Monitor Polonijny 2014/03

Page 1

Ukraina wspólna sprawa

str. 4

Jolanta Chłoń o normalności w dyplomacji str. 5


2%

Przypominamy o możliwości przekazania 2% z podatków za rok 2013 na rzecz Klubu Polskiego!

Jak to zrobić? Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% na rzecz Klubu Polskiego. Wzory druków znajdują się na stronie internetowej

www.rozhodni.sk Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2013 wpisują tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji – szczegóły na stronie

www.rozhodni.sk Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to jego pełna nazwa, IČO i adres, czyli: Poľsky klub - spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, Námestie SNP 27 814 99 Bratislava IČO 30807620 2

ŚWIATOWE GWIAZDY OPERY

Piotr Beczała

W kwietniu w Słowackim Teatrze Narodowym w Bratysławie wystąpi światowej sławy polski tenor operowy Piotr Beczała. Organizator koncertu przygotował dla czytelników „Monitora Polonijnego“ 3 podwójne bilety na jego występ oraz płyty z nagraniami artysty. Zostaną one rozlosowane wśród odbiorców „Monitora Polonijnego”, które poprawnie odpowiedzą na następujące pytania: ❶ Którą polską akademię muzyczną ukończył Piotr Beczała? (należy podać miasto) ❷ Który światowej sławy polski śpiewak operowy wystąpił w czerwcu ubiegłego roku w Bratysławie? Wywiad z nim został opublikowany na łamach „Monitora Polonijnego“ nr 7-8/ 2013. (należy podać imię i nazwisko artysty) ❸ Którą rocznicę powstania świętuje w tym roku Klub Polski? Osoby, biorące udział w konkursie, prosimy też o podanie swojego imienia i nazwiska oraz adresu wraz z numerem telefonu, by móc je powiadomić o ew. wygranej.

Odpowiedzi należy przesłać do 15 kwietnia pod adresem e-mail: monitorpolonijny@gmail.com lub pocztą tradycyjną pod adresem, podanym w stopce redakcyjnej pisma.

MONITOR POLONIJNY


Jesienią, kiedy w Polsce i w Czechach typowano filmy, które mogłyby powalczyć o najbardziej prestiżową nagrodę w świecie kina, czyli Oscara, zapowiadało się, że dojdzie do pojedynku gigantów. Do boju o prestiżową nagrodę miały bowiem stanąć filmy dwóch polskich reżyserów: Andrzeja Wajdy „Wałęsa, Człowiek z nadziei“, reprezentujący polską kinematografię, i Agnieszki Holland „Gorejący krzew“ jako reprezentant czeskiego kina. Spekulowano wówczas, że oto w walce o Oscara spotkają się mistrz i uczennica. Film Wajdy nie znalazł się jednak wśród pięciu finałowych nominowanych do tej nagrody, zaś „Gorejący krzew“, z uwagi na to, że swoją premierę miał w telewizji, do walki w ogóle nie mógł stanąć. Mimo to ich swoisty pojedynek ma miejsce w niniejszym numerze „Monitora“, bowiem w rubryce „Kino-oko“ prezentujemy recenzję filmu poświęconego Lechowi Wałęsie (str. 17), a o filmie o Janie Palachu piszemy w związku z przyznaniem mu aż jedenastu Czeskich Lwów – najpoważniejszych czeskich nagród filmowych (str. 13). Za nami XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi – podsumowanie zmagań naszych reprezentantów publikujemy w rubryce sportowej (str. 26). O codziennych pojedynkach życiowych, blaskach i cieniach życia w dyplomacji mogą Państwo przeczytać w rozmowie z panią Jolantą Chłoń – żoną ambasadora RP w RS („Wywiad miesiąca“ – str. 5). A ponieważ – parafrazując biblijny cytat – nie samymi pojedynkami człowiek żyje, więc w marcowym numerze naszego pisma nie brak też stałych pozycji, wśród których znajdą Państwo m.in. recenzje książek i płyt, przepis kulinarny oraz artykuł adresowany do dzieci. Szczególnej Państwa uwadze polecamy ogłoszenia o różnych konkursach i zachęcamy do udziału w nich. Niektóre z nich są organizowane z myślą o Polakach rozsianych po całym świecie, niektóre tylko o tych, mieszkających na Słowacji. Zatem do dzieła! Bowiem jak już może Państwo zdążyli przeczytać na str. 2., do wygrania są bilety na bratysławski koncert Piotra Beczały! Tym, którzy zdecydują się wziąć udział w konkursowych zmaganiach, życzę powodzenia, a wszystkim Czytelnikom miłej lektury.

Ukraina – wspólna sprawa

4

Z KRAJU

4

WYWIAD MIESIĄCA Jolanta Chłoń o normalności w dyplomacji

5

Z NASZEGO PODWÓRKA

9

To jest ciekawy rok!

15

POLAK POTRAFI Polski jazzman zdobywcą nagrody Grammy

16

KINO-OKO Więckiewicz rządzi!

17

SŁOWACKIE PEREŁKI Ostatni smok nad Wagiem

18

CZUŁYM UCHEM Drugi debiut Tomka Makowieckiego

19

POLSKA MEDIALNA Suchary dla przedszkolaków. „Nowa“ propozycja TVP 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Kradzież w służbie narodu

20

MONITOR GOŚCI MNIEJSZOŚCI Węgrów czar(dasz) 22 CZYTELNICY PISZĄ Rodzina polonijna

24

WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Słowacy ruszają do Ameryki 24 SPORT!? Złotooo!!!

26

OKIENKO JĘZYKOWE Polska wojna o gender

27

OGŁOSZENIA

28

ROZSIANI PO ŚWIECIE Śni mi się Wilno (2)

30

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Idziemy do teatru

31

PIEKARNIK Specjały przednówka

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • EV542/08 • IČO: 30 807 620 Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk MARZEC 2014

3


Ukraina

wspólna sprawa

Od

samego początku wydarzenia na kijowskim Euromajdanie były tematem numer jeden polskich mediów, do tego stopnia, że całkowicie przyćmiły politykę krajową. Na samym zainteresowaniu się nie skończyło: Polacy od razu zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób można Ukraińcom pomóc, choćby symbolicznie. Były organizowane manifestacje solidarności z Ukrainą, zbiórki leków i ciepłych rzeczy, polskie szpitale przyjęły rannych z Majdanu, wreszcie spora grupa naszych rodaków pojechała osobiście do Kijowa, by wspierać protestujących. Tymczasem na Słowacji aż takiego zainteresowania wydarzeniami na Ukrainie nie widać. Oczywiście krwawa akcja Berkutu na Majdanie pod koniec lutego i obecne wydarzenia na Krymie dużo pod tym względem zmieniły, ale i tak Słowacy wydają się przyjmować zupełnie inny punkt widzenia na te wydarzenia, niż Polacy. Ta rozbieżność może dziwić, bo przecież podobnie jak Polska, również Słowacja graniczy z Ukrainą i ma wspólną przeszłość, związaną z Zakarpaciem. Jednak w odróżnieniu od Polski, w słowacko-ukraińskiej histo-

rii nie było krwawych konfliktów, co raczej powinno sprzyjać przyjaźni i zainteresowaniu sprawami wschodniego sąsiada. Co więcej, Słowacy mają podobne do Ukraińców i odmienne od Polaków doświadczenia najnowszej historii: okres transformacji zbiegł się z budowaniem od podstaw niepodległego państwa (Słowacja od 1993 roku, Ukraina od 1991). Dlacze-

terów polskiej drogi ku wolności” – powiedział o nim prezydent RP Bronisław Komorowski podczas uroczystości pogrzebowych, które miały charakter państwowy.

W WARSZAWIE 13 lutego zmarł Zbigniew Romaszewski, działacz opozycji antykomunistycznej, legenda „Solidarności”, senator kilku kadencji, w 2011 roku odznaczony Orderem Orła Białego. Pochowano go 20 lutego w alei zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. „Żegnamy jednego z boha4

W LUTYM polskie życie polityczne zdominowała dramatyczna sytuacja na Ukrainie. Premier Donald Tusk 19 lutego przedstawił w Sejmie stanowisko swego rządu – władze Ukrainy oskarżył o spowodowanie kijowskiej tragedii (wówczas to w wyniku ataku milicji na kijowskim Majdanie zginęło ok. 30 osób) i zapowiedział, że będzie wzywał

go więc Słowacy z o wiele mniejszym zaangażowaniem śledzą ukraiński konflikt, a często wręcz sympatyzują w nim z Rosją, co w Polsce zdarza się bardzo rzadko? Częściowo tę sytuację tłumaczy historia. Słowacka świadomość narodowa uformowała się w XIX wieku, kiedy to silna była idea panslawizmu jako sposobu na wyzwolenie spod węgierskiej zwierzchności. Z tych czasów pozostała bardzo silna sympatia wobec Rosji, która Słowakom kojarzy się raczej pozytywnie – podczas gdy dla Polaków i Ukraińców to właśnie Rosja była tradycyjnie okupantem i zaborcą. Równocześnie Słowacy, w odróżnieniu od Polaków, bardzo słabo znają realia Ukrainy i poza wyjazdami zakupowymi do Użhorodu praktycznie tam nie jeżdżą. Na bazie tej niewiedzy stworzyło się wiele negatywnych stereotypów, które pokutują do dzisiaj. Kolejna sprawa to silne na Słowacji poczucie zagrożenia globalizacją, utożsamianą z Unią Europejską, NATO, Ameryką i międzynarodowymi korporacjami. W mniejszym stopniu dotyczy to Bratysławy i Koszyc, ale w mniejszych miejscowościach takie nastroje są dość silne. „Weszliśmy do Unii, przyjęliśmy euro i co nam to dało? Żyję biednie, nie mam pracy i perspektyw” – tak mówi o sobie wielu Słowaków, utożsamiając tę sytuację z ekspansją zachodniego kapitału. Bardzo często, w rozmowach ze Słowakami na temat wsparcia dla Euromajdanu, otrzymuję taką właśnie

polityków europejskich do wprowadzenia sankcji wobec osób odpowiedzialnych za nią. Premiera poparli liderzy wszystkich klubów sejmowych. „Nie można się nie zgodzić z premierem, gdy mówi o konieczności jedności wokół sprawy ukraińskiej. Jesteśmy gotowi w tym zjednoczeniu uczestniczyć, jest ono dzisiaj potrzebne“ – mówił w swoim wystąpieniu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Kolejnego dnia od kul snajperów w Kijowie zginęło ponad 70 osób. Z misją do stolicy Ukrainy udali się ministrowie spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Fran-

cji. W wyniku ich mediacji 21 lutego zawarto porozumienie, zobowiązujące władze do przywrócenia konstytucji z 2004 r., ograniczającej uprawnienia prezydenta, powołania rządu koalicyjnego oraz wcześniejszych wyborów prezydenckich. Jednak następnego dnia parlament Ukrainy odsunął od władzy Janukowycza, który zbiegł. Na czele powołanego 27 lutego nowego rządu Ukrainy stanął Arsenij Jaceniuk. PREZYDENT Bronisław Komorowski zarządził wybory do Parlamentu EuMONITOR POLONIJNY


Jolanta Chłoń o normalności w dyplomacji

S

ropejskiego na 25 maja. Tego dnia Polacy wybiorą 51 europosłów w 13 okręgach wyborczych. Zarządzenie prezydenta ukazało się 24 lutego w Dzienniku Ustaw i tego dnia ruszyła kampania wyborcza. W dniu wyborów lokale wyborcze będą czynne od godz. od 7 do 21. Osoby przebywające za granicą będą mogły głosować korespondencyjnie, ale chęć uczestnictwa w wyborach powinni zgłosić do 10 maja do Wydziału Konsularnego. ZIMOWE IGRZYSKA OLIMPIJSKIE w Soczi zakończyły się 23 lutego. MARZEC 2014

Rola żony ambasadora podobna jest do tej, którą pełni pierwsza dama w państwie: towarzyszy mężowi, jest trochę w jego cieniu, krok za nim, no i nie może podejmować pracy zawodowej. Odpowiada to Pani? Tak. Mam taką naturę, że nie lubię być na pierwszej linii, odpowiada mi bycie w cieniu męża. Mojego męża czasami bardzo trudno jest dogonić, bo to jest człowiek bardzo ambitny, z mnóstwem pomysłów, które chciałby realizować natychmiast, więc sprostanie jego oczekiwaniom bywa czasami trochę kłopotliwe (śmiech).

Dla polskiej reprezentacji okazały się one wielkim sukcesem. Polacy zdobyli cztery złote medale oraz po jednym srebrnym i brązowym. Bohaterem igrzysk został skoczek narciarski Kamil Stoch, który dwa razy stanął na najwyższym podium. Justyna Kowalczyk, która do Soczi pojechała ze złamaną kością lewej stopy, wygrała finał biegu narciarskiego na 10 km techniką klasyczną. Niesamowitą niespodzianką był złoty medal w łyżwiarstwie szybkim Zbigniewa Bródki – na dystansie 1500 metrów pokonał Koena Verweija o 0,003 s.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

odpowiedź, z komentarzem, że Euromajdan został sprowokowany przez te wszystkie demonizowane siły globalnego kapitału po to, by przejąć i zagrabić Ukrainę. Ci ludzie twierdzą, że jedynym, kto jest w stanie przeciwstawić się Zachodowi jest Rosja (i Białoruś Łukaszenki), więc Ukraińcy i Słowacy powinni trzymać z Putinem. Wystarczyłoby jednak trochę pobyć we Lwowie czy Kijowie, by zrozumieć, że to wcale nie o to chodzi – ale takich osobistych kontaktów brakuje. Ukraińcy od dłuższego czasu apelują do społeczności międzynarodowej, by nie wierzyć w taki uproszczony obraz świata. Od czasu, gdy polała się krew, Euromajdan walczył już nie tyle o podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE, ale o godność i o to, by nie strzelano do ludzi. Dziś jest to już walka z rosyjską okupacją, która mało czym różni się od radzieckiej interwencji w Czechosłowacji. JAKUB ŁOGINOW

potykamy się w rezydencji polskiego ambasadora w Bratysławie, gdzie czeka na nas Jolanta Chłoń. Pani ambasadorowa jest otwartą, serdeczną osobą, która potrafi opowiadać i o sprawach trudnych, i zabawnych. Dopiero pod koniec rozmowy zdradza, że to jej pierwszy wywiad, którego udzieliła, a my czujemy się wyróżnieni, że to właśnie nam zechciała uchylić rąbka tajemnicy z życia dyplomatów. Co by Pani robiła, gdyby nie rola, którą przyszło Pani pełnić u boku ambasadora? Gdybym jeszcze raz mogła wybrać swoją drogę życiową, to pewnie zajęłabym się architekturą ogrodową. Japończycy mawiają, że jak człowiek chce być szczęśliwy przez jeden dzień, to się upija, jak chce być szczęśliwy przez rok, to się żeni, natomiast jak chce być szczęśliwy przez całe życie, to zostaje ogrodnikiem. Były takie okresy w Państwa życiu, kiedy mąż nie pracował na placówce dyplomatycznej. Czym się wtedy Pani zajmowała? To były bardzo krótkie okresy.

Dzień przed zakończeniem igrzysk brązowy medal zdobyła drużyna polskich panczenistów w składzie Zbigniew Bródka, Konrad Niedźwiedzki i Jan Szymański. Tego samego dnia srebrny medal zdobyły panczenistki: Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska i Katarzyna Woźniak.

darzeń, które miały miejsce kilka dni wcześniej na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Dziennik „Bild“ podał, że będący pod wpływem alkoholu Protasiewicz wywołał tam skandal, kłócąc się z celnikami i wykrzykując kontrowersyjne politycznie hasła. Poseł swoje zachowanie tłumaczył prowokacją celników.

EUROPOSEŁ PO Jacek Protasiewicz zrezygnował 28 lutego z szefowania kampanii wyborczej do europarlamentu, prowadzonej przez swoje ugrupowanie, oraz z funkcji szefa klubu PO-PSL w PE. To rezultat wy-

PREMIER Donald Tusk uznał, że zachowanie Protasiewicza „niezależnie od tego, jak bardzo niestosowne było zachowanie celników czy policjantów niemieckich, było także niestosowne“. mp 5


Sześć lat spędziliśmy w Finlandii, potem tylko rok w Polsce i wtedy przez sześć miesięcy pracowałam w ministerstwie pracy. Kiedy dowiedzieliśmy się, że wyjeżdżamy na kolejną placówkę dyplomatyczną, dałam wypowiedzenie i zaczęło się ponowne pakowanie walizek. Po powrocie z Brukseli nie podjęłam pracy, bo uznałam, że to nie ma sensu. Wtedy nasza najmłodsza córka poszła do przedszkola, starsze do szkół, więc postanowiłam organizować życie całej rodzinie. Zajęłam się też urządzaniem domu i ogrodu. Wówczas też poświęciłam się swojemu hobby, czyli malowaniu i tworzeniu witraży. Zafascynowało mnie szkło jako materiał, więc znalazłam kurs witrażu w Warszawie i nauczyłam się robić witraże techniką Tiffany’ego. Nigdy nie było tak, bym siedziała w domu, patrząc na zegarek i czekając, kiedy wreszcie mąż wróci z pracy i zorganizuje mi czas. Wręcz przeciwnie: często patrzyłam na zegarek z rozpaczą, że oto już za chwilę muszę odłożyć swoje zajęcia, by zająć się wracającą do domu rodziną. Czy te obrazy, które dziś zdobią Państwa salon, to Pani dzieło? Tak. Trzeba na nie patrzeć z daleka, bo z bliska trudno wyłonić jakieś szczegóły. To technika, opanowana przeze mnie na podstawie broszurki, w której pewien malarz amerykański uczył malować za pomocą szpachelki. Takie malarstwo ma coś z rzeźby, bo farba jest grubo kładziona. Niewiele z moich prac przywieźliśmy do Bratysławy, wybrałam jedynie te, które pasują do wnętrza tego domu. W kuchni znajduje się drobny witraż, natomiast ostatnio zrobiona przeze mnie lampa witrażowa została w Polsce. Lubię wszystko to, co można zrobić własnymi rękami. Nie jest to pewnie sztuka przez duże „S“, ale mnie sprawia ona ogromną frajdę. Myślę, że jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa, bo chodzi mi po głowie, by zająć się ceramiką. 6

Dyplomacja rządzi się szeregiem zasad. Trudno było Pani wejść w sztywny gorset dyplomacji? Trochę trudno, ale wszystko działo się stopniowo. Po podjęciu pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych mój mąż przechodził kolejne szczeble kariery, więc wymagania wobec nas rosły wraz z upływem lat. Ten czas dawał i jemu, i mnie okazję, by się stopniowo przystosowywać. Gdyby to stało się nagle, pewnie byłoby mi dużo trudniej. Dziś styl w dyplomacji zmienia się trochę, kariery robi się szybciej niż kiedyś. Mówiąc o zmieniającym się stylu dyplomacji, ma Pani również na myśli i ten, który widzimy w Państwa wykonaniu? Chodzi tu na przykład o to, że wraz z kilkoma innymi osobami nagrali Państwo kolędy bożenarodzeniowe i opublikowali je w Internecie, gotowali też Państwo przed kamerami w TV SME, a pan ambasador jest autorem blogów. To Państwa pomysły, czy też aktualne tendencje polskiej dyplomacji? Taka jest tendencja. Dyplomacja nie polega już tylko na informowaniu MSZ o tym, co dzieje się w kraju urzędowania, bo wymiana informacji dzięki Internetowi jest szybsza niż dawniej. Oczywiście ona też ma miejsce, ale o wiele ważniejsza jest praca na rzecz wizerunku Polski. Jeśli chodzi o Internet, Twitter czy Facebook, to przyznam, że są mi one obce. Nie specjalnie je lubię. Natomiast mój mąż uważa, że są to bardzo ważne narzędzia pracy, pozwalające na to, by pokazać, jaka jest Polska, jaki jest jej ambasador. W końcu jak nas widzą, tak postrzegają wszystkich Polaków, dlatego porządkujemy teren przed domem, wycinamy stare drzewa, ustawiamy donice z kwiatami. Uważam, że flaga polska przed domem zobowiązuje. Przed świętami Bożego Narodzenia udekorowaliśmy lampkami drzewka, a na krzewach forsycji po-

wiesiliśmy pomalowane na złoto jabłuszka i orzeszki. Codziennie, siedząc przy stole w kuchni, obserwowaliśmy przechodniów, którzy zatrzymywali się przed naszym domem, podnosili na rękach dzieci, by i one mogły podziwiać nasz przystrojony ogródek. Słyszeliśmy nawet komentarze i słowa uznania właśnie dla Polaków. I o to przecież chodzi. Jaka była Pani reakcja, kiedy dowiedziała się Pani, że kolejna placówka to Bratysława? Nie zaskoczyło mnie to, bo Słowacja to był po trosze nasz pomysł. My tu chcieliśmy przyjechać. Dlaczego? Spędziliśmy wiele lat w krajach, gdzie było zimno – 6 lat w Finlandii, 5 lat w Estonii. To były wspaniałe lata, wspaniałe miejsca, ale tamtejsze zimy były długie i ciemne, zaś lato trwało bardzo krótko i kończyło się już w sierpniu. Dlatego chcieliśmy pojechać do kraju, w którym panuje przyjemniejszy klimat, ale który leży na tyle blisko Polski, by móc stamtąd w ciągu kilku godzin przemieścić się z powrotem do ojczyzny. Niedawno zmarł mój tato, potem brat i teraz ja jestem najbliż-

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

„To nawet zabawne, kiedy żona ambasadora jest normalna”.

MONITOR POLONIJNY


szą osobą dla mojej mamy – chciałam więc, żeby ona miała poczucie, że jesteśmy blisko. No i przede wszystkim jesteśmy świadomi tego, że praca dyplomatyczna w kraju sąsiadującym, jest bardzo ważna dla Polski. Co Panią zaskoczyło na Słowacji? Muszę się zastanowić, bo to wcale nie jest łatwe pytanie, ponieważ Słowacja jest bardzo podobna do Polski. Żyję już tyle lat, a nawet nie wiedziałam, iż mówię po słowacku (śmiech). Opanowała Pani ten język? Wczoraj po raz pierwszy rozmawiałam po słowacku. Przekładałam wizytę u fryzjera, gdyż niefortunnie umówiłam się na termin, kiedy biegnie Justyna Kowalczyk (rozmowa odbyła się w czasie trwania igrzysk olimpijskich w Soczi – przyp. od red.). Z pewnością, gdybym zadzwoniła do fryzjera i mówiła po polsku, zostałabym zrozumiana, ale postanowiłam sobie, że powiem wszystko po słowacku i udało się (śmiech). A wracając do pani pytania, zaskoczyło mnie to, że Słowacja jest tak dużym producentem wina, o czym w Polsce nie wiemy. Z kolei przykrym zaskoczeniem była niezdrowa atmosfera wokół polskiej żywności. Ale pracujemy nad tym i wierzymy, że uda się nam zmienić negatywne nastawienie Słowaków do naszych artykułów spożywczych, bo my przecież wiemy, że one są wspaniałe. Skoro rozmawiamy o jedzeniu, to zapytam, czy do obowiązków żony ambasadora należy też przygotowywanie przyjęć? Tak. I cała ich oprawa – wyznaczenie miejsc przy stole, przygotowanie odpowiedniego menu, ozdób, kwiatów itd. Kiedy decydujemy się, że serwujemy polskie pierogi, to mnie zależy na tym, żeby one były rzeczywiście

polskie, zwinięte po polsku. Niedawno podczas spotkania mojego męża z jednym z kandydatów na prezydenta i wieloma ambasadorami zaserwowałam 150 pierogów przygotowanych własnoręcznie. Nie obrażam się na swój los (śmiech).

czy już się gdzieś spotkaliśmy, a ja mu odpowiedziałam, że na jego 60. urodzinach. Sęk w tym, że to były jego 50. urodziny (śmiech). Uratowało mnie tylko to, że to był mężczyzna, bo kobieta by mi chyba takiego błędu nie wybaczyła. Zawsze lepiej jest powiedzieć mniej niż więcej.

Chętnie Pani gotuje? Nie jestem wielbicielką kuchni, ale No właśnie, w języku polskim za tworzymy dużą rodziną, mamy troje dyplomatyczną odpowiedź uważa się dzieci, więc siłą rzeczy gotować trzetaką, która jest taktowna i odpowiednia ba. Poza tym lubimy się spotykać z rodo sytuacji, ale nie zdradza dziną, przyjaciółmi; nie zamawiamy szczegółów. Przychodzi to Pani wtedy cateringu, ale gotujemy sami. z łatwością? Ja mówię albo szczerze, albo w ogóA na święta, ponieważ mamy bardzo le. Nie jestem zobowiązana do wypoliczną rodzinę (w ubiegłym roku na wiadania się w kwestiach polityWigilii było nas 21 osób), z którą celecznych, więc tu nie mogę niczego pobrujemy wszystkie uroczystości, stopsuć. Uważam, że najważniejsze jest, sujemy podział ról, czyli każdy przyaby nawiązać sympatyczny kontakt gotowuje coś na świąteczny stół. Do z rozmówcą. Nawet jeśli coś powiemnie należy przygotowanie bigosu, my, co uważane jest za śmieszne czy pierogów, zupy grzybowej i barszczu mniej ważne, to nic się z uszkami. Nigdy w ży„Nikt tak nie takiego nie stanie, bo ciu nie przyrządzałam jednak ryby w galare- ociepli wizerunku wszyscy jesteśmy ludźmi mężczyzny jak i wszyscy popełniamy cie, bo to zawsze robi moja ciocia. kobieta i dzieci“. błędy. I może to nawet zabawne, kiedy żona ambaWracając do dyplomatycznych spotkań, sadora jest normalna. Podczas pobytu bywa czasami tak, że politycy czy w Estonii na pożegnalnym przyjęciu dyplomaci próbują Panią podpytywać zastępcy męża, jego gospodarz starał o jakieś polityczne niuanse? się powiedzieć każdemu kilka cieNie wzbraniam się, jeśli jest to tepłych słów – ja usłyszałam, że jestem mat, na który mogę się wypowiedzieć. absolutnie normalna. Męża to trochę zdziwiło, że ów pan postrzegał mnie Interesuje się Pani polityką? jako zwyczajną, ale ja mu uświadomiLubię być na bieżąco, wiedzieć, co się łam, że „normalna“ i „zwyczajna“ to dzieje, szczególnie w polskiej polityce. zupełnie coś innego! Zdarzyło się Pani popełnić jakieś faux pas? Tak, mnóstwo razy! Nawet nie wiem, czy powinnam o tym mówić? (śmiech). Kiedy byliśmy w Finlandii, wyprawialiśmy przyjęcie ogrodowe, na które zaprosiliśmy m.in. wiceprezesa firmy Nokia, czyli bardzo grubą rybę. Ów wiceprezes zapytał mnie,

To duży komplement. Też tak to odebrałam. Lubię być w towarzystwie normalnych ludzi, natomiast w otoczeniu nadzwyczajnie wykształconych osób czuję się trochę onieśmielona. Ambasador ma do wykonania konkretną pracę, musi egzekwować zadania, czasami może nawet bywa takim złym policjantem, natomiast żona może ocieplić jego wizerunek, bo nikt tak nie ociepla wizerunku mężczyzny jak kobieta i dzieci. Jak wygląda przeciętny dzień żony ambasadora? Mój dzień wygląda niestety pewnie inaczej niż dzień innych żon ambasa-

MARZEC 2014

7


Nie będzie więc nietaktem, jeśli zapytam, co dolega Państwa córce? W 2006 roku córka została potrącona przez samochód. Neurolodzy określają jej stan jako stan minimalnej świadomości. Karolinka potrzebuje więc stałej opieki; nie mówi, ale okazuje emocje, kiedy jej się coś podoba lub nie. Trudno ocenić, w jakim stopniu odbiera świat zewnętrzny. Niestety, czas nie jest naszym sprzymierzeńcem, ale mózg ludzki jest w dużej mierze wielką tajemnicą, nie wiadomo, do czego jest zdolny, więc wszystko się może zdarzyć. Neurolodzy twierdzą, że do takich ludzi, jak nasza córka, dociera dużo więcej, niż nam się wydaje, trzeba więc do nich mówić i traktować normalnie. Kiedy jesteśmy w Polsce, Karolinka ma 7 dni w tygodniu zajęcia z terapeutą, ma tam też nauczycielkę szkoły specjalnej, która przychodzi do niej na dwie godziny dziennie. W kraju jest mi zatem trochę łatwiej. Kiedy jesteśmy w Bratysławie, przyjeżdża do nas, czasami nawet na dwa tygodnie, terapeuta z Polski, który wtedy mieszka z nami, ćwiczy z Karoliną, opiekuje się nią, a my wtedy mamy trochę więcej czasu dla siebie. W normalnych okolicznościach mogę towarzyszyć mężowi w jego służbowych spotkaniach dopiero wieczorem, przez dwie, trzy godziny, zatem najczęściej przyjmujemy zaproszenia na kolacje po godzinie 20., kiedy dziecko już śpi pod dobrą opieką. Czy to znaczy, że w Bratysławie nie ma odpowiednich terapeutów? My byliśmy tylko w dwóch ośrodkach – w Piešťanach i bratysławskiej „Harmony“. Pierwszy jest za daleko, w drugim zaoferowano nam ćwiczenia, masaże, komory tlenowe, które poprawiają ukrwienie. Ja jednak jestem przekonana, że to, co robimy dla Karolinki w Polsce, przynosi rezultaty. Do dyspozycji mamy spe8

„Za nic nie jesteśmy w życiu tak odpowiedzialni, jak za życie tych, którzy za naszą sprawą przyszli na świat“. studia na uniwersytecie, a teraz robi jeszcze roczny kurs tłumaczenia symultanicznego. Młodsza skończy studia w tym roku. Obie chętnie odwiedzają nas w Bratysławie. Planujemy z nimi i ich chłopakami wspólny urlop. Bardzo mnie cieszy, że nasze dorosłe dzieci chcą z nami jeździć na wakacje.

cjalny przyrząd do rehabilitacji, zaprojektowany przez Estończyka. To taka lina, zawieszana pod sufitem, do której umocowuje się Karolinkę, ubraną w specjalny kombinezon, co umożliwia stawianie jej w różnych pozycjach: stojącej, klęczącej. W ten sposób pobudza się ją do aktywności ruchowej, a ona potem sama z siebie przestępuje z nogi na nogę. Tu widać efekty stymulacji mózgu.

Jaki wpływ na życie rodziny ma dyplomacja? Ogromny. I dobry, i zły. Jeżdżąc z placówki na placówkę, za każdym razem słyszeliśmy od córek, że one już nie chcą zmieniać szkół i rozstawać się z przyjaciółmi. Im były starsze, tym to było trudniejsze. Ale nauczyły się języków – znają francuski i angielski, a kiedyś jeszcze mówiły po fińsku. Doceniły to dopiero wtedy, kiedy zaczęły się ukazywać książki o Harrym Potterze. Wtedy byliśmy w Belgii. Ich koleżanki czekały, aż ukaże się tłumaczenie kolejnej pozycji, a one po prostu kupowały książkę pierwszego dnia po wydaniu i czytały w oryginale. Z czasem przyzwyczaiły się do wiecznych zmian miejsca zamieszkania i same nawet podpytywały, dokąd pojedziemy kolejnym razem.

Podziwiam, że potrafi Pani mówić o tym otwarcie. Nie ma sensu tego ukrywać, bowiem niemówienie o tym czyniłoby nasze życie jeszcze trudniejszym. Myślę, że bardzo dobrze sobie poradziliśmy z całą tą sytuacją, choć oczywiście wypadek córki wywarł piętno na naszej rodzinie, ale – jak pisała Szymborska – „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono…“. W takich warunkach, jak nasze, nie da się prowadzić życia tak, jak to robią inni. Kiedy wyjeżdżamy na wakacje, nie pokonujemy 50 km dziennie w poszukiwaniu ciekawych miejsc do zwiedzania. Wspólnie zajmujemy się Karolinką, a potem na zmianę wychodzimy. Nasze starsze córki też jeżdżą z nami na wakacje i to jest wspaniałe. To już dorosłe panny? Najstarsza ma 26 lat, młodsza 23 lata. Obie teraz mieszkają w Szkocji. Jedna skończyła już

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

dorów. Na co dzień opiekuję się naszą chorą najmłodszą córeczką, która w tym roku skończy 14 lat. Staramy się nie obnosić z chorobą córki, ale nie robimy z tego żadnej tajemnicy.

Z tego, co słyszę, wolnego czasu mają Państwo bardzo mało. Ale jeśli już uda się go wygospodarować, to jak go Państwo spędzają? Pan ambasador porywa czasami żonę do kina? Ojej, sto lat nie byliśmy w kinie! Raz na parę miesięcy urządzamy sobie taki Hollywod Day, kiedy to w domu wspólnie oglądamy filmy, które lubimy. Są to przede wszystkim filmy z happy Endem. W naszym życiu dość jest smutku, więc nie ma sensu dokładać go sobie poprzez oglądanie filmów ze smutnym zakończeniem. Nie przepadamy za Sylwestrem, więc często właśnie tego wieczora urządzamy sobie mały przegląd filmowy. Podczas ostatniego Sylwestra graliśmy w brydża. Poza tym uwielbiamy jeździć na nartach, choć dawno tego nie MONITOR POLONIJNY


robiliśmy. Mamy nadzieję, że uda nam się odkryć z tej strony Słowację. W ubiegłym roku spędziliśmy urlop w Słowackim Raju i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tego miejsca i groty lodowej. Minister spraw zagranicznych Słowacji podobno uznał Pani męża za najlepszego ambasadora urzędującego w tym kraju. Czuje Pani dumę? Mój mąż tego nie może powiedzieć, ale ja mogę i powiem, że nie jest to dla mnie żadna niespodzianka. Podobnie mój mąż jest oceniany w Polsce – należy do grona najlepszych ambasadorów nie tylko ze względu na to, jak pracuje, ale też ze względu na swoje kompetencje, znajomość wielu języków obcych. Bardzo się cieszę, że i tu, na Słowacji, mąż został zauważony i doceniony. Co uważa Pani za swój największy sukces? Osiągnięcia męża są moim powodem do dumy, bo żona może swemu mężowi albo trochę pomóc, albo... zaszkodzić (śmiech). Ale to są jego sukcesy. Mnie najbardziej cieszą jednak relacje z naszymi dziećmi. W życiu najważniejsza jest rodzina, szczególnie dzieci. Za nic nie jesteśmy w życiu tak odpowiedzialni, jak za życie tych, którzy za naszą sprawą przyszli na świat. Później, w podobny sposób, jesteśmy odpowiedzialni za naszych rodziców, czyli zawsze odpowiadamy za tych, którzy są słabsi. Kontakt z naszymi córkami jest dla mnie wspaniały! Czuję się jak ich koleżanka. Czasami we trzy idziemy do fryzjera, rozmawiamy, śmiejemy się… Jestem przekonana, że mój fryzjer ma niewiele takich klientek jak my. Kiedy byliśmy w Estonii, do najstarszej córki przyjechali znajomi i wspólnie mieli się wybrać na zabawę sylwestrową, ale stwierdzili, że nigdzie nie pójdą, bo z nami im będzie najfajniej. I tak było. Myślę, że takie właśnie stosunki między rodzicami a dziećmi stanowią największy sukces. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MARZEC 2014

Maksymilian Kolbe na fotografiach w Nitrze

„K

ilka autentycznych zdjęć czasami powie więcej niż całe tomy obszernych prac naukowych i biografii“ – w taki sposób Dariusz ŻukOlszewski, główny organizator przedsięwzięcia, zaprosił zwiedzających do obejrzenia wystawy, upamiętniającej 120. rocznicę urodzin św. Maksymiliana M. Kolbego w Nitrze. Spotkanie odbyło się 16 lutego w parafii pw. św. Gorazda na Klokočinie. Wystawę tworzyły pokaźne zbiory – ok. 100 fotografii archiwalnych, przedstawiających życie, dzieło i męczeńską śmierć naszego wielkiego rodaka. Całość została zaprezentowana tak, by w realistyczny sposób przedstawić najważniejsze etapy ziemskiego wędrowania polskiego męczennika. Na wystawie pokazano też związane z nim unikatowe zdjęcia, dopiero niedawno odnalezione w archiwum klasztoru w Niepokalanowie. „Święty Maksymilian Kolbe jest znany na Słowacji dzięki swojej heroicz-

nej śmierci za nieznanego współwięźnia w niemieckim obozie zagłady Auschwitz, ale jego życie i dzieło, poprzedzające tę męczeńską śmierć, już tak znane nie są“ – wyjaśniał ŻukOlszewski, który jest także prezesem Stowarzyszenia „Dzieło Świętego Maksymiliana“ na Słowacji oraz członkiem

9


nitrzańskiego oddziału Klubu Polskiego. „Kolbe to geniusz XX wieku: niezwykły kapłan, wynalazca, dziennikarz, misjonarz, działacz społeczny, przede wszystkim jednak prawdziwy chrześcijanin, wielki polski patriota, a jednocześnie obywatel świata, który zasługuje na głębsze poznanie“ – mówił na wernisażu. I wygląda na to, że cel, który sobie założył, uda mu się osiągnąć, bowiem od chwili otwarcia wystawy liczba osób ją zwiedzających ciągle rośnie. Postacią polskiego świętego są też zainteresowane szkoły, które przy okazji wystawy organizują lekcje historii, podczas których młodzież ma okazję posłuchać wykładów Dariusza Żuka-Olszewskiego na temat życia Maksymiliana Kolbego. To pierwsza na Słowacji tak obszerna wystawa, poświęcona temu świętemu. Wcześniej, w 1994 roku, z okazji setnej rocznicy urodzin Kolbego zaprezentowano skromniejszą ekspozycję w Instytucie Polskim w Bratysławie. Nitra jest w sposób szczególny związana z kultem św. Maksymiliana i jego dziełem, bowiem to właśnie tu przez ponad 15 lat redagowano słowacką edycję czasopisma „Rycerz Niepokalanej“, założonego przez Kolbego. Trzeba też dodać, że parafia pw. św. Gorazda, jako jedyna na Słowacji, jest w posiadaniu relikwii św. Maksymiliana.

Na uroczystym otwarciu wystawy obecni byli: wiceprezydent miasta Nitry Ján Vančo, ambasador RP w RS Tomasz Chłoń, konsul, radca-minister Grzegorz Nowacki, bracia franciszkanie z Niepokalanowa, członkowie Klubu Polskiego i inni. Tego wieczora zostało też zaprezentowane misterium sceniczne „Męka św. Maksymiliana“, opowiadające o ostatnim okresie życia Kolbego. Przedstawienie, wyreżyserowane przez Kazimierza Brauna, zaprezentowali Bracia Mniejsi z Niepokalanowa. Aby tekst był zrozumiały dla wszystkich obecnych, przygotowano jego słowackie tłumaczenie.

Uroczystości poświęcone Kolbemu udało się połączyć z jeszcze jednym bardzo ważnym przedsięwzięciem, które na Słowacji ma swoją tradycję – Narodowym Tygodniem Małżeństw, w ramach którego kazanie wygłosił o. prof. Grzegorz Bartosik, rektor Kolbeaunum i wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Dariusz Żuk-Olszewski, organizator wystawy o Kolbem, w rozmowie z „Monitorem Polskim” zdradził, że chciałby, by ta wyjątkowa ekspozycja została zaprezentowana także w innych słowackich miastach. Dodał też, że chciałby przygotować Tydzień Polskiej Kultury Chrześcijańskiej, który mógłby odbyć się np. na nitrzańskim uniwersytecie i stać się imprezą cykliczną. ALICJA KORCZYK-CHOVANEC, RED.

S

łowacki „ples” i polski „bal” to właściwie to samo. Najczęściej kojarzą się z sylwestrem lub karnawałem, czyli okresem, trwającym od święta Trzech Króli do Środy Popielcowej.

ZDJĘCIA: LADISLAV JAKUBÍK, DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

Projekt zrealizowano dzięki wsparciu ambasady RP w RS. Autor projektu w sposób szczególny dziękuje za pomoc i wsparcie dyrektorowi Kościelnego Centrum Wolnego Czasu w Nitrze Martinowi Čepčekowi 10

MONITOR POLONIJNY


balu próbowali swoich sił w różnych dyscyplinach sportowych. Na tanecznym parkiecie pojawili się także najstarsi członkowie klubu. A kiedy duet muzyczny odpoczywał, jego funkcję przejmowali sami uczestnicy balu, śpiewając znane piosenki biesiadne przy akompaniamencie Renatki Strakovej.

Bal karnawałowy czy może ples?

mnością odpowiem, że 8 lutego 2014 roku wzięłam udział w tradycyjnym balu karnawałowym czy plesie, jak kto woli, zorganizowanym przez Klub Polski w Trenczynie.

Tegoroczny trenczyński bal, czyli słowacki ples, był jak zwykle wspaniałą okazją do spędzenia cudownych chwil razem – wśród rodaków, wśród ludzi życzliwych. I przede wszystkim za to dziękujemy organizatorom spotkania. ALEKSANDRA KRCHEŇ ZDJĘCIA: MARIAN PAVLASEK, JAN KRCHEN

W dawnej Polsce takie zabawy nazywane były też maszkarami czy redutami (nie mylić z tymi obronnymi!). Często przybierały one formę kuligu. Ponieważ w dzisiejszych czasach o śnieg coraz trudniej, zatem polskie bale i słowackie plesy muszą się ograniczać do tańców, śmiechów, zabaw i rozmów bez liku. Kiedy dziś jakiś Polak spyta mnie, czy byłam na balu, zaś Słowak zagai mnie o ples, to z przyje-

Jego ważnym punktem były obchody okrągłego jubileuszu naszej wspaniałej prezes Renatki Strakovej, której wszyscy uczestnicy złożyli życzenia i odśpiewali gromkie zarówno „Sto lat”, jak i „Živio”. Potem były już tańce, do których przygrywał duet Ayo Band, czyli znany i lubiany Jožko Knajbel wraz ze swoją nową partnerką Aďą. W przerwach rozmawiano i delektowano się różnorodnymi daniami, przygotowanymi przez członków Klubu Polskiego. Młodsi uczestnicy

MARZEC 2014

11


K

olejne spotkanie Klubu Polskiego otworzyła „Małgośka“. Mowa oczywiście o największym hicie z repertuaru Maryli Rodowicz, który zna każdy Polak. Pewne piosenki nigdy się nie starzeją i są doskonałym sposobem na rozruszanie imprezy, chociażby takiej jak ta, którą w ramach działalności Klubu Polskiego Bratysława zorganizowała jego prezes Katarzyna Tulejko. Mowa o kolejnej edycji karaoke, tym razem w stylu karnawałowym, która – jak zwykle – stała się pretekstem do stworzenia choć na chwilę polskiego klimatu na obczyźnie. Spotkanie, które odbyło się 22 lutego w centrum Bratysławy, w lokalu LaVecchia, Bottega, miało charakter szalonej zabawy. Dzięki uprzejmości właścicieli kawiarni, którzy odda-

12

w Bratysławie

li słowackim Polakom do dyspozycji jedną z sal, miało ono charakter kameralny, choć nie zamknięty, bowiem polskie karaoke przyciągnęło również Słowaków (i nie tylko). O teksty na ekranie zadbał Arek Kugler, z głośników rozlegał się podkład muzyczny, a do śpiewania nie trzeba było zmuszać nikogo. Zarówno panie jak

i panowie znaleźli w przygotowanym repertuarze coś dla siebie. Można było zatem usłyszeć znane i lubiane utwory, np. „Babę zesłał Bóg“, „Czarne oczy“, „Warszawa“, „Facet to świnia“, „Kolorowe jarmarki“, „Jedzie pociąg z daleka“ czy „I love you, baby“. Z myślą o słowackich gościach w repertuarze znalazła się piosenka „Ked’ sme sami“

i wiele innych. Nie zabrakło też hitów z repertuaru zespołu ABBA. W rytm starych i nowych przebojów można było też poszaleć na parkiecie, wykręcając piruety i inne wygibańce. Szkoda tylko, że tym razem było nas mniej niż zwykle. Przyczyną była zapewne brzydka deszczowa aura za oknami. Mamy nadzieję, że następnym razem zbierze się więcej miłośników śpiewania. Z drugiej strony cieszy fakt, że tego wieczora na spotkaniu pojawiły się nowe polskie twarze, jak choćby cztery młode Polki, które przyszły pośpiewać, zostawiwszy swoje pociechy w domach, z tatusiami.

Impreza trwała do późnych godzin nocnych. Obfitowała w interesujące wykonania wokalne i niezwykłe układy choreograficzne. Potwierdziła też, że śpiewanie ma zbawienny wpływ zarówno na zdrowie psychiczne, jak i fizyczne, a taniec rozpala zmysły i podnosi poziom hormonu szczęścia. AGNIESZKA DRZEWIECKA

MONITOR POLONIJNY


Aż 11 Czeskich Lwów dla filmu Agnieszki Holland W

ybitnej reżyserki Agnieszki Holland w Polsce przedstawiać nie trzeba. Równie dobrze znana jest w USA, Francji czy Niemczech. Ale czy znają ją Słowacy? Kojarzą ją głównie z filmem „Janosik. Prawdziwa Historia”. Natomiast Czesi z pewnością wielokrotnie o niej słyszeli, zwłaszcza w ostatnich dniach, gdyż to właśnie jej film, „Gorejący krzew”, zdobył aż 11 Czeskich Lwów – prestiżowych nagród, przyznawanych w Czechach najlepszym produkcjom filmowym i telewizyjnym minionego roku. Uroczystość wręczenia wyróżnień odbyła się 22 lutego w Pradze. „Gorejący krzew” nominowany był aż w 14 z 16 kategorii, a zwyciężył w 11 – nagrodę otrzymał m.in. za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, montaż, dźwięk, muzykę, i scenografię. „Gorejący krzew” to trzyczęściowy miniserial, wyprodukowany przez czeski oddział telewizji HBO, opowiadający o zmaganiach prawnych rodziny Jana Palacha, który 16 stycznia 1969 roku podpalił się w proteście przeciw bierności społeczeństwa po inwazji sił Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Podczas wytoczonego procesu przeciwko członkowi partii komunistycznej Vilemowi Novemu, który znieważał pamięć Palacha, dobrego imienia studenta, który spłonął w proteście politycznym, broniła prawniczka Dagmar Burešová. W filmie Agnieszki Holland udział wzięli znani aktorzy czescy, m.in., Jaroslava Pokorná, Ivan Trojan, oraz słowaccy: Tatiana Pauhofová, Martin Huba. Scenariusz napisał Štěpán Hulík, a muzykę skomponował Antoni Łazarkiewicz.

MARZEC 2014

Na ceremonii wręczenia nagród, która miała miejsce w praskiej filharmonii Rudolfinum, Agnieszki Holand nie było. W jej imieniu Kryształowego Lwa odebrał Štěpán Hulík. Laureatka przesłała jednak filmik, w którym takimi słowami dziękowała za otrzymane nagrody: „Bardzo się cieszę, że mogłam tę historię opowiedzieć. Jest ona ważna nie tylko dla Czechów i Słowaków, ale i dla mnie osobiście. Szczególnie dziś, koło nas, na kijowskim Majdanie“. W wywiadzie dla „Monitora Polonijnego” (nr 5 z 2012 roku) Holland, pytana o powód realizacji „Gorejącego krzewu”, mówiła: „Bardzo mocno to przeżyłam. To było moje doświadczenie, które w pewien sposób mnie uformowało”. Trzeba w tym miejscu dodać, że w czasie wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji i samospalenia się Palacha Holland studiowała w Pradze na FAMU. Czeska Akademie Filmowa zgłosiła „Gorejący krzew” do Oskara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. Niestety film został zdyskwalifikowany, ponieważ jego premiera miała miejsce w telewizji, a zasady przyznawania Oskarów zabraniają nominowania do tejże nagrody obrazu, pokazywanego wcześniej w telewizji lub w Internecie. O „Gorejącym krzewie” i zdobytych przez niego nagrodach obszernie informowała prasa i portale internetowe zarówno w Czechach, na Słowacji, jak i w Polsce. „Gazeta Wyborcza” zacytowała nawet reżyserkę,

która wyznała: „Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, by mój film wywołał tak powszechne, narodowe reakcje, a na dodatek nie w moim kraju. Stałam się honorową Czeszką”. Bardzo pozytywnie o filmie wypowiadał się też znany polski czechofil Mariusz Szczygieł: „Uważam, że Holland nakręciła w Czechach film o Czechach, jakiego Czesi nie byli i nie są w stanie stworzyć. Trzyodcinkowy serial przyjęty został w Czechach rewelacyjnie i teraz tamtejsze media zastanawiają się, dlaczego udało się to Polce, a nie jakiemuś czeskiemu reżyserowi”. Natomiast słowacki dziennik SME napisał: „Film jest tak mądry, emocjonalny, ekscytujący, że może posłużyć jako przykład tego, iż nawet trudny temat można opowiedzieć całościowo w sposób prosty”. „Gorejący krzew” zdobył uznanie nie tylko krytyków filmowych, ale i publiczności. Osoby, które widziały film, określają go mianem znakomicie oddającego tło wydarzeń, opowieść zrobioną z wielkim szacunkiem dla tematu. Poruszając problemy granicy odwagi, dramatycznych wyborów i poświęcenia dla ojczyzny, film zmusza widza do głębokiej refleksji. W Polsce pierwszy odcinek „Gorejącego krzewu” stacja HBO wyemituje 3 marca (kolejne 10 i 17 marca). Miejmy nadzieję, iż film wkrótce będzie wyświetlany także na Słowacji. A ja już dziś gorąco zachęcam do jego obejrzenia. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA 13


ców, ale za to przy fantastycznej zabawie, którego główną atrakcją była gra w kalambury zorganizowana specjalnie na tę okazję przez prezez Klubu Polskiego Bratysława Katarzynę Tulejko. Uczestnicy „śledzika” podzieleni na dwie grupy żarliwie rywalizowali próbując odgadnąć jak najwięcej przedstawianych gestami i rysunkami haseł, czy powiedzeń i tym samym zdobyć tytuł zwycięzkiej drużyny. Chętnych do pokazywania oraz ryso-

Pożegnanie karnawału

„Zakaz wyprowadzania psów“, „kotlet z piersi kurczaka“, „włos dzielony na czworo“, „kraina mlekiem i miodem płynąca“, czy „pokój z widokiem na morze“ – to tylko niektóre hasła, które należało odgadnąć podczas zabawy w kalambury. W taki nietypowy sposób członkowie Klubu Polskiego Bratysława żegnali karnawał 4 marca, w równie nietypowym miejscu, bo w Domu Pielgrzyma w Mariance. Pomysł zorganizowania „ostatków“ zrodził się podczas spotkania po

mszy polskiej w Mariance w ostatnią niedzielę lutego. Z entuzjazmem więc przyjęliśmy zaproszenie od ojca Tymoteusza Góreckiego. Wspólnie z polskimi księżmi: wspominanym ojcem Tymoteuszem i proboszczem Tomaszem 25 osób z Bratysławy i okolic spędziło ostatni wieczór karnawału przy tradycyjnym śledziku, wypiekach domowych i innych smakołykach przygotowanych przez naszych klubowiczów. Spotkanie upłynęło bez głośnej muzyki i tań-

wania powiedzonek nie brakowało, każdy mógł się wykazać zdolnościami aktorskimi lub plastycznymi. Warto podkreślić, iż oba zespoły okazały się znakomite a współzawodnictwo było na wysokim i wyrównanym poziomie. Zwycięzcami okazali się wszyscy jego uczestnicy. Być może dzięki tego typu atrakcjom zyskaliśmy kolejnych członków Klubu Polskiego, bowiem w ten wieczór decyzję, by wstąpić w jego szeregi podjęli nasi przyjaciele, których znamy już długie lata: Anna Maria i jej mąż Ivan. Już teraz serdecznie zapraszam na kolejne polonijne spotkania, zarówno w Bratysławie, jak i w Mariance. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

14

MONITOR POLONIJNY


J

uż się przyzwyczailiśmy do roku 2014, który rozgościł się w naszych planach na dobre. Najwyższa pora zastanowić się, co przyniesie? O ile przyszłości nikt nie zna, znamiennych w skutki wydarzeń nikt nie przewidzi, to niektóre dni i rocznice związane z historią na pewno skłonią nas do refleksji nad teraźniejszością i czasem, w którym przyszło nam żyć. Rok 2014 obfituje w rocznice, związane z przemianami ustrojowo-politycznymi w Polsce, ze zrywami narodowej dumy i momentami wielkiej ogólnoświatowej trwogi. Wielu pisarzy i artystów będziemy wspominać z okazji okrągłych dat ich urodzin bądź śmierci. Ale po kolei…

Bieżący rok ogłoszono w Polsce Rokiem Oskara Kolberga – 22 lutego minęło 200 lat od urodzin tego znakomitego etnografa, muzyka i kompozytora. Choć – powiedzmy szczerze – rzadko myślimy o polskim dziedzictwie narodowym, nie sposób pominąć zasług Kolberga w spisaniu polskiej kultury ludowej. Podjął się dzieła niezwykłego – przez wiele lat spisywał polskie zwyczaje, gwarę, podania i legendy, zabawy, pieśni, muzykę, czyli wszystko to, co odróżnia polską wieś od całego świata. Zbiór jego prac początkowo liczył 33 tomy, ale MARZEC 2014

To jest ciekawy rok!

współcześnie, poszerzony o dokumentację pisarza, reprinty dawnych wydań, korespondencję, indeksy i inne dokumenty, doczekał się już 86 tomów! Mam nadzieję, że dzięki okrągłemu jubileuszowi poznamy bliżej sylwetkę Kolberga, bo była to fascynująca, choć dzisiaj trochę zapomniana postać. Z naszą tożsamością narodową wiążą się też inne daty. Szóstego lutego minęła 25. rocznica rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu – rozmów ówczesnych władz partyjnych z opozycją, które zaowocowały pierwszymi po wojnie częściowo wolnymi wyborami, mającymi miejsce 4 czerwca 1989 roku. Rocznica tych wydarzeń z pewnością będzie miała swoją oprawę, bowiem to dzięki nim Polska stała się pierwszym państwem bloku wschodniego, w którym opozycja uzyskała realny wpływ na sprawowanie władzy. Dwudziestego czwartego marca będziemy wspominać 220. rocznicę wybuchu powstania kościuszkowskiego, a kilka tygodni później ten sam jubileusz bitwy pod Racławicami. To

ważne daty w historii Polski, przypominające o dążeniach wolnościowych, które – choć zakończyły się dla kraju tragicznie (III rozbiór) – przez wiele lat stanowiły przykład niezwykłej mobilizacji w chwili zagrożenia niepodległości. Osiemnastego maja minie 70 lat od bitwy pod Monte Cassino – jednej z najcięższych bitew II wojny światowej, w której ogromne zasługi ponieśli polscy żołnierze. A skoro wspominamy wojnę, warto przypomnieć, że w tym roku – 1 sierpnia – minie 100 lat od wybuchu I wojny światowej oraz – 1 września – 75 lat od wybuchu II wojny

światowej. Siedemdziesiąt lat temu – 1 sierpnia 1944 roku – wybuchło powstanie warszawskie. Wspomniane wyżej rocznice to tylko te najważniejsze z całej ich tegorocznej gamy. W kolejce czekają jeszcze wspaniali twórcy, artyści, pisarze, osoby zasłużone dla historii Polski – ich jubileuszy w tym roku również będzie wiele. Sto lat temu urodzili się: Stanisław Dygat – pisarz, Jan Nowak-Jeziorański – polityk, dziennikarz, niezwykły żołnierz, współtwórca Radia Wolna Europa, Jan Karski – kurier i emisariusz wojenny. Rok Kolberga to również Rok Jana Karskiego i Jana Nowaka Jeziorańskiego.

Jak widać, najbliższe miesiące zapowiadają się ciekawie. Zajęci codziennymi sprawami nie często zwracamy uwagę na ślady naszej historii, spuściznę wieków. Dobrze, że chociaż za sprawą tych rocznic i ich obchodów transmitowanych przez stacje telewizyjne, możemy zdobyć się na chwilę refleksji nad mijającym życiem. Tak wielu ludzi w ciągu tych wszystkich minionych epok zrobiło tak wiele, byśmy dziś mogli swobodnie korzystać z naszych praw. Nie zapominajmy o nich. AGATA BEDNARCZYK 15


POLAK POTRAFI

Polski jazzman

zdobywcą nagrody Grammy Ch arakterystyczną statuetkę w kształcie gramofonu bez trudu rozpozna każdy meloman. Mimo że nie brakuje głosów krytycznych i kwestionujących znaczenie Grammy, wciąż pozostaje ona nagrodą numer jeden w światowej branży muzycznej. Amerykańska Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji (The National Academy of Recording Arts and Sciences)

16

co roku, już od blisko 60 lat, honoruje nią wyróżniających się muzyków i ich dokonania. Kategorii, w których można Grammy zdobyć, jest wiele, podobnie jak w przypadku filmowych Oscarów, do których zresztą Grammy są bardzo często porównywane. Podczas tegorocznej uroczystej gali Grammy odebrali artyści, dla których dokonań i stylów bardzo trudno byłoby znaleźć wspólny mianownik, m.in. francuski duet Daft Punk, tworzący muzykę elektroniczną, młodziutka gwiazdka pop Lorde, hard rockowi weterani Black Sabbath, Rihanna i… polski jazzman Włodek Pawlik. Pawlik, ceniony polski kompozytor i pianista jazzowy, otrzymał Grammy za Night in Calisia – album nagrany wraz z Randym Breckerem i Orkierstrą Filharmonii Kaliskiej pod batutą Adama Klocka. Night in Calisia, jazzowa suita autorstwa Pawlika, powstała z okazji 1850. rocznicy założenia Kalisza. Materiał, który trafił na nagrodzoną płytę, został zarejestrowany w studiu Polskiego Radia w marcu 2011 roku. Do sprzedaży w Polsce krążek trafił pod koniec 2012 roku i zdobył ogromne uznanie krytyków. Podkreślano, że kompozycje Pawlika to prawdziwy majstersztyk, perfekcyjnie łączący jazz i klasykę, zaś wykonanie i produkcja stoją na najwyższym światowym poziomie.

W sierpniu 2013 roku Night in Calisia została wydana przez wytwórnię Summit Records w Stanach Zjednoczonych. Tam również została zauważona przez krytyków i zebrała bardzo pozytywne recenzje, szybko trafiając do grona płyt jazzowych, najczęściej odtwarzanych przez stacje radiowe, co zwiększyło nadzieję jej twórcy na sukces i zdobycie prestiżowej statuetki. Pawlik jest pierwszym polskim jazzmanem, ale nie pierwszym Polakiem w ogóle, który zdobył Grammy. W przeszłości tą nagrodą uhonorowano m.in. Krzysztofa Pendereckiego, skrzypka Henryka Szerynga i pianistę Artura Rubinsteina.

Nagroda dla Pawlika jest jednak niezaprzeczalnie powodem do dumy. Do tej pory żadnemu z polskich kompozytorów i muzyków jazzowych nie udało się pobić silnej światowej konkurencji, np. Pata Metheny’ego, który w swojej kolekcji ma już 20 statuetek Grammy. Otrzymanie tej nagrody, choć nie wiąże się z żadną gratyfikacją finansową, bezapelacyjnie zwiększa rozpoznawalność wykonawcy i jest nie lada zaszczytem. – Prestiż i ranga jest tak potężna, że odczuwa się to już zaraz po wręczeniu, choćby w sprzedaży płyty „Night in Calisia”. W ciągu paru godzin wyczerpał się cały nakład w Polsce i Stanach Zjednoczonych – mówił Pawlik w jednym z wywiadów. KATARZYNA PIENIĄDZ MONITOR POLONIJNY


Więckiewicz

rządzi!

O

statni film Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” podzielił polską opinię publiczną. Jedni chwalą go za nowoczesność w przedstawianiu najnowszej historii Polski i za wzruszenia, których film im dostarczył, inni zarzucają reżyserowi, że za pomocą filmowej laurki buduje Wałęsie pomnik. Nie ma się co dziwić. Ten film jest jak sam Wałęsa, który od zawsze wzbudza w Polakach skrajne emocje, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Wajda podjął się nad wyraz trudnego zadania, bo jak tu przedstawić kogoś, kto bez wątpienia przeszedł do historii Europy, ale ciągle żyje i wciąż budzi kontrowersje. Już samo napisanie scenariusza (Janusz Głowacki) musiało być karkołomnym zadaniem, ponieważ trudno w dwóch godzinach zawrzeć wszystkie istotne elementy skomplikowanej układanki, któ-

MARZEC 2014

rą jest historia obalania komunizmu. Głowacki przeprowadził ciekawy zabieg, pozwalając samemu bohaterowi opowiadać o sobie. Ramą filmu jest historyczny wywiad, którego Wałęsa udzielił włoskiej dziennikarce Orianie Fallaci. Ona pyta, on odpowiada, a my – widzowie – dzięki temu podróżujemy w czasie do roku 1970, kiedy to legendarny przywódca „Solidarności” po raz pierwszy został aresztowany. Kolejne sekwencje z życia bohatera przeplatane są materiałem archiwalnym, oryginalnymi filmami oraz ujęciami z „Człowieka z żelaza”. Ten zabieg miał zapewne na ce-

lu podkreślenie historyczności wydarzeń przedstawionych w filmie, miał być rodzajem pomieszania dokumentu z fabułą. Pomysł dobry, niestety w praktyce wyszło inaczej, bo przerywniki pojawiają się w najciekawszych momentach i szatkują fabułę, a widz ma wrażenie, że poprzedni wątek nie został dokończony, zaś akcja zwalnia, by za chwilę znów nabrać rozpędu. Silnym akcentem filmu jest muzyka rockowa lat osiemdziesiątych – słychać w nim wszystkim znane piosenki, których teksty fantastycznie oddają ducha czasu. Aktorsko nie można filmowi nic zarzucić, nawet role trzecioplanowe są przemyślane i dobrze zagrane. Największą bombą okazał się Robert Więckiewicz, o którym powiedzieć, że zagrał Wałęsę, to mało – Więckiewicz stał się Wałęsą! Każdy jego gest, krok, mina i charakterystyczny tembr głosu są zagrane perfekcyjnie. Momentami Więckiewicz brawurowo zapędza się w rejony parodii, ale granicy nigdy nie przekracza,

unikając śmieszności. To genialna kreacja aktorska. Żona przywódcy opozycji, Danuta (Agnieszka Grochowska), przedstawiona jest natomiast jednobarwnie, jako kobieta silna i cicha. W jej postaci zabrakło złożoności, kolorytu, elementu zaskoczenia – można powiedzieć, że to zupa bez pieprzu i soli. To ewidentna wina scenariusza, bowiem Agnieszka Grochowska gra świetnie i szkoda,

że nie w pełni wykorzystano ją aktorsko – mogła zagrać 300% więcej, ale nie dano jej szansy. W mojej ocenie pomimo paru błędów film jest bardzo dobry! Podobało mi się to, że twórcy oparli się pokusie użycia patetycznych sztuczek, znanych z innych polskich produkcji historycznych. Wzruszyłam się wielokrotnie i bez nich. A to, czy Wajda postawił Wałęsie pomnik, czy nie… Zupełnie mi to nie przeszkadza. Film chętnie zobaczę jeszcze raz, choćby z powodu Więckiewicza, który za rolę Wałęsy powinien dostać Oskara. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

17


Słowackie perełki

Ostatni smok nad Wagiem P

rzed kilkoma tygodniami znajomy zamieścił na Facebooku zdjęcie ruin zamku Streczno (Strečno), które przypomniało mi moją wizytę w tym miejscu w 2005 roku. Ruiny twierdzy wznoszą się na wysokiej, urwistej skale, na lewym brzegu rzeki Wag, w miejscowości o tej samej nazwie, położonej kilkanaście kilometrów od Żyliny. Wcześniej wielokrotnie przejeżdżałam drogą, wiodącą dosłownie pod pionową skałą, i za każdym razem zadzierałam głowę, by móc dojrzeć jak najwięcej z mrocznych ruin warowni. W końcu ciekawość zwyciężyła i kolejny raz, mijając Streczno, zatrzymałam się,

18

by przez dwa drewniane mosty zwodzone nad dawną fosą wkroczyć do zamku. Po przekroczeniu bramy odniosłam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie. Moim oczom ukazały się pozostałości olbrzymiej kamiennej fortyfikacji, którą przez stulecia przebudowywano. Powoli mijałam pozostałości dawnych komnat, ekspozycje, prezentujące znaleziska z wykopalisk, zabudowania pałacowe, kaplicę, studnię głęboką na 88 metrów oraz głodomorię – wąską, głęboką klatkę, w której przetrzymywano skazanych na śmierć głodową. Na koniec dotarłam na najwyższą z wież, z której roztacza się prze-

piękna panorama na przełęcz Streczno, meander rzeczny i część Kotliny Żylińskiej. Na pobliskim wzgórzu dojrzałam błyszczący w słońcu biały pomnik francuskich partyzantów, walczących w tych okolicach w czasie Słowackiego Powstania Narodowego. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1384 roku, kiedy wspomniano go jako comitatus castri Strechyn, czyli posiadłość ziemską zamku Streczno. Strzegł on traktu handlowego, wiodącego doliną rzeki – w jego murach mieściła się kompania, której zadaniem był pobór myta na brodzie przez rzekę Wag. Ze względu na swoje położenie zamek Streczno był uważany za jedną z najbezpieczniejszych twierdz. Najnowocześniejszą twierdzę nad górnym Wagiem uczynił z zamku w połowie XVII wieku ród Wesselenyich. Zamek często zmieniał właścicieli. Warto jednak wspomnieć, iż w 1397 roku na krótko stał się on własnością polskiego szlachcica Sędziwoja z Ostrorogu. To, co uwielbiam w ruinach zamków, oprócz ich majestatycznego charakteru i malowniczych widoków, to tajemnicze, często mroczne opowieści i legendy z nimi związane. Zamek Streczno, choć ponury i przerażający, jest jednak związany z historią życia i miłości Zofii Bośniakowej, która była żoną palatyna Węgier Franciszka Wesselenyiego. Była to też bardzo pobożna i szlachetna osoba, kochająca swojego męża i ludzi. Rozdawała ubogim żywność i pieniądze, a nawet ufundowała przytułek i szpital dla chorych i niedołężnych. Zma-

rła bardzo młodo, w 1644 roku, mając zaledwie 35 lat. Prawie pół wieku po śmierci Zofii w krypcie zamku odnaleziono jej nienaruszone ciało. Szczątki kobiety przewieziono do kościoła w pobliskiej miejscowości Teplička nad Váhom, gdzie były przechowywane. Niestety, w kwietniu 2009 roku zostały one wywleczone z kościoła i spalone przez 31-letniego chorego psychicznie mężczyznę. Obecnie w krypcie pod kaplicą zamkową znajduje się kopia zmumifikowanych zwłok Zofii Bośniakowej, której proces beatyfikacji rozpoczął się 15 lat temu. ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Ruiny zamku w Strecznie są nieodłączną częścią krajobrazu łańcucha górskiego Mała Fatra. Pięknie położona monumentalna twierdza posłużyła za tło dla znanej hollywoodzkiej baśni filmowej „Ostatni smok” („Dragonheart”). Zachwyca też podróżujących po północnej części Słowacji. Dlatego gorąco zachęcam do odwiedzenia Streczna, gdy będą Państwo w tamtych stronach. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA MONITOR POLONIJNY


Drugi debiut Tomka Makowieckiego Po

raz pierwszy o Tomku Makowieckim zrobiło się głośno w 2002 roku, kiedy zajął czwarte miejsce w polskiej edycji talent show Idol. Młody wokalista podpisał wówczas kontrakt z wytwórnią BMG i wraz ze swoim zespołem, Makowiecki Band, szybko wydał pierwszy album. Dziś mało kto o tej płycie pamięta i w sumie trudno się temu dziwić. Przygotowana w błyskawicznym tempie, by zdyskontować sukces Makowieckiego i popularność, którą zdobył wśród nastoletnich fanów (a zwłaszcza fanek), zawierała niezbyt frapujące popowe piosenki, idealnie wpasowujące się w playlisty dużych stacji radiowych. Z Makowiecki Band wokalista nagrał jeszcze Piosenki na nie (2005), album, który nie był żadnym powodem do wstydu, ale i nie rzucał na kolana. Dwa lata później, już solo, Makowiecki wydał Ostatnie wspólne zdjęcie. Płyta przyniosła zmianę stylistyki, w której dotąd poruszał się wokalista. Lekki, melodyjny pop z wyraźnym rockowym zacięciem został wyparty przez melancholijne, rozbudowane kompozycje, wyraźnie inspirowane muzyką lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Ostatnie wspólne zdjęcie dało nadzieję na to, że Makowieckiemu uda się wreszcie pozbyć przylepionej przez media etykietki „chłopaka z Idola“ i w świadomości odbiorców powoli zacznie funkcjonować jako pełnoprawny, niezależny artysta. Po wydaniu Ostatniego wspólnego zdjęcia Makowiecki zdecydował się na zawieszenie solowej kariery i dość nieoczekiwanie został wokalistą zespołu No! No! No!, założonego przez muzyków Myslovitz, Przemysława Myszora i Wojciecha Powagę. Debiutancki album formacji, wydany w 2010 roku i zatytułowany po prostu No!No!No!, spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków. Popularność Makowieckiego wśród fanów była jednak paradoksalnie mniejsza niż w czasach jego udziału w Idolu. Wokalista przyznaje, że znaczący wpływ MARZEC 2014

na taki stan rzeczy miały jego własne decyzje. – Jeżeli nie ma Cię w mediach mainstreamowych, to słyszę opinie: „Stary, gdzie ty byłeś, co się z tobą dzieje?”, a ja najzwyklej robiłem swoje (...) Trochę z premedytacją, pełną świadomością, wycofałem się z mainstreamowych form przekazu, być może niektórym dałem o sobie zapomnieć – mówił niedawno w wywiadzie dla serwisu Uwolnij muzykę. To robienie swojego zaowocowało dość niespodziewaną solową płytą Moizm, którą artysta wydał pod koniec ubiegłego roku. Dodajmy – płytą naprawdę bardzo dobrą, pełną muzycznego wyrafinowania i wyczucia muzycznych trendów. Utworem promującym wydawnictwo został Holidays in Rome. Bardzo chwytliwy, niemal taneczny; z aranżacją i instrumentarium przywodzącymi na myśl dokonania Pet Shop Boys i Duran Duran, ale zupełnie niereprezentatywny dla całości. – Ten numer można porównać do wszystkiego, co było w latach osiemdziesiątych; (...) najbardziej nawiązuje do tamtego okresu. Reszta materiału jest o wiele bardziej eklektyczna, ale to pewnie wynika z tego powodu, że ten utwór powstał w ostatnim

momencie (...) Oczywiście miałem moment zaCzulym wahania, czy dać ten nuuchem mer na płytę, czy on się nie gryzie z resztą materiału, ale postanowiłem zaryzykować. Dziś nie żałuję i myślę, że jest to najbardziej żywiołowa rzecz, jaka nam wyszła w trakcie nagrań. Powiem nawet więcej – zdaję sobie sprawę z tego, że być może, gdyby ten utwór nie powstał, to niewiele osób usłyszałoby o „Moizmie” – opowiadał Makowiecki w jednym z wywiadów. Na resztę materiału składają się zdecydowanie spokojniejsze utwory, o kameralnym, wręcz intymnym klimacie, takie jak np. otwierające płytę Dziecko księżyca – blisko dziesięciominutowa (sic!), leniwie snująca się ballada, nagrana z udziałem wybitnej postaci polskiej muzyki, Józefa Skrzeka. Na szczególne uznanie zasługują również A summer sale i zupełnie niesamowity Ostatni brzeg, choć podkreślam z całą mocą – na tej płycie nie ma słabych, nieprzemyślanych momentów. Poza tekstami (w języku polskim i angielskim), które napisali Marek Jałowiecki i Roman Szczepanek, wszystko, co trafiło na Moizm, jest autorskim pomysłem Makowieckiego. Stworzył muzykę, aranżację, odpowiadał za produkcję (tu szczególne brawa – wreszcie polska płyta bez udziału Marcina Borsa!). – Pracowałem, produkowałem, nagrywałem, rozstawiałem mikrofony, zwijałem kable – wspomina pracę nad albumem Makowiecki. Ten wysiłek zdecydowanie się opłacił. KATARZYNA PIENIĄDZ 19


SUCHARY DLA PRZEDSZ

W

ubiegłym roku Telewizja Polska zrezygnowała z emisji „Wieczorynki“. W Internecie zawrzało - jak to, zabierają dzieciom kultowy program? Te wspaniałe, pozbawione przemocy filmy animowane, na których wychowało się kilka pokoleń? Jako mama przedszkolaka obserwowałam toczące się na forach dyskusje i analizowałam przytoczone argumenty z ciekawością, ale i z niedowierzaniem. Te dobranocki, których broniono jak niepodległości, również wspominam z rozrzewnieniem i sentymentem. Dla mnie i dla wielu moich znajomych z pokolenia dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków wieczorynka stanowiła ważny punkt

Na świecie mnożą się kolejni Indiani Jonesi i Dani Browni, zarówno w filmie, jak i literaturze wciąż mielone są nierozwiązane zagadki dotyczące legendarnego Graala, kodów da Vinci, bursztynowej komnaty itp. Nic dziwnego, że i w polskiej literaturze pojawiają się co jakiś czas dzieła sztuki, które wywołują ogromne emocje kryminalne. Tak jest też w przypadku najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego „Bezcenny”, która ukazała się w 2013 roku nakładem wydawnictwa WAB. Główną osią fabuły są poszukiwa20

dnia. Jej wyjątkowość wynikała jednak także z tego – i o tym nie wolno zapominać – że oferta programowa skierowana do najmłodszych była wówczas dość uboga. Owszem, w porannym paśmie nadawano „Domowe przedszkole“, popołudniami można było obejrzeć „Tik – Taka“, w weekendy „5-10-15“ i „Teleranek“. Ale zainteresowanie tymi programami nie wiązało się z ich nadzwyczajną jakością i z gwarancją dobrej zabawy. Po prostu – jak w przypadku innych dziedzin ówczesnego życia – brało się to, co było. Przed nastaniem ery kaset VHS, rozwojem kanałów tematycznych na początku lat dziewięćdziesiątych, wreszcie przed DVD i Internetem wybór był mocno ograniczony. Idealizowanie przeszłości, zwłaszcza kojarzącej się z beztroskim zazwyczaj

czasem dzieciństwa i młodości, nie jest czymś niespotykanym i dlatego jestem w stanie zrozumieć rozczarowanie i żal zwolenników „Wieczorynki“. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że przypomnieli sobie o niej dopiero w momencie pojawienia się informacji o zdjęciu jej z anteny. Wyniki oglądalności „Wieczorynki“ od dawna były dalekie od satysfakcjonujących i właśnie to przyczyniło się do decyzji o zastąpieniu jej inną propozycją. Płaczący po utracie dobranocki raczej jej nie oglądali i – jak wynika z badań – nie robiły tego także ich dzieci. Dla maluchów, które potrafią zadziwiająco sprawnie obsługiwać i-pada oraz odtwarzacz DVD na długo zanim dobrze opanują sztukę czytania i pisania, które mają dostęp do interaktywnych gier i kreskówek na youtube, kiedy tylko pozwolą im na to

Kradzież w służbie narodu

J

uż PRL-owski Pan Samochodzik udowodnił, że polski czytelnik uwielbia kryminały i powieści sensacyjne z historią sztuki w tle.

nia dzieł sztuki, zagrabionych w Polsce w czasie II wojny światowej, a konkretnie „Portretu młodzieńca”, autorstwa samego Rafaela Santi. Polski rząd odkrywa miejsce, w którym ukrywany jest obraz, zaliczany do najcenniejszych, zaginionych dzieł malar-

stwa na świecie. Akcja odbicia „Młodego”, jak pieszczotliwie nazywane jest dzieło Rafaela, jest ściśle tajna, kierowana przez tajne służby i najwyższe władze państwowe. Zarówno oficjalna droga odzyskania obrazu, jak i dyplomatyczna jest niemożliwa – je-

dynym sposobem, by wrócił on na swoje miejsce jest kradzież. Na scenę wkraczają więc wykonawcy niebezpiecznej i brawurowej akcji – pracująca dla MSW pani historyk sztuki, wybitny, choć przebiegły marMONITOR POLONIJNY


Z KO L A K Ó W. „ N OWA “ P R O P O Z YC J A T V P rodzice, „Wieczorynka“ nie jest już żadną atrakcją. W każdym razie nie taką, jaką była ćwierć wieku temu dla ich rodziców. Chyba właśnie z myślą o tych ostatnich TVP uruchomiła w połowie lutego nowy kanał tematyczny TVP ABC. Oficjalnie jest to kanał dla najmłodszych (grupę docelową zdefiniowano dość szeroko jako dzieci w wieku 3-12 lat, ale większość propozycji skierowana jest głównie do tych w wieku 3-7 lat). Po zapoznaniu się z ramówką TVP ABC jestem jednak przekonana, że współczesne dzieciaki znajdą tam dla siebie zaskakująco mało. Z powodu „braku stabilnego finansowania mediów publicznych“ liczba premier ma być mocno ograniczona. Prezes TVP Juliusz Braun nie widzi w tym problemu i jest przekonany, że dla dzieci propozycje TVP ABC tak czy inaczej będą atrakcyjne, bo przecież nie oglądały ich wcześniej. Szkopuł w tym, że – pomijając już kwestie wizualnej atrakcyjności – większość z pozycji programowych tego kanału to zupełnie nieaktualne suchary, z racji zmieniającej się szybko rzeczywistości kompletnie niestrawne i niezroszand, emerytowany agent służb specjalnych i szwedzka arystokratka, odsiadująca w Polsce wyrok za… kradzież dzieł sztuki. Miłoszewski jest świetnym rzemieślnikiem i zgrabnie posługuje się schematami charakterystycznymi dla gatunku, jakim jest kryminał. Mamy tu dobrą fabułę z wieloma zwrotami akcji, mamy zróżnicowaną grupę ludzi, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że razem ryzykują życie w imię wyższego dobra, są konflikty, czarne charaktery, przekręty i fałszerstwa oraz zawsze brudMARZEC 2014

zumiałe dla dzieci. O ile jeszcze „Bolek i Lolek“ czy „Pszczółka Maja“ mogą być względnie interesujące, o tyle serial „Stawiam na Tolka Banana“, nakręcony ponad 40 lat temu, raczej nie zdobędzie względów wspomnianej grupy docelowej TVP ABC. Podobnie jak siermiężnie zrealizowany 20 lat temu teleturniej „Dźwiękogra“ czy „Tik – Tak“, który nudził już przed niespełna trzydziestoma laty. Konwencja tych programów, sposób ich prowadzenia są archaiczne i zupełnie nie przystają do czasów nam współczesnych. Trudno mi wy-

na polityka. I choć autor grzecznie odrobił zadanie domowe z teorii historii sztuki i rzetelnie przygotował się do podjęcia tematu, to niestety nie uniknął błędów. Rzemiosło, jak już pisałam, dobre, jednak nie wybitne. Schematy zaczerpnięte z literackich gatunków szpiegowsko-kryminalnych wydają się zbyt nachalne i przewidywalne, postaciom, choć dobrze skrojonym, zabrakło głębszego rysu, a wywodom, dotyczącym sztuki i malarstwa,

obrazić sobie dzisiejszego przedszkolaka ze zrozumieniem i zaciekawieniem oglądającego którąkolwiek z tych propozycji. Tym bardziej, że – jak wiem z doświadczenia – próby czasu nie wytrzymują znacznie bardziej uniwersalne i wartościowe filmy, audycje i książki. Dla mnie na przykład „Dzieci z Bullerbyn“ to jedna z ulubionych książek z dzieciństwa. Dla mojej córki – miejscami tylko ciekawa, pełna archaizmów ramota, opisująca świat, którego od dawna nie ma. Od biedy wciąż dla maluchów interesujący może być „Miś Uszatek“ (też w ofercie TVP ABC), ale konia z rzędem temu, kto wytłumaczy przedszkolakowi ekscytację bohaterów, związaną z podłączeniem telefonu stacjonarnego czy kupnem, po długim oczekiwaniu, Fiata 126p w kolorze “piasek Sahary“... KATARZYNA PIENIĄDZ

brak polotu – ot, nudzą i są jakby wyklepane z pamięci, brak w nich faktycznej pasji, którą autor mógłby zarazić czytelnika. Miłoszewski porównywany jest do Dana Browna, ale wydaje się to dużym uproszczeniem, bo choć elementy składowe produktów jednego i drugiego autora wydają się podobne, to efekty końcowe są oddalone od siebie o wiele setek lat świetlnych. Tam, gdzie u Browna nie

można się oderwać od akcji, zarywa się noc i w roztrzęsieniu ślini się palec, przewracając kolejne strony, tam u Miłoszewskiego odrywamy się od lektury w spokoju, gasimy światło, odkładając ciąg dalszy na jutro. Nie zmienia to jednak faktu, że „Bezcenny” spełnia swoje zadanie, czyta się go lekko i przyjemnie, momentami z dużym zaciekawieniem. Jednak po odłożeniu na półkę zapomina się, o czym był. W kategorii rozrywka to dobra pozycja, ale głowy nie urywa. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 21


Węgrów czar(dasz) N ITOR dyby zapytać naszych mieszkających w Polsce MO rodaków, z czym kojarzą im się Węgrzy, z pewnością wielu z nich odpowiedziałoby, ci oś z s że z czardaszem. My, Polacy mieszkający na Słowacji, ej ni m na co dzień obcujemy z Węgrami. Ale czy dobrze ich znamy? Rubryka „Monitor gości mniejszości“ powstała właśnie z myślą o tym, by poznać mniejszości mieszkające w kraju, gdzie i nam przyszło żyć. W tym odcinku przyjrzymy się tej najliczniejszej – węgierskiej. GO

G

ŚC

I

Z jednym z pięciu przedstawicieli Węgrów w Komisji do Spraw Mniejszości Narodowych w Kancelarii Rady Ministrów RS, z panem László Öllösem, spotkałam się w Šamorinie, w Instytucie Forum (Fórum inštitút), którego jest prezesem i w ramach którego prowadzi badania nad mniejszościami.

Najwięksi z małych Najliczniejsza mniejszość, która według ostatniego spisu powszechnego liczy 458 467 osób, zrzeszona jest w około ośmiuset organizacjach. Część z nich funkcjonuje przy samorządach, wspierając w ten sposób ich działania. Inne związane są z miejscem działania, a jeszcze inne specjalizują się w jakiejś konkretnej dziedzinie działalności lub reprezentują konkretnych przedstawicieli społeczności, np. młodzież, rodziców, studentów, pedagogów, czy profesje, np. pracowników telewizji czy inżynierów. Nie wiadomo, ile wydawanych jest czasopism w języku węgierskim, bo oprócz dziennika „Új Szó”, ukazują się też tygodniki, czasopisma, adresowane do młodzieży, kobiet czy innych grup, a także periodyki, wydawane przez konkretne gminy. Węgrzy organizują mnóstwo imprez kulturalnych, na które dostają finansowe wsparcie z Kancelarii Rady Ministrów RS – w ubiegłym roku otrzymali 2 miliony 600 tysięcy euro, w tym roku na ich działalność przeznaczono kwotę 1 983 057 euro. Najważniejsze 22

dla nich uroczystości wiążą się z rewolucją1848 roku, którą świętują 15 marca. Na Słowacji obchody te przybierają najczęściej formę składania wieńców pod pomnikami poległych żołnierzy.

Okrągły Stół Aby stworzyć wspólną platformę dialogu, kilka lat temu powołano organizację dachową - Okrągły Stół Węgrów, którego szeregi z roku na rok powiększają się o reprezentantów kolejnych stowarzyszeń czy różnego rodzaju węgierskich ugrupowań mniejszościowych. Spotkania odbywają się co miesiąc. Na moje pytanie, co jest największym problemem węgierskiej mniejszości, László Öllös odpowiada, że to narodowa nierówność. „Nie jesteśmy odbierani jako równowarci z większością narodu. Nasz język, kultura, symbolika, regionalny rozwój itd. są w tym państwie drugorzędne“ – mówi i rozwija tę myśl, wskazując, że język węgierski w gminach, gdzie mieszka węgierska mniejszość, powinien być językiem urzędowym, wszystkie napisy, kwestionariusze czy inne druki powinny być dostępne w języku węgierskim, a tak nie jest. „Tam, gdzie się to udaje osiągnąć, dzieje się tak zazwyczaj na skutek nacisków“ – mówi.

Polityka Węgrzy – jako jedyna mniejszość – mają swoją reprezentację w parlamencie słowackim. Obecnie jest to

partia Most – Híd. „To częściowo węgierska partia, ale w tym nie widzę problemu. Problemem jest efektywność jej prac, a raczej bark tej efektywności, bowiem w ostatnich latach nic pozytywnego nie zrealizowała“ – ocenia Öllös. Nie kryje też oburzenia ubiegłoroczną pogardliwą wypowiedzią Roberta Ficy pod adresem mniejszości narodowych, którą słowacki premier zaprezentował podczas wizyty w Macierzy Słowackiej. „Mniejszość zawsze będzie mniejszością, bo tamtych jest więcej. Na Słowacji są widoczne starania polityczne, zmierzające w kierunku osłabienia naszej kultury“ – twierdzi mój rozmówca. Jest przekonany, że mniejszość węgierska znajduje się pod stałym naciskiem. Największym sukcesem, w ocenie Öllösa, byłoby, gdyby Słowacja stała się naprawdę państwem wielokulturowym i gdyby doszło do słowackowęgierskiego pojednania. „Z jednej i drugiej strony granicy cały czas przedstawiany jest nieprzyjazny obraz sąsiada“ – konstatuje.

„Na językach“ Nie raz na Słowacji pojawiały się głosy, że w regionach, zamieszkiwanych w większości przez mniejszość węgierską, Słowacy nie mogą się porozumieć w swoim języku, zapytałam więc mojego interlokutora, jak widzi to zagadnienie. „Wie pani, tyle razy o tym mówiono, ale jak trzeba było to udowodnić, przedstawić konkretny przykład, ani razu tak się nie stało, bo w normalnym życiu nie ma takich problemów. To jest raczej efekt oddziaływania nacjonalistycznej polityki państwa, która potem przesiąka do kultury i innych dziedzin życia codziennego“ – wyjaśnia i dodaje, że we wszystkich szkołach są dobrzy i źli uczniowie, a to, który język ktoś opanuje lepiej, jest jego sprawą. Dlatego Öllös oczekuje od polityków, by się nie wtrącali. Z drugiej strony, kiedy rozmawia z przeciętnym Węgrem, którego słowacki kuleje, wytyka mu to. Jest przekonany, że gdyby szkolnictwo na Słowacji było bardziej ukierunkowane na poznanie języków, hiMONITOR POLONIJNY


storii, kultury sąsiadów, byłoby dużo lepiej. „Myśli pani, że przy polskich granicach słowackie dzieci uczą się polskiego? Nie. A przecież to byłoby naturalne, bowiem później, będąc np. na wycieczce w Polsce, mogłyby się porozumieć w tym języku“ – ocenia. Boli go, że zwrot: „ty Maďar” (‘ty Węgier’) w potocznym języku Słowaków jest obraźliwy. „Normalna, otwarta kultura chciałaby jak najwięcej przyjąć od innych, ale na Słowacji buduje się przekonanie, że słowackie pochodzenie ma większą wartość niż każde inne“ – dodaje Öllös i przestrzega, że tę społeczność od rasizmu dzieli tylko krok, bo nieznajomość innych kultur powoduje rodzenie się uprzedzeń.

W dwukulturowej rodzinie László Öllös urodził się w Bratysławie w rodzinie mieszanej – matka pochodzi z Czech (konkretnie z Moraw), natomiast ojciec jest Węgrem. Wyrastał w Dunajskiej Stredzie. Z rówieśnikami i większością rodziny rozmawiał po węgiersku, z mamą po słowacku, choć i ona nauczyła się węgierskiego. Na moje pytanie,

czy wyrastając w mieszanej rodzinie, nie miał problemu z tożsamością narodową, odpowiada, że jest Węgrem, ale zaraz potem dodaje, że węgierska tożsamość nie wyklucza tego, że czuje się również Słowakiem. Docenia fakt, że wyrastał w otwartości na różne kultury. „Dzięki temu mogłem czytać Szwejka po czesku i, choć węgierskie tłumaczenie jest świetne, to żaden przekład nie jest lepszy od oryginału“ – stwierdza. Czy myśli po węgiersku? „To dobre pytanie. Zależy od tego, o czym myślę. W pewnych sytuacjach myślę po słowacku“ – odpowiada. László Öllös ma dyplomy trzech szkół wyższych. „Najpierw chciałem studiować filozofię, ale wtedy mogłem tylko marksistowsko-leninowską, a ponieważ nie chciałem wstąpić do partii komunistycznej, wybrałem historię węgierskiej literatury na bratysławskim uniwersytecie“ – wspomina. Zawsze interesowała go polityka, więc po przemianach ustrojowych podjął w tym kierunku studia w Budapeszcie, które kontynuował w Nowym Jorku. Obecnie mieszka w Šamorinie wraz z żoną – też Węgierką. Mają dwie dorosłe córki. W domu rozmawiają po węgiersku, ale podczas rodzinnych uroczystości, w których bierze udział słowacka część rodziny, używają słowackiego.

Instytut Forum Instytut Forum powstał w 1996 roku z inicjatywy Węgrów, ale zajmuje się badaniami różnych mniejszości. Najpierw mieścił się w Galancie, potem w Dunajskiej Stredzie, obecnie w Šamorinie. Znaczną jego część tworzy biblioteka, w której archiwum znajdują się m.in. cenne zbiory węgierskie, materiały dotyczące różnych organizacji, partii czy osobistości węgierskiej mniejszości. Instytut zajmuje się też zagadnieniami relacji międzypaństwowych węgierskosłowackich i współpracą transgraniczną, turystyką, a nawet zdrowiem. Mój rozmówca pracuje nie tylko w Instytucie – wykłada też na wyższych uczelniach, między innymi w Nitrze i Komarnie.

Bliskość słowacko-węgierska László Öllös zauważa, że obie kultury, zwyczaje, tradycje, i słowackie, i węgierskie, są sobie bardzo bliskie. Nie zauważa różnic w sposobie celebrowania świąt. „Nawet piosenki mamy takie same, różnią się jedynie tekstem – Słowacy śpiewają je w swoim języku, my w swoim“ – dodaje. A tradycyjne potrawy? Owszem, perkelt czy węgierski lub segedinski gulasz to dania z Węgier, ale tam z kolei jedzą słowackie strapačky, a najbardziej znana kiełbasa – čabajská – to podobno słowacki wynalazek. „Nawet genetycznie jesteśmy do siebie bardzo podobni“ – mówi z uśmiechem.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Osobistości

MARZEC 2014

W tak dużej społeczności węgierskiej mniejszości powinno być – jak by się wydawało – sporo osobistości, ale mój rozmówca jest innego zdania. „Nasza intelektualna głowa została ścięta po II wojnie światowej, kiedy zaczęły się czystki etniczne. Dotyczyły one głównie bogatych i inteligencji. Stworzyć elitę wysokiej jakości to nie jest takie proste!“ – twierdzi Öllös, który za przykład wybitnych osobistości, wywodzących się z szeregów węgierskiej mniejszości, podaje pisarza Lajosa Grendela, znanego i cenionego również w środowisku słowackim. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 23


Słowacy ruszają do

S

łowacy, podobnie jak WAŻKIE WYDARZENIA Polacy, należą do narodów W DZIEJACH emigrantów. Socjo logowie SŁOWACJI uważają, że w zasadzie jest to dowód ciężkich warunków życia i trudnej historii.

CZYTELNICY PISZĄ

Z

Rodzina polonijna

decydowałam się napisać o mojej rodzinie. Moja mama urodziła się w Polsce, ojciec na Słowacji. Poznali się na granicy Vyšný Komárnik – Barwinek. Ich ślub odbył się na Słowacji w 1980 roku. Potem moja mama przeprowadziła się do Preszowa. Opowiadała mi, że jej początki w nowej ojczyźnie wcale nie były takie proste. Po pierwsze ze względu na barierę językową, po drugie mama wyróżniała się z tłumu, bo ubierała się inaczej niż Słowaczki i miała modną fryzurę (wtedy modne było farbowanie włosów „na grzybka“ – jasny czubek głowy, spod którego wychodziły ciemne włosy). Mama podjęła pracę w VD Pleta i nauczyła się słowackiego. No a ja mam na imię Zuzana i jestem niepełnosprawna. Mam jeszcze dwie siostry, które są zdrowe. We wszystkim pomaga mi rodzina, która postarała się, bym miała stały kontakt z rówieśnikami. Moi rodzice połączyli siły z rodzicami innych niepełnosprawnych dzieci i założyli w Preszowie stowarzyszenie „Barlička“. Z naszej inicjatywy powstało też Centrum Młodzieży „Radosť“, które codziennie odwiedzam. Uczymy się tam wszystkich rzeczy, które są ważne w samodzielnym życiu, kształcimy się, bierzemy udział w różnorodnych działaniach oraz w międzynarodowych projektach. Wiele razy byłam w Polsce: w Zakopanem, Poroninie czy Nowym Targu. Teraz przygotowujemy się do odwiedzenia Parku Miniatur „Świat Marzeń” w Inwaldzie. Każdego lata jeździmy do Polski, by odwiedzić rodzinę. W „Barličce“ moja mama uczy mnie i inne dzieci języka polskiego. Jej marzeniem jest założenie Klubu Polskiego ZUZANA MOCHŇACKÁ w Preszowie.

24

W najbardziej klasycznym kraju imigrantów, Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, emigranci z ziem słowackich stanowili znaczącą grupę. Oczywiście nie tak wielką jak Włosi, Niemcy czy Irlandczycy, ale istotnie większą niż np. Czesi. Słowacy często emigrowali jako Węgrzy albo Polacy czy (czasami) Rusini. Historycznie pierwszy emigrant, uważany za Słowaka, został zarejestrowany w Ameryce, w Pensylwanii, w roku 1695. Został zapisany jako Isaac Ferdinand Sarosi. W innym miejscu zapisano go jako Sarissky. Nie wiemy, który język był jego językiem rodzinnym. Był on nietypowym emigrantem, bo wykształconym. Przyjechał do Ameryki na dwa lata i wrócił do Europy, co było czymś rzadkim. Mieszkał i pracował w niemieckiej kolonii Mennonitów, w ich osadzie, którą nazwali Germanopolis. Był tam nauczycielem. W kilkadziesiąt lat później, w roku 1779, przybył do Ameryki Maurycy Beniowski (Móric Beňovský Móric Benyovszky, Maurice Auguste de Benyowsky), o którego spierają się Polacy, Węgrzy i Słowacy. Z pochodzenia węgierski szlachcic, z polskim powstańczym i syberyjskim życiorysem, konfederat barski, francuski pułkownik, syn Słowaka, choć

austriackiego generała, i Węgierki urodził się we Vrbovem koło Piešťan. Ten awanturnik i polski patriota zorganizował powstanie antyrosyjskie na Kamczatce, został królem Madagaskaru i prawdopodobnie był pierwszym Europejczykiem, który pływał po północnym Pacyfiku i dopłynął do Alaski. Życiorys nieprawdopodobny! W Polsce jego nazwisko zna każdy licealista, bo unieśmiertelnił go w swoim poemacie Juliusz Słowacki. Trzeba przyznać, że mało który polski maturzysta skojarzyłby go ze Słowacją. Dwa lata wcześniej Maurycy (a dla Słowaków Matuš Móric) Beniowski poznał i zaprzyjaźnił się w Paryżu z Benjaminem Franklinem, wówczas ambasadorem nowopowstałych Stanów Zjednoczonych. Przez Kazimierza Pułaskiego przesłał list do Ameryki, w którym proponował przyłączenie MONITOR POLONIJNY


Ameryki do USA Madagaskaru, jako idealnej bazy wypadowej do walki z Wielką Brytanią. W Stanach walczył pod rozkazami Pułaskiego. Wedle jednej z legend to właśnie na jego rękach umarł raniony w bitwie pod Savannah Kazimierz Pułaski. Później Beniowski wrócił do Europy, a nawet na Słowację. Proponował jeszcze zajęcie Madagaskaru Austrii, a ostatecznie wylądował tam w roku 1785 w służbie… brytyjskiej. W rok potem poległ w walce z francuską wyprawą karną. Nota bene, jego żona aż do śmierci w roku 1815 żyła w USA. Innym Słowakiem, walczącym o niepodległość Stanów Zjednoczonych był Ján Polorecký, jeden z 300 „niebieskich huzarów”, którym poddali się Anglicy po bitwie pod Yorktown. Polorecký skończył służbę w stopniu majora i po wojnie osiedlił się w stanie Maine. Podczas wojny domowej Północy z Południem w roku 1861 prezydent Abraham Lincoln wydał zgodę na organizację kompanii słowiańskiej w 24. pułku piechoty z Illinois. Służyli w niej ochotnicy z Chicago.

MARZEC 2014

Sporą część żołnierzy kompanii stanowili właśnie Słowacy. W 1868 roku historycy odnotowali pierwszego Słowaka, który wystąpił o obywatelstwo USA. Był to František Figuli, weteran wojny domowej. Po wojnie uzyskał on plantację w Wirginii i jako zamożny obywatel pragnął przeprowadzić formalnie procedurę naturalizacji w Stanach. Kilka lat później, w 1877 roku, Daniel Šustek, rodak z Bańskiej Bystrzycy, najpierw stolarz, a później znany podróżnik i autor książki o podróży do Turcji, Egiptu i Ziemi Świętej, zakupił w stanie Iowa 80 akrów ziemi. Pragnął na tych gruntach założyć słowacką osadę. Plan się nie powiódł, ale sam zamysł jest ciekawym świadectwem stanu świadomości grupy słowackich emigrantów w Ameryce. W tym czasie, w latach 70. XIX wieku, napływały do Ameryki pierwsze większe grupy emigrantów z Eu-

ropy Wschodniej. Wśród obywateli Austro-Węgier sporo było Słowaków. W pewnym momencie liczba ich była na tyle duża, że zaczęły powstawać projekty zakładania własnych, słowackich osad, w których można by się porozumiewać w ojczystym języku. Wielkim problemem zakładania takich osad była nadwyżka mężczyzn i brak kobiet. W 1879 do Ameryki przybyła pierw-

bowali własnych sklepów, lekarzy i instytucji, w których mogliby porozumiewać się we własnym języku, powstawały pierwsze słowackie organizacje i stowarzyszenia. Pierwsza znana węgiersko-słowacka kasa chorych – The first Slovak health Benefit Society (Prvý slovenský v chorobe podporujúci spolok) – powstała w roku 1883. Co ciekawe, było to stowarzyszenie samopomocy Słowaków z dzisiejszej Wschodniej Słowacji, którzy czuli się osobnym narodem i mówili swoim własnym dialektem, nie poczuwając się do łączności z tymi znad Wagu czy Hronu. W 1886 zaczęła wychodzić pierwsza gazeta Słowaków

sza grupa młodych kobiet ze Słowacji, które pragnęły rozpocząć nowe życie za oceanem i tu założyć rodziny. Kobiety te udały się do miasta Passaic w stanie New Jersey, które od jakiegoś czasu było już znane jako miejsce osiedlania się Słowaków. Efektem tego było co najmniej kilkanaście słowackich małżeństw, zawartych już na terenie Ameryki. Pierwsza słowacka parafia na terenie USA z własnymi niedzielnymi mszami została założona w roku 1883 w górniczym mieście Streator w stanie Illinois. Wraz z wzrastającą liczbą słowackich emigrantów, którzy bardzo często nie znali języka angielskiego i potrze-

w Ameryce AmerikanskoSzlovenszke noviny. Szybko osiągnęła nakład 30 tysięcy egzemplarzy i w ten sposób stała się największą słowacką gazetą. Takiego nakładu nie miało wtedy żadne słowackie pismo na Słowacji. Redaktor naczelny pisma, Janko Slovenský, wydał też w roku 1887 pierwszy w Ameryce słownik angielsko-słowacki Amerikánsky Tlumač (The Slovak Interpreter), który przez wiele lat służył nowoprzybyłym Słowakom (następny ukazał się dopiero w roku 1905). ANDRZEJ KRAWCZYK Dokończenie artykułu w następnym numerze „Monitora“ 25


Złotooo!!! D

użo złota! Tym razem to okrzyk kibiców, nie piratów! Zaczęło się dwa dni po otwarciu XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi, mieście w którym panuje klimat… subtropikalny! Dziewiątego lutego 2014 roku pierwszy dla Polski medal – i to od razu złoty – zdobył Kamil Stoch. W dniu, w którym rozegrany miał być konkurs skoków na standardowej skoczni, obudził się z gorączką i bólem głowy. Myślał o wycofaniu się z zawodów, ale sztab postawił go na nogi. Skoczył i zdobył pierwsze złoto. Zwycięstwa Stocha można się było spodziewać, ale jego rozmiarów już nie. Wygrał różnicą blisko 13 punktów. Adam Małysz powiedział, że w realiach skoków narciarskich taka różnica to nokaut. Przypomniano też, że w 1972 r. Wojciech Fortuna zdobył złoty medal przewagą 0,1 pkt. Drugie złoto (swój piąty medal olimpijski w karierze!) zdobyła Justyna Kowalczyk. Szóstego dnia igrzysk nasza królowa nart wygrała bieg na 10 kilometrów techniką klasyczną. Trzeba dodać, że dystans przebiegła ze złamaniem kości śródstopia… Przed startem na swoim koronnym dystansie powiedziała, że „albo wygra, albo zdechnie”. Miała też kłopoty z odmrożeniem palców

26

u nóg, ściągnięte paznokcie i otarcie ścięgna Achillesa. Jej największa rywalka Marit Bjoergen była piąta. Trzecie złoto 15 lutego zdobył Zbigniew Bródka – strażak z Łowicza. Wygrał „niespodziewanie” w rywalizacji łyżwiarzy szybkich na 1500 m. Wyprzedził Holendra Koena Verweija o zaledwie 0,003 sekundy, co według ekspertów na torze stanowi ok. 4 centymetrów! Miał zatem wielkie szczęście! Niewiele brakowało, by w ogóle nie pojechał do Soczi! Jeszcze kilka miesięcy wstecz miał kłopot… ze sfinansowaniem przygotowań do igrzysk. Przygotowywał się po godzinach pracy! Nie należał też do grona faworytów, choć mieści się w szerokiej światowej czołówce. Nie spodziewano się jednak, że zdobędzie złoty medal. Okazał się czarnym koniem polskiej kadry olimpijskiej. Bródka do ostatniego okrążenia nie wyglądał na zwycięzcę. Wszystko wyjaśniło się na ostatnim okrążeniu. Już w 2006 roku miał jechać na igrzyska do Turynu, ale przeszkodziła mu w tym kontuzja. Był wprawdzie wymieniany w gronie faworytów w biegu na 1000 metrów, ale zajął w nim jednak dopiero 14. miejsce. Sukcesowi pomogły kłopoty z zaśnięciem i pomysł, by wymienić płozy w pancze-

nach (łyżwach biegowych). Nie powinno się robić takiej zmiany, ale zaryzykował. Płozy były już objeżdżone i przygotowane. Po biegu stwierdził, że gdyby nie zamienił nowych na te stare, mógłby być poza dziesiątką… Na tych samych płozach zajął drugie miejsce w Pucharze Świata w Berlinie na początku grudnia 2013 roku. Podkreślał: „Te starsze pielęgnuję, jak tylko mogę. Jak nie będę mógł znaleźć kolejnych takich dobrych, to będą jeździły ze mną tylko na zawody mistrzowskie. Płozy się ostrzy, tracą trwałość, jeżeli chodzi o gięcie. Robią się bardziej plastyczne. To bardzo ważne niuanse”. Nasz mistrz na każde zawody jeździ z dwiema płozami, zatem nie ma wielkiego wyboru. A na przykład główny trener Rosjan wybiera płozy z 400 par! W Soczi wybrał trzy... Uderzał młoteczkiem i wybierał, słuchając, jaki dźwięk wydają. Kilka godzin później mistrzem olimpijskim na dużej skoczni został Kamil Stoch! Był to drugi złoty medal lidera reprezentacji Polski w Soczi. Stoch stał się trzecim skoczkiem narciarskim w historii konkursów indywidualnych i pierwszym Polakiem, który podczas jednych igrzysk zimowych wywalczył dwa złote medale. Przyznał jednak: „Zepsułem drugi skok, był

za agresywny, odbicie było skierowane za mocno do przodu. Potem walczyłem o przetrwanie w powietrzu, robiłem wszystko, co mogłem, aby wyciągnąć jak najwięcej, i się udało (…) Po wylądowaniu nie wiedziałem, co się dzieje, i pomyślałem, że będzie ciężko”. Wprawdzie pojawiły się komentarze, że zwycięstwo Stocha było tylko podarunkiem sędziów, a zwycięzcą powinien zostać japoński skoczek Kasai, który skakał dalej i w lepszym stylu, ale to nie ważne. Już na półmetku igrzyska w Soczi przeszły do historii polskich sportów zimowych. Cieszmy się! I tak trzymać! Zbigniew Bródka i Kamil Stoch otrzymali specjalne złote medale, zawierające fragment meteorytu, który dokładnie przed rokiem spadł w okolicach Czelabińska. Takie wyjątkowe krążki trafią do wszystkich siedmiu mistrzów olimpijskich, którzy triumfowali w swoich konkurencjach w sobotę, 14 lutego. To pomysł władz Czelabińska, które w ten sposób chciały uczcić cierpienia ponad 1000 rannych w wyniku deszczu meteorytów nad Uralem. Dotychczas polscy sportowcy na zimowych igrzyskach olimpijskich zdobyli 18 medali: po sześć złotych, srebrnych i brązowych. Pierwszym polskim mi-

MONITOR POLONIJNY


strzem zimowych igrzysk został w 1972 roku w Sapporo skoczek Wojciech Fortuna, który triumfował na dużym obiekcie. Trzydzieści osiem lat później w Vancouver Kowalczyk zwyciężyła w biegu na 30 km techniką klasyczną. Trzykrotnym wicemistrzem olimpijskim był skoczek narciarski Adam Małysz. Po półmetku igrzysk w Soczi i zdobyciu przez polskich sportowców czterech złotych medali Polski Komitet Olimpijski musi przygotować na wypłatę nagród już ponad 700 tysięcy złotych. Najwięcej, 240 tysięcy, zapewnił sobie podwójny mistrz olimpijski w skokach narciarskich Kamil Stoch. Dla każdego złotego medalisty PKOl przeznaczył bowiem nagrodę 120 tysięcy złotych. Zagwarantowane mają je Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka. Premie dostaną też trenerzy medalistów – za złoto 60 tysięcy. Oddzielne nagrody wypłaci Ministerstwo Sportu, ale ich wysokość nie jest jeszcze ustalona. Na igrzyskach zimowych w Soczi Polacy zdobyli jeszcze dwa medale: brązowy wywalczyli panczeniści w składzie: Zbigniew Bródka, Konrad Niedźwiedzki, Jan Szymański, a chwilę później srebrny medal, także w wyścigu drużynowym, zdobyły polskie panczenistki w składzie: Katarzyna Bachleda-Curuś, Natalia Czer wonka, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach „Monitora”.

MARZEC 2014

Polska wojna o gender Od dłuższego czasu w polskich mediach króluje rzeczownik „gender”, który jak wiele innych leksemów zapożyczony został z języka angielskiego. Pojawia się on wszędzie – w Sejmie, kościele, telewizji, Internecie, na ulicy, w tramwaju… Na niektórych działa jak płachta na byka, inni są gotowi walczyć w jego imię… O polskiej „genderowej” modzie pisał nawet brytyjski „The Guardian”, zastanawiając się, jak to możliwe, by Polska, ulubienica Unii Europejskiej, stawiana czasem jako wzór narodom, aspirującym do statusu Europejczyków, doświadcza swoistej odwróconej rewolucji seksualnej. A wszystko zaczęło się – przynajmniej tak się wydaje – od wprowadzenia do niektórych szkół tzw. warsztatów gender (inaczej lekcji wychowania seksualnego), na których tłumaczono m.in., że małżeństwo z przedstawicielem płci przeciwnej nie jest jedynym możliwym. Taka interpretacja związku małżeńskiego nie mogła spodobać się Kościołowi, prawicowym politykom i dziennikarzom, którzy wpadli w moralną panikę, oskarżając zwolenników gender o… pedofilię i sprowadzanie dzieci na złą drogę. W Sejmie z inicjatywy posłów „Solidarnej Polski” powstał zespół „Stop ideologii gender”. Głos w tej sprawie zabrał też episkopat, który wystosował list do wiernych, odczytany w parafiach tuż po Bożym Narodzeniu. Przy okazji okazało się, że polscy hierarchowie kościoła uważają gender i jego ideologię za coś gorszego niż komunizm! Jeden z katolickich duchownych, wychowawca dzieci i młodzieży, krajowy duszpasterz powołań stwierdził też, że promowanie gender prowadzi do destrukcji wartości moralnych, a jego konsekwencją jest erotomania i pozbawianie się płodności. Nie zabrakło też reakcji środowisk naukowych (lub, jak twierdzą niektórzy, pseudonaukowych) – część przedstawicieli Polskiej Akademii Nauk opublikowała nawet list, w którym warsztaty gender określiła „wysadzaniem dziecka z jego biologicznej płci”. Okazało się, że o „gender” wszyscy mówią, ale nie bardzo wiedzą, co to znaczy. W związku z tym wyraz ten zaczął pełnić funkcję worka, do którego wrzuca się wszystko, co nie licuje z konserwatywnym, patriarchalnym światopoglądem… Miało to poniekąd dobre strony dla niektórych, np. dla premiera Tuska, bowiem przestano go obwiniać za wszelkie zło w Polsce, czyniąc za nie odpowiedzialnym właśnie gender! Niektórzy

uczynili z tego słowa hasło jakiejś krucjaty szerzącej – niestety – nienawiść. A przecież wystarczyłoby zadać sobie trochę trudu i zajrzeć choćby do Wikipedii, by dowiedzieć się, czym „gender” jest tak naprawdę, że nie ma nic wspólnego z rozpasaniem seksualnym, że to „płeć kulturowa, płeć psychiczna, płeć społeczna, płeć społecznokulturalna, tożsamość płciowa – suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych, przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji, nie wynikających bezpośrednio z biologicznych różnic w budowie ciała pomiędzy płciami”. Jeszcze prościej „gender” jest definiowany przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), która przyjmuje, iż są to „stworzone przez społeczeństwo role, zachowania, aktywności i atrybuty, jakie dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla mężczyzn i kobiet”. A gdyby ktoś z Państwa miał nadal problem ze zrozumieniem, czym jest gender i jego ideologia, to specjalnie dla niego przytoczę wypowiedź znanej feministki prof. Magdaleny Środy, która w niezwykle obrazowy sposób przedstawiła jej istotę: „Mnie nie zależy na zacieraniu różnic między mną a mężem, bo to pożyteczna i przyjemna różnica, tylko na tym, żeby on również sprzątał”. Wątpliwa popularność rzeczownika „gender” w słowniku Polaków spowodowała, że zwyciężył on w konkursie na Słowo Roku 2013, przeprowadzonym przez Fundację Języka Polskiego i Instytut Języka Polskiego UW, pokonując takich konkurentów, jak: „janosikowe”, „słoik” czy „ekspert”. Uzasadniając taką decyzję kapituły, złożonej z profesorów językoznawstwa, jej przedstawicielka prof. Halina Zgółkowa powiedziała: „Słowo gender w roku 2013 weszło gwałtownie do idiolektalnego repertuaru leksykalnego bardzo wielu Polaków reprezentujących różne kategorie wiekowe, środowiskowe, regionalne itp. i pewnie już tam pozostanie. Słowo ma co prawda niejasną, rozmytą semantykę, ale za to bardzo wyraziste dwubiegunowe nacechowanie aksjologiczne (chyba jeszcze bardziej biegunowe niż np. słowo tolerancja). Dlatego nolens volens stało się słowem roku, a my jako kapituła jedynie to zdiagnozowaliśmy”. Na koniec dodam jeszcze, że rzeczownik „gender” jako przyswojony do polszczyzny pozostaje na razie nieodmienny, a ze względu na swoje spółgłoskowe zakończenie został zaliczony do rodzaju męskiego. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


Fundacja „Świat na Tak“ zaprasza polskojęzyczną młodzież (w wieku od 9 do 25 lat) do udziału w Konkursie

Być Polakiem Patronat nad V edycją Konkursu „Być Polakiem” objął Prezydent RP Bronisław Komorowski. Tematem przewodnim konkursu są obchody 70. rocznicy Powstania Warszawskiego. Zagadnienia konkursowe to: Ballada o okaleczonym mieście – Powstanie Warszawskie 1944 Polskie drogi do wolności Polska moich marzeń Regulamin konkursu, formularz zgłoszeniowy oraz wszelkie informacje znajdują się na stronie fundacji: www.swiatnatak.pl. Prace należy przesyłać do 28 marca 2014 r. Na zwycięzców czekają atrakcyjne nagrody, między innymi wyjazd do Polski, zwiedzanie Sejmu, uroczysta gala wręczania nagród na Zamku Królewskim w Warszawie. Kontakt telefoniczny z organizatorem: (+48) 22 629 35 75, 629 63 34 e-mail: bycpolakiem@swiatnatak.pl

K O N K U R S

KONKURS RYSUNKOWY DLA DZIECI I MŁODZIEŻY Redakcja „Monitora Polonijnego” ogłasza konkurs, adresowany do dzieci i młodzieży, pod hasłem

Bolek i Lolek na Słowacji Tematem prac mają być polscy ulubieńcy bajek filmowych, którzy niedawno obchodzili swoje 50-lecie. Pierwszy odcinek najsłynniejszej polskiej kreskówki o Bolku i Lolku zrealizowano bowiem jesienią 1963 roku. Do chwili obecnej ich przygody obejrzało około miliarda ludzi w 80 krajach na całym świecie! Bolek i Lolek byli już na Dzikim Zachodzie, a nawet odbyli podróży dookoła świata. Pora, by odwiedzili Słowację! W związku z tym narysujcie lub namalujcie (technika dowolna) propozycje kolejnych podróży Bolka i Lolka w ciekawe, Waszym zdaniem, zakątki Słowacji. Prace konkursowe prosimy przesyłać pod adresem redakcji naszego pisma do 10 czerwca br. pocztą tradycyjną lub elektroniczną. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w lipcowym numerze „Monitora”. Wyłonieni przez specjalne jury autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody, zaś wszyscy uczestnicy upominki.

L I T E R A C K I

JEDEN DZIEŃ

POLSKA, JAKĄ PAMIĘTAM Oficyna Niezależnych Autorów FAVORYTA ogłasza Konkurs Literacki dla Polonii i Polaków mieszkających poza Polską „Jeden Dzień. Polska, jaką pamiętam”. Honorowymi patronami konkursu są Konsul Generalny RP w Sydney, Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”, Muzeum Emigracji w Gdyni. Patronem medialnym jest TVP Polonia. Konkurs będzie trwał od 1 marca do 1 maja 2014 r. Zgłoszenia prosimy wysyłać na adres: office@favoryta.com. Spośród uczestników konkursu zostanie wybrany jeden zwycięzca, ponadto przyznane zostaną dwa wyróżnienia. Zwycięzca otrzyma nagrodę główną, ufundowaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, obejmującą pokr ycie kosztów tygodniowego pobytu w Polsce, czyli pobyt w hotelu, podróż po Polsce oraz koszty wstępów do muzeów (nagroda nie obejmuje kosztów podróży do i z Polski) oraz nagrodę ufundowaną przez organizatora konkursu, którą jest możliwość nieodpłatnego opublikowania własnej książki w Oficynie Niezależnych Autorów Favor yta (pakiet wydawniczy). Prace wszystkich finalistów zostaną opublikowane w wydaniu książkowym 28

IV Międzynarodowy Konkurs Plastyczno-Literacki

POLAK – TO BRZMI DUMNIE

„MÓJ BOHATER“

pod hasłem adresowany jest do uczestników w wieku 5-20 lat z terenu Polski oraz środowisk polonijnych na całym świecie. Głównym jego celem jest kształtowanie świadomości patriotycznej oraz zachęcenie dzieci i młodzieży do poszukiwania patriotycznych wzorców. Uczestnicy mogą przygotować pracę plastyczną lub literacką, prezentującą sylwetkę Polaka – bohatera, którego podziwiamy i pragniemy naśladować. Prace konkursowe należy nadsyłać do 7 kwietnia 2014 roku; prace plastyczne pod adres: Galeria im. Śleńdzińskich, ul. Waryńskiego 24 a, 15-461 Białystok a prace literackie: Muzeum Wojska, ul. Kilińskiego 7, 15-089 Białystok. Zainteresowanych prosimy o zapoznanie się z regulaminem konkursu, który znajduje się na stronie: www.polonia.sk. Wyniki konkursu ogłoszone zostaną w maju, a w czerwcu 2014 roku w Sali Kameralnej Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku odbędzie się wręczenie nagród i otwarcie wystawy pokonkursowej. Dodatkowe informacje można uzyskać pod numerem telefonu: (48) 85 6517670 lub drogą mailową: korolczuk@galeriaslendzinskich.pl MONITOR POLONIJNY


Apel Prezydenta RP do Polaków Na swojej stronie internetowej (www.prezydent.pl w zakładce „Święto Wolności”) Prezydent RP Bronisław Komorowski zwraca się do wszystkich Polaków o wspólne uczczenie 25. rocznicy rozpoczęcia w Polsce transformacji ustrojowej oraz 15-lecia polskiego członkostwa w Pakcie Północnoatlantyckim i 10-lecia przystąpienia RP do Unii Europejskiej. „Do wspólnego świętowania polskiej wolności 4 czerwca 1989 roku zapraszam Polaków na całym świecie i wszystkich naszych przyjaciół. Zachęcam już dziś do rozpoczęcia przygotowań, by wydarzenie to miało charakter wielkiej, wspólnej, obywatelskiej uroczystości. Wolność nie ma granic. Nasze Święto Wolności jest też świętem całego wolnego świata“ – apeluje prezydent. Do jego apelu przyłączamy się także my. W marcu swój życiowy jubileusz obchodzi nasz drogi przyjaciel Marián Pavlásek. Z okazji 60. urodzin życzymy Mu dużo zdrowia i wielu sukcesów w pracy, spełnienia marzeń i radości każdego dnia, a także licznego grona dobrych przyjaciół, pogody ducha oraz – oczywiście – długich 100 lat! Członkowie Klubu Polskiego w Trenczynie

Topienie Marzanny Klub Polski Bratysława serdecznie zaprasza wszystkich na pożegnanie zimy, czyli tradycyjne topienie marzanny! Zachęcamy do przybycia całe rodziny z dziećmi i słowackimi (choć nie tylko) przyjaciółmi. Dla wszystkich zaplanowaliśmy zabawy, konkursy i niespodzianki. Spotkanie rozpocznie się w niedzielę, 23 marca o godz.14.00 w lokalu POLEPOLE (ul Kazanska 58, Podunajské Biskupice). Jego program obejmuje przemarsz z marzanną nad Mały Dunaj i jej topienie, następnie powrót do lokalu, gdzie będzie kontynuowana wspólna zabawa. Uczestników zabawy zachęcamy do przyniesienia własnych wypieków! Herbatę i kawę zapewni wszystkim organizator, zaś inne napoje będzie można kupić na miejscu we własnym zakresie. W przypadku brzydkiej pogody nad Mały Dunaj udamy się samochodami.

Więcej informacji u Kasi Tulejko: 0903 455 664

WYBÓR Z PROGRAMU INSTYTUTU POLSKIEGO NA MARZEC VISEGRAD FILM FORUM: A. STARSKI, E. PUSZCZYŃSKA, R. DRABIK, A. ODOROWICZ, K. BRZEZOWSKI 11-15 marca, Bratysława, VŠMU, Svoradova 2 W programie: 11 marca, godz. 19.00 – Otwarcie VFF i pokaz filmu „Ida”, reż. Pawlikowski 12 marca, godz. 14.45 – 17.15 - Master Class Ewy Puszczynskej 13 marca, godz. 15.00 – 17.00 Debata na temat dystrybucji filmów europejskich 14 marca, godz. 20.00 – 22.00 Projekcja filmów łódzkiej PWSFTViT 15 marca, godz. 15.15 – 17.15 - Master Class producenta i scenografa filmowego Allana Starskiego. Więcej informacji: www.visegradfilmforum.com POKŁOSIE - PROJEKCJA FILMU Z UDZIAŁEM A. STARSKIEGO 14 marca, godz. 20.00, Bratysława, kino Lumiére, Špitálska 4 MARZEC 2014

SHORT WAVES FEBIOFEST 2014 19 marca, godz. 20.00, Bratysława, 21-27 marca Centrum kultury A4, Karpatská 2 Bratysława – Kino Lumiere, Kino 25 marca, godz. 10.00, 17.00 i 20.00, Żylina, Stanica Mladosť, Artkino za zrkadlom, A4 – Žilina-Záriečie, Závodská cesta 3 priestor súčasnej kultúry, FK 35 mm W ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmów VŠMU Krótkometrażowych Short Waves zostanie KONCERT KAMERALNY: zaprezentowanych 7 krótkich filmów, reprezentujących ANNA GUTOWSKA najlepszą polską filmową produkcję dokumentalną 27 marca, godz. 18.00, Bratysława, w 2013 roku. Więcej informacji: shortwaves.pl Vodárenské múzeum, Devínska cesta 1 PÓŁSŁOWO: DUŠAN DUŠEK W cyklu koncertów kameralnych „Wieczory muzyki pięknej 20 marca, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, w Bratysławie“ wystąpi kwartet Nám. SNP 27 smyczkowy z wybitną polską Kolejnym gościem autorskiego wieczoru Dušana Junka skrzypaczką Anną Gutowską. będzie popularny słowacki poeta, prozaik, scenarzysta, autor słuchowisk i książek dla dzieci i młodzieży MICHAŁ WALCZAK: AMAZONIA (KE) Dušan Dušek. 29 marca, godz. 19.00, Koszyce, TWARZE AGNIESZKI HOLLAND Štátne divadlo, Hlavná 58 21 marca, godz. 16.00, Bratysława, Instytut Polski, Śmieszna, trochę gorzka komedia Nam. SNP 27 współczesna polskiego dramaturga Otwarcie wystawy przygotowanej przez Muzeum Michała Walczaka w reżyserii Kinematografii w Łodzi, reprezentującej Agnieszkę Zoi Župkovej w tłumaczeniu Adriany Holland, jedną z najwybitniejszych i najbardziej Totikovej. Więcej informacji: www.sdke.sk. charakterystycznych postaci polskiego kina. 29


Śni mi się WILN (dokończenie z poprzedniego numeru)

Pierwsza praca po przyjeździe do Kanady to umawianie wizyt i wypełnianie formularzy dla firm ubezpieczeniowych w gabinecie polskiego dentysty. W rok po przeprowadzce! Wyjątkowo szybko, jak na Kanadę, udało się uzyskać pobyt stały, co w prawach niemal dorównuje uzyskaniu obywatelstwa. Takie zezwolenie uprawnia do bezpłatnej nauki języka angielskiego i zatrudnienia. Kupiliśmy dom. Agent nieruchomości namawiał, żebyśmy nie zwracali uwagi na chwasty i wykrzywiony płot, bowiem bungalow położony jest w cichym miejscu, ma wygodny rozkład i okazyjną cenę. I rzeczywiście, wiele razy dziękowaliśmy mu za ten dom, a zwłaszcza za sąsiada, Kanadyjczyka, który jest jak brat bliźniak mojego męża Irka – rozumieją się niemalże bez słów i wspierają w każdej sytuacji. Najważniejszym tematem rozmów jest dla Kanadyjczyków dom – mogą o nim rozmawiać w nieskończoność: o jego kupnie, remontach, wielkości działki, dzielnicy czy garażu. Pewien nasz przyjaciel pomagał nam w remoncie i, jak się potem okazało, po cichu szacował nasze skromne domostwo. Po co? Otóż wracając pewnej soboty z radia, zastaliśmy naszą uliczkę wręcz zablokowaną niezliczoną ilością samochodów. Czyżby ktoś organizował tu imprezę? A kiedy otworzyliśmy drzwi, okazało się – co za niespodzianka! – że to nasz dom jest pełen ludzi! Ponakrywane stoły, pyszne dania, alkohol, kwiaty... Słowem – parapetówka! I kosiarka do trawy w prezencie. Wzruszające chwile, za którymi stali nasi polscy przyjaciele. Powodów do wzruszeń było jednak o wiele więcej. Choćby wtedy, kiedy na świat przyszło nasze dziecko. Albo wtedy, kiedy byłam sama z maleństwem w domu, a właściciel 30

sklepu mięsnego (Polak) z żoną i współpracownikami wręcz wtargnęli do naszego domu z pełnymi tacami wyrobów i torbami prezentów, organizując nam „baby shower“. Tacy są tu nasi rodacy na prerii. Pracowici, pomocni, przyjaźni. Nikt tak dobitnie jak Melchior Wańkowicz w „Tworzywie” nie opisał trudów pierwszych przybyszy z polskich ziem na rozległe i surowe tereny Manitoby. Potem wojenne wspomnienia i drogę do Winnipegu, zatytułowane „Przez boje, przez znoje, przez trud – kombatanckie losy”, spisał Kazimierz Patalas. Z kolei Jerzy Pawlak, tutejszy lekarz, swoje doświadczenia opisał w książce „O’Kanado! czyli zmagania lekarza emigranta”. W prowincji Manitoba, liczącej 1,2 mln mieszkańców, według danych encyklopedycznych Polacy stanowią ok. 7% ludności. Teoretycznie to 80 tys. osób, ale często są to osoby, deklarujące tylko polskie pochodzenie. Już w drugim, trzecim pokoleniu dzieci z polskich rodzin przestają mówić po polsku. I nie pomaga to, że działa tu kilka polskich organizacji, jest kilka polskich sklepików, dwa polskie kościoły i dwa inne, w których odbywają się polskie msze, oraz jedna polska sobotnia szkoła. Zresztą ostatnio zaledwie kilkaset osób bierze czynny udział w polskich przedsięwzięciach i imprezach różnego typu. „Ludzie, opamiętajcie się!– wołał w Radiu Polonia Krzysztof Zakreta

z Chicago, organizator koncertów polskich artystów w USA i Kanadzie. – Nikt nie przyjedzie tu z występami, jeżeli nie będziecie przychodzić”. A przychodzi coraz mniej. Polonia się kurczy. Nie lubię tego określenia Polaków za granicą i nie zaliczam siebie do Polonii. Jestem Polką z Wilna. A już w żadnym przypadku nie Polonusem. Tu, w Kanadzie, wielu Polaków znalazło sens i cel swojego życia. Do nich należy Marian Jaworski, który od 13 lat stoi na czele Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół Winnipeg i jest prawdziwym wzorem społecznika i dyplomaty. Są wśród nich Lech i Grażyna Gałęzowscy, kolejni prezesi Kongresu Polonii Kanadyjskiej okręg Manitoba, którzy przez lata w wolnych chwilach zwiedzali bezkresne prerie i puszczę w poszukiwaniu śladów pierwszych polskich osadników, fotografowali opuszczone polskie kościoły i organizowali wystawy. To także Barbara Torka, od niemal 30 lat dyrektorka polskiej szkoły, dr Włodzimierz Czarnecki, konsul honorowy RP w Manitobie, który wraz z żoną po śmierci syna, studenta medycyny, założył fundację wspierającą studentów polskiego pochodzenia, czy Ryszard Czajka, założyciel jednej z najlepiej prosperujących firm, który ściągnął do Winnipegu ogromną rodzinę swoją i żony i teraz cały ten klan pracuje, działa w organizacjach, a młodzież tańczy w polskim zespole. Spotkać tu można ludzi godnych najwyższego podziwu i ludzi strasznej ciemnoty, którzy od dziesięcioleci stąd się nie ruszyli, Polskę pamiętają sprzed 30 lat, a do radia przychodzą popatrzeć na „ruską” żonę, którą redaktor przywiózł sobie do Kanady. Irek czuje się tu u siebie. Przybył do Winnipegu 25 lat temu. Wyjechał najpierw do Niemiec, a potem do Kanady. Tu założył firmę, potem zaczął pracę jako kontroler jakości w fabryce autobusów MCI. Od prawie 20 lat społecznie prowadzi polskie radio, od wielu lat jest zaangażowany w działalność Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół Winnipeg, prowadził MONITOR POLONIJNY


drużynę piłkarską, organizuje występy, relacjonuje w radiu wydarzenia, jest stale wśród ludzi. To, z jakim ciepłem i sympatią przyjęli nas z synem jego znajomi i przyjaciele, przerosło moje oczekiwania. Straciłam rachubę zaproszeń na obiady, prywatki, spotkania bardziej i mniej formalne. Dziesiątki, setki nowych twarzy do zapamiętania, ale to było przyjemne zadanie. Teraz prowadzę lekcje w sobotniej polskiej szkole, tłumaczę wiadomości do tygodnika „Czas-Związkowiec”, pomagam Irkowi w radiu, trzy razy tygodniowo chodzę z córką na angielski do szkoły. Jestem zajęta, szczęśliwa, mam dom, rodzinę, przyjaciół. Latem zeszłego roku udało się nam polecieć do Wilna. Ledwo znaleźliśmy się na płycie wileńskiego lotniska, a już rozległa się muzyka: „To Wilno, znad Wilii bystrych fal…”. Tak witał nas szwagier Ryszard Bryżys, znany wileński muzyk, z akordeonem, a cała rodzina z kwiatami… Radość nie do opisania. Nie mogłam się Wilnem nacieszyć – krążyłam ulicami bez celu i sensu, odwiedzałam wszystkich bez zapowiedzi i zaproszenia. Mój mąż pokochał Wilno od pierwszego wejrzenia. On, szczeciniak, był przekonany, że za Białymstokiem kończy się świat, a tym bardziej Polska. Teraz, gdyby warunki na to pozwoliły, spakowałby wszystko i przeniósł się do Wilna. Tamtego lata, podczas pobytu na Litwie, pewnego wieczora jechałam do koleżanki, by odwiedzić ją w nowym domu pod Wilnem. Mijałam swojskie wioseczki, a moja dusza utęskniona, jak u wieszcza, wyrywała się do tych pagórków leśnych, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, i zalewałam się łzami. Dlaczego właśnie dla mnie zabrakło miejsca na tej ziemi, za którą tak tęsknię, która jest jak zdrowie? Wierzę jednak, że kiedyś tu wrócę i już nie wyjadę. I tak marzę wspólnie z moimi wileńskimi ciotkami z Nowego Jorku, pracującymi dla słynnego domu mody na Manhattanie, o powrocie, o pozostawionej na Litwie rodzinie, o rodzinnym domu na wzgórzu, o bocianach, kozach i gęsiach... SABINA GIEŁWANOWSKA-LEMANS, KANADA MARZEC 2014

Idziemy do teatru K

ilka tygodni temu razem z Helenką, babcią i dziadkiem wybraliśmy się na przedstawienie do teatru. Moja młodsza siostra bardzo przeżywała to, co działo się na scenie. Chwilami nie mogła usiedzieć na miejscu i babcia kilkakrotnie musiała ją trzymać, by nie wskoczyła na scenę. Szczególnie wtedy, gdy aktorzy śpiewali wesołe piosenki. Po powrocie do domu Hesia z ogromnym entuzjazmem opowiadała o tym, co zobaczyła w teatrze, czyli historię Czerwonego Kapturka, babci, przebiegłego wilka oraz gajowego. Była nadal bardzo przejęta. Nasza mama przyznała, że dobra sztuka potrafi wyzwalać w widzach ogromne emocje. Opowiedziała też co nieco o historii teatru. Czy wiecie, że pierwsze przedstawienia miały miejsce w starożytnej Grecji w VI w. p.n.e.? Związane były z obchodami święta ku czci boga Dionizosa i odbywały się w amfiteatrach na świeżym powietrzu. Na początku aktorami byli wyłącznie mężczyźni. Występowali w kostiumach, maskach i specjalnych drewnianych butach, zwanych koturnami. Takie buty potrafiły być naprawdę bardzo, bardzo wysokie, czasami mierzyły nawet 70 cm! Aktorom zawsze towarzyszył chór, który także składał się z samych mężczyzn.

W czasach, gdy na świecie żyło jeszcze wielu królów, książąt i rycerzy, popularne były teatry wędrowne. Aktorzy podróżowali wozami po miastach i występowali na głównych placach, przyciągając liczne rzesze widzów. W XVI w. teatry przeniosły się do budynków. Najbardziej znanym teatrem w Anglii był teatr „Globe”, a najbardziej popularny autor sztuk to William Shakespeare, który zajmował się także aktorstwem. Wraz ze swoją trupą teatralną (tj. zespołem aktorów) występował na dworze królowej Elżbiety I. Obecne teatry są bardzo różnorodne. Tradycyjne mieszczą się w budynkach, w których aktorzy (zarówno kobiety, jak mężczyźni) występują na scenie, ale popularne są także teatry uliczne. Wyjątkowym rodzajem teatru jest opera, gdzie aktorzy śpiewają swoje kwestie, natomiast pantomima to przedstawienie bez słów. Są też teatry lalkowe, przeznaczone specjalne dla dzieci. Międzynarodowy Dzień Teatru przypada 27 marca. Myślę, że to dobry pretekst, by wraz z rodzicami, dziadkami czy przyjaciółmi wybrać się na jakiś spektakl teatralny. BEATA OŚWIĘCIMSKA I SONIA PACZEŚNIAK

31


Marzec to pod względem kulinarnym trudny miesiąc. Nowalijki już są, ale odkąd doczepiono im etykietę niezdrowych, jakoś nie

smakują jak dawniej. Cóż robić? Pozostaje wyszperać ze spiżarni resztki z ubiegłego sezonu i przeczekać niekorzystny okres. Ale głodni chodzić nie będziemy! Są jeszcze jabłka, orzechy, dżemy, a z nich można przyrządzić coś naprawdę smacznego.

Pani Maria Mochňacká z Preszowa zechciała się podzielić z czytelnikami „Piekarnika” swoim przepisem na ciasto, które nazwała sękaczem. I choć w Polsce pod tą nazwą kryje się zupełnie inny wypiek, to ten z pewnością smakuje równie wykwintnie.

Pleśniak - Sękacz Składniki • 1 kostka palmy • 2 łyżki smalcu • 1/2 kg mąki • 2 łyżki cukru • olejek rumowy • 4 jajka – żółtka wykorzystujemy do ciasta, białka odkładamy na później

• kakao – około 2 łyżek • 1 kg jabłek • 2 łyżki cynamonu • 2 łyżki cukru do posypania jabłek • 20 dag obranych orzechów włoskich • 2/3 szklanki cukru (do przygotowania piany z białek)

Sposób przyrządzania Palmę, smalec, mąkę i cukier wraz z olejkiem rumowym wymieszać, posiekać nożem i zagnieść z nich ciasto. Ciasto podzielić na trzy części. Do jednej z nich dodać kakao.

Przygotować formę do ciasta. Obłożyć ją papierem i dokładnie wylepić jedną porcją ciasta – na dnie i po bokach. Następnie zetrzeć na tarce obrane jabłka i włożyć je do wylepionej formy. Posypać cynamonem, cukrem i posiekanymi orzechami. Na to zetrzeć ciemną część ciasta. Białka ubić na sztywno, pod koniec dodając cukier. Wylać pianę na ciemne ciasto, a na wierzch zetrzeć ostatnią, jasną warstwę ciasta. Piec około 40-50 minut w temperaturze 180 stopni. Gdy ciasto ostygnie, można je polać czekoladą.

Przepis pani Marii bardzo przypomina popularny w Polsce pleśniak, w którym oprócz jabłek wykorzystuje się dowolne owoce sezonowe lub gęsty dżem. Czekoladą się go jednak nie polewa, co przed wiosną może mieć duże znaczenie dla naszej figury... AGATA BEDNARCZYK


Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.