Monitor Polonijny 2021/5

Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:43 Page 33

Podróże małe i duże str. 4

str. 16

Od księżniczek do (nie)zwykłych kobiet

Szabłowski o barszczu

w tubce, lodach z chleba i jedzeniu, które onieśmiela str. 8


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 2

Od

15 lutego do końca marca przebiegał na Słowacji spis ludności w formie elektronicznej. Ci, którzy nie wzięli w nim udziału, mają jeszcze szansę odpowiedzenia na pytania kwestionariuszowe. Przypomnijmy, że udział w spisie jest obowiązkowy (dotyczy również dzieci – w ich imieniu obowiązek wypełnienia kwestionariusza spada na rodziców lub opiekunów prawnych), a tym, którzy w nim nie wezmą udziału grożą kary finansowe w wysokości od 25 do 250 euro. Jak poinformował Urząd Statystyczny RS do końca marca spisowi poddało się 86 procent ludności, czyli

4 844 007 mieszkańców Słowacji. Odpowiedzialne podejście chwaliła na socjalnych sieciach prezydent RS Zuzana Čaputová, pisząc: „Kwestionariusze online wypełnili także starsi ludzie, czyli młodsza generacja pomogła w wypełnianiu formularzy swoim dziadkom, za co im dziękuję“.

i c ś o n d u l s i Sp ce na Słowacji i w Pols

Od maja, w zależności od sytuacji epidemiologicznej danego regionu, powinien się rozpocząć spis ludności prowadzony przez rachmistrzy. O ich pomoc można poprosić, zgłaszając taką potrzebę w urzędzie gminy lub dzielnicy. Spis może odbyć się albo w urzędzie, albo w mieszkaniu po uprzednim umówieniu terminu. O możliwości spisania się z pomocą rachmistrzy w danych miastach i gminach informować będą miejscowe organy, korzystając z dostępnych środków komunikacji (np. miejscowe radiowęzły). Spis z udziałem rachmistrzy trwać będzie 6 tygodni. Więcej informacji znajduje się na stronie www.scitanie.sk. Tam też można obserwować mapę Słowacji, pokazującą, w którym regionie spis trwa.

Także w Polsce odbywa się podobny spis. Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań jest prowadzony od 1 kwietnia do 30 września br. Według informacji, umieszczonych na stronie ambasady RP w RS, w spisie są zobowiązani wziąć udział również stali mieszkańcy Polski, przebywający w czasie spisu za granicą (www.gov.pl/web/slowacja/narodowy spis-powszechny -ludnosci-i-mieszkan). Obowiązkową formą jest samospis internetowy. Metoda uzupełniająca to spis przez telefon, na infolinii spisowej. Szczegółowe informacje dotyczące spisu, w tym link do wzięcia w nim udziału, dostępne są na stronie https://spis.gov.pl. Spis w Polsce przebiega pod hasłem „Liczymy się dla Polski!“ i przewiduje nagrody w postaci samochodów osobowych, które zostaną rozlosowane wśród jego uczestników. Aby wziąć udział w loterii należy się zarejestrować do 7 lipca na: https://loteria.spis.gov.pl/. RED.


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 3

Lubią Państwo podróżować? Co dają Państwu podróże? Wszyscy dobrze wiemy, że ostatnie miesiące nie sprzyjały miłośnikom turystyki, stąd nasz temat otwierający majowy numer „Monitora“, traktujący o podróżach małych i dużych (str. 4). Jak się okazało, nawet w czasie, kiedy nie dało się planować odległych wyjazdów, podróżowaliśmy i odkrywaliśmy te miejsca, które są blisko nas, o czym mówią nasi czytelnicy w ankiecie na str. 5. O podróżach rozmawiamy też z Witoldem Szabłowskim, który by napisać swoją książkę „Jak nakarmić dyktatora“, podróżował po różnych kontynentach. Ta fascynująca rozmowa jest także zapowiedzią kolejnej jego książki, nad którą właśnie pracuje, dzięki której dotrzemy aż do kuchni na Kremlu, a nawet w kosmos! (str. 8). W podróż artystyczną w głąb kobiety zabiera nas młoda artystka polskiego pochodzenia Anna Jagodová, której historię opisujemy na str. 16. Z autystyczną Niną „podróżujemy“ po nieprzespanych nocach jej i jej rodziców (str. 18). Podróże to przemieszczanie się, a zatem mówiąc o nich, nie można pominąć tematu motoryzacyjnego, stąd w niniejszym numerze historia pewnego Polaka, który był pionierem automobilizmu w Polsce (str. 20). W podróż do początku lat 90. zabiera nas autor muzycznej rubryki, wspominając artystyczne poczynania zespołu Wilki (str. 28). Z kolei w rubryce turystycznej docieramy nad magiczne Jezioro Felka (str. 25). Ponieważ każdy podróżnik potrzebuje czegoś na przekąskę, my proponujemy wafelki, polskie i słowackie, o których mowa w „Retrohitach“ (str. 27). Natomiast z rubryką kulinarną docieramy do Niemiec i przedstawiamy przepis na golonkę (str. 32). „Basia z Zielonego Wzgórza“ zaś zabiera nas nad morze (str. 28), a w rubryce adresowanej do dzieci przekonamy się, że dzięki magii kina można dotrzeć tam, dokąd nie jest się w stanie pojechać (str. 31). Poza tym wiele innych ciekawych artykułów, które Państwu polecamy. W imieniu redakcji

Podróże małe i duże 4 Z KRAJU 4 ANKIETA Podróże - co dają i czy nam ich brak? 5 WYWIAD MIESIĄCA Szabłowski o barszczu w tubce, lodach z chleba i jedzeniu, które onieśmiela 8 Z NASZEGO PODWÓRKA 12 CO U NICH SŁYCHAĆ? Od księżniczek do (nie)zwykłych kobiet 16 ROZMOWY Z NINĄ Kiedy nie mogę zmrużyć oka 18 Stanisław Grodzki – zapomniany pionier automobilizmu w Polsce 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Galeria w czterech ścianach 20 Debel – podwójne wyzwanie i emocje 22 KINO-OKO „Prime Time” wszedł ostro. Bartosz Bielenia znowu w roli głównej 24 SŁOWACKIE PEREŁKI Jezioro Felka 25 KRZYŻÓWKA 26 RETROHITY Wafelki na rozdrożu 27 CZUŁYM UCHEM Wilki 28 OGŁOSZENIA 29 BASIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA Nie w humorze jest nasze morze 29 MY SŁOWIANIE Maj – czas miłości 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Magia kina 31 PIEKARNIK Łyżką dookoła świata – Niemcy 32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Alina Kabele, Basia Kargul, Natalia Konicz-Hamada, Arkadiusz Kugler, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska TRENČÍN: Aleksandra Krcheň • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné • Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín • Projekt współfinansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach Zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013 Vydané 30. 4. 2021

MAJ 2021

3


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 4

Podróże

Od

małe i duże

kilku miesięcy podróżowanie po Europie i świecie jest bardzo utrudnione za sprawą wprowadzonych obostrzeń pandemicznych, zamkniętych granic, odwołanych lotów i nieczynnych hoteli. W marcu na Słowacji wprowadzono zakaz wyjazdów zagranicznych w celach turystycznych; nie można też było wyjeżdżać poza granice powiatu. Przed nami maj, najbardziej wiosenny, kolorowy i pachnący miesiąc roku. To czas, gdy przyroda eksploduje barwami i soczystą zielenią, a my zaczynamy planować majówkę, bo majówka to synonim pełni wiosny, wspaniałego odpoczynku i przedsmaku wakacji. Wszystko wskazuje na to, że Słowacja oraz inne kraje europejskie

5 kwietnia zmarł KRZYSZTOF KRAWCZYK, jeden z najpopularniejszych polskich wokalistów pop, autor ponad stu albumów. Jego przeboje, takie jak „Parostatek“, „Ostatni raz zatańczysz ze mną“ czy „Jak minął dzień?”, „Pamiętam Ciebie z dawnych lat“ śpiewała cała Polska. Wraz z zespo4

poluzują trochę restrykcje związane z COVID-19, a zatem i podróżowanie będzie coraz łatwiejsze i dostępniejsze. Czas lockdownu dał nam okazję zatęsknić za wyprawami, powspominać wcześniejsze wojaże i pomarzyć o kolejnych. Bo jest jakiś magiczny magnetyzm w podróżach. Gdy raz się połknie bakcyla, trudno przestać. Ja kocham podróżować od zawsze. Wychowałam się na telewizyjnym programie podróżniczym „Pieprz i wanilia”, prowadzonym przez najbardziej znaną polską parę podróżników, Tony Halika i Elżbietę Dzikowską. Zaczytywałam się też w książkach Alfreda Szklarskiego, zwłaszcza w cyklu powieści o Tomku Wilmowskim.

łem „Trubadurzy“, który powstał w 1963 r. śpiewał takie piosenki jak „Przyjedź mamo na przysięgę“, „Cóż wiemy o miłości“ i „Znamy się tylko z widzenia“. W połowie lat 90. wydał płytę „Gdy nam śpiewał Elvis Presley“, a w 2001 r. wraz z kompozytorem Goranem Bregovićem nagrał płytę „Daj mi drugie życie“; w 2002 r. ukazał się jego album „Bo marzę i śnię“. Arysta został pochowany 10 kwietnia na cmentarzu w Grotnikach (woj. łódzkie). 5 kwietnia w wieku 83 lat zmarł aktor ZYGMUNT MALANOWICZ. Zasłynął rolą Chłopaka w filmie

W podróżach najbardziej mnie pociąga odkrywanie nowych miejsc i historii z nimi związanych. Są one dla mnie okazją do zaspokojenia ciekawości świata i nabycia nowych doświadczeń. Każdy poznawany kraj smakuję poprzez jego potrawy i trunki. Dzięki podróżom poznaję inne kultury i życie tamtejszych ludzi, a poza tym mogę odpocząć od codzienności, zapomnieć o kłopotach, przewartościować wiele spraw i spojrzeć na nie z innej perspektywy. Kilka lat temu po powrocie z Kambodży uświadomiłam sobie, że nasze problemy, na rozwiązanie których tracimy niepotrzebnie czas, mają się nijak do tych, z którymi borykają się ludzie biednych krajów azjatyckich. Powrót

Romana Polańskiego „Nóż w wodzie“. Zagrał także w „Krajobrazie po bitwie“ i „Polowaniu na muchy“ Andrzeja Wajdy, w „Hubalu“ i „Jarosławie Dąbrowskim“ Bohdana Poręby, „Tulipanach“ i „Wszystko, co kocham“ Jacka Borcucha. Grał także w serialach telewizyjnych, m.in. „Stawce większej niż życie“, „Drodze“, „Domu“. Został pochowany 15 kwietnia na Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie. 19 kwietnia odbyły się uroczyste obchody 78. rocznicy wybuchu POWSTANIA W WARSZAWSKIM GETCIE. Był to największy zbrojny

zryw Żydów podczas II wojny światowej. Dla Niemców symbolicznym aktem „zakończenia misji ostatecznego rozprawienia się z Żydami Warszawy“ było wysadzenie w powietrze 16 maja Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackiej. „Wybrali śmierć z bronią w ręku, nie godzili się na śmierć w obozach koncentracyjnych, nie godzili się na śmierć w komorach gazowych, chcieli walczyć do samego końca“ - mówił prezydent Andrzej Duda, który wraz z małżonką złożył kwiaty pod pomnikiem Bohaterów Warszawskiego Getta. Tradycyjnie już w ramach rocznicy powstania w getcie z inicjatywy MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 5

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN przeprowadzona została akcja społeczno-edukacyjna „Żonkile”, podczas której na ulicach stolicy wolontariusze rozdawali papierowe żółte żonkile, nawiązujące do tych, które Marek Edelman, jeden z przywódców zrywu, kładł co roku pod pomnikiem Bohaterów Warszawskiego Getta. W ramach obchodów przy stacji metro Centrum, na tzw. patelni, powstał mural z wizerunkiem dziewięciu żydowskich kobiet, walczących w powstaniu oraz wspierających powstańców poza murami getta. Upamiętniono w ten sposób Tosię Altman, Feigele Peltel, Niutę MAJ 2021

rączki. Wspominaliśmy także smak cygar w Hawanie i moją salsę z Kubańczykiem, kibuc i dziewczyny z karabinami w Izraelu, imprezę na dachu w mieście, które nigdy nie zasypia, czyli w Tel Awiwie, przygodę z kluczami w Chile, jazdę superszybkimi shinkansenami w Japonii, podroż 100 km pociągiem za złotówkę w Tajlandii, wyprawę na słoniach na Sri Lance, złodzieja w Meksyku, który pomógł nam dostać się do naszego auta czy niezapomnianą noc w superluksusowym hotelu Bellagio w Las Vegas. W jednym z wywiadów Elżbieta Dzikowska stwierdziła: „Życie bez podróży jest jak potrawa bez soli”. Doprawmy więc nasze życie, niech nie zabraknie w nim podroży, tych małych i tych dużych. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Tajtelbaum, Szoszanę Kossower, Mirę Fuchrer, Rachelę Zylberberg, Dorkę Goldkorn, Irkę Gelblum oraz Rywkę Pasamonik. 20 kwietnia zmarła aktorka WIESŁAWA MAZURKIEWICZ. Artystka miała 95 lat. Była głównie aktorką teatralną, ale grała również w „Przesłuchaniu“ Ryszarda Bugajskiego, „Potopie“ Jerzego Hoffmana, „Hydrozagadce“ Andrzeja Kondratiuka, „Faraonie“ Jerzego Kawalerowicza czy „Rewizji osobistej“ Andrzeja Kostenki. Zagrała także w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie“, wcielając się w major Hannę Bosel. W filmowej

co dają i czy nam ich brak?

