiem podejrzenia, że protestanci spiskują z wrogami katolickiej Francji w Anglii i Holandii. Natomiast w Polsce raz ustanowionej tolerancji dla wyznań nie odwołano, Rzeczypospolita słynęła z religijnych swobód. Za konfederacją opowiedziała się większość szlachty oraz senatorowie świeccy. Episkopat natomiast stanął w opozycji, akt tolerancjyjny podpisał tylko biskup z Krakowa, Franciszek Krasiński. A szlachta z Mazowsza ostro protestowała przeciwko wolnościom dla różnowier-

Marek Baterowicz

ców, co przypominają historycy. Zwyciężyła jednak wola tolerancji większości. Jasienica przytoczył też stosowny fragment owego aktu, który w naszych dziejach utrwalił się złotymi literami: „A iż w Rzeczy Pospolitej naszej jest niezgoda niemała w sprawie religii chrześcijańskiej, zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi rozterka jaka szkodliwa nie wszczęła, którą po innych królestwach jaśnie widzimy, obiecujemy to sobie spolnie za nas i potomków naszych na wieczne czasy pod rygorem przysięgi, wiarą, poczciwością i sumieniem naszym, iż którzy jesteśmy dissidentes de religione, pokój między sobą zachować a dla różnej wiary i odmiany w kościelech krwie nie przelewać, ani się penować konfiskatą dóbr......” („Rzeczypospolita Obojga Narodów”, tom I, str. 42). Pierwszego sprawdzianu dochowania postanowień konfederacji warszawskiej przysporzyła elekcja Henryka Walezego, obarczanego współwiną za noc św. Bartłomieja. Dlatego w artykułach henrycjańskich, które miały zostać zaprzysiężone przez francuskigo księcia nie zabrakło miejsca na gwarancje wolności wyznań. Domagała się tego szlachta protestancka, a próbie skreślenia tego artykułu z listy warunków przeciwstawiła się w zbrojnej demonstracji pod wodzą marszałka Jana Firleja. Ale jeszcze podczas koronacji Henryka – gdy do namaszczenia przystępować miano – różnowiercy (czyli dysydenci w Kościele) wrzawę rozpoczęli pod pozorem, że król nie przysiągł zachowania swobody religijnej. Pamiętano bowiem, że w katedrze Notre-Dame próbował Henryk pominąć paragraf gwarantujący Rzeczypospolitej wolność wiary. Upomniał go wtedy publicznie Jan Zborowski tymi słowy: Si non iurabis, non regnabis!, Henryk zaprzysiągł. A incydent z katedry na Wawelu uwieczniły następujące wersy: …gdy było już po Epistole, Panowie swar zaczęli jako żacy w szkole, O konfederacyą wprzód ewangelicy, Z księżą i z katoliki, każdy różno krzyczy... Walezy jednak zaprzysiągł, „przyrzekł wszystkie pełnić kondycyje...”, być może już wtedy myślał o ucieczce do Paryża? Od r. 1573 Karol IX, brat Henryka, chorował i spodziewano się jego zgonu. A korona francuska była

prawdziwym celem Henryka. W wawelskich komnatach zamykał się zatem z faworytami, oczekiwał tylko na listy z Francji, a do wybranki swego serca – księżnej de Condé – epistoły kończył piórem umaczanym we własnej krwi. Nie obchodziły go „pacta conventa”, marzył jedynie o tronie nad Sekwaną. Jego ucieczka – tragikomiczna – wiodła przez Wiedeń, a potem przez Wenecję, gdzie zabawił dni osiem częściej bywając u pięknej kurtyzany i poetki Weroniki Franco, aniżeli w pałacu dożów czy w pracowni Tycjana. Ale wróćmy do aktu Konfederacji Warszawskiej, która nie pozostała tylko wewnętrzną sprawą Rzeczypospolitej, albowiem poselstwo polskie wręczyło Karolowi IX tzw. postulata polonica, przesiąknięte duchem tej konfederacji. Znajdowały się tam i zalecenia złagodzenia kursu wobec protestantów we Francji. Polska doktryna tolerancji spowodowała pewną zmianę: Karol IX wstrzymał oblężenie La Rochelle, twierdzy hugonotów, i wydał edykt pojednawczy, choć nie dający protestantom zbyt wielu uprawnień. A – jak przypomina Jasienica – wędrujący na Zachód posłowie Rzeczypospolitej odbywali po drodze konferencje z emigrantami francuskimi, z protestanckimi elektorami Rzeszy Niemieckiej. Ci słuchali rad, uwag i dziękowali „najpobożniejszemu, najszlachetniejszemu i najwaleczniejszemu narodowi polskiemu”. (...) Argumentowano później w Europie: czemu w Paryżu nie mogą zapanować przyzwoite stosunki, skoro w Krakowie ludzie rozmaitych wiar żyją sobie zgodnie? Albo przyjrzycie się państwu, w którym katolicyzm i prawosławie od wieków sąsiadują w pokoju... (Jasienica zapomniał tu dodać przywileje, jakimi cieszyli się u nas Żydzi oraz muzułmanie). Nadwiślańskie ustawy o swobodzie myśli, sumienia i słowa wzbogacały dorobek Europy.” ( Jasienica, idem, str.71/ 2). A na naszym gruncie Konfederacja Warszawska – obok swobody wiary – promowała pacyfizm jako zasadę polityki. I to wypada szczególnie przypomnieć dzisiaj, kiedy dzika opozycja kodowców, PO-owców i „petrurianów” wprowadza kult gwałtu i łamania praworządności, a także nienawiści wobec legalnej władzy. Z tych wszystkich powodów warto przypominać ten dawny akt tolerancji I Rzeczypospolitej!


nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Kolor ostatniego dymu

Wojciech A. Sobczyński

P

odobnie jak w poprzednim wydaniu „Nowego Czasu” piszę z Polski. Częściowo z wyboru, ale w dużym stopniu w wyniku zbiegu okoliczności. Zamykam stary rok i otwieram nowy, patrząc na otaczający świat z tutejszej perspektywy. Sylwestra spędziłem w Londynie. Widziałem fajerwerki nad Tamizą i wiele rozradowanych twarzy. Oprócz ognistych wodospadów i kolorowych wodotrysków widziałem też ogromne chmury gęstego duszącego dymu, ciesząc się, że wiatr wieje w przeciwnym kierunku. Stary rok skończył się w atmosferze wielkich niewiadomych, zwłaszcza na arenie światowej polityki i nikt nie wie, jak będzie wyglądać 2017, ta nowa cegiełka, którą przez najbliższe dwanaście miesięcy będziemy umieszczać wspólnie na budowli zwanej „Historią”. Symbolika takich chwil wywołuje też całe kaskady myśli. Rwetes uścisków, toastów i życzeń kochających ludzi wymieszany jest z dźwiękami SMS-ów i telefonów komórkowych łączących nas z różnymi zakątkami świata. – Happy New Year! – słyszę dookoła – a ja w myślach pozostawiam małe miejsce dla niespodziewanego gościa, tak jak bywa przy świątecznym stole. Tam zapraszam na toast tych, których już nie ma. Pogodna noc londyńskich fajerwerków zamieniła się w deszczowy dzień, ale nastrój witania nowego roku trwał. Magiczne uniesienie wyczarowała moja ulubiona stacja radiowa, która poświęciła swój program poezji T.S. Eliota czytanych przez jednego z najlepszych obecnie głosów brytyjskiej sceny. Podkreślam znaczenie głosu, gdyż Jeremy Irons, którego zaangażowano do tego celu, posiada niezwykłą głębię tonalną i niezbędny intelekt, aby przekazać słuchaczom myśli autora. Wszystkie najważniejsze wiersze łącznie z The Waste Land (Ziemian jałowa) i Four Quartets (Cztery kwartety) znalazły się w tym cyklu (nb. program ten nadal można posłuchać w BBC iPlayer). Taki graniczny dzień, rozdzielający przemijający rok i powitanie nowego, był szczególnie stosowny na rozważania Eliota na temat przemijania czasu, chwil właśnie przeżytych, a jednocześnie wytyczających przyszłość, które w istocie są tym, co jest teraz – trwaniem w obecnej chwili – trwaniem! Teraz, pisząc, patrzę przez polskie okno. Po mojej stronie szyby jest przytulnie ciepło. Za szybą zaś zapada zmrok wczesnego zimowego wieczoru. Śnieg zmienia skrzącą biel w atrament nocy. Opodal patrzę na opuszczone domy,

podupadłe wille, świadków dawnej świetności. Stoją przykryte czapami śniegu, zakneblowane. Wydaje mi się, że może jak śnieg stopnieje na wiosnę, to zaczną mówić, może nawet żalić się na anonimowe bloki, które wyrosły obok, niczym flotylla wielkich okrętów nieznanej anonimowej armady. W radiu słyszę archiwalny program i dźwięki Winterreise Schuberta. Gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna magia nadrealności, nie potrafię rozróżnić, więc rezygnuję i trwam w Eliotowskim „teraz”. Kilka dni temu usłyszałem komentarz ciekawego człowieka, którym jest Philippe Sands QC, słynny francusko-brytyjski intelektualista, autor, prawnik i obrońca praw człowieka. Przytoczył w nim cytat z utworu Leonarda Cohena, zmarłego niedawno, w którym wyrażona jest nadzieja, że nawet w najgorszym położeniu i w najciemniejszym miejscu jest gdzieś malutka szparka, przez którą przeniknie promień światła – There is a crack in everything – that’s where the light gets in (Anthem – Leonard Cohen). A nadzieja jest nam potrzebna, bo świat znajduje się w bardzo niepokojącym punkcie. Philippe Sands zakończył swoją wypowiedź niepokojącą diagnozą, że świat wszedł w fazę swoistej amnezji i utraty świadomości historii oraz lekcji, którą należy z historii wynosić. Dotyczy to w jego wypowiedzi głównie spraw europejskich i postbrexitowych następstw, ale także nowego porządku rzeczywistości w Stanach Zjednoczonych i kata-

strofalnego zwrotu na prawo w społeczeństwach krajów Europy. Ja dodam tutaj od siebie wielki niepokój o to, co dzieje się w polskim społeczeństwie. O rozłamie na skłócone obozy, których polaryzacja jest tak rozległa, że zagraża stabilności interesów państwa. Głosów wyrażających niepokój i przestrogę nie brakuje. Są wśród nich najzacniejsze polskie umysły. Jednym z takich głosów w moim przekonaniu był Andrzej Wajda w swoim nowym filmie pt. Powidoki. Niestety, Wajda nie dożył, by cieszyć się sukcesem swojego dzieła, zmarł tuż po przedpremierowym pokazie filmu na festiwalu w Gdyni. Powidoki są wspaniałym epitafium filmowego życia Andrzeja Wajdy. Powraca w nim przecież do tematu czasów powojennych, okresu Popiołu i diamentu, który uformował jego twórczą tożsamość. W obydwu filmach Wajda mówi o aspektach dehumanizacji człowieka w warunkach konfliktu politycznego i tegoż katastrofalnych następstw. Opowiada o życiu ludzi, często zwykłych, zmagających się z przeciwnościami losu i nieludzką wręcz brutalnością aparatu nacisku i politycznej koercji. Powidoki to tytuł zaczerpnięty z teoretycznych rozważań Władysława Strzemińskiego, artysty, teoretyka, współtwórcy artystycznego ruchu konstruktywizmu, twórcy tzw. unizmu, profesora – lista zacnych atrybutów jest długa.

ciąg dalszy > 17


18| ludzie i miejsca

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Where Poland and Britain sit happily side by side

Oleńka Hamilton

Z

bigniew Mieczkowski is always immaculately turned out, in the way that people simply aren’t anymore. The first time I met him at the Polish Embassy in Portland Place he was the most elegant man in the room in a dark suit, complete with a waistcoat and a watch chain poking out of his jacket pocket. I was struck by how very upright he was, almost as though he had springs attached to the soles of his shoes, all the more surprising when you realise he is 95 years old. On reflection, his apparent buoyancy has just as much to do with his infectious good humour as it has with his excellent posture. Today, he is dressed more casually, by his standards, in a beige suit and a burgundy cardigan. He has driven all the way from Henley, where he lives with his English wife, to meet me – any excuse for a plate of pierogi at the Polish Hearth club. Mr Mieczkowski has spent the last 70 years of his life as a Polish émigré living in Britain. While the new generation of Poles which has come to Britain since Poland’s accession to the EU are economic migrants, Mr Mieczkowski’s generation was a military one which came in search of freedom. ‘We were different. We were benefactors. We had fought for the freedom of other countries and our own country,’ he says. The Polish Hearth club as the venue for our meeting is poignant, of course. Opened in 1940 as a place for the Polish community in exile to meet during World War Two, when Mr Mieczkowski first came to Britain, the club has endured until the present day as a centre of social and cultural life for Poles in London. It is an unpretentious, old fashioned and energetic place, which sits easily among the other grand old Georgian townhouses of South Kensington. It is at any given time just as much full of Brits as Poles, a reflection of the bond which has existed between Poland and Britain since the war. Even the club’s chairman, Nicholas Kelsey, is British.

B

orn on his family’s estate in the Płock region of Poland and educated in schools in Warsaw and Włoclawek, Mr Mieczkowski first came to Britain in 1940 after the fall of France where he had been serving in Polish army under General Sikorski. Of his first impressions of Britain he once said: “The British treated us very differently from the French. They were calm, self-possessed and cheerful. Ladies treated us with sandwiches and cups of tea. The manner in which they cared for us was a delight and contrasted with the messy, petrified French. The Scots were even friendlier.” Docking at Liverpool, he came to Scotland where he

Zbigniew Mieczkowski at the Polish Embassy, London

continued his cadet training in armoury before joining the newly formed First Armoured Division, which was equipped with state-of-the art Churchill and M4 Sherman tanks. An illustrious military career followed, marked by bravery and involvement in numerous triumphant campaigns. In June 1944, at the age of 22, for example, Mr Mieczkowski crossed the English Channel with his division as part of the Allied D-Day Invasion, successfully liberating towns in France, Belgium and the Netherlands. He settled in Britain at the end of the war, following the signing of the Yalta Agreement between Churchill, Roosevelt and Stalin, where much of Eastern Poland was ceded to the Soviet Union and a pro-Russian government set up in Poland, it was no longer safe for him and his fel-

MR MIECZKOWSKI FIRST CAME TO BRITAIN IN 1940 AFTER THE FALL OF FRANCE. OF HIS FIRST IMPRESSIONS OF BRITAIN HE ONCE SAID: “THE BRITISH TREATED US VERY DIFFERENTLY FROM THE FRENCH. THEY WERE CALM, SELF-POSSESSED AND CHEERFUL.


|19

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

low soldiers to return home. He moved to Newcastleupon-Tyne, where he forged a successful career for himself in the mechanisation of light industry. He was overwhelmed by the friendship of neighbours, who through invitations to their country estates for weekends shooting and socialising with the families in the area, made him feel welcome in Britain, giving him an inroad into British society. He slotted in very easily – ‘aristocracy and landed gentry are much the same everywhere you go,’ he says. He met his wife, Caroline, the daughter of the second Lord Grenfell, some years later and they married in England and honeymooned in Poland. They have two children: Stefan, a soldier in the British army, and Helena, who is married to ‘a Pole with a French surname’.

A

respected war veteran and self-made businessman, Mr Mieczkowski decided to use his position and connections to improve PolishBritish relations in the politically difficult decades that followed World War Two. Poland felt betrayed by Britain, which did not come to its defence at the time of the signing of the Yalta Agreement in 1945. Mr Mieczkowski formed a close alliance with Edward Raczyński, the Polish President-in-exile from 1979 to 1986, writing tomes of letters to the press in defence of Poland, which was being left by Britain to struggle under communist rule, despite their enormous contribution to the war. ‘He and I were the only people writing these things at the time,’ he says, and his letters entitled Credit to the Poles and Time for West to pay its debt to Poland were published regularly in The Times and The Daily Telegraph among other local and national newspapers. ‘The truth was difficult for the British to hear,’ he says, but he was supported in his endeavours by British friends, including the former British Prime Minister Lord Home. He was held in such high regard that he was invited to take part in talks regarding Poland’s accession to NATO. On a mission to both correct history and preserve its memory, Mr Mieczkowski has for decades been heavily involved in numerous cultural and historical projects, as an organiser, patron and substantial benefactor. Most notably, his work with the Sikorski Museum, the Polish Library in London, of which he became chairman following the death of Stefan Zamoyski, and the Joseph Conrad Society of which he is honorary patron, has been instrumental in allowing these Polish institutions to flourish abroad. He has as a result deservedly attracted the attention of successive Presidents over the years: Ryszard Kaczorowski awarded him the Cross of Valour, and Lech Walesa the Comandoria Cross of the Order of Polonia Restituta; all in addition to a Legion d’Honneur from France and an Order of Leopold from Belgium which followed in June 2006 for his services during the war. Poles, in smaller or greater numbers, have since the war settled easily in Britain. ‘The British system is one which appeals to immigrants,’ Mr Mieczkowski explains today. ‘There is freedom and every citizen is respected, it attracts people,’ he says, although he laments that the very freedom cultivated over centuries which has always been the draw for immigrants should be the ultimate catalyst for Britain to leave the EU. ’I’m not surprised that Britain voted to leave, that they’re running away from the bureaucrats in Brussels,’ he says. ‘Britain has its own modus vivendi, which has been perfected over centuries.’ In Mr Mieczkowski Britain and Poland sit happily side by side, just as they do at the Polish Hearth club, where the importance of history, culture, friendship and truth is valued above all else.

Władysław Strzemiński ur. 21 listopada 1893 w Mińsku, zm. 26 grudnia 1952 w Łodzi, polski malarz, teoretyk sztuki, publicysta, pedagog z kręgu konstruktywizmu. Na zdjęciu Pejzaż łódzki, tempera, 1931

Kolor ostatniego dymu Ciąg dalszy ze str. 17 Jest w życiu Strzemińskiegoteż parę ciemnych kart, wyjaskrawionych szczególnie w opublikowanych pamiętnikach jego córki, ale film nie wkracza w ten wybuchowy teren i robi to w moim przekonaniu celowo. Wajda odrzuca stereotypowy koncept filmów „o artystach”. Nie ma tam romansującego przystojniaka, uwodzącego z namiętnością swoje modelki i flirtującego z pięknymi miłośniczkami sztuki znudzonymi paryską mieszczańską egzystencją. Film Wajdy nie jest biogramem, ale studium losu człowieka walczącego o zachowanie resztek swojej godności w konfrontacji z Orwellowskim systemem, poprawniej mówiąc – systemem Stalinowskich „opryczników”. Jest to obraz zmagań o kromkę chleba, o kroplę zupy wylizanej z dna pustego talerza, fragment historii przyziemnego heroizmu. W tej walce nie ma zwycięzcy. Stalinowcy nie mają satysfakcji. Strzemiński nie poddaje się, pozostaje przy swojej awangardowej sztuce. Zwycięzcą jest gruźlica, która w ostateczności pokonuje artystę pozostającego nonkonformistą do ostatniej chwili. Dawno nie wychodziłem z kina wzruszony do tego stopnia. Po części było to wynikiem solidarności ze strasznymi losami artysty, którego sztukę znam, cenię i rozumiem. Po-

mogła mi w tym też gra aktorów, a zwłaszcza Bogusława Lindy, po mistrzowsku oddającego postać Strzemińskiego. Kluczowe momenty filmu wzbogacił Wajda muzyką Andrzeja Panufnika, której piękne fragmenty wybrał reżyser zapewne w pełnej świadomości udziału kompozytora w ogólnej mozaice tworzącej skomplikowany obraz kultury tego okresu. Film Powidoki jest Wajdy pogrobowcem. Poświadcza wielkość tego twórcy, którego jedno z czołowych miejsc światowego filmu potwierdził Oscar za osiągnięcia całego życia – przyznawany tylko najważniejszym twórcom. Dlaczego ten film powstał teraz? Nie mogę zadać pytania samemu twórcy, ale odpowiedź ukryta jest w samej treści filmu. Czy jego film jest ostrzeżeniem? Czy podejmując ten temat, senator Andrzej Wajda dostrzegał podobieństwa w konfliktach tamtych czasów i politycznym rozłamie dzisiaj, zarówno w naszym kraju, jak i w świecie? Dramat tamtych czasów rozgrywa się wokół nas. Trzeba tylko otworzyć oczy i zobaczyć, jaki jest kolor ostatniego dymu zwanego powidokiem historii. Wojciech Antoni Sobczyński


nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Czy scena to miłość od dziecka?

– Urodziłam się i wychowałam w małym mieście, Skarżysku Kamiennej, na Kielecczyźnie i tam stawiałam pierwsze kroki na scenie. Gdy miałam siedem lat zostałam wybrana do zaśpiewana piosenki na koncercie, w którym występowali dorośli artyści. I tak już zostało na kilkanaście lat. W tamtych czasach występowałam na scenie cały czas, gdyż wszelkie rocznice i obchody nie odbywały się bez małej Magdy, która chwytała za mikrofon, śpiewała i tańczyła na scenie. Odbywało się to w specyficznej atmosferze małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i gdzie rodzina i znajomi trzymali za mnie kciuki. Od tych pierwszych kroków na scenie została mi na całe życie pasja do teatru. – Studiowałam w warszawskiej PWST, gdzie dostałam się za pierwszym razem (około 400 osób na 22 miejsca). Był to duży sukces osobisty i spełnienie marzeń, ale ja miałam tylko 18 lat i psychicznie nie byłam dojrzała do dorosłego życia. Aby być wiarygodny, aktor musi budować role na bazie osobistych doświadczeń i przemyśleń, a ja byłam młodziutką prymuską w białej bluzce, rzuconą w dojrzałe życie. Przejście z małego miasta, gdzie ludzie mnie znali i popierali, do stolicy, gdzie mieszkałam w okropnym akademiku, było szokiem. Czułam się opuszczona i zagubiona. Później nic już temu nie dorównało, nawet przyjazd do Londynu. Czułam, że po tych doświadczeniach zawsze i wszędzie będę mogla sobie poradzić. Opiekunem mojego roku na PWST był Piotr Cieślak. Bardzo lubiłam jego surowe, prawie ascetyczne podejście do sztuki teatralnej. Próbował nas wychowywać, tłumacząc trudne arkana zawodu aktora i kapryśną naturę rynku zatrudnienia. Pracowałam również z takimi sławami aktorskimi jak Ryszarda Hanin, Aleksandra Śląska, Andrzej Szczepkowski i Adam Ferency. Praca z tymi ludźmi była wspaniałym doświadczeniem, nie tylko artystycznym. Kontakt z nimi rozwijał nas jako ludzi, pomagał dojrzewać. Do tej pory pamiętam słowa Andrzeja Szczepkowskiego, który powiedział: „Do kochanka mówi się niskim głosem... A Jan Englert kiedyś mi poradził: „Jesteś dobrze ułożoną, szkolną prymuską, ale żeby zostać aktorką, musisz wyjść na ulice i poznać życie od podstaw”. To życie zaczęłam poznawać kiedy znalazłam się w Londynie. Naszym spektaklem dyplomowym była Muzykoterapia w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego w Teatrze Rampa i miałam nadzieję, że przejdę tam po dyplomie. Niestety tak się nie stało, gdyż Strzelecki miał już duży zespół młodych. Dostałam jednak angaż w Teatrze Popularnym, gdzie miałam zagrać w musicalu Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak zmiany kadrowe w teatrze pokrzyżowały plany repertuarowe. W tej sytuacji zdecydowałam się na dwuletni wyjazd do Anglii, aby zarobić na mieszkanie, biorąc bezpłatny urlop w teatrze. Był to rok 1990. W 1991 roku podejmowałam jeszcze dorywcze angaże aktorskie w Polsce, ale rok później zdecydowałam się pozostać na stałe w Londynie. Jak wyglądały początki Twojej drogi artystycznej?

portrety teatralne

pielęgnować korzenie aktorka Sceny polskiej w londynie, która uważa teatr za swoje powołanie, chociaż w życiu zawodowym jest biegłą księgową. Widzowie polskiego teatru w londynie znają jej ciepły i melodyjny głos, który sprzęgnięty ze słowami poetów wzrusza lub bawi do łez. po debiucie w warszawskim teatrze popularnym oraz kilku rolach filmowych, m. in. w obrazie piotra Łazarkiewicza W środku Europy, przeniosła się do londynu, gdzie zaczęła współpracować z teatrem Syrena, teatrem ZaSp-u oraz ze Sceną poetycką. Z Magdaleną WŁodarcZyk rozmawia anna ryland

Jak układałaś sobie życie w Anglii? W którym momencie znalazło się w nim miejsce na sztukę?

– W Londynie rozpoczęłam od kelnerowania, jednocześnie bardzo intensywnie ucząc się języka. Po roku nie wytrzymałam jednak tego artystycznego postu i wraz z muzykiem, z którym pracowałam w greckiej restauracji, zrobiliśmy program muzyczny, w którym śpiewałam po grecku do akompaniamentu buzuki i tańczyłam. Zobaczył nas Marek Greliak prowadzący wówczas Łowiczankę w POSK-u i zaproponował zorganizowanie greckiego dnia w restauracji. Liczyłam, że to otworzy mi drzwi do teatrów polskich w Londynie. Rzeczywiście, po kilku miesiącach otrzymałam wiadomość, że Teatr Syrena potrzebuje młodej aktorki do zagrania Marysi w przedstawieniu O krasnoludkach i sierotce Marysi. Tak rozpoczęła się moja przygoda z teatrem w POSK-u trwąjaca ponad dwanaście lat. Prawie w tym samym czasie odezwała się Irena Delmar i


nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

zaczęłam występować na jej koncertach i przedstawieniach poetycko-muzycznych w POSK-u, Ognisku Polskim i ambasadzie. W tym czasie prowadziłam również warsztaty aktorskie dla dzieci, jednocześnie studiując i rozwijając się w nowym zawodzie, który miał mi i mojej rodzinie zapewnić pewną stabilizację finansową. Od 2004 roku prowadzę własną firmę finansową. Mimo że zdobyłam drugi zawód w Anglii, zawsze chciałam wrócić do teatru. Czułam że jest on moim właściwym życiem, moim powołaniem. Kiedy związałaś się ze Sceną Poetycką?

– W 2008 roku, po rocznej ciszy w moim życiorysie artystycznym, zostałam zaproszona do wzięcia udziału w przedstawieniu Sceny Poetyckiej prowadzonej przez Helena Kaut-Howson, opartym na wierszach Tuwima i reżyserowanym przez Helenę. W teatrze Heleny Kaut-Howson nigdy nie wiesz czego możesz się spodziewać. I to jest wspaniałe i artystycznie inspirujące. Kabarety Heleny nigdy nie były kabaretami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Są to kalejdoskopy form artystycznych – dramatu, tragedii i komedii – oraz nastrojów, które zabierają widzów na prawdziwy roller-coaster emocji. Najpierw rozbawiają ich do łez, a chwilę później wzruszają. Jest to mistrzowska mieszanka form artystycznych, wywołująca skrajne emocje, wobec których widz nie może zostać obojętny. Do wszystkich swoich przedstawień Helena wnosi odwagę i ogromną intuicję artystyczną. Czasami stawia na głowie już bardzo zaawansowane przygotowania do spektaklu, przekonując nas, byśmy zaczęli jeszcze raz od początku. Jednocześnie z niezwykłą intuicją umie odnaleźć głębię w każdym materiale; nawet z banału wyciągnąć sens, nieoczekiwanie dodać koloru do sceny czy sytuacji. Jak wygląda praca aktora Sceny Poetyckiej?

– Na początku bałam się Heleny, gdyż jest ona bardzo mocną osobowością artystyczną. Ale jest też ciepłym człowiekiem, otwartym na aktorów i ich pracę, więc wkrótce zaprzyjaźniłyśmy się. Namawia nas do realizacji własnych pomysłów. Moim pierwszym przedstawieniem był spektakl poetycko-muzyczny oparty na twórczości Stanisława Balińskiego, poety i eseisty, jednego ze Skamandrytów [przez lata mieszkającego w Londynie – red.]. Helena zachęciła mnie do napisania scenariusza i wybrania odpowiedniej formy artystycznej. Później reżyserowałam przedstawienie o Agnieszce Osieckiej oparte na jej powieści Biała bluzka i piosence A wariatka jeszcze tańczy. W 2015 roku wraz z Tatianą Judycką napisałyśmy scenariusz spektaklu Szymborska – Sto pociech, który wspólnie reżyserowałyśmy. Była to zabawa artystyczna na kanwie przemyśleń Szymborskiej o życiu, wojnie, zagrożeniu, miłości i przyjaźni. W chwili jej powstania Scena Poetycka była jedyną tego rodzaju grupą teatralną w Wielkiej Brytanii, która miała bardzo oryginalny repertuar.

Zemsta, Scena Polska, POSK. Od lewej: Jarek Ciepichał – Wacław i Magdalena Włodarczyk –

Najbardziej pamiętne, ulubione role?

– Zawsze widziałam się w teatrze muzycznym i świetnie się czułam w piosence. Dobrze napisana piosenka, na przykład Agnieszki Osieckiej, jest jak trzyminutowy teatr muzyczny zawarty w materiale literackim. W każdym przedstawieniu miałam przynajmniej jedną ulubioną piosenkę. Bardzo lubiłam grać w Zielonej Gęsi czy Gąsce na zakąskę oraz w Perłach PRL-u. Zemsta była dla mnie ogromnie miłym zaskoczeniem. Nie obsadziłabym siebie w roli przewrotnej kokietki i nie spodziewałam się, że mogę się tak świetnie bawić w tej roli. Chciałabym dalej grać w przedstawieniach muzycznych Sceny. Mam nadzieje że zabierzemy się za piosenki Młynarskiego, Kaczmarskiego... Jednocześnie marzy mi się silna rola dramatyczna. Prawdziwym wyzwaniem byłaby dla mnie rola takiego potwora jak Dulska.

sto się bardzo się ze sobą zaprzyjaźnia. Na okres tych kilkunastu tygodni traktujemy się jak rodzina; znamy się dobrze, lubimy, cieszymy się, że jesteśmy razem. Jaka jest rola polskiego teatru i aktora na emigracji?

– Teatr w dzisiejszym świecie ma trudną rolę i miejsce, szczególnie na emigracji, gdzie widzowie często są bardzo zapracowani i mają inne priorytety. Musimy bardziej niż teatry w kraju starać się, aby zachować naszą kulturę, pielęgnować korzenie. Emigranci mają wiele dylematów związanych z tożsamością, przynależnością kulturową, społeczną i polityczną. Idąc do polskiego teatru oczekują odpowiedzi na te pytania. Nasz teatr nawet jeżeli będzie grał ten sam repertuar co teatry w Polsce będzie robił to inaczej. Jesteśmy sceną polską za granicą i to jest bardzo istotna różnica. Na własne ży-

czenie jesteśmy w obcym kraju ludźmi bez korzeni. Wzruszają nas słowa Mickiewicza czy Norwida, bo jesteśmy na obcym bruku tak jak oni i utożsamiamy się z ich tęsknotami i dylematami. Jak rodzina odnosi się do Twojej pracy w teatrze?

– Moja rodzina wie, że nie umiem żyć bez teatru i toleruje ogromną ilość czasu, który poświęcam w obcym kraju Scenie Poetyckiej, szczególnie w okresie przygotowań do nowego przedstawienia. Jednak nie jest to łatwy temat w domu. Na szczęście, mój mąż dobrze gotuje, więc rodzina nie jest zaniedbana. Kiedy przychodzą na przedstawienie i widzą rezultaty mojej pracy przyznają, że są ze mnie dumni. Po jednej z premier, ktoś powiedział mojemu mężowi: „Musisz być bardzo dumny ze swojej żony”. „No muszę” – odpowiedział.

Co dla Ciebie znaczy być aktorem?

– Zawód aktorski jest powołaniem. W przeciwieństwie do powszechnych wyobrażeń, jest w nim niewiele blichtru związanego ze sławą czy popularnością. Zawód aktora wiąże się z ciężką, wielogodzinną pracą, wieloma wyrzeczeniami i walką emocjonalną, bo często gramy przeciwko sobie. Robiąc pierwsze kroki w tym zawodzie miałam nadzieję na tradycyjny, pełny etat, który wiązałby się z próbami w ciągu dnia i pracą na scenie wieczorem. Obserwowałam jednak etatowych aktorów w Teatrze Popularnych i nie zawsze podobało mi się to co widziałam. Wkraczając do zawodu byłam przygotowana na to, że będę musiała walczyć o każdą rolę i cały czas się rozwijać, aby spełniać rosnące wymagania. Poczucie zawodowego bezpieczeństwa i wygody nie zmusza aktora do maksymalnego wysiłku. Aktor na obczyźnie ma dużo mniejsze możliwości zawodowe. Nie mamy możliwości grania w filmach polskich czy programach telewizyjnych, w których występują koledzy w Polsce. Zdarza się czasami, że któryś z nas zagra w teatrze angielskim, ale zwykle są to role charakterystyczne, wymagające specyficznego akcentu. Niewielu kolegom udało się utrzymać w Wielkiej Brytanii wyłącznie z aktorstwa. Grupa ludzi, która buduje spektakl, czę-

Trash Story, Scena Polska, POSK. Od lewej: Magdalena Włodarczyk – xxx i Wojtek Piekarski –


22| kultura

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Turner Prize lustrem pustki dzisiejszych czasów? Monika Maron

T

urner Prize celebruje brzydotę, nihilizm oraz narcyzm – jest lustrem tragicznej pustki dzisiejszych czasów” – takimi słowami skomentował tegoroczną nagrodę Turnera Michael Gove, minister edukacji w rządzie Davida Camerona. Choć pogratulował tegorocznej zwyciężczyni Helen Marten (robiąc błąd w jej nazwisku), określił prace dość niepochlebnie jako ustępujące geniuszowi dawnych artystów sztuki pięknej. Od początku Nagroda Turnera budzi kontrowersje i prowokuje dialog o mediach, polityce i społeczeństwie. Ta jedna z najbardziej prestiżowych nagród na świecie jest przyznawana artystom brytyjskim lub tworzącym na terenie Wielkiej Brytanii, w wieku poniżej 50 lat. Ma zwiększać zainteresowanie sztuką współczesną. Będąc wyrazem ruchów praw obywatelskich, krytyki wojen, ideologii, takich jak feminizm, krytyki rasizmu, seksizmu, wojny w Wietnamie, kryzysu finansowego, materializmu, Nagroda Turnera jako ważna instytucja publiczna Wielkiej Brytanii przez lata była komentarzem dotyczącym polityki, ekonomii, socjologii, filozofii, informatyki, oraz innych dyscyplin myślenia krytycznego. Od 1982, gdy nagroda została ufundowana, nawet nadanie jej imienia J.M.W. Turnera było krytykowane, jako że miało to sugerować nagradzanie radykalnych, kontrowersyjnych prac. J.M.W. Turner pozostaje jednym z największych artystów brytyjskich, choć w swoich czasach był postacią, która budziła kontrowersje. Jego nowatorskie prace ówcześni krytycy nazywali dziełami imbecyla, chorego umysłu. W pierwszej dekadzie wręczania nagród, również zasady były niekonwencjonalne, nominowani nie musieli być artystami, mogli być na przykład kuratorami. Tabloidy sugerowały, że jury jest skorumpowane, a także praktycznie w ogóle nie były nominowane kobiety. W latach 90. dyrektor Tate Gallery oraz juror Nagrody Turnera, Nicholas Serota, wprowadził zmiany w zasadach: zaczęły pojawiać się nominacje dla kobiet, nominowani musieli być w wieku poniżej 50 lat oraz musieli być artystami. Nagroda Turnera jest sze-

Josephine Pryde, Dla mnie

roko opisywana przez media dzięki swojemu skandalizującemu charakterowi. Wśród najbardziej szokujących prac można znaleźć: Moje łóżko Tracey Emin z 1998, wystawa składająca się z łóżka, w którym artystka spała przez tydzień podczas depresji, Matka z dzieckiem Damiena Hirsta z 1993, praca, w której artysta wykorzystał dwie martwe krowy zamknięte w oddzielnych akwariach, lub Sex z 2003 autorstwa Jake’a i Dinosa Chapmanów, którzy zestawili dwie dmuchane lalki utrwalone w niedwuznacznej sytuacji jako metafora bliskości seksu ze śmiercią. Rozgłos zyskiwały jednak nie tylko wyłącznie prace skandaliczne w wymowie – w 1997 zwyciężyła Gillian Wearing za swój godzinny film przedstawiający siedzących w ciszy policjantów. W 1993

Michael Dean, Granica ubóstwa Wielkiej Brytanii…

Rachel Whiteread wygrała dwie nagrody: Nagrodę Turnera oraz Nagrodę Anty-Turnera – nagrodę dla najgorszego brytyjskiego artysty. Potem pojawiały się kolejne antynagrody, jak np. Turnip Prize (Nagroda Rzepy), z podobnym założeniem jak Anti-Turner. Powstał także ruch artystów o nazwie Stuckists, którzy chcą przywrócić duszę sztuce, między innymi bojkotując Nagrodę Turnera. Często komentarze wokół nagrody budziły więcej emocji niż same zwycięskie prace. Zwyciężczyni nagrody za 2016 rok, zaledwie 31-letnia Helen Marten, pracująca w Londynie, wcześniej w tym samym roku wygrała również prestiżową nagrodę Hepworth, co czyni ją w połączeniu z Nagrodą Turnera najlepiej zapowiadającą się artystkę z Wysp. Marten określiła swoje prace jako „szary milkshake z informacjami”, który jest spijany przez społeczeństwo każdego dnia. Jej rzeźby są stworzone z niezliczonych podzespołów, przedmiotów, takich jak limonki, płatki kosmetyczne, kule bilardowe, łąńcuchy rowerowe czy rybie skóry, których skojarzenia nie prowadzą do jednej konkluzji poza poczuciem pomnożenia i rozdrobnienia, jednocześnie dając satysfakcjonujące poczucie spójności i celowości zestawienia. Skromna artystka obiecała podzielić wygraną pomiędzy siebie i pozostałych trzech nominowanych artystów. Tak więc w 2016 roku drzwi otwierające wystawę nominowanych artystów, dzieła Anthei Hamilton, witały nas kontrowersyjną formą wysokich na sześć metrów rozchylanych rękoma pośladków. Szukający uwagi sensacjonalizm artystki był najszerzej komentowany przed wręczeniem nagrody i najczęściej typowany na zwycięzcę. Kolejna nominowana, Josephine Pryde, wystawiła serię zdjęć rąk nazwanych Dla mnie, czym nawiązuje do artystów, którzy tworzą sztukę dla siebie raczej niż dla efektu artystycznego, oraz model lokomotywy popisanej graffiti na szynach nazwany Ekspres nowych mediów na tymczasowej bocznicy (Dziecko chce jeździć). Wypowiedzi o znaczeniu wystawy Josephine Pryde było wiele, jedna z nich nawiązywała do patriarchatu. Ostatni nominowany, Michael Dean, zaprezentował stertę jednopensówek o nazwie tłumaczącej problem społeczny, który porusza: „Granica ubóstwa Wielkiej Brytanii dla dwóch osób dorosłych i dwojga dzieci: dwadzieścia tysięcy czterysta trzydzieści sześć funtów szterlingów jak opublikowano w dniu 1 września 2016”. Ze sterty został usunięty jeden pens, tym samym obniżając wartość poniżej granicy ubóstwa. Prace czterech artystów można było oglądać w Tate Modern do 2 stycznia 2017. Ostatnio przyznane nagrody również spotkały się z falą krytyki i oburzenia. Po awangardzie lat 90. sztuka współczesna nie ma żadnych kryteriów, którymi można się kierować, wyłaniając zwycięzcę. Nominowane prace były komentowane jako oderwane od rzeczywistości, niezaangażowane we współczesne problemy. Być może Michael Gove ma rację, nazywając nagrodę nihilistyczną. Być może był to celowy zabieg artystyczny. Być może tak samo dziś, jak za czasów J.W.M. Turnera, nie rozumiemy prezentowanych nam dzieł, przez co nie umiemy docenić ich postępowości. Możliwe jest także, że żyjemy w czasach, które są rozczarowujące same w sobie, są rzeczywiście wypełnione „tragiczną pustką”, a sztuka ma nam zwracać na to uwagę. Lub – jak komentował David Nadhal, jeden z najważniejszych światowych marszandów, który w swojej kolekcji posiada około 5000 obrazów, w tym kilkaset dzieł Picassa – artyści tak się rozleniwili, że nadużywając pojęcia sztuka współczesna, robią ze swojej sztuki wysoko przeceniony produkt bez wartości artystycznej.


wędrowki po londynie |23

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Ze szkicownika Marii Kalety: Król Jerzy III żył w czasach arcyciekawych. Długich 60 lat jego panowania przypada na niezwykle dramatyczny okres w historii Zjednoczonego Królestwa, który zapoczątkował powstawanie Wielkiej Brytanii, jaką znamy dzisiaj. Przełom wieku XVIII i XIX to czas, kiedy uporządkowany świat stanął na głowie. W wyniku politycznej i militarnej katastrofy bezpowrotnie zostały utracone posiadłości zamorskie w Ameryce Północnej. Rewolucja francuska, a potem wojny napoleońskie zmiotły stare porządki w Europie. Zrodził się świat napędzany parą wodną, rewolucja przemysłowa nabrała rozpędu. Wiedza, nauka, literatura i sztuka kształtowały nowego człowieka oświecenia. I w przeddzień tego czasu chaosu, w listopadzie 1768 roku, królewski architekt William Chambers przedstawił Jerzemu III pomysł powołania instytucji, której celem miało być promowanie sztuki poprzez edukację i wystawy artystyczne, jakby w przeczuciu, że sprawy ducha mogą nadać temu światu jakiś sens. Nie musiał nawet nalegać, aby przekonać do tego pomysłu swojego niedawnego ucznia (Chambers udzielał lekcji architektury młodemu księciu Walii), bo już miesiąc później, 10 grudnia tegoż roku, król Jerzy III specjalnym edyktem oficjalnie powołał do życia Królewską Akademię Sztuk Pięknych (Royal Academy of Arts). Akt założycielski tej instytucji ograniczał liczbę jej członków do 40 i dopiero niedawno (1991) zo-

Royal Academy of Arts

stała ona zwiększona do 80. Zostać członkiem Akademii nie jest łatwo. Wybieranym się jest poprzez głosowanie wszystkich pozostałych członków, ale dopiero wtedy, gdy zwolni się miejsce, na przykład w wyniku obowiązkowej emerytury po przekroczeniu 75 lat. Jej pierwszym przewodniczącym był Joshua Reynolds, znany ze swoich realistycznych portretów londyńskiej arystokracji. Jako uznany artysta sterował Akademią przez jej pierwsze 24 lata, ugruntowując jej szacowną, „królewską” reputację. Istniejąca przy Akademii Szkoła Sztuk Pięknych była i jest bardzo elitarna i od chwili jej powołania przyjmowała zaledwie około 20 studentów rocznie. Wśród jej absolwentów są największe nazwiska angielskich malarzy, takie jak William Turner, William Blake czy John Constable. Jedną z pierwszych siedzib Akademii był ówczesny królewski pałac Somerset House, w pobliżu Waterloo Bridge, zaprojektowany przez wymienionego już Williama Chambersa. Od 1837 Akademia dzieliła się pomieszczeniami z National Gallery we właśnie ukończonym budynku przy Trafalgar Square, by wreszcie w 1868 roku osiąść na stałe w Burlington House przy Piccadilly, gdzie mieści się do dziś. Nawiasem mówiąc, te ostatnie przenosiny były znakomitym posunięciem finansowym, ponieważ wynegocjowany czynsz wynosi 1 funta na okres 999 lat. Mimo szacownej historii, elitarności członko-

stwa i splendoru siedziby jest to teraz instytucja na wskroś współczesna i demokratyczna. Jej słynna coroczna wystawa Summer Exhibition jest dostępna dla każdego i do udziału w niej zgłaszają się dziesiątki tysięcy artystów z całego świata. Nobliwi członkowie Królewskiej Akademii są potem bardzo zajęci przeglądaniem prac, akceptując na wystawę zaledwie kilkaset z nich. W 2018 roku Królewska Akademia będzie obchodzić 250 urodziny. To budzący wielki szacunek dostojny wiek, ale jej członkowie i sponsorzy patrzą w przyszłość raczej niż w przeszłość. Obecnie trwają niedostrzegalne dla licznych zwiedzających intensywne prace nad połączeniem dwóch budynków, Burlington House z Burlington Gardens, dzięki czemu powiększy się przestrzeń wystawowa Akademii. Powstanie nowa sala konferencyjna i znajdzie się też więcej miejsca dla studentów. Pracownia architektoniczna Davida Chipperfielda (członka Akademii oczywiście) dołożyła wszelkich starań, aby rozbudowa uczyniła to miejsce jeszcze bardziej interaktywnym, zapraszającym do świętowania sztuki na co dzień zgodnie z przesłaniem założycieli. Już dziś liczba ważnych wydarzeń artystycznych jest tam tak duża, że z trudem udaje mi się nie opuścić żadnego z nich. W przyszłym roku zadanie to będzie jeszcze trudniejsze, więc warto już teraz zarezerwować sobie w kalendarzu czas na udział w tym specjalnym jubileuszu.


wiersz

styczeń (226) 2017 | nowy czas

Myśli rozwłóczysz, rozdalisz, roztopisz po horyzontach, Zagubisz się i zachodzisz w miasta sinego trójkątach. Wśród placów, drzemiących biało, i śpiewających bazarów, Zapomnisz o biciu serca, zapomnisz o biciu zegarów. Na to dalekie są miasta, kąpane we wschodnim niebie, Żeby w nich błądząc samotnie, poczuć się bliżej siebie. Niebo się zniży, kopuły zaleje płynnym szmaragdem, Poddasz mu oczy pogodne. Będziesz szczęśliwy. Naprawdę. Maja Elżbieta Cybulska

Obietnica Czasami ma się ochotę na wiersz, który po prostu porusza serce. Wybrałam Powrót do Isfahanu Stanisława Balińskiego, ze zbioru „Wieczór na Wschodzie” (1928). Powrócisz do Isfahanu, jak wraca pasterz do dolin: Aleją białych platanów, brzękiem wieczornych mandolin, Dzwonkami wiernych wielbłądów, idących z dalekich krajów, Szumem pienistych strumieni, milczeniem Ogrodu Rajów, Zapachem róży wonniejszej od wszystkich kwiatów Gilanu, I srebrnym cieniem wieczoru – powrócisz do Isfahanu. Do śpiewnej wrócisz dawności, jak do wygasłej oazy, Choćbyś nie umiał, nie wiedział i nie chciał – będziesz tam marzył.

Don Pasquale w Operze Krakowskiej

Przy lekturze tego wiersza nie chce się niczego ponad to, co zostało w nim zaofiarowane. No może przydałoby się trochę informacji, takich na przykład, że autor pełnił służbę dyplomatyczną między innymi w Teheranie, w latach 1925-1927, a przedtem ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim oraz studia muzyczne, teoretyczne i kompozycyjne w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie. Po wojnie pozostał na emigracji, umarł w Londynie. W utworze jest „spora orkiestra”, bo i brzęk mandolin, i dzwonki wielbłądów, szum strumieni, śpiewna dawność, a jeszcze bicie serca i zegarów. To wszystko uwypukla otaczającą ciszę, milczenie (place „drzemiące biało”, zapomnienie). Całość jest tak osobna, tak radykalnie oddzielona od człowieczej aktywności (choć niekiedy ją przybliża), że sprawia wrażenie jakiegoś abstrakcyjnego pejzażu, na innej planecie. Jedynie zwrot do drugiej osoby: powrócisz, rozwłóczysz, roztopisz itd., sprawia, że spostrzegamy czyjąś obecność. Kto to jest? Marzyciel zagubiony „w miastach sinego trójkątach”, samotnik, artysta wrażliwy na bar-

N

a koniec roku krakowska opera sięgnęła po powszechnie uważaną za najświetniejszą obok Cyrulika Sewilskiego Rossiniego komedię operową Don Pasquale Gaetano Donizettiego. Urocza, chociaż oparta na dość banalnym libretcie Giovanni Ruffiniego, historyjka o niewczesnych amorach przykładnie ukaranych zalatuje, co prawda, starzyzną, jednak kompozycja dzieła stanowi perełkę szczytowego okresu włoskiego belcanta. Z niełatwej próby debiutu na operowej scenie reżyser Jerzy Stuhr wyszedł zwycięsko. Sprawna i obfitująca w wiele oryginalnych i zabawnych pomysłów in-

wy, na „srebrne cienie wieczoru”, uwiedziony „zapachem róży”, odurzony powietrzem? Jest tu jakaś nieruchomość, zatrzymanie w czasie, wysublimowane przeżywanie momentu zetknięcia z czymś bardzo materialnym, a jednocześnie nieziemskim. Jest jeszcze przejrzystość, nie zdefiniowana konkretnymi określeniami, ale zasugerowana opisem otoczenia. I żadnej drugiej osoby oczywiście nie ma. To tylko chwyt utwierdzający autora w trafności własnych obserwacji. Wiodą one do znalezienia sensu w życiu. A jest nim poczucie bycia „bliżej siebie”, wejrzenie w głąb. Baliński wnika w stan duszy wędrowcy, romantycznego pielgrzyma, który wchłania niezwykłe zjawiska i medytuje. Znajdując się w ciągłym ruchu, w drodze, jak brzmi tytuł innego wiersza, konstatuje: Cały świat jest ojczyzną. Nie ma krajów obcych, Tylko czas, co je spaja i dzieli jak chłosta W końcu okazuje się, że ten świat jest „mniejszy od serca” i ucieczkę z niego zapewnia tylko śmierć. Ale przed ucieczką podróżnik ulega rozmaitym fascynacjom. Roztaczają się przed nim bajeczne widoki, ogarniają wzruszenia. Autor wskrzesza w swoim wierszu ponadczasową ideę dążenia: Navigare necesse est. Vivere non est. A jeszcze ta nieoczekiwana obietnica: „Będziesz szczęśliwy. Naprawdę”. Osobiście nie wierzę w podobne zapewnienia, ale jeżeli wychodzą one od poety, to chyba warto spróbować i mu zaufać. Czyż można się dziwić, że czasami nachodzi człowieka chęć przeczytania tradycyjnego, poruszającego serce liryku?

scenizacyjnych reżyseria daje powód do wyśmienitej zabawy publiczności śledzącej meandry scenicznej intrygi miłosnej. Jednakże prawdziwą ucztę duchową niesie ze sobą muzyka. Od bogatej stylowo uwertury do sceny finałowej orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka jest prowadzona z finezją i wyobraźnią, oddając w pełni brzmienie, urok i werwę klimatu epoki włoskiego mistrza. Obsadę spektaklu premierowego stanowią wyjątkowi artyści prezentujący doskonały warsztat wokalno-aktorski. Rewelacyjnie upostaciowana w roli Noriny sopranistka Alexandra Flood dysponuje głosem o rozległej skali z doskonałą koloraturową techniką, a przy tym gra z wirtuozowskim rozmachem. Wyrazistą partię młodego Ernesta śpiewał Andrzej Lampart, czarując pięknym nośnym tenorem i równo, czysto prowadzoną frazą. W postaci doktora Malatesty błyszczał jak zwykle brawurą, czystością intonacji brzmienia i wysoką kulturą wokalną baryton Mariusz Kwiecień. Odtwarzający tytułową rolę podstarzałego, acz bogatego wujaszka Don Pasquale Grzegorz Szostak (bas) zachwycał formą wokalną, z łatwością pokonując zawiłości partytury. Artysta swobodnie i z wdziękiem stworzył postać o dużej vis comica. W niewielkiej, choć znaczącej roli Notariusza wystąpił Jerzy Stuhr i nie dość, iż koncertową grą aktorską wzbudzał salwy śmiechu, to śpiewał poprawnym operowym basem. Na osobne wyróżnienie zasługuje pełna estetyzujących wrażeń, wierna epoce dekoracja Alicji Kokosińskiej oraz barwne i bogate stylowe kostiumy Marii Balcerek współgrające z charakterem muzyki i treścią libretta. Rzetelnie przygotowany przez Jacka Mentla chór opery wraz z doskonale skrojonym ruchem scenicznym będącym dziełem Jacka Tomasika tworzą zgrabne zwieńczenie skrzącego humorem i, co najważniejsze, stojącego na europejskim poziomie inscenizacyjnym przedstawienia. Stwierdzamy z recenzencką rzetelnością, iż Don Pasquale w krakowskiej operze przynosi chwałę tej scenie, a tym samym stało się wydarzeniem teatralnym Krakowa. Zapraszamy Czytelników „Nowego Czasu”. Marek Zabiegaj Bogdan Zabiegaj


Clare Hollingworth 1911 – 2017 Claire Hollingworth is best remembered for her scoop as the novice frontline British war correspondent who on Tuesday 29 August 1939 heralded in „The Daily Telegraph” Hitler’s invasion of Poland and the outbreak of World War Two. It was in fact a double scoop. First, Hollingworth had unmasked the sinister, secret massing of Nazi German tanks along the fortified German frontier of Hindenburg (today Zabrze), stretching to Gleiwitz (today Gliwice), all touching Poland’s vulnerable southern borders. She conveyed this uncovering by telephone to Hugh Carleton Green, her boss, and Chief Correspondent in Warsaw, of the strongly anti- Nazi German Telegraph, London. Two days later on 1st September 1939, she had to convince her friend Robert Hankey, the Second Secretary of the British Embassy in Warsaw that WW2 really had broken out. For his part Hankey felt that she was talking ‘rubbish’ as the ‘two governments were still negotiating.’ Whilst on the line to Hankey, Hollingworth put the telephone hand-piece outside her hotel window allowing him to hear for himself the barrage of a Nazi military, and Luftwaffe air-force, furiously bombing and shelling Katowice. It was the unmistakable sound of warfare – the outbreak of WW2. Prior to the outbreak of war, in the spring and summer of 1939, Clare Hollingworth, at considerable risk to her own life, had first from Poland’s northern port of Gdynia, and then south at Katowice, helped over 3,000 Czech, Polish and Jewish refugees. Cleverly navigating Polish bureaucracy, she controversially provided the refugees with visas and thus escape from certain imprisonment, torture or even death at the hands of the Nazi Germans. Now she was driving about carefree on ‘German’ territory in a borrowed British consular car (with Union Jack !), and divulging war tactics to the allies. For Hollingworth it was but just the start of a long and celebrated 70-year career as an extraordinary, accomplished, global war reporter. Aged 27, and barely a week into her role as a cub war reporter, this petite, tough, sometimes bumptious, though not unattractive young lady, had wittingly or unwittingly parked her car alongside a road on ‘German’ soil. Below she could see in the ravine, for the first time, ‘scores, if not hundreds of tanks.’ These were the arrayed forces of von Rundstedt’s Army Group South, supported by Reichenau’s 10th Army, their military hardware and gun turrets directed at Poland, poised and ready to attack. Clare knew this was serious. Returning rapidly to her hotel in Katowice, she told John Thwaites, His Majesty’s Consul General of her find. Thwaites was unconvinced, until Hollingworth opened her car boot, producing German wares, food and products, all unobtainable in Poland. She had indeed been into Germany. Her story about the tanks, and imminent outbreak of WW2 was true! Thwaites rushed to his office, locked the door and sent a coded cable to London. Meanwhile, Hollingworth called her chief editor, Hugh Carleton Green at the Telegraph in London to break the news. On the 29 August 1939 The Daily Telegraph’s front page report was headlined, ‘1,000 tanks massed on Polish frontier’, and ‘Ten divisions reported ready for swift stroke’, bylined simply ‘From our own correspondent’. By 1st September 1939, two days later, it was a different more terrifying story. With its barefaced lies, inciting war against Poland the party paper Volkischer Beobachter did

its cynical bit. After the Nazi SS set-up at Gliwice, the German war machine set off in a northerly direction, pounding first the beautiful medieval Jagiellonian University city of Krakow, and then Katowice. All of this was witnessed and reported on by the young Clare Hollingworth, now a seasoned war reporter – all after just ten days! Paradoxicaally it was left to the Telegraph offices in London to warn the Polish government of the Nazi German aggression: “Excuse me Sirs, but your country Poland is being invaded at Gliwice by Nazi Germany…’ Hollingworth and Thwaites were looking to escape Katowice and attempt the tricky, and dangerous road back to Warsaw, now also being pounded by the Nazi German blitzkrieg. In Warsaw they were to join up with her newspaper bosses, and the British diplomatic corp. With a small group they made it to Sandomierz. Hollingworth had hoped to overnight here, and by day capture sight of this town’s beautiful late renaissance architecture, and its ‘delightful old burgher houses’, fearing the town would not survive the Nazi German bombs and shelling. But no, the inflated group in a rickety car continued, and stayed at a ‘doss-house’. Next day it was on to Lublin which they reached by 4 September. Here a Polish diplomat lent the travellers a flat, which they immediately converted into a British consulate, hoisting the Union Jack on the balcony. Hollingworth still doggedly tried to make it to the now seriously strafed Warsaw, which the Poles had abandoned as their capital. The official Polish government seat was set up in Krzemieniec (today Kremnets in Western Ukraine). A one storey wooden building, the Hotel Bono, became the British Embassy in Poland. Her attempts at reaching Warsaw were becoming increasingly futile. Nothing but the abject and sordid picture of bloody war met her, the roads from Krzemieniec to Luck, from Sandomierz to Lublin littered with the dead, wounded, desperate and insane. Back at Krzemieniec Hollingworth found the undefended town had been blown to near smithereens, against the Law of War, or Geneva Convention(s). A strong protest was made by the American Ambassador Anthony J. Drexel Biddle. From Krzemieniec the group of one journalist , Clare Hollingworth, (the rest had decamped to Bucharest, Rumania), and a few diplomats which by now included Frank Savery (later as Frank Savery CMG OBE, Chairman of Ognisko Polskie, The Polish Hearth club), British Consul in Warsaw, plotted their escape, and divided into two groups. One group , headed by Ambassador Kennard would remain with the skeleton Polish government, the other group lead by Clare, would head for Rumania. At 4am Clare Hollingworth and her party readied themselves by car, in the direction of Bucharest. They arrived at Tarnopol and then finally to Rumainia and the town of Cernauti, (now Cherniuisti in the Ukraine). The British journalists, with Hollingworth, could not get enough of reporting the war, and had a ‘cavalcade’ of taxis to transport them to and fro across the Polish-Rumanian borders to report further on the horrors of the early days of WW2. For her part Hollingworth, accompanied by the helpfully Russian speaking Sonia Tamara of the Chicago Tribune, went to Kuty in Southern Poland to witness the ‘last stand of the Polish government.’ The Polish Foreign Ministry was in a cow shed, while the last President of Pilsudski’s Republic, President Moscicki was last seen disappearing in a car over the bridge. The real stab in the

back for the Poles came on 17 September 1939, with Stalin’s invasion of Poland, under the treacherous , unexpected, ‘secret’ Ribbentrop- Molotov Pact. It was time to leave. But Clare Hollingworth’s work here was not quite yet done. Her fiery baptism in war reporting had lasted four weeks. It was a hectic time and she never slept in one place for more than forty eight hours. But her ‘loyalty’ to the Poles remained steadfast. Having rested in Bucharest awhile, she then resumed her humanitarian work, by helping 35,000 Polish refugees trapped in both Rumania and Hungary. The situation was grim. Hollingworth offered her services and experience to the main charities, but found it difficult to work with them. There was much bickering and waste. Hollingworth soon took matters into her own hands, and had lorries loaded with ‘food, blankets, soap and underwear’ to help the bewildered, stranded, and lost Polish refugees. If anyone thought that the cataclysmic experience of her first direct experience and short induction into the horrors of war, and the outbreak of World War Two, would have put off Clare Hollingworth from any further war reporting, they could not have been more wrong ! Clare Hollingworth was to go on for seventy years, roving the earth as a remarkable global war reporter. From El Alamein to Vietnam, the Algerian civil war, Korea, India, Pakistan, to China’s Cultural Revolution, to name but a few war torn hot spots, she covered them with a courage and hidden compassion, rarely, if ever seen in a human being. Clare Hollingworth was born on 11 October 1911, in the suburb of Knighton in Leicestershire to relatively well to do parents. Her father was a shoe manufacturer and shoe salesman, who travelled the length and breadth of the country selling his wares. His knowledge of Britain was phenomenally extensive, and he had a passion for the military, warfare and battlefields. He would often take his young daughter Clare on battlefield trips: Bosworth in England, or Crecy, Poitiers, or Agincourt in France. Clare loved it, and maintained it was from this education she developed a lifelong passion for warfare. Her education was modest, she attended a domestic science course, (cooking) and generally was not at all academically minded. But she had an exceptionally keen and bright mind. Her early days took her to working as an administrator at a local YMCA. She went onto work with the British League of Nations, and it appears her politics – if any – were gently left leaning, veering towards patriotic right wing. Clare Hollingsworth, war correspondent, passed away on 10th January 2017, at the impressive centenarian age of a hundred and five years, in her own home, not far from her beloved Correspondents Club in Hong Kong. We will certainly never see the likes of this unique person ever again. Mirek Malevski


26| drugi brzeg

nowy czas |styczeń 2017 (nr 226)

Jerzy Pomianowski 1921 – 2016 Profesorowi Jerzemu Pomianowskiemu, redaktorowi naczelnemu miesięcznika „Nowaja Polsza”, zostałem przedstawiony przez Dmitrija Szewionkowa-Kismiełowa, krakowskiego Rosjanina. Obu łączyło wiele, ale chyba przede wszystkim fascynacja pięknymi i inteligentnymi kobietami. Tę fascynację Profesora zrozumiałem, kiedy poznałem jego żonę, Aleksandrę Kurczab-Pomianowską. Długo zajmowałem się wlewaniem tekstów w szpalty „NP”, pod czujnym okiem Dimy, jej głównego grafika. Pewnego dnia Profesor zaproponował, żebym udzielił mu wsparcia przy przygotowywaniu tekstów, które stały się później podstawą tomu „Na wschód od Zachodu: jak być z Rosją?”. Dzięki tej pracy spędziłem z nim nieco ponad rok, wysłuchując niezliczonej ilości anegdotek historycznych, opinii o polityce, analiz literackich oraz porad życiowych. Jak przystało na studenta zbliżającego się do końca nauki, zawsze byłem lekko poirytowany, gdy Profesor zatrzymywał mnie w drzwiach, żeby jeszcze coś opowiedzieć. Przecież czekało na mnie życie. Dopiero później zrozumiałem, że uczestniczyłem w indywidualnych, delikatnych, lecz konkretnych wykładach. Chyba najważniejszych na moim uniwersytecie życia. Wiedział, że interesuje mnie Rosja i polityka, dlatego uczył mnie, jak te sprawy pojąć. Gdybym studiował italianistykę, pewnie oplótłby mnie siecią zupełnie innych opowieści. Zatem Rosja. A zwłaszcza Izaak Babel. Z tych wykładów zapamiętałem dwie rzeczy. Po pierwsze – zwięzłość w piśmie jest najważniejsza. Za Bablem Profesor powtarzał: „nic nie robi takiego wrażenia na czytelniku, jak dobrze postawiona kropka”. Po drugie – literatura może być prawdziwą tylko wtedy, gdy stoi za nią doświadczenie życiowe. Kiedy Babel spotkał się z Maksymem Gorkim, ten – będąc już po lekturze „Opowiadań odeskich” – powiedział: „wiesz, świetnie piszesz, ale w ogóle nie znasz życia”. I dlatego Babel dołączył do armii Semena Bu-

dionnego, by później napisać „Konarmię”. Drugi pakiet wykładów Profesora, który utkwił mi w pamięci, dotyczył życia osobistego. Te zajęcia, z natury rzeczy, były znacznie bardziej delikatne, ale i stanowcze. W jego opinii prawdziwy mężczyzna powinien szukać w kobiecie nie tylko piękna, ale i mądrości. Zachwyt dla piękna i mądrości kobiet czuło się, kiedy opowiadał, jak jego żona, pani Aleksandra, „swoimi pięknymi paluszkami” przepisywała i poprawiała jego tłumaczenie „Archipelagu GUŁAG”. Bo nie była to zwykła praca maszynistki, lecz rzeczywiste partnerstwo intelektualne. Pamietam, gdy naciskał ten jedyny raz, żebym wyszedł wcześniej, skoro miałem pójść z dziewczyną do teatru. Ostatni „zestaw wykładów” dotyczył Jerzego Giedroycia, który zlecił Profesorowi niełatwe zadanie promowania Polski w Rosji. Redaktor naczelny „Nowej Polszy” zawsze czynił wszystko, co możliwe, żeby to polecenie wykonać jak najlepiej. Do dziś nie wiem, ile z myśli Giedroycia Profesor wdrukował mi „podprogowo”. Nie wiem też, jak nasze rozmowy – od „końca doktryny Giedroycia” po „nową doktrynę Giedroycia” – mają się do licznych obecnie ich interpretacji. Ja zapamiętałem, że Profesor zadał mi dwa zadania. Pierwsze – jeśli w coś wierzysz, walcz o to, póki starczy sił i nie idź na kompromisy. To nie jest łatwa ścieżka. Nikt nie będzie z ciebie zadowolony. Nikt ci nie pomoże. Ale pod koniec życia będziesz mógł spokojnie spojrzeć w lustro. I drugie – nie ma rozdziału między polityką i literaturą. Jeśli chcesz poznać jakiś kraj, musisz znać jego literaturę. To ona bowiem dotyka tych elementów, z którymi nauki społeczne nie potrafią się mierzyć. Zatem, Panie Profesorze, kończę ten tekst i wracam do lektury „Fabryki‚ Wolność’ Kseni Bukszy.

Pisarz, tłumacz, publicysta, znawca zagadnień rosyjskich. Urodził się 13 stycznia 1921 w Łodzi w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, zmarł 29 grudnia 2016 w Krakowie. Zachęcony przez Stanisława Ignacego Witkiewicza, debiutował literacko w tygodniku „Próby” tekstem „Na śmierć Leśmiana”. W 1968 roku opuścił Polskę. Współpracował z paryską „Kulturą”. Tłumaczył rosyjską literaturę m.in. Sołżenicyna. Po powrocie do Polski w 1992 roku nadal współpracował z „Kulturą”, ale pisał też do prasy krajowej. Redagował pismo „Nowaja Polsza”.

Kacper Wańczyk

Roman Herzog 1934 – 2017 Niemiecki prawnik i polityk, w latach 1987-1994 prezes Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, a od 1994 do 1999 roku prezydent RFN. Miał 82 lata. Roman Herzog urodził się 5 kwietnia 1934 roku w Landshut w Bawarii, w rodzinie protestantów. Studiował prawo na uniwersytecie w Monachium. W 1958 roku uzyskał tytuł doktora prawa. Do 1956 roku wykładał na Uniwersytecie Monachijskim na stanowisku docenta. Następnie przeniósł się na Wolny Uniwersytet Berlina, gdzie pełnił funkcję dziekana, a później prodziekana Wydziału Prawa. Roman Herzog był współautorem i współwydawcą komentarza do niemieckiej konstytucji, który jest uważany za podstawowy. Od 1970 roku należał do Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU). W 1983 roku został powołany na sę-

dziego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Od 1987 do 1994 był prezesem trybunału. 23 maja 1994 roku został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe siódmym prezydentem Republiki Federalnej Niemiec. W tym samym roku prezydent Lech Wałęsa zaprosił go na obchody 50. rocznicy powstania warszawskiego. Roman Herzog przeprosił wówczas Polaków za zbrodnie popełnione przez Niemców w czasie II wojny światowej. Był to pierwszy taki gest ze strony niemieckiej, nie licząc słynnego wystąpienia Willy'ego Brandta z 1970 roku, który podczas wizyty w Warszawie w imieniu narodu niemieckiego przeprosił Żydów za Holocaust. Roman Herzog przewodniczył Pierwszemu Konwentowi Europejskiemu, który przygotował między grudniem 1999 a październikiem 2000 roku, Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej.


drugi brzeg |27

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Longin Komołowski 1948 – 2017 Longin Komołowski zmarł w wieku 68 lat. Przegrał walkę z rakiem. Urodził się w 1948 roku w Czaplinku. W 1974 roku ukończył studia na Wydziale Budowy Maszyn i Okrętów Politechniki Szczecińskiej. W latach 1977-1980 był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Do 2002 roku był związany ze Stocznią Szczecińską, gdzie pracował jako ślusarz, zaopatrzeniowiec oraz kierownik wydziału kontroli jakości. Brał udział w strajku okupacyjnym stoczni w czasie wydarzeń grudniowych w 1970 r. i w strajku w sierpniu 1980 r. zakończonym zawarciem porozumienia z delegacją rządową. We wrześniu 1980 r. wstąpił do „Solidarności”. W 1981roku należał do grupy roboczej opracowującej projekty ustaw o samorządzie pracowniczym i przedsiębiorstwie państwowym. Po wprowadzeniu stanu wojennego uczestniczył w strajku okupacyjnym w Stoczni Szczecińskiej (13-16 grudnia 1981). Od 1982 r. Komołowski współorganizował podziemne struktury „Solidarności” w Szczecinie, organizował druk i kolportaż wydawnictw drugiego obiegu oraz ich przerzut do Szwecji. Wielokrotnie był zatrzymywany i przesłuchiwany przez organy bezpieczeństwa. Od 1984 roku był członkiem Rady Koordynacyjnej Pomorza Zachodniego. W latach 1988–1989 współtworzył Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny „Solidarności”.Po zalegalizowaniu związku aktywnie działał w jego strukturach. W latach 1990–1997 pełnił funkcję przewodniczącego Zarządu Regionu Pomorza Zachodniego, zasiadał w Ko-

misji Krajowej oraz Prezydium. W 1996 roku inicjował powołanie Szczecińskiego Porozumienia Prawicy. W wyborach parlamentarnych w 1997 r. zdobył mandat posła na Sejm z listy Akcji Wyborczej Solidarność. Od 31 października 1997 sprawował urząd ministra pracy i polityki socjalnej, a od 19 października 1999 do 19 października 2001 wiceprezesa Rady Ministrów oraz ministra pracy i polityki społecznej w rządzie Jerzego Buzka. Bezskutecznie ubiegał się o reelekcję w 2001 r. Mandat posła ponownie uzyskał w 2007 r. jako bezpartyjny kandydat z listy PiS w okręgu szczecińskim. Po kilkunastu dniach wystąpił z klubu PiS. W wyborach w 2011 r. kandydował bez powodzenia na senatora z własnego komitetu wyborczego. Był członkiem Komisji Trójstronnej do spraw Społeczno-Gospodarczych. W latach 2000-15 był prezesem Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. W 2015 r. prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w kształtowaniu orzecznictwa konstytucyjnego oraz zasad demokratycznego państwa prawa i kultury prawnej. Longin Komołowski był odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności, a także Medalem „Milito Pro Christo”. Wcześniej, w 2006 r., otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. W ostatnich latach życia Longin Komołowski pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Wspólnota Polska.

Zygmunt Bauman 1925 – 2017

Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci

Socjolog, filozof, eseista. Urodził się w roku 1925 w Poznaniu. Był profesorem nauk humanistycznych. Studiował w ZSRR, następnie w Akademii Nauk Społecznych i Politycznych przy KC PZPR. Po wojnie podjął studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Wykładał marksizm na Wydziale Filozofii UW.

W czasie wojny przebywał na terenie Związku Sowieckiego, gdzie pracował jako milicjant. Następnie wstąpił do utworzonej przez komunistów 1. Armii Wojska Polskiego. Brał udział w bitwie o Kołobrzeg i Berlin. Został zarejestrowany jako agent-informator Informacji Wojskowej. Od czerwca 1945 roku został wcielony do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od stycznia 1946 roku był członkiem Polskiej Partii Robotniczej. W 1954 roku ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim, w 1960 r. został doktorem habilitowanym, a w roku 1968 został profesorem. W wyniku wydarzeń z marca 1968 roku został zmuszony do opuszczenia Polski. Został wykładowcą uczelni w Tel Awiwie i Hajfie. Od 1971 roku przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie wykładał na Uniwersytecie w Leeds. W ostatnich latach swojego życia często odwiedzał Polskę występując z wykładami na temat postmodernizmu. Wykłady te wilokrotnie były bojkotowane z powodu jego politycznej przeszłości.

Ś.P. Longina Komołowskiego Prezesa Stowarzyszenia Wspólnota Polska Patrioty, Państwowca, oddanego opiekuna Polonii i Polaków poza Granicami Kraju. Rodzinie i przyjaciołom składam wyrazy najgłębszego współczucia

Jan Dziedziczak Sekretarz Stanu Ministerstwo Spraw Zagranicznych


28| Pytania obieżyświata

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

Po co wiosłować po morzu do Bella Bella?

Włodzimierz Fenrych

G

ilakasla, gilakasla – słowa powitania w języku Kwakwala kierowane są do podpływających do brzegu łodzi. Kilka łodzi wymalowanych w fantazyjne stwory podpływa po kolei do kamienistej plaży, w każdej kilkoro wioślarzy w kapeluszach plecionych z tujowego łyka. Wiosła, też wymalowane w fantazyjne indiańskie wzory, w ostatnim momencie wznoszone są w górę. Sternicy każdej łodzi po kolei wstają i w kwiecistych słowach proszą o zezwolenie wylądowania. Na brzegu wódz wsi w otoczeniu starszyzny stoi pod ścia-

ną Długiego Domu też wymalowanego po indiańsku, na dachu domu ktoś w masce z wielkim dziobem tańczy taniec orła. Na prośby wioślarzy wódz w nie mniej kwiecistych słowach zaprasza do zejścia na ląd: – Gilakasla. Dzieje się to we wsi Namgis na jednej z licznych wysp północnego Pacyfiku. Pośród tych wysp indiańscy wioślarze przebywają ogromne dystanse wiosłując po morzu w otwartych dłubankach. Wyspy roszone są regularnym deszczem i porośnięte puszczą z kilkusetletnimi, gigantycznymi tujami. To właśnie z tych drzew robi się dalekomorskie łodzie, a z ich łyka wyplata stożkowate kapelusze. Z tych drzew robi się również deski, z których zbudowane są długie domy. Wieczorem w Długim Domu, zgodnie z zapowiedzią, przyjęcie zgotowane specjalnie dla wioślarzy. Wśród dań lokalne smakołyki, przede wszystkim wędzony łosoś, który co roku ogromnymi ławicami wpływa w górę tutejszych rzek na tarło. Jest go tu tyle, że wystarczy stać w rzece nad wodospadem i tylko otwierać paszczę, a łososie same w nią wskakują – tak właśnie robią tutejsze niedźwiedzie. Ale wśród smakołyków są nie tylko łososie. Jest też na przykład ikra śledziowa przylepiona do gałązek świerka – specjalnie włożonych do wody w miejscu, gdzie śledzie regularnie przypływają na tarło. A przede wszystkim olej z ryby zwanej olakon. Ten olej jest uważany za specjał nad specjałami i rozdawany jako cenny prezent w czasie potlaczów. Uczta dla wioślarzy to wprawdzie nie potlacz,

ale tak jak potlacz wydana jest w Długim Domu i tak jak po potlaczu następują po niej tańce. Różnorakie tańce. Ze skrzyń wyjmowane są wielkie drewniane maski, a na środek wychodzą tancerze w barwnych strojach. Jest taniec hamatsa, podczas którego młodzi chłopcy zawinięci w kępy łyka wyją jak ludożercy. Taniec kobiet, który uspokaja chłopców, tak że znów stają się ludźmi. Taniec wioślarzy, podczas którego tancerze machają wiosłami jakby pływali po morzu. Taniec bukuosa, złośliwego leśnego duszka, w którego zamieniają się rozbitkowie dopłynąwszy do nieznanego brzegu. Bo łódź na otwartym morzu może się zawsze wywrócić. Wiosłowanie w dłubance po otwartym morzu to nie przelewki. Do Namgis nie dopłynęły dwie z łodzi, które wedle planu miały tam dopłynąć. Kiedy mocniej powiało i na falach zaczęły się pojawiać grzywy, czółna się wywróciły i wioślarze wylądowali w wodzie. Na całe szczęście nikt nie musiał dopływać do nieznanego brzegu, bo za czółnem jechała zmotoryzowana obstawa i wszystkich wyłowiła. Mogli być obecni w Długim Domu na uczcie i tańcach. Wszystkie te łodzie płyną do Bella Bella, indiańskiej wsi położonej na innej wyspie na Pacyfiku, jeszcze dalej na północ. Dwa tygodnie później ma tam być wielki spływ indiańskich wioślarzy. Będą tam płynąć łodzie ze wszystkich kierunków. Indianie Tlingit będą wiosłować z Alaski, Indianie Haida z wysp Królowej Charlotte, India-


Pytania obieżyświata |29

nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

nie Quinault ze stanu Washington, Indianie Chinook aż z Oregonu. To znaczy nie będą wiosłować, tylko już wiosłują, bo ci z Oregonu są już w drodze od ponad tygodnia. Kiedyś dłubanki były głównym środkiem lokomocji na tym archipelagu. Wykonywane z jednego pnia morskie łodzie miały spore rozmiary, pływało w nich po kilkunastu wioślarzy. Rosnące w tutejszej dziewiczej puszczy tuje potrafią osiągać wiek kilkuset lat i ogromne rozmiary. Indiańscy szkutnicy wycinali całą łódź z jednego pnia, ale znaleźli sposób na zmienianie jego kształtu, na przykład poszerzanie kadłuba przez rozginanie burt. Odkryli oni, że drewno tui staje się giętkie pod wpływem gorącej wody, nalewali więc wody do wyżłobionego już kadłuba i wrzucali do niej rozżarzone do białości kamienie, a kiedy woda się zagotowała, rozginali burty. Budowa łodzi nie była po prostu czynnością mechaniczną, związany był z nią cały rytuał. Budowniczy musiał wykonywać swoją pracę z miłością, łódź uważana była za zazdrosną kobietę. Na czas budowy musiał się on rozstać z żoną, budowa trwała kilka miesięcy, a łódź potrafiła się zemścić, jeśli budowniczy nie dochował wierności. Do dziś można usłyszeć opowieści o łodzi, która pękła, kiedy jej budowniczy spłodził dziecko w czasie jej budowy. Najbardziej ze swych pięknych łodzi słynęli Indianie Haida, budowali je również na eksport do innych szczepów. Bo w tych łodziach prowadzony był handel na całym archipelagu, a nawet dalej, wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki. W dzisiejszym stanie Oregon mieszkał szczep Chinook, którego język używany był jako lingua franca w handlu od Oregonu aż po Alaskę. Nie wszystko było jednak pokojowe. Haida zasłynęli jako „Wikingowie Ameryki” – w swoich długich łodziach, drewnianych zbrojach i hełmach rzeźbionych w fantastyczne stwory napadali na wsie innych szczepów, łapali tam niewolników i znikali z nimi za horyzontem. Inne szczepy nie były wcale bardziej pokojowe, łapanie niewolników było tak naprawdę dość powszechnym procederem. Natomiast tylko Indianie Nootka z zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver wypływali na morze polować na wieloryby. Zabitego wieloryba nie wciągano do łodzi, bo na to rzeczywiście były one za małe; przebijano mu harpunem serce za jednym ciosem i holowano do brzegu. Polowanie na wieloryby też się wiązało z rytuałem. Załoga łodzi przygotowywała się długo do tego zadania. Musiała działać jak jeden organizm, dlatego razem wychodziła do lasu na medytacje, posty i kąpiele w zimnej źródlanej wodzie. Żona harpunnika, który z reguły był wodzem wsi, na czas wyprawy musiała pościć i w medytacji identyfikować się z wielorybem, tak żeby się w jej mężu zakochał i chciał być blisko niego. To było kiedyś. Dziś nikt nie musi wiosłować po morzu w dłubankach. Indianie w swoich rezerwatach mieszkają jak inni Amerykanie, mają motorówki i samochody, a w razie potrzeby mogą samochodem wjechać na prom i w ten sposób zniknąć za horyzontem. Dlaczego więc komuś przychodzi do głowy, by wiosłować przez ileś tam tygodni, w dodatku z narażeniem skąpania się w zimnej wodzie, kiedy mocniej zawieje i czółno się wywróci? Jest to próba powrotu do tradycji. Zainteresowanie własną tradycją wywołane chyba było zainteresowaniem, jakie tej tradycji okazywali antropolodzy. Museum of Anthropology w Vancouver w latach pięćdziesiątych zaczęło zlecać wykonanie nowych totemów rzeźbiarzom, którzy we własnych wsiach zamówień już dawno nie mieli. Kiedy jednak w latach osiemdziesiątych postanowiono dawną metodą wykonać nowe czółno, okazało się, że nie żyje już nikt, kto kiedyś takie czółna wykonywał, choć żyło jeszcze kilka osób, które było świadkami takiej budowy. Bill Reid, mieszkający w Vancouver rzeźbiarz ze szczepu Haida (ten, którego rzeźba jest na kanadyjskiej dwudziestodolarówce), postanowił na tej podstawie wykonać nowe czółno. I wykonał! A w 1987 roku zespół wioślarzy odsta-

Budowniczy musiał wykonywać swoją pracę z miłością, łódź uważana Była za zazdrosną koBietę. na czas Budowy musiał się on rozstać z żoną, Budowa trwała kilka miesięcy, a łódź potrafiła się zemścić, jeśli Budowniczy nie dochował wierności wił tę łódź do Skidagate na Wyspach Królowej Charlotte. W ten sposób poruszona została lawina. No, może mała lawinka, tym niemniej takich łodzi powstało więcej. W 1993 roku zorganizowano pierwszy zjazd w Bella Bella. W 2014 był drugi taki zjazd, a ja zupełnie przypadkowo byłem jego świadkiem. Nie w Bella Bella, tylko w Namgis – rezerwacie leżącym na drodze łodzi płynących do Bella Bella z południa. Byłem świadkiem powitania łodzi przybywających na nocleg. Do Namgis dopłynęło ich kilkadziesiąt, w Bella Bella spodziewano się ich jeszcze więcej. To już nie było zamówienie muzeum antropologii, Indianie robią to dla siebie. I nie jest to tylko sport, to ma dla nich większe znaczenie. Nie pojechałem do Bella Bella, ale przez trzy dni przemieszczałem się za łodziami. Najpierw do Tsa’xis, gdzie wioślarze też są podejmowani w Długim Domu (acz nie tak efektownie jak w Namgis), potem do Gwa'sala, gdzie Długiego Domu nie ma wcale, a wioślarze podejmowani są w świetlicy. Tam lokalni tancerze nie tańczyli, bo dnia

poprzedniego zmarło dwoje członków starszyzny i wieś była w żałobie, ale grupy wioślarzy prezentują swoje śpiewy. Przewodnicy grup w manierze indiańskiego krasomówstwa obwieszczają ważne decyzje. Oto co powiedział przewodnik grupy wioślarzy z rezerwatu Squamish z południowej Kolumbii Brytyjskiej: – Jesteśmy przed trudnym przejściem. Przed nami Cieśnina Królowej Charlotte, do której wpływa oceaniczna fala. Kiedy 21 lat temu wpływałem w tą cieśninę, pogodziłem się z Panem Bogiem, pożegnałem się z dziećmi – tak poważnie je traktowałem. Teraz jestem odpowiedzialny za młodzież. Jak wszyscy wiemy – dwie łodzie się już wywróciły. Nasz statek towarzyszący jest nieduży, nie ma gwarancji, że wszystkich wyłowi, gdyby coś się stało. Zdecydowałem, że nie będziemy płynąć dalej. To nie znaczy, ze wracamy do alkoholu i narkotyków. Jesteśmy rodziną wioślarzy i trzymamy się zasad... Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym tłumie nie ma w ogóle pijanych Indian!


Panorama Wisły

Galeria dla Kowalskich

Anna Ryland

W

isła najczęściej kojarzy się z urlopem spędzonym w jednym z wielu domów wypoczynkowych i coraz bardziej luksusowymi hotelami rozrzuconymi na słonecznych stokach Kotliny Wiślańskiej. W samym sercu beskidzkiego uzdrowiska, ponad gwarnym deptakiem, na pierwszym piętrze nieczynnego już hotelu znajduje się Galeria u Dziadka. ? Jest to miejsce odwiedzane przez ludzi szukających wrażeń innych niż te codzienne, gdzie można obejrzeć namalowane sny, marzenia, a czasami rzeczywistość widzianą oczami kogoś innego. Można tu na chwilę zwolnić bieg codzienności, przysiąść i rozmarzyć się. Jest to miejsce, do którego przychodzi się czasami przez przypadek, a wraca po latach... przy okazji oglądanych zdjęć z wakacji – mówi pani Joanna Szołtysek-Kuczyńska prowadząca Galerię u Dziadka. Galeria powstała ponad 10 lat temu jako wspólny projekt grupy artystów, którzy prezentowali swoją twórczość w sezonie letnim na rynku w Wiśle, zwłaszcza w trakcie trwania Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Z biegiem czasu inni współwłaściciele galerii wykruszyli się, a pani Joanna, wspierana przez swojego ojca, otworzyła Galerię u Dziadka. – Bez poparcia mojego taty, dziadka moich dzieci, galeria nigdy by nie powstała, stąd jej nazwa ? wyjaśnia pani Joanna. – Mój ojciec od początku firmował ją zarówno swoim nazwiskiem, jak i zamiłowaniem do sztuki. Chociaż tata jest artystą amatorem, a ja jestem wykształcona w tej dziedzinie, świetnie się rozumiemy. W galerii stoi koń na biegunach, który jest symbolem galerii i figuruje w jej logu. Mój tata zrobił go dla swoich wnuków, a teraz huśtają się na nim dzieci turystów odwiedzających galerię. Od początku pani Joanna miała bardzo dokładnie sprecyzowany pomysł na swoją galerię: – Nie miało to być miejsce dla koneserów i znawców sztuki, ale takie, do którego przychodziłby zwykły Kowalski. Chciałam, aby każdy turysta, który przyjechał do Wisły na wypoczynek i przez przypadek zajrzał do galerii, coś znalazł tu dla siebie. I rzeczywiście, przychodzą tutaj ludzie, którzy nigdy nie byli w galerii sztuki. Są oczarowani tym, co tu znaleźli, takim, a nie innym podejściem do tematu danego artysty, gamą kolorów, kompozycją czy formą wyrazu. To daje mi dużo satysfakcji. Zwłaszcza kiedy takie reakcje i komentarze pochodzą od ludzi, których sztuka przez duże S nigdy nie interesowała. Ich podejście do tego, co tu znajdują, ma wymiar osobisty i sentymentalny, daleki od tego, który reprezentują ludzie zajmujący się sztuką zawodowo.

Joanna Szołtysek-Kuczyńska prowadzi Galerię u Dziadka

W galerii są prace ponad 30 twórców. Wśród nich jest Jan Żyrek z Koniakowa – bardzo ciekawa postać, artysta amator, który nigdy nie studiował malarstwa, ale jego prace cieszą się ogromną popularnością i znajdują się w muzeach oraz prywatnych kolekcjach w kraju i za granicą. Między innymi były wystawiane na XI Wielkiej Aukcji Współczesna Sztuka Polska, która odbyła się w Waszyngtonie. Innym zasługującym na uwagę twórcą jest Kornel Wilczek – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, który zajmuje się malarstwem i grafiką cyfrową, a ostatnio również metalem. Jego prace znajdują się w prywatnych kolekcjach koneserów z całego świata. W Galerii u Dziadka wystawione są również dzieła Barbary Kaszy, której twórczość charakteryzuje się ciepłem barw, optymizmem, a jej częstym motywem są pola i kwiaty polskie. Stałym elementem galerii są także prace pani Joanny, czyli malarstwo na szkle, a od jakiegoś czasu również na jedwabiu. Jest też tkanina artystyczna, ceramika, rzeźba oraz biżuteria, a także metaloplastyka. Ostatnio oferta została wzbogacona o wyroby rękodzielnicze (koronczarstwo). Bardzo oryginalnymi eksponatami są satyryczne popiersia z ceramiki. Ich autorami są Zbigniew Bury i Anna Płonka z Andrychowa. Ojciec pani Joanny do tej pory jest aktywny, wraz z córką projektując nowoczesną biżuterię. Większość klientów Galerii u Dziadka to przypadkowi turyści, którzy idąc miejskim deptakiem, po prostu wpadają do galerii. – Często nie wiedzą dokładnie, czego szukają, ale, jak mówią, przydałby się im obraz nad kanapę lub komodę. Nie mają sprecyzowanej wizji, co obraz ma przedstawiać, ale ma pasować do koloru ścian i dywanu, ewentualnie do obicia mebli. – Nierzadko mam trudne za-

danie, aby taką osobę zadowolić – z uśmiechem mówi pani Joanna. – Jeżeli podołam wyzwaniu, tacy klienci przychodzą ponownie, gdyż czują się dobrze w miejscu, gdzie ich ktoś rozumie. Pani Joannie dużo satysfakcji daje znalezienie odpowiedniego obrazu dla klienta, który szuka „bzu w wazonie, takiego, jaki wisiał u babci nad stołem”. Istnieje również grupa klientów, którzy odkryli Galerię u Dziadka kilka lat temu. Znaleźli tu coś ciekawego i przy okazji każdej następnej wizyty w Polsce i w uzdrowisku odwiedzają ją. – To dzięki nim Galeria jeszcze istnieje – stwierdza pani Joanna. Powraca do galerii również mała grupa koneserów sztuki, którzy będąc w tym regionie, odwiedzają galerie w Wiśle, Szczyrku, Bielsku i Krakowie. Szukają prac określonych artystów, na przykład Jana Żyrka czy Kornela Wilczka. Wiosną i jesienią mamy duże grupy studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku, przyjeżdżających z różnych stron Polski. Wielu z nich nie tylko interesuje się sztuką, ale także sami malują i przyjeżdżają do Wisły na plenery. Po przejściu na emeryturę zaczynają tworzyć i przychodzą do galerii, aby porozmawiać o sztuce i swojej własnej twórczości, często pokazując nam swoje prace. Niestety, ta grupa powoli robi się coraz mniejsza. – Czasy się zmieniają – stwierdza pani Joanna. – Niedawno wpadła do nas pani, pytając: A gdzie pani ma buty? Wskazując na nogi, powiedziałam, że to jedyna para, którą tu mam. Obruszona stwierdziła, że to kiepski żart, bo na froncie jest napisane: Galeria, a tu tylko obrazki. – Być może jest to symbol dzisiejszych czasów – dodaje pani Joanna. – Kiedyś galeria była kojarzona z kolekcją sztuki. Teraz mamy galerie handlowe i galerie łazienek. Czy to znaczy, że komercja dorosła do rangi sztuki?


nowy czas | styczeń 2017 (nr 226)

historie nie tylko zasłyszane |31

Pan ZenobiuSZ Czyściec Irena Falcone

Pan Zenobiusz to postać fikcyjna, jakkolwiek zdarzenia, które opisuję, miały miejsce. Są kompilacją różnych historii zasłyszanych wśród przyjaciół, niektóre zdarzenia odnoszą się do moich własnych doświadczeń.

– Zobacz, Zenek, ile stopni jest na zewnątrz. Zenobiusz przystawia nos do szyby: Minus 24 – mówi nadal do niej przyklejony. – Czego ty tam wypatrujesz? Zenek odpowiada, mamrocząc: – Nos mi przymarzł do szyby, Irenka. Niedawno zaczął do mnie mówić po imieniu, tak jakoś bez uprzedzenia, i niezauważalnie przestałam być panią Irenką. Teraz jestem Irenką. Mieszkam w Anglii od wielu lat, więc mi to nie przeszkadza. – Przestań się wygłupiać, to nie jest czas na to! Zenek odwraca się w moją stronę i mówi: – Czas na żarty jest zawsze, a zwłaszcza w Polsce. Tutaj bez poczucia humoru nie dałoby się żyć. Przyjechaliśmy razem do Polski, aby szukać prywatnego domu opieki dla mojej mamy. Zenek stwierdził, że on pojedzie ze mną i będzie moim kierowcą, bo ja nie mam doświadczenia w prowadzeniu samochodu w trudnych warunkach atmosferycznych, jak to określił. Rzeczywiście o tej porze na polskich drogach jest często ślizgawka. Siedzimy

Igraszki z czasem

N

o i nastał nam nowy rok – nowe plany, nowe wyzwania, nowe obietnice składane samemu sobie… Nowy czas. Jedni ochoczo zabrali się już do dzieła, bo – jak mawiał Tadeusz Kotarbiński – „nie ma na to czasu, żeby tracić czas”, i często wiedzeni niecierpliwością ten czas poganiają. Inni natomiast z powodu opieszałości lub wręcz lenistwa czekają na odpowiedni czas. Wszak czas nie zając, nie ucieknie. Jeśli zaś pojutrze zrobi się to, za co powinni wziąć się już dzisiaj, zyskają dodatkowe dwa dni. A czas przeciekać im będzie przez palce. Później pewnie będą tego żałować, ale po czasie każdy mądry. Wiedzą o tym ci, którzy zarzucają sobie, że choć mogli, niewiele zrobili w czasie, który minął. Nie pomoże im poszukiwanie tego utraconego czasu ani pogoń za nim – i w sto koni nie dogoni. Może więc warto wrócić do niezrealizowanych planów. Wszak lepiej późno niż wcale. Oby tylko nie było to rychło w czas. Ludzie rozmaicie obchodzą się z czasem. Punktualni zawsze wszędzie są na czas, systematyczni robią zaś wszystko na czas. Opieszali natomiast ścigają się z

w barze i robimy listę wszystkich okolicznych domów opieki. Zenobiusz bardzo się zaangażował w poszukiwania i sprawdza wszystkie strony internetowe, a także opinie na temat każdego domu. Opinii jest dużo, ale przede wszystkim na temat tego, jak zwyrodniałe są dzieci, które PORZUCAJĄ rodziców z demencją i chorobą Alzheimera w domach opieki. I oby ich jasny szlag trafił. I oby do piekła trafili, zwyrodnialcy i niewdzięcznicy. I oby smażyli się w ogniu piekielnym przez następne stulecie. Tego dnia musieliśmy pójść do przychodni, aby lekarka mojej matki podpisała jeden z wymaganych dokumentów. W przychodni pani w recepcji mówi, że nie może przyjąć dokumentu, bo trzeba się zarejestrować na wizytę, ale radzi nam, abyśmy spróbowali, czy ktoś nas wpuści bez kolejki. W poczekalni przed gabinetem lekarskim jest sporo ludzi. Pytam się starszego pana stojącego przy drzwiach: – Który numerek teraz wchodzi? Odburkuje mi tylko jednym słowem: – 27. Uśmiecham się do niego i pytam, czy mogłabym wejść do gabinetu przed nim, bo potrzebuję od lekarza tylko podpisu na dokumencie. Patrzy na mnie, jakbym wygłosiła jakąś herezje, i odszczekuje podniesionym głosem: – Właśnie wpuściłem taką jedną cwaniaczkę. Też mówiła, że tylko na pięć minut, a już pół godziny siedzi! Pani obok mnie zaczyna wygłaszać tyradę na temat cwaniactwa i oszustów, którzy tylko czekają, aby ludzi w balona zrobić i wepchnąć się do kolejki. Mówi, że siedzi już tutaj godzinę i ma numerek 28. Świat jest pełen oszustów, kłamców i cwaniaków. Ona to wie, bo żyła w komunizmie i ma doświadczenie z kolejkowymi oszustami. Siadam na krześle obok Zenka i mówię: – Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce, czuję Ducha Świętego, jego obecność. Czy ty też to czujesz, Zenek? Zenobiusz nic nie mówi, tylko zasłania twarz gazetą, którą szybko podniósł ze stoliczka, i zaczyna się po cichu śmiać. – Biorąc pod uwagę,

że statystycznie 94 proc. społeczności w tym kraju to katolicy, powinniśmy się tutaj czuć jak w raju. Miłość, współczucie, miłosierdzie i braterstwo powinno nas otaczać ze wszystkich stron. Zenek zaczyna coraz głośniej chichotać. Po chwili opuszcza gazetę i mówi do mnie: – Irenko, a czy wzięłaś inną możliwość pod uwagę? Polska to być może czyściec dla wszystkich katolików, którzy się nie sprawdzili jako katolicy i dlatego jest ich tak dużo w jednym miejscu, w jednym kraju. W poczekalni panuje cisza. Można byłoby usłyszeć szpilkę spadającą na wykafelkowaną podłogę. Drzwi do gabinetu lekarskiego się otwierają. Cwaniaczka, która wepchnęła się do kolejki i miała być tylko pięć minut, a była pół godziny, wychodzi, lekko utykając na prawą nogę i podpierając się drewnianą laską. Numerek 27, czyli rozwścieczony oszukany pan stojący przy drzwiach, wchodzi do gabinetu, bezceremonialnie przepychając się koło utykającej cwaniaczki. W poczekalni nadal panuje cisza. Po chwili wpada zdyszana i spocona dziewczyna z karteczką w dłoni. W końcu chwyta oddech i pyta: – Jaki teraz wszedł numerek? Bo ja mam numerek 28. Na dowód pokazuje karteczkę z numerkiem 28. Pani siedząca obok mnie bierze powoli gazetę ze stoliczka i zaczyna ją bardzo uważnie przeglądać, po czym spogląda na dziewczynę, która już usiadła obok niej, i mówi: – Jeżeli pani chce, to może pani wejść przede mną, bo pani kolejka już minęła. W poczekalni nadal trwa cisza. Zadyszana dziewczyna dziękuje serdecznie wszystkim za to, że pozwolą jej wejść. Nikt nic nie mówi ani nie patrzy w jej stronę. Wtedy Zenobiusz donośnym głosem zwraca się do dziewczyny: – Nie ma sprawy, wie pani, trzeba sobie pomagać. Przecież wszyscy jesteśmy braćmi. Dziewczyna patrzy na niego trochę zdumiona, ale uśmiecha się miło i jeszcze raz serdecznie dziękuje pani siedzącej obok, która nadal z wielkim zainteresowaniem czyta gazetę.

czasem, a czas ich nagli lub ciągle im ucieka. I wciąż czuwa, bo tylko czas nie chodzi spać. Jednakże są też i takie sytuacje, w których lepiej jest czasu nie poganiać i czas zostawić czasowi, bo wszystko ma swój czas – co nagle, to po diable. A czas i cierpliwość zmieniają morwowe liście w jedwabne szaty. Czasem idziemy z duchem czasu lub chcemy czas zatrzymać, zwłaszcza gdy jest szczęśliwy, czy też zyskać na czasie. Nierzadko w swych planach kierujemy się oszczędnością czasu, a czasami – o zgrozo! – bezmyślnie zabijamy czas. Najczęściej bzdurami, no bo coś z tym czasem trzeba zrobić. Zdarza się też, że kradniemy czas innym lub też dajemy się okradać złodziejom czasu. A czas spokojnie sobie płynie. Nie jesteśmy w stanie go dobrze czy źle organizować, bo ponoć czas takim procesom się nie poddaje – twierdzą znawcy przedmiotu. Możemy jedynie z lepszym lub gorszym skutkiem zarządzać sobą w czasie. A co na to czas? No cóż, jak pisał Lew Tołstoj: „Czas się nie spieszy, to my nie nadążamy”. Czas to pieniądz – mówią ludzie interesu, przeliczając minuty na monety lub banknoty. A może tak darować trochę czasu gratis przyjaciołom? Może przeznaczyć nieco czasu na rozrywkę, na coś, co przynosi szczęście – wszak szczęśliwi czasu nie liczą. Według innych natomiast czas jest bezcenny. Co zatem łączy czas i pieniądze? I jednego, i drugiego zazwyczaj ludziom za mało. Czas to też najlepszy doktor. Czas leczy i goi rany. Czas koi wszelkie smutki. Czas jest lekarzem zła i lekarstwem na wszelkie zło. Czas jest także nauczycielem, ciągle udziela jakichś lekcji. Czas ukrywa tajemnice, ale również wiele

ujawnia. Wszystko wygląda inaczej z perspektywy czasu. „Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić. Czas nie ma z ludźmi tego kłopotu” – pisała Magdalena Samozwaniec. Choć i tu bywa różnie. Kiedy po wielu, wielu latach spotykamy kogoś znajomego i jesteśmy zaskoczeni, bo mimo upływu czasu szczęściarz ten niewiele się zmienił, stwierdzamy, że czas się jego nie ima czy też obszedł się z nim łaskawie lub stanął dla niego w miejscu. Podejrzewamy więc, że ten ktoś nie tylko żyje z czasem za pan brat, ale także ma z nim jakieś tajemne układy. Choć żadna to tajemnica, że nie starzeje się tylko ten, kto nie ma czasu. Jak to zatem jest z tym czasem? Nieco inaczej dzieje się z przedmiotami. Tutaj czas zdaje się mniej łaskawy, odciskając swoje piętno. Jednakże wiele z nich nadal nas wzrusza, zabiera w podróż sentymentalną, inne podziwiamy, zachwycamy się nimi, mimo że są nadgryzione zębem czasu. Ba! W wielu przypadkach dzięki owemu zębowi czasu rzeczy te stają się bardziej interesujące, a nierzadko nawet nabierają wartości. Czas bywa rozmaity. Jest czas narodzin i czas śmierci, czas smutku i czas radości, czas nienawiści i czas miłości, czas wojny i czas pokoju, czas buntu i czas pokory, czas burzy i czas słońca, czas żalu i czas szczęścia, czas stracony i czas zyskany, czas pracy i czas odpoczynku, czas najwyższy – wszystko ma swój czas i na wszystko przychodzi czas. Na refleksję również. Warto więc czasem pogwarzyć sobie z czasem lub… sięgnąć po „Nowy Czas”.

Lidia Krawiec-Aleksandrowicz




3P[NPXB

3FQPSUBš

1PDPEP-POEZOV QS[ZKFDIBÂŽQSF[ZEFOU 8SPDÂŽBXJB

od rewolucji do ewolucji – wybiórczy kalejdoskop 10-lecia



6D[FMOJB HE[JFNĂŽXJTJĂ… KĂ…[ZLBNJ BXJFMPLVMUVSPXPwĂ  KFTUKFKLPÂŽFNOBQĂ…EPXZN

       



/S 

1*€5&, QBzE[JFSOJLB *44/





SUSPKBOPXJD[!OPXZD[BTDPVL 5(86 OBKXJĂ…LT[FCSZUZKTLJF[XJ”[ LJ [BXPEPXF  QPTUBOPXJÂŽZ X TQPTĂŽC [EFDZEPXBOZ XBMD[ZĂ  P QSBXB QSB DPXOJD[F 1PMBLĂŽX 8 OBKCMJšT[” OJF E[JFMĂ…X(MBTHPXPECĂ…E[JFTJĂ…QJFSX T[F[PSHBOJ[PXBOFQS[F[UFO[XJ”[FL PUXBSUFTQPULBOJF[FXT[ZTULJNJ[BJO UFSFTPXBOZNJ1PMBLBNJ5(86OJF KFTUKFEOBLQJPOJFSFNrQPEPCOFTQP ULBOJF [PSHBOJ[PXBÂŽZ KVš X #SBEGPSE [XJ”[LJ[BXPEPXF"NJDVT ;XJ”[LPXDZ[5(86[EBK”TPCJF TQSBXĂ…  šF XJFMV QSBDPEBXDĂŽX OJF QS[FTUS[FHBQSBXB;CZUEÂŽVHJFHPE[J OZ QSBDZ  OJFV[BTBEOJPOF QPUS”DFOJB [ [BSPCLĂŽX  OJFXZQÂŽBDBOJF XZOBHSP E[FĂŒ[BVSMPQZJDIPSPCPXF5PUZMLP D[Ă…wĂ  QS[FXJOJFĂŒ  KBLJDI EPQVT[D[BK” TJĂ…QSBDPEBXDZ1PMBDZD[Ă…TUPOJFEP DIPE[”TXPJDIQSBX CPBMCPOJFPSJFO UVK” TJĂ… X QS[FQJTBDI  BMCP OJF [OBK” BOHJFMTLJFHP  BMCP QP QSPTUV CPK” TJĂ…  šF TLBSHB OB XBSVOLJ QSBDZ TQPXP EVKF JDI [XPMOJFOJF 1S[FETUBXJDJFMF 5(86[BNJFS[BK”UP[NJFOJĂ  r 5P QJFSXT[F UFHP UZQV TQPULBOJF X 4[LPDKJ  XJĂ…D OJF XJFNZ  JMF QS[ZK E[JFPTĂŽCrNĂŽXJb/PXFNV$[BTPXJp "OESFX#SBEZ[PEE[JBÂŽV5(X(MBT HPX.ĂŽXJKFEOBL šFOBQPEPCOFTQP ULBOJF [PSHBOJ[PXBOF QS[F[ )PVTJOH "TTPDJBUJPO EXB UZHPEOJF XD[FwOJFK QS[ZT[ÂŽP PLPÂŽP UZTJ”DB PTĂŽC ;XJ”[ LPXDZ XJFS[” XJĂ…D  šF X OJFE[JFMĂ… TBMB CĂ…E[JF QFÂŽOB 0D[ZXJwDJF  CĂ…E” OBNBXJBĂ OBXTU”QJFOJFEP[XJ”[LV  BMF QS[FEF XT[ZTULJN DID” QPJOGPS NPXBĂ 1PMBLĂŽXPQS[ZTÂŽVHVK”DZDIJN QSBXBDI J [BPGFSPXBĂ  QPNPD QPUS[F CVK”DZN " QPNBHBK” XT[ZTULJN  OJF UZMLPOBMFš”DZNEP[XJ”[LVr0CFD    

OJFQSPXBE[JNZPLPÂŽPTQSBXPOB SVT[FOJF QSBX QSBDPXOJD[ZDI 1PMB LĂŽX r NĂŽXJ #SBEZ 8 XJĂ…LT[PwDJ T” UPQPKFEZOD[FQS[ZQBELJ [CJPSPXZDI QP[XĂŽXCZÂŽPLJMLBrEPEBKF 1S[ZOBMFšOPwĂ  EP [XJ”[LV NPšF NJFĂ  KFEOBL J UĂ… LPS[ZwĂ  šF QSB DPEBXDB JOBD[FK CĂ…E[JF QBUS[ZÂŽ OB b[XJ”[LPXDBp  OBXFU KFwMJ KFTU PO DV E[P[JFNDFN J OJF QPTÂŽVHVKF TJĂ… QÂŽZO OJF BOHJFMTLJN *MV KFTU X UFK DIXJMJ [XJ”[LPXDĂŽX1PMBLĂŽX +BLOBPHĂŽMO” MJD[CĂ… D[ÂŽPOLĂŽX X DBÂŽFK 4[LPDKJ  UZT OJFXJFMVrNPšFLJMLVE[JFTJĂ…DJV "OESFX#SBEZNBKFEOBLOBE[JFKĂ… šF UP TJĂ… [NJFOJ QP OJFE[JFMOZN TQPULB OJVr+FwMJCĂ…E[JFVEBOF UPOBQFXOP QS[ZCĂ…E[JF OBN TQSBX P OBSVT[FOJF QSBX QSBDPXOJD[ZDI J CZĂ  NPšF OP XZDI D[ÂŽPOLĂŽX r NĂŽXJ 1P[B UZN  KFwMJ OBKCMJšT[B OJFE[JFMB PLBšF TJĂ… TVLDFTFN  [XJ”[FL OB QFXOP [PSHB OJ[VKF QPEPCOF TQPULBOJB X JOOZDI NJBTUBDI4[LPDKJ " DP [ SFT[U” LSBKV  +BL TJĂ… EPXJF E[JBÂŽ b/PXZ $[BTp X MPOEZĂŒTLJFK DFOUSBMJ5(86 UFHPUZQVTQPULBOJB OJF PECZXBK” TJĂ… X JOOZDI D[Ă…wDJBDI LSBKV 4[LPDLJ PEE[JBÂŽ KFTU UVUBK QJP OJFSFN $P OJF [OBD[Z  šF X -POEZ OJF [XJ”[FL OJF CSPOJ QSBX 1PMBLĂŽX 8 TUPMJDZ 8JFMLJFK #SZUBOJJ [XJ”[FL [BKNVKF TJĂ… SBD[FK HSVQBNJ [BXPEP XZNJ r OQ TQS[”UBD[FL  LJFSPXDĂŽX rBOJFFUOJD[OZNJ0CFDOJFUSXBTQSB XBQS[FDJXĂĄSNJFUSBOTQPSUPXFK[QĂŽÂŽ OPDOPXTDIPEOJFHP -POEZOV  X LUĂŽ SFK OBSVT[POP QSBXB QSBDPXOJD[F LJMLVE[JFTJĂ…DJVQPMTLJDILJFSPXDĂŽX %PLPĂŒD[FOJFOBTUSPOJF   





,VMUVSB .PEFMF .PEJHMJBOJFHP

 5BUSBHFEJBXTUS[”TOĂ…ÂŽBOJFUZMLPQPMTL”TQPÂŽFD[OPwDJ”X4[LPDKJJTBNZNJ4[LP UBNJXS[FwOJBXLPwDJFMFQXwX1BUSZLBQPMJDKBPELSZÂŽB[XÂŽPLJ[BHJOJPOFK QJĂ…Ă EOJXD[FwOJFKMFUOJFK"OHFMJLJ,MVL OB[EJĂ…DJV 1PEFKS[BOZNPUPCSVUBM OFNPSEFSTUXPKFTU1FUFS5PCJO TLB[BOZXSPLV[BHXBÂŽUOBEXĂŽDIMFU OJDIE[JFXD[ZOLBDIJ[XPMOJPOZQS[FEUFSNJOPXP[XJĂ…[JFOJBEXBMBUBUFNV

2014

LONDON 10 (208)

2014

FREE ISSN 1752-0339 ISSN 1752-0339

Przez trzy dni polska muzyka królowała nad Tamizą. Mistrzem ceremonii był Nigel Kennedy – największy ambasador polskiej kultury.

Âť4-5



Âť3

Rosyjskie śledztwo budzi wątpliwości Niedaleko miejsca, w którym rozmawiamy, mieści się Muzeum Szpiegostwa. Umieszczono w nim slogan: „nic nie jest takie, jakie się wydaje�. To waşne hasło, gdy ma się do czynienia z tego typu katastrofami. Wraz ze znajomymi zebraliśmy 44 pytania, na które mimo publikacji raportu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego wciąş nie znamy odpowiedzi. Zaczęliśmy równieş gromadzić przypadki jawnych kłamstw. I mamy juş 27 przykładów kłamstw, które trafiły do mediów i przez jakiś czas obowiązywały.

TAKIE CZASY

Âť6-7

#JPHSBåB .PEJHMJBOJFHP  B SBD[FK KFHP MF HFOEB  XQJTVKF TJÅ EPTLPOBMF X TUFSFPUZQ BSUZTUZQPD[”ULVVCJFHŽFHPXJFLV;BCÎKD[P QS[ZTUPKOZ QPDIPE[”DZ[5PTLBOJJrLSBJOZ HFOJVT[ÎX SFOFTBOTV r D[ŽPOFL QBSZTLJFK CPIFNZ .POUNBSUSFnV J .POUQBSOBTTF nV  VšZXBŽ LPCJFU  OJF TUSPOJŽ PE BMLPIPMV  IBT[ZT[V J LPLBJOZ ;NBSŽ r KBLšF CZ JOB D[FK r QS[FEXD[FwOJF  X XJFLV [BMFEXJF US[ZE[JFTUV QJÅDJV MBU  OJFEPDFOJPOZ QS[F[ XTQΎD[FTOZDI

Gry wyborcze

/B8ZTQJF

Sentymentalna podróş po Londynie

3BTJTUPXTLJFBUBLJ OBQSBDPXOJLĂŽX QS[FUXĂŽSOJSZCOFK

LONDON 03 (201)

5ZN LUĂŽS[ZUĂ…TLOJ”[BQPMTLJNJ.B[VSBNJ  QSPQPOVKFNZPEXJFE[FOJF-POEPO8FUMBOE $FOUSF MPOEZĂŒTLJFHPDFOUSVNE[JLJFKQS[Z SPEZ [BKNVK”DFHPD[UFSE[JFwDJBLSĂŽXPUXBS UZDIUFSFOĂŽXQPENPLÂŽZDI+FTUUPQJFSXT[Z T[UVD[OJF TUXPS[POZ UFHP UZQV SF[FSXBU QS[ZSPEZ X TFSDV NFUSPQPMJJ OB wXJFDJF 5VUFKT[ZUFSFOCZÂŽOJFHEZwQS[F[OBD[POZEP HSPNBE[FOJBXPEZEMB-POEZOV;BKNPXB ÂŽZHPD[UFSZ PHSPNOF[CJPSOJLJXPEOF

3PCFSU5SPKBOPXJD[

09 (207)

2014

ISSN 1752-0339 ROZMOWA NA CZASIE

Rys. Andrzej Krauze

1SBDPXOJDZ QPETLS[ZEÂŽBNJ

%[JLBQS[ZSPEB XwSPELVNJBTUB



Fot. Joanna Ciechanowska

;JFMPOZ-POEZO

7-21 June 2010 10 (146) FREE ISSN 1752-0339

cover design by Joanna Ciechanowska, silhouettes by Gosia Ĺ apsa-Malawska

8JFMLB#SZUBOJB–;XJ”[LJ[BXPEPXF

LONDON

LONDON

Czyli relacja jak najbardziej subiektywna z jednodniowej wizyty marszałka Sejmu, p.o. prezydenta i kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego w Londynie. 20 czerwca Polacy wybiorą prezydenta RP. Czy gry wyborcze pomogą nam w tej decyzji?

Âť12



CZAS NA WYSPIE

Londyn. Miasto Big Bena i London Eye. Miasto Tate Modern i Katedry św. Pawła. Ale teş Beatlesów, Sex Pistols i Oasis. Nic więc dziwnego, şe o stolicy Wielkiej Brytanii traktuje tak wiele piosenek. Nic teş dziwnego, şe tyle tu miejsc związanych z gigantami muzyki rockowej.

(SJNTCZUPNJBTUPPKFEOZN[OBKXZšT[ZDI XTLBzOJLÎX CF[SPCPDJB OB 8TDIPEOJN 8ZCS[FšV ;BLŽBEZ QS[FUXÎSTUXB SZCOFHP J JOOF åSNZ TQPšZXD[F XDJ”š KFEOBL OB S[FLBK”OBOJFEPTUBUFLXZLXBMJåLPXBOZDI QSBDPXOJLÎX  EMBUFHP XJÅD [EFDZEPXBOP TJÅ[BUSVEOJà QSBDPXOJLÎX[1PMTLJJJOOZDI LSBKÎXCZŽFHPCMPLVXTDIPEOJFHP

Lady Panufnik na tle portretu swojego męşa Andrzeja Panufnika

Âť14

FELIETIONY

Święte krowy 1PE[JFMTJÅTXPJNJVXBHBNJ JQS[FNZwMFOJBNJ

Kaşdy naród ma swoje święte krowy. Stara emigracja londyńska teş ma swoją. Profesora Władysława Bartoszewskiego. Sam się tak kiedyś nazwał. A było to w styczniu w 1997 roku. Stał profesor na podium w POSK-u i czarował publikę. Pewna leciwa emigrantka orzekła z uwielbieniem: – Ach, jego moşna słuchać bez końca. Na co jej towarzysz odparował, şe na szczęście wszystko ma swój koniec. I wybył z sali.

MJTUZ!OPXZD[BTDPVL

3&,-"."

      #           !         !           ! 

Âť19

PYTANIA OBIEĹťYĹšWIATA

Dlaczego w parku przy Fanhams Hall rosnÄ… strzeliste sosny?

   "

ROK PANUFNIKA > 16

>05

>25

       

NIKT NIE NARZEKA, ŝE DO WIELKIEJ BRYTANII PRZYJEŝDŝAJĄ ZAGRANICZNI BANKIERZY‌ LONDON

LONDON

16-29 stycznia 2010 1 (137) FREE ISSN 1752-0339

2014 01 (199) FREE ISSN 1752-0339

working with

NEW TIME

ORLA.fm

www.nowyczas.co.uk

LONDON 18 APRIL 2008 15 (80) nowyczas.co.uk FREE

SĹ‚awa Harasymowicz

CZAS NA WYSPIE

Adam Zamoyski

Âť6-7

Private Eye o Fawley Court Wpływowy i opiniotwórczy brytyjski magazyn Private Eye opublikował 8 stycznia br. w stałej kolumnie Nooks and Corners materiał na temat próby sprzedaşy Fawley Court. Ten satyryczny dwutygodnik, mający 700 tys. nakładu, który bezlitośnie wydobywa na światło dzienne wiele skandali şycia publicznego jest lekturą obowiązkową posłów do parlamentu, księgowych, prawników etc.

KULTURA

Âť14

Waldemar Januszczak

WĘDROWKI PO LONDYNIE

Âť22-23

Krótka Eldorado, czy opowieść betonowe slumsy o Zosi i Henrim Od wyglądu nie mniej fascynująca jest Była przyjaciółką francuskiego rzeźbiarza Henriego Gaudiera. Mieszkali razem w Londynie – ona czterdziestoletnia Polka z przeszłością kilku związków, on niedoświadczony dwudziestolatek, początkujący artysta. Henri Gaudier dodał nazwisko Zosi (w odmianie şeńskiej) do swojego, jako symbol ich związku, jedyny, bo ślubu nigdy nie wzięli.

historia brutalistycznych osiedli, silnie powiązanych z powojennymi ideami państwa opiekuńczego. W zamyśle miały one stać się eldorado dla klasy pracującej, w większościzmieniły się w betonowe slumsy. Ale niektóre z nich są teraz miejscami porządanymi, co świadczy o tym, şe to ludzie tworzą miejsce, a w brutalistycznych potworach da się şyć, jeśli tylko dać im tylkko trochę miłości.

Jak zinterpretować to, co od kilku lat dzieje się w Fawley Court? Zła wola, ignorancja czy nieporadność w zarządzaniu dobrem zgromadzonym przez dwa pokolenia? Jak powinna zareagować polska społeczność w Wielkiej Brytanii na pomysł wystawienia na sprzedaş symbolu naszej obecności w Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej? Oburzeniem czy współczuciem? Gniewem czy obojętnością? U wielu sprawa ta wywołuje uczucie smutku i rozczarowania. Czy moşna wyznaczyć cenę wartościom, które do tej pory wydawały się nie podlegać prawom rynku? Czy moşna zlicytować świadectwa nadziei i bohaterstwa? Smutne, şe Marianie zachowują się tak, jakby trzeba im było to tłumaczyć. Sprzedaş Fawley Court prowokuje pytania o teraźniejszość i przyszłość polskiej społeczności w Londynie i na Wyspach, o jej toşsamość i zdolność samoorganizacji. Czy jesteśmy jeszcze jedną etniczną grupą w strukturze współczesnej wieşy Babel, rozpoznającą się jedynie przez obyczajowe przyzwyczajenia, czy teş stać nas na wysiłek podtrzymywania pamięci i kształtowania wizji przyszłości? Dla stworzenia wspólnoty i wychowania jednostki waşne jest połączenie tych dwóch elementów. Zdawał sobie z tego sprawę załoşyciel Fawley Court, ksiądz Józef Jarzębowski. Dlatego w szkole, którą załoşył w 1953

LONDON 21 September 2010 14 (150) FREE ISSN 1752-0339

LONDON 6-20 kwietnia 2010 6 (142) FREE ISSN 1752-0339

CZAS NA WYSPIE

Âť3

Zaginiony pomnik Chopina znaleziony

THE POLISH WEEKLY

Jest rok 1975, dokładnie 26 lutego. W londyńskim South Bank przed głównym wejściem do Royal Festival Hall ma się odbyć długo oczekiwana uroczystość odsłonięcia pomnika Fryderyka Chopina. Pomnik odsłonięto. Kiedy zniknął z tego prestişowego miejsca? I gdzie się znalazł?

WYBORY POWSZECHNE W UK

Âť6-7

Trzecia droga konserwatystów Więzy społeczne, wyrównywanie szans, ekologia i walka z dyskryminacją – takim językiem brytyjska lewica operuje od lat. Ale dziś na Wyspach mówią nim konserwatyści. Kampania wyborcza w Wielkiej Brytanii nabrała impetu po tym, jak premier Gordon Brown 6 kwietnia poprosił królową Elşbietę II o rozwiązanie parlamentu. Wybory powszechne odbędą się 6 maja.

KOMENTARZE

Komu potrzebny jest

Wojciech Goczkowski

Carolina Khouri – urodzona w Libanie, wychowana w Polsce, mieszkająca w Londynie artystka zaprezentuje swoje prace z serii Strictly Woman 22 stycznia podczas Szalenie Snobistycznego Balu Artystycznego. Krypty kościoła St. George the Martyr, Borough High Street. Zapraszamy. 32

Trzecia część filmu Immigration; Inconvenient Truth będzie pokazana w Channel 4 w najblişszy poniedziałek, 21 kwietnia, o godz. 20.00.

NEW TIME

Artykuł ten nie powstał w celu obraşenia lub zgorszenia kogokolwiek, a szczególnie Zgromadzenia Księşy Marianów, którego zasługi i pracę misyjną doceniam i szanuję. Ale w obliczu gorszących faktów, których wszyscy jesteśmy świadkami, zachowanie milczenia jest prostą drogą do cynizmu i oschłości serca – na to nikt nie moşe sobie pozwolić, a na pewno nie za cenę zachowania „świętego spokoju�.

Stanisław Frenkiel „Ucieczka Kwika� ok. 1970 olej na płótnie

POSK–50 lat i jeszcze więcej

Strictly Woman

Czy kradniemy Brytyjczykom pracę? DIMITRI COLLINGRIDGE z Channel 4: – Problem polega na tym, şe nic nie kradniecie. Praca jest. Brytyjczycy nie chcą wykonywać pewnych prac, a ktoś je musi wykonać. Polacy pracują cięşko, są lepiej wykwalifikowani i paradoksalnie zmuszają Brytyjczyków do zmiany kwalifikacji. Z autorem programu o imigrantach rozmawia Aleksandra Šojek-Magdziarz

Obawiam się, şe wraz z nasileniem się róşnych unijnych kontroli badających procedury rozdziału przez Polskę europejskich dotacji okaşe się, şe po 2013 roku kraj zostanie obciąşony sporym rachunkiem, na jaki złoşą się wydat-kowane nieprawidłowo kwoty, które trzeba będzie do Brukseli zwrócić. Pytanie – kto je zwróci?

Fawley Court? znalazło się miejsce dla muzeum polskiej historii i polowego ołtarza w pałacowej kaplicy. Dzisiejsi następcy księdza Jarzębowskiego wydają się tego nie rozumieć. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Fawley Court w 2005 roku. Pojechałem, zachęcony przez spotkanych w Londynie Polaków, którzy opowiedzili mi o moşliwości zwiedzenia Muzeum i poznania historii bohaterskiego księdza. Zgromadzenie Marianów kojarzyło mi się z Licheniem i kilkoma wykładowcami z czasów studiów. Kiedy wyjeşdşałem z Fawley Court moja wiedza poszerzyła się o wiele nowych faktów, ale niestety poznałem teş w pełni czym są tzw. „mieszane uczucia�. Powodem moich wewnętrznych niepokojów była rozmowa z jednym z zakonników na temat przyszłości wspomnianego ołtarza. W opinii Marianina ołtarz powinien zostać usunięty z prezbiterium, poniewaş jego symbolika nie koresponduje ze współczesnością, a militarne elementy (skrzydła husarskie i głownia miecza) fałszują pokojowe przesłanie chrześcijaństwa. Wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej nie został poddany krytyce, ale juş jego historyczne związki z Kultem Miłosierdzia Bo-

şego przedstawiały się mojemu rozmówcy dosyć mgławicowo i mętnie. Z naszej dyskusji wynikało, şe tym co powstrzymuje Ojców Marianów przed przeniesieniem ołtarza do muzeum jest obawa przed reakcją, juş coraz mniej licznych, ale wciąş şyjących ludzi z pokolenia, którego doświadczenie ten ołtarz przekazuje. Teraz juş wiem (fakty o tym mówią), şe zdaniem Marianów równieş cała posiadłość nie odpowiada nowym czasom. Otóş głębokim nieporozumieniem jest myśleć, şe ołtarz i Fawley Court jest dzisiaj potrzebne wojennemu pokoleniu. Dla nich spełniły juş swoją rolę. Dawały oparcie w czasie wojny i chroniły przed upadkiem w rozczarowanie i bezradność po przegranej wojnie. Przesłanie, jakie niesie niechciany ołtarz i jego otoczenie potrzebne jest przede wszystkim młodemu pokoleniu. Myślę, şe w ten sposób rozumował równieş ksiądz Jarzębowski gromadząc pamiątki po Powstaniu Styczniowym i zachowując świadectwa czasów jemu współczesnych. Jak prowadzić pracę wychowawczą i duszpasterską nie mogąc pokazać materialnych świadectw ludzi, którzy w najtrudniejszych momentach swojego şycia, Polski i historii Europy nie utracili wiary i nadziei?

Âť11

Kto zapłaci?

Fawley Court to nie historyczne sentymenty, ale miejsce, które powinno naleşeć do przyszłości. Historia w nim opowiedziana moşe słuşyć następnym pokoleniom. Gdyby takiego miejsca nie było, naleşałoby je stworzyć. Święto Zesłania Ducha Świetego, obchodzone co roku w Fawley Court, wyznacza horyzont myślenia o przyszłości tego ośrodka, który musi wrócić do idei prowadzenia pracy edukacyjnej w poszerzonej i unowocześnionej formule. Jest w Fawley Court wystarczający potencjał, aby stało się centrum spotkania ludzi z róşnych ras, kultur i narodów, którzy potrafią się porozumieć mimo róşnic języ-

kowych i cywilzacyjnych. W ten sposób powstałaby równieş przestrzeń, w granicach której pojawiłaby się szansa podzielenia się z innymi własną historią i pamięcią pokoleń, co w kontekście zachodzących procesów jednoczenia się Europy ma wyjątkowe znaczenie. Wszystko jednak wskazuje na to, şe władze Zakonu Marianów wolą widzieć przyszłość Europy bez historii Polski. Przeniesienie zbiorów księdza Jarzębowskiego do Lichenia jest tego wystarczającym dowodem i şadne słowa wyjaśnień nie mogą usunąć sprzed oczu tych niemoşliwych do zaakceptowania faktów.

FAWLEY COURT

Âť12

The Mackenzies of Fawley‌ the Chairman of Fawley Court Old Boys paid a visit to Scotland, to meet with Fawley's original owners the Mackenzie family, and Lady Mackenzie herself, to try and unravel or indeed dispel some of the myths linked to the Poles-inexile purchase of 1952. The visit proved welcoming, interesting, and in no small measure rewarding‌

KULTURA

Punktem kulminacyjnym wizyty papieşa Benedykta XVI na Wyspach była beatyfikacja XIX-wiecznego słynnego teologa i duszpasterza, kardynała Johna Henry’ego Newmana. Papieş wskazał go jako wzór świętości i şywotności Kościoła na ziemi brytyjskiej. Jego popiersie w Fawley Court (na zdjęciu) towarzyszyło Polakom w ich emigracyjnych losach. Było teş duchową inspiracją wychowanków Divine Mercy College.

Wizyta Benedykta XVI

Âť19

Âť4-5

Jasna Polana Stary człowiek opuszcza swój dom i umiera na jakiejś zabitej deskami stacyjce. Tym człowiekiem jest najbardziej znany i kontrowersyjny, przynajmniej pod koniec şycia, pisarz Lew Tołstoj. W następstwie tej śmierci Astapowo, nikomu nieznana dziura w guberni riazańskiej, zaczyna coś znaczyć na literackiej mapie. Awans jest zupełnie nieoczekiwany, ale zgonu autora Wojny i pokoju naleşało się spodziewać.

Zapewne niejeden przechodzień, który znalazł się w Wielki Piątek w poblişu Borough Road i Borough High Street, zastanawiał się, skąd się wzięło to białe UFO na kółkach. Ogromne jajo toczone z zapałem i siłą przesłania przez kilku artystów przemieszczało się ze studia rzeźbiarza Wojciecha Sobczyńskiego, gdzie zostało mozolnie skonstruowane, na miejsce wystawy – czyli do ogrodu kościoła St George the Martyr w Borough. 4-5

Tragedy and Triumph

Âť6-7

czytaj prasÄ™, bÄ…dĹş mÄ…dry LONDON

2014

2015

nowy czas

[01/211] LONDON FREE ISSN 1752-0339

11/12 (209-210)

LONDON

FREE ISSN 1752-0339

June 2013 6 (192) FREE ISSN 1752-0339

Rys. Joanna Ciechanowska

nowyczas.co.uk Rys. Andrzej Krauze

Naszym wiernym Czytelnikom, Współpracownikom, Reklamodawcom radosnych świąt Boşego Narodzenia, duchowej odnowy i chwili refleksji przed wejściem w Nowy 2015 Rok şyczy redakcja „Nowego Czasu�

szczegóły na str. 6

LONDON

4/221 2016

czerwiec

FREE ISSN 1752-0339

LONDON

15-29 marca 2010 5 (141) FREE ISSN 1752-0339

nowy czas

30 January – 12 February 2010 2 (138) FREE ISSN 1752-0339

FAWLEY COURT

NEW TIME

www.nowyczas.co.uk

Ach, cóş to był za bal‌

Wstrzymana ekshumacja

nowyczas.co.uk

LONDON

Âť4

Decyzja sądu przyszła w ostatniej chwili – księşa marianie planowali ekshumację na poniedziałek 15 marca. Przygotowując się do niej usunęli juş płytę nagrobną o. Józefa, krzyş i wykopali otaczający grób bukszpan. Zdjęcia, jakie udało się zrobić 11 i 13 marca są poraşające. Wydaje się, şe grób jest juş pusty, ale firma mająca przeprowadzić ekshumację zapewniła nas, şe szczątki o. Józefa Jarzębowskiego nie zostały naruszone i nadal znajdują się w grobie, pomimo usunięcia płyty nagrobnej.

Piotr Skrzynecki z krakowskiej Piwnicy pod Baranami zwykł mówić: zabawmy się, bo kto nas zabawi, jak sami się nie zabawimy? No to się zabawiliśmy. Pierwszy Szalenie Snobistyczny Bal Artystyczny za nami. Relacja na stronie. Poczytajcie, poczytajcie‌

Âť11

FELIETIONY

Na czasie Grzegorz Małkiewicz: Znajomość własnej historii i pamięć o zmarłych przodkach to elementarne zasady kaşdej społeczności. Czy 14-letnie dziecko zasłuşyło na najgorszą klątwę – „nie zaznasz spokoju nawet po śmierci�? Wituś Orłowski zasłuşył na więcej. Stał się symbolem wygnania, nadziei i pojednania. W swoim krótkim şyciu odbył daleką drogę, ale zrządzeniem losu, ta droga nie ma końca.

LUDZIE I MIEJSCA

Âť14

Twórczy apetyt nadal wielki Wojciech Sobczyński: Tomasz Stańko występuje najczęściej jako lider kwintetów lub kwartetów, proponując własne kompozycje, na kanwie których opiera się improwizacyjna współpraca zespołu. Jest to proces fundamentalnie nowoczesny i stale budujący nowe, współczesne brzmienie. Tak jest teraz, tak teş było od samego początku jego kariery, którą obserwowałem z bliska jako jego kolega jeszcze za licealnych czasów w Krakowie.

ARTERIA

arteria & nowy czas zapraszajÄ… artystĂłw i dzieci na WIELKÄ„ AKCJĘ malowania GIGANTYCZNEJ PISANKI w kryptach koĹ›cioĹ‚a St. George the Martyr Borough High Street,London, SE1 1JA (naprzeciwko Borough Station) 3 kwietnia od godz. 11.00 do 14.00.

Âť15

Nie strzelać do fotografa

SĹ‚awa Harasymowicz

CZAS NA WYSPIE Street Photography, czyli fotografia uliczna jest gatunkiem zagroşonym. Fotograf rejestrujący şycie na gorąco staje się coraz częściej osobą podjerzaną o – w zaleşności od wyobraźni stróşa porządku – terroryzm, pedofilię, etc. Robienie zdjęć w miejscach publicznych nie jest wprawdzie zabronione przez prawo, ale w sprzyjających warunkach, a takie niestety władze sobie stworzyły, zawsze jakiś przepis moşna znaleźć. Czy nasze czasy zapisze tylko wszechobecna kamera policyjna? Damian Chrobak nie wyobraşa sobie robienia zdjęć w innych warunkach. To właśnie ulica, w dodatku londyńska (bajeczne miejsce dla fotografa – jak mówi) jest najbardziej inspirująca.

Âť3

W siódmym niebie nienawiści Od dawna juş obserwuję toczącą się w internecie wojenkę, jaką Polacy w kraju wypowiedzieli emigracji. To, co dzieje się na forach, co wypisuje w komentarzach pod publikowanymi przez portale doniesieniami, jest z jednej strony ambarasujące, z drugiej zaś – niepokojące i skandaliczne.

FELIETONY

Âť11

Na czasie W tygodniku „Cooltura� z dn. 16 stycznia br. Piotr Dobroniak ogłosił swoje światopoglądowe credo: „Było – nie ma�. Trzeba przyznać, tytuł efektowny. Niczym z „Ziemi obiecanej� Reymonta, lepiej znanej w adaptacji Andrzeja Wajdy: „Pieniądze? Jakie pieniądze? Pan masz złote rybki w głowie�. W tym cytacie mogą odnaleźć się emigranci, którzy przypominają o swoich datkach na Fawley Court.

SPECTRUM

Âť14

KULTURA

Âť19

CZAS RELAKS

Grey uniforms, Solidny dom snow and budowany goalkeepers ze słów Growing up in Britain as a half Pole during the 80s and 90s had a considerable downside. Poland’s reputation was worth less than the zloty, to the average Brit Poland was a grey, backward hell-hole where everyone drove a tank and as such one could expect to be ridiculed or painfully patronised, unless‌

Ziba Karbassi: – Zaczęłam pisać, kiedy byłam bardzo młoda. Przywiozłam tu swoje wiersze. Zawsze tak było, şe cokolwiek zaczynałam budować, to potem traciłam. Tym razem postanowiłam zbudować solidny dom z języka, ze słów i wierszy. Taki, którego nikt mi juş nie odbierze.

Âť26

O zdrowiu z natury czerpanym Czy ocet moşe mieć lecznicze właściwości. Odpowiadam TAK! Na pewno ma wpływ na obnişenie poziomu cholesterolu w organizmie. PROSTE... popijając ocet „odkamienimy� swoje naczynia krwionośne... A to prowadzi do poprawy krąşenia. Pijmy go jednak z umiarem‌

LONDON LONDON

LONDON

1-14 marca 2010 4 (140) FREE ISSN 1752-0339

4-17 December 2010 19 (155) FREE ISSN 1752-0339

26 June – 9 July 2010 11 (147) FREE ISSN 1752-0339

NEW TIME

www.nowyczas.co.uk

Ksiąşę Karol w POSK-u DRUGI BRZEG

Âť3

Przyjaciółka Renata Renata miała do mnie pretensje, şe nie szanuję jej w roli Pani Generałowej. Nie mogłam jej wytłumaczyć, şe nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia czy jest wdową po generale, czy po kapralu. Dla mnie zawsze była i będzie Renatą Bogdańską, moim kumplem, partnerem i przyjaciółką.

FELIETONY

Âť11

Na czasie Ludwik Dorn poczuł się „sponiewierany� przez prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego. Nie on jeden. Zniesmaczony był premier i niektórzy członkowie Platformy Obywatelskiej, nie mówiąc o opozycji. Prezydent RP zaprosił generała Jaruzelskiego do udziału w obradach Rady Bezpieczeństwa Narodowego przed zblişającą się wizytą prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Polsce. Czy grozi nam niebezpieczeństwo ze strony naszego wschodniego sąsiada?

SPACER PO LONDYNIE

Niedziela wyborcza w Londynie. Jeszcze głosować nie moşemy, ale w politycznym ferworze potrafimy zrobić niepolityczną akcję. Dorośli są tacy powaşni. Ciszy wyborczej nie zakłóciliśmy. Więcej o wyborach

FAWLEY COURT

Âť6

ROZMOWA NA CZASIE

Âť11

Dokumenty zdrady

Bo pacjent jest najwaĹźniejszy

Co wiemy o kupcu Fawley Court? Aida Hersham kilka lat temu brała udział jako powiernik w próbie sprzedaşy katolickiego St Johns and St Elizabeth Hospital w Londynie i po interwencji Charity Commission musiała zrezygnować z pełnionej funkcji. Oficjalnie reprezentuje (czy rzeczywiście?) Cherrilow Ltd, firmę najpierw działającą w Anglii, którą potem wskrzeszono na Jersey.

Medyk Dental and Medical Centre – polska klinika w zachodnim Londynie. Mogłoby się wydawać, jedna z przychodni, jakich wiele. Jednak w atmosferze panującej w Medyku jest coś wyjątkowego. Plusy polskiej przychodni przy Hanger Lane moşna by mnoşyć w nieskończoność. Są więc długie godziny otwarcia, dostosowane do potrzeb najbardziej nawet zapracowanych pacjentów.

PUBLICYSTYKA

Âť13

Na czasie Wykształceni Polacy głosują na Komorowskiego. Jako Polak wykształcony (mam stosowne papiery) protestuję. Domagam się przestrzegania prawa wyborczego dającego mi swobodę wyboru według moich własnych kryteriów. Nie zrezygnuję z danej mi wolności wyboru pod wpływem jazgotu tak zwanych środowisk opiniotwórczych. Do ostatniej chwili będę wyborcą niezdecydowanym, podejrzliwym i nieufnym. Czego i Wam drodzy czytelnicy şyczę.

KULTURA

Âť4-5

Âť14-15

Orchestra of Life? Nie‌ of Love Nasza orkiestra to głównie pasja i miłość do muzyki, dlatego mogłaby się nazywać Orchestra of Love. No i, oczywiście, stuprocentowe zaangaşowanie. Ludzie, którzy w niej grają, muszą być nie tylko warsztatowo znakomitymi muzykami, ale równieş mieć wiele spontaniczności, bo Nigel jest nieprzewidywalny i w ostatniej chwili moşe zmienić przygotowany program, a my, nie dając się zaskoczyć, musimy sprostać wyzwaniu.

Âť14

Chelsea Miejsce narodzin punk rocka, rezydencja Henryka VIII i jedna z najdziwaczniejszych galerii na Wyspach. Takie rzeczy tylko w Chelsea.

Londyn w bieli Jak na Wyspy, śnieg w listopadzie to zjawisko niezwykłe, szczególnie na południu. Pierwsza była północ, i tak zwykle bywało, a bukmacherzy przyjmowali zakłady, czy będą białe Święta. W tym roku w kilkanaście godzin po północy zasypało dokładnie południe. Zasypało Londyn, a

niektóre dzielnice (jak na przykład Crystal Palace, na zdjęciu) biała powłoka zamieniła w malownicze kurorty górskie. Swoją srogość zima rekompensuje pięknem krajobrazu i dostarczaniem uciech najmłodszym, łącznie z podarowanym czasem wolnym od nauki. Szkoły zamknięte,

ARTERIA

Âť15-17

Andrzejki

ulice nieprzejezdne. Kraj traci miliony, a rząd zastanawia się, czy moşe naleşałoby zakupić sprzęt odśnieşający. Prostego rozwiązania nie ma. Tymczasem zarejestrowano rekordowe zuşycie gazu. Eksperci twierdzą, şe moşe być źle, bo zapasów coraz mniej.

Takie spotkania są waşne, bo kaşdy Artysta czy artysta potrzebuje miejsca, gdzie da upust swym emocjom, gdzie przestaje być dziwakiem, gdzie znajduje zrozumienie, gdzie ociera się o sztukę, jak równieş staje się jej udziałem. ARTeria to mrowie ludzi ciekawych pod kaşdym względem.

– Czy ja teş zostanę kiedyś królem? Nie udało nam się ustalić, czy ksiąşę Karol podczas wizyty w Polskim Ośrodku SpołecznoKulturalnym 23 lutego zapytał o to Króla Maciusia I. Adam 3 Zamoyski Sława Harasymowicz CZAS NA WYSPIE

Âť5

TAKIE CZASY

Âť9

REPORTAĹť

Âť12

Waldemar Januszczak

LUDZIE I MIEJSCA

Âť19

Solidarność 30 lat

RozmĂłwki polskie

Ĺťywoty grzesznych

Pikantne figle Fryderyka

Frasyniuk, jakby w rewanşu, niefrasobliwie zakomunikował zebranym, şe11 listopada to święto bez znaczenia dla współczesnych Polaków. Powinno być zniesione i zastąpione świętem 4 czerwca, kiedy Polacy po latach komunizmu poczuli się znowu wolni. – W czerwcu jest cieplej – dodał Frasyniuk – ludzie mogą świętować na ulicach, popijać wódkę.

Fresz po przedawkowanej nocy, po czym brifing w radiu, przed południem sejle, bo moşna złapać ap to 50% bergejn. Jeśli nie potraficie się na tym sfokusować, zawsze moşecie liczyć na pomoc kołcza. Gdybyście opadli z sił i wasz imidş na tym ucierpiał, sandwicz na pewno pomoşe wam odzyskać świeşy luk‌

Kim będę w moim ulicznym wcieleniu, jeszcze nie wiem. I nie wiem, jak długo ono potrwa. Wiem jedynie, şe trzeba jakoś przetrwać tę śmieszną brytyjską zimę. Nie zimna się obawiam, a opadów, czyli przemoczenia ciuchów i legowiska. Noc z 9 na 10 grudnia przesiedziałem w bramie kościoła baptystów na skrzyşowaniu Camden Road i Hilldrop Road.

Urodził się blisko czterdzieści lat temu w Częstochowie, w rodzinie muzyków i intelektualistów. W wieku osiemnastu lat kończy liceum muzyczne w klasie skrzypiec. Dziadek, religioznawca, wywiera na nim duşy wpływ. Fryderyk z fascynacją przegląda jego bibliotekę. W 2005 roku przyjeşdşa do Anglii i zaczyna systematycznie malować.

Nowy Czas 01/2017  

Polish magazine published in London

Nowy Czas 01/2017  

Polish magazine published in London