Page 1


Tradycyjny Zlot Młodzieży Polonijnej nietradycyjnie W

dniach od 23 do 25 września 2005 r. odbył się już po raz ósmy Zlot Młodzieży Polonijnej, zorganizowany przez Klub Polski w Martinie. Jaki był? Nocna piłka nożna

Z pozycji organizatora nie we w dyscyplinach, które wypada mi go oceniać, nie- uczestnicy wybrali sobie wątpliwie jednak mogę go w piątek wieczorem. Najwięokreślić mianem „nietrady- kszym powodzeniem cieszył cyjny”. Po raz pierwszy odby- się tenis stołowy, gra w dwa wał się nie w okolicy Martina ognie, siatkówka, siatkówka i w regionie Turiec, ale nożna, badminton i mecz piłw równie piękki nożnej rozgnym środowisrywany po ciemku miasteczka ku. Po zmagauzdrowiskoweniach sportogo Rajecké Tepwych wszystlice niedaleko kim pozostało Žiliny. Zupełnie jeszcze dość sił nietradycyjnie Ognisko na ognisko, podopisała pogołączone z jedda. Chociaż deszcz i zimno, ną grą, którą bezkonkurentowarzyszące kilku poprze- cyjnie wygrali bracia Patrik dnim zlotom, nigdy nie psuły i Dominik z Žiliny. Wiehumorów ich uczestników, czorem zaś świętowaliśmy to tym razem dużo przyjem- urodziny Krystyny z Púchoniej było wyruszyć na węd- va. Na nią i na nas czekała rówkę w góry w lekkim let- niespodzianka w formie nim ubraniu, a okulary sło- programu rozrywkowego neczne okazały się lżejsze niż przygotowanego przez młoparasol. W sobotę po połud- dzież. W niedzielę do południu odbyły się zawody sporto- nia nadszedł czas na pro-

gram specjalny. Był nim dwugodzinny pobyt na basenach termalnych w Domu Zdrojowym „Afrodita”. To był ostatni punkt programu tegorocznego zlotu. Piękna i słoneczna pogoda towarzyszyła nam do końca. Potem nastał czas pożegnania. Szkoda, że wszystko trwało tak krótko! Kiedy się znów spotkamy? Dopiero za rok? A może uda się wcześniej?! W tym roku w zlocie uczestniczyło 29 dzieci, młodzieży

Zabawa na dyskotece

i studentów, 5 osób dorosłych – organizatorów i opiekunów oraz 4 osoby dorosłe i dwoje dzieci, które przyjechały na ognisko. Wszystkim uczestnikom serdecznie dziękuję – opiekunom i starszej młodzieży za pomoc, dzieciom i młodzieży za ich aktywność, twórczość i entuzjazm, a te, jak na każdym takim zlocie, tak i na tym – nietradycyjnym, były tradycyjne. IRENA ZACHAROVÁ Przed domem zdrojowym 2

ZDJĘCIA BEKA FIOLKOVÁ

MONITOR POLONIJNY


SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI Przed nami listopad. Miesiąc kojarzony z Dniem Wszystkich Świętych, Zaduszkami i Świętem Narodowym, a ponadto z deszczem, wiatrem, pierwszymi przymrozkami i… depresją. Dni są coraz krótsze: wstajemy rano – jeszcze ciemno, wracamy z pracy – już ciemno. Na dworze dżdżysto, mglisto i coraz zimniej. Światło elektryczne nie jest w stanie nam zastąpić życiodajnego słońca. Do radosnego Bożego Narodzenia ponad miesiąc, a do wiosny… ho! ho! Mimo to nie dajmy się! Precz z chandrami i depresjami! Postarajmy się zachować optymistyczne spojrzenie na świat! Zaduszki nie muszą być smutne. Wspominajmy naszych bliskich, którzy odeszli, ale doceńmy to, że w ogóle dane nam było żyć kiedyś z nimi, że my kochaliśmy ich, a oni nas, że mieliśmy możliwość śmiać się z nimi, bawić, rozmawiać… Myślmy o tym, co było dobre, co nie umarło, bowiem dopóki my pamiętamy o tych, których już z nami nie ma, dopóty oni żyją – w nas, w naszej pamięci. Święto Narodowe też nie musi kojarzyć się tylko z powagą. Przecież to kolejna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, a zatem powinniśmy się cieszyć, że wiele lat temu naszym dziadom udało się wywalczyć wymarzoną wolność. Choć za oknami deszcz i zimno, świat nadal pozostaje piękny! Jesienna pogoda ma bowiem i swoje dobre strony. Radujmy się tym, że długie listopadowe wieczory stwarzają nam niepowtarzalną okazję do częstszych spotkań rodzinnych, rozmów z przyjaciółmi. Możemy też je wykorzystać na przeczytanie zaległej lektury (w tym „Monitora Polonijnego”), obejrzenie filmu, który chcieliśmy zobaczyć jeszcze w lecie, wizytę w teatrze czy na inne przyjemności. Niech tegoroczny listopad na przekór wszystkiemu będzie optymistyczny i radosny. Nie zapominajmy też uśmiechać się do świata, do ludzi znanych i nieznanych, albowiem uśmiech – jak grypa – jest zaraźliwy, jednak dzięki niemu – w przeciwieństwie do grypy – wszystkim nam żyje się lepiej. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

Listopadowe nadzieje

4

Anna Schnáblová

6

Z KRAJU

6

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA

7

Jacy tacy Polacy (cz.2.)

8

WYWIAD MIESIĄCA „Na szkle malowane” nowej generacji

10

Z NASZEGO PODWÓRKA

12

MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Śpiewające blondyny: pojedynek talentów czy biustów?

14

TO WARTO WIEDZIEĆ Gdy rodziła się II Rzeczpospolita

15

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Nike dla Andrzeja Stasiuka

16

POLSKO-SŁOWACKIE ZWIĄZKI HISTORYCZNE Kurierzy tatrzańscy podczas II wojny światowej

18

OKIENKO JĘZYKOWE Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej…

20

OGŁOSZENIA

21

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Bol som Poliakom z vlastnej voľby

22

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

23

PIEKARNIK Widmo kinderbalu krąży nad rodziną

24

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Pavol Bedroň, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz W i e c z o re k , I z a b e l a Wó j c i k , • KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p @ o r a n g e m a i l . s k • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100, číslo zákazníka 142515 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • Redakcia si vyhradzuje právo na redakčné spracovanie ako aj vykracovanie doručených materiálov, na želanie autora zaručuje anonymitu uverejnených materiálov a listov. FINANCOVANÉ MINISTERSTVOM KULTÚRY SR

LISTOPAD 2005

3


Listopadowe nadzieje „Solidarność” z daleka Ryszard Zwiewka przeprowadził się do Bratysławy pod koniec lat 70-tych, a więc wydarzenia związane z „Solidarnością” obserwował z daleka. „Było mi smutno, ponieważ wielkie wydarzenia w Polsce zawsze mnie omijały” – mówi. Otýlie Tobolová od urodzenia mieszka na Zaolziu, podobnie jak Teresa Pakosz we Lwowie, więc powstanie „Solidarności” obserwowały w swoich krajach. „Wtedy myśleliśmy, że skoro Polakom się udało, to może i nam się powiedzie?” – wspomina Pakosz. „Polska była przecież pierwszym krajem, który przełamał czerwony mur, więc później wszyscy wzdychaliśmy w jej stronę i czekaliśmy, kiedy ten kolos na glinianych nogach wreszcie się zawali”. Otýlie Tobolová, wspominając rok 1980, podkreśla fakt, że informacje w Czechosłowacji były towarem deficytowym. „Mieszkaliśmy niedaleko granicy z Polską, a docierały do nas tylko skąpe wiadomości o tym, co się tam działo. Granica była dla nas hermetycznie zamknięta” – wspomina Tobolová. „Spotkałam wtedy pewnego Słowaka z Bratysławy, który wiedział dużo więcej, ponieważ miał żonę Polkę, i on mnie uświadomił, o co tak na prawdę chodziło” – wyjaśnia nasza rozmówczyni. Wtedy mieszkańcy Czechosłowacji karmieni byli propagandowymi informacjami na temat „złych, leniwych” Polaków, którzy strajkują, ponieważ nie chce im się pracować. „Wielu Polaków z Zaolzia było podatnych na tę propagandę” – ocenia Tobolová. Tamten okres podobnie 4

W

ubiegłym roku w listopadzie z zapartym tchem śledziliśmy wydarzenia na Ukrainie. Pomarańczowa rewolucja zdominowała serwisy informacyjne, a w Polsce najmodniejszym kolorem stał się kolor pomarańczowy (nawet kobiece czasopisma lansowały pomarańczowe suknie albo dołączały do swoich wydań pomarańczowe opaski czy wstążki na znak solidarności z Ukrainą). Również dla Czechosłowacji ważnym miesiącem był listopad – 1989 roku. A to wszystko w odniesieniu do polskich wydarzeń z roku 1980 przybiera kształt ciekawej układanki. I właśnie w nawiązaniu do tych wydarzeń przebiegała w tym roku w Polsce kampania bilborodowa z okazji 25-lecia „Solidarności”. Fotografie Lecha Wałęsy, Vaclava Havla, Wiktora Juszczenki i innych poukładane jak klocki. Ostatni klocek pusty. Dla kolejnego człowieka, który zmieni bieg historii w jakimś kraju, otworzy wrota do wolności. O różnych drogach do wolności rozmawialiśmy z Polakami, którzy mieszkają w Czechach, na Słowacji i na Ukrainie. Przedstawiamy więc listopadowe rewolucje: aksamitną i pomarańczową oczami naszych rodaków. wspomina Ryszard Zwiewka, który o tym, co dzieje się w Polsce, dowiadywał się z listów od rodziny z Polski albo z Radia Wolna Europa. „Prasa czechosłowacka, jak zawsze w tym czasie, informowała tylko o negatywnych stronach procesu przemian” – opisuje Zwiewka. „Według korespondenta Rudego Prava i Pravdy sklepy

RYSZARD ZWIEWKA

w Polsce świeciły pustkami, ponieważ Polacy to lenie, którym nawet nie chciało się rozładować wagonów z żywnością, przesłaną przez bratni naród czechosłowacki”.

Listopad Ryszard Zwiewka w listopadzie 1989 roku brał udział w zgromadzeniach na placu Słowackiego Powstania Narodowego. „Żyłem tymi wydarzeniami. Wiadomo było, że do czegoś takiego wcześniej czy później musiało w Czechosłowacji dojść” – wspomina nasz rozmówca. „Węgrzy otworzyli granicę z Austrią, padł mur berliński. Znaków, że zbliża się koniec komuny, było więcej, ale nie odbieram zasług tym, którzy się w to zaangażowali” – podsumowuje. Otýlie Tobolová broniła się przed wstąpieniem do partii i udało jej się tego uniknąć. MONITOR POLONIJNY


Rewolucja wstrząsnęła Ukrainą i dała nadzieję na prawdziwe zmiany. „Państwo ukraińskie istnieje już, chwała Bogu, 14 lat, więc pora najwyższa, by się zabrać do pracy, a nie tylko zgarniać dobra narodowe i prywatyzować” – podsumowuje Pakosz.

Polskie nadzieje

OTÝLIE TOBOLOVÁ „Kiedy zaczęła się rewolucja u nas i usłyszałam komunikat w telewizji, że partia straciła przewodnią siłę w narodzie, nie wierzyłam własnym uszom” – wspomina. „Pierwsza myśl, jaka mi przyszła, to ta, że już nie będę musiała robić uników przed wstąpieniem do partii”. I choć w Ostrawie mityngi i spotkania były trochę spóźnione, może bardziej nieśmiałe niż w innych miastach, to również fala ożywienia ogarnęła i to miasto. „Przyjeżdżali aktorzy z Pragi, ale z początku Ostrawianie jakby nie dowierzali, że coś może się zmienić, byli bardziej powściągliwi niż Prażanie” – opisuje Tobolová. Teresa Pakosz ubiegłoroczną pomarańczową rewolucję wspomina z perspektywy pracy. „Jestem dziennikarką radiową, więc pomarańczową rewolucję przeżyłam w terenie z mikrofonem w ręku” – opisuje. „Udałam się na główny plac Lwowa przed operę i w swoim programie polskojęzycznym relacjonowałam to, co się działo na ulicach miasta. Moimi rozmówcami byli Ukraińcy, którzy dziękowali Polsce za jej wsparcie, za przyjazd Wałęsy, Kwaśniewskiego”. LISTOPAD 2005

W Bratysławie wydarzenia z listopada 1989 roku obudziły wśród Polaków nadzieje na powołanie zrzeszającej ich organizacji. „W reżimie komunistycznym mogła istnieć tylko jedna organizacja zrzeszająca Polaków, a ta była na Zaolziu. Był to Polski Związek Kulturalno-Oświatowy” – opisuje Zwiewka. Kilka lat później, po podziale Czecho-Słowacji na Słowacji zarejestrowano Klub Polski. Do spotkania Polaków, chętnych do rozmów na wolnym forum doszło 30 listopada 1989 roku na Zaolziu. „Mieliśmy wtedy jeden związek kulturalno-oświatowy zrzeszający 25 tysięcy Polaków. Każdy, kto czuł się Polakiem, niezależnie od opcji politycznych, religijnych, przynależności lub nieprzynależności partyjnej wziął udział w tym spotkaniu” – opisuje Otýlie Tobolová. Nasza rozmówczyni wstąpiła wtedy do pierwszej Rady Polaków. „To była 9-osobowa rada, czyli ciało, które się samoczynnie zawiązało, a to dało początek nowym kontaktom z najwyższymi przedstawicielami parlamentu, prezydentami – polskim i czeskim” – wspomina. Każdy miał swoją funkcję i obowiązki. Tobolová jako pracownik Czeskiego Radia w Ostrawie była odpowiedzialna za programy radiowe i telewizyjne dla Polaków mieszkających na Zaolziu. „Owszem, potem doszło, jak to

wśród Polaków bywa, do polaryzacji i rozproszenia – powstało 25 związków zrzeszających Polaków. Teraz możemy mówić, że mamy więcej związków niż Polaków. Ale taki przecież jest smak wolności” – podsumowuje Tobolová. Dla Teresy Pakosz pomarańczowa rewolucja to nadzieja na lepsze jutro. Czy w jakiś sposób będzie lepiej Polakom mieszkającym na Ukrainie? „Trudno powiedzieć, czy Juszczenko zadba o nas. Póki co żadnych takich kroków nie widzimy” – twierdzi Pakosz. „Rząd ukraiński nie

TERESA PAKOSZ wspiera mniejszości narodowych, ale ważne jest też, aby im nie przeszkadzał”. Jakby na dowód tego dodaje, że w ubiegłym roku po raz pierwszy ukraińskie ministerstwo kultury opłaciło przyjazd uczestników na Festiwal Kultury Polskiej na Ukrainie. „Nigdy nie czuliśmy się uciskani ani przez rząd Kuczmy, ani Juszczenki – ocenia Pakosz – ale jest rzeczą naturalną, że potrzebowalibyśmy więcej pieniędzy, by finansować działania kulturalne i móc dłużej nadawać audycje dla polskojęzycznych odbiorców” – dodaje. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 5


Anna Schnáblová (18.01.1924 – 20.09.2005)

W

Bratysławie mówiono o niej „Pani Hanka z Ośrodka” i każdy wiedział, że chodzi o panią Annę Schnáblovą z Ośrodka Informacji i Kultury Polskiej. Poznałyśmy się w październiku 1973 roku. Ona wróciła wypoczęta i radosna z ukochanych Jeseników, gdzie najchętniej wypoczywała, ja rozpoczynałam pracę w Ośrodku. Pracowałyśmy razem do jej odejścia na emeryturę w 1982 roku. Potem widywałyśmy się na ośrodkowych imprezach, rozmawiałyśmy przez telefon. Hanka po przejściu na emeryturę cieszyła się życiem – wreszcie miała czas dla siebie – dużo czytała, chodziła na długie spacery, statystowała w filmach i tańczyła. Tak, tak! Co tydzień chodziła na taneczne spotkania srebrnowłosych, chociaż ona wciąż była tą kipiącą radością, pełną energii blondynką. Z czasem

LECH KACZYŃSKI, uzyskując 54,04 proc. poparcia (8 257 468 głosów), został wybrany prezydentem RP – ogłosiła oficjalnie Państwowa Komisja Wyborcza w poniedziałek

6

nasze spotkania stały się rzadsze, rozmowy telefoniczne krótsze. W końcu telefon zamilkł. Hankę od ludzi i świata odgrodził mur okrutnej choroby i zamknął w tylko jej dostępnym świecie. Dla mnie Hanka była człowiekiem, którego się nie zapomina. Jej droga życiowa zaczęła się w Makowie Podhalańskim, potem był Podwilk, gdzie, jak wspominała, rano pasła krowy, a potem przez kilka godzin wypisywała w urzędzie notarialnym przydziały na buty. W 1944 roku przez dziesięć dni szła pieszo z Podwilka do Nitry, prowadzona

24 października 2005 r. „Przez najbliższe 5 lat chcę wiernie służyć Polsce” – powiedział prezydent elekt w trakcie uroczystości ogłoszenia wyników. Donald Tusk w drugiej turze wyborów otrzymał 45,96 proc. głosów (7 022 319). Frekwencja wyniosła 50,99 proc. PIERWSZĄ TURĘ wyborów prezydenckich wygrał Donald Tusk, uzyskując 36,33 proc. głosów (głosowało na niego 5 429 666 osób), drugi był Lech Kaczyński, który otrzymał 33,10 proc. poparcia (4 947 927 głosów). Dalsze miejsca zajęli: Andrzej Lepper

głosem serca. Z ukochanym się nie spotkała – zginął podczas działań wojennych. Ona swą wędrówkę skończyła w Bratysławie. Tu została najpierw telefonistką w Słowackiej Agencji Prasowej, następnie urzędniczką w polskim konsulacie, a od 1963 roku pracowała w Ośrodku Informacji i Kultury Polskiej. W Bratysławie założyła rodzinę. Dziesięciodniowa peregrynacja Hanki z Podwilka do Bratysławy nie była ani tą najdłuższą, ani tą najtrudniejszą drogą, jaką przeszła. Nikt, kto ją znał, nie przypuszczał, że ta inteligentna, potrafiąca podjąć

– 15,11 proc. (2 259 094 głosów), Marek Borowski – 10,33 proc. (1 544 642), Jarosław Kalinowski – 1,80 proc. (269 316), Janusz KorwinMikke – 1,43 proc. (214 116), Henryka Bochniarz – 1,26 proc. (188 598 głosów). W WYWIADZIE DLA tygodnika „Angora” Jacek Kurski, członek sztabu wyborczego L. Kaczyńskiego, powiedział, iż „poważne źródła na Pomorzu mówią, że dziadek Tuska zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu”. Za tę wypowiedź Kurskiego ze sztabu usunięto, a Kaczyński przeprosił Tuska za incydent. Tak naprawdę

Józef Tusk był żołnierzem Wehrmachtu, jednak został do niego wcielony siłą.

PREZYDENT ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI desygnował na premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który zapowiedział utworzenie w ciągu dwóch tygodni nowego rządu. MONITOR POLONIJNY


rozmowę z każdym i na każdy temat kobieta swą edukację zakończyła na piątej klasie szkoły ludowej, czego zresztą nie ukrywała. To była ta droga, którą przeszła sama, droga stałego samokształcenia. Droga niełatwa, ale zakończona cum laude. Powiedzieć o Hance, że pracowała w Ośrodku, to mało. Ona przez lata była duszą tej instytucji. Dla niej nie istniał „zakres obowiązków”, robiła to, co w danej chwili było potrzebne, poproszona o pomoc, pomagała chętnie. Zawsze wiedziałam, że na niej można polegać, i nigdy się nie zawiodłam. To ona swym koleżankom i kolegom wpajała podstawową zasadę, że dla pracownika Ośrodka najważniejszy jest ten, kto do tego Ośrodka przychodzi, niezależnie od tego, kim jest, i że na każde pytanie musi otrzymać odpowiedź. Ośrodek był jej drugim, a czasem i pierwszym domem, na nim koncentrowały się jej troski i radości. Z domu się odchodzi i do domu się wraca. Wierzę, że jeśli zmarli mają tę moc, by choć raz w roku wrócić między żywych, to kroki Hanki zmierzać będą do Instytutu, którego drzwi zastanie otwarte. Żegnaj Hanko! Niech twój krok i taniec w chmurach będzie lekki, a Twój uśmiech promienny, taki, jakim witałaś gości Ośrodka. Mur runął, jesteś wolna. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK NA PIERWSZYM posiedzeniu Sejm V kadencji zebrał się 19 października. Z powodu braku porozumienia między PiS i PO nie wybrano jednak jego marszałka. Sytuacja taka miała miejsce po raz pierwszy w historii. Na kolejnym posiedzeniu Sejmu marszałkiem został Marek Jurek z PiS.

MARSZAŁKIEM SENATU został Bogdan Borusewicz, senator LISTOPAD 2005

•SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA•

K

olejka podmiejska to cud komunikacyjny. Skrzyżowanie pociągu z tramwajem. Ale podróżowanie nią jest niezmiernie pouczające. Apeluję: wysiądźmy z samochodów! Być może nie brzmi to zachęcająco, zwłaszcza teraz – w zimne listopadowe dni. Ale podróż podmiejskim pociągiem pokazuje nam świat z innej perspektywy. Uczy cierpliwości i jest demokratyczna. Pociąg przyjeżdża i odjeżdża dopiero wtedy, gdy nadchodzi jego czas. Nie pomogą tu stanowiska, tytuły i pieniądze, a klasa jest tylko jedna. Niektórzy lubią podróżować palcem po mapie, a ja lubię podróżować z rozkładem jazdy w ręku. Mogę sobie siedzieć na prowincji i kombinować, jak dojechać do Salonik czy Paryża. Wymyślam trasę do Budapesztu – z przesiadką albo bez. Do wyboru, na życzenie. W pociągu można obserwować ludzi. Niektórych widuję w nim prawie codziennie. Patrzę na pielęgniarki wracające z dyżuru, uczniów, robotników psioczących na premiera i cały ten świat, studenta uczącego się do egzaminu na prawo jazdy... ten nas pewnie wkrótce opuści. Słyszałam kiedyś o jakimś sondażu przeprowadzonym wśród polskich dzieci, którym zadano pytanie, czym chciałyby się przejechać. Myślicie, że zwyciężył prom kosmiczny, odrzutowiec albo bolid Schumachera? Dzieci najbardziej chciałyby przejechać się zwyczajnym pociągiem! A dorośli? Może też! MAJKA KADLEČEK

niezależny, popierany przez PiS. Inauguracyjne obrady Senatu otworzył Aleksander Kwaśniewski.

RAFAŁ BLECHACZ zwyciężył w XV Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Ostatni Polak przed Blechaczem, który wygrał kon-

kurs, to Krystian Zimerman – zdobywca pierwszej nagrody w 1975 r. Drugiego miejsca tym razem nie przyznano, dwa trzecie otrzymali ex aequo bracia z Korei Południowej – Dong Hyek Lim i Dong Min Lim. LAUREATEM LITERACKIEJ NAGRODY NIKE 2005 został Andrzej Stasiuk za powieść „Jadąc do Babadag”. Laureat oprócz statuetki Nike dłuta Gustawa Zemły otrzymał czek na 100 tysięcy złotych. Nagrodzona książka opowiada o podróżach przez Słowację, Bułgarię, Rumunię, Albanię, Mołdawię, kraje dawnej

Jugosławii, węgierską prowincję. Z dziennika podróżnego wyrasta rozprawa o Europie Środkowej, jej kulturze i mieszkańcach (więcej o A. Stasiuku i jego książce w rubryce „Bliżej polskiej książki”, s. 16.). Ceremonia wręczenia nagrody odbyła się w Teatrze Stanisławowskim w warszawskich Łazienkach. Za najlepszą książkę w plebiscycie „Gazety Wyborczej” czytelnicy uznali „Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego. OPRACOWAŁ RADOSŁAW ŁACH

7


Jacy tacy Polacy W

pierwszej części swojego artykułu przedstawiłam Państwu wypowiedzi naszych rodaków z Ameryki Północnej, w tej zajrzymy do Afryki, Skandynawii i Szwajcarii. Wszędzie tam mieszkają Polacy. Jak siebie postrzegają? W jakim żyją otoczeniu? Czy potrafią dostosować się do warunków „nowej” ojczyzny? Na te i inne pytania próbowałam uzyskać odpowiedzi od swoich rozmówców. BARBARA KUKULSKA z Johanesburga reprezentuje Polonię Republiki Południowej Afryki. Poza ojczyzną mieszka już 23 lata. O Polakach mieszkających w Afryce mówi, że to elitarna Polonia, która ma bardzo dobrą opinię wśród autochtonów i jest bardzo wysoko ceniona. „To wyjątkowa rzecz. My, Polacy mieszkający w RPA, jesteśmy bardzo pewni siebie i wewnętrznie dumni z tego, że jesteśmy Polakami” – mówi Kukulska. To w dużej mierze zasługa naszych rodaków, którzy do tego kraju przybyli zaraz po wojnie, przez Syberię. „To oni stworzyli fundament Polonii południowoafrykańskiej i ciężko na to pracowali” – ocenia moja rozmówczyni. „To, co przeżyli w śniegach syberyjskich, zahartowało ich i zmusiło do walki i rzetelności” – dodaje. Polak w Afryce Południowej jest odbierany jako człowiek uczciwy, o wysokich kwalifikacjach. „Kiedy pracodawca w Afryce ma do wyboru, zatrudnić Włocha czy Polaka, wybierze Polaka, a co więcej, da jemu pierwszeństwo nawet przed Anglikiem!” – twierdzi Kukulska i jednocześnie podkreśla ambicję naszych rodaków. „Śledzą wszystkie nowości w swojej dzie8

Barbara Kukulska: „Kiedy pracodawca w RPA ma do wyboru, zatrudnić Włocha czy Polaka, wybierze Polaka, co więcej, da jemu pierwszeństwo nawet przed Anglikiem!”. dzinie pracy, uczą się wieczorami po to, żeby mieć lepsze notowania”. U Afrykańczyków Barbara Kukulska ceni sobie otwartość, ciepły stosunek do drugiego człowieka: „W każdym sklepie jest miła obsługa, choć przecież taka ekspedientkaMurzynka mogłaby być niezadowolona z różnych powodów: że jej mało płacą, że jej wieje po plecach, bo drzwi są otwarte, ale ona i tak uśmiecha się do klienta”. Ta otwar-

(część 2.) tość jest widoczna wszędzie. „Wszyscy sobie mówimy po imieniu, gestami okazujemy sobie życzliwość, obejmując drugiego człowieka” – mówi Kukulska. Murzyni lubią biesiadować przy grillu, pić piwo, ważne jest dla nich to, by w danym dniu mieli czym wypełnić żołądek. „Są leniwi, nie zależy im na pracy, nie mają żadnych zahamowań, kiedy chcą położą się na trawie w centrum miasta. ważne dla nich jest to, by cieszyć się chwilą, patrzeć w niebo i po prostu być szczęśliwym, jakby nic więcej do życia nie było im potrzebne” – opisuje Kukulska. Na pytanie, czy Polacy nie rozleniwiają się w promieniach słonecznych gorącej Afryki, moja rozmówczyni odpowiada, że na to są bardziej podatni przedstawiciele klasy średniej, którzy częściej sobie folgują podczas zabaw przy grillu i piwku. Ale jednocześnie podkreśla, że Polacy zarażają się od Afrykańczyków życzliwością i otwartością. „To słońce, które nas tam czasami tak niełaskawie przypieka, rozpromienia nasze twarze i nie sposób się złościć” – kwituje Kukulska. TADEUSZ URBAŃSKI, mieszkający od 24 lat w Sztokholmie, dostrzega skłonność Polaków do podziałów. „Podziały występują w kraju, dzielimy się też za granicą i to z różnych powodów, a najczęściej chodzi o bzdury” – mówi Urbański. Według niego te właśnie podziały, których przyMONITOR POLONIJNY


czyną są błahostki, powodują najdłużej trwające niesnaski. „U nas w Sztokholmie działają dwa stowarzyszenia harcerskie, są dwa ośrodki, gdzie spotykają się ludzie starsi” – informuje nasz rozmówca. „Ale to są pozostałości starych, jeszcze PRL-owskich czasów, kiedy dzielono nas odgórnie” – wyjaśnia. „Wtedy na przykład konsulat PRL w Sztokholmie oferował zniżki na przeloty do kraju tym, którzy zechcieli zapisać się do organizacji, którą ten mógł kontrolować”. I choć czasy się zmieniły, podziały poróżniły Polaków. A Szwedzi, według mojego rozmówcy, chcą mieć w życiu święty spokój, są skryci, wyciszeni. „Wytwarzają wokół siebie jakby szklaną kulę, by nikt przypadkowy o nich się nie otarł. Czuje się od nich ten chłód, o którym kiedyś śpiewał Rosiewicz w piosence Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny” – opisuje

Tadeusz Urbański: „Szwedzi wytwarzają wokół siebie jakby szklaną kulę, by nikt przypadkowy o nich się nie otarł. Czuje się od nich ten chłód, o którym kiedyś śpiewał Rosiewicz w piosence »Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny«”. LISTOPAD 2005

Urbański. Szwedzi są dobrze zorganizowani i zdyscyplinowani. Tych cech nabierają też nasi rodacy, działający i zrzeszający się w organizacjach, których statuty są akceptowane przez państwo szwedzkie i funkcjonują według szwedzkich wzorów. Według Urbańskiego każdy, kto mieszka na obczyźnie, przyjmuje cechy z danego kraju. „Moja rodzina uważa, że ja zeszwedziałem, i to nie dlatego, że nie chcę schabowego na śniadanie, ale nie hałasuję, nie zwracam na siebie uwagi” – konstatuje. „Gdybym, jadąc metrem w Sztokholmie, mówił tak głośno, jak głośno rozmawiają jadący tramwajem pasażerowie w Warszawie, byłoby to źle odebrane, ponieważ w metrze każdy jest zatopiony w lekturze. Tam panuje ogólny spokój”. O pewnym chłodzie w kontaktach międzyludzkich mówi też ANNA ZYMON-STANKIEWICZ ze Szwajcarii, która wcześniej mieszkała we Włoszech. „Szwajcarzy, jeżeli zawierają przyjaźnie, to bardzo powoli, w odróżnieniu od Włochów, którzy już pierwszego dnia witają drugiego człowieka, nazywając go amigo” – opisuje Zymon-Stankiewicz. „Szwajcarzy nie otwierają od razu swoich domów, ale jeśli zaakceptują drugiego człowieka, a to się dokonuje z czasem, to można na nich polegać”. Moja rozmówczyni wymienia też inne cechy, z których słyną Szwajcarzy: dokładność, precyzyjność, punktualność. Mieszkając w tym kraju, nie można ich lekceważyć, chcąc odnosić sukcesy. „Może łatwiej jest dostosować się tym, którzy stworzyli mie-

Anna Zymon-Stankiewicz: „Szwajcarzy, jeżeli zawierają przyjaźnie, to bardzo powoli, w odróżnieniu od Włochów, którzy już pierwszego dnia witają drugiego człowieka, nazywając go amigo”. szane związki małżeńskie?“ – zastanawia się moja rozmówczyni. „W innej sytuacji są ci, którzy chcieliby się szybko dorobić, ale tego nie da się zrealizować w tym kraju w ciągu pięciu minut, ponieważ jego dobrobyt rośnie z pokolenia na pokolenie. Jeżeli ktoś nie ma charakteru, to ta precyzyjność szwajcarska za bardzo do niego nie przylgnie” – ocenia. I w tym upatruje ZymonStankiewicz przyczyn, dlaczego niektórzy Polacy wybierają drogę na skróty: kombinują, wykorzystują. Ale ogólnie Polacy mają dobrą renomę. Przede wszystkim uważa się ich za zdolnych i pracowitych, a w życiu towarzyskim ceniona jest ich spontaniczność. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA ZDJĘCIA: AUTORKA Artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez autorkę podczas XIII Światowego Forum Mediów Polonijnych

9


„Na szkle malowane” nowej generacji koniec września w bratysławskim teatrze „Nova scena” odbyła się WYWIAD MIESIĄCA P odpremiera przedstawienia „Na szkle malowane”, którego reżyserem i scenografem jest Ján Ďurovčík. Z tej okazji na zaproszenie Instytutu

Jak się Panu podobała nowa inscenizacja „Na szkle malowane”? Bardzo mi się podobała. Zespół teatralny i reżyser znaleźli się w trudnej sytuacji, bowiem stanęli oko w oko z legendą, która zrodziła się na deskach Teatru Dramatycznego w Bratysławie. Tamto przedstawienie blisko 30 lat nie schodziło z afisza, a opowieści o nim stworzyły sytuację jakby bez wyjścia dla każdego innego teatru, chcącego podjąć się na nowo jego wystawienia. Ale powiodło się. Mało tego, dla nas Polaków to bardzo ważny akcent – nowy teatr na swoje otwarcie wybiera polską sztukę! Mógł to zrobić tylko na zasadzie pewnego rodzaju kontry. I tak zrobili? Tak. Postawili na muzyczność, taneczność, czyli na wszystko to, czym mogli zadziwić widza, przyzwyczajonego do znakomitej poprzedniej wersji dramatycznej. I w tym widzę zasadniczą różnicę, otóż „stare” przedstawienie było činohrą, nowe jest spevohrą. Naturalnie trzeba podkreślić fakt, że powstało nowe, znakomite tłumaczenie tekstu, którego dokonał Ľubomír Feldek. Była to trudna praca, ale wykonał ją wspaniale, zachowując rytm przedstawienia. Oczywiście będą recenzje chwalące ten spektakl, będą i krytyczne, mówiące, że zaginęła delikatność poezji. Każdy będzie mieć swoją rację. Wiele polskich przedstawień nie miało tak świetnie tańczących dziewcząt, zbójników, fantastycznie śpiewającego chóru. W teatrze najważniejsza jest widownia. Na tegorocznym premierowym przedstawieniu „Szkła” 10

Polskiego Bratysławę odwiedził autor sztuki Ernest Bryll. Po spektaklu udało mi się spotkać z Mistrzem i porozmawiać o magii „Szkła”. przebiegła iskra pomiędzy sceną a widownią. Ta iskra przeskakiwała w tę i z powrotem, a potem powstał pożar, kiedy to ludzie samoistnie zerwali się z foteli. Chciałbym, żeby w Polsce było coś takiego, ale tam jest problem z tym przedstawieniem. Dlaczego? Nasze bardzo dobre teatry mają aktorów, którzy są zaangażowani w tysiące innych zajęć, jak seriale, słuchowiska radiowe itp. Bardzo trudno jest zebrać zespół, który poświęciłby kawał życia jednemu przedstawieniu. Łatwo wystawiać sztuki dwu-, trzyosobowe. „Na szkle malowane” wymaga szalonej dyscypliny dużej grupy ludzi, a wielu wybitnych aktorów nie chce się na to godzić. Bratysława pokazała, że Słowacja jest w stanie zrobić teatr na najwyższym europejskim poziomie. To nowe przedstawienie zapewne ludzie obejrzą z ciekawości. Czy będą jednak przychodzić wielokrotnie do teatru, tak jak to miało miejsce w przypadku poprzedniej wersji? Myślę, że będą przychodzić młodzi. Oni słyszeli o legendzie spektaklu od swoich rodziców i może nie chcieli iść ich śladami, ale teraz będą mogli przeciwstawić rodzicom swoją wersję legendy. Które z przedstawień „Na szkle malowane” według Pana było najciekawsze?

Bywały przedstawienia świetne, bywały słabsze, ponieważ nie miały dobrego zespołu aktorów. Ta sztuka zmienia się w zależności od siły aktorów, którzy grają poszczególne postacie. Kiedy np. w warszawskim teatrze „Szkło” realizowała Krysia Janda, która grała Anioła, najciekawszym pojedynkiem było jej starcie z Diabłem, w którego wcieliła się Dorota Stalińska. To były niemalże dominujące postacie, ponieważ Stalińska, żeby pokazać, że jest lepszą aktorką od Krysi, wyczyniała rzeczy niewiarygodne – tańczyła z nożem w zębach, robiła salta w powietrzu, natomiast Krysia grała talentem. Dlaczego ta sztuka stała się legendą właśnie na Słowacji? Nie wiem, to jest sprawa dla socjologa. Chciałbym, aby ktoś to zbadał i napisał pracę socjologiczną, dlaczego ta moja wersja Janosika z pewnym przymrużeniem oka tak bardzo przyległa do serca Słowaków. Przecież ja go pokazuję jako zwykłego człowieka, któremu nie wszystko się udawało. Sztuka jest nasączona pewnego rodzaju śmiesznością, delikatnym żartem. Słowacy to podchwycili, choć to przecież ich bohater narodowy. Reakcje Słowaków świadczą o nich samych. Tak, to dobrze o nich świadczy. Potrafią się śmiać z siebie i ze swoich bohaterów. MONITOR POLONIJNY


Czuje się Pan autorem spełnionym? Oprócz „Szkła“ napisałem wiele innych rzeczy, które w Polsce są ważne, a które odnoszą się do naszej historii. Udało mi się stworzyć parę sztuk, które wyszły poza ramy teatru. Na przykład piosenka „Za czym kolejka ta stoi” z przedstawienia „Kolęda nocka” stała się legendarną pieśnią, bez której nie może odbyć się żadna uroczystość wspomnieniowa. To pieśń o czasach, kiedy nie mieliśmy nadziei. Teraz nadzieja się ziściła, ale – jak to w życiu bywa – ironicznie. Kiedyś ludzie stojący w kolejkach po towar wyklejali na szybach sklepowe cytaty z tej pieśni. W dzisiejszych czasach, jak słyszałem od znajomych, słowa „Za czym kolejka ta stoi? Po starość, po szarość” pobrzmiewają w poczekalniach, w przychodniach zdrowia i szpitalach. Dla mnie ważne jest to, że ten tekst żyje. Inaczej, ale żyje. Co więcej? Piszę jakieś rzeczy, które pewnie nie staną się ważniejszymi wydarzeniami. Dzięki Bogu jestem facetem, który

dał Polsce i Słowacji wrażenia, wydarzenia teatralne, które zahaczają o socjologię. Może Pani wierzyć lub nie, ale ja nie przywiązuję wielkiej wagi do swojej twórczości. Tak mi się zdarza, że piszę. Bywa i tak, że staram się uciekać od pisania. W co Pan ucieka? Przede wszystkim w film. Zajmuję się nim od strony technicznej: poprawiam scenariusze, czuwam nad montażem, a więc zajmuję się takimi rzeczami, których nie widać, ale które decydują o jakości filmu. Kiedyś powiedział Pan, że przedstawienie „Na szkle malowane“ znalazł Pan na Słowacji w dziupli. Ostatnimi laty często Pan odwiedza Słowację. Czyżby w poszukiwaniu kolejnej dziupli? Oczywiście, że szukam dziupli. Moje częste wizyty na Słowacji są zasługą dyrektora Instytutu Polskiego, który mi uświadomił, jak duża jest popularność mojego dzieła w tym kraju. Moja obecność jest elementem polsko-słowackich więzi kulturalnych. FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Podczas Pańskiego autorskiego spotkania w Instytucie Polskim Ľubomír Feldek porównał Pana do Szekspira, który pisał wiele, ale najbardziej rozsławiły go sztuki sceniczne. Jak Pan to odebrał? Czy to trafne porównanie? Może w pewnym sensie jestem Szekspirem? On „gwizdał“ na znaczenie swoich sztuk i „zasuwał“ następne. Chciałbym być Szekspirem, ponieważ teatr zmuszałby mnie do napisania nowej sztuki. W naszych czasach wszystko obudowane jest godnościami. Kto w tamtych czasach pisał recenzje? Kogo to obchodziło? Ważne było tylko to, czy do teatru przyjdą ludzie i czy przeżyją wzruszenie. Mało ważne było to, czy przyjdzie dziesięciu krytyków, którzy będą dzieło analizować i rozbierać. Nie jestem przeciwko krytykom, bo sam jestem filologiem i rozumiem, że krytyk może wyżywać się wtedy, kiedy ma możliwość pokazania, iż potrafi analizować, dostrzegać i rozważać pewne rzeczy.

Pan jest autorem tekstu przedstawienia, Katarzyna Gärtner – muzyki. Jak kompozytor odnosi się do sukcesów „Szkła“ na Słowacji? Kasia wie o tych sukcesach, była gościem na kilku przedstawieniach na Słowacji. Ja może jestem zapraszany częściej, ponieważ właśnie w Instytucie organizowane są wieczory poetyckie, więc potrzebny jest poeta, nie muzyk. Poza tym znam Kasię. Ona jest bardzo utalentowana, ale szalenie trudna w kontaktach. Łatwiej jest zaprosić faceta, który jest zdyscyplinowany, przyjedzie na czas i wyjedzie wtedy, kiedy trzeba. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 11


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

P Indyjski wieczór na Słowacji z polskimi akcentami

od koniec września Ladislav Volko – słowacki poeta, były amabsador RS w Indii, były dyrektor Instytutu Słowackiego w Warszawie dokonał nietypowej prezentacji swojej poezji. Zbiór wierszy „Ma-Matka” ukazał się w czterech wersjach językowych: hindi, polskiej, angielskiej i słowackiej. Podczas Wieczoru Narodów na dziedzińcu Pałacu Zichyego zaproszeni goście mogli usłyszeć wiersze poety prezentowane w różnych językach – w języku polskim wiersze czytał ambasador RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz, indyjską muzykę oraz spróbować indyjskich smakołyków. MW FOTO: STANO STEHLIK

W

„małym Rzymie”, jak ze względu na liczne kościoły nazywa się Trnawę, odsłonięto 16 października ponad 2,5-metrowy, odlany w brązie pomnik Jana Pawła II. Wcześniej w trnawskiej katedrze odbyła się uroczysta msza św., podczas której modlono się w intencji rychłej beatyfikacji papieża Polaka. Ponad półtonowa rzeźba autorstwa Słowaka Antona Gabrika, odlana w warsztacie Ladislava Sabo, stanęła w centrum miasta, na odnowionym placu przed wejściem do katedry św. Jana Chrzciciela, przed siedzibą archidiecezji trnawsko-bratysławskiej i Uniwersytetu Trnawskiego. Pomnik miał stanąć już przed miesiącem, w drugą rocznicę wizyty Jana Pawła II 12

w Trnawie. Rzeźby nie udało się odlać na czas i władze miasta zdecydowały, iż najlepszym terminem jej odsłonięcia i poświęcenia będzie 16 października – kolejna rocznica wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. „Mały Rzym w ten skromny sposób oddaje hołd byłemu już pierwszemu obywatelowi Wielkiego Rzymu, największej osobistości XX wieku” powiedział prezydent Trnawy Sztefan Bosznak. „Ten pomnik to nie tylko pamiątka wizyty Jana Pawła II, pierwszego papieża, który zawitał do Trnawy, ale przedewszystkim przypomnienie, abyśmy nie zapominali o Jego naukach i wprowadzali je w życie. Apel Nie bójcie się,

zostańcie w wierze! jest stale aktualny” – podkreślił arcybiskup Jan Sokol, metropolita trnawsko-bratysławski. „Niech ta rzeźba potwierdza, iż Jan Paweł II dał narodom środkowej Europy świadomość wolności i solidarności międzyludzkiej. Wartości, o które stale trzeba walczyć i których stale trzeba się uczyć” – dodał arcybiskup Henryk Józef Nowacki, nuncjusz apostolski na Słowacji. dw FOTO: DAREK WIECZOREK

MONITOR POLONIJNY


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Pamięć zatrzymana na fotografiach

„Drogi do wolności - przez »Solidarność« do Europy” Na

początku października w Muzeum Techniki w Koszycach została otwarta wystawa fotografii, przedstawiająca drogę do wolności przez Solidarność. Wystawę uroczyście otworzył dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie Jerzy Kronhold. Reprodukcje archiwalnych zdjęć z okresu powstania Solidarności stale wzbudzają emocje i bardzo sugestywnie oddziałują na wyobraźnię. Wspaniale, że dotarły do szerokiej publiczności słowackiej, że udało się zorganizować wystawę, ukazującą przemiany w Polsce, podkreślającą zasługi Polaków dla całej Europy. Dzisiaj 1000-letni Gdańsk, który przedstawiany jest na fotografiach, ma najwięcej zabytków spośród europejskich miast nad Bałtykiem. Są wśród nich m.in.

LISTOPAD 2005

Dwór Artusa, fontanna Neptuna czy Kościół Mariacki (największy kościół w Polsce). Prezentowana wystawa jest zwiastunem IX Dni Kultury Polskiej w Koszycach, których inauguracja nastąpi 4 listopada, a na które organizatorzy serdecznie zapraszają (patrz: program imprez w „Ogłoszeniach” na str. 21.). URSZULA SZABADOS FOTO: ZDENKA BŁOŃSKA

K

olejny już mecz piłkarski pomiędzy drużyną dyplomatów akredytowanych w Republice Słowackiej – Bratislava CD Lions a drużyną piłkarską słowackiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych odbył się w dniu 27 września br. Po zaciętej, chwilami agresywnej sportowej walce mecz zakończył się remisem 3:3. Był to pierwszy remis w historii rozgrywek pomiędzy dyplomatami a słowackim MSZ.

Mecz dyplomatów Za najlepszego zawodnika drużyny MSZ uznano Tibora Turanskiego. Tytuł najlepszego gracza w drużynie Bratislava CD Lions zyskał nasz węgierski kolega – Attila Benedek. Wśród dyplomatów zagrali również Olivier Belle, ambasador Królestwa Belgii, czy polski ambasador Zenon Kosiniak-Kamysz (na co dzień kapitan drużyny dyplomatów) oraz niżej podpisany. Po meczu zawodników obu drużyn ugościł ambasador Zenon Kosiniak-Kamysz. W przyjacielskiej atmosferze omówiono niejeden mecz oraz planowano przyszłe spotkania na boisku. ANDRZEJ KALINOWSKI 13


C

zy polską scenę zdominowały piękne blondyny? Z pewnością wszystko na to wskazywało w okresie letnim, kiedy odbywał się Sopot Festival (relację z festiwalu publikowaliśmy w poprzednim numerze). Największe emocje bowiem budziła rywalizacja dwóch blondynek: Mandaryny i Dody Elektrody, które walczyły o sympatie sopockiej publiczności. To, że pojedynek wygrała Doda, zdobywając Słowika Publiczności, Państwo już wiecie. Warto więc może przedstawić dziewczyny, wokół których było tyle szumu w mediach.

Mandaryna to Marta Wiśniewska – żona kontrowersyjnego lidera zespołu „Ich troje”. Pierwsze kroki na scenie stawiała jako dziecko, tańcząc w dziecięcym zespole „Krajki”, później przyszedł czas na zespół tańca sportowego „7 coma 7” (w barwach którego w 1996 roku zdobyła mistrzostwo polski solistów w tańcu hip hop) i „Imago”, by później rozpocząć współpracę z zespołem „Ich Troje”, już jako samodzielny choreograf.

Efektem współpracy Mandaryny z zespołem „Groove Coverage” była dance'owa wersja „Here I Go Again” z repertuaru „Whitesnake”, a później cały krążek „mandaryna.com”. Drugi album – „Mandarynkowy sen” – ukazał się w tym roku. Na płycie znalazły się zarówno kompozycje premierowe, jak i sprawdzone covery w nowych wersjach, jak np. cover piosenki zespołu „2+1” – „Windą do nieba”. Nowy materiał promował

roku, a tworzą go: Krzysiek Najman – basista, Tomek Lubert – gitarzysta i założyciel grupy. Pierwszy album grupy, zatytułowany po prostu „Virgin”, rozszedł się w nakładzie ponad 10 tys. egzemplarzy i był nominowany do Fryderyka w kategorii Najlepszy Debiut 2002 roku. Druga płyta nosi tytuł „Bimbo” (2004), a promował ją utwór „Dżaga”, do którego zrealizowano dwie wersje teledysku (jedna z nich zawiera niecenzuralne zdjęcia), w którym jedną z głównych ról zagrał Radosław Majdan, bramkarz klubu „Wisła” Kraków, prywatnie narzeczony Dody. Autorem tekstów jest Doda, muzykę zaś w większości napisał gitarzysta Tomek Lubert. Doda z przydomkiem Elektroda jest osobą budzącą spore kontrowersje. Jej swoisty styl bycia, wyzywający sposób ubierania się, wulgarne wypowiedzi i pogardliwy sto-

Śpiewające blondyny:

pojedynek talentów

czy biustów? Zaraz po sukcesie „Ich Troje” w 2000 roku rozpoczęła budowanie swojego własnego zespołu tanecznego, co zaowocowało powstaniem w 2003 roku „Mandaryna Dance Studio”. W tymże roku zaczęła próbować swoich sił jako piosenkarka. Zwiastunem tego, co miało przyjść, stał się maxi-singiel dołączony do czasopisma „Naj”, który ukazał się w maju 2004 roku. Specjalnie dla Mandaryny powstały piosenki „Jesteś, ale cię nie ma” – napisana przez Adama Wardina i Martę Mars, „Idę przez deszcz” – autorstwa Andre Franke (autora „Keine Grejzen” zespołu „Ich Troje”) oraz dance’owa wersja utworu Matthiasa Reima „Summertime”. Jej piosenki nagrywał i realizował jeden z najlepszych polskich realizatorów Adam Toczko. Maxi-singel sprzedał się w nakładzie 200 tys. egzemplarzy. 14

singel „Ev’ry Night”, pretendujący również do nagrody Bursztynowego Słowika i Słowika Publiczności podczas tegorocznego festiwalu w Sopocie. „Ev’ry Night” na tymże festiwalu nie przyniósł Mandarynie szczęścia, choć w głosowaniu publiczności zajęła drugie miejsce. Prasa rozpisywała się, że występ na żywo odsłonił niedostatki wokalne wokalistki. Występ ten miał być dla niej egzaminem ze śpiewu, ale według komentatorów nie udało się jej go zdać. „[...] nie dość, że Mandaryna nie zaśpiewała czysto i zapomniała tekstu, to jeszcze nie wykorzystała swojego wielkiego atutu, czyli tańca” – pisał „Super Express”. Doda to Dorota Rabczewska – wokalistka zespołu „Virgin”, wybrana spośród 100 kandydatek. Zespół istnieje od 2000

sunek do wartości stwarzają doskonałą pożywkę dla prasy bulwarowej. Jej występ w Sopocie z piosenką „Znak pokoju” został nagrodzony w wyniku SMS-owego głosowania Słowikiem Publiczności i przychylnymi opiniami w prasie. „Cokolwiek sądzimy o tandetnym image'u Dody, trzeba przyznać, że ta dziewczyna ma pomysł na siebie, który konsekwentnie realizuje. Oraz słuch i głos” – komentowała „Gazeta Wyborcza”. Zmagania rywalek na jednej scenie za nami, każda idzie swoją drogą, ma swoich fanów (i to ilu!). Nie od dziś wiemy, że towar ładnie opakowany sprzedaje się łatwiej. Zastanawia jednak fakt, ile kiczu i tandety zmieści polska scena muzyczna. Ale te chyba od zawsze są obecne w życiu scenicznym. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Gdy rodziła się II Rzeczpospolita J

esienią roku 1918 losy Wielkiej Wojny w Europie, wojny, która przyniosła śmierć około 9 milionów żołnierzy i zapełniła lazarety 20 milionami rannych, były już przesądzone. Dzień, w którym miały ustać działania wojenne był bliski i wiadomo było, że nie ma powrotu do sytuacji przedwojennej. Wojna wyeliminowała ze sceny politycznej cesarstwa niemieckie, rosyjskie i austriackie, a podbitym przez nie narodom dawała szansę na odbudowę samodzielnego bytu państwowego, przedmiotu marzeń całych pokoleń. Jednak kształt polityczny powojennej Europy nie był ustalony, co stało się później przyczyną większych czy mniejszych konfliktów w tej części Europy, która dotąd znajdowała się pod panowaniem trzech cesarzy. Dążący do budowy własnego państwa Polacy takich konfliktów nie uniknęli. Najwcześniej sprzeczność interesów narodowych ujawniła się w Galicji Wschodniej, gdzie polskie marzenia o Rzeczypospolitej zderzyły się z marzeniami Ukraińców o przyszłej Wolnej Ukrainie. Galicję Wschodnią w 64 % zamieszkiwała ludność ukraińska, tylko w jej stolicy – we Lwowie – większość stanowili Polacy. W innych miastach tego regionu przeważali, często bardzo znacznie, Żydzi, a na wsiach Ukraińcy. Lwów z miasta prowincjonalnego, jakim był w wieku XVIII (20 tys. mieszkańców i słaby uniwersytet), stał się w latach 1870 – 1914 miastem liczącym 200 tys. mieszkańców, bardzo silnym polskim ośrodkiem politycznym, kulturalnym i naukowym z uniwersytetem rangi europejskiej. To tu działało prężne polskie Towarzystwo Li-

LISTOPAD 2005

TOWIEDZIE WARTO Ć terackie im. Adama Mickiewicza, ukazywało się wiele polskich czasopism, działało Polskie Towarzystwo Historyczne, funkcjonowały polskie teatry. To właśnie Lwów, a nie Kraków był stolicą Galicji. Lwów, miasto w którym Polacy stanowili 60 % obywateli, zaś Ukraińcy zaledwie 10 %, w momencie rozpadu monarchii austro-węgierskiej był też silnym ukraińskim ośrodkiem oświatowo-kulturalnym i politycznym. Działały tu m.in. Galicyjsko-Ruska Macierz, Towarzystwo Naukowe im. Tarasa Szewczenki, Towarzystwo Pedagogiczne, teatr, ukazywały się liczne czasopisma. W październiku 1918 roku we Lwowie powstała Ukraińska Rada Narodowa, która zamierzała negocjować sprawę przyszłej Wolnej Ukrainy. Jednak ukraińscy radykałowie, zgrupowani w tajnym Ukraińskim Komisariacie Wojskowym, zdecydowali się na przejęcie Lwowa siłą. W nocy z 31 października na 1 listopada paramilitarny oddział Strzelców Siczowych, kierowany przez kapitana Dymytra Witowskiego, obsadził bez walki ważniejsze gmachy, przejmując kontrolę nad

miastem, w którym w tym czasie znajdowało się 2 500 żołnierzy ukraińskich, przerzuconych tu przez Naczelną Komendę Armii Austro-Węgierskiej, zaś pod miastem zgromadzeni byli Strzelcy Siczowi (formacje zbrojne podobne w charakterze do polskich legionów Piłsudskiego). Siły polskie były znacznie mniejsze – ok. 400 członków Polskiej Organizacji Wojskowej i batalion kpt. Zdzisława Tatara-Trześniowskiego, liczący ok. 250 żołnierzy. Walki w mieście rozpoczęły się rankiem 1 listopada. Polacy utworzyli wielopartyjny zalążek organizacji samoobrony. Obroną Lwowa kierowali oficerowie Czesław Mączyński i Stanisław Łapiński. Bronić miasta zdecydowała się ponadto ludność cywilna. O ile początkowo w zajętym przez Ukraińców Lwowie siły polskie liczyły zaledwie tysiąc ludzi, to w ciągu trzech tygodni, tj. do nadejścia 20 listopada odsieczy z Przemyśla, swojego miasta broniło już 6 tysięcy Polaków. W obronie Lwowa dużą rolę odegrała polska młodzież. Do walki stanęli głównie gimnazjaliści i studenci, chłopcy i dziewczęta w wieku od 13 do 18 lat, ci, którzy do historii przeszli jako Orlęta Lwowskie i Orlętami pozostali w zbiorowej pamięci narodowej. Było ich ponad 1400, zaś pierwszych trzydziestu było uczniami szkoły im. Henryka Sienkiewicza. Tylko w walkach o tę jedną lwowską szkołę zginęło 100 Polaków. Bronili swego miasta i w tej wojnie odznaczyli się 15


niezwykłą odwagą i wolą walki. To o nich 22 listopada 1918 r. Bolesław Wysłouch, senior polskiego ruchu ludowego, redaktor naczelny „Kuriera Lwowskiego”, napisał: „Wśród huku granatów, poświstów szrapneli, wśród gradu kul karabinowych stał młodzieniaszek polski po parę dni i nocy z rzędu na placówce i o głodzie, i chłodzie walczył za Polskę z męstwem prawdziwie bohaterskim. Wielu z nich wymknęło się z domu bez wiedzy i zezwolenia rodziców. Dla tych młodocianych obrońców Lwowa należałoby założyć złotą księgę pamięci i chluby miasta”. Taką księgą stał się cmentarz Obrońców Lwowa, zwany też cmentarzem Orląt Lwowskich, zaprojektowany przez studenta Politechniki Lwowskiej Rudolfa Indrucha. Cmentarz ten kryje prochy ok. dwóch i pół tysiąca żołnierzy polskich, poległych w 1918 roku i w latach wojny polsko-bolszewickiej 1919 – 1920. Znaczną jego część zajmują kwatery Orląt Lwowskich. Obok żołnierzy polskich na tymże cmentarzu spoczywają też ochotnicy – lotnicy amerykańscy i francuscy piechurzy, którzy polegli w obronie Rzeczpospolitej przed bolszewikami. Cmentarz o unikatowej architekturze stał się jedną z najpiękniejszych nekropolii wojskowych na świecie. Lata II wojny światowej i dwóch okupacji przetrwał niemal nienaruszony. Zagłada przyszła, gdy Lwów znalazł się w granicach Związku Radzieckiego. Wówczas to w 1971 r. z cmentarzem brutalnie się rozprawiono – przy użyciu czołgów i buldożerów zniszczono znaczne jego fragmenty. Nie wymazano jednak tej nekropolii narodowej ze świadomości Polaków. Musiało upłynąć wiele lat, musiały zmienić się sytuacja geopolityczna i polityczne systemy, musiało dojść do zmian w świadomości historycznej i Polaków, i Ukraińców, by 24 czerwca 2005 r. odrestaurowany cmentarz Orląt Lwowskich, cmentarz, „który nie został odbudowany przeciw komukolwiek, a zwłaszcza nie 16

przeciw mieszkańcom Lwowa”, został oficjalnie otwarty. Ceremonię otwarcia cmentarza obrońców Lwowa poprzedzała ceremonia przy przylegającym doń Memoriale Żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. Obie ceremonie, warty polskich i ukraińskich żołnierzy, a także polskich harcerzy i ukraińskich skautów to symbol wyraźnej zmiany w stosunkach polsko-ukraińskich, symbol pojednania. Cofnijmy się jednak do listopada 1918 r., kiedy to 1 listopada równocześnie ze Lwowem opanowane zostały przez Ukraińców wszystkie – oprócz Przemyśla – miasta Galicji Wschodniej. W Przemyślu po krótkiej strzelaninie zawarto porozumienie i powołano do sprawowania władzy w mieście komisję polsko-ukraińską. Po dwu dniach Ukraińcy porozumienie jednak złamali i opanowali miasto. W dniu 9 listopada z Krakowa wyruszyła odsiecz w liczbie 1300 żołnierzy, dowodzonych przez płk. Michała Karasiewicza-Tokarzewskiego. Przemyśl zdobyto 11 listopada, a potem ruszono na Lwów. Polscy żołnierze wkroczyli do Lwowa 20 listopada. Ukraińcy opuścili miasto po zaciekłych walkach w nocy z 21 na 22 listopada. Ale wojna polsko-ukraińska jeszcze trwała. Skończyła się dopiero w lipcu 1919 r. opanowaniem przez Polaków Galicji Wschodniej, przypomnijmy – w większości zamieszkałej przez ludność ukraińską. O tym, czym było to zwycięstwo, przekonać mieliśmy się nie tylko za lat dwadzieścia, ale dużo wcześniej. Tragizm tej wojny dostrzegł w 1918 r. pewien polski porucznik, uczestnik wojny polsko-ukraińskiej, cytowany przez Adama Szostkiewicza: „W Małopolscy dwa bratnie narody, polski i ruski albo ukrajiński od wieków między sobą dobrze żyjące, rozpoczęły walkę. Krew bratnia polała się ku radości wspólnych wrogów, a im na przestrogę, aby obcych nie słuchali” (Tylko mi Polski żal, „Polityka” 2005 nr 25). DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

Nike dla Andrzeja Stasiuka J

esień sprzyja literaturze – literacki Nobel w Szwecji, Nagroda Braci Goncourtów we FranBLIŻEJ cji, Międzynarodowe POLSKIEJ KSIĄŻKI Targi Książki we Frankfurcie, Nagroda Bookera w Wielkiej Brytanii to tylko kilka tego dowodów. Czas dobrej passy dla literatury zaczyna się w październiku udzieleniem najwyższej polskiej nagrody literackiej – Nagrody Nike. W tym roku statuetkę Nike i czek na 100 000 złotych jury, pracujące pod przewodnictwem prof. Henryka Berezy, przyznało Andrzejowi Stasiukowi za prozę zatytułowaną Jadąc do Babadag (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004). Ostatnio w wielu polskich księgarniach o nią to właśnie w pierwszym rzędzie pytają czytelnicy. Nikt, kto wcześniej przeczytał chociażby Stasiukowe Opowieści galicyjskie, Duklę czy napisaną wspólnie z Jurijem Andruchowyczem Moją Europę, nie oczekuje, że w najnowszej książce nagrodzonego autora znajdzie frapującą fabułę, zaskakujące historyjki. Po Jadąc do Babadag, czytelnik sięga dlatego, bowiem chce raz jeszcze przeżyć swą intelektualną przygodę, a może odbyć MONITOR POLONIJNY


podróż z doskonałym stylistą, mówiącym własnym głosem. W podróży autor peregrynuje po tej „gorszej Europie”, po peryferiach kontynentu, po, jak to sam nazywa, „postindustrialnej rozpierdusze”. I nie przyciągają go nabierające zachodniego blichtru stolice państw dawnego bloku wschodniego, wręcz z nich ucieka, by własnymi ścieżkami wędrować po rozpadającej się prowincji europejskiej. Nieliczni ludzie, powszedniość, beznadzieja dworców i prowincjonalnych knajp, tak jak pod polskim Sanokiem, i tylko pejzaże się zmieniają. Ze wschodniej Słowacji i ze wschodnich Węgier peregrynujemy do prowincjonalnej Ukrainy, z Ukrainy udajemy się do Mołdawii, Rumunii, Albanii. I w pewnej chwili ten świat zapomniany przez ludzi zaczyna nas fascynować. Odkładając przeczytaną książkę, nadal wędrujemy do Telkibany, Springu, Iacobeni, Sarandy, Gałacza, Sfintu Gheorghe i wielu, wielu miast o równie egzotycznie brzmiących dla naszego ucha nazwach. Europa Stasiuka staje się naszą Europą. I my jesteśmy stąd, ale nie nabywamy z tego powodu kompleksów. Nike to nie pierwsza nagroda, jaką za swą twórczość otrzymał Stasiuk. Od swego debiutu cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem czytelników i krytyki, która nie szczędzi uznania dla jego pisarstwa. A debiutował w 1992 roku Murami Hebronu, druga książka prozatorska Biały kruk ukazała się dwa lata później i przyniosła autorowi prestiżową Nagrodę Fundacji im. Kościelskich oraz Nagrodę Fundacji Kultury. Obie pozycje zajęły wysokie miejsca na listach bestsellerów, a sam pisarz stał się medialLISTOPAD 2005

ną gwiazdą. Niebanalne koleje jego losu budziły równe zainteresowanie, jak ich literackie przetworzenie. Urodził się na warszawskiej Pradze w 1960 roku, był jednym z pierwszych punków w Polsce. W jego życiu miała miejsce i dezercja z wojska, i pobyt w więzieniu, który stał się inspiracją do napisania Murów Hebronu. Potem nastąpiła przeprowadzka z Warszawy do łemkowskiej chaty w Bieszczadach. Beskidowi Niskiemu dotąd pozostał wierny; tu, we wsi Wołowiec, wraz z żoną Moniką Sznajderman ma od roku 1996 własne Wydawnictwo Czarne, tu powstały kolejno jego książki: Opowiadania galicyjskie (1995), Przez rzekę (1996), Dukla (1997), Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) (1998), Dziewięć (1999), Moja Europa (wspólnie z J. Andruchowyczem – pisarzem ukraińskim), Zima (2001), Jadąc do Babadag (2004). Osiedlenie się w Beskidzie Niskim było świadomym wyborem autora, którego od początku fascynowało to, co znajduje się na obrzeżach – szara rzeczy-

wistość, która wcale nie jest tak szara, zwykli ludzie, z których każdy ma swój indywidualny los. Stasiuk jest w nieustającej podróży – w jego pierwszych utworach było to poznawanie ludzi i świata, ograniczonego warszawskimi pętlami tramwajowymi, podmiejskimi trasami kolejki, podróżą do Żyrardowa. Kręgi te powiększały się, by stopniowo objąć całą Europę Ś r o d ko w o -W s c h o d n i ą . Myślę, że żaden ze współczesnych pisarzy nie czuje tej Europy tak właśnie jak on, a w każdym razie nikt nie potrafi tak jak on o niej pisać. To Stasiuk odczuwa „...nieustanny przeciąg, nieustanny cug ciągnący ze wschodu na zachód i z powrotem. Czasem miał on dosłowną postać zwykłego wiatru, czasem nabierał formę otwartej, niczym nie ograniczonej otchłani, by w końcu nieco się skonkretyzować jako wiatr historii o zadziwiająco przewidywalnym kursie: albo w tę, albo we w tę, ale zawsze tędy”. (cyt. Moja Europa). Proza Andrzeja Stasiuka cieszy się popularnością nie tylko w Polsce, jest jednym z najczęściej przekładanych polskich pisarzy. Jego książki ukazują się w językach angielskim, czeskim, fińskim, francuskim, węgierskim, norweskim, rosyjskim, ukraińskim, a niemieckie wydawnictwo „Suhrkamp Verlag” wydało niemal wszystkie jego utwory. W słowackim przekładzie ukazała się w ubiegłym roku Dukla, a wcześniej jeszcze fragmenty ze wspominanej Mojej Europy opublikowała „Revue svetovej literatúry”. Czytajmy Stasiuka nie tylko dlatego, że otrzymał Nike, ma nam co powiedzieć i opowiedzieć, a opowiadać potrafi mistrzowsko. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 17


P O L S KO - S Ł O WAC K I E Z W I Ą Z K I H I S T O R YC Z N E Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie.

P

owyższe słowa wypowiedział Ferdynand Foch, marszałek Francji i Polski. Widnieją one na tablicy umieszczonej przed bramą cmentarza na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. W tym narodowym sanktuarium spoczywają prochy kilku kurierów tatrzańskich, którzy w latach 1939-1944 przekraczali z narażeniem życia granicę ze Słowacją i docierali na Węgry do Budapesztu, utrzymując w ten sposób łączność między Polskim Państwem Podziemnym a Rządem RP na Uchodźstwie w Londynie. W listopadowe wieczory możemy pogrążyć się w zadumie nad losami tych dzielnych ludzi, a także wspomnieć innych, których miejsca pochówku czy nazwiska pozostają nieznane. Przywołajmy także pamięć o Słowakach, którzy w mrokach faszystowskiej nocy z narażeniem życia pomagali polskim góralom przeprowadzać potajemnie ludzi, a także przenosić meldunki i informacje ważne zarówno dla okupowanej Polski, jak i jej zachodnich aliantów. Podczas II wojny światowej Polska, podzielona pomiędzy Niemcy i Związek Radziecki, wytworzyła struktury podziemnej państwowości (parlament, wojsko, sądownictwo, szkolnictwo, władze regionalne). Słowacja podporządkowała się politycznie i gospodarczo Hitlerowi, zaś Węgry stopniowo popadały w uzależnienie, aż po utratę pozornej samodzielności – zajęcie ich ziem przez wojska niemieckie. W Budapeszcie prawie do końca wojny działała polska ambasada, do której prowadziły szlaki kurierskie, wiodące przez Słowację. Drogi łączności między Polską a Węgrami ukazuje mapka obok, pochodząca z książki Alfonsa Filara Opowieści tatrzańskich kurierów (Warszawa 1973). W latach 1939-1941 tymi kanałami przerzutowymi kurierzy przeprowadzili kilka18

Kurierzy tatrzańscy na ziemiach słowackich podczas II wojny światowej naście tysięcy osób. Ich aktywność zmniejszyła się w kolejnych latach, ale częstotliwość przepływu osób i informacji była nadal znacząca. Przywołajmy teraz pamięć o ludziach, którzy byli aktorami w teatrze, którego scenę tworzyły tatrzańskie szczyty i hale, spiskie góry i doliny, w teatrze, w którym rolę cenzorów odgrywali słowaccy strażnicy graniczni i faszystowscy zwolennicy prohitlerowskiego reżimu, zaś życzliwymi suflerami byli często bezimienni i prości Słowacy, udzielający schronienia i pomocy polskim kurierom. Kierownikiem przerzutów na szlaku Warszawa-Budapeszt był Wacław Felczak, ps. Nowiński, ur. w 1916 r., z wykształcenia hungarysta, który sam wielokrotnie pokonywał trasę Budapeszt-Zakopane i który miał doskonałe kontakty wśród Węgrów. Po zakończeniu wojny jako emisariusz kilkakrotnie kursował między Krakowem a Londynem i Paryżem. W grudniu 1948 r. został ujęty w Ostrawie i przekazany polskiemu UB. W więzieniu był wielokrotnie okrutnie torturowany. Na wolność wyszedł w październiku 1956 r. W latach 70-tych nawiązał kontakt z węgierską opozycją. Ze względu na stan zdrowia w 1989 r. nie przyjął propozycji objęcia urzędu ambasadora w Budapeszcie. Zmarł w październiku 1993 r. Pochowano go na Pęksowym Brzyzku. Jednym z najbardziej znanych przewodników był Józef Krzeptowski, ur. w 1904 r., zwany królem kurierów tatrzańskich. Słowację przemierzył ponad pięćdziesiąt razy, a Niemcy za wydanie go wyznaczyli wysoką nagrodę. Więzienie czekało na niego już w nowej Polsce. Został wywieziony do Związku Radzieckiego, gdzie przymusowo ciężko pracował w kopalniach rudy na Uralu. Po powrocie do kraju w 1958 r. poświęcił się górom. Był stróżem w schronisku w Pięciu Stawach, instruktorem narciarstwa i przewodnikiem wycieczek. PRL

w ramach zadośćuczynienia obdarzyła go odznaczeniami. Odbierając Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, miał się wyrazić: Kiek béł mały chłopiec, godoła mi matuś: ej, Józku, Józku, z tobie będzie abo pan, abo dziod. I stało się. Zmarł w kwietniu 1971 r. Spoczywa na Pęksowym Brzyzku. Prawdziwym orłem wśród kurierów był Stanisław Marusarz, ur. w 1913 r., wielokrotny mistrz Polski w narciarstwie, pięciokrotny uczestnik igrzysk olimpijskich i trzykrotny mistrz świata. Wsławił się on brawurową ucieczką z gestapowskiego więzienia w Krakowie. Po wojnie był nadal związany ze sportem, był trenerem i kierownikiem skoczni narciarskiej na Wielkiej Krokwi. Zmarł w październiku 1993 r., przemawiając nad grobem Wacława Felczaka. Pochowano go na Pęksowym Brzyzku obok siostry. Siostra Stanisława Marusarza, Helena, ur. w 1918 r., wielokrotna mistrzyni Polski w narciarstwie zjazdowym, została ujęta 25 marca 1940 r. podczas przechodzenia przez most na rzece Hornat na granicy słowacko-węgierskiej. Po kilkutygodniowym przetrzymywaniu w Preszowie policja słowacka przekazała ją gestapo. Została rozstrzelana we wrześniu 1941 r. pod Tarnowem. W 1958 r. jej prochy złożono na Pęksowym Brzyzku. Jej kurierskiej służbie poeta poświęcił taki wiersz: Kie przyseł zły cas, okrutno twardź, Nędza, ćma, uparto niewola, Rusyła kurierskim ślakiem Zelazne okowy rwać… Na cmentarzu w Koszycach znajduje się grób kpt. Konstantego Klemensa Gucwy, ps. Góral, organizatora przerzutów kurierskich na terenie Nowego Sącza. Został on zastrzelony przez słowacką straż graniczną 18 marca 1941 r. podczas przekraczania granicy z Węgrami w okolicy Koszyc. Dotychczas ustalono nazwiska blisko MONITOR POLONIJNY


40 kurierów tatrzańskich, w tym 5 kobiet. Było ich znacznie więcej, ale dokładna liczba nie jest znana. Według posiadanych danych 20 z nich zostało schwytanych, w tym kilkoro na terenie Słowacji. Żandarmeria słowacka wydała ich Niemcom, którzy ich rozstrzelali. Znamy też nazwiska 2 Słowaków, będących kurierami. Byli to Ladislav Stofko z bazy przerzutowej w Budapeszcie i Jozef Stanek, który obsługiwał trasę Poloma (Słowacja) – Waksmund (Polska). Jak istotne znaczenie miały dobre kontakty na Słowacji, może świadczyć relacja jednego z kurierów, Władysława Roja-Gąsienicy, zamieszczona w cytowanej już książce A. Filara: W Słowacji mieliśmy kilka punktów kontaktowych u Słowaków, którzy z nami współpracowali. Byli to między innymi: Antal, właściciel gospody ze wsi Poloma, Hlavaj ze wsi Vychodna, bardzo nam oddany. Byliśmy też w stałym kontakcie z właścicielami samochodów osobowych – Burgerem z Dobsiny i Lachem z Popradu. Ludzie ci oddali nam nieocenione usługi, dzięki ich odwadze i uczynności mogliśmy spełniać swoje kurierskie zadania. A już w tym czasie, wiosną 1940 r., Słowacja nie była ziemią bezpieczną. Obok życzliwych nam Słowaków było też i wielu konfidentów, którzy ściśle współpracowali z faszystami słowackimi, z „tisowcami”. Kilku polskich kurierów wpadło w ręce słowackiej żandarmerii i przekazani zostali gestapo w Zakopanem. Za niektórymi kurierami rozesłane były w Słowacji listy gończe. Kontakty ze Słowakami-antyfaszystami pomagały nam w konspirowaniu się, oni też ostrzegali nas przed grożącym niebezpieczeństwem. Inne przekazy wymieniają kolejnych SłoLISTOPAD 2005

waków pomagających kurierom, np. właściciela schroniska w Trzech Studniach Kerteša, Adamiaka ze Żdiaru, Jozefa Hliviaka z Rożniawy, Jozefa Hudeca z Twardoszyna oraz nieznanych z nazwiska mieszkańców Kieżmarku i wsi Bogdanówka. Takich ludzi było na pewno więcej, ale źródła o nich milczą. Wszystkim im należą się słowa uznania i podziękowania. Natomiast napiętnować należy tych, którzy donosili Niemcom lub wydawali kurierów w ręce gestapo. Do takich należał komendant posterunku żandarmerii, mieszczącego się w pobliżu Szczyrbskiego Plesa, który schwytanego Stanisława Marusarza obiecywał dostarczyć na gestapo w Popradzie, za co miał nadzieję otrzymać Żelazny Krzyż od Hitlera. Marusarzowi udało się jednak uciec, zaś żandarma za nadgorliwą

służbę u faszystów zastrzelili później słowaccy partyzanci. Kary spotkały też polskich górali kolaborujących z Niemcami, np. sąd Polskiego Państwa Podziemnego wydał wyrok śmierci na renegata Wacława Krzeptowskiego, kierującego służalczą wobec Niemców organizacją, nosząca nazwę Komitet Góralski (Goralisches Komitee). Wyrok ten wykonany został w styczniu 1945 r. przez oddział AK. Jak mówi legenda, kazano mu zdjąć góralskie portki, bo je zhańbił i powieszono w gaciach (cyt. za: Antoni Kroh, Tatry i Podhale, Wrocław 2002 r.). Kurierzy przeprowadzali także ważne polskie osobistości. Wspominany już Józef Krzeptowski w październiku 1941 r. w arcytrudnej misji „dostarczył” z Budapesztu do Polski marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, który we wrześniu 1939 r. jako Wódz Naczelny opuścił granice Rzeczypospolitej i został internowany w Rumunii, skąd uciekł w grudniu 1940 r. Rydz-Śmigły dotarł bezpiecznie do Krakowa z zamiarem objęcia dowództwa organizacji Obóz Polski Walczącej (OPW), jednakże zmarł nagle 2 grudnia 1941 r. Pochowano go na cmentarzu powązkowskim w Warszawie pod nazwiskiem Adam Zawisza (dziś spoczywa już pod własnym nazwiskiem). Wojenny epizod tatrzański się skończył. Wielu kurierów zginęło. Większości spośród tych, którzy przeżyli, władze PRL zgotowały okrutny los, stosując wobec nich przemoc i odmawiając im prawa do godnego życia. Czas zabliźnił rany. Pozostała pamięć, pozostały groby. W mroku zapomnienia znikły postacie Słowaków, którzy z narażeniem życia pomagali żołnierzom Polski Walczącej. Cześć pamięci znanym i nieznanym. WOJCIECH BILIŃSKI 19


„Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej…“ ybory parlamentarne i prezydenckie za nami, a więc pora na dotrzymanie OKIENKO W obietnicy. Oczywiście mam tu na myśli swoją obietnicę, daną Państwu i dotyczącą JĘZYKOWE refleksji na temat języka haseł i sloganów wyborczych, choć wierzę, że i wybrani przez nas posłowie wraz z prezydentem już wkrótce zaczną spełniać swoje obietnice przedwyborcze. Tegoroczna kampania była dość agresywna. Kandydaci zarówno do parlamentu, jak i na stanowisko prezydenta imali się najróżniejszych chwytów, abyśmy zagłosowali właśnie na nich. Często była to kampania negatywna – chętni do zasiadania w Sejmie i Senacie zamiast walczyć na argumenty obrzucali się wzajemnie oskarżeniami, a nawet inwektywami. Kroku dotrzymywali im i niektórzy przyszli-niedoszli prezydenci. Wystąpieniom zarówno jednych, jak i drugich towarzyszyły określone hasła wyborcze, które z założenia winny stanowić najbardziej esencjonalną informację o kandydacie lub jego programie. A te były często podniosłe, odwołujące się niejednokrotnie do elementów patriotycznych czy moralnych. Przede wszystkim jednak były pełne obietnic, np. Razem wygramy Polskę; Każda złotówka z prywatyzacji na fundusz emerytalny; Powrót do normalności; Żeby Polska była Matką, a nie Macochą; Więcej chleba, mniej igrzysk. Podkreślić jednak należy, że obietnice te mają bardzo ogólny charakter. Są pojemne znaczeniowo i można je różnie interpretować, a co za tym idzie, można też łatwo usprawiedliwić ich późniejsze ewentualne niespełnienie. Gdyby spełnione zostały wszystkie tegoroczne obietnice przedwyborcze, to Polska stałaby się krajem idealnym, z doskonałą gospodarką, znakomicie rozwijającą się kulturą, perfekcyjną służbą zdrowia, a wszyscy Polacy nie mieliby wyjścia – musieliby być szczęśliwi!!! Na nieszczęście (a może szczęście?) hasła są tylko hasłami, a co zostanie z obietnic, wiemy z doświadczenia – nie po raz pierwszy przecież wybieraliśmy parlamentarzystów i prezydenta. A może tym razem będzie jednak inaczej? 20

Kandydaci w swych sloganach nie tylko obiecywali, ale też dokonywali autoprezentacji głównie poprzez akty chwalenia się, np. Odwaga i wiarygodność; Wierny wyborcom – nie układom; Konsekwencja, uczciwość, niezłomność; Człowiek z zasadami. Chwalenie się w naszej obyczajowości nie jest dobrze widziane, wobec czego kandydaci stanęli przed dylematem, jak to zrobić, jak mówić o swoich zaletach i dokonaniach (bo tylko ludzie sukcesu wg ogółu nadają się do sprawowania władzy). Powyższe przykłady haseł dowodzą, że wartościowali się pozytywnie. Słowa wykorzystane w tych sloganach są nośnikami znaczeń dodatnich, choć niekiedy wątpliwych, np. za hasłem Wybieram konkrety kryć się winien człowiek silny, konkretny, ale wątpliwość pozostaje – które konkrety kandydat wybiera? Niektórzy chętni do zajęcia prezydenckiego fotela poszli dalej, albowiem z góry założyli, że w nim zasiądą, co odzwierciadlały ich hasła: Prezydent IV Rzeczypospolitej; Prezydent dla Polski. Najczęściej wykorzystywanym wyrazem w wypowiedziach kampanii wyborczej był wyraz Polska i jej synonimy kontekstowe, czyli ojczyzna, kraj, państwo. Zawsze była wartościowana pozytywnie. Towarzyszyły jej (i jej synonimom) głównie takie określenia, jak: bezpieczna, demokratyczna, nowoczesna, bogata, suwerenna, solidarna itp. I oby tak było! Nie zabrakło też w kampanii wypowiedzi agresywnych (niekiedy zawierających wulgaryzmy) krytykujących przeciwników politycznych, np. Wszyscy ci ludzie być może współpracowali z SB; Wszyscy dotychcza-

sowi rządzący to durnie i oszuści; […] te świnie chcą mieć jak najwięcej w korycie; [tu: nazwa partii] dobierze się im do d…; co świadczy, że negatywnie wartościowano przede wszystkim kontrkandydatów. Próbowano ich też ośmieszać czy zdyskredytować w różny sposób, np. po telewizyjnym spocie jednego znanego polityka, kandydującego do prezydenckiego fotela, można było zobaczyć napis: Usłyszeliście Państwo kilka słów prawdy, teraz usłyszycie same kłamstwa, co sugerowało, że tylko on jeden jest uczciwy i prawdomówny, a jego konkurenci to zwykli oszuści. Biedni zatem byli zwykli obywatele, którzy nie mieli swoich preferencji politycznych, a którzy mimo to chcieli spełnić swój obywatelski obowiązek i wziąć udział w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich! Komu uwierzyli? Kogo wybrali? Za wszystkimi hasłami, sloganami i innego rodzaju wypowiedziami zawsze kryje się jeden apel: WYBIERZ NAS/MNIE!!! ZAGŁOSUJ NA NAS/NA MNIE!!! I wydaje się, że wszystkie chwyty są dozwolone, aby wyborcę do tego namówić. Co zostanie z haseł tegorocznych? Czy zwycięzcy będą realizować zawarte w nich swoje obietnice? A może jest to tylko „mowa-trawa, pustosłowie”? Nie bez przyczyny jako tytuł tego odcinka „Okienka językowego” wykorzystałam slogan z czasów komunistycznych. To też tylko hasło! I to jakie! Gdyby nie kojarzyło nam się negatywnie z minioną epoką, byłoby i dziś aktualne. Ale za cztery lata, w kolejnych wyborach być może ktoś już je wykorzysta. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA MONITOR POLONIJNY


•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA• Szanowni Czytelnicy! W grudniu upłynie 10 lat, od kiedy ukazał się numer zerowy „Monitora Polonijnego”. W związku z tym zapraszamy Państwa na uroczystość jubileuszową, która odbędzie się 19.11.2005 (sobota) o 16.30 w pomieszczeniach Instytutu Polskiego w Bratysławie (Nám. SNP 27). Po uroczystości w imieniu organizatorów, czyli Klubu Polskiego Region Bratysława i Miejskiego Centrum Kultury, zapraszamy na koncert Chóru Polonii Wiedeńskiej „Gaudete“, który odbędzie się w kościele Franciszkanów o godzinie 18.00. Klub Polski Region Nitra informuje, że polskie msze święte w katedrze odbędą się 26.11.2005 o godz. 15.00 (sobota) oraz 30.12.2005 o godz. 15.00 (piątek). W 150. rocznicę śmierci Adama Mickiewicza Wydział Konsularny Ambasady RP w Bratysławie, Instytut Polski oraz Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP w Bratysławie ogłaszają konkurs recytatorski dla dzieci i młodzieży. Każdy z uczestników powinien przygotować recytację (w języku polskim) wybranego utworu polskiego wieszcza narodowego. Konkurs zostanie przeprowadzony na początku grudnia. Szczegóły na stronie internetowej Ambasady RP w Bratysławie i Instytutu Polskiego. Stowarzyszenie POLONEZ w Wiedniu zaprasza na koncert legendarnego zespołu PERFECT, który odbędzie się w niedzielę, 13 listopada o godz.18.00 w sali widowiskowej VHS Floridsdorf (1220 Wien, Angererstr.14 - wejscie od Kramreiterg.). Rezerwacja biletów codziennie (również w weekendy!) w godz. 10.00-14.00 i 16.00-22.00 pod nr. tel. 00432 714-58-01. Więcej informacji na stronie internetowej www.polonez.at Wydział Konsularny Ambasady RP w Bratysławie informuje, że od 31 pażdziernika br. TV „Polonia“ zmienia w Europie sposób emisji sygnału analogowego systemu z satelity Hot Bird 1 na system cyfrowy

z satelity ASTRA. Od listopada br. TV „Polonia“ będzie nadawała swój program wyłącznie w niekodowanym systemie cyfrowym. Odbiór tego programu przez posiadaczy indywidualnych analogowych zestawów satelitarnych będzie możliwy po wymianie niektórych elementów w posiadanych urządzeniach odbiorczych. Właściciele indywidualnych cyfrowych zestawów satelitarnych powinni zmienić parametry odbioru oraz dostroić odbiorniki do nowej częstotliwości. Szczegółowe informacje na ten temat znajdują się na stronie www.typ.pl/polonia oraz bezpośrednio w TV „Polonia“ pod nr. tel. +48/22/547 80 80 lub +48/22/547 44 50, e-mail: polonia@tvp.pl. Instytut Polski w Bratysławie wraz z Katedrą Filologii Słowiańskich Uniwersytetu Komeńskiego planują w maju (ew. w czerwcu) przyszłego roku przeprowadzenie przez polską komisję egzaminów poświadczających znajomość języka polskiego jako obcego na poziomach: podstawowym, średnim ogólnym i zaawansowanym. Do egzaminów mogą przystąpić osoby powyżej 18 roku życia (w wyjątkowych przypadkach młodsze), będące cudzoziemcami lub Polakami na stałe zamieszkałymi za granicą. Szczegółowe informacje (w tym przykładowe testy) można znaleźć na stronach internetowych Państwowej Komisji Poświadczania Znajomości Języka Polskiego jako Obcego: www.buwiwm.edu.pl/certyfikacja. Wszelkie pytania dotyczące uzyskiwania certyfikatów można kierować pod adresami internetowymi Komisji: certyfikacja@buwiwmedu.pl lub dr Marii Magdaleny Nowakowskiej majkan@chello.sk (tel. 0908 169 743). Chętni do zmierzenia się z językiem polskim mogą zgłaszać się już teraz do dr M. M. Nowakowskiej lub do sekretariatu Instytutu (tel. 02/5443 2013, e-mail: polinst@ba.psg.sk) Przypominamy, że certyfikat jest jedynym urzędowym dokumentem potwierdzającym znajomość języka polskiego jako obcego i jest uznawany w krajach Unii Europejskiej (i nie tylko). Informację podajemy już teraz, aby wszyscy zainteresowani mieli czas na odpowiednie przygotowanie się do egzaminów.

Klub Polski Region Koszyce zaprasza na

IX DNI KULTURY POLSKIEJ KOSZYCE 2005 4.11.2005 piąteku • 16.00 UROCZYSTE OTWARCIE IX DNI KULTURY POLSKIEJ – KOSZYCE 2005 Słowackie Muzeum Techniki, Główna 88, Koszyce• RECITAL GITAROWY Jozefa Haluzy • 17.00 WERNISAŻ WYSTAWY: „EURY ART 2005“ Międzynarodowy Workshop Klubu Polskiego - Koszyce, Słowackie Muzeum Techniki , Główna 88, Koszyce 5.11.2005 r., sobotau • VIZUÁLNE UMENIE – SZTUKA WIZUALNA, WERNISAŻ WYSTAWY Maria Siuta, Stanisław Górecki - SPOTKANIA, Galeria VEBA Koszyce • JAZZ FOR SALE FESTIVAL 2005, 19.00 JACEK KOCHAN - QUARTET, Teatr Thalia, Timonova 3, Koszyce 12.11.2005 r., sobotau • JAZZ FOR SALE FESTIVAL 2005, 19.00 WALK AWAY, Teatr Thalia, Timonova 3, Koszyce 19.11.2005 r., sobotau • JAZZ FOR SALE FESTIVAL 2005, 19.00 Grzegorz KARNAS & THE, Teatr Thalia, Timonova 3, Koszyce 16.11.2005 r., środau • WYSTAWA FOTOGRAFII „W STRONĘ CZŁOWIEKA”, 16.00 Henryk MALESA, Galeria Umelcov Spisza, Spiska Nowa Wieś • PRZEGLĄD FILMU POLSKIEGO, P. VALCECCHI – „KAROL, CZŁOWIEK, KTÓRY ZOSTAŁ PAPIEŻEM”, R. BRYLSKI - „ŻUREK”

PROGRAM INSTYTUTU POLSKIEGO NA LISTOPAD • 2 – 11 listopada – Bratysława, Klub „A4” • Międzynarodowy Festiwal Literacki Ars Poetica z udziałem Anieszki Kuciak, Tomasza Różyckiego, Jacka Dehnela i Dariusza Sośnickiego • 3 listopada, godz. 20.00 – Bratysława – Petržalka, Klub „Za zrkadlom” • Koncert Mayne Teg – Andre Ochodlo z zespołem „The Jazzish Quintet” • 4 listopada, godz. 15.30 – Bratysława, Instytut Polski • Otwarcie w ramach Miesiąca LISTOPAD 2005

Fotografii wystawy ZOFIA RYDET 1911 – 1997 ze zbiorów Muzeum w Gliwicach (ekspozycja będzie prezentowana do 2 grudnia) • 5 listopada, godz. 16.00 – Bratysława, Galeria Liceum Ewangelickiego – Bunkier • Wystawa fotografii Andrzeja Kramarza i Weroniki Łodzińskiej pt. Dom w ramach Miesiąca Fotografii • 9, 10, 19 listopada – Preszów, Lewice, Koszyce • Koncerty jazzowe kwintetu Grzegorza Karnasa • 10 listopada, godz. 21.15 –

Bratysława, VŠMU • 12 listopada, godz. 17.00 – Bratysława, FK „Charlie centrum” • Projekcja filmu Dzieci z Leningradzkiego Hanny Polak i Andrzeja Celińskiego w ramach VI Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Jeden Świat • 11 listopada, godz. 20.00 – Bratysława, kino „Mladosť” • Projekcja filmu Ogród rozkoszy ziemskich Lecha Majewskiego w ramach Międzynarodowego Festiwalu Literackiego Ars Poetica

• 20 listopada, godz. 18.00 – Bańska Bystrzyca, Klub „Level 12” • Projekcja filmu Tadeusza Konwickiego Lawa • 24 listopada, godz. 16.30 – Bratysława, Instytut Polski • Promocja reedycji przekładu Ballad i romansów w tłumaczeniu Jozefa Banskiego z okazji 150. rocznicy śmierci Adama Mickiewicza • 29 listopada, godz. 16.30 – Bratysława, Instytut Polski • Spotkanie z Kazimierą Szczuką na temat ruchów feministycznych w Polsce 21


Bol som Poliakom z vlastnej voľby P

ri všetkej skromnosti musím povedať, že len v máločom som takým úspešným samoukom ako vo vzťahu k médiám, literatúre, kultúre a verejnému životu Poľska. V mojom okolí sa totiž nevyskytoval človek, ktorý by mi v tomto smere išiel alebo mohol ísť príkladom. V Prešove, mojom rodnom i študentskom meste, som sa žiadnym Poliakom prakticky nestretol, ak nerátam prázdninové priateľské futbalové zápasy s mužstvom z malého poľského mestečka. Nikto mi nedoniesol knihu, nepriniesol časopis v poľskom jazyku a nepovedal mi, toto sa oplatí prečítať. Nechcem sa chváliť viac, ako je nevyhnutné, ale prišiel som na to úplne a celkom sám. Čo považujem za jedno zo zriedkavých, ale o to šťastnejších osobných osvietení. Pretože som študoval filozofiu a históriu, v Štátnej vedeckej knižnici v Prešove som pri viacerých témach narazil na mená poľských autorov, z ktorých najmä profesor Kotarbinski na mňa zapôsobil tak, že som začal čítať jeho knihu v pre mňa neznámom, ale vôbec nie neprístupnom jazyku. Bola to zábava, lebo až vtedy som si uvedomil, koľko slov, spojení a zvratov v šarišskom dialekte má poľský pôvod. Neskôr, už ako učiteľ na vysokej škole, som si knihy poľských filozofov požičiaval častejšie, ale ešte stále to bol iba kontakt občasný a príležitostný. Prudko sa to zmenilo, keď som začiatkom osemdesiatych rokov zmenil profesiu, mesto i rodinný stav a ocitol sa v Bratislave ako redaktor spoločenskopolitického týždenníka. V Rusku, teda v Sovietskom zväze vtedy vládol Leonid Brežnev a v Československu Gustáv Husák s Vasilom Biľakom. Bolo to obdobie, na ktoré sa dajú použiť rôzne výrazy ako napríklad stagnácia, Biafra ducha, ale podľa mňa pomery najviac vystihuje spojenie – v tomto meste skapal pes. Musím povedať, že tie dlhé roky sa mi podari22

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

MARIÁN LEŠKO redaktor denníka SME lo ako-tak so zdarom prežiť len preto, lebo som zmenil identitu. Stal som sa Poliakom z vlastnej voľby a súkromného presvedčenia. Každý týždeň som si kupoval v Poľskom kultúrnom a informačnom stredisku časopis Forum a čítal ho tak, ako keby som mal z neho robiť štátnicu. Prinášal totiž výber zo svetových denníkov a týždenníkov a hoci určite nebol nekontrolovaný, v porovnaní

s tým, čo bolo dostupné na českom i slovenskom pseudotrhu, to bol posol z iného sveta. Keď som sa už naučil po poľsky tak, že sa mi v tomto jazyku začalo aj snívať, čítal som všetko zaradom. Môžem povedať, že osobné štúdium žurnalistiky som vlastne absolvoval na poľských autoroch. Keby som nečítal texty autorov ako Daniel Passent alebo Krzysztof Teodor Toeplitz, v živote mi nenapadne, že aj v novinách sa dá písať tak múdro a šarmantne zároveň. Aj keď po nástupe Gorbačova a jeho perestrojky, ale najmä po novembri 1989 sa mi moja pôvodná identita vrátila, poľština preto ešte neprestala byť mojím druhým rodným jazykom. Vďaka internetu čítavam poľské noviny a časopisy denne. Občas sa mi môže stať, že si niekoľko dní nepozriem české Dnes či Lidové noviny, neprečítam ruské Izvestija či Nezavisimuju gazetu, neposurfujem po denníkoch britských alebo amerických, ale nestáva sa mi, aby som deň nezačal alebo neskončil pri Gazete Wyborczej. Aby som si raz za týždeň nenašiel čas na starú, ale ešte stále dobrú Polityku alebo nepreveril, či Forum nemá článok, ktorý si musím bezpodmienečne vytlačiť. Deprimuje ma, keď vidím, aké knihy si môžu prečítať poľskí čitatelia, ale na Slovensku k nim nie je priamy prístup. Podľa mňa by bolo úplne prirodzené a normálne, keby aspoň v niektorých kníhkupectvách na Slovensku ležali vedľa seba knihy v poľštine, češtine a slovenčine. Tieto tri jazyky, tak ako štáty a národy, majú k sebe oveľa bližšie, ako mnohí ľudia tušia. Nemajte mi za zlé moju smelosť, ale dovolím si povedať, že niečo o tom viem. MONITOR POLONIJNY


D

rogie dzieci i miła młodzieży! Uwaga! Przed nami 30 długich i ponurych listopadowych dni. Babie lato jest już tylko wspomnieniem. Na dworze zimno i, niestety, dobrze wiemy, że teraz już będzie zimniej i zimniej... Ciepłe wiosenne dni są odległe jak nigdy. W mieszkaniach ciepłe są tylko kaloryferki. Wieczory są co raz dłuższe i dłuższe. Często wychodzimy rano z domu, a wracamy po zmroku.

I jeszcze te dwa smutne święta na początku miesiąca. Choć listopad zaczyna się raczej smutno, nie musi być taki cały. Przecież z każdym dniem bliżej do świąt, Nowego Roku, ferii zimowych, a potem już WIOSNA. Ale listopad ma swoje dobre strony – długie wieczory są jakby stworzone do tego, aby w ciepłym mieszkaniu pograć sobie w różne gry. Na pewno macie w szafie zwyczajnego chińczyka albo

monopol czy scrabble. Możecie też planować sobie długie letnie wieczory albo wakacyjne podróże. Długie zimne wieczory to skarb – ten czas można wykorzystać dla siebie: poczytać książki, malować obrazki, pobawić się w przebierańców albo urządzić sobie prawdziwe andrzejki. Czy braliście już udział w andrzejkach z wróżbami? To nie tylko wieczór wesołego wróżenia. Podobno noc świętego Andrzeja,

czyli z 29 na 30 listopada, była uważana za najbardziej odpowiedni czas na podejmowanie ważnych decyzji (może więc wreszcie zdecydujecie się, do którego liceum będziecie zdawać egzaminy?). Chyba najbardziej rozpowszechnioną wróżbą andrzejkową jest lanie wosku. Roztopiony gorący wosk leje się do naczynia z zimną wodę, a następnie zastygłą bryłę oświetla się w ten sposób, by rzucała cień, z którego kształtu odczytuje się przesłanie. I tak np. cień skrzydlatej postaci albo anioła zwiastuje dobrą wiadomość, brama lub drzwi zapowiadają bliskie szczęście, cień wosku w kształcie czapki zwiastuje problemy, cień drzewa – dobry los, harfa – zgodę lub powodzenie w miłości, dzban – zdrowie, a owoce – dobrobyt... Jeśli zatem zechcecie sobie powróżyć, to życzę niech się Wam ,,wyleją” same dobre znaki i symbole. Jeszcze jedna jesienno-listopadowa rada na koniec: Hartuj się hartuj się bo kto się hartuje nigdy nie nigdy nie nigdy nie choruje Może przynajmniej w tym roku nie złapiemy okropnej chrypki, grypy, anginy itp.

LISTOPAD 2005

S TRONĘ OPRACOWAŁA MAJKA KADLEČEK

23


J

esienne zimne wieczory sprzyjają dziecięcym albo młodzieżowym spotkaniom. Gdy pochopnie wyrazimy zgodę na coś takiego, jeszcze nie wiemy, co nas czeka w najbliższej przyszłości. Z młodzieżą chyba jest mniejszy problem. Jej i tak chodzi tylko o to, abyśmy jak najwcześniej wyszli z domu, a wrócili jak najpóźniej. Wiadomo. Ale maluchy? Tym trzeba imprezę przygotować i poprowadzić, wymyślać zabawy oraz ewentualnie zająć się… zranieniami i urazami imprezowiczów.

Ale wszystko zaczyna się od skromnych (a jakże!) żądań solenizantów czy jubilatów. W moim przypadku milutki synek już od roku odkładał i pilnował, abym nie wyrzuciła gazety z przepisem na tort w kształcie dinozaura. I niczego innego sobie nie życzył oprócz niego. Ciało dinozaura

ZA MIESIĄC: ŚWIĘTA... ZNOWU...

składało się z tułowia – ciasto biszkoptowe, ogona i nosa – masa migdałowa, skóry – masa z cukru pudru. Na pierwszy rzut oka niby nic skomplikowanego, lecz rzeczywistość okazała się zdecydowanie trudniejsza. Nie chcę przesadzać, ale wykonanie tułowia, nosa i ogona zajęło mi prawie 8 godzin!!! To, że skórę dinozaura robiłam na drugi dzień przez 4 godziny, to tzw. szczegół. Efekt mojej dwudniowej mordęgi kuchennej i tak zdecydowanie różnił się od tego z obrazka w gazecie, zaś kuchnia wyglądała, jak by w niej coś wybuchło. Byłam wykończona i nie miałam ani siły, ani ochoty na jakieś imprezowanie. Całkowity koszt tortudinozaura wyniósł ok. 1000 koron, a za taką kwotę mogłabym spokojnie zamówić tort w dobrej cukierni. Wiem, że żyjemy w systemie demokratycznym, ale dziś przypomnę Państwu słowo CENZURA. Białe plamy są obecne nie tylko w historii, ale od dzisiaj i w przepisach kulinarnych. Dla Państwa dobra, bezpieczeństwa i świętego spokoju zdecydowałam, że dokonam autocenzury i przepis na tort w kształcie dinozaura pozostanie moją tajemnicą już na wieki. MAJKA KADLEČEK

Monitor Polonijny 2005/11  
Monitor Polonijny 2005/11  
Advertisement