PODRÓŻE

z wojaży do własnego domu pozwala docenić i czerpać radość z tego, co się ma i czego na co dzień nie docenia, goniąc wciąż za nowym i lepszym. Podróże to swoista inwestycja w siebie. Kiedyś przeczytałam, że podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi. Nie bez przyczyny mówi się, iż podróże kształcą, a wyniesiony z nich olbrzymi bagaż doświadczeń pozostaje z nami na zawsze. Zostają z nami też cudowne wspomnienia na całe życie. Polski publicysta, cesarz reportażu Ryszard Kapuściński pisał: „Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca”. Ostatnio jakaś wzmianka w TV o Peru wywołała we mnie wspomnienia z wizyty w najbardziej tajemniczym mieście świata, Machu Picchu, które odwiedziliśmy z mężem 14 lat temu. Była to nasza pierwsza wspólna wyprawa, która de facto przekształciła się w podroż przez życie. Siedzieliśmy na kanapie i wspominaliśmy smak peruwiańskiego pisco i ceviche, pierwsze w życiu trzęsienie ziemi, a także noc poprzedzającą naszą wyprawę do ruin miasta Inków, kiedy mąż dostał nagle bardzo wysokiej go-

„T

ak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się?”. Tak pisał polski reportażysta, publicysta i fotograf Ryszard Kapuściński. A co dają podróże czytelnikom „Monitora Polonijnego“ i czy w obecnej sytuacji odczuwają ich brak? Zapytałam kilku z nich. serii o Harrym Potterze dubbingowała profesor Minerwę McGonagall. Artystka spoczęła 29 kwietnia w rodzinnym grobie w Alei Zasłużonych na Wojskowych Powązkach. PRAWIE 2,5 MLN POLAKÓW jest w pełni zaszczepionych przeciwko COVID-19. Są to osoby, które otrzymały obie dawki szczepionki lub przyjęły jednodawkowy preparat Johnson & Johnson. Według informacji pełnomocnika rządu ds. szczepień Michała Dworczyka z 23 kwietnia, w Polsce w sumie wykonano ponad 10 mln szczepień przeciw CO-

VID-19. Nowy harmonogram rejestracji szczepień przewiduje, że począwszy od 26 kwietnia każdego dnia będzie się odbywać rejestracja dwóch roczników Polaków, co oznacza, że 9 maja wszy scy dorośli Polacy będą mieli wystawione już e-skierowania na szczepienie. W Polsce uruchamiane są już powszechne punkty szczepień oraz punkty drive-thru, gdzie można się będzie zaszczepić, nie wysiadając z samochodu. W niedzielę 25 kwietnia w Polsce odnotowano 7219 nowych przypadków zakażenia koronawirusem. Zmarły 193 osoby. MP 5


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 6

Ilona i Marek Sobek BRAT YSŁAWA

M

Bogna Zając N Y P I E Š ŤA

P

odróżuję, odkąd pamiętam. Za czasów studiów najczęściej wybierałam wyprawy w góry, dzięki którym wypoczywałam i uwalniałam się od stresu. Podróżowałam też do różnych zakątków Polski i poznawałam miejsca, znane wcześniej jedynie ze zdjęć. Dzięki podróżom zagranicznym poznałam inne kultury, zobaczyłam, jak żyją inni ludzie, i podszkoliłam języki obce, co dało mi później możliwość pracy za granicą. Podróżowanie otworzyło mnie na innych i nauczyło jeszcze większej tolerancji. Najważniejszą jednak zaletą podróżowania jest dla mnie poczucie wolności i możliwość wyboru. W zeszłym roku w chwili wybuchu pandemii

wyjechałam na Cypr. Pobyt tam co prawda przedłużył się do 4,5 miesiąca, ale szczerze powiedziawszy, czułam się tam bezpieczniej niż na Słowacji, przede wszystkim czułam się lepiej psychicznie niż teraz w czasie lockdownu. W październiku zeszłego roku ponownie zaryzykowaliśmy i wyjechaliśmy na Teneryfę. Gdy tu była brzydka pogoda i lał deszcz, my mogliśmy cieszyć się słońcem, a nasze dziewczynki mogły spędzać czas na powietrzu. Tam również panowały restrykcje i ograniczenia, ale może właśnie dzięki słońcu i ładnej pogodzie człowiek lepiej się tam czuł, tym bardziej, że tamtejsi mieszkańcy inaczej podchodzą do sytuacji pandemii, biorąc ją bardziej na poważnie, ponieważ żyją z turystyki. W tym roku niestety musieliśmy odwołać nasz zaplanowany na kwiecień wyjazd na Cypr, ale na jesień planujemy kolejny wypad na Teneryfę.

ówi się, że podróże kształcą. Jest to prawda jednak niekompletna. Podróże to nie tylko zdobywanie wiedzy, ale również impuls dla zmysłów. Widzimy, czujemy, słyszymy, dotykamy nowych miejsc, rzeczy, kultur, zwyczajów. Podróże poza poznawaniem pozwalają również odwiedzać i zacieśniać kontakty z rodziną i znajomymi. Odczuwamy coraz mocniej brak tych możliwości. Media, środki przekazu i kontaktu są tylko namiastką i nigdy przeżyć związanych z podróżowaniem nie zastąpią. Planowanie, przygotowania, podróż sama w sobie a potem czas, miejsca, ludzie i bezmiar wrażeń, które stale uczymy się przeżywać na różne nowe sposoby. A póki co pozostają nam plany na przyszłe dobre czasy, w które stale wierzymy.

Aleksandra Grudzińska-Franek P

odróże, podróże... małe i duże. W obliczu panującej pandemii koronawirusa udaje nam się realizować jedynie te małe, lokalne podróże na pobliskie winnice, do niedalekiego lasu lub na brzeg Dunaju. Mimo to cieszy nas, że możemy pooddychać świeżym powietrzem bez maseczek na twarzy. Znajdujemy radość w zwiedzaniu naszej okolicy, której być może, nie poznalibyśmy tak dokładnie, gdyby nie pandemia i związane z nią ograniczenia. A wieczorem często siadamy przy kominku, otwieramy album 6

KVETOSLAVOV

ze zdjęciami z naszych dalekich podroży i tęsknimy za nimi. Bo podróże pozwalają nam zwiedzić piękne miejsca, przeżyć fantastyczne, magiczne i niezwykłe chwile, poznać inne kultury i choć na chwilę oderwać się od otaczającej nas rzeczywistości. Dzięki nim wzbogacamy naszą wiedzę o świecie i ludziach, a także o samych sobie. Marzymy więc o tym, że już wkrótce, już za chwilkę wsiądziemy do samolotu i znów usłyszymy głos pilota „Welcome on board to your next, amazing destination…” MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 7

Małgorzata Wojcieszyńska

KVETOSLAVOV

W

lutym ubiegłego roku wyrobiłam nowy paszport, którego jeszcze ani razu nie okazałam na żadnej granicy! A planów było sporo. Bo z podróżowaniem jest trochę jak z uzależnieniem. Albo inaczej jak z zaczerpnięciem świeżego powietrza. Po powrocie jeszcze wciąż się kręci w głowie, ale też inaczej patrzy się na codzienność. Łatwiej nią żyć, kiedy ma się tę odskocznię i dodatkowy zapas tlenu. Pamiętam

Tomasz Bienkiewicz P

odróże przed COVIDEM to była integralna część mojego życia zawodowego. W trakcie roku zwykle odbywam ponad 120 lotów, które dokładnie 13 marca 2020 roku zostały przerwane. Na początku, przez pierwszy tydzień, czułem ulgę - nareszcie mogę pobyć w jednym miejscu, a nawet trochę się ponudzić! Wraz z upływem czasu było coraz gorzej. Nie dość, że zlikwidowano loty, to dodatkowo ograniczono możliwość przemieszczania się, a nawet czasowo wyłączono powierzchnie MAJ 2021

pierwszą podróż do USA i spacer ulicami Nowego Jorku, do których nie docierają promienie słońca, ponieważ drapacze chmur są tak wysokie, że tworzą permanentny cień. Obserwowałam wówczas ściany budynków, usiane przeciwpożarowymi schodami, które wcześniej widziałam tylko w filmach. Wspominam też oczywiście posągową Statuę Wolności! Później wszystko to wydawało się już normalne.

Stało się codziennością dwutygodniowego pobytu. Po powrocie do domu ponownie stało się snem, ale już tym moim. I tak jest z każdym wyjazdem. Podróże dzielę na dwa rodzaje: intensywne, którymi się zachłystuję, kiedy szkoda każdej chwili, a deficyt snu nadrabiam po powrocie do domu, oraz takie w zwolnionym tempie, wyciszające, najczęściej przy szumie fal. Brakuje mi obu. W ubiegłym roku, kiedy nas wszystkich zaskoczyła pandemia i uniemożliwiła podróżowanie, mnie dodatkowo unieruchomiło złamanie kości śródstopia. Okazało się, że człowiek, nawet w ograniczonych warunkach, jeśli sobie to odpowiednio poukłada w głowie, może cieszyć się z podróży innych niż do tej pory. Naszym ubiegłorocznym odkryciem stały się Pieszczany, gdzie razem z mężem odpoczywaliśmy 4 dni. Dla mnie dodatkową okazją do relaksu stał się listopadowy pobyt w szpitalu ortopedycznym w celach rehabilitacyjnych, który jawił się jak wyjazd „all inclusive”. Naprawdę! I choć nie było tam schodów przeciwpożarowych jak w Nowym Jorku, to doceniłam nawet prozaiczne widoki z kroplówką w tle.

WROCŁAW biurowe z użycia. To był dla mnie bardzo trudny czas. Podróże, poza biznesowym aspektem, dają mi poczucie wolności. Wiem, że dziś jestem we Wrocławiu, jutro będę w Monachium, a pojutrze być może w San Francisco albo w Tokio. Podróżując, zmieniamy otoczenie, poznajemy nowych ludzi i ich kulturę, mamy możliwość zwiedzić tak interesujący świat. COVID nam to zabrał. Mnie bardzo brakuje tego ważnego elementu życia. MZO 7


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 8

Szabłowski o barszczu w tubce, lodach

z chleba i jedzeniu, które onieśmiela

P

ierwszą rozmowę z pisarzem i dziennikarzem Witoldem Szabłowskim publikowaliśmy w „Monitorze“ cztery lata temu. Po tamtym fascynującym spotkaniu liczyłam na kolejne, tym bardziej że wydawnictwo Absynt zapowiadało na jesień 2020 słowackie wydanie książki Szabłowskiego „Nakarmić dyktatora“. Pisarz z dużym powodzeniem prezentował wówczas swoją najnowszą pozycję książkową i nie sposób było go nie zauważyć w słowackich mediach. Zabrakło jednak czasu na nasze spotkanie, stąd pomysł na rozmowę za pośrednictwem łączy internetowych (można ją obejrzeć na kanale YouTube „Monitora Polonijnego“). I to było to, ponieważ porozmawialiśmy nie tylko o kucharzach dyktatorów, ale i o najnowszej książce, nad którą teraz autor pracuje. Pańska książka pt. „Nakarmić dyktatora“ wyszła w 20 krajach. Zapewne co najmniej kilka redakcji z każdego z tych krajów zabiega o wywiad z Panem. Nie jest to po jakimś czasie nurzące? Cóż, obowiązki zawodowe! Prawda jest taka, że czasami człowiek odpowiada automatycznie na niektóre pytania. Tak było na przykład wtedy, gdy mój amerykański wydawca Penguin wymyślił serię wywiadów dla amerykańskich mediów. Odpowiadałem na pytania dziennikarzy non stop przez 7 godzin! I wtedy rzeczywiście działo się to automatycznie. Mózg zaczął się posługiwać pewnymi stałymi frazami. Ale ja bardzo lubię rozmowy z dziennikarzami! Dla mnie to przyjemność. Porównywalna do spaceru aktorów po czerwonym dywanie podczas premiery filmu? Myślę, że tak. Z tą różnicą, że aktorzy mają jakieś 30 dni zdjęciowych, a moja praca nad książką „Nakarmić dyktatora“ zajęła mi cztery lata! Mój czerwony dywan rozwijany jest dużo rzadziej. Ale ta satysfakcja rzeczywiście chyba jest porównywalna, a spotkania z ludźmi - w moim przypadku z czytelnikami - są swego rodzaju nagrodą za ciężką pracę.

Mój czerwony dywan rozwijany jest dużo rzadziej. 8

Jesienią ubiegłego roku Słowacja przygotowała na Pana przyjazd kilka czerwonych dywanów, promując w ten sposób słowackie wydanie „Nakarmić dyktatora“. Gotował Pan wtedy w telewizji śniadaniowej, był gościem programu radiowego, udzielał wywiadów gazetom itd. Co Pana bardziej kręci: ten aplauz i zainteresowanie mediów czy długi okres pracy i dochodzenia do sukcesu? Zadaje Pani trudne, nieoczywiste pytania, zmuszając mnie do zastanowienia się. Bardzo lubię rozmowy, ale to już jest spijanie śmietany. To już jest deser po obiedzie. Natomiast najbardziej ekscytujący moment mojej pracy jest wtedy, gdy przyjdzie mi jakiś pomysł do głowy, jak w przypadku tej książki o kucharzach. Myślałem o tym, że gdzieś żyje facet, który gotował, na przykład dla Saddama. Rozpocząłem więc jego poszukiwania. Największe emocje przeżyłem wtedy, gdy go znalazłem. To jak praca detektywa, psychologa i dziennikarza śledczego. I właśnie to jest dla mnie esencja mojej pracy. Samo pisanie potem, na podstawie zebranego materiału, jest żmudne. Mam wrażenie, że wywiady są niejako nagrodą za to pisanie. Za to, że człowiek wysiedział i spisał wszystko. Potem dokądś go zaproszą, zbierze oklaski, czasami zyska jakąś nagrodę. Na jakim etapie pracy jest Pan obecnie? Bo zapewne przygotowuje Pan coś nowego?

Wymyśliłem sobie, że w kolejnej książce, którą teraz piszę, podam przepis na barszcz, który jako pierwszy poleciał w kosmos. Szukałem więc przepisów na pierwsze dania, które Rosjanie wysłali w rakiecie wraz z Gagarinem. Jemu zapakowali barszcz w tubkę, jak pastę do zębów! W trakcie poszukiwań okazało się, że w żadnym archiwum nie zachowała się receptura owego barszczu. Szukanie odpowiednich ludzi zajęło mi dwa lata, aż wreszcie wpuścili mnie do tajnego instytutu, który od samego początku przygotowuje jedzenie dla kosmonautów. Spotkałem się z dyrektorem tej placówki, ten zadzwonił do nestorki tamtejszej kuchni i to ona powiedziała, jak ten barszcz został przygotowany. Dla mnie to wielka satysfakcja! I ma Pan już ten przepis? Mam, ale na razie nie zdradzę. Gotował Pan już według niego? Jeszcze nie zdążyłem. Ale nauczyłem się robić lody z chleba borodińskiego według przepisu, uzyskanego od kucharza Wiktora Bielajewa, który przez 20 lat był szefem kuchni na Kremlu. Kiedy tam pracował i dla kogo gotował? Gotował dla wszystkich: od Breżniewa, Gorbaczowa, do Putina. Trzeba tylko dodać, że kuchnia dla prezydentów dzieli się na dwie kateMONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:39 Page 9

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

gorie. Inne funkcje pełni kucharz osobisty prezydenta, a inne kucharz dworski. Kucharzami osobistymi w Rosji są agenci KGB w stopniu przynajmniej majora. Taki kucharz osobisty towarzyszy prezydentowi we wszystkich jego podróżach, mieszka z nim i praktycznie dzieli z nim całe życie. Z kolei kucharzy dworskich można porównać do kucharzy w restauracji, z tym że to bardzo nietypowa restauracja. Taki kucharz odpowiada za menu podczas różnych uroczystości i przyjęć. Na przyjazd którejś głowy państwa taki kucharz dworski przygotowuje menu, wymyśla, jak będzie wyglądać kolacja, jakie dania zostaną podane, w jakiej kolejności. Warto dodać, że dla prezydenta czy dla pierwszego sekretarza

lub premiera – w zależności od tego, kto w Rosji rządzi – gotuje kucharz osobisty. Ilu jest więc kucharzy na Kremlu? Co najmniej 30. Ale jak mają za zadanie przygotować duże przyjęcie, to z dobrych moskiewskich restauracji przychodzi kolejnych 30 do pomocy. To cały dwór! Akurat Rosja jest takim krajem, który bardzo dobrze posługuje się jedzeniem w dyplomacji. Nie wszystkie kraje to potrafią. Byłem kiedyś na kolacji, na którą prezydent Duda zaprosił prezydenta Erdogana. Jedną z przystawek była wieprzowina. Kiedy zaprasza się lidera, który bardzo mocno się obnosi ze swoim Islamem, to trochę słabo. Na stole stała też wódeczka. A przecież żaden z Turków by sobie nie pozwolił na wypicie alkoholu! Jak się zachował wtedy Erdogan? Przystawki nie tknął. Nikt w jego obecności nie pozwolił sobie nalać tej wódki. I to są takie rzeczy, których – mam wrażenie – my w Polsce nie potrafimy ogarnąć.

Rosja w łączeniu dyplomacji i jedzenia jest mistrzem Jak sobie radzą inne kraje? Jedne to potrafią, inne nie, ale Rosja w łączeniu dyplomacji i jedzenia jest mistrzem. Właśnie napisałem do mojej najnowszej książki rozdział na temat konferencji jałtańskiej. Dla nas Polaków – tragicznej. Piszę o tych wydarzeniach pod kątem jedzenia właśnie. Konferencja w Jałcie pod względem dyplomacji kuchennej była majstersztykiem. W zniszczonej przez wojnę Europie na spotkanie trzech światowych liderów, z których każdy przywiózł ze sobą cały swój dwór, Rosjanie zapewnili uginające się od jedzenia stoły. I to nie byle jakiego jedzenia! Tam były jesiotry, kawior, bażanty, same najdroższe dania. Rosyjscy historycy żywienia mówią, że to był moment, kiedy Europa zobaczyła, że z Rosją się nie da wygrać. Żadna inna konferencja nawet w połowie nie była tak wystawna jak ta, przygotowana przez Rosjan. Za pomocą wykwintnego jedzenia można zmieniać bieg historii? Można onieśmielić. Można pokazać swoją wielkość. Temu właśnie służy stół kremlowski. On zawsze miał onieśmielać i pokazywać zaproszonym na Kreml gościom, z jak wielką potęgą mają do czynienia. Pan miał okazję być w kuchni na Kremlu? Do tej kuchni nie ma szans się dostać. Próbowałem. Kuchnia kremlowska prowadzi kursy gotowania różnych dań dla kucharzy z innych restauracji. Aplikowałem na taki kurs i dostałem się, ale okazało się, że nie odbywa się on na Kremlu. Z kucharzami z Kremla mam kontakt, kilku z nich poznałem. Zgłaszając się na kurs, chciałem wejść na Kreml. Skoro okazało się to niemożliwe, zrezygnowałem z kursu.

MAJ 2021

9


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 10

Jak wygląda praca pisarza w pandemii? Dobrze, bo nic mnie nie rozprasza. Nikt nie wyciąga do baru czy restauracji. Materiał do książki mam zebrany. Teraz już tylko piszę. I ta książka będzie moją najszybciej napisaną książką. Gdyby nie pandemia, pewnie bym jeszcze pięć razy pojechał do Moskwy, żeby mojego rozmówcę, fantastycznego kucharza z Kremla, z którym się polubiliśmy, dopytać jeszcze o to czy tamto. A tak, co zebrałem, to mam. Musi wystarczyć mi materiał, który zgromadziłem podczas dwóch spotkań z Wiktorem. On opowiadał tak fantastyczne rzeczy, że wcale nie jestem przekonany, że kolejnych pięć spotkań przyniosłoby coś nowego. Pan był przez jakiś czas kucharzem w Danii. Gdyby Pan mieszkał w kraju dyktatury i zaproponowano by Panu pracę kucharza dyktatora, przyjąłby ją Pan? Bo, jak dobrze rozumiem, zbierając materiał do książki „Nakarmić dyktatora“, zgłębiał Pan też tajniki sposobu myślenia kucharzy dyktatorów. Gdybym mieszkał w takim kraju, to uciekałbym od takiej pracy jak najdalej, bo to bardzo ryzykowna robota. Niektórzy z kucharzy nie mieli wyjścia. Abu Alego nikt nie pytał, czy sobie życzy być kucharzem prezydenta Saddama Husajna. Niby go Saddam o to zapytał, ale Abu Ali mi wyjaśnił, że wolał nie sprawdzać, czy można odmówić. Z kolei kucharz Envera Hodży każdego dnia szykował się na śmierć. Wychodząc z domu, myślał o tym, że być może po raz ostatni widzi swoją żoną. Bo Hodża, jak był w złym humorze, to szukał pretekstu, by kogoś zamordować czy skazać na śmierć. Gdyby jakieś danie nie przypadło mu do gustu lub podejrzewałby, że ktoś go próbuje otruć, kucharz już by do domu nie wrócił. 10

Jak w kontakcie z Panem zachowywali się kucharze dyktatorów? Wiem, że Pan z nimi spędzał sporo czasu nie tylko na rozmowach, ale na wspólnym robieniu zakupów, gotowaniu. Dyktatorów ludzie się boją. Czy ich kucharzy również? Pracy z nimi się nie bałem. Strach odczułem, gdy szedłem do Nedżmiji Hodży, wtedy 92-letniej żony dyktatora Albanii. Starałem się zebrany materiał do książki zweryfikować, dlatego szukałem dodatkowych ludzi, którzy by mogli wszystkie opowieści kucharzy potwierdzić. W przypadku Idi Amina dotarłem do jego synów, w przypadku Husajna do jego lekarza. Kiedy byłem w Tiranie, pomyślałem, że skoro żyje żona dyktatora, zapytam ją, jak to było. Ostrzegano mnie przed nią, że przez nią nie tylko zginęło dużo ludzi, ale że potrafi czarować, że jest niebezpieczna pod względem okultystycznym. Dotarliśmy z moją tłumaczką do Nedżmiji Hodży. Brzydkie podwórko. W wejściu do jej mieszkania wisiała cerata. Starsi ludzie czasami kroją ceratę i wieszają, żeby muchy nie leciały do środka. Widziałem ją przez tę grubą ceratę. Miała grube okulary. Zmierzyła mnie wzrokiem. Nie zgodziła się na rozmowę. W tym jej spojrzeniu było coś złowrogiego, a ja miałem serce w przełyku.

Ile razy przy pisaniu tej książki spotkał się Pan z odmową? Praca dziennikarza często wymaga dotarcia do celu przez okno, jeśli nie da się drzwiami. Miał Pan plan awaryjny, gdyby nie udało się porozmawiać z wytypowanymi bohaterami? Jak zaczynałem pracę nad książką, zapisałem sobie plan idealny i jakoś tak się złożyło, że udało się go zrealizować. Owszem, miałem plan B, na przykład jeżeli nie kucharz Hodży to Ceausescu. Nikt mi nie odmówił. Ale w tej pracy, zanim dotarłem do wytypowanych bohaterów, najważniejsze było przygotowanie sobie gruntu, czyli znalezienie odpowiedniej osoby, która najpierw pojedzie w moim imieniu i umówi mi spotkanie z rozmówcą. Najwięcej czasu pochłonęło odpowiednie wyselekcjonowanie osób, które miały przekonać rozmówców do spotkania ze mną.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Kucharz Envera Hodży każdego dnia szykował się na śmierć.

MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 11

Doczytałam się, że kucharka Pol Pota nie chciała z Panem rozmawiać i tak naprawdę do tej rozmowy doszło... z litości, ponieważ poleciał Pan tam kontuzjowany. Hm, będąc na nartach zerwałem sobie dwa więzadła w kolanie. Tydzień po operacji radośnie wpakowałem się w samolot. Dostałem od lekarza pudełeczko zastrzyków na zakrzepy, żebym przeżył długi lot. Po 24 godzinach podróży, kiedy znalazłem się przed domem Yong Moeun, byłem zmordowany. Ona na mnie spojrzała i chciała wyrzucić, bo uprzedzała, że nie chce rozmawiać z dziennikarzami ani pisarzami. Najpierw jednak z litości zgodziła się, żebym na chwilę usiadł. Potem mi przyniosła wodę. Zaczęliśmy rozmawiać. A jak już zaczęliśmy gadać, to ja głupi nie jestem, nie zadałem jej ani jednego pytania o Pol Pota. O czym rozmawialiście? Jakiś ładny polakierowany korzeń leżał, więc zapytałem, czyje to dzieło, ile kosztuje, a po ile domy. Cztery godziny walczyłem, żeby na koniec zadać jej jedno pytanie. Jakie? To pytanie brzmiało: czy mogę wrócić jutro? Zgodziła się. Następnego dnia sama zaczęła opowiadać o Pol Pocie. Miała przygotowane zdjęcia i notatki. Czego oprócz gotowania Pan się nauczył, pisząc tę książkę? Myśleć globalnie o swojej pracy. Początkowo to miała być książka o Europie Wschodniej, w której przedstawię kucharzy Ceausescu, Jaruzelskiego, Honeckera. I nawet rozpocząłem prace nad nią, ale w międzyczasie prawa do książki kupiło amerykańskie wydawnictwo Penguin. Zacząłem się zastanawiać, czy Amerykanów zainteresują kucharze Honeckera lub Jaruzelskiego? Oni przecież nie mają pojęcia, kim byli ci ludzie. Przestawiłem w swojej głowie sposób myślenia z konteMAJ 2021

kstu regionalnego na globalny, tak by to, co mam do powiedzenia, zainteresowało nie tylko Polaków. I okazało się, że dzięki temu dotarłem nie tylko do Stanów Zjednoczonych, ale i do Japonii czy Tajwanu, gdzie moje książki bardzo dobrze się sprzedają. Nauczyłem się zatrzymać uwagę czytelników w różnych krajach. I tak, jak Pani powiedziała, nauczyłem się gotowania. Ale i czegoś jeszcze. Czego? Kiedy słuchałem Yong Moeun, która cały czas opowiadała, jaki Pol Pot był cudowny, kochany, jaki miał piękny uśmiech, jakim był dobrym człowiekiem, to chyba nauczyłem się cierpliwości do ludzi. Zrozumiałem, że to jest jej życie, to jest jej Pol Pot i ona ma prawo mówić o nim, co chce. Moją rolą jest to opisać, a nie tłumaczyć jej, jakim strasznym mordercą był jej szef. Właściwie tym kucharzom przypadła straszna rola... Przyznać przed samym sobą, w jak strasznych rzeczach brało się udział, musi być trudne. Że własne zdolności, ideały, młodość, życie przyczyniły się do ludobójstwa. Jakim silnym człowiekiem trzeba by było być, by w wieku, powiedzmy 77 lat przyznać, że całe życie było na nic? Doczytałam się, że pomysł na tę książkę zaczerpnął Pan na Słowacji, a konkretnie zainspirował Pana film Petra Kerekeša, pokazujący kucharzy na frontach podczas wojen. Tak, to fantastyczny reżyser! Jego kucharzy obejrzałem jakieś 10 lat temu. Bardzo mi się spodobał sposób, w jaki Peter opowiadał o ich pracy. Oni zostali pokazani jakby przez uchylone drzwi. Ci kucharze opowiadają i o epoce, i o nastrojach. Było to dla mnie bardzo inspirujące.

Zrozumiałem, że to jest jej życie, to jest jej Pol Pot (...).

Podobno będziecie teraz Panowie realizować coś wspólnie? Mój słowacki wydawca poinformował mnie, że jest pewien słowacki reżyser, który przeczytał moją książkę „Tańczące niedźwiedzie“ i na jej podstawie chciałby zrobić film. Zapytałem o nazwisko tego reżysera i okazało się, że to Peter Kerekeš! Życie jest zaskakujące – ja właśnie kończyłem książkę inspirowaną jego filmem, a on chce rozpocząć prace nad filmem na podstawie innej mojej książki! Widziałam, że historia tańczących niedźwiedzi nie ucicha. Pani Małgorzato, z tymi niedźwiedziami to jest szaleństwo! W Nowym Jorku dwóch terapeutów pracuje z pacjentami, którzy wychodzą z uzależnień, czytając tę moją książkę. Powstaje film animowany. A kolejny będzie ten Petera Kerekeša! Dobrze, że ja nie wiedziałem, że coś takiego będzie się działo wokół tych niedźwiedzi, bo bym się spiął i nigdy bym nic takiego nie napisał. Ma Pan bardzo dobrą passę, bo „Nakarmić dyktatora“ walczy w konkursie o tytuł najlepszej książki o tematyce kulinarnej na świecie! W czerwcu jadę do Paryża, gdzie będę rywalizował między innymi z kucharzem Nicolasa Sarkozzyego. Do niedawna myślałem, że nie mam szans, ale ponieważ Sarkozzy został skazany na więzienie, więc może się okaże, że on jest trochę passé. Może moje szanse na wygraną trochę wzrosły? Zobaczymy. Proszę trzymać kciuki. Oczywiście! Co Panu da taki tytuł? Sławę po prostu! Chwałę i wiele uśmiechów. I dobrych emocji. Nie sądzę, żebym dostał tam jakiś czek. Ale sam fakt, że napisałem pierwszy raz w życiu o kulinariach i rywalizuję o tytuł najlepszej książki kulinarnej na świecie, to jest coś! Ja już niczego więcej nie potrzebuję. Jeśli dostanę tę nagrodę, to pójdę się upić. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 11


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 12

Wielki Czwartek po naszemu

P

amiętają Państwo obietnicę, złożoną przez ekipę koszyckiej Polonii, że będzie się chwalić częściej i głośniej na temat tego, co ciekawego, zabawnego bądź intrygującego dzieje się na wschodzie Słowacji? Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Z radością chcielibyśmy podzielić się z czytelnikami „Monitora“ naszymi wra-

żeniami i wspomnieniami z przedwielkanocnego spotkania, które – niestety – ze względu na aktualną sytuację epidemiologiczną w kraju mogliśmy zorganizować tylko w wąskim gronie zaproszonych gości przy zachowaniu wszelkich obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Konsul honorowy RP w Koszycach Konrad Schön-

feld zaskoczył nas serdecznym zaproszeniem do swojego domu na wspólne przygotowywanie typowych wielkanocnych potraw, pisanek i innych dekoracji. Wzięły w nim udział cztery polonijne rodziny. Jak wyglądało spotkanie, najlepiej opisał nasz ulubiony polonijny i zarazem koszycki fotograf Rysiek Očkai.

Do domów rozjechaliśmy się późno w nocy, z uśmiechami na twarzach i wspaniałym uczuciem przynależności do Polonii oraz radości, że ją aktywnie tworzymy i rozwijamy. Dzięki temu przedsięwzięciu, odrobinie szaleństwa i spontaniczności, mogliśmy przeżyć Wielki Czwartek po góralsko-dolnośląsko-warszawsku, czyli po prostu po naszemu. Panie Konradzie, dziękujemy! I do szybkiego zobaczenia. MAGDALENA SMOLIŃSKA

ZDJĘCIA: RICHARD OČKAI, MAGDALENA SMOLIŃSKA

W

ielkanocne przygotowania do świąt rozpoczęliśmy w Wielki Czwartek i wymyśliliśmy wspaniały program. Justyna robiła smaczne ciasta, w czym pomagały jej dzieci. Konsul Konrad przygotował pasztet i sałatkę z ziemniaków (tu pomocnikami były nie tylko dzieci, ale i dorośli). Z kolei my ze Stenią dekorowaliśmy wielkanocne jajeczka. Wykorzystaliśmy do tego różne techniki. Stenia pokazała nam najpierw, jak zdobić jajka techniką 12

decoupage’u, a potem zaprezentowała zdobienie jaj za pomocą znajdującej się na kredce igły, którą moczy się w farbie i przeciąga po jajku, tworząc jakby łzę. O urozmaicenie wielkanocnego stołu postarała się nasza mądra Magda, przygotowując meksykańskie danie tacos, które wszystkim smakowało. Był to bardzo piękny wieczór, który spędziliśmy w gronie najbliższych nam rodaków. RICHARD OČKAI MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 13

Śladami łowickiegowzoru

Od

W ostatni dzień marca prezes Klubu Polskiego na Słowacji Marek Berky zaprosił polskich i słowackich miłośników sztuki ludowej do dworu w Dubnicy nad Wagiem, który kiedyś należał do rodziny Ilešháziovcov, a od 2011 roku jest siedzibą Muzeum Dubnickiego. W jego wnętrzach pani Daniela Nehézová, mająca polskie pochodzenie członkini Klubu Polskiego oraz Zespołu Śpiewu Ludowego „Dubnička”, a także absolwentka Stu-

ZDJĘCIA: JURAJ SKVARKA

dium Folklorystycznego w Nitrze, opowiedziała z perspektywy etnologii o historii wzoru pochodzącego z miasta Łowicz, położonego w centralnej Polsce w województwie łódzkim. To właśnie stamtąd pochodzą papierowe wycinanki, które uznawane są za najpopularniejsze rękodzieło ludowe, a dzięki swej unikatowości zyskały uznanie w Europie i na świecie. W dawnych czasach chłopi używali ich do ozdabiania swoich obejść. Wycinanki tworzono, wycinając z białego, a z czasem także kolorowego papieru wzorów i naklejanie mniejszych motywów na ich większe odpowiedniki. Umieszczano je jako dekoracje na belkach stropu, ścianach, wokół okien czy świętych obrazków. Najczęściej wykorzystywano motywy roślinne i symetryczne, przedstawiające sceny z życia chłopów: ich pracę, święta, obrzędy ludowe. Ważnym motywem od zawsze były też koguciki jako symbol płodności i urodzaju. Duży wpływ na popularyzację regionu łowickiego, a co za tym idzie i jego kultury, miała powieść „Chłopi”, napisana przez Władysława Stanisława Reymonta, za którą polski pisarz otrzymał w roku 1924 literacką Nagrodę Nobla. Folklor łowicki rozsławił także marcowy numer czasopisma „National Geographic” z 1933 roku, w którym reporter Maynard Owen Williams nazwał Łowicz „kolorową stolicą polskiej wsi”. Swoje dzieła inspirowane łowickim wzorem i przygotowane specjalnie na tę wyjątkową wystawę przedstawiła utalentowana plastyczka, projektant-

ka i pedagog w Szkole Przemysłu Artystycznego w Koszycach Štefánia Gajdošová-Sikorská. Wyrastająca w polskich tradycjach artystka poprowadziła również warsztaty, podczas których każdy miał okazję nauczyć się wycinać ten osobliwy wzór o niepowtarzalnym charakterze. Bo choć wykonanie łowickich wycinanek wydaje się pracą trudną i żmudną, to tak naprawdę w 95% wystarczą ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

kilku lat sztuka ludowa coraz mocniej przenika do naszej codzienności. W Polsce i na Słowacji popularny stał się wzór łowickich wycinanek, który zachwyca swoją osobliwością. Coraz częściej zdobi on damskie bluzki i sukienki, pojawia się na torbach, kubkach, serwetkach, obrusach, kuchennych ściereczkach, a także na poduszkach czy pościeli. Wzory łowickie są barwne i wyszukane, dlatego urzekają oryginalnością i przykuwają wzrok. Pasują doskonale do dekoracji wnętrz mieszkań i domów. Przez naszych południowych sąsiadów wzór łowicki mylnie uważany jest za słowacki. By rozwiać wątpliwości oraz bliżej przyjrzeć się tradycyjnemu polskiemu wzorowi z Łowicza, Klub Polski we współpracy z Muzeum Dubnickim i dubnickim Wydziałem Kultury oraz z miastem Łowicz przygotował online wystawę połączoną z workshopem „Śladami łowickiego wzoru“.

chęci i odrobina talentu oraz cierpliwości - jak zapewniała pani Anna Staniszewska, artystka ludowa, hafciarka i sekretarz Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Pani Anna w projekcie „Śladami łowickiego wzoru“ opowiedziała o strojach łowickich, wykonywanych ręcznie z zachowaniem tradycyjnych technik hafciarskich. Miejmy nadzieję, że po tak interesującej wystawie, każdy z łatwością rozpozna już tradycyjny wzór łowicki, gdyż jest on bez wątpienia wizytówką polskiej kultury ludowej. Projekt „Śladami łowickiego wzoru” zrealizowano przy wsparciu finansowym Funduszu wspierania kultury mniejszości narodowych. MZO


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 14

Maroš Hamada

Natalia Konicz-Hamada

Basia Kargul

I kto to śpiewa? Czyli jak się rozkręca

projekt „TU I TAM“? ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

W

poprzednim numerze „Monitora“ informowaliśmy, że trwają prace nad nową płytą Klubu Polskiego, która będzie nosić tytuł „Tu i tam“. Wtedy też obiecaliśmy, że sukcesywnie będziemy ujawniać nazwiska występujących w projekcie utalentowanych muzyków i śpiewaków. To, że projekt jest fuzją słowackiej grupy Jablco i kwartetu smyczkowego Laugaricio, już wiadomo. W obu zespołach muzycznych występują „nasi“ ludzie: w Jablco - długoletni członek Klubu Polskiego Stano Stehlik, a Laugaricio

szefuje prezes naszej organizacji Marek Berky. Wiadomo też, że na płycie usłyszymy znanych, lubianych i uzdolnionych muzycznie przedstawicieli

słowackiej Polonii – Ewę Sipos, Łukasza Cupała czy Tomka Olszewskiego. Ponieważ nagrania trwają i sukcesywnie przybywa tych nowych, to zdradzimy

nazwiska kilku kolejnych osób, biorących w nich udział. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, więc zaskoczeniem chyba nie będzie, że oprócz drapieżnego, mocnego głosu Łukasza Cupała, usłyszymy też głos jego córki Ani. Nastolatka wystąpi w tytułowym utworze „Tu i tam“ wraz z innymi dziewczętami - zdolnymi ośmiolatkami: Manią Hamadą oraz Polą Żak. Wszystkie dziewczęta są uczennicami Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Bratysławie. Rodzinnych koneksji jest więcej, bowiem w projekt zaangażowani są też muzycznie bardzo uzdolnieni rodzice jednej z dziewczynek – Natalia i Maroš Hamadowie. W realizacji nagrań wzięły też udział panie znane w środowisku polonijnym, których talen-

kwartet smyczkowy Laugaricio

Justyna Pilip

Ania Cupał 14

MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:40 Page 15

Mania Hamada

Ewa Sipos

Jakiego rodzaju muzyki mogą się słuchacze spodziewać? O czym będą śpiewać wykonawcy? W ilu piosenkach wystąpią solo, a w ilu grupowo lub w duetach? W których językach zaśpiewają? Kto jeszcze weźmie udział w projekcie? Na te i inne pytania postaramy się udzielić odpowiedzi w kolejnych relacjach ze studia nagrań. Polą Żak

Sukcesy Karoliny Frąckowiak Do

redakcji „Monitora“ docierają wiadomości, dotyczące sukcesów narciarskich Karoliny Frąckowiak. Najpierw, 29 marca, dowiedzieliśmy się, że młodziutka narciarka zyskała tytuł wicemistrzyni Słowacji juniorek w slalomie. Zawody odbyły się w Suchym koło Zakopanego. Zaś 9 kwietnia przyszła jeszcze radośniejsza nowina: Karolina podczas zawodów w Koutach nad Desnou zajęła w slalomie 1. miejsce! Przypomnijmy, że 16-latka z Liptowskiego Mikulasza ma polskie pochodzenie, a narciarstwo uprawia od najmłodszych lat. Obecnie trenuje i walczy o tytuły jako juniorka. Wzorami są dla niej Lara Gut, Mikaela RED. Shiffrin i Petra Vlhová. ZDJĘCIA: ARCHIWUM RODZINNE

tów muzycznych wcześniej nie znaliśmy. Mowa o Justynie Pilip oraz Basi Kargul. Tomek Olszewski

MAJ 2021

Łukasz Cupał

15


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 16

Od księżniczek do (nie)zwykłych kobiet

P

oznałyśmy się kilkanaście lat temu na jednym z plenerów malarskich, które organizował w ramach działalności Klubu Polskiego Tadeusz Błoński. Plener ten, skupiający malarzy z Polski i polskiego pochodzenia ze Słowacji, odbywał się w Medzilaborcach. Wśród kilkunastu artystów była tam też młodziutka Anna Jagodová - córka Polaka i Słowaczki z Humennego. Potem na jakiś czas straciłam ją z oczu. Ania w tym czasie ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Dziś mieszka w miejscowości Udavské.

Wybitna artystka?

ZDJĘCIE: PAWEŁ KOROWICZ

Kiedy dowiedziałam się, że Marek Berky zaprosił Anię Jagodovą do wzięcia udziału w przedsięwzięciu Klubu Polskiego „Przyjaźń bez granic“ i to właśnie jej prace będą prezentowane na zamku w Beckowie, ucieszyłam się, że znów nawiążemy kontakt, porozmawiam, dowiem się, jak potoczyły się jej losy przez ostatnie lata. I tak się stało.

16

„Kiedy skończyłam studia, jakiś czas jeszcze mieszkałam w Polsce, ale wróciłam na Słowację, choć nadal współpracuję z Polakami: jeżdżę na plenery, wystawiam tam moje prace, współpracuję z galeriami“ – wymienia i dodaje, że dość dużo w jej życiu się dzieje. Kiedy pytam, czy czuje się wybitną artystką, skoro skończyła prestiżową ASP, skromnie odpowiada, że to zweryfikuje czas. „Myślę, że są dużo lepsi ode mnie. Ja staram się robić to, co umiem najlepiej, jak potrafię, żebym nie musiała się za swoje obrazy wstydzić“ – opisuje.

Początek dał akt kobiecy Jej prace są intrygujące. Na celownik bierze kobiety. To one – ich wnętrza, ale i ich ciała – są jej inspiracją. Ta przygoda artystyczna rozpoczęła się jeszcze w czasie studiów, kiedy uczęszczała na zajęcia rysunku aktu kobiecego. „Uczyłam się aktu, ale potem, gdy zaczęłam tworzyć własne dzieła, potrzebowałam pokazać coś więcej - wnętrze człowieka, by odbiorca mógł to interpretować po swojemu i dlatego zaczęłam zgłębiać życie kobiety, jej duszę, emocje“ – opisuje Ania i dodaje, że obrazy, które

maluje, są o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. Obiektami jej prac są kobiety, które spotyka, które opowiadają jej swoje historie. Czasami sięga też do postaci historycznych i literackich. „Przecież dzisiejsze kobiety przeżywają to samo, co te, urodzone 100 lat temu“ – tłumaczy i dodaje, że to fascynujący temat.

Księżna Diana Ania namalowała już około 30 obrazów, których bohaterkami są przedstawicielki płci pięknej. Jedną z nich jest nawet księżna Diana. Właściwie od niej się to wszystko zaczęło. Kiedy Ania była jeszcze nastolatką, dotarła do niej wiadomość o śmierci księżnej. Nie dowierzała, że taka piękna osoba, która - zdawać by się mogło miała wszystko: i sławę, i pieniądze, a jednak była nieszczęśliwa, zmarła tragicznie. I to był impuls do namalowania pięknej, ale nieszczęśliwej księżnej.

Zwykłe niezwykłe Na jej płótnach znajdują się też zwykłe kobiety. „Oczywiście, lepiej potrafię wyrazić daną osobę, jak ją MONITOR POLONIJNY


poznam, choć to nie musi być cały życiorys, czasami wystarczy tylko impuls czy jakaś opowiedziana drobna przygoda życiowa“ – opisuje. Inspiracją są też bohaterki filmów kostiumowych, czasami bezimienne. Obiektem jej zainteresowań stała się także Wenus. Moja rozmówczyni wspomina też pewną artystkę, Joannę Sierko-Filipowską, z którą się przyjaźni, a która była dla niej inspiracją i jednocześnie modelką. A każdy obraz to inny temat. Czasami Ania tworzy autoportrety. Szczególnie wtedy, gdy w jej życiu wydarzy się coś szczególnego, próbuje to uchwycić. „Smutek? Coś tragicznego?“ – zastanawia się na głos, kiedy dopytuję ją o konkrety i przyznaje, że niespełniona miłość bywa bardzo malownicza.

Galerie Obrazy Ani Jagodovej znajdują się w prywatnych kolekcjach, przede wszystkim w Polsce, ale i w niektórych galeriach w Krakowie czy Lublinie. Sporo ma ich też we własnym domu. Jej pierwszą samodzielną wystawę zorganizowało Stowarzyszenie Słowaków w Krakowie, jeszcze podczas studiów. Potem były kolejne: w Lublinie, Krakowie, Nowym Targu, Rabce czy w Dolnym Kubinie na Słowacji. „Nie było tych wystaw jeszcze zbyt dużo, bo nie zależy mi na ilości, ale na jakości obrazów, które wystawiam. Wolę więc pokazywać je rza-

ZDJĘCIA: ARCHIWUM RODZINNE

Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 17

dziej, ale być zadowolona z efektu“ – wyjaśnia. W Humennym trwa remont pracowni Ani. Zamierza w niej nie tylko tworzyć swoje obrazy, ale udostępnić je publiczności. Znajdzie się tam też miejsce na prace innych artystów. „Myślę, że środowisko, w którym mieszkam, jest spragnione takich możliwości obcowania ze sztuką“ – ocenia.

wstawały nawet dwa miesiące. Tu proces nakładania pierwszej, drugiej warstwy farby wymaga czasu na wyschnięcie, by móc nałożyć kolejną warstwę. Również ilość szczegółów, które znajdują się na obrazie, bywa praco- i czasochłonna. „To realistyczne malarstwo, gdzie wszystkie detale, również te anatomiczne, muszą się zgadzać, tu każdy, nawet najmniejszy błąd jest od razu widoczny“ – precyzuje malarka.

Nie do szuflady Ania jest artystką z krwi i kości, jej życie zawodowe toczy się wokół malarstwa. Utrzymuje się ze sprzedawanych obrazów. „Miałam szczęście, że w życiu spotykałam ludzi, którzy mi pomogli, otwierali przede mną drzwi, już nawet na studiach!“ – opisuje. Nadal bierze udział w plenerach,

Precyzja Praca artysty malarza jest bardzo czasochłonna. Najczęściej Ania potrzebuje około miesiąca, by stworzyć obraz. „Oczywiście, zależy to od jego wielkości i elementów, które na nim się znajdą“ – precyzuje. Czas powstania mniejszego obrazu to ok. dwóch tygodni. Te większe, bardziej wymagające od strony technologicznej, pogdzie może tworzyć i obcować ze światem artystycznym. „Moje studia nie poszły na marne, mogę malować, a moje prace nie lądują w szufladzie“ – mówi z zadowoleniem. Czasami maluje na zamówienie, ale najczęściej to, co jej w duszy gra. „Dziękuję losowi, że mogę robić to, co lubię“ – dodaje.

Od małych do dużych sztalug Na Słowację wróciła stosunkowo niedawno - cztery lata temu. Tu wychowuje swoją 4-etnią córeczkę Helenkę, która - podobnie jak mama codziennie rozkłada swoje malutkie MAJ 2021

17


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 18

sztalugi i maluje. „Kto wie, jak potoczą się jej losy? Do niczego jej nie będę zmuszać, bo ona też bardzo chętnie tańczy, więc nic nie jest jeszcze przesądzone“ – mówi Ania i uśmiecha się. Sama jest wdzięczna swoim rodzicom, że wsparli ją w jej wyborach. To właśnie rodzice zauważyli, że mała Ania ma zdolności plastyczne i zapisali ją do podstawowej szkoły artystycznej, do której uczęszczała popołudniami. Była to elitarna szkoła, do której trzeba było zdać egzaminy, a w klasie było tylko 7 uczniów. „Jak zaczęłam rysować i malować, to nie mogłam skończyć“ – śmieje się Anna. Później kontynuowała naukę w średniej Szkole Sztuki Użytkowej w Koszycach (Škola úžitkového výtvarníctva). Odpowiadając na pytanie, po kim odziedziczyła talent, twierdzi, że ojciec jej mamy dobrze rysował, wspomina też uzdolnioną kuzynkę z polskiej strony – architektkę.

18

Rodzina I tak dochodzimy do tematu dotyczącego jej pochodzenia: jej tato jest Polakiem z Imielina na Śląsku, który przyjechał do Humennego do pracy. W miejscowym sklepie spotkał młodą sprzedawczynię, w której się zakochał. Tu został, założył rodzinę i firmę. Od wielu lat prowadzi interesy z Polakami i jest szefem złomowiska w mieście. Państwo Jagodowie mają trójkę dzieci: najstarszą Annę oraz dwóch synów: Tomaša, który zamieszkał w Krakowie, oraz Františka, który mieszka w Bratysławie.

Częściowo Polka Dopytuję Anię, kiedy odkryła, że mając polskie pochodzenie, jest inna niż rówieśnicy. „Jestem częściowo Polką, ale poczułam to dopiero wtedy, gdy wyjechałam na studia do Polski. Wcześniej tego nie zauważałam“ – zdradza. Owszem, wiedziała o swoich polskich korzeniach, jeździła na wakacje do polskiej babci, dobrze się tam czuła, ale dopiero podczas studiów zaczęła sobie uświadamiać, kim jest. „Na pewno miała na to wpływ polska kultura, która mnie zaczęła fascynować. Wtedy zrozumiałam, że przynależę także do narodu polskiego i że przed tym człowiek nigdzie nie ucieknie“ – dodaje. Ponieważ chwalę jej znajomość języka polskiego, Ania przyznaje, że nauczyła się go dopiero na studiach. „Byłam zmuszona rozumieć i porozumiewać się w tym języku, więc nie było wyjścia“ – mówi z uśmiechem. Z rodzicami zawsze rozmawiała po słowacku i tak jest do dziś. Ze swoją córeczką też mówi w tym języku, zaś od komunikacji z nią po polsku jest tato Polak. Na koniec naszej rozmowy Ania zdradza, że zawsze unikała wywiadów. „Trudno mi mówić o sobie, ale jestem szczęśliwa i dziękuję Bogu, że mogę robić to, co kocham, że rodzina mi pomaga i że spotykam w życiu wspaniałych ludzi“ – podsumowuje. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Rozmowy

z Niną

Kiedy nie mogę

zmrużyć oka Kiedy nie mogę zmrużyć oka Dzisiejsza noc była intensywna. U mnie często tak jest, że mam aktywne noce. A właściwie nie ja, ale mój mózg. Po prostu nie potrafi się wyłączyć. Ja jestem wtedy bardzo zmęczona i dosyć się na całą sytuację złoszczę, ale niestety nie mam wyjścia - nie mogę zmrużyć oka. Muszę się tu do czegoś przyznać. W takich momentach nie chcę być w nocy sama, no i budzę mamę. Ona się na mnie za to gniewa. Właściwie ja ją bardzo dobrze rozumiem, ale po prostu nie potrafię z tym nic zrobić. Właściwie to jest mój następny odlot, że często w nocy nie śpię.

Gilgotające motyle Czasami jest temu winna epilepsja, na którą cierpię. Jeżeli piszę, że na nią cierpię, to naprawdę cierpię. Mam częste ataki i to różneMONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 19

go rodzaju. Z niektórymi z nich mogę prawie normalnie funkcjonować, ponieważ są delikatne i niewidzialne. Nazywają się „mikro“, a ja podczas nich czuję się tak, jakby we mnie latały motyle i gilgotały swoimi skrzydłami. Te ataki nie bolą. Mam też takie, które przychodzą co rano, zaraz po przebudzeniu. Te trwają dobrej pół godziny i bolą mnie i mojego tatę, bo to on zazwyczaj się wtedy mną opiekuje i powtarza, że razem wytrzymamy.

Ucieczka

ZDJĘCIA: EWA SIPOS

Kiedy byłam mała, myślałam, że od tych ataków mogę uciec. Wyrywałam się wtedy z objęć ojca i chciałam biegać po pokoju, ale on mnie nigdy nie chciał puścić, co mnie bardzo złościło. Teraz jest inaczej. Już nie protestuję, ponieważ wiem, że moje ciało musi pozostać w bezpiecznej pozycji, abym nie zrobiła sobie krzywdy. Wszystko wtedy czuję – jestem obecna ciałem i duchem, ale nie mam nad niczym kontroli. Nie potrafię zatrzymać ataków. Mój tata ani

Wolę mieć długie włosy Nie chcę, żeby to zabrzmiało drastycznie, ale jak odczuwam ból podczas tych ataków, to wyrywam sobie włosy z głowy. Albo drapię się do krwi. Tak, tak, mam potem podrapane nogi i po prawej stronie głowy brakuje mi włosów, bo ciągle wyrywam je sobie z tego samego miejsca, a one nie nadążają odrosnąć. Mama mnie raz obcięła na krótko, ale ja wolę długie włosy – pewnie dlatego, że potem mam co z głowy rwać. Ach, to jest straszne, wiem! Pewnie czujecie się nieprzyjemnie, kiedy o tym czytacie. Sorry, ale długo milczałam, a teraz mi się normalnie lżej zrobiło, kiedy wreszcie mogłam napisać prawdę, jak to ze mną jest.

Nie jestem idealna No ale dziś w nocy nie spałam aż do 5.30. Mamę systematycznie wyciągałam z łóżka - udało mi się chyba z 10 razy. Poszłyśmy kilka razy do łazienki: napiłam się i załatwiłam. Później chciałam chodzić po domu, grać na pianinie. Już sama nie wiem, na co jeszcze miałam ochotę. Tylko że mózg mojej mamy działa zupełnie inaczej niż ten

MAJ 2021

najmniej nie słyszała już mojego buszowania. Trwało to kilka godzin, dopóki nie dałam namówić się tacie na sen. On się nie da tak szybko wyprowadzić z równowagi, jak mama. Ojciec jest taki wyluzowany i prawie zawsze udaje mu się zasnąć, jak ja w nocy brykam. Sama nie rozumiem, jak mu się to udaje. Tak wyglądał mój nocny odlot, potem miał miejsce znany poranny atak, a potem wszystko już toczyło się całkiem zwyczajnie.

mama też tego nie potrafią. Bardzo ich to wtedy przygnębia, bo źle się na nie patrzy, a ja podczas nich też źle wyglądam. Nie, nie mam typowych drgawek, jak się to pokazuję w telewizji. Ani piana mi z ust nie leci. Przychodzą falami. Przez chwilę jest cicho, a potem znów burza. Jak się to wszystko uspokoi, znowu czuję się całkiem normalnie i mogę iść do mojego ośrodka.

Po burzy mój. Był wyłączony i dosyć się gniewał. Oczywiście że i ja się gniewałam, że mnie mama nie chce zrozumieć. Gniewałyśmy się na siebie nawzajem. Jakby ktoś na to popatrzył z boku, to cała sytuacja wyglądała tragikomicznie. Owszem, przyznaję, że trochę chciałam ją zdenerwować, ale potem żałowałam, że to zrobiłam. Być może jest temu winien mój okres dojrzewania, bo nie wszystko się da wytłumaczyć moją epilepsją czy autyzmem, rozumiecie. Ja też nie jestem idealna.

Jak w więzieniu Mama potem ode mnie uciekła do innego pokoju, który jest na parterze naszego domu. Zamknęła za sobą bramkę na schodach, żebym nie mogła za nią iść. Czułam się jak w więzieniu za kratami i na dodatek w towarzystwie swojej własnej frustracji. Oczywiście, że krzyczałam, waliłam pięściami w bramkę, zapalałam światło na korytarzu... Ale nic nie pomogło. Mama założyła sobie słuchawki na uszy i pościeliła sofę. Wiem, że nie mogła zasnąć, ale przy-

Zjadłam porządne śniadanie – jajecznicę na słoninie i warzywa. Mamę dziś trochę pobolewa głowa. Mnie też, tylko że ja już jestem do tego przyzwyczajona. Myślę sobie, że i jej by to pomogło, gdyby się przyzwyczaiła, ale ona ciągle nie chce. W ogóle jej nie rozumiem! Po co sobie tak komplikuje życie? Czemu nie chce się do tego przyzwyczaić? Do dobrego to się ludzie szybko przyzwyczajają, ale do złego? To już inna historia. Nie rozumiem, dlaczego tak jest. No nic, idę się teraz położyć. Oczywiście, na moją mamę. NINA

19


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 20

Stanislaw Grodzki zapomniany pionier

automobilizmu

Ż

yjemy w czasach, w których samochód stał się nieodłączną częścią życia. Ulice miast wypełniają przede wszystkim ciągi aut, których dzisiaj jest więcej, niż spacerowiczów. Trudno uwierzyć, ale były czasy, gdy samochód budził na drogach olbrzymią sensację. Mija 125 lat od momentu, gdy na ulice pierwszego polskiego miasta wyjechał automobil. Stało się to za sprawą Stanisława Grodzkiego, znanego warszawskiego przedsiębiorcy, który jako zapalony miłośnik wszelkich nowinek technicznych uległ fascynacji nowym wynalazkiem. Zacznijmy jednak od początku...

Od maszyn rolniczych do automobilów Firma „Alfred Grodzki” znana była powszechnie w szerokiej okolicy Warszawy, pełniącej pod koniec XIX wieku rolę stolicy tzw. Kongresówki. Ważną gałęzią gospodarki było wtedy rolnictwo, a wspomniana firma energicznego polskiego przemysłowca oferowała wszystko, co było potrzebne do uprawy roli – od nasion po pojawiające się wtedy pierwsze maszyny rolnicze. Późniejszy współtwórca i działacz Towarzystwa Automobilistów Królestwa Polskiego i Automobilklubu Polski urodził się

trzy lata po powstaniu styczniowym. Doskonale wykształcony technicznie nauki pobierał w Anglii, Niemczech i Francji. Po powrocie w rodzinne strony przejął kierowanie firmą, jednak nadal bacznie śledził pojawiające się na zachodzie Europy nowinki techniczne. Docierające z Francji i Niemiec informacje o „powozach bez koni” sprawiły, że postanowił odwiedzić te kraje osobiście. Cel był jeden: automobil musi pojawić się nad Wisłą!

Rajd ulicami miasta Negocjacje handlowe polskiego przedsiębiorcy skończyły się sukcesem. Podpisane umowy z firmą braci Peugeot oraz manufakturą Karla Benza dawały prawo do wyłącznego przedstawicielstwa obu marek w Królestwie Polskim. Alfred Grodzki z niecierpliwością wyczekiwał

Galeria w czterech ścianach

W

ydaje się, że na powrót do normalnego życia przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Trudne czasy zmuszają do kreatywności, przynoszą niebanalne rozwiązania, które czasami okazują się bardzo dobrymi pomysłami. Pandemia kiedyś się skończy i wtedy z radością będziemy korzystać z rozrywek, za jakimi dzisiaj tęsknimy. A na razie trzeba nieco pokombinować… Ci, którzy lubią chodzić do muzeów, podziwiać dzieła sztuki, kontemplować arcydzieła malarstwa, z pewnością zainteresują się książką Małgorzaty Czyńskiej pod tytułem „Kobiety z obrazów”. W czasie, gdy wszystkie placówki kultury 20

co chwila są zamykane, dobrze jest być w kontakcie z tym, co od wieków rozpala ludzkie emocje – z najbardziej znanymi i uwielbianymi obrazami, a właściwie z bohaterkami tych obrazów, słynnymi postaciami kobiecymi, żonami, kochankami, muzami światowych artystów. Autorka wpadła na świetny pomysł, by przybliżyć nam wielką sztukę jakby od drugiej strony obrazu,

z perspektywy, o jaką nie każdy się pokusi. Z wielkim zaangażowaniem prześledziła życiorysy między innymi Fridy Kahlo, Dory Maar, Misi Godebskiej, Tamary Łempickiej czy Niny Witkiewiczowej. Te kobiety – artystki i muzy – miały ogromny wpływ na sztukę, choć nie wszystkie zapewne są powszechnie znane. Ale dzieła malarskie, na których zostały uwiecznione – już tak. Dla takich malucz-

kich odbiorców, jak ja na przykład, bohaterki te to po prostu twarze znane z obrazów, intrygujące i skupiające całą uwagę na sobie. Oglądając je zwykle zadajemy sobie pytania: jak się nazywały, kim były te niezwykłe piękności? Jakie życiowe zawirowania postawiły je na drodze wielkich artystów? Jak skończyła się ich znajomość? Na przykład Emilie Flöge, muza Gustawa Klimta, przeMONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 21

pierwszej dostawy automobilów. Wreszcie w drugiej połowie sierpnia 1896 roku do Warszawy dotarły pierwsze egzemplarze niemieckich samochodów. Od razu przystąpiono do testowania wehikułów na podwórzu manufaktury. Prawdziwy, drogowy test miał jednak dopiero nastąpić. Rankiem 25 sierpnia dwa benzy opuściły fabrykę przy ulicy Senatorskiej i pokonały trasę do placu Bankowego i z powrotem. Oprócz Stanisława Grodzkiego, kierowcą testowym został również zakładowy mechanik. Jakby mało było wrażeń, jeszcze tego samego dnia oba wehikuły pokonały znacznie dłuższą pętlę, której punktem zwrotnym był plac Trzech Krzyży.

wynalazków na ulicach Warszawy. Taki dokument mógł wydać szef miejscowej policji (czyli oberpolicjmajster) pułkownik Gressner. W dniu 29 sierpnia przybył do siedziby firmy wraz ze swoim pomocnikiem, by wykonać szereg testów oceniających

Prawo jazdy do kontroli!

zwrotność „samojezdu”, jego hamulce oraz zdolność do wymijania przeszkód. Test wypadł celująco, a zadowolony płk Gressner oficjalnie dopuścił – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – samochód do ruchu ulicznego. Według niektórych źródeł rok później Stanisław Grodzki uzyskał również pierwsze na ziemiach polskich prawo jazdy, które pozwalało prowadzić mu większy samochód Peugeot P-9.

Co ciekawe, żaden ze wspomnianych kierowców nie posiadał prawa jazdy. Nie było to z resztą możliwe, bo z oczywistych względów nie istniała jeszcze przecież motoryzacyjna legislatywa. Będąc jednak człowiekiem honorowym i nie chcąc narażać swojego biznesu na nieprzyjemności, nasz bohater wystąpił o oficjalne pozwolenie na użytkowanie nowych żyła głębokie rozczarowanie, zobaczywszy swój portret w roku 1902. Uszyła sobie bowiem nawet specjalną suknię, która podkreślała jej urodę, tymczasem artysta utrwalił jej postać w zupełnie inny, sobie tylko właściwy, abstrakcyjny sposób. Ostatecznie portret został sprzedany do Muzeum Miasta Wiednia, gdzie można go podziwiać do dzisiaj. Emilie i sporo starszy od niej Gustaw żyli w zupełnym oderwaniu od ówczesnych norm. Uważa się, że to właśnie ona jako jedna z pierwszych kobiet w Austrii zrzuciła gorset i promowała nowoczesne stroje. Założyła elegancki salon mody, robiący ogromnie wrażenie nie tylMAJ 2021

ko dzięki sprzedawanej tam odzieży, ale również poprzez wystrój i detale związane ze sprzedażą. Jak łatwo się domyślić, spory udział w tych projektach miał Gustaw Klimt.

Sukces rynkowy Pojawienie się na ulicach Warszawy automobilu szeroko relacjonował „Kurier Warszawski”. Nic zatem dziwnego, że pierwszy klient przekroczył progi salonu samochodowego pana Grodzkiego już w następnym miesiącu. Szczęśliwym posiadaczem pojazdu został Karol Temler, bogaty przemysłowiec i znany współwłaściciel garbarni. Gdy przypatrzeć się cenom ówczesnych modeli – najtańszy pojazd kosztował 1350 rubli, a najdroższy 3400 rubli – staje się jasne, że na taki zakup stać było tylko ludzi najbogatszych. Wystarczy zestawić te ceny z płacą wykwalifikowanego robotnika, zarabiającego miesięcznie ok. 25 rubli. Być może to z tego powodu Grodzki postanowił zdywersyfikować swoją ofertę i uczynić ją przystępniejszą cenowo. Wkrótce wprowadził do sprzedaży dużo tańsze, napędzane motorem trójkołowce francuskiej marki De Dion-Bouton, będące protoplastami dzisiejszych quadów. Była to dobra decyzja, bowiem już wkrótce te środki transportu stały się niezwykle popularne.

Emilie kochała go całym sercem, ale - niestety - on nie był jej wierny i nieszczęśliwa muza wyczerpana psychicznie, próbowała odebrać sobie życie. Kto postawił ją na nogi? Cóż – Zygmunt Freud… Ale przywiązanie nie pozwoliło się rozstać muzie i jej mistrzowi. Ostatnie słowa umierającego Klimta skierowane były właśnie do Emilie… „Kobiety z obrazów” to nie tylko wciągające historie, książka jest również opatrzona ilustracjami malarskich dzieł, na których zobrazowane są bohaterki poszczególnych rozdziałów. W ten sposób słynne muzy zyskują duszę, stają się żywymi postaciami, które możemy zrozumieć,

uruchamiając naszą wyobraźnię. Mnie taka domowa wycieczka po ekskluzywnych galeriach sztuki bardzo odpowiada. Mogę do woli przyglądać się detalom i żaden niecierpliwy turysta nie wpycha się przede mnie, by więcej zobaczyć. Zanim naprawdę znajdę się w budynku jakiegoś światowego muzeum, minie zapewne jeszcze trochę czasu. Nie szkodzi. Teraz, znając już losy wielu bohaterek z obrazów słynnych mistrzów, mogę w przyszłości innym okiem spojrzeć na wielką sztukę. W końcu dzięki lekturze „Kobiet z obrazów” to, co nieznane, odkryło przede mną swoje tajemnice. AGATA BEDNARCZYK 21


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 22

Prawdziwa motopasja Tymczasem nasz bohater oddawał się swojej automobilowej pasji, odbywając coraz dłuższe podróże i sprawdzając możliwości techniczne swoich pojazdów. Jeszcze w 1896 roku udał się w trzygodzinną trasę przez Jabłonnę, Nowy Dwór, Modlin i Zakroczym. Jednak prawdziwy rekord ustanowił rok później. Grodzkiemu udało się zrealizować szalony jak na owe czasy plan podróży automobilem z Warszawy do Paryża. Podróż autem marki Peugeot zajęła 17 dni i odbyła się w towarzystwie niezbędnego wtedy mechanika, a także dziennikarza czasopisma „Cyklista”, gorliwie relacjonującego kolejne etapy wyprawy. Nietrudno sobie wyobrazić, że takie wydarzenie było fantastyczną reklamą możliwości samochodu i przysporzyło naszemu biznesmenowi nie tylko popularności, ale też klientów.

Zapomniany prekursor automobilów Stanisław Grodzki słusznie kojarzony jest z początkami automobilizmu w Polsce. Warto wspomnieć, iż to właśnie on wydał w 1911 roku „Sztukę prowadzenia samochodu”, będącą pierwszym podręcznikiem do nauki jazdy w polskim języku. Ogromna szkoda, że tak zasłużona i legendarna postać jest dzisiaj właściwie prawie zapomniana. ARKADIUSZ KUGLER Korzystałem z materiałów umieszczonych na stronie internetowej Polskiego Związku Motorowego oraz na blogu „Warszawy historia ukryta”. 22

DEBEL

Co

podwójne wyzwanie i emocje

prawda tematyka tenisowa i sukcesy naszych zawodników w tym zakresie niedawno gościły na łamach „Monitora Polonijnego”, ale już pod koniec maja, jeśli warunki na to pozwolą, w Paryżu na kortach Rolanda Garrosa powinien odbyć się kolejny z wielkich turniejów tenisowych, zaliczanych do Wielkiego Szlema. Będzie on dla nas niezwykle emocjonujący, bowiem swego mistrzowskiego tytułu będzie na nim bronić Iga Świątek. Zanim to jednak nastąpi, przyjrzyjmy się dokonaniom naszych tenisistów w grze podwójnej.

Na początku był Fibak Pisząc o sukcesach polskich deblistów, nie sposób pominąć Wojciecha Fibaka. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku był on idolem młodych Polaków oraz synonimem polskiego sukcesu w sporcie zawodowym, szczególnie że miało to miejsce w dyscyplinie uznawanej za bardzo prestiżową i elitarną. O jego popularności może świadczyć fakt, że produkowane wówczas w Polsce białe skarpetki dla osób uprawiających tenis ziemny zostały określone przez producenta jako „fibakówki”. W latach 1975-1987 Fibak zagrał w 83 finałach turniejów w grze deblowej, z czego wygrał aż 52. Największe jego sukcesy to zdobycie Australian Open w 1978 roku w parze z Australijczykiem Kimem Warwickiem oraz zwycięstwo w tym samym roku w turnieju finałowym WCT (World Championship Tennis) dla najlepszych ośmiu par deblowych w sezonie, co było równoznaczne z przyznaniem tytułu mistrza świata. W tym ostatnim turnieju jego partnerem był Holender Tom Okker, z którym wspólnie odniósł najwięcej turniejowych zwycięstw w swojej karierze, bo aż 16. Innymi znanymi partnerami deblowymi Fibaka, z którymi osiągnął zwycięstwa turniejowe, byli: Karl Meiler, Raúl Ramírez, Colin Dibley, Víctor Pecci, Fred McNair, Kevin Curren, Sandy Mayer, Michiel Schapers, a także Jan Kodeš, Ivan Lendl, John McEnroe, Boris Becker oraz Miloslav Mečíř. Z Czechem Kodešem nasz te-

nisista osiągnął finał Roland Garrosa w 1977 roku, wygrał 2 turnieje w 1975 roku i jeden w 1978, a w parze ze Słowakiem Mečířem odniósł przedostatnie swoje deblowe zwycięstwo w turnieju w Hilversum w 1987 roku. Fibak wielokrotnie zajmował miejsca w czołowej dziesiątce plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego polskiego sportowca roku. Po zakończeniu kariery zamieszkał w Monte Carlo. Z zarobionymi na korcie prawie 3 mln USD został przedsiębiorcą, wydawcą prasowym i kolekcjonerem sztuki, szczególnie obrazów malarzy ze szkoły paryskiej. W latach 1991-1995 był prezesem Polskiego Związku Tenisowego, od kwietnia 1989 do 1998 roku pełnił funkcję konsula honorowego RP w Monako.

Łukasz Kubot Łukasz Kubot to pierwszy polski tenisista, który od roku 1986 wszedł do pierwszej setki, a potem do pierwszej pięćdziesiątki rankingu ATP w grze Łukasz Kubot z Robertem Lindstedtem

MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 23

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski

pojedynczej. Jest też kolejnym po Fibaku Polakiem, który w swojej karierze wygrał turniej Wielkiego Szlema w deblu i to dwukrotnie. Najpierw w 2014 roku w parze ze Szwedem Robertem Lindstedtem odniósł zwycięstwo w Australian Open, a następnie w 2017 roku wraz z Brazylijczykiem Marcelo Melo wygrał swój ulubiony turniej – Wimbledon. Wraz z Melo stworzyli doskonały team, który przez prawie pięć lat zagrał w 26 finałach turniejów ATP, z czego 15 zakończyło się ich wygraną. Łącznie Kubot wygrał aż 27 turniejów w zawodowym tenisie i zagrał w 21 finałach takich imprez. Pięć triumfów świętował wspólnie z Austriakiem Olivierem Marachem, a dwa kolejne z Francuzem Jérémy Chardy. W Wielkim Szlemie, oprócz 2 zwycięstw, raz osiągnął finał, 2 razy półfinał i 9 razy ćwierćfinał. Kubot 7 razy wziął udział w ATP Finals – corocznym turnieju z udziałem 8 par deblowych z czołówki rankingu ATP Race, ale nie udało mu się nigdy wygrać tego turnieju, choć w 2017 roku razem z Melo był w finale, a w 2014 i 2019 w półfinale. Dobre wyniki w grze deblowej doprowadziły do kolejnego sukcesu Kubota - jako jedyny dotychczas Polak - od 8 stycznia do 20 maja 2018 był liderem rankingu ATP deblistów. Łukasz ciągle gra w najważniejszych turniejach, ale w 2021 roku w parze z nowym partnerem Holendrem Wesleyem Koolhofem na razie nie odnosi większych sukcesów.

Frytka, Matka i inni Najbardziej znanym polskim duetem tenisowym byli Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski, którym MAJ 2021

nadano pochodzące od nazwisk przezwiska – Frytka i Matka. Przez 14 lat ich wspólnych występów na tenisowych kortach osiągnęli 37 finałów turniejów najwyższej rangi, z czego wygrali 15. Pięciokrotnie, w roku 2006 i latach 2008-2011, wystąpili w deblowych mistrzostwach kończących sezon ATP World Tour Finals, a w 2011 roku doszli w nich do finału. Trzykrotnie wystąpili na igrzyskach olimpijskich – w Atenach, Pekinie i Londynie, ale tylko w 2008 roku byli blisko zdobycia medalu – odpadli w ćwierćfinale po bardzo wyrównanym pojedynku ze szwedzką parą AspelinJohansson. Współpracę zakończyli w 2014 roku i każdy z nich próbował gry z innym partnerem. W osiągnięciu kolejnych sukcesów Fyrstenbergowi przeszkodziły liczne kontuzje, w związku z czym w 2017 roku zakończył karierę zawodniczą, ale nie zerwał z tenisem – od stycznia 2020 roku jest kapitanem czyli odpowiednikiem selekcjonera polskiej reprezentacji w Pucharze Davisa. Natomiast Matkowski pograł jeszcze do 2019 roku i 3 razy z różnymi partnerami udało mu się zwyciężyć w turniejach ATP. Aktualnie, oprócz Kubota, nie mamy tenisistów, którzy mogliby zagrozić czołówce deblistów, ale od czasu do czasu naszemu najlepszemu singliście Hubertowi Hurkaczowi udaje się osiągnąć dobry rezultat również w deblu. W listopadzie 2020 roku w parze z Kanadyjczykiem Félixem Auger-Aliassime wygrali prestiżowe zawody Rolex Paris Masters 2020. Jest też kilku dobrze zapowiadających się deblistów – Szymon Walkow, Jan Zieliński, Karol Drzewiecki i Piotr Matuszewski, którzy w niedługim czasie mogą również zaistnieć na wysokich pozycjach w rankingu ATP. Alicja Rosolska i Klaudia Jans

Dziewczyny, ach te dziewczyny… W kobiecych rozgrywkach nasze rodaczki również odnosiły sukcesy. Przez wiele lat naszą najlepszą parą był duet Alicja Rosolska-Klaudia Jans. W latach 2004-2011 zagrały w 8 finałach turniejów WTA, w tym raz, w Marbelli w 2009 roku, odniosły zwycięstwo. Potem próbowały grać z innymi partnerkami. Jans do zakończenia kariery w 2016 roku wygrała jeszcze dwa turnieje i raz była w finale. Natomiast Rosolska z innymi partnerkami wygrała 8 turniejów i 6 razy była finalistką. Nie zakończyła jeszcze kariery, choć aktualnie nie występuje w turniejach, gdyż w ubiegłym roku po raz pierwszy została mamą. Kilka tygodni temu wróciła już do treningów i zamierza powrócić na zawodowe korty podczas najbliższego Rolanda Garrosa lub Wimbledonu. Urszula i Agnieszka Radwańskie

Warto wspomnieć, że deblowe trofea w turniejach WTA zdobyły też inne nasze zawodniczki, w tym 2 razy Agnieszka Radwańska, z czego raz w 2007 roku w Stambule w parze ze swoją siostrą Urszulą. Aktualnie, poza Rosolską, najlepiej w deblu sobie radzą Katarzyna Piter i Paula KaniaChoduń, które mają na swoich kontach po jednym zwycięstwie w turniejach rangi WTA i po kilkanaście sukcesów w zawodach ITF. Jest też grono młodych zawodniczek – Maja Chwalińska, Weronika Falkowska, Martyna Kubka czy Weronika Baszak – które stopniowo pną się po szczeblach rankingowych. Duże nadzieje tenisowi fachowcy upatrują w rozwoju kariery 15-letniej Weroniki Ewald, będącej ponoć talentem na miarę Igi Świątek… STANISŁAW KARGUL 23


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 24

T

en film niedawno pojawił się na Netflixie i od razu wzbudził żywe emocje. Jego kanwą stało się prawdziwe zdarzenie z 2003 roku, kiedy to po sterroryzowaniu ochroniarza do studia telewizyjnego w Warszawie wtargnął zamachowiec. Przerwano wówczas program telewizyjny. Napastnik okazał się osobą niezrównoważoną. W filmie Jakuba Piątka „Prime Time” akcja toczy się w sylwestra 1999 roku. Noc ta to szczególny czas, pełen nadziei i oczekiwań.

pski), a także wytwórni. Uważa, że twórcy filmu wykorzystali jego życiową historię bez zgody jego i rodziny, a tym samym naruszyli ich dobra osobiste. Wróćmy jednak do filmu. „Prime Time” jest rodzajem psychodramy. Jego reżyser zadbał, by widz od początku wiedział, że gra toczy się o ważną stawkę. Ludzie z telewizji starają się opanować sytuację i nie dopuścić do wejścia napastnika na antenę, a policja rozpoczyna nerwowe i początkowo chaotyczne

Prime Time wszedł ostro

B A R T O S Z B I E L E N I A Z N OW U W RO L I G Ł Ó W N E J Do błyszczącego brokatem studia telewizyjnego, w którym trwają intensywne przygotowania do finału kolejnego konkursu, dostaje się młody chłopak – Sebastian – który z bronią w ręku terroryzuje wpierw ochroniarza Grzegorza, a potem prezenterkę Maję. Chce on przemówić do ludzi na antenie w czasie największej oglądalności. Głośno o tym filmie zrobiło się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że prawdziwy zamachowiec Adrian M., mieszkający obecnie poza Polską, opublikował w Internecie list, w którym zapowiedział podjęcie kroków prawnych przeciwko reżyserowi, scenarzystom (Jakub Piątek i Łukasz Cza24

działania: ochrania budynek i próbuje negocjacji z zamachowcem. Jedno i drugie buduje napięcie, w którym dominują niepewność i nieufność. Akcja filmu rozgrywa się w ciągu jednej nocy. Sebastian – w tej roli Bartosz Bielenia - aktor dobrze już znany z filmu „Boże Ciało”, początkowo jest nerwowy i niczym zwierz w klatce krąży po studio telewizyjnym, ale powoli się uspakaja. Bielenia skupia na

sobie uwagę widza i udowadnia po raz kolejny, że jest zdolnym aktorem, tworząc postać wyrazistego bohatera, którego niepokój udziela się widzom. W zamkniętej przestrzeni studia telewizyjnego partneruje mu Magdalena Popławska w roli znanej prezenterki telewizyjnej Mai. To popularna teraz aktorka, znana szczególnie z tytułowej roli w serialu o Agnieszce Osieckiej. Jest jeszcze ochroniarz Grzegorz, grany oszczędnie przez Andrzeja Kłaka. Ważny akcent filmu stanowi rozmowa młodego napastnika z ojcem, którego policyjni negocjatorzy ściągnęli do telewizji. Reżyser Jakub Piątek odtwarza atmosferę społeczną

przełomu wieków. Na telewizyjnych monitorach studyjnych pokazuje, co działo się w Polsce w tę dziwną sylwestrową noc. Noworoczne orędzie prezydenta sąsiaduje ze strajkami górników, młodzi ludzie informują, że marzą, by wyjechać z Polski na Zachód, gdzie można dobrze zarobić i spokojnie żyć. Klimat beznadziei młodych przeplata się z radosnym nastrojem przygotowywanego na bogato koncertu sylwestrowego. Buduje to kalejdoskop nastrojów. Determinacja Sebastiana narasta w zabarykadowanym studiu telewizyjnym. Ale i tak nie wiemy, o czym chce mówić na żywo. Film po raz pierwszy pokazano na początku tego roku na Sundance Film Festival, który w 1978 roku stworzył Robert Redford. Do dzisiaj właśnie ten festiwal uważany jest za najważniejszy prezentujący niezależne kino. Film „Prime Time” od razu spotkał się z żywą reakcją krytyki i widowni. Uznano, że to kolejny ważny film polskiego reżysera młodego pokolenia. Ale trudno nie zauważyć, że to film dla cierpliwych widzów – długa ekspozycja, a potem w scenariuszu nie wykorzystane i nie rozegrane na planie fabularne wątki. Cóż, wydaje się, że większe i głośniejsze będzie zamieszanie wokół pretensji prawdziwego zamachowca wobec twórców filmu niż sukces u widzów debiutu fabularnego Jakuba Piątka. „Prime Time” jest filmem dla zwolenników talentu Bartosza Bieleni, który udowadnia, że potrafi budować napięcia i pokazać autentyczność emocji. ALINA KIETRYS MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 25

JezioroFelka

W

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

pewien upalny weekend udałam się z mężem w Tatry, by tam nad szmaragdową tonią górskiego stawu, wśród skalnych grani szukać ochłody i upajać się świeżym powietrzem na łonie tatrzańskiej przyrody. Nie spodziewałam się jednak, że przyjdzie nam się schłodzić już na samym początku wyprawy, którą rozpoczęliśmy w Starym Smokowcu. Otóż natknęliśmy się na wysoko umieszczoną rurę, z której mocno lała się woda. Wzięliśmy więc szybki prysznic pod gołym niebem i tak odświeżeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Maszerowaliśmy żółtym szlakiem wśród lasu, do dziś odrastającego po olbrzymich zniszczeniach, których na południowych stokach Tatr dokonał huragan w listopadzie 2004 r., nieodwracalnie zmieniając tutejszy krajobraz. Początkowo łagodnie wspinający się po zboczu szlak zmienił się w stromą kamienistą ścieżkę, którą dotarliśmy do rozległej polany, porośniętą krzewami kosodrzewiny, skąd wyruszyliśmy do celu naszej wyprawy.

Wielicki Staw (Velické pleso) dawniej nazywany był Wielkim Stawem, Felkańskim Stawem lub Jeziorem Felka. Położony jest w Dolinie Wielickiej w słowackiej części Tatr Wysokich na wysokości 1663 m n.p.m. Jeziorko ma ponad 2 ha powierzchni, około 4,5 m głębokości i uważane jest za największe w dolinie. Wielicki Staw jest jeziorem polodowcowym, zamkniętym od południowej strony moreną. Uwagę przykuwa znajdująca się powyżej jego północnego brzegu potężna Wielicka Siklawa, którą niczym białą wstęgę tworzą wody Wielickiego Potoku, spadające kaskadami po skałach z wysokiego progu doliny. MAJ 2021

Słowackie perełki

Trudno oprzeć się urokowi tego miejsca. Usiadłam na wielkim głazie i upajałam się zachwycającymi widokami na masywne szczyty górskie, odbijające się w tafli jeziora. Nie mogłam oderwać wzroku od górującego nad doliną majestatycznego Gerlacha, który jest najwyższym wierzchołkiem Tatr (2655 m n.p.m.). Nie sposób było nie zauważyć także hotelu górskiego Śląski Dom (Sliezsky dom), wybudowanego w latach 1966-1968, przez turystów nazywanego dawniej także Śląską Gospodą lub Schroniskiem Wielickim. Jego obecna nazwa pochodzi z 1895 r., kiedy to na miejscu pierwszej kamiennej chaty, którą zmiotła śnieżna lawina, Sekcja Śląska Węgierskiego Towarzystwa Karpackiego z siedzibą we Wrocławiu wybudowała na południowo-zachodnim brzegu jeziorka schronisko i nazwała je Śląskim Domem. Budynek niestety doszczętnie spłonął. Szybko podjęto działania mające na celu jego odbudowę i po kilku latach powstał stojący do dzisiaj hotel. Warto wspomnieć, iż nad brzegiem stawu w specjalnie zbudowanej altance 3 czerwca 1995 r. modlił się papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki na Słowację.

Pomieszczenie hotelowe, w którym wówczas się zatrzymał, przekształcono na izbę pamięci, którą udostępniono zwiedzającym. Przyglądając się hotelowi, miałam mieszane uczucia. Czyż nie wystarczyłoby mniejsze, skromniejsze schronisko górskie w tym miejscu zamiast wielkiego klocka, do którego można dojechać samochodem po asfaltowej drodze? Trochę szkoda, że jest tu tak tłoczno, a komercja wdziera się w najodleglejsze zakątki przyrody. Na szczęście z miejsca tego wiedzie jeszcze kilka tras turystycznych do ciekawych miejsc, do których autem już nie da się dojechać. Przez Wielicki Staw przebiega bowiem kilka szlaków: zielony na Polski Grzebień oraz na szczyt Mała Wysoka lub oznakowana na czerwono Magistrala Tatrzańska, biegnąca do Przełęczy pod Osterwą obok Batyżowieckiego Stawu. Warto odwiedzić to niezwykle piękne miejsce o każdej porze roku, gdyż Wielicki Staw w malowniczej dolinie o tej samej nazwie, to niezapomniane widoki i piękno górskiej przyrody w samym sercu Wysokich Tatr. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:41 Page 26

Mądrości ludowe powtarzamy z pokolenia na pokolenie. Często wiążą się one z porą roku, pogodą, pracami w ogrodzie czy na polu. I choć większość z nas prowadzi miejski tryb życia, to te powiedzenia ludowe są nam jakoś bliskie. Jeśli jesteście Państwo ciekawi, jaka mądrość ludowa została ukryta w haśle naszej najnowszej krzyżówki, zapraszamy do zabawy i życzymy przyjemnych majowych dni! Hasło majowej krzyżówki zostało ukryte w polach, oznaczonych numerami w następującej kolejności: 30 - 33 - Ś - 13 - 21 - 40 - 20 - 41 - 12 - 2 - 37 - 8 - 4 - 14 - 27 - 10 - 32 - 46 - 31 - 17 - 9 - 44 - 26 - 35 - 29 - 23 - 24 - 45 - 36 - 42 - 3 - 14 - 7 - Ą - 38 - 6 - 25 - 1 - 34 - 17 - 47 - 11 - 16 - 39 - 15 - 5 - 43. Życzymy miłej zabawy! Red., T.O.

Poziomo

2. kłopot, strapienie, zgryzota 6. gaz w balonie 7. widowisko, obchody, gala 9. duży, silny pies 11. filar, oparcie 14. gafa 15. olbrzymia - aga, kururu 19. przyszły las 20. panna grzechu warta 23. rycynowy 28. po rosyjsku pies 29. dwutakt z byłej NRD

Pionowo

31. celtycki kapłan 32. Jan … Jeziorański 36. randka 37. rozbrojenie 41. Maria ..., królowa Francji 42. jak autentyk 44. zagadka rysunkowa 45. efekt działania kwasu na alkohol 46. wygląd zewnętrzny 47. ... koła – niewykonalna

1. owalna figura 3. pierwszy podręcznik 4. sufit 5. impreza hobbystów 8. obszar w obszarze 10. kieruje pociąg na właściwe tory 12. półwysep Majów 13. biba 16. forma drukarska 17. barbarzyństwo 18. 500 sążni

21. wielkość wektorowa pola magnetycznego 22. sypialnia szlachcianki 24. poetyckie określenie świtu 25. akrobata 26. pokryte lub poszyte 27. z ruinami nad Dunajcem 30. polskie miasto festiwalu rocka 33. wzrost, potęgowanie 34. uwolniony zamiast Jezusa 35. obóz narodowy 38. choroba w repertuarze przeklinającego 39. ozdobna na szafce 40. niejedna w torcie 43. faza procesu

Hasło krzyżówki z poprzedniego numeru „Monitora“ brzmiało: Kwiecień gdy deszczem plecie, to maj wystroi w kwiecie

26

MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:42 Page 27

S

łodkie, chrupiące, kuszące, pełne czekolady – wafelki, po które sięgają zarówno młodzi, jak i starzy. Dziś chyba nie ma nikogo, kto by przynajmniej raz w życiu ich nie spróbował. Dlatego w tym odcinku „Retrohitów” przedstawimy znane wafelki – polskie i słowackie – które mimo olbrzymiej popularności nigdy nie spotkały się na sklepowych półkach obok siebie, choć są dostępne w obu krajach.

Hity

ry smakowe. W chwili ich wejścia na rynek polski, były już bardzo znane. W 2012 horalki weszły na rynek polski jako góralki, które do dziś sprzedawane są w Polsce pod tą nazwą. Wafle te są eksportowane także do takich krajów, jak Węgry, Wielka Brytania, Irlandia i Kanada, i sprzedawane są w 7 wariantach smakowych: czekoladowym, mlecznym, orzechowym, kokosowym, nugatowym, cytrynowym i truskawkowym.

nych i 6 warstw wafli, natomiast cieńszy prince polo jest złożony z 3 warstw masy czekoladowej i 4 warstw wafla, zatopionego w całości w polewie czekoladowej. Powstanie prince polo było zaplanowane, natomiast powstanie horalek wymusiła sytuacja na rynku słowackim. Kiedy produkowano wafelki Tatranka, zawierajace masę z orzechów laskowych, w pewnym momencie owej masy zabrakło. Wtedy rozwiązaniem okazało się zastąpienie orzechów laskowych orzeszkami ziemnymi i w ten sposób powstały horalky, których produkuje się ponad 160 mln sztuk rocznie. Na każdym opakowaniu horalek znajduje się obrazek szarotki alpejskiej – górskiego chronionego kwiatka, który od lat pełni funkcję rozpoznawczą popularnych wyrobów cukierniczych. Natomiast rosnąca popularność polskiego batonika spowodowała, iż w momencie największej popularności wafelków Prince Polo producent wykonał bardzo ważny krok – zastrzegł znak towarowy, nazwę oraz jego składniki. Oba wafelki są więc chronione swoimi specyficznymi znakami.

Prince polo jest eksportowany do takich krajów, jak Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa, Łotwa, Ukraina oraz Malta. Prawdziwym przebojem stały się w Islandii, gdzie sprzedawany jest pod nazwą Prins Póló. W 1995 r. na opakowaniu wafli Prince Polo pojawiło się nowe logo; jednocześnie zmieniono opakowanie oraz wprowadzono nowe smaki, poczynając od orzechowego, wprowadzonego w 1996 r., poprzez jabłkowy, karmelowy, mleczny, kokosowy, piernikowy, na premium kończąc. Dodano również wafel w rozmiarze XXL. Ciekawostką handlową jest fakt, iż horalek i prince polo nie znajdziemy w sklepach na Słowacji ani w Polsce pod tą samą nazwą handlową. Te najbardziej popularne wafle nigdy nie będą leżeć na półkach sklepowych obok siebie, bowiem wafle Prince Polo na Słowacji sprzedaje się pod nazwą Siesta, zaś słowacka Horalka w Polsce występują pod spolszczoną nazwą Góralka. I stąd porównanie tych dwóch najbardziej znanych wafelków na Słowacji i w Polsce do rozdroża. ANDREJ IVANIČ

Wafelki na rozdrożu Retro

Początki na Słowacji i powstanie góralek Kiedy w 1953 roku powstał zakład do produkcji wafli i pierników w Seredzi, z początku działał nieco ostrożnie, ale z biegiem czasu produkcja i asortyment słodkich produktów zaczął się poszerzać. W 1965 roku ruszyła produkcja horalek – wafelków, które w bardzo krótkim czasie opanowany cały rynek czechosłowacki i bardzo szybko stały się ulubionym przysmakiem Czechów i Słowaków. Te po obwodzie maczane w czekoladzie wafelki, przekładane masą czekoladową z nadzieniem z orzeszków ziemnych, kakao i czekolady już prawie sześć dekad zaspokajają apetyty łasuchów.

Starszy, słodki brat z Polski – Prince Polo Niedaleko od granicy czeskiej, w Cieszynie, znajduje się zakład produkcyjny, w którym w 1955 roku ruszyła produkcja najbardziej znanego polskiego wafla czekoladowego Prince Polo. To pokryty czekoladą batonik, składający się z czterech warstw wafli, połączonych czekoladowym wypełnieniem. Prince polo na długi czas stał się jednym z głównych smakołyków wywozowych za granicę, gdzie osiągnął naprawdę duży sukces.

Słodkie porównanie Co prawda każdy z wafelków ma inną strukturę: horalki są maczane po obwodzie, prince polo jest całe zatopione w czekoladzie, horalki są grubsze, bo są przekładane 4 warstwami masy czekoladowej i orzeszków ziemMAJ 2021

Rozdroże – każdy pod inną nazwą Horalki zostały na rynek polski wprowadzone w 2007 roku, ale rodacy odwiedzający Słowację znacznie wcześniej odkryli ich wyborne walo27


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:42 Page 28

M

iałem dziesięć lat, gdy usłyszał o niej świat, więc nie pamiętam, jak to było. Inne rzeczy chodziły mi wtedy po głowie. Muzycznie był to dla mnie czas fascynacji zespołem Queen, którego słuchałem godzinami, czego efektem było zdarcie na wiór kaset Greatest Hits I oraz II. Płyta, o której chcę tym razem napisać, pojawiła się w moim życiu niepostrzeżenie, po to, aby z czasem, kawałek po kawałku, stała się nieodłączną jego częścią. Tak się ostatnio zastanawiałem: świat miał w tym okresie Pearl Jam z płytą Ten, a my mieliśmy pierwszy album zespołu Wilki. Między tymi albumami dostrzegam pewne podobieństwa. Twórcy obu byli doświadczonymi muzykami, choć w obu przypadkach mamy do czynienia z debiutem. Oba albumy zawierają ikoniczne utwory i nie wyobrażam sobie, aby którychkolwiek z nich zabrakło. Oba okazały się ogromnymi sukcesami i do dziś są to najlepsze pozycje w dyskografii obu zespołów. I w końcu, oba tytuły dały począ-

