Page 1

nasze miejsca spotkań

sierpień 2013

jej portret

reportaż

Męski striptiz

Kobieta przedsiębiorcza

8-10

tabu

Rodzice stają się ofiarami jkdfjkdf dfjkfd 16-19 fdfd

str 14 R

E

K

L

A

M

A

830613TRBRA


kobieca perspektywa

Co myślisz, żabciu? Skoro nawet my, kobiety, odczuwamy niepokój związany z mniej męską męskością, coś musi być na rzeczy. Te obawy nie są jednak nowe. Emilia Iwanciw - redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”

Odkąd wydajemy „Miasta Kobiet”, w naszej redakcji trwają się ożywione dyskusje. Czego dotyczą? Spraw damsko-męskich, oczywiście. Każdy numer naszego miesięcznika pokazuje, jak doskonale kobiety sobie radzą na wszystkich polach. I jak odnoszą spektakularne sukcesy w dziedzinach do niedawna zarezerwowanych dla mężczyzn. I w związku z tym zjawiskiem, mężczyźni, a także niektóre kobiety odczuwają niepokój... Na pierwszy plan wysuwa się obawa o kondycję męskości. Lęk o to, czy faceci, którzy spacerują z wózkami po parkach, gotują, lubią się przytulać i potrafią się modnie ubrać, poradzą sobie na ewentualnej wojnie w przyszłości. Czy facet, który nie jest żądny władzy i chętny do walki, będzie w stanie odeprzeć ewentualny atak. Czy nowa, łagodna męskość, nie doprowadzi kiedyś do klęski naszej europejskiej cywilizacji. Złowrogie widmo obaw roztaczają nie tylko mężczyźni. Również paniom brakuje w facetach męskiego pierwiastka. - „Bo mój Sebuś nie potrafi przykręcić żyrandola, zamontować nowego kranu, tupnąć nogą, rzucić mnie na łóżko” - żali się jedna z koleżanek. - „On spędza w łazience więcej czasu niż ja, ma więcej kosmetyków niż ja, a kiedy trzeba podjąć decyzję, zawsze pyta: a ty co o tym sądzisz, żabciu?” Myślę sobie w duchu, że to musi być całkiem fajny facet z tego Sebusia i wiele naszych babć chętnie by się na takiego zamieniło. I gdy moja koleżanka spotka kipiącego testosteronem brutala, który nie uznaje antyperspirantów, rzuci ją na łóżko, zaspokoi swoją żądzę, wytrze się w zasłonę i pójdzie, a na koniec zarządzi, że od jutra pomidorowa ma być zawsze na stole o 14.00, to zatęskni do tego empatycznego chłopaka z kosmetyczką pełną antyperspirantów.

W pewnym sensie pożądamy tej stereotypowej męskości, a jednocześnie zdobytej w ostatnim czasie niezależności wcale nie chcemy się pozbyć. I nie pragniemy, by faceci znów zarządzali naszym czasem, wydzielali pieniądze, nie pytali nas o zdanie i cuchnęli potem. No, może jedynie na łóżko mogliby czasem rzucić. Sypialnia jest jednym z ostatnich bastionów władczej męskości. Tam większość kobiet wciąż ceni jeszcze męską dominację. Ale to już temat na inny felieton.

Są powody do obaw? Skoro jednak nawet my, kobiety, odczuwamy niepokój związany z mniej męską męskością, coś musi być na rzeczy. Zagrożenie „nowym matriarchatem” zostało zauważone już w XIX wieku przez Johanna Jakoba Bachofena. Za jego czasów, jak często bywa z wywrotowymi teoriami, nikt nie zwrócił na nie uwagi. Pojęcie zaistniało publicznie dopiero w latach 60. XX wieku. Bachofen określił w ten sposób ustrój społeczny oparty na dominacji kobiet. Udowodnił, że patriarchat nie istniał od zawsze. Obecnie, mając na myśli zmiany kulturowe dotyczące pozycji kobiet, mówi się też o ginekokracji, która jest dokładnie odwrotną panującego do niedawna patriarchatu. Zakłada władzę kobiet i mężczyzn zredukowanych do roli pomocników. Czy rzeczywiście mężczyźni mają powody do obaw? Większość naukowców nie wierzy w całkowite odwrócenie ról. Jednak zmiany, które osłabiły pozycję mężczyzn, są już wyraźne. Znany psycholog, prof. Wojciech Eichelberger, powiedział w jednym z wywiadów: „Nowy matriarchat wpędza część mężczyzn w emocjonalny regres, a u innych konserwuje niedojrzałość”. Jego tezę potwierdza w naszym wywiadzie Danuta Gadziomska (str. 16-19). Okazuje się

więc, że plaga Sebusiów naprawdę zalewa świat.

Sebuś woli mohito Znajomy mężczyzna, ojciec dwóch córek i zwolennik teorii o upadku cywilizacji z powodu zbyt mało męskich facetów, już teraz martwi się o przyszłość swoich dzieci. Obawia się, że będzie musiał dokładać do domowego budżetu córek, bo Sebuś nie osiągnie wysokiej pozycji zawodowej, że będzie musiał robić drobne naprawy, bo „wiesz tata, ten mój Sebuś to ma dwie lewe ręce do takiej roboty”, że biedne córki będą miały wszystko na swojej głowie, bo „wiesz tata, ten mój Sebuś tak świetnie zajmuje się dziećmi, jest taki czuły, ale rachunki, to dla niego abstrakcja”. Martwi się też, że z sympatycznym Sebusiem nie będzie mógł po męsku napić się wódki, bo Sebuś woli babskie mohito. Rozumiem ojcowskie obawy. Zastanawiam się jednak, czy ten znajomy mężczyzna wolałby, żeby jego córki utknęły same w domu z praniem, gotowaniem, bez perspektyw zawodowych, wsparcia emocjonalnego i własnego zdania? Byłby szczęśliwy, że nie Sebuś, a prawdziwy Samiec Alfa, wspinał się po ścieżce kariery, by u jej schyłku w wyniku „kryzysu wieku średniego”, zostawić rodzinę dla Marlenki o długich nogach? Czy byłby zadowolony, gdyby jego córka została nie tylko ze złamanym sercem, ale też pustym kontem, bezrobotna i bezradna? Być może znajomy mężczyzna, za kilka lat, gdy potwierdzą się jego obawy, zapyta córkę, czy jest z Sebusiem po prostu szczęśliwa, dźwigając te wszystkie trudne męskie zadania na swoich wątłych, kobiecych barkach. I wtedy dowie się, że zarówno córka jak i Sebuś świetnie czują się w swoich rolach, choć nie do końca spełnili ambicje swoich rodziców. I że barki ukochanej córki, zapatrzonej w zaradnego ojca, wcale nie są takie wątłe.

Wydawca: EXPRESS MEDIA sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733, Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Teksty: Dominika Kucharska, Lena Kałużna, Janusz Milanowski, Jan Oleksy, Kamil Pik, Zdjęcie na okładce: Alicja Fuks, Skład: Iwona Cenkier, Ilona Koszańska-Ignasiak, Alicja Fuks, graficy@express.bydgoski.pl, Sprzedaż: Angelika Sumińska, a.suminska@express.bydgoski.pl, tel. 691 370 521, Michał Kopeć, m.kopec@nowosci.com.pl, tel. 56 61 18 156

2

miasta kobiet

sierpień 2013

T

Ro Ja

-K stu ble ch ga Tr ży Na ni uc ny be bę ed

-C ta


Tablet to nie gadżet Rozmowa z Elżbietą Górską, kanclerzem Kolegium Jagiellońskiego – Toruńskiej Szkoły Wyższej. - Kolegium Jagiellońskie kusi nowych studentów możliwością otrzymania tabletu. Czy to atrakcyjna zabawka, która chcecie zachęcić do studiów? - W żadnym razie. Tablet to nie gadżet, to nie żadna zabawka. Traktujemy tablet jako bardzo pożyteczne narzędzie edukacyjne. Nasza Uczelnia rozwija elektroniczne i multimedialne formy nauczania. Tablet staje się niezbędnym, nowoczesnym narzędziem, bez którego już wkrótce trudno będzie sobie w  ogóle wyobrazić edukację na każdym szczeblu. - Chcecie zatem być wśród promotorów takich nowoczesnych form nauczania?

- Oczywiście, to nasza ambicja. Rozwijamy system uczenia na odległość – distance learning. Współpracujemy z renomowanymi uczelniami, oferując nowe, niedostępne w  naszym regionie dotąd kierunki studiów. Tablety będą w tym niezwykle pomocne. - Czy tablet otrzyma każdy nowy student Kolegium? - W  chwili obecnej oferta ta jest skierowana do pierwszych trzystu kandydatów. Warto się spieszyć, by być wśród nich, bo pula ta szybko się wypełnia.

Elżbieta Górska, kanclerz Kolegium Jagiellońskiego – Toruńskiej Szkoły Wyższej

- Dziękuję za rozmowę

T

843713TRTHA


kobieta przedsiębiorcza

Za ladą nie stałam Praca jest po to, żeby normalnie żyć i nie być kurką domową. Ponadto trzeba interesować się krajem, polityką i ja to robię. Z Janiną Bruź*, założycielką sieci sklepów Torimpex Trade, rozmawia Jan Oleksy ZDJĘCIA: Alicja Fuks

Jako dziecko bawiła się Pani w sklep? Chyba nie. Wojna, inne czasy, inne wymogi. Następnie Rosjanie, potem partyjne naciski. Czy mam predyspozycje do handlu? Na pewno nie wyniosłam ich z domu. Myślę, że się z tym urodziłam. Pamiętam Panią jeszcze ze sklepu Moda Polska, gdzie była Pani kierowniczką. Stało się wtedy w długich kolejkach po Old Spice czy szetlandzki sweter. Czy kiedyś sama stała Pani za ladą? Całe życie pracuję w handlu. Ale bezpośrednio za ladą jednak nigdy nie stałam. Zawsze byłam na kierowniczych stanowiskach. Rok 1989. Czas przemian. Od razu wystartowała Pani z pomysłem na własny biznes? Po zakończeniu pracy w Modzie Polskiej przeszłam na wcześniejszą emeryturę. Przez trzy miesiące siedziałam w domu. W końcu doszłam do wniosku, że czas założyć własną działalność. Firma powstała w 1990 roku. Pierwszy lokal wynajęłam od spółdzielni mieszkaniowej, następne już kupiłam. Początki były trudne? Tak. To była praca u podstaw. Dzisiaj jestem już inną Bruź niż wtedy byłam. Całkowicie zmienił się sposób handlowania i klienci. Wypra-

4

miasta kobiet

sierpień 2013

cowany został nowy styl obsługi, ekspozycji towarów, zaczęto zwracać uwagę na kulturę zachowania, estetykę sklepów. Ta metamorfoza dotyczy również klientów. Teraz mają mnogość propozycji, wiele różnych ofert i trzeba się bardziej starać. W latach 90. była straszna forma „załatwiania”, a nie kupowania wszystkiego spod lady. Cieszy mnie fakt, że w dobie silnej konkurencji, ludzie nadal doceniają polską firmę. Przekonują mnie o tym codziennie swoimi zakupami. Kiedy Pani zaczynała w biznesie, niewiele kobiet zajmowało kierownicze stanowiska. Jak mężczyźni traktowali kobietę bizneswoman? Nigdy nie odczułam męskiego szowinizmu. Zawsze byłam traktowana bardzo poważnie. I choć nie umiem krzyczeć ani przeklinać, to

moje argumenty zwykle trafiają do rozmówcy. Uważam, że o wszystkim trzeba spokojnie rozmawiać, krzykiem niczego się nie załatwi. Dziś zatrudniam dwóch mężczyzn i pana, który zajmuje się informatyką. Reszta to same baby. Jest ich aż 186. I nikt z personelu, współpracowników czy kontrahentów nie zwraca uwagi na to, że szefem jest kobieta. Jak udało się Pani utrzymać firmę przez tyle lat w dobrej kondycji, mimo ogromnej konkurencji supermarketów, kryzysu, przemian gospodarczych? Najważniejsza jest solidność kupiecka, dobrze prowadzona firma, sprawdzeni pracownicy oraz dostawcy i oczywiście klienci, którzy darzą nas zaufaniem. Bez nich nie zbudowałabym takiej firmy, jaką mam. Traktuję ją jako swoją partnerkę życiową. Dużą wagę przywiązuję do atmosfery w pracy. Musi być cisza i spokój. Tak jak w domu. Nie chciałabym pracować w miejscu, w którym nie ma zgody między ludźmi. To właśnie moi ludzie są współautorami sukcesu. Ja ich szanuję. Chyba 80 procent załogi pracuje u mnie dłużej niż 10 lat. Niektórzy jeszcze otwierali ze mną pierwszy sklep „Jowisz”. Myślę, że gdybym ich nie szanowała, nie pracowaliby u mnie tak długo. Równie ważny jest fakt, że Torimpex jest firmą rodzinną. Mam szczęście,


830713TRBRA


kobieta przedsiębiorcza że pracuję z synem Krzysztofem, który bardzo pomógł mi rozwinąć firmę. Jakie są Pani domowe obowiązki? Gotuje Pani obiady? W domu zawsze gotowałam obiady i do dziś gotuję. Mąż był oficerem, nie znał się na kuchni, a poza tym też długo pracował. Obecnie mogę oczywiście iść do restauracji, ale wolę zjeść w domu to, co lubię i na co mam chęć. Mało wieprzowiny, troszkę drobiu, bardzo dużo warzyw. Raczej zdrowo. Śniadanko jem w pracy. Codziennie rano objeżdżam jeden sklep. To potrzeba i obowiązek. Z czego jest Pani najbardziej dumna? Z tego, że mam fajne dzieci. A firma? Coś trzeba robić, a ja całe życie pracowałam. To jest naturalna potrzeba człowieka. Praca jest po to, żeby normalnie żyć i żeby nie być kurką domową. Ponadto trzeba interesować się krajem, polityką i ja to robię. Myślę, że starość należy sobie jakoś przygotować. Ja nie rozpamiętuję młodości, tylko zapewniam sobie przyszłość. O co warto walczyć w życiu? Jakie ma Pani jeszcze marzenia do spełnienia? Nowy samochód? Willa na Lazurowym Wybrzeżu? A może święty spokój? Aby wszystko się układało w rodzinie, żeby wszyscy byli zdrowi, by nic złego się nie działo. Kłopotów specjalnych nie mam. O czym marzę? Chciałabym do końca życia zachować zdrowie. No, ale kiedyś trzeba umrzeć. Powiem panu, że już się trochę pożyło, w różnych czasach. To jest normalne, że się umrze i nie można ze śmierci robić histerii. Trzeba umieć się z tym pogodzić. Inaczej i tak nie będzie. Idąc na operację, właśnie tak uważałam. Wszystko jedno, czy się po niej obudzę, czy nie. A jeśli coś mi się stanie, to trudno. Umiałam wyciszyć organizm.

Pyta pan, czy lubię chodzić po sklepach z ciuchami? Każda baba lubi, ale żebym aż tak latała, to nie powiem. Ale lubię się dobrze ubrać. Na mnie najlepiej leżą ubrania francuskie.e. JANINA BRUŹ TORIMPEX TRADE

Czyli oprócz zdrowia, niczego Pani do szczęścia nie brak? Powiedzmy, że wszystko mam. Zdrowie podreperowałam, biegam, werwa mi wróciła. Dużo kilometrów robię dziennie. Marzenia? Żeby się spokojnie żyło w kraju, żeby rząd nie robił zamętu, nie budził nieufności, byśmy sobie dobrze ułożyli nasze życie. A życie towarzyskie? Przecież nie samą pracą człowiek żyje. Grono moich koleżanek bardzo się uszczupla. Albo chorują, albo mają problemy z nogami. Chodzą o lasce. To raczej ja podjeżdżam autem do koleżanek niż one do mnie. Są, niestety, raczej w gorszej formie. Czy ta doskonała forma to Pani zasługa, czy może odziedziczyła ją Pani w genach? Ja mam dobrą formę za moją mamą. Ona miała 95 i pół roku jak zmarła, a ojciec zale-

dwie 63 lata. Cała rodzina mojego ojca to zawały, natomiast cechą rodziny mojej mamy jest długowieczność i raczej brak problemów zdrowotnych. Może ta witalność i aktywność jest także wynikiem higienicznego trybu życia, właściwego odpoczynku, chwil relaksu? Specjalnie nie odpoczywam, bo ja nie jestem zmęczona. Nie umiem usiedzieć spokojnie. Dużo czytam, regularnie przeglądam prasę codzienną, jest wiele wiadomości, które muszę znać, by zawsze być na bieżąco. Jak tylko zjem obiad, to siadam na fotelu i zabieram się za lekturę. Zawsze dbałam o figurę. Do otyłości nigdy bym nie dopuściła. U mnie w rodzinie nikt nie miał takich problemów, ani ze strony ojca, ani matki. Moje ciotki były to kobiety bardzo przystojne. Świetnie Pani wygląda. Myślę sobie, że często bywa Pani w gabinetach odnowy, w modnych ośrodkach SPA. Zgadłem? Odnowa? Pan chyba żartuje! Ja nawet nie chodzę do fryzjera. Ostatni raz byłam chyba ze 20 lat temu. Mam włosy układające się z natury. Tylko umyję i zaczeszę. Ścinam sama, korzystając z nożyczek i lusterka. Makijaż również robię codziennie rano sama, a do gabinetów kosmetycznych nie chodzę. Po operacji, którą miałam w marcu, straciłam dużo kilogramów i z tym się gorzej czuję. Nie mogę tego na razie odrobić. Oczywiście, używam kremów, w nie wierzę, bo cerę mam raczej suchą. Buzia musi być zrobiona, by nie denerwowała w pracy. I dobra woda, dobrych marek, np. Chanel 5. No i koniecznie wygodne buty. A ciuszki? Pyta pan, czy lubię chodzić po sklepach z ciuchami? Każda baba lubi, ale żebym aż tak latała, to nie powiem. Ale lubię się dobrze ubrać. Na mnie najlepiej leżą ubrania francuskie. Przyznam się, że dostaję dziennie po pięć maili z ofertami o obniżonych cenach. Ale mnie nie chodzi o ceny, tylko o to, czy ciuch jest mi potrzebny i czy się podoba. Czy myśli Pani czasami o emeryturze? Syn Krzych, pracujący ze mną, mówi, że nie ma ludzi niezastąpionych, niby tak... Zastanawia się, czy kiedyś zrobię mu taki numer, że nagle pójdę sobie na emeryturę. Ale co ja bym robiła? Chyba bym się zestarzała raz, dwa, trzy. Wprawdzie wieku się nie zmieni, ale metryka mnie nie interesuje. Ważne jest wyłącznie samopoczucie i głowa oraz sposób myślenia.

*Janina Bruź Jest współwłaścicielką firmy Torimpex Trade. W Toruniu prowadzi siedem osiedlowych sklepów spożywczych. Zatrudnia 186 kobiet i 3 mężczyzn.

6

miasta kobiet

sierpień 2013


Integracja - dobry wybór Dzieci niepełnosprawne nabierają wiary we własne siły. Dzieci pełnosprawne, pomagając kolegom, czują się ważne, zapominają o swoich słabych stronach.

Adrianna Klein terapeuta, logopeda Dyrektor przedszkola „Zasiedmiogórogród” Każdemu się udaje, wystarczy stworzyć warunki, wspomóc, zorganizować takie wsparcie, by dziecko mogło działać, doświadczać, przeżywać. Kiedy

na jednej drodze spotykają się ci, którym łatwo przychodzi wykonywanie czynności i ci, którym jest trudniej, wówczas działa się wspólnie, z wzajemną oczywistą pomocą, bo razem można więcej, dokładniej, można lepiej. Nie wyręczamy i nie zwalniamy z działania, my po prostu jesteśmy jedną drużyną. Każdy na tych samych prawach, z taką samą chęcią działania, z celami do osiągnięcia. I czy tym celem jest zbudowanie zamku z klocków, czy udział w zajęciach tanecznych, to my zawsze jesteśmy razem. Tak to się dzieje, że ci, którzy sami potrafią dużo, w sposób oczywisty i odruchowy działają tak, by kolega obok również bawił się, uczył, wykonywał zadania. Dzieciaki w naturalny sposób wyciągają rękę, kiedy jest taka potrzeba, organizują miejsce pracy, by każdemu było wygodnie. Pewnie to efekt naszych dorosłych oddziaływań. Postaw przewidywalnych, zorganizowanych i konsekwentnych. Każda ulubiona pani to w jednej

Aleksandra Wiśniewska

PAMIĘTAM OPOWIEŚĆ JEDNEJ Z MAM… Przyszła do mnie i powiedziała , że wybór przedszkola integracyjnego dla dziecka pełnosprawnego był słuszny. Mama była z synem w przychodni. W poczekalni wiele oczekujących osób. Wśród nich młoda kobieta z chłopcem, który pokrzykiwał. Zniecierpliwieni pacjenci komentowali zachowanie chłopca, przypisując mu niegrzeczność i brak wychowania. Najspokojniejszy okazał się nasz przedszkolak, który podniósł wzrok znad gry, którą był zajęty i powiedział do mamy „Nic mu nie jest. On ma autyzm”. I grał dalej.

Magdalena Białas

Mama 5-letniej Michaliny

Mama 5-letniej Jagody

Tatiana Sobołtyńska nauczycielka pracująca w klasach integracyjnych Po kilkunastu latach pracy widzę, że w placówce integracyjnej dziecko niepełnosprawne pozbywa się egoizmu, barier w myśleniu, nabiera wiary we własne siły. Dzieci zyskują pełną akceptację własnej osobowości. Otrzymują pomoc bez wyręczania ich. Klasa chroni przed izolacją zarówno dzieci jak i rodziców. U tych ostatnich eliminuje postawę nadmiernej opiekuńczości. Dzieciom daje szansę na odkrycie swoich zainteresowań i możliwości, pozwala zyskać pełen udział w życiu społecznym. Wśród pełnosprawnych kolegów dziecko uczy się, że nie może wykorzystywać swojego kalectwa. Dzieci pełnosprawne uczy radości dawania, motywuje do działania. Zdrowe dzieci są lepiej przygotowanie do życia w świecie pełnym różnorodności. Nauczone wrażliwości, wyrozumiałości, tolerancji, szacunku, empatii. Dzieci pomagając kolegom czują się ważne, potrzebne, zapominają o swoich słabych stronach.

Moja córka urodziła się z zespołem Downa. Ma również wadę serca oraz słuchu. Kiedy skończyła 3 lata, nie chciano jej przyjąć do żadnego przedszkola. Nawet w publicznym integracyjnym nam odmówiono. Wtedy trafiłam do „Zasiedmiogórogrodu”. Tu przekonałam się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Widziałam, jak córka rozwija się z dnia na dzień nie tylko poprzez indywidualną terapię, ale przede wszystkim dzięki zajęciom w grupie. Dzieci z zespołem Downa uczą się przez naśladownictwo, dlatego powinny dużo przebywać w towarzystwie innych - pełnosprawnych dzieci. Córka zaczęła jeść używając sztućców, sygnalizować potrzeby fizjologiczne, przestała również bać się hałasu, nauczyła się śpiewać, tańczyć, pisać literki, starannie rysować. Jagoda nigdy nie została odrzucona przez pełnosprawne dzieci. Doskonale się z nią bawią, wcale nie zwracając uwagi na to, że jest inna. Dla nich jest po prostu koleżanką z grupy. Dla mojej córki kontakt z pełnosprawnymi dziećmi jest wspaniałą lekcją życia i bodźcem do rozwoju.

1333313BDBHA

Gdy pierwszy raz zetknęłam się z przedszkolem integracyjnym, nie byłam pozytywnie nastawiona. Moja córka jest pełnosprawnym dzieckiem. Obawiałam się, że wychowując się w jednej grupie z dziećmi, które wymagają specjalnej troski, będzie zawsze w ich cieniu. Okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne. Problemy niepełnosprawnych w grupie rozwiązywane są przez wykwalifikowane nauczycielki. W pokonywaniu codziennych trudności pomagają im też inne dzieci, które w naturalny sposób uczą się wrażliwości społecznej. Moja Michalina w integracyjnym przedszkolu rozwija się doskonale. Poza tym w zabawie właściwie nie odróżnia dzieci zdrowych od tych niepełnosprawnych. To niesamowite, że dzieci wychowywane od początku w takim przedszkolu, na co dzień traktują odmienność jako coś normalnego. Stają się bardziej empatyczne i opiekuńcze. Placówki integracyjne mają jeszcze jedną ważną zaletę. Nauczycielki nie traktują wszystkich dzieci jednakowo. Potrafią spojrzeć na każde z nich jak odrębną jednostkę i znaleźć sposób na dotarcie do każdego.

osobie pedagog i terapeuta, a że dużo nas, to i siła naszego oddziaływania jest duża. Wszyscy mówimy jednym głosem, tego samego wymagamy i prezentujemy taką samą postawę. Dzięki temu dzieci nie dzielą, nie wyróżniają. One czują to, że wszyscy jesteśmy ważni - i o to nam chodziło w tej integracji.


reportaż

Z flagą na biodrach

1

Zanim zaczął robić szpagaty w stringach, przepracował dziewięć lat jako tokarz. TEKST: Janusz Milanowski

F

abian ma nieco zmęczone, trochę przekrwione oczy po trzech nocach imprez. Stoimy w kawiarence przed armadą kolorowych owocowych koktajli. Nie wie, który wybrać. Dziewczyna uśmiecha się zza baru. - Niech pan wybierze malinowy. Ma taki ładny kolor - proponuje. Fabian wybiera malinowy. - No widzi pan, jak ja łatwo ulegam kobietom - stwierdza z rezygnacją. Poprzedniego dnia występował wieczorem w Koszalinie. Po występie wracał dopiero nad ranem do Bydgoszczy. Stąd przekrwione oczy. Fabian to pseudonim. Stonowana męska elegancja, ciemne lekko kręcone włosy, zadbana sylwetka, 178 cm wzrostu. Żadnych showbiznesowych wyróżników. Oczy: szaroniebieskie. Zawód: technik obróbki plastycznej. Żonaty od 10 lat. Znaki szczególne: tatuaż na pośladku, jak pisze na swojej stronie internetowej.

DZIEWCZYNA W BIDNEJ HALCE Zanim zaczął robić szpagaty w stringach, przepracował dziewięć lat jako tokarz. Tancerzem erotycznym pewnie by nie został, gdyby znajomi nie wyciągnęli go do słynnej dyskoteki w kościele w Wieldządzu. To było w 1996 roku, wieczór z dziewczynami z miesięcznika „Cats”. Fabian nie zdążył nawet wypić jednego

8

miasta kobiet

sierpień 2013

drinka, gdy półnaga dziewczyna wyciągnęła go na scenę i usadziła na krześle. - Słaba bielizna, słaby wygląd - wspomina ją Fabian, który myślał wówczas, że dziewczyny „Catsa” są idealne jak Barbie. - Miała przetłuszczoną cerę, majtki i biustonosz z innych parafii i jakąś bidną haleczkę. Tańczyła z nogi na nogę, więc Fabian przejął inicjatywę. - Na trzeźwo! - podkreśla. Zaczął się rozbierać, a ludzie klaskali. - No i kumpel mówi, że powinienem się ogłosić na jakimś panieńskim coś tam. Ja nawet nie wiedziałem, że jest taki zawód jak striptizer. Nigdy się tym nie interesowałem.

CO JA ROBIĘ? Żona pracowała za granicą. Nasz bohater zamieścił drobne ogłoszenia w dwóch bydgoskich gazetach - bez zdjęcia. Tego samego dnia zadzwoniły pracownice bydgoskiego hotelu. Ich szefowa urządzała 30. urodziny. Fabian otrzymał pierwsze zlecenie. Miał dostarczyć 30 róż do prywatnego mieszkania w bloku. - Wbiłem się w garnitur, stoję przed tym blokiem i myślę: co ja tu robię?! - wspomina ze śmiechem. Przygotował sobie wierszyk. Drzwi otworzyła jubilatka. W środku, na czwartym piętrze dużego mieszkania

było 20 dziewczyn. Fabian złożył życzenia, otrzymał zaproszenie na drinka, jak gdyby nigdy nic. Gdy usiadł, kobiety włączyły przygotowaną wcześniej muzykę. - Sorry, dziewczyny, ale jak słyszę ten utwór, to nie wiem, co się ze mną dzieje - powiedział rozanielony i zaczął się rozbierać i tańczyć z dziewczynami. - Rozebrałem się do zera - wspomina. Wtedy tylko intuicja podpowiedziała mu zasadę, że striptizer nie zostaje w butach, a tym bardziej w skarpetkach. Rytmicznym krokiem podchodził do kobiet, pozwalając odpinać guziki. Wszystkie panie bardzo głośno piszczały. Poprosiły, żeby powtórzył wszystko jeszcze jeden raz. - I to już był hardcore - wspomina dalej. - Oblały mnie szampanem i wysmarowały tortem po sutkach. Było pikantnie - wspomina. Umówiony był na seans za 150 zł, a zarobił dwa razy tyle, to były niezłe pieniądze jak na rok 1996. Dziewczyny były szczęśliwe. - Jak pan się po tym czuł? - pytam. Fabian chwilę się zastanawia. - Tyłka nie smarowały! Jestem showmanem i jeżeli widzę, że dostarczam ludziom rozrywki, to myślę, że to jest dobre. W usługach nie można być źle nastawionym do ludzi - odpowiada.


reportaż

2

3

Poprosiły, żebym powtórzył wszystko jeszcze jeden raz. I to już był hardcore. Oblały mnie szampanem i wysmarowały tortem po sutkach. Było pikantnie.

Wtedy nie powiedział żonie, że ma dodatkowe zajęcie.

PENSJA W WEEKEND Pracował w prywatnej firmie przy obróbce metali w systemie 12 na 24. Tańczył tylko w weekendy. Bez internetu, komórek, maili, spadła na niego lawina zleceń. W piątek - trzy występy, w sobotę - pięć. Przez jeden weekend zarabiał tyle, co przez miesiąc przy tokarce. - Zdarzało się nawet, że miałem tyle przez jeden wieczór - mówi poważnie. W firmie dziwili się, że w weekendy nie chce brać dobrze płatnych nadgodzin. - W robocie i tak się popsuło, gdy spadł kurs dolara. Dostałem odprawę i na bruk. Wtedy założyłem firmę: Agencja Rozrywkowa „Bydgoszczanin”. W pewnym momencie przestał sam występować. Zatrudniał tancerzy. - Chciałem tańczyć do 30. roku życia. Teraz mam 39 lat i telefony wciąż dzwonią, ale szpagatu już nie robię - mówi lekko zamyślony.

FABIAN

STRIPTIZER

BABCIE I WNUCZKI TEŻ Najczęściej zamawiają go kobiety pracujące z ludźmi. Przedstawicielki handlowe, sprzedawczynie, często kosmetyczki i fryzjerki. Zdarzyły się też prawniczki. Imprezy były ostre i zakrapiane mocno alkoholem. Na ogół są to kobiety w wieku 25 - 35 lat, ale

1 Jak wygląda striptizer na co dzień? Nie wyróżnia się z tłumu. Fabian nosi koszulę w kratę (na zdjęciu) 2 Fabian w pracy przebrany za policjanta 3 Fabian podczas jednego z występów

R

E

K

L

A

nie tylko. - Zdarzyło się, że wnuczka zamówiła mnie dla babci, a potem odwrotnie - opowiada. - Najstarsza babcia, dla której tańczyłem miała 65 lat. Po występie powiedziała, że jak dożyje, to poprosi jeszcze o występ z okazji siedemdziesiątki. Jeśli jubilatka ściągnie z niego stringi, to wówczas usługa nazywa się „pełen striptiz”, jeśli nie zdejmie, no to „niepełen”. Fabiana zamówiła synowa starszej pani na zjazd rodzinny. Starsza pani tak była rozochocona, że bez wahania ściągnęła mi stringi i zebrała owację od rodziny. - Ja natychmiast zasłoniłem się flagą, ukłon, przerwa na przebranie, a potem zatańczyłem jeszcze jedną piosenkę w kółeczku z jubilatką i wręczyłem róże składając życzenia. Innym razem postanowił zrobić mocne wejście. Wpadł na salę ślizgiem na kolanach i zatrzymał się przed starszą panią z balkonikiem, która zachwycona biła brawo.

ZASADY I BHP - Są granice, których absolutnie nie wolno przekraczać - mówi poważnie Fabian. Zasłaniając genitalia po „pełnym pokazie” nie używa polskiej flagi, a gdy zakłada mundur polskiego policjanta, to bez orzełka. Zasada podstawowa: żadnego seksu z klientkami. - Robię bardzo odważne show, wzorowane na amerykańskiej grupie Lover Boys. Jest naprawdę ostro, ale po M

A

1399313BDBHA


reportaż pokazie nie zdejmuję z bioder flagi gdy dalej bawię z paniami, urządzając im konkursy - wyjaśnia. Facet, który w ten sposób zarabia na życie musi być wizytówką samego siebie. Wygląd i higiena przede wszystkim. Siłownia, fryzjer, czasami nawet kosmetyczka, dobry zapach. - Opowiadała mi jedna klientka, jak przyjechał do niej tancerz, który miał brudne paznokcie. Powiedziała mu natychmiast, że mechanika nie zamawiała - mówi Fabian. - Najwięcej uwagi przywiązuję do kultury osobistej. Wylałem raz z roboty chłopaka, który biegał całkiem nago między kobietami i zamykał się z nimi w drugim pokoju. To nie tylko kwestia BHP. Bez przestrzegania zasad, życie osobiste tancerza legnie w gruzach. Zdarza się często, że kobiety też się rozbierają i nie przebierają w żartach. - Odpowia-

BEZ UKRYTYCH ZNACZEŃ? Dr Dominik Antonowicz, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, uważa, że popularność imprez z męskim striptizem to jedna z wielu konsekwencji emancypacji kobiet. - Zauważmy, że wcześniej nie było zwyczaju, by kobiety bez mężów balowały w lokalach. Panie stały się niezależne, same

PŁACZĄCA PERŁA Tancerz z Torunia - Marco, zgadza się anonimowo porozmawiać o kobietach. Ma 28 lat, z zawodu jest masażystą. - Zauważyłem coś dziwnego - opowiada. - Kobiety w Toruniu i Bydgoszczy są bardzo nachalne. Na Wybrzeżu, czy w Wielkopolsce nie spotykam się z chamstwem, nachalnością, czy wyuzdaniem. A tu panie zabierają mi gadżety i chcą nieraz rozerwać ciuchy. Marco jest kawalerem. Tańczy od dwóch lat. Ma dziewczynę, którą - jak przyznaje - bardzo kocha. CO SĄDZI O KOBIETACH? - Zachowując się na moich pokazach w wyuzdany sposób, nie są nie fair w stosunku do swoich

organizują swój czas, bo same zarabiają pieniądze i nie potrzebują już partnera, żeby postawił im drinka. Wieczory panieńskie w obecnej formie przeniknęły do nas z Anglii za sprawą uniwersalizacji kultury. Nie należy doszukiwać się nich szczególnej symboliki, choć być może mają ukryte znaczenia, wiadome tylko dla uczestniczek. Patrząc na zachowania pań na wieczoarch panieńskich, można się zastanowić, czy nie następuje odwrócenie ról: kobiety zaczynają coraz bardziej przedmiotowo traktować mężczyzn. - Tak nie jest - zaprzecza dr Magdalena Grabowska, seksuolog. - One dopiero zaczynają się tego uczyć, w odróżnieniu od mężczyzn którzy od wieków korzystają z usług prostytutek. Mimo postępującego wyemancypowania, kobiety są jednak bardziej zachowawcze. Męski striptiz kobiety traktują bardziej jako zabawę i demonstrację własnej odwagi przed koleżankami. - Z pewną seksualnością jest to związane, ale nie jest to czynnik dominujący jak w przypadku mężczyzn. Widzę to w kate-

4

10

miasta kobiet

sierpień 2013

FABIAN

STRIPTIZER

goriach zdarzenia społecznego, a nie potrzeby zaspokojenia wyuzdania - wyjaśnia. Pani doktor ocenia, że wypad na wieczór panieński ze striptizem może nawet polepszyć relację małżeńską. - Bo podnosi na chwilę poziom libido, podnosi kobiecą odwagę i pragnienia, ale podkreślam: tylko na chwilę.

ZASŁANIAJĄC GENITALIA PO „PEŁNYM POKAZIE” NIE UŻYWA POLSKIEJ FLAGI, A GDY ZAKŁADA MUNDUR POLSKIEGO POLICJANTA, TO BEZ ORZEŁKA. ZASADA PODSTAWOWA: ŻADNEGO SEKSU Z KLIENTKAMI. dam wtedy, że ja jestem słabsza płeć. Kobiety są po prostu bardziej spontaniczne od facetów i lepiej potrafią bawić się w swoim gronie. - Co pan sądzi o kobietach? - Nie oceniam. Są jakie są - kwituje.

Najstarsza babcia, dla której tańczyłem miała 65 lat. Po występie powiedziała, że jak dożyje, to poprosi jeszcze o występ z okazji siedemdziesiątki.

facetów. Co innego patrzeć, a co innego dobierać się do tancerza - mówi poważnie. - Życie to nie burdel. Trzeba mieć zasady. Ale raz odkryłem perłę... To było dziwne zlecenie. Matka zaprosiła mnie na wieczór panieński córki. Matka i koleżanki. Przebrałem się za żołnierza. Gdy zacząłem się rozbierać, przyszła panna młoda uciekła z płaczem do łazienki. Krzyczała, że nie chce oglądać obcych mężczyzn nago, że tylko męża chce widzieć bez ubrania.

NAJLEPSZY STRIPTIZ Na koniec rozmowy zachęcam Fabiana. - Niech pan doradzi facetom, jak zrobić dobry striptiz dla żony, no taką niespodziankę w alkowie, gdy życie zaczyna obezwładniać szarością. Patrzy na mnie z politowaniem. - Facet niech przede wszystkim dba o siebie. Niech nie będzie ciągle „mechanikiem” z brudem pod paznokciami, nieświeży, spocony, w tłustych włosach i wyciągniętym podkoszulku - mówi z naciskiem. - No dobra, wiadomo... - Proszę pana! Jeżeli w związku wszystko jest dobrze, to nawet gdy on zrobi ten striptiz niezdarnie, to i tak ona będzie zachwycona. Miłość, rozumie pan? Wtedy jest najlepszy striptiz. 4 W czasie występów uczestniczki są zapraszane na scenę 5 Kobiety nie wstydzą sie okazywać emocji podczas męskiego show. Na zdjęciu impreza w bydgoskim „Kredensie”

5


Szkoła ludzi odpowiedzialnych Szkoła dla Opiekunów Medycznych przy Europejskim Centrum Edukacji w Opiece Długoterminowej istnieje od 2008 r. Działa przy Toruńskich Zakładach Materiałów Opatrunkowych, które są organem założycielskim i prowadzącym szkoły w Toruniu i Bydgoszczy - mówi Grażyna Śmiarowska, dyrektorka szkoły. Jak długo trwa nauka tego zawodu? Rok. W tym czasie kandydat do tej profesji przygotowuje się do pracy w szpitalu bądź w Domach Pomocy Społecznej, albo w Zakładach Opieki Długoterminowej. Osoba, która ukończy naszą szkołę zdobywa kompetencje do tzw. podstawowej pielęgnacji. Pomaga przy karmieniu pacjenta i zaspokajaniu jego potrzeb w zakresie podstawowej higieny zdrowotnej. Nabywa też pewne uprawnienia dotyczące edukacji pacjenta i jego rodziny - może nauczyć jak umyć podopiecznego, bezpiecznie przemieścić i nakarmić. Uczymy umiejętności komunikacji, pracy w grupie, jak i wrażliwości na potrzeby osób chorych.

Co jest najważniejsze w kształceniu opiekuna medycznego? Nasza szkoła przykłada ogromną wagę do jakości. Chodzi nam o wykształcenie poczucia wysokiej odpowiedzialności wśród przyszłych opiekunów medycznych, ponieważ będą to osoby zaufania publicznego. Zatrudniamy kadrę wykładowców z wyższych uczelni, ale także praktyków, osoby zarządzające placówkami leczniczymi oraz tych, którzy pracują bezpośrednio z chorymi. Opiekujemy się uczniem od momentu zapisu aż do egzaminu potwierdzającego jego kwalifikacje. Każdego traktujemy bardzo indywidualnie.

Na rynku pojawia się wiele podobnych zawodów? Tak, na przykład opiekun osoby starszej, opiekun osoby niepełnosprawnej, asystent osoby niepełnosprawnej. Jednak są to osoby dla określonej grupy pacjentów. Natomiast opiekun medyczny ma szersze kompetencje, bo zajmuje się ludźmi chorymi w ogóle, przebywającymi w różnych miejscach i środowiskach. Może być wsparciem zarówno dla pielęgniarki, jak i rodziny.

Jakie wymagania stawiacie kandydatom? Muszą mieć ukończoną szkołę średnią. Nie ma egzaminów, jest tylko rozmowa kwalifikacyjna. Sprawdzamy w ten sposób jego motywację i aspiracje. Zgłaszają się do nas osoby w różnym wieku (limitu nie ma) i różnie wykształcone - również po studiach. Ile kosztuje nauka i jak przebiega? Semestr kosztuje 180 zł. Szkoła kształci w systemie zaocznym. Zajęcia odbywają się w piątki, soboty i niedziele, co drugi weekend. Co uzyskuje absolwent po zakończeniu nauki? Otrzymuje świadectwo ukończenia szkoły, ale żeby uzyskać dyplom opiekuna medycznego musi zdać egzamin zewnętrzny. Organizuje go Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Gdańsku. Egzamin składa się części teoretycznej i praktycznej. Z takim dyplomem może podjąć pracę w każdej placówce opieki zdrowotnej, domach pomocy społecznej. Dyplom naszej szkoły honorowany jest we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

841413TRTHA

Jakie przedmioty wykładane są w waszej szkole? Anatomia, psychologia, patologia, opieka nad osoba chorą i niesamodzielną, zdrowie publiczne, podstawy przedsiębiorczości i działalności gospodarczej oraz obowiązkowe języki do wyboru: angielski lub niemiecki. Oprócz tych przedmiotów ogólnych duży nacisk kładziemy na umiejętności praktyczne. Mamy świetnie wyposażone pracownie. Są w nich odpowiednie łóżka, manekiny, fantomy, słowem pełna symulacja rzeczywistości. Po bloku zajęć w pracowniach, uczniowie pod opieką nauczyciela rozwijają swoje umiejętności w warunkach szpitalnych. Na koniec wszyscy odbywają praktyki zawodowe trwające cztery tygodnie. Pragnę podkreślić, że monitorujemy nie tylko postępy ucznia, ale także jakość nauczania.


felieton

Pralki czasem tak mają Jeśli i tobie zdarzyło się kiedyś włożyć do pralki białe, a wyjąć szare, nie przejmuj się. Statystycznie, mistrzostwo w tej dziedzinie i tak należy do mężczyzn. TEKST: Lena Kałużna*

Sweter był drogi, piękny i mięciutki. Nie bez przyczyny piszę, że był. Wrzucił się razem z rzeczami opatrzonymi metką „chemicznego gotowania” do pralki i nastawił na 900C wraz z wirowaniem na najwyższych obrotach. Teraz jest po prostu bardzo, ale to bardzo malutkim sweterkiem. Podzieliłam się tą historią z redakcyjnymi koleżankami i okazało się, że takie i tym podobne sytuacje to bardzo częste zjawisko. Jednej się wyprały niebieskości i marynarskie paski trójki synów razem z czerwienią. Efekty były różowe. Kolejna pojęcia nie ma jak, ale sprawiła, że malowane romby na ulubionej bluzce męża odbiły się na plecach innej bluzki. A że była to ulubiona rzecz Miśka, bo wyglądał i czuł się w niej jak Craig David, koleżanka, aby nie stracić męża, przystąpiła do akcji naprawczej. Działania polegały na wdrożeniu metodologii odbarwiającej sposobami wszelakimi z szalonymi włącznie. Zaskoczę was pewnie, bo po około dwóch miesiącach prób i błędów, bluzka wróciła do stanu prawie pierwotnego. W tym czasie Miśkowi zmieniły się jednak gusta i już nigdy więcej jej nie założył.

rzucone na podłogę, same w sposób magiczny wracają pachnące i uprasowane, ułożone w kosteczkę, do szafy. Najczęściej takie czary mają miejsce w rodzinach, a sprawcą cudów bywa matka zwana domową szamanką. Ma nieźle opanowaną mapę lokalizacji zrzutu brudów (i bynajmniej nie jest to kosz na pranie, a raczej okolice łóżka, fotele i inne siedziska), posiada tajemnicze eliksiry w różnych kolorowych pojemniczkach i przede wszystkim, wykształciła w sobie słuch doskonały (o! skończyło się wirowanie!). Ale brudy, jak wiadomo, pierzemy we własnym domu, dlatego natychmiast wracam do ogółu.

Gratulacje! Jeśli i Tobie, moja droga zdarzyło się kiedyś włożyć do pralki białe, a wyjąć szare, nie przejmuj się. Pralki czasem tak mają. Statystycznie, mistrzostwo w tej dziedzinie i tak mają mężczyźni. Jeśli twój facet też czasem wstawi czy powiesi pranie, nieważne, z jakim skutkiem, to muszę cię pochwalić. Osiągnęłaś wyższy stopień wtajemniczenia w sztuce zarządzania domowymi zasobami ludzkimi. Gratulacje!

Hydrozagadka Kiedyś, jeszcze zanim zaczęto używać tarki do prania, plamy wywabiano kijanką. Polegało to na namoczeniu odzieży, chwyceniu kija i biciu nim w plamę tak długo, aż zniknie (albo rzecz, albo plama). Wynalezienie elektrycznej pralki obrotowej przysporzyło jednak ludzkości tyle samo problemów, co wytchnienia. Wraz z pralką pojawiła się bowiem cywilizacyjna hydrozagadka, czyli problem znikających skarpet. Wkładasz do pralki dwie, wyciągasz jedną. Czytałam kiedyś, że skarpety wcale nie są zasysane przez tajemnicze portale czasoprzestrzenne, wywoływane ruchem wirowym w połączeniu z pracą silnika indukcyjnego, tylko sprytnie ukrywają się pod gumową uszczelką przy bębnie. Sprawdziłam. Nic tam nie ma.

wypatrywać przez wmontowaną weń szybkę. Nie zobaczysz szalonego procesu teleportacji pojedynczych sztuk skarpet, bo to się dzieje akurat wtedy, gdy na moment odwrócisz wzrok. Inne oblicze bogactwa ucieka tylnym wyjściem prosto do kanalizacji. Podczas jednego cyklu pralka zużywa bowiem od 75 do 115 litrów wody. Biorąc pod uwagę deficyt wody na świecie oraz fakt, że w Polsce żyje ponad 38,5 miliona ludzi, którzy generują brudy i robią pranie, do spływu wędruje za dużo. W procesie prania odzież też się niszczy i to nie tylko w ekstremalnych sytuacjach. Nie usiłuję wcale powiedzieć, żebyśmy przestali czyścić ubrania. Troszeczkę tylko namawiam do racjonalizacji częstości. Z dbałości o domowy budżet, domowe szamanki wprowadzają czasem kategoryzacje plam. W kilkustopniowej skali znajdują się kategorie takie jak: „jeszcze raz się założy”, „ojciec prać!”, aż w końcu „należy natychmiast pozbyć się problemu umieszczając go na dnie czarnego worka”. To zawsze odrobinkę bardziej proekologiczne i oszczędne. Wspomnę jeszcze, że nastawiając pralkę na 400C. zużywamy połowę mniej energii niż przy 600C.

Domowa szamanka Wielu nastolatków, szczęśliwie, wciąż żyje w pogaństwie myślowym, wierząc, że rzeczy

Bogate życie wewnętrzne Pralka prowadzi bardzo bogate życie wewnętrzne. Na próżno go jednak

*Lena Kałużna - socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na www.kobiecaperspektywa.pl

12

miasta kobiet

sierpień 2013


Trendy z 3

4

2

1

5

6

7 9

8 10 11

12 14

13

17

19

zabłyśnij jak

neon

16

15

W tym sezonie w roli głównej - neony. I to wcale nie tylko w sportowych stylizacjach. Odważne żółcie, róże, zielenie robią furorę nawet w eleganckich, klasycznych zestawieniach. Doskonale sprawdzą się jako dodatki ożywiające szarości, ale nie tylko. Nie obawiaj się bluzek, sukienek, spodni w odważnych kolorach. To modowe hity! Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

18

21

20

1. Koszulka 4F - 39,90 zł, Toruń Plaza 2. Torebka damska Świat Torebek - 88 zł, Toruń Plaza 3. Kolczyki z kolekcji Scarlett YES - 139 zł, Toruń Plaza 4. Oprawa Carrera Vision Express - 399 zł, Toruń Plaza 5. Bluzka United Colors of Benetton - 70 zł, Toruń Plaza 6. Kolczyki Apart - 59 zł, Toruń Plaza 7. Sukienka Orsay - 169,95 zł, Toruń Plaza 8. Torebka damska Prima Moda - 699 zł, Toruń Plaza 9. Koszula Big Star - 85 zł, Toruń Plaza 10. Strój kompielowy Triumph - 189,90 zł, Toruń Plaza 11. Naszyjnik Coyoco - 59,99 zł, Toruń Plaza 12. Zegarek Swiss - 365 zł, Toruń Plaza 13. Bluzka Tatuum - 169,99 zł, Toruń Plaza 14. Lampion Home&You - 39,00 zł, Toruń Plaza 15. Buty Wojas - 199 zł, Toruń Plaza 16. Spodnie Wrangler - 189 zł, Toruń Plaza 17. Torebka Venezia - 229,99 zł, Toruń Plaza 18. Torebka Gino Rossi - 199,90 zł, Toruń Plaza 19. Szpilki Tally Weijl - 149,90 zł, Toruń Plaza 20. Sandały Deichmann - 79 zł, Toruń Plaza 21. Sandały Kazar - 379 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9.00-21.00

miasta kobiet

sierpień 2013

13


1

Zaczynałam od zdjęć robionych telefonem. Teraz o czymś takim nie ma mowy. Ma być profesjonalnie. Są świetne zdjęcia, dopracowana grafika, konkursy dla internautów. TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: mili-look.blogspot.com, voguerka.blogspot.com

2

3

4

B

loga Kasi Tusk „Make Life Easier”, co miesiąc odwiedza ponad 800 tysięcy indywidualnych użytkowników. W mediach krążą plotki, że córka premiera zbija fortunę na wrzucaniu postów ze zdjęciami swoich nowych ubrań, stylizacji, kosmetyków czy przepisów na ciasto z rabarbarem i zapiekane szparagi. Wiadomo Kasia Tusk jest jedna, jednak blogerek modowych w Polsce przybywa każdego dnia.

ŚWIEŻO, ORYGINALNIE, BEZ OGRANICZEŃ Modowy szał na blogach zaczął się trzy lata temu. Był jak eksplozja. Świeżość pomysłów, oryginalne rozwiązania i brak ograniczeń - to urzekło rzesze zakochanych w modzie. Szybko okazało się, że w każdym kraju mieszkają indywidualiści, którym wizerunkowych pomysłów mogliby pozazdrościć najwięksi projektanci. Osoby, które wtedy zaistniały, obecnie są sławne w blogosferze. Rozpoznawalność otwiera wiele drzwi, nie tylko tych wirtualnych. Dużo blogerek zostało dostrzeżonych i teraz są stylistkami, pracują w magazynach modowych lub przy pokazach. Są i takie, które założyły swoje firmy i projektują ubrania według własnej wizji. - Ostatnio czytałam, że w Polsce jest więcej szafiarek niż szaf. To wyolbrzymienie, ale rzeczywiście blogów jest bardzo dużo - mówi Daria Springer, założycielka bloga o nazwie „Voguerka”. Bydgoszczanka, która obecnie mieszka w Szczecinie, blogowego bakcyla złapała na portalu szafa.pl. Trafiła na rubrykę z inspiracjami zamieszczanymi przez internautki. Stamtąd droga do blogów była już

5 1 Minimalizm stroju przełamują wyraziste dodatki, jak złoty zegarek (Mili Look) 2 Prawdziwa perełka - szara spódnica maxi upolowana w lumpeksie (Mili Look) 3 Koszulki z nadrukami to pozycja obowiązkowa w garderobie blogerki (Mili Look) 4 Jeansowa kurtka idealnie pasuje do letnich sukienek (Voguerka) 5 W koralowej sukience Daria zakochała się od pierwszego wejrzenia (Voguerka)

prosta. 25-latka zachwyciła się szczególnie tymi tworzonymi przez dziewczyny z Finlandii i uznała, że fajnie byłoby samej prowadzić taką stronę. Pomysł dojrzewał długo, bo aż dwa lata. Rozpoczęła we wrześniu ubiegłego roku. Dziś nowy post zamieszcza kilka razy w tygodniu. Początki? Były trudne. - Zaczynałam od zdjęć robionych telefonem - wspomina z uśmiechem. - Teraz o czymś takim nie ma mowy. Ma być profesjonalnie. Są świetne zdjęcia, dopracowana grafika, konkursy dla internautów.

REWOLUCJE OD KUCHNI Na standardowy wpis na blogu modowym składają się zdjęcia autorki w konkretnej stylizacji. Pod fotografiami najczęściej zamieszczane są nazwy marek ubrań, które ma na sobie modelka. Do tego parę zdań o stroju, nastroju... Tak naprawdę tekst może być o czymkolwiek. Jak to wygląda od kuchni? - Przede wszystkim musimy mieć czas i drugą osobę, która zrobi nam zdjęcia - wyjaśnia Daria. - Drugą sprawą jest pomysł na to, gdzie ta sesja się odbędzie. Jeśli na dworze, to dobrze, aby była ładna pogoda. Jeśli leje, to sprawa się komplikuje. Musimy się liczyć także z dziwnymi spojrzeniami przechodniów, bo w Polsce osoba, która pozuje do zdjęć, np. na ulicy, zwraca uwagę. Potem z kilkudziesięciu zdjęć trzeba wybrać te najlepsze. Poddać je lekkiej obróbce. Ja staram się poprawiać jak najmniej - mówi „Voguerka”. Kluczową rolę odgrywają jednak ubrania i dodatki. - Kieruję się zasadą, żeby być inspiracją dla wszystkich. Nie widzę sensu, żeby tworzyć stylizację z torebką za 3 tysiące. Oczywiście, takie blogi też istnieją i mają swoich fanów, ale to nie dla mnie - mówi Daria. TO PO MAMIE MAM... Michalina Maj, 21-letnia studentka filologi polskiej, swojego bloga „Mili Look” założyła rok temu. Mieszka w Toruniu, ale modowa pasja obudziła się w niej w rodzinnym Kutnie. - Mam to po mamie - mówi dziewczyna. - Obie uwielbiamy buszować po lumpeksach. Kupione tam ciuchy łączymy z tymi z normalnych sklepów.

B B B B B B B B B B B


jej pasja

PR W DOBRYM STYLU Blog, blogiem, ale trzeba go dodatkowo promować. Co sprawdza się najlepiej? Oczywiście Facebook. Zaproszenie do obejrzenia nowego posta sprawia, że ludzie odwiedzają stronę, oceniają nowe stylizacje, a duża liczba gości to przepustka umożliwiająca wejście do zamkniętej grupy blogerów modowych. To kolejny poziom wtajemniczenia. Prowadzący takie grupy dbają o PR i promocję swoich członków. Do konkretnych blogerów wysyłają oferty firm. Podpowiadają, do kogo warto napisać, z kim nawiązać współpracę. Machina działa sprawnie. Blogowanie jest teraz na topie, a doświadczenie podpowiada, że to co modne lubi płynnie przechodzić w obciach. Czy prowadzenie bloga za jakiś czas nie będzie passé? - Myślę, że jeśli ktoś podchodzi do tego na poważnie i robi to profesjonalnie nie musi się obawiać takiego obrotu spraw. Powiem krótko. Od momentu, kiedy zaczęłam prowadzić bloga jestem szczęśliwa i to mi wystarcza. Nie myślę o tym, co będzie później - mówi Daria.

To świetna zabawa. Pamiętam jak z mamą w każdy poniedziałek czekałyśmy na nową dostawę - wspomina Michalina. W blogach modowych zakochała się od pierwszego wejrzenia. W tworzeniu strony pomaga jej chłopak. On nie jest fanem mody, ale nie przeszkadza mu to bawić się blogowaniem równie dobrze, jak Michalinie. - Na jego barkach spoczywają zadania związane z grafiką i zdjęciami. Bez niego nie dałabym rady - mówi blogerka. Na początku Michalina stresowała się każdym postem. - W końcu nie mam wpływu na to, kto zagląda na mojego bloga. Zdaję sobie sprawę z tego, że dzielę się swoją prywatnością, ale już się do tego przyzwyczaiłam. Moda to moje hobby, pasja, sposób na wyrażenie samej siebie. Blog to idealne miejsce, aby to pokazać - mówi.

BLUZKA ZA ZDJĘCIE Trudno uciec od pytania o pieniądze. Czy na tym da się zarobić? Podobno jak jest się blogerką na pełen etat, jest to możliwe. Wcześniej jednak trzeba się wykazać. - Osoba, która założyła bloga miesiąc temu nie ma na to szans - podkreśla Daria. Internauci muszą przekonać się do prezentowanych stylizacji, pomysłu na bloga i jego estetyki. Podobnie jak w innych dziedzinach i tu dobrze jest czymś się wyróżniać. Nasze bohaterki przyznają, że na blogowaniu nie zarabiają, ale dodają, że im na tym nie zależy. - Dużo częściej zamiast pieniędzy firmy oferują mi sukienkę, naszyjnik czy bluzkę pod warunkiem, że stworzę i opublikuje stylizację z wykorzystaniem danej rzeczy. Działa to jak barter. Jeśli coś nie jest w moim stylu, to później mogę dać to komuś w prezencie albo zorganizować konkurs z nagrodą - mówi „Voguerka”. R

E

STYLÓWY W SIECI Blogerki to pasjonatki, ale wśród internautów nie brakuje szyderców, także tych modowych. W Sieci można znaleźć, między innymi profil „Bydgoskie Stylówy”. Autorzy na stronie zamieszczają nadsyłane przez użytkowników zdjęcia przechodniów, pasażerów komunikacji publicznej czy ludzi robiących zakupy. Punkt wspólny - nietrafiona stylizacja (delikatnie mówiąc). Profil „lubi” blisko 12 tysięcy internautów. K

L

A

M

A

STUDIA PODYPLOMOWE ZDROWIE | BEZPIECZEŃSTWO Bezpieczeństwo żywności i żywienia Dietetyka i żywienie człowieka Dietetyka w chorobach wewnętrznych i metabolicznych Menedżer w zakładach opieki zdrowotnej Doradztwo zawodowe i pośrednictwo pracy Pedagogika przedszkolna z terapią zaburzeń rozwojowych Terapia zajęciowa (nowość) Organizacja pomocy społecznej Spa & Wellness Dermatologia w kosmetologii Higiena i epidemiologia

ENERGETYKA | LOGISTYKA

B Zarządzanie bezpieczeństwem w administracji B Inżynieria odnawialnych źródeł energii (nowość) państwowej i samorządowej (nowość) B Logistyka w służbach mundurowych (nowość) B Logistyka międzynarodowa B Zarządzanie audytem w jednostkach finansów publicznych B Zarządzanie systemami logistycznymi i transportem (nowość) B Zarządzanie bezpieczeństwem i higieną pracy (nowość)  B Organizacja i zarządzanie w administracji B Organizacja i zarządzanie w instytucjach Unii Europejskiej 

www.bsw.edu.pl strzel w dziesiątkę!

1389313BDBHA

B B B B B B B B B B B

ZARZĄDZANIE | AUDYT


tabu

Rodzice stają się

OFIARAMI Rola rodzica zostaje sprowadzona do bycia intendentem i płatnikiem. W skrajnych sytuacjach rodzice są bici przez własne dzieci. Z Danutą Gadziomską* rozmawia Janusz Milanowski

Spotkałem podróżnika, który umiał wspaniale opowiadać o swoich wyjazdach. Po długiej rozmowie zapytałem, jak zarabia na swoje podróże. Odpowiedź wbiła mnie w fotel. „Jak to zarabiasz? A od czego są rodzice?” Postanowiłem więc zapytać dziś panią: od czego są rodzice? Bardzo trudne pytanie. Można by powiedzieć od czego nie są. Rodzic powinien zapewnić dziecku możliwość rozwoju na tyle, by stało się ono samodzielne w przyszłości; czyli że wszystkie działania wychowawcze powinny wyzwolić to, co jest w dziecku najlepszego, na miarę jego możliwości, w celu osiągnięcia samodzielności, zabezpieczenia własnego bytu, a następnie rodziny. Tak idealnie można to pytanie spointować. To jest założenie… Tak, to jest założenie. Nie wszyscy rodzice kierują się tą przesłanką. Są tacy, którzy nie zajmują się swoimi dziećmi. Dlaczego? Dlatego, że nie mają predyspozycji rodzicielskich. Nie zostali tego nauczeni. Nie wystarczą marzenia o wspaniałej rodzinie. Trzeba wiedzieć, że jest się kochanym i szanowanym. Jest to warunek niezbędny do budowania akceptacji samego siebie i poczucia własnej wartości. Wiemy, że z tym nie jest dobrze - stąd tylko krok do wycofania i duża szansa na argument siły zamiast siły argumentu. Jeśli dziecko nie słyszy od swoich najważniejszych w życiu osób, że jest mądre, piękne, kochane, że jest w czymś dobre, to będzie przekonane, że takie nie jest. Wiara w siebie i w to, że dam radę, będzie miała słabe podstawy.

16

miasta kobiet

sierpień 2013

Mówimy o rodzicach w wieku… Tych, którzy mają 35-40 lat i piętnastoletnie dzieci. To są osoby, które niekoniecznie zajmują się swoimi dziećmi i stąd mamy dużą liczbę młodzieży niedostosowanej społecznie. Wystarczy spojrzeć na statystyki: ile młodzieży potrzebuje wsparcia pedagogicznego, albo dodatkowych zajęć, psychologa. Wróćmy do rodziców. Skąd w tym akurat pokoleniu brak predyspozycji rodzicielskich? Myślę, że po roku 90. zachłysnęliśmy się wolnością. W głowie każdego Polaka pojawiła się myśl, że jest już wolny, że ma prawa, ale niestety, nie ma obowiązków. Do życia codziennego wkroczyły gwałtownie technologie. Wielu rodziców nie nadążyło za tym - zostało z tyłu. Wielu też straciło pracę, straciło mieszkania, bo olbrzymia masa ludzi miała zakładowe, żyła też w hotelach pracowniczych. Ówcześni rodzice nagle musieli zająć się sobą, żeby przeżyć i dla dzieci nie mieli już czasu. I te dzieci, którymi rodzice się niewłaściwie zajmowali, to właśnie obecni trzydziestopięcioletni? Tak. Czy Pani nie generalizuje? Nie możemy powiedzieć, że dotyczy to wszystkich. Mamy też piękną młodzież, która przejmuje właściwe wzorce bardzo dobrze, ale rozmawiamy o moim ośrodku, w którym pomagamy m.in. młodym ludziom, który mają problem z usamodzielnieniem. Jedną z konsekwencji tego, że rodzice nie zajmują się dziećmi, jest brak samodzielności w dorosłym życiu.

Dla mojego pokolenia dążenie do wolności było najważniejsze. Gdy zdałem maturę, zacząłem zarabiać własne pieniądze i mieszkałem sam. Teraz mamy trzydziestolatków u rąbka matczynej spódnicy. Bo jest przyzwolenie na to. Poza tym - w mojej ocenie - sytuacja ekonomiczna sprawia, że młodzi ludzie nie sięgają po pewne wyzwania, a to dlatego, że nie mają przewidywalnej perspektywy. To się przewija w każdej rozmowie. W I LO w Toruniu przeprowadziliśmy debatę na temat rodziny. Wzięła w niej udział młodzież z 11 szkół średnich Torunia, a więc w wieku, w którym kreuje się pogląd na temat własnej rodziny. Ta debata dała nam dużo do myślenia, bo uwypukliła się kwestia wartości. Rodzina jako wartość nie ma już takiego znaczenia jak pokolenie wcześniej, kiedy to była filarem i od niej wszystko się zaczynało. Młodych uwiera jednak zależność od rodzica. Naprawdę ich uwiera? Tak. Gdy mimochodem przysłuchuję się rozmowom starszej młodzieży w pubach, gdzie zachowują się bezpośrednio, to nie mam takiego wrażenia. Mówią, że jest im tak dobrze? Mają to gdzieś! Ja uciekam od generalizowania, bo jestem cały czas nastawiona na to, że młodzież jednak da sobie radę. Natomiast obecnie mamy ogólnoświatowy kryzys. To jest dla nich taki moment na wdechu, że nie są w stanie podjąć pewnych decyzji, bo się ich boją. I słusznie pan zauważył: mieliśmy po 19 lat i już się chciało być

C

–n cja o r

T

ży po ry tyw z łaj W sca nic wy W są ma na się

ce pr

sy


882413TRTHA

1395313BDBHA

Centrum Kształcenia Ustawicznego w Toruniu – największa szkoła dla dorosłych w Regionie, bezpłatna szkoła publiczna z tradycjami, oferuje naukę w szkołach średnich i policealnych dla dorosłych oraz kursy o różnorodnej tematyce. sażenie doskonałe. Po prostu - Centrum Wzorcowe! Szkoła zapewnia różne atrakcje. Mimo iż kształci dorosłych, ciągle tu się coś dzieje: a  to filmowcy kręcą film ze słuchaczami w  roli głównej, innym razem odbywają się tu konferencje lub seminaria z udziałem słuchaczy i zaproszonych gości, czasem organizowany jest wspólny wyjazd do Opery lub wypad do Teatru, nauczyciele i słuchacze zwiedzają Polskę i  stolice Europy uczestnicząc w wycieczkach szkolnych. W zależności od pory roku lub zbliżającej się rocznicy wydarzenia historycznego korytarzami chodzą anioły, krzyżacy i ułani. Słuchacze rywalizują z  sobą w  konkursach. Uczą się, szampańsko bawią na Studniówkach, zdają maturę, zdobywają tytuł technika. Słuchacze mogą korzystać z  usług doradcy zawodowego, z  porad prawnych i ekonomicznych.

Czas nauki w Szkole, był dla mnie hardcorowy. Borykałam się z brakiem wolnego czasu, z terminowym pisaniem prac, z egzaminami i co było najtrudniejsze – z opanowaniem... komputera. Byłam w złej kondycji. Ale okazało się, że Szkoła podziałała jak psychoterapia. Spotkałam tu mądrych, wrażliwych i sympatycznych Ludzi. I nie mam tu wcale na myśli wyłącznie kolegów z klasy...

Za wszystko dziękuję, raduję się każdym dniem spędzonym w szkole. Jestem zaszczycona, że mogę uczestniczyć w Państwa zajęciach. Proszę przyjąć moje wyrazy uszanowania.

818913TRTHA

T

o niezwykła szkoła. Kształci dorosłych już od 35 lat. Za starymi murami, w stuletnim budynku, życie szkolne tętni nowoczesnością. Wyposażenie na miarę XXI wieku: projektory w  każdej sali, laptopy, tablice interaktywne. Słuchacze mogą kontaktować się z  nauczycielami przez Internet, przesyłając wiadomości, dyskutując na czacie. W dowolnym czasie i z dowolnego miejsca mają dostęp do przygotowanych dla nich materiałów, mogą rozwiązywać testy, wykonywać i przesyłać do oceny zadania. Wszystkie informacje szkolne dostępne są przez Internet. Słuchacze i nauczyciele mają możliwość korzystania z kształcenia na odległość, nowoczesnej formy uczenia się z wykorzystaniem Internetu. Nauczyciele – specjaliści od kształcenia dorosłych, skupieni są na współpracy ze słuchaczami. Atmosfera przyjemna. Nauczyciele sympatyczni. Nauka bezpłatna. Wypo-

W szkole działa Klub przedszkolaka. Gdy rodzice są na zajęciach, ich dzieci spędzają czas, bawiąc się w Klubie. Centrum jako prężnie działająca placówka kształcąca osoby dorosłe, znajduje się w  czołówce szkół tego typu w  Polsce. Doceniana jest także przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Szczyci się ponad 30 tysiącami absolwentów, oto opinie niektórych z nich:

Nauka w szkołach prowadzona powinna być w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek. Dla nas był to cenny dar. Wiedziałam, że ta szkoła będzie mnie karmić wiedzą, ale nie sądziłam, że spełni moje marzenia.

Centrum Kształcenia Ustawicznego w Toruniu zaprasza do liceum ogólnokształcącego dla dorosłych, do szkół policealnych i na kwalifikacyjne kursy zawodowe.

Toruń, Plac Św. Katarzyny 8, Tel. 56-65-77-490


tabu dorosłym! Wolność, o której pan mówił, była czymś najważniejszym. A dziś… A dziś młodzież ma wolność. Może robić wszystko i wszędzie. Żyjemy w globalnej wiosce. To, co ich dotyczy, to nie są problemy moralne, zmierzające do wyzwolenia świata, tylko jak się urządzić, żeby w życiu było wygodnie i dobrze. My, dorośli urządziliśmy im ten świat, żeby tak właśnie mieli. Mają dostęp do tego, o czym my marzyliśmy. Nie mieściło się w głowie, żeby dorosłemu człowiekowi rodzic pewne rzeczy finansował. Zwłaszcza rozrywki… No, choćby! Młody uważa, że rodzic jest od tego, żeby pewne rzeczy zabezpieczyć. Powinien kupować gadżety, bo taki jest trend. I jeśli tego nie robi, słyszy od dziecka, że nie zabezpiecza jego rozwoju. Bywa, że zamiast dumy rodzice mają, niestety, poczucie winy. A gdzie miłość? No, właśnie… Muszę panu powiedzieć, że podczas wspomnianej debaty byłam bardzo zdziwiona, ponieważ miłość nie była na pozycji czołowej. Zaraz, zaraz, to nie mówili, że kochają swoich rodziców?! Miłość nie miała dla nich znaczenia. Oni raczej stawiali wymagania rodzicom. Problematyka tej debaty dotyczyła braku komunikacji; rodzice nie rozumieją naszych potrzeb, rodzice są gdzieś z tyłu za nami. My jesteśmy najważniejsi, a rodzice już niewiele mogą, nie znają się na nowych technologiach, chcą życia stabilnego, a my chcemy rozkrzyczeć się na cały świat. Ten brak komunikacji był bardzo akcentowany przez wszystkich. Fakt, że młodzież głośno o tym mówiła, stanowi dużą wartość. Warto posłuchać takich głosów Ci sami młodzi ludzie, lekceważący wapniaków, nie znających się na smartfonach, trwają jednak przy nich po osiągnięciu pełnoletności i to bardzo długo. Bo nie mają gdzie się udać. A może nie chcą się nigdzie udać? To jest jeden z prawdopodobnych powodów. Stworzyliśmy świat bardziej wygodny, niż sami go mieliśmy. Moje pokolenie nie zna sytuacji, w której dziecko przyjeżdża do szkoły własnym samochodem. A w tej chwili dyrektorzy szkół mają kłopot z parkingiem. Wszystko się przewartościowało. Jeśli damy komuś coś dobrego do posmakowania, to on się w tym rozsmakuje. A jak to jest w Pani praktyce? Czy zajmuje się Pani problemem braku samodzielności, tłumaczy Pani obydwu stronom, że to jest złe? Jak najbardziej. Zbyt długie zamieszkiwanie młodego człowieka z rodzicami i z rozbudzonymi potrzebami, których sam nie jest w stanie zaspokoić, rodzi konflikty w rodzinie. Pojawia

18

miasta kobiet

sierpień 2013

się zniecierpliwienie, a także postulat partycypowania w kosztach mieszkania. Tymczasem młody człowiek uważa, że to jest mieszkanie rodziców i to oni są zobowiązani płacić wszystkie rachunki. Następuje przesilenie napięcia i wówczas rodzice trafiają do nas na mediację. Jednak nie generalizujmy, że wszyscy są tacy sami. Mówimy o pewnym nowym zjawisku, grupie rodziców o już zdiagnozowanej niewydolności wychowawczej. Są to najczęściej ofiary swoich dorastających dzieci, którzy zepchnięci na margines życia przestają być partnerami. To są już tylko dawcy. Dużo jest takich rodzin? Coraz więcej. Prowadzimy terapie rodzinne, a czasem są to mediacje zmierzające tylko do ustalenia reguł gry w rodzinie, których od lat w niej nie było. W rezultacie wytworzył się dziwny układ sił ze wskazaniem na zwycięzcę, czyli młodego człowieka. Rola rodzica poprzez ten chaos związany z brakiem autorytetu zostaje sprowadzona do bycia intendentem i płatnikiem. Powtórzymy to: rodzice stają się ofiarami. Tak. Ofiarami swoich dorosłych dzieci, które nie chcą lub z różnych przyczyn nie mogą funkcjonować samodzielnie poza domem rodzinnym, albo będąc w tym domu równoprawnie partycypować we wszystkich przedsięwzięciach.

Młody człowiek uważa, że to jest mieszkanie rodziców i to oni są zobowiązani płacić wszystkie rachunki. Następuje przesilenie napięcia i wówczas rodzice trafiają do nas na mediację. DANUTA GADZIOMSKA

DYREKTOR MOEIPU W TORUNIU

I co dalej z ofiarą? Depresja, nerwica, znieczulanie się alkoholem? Tak.. To wszystko, co pan wymienił. Sięganie po alkohol, przedłużający się stres i reakcja lękowa przed własnym dzieckiem. Jak to? W skrajnych sytuacjach rodzice są bici przez własne dzieci. Coraz częściej odnotowujemy takie przypadki. Proszę opowiedzieć... Opowieść jest krótka. Matka nie chce dać pieniędzy na jakiś gadżet, albo na imprezę, to on lub ona wymusza to wykorzystując przewagę siły, albo przewagę braku kontroli nad sobą. Często jest tak, że rodzice stają się ofiarami w wymiarze ekonomicznym, a pieniądze wymuszane są w dość przemyślany sposób. To znaczy? Pociecha zakłada rodzicom konto internetowe, ale obsługuje je sama. Wpływy na konto kontroluje to dorosłe lub dorastające dziecko i zaczyna się lawina niezapłaconych rachunków i spirala długów. „I co ja mam zrobić” - pytają rodzice. Przede wszystkim nauczyć się obsługi i zablokować dziecku wszystkie kanały dostępu.


tabu Piotruś zobaczy, że oprócz mamy są gdzieś ludzie, do których on nie pasuje. Oni czegoś od niego chcą, gdzieś zmierzają, mają pretensje. Odpowiedzialność to jest wysiłek, którego on nie chce. DANUTA GADZIOMSKA DYREKTOR MOEIPU W TORUNIU

Rozumiem, że rozmawiamy o konkretnym przypadku? Tak. O kobiecie o ciekawej osobowości, zawsze aktywnej zawodowo w odróżnieniu od męża, który raz pracę miał, a raz nie i często pił. Syn przejął jego wzorzec i sprawuje kontrolę nad matką, to on jej mówi, co jej wolno, a czego nie. Dla pana sprawa z kontem byłaby prosta: zlikwidować to konto i tyle! Niestety, nie jest to takie proste. Ta kobieta mówi, że nie wyobraża sobie, co ten syn by jej wówczas zrobił... Co takiego by zrobił? Wyzwiska, obelgi, wymuszania w miejscach publicznych. Przemoc w rodzinie to temat tabu, więc kobieta nie poprosi o pomoc dzielnicowego, bo w jej głowie kołacze się, że ona wsadzi do więzienia swoje dziecko. Ta kobieta nie pomyśli, że to nie jest kwestia jej decyzji, tylko przepisów Kodeksu karnego. Mimo wszystko kocha swoje dziecko. Jak pomagacie takim kobietom? Najważniejsze, żeby zgłosiła się do nas i wszystko opowiedziała. Potem jest terapia indywidualna, albo grupa wsparcia. W jej ramach, raz w roku, kobiety wyjeżdżają na turnus terapeutyczny do ośrodka w Górznie. Niektóre z nich boją się wyjechać, mając obawy co do tego, jak ich dzieci poradzą sobie bez nich. Mamy zawsze problem ze skompletowaniem grupy na darmowy wyjazd, nie dlatego, że brak chętnych, tylko brak odwagi aby podjąć taką decyzję. Po powrocie ich życie nabiera nie tylko rumieńców, ale przede wszystkim godności. Pani dyrektor, ale my rozmawiamy o patologiach, a nie normie. Rozmawiamy o tym, co do mnie tu trafia. O nowym zjawisko społecznym, coraz częściej spotykanym. A co jest normą? Normą jest wychowanie demokratyczne, gdzie rodzice stanowią opokę, ale pozwalają dziecku na własne poglądy, na próbowanie życia pod dyskretnym nadzorem tak, aby dziecko pozna-

jąc jego tajniki brało coraz większą odpowiedzialność za swoje czyny. ...bylebyś wrócił do pierwszej i miej telefon zawsze włączony. Czy to jest dobre? Nie stosowałam tego. To nie jest dobre, bo rodzic staje się kontrolerem. Dlaczego ma wrócić do pierwszej, a nie dziesiątej? ...żeby się wyszumiało, a my udzielamy kredytu zaufania, ale stawiając swój warunek: włączony telefon. Jeśli rodzice za bardzo kontrolują, to dziecko myśli, że to jest ta granica, do której wolno mi się zbliżyć, ale za którą odpowiada rodzic. I siłą rzeczy wtedy ono nie jest odpowiedzialne. Ale jeśli taka metoda jest efektywna i daje poczucie bezpieczeństwa obu stronom, to dlaczego nie... I co zrobić? Nie doprowadzić do sytuacji w której trzeba stawiać drastyczne wymagania. Dziecko wychowujemy od momentu, gdy ono pojawi się w rodzinie, a nie gdy idzie do szkoły. No i starajmy się stworzyć chociaż przesłanki autorytetu. Teraz ja opowiem historię. Chłopak ma prawie 30 lat, dobre wykształcenie, pracę, podchodzi z inteligenckiej rodziny. Ma też piękną dziewczynę z mieszkaniem, a ta na próżno prosi go, żeby z nią zamieszkał i żył. On bywa u niej przez dwie doby w tygodniu i wraca w te pędy do mamusi. Nie rozumiem tego? Proste. On nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za swoje życie i partnerkę. Ale ma dobrą pracę, stać go. Jest wydolny ekonomicznie, ale emocjonalnie - nie. Piotruś Pan, czyli znak czasów. W pewnym sensie tak. Wykształcona matka dopuszcza do takiej sytuacji? Nie widzi defektu takiego stanu rzeczy. Ale ona się jakoś spełnia zabezpieczając wszystkie potrzeby tego syna. On znaczy dla niej więcej niż powinien na ten moment.

świata. To jest częste poszukiwanie substytutu po doznanym zawodzie; mężczyzna, z którym się związała w czymś ją zawiódł. I stąd się bierze: ja sobie wychowam Ciebie dla siebie i będziesz taki, jakim chcę, żebyś był. On będzie dawał matce znacznie mniej, niż matka jemu; od czasu do czasu telefon pt. „kocham cię, mamusiu” i to wystarczy. Tylko, że chłopak z tak wykształconymi nawykami nie nadaje się do związku, w którym obowiązuje partnerstwo. Słyszałem od wielu kobiet o takim problemie. Szukają samodzielnych mężczyzn, a ich jest coraz mniej. Proszę mi wierzyć, że to poważna sprawa, bo dostrzegł ją nawet poprzedni papież. Otóż Benedykt XVI do kanonu unieważnienia małżeństwa wprowadził brak samodzielności partnera. Co się dzieje w sytuacji gdy taki niesamodzielny Piotruś Pan zawrze jednak związek? Piotruś nie chce być odpowiedzialny, bo to coś kosztuje. Pojawi się frustracja. Piotruś zobaczy, że oprócz tej mamy jest gdzieś świat, są gdzieś ludzie, do których on nie pasuje. Oni czegoś od niego chcą, gdzieś zmierzają, mają pretensje. Odpowiedzialność to jest wysiłek, którego on nie chce. Pojawi się potrzeba odreagowania frustracji, więc albo alkohol, albo zdrady małżeńskie. Piotruś Pan dla kobiety wrażliwej i wymagającej to katastrofa. Nie myślałem, że jest aż tak źle… Jest różnorodnie. Obok niepokojących przykładów, są też przecież dobre wzorce młodych odpowiedzialnych ludzi, którzy zadają pytania i szukają na nie odpowiedzi. Zakładają rodziny, chcą mieć i wychowywać swoje dzieci. Mimo trudności. To jest bardzo budujące. Mamy to szczęście, że dziś bardziej niż kiedykolwiek można pomóc ucząc nowych dobrych nawyków, eliminując złe przezywczajenia. Niezbędna jest tylko chęć do nauki lub do zmiany.

Kiedyś jej zabraknie... On będzie zrozpaczony. Będzie zrozpaczony i będzie krzywdził kobiety. ...bo żadna nie będzie wystarczająco dobra, by chciał zaangażować się w związek. Dziewczyna, z którą jest, musi mieć w sobie coś takiego, co on dobrze już zna. Ale ponieważ stawia mu określone wymagania, których nie stawia mu matka, to on z nią nie zamieszka. Ciągle nie pojmuję! Wykształcona matka nie przewiduje tego, że jej syn kiedyś będzie mężem i ojcem i robi z niego łajzę? I tu jest problem. Matki często wychowują synów dla siebie, a nie dla nich samych i dla

* Danuta Gadziomska Dyrektor Miejskiego Ośrodka Edukacji i Profilaktyki Uzależnień w Toruniu. Kocha wędrówki po Bieszczadach. Przeszła też wzdłuż całego polskiego wybrzeża Bałtyku. miasta kobiet

sierpień 2013

19


wizerunek

Piersi

dobrze ubrane Doskonałe proporcje ciała, które sprawią, że faceci będą oglądać się za Tobą na ulicy, możesz osiągnąć paroma trikami. Jednym z najważniejszych jest dobór idealnego stanika. TEKST: Emilia Iwanciw

T

ym, co sprawia, że wyglądamy atrakcyjnie nie jest wcale nasza waga, lecz harmonijna kobieca sylwetka. Jednym słowem - proporcje. Talię podkreślisz za pomocą paska, biodra odpowiednim kształtem spódnicy, długie nogi osiągniesz dzięki obcasom, a uniesioną dumnie pierś zapewni ci odpowiedni biustonosz. Z tym ostatnim ponoć mamy największy problem. Pomocą mogą służyć nam profesjonalne brafitterki.

MINIMIZERY I PUSH-UPY Większość staników kupujemy w sieciówkach, które mają ograniczoną ilość rozmiarów. Próbujemy jednak wpasować się w jeden z nich. Efekt? Piersi wiszą do pasa, wylewają się ze stanika bokami, są niezdrowo ściśnięte, albo wyglądają sztucznie. Statystyki pokazują, że aż 80 proc. z nas ma źle dobrany biustonosz. - A lekarze dowodzą, że to wpływa na zdrowie naszego kręgosłupa i piersi - podkreśla Beata Kołacka, profesjonalna brafitterka z gorseterii Scarlett. Jakie błędy popełniamy najczęściej? - Kupujemy stanik z za małą lub za dużą miską, za ciasny, lub za luźny w obwodzie, albo zniekształcający nam biust - mówi Karolina Wojciechowska, profesjonalna brafitterka z BraMiracle. - Panie z dużymi piersiami cierpią z powodu problemów z kręgosłupem. Odpowiednio dobrany stanik sprawi, że plecy zostaną odciążone, piersi nie będą bujać się na boki, powodując dyskomfort lub nawet ból. Czasem odpinamy ramiączka od stanika, choć nie jest on przeznaczony do noszenia bez nich, albo mając duży biust pomniejszamy sobie piersi za ciasnym biustonoszem. - Zdarza się też, że chcemy optycznie powiększyć piersi, zakładając niedopasowany push up, który ściska je i odkształca - dodaje Magdalena Musiał, profesjonalna brafitterka. - Za duża miseczka powoduje marszczenie się materiału oraz odstaje, sprawiając wrażenie jakbyśmy chciały tam upchnąć jeszcze telefon komórkowy. Dla bardzo obfitych biustów, których posiadaczki nie chcą eksponować, są specjalne biustonosze typu full-cup. One nie zrobią naszym piersiom krzywdy, lecz pięknie je wymodelują i optycznie zmniejszą.

20

miasta kobiet

sierpień 2013

Ile staników powinna mieć kobieta? - Minimum to trzy - stwierdza Karolina Wojciechowska - Czarny, beżowy i kolorowy. Pamiętajmy jednak, że te trzy staniki nie wystarczą nam na całe życie. Kształt piersi się zmienia. Obwód pod biustem też. Nie tylko w okresie ciąży.

OBALMY STEREOTYPY Jakie? Że piersi powinny być duże, a między nimi zawsze być musi kreska. - Bardziej istotne dla facetów są same krągłości, a nie to, czy z pomocą stanika piersi stykają się ze sobą - mówi Magdalena Musiał. - Rozmiar dla większości z nich również nie ma znaczenia. A pancernych staników, które sztucznie powiększają piersi, panowie wcale nie lubią. Przekonujemy się o tym, kiedy czasem pomagają wybrać stanik swoim partnerkom w przymierzalni. Większość pań, które pierwszy raz odwiedzają brafitterkę, dowiaduje się, że ma inny rozmiar stanika niż ten, co do którego była przekonana przez całe dotychczasowe życie. - Kobiety nie mogą uwierzyć w metamorfozę, jaka zachodzi, gdy wreszcie zakładają odpowiednią dla siebie bieliznę. Są zachwycone efektem - mówi Magda Musiał. - W końcu widać u nich talię! Bydgoskie brafitterki prowadziły między innymi warsztaty z dobierania bielizny dla pracowników administracji UKW jako przedwstęp do Festiwalu Nauki na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. - Zgłosiło się aż 120 uczestniczek, co dowodzi, że wiele pań ma kłopot z wyborem stanika i nie wie, jaki tak naprawdę ma rozmiar - mówi Karolina. Brafitterki zdradziły nam parę tajemnic: Staniki koronkowe w obwodzie najszybciej się rozciągają. Oprócz odpowiedniego rozmiaru należy także dobrać odpowiedni fason do kształtu piersi. Obwody w jasnych biustonoszach naciągają się bardziej niż w ciemnych. Powinnyśmy kupować staniki, które są ścisłe, ale nie za ciasne po zapięciu na najluźniejszą haftkę. Dzięki temu posłużą nam dłużej. Każdy stanik należy prać ręcznie lub wg wskazań napisanych na metce.

JAK DOBRAĆ STANIK?

Rady Karoliny Wojciechowskiej (z lewej) i Magdaleny Musiał (z prawej)

OBWÓD

Mierzymy się miarą krawiecką ciasno pod biustem. Od otrzymanego wyniku odejmujemy 5 cm i zaokrąglamy w dół do produkowanego obwodu tj. 60, 65, 70, 75, 80, 85, 90 itp.

MISECZKI

Prawidłowo dopasowane miseczki powinny okalać całą pierś, a fiszbiny pod żadnym pozorem nie mogą się w nią wbijać! Zewnętrzna część powinna celować w środek pachy.

SZUKANIE PIERSI NA PLECACH

Po założeniu biustonosza według powyższych rad, powinnaś znaleźć swoje piersi, które wyemigrowały na plecy. W tym celu kciukiem odegnij lekko fiszbinę, a drugą dłoń skieruj na plecy i wygarnij piersi do miski.

PYTANIA SPRAWDZAJĄCE

Czy jest nam wygodnie? Czy pierś ponad miseczką tworzy gładką linię? Czy miseczki nie odstają? Czy fiszbiny nie wbijają się w piersi, tylko ładnie je okalają? Czy obwód trzyma się w poziomie równolegle do podłogi? Czy ten stan utrzymuje się po kilku podskokach i poruszaniu rękami?


1400013BDBHA


kobieta smakuje

Zaszalej

kulinarnie Uwielbiam odkrywać nowe smaki. W restauracji zamawiam tylko to, czego nie potrafiłabym zrobić sama w domu lub zajęłoby mi zbyt dużo czasu. Sandra Szychulska - kulinarny samouk, fanka zakupów, mistrzyni lasagne

M

oja kuchnia to moje królestwo, więc obowiązujące zasady wyznaczam sama. Ta pierwsza mówi - „tak na oko”. To dlatego, że nigdy nie bawię się w mierzenie, sprawdzanie i pilnowanie, czy danego składnika wzięłam dokładnie tyle, ile zapisano w przepisie. Z tego powodu przez długi czas trzymałam się z daleka od pieczenia. Mimo to spróbowałam i nawet z moim lekceważącym

podejściem do miarkowania wychodzi mi to całkiem dobrze. Druga zasada głosi, że z tego co, mam w lodówce, zawsze można przyrządzić pyszne danie. Trochę fantazji i niestandardowych pomysłów, a na pewno będzie smacznie. Trzecia zasada ściśle wiąże się z tymi poprzednimi. Mianowicie, nawet jeśli gotuję coś z przepisem w ręku, to zawsze go trochę modyfikuję. Dodaję coś od siebie, chociażby jeden składnik. Uwielbiam odkrywać nowe smaki. W restauracji zamawiam tylko to, czego nie potrafiłabym zrobić sama w domu lub zajęłoby mi zbyt dużo czasu. Co mnie kulinarnie napę-

dza? Po pierwsze, regularne dostawy owoców od moich dziadków. Po drugie, koleżanki, które też lubią gotować. Wymienianie się przepisami to prawie obowiązkowa część każdego spotkania. Poniżej prezentuję pomysły na trzy dania. Ich przyrządzenie nie jest trudne, bo w gotowaniu nie chodzi o to, żeby się zmęczyć. Ma to sprawiać przyjemność, a nie spędzać sen z powiek i wyciskać z nas siódme poty. Na początek jagody, czyli smak lata. Kolejna propozycja to szaszłyki przyprawione w niesztampowy sposób. Natomiast danie główne to kurczak w azjatyckim stylu. Smacznego!

Kochasz gotować, w kuchni czujesz się jak ryba w wodzie? Napisz do nas! Przedstawimy Twoje przepisy i zarazimy pasją do gotowania kolejne osoby, e-mail: miastakobiet@expressmedia.pl

TORCIK JAGODOWOCIASTECZKOWY

KURCZAK W KARMELU ZE SŁONĄ NUTKĄ

SZASZŁYKI CYNAMONOWE W SEZAMIE

Składniki paczka ciasteczek zbożowych 120 g masła 2 galaretki jagodowe śmietana kremówka jagody

Składniki podudzia z kurczaka (mogą być także piersi) 7 łyżek cukru 7 łyżek maggi 7 ząbków czosnku

Składniki mięso mielone 1 jajko czerstwa bułka cukier puder cynamon sól pieprz ziarna sezamu

Ciasteczka rozgniatamy na miazgę. Łączymy je z roztopionym masłem. Taką masą wykładamy spód tortownicy. Wkładamy ją do lodówki. Kremówkę ubijamy i łączymy z ostudzoną galaretką (rozrobioną w 200 ml wody). Wylewamy ją na ciasteczkowy spód. Chłodzimy w lodówce aż stężeje. Na koniec wylewamy trzecią warstwę, czyli galaretkę z jagodami. Torcik wkładamy do lodówki.

Na patelni karmelizujemy cukier. Róbmy to uważnie, tak żeby go nie przypalić, bo w efekcie zrobi się gorzki. Do karmelu dodajemy 7 łyżek maggi oraz świeżo wyciśnięte ząbki czosnku. Dodajemy trochę wody. Wszystko dokładnie mieszamy. Następnie na patelnię kładziemy kurczaka i smażymy go w karmelu aż do zarumienienia. Podajemy z ryżem lub ziemniaczanym puree.

Do mięsa mielonego wbijamy jajko. Dodajemy wcześniej namoczoną w wodzie bułkę, sól, pieprz, a także cukier puder i cynamon. Dokładnie mieszamy. Z masy formujemy kulki, które obtaczamy w ziarnach sezamu wcześniej uprażonych na suchej patelni. Nabijamy je na patyczki do szaszłyków. Kulki wkładamy do piekarnika i pieczemy tak długo aż się zarumienią.

22

miasta kobiet

sierpień 2013


felieton

W NNI Polacy Winni Polacy Pić słodkie wino to tak jakby na urlopie we Włoszech jeść schabowego i pić kawę po turecku. Ewelina Szczepaniak*

Znajomi właśnie wrócili z wakacji w Prowansji. Odwiedzali tamtejsze winnice. W jednej z nich usłyszeli pytanie o to, skąd pochodzą. Gdy padła odpowiedź, na twarzach właścicieli winnicy widać było rozczarowanie. Bezradnie rozłożywszy ręce, oznajmili, że win słodkich niestety nie ma. Są tylko wytrawne. Zajmuję winem od kilku lat i wiem, że z jakiegoś niewiadomego powodu my, Polacy, w większości, kochamy wina słodkie. Już samo słowo „wytrawne” wykrzywia nam twarz. Podróżujemy po świecie. Hiszpania staje się popularniejsza latem niż nasz Bałtyk. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego tak trudno otwieramy się na nowe smaki. Pić słodkie wino, to tak jakby na urlopie we Włoszech jeść schabowego i pić kawę po turecku. Odwiedzając kraje z winiarskimi tradycjami, zdałam sobie sprawę, że my nie tylko nie rozumiemy wytrawnego wina. My wręcz wymagamy od reszty świata, aby do swoich win dosypywał cukier. Nadal jest to praktykowane w popularnych winach (lub raczej napojach winopodobnych), które królują na półkach naszych supermaretów. Domagamy się takiego trunku w hotelach, restauracjach, a nawet winnicach. Rozumiem, że nie jesteśmy krajem z tradycją picia wina i nie mamy co porównywać się do Włochów, Francuzów czy choćby Skandynawów, u których kultura picia wina jest również młoda. Trudno mi jednak zrozumieć brak ciekawości, szacunku i pokory dla innych krajów, które taką tradycję mają.

* Ewelina Szczepaniak Pasjonatka wina i dobrego jedzenia. Z miłości do wina, wraz z Łukaszem Panfilem, otworzyła w Bydgoszczy sklep „Kondrat - Wina Wybrane”. Prywatnie mama trzymiesięcznej Poli.

Nie oczekujmy, jadąc do nich na wakacje, że zaserwują nam polski ulepek. Radzę przełamać schemat i otworzyć się na nowe smaki. Spróbować łączyć wino wytrawne z potrawami, co może pomóc zrozumieć ten wyjątkowy trunek. Posmakować różnych rodzajów wytrawnego wina, pośród których z czasem odnajdziemy ulubiony smak. Spostrzeżemy na podniebieniu smakowe subtelności. Tym, którzy po takim „treningu” nadal nie poczują się winni, powiem, że są na świecie również piękne wina słodkie. Winogrona do ich tworzenia zbiera się późną jesienią, albo nawet w środku zimy, jak w przypadku win lodowych. Uzyskujemy wina esencjonalne, o podwyższonej zawartości cukru, eleganckie, które pijemy w niewielkiej ilości. Pasują do serów pleśniowych, deserów i same. Niestety, ze względu na trudność zbiorów, są to wina stosunkowo drogie. To znowu trudno zrozumieć, miłośnikom win dosładzanych sztucznie, które są oczywiście o wiele tańsze, jednak smakowo nieporównywalne. Na półkach sklepów jest coraz więcej wina, nawet najtańsze dyskonty mają coraz bogatszą ofertę win wytrawnych. Powoli uczymy się ich picia i uraziłabym wiele osób, twierdząc, że nikt nie pije win wytrawnych. Jednak smutne jest to, że mimo tak ogromnego wyboru, najwyższą sprzedaż w Polsce ma kalifornijski napój winny pewnej popularnej marki, którego najnowsza edycja reklamowana w telewizorze to... czerwone słodkie. miasta kobiet

sierpień 2013

23


relaks

Po prostu

nic nie robić Nie pozwalamy sobie na lenistwo, bo już samo słowo kojarzy nam się źle. Musimy się na nowo nauczyć odpoczywać. Całkiem odizolować od tego, co wiąże się z pracą. Z Lidią Szymańską* - psychologiem i psychoterapeutką, rozmawia Dominika Kucharska

Czy ma Pani pacjentów, którzy przychodzą do gabinetu i mówią, że są strasznie zmęczeni, ale już nie potrafią odpoczywać? Zdarza się, ale to nie jedyny z urlopowych kłopotów. Zajmuję się, między innymi terapią par i często okazuje się, że dwoje ludzi nie potrafi się dogadać w sprawie wspólnego wyjazdu. Drugim, zupełnie odmiennym problemem jest brak towarzystwa, z którym można byłoby spędzić wolne dni. Bywa, że osoby, dla których praca stanowi najistotniejszy element życia, są samotne. Na znajomych, przyjaciół czy partnerów w ich planie dnia nie ma miejsca. Właśnie ci ludzie mają poważny kłopot z tym, żeby oderwać się od pracy i pobyć samemu ze sobą czy z innymi w relacji odmiennej od zawodowej. Brak towarzystwa może być tutaj traktowany jako jedno z usprawiedliwień uzależnienia od pracy. Czy ten urlop jest nam naprawdę potrzebny? Oczywiście. Wolne od pracy pozwala nam się zregenerować, nabrać sił, chroni przed przeciążeniem emocjonalnym. Obliczono, że potrzebujemy trzech tygodni urlopu. Wcześniej mówiono o dwóch tygodniach. Pierwszy tydzień pozwala nam się oswoić z nową sytuacją. W drugim tygodniu odpoczywamy, a w trzecim oswajamy się z myślą, o powrocie do pracy, przygotowujemy się do tego, wracamy myślami do codziennych zadań. O trzech tygodniach wolnego wielu z nas może pomarzyć, ale nawet jeśli urlop jest krótszy, to funkcjonujemy w taki sam sposób. Zawsze dzielimy sobie ten okres na trzy części. Wyłączamy telefon, nie sprawdzamy poczty, nie wchodzimy na Facebooka... To w dzisiejszych czasach graniczy z cudem. To prawda. Musimy się na nowo nauczyć odpoczywać. Odizolować od tego, co wiąże się z pracą. Oczywiście całkowite odcięcie

24

miasta kobiet

sierpień 2013

nie jest możliwe. Dlatego też zorganizujmy sobie, na przykład dwa dni na podomykanie spraw zawodowych. Jeśli tego nie zrobimy, to wciąż będą one do nas powracać w myślach, nie uwolnimy się od nich. A potem nicnierobienie? Zauważam, że wiele osób ma z tym problem. Czują, że marnują cenne minuty i zamiast czystego relaksu rodzą się wyrzuty sumienia. To kolejny problem obecnych czasów. Nie pozwalamy sobie na lenistwo, bo już samo to słowo kojarzy nam się źle. A odrobina lenistwa jest nam potrzebna, żeby odespać, skupić się tylko na sobie, po prostu nic nie robić. Dla wielu jest to trudne, ale można się tego nauczyć. W jaki sposób? Już sama świadomość, że trochę lenistwa to nic złego, daje dużo. Do tego dodajmy refleksję nad tym, co jest dla nas ważne, czego potrzebujemy, na co zasługujemy. To może wystarczyć, aby samemu dać sobie prawo do przyjemności. Są jednak osoby, które mają z tym poważniejszy problem. Im radziłabym poszukać pomocy u specjalisty. Jest mnóstwo osób, które decydując się na urlop po prostu nie zarobią, bo np. prowadzą jednoosobową firmę. Pojawia się pytanie - wolne czy pieniądze. Myślę, że nie warto oszczędzać na urlopie, bo prędzej czy później to, co zaoszczędziliśmy, będziemy musieli wydać na leki czy wizyty u lekarzy. Konsekwencją permanentnego stresu i braku wypoczynku mogą być różnego typu zaburzenia somatyczne, a nawet poważne choroby. O tym, że stres wpływa na zdrowie fizyczne, wiemy od dawna. Może stać się tak, że organizm sam powie „stop” i złapiemy grypę, anginę lub inną chorobę, która zwali

nas z nóg. W efekcie buntu naszego organizmu będziemy zmuszeni położyć się do łóżka i zostać w domu. Jasne, że nie dzieje się tak po roku bez urlopu, ale brak odpoczynku osłabia naszą odporność. Znajoma, która na co dzień pracuje bardzo intensywnie, spędziła weekend na działce u koleżanki. Te dwa dni były dla niej, jak podróż do innego świata. Chyba trochę zapomnieliśmy, jak fajnie jest poleżeć na łące, pooddychać świeżym powietrzem. Bez wątpienia. Często w ferworze codzienności zapominamy o tym, żeby posłuchać samej siebie. Zapominamy, co tak naprawdę lubimy, co sprawia nam przyjemność. Kierujemy się tym, jakie oczekiwania wobec nas mają inni. Bierzemy pod uwagę zdanie szefa, dzieci, partnera, znajomych... Brakuje w tym nas samych. Ale jednocześnie wiele osób już po dwóch dniach wolnego chce wracać do pracy, bo nie wie co ze sobą począć. Przyczyna może tkwić w wyborze sposobu, w jaki spędzamy urlop. Może zamiast leniuchowania powinniśmy spędzić ten wolny czas aktywnie. Pobiegać, pójść na spacer, pojeździć na rowerze, zrobić coś, na co nie mamy czasu w ciągu roku. Kłopoty z odpoczywaniem rodzą się również w wyniku presji otocznia. Nasze preferencje


relaks schodzą na drugi plan, a na pierwszy plan wysuwa się to, co modne, co wypada. Wspominała Pani, że jest wiele par, które nie potrafią zorganizować sobie wspólnego urlopu. Co staje im na drodze? Znam małżeństwo z dwudziestoletnim stażem. Dopiero podczas terapii okazało się, że jedno z partnerów każde wakacje spędzało tak, jak oczekiwała tego ta druga osoba. Często w związkach temat potrzeb nie jest podejmowany i to nie tylko w kwestii urlopu. Może to być spowodowane chęcią uniknięcia konfliktu lub sprawienia przyjemności partnerowi. Trzeba sobie zdawać sprawę, że jest to złudne, bo ciągłe spełnianie oczekiwań drugiej strony powoduje frustrację, nawet jeśli nie jest ona wyrażona wprost. Niekoniecznie wynika to z tego, że partner nie chciałby pójść na kompromis, a z tego, że po prostu o tym nie mówimy. Takie rozmowy nie są łatwe, ale konieczne, jeśli chcemy budować satysfakcjonujący związek i dowiedzieć się więcej o sobie. A może w takim przypadku wyjściem jest spędzenie urlopu oddzielnie? To zależy od tego, jak wygląda życie codzienne takiej pary. Jeśli obie osoby pracują wiele godzin i spotykają się w przelocie, a do tego wyjadą na urlop osobno, to tak naprawdę nie wiadomo, kiedy mają budować więź między sobą. Co innego, kiedy para w ciągu roku spędza bardzo dużo czasu razem. Na przykład razem pracuje prowadzi firmę. Wtedy urlop spędzony osobno nie jest złym rozwiązaniem.

Często w związkach temat potrzeb nie jest podejmowany i to nie tylko w kwestii urlopu. Może to być spowodowane chęcią uniknięcia konfliktu lub sprawienia przyjemności partnerowi. To złudne. LIDIA SZYMAŃSKA PSYCHOLOG

A rada dla osób, które na samą myśl o urlopie są przerażone, bo np. mają gromadkę dzieci i z góry wiedzą, że zorganizowanie wyjazdu będzie trudne, a potem na miejscu, zamiast wylegiwania się na plaży, czeka ich gonitwa za maluchami? Jeśli chodzi o urlop, to istnieje zasada mówiąca o tym, żeby być egoistą. Musimy nauczyć się asertywności. Trudno jednak skupiać się jedynie na sobie, jeśli mamy rodzinę, a tym bardziej małe dzieci. W tym przypadku radziłabym tak zorganizować sobie urlop, żeby maluchy miały jak najwięcej atrakcji, a my w międzyczasie

będziemy mogli odpocząć. Sprawdźmy czy tam, gdzie jedziemy, jest jakiś basen, plac zabaw. Im starsze dzieci, tym więcej możemy zaplanować razem z nimi. Porozmawiajmy o tym, co dla kogo będzie fajnym rozwiązaniem. Można również podzielić sobie wolny czas. Część urlopu spędzić z całą rodziną, a część wygospodarować dla siebie. Dzieci w tym czasie można wysłać, np. na kolonie czy do babci. Tu jednak pojawia się problem wielu rodziców - wysyłając dzieci na kolonie mają wyrzuty sumienia, czują lęk jak sobie poradzą. Skąd bierze się to, że mamy tak duże wyrzuty sumienia, chcąc dać sobie odrobinę luzu, pozwalając sobie na małe przyjemności? Na pewno nie można tego generalizować, bo powodów takiego podejścia może być wiele. Mogą to być myśli typu: gdybym była dobrą matką, nie chciałabym się pozbyć dziecka, nie powinnam myśleć o sobie, bo cierpią na tym dzieci. Ale to nieprawda. Dzieci też potrzebują stopniowej separacji i samodzielności. Innym problemem może być nieświadome przenoszenie swoich lęków i obaw na dziecko - na przykład, że na koloniach będzie się ono czuło źle i samotnie, bo sami kiedyś mieliśmy podobne doświadczenia. To przejaw nadopiekuńczości, a wiadomo, że jest to zjawisko negatywne. Czy w planowaniu urlopu też można się zatracić? Oczywiście, że tak, dlatego nie przesadzajmy. Jeśli skrupulatnie zaplanujemy sobie każdy dzień, to będziemy do tego podchodzić zadaniowo i zamiast na urlopie, to mentalnie wciąż będziemy w pracy. Trochę spontaniczności na pewno nie zaszkodzi. Powinniśmy też znaleźć czas na zwykłe lenistwo.

* Lidia Szymańska Psycholog, psychoterapeutka. Pracuje w Zespole Psychoterapeutyczno-Szkoleniowym TERAPEUTICA

miasta kobiet

sierpień 2013

25


kobieca perspektywa

Urzekająca

Honda civic w najtańszej wersji kosztuje 59 700 zł. Dla pań ciekawym faktem może być przyznanie jej w kategorii aut ekonomicznych tytułu „Kobiecy Samochód Roku 2012”.

26

miasta kobiet

sierpień 2013

linia nadwozia Przetestowałam dwa auta: hondę civic i hondę CR-V. Co myślę? 142 konie pod maską potrafią dać niezłego kopa. Uwiodła mnie też elegancja, poczułam powiew luksusu. TEKST I ZDJĘCIA: Kamil Pik

D

ostępna obecnie w salonach honda civic to kolejna już wersja popularnego samochodu. Pierwsza generacja produkowana była od roku 1972. Przez te czterdzieści lat dorobił się on wyjątkowej pozycji na rynku. - Civic zawsze kojarzył mi się z niezawodnością, dynamiką i często niemożliwym do określenia „tym czymś”, co dodaje samochodom wyjątkowego charakteru - wyjaśnia nasza testerka Aleksandra Rubczak-Grzegorzewska. - Oczywiście, nie wszystkie wersje tego auta były równie udane. Z tym większą ciekawością więc podeszłam do spotkania z najnowszym modelem. Bydgoski salon Hondy Nova Motor udostępnił nam auto z benzynowym silnikiem 1,8 litra

i-VTEC w wersji wyposażenia „sport”. - Pierwsze wrażenie, którego doświadczyłam, to urzekająca linia nadwozia - opowiada Ola. - Civic od kilku lat posiada charakterystyczną sylwetkę, którą rozpoznamy już z daleka. Zmieniane w kolejnych rocznikach detale dopieszczają ją jeszcze bardziej.

142 KONIE POD MASKĄ - Po zajęciu miejsca za kierownicą można poczuć się jak w bolidzie formuły 1. Specjalnie wyprofilowane fotele, niemal owijające się wokół nas, zapewniają wygodę podczas jazdy, a u mnie wzmocniły jeszcze poczucie bezpieczeństwa. Wrażenia jak z kokpitu potęguje również wyprofilowanie deski rozdzielczej i panelu z pokrętłami, przełącznikami


kobieca perspektywa DLA CZĘŚCI PAŃ ISTOTNY BĘDZIE SYSTEM AUTOMATYCZNYCH ŚWIATEŁ DROGOWYCH. AUTO WYPOSAŻONO W REFLEKTORY BI-KSENONOWE Z UKŁADEM SAMOPOZIOMUJĄCYM. DZIĘKI TEMU, ŻE WŁĄCZAJĄ SIĘ ONE SAME, NIGDY NIE ZAPOMNIMY O TYM OBOWIĄZKU.

Suv CR-V w najtańszej wersji kosztuje 96 200 zł. Auto kusi nie tylko technologią. Przykuwa uwagę olbrzymia przestrzeń w wnętrzu: dla kierowcy jak i dla pasażerów. Bagażnik pomieści 589 litrów.

oraz dźwignią skrzyni biegów - dodaje nasza rozmówczyni. Po przejechaniu już pierwszych metrów civic pokazał, że 142 konie pod maską potrafią dać niezłego kopa. Przy znakomitej dynamice auto doskonale trzyma się drogi. Podczas jazdy docenimy także system wspomagania ruszania na wzniesieniu (HSA), adaptacyjny tempomat (ACC), czy elektroniczne wspomaganie układu kierowniczego (EPS). A dla naszego bezpieczeństwa możemy korzystać m. in. z systemu monitorowania ciśnienia w oponach. Auto z silnikiem 1,8 l, które w cyklu mieszanym oferuje spalanie nieco tylko przekraczające 6 litrów, to naprawdę kusząca propozycja. - Dla części pań istotny zapewne będzie również system automatycznych świateł drogowych (auto wyposażono w reflektory bi-ksenonowe z układem samopoziomującym). Dzięki temu, że włączają się one same, nigdy nie zapomnimy o tym obowiązku. Podczas manewrów na wstecznym przydatna z kolei okazuje się kamera z liniami pomiaru odległości - uzupełnia Rubczak-Grzegorzewska. Aby kupić najtańszą wersję tego japończyka musimy przygotować 59 700 zł. Jak na auto tej klasy jest to więc całkiem atrakcyjna cena. Dla pań ciekawym faktem może okazać się również przyznanie w kategorii aut ekonomicznych nowej hondzie civic tytułu „Kobiecy Samochód Roku 2012”.

CR-V NA WIĘKSZE POTRZEBY Podczas przygody z hondą mieliśmy również okazję zapoznać się bliżej ze znacznie więk-

szym modelem i przeznaczonym na bardziej wymagające drogi - suvem o nazwie CR-V. Produkowana w Europie honda CR-V to kolejny model w gamie Hondy, który otrzymał najnowszy silnik wysokoprężny 1,6 litra i-DTEC z serii „Earth Dreams Technology”. Natomiast na potrzeby testu otrzymaliśmy samochód wyposażony w benzynowy dwu-litrowy silnik i-VTEC. Testowana honda CR-V dysponowała mocą 155 KM i napędem na cztery koła. - Od początku jazdy czułam siłę tych koni, a po zjechaniu na leśne dukty i ścieżki usianie górkami, napęd na cztery koła dowiódł swoich zalet - podkreśla Ola. Wersja wyposażenia lifestyle oferuje niemal identyczną ilość systemów wspomagających prowadzenie pojazdu, jak wcześniej opisana wersja sport w civic-u. Mamy zatem i reflektory Bi-ksenonowe z układem samopoziomującym i automatycznie włączane. Mamy wspomniane wcześniej systemy HSA, DWS, ACC, czy występujący również w obydwu pojazdach system ograniczania skutków kolizji CMBS. Dodatkowo możemy skorzystać w CR-V z systemu utrzymywania w pasie ruchu (LAKS). Japoński SUV kusi nie tylko technologią. - Przykuwa uwagę także olbrzymia przestrzeń we wnętrzu. W tym aucie mamy naprawdę dużo miejsca zarówno dla kierowcy jak i dla pasażerów, a bagażnik w najskromniejszej okoliczności oferujący 589 litrów pomieści pakunki na naprawdę długi wyjazd - komentuje testerka. - Decydując się na wydatek w najtańszej wersji 96 200 zł możemy liczyć, że w zamian otrzymamy auto komfortowe i ekonomiczne. Testowana wersja (136 000 zł) w cyklu mieszanym spala 7,6-7,7 litra benzyny na sto kilometrów - dodaje. Co charakterystyczne dla tej japońskiej marki to fakt, że zawsze możemy liczyć na doskonałe wykończenie wnętrza wszystkich modeli. Połączenie tworzyw sztucznych ze skórą zapewnia w modelach Hondy wrażenie wyjątkowej elegancji, powiew luksusu.

miasta kobiet

sierpień 2013

27


kobieta w podróży

Afryka

za pięć kapsli Tańczyła z prezydentem Zambii, latała nad Wodospadem Wiktorii, pływała pontonem po Zambezi, a nawet jadła grillowaną szarańczę, nie mówiąc już o zwyczajnym szaszłyku z krokodyla. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Andrzej Puzio

P

rzygodę życia przeżyła torunianka Magda Armatys. Wygrała ją biorąc udział w konkursie promocyjnym, prowadzonym przez znanego polskiego producenta soków i napojów. Niespodzianka „za pięć kapsli” okazała się dwutygodniową wycieczką dla dwojga do Afryki Południowej. - Była to podróż życia, którą odbyłam z moim partnerem Andrzejem, bo nagroda w wysokości 75 tysięcy była dla dwóch osób - mówi Magda Armatys.

SŁONIE POD NAMIOTEM Pierwszy przystanek: Wodospad Wiktoria w Zimbabwe. Pierwszy wystawny posiłek: z niespodzianką. - Mieliśmy zgadnąć, co jemy - mówi Magda. - Udało się za pierwszym razem. Był to szaszłyk z krokodyla. Po kolacji w biegu się przebraliśmy i ruszyliśmy w busz, gdzie dzikie zwierzęta chodziły wokół nas. Ponieważ była noc, więc mogliśmy poruszać się tylko po wyznaczonych szlakach oświetlonych

28

miasta kobiet

sierpień 2013

lampami naftowymi. A pod prysznic musieliśmy chodzić ze strażnikami w obawie przed zwierzętami. Jak się obudziliśmy, to rankiem zamiast piania kogutów, usłyszeliśmy dziwne porykiwania. Tak przywitało nas stado słoni - opowiada Magda.

PONTONEM PO ZAMBEZI Kluczyli po rzece Zambezi, przez pewien czas myśląc, że pilotujący ich miejscowi, omijają mielizny lub wodospady, ale wkrótce okazało się, że powodem manewrów były... krokodyle i hipopotamy. - Nie miałam świadomości, że poczciwe hipcie są jednymi z najgroźniejszych zwierząt. Szczególnie niebezpieczne i niezwykle szybkie są w wodzie. Potrafią zanurzyć się na jednym brzegu, przejść po dnie i wywalić ponton. Jest czego się bać! Są złośliwe. TANIEC Z PREZYDENTEM Zamieszkali w kolonialnym pięciogwiazdkowym „Victoria Falls Hotel”. Wieczorem wybrali się na atrakcyjną kolację. Zostali przebrani w regionalne stroje i pomalowani w obrzędowe barwy. Była to lokalna knajpa, która serwowała pieczone robaki, przypominające nasze korniki, grillowane mięso z antylop (mocno żylaste), jajecznicę ze strusich jaj. - Spróbowałam pieczonej szarańczy. W smaku przypominała nasze chipsy - tłumaczy Magda. Szwedzki stół oferował cały przegląd zambijskiej kuchni. Koncert na bębenkach, wesoła zabawa. - Najlepsze było to, że w którymś momencie na imprezę wpadł incognito prezydent Zambii Michael Sata z małżonką. Przyjechali prywatnym samochodem, bez żadnej obstawy w tak niebezpiecznym kraju. Ubrani bardzo zwyczajnie, na luzie. Po prostu wyskoczyli się pobawić. Prezydent czuł się tam bezpiecznie, bo jak się dowiedziałam, pochodzi z plemienia, które zamieszkuje ten teren. Można powiedzieć,

że odwiedził swoich ziomków. Bawił się godzinę lub półtorej. Miałam nawet okazję i przyjemność zatańczyć z samym prezydentem - mówi z dumą nasza turystka.

PÓŁ DNIA NA LINIE Ostrych wrażeń dostarczył przełom Zambezi przed Wodospadem Wiktorii. - Przeprawialiśmy się na drugą stronę rzeki po linach. Strach było spojrzeć w dół, bo z rzeki wystawały olbrzymie ostre skały - wspomina Magda. Upadek groził śmiercią, chyba, że przy odrobinie szczęścia delikwentowi udałoby się wpaść do wody. Niebezpiecznie i ekstremalnie. - Tam też skakaliśmy na bungee z 80-metrowej skały kanionu - dodaje. A w dole była wartko płynąca Zambezi. BIALI W CZARNEJ WIOSCE W Zambii pewien sympatyczny facet z RPA wydzierżawił teren z trzema wioskami. Tam zorganizował coś w rodzaju wioski murzyńskiej dla turystów. Typowe domki z pewnymi wygodami, z wodą, z prądem. Tam cała grupa spędziła noc. Wiele emocji dostarczyło oblatywanie na motolotniach Wodospadu Wiktorii. Szczególnie w porze deszczowej widoki są porażające. Dwustumetrowa mgła unosząca się nad wodospadem na każdym robi piorunujące wrażenie. Z kolei w Victoria Falls Magda zapamiętała przepiękne czerwone akacje, czyli „płomienie Afryki”. Oryginalnym obrazkiem z ulicy były spacerujące guźce, czyli po prostu dzikie świnie afrykańskie. LEPIEJ BYĆ BOGATYM W RPA Magdę zadziwiła nowoczesność i bogactwo. - Jednak na każdym kroku ostrzegano nas, że jest niebezpiecznie i żeby się nie zbliżać do podejrzanych dzielnic - mówi. Bentleye, rolls-royce, packardy. Takimi kolekcjonerskimi cackami - zabytkowymi


A A L K

Mieszka w Toruniu, z wykształcenia ekonomistka, prowadzi księgowość w prywatnej firmie. Ma dwoje dzieci: 14-letniego Jaśka i pięcioletniego Mateusza.

E

NURKOWANIE Z REKINAMI Jako jedyne miejsce na świecie Republika Południowej Afryki oferuje amatorom mocnych wrażeń podwodne spotkanie w metalowej klatce z białymi rekinami. - Jeszcze nigdy nie nurkowałam w Oceanie Indyjskim, a już na pewno nie w klatce, i tylko po to by w miarę bezpiecznie spotkać się z rekinem. Ręce musieliśmy trzy-

* Magda Armatys

882513TRTHA

WIZYTA U SZAMANA Turyści zwiedzili jeden z największych slumsów w Kapsztadzie. - Tam biali ludzie się w ogóle nie kręcą, ale nasi organizatorzy po wręczeniu datków na żłobek i przedszkole dostali zgodę na wejście. Po tym biednym miasteczku jeździliśmy rowerami. Mając w ręku zaproszenie, czuliśmy się bezpiecznie. Czekał na nas plemienny szaman, czyli lekarz, doradca i czarownik w jednym. Na nogach miał bransoletki zrobione z kapsli, a na sobie koszulkę, pamiątkę po mundialu. Jego ubiór rozmijał się z naszym wyobrażeniem o szamanach - relacjonuje Magda. W slumsach nic nie było zaaranżowane. Życie toczyło się normalnym rytmem. Blaszaki, wąskie uliczki, a klimat taki, że można spać pod gołym niebem.

mać przy sobie, żeby nie drażnić drapieżników. Wszystko jak w „Szczękach”, tyle, że naprawdę. Podpływały do nas potężne trzy okazy, waliły otwartymi paszczami w klatkę. Brr... Na samo wspomnienie robi się gorąco - wyznaje Magda.

R

samochodami z lat 30. cała grupa wybrała się na wycieczkę spod hotelu w Kapsztadzie do samego Przylądka Dobrej Nadziei. Tam stykają się dwa oceany. Widać zderzające się fale. Po drodze grupa Magdy złożyła wizytę w parku pingwinów afrykańskich w Boulder.

M

CZEKAŁ NA NAS PLEMIENNY SZAMAN. NA NOGACH MIAŁ BRANSOLETKI ZROBIONE Z KAPSLI, A NA SOBIE KOSZULKĘ - PAMIĄTKĘ Z MUNDIALU. JEGO WYGLĄD ROZMIJAŁ SIĘ Z NASZYMI WYOBRAŻENIAMI O SZAMANACH.


atlas kobiet

Anna Jachnina

Świetlany, migotliwy wąż Po Auszwicu sobie chluptam - patrzę trup tu, patrzę trup tam. Wszędzie trupy, trupów stosy, szczury zjadły uszy, nosy… TEKST: Janusz Milanowski

U

lica Francuska na warszawskiej Saskiej Kępie, zawsze bzem pachnie w maju. Ta ulica to duma dzielnicy. Towarzystwo kafejek i knajpek czynnych do późnej nocy i smaki z całego świata. Na „Saskiej” najważniejszy jest indywidualizm, żadne tam trendy. Malarze, poeci, muzycy, licznie mieszkający tu zagraniczni dyplomaci, przepiękny Park Skaryszewski i legenda Agnieszki Osieckiej. Rzeźba jej postaci siedzi przy stoliku przy dawnym „Saxie”, gdzie poetka codziennie wpadała na „dzień dobry” (dżin z tonikiem) i tam pisała. Saska Kępa to Osiecka i nikt w dzielnicy nie słyszał o innej poetce i autorce z ul. Francuskiej. Jej „dzień dobry” to była kawa zbożowa słodzona sacharyną i strachem. Są jeszcze inne natchnienia; „...zima, mróz w mieszkaniu i we mnie. Straszliwy głód. Otrzymałam właśnie polecenie napisania tekstów. Ołówek wypadał ze zgrabiałych rąk, mózg zamarzał. Nie było światła, tylko jakiś knocik, lampeczka... - wspominała po latach Anna Jachnina. Po jakimś czasie od tamtej nocy przy knociku, warszawiacy bezczelnie śmieją się hitlerowskim żandarmom w twarz i śpiewają przed lufami... Siekiera, motyka, bimber, szklanka, W nocy nalot, w dzień łapanka, Siekiera, motyka, piłka, młot Drałuj draniu wreszcie stąd Lala...

Anna Jachnina dopiero w 1975r. na łamach „Głosu” przyznała się do autorstwa tego legendarnego tekstu, rozsławionego przez film „Zakazane piosenki”. Urodziła się 26 maja 1914 r. w Ciechocinku. Maturę zdała w 1933 r. w Zakładzie Sióstr Służebniczek Urszulanek we Włocławku, a dwa lata później ślubuje miłość kpt. Julianowi Jachnie z 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej ze stolicy. Córeczkę nazwała Lala. Kpt. Jachna poszedł się bić we wrześniu. Na Warszawę spadły pierwsze bomby, a Lala... „W stanie dziecka następuje raptowne pogorszenie. Nieoczekiwanie dla lekarzy serduszko odmawia posłuszeństwa. Transfuzja krwi i znów pewne nadzieje. 1 IX 1939 - Nadzieje zawodzą - dziecko umie-

30

miasta kobiet

sierpień 2013

ra. Coś ciężkiego zwala się na mnie. W głowie pustka. Poruszam się jak automat, robię, co mi każą” - napisała Anna w swym pamiętniku. Cmentarz, na którym chciała malutką pochować, zbombardowano na jej oczach. „(...) Przed oczami straszny widok. Pracownik cmentarza schował się przed nalotem do betonowego grobowca. Ale i tu dosięgło go przeznaczenie, bomba rozbiła grobowiec. Czaszki, szkielety pomieszane z resztkami pogruchotanych trumien tworzą stos, z którego wystaje część tułowia nieszczęśliwego rannego. Idziemy dalej. Przed nami lej. Z leja wystaje metalowa trumna z całym kościotrupem, który ma czaszkę przykrytą ręką urwaną żywemu człowiekowi. Na sąsiednim drzewie wiszą szczątki do niedawna żywego człowieka. Po korze drzewa płynie krew. Już dłużej wytrzymać nie mogę, wracamy do administracji. Po południu pogrzeb córeczki. Moja pierwsza wielka ofiara, jaką złożyłam wojnie”. Podczas obrony Warszawy z narażeniem życia Anna Jachnina opatrywała rannych w I Zastępczym Szpitalu Okręgowym.

DRUTY AUSCHWITZ W czasie okupacji wstąpiła do AK, pseudonim „Hanna”. Walczyła słowem, pracując dla Biura Informacji i Propagandy. Pisała teksty autor-

skie i piosenki, redagowała teksty literackie i utwory satyryczne. Dowcip wzmacniał ducha Polaków, a wrogom odbierał pewność siebie. I tak powstała m.in. słynna „Siekiera, motyka”... 3 listopada 1942 do mieszkania kontaktowego AK przy Wilczej 54 wpadło Gestapo. Po kilku tygodniach bicia na Pawiaku „Hanna” zobaczyła „świetlany, migotliwy wąż”: druty kolczaste Auschwitz. Przez dwa lata nazywała się nr 25990. Pracowała tam na tzw. rewirze, „szpitalu”, gdzie robiła wszystko, żeby chore „numery” ocalić przed komorą gazową. Podczas jednego z obchodów ukryła przed hitlerowskim bydlakiem w kitlu stan zdrowia jednej więźniarki. Została tak skatowana, że już do końca życia cierpiała na nawracające bóle głowy. Tam też pisała... Po Auszwicu sobie chluptam - patrzę trup tu, patrzę trup tam Wszędzie trupy, trupów stosy, szczury zjadły uszy, nosy... Potem było piekło Ravensbruck.

KOCIEWIA CZAR Szczęśliwie w kwietniu 1945 r. dzięki Czerwonemu Krzyżowi wyjechała do Szwecji. Wróciła dwa lata później, choć nie musiała. Ukrywała swą konspiracyjną przeszłość i pewnie dlatego długo zadawano pytanie, kim jest autor „Siekiery”. Najpierw pracowała w Biurze Odbudowy Portu w Gdańsku, ale szybko związała się z Rozgłośnią Polskiego Radia w Bydgoszczy. Organizowała od podstaw Rozgłośnię Regionalną. Wyruszyła w teren na Kaszuby, Kociewie, ziemię chełmińską. Zajmowała się folklorem, wsią i tak odnalazła siebie po wojennym piekle. Promowała ludowych muzyków, pieśniarzy, poetów, malarzy. Chroniła sztukę i kulturę ludową przed wymazaniem jej przez komunizm. To ona założyła w Bydgoszczy „Cepelię”, żeby mogli sprzedawać swoje prace. Przez 20 lat pracy nagrała ponad 800 audycji. Poetkę z ul. Francuskiej o sercu żołnierza spod Monte Cassino pożegnano 20 lipca 1996r. Odpoczywa na cmentarzu parafii św. Wincenta a’ Paulo w Bydgoszczy.


męskim okiem

Pisk głodnych mew Na deptaku w Toruniu spacerują dziewczyny z różowymi parasolkami. Zaczepiają uprzejmie mężczyzn, zapraszając do lokalu ze striptizem. Chciałem im zrobić zdjęcia, gdy przysiadują na parapetach witryn, by odpocząć, ale się nie zgodziły. - A za to ja zapraszam pana do naszego lokalu - zaproponowała mi jedna z nich. - Są tam naprawdę ładne dziewczyny. - Dziękuję. Narzeczonej tam raczej nie znajdę - odpowiedziałem. - Ale serce panu żywiej zabije...

Mój ci on! Czy męskie serca żywiej biją w obliczu striptizu? Na pewno tak, choć zdaniem Fabiana, bohatera mojego reportażu, mężczyźni siedzą wtedy cicho, jakby spięci i ożywiają się dopiero, gdy naga pani ich opuści. Wtedy zaczynają się dyskusje, śmiechy. - Ale to wszystko jest takie jakieś nerwowe, kobiety bawią się lepiej, są bardziej spontaniczne - stwierdził Fabian, który wie, co mówi, bo pracuje w tym biznesie. To widać na amerykańskich filmach, gdy gliniarze z racji obowiązków muszą odwiedzić knajpę z wijącymi się tancerkami. Zbóje siedzą tam jak na kazaniu, zaciągając się w milczeniu papierosami i bardzo nie lubią, gdy przeszkadza im się w kontemplacji nagiego ciała. Inaczej kobiety. Wystarczy, że striptizer odepnie guzik i już zaczyna się szał wyciągniętych ramion i pisk stada

głodnych mew. Mój ci on! A policzki różowieją, bynajmniej nie ze wstydu. I żeby nie było: nie widzę w tym nic złego, ani niemoralnego. To po prostu kwestia innych światów emocjonalnych. Ten kobiecy jest bardziej otwarty, wydaje się że więcej w nim żaru. Ognia, tłumionego wiekami sztywnych wzorców kultury. A ta, choć żeńskiego rodzaju, zawsze była bardziej męskocentrycznie zorientowana; więc panie gotowały strawę panu zmęczonemu igraszką z kapłanką w świątyni.

Warkocz pod chustą No, ale koniec z tym. Obrządek wieczoru panieńskiego w obecnej formie to jeszcze jeden wyraz emancypacji kobiet, tak jak wypady na drinka bez partnerów. Niegdyś były to rozpleciny. Druhny, śpiewając żałosną pieśń, przystrajały włosy panny młodej gałązkami, kwiatami, kokardkami. Bogato przystrojony warkocz skrywały pod chustą. Kiedy do domu przybywał orszak weselny, złożony ze swatów i drużbów ze starostą na czele, ale bez pana młodego, przy

dźwiękach kapeli rozpoczynano obrzędowe pożegnanie panieństwa. Starosta, pierwszy drużba lub brat dziewczyny ściągał jej chustę z głowy i rozplatał warkocz, usuwając ozdoby. Tak to wyglądało, różnie w różnych regionach Polski.

Wstyd umarł Warkocza dziś nie ujrzysz. Druhny zakładają diabelskie różki albo świnki, rozcieńczona wódka leje się strumieniami, a tancerz w stringach wykonuje show. Budzą się atawistyczne instynkty. Wstyd już dawno umarł. Kobiety zaczynają traktować facetów przedmiotowo. Tak, jak przez wieki same były traktowane. I jakoś nie przeszkadza im w tym oksytocyna, która ponoć sprawia, że kobiety przywiązują się cieleśnie do jednego tylko partnera. Boję się tylko jednego: żeby w tym wszystkim wdzięk nie umarł jak warkocze. Nawiasem mówiąc, istnieje takie niebezpieczeństwo w naszym regionie, bo jak powiedział mi tancerz Marco, „te z Torunia i Bydgoszczy są najbardziej nachalne w Polsce”.

* Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.

NAPISZ DO NAS Masz własne zdanie na ten temat? Napisz. Czekamy na maile. Przesyłajcie je pod adresem mailowym: miastakobiet@expressmedia.pl

miasta kobiet

sierpień 2013

31


PRYWATNY GABINET LEKARSKI MACIEJ JACKOWIAK Zakres konsultacji: GA ABINET FIZYKOTERAPII: C C C C C

Elektroterapia Laseroterapia Ultradźwięki Magnetoterapia Ćwiczenia indywidualne

C Ortopedia dziecięca C Ortopedia dorosłych C Traumatologia (urazy narządów ruchu)

Wykonywane zabiegi operacyjne:

C korekcja operacyjna palucha koślawego i innych deformacji palców stopy (metoda bezgipsowa) C deformacje w obrębie ręki (zapalenie ścięgien, przykurcz Dupuytrena, zespół cieśni kanału nadgarstka, gangliony) C artroskopia stawu kolanowego i ramiennego

Projekt numer: RPKP.05.02.01-04-456/10 jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2007-2013 oraz ze środków budżetu państwa.

PRYWATNE GABINETY ONKOLOGICZNO-ORTOPEDYCZNE

SPECJALISTYCZNY GABINET LEKARSKI EDWARD KRAJEWSKI Zakres konsultacji: DIA AGNOSTYKA - USG: jamy brzusznej ślinianek piersi węzłów chłonnych tarczycy blizny pooperacyjnej jąder dołów pachwinowych dołów nad i podobojczykowych dołów pachowych

Wykonywane zabiegi operacyjne:

opracowywanie ostrych i przewlekłych ran opracowywanie zmian troficznych skóry elektrokoagulacja i elektrodyssekcja zmian skóry i błon śluzowych usuwanie zmian łagodnych, podejrzanych i złośliwych skóry usuwanie radykalne i biopsje chirurgiczne zmian tkanki podskórnej, węzłów chłonnych i piersi C anoskopia i rektoskopia z pełną diagnostyką zmian C C C C C

891913TRTHA

C C C C C C C C C C

C chirurgia ogólna C chirurgia onkologiczna C poradnictwo w zakresie medycyny paliatywnej

Rejestracja czynna: od poniedziałku do piątku od 10:00 do 18:00 ul. Broniewskiego 4/2, Osiedle Sztuk Pięknych, Toruń tel. 56 622 40 46, kom. 782 975 558 rejestracja@novamed.torun.pl, www.novamed.torun.pl

Miasta Kobiet sierpień 2013  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you