Page 1

nasze miejsca spotkań portret

Maria Lorentowicz-Zagalak

Balans duszy i ciała str. 8-10

wrzesień 2014


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Teksty: Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl

Bez lukru Wybierając tematy artykułów do Miast Kobiet, zawsze staramy się, by były różnorodne. Jest coś o modzie, urodzie, sporcie, a przede wszystkim o kobietach z naszego regionu, które robią coś z pasją. W każdym wydaniu staramy się poruszyć też temat tabu. Coś, o czym niewygodnie się mówi, czego w powierzchownych towarzyskich rozmowach lepiej nie poruszać, by nie zepsuć cukierkowej atmosfery. Podejrzewam, że jest wśród Was grupa Czytelników, która takie artykuły omija. Bo po co rozmyślać, o czymś nieprzyjemnym? Po co nerwy, bo nie zgadzam się z autorem? Co mnie w ogóle obchodzą problemy matek, chorych na raka, rozwiedzionych, kobiet, które czują się dyskryminowane? I wreszcie - tu nawiązuję do aktualnego wydania - po co epatować nieszczęściem publikując rozmowę z córką morderczyni (str. 16-18)? A jednak jest wśród Was także grupa osób, która właśnie od takich tekstów zaczyna lekturę magazynów. Ciągnie nas do zaglądania w dusze innych ludzi, grzebania w ich niezagojonych nigdy ranach. Ciągnie nas z ciekawości, wścibskiego zamiłowania do podglądania. Lubimy pocieszać się, że inni mają gorzej niż my, choć otwarcie nikt z nas tego nie przyzna. Wierzę jednak, być może naiwnie, że nie tylko z tych powodów lubimy kontrowersje. Myślę, że pewna część z Was przeczyta wywiad z córką morderczyni nie tylko dlatego, że jest głodna sensacji, ale dlatego, że ciekawi ją życie w całej swojej okazałości. Wraz ze swoim bólem i brudem. Bez lukru. Z tą ciemną stroną, która w jakimś sensie i nas dotyczy.

Jacek Kowalski j.kowalski@expressmedia.pl Lena Kałużna Zdjęcie na okładce: Jacek Kutyba www.kutyba.com Projekt: Iwona Cenkier i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak i.koszanska@expressmedia.pl Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl

Piszcie do nas na adres miastakobiet@expressmedia.pl Autorów najciekawszych listów nagrodzimy. ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

EMILIA IWANCIW, redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET” „Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


STYLIZACJA: Milena Maroszek, MODELKA: Ania, FOTOGRAFIE: Tomasz Czachorowski

Ania YOU ROCK!

Kiedy poznałam naszą klientkę, tylko jedno określenie nasuwało się na myśl - that girl rocks! Trudno dosłownie przetłumaczyć to wyrażenie, ale w przypadku tej dziewczyny nie można użyć tylko jednego słowa, by ją opisać. Wokalistka kapeli rockowej „Arytmia”, szalona, pełna pomysłów i pozytywnej energii. Zaraża uśmiechem i nie potrafi usiedzieć w miejscu. Przedstawiamy Panią Anię. Na co dzień preferuje nieco bardziej drapieżne stylizacje, mimo to zaufała nam i dała się przekonać do małej zmiany wizerunku. Szpilki, kwiatowa spódnica w pastelowych kolorach, zwiewny delikatny biały top, w komplecie z mocniejszymi akcentami w postaci biżuterii, czerwonej torebki, kapelusza i cudownego uśmiechu Pani Ani, stanowią zestaw idealny. Wracając zatem do początku tego tekstu, pozwolimy sobie uzupełnić pierwszy akapit: „That girl rocks” oznacza „Ta dziewczyna jest super!”

Milena Maroszek, stylistka Galerii Pomorskiej Jest zawsze na czasie z modowymi nowinkami!

1

2 3

4 5 7

9 sprawdź również: 1. Sukienka Quiosque 169,99 2. Płaszcz Quiosque 399,99 3. Naszyjnik Quiosque 39,99 4. Spódnica Mohito 149,99 5. Koszula Mohito 89,99 6. Sweter Reserved 129,99 7. Spodnie Reserved 129,99 8. Bluzka Cubus 99,00 9. Buty Reserved 329,99

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką w Galerii Pomorskiej BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ. Wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

Bluzka Kappahl 99,90 Spódnica Mohito 119,90 Buty Venezia 339,00 Płaszcz Promod 299,00 Kapelusz Promod 89,00 Torba Ochnik 499,90 Kolczyki Six 19,90 Bransoletka Tatuum 39,99 Korale Tatuum 69,99

1291214BDBHA

8

6

miasta kobiet

wrzesień 2014

3


Dres jest wdzięcznym materiałem do szycia. Śmieję się, że radzi on sobie dobrze w naszym społeczeństwie od wielu lat. Pojawia się pod różnymi postaciami i zawsze znajdzie swoich fanów. Z Natalią Gniadek*, właścicielką marki NANI, rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomek Czachorowski, NANI Ubrania swojej marki opisujesz po wojskowemu. Po prostu „Nosi się przyjemnie”. Tak, bo ja do wylewnych nie należę (śmiech). Poza tym to zdanie najlepiej opisuje to, co chcę oferować klientkom. Od samego początku stawiam na dobrej jakości materiały, wybieram najlepszą, polską bawełnę i dzianinę. Kiedyś, chodząc po butikach irytowałam się, że za coś tak niskiej jakości trzeba zapłacić tyle pieniędzy. I tak zaczęło się moje projektowanie. Postanowiłaś przekuć irytację we własny biznes? Można tak powiedzieć. Od zawsze zwracałam uwagę na materiał, z którego wykonany jest ciuch. Denerwowałam się dotykając, na przykład bluzki, która na pierwszy rzut oka jest bawełniana, a tak naprawdę to bawełny w niej nie uraczysz. Wiemy, z czym się to wiąże. Jest upał, a ta tkanina wcale nie oddycha, jest nieprzyjemna dla ciała. Potem kolejny dylemat „Czy jak to wrzucę do pralki, to coś z tej bluzki jeszcze zostanie?”. A ja chcę, żeby ubrania były trwałe i dobrze wykończone. Przyglądam się ubraniom na wieszakach i widzę, że poszłaś w dres. I tak, i nie. Dres jest wdzięcznym materiałem do szycia i bardzo dobrze się przyjął. Zresztą śmieję się, że radzi on sobie dobrze w naszym społeczeństwie od wielu lat. Pojawia się pod różnymi postaciami i zawsze znajdzie swoich

4

miasta kobiet

wrzesień 2014

fanów. To, co wisi na wieszakach, w większości nie jest wykonane z dresu, a z cieńszej bawełny stylizowanej na dres. Szykując kolekcję jesień-zima wzięłam tylko jedną belkę dresu, a reszta to zupełnie inne tkaniny. To dlatego, że dres Ci się znudził? Nie, ja po prostu lubię łączyć materiały. Preferuję proste kroje, ale z oryginalnymi detalami, które - mimo że bywają drobne - przykuwają uwagę. Uszyłam T-shirt z kontrastową kieszonką. Zamiast tkaniny w kropki lub paski, których nie trawię, wybrałam taką w słodkie babeczki. Jasne, że nie każdy założy na siebie coś takiego, ale np. nasze koszulki ze znakami zapytania, czy wykrzyknikami sprzedają się bardzo dobrze. Przyznam, że nie jest dziś łatwo wymyślić coś niepowtarzalnego, bo każdy, kto chce szyć, ma dostęp do wszystkiego. No i mamy wysyp projektantów… To prawda. Technika tak poszła do przodu, że dziś każdy projektuje, każdy robi zdjęcia, każdy nagrywa filmy, każdy jest grafikiem… Wierzę, że czas to zweryfikuje i na rynku zostaną marki ubraniowe, które stawiają na jakość i wygodę zarazem. Jesteś młodą mamą. Zauważam, że wiele dziewczyn właśnie po urodzeniu dziecka znajduje w sobie odwagę do otwierania własnego biznesu.

Tak i u mnie też tak było. Długo szukałam pracy. Był problem, bo w domu małe dzieci, bo miałam przerwę na ich wychowanie, bo przez to wypadłam z rynku… W końcu na rozmowach przestałam przyznawać się, że jestem mamą. I co wtedy? Wtedy zaczęły pojawiać się pytania, czy czasem nie planuję zajść w ciążę w najbliższym czasie. Ale po czterech latach wiedziałam, że już czas wyjść z domu, kończyć to „przedszkole”. To tak dla zdrowia psychicznego zarówno swojego, jak i dzieci. Co robiłaś w epoce przed NANI? Różne rzeczy. Między innymi pracowałam w firmie budowlanej, zajmowałam się sprzedażą. Niestety zostałam zwolniona z winy pracodawcy. To był dobry impuls. Okazało się, że w regionie jest dużo fajnych programów, wspierających osoby właśnie w takiej sytuacji, w jakiej ja się znalazłam. Napisałam biznesplan, pogłówkowałam i udało mi się zdobyć dotację. Maszyna ruszyła. Od razu pomyślałaś o projektowaniu ubrań? Tak. W głowie świtała mi jeszcze myśl o założeniu szkoły jogi, bo dość długo się tym zajmowałam. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu, bo nasz rynek jest już takimi szkołami przesycony. Ciągnęło mnie do mody. Pracowałam dla kilku firm odzieżowych jako visual merchandiser, jeździłam na szkolenia do Madrytu. To mnie kręciło. Tak urodziła się marka NANI.


12614T4JBA


Moje sukienki, mimo że są dosyć luźne, mają zaszewki, które modelują sylwetkę. Nie wygląda się w nich jak w worku. To trochę taka odpowiedź na modę oversize. NATALIA GNIADEK PROJEKTANTKA

A dziś spotykamy się w Twoim pięknym, nowo otwartym atelier. Dla początkującej projektantki to chyba spełnienie marzeń? Atelier… Jak to ładnie brzmi! Takie miejsce identyfikowane z marką to coś świetnego. Bardzo dobrze się tu czuję. Sama decydowałam o każdym szczególe, bo urządzanie wnętrz to moja kolejna pasja. Nie chciałam, aby to pomieszczenie było tylko pracownią zastawioną maszynami i manekinami. Tu klientka może obejrzeć ubrania, przymierzyć, porozmawiać, wypić kawę. Obok tych wygodnych ciuszków, NANI oferuje tiulowe spódniczki. Przypominają mi one Carrie z „Seksu w wielkim mieście”. Zaprojektowałam je wiedząc, że taka spódniczka to marzenie chyba każdej małej dziewczynki. Marzenie, często niespełnione. Czemu by nie zrealizować go będąc już dorosłą kobietą? Te spódniczki baletnicy pasują zarówno do trampek, jak i do szpilek. Panie, które je widzą, uśmiechają się z sentymentem. Moja córka nosi teraz takie spódniczki i prosi mnie, żebyśmy ubrały się tak samo (śmiech). Ile lat mają kobiety, które wybierają ubrania NANI? To z reguły panie mające od około 30 do 45 lat, ceniące jakość i swobodę. NANI to nie są ubrania do biura, w którym obowiązuje ścisły dress code. Za to grono osób wybiera je z myślą o wyjeździe, czy popołudniowych spotkaniach z przyjaciółmi. Moje sukienki, mimo że są dosyć luźne, mają zaszewki, które modelują sylwetkę. Nie wygląda się w nich jak w worku. To trochę taka odpowiedź na modę oversize, bo moim zdaniem w tego typu ubraniach dobrze wyglądają tylko dziewczyny o idealnych figurach. Osoba, która ma więcej ciałka i tak w oversize będzie wyglądać na dużą, a na tej za chudej będzie to wisieć.

6

miasta kobiet

wrzesień 2014


jej pasja Twoje klientki to kobiety z naszego regionu? Zdecydowanie więcej zamówień dociera do mnie z innych miast. Nasz lokalny rynek jest trudny do przetrawienia, słyszałam o tym od wielu osób. Nie wiem, z czego to wynika. Internet pozwala jednak docierać znacznie dalej, więc nie wpadam w depresję. Na razie idzie mi dobrze.

A co wybrałaś zamiast medycyny? Rolnictwo na UTP… No to trafiła mi się kolejna projektantka po rolnictwie. W zeszłym numerze „Miast Kobiet” rozmawialiśmy z Kopą. Płodny ten kierunek! Bo podobnie jak Kopa., idąc na ten kierunek, nastawiałam się na naukę kształtowania środowiska i projektowania ogrodów. Tymczasem okazało się, że kroczymy twardym torem rolnictwa. Jak pan na uprawie roślin zapytał, ile osób jest ze wsi i ma gospodarstwo, to trochę się zdziwił, jak zobaczył jedną podniesioną rękę. To były trudne studia, więc jak przebrnęłam przez dwa lata, to żal było to rzucić. W międzyczasie wzięłam rok dziekanki, trochę włóczyłam się po świecie. Pracowałam w Londynie, skąd miałam dobry punkt wyskokowy. Zaliczyłam też trzymiesięczne praktyki w Holandii.

Projektując ubrania myślisz o sobie, o tym, co sama byś założyła? Staram się tego nie robić, bo mam swój, dość zamknięty styl. Gdybym kierowała się tylko tą kategorią, to utknęłabym w modzie dla bardzo wąskiego grona osób. Bo widzisz, ja nie lubię wielu rzeczy, które są modne, jak wspomniane kropki i paski. Lubię za to szarości, biele i granaty, ale pamiętam, żeby w kolekcjach zrobić też miejsce dla koloru. Jadąc teraz po materiały zabrałam koleżanki, żebym czasem nie wróciła z belami tkanin, kupionych tylko pod mój gust (śmiech).

Czym się tam zajmowałaś? Trafiłam do świetnego miejsca. To była stara szklarnia, gdzie uprawiano aloes. Mieli ją zmodernizować, ale ta nowoczesność nie dała rady tam dotrzeć. Coś w kącie odpadało, coś się psuło, a przez to zawsze miałam co robić. Dziennie pokonywałam na rowerze 10 kilometrów, żeby posprzątać po paprociach czy przygotować dostawę do Ikei, ale to było genialne. Te wszystkie doświadczenia, mimo że niezwiązane z tym, co się później robi w życiu, kształtują człowieka.

Gdzie nauczyłaś się szyć? Tak naprawdę, to wciąż się uczę. Pod okiem krawcowej zrobiłam kurs szycia. Kiedyś prawie w każdym domu była maszyna, więc odkąd pamiętam, coś tam dziergałam. Jak z czymś sobie nie radzę, to szukam pomocy, ale nie jest to łatwe. Nie zdawałam sobie sprawy, że obecnie tak trudno jest znaleźć krawcową, która szyje ubrania. Większość oferuje tylko przeróbki, bo najzwyczajniej ludzie już nie zamawiają u krawcowej bluzki, czy sukienki. Łatwiej iść do galerii handlowej i mieć coś od razu. Krawcowe, które potrafią szyć od A do Z, są w Bydgoszczy na wagę złota i trzeba się do nich ustawić w długiej kolejce. Kim chciała zostać mała Natalia? Lekarką ratującą dzieci w Afryce (śmiech). Życie weryfikuje nasze marzenia, ale nie żałuję niczego. Jestem na fajnym etapie, mam świetną rodzinę, superdzieciaki, które są już podchowane. Mogę zająć się sobą, tym, co kiełkowało w mojej głowie.

E

K

L

A

M

A

1335614BDBHA

R

*Natalia Gniadek Rocznik 1984. Urodziła się Gdańsku. Od 10 roku życia mieszka w Bydgoszczy. W tym roku założyła markę odzieżową NANI. Jej pracowania mieści się przy ulicy Zamoyskiego. Ma dwie córeczki - Nadię i Ninę.


kobieta przedsiębiorcza

Balans duszy i ciała Kiedy na pytanie taty: „Co o tym myślisz?”, odpowiadałam „Nie wiem”, tata powtarzał, że to źle, bo powinnam mieć swoje zdanie. Z Marią Lorentowicz-Zagalak* rozmawia Emilia Iwanciw

Podczas wywiadów z kobietami i mężczyznami zauważam pewną różnicę. Kobiety chętniej opowiadają o sukcesach. Jak Pani myśli, z czego to wynika? Może z tego, że do niedawna sukces był naturalnie kojarzony z mężczyznami? Przecież jeszcze wcale nie tak dawno kobiety nie miały nawet prawa głosu. Może chcą pokazać innym kobietom, że sukces zawodowy, czy polityczny, taki sukces odniesiony poza domowymi pieleszami jest możliwy i warto po niego sięgnąć, przełamując stereotypy. W zawodzie stomatologa kobietom trudno osiągnąć sukces? W moim zawodzie kobiety nie muszą udowadniać na każdym kroku swoich kompetencji, bo jest to zawód sfeminizowany. Powiem pani jednak, że kobieta niezależnie od zawodu i jego postrzegania, moim zdaniem ma utrudnioną drogę do tak zwanego sukcesu. Bo? Bo kiedy zostaje matką jej świat staje na głowie. Ja naprawdę bardzo starałam się, po urodzeniu dzieci, pozostać tak samo aktywna zawodowo, jak byłam przed ich narodzinami. Wstawałam wcześnie rano, robiłam śniadania, zawoziłam dzieci do przedszkola, jechałam na uczelnię, na której pracowałam. Wychodziłam stamtąd o 15.30 i wtedy odbierałam dzieci, wiozłam do domu, w którym czekała opiekunka. Około godziny 16.00 byłam już w gabinecie i przyjmowałam

8

miasta kobiet

wrzesień 2014


kobieta przedsiębiorcza

Marzyłam, by zostać aktorką. Do dziś jest we mnie taka artystyczna część osobowości, która czasem wygląda na światło dzienne. Zauważyłam, że często osoby, które mają poukładany, proceduralny zawód, taki jak mój, tęsknią za czymś kreatywnym. MARIA LORENTOWICZ-ZAGALAK

pacjentów do 20.30. W międzyczasie robiłam też zakupy, a po powrocie kolację dla całej rodziny. Mąż nie pomagał? Pomagał. Dużo pracował, na uczelni i w gabinecie. Pomagał, ile mógł. Poczytał dzieciom bajki, zrobił zakupy. Wie pani, ja sądzę, że to kobieta jest taką organizatorką, wiecznie krzątającą się, w większości domów. Pamiętam taką scenę pewnego dnia, po powrocie z pracy. Córka mówi: „Mamusiu, chciałabym, żebyś mi zrobiła kolację”. Ja na to: „Tatuś niech ci zrobi”. A córka odpowiada: „Tatuś nie, bo tatuś wrócił z pracy i jest zmęczony”. A przecież oboje pracowaliśmy wtedy tak samo ciężko. Mimo to widać, że w świadomości dziecka utarło się, że mama jest od robienia kolacji, a tatuś ma prawo być zmęczony. Mimo trudności z pogodzeniem ról, nie zrezygnowała Pani z pracy i nie poświęciła się bez reszty dzieciom... Nie, bo dla mnie kobieta, aby być spełniona, musi mieć i pracę, i dzieci, i męża, i jeszcze czas na jakieś hobby. To fakt, że organizacja domu jest na mojej głowie. Paradoksalnie, to dla mnie wygodne, bo gdy mąż wyjeżdża służbowo na dwa dni, mój świat się nie wali. Mam wszystko tak poukładane, że jak go nie ma, codzienne życie idzie swoim torem.

ZDJĘCIE: Jacek Kutyba

Nie uważa Pani, że bierze na siebie zbyt wiele? Nie. Mnie taka samodzielność odpowiada. Myślę, a nawet jestem pewna, że mój mąż też by nie chciał żony niedorajdy. W jakimś sensie imponuje mu to, że potrafię pogodzić rolę zawodową z rolą żony i matki. Oczywiście, z niektórych zawodowych aktywności musiałam zrezygnować. Początkowo próbowałam pogodzić wychowanie dzieci i pracę na dwa etaty - na uczelni i w gabinecie. Szybko jednak okazało się to niemożliwe i choć zrobiłam doktorat, to wybrałam gabinet. Jestem ciekawa, w jaki sposób u Pani podejmowane są decyzje w domu. Kto rządzi? To proporcja 40 na 60. Przy czym 60 jest męża. Mnie taki układ odpowiada, kiedy mężczyzna jest zdecydowany, odpowiedzialny, umie podejmować decyzje. Mąż jest dla mnie autorytetem, podziwiam go za wiele rzeczy. Mogę liczyć na jego pomoc, ale jednocześnie wiem, że mogę być wolna od pewnych spraw i wyborów, bo on to na pewno dobrze załatwi. Powiem pani, że większość kobiet preferuje w głębi duszy taką proporcję, choć się do tego nie przyzna. Mężczyzna musi kobiecie imponować, a ta męskość często tkwi w jego zdecydowaniu i odpowiedzialności. Jednak nie wyobrażam sobie, aby mąż decydował o wszystkim w 80 procentach.

Czułaby się Pani ubezwłasnowolniona? Może nie aż tak, to za mocne słowo. Ale na pewno nie byłoby to komfortowe. Miałam taką sąsiadkę, która nie pracowała. Codziennie przychodziła do męża po 30 zł. Wychowywała syna, żyła sobie spokojnym rytmem. Wydaje się, że taka osoba ma o wiele mniej stresów. Tak jednak do końca nie jest. Wyciąganie ręki po pieniądze, branie odpowiedzialności za zakupy za nie swoje pieniądze, to też jest stres. Kiedy ja wydaję oszczędności na ekspres do kawy, to nie muszę się martwić, że kiedy okaże się kiepski, będę miała wyrzuty sumienia, bo źle ulokowałam zarobki męża. Chcę mieć ekspres, to kupuję, a jak się okaże kiepski, to trudno. Chciałam, zarobiłam, kupiłam, moja decyzja. Wychodzę z założenia, że każdy potrzebuje mieć swój obszar wolności. Coś, co jest tylko jego. Pieniądze to władza. W większości związków ten, kto zarabia, ma jej więcej. Dodałabym jeszcze, że pieniądze to wolność. Swoboda decyzji. Dla kobiety to bardzo ważna kwestia, żeby nie musiała być z mężem, który jej na przykład nie szanuje. Ja jestem z moim mężem dlatego, że chcę, nie dlatego, że muszę. Każda z nas powinna mieć taką możliwość wyboru. Czy sprzecza się Pani z mężem? Oczywiście. Jak każda para. Jednak szybko dochodzimy do porozumienia. To wcale nie jest takie popularne, bo w naszym zawodzie, jak i w wielu innych, często dochodzi do kłótni i rozwodów. Jak prześledzi pani statystyki małżeństw lekarka-lekarz, okaże się, że wiele się rozpada. Pierwsze małżeństwa lekarzy są z innymi lekarzami. Drugie to już lekarz-pielęgniarka. Powodem rozpadu pierwszych związków jest rywalizacja. My też się tego obawialiśmy, dlatego podzieliliśmy się kompetencjami. Ja zajmuję się endodoncją i protetyką, a mąż chirurgią. Nie ścigamy się i nie rywalizujemy, kto lepszy. Brzmi to aż zbyt idealnie. Proszę nie myśleć, że jest idealnie, ale pracujemy nad tym, aby tak było. Szanujemy się. Miewaliśmy ciche dni. Na pewno pomaga nam to, że oprócz wspólnego życia, każde z nas ma swoje własne pozarodzinne i pozazawodowe sprawy. Ja na przykład jeżdżę na rolkach, fotografuję, spotykam się z koleżankami. Nasze dzieci też już zaczynają mieć własną przestrzeń. Ewa ma już 13 lat, Alex 9. Moja babcia zawsze powtarzała, że dzieci chowamy dla innych, nie dla siebie. Dlatego nie ma co rezygnować z siebie. Kobiety, które całkowicie skupiają się na rodzinie, cierpią potem z powodu syndromu pustego gniazda… Czym jest dla Pani spełnienie? miasta kobiet

wrzesień 2014

9


kobieta przedsiębiorcza

Ma Pani 42 lata. Moje koleżanki, które są w Pani wieku mówią, że kobieta po 40 przestaje się przejmować wieloma rzeczami, porzuca kompleksy, umie lepiej cieszyć się z każdej chwili. Też tak Pani czuje? Zdecydowanie tak. Przestałam martwić się na zapas, rozmyślać o drobiazgach. To fakt. Uwierzyłam w siebie. Przełomowe było dla mnie pod tym względem spotkanie z trenerem biznesu Aleksem Barszczewskim podczas „Charmsów Biznesu”. Przekonał mnie, że nie wolno bać się zmian. Każda próba zmiany jest wartością, nawet jeśli mamy robić trzy kroki naprzód i dwa do tyłu. Wstąpiłam do oddziału BNI Eagles w Bydgoszczy. Dzięki temu zrozumiałam też, że jestem nie tylko lekarką, ale też bizneswoman. Po kilku miesiącach zaproponowano mi wstąpienie do Kujawsko-Pomorskiej Organizacji Pracodawców Lewiatan. W ramach klastra medycznego Lewiatana jadę do Szwecji, by rozwinąć turystykę medyczną. Zamierzam przyciągnąć do naszego regionu więcej obcokrajowców, którzy będą tutaj się leczyć. Oprócz pomocy medycznej, będziemy też zapewniać im noclegi, transport, wyżywienie, zwiedzanie… Obudziła się w Pani żyłka do interesów. O tak. Mam cel. Chcę nieustannie rozwijać naszą klinikę. To moje pierwsze wyzwanie. Drugie, równie ważne, to zadbać o wykształcenie dzieci. Skąd u Pani ta ambicja i determinacja? Myślę, że wyssałam ją z mlekiem matki. Pamiętam taką scenę z czasów, kiedy byłam małą dziewczynką. Mieszkaliśmy na budującym się osiedlu. Zewsząd dochodził hałas. Otwieram drzwi do łazienki, a tam w wannie, na kołdrze, siedzi moja mama z podręcznikiem do okulistyki. Uczyła się do egzaminów specjalizacyjnych. Chowała się w łazience, bo tylko tam miała ciszę i skupienie. Mama była zawsze bardzo zdeterminowana. Jest lekarką, okulistką, wiele lat była ordynatorem w żnińskim szpitalu, jedyną kobietą wśród szefów oddziałów. Ciężko na to pracowała. Musiała na każdym kroku udowadniać, że jest lepsza od mężczyzn. Nigdy jednak nie stała się mężczyzną w spódnicy. Mimo tej walki, zachowała w sobie kobiecy pierwiastek. Taka matka musiała być wobec córki bardzo wymagająca.

10

miasta kobiet

wrzesień 2014

Była. Do dziś trudno jej czymś zaimponować. Gdybym zadzwoniła do niej i powiedziała, że upiekłam pyszny placek z jagodami, powiedziałaby: „Ach, to OK”. A gdybym zadzwoniła powiedzieć jej, że będzie ze mną wywiad w gazecie, to z pewnością by powiedziała „Wow!”. Podejrzewam, że w Pani domu nie było tradycyjnego dla tamtych czasów podziału ról. To fakt. Mama pięła się po szczeblach lekarskiej kariery. Tata siłą rzeczy musiał bardziej zaangażować się w dom. To, o czym teraz się mówi, o tej wielkiej przemianie mężczyzn, chodzących na urlopy tacierzyńskie i prowadzących dom, ja znam z autopsji. Z czasów, kiedy wcale się o tym nie mówiło, a sporo było takich domów. Mam z tatą wspaniały kontakt. Od niego nauczyłam się cieszyć dniem dzisiejszym. Mama rządziła w domu? Próbowała. Jak ktoś rządzi w pracy, zaczyna też ustawiać wszystko w domu. To normalne. Mama też miała takie zapędy. Tata wtedy mówił: „Halusiu, to jest dom, a nie oddział”, i trochę mamę stopował. Mogę chyba jednak spokojnie powiedzieć, że w moim domu panowało równouprawnienie. Tata nie był pod pantoflem, umiał powiedzieć „nie” i mama to szanowała. W moim domu w ogóle każdy miał prawo mieć własną opinię. Kiedy na pytanie taty: „Co o tym myślisz?”, odpowiadałam: „Nie wiem”, tata powtarzał, że to źle, bo powinnam mieć swoje zdanie. W czym się przejawiał u Pani okres nastoletniego buntu? Może w tym, że przez jakiś czas chciałam być fotoreporterką wojenną? Był też taki okres, kiedy chodziłam po górach, w dość niebezpieczne miejsca i spałam w jaskiniach. Potem był alternatywny teatr w Żninie. Marzyłam, by zostać aktorką. Do dziś jest we mnie taka artystyczna część osobowości, która czasem wygląda na światło dzienne. Zauważyłam, że często osoby, które mają poukładany, proceduralny zawód, taki jak mój, tęsknią za czymś kreatywnym. Stąd pewnie u mnie różne próby rozbudzenia w sobie pasji: nauka gry na flecie, warsztaty fotograficzne, podróże. Mąż się śmieje, że często zaczynam coś robić, zapisuję się na zajęcia, ale tego nie kończę. Ja na to patrzę inaczej. Dla mnie wartością jest samo poszukiwanie siebie w takich artystycznych aktywnościach. Umie Pani się w siebie wsłuchać. Mam wrażenie, że ma Pani wszystko gdzieś tam w sobie przepracowane i poukładane w odpowiednich szufladach: przeszłość i przyszłość. Coś w tym jest. Po 40 zrobiłam sobie takie małe podsumowanie…

Co by Pani, ze swojej perspektywy kobiety dojrzałej, spełnionej, doświadczonej, poradziła innym kobietom? Żeby się nie załamywały, kiedy na świat przyjdą dzieci. Żeby wytrzymały ten trudny czas i najpóźniej po 3 latach w domu, wracały do pracy. Jeśli kobiety będą pracować, partnerzy będą je bardziej szanować. Staną się też inspiracją dla dzieci. Większość dzieci nie chce, by mama wracała do pracy. Wolą mieć ją przy sobie. Tylko na początku tak jest. Moja córka z początku nie chciała chodzić do przedszkola. Pewnego dnia przez cały poranek prosiła, bym nie szła do pracy, bo ona chce pójść ze mną po spineczki do włosów. W końcu mówię: „Dobrze, to nie pójdę do pracy, skoro tak bardzo ci na tym zależy”. Po chwili dodałam: „Musisz wiedzieć, że skoro nie poszłam do pracy, to nie będziemy mogły pójść po nowe spineczki, bo mama nie będzie mieć na nie pieniążków”. Córka zdziwiła się, zastanowiła i poszła do przedszkola. Od tego czasu już nie próbowała zatrzymać Pani przy sobie? Myślę, że sporo zrozumiała. To naturalne, że dzieci chcą nas mieć dla siebie. I są momenty, w których bardzo nas potrzebują, musimy być wtedy dla nich. Nie możemy jednak dać się zwariować. Wbrew pozorom większość kobiet jest bardziej zmęczona i gorzej zorganizowana, kiedy zostaje z dziećmi w domu. Kobiety, które decydują się podjąć wyzwanie i godzić obie role, stają się silniejsze i czują się bardziej spełnione. Oczywiście, na pewno nie działa to w każdym przypadku, ale myślę, że w większości tak to właśnie jest.

*dr n. med. Maria LorentowiczZagalak Lekarz stomatolog. Współwłaścicielka Kliniki Stomatologicznej Zagalak www.zagalak.pl

1116414BDBHA

Hmmm… Balans ducha i ciała. Życie w zgodzie ze sobą. W harmonii. To też samorealizacja i rozwój. Do całkowitego poczucia spełnienia potrzebne jest jeszcze człowiekowi pomaganie innym. Poczucie, że robi się coś dobrego bezinteresownie. Kiedy poczułam taką potrzebę, zaczęłam pomagać dzieciom niepełnosprawnym, które wychowują siostry zakonne w Chełmnie.


812514TRTHA

811914TRTHA


2

20% RABATU NA CAŁY ASORTYMENT PÓŁBUTÓW

1

Trendy z

Promocja ważna do dnia 30.09.2014 r. w CHR Toruń Plaza.

4 5

7 6

9

8 3

10

11

13 14

12

wrześniowe TRENDY

16

15

19 20

Lato jak to lato - szybko się kończy. Nie ma się jednak co smucić, bo do sklepów wkroczyły wyczekiwane, nowe kolekcje. Co będziemy nosić w okresie pożegnania lata i powitania jesieni? Modowe rządy przejmują szarości przełamywane akcentami czerwieni i kobaltu oraz nieśmiertelną kratką. Drapieżnego charakteru dodadzą ubrania ze skórzanymi wstawkami, a futrzane kamizelki ochronią nas przed chłodniejszymi podmuchami wiatru. Oczywiście nie obejdzie się też bez klasyki - dżinsów i białej koszuli. A co z butami? Eleganckie botki sprawdzą się idealnie zarówno w pracy, jak i podczas spaceru.

1291414BDBHA

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

17

18 21

22

1. Buty Kornecki - 199 zł, Toruń Plaza 2. Zegarek Tommy Hilfiger Swiss - 760 zł, Toruń Plaza 3. Sukienka Ochnik - 999,90 zł, Toruń Plaza 4. Bluzka Orsay - 99,95 zł Toruń Plaza 5. Naszyjnik Orsay - 49,95 zł, Toruń Plaza 6. Kamizelka Ochnik - 1299 zł, Toruń Plaza 7. Bluzka Orsay - 79,95 zł, Toruń Plaza 8. Buty Primamoda - 599 zł, Toruń Plaza 9. Roller do twarzy Hebe - 98,99 zł, Toruń Plaza 10. Komplet walizek Ochnik - 759,70 zł, Toruń Plaza 11. Buty Primamoda - 519 zł, Toruń Plaza 12. Apaszka Tatuum - 49,99 zł, Toruń Plaza 13. Torebka Orsay - 99,95 zł, Toruń Plaza 14. Torebka ze skóry naturalnej Świat Torebek - 300 zł, Toruń Plaza 15. Sweter Tatuum - 199,99 zł, Toruń Plaza 16. Pasek Wrangler Lee Wrangler - 129 zł, Toruń Plaza 17. Bluza damska Lee Wrangler - 349 zł, Toruń Plaza 18. Spódnica Tatuum - 199,99 zł, Toruń Plaza 19. Spodnie Lee Wrangler - 329 zł, Toruń Plaza 20. Buty Venezia - 399 zł, Toruń Plaza 21. Bransoletka Tatuum - 39,99 zł, Toruń Plaza 22. Szpilki Primamoda - 449 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21

12

miasta kobiet

wrzesień 2014


felieton

MÓJ t-shirt i kropka

Jestem przywiązana do tradycji. Nie założę minispódniczki do teatru i nie pójdę w japonkach na egzamin. Lena Kałużna* Pierwszy września kojarzy mi się nie tyle z końcem wakacji, co z niewygodnymi rajstopami, które z uporem maniaka mama wciągała mi na nogi. Do tego śnieżnobiały kołnierzyk i granatowy fartuszek. Tak było, kiedy zaczynałam szkołę podstawową. Mimo że fartuszki po kilku latach odeszły do lamusa, na taką okazję należało ubrać się ładnie. Bardziej elegancko. Ciekawa jestem, jak wyglądać będzie rozpoczęcie szkoły w tym roku. Czy rodzice nadal ubierają dzieci nieco odświętnie, czy młodzież buntuje się i chodzi w tym, na co ma ochotę. Kolorowo, sportowo, a może nawet byle jak? Na studiach zauważyłam, że podczas egzaminów można podzielić studentów na dwie grupy. Nie mam na myśli tych, którzy się uczyli i tych, którzy liczyli na szczęście. Ale ubranych z szacunkiem, skromnie i elegancko, oraz takich, którzy po prostu przyszli. Ubrani, ot tak. Dzień jak co dzień. Jeszcze nie wartościuję, co jest słuszne, a co nie. To tylko luźne wspomnienia przy okazji kończących się wakacji.

Szalony minimalista W ubiegłym roku podczas konferencji „Charmsy Biznesu”, która cyklicznie na jesień odbywa się w Bydgoszczy, miałam przyjemność poznać Oresta Tabakę. Jest on miłośnikiem minimalizmu. Dość kategorycznym. Jak dla mnie nawet nieco kontrowersyjnym. Postanowił ograniczyć ilość

posiadanych rzeczy do kilku sztuk. Można go poznać po pomarańczowej koszulce i oliwkowych spodniach. Chodzi w nich... zawsze! Zapytałam go, jak ma się jego filozofia życiowa w przypadku wyjątkowych okazji. Na przykład wesela, czy jakiejś ważnej gali, podczas których obowiązuje szykowny dress code, goście nie tylko wyglądają odświętnie, ale nawet stroją się. Na dobrą sprawę otoczenie oczekuje od nas takiego zachowania. Mamy swoim staraniem o wygląd zewnętrzny okazać szacunek okazji oraz spotykanym osobom. Orest bez wahania rozłożył ręce i powiedział: „Tak oto poszedłbym na wesele czy ważną galę. Jeśli komuś nie podoba się mój T-shirt czy spodnie, niech mnie nie zaprasza…”. Pomyślałam sobie, że rzeczywiście, nie uraziłby mnie, gdyby na mój ślub czy galę z okazji przyznania mi Nagrody Nobla (teraz się rozmarzyłam!) pojawił się ot tak. Jestem tolerancyjną, otwartą osobą, a on przecież nikomu nie robi krzywdy swoim wyglądem.

Z drugiej strony… Mam przed oczyma obraz swoich dziadków. Babcię, która każdego poranka, ze stoickim spokojem, powolutku upinała wsuwkami krucze włosy w zgrabny kok. Jakby celebrowała początek nowego dnia. Dziadka, zawsze w nienagannie wyprasowanej koszuli. Oboje codziennie starali się tak, jakby to miał być najważniejszy dzień w ich

życiu. Gdy zdarzały się okazje, można ich było zobaczyć w kapeluszach. Wyglądali zjawiskowo. Jakby od idealnie zawiązanego krawata zależały losy całego świata.

Wczoraj i dziś Widziałam w swoich dziadkach ogromny szacunek do TU i TERAZ. Do każdego człowieka i motylka, do powszedniego śniadania i uroczystej kolacji. Taka wizja rozkochania w rzeczywistości jest mi bliska. Jestem przywiązana do tradycji. Nie założę minispódniczki do teatru i nie pójdę w japonkach na egzamin. Zastanawiam się jednak czasem, czy jest sens oglądać się za przeszłością. Świat pędzi do przodu, zmienia się. Może należy tworzyć nową kulturę? Może bycie sobą, nawet jeśli oznacza to bluzę z kapturem i trampki założone do opery - to nic złego? Może to prostu przyszłość pozbawiona sztywnych więzów oczekiwań otoczenia?

*Lena Kałużna

Socjolożka, trenerka wizerunku. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet

miasta kobiet

wrzesień 2014

13


Więcej niż jedno? Proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy takie pacjentki z trójką dzieci, które zachodziły w dwie kolejne ciąże. I jedna po drugiej były to ciąże bliźniacze. Nagle z trójki dzieci zrobiła się siódemka. O ciążach mnogich z prof. dr. hab. n. med. Markiem Grabcem*, kierownikiem Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy, rozmawia Lucyna Tataruch Niedawno u Państwa na oddziale urodziły się czworaczki. Jak się czują dzieci i ich mama? Dobrze, mama wróciła już do domu. Pacjentkę rozwiązaliśmy cięciem cesarskim w czwartek, 31 lipca wieczorem, a w poniedziałek została wypisana z kliniki. Nie mieliśmy żadnych problemów położniczych, co w przypadku ciąż mnogich jednak często się zdarza. Tutaj wszystko przebiegło prawidłowo, mama zadowolona, tata uśmiechnięty. Na razie dzieciaczki są jeszcze w szpitalu, zobaczymy, jak długo. To czterech chłopaków! Ważą od 1050 do 1450 gramów, łącznie ok. 5090 gramów, czyli całkiem przyzwoita masa, jak na ciążę czworaczą. Cieszymy się, że udało nam się też wytrzymać z nią aż do 31 tygodnia. To jest bardzo dobre osiągnięcie, bo średnio takie ciąże rozwiązuje się około 29 tygodnia ciąży. Każdy dzień w brzuchu matki jest na wagę złota dla tych dzieci. Nasze czworaczki już same oddychają, więc wszystko idzie w dobrą stronę. To pierwsze czworaczki u Państwa w szpitalu? My akurat mamy wyjątkowe szczęście, to są nasze trzecie czworaczki w ciągu 16 lat. I jest to ewenement, bo według naukowego piśmiennictwa, zauważalna jest taka reguła, że ciąża bliźniacza trafia się raz na 80 porodów, ciąża trojacza raz na 6400 porodów, a czworaczki rodzą się raz na 512000 porodów. Czyli niezwykle rzadko! Szczególnie, że w Polsce rocznie mamy trochę ponad 400 tysięcy porodów.

14

miasta kobiet

wrzesień 2014

Rzeczywiście są położnicy, którzy w czasie całej swojej kariery zawodowej nie uczestniczyli w porodzie trojaczków, a tym bardziej czworaczków. W naszej klinice pierwszy taki poród odbył się w 1998 roku, teraz to już jest młodzież licealna. Drugie mieliśmy w 2005 roku, no i trzecie teraz. Wyjaśnijmy, skąd się w ogóle biorą ciąże mnogie. Najpierw może te mniejsze. Mamy bliźniaki dwujajowe i jednojajowe, te drugie podobne do siebie jak dwie krople wody… Tak, do tego zawsze są tej samej płci. Jednojajowych bliźniaków jest około 0,35 proc. wobec ogółu porodów i ta liczba jest względnie stała. Powstają w sytuacji, gdy jedna komórka jajowa zapłodniona zostanie przez jeden plemnik i w trakcie rozwoju podzieli się na dwa zarodki. Powiedziałbym, że to dzieło przypadku, ale w ostatnim czasie coraz większy wpływ na to mają techniki wspomaganego rozrodu, czyli zapłodnienie pozaustrojowe, jak i indukcja owulacji. Wiele kobiet ma problem z jajeczkowaniem i zażywa leki stymulujące, a to zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia ciąż mnogich. Ale nie ma jednak wyraźnie sprecyzowanych czynników, wpływających na występowanie bliźniąt jednojajowych. A co z czynnikami genetycznymi? Mówi się, że jak babcia jest z bliźniaków, to wnuczek też może mieć brata bliźniaka. To spostrzeżenie dotyczy bliźniąt dwujajowych, dwuzygotycznych, czyli sytuacji, gdy docho-

dzi do zapłodnienia dwóch komórek jajowych dwoma plemnikami. Każde dziecko ma wtedy swój własny worek owodniowy, własne łożysko. Tych bliźniaków jest znacznie więcej. Nie muszą być już tak do siebie podobne, mogą być również różnej płci. I tu już możemy wyróżnić szereg czynników, wpływających na częstość występowania bliźniąt dwujajowych, na przykład, tak jak pani wspomniała, wpływ czynników genetyczny. W rodzinach, w których wcześniej były bliźniaki dwujajowe, częściej pojawiają się kolejne. Ale nie tylko to ma znaczenie. Co jeszcze? Ważny jest też wiek matki. Bliźniaki dwujajowe częściej rodzą kobiety powyżej 35 roku życia. To prawdopodobnie wiąże się z tym, że starsze pacjentki częściej poddawane są stymulacji jajeczkowania. Wpływ ma również liczba przebytych porodów. Im więcej, tym większa szansa, że kolejna ciąża będzie bliźniaczą dwujajową. Częstotliwość wzrasta również wraz z ilością porodów. Proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy takie pacjentki z trójką dzieci, które zachodziły w dwie kolejne ciąże i jedna po drugiej były to ciąże bliźniacze. Nagle z trójki dzieci zrobiła się siódemka. Mama naszych bydgoskich czworaków ma 24 lata i to jej pierwszy poród. Co u młodych mam zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia ciąż mnogich? Nie wiemy, czy u mamy czworaczków wpływ miały czynniki genetyczne, czy coś innego. Ale


mama

Jak tłumaczy się te różnice? Może być to związane z klimatem, czynnikami społecznymi, kulturowymi oraz biologicznymi, charakterystycznymi dla różnych ras. To są hipotezy oparte na wynikach badań epidemiologiczych. Najrzadziej ciąże mnogie zdarzają się u Azjatów. To ciekawe, że tak mało jest tych ciąż akurat w Chinach, przeludnionym kraju. Można by powiedzieć, że natura próbuje im pomagać. Zostając jeszcze poniekąd w tym wątku… Znamy z doniesień prasowych przypadki bliźniaków, które mają różny kolor skóry. To prawda czy legendy? Jest to możliwe. Takie bliźniaki rodzą się w wyniku nadpłodnienia, czyli zapłodnienia drugiej komórki jajowej w tym samym cyklu, przez plemnik z różnych stosunków płciowych, odbytych w krótkim czasie, niekoniecznie z tym samym partnerem. Można więc zajść w ciąże bliźniaczą z dwoma mężczyznami, jeśli oba stosunki odbyły się w ciągu kilku dni. Dziś znamy 30 takich udokumentowanych przypadków, ale pewnie poza dokumentacją jest ich więcej. Te opisane historie dotyczą właśnie dzieci o różnych kolorach skóry, więc nie dało się ominąć tego tematu. Jeśli jednak nic aż tak nie rzuca się w oczy, to może po prostu nikt nie wie i się nie dowie. A jak jest z trojaczkami i czworaczkami? Wszystko działa według tej samej zasady czyli komórka dzieli się na mniejsze części lub więcej plemników zapładnia więcej komórek? Trojaczki w 50 procentach pochodzą z zapłodnienia dwóch komórek jajowych, z których jedna później ulega dalszemu podziałowi. Przy takich trojaczkach, dwójka może być do siebie podobna, a jeden niekoniecznie. Drugie 50 procent to zapłodnienie trzech komórek przez trzy plemniki. Przy czworaczkach jest analogicznie - zapłodnienie czterech komórek przez cztery plemniki? Tak, ale kombinacji mamy więcej. Zwykle jest to zapłodnienie dwóch komórek, które później dzielą się na kolejne. Mogą to też być czworaczki jednojajowe, czyli z jednej komórki po podziale rozwijają się cztery zarodki. Zdarza się też tak, że zapłodnione zostają trzy komórki i tylko jedna się dzieli. Im bardziej mnoga ciąża, tym oczywiście więcej takich scenariuszy. Jeśli chodzi o największą samoistną ciążę mnogą, to zdarzyła się w Argentynie w 1992 roku - dwunastoraczki.

Kobieta poroniła, nie było możliwości uratowania tej ciąży.

rzystne warunki w jamie macicy, genetyczne uszkodzenia, czy inne nieprawidłowości.

Czy wszystkie ciąże mnogie kończą się dla kobiety cesarskim cięciem? Nie, jeśli chodzi o bliźniacze ciąże to dawniej wiele z nich odbywało się siłami i drogami natury. Teraz znacznie zwiększyła się liczba wskazań do przeprowadzenia cięcia, przez co odsetek takich rozwiązań wzrósł. Należy jednak podkreślić, że w Polsce trochę przesadzamy z ilością wykonywanych cięć cesarskich. Generalnie jeśli chodzi o bliźniaki, to często rodzą się w 37-38 tygodniu ciąży, a więc są już dojrzałe i nie sprawiają problemów. Do inkubatorów trafiają czasem tylko na krótki okres. Z drugiej strony nie możemy zapominać o tym, że ciąże mnogie to jednak ciąże patologiczne i należy się im szczególna uwaga doświadczonych specjalistów.

A ile ważą te najmniejsze maluchy, które udaje się ratować? Musimy tu rozróżnić dwie rzeczy, wiek ciążowy i masę. Możemy mieć dziecko hypotroficzne, dystroficzne, czyli na przykład w wieku ciążowym 27-28 tygodni, które w skutek nieprawidłowości otrzymywało mniej jedzenia, tlenu i rozwijało się gorzej, przez co jest mniejsze. Możemy też mieć dzieci o tej samej masie, trzy tygodnie młodsze. Łatwiej uratować te pierwsze, hypertroficzne, czyli starsze. Wciągu ostatniego pół roku mieliśmy malucha ważącego 580 gramów z 26 tygodnia ciąży. Przebywał w klinice kilka miesięcy, został wypisany i teraz jest ze szczęśliwymi rodzicami. Te dzieci udaje się ratować, oczywiście dzięki nowoczesnej i ciągle rozwijającej się technice. Wcześniaki z reguły zostają w szpitalu aż osiągną wagę 2 kg.

I od początku ciąży matka jest pod taką specjalną opieką? Przy obecnych technikach, czyli przy dostępności badań ultrasonograficznych, bardzo szybko rozpoznajemy i obserwujemy ciąże mnogie. Wszystko zależy oczywiście od tego, kiedy pacjentka się zgłosi do lekarza, zwykle jest to piąty, siódmy tydzień. USG jest nam potrzebne przez cały okres, w celu monitorowania rozwoju i przebiegu ciąży. Możemy dzięki temu sprawdzać, jak się mają dzieciaki, ile ważą, czy nie ma wad rozwojowych, które można leczyć. Obserwujemy też długość szyjki macicy, bo w tych przypadkach zawsze jest ryzyko przedwczesnego porodu i innych powikłań, także dla matki. Na przykład wiele kobiet w takiej sytuacji ma nadciśnienie. Pacjentki z ciążami mnogimi powinny być hospitalizowane i rozwiązywane w ośrodkach o wyższym stopniu referencyjności, posiadających odpowiednią kadrę i sprzęt dla ratowania tych dzieci. Czy zdarza się tak, że tylko jedno dziecko z ciąży mnogiej rozwija się prawidłowo, a z resztą są problemy? Tak, jako przykład możemy tutaj podać zespół przetoczenia między płodami. Jedno dziecko otrzymuje większą ilość krwi niż drugie. To taka walka o przetrwanie już od małego, przez którą może dojść do zahamowaniem wzrostu wewnątrzmacicznego jednego z dzieci, jego łożysko może szybciej się starzeć. Zdarza się i tak, że dochodzi do obumarcia wewnątrzmacicznego jednego z płodów. Na szczęście mamy możliwości techniczne rozpoznawania tych nieprawidłowości i leczenia ich już w trakcie trwania ciąży. Krąży takie przekonanie, że bardzo wiele kobiet zachodzi w ciąże bliźniacze, ale na samym początku roni jeden zarodek. Faktycznie tak się dzieje? Jest coś takiego. Obecnie już na wczesnym etapie ciąży możemy wykryć dwa zarodki i później sprawdzić, że jest tylko jeden. Dawniej bywało też tak, że podczas porodu, oprócz jednego zdrowego dziecka, rodził się też tak zwany płód papierowaty, mały, obumarły przez jakieś nieko-

Gdy takie maluchy leżą tu na oddziale, w inkubatorach, to rodzice mogą je codziennie odwiedzać? Oczywiście, rodzice mają wolny wstęp, przychodzą w dowolnych porach. Część dzieci jest karmiona mlekiem matki, więc tym bardziej mamy muszą być obecne przy dzieciach. Czy wszyscy dzielnie radzą sobie z tą świadomością, że nagle rodzina powiększa się nie o jedno, ale o dwa, czy jak w ostatnim przypadku, cztery małe osoby? To zawsze jest zaskoczenie, ale na szczęście rodzice mają te kilka miesięcy, żeby się oswoić z sytuacją. Z tego, co obserwuję, zwykle wszystko kończy się radością, uśmiechem. Pokuszę się o takie stwierdzenie na koniec - wieloraczki są w jakiś sposób wyjątkowe, prawda? Oczywiście! To są normalne dzieci, mogą być w pełni zdrowe, ale na przykład, taka ciekawostka - bliźniaki jednojajowe są dwa razy częściej leworęczne niż reszta populacji. Czy to nie ciekawe?

*prof. dr hab. n. med. Marek Grabiec Kierownik Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy, konsultant wojewódzki w zakresie ginekologii i położnictwa. miasta kobiet

wrzesień 2014

15

742714BDBHA

w literaturze podaje się, że ważna jest też intensywność stosunków płciowych. Zostając jeszcze przy tych ciążach bliźniaczych dwujajowych, częściej zdarza się to u młodych par, na przykład zaraz po ślubie. To też ciekawe, szczególnie w połączeniu z danymi procentowymi, wskazującymi na to, że w Polsce takich ciąż jest 1 procent, w Skandynawii 1,4 procent, we Włoszech 0,8 procent, natomiast w Chinach 0,3. Czyli inaczej mówiąc, bliźniaki rodzą się tam raz na 300 porodów, a na przykład w Nigerii raz na 22 porody. Czyli znacznie częściej niż w innych częściach świata.


tabu

Tamtego życia NIE BYŁO Co się stało? Mniej więcej dwadzieścia lat temu moja matka zabiła mojego ojca, swojego męża. Z Martyną Rutowską* rozmawia Lucyna Tataruch

Skończyłam niedawno czytać wstrząsającą książkę Katarzyny Bondy, pt. „Polskie morderczynie”. Autorka przedstawia w niej portrety kobiet, które odsiadują w więzieniach wyroki za zabójstwa. Zna Pani ten tytuł? Tak, przeglądałam tę książkę. Jest tam parę wątków, które przypominają mi moje życie. Bardzo dobrze, że ktoś to spisał. Bonda udziela głosu morderczyniom, nierzadko tym, które w mediach były przestawiane jak potwory. Część czytelników może to odebrać jako próbę rozgrzeszenia tych kobiet… Myślę, że tu nie chodzi o rozgrzeszenie, usprawiedliwianie, czy cokolwiek takiego. Szczególnie, że tam są przedstawione różne historie, powody, złożone sytuacje. Raczej jest to szansa, żeby część ludzi zobaczyła w końcu coś więcej. Np. jak wygląda życie kobiet z katem, oprawcą, za zamkniętymi drzwiami. Może nawet ktoś z mojej dalszej rodziny przeczyta choć jedną taką historię i otworzy oczy na to, dlaczego stało się to, co się stało. A co się stało? Mniej więcej dwadzieścia lat temu moja matka zabiła mojego ojca, swojego męża. Mówi Pani o tym wprost, spokojnie, bez wahania…? Na co dzień nie, w ogóle o tym nie mówię. Swoje już poopowiadałam, policji, psychologom, psychiatrom, mężowi. Potem już nikomu. Nigdy nie udzielałam żadnego wywiadu, moja matka też nie, choć wyznania morderczyni lub kogoś z jej bliskich, to zawsze będzie łako-

16

miasta kobiet

wrzesień 2014

my kąsek dla mediów. Dla „Miast Kobiet” też, nie oszukujmy się. Nie oszukujmy - to budzi zainteresowanie… Ale nie gonimy za tabloidową sensacją… Wiem o tym, zanim się zdecydowałam, musiałam z panią trochę porozmawiać. Przekonała mnie pani. Ludzie nadal wielu rzeczy nie potrafią zrozumieć, oceniają szybko, łatwo, nie wychodzą poza to, co wiedzą o świecie. Dlatego wierzę, że o dramacie takich kobiet jak moja matka powinno się jednak mówić. A o dramacie takich kobiet jak Pani? Ustawia się Pani w tle, ale chciałabym poznać ten świat i ten dramat z Pani perspektywy. …(długa cisza)… Może to się uda, ale nie wiem. Kiedy o tym myślę, czuję się jakbym miała opowiedzieć jakąś fabułę. Jakbym odtwarzała w głowie film, nieprzyjemny, o którym nie chce się pamiętać, ale jednak wraca. Jak rekonstrukcja zdarzeń w śledztwie kryminalnym, na sali sądowej. Czytane akta o moim domu z matką i ojcem, o jej morderstwie. Spróbuję więc zacząć w ten sposób… jaki był motyw zbrodni? Pewnie bezpośrednim motywem była informacja o zdradzie. Ojciec miał inną kobietę. Kiedy matka się o tym dowiedziała, coś w niej pękło. Ale do tej tragedii doprowadziło całe jej życie. Zdrada tak ruszyła moją matkę, bo dotarło do niej, że przez 25 lat małżeństwa znosiła piekło po nic. Że jej mąż, alkoholik, sadysta, socjopata potrafił iść do innego domu, do innej baby i żyć z nią normalnie. A potem wracać do naszego domu i bić, gwałcić, męczyć psychicznie, fizycznie, terroryzować.

Tak wyglądało całe te 25 lat? Pamiętam pewnie połowę tego okresu… Nigdy nie było dobrze. Nie wiem, czy to się zaczęło od razu, kiedy się pobrali, czy dopiero później. Matka wyszła za mąż, gdy miała 20 lat. Nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, czy z miłości, czy z innych powodów, ale może chciała się wyrwać z biedy, bo u dziadków nigdy się nie przelewało. Kiedy byłam bardzo mała, matka starała się, żebym nie widziała, co się dzieje i kim jest mój ojciec. Zasłaniała mnie, dosłownie i w przenośni. Chciała pewnie, żebym mimo wszystko go szanowała. - To twój tata - powtarzała. Może chciała też, żebym potrafiła zbudować normalną rodzinę, żebym nie znienawidziła mężczyzn. Udało jej się? Nikogo nie nienawidzę, nawet jego. Mam rodzinę, męża, syna. Ale to pewnie dlatego, że długo chodziłam na psychoterapię, do psychologa, psychiatry i poukładałam sobie co się dało. Trafiłam na cudownego mężczyznę. Wiem, że moja matka chciała dla mnie jak najlepiej. Ale nie, nie udało jej się przesłonić mi tego, co ojciec robił. Pamiętam koszmar jego powrotów do domu, z pracy, ze spotkania z kolegami, obojętnie. Zawsze był pijany i agresywny. Był ogromny, silny. Każdy wieczór zaczynał od… zaspokojenia swoich potrzeb. Prawie codziennie wymiotowałam, wiedząc, że w pokoju obok ojciec gwałci moją matkę. Na początku nie wiedziałam dokładnie, co się dzieje, czułam tylko, że coś jest nie tak. Potem wszystko już było jasne. Ona płakała, ale starała się nie krzyczeć. Bił ją przed tym, bił ją robiąc to, bił ją po tym. Zamykał ją w pokoju, jak niewolnicę. Niszczył psychicznie. O mojej matce pisano potem jak o potworze, ale tak naprawdę to on był tą bestią.


tabu Pani również doświadczyła tej przemocy bezpośrednio? Zdarzało się, że mnie też bił… ale rzadko. Dostawałam jakby z przypadku, jak weszłam mu w drogę, przeszkadzałam, źle się odezwałam. Ale raczej mnie ignorował. Kiedyś stanęłam w obronie matki i wtedy mocno mnie pobił, skandując w rytm ciosów jakieś wyzwiska. Kilka razy miałam jakieś ślady, ale nikt się nie interesował. To było kilkadziesiąt lat temu… Nawet nie wiedziałam, że jakaś pomoc społeczna istnieje. Gdyby wtedy ktoś Panią, tę małą dziewczynkę, zapytał o to, co się dzieje w domu, to powiedziałaby Pani? Nie sądzę… On nas zastraszał. Pamiętam, jak mówił, że jeśli będę opowiadać komukolwiek o rodzinie, to pożałuję. Jak byłam mała, to myślałam, że tak po prostu jest, że o tym się nie rozmawia. Potem już tylko się bałam. Uczyłam się dobrze, bo nie chciałam dodatkowych kłopotów. Byłam dość zamknięta w sobie, wycofana, miałam koleżanki, ale nikomu się nie zwierzałam. Nie żyłam jak inne dzieci, nie bawiłam się, nie miałam jakichś pasji. Długo nie zadawałam się z chłopakami. Chyba mało się śmiałam, pewnie miałam opinię dziwaka. Ale przecież nie mogłam iść na zabawę, wiedząc, że w domu ojciec męczy matkę. Ja przez długi czas bałam się, że pod moją nieobecność on ją zabije. Nawet czułam, że to mój obowiązek - być w domu. Być tego świadkiem, nie zostawiać matki samej, choć to oczywiście niczego nie zmieniało. To była moja codzienność. Psycholog powiedział mi później, że od dzieciństwa przyjęłam taką rolę - małej niby-dorosłej, z jakimś ciężarem do dźwigania na barkach. I nikt nic nie zauważył? Nie wiem, wtedy o tym nie myślałam. Podejrzewam, że coś tam widzieli, ale nikt nie wtrącał się w domowe sprawy innych ludzi. Sąsiedzi chcieli wiedzieć tylko tyle, że mamy ładny dom i nam się powodzi, bo ojciec ma dobrze prosperującą firmę. Elegancik, zawsze dzień dobry, do widzenia. Rodzina matki bardzo go lubiła. Wszystkim wydawało się, że mojej matce, prostej dziewczynie ze wsi, trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Ona się nikomu nie żaliła. Wychodziła tylko wtedy, kiedy nie miała śladów bicia. Myślała, że te pozory są mi potrzebne. Ale zamiast udawać przede mną i wszędzie poza domem, że mamy normalną rodzinę, powinna mimo wszystko odejść od ojca już dawno… Mimo wszystko? Dlaczego po prostu tego nie zrobiła? To się wydaje takie proste. Ktoś robi ci krzywdę, odchodzisz… Kobiety, które żyją w takich związkach, nazywa się idiotkami. Mówi się, że same tego chcą, skoro nie odchodzą. Ale to się tak wygodnie ocenia ze swojej kanapy, młodym, wykształconym, niezależnym ekonomicznie ludziom. Moja matka nie miała gdzie iść. Wstydziła się. Nie mogła liczyć na swoją rodzinę, nie miała przyjaciół. Nie miała pieniędzy, pracy, żadnego doświadczenia zawodowego. Bała się, że jeśli komuś coś powie, to ojciec się

dowie i będzie jeszcze gorzej. Nikt, kto nie jest w centrum takiego piekła, nie będzie w stanie tego zrozumieć w pełni. Tego, że można tyle znosić, dzień w dzień, bo nie widzi się innej opcji. Teraz ludzie się rozwodzą, wszystko jest dla nich takie oczywiste. Wtedy było po prostu inaczej.

Kiedyś stanęłam w obronie matki i wtedy ojciec mocno mnie pobił, skandując w rytm ciosów jakieś wyzwiska. Kilka razy miałam jakieś ślady, ale nikt się nie interesował. Nawet nie wiedziałam, że jakaś pomoc społeczna istnieje. MARTYNA RUTOWSKA

Miała Pani dobry kontakt z matką? Bardzo się o mnie troszczyła, robiła wszystko, żeby mi niczego nie zabrakło. Pamiętam, że często przy mnie była uśmiechnięta, choć pewnie nie było jej do śmiechu. Potem, kiedy dorosłam, zaczęłam dostrzegać, jak to, co on jej robi, niszczy ją psychicznie. Pamiętam momenty, gdy nie potrafiła już złożyć zdania w całość. Czasem miałam wrażenie, że zamyka się od środka, wyłącza. To był pewnie taki mechanizm obronny. Stawała się wrakiem człowieka, zjawą. Straciła siebie, jakby opustoszała. Może to ten psychiczny terror, a może przez bicie coś się stało. Nigdy nie potrzebowała pomocy lekarza? Z pewnością potrzebowała, ale nie pamiętam, żeby chodziła na jakieś lekarskie wizyty, żebyśmy wzywali jakieś karetki. Mam takie dziwne wspomnienia z pewnego okresu, gdy chodziłam do podstawówki… Ale tylko jakieś pourywane fragmenty, strzępy krzyków ojca, że on nie chce już więcej żadnego bachora. Wydaje mi się, że moja matka była w ciąży… Nie urodziła? Nie. Nic o tym nie wiem. Mieszkałam tam, a zupełnie nie wiem, jak to ostatecznie wyszło, co ona zrobiła. Poroniła? Może nie była w ciąży tak naprawdę? Nigdy o to nie pytałam. Z perspektywy czasu mogę tylko powiedzieć, że to dziwne, że nie mam rodzeństwa, przecież on z nią na siłę robił to codziennie. Może przestała móc mieć dzieci? Nie wiem, naprawdę… Momentami ciężko już było do niej dotrzeć, ale

czasem wracała do siebie. Wróciła też po tym, gdy zgłosiła na policji zaginięcie ojca. Nagle zaczęła normalnie rozmawiać. Zaangażowała się w poszukiwania policji. Znalazła w sobie jakąś ogromną siłę, żeby doskonale odegrać ten teatrzyk. Pewnie po prostu czuła, że jej koszmar już się skończył. Po tym jak go zabiła? Tak… To był weekend, byłam na początku liceum, wyjątkowo pojechałam na jakąś szkolną wycieczkę, zresztą pierwszy raz w życiu… Unikałam takich wyjazdów, żeby pod moją nieobecność nie wydarzyło się coś złego. Raz pojechałam… I co się wydarzyło? Z opowieści matki wiem, że ojciec wrócił podpity. Zaczął jak zwykle awanturą, tym samym terrorem. Mówił jej, że jest nikim, jednocześnie dobierał się do niej. Myślę, że te wyzwiska go nakręcały, wyobrażam sobie, że czuł władzę, podniecało go to, że kogoś upokarza. Bo jak to inaczej tłumaczyć? Ale wspomniała Pani wcześniej, że bezpośrednim motywem była wiadomość o zdradzie… Tak, bo w trakcie zaczął mówić o innej kobiecie. Porównywać ją do matki. Śmiał się jej w twarz, że przy tamtej ona jest śmieciem, że tamta zasługuje na prezenty, a matka jest warta mniej niż pies. Ta tyrada upodlenia trwała przez jakiś czas, w matce coś narastało. Wykorzystała moment, wzięła do ręki ciężki wazon, który stał w pobliżu, i uderzyła go w głowę. Wszystko nabuzowało w niej w ogromną siłę. Tłukła go tym wazonem tak długo, aż roztrzaskała mu głowę… Pani wie to od niej? Tak, opowiedziała mi, jak to było dokładnie, ale dopiero po tym, jak odkryto ciało zakopane w lesie, po tym, jak ją skazano. Czyli po kilkunastu miesiącach może, po roku, nie pamiętam już dokładnie, ale po dłuższym czasie. Miałam wtedy piętnaście, szesnaście lat. Może to się wydaje dziwne, ale rozumiałam więcej niż ona. Co działo się do tego czasu? Po zabójstwie… gdy wróciłam do domu, matka powiedziała mi, że w sobotę ojciec nie wrócił do domu. Po kilku dniach zgłosiła jego zaginięcie. Poszukiwania trwały bardzo długo. Cała rodzina się zaangażowała, znajomi, ojciec był przecież bardzo lubiany i szanowany… Mówiono o tym w telewizji. Wszyscy myśleli, że ojciec żyje i że trzeba go szukać. Ja pamiętam swoje myśli z tamtego czasu. Myślałam - niech nie wraca, tak jest lepiej. W końcu go znaleziono… Ktoś znalazł jakieś szczątki w lesie. Okazało się, że jest tam, dość głęboko, ciało, które rozgrzebały zwierzęta. Bardzo szybko podejrzenia doszły do mojej matki. Nie mogłam w to uwierzyć, to wydawało mi się tak nierealne… Znaleźli narzędzie zbrodni. Ona przyznała się do wszystkiego. Gazety rozpisały się o potwornej zbrodni - morderczyni zabiła męża z zazdrości. miasta kobiet

wrzesień 2014

17


tabu Co Pani matka wtedy mówiła, gdy przyznawała się do winy? Mówiła bardzo dużo, chyba po raz pierwszy w życiu. I po raz pierwszy też ktoś chciał jej słuchać. Rozmawiała z biegłymi psychiatrami itp. Wszyscy wystawiali jej notę, że jest zdrowa psychicznie, intelektualnie lekko poniżej normy. Wie, co zrobiła, ma właściwą ocenę sytuacji. I że bardzo żałuje. Mnie później też to powtarzała, przez lata. Opowiadała, że po tym wszystkim całą noc siedziała w kuchni bez ruchu, powtarzając, że nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nie myślała o karze, bała się, że wyjdzie na jaw, w jakim domu żyła. Sama zawinęła go w jakieś szmaty, worki, zawlekła do lasu i zakopała. Niewyobrażalne… Zacierała ślady, spaliła wszystko, na czym była krew. Potem powtarzała płacząc: Nie chciałam odbierać nikomu życia, nawet jemu.

Zdrada tak ruszyła moją matkę, bo dotarło do niej, że przez 25 lat małżeństwa znosiła piekło po nic. Że jej mąż, alkoholik, sadysta, socjopata potrafił iść do innego domu, do innej baby i żyć z nią normalnie. A potem wracać do naszego domu i bić, gwałcić, męczyć psychicznie, fizycznie, terroryzować. MARTYNA RUTOWSKA

Wyrok sądu brzmiał 15 lat… I to był szok. Wszyscy byli pewni, że okoliczności łagodzące sprawią, że ją wypuszczą. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że dostała taki wyrok. Nie rozumiem tego. Pani to rozumie? Zgadza się pani z tym wyrokiem? …nie potrafię powiedzieć, czy się zgadzam. Emocjonalnie nie. Wiem jednak, że wyrok byłby mniejszy, gdyby nie próbowała ukryć zbrodni. To tak chyba działa… Tak, tak, wiem. Ale czy to naprawdę coś zmienia? To, że się wstydziła, czyni tę zbrodnię morderstwem z premedytacją? Wtedy dostała-

18

miasta kobiet

wrzesień 2014

by dożywocie pewnie, więc te kilkanaście lat to niby jakaś kara po środku, ale ja i tak nie rozumiem, za co. Owszem zabiła, ale zabiła człowieka, który po kawałku zabijał ją codziennie. To gorsze niż śmierć. Tak uważam. On nie żyje, ale tak naprawdę nie spotkała go żadna kara. Kto się Panią zaopiekował w trakcie tego wszystkiego i po tym, gdy zapadł już wyrok? Trafiłam do rodziny matki, do jej siostry, która wcześniej się z nami prawie w ogóle nie kontaktowała. Ciotka nie wiedziała, co robić. Chciała odcinać mnie od matki, udawała przede mną, że nie ma tematu. Ale ja już nie byłam małym dzieckiem. Jeździłam do matki, nawet rozmawiałam z jej adwokatem. Ktoś na policji dał mi kontakt do jakichś fundacji, pomagających kobietom doświadczającym przemocy. Po raz pierwszy w życiu zderzyłam się z informacją, że ktoś wcześniej już mógł nam pomóc, dlaczego nikt się nie zainteresował? Dopiero jak już było za późno… Odwiedzała Pani później matkę w więzieniu? Byłam parę razy z ciotką, potem skończyłam 18 lat i przyjeżdżałam już regularnie, choć ona niechętnie zgadzała się na odwiedziny, wstydziła się tego, gdzie jest. Ale poza mną nie miała nikogo. W więzieniu nie sprawiała problemów. Nie nawiązywała żadnych kontaktów. Bardzo się martwiłam, że tego nie wytrzyma, albo że spotka ją tam coś złego, że ktoś zrobi jej krzywdę, takiej starszej kobiecie. Dla mnie to było apogeum bezsilności. Czułam jak moją głowę zalewa taka ciemna smoła, miałam koszmary. Najpierw życie w piekle, potem taka zbrodnia, na koniec matka w więzieniu. Momentami nie mogłam uwierzyć, że to scenariusz mojego życia, że ja w tym wszystkim biorę udział. Za co? Znalazła Pani odpowiedź? Przestałam jej szukać. Jeszcze w szkole i na studiach ciągle męczyłam się z depresją, ze stanami lękowymi, parę razy było naprawdę ciężko. Pomógł mi wtedy chłopak z mojej uczelni. Nie wiem czemu, ale postanowił mnie uratować. Dzięki niemu przeszłam długą drogę wizyt u psychiatrów, psychologów. Brałam leki, dwa razy byłam w szpitalu… Ten chłopak teraz jest moim mężem, choć nie było mu łatwo przebić się do mnie przez cały mur braku zaufania, niepewności, tych wszystkich problemów psychicznych. Zamknęłam ten rozdział i raczej do niego nie wracam. Ale nie czuję wstydu, to nie wstyd. W przeciwieństwie do matki nie wstydzę się niczego. Pewnie dlatego teraz rozmawiamy. Ją ten wstyd ściągnął w bardzo mroczne miejsce. Nie chcę tam dłużej być. W czasie gdy Pani podejmowała próby ułożenia sobie życia, Pani matka odsiedziała swój wyrok? Tak, w całości. Przez te 15 lat była spokojna, to więzienie było dla niej lepszym miejscem niż własny dom. To straszne, ale tak właśnie było. Wyszła na wolność i nie wiedziała, co dalej. Wróciła do mieszkania, w którym zabiła swoje-

go męża. Chciałam się nią zająć, wzięłam ją do siebie. Miałam wrażenie, że coś ją bardzo boli, choć udawała, że nie. Namówiłam ją na badania lekarskie. Okazało się, że ma tętniaka w głowie. Krótko po tym pękł… a ona umarła. Proszę wybaczyć to pytanie, ale powiedziała Pani o tym w taki sposób… Odczuła Pani ulgę? To złe uczucie w takiej sytuacji, prawda? Nie, nie wiem. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji… Pierwsza moja myśl to był jakiś taki irracjonalny lęk, że matka, gdzieś tam w zaświatach, spotka się z ojcem. Że nie będzie miała spokoju. Wiem, że to głupie, ale męczyło mnie to. Potem jednak doszło do mnie coś, co brzmi okrutnie - może to dobrze, że ona umarła. Nie wiem, jakby sobie poradziła. 60-latka z wyrzutami sumienia, które miała, z brzemieniem morderczyni i jednocześnie z brzemieniem ofiary. Tego wszystkiego w jej życiu było za dużo, wszystko doprowadzone do ekstremum. Kto by to dźwignął? Pani dźwiga swoją przeszłość. Jest Pani „córką morderczyni”? Mam nazwisko po mężu, zmieniłam miejsce zamieszkania. Mamy syna i nie chcemy, żeby był kojarzony z taką sprawą rodzinną. Urodził się, gdy moja matka jeszcze była w więzieniu, miałam 28 lat. Gdy wyszła, mały miał 2 lata. Nic nie pamięta, nie tłumaczyliśmy mu sprawy. Wie, że babcia przez chwilę z nami mieszkała, nie widzi w tym nic dziwnego. Do dziś nie wie? Nie wie… Ciągle ciężko wyczuć mi ten moment, kiedy powiedzieć. Myślę, że jest jeszcze za mały. Bo jak teraz, usiąść z ośmiolatkiem przy stole i wyznać - ta babcia, która z nami chwilę mieszkała, a później zmarła, zabiła dziadka. Ale myślę, że jeśli mu nie powiemy, to kiedyś, pewnie przez jakiś głupi przypadek, dowie się sam. Znajdzie coś w Internecie. Skojarzy fakty. Nie utrzymujemy kontaktów z moją rodziną, ale może kiedyś ktoś się do niego odezwie? Nie wiem, co wtedy zrobię. Pani jakoś mnie znalazła, więc to nie może być takie trudne. Musimy mu powiedzieć, ale na razie trochę z mężem udajemy na co dzień, że tamtego życia nie było.

*Martyna Rutowska

l. 35 - imię i nazwisko zmienione na prośbę rozmówczyni. Gdy miała 15 lata jej matka zabiła swojego męża. Przez całe dzieciństwo była ofiarą przemocy domowej. Obecnie mieszka w Bydgoszczy, skończyła studia, pracuje, ma męża i 8-letniego syna.


1261514BDBHA

666314TRTHB


kontrowersje

PASAŻERKA na gapę Kobieta mówiąca, że nie chce mieć dzieci, nie jest dobrze postrzegana. Ma coś wynaturzonego… TEKST: Janusz Milanowski

O

braz „Macierzyństwo” Stanisława Wyspiańskiego, obok „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki, to jeden z najbardziej narodowych obrazów. Dzieło „czwartego wieszcza” opisuje się wyłącznie tymi i podobnymi słowy: „Ten piękny pastel z 1905 roku to pełna czułego uniesienia pochwała rodzicielskiej i rodzinnej miłości. Namalowany przez wielkiego malarza, poetę i dramaturga zbiorowy portret z natury przedstawia żonę Stanisława Wyspiańskiego, Teofilę, karmiącą piersią synka Stasia, w towarzystwie ujętej dwukrotnie - z przodu i z profilu - córki Helenki. Znamienne, że w pełni realistyczny obraz nabiera symbolicznej wymowy - jest świeckim i bardzo dekoracyjnym nawiązaniem do znanych religijnych przedstawień Madonny z Dzieciątkiem. Dzięki temu temat ludzkiego macierzyństwa zyskuje tu najwyższą z możliwych rangę” (www.edu.tvp.pl).

MONIKA… - Okropne… - stwierdziła Monika, gdy pokazałem jej reprodukcję pastelu. - Wśród wielu moich społecznych przewinień jest niechęć do rozmnażania się. - Dlaczego? - Po prostu nigdy nie czułam instynktu macierzyńskiego. I tyle. Nie żywię awersji do dzieci, lubię pociechy znajomych, zapewne ich wychowywanie jest niezwykłym przeżyciem, ale nie dla mnie. Monika („bez nazwiska, proszę”) ma 35 lat, doktorat z trudnej do zapamiętania dzie-

20

miasta kobiet

wrzesień 2014

dziny ekonomii. Pracodawca: instytucja finansowa. Atrakcyjna, rozwiedziona. Lubi mężczyzn, „ale nie idiotów”. Pragnie ponownie wyjść za mąż. - Nie chcę zestarzeć się niekochana - oznajmia spokojnie. - Ale też nie chcę mieć dzieci. Gdzieś tak na trzecim roku studiów, zauważyła, że gros jej koleżanek myśli o zamążpójściu i dziecku. Wiele z nich owe myśli przekuło w czyn. - Wyglądało to jak kompulsywne zakupy - wspomina Monika. - Żadna miłość, tylko kulturowy harmonogram życia: teraz studia, teraz mąż i dziecko. Jej harmonogram był inny, indywidualistyczny: rozwijać się i żyć. Nie zastanawiała się dlaczego nie chce mieć dzieci. Robiło jej się niedobrze, gdy matka powtarzała, że studia trzeba skończyć z dwoma dyplomami. Ten drugi zdobywa się w Urzędzie Stanu Cywilnego.

WYNATURZONA, ZŁA PASAŻERKA - Decyzje o posiadaniu dziecka wcale nie są świadome, zresztą o nieposiadaniu tak samo - mówi dr hab. Ewa Bińczyk, socjolożka i filozofka z Instytutu Filozofii UMK, powołując się na książkę Elisabeth Badinter „Konflikt. Kobieta i matka”. - Rzadko ktoś zastanawia się, dokąd zmierza jego życie, ile chce mieć dzieci. Innymi słowy, ludziom często życie „się przydarza”. Nie każdy jest tak autorefleksyjny, by nim kierować w tym aspekcie. Nastawienie kobiet, które nie odczuwają potrzeby zostania matką, jest jak najbardziej zrozumiałe dla dr Bińczyk.

- Na ile jest to temat tabu w naszym polskim świecie? - zastanawia się Monika. - Trudno mi powiedzieć, ale w moim prywatnym światku na pewno tak. Ponieważ kobieta mówiąca, że nie chce mieć dzieci, nie jest dobrze postrzegana. Ma coś wynaturzonego…. Tak, to jest chyba dobre określenie. - Kobiety, które nie chcą mieć potomstwa, nie tyle są stygmatyzowane, co muszą się z tego tłumaczyć - komentuje dr Bińczyk. - Gdy ktoś ma dzieci, to nie musi wyjaśniać, np. dlaczego ma je akurat teraz, gdy nie skończył studiów, czy nie ma pracy, bo to jest naturalne. Natomiast kobiety bez dzieci w świecie społecznym postrzegane są jak pasażerki na gapę.

MOŻE TY JESTEŚ „LEWA” Monika odczuwa to podobnie. W jej świecie nikt wprost nie daje jej do zrozumienia, że coś z nią jest nie tak. Jedynie, gdy odwiedzi rodzinę na wsi, to słyszy żartobliwe aluzje. - Zauważyłam, że dzięki telenowelom ludzie się wyedukowali - opowiada. - Na weselu jeden pijany wujek ośmielił się i powiedział tak: słuchaj, to jak ty nie tego z chłopami, no bo w końcu nie masz dzieciaka, to może ty jesteś „lewa”. Że jaka jestem? No ta, „libijka”. JEJ DIDASKALIA… W świecie Moniki, pełnym dobrze zarabiających i wykształconych znajomych, jej bezdzietność wytykana jest w pewnych didaskaliach - jak to określa. Na przykład. Znajome małżeństwo zaprosiło ją na kolację. Monika z wrodzo-


kontrowersje „Tak więc moja praca narzuciła mi postawę, która nie była w sprzeczności z żadną uczuciową potrzebą i której nigdy nie miałam ochoty zmienić. Nie miałam uczucia, że wyrzekam się macierzyństwa, po prostu nie było moim przeznaczeniem. Pozostając bezdzietną, spełniam swoją naturalną kondycję”. 

nym sobie taktem przebrnęła przez problemy kredytowe, wychowawcze, stłuczkę samochodu, zakup nowej zmywarki… Ucieszyła się, że mała Ewcia zrobiła postępy w grze na skrzypcach, więc wysłuchała krótkiego koncertu i zaklaskała. Nagle uzmysłowiła sobie, że jest jej przykro, bo w ciągu paru godzin, nikt jej nie zapytał, czy nadal jest na diecie po niedawnym usunięciu wyrostka, jak to było, gdy w nocy dopadł ją straszny ból, komórkę miała rozładowaną, ładowarkę szlag gdzieś trafił i doczołgała się pod drzwi sąsiadów, którzy wezwali karetkę. - Pieprzyć to, pomyślałam sobie i postanowiłam zmyć się po angielsku - opowiada. - Kochani, niestety muszę coś jeszcze zrobić i dlatego żegnam was swoim najpiękniejszym uśmiechem. I wtedy moja mądra koleżanka otworzyła ze zdumienia usta i jęknęła: a co ty możesz mieć do roboty? No nic…, faktycznie nic, poza swoim… życiem. I to są właśnie te didaskalia.

PRESJA IDEAŁU W Polsce ok. 9 proc. par nie chce mieć potomstwa; bez uzasadnienia, nie chce i tyle. I nie chodzi tu o względy biologiczne. W zachodniej Europie takich par jest ok. 10-11 proc. Elisabeth Badinter we wspomnianej książce stawia tezę, że ci, którzy nie decydują się na dziecko, myślą o nim przez pryzmat odpowiedzialności. Paradoksalnie, ci, którzy chcą mieć dzieci, myślą o nich w kategoriach zabawy, przyjemności wynikającej z tego, co dziecko może wnieść dobrego do ich życia. Pierwsi stawiają duży nacisk na wolność osobistą. Badinter porównuje Polskę z Francją, gdzie dzietność jest większa. - Według niej, problemem takiego społeczeństwa jak Polska jest ideał Matki Polki, poświęcającej się, od której wiele się wymaga, a która nie ma wsparcia: nie podrzuci dziecka opiekunce, musi przez trzy lata rezygnować z pracy i z wielu rzeczy musi rezygnować - mówi dr Bińczyk. - We Francji te wymagania są mniejsze. Macierzyństwo nie jest tam kojarzone z tak dużą odpowiedzialnością. Według statystyk, 80 proc. Polaków uważa, że kobieta powinna przebywać w domu z dzieckiem do trzeciego roku życia. Koszty ekonomiczne i społeczne w ogóle nie są tu brane pod uwagę. MIT INSTYNKTU Czy macierzyństwo w naszym kraju jest kulturowo przereklamowane? Gdzie jest granica między genetyczno-biologiczną potrzebą posiadania potomstwa a kulturowym nakazem? Czy, jeśli kobieta mówi, że nie chce

Simone de Beavoir

mieć dzieci, to znaczy, że owego instynktu macierzyńskiego w sobie nie ma? - Trudno jednoznacznie wskazać, gdzie się zaczyna motywacja biologiczno-genetyczna, a gdzie występuje motywacja kulturowa - zastanawia się dr Bińczyk. - Jako socjolożka i filozofka uważam, że kultura odgrywa ogromną rolę, jednak nie ignorowałabym biologii. W mojej ocenie nieodczuwanie instynktu macierzyńskiego to coś naturalnego, a nie patologia. Dr Bińczyk powołuje się na badania, wykazujące, że mamy do czynienia z problemem mitologizowania owego instynktu. Otóż od kobiet oczekuje się, że po porodzie będą zachwycone, silne, że będą w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Tymczasem nie zawsze tak jest. Kobiety po urodzeniu często są zagubione, a nie zachwycone, nie wiedzą, jak sobie poradzić z dzieckiem i potrzebują wsparcia. - Istnieje więc takie mityczne przekonanie: szczęśliwej matki tylko z powodów biologicznych, jakby feromony i oksytocyna miały wszystko zapewnić. To jest chyba duże uproszczenie - twierdzi filozofka. - Pewna moja koleżanka, gdy urodziła dziecko, nie była w stanie nic zrobić. Leżała jak zombi i od pielęgniarki usłyszała: „dziewczyno, co z ciebie będzie za matka” - opowiada Monika i zaraz podkreśla. - Ale ja nie pielęgnuję w sobie takich opowieści jako argumentu na wzmocnienie swojego dotychczasowego wyboru. Zastrzega też, że owym wyborem nie kierują względy estetyczne: stracę figurę, przestanę być piękna. Była jednak i o to posądzana. Ale nawet, gdyby przesłanki jej decyzji były czysto powierzchowne, to i tak nie jest to czyjś interes - co stwierdza z naciskiem. - Zapewne wiele koleżanek wysłałoby mnie na terapię, by naprostować moje skrzywione odczuwanie, bym mogła harmonijnie w zgodzie ze stadem iść głównym traktem - mówi już spokojnie. - Tylko że ja nie mam żadnego problemu z tym, że nie chcę mieć dzieci. I jestem z tym w pełnej zgodzie. Monika uważa, że w ciągu wieków nic nie definiowało kobiecości bardziej niż płodność. I nadal tak jest. - Przestarzałe - stwierdzam. - To powiedz swojej dziewczynie, żeby przestała używać czerwonej szminki - mówi z ironią. - Wydaje mi się, że negatywne postrzeganie kobiet, które dzieciom mówią „nie”, przez inne kobiety jest w jakiś sposób naturalne. Bo przecież ciągle widzimy siebie poprzez pryzmat seksualnej atrakcyjności, czyli prokreacyjnej przydatności. Obojętnie, ile fakultetów

mamy i na jak wysokie stanowiska zajdziemy. Z kobietą, która nie chce świadomie mieć dzieci, musi zatem być coś nie tak. Zauważ, że ta stygmatyzacja nie dotyczy mężczyzn. Łatwiej wybacza się facetom brak odpowiedniego zainteresowania własnym potomstwem, niż bezdzietnej kobiecie brak zachwytu nad bobasem koleżanki.

PRZEDSIONEK DLA BEZDZIETNYCH Kolejne didaskalia. Monika nie chce zachwycać się czymkolwiek dla konwencji. Wydaje jej się, że coraz więcej koleżanek z dziećmi omija ją szerokim łukiem. Gdy w pracy wchodzi do palarni, koleżanki natychmiast przy niej przestają rozmawiać o swoich pociechach. Monika widzi to tak. - Każda matka uważa, że stoi w kręgu życiowej mądrości - stwierdza kategorycznym tonem. - Bezdzietne skazane są na przedsionek. Te same koleżanki, które biegną do mnie w trudnych momentach po radę, dają mi jednocześnie sygnały, że jednak sporo o życiu nie wiem. Kobiety-matki często uważają, że dzięki rodzicielstwu dostąpiły głębszej życiowej mądrości. Uważają się za dojrzalsze, bardziej odpowiedzialne i dają mi to odczuć. Ale, do cholery, dlaczego do mnie lecą płakać, gdy wzorowy tatuś ich dziecka pójdzie do burdelu, albo zapije? JAZDA BEZ TRZYMANKI - Badania pokazują, że ludzie, którzy nie decydują się na rodzicielstwo, robią to z powodu przerostu myślenia w kategoriach obowiązku - komentuje dr Ewa. - Nie widzą w tym radości, zbyt kontrolują swoje życie, by zdecydować się na jazdę bez trzymanki i zrobić sobie dzieciaka. Inną przyczyną bywa wysokie wartościowanie wolności, albo koncentracja na zadowoleniu ze swojego związku. To ostatnie daje im takie spełnienie, że nie chcą powiększać rodziny. W ten sposób wypowiedziało się 80 proc. badanych. Monika nie daje się zaszufladkować i na pytanie, czy jest feministką, odpowiada automatycznie, jakby to miała przemyślane. - Nie wiem, czy nią jestem, czy nie. Zbyt wiele jest pseudointelektualnych kretynek w tej materii. Ale bywam społecznym konformistą. Więc na pytanie o dzieci odpowiadam gładko „to jeszcze nie jest odpowiedni moment” - kończy z uśmiechem. - A kiedy będzie „odpowiedni moment”? - Równie dobrze możesz zapytać mnie, kiedy umrę…

miasta kobiet

wrzesień 2014

21


zdrowie i uroda

Skóra po letnich grzechach Letnia natura nie zna litości. Piękna opalenizna ma swoją ciemną stronę: przebarwienia i pieprzyki. Rozczarować też może talia, która nie oparła się wieczornym drinkom… TEKST: Janusz Milanowski

E

K

L

A

M

A

667214BDBHB

R

22

miasta kobiet

wrzesień 2014


zdrowie i uroda

L

etni urlop to czas grzechu, choć rozpoczynamy go z postanowieniami odnowy: będę dużo pływać, opalać się rozsądnie, pić dużo wody, jeść tylko lekkie potrawy. Jednak zbiorowa inwazja wieczornych rozrywek, promieni UV, słonej wody i wiatru daje rezultat odwrotny od naszych zdrowych postanowień. Na szczęście gabinety kosmetyczne bez problemu poradzą sobie letnimi grzechami.

HORMONY - WRÓG SKÓRY Największa zmorą kobiet są przebarwienia skóry. Dyplomowana kosmetyczka Maria Minicz, właścicielka Salonu Urody Feminarium w Toruniu, podkreśla że największy problem mają z nimi kobiety stosujące z różnych powodów środki hormonalne. - Niestety przebarwienia są dość trudne do usnięcia, ale nowoczesna kosmetologia radzi sobie z nimi doskonale - mówi Maria Minicz. Arsenał środków redukujących zaburzoną produkcję barwnika skóry jest duży; od preparatów z wit. C po zabiegi inwazyjne. Preparaty z wit. C zalecane są do regularnego stosowania kobietom już od 25 roku życia. Są też zabiegi z użyciem tejże witaminy, które przeprowadza kosmetyczka w gabinecie, dobierając specyfik według potrzeby. Po pewnym czasie dają efekt delikatnego rozjaśnienia skóry. Jednak panie zdecydowanie wybierają zabiegi inwazyjne, polegające na głębokim złuszczaniu skóry. Można je przeprowadzić m.in. przy pomocy preparatu z substancjami depigmentacyjnymi, który nakłada się na twarz jak musztardową maskę. Efekt rzeczywiście jest szybki, ale niestety po takim zabiegu nie wygląda się najlepiej i przez tydzień nie należy wychodzić z domu. Warto jednak mieć na uwadze, że przebarwienia będą wracać. - Przede wszystkim należy skonsultować z lekarzem zasadność stosowania środków hormonalnych. Kobiety, które raz na zawsze chcą pozbyć się przebarwień obowiązuje totalny zakaz opalania. Kobieta musi jasno sobie odpowiedzieć, czy chce mieć jasną, gładką skórę bez przebarwień, czy woli opaleniznę z przebarwieniami - radzi Maria Minicz, podkreślając że jesień ze względu na temperatury jest najlepszą porą na zabiegi pielęgnacji skóry.

NA PIEPRZYKI - LEKARZ Po lecie skóra wymaga oczyszczenia. Zadanie to spełni popularny zabieg jakim jest mikrodermabrazja. Celem zabiegu jest oczyszczenie skóry, odblokowanie porów, usunięcie suchej warstwy naskórka, rozświetlenie i rozjaśnienie twarzy. - Można ją połączyć ze stosowaniem kwasów w zależności od indywidualnego przypadku - mówi kosmetolog Patrycja Gelecińska z Centrum Medycyny Laser-Med w Bydgoszczy. W przypadku młodych kobiet delikatna mikrodermabrazja i maseczka nawilżająca powinny przywrócić skórze witalność i zdrowy wygląd. Dla pań po 30. roku życia mikrodermabrazja to przygotowanie do kolejnych odżywczych zabiegów, które warto wykonać po lecie. Innym rodzajem zabiegu są mezorollery. - Polega to na delikatnym ranieniu struktury skóry - wyjaśnia Patrycja Gelecińska. - Przez powstałe w ten sposób mikrozranienia wprowadza się preparat wybielająco-rozjaśniejący. Podkreśla przy tym, że żaden zabieg nie da gwarancji, że przebarwienia się nie pojawią ponownie, jeśli kobieta nie będzie współpracować z kosmetyczką. - To, co robimy w gabinecie, trzeba wspomóc w domu, stosując przez cały rok kremy z odpowiednimi filtrami. W zależności od pory roku, zmieniamy tylko stężenie filtra - doradza. Natomiast w przypadku pojawienia się pieprzyków, Patrycja Gelecińska zaleca natychmiastową konsultację z lekarzem. UWAGA - SAMOZADOWOLENIE! A co z grzechami pod postacią niespodzianej tkanki tłuszczowej tu i ówdzie? Jest szereg zabiegów modelująco wyszczuplających. Masaż manualny, albo aparatura. Icoone. W ten sposób można zredukować cellulit miejscowy i przywrócić sylwetkę sprzed wakacji. Zabieg trwa od 40 min. do godziny w zależności od potrzeby. Może stosować go na uda, pośladki i brzuch. Dla uzyskania efektu trzeba wykonać 10- 15 zabiegów. - Po takiej serii obserwujemy u pan zmniejszenie dziś od 3 do 8 cm w obwodzie - mówi mgr kosmetologii Barbara Pudelska, właścicielka Instytutu Kosmetycznego Dr Irena Eris w Toruniu. - Warto jednak pamiętać, że największym wrogiem kobiet jest samozadowolenie po ujrzeniu efektu. Jeśli chcemy, żeby takowy był trwały, musimy dbać o dietę i ćwiczyć.

miasta kobiet

wrzesień 2014

23


relaks

Para modna

Zmieniasz stan cywilny w najbliższych miesiącach, a może już zaczynasz planować przyszłoroczne wesele? Zobacz, co w ślubnej modzie piszczy. Ci, którym klasyka się przejadła, mają z czego wybierać. TEKST: Dominika Kucharska

B

iel, delikatne kwiaty, wyuczony walc, a potem barszczyk, schabowy i tort – klasyka bywa piękna, ale niektórzy chcą w ten wyjątkowy dzień poszaleć i uczynić go niezapomnianym z wielu powodów. Sposobem na to może być przełamanie utartego schematu. Prezentujemy skrótowy przegląd fantazyjnych trendów weselnych.

I’M SEXY AND I KNOW IT Na początek zanurkujcie w koszu z gadżetami. Można założyć ogromne okulary, kolorową perukę, doczepić sobie wąsy albo zasłonić oczy czarnym paskiem (to coś dla chroniących wizerunek). Kto chętny, może wziąć do ręki komiksowy dymek z napisem „I’m sexy and I know it” lub „Królowa parkietu”. Tak przygotowani stajecie przed fotobudką. Teraz czas na odrobinę logistyki, a czasem i akrobatyki. Jak dobrze pokombinujecie, to w kadrze zmieści się nawet pięć osób. Po kilkudziesięciu sekundach z maszyny wysuwa się pasek z kolorowymi zdjęciami. Taka mobilna fotobudka to jeden z nowszych weselnych trendów. Para wynajmuje sprzęt. Można go wstawić do sali weselnej albo, jeśli aura pozwala, ustawić na dworze. Firma montuje tło, dostarcza gadżety, a potem... kreatywność gości buduje resztę. W efekcie mamy dużo zabawy i świetną pamiąt-

24

miasta kobiet

wrzesień 2014

kę, z którą każdy zaproszony wróci do domu. Na taką atrakcję trzeba wydać około 1000 złotych.

MIECZE ŚWIETLNE Coraz bardziej modne stają się także wesela tematyczne. Tu wszystko zależy od zainteresowań młodej pary. Jeśli oboje są fanami „Gwiezdnych wojen”, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby panna młoda zafundowała sobie fryzurę a’la księżniczka Leia, a o tym, do kogo trafi mucha pana młodego, zadecydował wynik walki na miecze świetlne. A jeśli nie „Gwiezdne wojny”, to co? Folklor! Wesela na ludową nutę są bardzo popularne i to w dużej mierze wśród osób, które wcale nie mieszkają na wsi. Z reguły odbywają się one w zajazdach i restauracjach stylizowanych na wiejską gospodę. Tradycyjne jadło i ozdoby to nie koniec. Na takim weselu nie może zabraknąć ludowych przyśpiewek i zwyczajów, w naszym przypadku, rodem z Kujaw i Pomorza. Będzie sielsko i anielsko. ZAROBIENI Innym weselnym trendem, który robi furorę na forach ślubnych, jest DIY, czyli polskie „zrób to sam”. Mowa o dodatkach lub upominkach dla gości, wykonanych własnoręcznie przez parę młodą. Mogą to być nietypowe podziękowania.

Na przykład małe paczuszki z domowymi pierniczkami, ozdobione imionami nowożeńców i wylukrowaną datą ślubu. Można pobawić się także w zrobienie zabawnych figurek z korków od wina. Z kawałka firany wyczaruje się suknię ślubną, a ze wstążki krawat dla korkowego pana młodego. Jeszcze innym pomysłem jest wręczenie roślinnej sadzonki w ozdobionej własnoręcznie doniczce, z tabliczką „dziękujemy”. Nie potrzeba wielkich zdolności artystycznych, aby stworzyć coś niepowtarzalnego.

CZASEM SŁOŃCE, CZASEM DESZCZ W naszej wyliczance zabraknąć nie może trendu, który zawitał do Polski klika lat temu. Chodzi o wesele w plenerze, takie jak w amerykańskich filmach. Tu w jakimś stopniu ogranicza nas pogoda, cytując panią minister „sorry, taki mamy klimat”, jednak to wcale nie jest tak dużym problemem. Rozwiązaniem na każdą porę roku są namioty weselne, w których temperatura może być zarówno obniżana, jak i podwyższana. Firmy wypożyczające namioty oferują również ich pełne wyposażenie (stoły, krzesła, oświetlenie, toi-toi), a nieraz nawet catering. Cena zależy od naszych wymagań, ale trzeba na taką weselną fantazję zarezerwować co najmniej klika tysięcy złotych.


771014TRTHA


jej pasja

POZORY mylą

Zawsze powtarzam, że nigdy nie chciałabym być żoną sportowca, bo to ciężkie zadanie. Sportowcy są indywidualistami, a to z czasem przechodzi w egoizm. Z Aleksandrą Klejnowską-Krzywańską*, polską sztangistą, rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomek Czachorowski

Wyciska Pani na ławeczce? Nigdy. To idzie w bicepsy i w biust. Po co mi to? A ile dziś Pani podniosła? Niedużo. Jakieś sto kilo. I mam uwierzyć, że kobieta podnosząca sto kilo ma problem z odkręceniem słoika! To prawda (śmiech). Nawet dziś prosiłam, żeby babcia odkręciła słoik, bo chciałam, żeby dała dzieciom kompot. Mam słabe nadgarstki. Jak na zawodach ucieka mi rwanie, to znaczy, że ucieka mi uścisk. Słoiki to niejedyny problem. Nie mam siły nosić toreb ze swoim sprzętem. Jak jeździłam na obozy treningowe, to mąż musiał pomagać. Nie ma też co na mnie liczyć przy przestawianiu mebli. Ale za to świetnie idzie mi koszenie trawy. W grudniu ubiegłego roku urodziła Pani drugie dziecko. Ten dzisiejszy trening jest jednym z pierwszych? Tak, dopiero wracam. Kolejny raz miałam cesarkę. Nie chciałam się spieszyć. Po drugim dziecku zaczęłam trenować trochę później i chyba wychodzi mi to na lepsze. Nieraz trzeba zrobić

26

miasta kobiet

wrzesień 2014

dwa kroki w tył, żeby zrobić jeden duży krok do przodu. Liczę, że w październiku wystąpię na mistrzostwach Polski. Decyzja o zostaniu mamą była trudna? Dla wielu sportsmenek oznacza to koniec kariery. Nie, bo z mężem bardzo chcieliśmy zostać rodzicami. Plan był taki, żeby wystartować na olimpiadzie w Pekinie i pożegnać się ze sztangą. Ale w Bydgoszczy zaproponowano mi pracę, powiedzieli, że uwzględnią przerwę na ciążę i urlop macierzyński. To mnie tak miło zaskoczyło, że miałam chęć wrócić. Pozwolili mi spełnić się jako kobiecie, bo przychodzi taki moment w życiu, że chce się zostać matką. Sportowcy nie są pod tym względem inni. Poza tym byliśmy już z mężem blisko 8 lat razem, więc chcieliśmy to jakoś rodzinnie sfinalizować. No i wyszło. Na drugie dziecko poczekaliśmy do kolejnej olimpiady. Teraz powoli wracam do treningów. Te powroty są mi potrzebne. Przy pierwszej i drugiej ciąży sporo przytyłam. Po tylu latach ćwiczeń nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby mieć tłusty brzuch.

Będąc w ciąży chwytała Pani za sztangę? Nie. Od razu rezygnowałam z treningów. Pytam dlatego, że w zeszłym roku Internet obiegły zdjęcia amerykańskiej kulturystki, która podnosiła ciężary będąc w ósmym miesiącu ciąży. Lekarze zalali ją falą krytyki. Bo tu nie ma żartów. Dyscyplina, którą uprawiam, jest specyficzna. Mając tego świadomość, ja bym się nie zdecydowała na coś takiego. Dziecko to za duża odpowiedzialność. Dziecko to także życiowa rewolucja, natłok myśli. Pani postanowiła przelać je na papier i zaczęła pisać książkę. Tak, to było przy pierwszej ciąży. Zaczęłam pisać jeszcze zanim syn został poczęty. Nie skończyłam jej, bo ona nie może mieć jeszcze zakończenia. Sama nie wiem, jak dokładnie określić tę książkę. To nie pamiętnik, a raczej opis wielkiej miłości do dziecka, którego się oczekuje. Silna sztangistka nie kojarzyła mi się z artystyczną duszą. A tu takie zaskoczenie… No tak, pozory mylą. Mam nawet dzienniczek wierszy własnego autorstwa. Bardzo lubię pisać.


jej pasja Generalnie lubię wyżywać się artystycznie. Jak maluchy śpią, to potrafię wyciągnąć kolorowankę, czy wycinankę starszego syna i tak się relaksuję. Zdziwiłam się też czytając, że o mały włos, a zostałaby Pani aktorką. To było moje ogromne marzenie! Miałam w planach szkołę teatralną. Od najmłodszych lat ciągnęło mnie do występowania przed innymi. Chodziłam na scholkę, na śpiewy, potem był taniec nowoczesny z akrobatyką. Moja grupa odnosiła spore sukcesy, co dla ambitnego dziecka stanowiło najlepszą nagrodę. Myślałam, że z tym zwiążę swoją przyszłość.

I potem jak stoi się na najwyższym podium w dresie z orzełkiem to… Czasy są jakie są, ale dla mnie reprezentowanie Polski to zawsze będzie powód do dumy. ALEKSANDRA KLEINOWSKAKRZYWAŃSKA

Tymczasem brat zaprowadził Panią na siłownię... To było wtedy, gdy z rodzicami przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. Było nas dużo, mam jeszcze trzech braci i siostrę. Mój średni brat najpierw sam zaczął chodzić na siłownię. Był nastolatkiem, chciał trochę popakować, podobać się dziewczynom. Ale to nie była taka zwykła siłownia, a sekcja podnoszenia ciężarów. Trenerem był dawny kolega mojego taty, jeszcze z czasów PGR-ów. Wyszła informacja, że dziewczyny też podnoszą, a zbliżają się mistrzostwa Polski. Poszłam z bratem. Trenowałam niecałe dwa tygodnie. Zabrali mnie na te mistrzostwa. Na rozgrzewce podeszłam do jakiejś dziewczynki, żeby raz jeszcze mi pokazała, jak to się robi, bo ja zaraz wychodzę na pomost, a dopiero się uczę (śmiech). Wróciłam z brązowym medalem w kategorii do lat 16. Potem okazało się, że tą dziewczynką, która mi pomogła, była córka trenera kadry. Opowiedziała o mnie swojemu trenerowi i ten na rok wziął mnie na próbę. Zgodziłam się i tak zostałam. A nie było żal tego tańca? Pewnie, że tak, ale w ciężarach szło mi coraz lepiej. Moja mama też trochę żałowała. Myślała, że córka zostanie artystką. Sama miałam obawy, na przykład takie, że będą zbyt umięśniona. Bo mimo że nie ćwiczę na mięśnie, to one są, ale

przy takim sporcie nie ma się co dziwić. Pocieszające jest to, że przez ciążę mięśnie zanikają. Natomiast, jeśli chodzi o taniec, to nie jest tak, że ja zupełnie o nim zapomniałam. Jak babcia zajmie się dziećmi, to idziemy z mężem na dyskotekę. Na YouTube wciąż można znaleźć zabawny filmik z Basią Bąk - żoną Bartka Bąka i ze mną w rolach głównych. Ona też kiedyś tańczyła i wzajemnie nauczyłyśmy się elementów stylów, które trenowałyśmy. Wymyśliłyśmy układ i na mistrzostwach Europy w ciężarach, między rwaniem a podrzutem Agaty Wróbel, dałyśmy pokaz (śmiech). Pochodzi Pani z Legnicy. Jak się dorastało na Dolnym Śląsku? Kocham to miejsce. Powtarzam, że sercem zawsze będę tam. Na Dolnym Śląsku miasta są specyficzne, nie przypominają tych w innych częściach Polski, chociaż teraz to się coraz bardziej ujednolica. Nie pochodzę z bogatej rodziny. Jestem nauczona żyć i w lepszych, i w gorszych warunkach. To się przydaje w sporcie, bo moja dyscyplina jest ciężka, nie tylko dosłownie. Każdy sport indywidualny to ogromne obciążenie psychiczne. W ciężarach walczy się ze sobą. Całe szczęście mam silną głowę, odporną na stres. Taka silna osobowość potrafi onieśmielać mężczyzn. Pani obecny mąż miał z tym problem? Chyba nie. Poznaliśmy się na mistrzostwach świata w Warszawie, a tak dokładnie to na dyskotece… Byliśmy młodzi. Ja miałam 20, a Piotr 22 lata. Poprosił do tańca, postawił drinka? Nie. Wracaliśmy jedną taksówką do tego samego hotelu. Okazało się, że to brat mojego lekarza sportowego. Zaiskrzyło, a on miał gadane (śmiech). Potem było kilka spotkań, zbiegów okoliczności… Jesteśmy razem już od 12 lat. Kawał czasu. To prawda. Śmieszna z nas para - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Cały czas oglądamy mecze. W domu króluje sport. Jak dzieciaki zasną, to idziemy do sąsiadów pograć w siatkę. Trafiłam na wyrozumiałego mężczyznę, choć tak samo upartego jak ja. Zawsze powtarzam, że nigdy nie chciałabym być żoną sportowca, bo to ciężkie zadanie i się udało. Mąż jest funkcjonariuszem straży granicznej. Sportowcy są indywidualistami, a to czasem przechodzi w egoizm. Jednak w sporcie im większym jest się indywidualistą, tym osiąga się większe sukcesy. Charakter musi być. Pani też jest taka charakterna? Nie jestem łatwym człowiekiem, chociaż teraz już bardziej panuję nad emocjami. Dzieci przećwiczyły mnie w tym doskonale, ale za młodu potrafiło mnie ponieść. Pamiętam jak przegrałam złoto wagą ciała. Już odbierałam gratulacje, a tu nagle coś takiego. Potrafiłam wtedy nie podejść na podium, nie podać ręki. Taka obrażona byłam może 10 minut i wtedy lepiej było się nie zbliżać, ale potem to przechodziło.

Nie dziwię się sportowcom, którzy po porażce coś tam odburkną. Na zawodach adrenalina buzuje, bo człowiek sam nie może sobie z tym poradzić. Przy trenerze te emocje gasły, czy zdarzało się, że powiedziała Pani parę słów za dużo do niego? Oj, na trenerze też potrafiłam się wyżyć. Potem, jako że wolę pisać niż mówić, wysyłałam mu listy przepraszające z czekoladkami. Jak sobie przypomnę, jaka potrafiłam być trudna, to do dziś mi wstyd. Doświadczenie zmienia człowieka. Trafił mi się uparty syn, który, gdy coś jest nie po jego myśli, to potrafi się nie odzywać do nas przez trzy dni (śmiech). Kumulacja charakterów rodziców daje się we znaki. Trudno jest wychować dzieci, ale taka rodzina to dla mnie największy sukces. A nie te wszystkie medale? To też ważne, ale rodzina jest ważniejsza. Z moim naprawdę ciężkim charakterem trafić na męża takiego, który jest bardzo rodzinny, potrafi się zająć dziećmi, to sukces. Moje dzieciaki też są świetne. Z marzeń sportowych nie zrealizowałam i już pewnie nie zrealizuję jednego - medalu na igrzyskach olimpijskich. Uzbierałam wiele innych, ale tego mi brakuje. Jak odbiera się złoto? Sam występ mnie nigdy nie stresuje. Jak w czymś jestem dobra, to chcę to pokazać. I potem jak stoi się na najwyższym podium w dresie z orzełkiem to… Czasy są jakie są, ale dla mnie reprezentowanie Polski to zawsze będzie powód do dumy. Po zakończeniu kariery przyjdzie czas na bycie trenerką? Już mam papiery na trenera, instruktora, sędziego. Pokończyłam te kursy w trakcie jednej i drugiej ciąży. Bardzo chciałam też skończyć kurs aerobiku, ale teraz mam inny pomysł… …„Taniec z gwiazdami”? Tam mnie jeszcze nie zaprosili, chociaż bardzo bym chciała (śmiech)! Tak serio to marzę, żeby kiedyś wynająć pustą halę. Napakować do niej mnóstwo kolorowych gąbek, materaców, drabinek i stworzyć miejsce, gdzie rodzice będą przychodzić z dziećmi na zajęcia ogólnorozwojowe. Nie basen z kulkami, który znajdzie się wszędzie, ale coś więcej. Byłoby tam kilku trenerów. Ja mogłabym uczyć gimnastyki, ktoś inny wspinaczki, a jeszcze inny zabaw z piłką. Wiem, że coś takiego funkcjonuje w Warszawie. Nie mam jeszcze biznesplanu, ale takie coś mi się marzy.

*Aleksandra Klejnowska-Krzywańska Sztangistka, zawodniczka Zawiszy Bydgoszcz. W kategorii do 58 kg mistrzyni świata i Europy oraz była rekordzistka Europy. Ma męża Piotra i dwóch synów - czteroletniego i 9-miesięcznego. Uwielbia pisanie i taniec. miasta kobiet

wrzesień 2014

27


BYŁAM rodzynkiem Do dzisiaj pamiętam jedną z takich sytuacji sprzed lat. Starsza kobieta stwierdziła: „No pani, jak to, żeby mąż nie mógł przylać żonie? To jest nienormalne”. Z nadkomisarz Moniką Chlebicz* rozmawia Kamil Pik ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

Praca w policji to było marzenie lat dziecięcych? Nie. Ja marzyłam, żeby pracować z dziećmi. Po latach udało mi się to osiągnąć. Do policji trafiłam nieco przypadkowo. Nie dostałam się po maturze na wymarzoną resocjalizację i coś trzeba było robić przez ten rok do kolejnej próby dostania się na studia. Postanowiłam więc znaleźć pracę. Tak jako 19-latka trafiłam na etat cywilny w Wydziale Finansów Komendy Wojewódzkiej Policji. Zakładałam, że tylko do czasu kolejnego naboru na resocjalizację. Wkrótce potem założyła Pani jednak mundur. Po pół roku okazało się, że jest możliwość przejścia na etat policyjny. Zdecydowałam się z tego skorzystać i trafiłam do komisariatu na bydgoskich Wyżynach, gdzie w praktyce byłam sekretarką. Spędziłam tam siedem lat. Nie spełniało to jednak moich oczekiwań i ambicji. Chciałam czegoś więcej. I zdecydowała się Pani na kolejną zmianę? Szukając wyzwań trafiłam do wydziału dochodzeniowo-śledczego na Błoniu. Rozpoczęłam też studia na mojej wymarzonej resocjalizacji. Praca przy biurku chyba bardzo się różni od pracy w wydziale dochodzeniowym... Nie da się tego porównać. Zaczęłam pracować na zmiany, na dyżurach dochodzeniowo-śledczych. Przyjmowałam najróżniejsze zgłoszenia od przychodzących osób: kradzieże samochodów, włamania, śmierci samobójcze, przemoc rodzinną. Nigdy nie wiadomo było, co się trafi. Było to duże wyzwanie, ale dzięki kolegom, na których wtedy trafiłam, łatwiej odnalazłam się w tych nowych realiach i nauczyłam się nowych obowiązków. Wówczas w dochodzeniówce razem ze mną były trzy kobiety, plus dwie

28

miasta kobiet

wrzesień 2014

w sekretariacie komisariatu. Trafiłam do typowo męskiego świata. Ale może też dlatego spotykałyśmy się z większą chęcią pomocy ze strony kolegów. Dzisiaj kobiety w policji już nikogo nie dziwią, jest ich dość sporo. W kujawsko-pomorskiej policji 12 procent funkcjonariuszy to kobiety. Czy jakieś sprawy z dochodzeniówki szczególnie utkwiły Pani w pamięci? Tak, to było gdy zajmowałam się przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu. Sprawca takich przestępstw był zazwyczaj znany już w momencie zgłoszenia. Najbardziej specyficzne sprawy to przypadki przemocy domowej. Trzeba było wejść w czyjeś prywatne życie. Nie jest łatwo rozmawiać z dziećmi, które muszą opowiedzieć o tym, co złego robi ich tata. Na dodatek należy zrobić to tak, aby one miały odwagę powiedzieć wszystkie najgorsze rzeczy. Pamiętałam dobrze wezwanie do domu, gdzie znajdowała się kompletnie pijana mama z trójką dzieci. Pojechaliśmy pod wskazany adres na ul. Grunwaldzkiej. Na miejscu okazało się, że najstarsza córka miała 8 lat, młodsza 5 lat, a najmłodsza jeszcze nawet nie mówiła. Zszokowała mnie prośba tych dzieci, aby zabrać je od mamy. Mówiły, że nie chcą z nią już być. Mocno utkwiło mi to w pamięci. Co się stało z tymi dziećmi? Trafiły do działającego wtedy domu małego dziecka na ulicy Stolarskiej. Zadbaliśmy także o to, aby nie zostały rozdzielone. Mamę w alkoholowym amoku zabraliśmy na izbę wytrzeźwień albo do policyjnej izby zatrzymań, dokładnie już nie pamiętam. Kobiecie łatwiej jest rozmawiać z rodzinami w takich przypadkach?

Nie wiem, czy łatwiej niż mężczyźnie. Może przez to, że byłam już wtedy mamą, miałam większą swobodę w kontakcie z dziećmi. Natomiast pomaga to na pewno w przypadku ofiar gwałtu. Poszkodowanym kobietom zdecydowanie łatwiej otworzyć się i opowiedzieć o zdarzeniu drugiej kobiecie. Pamiętam taką sprawę, gdy któregoś dnia tuż przed moim wyjściem z pracy do komisariatu na Błoniu wbiegła dziewczyna i powiedziała, że została zgwałcona w lesie przy ulicy Szubińskiej. W przesłuchaniu takiej ofiary muszą się znaleźć bardzo intymne szczegóły, o których na pewno trudniej opowiedzieć w rozmowie z mężczyzną. Wtedy, nie pierwszy raz zresztą, pomyślałam, że jesteśmy w policji potrzebne. Potem trafiła Pani do wydziału prewencji, gdzie uczyła Pani dzieci i młodzież. Jak wspomina Pani ten czas? To była praca, która chyba dała mi najwięcej osobistej satysfakcji. Pracując w wydziale prewencji kryminalnej prowadziłam spotkania i pogadanki w szkołach. Wszędzie, gdzie wchodziłam, spotykałam się z wielkim entuzjazmem. Gdy pojawia się osoba w mundurze, dzieci są zawsze rozanielone i zafascynowane, mają mnóstwo pytań. To były najmilsze chwile w tej pracy. Na co dzień policjanci chyba nie spotykają się często z entuzjazmem ludzi. To fakt. Zazwyczaj kontakt z policją odbywa się w nieprzyjemnych okolicznościach. Trudne momenty zdarzają się także w przypadku przestępstw związanych z przemocą. Ofiary często się wycofują, a my musimy przekonać poszkodowanych do podtrzymania zeznań, bo bez nich nic nie uda się zmienić w ich życiu, sprawca nie poniesie kary. Jeśli się nie udaje, to z ciężkim


939414BDBHA

w w w. MIASTAKOBIET. p l

1336314BDBHA

czytaj nas na

1340014BDBHA

1333914BDBHA


jej portret sercem trzeba sprawę odłożyć na półkę. I pozostaje w głowie ta myśl, czy można było zrobić coś więcej... Czy w sprawach przemocy domowej nadal trwa zmowa milczenia sąsiadów i rodziny? W Polsce przez te ostatnie piętnaście czy dwadzieścia lat nastąpiła ogromna zmiana kulturowa jeśli chodzi o ocenę przemocy domowej. Do dzisiaj pamiętam jedną z takich sytuacji sprzed lat. Podczas zbierania materiałów w sprawie psychicznego i fizycznego znęcania się, robiłam rozpytanie wśród sąsiadów i taka starsza pani w pewnym momencie stwierdziła „No pani, jak to, żeby mąż nie mógł przylać żonie? To jest nienormalne”. Dzisiaj powszechna jest świadomość, że to jest złe i coraz rzadziej się na ten temat milczy. Jak wyglądały Pani kolejne kroki w policji, po pracy w wydziale prewencji kryminalnej? Na chwilę wróciłam do pracy biurowej. Zostałam szefem wydziału prezydialnego w komendzie miejskiej. Potem zostałam pełnomocnikiem do spraw informacji niejawnych. Następnie z osoby, która określała, które informacje nadają się do upublicznienia, stałam się rzecznikiem prasowym. Czyli musiałam zrozumieć, że w zasadzie wszystko powinno być jawne, przynajmniej w opinii dziennikarzy. Z tyłu głowy jednak zawsze trzeba pamiętać o tajemnicy służbowej. Wymagało to dużej zmiany w sposobie myślenia o tym, co i jak się mówi. Trudno się rozmawia z dziennikarzami? Dzisiaj już chyba nie. Są oczywiście w pracy rzecznika sytuacje nie do obrony i trzeba wówczas zaakceptować krytykę, czy zarzuty. Zdarzają się też, oczywiście, dziennikarze bardziej napastliwi, czasami ocierający się o bezczelność. Generalnie jednak obracam się wśród tych samych osób z lokalnego środowiska dziennikarskiego, znamy się nawzajem i dobrze nam się współpracuje. Musiałam też w tej pracy stać się trochę rzecznikiem dziennikarzy w policji, próbując w ich imieniu zdobyć informacje. Czy zdarzyło się kiedyś, że chciała Pani powiedzieć dziennikarzom coś, czego nie mogła? Raczej nie. Pełniąc tę funkcję trzeba rozumieć instytucję, którą się reprezentuje. Nie przekazuje się swojego zadania. Aby być dobrym rzecznikiem, trzeba stać się częścią policji i wygłaszać jej opinie. Powinna to być osoba, która powie, że jest policjantem, a nie, że tylko pracuje w policji. Jeśli utożsamiasz się z tą instytucją, to nie ma takich dylematów. Czy bycie rzecznikiem nauczyło Panią jakichś zasad przydatnych na co dzień? Nauczyłam się asertywności. Teraz, jak idę np. załatwić coś w którymś urzędzie, u lekarza czy choćby reklamację w sklepie, to nie da się mnie łatwo zbyć. Nie odpuszczam i domagam się swoich praw. Wcześniej taka nie byłam. To lekcja od dziennikarzy.

Z czym musi się liczyć osoba, marząca o pracy w policji? Jedyną motywacją do podjęcia tej pracy nie może być chęć stabilizacji. Prędzej czy później każdy tu się przekonuje, ile to człowieka kosztuje. Na co dzień trzeba się stykać z bardzo trudnymi dla naszej psychiki momentami, z dużym stresem. Trzeba się przyzwyczaić do odwoływania zaplanowanych na sobotę czy niedzielę spotkań, do rezygnacji z urlopu, do tego, że nie wróci się po południu do domu. Nie każdy to wytrzymuje. Domyślam się więc, że praca ta odbija się na życiu rodzinnym. Trudno jest żyć z policjantką/policjantem? Oj, myślę, że tak. Najtrudniej tej drugiej połówce chyba zrozumieć i zaakceptować u partnera ciągłą gotowość do pracy. Jak odwołujesz rodzinne plany raz, drugi, czy trzeci, to jeszcze ujdzie. Jak zdarza się to regularnie przez wiele lat, to dla rodziny jest to ciężki egzamin cierpliwości. Do policji trafiła Pani w 1990 roku. Rozmawiamy 24 lata później. W policyjnej rzeczywistości te dwie daty to pewnie przepaść? Nastąpiła niewyobrażalna zmiana. Jak w dziewięćdziesiątym roku przyszłam do pracy, to komenda już na wejściu, sama w sobie, była odstraszająca. Tak samo jej wyposażenie. W moim pokoju każde krzesło i każde biurko było z innej parafii. Dzisiaj policyjne budynki stały się czyste i nowoczesne, przychodzący ludzie nie są odgrodzeni kratami od policjanta. Sprzęt obecnie przez nas używany, w latach 90. byłby jak z kosmosu. Inna jest także mentalność i podejście do pracy samych policjantów. W tamtym czasie była to jeszcze grupa ludzi wyrosła z milicji. Dzisiaj nastąpiła już zmiana pokoleniowa. I w tym czasie przybyło także kobiet w policji... Zgadza się. Dzisiaj już rzadko spotkamy się z sytuacją, gdy kobieta jest rodzynkiem w komendzie. W kujawsko-pomorskiej policji pracują obecnie 664 panie. W skali kraju mniej więcej co siódmy policjant to kobieta. I nikogo to już nie dziwi. Tak właśnie powinno być. Mężczyźni pewnie musieli się w pewnym momencie do tego trochę przyzwyczaić i dostosować. Oni jednak mają swoje tematy, inny sposób bycia, taki swój męski świat. Czyli ucichły już dyskusje, czy kobiety w ogóle nadają się do policji? Dyskusje o tym, czy np. w patrolówce lub oddziale antyterrorystycznym panie sprawdzą się tak samo dobrze jak mężczyźni, były i zapewne będą nadal. Dotyczą one jednak wybranych zadań, a nie pracy w policji w ogóle. Bezdyskusyjnie różnice fizyczne są nie do pokonania. Nie zmienia to faktu, że są panie, które odnajdują się i w takiej roli. W naszym województwie mamy jedną panią w oddziale AT. Zgodzę się jednak, że większość kobiet w policji działa w tych obszarach, gdzie różnice fizyczne są bez znaczenia. I przy tym

pokazują, że że niektórymi cechami charakteru przewyższają mężczyzn. I również awans nie stanowi dla kobiet problemu? Wśród najwyższej kadry dowódczej ciągle jest ich bardzo niewiele, tylko jedna kobieta jest komendantem wojewódzkim. Szklanego sufitu nie ma. Kobiet na najwyższych stanowiskach jednak rzeczywiście jest mało. Myślę, że w pewnym stopniu bierze się to z tego, że bardzo trudno pogodzić ogrom pracy, z jakim wiąże się kierowanie jednostką policji, z życiem rodzinnym. Ja chylę czoło przed tymi kobietami, które się na to zdecydowały, a równocześnie potrafią być żonami, matkami. Czy po zdjęciu munduru spotyka się Pani z jakimiś nieprzyjemnymi komentarzami na temat tego, że jest Pani policjantką? Nie. Nie miałam takich sytuacji. Wprost przeciwnie. W gronie osób, które mnie znają, spotykam się z dużą sympatią i zainteresowaniem. Wielokrotnie byłam proszona o poradę, jak się zachować, czy co zrobić, gdy ktoś czuł się poszkodowany. Natomiast w czasie służby zdarzały się różne sytuacje. Również takie, gdy podczas zatrzymania pewien młody człowiek splunął w moją stronę. Dostała Pani kiedyś mandat za wykroczenie na drodze? Nie, nie zdarzyło mi się. Ale mandat otrzymał mój mąż, gdy ja byłam pasażerką. Jestem tylko człowiekiem, więc pewnie zdarzyło mi się czasami zasłużyć na mandat, ale na razie miałam szczęście i nie zostałam ukarana. Za to w ostatnim czasie trzykrotnie trafiłam na kontrolę trzeźwości na drodze. Raz nawet panowie policjanci rozpoznali mnie jako rzeczniczkę policji. Jak Pani lubi spędzać czas poza pracą? Jeśli już uda się pójść na urlop, to uwielbiam z mężem żeglować. Jestem zakochana w Zalewie Koronowskim. Jakiś czas temu pojechaliśmy do Chorwacji i tam wyczarterowaliśmy łódkę. Było to fenomenalne przeżycie. Te krótsze momenty lubię spędzać na treningu fitness, albo na zwykłym nicnierobieniu, aby odpocząć. Po służbie jest Pani dowódcą jednostki „dom i rodzina”, czy to mąż nią dowodzi? Mąż czasami żartuje, mówiąc do mnie „tak jest, mój mały komendancie”, ale spodnie w domu nosi właśnie on. W naszej rodzinie panuje jednak równouprawnienie. Oboje pracujemy i nie sposób, aby jedna osoba brała na siebie cały ciężar obowiązków. Dzielimy się więc nimi według możliwości każdego z nas.

*Monika Chlebicz Nadkomisarz, rzeczniczka prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy, wielbicielka żeglowania po Zalewie Koronowskim. miasta kobiet

wrzesień 2014

31


męska perspektywa

JESTEM STAROSWIECKI Oparcie, jakie mam w moich kobietach, pozwala mi skakać na życiowym bungee - wiem, że choćby ta lina się zerwała, mam pod sobą siatkę bezpieczeństwa. Z raperem BISZEM* rozmawia Jacek Kowalski

Podobno konsultujesz teksty na najnowszą płytę ze swoją dziewczyną. Po co? Konsultuję z nią nie tylko teksty, ale i muzykę. Po co? Wychodzę z założenia, że są rozmaite gusta i spojrzenia na muzykę. Wiem, jakie ona ma spojrzenie. Reprezentuje trochę inny krąg słuchaczy. Kiedy jej to przedstawiam, wiem, jak może to być odbierane. Poza tym, co znaczy: konsultuję? Jakoś tak naturalnie wychodzi. Piszę tekst, rapuję jej i pytam, co myśli. Przyznaj się: może Ty wszystko, co piszesz, piszesz dla niej? Niektóre teksty na pewno tak. Zdarzają się co jakiś czas. Ale większość raczej nie. I to jest najważniejsza kobieta na obecnym etapie Twojego życia? Tak. Razem z moją mamą, oczywiście. No oczywiście. A mówiąc o mamie… Które kobiety były najważniejsze dla Ciebie w dzieciństwie? Od dzieciństwa miałem bliski i dobry kontakt z kobietami. Najważniejsze były babcia i mama. Babcia to w sumie esencja mojego dzieciństwa. Często u niej bywałem. Ja mieszkałem na Szwederowie, babcia na Bocianowie. Blisko cmentarza i nieopodal dworca. Stąd moje wspomnienia: chodzenie na cmentarz do pradziadków, obserwowanie przejeżdżających pociągów… Z babcią jeździłem też do rodziny do Nakła. To mi dało coś, co mam w sobie do dzisiaj: zamiłowanie do mniejszych miast, do innego, spokojniejszego czasu, jaki tam płynie. Czy mi się wydaje, czy Ty masz w sobie małe miasteczko? Tak, ono gdzieś tam we mnie siedzi. Dokładniej mówiąc: pewną intymność i ten czas, który wolniej płynie. Dystans do tego całego

32

miasta kobiet

wrzesień 2014

zabiegania. To wpływa też na moją muzykę: jestem z dala od pewnej powierzchowności. W małym mieście możesz wszystko ogarnąć myślami, wzrokiem. W dużym wszystko masz poszatkowane i fragmentaryczne. To się bierze z tych wypraw z babcią. To była osoba pełna ciepła, na którą można było zawsze liczyć.

- przywiązanym do chrześcijaństwa. Moja mama jest osobą bardzo wierzącą. Gdzieś w głębi zawsze czułem, że wszystko będzie dobrze. Mam od niej siłę charakteru, dobroć, autentyczność i szczerość - to przyniosło mi intuicję, że jeśli będę uczciwy i w zgodzie ze sobą, nie mogę popełnić fałszywego kroku.

Podobało jej się to, co piszesz? Nie miała okazji usłyszeć. Ale z drugiej strony, wiesz co… Z mamą jeździliśmy na grób babci - tam, gdzie kiedyś z nią chodziłem. Zamiast modlić się, zawsze opowiadałem jej, co u mnie słychać, zastanawiałem się też, czy byłaby zadowolona z tego, co robię. Napisałem utwór o tym chodzeniu na cmentarz; nie ma go na żadnej płycie (u nas na zdjęciu obok - przyp. J.K.).

Do czego potrzebne są Ci kobiety? Zależy, na jakich etapach twórczości. Wiele moich utworów jest inspirowanych kobietami.

Czy to babcia była tą osobą, która dostrzegła w Tobie wrażliwość? Kobiety w moim życiu - mama, babcia - dały mi coś więcej: przeświadczenie, że jestem dobrym człowiekiem, a to mi pozwala na wolność. Dopóki jesteś dobry, możesz robić wszystko, co chcesz, niczego złego nie jesteś w stanie zrobić. To ogromne oparcie.

A jak sobie radzisz z intymnością, jaką dają kobiety? Potrzebujesz jej, żeby tworzyć? Jak najbardziej! Moja praca jest dość męcząca, samotna, psychicznie wykańczająca. Ale potem są te momenty intymności, które pomagają mi się błyskawicznie odbudować, odnowić.

Pomaga czy przeszkadza w życiu? Z jednej strony pomaga, bo mało obchodzi mnie opinia innych ludzi. Ale z kolei mamy opinia obchodzi mnie bardzo. To jest fascynujące: nagrywam - bywa - jakiś mocny, hardcorowy utwór, i mam myśl: co mama o tym powie? Jak lecisz z ostrym tekstem to… …mamie niekoniecznie się to podoba, a słucha wszystkiego, co nagram. Chociaż wie, że to taka stylistyka. To oparcie, jakie mam w moich kobietach, pozwala mi skakać na życiowym bungee - wiem, że choćby ta lina się zerwała, mam pod sobą siatkę bezpieczeństwa. To jest bezcenne. Mamie zawdzięczam też siłę charakteru. Jestem racjonalistą, ale - paradoksalnie

Czy wchodziłeś w relacje z kobietami, coś przeżywałeś, a potem to opisywałeś? Tak. Albo widziałem kobiety z problemami, które były mi bliskie, i chciałem im jakoś pomóc, jakoś je wesprzeć.

Jak już piszesz tekst - myślisz o swojej dziewczynie? Na płycie, którą właśnie nagrywam, teksty są zaangażowane i dalekie od kobiet, tak bym to ujął. Kulturoznawczo-filozoficzno-dziwne; nie wiem, jak je nazwać. Po prostu: o świecie. Np. o tym, że… Wiesz, ja mam zdystansowaną postawę do tego, że we współczesnym świecie zbyt wiele czasu poświęca się sobie. Mam odrobinę pretensji do świata marketingu, że skupia się na powierzchowności kobiet. Moim zdaniem kobiety powinny być przeciw kreowaniu takiego wizerunku, bo to im szkodzi. No, ale ja jestem ogólnie zdystansowany do konsumpcyjnego stylu życia. Moja dziewczyna to podziela. O, a propos antykonsumpcjonizmu. Mama nauczyła mnie jeszcze jednego: oszczędności,


temat

Idąc Zygmunta Augusta na cmentarz z mamą Widzę dzieciaka, który z mamą tutaj skręcał w prawo. Wcześniej zamykał oczy, liczył kroki od dworca, Nie puszczał dłoni, krótki czas drogi dłużył się bez końca. Teraz te dłoń chwycić dziwnie jakoś. Mijamy Sowińskiego, nic nie jest tak samo. I choć przyjdzie lato to nie przyjdzie radość, Że tu przy niej spędzę tydzień albo dwa, bo jej już nie ma. Idę z mamą prosto, patrzę w prawo. Pusta ulica w słońcu, parę kobiet, w oknach spokój. Mam ciągle w głowie obraz tego domu: Siadałem często w oknie obok niej, Wkładałem koc pod łokcie, A pod oknem czas robił sobie wolne. Czas stoi na cmentarzach, przy nagrobkach. Powoli pływa alejkami. Za nim cisza stąpa lekko, Za nim kwiaty więdną, za nim lampki gasną. „Mamo daj mi rękę i wracajmy zanim nas tu znajdą”. Znajdą. Nie chcę myśleć, że tu kiedyś sam przyjdę, Wtedy dzieckiem już nie będę i nasz świat zniknie. Nie ma szans by pokonać strach, a pokonać czas Mamy czas tylko nim pokona nas. tekst piosenki Bisza "Patrzę w niebo", która nie ukazała się na płycie


takiego podejścia: „żeby nic się nie zmarnowało”, a „wyrzucić chleb to grzech” i tak dalej. To buduje mój światopogląd od podstaw. I dziewczyna to podziela. Może ona przykłada do tego trochę mniejszą wagę, ale ja pilnuję tego radykalnie. No nie potrafię wyrzucać rzeczy i już. Staram się też nie kupować nowych, kiedy widzę, że te stare jeszcze nadają się do użytku. Oraz nie kupować rzeczy nieużytecznych tylko dlatego, że są np. ładne. Być może to przesada z mojej strony, ale… Ale kobiety lubią nowe, ładne rzeczy, choćby i nieużyteczne… No cóż: kiedy złożę przysięgę małżeńską, będę musiał się do tego przystosować. Będę podchodził z całym szacunkiem do potrzeb mojej obecnej dziewczyny, przyszłej żony. Zasługuje na to jak każda kobieta i potrzebuje tego. Powiem tak: znam potrzeby kobiet, ale nie chciałbym stać się niewolnikiem tych potrzeb. Mówisz o kobietach z szacunkiem. Niektórzy powiedzieliby też, że nie pasuje raperowi. Szczególnie w Twoim wieku. Zawsze je szanowałem. Trochę bierze się to stąd, że wychowywałem się w otoczeniu kobiet. Kiedy widziałem, jak młodsi ludzie odnoszą się bez szacunku do starszych kobiet, stawiałem sobie pytanie: „A co by było, gdyby to była moja matka, babcia?”. Wtedy perspektywa diametralnie się zmieniała. A co do raperów? Różnie to bywa z ich postrzeganiem kobiet, jak w każdym środowisku muzycznym. Oczywiście, w tych amerykańskich wzorcach stosunek do kobiet jest taki, jaki jest: przedmiotowy. Ale u nas ten szacunek jest głęboko zakorzeniony. Nie wiem, skąd się to bierze? Szacunek do matki w każdym razie jest mocny. A do rówieśnic? No może z tym to rzeczywiście czasem bywa różnie. To już są widocznie te zachodnie wpływy. Kobieta - przedmiot, która ma zaspokajać. Ale ja nie potrafię tak traktować kobiet. W moich piosenkach propaguję inną postawę.

34

miasta kobiet

wrzesień 2014

Zdajesz się być staroświecki. Przepuszczasz kobiety w drzwiach? Tak. Całujesz je w rękę? Rzadko, a rówieśnic - wcale. Odsuwasz krzesło w kawiarni? Zdarza się. To prosty, ale sympatyczny gest. Jesteś jak jakiś jazzman, nie raper. Tak, chyba jestem staroświecki. Wiem, że to słowo dziś ma znaczenie pejoratywne, no ale ja przy nim obstaję. Najważniejsza kobieta w Twoim życiu? Teraz są dwie: mama i moja przyszła żona. Mama mnie wychowała, przez całe życie jest ze mną - siłą rzeczy odgrywa w nim dużą rolę. To są emocje bardzo głębokie; nawet trudno mi o tym mówić. Muszę mieć jednak świadomość, że w moim życiu za chwilę będzie pierwsze skrzypce grała inna kobieta. Takie są zasady: skoro decyduję się na małżeństwo, to nie mógłbym stawiać wyżej mamy. To byłoby nieuczciwe względem żony. Chociaż wiadomo, że są to dwie różne dziedziny; żadna z tych kobiet nie może zagrozić sobie nawzajem. Mógłbyś wymienić najważniejsze rzeczy, których nauczyłeś się od kobiet. Ja byłem bardzo dziwnym człowiekiem, moja osobowość była też daleka od tego, jakim jestem teraz. Pierwsza kobieta, którą zraniłem… Ona dała mi głęboką świadomość, że skrzywdziłem drugiego człowieka i jak podle się z tym czuję. To była świetna dziewczyna, ja byłem bardzo młody i głupi. Byłem z nią a potem w jakimś momencie, zupełnie bez powodu, stwierdziłem, że już nie chcę z nią być. To była świadomość bezinteresownego okrucieństwa, dziecięcego: ona nie zrobiła nic złego, zależało jej na mnie, a ja po prostu ją skrzywdziłem. Z początku o tym tak nie myślałem, to przyszło z czasem i obudziło we mnie poczucie głębokiej empatii. Wybaczyła mi to

z czasem. Nauczyło mnie to raz na zawsze, że z ludźmi trzeba być w porządku. Więcej tego nie zrobiłem. Druga moja miłość: ona była bardzo wyzwolona, otwarta. Ja byłem zakompleksiony - ona była bujną kobiecością, niemyślącą, co jest złe, a co dobre. To mi bardzo imponowało: było to zupełnie przeciwstawne. Ona nauczyła mnie braku spięcia, otwartości i dystansu. Rzeczy, które mnie w niej bolały, nauczyły mnie buddyjskiej cierpliwości. Dały mi świadomość, że skoro nie jestem w stanie zapanować nad nią, to i nie jestem też w stanie zapanować nad wieloma innymi sprawami w życiu. Dało mi to stoicki spokój. I świadomość, że ludzi trzeba kochać takich, jakimi są i nie próbować ich zmieniać. Następna - to przyjaciółka, bardzo ważna w moim życiu. Poznaliśmy się przypadkowo przez Internet, a potem okazało się, że mieszkamy niedaleko siebie. I to jest przyjaźń dokładnie zaprzeczająca obiegowej opinii, że między kobietą a mężczyzną nie istnieje. To osoba bardzo wrażliwa i kreatywna. Jest artystką, dużo przeszła. Ona daje mi zrozumienie tych stron mojej osobowości, których nikt nie zna i nie rozumie. Kiedy mam dzień, że nie mam ochoty wychodzić z domu, a nawet żeby ktoś na mnie patrzył - a zdarzają się takie dni - wiem, że mogę do niej zadzwonić, a ona skwituje to śmiechem, bo sama dobrze wie, co to znaczy. Kobiety to samo dobro, jak słyszę. Żadna Cię nie skrzywdziła? Zdarzało się. Krzywdy są wpisane w moje życie, nie traktuję ich jako czegoś złego. Pogłębiły moją wrażliwość i ukształtowały sposób patrzenia na świat. Kiedy jednak patrzę na to wszystko z dystansu, to więcej dostałem od kobiet dobrego, niż złego. *BISZ

Właściwie Jarosław Jaruszewski. Raper, poeta, producent muzyczny. Urodzony w Bydgoszczy w 1984 roku. Współtwórca zespołu hip-hopowego B.O.K. Został wyróżniony tytułem Bydgoszczanina Roku 2012.


męskim okiem

Eugenia Doubtfire nie skacze Na każdych 100 samobójców tylko 20 to kobiety. Piszę te słowa w dzień, w którym - jak podają media - zabił się Robin Williams, facet, którego zapamiętałem głównie jako kobietę. W obliczu tej bezsensownej śmierci (a któraż ze śmierci ma sens?) ja się pytam: czy gdyby istotnie był kobietą, zabiłby się? Jacek Kowalski*

R

E

Ale przecież to mija; emocje, uczucia - jak śpiewa Leonard Cohen - nie są po to, żeby im ufać. Są, a chwilę później ich nie ma. Robina Williamsa zapamiętałem jako sympatycznego rozwodnika, który przebiera się za kobietę i opiekuje się swoimi dziećmi, czyli jako panią Eugenię Doubtfire. Tak jest, miał swoich ról dziesiątki, bywał nagradzany, było i Stowarzyszenie Umarłych Poetów z nieśmiertelną frazą „Kapitanie, mój kapitanie…” i całe mnóstwo innych. Jak go pamiętacie - tak pamiętajcie; ja zapamiętałem go jako dwoistego osobnika. Jako Daniel Hillard był cholerykiem, jako pani Doubtfire do rany przyłóż. Daniel to egoista i dzieciuch, Eugenia - zaradny społecznik, oddana dzieciakom. I teraz ja się was pytam: czy Eugenia Doubtfire popełniłaby samobójstwo, nawet żarta przez depresję? Czy skoczyłaby tam, gdzie skoczył Daniel/Robin - w wielkie nieznane? Sądzę, że nie. Daniel chciał być z dziećmi, to był cel jego życia, powód przebieranek. Człowiek z celem jest jak statek z solidną kotwicą - już tak łatwo nie zwinie żagli, nie odpłynie bez słowa. Depresje są dla facetów. Kobiety muszą sobie z nimi radzić. Widziałem niejeden raz kobiety, które mówiły „nie mogę wyjść z domu, nie mogę ruszyć ręką ani nogą, jest jedna czarna rozpacz, nie ma nadziei”. A mimo to wstawały z łóżek, szły, robiły, co do nich należało. Facetów takich nie spotkałem. Jasne, to nie mogły być kliniczne, ciężkie depresje, K

L

nie mogły być takie szatany, które odpędza się pigułkami zapisywanymi przez anioły. Ale było wam ciężko, było wam źle - i zawsze mówiłyście „to jest do przezwyciężenia, bo…”. Po czym następowały listy powodów. Faceci tak nie mają. Bo wy, kobiety, macie tę przewagę nad nami, że prawie zawsze widzicie cel. W każdym razie częściej, niż my. Może dlatego nie skaczecie z taką lekkością w ciemność.

* Jacek Kowalski Reporter od 20 lat. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press w kategorii Reportaż. Domorosły muzyk, meloman i barista. Zawodowy ojciec na pełen etat. A

M

A

1261414BDBHA

Mówią, że kobiety nie popełniają tak często samobójstw, bo są jak trzciny. Wiecie, facet jest jak dąb, długo się opiera wszystkim burzom życiowym, aż trzaska malowniczo, z hukiem się wali i koniec. Nie wytrzymują nerwy, albo serce, albo jedno i drugie. Latami chowa w sobie jakieś urazy, roztrząsa po nocach problemy, nie wygada się, nie wyżali, mało kiedy pięścią walnie w stół, bo to przecież niepoprawne. A i stoły nie takie, jak kiedyś. Ja, pamiętam, że jako dziecko chowałem się pod solidnym, na czarno pociągniętym, okrągłym stole na grubych, rzeźbionych nogach. Gdy mój dziadek - chłop na schwał - rąbnął kiedyś w niego pięścią, to szyby w oknach zadrżały, a stół ani trochę. Teraz stoły są jak z kartonu, kot pacnie łapą i się rozkładają. W jaki mebel ma więc walić pięścią mężczyzna, gdy już musi? Więc nie rąbie w nic, wszystko ma w sobie i jak wulkan wybucha. Czasem ostatecznie, niestety. A kobieta jest jak trzcina, jak trawa - jej burze nie złamią, tylko przygną do ziemi. Ale przecież szybko się z niej podniesie, bo dom, bo dzieci, bo idzie nowy rok szkolny i trzeba o coś znowu zadbać. Jak ją dusi od środka, to się wypłacze, wyżali. Jak nie pomoże, trzaśnie w pysk chłopa. I dobrze, i przechodzi. Owszem, są kobiece zawody miłosne, są burze, jest targanie emocjami zgoła nieporównywalne do tego, jakie przechodzimy my, mężczyźni. Są dni, kiedy kobieta jest jedną wielką brzytwą; nie podchodź, jeśli nie chcesz być poraniony.


Ściągnij

marzenia NA ZIEMIĘ

Znasz swój flow? Zdarza ci się bujać w obłokach? Puścić wodzę fantazji? Warto marzyć, bo od marzeń zaczynają się wielkie projekty. Z Agnieszką Ważny* rozmawia Jan Oleksy

Czym jest ten tajemniczy flow? To stan zwany „przepływem”, pewnie dlatego, że w stanie flow nabieramy przyspieszenia, a mamy wrażenie, że wszystko dzieje się, płynie spokojnie, naturalnie, mamy czas… To stan kiedy jesteśmy „tu i teraz” obecni na 100 procent. W stanie flow wykonujemy najtrudniejsze zadania z dużą łatwością, radością i efektywnością, nie trzeba się napinać, planować, a kolejne kroki, pomysły przychodzą same. Dzieje się tak dlatego, że w stanie flow mamy kontakt z sobą, a tym samym dostęp do swoich zasobów, wiedzy, umiejętności. To właśnie w stanie flow nobliści dokonywali swoich odkryć. To stan, który pewnie wszyscy znają, w którym dobrze się bawią, tracąc poczucie czasu, bo zajmują się tym, co ich pasjonuje, fascynuje…

na ziemię”, skoro się na tym nie znasz, zmień temat i rób to co wszyscy. „Nie dasz rady, bo nie masz pojęcia o grafice komputerowej i do tego jest mało czasu”. A ja mimo ich opinii czułam całą sobą, że chcę to zrobić i że to zrobię i że dam radę. Nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości i nawet nie wydawało mi się to trudne. Być może dlatego, że wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Za to miałam w głowie obrazy i wizję ukończonego projektu i radość z jego tworzenia i pewność, że się uda. To jest ten moment, kiedy mamy stan flow. Kiedy dotykamy rzeczy, które nas kręcą, nie zadajemy pytania „czy?” tylko myślimy od razu „jak?”. Przechodzimy z myślenia o działaniu do samego działania. Zadajemy sobie pytanie, do których drzwi zapukać, by dostać potrzebne narzędzia.

I wtedy nie patrzymy na zegarek… To, co lubimy, co nas pasjonuje robimy właśnie w taki sposób. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu miał taki moment uniesienia. Jeżeli nie pamięta tego z dorosłego życia, to może sięgnąć do dzieciństwa, kiedy robił coś z radością, z pasją, z fajną energią. Dzieci są mistrzami stanów flow, bo jeszcze są sobą… Są naturalne, spontaniczne, prawdziwe.

I wtedy „zapukała” Pani do informatyków i grafików? Tak, w jedną noc mi pokazali, co można zrobić przy pomocy programów graficznych. A ja po tym spotkaniu wyszłam z przekonaniem, że mogę zrobić wszystko, co tylko sobie wymyślę. I to mi wystarczyło, żeby zacząć działać, tworzyć. Przez pierwszy tydzień pracy prawie w ogóle nie spałam. Nie mogłam odejść od komputera, nie czułam zmęczenia. Wszyscy zrobili wielkie oczy, że mój projekt powstał, a ja odkryłam dzięki temu jedną z moich pasji. Niemożliwe stało się możliwe. Każdy z nas ma swój flow. Pan na pewno też. Widział pan film „Król Lew”?

Najlepiej posłużyć się przykładem. Może po prostu zdradzi Pani nam swój pierwszy flow. To był taki moment w życiu, kiedy trochę przypadkiem, obudziło się we mnie zainteresowanie grafiką komputerową. Wymarzyłam sobie, że zrobię, w ramach pracy dyplomowej, prezentację multimedialną. A było to w czasach, kiedy grafika komputerowa nie była tak dostępna, jak dziś i takich rzeczy się powszechnie nie robiło. Ludzie pukali się w głowę, radzili „Aga, zejdź

36

miasta kobiet

wrzesień 2014

Widziałem, ale to przecież bajeczka dla dzieci. Wcale nie, dorośli też mogą skorzystać z tej pięknej metafory. Po to, aby obudzić się i wyruszyć w drogę do pełnego życia, jak Król

Lew. Przesłanie jest takie: pamiętaj kim jesteś, zajmij należne ci miejsce, wróć do siebie, jesteś królem. Każdy z nas jest królem. Tylko wielu z nas o tym królu w sobie, o swojej mocy, swoich talentach, zapomniało – niestety. Czyli namawia Pani do bardziej wnikliwego obejrzenia „Króla Lwa”? Tak. To film o procesie zmiany, o przebudzeniu, o wzięciu odpowiedzialności za własne życie, o odnalezieniu siebie. Jest to opowieść o lwie-królu, którego w życiu, w dzieciństwie, spotkała trudna sytuacja, z którą nie potrafił sobie poradzić, dźwigać poczucia winy, uczucia wstydu, wielkiego smutku i strachu. W konsekwencji uciekł od problemów w inny świat. Opuścił swoje królestwo, zapomniał kim jest, zapomniał, że jest królem, przestał żyć jak król. Uciekł w ten sposób również od odpowiedzialności za swoje życie – za swoje królestwo. Na szczęście Król Lew odnajduje swoje miejsce w „wielkim kręgu życia” i pokonuje szereg przeszkód, by znów zostać królem lwiej ziemi. Aby wyciągnąć wnioski z tej metafory, warto by zapytać „Co go przebudziło? Co sprawiło, że zdecydował się wyruszyć w podróż, aby zająć należne mu miejsce i odbudować swoje królestwo? W którym miejscu strach zmienił się w odwagę i zapadła decyzja o zmianie?” Decyzja zapadła, kiedy zobaczył swoje odbicie w wodzie, przypomniał sobie, że jest królem, poczuł, że jest królem i tym samym odzyskał dostęp do wszystkich swoich królewskich zasobów: do odwagi i odpowiedzialności. I wyruszył przejąć władzę i od nowa stworzyć swoje królestwo. Kiedy podejmujemy decyzję, nie ma już odwrotu, nie ma strachu, za to jest pewność, że się uda i jest działanie. Ale zanim


kobieca perspektywa to nastąpiło, najpierw czując niewygodę, zmieszanie, lew wyruszył w podróż by zmierzyć się z przeszłością i odnaleźć króla. Upadał, podnosił się i biegł, pokonując ciernistą drogę, ale z każdym krokiem był coraz bliżej siebie. Droga ku sobie często nie jest łatwa. Ale gdy już raz poczujemy jak cudownie być sobą, poczujemy wolność, już nigdy nie będziemy chcieli wrócić do tego co było (albo już nigdy nie pozwolimy się zamknąć w nie naszym świecie). Budzi się wtedy nasza kreatywność i pomysły zaczynają rozkwitać w głowie jak kwiaty. Kluczem do króla w nas, są właśnie nasze pasje, nasze stany flow. Jak ten stan wykorzystać praktycznie? Właśnie po to odkrywamy te stany. Flow to większa efektywność w pracy i kreatywność. Jesteśmy skoncentrowani na rozwiązaniach, pracujemy wydajniej. W stanie flow uruchamia się nasz wewnętrzny napęd, a tym samym motywacja, zaangażowanie i działanie. Jeżeli odważymy się na zmiany w życiu, to zaczniemy robić rzeczy, które są w nas, będziemy realizować swoje talenty i pasje. I wówczas jest w nas radość, jest w nas życie. Emanujemy specyficzną magnetyczną energią, która kusi ludzi, przyciąga inwestorów, a w efekcie… pieniądze. Jeżeli pracuję na 100 procent, to zarabiam dużo więcej, niż kiedy zmuszam się do swojej pracy, wykonuję ją z poczucia obowiązku czy dla pensji.

Flow to większa efektywność w pracy i kreatywność. Jesteśmy skoncentrowani na rozwiązaniach, pracujemy wydajniej. AGNIESZKA WAŻNY COACH

Jeżeli robię zawodowo coś, co nie sprawia mi radości, to rzucam tę robotę, Czy tak? Czy raczej staram się znaleźć jakieś wyjście awaryjne? Tak, jestem zwolenniczką zmian, ale przeprowadzanych „ekologicznie”, w bezpieczny sposób, zwracając uwagę na to, by więcej zyskać niż można stracić. Namawiam natomiast gorąco do znalezienia choćby jednego flow i pozwolenia sobie jak najczęściej w nim przebywać. Może to być cokolwiek, nawet coś, co nie ma nic wspólnego z pracą zawodową. Dzięki temu będziemy mieć więcej energii i entuzjazmu, która przełoży się na jakość naszej pracy i życia. Flow to takie nasze wewnętrzne perpetuum mobile.

Wspomniany przez Panią „Król Lew” pochodzi ze studia Walta Disneya. Ten wielki twórca to nie tylko mistrz kina, ale także wzorzec, który posłużył do stworzenia strategii działania nazwanej projektem Disneya. Wyłonienie tej strategii to modelowanie skuteczności - popularne w biznesie. Szukamy kogoś, komu się udało, wyłaniamy jego strategię, sprawdzamy jak ona działa i ją powielamy. Walt Disney był człowiekiem skutecznym. Zrobił rewolucję, wprowadził animację do kina. Pokonał wiele przeszkód, stukał do wielu drzwi, w końcu mu się udało. Disney miał konkretny sposób pracy nad swoimi projektami. Na jego przykładzie opracowano strategię tworzenia projektu złożoną z trzech faz. Pierwsza to faza „marzyciela”, swoista burza mózgów, podczas której pozwalamy sobie nawet na najbardziej szalone pomysły. To co wymyślamy nie musi być realne, nawet nie powinno. Każdy pomysł jest inspiracją do kolejnego i do przekraczania następnych granic. Aż w końcu dochodzimy do idei, która nie wyskoczyłaby z naszej głowy, gdyby nie pierwszy pomysł i cała ścieżka tworzenia. A przecież czym jest innowacyjność, jak nie przekraczaniem granic? Tym samym gimnastykujemy umysł, ale jednocześnie możemy sprawiać wrażenie, że jesteśmy stuknięci. O Disneyu też tak myśleli, a okazało się, że te „stuknięte” pomysły zrealizował ku radości wielu ludzi. A Kopernik - tak samo! Einstein! Gdyby nie ich szalone, pomysły może do dziś myślelibyśmy, że Słońce krąży wokół Ziemi… A tak już serio - odkrycia tych osób były wielkimi rewolucjami w nauce, bez których świat dziś nie byłby w tym miejscu, w którym jest. A każda z tych wielkich rewolucji zaczęła się właśnie od takiego „stukniętego” pomysłu. Oni przekraczali granice. W pierwszej fazie, fazie tworzenia - marzymy, wymyślamy, nie oceniając tego co jest realne, a co nie, bo wtedy nic z tego nie wyjdzie, nie wystartujemy z realizacją projektu, z góry zakładając jego nierealność. Zadam pytanie w imieniu kobiet: chcę za rok zostać Miss Polonia. Szalone? I co, klapa! Myślenie „klapa” to już przeskok do trzeciej fazy - „krytyka”, a my musimy najpierw zaliczyć fazę drugą - „realisty” czyli zamienić szalone pomysły i marzenia w konkretny cel. Zatem wróćmy do pomysłu „Chcę zostać Miss Polonia”. Jeżeli w pierwszej fazie bujaliśmy w obłokach, to teraz schodzimy na ziemię i zaczynamy realnie myśleć, planować, wkładać nasz pomysł w określone ramy czasowe. Nawet jeżeli nie wierzę, że zdobędę ten tytuł, to zastanawiam się, co musiałabym zrobić, aby to marzenie zrealizować w najbliższym czasie? Zaczynam od sprawdzenia, jakie warunki ma spełniać Miss Polonia? Wzrost, waga, wymiary… I planuję, co i w jakim czasie muszę zrobić, aby te warunki spełniać. Kiedy plan jest gotowy, czas na jego ocenę czyli trzecią fazę - „krytyka”. Na tym etapie szukamy „dziur”

w projekcie, tzn. tego, co może się nie udać. Ale nie po to, aby tylko krytykować i podcinać sobie skrzydła, ale po to, aby za chwilę przeskoczyć znów do fazy marzyciela i znaleźć innowacyjne rozwiązanie tych problemów. No dobrze, nie mam 180 cm, to może zostanę miss foto. Albo miss matek. A jeżeli nie ma takich wyborów, to je zorganizuję w Toruniu albo Bydgoszczy. Dzięki temu wzmocnię wiele nieśmiałych, młodych matek siedzących w domu. Pokażę im, jakie są piękne. Czyli znów szalone, nierealne marzenia, szukanie rozwiązań, a potem kolej na ich urealnienie, a następnie ocenę, krytykę, aby znów ulepszyć projekt. I w taki sposób przechodzimy przez kolejne fazy tak długo, aż poczujemy, że projekt jest gotowy. I dochodzimy do wniosku, że jeżeli nie Miss Polonia, ani miss foto, to wezmę udział w rozrywkowych wyborach Miss Krystynek w Ciechocinku! Na przykład. Jeśli to rozwiązanie wydaje mi się najlepsze, to startuję w Miss Krystynek w Ciechocinku. A jeśli znajdę w sobie odwagę i radość z robienia czegoś, czego jeszcze nikt nie zrobił, to zorganizuję lokalne miss matek, albo wymyślę jeszcze coś innego. Skoro nie miss foto i nie miss matek, to może łatwiejsze w organizacji będzie miss foto-matek itd. Na tym polega piękno lateralnego myślenia i takiego etapowego sposobu pracy z projektem. A gdy już „załatamy wszystkie dziury” ostatecznej wersji projektu - możemy startować. Wdrażając projekt w życie - ściągamy marzenia na ziemię.

* Agnieszka Ważny Coach, trener biznesu i rozwoju osobistego, wykładowca akademicki, twórczyni Centrum Innowacyjnych Metod Edukacyjnych firmy „Ważny FLOW”, z wykształcenia chemik kwantowy, informatyk, grafik komputerowy, pedagog, a także licencjonowany trener Art of NLP, w neurodydaktyce poszukuje odpowiedzi na to, jak generować stany flow w biznesie i edukacji, mama 3,5 rocznego Adasia. miasta kobiet

wrzesień 2014

37


zdrowie

PARTNER CYKLU

O dojrzewaniu na chłodno

Małe dziewczynki same z siebie nie czują wstydu - pytają śmiało i chętnie. Uczmy się tego od nich i reagujmy w podobny sposób. TEKST: Lucyna Tataruch

- Jechałem z córką autobusem - wspomina z uśmiechem Tomek, tata pięcioletniej dziewczynki. - Nie wiem dlaczego akurat w tym momencie mała postanowiła rozwikłać kłębiące się w jej główce dylematy. Popatrzyła na mnie uważnie i spytała: - Tato, ty jesteś chłopcem? Odpowiedziałem twierdząco. - Aha, to mama jest dziewczynką - upewniła się, jednak coś nadal nie dawało jej spokoju: - A babcia? Babcia jest chłopcem? - Nie, babcia też jest dziewczynką - odparłem spokojnie. Mała pokiwała ze zrozumieniem głową, po czym wypaliła bezpruderyjnie, wprawiając w osłupienie współpasażerów: - Czyli babcia też ma okres? Tomek przyznał jej szybko rację i uciął rozmowę. - Byłem zaskoczony i nie chciałem kontynuować tematu w komunikacji miejskiej. Oczywiście pierwszą moją myślą było pytanie, skąd ona w ogóle wie o takich sprawach? Dla pięcioletniej dziewczynki ten temat z pewnością nie był tabu. Pewnego dnia, gdy weszła do łazienki, zauważyła, że jej mama zmienia podpaskę. - Żona wspomniała, że mała przestraszyła się krwi. Trzeba było wytłumaczyć jej, że to co widzi to okres - opowiada Tomek. - Dowiedziała się, że każda dorosła kobieta raz w miesiącu krwawi, ale to nic złego, wręcz przeciwnie. Córka przyjęła to jak kolejną informację o świecie. I teraz raz na jakiś czas to słowo pojawia się w jej rozmowach, tak jak w tym niespodziewanym pytaniu o babcię.

38

miasta kobiet

wrzesień 2014

ZA WCZEŚNIE? O tym, czy pięcioletnie dziecko jest w stanie zrozumieć kobiecy cykl miesięczny, mówi Bożena Przybyszewska, pedagog z wieloletnim stażem: - Sama przebrnęłam przez ten etap ciekawości u swojej córki. Oczywiste jest, że nie ma potrzeby serwować kilkulatce wykładów na temat funkcjonowania kobiecego ciała. Jednak rozmowa o tym, że dorosłe kobiety, takie jak mama, miesiączkują, może być idealnym punktem zaczepienia do dalszych tłumaczeń. Z wiekiem z pewnością córka zacznie dociekać, skąd bierze się to krwawienie i co oznacza. Słuchając jej i odpowiadając na bieżąco na jej pytania, najlepiej wprowadzimy ją w to, co dzieje się z jej ciałem. Specjalistka podkreśla też, jak ważne jest włączanie córki w ten intymny, kobiecy rewir. - To w prosty sposób gwarantuje większą bliskość między córką i matką. Kiedy dziewczynka od początku będzie wiedziała, że mama tłumaczy jej wszystko, wykształci się w niej przekonanie, że to właśnie matce może ufać i zwracać się do niej z najróżniejszymi problemami. Małe dziewczynki same z siebie nie czują wstydu - pytają śmiało i chętnie. Uczmy się tego od nich i reagujmy w podobny sposób. GDY CÓRKA NIE PYTA Współcześnie, w naszej szerokości geograficznej, dziewczynki zaczynają miesiączkować między 10 a 16 rokiem życia. Przybyszewska

dodaje, że z córką powinniśmy pójść do lekarza, jeśli okres pojawi się u niej zanim skończy 9 lat, gdy nie zacznie miesiączkować po 16 urodzinach, lub jeśli w wieku 14 lat nie widzimy jeszcze żadnych symptomów dojrzewania. - Przed pierwszą miesiączką dziewczyna z pewnością zauważy u siebie zmiany - zaznacza pedagog. - Urośnie, przybierze na wadze, pojawi się u niej owłosienie w innych miejscach, jej piersi zmienią kształt i staną się bardziej drażliwe. Pogorszy się jej nie tylko cera, ale i nastrój. I właśnie to ostatnie może stać się barierą dla szczerych rozmów z matką. Istnieje mała szansa, że nasza kilkunastoletnia córka zupełnie nie będzie wiedziała co się z nią dzieje. Jeśli nie porozmawia z nami, dowie się tego od koleżanek czy z Internetu. Podstawy uzyska też na lekcji biologii czy wiedzy o życiu w rodzinie. Solidnie przygotowany nauczyciel przekaże dzieciom podstawowe informacje z zakresu dojrzewania i budowy ludzkiego organizmu. Warto jednak pamiętać, że nie o samą wiedzę tu chodzi. - W wieku buntu i poważania autorytetów, córka może różnie zareagować na próby rozmowy - komentuje Przybyszewska. - Może zbyć nas wzruszeniem ramion, wyśmiać, potraktować z góry. Z pewnością zaznaczy, że ona już wszystko wie. Jednak od przełamania tej bariery i próby rozmów zależy też to, w jaki sposób młode kobiety będą postrzegały siebie w przyszłości. Jak będą podchodzić do swojej intym-


STRACH MA WIELKIE OCZY - Kiedy na posterunku czuwa matka, ojcowie zwykle nie angażują się w ten temat - dodaje Przybyszewska, wspominając przy tym wiele rozmów z rodzicami. - Bywa jednak tak, że tata wie o sprawie. Od jego reakcji też dużo zależy. Bez wątpienia powinna być serdeczna i pełna zrozumienia. Nie ma nic gorszego niż wyśmianie młodej dziewczyny, zawstydzenie jej, straszenie czy pogadanka typu „od teraz możesz zajść w ciążę”. A z tego co zauważyłam, ta ostatnia opcja bardzo często kusi opiekuńczych tatusiów.

CO NA TO CHŁOPCY? Męskie rozmowy z dojrzewającym chłopcem często kończą się fiaskiem lub zdawkowym upomnieniem od ojca: „Bądź rozsądny”. To jednak nie wystarczy. - Młody chłopak, tak samo jak dziewczyna, powinien wiedzieć o tym, co i jak zmienia się jego ciele - dodaje pedagog. I nie zaszkodzi, gdy przy okazji dowie się, co zmienia się w ciele jego koleżanek. Jest to ważne, bo uczula chłopców, a później mężczyzn, na potrzeby ich znajomych, partnerek, sióstr i innych kobiet w ich życiu. Nastolatki bywają okrutne, wulgarne. Często przytaczają żarty, których wagi nie są w stanie zrozumieć. Ich komentarze mogą być bolesne dla dziewczyn, szczególnie gdy dotyczą intymnych spraw, niedyspozycji na lekcjach wychowania fizycznego, zmieniającego się ciała. My jako dorośli nie jesteśmy w stanie wyeliminować tego w pełni, ale możemy uczulać swoje dzieci na wrażliwość innych. I tego prócz rozumienia własnego ciała, powinniśmy przede wszystkim ich uczyć.

L

A

M K

TEN WAŻNY DZIEŃ - Pamiętam bardzo dobrze ze swojej młodości, że nie mogłam doczekać się tego momentu wspomina 35-letnia Malwina, matka 13-latki. - Prawie wszystkie moje koleżanki miały już okres. Ja go dostałam jako jedna z ostatnich w klasie, miałam 14 lat. Chciałam już wiedzieć jak to jest być prawdziwą kobietą. Moja mama kupiła mi wcześniej taką encyklopedię wychowania seksualnego, jednak pamiętam, że gdy miałam jakieś pytania, skwitowała to tekstem: „Chyba jeszcze nie czas na te sprawy”. Chciałam uniknąć tego w kontakcie ze swoją córką. Staram się nie traktować jej pytań z góry, jakby były głupie i nie wmawiać jej wiecznie, że nadal jest dzieckiem. Jest jeszcze przed tym dniem. Ostatnio zwierzyła mi się, że też chciałaby już dostać miesiączkę. Starsze znajome często drwią z oczekiwań młodszych dziewczyn, kwitując je krótko: „Jeszcze będziesz żałować”. One już wiedzą, że okres jest niewygodny, że trzeba uważać, że boli przy tym brzuch. - Dla mnie to wtedy nie było ważne, dla mojej córki pewnie też nie jest - dodaje Malwina. - Póki sama tego nie doświadczy, będzie wyczekiwać na ten dzień z niecierpliwością. I nie ma co się z tego wyśmiewać. Dla naszych córek to poważna chwila. Wspomnieniom Malwiny wtóruje 28-letnia Kasia. - Oczywiście, że pamiętam ten moment! Teraz to nawet wydaje mi się zabawne, ale wtedy to było dla mnie bardzo istotne. Moja mama zabrała mnie z tej okazji na zakupy i lody. Spędziłyśmy bardzo miło czas. Poczułam się jak księżniczka. Mało tego, mój ojciec mi nawet pogratulował. Trochę mnie to zawstydziło, ale też dało sygnał, że to coś, z czego powinnam się cieszyć. 40-letnia Ania opowiada o swoim domu, w którym od zawsze mieszkały cztery kobiety - ona, siostra, matka i babcia. - Z czterema babkami w różnym wieku pod jednym dachem niemożliwe jest uchowanie tego tematu. Ale też nigdy nie było przy tym jakichś ekscytacji. Nie pamiętam żadnej konkretnej rozmowy uświadamiającej. Tak jakbym od zawsze wiedziała, że kobiety miesiączkują i to normalne. Tak też stało się ze mną. Dostałam okres, powiedziałam siostrze, ona wydzieliła mi podpaski i tyle. Zwykła rzecz.

W rozmowie z dzieckiem nie można pominąć wątków antykoncepcji, ochrony i dbania o siebie, jednak niekoniecznie musi być to rozmowa zaplanowana dokładnie na dzień, kiedy dziewczyna dostaje pierwszą miesiączkę. Najlepiej, gdy wie o tym już wcześniej. - Staram się z moją córką rozmawiać na te tematy nawet mimochodem, przy różnych codziennych sytuacjach - komentuje Malwina. - Najwięcej o ciąży i dzieciach dowiedziała się, gdy jej kuzynka urodziła syna. Moja córka miała wtedy 10 lat, miałam więc idealną okazję, by opowiedzieć jej skąd się biorą dzieci. Oczywiście bez bocianów i kapusty. Do rozmowy włączył się też mój mąż. Główna myśl brzmiała, że tak się dzieje, gdy ludzie się kochają i tego chcą. Wtedy pozwalają sobie na bardzo bliskie, intymne kontakty. Rodzaj tych kontaktów też jej opisaliśmy. Wyszło nam to bardzo fajnie, nikt nie był skrępowany. Przybyszewska podkreśla, że edukacja w tym zakresie jest bardzo ważna zarówno dla dzieci jak i dla rodziców: - Pierwsze cykle miesięczne u młodych dziewczyn są bezowulacyjne, bez możliwości zajścia w ciążę. Zwykle normuje się to w pierwszym roku. Jednak strach rodziców jest zrozumiały. Wiąże się to głównie ze świadomością, że nie mają już nad wszystkim takiej kontroli. Muszą wierzyć, że mądrze wychowali swoje dzieci. Niektórzy jeszcze długo udają, że ich mała córeczka jest zainteresowana tylko lalkami, ale nie da się uciec przed upływającym czasem. Z 12-latki bardzo szybko zrobi się 16-, 17-latka, zakochana po uszy w koledze z klasy. I ona wtedy nie będzie nas słuchać, czy wierzyć, że to nie ostatnia jej miłość. Wykłady o tym, że nie warto się spieszyć nic nie dadzą. Lepiej posłuchać o tym, jaki jest ten chłopak, docenić to, co ona w nim widzi. Spróbować przegadać, jak daleko chciałaby się z nim posunąć i dlaczego. Może chce to zrobić tylko dla niego? To równie ważny temat. Nasza córka fizycznie jest już kobietą, emocjonalnie jest jeszcze nastolatką, ale postrzega siebie jako dorosłą osobę. Musimy traktować ją poważnie.

E

ności, czy siebie zaakceptują, polubią? Wiedza z biologii tu nie wystarczy.

R

A

PARTNER CYKLU

236614TRTHC


1337314BDBHA

Miasta Kobiet wrzesień 2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you