28

Czulym uchem

tek legendom. Zostańmy jednak przy Wilkach. W czerwcu 1991 roku, po doświadczeniach z zespołami Opera i Madame, znany już wtedy w środowisku muzycznym Robert Gawliński postanowił powołać do życia zespół, który tym razem nie miał być wykalkulowanym projektem, ale bandem złożonym z kolegów, których łączyła pasja. Wszystko układało się pomyślnie; Gawliński

nagrał kasetę demo, która spodobała się odpowiednim osobom, zebrał kolegów, trybiki ruszyły, już mieli wchodzić do studia, gdy nagle zmarł basista Adam Żwirski. To smutne wydarzenie spowodowało, że do studia weszło nie pięciu, ale tylko trzech Wilków: Gawliński oraz gitarzyści Mikis Cupas i Maciej Gładysz. Z tego powodu zespół musieli wspomóc zaproszeni goście – ostateczny skład ukształtował się dopiero po nagraniu płyty. Prace nad krążkiem trwały długo, ale opłaciło się. Obecność na płycie takich nazwisk, jak Anja Ortodox, Mariusz Mielczarek, Michał Rollinger, Marek Surzyn czy Krzysztof Ścierański, spowodowała, że wydawnictwo może pochwalić się bardzo wysokim poziomem wykonawczym. Album został wydany w maju 1992 roku. W tamtych czasach utwory w rozgłośniach radiowych puszczano jeszcze z taśm, więc liczba kopii była ograniczona. Pierwszym singlem był

utwór Nic zamieszkują demony, drugim otwierający album doskonały Eroll. Oba utwory były wymagające i trudne w odbiorze. W końcu nadeszło lato, wakacje, kolonie i pojawił się trzeci singel pt. Son Of The Blue Sky, który dodatkowo był promowany teledyskiem. Pojawienie się tego utworu spowodowało szaleństwo. Wydawca nie wiedział, ile kopii płyt drukować, bowiem ciągle było ich za mało. Rynek zalała ogromna masa pirackich nośników. Ludzie na koncerty dosłownie walili drzwiami i oknami. Taśmy z teledyskiem dla telewizji były tak cenne, że Piotr Metz, znany dziennikarz muzyczny, musiał podstępem wywieźć jedną z nich do Anglii, aby przy okazji pamiętnego koncertu na Wembley, upamiętniającego Freddiego Mercurego, podrzucić ją do MTV. W ten oto sposób Son Of The Blue Sky stał się jednym z pierwszych polskich utworów, promowanych w największej stacji świata. Warto wspomnieć również, że cztery utwory z płyty zostały dodatkowo zmiksowane w słynnym studio Abbey Road w Londynie i są dostępne na kompaktowym wydaniu jako bonus. Mnie nie przypadły do gustu te wersje, szczególnie mój ulubiony utwór Amiranda brzmi jakoś komicznie. Wilkom nigdy nie udało się już powtórzyć sukcesu ani poziomu swojego debiutu. Jakiś cudowny zbieg różnych czynników spowodował, że nagrali gęsty, wyjątkowy i przełomowy album, który rozpoczął cały muzyczny szał lat 90. ŁUKASZ CUPAŁ MONITOR POLONIJNY


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:42 Page 29

Zielone Świątki w plenerze

Przedsięwzięcie planowane jest w stylowym ośrodku Słowackiego Instytutu Technicznego w Kočovcach koło Beckova. O tym, czy impreza się odbędzie, zdecydują aktualne ogólne zasady i ograniczenia związane z pandemią. Wszelkie informacje na ten temat publikowane będą na stronie www.polonia.sk. W przypadku chęci wzięcia udziału w spotkaniu konieczna będzie (podobnie jak w latach ubiegłych) rejestracja za pośrednictwem naszej strony, której częścią jest podpisanie RODO. Również na stronie www.polonia.sk opublikujemy informacje dotyczące atrakcji przewidzianych na weekendowy zlot Polonii.

Kondolencje

Drugiego kwietnia zmarł

JERZY WITCZAK, ojciec dr Beaty Witczak-Šnapko. Droga Beatko, z głębokim smutkiem i żalem przyjęliśmy wiadomość o zgonie Twojego Drogiego Taty. Wiedz, iż Ci, których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość to nieśmiertelność. Łączymy się z Tobą w żalu i pozostajemy w modlitwie. Klubowicze z Klubu Polskiego w Dubnicy nad Wagiem MAJ 2021

P

Z

od koniec marca bieżąco prowadzi do jego ogoLONEGO W ZIE cego roku na Netfliksie łocenia. W ten sposób nipojawił się film dokumenszczone są rafy koralowe, talny „Ciemne strony ryalgi i inne rośliny morskie, które produkują przebołówstwa” (z angielskiecież około 80% tlenu na Ziemi go „Seaspiracy”) w reżyserii Alie(w porównaniu – cała Puszcza go Tabriziego. Film ten w bardzo krótkim czasie stał się kontrowersyj- Amazońska wytwarza około 20%). nym hitem Internetu. Poniżej o tym, Podsumowując, trałowanie denne to masowa swoista „deforestacja” dlaczego i czy warto go obejrzeć. Z filmu Tabriziego dowiadujemy dna morskiego, a bez niego życie na się wielu ciekawych i przerażających Ziemi jest niemożliwe. faktów o przemyśle rybnym, na Z drugiej strony wiele recenzji przykład tego, czym jest przyłów. wspomina o wątpliwych informaOtóż jest to pojęcie określające ilość cjach przedstawionych w omawiazwierząt, złowionych podczas odło- nej produkcji. Na podstawie danych wów konkretnego gatunku. Oznacza z dziennika naukowego film szacuje, to, że podczas połowów np. tuńczy- że w 2048 roku nasze oceany będą ka, w sieci rybackie zaplątują się ró- praktycznie puste z powodu przełownież inne gatunki zwierząt, takie wienia. Może to jednak być nieprajak delfiny, morświny, wieloryby, re- wdziwa informacja, ponieważ wielu kiny, ptaki morskie i inne gatunki naukowców twierdzi, że nastąpi to ryb. Ta informacja nie powinna nas później. Niemniej jednak okazjonaldziwić, zadziwiające jest natomiast nie niedoprecyzowane dane nie to, że podczas połowów, aż 40% zło- znaczą, że sens całego obrazu jest wionych zwierząt stanowi właśnie błędny. Dziewięćdziesięciominutowy film przyłów. Zwierzęta złapane przypadkowo są wrzucane z powrotem dokumentalny Aliego Tabriziego do morza, ale bardzo często rany jest swoistym thrillerem. Podczas jespowodowane sieciami rybackimi go oglądania doznawałam obrzydzoczy też czas spędzony poza wodą po- na, byłam przerażona, zszokowana wodują, że giną. Szacuje się, że w ten i zdenerwowana tym, co zobaczyłam. sposób ginie rocznie ok. 300 000 Film ten oprócz kwestii opisanych powyżej porusza także tematykę delfinów. nieprzestrzegania praw człowieka i niewolnictwa w przemyśle rybnym, nielegalne zabijanie wielorybów i delfinów w Japonii, marnotrawstwo w hodowlach rybnych czy korupcję w tym właśnie przemyśle. Muszę przyznać, że jest to najlepszy obraz ukazujący zawiłość problemów ekologicznych, który do tej pory Inny poruszany w dokumencie widziałam. problem to trałowanie denne. PodBASIA KARGUL czas połowów statki rybackie mogą złapać setki ton ryb do jednej sieci. Oznacza to, że ogromna masa złowionych zwierząt morskich przeciągana jest po dnie oceanu czy morza,

ÓRZA ZG

Klub Polski organizuje w terminie od 4 do 6 czerwca (piątek - sobota) tradycyjne spotkanie polonijne pod hasłem

Nie w humorze jest nasze morze BASIA

Ogłoszenia

29


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:42 Page 30

MY

łowacy mówią „máj - lásky čas” (dosł. ‘maj - czas miłości’) i tak z moją żoną Słowaczką powspominaliśmy sobie, jak się poznaliśmy i jak to było być w związku na odległość. To pierwsze, jak zawsze, bardzo nas rozbawiło. Szczególnie moją żonę. Zawsze się zastanawia, co ją właściwie skłoniło do napisania do mnie prywatnej wiadomości. „Good evening, my friend…”, tak właśnie zwróciła się do mnie na Facebooku. Po angielsku.

Nie jestem Amerykaninem, jestem Polakiem Myślała, że jestem Amerykaninem, bo nie mam typowego polskiego nazwiska na „-ski”, „-cki” czy „-dzki”. Zaciekawiły ją moje rysunki o słowiańskiej tematyce. Chciała dowiedzieć się więcej na temat mojej twórczości. Do dziś śmieje się z tego, że zdanie „Good evening, my friend” brzmi dla niej tak obco, że pewnie coś ją opętało, bo tak się nie wypowiada i nie ma w zwyczaju pisać wiadomości do nieznajomych. Pamięta tylko o silnej potrzebie napisania do mnie. A ja jestem ogromnie szczęśliwy, że to zrobiła.

Związek na odległość... czasami boli Istnieje wiele opinii na temat związku na odległość. Niektórzy twierdzą, że nie ma on sensu, że niemożliwe, by się udał, że im nie wyszedł. Nam wyszedł, ale zgadzamy się, że jest to niezwykle trudne, szczególnie dla serca. Widzenie siebie tylko na odległość, niemożność wspólnego spędzania rocznic, urodzin, niemożność objęcia tego drugiego, gdy się martwi, lub przyniesie30

nia tabletki i herbaty podczas choroby…

Jak mieć szczęśliwszy związek na odległość Pary na odległość zwykle czekają z niecierpliwością na ten wielki dzień, kiedy w końcu zaczną mieszkać razem. My jednak najpierw postanowiliśmy ułożyć wszystko tak, aby można było rozpocząć wspólne życie. Okazało się, że myślenie o tym dniu jest dla nas bardzo przygnębiające, ponieważ na początku był on od nas bardzo daleko i to na nas źle wpływało. Obliczyliśmy, że musi upłynąć około 500 dni. Postanowiliśmy więc żyć teraźniejszością i odliczać raczej dni do następnych odwiedzin. A tych dni do kolejnego spotkania

dołączyła do mnie moja dama, Julka. Dziś są to dla nas piękne wspomnienia.

Wspólne przechadzki i hobby

E

S

NI

Maj - czas miłości

OWIA SŁ

było na szczęście o wiele mniej. Pomagało również skupianie się na teraźniejszości. Spędzanie każdego dnia razem w jakiś miły sposób. Musimy przyznać, że sieci społecznościowe są w takim przypadku niezastąpione. Bardzo pomógł nam Skype. Umożliwił nam widzenie się, słyszenie się, oglądanie filmów czy uczenie się języków. Zaproponowałem nawet Julce wspólne spędzenie walentynek. Wprawdzie tylko przez Skype, ale atmosfera była niesamowita. Jak to zrobiliśmy? To proste! Oboje ładnie się ubraliśmy, ugotowaliśmy pyszne dania i zjedliśmy je wspólnie, rozmawiając. Włączyłem przyjemną muzykę w tle, założyłem garnitur i elegancki kapelusz. Zdjąłem go, gdy

Często chodziliśmy razem na przechadzki. Julka na Słowacji, a ja w Danii, gdzie wtedy mieszkałem. Podczas tych spacerów rozmawialiśmy przez Skype. W ten sposób na świeżym powietrzu myśleliśmy pozytywnie, rozmawialiśmy o naszych uczuciach, śniliśmy o przyszłości, a czas płynął jakoś szybciej. Jednak najbardziej cieszył nas nasz blog PolishSlovak.eu i nasze zamiłowanie do języków słowiańskich. Blog się rozwijał i razem z nim lepiej poznawaliśmy nasze języki, a język angielski mogliśmy odłożyć do lamusa. Wiele śmiechu przyniosły nam zdradliwe słowa. Cieszyły nas wszystkie spotkania, pożegnania bolały najbardziej. Zawsze jednak mieliśmy plan wspólnego spędzania czasu na odległość. Jeśli obydwie osoby chcą, to można przez to przejść. Nie wiemy nawet, jak minęło te 500 dni. Dzisiaj tyle czasu żyjemy już razem. Zdecydowanie było warto! JÚLIANA VELESLAVA OPUK & FILIP LEON OPUK


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:42 Page 31

Magia kina K

ilkulatkowie w rolach scenarzystów, dźwiękowców, reżyserów i kostiumografów? Niemożliwe??? Nie dla nas! Niedawno, zniechęceni opieszałością poczty i niemożnością spotkania z polską babcią, wpadliśmy na pomysł szczególnego prezentu imieninowego dla niej. Postanowiliśmy samodzielnie przygotować i nakręcić film. W całości!!! Wymyśliliśmy wspólnie historię, napisaliśmy scenariusz, przygotowaliśmy stroje. Dwoje moich starszych dzieci wystąpiło aż w potrójnej roli. Zadbaliśmy o scenografię, dopracowaliśmy efekty dźwiękowe. I ruszyły zdjęcia do filmu „Na ratunek Tramtara” o królestwie, którego spokój zburzyło pojawienie się Złej Czarownicy, na szczęście pokonanej ostatecznie przez MAJ 2021

parę Superbohaterów. Zabawa była absolutnie wspaniała, a efekt – oglądany na szklanym ekranie milion razy. Wprawdzie mój pięciolatek momentami po prostu nieustannie chichotał (dzięki czemu mieliśmy

mnóstwo materiału do scen po napisach końcowych), ale w ośmiolatce zdecydowanie obudził się duch kreatywności. Wytwórnia „Hamada Siblings” działała pełną parą. Co najważniejsze – taką wytwórnię może stworzyć w domu każdy z czytelników. Wystarczą tylko chęci, by spróbować swoich sił w dziedzinie sztuki filmowej, telefon do nagrywania i komputer do późniejszej obróbki materiału. Postprodukcją naszego filmu zajęłam się już sama, ale trochę starsza młodzież poradziłaby sobie z tym bez problemu. Wystarczy podstawowy program do edycji wideo, znajdujący się w systemie Windows, i darmowe programy internetowe do tworzenia obrazów i obróbki dźwięku, np. Canva. W końcu wcale nie o profesjonalizm tu chodzi, ale o stworzenie czegoś własnego, oryginalnego, co wszyscy w rodzinie będą jeszcze długo wspominać. Zatem jeśli nie chcecie rysować kolejnej laurki lub po prostu nie wiecie ze swoim rodzeństwem, co robić w domu, to może pozwólcie się porwać magii kina? A nuż złapiecie bakcyla! NATALIA KONICZ-HAMADA

ZDJĘCIA: NATALIA KONICZ-HAMADA

31


Monitor 5_2021_2021 28.4.2021 11:43 Page 32

Nie ma to jak klasyka! Pani Agata Lewandowski z Berlina nadesłała do „Piekarnika” przepis na danie będące marzeniem kulinarnym większości znanych mi mężczyzn – golonkę po bawarsku.

Ta niezwykle popularna w naszej części Europy sztuka mięsa bywa przyrządzana na wiele sposobów. Można ją peklować, gotować, piec, a nawet grillować. Spróbujmy więc zmierzyć się z jej przygotowaniem.

Golonka po bawarsku SKŁADNIKI: • 4 golonki wieprzowe peklowane • 1 pietruszka • 1 marchew • 1 por • 1/2 selera • 3 liście laurowe • 5 ziarenek pieprzu • 5 ziarenek ziela angielskiego

MARYNATA: • 400 ml piwa (najlepiej ciemnego) • 1 łyżka majeranku • 1 łyżka słodkiej papryki (mielonej) • 1 łyżka kminku • 4 ząbki czosnku • szczypta chili do smaku

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Golonki myjemy, wkładamy do garnka i zalewamy wodą. Dorzucamy liście laurowe, ziele angielskie i pieprz. Gotujemy przez 2 godziny. Potem dokładamy obrane warzywa i gotujemy jeszcze przez pół godziny. Ugotowane mięso zostawimy, aby wystygło.

W tym czasie przygotowujemy marynatę – do sporej miski wlewamy piwo, dodajemy przeciśnięty czosnek, majeranek, kminek, paprykę, chili i wszystko mieszamy. Skórkę na golonkach nacinamy w kratkę. Mięso wkładamy do marynaty i odstawiamy na około 2-3 godziny, przy czym kilka razy je w tej marynacie obracamy.

Na koniec zamarynowane golonki wkładamy w żaroodpornym naczyniu do piekarnika, nagrzanego do 200 stopni, polewamy marynatą i pieczemy przez 45 minut. W trakcie pieczenia mięso polewamy marynatą co 15 minut.

Pani Agata uważa, że najpyszniejszą wersją golonki jest ta w piwie, czyli bawarska. Podaje się ją z kiszoną kapustą lub gotowanymi warzywami. W Berlinie zaś zjemy golonkę nie tylko z kapustą, ale też z purée z groszku oraz z ziemniakami. Jak by nie było, warto spróbować!!! Mnie szczególnie zainteresowała wersja grillowana. Ale zanim jej wypróbuję, przyrządzę danie według prezentowanego przepisu pani Agaty. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK