Monitor Polonijny 2019/03

Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor 3_2018 5.3.2019 18:11 Page 33

a n s o i W lejszy str. 4

Na dywaniku u pani Agnieszki

ciep iatr w e j e i w

str. 12

str. 16

DYPLOMACJA

w kobiecym wydaniu


Tylko i aż 2% na rzecz Klubu

Monitor 3_2018 5.3.2019 18:06 Page 2

Drodzy Przyjaciele, Członkowie Klubu Polskiego oraz jego Sympatycy!

Co roku o tej porze zwracamy się do Państwa z prośbą o przekazanie 2% z Wa szych podatków. Nie inaczej jest w tym roku. Ponownie udało nam się zarejestrować Klub jako organizację, mogącą przyjmować dotacje 2 % z podatków za rok 2018 od osób fizycznych i prawnych. Teraz chciałbym przekonać Państwa, że ta darowizna trafia do właściwych rąk. Nasz Klub jako stowarzyszenie obywatelskie to organizacja niezyskowa, co znaczy, że jej działania są finansowane z grantów, dotacji, darowizn, o które zabiegamy co roku. Wszystkie te środki są przyznawane na cele konkretne. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że owe środki zostaną przyznane i w jakiej wysokości. Nie jest też tajemnicą, że te dotacje są uwarunkowane własnym wkładem finansowym. Z działalnością Klubu są związane także inne wydatki (opłaty pocztowe, administracyjne itd.).

2

Poza tym do tej pory dotacje docierały do nas w drugiej połowie roku, czyli w czasie, kiedy już spora część naszych planowanych przedsięwzięć się odbyła lub była w trakcie realizacji. I to jest ten okres, w którym przekazane przez Państwa 2% z podatków może nam pomóc, ponieważ to dzięki Państwa datkom, które są częścią naszego wkładu własnego, udaje się nam rozpocząć przygotowania do kolejnych przedsięwzięć już od pierwszego dnia w roku, kiedy to ubiegamy się o granty. Dla nas są one wsparciem moralnym, a Państwu dają możliwość partycypowania w działaniach Klubu. Dziękuję wszystkim tym, którzy nas wsparli w latach ubiegłych, mając nadzieję, że zarówno oni, jak i pozostali Państwo wesprą nas i w tym roku. MAREK BERKY Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

Jak to zrobić?

Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% na rzecz Klubu Polskiego. Wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2018 wpisują tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji – szczegóły także na stronie www.rozhodni.sk. Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to jego pełna nazwa, IČO i adres, czyli: Poľsky klub – spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, IČO 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava. Informacje o zarejestrowanych na rok 2019 organizacjach (w tym o Klubie Polskim) znajdują się na www.rozhodni.sk.

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:06 Page 3

Niedługo się zacznie! Co? No przecież wiosna! A z nią częstsze spacery, do których zachęcamy choćby w stałym cyklu „Słowackie perełki“. W tym miesiącu wybierzemy się na Paryskie Mokradła na Słowacji (str. 23). Zachęcać będziemy też do spacerów po Bratysławie, a to za sprawą nowego cyklu, przybliżającego architektoniczne ciekawostki okresu socjalizmu (str. 25). Inspiracją cyklu stała się publikowana w poprzednich numerach seria tekstów o bratysławskiej (i nie tylko) komunikacji tramwajowej (i nie tylko). Wiosenny nastrój odnajdą Państwo już w pierwszym artykule niniejszego numeru, w którym autorka skupia się na tradycjach związanych z okresem przejściowym, czyli przedwiośniem (str. 4). Wiosny domagają się też najmłodsi, zatem w rubryce „Między nami dzieciakami“ same wiosenne tematy! (str. 31). A skoro o najmłodszych mowa, polecamy reportaż z zajęć Klubu Małego Polaka, który odwiedziliśmy, by przyjrzeć się stosunkowo nowej (powołanej do życia jesienią) inicjatywie Klubu Polskiego w Bratysławie (str. 12). Zachęcamy też do odwiedzenia trwającej w Instytucie Polskim w Bratysławie wystawy prezentującej bursztyn (str. 9) oraz do przeczytania wywiadu z artystami: Andrzejem Kupniewskim i Marcinem Tymińskim, którzy w fascynujący sposób potrafią opowiadać właśnie o bursztynie (str. 5). Równie fascynującą opowieść o kulisach pracy, ale w dyplomacji można przeczytać na stronie 16. A na deser jedna z naszych czytelniczek poleca... gofry! (str. 32). Miłej lektury i pięknej wiosny Państwu życzymy! W imieniu redakcji

Wiosna – cieplejszy wieje wiatr

4

Z KRAJU

4

WYWIAD MIESIĄCA Polska bursztynem stoi

5

Z NASZEGO PODWÓRKA

8

Dyplomacja w kobiecym wydaniu

16

Analogowo-cyfrowe dylematy melomana

20

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Takie kwiatki

20

KINO-OKO Kobiety na zakręcie

22

SŁOWACKIE PEREŁKI Mokradła Paryskie

23

BRATYSŁAWA – MIASTO NIEBANALNEJ URODY Betonowy bliźniak

24

Emigracyjne Berlinale 2019

25

KRZYŻÓWKA

26

SUBIEKTYWNA HISTORIA KOMIKSU POLSKIEGO Mistrzowie kreski

27

Być kobietą

28

OGŁOSZENIA

28

ROZSIANI PO POLSCE Nie tylko o bryndzových haluškach nad Wisłą

29

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Wiosna, ach to ty...

31

PIEKARNIK Komu gofry, komu?

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska • TRENČÍN: Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 • ISSN 1336-104X Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov náklad 550 ks • nepredajné Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín. Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013

MARZEC 2019

3


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 4

popularną piosenkę zespołu Skaldowie zna chyba każdy. Gdy tylko dni staną się nieco dłuższe, a słońce zaświeci mocniej, nasze myśli coraz częściej wybiegają ku wiośnie. Jej nadejście jest chyba jednym z najbardziej oczekiwanych momentów w roku. Symboliczna wręcz chęć zrzucenia z siebie grubych ubrań, chwila radości nad pierwszymi rozwijającymi się liśćmi czy wyciągnięcie z garażu zakurzonego roweru – to przyjemności, które smakują najlepiej wtedy, gdy kończy się zima. Zanim jednak ciepła aura zagości u nas na stałe, musimy przetrwać ten zmienny czas, przez niektórych nazywany przedwiośniem. Jest on bardzo głęboko osadzony w naszej najstarszej tradycji i łączy się z rozmaitymi rytuałami przejścia z okresu ciemno-

3 lutego w Warszawie zainaugurowało działalność nowe ugrupowanie na polskiej scenie polity cznej „WIOSNA”, które założył b. prezydent Słupska ROBERT BIEDROŃ. „Wniesiemy świeżość do polskiej polityki, stwórzmy siłę polityczną, która zmieni oblicze tego kraju“ – oświadczył Biedroń podczas konwencji założycielskiej partii. Biedroń zapowiedział przygotowanie krajowej strategii odchodzenia od węgla oraz projektów ustaw, przewidujących prawo do przerywania ciąży „na żądanie“ do 12. tygodnia, dostęp do antykoncepcji, w tym do tabletki „dzień po“, dostęp do opieki okołoporodowej i pełne finansowanie procedury in vitro 4

Wiosna cieplejszy wieje wiatr

ści i chłodu do etapu rozwoju nowego życia. Naprawdę bardzo, bardzo dawno temu ludzie zauważyli coś magicznego w momencie, zrównania dnia z nocą. Owa równonoc, w naszej strefie geograficznej mająca miejsce dwa razy w roku – u progu wiosny i jesieni – wyznaczała również mentalną przemianę człowieka. Równonoc wiosenna w czasach starożytnego Rzymu miała tak wielką wagę, że była uznawana za początek roku kalendarzowego. W czasach nowej ery, dokładnie od roku 325 przyjęto obowiązujące do dziś obliczenia, dotyczące wyznaczania terminu Wielkanocy. Opierały się one właśnie na równonocy wiosennej, a konkretnie na pierwszej pełni księżyca, która po niej wypadała. Dwudziesty pierwszy marca to dzień interesujący również dla badaczy nie-

oraz projekt o warunkach renegocjacji konkordatu ze Stolicą Apostolską. 8 lutego zmarł JAN OLSZEWSKI, premier w latach 1991-1992. Miał 88 lat. Był kawalerem Orderu Orła Białego. W czasach PRL w procesach politycznych bronił m.in. Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego, Melchio ra Wańkowicza. W 1975 roku podpisał protest przeciw poprawkom, wprowadzającym do konstytucji PRL przewodnią rolę PZPR i sojusz z ZSRR. W 1976 roku bronił w sądach robotników Radomia i Ursusa. Współpraco wał z KOR i Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Był

ba i gwiazd. Zapewne dlatego przypada wtedy Międzynarodowy Dzień Astrologii oraz Międzynarodowy Dzień Planetariów. W szkołach obchodzony jest tradycyjny Dzień Wagarowicza, połączony – choć chyba ostatnio coraz rzadziej – z topieniem marzanny, czyli kolorowej kukły, symbolizującej odchodzącą zimę. Tak naprawdę marzanna to ucieleśnienie słowiańskiej bogini, kojarzonej właśnie z zimą i śmiercią. Dziś marzannę na ogół topią przedszkolaki, ale dawniej zwyczaj ten miał uroczystą oprawę – po odprawieniu stosownych rytuałów oprowadzano ją po domach, a dopiero potem podpalano i topiono. Wiązało się to z obchodami tak zwanego Jarego Święta, czyli właśnie pierwszego dnia wiosny, ściśle związanego z ró wnonocą. Tańce, śpiewy, ogniska,

pełnomocnikiem rodziny ks. Jerzego Popiełuszki podczas procesu jego zabójców. W 1980 r. doradzał „Solidarności” i Lechowi Wałęsie. Rząd Jana Olszewskiego upadł w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, określanej później jako „noc teczek“, w wyniku ujawnienia przez ówczesnego szefa MSW Antoniego Macierewicza materiałów SB. 13-14 lutego w Warszawie odbyła się KONFERENCJA BLISKOWSCHO DNIA, w której uczestniczyli przedstawiciele ponad 60 państw. Jej współorganizatorami były Polska i USA. Wśród gości byli wiceprezydent USA Mike Pence, sekretarz stanu Mike Pompeo oraz premier

Izraela Benjamin Netanjahu. „Żadne z zagrożeń nie jest bardziej palące niż radykalny islamski terroryzm oraz autokratyczne reżimy, które eksportują go na cały świat; USA pracują nad zbudowaniem koalicji narodów, które łączy cel wyplenienia ekstremizmu“ – powiedział Pence i dodał, że największym zagrożeniem bezpieczeństwa i pokoju na Bliskim Wschodzie jest Islamska Republika Iranu. MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 5

15 lutego prezydent ANDRZEJ DUDA oraz wiceprezydent USA MIKE PENCE z małżonkami złożyli wizytę w byłym niemieckim obozie Auschwitz. Odwiedzili też Auschwitz Bir kenau, który jest symbolem Holokaustu. 18 lutego premier MATEUSZ MORAWIECKI podjął decyzję o odwołaniu wizyty polskiej delegacji na szczycie szefów rządów Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu. Decyzja polskiego premiera miała związek z wypowiedzią p.o. szef izraelskiego MSZ Israela Katza. Mini ster, odnosząc się do słów przypisanych przez media MARZEC 2019

Polska bursztynem stoi iedzieli Państwo, że istnieją różne rodzaje bursztynu? Od białego przez niebieski po czarny? A ten bałtycki jest jednym z najlepszych? Słyszeli Państwo o gitarze z bursztynu, motocyklu czy pałeczkach do sushi zdobionych bursztynem? O bursztynowych wariacjach rozmawiałam z Andrzejem Kupniewskim i Marcinem Tymińskim – artystami tworzącymi z bursztynu, którzy w Instytucie Polskim w Bratysławie prezentowali wystawę pod nazwą Simply beautiful. Polish Contemporary Jewellery with Amber.

CIE

:S

TA N

OS

TE

HL

IK

W

ZD

ścinanie wierzbowych lub leszczynowych witek – wszystko po to, by za kończyć ciemny i zimny czas, a powitać lub zaczarować wcześniejsze nadejście ciepła i światła. Było to jedno z najważniejszych świąt. Pozwalało zaczerpnąć energii po długim okresie spadku sił i dawało nadzieję na zdrowy i pełen udanych zbiorów sezon. Wytęskniony moment nadejścia wiosny celebrowany był nie tylko w kulturze przedchrześcijańskiej na ziemiach polskich. Na Rusi świętowano Maslenicę, w Iranie i sąsiednich państwach obchodzi się Nouruz, a w kulturze hinduskiej w tym samym czasie trwają kilkudniowe obrzędy Ćajtra nawaratri. Wszystkie te święta łączy pozytywny, optymistyczny wydźwięk – niezależnie od kultury każda nacja cieszy się z nadchodzących zmian. Jednak zanim nadejdzie wiosna i ten cieplejszy wiatr owieje nas wszystkich, warto jeszcze chwilę poczekać, robiąc porządki, segregując i pozbywając się nadmiaru przedmiotów czy ubrań. Oczyszczając – nawet symbolicznie – przestrzeń wokół siebie sprawimy, że poczujemy się lżej, a gdy już schowamy do szafy ostatni ciepły płaszcz, będziemy mogli z radością wystawić twarz ku słońcu i cieszyć się promieniami słońca, nucąc sobie pod nosem dalsze słowa piosenki: „Wiosna – znów nam ubyło lat…” AGATA BEDNARCZYK

izraelskiemu premierowi, stwierdził: „Nasz premier wyraził się jasno. Sam jestem synem ocalonych z Holokaustu. Jak każdy Izraelczyk i Żyd mogę powiedzieć: nie zapomnimy i nie przebaczymy. Było wielu Polaków, którzy kolaborowali z nazistami i - tak jak powiedział Icchak Szamir (były premier Izraela), któremu Polacy zamordowali ojca - Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. Szczyt V4 został odwołany. Do Jerozolimy na spotkania z premierem Netanjahu udali się szefowie rządów Węgier Viktor Orban, Czech Andrej Babisz oraz Słowacji Peter Pellegrini. Po wypowie-

dzi Israela Katza do polskiego MSZ została wezwana ambasador Izraela w Polsce Anna Azari. 21 lutego w wieku 90 lat zmarł biskup-senior diecezji łowickiej ALOJZY ORSZULIK. Uczestniczył w obradach Okrą głego Stołu oraz w pracach Komisji Wspólnej Przedstawi cieli Rządu PRL i Episkopatu Polski, a później Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Był delegatem Stolicy Apostolskiej do negocjacji z rządem polskim konkordatu między Polską a Stolicą Apostol ską. W 2010 r. otrzymał Order Orła Białego.

23 lutego odbyła się konwencja PRAWA I SPRAWIEDLIWOŚCI, podczas której prezes Jarosław Kaczyński przedstawił pięć nowych propozycji programowych. Zapowiedział, że od 1 lipca będzie wypłacane 500 zł na pierwsze dziecko, a od maja br. wypłacona będzie tzw. trzynastka dla emerytów w wysokości najniższej emerytury – 1100 zł. PiS zamierza znieść podatek PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżyć koszty pracy oraz przywrócić zredukowane połączenia autobusowe (chodzi głównie o mniejsze miasta i wsie). Program ten ma kosztować 30-40 mld zł. MP 5


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 6

Czy to pierwsza wizyta Panów w Bratysławie? ANDRZEJ KUPNIEWSKI: Mój pierwszy pobyt w Bratysławie w 1995 roku był związany z firmą IKEA. Brałem bowiem udział w jej budowaniu. To była przygoda! Mieszkałem wtedy na barce i budowałem pierwszy taki sklep na Słowacji. Wtedy biżuterię projektowałem hobbystycznie. Braty sławę zapamiętałem bardzo dobrze. MARCIN TYMIŃSKI: Byłem w Bratysławie kiedyś turystycznie, więc to się nie liczy. Teraz to moja pierwsza wizyta artystyczna. Pogoda nam sprzyja. Jesteśmy ludźmi, którzy obserwują, i jesteśmy zachwyceni miastem. Czym Bratysława zachwyca artystów? MT: Położeniem. Rzeka rządzi! Wje żdżamy do Bratysławy i wita nas rzeka. To jest coś, co od razu rzuca się w oczy. Genialne miejsce! Tu mamy wszystko w pigułce. Jestem warszawiakiem i, niestety, moje miasto długie lata było podzielone Wisłą. Obecnie to się zmienia.

MT: Warszawa leży na szlaku bur sztynowym, a my jesteśmy związani z Gdańskiem. Wykładamy na Akademii Sztuk Pięknych w tym mieście. Jako artyści i designerzy staramy się pokazać, że bursztyn można zrobić inaczej niż 20, 30, czy 40 lat temu. To prawda, od jakiegoś czasu bursztyn zwraca na siebie uwagę i pięknieje w nowej odsłonie. Skąd to odrodzenie? MT: W Gdańsku około 20 lat temu powstały pierwsze targi bursztynowe i dyrektorka targów stworzyła galerię projektantów. Te konkursy spowodowały, że przyglądali się temu również rzemieślnicy. Trochę się podśmiewywali, ale również i oni czerpali inspiracje. W ten sposób podnoszono poprzeczkę i biżuteria z bursztynu ewoluowała. I to jest sukces targów gdańskich! Polska bursztynem stoi? MT: Bałtycki bursztyn jest jednym z najlepszych. Ma swój wiek, ma doskonałą twardość, jest dobry w obróbce.

A co ma Warszawa do bursztynów? MT: Jest z niej dużo bliżej do Gdań ska niż na przykład z Bratysławy.

W Niemczech na przykład takiego się nie znajdzie? MT: W Polsce są największe złoża bursztynu. W Szwecji na przykład, która też leży nad Bałtykiem, bursztynu nie ma. Bursztyn nie jest związany z morzem, ale z klimatem. Na naszych terenach rosły odpowiednie rośliny, drzewa wytwarzały odpowiednią żywicę, która spływała i tworzyła to, co dziś znajdujemy. W Szwecji było za zimno, tam nie było takich drzew, które by wydawały odpowiednią żywicę. Bursztyn powstał wcześniej, potem dopiero, czyli 14 tysięcy lat temu, Bałtyk, który jest jednym z najmłodszych mórz. Fale i sztormy wypłukują bursztyn z ziemi, ale można go znaleźć też na przykład w Lublinie. Bursztyn występuje w różnych krajach, ale ten bałtycki jest najlepszy, bo najlepiej zachowany, ma najlepszą twardość i idealne właściwości techniczne. AK: W naszych pracach wykorzystujemy bursztyn z całego świata. Stworzyliśmy taką przyjemną kooperację złotniczą i oglądamy, a potem wykorzystujemy w swoich pracach bursztyn z różnych zakątków, na przykład ten, który jest wykopywany na Dominikanie, Sumatrze czy w Meksyku. W ten sposób mamy kontakt ze złotnikami z całego świata.

ZD

JĘC

IA:

STA

NO

STE

HLI

K

To prawda, ale obstawiałabym, że artyści zajmujący się bursztynem to mieszkańcy Gdańska.

MARCIN TYMIŃSKI 6

Bursztyn nie jest związany z morzem, ale z klimatem.

Gdzie jest największe zainteresowanie bursztynem? MT: To jest okresowe. Był taki czas, że Chiny były zaczarowane bursztynem. No, ale my skupiamy się na designie, na oprawie bursztynu, nie na samej bryle, ale na czymś specjalnym, co z niej powstanie. Nasze prace podobają się najbardziej w Stanach Zjednoczonych. Ja swoje prace eksportuję głównie tam właśnie. A w Europie najbardziej Niemcy interesują się bursztynem, choć ich wiedza jest dużo mniejsza niż nasza. Im bursztyn kojarzy się głównie z kolorem piwa; nie znali na przykład białego bursztynu. MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 7

No i dodam jeszcze, że w Arabii Saudyjskiej bursztynu w ogóle nie znali, więc kiedy byłem ze swoimi pracami w Dubaju, udało mi się go przedstawić. A jak Słowacy reagują na bursztyn? MT: W ramach naszego pobytu w Bratysławie prowadziliśmy zajęcia z młodzieżą szkolną i widzieliśmy w jej oczach fascynację bursztynem. Ci młodzi ludzie nigdy tego materiału nie obrabiali. Byli zdziwieni jego wyglądem i plastycznością. Najpierw wyglądał jak brudny ziemniak, a potem – po obróbce – jak świecący brylant. Bursztyn jest prosty w obróbce, ale trzeba mieć wiedzę, jak go obrabiać. Występuje w bardzo różnych odsłonach – ja na przykład specjalizuję się i bardzo lubię bursztyn, który jest klarowny jak szkło, a Andrzej preferuje bursztyn wykopany, gdzie widać ziemię i inne struktury.

Najpierw wyglądał jak brudny ziemniak, a potem – po obróbce – jak świecący brylant. Co najdziwniejszego w swojej karierze zrobiliście Panowie z bursztynu? AK: Wszystkie nasze prace są dziwne (śmiech). Tak jesteśmy odbierani. Ja kiedyś zobaczyłam fotografie wyschniętej rzeki, które zrobiła Elżbieta Dzikowska, lecąc balonem, i to mnie zainspirowało. To, co ona sfotografowała, zeskanowałem i przeniosłem na rzeźbę. MT: Mnie fascynują motocykle, więc z takich dziwnych i ciekawych moich projektów wspomnę motocykl, który chciałbym zrobić, zdobiąc metal bursztynem. I ten motocykl mógłby przejechać całą trasę, kiedy już powstanie autostrada Gdańsk - Rzym. A drugą taką ciekawostką z mojej pracowni, która powstała na wystawę w Hongkongu, to zdobione bursztynem patyczki do sushi. Biżuteria z bursztynu pasuje do każdego typu urody? MT: Kolorystka bursztynu jest tak różnorodna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Na przykład na Dominikanie jest bursztyn niebieski, który pasoMARZEC 2019

wałby do pani oczu. Opalizuje jak opal, może być błękitny, zielony – w zależności od tego, jak świeci słońce. Nasz kolega pracuje z czarnym bursztynem, co też jest fascynujące! Jak Panowie idą gdzieś na urodziny, to zawsze z bursztynowym prezentem? MT: Tak, ja robię takie prezenty i mam ogromną przyjemność, jeśli obdarowana osoba nosi moją biżuterię. AK: A ja nie robię takich prezentów, ja bursztynem zarabiam, więc w prezencie najczęściej gram. MT: Andrzej jest muzykiem jazzowym. AT: Jestem gitarzystą klasycznym, ale ponieważ miałem wypadek na motocyklu i do pewnego stopnia mam niesprawną rękę, nauczyłem się grać na harmonijkach i przerzuciłem się na elektronikę. A jest coś takiego jak bursztynowa muzyka? AK: Tak, jest! Naprawdę! Bursztyn i muzyka często idą w parze. Na przykład w Gdańsku można obejrzeć gitarę Gibsona, zrobioną z bursztynu przez lutnika. Wygląda niesamowicie! Na plakatach naszej wystawy Rod Stewart pokazywał bransoletkę z bursztynu, a w muzeum rocka w Jarocinie też pojawia się bursztyn.

Czyli bawią Panów improwizacje na temat bursztynu? MT: Łączymy bursztyn z różnymi dziedzinami. AK: Chociażby z fotografią, jak to ma miejsce na wystawie w Bratysławie. MT: W tym celu zaprosiliśmy panią Lidię Popiel i Andrzeja Pągowskiego, by wzięli udział w obradach jury i stworzyli program fotografii i biżuterii. W ten sposób powstała wystawa Bursztyn inspiruje. Tu niekoniecznie spotkamy się tylko z fotografiami bursztynu, ale również tego, co nam się kojarzy z bursztynem, czyli kolorem, zabawą formą, grą skojarzeniami itd. Jeśli nie ma pod ręką bursztynu, przywołujemy go, fotografując herbatę posłodzoną miodem. W ten sposób powstała jedna z wielu fotografii, które można obecnie podziwiać w tak wspaniałym miejscu, jakim jest Instytut Polski w Bratysławie. To znakomite miejsce! Może Panów coś jeszcze zaskoczyć? Co ostatnio zaskoczyło? AK: Morze! Morze wyrzuca rzeczy wyjątkowe! Materiał wtedy rządzi! My się wsłuchujemy w to, co nam morze podpowiada. Czekamy na ten wyjątkowy moment, jesteśmy na wszystko otwarci i to nas rozwija.

ANDRZEJ KUPNIEWSKI 7


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 8

My się wsłuchujemy w to, co nam morze podpowiada. Zbieracie bursztyn? AK: Zdarza się. Jak jesteśmy nad morzem, to wiemy, kiedy szukać. I jak jest sztorm, to wychodzimy na plażę. To jest coś, co jest wartością dodaną, bo znaleźć i obrobić bursztyn, to jest to! To jest cenniejsze? AK: Tak! I są większe emocje. MT: Ten znaleziony bursztyn to jest coś wyjątkowego. Tworząc biżuterię, mają Panowie na myśli konkretną osobę? MT: To się zdarza. AK: Ja tak, bardzo często. MT: Kiedy organizujemy konkursy, to skupiamy się na tematach, ale czasami przychodzi konkretna osoba i chce coś wyjątkowego i wtedy to jest wyzwanie dla artysty, bo jego zadaniem jest przecież kreować sztukę. Czasami stara się więc narzucić niektóre rzeczy, żeby ludzie poddawali się różnym sugestiom, zmianom, trendom w modzie. Ja najczęściej proponuję takie prace, które sam bym nosił, gdyż wyrażają mnie, są częścią mojej duszy, choć oczywiście zwracam uwagę na to, co komu pasuje. Bo przecież jednemu lepiej w drobnej biżuterii, innych lepiej wyrażają większe przedmioty, kogoś bursztyn rozjaśni, innemu nie będzie pasował do typu urody, koloru oczu czy włosów. Rozpiera potem duma, jak klienci noszą Pana dzieła? MT: Oj, ogromna! Duma, jak się zobaczy kogoś na przykład w moich kol-

czykach na ulicy, czy w telewizji. Kolekcje Andrzeja nosi pani Dzikowska. Mężczyźni noszą bursztyn? MT: Noszą. Nie jest to jednak tak powszechne. Ja sam mam sporo takiej biżuterii. Kiedy na przykład zakładam garnitur, w klapę wpinam szpilkę z bursztynowymi elementami, co jest dla mnie bardzo charakterystyczne. Często słyszę od innych, że też by chcieli mieć coś takiego. Jestem dumny ze swoich prac, gdy widzę, że tak na nie reagują inni. Dla każdego artysty najważniejszy jest odbiór tego, co stworzy. Artysta w ten sposób uzewnętrznia swoją duszę, opisuje samego siebie. Biżuterią zajmuję się od 25 lat i widzę, jaki postęp zrobiłem, ale wiem też, dokąd idę. Jestem rozpoznawalny. Mam dwanaście wystaw rocznie na całym świecie. W kwietniu jadę do Nowego Jorku, do najważniejszego muzeum. Dodam, że to jest impreza tylko dla 50 artystów wybranych z całego świata. Chcę być w gronie najlepszych. Jeżeli bym sobie nie zakładał celów, to nie mógłbym się rozpędzić, byłbym tylko odtwórcą. Człowiek potrzebuje napędu. Dlatego prowadzimy z Andrzejem stowarzyszenie. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież konkurujemy ze sobą, ale my w ten sposób czerpiemy z tego, gdyż mamy wspólny napęd! AK: Dzięki stowarzyszeniu motywujemy się wzajemnie, poznajemy prace kolegów, wystawiamy je w niebanalnych miejscach, jak choćby tu, w Bratysławie, czy niedawno w Euro pejskim Centrum Solidarności w Gdań sku. Dzięki takim aktywnościom świat jest ciekawszy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Magnetyzujący

bursztyn

Dwa gole dla

Słowaków

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:07 Page 9

alerię Instytutu Polskiego w Bratysławie zapełniły gabloty z eksponatami, w których królował bursztyn w różnych odsłonach: w naszyjnikach, pierścionkach, kolczykach, bransoletkach, spinkach do koszuli czy guzikach. Na ścianach zawisły fotografie, powstałe pod hasłem „Bursztyn inspiruje“, przedstawiające nie tylko bursz-

Tymiński i Andrzej Kupniewski, artyści ze Stowarzyszenia Twórców Form Złotniczych, na miejscu pokazywali, jak obrabia się bursztyn i jak powstają z niego niepowtarzalne dzieła sztuki. Wystawę można podziwiać do 20 marca. RED.

G

IA: STANO STEHL ZDJĘC IK

tyn, ale wszystko to, co fotografom z nim się kojarzyło. Nic dziwnego, że 20 lutego do Instytutu tłumnie przybyli nie tylko fascynaci bursztynu. „Bursztyn i srebro to podstawowe materiały tej biżuterii. Warto dodać, że w ostatnich latach bursztyn cieszy się coraz większym zainteresowaniem wśród twórców i odbiorców biżuterii artystycznej w Euro pie“ – tak prace 40 wybitnych artystów z Polski rekomendowała kurator wystawy Simply beautiful Moni ka Szpatowicz, a Marcin ym razem mecz piłki nożnej, rozegrany pomiędzy pracownikami słowackiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych a pracownikami polskiej ambasady i członkami Klubu Pol skiego, odbył się w hali sportowej, należącej do bratysławskich akademików. Zimowy wieczór 19 lutego nie zapowiadał rewolucyjnego przełomu w sportowych relacjach polsko-słowackich,

T

MARZEC 2019

gdyż – jak wiadomo – w odróżnieniu od naszych zawo dników słowaccy rywale trenują systematycznie. Przyznać jednak trzeba, że w pierwszej połowie me-

czu biało- czerwoni nie tylko wytrwale bronili swojej bramki, ale i starali się atakować bramkę przeciwnika. Po przerwie Słowacy uzyskali pierwszego gola, później drugiego. Mecz zakończył się wynikiem 2 : 0 dla Słowaków, którym serdecznie gratulujemy. Naszym reprezentantom natomiast dziękujemy za wytrwałość i sportowego ducha walki. RED.

ZDJĘCIA: ANNA PORADA, MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

9


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 10

Zabawa

w Klubie Polskim w Trenczynie

ZDJĘCIA: MARIAN PAVLASEK

yły czasy, kiedy Klub Polski w Trenczynie regularnie organizował zabawy karnawałowe. Lat przybywało, a zdrowia, jak i chętnych do takiej zabawy ubywało. W tym roku trafiła się jednak wyjątkowa okazja, by choć na chwilę powrócić do tradycji i zaprosić wszystkich na

B

10

karnawałowe spotkanie. Tą okazją był okrągły jubileusz prezes trenczyńskiego Klubu Renaty Strakovej. Zaproszeni zostali więc nie tylko członkowie Klubu, ale i inni przyjaciele jubilatki. Nie zabrakło więc przyjaciółki z lat szkolnych, Mariolki, która przybyła z Budapesztu, przyjaciół z ogródka, w którym Rena tka spędza każdą wolną chwilę od wczesnej wiosny do późnej jesieni, przyjaciół z osiedla i jej wiecznego studenta języka niemieckie go z małżonką. Urodzino we spotkanie odbyło się 9 lutego 2019 r. w Centrum Kultury w Trenczynie Ku bra i było bardzo udane. Był taniec jubilatki z każ-

dym po kolei, było karaoke, była sesja zdjęciowa z kwiatami i wspaniałymi tortami, były też śpiewy z akompaniamentem gitary, na której grała Renatka, i akordeonu. To właśnie akordeon,

a właściwie Ondrej, kolega jubilatki, przygrywał nam do tańca. A robił to z takim wdziękiem, że poderwał do pląsów nawet naszą seniorkę Henię. Zabawa trwała do północy, a zakończył ją polonez, tańczony pod kierunkiem jubilatki, po którym wszyscy w wesołym nastroju rozeszli się do domów. Kochana Renatko, jeszcze raz przyjmij nasze gorące życzenia, przede wszystkim zdrowia, szczęścia, powodzenia w życiu zawodowym i osobistym i wszystkiego, czego sobie życzysz. Sto lat! TERESA PAVLASKOVÁ

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 11

oszyki, małe i duże, kierpce z wikliny, ozdoby, fotografie i ryciny przedstawiające wiklinowe cuda - to wszystko można było zobaczyć na wystawie poświęconej właśnie wyrobom z wikiny. W centrali słowackiego UĽUV-u przy ul. Obchodnej w Bratysławie zorganizowało ją Stowarzyszenie Serfenta we współpracy z Instytutem Polskim. Wernisaż miał miejsce 14 lutego. Według kuratorki Pauliny Adamskiej wystawa ta szuka odpowiedzi na pytania, dlaczego obecnie coraz więcej ludzi fascynuje rzemiosło, konkretnie plecenie koszy, i dlaczego chcą tworzyć coś własnymi rękoma. Ponieważ pokazywane słowackim widzom eksponaty pochodzą z Polski i Norwegii, odpowiedzi na te pytania mogą się nieco różnić.

K

Wiklinowe cuda

wackiego albumu „Za górami, za lasami, za Tatrami“ w wykonaniu Ewy Sipos i grupy Jablco. Wiklinowe cuda przyciągnęły spore grono zainteresowanych i z pewnością jeszcze oczarują niejednego odwiedzającego wystawę, która potrwa do 22 maja. W kwietniu przewidziany jest natomiast dwu-

dniowy worskhop z udziałem polskich gości, którzy pokażą, jak powstają wiklinowe dzieła w Polsce. RED.

Jednak wszystkich, zajmujących się wyplataniem z wikliny, łączy wiara, że praca manualna i rzemiosło łączą ludzkość z jego dziedzictwem, pełniąc funkcję swoistego języka uniwersalnego, znanego na całym świecie. Podczas wernisażu zabrzmiały stylizowane dźwięki z polsko-sło-

MARZEC 2019

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK, MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

11


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 12

czesne sobotnie popołudnie, a w szkole im. Jana de La Salle w bratysławskiej Račy panuje gwar. Nie tylko z powodu lekcji w Szkolnym Punkcie Konsultacyjnym, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na zajęcia dla najmłodszych członków Polonii.

W

KLUB MAŁEGO POLAKA powołany został do życia we wrześniu ubiegłego roku przez Klub Polski w Bratysławie. W jednym z pomieszczeń szkoły Agnieszka Krasowska, absolwentka Wydziału Nauk Społecznych i Sztuki w zakresie animacji społeczno-kulturalnej na Uniwersytecie WarmińskoMazurskim w Olsztynie, prowadząca cotygodniowe zajęcia z maluchami, rozkłada na dywanie kolorowe przedmioty. „Przed sobotą sprawdzam na portalu społecznościowym w grupie rodziców, którą stworzyłam, które dzieci wezmą udział w zajęciach“ – opisuje nauczycielka, z dużym wyprzedzeniem kupujaca materiały, nie-

Na dywaniku u pani Agnieszki czyli na za jęciach Klub Małego PolaKa zbędne do prowadzenia zajęć. „Materiały techniczno-plastyczne staram się kupować wcześniej. Wszystko to, co znajduję w sklepach i co chcę wykorzystać, kupuję i chowam w magicznym pudełku“ – zdradza moja rozmówczyni. Zajęcia tematyczne układa tak, by uwzględnić polskie święta ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

i tradycje. „Razem robiliśmy już flagi i kotyliony na 100-lecie niepodległej Polski, dynie na Halloween, pierniczkowe domki na Boże Narodzenie czy laurki na Dzień Babci i Dziadka“ – wymienia jednym tchem. Pomysły czerpie z książek, blogów i codzienności, sama bowiem ma dwójkę dzieci (10-letniego Oskara i 3-letniego Aleksa) i dokładnie wie, czym dzieci żyją. Co to będzie tym razem? Dzieci z zainteresowaniem podbiegają do dywanu. Niektóre niecierpliwie zdejmują obuwie, by być jak najszybciej obok swojej ulubionej pani. „Dziś rano córka na głos zastanawiała się, w co będzie ubrana pani Agnieszka“ – zdradza jedna z mam, czym trochę onieśmiela, trochę rozwesela nauczycielkę. 12

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 13

Zajęcia się jeszcze nie rozpoczęły, a maluchy tworzą krąg wokół niej. Najpierw ich zadaniem jest odgadnąć, jakie przedmioty widzą na tekturowych obrazkach, a następnie muszą rozpoznać ich odgłosy odtwarzane na sprzęcie grającym. Te dźwięki to np. bicie zegara, praca suszarki do włosów, gwizdanie czajnika. Po kilku minutach wszyscy przechodzą do stołu, na którym nauczycielka stawia przed każdym dzieckiem plastikową butelkę napełnioną mąką. Za chwilę zawartość butelek zostanie przesypana do kolorowych baloników, lekko nadmuchanych powietrzem. W ten sposób każde dziecko stworzy własną zabawkę – „gniotka” – którą ozdobi według własnego pomysłu. Przy stole asystują wszystkie mamy, bo zadanie wymaga precyzji. „Cieszę się, że mogę liczyć na pomoc rodziców, bo w takiej grupce malu-

chów zawsze ktoś wymaga pomocy. I to nie tylko w momencie wyjścia do toalety“ – ocenia Agnieszka Krasowska. Na specjalnym stoliku przybywa „gniotków“, z których powstaje mała wystawa. Maluchy co chwilę do nich podchodzą i podziwiają własne prace. Mało tego – każde dziecko musi sobie wybrać kartonik z własnym imieniem. Okazuje się, że nawet niektóre 3-latki rozpoznają już pierwszą literę swojego imienia!

Projekt realizowany w ramach funduszy polonijnych Minis ter s twa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej MARZEC 2019

Po zajęciach plastycznych czas na zajęcia ruchowe, więc dzieci tańczą i śpiewają „Baloniku nasz malutki...“. Potem pani Agnieszka wyciąga ulubione gry, które ćwiczą spostrzegawczość jej podopiecznych. „Zawsze pojawia się coś nowego, jakaś ciekawa gra, którą pani Agnieszka zainteresuje dzieci“ – chwali Tomasz Madej, ojciec jednego z przedszkolaków. Kiedy wydaje mi się, że zajęcia dobiegają już końca, nauczycielka skupia dzieci przy stole, by rozwiązać z nimi kolejne zadania: „Znajdźcie te przedmioty, które nie służą do jedzenia“ – wyjaśnia polecenie, rozdając każdemu dziecku kartki z obrazkami. Te dzieci, które zadanie wykonały, wracają na dywan i grają w ulubione gry. „Zajęcia trwają zwykle dłużej, dzieciaczki odwlekają pójście do domu“ – opisuje prowadząca, nie kryjąc zadowolenia z kolejnego spotkania z najmłodszymi. Ich poziom znajomości języka polskiego i zażyłości z nauczycielką od września wyraźnie ewoluował. „Pół roku w rozwoju trzylatka to bardzo długi okres, powodujący duży skok zarówno psychoruchowy, społeczny, jak i emocjonalny. Myślę, że zarówno praca w przedszkolach, z ro-

dzicami, jak i nasza w klubie wspólnie wspomagają i skutecznie stymulują rozwój dzieci. Dzisiaj lepiej pracuje ich grafomotoryka, poprawniej wykonują ćwiczenia logopedyczne, szybciej rozumieją zasady i panujące w grupie normy” – ocenia nauczycielka. Na zajęcia zgłoszono aż 22 dzieci, ale systematycznie pojawia się ich kilkanaścioro i są to głównie trzylatki. „Mamy z rodzicami umowę, że nie przyprowadzają dzieci przeziębionych, by czas spędzony w klubie był miło wspominany, a nie odchorowywany“ – doprecyzowuje Agnieszka Krasowska.

Spoglądam na zegarek – czas zarezerwowany na zajęcia dobiegł już końca, ale dzieciom nie śpieszno do domu. I to chyba największa satysfa kcja. Mali asystenci pomagają w pakowaniu zabawek i materiałów dydaktycznych, również mamy maluchów aktywnie włączają się w porządkowanie sali. „Cieszy mnie to zaangażowanie rodziców, ale i pana konsula Jacka Doliwy, który od samego początku wierzył w ten projekt, wspierał moje działania i w miarę możliwości dotował wyposażenie Klubu Małego Polaka“ – ocenia na koniec nauczycielka. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 14

Włoska jakość za tureckie ceny

czyli PolsKi sKleP w Petržalce iedy niedawno pewna Polka pytała mnie, gdzie mogłaby kupić sukienkę na wesele i czy jest w Bratysła wie jakiś polski sklep, nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Dopiero później przypomniałam sobie, że taki sklep prowadzi przecież Dorota Cibińska. Postanowiłam więc odwiedzić ją w pracy i przedstawić jej działalność.

K

Zbliżamy się do braty sławskiej dzielnicy Petržal ka, gdzie przy ulicy Lužnej 10 znajduje się sklep „Kaledi”. Zanim rozpocznę rozmowę z Dorotą, podpytuję słowacką sprzedawczynię o klientelę. Dziewczyna informuje mnie, że dziennie obsługuje około 50 osób. Sklep działa od półtora roku, ale jego właścicielka swoją modową działalność rozpoczęła cztery lata temu. „Pierwsze pięć tysięcy złotych na zakupy dostałam od męża w prezencie ślubnym“ – zdradza Dorota. Wszystkie finanse zainwestowała wtedy w swe14

try, bluzy, sukienki i kurtki, które kupiły od niej jej słowackie koleżanki. Potem były kolejne i kolejne inwestycje w towar. „Założyłam też stronę internetową, działam na portalach społecznościowych i w ten sposób poszerzam grono odbiorców“ – wyjaśnia moja rozmówczyni, która smykałkę do handlu wyniosła z domu. „Od dzieciństwa musiałam zarabiać na kieszonkowe; rodzice handlowali kołdrami, potem tata sprzedawał drewno i założył firmę transportową“ – wspomina dziewczyna, która z wykształ cenia jest magistrem fizjoterapii. W swoim zawodzie pracowała przez jakiś czas, ale kiedy uszkodziła nerw dłoni, przez kilka miesięcy nie mogła wykonywać swojej pracy. „To mi uświadomiło, że muszę mieć jakieś wyjście awaryjne i takim pomysłem okazał się sklep“ – twierdzi. Przez dłuższy czas zajmowała się jednym i drugim – klientki przychodziły do niej do domu na masaż, często wychodząc też z nowymi ubraniami. Kiedy zaczęła rozkręcać własny biznes, czasu na fizjoterapię nie było już dużo. Postawiła więc na rozwój handlu, de-

cydując się na otwarcie sklepu. Dziś jest z tej decyzji zadowolona, gdyż wśród jej klientek są słowackie celebrytki, prezenterki głównych wydań telewizyjnych wiadomości czy telewizji śniadaniowej. „Najbardziej pomogła mi kontrowersyjna Zuzana Plačková. Zawdzięczam jej wiele“ – ocenia moja rozmówczyni, która bywa partnerem pokazów mody, np. ubiegłorocznej Miss szkół średnich, relacjonowanej przez telewizję JOJ. Pytam, czy odwiedzają ją też Polki, ale okazuje się, że do tej pory jakoś nie zaobserwowała specjalnego zainteresowania wśród rodaczek. Może dlatego, że niewiele z nich wie o tym, że Polka prowadzi taki sklep. Oglądam wiszące na wieszakach rzeczy – to nowoczesny styl, który w pełni odpowiada charakterowi właścicielki sklepu. „Zdecy dowałam, że będę oferować

moim klientkom to, co sama bym chętnie nosiła“ – opisuje. Zaopatruje się przede wszystkim bezpośrednio u producentów lub w łódzkim kompleksie „Ptak”. „Najbardziej jestem dumna z tego, że zaczęłam też projektować ubrania i mam już własną kolekcję“ – mówi, nie kryjąc zadowolenia, i jako przykład własnych projektów pokazuje sportową sukienkę, w którą jest ubrana, czy wiszące na wieszakach piękne, kolorowe pareo i narzutki plażowe. „Najczęściej moje modele szyte są w Polsce, gdyż tam towar, jak suwaki, guziki, czy nici, jest dużo tańszy niż na Słowacji, ale krótkie, ekskluzywne kolekcje zlecam też słowackim szwaczkom, chcąc wspierać również ten rynek“ – wyjaśnia. Pytam ją, skąd czerpie inspiracje i dowiaduję się, że obserwuje strony internetowe modowych blogerek, by być na bieżąco z trendami. Dorota jest dumna z propozycji, którą złożyła jej firma Natashy Azariy, produkująca suknie ślubne i balowe. I takie przepiękne suknie wiszą właśnie w odwiedzanym przeze mnie sklepie, inne można zamówić. Jest w czym wybierać. „Czuję się wyróżniona, że wybrano właśnie mój sklep, by tu były prezentowane te modele“ – dodaje Dorota. Spaceruję między wieszakami z ubraniami. Jest tu sporo sportowych, ale i klasycznych, eleganckich, a nawet ZDJĘCIA: STANO STEHLIK


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 15

ekstrawaganckich modeli. Oddzielny dział to półka z butami. „Każdy coś znajdzie dla siebie; od kurtek po stroje plażowe przez kreacje wieczorowe czy codziennego użytku. Cenowo mamy również dużą rozpiętość – od 5 do 1200 euro“ – przekonuje Dorota. Kiedy pytam ją, czy znajdzie się tu też coś dla starszych pań, przytakuje i dodaje, że w razie potrzeby jest w stanie zamówić ubrania na podstawie indywidualnych wymogów klientki.

Pod koniec naszej rozmowy interesuje mnie jeszcze, czy spotyka się z krytyką polskich marek. Przytakuje, czasami zdarzało się, że klient tracił zainteresowanie, kiedy dowiadywał się, że towar pochodzi z Polski, ale najczęściej w przypadku ubrań polskie pochodzenie jest atutem. „Zawsze podkreślam, że oferujemy włoską jakość za tureckie ceny“ – konstatuje i dodaje, że obecnie w słowackich sklepach coraz częściej dominują właśnie polskie ubrania, które zastępują towar węgierski. „Staram się walczyć ze stereotypowym myśleniem słowackich klientów na temat polskiej jakości i chyba nawet stałam się takim ambasadorem na tym polu“ – MW podsumowuje. LUTY 2019

Z pociągu do... pociągu

ardzo dobrze pamiętam moment, gdy przeczytałam wiadomość z informacją o bezpośrednim pociągu, kursującym od grudnia na trasie Wrocław - Bratysława. Ucieszyłam się, ponieważ od tej chwili wiedziałam, że będę mogła z niego skorzystać, jadąc na zapowiadane od dawna w Bratysławie wydarzeni teatralne, o którym słyszałam już tyle dobrego. No i udało się! W niedzielne popołudnie 17 lutego znalazłam się wraz z synem na widowni bratysławskiego teatru „Ticho a spol“, gdzie po raz drugi można było obejrzeć przedstawienie „Wśród nocnej ciszy“ w reżyserii Magdaleny Marszałkowskiej. Dla nas był to pierwszy raz, ale wśród widzów byli i tacy, którzy zachwyceni premierą postanowili ten spektakl obejrzeć ponownie. Niektórzy musieli się niestety obejść smakiem, ponieważ bilety rozeszły się w błyskawicznym tempie. Na wypełnionej po brzegi widowni zasiedli nie tylko widzowie z Bratysławy, ale i goście z Dubnicy nad Wagiem, Galanty, a także Wiednia i Linzu.

B

ZDJĘCIA: ANNA PORADA

Opowiedziana na scenicznych deskach historia, której akcja toczy się w pociągu, wiozącym rodaków na święta do Polski, po prostu zachwyca. Na ten zachwyt zasługuje też muzyka zespołu Jablco, wykorzystana w przedstawieniu, a także gra

W spektaklu wy s tąpili: Ewa Sipos, Małgor zata Wojcieszyńska, V iliam Sandor, Jakub Dobner, Mar cin Mar szałkow ski, S tano S tehlik , Tomasz Olszew ski, Mir oslav Ky selica, V iktor Vlasak , Tomaš Le tenay, Pe ter Kunzo, Marian Jaslov ský

wszystkich aktorów, choć naszą szczególną uwagę zwrócili odtwórcy Izabeli i konduktora. Ze sceny płynęły nie tylko dowcipne dialogi i muzyka, ale i pozytywna energia, którą odczuli chyba wszyscy widzowie. Ale wszystko się kiedyś kończy…

Skończyło się też i to przedstawienie, którego twórców publiczność nagrodziła owacjami na stojąco. Była to też okazja do przedstawienia nazwy oklaskiwanej grupy. Reżyserka Magdalena Marszałkowska poinformowała, że grupa przyjęła nazwę „Patchwork“, która to odzwierciedla różnorodność i barwność jej członków: od aktorów po amatorów, z doświadczeniem i bez, Polaków, Słowaków, Austriaka. „Jesteśmy pozszywani jak patchwork i ta nasza różnorodność jest szalenie atrakcyjna sama w sobie, jak i w szerszych ramach całości“ – wyjaśniała Marszałkowska już podczas spotkania w foyer, na które zaproszono i widzów. Teraz pozostaje nam czekać na kolejne działania grupy „Patchwork”. Kto wie, moANNA PORADA że nie tak długo…

Projekt realizowany z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych oraz w ramach Funduszy polonijnych Minis ter s twa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej 15


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 16

ak wygląda dyplomacja z punktu widzenia kobiet wysłanych za granicę, by reprezentować Polskę? Jak sobie panie radzą w świecie zdominowanym przez mężczyzn? Czy można polubić życie na walizkach? Jak po raz kolejny odnaleźć się w nowych warunkach, czyli na kolejnej placówce? Te i inne tematy poruszyłyśmy podczas spotkania z trzema paniami: Renatą Doliwovą, Moniką Olech i Moniką Walczak.

Powroty na Słowację Nie jest łatwo znaleźć termin, który pasowałby wszystkim moim rozmówczyniom, gdyż każda z nich jest bardzo zajęta i ma ruchomy czas pracy, związany z różnymi wyjazdami, wydarzeniami, czy to kulturalnymi, czy z wizytami polityków. Kiedy wreszcie udaje nam się spotkać, rozmowa jest tak ciekawa, a wątków do omówienia tak dużo, że spędzamy razem kilka godzin. Każda z moich respondentek ma szczególny stosunek do Słowacji: Monika Olech, zastępca dyrektora ds. programowych Instytutu Polskiego w Bratysławie, wcześniej w stolicy Słowacji spędziła pięć lat (od 2007 do 2012 roku), pracując jako kierownik wydziału ekonomicznego ambasady RP. Monika Walczak, obecnie I radca ambasady, swoją karierę dyplomatyczną zaczynała w 2000 roku właśnie w Bratysławie, a Renata Doliwová, pracownica wydziału konsularnego i żona konsula, przeprowadzkę do Bratysławy odebrała jako powrót w rodzinne strony. „Pochodzę z Brna, więc od początku cieszyłam się, że z Bratysławy będę mogła częściej jeździć w odwiedziny na Morawę“ – mówi. Poza tym Braty sława w sercach państwa Doliwów zajmuje miejsce szczególne, ponieważ w tym mieście w rodzinie pol16

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

J

DYPLOMACJA

w kobiecym wydaniu

skich dyplomatów urodził się nasz obecny konsul. „Jego rodzice zakładali tu ośrodek kultury polskiej, czyli obecny Instytut Polski“ – zdradza pani Renata. Kiedy dopytuję ją, czy mąż pokazywał jej miasto swojego dzieciństwa, dowiaduję się, że niewiele z niego pamięta, ale dawną Bratysła wę z nostalgią wspominał brat konsula, który odwiedził państwa Doliwów. „Szwagier w ten sposób zaliczył podróż sentymentalną. Pokazywał nam miasto, jakie zapamiętał jako 10-latek: Stalinovo námestie czy mieszkanie na ulicy Špitalskiej, poźniej Gunduličovej“ – wymienia moja rozmówczyni.

Wymarzony zawód? Pani Renata o pracy w dyplomacji nigdy nie myślała. Swojego męża poznała w Brnie, gdzie przygotowywał

doktorat. Kiedy w połowie lat 80. dowiedziała się, że mąż planuje powrót do Warszawy, jej świat się zawalił. „Na początku nie zanosiło się na to, żeby Jacek pracował w dyplomacji, najpierw podjął pracę w Polskiej Akademii Nauk, potem w Stowarzyszeniu Wspólnota Polska“ – opisuje pani Renata. Potem dopiero przyszedł czas na dyplomację, która otworzyła też nowy etap życia pani Renaty, ponieważ towarzyszyła ona mężowi na kolejnych placówkach: w Pradze, Kiszyniowie, Zagrzebiu i Grodnie. Monika Olech częściowo wyrastała w Pradze, gdzie jej rodzice pracowali w Biurze Radcy Handlowego. Nic więc dziwnego, że zawsze marzyła o pracy w dyplomacji i o powrocie do Pragi. Jej marzenie się spełniło. Najpierw oczywiście była na placówce w Czechach, później los zaprowaMONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 17

dził ją do Bratysławy. „Kiedy przyszła propozycja pierwszego wyjazdu do Bratysławy, byłam zawiedziona, że to nie Praga, ale ta kolejna, sprzed półtora roku, mnie ucieszyła, bo zdążyłam odkryć i pokochać to miasto“ – konstatuje i wymienia zalety Bratysławy: położenie, kameralność, a jednocześnie wszystkie atuty stolicy. „Tu człowiek jest w sercu Europy. Stąd można wyskoczyć na walc do Wiednia czy na górę Gelerta do Budapesztu, albo zaliczyć Pragę Rudolfa II, a jak się ma ciut więcej fantazji, to i wyskoczyć np. na karnawał do Wenecji“ – podsumowuje. Z sentymentem wspomina swoją pierwszą placówkę również Monika Walczak, która na dyplomatyczną drogę wkroczyła za namową swojego profesora, który widział w niej dyplomatyczny potencjał. Przed laty na pierwszy swój wyjazd do Bratysławy musiała się zdecydować w ciągu weekendu. „Ktoś inny nie mógł jechać, więc złożono propozycję właśnie mnie i musiałam błyskawicznie podjąć decyzję. Nie żałuję tego, ponieważ właśnie Bratysława okazała się dla mnie świetną szkołą dyplomacji, a ponadto pokochałam to miasto do tego stopnia, że w moim warszawskim mieszkaniu wiszą grafiki, przedstawiające Bramę Michalską, oraz obrazy miasta, namalowane przez mojego tatę podczas wizyt u mnie“ – opisuje moja rozmówczyni, która pomiędzy pierwszym i obecnym pobytem w Bratysławie pracowała na placówkach w Brukseli i Zagrzebiu.

wała się tym razem nie przywozić z Polski. „Po półtora roku mamy już cały regał książek, które potem trzeba będzie przewieźć do Warszawy“ – opisuje. Z poprzednich takich wyjazdów przywiozła do domu mnóstwo kartonów pełnych książek i innych pamiątek. „Niektóre do dziś stoją nierozpakowane w piwnicy“ – mówi z uśmiechem na ustach, ale zaraz dodaje, że dziś takie przeprowadzki wyglądają zupełnie inaczej niż np. w latach 90., kiedy z wyjazdem zagranicznym wiązała się odprawa przesiedleńcza. „Wszystko musiało być spakowane i opisane, a celnik opieczętowywał te pakunki“ – opisują dyplomatki. „Kiedyś woziło się ze sobą niemal wszystko – od sztućców, garnków czy płyt po ubrania, natomiast obecnie wyposażenie mieszkań dyplomatycznych jest już na zupełnie innym poziomie“ – dodaje pani Renata, która pamięta czasy, kiedy to przywoziła ze sobą pralkę czy telewizor. Kto takich sprzętów nie brał ze sobą, robił zakupy przez specjalny katalog dla dyplomatów. „Niby teraz człowiek jest mądrzejszy, warunki są lepsze, ale i tak przyjeżdżamy samochodem osobowym, a do kraju wracamy ciężarowym“ – śmieje się Monika Olech, a Monika Walczak potwierdza, że i w jej przypadku jest podobnie,

w związku z czym po kilku wyjazdach kawalerkę zamieniła na dwupokojowe mieszkanie, które pełne jest pamiątek z wyjazdów. „Takie przeprowadzki są gorsze niż pożar“ – dodaje.

Wyjazdy próbą czasu i relacji Wszystkie panie zgodnie stwierdzają, że kilkuletnie wyjazdy są olbrzymim wyzwaniem dla relacji międzyludzkich. „Mój ówczesny narzeczony nie mógł się pogodzić z moim wyjazdem do Bratysławy i, niestety, rozstaliśmy się“ – wspomina Monika Walczak. Z kolei Monika Olech zdradza, że trzeci wyjazd na placówkę był nie lada wyzwaniem dla jej trzech nastoletnich córek, które nie chciały wyprowadzać się z Warszawy i niemalże rok przygotowywała je i przekonywała do wyjazdu. „Sama byłam takim dzieckiem wyrwanym i wywiezionym z Warszawy do Pragi, rozumiałam, co one przeżywały, jakie to było dla nich trudne“ – wspomina i dodaje, że taka przeprowadzka to także plusy, gdyż człowiek jest rzucany na głęboką wodę i musi się odnaleźć wśród nowych ludzi, w nowych miejscach. Choć to niełatwe doświadczenie, to jednak w życiu potem procentuje. „Olbrzymim wsparciem dla

Pakowanie kartonów Każde wyzwanie dyplomatyczne wiąże się z przeprowadzką na kilka lat, dopytuję więc moich bohaterek, jak sobie radzą z pakowaniem walizek. Wszystkie przyznają, że potrzebna jest dobra logistyka, ale najlepszym doradcą jest doświadczenie, którego nabrały z czasem i kolejnymi przeprowadzkami. „Najlepiej nie zabierać niczego, bo podczas misji dyplomatycznej i tak się zgromadzi całe mnóstwo rzeczy“ – ocenia Monika Olech i jako przykład podaje książki, których zdecydoMARZEC 2019

Monika Olech 17


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:08 Page 18

mnie jest mój mąż, który za każdym razem był nie tylko gotów zrezygnować ze swojej kariery w Polsce i wspierać mnie, ale i podejmować nowe wyzwania na placówkach“ – opisuje nasza bohaterka i podkreśla, że powroty do kraju są dużo trudniejsze niż wyjazdy. „Życie idzie do przodu, koledzy w międzyczasie robią swoje kariery, a my musimy zaczynać niejako od nowa, zapoznawać się z nową rzeczywistością i odnajdywać w niej“ – konstatuje, a Renata Doli-

Monika Walczak

Sukcesy zawodowe Pytam moje bohaterki, co uznają za swoje największe sukcesy zawodowe. Monika Olech podkreśla, że praca w dyplomacji to praca zespołowa, pod którą nikt nie może się podpisać samodzielnie. „Brałam udział w zakończeniu tzw. polsko-słowackiej wojny oscypkowej, w końcowej fazie negocjacji, ale na taki sukces składa się praca wielu innych osób“ – wspomina. Dzięki jej działaniom na targach Agrokomplex w Nitrze zorganizowano Dni Polskie, promujące polską żywność. Gośćmi, którzy wzięli w nich udział, byli premier i prezydent Słowa cji oraz polscy ministrowie. W Pradze udało jej się wydać w języku czeskim poradnik dla inwestorów w Polsce, a także zorganizować pokaz mody na targach w Brnie. Monika Walczak również podkreśla często niewidoczną pracę zespołową pracowników ambasady, którzy stoją za przygotowywaniem wizyt polityków na różnych szczeblach. A pani Renata przypomina sobie olbrzymie wyzwanie, z którym się musiała zmierzyć na placówce w Kiszyniowie, gdzie zmarł pracownik, którego potem przez osiem miesięcy zastępowała. „Pełniłam kilka ról naraz: byłam kasjerką ambasady, kontystką, księgową. Jeszcze jak dziś sobie o tym przypominam, to robi mi się słabo“ – wspomina.

Niezręczne sytuacje

wová dodaje, że te pary, które nie decydują się na wspólny wyjazd, bardzo często się rozpadają. Małżeństwa nie wytrzymują próby odległości, dlatego za każdym razem pani Renata decydowała się wspierać swojego męża i wyjeżdżała razem z nim. „Jedynie na wyjazd do Grodna nie zdecydowałam się od razu, ale dopiero wtedy, kiedy i ja mogłam tam podjąć pracę“ – mówi, wyjaśniając, że bała się bezczynności zawodowej. 18

Pytam moje rozmówczynie, czy mają na swoim koncie jakieś niezręczne sytuacje. Pani Renata jako osoba towarzysząca swojemu mężowi podczas oficjalnych wizyt jest zazwyczaj trochę w cieniu. „Nawet jeżeli by mi coś nie wyszło, to zawsze mogę się wykupić jakimś własnym wypiekiem“ – dowcipnie komentuje. Monika Walczak podczas pierwszej oficjalnej wizyty, którą przyszło jej obsługiwać w Bratysławie, była odpowiedzialna za paszporty polskiej 40-osobowej delegacji, na czele której stał prezydent Aleksander Kwa śniewski. „Słowacki celnik zażyczył

sobie tych paszportów i jak mi je oddawał, to wszystkie naraz spadły na podłogę i się rozsypały“ – wspomina. Innym razem kierowca autobusu, którym polska delegacja na szczyt Grupy Wyszehradzkiej odjeżdżała z płyty lotniska, powiedział jej, że nie ma już miejsc w autobusie. „Byłam wtedy niedoświadczona i po prostu wysiadłam. Dziś nikt by mnie nawet siłą nie wyrzucił z pojazdu“ – podsumowuje. W tej niezręcznej sytuacji pomógł jej Miloš Zeman, ówczesny premier Czech, który zabrał ją na miejsce spotkania polityków. „Ta nasza praca jest pociągająca, bardzo urozmaicona, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy“ – konstatuje Monika Olech i przywołuje w pamięci spotkanie na pograniczu polsko-słowackim, kiedy to towarzyszyła polskiej parze prezydenckiej. Po wyjściu z lokalu okazało się, że pierwsza dama zostawiła tam torebkę. „Pobiegłam i na szczęście ją odnalazłam“ – wspomina obecna wicedyrektor Instytutu Polskiego. Monika Walczak w podobnej sytuacji nie miała tyle szczęścia, bowiem szukając w Piešťanach szalika pozostawionego przez pewnego polskiego polityka nie znalazła go. Wszystkie moje rozmówczynie zgodnie twierdzą, że praca w dyplomacji uczy pokory.

Językowe lapsusy Zanim pracownicy trafią na placówkę dyplomatyczną, przechodzą rozmaite szkolenia, stawiane są przed nimi wysokie wymagania, a jednym z nich jest znajomość co najmniej dwóch języków obcych którą należy potwierdzić na egzaminie resortowym. Monika Walczak, w Stałym Przedstawicielstwie Polski w Brukseli, zajmowała się krajami kandydującymi do UE – również Bułgarią i Rumunią - oraz prowadziła grupę do spraw Cypru i tu procentowała jej znajomość języków obcych, ale na początku pracy w MSZ przeżyła trudne doświadczenie. Podczas jednego ze spotkań polskiego ministra z innymi politykami jej zadaniem było sporządzenie notatki z negocjacji. Zazwyczaj takie spotkaMONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 19

nia odbywają się w języku angielskim, który nasza bohaterka zna bardzo dobrze. Tym razem uczestnicy spotkania przeszli na język francuski. „Byłam przerażona, już w myślach żegnałam się z posadą, bo chociaż trochę po francusku rozumiałam, to jednak zjadł mnie stres“ – wspomina po latach. Później na szczęście na chłodno zorientowała się, że omawiane zagadnienia zna na tyle dobrze, że potrafi sporządzić zapis rozmów. „To wydarzenie spowodowało, że zaczęłam się uczyć francuskiego, by zapobiec podobnej sytuacji“ – dodaje. Podpytuję panią Renatę, czy w swojej karierze miała problemy językowe, bo przecież polski jest jej drugim językiem. „Chyba tylko raz usłyszałam od słowackich petentów przy okienku w konsulacie w Pradze, że ta Polka do perfekcji opanowała czeski akcent“ – wspomina z uśmiechem. Z kolei Monika Olech nigdy nie zapomni rozmowy z Igorem Baratem, który był na Słowacji odpowiedzialny za wprowadzenie euro, a którego podczas pewnego dyplomatycznego spotkania chciała zaprosić do Polski. „Zgubiła mnie wtedy pewność siebie, że ja tak świetnie znam i czeski, i słowacki. Pod koniec rozmowy użyłam bowiem określenia, iż jego wizyta byłaby dla Polski bezcenná, czym wywołałam jego duże zdziwienie“ – wspomina i dodaje, że pełnomocnik okazał się bardzo wyrozumiałym rozmówcą, a sytuacja obróciła się na jej korzyść, gdyż została zapamiętana i podczas kolejnych spotkań ów polityk zawsze sympatycznie reagował na jej widok.

że na placówkę przyjeżdżały z własną garderobą, odpowiednią do ich zawodu. „Trzeba mieć w szafie kilka kostiumów, marynarek, dwie, trzy małe czarne, no i oczywiście zawsze lepiej stawiać na stonowane kolory, nie krzykliwe, zawsze lepiej jest występować skromniej niż wyzywająco“ – konstatuje Monika Olech. Dyploma cja rządzi się swoim dress codem; nawet w upalne dni panie muszą nosić rajstopy, obuwie zakrywające palce, odzież zakrywającą ramiona.

Kobiety w męskim świecie? Pod koniec naszej rozmowy próbuję się dowiedzieć, czy kobiety w dyplomacji mają trudniej niż mężczyźni, przy czym nie chodzi mi tylko o odpowiedni dress code. „Dla mnie czar dyplomacji prysnął dawno temu. To praca jak każda inna“ – ocenia zdecydowanie pani Renata, według której za wzór mogli służyć przedwojenni dyplomaci. Dziś – jak twierdzi – w szeregach dyplomatycznych można spotkać ludzi przeciętnych, a nawet takich, z którymi po skończonej misji nie chce się widywać. Monika Walczak jest zdania, że kobietom w dyplomacji trudniej awansować, a Monika Olech zwraca uwagę na to, że dyplomacja rządzi się bardzo ściśle określonymi zasadami. I choć nie zależą one od płci, to jednak powodują, że dyplomacja jest zdominowana przez

mężczyzn. „Często bywam jedyną kobietą w męskim gronie przy stole rozmów“ – dodaje. Poza tym jej nazwisko, nie posiadające zakończenia wskazującego płeć, powoduje, iż niekiedy na różnych spotkaniach oczekiwany jest mężczyzna, a nie kobieta. „Czasami oczekuje się, szczególnie na wschodzie Słowacji, że osobą decyzyjną będzie mężczyzna“ – opisuje, ale zaraz dodaje, że to dla niej dodatkowa motywacja, by przełamywać stereotypy. Dopytuję jeszcze, jak godzi obowiązki zawodowe z byciem mamą, na co moja rozmówczyni odpowiada, że jest dobrze zorganizowana, potrafi przewidywać, co się może wydarzyć, ale chwali też męża, który jest dla niej i dla całej rodziny ogromnym wsparciem.

Gotowe na wyzwania Z jednej strony praca w dyplomacji kojarzona jest z luksusem, z drugiej to także normalne życie codzienne, przynoszące wyzwania, którym dyplomaci muszą sprostać w nowym miejscu, do których rzucił ich zawodowy los. Jak twierdzą moje rozmówczynie, to nie jest łatwy zawód, ale bardzo interesujący i dający dużo satysfakcji. Na pewno wymaga otwartości i elastyczności, by być przygotowanym na wszelkie wyzwania. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Co na siebie włożyć? Pani Renata wraz z mężem w tym miesiącu kończą pracę w ambasadzie w Bratysławie. „Z utęsknieniem czekam na powrót do kraju, kiedy ubiorę bluzę, dżinsy, tenisówki, ponieważ ubrania eleganckie to dla mnie konieczność zawodowa“ – zdradza moja rozmówczyni. Inaczej podchodzą do spraw ubioru dwie pozostałe bohaterki, które w stonowanych, eleganckich kostiumach czują się bardzo dobrze. Każda z pań potwierdza, MARZEC 2019

Renata Doliwová 19


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 20

dziejach ludzkości był okres, gdy marzono o zapisywaniu obrazów dla przyszłych pokoleń. W taki sposób, dzięki geniuszowi wynalazców, pojawiła się fotografia. Po niej przyszła kolej na obrazy ruchome, jak nazywano pierwsze filmy. Ludzkość jednak nie była spokojna i w swoich marzeniach posunęła się dalej – a gdyby tak zapisywać i odtwarzać również dźwięki? To wkrótce także stało się możliwe, a niemały w tym udział miał i sam Edison. Jego fonograf pozwalał nagrywać i odtwarzać kilkuminutowe nagrania, zapisane na cylindrycznym wałku. Niewygodna i mało pojemna forma została wkrótce wyparta przez płytę gramofonową, z początku produkowaną z bakelitu, potem również z innych, lżejszych tworzyw sztucznych. Melomani byli wniebowzięci – oto muzyka prosto z koncertowych sal mogła być przesyłana wprost na salony, mniej lub bardziej arystokratyczne. Gdy wydawało się, że nic nie zagrozi gramofonowi, rozwijający się przemysł muzyczny przyniósł kolejny postęp w postaci taśmy magnetofonowej. I choć zapis nadal odbywał się w postaci analogowej, to jednak technologia zapisu magnetycznego pozwalała na olbrzymi skok jakości i wydłużenie czasu nagrań. Ważna była także możliwość

W

edytowania i miksowania muzyki. Technologia ta również trafiła pod strzechy: najpierw w postaci magnetofonów szpulowych, a potem kasetowych (których symbolem w dawnej Polsce był niewątpliwie magnetofon firmy „Kasprzak”). Rozwój techniki jest jednak nieubłagany – w latach osiemdziesiątych świat opanowała rewolucja cyfrowa. Płytę gramofonową i kasety zastąpiły płyty CD. Cyfrowe nagrania dźwięku pozwoliły na stuprocentową dokładność zapisu, a także możliwość kompresji. Do niedawna wydawało się, że utwory zapisane w postaci małych plików rządzą naszymi muzycznymi gustami. Do naszych kieszeni i torebek trafiły odtwarzacze muzyki w formacie MP3, potem zastąpione przez wszystko mogące smartfony. Powszechna dostępność Internetu sprawiła, że nie trzeba już nawet mieć zapisanych utworów na swoim urządzeniu. Mnogość płatnych i bezpłatnych serwisów streamingowych pozwala na słuchanie muzyki w każdym miejscu, w którym ma się dostęp do Internetu. Okazuje się jednak, że wieści o śmierci fizycznych nośników muzyki, jak fachowo określa się płyty i kasety magnetofonowe, były przedwczesne. Ostatnie doniesienia światowe jasno pokazują coś, czego nikt się nie spo-

Analogowo-cyf dziewał: kilka lat temu sprzedaż płyt winylowych i kaset magnetofonowych zaczęła ponownie rosnąć. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się giełdy, na których zapaleńcy analogowych formatów mogą się spotykać, wymieniać kolekcjami i godzinami dyskutować na bliskie sobie tematy. Wydatnie pomaga w tym Internet – pozwala nie tylko na wirtualne spotkanie z podobnymi sobie hobbystami, ułatwia również zdobywanie rzadkich wydań płyt lub kaset do własnej kolekcji. Co ciekawe, wiąże się z tym gwałtowny wzrost cen albumów, wydanych właśnie na takich nośnikach. W przypadku płyt wydawcy sięgają po starsze albumy, wydane już kiedyś w formacie CD, na których nie tylko można zarobić po drugi raz, ale wręcz sprzedać je po jeszcze wyższej cenie. W przypadku kaset ponownie wydanie starszego albumu to jeszcze rzadkość, stąd i rosnąca cena również tego nośnika (także w przypadku pustych kaset). Na świecie (choć tu jak zwykle w przypadku muzyki przoduje Londyn) powstają już pierwsze ekskluzywne salony muzyczne, kon-

Takie kwiatki iedawno minęła druga rocznica śmierci jednej z najbardziej znanych autorek tekstów kabare to wych, scenariuszy i piosenek. Maria Czubaszek była postacią kultową już za życia, a fragmenty jej wypowiedzi cytowano jak aforyzmy.

N

Siłą pani Marii było cyniczne i inteligentne poczucie humoru, charakteryzujące się ogromnym dystansem zarówno do świata, jak i siebie samej. Niektóre wypowiedzi autorki weszły do lingwistycznego, codziennego użytku i stały się wręcz powszechnie stosowany-

mi powiedzonkami. Czasem sami je powtarzamy, nie wiedząc nawet lub nie pamiętając, że ich autorką była właśnie Maria Czubaszek. O trafności jej słów, opisujących świat, niech świadczy fakt, że nawet młodsze pokolenia uległy fascynacji zadziornym, bezpardonowym humorem

Czubaszek cytowały ją, tworząc z nich internetowe memy. Przyznacie Państwo, że to sytuacja nader rzadka, gdy nastolatki cytują prawie osiemdziesięcioletnią kobietę. No, ale jak tu nie kochać i nie cytować pani Marii, która z rozbrajającą powagą, paląc papierosa twierdziła, że


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 21

yfrowe dylematy melomana centrujące się na sprzedaży wyłącznie kaset magnetofonowych, przy czym cena jednego egzemplarza zaczyna się od kilkunastu EUR. Skąd ta nagła popularność analogowych nośników muzyki? Audiofile gotowi są przysiąc, że nagrany na nich dźwięk jest lepszej jakości i brzmi przyjemniej dla uszu. Cóż, może być w tym ziarno prawdy, które wymaga jednak zagłębienia się w szczegóły technologiczne. Dźwięk nagrany cyfrowo to jakby suma pojedynczych momentów w danym nagraniu (liczonych w milisekundach). Dla potrzeb zapisu muszą mieć ściśle określone wartości, stąd konieczne jest czasem ich uśrednianie. Gdy taki moment reprezentowany jest przez ton wysoki, jego wartość czasem zapisana jest wyżej niż w rzeczywistości. Podobnie jest z tonami niskimi. Zestawione w ten sposób dźwięki w cyfrowym nagraniu sprawiają, że amplituda (czyli różnica w wartościach) między wysokością tonów jest troszeczkę większa. Skompresowany utwór jeszcze bardziej uwydatnia te różnice. Dodajmy jednak, że przeciętnp. „sport prowadzi do kalectwa”, „łaska boska i głupota ludzka nie mają granic”, a „(…) prawdziwej miłości nie zaszkodzi nawet małżeństwo”. Jej dystans do siebie, świata i obu płci był legendarny. Kobietom radziła udawać głupsze niż są, bo jak mawiała „…jeśli można udawać głupszą, niż się jest, to znaczy, że nie jest się tak całkiem głupią. Po drugie, kobiety inteligentne robią wrażenie przemądrzałych”. I dodawała, że „mężczyzna jest, jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego”.

ny, dysponujący normalnym słuchem człowiek nie jest w stanie zarejestrować tych niuansów. Aby je zauważyć, trzeba by dysponować sprzętem najwyższej jakości, dostępnym tylko dla wąskiej grupy audiofilów lub pracowników muzycznych studiów. Bardziej prawdopodobne jest, że o ponownej modzie na kasety i winyle zadecydował zwykły sentyment. Jako ludzie doceniamy także fizyczną formę, w której wydano album. To przecież czysta radość wziąć do ręki wysmakowaną artystycznie okładkę, zawierającą nierzadko teksty utworów, które można śledzić podczas niespiesznego odsłuchiwania w domowym zaciszu. Ponowna popularność płyt winylowych oraz kaset magnetofonowych wpłynęła również na ceny gramofonów i magnetofonów. Jak się okazuje, nie musi to być sprzęt klasy hi-fi, by kosztował więcej od popularnych wciąż odtwarzaczy CD. Producenci sprzętu, widząc swoją szansę na zarobek, oczywiście zareagowali ponownym uruchomieniem produkcji gramofonów, skupiając się jednak na modelach wysokiej klasy, przezna-

Te i setki innych, przezabawnych i trafnych słów pani Marii, które pojawiały się w przeróżnych wywiadach, piosenkach, kabaretach i znanych wypowiedzi publicznych, zebrano w tomiku o wdzięcznym tytule „Kwiatki Marii Czubaszek” (Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2017 r.). Cytaty podzielono i podobierano tematycznie, dzięki czemu do naszych rąk trafiają całe rozdziały o nałogach, mężczyznach, kobietach, seksie, zwierzętach, polityce oraz ulubionym reżyserze autorki Woodym Allenie. „Kwiatki” pani Marii są zabawne, czasem poważne, zawsze ironiczne i inteli-

czonych dla majętnych audiofilów. W przypadku magnetofonów zmuszeni jesteśmy do szukania okazji na różnego rodzaju wyprzedażach i giełdach, choć tanie i niskiej jakości magnetofony są jeszcze czasem dostępne w sieciach handlujących sprzętem RTV. Niestety, nie dotyczy to już popularnych kiedyś walkmanów, które dzisiaj stanowią obiekt pożądań zbieraczy i melomanów; stąd ich wysoka cena w porównaniu do zwykłych magnetofonów. Nie da się ukryć, że i ja również stanąłem przed pewnym dylematem. Posiadam wciąż niemałą kolekcję winylowych płyt i kaset magnetofonowych jeszcze z lat dzieciństwa. Sentyment, który przychodzi z wiekiem, popycha mnie coraz bardziej do tego, aby ponownie przesłuchać zawartość owych muzycznych artefaktów. Nie dysponując niestety już sprzętem, który by na to pozwolił, zastanawiam się nad sięgnięciem głębiej do kieszeni. Cóż, rodzinne pa miątki to ważna rzecz i zapewne warto ponieść taki wydatek. Im szybciej, tym lepiej – wydaje się, że ceny będą już tylko rosnąć. Czasem tylko zastanawiam się, czym pasjonować się i handlować na giełdach staroci będą nasze dzieci. ARKADIUSZ KUGLER

gentne, choć często niepoprawne politycznie w swej szczerości. Lektura na pewno poprawia nastrój, ale i zmusza do refleksji, bo pomimo ostrego humoru wie-

le tu melancholii i zadumy nad naszymi czasami i rolami, które odgrywamy w życiu. Książka, składająca się z samych cytatów, ma plusy i minusy. Minusem jest to, że można ją przeczytać w jeden dzień i cała przyjemność obcowania z lekturą mija za szybko. Plusem zaś jest to, że książkę można czytać od dowolnego miejsca, skacząc po stronicach i rozdziałach, jak nam się podoba. „Kwiatki” są godne polecenia jako chwila pauzy od codzienności z równoczesną refleksją na jej temat. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 22

odobno nie ma nic bardziej żenującego niż zataczająca się, pijana kobieta. Bo matka, bo żona, bo piedestał i domowe ognisko. Nie zgodzę się z tym, bo uważam, że bełkoczący, nawalony mężczyzna – ojciec, dziadek, szef – jest równie żenujący. Oczywiście ta recenzja nie będzie krótkim moralitetem o szkodliwości wynikającej z pijaństwa. Wszystko jest dla ludzi i niech pierwszy rzuci kamień, kto sam nie zgrzeszył. Często jednak dobra zabawa przy alkoholu przeradza się w ciężkie lądowanie moralne, a „jeden kieliszek za dużo” decyduje o łańcuchu ludzkich dramatów. I choć choroba nie ma płci, to problem alkoholizmu wśród kobiet jest wciąż tematem tabu. Do pewnego momentu alkoholizm łatwo ukryć przed światem. Wystarczy pić w samotności, poza godzinami pracy, a butelki skrzętnie ukrywać przed rodziną i znajomymi. Za skrytki mogą nam posłużyć bę bny pralek, puste obwoluty książek lub doniczki z kwia-

P

tami. Choroba, jak to choroba, jest bezlitosna i w końcu wymyka się spod kontroli, niszcząc życie nie tylko osoby uzależnionej, ale i całego jej otoczenia. Reżyserka Kinga Dębska („Moje córki krowy”) przyzwyczaiła nas do podejmowania w swoich filmach trudnych społecznie tema22

Kobiety na zakręcie tów. Do tej pory jednak wybierała formę komediowo-dramatyczną i trudne historie zabarwiała elementami satyrycznymi czy nawet groteskowymi. Idąc do kina na jej najnowszy film „Zabawa, zabawa”, spodziewałam się więc, że i tym razem wielki kaliber tematyczny zostanie przełamany puszczeniem oka do widzów. Jednak tym razem jest inaczej, reżyserka opowiada nam historie w sposób prosty, naturalistyczny, bez przełamywania konwencji, bez dodatkowych ozdobników i metafor, niemal z precyzją chirurga.

nić, zapomnieć o stresach minionego dnia. Nie są ekstrawertycznymi gwiazdami rocka, nie są też biedne ani bezdomne. To najzwyklejsze, przeciętne niemal kobiety, które piją i nie mogą przestać. Choć się wzajemnie nie znają, jednego wieczora wszystkie trzy przeżywają moment upadku moralnego, sięgają dna, ale żadnej nie powstrzyma to przed dalszym piciem. Czy można im pomóc? „Zabawa, zabawa” zmusza do myślenia. Reżyserka nie wpada w pułapkę moralizowania, nie wygraża nikomu

Trzy kobiety – studentka, prokuratorka i lekarka – to zwykłe córki, żony, matki, babcie. To kobiety, jakie znamy z pracy, z domu, z ulicy, to nasze sąsiadki, przyjaciółki i znajome. Pani prokurator pije szampana, lekarka woli wódkę, a studentka białe wino. Każda z nich pije, żeby się rozluź-

palcem, nie poucza. Przedstawia fakty, które są smutne. Problem alkoholizmu wśród kobiet jest co prawda powszechny, ale ciągle wstydliwy. Film Dębskiej pokazuje wszystko bez znieczulenia. Nasze matki i babcie są w naszych wyobrażeniach naszymi rodzinnymi madonnami, piastunkami do-

mowego ogniska. Film Dębskiej pokazuje, jak wygląda babcia, gdy po samotnej popijawie budzi się we własnych wymiocinach, jak matka kilkulatka zaciera ślady po alkoholu, by wieczorem zacząć rytuał od nowa. Dębska nie boi się pokazać różnych stadiów upojenia alkoholowego, od „jestem mistrzynią świata” poprzez śmieszka towarzyskiego po smutną niemożność utrzyma nia potrzeb fizjologicznych. Film jest niemal terapeutyczny, bo bez dochodzenia winy, stara się przedstawić strukturę przyczyn, zakorzenionych w rodzinie, pracy, społeczeństwie. Wspaniałe aktorstwo zarówno na pierwszym planie, jak i w epizodach. Wstrząsające role Agaty Kuleszy (prokuratorka), Doroty Kolak (lekarka) i świetny debiut Marii Dębskiej (studentka), prywatnie córki reżyserki. Na drugim planie fantastyczni Marcin Dorociński, Mirosław Baka czy Przemysław Bluszcz. Ten film wzrusza, zawstydza, zmusza do myślenia i refleksji. Ale wieczór z nim nie będzie należał do przyjemnych. Wiadomo, że prawda boli najbardziej. Pomimo wszystko jest to film, który każdy powinien zobaczyć. W końcu kino to nie tylko rozrywka. To też sztuka, a ona ma zmuszać do refleksji. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 23

mroźny lutowy poranek, gdy miasteczko spowite było jeszcze snem, pod roziskrzonym gwiazdami niebem czekałam na podmiejski autobus. Nagle ciszę przerwał śpiew kosa. Czyżby ten miły dla ucha świergot miał zwiastować szybkie nadejście wiosny? – pomyślałam i przypomniałam sobie swoją zeszłoroczną wiosenną wyprawę na największe mokradła Słowacji. Mokradła Paryskie (Parížske močiare), zajmujące powierzchnię 184 ha, wcale nie znajdują się w Paryżu, ale pomiędzy miejscowościami Gbelce i Nová Vieska, ok. 30 km na południowy wschód od Novych Zámków. Ich nazwa pochodzi od nazwy zasilającego je potoku Paryż. Potok ten powstał z połączenia kilku źródeł nad miejscowością Kolta na wysokości 195 metrów. Jego wody płyną powo-

W

li, ale trzykrotnie zmieniają kierunek przepływu, by na wysokości 110 metrów wpadać do rzeki Hron. Moczary tworzą rozległe bagna, podmokłe łąki, strumyki i sztuczny zbiornik wodny, zaprojektowany przez pewnego inżyniera, który w celu zwiększenia użytków rolnych, należących do hrabiego Pálfy, przybył z Paryża w 1800 r. Najwcześniejsza pisemna wzmianka o mokradłach pochodzi z 1731 r. z zapi sków Mateja Bela. W tym czasie grzęzawiska były ok. trzy razy większe. Przechadzałam się pomiędzy rozległymi połaciami trzcin, które osiągają nawet 4 metry wysokości i są charakterystyczne dla Mokradeł Paryskich. Znaczące walory przyrodnicze tych terenów oraz liczba występujących tu gatunków ptaków, owadów, płazów, gadów, ryb i ssaków stanowiły podstawę do ustanowienia tu w 1966 roku Narodowego Rezerwatu Przyrody. Te podmokłe obszary są także obMARZEC 2019

Mokradła Paryskie

jęte konwencją ramsarską, czyli międzynarodowym układem dotyczącym ochrony przyrody, zwłaszcza środowiska życia ptactwa wodnego, który został podpisany 2 lutego 1971 r., w irańskim kurorcie Ramsar nad brzegiem Morza Kaspijskiego. Co roku w dniu 2 lutego, w rocznicę podpisania konwencji, obchodzony jest Światowy Dzień Mokradeł. Ponadto w 2008 r. bagna paryskie zostały uzna ne za obszar chronionego ptactwa, gdyż tu swoje gniazda mają takie ptaki, jak np. brzęczek, potrzos, kokoszka zwyczajna, zwana potocznie kurką wodną, przepiękna wąsatka czy trzciniak zwyczajny, który swoje gniazda zawiesza pomiędzy trzcinami nad wodą. Na terenie tym zarejestrowano 171 gatunków ptaków, wśród których jest wiele niewystępujących nigdzie indziej na Słowacji. Do chronionych gatunków zasiedlających paryskie mokradła należy m.in. zielonka, tamaryszka, cyranka, podróżniczek, czapla purpurowa oraz biała. Innymi ważnymi gatunkami chronionymi, których populacja osiąga tu więcej niż 1% populacji krajowej, są bączek zwyczajny czy gęś gęgawa. Spacerując po grobli wzdłuż wody i zarośli, obserwowałam, jak co jakiś czas podryZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Słowackie perełki

wał się ptak, spłoszony moją obecnością. Trzeba mieć naprawdę dobry refleks i bystre oko, by dostrzec ptaki i ptaszki, pływające w szuwarach lub kołyszące się na trzcinach. Kilka razy przestraszyłam się, gdy niedaleko ode mnie poderwała się do lotu czapla lub wielkimi skrzydłami zatrzepotał błotniak stawowy, duży ptak z rodziny jastrzębiowatych. I choć nie udało mi się zobaczyć tylko tu żyjącego żółwia błotnego, to widziałam wydrę oraz żołnę zwyczajną, która wbrew nazwie wcale nie jest zwyczajna, gdyż mieni się wieloma kolorami.

Mokradła Paryskie to unikatowy ekosystem i jeden z najcenniejszych obszarów awifauny wodnej, przyciągającej ornitologów i miłośników ptasich treli. Zapraszam w tę okolicę zwłaszcza teraz, gdy trwa migracja oraz okres lęgowy ptaków, a zewsząd słychać ich wiosenne nawoływania i godowe kumkanie żab. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA 23


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 24

okusiłam się o zebranie obiegowych opinii dotyczących turystycznej atrakcyjności Bratysławy. Pytałam znajomych, przeglądałam blogi podróżnicze i fora internetowe. Obraz słowackiej stolicy, jaki się z mojego małego śledztwa wyłonił, jest dość przygnębiający. W dużym skrócie – potwornie brzydkie miasto z szarego betonu, w którym wciąż unosi się duch komunizmu. Tylko Stare Miasto i Zamek Bratysławski są warte zobaczenia. No, może jeszcze Devin i katedra świętego Marcina oraz przynależne do Eurovei kawiarenki nad Dunajem. Wszystko do obejrzenia w jeden dzień; najlepiej, jeśli jest się tam przejazdem, bo Bratysława nie jest warta obierania jej celem podróży. Lepiej pojechać do Wiednia albo Pragi; tam czekają na turystów prawdziwe atrakcje.

P

Wiedeń i Praga pojawiają się zresztą niemal zawsze, gdy mowa o Bratysławie, najczęściej w kontekście niekorzystnego dla słowackiej stolicy porównania. Braty sława bywa ponadto nazywana bliźniakiem Wiednia (twin city) – oba miasta leżą nad Dunajem, w dodatku blisko siebie. Nie jestem jednak zwolenniczką sztucznie wykreowanej koncepcji pokrewieństwa Bratysławy i Wiednia, chętnie przywoływanej przez Słowaków i zwykle zupełnie nieznanej Austriakom. Miasta te są diametralnie inne i nazywa24

BRATYSŁAWA miasto niebanalnej urody

Betonowy bliźniak nie ich bliźniaczymi wydaje się absolutnym nieporozumieniem. W tym dziwnym i niesprawiedliwym zestawieniu z monumentalnym Wiedniem kameralna Bratysława zawsze znajdzie się na pozycji ubogiego krewnego. Podobnie wygląda porównanie Bratysławy i Pragi. Miasta łączą lata wspólnej historii w obrębie jednego państwa, podobny język i kultura, zbliżona mentalność. Może stąd bierze się

oczekiwanie turystów, że Bratysława będzie drugą Pragą, tylko w mniejszej skali; pełną zabytków i tłumów zwiedzających z każdego zakątka świata. Zaryzykuję stwierdzenie, że rozczarowanie Bratysławą często wynika właśnie z faktu, że nie przypomina miast, które zwiedza się z przewodnikiem w ręku, odhaczając na liście kolejne obowiązkowe do zobaczenia pozycje. Imponujące obiekty sakralne, niezliczone muzea, dzielnice z rzędami kilkusetletnich kamienic – tych klasycznie pojmowa-

nych atrakcji turystycznych Bratysława faktycznie nie zapewnia. Niemniej, jeśli tylko dać jej szansę i odrzucić pokusę porównywania jej z Wiedniem i Pragą, może okazać się fascynującym miastem.

50 odcieni szarości Beton, beton i jeszcze raz beton. Tak wyglądała komunistyczna architektura, której pełno również w Bratysławie - narzekają rozczarowani słowacką stolicą. Pod pojemnym pojęciem ‘komunistyczny’ kryje się często powojenny późny modernizm, zwłaszcza jego niedoceniany, brutalistyczny odłam. Brutalizm (od francuskiego słowa brut ‘surowy’) reprezentują pogardzane przez turystów betonowe konstrukcje o surowej i minimalistycznej formie, wyglądające jak z innego świata. W Bratysławie ponad dwie trzecie obszaru zbudowano w duchu nowoczesnej urbanistyki, a brutalizm jest jednym z dominujących stylów.

Wiele budynków, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak betonowy koszmar, to wybitna architektura, projektowana według śmiałych, odważnych założeń, nieodbiegająca od brutalistycz nych konstrukcji wznoszonych za granicą. Architekci Bratysławy mieli o tyle trudniejsze zadanie, że ich prace powstawały w niełatwych politycznie i gospodarczo czasach, co nierzadko wymuszało niechciane zmiany i wpływało na efekt końcowy. Późniejsze lata – zwłaszcza okres krótko po transformacji ustrojowej – również nie były dla brutalistycznych obiektów łaskawe. Postrzeganie ich jako reliktów poprzedniego systemu, zaniedbanie i brak koniecznych prac renowacyjnych skutecznie pozbawiły je resztek dawnego blasku. Teraz, trzy dekady po aksamitnej rewolucji, szare budowle Bratysławy powoli zyskują na atrakcyjności. Fascynacja architekturą (i generalnie estetyką) komunizmu zaowocowała wzrostem zainteresowania miastami, w których można się z nią zetknąć. Pojawiły się już firmy, oferujące wycieczki śladami architektury socjalistycznej Czechosłowacji. Na taką wirtualną wycieczkę zapraszam również ja – w kolejnych wydaniach MP przybliżę historię najsłynniejszych bratysławskich budowli tamtego okresu. KATARZYNA PIENIĄDZ

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 25

Emigracyjne Berlinale 2019 © JOLA BAŃKOWSKA

© ROBERT PALKA

iędzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie obchodził w tym roku swoje 69. urodziny. W trakcie 10 dni, od 7 do 17 lutego 2019, można było zobaczyć „tylko” 160 premier, z czego 17 filmów fabularnych w konkursie głównym. W tym roku polska kinematografia nie wystawiła zbyt wielu reprezentantów, a większość z filmów „polskiego pochodzenia” miała korzenie emigracyjne, łącznie z „Obywatelem Jonesem” – koprodukcją polsko-angielsko-ukraińską w reżyserii Agnieszki Holland. Wyjątkowo trafnie został przetłumaczony na polski anglojęzy czny tytuł tegoż filmu – „Mr. Jones” – ponieważ Gareth Jones, dziennikarz i doradca rządu Wielkiej Brytanii w latach 30. ubiegłego stulecia, był przykładem prawdziwego obywatela, który walczył o sprawiedliwość społeczną. Jako jedynemu dziennikarzowi z Zachodu udało mu się dotrzeć na Ukrainę i przeżyć Wielki Głód, w wyniku którego zmarło około 10 milionów ludzi. Jones po powrocie do Anglii próbował nagłośnić ten fakt na arenie międzynarodowej, ale dla utrzymania dobrych stosunków dyplomatycznych z Rosją otrzymał polecenie zdementowania przedstawionych informacji. Na konferencji prasowej po premierze filmu, na której najwięcej było dziennikarzy ukraińskich i rosyjskich, Agnieszka Holland pokreśliła, że „nie ma demokracji bez wolnych mediów”. „Obywatel Jones” jest filmem wyjątkowo trafnie dobranym do polityczne-

go charakteru berlińskiego festiwalu. Szkoda, że nie został doceniony podczas przyznawania nagród, chociaż pozytywnie oceniły go niemieckie media. Na tegorocznym Berlinale było jeszcze kilka innych polskich akcentów. Do sekcji Generation, poświęconej kinu młodego widza, zakwalifikowała się animacja Joli Bańkowskiej pt. „Story”, opowiadająca o życiu współczesnego człowieka, spędzającego większość czasu przed ekranami rożnych urządzeń elektronicznych. Jola Bańkowska skończyła warszawską Akademię Sztuk Pięknych, ale mieszka na stale w Londynie. „Story” jest jej debiutem filmowym. Na stałe za granicą mieszka też inny twórca polskiego pochodzenia, którego film miał swoją premierę w ramach tzw. Berlinale Shorts. „All on a Mardi Gras Day” to dokument produkcji amerykańskiej w reżyserii Michała Pietrzyka i ze zdjęciami Gabriela Bienczyckiego. Jego główny bohater, ciemnoskóry Demond Melan con, cały rok przygotowuje swój kostium na tradycyjną paradę, odbywającą się raz w roku w Nowym Orlea -

MARZEC 2019

© JOLA BAŃKOWSKA

M

nie. Przez ten jedyny dzień w roku Demond, przebrany w barwne pióra chodzi niczym wielki ptak, pokrzykując: „Jestem wielkim szefem, nie mogę przegrać”. Michał Pietrzyk, świetnie mówiący po polsku, przyjechał do Berlina wraz ze swym ojcem, Zbi gniewem Pietrzykiem, wraz z którym organizuje festiwal polskich filmów w Seattle. Wzruszające było spotkanie z publicznością Sofii Bohdanowicz, Kana dyjki, która zrealizowała nieco eksperymentalny film na podstawie listów swojej babci, poetki Zofii Bohdanowiczowej, napisanych w latach 50. i 60. do pisarza Józefa Wittlina. Młoda reżyserka przyznała, że poprzez te listy chciała poznać bliżej swoją nieżyjącą już babcię jako artystkę i kobietę. Sopfa nie umie mówić po polsku, ale tuż po premierze filmu wybierała się po raz pierwszy do Warszawy, gdzie urodziła się jej babcia. © JACEK POREMBA

Jak widać, wszystkie drogi z Berlina prowadzą do Polski, bo przecież babcią przewodniczącej tegorocznego jury konkursu głównego – Juliette Binoche – była polska aktorka teatralna z Częstochowy Julia Helena Młynarczyk, po której zresztą Juliette odziedziczyła imię i z pewnością pasję aktorską, a może też urodę i talent. AGATA LEWANDOWSKI, Berlin


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 26

Poziomo 3. 5. 7. 9. 10. 11. 12. 13. 15. 18. 19. 21. 24. 26. 28. 31. 32. 33. 34. 35.

26

demony Dostojewskiego planeta układu słonecznego legenda himalajów na akta niesie radio powitalna gadka znany muszkieter żona Kazimierza wielkiego skórka z tchórza dowcipna gra słów stosowana przed operacją piwna przyprawa wietrzna choroba adresatka utworu van beethovena szpaler wojska nefele dla helle jarocka z estrady biblijna cnotliwa małżonka „tu es Petrus“ rubika polski samochód jak dziki koń

Pionowo 1. 2. 3. 4. 6. 8. 12. 14. 16. 17. 20. 22. 23. 24. 25. 27. 29. 30.

matka z Kalkuty rada by do raju duma atlety afrykański kuzyn wilka aprobata kwiatek podmokłych łąk sekrety wynalazca dynamitu barwny pieprzojad dziesięcionóg w menu „szmaragdowa wyspa” jej stolicą jest jakarta rzeka przepływająca przez białowieżę od łopatki do mostka uszczerbek rurki w kuchni „herman i ...“ goethego maszyna jak zagadka

oddajemy w Państwa ręce krzyżówkę, przygotowaną specjalnie z myślą o naszych czytelnikach, której hasło nawiązuje do jednego z marcowych świąt. hasło to zostało ukryte w polach oznaczonych numerami w następującej kolejności: 8 – 1 – 24 – 23 – 32 – 26 – 31 – 13 – 17 – 34 – 3 – 20 – 15 – 35 – 7 – 14 – 21 – 10 – 11 – 12 – 29 – 5 – 4 – 33 – 7. jednocześnie informujemy, że hasło poprzedniej krzyżówki brzmiało: Ku pamięci Pawła Adamowicza. Red. T.O.

MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 27

la mnie komiks to prze de wszystkim rysunek. Scenariusz czy scenopis jest ważny, ale może istnieć bez dymków. To właśnie obrazek nadaje sens komiksowi. W okresie powojennym tworzyło wielu rysowników, będących czasem także scenarzystami, a kilku z nich można uznać za wybitnych. Niektórych, np. Rosińskiego czy Christę, już wspomniałem, teraz przypomnę kilku innych. Szymona Kobylińskiego kojarzymy raczej jako satyryka, trafnie komentującego rzeczywistość jednym rysunkiem w Polityce czy też wybornego znawcę polskiego munduru i broni. Ale był on też uznanym komiksiarzem, autorem pierwszego wydanego po II wojnie komiksu w formie zeszytu. Kryminalna opowieść Stary zegar z cyklu Kapitan Gleb opowiada (jak się okazało, tylko jednoodcinkowego) ukazała się w 1957 r. Potem Kobyliński skoncentrował się na innej tematyce. Spod jego ręki wyszła komiksowa wersja przygód czterech pancernych oraz kilka opowieści historycznych, opublikowanych w Relaksie. Ale o jakości komiksowej kreski Kobylińskiego świa dczy fakt, iż na początku lat 90. był autorem podręcznika historii, który ozdobił własnymi komiksowymi obrazkami. W Instytucie Polskim w Bra tysławie w 2016 r. gościliśmy wystawę ilustracji książkowych Bohdana Butenki. Ale Butenko to przede wszyst-

D

MARZEC 2019

Mistrzowie kreski kim komiksiarz z krwi i kości, autor kultowych i wielokro tnie wznawianych przygód Gapiszona – prawie zawsze uśmiechniętego chłopca w zbyt wielkiej czapce na głowie – który pojawił się po raz pierwszy w 1958 r. Potem w rysunkowych opowieściach sygnowanych „Butenko pinxit” pojawili się także harcerz Kwapiszon czy urocze dwa psiaki: Gucio i Cezar. Charakterystyczne dla komiksów Butenki jest nałożenie rysunku na fotografie, tworzące logiczne tło całej opowieści. Narysowani prostą, raczej dla dzieci przeznaczoną kreską, bohaterowie jego komiksów bawią dzisiaj różne pokolenia i różnych odbiorców (w tym mnie). Numerem jeden komiksu okresu PRL pozostaje jednak tworzący w Bydgo szczy Jerzy Wróblewski. Obrazkowe historyjki zaczął rysować w Dzienniku

Subiektywna historia

komiksu polskiego

Wieczornym już pod koniec lat 50. (opublikował tam ponad 70 opowieści). Jego dorobek to kilkadziesiąt historyjek samodzielnych, jak i ukazujących się seriach, jak Podziemny front czy o kapitanie Żbiku. Dobrze sobie radził zarówno z opowieściami historycznymi (Hernan Cortes i podbój Meksyku, Zesłańcy, Ce na wolności, Wywiadowca XX wieku), przygodowymi, kryminalnymi i westernami (seria przygód Binio Billa, Czarna róża, Figurki z Tilos), fantastycznymi (Vahanara!), jak i zupełnie współczesnymi (Polak w kosmosie, Tajemnica głębin) czy dla dzieci (Nowa wyspa skarbów, Miasto z chmur). Niektórzy zarzucają mu, iż ryso wał wiele, bez namysłu, że był autorem komiksów i opo-

wieści służących komunistycznej ideologii. Ale o tym przecież decydowali scenarzyści i teksty w dymkach, a nie twórcy rysunków! Wróblewski nie zawsze był sam dla siebie scenarzystą. Jego kreska, realistyczna, wyraźna, bardzo dynamiczna, ostro zarysowana w komi ksach dla dojrzałych czytelników oraz miękka, zaokrąglona w opowieściach dla dzieci, ale zawsze ciekawa i zgodna z realiami jest łatwo rozpoznawalna i dziś. Przed wczesna śmierć w 1991 r. nie dała mu szansy potwierdzić i rozwinąć rysunkowego kunsztu w normalnych warunkach, bez cenzury i ideologicznej presji, z drukiem coraz lepszej jakości. Jego jedną z ostatnich opublikowanych prac były dwa odcinki Biblii w komiksie. To właśnie o twórczości Wróblewskiego powstają prace naukowe, a wielu współczesnych komiksiarzy spotkanie z jego twórczością uznaje za inspirację i punkt odniesienia dla własnych prac. O nieprzemijającej popularności jego twórczości niech świadczy fakt, iż wydawnictwo Ongrys od kilku lat wydaje zebrane do jednego zeszytu mniej rozpowszechnione i znane komiksy, ukazujące się wcześniej na gazetowych paskach, pod wspólnym tytułem Z archiwum Jerzego Wróblewskiego. JACEK GAJEWSKI

27


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 28

Być kobietą

ałkiem niedawno, bo zaledwie cztery miesiące temu, świętowaliśmy setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Także 100 lat temu kobiety w Polsce uzyskały prawa wyborcze. Pierwsza nad Wisłą karta wyborcza wypełniona przez kobietę trafiła do urny 28 listopada 1918 roku dzięki dekretowi wydanemu przez Józefa Piłsudskiego. Polki uzyskały prawa wyborcze znacznie wcześniej niż Amerykanki, Brytyjki czy Francuzki! To fakt znaczący zwłaszcza na tle innych krajów europejskich. Szwajcaria przyznała kobietom prawa wyborcze dopiero w 1971 roku, a Liechtenstein dopiero po referendum w 1984 roku. I chociaż na Starym Kontynencie nie ma już państwa, które nie dopuszczałoby kobiet do głosowania, to płeć piękna wciąż często zarabia mniej niż mężczyźni, rzadziej obejmuje najwyższe stanowiska, miewa kłopoty z powrotem do pracy po urodzeniu dziecka i narażona jest na dyskryminację. A jak wygląda sytuacja polskich kobiet po 100 latach uzyskania praw wyborczych? Choć wiele się zmieniło, to wciąż dużo jest do zrobienia. Ostatnio przeczytałam raport Europejskiego Fo rum Parlamentarnego ds. Populacji i Rozwoju (European Parliamentary Forum on Population & De velopment, EPF), który sporządza i publikuje raporty, dotyczące dostępu do antykoncepcji w Europie. W tegorocznym Polska znalazła się na ostatnim miejscu, co oznacza, że dostęp do tego rodzaju środków jest w Polsce najtrudniejszy w całej Europie. Czy to możliwe? Przecież to nie średniowiecze, a Polska jest nowoczesnym, prężnie rozwijającym się krajem! Coraz częściej słyszę i czytam o niezadowoleniu polskich kobiet. Coraz więcej

C

28

Polek kończy prestiżowe wyższe uczelnie, kształci się i realizuje w życiu zawodowym, społecznym czy kulturalnym, pełni ważne funkcje, zajmuje się polityką i jest świadoma swoich praw, które nie zawsze są przestrzegane, a często po cichu odbierane. W zeszłym roku Polskę zalała „czarna fala parasolek”, czyli protesty kobiet, które odbiły się szerokim echem w światowej prasie, również na Słowacji. Polki masowo wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko instrumentalnemu traktowaniu i domagać się prawa decydowania o sobie. To był ich swoisty krzyk w obronie godności. Czy jest aż tak źle? – pytały mnie słowackie koleżanki. Czego chcą te baby? – słyszałam wielokrotnie w komentarzach mężczyzn. „Jeśli świat nie potrafi wyegzekwować praw dla kobiet, musimy zrobić to same” – mówiły uczestniczki jednego z pochodów, w których udział brały studentki, gi mnazjalistki, matki, artystki, aktorki i celebrytki, które nie zgadzają się z ograniczaniem antykoncepcji czy obcięciem finansowania ośrodków wspierających ofiary przemocy domowej. Żyjemy w ciekawych czasach, w XXI wieku, kiedy to kobiety stale muszą zabiegać o to, by móc decydować same o sobie i podejmować wybory według swojego sumienia. Proponuję, by w ramach Międzynarodowego Dnia Kobiet – 8 marca – oprócz tulipanów, które zastąpiły goździki, i czekoladek na osłodę życia uważniej przyjrzeć się sytuacji współczesnych polskich kobiet, a wszystkim paniom życzyć: „By czasu starczyło na wszystko, szczęście dopisywało mimo wszystko, w sukcesy obrodziło, a to, co złe i kiepskie, na lepsze się zmieniło”. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Życzenia Kochanej Renatce Strakovej z okazji okrągłego jubileuszu życiowego najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia, powodzenia w życiu zawodowym i osobistym życzą członkowie Klubu Polskiego w Trenczynie Teresce Lukáčovej składamy najserdeczniejsze gratulacje z okazji przyjścia na świat wnuka Jozefa. Maluch urodził się 8 lutego. Rodzicom oraz ich potomkowi życzymy szczęścia i zdrowia! Przyjaciele z Klubu Polskiego Serdecznie gratulujemy Oli i Jankovi Krcheniom, którzy 5 lutego zostali szczęśliwymi rodzicami małego Viktorka. Cieszymy się razem z jego dwoma starszymi braćmi – Jakubkiem i Filipkiem – oraz z tego, że nasz klub zyska nowego członek, któremu życzymy długiego, szczęśliwego życia! Przyjaciele z Klubu Polskiego w Trenczynie Do życzeń dołącza się redakcja „Monitora Polonijnego“, z którą rodzina Krcheniów współpracuje.

PROGRAM INSTYTUTU P

➠ 4 – 23 marca, Bratislava, Rakúske kultúrne fórum, Hodžovo nám. 1/A • Prezentacja nowoczesnej drewnianej architektury Salón drevostavieb, a w niej polski projekt domu weekendowego z ekologicznych materiałów.

➠ 13 marca, godz. 18.00, Bratislava Poľský inštitút, Nám. SNP 27 • Koncert muzyki żydowskiej w wykonaniu zespołu Mojše band z okazji Narodowego Dnia Pamięci Polaków Ratujących Żydów podczas okupacji niemieckiej. MONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:09 Page 29

! a g tan

z okazji 25-lecia Klubu Polskiego

e Klub Polski zaprasza swoich członków oraz sympatyków

ki i pols

na jubileuszową imprezę z okazji 25-lecia organizacji, która odbędzie się 9 marca (sobota) o godz. 18.00 w instytucie Polskim w bratysławie (nám. snP 27). Podczas wieczoru zostanie zaprezentowany materiał z nowego cD Klubu Polskiego, czyli polskie i słowackie tanga w wykonaniu kwartetu laugarico i gości. Klubowiczów prosimy o przyniesienie własnych wypieków, Klub zapewni napoje i słony poczęstunek.

kie

ac słow

,

KONCERT POLSKIEJ PIESNI SAKRALNEJ Klub Polski zaprasza serdecznie na koncert chóru z Nowej Dubnicy, połączonego ze słowacko-polską mszą świętą, która odbędzie się 10 marca 2019 r. o godz. 10.00 w kościele p.w. św. Stefana Króla w Trenčianskich Teplicach. Mszę celebrować będzie ks. Stanisław Ługowski. Istnieje możliwość zamówienia noclegu: 032 655 23 01.

Klub Polski przygotowuje na kwiecień:

7 kwietnia

5 kwietnia

niedziela

o godz. 19.00 w Teatrze Lalek w Koszycach grupa teatralna Klubu Polskiego „PatChwoRK” zaprezentuje spektakl pod tytułem „Awaria“ w reżyserii Magdaleny Marszałkowskiej. Bilety w cenie 5 euro do nabycia w kasie teatru.

piątek

o 18.00 w Instytucie Polskim w Bratysławie rozpocznie się spotkanie z nowego cyklu „Poznajmy się, proszę“, którego celem jest prezentacja w formie rozmów przeplatanych występami artystycznymi osobistości ze świata Polonii lub Słowaków polskiego pochodzenia. Gośćmi pierwszego spotkania będą polskie artystki: primabalerina Słowackiego Teatru Narodowego Romina Kołodziej oraz śpiewaczka Ewa Sipos. Wstęp wolny.

➠ 19 – 23 marca, Bratislava, Filmová a televízna fakulta VŠMU, Svoradova 2 • Warsztaty z promocji i dystrybucji filmów w ramach Visegrad Film Forum (VFF) poprowadzi Marcin Łuczaj z New Europe Film Sales. ➠ 20 marca, godz. 19.00, Prešov, PKO Čierny orol, Hlavná 50 • Koncert inauguracyjny 9. Festiwalu Gitarowego w wykonaniu zespołu Indialucia

MARZEC 2019

poprzednim odcinku „Rozsianych po Polsce“ wędrowa li śmy z Bardejova przez Niemcy do Warszawy, gdzie autor artykułu zamieszkał ze swoją polską żoną i gdzie podjął pracę. Otwarcie Instytutu Słowackiego w Warszawie rozpoczęło jego przygodę z promowaniem Słowacji w Polsce.

W

Cel – Słowacja 11 kwietnia

czwartek

11 kwietnia w siedzibie i na dziedzińcu bratysławskiego UĽUV zostanie zrealizowany projekt „Chleba naszego powszedniego“.

U P O L S K I E G O W B R AT Y S Ł AW I E N A M A R Z E C 2 019 ➠ 14 marca, godz. 17.00, Bratislava, Kino Mladosť, Hviezdoslavovo nám. 18 • Projekcja fabularyzowanego filmu Pilecki Mirosława Krzyszkowskiego.

Nie tylko o bryndzových haluškách nad Wisłą

➠ 20 – 26 marca, Bratislava • W ramach 26. Festiwalu Febiofest 2019 można będzie zobaczyć następujące polskie filmy: Ułaskawienie, reż. Jan Jakub Kolski, 2018; Wilkołak, reż. Adrian Panek, 2018; Barwy ochronne, reż. Krzysztof Zanussi, (wersja cyfrowa) 1976; Fuga, reż. Agnieszka Smoczyńska, 2019; Zabawa, zabawa, reż. Kinga Dębska, 2018.

➠ 22 marca – 5 kwietnia, Bratislava, Poľský inštitút, Nám. SNP 27 • Wystawa 20 wybranych obrazów, oryginalnych materiałów filmowych z pierwszego na świecie malowanego filmu animowanego Twój Vincent / Loving Vincent (2017).

Najwięcej pytań od osób odwiedzających Instytut oraz podczas podróży służbowych po Polsce związanych było z walorami turystycznymi Słowacji. Z tego powodu pod koniec mojego kontraktu w Instytucie Słowackim inicjowałem powstanie pierwszej zagranicznej placówki Słowackiej Agencji Turysty cznej z siedzibą w Warsza wie. Wielkie zaangażowanie w tej sprawie uczyniła również ówczesna ambasador Słowacji w Polsce pani Magda Vášáryová. Moje marzenie i starania wielu osób spełniły się 1 października 2002 roku, kiedy to z udziałem premiera Republiki Słowacji Mikuláša Dzurindy otwarte zostało Narodowe Centrum Turystyki Słowa29


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:10 Page 30

ckiej w Polsce. Jego siedziba znajdowała się w hotelu Europejskim na Krakowskim Przedmieściu. To tutaj stworzyliśmy główne miejsce, zajmujące się promocją i prezentacją atrakcji turystycznych Słowacji. Moim głównym zadaniem była prezentacja Słowacji w Warszawie i innych miastach Polski, udział w najważniejszych targach turystycznych w Polsce, organizacja konferencji prasowych i wyjazdów polskich dziennikarzy i przedstawicieli biur podróży do najbardziej malowniczych zakątków naszego małego pięknego kraju. Nie było to łatwe, ale myślę, że po ponad 20 latach pracy poświęconej promocji Słowacji w Polsce sporo mi się udało. Najtrudniejsze dla mnie było przekonać Pola ków o tym, że Słowacja to nie tylko tereny górskie ze wspaniałymi warunkami do uprawiania turystyki letniej i zimowej, ale również piękne miasta i miasteczka, zamki, jaskinie, kąpieliska termalne i uzdrowiska oraz regiony winiarskie, gdzie produkowane są wspaniałe słowackie wina.

Przez żołądek do serca... Bardzo ubolewam nad tym, że do tej pory nie ma w Warszawie ani w innych miastach Polski słowackiej restauracji, która by była idealnym miejscem do prezentacji specjałów gastronomicznych Słowacji. Cały czas wierzę, że w najbliższych latach taka placówka jednak powstanie. Podczas ubiegłorocznego sezonu letniego w Warszawie działał Słowacki Food Truck, gdzie było można skosztować słowackich przysma30

ków. Największym wzięciem cieszyły się bryndzové halušky, lokše nadziewane wątróbką lub gęsiną oraz smażony ser z szynką. To również moje ulubione słowackie potrawy, do których dodam jeszcze pierogi z bryndzą oraz strapačky z kapustą. Moimi najbardziej lubianymi polskimi daniami są żurek, krupnik, zupa ogórkowa, barszcz czerwony z uszkami, pierogi z mięsem oraz bigos. Z deserów uwielbiam sernik i szarlotkę.

Rodzina oporą Od samego początku mojego pobytu w Polsce miałem szczęście, że spotykałem Polaków, którzy często pomagali mi w trudniejszych sytuacjach. Przede wszystkim potrzebowałem jak najszybciej zorientować się w Warszawie, nauczyć się jazdy samochodem po tym jak na słowackie warunki bardzo dużym mieście. Największą pomoc okazała mi oczywiście moja żona i jej rodzina, która mnie przyjęła bardzo ciepło. W związku z tym, że cały czas pracowałem i pracuję dla Słowacji i mam na bieżąco kontakt ze swoim krajem, mój pobyt w Polsce i cały okres adaptacyjny zniosłem bardzo dobrze.

Czasami pod wiatr Spotkały mnie w Polsce również nieprzyjemne sytuację, jak kradzieże mienia i napady bandziorów. Po tych przykrych zdarzeniach myślałem nawet o powrocie na Słowację, ale rodzina i praca, które kocham nade wszystko, zwyciężyły. Moja praca dla Słowacji w Polsce bardzo mnie pasjonowała, mogłem realizować lub uczestniczyć w wielu ciekawych projektach i wydarzeniach oraz dokładnie zapoznać się z walorami turystycznymi Słowacji.

Przez całą Polskę Podczas licznych podróży zarówno służbowych, jak i prywatnych miałem okazję odwiedzić także najważniejsze miasta i atrakcje turystyczne Polski. Oprócz Warszawy, w której mieszkam, najbardziej polubiłem Wrocław i Trójmiasto (Gdańsk-Gdynia-Sopot). Na początku pobytu w Polsce letnie wakacje spędzaliśmy nad polskim morzem. Przejechałem z żoną, a później z dwójką naszych dzieci całe polskie wybrzeże od Świnoujścia aż po Piaski. Pierwszą poważną prezentację Słowacji organizowałem w zabytkowym To-

runiu, który od razu mnie oczarował i tak zostało do tej pory. Polubiłem również Mazury i Warmię. Przekonałem się, że Polska jest bardzo pięknym i atrakcyjnym pod względem turystycznym krajem, ale na Słowacji, oprócz Krakowa, bardzo mało znanym. To, co mi w Polsce najbardziej przeszkadza, to tłumy ludzi we wszystkich atrakcyjnych miejscach lub regionach. Ja preferuję spokojne miejsca, bez tłumów i korków na drodze. Dlatego w ostatnich latach odwiedzam mało uczęszczane, ale równie malownicze zakątki Polski. W Warszawie najbardziej brakuje mi słowackich gór i spokojnych miejsc, gdzie można spędzać weekendy bez tłumów. Dlatego ferie zimowe oraz przedłużone weekendy bardzo często spędzamy na Słowacji.

Koniec misji Na początku 2018 roku otrzymałem od mojego pracodawcy (Departament Turystyki w Ministerstwie Transportu i Budownictwa Republiki Słowackiej) dosyć nieoczekiwaną wiadomość, że moja praca dla Słowacji w Polsce dobiega końca. Potrzebowałem trochę czasu, by zastanowić się, co dalej. Nadal chciałem zajmować się turystyką, której poświeciłem około 20 lat. Decydujące przy podjęciu dalszych kroków było również to, że chciałem zostać wraz ze swoją rodziną w Warszawie, gdzie pracuje żona, a dzieci uczęszczają do szkół. Propozycja nowej pracy i możliwość kontynuowania misji w Polsce przyszła od słowackiej Spółki Tatry Mountain Resorts (TMR), w której praMONITOR POLONIJNY


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:10 Page 31

Wiosna, ach to ty

Drodzy Czytelnicy! Serdecznie dziękujemy za tak liczne zdjęcia Waszych pociech i ich prac! Przypominamy, że można je przesyłać na adres stronkadladzieci@gmail.com. Przy okazji informujemy, że już w następnym numerze „Monitora” ogłosimy dla Was konkurs! Radziu, lat 7

Helenka, lat 4 Hania, lat 6

Ostatni przystanek? Po latach spędzonych w Polsce uważam, że spotkanie z moją żoną na pra ktykach w Niemczech, przeprowadzka do Warszawy, ciekawa praca dla Słowacji i kochająca rodzina to dla mnie najważniejsze rzeczy, które mnie spotkały w życiu. Podczas swojego aktywnego życia w Bardejowie i Nitrze, gdzie studiowałem i uprawiałem piłkę ręczną, nigdy bym nie pomyślał, że Polska i Warszawa będą moim drugim domem. Czas pokaże, czy będzie to ostatni przystanek w moim życiu? JÁN BOŠNOVIČ, Warszawa

Radek, lat 7,5 R.K., lat 7

Hania T, lat 7 Klubowicze

POLSKIE PRZYSŁOWIA O WIOŚNIE I MARCU: A po lutym marzec spieszy, koniec zimy wszystkich cieszy. Gdy dzika gęś w marcu przybywa, ciepła wiosna bywa. Na marzec narzeka każdy starzec. W marcu jak w garncu. MARZEC 2019

zy na polską, czy na słowacką – na wiosnę czeka każdy. Dwudziestego pierwszego marca zaczyna się ta kalendarzowa. W niektórych krajach pierwszy dzień wiosny świętuje się w szczególny sposób, pełen tradycyjnych symboli. W Polsce w zamierzchłych czasach kobiety i dzieci tworzyły tego dnia słomianą kukłę – marzannę, która miała symbolizować odchodzącą zimę i zapewniać urodzaj. Ubierano ją we wstążki i kolorowe materiały, a potem, wędrując orszakiem przez wieś, moczono w napotkanych sadzawkach. Po dotarciu nad rzekę podpalano i rzucano w nurt wody. Ten zwyczaj związany był z pogańskimi tradycjami słowiańskich Jarych Godów – słomiana kukła symbolizowała demony, związane z zimą i ze śmiercią. Tradycja topienia czy palenia marzanny przetrwała w Polsce do dziś, choć obecnie jest powiązana przede wszystkim z zabawą. Pierwszego dnia wiosny kolorowy korowód dzieci (wraz z dorosłymi) udaje się nad wodę, by tam pozbyć się zrobionej w szkole na lekcjach kukły. Wszyscy też czekają na pierwsze pąki i przyjemne promienie słońca. AGNIESZKA KRASOWSKA

C

W marcu łagodne kwiatki, w grudniu śnieżne płatki. Jedna jaskółka wiosny nie czyni.

W marcu śnieżek sieje, a czasem słonko grzeje. Co w marcu urośnie, w maju zamarznie.

Aleks i tłusty czwartek 31

„Marzanna”, Ola lat 5

cuję obecnie jako przedstawiciel handlowy ds. turystyki biznesowej w Polsce. Aktualnie zajmuję się zachęcaniem polskich firm oraz agencji incentive do organizowania wyjazdów firmowych, szkoleń oraz konferencji w hotelach TMR, zlokalizowanych w Wysokich i Niskich Tatrach na Słowacji. Do portfolio TMR należy również Śląskie Wesołe Miasteczko „Legendia” w Chorzowie oraz ośrodek narciarski w Szczyrku, gdzie TMR planuje w najbliższych latach prowadzenie swojego hotelu.


Monitor 3_2018 5.3.2019 18:10 Page 32

Gofry to ikona polskiej tradycji kulinarnej. Nigdzie nie smakują i nigdzie nie są podawane w taki sposób jak w Polsce. Dlatego bardzo mnie ucieszył list od pani Tatiany Drimaj Reckiej, która opisała swoje wspomnienia związane z goframi i podzieliła się z Czytelnikami „Piekarnika” przepisem, który sama wykorzystuje.

Miło było czytać, że gofry kojarzą się pani Tatianie z wakacjami nad Bałtykiem czy z okresem studiów w Poznaniu. No właśnie – nadmorskie gofry to żelazny punkt chyba każdego polskiego urlopu.

Gofry dla dwóch osób: •6 jajek •3/4 litra maślanki, może być też mleko, kefir lub jogurt •1/2 kostki roztopionego masła •cukier waniliowy •1/2 szklanki cukru •1/2 opakowania proszku do pieczenia •1/2 kg mąki

Sposób przyrządzania Wszystkie składniki dokładnie mieszamy, wyrabiając ciasto nieco gęstsze niż na naleśniki. Dobrze, jeśli je na chwilę odstawimy, by składniki lepiej się połączyły. Gofry smażymy w opiekaczu ze specjalnie do tego celu przygotowanymi wkładami. Czas pieczenia jednej partii to ok. 5 minut. A potem trzeba tylko uruchomić fantazję, z czym je podać. Świat gofrowych dodatków jest co najmniej tak rozległy jak nasza galaktyka! Owoce świeże i ze słoika, dżemy, bita śmietana, lody, nutella, galaretki, nawet klasyka z cukrem pudrem nigdy się nie znudzą. Można też

eksperymentować ze składnikami ciasta, np. dodać nieco kakao, zmienić mąkę lub rodzaj mleka. Wierzcie mi – gofrownica przyjmie (prawie) wszystko!

Moje doświadczenia wyraźnie mnie nauczyły, że zanim zaprosi się domowników czy gości, trzeba nasmażyć spory zapas gofrów, bo smakołyk ten rozchodzi się błyskawicznie. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK