Monitor Polonijny 2022/5

Page 1

ISSN 1336-104X

Wsiąść do pociągu NIE byle jakiego Niebiesko-żółty anioł

str. 25

str. 14

str. 6

Z Michalem Vašečką o Rosji z perspektywy polskiej a słowackiej


Joanna Kożuch ze słowackim

Oscarem!

idzowie Słowackiej Telewizji mogli 9 kwietnia oglądać uroczyste wręczanie nagród filmowych, transmitowane ze Słowackiego Teatru Narodowego, a wśród nagrodzonych naszą rodaczkę, Joannę Kożuch, która zdobyła Slnko v sieti za animowany film „Było sobie morze”! Kilka lat pracy docenione i nagrodzone! „To przyjemne uczucie, ale ta nagroda nie jest tylko dla mnie, bo praca nad filmem animo-

W

wanym to praca zespołowa“ – komentowała dla naszego czasopisma nagrodzona twórczyni. Jej film dotyczy jednej z największych ekologicznych katastrof; akcja rozgrywa się w Uzbekistanie, na brzegu suchego Jeziora Aralskiego, zwanego

ZDJĘCIE: ARCHIWUM J.K.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Morzem Aralskim, kiedyś czwartego największego jeziora na świecie, które w wyniku ludzkiej głupoty zaczęło wysychać. „To, że jeziora czy morza wysychają, to się zdarza, ale to wyschło bardzo szybko, co spowodowali ludzie“ – mówi Joanna, która w filmie przygląda się ludziom, dotkniętym tą tragedią, walczącym o ludzką godność, borykającym się z problemami, spowodowanymi przez decydentów. Film Joanny trafił do słowackich kin w połowie października i był wyświetlany przed innym filmem, także nagrodzonym Slnkiem v sieti. Mowa o „Cenzorce“ Petra Kerekesa. Oba filmy nadal są pokazywane w słowackich kinach razem. „To nie Peter potrzebował mnie, ale ja jego i bardzo cieszę się, że mogłam mój film podłączyć pod jego dzieło, co było dla mnie dużym wyróżnieniem“ – ocenia Joasia. Podróż filmu Joanny po zagranicznych festiwa-

lach dopiero się zaczyna. Pierwszy taki pokaz na konkursie Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w ClermontFerrand przyniósł nagrodę Student Prize. O kolejnych festiwalach Asia nie bardzo może mówić, ponieważ ich organizatorzy zastrzegają

sobie prawo pierwszeństwa podania listy uczestników. Również polscy widzowie będą mogli obejrzeć film naszej rodaczki na różnych festiwalach. Joanna Kożuch nie pierwszy raz zdobyła prestiżową nagrodę Słowackiej Akademii Filmowej. Pierwsze Slnko v sieti zdobyła w 2014 r. za profesjonalny debiut, czyli za film „Fungopolis“. „Prawdą jest, że teraz pierwszy raz stanęłam na tym czerwonym dywanie, ponieważ wtedy na gali nie mogłam być obecna i nagrodę odebrał reżyser dźwięku“ – wspomina Joanna i dodaje, że czerwone dywany nie robią na niej wrażenia, bardziej stresował ją występ na scenie, kiedy odbierała nagrodę.

Obecnie Joasia pracuje nad krótkim 7-minutowym filmem animowanym, ponieważ realizacja innego zaplanowanego projektu, który miała realizować na Ukrainie, najpierw przerwała pandemia, a obecnie wojna. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Brawo nasi! Niesamowicie ciekawych ludzi przedstawiamy w tym numerze „Monitora“. Ta różnorodność jest bardzo atrakcyjna! Cieszą sukcesy naszych rodaków. Co tu dużo mówić - brawo Wy! Majowy numer otwiera artykuł na temat sukcesów Joasi Kożuch, twórczyni filmów animowanych, która właśnie zdobyła słowackiego Oscara za swój najnowszy film (str. 2). Z kolei narciarka Karolinka Frąckowiak została mistrzynią Słowacji juniorek w slalomie i slalomie gigancie (str. 13), a jej kuzynka Vera Beňová odnosi pierwsze sukcesy w jeździe konnej (str. 12). W Levicach zaś mieszka i tworzy fujary nasz rodak Zenon Kuraś (str. 17). Pochwalić się też możemy świetnymi przewodnikami po Bratysławie – Beatą Wojnarowską i Arkiem Kuglerem – którzy byli gośćmi spotkania z cyklu „Poznajmy się, proszę“ (relacja str. 10). Natomiast nasza rodaczka z Koszyc, Magda Smolińska Saenz, wymyśliła ciekawą formę zbiórki na rzecz Ukraińców (str. 14). A jak już jesteśmy przy temacie Ukrainy, to polecamy wywiad z naszym (naszym – bo posiadającym polskie pochodzenie) socjologiem Michalem Vašečką, który jak zawsze w bardzo ciekawy sposób porównuje Polaków i Słowaków, tym razem w kontekście wojny, stosunku do Rosji i w kontekście dezinformacji (str. 6). W rubryce sportowej zachwycamy się natomiast jedną z najlepszych polskich sportsmenek (str. 20). Oprócz tego tematy – jak na maj przystało – miłosne, poruszane w dwóch artykułach, przywołujących słowackie powiedzenie Máj lásky čas (‘maj – czas miłości’). Jeden z nich nawiązuje do Dnia Matki (str. 4), drugi zaś opisuje zwyczaj stawiania na Słowacji i w niektórych regionach Polski majów i wyrażania w ten sposób miłości do dziewczyny (str. 30). A jak mowa o maju to może zachęcimy Państwa do... ogrodnictwa, polecając ciekawą pozycję książkową (str. 22)? W rubryce „Kino-oko” przygotowaliśmy recenzję filmu Łukasza Grzegorzka „Moje wspaniałe życie” (str. 24), a w „Słowackich perełkach” zachęcamy do obejrzenia ciekawego wiaduktu kolejowego koło Telgartu (str. 25). Oczywiście to nie wszystko, ale jestem pewna, że każdy z Państwa znajdzie w naszej ofercie czytelniczej coś ciekawego dla siebie. Życzymy przyjemnej lektury! W imieniu redakcji

Matka, Mama, Maminka, Mam, Mati, Mamma, Mother, Mutter… 4 Z KRAJU

4

WYWIAD MIESIĄCA Z Michalem Vašečką o Rosji z perspektywy polskiej a słowackiej

6

Z NASZEGO PODWÓRKA

9

ROZMOWY Z NINĄ Moja COVID-owa historia

16

CO U NICH SŁYCHAĆ? Zarażony... miłością do fujar

17

OKIENKO JĘZYKOWE Na Słowacji czy w Słowacji? 19 SPORT Królowa Irena

20

CZUŁYM UCHEM Nie taki on Głupi

22

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Ogródek? Mówisz i masz!

22

KINO-OKO „Moje wspaniałe życie” – film Łukasza Grzegorzka, który naprawdę warto obejrzeć! 24 SŁOWACKIE PEREŁKI Wsiąść do pociągu NIE byle jakiego

25

KRZYŻÓWKA

26

RETROHITY Tylko dla dorosłych

27

Uniwersytet Morski w Gdyni zaprasza Słowaków na studia 28 OGŁOSZENIA

29

MY SŁOWIANIE Majem stawiać maje

30

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Mali wielcy odkrywcy

31

PIEKARNIK Zdrowy kusiciel

32

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Alina Kabele, Basia Kargul, Natalia Konicz-Hamada, Arkadiusz Kugler, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska TRENČÍN: Aleksandra Krcheň • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné • Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín • „Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorarów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie”. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013 Vydané 2. 5. 2022

MAJ 2022

3


Matka, Mama, Maminka, Mam, Mati, Mamma, Mother, Mutter… áj lásky čas (‘maj czas miłości’), jak mówią Słowacy, a zwłaszcza tej matczynej, bowiem to właśnie w maju przypada Dzień Matki, który na całym świecie najczęściej obchodzony jest właśnie w tym najbardziej wiosennym miesiącu. Aż w 77 państwach świata mamy świętują swój dzień w drugą niedzielę maja. I tak jest również na Słowacji, w Czechach czy w Ukrainie. Polska to jedyny kraj na świecie, w którym Dzień Matki obchodzony jest 26 maja, choć ciekawe, że w odrodzonej Polsce nie było ustalonej konkretnej daty tego święta. Data, którą znamy dziś, jest niezmienna od 1923 r., zaś pierwsze obchody Dnia Matki w ogóle odbyły się w Krakowie w 1914 r.

M

Od 24 lutego, kiedy to rozpoczęła się INWAZJA ROSJI NA UKRAINĘ, do Polski przybyło ponad 2,9 mln uchodźców z tego kraju. Część z nich udała się w dalszą podróż. Po uchwaleniu specjalnych ustaw pomocowych uchodźcy mogą otrzymać w Polsce numer PESEL skorzystało z tego już ponad 1 mln osób, zostali też objęci m.in. opieką zdrowotną, programem Rodzinny Kapitał Opiekuńczy, a także otrzymują świadczenie 500 plus. Blisko 185 tys. dzieci z Ukrainy zostało zapisanych do polskich szkół i przedszkoli. Według MSWiA w Polsce przebywa ok. 2 mln Ukraińców, z czego ok. 1,5-1,6 mln będzie chciało pozostać na dłużej. Niemal 100 tys. osób podjęło pracę na podstawie przepisów dla uchodźców wojennych. 7 kwietnia Sejm przyjął tzw. USTAWĘ SANKCYJNĄ, która umożliwi za4

Jeśli ktoś myśli, że święto to wymyślono tylko na potrzeby komercyjne, jest w błędzie, bowiem jego korzenie sięgają czasów starożytnych Greków i Rzymian, gdy kultem otaczano matki-boginie, symbole płodności i urodzaju. W XVII-wiecznej Anglii dzień ten obchodzony był w czwartą niedzielę postu jako „Niedziela u Matki”, kiedy to w kościołach z tej okazji odprawiano msze, a matki obdarowywano kwiatami i słodyczami, w zamian za otrzymane błogosławieństwo. Oficjalnie Dzień Matki w Europie zaczęto obchodzić dopiero w XX w., w wielu krajach dopiero po II wojnie światowej. Dzień ten jest szczególny dla wszystkich mam i ich dzieci, bo macierzyństwo to wspólna podróż przez ży-

cie, najciekawsza przygoda, wyzwanie, sztuka, strach, radość i smutek. Nie ma nic piękniejszego i bardziej wzruszającego niż uśmiech dziecka, które swoją mamę obdarowuje kwiatami,

mrażanie majątków osób i podmiotów wspierających Rosję. Ustawa zakazuje także używania i propagowania symboli wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Na pierwszej liście sankcyjnej znalazło się 50 pozycji; nazwiska rosyjskich oligarchów i podmiotów gospodarczych, w tym Gazprom, Kaspersky oraz Go Sport.

wrócili się plecami do Ukrainy, bardzo intensywnie wspólnie pomagamy Ukrainie i będziemy kontynuować współpracę w ramach tej pomocy, ponieważ uświadamiamy sobie, jak istotne jest w kontekście naszej historii, aby Ukraina pozostała wolnym, demokratycznym krajem“ - mówił z kolei Heger.

22 kwietnia w Drużbakach Wyżnych w kraju preszowskim na Słowacji odbyły się POLSKO-SŁOWACKIE KONSULTACJE międzyrządowe pod przewodnictwem premierów Mateusza Morawieckiego i Eduarda Hegera. Spotkanie było poświęcone głównie agresji Rosji na Ukrainę. „Głos Polski i Słowacji jest tym ważniejszy, im bardziej spójny. Dlatego z ogromną radością muszę zauważyć, że dzisiaj mówiliśmy w pełni jednym głosem o tym, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, o wyzwaniach strategicznych z tym związanych, a także o szansach na rozwój naszego subregionu, regionu karpackiego, ale także Europy Środkowej“ - oświadczył szef polskiego rządu. „I Polska, i Słowacja to sąsiedzi, przyjaciele, którzy nie od-

13 kwietnia prezydenci Polski, Estonii, Łotwy i Litwy – Andrzej Duda, Alar Karis, Egils Levits i Gitanas Nauseda – ODWIEDZILI KIJÓW, gdzie spotkali się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Odwiedzili też podkijowskie miejscowości Buczę, Borodziankę i Irpień, gdzie miały miejsce masowe zbrodnie wojsk rosyjskich na ukraińskiej ludności cywilnej. „Sprawcy zbrodni na cywilach w Ukrainie muszą zostać ukarani przez międzynarodowe trybunały” – oświadczył Andrzej Duda. 14 kwietnia Kijów odwiedził także MARSZAŁEK SENATU Tomasz Grodzki wraz z delegacją senatu Czech. Parlamentarzyści polscy i czescy również odwiedzili Borodziankę, Buczę i Irpień. „Jestem wstrzą-

śnięty tym, co zobaczyłem, to jest Golgota XXI w. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla haniebnej agresji Rosji na Ukrainę“ – mówił Tomasz Grodzki. 7 kwietnia w wieku 67 lat zmarł LUDWIK DORN, b. marszałek Sejmu, wicepremier, szef MSWiA. Był działaczem powstałego w 1976 r. Komitetu Obrony Robotników, współzałożycielem Prawa i Sprawiedliwości, wiceprezesem partii w latach 2001–2007. Ludwik Dorn został pochowany 13 kwietnia na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. W uznaniu dokonań dla Rzeczypospolitej prezydent Andrzej Duda odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego. 10 kwietnia odbyły się uroczyste obchody 12. rocznicy KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ. W przemówieniu przed Pałacem Prezydenckim lider PiS Jarosław Kaczyński wezwał całą wolną Europę do wielkiej mobilizacji w obronie Ukrainy, w obronie wolności. „Częścią tej obrony jest ostateczne, także w sensie personalnej odpowiedzialności, wyjaśnienie tej sprawy i postawienie wszystkich sprawMONITOR POLONIJNY


słodyczami czy własnoręcznie wykonaną laurką. Nikt nie kocha tak jak mama, która jest też najlepszą przyjaciółką, szczerym doradcą, największym fanem i najuczciwszym krytykiem. Najpiękniejsze w miłości matczynej jest to, że nie zna granic. Matka gotowa jest do największych poświeceń, a jej miłości nie trzeba zdobywać ani na nią zasługiwać. Józef Ignacy Kraszewski pisał: „Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta wraca - to miłość macierzyńska”. Z bólem serca obserwuję więc to, co dzieje się w Ukrainie, gdy ofiarami zbrodniczych działań pozbawionych wartości ludzi giną niewinni, zwłaszcza kobiety i dzieci, gdy dziesiątki ciał zastrzelonych osób leżą na ulicach, na chodnikach i w masowych grobach. Ktoś jechał rowerem, ktoś wyszedł z psem, ktoś chciał tylko kupić chleb... ców przed sądem. I to jest nasz cel. To jest cel, który musimy zrealizować“ – zaznaczył Kaczyński. 18 kwietnia w wieku 82 lat zmarł ANDRZEJ KORZYŃSKI, kompozytor, pianista, aranżer, autor muzyki filmowej. Był twórcą takich przebojów jak „Żółte kalendarze“, „Do łezki łezka“, „Szparka sekretarka“, oraz kompozytorem muzyki do filmu „Człowiek z marmuru“, „Człowiek z żelaza“, „Nie ma mocnych“, „Kochaj albo rzuć“, czy „Akademia pana Kleksa“. Przeboje Korzyńskiego śpiewali Niebiesko-Czarni, Czesław Niemen, Ada Rusowicz, Katarzyna Sobczyk i Piotr Szczepanik; komponował też dla zespołu Dwa Plus Jeden, Ireny Jarockiej, Maryli Rodowicz, Zdzisławy Sośnickiej i Violetty Villas. W 1983 r. wymyślił postać Franka Kimono, w którego wcielił się Piotr Fronczewski. 20 kwietnia w wieku 67 lat po długiej chorobie zmarła jedna z najlepszych polskich panczenistek w historii ERWINA RYŚ-FERENS. W dorobku miała aż osiemdziesiąt trzy tytuły mistrzyni Polski, ustanowiła pięćdziesiąt reMAJ 2022

Nie rozumiem i nie chcę zrozumieć łajdaków strzelających do bezbronnych, bestii gwałcących i zabijających kobiety na oczach swoich dzieci, zbrodniarzy walczących w rosyjskiej armii, którzy w podkijowskim Irpieniu rozstrzelali kobiety i dziewczęta, a potem przejechali czołgami po ich ciałach. Ukraińskie dzieci umierają każdego dnia. Tylko w ciągu około miesiąca na skutek działań wojsk rosyjskich zginęło co najmniej 176 dzieci, a 324 odniosło obrażenia. Do łez wzruszyła mnie ukraińska matka, poszukująca swojego 5-letniego synka Saszy, by w końcu odkryć bolesną prawdę. To niewyobrażalne cierpienie i rozpacz dla wszystkich matek, tracących swoje dzieci, swoich synów walczących za wolność, ale także matek żołnierzy, których zmanipulowano lub zmuszono do zabijania innych, bo „Ludzie to zawsze dzieci swoich ma-

tek.” /Maksym Gorki/ Dlatego wciąż zdumiewają mnie pełne nienawiści głosy, które stają w obronie agresora wygłaszające absurdalne i krzywdzące opinie. Mieszkające w Bratysławie ukraińskie matki wyraziły swój ból w niedzielę palmową, maszerując ulicami Starego Miasta. Na rękach niosły symboliczne lalki, przypominające martwe dzieci. Celem tej manifestacji było upamiętnienie aktów przemocy wobec ludności cywilnej ze strony rosyjskich okupantów na Ukrainie, w tym zwłaszcza dzieci. W tak szczególnym dniu, jakim jest Dzień Matki, podziękujmy wszystkim mamom za ich miłość, troskę, oddanie i trud włożony w wychowanie. Pomyślmy o nich ciepło i nie zapominajmy o tych, które uciekają ze swoimi dziećmi przed wojną. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

kordów kraju. Czterokrotnie reprezentowała Polskę w igrzyskach olimpijskich – w 1976 r. w Innsbrucku, w 1980 r. w Lake Placid, w 1984 r. w Sarajewie i w 1988 r. w Calgary. Zdobyła trzy brązowe medale mistrzostw świata – w 1978 r. w Lake Placid i w 1985 r. w Heerenveen w wieloboju sprinterskim oraz w 1988 r. w Skien w wieloboju.

10 pracowników; wszyscy zostali odnalezieni, ale żaden nie przeżył. „To był czarny tydzień dla polskiego górnictwa, dla Śląska i dla Polski“ – mówił premier Mateusz Morawiecki podczas wizyty w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu, odnosząc się do dwóch katastrof w dwóch kopalniach.

20 kwietnia w należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej kopalni PNIÓWEK w Pawłowicach doszło do dwóch wybuchów metanu. Dotąd potwierdzono śmierć 8 ofiar tej katastrofy – cztery osoby zginęły w kopalni, pozostałe w szpitalu. Siedmiu osób dotąd nie odnaleziono. W szpitalach znajduje się jeszcze kilkunastu poszkodowanych górników, w tym na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii.

23 kwietnia w Świątyni Opatrzności Bożej odbyły się uroczystości pogrzebowe KAROLINY KACZOROWSKIEj, małżonki ostatniego prezydenta II RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Ostatnia Pierwsza Dama II RP zmarła 21 sierpnia 2021 r. w Londynie. Spoczęła w Krypcie Wielkich Polaków obok swojego męża. Prezydent Andrzej Duda, który wziął udział w uroczystościach, mówił: „Mimo że wszyscy jesteśmy smutni, bo odeszła, chcę podkreślić, że z wielką radością przyjmuję, że jest tu dziś, że przybyła i tu pozostanie, aby Polacy mogli przychodzić i oddawać jej hołd. Jej i jej mężowi za ich piękne życie, za ich piękną służbę dla Polski“.

23 kwietnia ok. godz. 3.40. doszło do wstrząsu w kopalni ZOFIÓWKA. W jego rejonie było 52 pracowników, 42 wyszło o własnych siłach. Wstrząsowi towarzyszył wypływ metanu, nie doszło jednak do zapalenia ani wybuchu tego gazu. Poszukiwanych było

24 kwietnia IGA ŚWIĄTEK po raz drugi w karierze pokonała w finale WTA 500 w Stuttgarcie Arynę Sabalenkę. Polka wygrała swój czwarty turniej z rzędu i zaliczyła 23. kolejny mecz bez porażki. Poprzednie stulecie 35 zwycięstwami z rzędu zakończyła Amerykanka Venus Wiliams. 27 kwietnia Gazprom wstrzymał DOSTAWY GAZU do Polski. Według rosyjskiej spółki przyczyną jest odrzucenie przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) płatności za gaz w rublach. Premier Mateusz Morawiecki oświadczył w Sejmie, odnosząc się do tej decyzji, że to bezpośredni atak na Polskę, która pokazała, czym jest realne uderzenie w rosyjskich oligarchów. Nawiązał w ten sposób do ustawy sankcyjnej. Zapewnił jednocześnie, że Polska ma wystarczające zapasy gazu. Na pierwszej liście sankcyjnej znalazło się 50 pozycji – są wśród nich nazwiska rosyjskich oligarchów i podmiotów gospodarczych, w tym Gazprom. MP

5


Z Michalem Vašečką o Rosji z perspektywy polskiej a słowackiej laczego Polacy inaczej postrzegają Rosjan niż Słowacy? Jak działają media dezinformacyjne i na jaki podatny grunt natrafiają? Dlaczego nie odnoszą takich sukcesów na przykład w Szwecji? Co to jest konsensus ekspercki? Dlaczego krytyczne myślenie jest tak ważne? Na jaką wędkę Kreml nie złapał Polski? O tym i wielu innych sprawach rozmawialiśmy ze słowackim socjologiem Michalem Vašečką, który ma polskie korzenie.

D

Bycie Polakiem na Słowacji już jest bardziej trendy niż dziesięć lat temu? Tego nie wiem. Nawiązuję do naszej ubiegłorocznej rozmowy przed spisem ludności. Według pierwszych danych widzimy, że polska mniejszość wzrosła o 687 osób. Jak to interpretujesz? Podejrzewam, że te liczby wzrosły ze względu na migrację. Sporo osób podejmuje tu pracę, Polacy tu się żenią, Polki wychodzą za mąż. Możemy też zadać pytanie, czy Polska jest bardziej trendy w oczach Słowaków? Jest? Tak, coraz więcej ludzi odwiedza Polskę i to nie tylko Kraków. Odkrywają, że Polska ma wiele twarzy. Oba kraje są połączone różnymi projektami na płaszczyźnie naukowej i kulturalnej w ramach współpracy Grupy Wyszehradzkiej. Co ciekawe, Polska bardziej jest teraz związana ze Słowacją niż z Litwą, co jest paradoksem historycznym. Jest też studnią inspiracji dla słowackich konserwatystów, o czym mówię z uśmiechem, ponieważ ja do nich nie należę. Na przykład program wsparcia dla rodzin, który teraz przygotował Igor Matovič (minister finansów - przyp. od red.) 6

z Milanem Krajniakiem (minister pracy, spraw socjalnych i rodziny przyp. od red.) jest w znacznej mierze kopią tego, co sześć lat temu przygotowało Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Słowackie feministki przyglądają się polskim, które bronią się przed ograniczeniami, wprowadzonymi przez PiS. To wszystko świadczy o tym, że znamy się bardziej niż kiedyś i inspirujemy. Jest tylko jeszcze pewna sprawa, która ciąży. Chodzi o polskie artykuły spożywcze, które nadal na Słowacji są krytykowane za złą jakość. To ostatni stereotyp, który tu pokutuje, którego nie potrafię wyjaśnić. Nie wiem, jak przekonać Słowaków, że w Polsce nie sprzedają złej jakości jedzenia. A co przyciąga Polaków na Słowację? Niektórych przyciągają góry. Andrzej Stasiuk, który jest zakochany w Słowacji, opisywał ją, porównując polskie ciemne lasy z jaśniejszymi słowackimi, gdzie dociera więcej słońca, gdzie uprawia się winorośle, pije wino. Wielu to docenia. Polacy polubili ten zgrabny, mały kraj, taki akurat, żeby go poznać w ciągu kilku dni.

Z drugiej strony Słowacja jest wciąż mało znana. Dla niektórych to kilka wsi Spisza i Orawy. A jak interpretujesz dane, które mówią, że 3821 osób zaznaczyło język polski jako ojczysty, choć narodowość polską deklaruje 3771 osób? Jedna grupa to migranci, jak na przykład moja mama, która tu mieszka około 50 lat i nadal posiada polskie obywatelstwo. Takich osób jest tu sporo. Druga grupa to autochtoni. Niektórzy z nich używają języka polskiego, ale nie czują się Polakami. Inni - odwrotnie. W niektórych przypadkach język, którym się posługują, nie jest słowackim, ale też odbiega od polskiego. To jest ciekawe zagadnienie. Ilu ich jest? Niektórzy z nich określają siebie jako górali. Tożsamość jest w ogóle bardzo ciekawym tematem, nie można tożsamości ludziom narzucać czy wybijać z głowy. Każda manipulacja z tożsamością powinna być sygnałem alarmowym. Obserwujesz teraz coś takiego? Nie, ale obawiam się, że niektóre historyczne tematy mogłyby nas poróżnić. Na przykład historia 14 gmin na Spiszu i 12 na Orawie, które należały do Węgier, po 1920 znalazło się w Polsce. Potem faszystowskie państwo słowackie odebrało je, ale po 1945 r. te gminy znów wróciły do Polski. To temat, który może w jakiś sposób naruszać relacje polsko - słowackie. Całkiem niedawno na pewnym seminarium, gdzie się spotkali historycy, dyskutowano na temat członka Armii Krajowej Ognia (Józef Kuraś, pseudonim Ogień - przyp. od red.), który w roku 1944 i 1945 zabił kilku Słowaków. Argumentacja z jednej strony mówi: zabił parę osób, ale to byli faszyści. Słowacy argumentują, że ci ludzie byli zabijani ze względu na pochodzenie etniczne. Na tym przykładzie widać, że to głębszy problem. Takie rzeczy wypływają a to znaczy, że gdzieś sobie drzemią.

Polacy polubili ten zgrabny, mały kraj, taki akurat, żeby go poznać w ciągu kilku dni. MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Takie tematy mogą podłapać ekstremiści, których w Europie nie brakuje. Przejdźmy więc do problemu wojny na Ukrainie i jej postrzegania w Polsce i na Słowacji. Polacy nie mają problemu ze wskazaniem, kto jest agresorem, ale część Słowaków usprawiedliwia Rosję. Dlaczego? Słowacy, w odróżnieniu od Polaków, do 1944 r. nie mieli kontaktów z Rosjanami. Jedyne kontakty, na które możemy się powołać, to takie, że Tołstoj miał lekarza ze Słowacji, z kolei Beniowski obok Polaków walczył

z Rosjanami, a potem przez Rosję dostał się do Madagaskaru, gdzie został królem. Słowacy dzięki Czechom mają głęboko zakorzeniony panslawizm, który szerzono w połowie XIX w. Z tym, że Czesi szybko zaczęli się z niego wycofywać, szczególnie po tym, jak czescy intelektualiści zaczęli odwiedzać Rosję. Takim przykładem jest Karel Havlíček Borovský (czeski dziennikarz, satyryk, polityk i tłumacz - przyp. od red.), który najpierw mówił pięknie o Rosji, ale po powrocie z tego kraju, zupełnie zmienił poglądy i uznał te wcześniejsze za pomyłkę. Wtedy Czesi wynaleźli inny termin: austroslawizm, uznając, że Słowianie powinni się połączyć w ramach monarchii. Słowacy to odrzucili? To na Słowację nie dotarło, a tacy ludzie jak Vajanský (poeta, pisarz, publicysta, słowacki działacz narodowy i polityk - przyp. od red.) i wielu, wielu innych cały czas promowali współpracę z Rosją. To znaczy, że zbyt rzadko jeździli do Rosji? Oni nie jeździli tam wcale. Vajanský zapuścił sobie długaśną brodę, żeby wyglądał jak Rosjanin. To nawoływanie do współistnienia z Rosją to część składowa słowackiej literatury romantycznej. A trzeba dodać, że słowaccy luteranie i katolicy w tamtym czasie byli bardzo konserwatywni, w Zachodzie widzieli jakąś dekadencję, czyli dokładnie to, co słyszymy od konserwatystów także dziś – 200 lat później! Nie uświadamiamy sobie tego, że tym przesiąkamy w szkołach, kiedy przerabiamy materiał dotyczący budzenia się słowackiej tożsamości narodowej. To wystarczy, by dziś zachwycać się Rosją? Mniej wykształceni Słowacy mają skłonność do autorytaryzmu. Im odpowiada autorytaryzm Putina,

MAJ 2022

Mniej wykształceni Słowacy mają skłonność do autorytaryzmu. wręcz ich pociąga. Co ciekawe, zwracałem na to uwagę, że przed atakiem Rosji na Ukrainę, Putin, według badań przeprowadzonych przez Globsec, był na Słowacji popularniejszy niż w Rosji! To oznacza, że część Słowaków chce mieć lidera zdecydowanego, rządzącego silną ręką, jakby uważali, że tu panuje zbytnia demokracja. Tacy ludzie demokrację interpretują jako anarchię. Im się podoba, że taki Putin przychodzi i wali pięścią w stół. Mamy się bać? Tak. Ta część społeczności, czyli 20 - 25 procent populacji słowackiej, otwarcie mówi, że jest przeciw demokracji. To nie jest mało. W Polsce takich ludzi jest dużo mniej. A skąd bierze się nienawiść względem Ameryki, którą niektórzy Słowacy obarczają winą za wojnę na Ukrainie? To wynik trollingu i dezinformacji. Podobnie było także podczas komunizmu. W Polsce w latach 80. nie spotkałem nikogo, kto by wrogo odbierał Amerykanów, a wręcz przeciwnie, mimo że narracja komunistycznego państwa była względem USA i Zachodu wroga. Tu było inaczej, to zniechęcanie względem Ameryki padało na bardziej podatny grunt. Nawet taka pogarda względem Amerykanów, że jedzą bez używania sztućców, że nie mają smacznego jedzenia – to wszystko buduje pewien obraz narodu, którym łatwiej jest gardzić. Do tego praca mediów dezinformacyjnych, które przypisują winę za całe zło Amerykanom, Żydom, a nawet kosmitom! Słowację opanowały bardzo mocno takie media, jak na przykład Hlavné správy, które miały zasięg na poziomie najbardziej poczytnych dzienników. Od czasu wybuchu wojny na Ukrainie, zostały one zawieszone, ale kto wie do kiedy. A taka na przykład Szwecja to kraj, gdzie dezinfomedia nie zapuściły korzeni. Coś takiego, jak wspominane Hlavné správy, byłoby zupełnie marginesowe. 7


Czym kierują się Szwedzi, a czego brakuje tutaj, że potrafią odróżnić, co jest prawdziwą wiadomością, a co fejkiem? Kluczowa jest umiejętność krytycznego myślenia. Zadawanie sobie pytań i odpowiadania na nie. Zawsze zadaję sobie pytanie, które zadają dezinformatorzy. Na przykład, widząc, to co stało się w Buczy, pytałem sam siebie, czy to możliwe, żeby coś takiego miało miejsce, czy może ktoś chce mnie okłamać? Potem sobie odpowiedziałem: nie, nikt mnie nie chce okłamać. Jest dostatecznie dużo dowodów na to, że ta masakra, wręcz ludobójstwo, miało tam miejsce i nie da się tego puścić w niepamięć. Zadawanie sobie takich pytań nie jest niczym złym. Problemem jest, czy ludzie sobie je zadają i czy potrafią na nie odpowiedzieć. Bo kierować się wpisem Jožka na Facebooku, materiałem BBC, CNN czy publicznego radia RTVS to nie jest to samo. Ale kolega Jožka może argumentować, że on też powołuje się na jakiegoś fachowca.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

8

Polska nie dała się złapać na wędkę Kremla. I tu dochodzimy do pewnego pojęcia, które zapewne działa w Szwecji: konsensus ekspercki. Media dezinformacyjne powołują się na jednego człowieka, który może być fachowcem w danej dziedzinie, a który mówi coś innego niż 99 procent ekspertów. Dlatego zawsze trzeba obserwować konsensus ekspertów. Owszem, nad głosem tego jednego można się zastanowić, ale my jako nieeksperci w danej dziedzinie powinniśmy się kierować głosem większości ekspertów. To, że Polacy wiedzą, że agresorem jest Rosja putinowska, już powiedzieliśmy, ale mam wrażenie, że dezinformacje działające w Polsce starają się wyciągać mroczne dzieje z historii Ukrainy, kiedy działali banderowcy, by Polaków zniechęcić do Ukraińców. Obserwujesz coś podobnego na Słowacji? To jest ciekawe, że banderowcy jak na razie nie byli aż tak bardzo wykorzystywani w zniechęcaniu Słowaków do Ukraińców, a trzeba przyznać, że z tamtych czasów wspomnienia we wschodniej Słowacji są bardzo złe. Być może tu wystarczy kontynuowanie proputinowskiej narracji? Co konkretnie masz na myśli? W Polsce nikt by się nie odważył powątpiewać w istnienie narodu ukraińskiego, ale putinowska narracja zakłada, że taki naród nie istnieje. W ten sposób odbiera się prawo do tego, by ktoś istniał. To właśnie otwiera drzwi do brutalności. Tego nigdy nie było w Polsce. A na Słowacji ta narracja jest obecna, niektórzy ją przyjmują. I to mnie dziwi, tym bardziej, że Słowacy są najmłodszym narodem w Euro-

pie! Sami słuchali latami powątpiewające głosy o tym, że istnieje jakiś naród słowacki. To świadczy o brakach w wykształceniu, braku zupełnie elementarnych podstaw wiedzy historycznej, nie tylko tej ukraińskiej, ale i rodzimej. Jak powinniśmy reagować, kiedy słyszymy proputinowską narrację w ustach naszych znajomych? To trudne pytanie. Nie chcę szerzyć nienawiści, zwątpienia, ale po tym, jak wybuchła wojna, muszę wypowiedzieć się ostrzej niż przedtem. Ja dziś w to, co przychodzi z Kremla, nie wierzę. Czasami Kreml powie prawdę, ale ja mu nie wierzę po tych wszystkich kłamstwach, które wypowiadali jego przedstawiciele do tej pory. Jestem ostrożny co do informacji stamtąd płynących. Dziś trzeba sobie uświadomić, po której stronie stoimy. Doszliśmy do takiego stadium, gdzie była Polska i Polacy w 1939 r. Teraz trzeba się opowiedzieć, po której jest się stronie. Nie ma trzeciej drogi! Koniec z żartami typu: jestem za a nawet przeciw. To jest zbyt poważna sprawa. Być po stronie Kremla to kolaboracja. Nie mówię o Rosji jako takiej, ale o putinowskim reżimie. Jak się skończy ta wojna? Uff, tego nie wiem. Nikt tego nie wie. Ale trzeba powiedzieć o pozytywnych aspektach, które teraz zobaczyliśmy. Oba nasze kraje się zaangażowały w pomoc Ukrainie. Nie pozwoliliśmy się wciągnąć w imperialistyczne gry Rosji. Kreml całe lata prowokuje Polskę brudną grą, oferując Lwów, poprzez podział Ukrainy. Obranowi też zapewne proponowano jakiś łup? Tak, ale tam, niestety, częściowo to wszystko pada na urodzajną glebę. A przecież w Polsce z pewnością niektórym zaszklą się oczy, kiedy zacznie się mówić o Lwowie, co jest zupełnie zrozumiałe. Jednak oficjalna polityka jest niezmienna, bez względu na to, kto tam stoi u steru. Polska nie dała się złapać na wędkę Kremla. I mocno wierzę w to, że nikomu to nie przyjdzie do głowy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Wielkanocna atmosfera ielkanocne tradycje jako temat zajęć dla przedszkolaków? Dlaczego nie! Nie trzeba czekać, aż maluchy podrosną, by wyjaśnić im sens Wielkanocy, opisać zwyczaje czy symbole z nią związane, które same mogą zobaczyć i odczuć na własnej skórze. Bo przecież Wielkanoc to dla dzieci czas radości i zabawy, czas śmigusa-dyngusa, malowania pisanek, szukania niespodzianek i czekoladowych jajek.

W

Ale ponieważ święta to nie tylko przyjemności, ale także obowiązki, więc maluchy z żylińskiego przedszkola zostały uczulone na to, by włączały się w świąteczne przygotowania, pomagały rodzicom czy dziadkom w pracach domowych i tworzeniu dekoracji wielkanocnych.

w Polskim Przedszkolu w Żylinie

Rozmowy na ten temat stały się preludium do kwietniowych zajęć w niedzielnym Polskim Przedszkolu w Żylinie, które odbyły się jeszcze przed Wielkanocą, a które przygotowała prezes stowarzyszenia „Bonita” Silvia Subiak Wtoreková. W ich ramach maluchy przygotowały wielkanocne pisanki, wykonały zajączki z kubków jednorazowych, kurki z łyżek plastykowych oraz baranki z futerkiem z waty i papieru. I jak to już bywa w zwyczaju tego przedszkola, wszystkiemu towarzyszyła degustacja wspaniałych smakołyków wielkanocnych, które przygotowały mamy dzieci.

Stoły wręcz uginały się i kusiły nie tylko maluchów, ale i dorosłych. Wśród znajdujących się na stołach frykasów nie zabrakło pieczonego na słodko baranka, zajączka w ko-

lorach polskiej flagi, pasty jajecznej, słowackiej sałatki ziemniaczanej, kanapek z jajek, ciasta czekoladowego, chałki, czekoladowych baranków i jajek. Wcześniej oczywiście wielkanocnymi ozdobami – króliczkami, zajączkami, kurczaczkami i kwiatami – udekorowano salę, co dało niesamowity efekt i wszyscy czuli się jak podczas prawdziwych rodzinnych świąt! Tego dnia świętowano także urodziny jednego z podopiecznych. Sześciolatek usłyszał gromkie „Sto lat“, które zaśpiewały mu wszystkie dzieci. Ostatnim etapem przed-

świątecznego spotkania była wizyta księdza, który wszystkim zebranym udzielił błogosławieństwa i życzył zdrowych i wesołych świąt wielkanocnych. RED.

ZDJĘCIA: SILVIA SUBIAK WTOREKOVÁ

MAJ 2022

9


minał. Potem, kiedy dojrzewająca myśl o zmianie miejsca pracy i zamieszkania nie dawała mu spokoju, podjął decyzję, że opuści swój Śląsk i spróbuje szczęścia nad Dunajem.

Zwiedzanie ideologiczne

Zakochani w Bratysławie,

CZYLI SPOTKANIE Z POLSKIMI PRZEWODNIKAMI idujemy ich na ulicach Bratysławy w otoczeniu turystów. Niektórzy z wiatraczkami, inni z parasolkami, megafonami czy mikrofonami. Kto to taki? Przewodnicy po mieście. Wśród nich także ci polscy, którzy

W

oprowadzają turystów z naszego kraju. Co interesuje przeciętnego Kowalskiego w Bratysławie? Jakie problemy napotykają przewodnicy w swojej pracy? O tym i wielu innych sprawach mogli się dowiedzieć uczestnicy kolejnego odcinka cyklu „Poznajmy się, proszę“.

tak dobiera gości i tematy rozmów z nimi, by przedstawić ciekawe profesje, wykonywane przez naszych rodaków mieszkających na Słowacji lub Słowaków polskiego pochodzenia. Tym razem, 26 kwietnia, w Instytucie Polskim, który jest partnerem wydarzenia, miejsca zajęli miłośnicy Bratysławy. Bowiem by opowiadać i oprowadzać po mieście, trzeba się w nim zakochać. Tak przynajmniej twierdził Arkadiusz Kugler, jeden z gości, którego do Bratysławy przyciągnęła miłość do tego miasta. „Byłem tu po raz pierwszy jakieś 15 lat temu, wracając z Budapesztu. Była piękna pogoda i miasto mnie oczarowało“ – wspo-

Z kolei drugi gość, Beata Wojnarowska, pochodząca z Mielca, Bratysławę odwiedziła po raz pierwszy na początku lat 80. ubiegłego wieku. Była wtedy jeszcze dzieckiem i przyjechała w odwiedziny do zaprzyjaźnionej rodziny. Potem tu założyła swoją własną rodzinę i postanowiła zgłosić się na kurs przewodników po Bratysławie. „To był kurs zdominowany informacjami ideologiczno-politycznymi. Za przewodnikami często chodzili kontrolerzy, przysłuchując się wykładom, które miały chwalić socjalizm“ – wspominała Beata. Prawdopodobnie dlatego tak niechętnie odwiedza Slavín, miejsce pochówku żołnierzy radzieckich, które w dawnych czasach było miejscem obowiązkowym wszystkich wycieczek.

Modrý kostol nie po drodze Żeby stać się przewodnikiem, należy skończyć specjalny kilkumiesięczny kurs, który kończy się trudnym ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Z miłości Cykl „Poznajmy się, proszę“ prowadzi w ramach działań Klubu Polskiego Małgorzata Wojcieszyńska, która 10

MONITOR POLONIJNY


egzaminem. „Kiedy podchodziłam do takiego egzaminu w latach 80., było bardzo mało polskich przewodników, więc komisja patrzyła na mnie bardzo przychylnie“ – wspominała Beata. Obecnie też nie ma ich zbyt dużo. „My sobie pomagamy, wspieramy się wzajemnie, polecamy sobie klientów“ – mówił Arek. Oboje zgodnie twierdzą, że klasyczne zwiedzanie Bratysławy to najczęściej trzy- lub czterogodzinny spacer po historycznym centrum. „Bardzo żałuję, że Polacy zwykle decydują się tylko na centrum, bo Bratysława jest bardzo urokliwa także poza nim, a jednym z moich ulubionych miejsc jest Horský park“ – mówił Arek. Z kolei Beata ubolewa, że polskim turystom szkoda kolejnej godziny, by przejść kilkaset metrów dalej i obejrzeć Modrý kostol (niebieski kościół), który jest wizytówką miasta.

Niefrasobliwi turyści „Żeby móc wykonywać ten zawód, trzeba bardzo lubić ludzi“ – przekonywała Beata, która z dziwnym uśmiechem wspominała niektórych niefrasobliwych turystów. Oboje przewodnicy mówili też o takich gościach miasta, którzy zadają nieoczekiwane pytania. „Obecnie nie ma problemu, ponieważ jesteśmy w stanie w bardzo szybkim czasie sprawdzić dane w Internecie i odpowiedzieć na większość pytań, którymi czasami zaskakują nas turyści“ – opisywał Arek. Z kolei Beata żaliła się na uciążliwych klientów, na przykład polityków, którzy czasami do ostatniej chwili zmieniają trasy wycieczek lub zadają kłopotliwe pytania.

a godne polecenia przez gości. Padały też pytania o polonika, o polskie ślady w Bratysławie czy lokale, w których można dobrze zjeść. Bonusem wieczoru był występ młodych muzyków: wokalistki Magdalény Šimkovej, klawiszowca Františka Furmana i gitarzysty Martina Petruša, których na cajonie wspierał Arkadiusz Kugler. Pięknie grali! To był bardzo atrakcyjny wieczór, pełen humoru, ciekawych informacji – nie zdradzimy ich wszystkich, niech obecni podczas tego wieczoru goście mogą czuć się wyjątkowo, dowiedziawszy się wielu ciekawostek. Całości dopełniała atmosfera iście kawiarniana – po długich miesiącach pandemii goście wreszcie mogli siedzieć przy stolikach, przegryzając słone czy słodkie przekąski i popijając dobre wino. Tak nastrojeni zapewne z radością będą kroczyć ulicami Bratysławy i przyglądać się polecanym przez polskich przewodników RED. zakątkom.

Bonusy Bratysława wreszcie zauważana Jak reagują Polacy na Bratysławę? „Często są rozczarowani widokiem z Bratysławskiego zamku, skąd widać blokowisko, czyli Petržalkę, ale najczęściej pokazuję im drugą stronę medalu, czyli jaki wspaniały widok mają mieszkańcy tej dzielnicy“ – opisywał przewodnik. Jego koleżanka widzi duży postęp w zainteresowaniu Bratysławą, która kiedyś była traktowana po macoszemu, często służyła tylko jako baza noclegowa i wypadowa do Wiednia czy Budapesztu. „Cieszy mnie to, że Polacy chcą tu spędzać coraz więcej czasu i że chwalą Bratysławę właśnie za to, że nie jest zbyt duża i czasochłonna, jak sąsiednie stolice“ – wyjaśniała.

MAJ 2022

Ciekawe pytania padały też z publiczności, których interesowały miejsca nieoczywiste, mniej znane,

Projekt realizowany we współpracy z Ins t ytutem Polskim w Brat ysławie, z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych

11


bliżamy się do miejscowości Liptovská Sielnica, gdzie trenuje 10-letnia Vera Beňová, wnuczka naszego rodaka Tadeusza Frąckowiaka. Dziewczynka już od czwartego roku życia jeździ konno. Po treningu porozmawiamy z nią i jej mamą o tym, jak wygląda życie dziecka, które swój wolny czas spędza w hali treningowej lub w stajni. Przed halą treningową czeka na nas Magdalena Beňo, czyli mama Very. „Zanim otworzymy drzwi, musimy zagwizdać i na umówiony znak wejść do środka“ – mówi. Dopiero później dowiaduję się od Very, że na otwarcie drzwi trzeba uzyskać zgodę kogoś, kto jest w środku z końmi, by ich nie spłoszyć. „Rażące światło czy niespodziewany odgłos otwieranych drzwi może wypłoszyć konia lub go zdenerwować do tego stopnia, że np. stanie dęba, więc to trenerzy decydują, kiedy ktoś z zewnątrz może wejść do środka“ – wyjaśnia dziewczynka.

Z

Koń zamiast telefonu? Będąc już w hali, gdzie światło jest trochę przyciemnione, obserwujemy Verę, jak pewnie siedzi w siodle. Oprócz niej trenują tu w niedzielne przedpołudnie starsi od niej, ale to ARCHIWUM RODZINNE

12

Miłość do koni

70 cm na piątym miejscu, a skacząc na wysokość 80 cm, zajęła trzecie miejsce spomiędzy 20 dżokejów w różnym wieku! Vera ma duże szanse na rozwinięcie swoich umiejętności, gdyż właśnie niedawno dostała się pod opiekę bardzo dobrej trenerki Tanii Hatalovej, która ma na swoim koncie mnóstwo sukcesów, m.in. mistrzostwo Słowacji juniorek w 2015 i 2017 roku, w 2019 i w 2020 roku natomiast zdobyła tytuł Mistrzyni Słowacji w kategorii młodych koni.

silniejsza od bólu po upadku jej w ogóle nie zraża. „Zakochałam się w koniach, one są takie piękne i eleganckie!“ – zachwyca się. Dziesięciolatka każdego dnia spędza kilka godzin, troszcząc się o konia, pielęgnując go, szczotkując, karmiąc, siodłając, czyszcząc mu kopyta, przygotowując jedzenie. Była też świadkiem, kiedy konia podkuwano i kiedy sprawdzano jego uzębienie. „Koń wie, że jestem jego przyjaciółką, dam mu siana, nowej ściółki i widzę,

że jest zadowolony“ – opisuje Vera. Większość jej rówieśników wolny czas spędza przed ekranem komórki. „Ja też czasami zaglądam do telefonu, ale jednak kontakt z żywym zwierzęciem jest nieporównywalnie bardziej fascynujący! U mnie koń ma pierwszeństwo“ – dodaje.

Przeszkody Vera trenuje co najmniej dwa razy w tygodniu. „Pod okiem mojej trenerki przeskakujemy już 100-centymetrowe przeszkody!“ – chwali się dziewczynka. Jej cel to najpierw 130 cm, później 160 cm. Przy okazji dowiaduję się, że niektóre konie potrafią pokonać nawet dwa metry! Pierwsze zawody na Liptowie pod koniec kwietnia już za Verą. Podczas nich uplasowała się w skokach na wysokość

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Koń w prezencie Państwo Beňovie, widząc, że to nie tylko chwilowy kaprys dziecka, ale prawdziwa fascynacja, postanowili zainwestować w talent córki i na pierwsze okrągłe urodziny kupić jej konia. „Wiedzieli, że to moje największe marzenie, mówiłam im o tym już od dłuższego czasu, przy każdej okazji“ – opisuje Vera. Taki zakup to spora inwestycja, a także wyzwanie, bo koń, którego ujeżdża dziecko, musi spełniać sporo wymogów. „Zwykłego konia trzeba ujeżdżać, uczyć, żeby skakał, ale ten dla dzieci MONITOR POLONIJNY


musi mieć doświadczenie w skakaniu przez przeszkody i nie może być hiperaktywny“ – wyjaśnia Magdalena i dodaje, że takie konie są droższe i kosztują od 5 do 50 tysięcy euro.

Koń z warkoczykami Jesteśmy świadkami, jak Vera śmiało podchodzi ze swoim koniem do przeszkód i je pokonuje. Młoda jeźdźczyni i jej koń prezentują się doskonale! Jeszcze potem dopytuję, dlaczego koń ma osłonięte uszy. Dziewczynka wyjaśnia, że latem ta osłona chroni konia przed muchami czy słońcem. Jest to też ozdoba i w tym momencie uświadamiam sobie, że Vera z pewnością obserwuje modę, ale tę dla koni i dla osób z nimi związanymi. Ona sama na przykład jest ubrana w specjalną marynarkę, która z białym przylegającymi spodniami tworzy komplet prawdziwego jeźdźca. „Na zawody nie tylko jeźdźcy ubierają się w eleganckie stroje, ale stroimy też konie, na przykład zaplatamy im warkoczyki lub wiążemy kokardy“ – opisuje dziewczynka.

Szczególna więź Vera każdego dnia dojeżdża kilka kilometrów do swojego konika. „Raz byli-

śmy z rodzicami dwa dni na wyjeździe i było mi bardzo smutno, że nie mogłam być razem z moim koniem, że go tyle czasu nie widziałam“ – żali się dziewczynka. Kiedy dopytuję, czy już jej się zdarzyło spaść z konia, potwierdza. Na szczęście nie były to jakieś bardzo ciężkie upadki. „Przy niektórych upadkach płakałam, bo mnie to bolało, ale nie gniewam się za to na mojego konia, tylko na siebie, że coś zrobiłam nie tak“ – wyjaśnia.

Karolina Frąckowiak

mistrzynią Słowacji juniorek K

onsekwentnie realizuje swoje marzenia. Przez cały sezon zimowy brała aktywny udział w różnych zawodach narciarskich, osiągając bardzo dobre wyniki. „Moim największym sukcesem tego sezonu były ostatnie zawody, podczas których zostałam mistrzynią Słowacji juniorek w slalomie i slalomie gigancie“ – powiedziała dla „Monitora Polonijnego“ młoda sportsmenka. Dodała, że cieszy ją także udział i osiągnięte wyniki w zawodach w Pfelders, gdzie zajęła 15. miejsce w slalomie. Tam zetknęła się z bardzo dużą konkurencją, co też jest cennym doświadczeniem „Moim największym marzeniem jest udział w olimpiadzie, ale do niej prowadzi długa droga. Chciałabym więc zdobywać punkty w pucharze europejskim“ – mówiła. Przyjaźń z koniem to szczególna więź. Nie każdy człowiek może czegoś takiego doświadczyć, nie każdy ma do tego dar. Jestem przekonana, że w przypadku Very ta symbioza z koniem zaowocuje nie tylko dobrymi wynikami na zawodach, ale fascynującą relacją z przyrodą. Taką, która wpłynie na całe jej życie. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, Liptovská Sielnica

ZDJĘCIA: ARCHIWMUM K.F.

Mocno więc trzymamy za nią kciuki. I choć siedemnastoletnia Karolinka startuje jako reprezentantka Słowacji, my wiemy, że krąży w niej polska krew (jej dziadek Tadeusz Frąckowiak jest Polakiem), co nastolatka często podkreśla. A o czym jeszcze marzy? Jak każda nastolatka ma także inne, niesportowe marzenia, np. chciałaby pojechać do Nowego Jorku. Za dwa lata będzie zdawać maturę i decydować o swojej zawodowej przyszłości, którą wiąże oczywiście z narciarstwem. Ale to chciałaby połączyć ze studiami ekonomii i marketingu, najlepiej w Stanach Zjednoczonych. Trzymamy kciuki za naszą sportsmenkę! RED. 13


poprzednim numerze „Moni to ra“ przedstawiliśmy historie niektórych naszych rodaków pomagających na Słowacji uchodźcom z Ukrainy. W tym wraz z naszą rodaczką z Koszyc Magdaleną Smolińską-Saenz chcemy zachęcić do udziału w zbiórce na rzecz Ukrainy, w której można wygrać atrakcyjne nagrody. Losowanie odbędzie się podczas imprezy Klubu Polskiego w Kočovcach w pierwszy weekend czerwca.

W

Zaczęło się od pierogów

ó ł t ż y a o n k i s o e ł i b e i N w kolorach niebiesko-żółtych, zdobiący opakowania z pierogami. Co to za anioł?

Pod skrzydłami anioła

NEK : TAN

Niebiesko-żółty anioł wisi w kuchni państwa Saenz. Niebawem będzie oprawiony w specjalne ramy. „To jeden z najcenniejszych obrazów, jakie mam w domu“ – zdradza Magda i rozpoczyna swoją opowieść. „W naszym domu mam jeden pokój, w którym pracuję. Stoi tam też wolne łóżko, więc to właśnie tam sypiają nasi goście“ – opisuje. Po wybuchu wojny w Ukrainie moja rozmówczyni zdecydowała się zaoferować ten pokój uciekającym przed

R Y SU

„Mam pewien pomysł, musimy się zdzwonić“ – sygnalizowała jakiś czas temu Magda. Pomysł dojrzewał, kiełkował. Rozmawiała o nim z mamą i ta szybciej rozpoczęła działania. „Niedaleko pada jabłko od jabłoni! Moja mama jest bardzo przedsiębiorczą osobą, dlatego mój pomysł szybko zaczęła wcielać w życie“ – wspomina moja rozmówczyni. O co chodzi? Okazuje się, że w rodzinne strony Magdy, czyli do Milicza i okolic, przybyło około 500 kobiet z Ukrainy. Mama naszej bohaterki, kiedyś radna pewnej gminy, szybko zaangażowała się w pomoc i wymyśliła, żeby gościom z Ukrainy udostępnić miejscową świetlicę. Tam Ukrainki robiły przepyszne pierogi, pakowały je, a potem sprzedawały po niedzielnej mszy przed kościołem w Miliczu. W ciągu jednego przedpołudnia sprzedały ich dwa i pół tysiąca, w ten sposób zyskując środki finansowe na życie. „Pomocnikiem“ był... anioł

wojną Ukraińcom jako miejsce noclegu i odpoczynku przed dalszą drogą. „Nocowali tu ci, którzy jechali dalej na zaproszenie znajomych“ – opisuje. Chęć zakwaterowania kogoś zgłosili księdzu, który o problemie uchodźców mówił na mszy. W ich parafii schronienie znalazło wielu ludzi.

O IA K N VALE KO

„Ksiądz kwateruje potrzebujących na poddaszu, a ja sobie pomyślałam, że chorym lub starszym ludziom pewnie ciężko jest tam się wspinać, 14

MONITOR POLONIJNY


kogoś. Na obrazku widnieje też dedykacja dla naszej rodaczki z datą 14 marca. „Wtedy pomyślałam, że ten anioł może chronić nie tylko mnie i nasz dom, ale także być aniołem stróżem innych. Stąd pomysł, by pod jego anielskimi skrzydłami robić inne dobre rzeczy“ – wyjaśnia swój zamysł Magda. Jej mama już anioła wykorzystała z sukcesem. Teraz kolej na działania na Słowacji.

Tort z aniołem więc nasze lokum będzie wygodniejsze“ – wspomina. I jeszcze tego samego dnia pokój został zajęty przez Tanię i jej 11-letniego syna Marka. „Przyjechali z Charkowa, okropnie zmęczeni i widać było, że są wstrząśnięci, wręcz zszokowani. Tania przeszła się po naszym domu, podziwiając obrazy na ścianach“ – opisuje Magda. Potem okazało się, że młoda kobieta to malarka. Pokazała Magdzie swoje prace opublikowane na koncie facebookowym. „Przegadałyśmy cały wieczór, czułam się, jakbym spotkała przyjaciółkę, której nie widziałam jakiś czas“ – wspomina moja rozmówczyni i nie kryje wzruszenia. Synowie obu pań też nawiązali kontakt i razem spędzali czas. Nazajutrz, kiedy Magda z mężem odwozili gości na dworzec, Tania w podziękowaniu sprezentowała gospodarzom obrazek z aniołem. „Nie wiem, jak ona to zrobiła, chyba w nocy namalowała tego anioła“ – zastanawia się Magda, która była i nadal jest pod olbrzymim wrażeniem. To niebiesko-żółty anioł stróż, który swoimi skrzydłami obejmuje

Numer konta: SK6902000000004585080453 Zbiórka na tort do 31 maja - z dopiskiem Anielska Torta + imię i nazwisko Zbiórka na różne gadżety z motywem anioła (do 2 czerwca) - z dopiskiem Polacy SK + imię i nazwisko Pomysły na gadżety lub inne sugestie prosimy kierować pod adres mailowy: magdasmolinska@yahoo.com MAJ 2022

Magda już działa. Założyła konto w banku, przeznaczone na zbiórkę pieniędzy na rzecz Tani i innych potrzebujących. Umówiła się ze znajomą z Koszyc, która robi piękne i smaczne torty, że taki tort – z motywem niebiesko-żółtego anioła – upiecze i podaruje specjalnie na ten cel. Każdy, kto wpłaci pieniądze na wspomniane konto z dopiskiem Anjelská Torta, weźmie udział w losowaniu słodkiego przysmaku. Losowanie jest przewidziane na początek czerwca. Drugi pomysł, w którym chce wykorzystać anioła, to stworzenie upominków z anielskim motywem, które zostaną rozlosowane wśród naszych rodaków. Polacy na Słowacji (ale oczywiście nie tylko) będą mogli wpłacać datki na konto z dopiskiem Polacy SK, a podczas imprezy zielonoświątkowej Klubu Polskiego w Kočovcach, która odbędzie się w pierwszy weekend czerwca, wśród darczyńców zostaną rozlosowane nagrody.

Kolejni goście A tymczasem niebiesko-żółty anioł i jego właściciele działają nadal na rzecz Ukraińców. Saenzowie przyjmują strudzonych podróżnych w swoim domu. W pracowni mieszkali: Tania z Andżeliną, potem Marine, która w Koszycach przeszła operację i pod czujnym okiem Magdy dochodziła do siebie przez dziesięć dni. To Armenka, która przed wojną uciekła najpierw do syna, do Kijowa. Kiedy tam się trochę zadomowiła, znów musiała uciekać. W koszyckim domu naszej rodaczki nocowali też pewni osiemdzie-

sięciolatkowie. „Te wszystkie historie są tak wzruszające, tak bardzo przejmujące. Goście, którzy do nas trafiają, są ludźmi z olbrzymią kulturą, godnością osobistą i burzą wyobrażenie, że uchodźca to człowiek w łachmanach“ – opisuje Magdalena. Ona i jej domownicy możliwość spotkania tych wszystkich ludzi odbierają jako dar. „Codziennie był w domu ciepły obiad, upieczone ciasto, a moje dzieci zadowolone, że nie zwracałam uwagi na żadne drobiazgi, tylko poświęcałam czas gościom“ – śmieje się Magda. Docenia nowe przyjaźnie i obserwuje losy uciekinierów, którym udało się dotrzeć do miejsc docelowych: malarka Tania z synem mieszkają już u przyjaciół w Ołomuńcu, Tania z Andżeliną pojechały do Liptowskiego Mikulasza, Marina z rodziną dotarła do Szwecji, a starsi państwo do Bratysławy.

Poruszy to naszych rodaków? „Ciekawa jestem, jak zareagują nasi rodacy, czy zechcą się włączyć do zbiórki? Czy historia z niebiesko-żółtym aniołem poruszy nimi?“ – zastanawia się na głos moja rozmówczyni i mocno liczy na to, że mimo wszystko anioł zadziała i że wspólnymi siłami pomoże konkretnym ludziom. Magda już snuje plany, że zebrane pieniądze może posłużą na farby dla Tani? A może dla Marine na leki po operacji? Pomysły mogą podrzucać także Państwo, by wspólnymi siłami obdarować jak najwięcej potrzebujących uciekinierów wojennych. MW Liczymy na Was! ZDJĘCIA: ARCHIWUM MSS

15


am koronawirusa. W końcu udało mu się mnie złapać. Niestety. Na szczęście są to już dwa lata, od kiedy istnieje, i podobno nie jest taki silny, jak był na początku. Ale i tak udało mu się ukraść moją energię.

M

Moja COVID-owa historia

40 stopni gorączki! Mam wysoką temperaturę i ciągle leżę. Boli mnie całe ciało. Tato ciągle mi mierzy gorączkę, a mama robi zimne okłady. Dziś już dwa razy kąpałam się w wannie. Kąpiele bardzo mi pomagają, bo w wodzie mogę się najlepiej zrelaksować. Kiedy mnie coś boli lub czuję się niekomfortowo, wtedy proszę o wannę. Najlepiej taką porządnie ciepłą. Ale teraz z tą

z Niną

znowu nie mogę spać, więc leżę i myślę. Brakuje mi bardzo słońca. Kocham wiosnę i lato oraz wszystkie kolory i zapachy charakterystyczne dla tych pór roku. Już nie mogę doczekać się zielonej trawy na naszym podwórku oraz liści na drzewach. Poruszają się razem z wiatrem – tak jak i ja. Wiatr też lubię. On mi przypomina o wolności. Wieje tam, gdzie chce i nikt nie wie, skąd przybywa. Trochę tak jak i ja.. NINA

Rozmowy Było mi w niej po prostu zimno. No, ale podobno jest to dobry sposób na zbicie gorączki. Jakoś mi się nie chce w to wierzyć. Dosyć dziwny sposób. Muszę jednak przyznać, że kiedy po kąpieli mama zmierzyła mi temperaturę, wyglądało to na lekkie wyziębienie. Nie musicie się bać, tylko chwilkę się trzęsłam z zimna, potem szybciutko wszystko wyskoczyło do góry – oprócz mojego humoru oczywiście.

Wiatr wolności Słyszałam, że na dworze już na całego obudziła się wiosna. Przysłuchuję się śpiewowi ptaków przez otwarte okno w moim pokoju. To piękne móc czuć melodię w powietrzu. A ja

ciepłą wodą to nie za bardzo. Wczoraj przez nią dostałam wysokiej temperatury – prawie 40 stopni. Rodzice mnie musieli ratować, ale udało im się!!! Ciągle tu jestem!!! Dzisiaj mama mi tę wodę już regulowała sama, co mnie dość denerwowało. 16

Nie mam dobrego humoru, bo nie daję rady. Rodzice to mają dobrze. Co prawda, też ich złapał koronawirus, ale oni mają siłę chodzić i opiekować się mną. Podobno u nich to łagodny przebieg choroby, ponieważ są zaszczepieni, a ja nie byłam szczepiona. Ale ja się na tym za bardzo nie znam.

ZDJĘCIA: EWA SIPOS

Bez humoru

MONITOR POLONIJNY


ędąc w szpitalu, zaraził się. Nie chorobą, ale miłością do słowackiego instrumentu ludowego - fujary. I to do tego stopnia, że nauczył się go robić własnoręcznie. Odbiorcy jego dzieł są rozsiani po całym świecie. Zenon Kuraś pochodzi z Mielca, od ponad 30 lat mieszka w Levicach, ale dopiero 10 lat temu zaczął muzykować.

B

Przekazanie pałeczki Osiedle bloków w Levicach jakich wiele na Słowacji. Jedno z mieszkań jednak jest wyjątkowe – tu mieszka Zenon Kuraś. Kiedy wchodzimy do środka, od razu wiemy, co jest jego pasją – na ścianach wiszą różne fujary: drewniane, zdobione, bez ornamentów, duże, małe i jedna, rekordowo długa, mierząca ponad 3 metry! Kiedy już rozsiądziemy się wygodnie na kanapie, gospodarz zaczyna swoją opowieść, jak doszło do tego, że się zakochał w fujarach. „Mam problemy z sercem, w związku z czym przebywałem w szpitalu. Ze mną na sali leżał starszy pan, a obok jego łóżka stała fujara“ – wspomina zdarzenie sprzed 10 lat. I o tej fujarze ów mężczyzna opowiadał tak intrygująco, aż zainteresował pana Zenona. „Mówił mi, że nie ma następcy, żebym przejął pałeczkę i zaczął robić fujary“ – dodaje. I tak się stało. Nasz rodak przez dwa tygodnie odwiedzał staruszka, który pokazywał mu wszystkie tajniki swojej pracy. „Był moim nauczycielem, przekazał mi pałeczkę i umarł“ – opisuje.

Zarażony... miłością do fujar „Mogliby wykorzystywać fujarę jako swój znak rozpoznawczy, by służyła ona do promocji kraju, tak jak np. wuwuzele stały się symbolem mistrzostw w piłce nożnej“ – konstatuje.

„Autystyczna“ miłość W kręgach znawców instrumentów dętych pan Zenon jest znany.

„Piszą do mnie ludzie z różnych zakątków świata, którzy radzą się, jak udoskonalić to czy tamto w instrumencie“ – opisuje. Zamówienia na fujary spływają z różnych krajów. „Za granicę najczęściej wysyłam fujary bez ornamentów ludowych“ – mówi. Rozglądam się po pokoju, w którym oprócz fujar, stoi także pianino. Gospodarz, uprzedza moje pytanie i zaprzecza, jakoby potrafił grać na jakimkolwiek instrumencie. „Nigdy wcześniej na niczym nie grałem, oprócz grzebienia, a na pianinie gra moja żona“ – zdradza z uśmiechem. Fujara jest dla niego darem niebios. „Chyba Bóg mi zesłał wtedy tego starszego pana, żebym się połączył z fujarą, która ma także terapeutyczne działanie: poprawia oddychanie i pracę serca“ – konstatuje i przyznaje, że sam siebie postrzega trochę jako swoistego autystę. „Jak się złapię tematu, to tylko o tym mówię i tym żyję, już mnie nawet mają dosyć w pracy“ – dodaje z uśmiechem.

Fujara a wuwuzele

MAJ 2022

Trzydziestu Polaków w Levicach ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Fujara jest tradycyjnym słowackim instrumentem. Nasz rodak zgłębił tajniki powstawania tego instrumentu i teraz czasami prowadzi szkolenia, podczas których dzieli się swoją wiedzą. Ubolewa nad tym, że Słowacy słabo promują ten swój muzyczny atut.

Pan Zenon – z zawodu spawacz –przybył do Czechosłowacji w latach 80. wraz z grupą Polaków, by budować elektrownię atomową w Mochovcach. W latach 1988 - 1993 około 17


Zagrać na „rurze od odkurzacza“

ZDJĘCIE: ARCHIWUM Z.K.

900 Polaków realizowało tu różne prace. „Człowiek polubił ten świat, a ponieważ zaraz po przyjeździe poznałem fajną dziewczynę, zostałem“ – wspomina. Ożenił się z nią – słowacką Węgierką, urodził im się syn. Kiedy kontrakt się skończył, trochę się tułał po świecie za pracą, był w Czechach, Niemczech, Szwecji, Finlandii, ale wracał już do nowego domu, do Levic. Co ciekawe, z tego dużego grona naszych rodaków w samych Levicach zostało około 30 osób. „Mój sąsiad z sąsiedniej klatki to też Polak“ – zdradza pan Zenon i oboje się śmiejemy, że za pomocą fujary mógłby zwoływać swoich byłych kolegów na spotkania Polaków w mieście.

150 fujar Fujara stała się dla pana Zenona odskocznią od codzienności. „Ja przy niej odreagowuję, dla mnie to odlot do innego świata“ – zachwala. Dzięki miłości do fujary, zaczął poznawać instrumenty pasterskie innych narodów, np. macedońskie, arabskie, bułgarskie czy japońskie. Niektóre z nich próbuje robić. Kiedy pytam, z którego instrumentu własnej roboty jest najbardziej dumny, mówi o rekordowej fujarze. W sumie fujar zrobił już około 150. Zrobienie jednej prostej trwa około tygodnia, nie licząc czasu schnięcia materiału. „Pierwsza, która wyszła spod moich rąk, była wychuchana i wydmuchana. Pracowałem nad nią miesiąc!“ – opisuje. 18

Za chwilę udamy się do pracowni, która mieści się w piwnicy, by zobaczyć, jak wygląda praca nad instrumentami dętymi. Ale zanim tam dotrzemy, przekonamy się, że fujary znajdują się w każdym zakątku mieszkania gospodarza. Początkowo moją uwagę zwróciło sześć okazałych fujar, wiszących w centralnym miejscu na ścianie, podczas rozmowy jednak pan Zenon pokazywał nam kolejne i kolejne. „Ta na przykład cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, bo jest lekka i tania“ – pokazuje czarny instrument, który trochę przypomina rurę od odkurzacza. W produkcji tych i podobnych okazów pomaga panu Zenonowi syn, który na drukarce 3D drukuje różne ich komponenty. By udowodnić, że rura jest pełnowartościowym instrumentem, pan Zenon zaczyna z niej wydobywać dźwięki. Czujemy się trochę jak w jakimś egzotycznym miejscu, choć jesteśmy na typowym słowackim osiedlu mieszkaniowym.

Piszczałka a fujarka Kiedy pytam, jak reagują sąsiedzi na jego hobby, pan Zenon się uśmiecha, a może nawet trochę krzywi. Ustalił z nimi, w jakich porach dnia może ćwiczyć. „To może być męczące dla innych“ – mówi z wyrozumiałością małżonka mojego rozmówcy, która właśnie wróciła z pracy – ze szkoły specjalnej, gdzie uczy dzieci.

W tej szkole pan Zenon czasami prowadzi zajęcia muzyczno-terapeutyczne. W mieście jest już znany, interesują się nim lokalne media. Co jakiś czas w nich gości, głównie wtedy, gdy darowuje fujary różnym placówkom edukacyjnym, by służyły uzdolnionym uczniom. Przy tych okazjach jest zapraszany do szkół, by zaprezentować instrument. Wtedy wyjaśnia, na czym polega różnica między piszczałką pasterską a fujarą, ponieważ instrumenty te często są mylone: piszczałka pasterska posiada sześć dziurek, a prawdziwa fujara tylko trzy.

Melancholijne śpiewanki A co najchętniej gra mój rozmówca? Skromnie wyjaśnia, że nie potrafi, że to, co gra, to to, co mu właśnie przyjdzie do głowy. „To takie melancholijne śpiewanki, przecież na fujarach grali juhasi i pasterze, kiedy kończyła się ich szychta. Siadali na skale i ronili łzy za lubą“ – opisuje. I chyba coś z tej melancholii państwo Kurasiowie przenoszą do swojego życia, bowiem oboje z nostalgią mówią o letnich dniach nad rzeką Hron, gdzie chętnie spędzają czas przy dźwiękach fujary. Pytam pana Zenona, czy produkcja fujar przynosi mu jakieś zyski, ale on zaprzecza. „Z tego nie da się wyżyć, to jest hobby“ – wyjaśnia. Koszt takiego instrumentu, w zależności od wielkości, rodzaju drewna i zdobień, może osiągać nawet 1500 euro. O naszym rodaku z Levic dowiadują się ludzie z całego świata dzięki mediom społecznościowym.

MONITOR POLONIJNY


Na Słowacji czy w Słowacji? K

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Życiowa muzykoterapia Kiedy docieramy do pracowni, mistrz pokazuje nam dużą fujarę, która po dokończeniu zostanie wysłana do Francji. Pan Zenon pokazuje nam wiertła lufowe i wyjaśnia, że to one pozwalają zachować powtarzalność dziurek w instrumencie. Moją uwagę przykuwają drewniane przedmioty leżące na półce, które przypominają mi duże ołówki, ale bez rysików. To materiał na piszczałki 6-otworowe. Kiedy mój wzrok zahacza o leżący na półce szybowiec, dowiaduję się, że wcześniej nasz bohater był zapalonym modelarzem „Razem z synem budowaliśmy modele lotnicze i wodne“ – zdradza. Jeszcze na nich czeka niedokończony szybowiec o rozpiętości skrzydeł wynoszącej 4 metry. Dowiadujemy się też, że niedawno pan Zenon pracował nad rekordowej długości fujarą, by pobić swój własny rekord, wynoszący 3 m i 3 cm. Ten nowy okaz miał mierzyć 3 m 15 cm, ale niestety, pękł. Pan Zenon jednak „nie pęka“, pracuje w pocie czoła i z wielkim zaangażowaniem. To jego specyficzna życiowa muzykoterapia. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, LEVICE MAJ 2022

iedy miesiąc temu oddawałam do druku artykuł W Ukrainie czy na Ukrainie, odezwały się głosy, by zająć się bliższym słowackim Polonusom analogicznym problemem, czyli rozstrzygnąć, jak jest poprawnie: na Słowacji, na Słowację czy w Słowacji, do Słowacji? Odpowiedź jest prosta – można i tak, i tak. I właściwie na tym mogłabym skończyć. Żeby Państwo jednak nie podejrzewali mnie o autorytaryzm wypowiedzi, dodam, że w polskim zwyczaju językowym niektóre nazwy państw łączą się z przyimkiem na (na Węgry, na Węgrzech), inne z przyimkami do i w (np. do Polski, w Polsce). Ponieważ przyimek na występuje dość często z nazwami regionów, np. na Spiszu, na Orawie (ale w Wielkopolsce!), to niekiedy można spotkać się z interpretacją, że pojawia się też przy nazwach kilku państw czy obszarów, które wcześniej nie były samodzielne lub z którymi Polskę łączył jakiś historyczny interes, np. na Białorusi, na Białoruś, na Litwie, na Litwę, na Ukrainie, na Ukrainę, na Słowacji, na Słowację. Ale taki historyczny interes łączył nas przecież także z Czechami, a później ze Szwecją, co jednak nie wpłynęło na stosowanie z tymi nazwami przyimka na, a ponadto w polskim piśmiennictwie historycznym można spotkać owe nazwy także z przyimkiem do/w, np. do Litwy, w Litwie. Z obserwacji języka wynika, że o tym, czy z nazwą państwa wystąpi na czy do/w decyduje po prostu polski zwyczaj językowy. Podobnie jest w przypadku połączeń tych przyimków z różnymi innymi rzeczownikami, oznaczającymi lokalizację. Mówimy przecież w szkole, w klasie, w domu czy w kościele, ale mówimy też na dworcu, na poczcie, na dworze. I znów niektórzy próbują się tu dopatrzeć jakichś prawidłowości, twierdząc, że jeśli określamy przestrzeń zamkniętą, to stosujemy do/w, jeśli zaś otwartą to na. Istnieje jednak tyle wyjątków, że twierdzeń tych nie można uznać za reguły gramatyczne, co poniekąd potwierdza, że o dystrybucji na i do/w decyduje zwyczaj językowy. Wróćmy jednak do łączliwości przyimków z nazwami współczesnych państw. Przypadek Ukrainy dowodzi, że zwyczaj językowy w zakresie łączliwości nazwy państwa z przyimkiem może uleć zmianie. I choć prof. Jan Miodek twierdzi nadal, że jedyne poprawne formy to na Ukrainie i na Ukrainę (inni znani językoznawcy mają trochę inne zdanie na ten temat), to wydaje się, że jego wypowiedź nie jest w stanie w tym przypadku zahamować zamiany zaimka na na do/w, co uwarunkowane jest – jak pisałam już w poprzednim numerze – polityką, wyrażaniem solidarności z narodem ukraińskim i podkreśleniem tożsamości tegoż narodu. A co ze Słowacją??? Forma w Słowacji trafiała się już w okresie międzywojennym, a ożyła na nowo po roku 1993. Jej zwolennicy uważają, że podkreśla państwowy charakter Słowacji i w oficjalnym języku jest odpowiedniejsza od formy na Słowacji. Niektórzy twierdzą nawet, że z dzisiejszego punktu widzenia połączenia na Słowacji, na Słowację można odebrać jako pewnego rodzaju dyskredytację słowackiej państwowości. Zatem co? Odrzucić je? Inni twierdzą z kolei, że do Słowacji i w Słowacji rażą swoją poprawnością polityczną i… urzędowością. Widzą zatem Państwo, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co oznacza, że pewnie dopiero czas przyniesie rozwiązanie. A na razie „musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce!”. Problem z łączliwością przyimków z nazwą państwa naszych południowych sąsiadów mamy my – Polacy! Słowacy takiego problemu w ogóle nie widzą – mówili i mówią na Slovensko, na Slovensku – i nie przychodzi im do głowy, by mogło być inaczej, choć przecież i w języku słowackim nazwy państw mają dwojaką łączliwość z przyimkami, nie tylko z na, ale też – podobnie jak w polskim – do i v, np. do Poľska, v Poľsku. Szkoda zatem tracić czas na drążenie tego problemu. Lepiej pójść na spacer do (!) parku czy do (!) lasu, pojechać na (!) wycieczkę na (!) zamek, a przede MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA wszystkim cieszyć się życiem i wiosną! 19


Królowa

Irena

zy sportsmenki mają szanse na macierzyństwo? Czy wychowywanie dzieci nie przeszkadza w karierze sportowej? Czy dziecko sportowca ma łatwiejszy start w świecie sportu? Te pytania nasuwają się przed zbliżającym się Dniem Matki, a odpowiedzi można znaleźć, przypatrując się karierze najlepszej polskiej lekkoatletki wszechczasów.

C

Dziecko repatriantów Irena Szewińska urodziła się 24 maja 1946 r. w Leningradzie (obecnie St. Petersburg), na terenie ówczesnego Związku Sowieckiego. Pochodziła z rodziny o żydowskich korzeniach, stąd

jej nazwisko rodowe to Kirszenstein. Jak do Związku Sowieckiego trafił jej ojciec Jakub Gustaw Kirszenstein? We wrześniu 1939 r. wziął udział w obronie Warszawy, następnie przedostał się do Lwowa. Dwa lata później, po wkroczeniu wojsk niemieckich, przez Kijów uciekł do Taszkientu. Pracował jako elektryk w Samarkandzie i w położonym za Uralem Czelabińsku. W tym czasie poznał swoją przyszłą żonę, pochodzącą z Kijowa Eugenię Rafalską. Po ukończeniu studiów w Leningradzie w 1947 r. uzyskał zgodę na repatriację wraz z rodziną do Polski.

ło, nastolatka miała wybitne predyspozycje do uprawiania lekkoatletyki. Początkowo wydawało się, że będzie specjalizowała się w skoku wzwyż. Ostatecznie skupiła się na biegach sprinterskich i skoku w dal. W 1962 r. zdobyła w Łodzi pierwsze medale mistrzostw Polski młodzików. Pierwsze międzynarodowe sukcesy odniosła w 1964 r. – podczas rozgrywanych w Warszawie mistrzostw Europy juniorów zdobyła trzy złote medale, wygrywając bieg na 200 m i skok w dal oraz sztafetę 4x100 m.

Wielki talent

Na igrzyskach w Tokio w 1964 r. w debiucie olimpijskim jako osiemnastolatka zdobyła aż trzy medale. Złoty, uświetniony rekordem świata, w sztafecie 4 x100 m oraz dwa srebrne: w biegu na 200 m i w skoku w dal. Ze znakomitymi wynikami wracała również z kolejnych imprez rangi mistrzowskiej, spośród których oczywiście najważniejszymi startami były igrzyska olimpijskie. W 1968 r. w Meksyku zwyciężyła w biegu na 200 m. Ustanowiła wówczas rekord świata – 22,58 sekundy. W biegu na 100 m była wtedy trzecia. Cztery lata później z igrzysk w Mona-

W latach szkolnych Irena Kirszenstein nie marzyła o karierze sportsmenki. Po latach wspominała, że w latach jej dzieciństwa nie było specjalnego klimatu dla sportu. Uważała się za dość anemiczne dziecko, ale wyrośnięte jak na swój wiek, a jej ówczesne zainteresowania nie odbiegały od zainteresowań koleżanek z klasy. Dopiero w liceum trafiła na odpowiedniego nauczyciela wychowania fizycznego, a swój pierwszy bieg na dystansie 60 m ukończyła w 1960 r. na… korytarzu szkolnym. Jak się okaza20

Mistrzyni olimpijska

MONITOR POLONIJNY


chium wróciła „tylko” z jednym medalem – wywalczyła brąz w biegu na 200 m. Być może wpływ na formę miała przerwa w karierze sportowej, spowodowana macierzyństwem. Wreszcie, jako trzydziestolatka, w 1976 r. w Montrealu zwyciężyła w biegu na 400 m z fenomenalnym rekordem świata – 49,29 sekundy. Dziennikarz i były senator Andrzej Person uważa ten występ Szewińskiej za „największe wydarzenie w całej historii sportu polskiego w XX w.”. Bez medalu wróciła natomiast ze swojej piątej olimpiady w 1980 r. W Moskwie odniosła kontuzję w półfinale biegu na 400 m, w którym specjalizowała się w końcowym etapie kariery. Ogromna popularność w trakcie kariery zawodniczej przełożyła się również na sukcesy w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca roku w Polsce. Czterokrotnie została jego zwyciężczynią i tyle samo razy zajmowała w nim drugie miejsce. W 1974 r. została również uznana za najlepszego sportowca świata przez United Press International.

towcem. Wysoki wzrost (198 cm) predestynował go do gry w siatkówkę, a odziedziczone geny ułatwiły drogę do kadry narodowej. Ale nie trafił najlepiej, bo początek lat 90. XX w. to nie był dobry okres dla reprezentacji Polski. Wystąpił w 58 meczach reprezentacji i jedyny sukces, jaki z nią odniósł, to srebrny medal letniej Uniwersjady w 1993 r. Dużo lepiej wygląda jego klubowa kariera. W barwach AZS Częstochowa trzykrotnie został klubowym mistrzem Polski, pięciokrotnie wicemistrzem, a do tego jeszcze 3 razy zdobył brązowy medal mistrzostw Polski. Grał też w zagranicznych klubach – we Włoszech, Izraelu i Turcji. Po zakończeniu kariery sportowej rozpoczął działalność polityczną. Dwukrotnie był wybierany do Senatu RP (2007-2015), w 2015 r. został wiceprezydentem Częstochowy, a od 2019 r. jest posłem na Sejm RP.

Kariera po karierze

Matka sportowca W 1967 roku Kirszenstein wyszła za mąż za Sławomira Szewińskiego (znanego również pod imieniem Janusz), sportowca biegającego na 400 m przez płotki, a także jej trenera i fotografa. W 1970 r. urodził się im syn Andrzej. Po zakończeniu kariery sportowej Irena urodziła drugiego syna, Jarosława, który w dorosłym życiu został informatykiem. Natomiast Andrzej poszedł w ślady rodziców i został profesjonalnym sporMAJ 2022

pejskiego Stowarzyszenia Lekkoatletycznego, była wiceprezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego, prezesem Polskiego Stowarzyszenia Sportu Kobiet oraz członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. W trakcie międzynarodowych zawodów wysokiej rangi wręczała sportowcom medale, dbała o promocję lekkoatletyki na całym świecie. Była najlepiej rozpoznawaną członkinią MKOl, darzoną ogromną sympatią i szacunkiem. Za swoje sportowe osiągnięcia była wielokrotnie nagradzana zarówno w kraju, jak i za granicą. W 1994 r. otrzymała medal Kalos Kagathos, przyznawany wybitnym sportowcom, którzy odnieśli sukces również poza sportem. W 2007 r. nadano jej tytuł doktora honoris causa Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. W 2012 r. została włączona do IAAF Hall of Fame. Otrzymała też liczne odznaczenia państwowe – Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski oraz Order Orła Białego. Ponadto Szewińska została odznaczona japońskimi Złotymi Promieniami ze Wstęgą Orderu Wschodzącego Słońca oraz dwukrotnie senegalskim Orderem Lwa. Królowa polskiego sportu zmarła na chorobę nowotworową 29 czerwca 2018 r. Została pochowana w Alei Zasłużonych Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie. STANISŁAW KARGUL ZDJĘCIA: WIKIMEDIA

Nie tak często się zdarza, by wybitni sportowcy po zakończeniu swojej kariery sportowej odnosili sukcesy w innych sferach aktywności. Irena Szewińska postanowiła promować sport i lekkoatletykę zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Przez wiele lat była działaczką sportową. Już w 1980 r., tuż po zakończeniu kariery zawodniczej, znalazła się w zarządzie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, a w latach 1997-2009 pełniła funkcję prezesa PZLA. Była również członkiem Komitetu Kobiecego IAAF (Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych), zasiadała w Radzie Euro21


ie głupi, oj, nie głupi jest Tomasz Organek. Wspomniałem o nim ostatnio przy okazji artykułu o Sosnowskim i zdecydowałem się pociągnąć ten wątek, gdyż uważam, że naprawdę warto. Ponadto zdecydowałem, iż w przyszłych odsłonach tego cyklu skoncentruję się na płytach, z którymi czasami nie jest mi po drodze, ale z którymi zmierzyć się trzeba. Dzisiejszy odcinek będzie więc nabraniem powietrza w płuca przed zanurzeniem się w lodowatej wodzie, bo co jak co, ale w muzyce Organkowej Czulym uchem czuję się jak w domu. Tomasz Organek to postać wyjątkowa – gitarzysta, kompozytor, autor tekstów, a nawet pisarz. Szerszej publiczności dał się poznać jako gitarzysta i wokalista zespołu SOFA. W 2013 r. Staszewski, perkusista Robert Markiewicz oraz klawiszowiec Tomasz założył zespół Ørganek, mający być ucieleśnieniem jego fascynacji i całLewandowski. Nie wiem, czy ktoś spodziewał się tego, co potem miało kowicie autorskim projektem, w którym wspomogli go basista Adam nastąpić, ale to, co nastąpiło, kolo-

N

kwialnie rzecz ujmując, urywa d… Debiutancki album zespołu Ørganek pt. Głupi ukazał się nakładem wydawnictwa Mystic Production w 2014 r. i z miejsca zamieszał na rynku, pokrywając się w końcu platyną. Bezprecedensowy sukces płyty, zanurzonej po same uszy w rock’n’rollowo bluesowej stylistyce, zaskoczył wielu, a samemu Organkowi udało się na niej od razu zdefiniować nie tylko paletę muzycznych kolorów, z których korzystał zespół potem, ale też – w mojej ocenie – odświeżyć sposób grania rock’n’rolla nad Wisłą. Organek nie wyważa drzwi, ale pełnymi garściami czerpie z tego, co było, z własnych fascynacji i najlepszych tradycji brytyjskiego i amerykańskiego, organicznego łojenia w struny, jednocześnie okraszając to swojskością, która głęboko jest zakorzeniona w północno-wschodnich zakamarkach Rzeczypospolitej, co sam artysta często

Nie taki on Głupi

Ogródek? Mówisz i masz! Obserwowanie rodzącego się życia, tych wszystkich małych listków i niepozornych kwiatków, słuchanie zalotnych ptasich śpiewów, długie spacery w cieplejsze popołudnia – to wszystko sprawia, że chodzi za mną koncepcja stworzenia przydomowego ogródka, takiego, w którym zioła i kilka niezbędnych warzyw będą dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jednak nie każdy dysponuje kawałkiem ziemi, ba – niektórzy nie mają nawet balkonu. Co więc zrobić, gdy uprzemy się na amatorskie ogrodnictwo? Z pomocą przychodzą młode entuzjastki ekologii – Kasia Basiewicz i Domini22

iedy świeża zieleń zaczyna przeważać nad szarością, budzi się we mnie ogromna potrzeba kontaktu z ziemią i roślinami.

K

bieżnej lekturze zdecydowałam – wchodzę w to! Autorki w duchu zero waste, czyli ponownego wykorzystywania surowców, zachęcają nas do zaplanowania małego ogródka na balkonie, parapecie lub innym oświetlonym kawałku naszej domowej i sąsiedzkiej przestrzeni.

ka Krzych – które w publikacji „Miejskie ogrodnictwo, czyli jak uprawiać jedzenie w mieście” pokazują, jak niewiele trzeba, by cieszyć się własnymi ziołami i warzywami. Okładka książki jest soczyście zielona, od razu więc przyciągnęła moja uwagę, gdy przeglądałam księgarniany regał. Wewnątrz znalazłam konkretne informacje od podstaw, nietuzinkowe porady i naturalne zdjęcia, a po poMONITOR POLONIJNY


podkreśla i z którymi się utożsamia. Dość powiedzieć, że jednym z ruchów promocyjnych płyty była trasa Głupi, obejmująca dziesięć miejscowości na wschodzie Polski, wśród których były takie metropolie, jak Raczki, Wydminy czy Modliborzyce. Były to małe, klubowe sztuki, dla niewielkich widowni. Trudno mówić w przypadku tego albumu o rozbudowanych utworach. Głupi to przede wszystkim piosenki – krótkie formy radiowe w starym, dobrym stylu, sięgające do najlepszych tradycji gatunku od przełomu lat 50. i 60., aż po punkową rewoltę. Album otwiera energetyczny Nazywam się Organek, który jest przedstawieniem alter ego artysty, którego wątek będzie rozwinięty na drugiej płycie zespołu, przy wykorzystaniu tradycyjnych motywów bluesowych pomieszanych z naszymi realiami. W ogóle, znając twórczość Organka, zwłaszcza dwie pierwsze płyty, można wyszczególnić pewnego rodzaju lejtmotywy, które lubią się nawzajem przeplatać. Na przykładzie tego albumu: motyw morderstwa – Pokazują, co należy przygotować, jakie wybrać rośliny, skupiają się zwłaszcza na pewniakach, czyli gatunkach, które rosną bez specjalnej zachęty nawet w niezbyt korzystnych miejscach. Z książki dowiemy się również, jak chronić nasze zielone okazy przed szkodnikami, jak o nie dbać i nawozić. Bardzo fajnym pomysłem jest dołączenie rozdziału z przepisami – w końcu przecież przyjdzie pora na konsumpcję naszych dojrzałych roślinnych okazów. I tutaj twórczynie książki zaskakują nietuzinkowymi rozwiązaniami – co powiecie na danie z obierków lub jadalne kwiaty? Ale to jeszcze nie koniec – ostatni rozdział, poświęcony sezonowi zimowemu, zrobił na mnie największe MAJ 2022

O, Matko!; motyw toksycznego związku – Italiano, Głupi ja, w pewnym sensie genialny Stay; motyw femme fatale – Dziewczyna śmierć. Artysta nie stroni również od społecznych obserwacji, komentarza lub refleksji – Młodzież szuka sensacji, czy rewelacyjny doorsowski Nie lubię. W ogóle Organek jest wyśmienity w tworzeniu klimatu za pomocą tekstów, które są bardzo gęste, intensywne i obrazowe w przekazie, ale jedno-

wrażenie. Każdy zapewne wie, że aby mieć szczypiorek, wystarczy posadzić cebulę, ale czy zdajecie sobie sprawę, że z zanurzonych w wodzie tzw. dupek, czyli górnych części warzyw korzeniowych z czasem wyrosną pełne witamin rośliny? W wodzie możecie hodować również zioła, a w słoikach kiełki. Tak więc zimą nasz domowy ogródek również może przynosić plony i dostarczać rozrywki w oczekiwaniu na kolejny rozkwit wiosny. Istotnym elementem tej ogrodniczej filozofii jest wykorzystanie do stworzenia uprawy naprawdę wielu odzyskanych elementów – starych plastikowych pojemników różnej wielkości, słoików oraz warzywnych czy owocowych resztek, które mogą dostarczyć na-

cześnie proste, co powoduje, że są równie bezpośrednie, co sama muzyka. Na koniec podkreślę realizację samej płyty, która brzmi potężnie i światowo. Czapki z głów przed odpowiedzialnym za realizację nagrań Maciejem Kubiczkiem i miks Jackiem Antosikiem. Oprócz tego winylowa wersja płyty posiada bardzo dobry master, co nie zawsze się udaje. Gorąco polecam! ŁUKASZ CUPAŁ

sion lub stać się nawozem. W ten sposób można naprawdę poczuć, jaki jest nasz wpływ na środowisko, i zrozumieć, iż pozornie małe zmiany z czasem zaczynają kształtować nasze myślenie chociażby o naturze i ekologii. Gdy tylko skończyłam czytać tę niesamowitą książkę, ruszyłam do sklepu ogrodniczego po nasiona

pomidorów i rozsady ziół, po drodze usiłując przypomnieć sobie, jakie pojemniki mogę wykorzystać do tej miniogrodniczej zabawy. Wiosna jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, więc czuję, że moja malownicza plantacja będzie się rozrastać. Jaki z niej pożytek? Radość z samodzielnej uprawy czegoś, co każdego dnia przybiera nieco inną postać, by w końcu stać się czymś jadalnym, oraz duma z faktu, iż nawet amatorowi uda się stworzyć coś wartościowego. Rodziny z tej zabawy nie wyżywisz, ale czy wszystko, co robimy, musi być nastawione na maksymalne zyski? Ja w tym sezonie wybieram frajdę z opieki nad pomidorkami. AGATA BEDNARCZYK 23


FILM ŁUKASZA GRZEGORZKA, KTÓRY WARTO OBEJRZEĆ!

laczego? Bo ma doborową obsadę, świetny scenariusz, jest sprawnie wyreżyserowany i dostarcza wielu ciekawych spostrzeżeń. To koncert aktorski Agaty Buzek, Jacka Braciaka, Adama Woronowicza i Małgorzaty Zajączkowskiej. W tej z pozoru zwyczajnej opowieści jest naprawdę dużo dobrego humoru, empatii i sytuacyjnych niespodzianek. Czterdziestokilkuletnia nauczycielka, anglistka Joanna (w tej roli Agata Buzek), zwana Jo, jest dobrą córką, żoną, matką, a nawet babcią, ale cały czas się zastanawia, czy to, co robi na co dzień, dostarcza jej satysfakcji. Czy na pewno jest to jej wspaniałe życie, które niesie radość, czy może tylko układ, w którym się znalazła. Jej wielopokoleniowa hałaśliwa rodzina mieszka wspólnie, ciągle ktoś czegoś od kogoś chce, a więc cały czas z konieczności wszyscy na siebie wpadają. W takim rodzinnym galimatiasie na pewno naruszone zostało poczucie odosobnienia, a nawet intymności. Mąż (Jacek Braciak) pracuje w tej samej szkole co Jo. Ich związek jest poprawny, ale czy szczęśliwy? Wzajemne relacje domowe są pozornie dość dobrze poukładane. Ale Jo szuka

D

24

nowej, innej przestrzeni dla siebie i… wpada w objęcia kolegi nauczyciela ze szkoły, w której pracuje i ona, i jej mąż. Niebywale oryginalny i zabawny w roli ekscentrycznego kochanka jest Adam Woronowicz. Tworzy się więc tajemnica, a anonimowy szantażysta próbuje zastraszyć Joannę, chcąc zrujnować jej dotychczasowy układ. Wiadomość o tym specyficznym romansie może zostać fatalnie odebrana przez matkę Joanny (w tej roli bardzo dobra Małgorzata Zajączkowska), która uważa, że jej córka to prawie ideał. Co najmniej zdziwiony może być również mąż, że ta jego „świetna żona” znalazła się nagle w wyjątkowej sytuacji, dokonując tak dziwnego wyboru. Również dzieci z pewnością nie zaakceptują nowego związku. A w szkole? Murowany skandal, bo ulubiona nauczycielka od angielskiego ma romans. Co spowodowało, że grzeczna, dobrze ułożona i dobrze zaprogramowana życiowo ko-

bieta nagle tak się zmienia, urządza schadzki, pali blanty, realizuje swoje erotyczne marzenia? Rozwikłanie tej tajemnicy nie jest ani proste, ani banalne. Film jest bardzo dobrze zrealizowany, jego akcja toczy się w niewielkim mieście, konkretnie w Nysie (rodzinnym mieście reżysera). Klimat takiego miasteczka ułatwia pokazywanie relacji międzyludzkich. Dowcipne i wartkie dialogi trzymają tempo. Zaskakujące sytuacje bawią, żadnej spodziewanej rutyny przy tego rodzaju obyczajowym zawirowaniu. Film ogląda się z pewną dozą refleksji, a bohaterów trudno nie lubić. Szczególne emocje budzi Agata Buzek – jej Jo jest autentycznie nieprzeciętna w reakcjach, autentycznie niespokojna, ale też niezwykle sympatyczna. Ona nie chce godzić się na nudę codzienności ani na bylejakość relacji z bliskimi, a konwencjonalne sytuacje uważa, za swoją „obowiązkową” przeszłość. Nagle postanawia wszystko zmienić i nikt jej nie odwiedzie od tego pomysłu. Dość ma niby komfortowych sytuacji, po prostu musi sobie pozwolić na nieco szaleństwa. Od lat nie oglądaliśmy Agaty Buzek w polskim kinie w tak dobrej, pierwszoplanowej roli. Reżyser Łukasz Grzegorzek bardzo precyzyjnie zadbał, by partnerujący Aga-

cie Buzek aktorzy rzeczywiście dobrze wpisali się w jej konwencję. Nic dziwnego, że Jacek Braciak po raz kolejny udowadnia, że bardzo dobrze mu idzie w duecie z nią, a Adam Woronowicz jest aktorem, który nie pozwoli się zaszufladkować, każda jego rola może być inna i naprawdę zaskakująca, tak jak w tym filmie.

Film „Moje wspaniałe życie” zebrał zasłużone nagrody; reżysera nagrodzono na festiwalu w Gdyni i uhonorowano Paszportem Polityki dla najlepszego twórcy filmowego roku 2021, aktorów zaś wyróżniono podczas festiwalu OFF Camera w Krakowie jako najlepszych aktorów. W werdykcie jury napisano: „Agata Buzek stworzyła złożony portret kobiecej osobowości pełnej sprzeczności. Jej gra aktorska była brutalnie szczera i przekonująca, delikatna i zarazem zaciekła. To kreacja pełna wolności i odwagi. Z kolei (…) Jacek Braciak zagrał w zaskakujący i wyważony sposób. To przykład subtelnej, ale zarazem mocnej gry aktorskiej”. Film ten na Netflixie znalazł się na liście Top10 najchętniej oglądanych na tej platformie filmów nieanglojęzycznych. Warto więc skorzystać i obejrzeć go, a przy oglądaniu zachować wewnętrzny luz i wykazać się sporą dozą tolerancji. ALINA KIETRYS MONITOR POLONIJNY


Słowackie perełki

Wsiąść do pociągu NIE byle jakiego

ysoki, smukły i majestatyczny. Ze względu na swój wyjątkowy urok bardzo często fotografowany. Uznany za jedną z najbardziej niezwykłych konstrukcji technicznych kraju nazywany jest najpiękniejszym i najpopularniejszym mostem kolejowym na Słowacji.

W

Wiadukt Chmarošský wybudowany został w latach 30. XX w. niedaleko wsi Telgárt, leżącej we wschodniej części Doliny Górnego Hronu, między Niskimi Tatrami, Słowackim Rajem i Rudawami Słowackimi. Ten niezwykły kamienny most znajduje się na trasie jednotorowej linii kolejowej, oznaczonej numerem 173, która prowadzi z miejscowości Červená Skala do Margecan, pokonując różnicę wzniesień 172 m na stosunkowo krótkim 12-kilometrowym odcinku.

Wiadukt składa się z 9 łuków o prześwicie 10 metrów. Ma długość 114 metrów i wznosi się na wysokość 18 metrów nad Doliną Gregora, zwaną Chmarošką. Most pięknie komponuje się z otoczeniem, a w promieniach słońca wygląda niezwykle malowniczo na tle otaczającej go zieleni. Patrząc na niego, czułam się jakbym była w Anglii, słynącej ze starych kamiennych mostów. Kiedy stanęłam bezpośrednio pod olbrzymimi filarami wiaduktu, MAJ 2022

zadzierając do góry głowę, w pełni doceniłam jego monumentalność oraz ogrom pracy włożony w jego budowę, która trwała trzy lata. Warto wspomnieć, że podczas stawiania linii kolejowej Červená Skala – Margecany najbardziej skomplikowany technicznie odcinek stanowiły właśnie obszary wokół wsi Telgárt, która leży na wysokości ok. 900 m n.p.m. i uważa się ją za najwyżej położoną wieś w Dolinie Hronu. Ze względu na tamtejsze trudne górskie rejony, charakteryzujące się sporym nachyleniem terenu, zdecydowano się na najbardziej unikatowe i wymagające rozwiązanie techniczne - Pętlę Telgarcką (Telgártska slučka), której celem było pokonanie dużej różnicy wzniesień. W pobliżu wiaduktu wydrążono więc w litej skale Tunel Telgarcki, nazywany też Tunelem Kornela Stodoly. Ten wyjątkowy, jedyny taki na Słowacji tunel spiralny o długość 1239 m oraz kształcie łuku o średnicy 400 m wymagał olbrzymich nakładów pracy oraz finansów (23 mln KČ). Nachylenie linii kolejowej wynosi 12,5 ‰, a różnica wysokości 31 metrów. Kiedy podeszłam do mrocznego tunelu już z daleka poczułam niesamowity chłód i wilgoć. Podczas jego drążenia pracownicy musieli walczyć nie tylko z naporem skał, ale także z potężnymi strumieniami wody, któ-

ra wypływała z tunelu w ilości 35 l/s. Praca ta była trudna i niebezpieczna, ale ponieważ miała miejsce w czasie kryzysu gospodarczego w latach 1931-1936 stanowiła jedyną szansę na trwałe zatrudnienie w tym biednym regionie. Przy budowie linii kolejowej, na którą składało się 9 tuneli i 281 konstrukcji mostowych, pracowało ponad 7000 osób, a w niektórych okresach nawet 9700 mężczyzn i kobiet. To właśnie tu miały miejsce największe strajki w historii Słowacji, w których wzięło udział ponad 6700 robotników domagających się podwyżek. Podczas jednego z nich, przy próbie aresztowania przywódcy demonstrantów zastrzelono 28-letniego robotnika Jána Chlapoviča. Mimo strajków i ofiar w dniu 26 lipca 1936 roku Koleje Słowackie oficjalnie przekazały do użytku publicznego całą linię kolejową nr 173 Červená Skala – Margecany. Dziś, popijając lemoniadę ze świeżych owoców w stylowej kawiarni przerobionej z dawnego wagonu kolejowego, wśród zachowanych oryginalnych fotografii i pamiątek można zachwycać się widokiem na Wiadukt Chmarošský. Można też po prostu wsiąść do pociągu i odbyć ciekawą podróż po tej niezwykłej kolejowej trasie. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

25


Oddajemy w Państwa ręce kolejną krzyżówkę, która – jak wszystkie poprzednie – reaguje po trosze na to, co dzieje się wokół nas. Jak zapewne Państwo zauważyli poprzednia krzyżówka niosła się w duchu ukraińskim. Nawet jej rozwiązaniem było przysłowie ukraińskie: Na cudzej ziemi nie dorobisz się chleba. Nagrodę książkową za prawidłową odpowiedź wysyłamy do Lechnic, do pana Jerzego Bezecnego. Gratulujemy! No i zachęcamy do kolejnej łamigłówki. Tym razem hasło zostało ukryte w następujących polach: 33 - 31 - 13 - 34 - 3 - 18 - 11 - 28 - 25 - 26 - 29 - 8 - 32 - 17 - 16 - 7 - 10 - 12 - 15 - 27 - 18 - 24 - 1 - 22 - 14 - 5 - 2 - 9 - 21 - 30 - 5 - 4 - 20 - 23 - 15 - 35 - 6.

Poziomo 4 flaga na statku 5 pomnik w kształcie słupa 8 podstawowa forma wypowiedzi w utworach epickich 10 potocznie buła, pulpet, kluska 13 nieudany wypiek 14 oddziela Budę od Pesztu 15 przydrożny znak 16 zastąpił go materac

26

Wśród tych, którzy prawidłowe rozwiązanie prześlą na adres: monitorpolonijny@gmail.com, zostaną rozlosowane nagrody książkowe. Prosimy zatem także o podanie imienia, nazwiska i adresu pocztowego. Dobrej zabawy! T.O., red.

Pionowo 22 stan w USA lub plemię Indian 26 pierwsza żona Władysława Jagiełły 29 na wypadek 31 kopalina dla hut 32 atrapa, kopia 33 wspierał Klakiera 34 botaniczny wrażliwiec 35 między zaperzonymi

1 zimny stan USA 2 drapieżna ryba ciepłych mórz 3 zestawienie wyrazów treściowo sprzecznych 5 pies gończy 6 inny atom tego samego pierwiastka 7 uzdrowiciel, guślarz 9 muzułmański post 11 prorok, wizjoner, profeta 12 muzyk kościelny

15 17 18 21 23 24 25 27 28 30

proces obniżania się wartości środków trwałych herszt gangu Olsena jadowity pająk paliwoda, gwałtownik, przechera zwiększenie łamliwości kości autor noweli Janko muzykant pomiarowa w laboratorium awanturnik szukający zaczepki bal maskowy Dziewoński lub Gierek

MONITOR POLONIJNY


Tylko dla dorosłych Retro

Hity

ie odbyła się bez nich żadna uroczystość ani imieniny, urodziny, wesele, prywatka, spotkanie towarzyskie, ba, nawet chrzciny czy komunia. Przez długie lata gościły w butelkach i kieliszkach na stołach w polskich domach. Dziś ich miejsce zajmują już częściej wykwintne wina lub inne bardziej wyszukane trunki, ale kiedyś do dawnego kolorytu siermiężnych czasów PRL należała wódka. Niniejszym otwieram temat tylko dla dorosłych, by przyjrzeć się historii mocnych alkoholi z czasów minionego ustroju. Zaznaczam jednak, że artykuł w żadnym wypadku nie promuje picia alkoholu ani go nie wspiera – jest to wyłącznie spojrzenie historyczne na pewne zwyczaje panujące w naszym społeczeństwie.

N

Suto zakrapiany PRL Okres PRL był niewątpliwie czasem wzmożonego picia alkoholu wśród Polaków. Co ciekawe, wtedy zarobki były niższe, a alkohol znacznie droższy niż dziś. Za czasów Gomułki „połówka” kosztowała 17,5 zł przy średnich zarobkach od 1500 do 2000 zł. Mimo że zarobki zbytnio nie rosły, to alkohol drożał, bo w latach 70. pół litra wódki można było kupić za 90 – 100 zł przy zarobkach ok. 2000 – 5000 zł. Rząd w tych czasach zbytnio nie starał się ograniczać spożycia alkoholu, a dochód z jego sprzedaży stanowił 11 – 15% budżetu państwa. Profilaktyka miała więc bardziej charakter teoretyczny, w postaci plakatów, ulotek, ale w praktyce prawie każda przerwa w pracy była u robotnika wzmacniana piwem, a spotkania kierownicze urozmaicano koniakiem. Pierwszym zwiastunem nadchodzących zmian był okres Wojciecha Jaruzelskiego, bezwzględnego abstynenta, który zmniejszył liczbę sklepów monopolowych. Od 1982 r. przez dwa lata obowiązywała sprzedaż alkoholu wyłącznie na kartki. MAJ 2022

Jaruzelski wprowadził też zakaz sprzedaży alkoholu przed godziną 13.00, a lokale gastronomiczne miały obowiązek sprzedawania go wraz z przekąską. To z tamtych czasów pochodzi powiedzenie „seta i galareta“, ilustrujące zestaw konsumenta alkoholu, który zamawiał go na kieliszki (sto gram, stąd „seta“) wraz z zimnymi nóżkami w galarecie. Żadne ograniczenia peerelowskie nie przyczyniły się do spadku spożycia alkoholu – statystyki podają, iż w tym okresie na jednego obywatela powyżej 16. roku życia przypadało ok. 20 l alkoholu rocznie. I pewnie dlatego w czasie komuny krążyły różne dowcipy, dotyczące intensywności picia, jak choćby ten: „Gdzie są najdłuższe kolejki przed sklepami? Przed mięsnym i przed monopolowym”. Było to śmieszne i smutne zarazem.

Wódka Żytnia również zajmowała czołowe miejsce. Jej charakterystyczna etykieta z kłosem zboża przez wiele lat wyglądała prawie niezmiennie. Na ostatnim miejscu znalazła się wódka Vistula – jej nazwa to łacińska nazwa Wisły.

TOP 5 Jak wynika ze statystyk dotyczących czasów PRL, najpopularniejsze były alkohole wysokoprocentowe, czyli wódka, w drugiej kolejności piwo, a następnie wino. Podaję zestawienie TOP 5 alkoholi z czasów PRL: • wódka Czysta Wyborowa, • wódka Żytniówka, • wysokoprocentowa wódka Polonaise (dostępna w Peweksie), • wódka czysta Stołowa, • wódka Vistula.

Czyściocha Spośród alkoholi sprzedawanych na polskim rynku przez wiele dekad czołowe miejsce zajmowała wódka. Z tego powodu państwowy monopol alkoholowy znacznie ograniczył liczbę rodzajów napojów alkoholowych. Ograniczono się do produkcji wódek, które najbardziej lubiły masy. Powojenną produkcją alkoholu w Polsce zajął się znacjonalizowany Państwowy Monopol Spirytusowy, od 1959 roku noszący nazwę Polmos. W skład Polmosu wchodziły wszystkie zakłady monopolowe na terenie kraju. Ich głównym celem była produkcja wódki czystej, potocznie zwanej czyściochą.

Wódka – królowa polskich przyjęć Najbardziej popularną wódką w latach 60. była ta z czerwoną kartką – czyli wódka Czysta, a z biegiem czasu również wódka Czysta Wyborowa – obie produkowane w łańcuckich zakładach Polmos. Wódki Wyborowa i Luksusowa były lepszej jakości, nie były jednak dostępne w sklepach monopolowych. Można je było kupić wyłącznie w Peweksie za dolary lub bony, ponieważ przeznaczone były na eksport.

Alkohole kolorowe Póki wódka była niekwestionowaną królową oficjalnych przyjęć, to alkohole kolorowe takie jak jarzębiak, wiśnie w nalewce, śliwowica królowały na imprezach rodzinnych, ale w wersji dla kobiet. Wino było od dawna w Polsce traktowane jako trunek elegancki, ale jako że produkowany z winogron, trudniej dostępny w Polsce, większą dostępnością a więc i popularnością cieszyły się wina owocowe, bardzo tanie, potocznie nazywane jabolami. Niech ten krótki przegląd alkoholi będzie wycieczką w czasy dawne, jak wszystkie wcześniejsze odcinki Retrohitów. Życzę Państwu dużo zdrowia, a jeśli picia alkoholu, to tylko z umiarem. Na zdrowie! ANDREJ IVANIČ 27


zaprasza Słowaków na studia hoj morska przygodo! – chciałoby się krzyknąć, zapoznając się z informacją, że Uniwersytet Morski w Gdyni zaprasza mieszkańców Słowacji na bezpłatne studia dzienne oraz płatne studia zaoczne. Nawiasem mówiąc, słowackie i czeskie słowo „ahoj”, oznaczające ‘cześć, witaj’ ma rodowód marynarski, co jest kolejnym przykładem na to, jak bardzo Słowacy i Czesi zawsze tęsknili za morzem. Polska ma dwie państwowe cywilne uczelnie morskie: Uniwersytet Morski w Gdyni i Akademię Morską w Szczecinie. Słowacja nie ma dostępu do morza, ale Słowacy chętnie podejmują studia morskie i wiążą z morzem swoją karierę zawodową. Według danych słowackiego Ministerstwa Transportu aktualnie na Słowacji jest około 1500 czynnych marynarzy. Są też marynarscy emeryci oraz studenci morskich uczelni, w tym prywatnej szkoły morskiej w Bratysławie. W maju zaczyna się rekrutacja na wyższe studia, w tym również na Uniwersytet Morski w Gdyni. W tym przypadku rekrutacja trwa do lipca, a we wrześniu jest drugi termin. Uniwersytet zaprasza do podjęcia studiów również Słowaków. Studia są co prawda po polsku, ale przedstawiciele uczelni przekonują, że nie ma się czego bać. Nasz język jest podobny do słowackiego i łatwo jest się go nauczyć. A jak przyznają nieoficjalnie, w pierwszym i być może drugim semestrze

A

28

nikt nie będzie restrykcyjnie wymagać płynnej znajomości polskiego, a uczelnia i jej wykładowcy są przyzwyczajeni do międzynarodowego charakteru uczelni. Studenci, mówiący łamanym polskim, posługujący się w połowie językiem słowackim nie robią na nikim negatywnego wrażenia, od językowej poprawności ważniejsze jest wzajemne zrozumienie, a to można osiągnąć bardzo łatwo. Studia obywateli słowackich na Uniwersytecie Morskim w Gdyni w formie dziennej są bezpłatne, a kryterium rekrutacyjnym jest konkurs świadectw. Wynika to z prawa unijnego, zgodnie z którym obywatele państw UE muszą być traktowani na równi z obywatelami danego kraju UE, w tym przypadku Polski. Poszcze-

gólne uczelnie w różny sposób podchodzą jednak do kwestii przyjmowania studentów z innych państw UE. Uniwersytet Morski w Gdyni traktuje to jako szansę na większe umiędzynarodowienie uczelni, a w świecie nauki liczba zagranicznych studentów działa na plus nie tylko dla uniwersytetu, ale też całej Polski. Uniwersytet Morski w Gdyni kształci studentów na czterech wydziałach: Nawigacyjnym, Elektrycznym, Mechanicznym oraz Zarządzania i Nauk o Jakości. Trzy pierwsze wydziały są „pływające”, a zatem kształcą przyszłych marynarzy (aczkolwiek na Wydziale Nawigacyjnym jest też kierunek lądowy). Wydział Zarządzania i Nauk o Jakości kształci na kierunkach lądowych, na przykład specjalistów do pracy w portach, ale również przyszłych specjalistów z branży transportowej, logistycznej, hotelarskiej. Doświadczenie studiów w Gdyni może się też przydać w przyszłej pracy na Słowacji, gdzie często narzeka się na lokalną branżę turystyczno-hotelarską, a trochę świeżej krwi z północy nigdy nie zaszkodzi. Praca marynarza nie jest łatwa, aczkolwiek jest pełna przygód i dobrze płatna. Wbrew pozorom nie trzeba mieszkać nad morzem, by pływać na statku. Zwykle od trzech do sześciu miesięcy pływa się na statku, na którym zarabia się relatywnie duże pieniądze, resztę czasu spędza się w domu z rodziną. Taki model życia jest szczególnie opłacalny dla mieszkańców mniejszych miejscowości oraz słabiej rozwiniętych regionów, w tym Wschodniej Słowacji. Fajnie jest żyć w dużej willi pod Tatrami lub innymi górami, ale gorzej, jeśli oprócz pięknych widoków w rodzinnej wiosce nie ma perspektyw na pracę. W takich przypadkach wiele osób wyjeżdża na pół roku do pracy w fabryce w Bratysławie lub gdzieś za granicę, na przykład do Austrii. O wiele lepiej na tym wszystkim wychodzą marynarze, którzy w zamian za rozłąkę z rodziną otrzymują nie tylko naprawdę dobre pieniądze, ale też ciekawy i prestiżowy zawód oraz życiową przygodę i poważanie wśród lokalnej społeczności. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


Zielone Świątki 2022 Tegoroczne Zielone Świątki będziemy świętować w terminie od 3 do 5 czerwca w sprawdzonym, stylowym ośrodku Słowackiego Instytutu Technicznego w Kočovcach koło Beckova. Podczas weekendu czekać nas będzie mnóstwo atrakcji, o których będziemy informować na stronie www.polonia.sk.

Zgłoszenia udziału w imprezie przyjmować będziemy za pośrednictwem strony polonia.sk – konieczna jest rejestracja, której częścią jest podpisanie RODO. Rejestracja online działać będzie od 20 maja do wyczerpania miejsc. Uwaga, uwaga! W tym roku zostają zmienione zasady uczestnictwa w tym wydarzeniu. Ze względu na ograniczenia w dofinansowaniu każdy uczestnik sam musi opłacić całość kosztów swojego wyżywienie, dokonując przedpłaty na konto Klubu Polskiego.

Uiszczenie pełnej opłaty w trakcie rezerwacji będzie warunkiem uczestnictwa w imprezie. Podczas dokonywania rezerwacji zostaną Państwo poproszeni o dane osobowe i przekierowani do opcji płatności. Osoby starsze, nie korzystające z Internetu, będą mogły wyjątkowo dokonać rezerwacji telefonicznej (SMS) pod numerem tel. 0951240114. Ponieważ zainteresowanie wydarzeniem z roku na rok rośnie, przypominamy, że liczba miejsc jest ograniczona, a decyduje kolejność zgłoszeń.

N o c l e g i i w s z y s t k i e a t r a kc j e z a p e w n i a g ł ó w ny o rg a n i z a to r, c z y l i K l u b Po l s k i . W o ś ro d k u m o ż n a b ę d z i e k u p i ć n a p o j e ( p ł a t n o ś ć t y l ko g o tó w k ą ) .

ZwiedZanie średniowiecZnej Bratysławy

Z

p o l s k i m

p r Z e w o d n i k i e m

Średniowiecze to epoka, która działa na wyobraźnię…. Zamki, królowie, rycerze… Któż z nas nie fascynował się tymi czasami? Czy wiecie, że w Bratysławie również dzisiaj można znaleźć ich ślady? Jeśli chcecie się o tym przekonać osobiście, zapraszamy na spacer po Bratysławie śladami średniowiecza.

Razem z Klubem Polskim w Bratysławie wracamy do ulubionych wędrówek z polskim przewodnikiem. Tym razem Arkadiusz Kugler zaprasza na wspólne zwiedzanie w niedzielę, 22 maja o godzinie 14.00. Miejsce spotkania – główne wejście na Bratysławski Zamek (przy budynku Národnej Rady SR). Przewidywany czas zwiedzania: 3 godziny.

W przypadku niekorzystnej pogody wydarzenie zostanie przesunięta na późniejszy termin – prosimy o śledzenie profilu „Monitora” i Klubu Polskiego na FB MAJ 2022

29


ZDJĘCIA: WIKIMEDIA

Majem stawiać maje MY Tak określano wizytę kawalera w domu dziewczyny, o której względy zamierzał się ubiegać. Wizytę tę poprzedzał jednak zwyczaj, który odzwierciedlał szacunek dla dziewczyny i pokazywał jej rodzinie, jak bardzo mu na niej zależy.

od 2004 r. odbywa się coSłowacji do dziś mówi się, że máj roczny konkurs na „Nojpiyje lásky čas (‘maj to czas miłości’). kniyjsy Gminny Moj” (NajTak też postrzegali to nasi przodkowie. piękniejszy Gminny Moj). Początek maja był obchodzony jako symbol odejścia starego (zimy) i narodzin młodego, czyli odnowienia Jak to dziś jest na Słowacji przyrody. Robiło się cieplej, przyroda zaczęła się Zwyczaj stawiania majów zielenić i w końcu przychodził czas na vohľady.

Na

domy, przed którymi stały słupy, i zbierali datki na zabawy, określane jako majáles. Świętowanie łączyło się z radosnymi ludowymi tańcami i śpiewami, mającymi na celu uczczenie przychodzącej wiosny, a także rozkwitającej przyrody i miłości.

Wygląd ma znaczenie Ludowe zaloty Tym zwyczajem było stawianie maja. Stawiania słupów majowych powszechne jest na całej Słowacji. Według tradycji maj był stawiany przez młodzieńca w ostatnią noc kwietnia przed dom dziewczyny na wydaniu jako wyznanie miłosne. Często po postawieniu tego kolorowego słupa następowały oświadczyny. Maje stawiane były nocą, w tajemnicy. Tajemnicą nie były już jednak dalsze zwyczaje, które się z nimi wiązały – młodzieńcy obchodzili 30

N IE

OWIA SŁ

Maje mogły różnić się pod względem wykorzystanego materiału, ale ich konstrukcja pozostawała bardzo podobna. Do ich budowy wykorzystywano wysokie drzewa iglaste, najczęściej jodły lub świerki. Powierzchnię drzewa korowano, a gałęzie na jego górze ozdabiano barwnymi wstążkami i papierowymi wycinankami. Czasem pod gałęziami zawieszano również okrążający pień drzewa wieniec, który również dekorowano. Niekiedy zamiast drzewa wykorzystywano proste drewniane słupy, do których przyczepiano ozdobione wstążkami iglaste gałązki.

Polskie moje W Polsce tradycja majów jest regionalna i obecna jedynie na południu kraju. Powszechnie była praktykowana do XX w. na Orawie, Spiszu, Śląsku i na ziemiach zamieszkałych przez Lasowiaków (widły Wisły i Sanu). Tam też można spotkać się z różnymi nazwami dla miłosnego posągu – gdzieniegdzie maj nazywano majówką, mojem lub wiechą. Sam zwyczaj bywa regionalnie podtrzymywany i ceniony. Na przykład w Lipnicy Wielkiej, gminie graniczącej ze Słowacją,

jest do dziś żywy na terenie całej Słowacji, chociaż współcześnie nie używa się majów do wyznawania uczuć – mieszkańcy najczęściej stawiają po prostu jeden słup majowy na środku wsi lub na rynku miasta. Z kolei nieodłączna tradycja majálesów zachowała się na Słowacji do dziś, oczywiście z pewnymi różnicami. Majálesy odbywają się w całym kraju, zazwyczaj na początku maja. Ludzie mogą tam się spotkać, rozkoszować tradycyjnym jedzeniem, folklorem i dobrą zabawą. VELESLAVA OPUK i FILIP LEON OPUK PolishSlovak.eu

MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIA: PXHERE

Mali wielcy odkrywcy

yba każdy z nas marzył kiedyś o byciu wielkim odkrywcą. Wiadomo jednak, że nie od razu zdobywa się Nobla. Jak się zaczęła przygoda z fizyką Alberta Einsteina? Jak poznawała chemię Maria Skłodowska-Curie, gdy była jeszcze małą Marysią? Myślę, że możemy śmiało zaryzykować stwierdzenie, że małymi kroczkami. Może więc spróbujmy dzisiaj wybrać się ich śladem?

Ch

MAJ 2022

innymi słowy w ten sposób uczymy się szybciej i skuteczniej. Zatem do dzieła! Najpierw warto się zastanowić, jakiego rodzaju eksperyment chcemy wykonać. W sklepach możemy znaleźć gotowe zestawy doświadczalne, w Internecie zaś mnóstwo inspiracji, co i jak połączyć, by uzyskać ciekawy efekt, doskonałym miejscem na nasze testy może być natomiast po prostu dom rodzinny – bo czym jest wywabianie plam po owocach za pomocą mleka, jak nie reakcją chemiczną? Lub usuwanie pleśni za pomocą octu? Warto podpytać o takie ciekawostki mamę lub tatę.

Eksperymenty nie są zarezerwowane wyłącznie dla wielkich naukowców. Nigdzie nie jest napisane, że przeprowadzać doświadczenia mogą tylko bardzo poważni badacze w bardzo sterylnych laboratoriach. Świat przyrody i nauki jest dla wszystkich i każdy z nas może zrobić z niego użytek, łącząc, kreując czy rozdzielając poszczególne jego elementy. Poza tym nauka przez poznanie to najlepsza metoda na dostrzeżenie i zrozumienie zjawisk występujących w otaczającej nas rzeczywistości,

Od rozmowy warto też przejść do konkretów. Może na przykład macie ochotę na domowy miniwybuch, uzyskany za pomocą połączenia sody oczyszczonej i octu, które pewnie każdy trzyma gdzieś na półce w spiżarni? A może sprawdzicie, jak barwić wodę za pomocą kawałeczka bibułki? Możliwości są praktycznie nieograniczone. Należy tylko pamiętać, by tego typu doświadczenia wykonywać pod kontrolą rodziców. Może nie każde z nich doprowadzi was w przyszłości do zdobycia nagrody Nobla, ale dobra zabawa i tak jest gwarantowana! ZDJĘCIE: NATALIA KONICZ-HAMADA NATALIA KONICZ-HAMADA

31


W Polsce maj to czas komunii i różnych rodzinnych uroczystości. Tymczasem coraz więcej osób albo jest na diecie, albo zmaga się z rozmaitymi dolegliwościami. Jak w tej sytuacji dogodzić wszystkim? Aby zaskoczyć gości niebanalnym,

Bezglutenowy tort serowy

ale zdrowym deserem, nie potrzeba wcale jakichś większych kombinacji. Pani Magdalena Beňo Frąckowiak zaproponowała nam przepis na bezglutenowy tort serowy i muszę przyznać, że wygląda on naprawdę obiecująco!

SKŁADNIKI: • 200 g bezglutenowych

biszkoptów lub innych kruchych ciasteczek, np. maślanych • 125 g masła • 1 cukier waniliowy bezglutenowy • sok z niedużej cytryny

• 250 g serka Lucina

lub podobnego • 120 g cukru

trzcinowego • 500 ml bitej śmietany • 1 opakowanie

żelatyny • migdałowe płatki lub

słupki do dekoracji

ZDJĘCIA: MAGDALENA BEŇO FRĄCKOWIAK

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Migdały podpiekamy na suchej patelni i zostawiamy do ostygnięcia. Ciastka rozdrabniamy i mieszamy z miękkim masłem aż do powstania masy, którą następnie rozkładamy na papierze do pieczenia i wkładamy do tortownicy. Można też natrzeć formę olejem i ciasto rozłożyć bezpośrednio na dnie. W misce mieszamy serek Lucina z cukrem waniliowym, cukrem trzcinowym i sokiem z cytryny. Na koniec dodajemy bitą śmietanę i rozpuszczoną żelatynę.

Powstałą masę wykładamy na ciasto, ozdabiamy uprażonymi migdałami i wkładamy do lodówki, by nasz tort dobrze się schłodził – najlepiej na całą noc.

Śliczny biały torcik będzie prawdziwą ozdobą niejednego przyjęcia. A jeśli dodamy do niego gdzieś obok na talerzyku kilka świeżych truskawek lub innych owoców, goście z pewnością nie będą mogli się oprzeć.

Jak widać nawet w sytuacjach szczególnych, gdy komuś zdrowie nie dopisuje, zawsze znajdzie się jakieś wyjście – i to bez większych kompromisów. A torcik można też przyrządzić z produktów zawierających gluten – ale tego już zapewne każdy się domyślił. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK