Monitor Polonijny 2012/11

Page 1

Jak siebie zmienić na lepsze str. 4

Wynajmujemy mieszkanie w Bratysławie

Władysław Frasyniuk: „Na szczęście jestem kryminalistą“

str. 16

str. 6


E D U K AC J A P O L S K I C H D Z I EC I Z A G R A N I C Ą P O D Z N A K I E M Z A P Y TA N I A

Będzie drożej i... gorzej? ielka Brytania, Niemcy, Kanada, Francja, Szwajcaria, Słowacja, Stany Zjednoczone i wiele innych – chyba nie ma państwa, w którym nie mieszkaliby Polacy.

W

Wyjeżdżają z Polski z różnych powodów. Najczęściej w poszukiwaniu lepszej pracy (na pewno pamiętają Państwo wielką falę emigracji głównie młodych Polaków do Wielkiej Brytanii, do której doszło po otwarciu tamtejszego rynku pracy). To nie są wyjazdy do prac sezonowych, np. przy zbiorze owoców czy kwiatów w Holandii, tylko emigracja w pełnym tego słowa znaczeniu, zakładająca kilkuletni pobyt na obczyźnie i bardzo często osiedlenie się tam na stałe. Polacy, którzy wyjeżdżają za granicę wraz z dziećmi, nie muszą rezygnować z ich edukacji w języku polskim. A przynajmniej nie musieli do tej pory, bo jeśli tylko chcieli, ich pociechy mogły uczęszczać na zajęcia do szkół z polskim językiem nauczania, znajdujących się przy ambasadach, czyli Szkolnych Punktach Konsultacyjnych (SPK). Czego one uczą? „To są publiczne szkoły polskie, będące placówkami uzupełniającymi wiedzę młodych Polaków za granicą w zakresie języka polskiego, historii i geografii Polski” – wyjaśnia Monika Holzwieser, kierownik SPK przy Ambasadzie RP w Bratysławie. 2

Według dostępnych danych w prowadzonych obecnie przez wszystkie SPK zajęciach uczestniczy ok. 15 000 uczniów. Za granicą funkcjonują także płatne szkoły społeczne, w których uczy się około 100 tysięcy polskich dzieci. Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej przyjrzały się uważnie tym danym i wyciągnęły wnioski – SPK jak najszybciej powinny zostać przekształcone w szkoły społeczne, płatne. Rodzice dzieci, które uczą się w funkcjonujących przy ambasadach placówkach, są zbulwersowani i rozgoryczeni. Uważają, że MEN i MSZ chcą odebrać polskim dzieciom za granicą dostęp do publicznej edukacji. Nie ukrywają, że jeśli za kształcenie dziecka w języku polskim trzeba będzie płacić, zrezygnują z niego, bo ten wydatek mocno obciąży ich domowe budżety. Pojawiają się także argumenty merytoryczne – szkoły społeczne nie są nadzorowane przez MEN, zaś nauczyciele w nich pracujący nie mają profesjonalnego przygotowania. Czy SPK oferują więcej? Monika Holzwieser zapewnia: „W naszych szkołach zatrudniamy nauczycieli specjalistów po studiach z danego przedmiotu, ukończonych na polskich uniwersyte-

tach. Co to oznacza w praktyce? Podam przykład naszego Szkolnego Punktu Konsultacyjnego przy Ambasadzie RP w Bratysławie. Języka polskiego mogą uczyć tu absolwenci filologii polskiej i edukacji wczesnoszkolnej. Nauczycielka, która jest filologiem polskim, chcąc uczyć naszych najmłodszych, musiała ukończyć dodatkowe studia podyplomowe z zakresu edukacji wczesnoszkolnej właśnie. Historii zaś uczy absolwentka historii!” – podkreśla i dodaje, że zaniepokojeni proponowanymi przez MSZ i MEN rodzice dzieci uczących się w SPK na całym świecie wysłali do obu ministerstw pisma z prośbą o wyjaśnienia. Pracujący nad zmianami posłowie Platformy Obywatelskiej uspokajają i twierdzą, że zmiany mają na celu właśnie podniesienie poziomu nauczania, zrównanie szans edukacyjnych

i wprowadzenie sprawiedliwych zasad dla wszystkich. Dlaczego obecna sytuacja jest zła? „Szkolne punkty konsultacyjne powstały jeszcze w PRL-u. Głównie po to, by chronić dzieci dyplomatów przed kontaktem z miejscowymi. W dzisiejszych czasach, kiedy żyjemy w wolnym kraju, wielu naszych rodaków wyjeżdża do pracy za granicę, funkcjonowanie SPK nie ma sensu. W szkołach społecznych, które są płatne, uczy się w tej chwili około 100 tysięcy młodych Polaków, w SPK około 15 tysięcy. To jest nierówność, niesprawiedliwość, że tyle osób musi za dodatkowe zajęcia w szkołach społecznych płacić, a 15 tysięcy może się uczyć za darmo, chociaż w niektórych SPK pobiera się opłaty od rodziców” – wyjaśniała dziennikarzom pracująca nad zmianami posłanka PO Ligia Krajewska. Wtóruje jej inna posłanka PO, Joanna Fabisiak: „System szkół polskich działających za granicą trzeba zreformować. Wiele z nich to przeżytek PRL, a zmiany zapewnią dostęp do nauki polskiego większej liczbie dzieci” – mówi. Wciąż nie wiadomo, jak dokładnie będzie wyglądała reforma nauczania polskiego za granicą i co z proponowanych zmian ostatecznie wejdzie w życie. Jak informuje Monika Holzwieser, na spotkaniu z kierownikami SPK minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas zapewniła, że MEN nie przewiduje w najbliższym czasie żadnych zmian systemowych. KATARZYNA PIENIĄDZ MONITOR POLONIJNY


Odlatujące ptaki, ogołocone drzewa, dżdżyste poranki, gorąca herbata... Tak się Państwu kojarzy listopad? Naszej rodaczce z Brazylii również! Z tą różnicą, że ona tęskni za tym, co my mamy na co dzień. Tak, tak, to nie pomyłka! Podczas upałów, które niebawem ogarną Brazylię, Ludmiła Pawłowski marzy o chłodzie, puchowej kurtce i subtelnej przyrodzie, charakterystycznej w tym czasie dla naszej części Europy (tu zachęcam Państwa do przeczytania drugiej części artykułu, nadesłanego z Brazylii, publikowanego w cyklu „Rozsiani po świecie“ – str. 30). Jesteśmy zatem szczęściarzami, bowiem jesiennymi „luksusami” możemy się rozkoszować przez najbliższe tygodnie! I pewnie dla niektórych brzmi to jak paradoks, bo przecież listopad nie należy raczej do ulubionych miesięcy. Zaczyna się zawsze melancholijnie świętem zmarłych (w rubryce sportowej wspominamy sportowców, którzy w tym roku odeszli na zawsze – str. 26), ale od nas zależy, jak zagospodarujemy długie jesienne wieczory. Nasza redakcyjna koleżanka zachęca do zapisania się na kursy i szkolenia, m.in. z zakresu rozwoju osobowości (str. 4), a ja dodam, że Klub Polski, korzystając z jej rady, też przygotowuje szkolenie, którego celem jest motywowanie do aktywności działaczy polonijnych (ogłoszenie na str. 28). Na łamach naszego pisma prezentujemy też bogatą ofertę wydawniczą („Bliżej polskiej książki“ – str. 24, „Czułym uchem“ – str. 14), nowości kinowe („Kino-oko“ – str 17). Aby dopieścić nasze ciała polecamy wycieczkę do wód termalnych w Trenčianskich Teplicach („Słowackie perełki“ – str. 19) i przygotowanie ciasta orzechowego według przepisu z „Piekarnika“ (str. 32). Niedawno czytałam na blogu rozważania pewnej mojej koleżanki, która walczy z chorobą. Właśnie zastanawiała się nad zasadnością stawiania pytań zaczynających się od „dlaczego” i „jak”. Przekonywała, że nie powinniśmy męczyć się nieustannie, zadając sobie pytanie, dlaczego coś się stało, ale szukać odpowiedzi, jak problem rozwiązać. Mam zatem nadzieję, że w listopadowym „Monitorze” znajdą Państwo jak najwięcej odpowiedzi na pytanie „jak” i w ten sposób zyskają inspiracje na najbliższe tygodnie. Miłej lektury!

Jak siebie zmienić na lepsze 4 Z KRAJU 4 WYWIAD MIESIĄCA Władysław Frasyniuk: „Na szczęście jestem kryminalistą“ 6 Z NASZEGO PODWÓRKA 9 CZUŁYM UCHEM Wiele hałasu o nic. Marii Peszek garść wydumanych problemów 14 ZWIERZENIA PODNIEBIENIA „Giamo”, czyli szczypta włoskiej kuchni w centrum Bratysławy 15 PORADNIK DLA POLAKÓW NA SŁOWACJI Wynajmujemy mieszkanie w Bratysławie 16 KINO-OKO Hans Kloss. Stawka niższa niż wszystko inne 17 POLAK POTRAFI Dżentelmen słowa 18 SŁOWACKIE PEREŁKI Hammam dla ciała i duszy 19 Jak rodziła się wojskowa dyplomacja? 20 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Szkot, który pokochał Słowację 21 TO WARTO WIEDZIEĆ Józef Hieronim Retinger, współtwórca zjednoczonej Europy (2) 22 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI O Polakach z Marsa 24 SPORT?! Zgasły gwiazdy 26 Drugie exposé 27 OKIENKO JĘZYKOWE Z ortografią za pan brat 28 OGŁOSZENIA 28 ROZSIANI PO ŚWIECIE Nie tylko brazylijski karnawał (2) 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Czarodziejski listopad 31 PIEKARNIK Orzechowe przebudzenie 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A g n i e s z ka D r ze w i e c ka , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z , L i n d a R á b e ko v á KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – Ur szula Zomer ska-Szabados • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO V Á Ú P R AVA V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s ka , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S t e h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka , 9 3 0 41 K v e to s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j ny @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk LISTOPAD 2012

Działanie jest współfinansowane przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków otrzymanych od Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za Granicą”

3


Jak siebie zmienić na lepsze każdym roku kalendarzowym są dwa momenty, kiedy to ludzie masowo postanawiają coś zmienić w swoim życiu.

W

Pierwszy to oczywiście Nowy Rok, gdy składamy sobie mnóstwo obietnic, naprawdę wierząc, że tym razem uda się zapisać na kurs angielskiego, rzucić palenie i trzy razy w tygodniu ćwiczyć brzuszki na dywanie. Drugi – to czas po wakacjach, kiedy wiadomo już, że z noworocznych obietnic wyszło jak zwykle niewiele. Ale skoro młodzi wracają w kierat nauki, starszym też wypada coś wokół siebie zrobić – na przykład zapisać się na kurs. Szkolić się można praktycznie

w każdej dziedzinie. Można uczyć się języków, obsługi komputera, ba, nawet tańca. Są jednakże szkolenia i kursy, które dają zgoła inne umiejętności – pokazują, jak lepiej zarządzać czasem, z większą werwą podchodzić do codziennych obowiązków, jak pomajstrować przy własnym związku, by stał się on źródłem radości i naprawdę bezpieczną przystanią.

li przeciwko brakowi dialogu społecznego i podnoszeniu wieku emerytalnego oraz w obronie swobód obywatelskich i Telewizji Trwam. Siły porządkowe podały, że w marszu uczestniczyło 40-50 tys. osób, zaś przedstawiciele PiS twierdzą, że było ich 200 tys. W WARSZAWIE 29 września odbył się marsz pod hasłem „Obudź się, Polsko“. Rozpoczął się mszą na placu Trzech Krzyży, a zakończył przemówieniami Jarosława Kaczyńskiego, Piotra Dudy i koncertem na placu Zamkowym. Jego uczestnicy manifestowa4

SEJM 12 PAŹDZIERNIKA udzielił wotum zaufania dla premiera Donalda Tuska i jego rządu. O głosowanie w tej sprawie zwrócił się sam premier. „Za” było 233 posłów, „przeciw“ 219, żaden z posłów nie wstrzymał się od głosu.

Czy warto skorzystać z tego typu ofert? Czy to nie jest nowoczesne mydlenie oczu i wyciąganie pieniędzy? Jeśli mamy do czynienia ze sprawdzoną firmą szkoleniową, ośrodkiem, w którym od lat odbywają się rozmaite kursy i zajęcia, spokojnie możemy się spróbować. Bo profesjonalne szkolenia to naprawdę okazja, by poznać lepiej samego siebie. Zadziwiające, jak wiele naszych zachowań i sposobów postępowania zostało sklasyfikowanych i omówionych przez psychologów. Ta wiedza jest fundamentem wszelkiego rodzaju testów, gier, warsztatów, które mają na celu pomóc nam poukładać sobie życie i uczynić je mniej skomplikowanym. Wiele lat temu firma, w której pracowałam, wysłała mnie na szkolenie z zakresu rozwiązywania problemów z trudnym klientem. Nauczyłam się panować nad emocjami w dyskusji, nie wdawać w niepotrzebne pyskówki, rozładowywać atmosferę. I dzisiaj, po wielu latach od tamtego kursu, nadal podświadomie używam wytycznych ze szkolenia. Wiedza zostaje przecież na całe życie i przyda-

NA JEDNEJ Z ROSYJSKICH stron internetowych opublikowano wstrząsające zdjęcia ofiar katastrofy smoleńskiej – poinformowały polskie media 16 października. Z opisów wynika, że jest na nich m.in. zmasakrowane ciało prezydenta Kaczyńskiego. Ustalono, że zdjęcia te nie pochodzą z akt postępowania dotyczącego katastrofy i zostały najprawdopodobniej wykonane przez osoby niebędące obywatelami polskimi. Także rosyjski Komitet Śledczy zapewnił, że zdjęcia nie pochodzą z jego materiałów śledczych.

KILKASET OSÓB przeszło 13 października ulicami Szczecina w marszu sprzeciwu wobec rządu Donalda Tuska, degradacji ekonomicznej miasta i regionu, wzrastającemu bezrobociu, przymusowej emigracji, likwidacji szkół i przedszkoli. Protest pod hasłem „Obudź się Szczecinie“ zorganizował m.in. szczeciński oddział Ruchu Przełomu Narodowego, a wsparło go Radio Maryja. OD LIPCA 2013 ROKU zapłodnienie in vitro będzie refundowane. Zabieg będzie dostępny tylko dla małżeństw i będą się mogły mu MONITOR POLONIJNY


je się chociażby w spotkaniu z nieuprzejmą panią w urzędzie czy gburowatym kierowcą na drodze. Trening psychologiczny może być dobrą zabawą, podczas której można dowiedzieć się o sobie mnóstwa ciekawych rzeczy, a zarazem nauczyć się reagować odpowiednio do sytuacji. Każdy nieśmiały chciałby nabrać pewności siebie, raptus panować nad reakcjami, a osobnik leniwy i roztrzepany lepiej zarządzać czasem. A co, jeśli nie układa nam się z partnerem? Jak się dogadać? Jak otwarcie, ale bez krzyku mówić o swoich bolączkach? Również i na te problemy znajdą się rady, jeśli skorzystamy z pomocy specjalistów na warsztatach interpersonalnych. W Polsce ukazuje się kilka czasopism, w których można znaleźć informacje na temat kursów i spotkań z zakresu rozwoju osobistego. Do najpopularniejszych należą zde-

cydowanie „Zwierciadło” i „Sens”. I chociaż trudno je zdobyć na Słowacji, to istnieją przecież strony internetowe, na których znajdują się informacje, z jakich dziedzin można się szkolić, co poprawić lub zmienić. Wystarczy wejść chociażby na www.zwierciadlo.pl i poszukać zakładki „sens” lub „Akademia Zwierciadła”, a otworzą się przed nami możliwości szkoleniowe, o jakich nam się nie śniło. Oczywiście spotkania odbywają się w Polsce, ale jeśli kogoś zainteresuje ta tematyka, przynajmniej będzie wiedział, czego szukać na Słowacji.

poddać kobiety w wieku od 18 do 40 lat – zapowiedział 22 października premier Donald Tusk. Szef rządu podkreślił, że metoda zapłodnienia in vitro dla wielu par jest jedyną szansą na posiadanie potomstwa.

cy przez długi czas deszcz zniszczył nawierzchnię boiska. Kibice byli oburzeni. Zarówno w Polsce, jak i w Anglii mówiono o skandalu i kompromitacji. Rozegrany dzień później mecz zakończył się remisem 1:1.

MECZ ELIMINACJI PIŁKARSKICH MŚ 2014 Polska - Anglia, mający się odbyć 16 października na Stadionie Narodowym w Warszawie, z uwagi na zły stan murawy został przełożony na następny dzień. Przyczyną tej sytuacji było niezamknięcie dachu nad stadionem, przez co padają-

BIAŁORUSKIE WŁADZE odmówiły wydania wiz delegatom polskiego Ministerstwa Edukacji Narodowej, którzy wybierali się na II Forum Oświaty Polskojęzycznej w Ba ranowiczach. Tematem forum było nauczanie języka polskiego i funkcjonowanie polskiej oświaty na Bia-

LISTOPAD 2012

Jesienią zwykle nie mamy najlepszego nastroju. Ale zamiast narzekać, spróbujmy w tym roku zrobić coś dla siebie. To naprawdę wielka frajda, dodaje człowiekowi sił i pewności siebie. Wiele osób korzysta ze szkoleń i kursów rozwoju osobowości i nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby z nich niezadowolony. Jeśli nawet z takich treningów wyniesiemy zaledwie jedną rzecz, której się nauczymy, to i tak na tym zyskamy – wyjdziemy z domu, poznamy nowych ludzi, szybciej zleci nam czas. AGATA BEDNARCZYK

łorusi. Białorusini nie podali powodów odmowy wydania wiz. Informację tę potwierdził 22 października resort edukacji. DNIA 20 PAŹDZIERNIKA zmarł kompozytor i muzyk Przemysław Gintrowski. Miał 61 lat. Gintrowski nazywany był bardem „Solidarności“. W latach 70. powołał zespół, który skomponował m.in. piosenkę „Mury“, będącą później nieformalnym hymnem związku. Gintrowski był też autorem muzyki m.in. do filmu „Człowieka z że-

laza“ Andrzeja Wajdy czy serialu „Zmiennicy“ Stanisława Barei. JANUSZ KRASIŃSKI, pisarz, dramaturg, członek Szarych Szeregów, żołnierz powstania warszawskiego, więzień Auschwitz, w latach 2005-2008 prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, zmarł w Warszawie 14 października w wieku 84 lat. Był autorem sztuk scenicznych i słuchowisk radiowych, m.in. niezapomnianej „Czapy“, powieści i opowiadań oraz reportaży. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Władysław Frasyniuk: „Na szczęście jestem kryminalistą“ Czy film „80 milionów“ Waldemara Krzystka, który Polska wystawiła jako swojego kandydata do Oscara, ma szansę na zdobycie tej statuetki? Tego nie wiem. Jestem bardzo wdzięczny Krzystkowi, że zdecydował się zrobić film akcji o „Solidarności“. W Polsce opowiada się o historii albo przez pryzmat IPN-u, albo przez traumę narodową i bohaterem jest ten, kto zginął, a nie ten, kto przeżył. W dziejach Polski mamy do czynienia z przegranymi powstaniami, natomiast ruch „Solidarności“ przyniósł sukces, a jego bohaterowie w większości żyją! Na szczęście Krzystek postanowił wyciągnąć fragment historii i zrobił kino akcji, by pokazać młodemu pokoleniu, że „Solidarność“ to żywi, fantastyczni ludzie. Jeśli mam pretensje, to nie do Krzystka, ale do moich kolegów, którzy poprawili swoje biografie, bo – jak pewnie pani zauważyła – w filmie ludzie „Solidarności“ prawie nie klną, nie mają żadnych panienek, praktycznie nie piją alkoholu. Ten obraz nie jest do końca w porządku, trochę mnie męczy w filmie „bezjajeczność“ ludzi „Solidarności“. A jaki byłby film o Panu? Nie wyobrażam sobie, by w Polsce powstał film, który w pełni oddałby moje życie. Uważam, że ze względu na polską mentalność, najpierw powinna powstać książka, a później scenariusz, zakładający, że wszystkie postaci są fikcyjne. Dlaczego? Bo rozpętałoby się polskie piekło i zaczęła licytacja, kto był większym bohaterem, kogo nie zauważono... Powstaje już taka książka? Namówiłem mojego kolegę do napisania książki i od roku opowiadam mu wszystkie anegdoty o ludziach, 6

ilm Waldemara Krzystka pt. „80 milionów“ stał się pretekstem do spotkania z Władysławem Frasyniukiem, którego odwiedziliśmy w siedzibie jego firmy transportowej we Wrocławiu. W ponaddwugodzinnej rozmowie opowiedział nam nie tylko o tamtych czasach i „Solidarności”, ale i o aktualnej sytuacji politycznej w Polsce. Czy powstanie film o życiu człowieka-legendy dolnośląskiej „Solidarności“, czego go nauczyło więzienie, jaki był Lech Wałęsa – tego dowiecie się Państwo z wywiadu z Władysławem Frasyniukiem, który publikujemy poniżej.

F

z którymi siedziałem, przygody, które przeżyłem... Po książce zrobimy scenariusz. Jeszcze nie wiem, jak trafić do kogoś za granicą, żeby zrobił film. W Polsce nie znajdzie się odpowiedni reżyser? Moja opowieść jest barwna, przygodowa, nie skupia się raczej na cierpieniach, więc obawiam się, że w Polsce nie znajdę zrozumienia. Tylko film „Rewers“ przełamał polski schemat, więc może, gdyby ten reżyser się do mnie zgłosił… Rozmawiał Pan już z kimś na ten temat? Z paroma osobami, które powiedziały, że w Polsce nie powstanie taki obraz, bo u nas stosunek do historii jest z pozycji klęczącej i nikt nie będzie mieć takiego dystansu, by zrobić film wg moich opowieści. Rozmawiałem z Wajdą, z pewnym reżyserem z Łodzi, ktoś powiedział, że może taki film by zrobił Chęciński… Z pewnością będzie w nim wiele scen akcji, jak choćby Pański skok z pociągu, którym jechał Pan w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku z Gdańska do Wrocławia… Co to jest wyskoczyć z pociągu lub z pierwszego piętra? Takie przygody można mnożyć.

Ale to był skok wykonany 13 grudnia! Tak, to prawda. Dla mojego pokolenia taki film akcji byłby szokiem. Lata temu, kiedy jeszcze byłem parlamentarzystą, poszedłem do pani Terentiew (ówczesna dyrektor TVP 2 – przyp. red.) i powiedziałem, żeby telewizja zrobiła rocznicowy program z okazji 13 grudnia inaczej niż zawsze, bo ja już nie mogę patrzeć na to, co oni pokazują – przemówienie generała Jaruzelskiego, demonstracje… Tego dnia wyłączam telefon i telewizor! Rocznica podpisania porozumień sierpniowych – też ponuractwo! Potrzebne jest takie święto, by można było powspominać, jak nakopaliśmy komunistów do dupy. My! Powiedzieć sobie, że mamy powód do dumy! Wszyscy na tym skorzystali, bo rozwaliliśmy ten obóz koncentracyjny, otworzyliśmy bramy, przez które przeszli też inni! A tymczasem w pamięci całego świata bardziej utkwił obraz upadającego muru berlińskiego… Dlatego potrzebne jest takie kino, które przypomni naszą działalność

„Potrzebne jest takie święto, by można było powspominać, jak nakopaliśmy komunistów do dupy“. MONITOR POLONIJNY


i ludzi, którzy działali w „Solidarności“. Wie pani, że za ukrywanie Frasyniuka groziło pięć lat pozbawienia wolności? Kogo przyjmiemy do domu z takim narażeniem? Sympatycznych ludzi schowamy w domu, nawet pod kołdrę! Nie wierzę, że ten obraz powstanie w Polsce, bo wtedy będzie musiała być Matka Boska i Jasna Góra… Ta historia „Solidarności“ ma niezwykle pozytywną energię, która potrzebna jest młodemu pokoleniu, żeby sobie radziło w Unii Europejskiej, nie tylko z kryzysem. Jesteśmy bardzo biednym krajem, ciężko doświadczonym, a bieda i cierpienie wykrzywiają, demoralizują. Pozytywna energia potrzebna nam jest, żeby pozbyć się tych demonów. Młodemu pokoleniu „Solidarność“ kojarzy się z IPN-em, który wciąż coś sprawdza. Był czas, kiedy roztrząsano, czy Lech Wałęsa był bohaterem narodowym czy agentem „Bolkiem”. Na tym polega dramat.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Kiedyś „Solidarność“ była dla Pana wszystkim. A dziś? Jest! Wie pani, wszystko zawdzięczam „Solidarności“. Jestem człowiekiem, który należy do pokolenia wybrańców, który miał okazję uczestniczyć w walce o niepodległość i tę niepodległość wywalczył. I został dotknięty palcem bożym, bo w Polsce jest takie przekonanie, że bez Pana Boga nic się nie wydarzy. Można powiedzieć, że należę do elity elit.

LISTOPAD 2012

Co Pan czuje, patrząc na obecną „Solidarność“, która kroczy po boku Jarosława Kaczyńskiego? Wie pani, ja mam do tego dystans. Czy ta „Solidarność“ jest spadkobiercą wartości i ideałów tej pierwszej „Solidarności“? Nie jest i nie będzie, bo pierwsza „Solidarność“ nie była związkiem zawodowym, ale pewnego rodzaju fenomenem, ruchem obywatelskim. W 1980 roku walczyliśmy o to, by być współgospodarzem we własnym przedsiębiorstwie. Przypomnę, że tylko w trzech regionach: gdańskim, szczecińskim i wrocławskim ludzie byli zdeterminowani, żeby zmienić rzeczywistość. Po 13 grudnia „Solidarność“ była ruchem obywatelskim, działała w innych warunkach, w innym obszarze i trudno porównywać dzisiejszego przewodniczącego z przywódcami z tamtych czasów. Jeśli mam pretensje, to o to, że ta „Solidarność“ nie odziedziczyła

systemu wartości, który powinien być fundamentem wolnego państwa, czyli umiejętności prowadzenia dialogu, zawierania kompromisów i tolerancji. Nie dziwi Pana, że „Solidarność“ prowadzi walkę polityczną? Obecna „Solidarność“ ma problem, jak wszystkie grupy społeczne, z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Co Pan sądzi na temat książki „Marzenia i tajemnice“, którą napisała Danuta Wałęsa? Jestem pełen podziwu i uznania dla Danuty Wałęsowej. Jeśli w polskiej nomenklaturze Wałęsa jest człowiekiem z żelaza, to Danuta musi być tytanowa! Wytrwać tyle lat u boku Lecha Wałęsy… Taki facet był obciążeniem, przychodził do domu i kombinował, jak się urwać, by tego nie zauważyła bezpieka, czyli jak wyjść z własnego domu i znowu zostawić

WŁADYSŁAW FRASYNIUK – działacz opo zycji w czasach PRL, w 1981 roku został przewodniczącym NSZZ „Solidarność“ zarządu Regionu Dolny Śląsk. W latach 1982–1986 był z krótkimi przerwami wię ziony za działalność opozycyjną, potem zwolniony na mocy amnestii. W wolnej Polsce był prze wodni czącym Unii Wolności i Partii De mokratycznej, posłem na Sejm I, II i III kadencji. Od 1993 jest udzia łowcem spółki, zajmującej się spedycją, logistyką i transpor tem. W 2006 roku po stanowie niem prezydenta Le cha Ka czyń skiego otrzymał Krzyż Wielki Orderu Odro dze nia Pol ski za wybitne zasługi w dzia łaniach na rzecz prze mian demokratycznych w Pol sce, za osiągnięcia w pracy zawo dowej i społecznej. 7


żonę i dzieci. Mnóstwo małżeństw tego nie przetrwało. Nasze rodziny są anonimowymi bohaterami, o których rzadko się mówi. Rodzina była azylem czy obciążeniem? Jeśli ktoś w tamtych czasach chciał przetrwać, to szufladka w głowie z napisem „rodzina“ musiała być zamknięta. Każda otwarta szufladka oznaczała bowiem słabość. Mnie, pokazując zdjęcia moich córek, grożono na przykład, że zostaną zgwałcone! Czy to dobrze, że Danuta Wałęsa obnażyła różne cechy swojego męża? Ona miała odwagę, żeby pokazać Lecha mocno skupionego na sobie. Ale żeby przetrwać w tamtych czasach, musiał być skupiony. Oczywiście, znaliśmy jego wady, które często nas irytowały: silny charakter, trudny we współpracy, ale tylko tacy silni zmieniają rzeczywistość. Ta książka jest ważna, prawdziwa. Mam szacunek dla Wałęsy i dla Wałęsowej. Kocham tego Wałęsę i marzę o tym, żeby ktoś zrobił o nim dobry film. Uważa Pan, że film o Wałęsie w reżyserii Andrzeja Wajdy, nie będzie dobry? Obawiam się, że nie, że będzie posągowy. A ja chciałbym zobaczyć tego naszego Lecha, który patrzył na salę po jakimś przegranym głosowaniu i z uśmiechem mówił: „Miała być demokracja, a ja tu widzę głosy przeciwne“. Piękne! I on ma tych barwnych powiedzeń tysiące. Myśmy go za to kochali! Przecież te powiedzenia powtarzamy już blisko 30 lat! „Plusy dodatnie, plusy ujemne“… „Jestem za a nawet przeciw“… Tak. I to pokazuje barwność Lecha. Boję się, że on jest w takim wieku, iż zacznie podkreślać swoją głęboką re8

ligijność. Na wszelki wypadek ja już dzisiaj zdradzę, że bardzo mu się podobały kobiety. Niedługo upłynie rok od śmierci Vaclava Havla. Kiedy się Pan o niej dowiedział, stwierdził, że odeszła wizytówka Czechów i ich sumienie. Czy my mamy taką wizytówkę? Śmierć Havla to niebywałe wydarzenie. Odszedł wybitny człowiek, dobra twarz Czechów i Słowaków. Wiem z rozmów z Czechami, że dopiero śmierć Havla uświadomiła im, kogo stracili. My jesteśmy bogatsi, bo takich wybitnych postaci mamy więcej i wiele z nich jeszcze żyje. Niestety, doceniamy ludzi dopiero po śmierci. A kto jest takim autorytetem? Niewątpliwie Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Leszek Balcerowicz, Jerzy Hausner. Wałęsy Pan nie wymienia? Myślę, że Wałęsa nie jest autorytetem dla współczesnych ludzi. Jest niewątpliwie symbolem wolnej Polski, to jej ojciec-założyciel. Nie sądzę, żeby Wałęsa był dla młodego człowieka wzorcem do naśladowania. To już jest starszy, dosyć konserwatywny pan, nie odpowiadający współczesnym wyzwaniom. Mazowiecki, mimo, że jest starszy od Wałęsy, jest uosobieniem wartości i zasad.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

„Po pobiciu, jak zaczynałem swobodnie oddychać, kombinowałem, jak zrobić następną zadymę“.

A Pan czuje się doceniany? Powiem pani tak, że ja na szczęście jestem kryminalistą. To czego mnie nauczono już pierwszego dnia w więzieniu, zapamiętałem bardzo dobrze. Ktoś, kto zobaczył moją rozmowę z klawiszem, powiedział do mnie: „Włodek, pamiętaj, tu panuje taka zasada: umiesz liczyć, licz na siebie!“. Uniwersalna, liberalna zasada, która człowiekowi daje poczucie stabilności. Powiem więcej, podziemie i więzienie nauczyło mnie czegoś, czego nie potrafimy nauczyć się w szkole czy na lekcjach religii. Człowiek myśli kategoriami: wielki sukces, wielka miłość, wielka kariera, wielkie pieniądze! A później całe życie jest do dupy! Bo miłość się zestarzała, bo pieniędzy jest za mało, a kariera też idzie nie tak. Otóż, wie pani, nauczyłem się, że trzeba się cieszyć z tych niewielkich rzeczy, doraźnych, szczęśliwych chwil. Suma tych wydarzeń buduje kręgosłup pozytywnego albo negatywnego myślenia. Życie składa się z drobnych sukcesów i drobnych porażek. Jeśli przeważą te drobne sukcesy, jeśli potrafi się je kumulować, to udane życie mamy gwarantowane. Wie pani, ja miałem połamane nie tylko wszystkie żebra, dwa razy wykręcali mi genitalia, przeszedłem przez wszystkie izolatki, ale opowiadam o pozytywach, bo ich suma spowodowała, że po pobiciu, jak zaczynałem swobodnie oddychać, kombinowałem, jak zrobić następną zadymę. Mam zaszczepione pozytywne myślenie.


Obserwuję, że jest Pan bardzo aktywny w komentowaniu polityki, zapytam więc o ocenę sceny politycznej w Polsce: PiS wróci do władzy? Nie wróci. PiS ma swój elektorat ludzi starszych. W biednych i katolickich krajach jest tak, że im człowiek jest starszy, tym staje się pobożniejszy. Nawet moje liberalne koleżanki i koledzy, którzy mieli ciekawe życie erotyczne, nie tylko z jednym partnerem, na stare lata stali się katolickimi fundamentalistami. Ale to jest odchodzący elektorat. Dla ludzi z gospodarki wolnorynkowej Kaczyński nie jest alternatywą. Zatem wszystko w rękach Tuska? Tusk przyzwyczaił się, że profituje ze zderzenia z Kaczyńskim. A Kaczyński ostatnio nie dał mu powodu do barwnych wystąpień, pełnych emocji. Ja to rozumiem, mnie też lepiej się mówi, jak mnie ktoś wkurzy. Kaczyński, wkurzając Tuska, traci, a Tusk zyskuje? Kaczyński zachowuje się ostatnio do bólu racjonalnie. Nauczył się, że służy mu milczenie. W ten sposób stawia w bardzo kłopotliwej sytuacji Tuska, bo ten nie może wystosować barwnego wystąpienia typu: może jestem leniwy, ale jestem racjonalny, przewidywalny, dużo bardziej europejski. Czyli koniec przepychanek między PiS a PO? Takim zachowaniem Kaczyński niewątpliwie zmusi Tuska do bardziej profesjonalnego zarządzania. Jeśli Kaczyński podejmie merytoryczny spór z rządem, to – Jezus Maria – Tusk będzie w bardzo kłopotliwej sytuacji. Ale dla Polaków to dobrze? Konkurencja jest potrzebna. Kiedy ktoś podszczypuje żonę mojego kolegi, to mówię mu, by cieszył się, bo to świadczy, że jego żona to atrakcyjna kobieta! Gdyby nikt się nią nie interesował, to

znaczyłoby, że jakaś felerna. Konkurencja to jest to! Trzeba zmusić Tuska do większego wysiłku intelektualnego. To dobrze robi gospodarce. Ja pracuję w branży transportowej i muszę się cholernie starać, żeby być lepszym od 15 innych. Znane nazwisko w tym nie pomaga? Nie. Przeciwnie, wzbudza podejrzenia, dlaczego Frasyniuk tu jeździ. Mam od 3 lat oddział w Niemczech, staram się w ten sposób zwiększyć efektywność swojej firmy i próbuję konkurować z Niemcami. Z jakim rezultatem? Nawet wygrałem pewien przetarg w Niemczech i miałem dużą satysfakcję. Konkurencja jest potrzebna.

„Ci, co poszli do podziemia, to debile. Ja do nich należałem“. A Pan się czuje bardziej politykiem czy przedsiębiorcą? Mam już swoje lata i nie będę przedsiębiorcą z prawdziwego zdarzenia, bo ten powinien mieć dwie cechy: przede wszystkim parcie na kasę, a ja tego nie mam, powinien też być chytry, a ja nie jestem, bo uważam, że to cecha, która ogranicza człowieka. Racjonalny też nie jestem, bo po 13 grudnia racjonalnie zachowali się ci, którzy emigrowali. Ci, co poszli do podziemia, to debile. Ja do nich należałem. Wiara, że po 13 grudnia wygramy, graniczyła z cudem. Ale opłaciło się? I tak, i nie. To znaczy, że Pan żałuje tamtych lat? Nie, nie, nie. Nie żałuję! Ja barwniej opowiadam o moim życiu po 13 grudnia niż do tej daty. Mam superciekawe życie. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WROCŁAW

Wystawa Xenii Bergerovej w Warszawie ieczorem, 18 października, w Instytucie Słowackim w Warszawie odbył się wernisaż wystawy naszej rodaczki z Bratysławy, malarki Xenii Bergerovej. Wcześniej już dwa razy przedstawiła ona swoją twórczość słowacko-polskiej publiczności. Obie wystawy były zorganizowane przez Klub Polski i prezentowane (ostatnia w grudniu 2010 roku) w galerii Instytutu Polskiego w Bratysławie. Na prezentowaną w Warszawie wystawę składa się ponad czterdzieści obrazów, które stanowią zaledwie wycinek twórczości artystki i obejmują plon jej twórczości z okresu po roku 2000. Inicjatorką i organizatorką tej wystawy jest długoletnia dyrektor Instytutu Słowackiego w Warszawie Helena Jacošová. Z kolei autorką instalacji, jak i również organizatorką prezentacji pani Ľudmila Miller. Kuratorem wystawy jest ojciec Xenii – profesor Jan Berger, z którym Xenia wystawiała swoje obrazy w roku 2000 w Warszawie, w Domu Polonii, podczas prezentacji trzech generacji tej utalentowanej rodziny (oprócz ojca i Xenii swoje obrazy prezentował wówczas także dziadek – profesor Józef Berger). Obecną wystawę można oglądać do 11 listopada 2012 roku. W twórczości Xenii Berger główną rolę odgrywają kolory, chętnie bawi się ona malarską metaforą i interpretacją. Prezentowane na wystawie prace często przedstawiają ulubione motywy artystki – rozmaite szelmy, delikatne abstrakcje, ale i tajemniczą, zabarwioną orientem kobiecą figurę. Właśnie duch orientu i oddalonej Azji pojawia się coraz częściej w twórczości malarki. W swojej bogatej kolorystyce nie może się odciąć od swojej polskości. W roku 2011 podczas międzynarodowego przeglądu artystycznego Premio Internationale d´Arte, San Crispino we Włoszech Xenia Berger otrzymała specjalną nagroRED. dę krytyki.

W


ZDJĘCIE: MÁRIA GRIGĽOVÁ

Otwarto Centrum Języka i Kultury Polskiej w Bańskiej Bystrzycy Na mi i kulturalnymi. Analogiczną współpracę z UMB podjęli już wcześniej Francuzi oraz Chińczycy, promując swoje języki i kulturę. CJiKP jest trzecią tego typu jednostką, a jej pracownikami są nauczyciele akademiccy bańskobystrzyckiej polonistyki: prof. Władysław Śliwiński, dr Gabriela Olchowa, dr Anita Račáková oraz autor niniejszego tekstu. W uroczystości otwarcia wzięli udział JE ambasador RP na Słowacji Andrzej Krawczyk, dyrektorzy Instytutu Polskiego w Bratysławie Andrzej Jagodziński i Tomasz Grabiński, wiceprezydent miasta Bańska Bystrzyca Katarína Čižmárová, przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej Prze-

mysław Gasztold-Seń oraz naukowcy i pedagodzy z polskich uniwersytetów: Jagiellońskiego, Śląskiego i Rzeszowskiego. Uniwersytet Mateja Bela reprezentowali JM rektor prof. Beata Kosová, prorektor i prodziekan ds. współpracy międzynarodowej oraz dziekani poszczególnych wydziałów. Obecni byli też oczywiście studenci, w największej liczbie poloZDJĘCIE: ŁUKASZ URBAN

mapie instytucji promujących nasz kraj na Słowacji pojawiła się nowa placówka. W dniu 9 października 2012 roku w Bańskiej Bystrzycy zostało otwarte Centrum Języka i Kultury Polskiej (Centrum poľského jazyka a kultúry). Jest ono niezależną jednostką, działającą w ramach Katedry Języków Słowiańskich Uniwersytetu Mateja Bela. Centrum, które powstało przy wsparciu Ambasady RP i Instytutu Polskiego w Bratysławie, ma na celu popularyzację języka i kultury polskiej, wspieranie słowacko-polskiego dialogu międzykulturowego oraz pogłębianie współpracy między słowackimi i polskimi instytucjami edukacyjnymi, naukowy-

Studenci bańskobystrzyckiej polonistyki w Polsce Letnia Szkoła Języka Polskiego i Kultury Polskiej w Toruniu dział w zajęciach szkoły letniej w Polsce, niezależnie od miasta i uniwersytetu, jest na pewno najbardziej interesującym doświadczeniem studenta polonistyki. Mnie, studentowi, który właśnie ukończył pierwszy rok studiów, na początku

U

ŠIMON KANDUR II rok studiów licencjackich 10

bloku poświęconym polonistyce w Bańskiej Bystrzycy przedstawiamy wypowiedzi studentów, którzy wzięli udział w letnich kursach języka polskiego i polskiej kultury w Polsce lub byli tam w ramach wymian międzynarodowych. Te ciekawe doświadczenia zapewne pozostaną w ich pamięci na długo i być może wpłyną na ich dalsze losy. Nas, Polaków, interesuje zapewne to, w jaki sposób postrzegają oni Polskę.

W

toruńskiej przygody trudno było przywyknąć do polskiej kultury (znanej dotąd z oddalenia) i studentów, którzy przyjechali tutaj z różnych krajów, m.in. Japonii, Chin, Gruzji, Armenii, Rosji, Ukrainy, Belgii, Francji, Włoch, Kazachstanu i Stanów Zjednoczonych. Program kursu był bardzo atrakcyjny. Toruń to niesamowite miasto, leżące nad Wisłą, które zapewnia wiele atrakcji kulturalnych. Nam udało się odwie-

dzić m.in. Centrum Popularyzacji Kosmosu, czyli toruńskie planetarium, Muzeum Piernika, Muzeum Etnograficzne czy Muzeum Sztuki Współczesnej. Na początku podzielono nas na grupy wg stopnia znajomości języka polskiego. Znakomite lektorki uczyły nas posługiwania się językiem polskim nowymi metodami, na przykład poprzez zwiedzanie miasta i rozmowy z jego mieszkańcami. Ten sposób edu-

kacji wydał mi się dziwny, ale okazał się bardzo efektywny. Przez trzy tygodnie braliśmy udział w zajęciach z gramatyki, fonetyki, konwersacji i historii. Uczyliśmy się tego, co pozwalało na szybkie doskonalenie naszych umiejętności językowych. Przekonałem się, że szkoła letnia to nie tylko nauka języka, ale też poznawanie ludzi, miejsc i kultury. W trakcie pobytu w Polsce spotkałem wielu nowych MONITOR POLONIJNY


niści, ale były też reprezentacje takich kierunków, jak historia czy stosunki międzynarodowe. Pojawili się też studenci z Polski, uczący się na UMB w ramach różnych programów stypendialnych, oraz zainteresowani mieszkańcy miasta. W dniu otwarcia można było wysłuchać ciekawych wykładów: na temat historii polskich uniwersytetów mówił ambasador A. Krawczyk, o dyplomacji publicznej i kulturalnej dyrektor Instytutu Polskiego A. Jagodziński, o znaczeniu „Solidarności” w europejskiej tradycji oporu wobec totalitaryzmów P. Gasztold-Seń, o autostereotypach Polaków i Słowaków prof. U. Żydek-Bednarczuk z Uniwersytetu Śląskiego (przez cztery lata również pracownik UMB). Można było też obejrzeć wystawę Fenomen „Solidarności“. Migawki z dziejów Polski 1980-1981 (czynna do końca listopada), specjalnie na tę okazję sprowadzoną z Warszawy, której otwarcia dokonał przedstawiciel IPN. Wieczorem zaś odbył się koncert znakomitej przyjaciół, nie tylko z Polski. Było tak wspaniale, że nie chciało mi się wracać do domu. Nigdy nie zamieniłbym tych trzech tygodni nauki polskiego w Toruniu na inną formę wypoczynku. A przecież przed wyjazdem nie do końca wierzyłem naszemu polskiemu lektorowi z uniwersytetu, że będzie to dla mnie fantastyczna przygoda, która zapewne zainspiruje mnie do pogłębiania znajomości języka polskiego i kultury polskiej. Okazało się, że miał rację. Wszystkim studentom polecam wyjazd na szkołę letnią, zwłaszcza do Torunia, za którym bardzo tęsknię. Jak tylko będę miał możliwość, to znów tam pojadę. Polska jest pięknym i oryginalnym krajem, gdzie zawsze jest coś ciekawego do zrobienia. LISTOPAD 2012

wrocławskiej grupy Őszibarack. Dzięki inicjatywie pracowników centrum nawiązana została współpraca z instytucjami polskimi, które wspierają działania Polaków za granicą, oraz działania środowisk zagranicznych, w których orbicie zainteresowań leży kultura polska. Poza wspomnianym już Instytutem Pamięci Narodowej (z którym planowane są kolejne wspólne przedsięwzięcia) centrum pozyskało do współpracy Instytut Książki. W nieodległej przyszłości mają się tu odbyć warsztaty dla tłumaczy literatury polskiej na język słowacki, a już na listopad zaplanowana została organizacja seminarium polsko-słowackiego, które będzie się odbywać corocznie w dzień polskiego Święta Niepodległości. Imprezy centrum realizowane będą nie tylko na uniwersytecie, ale także poza jego murami, na przykład w miejscowym oddziale Państwowej Biblioteki Naukowej, w Centrum Kultury Niezależnej „Záhrada” czy też z wykorzystaniem obiektów, zarządzanych przez

Park Kultury i Wypoczynku Bańska Bystrzyca. Centrum chce rozszerzyć swoją ofertę o spotkania z polskimi pisarzami, naukowcami, o koncerty, przedstawienia, seminaria, konferencje, wykłady, warsztaty, wreszcie kursy językowe. Warto zaznaczyć, że istnieje już biblioteka CJiKP, której zbiory są regularnie powiększane dzięki wsparciu Instytutu Polskiego, konsulatu, fundacji wspierających Polaków za granicą, Instytutu Książki oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ze zbiorów mogą korzystać nie tylko studenci UMB, ale i wszyscy zainteresowani. Wkrótce ruszy strona internetowa centrum, a już teraz działa jego profil na facebooku – Centrum poľského jazyka a kultúry v Banskej Bystici, na ktorym regularnie są publikowane wiadomości dotyczące zarówno samego centrum, jak i wszelkich przedsięwzięć, promujących polską kulturę w Bańskiej Bystrzcy i regionie środkowosłowackim. JAKUB PACZEŚNIAK Polonistyka UMB, CJiKP w Bańskiej Bystrzycy

Letnia Szkoła Języka, Literatury i Kultury Polskiej w Cieszynie tym roku Uniwersytet Śląski zorganizował już XXII edycję Letniej Szkoły Języka, Literatury i Kultury Polskiej w Cieszynie. Wzięło w niej udział 160 studentów, pochodzących z 27 krajów świata (m.in. z Bułgarii, Chin, Chorwacji, Francji, Gruzji, Hiszpanii, Japonii, Korei, Turcji, USA, Uzbekistanu, Wielkiej Brytanii, Włoch i Serbii). Kurs zaczął się egzaminem pisemnym i ustnym. Na podstawie jego wyników zostaliśmy przydzieleni do poszczególnych grup „owocowych”. No i zostałam „truskawką”. Przez cztery tygodnie uczestniczyliśmy w zajęciach z gramatyki, frazeologii, rozmawialiśmy na różne tematy...

W

MARTINA KŠENDZULÁKOVÁ, III rok studiów licencjackich Mieliśmy nawet „Wigilię w lecie”. Po południu chodziliśmy na seminaria z zakresu języka, literatury, kultury i historii Polski. Wieczorami odbywały się natomiast projekcj0e polskich filmów, gry językowe i koncerty. Soboty i niedziele były przeznaczone na wypoczynek, ale w aktywnej formie – organizowano nam

wycieczki, na przykład do Wisły i Szczyrku, do Nikiszowca, Oświęcimia i Krakowa. Najważniejszy dla mnie był jednak „Wieczór narodów” – impreza, w trakcie której występowaliśmy na cieszyńskim rynku, śpiewaliśmy piosenki i częstowaliśmy przechodniów przygotowanymi wcześniej tradycyjnymi potrawami, charakterystycznymi dla krajów, z których przyjechaliśmy. Udział w letniej szkole był dla mnie chyba najważniejszym wydarzeniem w życiu. Do domu wróciłam bardzo zadowolona, ale jak najszybciej chciałabym wrócić do Polski. Dużo się tam nauczyłam i znalazłam wielu przyjaciół z różnych stron świata. Zobaczyłam Polskę z bliska, przekonałam się, że Polacy to bardzo dobrzy, cierpliwi, weseli i energiczni ludzie. 11


Semestralny pobyt stypendialny na Uniwersytecie Jagiellońskim semestrze letnim roku akademickiego 2011/2012 miałam okazję studiować w Krakowie w ramach programu CEEPUS. Uniwersytet Jagielloński wybrałam za radą starszych koleżanek z bańskobystrzyckiej polonistyki, a także z racji jego historii i usytuowania. Mój pobyt stypendialny nie był organizowany przez żadne biuro, jak to jest w przypadku programu Erasmus, dlatego krakowskie początki były dla mnie dość trudne. Jestem bardzo wdzięczna mojej współlokatorce z Angoli, która w Polsce studiuje już od kilku lat, i na którą mogłam liczyć w ciężkich sytuacjach. Mieszkanie w akademiku pozwoliło mi poznać wielu studentów zarówno z Polski, jak i z zagranicy. Wybór zajęć z bogatej oferty krakowskiej polonistyki nie był łatwy. Za pomoc w tym zakresie dziękuję prof. A. Gorzkowskiemu, mojemu tamtejszemu koordynatorowi. Podczas studiów w Krakowie chciałam przede wszystkim poszerzyć swoją wiedzę z zakresu języka, literatury i kultury polskiej. Do poznawania literatury polskiej ostatnich dwóch dekad zachęcał nas młody, świetny wykładowca, zaś polscy studenci polecali nam zajęcia z kultury i historii dawnej Polski, w trakcie których za sprawą wykładowcy przenosiliśmy się w dawne czasy, na ulice krakowskiego Starego Miasta, gdzie miały miejsce jakieś ważne wydarzenia historyczne. Z kolei zajęcia z translatologii dotyczyły przekładu i dialogu międzykulturowego. W wykładach i seminariach uczestniczyłam na równi ze studentami polskimi. Prowadzący byli pomocni, ale traktowali mnie tak samo, jak pozostałych. Kiedy jednak potrzebowałam pomocy, koledzy wyjaśniali mi wątpliwości, dostarczali informacji albo wskazówek. Bliższe kontakty miałam również ze studentami z innych wydziałów, a także z innych uniwersytetów, z Polakami i obcokrajowcami. W trakcie pobytu w Krakowie zaprzyjaźniłam się z wieloma interesującymi i sympatycznymi młodymi ludźmi. Podczas licznych spacerów i wycie-

Kongres OBYWATEL SENIOR

W

12

bywatel Senior” – pod taką nazwą odbył się w dniach 17-19 września w Chorzowie kongres poświęcony osobom starszym. Niezwykle interesujący i potrzebny; poruszający tak ważkie zagadnienia, jak aktywizacja seniorów, problemy, z jakimi borykają się na co dzień, oraz pomoc w ich rozwiązywaniu. We współczesnym kulcie młodości i seksualności, lansowanym przez media, ludzie starsi ze swymi potrzebami są marginalizowani. Utrwalane przez lata stereotypy są dla seniorów bezlitosne: w pokutujących wciąż wyobrażeniach to ludzie przesadnie pobożni, unikający jak ognia wszelkich nowości technicznych, nie mający żadnych zainteresowań, noszący bure, niemodne ubrania i koncentrujący się na problemach ze zdrowiem. Kongres „Obywatel Senior”, zorganizowany przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej Województwa Śląskiego, Park Śląski oraz Parkową Akademię Wolontariatu pod honorowym patronatem Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, przypo-

„O

LUCIA SELEPOVÁ, II rok studiów magisterskich czek razem poznawaliśmy historię, kulturę i piękno tego miasta. I oczywiście także jego życie nocne, które także interesuje studentów. Atmosfera nocnego Kazimierza, rozświetlony Rynek Główny, kluby, puby i kawiarnie wszelkiego rodzaju… Wspaniale było siedzieć pod pomnikiem Mickiewicza, spotykać się „pod Głową“, leżeć na brzegu Wisły, szukać niedrogich restauracji i przyjemnych kawiarenek podczas przerw między zajęciami. Ciekawe wykłady i dyskusje z wykładowcami, lektury utworów młodych polskich pisarzy, zwiedzanie muzeów, galerii, wizyty w teatrach, bibliotekach – to wszystko powodowało, iż rosło we mnie przekonanie o niezwykłej wartości miasta, o którym my, Słowacy, często zapominamy. W ciągu czterech miesięcy wraz z nowymi przyjaciółmi odwiedziłam różne piękne miejsca, poznałam tradycje świąteczne. Najważniejszym wydarzeniem w tym czasie były na pewno mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO 2012. Przekonałam się, że Polacy mają dużo pozytywnej energii. Niektóre stereotypy, dotyczące Polaków, zostały przeze mnie zweryfikowane, inne zaś się potwierdziły. Czas spędzony w Krakowie pomógł mi wypracować lepszy obraz Polski i jej mieszkańców, zrozumiałam pewne aspekty, o których dotąd tylko się uczyłam. Przeżyłam mnóstwo miłych chwil i znalazłam przyjaciół z całego świata. Pobyt w Krakowie był dla mnie niezapomnianym „międzynarodowym“ doświadczeniem. Polecam je wszystkim studentom.

Spotkanie górali pieninskich schronisku górskim Leśnica, po słowackiej stronie Dunajca, w przepięknym środowisku Pienińskiego Parku Narodowego odbyło się pod koniec lata kolejne już tradycyjne spotkanie górali z obu stron Dunajca. Spotkanie to zorganizował niepisany góralski król Janko Gondek z Leśnicy. W przedsięwzięciu wziął też udział znany aktor i humorysta słowacki Ivan Vojtek „Tuli”. Patronat nad imprezą ze strony polskiej sprawował konsul honorowy RP w Słowacji

W

MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: DANUTA CHWAJOL

mniał o tym, jak dużą i ważną grupę wiekową tworzą ludzie starsi. Podczas kongresowych dyskusji poruszono kwestie związane z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą wejście w wiek dojrzały; przede wszystkim mówiono o funkcjonowaniu ludzi starszych w różnych dziedzinach życia – od gospodarki do sportu. Uczestnicząc w kongresie, skorzystałem z okazji i poinformowałem zebranych o warunkach życia słowackiej Polonii, pomocy ze strony władz państwowych, w tym Ambasady RP w Bratysławie. Z zaproszenia do Chorzowskiego Parku Śląskiego, w którym odbywał się kongres, skorzystało wielu eurodeputowanych, ministrów i posłów. Pojawili się również prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

Zbigniew Derdziuk oraz Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz, która m.in. przedstawiła zakres swoich obowiązków. „Ombudsman stoi na straży realizacji zasad równego traktowania, pomaga ofiarom dyskryminacji, analizuje, monitoruje i wspiera równe traktowanie wszystkich osób, prowadzi niezależne badania, opracowuje i wydaje sprawozdania dotyczące dyskryminacji, współdziała ze stowarzyszeniami, ruchami obywatelskimi, innymi dobrowolnymi zrzeszeniami i fundacjami w zakresie równego traktowania” – mówiła. Ponadto zadeklarowała przyjmowania wniosków i udzielanie pomocy również zagranicznym Polakom. Pamiętajmy, że art. 32. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej w pkt.1. mówi:

„Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”, zaś w pkt. 2. dodaje: „Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. O pomoc do Rzecznika Praw Obywatelskich w obronie swoich praw naruszonych przez organy władzy publicznej może się zwrócić każdy obywatel. Wniosek, kierowany do Rzecznika Praw Obywatelskich, jest prosty i nie podlega opłatom. Należy w nim podać imię i nazwisko, ad-

res do korespondencji, dokładnie opisać, czego dotyczy sprawa i dołączyć dokumenty (kopie lub odpisy). Wniosek można przesłać pocztą, złożyć osobiście w Biurze RPO w formie pisemnej lub ustnej, lub przesłać na formularzu elektronicznym za pośrednictwem strony internetowej www.rpo.gov.pl. Osoba występująca z wnioskiem może zastrzec swoje dane osobowe do wyłącznej wiadomości rzecznika, jeśli ich ujawnienie nie jest niezbędne dla wyjaśnienia sprawy. ZBIGNIEW M. PODLEŚNY Dubnica nad Wagiem Opracowała KATARZYNA PIENIĄDZ

ZDJĘCIE: ZBIGNIEW PODLEŚNY

Tadeusz Frąckowiak. Wszyscy uczestnicy spotkania wystąpili w typowych strojach góralskich. Atrakcją były występy grupy folklorystycznej „Kollarovci” oraz pasowanie na Górala Pienińskiego dwóch wybranych przyjaciół Pienin. Pasowania z upoważnienia Zgromadzenia Górali Pienińskich dokonał Ján Gondek. Ceremonii przyglądało się około 600 widzów, głównie turystów. Potem odbyła się uczta, podczas której cały czas przygrywała kapela góralska. Na stołach pojawiły się różnego rodzaju specjały, jak pieczona jagnięcina, wędzone pstrągi, grillowane smakołyki i oczywiście prawdziwy góralski gulasz. jd LISTOPAD 2012

13


MARII PESZEK GARŚĆ WYDUMANYCH PROBLEMÓW

Wiele hałasu o nic Z Odlotowy

koncert!

ow, to będzie odlot!“ – tak zareagował współpracownik „Monitora“ podczas spotkania redakcyjnego, na którym Andrzej Jagodziński, dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie, zapowiedział koncert Leszka Możdżera z Ivą Bittovą. I nie pomylił się! Polskiemu pianiście i czeskiej wokalistce i skrzypaczce towarzyszyli słowacki trębacz Oskar Török i węgierski saksofonista Mihály Dresch. Już wchodząc na scenę Słowackiego Radia w Bratysławie, niejako po drodze muzycy raczyli nas dźwiękami, zapowiadającymi wielkie wydarzenie. A potem, po zajęciu swoich miejsc na podium wręcz przykuli nas do miejsc. Ekspresja mieszała się z nostalgią, muzyka ludowa ustępowała miejsca muzyce klezmerskiej. A wszystko to w niepowtarzalnym klimacie i niepowtarzalnym brzmieniu. Iva Bittová na przemian improwizowała głosem w charakterystyczny dla siebie sposób, by za chwilę dokonywać cudów na skrzypcach. Leszek Możdżer wydobywał dźwięki z fortepianu, urozmaicając je kładzionymi na strunach przedmiotami. O tym, że były to niepowtarzalne improwizacje mogliśmy się przekonać, wsłuchując się w śpiewane słowa Ivy Bittovej, która dyrygowała zespołem – w pewnym momencie zdecydowanie wyrzuciła z siebie: „Schluss“, kończąc jedną z wariacji. „Większość, co dziś Państwo usłyszeliście, to improwizacje“ – potwierdził nam zadowolony z koncertu Leszek Możdżer, podczas spotkania za kulisami. Bratysławski koncert był już trzecim występem (po Liptowskim Mikulaszu i Koszycach) tego swoistego zespołu, składającego się z muzyków z krajów Grupy Wyszehradzkiej, który odbył się w ramach projektu Mosty-Gesharim. Projekt ten ma 21-letnią tradycję, a jego pomysłodawcą i realizatorem jest Ladislav Snopko. Eksperyment, który miał miejsce 13 paździer- ZDJĘCIA: STANO STEHLIK nika, był nader udany, czyli – używając określenia naszego redakcyjnego kolegi – po prostu odlotowy! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

„W

14

dów i ukazania się „Jezus Maria Peszek” za przypadek. achwytów nie bęWracając do materiału dzie. „Jezus Maria zawartego na płycie – Peszek”, trzecia płyta mam nieodparte wrażew dorobku Marii Peszek nie, że wraz z opowieścianie powala na kolana. mi o wspomnianym załaMuzycznie ten krążek maniu nerwowym stanonic szczególnego, nowewi produkt perfekcyjnie Czulym skrojony pod tzw. umysł go ani nawet zwyczajuchem tabloidowy, który lubi hinie ładnego nie przynosi. Ba, nawet niebezpiecznie storie dramatyczne, ale proste, ociera się o tandetę („Nie wiem, który postrzega świat jako czarczy chcę”), ale ponieważ w Polno-biały, łyka slogany i za sce Maria Peszek jest – tu powszelką cenę chce wyróżniać zwolę sobie użyć terminu marsię z tłumu, zachowując się jedketingowego – pozycjonowana nak tak schematycznie, jak tyljako wokalistka alternatywna, ko to możliwe. Peszek wzięła która śpiewa dla tzw. inteligengarść tematów, które nieustancji, na pewne rzeczy może sonie pojawiają się w mediach bie pozwolić. Od kilku lat Marii i są uznawane za kontrowersyjPeszek słuchać wypada, od kilne, ubrała je w teksty, które z założenia mają szokować i proku lat wypada też zachwycać wokować, a tak naprawdę niesię tekstami, bezkompromisowością i szczerością tej artystki. wiele różnią się od komentarzy Trzecia płyta Peszek trafia na internetowych hejterów i lurynek poprzedzona wynurzebiących happeningi posłów niami na temat załamania nerpewnego sejmowego ugrupowowego, które przeszła. „Mywania, któremu przewodzi ślałam, że nigdy już nic nie naprzedsiębiorca niegdyś związapiszę. Czułam się, jakby ktoś mi ny z branżą alkoholową. W co wyjął wtyczkę z kontaktu. Neunajłatwiej uderzyć? W religię, rastenia. Stany lękowe. Kilkudawne wartości (vide: macienastotygodniowa bezsenność. rzyństwo), w tradycje – bo są niemodne, archaiczne, zaścianNapady paniki. Widziałam, jak kowe. Ku uciesze tzw. intelibliscy mi ludzie cierpią, kiedy gencji. Tylko że Peszek nie proja cierpiałam, a oni nie mogli ponuje nic w zamian, po promi pomóc. Ale byłam w uprzystu jest anty na zasadzie „bo wilejowanej sytuacji. Miałam tak, bo wszystko mi w tym krawsparcie bliskich. Stać mnie ju, w tej mentalności przeszkabyło, żeby zapłacić bardzo dodza”. Trudno brać poważnie bremu terapeucie. I mogłam tekst choćby piosenki „Pan nie przestać pracować, żeby wyjechać z Polski na pół roku. To była misja ratunkowa. Nie wiedzieliśmy, czy wrócimy. Byłam przekonana, że już nie będę artystką” – mówiła w wywiadzie, opublikowanym na łamach „Polityki”. Nie wiem, czy ta przesadna szczerość (a wręcz ekshibicjonizm) miała wzbudzić litość odbiorców i zachęcić ich do kupna płyty; trudno uważać zbieżność dat wywiaMONITOR POLONIJNY


jest moim pasterzem”, będący parafrazą psalmu 23. „Pan jest moim pasterzem”: „Pan nie jest moim pasterzem, a niczego mi nie brak, pozwalam sobie i leżę – jak zwierzę”, czy antypatriotyczny manifest „Sorry Polsko”: „Gdyby była wojna, byłabym spokojna, wreszcie byłabym/ nie musiałabym wybierać ani myśleć jak tu żyć/ tylko być tylko być/ po kanałach z karabinem nie biegałabym/ nie oddałabym ci Polsko ani jednej kropli krwi/ Sorry Polsko/ wybacz mi”. Nieznośnie i do granic pretensjonalnie jest w utworze „Ludzie psy”: „Zbankrutował mi dzisiaj cały świat/ już wiem, jak się traci na giełdzie rozpaczy/ bóg opuścił mnie/ urwał mi się film/ ja nie dobro narodowe/ ja pod skórą drzazga/ samo mięso duszy”. Problemem Peszek jest ogromna nieautentyczność. Tą płytą, głównie tekstami, próbuje wyważyć otwarte drzwi. Chciałaby się zbuntować, ale niespecjalnie ma przeciw czemu. Problemy, o których mówi, są w dużym stopniu wydumane – nie jest prawdą, że dzisiejsza Polska jest przesadnie skupiona na narodowej martyrologii, że religia inna niż katolicka jest uważana za gorszą, że biedne, nieszczęśliwe kobiety są przymuszane do posiadania dzieci. Nie dajmy się zwariować. „Jezus Maria Peszek” to próba wywołania skandalu poprzez dobór tematów, które z założenia wydają się obrazoburcze i sprawią zapewne, że o płycie będzie głośno. Lepiej sprzedaje się tylko seks, ale tę tematykę Peszek już wykorzystała przy okazji poprzedniej płyty, niespecjalnie przejmując się wówczas kondycją polskiego społeczeństwa. I jeszcze jedno – choćby nawet teksty były majstersztykiem, w wypadku płyt najważniejsza jest muzyka. Na „Jezus Maria Peszek”, po wyciszeniu „skandalicznych” tekstów zostaje żenująco niewiele do ocenienia. KATARZYNA PIENIĄDZ LISTOPAD 2012

oja przyjaciółka wróciła po urlopie macierzyńskim do pracy. Zmiana rytmu dnia i wyzwania związane z próbą pogodzenia obowiązków domowych i zawodowych to dość stresująca sytuacja.

M

Zwierzenia podniebienia Postanowiłam więc ten jej stres złagodzić i zaproponowałam babski wieczór. Zaczęłyśmy od masażu, a potem – wygłodniałe – szukałyśmy w okolicy jakiegoś przyjemnego miejsca na kawę i małe co nieco. Trafiłyśmy do Giamo, restauracji położonej niedaleko targowiska na Miletičovej, w budynku Rozadolu. Pierwsze, co rzuciło się nam w oczy, to to, że pomimo jesiennych dni czynny był również taras letni. Po wejściu do środka miałyśmy możliwość zajęcia miejsca w części dla palących lub dla niepalących. Wybrałyśmy tę drugą możliwość. Cześć dla palących znajduje się za szklanymi drzwiami, ale goście, którzy siądą w bezpośrednim jej sąsiedztwie, mogą czuć lekki zapach dymu papierosowego, dlatego niepalącym polecam stoliki tuż przy barze. Wystrój lokalu ma charakter minimalistyczny – wiklinowe krzesła, brak obrusów na stołach, na których stoją świeczki – zapewne na wypadek, gdyby gość chciał doświadczyć troszkę romantyki. Kelner pojawił się błyskawicznie, a zapytany o specjały odpowiadał z uśmiechem. Jak Italia, to Italia! Zaczęłyśmy od zupy minestrone (wł. minestra ‘zupa’), której bazą są rożne warzywa, głównie

szczypta włoskiej kuchni w Bratysławie cukinia, fasolka szparagowa, groszek zielony i marchewka. Jest bardzo popularna we Włoszech, a przyrządza się ją na różne sposoby, w zależności od regionu. Ta w „Giamo” smakowała. Potem skusiłyśmy się na sałatkę „Giamo” z mięsem kurczaka. Gorąco polecam! Przepyszna, lekka, aczkolwiek to spora porcja, w której dominuje ser feta oraz duże kawałki drobiu i mój ulubiony koperek – poezja! Ponieważ miało być po włosku, to nie mogło zabraknąć tiramisu, które zawsze smakuje inaczej... Tym razem było dobrze, choć – niestety – żadne tiramisu poza granicami Włoch, nie może się równać temu oryginalnemu. Włosi są czarodziejami w sztuce jego przygotowywania. Zresztą cała włoska kuchnia to wariacje smaków, a zarazem prostolinijność, co wzbudza mój zachwyt. Proszę zapamiętać, że podstawowe składniki kuchni włoskiej to oregano, bazylia, pomidory, czosnek, oliwa, rozmaryn oraz masło (szczególnie popularne w północnej części kraju). I tak dotarłyśmy do końca włoskiej przygody w „Giamo”. Warto dodać, że restauracja oferuje szeroki wybór pizzy oraz steaków, których tym razem nie byłyśmy już w stanie spróbować, ale zapamiętamy to miejsce i na pewno wrócimy tu jeszcze, choćby tylko na sałatkę „Giamo”! Polecam. SYLWIA KIŠ TOMASZEWSKA Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

15


Wynajmujemy mieszkanie w Bratysławie nam ułatwi życie. znalezieniu pracy Poradnik W każdym razie, na Słowacji dla Polaków wynajmując mieszna Słowacji każdy imigrant kanie od osoby prystaje przed potrzebą wynajęcia watnej, musimy się liczyć z koniecznością opłaty nawet za 6 miesięcy mieszkania. Jak się do tego zabrać i z jakimi kosztami trzeba z góry, co często jest zbyt dużym obciążeniem finansowym. się liczyć – o tym poniżej. Dużo prościej będzie nam coś wy-

Po

line.pl/forum/bratyslawa) oraz na Facebooku w grupie „Monitor Polonijny” Dość ciekawym rozwiązaniem dla osób pracujących w Bratysławie jest wynajęcie mieszkania w austriackim Hainburgu, Wolfsthal lub Kittsee, czyli miejscowościach leżących zaledwie 10-20 km od centrum słowackiej stolicy. Po tym, jak w wyniku traktatu Schengen zniesiono kontrole graniczne, miejscowości te stały się wręcz częścią bratysławskiej aglomeracji, a dojazd z Hainburga do centrum Bratysławy jest nawet prostszy, niż z jej północnych krańców. Hainburg i sąsiednie wsie i miasteczka to naprawdę bardzo przyjemne miejsca do zamieszkania, a ceny są tam paradoksalnie niższe niż w Bratysławie. Przy tym w przygranicznych austriackich miejscowościach można się już bez problemu porozumieć po słowacku, a mieszkańcy są bardzo życzliwi wobec Polaków. Jest tylko jeden problem – w Hainburgu trudno jest wynająć mniejsze mieszkania, często w grę wchodzą tam całe domy. Warto jednak po prostu pojechać do tego miasteczka i popytać – i to zarówno mieszkańców (może sąsiedzi coś wiedzą), jak i w tamtejszych agencjach nieruchomości. Niezależnie od wszystkiego musimy nastawić się na spory wydatek na początek. Czynsz z góry za kilka miesięcy, kaucja, prowizja dla pośrednika – razem może uzbierać się nawet 2000 euro. Dlatego warto jeszcze przed zawarciem umowy z pracodawcą wspomnieć o tym fakcie i poprosić o zaliczkę lub zapewnienie mieszkania służbowego na pierwsze 2-3 miesiące pobytu. JAKUB ŁOGINOW

Ceny nieruchomości na Słowacji są nająć za pośrednictwem agencji niepodobnie jak w Polsce bardzo zróżniruchomości. Koszt takiej usługi to cowane, w zależności od regionu i loz reguły równowartość miesięcznego kalizacji. Jak można się domyślić, najczynszu plus drugie tyle w formie drożej jest w Bratysławie i okolicach, kaucji na wypadek ewentualnych a także w Koszycach i popularnych zniszczeń. Wielu naszych rodaków górskich kurortach (np. w Wysokich narzeka na to, że pracownicy w agenTatrach). Aby zorientować się w skali cjach nieruchomości nie mówią po tych rozbieżności, wystarczy spojrzeć angielsku, bowiem – choć język słona statystyki, dotyczące ceny kupna wacki jest podobny do polskiego – 1 m kwadratowego mieszkania: najniekiedy mogłoby to ułatwić wzajemtaniej jest w kraju trenczyńskim ne porozumienie. (975 euro), najdrożej w bratysławNieruchomości w Bratysławie są skim (1906 euro), a w pozostałych redość drogie: koszt wynajmu dwupogionach średnia wynosi ok. 1300 eukojowego mieszkania to wydatek rzęro za metr. Powyższe dane pochodzą du 400-500 euro miesięcznie. Takie z portalu Zoznam.sk i dotyczą mieszceny dotyczą dzielnic położonych kań jednopokojowych. Ponieważ stosunkowo blisko centrum, np. Ružiwiększość Polaków znajduje pracę nova czy Karlovej Vsi, które uchodzą w Bratysławie i okolicach, w dalszej za dość dobre lokalizacje. Na obrzeczęści artykułu skupimy się właśnie żach miasta i w dzielnicach uznawana tym mieście. nych za gorsze (np. Petržalka) ceny są Wbrew pozorom wynajęcie miesztrochę niższe, a w ścisłym centrum kania w Bratysławie nie jest sprawą oraz na pięknie położonych bratyprostą. Teoretycznie ofert jest dużo sławskich wzgórzach (np. Koliba, Slavin, okolice zamku) opłaty za wynajem i jest w czym wybierać, jednak w pramieszkania osiągają zawrotne sumy. ktyce trudno jest wynająć coś bezpoPlanując przyjazd do Bratysławy, średnio od osoby prywatnej. Właściwarto też zawczasu poszperać po fociele niechętnie spoglądają na ewenrach internetowych i portalach spotualnych lokatorów, którzy chcą się łecznościowych. Radą i pomocą służą pod danym adresem oficjalnie zamelnasi rodacy m.in. na portalu Goldendować – a meldunek przecież będzie line w grupie „Bratysława” (www.goldennam potrzebny do wyrobienia karty pobytu. Co prawda wielu Polaków świadomie rezygnuje z zameldowa- PRZYDATNE SŁOWA: Nehnuteľnosti, reality – nieruchomości nia na Słowacji i posługuje się polskiPORTALE OGŁOSZENIOWE: Byt, bytovka – mieszkanie mi dokumentami, niemniej jednak www.reality.sk, www.nehnutelnosti.sk, Panelák – potocznie: blok mieszkalny oficjalne zarejestrowanie się w tutejwww.reality.sme.sk Realitná kancelária – agencja nieruchomości szym urzędzie imigracyjnym bardzo 16

MONITOR POLONIJNY


ajwiększy i najskuteczniejszy superagent polskiej kinematografii powrócił w filmie „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć“.

N

Tym razem J-23 nadaje na dwóch płaszczyznach czasowych, odtwarza go dwóch aktorów, a jego zadaniem nie jest już tylko ratowanie ojczyzny, ale także rozwiązywanie zagadek godnych Indiany Jonesa. Czego w tym filmie nie ma! Są wybuchy, strzelaniny, piękne kobiety, źli Niemcy, okrutni Rosjanie, tortury, przesłuchania i… tajemnica bursztynowej komnaty. Na pierwszy rzut oka zapowiada się fantastycznie, ale drugie oko, niestety, trzeba przymknąć. Widz mógłby się spodziewać polskiego Jamesa Bonda, rozwiązującego kod Leonarda da Vinci z II wojną światową w tle. Gdyby dorzucić do tego efekty specjalne i namiętne kobiety przyklejone do superbohatera, mielibyśmy świetny film sensacyjno-przygodowy i dwie

godziny rozrywki. A co mamy? Tomasz Kot w roli Klossa strzela do wszystkiego, co się rusza, niczym Rambo, Piotr Adamczyk jako Brunner groźnie unosi brew i próbuje mówić jak Karewicz, Marta ŻmudaTrzebiatowska jako Elza nie może się zdecydować, LISTOPAD 2012

Stawka niżSza niż wSzyStko inne czy gra w głupawej komedii czy w dramacie narodowym. A bursztynowa komnata? Pojawia się, aby J-23, oprócz robienia Niemców w konia, mógł także rozwikłać jakąś światowej sławy zagadkę. Miał być Indiana Jones, a nie wyszedł z tego nawet Pan Samochodzik. Trudno oprzeć się wrażeniu, że scenariusz pisany był na kolanie, w pociągu lub w przeciągu, a produkcją zajęły się dzieci błądzące we mgle. Taki to ni pies, ni wydra z nosem zamiast ucha. Elementy komediowe nie są śmieszne, przygoda jest nudnawa, a to, co miało być tragiczne, bywa żenujące. Wątek miłosny, a nawet dwa, są ciężkostrawne, źle zagrane i przewidywalne do granic możliwości. Charakteryzacja woła o pomstę do nieba, dawno minęły już czasy, gdy aby kobietę postarzeć o 30 lat wystarczyło posypać jej głowę mąką i udawać, że posiwiała. W czasach HD i 3D zabiegi tego typu to jak udawanie, że pada deszczyk, choć w rzeczywistości ktoś pluje nam w twarz.

Jedynym plusem filmu jest pojawienie się w nim starej gwardii aktorskiej. Karewicz, Mikulski i Olbrychski ratują swoją obecnością całość przedsięwzięcia. Akcja filmu rozgrywa się w latach 1945 i 1975. Klamrami spinającymi oddalone o 30 lat wydarzenia są dwaj główni bohaterowie Kloss i Brunner. Dzięki przeniesieniu

ich w lata siedemdziesiąte mamy możliwość rozkoszowania się ponownym spotkaniem Mikulskiego i Karewicza. Jest to niewątpliwa okazja i gratka dla fanów, bo obaj panowie są w świetniej formie i tworzą klasę samą w sobie. Każda scena, w której pojawiają się ci dwaj gentlemani, powoduje, że opadające z nudów powieki na chwilę się unoszą. Twórcom Stawki większej niż śmierć należy się pochwała za umożliwienie nam, widzom, kolejnego spotkania z Klossem i Brunnerem. Warto bowiem przemęczyć się i poświęcić kilkadziesiąt minut, żeby usłyszeć wypowiadane przez Mikulskiego: „Takie sztuczki nie ze mną Brunner”. Za to dziękuję panu Patrykowi Vedze (reżyseria) i Władysławowi Pasikowskiemu (scenariusz), błagam jednak, żeby w przyszłości nie przyszedł im do głowy pomysł nakręcenia filmu o tym, jak czterej pancerni i pies walczą z Talibami i odnajdują zaginioną Atlantydę. Trudno jest mierzyć się z legendą, a jak wiadomo Stawka większa niż życie była, jest i pozostanie serialem kultowym. Nowa filmowa wersja przygód Hansa Klossa potwierdza, że nie warto walczyć ze słońcem, jeżeli jako oręża używa się motyki. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

17


łody, obiecujący pisarz” – kilka dobrych lat temu usłyszałam pierwszy raz o Jacku Dehnelu.

„M

Stereotypowo wyobraziłam sobie, że jest to kolejny „młody gniewny” – zbuntowany, za wszelką cenę oryginalny, na wskroś nowoczesny, może wulgarny (to pewnie za sprawą prozy Masłowskiej...) i przesadnie egocentryczny. Z tym ignoranckim wyobrażeniem zabrałam się za czytanie „Lali” i już po kilku stronach zrozumiałam, jak bardzo się względem Dehnela pomyliłam. Dawno nie czytałam książki polskiego autora napisanej z tak dużą sprawnością i kompetencją językową; mistrzowsko skomponowanej i bardzo interesującej. W bardzo dużym i niesprawiedliwym uproszczeniu można napisać, że „Lala” jest książką o dzieciństwie i fascynującej młodości babki autora, Heleny „Lali” Bienieckiej. Czytelnik szybko zorientuje się, że Bieniecka, zresztą podobnie jak pozostali członkowie rodziny Dehnela, to postać niezwykła – erudytka, obracająca się w kręgach inteligentów i artystów. Wśród znajomych Lali i jej bliskich pojawiają się Konstanty Ildefons Gałczyński, historyk Gerard Labuda, profesor Tadeusz Kotarbiński (u którego studiowała), znakomity tłumacz i eseista Julian Rogoziński (pierwszy mąż Lali) i wielu innych. Dehnela umiejętność opisywania przeszłości i opowiadania fascynującej historii budzi szacunek i podziw, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, że pisząc „Lalę” miał niewiele ponad 20 lat! Nie chcę Państwu tej powieści streszczać, bo raz, byłoby to zupełnie bezcelowe, dwa – szczerze zachęcam do jej przeczytania. Mam nadzieję, że trafi ona w Państwa gusta. Od momentu ukazania się „Lali” w 2006 roku Dehnel był za nią wielokrotnie nagradzany, m.in. Paszportem Polityki; otrzymał również od Rady Języka Polskiego tytuł Honoro-

które środowiska atakowany jest za swój homoseksualizm, do którego sam się otwarcie przyznaje (wspominał, iż ma on odzwierciedlenie w jego poezji). Środowiska gejowskie zarzucają mu natomiast, że nie wystarczająco dużo obnosi się ze swoją orientacją i nie wykorzystuje swojego autorytetu do walki o prawa gejów. Do tych zarzutów odniósł się z dużym spokojem i klasą. „Wiele postulatów środowisk gejowskich (...) uważam za słuszne, ba, podstawowe, i popieram rozmaite inicjatywy (marsze, zbieranie podpisów), które kiedyś może doprowadzą do ich wcielenia w życie. Ale równocześnie myślę sobie, że taka walka ma skutki uboczne, bo musi wyrabiać (czy raczej utrwalać) myślenie dychotomiczne – geje i reszta świata, matryca i odstępcy. I, myślę sobie dalej, jest też inny głos, który tamten wspomaga, taki mianowicie: Jestem gejem i nie ma potrzeby przesadnego wspominania o tym - bo to normalne. Koniec. Kropka. Więc ja przedstawiam mojego chłopaka jako mojego chłopaka nie dlatego, że chcę się pochwalić naszą orientacją (bo to jak chwalić się kolorem tęczówki), ale dlatego, że gdybym przyszedł gdzieś z dziewczyną, to też bym ją przedstawił jako moją dziewczynę” – mówił w wywiadzie dla „Polityki” w 2007 roku. KATARZYNA PIENIĄDZ

Dżentelmen słowa wego Ambasadora Polszczyzny. Powieść przetłumaczono na wiele języków obcych, m.in. hebrajski, hiszpański, litewski, niemiecki, słowacki, turecki, węgierski i włoski. Tyle o „Lali”, która nie jest jedynym dziełem Dehnela. Spod jego pióra wyszło kilka innych książek, spośród których szerszej publiczności najlepiej znane są „Balzakiana” (2008) i zbiór opowiadań „Rynek w Smyrnie” (2007). Przez odbiorców i krytykę doskonale przyjęte zostały także tomiki poezji Dehnela (za „Żywoty równoległe” otrzymał w 2005 roku prestiżową Nagrodę Kościelskich). Mimo niewątpliwego talentu, erudycji i wysokiej kultury osobistej Dehnel wzbudza wiele emocji i kontrowersji. Wystylizowany na XIXwiecznego dandysa (proszę sobie wyobrazić współczesnego trzydziestolatka, wkładającego na co dzień cylinder i surdut!), z nienagannymi manierami i przesadną dbałością o wygląd często określany bywa mianem pretensjonalnego pozera. Przez nie-

POLAK POTRAFI

18

MONITOR POLONIJNY


Hammam

dla ciała i duszy

roszę się rozebrać i założyć to wdzianko!” – powiedziała pani, wręczając mi bawełnianą koszulinę, wyglądającą troszkę jak obrus. „Ciekawie się zaczyna” – pomyślałam i z uśmiechem pokonałam kilka stopni, prowadzących na piętro, do kabinki, ale już po chwili trochę skonsternowana wróciłam, by zapytać, czy mam zdjąć również bieliznę. Usłyszałam krótkie i zdecydowane TAK!

„P

Wcześniej korzystałam już z kąpieli termalnych, podczas których wszyscy mieli na sobie stroje kąpielowe. Tymczasem w łaźni tureckiej Hammam w Trenčianskich Teplicach obowiązują trochę inne zasady. Przekraczając próg osobliwego i fascynującego budynku, w którym się mieści, ma się wrażenie, że znalazło się w innym, bajkowym świecie przyjemności i relaksu. Turkusowe i błękitne arabeski przepięknie komponują się ze zdobieniami w kolorach granatu, bieli i czerwieni. Usytuowana w środkowej części pomieszczenia marmurowa fontanna, rzeźbione poręcze oraz cudowne inkrustowane płytki dekoracyjne sprawiły, iż w wyobraźni przeniosłam się w nasycony barwami orientalny świat Bliskiego Wschodu. Hammam, co po arabsku znaczy tyle co ‘łaźnia’, wzbudza zachwyt nie tylko wystrojem wnętrz, ale i architekturą. Niewielki budynek o kilkunastu miedzianych kopułach i dwóch rozetach stoi wciśnięty między lokalną zabudowę, na której tle wygląLISTOPAD 2012

da niezwykle intrygująco. Zafascynowana wnętrzem zagapiłam się i jako ostatnia zanurzyłam w basenie, wypełnionym wodą o temperaturze 39 C, w którym znajdowali się już moi współtowarzysze. Na ich twarzach zobaczyłam konspiracyjne uśmieszki. Szybko odkryłam ich powód. Przed wejściem do wody trzeba skorzystać z prysznica. I tak zrobiłam, a wówczas mokra, prześwitująca i za duża jak na mnie koszulka przylgnęła do mojego ciała odsłaniając co nieco. Dodatkowo musujące bąbelki w wodzie powodowały, że ów fartuszek unosił się do góry. Cóż miałam robić? Dołączyłam do tych, którzy z trudem powstrzymywali głośny śmiech. Potem oddałam się kontemplacji. Zastanawiałam się, skąd w centrum Trenčianskich Teplic wziął się

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Słowackie perełki

tak nietypowy budynek. Otóż tutejsze uzdrowisko założył wiedeński finansista Juraj Sina w 1835 roku. Jego córka hrabianka Ifigenia de Castres d’Harcourt podczas światowej wystawy w Paryżu zachwyciła się luksusowym modelem łaźni tureckiej i zapragnęła posiadać identyczną. W tym celu specjalnie pojechała do Egiptu, prosząc tamtejszego króla o jej wybudowanie. Życzenie Ifigenii zostało spełnione i w 1888 roku budowa Hammamu w Trenčianskich Teplicach została zakończona. Z rozmyślań wyrwał mnie głos, informujący, iż 20-minutowa sesja w gorącej wodzie dobiegła końca. W pierwszej kolejności o wyjście z basenu poproszono mężczyzn, zgodnie z zasadą, iż panie pierwsze wchodzą do basenu, ale za to panowie – przyodziani jedynie w przepaskę na biodrach – pierwsi z niego wychodzą. Osoby wstydliwe mogą skorzystać z basenu w godzinach wydzielonych wyłącznie dla płci pięknej bądź tylko dla panów. Pozbawiona mokrego fartuszka, zostałam otulona w czyste prześcieradło oraz ciepły koc i pozostawiona w przytulnej kabinie na kolejnych kilkanaście minut, w czasie których mogła-

bym skorzystać z bogatej oferty masażów. Ja jednak wolałam poleżeć w spokoju, sycąc zmysły barwami i szumem wody z fontanny. Moją uwagę przykuły liczne drobne świetliki w kopule o kształcie półksiężyca – symbolu islamu, przez które wpadały słoneczne promienie. Gdy upłynął czas błogiego lenistwa, niechętnie opuściłam łaźnię. Chwile spędzone w basenie termalnym to nie tylko rekreacja. Wyjątkowe właściwości wody, zawarte w niej cenne pierwiastki, w tym związki siarki, powodują, iż takie kąpiele zalecane są w leczeniu i profilaktyce chorób reumatycznych, cywilizacyjnych, łuszczycy i układu mięśniowo-szkieletowego,. Ponieważ chłodnych i dżdżystych dni przybywa, wizyta w łaźni w Trenčianskich Teplicach stanowi cudowną możliwość wygrzania się i zrelaksowania w przyjemnym i egzotycznym otoczeniu. Zabiegani i pochłonięci codziennymi sprawami znajdźmy zatem chwilę i zafundujmy sobie małą Turcję na słowackiej ziemi. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA P.S. Serdecznie pozdrawiam współtowarzyszy tej ciekawej przygody. 19


Jak rodziła się wojskowa dyplomacja? pojęciem dyplomacji każdy z nas kiedyś się spotkał, szczególnie jeśli mieszka poza krajem ojczystym. Nie każdy natomiast miał możliwość bliższego poznania szczególnego jej rodzaju, czyli dyplomacji wojskowej, a tym samym jej głównych postaci.

Z

O ile o szeroko pojętej dyplomacji wiemy, że na jej czele stoi zazwyczaj ambasador, to o attaché wojskowym (obrony), który stoi na czele wojskowej dyplomacji, nasza wiedza jest znacznie uboższa. Zamiarem tego cyklu artykułów będzie przybliżenie czytelnikowi problematyki związanej z nią oraz ukazanie istotnych różnic pomiędzy tak często mylonymi stopniami dyplomatycznymi attaché a attaché wojskowym (obrony). Instytucja prawa międzynarodowego, jaką jest attaché wojskowy ma już ponad 200 lat. Pierwszym oficerem, który pełnił służbę tzw. eksperta wojskowego w poselstwie zagranicznym, był kapitan armii francuskiej, wysłany przez Napoleona do Wiednia w 1806 r. Nie miał on wówczas urzędowego tytułu attaché wojskowy lecz stopień drugiego sekretarza (J. Sutor – Prawo dyplomatyczne i konsularne; Wydanie VI, Wydawnictwo Prawnicze PWN, Warszawa 2000, str. 7).

Krótki rys historyczny attaché wojskowego Praktycznie każdy kraj od utworzenia swojej państwowości interesował się potencjałem militarnym swych sąsiadów oraz innych państw, bez względu na łączące je wzajemne stosunki. Śledzenie rozwoju sił zbrojnych oraz możliwości wojennych danego państwa należało do podstawowych obowiązków dyplomatów – tak też jest i obecnie. Już w starożytnym Rzymie dyplomatami mianowano osoby wojskowe. O ile funkcja attaché wojskowego zawsze była pełniona przez dyplomatów, zarówno w starożytności jak i w średniowieczu, to rzeczywisty rozwój instytucji oficjalnego przed20

stawiciela wojskowego w składzie poselstwa wiąże się z okresem wojen koalicyjnych, prowadzonych w Europie w XVIII w. Wiązało się to z potrzebą współdziałania armii koalicyjnych. Szczególnie jest to widoczne w okresie wojny siedmioletniej (1756-1763), kiedy to Francja utrzymywała rozlegle stosunki wojskowe z innymi państwami. Uzupełniła wówczas swoje misje dyplomatyczne w Szwecji, Rosji oraz Austrii o misje wojskowe. Przedstawiciele wojskowi otrzymywali instrukcje od ministra spraw zagranicznych i odrębne instrukcje od ministra wojny. Ministrowie wojny oraz szefowie sztabów generalnych od samego początku podejmowali wiele działań na rzecz uniezależnienia przedstawicieli wojskowych od podległości ambasadorom. Szczególny rozwój dyplomacji wojskowej obserwujemy w okresie wojen napoleońskich, kiedy na stanowiska ambasadorów wysyłani byli oficerowie, a znaczna część personelu poselstw składała się z wojskowych. Przedstawiciele wojska obok wykonywania normalnych funkcji informacyjnych niekiedy przebywali przy dowództwach armii na polu walki w czasie prowadzonych kampanii wojennych. Z tego okresu, a konkretnie z roku 1810, pochodzi pierwsza znana w historii „Instrukcja dla oficera sztabu generalnego, przydzielonego do przedstawicielstwa zagranicznego”, wydana w Austrii. Nakazywała ona oficerowi uzyskanie dokładnych i szczegółowych danych wojskowych o kraju urzędowania, zdawanie ambasadorowi dokładnych sprawozdań ze wszystkich swych czynności, natomiast ambasador obowiązany był udzielać takiemu oficerowi wytycznych w za-

kresie postępowania politycznego. Instrukcja podkreślała jednocześnie, że zdobywając niezbędne informacje, oficer musi wykazać duży rozsądek w wyborze metod działania, aby uniknąć podejrzeń o szpiegostwo, a tym samym kompromitacji służby. Nakazywano przy tym takim oficerom jak największą ostrożność działania ze względu na ich obserwację przez tajną policję kraju urzędowania. Mimo braku w tej instrukcji nazwy „attaché wojskowy” faktycznie jest ona pierwszym zbiorem wytycznych dla oficerów pełniących tę funkcję (S. Sawicki – Instytucja attaché wojskowego; Zeszyty Naukowe ASW nr 39 z 1985 r. str. 179 i następne). Zasady określone w ww. instrukcji w ogólnych zarysach zostały przyjęte przez większość państw i pozostają aktualne do dziś. Rozwój współzawodnictwa wojskowego w XIX w. zrodził zapotrzebowanie na fachowe informacje o siłach zbrojnych nie tylko sąsiadów, ale i innych krajów. Poszczególne państwa zaczęły wysyłać swoich oficerów jako członków misji dyplomatycznych. W początkach XIX w. nie było jednolitej terminologii dla funkcji pełnionych przez tychże oficerów – nazywano ich przedstawicielami wojskowymi, sekretarzami wojskowymi lub pełnomocnikami wojskowymi. Nazwę „attaché wojskowy” jako pierwsza wprowadziła w połowie XIX w. Hiszpania. Od początku attaché wojskowi byli podwójnie podporządkowani – władzy wojskowej oraz władzy kierownika misji. Na przełomie XIX i XX wieku niektóre państwa zaczęły włączać attaché wojskowych jako ekspertów do swoich delegacji na konferencje pokojowe. Bezpośrednio przed wybuchem I wojny światowej instytucja attaché wojskowego upowszechniła się na tyle, że większość państw miało attaché wojskowych w swoich przedstawicielstwach dyplomatycznych za granicą. Attaché wojskowy stał się wtedy osobą pierwszoplanową w poselstwie, jako dyplomata biegły w sprawach wojskowych. KRZYSZTOF JOŃCA Zgodnie z życzeniem autora jego honorariumzostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

MONITOR POLONIJNY


W maju 1906 roku przybył na Węgry młody, 27-letni brytyjski historyk Robert William Seton-Watson. Pochodził z bogatej rodziny religijnych prezbiteriańskich Szkotów, którzy dorobili się na handlu herbatą indyjską. Cztery lata wcześniej ukończył studia w Oksfordzie i w tamtejszych bibliotekach uległ fascynacji Węgrami. Podziwiał ich za dzielną walkę przeciwko Habsburgom w latach 18481849 i postanowił zająć się bliżej tematyką monarchii austro-węgierskiej, zwłaszcza jej wschodniej części. Opublikował kilka artykułów, sławiących węgierską walkę o wolność. Zgodnie z ówczesnymi obyczajami angielskiej elity, chcąc pisać o jakimś kraju, wpierw należało go odwiedzić, by poznać z bliska jego realia. Tak też zrobił Seton-Watson, który swoją wyprawę zaczął od Berlina, by następnie przenieść się do Wiednia, gdzie spotkał wrażliwego i inteligentnego studenta filozofii Antona Štefánka, który był Słowakiem. Obaj młodzi ludzie się zaprzyjaźnili i razem spędzali godziny na opowieściach o historii Słowaków i ich problemach (Anton Štefánek został później jednym z pierwszych czechosłowackich profesorów socjologii, a po II wojnie światowej rektorem Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie). Dla Szkota Słowacy byli odkryciem, ponieważ wcześniej nawet nie uświadamiał sobie ich istnienia. Teraz zobaczył cały świat ich problemów. W efekcie zaczął patrzeć inaczej na Węgry. Zwłaszcza po tym, kiedy w Budapeszcie twierdzono, że żaden naród słowacki nie istnieje. LISTOPAD 2012

Szkot, który pokochał Słowację

WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI

ytuł artykułu może być odebrany jako swego rodzaju przejaw perswazji, ale jest głęboko prawdziwy. Przypadek Roberta Williama Setona-Watsona jest niezwykle interesujący i bardzo optymistyczny, bowiem pokazuje, ile w dziejach zależy od ludzkiej jednostki, od charakteru, inteligencji i pasji pojedynczego człowieka.

T

Rok później Seton-Watson znowu udał się na Węgry. Tym razem odwiedził tylko rejony zamieszkałe głównie przez Słowaków z jasnym zamiarem zebrania materiałów do książki o nich. Zamierzał słuchać i rozmawiać ze wszystkimi, którzy tu żyli: Słowakami, Węgrami, Niemcami. Zaczął od Bratysławy, potem przez Skalicę, Modrą, Trnawę, Trenczyn dotarł do Żyliny, skąd podążył dalej na wschód – przez Martin do wiosek podtatrzańskich, Koszyc i na węgierską Ruś. Już na początku za-

pisał zdanie węgierskiego księdza i kandydata do parlamentu, które zrobiło na nim duże wrażenie: „Każdy węgierski obywatel musi znać język państwowy, być patriotą swojego państwa i podzielać jego cele. Nie da się rozwiązać problemów narodowościowych bez zdecydowanych i czasem przymusowych posunięć”. Rezultatem tej podróży była wydana rok później w Londynie książka Racial problems in Hungary, w której po raz pierwszy w Anglii publicznie pisano o istnieniu Słowaków i ich

problemach. Reakcja węgierskiej prasy na zawarte w niej tezy była oczywiście negatywna: „Żadni Słowacy nie istnieją, Szanowny Panie. Są tylko jacyś pasterze w górach”. Odpowiedzią Setona-Watsona było przygotowanie w roku 1910 w Londynie wystawy etnograficznej o Słowakach, która miała uświadomić Anglikom, że północne Węgry zamieszkują jednak Słowacy, a nie Węgrzy. Wystawa cieszyła się powodzeniem, na które zapewne wpłynął też fakt, że Seton-Watson był postacią znaną jako jeden z pionierów światowego skautingu. Od roku 1911 Encyklopedia Britannica wymieniała go jako czołowego znawcę historii Słowian. Seton-Watson odwiedzał później jeszcze kilkakrotnie tereny zamieszkałe przez Słowaków, o których napisał nie jedną, ale kilka książek. Stał się zdecydowanym krytykiem węgierskiej polityki narodowościowej. Opisywał Słowaków jako stary europejski naród, który już we wczesnym średniowieczu wytworzył swoje państwo, rozbite później przez węgierskich najeźdźców, i który nadal cierpi ucisk narodowy, będący efektem nacjonalistycznej polityki Węgier, chcących wszystkich obywateli tego wielonarodowościowego państwa uczynić na siłę Węgrami. Przebywając w Pradze Robert Seton-Watson poznał docenta tamtejszego uniwersytetu Tomaša Masaryka i francuskiego astronoma i podróżnika, który z dumą podkreślał, że tak naprawdę jest Słowakiem, Milana Rastislava Štefánika. 21


Z biegiem czasu Seton-Watson stał się znanym brytyjskim publicystą (publikował pod pseudonimem Scotus Viator), którego głos w sprawach Europy Środkowej uznawano za znaczący. Kiedy wybuchła I wojna światowa, Tomaš Masaryk rozpoczął swe działania na rzecz niepodległości Czech. Przed rokiem 1914 ten znany już w świecie intelektualista (jego książka, analizująca socjologicznie zjawisko samobójstwa, do dziś należy do klasyki światowej literatury socjologicznej) był politykiem o średnim znaczeniu w Czechach i posłem do parlamentu ogólnoaustriackiego w Wiedniu. Dopiero od 1916 roku zaczął propagować ideę połączenia Czechów ze Słowakami we wspólnym państwie. Prawdopodobnie pierwszą osobą, z którą Masaryk rozmawiał o nowym tworze państwowym, był właśnie SetonWatson. Wcześniej jednak, jesienią 1914 roku Masaryk, wykorzystując swój paszport parlamentarzysty, wyjeżdżał do neutralnej Holandii, gdzie spotykał się z opiniotwórczymi ludźmi, którzy w przyszłości mieli wesprzeć czeskie działania. W październiku 1914 roku spotkał się także z Setonem-Watsonem, który w tym celu przyjechał specjalnie z Anglii. Spotkanie odbyło się dzięki pomocy wywiadu brytyjskiego, prowadzącego studia nad polityczną organizacja powojennej Europy. Masaryk miał ze sobą przygotowany wcześniej „Memoriał do mocarstw i rządów Wolnego Świata”, który Watson przekazał rządowi w Londynie. Kiedy w grudniu 1914 roku Masaryk wraz z córką Olgą uciekli z Austrii przez Szwajcarię do Anglii, Seton-Watson zaopiekował się nim i od roku 1916 wspólnie wydawali czasopismo „The New Europe”, propagujące utworzenie po wojnie państw narodowych w Europie Środkowej i Wschodniej. Zgodnie ze 22

swoimi krytycznymi wobec Węgier poglądami Seton-Watson nawiązał kontakty z politykami rumuńskimi i serbskimi i wspierał ich działalność w Londynie. W 1915 roku założył Szkołę Studiów Słowiańskich, która do dziś jest jednym z najbardziej prestiżowych na świecie ośrodków studiów nad Europą Środkową i Wschodnią. W drugiej połowie I wojny Seton-Watson został przez czynniki rządowe uznany za zbyt radykalnego w popieraniu i nagłaśnianiu postulatów narodowych Europy Wschodniej i powołany do wojska. Mimo to brał udział w pracach konferencji wersalskiej, chociaż formalnie nie był tam oddelegowany. Zaprzyjaźnił się z Edvardem Benešem. Odegrał pewną rolę przy ustalaniu granic Jugosławii i Rumunii, za co oba państwa nagrodziły go honorowymi obywatelstwami. Po zakończeniu wojny publikował prace z zakresu historii Czechosłowacji i Rumunii. W 1938 był jednym z najbardziej zagorzałych krytyków polityki rządu Neville’a Chamberlaina w okresie konferencji monachijskiej, a po objęciu urzędu premiera przez Winstona Churchilla pracował dla rządu jako analityk wywiadu i ekspert ds. propagandy wobec narodów Europy Środkowej. Po wojnie działał na rzecz uświadomienia zachodniej opinii publicznej zła, które w czasie okupacji wyrządził Europie Wschodniej Związek Sowiecki. W latach 1946-1949 był prezesem Brytyjskiego Towarzystwa Historycznego. Zmarł w 1951 roku. Słowacy i Czesi mieli szczęście, że był ich przyjacielem. Na Słowacji Roberta Setona-Watsona uhonorowały jedynie władze Rużomberka, odsłaniając na ścianie ratusza tablicę na jego cześć. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci,które biorą udział w konkursach „Monitora”

Józef Hieronim

Retinger

olitycy, którzy w czasie wojny mieszkali w Anglii, znali go dobrze. /.../ Był inteligentny, czynny, trochę tajemniczy i co dzień przy obiedzie spotykał się z osobistością angielską albo z tym czy z innym ministrem rządów na wygnaniu. Znał cały świat, wszędzie miał dostęp.

„P

W tamtych latach był jednym z ludzi najbardziej poinformowanych. Spowodował w ciągu wojny rozmowy między Polakami, Czechami, Holendrami, Norwegami i Belgami, podczas których zawiązane zostały nowe porozumienia. Po wojnie kontynuował swoje starania i stał się jednym z najbardziej przekonanych założycieli zjednoczonej Europy”. Takiego Józefa Hieronima Retingera zapamiętał i utrwalił w swych pamiętnikach Paul Henri Spaak, polityk belgijski, jeden z twórców Beneluksu, który w latach 1939-1945 był ministrem spraw zagranicznych w belgijskim rządzie emigracyjnym w Londynie, a w 1946 roku przewodniczył pierwszemu Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ. Wojenne losy Retingera wiążą się jednak przede wszystkim z generałem Władysławem Sikorskim. Gdy generał został pierwszym premierem rządu RP na uchodźstwie w Paryżu, skontaktował się z mieszkającym w Londynie Retingerem i powierzył mu popularyzowanie polskiej sprawy w Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim propagowanie funkcjonowania państwa polskiego oraz tworzenia się wojska polskiego we Francji, i zaproponował współpracę w zakresie kontaktów z rządem brytyjskim. Już w listopadzie 1939 roku, gdy Sikorski składał swą pierwszą wizytę w Anglii z okazji finalizowania polsko-brytyjskiej umowy morskiej, na oficjalnym obiedzie, wydanym przez Foreign Association, pojawił się obok niego Józef Retinger. Dla Retingera, który po słynnym paryskim wyroku nie miał prawa wstępu do ambasady polskiej w Londynie, to ważny moment – z persona non grata stał się persona grata. Niektórzy świadkowie historii, a za nimi MONITOR POLONIJNY


współtwórca zjednoczonej Europy

także niektórzy historycy podejrzewają, że z tą chwilą został także reaktywowany w wywiadzie brytyjskim. Sama wizyta generała Sikorskiego w Londynie miała dla strony polskiej głównie znaczenie propagandowe; przypomniała Europie, że państwo polskie mimo klęski wrześniowej nadal funkcjonuje, że wspierają go silni sprzymierzeńcy – Wielka Brytania i Francja. Mit silnej Francji wkrótce jednak się rozwiał, bowiem skapitulowała ona w czerwcu 1940 roku, nie stawiając większego oporu wojskom niemieckim. Rozproszone na jej terenie oddziały wojska polskiego znalazły się w szczególnie trudnej sytuacji. Korzystając z zaproszenia Brytyjczyków, prezydent RP Raczkiewicz z częścią rządu ewakuował się do Anglii. Sikorski zaś pozostał we Francji, nie zamierzając opuścić wojska. Retinger zdawał sobie sprawę z tragicznej sytuacji Naczelnego Wodza i polskich żołnierzy. W Londynie poruszył niebo i ziemię, by doprowadzić do ewakuacji wojska polskiego do Anglii. W dniu 18 czerwca 1940 roku na wyraźny rozkaz premiera Wielkiej LISTOPAD 2012

Brytanii Churchilla poleciał do Francji, odnalazł generała i sprowadził go do Anglii, wcześniej przedstawiając mu brytyjski plan ewakuacji ok. 40 tys. polskich żołnierzy. Po udanej ewakuacji polskich sił zbrojnych Retinger został doradcą generała Sikorskiego. Polski wojenny Londyn z przekąsem nazywał go „szarą eminencją”, zaś generał dobrodusznie „kuzynkiem diabła”, dla którego nie ma spraw nie do załatwienia. Ciesząc się największym zaufaniem Sikorskiego, popierany przez władze brytyjskie brał udział we wszystkich ważniejszych rokowaniach premiera rządu RP, towarzyszył mu w podróżach do Stanów Zjednoczonych. Jako oficjalny doradca premiera Sikorskiego brał też udział w rokowaniach z czołowymi przedstawicielami emigracyjnego rządu Czechosłowacji, czyli prezydentem Benešem, Hubertem Ripką i Janem Masarykiem, na temat przyszłej Unii PolskoCzesko-Słowackiej, która miałaby po wojnie stanowić zalążek federacji środkowoeuropejskiej i być przeciwwagą dla Niemiec i Związku Radzieckiego. Idea federalizacji Europy była Retingerowi szczególnie bliska, nie żałował więc czasu, by pozyskać dla niej innych europejskich polityków. Pozytywnie polską inicjatywę i przebieg dwustronnych rozmów oceniała strona brytyjska z premierem Winstonem Churchillem na czele, który podobnie jak Sikorski w przyszłej unii widział rozwiązanie sytuacji w tej części Europy Z zainteresowaniem przyjęli ją też politycy belgijscy i holenderscy. W dniu 21 maja 1941 roku wspólny polsko-czechosłowacki Komitet Polityczny przyjął dokument o nazwie Zasady aktu konstytucyjnego związku Polski i Czechosłowacji. I to był właściwie jedyny efekt długotrwałych i niełatwych rokowań; strona czechosłowacka po przystąpieniu Związku Radzieckiego do wojny i podpisaniu 12 lipca radziecko-brytyjskiego układu wojskowego, a 18 lipca układu radziecko-czechosłowackiego, zmieniła swój sto-

sunek do układu federacyjnego z Polską. Józef Hieronim Retinger miał też swój udział w przygotowaniu, a przede wszystkim w realizacji porozumienia między rządem radzieckim i rządem Rzeczypospolitej Polskiej, dotyczącego wspólnej walki przeciw III Rzeszy. Uczestniczył przynajmniej w części ponadmiesięcznych rozmów generała Sikorskiego, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Anthony’ego Edena i ambasadora radzieckiego w Londynie Ivana Majskiego, poprzedzających podpisanie dokumentu, popularnie nazywanego układem Sikorski-Majski. Niegwarantujący Polsce powrotu do przedwrześniowych wschodnich granic układ wywołał przesilenie w rządzie Sikorskiego; trzech ministrów złożyło dymisję, a prezydent Raczkiewicz nie chciał go ratyfikować. Podpisanie układu nie przysporzyło Retingerowi przyjaciół wśród londyńskich Polaków; do podejrzeń o jego związki z obcymi wywiadami, dodano podejrzenie o współpracę z wywiadem radzieckim. Opinii tej nie zmieniła nawet jego niewątpliwie pozytywna działalność w Moskwie, dokąd został wysłany w randze charge d’affaires jeszcze przed uruchomieniem tam polskiej ambasady z misją dopilnowania realizacji porozumienia. Retinger w swym pamiętniku pisał, że jego podstawowym zadaniem było „podejmowanie prób wydobycia Polaków z obozów koncentracyjnych, obozów pracy i więzień”

Brytyjska misja wojskowa w obozie Wojska Polskiego w Coetquidan. Na pierwszym planie Józef Retinger. 23


i zagwarantowanie im przez stronę radziecką swobody podróży „...aby mogli kontaktować się z Ambasadą Polską, połączyć się z rodzinami i zgłosić się do wojska polskiego”. W związku ze swą misją utrzymywał kontakty z Wiaczesławem Mołotowem, ministrem spraw zagranicznych ZSRR, i innymi wysokimi urzędnikami radzieckimi. W grudniu 1942 roku towarzyszył generałowi Sikorskiemu w jego trzeciej podróży do Stanów Zjednoczonych, nie towarzyszył mu natomiast w podróży na Bliski Wschód. O katastrofie samolotu na Gibraltarze dowiedział się rankiem 5 lipca 1943 roku, oczekując na lotnisku Swindon powrotu generała z inspekcji wojsk polskich. Następnego dnia Retinger wraz z generałem Stanisławem Ujejskim, inspektorem Polskich Sił Powietrznych, przyleciał do Gibraltaru na pokładzie samolotu, który otrzymał do dyspozycji od premiera Churchilla. Odprowadził generała Władysława Sikorskiego w jego ostatnią podróż. Śmierć generała wywołała (i do dziś wywołuje) wiele spekulacji. Wyznawcy spiskowej teorii dziejów snuli przypuszczenia, że był to zamach, uznając za jego sprawców przeważnie Anglików, którym ta śmierć ułatwiała politykę prorosyjską. W tym

kontekście podejrzewano Retingera, że o zamachu wiedział, skoro tym razem nie towarzyszył generałowi. Nowym premierem został Stanisław Mikołajczyk, a naczelnym wodzem sił zbrojnych gen. Kazimierz Sosnkowski. Retinger zrezygnował z funkcji doradcy prezesa Rady Ministrów, pozostając do jego dyspozycji. Kilka miesięcy później stał się bohaterem wydarzenia, które Norman Davies w książce Powstanie’44 nazwał jednym „z najbardziej tajemniczych epizodów w dziejach podziemia”. Trzeciego kwietnia 1944 roku został zrzucony na spadochronie na teren okupowanej Polski. Misja, z którą został wysłany do Polski, otoczona była wielką tajemnicą; ze strony polskiej wiedział o niej tylko premier Mikołajczyk. Do dziś jej cel pozostaje niewyjaśniony. Sam Retinger w swych pamiętnikach wypowiada się na ten temat bardzo ogólnie i powściągliwie, jakoby jedynym celem jego nietypowej wizyty w Polsce było zbadanie krajowej opinii publicznej na temat aktualnej sytuacji. W bogatej literaturze przedmiotu spotkałam także wersję, że celem tej misji było przygotowanie gruntu do sugerowanego Mikołajczykowi przez Brytyjczyków przejęcia władzy i po wyzwoleniu utworzenie wraz z miejscowymi ko-

munistami rządu. Inna wersja mówi o tym, że Retinger miał się przekonać, w jakim stopniu polega na prawdzie powoływanie się rządu na stanowisko przywódców krajowych polskiego państwa podziemnego, uniemożliwiające zmianę polityki na bardziej proradziecką, czego niecierpliwie oczekiwała strona brytyjska. W wersji cytowanego już Normana Daviesa Retinger miał sprawdzić „po pierwsze, jak powszechne jest poparcie dla świeżo zreformowanych organizacji komunistycznych i prokomunistycznych, po drugie, jakie są szanse współpracy między komunistami i partiami demokratycznymi, oraz po trzecie, jaka będzie prawdopodobna reakcja szerokich kręgów ludności na wybuch powstania”. Jest mało prawdopodobne, by Retinger – postać znana – podjął się tej misji bez uzgodnień z wywiadem brytyjskim, tym bardziej, że Stephen Dorrill w wydanej w Londynie w 2000 roku i opartej na oficjalnych źródłach książce MI-6: Fifty years of Special Operations wymienia go jako „wpływowego agenta MI-6”, potwierdzając wieloletnie podejrzenia. Planowana na sześć tygodni misja przedłużyła się do lipca i nie udało się jej utrzymać w tajemnicy. Bogdan Podgórski w swoim obszernym studium Józef Hieronim Retinger 1888-1960

O Polakach z Marsa zytelnicy „Polityki” znają Ewę Winnicką z jej świetnych reportaży społecznych, za które dwukrotnie otrzymała Grand Press – najbardziej prestiżową nagrodę dziennikarską w Polsce. Pisała o rodzinach dysfunkcyjnych, o ochronie dzieci i o eurosierotach. Jest też autorką kilku scenariuszy filmów dokumentalnych.

C

Obejrzana w Londynie w czasie jednej z zagranicznych podróży wystawa starych fotografii zainspirowała reporterkę do zainteresowania się Polakami, których około 200 tys. rzuciła wojna i wielka polityka na Wyspy Brytyjskie. Re24

zultatem są Londyńczycy – zbiór reportaży, wydanych w ubiegłym roku przez Wydawnictwo „Czarne”. Winnicka we wstępie uprzedza, że nie zamierza konkurować z historykami i pisać kolejnych dziejów polskiego uchodźstwa. Z ty-

sięcy ludzkich losów wybiera niektóre, by poprzez jednostkowe doświadczenia i doznania konkretnych ludzi przedstawić różne sfery emigracyjnego życia. Jeden z jej rozmówców, który w czasie wojny znalazł się na Wyspach, zwie-

rzył się, że Polacy czuli się wówczas jak na Marsie i „żeby przeżyć, musieliśmy założyć tam Polskę”. Skala poruszanych przez Winnicką problemów jest ogromna; od Historii miłoMONITOR POLONIJNY


pisze, że została ujawniona przez polskich oficerów w Londynie i „przekazana drogą radiową do Polski z komentarzem, że Retinger był osobą przygotowującą układ polsko-radziecki, więc, co oczywiste, musiał być agentem rosyjskim. Polskie podziemie wydało na Retingera wyrok śmierci i tylko dzięki przypadkowi nie doszło do jego wykonania”. Zbigniew Siemaszko pisze, że na wyrok nie zgodził się generał Bór-Komorowski. Retinger w pamiętnikach wspomina, że dowiedział się, iż miał być zastrzelony. Świadkowie historii nie są tu zgodni; podają też wersję o próbie otrucia go. Przełomowa wydaje się jednak relacja porucznik Izabeli Horodeckiej ps. „Teresa”, która na początku lat 90. złożyła przed historykiem, jednym z przywódców AK prof. Aleksandrem Gieysztorem relację o swym udziale w tej sprawie; w kwietniu 1944 major „Fiszer” (Stefan Ryś) z drugim mężczyzną – pułkownikiem Kazimierzem IrankiemOsmeckim, szefem II Oddziału KG AK zapytali ją, czy jest gotowa towarzyszyć Retingerowi od chwili jego przylotu, a przed odlotem zasypać jego rzeczy w walizce białym proszkiem, który zadziała, gdy jej właściciel będzie już poza krajem. Poinformowano ją, że jest to rozkaz Naczelnego Wodza generał Kazimierza Sosnkow-

ści w dziesięciu etapach, błyskotliwego tekstu o rozpoczętych wielką polityczną miłością stosunkach angielsko-polskich i ich metamorfozach w ciągu siedemdziesięciu lat, po w ironicznej tonacji utrzymany opis białego pałacu w stylu Ludwika XVI, naturalnie z polskimi elementami w postaci np. rozdartej brzozy, który zbudował w centrum Ealingu bogaty potomek bohatera wojennego, przybyłego nad Tamizę z generałem Andersem. Bohaterem jednego chyba z najlepszych reportaży, zatytułowanego Tato, jest EdLISTOPAD 2012

skiego. Proszkiem, którym nasycono jego rzeczy, był prawdopodobnie wąglik płucny. Wiemy, że Retinger na pewno spotkał się w kraju z gen. „Borem”, z delegatem rządu na kraj Janem Stanisławem Jankowskim, z Kazimierzem Pużakiem i Stefanem Korbońskim oraz innymi politykami. Wiemy też, że po powrocie do Londynu przez długi czas chorował. Istniejące dokumenty nie potwierdzają jego kontaktów z komunistami. Nie wiemy o czym informował premiera Mikołajczyka, gdy ciężko chory spotkał się z nim w Kairze przed jego odjazdem do Moskwy na spotkanie ze Stalinem, podobnie jak nie wiemy, co po powrocie do Londynu było przedmiotem rozmowy Retingera z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Anthonym Edenem w eleganckim hotelu Dorchester. Po zakończeniu wojny Retinger pozostał w Wielkiej Brytanii. Dzięki osobistej znajomości ze Staffordem Crippsem, ówczesnym kanclerzem skarbu, uzyskał olbrzymi grant dla Polski w wysokości 5 milionów funtów z przeznaczeniem na odbudowę kraju. Trzykrotnie jeździł do Polski, by rozdzielić ciężarówki wojskowe, mosty pontonowe, urządzenia do budowy dróg, ale też buty czy ciepłe czapki. Wszystko to dzięki swym konek-

ward Dębiński, żołnierz armii Andersa, który po piekle syberyjskich gułagów nie był zdolny sam powrócić do normalnego życia i w piekło zmienił życie swej nowej irlandzkiej rodziny. W reportażu Zastąpiona, o dwu Irenach w życiu generała Andersa, mowa o tym, jak w życie osobiste emigrantów wmieszała się wojna i wielka polityka. Ocalając pamięć tej pierwszej Ireny, Winnicka kreśli jeden z najpiękniejszych portretów kobiecych w polskiej literaturze. Mowa w Londyńczykach o poszukiwaniu i odbudo-

sjom kupował po obniżonych cenach w brytyjskich składach wojskowych. Mało kto wie, że pierwszy most w zniszczonym Szczecinie zbudowano z materiałów przywiezionych właśnie przez Retingera, który ostatni raz odwiedził Warszawę w marcu 1946 roku, kończąc akcję pomocy Polsce. Był zniechęcony faktem, że przyjmujący tę pomoc rząd polski nie wyraził podziękowania rządowi brytyjskiemu. Nie bez znaczenia dla podjętej przez Retingera decyzji było zatrzymanie przez Urząd Bezpieczeństwa Marka Celta i innych osób, z którymi w Polsce współpracował przy przekazywaniu brytyjskiej pomocy. Marka Celta udało mu się uwolnić z więzienia dzięki ingerencji Mołotowa, do którego Retinger zwrócił się o pomoc w tej sprawie. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK (Dokończenie w numerze grudniowym)

Retinger na gruzach Warszawy

wywaniu rozbitej przez wojnę własnej tożsamości, o zderzeniu polskiego romantyzmu z brytyjskim pragmatyzmem, o politycznych i religijnych swarach naszych rodaków, o ich przygotowaniach do III wojny światowej, o całkiem serio traktowanych planach osadzenia na polskim tronie brytyjskiego księcia. Nie brak w tych niezwykłych opowieściach historii męsko-damskich, np. o zaurocze-

niu Angielek polskimi lotnikami, o udanych i nieudanych polsko-brytyjskich i polsko-polskich związkach małżeńskich. Ewa Winnicka nikogo w swych reportażach nie oskarża, nikogo nie potępia i nie gloryfikuje, stara się zrozumieć racje i motywy, którymi kierują się jej b o h a t e r ow i e , a w każdym przypadku zrozumieć ich praprzyczyny. DANUTA MEYZAMARUŠIAK 25


Zgasły gWiaZdy ażdy chłopak, grając kiedyś w piłkę, chciał być Smolarkiem. W nocy z 6 na 7 marca br. Włodzimierz Smolarek, jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy zmarł we śnie w swoim domu w rodzinnym Aleksandrowie Łódzkim. Miał 54 lata. Futbol miał w genach. Gra z orzełkiem na piersi była spełnieniem jego dziecięcych marzeń. Jego ojciec był także piłkarzem. Grał we Włókniarzu Aleksandrów Łódzki. Był niezły, miał nawet oferty z dobrych klubów, ale karierę poświęcił dla rodziny. Nauczył syna kopać piłkę. Zabierał go na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się stadion Włókniarza, albo do lasu, gdzie młody Włodek trenował drybling, biegając z piłką między drzewami. Później już Dorosły Smolarek w ten sam sposób trenował swojego syna Euzebiusza. Grali jeden na jednego na podwórku albo strzelali gole w domu, do krzesła.

K

Władysław Smolarek jako piłkarz zaczynał we Włókniarzu Aleksandrów Łódzki. Był szybki, przebojowy, zadziorny, potrafił ostro strzelać. O jego talencie zrobiło się głośno w Łodzi i trafił do Widzewa. W 1977 roku powołano go do wojska i został zawodnikiem Legii Warszawa. Tam debiutował w ekstraklasie. Nie chciał jednak być w Legii na stałe. Myślał o powrocie do Widzewa. Za karę rządzący Legią pułkownicy wysyłali go do pracy w… stajni. Nie złamali jednak Sołtysa – takie miał przezwisko. Wojsko próbowało nawet przekupić jego rodzinę, żeby tylko Smolarek został w Legii. Nie udało się. W końcu pozwolili mu wrócić do Łodzi, gdzie z Widzewem święcił największe klubowe sukcesy. W I lidze wraz z Widzewem (1979– 1986) rozegrał 181 meczów, podczas których strzelił 61 bramek. Dwa razy zdobył mistrzostwo Polski (1981, 1982), 26

a raz Puchar Polski (1985). W 1983 r. ze swoim klubem awansował do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, eliminując w ćwierćfinale jedną z najsilniejszych wówczas drużyn świata - Liverpool FC. Pasował do ówczesnej drużyny – był zadziorą, miał charakter, który kazał mu walczyć do samego końca o każdą piłkę. Z Widzewem zawojował europejskie rozgrywki pucharowe. Kiedy łódzka drużyna grała przeciw Juventusowi Turyn, on ścierał się z boiskowym brutalem Claudio Gentille, który niemiłosiernie sponiewierał m.in. Diego Maradonę. Ze Sołtysem nie mógł sobie jednak poradzić. Smolarek był jednym z najlepszych i najważniejszych polskich piłkarzy lat 80-tych XX wieku. W reprezentacji Polski w latach 1980-1992 rozegrał 60 spotkań i zdobył 13 bramek. Na mistrzostwach świata w Hiszpanii (1982) wraz z całą polską drużyną wywalczył III miejsce i srebrny medal. I to był jego największy piłkarski sukces. Był najskuteczniejszym zawodnikiem w rozgrywkach eliminacyjnych tego mundialu – w czterech meczach strzelił pięć goli. Grzegorz Lato stwierdził: „To w dużej mierze dzięki jego grze osiągnęliśmy ten sukces. Włodek kochał ludzi i szacunek miał dla wszystkich, nie tylko dla przyjaciół”. Podczas mistrzostw świata w Meksyku (1986) zdobył dla nas jedynego gola w całym turnieju. W 1986 dostał zgodę ówczesnych władz PRL (Polska Rzeczpospolita Ludowa – to informacja dla młodych czytelników, by wiedzieli, że tak kiedyś oficjalnie nazywał się nasz kraj) na wyjazd z kraju. Po dwóch latach w niemieckim Eintrachtcie Frankfurt trafił do holenderskiego Feyenoordu. Tam kariery nie zrobił – w dwóch sezonach zdobył 13 goli w 46 meczach. Na „emeryturze” w FC Utrechcie grał aż do 1996 roku. Potem trenował młodzież Feyenoordu, gdzie karierę piłkarską zaczął jego syn Euzebiusz. Włodek miał niesamowitego nosa do wyławiania piłkarskich talentów. Dał podwaliny pod słynną w świecie szkółkę piłkar-

ską Feyenoordu. Zbigniew Boniek stwierdził: „Osiągnął w karierze wszystko, co było do osiągnięcia. Jest mi niesamowicie szkoda. Porządnych ludzi zawsze szkoda, a Włodek był właśnie taki. Umarł nie tylko fantastyczny piłkarz, z którym grałem, ale też wspaniały człowiek”. W życiu był skryty, spokojny, cichy, ale na boisku stawał się bezczelnym i pewnym siebie wojownikiem co się zowie. W reprezentacji można było na niego liczyć. Jak ruszał do ataku, zgarbiony, z głową prawie między nogami, to nikt go nie mógł zatrzymać, dopóki sam nie padł. Potem robił przysiad, dwie minuty oddychał głęboko, a jak się podnosił, to było wiadomo, że znów pobiegnie, by znów paść. I tak w kółko. Czasami obijał się na treningu, ale w meczu potrafił dać z siebie wszystko. Janusz Kupcewicz powiedział: „Odszedł od nas wspaniały sportowiec, jeden z najwybitniejszych napastników w historii reprezentacji Polski i całej Europy”. Wspomniał też mecz z ZSRR (kiedyś istniał Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) na mundialu w Hiszpanii, który trzeba było przynajmniej zremisować, by awansować do półfinałów. Do końca spotkania zostawało kilka minut, wynik był właśnie remisowy i wystarczyło ten stan rzeczy utrzymać. Nasi grali mądrze, a kiedy piłkę dostawał Smolarek, to stawał w rogu boiska, przy chorągiewce, gdzie kręcił kółeczka, zastawiał piłkę przed przeciwnikami i grał na czas. Dzięki temu przeszliśmy dalej i przywieźliśmy medal. Kupcewicz podkreślał: „Włodek pod koniec meczu przytrzymywał piłkę w narożniku, bardzo długo mu się to udawało. Ruskie nie wiedziały, co się dzieje, otoczyli go i nie potrafili odebrać mu piłki”. Sam Smolarek przyznawał: „Tego zagrania nauczył mnie w Legii Kazimierz Deyna. Graliśmy z Zagłębiem Sosnowiec, prowadziliśmy i tuż przed końcem meczu Deyna krzyknął, żebym przytrzymał piłkę w rogu boiska, koło bramki przeciwnika. Przypomniałem sobie o tym na mistrzostwach”. Róg Smolarka wszedł do klasyki polskiej piłki nożnej. Imieniem Władysława Smolarka nazwano Stadion MOSiR w Aleksandrowie Łódzkim. MONITOR POLONIJNY


Brakować będzie nam też innego z wielkich sportowców. Dnia 13 lipca w wieku 72 lat w wyniku choroby n owo t wo r owe j zmarł w Warszawie Jerzy Zdzisław Kulej, dwukrotny mistrz olimpijski. Karierę boksera rozpoczął w wieku 16 lat w Starcie Częstochowa. Rok 1958 to jego debiut w reprezentacji Polski u trenera Feliksa Stamma. W 1963 na mistrzostwach Europy w Moskwie wywalczył złoty medal w wadze lekkopółśredniej, pokonując obrońcę złotego medalu boksera z ZSRR. Pierwszy złoty medal olimpijski wywalczył Kulej na igrzyskach olimpijskich w Tokio (1964). W finale pokonał zawodnika ZSRR. W 1965 ponownie został mistrzem Europy, a w 1967 wicemistrzem. Na olimpiadzie w Meksyku (1968), pokonując Kubańczyka, zdobył drugi złoty medal. W trakcie kariery bokserskiej stoczył 348 walk, 317 wygrał, 6 zremisował, a 25 przegrał. Po zakończeniu kariery sportowej był komentatorem sportowym i posłem na Sejm RP IV kadencji. Mawiał: „Nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni”. Spoczął na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Na zawsze odeszli też inni, mniej znani sportowcy. Wioletta Rosłan, 37-letnia zawodniczka uprawiająca ekstremalną odmianę spadochroniarstwa, zginęła skacząc z 300-metrowej skały. Była w zaawansowanej ciąży, zabiła siebie i swoje nienarodzone dziecko. Podobne skoki oddawała wielokrotnie. Niestety, tym razem spadochron się nie otworzył. Ten skok miał być ostatnim przed narodzinami dziecka... O swojej pasji mówiła: „Czuję, że żyję tylko wtedy, gdy skaczę. Normalne życie uważam za nudne. Wiem, że za każdym razem moim współpasażerem jest śmierć. Mam niewiele czasu na ziemi... i tak w końcu umrę”. Kto ich wszystkich zastąpi? Powspominajmy ich i zamyślmy się. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorariumzostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

LISTOPAD 2012

Drugie exposé raz pierwszy od pięciu lat, bo tyle już czasu kieruje Polską koalicja Platformy Obywatelskiej (PO) z Polskim Stronnictwem Ludowym (PSL), partia Donalda Tuska przestała prowadzić w sondażach popularności; nieznacznie wyprzedziło ją Prawo i Sprawiedliwość (PiS) Jarosława Kaczyńskiego. Premier w połowie października w wygłoszonym w Sejmie tak zwanym drugim exposé (pierwsze przedstawił przed rokiem, gdy koalicja rządowa w wyniku wyborów parlamentarnych rozpoczęła drugą kadencję) zapowiedział wprowadzenie w Polsce w ciągu najbliższych trzech lat (czyli do końca kadencji) wielu zmian i poprosił o ich akceptację parlamentarzystów. Za udzieleniem wotum zaufania dla gabinetu Tuska głosowali nie tylko posłowie koalicji, ale nawet kilku opozycyjnych. PO w sondażach powróciło na pozycję lidera. Najbardziej chwalone z exposé są zapowiedzi rządu dotyczące rodziny; w związku z tym, że rodzi się coraz mniej Polaków, już od przyszłego roku urlop macierzyński zostanie wydłużony z sześciu miesięcy do roku i będzie mogło z niego skorzystać jedno z rodziców. Znacząco zostaną zwiększone dotacje na budowę żłobków i przedszkoli; w 2015 roku każde dziecko będzie miało w nim miejsce. Zmieniony zostanie system ich funkcjonowania; państwo będzie pokrywało aż 80 procent wydatków, samorząd (czy osoba prywatna) tylko 20 procent. Wielu rodaków ucieszyło zapewnienie, iż rząd nie zamierza obciążać składkami na ZUS umów-zleceń i umów o dzieło. Te formy zatrudnienia chwalą sobie i pracodawcy (mniej muszą wydawać na płace), i pracownicy (wyższe zarobki), Gdyby przyszło im płacić od wspomnianych umów składki na emerytury, tak jak przy umowie o pracę, przestałyby być one dla nich opłacalne, a to zwiększyłoby bezrobocie. Na nowe inwestycje może liczyć nauka (10 mld złotych), armia (m.in. bu-

Po

dowa śmigłowców i okrętów – tylko w ciągu najbliższych dwóch lat także 10 mld zł, a do 2022 roku łącznie 100 mld), a miliard złotych zostanie przeznaczony na budowę i modernizację komend policji. Aby polska gospodarka nie uległa kryzysowi, kapitał spółek, których właścicielem jest państwo, dziś „zamrożony”, zostanie przeniesiony do Banku Gospodarstwa Krajowego, co umożliwi dodatkowe inwestycje, zapewniające dalszy rozwój naszego przemysłu. Ogromne pieniądze (60 mld zł) zostaną przeznaczone na bezpieczeństwo energetyczne kraju (budowa lub rozbudowa elektrowni w Opolu, Puławach, Blachowni, Stalowej Woli, Turowie, Włocławku, Jaworznie i Kozienicach), budowę terminalu gazowego i zwiększenie pojemności magazynów na gaz, połączenie energetyczne z Litwą czy na rozbudowę terminalu naftowego w Gdańsku. Nadzieję budzą złoża gazu łupkowego; na budowę trzech kopalni do 2016 roku zostanie przeznaczonych 50 mld zł. Kwota 43 mld złotych zostanie wydana w ciągu najbliższych trzech lat na dokończenie programu budowy autostrad i dróg krajowych. Na miliardy mogą liczyć też kolejarze; mają zostać zmodernizowane zarówno szlaki kolejowe, jak i tabor (lokomotywy, wagony). Polska walczy o uzyskanie w nowym budżecie Unii Europejskiej (2014-2020) jak największych środków; 300 mld złotych to satysfakcjonujące minimum – uznał Donald Tusk. Ministrowie w najbliższym czasie złożą sprawozdanie z pierwszego roku swojej działalności i przedstawią plany na najbliższe trzy lata. Sam premier zapowiedział, iż będzie częściej przyjeżdżał nawet do najbardziej oddalonych zakątków w kraju; „Możecie spodziewać się mnie wszędzie” – zapewnił. Rząd przedstawił swój program, my już wkrótce przekonamy się, czy jest on realny. DARIUSZ WIECZOREK 27


Z ortografią za pan brat

MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

yktando to dla jednych powracający koszmar z czasów szkolnych, zaś dla innych ciekawe wyzwanie, traktowane trochę jak dyscyplina sportowa, w której najważniejsza jest rywalizacja. W związku z tym rokrocznie organizowane są w Polsce różnego rodzaju mniejsze czy większe dyktanda: o zasięgu gminnym, powiatowym czy wojewódzkim.

D

Najważniejsze jednak jest organizowane od ponad dwudziestu lat Ogólnopolskie Dyktando, które w tym roku odbyło się 21 października w Katowicach i w którym bezpośrednio udział wzięło ponad 500 osób. Pomysłodawczynią Ogólnopolskiego Dyktanda była śp. Krystyna Bochenek, dziennikarka Radia Katowice, senator RP i wicemarszałek Senatu RP VII kadencji, która zginęła w katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r. Pierwsze ogólnopolskie klasówki z polskiej ortografii odbywały się w studiu koncertowym Radia Katowice, trzy razy dyktando było przeprowadzone w katowickim Spodku, zaś obecnie organizowane jest w Centrum Kultury Katowice im. Krystyny Bochenek. Partnerem Ogólnopolskiego Dyktanda jest Rada Języka Polskiego przy PAN, a honorowy patronat sprawuje Minister Edukacji Narodowej. W dyktandzie można też brać udział za pomocą komunikatora internetowego GaduGadu. W tym roku transmitowało je na żywo Polskie Radio, a dzień później relację z niego nadała TVP Polonia. Zatem każdy odważny miłośnik języka polskiego, któremu nie straszne żadne ż, h czy ó, miał szansę zmierzenia się z polską ortografią. Podobne dyktanda są też organizowane poza granicami Polski, przeprowadzono je np. we Francji, Austrii, na Litwie, Białorusi i – oczywiście – na Słowacji. 28

Słowackie Dyktando Polonijne odbyło się zeszłego roku w listopadzie w Bratysławie i miało stać się imprezą tradycyjną, ale się nie udało. Oczywiście wszystkiemu winien kryzys, w efekcie którego Klub Polski, organizator jak na razie jedynej klasówki z polskiej ortografii na Słowacji, w tym roku nie otrzymał środków na jej sfinansowanie. Ale bądźmy dobrej myśli! Może za rok się uda? A tymczasem… No właśnie! Przecież nie mogą Państwo wypaść z formy i siedzieć z założonymi rękami, w oczekiwaniu na kolejną możliwość pojedynku z polską pisownią, tym bardziej, że jesień i wieczory długie… Mogą przecież Państwo sami sobie zorganizować dyktando, w zaciszu domowym, przy ciepłej herbacie… Co prawda nie będzie mu towarzyszyć tak ogromny duch rywalizacji, jaki panował w Instytucie Polskim podczas zeszłorocznego Dyktanda Polonijnego, ale… lepszy rydz niż nic. Problemem może być tylko tekst dyktanda. No bo niby skąd go wziąć? Wystarczy jednak zajrzeć na stronę archiwum Ogólnopolskiego Dyktanda (http://www.dyktando.info.pl/), by coś odpowiedniego znaleźć i poprosić kogoś z domowników o podyktowanie. Na wszelki wypadek publikujemy też tekst tegorocznego Ogólnopolskiego Dyktanda, przygotowanego przez prof. Andrzeja Markowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego i złożonego z zaledwie lub aż 45 wyrazów, wśród których 20 to

– zdaniem autora – słowa bardzo łatwe, zaś pozostałe… Niech sami Państwo sprawdzą. Nikomu z biorących udział w tym roku w ortograficznej klasówce narodowej nie udało się napisać tekstu bezbłędnie. Może Państwu się uda?

Hip-hop à la strzyżyk Posłuchajcież, to rzecz rzadka i nie żadna gadka szmatka, ale minishow z otoczką, jak to strzyżyk woleoczko, wprawdzie, jużci, poniewczasie, superrandkę w cud-szałasie wygooglował na Facebooku. A tam, tere-fere kuku, to nie były hocki-klocki, ale wpośród przaśnej nocki gadu-gadu tête-à-tête, zdezawuowane wnet (albo raczej rachu-ciachu) w pohulankach wśród rejwachu. Naprzód cmok, cmok wraz, nawzajem, baju, baju nad tokajem, gul, gul w głąb, aż nadto, w bród… Za czym tańce z damą cud. Rżną z hołubcem obertasa: hop-siup, tup, tup i hopsasa! I chcąc nie chcąc, ale w mig pieją w c-moll: „Bum-cyk-cyk, tirli, tirli, tralala!”. Taki miszmasz aż do dnia. A o brzasku, tak do wtóru, stuku-puku, szuru-buru w chaszczach już to w oczeretach. Lecz hulanka zgoła nie ta… Szast-prast sczyścił więc dwa quady marki Mrzygłód. Bez żenady, z półuśmiechem, lecz półdrwiąco rzekł jej rzeźwo coś o końcu i cmoknonsens na rozstanie. Ciao! Już więcej ani-ani.

Klub Polski zaprasza działaczy polonijnych oraz osoby, chcące włączyć się w aktywne życie słowackiej Polonii, do wzięcia udziału w szkoleniu

Motywacja poprzez cele które poprowadzą pracownicy Centrum SzkoleniowoTerapeutycznego SELF z Rzeszowa. Szkolenie odbędzie się 24-25 listopada 2012 w hotelu Spark koło Malacek (zapewniamy nocleg). Zgłoszenia przyjmowane są pod numerem telefonu: 0905623064; można je też przesłać pod adresem e-mail: mwobla@gmail.com bądź do prezesów regionalnych Klubu Polskiego. Szkolenie jest dofinansowane przez Kancelarię Rady Ministrów RS - Program Kultura Mniejszości Narodowych 2012. Uczestnicy są zobowiązani do wniesienia opłaty w wysokości zaledwie 5 euro w ramach tzw. wpisowego. Szczegółowy program szkolenia zostanie przesłany osobom, które zgłosiły w nim swój udział. UWAGA! LICZBA MIEJSC OGRANICZONA!

W imieniu organizatorów zapraszam na wystawę książek o św. Cyrylu i Metodym, zorganizowanej w ramach Roku Wiary oraz Roku Jubileuszowego i przy okazji Międzynarodowej Konferencji „Tradycja i obecność misyjnego dzieła św. św. Cyryla i Metodego“ (TRADÍCIA A PRÍTOMNOSŤ MISIJNÉHO DIELA SV. CYRILA A METODA), która odbędzie się w dniach 13-15 listopada 2012 r. na Uniwersytecie im. Konstantyna Filozofa w Nitrze. Otwarcie wystawy odbędzie się o 9.00 (Študentský domov UKF Nitra, Ul. B. Slančíkovej 1). Alicja Korczyk-Chovanec MONITOR POLONIJNY


Z P R O G R A M U I N S T Y T U T U P O L S K I E G O N A L I S T O PA D I G R U D Z I E Ń 2 012 ➨ ANDRZEJ LECH: WYSTAWA FOTOGRAFII 31 października – 30 listopada, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 Andrzej Lech jest wybitnym polskim fotografikiem i artystą. Podczas swojej bogatej kariery jego nazwisko zapisało się w pamięci entuzjastów fotografii nie tylko w Polsce, ale także za granicą, zwłaszcza w USA. Więcej informacji na: www.sedf.sk ➨ ANDRE OCHODLO z ODEM TRIO: LAYLA 2 listopada, godz. 19.00, Bańska Bystrzyca, teatr Bábkové divadlo na rázcestí, Skuteckého14 4 listopada, godz. 19.00, Bratysława, Teatr SKRAT, A4 nultý priestor, Karpatská 2 André Ochodlo jest artystą obdarzonym wyjątkową charyzmą i niezwykłym głosem. W Bańskiej Bystrzycy i Bratysławie przedstawi program „Layla“, łączący w sobie poezję z piosenkami śpiewanymi w jidysz. Więcej informacji na: www.bdnr.sk ➨ GRAŻYNA AUGUŚCIK NA FESTIWALU JAZZ FOR SALE 3 listopada, godz. 19.00, Koszyce, Historická radnica, Hlavná 58 Grażyna Auguścik jest uważana za jedną z najciekawszych postaci na światowej scenie jazzowej. Wystąpi z formacją jazzową Americania. Więcej informacji na: www.jazzforsale.sk ➨ TOMASZ STAŃKO NA FESTIWALU JAZZ FOR SALE 10 listopada, godz. 19.00, Koszyce, Historická radnica, Hlavná 58 Tomasz Stańko jest jednym z najpopularniejszych polskich trębaczy jazzowych. W 2010 roku otrzymał dwie nagrody Fryderyka w kategorii muzyk jazzowy i jazzowy album roku. ➨ KUBA STANKIEWICZ NA FESTIWALU JAZZ FOR SALE 18 listopada, godz. 19.00, Koszyce, Historická radnica, Hlavná 58 Kuba Stankiewicz jest jednym z najlepszych polskich pianistów jazzowych. Charakteryzuje go indywidualne podejście do kompozycji i wrażliwość na kolor dźwięku. LISTOPAD 2012

➨ ETTY HILLESUM: PRETRHNUTÝ ŽIVOT 7 listopada, godz. 18.00 (wykład), Bratysława, Dom Ewangelizacyjny Quo Vadis, Veterná 1 7 listopada, godz. 19.00 (promocja autorska), Bratysława, kníhkupectvo U kapucínov, Župné nám. 10 8 listopada, godz. 19.00 (wykład), Bratysława, Dom Ewangelizacyjny Quo Vadis, Veterná 1 8 listopada, godz. 20.00 (promocja autorska), Bratysława, kníhkupectvo U kapucínov, Župné nám. 10 9 listopada, godz. 11.00 (wykład i promocja autorska, Biblioteka P1), Bratysława, Incheba, Viedenská cesta 3-7 Józef Augustyn SJ jest polskim jezuitą, autorem licznych książek. ➨ POKAZ FILMU „CUDZE LISTY“ W RAMACH FESTIVALU SLOBODY 8 listopada, godz. 18.00, Bratysława, kino Lumiere, Špitálska 4 „Cudze listy” to film dokumentalny z 2010 roku w reżyserii Macieja Drygasa. ➨ PÓŁSŁÓWKO VI: TOMÁŠ JANOVIC 14 listopada, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 Szóste spotkanie z cyklu wieczorów autorskich wybitnego grafika i publicysty Dušana Junka, w którym znane osobowości słowackie mówią o sobie, o swojej pracy i o stosunku do Polski. ➨ FANTASTYCZNE SZOPKI Z KRAKOWA 15 listopada, godz. 17.00, Koszyce, Východoslovenské múzeum, Hviezdoslavova 3 Otwarcie wystawy 29 najpiękniejszych szopek krakowskich. ➨ FORUM ŚRODKOWOEUROPEJSKIE 15-18 listopada, Bratysława, Divadlo Astorka/Korzo ‘90, Nám. SNP 33 To międzynarodowe spotkanie z udziałem wybitnych intelektualistów z całej Europy. Polskę będą reprezentować Zygmunt Bauman, Adam Michnik i Andrzej Stasiuk. ➨ EURO-FILM-CLUB: WSZYSTKO CO KOCHAM 20 listopada, godz. 20.00, Bratysława, kino Lumiére, Špitálska 4 ➨ NU DANCE FEST 24 listopada, godz. 19.00, Bratysława, Dom T&D, Miletičova 17/B Więcej informacji: www.sucasnytanec.sk ➨ FESTIWAL TEATRALNY ERROR 1 grudnia, godz. 18.00, Bratysława, Štúdio 12, Jakubovo námestie 12 Międzynarodowy Festiwal Teatrów Bezdomnych i Społecznych. Na festiwalu Polskę będzie reprezentować Teatr Grodzki ze spektaklem „Szukając pracy”. Więcej informacji: www.divadlobezdomova.sk

➨ CYKL „TWÓRCZY PORANEK“ 4 grudnia, godz. 8.30, Bratysława, KC Dunaj, Nedbalova 3 Projekt „Twórczy Poranek“ (Kreatívne ráno) realizowany podczas wczesnych porannych spotkań ze znanymi osobami, kreatywnymi i inspirującymi postaciami z kraju i z zagranicy, które osiągnęły sukces i chętnie dzielą się swoimi uwagami i pomysłami. Więcej informacji: www.kreativnerano.sk ➨ PRZEDSTAWIENIE TEATRALNE „NIENAWIDZĘ” 6-7 grudnia, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 Spektakl Marka Koterskiego zaprezentuje Divadlo Kontra. ➨ ANTYGONA W NOWYM JORKU 9 grudnia, godz. Trenczyn, Trenčianske hradné divadlo, P. Bezruča 17 Sztuka teatralna Janusza Głowackiego, tragifarsa, polski dramat współczesny w dwóch aktach, szesnastu scenach, inspirowany tragedią antycznej Antygony. ➨ PREZENTACJA SŁOWACKIEGO WYDANIA GOTTLAND 10-12 grudnia, Bratysława, Štúdio 12, Jakubovo námestie 12 Prezentacja książki Mariusza Szczygła „Gottland”, będącej zbiorem znakomitych reportaży poświęconych Czechom, uwikłanym w czasy, w których przyszło im żyć. ➨ PAMIĘĆ HISTORYCZNA - DEBATA POLSKO-SŁOWACKA 11 grudnia, godz. 17.00, Bratysława, Poľský inštitút, Nám. SNP 27 Polsko-słowacka debata na temat pamięci historycznej z udziałem Pawła Śpiewaka, dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego. ➨ WIECZÓR LUDWIKA ZAMENHOFA 15 grudnia, godz. 17.00, Bratysława, Poľský inštitút, Nám. SNP 27 Uroczysty wieczór z okazji 153. rocznicy urodzin Ludwika Zamenhofa, twórcy języka esperanto, połączony z prezentacją książki Waltera Żelaznego „Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór pism i listów”. 29


Nie tylko brazylijski karnawał ② poprzednim numerze „Monitora“ pisałam o swoich pierwszych krokach w Brazylii i spostrzeżeniach dotyczących tego kraju, który nam – Polakom – kojarzy się z karnawałem i... biedą. A jak my jesteśmy postrzegani przez Brazylijczyków? Jaką pozycję zajmujemy w tym kraju? Za czym tęsknimy? O tym poniżej.

W

Jak nas widzą? Brazylijczycy generalnie mało wiedzą o naszym kraju, ale kiedy nas spotykają, są nami zainteresowani, okazują sympatię, słuchają z uwagą tego, co mamy do powiedzenia. Takie spotkania są także pretekstem do rozmów na temat znanych Polaków. W jednym z urzędów spotkałam na przykład pana, który swego czasu brał udział w brazylijskim strajku na rzecz uwolnienia Anny Walentynowicz i innych Polaków, więzionych w czasie stanu wojennego. Mieszkający w Brazylii Polacy to m.in. lekarze, prawnicy, inżynierowie i inni, którzy na swoim koncie mają często wiele dokonań. Brazylijczycy polskiego pochodzenia stanowią największą grupę społeczną, zaraz po Włochach i Niemcach. Główne ich skupiska znajdują się na południu Brazylii. Tak zwana stara Polonia żyje pierogami, mszami, folklorem itp. i niewiele ma wspólnego ze współczesną Polską. Niestety, 30

tutejsi Polonusi na ogół nie potrafią ze sobą współpracować – są skłóceni, ich organizacje są hermetyczne i zacofane. Daleko nam pod tym względem np. do Niemców, którzy mimo osobistych animozji potrafią się zorganizować w imię czegoś wyższego. Współczesna Polska jest w Brazylii obecna w inny sposób. Na Uniwersytecie Federalnym w Kurytybie język polski studiują młodzi ludzie, którzy jeżdżą do Polski, mówią po polsku i którym nic, co polskie, nie jest obce. Zajęcia z języka polskiego są prowadzone też w szkole języków obcych we Florianópolis – nieskromnie dodam, że odbywają się one pod moim kierunkiem. Jedna z moich uczennic, która skończyła studia z zakresu handlu międzynarodowego, właśnie otrzymała zaproszenia do odbycia szkoleń w trzech polskich firmach, w różny sposób powiązanych z rynkiem brazylijskim. Obecni są tu też polscy inwestorzy, z których jeden dość

mocno angażuje się na rzecz promocji Polski w mieście i regionie. Ja zaś w chwili obecnej pośredniczę w nawiązywaniu współpracy pomiędzy trzema polskimi szkołami średnimi z podobnymi tutejszymi jednostkami. Zdaję sobie sprawę, że to niewiele, ale… lepszy rydz niż nic. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że tylko współdziałając, możemy coś osiągnąć. Bez zawiści i podziałów.

Praca w Brazylii To dobry moment na podejmowanie pracy w Brazylii, ponieważ kraj ten ma ogromne zapotrzebowanie na specjalistów z różnych dziedzin, przede wszystkim w sektorze usługowym. Kucharz, kelner, fryzjerka czy kosmetyczka nie powinni mieć problemów z zatrudnieniem. Kraj rozwija się tak dynamicznie, że nie nadąża

z kształceniem inżynierów, specjalistów np. w przemyśle stoczniowym, dlatego sprowadza ich z zagranicy. Na brak pracy nie narzekają również nauczyciele języka angielskiego. Polskie firmy zainteresowane są brazylijskim rynkiem i nie jest to zainteresowanie jednostronne, ale by współpraca polsko-brazylijska lepiej się rozwijała, potrzebni są specjaliści, którzy ułatwiliby wzajemną komunikację. Obie strony jakoś przyzwyczaiły się do myśli, że język polski do łatwych nie należy i trudno się go nauczyć. Ja zaś powiem tylko, że interesy polsko-brazylijskie można rozwijać z powodzeniem, ważne jest jednak, by je robić z głową i pokorą. Te słowa kieruje też do polskich przedsiębiorców, którzy chcieliby wprowadzić swoje produkty na rynek brazylijski. Wielu z nich bowiem myśli, że Brazylia to dziki kraj, a przecież nic bardziej mylnego! A Wam, moi Rodacy rozsiani po świecie, chciałabym przekazać słowa otuchy – wierzcie w Polskę, bez kompleksów promujcie ją, tak jak robią to Niemcy, Włosi, Japończycy. Skoro oni mogą, to my też!

Tęskonty Kuchnia brazylijska jest bardzo bogata i zróżnicowana, ale wszyscy tu jedzą fasolę. Najbardziej charakterystyczną potrawą jest arroz com feij o, czyli czarna fasola z ryMONITOR POLONIJNY


żem. Dla kuchni Florianópolis charakterystyczne są owoce morza – langusty czy krewetki, które nie są tutaj czymś luksusowym, i ryby, rzecz jasna. Mimo tak smakowitych dań dostępnych w Brazylii, tęsknię za polskim jedzeniem! Pochodzę z Wielkopolski i w moim domu je się ziemniaki na wszelkie możliwe sposoby. Tęsknię za obiadami mojej mamy: za ziemniakami z sosem grzybowym, ziemniakami z kwaśną śmietaną albo sosem mięsnym i surówką. Tęsknię za sokiem ze śliwek z domowego ogrodu, papierówkami, agrestem, a nawet rabarbarem. To są smaki mojego rodzinnego domu, więc... są w moim sercu. Naturalnie, że przychodzą również momenty, iż tęsknię za Polską, mimo że w Brazylii jestem szczęśliwa. Kocham polską jesień, wiosnę, delikatną przyrodę w lecie. Natura w Polsce wydaje mi się właśnie taka subtelna, delikatna. Wzruszają mnie odlatujące ptaki, spadające kasztany czy żołędzie, przebiśniegi, dżdżyste poranki, gorąca herbata w zimie. Do Polski wybieram się na początku 2013 r. W Brazylii będzie akurat lato z temperaturą powyżej 30 stopni. Podczas takich upałów naprawdę marzy mi się śnieg, lód, sanki i kurtka zimowa. Polska jest pięknym krajem, choć być może docenia się to dopiero z daleka. LUDMIŁA PAWŁOWSKI, Brazylia LISTOPAD 2012

Czarodziejski listopad

zy wiecie, że nazwa listopad wywodzi się od „liść opadł”, a miniony już październik od „paździerzy”? Pierwszy listopada to Wszystkich Świętych. Tego dnia rodziny spotykają się na cmentarzu, paląc znicze, zostawiając wieńce, modląc się i snując w sp o m n i e n i a . Dawno temu był to dzień bardzo radosny, ponieważ oznaczał, że wszyscy zmarli są lub zostaną świętymi! Ciągle jeszcze w niektórych krajach ludzie tańczą, śpiewają, weselą się. Dopiero drugi listopada, nazywany Dniem Zadusznym, to czas modlitwy za dusze potrzebujące, czas zadumy. Jak to odbywało się w dawnych czasach, dowiecie się z II części Dziadów, utworu wielkiego polskiego poety Adama Mickiewicza! Ale w listopadzie kultywujemy też

C

inne tradycje! Czy wiecie, że koniec listopada to czas wróżb? W Polsce bardzo popularne są andrzejki. Andrzejki to święto, które w przeciwieństwie do walentynek w polskim kalendarzu istnieje już od dawna. Niektóre podania wskazują nawet XIII wiek, jednak pierwsza polska wzmianka literacka o andrzejkach pojawiła się dopiero w 1557 za sprawą Marcina Bielskiego: Nalejcie wosku na wodę ujrzycie swoją przygodę. Słychałam od swej macierze, że która mówi pacierze, w wigiliją Jędrzeja Świętego ujrzy oblubieńca swego. Andrzejki nazywane są nieraz także Jędrzejkami lub rzadziej jędrzejówkami. Nazwę swoją zawdzięczają świętemu Andrzejowi, który był patronem trzech państw: Szkocji, Grecji i Rosji. Dlaczego właśnie on został powiązany z wieczorami wróżbiarskimi? Dokładnie nie wiadomo. Dziś w kościele św. Andrzej uważany jest za patrona małżeństw, wspo magającego wypraszane potomstwa. Jest także dodatkowo orędownikiem zakochanych. A przecież i o jedno, i o drugie proszą we wróżbach często dziewczęta! Inni wiążą wigilię świętego Andrzeja po

prostu z jesienią. To przecież idealny czas na andrzejki, czyli wieczór pełen wróżb i tajemnic. Istnieje kilka przysłów ze świętym Andrzejem w roli głównej. Przytaczamy tylko te, które kojarzą się z Andrzejkami: Na świętego Andrzeja dziewkom z wróżby nadzieja. Święty Andrzej wróży szczęście i szybkie zamęście. Dawno, dawno temu... wróżby andrzejkowe przeznaczone były jedynie dla niezamężnych dziewcząt. Traktowano to święto bardzo poważnie, celebrowano z dopełnieniem wszelkich rytuałów: indywidualnie, w odosobnieniu. Dziś po takim zwyczaju nie ma ani śladu i andrzejki to święto huczne, zbierające całe grupy znajomych. Andrzejki obchodzone są w klubie lub domu i, co zupełnie nowe - w gronie i chłopaków, i dziewcząt. Na tzw. domówkach w noc z 29 na 30 listopada pojawia się mieszane towarzystwo. RED.

O innych tradycjach, zabawach, tym razem grudniowych, będziecie mogli przeczytać w następnym numerze, w któr ym zamieścimy ar tykuły, napisane przez uczniów Szkolnego Punktu Konsultacyjnego przy Ambasadzie RP w Bratysławie. 31


Czy ktoś lubi listopad? Odpowiedzi pozytywnych nie słyszę, bo co tu lubić – krótkie dni, pluchę czy bezlistne drzewa. Ale nie mamy wyjścia – trzeba się jakoś zmobilizować i poszukać radości życia. Na przykład łupiąc orzechy – samo rozbijanie twardych skorup działa ponoć relaksacyjnie, pozbawiając nas stresów, a smakowite wnętrze pobudza pracę mózgu, dodaje

wigoru i zdrowia. Poza tym orzechy są po prostu smaczne, a twarde łupiny chronią kruche wnętrze przed spożywczą chemią. Pani Magdalena Kulma nadesłała do „Piekarnika” przepis na orzechowiec, nazywany przez fanów tego ciasta Snickersem. Zabierajmy się więc do pracy!

Orzechowiec, zwany Snickersem Składniki: CIASTO: • • • • • •

NADZIENIE:

0,5 kg mąki 1 szklanka cukru 15 dag masła roślinnego 2 jajka 2 łyżeczki sody 2 łyżki miodu

• 30 dag łuskanych orzechów • 10 dag cukru • 15 dag masła • 2 łyżki miodu

Najpierw ciasto. Na patelni roztapiamy miód z masłem. Mąkę, cukier i sodę mieszamy na stolnicy, dodajemy jajka i roztopiony miód z masłem. Wszystko zagniatamy i dzielimy na dwie części. Jedną z nich pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku aż się lekko zrumieni. Wyjmujemy i studzimy. Teraz czas na nadzienie. W garnku roztapiamy masło z miodem i cukrem, dodajemy orzechy. Całość gotujemy na

wolnym ogniu 10 – 15 minut, a następnie wylewamy na drugą część ciasta i pieczemy w tej samej temperaturze. Pierwszą, upieczoną warstwę ciasta nasączamy delikatnie mocną herbatą, następnie smarujemy kwaskowymi powidłami i nakładamy drugą warstwę ciasta, tę upieczoną z orzechami. Ciasto powinno się „przegryźć” do następnego dnia, ale… nie znam nikogo, komu udało się tak długo czekać, by go spróbować.

Postawmy w listopadzie na orzechy! Dzięki nim nabierzemy sił i odzyskamy dobry nastrój, a codzienna praca przy ich rozbijaniu solidnie przygotuje naszą spiżarnię do Bożego Narodzenia, kiedy to będziemy mogli wyczarować z nich coś naprawdę świątecznego. AGATA BEDNARCZYK

ZDJĘCIE: MAGDALENA KULMA

Sposób przyrządzania:


Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.